Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Skoro postanowiliście państwo spędzić pierwszy wieczór wiosny kalendarzowej z ciekawymi książkami, filmami i gośćmi, to zapraszamy na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 przed nami. Cóż, wiosennie się zrobiło. Oby tak dalej chciałoby się powiedzieć. Ale co bym chciał powiedzieć na początku to to, że idą zmiany. Nie mogę jeszcze o nich za dużo powiedzieć, ale zmiany. Nawiązanie do kultowego filmu Barei jest jak najbardziej à propos. Może być nawet trochę barejosko. Może być, ale to dopiero w przyszłości. Pewno nieodległej, ale jednak w przyszłości.
Zaczynamy tradycyjnie. Od polecanek książkowych. Pierwsza z tych polecanek to „Lato tajemnic”. Tytuł brzmi dosyć frywolnie, ale jeśli dodam, że autorką jest Tess Gerritsen, znacie państwo tę autorkę. To autorka, która wsławiła się dreszczowcami, książkami sensacyjnymi, które dzieją się w środowisku medycznym. To autorka, która może się pochwalić naprawdę dużą ilością powieści i to powieści trzymających w napięciu. Tym razem mówimy o książce, która pojawi się na rynku wydawniczym 26 marca, a wydawcą jest wydawnictwo Albatros. Zerknijmy tradycyjnie, co na temat tej książki pisze wydawca. „Klub Martini nie jest otwarty dla wszystkich. Klub Maggie Bird nie jest zwykłą grupą czytelniczą.
Należą do niego emerytowani szpiedzy CIA prowadzący anonimowe życie w nadmorskim miasteczku Parity. Nadchodzące lato planowali spędzić na »czytaniu« z kieliszkami martini w dłoniach i ukradkowej obserwacji ptaków. Ale wygląda na to, że wraz z przybyciem wakacyjnych gości kłopoty same ich znalazły. Pełniącej obowiązki komendant policji Jo Thibodeau sezon urlopowy przynosi znane już problemy: zakorkowane ulice, bójki w barach, drobne kradzieże. Ale w tym roku dołącza do nich nowy kłopot: tajemnicze zaginięcie nastolatki nad jeziorem. Kiedy sąsiad Maggie staje się głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia dziewczyny, członkowie klubu Martini odkładają lornetki i zakasują rękawy. A to oznacza, że Jo będzie musiała stawić czoła nie tylko wpływowej rodzinie, desperacko poszukującej odpowiedzi na pytanie, co się stało z zaginioną, ale także grupie wścibskich emerytów. Czy Jo i członkowie klubu Martini, którzy właśnie trafili na jeden z najbardziej zbrodniczych skandali, jakie kiedykolwiek widziało ich miasteczko, znajdą sposób, by wspólnie rozwiązać tę sprawę? Druga odsłona klubu Martini, serii thrillerów szpiegowskich z byłą agentką CIA Maggie Bird w roli głównej. Autorka bestsellerowego cyklu „Rizzoli & Isles” Tess Gerritsen przedstawia mrożącą krew w żyłach kontynuację „Wybrzeża szpiegów”, w której emerytowani szpiedzy próbują rozwiązać zagadkę zaginięcia nastolatki i ze zdziwieniem odkrywają, że ta sprawa może być powiązana z ich własną przyszłością”.
Przypomnę, mówiłem przed chwilą o książce „Lato tajemnic” autorstwa Tess Gerritsen, wydawnictwo Albatros, a książka pokaże się na rynku wydawniczym 26 marca. Kolejna pozycja to klasyka science fiction. Tom „Błękitny Mars” Kima Stanleya Robinsona, wydawnictwo Vesper. Książka na rynku od 26 marca. Mars został w pełni steraformowany. Genetycznie zmodyfikowane rośliny i zwierzęta żyją przy nowo wybudowanych kanałach wodnych i wciąż młodych, burzliwych morzach. Mars jest już politycznie niezależny. To odważny i tętniący życiem nowy świat. Większość spośród pierwszej setki już nie żyje. Ci, którzy pozostali, są dla marsjańskiej młodzieży niczym chodzące mity.
Tymczasem Ziemia przechodzi kryzys. Niszczy ją przeludnienie, konflikty, nacjonalizm oraz dostęp do coraz bardziej skąpych zasobów naturalnych. Dla zbyt wielu Ziemian Mars jest jednak niedostępnym marzeniem, ale warto dla niego żyć i zaciekle o niego walczyć. Zamknięcie opowieści o kolonizacji Marsa w ciągającej, chwalonej przez czytelników i krytyków literackich trylogii. autorstwa Kima Stanleya Robinsona. Przypomnę, ten ostatni tom to „Błękitny Mars”, Kim Stanley Robinson, wydawnictwo Vesper. Data premiery: 26 marca. Ostatnia książka polecana dzisiaj to „Świadek śmierci” Nory Roberts. Książka również na rynku od 26 marca, wydawnictwo Świat Książki. Morderstwa zawsze gromadziły sporą publikę.
Scena nowo otwartego nowojorskiego teatru zmienia się w czasie premiery w miejsce zbrodni. Główny aktor zostaje zasztyletowany na samym środku sceny na oczach porucznik Eve Dallas. Policjantka musi się zająć sprawą morderstwa o wysokim priorytecie, którego była bezpośrednim świadkiem. Na domiar złego media bardzo szybko odkrywają, że właścicielem teatru jest jej mąż. Rozpoczyna się zawiłe dochodzenie, w którym największym problemem jest wytyczenie granicy między prawdą a grą. Mówiłem przed chwilą o książce „Świadek śmierci” Nory Roberts, wydawnictwo Świat Książki. Data premiery: 26 dzień marca. I znowu jedziemy rutynowo. To znaczy teraz czas na korepetycje filozoficzne. Zauważyli państwo, w ciągu dwóch ostatnich audycji zajmowałem się problemem śmiechu, humoru.
Dlaczego się śmiejemy? Postanowiłem pociągnąć ten temat również dzisiaj. I dzisiaj artykuł Noela Carrola „Czy żarty są dziełami sztuki?” Artykuł w tłumaczeniu Elżbiety Drozdowskiej. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku, w numerze pierwszym, 25. z kolei i jest dostępny dla Państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Noel Carroll to jest amerykański filozof, filozof sztuki, profesor City University of New York. Zajmuje się tam estetyką, teorią nowych mediów oraz filozofią historii. Znany jest przede wszystkim z publikacji dotyczących filmoznawstwa. No to, proszę państwa, startujemy. Noel Carroll: „Czy żarty są dziełami sztuki?” Gdy wejdziemy do internetu i wyświetlimy listę żartów na jakiś temat, na przykład o prawnikach, albo otworzymy książkę z dowcipami o tytule typu „Irlandzki humor”, nie sądzę, byśmy pomyśleli, że patrzymy na dzieła sztuki.
Widniejące tam żarty z pewnością nie są również dziełami literackimi. W przeciwieństwie do dobrego wiersza nie warto ich czytać ponownie. Nie mają wielu interpretacji. Nie są czymś, co możemy sobie wysoko cenić. Konsumujemy je jak chipsy. Ale takie podejście może sprawiać, że szukamy odpowiedniej dziedziny sztuki w niewłaściwym miejscu. Istotnie, żarty nie są dziełami literackimi. Tkwi tu jednak założenie, że jeśli żart jest dziełem sztuki, to jest czymś na kształt powieści, opowiadania lub wiersza. Z punktu widzenia ontologii byłaby to jakaś rzecz, choć rzecz specjalnego rodzaju, jak obiekt abstrakcyjny albo typ. Jednak bardziej owocne jest myślenie o żarcie jako o działaniu, a konkretnie jako o przedstawieniu artystycznym.
Tekst pisany, który przeczytamy w internecie albo książce z dowcipami, nie jest dziełem sztuki. Jest raczej skryptem, a dokładniej przepisem na opowiedzenie żartu. To znaczy sztuka żartu tkwi w opowiadaniu. Opowiadanie żartów jest w rzeczy samej sztuką widowiskową. Treść żartu na papierze jest martwa, choć gotowa do opowiedzenia. Być może pewną wskazówką, że sztuka żartu tkwi w jego opowiedzeniu jest to, że można go opowiedzieć dobrze lub źle. Może być udany albo nie. Niektórzy ludzie potrafią dowolny, niezależnie jak słaby przepis na żart zamienić w śmiech, dodając dygresje, akcenty, gesty, może wyraz twarzy i efekty dźwiękowe. Inni zaś nie potrafią opowiedzieć żartu, niezależnie jak bardzo się starają. Różni tych ludzi właśnie sztuka.
Sztuka żartowania. Treść żartu jest przepisem. I tak jak sam przepis na ulubione danie twojej babci nie jest dosłownie pyszny, tak też treść żartu nie jest zabawna. Przepis twojej babci staje się smakowity dopiero gdy go zinterpretujesz, gdy odkryjesz, co miała na myśli, pisząc: „Szczypta soli” i dodasz dla smaku trochę czosnku. Podobnie interpretujesz goły skrypt żartu, tak jak pianista interpretuje partyturę Chopina. Żartowanie jest sztuką samą w sobie. Tak jak diwa operowa może zmienić piosenkę z reklamy gumy do żucia w arię operową, tak człowiek obdarzony poczuciem humoru może zmienić chwilową niedogodność w wydarzenie. Stwierdzenie, że treść żartu nie jest zabawna, dopóki nie zostanie ożywiona przez opowiedzenie, może wydawać się dziwne, ale twierdzę, że jeśli żart bawi cię, gdy go czytasz, jest tak dlatego, że słyszysz go w głowie tak, jakby został opowiedziany na przykład przez ciebie. Jeśli planujesz opowiedzieć go komuś albo przez uwielbianego komika. Gdy czytam błyskotliwe uwagi Groucho Marxa, słyszę je w głowie opowiadane jego głosem.
Gdy usłyszę żart, nigdy nie zostawiam go w spokoju. Nie powtarzam go w niezmienionej formie. Zawsze go personalizuję. Dodaję głosy, szczegóły i wstawiam mylące ślady. Podejrzewam, że też tak robisz wprowadzając poprawki za każdym razem, gdy go opowiadasz i prawdopodobnie nigdy nie opowiadasz go dwa razy tak samo. W tym właśnie tkwi sztuka żartowania. Co więcej, nie wracamy do książki z dowcipami, by przeczytać dany żart jeszcze raz. Mimo to zawsze jesteśmy gotowi usłyszeć go ponownie, bo z każdym opowiadaczem, a nawet z każdym opowiedzeniem żart się zmienia. Pojawia się coś nowego, choćby nacisk, wyczucie czasu czy aluzje. Bo treść żartu nie jest dziełem sztuki ani żarty nie są sztuką.
To żartowanie nią jest. Przypomnę, to był tekst Noela Carrola „Czy żarty są dziełami sztuki?” Tłumaczenie tekstu Elżbieta Drozdowska. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2019, w numerze pierwszym, 25. z kolei i był dla Państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, myślę, że dzisiejszy kawałek filozofii, dzisiejsze korepetycje filozoficzne ani nie były długie, ani nie były specjalnie męczące. Mam też nadzieję, że dla człowieka, który od czasu do czasu opowiada żarty, może to nie był tekst pomocny, ale taki samouświadamiający, dlaczego coś działa albo nie działa. Jedźmy dalej. Teraz zapraszam państwa na literackie tête-à-tête. Jak zwykle zawdzięczamy tę audycję Krystynie Śmigielskiej. A dzisiaj Krystyna Śmigielska będzie rozmawiała z panem Krzysztofem Spadło.
I to jest, proszę państwa, ta tytułowa więzienna epopeja, bo Krzysztof Spadło jest autorem wielotomowej więziennej sagi, którą możecie Państwo odsłuchać, przynajmniej pierwszy tom, chciałem powiedzieć, że na falach Book Radio, ale to nie tyle fale, co na internetowych stronach Book Radia. Tam przez 24 godziny na dobę Book Radio nadaje i tam każdy wtorek, środę i czwartek o godzinie 20:00 z książką, z powieścią pana Krzysztofa Spadło możecie się Państwo spotkać. A dzisiaj możecie się Państwo spotkać z autorem więziennej epopei. Zapraszam.
[15:28] - Dobry wieczór państwu. W literackim tête-à-tête będę rozmawiała z mężczyzną obdarzonym wieloma talentami. Jest on bowiem pisarzem, scenarzystą, reżyserem i producentem materiałów filmowych. To artysta w pewnym sensie samowystarczalny, samostanowiący o ostatecznym kształcie swoich dzieł. Przedstawiam państwu Krzysztofa Spadło, bo to właśnie on jest dzisiaj w literackim tête-à-tête moim i państwa gościem. Dobry wieczór Krzysztofie. Bardzo mi miło, że przyjąłeś zaproszenie do literackiego tête-à-tête.
[16:08] - Dobry wieczór. Witam.
[16:09] - Znamy się od wielu lat. Przez ten czas obserwowałam twoje literackie poczynania i muszę przyznać, że jestem zaskoczona twoją wytrwałością i konsekwencją w działaniu. Czy zaczynając przygodę z pisaniem w ten właśnie sposób wyobrażałeś sobie jej przebieg?
[16:29] - Nie, oczywiście, że nie, bo człowiek sobie co innego wyobraża, że będzie to inaczej wyglądało, ale później życie weryfikuje niektóre pomysły, podsuwa nowe i wtedy jest szukanie tej odpowiedniej drogi. I tak właśnie było ze mną, że to wszystko po prostu rodziło się w czasie.
[16:48] - Wyobrażenia były troszeczkę inne niż potem się okazały realia, prawda?
[16:53] - Oczywiście, że tak. Może nie aż tak bardzo odbiegały, ale miałem kiedyś inny trochę plan na życie. Myślałem sobie, że ja zajmę się pisaniem, jak już sobie pójdę spokojnie, będę emerytem, będę miał dużo czasu i tak dalej. Właściwie dążyłem do tego, prawda? Ale czasami tak bywa, że życie się układa w trochę nieprzewidywalny sposób i przyspieszyłem, powiedzmy, ten cały proces. Właściwie z przyczyn ode mnie też niezależnych. Kiedy postanowiłem się poświęcić literaturze, to na tej zasadzie, że nie na pół gwizdka, że tak powiem, tylko jak już coś robić, to robić to naprawdę z całych sił i całym sobą. Tak to się właściwie wszystko zaczęło.
[17:36] - Czyli taki skok na głęboką wodę był?
[17:39] - Tak, od razu, bez jakiegoś tam, powiedzmy, głębszego przygotowania czy poszukiwania czegoś i tak dalej. Kwestia jest typu, że od młodszych lat czułem ten pociąg właśnie do literatury. Czułem to, że potrafię pisać. To się zaczynało kiedyś, dawno, dawno temu, jak człowiek był młody, to były najpierw jakieś opowiadanka, jakieś krótkie teksty i tak dalej, ale miałem większe marzenie niż zajmować się pisaniem. Bardziej mi się marzyło kręcenie filmów. To było dla mnie ważniejsze. Później się okazało, tak jak mówię, bo to życie wszystko weryfikuje i tak dalej, że trzeba było jednak zastąpić to marzenie czymś innym. No i pisanie okazało się wtedy tym najwłaściwszym wyborem. A poza tym zawsze mi sprawiało to przyjemność, więc wyszło to jak gdyby samo z siebie.
[18:26] - I tak się stało, że LubimyCzytać.pl podaje, że jesteś autorem już 18 powieści. Jak to się zaczęło? Bo z tego, co wiem, to nie „Skazaniec” był twoim pierwszym dziełem, a edytowany przez Novae Res w 2012 roku zbiór opowiadań „Marzyciele i pokutnicy”. Ty już nam powiedziałeś, że zaczynałeś od tych opowiadań. W takim razie powiedz nam, do jakiego gatunku zaliczylibyśmy te opowiadania. I powiedz mi jeszcze, jaki był klucz doboru tych opowiadań do twojego pierwszego debiutanckiego tomu.
[19:06] - Te opowiadania zostały wydane w roku 2012, ale one wszystkie powstały jeszcze w ubiegłym stuleciu. To były lata 90. Z dużym zapałem pisałem sobie jakieś tam historyjki. Ja zawsze lubiłem jakieś opowieści niesamowite, które trącają o fantastykę, o zjawiska paranormalne, jakieś duchy. Taką literaturę, ktoś mógłby powiedzieć, że klasy B, bo różne określenia na ten temat krążą. W każdym bądź razie miałem tych opowiadań mnóstwo, a dobór był taki, że wybrałem te, do których albo czułem duży sentyment, albo uważałem, że są fajne. Bo wiadomo, że jak człowiek coś robi, jakieś rzeczy pisze czy cokolwiek innego robi, czy maluje, czy tworzy jakąś muzykę, to nie wszystko jest na tym samym pułapie, że podoba się jemu identycznie w ten sam sposób. Są rzeczy, do których się przywiązuje i które ceni nieco bardziej w swojej twórczości od innych, dlatego, że mają jakieś szczególne znaczenie. Wybierając te opowieści, z których stworzyłem ten zbiór, skonstruowałem go jeszcze w ten sposób, że chociaż to są opowiadania, to książka stanowi tak zwaną powieść szkatułkową. Dlatego, że te opowiadania, chociaż są o odmiennej tematyce, to jednak mają element wspólny, którym są powiązane i bez względu na to, od którego na przykład czytelnik zacznie czytać opowiadania, to też nie ma żadnego znaczenia, bo tak czy siak one i tak są wszystkie powiązane.
I tak to się zaczęło.
[20:47] - Ktoś ci pomagał w doborze tych opowiadań?
[20:49] - Nie. W tej kwestii nie tylko opowiadań, ale nawet jeżeli chodzi o inne, dalsze pisania, powieści czy też większych formatów historie, to o wszystkim decyduję sobie sam.
[21:04] - I nadszedł czas „Skazańca”. Skąd taka tematyka trudna do opisania? Bo i czasy odległe i środowisko chyba mało ci było znane. Jak to się zaczęło? Chodzi mi o myśl, zalążek postaci, fabuły. Opisz nam proszę swoje pierwsze spotkanie ze „Skazańcem”.
[21:26] - Udziełam odpowiedzi w ósmym tomie tej powieści, tego cyklu, gdzie opisuję to. Prolog do tej powieści napisałem jeszcze pod koniec lat 90. I on później na długie lata trafił do szuflady. Miałem jakiś pomysł, który mnie tak napadł nagle znienacka, żeby opisać historię człowieka, który spędza swoje życie w więzieniu. Ale to nie było głównym motywem. Chodziło o coś zupełnie innego. Taką rzecz na przykład na pewno zrozumie wielu ludzi, którzy zajmują się pisaniem, którzy zastanawiają się, o czym ma być ta książka, co chcieliby napisać. Wiadomo, że niektóry się ukierunkowuje na kryminał, inny na jakąś historię obyczajową, ktoś na romans i tak dalej. Ja też właściwie szukając jakiegoś środka uniwersalnego, zastanawiałem się, jaką by historię można było opowiedzieć, żeby zainteresować szersze grono odbiorców, a nie ukierunkowywać się już na jakiś jeden gatunek. Dla mnie osobiście „Skazaniec”, powieść, która liczy sobie osiem tomów.
Każdy z tomów jest to około 400 stron, można liczyć średnio. To nie jest powieść dla mnie. Powieść jakaś kryminalna. Fakt, że akcja rozgrywa się w więzieniu, ale to jest powieść po prostu o życiu, o ludzkich słabościach, o ludzkich namiętnościach, o tym, jak sobie człowiek musi radzić. I tutaj to, że akcja została osadzona właśnie w więzieniu, wydawało mi się, że doda takowemu wszystkiemu nieco smaku. Poza tym chodziło mi jeszcze o wiele innych rzeczy, które uważałem, że są ciekawe, bo miałem również w zamyśle, żeby przedstawić, jak wyglądał cały system penitencjarny w Polsce w okresie międzywojennym. Co się działo w tym więzieniu w czasie wojny i jak było w czasach, kiedy zaczęła się komuna aż do Okrągłego Stołu. Więc ona się dzieje jak gdyby przez epoki, które są teraz znane już bardziej z kart historii. Temat mi się wydawał intrygujący. Nie wiem dlaczego.
Być może dlatego, że ja mam w sobie jakąś taką, nie nazwę tego, że to jest chorobliwe, ale jest coś niezdrowego. Mnie zawsze fascynowały zamknięte środowiska typu właśnie więzienia, klasztory, obozy i tak dalej, bo okazuje się, że w tych miejscach rodzą się inne światy, czyli zaczynają królować inne wartości niż te, które są ogólnie znane ludziom wszystkim na co dzień. Tu wystarczy nawet taka zwykła sprawa. Jeśli ktoś był kiedyś w wojsku, to już wie, o czym ja mówię, gdzie też rośnie jakaś hierarchia w zależności kto ile ma służby i tak dalej. Tutaj to była tego typu fascynacja. I więzienie również, które właściwie znałem zawsze z jakichś opowieści, które do mnie trafiły. Albo widziałem jakieś filmy, czy dokumenty, czy o czymś czytałem. Wydawało mi się to po prostu bardzo intrygujące. „Skazaniec. Tom pierwszy.
Na pohybel całemu światu”. Prolog. Miewałem takie dni w swoim życiu, kiedy czułem, że mój umysł zanurza się w otchłani szaleństwa. Wówczas niewiele brakowało, aby jedna przelotna myśl strąciła mnie w przepaść wyimaginowanego świata.
[24:35] - Znałem takich, którzy nie potrafili się temu oprzeć i zupełnie bezsilni pogrążali się w koszmarnych krainach ciemności. Widziałem, jak stają się niewolnikami własnych demonów i fobii. Odchodzili przeważnie na dwa sposoby. Jednych ogarniało kamienne misterium przepełnione milczącym zapomnieniem, a drugich rozpierała wściekłość. Zresztą co tu dużo mówić, w tak mrocznym miejscu jak więzienie we Wronkach każdy miał prawo sfiksować. Nigdy nie zapomnę, jak we wrześniu 1925 roku, a swoją drogą był to parszywy rok, kompletnie odbiło staremu Klockiewiczowi. Wtedy po raz pierwszy w życiu ujrzałem, jak zwykły człowiek znienacka przeistacza się w rozwścieczoną bestię. Nazywaliśmy go Kloc, ale jego ksywka nie była tylko pochodną od nazwiska. Z wyglądu również przypominał prawdziwy kloc. Potężny, zwalisty, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ten jego charakterystyczny, ciężki, kołyszący chód.
Zawsze sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego, a kiedy się garbił, jego dłonie sięgały niemalże kolan. Co dziwne, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział go podenerwowanego. Pamiętam, że to była niedziela. Jak zawsze słodka i leniwa. Jedyny dzień w tygodniu, kiedy strażnicy wbrew zaleceniu naczelnika nie ponaglali nas przy posiłkach. Poranne słońce, pokonawszy więzienny mur, wpadało do stołówki przez duże, okratowane okna i na kilku stołach rozścielało swe złociste obrusy. Sączyliśmy cierpką kawę. Siedzieliśmy jak paniska, rozprawialiśmy o bzdurach i chyba nikt nie zwrócił uwagi na to, że Kloc wygląda na jeszcze bardziej zmęczonego niż zazwyczaj. Brak apetytu, zmierzwione włosy i tępe spojrzenie były tutaj czymś zupełnie normalnym. Średnio raz w miesiącu każdemu trafiała się kiepska noc.
Noc pełna dławiących koszmarów lub gorzkich łez. Pomimo panującego gwaru usłyszałem za plecami czyjś zatroskany głos. „Hej, Kloc, dobrze się czujesz? Hej, Kloc”. Machinalnie obróciłem głowę. Przeraził mnie widok starczej twarzy Klockiewicza. Podkrążone oczy jakby zapadły się bardziej w głąb czaszki i spoglądały na świat matowym, pustym wzrokiem. Widziałem wyraźnie, jak za drżącymi ustami, które przybrały siny odcień, z bólem zaciska zęby. Mięśnie żuchwy nerwowo pulsowały, unosząc się pod pergaminem pomarszczonych i wyblakłych policzków, a zorane bruzdami czoło połyskiwało szklistymi perełkami potu. W ogóle wydawał się skurczony i zapadnięty.
Chyba wcale nie ruszył swojego śniadania, bo nadal leżało na blaszanej tacy tak, jakby przed chwilą odebrał je z okienka wydawki. Nagle jego nozdrza zaczęły spazmatycznie, nerwowo tikać, a oddech stał się szybki i płytki. „Kloc, nie wygłupiaj się, do ciężkiej cholery” powiedział ktoś. I wtedy to się stało. Ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna wydobył z gardła nienaturalny, przerażający ryk, który rozbił się pośród ścian. Zanim oczy wszystkich zebranych powędrowały w jego kierunku, poderwał się na równe nogi i pchnął przed siebie duży dębowy stół. Towarzystwo z drugiej strony runęło na nas pod ciężarem mebla. Przygniataliśmy się nawzajem. Resztki jedzenia rozsypały się po kamiennej posadzce. Zrobiło się zamieszanie.
Kątem oka dostrzegłem, że od strony wejścia biegnie kilku strażników. Jeden z więźniów starał się uspokoić rozszalałego Kloca, ale osiągnął odwrotny skutek i Klockiewicz rzucił się na niego z pięściami. „Chryste Panie” przemknęło mi przez myśl, kiedy ujrzałem, jak stary błyskawicznie przeistacza się w rozwścieczonego tura. Jednym ruchem pochwycił w dłonie masywną ławę. Uniósł ją ponad głową niczym Jurand ze Spychowa, zakręcił w powietrzu młynka i cisnął na oślep jak bezużyteczną kłodę. Krzyczał. Boże miłosierny, jak przeraźliwie krzyczał! Młócił tymi swoimi wielgachnymi rękami, kopał gdzie popadło i zamieniał wszystko dookoła siebie w pobojowisko. W ten niedzielny poranek nasza stołówka przypominała pogańską arenę. W kręgu utworzonym przez zaskoczonych skazańców Kloc odstawiał swój ostatni szalony taniec.
[28:42] - LubimyCzytać.pl podaje, że pierwszy tom „Skazańca. Na pohybel całemu światu” został wydany w 2013 roku nakładem wydawnictwa Zielona Litera. To był czas, kiedy my dwoje właśnie się poznaliśmy i ja jakoś inaczej zapamiętałam edycję tej powieści. Opowiedz nam, jak to właściwie z tym wydaniem było.
[29:05] - Data premiery miała miejsce w 2013 roku, ale tą powieść wydałem już wtedy, że tak powiem, własnym sumptem. Na potrzeby jej oczywiście powstał e-book, powstał również audiobook. Tego wszystkiego jeszcze wymyśliłem sobie, że tą moją pozycję powinien promować również jakiś film krótkometrażowy. W każdym razie jakikolwiek materiał wideo, który chciałem zrobić, który miałby jak gdyby już przybliżyć przyszłemu czytelnikowi, odbiorcy, temu, kto chciałby sięgnąć po tą książkę, przybliżyć jej może nie tyle treść, ale miejsce akcji, w którym się dzieje cała ta opowieść. Książka trafiła do druku, to jeszcze powstała taka historia, że ja się skontaktowałem wtedy z dyrekcją wroneckiego więzienia. Zapytałem o możliwości, czy można byłoby u nich nakręcić materiał filmowy. Otrzymałem później odpowiedź, bo to wszystko było załatwiane drogą mailową. Trochę trzeba było tam starań jeszcze innych wykonać, jakieś pisma pisać, prośby i tak dalej. Przedstawić cały plan działań, ile miałoby to trwać i gdzie chcielibyśmy kręcić i tak dalej. Trzeba było jeszcze pojechać do Wronek na spotkanie z naczelnikiem więzienia, się zobaczyć, ustalić plany, gdzie mielibyśmy to robić.
No i kiedy została już sprawa dopięta na ostatni guzik, okazało się wtedy, że tak powiem, dyrekcja więzienia bardzo przychylna do mojego pomysłu. Pozwolili nam ten materiał tam zrealizować. To była jak gdyby dla mnie wisienka wtedy na torcie, żeby zanim jeszcze książka trafi do publikacji, zmontować ten materiał. Oczywiście zrobić taki typowy zwiastun. To się przeważnie czyni przy produkcjach filmowych, więc powstały też u nas w związku ze „Skazańcem” dwa materiały. Jeden krótki, trwający jedną minutę oraz film, który trwa około dziesięciu minut.
[30:52] - Po sukcesie pierwszego tomu „Skazańca” można powiedzieć, że lawina ruszyła. Naliczyłam osiem tomów pod różnymi podtytułami. Zdradź naszym słuchaczom, czy wszystkie tomy opisują losy jednej postaci, czy bohaterów pierwszoplanowych jest więcej i za każdym razem opowiadasz nam inną historię?
[31:14] - Cykl powieści „Skazaniec” jest to historia jednego człowieka, który będąc właściwie u progu dorosłego życia trafia do więzienia. Akcja zaczyna się w roku 1922, a kończy się w 1990, czyli bardzo dużo czasu, 68 lat, które on spędza w więzieniu. Od pierwszych już stron czytelnik ma świadomość, że ma do czynienia z opowieścią starca. Ma charakter pamiętnika. Opowieść, którą on snuje, jest tak, jak my byśmy chcieli opowiedzieć o naszym życiu, kiedy mamy już za sobą 40, 50, 60 lat, wspominając jakiekolwiek sytuacje, o których będziemy mówić, czy zdarzenia, które nas spotkały. Zawsze uczestniczą jacyś ludzie, bo my sami gdyby nie było wokół nas innych, to w sumie nie mielibyśmy dużo do opowiedzenia, prawda? Zawsze się to opierało też na jakichś relacjach. I tu jest właśnie tak samo, identycznie. Ja w tej książce chciałem to oddać, że przez życie tego człowieka przewijają się różni bohaterowie drugoplanowi. Za każdym razem oni też odgrywają jakieś bardzo ważne, istotne role.
To samo moglibyśmy powiedzieć o nas, prawda? Że pamiętamy doskonale jakieś nasze przyjaźnie z młodzieńczych lat, które miały gdzieś miejsce. Później człowiek wkracza w dorosłe życie, wiele dróg się rozchodzi z tymi, z którymi mieliśmy kiedyś kontakt albo jakieś bliższe więzi nas łączyły, ale pojawiają się inni ludzie i nie zawsze tutaj są też to przyjaciele czy koledzy, bo to też są wrogowie. O tym jest właśnie ta książka mniej więcej.
[32:49] - „Więzień z Bastoy”. Rozdział pierwszy „Distrikt Bankran”. Wieczorową porą w poniedziałek 28 czerwca 2021 roku serwisy informacyjne wszystkich europejskich stacji telewizyjnych przekazały wieść o sensacyjnym zdarzeniu, do którego doszło w stolicy Norwegii. Kilka minut po 14:00 w centrum Oslo, w bardzo bliskim sąsiedztwie tamtejszego parlamentu, znienacka rozbrzmiały dźwięki syren policyjnych radiowozów. Pojazdy z piskiem opon zatrzymały się na skrzyżowaniu Carls Johan Gate i Lille Grensen. Funkcjonariusze błyskawicznie obstawili teren, izolując w bezpiecznej odległości wejście do lokalnej siedziby banku DNB. Mundurowi starali się, aby jak najdalej odsunąć tłum gapiów, których przybywało z każdą chwilą. Nikt z postronnych obserwatorów nie miał najmniejszych wątpliwości, że dzieje się coś złego, bowiem ponad okolicznymi dachami domów nagle zawisły trzy policyjne śmigłowce. Nim upłynęło pięć kolejnych minut na miejscu zdarzenia zjawiły się dwie czarne furgonetki należące do Forsvarer Specialkommando. Z opancerzonych wnętrz wyskoczyli uzbrojeni żołnierze norweskich specjalnych sił zbrojnych.
Służący w elitarnej jednostce mieli na sobie mundury w kolorze khaki, kuloodporne kamizelki, hełmy i zamaskowane twarze. Zapewne wiele razy ćwiczyli wszelkie możliwe warianty działań w terenie zabudowanym, bowiem w okamgnieniu oddział antyterrorystów zajął konkretnie skonfigurowany szyk i pozycje. Ludzie obserwujący z oddali zdarzenie nagrywali swoimi telefonami zaskakujące zajście. Jednocześnie w mediach społecznościowych zawrzało, gdyż wielu gapiów prowadziło transmisję na żywo. W ciągu kwadransa pojawiły się wozy transmisyjne kilku stacji telewizyjnych, ale żaden z przedstawicieli policji nie udzielił reporterom jakichkolwiek wyjaśnień. Dokładnie o 14:40 w stronę oszklonych drzwi, za którymi znajdowała się bankowa instytucja, ruszył mężczyzna w cywilnym ubraniu. Miał na sobie kamizelkę kuloodporną. Nie był uzbrojony, a ręce trzymał nieco rozchylone na boki i wszystko wskazywało na to, że pełni rolę negocjatora. Przez chwilę stał przed drzwiami, po czym ktoś, będąc wewnątrz, nieznacznie uchylił szklane wrota i mężczyzna przekroczył próg. Setki osób zgromadzonych na zewnątrz spoglądały w stronę, gdzie zniknął przedstawiciel służb.
Wielu ludzi zapewne czuło się jak statyści biorący udział w spektakularnej produkcji filmowej. Mało kto może powiedzieć, że w pogodny letni dzień był świadkiem napadu na bank. Zapewne wielu z obecnych oczekiwało, że być może dojdzie do szturmu mundurowych albo rozpęta się strzelanina rodem z hollywoodzkich opowieści o gangsterach. O 14:56 w stronę banku ruszyło pięciu członków norweskiego Special Kommando. Szli mierząc z broni, gotowi w każdej chwili oddać strzały, ale nie poruszali się w sposób, który mógłby świadczyć, że przystępują do ataku. Ostrożnie weszli do budynku. Po kilku minutach szklane wrota otworzyły się na oścież. Antyterroryści eskortowali obezwładnionego człowieka, którego nadgarstki były skrępowane taktycznymi samozaciskowymi kajdankami wykonanymi z czarnego nylonu. Mężczyzna kroczył pochylony, a na głowie miał kominiarkę, która skutecznie zakrywała jego oblicze. Po kilku minutach dwa policyjne samochody oraz wozy należące do służb specjalnych na włączonych sygnałach opuściły miejsce zdarzenia.
Pozostali policjanci przystąpili natomiast do czynności związanych z przesłuchaniem świadków. Pod wpływem nacisku ze strony mediów jeszcze tego samego dnia biuro rzecznika dystryktu policyjnego miasta i gminy Oslo wydało krótkie oświadczenie oraz zgodę na telewizyjną emisję fragmentu pochodzącego z zapisu bankowego monitoringu. Na nagraniu było widać, jak tuż po 14:00 do siedziby placówki wszedł mężczyzna. Przez ramię miał przewieszony nieduży plecak, a na głowie czapkę z daszkiem. Mężczyzna poruszał się w takiej pozie, że żadna z bankowych kamer nie była w stanie uchwycić pełnego wizerunku jego twarzy o policzkach pokrytych zarostem.
[36:59] - Ostatni, ósmy tom „Skazańca” ukazał się w 2019 roku i nosił podtytuł „Świat u stóp”. I co dalej? Czym zająłeś się po zakończeniu prac nad swoją sztandarową pozycją?
[37:15] - Kiedy jeszcze byłem w trakcie pisania wcześniejszych tomów i to zdecydowanie wcześniej, od razu mi zaświtało w głowie, że ta historia „Skazańca” musi się kiedyś skończyć. Oczywiście miałem już cały ten plan ustalony, ale co później, to ja od razu stwierdziłem, że jeżeli zakończę, to przystąpię do napisania powieści, w których bohaterami będą postacie, które się też przewinęły na stronach tej więziennej epopei. Wymyśliłem sobie już wtedy całą ideę dalszych książek, które ochrzciłem mianem serii spin off „Skazaniec”. Tak się potoczyło, że zacząłem to kontynuować. Tutaj jako ciekawostkę dodam, że w wyniku wielu różnych działań, które prowadziłem, tę powieść bardzo starałem się intensywnie w mediach społecznościowych reklamować, żeby dotrzeć do jak największej ilości czytelników. Pewien pan z Krakowa, który miał do czynienia ze „Skazańcem”, nie tyle za moją zachętą, ponieważ zrobiłem kiedyś taką akcję na Facebooku, stworzyłem fikcyjne profile osób, które były bohaterami drugoplanowymi w „Skazańcu”. Rozpętała się taka fajna zabawa. Szczególnie brali w niej udział ludzie, którym „Skazaniec” przypadł do gustu i mogli sobie te profile gdzieś tam prowadzić. On zaczął opisywać jakąś historię i później tak się to wszystko ułożyło, że Robert Gałka, bo o nim mówię w tej chwili, napisał dwa tomy powieści dotyczącej jednego z ważniejszych bohaterów, którzy pojawili się w „Skazańcu”. Te dwa tomy mają tytuł „Hrabia”.
Ja natomiast napisałem cztery kolejne dotyczące innych postaci. Seria, o której mówię, liczy w tej chwili sobie sześć tomów, ale nie została ona jeszcze zamknięta, dlatego że zawsze z tyłu głowy mi pozostało, że jeszcze coś trzeba będzie z tym zrobić. Ogłaszam się z jakimiś innymi książkami albo udostępniam jakieś wspomnienia gdzieś, bo mam też na Facebooku profil powieści „Skazaniec”. Wiele razy się pojawia pytanie czytelnicze. Niektórzy pytają: „A kiedy będzie coś jeszcze związane ze »Skazańcem«?” Nawet sugerując mi, o których postaciach chętnie by poczytali w powieści. Jak na razie trzymaliśmy się dopiero na sześciu tomach.
[39:44] - Czyli można by było powiedzieć, że „Skazaniec” nigdy się nie kończy, prawda? Zawsze jeszcze można coś o nim dopowiedzieć, gdzieś jeszcze znaleźć jakieś luki, gdzie można czytelnikom przybliżyć postaci i wydarzenia. Taki bardzo pełny obraz życia nie tylko w więzieniu, ale w ogóle ludzkiego, tak jak powiedziałeś.
[40:07] - Tym bardziej że te spin offy to nie są historie, które się toczą w więzieniu. Jedna z nich jest historia naprawdę obyczajowa, w dosyć spokojnej tonacji opowiedziana. Kolejna może jest motywem sensacyjnym, inna jeszcze to jest typowy political fiction. Także są wielogatunkowe, ale nie są już zamknięte w tych więziennych murach. Absolutnie.
[40:34] - Powiedz mi, czy masz takie rozeznanie, czy „Skazańca” chętniej czytają kobiety czy mężczyźni?
[40:42] - Kobiety. To wiem z doświadczenia, dlatego, że mam świadomość, jeżeli chodzi o to, kto kupuje i tak dalej. Elektorat w większości to są panie.
[40:55] - To jednak w pewnych chwilach jest to brutalna powieść, prawda?
[40:59] - Oczywiście, zdarzają się. Niektórych odstrasza tytuł. Już się z takimi opiniami spotkałem, ale zresztą też nawet te komentarze były gdzieś publicznie widoczne na portalach streamingowych, gdzie „Skazaniec” funkcjonuje jako audiobook, że mroczna okładka, że taki tytuł, który od razu się kojarzy z czymś, że to może być brutalne albo wulgarne. To wcale takie nie jest. Ale to już zależy od odbiorcy. Ja zawsze mówię, że jeżeli ktoś sięgnie po tę książkę, to albo wysłucha, albo przeczyta prolog i jeżeli mu ten prolog nie będzie odpowiadał, to nie powinien dalej w ogóle się interesować tą pozycją. A jeżeli komuś te pierwsze strony przemówią do wyobraźni albo w jakiś sposób urzekną, to wtedy gwarantuję, że będzie miał frajdę z dalszego czytania.
[41:45] - Na internetowej stronie www.skazaniec.com i na stronie Lubimy Czytać możemy się dowiedzieć, że oprócz pisarstwa posiadasz jeszcze inne pasje. Ty już nam tutaj o nich wspominałeś, ale ja bym chciała, żebyśmy sobie szerzej o tym powiedzieli, bo ty jesteś zarówno scenarzystą, jak i reżyserem, producentem tych filmików, które się ukazały. Powiedziałeś nam, że chciałeś być filmowcem, że pierwsze twoje marzenie to było właśnie to, żeby kręcić filmy. Czy w jakiś sposób czujesz się spełniony teraz jako producent, reżyser, scenarzysta?
[42:29] - Oczywiście, że tak. Na pewno to daje ogromną satysfakcję. To się zaczęło właściwie od tego pierwszego tomu. Tak jak mówię, to był rok 2013, kiedy powieść się ukazała. Materiał natomiast był kręcony w listopadzie 2012 roku, co pamiętam jak dziś, bo to była taka pierwsza w ogóle moja poważna inicjatywa, którą trzeba było od samego początku aż do końca ogarnąć. Ja sobie wtedy w ogóle postanowiłem, że jeżeli ja będę się zajmował literaturą, jeśli będę pisał, to ja moją każdą książkę będę promował materiałami filmowymi jakimiś, które będę robił stricte pod daną pozycję. Trzymałem się tego dosyć długo, sztywno i mocno, ale kiedy przyszedł czas pandemii To już się wiele rzeczy skomplikowało, dlatego że w tych moich produkcjach filmowych brali udział ludzie, którzy chcieli wystąpić. Ja nigdy od nikogo nie wymagałem jakiejś umiejętności gry aktorskiej. Oczywiście ona była jak najbardziej mile widziana, dlatego że te filmy są kręcone też w bardzo specyficzny sposób i opowieść jest również snuta bez udziału kwestii mówionych. Tutaj nie toczymy żadnych dialogów.
Jest obraz, a historię natomiast opowiada lektor. Oczywiście było dla mnie to ważne, żeby ci uczestnicy, którzy zdeklarowali się na przykład poświęcić dla mnie swój czas i wziąć udział w tym wszystkim, musieli niektórzy z nich również umieć zagrać mimiką twarzy. To było ważne. Trzeba było napisać te wszystkie sceny, żeby opowiedzieć historię za pomocą gestów i podpasować ją pod tą treść, którą musi opowiadać lektor. I to się tak zaczęło toczyć. Jak na razie konsekwentnie się tego trzymam, chociaż się zmieniła tematyka moich dalszych powieści, bo jak skończyłem spin offy, to przystąpiłem do realizacji książek o innej tematyce, które dotyczą też innych problemów. Napisałem taką książkę pod tytułem „Dotyk wieczności”. To jest jedyna pozycja, do której nie kręciłem materiału filmowego, dlatego że był to dosyć niefortunny czas i trudno było angażować kogokolwiek do zrobienia jakichś zdjęć. Ludzie mieli jednak obawy, żeby jak mieć jak najmniej kontaktu, żeby się nie zbierać. Wystarczy, że ja ci napomknę na przykład, kiedy kręciliśmy materiał do czwartego tomu powieści „Skazaniec”, który rozgrywał się w czasach II wojny światowej, to w tym materiale samym brało udział ponad 50 osób.
Do tego jeszcze ekipa techniczna. Trochę nas tam było, ale też był inny czas. Nikt się nie obawiał, że przyjdzie gdzieś, zjawi się, później miałby wrócić do domu z covidem i tak dalej. Więc tutaj to nie miało miejsca bytu, bo potem wiadomo, pandemia minęła, można było jakoś przystąpić dalej do działania. I tak się to później potoczyło. Potem napisałem taką książkę pod tytułem „Więzienie z Bastoy”. Tak jak gdyby wracając do tej tematyki więziennej, ale jest to pozycja, która opowiada o bardzo kontrowersyjnym miejscu, które znajduje się i jest faktycznie więzieniem. Znajduje się w Norwegii, właśnie na wyspie Bastoy i jest opisane, w jaki sposób ono funkcjonuje, ale jest oczywiście tłem do całej intrygi, jaka się tam rozgrywa. Materiał również był kręcony. Kręciliśmy go nawet w Norwegii.
Po tej powieści zacząłem cykl o podróżach w czasie. Cykl ma tytuł „Czasotorium”. Tutaj też powstały już filmy promujące każdy z tomów. Będzie to trylogia. Materiały były kręcone dzięki przychylności wielu ludzi oraz organizacji, bo na przykład część żeśmy kręcili w starym grodzie, takim tworzonym oczywiście współcześnie. Jest to gród słowiański. Kręciliśmy miejsca w starym kościele. Wynajdywaliśmy różne takie elementy, które mogłyby nam pozwolić również strojem, ubiorem uczestników oraz wystrojem wnętrz przenieść się adekwatnie w jakąś konkretną epokę.
[46:34] - A zapytam jeszcze, czy może jakiś filmowiec zainteresował się twoim „Skazańcem” bądź innymi twoimi książkami? Zaproponował ci może jakąś współpracę?
[46:44] - Współpracę nie, ale zainteresowanie było. Wiele zapytań. Nie wszystkie traktowałem poważnie, aczkolwiek później okazało się, że były dwie firmy, które były zainteresowane ekranizacją, ale oczywiście były to tylko zapytania. Czy jeszcze coś się z tego urodzi? Trudno mi jest powiedzieć, bo czasami na pewne odpowiedzi trzeba długo czekać. W każdym bądź razie jedna z poważnych takich firm w Polsce mam nadzieję, że jeszcze jest zainteresowana, ale jeszcze na razie piłka jest w grze.
[47:16] - Także nie pytamy, żeby nie zapeszyć.
[47:19] - „Czasotorium. Tom pierwszy. Jutro będzie wczoraj”. Biegnie strudzenie i w końcu dotarł do skalnego występu. Bez trudu odnalazł miejsce, w którym spoczywał lniany worek. Uklęknął i energicznymi ruchami zaczął odrzucać na boki kamienie, pod którymi schował dobytek. W momencie, kiedy pochwycił wańtuch opasany z góry sznurem, zamarł w bezruchu i nadstawił uszu. Z oddali dobiegało niewyraźne szczekanie psów. Machinalnie zerknął przez ramię. Miał świadomość, że nocą trudno ocenić odległość, bowiem w ciemnościach wszystkie dźwięki zdają się zyskiwać na sile.
Nie miał natomiast wątpliwości, że ujadanie psów mogło oznaczać, iż ludzie z Einderhof ruszyli za nim w pościg. Pochwycił w dłoń tobołek i rzucił się pędem przed siebie. Przebierał nogami ze wszystkich sił. Po kilku minutach dotarł do podnóża wzniesienia Ślęży, ale z każdym krokiem był coraz słabszy i tracił tempo. Słaniał się na nogach, zmierzając leśnym traktem, który wiódł prosto do polany z dębami. W duchu pokładał nadzieję, że dotrze na czas, że jeszcze nie wybił środek czarciej nocy, bowiem w przeciwnym wypadku na pewno zostanie schwytany przez ludzi zasadzcy Ambrożego, a wówczas czeka go marny koniec. Wiele razy obcy ludzie chcieli go zabić. Doskonale pamiętał, jak latem 1315 roku został uznany przez trybunał inkwizycyjny za heretyka i o mało nie spłonął na stosie. Rozkaz wydał wtedy wrocławski biskup Paweł z Bądz, który był odpowiedzialny za pogrom wspólnoty Waldensów. W roku 1488 naraził się natomiast przeorowi augustianów, który domagał się, aby został publicznie ścięty na rynku w Sobótce, która wtedy nazywała się Czoboten.
Ponad pięć stuleci później, w 1979 roku major Włodzimierz Kinne, oficer Służb Bezpieczeństwa, człek podły i okrutny, znęcał się nad nim prawie trzy miesiące. Majorkine nie znał litości. Potrafił skutecznie katować, a pewnego dnia w trakcie kolejnego przesłuchania zdzielił go stalowym prętem w tył głowy i o mało nie zabił. W tej chwili mężczyzna o zmasakrowanych plecach mógł przywołać w pamięci wiele konkretnych dat, kiedy próbowano go zabić. Do niektórych doszło w czasach, kiedy ludzie jeszcze nie odmierzali upływu dni za pomocą kalendarza. W epoce Celtów plemienni druidzi okazali mu swą łaskę i został oszczędzony. Długo żył pośród walecznych Galów, którzy z czasem zostali mu braćmi. Razem z nimi ramię w ramię walczył przeciwko rzymskim legionistom i germańskim uzurpatorom. Mógł wtedy na zawsze pozostać w osadzie u stóp Ślęży i dlatego wahał się z podjęciem ostatecznej decyzji. Zwyciężyła jednak tęsknota za bliskimi, za rodzinnym domem stojącym pośród malowniczych pól oraz ogromna chęć powrotu do czasów, z których został wyrwany.
Odszedł z celtyckiej rzeczywistości, kiedy od chwili jego przybycia pełnia księżyca po raz trzydziesty zawitała na nocnym niebie. Jak do tej pory najdłużej, bo dokładnie cztery i pół roku spędził w pierwszej połowie XX wieku. Zjawił się w Świętym Gaju latem, kiedy przypadała noc kupały, a ponad miesiąc później doszło w Sarajewie do zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Zabójstwo następcy tronu stało się zarzewiem do wybuchu wojny. Umykający przed dzisiejszym pościgiem został wówczas siłą wcielony do niemieckiej armii i trafił na front. Pod Verdun odniósł poważną ranę uda, a potem szlak bojowy powiódł go aż do odległej Flandrii, gdzie przyszło mu walczyć pod Ypres. Tam został naocznym świadkiem, jak w nocy 12 lipca 1917 roku niemieckie pociski z gazem musztardowym runęły na alianckie pozycje. Zaledwie w ciągu kilku godzin śmiercionośne opary zabiły ponad piętnaście tysięcy ludzi.
[51:09] - Chciałabym poznać twoje zdanie na temat obecnej kondycji literatury. Dokąd zmierzamy? Czy zagraża nam sztuczna inteligencja i czy powrót do obecnie modnych słuchowisk to nadzieja na przetrwanie i odrodzenie się opowiadań historii w formie książkowej? Według ciebie papierowa książka da radę? Czy to już tylko relikt?
[51:35] - Wydaje mi się, że tak jak ja, pisząc jakieś pozycje i tak dalej, raczej bym się nie zdecydował na to, żeby powieść wydać tylko w formie elektronicznej. Oczywiście jest to możliwe. Dlaczego nie? I o wiele tańsze, bo wiadomo, że drukowanie książek i tak dalej, i cała machina, jaka jest z tym związana, to oczywiście ponosi jakieś koszta. Sądzę, że książka papierowa może nie będzie, że tak powiem, nie wiadomo jak dobrze się sprzedawała, i że ten rynek będzie kwitł. Tutaj sądzę, że elektronika przejmuje już po prostu, i to w bardzo zdecydowanej części, cały ten rynek, bo ludziom jest wygodniej coś słuchać albo czytać na czytnikach, gdzie mogą mieć całą bibliotekę w jednym urządzeniu i miejsca to nie zajmuje w domu i tak dalej. Ale niektórzy jeszcze są przywiązani do tych tradycyjnych wydań. Nie wyobrażają sobie inaczej, więc sądzę, że to jeszcze będzie funkcjonować na pewno bardzo długo. Być może nawet okaże się w którymś momencie, że sprzedaż książki będzie bardzo elitarna z jakichś tam powodów. Może nawet i kosztować zdecydowanie więcej niż wersja elektroniczna.
Trudno jest przewidzieć. Czy sztuczna inteligencja w to wkręci? Jakaś tam wizja taka się kroi gdzieś. Jest to już tak rozwinięta struktura. Może teraz ją zauważamy najczęściej raczej w sprawach związanych z grafiką czy z obrazem, ale to już niedaleka droga, żeby przeszła też do opowiadania jakichś tam historii. Może trzeba będzie ją traktować też jako konkurencję, aczkolwiek osobiście sądzę, że jeśli chodzi o tworzenie opowieści, to jeszcze bardzo długo sztuczna inteligencja nie prześcignie człowieka, nie prześcignie jego wyobraźni. Tak mi się wydaje.
[53:34] - A powiedz mi o tej modzie na słuchowiska teraz. Lepiej się słucha wydania książkowego, czy lepiej się słucha z podziałem na role czytanego przez wielu aktorów? Wydaje mi się, że słuchowiska coraz lepiej sobie radzą.
[53:50] - Ja też tak sądzę. Sądzę, że jest to rynek, który dopiero może już nie, że on raczkuje, ale on jeszcze jest, że tak powiem, w powijakach. Moim zdaniem oczywiście. Audiobooków jest mnóstwo i tak dalej. Słuchowisk jeszcze nie ma tak za dużo. Ja tutaj na przykład upatruję bardzo dużą szansę w takiej działalności. Sądzę, że ma bardzo dużą przyszłość i też współpracuję z taką firmą, która posiada studia nagrań. Nazywa się Sound Stories i nagrywamy taki cykl opowieści pod tytułem „Zimno jak w piekle”. To są też opowieści, które nie są jedna z drugą w jakikolwiek sposób powiązane. Nie stanowią one całości, ale są też zrobione w bardzo fajny sposób, bowiem w każdej z nich można doszukać się zapowiedzi tego, co ukaże się ponownie.
Są to krótkie historie zamykające się w słuchaniu, powiedzmy od półtorej godziny do dwóch, trzech, nawet do czterech, ale uważam, że są zrobione też bardzo dobrze i myślę, że będziemy to kontynuować.
[54:52] - Czyli zastępują nam teatr, który jednak gdzieś jest taką potrzebą naszą bardzo silną. My sobie nawet nie zdajemy sprawy, jak bardzo potrzebujemy takiego kontaktu z żywym aktorem. Film jest zupełnie czym innym. Film się rządzi innymi prawami, a słuchowisko, teatr zupełnie innymi. Ja osobiście bardzo się cieszę, bo lubię tą formę. Ona bardzo pobudza też wyobraźnię. Dobrze, że jest taka moda na duchowiska. Twoja dzisiejsza wizyta w literackim TDA Tet to również zapowiedź współpracy z Book Radio. Proszę przedstaw nam na czym polega projekt tak, żeby słuchacze byli przygotowani, co niedługo będą mogli jeszcze w Book Radio usłyszeć, z czym ty również będziesz w jakiś sposób powiązany.
[55:43] - Z Book Radio jest tego typu sytuacja, że ja zawsze byłem skłonny ku temu, żeby jednak propagować gdzieś tą moją twórczość. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Oczywiście, jeżeli są jasno i czytelnie ustalone warunki. Pochwalę się, że kiedyś pierwszy tom powieści „Skazaniec" był emitowany w Radiu RMF w takiej audycji „Dobranocka nocą". To było już kilka lat temu. Natomiast teraz z Book Radio powtórzymy tą samą operację. Będzie leciał pierwszy tom powieści „Skazaniec". On się będzie ukazywał we wtorki, środy i w czwartki. Po rozdziale będzie puszczany. O godzinie 20:00 zacznie się emisja.
Tylko będzie to wyglądało w ten sposób, że jeżeli ktoś zacznie słuchać, to żeby być cały czas na bieżąco, będzie musiał to kontynuować, dlatego, że na przykład we wtorek poleci pierwszy odcinek, w środę poleci pierwszy i drugi, natomiast w czwartek poleci już drugi i trzeci, więc będą one sukcesywnie obcinane. Nie na tej zasadzie, że cały audiobook zostanie udostępniony i będzie wisiał nie wiadomo jak długo do odsłuchu, tylko właśnie w ten sposób, że ktoś, kto będzie chciał słuchać, to jednak będzie musiał poświęcić trochę swojego czasu i konkretnie o tej godzinie 20:00 usiąść przy radiu czy przy jakimś urządzeniu i wysłuchać tego.
[57:09] - Bardzo serdecznie państwa zachęcam. Już na stronie Book Radia wisi zapowiedź tych audycji. Proszę słuchać. Może państwo również uznacie, że „Skazaniec" to powieść, która po prostu gdzieś wrośnie w wasze życie. I dojdziecie do ostatniego, ósmego tomu, a potem jeszcze do tych książek, które w jakiś sposób ze „Skazańcem" są związane. Proszę państwa, w literackim TDA Tet gościliśmy pisarza, promotora, scenarzystę, reżysera, producenta, który od wielu lat wspaniale radzi sobie na tak trudnym obecnie rynku wydawniczym. Jeśli chcecie państwo poznać jego nietuzinkowe powieści, zapraszam do odwiedzenia strony www.skazaniec.com, na której zapoznacie się państwo z cyklem „Skazaniec" i innymi utworami autorstwa Krzysztofa Spadło. Tam też będziecie państwo mogli zakupić wybrane przez siebie pozycje, co jest rzeczą bardzo ważną, a czego tutaj jeszcze państwu nie powiedzieliśmy. Serdecznie ci, Krzysztofie dziękuję, że znalazłeś czas i odwiedziłeś nasze literackie TDA Tet. Życzę ci, tak jak zawsze ci życzyłam, samych sukcesów literackich, radiowych oraz wielu wspaniałych czytelników i słuchaczy.
Państwu dziękuję za uwagę. Dobranoc, Krzysztofie.
[58:38] - Dobranoc. Dziękuję za rozmowę.
[58:40] - Dobranoc państwu.
[58:44] - To teraz czas na Filmotekarium. Pojawiła się nowość. I o tej nowości z Piotrem Cielebiasiem za chwilę państwu opowiemy. Jaka to nowość? „Miki 17". Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Czas otworzyć podwoje Filmotekarium. Dzisiaj nowość, chciałoby się powiedzieć najnowsza nowość. Film niejednoznaczny.
Tak się zgryzę język, proszę państwa. Film niejednoznaczny, zatytułowany „Miki 17", a Piotr da dodatkowe wersje, bo właśnie jest z nami Piotr Cielebiaś z kanału UFO Historie. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[59:38] - Witam. Mówimy dzisiaj o hicie ostatniego okresu. Ile, Marku, ja się dobrego o tym filmie naczytałem. Jakie to arcydzieło, jakie to zabawne, jakie to jest przewrotne. Jak bardzo Bong Joon-ho, reżyser filmu odpowiadający za słynnego „Pasożyta", „Parasite", jak on przełamuje schematy, jak on się bawi konwencjami, jak on tam niesamowite rzeczy robi, w ogóle glinoskoczek. Ten film, o którym dzisiaj mówimy, w momencie, kiedy tego słuchacie, on jeszcze gości w kinach. Toteż z racji tego, że wielu z was może się prędzej czy później na niego skusić pod wpływem różnego rodzaju podniet z internetu, zachęt z internetu, nie będziemy o nim mówić z tego powodu zbyt wiele. To znaczy zbyt wiele o fabule, bo w samym filmie o jego ocenie powiemy. Są jednak takie elementy wprowadzające, o których powiedzieć musimy, o co w tym filmie w ogóle biega. Także może zacznę, Marku, od tego, że jest tytułowy bohater Miki, który w wyniku zaciągnięcia długu na ziemi u pewnych bardzo złych ludzi zapisuje się na kosmiczną wyprawę w charakterze jednostki eksperymentalnej.
To brzmi jak początek dramatu. Nie. O tym za chwilę powiemy. Miki będzie wystawiany na najcięższe próby. Będzie tak naprawdę co chwilę ginąć, umierać w męczarniach, ale będzie powoływany do życia na nowo i na nowo.
[01:01:18] - Bo jest wymienialny.
[01:01:20] - Tak. I ta tytułowa siedemnastka
[01:01:24] - Oznacza kolejnego Mickey'ego z cyklu, który zostaje wygenerowany podczas lotu na planetę Nifleheim. Tak się to nazywa.
[01:01:34] - I tu ci znowu złośliwie przerwę. Ta nazwa brzmi, mówiąc szczerze, proszę państwa, jakby była wyciągnięta z jakiejś skandynawskiej sagi albo była nazwą wódki, którą należy pić tylko i wyłącznie po północy. Tak mi się skojarzyła ta nazwa.
[01:01:56] - Albo kojarzy się z Nefilim, albo jest właśnie nazwą wódki, którą należy pić oglądając ten film, bo jego nie można na trzeźwo, niestety. Dobrze, już jak zacząłem z tą złośliwością, to będę konsekwentny. "Mickey 17" to jest film sci-fi z elementami przygodowymi. Inni powiedzą, że to jest na odwrót, że to jest komedia z elementami sci-fi. Dla mnie to jest dzieło bardzo trudne do sklasyfikowania. Takie variete, hybryda, jak to nazwał Tomasz Raczek i bardzo mocno mi przypomniał ubiegłoroczny, nie, sprzed dwóch lat film "Wszystko wszędzie naraz". Czyli te elementy komediowe są, ale bardziej dla mnie "Mickey" jest groteską filmową, bo on zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla groteski. Także jeżeli ktoś ten film zobaczy, jeżeli zobaczy plakat, jeżeli ma nadzieję na to, że to będzie twarde, mocne, charakterne sci-fi, to się zawiedzie. Co prawda lot w kosmos jest, obca planeta jest, potwory są, technika przyszłości jest, ale to są tylko ramy. W tym filmie bardzo dużo się dzieje.
Tylko że ta dynamika jest mocno nienaturalna i Marku, po dwóch godzinach ten film sprawia dyskomfort. U mnie zaczął sprawiać dyskomfort po około, nie wiem, 20 minutach. Ja miałem straszne problemy z przebrnięciem przez "Mickey'ego 17" i uważam, że to jest film mocno przereklamowany. Mówimy o nim dlatego, że to prawdopodobnie będzie jeden z najbardziej znanych filmów science fiction wymienianych w internecie jako dzieło z roku 2025 i pewnie tak będzie reklamowany. Pytanie, czy słusznie? Pytanie do ciebie, czy "Mickey'ego" trzeba zobaczyć, jeżeli chce się być na czasie, na topie z nowinkami w świecie sci-fi? Bo moim zdaniem nie trzeba.
[01:04:03] - Moim zdaniem trzeba, bo tam gra piękny, jakżeż piękny Robert Pattinson, który wcześniej był wampirem, a teraz jest biednym, prześladowanym człowieczkiem i jednostką, która jest jednostką wymienialną. Żartuję sobie, kpię sobie wręcz. Robert Pattinson być może dobrym aktorem jest, mnie nie oceniać. Natomiast film, proszę państwa, on ma dobry pomysł. To znaczy to nie jest pomysł nowy, świeży, ale sam pomysł drukowania człowieka i wykorzystywania tej jednostki Mickey'ego jako takiej jednostki, która jest testową jednostką, czyli jak trzeba jakiś wirus zwalczyć, surowicę wymyślić, to się go zaszczepia albo poddaje działaniu wirusa, albo jakichkolwiek innych okoliczności przyrody i on oczywiście w trakcie tych eksperymentów umiera i to nie raz, ale w końcu udaje się coś tam wymyślić i zapobiec jakiejś tam katastrofie i w związku z tym on jest bardzo użyteczny. Problem polega na tym, moim zdaniem, że sytuacja wymyślona w filmie jest, gryzę się w język, dziwna. Może tak to ujmę: dziwna. Otóż nasz bohater jest jedynym człowiekiem, który jest przez ową drukarkę drukowany. Czyli jak umiera, to się go odtwarza. Wrzuca się w to ciało wydrukowane w specjalnej drukarce świadomość i znowu mamy kolejnego Mickey'ego.
Pomysł jak pomysł. Powtarzam, nie nowy, ale dający naprawdę punkt wyjścia do ciekawych rozważań, do ciekawych sytuacji fabularnych. I one nawet chwilami są. Tylko ta dziwna maniera, według której ten film jest skonstruowany, dla mnie jako dla pożeracza sci-fiów jest drażniąca, bo nie wiemy, z czym mamy do czynienia. Czy z poważnym filmem — zostawmy słowo poważnym — czy z filmem, który mówi o problemie, pokazując nam świat przyszłości? Czy z satyrą na kapitalizm krwiożerczy i tym bardziej krwiożerczy, im bardziej jest zaangażowany w nurty technologiczne? Czy może to nie jest satyra? Może to jest rodzaj jakiejś groteski, jakiejś takiej opowieści, która ma nas uczyć bawiąc albo bawiąc uczyć i tak dalej. Tego nie rozstrzygnę państwu, ale ten film i to nie jest mój zarzut, od razu się biję w pierś, ja to wyczytałem. Zarzutem w stosunku do tego filmu jest jego niespójność, nawet gatunkowa, czy w każdym razie nawet taka psychologiczna.
Bo z jednej strony mamy naprawdę pewne problemy, które nie jest łatwo rozstrzygnąć. Czy jeżeli powieli się takiego Mickey'ego To jest jeden człowiek czy dwóch ludzi? Problem polega na tym, że ktoś wśród scenarzystów nie czyta fantastyki. Ja sam pamiętam, że kilka razy w różnych miejscach wymieniałem takie opowiadanie, autora oczywiście nie pamiętam, ale tytuł jest dosyć charakterystyczny: „Myśleć jak dinozaury”. Tam chodzi o inną rasę, która skontaktowała się z ludźmi i przekazała ludziom technikę, technologię przerzucania ludzi przez wszechświat za pomocą teleportacji. To odbywa się tak, że sygnał jest przesyłany o człowieku teleportowanym, w miejscu teleportacji od początku on jest rozpylany, a w miejscu docelowym jest scalany. Czyli tu go trzeba zamordować, tam go trzeba ożywić. I tam się zdarza sytuacja pewnego dnia, że sygnał zostaje wysłany, czyli osoba zostaje teleportowana, gdzieś się w dalekim kosmosie pojawia, ale problem polega na tym, że tu nie została rozpylona i ona tutaj też funkcjonuje. Dalszą część opowiadania państwu zostawiam. Chodzi o to, że jak to jest, czy jednostka powielona to jest ta sama jednostka?
Jak to jest, czy to jest jeden umysł w dwóch ciałach, czy to są dwa ciała z dwoma umysłami na początku bardzo podobnymi, a później już nie? Jak się ma do tego kwestia duszy, jeśli komuś ta kwestia jest potrzebna, jeśli nie, to możemy ją zaniedbać. I tak dalej. Ale ja państwu zdradzę, że to opowiadanie „Myśleć jak dinozaury” to jest bardzo stare opowiadanie. Liczy sobie w tej chwili chyba grubo ponad 20 lat, a tu nagle dostajemy ten sam problem jako świeżynkę. Jak to jest, jak mamy dwóch Mickey? Mickey 17, Mickey 18. I co? I mają w dodatku jedną kobietę. To w ogóle obyczajowo straszne.
Tak chyba mamy ten film odbierać, tak jak ja w tej chwili kpię. Czyli oczywiście jest śmiesznie, ale trochę jednak strasznie. Nie. Ani nie jest strasznie, ani nie jest specjalnie śmiesznie. Owszem, są tam sytuacje jakieś takie zbliżające się do nonsensu, ale powiem tak: ja wiem, że to jest głośny film i ja wiem, że on ma duży potencjał. Co więcej, on jest chwilami naprawdę dobrze zrobiony, ale mam takie wrażenie, że poza problematyką filmu, całkiem zresztą zasadnie podana ta problematyka jest, poza oceną wykonania, przynajmniej części wykonania, jednak trzeba patrzeć na całość, a całość nie robi na mnie dobrego wrażenia. Owszem, są w tym filmie momenty, które kiwa się głową. Dobre, dobrze kombinowane. Ale są też momenty, które porażają naiwnością i człowiek się zastanawia, czy one porażają naiwnością, bo tak reżyser zaplanował, żeby to było takie mrugnięcie okiem, takie naiwne, ale to tak naprawdę nie chodzi o to, że jest naiwne, tylko my mamy myśleć, że jest naiwne i specjalnie mnożę te słowa, ale ja się czułem robiony trochę w konia przy tym filmie. Poza tym końcówka tego filmu jest zastanawiająca.
W ciągu ostatnich dni obejrzałem kilka filmów, które się nie mogły skończyć. Już myślimy, że koniec. Nie, to jeszcze nie koniec. Dobrze, to oglądamy dalej. Już myślimy, że koniec. Nie, to jeszcze nie koniec. Będzie jeszcze trzeci koniec. I trochę jest tak w tym filmie. A poza tym mam takie nieprzeparte wrażenie, to mówiłem na początku tej wypowiedzi, że założenie tego filmu jest troszeczkę dziwne, żeby nie powiedzieć głupie. Bo skoro mamy sytuację, że można każdą jednostkę unieśmiertelnić, bo do tego się tak naprawdę sprowadza bycie wymienialnym, że jeśli nawet zginie, to i tak ją wydrukują tę jednostkę, to dlaczego nie dać tego wszystkim ludziom?
Dlaczego to jest jeden jedyny osobnik wśród członków wyprawy, która na tę dziwną planetę się udaje, jest jeden jedyny, który właściwie posiadł nieśmiertelność. I sami nie wiemy, czy to jest błogosławieństwo czy przekleństwo. Końcówka filmu wskazywałaby, że to przekleństwo jednak i w związku z tym w malowniczy sposób owej drukarki się wyprawa pozbywa. Ale właściwie w imię czego? Poza tym, jak sobie wspomnę przywódcę tej wyprawy, kompletnego idiotę, to ja już to gdzieś widziałem. Widziałem już to przynajmniej w kilku filmach z ostatniego czasu. I ja wiem, że w tej chwili jest bardzo modne kpienie z polityków. Słuszne zresztą, bo to słowo użyte przeze mnie, „idiota”, jakby się do niektórych polityków przylepiało w sposób niespecjalnie wymuszony. To jest oczywiście w tym filmie idiota wyższej kategorii, kompletny idiota, ale jednak przewodzi tej społeczności i ta społeczność daje mu rodzaj przyzwolenia, żeby on nią dowodził. Wszyscy się na to godzą.
Konsekwencje tego są przynajmniej dziwne. Wiem, gadam już zbyt długo po to, żeby powiedzieć państwu, że po obejrzeniu dwugodzinnego filmu ja nie mam jasno sprecyzowanego zdania. Bo tam są elementy fascynujące, ale jako całość to dla mnie to nie jest dzieło fascynujące. Absolutnie niefascynujące.
[01:13:50] - No tak, ja się wysprzęgliłem, powiedziałem, że jak ktoś nie musi, niech nie ogląda. I tak szczerze mówiąc zostanę przy tym, dlatego że po pierwsze, jeżeli to leci w kinach, jeżeli to jest film, który zrobił dużo szumu i pewnie będzie jeszcze robił szum, to znak, że jest dobrze zrobiony, bo jest. To jest do oglądania. Natomiast czy jest treść? Nie ma tej treści. Ja bym się w ogóle nie kłócił z tym, czy to jest dobry film, czy nie. Jeżeli to by była jakaś opowieść. To nawet nie jest historia. Niestety ten film i tutaj się przyznam, doprowadził mnie do szału i to już po kilkunastu, może kilkudziesięciu minutach. Otóż ja sobie zdawałem sprawę z konwencji, bo od samego początku wiecie, że to nie jest do końca na poważnie.
Zdawałem sobie sprawę z pewnej chaotyczności, z tego, że ktoś do nas mruga okiem, i że to jest humor. Tylko, że tak drodzy państwo, humorek taki kiepski, naprawdę kiepski, zaserwowany raz, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty. Po kilkudziesięciu minutach to zaczyna irytować. To nie jest humor absurdalny, bo ja powiedziałem, że to jest groteska filmowa. To nie jest humor, którego spodziewamy się oglądając Monty Pythona. To jest inny rodzaj humoru. Ja nawet nie umiem tego za bardzo dobrze określić. To jest dziwne. Mamy wrażenie takie, że jesteśmy na jakiejś karuzeli, że aktorzy, że scenarzyści prowadzą z nami jakiś dialog, że oglądamy przedstawienie klaunów tak naprawdę. Chyba najlepszym porównaniem będzie odniesienie tego, co się dzieje na ekranie do spektaklu w teatrze kukiełkowym, gdzie widzimy, jak wygląda dana lalka.
Ona wyraża cechy danej postaci. I tak samo w tym filmie postaci są sztywne, ale są też przerysowane. To wszystko sprawia takie dziwaczne wrażenie. Dla mnie trudno jest się w tym filmie znaleźć. Ja nawet nie miałem takiej jak niektórzy, bo oczywiście czytałem komentarze, nie miałem takiej iluzji, że tam będzie coś poważnego, że staniemy przed jakimś dramatycznym wyborem, pytaniem egzystencjalnym. Nie, dobrze, jak to ma być śmieszne, jak to ma być zabawne, okej, niech będzie. Niech będzie przewrotnie, niech będzie ironicznie, ale niestety jest jakoś tak dziwacznie. Nawet nie umiem tego sprecyzować. To jest taka galopka. To jest taki taniec z widzem w sumie nie wiadomo w jakim celu.
Jesteśmy nieustannie bombardowani symbolami, scenami, gagami, wątkami, przydługimi dialogami. Ten film ma w sobie coś ze wspomnianego „Wszystko wszędzie naraz”. Taką chaotyczność, takie przerysowanie. Ten film ma w sobie coś z „Barbie”. Ten film ma w sobie coś z takiego może mniej znanego obrazu bodajże z ubiegłego roku pod tytułem „Bo się boi”. To był film, który przeszedł bez echa, pomimo tego, że był to film Ariego Astera. Grał tam Phoenix. Totalnie nieudana rzecz, ale bardzo podobna do „Mickeya”. Oczywiście są tacy, którzy sięgają głębiej i mówią, że to jest film werchovenowski, że tam jest satyra społeczna i tak dalej. Szczerze mówiąc, ja zapamiętam z tego wszystkiego tylko ten chaos, ten bigos taki.
To się źle ogląda. To nie jest do śmiechu, to nie jest do odpoczynku, to nawet katharsis nie jest. To jest jakaś nowa jakość w kinie. Któryś raz widzimy taki film już na tym polu, który się nie da sklasyfikować i szczerze mówiąc nie da się go nawet oglądać. To znaczy ja nie wrócę do tego filmu. To nie jest fajne, bo jeżeli pamiętacie na przykład „Nie patrz w górę”, to był film, który gdzieś jest pokrewny, tak? Tylko tam zostały dobrze zbalansowane pewne wątki. Tam mieliśmy to wszystko mocno wyważone. Były te wątki humorystyczne, absurdalne, abstrakcyjne, groteskowe, ale były też takie poważne. To się wszystko jako tako, ale skleiło.
A tutaj nie. Ja mam wrażenie, że oglądało się coś w rodzaju spektaklu, jakiegoś wodewilu momentami. Ten nasz główny bohater w ogóle to jest też taka sprawa, że wiele osób chwali Pattinsona za kreację w tym filmie, ale z drugiej strony brawa mu się chyba należą tylko za to, że był w stanie udźwignąć coś takiego. Nie wiem. Dla mnie to jest totalna pomyłka ten film. To nie jest tak, że ja narzekam po raz kolejny na science fiction, ale tu się pojawia takie pytanie chyba najważniejsze odnośnie „Mickeya”. Bo Marku wspomniałeś, że tu są różnego rodzaju aluzje, że tu są symbole, nawiązanie do kapitalizmu, do Trumpa, do naszej rzeczywistości. Tylko jest takie pytanie jedno: czy ten film, gdy go odrzemy z tych wszystkich aluzji i symboli, czy coś z niego zostanie? Nic nie zostanie. Dostanie stek bzdur, jakichś chaotycznych scen i komedii, która jest absolutnie nieśmieszna.
Ja wiem, że to się wielu osobom nie spodoba co powiem, ale wydaje mi się, że "Mickey 17", oczywiście ile ludzi tyle opinii, ale dla mnie to jest absolutnie niestrawne. Może to są też takie wspomnienia po innych, podobnych filmach. Takich bardzo chaotycznych, takich klaunowskich, nie wiem, cyrkowych. Trudno mi to nawet określić. Nie jestem filmoznawcą. Może jest jakiś termin na określenie tego rodzaju gatunku filmowego, takiej hybrydy. Ale nie podobało mi się to. Nie podobało mi się to, bo tutaj oprócz tego, że są te różnego rodzaju fikołki gatunkowe, to tam mamy jeszcze przecież kosmitów tak naprawdę pokazanych, którzy są bardzo disneyowscy. Mamy też inne elementy. Już nie będę o tym mówił, bo nie chcę wam psuć.
W sumie tutaj nie ma co psuć Marku, moim zdaniem.
[01:20:47] - A ja powiem jeszcze coś, bo to jest film, który można uznać za taką mieszankę jakiejś społecznej satyry, czarnego humoru, dramatycznej narracji. Tego "Mickey'ego 17" można interpretować jako alegorię kapitalizmu i dehumanizacji jednostki, ale to wszystko oczywiście w imię technologicznego postępu i w ogóle krytyka kapitalizmu. Ja to wszystko rozumiem, tylko trochę mnie zawsze zniesmacza sytuacja, w której mamy to, co mamy. Kapitalizm ma swoje wady. Trudno uznać, że to jest fajny ustrój, ale ja bardzo proszę wszystkich reformatorów, wszystkich ludzi złotoustych, którzy mówią, że kapitalizm jest zły i zwalczać go należy z całym zaangażowaniem i uporem. Okej, jeśli ktoś tak uważa, to w porządku. Tylko ja bym chciał otrzymać jakąś jasną wizję, ku czemu zmierzamy. Co osiągniemy, kiedy już ten kapitalizm zwalczymy? Bo to, co dostajemy w końcówce filmu, to niekoniecznie bym się pisał na to, żeby aż w coś takiego się pogrążać. Czyli mamy tę krytykę kapitalizmu, dehumanizacji.
To straszne wszystko jest. Tylko ja bym naprawdę chciał otrzymać wizję, co w zamian. Dobra, rozpierdzielmy ten kapitalizm, zróbmy z nim porządek. Krwiopijców wyślijmy w kosmos. Banki wyślijmy na orbitę, czyli też w kosmos. Zróbmy coś z tym kapitalizmem, zwalczmy go. Ale co w zamian? Bo jeśli proponuje się nam socjalizm, to ja niekoniecznie jestem zainteresowany. Tymczasem gdzieś to tak w tym filmie to, co dostajemy pod koniec, jakoś tak śmierdzi tym socjalizmem, że wszyscy się kochają i wszyscy będą się ze sobą zgadzać i wspólnie robią porządek w tej społeczności, na tej planecie, która tak jak powiedziałem, nazywa się jak wódka, której nie należy pić po północy, bo się zjawią demony. Nie, też nie kupuję tego filmu, aczkolwiek żałuję, że go nie kupuję, że sobie tak zrymuję.
Dlaczego? Dlatego, że tematy, które są tu poruszone, to jest potencjał na poważny science fiction. Ta sytuacja stworzona, może nie tak idiotycznie stworzona jak w tym filmie, ale ta sytuacja takiej powielarki bytów, powielarki człowieka to daje potencjał niesamowity. Dałoby się z tego zrobić naprawdę film, który by państwa przykuł i nie odpuścił. No ale nie dostajemy takiego filmu. Dostajemy mieszankę, o której i Piotr, i ja już mówiliśmy, więc nie ma się co powtarzać. I taką kakofonię różnych wydarzeń, różnych nastrojów, różnych obrazów, która układa się w całość. Powiedzmy narracyjnie to da się jakoś powiedzieć, że jest spójne. Tylko ta spójność jest jakaś dziwna. Dostajemy obraz, z którym ja się nie do końca zgadzam.
Ja nie wiem, czy ta sytuacja, która jest stworzona przez scenarzystów powielenia Mickey'ego, jest jakaś taka z gruntu straszliwie zła, ale czy jest dobra też nie wiem. Tam mam wrażenie, że scenarzyści dotykają nie istoty problemu, tylko poboczy tego problemu. Stwarzają sytuację filozoficznie, moralnie, narracyjnie ciekawą, ale nie eksploatują tego, tylko bawią się w heheszki albo bawią się w pseudoproblemy. To nie jest naprawdę dobra mieszanka i dlatego pewno tyle w tej chwili gadam, bo ja jak się denerwuję, to gadam, więc pewno dlatego tyle gadam, że jestem zdenerwowany na ten film, bo czytając opisy wstępne, zanim zacząłem oglądać, ja się nastawiłem naprawdę na film, który będzie o czymś, a nie do końca jestem przekonany, że dostałem to, czego się spodziewałem. Nie, to jest chwyt retoryczny. Tak naprawdę nie dostałem tego, czego się spodziewałem. I ten zawód powoduje, że właśnie w tej chwili tyle wyrzucam z siebie słów, bo po prostu jestem Wkurzony na ten film, po prostu wkurzony. I ja wiem, że główny bohater grany przez Robercika oczywiście się sprawdza w każdym filmie. Jak gra świecącego, błyszczącego wampira to on jest cudowny i w „Mickey 17” też jest cudowny, ale jakby mniej. Jakby mniej i nie do końca jestem tym filmem zachwycony.
Wkurzony jestem natomiast ewidentnie.
[01:26:21] - To ja jeszcze dodam dwie rzeczy, które mi przyszły do głowy. Takie małe odniesienie do tej krytyki kapitalizmu, bo rzeczywiście, kiedy czytam różnego rodzaju recenzje, a czytam je na Filmwebie oczywiście, to tam jest taka grupa krytyków, którzy często piszą różne głupoty. Dopatrują się w filmach rzeczy, których tam nie ma. Bo jeżeli film jest głupi, to zawsze trzeba dorobić do niego jakąś ideologię i wtedy jest fajny. I ta krytyka kapitalizmu tam rzeczywiście występuje, ale spójrzmy na to tak trochę z perspektywy realnej. Kto krytykuje ten kapitalizm? Hollywood produkując blockbustera, którego sprzedają za dziesiątki milionów dolarów? To tak trochę się nie klei, tak? To jest kupkowanie do własnego gniazda. Drodzy państwo, jak już tak wam ten kapitalizm w Hollywoodzie nie podchodzi, to pokazywać ten film za darmo każdemu według potrzeb, a nie żeby ludzie mieli płacić za bilety.
Ale to jest jedna rzecz. Wiesz co? Doszedłem do wniosku, kogo właściwie mi przypomina Mickey. To jest taki Piszczyk. Obywatel Piszczyk, który ma zawsze problemy, zawsze ma pod górkę. Dokładnie tak. Taka sierota. Pattinson wypada całkiem dobrze. To nie jest taki zły aktor. Bardzo mi się podobał w „Batmanie”.
Natomiast ja jeszcze raz podkreślę to, co moim zdaniem jest chyba najważniejsze, jeżeli chodzi o konstruktywną krytykę „Mickey 17”. Jeżeli odrzemy ten film ze wszystkich warstw symbolicznych, z alegorii, nawiązań, to co zostanie? W sumie nic. Strasznie płytka historia. I to jest największa bolączka tego filmu, że my musimy dodać sobie jakąś interpretację, żeby to miało sens. Kolejna sprawa, która przyszła mi do głowy po czasie: nadekspresyjność w wielu przypadkach. O ile ten główny bohater jest takim Piszczykiem właśnie, to on się miota na tle bardzo wielu takich mocno zarysowanych postaci. Nadekspresyjność, o ile jest ukochana przez YouTube'a i internet, w filmach wypada bardzo źle. To wygląda gorzej niż Kabaret Polski. I tutaj ten Mickey tak posklejany z różnego rodzaju wątków wypada katastrofalnie moim zdaniem.
Chociaż niektórzy będą oczywiście pisali pochlebne recenzje, że to takie wizjonerskie, że to taka zabawa różnego rodzaju konwencjami i formami. Nie. To jest po prostu złe. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to jest bezbeckie. To nie jest śmieszne. To po prostu nie jest śmieszne. Jakby to jeszcze śmieszne było, to by się nikt nie czepiał. A tutaj kiepsko.
[01:29:24] - A poza tym nie dostajemy tego, co ja lubię najbardziej, czyli nie dostajemy emocjonującej historii. Dostajemy historię, która ma nas umoralnić, która ma nam uświadomić i tak dalej. Nie będę państwa męczył tym wszystkim, bo szkoda czasu, ale nie dostajemy historii, która nas przykuwa do ekranu, która sprawia, że chcemy być w tym świecie, bo podążamy za tą historią. To jest historia, która toczy się i toczy. Dokąd się toczy? Chcemy jako oglądacze dowiedzieć się, dokąd się toczy, ale emocje, proszę państwa... Wybaczcie państwo, przytoczę ten stary dowcip, to stare powiedzenie, które już omszałe jest, ale wiecie państwo, naprawdę emocje są w tym filmie jak na grzybach, jak na grzybobraniu. Naprawdę dla mnie zero emocji. Chociaż tam się niby dramatyczne rzeczy czasami dzieją, ale naprawdę grzybobranie jest tu jedynym nasuwającym mi się porównaniem. I wybaczcie państwo, że stare dowcipy przywołuję czy stare powiedzonka, ale ono, to powiedzenie świetnie pasuje do tej sytuacji.
Naprawdę te emocje są takie, proszę państwa, że musiałem sobie oko podtrzymywać, żeby przy tym nie chrapnąć, bo do tego stopnia w niektórych momentach ten film się sprowadza, że można niestety przegapić jakąś jego część, a później się już w ogóle nic nie klei. To tyle. „Mickey 17” obejrzałem i zapewne też do tego filmu już nigdy nie wrócę. Proszę państwa, są takie powieści, które pamięta się przez całe życie, a są takie, o których zapomina się dosyć szybko. Powieść „Poczwarki”, o której dzisiaj będzie mówiła Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska, to jest taka powieść, którą przynajmniej ja zapamiętałem na całe życie. Dla mnie to była powieść autora, który wydawał mi się naprawdę znakomity i do dzisiaj uważam, że jest znakomity, ale przede wszystkim Chciałbym Państwu polecić czy zarekomendować jej tematykę. Tematyka związana z tym, jak ludzie się nawzajem traktują albo jak czasami mogą się traktować. To jest coś, co warto wziąć pod uwagę, co warto przeczytać, o czym warto przeczytać. Być może Luiza Eviva Dobrzyńska zachęci Państwa do tej powieści. Jeszcze raz przypomnę powieść „Poczwarki”.
Zapraszam.
[01:32:26] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. John Wyndham znany jest przede wszystkim z powieści „Dzień tryfidów” oraz z utworu, który w Polsce mniej jest znany jako powieść, a bardziej jako film. Chodzi o „Kukułcze jaja z Meadwich”. Jaśniejsze stanie się, kiedy powiem, że został sfilmowany jako „Wioska przeklętych”. To teraz już wszystko wiadomo. Ale ten pisarz ma na koncie dużo więcej powieści. Jedne są udane bardziej, drugie mniej. Nie wiem, jak sprawa się ma z czytelnikami zagranicznymi, ale jeżeli chodzi o Polskę, to powieść pod tytułem „Poczwarki” jest oceniana dość nisko i nie jest to sprawiedliwe. Jest to w zasadzie powieść postapo, pozbawiona jednak typowych dla postapo didaskaliów. Bardziej pokrewna jest opowieści podręcznej.
Zresztą Margaret Atwood wcale nie kryje, że właśnie „Poczwarki” były inspiracją. O cóż bowiem chodzi w tej powieści? Dziesięcioletni David Storm żyje na farmie Waknuk. Znajduje się ona na wyspie Labrador, w jedynym, jeżeli nie jedynym nieskażonym miejscu na całym świecie. Reszta świata umarła prawdopodobnie wskutek konfliktu nuklearnego, a w każdym razie nie wiadomo nic o tym, żeby jakikolwiek człowiek mieszkał jeszcze poza wyspą. Właściwie słowo człowiek odnosi się tylko do tych, którzy mają rządowy certyfikat człowieczeństwa, czyli nie posiadają żadnych widocznych fizycznych deformacji. Lęk przed mutacjami jest w ludziach tak silny, że niszczą wszystko, co odbiega od wzorca. Czy to jest roślina, czy zwierzę, czy nawet człowiek. W ich pojęciu to nawet nie jest człowiek. Ci, u których wykryto taką deformację w późniejszym życiu albo rodzice ukryli, że dziecko ją ma, albo pokazała się później, są sterylizowani i wyganiani na tak zwane obrzeża.
Nikt nie wie, a zwłaszcza ojciec Davida, który jest zakamieniałym bigotem, znacznie surowiej traktującym przepisy pisma, od którego wywodzą się wszystkie reguły rządzące tym społeczeństwem niż inni. Nikt nie domyśla się, że David ukrywa pewną tajemnicę. On i kilkoro innych dzieci potrafią porozumiewać się telepatycznie. Gdyby to wyszło na jaw, to by wystarczyło, żeby wszyscy zostali wygnani. David boi się ojca i ma do tego powody, albowiem jest on surowym człowiekiem, jak byśmy teraz powiedzieli, chociaż ma odnośnie certyfikat pozbawionym krzty człowieczeństwa. Całkowicie zdominowana przez niego matka godzi się na wszystko, co nakaże jej mąż. Nie staje nawet w obronie własnej siostry. Jednak w miarę dorastania David zaczyna się buntować przeciwko temu. Szczególnie kiedy w grę zaczyna wchodzić jego najmłodsza siostrzyczka. Poziom umiejętności telepatycznych jest u niej bowiem bardzo wysoki i David wie, że wcześniej czy później dziecko nie zdoła ukryć, jak bardzo jest odmienne.
Nie chce, żeby ukochaną przez niego Petrę spotkało to, co jego przyjaciółkę z dzieciństwa. Zanim jednak umiejętności Petry zostają odkryte, tajemnica wiążąca dziesięcioro dzieci z okolicy wychodzi na jaw. David, jego kuzynka Rosalind, Petra oraz inni muszą uciekać i nie wszystkim się to udaje. Ci, którzy uciekli, mają jednak nieoczekiwanych sprzymierzeńców, bo tak naprawdę Labrador nie jest jedyną ostoją ludzkości. Cóż, w tej książce mamy przede wszystkim społeczeństwo, które nie mając się dokąd zwrócić po ogromnej katastrofie możemy się domyślać, jak była straszna. Zwróciło się do Biblii, ale zrobiło to w niewłaściwy sposób. Zamiast podejść do sprawy rozsądnie, wybrali skrajny fanatyzm, zapominając o tym, że podstawą ewolucji była właśnie zmiana. Negują wszelkie zmiany do tego stopnia, że uzurpują sobie prawo orzekania, kto jest człowiekiem, a kto nie. To bardzo przypomina inne ustroje totalitarne. Przestają się liczyć więzy przyjaźni, przestaje się liczyć rodzina.
Liczy się tylko przepis. Przepis, reguła, orzeczenie pisma. Ktokolwiek nie mieści się w sztywnym kanonie, musi zostać wyeliminowany. I nikt nie czuje się z tego powodu winny. Przecież to nie jest człowiek. Właśnie na tej zasadzie Niemcy w czasie drugiej wojny nie czuli się winni, kiedy mordowali Żydów. Podobieństwa są aż nadto widoczne. Myślę, że „Poczwarki” to książka bardzo niedoceniona przez polskiego czytelnika. Jest smutna, dużo w niej jest okrucieństwa. Nie chodzi o opisywanie makabry, tylko takiego okrucieństwa, tak to rzec pospolitego, codziennego.
A mimo to uważam, że po pierwsze warto ją przeczytać, a po drugie wielka szkoda, że autor nie pokusił się o napisanie ciągu dalszego, albowiem akcja kończy się w momencie, w którym aż chciałoby się spytać: No dobrze, a co było dalej? Czy zrobili to? Czy zrobili tamto? Czy wrócili? Jak się potoczyło? Nie, tego wszystkiego nie wiemy. Szkoda. Wielka szkoda. Zachęcam wszystkich do lektury „Poczwarek”. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:37:46] - Proszę państwa, czas na sentymentalnik. I dzisiaj będzie science fictionowo W dodatku klasycznie. Bo któż z państwa nie słyszał o Januszu Zajdlu? Zapraszam państwa na Sentymentalnik, a w tym Sentymentalniku opowiemy o "Paradyzji". Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Sentymentalnik. A skoro zaczynamy Sentymentalnik, to nie ma takiej możliwości, żeby nie powiedzieć: dzień dobry, wieczór, Piotrze.
[01:38:28] - Dzień dobry wieczór Marku i wszyscy inni też dzień dobry wieczór. Sentymentalnik, przypominam, nasza seria, w której przypominamy różnego rodzaju produkcje, często z motywami science fiction w tle. Zazwyczaj to są jakieś produkcje, czy też produkty, które były popularne w okresie PRL-u. A dzisiaj mówimy o produkcji, która z jednej strony jako ekranizacja popularna za bardzo nie była. Natomiast jeżeli chodzi o pierwowzór, jeżeli chodzi o książkę i jeżeli chodzi o autora, to już to legenda.
[01:39:08] - Tak, legenda. Janusz Zajdel. Janusz A. Zajdel, bo taka była wówczas moda, że się to drugie imię akcentowało, przynajmniej w postaci inicjału. Janusz A. Zajdel, autor książek, które w PRL-u wzbudzały ogromne emocje, bo były takie antysocjalistyczne, chociaż delikatnie. Jakby to powiedzieć, Janusz A. Zajdel zaczął wcześnie. Jeszcze w latach 60. ukazała się książka „Lalandę” z ogromnym numerem.
Wybaczcie państwo, nie pamiętam nigdy tego numeru. To taka eksploracyjna fantastyka o wyprawie do innego systemu gwiezdnego, planetarnego i przygody takiej wyprawy. Klasyczne niejako science fiction. Później się pokazało kilka takich iluzyt, czyli zbiorów opowiadań. Janusz Zajdel był mistrzem tej krótkiej formy. Naprawdę potrafił to robić. Zresztą to nie jedyny zbiór jego opowiadań. „Jad mantezi” chociażby to inny zbiór. Pokazała się też taka książka, która składała się właściwie z kilku opowiadań połączonych fabułą. Ale nie z tego Janusz Zajdel jest tak naprawdę znany.
Pod koniec lat 70. ukazała się książka w serii z kosmonautą „Cylinder Van Troffa”. I to był sygnał tego, że idzie nowe, czyli fantastyka socjologiczna. Tak wtedy to nazywano, ponieważ komuna była czujna i chodziło o to, żeby ją oszukać albo udawać. Wszyscy udawali, że komuna jest oszukana, a tak naprawdę to był chyba rodzaj wentyla bezpieczeństwa przez samą komunę stosowany. Czyli damy wam w postaci fantastyki, w postaci opowieści mniej lub bardziej antysocjalistycznych możliwość odreagowania. Janusz Zajdel robił to świetnie. Po „Cylindrze Van Troffa”, który jeszcze delikatnie dotykał pewnych patologii ustrojowych, pojawiły się kolejne książki, „Limes inferior” chociażby, „Cała prawda o planecie Xi”. Ale wcześniej była jeszcze właśnie „Paradyzja”. I ta „Paradyzja” to było coś.
To były lata 80. i ona tak znakomicie trafiła w nastroje ludzi, w to, że należy używać języka w sposób odpowiedni. Tak się wyrażę. Odpowiedni, to znaczy taki, żeby się nie zorientowali oni, czyli komuchy, ale z drugiej strony, żeby wszyscy wiedzieli, o co chodzi. To się w samej „Paradyzji”, w tej książce oraz w sztuce Teatru Telewizji, o której będziemy dzisiaj mówić, odbywa. Ale wszyscy robią dobrą minę do fatalnej gry w gruncie rzeczy. Bo mówię, lud się dogaduje, wszyscy wiedzą, o co chodzi, a władza udaje, że nic się nie dzieje. Lud jest wierny. Co więcej, deklaruje oficjalnie, głośno, że wszystko jest w porządku i budujemy socjalizm. Nikt tego socjalizmu budować nie zamierzał.
Janusz Zajdel bardzo dobrze wychwytywał te nastroje. Jeśli pamiętacie państwo książkę „Limes inferior”, to jest znakomite studium tego, co się działo w komunie. A czasami, jak patrzę na współczesny świat, to mam wrażenie, że wraz z komuną te pewne zakusy odnośnie kontrolowania człowieka, przyznawania mu punktów, przyznawania mu gotówki o różnej wartości i tak dalej. Kto z państwa nie zna „Limes inferior”, to niech żałuje i niech czym prędzej poczyta, bo to jest odbicie naszych czasów. Wreszcie to powiedziałem. Naszych czasów i zakusów szeroko pojętej władzy ludzi na piedestale zarządzających tym wszystkim, co się wokół nas dzieje. Tak, to jest niewesołe mimo wszystko i bardzo aktualne. Ale przecież mamy mówić o „Paradyzji”, a w „Paradyzji” jest sytuacja bardzo dziwna. Dlaczego? Otóż przybysz z Ziemi przybywa na Paradyzję i jest to, tu uwaga Mały spoiler, ale nieoczywisty.
To jest ponoć, to jest ten spoiler, stacja, która krąży nad pewną planetą. Taka stacja bardzo rozbudowana, sztuczny księżyc chciałoby się powiedzieć, w którym żyją ludzie i żyją w sposób bardzo, ale to bardzo specyficzny, bardzo zaskakujący dla przybysza z Ziemi. Przybysza, który chciałby się dowiedzieć o tej jednostce krążącej nad planetą, chciałby się dowiedzieć jak najwięcej.
[01:44:41] - Tak. Oni się nawet nie do końca uważają za ludzi. Na pewno ma się rozumieć nie za Ziemian. Dzisiaj mówimy o "Paradyzji" w wersji filmowej, w wersji telewizyjnej. To jest tak naprawdę spektakl telewizyjny w reżyserii Macieja Leszczyńskiego, rok produkcji 1986. Według mnie jest to dzieło zapomniane, może nawet nie lekko zapomniane, tylko mocno zapomniane, a niesłusznie. Dlaczego zostało zapomniane? Powodów jest mnogość. Jednym z tych powodów jest to, że jest to spektakl telewizji z gatunku science fiction, a więc tak jak to bywa w spektaklach teatru telewizji, mamy bardzo charakterystyczną scenografię, która się wielu osobom kojarzy po prostu z badziewiem. Tak?
Że takich rzeczy się nie ogląda. Może coś w tym jest, że to kłuje w oczy niektórych. Natomiast to jest błąd. "Paradyzja" to jest coś bardzo fajnego i bardzo lubię tą produkcję. Jest ona zresztą bardzo pełnowymiarowa, bo to jest 90 minut. Poznajemy tam historię, o której już trochę powiedziałeś. Mamy Rina Hadewiego, ziemskiego pisarza, który jako jedna z niewielu osób wizytuje tą wspomnianą Paradyzję. On ją wizytuje tak jak zachodni intelektualiści i artyści wizytowali Związek Radziecki swego czasu. I to nie jest oczywiście przesadzone porównanie. W rolę główną wciela się Marian Opania.
I tutaj nie wiem, czy to był przypadek w ogóle Marku, bo automatycznie przychodzi skojarzenie z rolą redaktora Winkela, którą Opania grał w "Człowieku z żelaza". Czy to nie zostało jakoś specjalnie sprokurowane? Bo kiedy patrzymy na jego rolę, to od razu nam się przypominają te sceny właśnie, kiedy on się próbował do stoczni dostać. Gdzieś lubię "Człowieka z żelaza". Pomimo niektórych mankamentów uważam, że to jest bardzo dobry film. W sumie to nie wiem, od czego zacząć naszą dyskusję o "Paradyzji". Może od takiej uwagi. To też będzie nawiązanie do tego, co powiedziałeś, że to nie jest takie typowe dzieło sci-fi i jeżeli się podejdzie do niego bez przygotowania, to ono się może wydać po pierwsze bardzo archaiczne, może nawet trochę nudne, może nawet takie sztywne, nieelastyczne. Moim zdaniem "Paradyzja" może się trochę zestarzała, jeżeli chodzi o wersję wizualną, natomiast w swojej wymowie się nie zestarzała i ona pod wieloma względami jest bardzo aktualna. To znaczy dla nas to nabiera szczególnego znaczenia, bo się okazuje, że to, z czym walczono w okresie komuny, różnego rodzaju nawiązaniami, subtelnymi aluzjami wróciło w naszych czasach i jest taką samą patologią jak kiedyś było.
O pierwowzorze nam już trochę powiedziałeś, ale może tak trzy słowa Marku na temat tego socjologicznego sci-fi. Na co ten gatunek kładzie największy nacisk?
[01:48:02] - Może najpierw o autorach. Tych autorów socjologicznego sci-fi było w Polsce kilku. Należałoby wśród nich wymienić Marka Oramusa, Macieja Parowskiego, Andrzeja Krzepkowskiego, Wiktora Żwikiewicza i oczywiście wspomnianego już Janusza Zajdla. Na co kładli nacisk? Fantastyka przenosiła się nie w daleki kosmos, chociaż akurat "Paradyzja" jest zaprzeczeniem tego, czy "Cała prawda o planecie Xi", ale nie kosmos był tam najważniejszy. Najważniejsze były właśnie te relacje w społeczeństwie pomiędzy ludźmi, pomiędzy pewnymi grupami i wzajemne ustawianie tych grup przeciw sobie albo działania wspólne tych grup. To widać u Marka Oramusa, gdzie mamy sennych zwycięzców. Teoretycznie jest to statek Arka, dziesięciornica podróżująca gdzieś do gwiazd, ale prawda, nie będę państwu zabierał przyjemności, prawda o tym świecie jest zupełnie, ale to zupełnie inna. Maciej Parowski "Twarzą ku ziemi". Tu mamy sytuację, w której mamy społeczeństwo zniewolone w sposób aksamitny.
Po prostu okazuje się, że można kontrolować ludzi przez to, że do wody dosypie się środków, które całe zainteresowanie ludzi kierują w kierunkach seksualnych. Czyli głównie ludzie skupiają się, pijąc wodę z kranu, z kranu jak z kranu, ale robiąc sobie herbatę czy kawę chociażby używają tej wody i to sprawia, środki w niej zawarte, że cała aktywność przenosi się właśnie na seksualność. Ludzie są właściwie tylko tym zainteresowani. Wszystkie inne sprawy docierają do nich, ale tak naprawdę najważniejszy jest seks. Jeśli państwo skojarzycie, ja oczywiście bardzo spłycam książkę Macieja Parowskiego „Twarzą ku ziemi", ale jeśli państwo skojarzycie to z seksmisją, w której to kobiety brały pigułki, żeby z kolei to napięcie seksualne przenosić na zupełnie inną sferę życia, to coś na rzeczy może być. Inne rozwiązanie, ale równie skuteczne. Wiktor Żwikiewicz, mówiąc najogólniej, w „Drugiej jesieni" mamy sytuację mało subtelnie zarysowaną, ale wielka galaretowata czerwona substancja coraz bardziej pochłania ziemię, a w każdym razie pewne jej fragmenty. Jakby się to komuś nie skojarzyło, to będę się bardzo dziwił. Książka jest oczywiście o czymś innym i nieco więcej się tam dzieje niż ta czerwona substancja, o której wspomniałem, ale nic dziwnego, że ta książka nie mogła wyjść w jednym z wydawnictw warszawskich i w rezultacie wyszła w wydawnictwie poznańskim, gdzie cenzura była nieco łagodniejsza i po prostu tę książkę przepuściła w pierwszej połowie lat 80. Sam nie wiem, jak się to mogło wydarzyć.
Podobnie z „Paradyzją" i z innymi książkami Janusza Zajdla, które wymieniłem wcześniej, bo to są książki, które też traktują o tym, jak się społeczeństwem manipuluje, jak społeczeństwo potrafi się przed tą manipulacją bronić, jak następują pewne tarcia, które są czasami bardzo dla tych społeczności ważne i daleko idące w skutkach. Janusz Zajdel miał w ogóle dobrą rękę do pisania fantastyki socjologicznej, bo poza tymi tytułami, które już wymieniłem, on nawet powieść może nie młodzieżową, ale lekko młodzieżową pod tytułem „Wyjście z cienia", tam również mamy do czynienia w dodatku z fałszywą inwazją, a właściwie nie do końca prawdziwą inwazją, a właściwie z dwiema inwazjami, z których jedna jest nieprawdziwa. Kogo zachęciłem, to dobrze. Kogo nie, trudno. Więcej już nie opowiem, ale „Wyjście z cienia" to jest naprawdę po pierwsze zabawna, a po drugie intrygująca i bardzo socjologiczna w swej wymowie i gdzieś tam antysocjalistyczna książka. Ta antysocjalistyczna to już może dzisiaj najmniej ważne, ale co jest pewnym rysem i tym, co jest ważne. Te książki wraz z przeminięciem komuny nie przestały być aktualne. A tak jak powiedziałem, powtórzę się, ale świadomie, mam wrażenie, że niektóre z nich stają się dzisiaj aktualne w dwójnasób. Bo nie wiem jak państwo, ale da się zaobserwować, że współczesne elity i abstrahuję od sytuacji politycznej w Polsce, w ogóle państwo zapomnijcie o tym. Patrzcie państwo szerzej.
Współczesne elity światowe. Słowo elita to akurat nie jest chyba właściwe słowo, ale ono jest używane w pojęciu nie elity intelektualnej, bardziej elity ludzi trzymających władzę. Więc ci ludzie trzymający władzę w tej chwili bardzo mocno kombinują, jak w sposób aksamitny, to też słowo już padło, zniewolić społeczeństwa. Aksamitny dlaczego? Dlatego, żeby się społeczeństwo samo cieszyło i samo prosiło, żeby to społeczeństwo zniewolić. I jeszcze wszyscy będą zadowoleni, chociaż coraz mniej będą mieli do powiedzenia. Ktoś powie: a co my mamy tak na co dzień do powiedzenia? Tak, tu sobie należy westchnąć w tym momencie, ale jak sobie człowiek pomyśli, że będzie miał coraz mniej do powiedzenia, te wszystkie mądrości pod tytułem „wprowadzimy słuszne i niesłuszne poglądy" dla człowieka takiego jak ja, wychowanego, ocierającego się o komunę, sam pomysł, że ktoś może mieć ideę w głowie, że są poglądy słuszne i niesłuszne, jest absolutnie irracjonalny. Ja wiem, są poglądy, które tolerujemy albo jest nam trudno tolerować. To jest zupełnie inna para kaloszy.
Natomiast taka idea, że ktoś będzie decydował, co jest dobre, co jest złe, co jest słuszne i niesłuszne, to jest pomysł z piekła rodem. A zauważcie państwo, on się odradza. Coraz częściej nam się mówi, że pewne poglądy są nieakceptowalne i tak dalej. I ja się zgodzę, że być może jest jakiś wąski margines takich poglądów. Tylko problem polega na tym, że ostatnio obserwujemy, że ten margines staje się szerszy niż ta strona do zapisywania rzeczy ważnych. Margines to jest trzy czwarte tej strony, a to, co mamy zapisać, trzeba zmieścić na bardzo wąskim pasku papieru. I to już przestaje być zabawne. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Dlatego, że jakby tego nie ujmować, „Paradyzja" w wydaniu książkowym, ale i w tym wydaniu teatralnym, mocno dotyka tych tematów. Tego, co jest słuszne, co niesłuszne, co wolno, czego nie wolno i dlaczego nie wolno.
Dlatego nie wolno, że to wszystko dla dobra tej społeczności. Przynajmniej tak się mówi.
[01:56:00] - Tam od razu jesteśmy konfrontowani w przypadku spektaklu z licznymi przykładami. Kiedy nasz bohater przybywa na Paradyzję, po prostu się zapoznaje z różnymi aspektami życia w tym miejscu. Ma napisać wspomnianą książkę Zasadniczo od początku poznaje ciemne i podejrzane strony. Mamy do czynienia z jawnym ustrojem totalitarnym, dającym złudzenie może nie jako tako fałszywej wolności, tylko pracy dla wspólnego dobra. Czyli tak jak w komunizmie. W Paradyzji, właściwie na Paradyzji wszystko jest regulowane odgórnie. Na każdą jednostkę przypada na przykład dana porcja obiadu. Istnieje system rang i punktów, który mamy na przykład też w Chinach. I ten system na Paradyzji uzasadnia niewolnictwo, usprawiedliwia niewolnictwo. Tam jest taka dziwna sytuacja też, że bez niewolnictwa nie może istnieć wspaniała Paradyzja.
Czyli tak jak w Związku Radzieckim, że potęga kraju była budowana pracą niewolniczą jakby nie było. Są więc na tej Paradyzji niewolnicy. W sumie nie na Paradyzji. Są niewolnicy pariasi podlegli Paradyzji, którzy napędzają postęp. I podczas swojego pobytu David spotyka ludzi z różnych szczebli, ale tych wyższych, nie tych z tak zwanego Tartaru. Od przewodnika po szeregowych mieszkańców, po tak zwanych czynowników, urzędników. I na przykład w pewnym momencie studentka inżynierii społecznej, czegoś, co nazywamy socjotechniką dzisiaj pyta go, czy są na Ziemi biblioteki. On mówi, że tak, oczywiście. Ona mówi: „To dziwne, bo u nich jest wszystko cyfrowe”. Daje to do myślenia i czasami oglądając Paradyzję możemy się uśmiechnąć, że niektóre z tych rzeczy po prawie czterdziestu latach już nie są science fiction z Paradyzji.
One są czymś, co istnieje. Tak samo jest na przykład z urządzeniami rejestrującymi, bo na Paradyzji nie ma donosicielstwa, nie ma konfidentów, ale wszyscy mają jakieś urządzenia, które wszystko nagrywają. Trochę tak jak ze smartfonami, prawda? Gdzie każdy może zostać podsłuchany i nagrany. Tych analogii w zachowaniach, w procesach i tak dalej, gdy oglądamy Paradyzję, jest więcej. To oczywiście wszystko postępuje. Tam pod koniec świat się wali. Ludzie mogą zwątpić w istnienie tej sztucznej struktury całej, tego społeczeństwa idealnego. Trzeba im wprowadzać tematy zastępcze, nieosiągalne cele. Jak to wszystko przypomina nasz świat.
Łatanie kolejnych dziur rozwiązaniami doraźnymi. Tutaj taki widoczny przykład: przytwierdzanie korków do butelek w nadziei, że to uratuje planetę, podczas gdy byle większa metropolia w Azji w ciągu dnia wyemituje pewnie tyle śmieci plastikowych co Europa w miesiąc. Pewnie tutaj jakiś ekologiczny aktywista by mnie zjechał, bo opieram się nie na danych, tylko na wyobrażeniach swoich, ale tak to niestety jest. Nie, że tak to jest, że się opieram, tylko że po prostu jesteśmy karmieni pewnymi ideami, które są tylko po to, że mają napędzać nasze społeczeństwo. Wyznaczają pewien cel temu społeczeństwu, naszemu istnieniu, ale same w sobie są po prostu głupie. I taka smutna konstatacja z oglądania Paradyzji jest taka, że to miała być głęboka satyra na PRL, na realny socjalizm, a tak naprawdę pod wieloma względami, nawet tymi politycznymi, to się okazuje, że nasze czasy niestety nie są jakościowo inne. I tu się taki niepokój pewien rodzi, że jednak nie wyszliśmy z takiego zaklętego kręgu. Zatem czy ta Paradyzja jest książką, która przewidziała przyszłość? Wydaje mi się, że po prostu Seidel był bardzo dobrym obserwatorem pewnych zachowań społecznych. Jestem też bardzo ciekaw, co by on dzisiaj miał do powiedzenia na ten temat.
Niestety przedwczesna śmierć uniemożliwiła to, żeby dotrwał do tych czasów poprlowskich, bo on chyba zmarł, Marku, w bardzo młodym wieku. Nie pamiętam niestety kiedy. Z tą jego śmiercią też się wiązały pewne różnego rodzaju nie powiem, że teorie spiskowe, ale pogłoski tak, bo on też jako pracownik chyba związany z radiologią był eksponowany na różnego rodzaju oddziaływanie. Ja tak przynajmniej słyszałem. Nie pamiętam niestety kiedy zmarł, ale ciekawe co by powiedział na recepcję Paradyzji dzisiaj. Czy zostałby nazwany wielkim wizjonerem?
[02:01:15] - On zmarł w lipcu 1985 roku w trakcie prac nad drugą częścią znakomicie przyjętej książki „Cała prawda o planecie Xi”. Mam nadzieję, że nie mylę tej Xi. Chyba Xi. W każdym razie pracował nad drugą częścią. Drugie spojrzenie na planetę Xi. Niestety tej pracy nie dokończył. Miał świadomość tego, że umiera. Lekarz mu powiedział według relacji, że jeśli ma jakieś ważne sprawy do zakończenia, to żeby je kończył i to szybko, bo to rzeczywiście poszło piorunem. Nie wiem, czy teorie spiskowe są słuszne. Po prostu był pracował, był specjalistą w zakresie fizyki jądrowej.
Pisał na ten temat różnego rodzaju broszury, artykuły, skrypty. Pracował w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej. W tym Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej zakładał między innymi Solidarność. Tak to było, tak się po prostu przytrafiło. Pamiętam relację Wiktora Żwikiewicza o pogrzebie Janusza Zajdla. To wszystko gdzieś tam w mojej pamięci się przemyka, ale myślę, że większej tajemnicy za śmiercią Zajdla chyba nie ma. Tak się po prostu wydarzyło. To był człowiek, który miał masę planów, masę różnych pomysłów. Tak los czasami działa: złośliwie, podstępnie i w sposób zupełnie nieprzewidziany. Ale „Paradyzja” została i „Paradyzja” naprawdę w tym wydaniu Teatru Telewizji, sensacji.
Powiem tak: ja mam mieszane uczucia. Ja lubiłem tę książkę. Ja rozumiem, że dekoracje teatralne są jednak pewnym skrótem, są w jakiś sposób umowne, ale zawsze musi być jakieś „ale”. Kiedy zobaczyłem ten spektakl po raz pierwszy, to moją pierwszą myślą było: ale to nie jest „Paradyzja”. Tak nie wygląda, tak sobie jej nie wyobrażałem. I ktoś powie: ale to jest twój problem, przyjacielu, że sobie inaczej to wszystko wyobrażałeś. Być może. Tylko że ja dosyć uważnie przeczytałem „Paradyzję”. I ta sztuka jest inna, ale licentia poetica czy w tym wypadku licentia człowieka, który budował scenografię do tego przedstawienia. Mnie to nie do końca pasowało, aczkolwiek oddawało te główne idee, o których Zajdel pisał.
To jest, umówmy się, dosyć taki spektakl. Widać tam pewien paździerz, ale lata 80. i ich połowa to nie były najlepsze czasy ani dla Polski, ani dla Teatru Telewizji. I dlatego ten paździerz tam wystaje. A być może to był świadomy skrót myślowy czy skrót artystyczny. Niemniej jednak te główne nitki, ta idea utworu „Paradyzja” jednak została nieźle uchwycona. Są te główne wątki. One oczywiście są skrótem, bo w tym kilkudziesięciominutowym spektaklu trzeba było zawrzeć całą książkę, całe bogactwo tej książki, a to jest już trudno zrobić. Tymczasem te główne wątki zostały uchwycone. Motyw niewolnictwa, o którym powiedział Piotr, bo to niewolnictwo na samej Paradyzji tak nie do końca ma miejsce.
Ale jest Tartar. To jest planeta, wokół której to wszystko krąży albo udaje, że krąży i tam są zsyłani nieprawomyślni. To, co Piotr podkreślił, te analogie do funkcjonowania systemu radzieckiego w tym wypadku są oczywiste. Tak oczywiste, że aż się dziwię, że cenzura na to zezwalała. A skoro zezwalała, to chyba był taki prikaz i to chyba rzeczywiście był wentyl bezpieczeństwa, żeby ludzie sobie poszemrali. Książki Zajdla cieszyły się nieprawdopodobnym powodzeniem. Ustawiały się kolejki w księgarniach. Ludzie, tu cudzysłów, bili się o te książki. Żadna krew się nie lała, ale rzeczywiście uruchamiało się wszystkie znajomości u księgarzy, żeby tylko książkę zdobyć. Kto znajomości nie miał, był gorzej w tym wyścigu ustawiony, miał mniejsze szanse.
Ale też się zdarzały sukcesy. W każdym razie to była i książka, a później spektakl, który stwierdziłem, pomimo tego paździerza scenograficznego, jednak uznaję tę adaptację za udaną, bo podkreślę to po raz enty: chwyta główne wątki książki, a to zawsze bardzo cenne.
[02:06:53] - Ja tylko podkreślę to, co powiedziałem na początku. To też nie jest tak, że to jest rozrywka nie wiadomo jaka. To jest raczej rozrywka intelektualna, a ktoś, kto szuka tam doznań takich na sobotkę leciutką, że chce sobie coś obejrzeć i się pośmiać, to nie, nie ma tam tego, nie znajdzie. To jest taka opowieść z elementami utopii i dystopii jednocześnie. Dodatkowo pamiętajmy, że to jest spektakl w telewizji. Tam scenografia to nie jest scenografia do filmu, chociaż momentami się postarali. Tak bardzo źle może nie jest, jak w przypadku innych, chociaż mankamenty są. W „Paradyzji” jednak jest takie coś, co na przykład w przeciwieństwie do „Golema” Szulkina sprawia, że to się da oglądać, nawet po wielu latach się da oglądać. I to jest zrozumiałe. Bo w „Golemie” też była dystopijna, totalitarna przyszłość i to był ciężki film.
Szczerze mówiąc, to było nie wiadomo co. Natomiast w przypadku „Paradyzji” jest to zjadliwe. To jest zrozumiałe, strawne nawet bym powiedział. I gdyby nie ta trochę archaiczna otoczka, byłoby to zapewne lepiej zapamiętane. „Paradyzja” w wersji spektaklu Nie jest dziełem, o którym się dzisiaj wspomina, o którym się mówi. Ja zresztą, Marku, zauważam coś takiego, że polskie science fiction ma bogatą historię, o której się nie mówi, o której się nie chce pamiętać. Ale kiedy my to wygrzebujemy tak raz za razem w Sentymentalniku, to się okazuje, że tego jest, może nie mnóstwo, ale jest tego dużo, tylko jakoś tak nigdy nie było okazji, żeby to docenić. O tym jeszcze będziemy mówić. Na koniec to, o czym zwykle mówimy, czyli aktorzy. W tym przypadku oni wnoszą bardzo dużo, czyli Opania, Wardejn, między innymi Barcisz i wielu innych mniej znanych.
Oni nadają temu filmowi dodatkowego charakteru. Przy czym, jak wspominałem, mając przed oczyma głównego bohatera, miałem wrażenie, że to jest ten sam redaktor Winkiel, który się przeniósł z Gdańska w latach 80. gdzieś w kosmos. Przy czym nawet powiem, że Opania trochę lepiej chyba wypada w "Paradyzji" niż w "Człowieku z żelaza". Jakoś jest taki bardziej naturalny. Może dlatego, że w "Człowieku z żelaza" był na kacu jako Winkiel. I chociaż niektórzy powiedzą, że "Paradyzja" to takie smęty stare i starocie, to na pewno myślę, że znajdą się koneserzy tego spektaklu, którzy dostrzegą w nim coś, czego w dzisiejszej fantastyce, nawet tej najwyższych lotów, tej hollywoodzkiej, nie ma.
[02:10:03] - Oj nie ma, bo myślę, że "Paradyzja", i to podkreślę po raz kolejny, jest dziełem, które, nie wierzcie mi państwo na słowo, sprawdźcie to państwo czy to w wersji teatralnej, czy w wersji książkowej. Naprawdę to dzieło jest chyba bardziej aktualne dzisiaj niż wtedy za komuny. Chociaż Zajdel opisywał komunę, to ewidentnie, ale dzisiaj naprawdę zakusy na wolność, na to, żeby ludziom oficjalnie pozwolić mówić wszystko, ale żeby były tematy, których się unika. Proszę państwa, tam występuje zjawisko koalangu, takiego języka, którym oni się posługują, mieszkańcy Paradyzji, żeby przekazać sobie treści, które są niemile widziane, zakazane. Używają do tego poezji, używają do tego przenośni i tak dalej, i całego bogactwa, jaki ma w sobie język, żeby zamaskować te treści. I uśmiecham się w tej chwili. A co my, proszę państwa, na YouTubie robimy? Algorytmy są? Są. Pewne słowa są zakazane?
Są. Da się to ominąć? Oczywiście, że się da. Oczywiście, że się da to ominąć i wystarczy posłuchać wielu youtuberów, którzy bez problemu mówią "kaszelek 19" i już wszyscy wiedzą, o co chodzi. I tak dalej. Czy masa cała rzeczy, których mówić nie wolno, a i tak się mówi. Bo algorytmy głupie są i te zajdlowskie, paradyzyjskie wychwytywacze różnych niegodziwych powiedzeń również są głupie. Co więcej, tam jest taki motyw, że ludzie chodzą tyłem i rozmawiają ze sobą. Czemu to służy? Zajrzyjcie sobie państwo do sztuki czy do książki, ale to jest bardzo racjonalne.
Po prostu system w ten sposób można oszukać, bo system nastawiony jest na to, żeby patrzeć na przód ludzi, a przód jest wiadomo w tym kierunku, w którym człowiek podąża. Więc jak podąża tyłem, to kamery obserwują tył głowy, a można spokojnie rozmawiać i nikt z ruchu warg niczego nie wyczyta. I tak dalej. Naprawdę to jest książka, to jest sztuka, która aktualna jest dzisiaj, uwierzcie mi państwo, przeraźliwie aktualna, aż się tego czasami boję, jak bardzo jest aktualna i co się właściwie wokół nas dzieje. Nie przypuszczałem, że wróci temat tego, co wolno mówić, tego, co wypada mówić, tego, co absolutnie nie powinno się mówić i tak dalej. Smutne to tak naprawdę, że Janusz Zajdel wiecznie żywy jest, jego literatura jest wiecznie żywa i aktualna. To jest chyba najsmutniejsze. Bez tajemnic. Tego programu polecać nie trzeba. A zatem bez przedłużania, bez mojego zbędnego w tym wypadku ględzenia.
Bez tajemnic. Opętana rodzina. Co robić?
[02:13:52] - Chciałbym opowiedzieć wam pewną historię, w którą zostałem ostatnio wtajemniczony. Akurat wykorzystałem tę piękną pogodę i to chyba nawet dobrze, ponieważ historia, którą chciałbym wam opowiedzieć, jest godna swoich hollywoodzkich odpowiedników. Mianowicie zadzwoniła do mnie jakiś czas temu pewna pani, samotna matka dwojga dzieci, która opowiedziała mi, że ich dom jest nawiedzony. W domu dochodzi wręcz do spektakularnych manifestacji spirytystycznych, przerzucanie talerzy, rozsypywanie pieczywa w kuchni, wyginanie sztućców. Do takich rzeczy dochodzi. Ja dokładnie przepytałem tę panią, aby po prostu opowiedziała mi dokładnie w szczegółach, co tam się dzieje. I ja tej kobiecie uwierzyłem. Szczególnie, że zawsze zakładam, że osoba kontaktująca się ze mną w taki czynny sposób zawsze mówi prawdę. Co miałaby na celu, próbując nabić mnie w butelkę? Ale historia tej pani naprawdę wyglądała wiarygodnie.
Z tego, co mi powiedziano, było sporo świadków, takich osób postronnych, które mogłyby ewentualnie potwierdzić, że te manifestacje rzeczywiście miały miejsce. W trakcie rozmowy z nią próbowałem wysondować, czy gdzieś w pobliżu znajduje się jakieś medium, ponieważ medium musi być obecne, aby mogło dojść do manifestacji spirytystycznych. Rodzina mieszkała, czy mieszka w domu jednorodzinnym, więc żaden z sąsiadów, nikt taki nie mógł wspierać tych manifestacji nieświadomie. Okazało się, że medium są one same, czyli matka i córka. Szczególnie, że w rodzinie również były obecne inne przypadki mediumizmu. Ale ja już bardzo skracam. Okazało się, że to właśnie ta starsza córka posiada zdolności medialne, którymi wspiera te manifestacje i to nawet ona sama bardzo źle te manifestacje znosi. I tutaj, skoro matka tej dziewczyny zgłosiła się do mnie, skontaktowała się ze mną właśnie po to, aby pomóc przede wszystkim jej. Ja niestety nigdy nie przedstawiałem się jako egzorcysta albo jako medium, więc nie mogłem tutaj na przykład pojechać i odprawić jakiegoś czary-mary. Ale zakładam, że skoro opatrzność kieruje do mnie jakieś osoby, to znaczy, że ja w taki czy inny sposób jestem w stanie tej osobie pomóc.
Manifestacje rozpoczynały się w godzinach porannych i trwały mniej więcej do południa, więc w nocy był spokój. O godzinie 12 w południe mniej więcej wszystko się kończyło. Poza tym w rozmowie zorientowałem się, że te duchy nie są złośliwe, tylko są po prostu uciążliwe. One próbowały zwrócić na siebie uwagę z jakiegoś powodu. Obie kobiety nie wiedziały, co robić. Były już u nich różne media i egzorcyści. Takie osoby, które zajmują się, powiedzmy odprowadzaniem duchów i tak dalej, ale niestety niczego nie wskórały. Po prostu przyszły, coś tam porobiły, odeszły i manifestacje nadal trwały. Co w takim razie danej osobie, tej pani mogłem zalecić? Taka osoba, która posiada zdolności mediumiczne i która wywołuje tak duże, tak silne manifestacje spirytystyczne, powinna w pierwszej kolejności poznać siebie.
Czyli ja tutaj, w tej konkretnej sytuacji zalecałem zapoznanie się z literaturą spirytystyczną. Oczywiście książki Allan Kardeca i wszystko to, co możemy znaleźć na stronie rival.pl. Osoba posiadająca zdolności mediumiczne musi po prostu zrozumieć, co się z nią dzieje i musi zrozumieć zjawiska mediumiczne, które ją otaczają. Kolejnym krokiem, który nie powinien nastąpić później, ale wręcz równocześnie z zapoznaniem się z literaturą spirytystyczną, powinna być modlitwa, zwrócenie się do Boga z prośbą o moc, o siłę, o odpędzenie tych duchów złośliwych, żeby po prostu dane duchy dały troszeczkę oddechu takiej osobie, żeby dana osoba mogła się troszeczkę skupić na innych sprawach związanych z poszerzaniem swojej wiedzy spirytystycznej. Nie należy także zapominać, że takie osoby często są sparaliżowane strachem. One po prostu się boją tych zjawisk. Skoro ich nie rozumieją, to jest to w miarę oczywiste. I tutaj, w przypadku tej konkretnej historii młoda osoba, która nosiła na swoich barkach główny ciężar związany z tym opętaniem, również była sparaliżowana strachem. Ja starałem się tej osobie wyjaśnić, że tak naprawdę wszystko jest w jej rękach i to ona sama może starać się kontrolować sytuację. Podałem jako przykład medium Divaldo Pereira Franco, który jest medium wszechstronnym i tutaj, jeżeli ktoś nie zna, możecie sobie poczytać w internecie.
On po prostu pracuje z duchami tylko od godziny do godziny, na przykład od 8 do 10 rano. On przyjmuje duchy i z tymi duchami rozmawia, a potem po prostu stara się prowadzić normalne życie. Jeżeli medium nie będzie postępowało w ten sposób, zostanie wręcz zdominowane przez obecność duchów, na co medium nie może sobie pozwolić, ponieważ to by oznaczało, że po prostu medium zostało opętane. Więc media pragnąc kontrolować swoje życie muszą niestety odsyłać duchy. Jeżeli duch o godzinie 11 przyjdzie do niego, to mówi: „Nie, chwileczkę, panie duchu, ja przepraszam, ale proszę przyjść jutro do godziny 10 przyjmuję pan wtedy przyjdzie, pan mi powie, o co chodzi i wtedy będziemy mogli ewentualnie zaradzić, jak panu pomóc” i tak dalej. I media, które się trzymają tej zasady, że tak powiem, mogą prowadzić względnie normalne, spokojne życie. Jeżeli nie, no to po prostu przechlapane. Jakiś czas później dowiedziałem się, że miała miejsce taka sytuacja, gdzie po prostu dziewczyna zobaczyła ducha i kazała temu duchowi odejść, ponieważ rzekomo ten duch miał straszyć młodsze rodzeństwo. I ten duch rzeczywiście odszedł. Dla mnie osobiście to był znak, że to nie są duchy złośliwe, to nie są żadne demony, czy można wymyślać nie wiadomo co.
To był po prostu duch, który czegoś potrzebował. Spirytyści działają w taki sposób, że jeżeli dochodzi do opętania, spirytysta może zorganizować seans i na przykład, oczywiście trzeba dysponować medium. Spirytysta może zorganizować seans, wywołać danego opętującego ducha i zapytać, o co mu chodzi. Ponieważ przyczyny opętania mogą być różne. To nie musi być czysta złośliwość danego ducha. To mogą być jakieś karmiczne historie gdzieś z poprzedniego wcielenia. Spirytyzm zna takie opowieści, więc nie ma w tym, że tak powiem, nic dziwnego. Bądź mogą to być jakieś niezałatwione sprawy ducha, gdzie duch próbuje zwrócić uwagę danej osoby, żeby dana osoba w jakiś sposób zareagowała, coś poczyniła, jakieś kroki. Możliwości jest wiele. Czasami takie opętanie w przypadku osoby posiadającej zdolności mediumiczne może na przykład mieć na celu to, żeby dana osoba zaczęła pracować nad swoim mediumizmem.
Kolejnym krokiem, o którym zresztą dowiedziałyby się dane osoby, które mają taki problem i które zgłębiają wiedzę spirytystyczną, jest próba odseparowania się. Nie powinienem używać takiego słowa. Jest chęć odseparowania się od ducha, który próbuje na przykład nękać daną osobę. Ezoterycy generalnie zalecają, aby wizualizować wokół siebie kulę. Ja czasami coś takiego robię i w moim przypadku ta kula zawsze jest niebieska. Wizualizuję sobie taką niebieską kulę i wtedy czuję się odseparowany od tych wszystkich spraw duchowych. W literaturze spirytystycznej jest podane, że jeżeli jakiś człowiek jest nękany przez ducha, który na przykład wysysa z niego energię, medium musi świadomie starać się poprzez swój magnetyzm, oczywiście tutaj chodzi o media magnetyzujące, odseparować ducha opętującego od ciała ofiary. Ale medium musi być świadome tego, co chce, ponieważ to właśnie myśli są w stanie wygenerować pewną akcję. Jeżeli medium magnetyzujące będzie po prostu magnetyzować bez jakiegoś konkretnego celu, to prawdopodobnie poniesie porażkę i do żadnego pozytywnego skutku nie dojdzie. I to są takie rzeczy.
Poza tym osoby, które przebywają w otoczeniu takich ludzi opętanych, nawet jeżeli to opętanie nie jest zbyt groźne, ale z pewnością jest uciążliwe, powinny również przyczynić się, pomóc takiej osobie uwolnić się od tego opętania. W jaki sposób? Poprzez modlitwę. Nawet jeżeli ktoś nie jest katolikiem, nie szkodzi, jeżeli pójdzie na przykład do kościoła, sobie usiądzie w ciszy, w spokoju i po prostu skupi się, pomodli się na swój sposób. To przecież nie musi być „Ojcze nasz”. Bóg jest istotą uniwersalną i można się do niego zwracać w każdy dowolny sposób, jak tylko człowiek ma ochotę. I wtedy, jeżeli ta modlitwa i chęć udzielenia pomocy danej osobie będzie szczera, zapewniam was, że nie zostanie ona zignorowana. W taki czy inny sposób dana osoba uzyska pomoc. Oczywiście, jeżeli opętanie ma podłoże karmiczne, to taka osoba nie zostanie od tego opętania z dnia na dzień uwolniona, ale być może, i to jest bardzo prawdopodobne, taka osoba będzie bardziej wspierana. Tu jestem.
Będzie bardziej wspierana i będzie miała więcej siły, aby po prostu podołać temu opętaniu, aby zebrać w sobie siły i to naprawdę jest skuteczne. Osoba borykająca się z takimi problemami musi zrozumieć, że nikt tak naprawdę poza nią nie będzie w stanie jej pomóc. Ponieważ jeżeli na przykład przybędzie do niej jakiś doświadczony egzorcysta, może się okazać, że egzorcysta wypędzi ducha, ale ten duch po jakimś czasie z jakiegoś powodu do swojej ofiary wróci. To jest jedna rzecz. Druga rzecz, jak już wspominałem w różnych moich materiałach, jedno medium może odebrać jakiegoś ducha, inne medium nie. Zakładam, że skoro dana osoba, która się ze mną skontaktowała, była w stanie wspomagać manifestacje spirytystyczne w aż tak imponujący sposób, to też siłą rzeczy bardzo dobrze odbiera dane duchy, które są u niej obecne. Więc ten przepływ fluidów pomiędzy medium a duchem jest bardzo płynny. Dlatego nie należy liczyć, że na pewno jakieś medium czy jakiś egzorcysta przyjdzie i załatwi sprawę za nas. Tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem jest poradzenie sobie samemu z danym problemem. Oczywiście podkreślam, mówię o osobach, które są mediami i które mogą w ten sposób działać.
Osoba, która posiada zdolności mediumiczne i która została opętana przez jakiegoś ducha, po zgłębieniu troszeczkę wiedzy spirytystycznej może przygotować się do prostego seansu. Nie trzeba się tutaj niczego specjalnego obawiać, ponieważ skoro dana osoba została już opętana, to znaczy, że nic gorszego jej się w trakcie seansu nie przytrafi. Seans ma na celu wypytanie ducha. Można tutaj wykorzystać różne metody, czy tabliczkę Ouija, czy ewentualnie nawet, skoro tak jak w przypadku tej historii mieliśmy do czynienia z duchami stukającymi, to też można było przygotować serię pytań i te pytania zadać duchowi. Jedno stuknięcie na tak, dwa stuknięcia na nie i po prostu wiedzielibyśmy, o co chodzi. W książce „Opętanie” Alana Kardeca jest przedstawiona taka historia, gdzie zostało opętane dziecko, jeśli dobrze pamiętam. Wielu egzorcystów nie potrafiło sobie poradzić z wyleczeniem tego dziecka z ataku złego ducha, jak to oni nazywali demonów. I zostali wezwani spirytyści, którzy usadowili się w domu naprzeciwko domu opętanego. Zorganizowali tam trzy kolejne seanse spirytystyczne, podczas których porozmawiali sobie z duchem i przekonali tego ducha, żeby po prostu zostawił to dziecko w spokoju. Ja już dokładnie szczegółów nie pamiętam, dlaczego ten duch opętał tego dzieciaka, ale zdaje się, że tam było jakieś podłoże karmiczne, więc tam były jakieś nieuregulowane problemy jeszcze z poprzednich wcieleń.
Postanowiłem tę historię opowiedzieć, ponieważ wydaje mi się, że warto się takimi informacjami dzielić, gdyż w Polsce niestety mamy mało Mediów takich, że tak powiem, spirytystycznych, więc musimy sobie radzić w inny sposób. Ale pamiętajmy, że Opatrzność nigdy nie wystawia nas na próby, których nie jesteśmy w stanie pokonać. Więc skoro zdarza nam się jakaś sytuacja tego typu, to znaczy, że gdzieś w pobliżu posiadamy jakieś narzędzie, które pozwoli nam poradzić sobie z tym problemem. Pamiętajmy, że duchy opętujące mogą nas nastraszyć, ale nie mogą nas skrzywdzić. Oczywiście jakieś zadrapania, jakieś siniaki, takie rzeczy się zdarzają, ale duch nie może nas zamordować. Po prostu takie rzeczy się nie dzieją. Takie rzeczy oglądamy tylko w filmach, więc trzeba o tym wszystkim pamiętać. To my jako ludzie jesteśmy panami sytuacji. To my, wznosząc się na jakieś wyżyny, że tak powiem, moralne, jesteśmy w stanie kontrolować daną sytuację. I te wszystkie rzeczy związane z opętaniami nie zdarzają się przez przypadek.
One czemuś służą i o tym też należy pamiętać. Dobra, nie będę więcej wydłużał, bo na ten temat można by naprawdę bardzo dużo powiedzieć. I chyba tyle na razie. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:29:04] - Proszę państwa, od kilku tygodni apeluję o nadsyłanie opowiadań do ABW. Muszę powiedzieć, że w pierwszym tygodniu mocno się ucieszyłem, bo nadeszły opowiadania dwa i coś się, proszę państwa, zakorkowało. Nie wiem, czy to brak odwagi, czy też nieufność, czy jakieś inne względy. Ale kranik się zatkał i kolejne opowiadania nie nadchodzą. To ja tytułem zachęty prezentuję wspomnienia z ABW. Dziś kolejny ich odcinek. Kolejne dwa opowiadania nadesłane do audycji. Pierwsze z tych opowiadań to „Ryzyko niepowodzenia jest niewielkie” autorstwa Kamili Ciołko-Borkowskiej oraz drugie opowiadanie „Czekając na Ragnarok” Dariusza Kraszewskiego. Bardzo państwa zapraszam. To będzie kilkadziesiąt minut fajnej rozrywki.
[02:30:06] - Kamila Ciołko-Borkowska „Ryzyko niepowodzenia jest niewielkie”. Ściany obwieszone były setkami dyplomów, zaświadczeń i certyfikatów. Zawiłe sformułowania, tytuły naukowe i nazwy firm nic nie mówiły siedzącej w rogu poczekalni Gośce. Obgryzając paznokcie, wpatrywała się w te wszystkie dokumenty, marszcząc czoło. Żołądek bolał ją od samego rana. Po raz pierwszy miała do czynienia z takim zabiegiem. Z jednej strony nie mogła się doczekać, z drugiej natomiast przerażała ją powaga sytuacji. Po ponad godzinie czekania stanęła przed nią kobieta w białym kitlu i błękitnej apaszce, z podkrążonymi oczyma i szerokim uśmiechem. „Pani Małgorzatko, zapraszam” powiedziała lekarka i wskazała odpowiednie drzwi. W milczeniu pokonały trasę do pokoju zabiegowego.
„Proszę położyć się tu.” Dłonią wskazała leżankę wyłożoną różowym papierowym podkładem. Gośka położyła się na wskazanym miejscu i westchnęła głęboko. „Czy to aby na pewno bezpieczne?” Spytała, czując, że drżą jej dłonie. „Tak jak mówiłam już podczas wywiadu, bardzo dobrze, że postanowiła pani dokonać zabiegu amnezjowania wybiórczego w certyfikowanej placówce, a nie w podziemiu medycznym.” Lekarka ujęła i lekko poklepała dłoń pacjentki. „Za szybą znajduje się technik, który wprowadzi wszelkie dane do komputera, odnajdzie wszelkie wspomnienia związane z pani byłym mężem i je wykasuje. Na poziomie kwantowym pozwoli nam to uwolnić panią od nerwicy, depresji i lęków. To bezpieczny zabieg. Polega jedynie na manipulacji funkcjami mózgowymi. Ryzyko niepowodzenia jest niewielkie. Wszystko wykonywane jest zgodnie z wymogami Izby Lekarskiej i przy użyciu certyfikowanego i sterylnego oprogramowania.” „Nie rozumiem nic z tego, co pani mówi.” Pacjentka ułożyła się wygodnie na leżance.
„Jednak jeśli ten drań ma na zawsze zniknąć z mojej głowy, zaczynajmy.” „Świetnie” powiedziała lekarka, podnosząc woreczek z płynem. „Podłączę pani kroplówkę. Po chwili ogarnie panią senność. Proszę z nią nie walczyć. Amnezjowanie osiąga najlepsze efekty, gdy pacjent pogrążony jest we śnie. Wtedy mamy nieograniczony dostęp do najmniejszych cząsteczek wspomnień, nawet tych ukrytych w najgłębszych pokładach podświadomości.” Lekarka nałożyła Gośce na głowę metalowy czepek, a na czoło nakleiła trzy przylepce z elektrodami. Wszystko było podłączone do komputera technika siedzącego za szybą cienkimi kolorowymi przewodami. Następnie wbiła w zgięcie łokcia wenflon i podłączyła kroplówkę. Kiedy skończyła, podniosła kciuk, pokazując mężczyźnie, że może zacząć. Gośkę ogarnęła ciemność.
Lekarka w błękitnej apaszce stała nad biurkiem w prosektorium. Ze zmarszczonym czołem czytała raport patologa. Kurwa mać! – zaklęła, rzucając papierową teczkę na pokryty dokumentami blat. – Coś nie tak? – zza ściany wyjrzał patolog. Łysawy, niski mężczyzna około pięćdziesiątki. – To już kolejna. Zupełnie niezgodnie z wszelkimi wynikami badań. Kobieta zaczęła szybkim krokiem spacerować po pokoju w tę i z powrotem.
Patolog stał oparty o ścianę i przyglądał się jej ze splecionymi na klatce piersiowej rękami. – Powtarzałem, że nie wolno aż tak igrać z matką naturą – powiedział w końcu. Lekarka stanęła na środku pomieszczenia i spojrzała na niego wściekle. – Wszelkie molekuły działające w mózgu są jak klocki Lego – wycedziła przez zęby. – Mając odpowiednie narzędzia można poukładać je tak, żeby był tam porządek. Wyrzucić niepotrzebne, uszkodzone i wybrakowane. Współczesna nauka pozwala wysprzątać mózg z najmniejszych kwantów niepotrzebnych wspomnień, leczyć depresje, nerwice, traumy czy zmieniać orientacje seksualne. Przecież to niesamowite! – Jednak czasem coś idzie nie tak – wyszeptał mężczyzna, siadając przy swoim biurku. Ujął w ręce raport z sekcji zwłok Gośki i zaczął czytać.
– Ofiara przemocy? – spytał po chwili. – Mieliśmy pozbyć się przemocowca z jej głowy, żeby w końcu mogła normalnie żyć. Jednak ten psychopata zakopał się tak głęboko w poranionych emocjach, że funkcje życiowe pacjentki były nierozerwalnie związane z emocjami i wspomnieniami. Któreś z kwantów musiały być zrośnięte. – I jaki z tego wniosek, pani doktor? – spytał spokojnie patolog. – Trzeba to naprawić. – Kobieta spojrzała na mężczyznę, jakby nagle wpadła na genialny pomysł. – Chodziło mi raczej o to, że nie można bezkarnie ludziom grzebać w głowie.
– Patolog potarł dłonią łysinę. – Pani doktor, szanuję panią jako specjalistkę, jednak kiedyś musicie przestać bawić się w bogów. Mam na stole coraz więcej ofiar waszych szalonych idei. – To nie są szalone idee. Kwantomatyka osiąga coraz lepsze rezultaty – krzyknęła, robiąc się czerwona na twarzy. – Ryzyko niepowodzenia jest niewielkie, dlatego warto je podjąć. – Nawet jeśli mamy coraz więcej ofiar śmiertelnych? – patolog spytał przestraszony. – Nawet jeśli – powtórzyła. – W końcu ryzyko niepowodzenia jest niewielkie.
Dariusz Kraszewski „Czekając na Ragnarok”. Zaczęło się już ściemniać, gdy Iza wyszła przez kuchenne drzwi do rozciągającego się za domem ogrodu. Stąpając bosymi stopami po wilgotnej od wieczornej rosy trawie, mijała różane krzewy i kwitnące drzewko owocowe. Rozkoszując się typowymi dla wiosny zapachami i widokiem zachodzącego słońca, dotarła do wykopanego na skraju posesji dołu. Stanęła na jego krawędzi i podtrzymując ręką brzemienny brzuch, pochyliła się, wołając: – Norbert, nie uważasz, że na dziś wystarczy? Chodź już do domu. – Poniżej miejsca, w którym stała, na dnie wykopu, pośród sterczących pionowo kamiennych bloków, tkwił nieruchomo jej mąż. Trzymając w rękach kilof, wpatrywał się w oczyszczone z piasku i gliny, wystające nieco ponad jego głowę trzy smukłe monolity. – I co o tym sądzisz, Izka? – spytał, wyrwany z zamyślenia.
– Nie mam pojęcia, co o tym myśleć – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Ja też. To dość dziwne. – Mówiąc to, Norbert przejechał dłonią po chropowatej powierzchni wysokiego na dwa metry kamiennego prostopadłościanu. Monolit pozbawiony był jakichkolwiek większych nierówności, za wyjątkiem znajdującej się w jego dolnej części mocno zerodowanej płaskorzeźby. Przedstawiała ona zwierzę w rodzaju psa lub wilka, może lisa. W obecnym stanie trudno było to określić. Znalezisko być może nigdy nie ujrzałoby światła dziennego, gdyby nie Iza, która kilka dni wcześniej wpadła na pomysł zbudowania oczka wodnego na tyłach ogrodu. Norbert, chcąc sprawić przyjemność dużo młodszej od siebie żonie, natychmiast wynajął ukraińskich robotników. Nie planował kopać głęboko.
Uznał więc, że kilku ludzi z łopatami w zupełności wystarczy. Taka strategia wydawała mu się najlepsza, choćby dlatego, że w ostatnich czasach strasznie długo trzeba było czekać na kogoś ze specjalistycznym sprzętem. Początkowo prace przebiegały dość sprawnie, jednak mniej więcej po godzinie od ich rozpoczęcia pojawiły się komplikacje. Przeszkodą okazał się być głaz zalegający tuż pod wierzchnią warstwą gleby. Norbert wpadł na pomysł, aby uczynić kamień ozdobą ogródka skalnego, który miał zamiar zbudować tuż przy oczku. Polecił więc wydobyć go w całości. Niestety, jak się wkrótce przekonał, coś, co wyglądało na niewielki głaz, było w rzeczywistości ogromnym kamiennym blokiem o regularnych kształtach. Nieco później, kilka metrów dalej odkryto drugi, identyczny, a zaraz potem następny. Jednakowe wymiary kamiennych monolitów, proporcje i równe odstępy między nimi wyraźnie wskazywały na to, że nie były one tworem naturalnym. Kąty, pod jakimi je ustawiono sugerowały, że musiały stanowić wycinek czegoś w rodzaju kamiennego kręgu.
Jak domyślał się Norbert, był to tylko fragment większej konstrukcji sięgającej poza jego działkę. „To musi być bardzo stare. Może pochodzić jeszcze z czasów pogańskich” – powiedziała po namyśle Iza. „Tak też i ja sądzę. Tylko zastanawia mnie, kto to zbudował. Może Goci?” „Jak to Goci? Przecież o ile wiem, to na tych ziemiach przed Niemcami żyli Łużyczanie czy też Serbołużyczanie, a wcześniej to chyba nikogo tu nie było. Nie wiem. Zawsze byłam słaba z historii.” „No tak, ale to dziwna konstrukcja, jak na Słowian, którzy budowali głównie z drewna. Tu mamy duże, precyzyjnie obrobione kamienne bloki.
Bóg jeden wie, jak głęboko jeszcze tkwią w ziemi. Przypuszczam, że te monumenty były filarami podtrzymującymi dach jakiejś budowli, pewnie świątyni. Kiedyś, jeszcze w szkolnych czasach, miałem kolegę, który bardzo interesował się historią. Piotrek dużo czytał. W ogóle mądry gość. Do tego był całkiem w porzo. Pamiętam, jak raz opowiadał mi, że na naszych terenach rezydowali kiedyś Goci. Już nie pamiętam, Ostrogoci czy też Wizygoci. Jacyś tam, kurwa, Goci.” „Tu w Polsce?” – spytała Iza, nie kryjąc zdziwienia. „Tak, konkretnie w zachodniej części kraju.” „Gdzie jest teraz ten twój kolega?” „Słyszałem, że źle skończył.” „To znaczy?” „Wykształcił się i został nauczycielem historii.
Teraz podobno klepie biedę na jakimś zadupiu. A szkoda. Mógł wejść ze mną w interes, gdy mu to proponowałem jeszcze w dawnych, normalnych czasach.” „Może z nim porozmawiasz na ten temat?” „Nie widziałem go ze 30 lat, ale mogę spróbować napisać do niego na fejsie. Może jutro.” „Co teraz z tym zrobimy?” – spytała Iza, wskazując na kamienne bloki. Jedno wiedziała już na pewno. Oczka nie będzie. „Jeszcze nie wiem. Myślę, że na razie nie powinniśmy się tym chwalić.” „A robotnicy?” „Zapłaciłem im podwójnie i poprosiłem, aby nikomu o tym nie mówili. Będą milczeć, licząc na to, że jeszcze kiedyś ich zatrudnię. Wiesz, jak teraz ciężko o pracę.” „Nie sądzisz, że powinniśmy jednak kogoś o tym powiadomić?” Norbert pokręcił głową.
„Pomyśl. Wyobrażasz sobie hordę archeologów koczujących w naszym ogrodzie? Zero prywatności, bałagan, a wszystko to z zachowaniem zasad pieprzonego reżimu sanitarnego. Chciałabyś, aby nasze dziecko dorastało w takim domu?” Teraz Iza pokręciła głową. „To za dużo jak na mnie” – stwierdziła. „Muszę się położyć. Twój syn strasznie mnie dziś wymęczył.” Mówiąc to, wskazała na wypukłość pod letnią sukienką. „Chyba chce się już wydostać.” „Spokojnie, chłopie. Jeszcze dwa miesiące” – krzyknął Norbert, a zwracając się do żony powiedział: „Idź spać, moja droga. Zaraz do ciebie przyjdę.” Jak co dzień rano Norbert wjechał autem na parking Norpolu, firmy, której był właścicielem.
Wszystko, co znajdowało się na zlokalizowanej zaledwie kilkaset metrów od przejścia granicznego 30-arowej działce, zostało stworzone przez niego od zera. Zaczął przed laty od niewielkiej stacji benzynowej składającej się z blaszanej wiaty i mocno wyeksploatowanych dystrybutorów. Przez długi czas Norbert wraz ze swoimi pracownikami stał przy lewaku, osobiście tankując paliwo do aut klientów, których większość stanowili przyjeżdżający na zakupy do Polski Niemcy. Potem, gdy interes się rozkręcił, zamienił wiatę na porządny murowany budynek, a następnie dobudował automyjnię i warsztat samochodowy. Najbardziej był jednak dumny z hipermarketu, którego szara bryła od kilku lat górowała nad całym kompleksem. Wielkopowierzchniowy sklep był zwieńczeniem jego ciężkiej pracy. Zamontowany na dachu wielki neon z logo firmy kłuł boleśnie konkurencję w oczy. Zwłaszcza wszystkich tych, którzy nie wierzyli w to, że ktoś taki, jak pochodzący z nizin społecznych Norbert, odniesie w życiu sukces, stając się szanowanym lokalnym przedsiębiorcą. Zaraz po wejściu do biura na zapleczu stacji Norbert zaparzył kawę i zasiadł w obitym skórą fotelu, kładąc nogi na blacie biurka. Uwielbiał te pierwsze minuty o poranku, gdy mógł jeszcze przez chwilę odprężyć się, zanim zostanie zasypany dziesiątkami zaległych spraw i nierozwiązanych problemów.
Był bogiem, panem stworzonego przez siebie niewielkiego świata, którym sterował ze swojego małego centrum dowodzenia. Przełykając małymi łyczkami aromatyczny, gorący napar, przejrzał na szybkim podglądzie zapis monitoringu z nocnej zmiany. Robił tak każdą poranka, wiedząc, że pracownicy stacji pod jego nieobecność zachowywali się czasem niezbyt profesjonalnie. Zdarzało się, że musiał ukarać któregoś z nich za palenie papierosów przed dystrybutorami lub spanie na lacie. Nie wspominając już o tak nagannym zachowaniu, jak spożywanie alkoholu w pracy. Nie mógł pozwolić sobie na to, aby jakiś nieodpowiedzialny sprzedawca psuł wizerunek jego firmy. Na pewno nie w tak ciężkich czasach, jakie nastały dla przygranicznego handlu. Rozległo się pukanie. „Wlazł!” – krzyknął Norbert. Do biura przez uchylone drzwi wślizgnął się Ryszard, pracownik obsługujący strefę tankowania.
„Dzień dobry, szefie. Przepraszam, że dopiero teraz, ale miałem trochę roboty.” „Nie ma problemu, Rysiek. Praca jest najważniejsza. Wezwałem cię, abyś opowiedział mi o porannym incydencie.” Monika nie mówiła? Owszem, rozmawiałem z nią i z kierowniczką zmiany. Widziałem też wszystko na nagraniu. Chciałbym jednak usłyszeć twoją wersję zdarzeń. Co tu dużo mówić szefie. Gdy klient przechodził przez drzwi, nagle zaczął wyć alarm. Potem okazało się, że facet nie miał aktualnego certyfikatu zdrowia.
Nie miał w sobie tych grafenów czy jak to się nazywa. Zgodnie z wytycznymi poprosiłem go, aby wyszedł i zaproponowałem zapłatę za paliwo przy dystrybutorze. On jednak uparł się wejść do środka. Darł mordę w drzwiach, że nie mam prawa mu tego zabronić, że jestem tylko cieciem. No dobrze, trochę go poszarpałem zanim dziewczyny wezwały ochronę, ale on pierwszy użył siły. Nie miałem wyjścia. Mamy przecież politykę zero tolerancji. To nie moja wina, że ludziom teraz tak odbija. Zamilkł, czekając na to, co odpowie jego szef. Ten poprawił się na krześle, oparł łokciami o blat biurka i splatając palce dłoni w koszyczek powiedział: Dobrze się zachowałeś, Rychu.
Postąpiłeś zgodnie z procedurami. Nie mogłeś wiedzieć, kim tak naprawdę jest klient. Często słyszy się o prowokacjach służb sanitarnych. Gdybyś mu uległ i wpuścił do środka, a potem okazałoby się, że jest podstawiony, nie byłoby tłumaczenia. Nie możemy teraz pozwolić sobie na kwarantannę. Za niecały tydzień ponownie otwierają granicę z Niemcami. Helmuty ruszą całymi rodzinami na zakupy. Znów będą robić zapasy fajek i jedzenia przed kolejnym lockdownem. Musimy być czujni. Nie możemy dać się zamknąć z byle powodu.
Nie po tylu miesiącach chujni, jaka była w handlu. Szefie, jest jeszcze jedna sprawa. Tylko mi nie zaczynaj znów o podwyżce. Wiem, co chcesz powiedzieć. Kredyt, hipoteka, dzieci do szkoły. Ja też mam kredyty i też ledwo wiążę koniec z końcem. Wszyscy mamy przejebane przez tą inflację. Ale szefie, przecież znamy się nie od dziś. Czy źle pracuję? Próbował urabiać go Ryszard.
Dobra – westchnął Norbert. Pomyślę. Może coś wykręcę, ale nic nie obiecuję. Jasne? Jasne, szefie. Dziękuję. Jeszcze nie masz za co. Wracaj do roboty. Wiem, że z pana porządny człowiek. Dobra, nie podlizuj się.
Zobaczę, co się da zrobić. A teraz spierdalaj na plac – powiedział Norbert, wkurzony na to, że ktoś zepsuł mu taki piękny poranek. Gdy tylko został sam, znów rozparł się na fotelu, delektując się ciszą, jaka zapadła w biurze i smakiem kawy. Niestety nie trwało to zbyt długo, gdyż chwilę po wyjściu Ryszarda zawibrował leżący na biurku telefon. Tak, kochanie? – rzucił do słuchawki, widząc, że dzwoni jego żona. I co? Skontaktowałeś się z tym swoim kumplem? Nie, nie miałem czasu. Potem.
Bo ja coś znalazłam. Wpisałam w wyszukiwarkę: kamienne kręgi, filary, wyobrażenia zwierząt i wyszło mi kilka ciekawych rzeczy. Ale jedno wykopalisko szczególnie zwróciło moją uwagę. Tak? A co takiego? Göbekli Tepe. Nie słyszałem o czymś takim. Bo to stosunkowo mało znane odkrycie archeologiczne. Jest dość niewygodne dla nauki. Pewnie dlatego, że dowodzi, iż na tysiące lat przed Egiptem i Sumerem istniały na Ziemi dość zaawansowane cywilizacje.
Wiesz, trzeba by od nowa pisać podręczniki. Wyślę ci link. Gdzie to jest? W Turcji, a dokładnie w Anatolii. Daleko od nas. Dobrze, skontaktuję się potem z Piotrem i spróbuję go trochę podpytać. Skoro jest historykiem, to wyciśnij z niego jak najwięcej. Póki nie wiemy, z czym mamy do czynienia, nie możemy podjąć żadnej decyzji co do tego znaleziska. Wiesz, nie mogę tak od razu z grubej rury. Nie mieliśmy kontaktu od lat.
Aż tu nagle dzwoni szkolny kolega i mówi: „gadaj, co wiesz o Gebel... coś tam”. No tak, masz rację. Ja po prostu nie mogłam spać w nocy i może dlatego tak naciskam. Rany, czy to cholerstwo musiało znaleźć się akurat na naszej ziemi? Nie przejmuj się, dopóki nikt nie wie, wszystko jest w porządku. Dawno niewidziany kolega odpisał Norbertowi niemal natychmiast na wysłaną przez niego wiadomość tekstową. Po krótkiej wymianie zdań starzy kumple połączyli się za pomocą komunikatora internetowego i dalej rozmawiali już patrząc sobie w oczy. Piotr był rozwodnikiem. Mieszkał i pracował w małym miasteczku na Opolszczyźnie.
Wyglądał na zmęczonego życiem. Grube szkła w okularach i worki pod oczami jeszcze dodawały mu tylko lat. W przeciwieństwie do niego dbający o formę Norbert, pomimo skończonych 46 lat wyglądał wręcz rewelacyjnie. Po Piotrze widać było, że nie jest okazem zdrowia. Tak jak przypuszczał Norbert, materialnie też nie powodziło mu się najlepiej. Cóż, nie każdy miał głowę do interesów. Rozmawiali ze sobą przez kilka minut, wspominając dawne czasy. Wreszcie Norbert przeszedł do sedna i spytał kolegę, co wie na temat Göbekli Tepe. Dlaczego to ciebie interesuje? Właściwie to nie mnie.
Moja żona jara się archeologią – skłamał. Aha, rozumiem. Widzisz, dla nauki akademickiej to znalezisko zawsze było trochę nie po drodze. Ostatnio to już w ogóle jest jakieś embargo informacyjne w tym temacie. Ja sam wiem dość sporo, gdyż mam kolegę, który interesuje się zakazaną archeologią. Zdaniem wielu Heniek to typowy szur snujący teorie spiskowe. Trzeba jednak przyznać, że jest bardzo oczytanym człowiekiem, a poza tym świetnym partnerem do gry w szachy. Niestety obecnie przebywa w ośrodku reedukacyjnym, więc sobie z nim nie pogadamy. Słuchaj, akurat teraz jestem zajęty. Mam za chwilę lekcję, ale jeśli chcesz, to możemy się zdzwonić wieczorem.
Spoko, to jesteśmy umówieni. Nara. Nara. Norbert rozłączył się, po czym wrócił do przeglądania podesłanych przez Izę stron internetowych. Musiał przyznać, że było pewne podobieństwo monumentów z Anatolii i kamiennych bloków odkrytych na jego posesji. Te na zdjęciach również ozdobione były reliefami, które zachowały się jednak w dużo lepszym stanie. Bez problemu można na nich było rozpoznać podobiznę zwierząt i ludzkich postaci. Uwagę Norberta zwróciła płaskorzeźba przedstawiająca psowatego, łudząco podobna do tej na oczyszczonym przez niego filarze. Zadziwiający był kształt bloków z Anatolii, które wyglądały jak gigantyczna litera T, podczas gdy te odkopane przez Ukraińców były typowymi prostopadłościanami. Pomimo tej różnicy, już po pobieżnych oględzinach śmiało można było założyć, że obie budowle zostały stworzone przez tę samą cywilizację lub też kogoś, kto kultywował tradycje pradawnych budowniczych Göbekli Tepe.
Tylko w jakim celu? Kiedy? I dlaczego, kurwa, na moim podwórku? — pytał w myślach sam siebie Norbert. Nagła nawałnica w samym środku pogodnego dnia zaskoczyła poruszających się szosą kierowców. Prowadzone przez Izę auto wlokło się 30 na godzinę, brnąc przez kaskady spadającej z nieba wody. Ona sama wydarła wzrok, starając się przeniknąć rozmazaną szarość przed maską samochodu. Pracujące na najwyższych obrotach wycieraczki niewiele jej w tym pomagały. Mogłem wrócić taryfą. Niepotrzebnie ryzykowałaś, przyjeżdżając w taką pogodę — powiedział siedzący na miejscu pasażera Norbert.
Daj spokój. I tak musiałam wyskoczyć do apteki. Kurwa! — zaklął nagle Norbert. — Wytłumacz mi to. Płacę firmie leasingowej tyle kasy, a oni mi mówią, że auto zastępcze dostarczą dopiero pojutrze. W ogóle jak to możliwe, aby nowy wóz zepsuł się trzy razy w ciągu roku? O nie, kurwa, nikt już więcej mnie nie namówi na elektryka. Mam stację benzynową i dałem sobie wcisnąć auto elektryczne jak jakiś leszcz, bo to niby prestiż. Kurwa.
Iza wzruszyła ramionami. Wiesz jak jest. W każdej dziedzinie gospodarki są teraz problemy. Dostawy się opóźniają. Przecież sam wiesz, jak często masz problemy z zamówieniem podstawowych produktów do sklepu. A cóż dopiero mówić o motoryzacji czy elektronice. Zwłaszcza teraz, po wysadzeniu w powietrze Kanału Sueskiego. To jest nienormalne — przerwał jej Norbert. — Cofamy się w rozwoju jako cywilizacja. Władze zapewniają, że to sytuacja przejściowa.
Od kilku lat tak pierdolą. Uważaj, czerwone! Iza zatrzymała auto tuż przed zwężeniem remontowanej drogi. Boże — westchnęła. — Czy oni kiedyś skończą tutaj ryć? Wydaje mi się, że odpuścili sobie. Już na wieki będzie tu ruch wahadłowy. W tym kraju jedno się nie zmieniło: prowizorka ma się zawsze dobrze. Iza pokiwała głową, wykrzywiając jednocześnie usta w grymasie gorzkiego uśmiechu. Tymczasem uwagę Norberta przykuł stojący na poboczu, wyglądający na bezdomnego, przemoknięty człowiek.
Ubrany w połatany przeciwdeszczowy płaszcz, którego kaptur zakrywał większą część twarzy, trzymał w ręku zrobiony z kawałka dykty transparent. „Oni wrócili” — głosił rozmazany na brudnej planszy napis. Norbert przyglądał się przez chwilę upiornej postaci, by w końcu powiedzieć: Jezu, to przecież on. Słyszałem, że mu odbiło, ale aż tak? On, czyli kto? — spytała Iza. Arek. No wiesz który. Ten, co miał agencję towarzyską na Ogrodowej. Wiem już.
Iza pokiwała głową. Ten, co splajtował, a potem siedział za narkotyki. Wrobili go. Wszyscy tak mówią. Nie, ja nie mogę go tak zostawić. Kiedyś byliśmy kumplami. Nawet zrobiliśmy razem jakiś biznes. Oszczędź mi szczegółów, jeśli możesz. Chyba nie chcę wiedzieć, jakie interesy robiłeś w przeszłości z burdeltatą i dilerem. Norbert, uchyliwszy okno, krzyknął do mężczyzny: Hej, Arek!
Zakapturzony zbliżył się do auta i pochylił, aby przyjrzeć wołającemu go po imieniu nieznajomemu. Woda spływała strumieniami po jego płaszczu, lecz on zdawał się być nieczuły na otaczającą go nieprzyjemną aurę. Stojąc po kostki w błocie, patrzył obojętnym wzrokiem na widniejącą w wąskiej szczelinie twarz. Nagle jego oczy pojaśniały. Norbert — powiedział zachrypłym głosem. — Sto lat cię nie widziałem. Świetnie wyglądasz. Za to ty nieciekawie. Chyba nie powodzi ci się ostatnio najlepiej, co? Cóż, każdy orze jak może.
Nie narzekam. Może potrzebujesz kasy na jedzenie? Mogę cię poratować. Nie, dziękuję. Mam wszystko, czego mi trzeba. Pan dba o to, abym nie umarł z głodu i miał siłę głosić prawdę. Od czasu, gdy przemówił do mnie w więziennej izolatce, jestem z nim w ciągłym kontakcie. Norbert westchnął ciężko. „Boże, co się z tobą stało, człowieku?” – pomyślał. Oni wrócili, Norbert – oznajmił spokojnym głosem człowiek w kapturze.
Kto, chłopie? Archonci. Ich statek już tu zmierza. Pewno widziałeś w telewizji. Masz na myśli Oumuamua dwa? Przecież naukowcy mówią, że to obiekt naturalny. Owszem, ma dziwny, podłużny kształt, ale to tylko asteroida. Podobnie jak ten sprzed kilku lat. Tamten był statkiem zwiadowczym. Ten jest kilkanaście razy większy i leci w kierunku Ziemi po nasze dusze.
Nieprawda. O ile wiem, to ma nas minąć w bezpiecznej odległości. Wkrótce zmieni kurs i zaparkuje na orbicie, a potem z jego wnętrza wylecą żniwiarki i zejdą na powierzchnię planety, aby wysysać z ludzi łusz. Archonci wyhodowali nas w tym właśnie celu. Zasiali i pozwolili wzrastać przez tysiąclecia, a teraz przyszedł czas na plony. Przy pomocy technologii ziemskich kolaborantów namierzą każdego, kto dał się oznaczyć. Jeśli nie przyjąłeś znamienia bestii, masz jeszcze szansę uratować swą nieśmiertelną duszę – wyrecytował jednym tchem niczym natchniony prorok. Znamię bestii? Chodzi ci o czipowanie, prawda? Słyszałem te satanistyczno-medyczne teorie spiskowe.
Przecież to niedorzeczne. Opamiętaj się, chłopie, wróć do społeczeństwa. „Zielone” – powiedziała Isa. – „Jedziemy.” Auto ruszyło, tocząc się powoli po nierównej nawierzchni. Na razie stary. Mam nadzieję, że ci się ułoży w życiu – powiedział Norbert, zamykając okno. Oni nas zdradzili, Norbert. To wojna z ludzkością – usłyszał w odpowiedzi. Będę się za ciebie modlił! – krzyknął jeszcze zakapturzony za oddalającym się autem.
Jezu, w samą porę. Już nie wiedziałem, jak z tym człowiekiem gadać – rzekł do żony Norbert, gdy zdążyli odjechać kilkanaście metrów. Chociaż go nie znam, współczuję mu – powiedziała Isa. Biedny, zagubiony człowiek. Musiał chyba wziąć jakiś niesprawdzony towar, że tak mu odjebało – skwitował Norbert. Twarz Piotra zdawała się być jeszcze bardziej zmęczona i poorana bruzdami niż podczas porannej rozmowy. Norbert przypuszczał, że jest to spowodowane wysoką rozdzielczością matrycy wiszącego w salonie telewizora. Raczej nie brał pod uwagę takiej możliwości, aby jego kolega mógł postarzeć się o całe lata przez ostatnie godziny. Rozmawiali już kilka minut na temat Göbekli Tepe, gdy Iza zadała nurtujące ją od dłuższego czasu pytanie. Więc twierdzisz, Piotr, że nie była to świątynia jakiegoś prehistorycznego ludu sprzed 12 tysięcy lat.
A więc co? Nie ja tak twierdzę, tylko Heniek, mój przyjaciel. Oj, szkoda, że go tu nie ma. Jest prawdziwą kopalnią informacji na temat tego stanowiska archeologicznego. Według oficjalnej nauki, gdy prehistoryczne cywilizacje zadawały sobie trud zbudowania czegoś tak zaawansowanego, musiało to mieć charakter sakralny lub obronny. Henryk uważa takie podejście za przejaw ignorancji uczonych, którzy po prostu nie doceniają naszych przodków. Ja też się z takim podejściem świata nauki nie do końca zgadzam, zwłaszcza że znam opracowania stworzone przez niezależnych badaczy. Niestety większość z nich to bajkopisarze na miarę Tolkiena, którzy puszczają czasem wodze fantazji, a to nieco umniejsza rangę ich odkryć. Zawsze jednak warto poznać inny niż oficjalny punkt widzenia. Więc co to, do cholery, było?
– zniecierpliwił się Norbert. Henryk twierdzi, że był to rodzaj uniwersytetu, biblioteki, a jednocześnie pomnika. Pomnika? A cóż to niby miałoby upamiętniać? Cykliczny kataklizm, jaki pustoszy naszą planetę. Ma to związek z precesją, przebiegunowaniem i jeszcze czymś tam. Podobizny zwierząt i ludzi na filarach miały symbolizować konstelacje. Tak jakby chciano zapisać w kamieniu pewien powtarzający się układ gwiazd, który towarzyszy wielkim zmianom na Ziemi. Chcesz powiedzieć, że można przewidzieć na podstawie tego zapisu datę końca świata? – nie dowierzał Norbert.
Heniek twierdzi, że tak. Mało tego, uważa, że przedstawiony w Göbekli Tepe układ bardzo przypomina to, co mamy obecnie na nieboskłonie. Być może powinniśmy zacząć się bać, zwłaszcza że z tego, co wiem, biegun północny ostatnio bardzo szybko się przemieszcza. Norbert odniósł wrażenie, że śmiech jego kolegi nie był szczery, a raczej wymuszony, jakby chciał histerycznym rechotem zdystansować się do teorii, które sam przedstawił. „A ty co o tym myślisz, Piotr? Ale tak szczerze” – spytała Isa. „Wiecie” – odparł po namyśle. „To nie jest tak, że nie ma tu pewnej logiki. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej przelapuję się na myśleniu, że ludzkość cechuje pewnego rodzaju cykliczność.
Wzrost, rozwój, upadek i tak w kółko. Cywilizacja dochodzi do szczytu swoich możliwości technicznych i duchowych, następnie popada w pychę, samouwielbienie. Towarzyszy temu upadek moralny i dekadencja. Potem ludzie chcą dorównać Bogu, a nawet wyręczyć go w dziele stworzenia i wtedy mądra natura robi reset. Nadchodzi biblijny Armagedon, skandynawski Ragnarok, czy jak tam jeszcze zwał. Zagładę przeżywa mała grupka ludzi, która potem stanowi forpocztę odradzającej się na nowych zasadach cywilizacji. Te funkcjonujące w różnych kulturach opowieści o zatopionym lądzie...” „Jeszcze jedno. Powiedz mi, czy coś podobnego znaleziono poza Anatolią, na przykład w Polsce?” – przerwał mu Norbert. „O ile wiem, to nie. A że w Polsce?
Ha, stary, przecież wtedy był tu jeszcze lodowiec, a już na pewno w północnej części kraju. Nie było tu nikogo, kto byłby zdolny do wzniesienia czegoś takiego, ani też warunków ku temu. Mam dość otwarty umysł, ale bez przesady. Twierdzenie, że budowla o podobnej skali mogła powstać na naszych terenach 12 tysięcy lat temu czy nawet osiem, jest dla mnie naukową herezją”. „Herezja? Stary, przecież to słowo ostatnio zdewaluowało się jak żadne inne. Włącz sobie telewizor. Dziś dawne herezje stały się jedynymi słusznymi prawdami”. „Nie mam telewizora”. „Szczęściarz” – stwierdziła Isa.
Siedzieli naprzeciwko siebie przy ustawionym na środku jadalni dębowym stole, jedząc w milczeniu wieczorny posiłek. W pomieszczeniu unosiła się woń świeżo ściętych kwiatów. W tle pobrzmiewała IX Symfonia Beethovena. Nastrój towarzyszący kolacji był dziełem Izy, która przywiązywała wielką wagę do scenerii, w jakiej spożywali przyrządzone przez nią dania. Pomimo iż nie przepadała za muzyką klasyczną, uważała, że nadaje ona tak prozaicznej czynności, jaką była konsumpcja, nadzwyczajnej rangi. Było w tym coś odświętnego, zarezerwowanego tylko dla wyższych sfer. A przecież ona i jej mąż byli częścią czegoś w rodzaju nowej arystokracji. Norbert pochłaniał łapczywie zawartość swojego talerza, popijając kęsy rybiego mięsa białym winem. Wypił już ponad pół butelki i wyglądało na to, że nie ma zamiaru na tym poprzestać. „Smakuje ci ryba?” – spytała Isa.
„Oczywiście, jak zawsze. Palce lizać”. „No to bardzo się cieszę. Zadałam sobie wiele trudu, aby dostać świeże pstrągi”. „Efekt jest imponujący i wart twoich starań” – rzekł Norbert, starając się nadać swoim słowom przesadnie uroczysty ton. „Dobrze, już dobrze” – powiedziała Isa, uśmiechając się. „Ważne, że ci smakuje”. Zawsze sprawiało jej przyjemność, gdy mąż doceniał ją jako gospodynię i panią domu, nawet gdy robił to w nieco ironiczny i przerysowany sposób. Zdawała sobie sprawę z tego, że tacy mężczyźni jak on nie znoszą okazywać w sposób inny niż na wpół serio swoich prawdziwych uczuć. Byłoby to oznaką słabości.
Po zakończonym posiłku Norbert wytarł dłonie w serwetkę i dolał sobie wina. „Ty się nie napijesz?” – spytał. „Wiesz, że nie mogę. Nie w obecnym stanie”. „Przez grzeczność pytałem. Może włączę telewizję, co? Skoro musisz mnie zdołować”. „Chcę zobaczyć wiadomości”. Norbert wykonał ręką gest, którym włączył wiszący na ścianie odbiornik. Na ekranie pojawił się ubrany w ciemny garnitur prezenter oznajmiającym grobowym głosem: „Na specjalnym posiedzeniu w godzinach nocnych Zarząd Komisaryczny masy upadłościowej Republic of Poland Corporation...”.
„Nie, błagam, tylko nie polityka, nie dziś!” – krzyknęła Isa. „Nie po rewelacjach, jakie dziś usłyszałam”. „Dobrze, dobrze, już przełączam”. Tym razem ekran wypełniła animacja przedstawiająca podłużny obiekt poruszający się w kosmicznej scenerii. „Naukowcy twierdzą” – mówił niewidoczny narrator – „iż tajemniczy obiekt nie zagraża naszej planecie. Według wyliczeń jezuickich uczonych, ọmłamła dwa, który tak nieoczekiwanie zmienił kurs i prędkość, przetnie orbitę Ziemi w bezpiecznej odległości. Doktor Shankar, znany astrofizyk z New Delhi, uważa, że dziwne zachowanie asteroidy na pewno da się wytłumaczyć w sposób naukowy. Uczony zapewnia, iż nie należy wierzyć w opowieści o nadlatujących siłach inwazyjnych Marsjan, tak chętnie rozpowszechniane przez płaskoziemców i antyszczepionkowców”. „Myślisz, że to możliwe?” – nieoczekiwanie spytała Isa. „Co?” „No, że zbliża się koniec.
Ten cały Ragnarok”. „To bzdury. Słyszałaś, co mówią w telewizji?” „A jeśli ukrywają przed nami prawdę? Może sami zabezpieczyli się jakoś. Dogadali z kosmitami, a nas wystawili na odstrzał”. Kto taki? Nie wiem. Elity, rządy. Cały czas mam przed oczami tego twojego kolegę stojącego przy drodze. To wariat.
Nie potrzebuję takich kolegów. Ale widziałeś wiadomości. Ten obiekt rzeczywiście zachowuje się dość dziwnie i mam wrażenie, że naukowcy do spółki z mediami coś kręcą. Nie mówię, że to jacyś obcy, ale- Nie będzie żadnego końca świata — powiedział stanowczym głosem Norbert. Walnął pięścią w stół, wprawiając w drżenie stojącą na nim zastawę. Iza podskoczyła na krześle, zaskoczona gwałtownym zachowaniem męża. — Nie po to harowałem całe życie, budując od podstaw firmę i ten dom, aby jakiś kamień z kosmosu miał to wszystko rozpierdolić! Albo kosmici do spółki z bitycznymi grupami, które trzymają władzę! — wykrzyczał. Zerwał się nagle z krzesła, strącając ze stołu talerz, z którego jeszcze przed chwilą jadł.
Wyraz jego twarzy zaniepokoił Izę. Zaciśnięte szczęki, obłąkany wzrok wbity w przestrzeń gdzieś za jej plecami. Wszystko to nie wróżyło miłego zakończenia wieczoru. Wszystko w porządku? — spytała. Tak — odparł chłodno, patrząc wciąż w bliżej nieokreślony punkt na przeciwległej ścianie. — Muszę iść. Mam coś do zrobienia. Połóż się do łóżka. Nie czekaj na mnie.
Mogę dziś późno wrócić — powiedział spokojnym już, lecz stanowczym głosem, po czym wyszedł. Przez kilka następnych minut Iza siedziała przy stole, próbując uspokoić skołatane nerwy. Nigdy nie oszukiwała się co do tego, że jej związek z Norbertem był czymś innym niż małżeństwem z rozsądku. Prawda była taka, że jej partner miał już swoje lata i potrzebował kogoś, kto urodzi mu dziedzica. Natomiast ona po prostu lubiła żyć na dobrym poziomie. Była to typowa transakcja wiązana, w której nie było przegranych. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że pod pewnymi względami byli udanym małżeństwem. Jednak w takich momentach, gdy Norbert zachowywał się jak furiat, bała się go. Paradoksalnie, jeśli za coś podziwiała swojego męża, to właśnie za to, że czasem budził się w nim wojownik, prawdziwy samiec. Na co dzień chłodny i opanowany, wpadał w szał w sytuacjach, w których nie potrafił zrozumieć otaczającej go rzeczywistości.
Czuł się zagrożony, gdy świat nie funkcjonował według jasnych, sprawdzonych reguł. Dostawał wtedy czegoś w rodzaju wewnętrznego kopa, popychającego go do działania za wszelką cenę. Tak było i tym razem. Alkohol tylko potęgował ten stan umysłu. Iza, otarłszy spływającą po policzku łzę, zaczęła zbierać naczynia ze stołu. Gdy układała je w zmywarce, wyjrzała przez okno. W bladym świetle ogrodowych lamp zobaczyła Norberta ratującego świat. Energicznymi machnięciami trzymanej w rękach łopaty pracowicie zsypywał ziemię w głąb wykopu. Parsknęła śmiechem. — Biedny głupcze — powiedziała na głos, wciąż śmiejąc się.
— Tak nie powstrzymasz końca świata. Włączyła zmywarkę i oparta o kuchenny blat zastygła na chwilę, przyglądając się pracującemu w amoku mężowi. Jednego mogła być pewna: gdy przydarzy się temu światu coś strasznego, dobrze jest mieć u swojego boku kogoś takiego jak Norbert. Człowieka czynu, który zrobi wszystko, co w jego mocy, aby ją chronić. Nikomu o tym nie mówiła, lecz od jakiegoś czasu miała dziwne przeczucie, że coś niedobrego zawisło nad ludzkością. Jakby gdzieś głęboko w jej podświadomości paliła się czerwona lampka ostrzegająca przed sądnym dniem. Odkąd zaszła w ciążę, uczucie to narastało każdego dnia. Toczyło niczym rak jej duszę. Wracało regularnie zawsze, gdy najmniej się tego spodziewała, wdzierając się brutalnie w jej strefę psychicznego komfortu. Coś nieokreślonego i nienazwanego narastowało jej umysł atakami nieuzasadnionego niczym lęku i następującej po nim melancholii, burząc poczucie bezpieczeństwa.
W końcu zaczęła sobie tłumaczyć, że musi po prostu zaakceptować swoją niemoc wobec przeznaczenia, pogodzić się z tym, co nieuchronne i żyć dalej, jak gdyby nigdy nic. Tak. Jedyne, co mogła teraz zrobić, to stwarzać pozory normalnego życia. Być dobrą żoną, gospodynią, matką. Funkcjonować jak dotąd, czekając na Ragnarok. Teraz czas na drugie wydanie „Bez tajemnic”. Tym razem „Prawdziwe historie o duchach” Williama T. Steada. Marcin Stachewski z Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych kończy tłumaczyć dla nas nową książkę Williama Steada. Może sama książka nie jest tak zupełnie nowa, ale zupełnie nowa pozycja w naszej spirytystycznej księgarni.
I dzisiaj zachęcam do wysłuchania fragmentu tej książki w moim audiobookowym wydaniu. Wielebny Alexander Stewart z parafii Nether Lochaber przysłał mi następujący przykład przeczucia, którego skutki okazały się korzystne. Działo się to zimą 1853 roku, kiedy mój szwagier, pan Kenneth Morrison, odwiedził nas tutaj w domu pastorskim przy parafii Nether Lochaber
[03:15:48] - Pan Morrison był wtedy starszym oficerem na parowcu City of Manchester należącym do Inman Line. City of Manchester był jednym z szybszych statków swoich czasów i pływał między Liverpoolem a Filadelfią. Gdy pan Morrison przebywał u mnie w gościnie, wśród mojej służby znajdował się Angus Macaster, rodowity mieszkaniec Lochaber. Miał około trzydziestu lat. Był człowiekiem aktywnym, inteligentnym i bardzo użytecznym. Wyborowym strzelcem, doświadczonym wędkarzem i jednym z najlepszych skrzypków w West Highlands. Nic więc dziwnego, że Morrison polubił Angusa, a w końcu zaproponował mu pracę na pokładzie City of Manchester. Angus miał być jednym ze stewardów i zarazem kamerdynerem pana Morrisona. Bardzo chętnie przystał na propozycję. Toteż kiedy skończył się urlop pana Morrisona, dołączył do niego i obaj weszli na pokład City of Manchester w Liverpoolu.
Nie minął rok, gdy Morrison napisał, że ma otrzymać awans na kapitana City of Glasgow, nowego parowca linii Inman, który wtedy był najlepszym morskim statkiem w swojej klasie. Informował również, że po kilkutygodniowym urlopie przyjedzie odwiedzić przyjaciół w Lochaber i zabierze ze sobą Angusa Macastera. Ponieważ ten ostatni okazał się dobrym i wiernym sługą, postanowił się z nim nie rozstawać. Wcześniej niż myślał, bo po zaledwie dwudziestu dniach Morrison został wezwany do Liverpoolu, aby objąć nadzór nad swoim statkiem. Wszystkie miejsca pasażerskie były już zarezerwowane. Zabrano większość ładunku i statek wymagał już tylko dokonania drobnych napraw. Uznano jednak, że to ostatnie lepiej będzie zrobić już pod nadzorem kapitana, zanim statek wyruszy w swoją dziewiczą podróż do Filadelfii. „Pojutrze muszę wyjechać” powiedział Morrison w poniedziałek rano przy śniadaniu, podając mi nad stołem list. „Proszę, poślij po Angusa. Chciałbym, żeby zjawił się natychmiast, abyśmy byli gotowi wyruszyć w środę rano”.
Tego samego wieczoru Angus sprowadzony przez specjalnego posłańca był w dolinie razem z przyjaciółmi. Zjawił się u nas. Był w tak poważnym i smutnym nastroju, że zauważyłem to od razu i zastanawiałem się, co mu się stało. Udałem się z nim do prywatnego pokoju i powiedziałem: „Angusie, kapitan wyjeżdża pojutrze. Najlepiej zapakuj jego rzeczy od razu, a przy okazji jesteś prawdziwym szczęściarzem. Jeśli tak dobrze poradziłeś sobie na City of Manchester za rok lub dwa zarobisz na City of Glasgow niemałą fortunę”. Ku mojemu zdziwieniu Angus odpowiedział: „Nie popłynę tym statkiem, a przynajmniej nie tym rejsem i mam nadzieję, że uda się panu przekonać do tego samego kapitana Morrisona, najlepszego i najmilszego pana, na jakiego można było trafić”. „Dlaczego nie popłyniesz? Co, u licha, masz na myśli Angusie?” Wykrzyknąłem ze zdziwienia. „Cóż, proszę pana” powiedział Angus.
Czytelnik musi wiedzieć, że nasza rozmowa przebiegała po gaelicku. „Cóż, proszę pana, nie będzie pan zgniewany, gdy wyznam, że przez ostatnie trzy noce mój ojciec, który jak pan wie, nie żyje od dziewięciu lat, ukazał mi się i ostrzegł, żebym nie wyruszał w tę podróż, bowiem okaże się katastrofalna. Nie mogę powiedzieć, czy działo się to we śnie, czy na jawie, ale widziałem go, panie, tak wyraźnie, jak teraz widzę ciebie. Ojciec był ubrany dokładnie tak jak za życia. Zgodnie z tym, co zapamiętałem. Stanął przy moim łóżku. Twarz jego przybrała wyraz niezwykle uroczysty, poważny. Podniósł rękę i z palcem uniesionym w geście ostrzeżenia powiedział: Angusie, mój ukochany synu, zrezygnuj z tej podróży, która nie będzie pomyślna. Przez trzy noce ojciec ukazywał mi się w tej postaci, wypowiadając te same słowa ostrzeżenia. I chociaż podjąłem decyzję zdecydowanie wbrew sobie, postanowiłem, że w obliczu takiego trzykrotnie powtórzonego ostrzeżenia nie powinienem wyjeżdżać.
Mnie samemu nie wypada tego mówić, dlatego chciałbym prosić, aby to pan przekazał kapitanowi Morrisonowi to, co właśnie powiedziałem. Niech pan go przekona, jeśli to możliwe, aby znalazł jak najlepszy pretekst, by uniknąć rejsu i żeby pod żadnym pozorem nie wchodził na pokład City of Glasgow”. Oczywiście w miarę możliwości próbowałem przekonać go do zmiany decyzji, a kiedy opowiedziałem o tym kapitanowi Morrisonowi, on również usiłował wpłynąć na Angusa, ale wszystko na próżno. I tak Morrison wyjechał bez biednego Angusa, który naprawdę płakał, żegnając się ze swoim panem. Na początku marca tysiąc osiemset pięćdziesiątego czwartego roku City of Glasgow z cennym ładunkiem i ponad pięciuset pasażerami na pokładzie wypłynął pod dowództwem Morrisona do Filadelfii. Przewidywano, że statek pod opieką tak zdolnego kapitana odbędzie pomyślny rejs. Kiedy jednak upłynęło dość dużo czasu, a wciąż nie było żadnych wieści o przybyciu statku do Filadelfii, Angus przyszedł do nas i zapytał, czy nie dowiedzieliśmy się czegoś nowego. Mogłem tylko powiedzieć, że jak dotąd nie otrzymaliśmy żadnej wiadomości, ale właściciele w odpowiedzi na moje pytania utrzymywali, że są pewni bezpieczeństwa City of Glasgow. Przypuszczali, że pojawił się problem z silnikami i prawdopodobnie statek musiał płynąć pod żaglami. „Módlmy się, aby tak było” powiedział Angus ze łzami w oczach, a potem dodał w swoim wyrazistym języku: „Jednak lękam się bardzo, że ani do ciebie, panie, ani do mnie nie dotrze już nigdy żadna wiadomość o dalszych losach statku”.
I tak też się stało. Odkąd jednostka City of Glasgow opuściła Mersey, aż do dnia dzisiejszego nic o niej nie słyszano. Osoby kompetentne wysunęły prawdopodobną hipotezę, że statek trafił na górę lodową i poszedł na dno ze wszystkimi ludźmi, którzy byli na pokładzie. Pozwolę sobie dodać, że Angus był katolikiem. Ksiądz McDonald, jego kapłan niedługo potem opowiedział mi, że zanim przybył posłaniec wzywający Angusa do mnie w czasie spowiedzi, mężczyzna opowiedział duchownemu swój trzykrotnie powtórzony sen czy też wizję. Użył identycznych słów, w jakich zrelacjonował mi później swoje przeżycia. Kiedy nie było już żadnej nadziei, że City of Glasgow się odnajdzie, Angus wyemigrował do Australii. Po kilku latach napisał do mnie, że ma się dobrze i radzi sobie w nowym miejscu. Nie wiem, czy jeszcze żyje, czy też odszedł już do lepszego świata. Pytanie, które pojawiło się w moim umyśle zaraz po przeczytaniu tego tekstu brzmiało: czy przeznaczeniem tego okrętu było zatonięcie podczas pierwszego rejsu, skoro duchy o nim wiedziały?
O tej katastrofie, że ta katastrofa nastąpi. Odpowiedź według mnie na tak zadane pytanie brzmi: nie. Przeznaczeniem tego okrętu i przeznaczeniem ludzi, którzy na tym okręcie zginęli, nie było zatonięcie tego dnia. Dowodem na to jest fakt, że pojawił się w tej historii duch, który przyszedł uprzedzić swojego syna i tym samym odmienił jego los. Tak samo ten los mógł zostać odmieniony dla tych wszystkich pasażerów oraz kapitana okrętu, który prawdopodobnie na tym okręcie również zginął. W takim razie skoro duchy wiedziały, że ten okręt zatonie, chociaż nie było to jego przeznaczeniem, to skąd? W jaki sposób one to przewidziały? I tutaj trzeba pamiętać, że duchy odpowiednio rozwinięte spoglądają na życie materialne z pewnej perspektywy i łatwiej jest im ocenić konsekwencje naszych aktualnych czynów. Konsekwencje, które nastąpią za jakiś czas. To jest jedno.
Być może kapitan w swojej niewiedzy, że tak powiem, chociaż uchodził, był fachowcem, ale człowiek nie jest nieomylny, więc kapitan w swojej niewiedzy mógł popełnić jakiś błąd i duchy wiedziały, że on, gdy wpłynie na przykład na takie wody, nie poradzi sobie, ponieważ jego umiejętności są zbyt małe bądź nie ma wystarczającego doświadczenia i duchy mogły to po prostu przewidzieć. Bądź na przykład też nie wiemy, w jaki sposób ten okręt zatonął, ale okręt mógł mieć jakiś defekt, o którym wiedziały duchy, ale nie wiedzieli ludzie. Więc duchy mogły przypuszczać. Duchy mogły przypuszczać, że ten okręt zatonie. Fakt, że przyszedł duch i uprzedził swojego syna, nie oznacza, że ten okręt musiał zatonąć. To jest tak samo jak ojciec, który daje kluczyki pierwszy raz swojemu synowi. Kluczyki do nowego samochodu i mówi do syna, który dopiero co zrobił prawo jazdy: „Uważaj, jedź ostrożnie, bo jak nie, to będziesz miał wypadek”. Czy to oznacza, że ojciec wiedział, że syn będzie miał wypadek? Nie. On po prostu przypuszczał i być może okoliczności, w które zmierzał okręt razem z pasażerami, sprzyjały katastrofie, ale wcale nie musiało do tej katastrofy dojść.
To jest tak samo jak z tą dachówką, o której nieraz mówiłem już na moim wideoblogu, która spada z dachu i albo kogoś zabije, albo nie, ale to wcale nie oznacza, że ona musi kogoś zabić. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:25:41] - No i jeszcze raz zapraszam na recenzarium Evivy. Tym razem tytuł „Kostnica” to taki klasyk, chociaż usłyszycie Państwo od Evivy pewne wątpliwości co do chociażby tłumaczenia i w ogóle na jakie problemy napotykają tłumacze. No ale to tak na marginesie, bo przecież najważniejsza jest sama książka. Zapraszam zatem Luiza Eviva Dobrzyńska i recenzja „Kostnicy”.
[03:26:17] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Zdarza się czasem tak, że tytuł książki nie całkiem przystaje do jej treści. Stykamy się z tym zwłaszcza w przypadku tytułów anglojęzycznych, które bardzo trudno jest zgrabnie przełożyć na polski. Jednak uważam, że tłumacze powinni trochę bardziej się przyłożyć w tej kwestii. Zdarza się bowiem, że tytuł jest po prostu mylący. Tak ma się sprawa z książką Graham Mastertona „Kostnica”. Oryginalnie nosi tytuł, który można przełożyć jako „Dom Szarlatana” albo „Dom Oszusta”. Nie wiem, dlaczego tłumaczowi przyszło do głowy, że dla polskiego czytelnika byłby ten tytuł mniej atrakcyjny. W przypadku Grahama Mastertona nie trzeba się przecież nad tym głowić, gdyż samo nazwisko wystarczy, żeby człowiek kupił książkę. Tak czy inaczej, tytuł „Kostnica” nie tylko jest mylący, ale tak naprawdę nie ma nic wspólnego z tym, z czym mamy do czynienia.
O czym bowiem jest ta książka? John Hyatt, pracownik sanepidu, jest trochę zaskoczony, gdy pewien stary człowiek zwraca się do niego z prośbą o pomoc. Chodzi o to, że nie dokuczają mu ani szczury, ani żadne robactwo. Skarży się jednak, że jego dom oddycha. W takiej sytuacji pierwsze, co człowiekowi przychodzi do głowy, to to, że ma do czynienia z kimś o zachwianej psychice. Jednak Hyatt postanawia sprawdzić, co w trawie piszczy. Razem ze swym przyjacielem i współpracownikiem odwiedza dom staruszka. Wizyta kończy się ciężką kontuzją Dana, który trafia do szpitala z dziwnymi objawami. Tak dziwnymi, że lekarze nie wiedzą, z czym mają do czynienia. Dalsze próby wyjaśnienia dziwnych odgłosów w domu starszego pana pociągają za sobą następną ofiarę, a sam Hyatt musi przyznać, że ma do czynienia z zjawiskiem wymykającym się logice.
Jego dziewczyna, Jane Torrensino odkrywa, że pewna indiańska legenda może przynajmniej częściowo wyjaśnić, co się dzieje. Hyatt dociera do szamana George'a o tysiącu imion, a ten Ujawnia, że dziewczyna ma rację i że legenda jest w rzeczywistości przepowiednią, która właśnie zaczęła się realizować. Jej sednem są ponowne narodziny przerażającego, krwiożerczego i nieomal niezniszczalnego demona. Jak widzimy, Masterton w tej książce sięga do swojego ulubionego tematu indiańskich legend. „Kostnica” jest jego wczesnym utworem. Dzięki temu nie przesiąkła jeszcze komercjonalizmem, który niestety wyczuwa się w tych dużo późniejszych, można powiedzieć bardziej współczesnych. Mamy w tej książce wszystkiego w miarę: i odpowiednią dozę makabry, i logiczną zagadkę, i odrobinę seksu, ale bardzo delikatnie zaznaczonego jak na Mastertona. Co jeżeli chodzi o mnie? Bardzo mi się spodobało, ponieważ nie lubię pewnego rodzaju opisów. Uważam, że powinny zostać zachowane dla książek, które są stricte skupione właśnie na dotarciu do czytelnika potrzebującego takich bodźców.
„Kostnica” pochodzi z tych lepszych czasów, więc jest książką powściągliwą i wyważoną. Jak inne książki Mastertona nie zawiera też zbędnej treści. Ten pisarz nie leje wody, żeby zwiększyć objętość. Wręcz przeciwnie, pisze zwięźle, żeby nie rzec lakonicznie. I chwała mu za to. Czy „Kostnica” jest dziełem idealnym? Trudno powiedzieć. Jest trochę, jakby tu rzec, mało straszna, ale być może w ten sposób ją odczytałam, ponieważ jestem już zapoznana z twórczością Mastertona oraz pokrewnych mu pisarzy. Tak naprawdę mało co jest mnie w stanie wystraszyć, ale rzeczywiście makabry jest tutaj dość mało. Tyle, żeby wywołać nastrój niepokojący, a nie tyle, żeby człowieka, za przeproszeniem, zemdliło.
No i oczywiście odniesienie do indiańskich wierzeń, do Indian, którymi Masterton jest wyraźnie zafascynowany i niejeden raz ich legendy wykorzystuje w swoich utworach. A trzeba przyznać, że świat indiańskich legend, nie wiem jak w Ameryce, ale w Europie jest dość mało znany. Wielu ludzi zetknęło się z nim właśnie dzięki Mastertonowi, więc niejako ubocznie ten pisarz zrobił bardzo wiele dla zachowania indiańskiej kultury, która została niemal całkowicie zniszczona przez kolonizatorów. Co o tym myślą sami Indianie, to akurat nie wiem i zresztą wątpię, by ktokolwiek się tym przejmował. Sądzę jednak, że nie mają mu tego specjalnie za złe. W końcu im też zależy, by ich dziedzictwo przetrwało w jakikolwiek sposób. Mogę się założyć, że niejeden czytelnik i z Europy, i z samej Ameryki po lekturze „Manitu”, „Traumy” czy właśnie „Kostnicy” zaczął wiedziony ciekawością zgłębiać bardziej fachowe opracowania na temat tych mitów i na pewno wiele się przy tym nauczył. A jak wiadomo wiedza jest nie do przecenienia. Po tym, co rdzennym Amerykanom zrobili biali, zachowanie choć części ich dziedzictwa jest naszym obowiązkiem i powinniśmy się starać, żeby jak najwięcej z ich legend zostało utrwalone i dotarło do szerokich rzesz, ponieważ one żyją wtedy, kiedy się je powtarza. I właśnie to robi Masterton.
Oczywiście dodając do tego własną fabułę, a robi to bardzo zręcznie. I chociaż nie wszystkie jego książki, szczególnie te nowsze, budzą mój zachwyt, to nadal w dziedzinie horroru pozostaje on moim prawie że ulubionym autorem. No powiedzmy ex aequo z Lovecraftem. Co prawda Lovecrafta zalicza się raczej do nurtu fantasy niż do horroru, ale zapewniam, że w swoim czasie, kiedy wpadły mi w ręce jego opowiadania, musiałam spać przy zapalonym świetle, a byłam już dorosłą osobą. Także jeżeli lubicie Grahama Mastertona albo po prostu macie ochotę na wieczór z dreszczowcem, polecam „Kostnicę” właśnie niedawno ponownie wydaną przez wydawnictwo Rebis. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:32:36] - I tak jak co tydzień jestem zaskoczony, że to już koniec. No bo to już jest koniec, proszę państwa, kolejnego wydania Bibliotekarium 2.0. Mam nadzieję, że się państwo dzisiaj dobrze bawili. Życzę wspaniałego weekendu. Życzę wspaniałego tygodnia. Zapraszam za tydzień w kolejny piątek, a teraz już życzę Państwu dobrej nocy i do usłyszenia.
[03:33:03] - A nim nastaśnie kwiecień plecień oczywiście usłyszymy się jeszcze raz w marcu w Bibliotekarium 2.0 już za tydzień. Mówił do Państwa przed chwilą gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.