Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Szanowni Państwo, jedni straszą gwałtownym atakiem zimy, bardzo gwałtownym atakiem, a my dzisiaj was postraszymy bardzo gwałtownym atakiem ciekawych treści, ciekawych książek, fajnych filmów i ciekawych gości. Zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AFW, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:46] - Dzień dobry wieczór państwu. Witam w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Głos mam troszeczkę grubszy niż zwykle, ponieważ coś mi się tam pałęta chorobowego. No wiosna, wiadomo. Jak wiosnę jakąś uda mi się przepełznąć bez infekcji, to mogę mówić o szczęściu. W związku z tym w tym roku szczęścia nie miałem. Skończmy z chorobami. To nie jest temat, który by specjalnie pasjonował kogokolwiek. No to cóż, zaczynamy. Zaczynamy jak zwykle od polecanek książkowych.
Pierwsza z nich nosi tytuł „Wschód słońca w dniu dożynek”. Autorką jest Suzanne Collins, wydawnictwo Must Read. Data premiery: 18 marca. „Wschód słońca w dniu dożynek” to piąty tom cyklu „Igrzyska śmierci”. Zerknijmy, co na temat tej książki pisze wydawca. „Skoro masz stracić wszystko, co kochasz, po co jeszcze walczyć? W dzień dożynek mieszkańcy Panem budzą się zdjęci strachem. W tym roku, z okazji drugiego ćwierćwiecza poskromienia, dwukrotnie więcej trybutów trafi na arenę. Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu woli nie zastanawiać się nad tym, co przyniesie los. Chce tylko przebrnąć przez ten dzień i spotkać się z dziewczyną, którą kocha.
Gdy słyszy swoje nazwisko, czuje, że jego przyszłość legła w gruzach. Musi zostawić bliskich i jechać do Kapitolu w towarzystwie trójki innych trybutów z Dwunastki: przyjaciółki, która jest jak młodsza siostra, kompulsywnego analityka i największej snobki w mieście. Haymitch od samego początku wie, że przeznaczono go do odstrzału, lecz coś pcha go do walki. Pragnie tylko jednego: by jej skutki odbiły się echem daleko poza zabójczą areną”. Przypomnę, to książka „Wschód słońca w dniu dożynek”, Suzanne Collins, wydawnictwo Must Read. Data premiery: 18 dzień marca. No to zerknijmy na drugą propozycję. Nosi ona tytuł „Protokół rozbieżności. Historia Polski bez histerii”. Autorem jest Cezary Korycki, wydawcą Wydawnictwo Literackie.
Data premiery: 19 dzień marca. „Czy Niemcy wiedzą dziś jeszcze, czym była bitwa pod Grunwaldem? Czego Szwedzi uczą się w szkole o potopie? Dlaczego Litwini stawiali Piłsudskiego w równym rzędzie z Leninem? Czy we Francji i Wielkiej Brytanii istnieje jakiekolwiek poczucie tego, iż obowiązki sojusznicze wobec Polski nie zostały wypełnione? Jak państwowe instytucje mogą utrudniać dialog Polaków, Ukraińców o historii? W Polsce oczywiście mamy i znamy swoją historię. Tak nam się przynajmniej wydaje. Ale jak na nas patrzą inne narody? Cezary Korycki, autor kanału Historia, jakiej nie znacie i twórca platformy Historiateka w swojej książce pyta o to najwybitniejszych zagranicznych historyków z krajów, których dzieje przecinały się z losami Polski.
Rozmówcy autora to najbardziej znaczący historycy z państw sąsiadujących z Polską, ale nie tylko. Korycki nie waha się przed zadawaniem trudnych pytań. Konfrontuje rozmówców z popularnymi stereotypami. Pyta o niejednoznaczne i kontrowersyjne sprawy, których ocena dzieli nawet Polaków, jak bilans dominacji Polaków w Rzeczpospolitej Obojga Narodów chociażby. Rozmawia o niewyjaśnionych przez lata konfliktach z Czechami, Litwinami, Białorusinami czy Ukraińcami. Chce uzyskać odpowiedź od Niemca, dlaczego w jego kraju zwalają winę za drugą wojnę światową na nazistów, a od Szweda, czy mają zamiar oddać zrabowane dziedzictwo Rzeczpospolitej. Najdonioślejsze wydarzenia z polskiej historii bywają kompletnie nieznane za granicą, a te zupełnie u nas marginalne okazują się dla rozmówców Koryckiego szalenie ważne. Protokół rozbieżności to książka, która pozwala spojrzeć na historię Polski oczami innych narodów, a przez to odkryć ją na nowo”. Przypomnę: „Protokół rozbieżności. Historia Polski bez histerii”, Cezary Korycki, Wydawnictwo Literackie.
Data premiery: 19 marca. Ostatnia polecanka na dzisiaj ma angielski tytuł, ale książka jest jak najbardziej po polsku. Tytuł: „In Another Life”. Autorka: Angelika Kołodziej. Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery: 19 marca. „Różnica między nami polega na tym, że ty nosisz krew na ustach, a ja w sercu. Mój ból jest cichy, a twój głośny”. Wydaje się, że siedemnastoletnia Larissa Calloway Ma wszystko, o czym dziewczyna w jej wieku może marzyć. Jest piękna, popularna, otaczają ją przyjaciele, a w jej pobliżu kręci się pewien przystojniak.
Tymczasem dwie godziny spędzone nad jeziorem w towarzystwie Harveya Reynoldsa, szkolnego wyrzutka, sprawiają, że Larissa uświadamia sobie, że jednak czegoś jej brakuje. Ten nielubiany chłopak, z którego wszyscy się naśmiewają, wydaje się rozumieć ją lepiej niż ktokolwiek inny. I kiedy pewne wydarzenia zmuszają go do ucieczki z miasta wraz z rozpoczęciem wakacji, Larissa postanawia razem z nim wyruszyć w ekscytującą podróż. To była, proszę państwa, polecanka książki napisanej przez Angelikę Kołodziej „Another Life”, wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery: 19 dzień marca. Stali słuchacze wiedzą, że teraz będą korepetycje filozoficzne. Zachęcony dobrym odbiorem poprzedniego odcinka, który traktował o stand-upie, humorze, sposobie budowania na przykład skeczy, postanowiłem pociągnąć temat. Dzisiaj zaproponuję państwu artykuł, a właściwie wywiad. Wywiad nosi tytuł: „Poczucie humoru to postawa wobec życia”. Jest to wywiad z profesorem Bohdanem Dziemidokiem, który przeprowadziła, wywiad oczywiście, Monika Bokiniec.
Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku, w numerze pierwszym, 25. z kolei i jest dostępny dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. No to zacznijmy. Przypomnę: „Poczucie humoru to postawa wobec życia. Wywiad z profesorem Bohdanem Dziemidokiem”. Czym zdaniem pana profesora jest humor? Humor to pojęcie wieloznaczne, ale przynajmniej trzy jego znaczenia zasługują na odnotowanie. Pierwsze to jego rozumienie potoczne, bez związku z komizmem. Humor w sensie samopoczucia czy też nastroju. Miałem, miałam na przykład zły humor.
Dwa pozostałe są bezpośrednio związane z komizmem, często mniej precyzyjne. Po pierwsze humor jako przeżyciowa, podmiotowa część sytuacji komicznej, doznania uczestnika sytuacji komicznej. Po drugie zaś tak zwany komizm dojrzały, którego wyróżnia się dwa rodzaje: humorystyczny i satyryczny. Satyryczny jest agresywny, złośliwy, a humorystyczny przeciwnie – dobrotliwy, dostrzegający dobre strony nawet trudnej sytuacji i zasadniczo przyjazny wobec swojego obiektu. Co to znaczy mieć poczucie humoru? Poczucie humoru to postawa wobec życia, nastawienie życiowe. Żarty uczłowieczają, odbrązawiają obiekt żartu. Kiedy ktoś jest pyszałkiem, to każdy żart z niego może być odczuwany jako złośliwość. Jeśli mamy poczucie humoru i umiemy się zdystansować wobec siebie, swoich marzeń, wspomnień, to poczucie humoru pozwala nam zapanować nad negatywnymi uczuciami i mieć poczucie dodatniego bilansu. Światopogląd humorystyczny jest swoistym realizmem.
Oznacza bowiem przezwyciężenie zarówno pesymizmu, jak i optymizmu. Dokonuje się to w trzech wymiarach. W stosunku do życia w ogóle wiem, że życie nie jest ani sielanką, ani koszmarem. W stosunku do mojego charakteru nie reaguję rozpaczą lub euforią, bo wiem, że przyjemności i przykrości się w życiu przeplatają. W stosunku do perspektywy nie mówię sobie, że na pewno mi się uda lub że z pewnością poniosę klęskę. Staram się, żeby się udało, ale jestem przygotowany na porażkę. Osoba z poczuciem humoru to realista, który widzi życie, siebie, przyszłość taką, jaką jest w odniesieniu do obecnej sytuacji, marzeń, nadziei, nadziei na przyszłość oraz wspomnień z przeszłości. Dlaczego humor jest istotny z punktu widzenia filozofii? Sądzę, że głównie ze względu na swój wymiar egzystencjalny. Poczucie humoru to co innego niż dowcipność.
Poczucie humoru ma ten, kto potrafi wybaczać, kto patrzy na siebie wszechstronnie. Poczucie humoru jest również czynnikiem światopoglądowym. Życie kogoś, kto je posiada i kogoś, kto jest go pozbawiony, przebiega inaczej. Osoby z poczuciem humoru mają inny stosunek do tego, co się im przydarza. Łatwiej żyje się takim ludziom z takimi ludźmi. Potrafią się śmiać ze swoich własnych niepowodzeń. A jeśli człowiek potrafi się śmiać ze swoich poczynań, to wytrąca oręż swoim przeciwnikom. Między innymi dlatego wybitni filozofowie pisali, mówili o humorze i komizmie. Profesor Władysław Tatarkiewicz miał znakomite poczucie humoru i między innymi dlatego żył 94 lata. Na pytanie, czy był szczęśliwy, odpowiadał, że chyba tak, a zawdzięcza to dwóm swoim wadom.
Mam słabą pamięć i szybko zapominałem o przykrych wydarzeniach, a poza tym nie mam wyobraźni i nie potrafię się martwić na zapas. To właśnie poczucie humoru pozwala przyjąć taką postawę. Kto pana zdaniem był najważniejszym filozofem piszącym o humorze? U większości ważnych filozofów znajdziemy refleksję dotyczącą humoru, śmiechu czy komizmu. Od Platona i Arystotelesa, przez Kanta, Hume'a, Schopenhauera po Bergsona czy Spencera. Wśród klasyków sądzę, że najważniejsze miejsce należy się Bergsonowi i Freudowi. Czy humor może stanowić narzędzie myślenia? Czy za pomocą humoru można wyrazić jakieś prawdy? Moim zdaniem można. Humor ujawnia, że w życiu nie ma tylko sielanki, ale też nie pozwala oddać się tragizowaniu czy wyolbrzymianiu nieszczęść.
Pokazuje, że życie ma różne wymiary, pomaga odróżnić sprawy istotne od mniej istotnych i pomaga wybaczać. Są zjawiska negatywne, ale do nich życie się nie sprowadza, a poczucie humoru pomaga nam to sobie uświadomić. Jakie funkcje może pełnić humor w kulturze? O ile dowcipkowanie ma wyłącznie charakter intelektualny, to humor zawiera również aspekty emocjonalne. Pomaga nam kształtować stosunek do rzeczywistości i do innych ludzi. Trudno znaleźć inną kategorię, która łączy w sobie analizę, ocenę i uczucia, które temu towarzyszą. A uczuć lekceważyć nie można. Jakie są ciemne strony humoru? Istnieją różne rodzaje poczucia humoru. Może mieć on charakter ostrzejszy lub bardziej wyrozumiały.
Prawdziwy humor, który łączy w sobie elementy życzliwości wobec świata, rani tylko tych, którzy poczucia humoru nie mają. Nadętych pyszałków. Nie powinniśmy oczywiście żartować z tych, którzy mają gorzej, ale człowiek mający poczucie humoru ma również zwykłe poczucie dobra i nie będzie żartować z kogoś, komu jest źle, bo to jest po prostu niemoralne. Jeśli szydzimy, to sami sobie wystawiamy świadectwo. To, proszę państwa, był krótki wywiad z profesorem Bohdanem Dziemidokiem. Wywiad nosił tytuł: „Poczucie humoru to postawa wobec życia”. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „FilozofuJ” w 2019 roku i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, a teraz zapraszam na poważne rozważania. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówić o sektach, które czczą UFO. O ufokultach.
Tak, proszę państwa, okazuje się, że coś takiego przydarza się i to nie tylko tu, w Europie, w Stanach Zjednoczonych, ale w różnych miejscach świata. Tych sekt w tak zwanym międzyczasie, w ostatnich dziesięcioleciach powstało całkiem sporo. O tym wspólnie z Piotrem mówimy. Ten materiał jest materiałem, który przygotowałem na kanał Wehikuł Wyobraźni i tam nieodmiennie państwa zapraszam. Od razu mówię: tu, na Bibliotekarium 2.0 pokazują się tylko niektóre wybrane kawałki z twórczości internetowej, z twórczości YouTube'owej. Jeśli ktoś chce mieć pełen przegląd, to zapraszam na kanał, powtórzę, Wehikuł Wyobraźni. Będzie mi bardzo miło państwa gościć. Tym bardziej, że tych materiałów tam już całkiem sporo się uzbierało. No ale my tu gadu gadu, a ufokulty czekają. Zapraszam zatem na interesującą, moim zdaniem interesującą rozmowę.
Dzień dobry wieczór państwu. Witam serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Witam państwa. Witam także naszego gościa Piotra Cielebiasia z kanału UFO Historie.
[16:16] - Dzień dobry wieczór Marku, witam też państwa. Dzisiaj będzie kontrowersyjnie.
[16:22] - Tak, kontrowersyjnie będzie, bo UFO UFOem, jak sobie pozwolę zażartować, ale to zjawisko UFO ściąga również zainteresowanie ludzi o różnym pokroju. Są oczywiście badacze, są ludzie żywo zainteresowani tym, co dzieje się na niebie, zainteresowani w sposób analityczny, zainteresowani po prostu, bo ciekawe. Są ludzie, którzy chcą to badać i używają albo starają się używać do tego metod naukowych albo do metod naukowych zbliżonych. Ale zjawisko UFO przyciąga również całą masę ludzi, którzy mają inklinacje w kierunku tworzenia ruchów religijnych, parareligijnych, sekt, czy jakkolwiek sobie państwo to nazwiecie. W historii, jeśli popatrzymy na to, co się działo, to tych ruchów ogólnoświatowych, ale i też lokalnych było naprawdę dużo. Mamy na przykład sektę, grupę Antrowis, mamy Heaven's Gate, mamy Anioły Nieba, mamy raelizm albo raelianizm, mamy Zehendo. Tych grup, tak jak powiedziałem, jest sporo, bo chociażby nawet grupę nazywaną scjentologami też można w jakimś stopniu zaliczyć do tego rodzaju ruchu związanego może nie do końca z UFO, ale z innymi istotami gdzieś z głębokiego kosmosu. Mamy też, nie wiem, czy państwo kojarzycie zamachy w metrze tokijskim, to ta grupa Aum również na swoim celowniku zjawisko UFO miała. Była też grupa, sięgam pamięcią, Unarius Academy of Science. Była grupa Ashtar Command.
Jeszcze The Order of the Solar Temple i tak dalej. Troszeczkę dzisiaj państwu o tej historii opowiemy, ale to nie będzie tak, że chcemy zrobić państwu pogadankę historyczną, bo to będzie zaledwie wstęp do tego, żebyśmy się rozejrzeli. Moje ulubione sformułowanie: rozejrzeli wokół, bo mam wrażenie, że również w naszych czasach tego rodzaju ciągotki wśród niektórych ludzi zainteresowanych UFO występują. Co więcej, one dają o sobie znać w sposób, który ja uznaję za mało przyjemny, mało konstruktywny. Bo wiecie państwo, to jest tak, jak się zastępuje analizę, pewne badanie przypadków, badanie może nie fizyczne, ale przynajmniej rozważanie logiczne na temat tego, co się wydarzyło. Jeśli to próbuje się zastępować wiarą i stwierdzeniem: „Tak było, bo ja w to wierzę. Tak było, bo ja jestem o tym przekonany”, to jesteśmy gdzieś na drodze ku tworzeniu ruchu religijnego, sekty czy czegoś w tym rodzaju. Ja na razie nie będę państwa straszył, ale to, że powstaje sekta z UFO w tle ma swoje konsekwencje. Moim zdaniem bardzo niekorzystne konsekwencje zarówno w sferze społecznej, jak i w sferze UFO, czyli zainteresowania UFO. Tego rodzaju ruchy parareligijne, religijne mogą odstręczać ludzi od zainteresowania się zjawiskiem.
Mogą ich straszyć, zniechęcać, ponieważ jeśli w miejsce argumentów stawia się argument religijny pod tytułem: „Wierzcie mi, bo ja wam to mówię, wierzcie mi, bo ja wiem”. To nie jest ciekawie.
[20:36] - Ano nie jest ciekawie. Moim zdaniem trwa kultyzacja ufologii w Ameryce, ale nie tylko. W dzisiejszym programie porozmawiamy o ufokultach z dwóch perspektyw. Z tej historycznej. Wiem, że przez lata chyba powiedziano wszystko na ten temat. Adamski, raelianie i tak dalej. W Polsce nawet wychodzi kilka lat temu taka książka Piotra Czarneckiego i Anny Zaczkowskiej poświęcona właśnie ufokultom. O czym tu niby gadać? A jest o czym gadać, bo jesteśmy, Marku, w bardzo oryginalnej i wymownej sytuacji. To jest taki moment, właśnie teraz, kiedy możemy dostrzec ufokulty, jak to mówią Amerykanie in progress albo in making.
Czyli one są tworzone na naszych oczach. A może tworzą się same? Pewnie i tak, i tak. Ale na samym początku bym chciał zaznaczyć, że używając terminu ufokult mamy na myśli bardzo szeroką grupę ruchów, poglądów związanych nie tylko z obecnością obiektów UFO, ale przede wszystkim z istnieniem obcych, którzy mają wobec ludzkości konkretny plan. I ci obcy nie tylko przybywają z kosmosu, ale też według niektórych z innych wymiarów. Co ja mam na obronę tej tezy mówiącej, że trwa kultyzacja ufologii? Drodzy państwo, od bardzo niedawna odnawia się zainteresowanie niekonwencjonalnymi teoriami związanymi z UFO. To znaczy te teorie były, one mają często kilkadziesiąt lat, natomiast w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy trafiają do mainstreamu i zaczyna się o nich dużo mówić. Autorzy tacy jak Diana Pasulka, Luis Elizondo, który przecież nie wyklucza, że UFO to są demony, bo takie coś słyszał kiedyś od kogoś ważnego. Ktoś taki jak Chris Bledsoe, experiencer, osoba mająca jakieś doświadczenia z UFO, który filmuje dziwne obiekty i wydaje nawet książkę pod tytułem „UFO Boga” albo „Boże UFO”.
Oni wszyscy, a ta grupa jest szersza, dają asumpt do traktowania teorii o związkach między UFO, świadomością i religią bardziej na serio. To znaczy ja wiem, że niektórzy traktują doktor Dianę Walsh Pasulkę jako naukowca. Ja natomiast mam trochę odmienne zdanie co do jej działalności i chodzi mi tutaj o tą dosłowność. Po prostu te teorie niektóre bierze się coraz bardziej na serio. Druga sprawa jest taka, że od 2023 roku wzmaga się poprzez działalność wielu osób na polu ufologicznym takie przekonanie, taki pogląd, że coś idzie, coś nadchodzi, Marku, coś nas czeka niedługo i coś się będzie działo. Zbliża się jakieś wielkie wydarzenie, mówią. Tak zwany event 2027, 2026, bo i taka wersja jest, 2029, a nawet 2032. Tych dat może być dużo. W każdym razie w ludziach zaczyna zaszczepiać się takie przekonanie, że coś się stanie i to niedługo. Jest to charakterystyczny element milenaryzmu, przekonanie, że zbliża się coś w rodzaju paruzji albo apokalipsy w ogóle, jakiegoś zbiorowego katharsis, że coś nastąpi, tylko że źródłem tego czegoś, objawienia, katastrofy czy cholera wie czego, nie będą siły boskie, tylko będą właśnie kosmici albo przybysze z innego wymiaru.
To połączenie wiary obcych z elementami apokaliptycznymi, z tymi milenarystycznymi, czyli obcy przybędą i nam się wszystko rozdupcy, zawsze leżało u podstaw różnego rodzaju ufokultów. Nie musimy tutaj podawać skrajnych przypadków typu Wrota Niebios. Czy takich ruchów, które mówiły, że obcy przylecą i zabiorą nas na swoje statki albo zabiorą nas po śmierci do swojej krainy. Zauważcie państwo, że nawet często przyjaźni kontaktowcy, tacy liberalni, ezoteryczni, uduchowieni, kochający ludzi, kontaktowcy, czyli ci ludzie, którzy mówią, że się kontaktują, porozumiewają z obcymi, przekazują zakamuflowane, zawoalowane treści. Te treści brzmią często tak: „Ja się tu spotykam z kosmitami i oni mi mówią, że ludzkość coś czeka, że oni przekazują przeze mnie, jako kontaktowca, wiedzę, że coś nadciąga, że wy się musicie zmienić, bo coś się stanie”. Także jesteśmy w szczególnym momencie. Po co trwa ta kultyzacja ufologii? Nad tym się za chwilę zastanowimy. Tylko że powiedziałem, iż to jest proces, który trwa, ale tak naprawdę na przestrzeni lat tych ufokultów pojawiło się wiele i przyczyny ich powstawania były bardzo różne. Ja może tylko dodam, że u nas pierwsze fale ufokultów nie wystąpiły z tego powodu, że u nas trwał realny socjalizm.
Nie było miejsca na takie rzeczy, nie traktowano na poważnie religii, a co dopiero ufokultu, prawda?
[25:49] - Prawda. Aczkolwiek kiedy socjalizm się już lekko sypał, zmurszał nieco w latach 80., zaczęło się. To był ruch, który założył Edward Mielnik. Ruch nazywał się Antrowis, czy nieco dłuższa nazwa Międzynarodowe Centrum Odnowy Ludzi i Ziemi Antrowis. Ten ruch działał w latach 80. i 90. XX wieku, ale zanim o nim, to odniosę się do tego, o czym mówił Piotr. Obserwujemy takie zjawisko w tej chwili pewnej kultyzacji ufologii, UFO właściwie. To jest zjawisko, które występuje nieomal od początku obserwacji nazywanych UFO, bo w latach 50. już takie ruchy się pojawiały.
Piotr wspomniał na przykład o Heaven's Gate. To był ruch założony w latach 70. przez Marshalla Applewhite'a i Bonnie Nettles. Ta grupa wierzyła, że Ziemia zostanie oczyszczona i wyznawcy mogą dołączyć do statku kosmicznego, który zabierze wyznawców do wyższego poziomu istnienia. Z tą grupą wiąże się tragedia, bo w 1997 roku niemal 40, 39 dokładnie członków grupy Heaven's Gate popełniło zbiorowe samobójstwo. Oczywiście to nie było dlatego, że oni chcieli popełnić samobójstwo. To miała być brama na statek kosmiczny, który skradał się, leciał w cieniu komety Hale’a-Boppa i oni poprzez samobójstwo opuszczali swoje ziemskie naczynia, aby dołączyć do załogi owego statku. To skończyło się bardzo niedobrze, ale wrócę do tej polskiej grupy Antrowis. Edward Mielnik w 1983 roku miał widzenie. Objawiła mu się Matka Boska i zaczęła go nakłaniać do ocalenia Słowian.
Miał ocalić Słowian dzięki pomocy kosmitów. Rozpoczął bardzo szybko nauczanie. Na początku we Wrocławiu, ale pod koniec lat 80. ta działalność obejmowała już kilka dużych miast w Polsce. Antrowis to była taka grupa, która łączyła wiarę w wybitność, w specjalne znaczenie narodów słowiańskich. Łączyła to przekonanie z ufologią oraz z chrześcijaństwem. No i zgodnie z naukami Mielnika, Słowianie z planety Atlanta mieli osiedlić się na terenie dzisiejszej Polski bardzo dawno temu. Tam padała co prawda liczba lat, ale ona jest tak nieprawdopodobna, że jej państwu nawet nie będę przytaczał. Słowianie to mieli być strażnicy kanonu 12 praw uniwersalnych, ale niemal równocześnie na Ziemię przybyli Hebrajczycy z planety Hebro, zwani strażnikami wolnej woli. To bardzo ważne, co mówię o tej wolnej woli.
Zaraz się państwo zresztą o tym przekonacie. Więc przybysze z planety Hebro mieli wcześniej głosić wśród ludzi ideę równości i wolności. Piękne idee. A to miało doprowadzać Ziemian do nieszczęścia. O, taki zrąb. Zdaniem ruchu Antrowis wolność miała charakter destrukcyjny. Obie te cywilizacje, o których wspomniałem, były skonfliktowane. To oczywiste. A walka pomiędzy Słowianami a Hebrajczykami miała doprowadzić do zniszczenia obecnie istniejącej struktury kosmosu. I tak dalej.
To nie jest audycja o kultach stricte, czyli ja nie będę państwu opowiadał o doktrynie tego ruchu. Niemniej jednak zasygnalizowałem, jak to mniej więcej działa. Zresztą Antrowis był ruchem kontrowersyjnym, bo zarzucano mu, że wykorzystuje swoich członków, że gdzieś tam zaginął 16-latek w 1993 roku, który miał kontakty z Antrowisem. Zginęły też według policji dwie inne osoby. Zaginęły. Może to lepsze określenie. W każdym razie Antrowis głosił swoje idee Na łamach czasopisma „Nie z tej ziemi”. Wiele rzeczy się nie sprawdzało, bo na przykład głoszono, że papież Jan Paweł II zostanie zamordowany w 1994 roku. Tak się nie stało. W związku z tym, jak ktoś głosi tego rodzaju ostre przepowiednie, to życie mówi: „Sprawdzam”.
Tu się czasami można potknąć. Jeszcze z takich ciekawostek Polacy zostali uznani za naród wybrany. Miało przeżyć zagładę 144 tysiące ludzi białej rasy, 600 tysięcy innych ras. Wszyscy ocaleni mieli dolecieć do planety Mirinda i tak dalej. Wiecie państwo, samo śledzenie kultu, ale też i doktryny, która pojawiała się w tych wyznaniach, jest niezwykle ciekawe. To była Polska, ale była też grupa na przykład w Wielkiej Brytanii Aetherius Society. To był ruch religijny, też był związany z fenomenem UFO. Ta organizacja została założona w roku 1955 przez George'a Kinga. To był londyński taksówkarz powiązany, co prawda z ruchem teozoficznym. Ruch teozoficzny był silny, był silny od drugiej połowy XIX wieku i mam wrażenie, że im dalej w las, tym bardziej się rozczłonkowywał, tym więcej grup teozoficznych funkcjonowało, ale stawał się coraz silniejszy, coraz bardziej któraś z tych grup oddziaływała na jakąś inną grupę zwykłych obywateli, wszczepiając im jakieś przekonania.
Ja wspomnę, że Adamski, ten kontaktowiec sławny z lat 50., on w latach 30. był niezwykle mocno powiązany z jedną z grup właśnie teozoficznych. No cóż, skoro mówię o tej grupie założonej przez George'a Kinga, on twierdził, że w roku 1954 zaczął otrzymywać przekazy telepatyczne, przekazy oczywiście od istot pozaziemskich. I te istoty powierzyły mu misję bycia ziemskim reprezentantem mieszczącego się na Saturnie parlamentu międzyplanetarnego. I miał tutaj działać. Znowu nie będę wchodził głęboko w poszczególne sprawy doktrynalne tego ruchu, ale widzicie państwo, w pierwszym z tych ruchów Antrovis bardzo silna hierarchia. Powiedzenie, że wolność to jest coś złego, musi być hierarchia. W tej grupie również hierarchia spore znaczenie miała. To też była grupa, która bardzo się kierowała pewną gradacją, pewnym wyznaczeniem miejsca. Heaven's Gate, to już mówiłem, tam również sprawa pozycji zajmowanej przez poszczególnych członków była bardzo ważna.
Nasi południowi sąsiedzi, Czechy również miały swoją grupę tego rodzaju. Nazywało się to Anioły Nieba. To lata 90. XX wieku. Proponuję zerknąć, bo to też niezwykle ciekawa grupa. Mieliśmy wreszcie ruch Raeliański. No cóż, proszę państwa, ta grupa to była grupa założona w 1974 roku, w każdym razie w latach 70., w pierwszej połowie. I ten ruch to był chyba największy ruch międzynarodowy, największy po scjentologii. Taka filozofia oparta o kontakty z UFO. Grupa wyznawców jednocześnie, tu znowu podobieństwo ze scjentologami, założyła firmę.
Bo dzisiaj, jeśli mówi się o scjentologach, to nie wiadomo, czy to jest bardziej religia, czy wielki biznes. Tu było bardzo podobnie. Proponuję się zainteresować. Te wszystkie dane, te wszystkie informacje dotyczące poszczególnych kultów, one są dostępne w internecie, nie są specjalnie strzeżone i można się z tym zapoznać. Zehando, Prawdziwa Droga to w Stanach Zjednoczonych był taki ruch, który funkcjonował również pod nazwą Kościoła Boga Zbawiciela. On już obecnie nie istnieje, ale ten ruch również oparty był o fenomen UFO założony w latach 90. na Tajwanie. Żeby było egzotycznie, to poskaczemy sobie troszeczkę po świecie i ten ruch to była taka mieszanka elementów zaczerpniętych z buddyzmu, z chrześcijaństwa, z taoizmu, oczywiście z różnych informacji o UFO. Założyciel tego ruchu był już nie taksówkarzem i nie palaczem kotłów jak pan Mielnik, ale był profesorem, emerytowanym profesorem socjologii i w różnych swoich publikacjach głosił doktrynę, która mówiła o tym, że nadchodzi apokalipsa. Mówił też o starożytnych cywilizacjach, a ponieważ był zdeklarowanym antykomunistą, na Tajwanie to o to nietrudno, więc prorokował bliski wybuch wojny światowej.
W tej wojnie Chińska Republika Ludowa miała zostać zbombardowana atomówkami. To nie mogło się skończyć dobrze. W związku z tym wezwał swoich wyznawców w 1996 roku, aby przenieśli się do Teksasu, gdzie tam w tym Teksasie miał się zacząć koniec świata. Na tej farmie osiedliło się, ktoś powie, że niewielu, bo zaledwie 80 wyznawców tej sekty. Byli bardzo specyficznie ubrani, bo nosili białe garnitury I do tego kowbojskie kapelusze. Zapowiedziana apokalipsa nie nadeszła. Jak to bywa z nietrafionymi przepowiedniami, powoli ruch zaczął zanikać. Ludzie zaczęli wracać na Tajwan i skończyła się kariera. Dzisiaj ten ruch nie istnieje. Wspomniałem o scjentologii i o pewnych zawirowaniach z nią związanych.
Założycielem tej religii był pisarz Ron Hubbard. W Polsce znacie go państwo chociażby z grubaśnej powieści „Ziemia: pole bitewne 3000”, z filmu na podstawie tej książki, w której główne role grali scjentolodzy, żeby było zabawniej. Ta religia została założona w 53. roku. Początki jej doktryny zostały zarysowane przez Hubbarda. Omówienie całej ideologii, czy też może doktryny scjentologicznej przekracza rozsądne granice czasowe każdej audycji. Dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany, to polecam. W internecie na temat scjentologów, scjentologii znajdziecie państwo całą masę informacji. Ja tylko podkreślam, że oni z istotami z innych planet i z UFO są niezwykle związani, ale związani są też z całą masą różnych innych niezwykłych technologii, niezwykłych oddziaływań, niezwykłych spraw, które dzieją się bądź nie dzieją w naszym świecie. A przede wszystkim scjentolodzy związani są z tym, co nazywamy trzepaniem kasy, i to poważnym trzepaniem kasy.
To nie są małe pieniądze, to są poważne interesy. A jeśli by państwa jeszcze coś zainteresowało, to polecam zerknięcie na przykład na doktrynę mormońską. Tam również kontakty z obcymi, w ogóle wizja wszechświata jest niezwykle ciekawa. Wspomniałem o sekcie Aum z Japonii. To japońska sekta założona przez Shōkō Asaharę w latach 80. W niej także znajdziecie państwo łączenie buddyzmu, hinduizmu, wierzeń apokaliptycznych oraz UFO. Jeżeli państwo dobrze kojarzą, to jest to sekta, która w 95. roku wykonała atak gazowy w tokijskim metrze. Zginęło wtedy kilkanaście osób, a rannych to już naprawdę cały legion. Oni wierzyli, że apokalipsa musi się dokonać, a oni są wybrani.
Unarius Academy of Science to sekta w 54. roku założona. Ona promowała naukę duchową. Wierzyła, że Ziemia zostanie wkrótce, bo to wszystko odbywa się wkrótce, odwiedzona przez statki kosmiczne, które przyniosą ludzkości pokój, wiedzę i dobrobyt. Proszę państwa, patrzę na zegarek, bo już nawijam i nawijam. Mógłbym jeszcze o różnych innych sektach opowiadać, ale myślę, że przykładów już wystarczy. Myślę, że macie państwo obraz tego, że począwszy od lat 50. do dzisiaj trwa nieustanne niejako eksploatowanie tematu i wciąganie tego tematu, mówię o UFO, w orbitę wierzeń, w orbitę sekt i bezlitosne eksploatowanie, aby z tego albo wyciągnąć pieniądze, albo wyciągnąć poważanie, pewien zachwyt nad guru i tak dalej. To, o czym powiedział Piotr, zwracam na to uwagę, to się absolutnie nie skończyło.
[40:44] - Ja się tutaj uśmiechnąłem trochę, kiedy mówiłeś o Androvisie, dlatego że mi się przypomniała misja Michelina Demarkie, bardzo popularna w Polsce teraz, promowana przez niektóre ośrodki, również kwazisekciarskie. Dlaczego mi się przypomniała? Bo Androvis używa bardzo podobnej nazwy planety Hebrajczyków co Demarkie. Tylko że Demarkie nie wyszło. Nie stworzył wokół siebie kultu, a wzorował się, moim zdaniem, na ruchu raliańskim. Nie był też rozpoznany jako emisariusz z innej planety. Niestety to wszystko nie pykło i ta misja przeszła bez echa w innych krajach. U nas jest teraz niesamowicie pompowana. Ale żeby nieco opanować, uporządkować naszą dyskusję, to może słówko o tym, dlaczego te kulty powstają wokół tematu UFO. Wynika to z samej charakterystyki zjawiska UFO.
Z jednej strony słyszymy ze źródeł oficjalnych, w sumie od zawsze słyszeliśmy, że fenomen ten jest czysto materialny. Z drugiej strony są tacy ludzie, którzy podkreślają parapsychiczny charakter zjawiska UFO. Zaliczam się do tych ludzi. Że są jakieś związki ze świadomością, że to nie jest do końca normalne, czyli że UFO wykracza poza czas, poza przestrzeń, przede wszystkim poza nasz aparat poznawczy, generuje zmienione stany świadomości. Może wywodzi się ze sfery zjawisk psi, z jakiegoś ukrytego porządku. Równocześnie mamy teorie paleastronautyczne utożsamiające bogów z obcymi, ale mamy też takie teorie, które mówią, że dawniej ludzie brali zjawiska magiczne za UFO albo że niektóre istoty z legend i folkloru to mogli być kosmici. Pisał o tym sporo doktor Vale i inni. Chociaż pamiętajmy, żeby tego nie traktować dosłownie. Zawsze w tego typu teoriach, hipotezach zachowany był pewien dystans, czyli my, ludzie jako obserwatorzy i nieznane zjawisko, jakim jest UFO. Nieznane, tajemnicze, niepokojące.
Szybko dość znaleźli się też tacy, jak chociażby ojciec Seraphim Rose, którzy mówili, że UFO to jest zjawisko nie tyle dziwne, co złowrogie, że ono stanowi połączenie wątków paranormalnych i materialnych. I coś takiego charakteryzuje działalność demonów. Czyli UFO miesza człowiekowi w głowie. Z tym się akurat zgadzam. Taki doktor Mack, profesor, psychiatra, psycholog pisze, że niby kosmici, którzy porywają ludzi, z jednej strony generują u nich doświadczenia nieprzyjemne, będące jakimś badaniem, krojeniem na żywca, a z drugiej strony towarzyszy temu takie bolesne katharsis. I Mack dochodzi do wniosku z kolei, że ci ludzie, chociaż są porywani przez obcych, to biorą udział w jakimś mentalnym procesie progresu, którego nie możemy zrozumieć, bo to jest poza nami, poza naszym wyobrażeniem. Inni, jak doktor Jacobs, stawiają sprawę jaśniej. Tu nie ma miękkiej gry z tymi uprowadzeniami i z tymi bliskimi kontaktami. Chodzi po prostu o podmianę ludzi na jakiś inny gatunek, może na wymieszanie gatunków. Czyli homo sapiens ma się skrzyżować z kimś innym, bo takie jest odwieczne prawo kosmosu.
To jest przeszłość. Natomiast w 2025 roku do gry wchodzą nam psionicy. Oni twierdzą, że ludzie są w stanie się podpiąć pod obiekty UFO i je wywołać albo je zaprosić. I to jest takie, Marku, balansowanie na polu duchowości, psychologii i materializmu. Bo w tej teorii lansowanej na przykład przez słynnego Jake'a Barbera obiekty UFO operują w oparciu o świadomość i człowiek może te obiekty w pewnym sensie zhakować. Sama koncepcja nie jest nowa, ale jest teraz mocno nagłośniona. Nawet mamy takie już pogłoski mówiące, że ci psionicy wywołali UFO dla grupy najbogatszych, dla elit. Pokazali, jak się przyciąga te obiekty. Czyli w ufologii cały czas poruszamy się na takiej granicy między nauką i próbą zracjonalizowania tego fenomenu, czyli UFO, a jego mistyczną, mityczną otoczką. Problem wynika z niezrozumienia po prostu tego zjawiska.
Nie wiemy, czym ono jest i trzeba sobie to uświadomić. Ale równocześnie problem wynika z nastawienia obserwatorów, bo ludzie są różni. Mamy do czynienia ze scjentystami, którzy próbują ocenić zjawisko UFO na chłodno, ale zwykle przegrywają ze swoją ciekawością. Bardzo częste jest to także u ufologów, także u ufologów polskich, którzy odeszli ze sceny, bo się zniechęcili, bo nie byli w stanie po nawet kilku dekadach pogoni za tym zjawiskiem powiedzieć o nim cokolwiek konkretnego. Łatwiej zacznie przyjmować pewne prawdy na temat UFO od strony metafizyczno-duchowej. Nie możemy powiedzieć, że to jest coś złego. Ludzie są różni. Różnie będą patrzeć na zjawisko. Obie postawy może są jednakowej wartości. Tylko że obie postawy, zarówno ta scjentystyczna, jak i duchowa, metafizyczna rodzą skrajności, czyli od zupełnego zaprzeczenia, od skrajnego sceptycyzmu mówiącego, że nic nie ma, po drugą skrajność, czyli duchowe oddanie się zjawisku.
Ja tutaj, Marku, wyróżniam metafizyczne rozumienie zjawiska UFO, na przykład od strony filozoficznej, że możemy o tym dyskutować. Możemy mówić, jak UFO wpłynie na ludzką świadomość, na metafizykę, na filozofię, na mentalność. Ale jest jeszcze druga sfera, czyli to oddanie się, rzucenie się w wir tego zjawiska, życie tym zjawiskiem, włączanie je w swoje życie duchowe. I to jest właśnie dla mnie jedna z cech ufokultów, czyli stworzenie z tego UFO sacrum. I teraz właśnie widzimy wiele zdarzeń, które mają na celu według mnie kultyzację tej ufologii. Jest to niepokojące i obserwując na przykład wspomnianego Chrisa Bledsoe, który niedawno zapowiedział koniec świata na Wielkanoc roku 2026. Kiedy go obserwujemy, kiedy on mówi o obcych, o Białej Pani, o istocie, która nam się kojarzy z Matką Boską z objawień, jest to takie trochę niepokojące. Przypomina nam to te wszystkie ufokulty, tylko w nowej osnowie, w zupełnie nowej otoczce. To już nie jest takie naiwne jak dawniej. Obserwując to, co pisze doktor Pasulka, co mówi Elizondo, który przecież też przekazuje w swojej książce „Imminent”, jaką żeśmy omawiali na twoim kanale.
On przekazuje, że w wojsku jest wiele osób wierzących, że UFO to demony, że obcy to są demony i że dotykanie tego problemu to jest otwieranie puszki z robakami. Patrząc na to wszystko, możemy dojść do wniosku, że ludzie nigdy się nie zmienią, że zawsze w konfrontacji z dziwnym zjawiskiem, którego nie rozumieją, czy to będzie piorun, czy to będzie UFO, zawsze będą traktować to przez pryzmat religii. Ale może jest inaczej. Może ta kultyzacja i to jest bardzo kontrowersyjne, co powiem. Może ta kultyzacja wcale nie jest tak do końca przypadkowa i negatywna. Bo my mówiąc o UFO, zwykle zwracamy się do ludzi, którzy się tym interesują często bardzo dawno, mają różne przemyślenia. Ale to jest jakaś setna procenta ludzi na świecie. Reszta to są masy. Mas ludzkich liczonych w miliardach nie da się tak z marszu zapoznać z problemem UFO i obcych. Bo skoro wielkim umysłom się nie dało tego zjawiska pojąć, to co?
Masy to przełkną tak od razu? Jak to jest w ogóle niepojmowalne, bo to jest coś, co wykracza poza naszą codzienną rzeczywistość. To jest równocześnie coś, co bardzo łatwo skojarzyć z magią, z czarami, bo my tego nie rozumiemy. To jest nadrzędna siła. Może podawanie tego wszystkiego w religijnej otoczce ma ułatwić konfrontację z tym zjawiskiem, może tą nieuchronną konfrontację. To jest trochę tak, Marku, jak podawanie psu tabletki w kawałku kiełbaski. Czyli macie tutaj gorzką i trudną prawdę, ale wokół macie coś, co znacie i co wam smakuje. W tym przypadku religię. To jest kusząca koncepcja na osobną audycję i może kiedyś zrobimy sobie dyskusję na ten temat na „UFO Historiach”. Ale co mnie niepokoi?
Chodzi o napływające od około 2023 roku, a zintensyfikowane w ubiegłym roku informacje z wielu źródeł, że coś się zbliża, że coś się stanie. Doktor Salvatore Pais, bardzo nie skonkretyzowana postać, dla jednych geniusz, dla innych szarlatan, mówi niedawno, że Ziemia stanie przed czymś, co może nas strącić z rowerka, zmieść z planszy. Jeżeli się nie zjednoczymy, to będzie źle. I te głosy słyszymy z wielu źródeł. Ja o tym mówię na swoim kanale. To się nazywa umownie tym eventem albo Eventem 27, 2027. Niepokoi w tym wszystkim dodatkowo, że te informacje o nim pochodzą z dziwnych źródeł, od dziwnych ludzi. Nie od oficjalnych źródeł, nie od naukowców. I kiedy się pyta takiego doktora Paisa czy Luisa Elizondo na ten temat, to oni mówią: „Tak. To coś idzie”, ale więcej nie powiedzą.
Nic. To jest jakiś taki element programowania. Czyli z jednej strony są ludzie, bardzo medialni, którzy po prostu promują taką wizję, że nadciąga jakaś rewolucja, jakiś armagedon, ale nie powiedzą ci więcej co. I tu się powinna zapalić, moim zdaniem, lampka. O tym evencie chyba będziemy jeszcze mówić. Także może tutaj ja postawię kropkę. Natomiast widzimy podsycanie nastrojów milenarystycznych. Tylko pytanie, czy to jest celowe, czy to jest jakaś praktyka po prostu. Gdzieś tam ktoś na szczytach władzy uznał, że trzeba ludzkość skonfrontować z istnieniem obcych, ale jakoś tak tego nie przełknął za bardzo. To im najpierw powiedzmy, że to są demony albo aniołowie, albo cokolwiek, tylko zwierzę, a zobaczymy, co będzie później.
To jest jedna z rzeczy, które zauważam. Myślę, że nie da się tego nie zauważyć. I to jest jedna z rzeczy, która mnie mocno niepokoi. Ale jest też druga, ale nim o niej powiem, to może jakiś komentarz, Marku.
[51:57] - Komentarzy mam kilka. Ja w poprzednim wejściu zanudzałem państwa historiami różnych UFO kultów, a robiłem to świadomie, bo jeśli państwo zestawicie teraz doktryny owych kultów z tym, o czym mówił Piotr przed chwilą, to zobaczycie państwo, że coś nadchodzi już niedługo. To było przerabiane bardzo wiele razy w historii tychże kultów. Dzisiaj mamy po prostu kolejną odsłonę. Jak chcą niektórzy publicyści polityczni, ponoć ludzie mają pamięć złotej rybki. W każdym razie większość. Nie wiem, pewno tak nie jest, ale lubimy wymazywać z pamięci różnego rodzaju historie, jeśli się daną sprawą szczególnie analitycznie nie zajmujemy. Dlatego my skłonni jesteśmy sądzić, że te informacje o tym, że coś nadciąga, będzie event, to jest wybitne, specjalne i nowe. Otóż nie jest nowe. Te sekty, o których wspominałem, te ruchy religijne z UFO w tle, one również głosiły podobne przesłania.
Coś się zbliża, coś będzie, uciekajcie, uważajcie, musimy, zrobimy, będziemy i tak dalej. To pierwsza refleksja, która mnie naszła. Druga to à propos takiego bańkowania. O tym bańkowaniu zresztą powiem jeszcze więcej za chwilę, ale bańki pojawiają się, proszę państwa. Jest bańka, która twierdzi, że to UFO, tak jak Piotr powiedział, to może więcej ma wspólnego z demonami niż z materialnymi istotami skądś tam. Otóż, proszę państwa, odnoszę wrażenie, że niektórym bardzo w smak jest to, że mówi się o demonach. Bo jeśli sięgniecie sobie państwo po nieco egzotyczny, ale jednak na swój sposób ciekawy miesięcznik zatytułowany „Egzorcysta”. Ja wiem, to nisza, ale czasami warto i tam zajrzeć. Więc jeśli sięgniecie państwo szczególnie po archiwalne numery, to tam znajdziecie państwo między innymi informację, że zainteresowanie się UFO to jest przejaw opętania, przejścia na drugą stronę, odwrócenia się od Kościoła. W ogóle to jest straszne.
Więc tak sobie można świat podzielić. My, oni. To przerabiamy nieustannie. Więc są ci, którzy są prawowierni i nie wolno interesować się UFO, Harrym Potterem, wielu innych rzeczy. Beatlesów nie wolno słuchać, bo to też jest satanistyczne i tak dalej. Ze wszystkiego da się zrobić coś przerażającego, więc i z UFO dało się zrobić. Ale nie to jest jeszcze najważniejsze. Ja, proszę państwa, odnoszę wrażenie, że to współczesne żeglowanie w kierunku tychże UFO kultów, którego jesteśmy świadkami również w Polsce, to jeszcze sprawia, że Ludzie zainteresowani UFO, tak naprawdę zainteresowani, nieskłonni do sekciarstwa i nieskłonni do tego, żeby mówić: „A, to mówi ten pan, który ma taki fajny głos, to ja mu wierzę, bo on mówi, że wie, to znaczy ja mu wierzę”. To nie jest dobra droga. I są ludzie, którzy zainteresowani są zjawiskiem UFO, ale chcą stosować, przykładać do tego zjawiska miarę, jeśli nie naukową stricte, to w każdym razie bazującą na nauce.
Czyli oczekujemy konkretów, oczekujemy pewnych dowodów, a przynajmniej poszlak. Oczekujemy pewnych przekazów, które w jakiś sposób sprawiają, że zjawisko UFO staje się zjawiskiem do rozpatrzenia przez poważne gremia. I jeśli tacy ludzie mówią o UFO, to mają bardzo konkretną wizję tego, jak powinno się UFO badać. Cokolwiek podstawimy pod słowo „badać”, bo to rzeczywiście jest dosyć nieostre. I naprzeciw nich stają ludzie, którzy mówią, że oni wiedzą. Nieważne, czy coś tam się bada, czy nie bada, to wszystko furda, nieważne, bo w jakiejś książce było napisane, że tak jest, to znaczy, że tak jest. I ktoś mówi, że on wie, że tak jest. Jest przekonany o tym głęboko. To są, proszę państwa, przemówienia, które mają w swojej naturze właśnie taki pierwiastek sekciarski, taki pierwiastek parareligijny. Bo jeśli ma się nawiązać dialog z ludźmi, którzy zapatrzeni są w naukę, ale w tę dobrą naukę, która posługuje się metodą naukową pewnej weryfikacji faktów, a jednocześnie nie zamyka się na nowe idee.
To znaczy: my tu wiemy swoje, ale dopuszczamy możliwość istnienia zjawisk, których jeszcze nauka nie objęła swoim zasięgiem. Cenię sobie takich naukowców i wierzcie mi państwo, tacy naukowcy są. Ale jeśli naprzeciw tychże otwartych naukowców wychodzą ludzie, którzy mówią: „My wiemy, jak jest, to co wy tu będziecie gadać?” To nie ma dialogu. Są dwie bańki. Dwie bańki, które nie są w stanie ze sobą się porozumieć, bo jeśli są ludzie, którzy wiedzą naprzeciw tych, którzy chcą coś badać, to gdzie tam ma być linia porozumienia? Gdzie tam ma być linia porozumienia, dyskusji chociażby. Porozmawiajmy spokojnie, co jest możliwe, co jest niemożliwe, co zakwestionujemy, co wyda nam się ciekawe i godne dalszego rozważenia. Nie ma takiej linii. Jeśli naprzeciw siebie stoją ludzie, którzy chcą badać zjawisko i są ludzie, którzy wiedzą o tym zjawisku, bo mieli przekaz, bo mieli głębokie przekonanie, to nie ma możliwości, żeby te środowiska się porozumiały. A jeśli dorzucicie sobie państwo do tego obrazu fakt, że współczesne społeczeństwo, możemy to chwalić albo nie chwalić, cieszyć się z tego albo nie cieszyć.
Współczesne społeczeństwo jest przekonane, że nauka jest czymś pozytywnym i ja nie zamierzam tego kwestionować. Zgadzam się z tym. Nauka jest czymś pozytywnym, pod warunkiem, że jest nauką wykonywaną według zasad, które sama nauka określiła. Bo zbyt wiele mamy w nauce takich przejawów, też sekciarstwa, takiego: „Jestem profesorem i ja państwu powiem, jak jest, bo ja wiem, jak jest”. Nie, nie, nie o taką naukę chodzi. Chodzi o naukę, która traktuje swoje posłannictwo poważnie. Nie śmieje się ze wszystkiego, czego nie rozumie, tylko mówi w tym momencie: „Okej, nie zgadza się to z pewnym paradygmatem, ale zbadamy to”. Może się okazać, że to jest ciekawe, że to jest inspirujące, że to jest nowe pole dla rozwoju nauki w takim kierunku, w którym dotąd ona się jeszcze nie rozwijała. To jest to, co w nauce cenię. Jest też ta nauka, o której mówiłem, sekciarska, również sekciarska, jak te kulty ufologiczne.
Ale wyobraźmy sobie sytuację idealną, gdzie mamy otwartych, pełnych empatii i takiego zrozumienia, że są zjawiska niezwykłe, naukowców i mamy te ufokulty. Ci ludzie nie są w stanie rozmawiać ze sobą, bo to jest przemawianie ludzi ex cathedra. My wiemy, a wy jesteście głupimi naukowcami. Nikt nie lubi być obrażany. W dodatku społeczeństwa, o tym zacząłem mówić, społeczeństwa są przekonane, że nauka jest czymś dobrym. Dała nam wiele informacji o świecie, który nas otacza. W związku z tym ludzie, którzy promują ufokulty, stawiają się w takiej bańce, która jest określana przez niektórych mianem szurów. Ludzie, którzy wiedzą wszystko i którzy wiedzą wszystko najlepiej, to mniej więcej jest taka definicja szurów. Proszę państwa, i wtedy takie już są po prostu oddziaływania społeczne, że wszystko wrzuca się do jednego worka. I tych szurów, którzy wiedzą, i tych ludzi, którzy chcą zjawisko badać.
I to jest moim zdaniem ośmieszające i niebezpieczne, bo nagle okazuje się, że w odbiorze ogółu społeczeństwa ludzie, którzy zaczynają mówić o UFO, to są wariaci, bo oni wiedzą wszystko. Nie uwzględnia spora część społeczeństwa tego, że są ludzie, którzy po prostu chcieliby zjawisko UFO zbadać, skategoryzować, zajrzeć, właściwie o co chodzi. Nie, nie. Oni są zakrywani przez tych krzykliwych, napastliwych ludzi, którzy głoszą kult UFO. Jeden, drugi, dziesiąty. Nieistotne to jest tak naprawdę. Na naszych oczach rodzą się w Polsce kulty właśnie UFO. Które z nikim nie chcą o niczym dyskutować, bo wiedzą. To jest moim zdaniem bardzo niebezpieczne, bo sprawia, że tematyka UFO, a zapewne skoro słuchacie państwo tej audycji, jest państwu bliska. To ludzie zainteresowani tematyką UFO są spychani do rogu, nad którym napis głosi: „Banda wariatów”.
Ja się z tym nie zgadzam, ale jeśli ktoś rozumie pewne mechanizmy społeczne, to tak to właśnie wygląda i ja nad tym boleję po prostu.
[01:01:51] - Te grupy, o których mówisz, nie tylko dokonują sekciarskich ruchów, ale też twierdzą, że mają dowody. Tylko te dowody są zazwyczaj przedstawiane od drugiej strony, ale nie o tym dzisiaj mówimy. Z czego w ogóle wynika problem? Przede wszystkim z tego, że uczy się religii, promuje się religię, nie promuje się filozofii. I gdyby ludzie bardziej byli zaangażowani w propagowanie filozofii, ogólnie w głębsze analizy, i tu nie chodzi tylko o analizy stricte scjentystyczne, naukowe. Chodzi o oddawanie się pewnej refleksji. To by było na świecie dużo lepiej. Natomiast świat jest pełen skrajności i jest tak albo tak. Nie ma miejsca na środek złoty. Według mnie zastosowanie złotego środka w stosunku do zjawiska UFO, które jest tajemnicze, bo nawet gdybyśmy chcieli porozmawiać o dowodach, to mamy problem.
Ale spójrzmy na to od strony niekonwencjonalnej, od strony psychologicznej, od strony nauk społecznych, od strony socjologii, także socjologii religii. I my tam jesteśmy w stanie dopatrzeć się bardzo wielu ciekawych rzeczy, tylko musimy się otworzyć na taką możliwość, że być może mamy do czynienia z inteligentnym przeciwnikiem. Takim, który nas przewyższa pod wieloma względami. I dyskusja o tym będzie trudna bardzo i możemy wysunąć bardzo wiele hipotez, ale zostać w miejscu, w którym stoimy. Jak mówiłem, ludzie się często rzucają, oddają się kontemplacji na temat dobrych braci z kosmosu. „Kontakt mam, bo trzy razy obejrzałam telewizję ezoteryczną w internecie. Już jestem na wyższym stopniu. Oni przylecą i pewnie się ze mną skontaktują”. Ludzie podstawiają sobie UFO obcych w miejsce religii, tak jak sobie podstawiają jakieś hasła ezoteryczne. Ja tutaj chciałbym zauważyć jeszcze jedną rzecz, bo mówiłem o tych psionikach, że oni są niezwykłymi ludźmi.
Mówiłem o tym, że zapowiada się nadejście końca świata. To się wiąże luźno z ufokultem. Może się wiązać, ale nie musi. Ale kiedy wchodzimy głębiej, to widzimy mechanizmy, które tam działają. Pojawiają się nam psionicy przez tego Jake'a Barbera. Mówiąc krótko, jest to grupa ludzi, którzy twierdzą, że posiedli unikatową zdolność do kontaktowania się z obcymi. Mentalną zdolność. Tutaj nie ma jednej teorii. Według niektórych można się tego nauczyć. Według doktora Greera, który od lat propaguje podobną, ale nieco inną koncepcję, najlepiej się tu sprawdzają ludzie, którzy już mieli kontakt z UFO kiedyś.
Jest też taka teoria, która mówi, że tylko nadludzie, tylko na przykład osoby posiadające obce geny mogą brać udział w przywoływaniu UFO. Czyli ktoś potrafi przywołać UFO. Nawet są zdjęcia w internecie. Jest grupa ludzi, która dysponuje wiedzą nie z tego świata. To tylko Mojżesz tak umiał robić, że z nim się skontaktowało akurat UFO. Nie on wywołał to UFO i poszedł, i zobaczył krzew płonący i tę chwałę Pańską. I są tacy ludzie dzisiaj. Ogłaszają się w internecie. Oni stoją na straży pewnej wiedzy. Wiedzy tajemnej, bo nie mówią, jak się to robi.
Stoją na straży kontaktu z największą tajemnicą naszych lat, ze zjawiskiem UFO. Nie wiem, czy z obcymi, z tym zjawiskiem jakimś, z tymi maszynami. Czym się, Marku, różnią psionicy od kapłanów kultu? Psionicy są ludźmi wybranymi. Kto wie, może wyselekcjonowanymi. Oni stoją na straży tajemnicy. To oni w imieniu ludzkości kontaktują się z sacrum, z największą tajemnicą. I wreszcie to oni stoją na straży tajemnicy tego, jak to robić. Oni to pokażą, ale tylko jak będą chcieli. Czym się różni Luis Elizondo, Salvatore Paris i reszta tych ludzi od adeptów kultu?
Znacie taką sytuację, kiedy was odwiedzają Świadkowie J? Przychodzą, pukają i mówią: „Wiecie co? Idzie koniec świata”. Na przykład. „Ale nie możemy wam więcej powiedzieć. Nie możemy wam powiedzieć wszystkiego. Tajemnica jest. Jest gdzieś z nami”. I ci psionicy od Świadków J różnią się tylko tym, że jeszcze nie powiedzieli: „Chodźcie, zbawienie czeka”. Ale może już powiedzieli.
Popatrzcie na to, co pisze Jake Barber. Tutaj odróżniam kapłanów kultu, Marku, od adeptów kultu. Adepci są jak odkurzacz. Zbierają. Natomiast kapłani wprawiają w zdumienie swoimi niezwykłymi zdolnościami. Dla mnie jest to wręcz uderzające. Dla mnie to bije po oczach. Mamy do czynienia z tworzeniem nowego, choć nieskonkretyzowanego ufokultu. I po co to jest robione? Nie wiem.
Nie wiem po co, nie wiem, kto ma w tym cel, bo to trwa od dawna. To się nie ogranicza tylko do psioników. Korzenie tego tkwią nieco głębiej. Może chodzi o ośmieszenie ufologii, sprowadzenie jej do rangi ruchu, jakiejś sekty. Tylko to nie jest takie proste. I o dziwo, to się, drodzy państwo, nie dzieje tylko w Stanach. Także w Polsce mamy casus człowieka o aksamitnym głosie, który kieruje ku ludziom pewien przekaz. Identyczny jak w przypadku psioników. „Chodźcie, zobaczcie. Wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy.
Gaśnie światło, orby przelatują przed kamerą. Ja wywołałem UFO”. To pada na jednym z dużych kanałów w Polsce. „Zobaczcie, ludzie mają znaki w postaci koła, a ja kapitan”. Wniosek? Uderzający. Związki uderzające. Są emisariusze z innych planet. To jest bardzo podobna narracja. Tylko minutka dzieli psioników, tylko minutka dzieli nasz polski ośrodek od uruchomienia kolejnej fazy narracji.
A w sumie to od pojawienia się skojarzeń, które uruchomią się automatycznie, będą brzmiały: „Przecież to się wszystko łączy w całość. Ja, odbiorca, jestem zbyt mały, żeby nawet o tym pomyśleć. Ale są oni, oni potrafią. No to chodźmy. Może tam czeka to zbawienie”. Niektórzy mogą uznać to, co powiedziałem za pewną przesadę. Marek Rymuszko mówił, że nie ma przypadków, kolego. Tak to zawsze stwierdzał. To, co się dzieje, jest albo wielkim projektem programowania ludzi, albo tutaj nie wiem, jak to ująć. Pomysłem na siebie.
Jak się odnaleźć w tych dzisiejszych czasach i zarobić, a za bardzo się nie narobić. To dlatego na początku powiedziałem, że jesteśmy świadkami tworzenia ufokultów in progress. One są in making, one się rodzą na naszych oczach. W zasadzie to one się dopełniają. One się zaczęły rodzić jakiś czas temu. Pytanie, na które odpowiedzi nie mam: czy to się dzieje przypadkiem? Czy to wykwita samo? Bo może wykwitnąć samo, tak jak ruchy umysłowe, jak różne koncepcje, jak różne wynalazki. Też one się czasami pojawiają same. Po prostu, bo ktoś wpada na dany pomysł.
Ale czy te podobieństwa między naszym polskim ośrodkiem a psionikami, które są, są przypadkowe? Nie wiem. Nie umiem się też pozbyć takiego wrażenia, że może inaczej. Ja się nie chcę zamykać na różnego rodzaju wnioski, bo też nie uważam, że ten cały ruch disclosure powstał tylko po to, żeby grupka ludzi mogła zarobić pieniądze. Tutaj chodzi o coś większego. O co? Nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, jak to się skończy. To też jest w procesie trwania. Na pewno jednym z elementów jest programowanie.
I teraz albo chodzi o to, żeby tą ufologię sprowadzić do parteru i uznać, że to jest w ogóle nieinteresujące, albo chodzi o to, że coś się stanie i nie da się tego zatrzymać i trzeba ludzi przygotować. To się może nie stanie teraz, w tym 2027. To się może stanie później, ale im wcześniej, tym lepiej. To ośmieszanie ufologii, sprowadzanie jej do parteru, ono się paradoksalnie też wiąże ze sferą albo z przyznaniem, że jednak w tym wszystkim jest jakaś prawda, jakaś krzta prawdy. I po prostu elity boją się, że pewne rzeczy wypłyną. To jest wiedza związana z bardzo praktycznymi sprawami. Czysty utylitaryzm. Na przykład Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie, jakieś koncerny przechwytują technikę, technologię nie z tego świata i robią na tym pieniądze. Trzeba to troszeczkę wyciszyć, żeby ta wiedza się nie dostała w niepowołane ręce. Zróbmy z tego ufokult, zakręćmy tym, skorzystamy na tym za jakiś czas, kiedy się skończy ropa i tak dalej, to będziemy z tego robić kokosy.
Pytań, które się tutaj rodzą, jest zbyt wiele, ale to się dzieje. To nie jest tak, że ja sobie to wymyśliłem. A tam, gdzie jest wiele pytań, Marku, to się doskonale sprawdza właśnie religia, bo ona w natłoku myśli daje ludziom ukojenie. Szanowni państwo, my to nagrywamy 5 lutego, a zaledwie 21, chociaż zdaniem niektórych 13 listopada rozpoczęła się słynna fala dronów w Stanach Zjednoczonych. Od tej pory przez USA przetoczyło się kilka fal doniesień o dziwnych zjawiskach. Chemiczne mgły, dziwne pożary, które spopielały wszystko na swojej drodze. Oczywiście drony, katastrofy lotnicze, oczywiście ukryta inwazja UFO i tak dalej. Ktoś ludziom strasznie mąci w głowie. W takich sytuacjach religia się sprawdza doskonale. Daje odpowiedzi, bo większość ludzi nie potrafi żyć w wiecznej niepewności tak jak filozof.
Dlatego powiedziałem, że filozofia jest bardzo potrzebna, bo ona uczy tego. Uczy pewnego komfortu życia w niepewności, bo człowiek z zasady niczego nigdy, moim zdaniem, nie może być pewien. Z drugiej strony problemem jest sama natura zjawiska UFO, bo tutaj bez względu na to, jaką miarę zastosujemy, to nigdy nie uzyskamy pełnej odpowiedzi. Zawsze nam w przypadku UFO będzie brakowało głównego czynnika, a ten czynnik nie musi się wiązać z przybyszami z kosmosu, nie musi się wiązać z tym, co było tematem rozważań pisarzy science fiction, czyli bracia z kosmosu, wizytacja z kosmosu. Paradoksalnie, Marku, według mnie ten główny czynnik w zjawisku UFO, które jest bardzo kompleksowe, może mieć charakter dla wielu osób irracjonalny, ocierający się o sfery metafizyczno-religijne. Po prostu będzie to zjawisko, którego nie jesteśmy w stanie pojąć. To nawet może być obca inteligencja. Tylko że formy jej manifestacji, nawet jej samo istnienie może być tak egzotyczne, że od razu mi się przypominają te wszystkie porównania: człowiek-mrówka, człowiek-świnia, człowiek-komar, czyli jak istoty na niższych poziomach nas widzą. Ja tych porównań nie lubię, ale my ich nie możemy uniknąć. My cały czas o tym mówimy, ale postarajmy się postawić w bardzo dziwnej sytuacji, że my mamy takie chłodne umysły i stajemy nagle w konfrontacji ze zjawiskiem, które nie jest do ogarnięcia, które wywołuje u nas szok poznawczy i jedyne, co możemy zrobić, to pozostać na tej płaszczyźnie złotego środka, żeby się nie dać porwać w tą stronę religijno-metafizyczną, bo tam czeka nieznane.
Tam czeka coś, czego nie rozumiemy. Tylko że człowiek ze swojej natury to nieznane też zawsze kojarzy, po prostu tak podświadomie. Po prostu tak jesteśmy ukształtowani, że to nieznane jest kuszące. Ono jest Ono jest takie zawsze. Nie wiem, jakiego słowa użyć. Ono jest kuszące, ale z tym jest zawsze związana jakaś metafizyka, odkrywanie czegoś, wielkich tajemnic. Te wielkie tajemnice wcale nie muszą być związane z hasłami typu Bóg. One się mogą wiązać ze zwykłymi obcymi, którzy są dużo bardziej zaawansowani od nas, którzy mają zupełnie inaczej zbudowane mózgi, które to istoty mogą nami manipulować na każdym poziomie. Tutaj teorii jest oczywiście mnóstwo. Chodzi mi o to, reasumując, że, drodzy państwo, filozofia jest potrzebna w życiu.
Idea zachowania złotego środka w tym wszystkim w przypadku ufologii nie jest chyba najgłupsza, tylko trzeba w niej wytrwać. Ale to, że jesteśmy świadkami pojawiania się ufokultów, na co starałem się w tej bardzo długiej audycji dać pewne argumenty, przekazać, przedstawić pewne argumenty, to nam sugeruje, że coś się dzieje. Coś, czego do końca nie jesteśmy w stanie pojąć na chwilę obecną, ale tutaj akurat jest taki komfort, że odpowiedź na to przyniosą kolejne lata. Czy się coś stanie, czy się nie stanie, będziemy wiedzieli za kilka lat, po co to wszystko było.
[01:14:50] - Ja kilka takich wtrętów. W pewnym momencie swojej wypowiedzi mówiłeś o kapłanach i tak mi przyszło do głowy, wtedy też się uśmiechnąłem, że chyba nie bez przyczyny jest tak, że religioznawstwo kapłanów określa dosyć chyba nieprzyjemnym określeniem „funkcjonariusze kultu”. To według religioznawstwa są kapłani, a funkcjonariusze, nie wiem, jak się to państwu kojarzy, mnie niekoniecznie dobrze. Funkcjonariusz to jest osoba, która ma pewne predyspozycje, pewne cechy, które sprawiają, że ona jest funkcjonariuszem, w tym wypadku kultu. Dalej sobie to państwo rozwińcie. W pewnym momencie, Piotrze, powiedziałeś o tym, że niepoznane przyciąga. Ja powiem więcej, to niepoznane jest tak naprawdę niepoznawalne, bo kiedy przechodzimy na grunt religii, to od początku do końca wiemy o tym, że pewne tajemnice wiary są nieprzekraczalne. Nie zrozumiemy, nie pojmiemy, nie będzie nam to zdradzone, bo nikt tego nie wie. To jest tajemnica, wieczna tajemnica. Ale to są tak zwane drobiazgi.
Na koniec zostawiłem sobie pewną refleksję. Z jednej strony ona jest dla mnie optymistyczna, z drugiej chyba jednak nie do końca ten mój entuzjazm można podzielać. Otóż zdarzyło mi się jakiś czas temu, muszę to jakoś zakamuflować, żeby nikt się nie zorientował, kto z kim, gdzie rozmawiał, ale zdarzyło mi się jakiś czas temu rozmawiać, a właściwie zacząć rozmowę z ludźmi utytułowanymi. To był fizyk i astronom. Dowiedzieli się, że ja się tym UFO interesuję i to ich szalenie rozbawiło. Postanowili sobie najwyraźniej, tak to odebrałem, potoczyć bekę z takiego naiwniaka, który tutaj o UFO będzie im opowiadał. Byli ubawieni już od początku rozmowy i ja z kolei bawiłem się na tej rozmowie nieźle, kiedy widziałem uśmiechy zamierające na ich twarzach, bo oni się spodziewali, że naprzeciw nich stanie człowiek, który będzie im opowiadał bajki wszelakie na temat tego, co tam usłyszał, gdzie kto coś mówi i że ja wiem, że to jest prawda. A tymczasem ja zaproponowałem obu panom rozmowę na temat możliwości, na temat rozważania tego, czy coś jest możliwe i czy aby na pewno fizyka i astronomia wiedzą już wszystko i czy aby na pewno obaj panowie czują się na siłach, żeby powiedzieć: „Tak, my już powiemy, że coś jest możliwe albo coś jest niemożliwe”. Bardzo szybko okazało się, że współczesna fizyka, współczesna astronomia bardzo dużo wie, ale też bardzo wielu rzeczy nie wie. I kiedy pytałem, czy są w stanie ze stuprocentową pewnością wykluczyć pewne zjawiska, pewne możliwości, to jako ludzie odpowiedzialni, prawdziwi naukowcy, ci naukowcy, których lubię, chociaż ten epizod z toczeniem beki trochę mnie na początku też rozdrażnił, ale byli jednak uczciwymi ludźmi, którzy przyznawali, że pewne rzeczy są jednak dla fizyki jeszcze nieprzekraczalne, niepojmowalne i dużo wiemy, ale, właśnie to „ale” bardzo ważne.
Ja państwu podam taki przykład. Często się tym przykładem posługuję. Nauka lubi wypowiadać się ex cathedra, czyli „zaprawdę powiadam wam”. To powinno państwu nasunąć skojarzenia. Jest tak i tak, bo tak współczesna nauka mówi. To ja proponuję państwu skoczyć sobie do książki Jules'a Verne'a „Wokół Księżyca”. Ta druga część trylogii związanej z kosmosem i z Księżycem, właśnie „Wokół Księżyca”, ona ma to do siebie, że tam jest pełno wątków, w których Verne mówi o stanie XIX-wiecznej nauki. Co nauka wie o kosmosie, co wie o Księżycu, co wie o Ziemi, co wie w ogóle o oddziaływaniach i tak dalej. To nie dość, że to się ciężko czyta, to dzisiaj połowa z tej wiedzy naukowej przecież jest nic niewarta. To są bzdury po prostu.
A przecież były wypowiadane przez naukowców. Oni wiedzieli, że tak jest. To dzisiaj już wiedzą coś innego. Mam nieodparte wrażenie, że współcześni naukowcy zachowują się tak samo i za 150 lat, kiedy będzie ta wiedza współczesna weryfikowana, to tak samo ludzie będą pękać ze śmiechu, kiedy współczesne twierdzenia będą im przedstawiane. Ale czy one są bezużyteczne? W jaki sposób są użyteczne i tamte z XIX wieku, i te współczesne? Wiecie państwo, w końcu model planetarny atomu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale na jakimś etapie rozwoju nauki przydał się, żeby uświadomić, jak to mniej więcej może funkcjonować. Oczywiście żadnego odbicia w rzeczywistości to nie ma, ale ten model się przydał. Do czego ja prowadzę tak naprawdę tą skomplikowaną drogą? Otóż kiedy rozmawiałem z tymi ludźmi, oni nagle doszli do wniosku, że chcę ich wciągnąć w rozmowę o tym, czy aby na pewno da się podsumować zjawisko UFO takim oto stwierdzeniem: „Ha, ha, ha.
W UFO wierzę”. I nagle się okazało, że jest nić porozumienia pomiędzy bardzo ważnymi naukowcami, bardzo utytułowanymi ludźmi, którzy wiedzą to, co współczesna nauka wie, a jednocześnie, kiedy nawiązała się ta nić porozumienia, pewne sprawy zostały ustalone. To znaczy wielu rzeczy nie wiemy, a o wielu rzeczach trudno się jest wypowiedzieć. To nagle ta nić porozumienia się pojawiła. Nagle ci naukowcy zaczęli całkiem poważnie rozważać sprawę, może nie UFO, ale sprawę, że coś dziwnego się dzieje wokół nas. I to jest bardzo dużo. Ale to dlatego tak się działo, że ja reprezentowałem mało modny, sceptyczny dosyć. Ja często dostaję w korespondencji zarzuty, że: „O, pan to jest taki, że w nic pan nie wierzy i pan taki sceptyczny ciągle. Ciągle pan jest na nie”. No jestem, ale czy to sprawia, że można mi powiedzieć, że ja nie interesuję się UFO?
Ależ bardzo się interesuję. Tylko interesowanie się jakimś zjawiskiem nie polega na tym, żeby się nim zachwycać, tylko żeby je weryfikować. I okazało się, że kiedy tego rodzaju postawa zetknie się z postawą naukową, to okazuje się, że jest nić porozumienia. Ale ja sobie po tej rozmowie bardzo konstruktywnej, bardzo ciekawej i w gruncie rzeczy bardzo mnie ta rozmowa podbudowała, to po tej rozmowie wyobraziłem sobie takiego przedstawiciela UFO kultu, który przychodzi do naukowców i mówi im, że on wie, jak jest. Oj, proszę państwa, myślę, że owi naukowcy utwierdziliby się w przekonaniu, że świat UFO to jest świat szurów, którzy usiłują naginać rzeczywistość do pewnej swojej wizji. Chyba nie o to w ufologii, w zainteresowaniu UFO tak naprawdę chodzi. Chodzi o to, żeby zjawisko badać, a nie w nie wierzyć. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie dziękuję tobie, Piotrze.
[01:22:40] - Ja również dziękuję. Myślę, że jeszcze pociągniemy ten temat, szczególnie w tych punktach, o których mówiłem. A może to jest wszystko tak, że my to oceniamy z naszego punktu widzenia osób, które są, nie lubię słowa świadome, ale jego użyję, są świadome istnienia problemu. Ale jest jeszcze tych kilka miliardów ludzi, których trzeba przekonać. Może ich trzeba przekonać od zakrystii, jak to się mówi, używając słów, symboliki, porównań, które są im najbliższe. Bo pamiętajmy, ja tutaj nie chcę być źle zrozumianym, ale pamiętajmy, że masy ludzkie w swojej naturze zróżnicowane muszą mieć przekaz dostosowany w taki sposób, aby zrozumieli wszyscy. Wszyscy od tych nawet najbardziej wykształconych po najmniej wykształconych, żeby każdy zrozumiał, co się chce powiedzieć. O tym sobie jeszcze chyba porozmawiamy, bo to jest kuszące, jakby nie było. Może to disclosure właśnie się odbywa, tylko że delikatnie.
[01:23:44] - Pięknie dziękuję również państwu i do usłyszenia w kolejnych audycjach na kanale Wehikuł Wyobraźni i oczywiście na kanale UFO Historie. Proszę państwa, proszę państwa, żeby Piotr Cielebiaś nam nie uciekł, to od razu zapowiem Filmotekarium. To będzie Filmotekarium. Miałem inny wstęp, to ja go może wygłoszę. Dzisiaj z powodu małej ilości filmów nadających się do obejrzenia, a tym bardziej do omówienia, przechodzimy w Filmotekarium na tryb Filmotekarium Klasyka i wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie omówimy, przypomnimy film zatytułowany „Predator”. Absolutny klasyk. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:24:49] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[01:24:51] - Zaczynamy Filmotekarium. Proszę państwa, filmów ostatnio jak na lekarstwo. Przynajmniej takich filmów, które nie tyle opłaca się obejrzeć, co można obejrzeć je bez szkody dla psychiki. I tak państwo wiecie, że głównie zajmujemy się z Piotrem narzekaniem, jak jest słabo. A teraz nawet ponarzekać sobie trudno, bo tak się stało na początku marca, że przerzucamy odmęty internetu, a właściwie nurkujemy w tych odmętach i nic. I tam, wiecie państwo, kamień na kamieniu, film na filmie nie ma, nie ma, nie ma. Postanowiliśmy, że zanurkujemy głębiej i sięgniemy po klasykę kina. Tego kina, co państwo wiecie, że jest niesamowicie albo science fictionowo, albo jakoś w inny sposób fantastycznie. I dzisiaj postanowiliśmy sięgnąć po film mojej młodości. O, jak to brzmi fajnie.
Film zatytułowany "Predator". Rok produkcji 1987. Do Polski dotarł z niemałym opóźnieniem, bo ponad trzyletnim, ale dotarł w końcu. I wiecie państwo, film niesłychanie prosty. Słyszałem nawet, że więcej niż prosty, a po latach obejrzałem go z dużą przyjemnością. O tym, dlaczego, to jeszcze powiem.
[01:26:23] - No tak, "Predator", absolutna klasyka. Film, którego nikomu nie trzeba przedstawiać, w przeciwieństwie do jego, jakby to powiedzieć, kolejnych odsłon albo filmów związanych z tym uniwersum, ale do tego kiedyś przejdziemy. Jest to jedno z tych dzieł science fiction, które zyskało status kultowy, które ma w sobie dużą dawkę kina sensacji. Niektórzy nawet odwracają tutaj klasyfikację gatunkową, twierdząc, że to jest film sensacyjny z elementami science fiction. "Predator" tak naprawdę porwał widzów. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo pamiętam, jak był popularny i to jeszcze wiele lat po premierze. Dodatkowo udało mu się zapoczątkować bardzo swego czasu chwytliwe uniwersum, które się opiera o konfrontację, w pewnym przedziale tego uniwersum, z innym, wysoce niebezpiecznym przybyszem z kosmosu, czyli z obcym, z xenomorfem. W przypadku "Predatora" to chyba nie trzeba mówić, mamy do czynienia z przedstawicielem rasy myśliwych, pardon, gatunku myśliwych z innej planety, który zabija dla sportu i dla przyjemności, ale poluje tylko na takie stworzenia formalnie, które mogą mu stawić jakiś opór, z którymi może rywalizować. Łowcy, myśliwi czy też predatorzy, bo padają różne nazwy i te tłumaczenia, też czasami oryginalnego tytułu, były różne na polskim rynku. Zaraz też do tego przejdę.
Te istoty, oryginalnie nazywane Yautja, nie były na Ziemi przypadkowymi gośćmi, tylko tego nie dowiadujemy się już z tego filmu ze Schwarzeneggerem. To nam mówi, że tak powiem, tradycja, lore "Predatora", że te istoty przebywały na Ziemi od dawna, nawet nauczyły ludzkość tego i owego, ale zapisali się w historii, w folklorze jako krwawi łowcy. Tego oczywiście w "Predatorze" z 1987 roku nie mamy. Tam jest sama nawalanka, Marku. I dzięki temu chyba ten film się tak dobrze zachował. On się nie zestarzał, w przeciwieństwie do uniwersum, które wokół niego wyrosło. I jakie są, Marku, twoje wspomnienia związane z "Predatorem"? Bo ja na przykład tak: pamiętam magnetowid, te czasy i pamiętam kolekcję kaset mojego wujka. VHS, oczywiście takich przegrywanych. I była taka jedna kaseta, którą szczególnie sobie upodobałem.
Tam była nalepka "Drapieżca". To było tłumaczenie terminu "predator" zastosowane do tego filmu. Pierwszy raz obejrzałem i niesamowicie mi się spodobało. Wtedy jako, przyznam się, ile ja miałem lat, może dziewięć, może mniej, ale strasznie mi się spodobało. Wiedziałem, że już takie filmy chcę oglądać. Mówię takie o kosmitach. No wiem, nie świadczy to o mnie dobrze, że w takim wieku oglądałem tak krwawe dzieła, ale jakoś tak pokątnie to zobaczyłem. Muszę przyznać, że "Predator" nie przeraził mnie tak bardzo, jak przeraził mnie oglądany mniej więcej gdzieś w tym samym okresie "Blob", który był dla mnie wręcz traumatyczny. Natomiast "Predator" mi się strasznie spodobał i to nie ze względu na Schwarzeneggera, ale na głównego kosmicznego bohatera właśnie. Ale to były moje wspomnienia, Marku.
Jak było w twoim przypadku? Kiedy pierwszy raz zetknąłeś się z "Drapieżcą"?
[01:29:56] - Zetknąłem się z "Drapieżcą" podobnie jak ty, na kasecie VHS, ale wcześniej, jeszcze w latach 80. Wtedy wszelkiego rodzaju piractwo kwitło. Zresztą trudno to nazwać w PRL-u piractwem. To raczej był sposób na to, żeby obejrzeć coś, co nadawało się do oglądania. Moje wspomnienia są jak najlepsze, bo mnie ten film zaczarował. Nie będę się silił tutaj na jakieś filozoficzne wykłady, bo ciężko w przypadku tego filmu jakąś filozofię, jakąś taką głębszą filozofię do tego dobudować. Chociaż można. Jak się człowiek napnie, to wszystko zdoła zrobić. Mnie ten film już wtedy, wtedy nieświadomie, przyznaję, zaczarował prostotą. Zobaczcie państwo, prześledźcie, przypomnijcie sobie, jak prosty jest ten scenariusz.
Jak prosty i jak logiczny. Żadnego wydziwiania, żadnego kombinowania, żadnego "a mogło być tak, ale może nie mogło. Z jednej strony, z dziesiątej strony". Nie, nie. To jest kino, w którym walka, w którym przetrwanie jest bardzo ważne, ale też to, co się dzieje na ekranie jest bardzo, ale to bardzo proste. Co nie znaczy, że nie przykuwa uwagi. I to jest moim zdaniem duża zaleta tego filmu. Duża zaleta kina lat 80. Ja wiem, że to kino się już dzisiaj chwilami zestarzało, sporo filmów się zestarzało, ale nie wiem, być może to jest moje osobnicze spojrzenie. Aż tak bardzo ten "Predator" się nie zestarzał, przynajmniej w moich oczach.
Poza tym tak, ja jednak się skupię na tym, jak bardzo logiczny jest to film. Otóż pewnego dnia przybywa ekipa ratowników. Mają odnaleźć śmigłowiec, który gdzieś sobie spadł w dżungli. A ponieważ w dżungli szaleją partyzanci, to wiadomo, ta ekipa ma podwójne obciążenie, ale pilotów trzeba znaleźć, bo wiadomo, że armia amerykańska po swoich zawsze pójdzie. Przynajmniej w teorii. I oni idą. Dostają do pomocy ci ratownicy. Widać, że to zgrana ekipa. Tacy faceci, którzy na niejednym froncie byli, w niejednych opałach byli, wiedzą, o co chodzi. Nie mają złudzeń.
Są sprawni. Są dobrze wyszkoleni, dobrze uzbrojeni. Ale do tej ekipy dołączony zostaje taki facecik z wąsikiem i on coś tam kombinuje. W dodatku ma przejąć dowództwo, jakby co. Jeszcze nie wiemy jakby co, ale ma przejąć. Główny bohater, czyli Arnoldzik, nasz ukochany, umiłowany, zna tego gościa. Trudno powiedzieć. Uczucia ma pewno mieszane w stosunku, a nawet na pewno mieszane w stosunku do niego. I idą. Idą w ten las.
Znajdują w końcu śmigłowiec. Ale tam nieprzyjemne i bardzo zaskakujące okoliczności. Otóż znajdują oskórowanych żołnierzy, amerykańskich żołnierzy, co poznają po nieśmiertelnikach. I wtedy się wydaje, że po ten śmigłowiec przed ekipą ratowników, którą poznaliśmy w filmie, poszła inna grupa, tylko że tego nie przeżyła. Ja dalej filmu nie będę opowiadał. Powiem jedno: my poznajemy przez pierwsze kilkanaście, kilkadziesiąt minut tego filmu ekipę ratowników i wiemy jedno: to są ludzie niesamowicie sprawni, niesamowicie przygotowani do tego, co robią, co zresztą udowadniają chwilę potem, kiedy natykają się na obóz partyzantów, w którym dzieją się rzeczy straszne z ich kolegami przede wszystkim. Żaden z tych kolegów, których mieli ratować, nie przeżywa. Na oczach Arnoldzika jeden z nich ginie. Panowie z tej ekipy ratunkowej rozwalają wszystkich w tym obozie poza jedną osobą, poza kobietą o imieniu Anna bodajże. Decydują się na powrót.
Ale to już nie jest takie łatwe, bo pomimo iż wiemy, że ta ekipa jest zgrana i niesamowicie sprawna, to staje naprzeciw nich ktoś. Jeżeli państwo oglądacie film po raz pierwszy, to na początku nie wiadomo, co to jest, kto to jest. Później się okazuje, że ci sprawni ludzie jakoś nie do końca radzą sobie z tym kimś. Ale jeszcze o jednej rzeczy muszę powiedzieć, bo tak jak obiecałem, dalej nie będę już opowiadał filmu. Natomiast przecież w tym filmie, zaraz na początku, jeszcze w trakcie, właściwie przed napisami, jest pewna bardzo ważna wskazówka. Widzimy rozgwieżdżone niebo. Widzimy kosmos, jesteśmy w kosmosie, leci sobie statek kosmiczny i coś z niego wylatuje i spada, bo patrzymy, że to rozgwieżdżone niebo jest nad planetą. To coś, co wyleciało ze statku kosmicznego, na tę planetę spada. Później bardzo szybko kojarzymy, że to coś, co spada, co wypadło ze statku kosmicznego i spada na planetę, to jest to coś, co później staje naprzeciw ekipy ratowników. I powiem państwu, i tak długo to opowiadałem, bo zauważcie państwo wszyscy, jak prosto jest to opowiedziane, jak bardzo prosto.
A dalej jest tak samo prosto to opowiedziane. Dlaczego Arnoldzik przeżywa? Dlatego, że wpada do wody i zagrzebuje się w mule czy też błocie na brzegu. Dlaczego go nie widzi Predator? Dlatego go nie widzi, że on wszystko, czego domyśla się zresztą Arnoldzik, widzi w podczerwieni. Zatem jak się Arnoldzik wychłodził w wodzie i w tym błocie, to go przejściowo nie widział ów Predator, co dało szansę Arnoldzikowi, żeby się zemścić, żeby powalczyć z Predatorem.
[01:36:40] - Chociaż dzisiaj „Predator” jest uznawany za absolutny klasyk, to on się wcale krytykom nie podobał. Zwracano uwagę na to, że jest to w sumie, jak powiedziałeś, bardzo prosty, wręcz prostacki film. Nikt jednak nie mówi, że prosty scenariusz nie może być zły. My wielokrotnie wskazywaliśmy, że proste opowieści, dobrze podane, z dobrym suspensem, przeradzają się w superwidowiska. Moim zdaniem to nie jest do końca prawda, że to jest taki toporny film, bo on jest prosty. Ale zwróćcie uwagę, że jednak napięcie jest nam serwowane. My niby od początku wiemy, że będziemy mieli do czynienia z tajemnicą z kosmosu, ale przecież przez długi czas Predator bądź drapieżca z kasety VHS jest niewidoczny, kryje się pod kamuflażem. Musimy się domyślać, kto to jest. Bardzo działa potem na wyobraźnię to stopniowe pojawianie się tej postaci, stopniowe ujawnianie jego prawdziwej natury. Mamy tam też taki wątek, jakby to powiedzieć, lekko dramatyczny, związany może nie z konfliktem, ale wzajemnymi powiązaniami i tym, że nie wszystko zostało powiedziane członkom tej ekipy na temat celu ich misji.
Dowiadujemy się, że rząd amerykański załatwia niekiedy różne interesy poza polem widzenia opinii publicznej. To było jedno, ale tak jak wspomniałeś, do klasyki przeszły sceny, kiedy Schwarzenegger zostaje sam i rozpoczyna się polowanie na predatora. Sam bohater, w sumie nie wiemy, kto jest bohaterem. Są dwaj główni bohaterowie, ale ten bohater kosmiczny okazuje się tak spektakularnym potworem, że aż się prosi o kontynuację. I te kontynuacje się pojawiają z czasem. Przecież predator się pojawia już nie w dżungli środkowoamerykańskiej, ale w dżungli miejskiej, żeby go skonfrontować z jeszcze bardziej spektakularnym i morderczym potworem, to konfrontuje się go z ksenomorfem. Mamy też przecież późniejsze predatory. Już może nie tak dobrze przyjęte, niektóre wręcz zapomniane. My będziemy o nich mówić, bo wielokrotnie wspominaliśmy już tutaj w Filmotekarium o tym, że mamy gdzieś na widoku taki cykl pod tytułem Upadek wielkich serii i niestety to obejmuje Predatora. Nawiązanie do filmu ze Schwarzeneggerem pojawia się na przykład w kolejnej odsłonie, gdzie się pojawia Yautja.
Chyba się to tak wymawia, bo już nie pamiętam. Jest to film "Predator" z 2010. Jednak odnoszę takie wrażenie, Marku, że z czasem Predator wpadł w taką pułapkę, z której się jakoś nie może wygrzebać. Ostatnie odsłony filmów, gdzie te istoty są głównymi bohaterami, są tak naprawdę mocno dyskusyjne. To wynika z tego, że po prostu mamy zawsze przewidywalny scenariusz. Zresztą jak mam być szczery, to jest bardzo podobnie w filmach z ksenomorfem. Kiedy widzimy kto lub co raczej będzie głównym bohaterem, to my mniej więcej wiemy, jak przebiegnie scenariusz, że na koniec główny bohater, ten ludzki bohater prawdopodobnie i tak zwycięży. Tutaj odnoszę się między innymi do tego filmu, który się ukazał na streamingu jakiś czas temu. O tym jeszcze będziemy mówić. Czy uniwersum Predatora się wypaliło?
Trudno powiedzieć dlatego, że trochę nawiążę, wiesz, Marku, do naszej dyskusji o Nosferatu. Wampiry, temat wyświechtany, chciałoby się powiedzieć Nosferatu coś, co było ekranizowane wiele razy, natomiast czasami się po prostu udaje. I tak się nawet zastanawiam, czy za jakiś czas nie będziemy mieli remake'u tego filmu z 1987 roku ze Schwarzeneggerem. Tym razem musi to być chyba jakiś inny osiłek. Oryginalny Predator moim zdaniem był filmem bardzo dobrym. Nie zestarzał się pomimo tych prawie 40 lat na karku. Ja mam pewien problem, kiedy mówię o współczesnych filmach tego typu, bo one jednak były. Pamiętasz, Marku, omawialiśmy taki film science fiction z elementami sensacji, który się działo gdzieś chyba w Afganistanie i tam grupa komandosów również broniła się przed jakimiś spektakularnymi potworami. To wyglądało słabo. Tutaj chyba magia kina lat 80.
kryła się w tym, że to jednak były kostiumy, że to momentami było toporne, momentami było nierzeczywiste, ale jednak tkwiła w tym jakaś magia. Teraz, kiedy mamy wszechobecne efekty komputerowe, nie wiem. Mam wrażenie, że to przemawia słabiej, przynajmniej do mnie. Gdyby ten Predator z 1987 roku wtedy nie powstał i powstał na przykład w naszych czasach, to powiem ci, że nie wiem, czy to pierdyknięcie, które człowiek ma oglądając ten film, byłoby tak duże. Interesujące jest to, zauważ również, że kiedy jesteśmy w tej dżungli z bohaterami, to my tą dżunglę odbieramy nawet lepiej niż we współczesnych filmach. I to oglądając to na przykład na telewizorze czy na komputerze. Wtedy potrafiono robić filmy. Potrafi się też dzisiaj. Natomiast wydaje mi się, że po pierwsze prosta historia to niekoniecznie zły film, że elementy sensacji potrafią się zgrać z science fiction i że niestety, kiedy zbytnio się eksploatuje pewne postaci, pewne wątki, to wyczerpuje się, wypala się uniwersum. Tak niestety było w przypadku, nazwijmy to umownie Predatora.
[01:43:04] - Tak, z tym Predatorem właściwie od początku, poza pierwszym filmem nie było dobrze, bo w 1990 roku powstał film Predator 2 i tam na początku nawet miał grać Arnold Schwarzenegger, ale odrzucił propozycję, bo nie podobał mu się scenariusz. Przeniesienie tego, jak powiedziałeś, do dżungli miejskiej niekoniecznie mu pasowało. Kilka innych rzeczy też mu nie pasowało. Nie pasował mu reżyser, a w ogóle to skupił się na tym, żeby nagrać Dzień sądu, czyli drugą część innego, zupełnie kultowego filmu Terminator. Więc się skupił na tym i Arnoldzika w drugiej części nie było. Ale też umówmy się, ta druga część gdzieś tych predatorów pojawia więcej, ale wcześniej to on poluje na ludzi w mieście, w którym jest gorąco. Nie było tego klimatu absolutnie. To uniwersum zostało wzbogacone, bo się pojawił Obcy kontra Predator. To 2004 rok Później był jeszcze „Obcy kontra Predator 2", chyba 2007, o ile dobrze pamiętam. Gdzieś w 2010 „Predators" i to nie były dobre filmy.
Jeszcze ten film z piramidą, która zagrzebana jest gdzieś pod lodami bodajże Antarktyki, ale tego nie jestem pewien, gdzie to tak naprawdę się odbywało. Chyba tam. Jeszcze się dało obejrzeć, ale już trochę męczył, chociaż był logiczny, ale umówmy się, nie było tej magii. Predator był jak Predator, nawet taką trochę ludzką twarz dostał w tym filmie, ale myślę, że to uniwersum w jakiś sposób od początku kulało. Ja nie byłem jego fanem, ale jestem fanem pierwszego „Predatora". Wiem, że oceny są różne i ten cykl predatorowy ma swoich zwolenników i ja się zresztą, pomimo że nie podzielam, to wcale nie dziwię, że ma swoich zwolenników. Natomiast ja pozostanę wierny pierwszej części, Predatorowi z Arnoldzikiem, w którym Arnoldzik sobie z Predatorem radzi, proszę państwa. Co więcej, robi to inteligentnie. Znaczy się komandos nie był osiłkiem, tylko był człowiekiem myślącym. Tak podobno jest z komandosami, że my bardzo często wojsko kojarzymy z tępą siłą, a w pewnych oddziałach jednak inteligencja się liczy.
Inteligencja taka specyficzna. Nie będę się w tej chwili wdawał, bo dobór do tego rodzaju oddziałów obejmuje nie tylko badanie inteligencji, ale też umiejętność podporządkowania się pewnym rygorom. Trudna sprawa. Myślę, że jedno z drugim troszeczkę się kłóci i dlatego tak trudno znaleźć ludzi naprawdę dostosowanych, tak jak Arnoldzik w filmie był dostosowany i sobie z Predatorem poradził. Pięknie sobie poradził. To już była taka walka, trudno powiedzieć dżentelmeńska, ale jeden na jeden. I przyznam, że to w jakiś sposób robi wrażenie. Te przygotowania Arnoldzika, ta ostateczna konfrontacja to jest coś, co chce się oglądać. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest tak, że ja nie dostrzegam w tym filmie jakichś słabizn, jakichś takich rzeczy, które można by poprawić. Zawsze się to dostrzega w każdym, nawet rewelacyjnym dziele.
Mnie chodzi po prostu o to, że mnie w filmie „Predator" czaruje połączenie, podkreślam to po raz dziesiąty enty, połączenie prostoty z logiką i z magią opowieści. Tak, magią opowieści. Bo tak jak Piotr powiedział, dżungla i my przez tę dżunglę naprawdę wędrujemy z oddziałem komandosów, który się broni. Ci ludzie nie są wspaniałymi bojownikami. Każdy z nich to jest człowiek z krwi i kości. W dodatku to nie jest Superman, to są ludzie. Widać, że gdzieś tam w zamyśle scenarzysty to są ludzie z problemami. Jeden ciągle opowiada dowcipy, takie pod tekstem seksualnym. Słabe te dowcipy, ale jego bawią. I tak dalej, i tak dalej.
Nie będę Państwu tego streszczał, ale ci bohaterowie są jacyś. I znowu, żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest film psychologiczny o wnętrzu komandosów, którzy idą do akcji. Nie. Ale te postacie są naszkicowane takimi krótkimi pociągnięciami pędzla. Prosto, ale jednocześnie przekonująco. No cóż, ja, słyszycie to Państwo zresztą, w jakiś sposób jestem tym filmem obejrzanym bardzo, bardzo, bardzo dawno temu po raz pierwszy i jestem zachwycony. Obejrzałem ostatnio. Wiecie państwo, to jest tak, jak się film sensacyjny ogląda po raz enty. Emocje już są średnie, ale zabawa w dalszym ciągu niezła. Czy lubicie Państwo dystopie?
Czy lubicie Państwo antyutopie? To ja dzisiaj zapraszam Państwa na recenzarium Ewiwy, bo Ewiwa opowiada dzisiaj o książce Zamiatina „My". To jest książka, która może jest trochę w cieniu takich książek jak „Rok 1984" Orwella. Może jest również w cieniu Huxleya i jego „Nowego wspaniałego świata", ale uwierzcie mi Państwo, że lektura powieści „My" jest wstrząsająca. A jeśli człowiek uświadomi sobie, że to nie jest zagrożenie, które minęło na przykład wraz z komunizmem. Nie, nie. Jak się człowiek dobrze rozejrzy, to dojdzie do wniosku, że to, co opisano w książce „My", co opisał Zamiatin, to jest dopiero przed nami i że coś takiego jak cyfrowy kapitalizm dopiero przygotuje nam rodzaj piekła na ziemi. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Zapraszam na recenzarium Ewiwy.
[01:49:48] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Wszyscy dobrze wiedzą, o czym mówi „Rok 1984" czy „Folwark zwierzęcy", czy „Nowy wspaniały świat" Huxleya. Jednak te dystopie miały coś w rodzaju przodka. Za tego przodka bez wątpienia można uznać powieść Jewgienija Zamiatina „My". A chodzi o ona z roku 1920. I mimo że jest to dość stara powieść Dobrze jest ją poznać, szczególnie jeżeli człowiek lubi nutę dystopijny. Od razu powiem, że lektura nie jest łatwa. Książka jest sporządzona w formie notatek głównego bohatera, notatek sporządzanych ad hoc i mocno nieuporządkowanych. Jest w nich całe mnóstwo odniesień matematycznych, ponieważ społeczeństwo, które poznajemy w tej książce, działa właśnie na zasadzie matematyki. Wszystko musi być logiczne, spójne, łatwe do obliczenia.
Oczywiście powstaje pytanie, czy żywy człowiek w ogóle może mieścić się w matematycznym wzorze? Jednak do tego zdaje się dążyć dyktator zwany Dobroczyńcą. Bohaterem jest osobnik nazywany Delta 503, albowiem w tej epoce i w tym miejscu świata ludzie nie mają ani imion, ani nazwisk, tylko numery. Zaznaczę, że rzecz się dzieje na długo przed założeniem obozów koncentracyjnych przez Niemców. Nie jest to jedyny przejaw zniewolenia. Cały świat tych ludzi kręci się właściwie tylko wokół pracy i czegoś, co można nazwać czasem prywatnym, ale to też jest wpłizowane w ramy, których nikt nie śmie przekroczyć. Na wszystko jest wyznaczony czas i wyznaczone, jakby to powiedzieć, właśnie matematyczne wzory. Delta 503 nie buntuje się przeciwko temu. Przeciwnie, uważa ten ustrój za najlepszy, jaki mógłby być. Zresztą nic dziwnego, tak go uczono i to mu wpakowano w głowę tak samo jak i reszcie społeczeństwa.
Uważa, że jest całkiem szczęśliwy. Jest ważną osobą, konstruktorem rakiety kosmicznej. Ma przypisaną na siebie partnerkę seksualną. Nic mu nie przeszkadza, że dzieli ją ze swym przyjacielem z czasów szkolnych. I wszystko idzie dobrze. Żyje, pracuje, chwali Dobroczyńcę i nagle w jego życiu pojawia się druga kobieta, I 330. Delta nie rozumie uczucia, które nagle nim zawładnęło. Nie rozumie w ogóle tego, co się dzieje. Nie wie, dlaczego ta kobieta wabi go do siebie. Nie wie, dlaczego on tak na to reaguje.
Dzieje się coś bardzo niedobrego. Zaczyna w nim wytwarzać się dusza. Coś, co jest uważane za bardzo groźną chorobę. No właśnie. Mamy opisane społeczeństwo całkowicie zautomatyzowane, co się czym wspominał też Witkacy. Nie wiem, czy znał tę książkę, ale nie jest to wykluczone. Mechanizowane społeczeństwo, w którym nie ma miejsca na coś takiego jak indywidualizm. Wszyscy o jednej godzinie wstają, idą do pracy, jedzą, mieszkają w szklanych domach, przez które wszystko widać. Zasłony są dopuszczalne tylko w niektórych momentach. Jednym słowem to nie jest społeczeństwo ludzi, tylko owadów.
Ale jednak nawet w nim okazuje się, że znajdują się jednostki, które postanawiają, że jednak nie ma czegoś takiego jak my i coś takiego jak ja. I te jednostki chcą rozwalić owo społeczeństwo, zniszczyć wielki mur, który oddziela miasto powstałe po wojnie dwustuletniej i kryjące, jak się mówi, jedynych ocalałych. Chociaż nie jest to prawda, bo są też inni ludzie. Ci, którzy żyją poza murem. Oczywiście książka ma pewne niedociągnięcia. Przede wszystkim nie zostało wyjaśnione na przykład skąd się biorą tam dzieci. Wiadomo, że kobieta nie może zajść w ciążę. Nie wolno. To jest karane śmiercią. A zatem skąd się biorą następne pokolenia?
Tego nam narrator nie wyjaśni. Poza tym ogromne zmatematyzowanie tekstu na pewno utrudni percepcję dla wielu czytelników. Jak również taka poszarpana narracja. Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z notatkami prowadzonymi na bieżąco przez osobę, która od samego narodzenia jest planowo pozbawiona indywidualności i naprawdę nie wie, co się dzieje, kiedy ją zyskuje. Na całe szczęście oczywiście można tę niepożądaną cechę usunąć operacyjnie. Tego przecież żąda Dobroczyńca. "My" to książka, która na pewno nie jest prosta w odbiorze, zwłaszcza przez współczesnego czytelnika. Mimo wszystko uważam, że należy ją znać, ponieważ łatwo można w niej odczytać paralele nie tylko ze Związkiem Radzieckim i z batiuszką Stalinem i całą resztą. Oczywiście, czego Zamiatin nie mógł znać. Jakby to był przebłysk profetyzmu u niego, ponieważ stalinowska Rosja czy Niemcy Hitlera jeszcze były w przodzie.
Jeszcze nikt ich nie widział. W jakiś sposób Zamiatin przeczuł, do czego prowadzą pewne idee i temu właśnie dał wyraz w swojej książce. Jest to też opowieść o programowaniu, programowaniu człowieka. Właśnie dlatego warto ją przeczytać, ponieważ programować można różnie, nie tylko przy pomocy matematyki, ale również innych bodźców. I takiemu programowaniu jesteśmy też i my poddawani. Często tego nie widzimy, ale tak właśnie jest. I takie książki jak "My" mają za zadanie nam to uświadomić. Podziękujmy zatem ich autorom, bo może dzięki nim właśnie wytwarza się w nas dusza. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:55:25] - Proszę Państwa, czas na małpę. Dzisiaj książka niejakiego Gribbina nosi tytuł: "Dlaczego jesteśmy?". Jeżeli przypominacie Państwo sobie poprzednią małpę, w której rozmawialiśmy o książce o bardzo podobnym tytule. I cóż, tamta książka prezentowała zupełnie inne podejście do rzeczywistości. Gribbin pokazuje nam świat nauki. Tej, która nas otacza, która niektórych odstręcza, niektórych przyciąga, dla niektórych jest bardzo ważna, dla innych w ogóle nieistotna. Ja nie mam aż tak radykalnych spojrzeń na ten problem. Uważam, że nauka to jest coś pozytywnego. Może nie, może się poprawię. Nauka może być czymś pozytywnym pod warunkiem, że jest traktowana przez ludzi zajmujących się nauką w sposób poważny.
Odnoszę wrażenie, że bardzo często Tak traktowana nie jest. Gribbin pokazuje studium przypadku, jak wiele różnych zbiegów okoliczności musiało zajść, aby na Ziemi pojawił się człowiek. Ja wiem, to miał być taki wstęp, który państwa zachęci, żebyście posłuchali Małpy. Mam nadzieję, że państwa zachęciłem, bo jak sobie tak teraz myślę, to próbowałem przed chwilą zamknąć tę książkę w jakiś krótki opis i od razu państwu mówię, że to mi się kompletnie nie udało. Na szczęście w rozmowie z Piotrem Cielebiasiem pokażemy dobre i złe strony tej publikacji. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek „Książek z pogranicza”. Dzisiaj książka Johna Gribbina „Dlaczego jesteśmy? Cud powstania życia na Ziemi”. Tytuł bardzo podobny do tytułu, który omawialiśmy dla państwa ostatnio.
Tytułu książki Jacobiego.
[01:57:36] - Autor, o którym dzisiaj opowiemy, jest astrofizykiem. Był lub nadal pracuje na jednej z uczelni w Wielkiej Brytanii, ale przede wszystkim jest pisarzem. Tworzył książki popularnonaukowe na temat astronomii, ewolucji. Opracowywał też biografie i zajmował się science fiction. Kiedy odwiedzicie jego stronę na Wikipedii i przejdziecie do listy dzieł, jest imponująca. Szczerze mówię, jeżeli chodzi o publikacje popularnonaukowe tłumaczące zawiłości fizyki, kosmologii i tak dalej, to Gribbina chwalono zawsze za umiejętność przystępnego, łatwego opisywania trudnych zjawisk. Trudnych zjawisk kardynalnych bym powiedział, które dały początek istnieniu kosmosu. Tak to chyba można powiedzieć. W Polsce to jest autor może nie dość znany. On nie jest tak znany na przykład jak Michio Kaku i mu podobni, ale wyszło kilka, a nawet wiele jego dzieł.
I tak na przykład z książek Gribbina na polskim rynku mamy „Kwantowe ukojenie”, „Skąd się wziął kot Schrödingera?”, „W poszukiwaniu multiświata”, i rzeczoną książkę „Dlaczego jesteśmy?”, o której dzisiaj trochę opowiemy. A powiem ci Marku taką rzecz, że ta książka to jednocześnie powinna stać się punktem wyjścia do któregoś z naszych odcinków w Wehikule Wyobraźni, bo ona daje bardzo mocno do myślenia. I tak sobie nawet czasami myślę i zastanawiam się, że rzeczy, o których Gribbin pisze, każdy z nas sobie przynajmniej raz w tygodniu powinien przypominać. Dlaczego? O tym za chwilkę. Tytuł tej książki trochę brzmi jak tytuł dzieła filozoficznego, natomiast dużo więcej mówi podtytuł. W oryginale on brzmi „Cud życia na Ziemi”. Jak wynika z tego podtytułu, Gribbin szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego akurat tutaj, na trzeciej od Słońca pojawił się homo sapiens. Ale nie tylko homo sapiens, bo tak naprawdę przed nami królowało, jeżeli można tak powiedzieć, na tej planecie mnóstwo stworzeń, z dinozaurami włącznie. Książka Gribbina się składa z kilku rozdziałów kluczowych w ustaleniu odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule.
Ale jak mam być zupełnie szczery, to te pierwsze rozdziały nie robią na mnie wrażenia. Ja to po prostu wiele razy czytałem. Nie spodziewajcie się pierdzielnięcia tam akurat tak dużego. Jeżeli jesteście fanami literatury popularnonaukowej, także takiej zaglądającej w stronę kosmologii na przykład, bo on się tam skupia na takich sprawach jak wyjątkowość położenia naszej planety w Drodze Mlecznej, wyjątkowość Słońca, te wszystkie parametry, siły i tak dalej. Wreszcie przygląda się naszej planecie i kiedy się temu tak przyglądamy, kiedy to analizujemy, to automatycznie może się Marku w nas narodzić pytanie, czy to wszystko oznacza, że my jednak jesteśmy istotami wyjątkowymi, że ten nasz antropocentryzm, którego się nie da z człowieka wyrugować, przez który wszystko tak naprawdę postrzegamy, czy on nie jest lekko uzasadniony tym, że jednak jesteśmy na tle wszechświata, przynajmniej według Gribbina i według wielu astronomów, z jednej strony kuriozum, a z drugiej strony kimś, kto pojawił się nieprzypadkowo, a z drugiej strony zupełnie przypadkowo. Jesteśmy takim kosmicznym dzieckiem szczęścia chyba.
[02:01:34] - Ja nie bez przyczyny przypomniałem państwu o książce Bernarda Jacobiego „Dlaczego jesteśmy na Ziemi?”. To była książka, którą omawialiśmy ostatnio. A dzisiaj „Dlaczego jesteśmy? Cud powstania życia na Ziemi”. Obie te książki są ciekawe, ale każda z nich mówi zupełnie o czymś innym. O ile Jacobi odwołuje się do reinkarnacji, odwołuje się do tego typu zjawisk, to główna teza Gribbina dałoby się sformułować mniej więcej tak: życie na Ziemi to wynik serii niezwykle rzadkich, ale czysto naturalnych zdarzeń. Część z tych zdarzeń jest szalenie trudna do wyobrażenia, unikalna. Była synteza węgla w gwiazdach dawno temu i dzięki temu Na przykład istniejemy. Każdy z nas tak naprawdę nosi w sobie cząstkę gwiazdy czy gwiazd nawet. Mieliśmy też w historii życia na Ziemi przypadkowe symbiozowanie mitochondriów w komórkach.
Ta książka pokazuje nam szereg tych cudów. Te cuda, akurat weźmy w cudzysłów, ale tych niesamowitych zbiegów okoliczności, niesamowitych zdarzeń, które zaszły w odpowiednim momencie albo zaszły w odpowiedniej sekwencji nawet i dzięki temu istniejemy. Taka jest przynajmniej teza Grebena. Jego książka nie dostarcza jakichś ostatecznych odpowiedzi. Nie, tego się państwo nie spodziewajcie, ale Green podkreśla, że nauka bardzo powoli, stopniowo, ale konsekwentnie odsłania te tajemnice, które dawno temu przypisywane były bogom, istotom, które gdzieś tu na Ziemi nie żyją, zupełnie w innych obszarach się poruszają. Ta natura cudu, ten tytułowy cud, to jest, tak jak powiedziałem, metafora złożoności procesów naturalnych, których jesteśmy świadkami na co dzień. Nie, nasz autor nie odwołuje się w żadnym momencie do jakiejś nadprzyrodzoności i to być może niektórych z państwa zniechęci. Ja bym się jednak tak ochoczo nie zniechęcał, dlatego że kiedy Green podkreśla, że życie powstało dzięki takiej serii mało prawdopodobnych, ale ściśle racjonalnych, nie, to złe określenie, zdarzeń, które ściśle wynikają z procesów, które nas otaczają, to też czyta się troszeczkę jak magię. Poszczególne rozdziały, Piotr trochę na nie narzekał, to prawda. Jeśli na początku będziecie się państwo czuli trochę zniechęceni, bo już to wiemy, to jednak od pewnego momentu tej książki zaczyna być ciekawie, bo Green zaczyna kombinować, zaczyna podrzucać nam różne tezy, czasami wręcz fantastyczne, może nie fantastycznonaukowe, ale fantastyczne, które musimy rozważyć, czy tak mogło być.
On odwołuje się do różnych elementów naszej rzeczywistości. Muszę powiedzieć, że kiedy on pisze o kosmicznych fundamentach życia, o tym, skąd się wzięły pierwiastki, to ci z państwa, którzy interesują się nauką, będą wiedzieć, że to Wielki Wybuch, a później gwiazdy i synteza i wodór i hel na początku, a później węgiel, tlen i produkcja w jądrach i tak dalej. Ale później przechodzimy do formowania się Układu Słonecznego. Jest szczegółowe omówienie tak zwanego procesu akrecji materii w dysku protoplanetarnym, później powstanie życia cztery i pół miliarda lat temu. To zobowiązuje. I nagle wkracza na scenę Jowisz, który tak naprawdę pełni bardzo ważną rolę, która da się sprowadzić do tego, że powiemy, iż chroni nas, osłania nas tak naprawdę i sprawia, że nasza planeta nie jest bombardowana przez większą ilość ciał niebieskich, niż to się w historii zdarzało. Bo wiemy, że się zdarzało, 66 milionów lat temu coś przypierdzieliło w Ziemię i tak się skończyły dinozaury. To teraz wyobraźmy sobie, że tego rodzaju kosmiczne okruchy trafiałyby w Ziemię częściej. Obawiam się, że coś takiego jak ludzka cywilizacja miałoby marne szanse na to, żeby się zagnieździć tutaj na trzeciej planecie Układu Słonecznego. A później wspólnie z autorem poznajemy tak zwaną strefę złotowłosej, gdzie woda występuje w stanie ciekłym.
I tak dalej. Mamy taki rozdział, który mówi o przejściu pomiędzy chemią a biologią. Wiecie państwo, chemia nawet jak jest organiczna, to jednak to są tylko związki oparte na węglu. A biologia to już jest, proszę państwa, coś innego. Ta chemia w jakiś cudowny sposób przekształca się i staje się nauką o życiu, biologią. Przechodzimy wspólnie z autorem od narodzin życia, od takiego prostego eksperymentu, o którym dawno temu jeszcze czytałem. Musiałem, bo byłem w klasie biologiczno-chemicznej. O eksperymencie Millera-Ureya, gdzie mamy pierwotną, zamkniętą oczywiście w jakimś pojemniku, pierwotną atmosferę, a w każdym razie taki zestaw gazów, jak sobie wyobrażano, że w pierwotnej atmosferze był: metan, amoniak, wodór i wyładowania elektryczne. 1953 rok i próbowano stworzyć życie, a w każdym razie udowodnić, że to życie mogło się narodzić. I tak dalej.
Mamy ewolucję wczesnych form życia. Później się zaczynają już te rozdziały filozoficzne i kulturowe implikacje, a więc zasada antropiczna. Do tej zasady często odwołują się badacze, myśliciele, więc takie pytanie się zaraz rodzi: czy wszechświat jest skrojony pod życie? Czy wszechświat jest skrojony pod nasze życie? I Gribbin odrzuca jakieś teistyczne interpretacje i wskazuje, że w wieloświecie, to jest miłośnik wieloświata, multiwersum, istnienie wszechświata przyjaznego życiu jest statystycznie prawdopodobne. To my mieliśmy szczęście, że w takim wszechświecie zaczęły się pierwociny życia formować, z których powstał człowiek. I tak dalej. To może nie jest książka porywająca, nie jest książka, która zachwyci państwa i powiecie: „wow”! Ale to jest książka, która bardzo dobrze porządkuje dotychczasową wiedzę, którą państwo macie, porządkuje ją, systematyzuje i czasami zadaje tak zwane niewygodne pytania. One są niewygodne dlatego, że trzeba się wysilić, trzeba całą zdobytą wiedzę rzucić na szalę, rzucić na stół i samemu sobie udowodnić, jak jest.
[02:09:47] - Właśnie, i te niewygodne pytania są chyba najbardziej interesującym elementem książki. Mnie najbardziej zainteresowały końcowe rozdziały. Ten dotyczący kambryjskiej eksplozji życia istniejącej wcześniej fauny ediakarskiej, a także późniejszych masowych zagład. Bo kiedy sobie na to spoglądamy z perspektywy, to dopiero wtedy możemy sobie uświadomić, jak niewielki odcinek w geologicznej historii Ziemi zajmujemy, że Homo sapiens, to często słyszymy, że jest tylko sekundą na zegarze Ziemi. Ale pojawiają się inne pytania. Co by było, gdyby na przykład fauna ediakarska albo niektóre istoty żyjące w kambrze nie wymarły, przetrwały do naszych czasów? Czy one by się przerodziły w formy inteligentne? To akurat jest już czyste science fiction, ale na przykład kambr to jest odległość w czasie od dzisiejszego dnia rzędu 540 milionów lat, a taka wielka piramida ma tylko 4500 lat. I jeżeli sięgamy głębiej, to już nie tylko historykom, ale i archeologom i w ogóle ludziom wszystkim palą się styki, bo tam nie ma już nic do powiedzenia, nie ma człowieka, nie ma cywilizacji. Myślę, że my dopiero nabieramy dystansu do ludzkości, patrząc właśnie z tej perspektywy, że na przykład jakieś wymarłe 500 milionów lat temu prymitywne stworzenia i tak żyły na Ziemi kilkaset razy dłużej niż my, że na przykład one przetrwały 100 milionów lat zanim wymarły.
Nie ma po nich dzisiaj śladu praktycznie w ogóle. Wiadomo, że były. A my? My tych śladów szukamy i mamy siebie za szczytowe osiągnięcie tej planety. Szczytowe osiągnięcie ewolucji, którą się Gribbin też przecież zajmuje. Sami dobrze wiemy, jak głęboko sięga historia naszego gatunku. Kiedy patrzymy na tę geologiczną historię, dopiero nabieramy tego dystansu i pojawiają się takie pytania, które są trudne. One nawet doprowadzają niekiedy do wniosków absolutnie pesymistycznych. Nie wiem, czy się Marku ze mną zgodzisz, ale niektóre wątki zawarte w książce Gribbina wcale nie pomagają w odpowiedzi na pytanie: po co my tu jesteśmy? Albo nieco inaczej, nas się trochę wręcz zrzuca z rowerka.
Pod koniec Gribbin przechodzi do losów Ziemi i naszej cywilizacji. Pisze, że nie będzie dla nas drugiej szansy. Na dobrą sprawę, skoro trylobity, gady kopalne zniknęły po milionach setek milionów lat bycia na Ziemi, której nie zaśmiecały, której nie truły, to czy w ogóle my mamy jakieś szanse? Czy w ogóle my możemy sobie zaszkodzić, skoro na tej planecie życie istnieje w cyklach, ale nie oznacza to, że my mamy jakieś fory, że my jesteśmy jakimiś szczególnymi istotami poza tym wyjątkiem, że stworzyliśmy cywilizację i nawet kto wie, czy pierwszą. Książka Gribbina w pewnym momencie, już pod sam koniec, to jest takie nawoływanie do homo sapiens, który jest trochę jak lemingi, jak pędzące stado owiec, aby się zatrzymał i trochę pomyślał. Wszystkie bogactwa, wszystkie splendory, wszystkie konflikty za 10 milionów lat i tak będą pogrzebane głęboko pod warstwą skał. Więc jakie jest dla nas wyjście? I myślę, że to wcale, co on pisze, nam koniec końców nie pozwala, nie ułatwia odpowiedzi na pytanie, dlaczego tu jesteśmy i po co tu jesteśmy. Na przykład ja doszedłem do takiego wniosku po lekturze tej książki, że w sumie jesteśmy tutaj po nic, bo 20, 30 milionów lat od dnia dzisiejszego Ziemia będzie istniała, pewnie nie będzie ludzi. Podzielimy los dinozaurów, jeżeli się nie ockniemy, a to jest raczej marna szansa.
Zresztą co to znaczy się ockniemy? To jest taka gadka trochę ezoteryczna, prawda? Każdy by chciał zbawić świat, ale złotego środka nie ma. Ta książka mnie prawie wpędziła w jakąś depresję. To, że dostaliśmy szansę od kosmosu, nie oznacza, że jesteśmy istotami na wyższym poziomie niż te trylobity tak naprawdę. Nie wiem, mam mętlik w głowie. Musimy kiedyś o tym porozmawiać szerzej. Na koniec chciałbym jeszcze dwa, trzy słowa o stylu Gribbina, przynajmniej o tej książce, o której dzisiaj mówimy, bo to też jest dość charakterystyczne. To jest książka napisana bardzo prostym językiem I to jest taki swobodny tok rozważań. Raz na jakiś czas mamy dane, natomiast na szczęście tutaj Griffin nam nie mówi, że tylko te dane są prawdziwe, że tylko on ma rację, że tylko jego wizja ludzkości i w ogóle tego wszystkiego jest jedyna.
To się dobrze czyta. Ja mam takie wrażenie nawet, że tego by się równie dobrze słuchało, że to jest trochę jak zapis jego wykładów. To daje do myślenia. Natomiast najpierw, żeby dojść do tych wątków, o których mówię, musimy się przebić przez tą trochę suchą, trochę jałową, przynajmniej dla mnie część. Może ona mi się wydaje jałowa, dlatego że zajmując się UFO, automatycznie często spotykam się w publikacjach różnego rodzaju z kwestią życia w kosmosie i tam ten temat był dziesiątki razy przerabiany. Ja to czytając po raz kolejny nie czuję tej ekscytacji już, ale jeżeli ktoś sięga do tego po raz pierwszy, to na pewno będzie to jakieś intelektualne zaskoczenie. Także bardzo to z jednej strony wszystko interesujące, jest to podnoszące na duchu, że jesteśmy takim może eksperymentem, ewenementem w dziejach wszechświata, ale tak koniec końców to wszystko jest bardzo pesymistyczne, jakby nie patrzeć. Bo tak jak powiedziałem, to, że tutaj jesteśmy, wcale nie oznacza, że nie podzielimy losu istot, które dzisiaj znajdujemy w kamieniu i myślimy sobie o nich: o, jakie fajne, o, jakie to ciekawe. My możemy nie być ostatnią cywilizacją, która się tutaj pojawiła. Możliwe, że kiedyś na naszych gruzach ktoś zbuduje kolejną.
Nie tyle na gruzach, co na skamielinach.
[02:16:45] - Wcale nie jest też pewne, o tym oczywiście Griffin nie pisze, ale wcale nie jest też pewne, że jesteśmy pierwszą cywilizacją. Ale wracając do książki Griffina, to powołam się na czasopismo „Nature” i tam czytamy coś takiego: Griffin łączy głęboką wiedzę z talentem narratorskim, pokazując, że nauka o pochodzeniu życia to epicka opowieść. Trudno się z tym nie zgodzić i w ogóle recenzenci, podobnie jak my, chwalą Griffina za klarowność wywodu, za zdolność syntezy nawet bardzo skomplikowanych teorii. On to po prostu wykłada w prosty sposób. Na przykład pisze o mechanice kwantowej w związkach z biologią. Ten brytyjski Guardian nazwał książkę mistrzowskim wprowadzeniem dla laików. I coś w tym jest. Tę książkę, z tego, co wyczytałem, bardzo często zestawiano z książkami Dawkinsa. Wiecie państwo, tego bulteriera Darwina. Z takimi książkami jak „Samolubny gen” i „Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa” właśnie Dawkinsa.
Ale po tym zestawieniu bardzo często pojawiała się krytyka, że ona jest mniej rewolucyjna w podejściu. Griffin owszem, zgadza się z taką tezą o samolubności replikatorów, ale mówi o tym, dlaczego tak się dzieje. To już państwo musicie wyszukać i muszę powiedzieć, że jest w tym przekonujący. A to patronowanie przez Dawkinsa jedni uznają za pozytyw, drudzy wręcz przeciwnie. Powiem tak, żeby już być zupełnie sprawiedliwym, to wielu krytyków książki zarzuca autorowi nadmierny optymizm co do niektórych hipotez, o których pisze. Na przykład pisze o panspermii, ale też pomija współczesne kontrowersje dotyczące chociażby roli wirusów w ewolucji życia na Ziemi, organizmów. Takie czasopismo „New Scientist” wykazało, pokazało, pisało o tym, że rozdział o rzadkości życia napisany przez Griffina jest zbyt spekulatywny, że tam jest zbyt wiele założeń. To jest taka konstrukcja z klocków, którą bardzo łatwo jest przewrócić. Nie wiem, jak jest. Za mało jestem unaukowiony, jestem miłośnikiem różnych czytadełek naukowych, ale jednak nie jestem naukowcem.
Nie wiem, jak jest. Zresztą umówmy się, naukowcy to też jest czasami bardziej specjalna kasta niż ludzie, których ja bym chciał tam widzieć, czyli ludzie szukający prawdy. A to jest zupełnie inny problem. W tej książce on nie występuje. W każdym razie myślę, że jeśli ktoś interesuje się tym, dlaczego jesteśmy i nie szuka tylko i wyłącznie odpowiedzi związanych z paranormalnością na przykład, a szuka tego, co w nauce jest ważne, szuka tego, co nauka dzisiaj wie, to to jest książka Jak najbardziej dla niego. To jest książka, która o wielu rzeczach może przypomnieć, wiele rzeczy może przedstawić. Przypomnę, „Dlaczego jesteśmy. Cud powstania życia na Ziemi” Johna Gribbina. Czy pamiętacie państwo zeszłotygodniowe wydanie „Bibliotekarium 2.0”? Tam pojawił się Krzysztof Drozdowski z opowieścią o Rączce, zabójcy, który poniósł zasłużoną karę.
Te wędrówki historyczne, ja państwu obiecuję, że one się na antenie „Bibliotekarium 2.0” jeszcze pojawią. Krzysztof Drozdowski to jest zapalony historyk, człowiek, który pisze książkę po książce i to są ciekawe książki, więc materiał bazowy do kolejnych audycji jest i mam solenne przyrzeczenie autora, że te audycje się pojawią. A dzisiaj zapraszam państwa na rozmowę Krystyny Śmigielskiej w cyklu „Literackie tête-à-tête” właśnie z Krzysztofem Drozdowskim.
[02:21:56] - Dobry wieczór. Zapraszam do wysłuchania „Literackiego tête-à-tête”. Państwa i moim gościem jest dziś autor ponad 30 książek poświęconych wydarzeniom historycznym, prezes Fundacji Historycznej imieniem Reyewskiego oraz członek Stowarzyszenia Historyków Wojskowość, inicjator i organizator Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książki, właściciel wydawnictwa Brda, pan Krzysztof Drozdowski. Dobry wieczór, panie Krzysztofie.
[02:22:33] - Dobry wieczór pani, dobry wieczór państwu.
[02:22:35] - Dopiero zaczynamy naszą rozmowę, a już zapytam pana o najsilniejsze, najpiękniejsze uczucie, którym jest miłość. Czy kocha pan Bydgoszcz? Historie związane z tym miastem pojawiają się na kartach większości pana książek. Skąd ta miłość wynika? A może to nie uczucie, lecz zwykłe wyrachowanie, pisanie na zlecenie?
[02:23:02] - Chce mnie pani wziąć pod włos.
[02:23:03] - Trochę tak.
[02:23:06] - Jestem bydgoszczaninem, więc miłość do swojego miasta jest wpisana w to bydgoskie DNA. Czasami to jest miłość łatwa, czasami trudna, bo tak jak w tej miłości codziennej jest między kobietą a mężczyzną, a tu w tym przypadku między pisarzem, autorem książek a jego miastem, są wzloty i upadki. 18 książek poświęciłem historii mojego miasta Bydgoszczy. Ponad 30 łącznie mam w dorobku, więc jak widać te książki bydgoskie czy też regionalne, można by je też nazwać, przeważają w tej chwili, choć to się ciągle zmienia. Akurat na niekorzyść Bydgoszczy, bo tych tematów coraz mniej. Natomiast w każdej książce staram się, jeśli jest to możliwe, gdzieś przemycać jakieś wątki bydgoskie, nawet jeśli sama książka o naszym mieście w całości nie jest poświęcona. Czy wyrachowanie? Nie, na pewno nie. Na zlecenie napisałem jedną książkę, nie o Bydgoszczy i to na zlecenie takie, że autor po prostu pewnemu wydawnictwu wypadł na miesiąc przed terminem oddania publikacji. To była taka książeczka na temat jednej z polskich dywizji międzywojnia.
I tutaj, jako że znałem się i z autorem, i z wydawnictwem, to zaproponowano mi w trybie ekstraordynaryjnym napisanie tego tomiku. Podjąłem się i to było chyba najtrudniejsze zadanie, przed jakim stanąłem. I to nawet nie chodzi o czas, żeby to zmieścić się w miesiącu, tylko po prostu to było pisanie właśnie na zlecenie, za pieniądze, dla pieniędzy. I to było dla mnie chyba najtrudniejsze. Nie lubię tak pisać. Lubię pisać z pasji, z własnego pomysłu, dlatego, że coś mnie zaintryguje, chcę zgłębić jakiś temat, a nie dlatego, że coś muszę napisać.
[02:24:57] - Bo my trochę rogate dusze chyba jesteśmy.
[02:25:00] - Chyba tak. Właśnie to jest to, że te zlecone prace są czasami lepiej płatne niż te, które my sami sobie wymyślamy, bo teoretycznie my chcemy pisać to, co nas interesuje, a to nie do końca tak wygląda na rynku wydawniczym, bo chcąc sprzedać siebie, sprzedać swoją pracę, swoje książki, powinniśmy pisać to, co chce czytać czytelnik. I teraz to jest zawsze taka odwieczna wojna, czy autor pisze dla siebie, czy pisze dla czytelnika. Nad tym zawsze warto się zastanowić, kto i po co coś robi.
[02:25:35] - Ale też pisząc, chcemy przekazywać naszą wiedzę, czyli w jakiś sposób edukować tego czytelnika, coś mu jednak konkretnego przekazać, co dla nas ma dużą wartość.
[02:25:48] - Oczywiście literatura czy książki po prostu to zawsze była jednak kultura wyższa i mam wrażenie, że nadal to jest i nadal to będzie, bo jesteśmy zalewani informacjami, mediami dookoła i to w różnym stopniu, bo czy to radio, telewizja, jakieś broszurki, internet, czy też teraz najbardziej popularne. Jest tego dużo, a jednak książka papierowa jest artykułem elitarnym, w którym my chcemy przekazać to, co jest dla nas ważne, bo nie piszemy przecież tyramałów po to, żeby sobie coś tam napisać, bo każdy może. Problemem właśnie jest to, że każdy może napisać i wydać książkę, jeśli tylko ma na to pieniądze. Natomiast my ludzie, powiedzmy z pasją, z pewnym przekazem, który mamy, chcemy pokazać coś więcej, że słowo pisane jest nie tylko celem, ale to jest środkiem do celu, do wyrażenia własnych uczuć, czasami własnych myśli, zainteresowań i trochę sprzedaniem siebie właśnie też.
[02:26:51] - Tak, sprzedajemy siebie. To prawda. Jest pan, oprócz tego, że pan pisze, prezesem Fundacji Historycznej oraz członkiem Stowarzyszenia Historyków Wojskowość. Proszę opowiedzieć nam o tych organizacjach. Kogo one wokół siebie skupiają, jakie mają cele i na czym polega pana współpraca z tymi fundacjami, stowarzyszeniami? Bo ich jest chyba więcej niż te, co ja wymieniłam, prawda?
[02:27:20] - Tak, jest ich kilka więcej. Natomiast w 2020 roku założyłem Fundację Historyczną imienia Mariana Rejewskiego. Powód był bardzo prosty. Bydgoszcz jest związana z Marianem Rejewskim. Albo inaczej: Marian Rejewski był związany z Bydgoszczą przez 40 lat swojego życia. I cały czas uważam, że jest to potencjał historyczny, marketingowy, jeśli tak można powiedzieć o postaci Mariana Rejewskiego, który w naszym mieście jest mocno niewykorzystywany. Patrząc chociażby na Poznań czy Warszawę, to mamy tutaj bardzo duże zaległości. Stąd właśnie pomysł na to, żeby to była Fundacja Historyczna imienia Mariana Rejewskiego. Od pięciu lat działamy, prowadzimy różne projekty. Jednym z najważniejszych jest zbudowanie i prowadzenie portalu historycznego Historianaprawdę.pl, o którym pewnie jeszcze coś wspomnimy w dalszej części wywiadu.
Fundacja jest też współorganizatorem Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książki. Jeśli chodzi o Stowarzyszenie Historyków Wojskowości, to była bardzo prosta droga. Dla mnie to członkostwo, teraz już nawet jestem członkiem zarządu, jest bardzo ważne, bo w swojej twórczości pisarskiej bardzo dużo poświęcam właśnie historii wojskowości. Jest to dla mnie bardzo ciekawy temat. Zawsze mnie interesował, praktycznie od dziecka, można powiedzieć. Stąd dostanie się, bo tak to wyglądało, musiałem aplikować, czekać pół roku na rozpatrzenie mojej kandydatury do Stowarzyszenia Historyków Wojskowości, a teraz od pół roku jestem jeszcze członkiem zarządu, było takim spełnieniem pewnego marzenia. Włączeniem się w takie elitarne grono historyków zajmujących się tą ścisłą dziedziną historii, czyli historią wojskowości, wojen, militariów. To jest dla mnie ważna rzecz. Ale oprócz tego działam jeszcze w stowarzyszeniu Patriotyzm i Wolność. To jest też takie małe ogólnopolskie stowarzyszenie, w którym realizujemy chociażby taką inicjatywę jak Archipelag Polskości.
Jest to doroczny kongres odbywający się w Warszawie, kongres organizacji pozarządowych, gdzie te organizacje przyjeżdżają i mogą zaprezentować to, co w danym roku czy też w całej swojej działalności mogły przedsięwziąć, jakie działania podejmowały. Rozmawiamy też o problemach organizacji pozarządowych w Polsce, sukcesach, więc to jest takie fajne działanie skupiające ludzi z różnych branż w całym kraju. Bo ja reprezentuję fundację historyczną, inni na przykład jakieś stowarzyszenia zajmujące się pomocą dzieciom, zwierzętom. Naprawdę pełen miszmasz tutaj jest wszystkich osób skupionych w tak zwanym sektorze pozarządowym. Jestem jeszcze członkiem Roty Nakielskiej. To też takie małe stowarzyszenie patriotyczne osób związanych z historią Nakła. I tak się zdarzyło, że od roku też jestem jego członkiem. Nie można zapomnieć Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy, którego jestem członkiem od kilku lat już i nadal jeszcze jestem.
[02:30:20] - Na swojej stronie internetowej pisze pan, że interesuje się historią wojskowości, polityką wielkich mocarstw w XX wieku, seryjnymi mordercami, jak i historią związaną z pana miastem i regionem. Co jest podstawą tych zainteresowań? Czy w dzieciństwie lubił pan zabawę małymi żołnierzykami, czy może kulturowa tradycja rodziny lub wczesne zetknięcie się z historią miasta i regionu?
[02:30:52] - Dosyć ciężko na to pytanie jest odpowiedzieć, bo trzeba by prześledzić, przeanalizować całe swoje życie , wszystkie decyzje, które mnie doprowadziły do tego, że jest, jak jest. Natomiast wojskowością, jak już wspomniałem, interesowałem się praktycznie odkąd pamiętam. Zawsze za dzieciaka bawiłem się w wojnę i kartami, i żołnierzykami, i biegałem po krzakach z mieczem jako rycerz, więc zawsze gdzieś tam te zainteresowania okołowojenne u mnie były i chyba tak zostało właśnie do dzisiaj. Można powiedzieć, że to był taki początek czy też przyczyna mojego zainteresowania. Seryjnymi mordercami. Jest to poniekąd, można powiedzieć, teraz modny temat. Ja głównie interesuję się osobami związanymi z naszym regionem, więc to jest też bardziej regionalistyka i zamiłowanie do historii miasta niż do historii samych seryjnych morderców, bo tu nie ma czego uwielbiać, bo to jest naprawdę kawał krwawej historii. Ciężko jest autorowi, pisarzowi wniknąć w umysł takiej osoby, zrozumieć jego działania. Jest to bardzo trudna rzecz. Okres zimnej wojny charakteryzował się masową budową schronów przeciwlotniczych oraz przeciwatomowych dla mieszkańców miast, a zwłaszcza dla władz miejskich i wojewódzkich oraz straży pożarnej i Milicji Obywatelskiej.
Również w Bydgoszczy od lat 50. wraz z budową kolejnych bloków mieszkalnych w ich piwnicach umieszczano schrony dla mieszkańców, zwane w późniejszym czasie ukryciami. W mieście można doliczyć się ponad 200 obiektów przeznaczonych dla ochrony przeciwlotniczej mieszkańców miasta. W większości jednak te zlokalizowane w blokowych piwnicach obecnie nie nadają się do użytku z powodu dewastacji i rozkradania ich wyposażenia. Również metalowe drzwi cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem różnej maści kolekcjonerów. W latach 50. XX wieku Bydgoszcz uznano za miasto szczególnie zagrożone ze względu na lokalizację dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego i Korpusu Wojsk Obrony Powietrznej. Lokalizację innych jednostek wojskowych, ważnego węzła komunikacyjnego PKP oraz lotniska wojskowego. W 1958 roku do użytku został oddany w Bydgoszczy schron przeciwatomowy dla władz miasta. Formalnie było to zapasowe stanowisko dowodzenia dla prezydenta miasta.
Schron umieszczono pod jednopiętrowym budynkiem przy ulicy Nowodworskiej 23A. Okoliczni mieszkańcy nie wiedzieli nic ani o prowadzonych pracach budowlanych, ani o istnieniu tego obiektu. Ponieważ nie doszło do eskalacji zimnowojennego konfliktu, schron stał bezużytecznie. Odwiedzany był jedynie przez pracowników odpowiedzialnych za jego utrzymanie w ciągłej gotowości. W 1998 roku na polecenie ówczesnego prezydenta miasta Henryka Sapelskiego schron został poddany gruntownemu remontowi, a następnie w 2003 roku wykonano kolejne, tym razem kosmetyczne poprawki. Niestety nie udało się uzyskać dokumentacji remontowej, aby stwierdzić, czemu dokładnie podlegał modernizacji. Wydział Zarządzania Kryzysowego w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy nie dysponuje takową. Jedynie informacje, które udało się zdobyć, dotyczą wyposażenia schronu w nowoczesne łącze telekomunikacyjne i komputery. Oprócz tego zwiększono komfort użytkowników schronu, dokonując remontu pomieszczeń sanitarnych, wykładając podłogi płytkami oraz zakładając klimatyzację. Po pewnym czasie z powodu występowania wilgoci cały sprzęt elektroniczny został usunięty.
Pierwszy raz mieszkańcy Bydgoszczy mogli wejść do nieużywanego już schronu dopiero w 2013 roku. Do schronu prowadzą kręte i dość strome schody. Po zejściu na sam dół po lewej stronie znajduje się komora rozprężania ukryta za niewielkimi stalowymi drzwiami. Po prawej stronie stalowe masywne drzwi strzegą wejścia do schronu. Przez całą długość schronu biegnie korytarz główny o długości ponad szesnastu metrów. Po obu jego stronach znajdują się drzwi wejściowe do poszczególnych pomieszczeń. Największym z nich jest tak zwana sala dowodzenia licząca trzydzieści trzy metry kwadratowe oraz sala konferencyjna o powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych. Schron wkrótce stał się dla miasta kukułczym jajem. Obsługa oraz konserwacja schronu, a także przeprowadzona co pięć lat konserwacja trzydziestodwumetrowego masztu generowały roczne koszty w wysokości dwudziestu tysięcy złotych, a tych władze miasta wolały unikać. Ostatecznie obiekt został przekazany Collegium Catholicum Bydgostiense, czyli Zespołowi Szkół Katolickich Pomnik Jana Pawła II przy ulicy Nowodworskiej siedemnaście.
Fragment pochodzi z książki pod tytułem "Schrony, tunele, ukrycia. Bydgoszcz podziemna w okresie PRL".
[02:36:07] - Publikuje pan literaturę naukową i popularnonaukową. A co z powieściami?
[02:36:12] - Mam jeszcze kilka reportaży na swoim koncie. Będą kolejne. A co do powieści, ja już w zeszłym roku zapowiadałem, że pracuję nad powieściami. Jest to cały czas prawda. Cały czas pracuję. Natomiast wygląda to tak, że gro swoich sił przykładam na pracę nad książkami, na które mam, powiedzmy, umowy z różnymi wydawcami. Więc kiedy jestem dogadany, to wiadomo, że jest to priorytet, żeby taką książkę skończyć. Powieść jest pisana bardziej gdzieś w wolnej chwili z doskoku. Pracuję nad trzema powieściami. Mam trzy pomysły.
Nie chciałbym zdradzać fabuły i na pewno tego nie zrobię, dopóki nie skończę. Jest to moje wielkie marzenie. Jedno już z nielicznych ostatnich, związanych z literaturą, w ogóle z książkami, które chciałbym spełnić. I myślę, że to się uda. Czy w tym roku jeszcze? Wydaje mi się, że nie, że jeszcze trzeba będzie poczekać do przyszłego, żebym w tej dziedzinie literatury zadebiutował, ale mam na to wielką ochotę. Taką potrzebę też sprawdzenia się. To inne pisanie niż pisanie książki historycznej opartej na faktach, na dokumentach, gdzie wszystko jest właśnie o coś oparte, a nie polega tylko i wyłącznie na mojej wyobraźni.
[02:37:25] - Właśnie chciałam spytać o warsztat. Czy widzi pan różnicę w samym doborze słów, formułowaniu zdań, myśli przy tworzeniu powieści, a tworzeniu właśnie książek popularnonaukowych i naukowych?
[02:37:40] - Zdecydowanie tak. Jest tutaj duża różnica. Tworzenie powieści jest, można by to tak określić, bardziej frywolne. Można tutaj użyć często języka potocznego, nawet w pewnych momentach, chociażby w dialogach. W literaturze stricte historycznej czy w reportażu nie za bardzo można. Nie za bardzo to pasuje, a wręcz czasami nawet nie wypada używać takich słów. Natomiast jedno z drugim się trochę zazębia, bo prace nad powieściami powodują, że moje pióro staje się coraz lżejsze do odbioru przez czytelników, a to wpływa na lepszy odbiór moich książek właśnie historycznych. Więc jest to tutaj taka synergia między tymi dwoma gatunkami.
[02:38:26] - Współpracował pan z wieloma wydawnictwami. Co pana skłoniło do spróbowania swoich sił jako wydawcy i czy uważa pan, że był to dobry krok, biorąc pod uwagę rozpowszechnianie pana dzieł? Na jakie trudności pan napotkał, których wcześniej się pan nie spodziewał, kiedy wydawnictwo już ruszyło pełną parą?
[02:38:47] - Każdy z nas o czymś tam marzy i każdy z nas dąży do tego, przynajmniej powinien dążyć do tego, żeby spełniać swoje marzenia. Więc ja wiele lat temu marzyłem o tym, żeby napisać książkę, żeby ją zobaczyć na wystawie w księgarni. I to marzenie się udało spełnić. Tych książek już trochę napisałem. Tak jak mówiłem, ponad trzydzieści, więc cały czas spełniam to marzenie za każdym razem, za każdym tytułem jest to taka sama frajda jak za pierwszym razem, więc jest to niezmienna dla mnie. Później marzyłem o tym, żeby- Zorganizować Festiwal Książki w Bydgoszczy, bo jeździłem jako autor właśnie na stoiska wydawnicze do różnych wydawnictw, na różne targi w Polsce. I zawsze marzyłem, dlaczego czegoś takiego nie ma w Bydgoszczy. Więc wprowadziłem to w czyn. Spełniłem kolejne swoje marzenie. No i jednym z takich nielicznych jeszcze marzeń było założenie albo swojego wydawnictwa, albo prowadzenie własnej księgarni.
Z księgarniami stacjonarnymi niestety jest tak bardzo źle w Polsce, że się codziennie praktycznie jakaś gdzieś w naszym kraju zamyka. Nawet w naszej Bydgoszczy niedawno zamknęła się kolejna księgarnia, a bodajże nawet dwie. Więc widać, że to jest bardzo niepewny interes. Ale wydawnictwo książek, własne wydawnictwo jest to coś, co bardzo mnie, że tak powiem kolokwialnie kręciło. No i to spełniłem. Wydawnictwo Brda od rzeki, więc widać tutaj znowuż ten lokalny mój patriotyzm jest takim właśnie spełnieniem kolejnego mojego marzenia lub jednego z nielicznych wydawniczych czy poetyckich marzeń. Skąd to się wzięło? No tak, trochę czasami żartobliwie mówię, jak jestem pytany o to, że nie ma tylu wydawców w Polsce, żeby nadążyli nad moim pisaniem, więc musiałem założyć swoje wydawnictwo. Ale tak się składa, że w swoim wydaję tylko jedną książkę rocznie, znaczy jedną swoją rocznie, a skupiam się na autorach, przeważnie debiutantach, osobach, które nie mogą znaleźć swojego miejsca u dużych wydawców. O osobach, które wysyłają swoje zapowiedzi książek, swoje teksty już kompletne i nawet nie dostają odpowiedzi.
Jest to bardzo nieładne działanie różnych dużych wydawców. Ja poniekąd staram się je zrozumieć, że wolą zainwestować w znanego autora, który im się na pewno zwróci niż właśnie w debiutanta. Ale tak wyszedłem z założenia, że ja kiedyś też debiutowałem, że kiedyś ktoś dał mi szansę i teraz tym moim wydawnictwem chcę dawać szansę też właśnie innym. Może to brzmi trochę górnolotnie, ale naprawdę to mi przyświeca. I jeśli przejrzeć stronę naszego wydawnictwa, to Państwo na pewno zobaczą, że w większości są to właśnie debiutanci lub autorzy, którzy mają na koncie jedną lub dwie książki, więc cały czas można ich pod ten szyld debiutantstwa podciągnąć. Z czym się spotkałem? Chyba najtrudniejsze jest patrzenie w zestawienia sprzedażowe książek, bo robi się jako wydawca wszystko, o czym wcześniej jako autor nie miało się do końca pojęcia. Chociażby te działania promocyjne, rozmowy z hurtownikami, z pośrednikami książkowymi, rozmowy też z księgarniami, żeby przyjęły książki na stan, żeby je sprzedawały. Jak książkę wypromować? Są to naprawdę złożone, wielotorowe działania, które pochłaniają mnóstwo czasu, energii, często też pieniędzy.
I jest to coś, co z jednej strony dobrze się w tym czuję, z drugiej strony cały czas się tego uczę, bo nie można powiedzieć, że zjadłem wszystkie rozumy i wszystko wiem. Natomiast łączę w wydawnictwie swoje doświadczenie jako autor już od czternastu lat praktycznie. Jednocześnie wydawca, no, teoretycznie od roku, bo w maju zeszłego roku powstało wydawnictwo Brda, ale wcześniej współpracowałem już z jeszcze innym wydawnictwem, któremu pomagałem. No i też podpatrywałem wydawnictwa, w których ja wydawałem. No, jest ich kilka i cały czas przybywa, bo nowe wydawnictwa się odzywają do mnie, czy bym nie napisał dla nich jakiejś publikacji. Często się na to zgadzam i tak rozszerzam swoje portfolio cały czas.
[02:42:58] - Proszę państwa, słyszeliście, pan Krzysztof powiedział, że jego wydawnictwo chętnie przyjmuje debiutantów. Jeżeli macie jakąś ciekawą pozycję, którą chcielibyście zaprezentować, możecie śmiało wysyłać ją do wydawnictwa Brda, a ono odpowie.
[02:43:16] - Zawsze w ciągu najpóźniej miesiąca dajemy odpowiedź, jeśli chodzi o to, czy książkę przyjmujemy do wydania, czy nie. Natomiast zaraz po wysłaniu do nas wiadomości w ciągu dwóch dni jest odpowiedź, że my ją przyjęliśmy. Dziękujemy i przedstawiamy, jak wygląda sytuacja, kiedy się będziemy mogli zapoznać z książką, kiedy wyślemy jakąś decyzję i tak dalej. Często też proszę po prostu o numer telefonu i wolę bezpośrednio, osobiście porozmawiać z autorem, dowiedzieć się czegoś od niego o jego książce, jak on do niej podchodzi, czym ta książka dla niego jest, czy ją napisał, bo miał taką potrzebę, napisał ją z pasji? Czy ją napisał, bo myślał, że będzie to łatwy i szybki zarobek na przykład, bo też się tacy autorzy zdarzają. Więc lubię poznać osobę, z którą potencjalnie mógłbym współpracować.
[02:44:04] - Obecnie panuje moda na organizowanie różnego rodzaju festiwalów, targów i innych zgromadzeń autorów. Jest pan inicjatorem i organizatorem Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książek, o którym pan już tutaj nam wspominał. To cykliczna impreza odbywająca się co roku w Bydgoszczy. Obserwuję jej rozwój i to, że staje się ona coraz bardziej popularna wśród pisarzy i wydawców. Skąd pomysł? Z kim współpracuje Pan przy organizacji festiwalu i kiedy odbędzie się następna jego edycja?
[02:44:41] - Cieszy mnie, że Kujawsko-Pomorski Festiwal Książki cieszy się coraz większym zainteresowaniem właśnie i popularnością, o czym pani wspomniała. To jest bardzo ważny dla mnie odzew. Natomiast skąd pomysł? Poniekąd już to zdradziłem. Tak jak mówiłem, powtórzę jeździłem jako autor na wydarzenia targowe w Polsce, festiwale książki i targi książki. Tam zawsze się zastanawiałem, dlaczego w Bydgoszczy coś takiego się nie dzieje. No i pięć lat temu, w dwa tysiące dwudziestym roku postanowiłem, że trzeba coś takiego u nas zrobić. Co prawda nie zrobiłem tego w Bydgoszczy, bo w Osielsku. Bardzo blisko, bo przecież sąsiednia gmina. W Osielsku przeprowadziłem dwie edycje Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książki, a następnie kolejne dwie odbyły się w Bydgoszczy.
Partnerem jest Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy przy ulicy Garbary i to właśnie na jej terenie odbywały się dwie ostatnie edycje. Tegoroczna edycja, już piąta, poniekąd nasz mały jubileusz, odbędzie się w dniach... Tu w sumie jeszcze nie wiem, bo są dwie możliwości: albo będzie to 10 i 11 października, albo 11 i 12. Od czego to zależy? Zależy od tego, czy otrzymamy zgodę od galerii handlowej Zielone Arkady na organizację Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książki na ich terenie. Wpadliśmy na taki pomysł. Jesteśmy po bardzo pozytywnych rozmowach i myślę, że będziemy współpracować. Stąd festiwal będzie organizowany w dniach 10, 11, czyli piątek, sobota, a nie sobota, niedziela, tak jak to było do tej pory. Myślę, że to będzie dobra synergia między nami jako organizatorami festiwalu a galerią handlową, bo galeria daje nam ludzi, którzy mogą stać się czytelnikami, a my dajemy czytelników, którzy mogą stać się potencjalnymi klientami. Więc mamy tutaj pełną synergię.
Jest to punkt centralny w mieście w weekend, gdzie naprawdę jest mnóstwo bydgoszczan w galeriach handlowych różnych. My wybraliśmy tą z racji na to, że ma największy potencjał pomieszczeniowy. Taką współpracę będziemy kontynuować w kolejnych latach. Ale to jest rzecz wtórna. Tak jak mówiłem, piąta edycja w tym roku będzie. Na pewno będzie też związany z tym konkurs na najlepszą książkę w różnej kategorii i dla wydawców, i dla autorów. Będzie też dużo konkursów dla czytelników, którzy będą nas odwiedzać. Konkursów, w których będą mogli oczywiście wygrać książki. Po co by innego? A z kim współpracuję?
Tak jak wspomniałem, Wyższa Szkoła Gospodarki jest od dwóch lat partnerem organizowanego festiwalu książki. Jest to też fundacja Będzie Polakami, z którą się przyjaźnię, z którą organizujemy to praktycznie od samego początku. Organizatorem jest też moja fundacja historyczna imienia Mariana Rejewskiego. Ja gdzieś jestem poniekąd, powiedzmy, można tak to uznać, niektórzy tak mówią, twarzą tego wszystkiego jako organizator. Ale zobaczymy. Chcemy, żeby to było święto książki dla bydgoszczan i nie tylko, bo jak sama nazwa wskazuje, skupiamy się na całym naszym województwie. Jest to może trochę ambitne podejście. Celem są oczywiście bydgoszczanie. Celem pierwszorzędnym są bydgoszczanie, ale wydajemy swoją ofertę dla wszystkich mieszkańców województwa i nie tylko, bo każdy, kto przyjdzie pooglądać książki, porozmawiać z autorami, poznać wydawnictwa, przyjdzie po jakiś autograf, zrobić sobie zdjęcie, kupić książkę, pooglądać, przeczytać, cokolwiek, będzie dla nas mile widzianą osobą i porozmawiamy, spotkamy się. Serdecznie wszystkich zapraszam.
Tak dziś jak 10 i 11 października 2025 roku, czyli już za kilka miesięcy.
[02:48:30] - To będzie w pasażu galerii?
[02:48:32] - Tak. Taki jest plan, żeby tak było w pasażu galerii na dolnym piętrze.
[02:48:36] - Rzeczywiście może to być bardzo trafny pomysł, żeby przyciągnąć czytelników. Szybciej jednak trafią oni na książki niż w miejscu, do którego rzadko sami chodzą.
[02:48:51] - II wojna światowa była starciem dwóch potęg: III Rzeszy i ZSRR oraz ich sprzymierzeńców. Zajmując się tematyką największego konfliktu w dziejach świata, najczęściej podejmujemy zagadnienia związane z Rzeszą Niemiecką i prowadzoną przez Hitlera polityką, rozpętaną przezeń wojną, Holokaustem i tak dalej. Zdecydowanie rzadziej zajmujemy się wydarzeniami rozgrywającymi równolegle w państwie Stalina. Nawet w mojej domowej biblioteczce liczącej już blisko 10 000 woluminów zdecydowanie przeważa tematyka dotycząca dziejów III Rzeszy. Dlaczego tak jest? To pytanie towarzyszyło mi w trakcie pisania książki „Sowieckie tajemnice II wojny światowej”. Z jej pomocą chcemy wspólnie z wydawnictwem Replika pokazać, że dzieje XX wieku, czy też ściślej II wojny światowej, to nie tylko III Rzesza. Nie da się opisywać historii jednego totalitaryzmu bez odniesień do drugiego. Zwłaszcza że oba czerpały ze swoich doświadczeń pełnymi garściami. Chcę tutaj wskazać w książce na najciekawsze zjawiska i zdarzenia, które towarzyszyły udziałowi ZSRR w II wojnie światowej.
Niektóre z nich są powszechnie znane, inne zdecydowanie mniej. Warto odkryć je na nowo. Wszystkie bowiem spowija mgła tajemnicy, czyniąc je szczególnie interesującymi. Przygotowując kolejne rozdziały, niektóre kwestie pominąłem, gdyż wychodziły poza przyjęty zakres czasowy niniejszej publikacji. A są one równie ciekawe. Dlatego być może przyjdzie do nich powrócić kiedy indziej. W dużej mierze zależy to od was, drodzy czytelnicy. Kupując moją książkę, bierzecie bowiem udział w swoistym referendum, decydując, czy autor zasługuje na możliwość kontynuowania pracy, czy raczej zniknie z planów wydawniczych. Jako że ta książka o historii ZSRR, zastanowić by się trzeba tylko nad formą zniknięcia, tudzież wymazania z historii, nomen omen. Można by na przykład podać niewykrywalną truciznę, nad którą pracowało tajemnicze laboratorium X.
Efekty jego prac tak naprawdę poznajemy dopiero wtedy, gdy co pewien czas z wiadomości dowiadujemy się, że kolejny z rosyjskich dysydentów nagle umiera w dziwnych okolicznościach. Badając sowieckie tajemnice II wojny światowej widać doskonale, jak wiele z tamtych czasów zachowało się do dziś. Zwłaszcza swoista rosyjska mentalność. Najlepszym tego dowodem jest kult Józefa Stalina. Batiuszka, pomimo tego, że pod względem swoich ofiar zdecydowanie przewyższa Adolfa Hitlera, po dziś dzień w niektórych kręgach czczony jest w Rosji nieomal jak święty. Zagłębiając się w dzieje obu europejskich totalitaryzmów, doskonale możemy wychwycić liczne podobieństwa, ale i różnice w działaniu. Skoro mówimy, że w III Rzeszy panował terror, to na to, co działo się w ZSRR, nie sposób znaleźć adekwatnego określenia. Nie bez przyczyny ponad milion Rosjan odwróciło się od Stalina i chciało ramię w ramię z niemieckimi żołnierzami wyzwolić swoją ojczyznę spod jarzma komunizmu. Gdyby to się powiodło, generał Andriej Własow byłby obecnie narodowym bohaterem. Tymczasem termin własowiec jest dziś synonimem zdrady.
Po zakończeniu II wojny światowej ZSRR został opromieniony glorią zwycięskiego mocarstwa. Nie miało większego znaczenia, czy alianci zgodziliby się na oddanie Polski i państw Europy Środkowej pod jurysdykcję Stalina, czy nie. Koba wygrał i brał, co chciał, rozszerzając swoją dominację najdalej, jak tylko się dało. Żaden z Rosjan nie poniósł konsekwencji za wojnę z Finlandią, okupację państw nadbałtyckich, napaść na Polskę 17 września 1939 roku, współpracę z III Rzeszą. Setki tysięcy wymordowanych przedstawicieli różnych narodów, w tym licznie reprezentowanych Polaków. I to pomimo prób podejmowanych przez obrońców niemieckich zbrodniarzy przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Ale przecież to właśnie Rosjanie siedzieli na miejscach sędziów, skutecznie nie dopuszczając do podnoszenia wielu niewygodnych dla nich tematów. Zwycięzców przecież się nie sądzi. Wielu rzeczy o działaniach podejmowanych w ZSRR jeszcze nie wiemy i zapewne przez wiele lat, jeśli w ogóle kiedykolwiek, nie będziemy mieli szansy się dowiedzieć. Sowieckie archiwa budowano w celu przechowywania akt, a nie udostępniania ich badaczom.
Mimo że sporo w tej kwestii się zmieniło, rosyjska agresja na Ukrainę ponownie przekreśliła możliwość prowadzenia dalszych badań. Ci, którzy mogliby mieć coś ciekawego do powiedzenia o czasach II wojny światowej, byli po jej zakończeniu masowo eliminowani. Niemniej zachowało się do naszych czasów trochę wspomnień, w tym osób najważniejszych: Gieorgija Żukowa, Pawła Sudopłatowa czy Iwana Sierowa. Należy podchodzić do nich z dużą ostrożnością. Jednak nawet mimo zawartych w nich manipulacji stanowią one cenne uzupełnienie naszej wiedzy. Był to fragment książki pod tytułem "Sowieckie tajemnice II wojny światowej".
[02:54:19] - Jest pan również redaktorem naczelnym portalu www.historianaprawde.pl. Jakie treści odnajdą na nim nasi słuchacze? Kto oprócz pana publikuje tam swoje teksty?
[02:54:33] - Portal, tak jak też już wspomniałem na samym początku naszej rozmowy, wydawcą portalu jest moja fundacja historyczna imienia Mariana Rejewskiego. Jestem z racji i zainteresowań i prezesury fundacji redaktorem naczelnym. Sam się mianowałem, sam się wybrałem i jestem. To było poniekąd kolejne spełnianie marzenia o posiadaniu portalu historycznego. Tu już sama nazwa wskazuje, że skupiamy się jednak na treściach historycznych, artykułach, na podcastach, na filmach dotyczących naszej historii. Nie tylko Polski, ogólnie światowej historii na przestrzeni dziejów. Nie skupiamy się na żadnym wycinku naszej historii, tylko interesuje nas wszystko od praktycznie prahistorii, od starożytności do niemalże dnia dzisiejszego, bo wszystko, co dziś się dzieje, to za minutę już jest historią przecież. Człowiek cały czas tworzy źródła historyczne, więc staramy się to opisywać, reagować. Recenzujemy też bardzo dużo książek historycznych, które do nas trafiają z różnych wydawnictw. Patronujemy też i książkom, i różnym wydarzeniom.
Kto z nami pisze? Oczywiście ja tam tworzę akurat najwięcej artykułów, ale oprócz mnie tworzy Paweł Skutecki, Karol Kwiatkowski, profesor doktor habilitowany Adam Ostanek, Bartosz Zakrzewski, Krzysztof Czarny Krzyżanowski znany z eksploracji Dolnego Śląska. Jest tych autorów już dosyć dużo. Regularnie bądź mniej regularnie publikuje, podsyła swoje teksty na łamach właśnie naszego portalu. Dopiero co składamy wniosek o rejestrację portalu jako czasopisma historycznego, magazynu historycznego, więc otrzymamy specjalny numer i będziemy traktowani jak normalne wydawnictwo, czasopismo, powiedzmy prasowe, ukazujące się w Polsce.
[02:56:22] - W 2024 roku ukazały się aż cztery pana książki. Jest pan płodnym autorem. To były "Polska polityka historyczna 1989-2023. Sukcesy i porażki" wydana przez wydawnictwo MR. "Afery, skandale, morderstwa. Najgłośniejsze sprawy PRL" opublikowane przez wydawnictwo Brda. "Sowieckie tajemnice II wojny światowej" ukazały się natomiast nakładem wydawnictwa Replika oraz "Stryczek dla Rączki. Rekonstrukcja zbrodni, która wstrząsnęła Bydgoszczą" edytowany przez wydawnictwo Brda. Proszę nam powiedzieć, z którą z tych pozycji jest pan jako autor najbardziej związany? A która z nich przysporzyła panu najwięcej pracy, tych czasochłonnych poszukiwań?
[02:57:21] - To jest takie pytanie, jakby pytać rodzica, które dziecko kocha najbardziej. Na to pytanie nigdy nie można odpowiedzieć dobrze, bo dzieci się kocha przecież równo, a przynajmniej powinno. I tak samo autor każdą swoją książkę kocha tak samo. Natomiast są książki, które mniej pracy kosztowały, mniej wysiłku. Są takie, których pisanie dostarczyło jakichś dodatkowych emocji. I tak chociażby było w książce "Afery, skandale, morderstwa. Najgłośniejsze sprawy PRL-u", gdzie to było dla mnie pewne wyzwanie, bo dotąd jakoś nie poruszałem w przeważającej mierze historii właśnie z okresu PRL-u, a tutaj w tej książce się tak w pełni odważyłem. Te pierwsze dwa rozdziały, czyli afery, skandale, przyniosły mi dużo emocji, takich pozytywnych nawet. Podobało mi się pisanie tych treści. Książkę przeczytała nawet moja żona na wakacjach, jak byliśmy.
I to jest jedyna książka, którą w pełni przeczytała. To już świadczy o tym, że jest to ciekawa książka, a przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu. Natomiast każda jest oczywiście inna. Najtrudniejszą była książka "Rysiek dla Rączki. Rekonstrukcja zbrodni, która wstrząsnęła Bydgoszczą", bo jest to książka bardzo trudna emocjonalnie, gdzie opisuje się zbrodnię na dwójce dzieci: czternastoletnim Pawle i dziewiętnastoletniej Gabrieli Tribler. Sprawa dotycząca Bydgoszczy roku 1960. Praca polegała na wyszukaniu najpierw informacji prasowych, które się ukazywały na ten temat, ale także na pracy na aktach sądowych, aktach śledczych. Przebrnięcie przez te wszystkie dokumenty, zeznania świadków, czytanie tego, jak sąsiad, słysząc wołanie o pomoc, krzyczenie ratunku, walenie nogami w ścianę nie zareagował, a wręcz był zły, że mu obudzą żonę, kiedy mógłby zareagować i zapobiec zbrodni. To są takie rzeczy, które się naprawdę trudno czyta i trudno pisze, bo to złość człowieka po prostu bierze tak po ludzku. A książka, reportaż-- właśnie to był mój pierwszy reportaż, "Polska polityka historyczna 1989-2023".
Na tą książkę dostałem grant nawet z Instytutu Książki. I to było takie moje pierwsze zmierzenie się z połączeniem moich dwóch pasji, bo jedną jest polityka i tego nigdy nie ukrywałem. Drugą pasją jest właśnie historia, a polityka historyczna tutaj łączy te pasje. Kiedy w Polsce przeciętny Kowalski, że tak to nazwę, słyszy hasło polityka historyczna, to się zżyma, że nie wiadomo, co to jest, że jest to na pewno coś złego i tak dalej. A przecież każde państwo na świecie prowadzi swoją politykę historyczną. My prowadzimy również jako Polska swoją, choć kiepsko, by użyć delikatnego słowa. Wzorem są Niemcy, USA czy Izrael. Wzorem dla nas, a nawet Rosja. Przykładami państw, które prowadzą świetnie swoją politykę historyczną. Jest to rzecz, którą albo państwo prowadzi, albo inne państwo prowadzi ją za nią, więc musimy ją robić.
To było takie moje podsumowanie tych lat po 1989 roku, gdzie mamy państwo teoretycznie demokratyczne, już w pełni suwerenne. I chciałem opisać, jak ja to widzę, jak radzimy sobie z pewnymi rzeczami, czyli jak radzimy sobie z tematem reparacji wojennych od Niemiec, jak radzimy sobie z kwestią wołyńską, jak radzimy sobie z kwestią katyńską. To jest bardziej reportaż, można nawet powiedzieć historyczny niż polityczny, ale takie moje podsumowanie, mój ogląd obecnego świata tam właśnie zawarłem w tej książce. Ponad pół roku ją pisałem. Wcześniej się ponad pół roku też przygotowywałem do napisania tej książki. Jest to bardzo ciekawe spostrzeżenie, ale jest to oczywiście tylko i wyłącznie moja wizja na to zagadnienie.
[03:01:10] - Która z odkrytych przez pana tajemnic Bydgoszczy najbardziej pana zaskoczyła i zdziwiła i czy opisał ją pan w jednej ze swoich książek?
[03:01:20] - Tak, tych zagadek trochę już w sumie można by zliczyć. Natomiast sprawą, która była dla mnie zagadką, która pozwoliła mi napisać książkę, była sprawa bydgoskiej Doliny Śmierci. W 2018 roku niektórzy nasi słuchacze mogą pamiętać nawet, chociaż minęło już sporo czasu, że złożyłem do IPN-u prośbę o rozpoczęcie śledztwa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że takowe już było w 1968 roku. Rozpoczęcie śledztwa w sprawie niemieckich zbrodni właśnie w Dolinie Śmierci, bo w różnych publikacjach mieliśmy różne informacje na temat ofiar niemieckich zbrodni właśnie w Dolinie Śmierci pod Fordonem, czy też pod Bydgoszczą. Teraz to już jest część Bydgoszczy, bo przecież na pomniku w Dolinie Śmierci mamy ponad sto tabliczek. Na pomniku przy wejściu mamy napisane, że ofiar było tysiąc dwieście. W aktach z ekshumacji mamy trzysta dziewięć. W publikacjach czy filmach mamy nawet trzy tysiące, więc to jest bardzo trudny temat i wydawało mi się wówczas, że po ponad siedemdziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej należy nam się w końcu prawda na temat tego, ile tych osób, głównie z Bydgoszczy, zostało tam zamordowanych. To moje pismo, ten mój wniosek przerodził się w pewną wręcz batalię, która trwała niemal osiem miesięcy, bo IPN nie chciał wówczas rozpoczynać takiego śledztwa, a ja bardzo chciałem, żeby rozpoczął to śledztwo, żeby wyjaśnił, bo w końcu to instytucja jak najbardziej powołana do takich spraw.
A przy okazji, borykając się z pewnymi problemami właśnie z tą instytucją, zacząłem swoje takie historyczne śledztwo. Zacząłem szukać dokumentów, śladów, świadków tych wydarzeń. I stąd też powstała właśnie w 2018 roku książka "Tajemnica Doliny Śmierci. Droga do prawdy". I to jest temat, który uważam, że udało mi się odkryć na tyle, na ile było można. Później to śledztwo zostało przez IPN rozpoczęte w końcu po tych moich staraniach. Trwało dwa lata. Po dwóch latach zostało umorzone z powodu, że nie ma już kogo ukarać, bo wszyscy sprawcy zbrodni nie żyją. Na szczęście czy też niestety, ale nie żyją, więc śledztwo należy umorzyć. Wielu odpowiedzi żeśmy się po tym śledztwie niestety nie dowiedzieli, ale ten temat cały czas gdzieś tkwi jeszcze w mojej głowie.
Wydaje mi się, że nie wszystko jeszcze napisałem, ale na pewno wiem już, że nie wszystko napisałem, bo po publikacji książki udało mi się odkryć. Zresztą i po zakończeniu tego śledztwa udało mi się odkryć jeszcze wiele nowych rzeczy, wiele nowych dokumentów, zdjęć z tego miejsca. Ten temat wymaga jeszcze powrotu, mojego powrotu do niego i jeszcze opisania. Może nie w tym roku, może nie w przyszłym, ale trzeba będzie jeszcze do niego wrócić. 22 grudnia 1970 roku, a więc dopiero 25 lat od zakończenia II wojny światowej, udało się skazać komendanta obozów koncentracyjnych w Sobiborze i Treblince. Nie odsiedział wiele z zasądzonej kary dożywocia, bowiem zmarł na zawał serca 28 czerwca 1971 roku. Kim był jeden z największych morderców w XX wieku? Franz Stangl urodził się 26 czerwca 1908 roku w Altmünster w Austrii. W 1931 roku wstąpił do policji. Wkrótce potem, zauroczony ideami narodowego socjalizmu, zgłosił akces do lokalnych struktur NSDAP, a następnie do SS.
Jednakże dopiero po Anschlussie jego kariera nabrała rozpędu. Został wyznaczony na stanowisko nadzorcy programu T4, polegającego na uśmiercaniu osób umysłowo chorych i inwalidów, którego centrum znajdowało się na zamku Hartheim. Musiał spełnić pokładane w nim nadzieje, gdyż w kwietniu 1942 roku został komendantem powstającego obozu w Sobiborze. Był to drugi po Bełżcu ośrodek eksterminacji Żydów w ramach Aktion Reinhardt. Pierwsze transporty do obozu w Sobiborze przybyły prawdopodobnie już pod koniec marca albo na początku kwietnia 1942 roku. Od maja rozpoczął się systematyczny proces zagłady, który trwał do końca czerwca. Zwożono tam wówczas Żydów z części dystryktu lubelskiego. Jednocześnie zaczęto kierować tam również transporty z Austrii, Niemiec, Czech i Słowacji. Obóz działał bez zarzutu. Stangl okazał się sprawnym organizatorem machiny śmierci.
Dlatego też we wrześniu 1942 roku został przeniesiony do nowo powstałego obozu zagłady Treblinka II. Poprzedni komendant SS Untersturmführer, doktor medycyny Irmfried Eberl nie poradził sobie z natłokiem więźniów. Komory gazowe uległy uszkodzeniu. Transporty z ofiarami oczekiwały tygodniami na bocznicy kolejowej na śmierć, a wokół obozu roznosił się straszliwy odór rozkładających się ciał. Stangl dostał za zadanie doprowadzić do zwiększenia wydajności obozu. W tym celu przy obozowej rampie zlecił budowę drewnianej atrapy dworca, by przyszłe ofiary nie domyślały się, co je czeka. Wybudował także nowe komory gazowe mogące pomieścić do trzech tysięcy ludzi. Pierwszy transport przybył 23 lipca 1942 roku, przywożąc Żydów z getta warszawskiego. Od tego dnia zwożono ich głównie z terenów okupowanej Polski, ale też z Czechosłowacji, Francji, Grecji, Jugosławii, ZSRR, a także Niemiec i Austrii. Trafiali tu również Romowie i Sinti z Polski i Niemiec.
Oblicza się, że w Treblince II zginęło ponad osiemset tysięcy ludzi. By zacrzeć ślady zbrodni zwłoki palono na specjalnie skonstruowanych rusztach. Po odwołaniu Stangla z funkcji komendanta i jego przeniesieniu do północnych Włoch w obozie wybuchło powstanie więźniów. Z ośmiuset czterdziestu osób jedynie około dwustu udało się wydostać. Końca wojny mogły doczekać co najwyżej setka. Po powstaniu obóz powoli zaczęto likwidować. Po zakończeniu wojny Stangl wrócił do Austrii, gdzie jako były kapitan SS został aresztowany przez armię amerykańską i osadzony w obozie internowania w Glasenbach koło Salzburga. W 1947 roku przeniesiono go do aresztu śledczego przy Sądzie Krajowym w Linzu. Zaliczony do grupy więźniów niezbyt pilnie strzeżonych pracował przy odgruzowywaniu terenów zniszczonych bombardowaniami. Pod koniec maja 1948 roku Stangl nie powrócił po pracy do więzienia.
Jego zniknięcie nie wywołało jednak wielkiego poruszenia. Nie powiadomiono o nim władz amerykańskich. W tym samym czasie jego poszukiwania rozpoczął jeden z najbardziej znanych łowców nazistów, Szymon Wiesenthal. Stangl w tym czasie znajdował się już w Rzymie, gdzie uzyskał pomoc od biskupa Aloisa Hudala. Tajemnicą pozostaje wybór dalszej drogi ucieczki z Europy. Otóż nie zdecydował się od razu wyruszyć do Ameryki Południowej, jak większość jego towarzyszy, a w ciągu kilku tygodni trafił do syryjskiego Damaszku. Nie wiadomo dokładnie, czym się zajmował. Ze skąpych przekazów można wnioskować, że został ekspertem syryjskich tajnych służb. Współpracował tam z innym niemieckim zbrodniarzem, Aloisem Brunnerem, przedstawiającym się jako doktor Fischer alias Ali Muhammad. Stangl czuł się w Damaszku na tyle pewnie, że podjął próbę sprowadzenia swojej rodziny.
Co musiało się wydarzyć, że w 1951 roku Stangl postanowił nagle opuścić przyjazne państwo i udać się w dalszą podróż do Brazylii, gdzie przez kolejne lata pracował jako mechanik w zakładach Volkswagena? To już na zawsze będzie tajemnicą. Mieszkając w São Paulo pozostał przy swoim nazwisku. Zmienił jedynie imię na Paul. Na początku lat 60. Wiesenthal ponownie natrafił na ślad po byłym komendancie obozów w Sobiborze i Treblince. Miał zgłosić się do niego pewien mężczyzna, który w zamian za wskazanie adresu zamieszkania zażądał konkretnej kwoty. Przystąpiono wówczas do energicznego zbierania dowodów winy i układania planu jego pojmania. Udało się to dopiero na początku 1967 roku. Wówczas, 28 lutego, po wyjściu z pracy, Stein dostał telefon z informacją, że jego córka uległa wypadkowi i znalazła się w szpitalu.
Nie namyślając się, wsiadł do samochodu i udał do wskazanej lecznicy. Tu jednak czekała na niego brazylijska policja. Pomimo aresztowania, po dotarciu na komendę policji, gdy przekonał się, że za zatrzymaniem nie stoją służby izraelskie, odetchnął z ulgą. Wkrótce o jego ekstradycję wystąpiła Polska, gdzie mógł spodziewać się kary śmierci. Wydany został jednak władzom Republiki Federalnej Niemiec i 13 maja 1970 roku rozpoczął się jego proces. W trakcie rozprawy nie przyznawał się do winy. Tłumaczył, że wykonywał jedynie swój obowiązek. Mimo to 22 grudnia został uznany za winnego wymordowania blisko dziewięciuset tysięcy osób i skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Jak wspomniałem na początku, zmarł pół roku później. Był to fragment książki „Ostatnie tajemnice nazistów”.
[03:11:05] - Wiem, że oprócz wymienionych wcześniej pana aktywności planuje pan obecnie współpracę z BookRadio.pl. Na czym miałaby ona polegać i kiedy możemy spodziewać się emisji pierwszego pana autorskiego programu?
[03:11:20] - Prawda, tu zdradzamy taki news, o którym jeszcze nigdzie nie informowałem, więc jesteśmy tutaj pierwsi. No i na falach Book Radia jak najlepiej powiedzieć o tym, że właśnie tutaj zaczynam nowy rozdział kariery, że tak powiem. Będzie to emitowany program raz na dwa tygodnie, przynajmniej na razie. „Historyczne podróże z Krzysztofem Drozdowskim”. Będę w ciągu pół godziny opowiadał o jakimś historycznym wydarzeniu nie tylko z naszego regionu, ale ogólnie. Pierwszy będzie poświęcony właśnie na podstawie mojej książki o sprawie zabójstwa rodzeństwa Triblerów, Pawła i Gabrieli. To będzie pierwszy odcinek. Na pewno zostanie wyemitowany już w marcu. Gdzieś mniej więcej w połowie marca. Dokładna data jeszcze nie jest znana.
Tutaj zależy od wydawców Book Radia. Zaczynamy taką wspólną podróż, wspólną przygodę. Dla mnie to jest coś nowego. Znowuż odkrycie nowych lądów, poszerzenie horyzontów. Bardzo się cieszę, bo przygotowywałem się do tego od zeszłego roku. Audycja miała już ruszyć w styczniu, ale niestety z powodu tego, że mam natłok książek, które muszę skończyć, bo wydawcy czekają, terminy gonią, no to musiałem przesuwać co rusz poczęcie tej współpracy. No ale w końcu się udało nagrać pierwszy odcinek. No i tak jak mówię, w połowie marca gdzieś ruszamy. Także słuchacze Book Radia przybywajcie, bo będziemy prowadzić audycje historyczne też.
[03:12:48] - Ja również zapraszam wszystkich moich słuchaczy do tego, żeby i pana audycje odwiedzali i słuchali. Proszę państwa, w literackim tête-à-tête rozmawiałam z pasjonatem historii, literatem opisującym przede wszystkim dzieje Bydgoszczy i jej okolic, prezesem Fundacji Historycznej imieniem Mariana Rejewskiego oraz członkiem Stowarzyszenia Historyków Wojskowość, organizatorem Kujawsko-Pomorskiego Festiwalu Książek, redaktorem naczelnym portalu www.historianaprawde.pl, wydawcą dowodzącym wydawnictwem Brda, autorem książek, już ponad trzydziestu, panem Krzysztofem Drozdowskim. Wiadomości o naszym gościu i o jego działalności znajdziecie Państwo w internecie. Ponieważ jest tego tak wiele, nie podaję odpowiednich stron. Szukajcie Państwo, wpisujcie nazwisko, a wtedy wszystkie związane z książkami czy artykułami naszego gościa będziecie mogli strony odnaleźć. Bardzo zachęcam do szukania, bo naprawdę warto. Panie Krzysztofie, dziękuję za wspaniałą opowieść, za przybliżenie nam pracy, jaką pan musiał dokonać, aby powstały te książki historyczne, które uczą nas też, zgłębiają naszą narodową historię. Bardzo cieszę się też, że tak hojnie pan pisze o Bydgoszczy. To ważne, żebyśmy swoje małe ojczyzny właśnie w ten sposób kochali i umieli opowiadać o nich. Życzę wielu wspaniałych sukcesów na niwie literackiej.
Państwu dziękuję za bycie z nami i uwagę. Mam nadzieję, że będziecie chętnie Państwo odwiedzać również audycje pana Krzysztofa. Dziękuję, panie Krzysztofie.
[03:14:42] - Dziękuję również.
[03:14:43] - Dobranoc. Dobranoc państwu.
[03:14:47] - Cykl Bez Tajemnic to jest YouTube'owy fenomen. Dowiadywać się na tym kanale możecie Państwo o spirytyzmie, o różnych aspektach spirytyzmu i prowadzący ten kanał autor naprawdę jest znakomitym ekspertem od tych wszystkich spraw. Chciałoby się powiedzieć duchowych, ale to byłby żart nie na miejscu. Więc od spraw spirytystycznych. Dzisiaj zapraszam państwa na kolejny odcinek Bez Tajemnic. Odcinek zatytułowany Misjonarze światła. Medialność to nie cud.
[03:15:29] - "Misjonarze światła". Spisane pismem automatycznym przez Chico Xaviera. Podyktował duch doktora Andre Luisa. Czyta Agnieszka Krzemień. Medialność to nie cud. Liczna grupa wcielonych przyjaciół, którzy przybyli tymczasowo uwolnieni od fizycznego ciała dzięki śnieniu, zajęła przestronny salon. W pierwszym rzędzie przy stole dyrektorskim, gdzie zasiadał Aleksander podczas pełnienia swoich obowiązków, usiedli uczniowie, których hojny i mądry nauczyciel otaczał stałą opieką. Pozostali, podzieleni na grupy, zajmowali dalsze miejsca. Doliczyłem się ponad setki towarzyszy. Oprócz nich w sali znajdowała się bardzo duża reprezentacja odcieleśnionych istot.
Poza grupą brata Franciszka, która przyprowadziła podopiecznych, także inne drużyny pojawiły się ze swoimi wychowankami, aby wysłuchać prelekcji. Zaobserwowałem pewną szczególną okoliczność. Tylko uczniowie Aleksandra mogli wyrażać swoje wątpliwości, prośby i pytania, choć nie werbalnie, tylko zapisane na karteczkach, które następnie były przekazywane opiekunowi. Widząc moje zaciekawienie, Sertorio pospieszył z wyjaśnieniem. Jest wiele podobnych szkół dla wcielonych, które wykorzystują czas fizycznego snu. To normalne, że stali uczniowie związani z każdą z nich mają prawo do zadawania pytań. Zobaczysz, że nie chodzi o prywatę. To kwestia porządku przynależności do określonej szkoły, więc ci uczniowie, którzy dzisiaj nie mogą zadawać pytań, będą mieli do nich prawo na łonie swojej grupy. Podziękowałem za wyjaśnienie i zapytałem: jaki jest temat dzisiejszego spotkania? Czy istnieje wcześniej ustalony program?
Praca zawsze organizowana jest według planu. Jednakże tematy improwizuje Aleksander i są one odpowiedzią na pytania i prośby o porady, które otrzymuje od stałych podopiecznych. Dokładnie analizuje pytania większości, ale wybiera temat w taki sposób, aby również odnieść się do sugestii mniejszości. Czy wiesz, jaki został wybrany na dzisiejsze zebranie? Wydaje mi się, że będzie odnosił się ogólnie do zjawiska medialności. Następnie mój towarzysz zaprosił mnie, bym dołączył do zgromadzenia i usiadł razem z pomocnikami opiekuna, który w tej chwili zajął miejsce na trybunie, by rozpocząć wykład. Bardziej niż w innych okolicznościach jego postać była imponująca i promieniowała własnym światłem. Aleksander górował nad pracownikami i uczniami, ale nie za sprawą charyzmy zaangażowanego mówcy, tylko dzięki prostej dobroci i niekwestionowanej naturalności. Uwaga wszystkich była skupiona na nim, gdy rozpoczął spotkanie modlitwą do Boga, błagając go o dar rozumienia odbiorców i bycia przez nich rozumianym. Nigdy wcześniej nie słyszałem tej wzruszającej oracji, głęboko duchowej i pozbawionej jakichkolwiek akcentów osobistych.
Im bardziej Aleksander starał się być bezosobowy, przedstawiając siebie jako zwykłe narzędzie woli Bożej, tym bardziej stawał się w moich oczach uosobieniem mądrości, pokory, roztropności, wierności, zaufania i światła. Po zakończeniu wzruszającej modlitwy zwrócił się do słuchaczy w mocnych i bezpośrednich słowach. Bracia, kontynuując naszą pracę, odnieśmy się dzisiaj do waszych próśb o wyjaśnienia dotyczące kontaktów z naszą sferą, w których na co dzień napotykacie trudności i uznajecie je za przeszkody natury psychicznej i fizjologicznej. Pragniecie szlachetnych odkryć w królestwach wyższego objawienia. Marzycie o chwalebnych zdobyczach i wzniosłych osiągnięciach. Jednak byście mogli zwyciężyć, najpierw powinniście poprawić mentalne odniesienie do własnego życia. Jak budować bez fundamentów, osiągać cele bez przestrzegania zasad? Wiara nie ogranicza się do błyskotliwych obietnic, a niepokojące udręki, które czujecie w sercach, w żadnym razie nie są aktem duchowej realizacji. Wzniesienie wewnętrznego królestwa z boskim światłem wymaga nieustannej i spokojnej pracy. Nie za cenę słów wzniesiecie świątynię żywej wiary.
Podobnie jak to się dzieje, gdy budujecie dom na ziemi. Najpierw trzeba wybrać materiały i wykonać wysiłek, żeby je przywieźć. Obowiązkowo wcześniej należy uzgodnić plany, które zapewnią budowli solidność, odwzorują równowagę projektu, pokażą pewność ręki architekta, nadadzą harmonię całości i doskonałość wykończenia. Aleksander zrobił małą pauzę. Spojrzał z uwagą na audytorium, jakby chciał mu przekazać silne fale stwórczego magnetyzmu i kontynuował. Zgromadziło się tutaj wielu braci, którzy chcą rozwijać percepcję medialną. Poszukują jednak wyłącznie wrażeń związanych z samym zjawiskiem, błędnie przyjmując, że duchowość wpisana jest w mechanizm ślepych i nieuchronnych sił, że nie zależy od przygotowania dyscypliny i kreatywności. Oczekują jasnowidzenia, jasnosłyszenia, pełnej integracji i wymiany z wyższymi wymiarami. Ale czy nauczyli się widzieć, słuchać, a przede wszystkim służyć w codziennym życiu? Czy potrafią zapanować nad wszystkimi negatywnymi impulsami, żeby znaleźć się na ścieżce do wyższych stref?
Czy płód może chodzić i mówić? Czy te same prawa, które przysługują dorosłemu żyjącemu pół wieku, powinniśmy dawać pięcioletniemu dziecku? Jeżeli ludzkie prawa, ciągle przemijające i niedoskonałe, wyznaczają sposób kontroli nad nierozgarniętymi, to czy boskie prawa, niezmienne i wieczne, mogą pozostawać na łasce nieokiełznanych ludzkich życzeń i zachcianek? Przyjaciele. Istnieje wiele rodzajów medialności w świecie materialnym, w którym żyjecie. Nie zwlekajcie i cieszcie się pracą przed odpoczynkiem. Przyjmujcie obowiązki z uznaniem. Realizujcie małe z pozoru zadania, zanim zaczniecie niepokoić się wielkimi dziełami. A także zaufajcie zamysłom Pana, że są ponad waszymi wszystkimi osobistymi zmartwieniami. Czym prędzej uciekajcie od niezasłużonego przywłaszczania w wymiarze z niewidzialnymi siłami.
Ukryjcie się przed chwilowym zauroczeniem i przed perwersyjną obsesją. Działajmy wspólnie, bo nie jesteśmy dwiema walczącymi rasami albo dwiema armiami oddzielonymi linią demarkacyjną wyznaczoną przez życie i śmierć. Jesteśmy wielką i nieskończoną wspólnotą żywych, których różnią między sobą jedynie inne wibracje, ale jednoczy to samo zadanie ostatecznego odkupienia. Nie sądźcie, że śmierć ciała uświęca istotę, która je zamieszkiwała. Jeżeli promień słońca nie brudzi się dotykając bagna, również zbuntowany pacjent jest tym samym chorym, który tylko zmienia miejsce zamieszkania. Ciało fizyczne jest tylko naczyniem, którego używamy w pewnym określonym czasie, a jego uszkodzenie nie oznacza odkupienia lub rozwoju tymczasowego użytkownika. To oznacza, że mieszkaniec sfery niewidzialnej dla waszych oczu jest bratem, ale nie zawsze bardziej rozwinięty duchowo niż wy sami jesteście. Elektrony i fotony, które stanowią waszą fizyczną odzież, umożliwiają także nasze przejawianie się, a jedyną różnicą jest częstotliwość wibracji. Trzeba zatem zatroszczyć się o wasze wewnętrzne możliwości, cuda waszej potencjalnej boskości. W waszej niepohamowanej chęci wymiany z niewidzialnym naturalne jest ogromne pragnienie zbliżenia się do niebiańskiej społeczności.
Czekacie na objawienie boskiej prawdy i połączenie ze spokojną pewnością. Aby tego doświadczyć, niezbędne jest poznawanie i rozwijanie boskich walorów, które macie w sobie jako niebiańska istota. Cała armia pracowników Jezusa działa w każdym miejscu, w którym odbywają się praktyki duchowe, inspirując do uczciwości, prawości, do rozwoju. Macie silną skłonność do materializowania wszystkich przejawów ducha, ale zapominacie o uduchowieniu materii. Prosicie o światło, prawie zawsze pozostając w cieniu. Oczekujecie szczęścia, siejąc cierpienie. Prosicie o miłość, dążąc do separacji. Szukacie wiary, wątpiąc nawet w samych siebie. Możliwość obcowania ze sferami niewidzialnymi, które was otaczają, w żaden sposób nie musi jeszcze oznaczać duchowego spełnienia niezbędnego dla rozwoju. Ponieważ chwała z możliwości medialnych nie polega na byciu narzędziem pewnych inteligencji, lecz na byciu wiernym narzędziem Boga.
Żeby wcielona dusza realizowała swój program, nieodzowne jest rozwijanie w sobie boskich zasad. Żołądź to potencjalny dąb. Garść maleńkich nasion to jutrzejsze pole pszenicy. Niewielki zarodek będzie w ciągu kilku dni potężnym ptakiem przecinającym przestworza. Aleksander był z każdą chwilą coraz bardziej porywający i piękny. Z góry spływały na jego czoło tęczowe nitki światła. Medialność — kontynuował, chwytając nas za serca — jest sposobem komunikacji i sam Jezus nam powiedział: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony. Wejdzie i wyjdzie i znajdzie paszę.” Przez jaką niezrozumiałą śmiałość wyobrażacie sobie wzniosłe spełnienie, jeśli nie poprzez upodobanie się do ducha prawdy, którym jest sam Bóg? Posłuchajcie mnie, moi bracia.
Jeśli oddajecie się w boską służbę, nie ma innej drogi, jak tylko On, który jest nieskończonym światłem prawdy i niewyczerpanym źródłem życia. Nie istnieje inna brama do niebiańskiej medialności, do zjednoczenia z boską harmonią niż przez gorące pragnienie ukryte w sanktuarium serca. Tylko przez niego, żyjąc jego wzniosłymi lekcjami, osiągniecie świętą wolność, aby wejść do królestw duchowości i opuścić je, zdobywszy wieczny chleb, który zaspokoi wasz głód na zawsze. Bez Jezusa medialność jest zwykłym środkiem komunikacji i niczym więcej. Prostą umiejętnością uzyskania informacji, taką jak wiele innych, którą także mogą posiąść stworzenia zainteresowane szerzeniem chaosu i pomnażaniem niszczących zdobyczy. Przypominam wam, że boskie prawo nigdy nie popierało niewoli i nigdy nie przyzwalało na niewolnictwo. Zapomnieliście o słowie Bożym, które powiedziało: „Wy sami jesteście bogami.” Wymawiając te ostatnie zdanie, nauczyciel przyjął całkiem inną postawę. Wydawało mi się, że pośrodku jego klatki piersiowej zapaliło się subtelne światło w kolorze indygo. Światło, które do nas wszystkich wysłało promienie niewyrażalnej radości. Jego spojrzenie stało się bardziej wzniosłe i głębokie.
Wielu z nas, odcieleśnionych i wcielonych, płakało z wdzięczności i radości pod wpływem niewytłumaczalnego wzruszenia. Po krótkiej pauzie kochany i mądry nauczyciel kontynuował: „Przyjaciele, niszczy was uleganie zwierzęcym instynktom. Jesteście duchową koroną na obliczu ziemi, bo zostaliście nagrodzeni przez Pana Wszechświata. Blask boskiego umysłu oczyszcza sanktuarium waszych świadomości. Wzniosłość zaprasza was do dalej. Starsi bracia wzywają do społeczności Ojca. Wam tymczasem bliższy jest prymitywizm i brak rozsądku. W wibracjach ludzkiego umysłu można poczuć jad obrzydliwych żmij, krwiożercze instynkty wygłodniałych wilków i żarłocznych tygrysów, próżność i pychę lwów. To nie są atrybuty śmiertelnego ciała, tylko cechy, które istota rozwija w sobie, gdy zapomina o boskim dziedzictwie. Śmierć fizyczna zaskakuje stworzenia w postawach, które praktykują.
Zmienia się częstotliwość wibracji, ale duchowa istota pozostaje ta sama. Stąd biorą się liczne wizyty duchów z niższych sfer w waszych doświadczeniach medialnych. Często stajecie do rywalizacji o zwykłą sensację, zamiast realizować piękne dzieła z Jezusem. Zdezorientowani wierzycie, że możliwe jest wyzwolenie z piętna niskich wibracji utrwalonych przez stulecia uzależnienia wyłącznie za pomocą siły mechanicznego ruchu komórek. Bez żadnego przygotowania próbujecie przekroczyć granicę wymiarów, powołując się na niewidzialną moc i trening sił paranormalnych. Zachowujecie się jak lekkomyślny człowiek, który zażąda wskazówek od przypadkowych osób z tłumu, zapominając, że nie wszyscy przechodnie są w stanie pomagać, prowadzić i nauczać. Jeśli nawet najprostsze ziemskie maszyny wymagają szkolenia operatora, żeby produkcja nie straciła na jakości i ilości, to jak oczekiwać, że możliwość kontaktu z wyższymi wymiarami sprowadza się do automatycznej czynności, do zwykłego fizjologicznego mechanizmu, który nie ma nic wspólnego z nauką i odpowiedzialnością? Zawsze będzie istniała możliwość otwarcia komunikacji pomiędzy wami i sferami, które są dla was niewidzialne. Ale nie zapominajcie, że podobieństwo jest ostatecznym prawem, które decyduje, kogo spotykacie w nieskończonych królestwach ducha. Bez właściwego przygotowania nieuchronnie natkniecie się na towarzystwo tych, którzy uciekają od boskich nauk.
Gdy wyrzekacie się błogosławieństw odpowiedzialności, spotkacie nieodpowiedzialnych. Sprzeciwiacie się cudom na polu eksperymentów naukowych. Tymczasem nieistniejące musi zostać przywołane, aby mogły powstać nowe teorie. Poszerzona perspektywa pozwala dostrzec, jak wasze drogi na Ziemi rozwijają się wśród wspaniałych cudów. Czy już rozszyfrowaliście tajemnicę połączenia wodoru i tlenu w kropli wody? Czy odkryliście sekret oddychania roślin? Czy wiecie, dlaczego natura wydaje plon z cykuty, która zabija i pszenicy, która żywi? Co powiecie o łodydze pełnej kolców, na której ziemia ofiarowuje wam kwiat pełen niebiańskiego zapachu? Czy potraficie rozwiązać wszystkie biologiczne problemy każdej formy życia zamieszkującej ten świat? Jaka jest wasza definicja promienia słońca?
Czy widzieliście kiedykolwiek oś kuli ziemskiej, która utrzymuje planetę w równowadze? Czemu podobne cuda, które nie mają końca na Ziemi, nie budzą uśpionych dusz, potwierdzając istnienie Boga? Co jeszcze musi się stać, żeby zniknął wielowiekowy bunt człowieka, który żąda wciąż nowych przejawów wyższej duchowości? Drodzy przyjaciele, opuszczajcie czym prędzej świat hałaśliwych warunków zewnętrznych i skupcie się na wewnętrznym rozwoju boskich talentów. Zakochanie w zewnętrzności może być tak uzależniające i destrukcyjne dla duszy, jak alkohol jest zabójczy dla ciała fizycznego. Wasze wątpliwości w większości przypadków są niczym więcej jak makabrycznym tańcem rozumu, który w ten sposób ucieka przed realizmem i odkłada na czas nieokreślony prawdziwy rozwój ducha. Zgadzamy się z wami, że doświadczenie jest nieuniknione. Bez wątpienia mentalne poszukiwania są punktem wyjścia dla wielkich przedsięwzięć ewolucyjnych. Z pewnością zdrowa ciekawość jest matką naukowych odkryć. Bezwzględnie każdy proces poznania wymaga obserwacji i pracy tak jak w każdej szkole niezbędne są materiały dydaktyczne.
Jednak nie zwlekajcie z rozpoznaniem, których lekcji uczeń nie powinien zamieniać w zwykłą zabawę i rozrywkę. Co więcej, nawet jeśli uczący się rozumie lekcje, pamiętajcie, że informacja to nie wszystko, ponieważ wyjaśnienie jest jedynie częścią nauki. A co z uczniami, którzy ciągle studiują, ale nigdy nie stosują wiedzy w praktyce? A co z towarzyszami, którzy tak pięknie przemawiają do innych, ale nigdy nie oświecają sami siebie? Spisywanie wartości nie oznacza życia nimi. Wyznaczanie drogi podróżnikom nie oznacza osobistej, głębokiej wiedzy o podróżowaniu. Istnieją znakomici statystycy, którzy nigdy nie odwiedzili miejsc, skąd czerpią dane i wybitni geografowie, którzy rzadko opuszczają dom. Jak widać, można przeżyć swoją krótką egzystencję na Ziemi, unikając poznawania się przez doświadczenia. To nie jest możliwe w nieskończonym królestwie duchowego życia, w którego żywych kręgach istniejecie także teraz, choć związani ze światem niskich wibracji. Medialność nie jest zdolnością przemijającego ciała, a wyrazem nieśmiertelnej duszy.
Naturalnie, wymiana między dwoma wymiarami wymaga, aby święte naczynie, które powierzył wam Bóg, było zdrowe i miało możliwości fizjologiczne. Ciało powinno być wzniosłym instrumentem w rękach boskiego artysty. Jeśli pragniecie rozwijać się duchowo, nie posługujcie się niskimi wibracjami. Jeśli chcecie wymieniać się z mędrcami, wzrastać w zrozumieniu, doceniać doświadczenia, rozpalcie światło umysłu. Jeśli oczekujecie wzniosłego towarzystwa świętych, uświęcajcie każdy dzień. Istoty anielskie nie żyją wyłącznie niebiańską radością, lecz pracują, udoskonalając świat i czekają z nadzieją na waszą anielskość. Jeśli chcecie mieć wokół siebie dobrych ludzi, sami stańcie się dobrzy. Bez uprzejmości i słodyczy, bez braterskiego zrozumienia i budujących postaw nie będziecie w stanie zrozumieć łaskawych i przyjaznych istot, wzniosłych i konstruktywnych. Czy wyobrażacie sobie Platona, który naucza filozofii dzikie i prymitywne plemiona? Albo Franciszka z Asyżu, który współpracuje z rozbójnikami?
Niemożliwa jest integracja oświeconych i świętych dusz z innymi, przywiązanymi do niższych i najgłupszych przejawów cielesnej egzystencji. Przypominam wam, że praktyki duchowości nie oznaczają zaangażowania w doktrynę sekty, której członkowie przebywają przejściowo na Ziemi. Uczestniczycie w światowym boskim ruchu wyzwolenia świadomości, we wzniosłym objawieniu życia wiecznego i nieśmiertelnych wartości wszystkim istotom dobrej woli. Przyjmując to przekonanie, chronicie się przed arogancką postawą tych, którzy w medialności widzą wyłącznie szósty zmysł. Medialność nie jest darem uprzywilejowanych, ale wyrazem jakości wszystkich ludzi, którzy mają szczere pragnienie duchowego rozwoju. Na razie niewątpliwie potrzebna jest inspiracja, a zadaniem wcielonych towarzyszy, którzy zostali powołani na świadków tego zbiorowego oświecenia, jest szerzenie pozytywnej i budującej wiary. Przyszłość pokaże, że taka służba jest domeną każdej istoty, bo wszyscy jesteśmy nieśmiertelnymi duszami. Nie miejcie wątpliwości. Nie pozwólcie, aby świat materii zgasił zwycięskie światło Bożej pewności, że ten moment nadejdzie. Kochani przyjaciele, każdy z nas w kręgu własnej ewolucyjnej teraźniejszości stoi przed nieskończoną duchowością, aby uwolnić się z wielowiekowych, energetycznych uzależnień w procesie transformacji, której nie jesteście w stanie sobie wyobrazić.
Wzrastajmy w duchu Bożym, który już dzisiaj zaprosił nas na bankiet światła. Wyjdźmy naprzeciw przeznaczeniu, nie lekceważąc życia na Ziemi, ale doskonaląc nasze indywidualne cechy, aby być naprawdę użytecznym dla siebie w przyszłości. Kochajmy się mocno nawzajem i wypełniając ewangeliczne przykazania, rozwijajmy się każdego dnia, aby osiągnąć ostateczne odkupienie. Na zakończenie swojego wspaniałego wykładu Aleksander zrobił dłuższą pauzę i powiedział: „Zjednoczmy się wszyscy w świętym dziele zgodnej współpracy z Jezusem. Jeśli ludzka ręka potrafi zmienić strukturę geograficzną planety, wyznaczając nowe drogi, konstruując wspaniałe miasta i zmieniając koryta rzek, wzmocnijmy nasz wysiłek duchowy, aby zgasić zwierzęce impulsy w człowieku. Budujmy solidne ścieżki dla zgodnego braterstwa i działajmy na rzecz rozwoju uczuć i umysłów, aby tworzyć solidne chrześcijańskie fundamenty, które uzdrowią ludzkie relacje. Nie rozwijajcie w sobie przedwcześnie takich psychicznych umiejętności. Widzenie bez rozróżniania albo słyszenie bez zrozumienia może spowodować poważne nieszczęścia w sercu. Przede wszystkim rozwijajcie cnotę i pogłębiajcie uczucia. Budujcie w sobie równowagę, a Pan Bóg otworzy przed wami bramę do nowej wiedzy.
Jeśli chęć zmiany bliskiego będzie męczyć waszą duszę, przypomnijcie sobie, że istnieje tysiąc sposobów pomocy bez narzucania swoich przekonań i że dopiero dojrzały owoc wydaje nasiona, które można dalej rozsiewać. Zaniechajcie nadmiaru słów bez czynów. I nie mówię wam tutaj tylko o dobrych uczynkach w świecie fizycznym, ale przede wszystkim o cichych aktach wyrzeczenia, codziennej pracy w duchu Jezusa Chrystusa, o cierpliwości, nadziei, przebaczaniu, które są bramą wewnątrz duszy do wielkiego kraju naszych wewnętrznych doświadczeń. We wszystkich ziemskich trudach przemieńcie się w wolę naszego Ojca. W swej służbie, w wierze nie usiłujcie zniżać wyższych istot do waszego poziomu, ale nauczcie się piąć do nich. Wiedzcie, że drogi wymiany są te same dla wszystkich i że więcej znaczy wznosić serce, aby otrzymać nieskończone dobro, niż żądać ofiary od dobroczyńców. Nigdy nie zrywajcie nitki światła, która łączy każdego z Duchem Świętym. Nie pozwalajcie, żeby egoizm i pycha, pokusy cienia i tyranie ego odebrały wam zdolność odbijania boskiego światła. Pamiętajcie, że w naszej zdolności służenia i w naszej pracy jesteśmy dla Boga jak szlachetne kamienie ziemi dla stwórczego słońca. Im większa czystość kamienia, tym piękniej odbija słoneczny blask.
Wspaniałe owoce waszej pracy pozostawcie na drugim planie, pamiętając, że to dusza jest najważniejsza. W tym momencie Aleksander zamilkł i pozostał w niemej modlitwie. Pełen podziwu, wzruszony zauważyłem, że szlachetny instruktor przemienia się właśnie na naszych oczach. Po raz pierwszy, odkąd znalazłem się w nowym wymiarze, patrzyłem na tak wyjątkowe zjawisko. Jego szaty zmieniły się w promienisty śnieg. Czoło jaśniało intensywnym światłem, a z wyciągniętych rąk wydostawały się lśniące promienie, które dotykając nas wzbudzały niewytłumaczalne oczarowanie. Ogarnął mnie głęboki błogostan i prawie każdy z nas, nie szukając przyczyny tych boskich wibracji, płakał ze szczęścia, uwalniając z piersi niespodziewaną radość. Po kilku momentach wzniosłej ekstazy zobaczyłem, że Sertorio zrozumiał moje zdumienie. To prawda, że wiele razy byłem obecny podczas modlitw wyższych istot o racji, którym zawsze towarzyszyły piękne zjawiska świetlne, ale nigdy dotąd nie widziałem podobnej przemiany. Dotykając lekko mojego ramienia, powiedział: „Wszystkie moce wyższego dobra zgromadziły się wokół Aleksandra, przekształcając go w pośrednika, który przynosi nam ich dary.
Dlatego promienieje i świeci z taką intensywnością”. Zrozumiałem piękno tej sceny i wzniosłość lekcji. Po kilku sekundach wielki instruktor powrócił do zwyczajnego wyglądu. Zmówił modlitwę dziękczynną do Pana i radośnie zamknął boskie spotkanie.
[03:42:02] - Recenzarium Evivy. Było recenzarium Evivy o opowieści Zamiatina „My”. Teraz zapraszam państwa na drugie recenzarium poświęcone książce z myszką, czyli taką już troszeczkę leciwą książkę Eviva poleca, ale książkę pasjonującą, wierzcie mi państwo. Nosi ona tytuł „Lokis”. Możecie państwo również znaleźć film. Chociaż książka, jeśli wejdziecie państwo w klimat, wejdziecie państwo w język, który troszeczkę już tą myszką trąci, to jeśli zaczniecie państwo lekturę i dacie się przykuć, to gwarantuję, że emocje będą spore. Ale ja tu jestem tylko od zapowiadania. Oddajmy głos Evivie, czyli Luizie Dobrzyńskiej.
[03:42:58] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Są takie książki, które chociaż cienkie i można by rzec ubogie w zawartość, wywierają ogromne wrażenie. Aż można by żałować, że pisarz nie rozdmuchał ich do jakiegoś przyzwoitego poziomu. Z drugiej znów strony w tych niewielu w sumie stronach zawierają wszystko, co tylko można by napisać. Jedną z takich nowel bez wątpienia jest „Lokis” Prospera Mérimée. Współczesnemu czytelnikowi ten tytuł zapewne nic nie mówi, ale kiedyś ta nowela dorównywała swą sławą Frankensteinowi. I to nie bez powodu. Prosper Mérimée pisał w czasach, kiedy literatura fantasy w tym sensie, w jakim mówimy o niej dzisiaj, w zasadzie stawiała pierwsze kroki i tak naprawdę nie była głównym nurtem twórczości tego literata. Był on przede wszystkim dramaturgiem i filozofem, i tłumaczem z literatury z języka rosyjskiego. Był zafascynowany carską Rosją oraz przede wszystkim podaniami, które krążyły po najbardziej zacofanych zakątkach tego kraju.
A trzeba przyznać, że było ich znacznie więcej niż zakątków cywilizacyjnych. Bowiem w czasach carskich jedyną ostoją cywilizacji był dwór cara, uniwersytet oraz dwory szlachty z najwyższej półki, że tak powiem. Reszta kraju była w sposób nieprawdopodobny zacofana. I właśnie z Rosji Mérimée przywiózł pomysł na nowelę pod tytułem „Lokis”. Cóż oznacza słowo Lokis? Oznacza po prostu niedźwiedzia, ewentualnie bestię. Trzeba przy tym powiedzieć, że w wielu językach te słowa są jednoznaczne. Tak jak na przykład w łacinie słowo ursus oznacza zarówno bestię, jak i niedźwiedzia. Żeby dobrze zrozumieć nowelę francuskiego pisarza, trzeba wiedzieć jeszcze jedno. Na Rusi, na Litwie, na Żmudzi wilkołakiem w zasadzie był człowiek zmieniający się nie w wilka, a w niedźwiedzia.
Tak jakby niedźwiedziołak. No właśnie. I o tym właśnie jest ta nowela. Właściwie krótka, bardzo krótka. Profesor Wittenbach poszukuje zabytku literatury. Jest to jedyny jak dotąd przekład Pisma Świętego na język żmudzki. Dowiaduje się, że jedyny znany egzemplarz takiego przekładu jest w posiadaniu hrabiego Michała Szymiota. Pisze do niego i zostaje zaproszony do jego zamku. Poznaje tam hrabiego, młodzieńca bardzo przystojnego i silnego, sprawiającego jednak dziwne wrażenie. Dowiaduje się, że hrabia chce się ożenić z miejscową kokietką z pochodzenia Polką, znaną zresztą profesorowi Julią Iwińską.
Jednak Rozwój wypadków doprowadza do dramatu, który nie daje się wyjaśnić metodami naukowymi. Nie chcę tutaj dokładnie mówić, o czym opowiada „Lokis”. Uważam, że każdy powinien sam to przeczytać, zwłaszcza że dużo mu to czasu nie zajmie. Jest to opowieść, która pozostawia czytelnika w pewnej rozterce. Nie do końca bowiem wiemy, czy rzeczywiście narzucające się nam wyjaśnienie wydarzeń było zamysłem autora, czy też chciał przedstawić studium obłędu. Bo mogło być i tak, i tak. Bardzo ciekawe jest to, że ta książka, chociaż powstała w XIX wieku, literacko jest bardzo zbliżona raczej do tego, co obecnie się pisze. O ile oczywiście ktoś chce pisać klasycznym językiem. Jakby to powiedzieć, nie trąci myszką i budzi jednak w człowieku pewien nieprzyjemny dreszcz. Czyli jednym słowem można ją śmiało uznać za coś z dziedziny horroru.
Kim jest hrabia Szemiot? Czy rzeczywiście wskutek choroby swojej matki jest człowiekiem szalonym, czy też przeciwnie – istotą nie z tego świata albo nie całkiem z tego świata? Według wierzeń żmudzkich byłoby to całkiem możliwe. Jednak warto przeanalizować to opowiadanie ustami profesora Wittenbacha i wysnuć sobie własne wnioski. Poza tym jestem zdania, że twórczość Prospera Mérimée w ogóle powinna być lepiej znana w Polsce. Pisze bowiem bardzo ciekawie. Wystarczy powiedzieć, że przecież każdemu chyba znana choćby ze słyszenia opera „Carmen” została oparta o jedno z jego opowiadań. Chociażby dlatego warto się z jego twórczością zapoznać. Tak jak powiedziałam, nie tylko „Lokis”, również inne jego opowiadania, jak na przykład „Venus z Ile”, są niezwykle ciekawe. Także zachęcam do lektury.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:47:58] - Proszę państwa, proszę państwa, nieodmiennie zachęcam do nadsyłania opowiadań, bo o ile w zeszłym tygodniu relacjonowałem państwu, że nadeszły już dwa opowiadania i się cieszyłem, to przez ostatni tydzień niestety nic nie przyszło, co odbieram pesymistycznie. Dobrze, w ramach zachęty kolejny odcinek wspomnień z ABW. Pod niniejszą audycją również znajdziecie państwo wszelkie dane kontaktowe i wszelkie dane opisowe związane z nadsyłaniem opowiadań. Bardzo państwa do tego zachęcam. Można na antenie nie tylko usłyszeć swoje opowiadanie, ale też poddać to opowiadanie krytyce. Nie, raczej recenzji, omówieniu. Ja się będę zajmował tym omówieniem. Jakieś tam kompetencje w tym kierunku mam. Cóż, zachęcam państwa. Jeżeli ktoś nie chce, żeby omawiać jego opowiadanie, to proszę zaznaczyć to w korespondencji, ale sądzę, że rasowy autor chce usłyszeć, co na temat jego twórczości ma do powiedzenia człowiek, który w życiu wydał kilka książek.
Tak to powiem nieskromnie. Kilka książek wydałem. Czy jestem ekspertem? Pewnie nie, ale coś tam, coś tam. Tu wzorem pewnej posłanki. Coś tam, coś tam na ten temat, czyli na temat pisania wiem. Jeszcze raz zachęcam państwa do nadsyłania opowiadań. Teraz już wspomnienia z ABW. Dzisiaj zapraszam na cztery opowiadania: „Monolog M” Radosława Olka, „Po drugiej stronie jutra” Marka Myszograja, „Pochmurne niebo” Karola Matlachowskiego i „Szansa” Arkadiusza Malmona. Zapraszam państwa na porcję niezwykle ciekawych opowiadań z audycji ABW, która w swoim czasie hulała na antenie Radia Paranormalium.
Dzisiejsze opowiadania pochodzą z odcinka 112. wyemitowanego po raz pierwszy 28 stycznia 2022 roku. Zapraszam.
[03:50:27] - Radosław Olek, „Imiona wojny. Monolog M”. Pytasz, czym jest dla mnie wojna? Wszystkim. Wojna jest mną. Ja jestem wojną. Życie to wojna. Kiedy się zaczęło? W sumie nie wiem. Tak było zawsze, od kiedy pamiętam.
Ale pamiętam dziadka. Nie, nie był żołnierzem. Na wojnie też nie był. Krawcem był, wiesz? Szył ludziom spodnie, koszule, marynarki w małej poniemieckiej klitce przy ulicy Zwycięstwa. Znasz to miejsce? Skąd masz znać, prawda? Spędzał tam długie dnie i wieczory. Zarabiał na chleb, utrzymywał rodzinę. Był porządnym człowiekiem.
Tyle że to życie nie było jego zwycięstwem. Zawsze chciał być kimś innym. Marzył o wojsku, o mundurze. Życie potoczyło się inaczej, rozumiesz? W czas wojny, nie wiem, chyba nie walczył. A jeśli, to na pewno nie w mundurze. Może gdzieś tam latał po lasach. W ogóle za młody był i wydaje mi się, że na wojnę się spóźnił. Powołali go już po, do utrwalania władzy ludowej na Ziemiach Odzyskanych. Prosty był chłop i wesoły, uczynny, dobry żołnierz.
Chwalili go i zachęcali do pozostania w armii. Może by nawet oficerem został. Takie czasy były, że chłop ze wsi bez szkoły mógł się w wojsku uczyć i awansować, zostać kimś. Nie udało się. Jego ojciec się nie zgodził. Zakazał mu się pokazywać w mundurze. Do normalnej pracy kazał się nająć, zawodu wyuczyć. Dziadek posłuchał. Zostawił wojsko, schował mundur głęboko w szafie. Wyuczył się krawiectwa u jednego Niemca, co musiał potem wiać do Reichu.
Założył rodzinę, wychowywał córki, w tym moją matkę. O wojsku się nie mówiło, bo z kim? Z babami? Pewnie nieraz, ślęcząc nad krawieckim stołem, wyglądał tęsknie za okno, marząc, że gdzieś tam czekają. Plutony, wozy bojowe, manewry, podchody, zwycięstwa. Kiedy pojawiłem się ja, pierwszy wnuk, nie posiadał się ze szczęścia. Łaził za mną wszędzie, jak tylko odrywam się od krojenia i kastrygowania. Chodziliśmy po parkach, lasach, łąkach. Najpierw z wózkiem, potem za rękę. Już w wózku słuchałem, jak to jedziemy czołgiem na Niemca.
Potem, kiedy byłem już starszy, tropiliśmy szwabów po lasach. Strzelaliśmy z dział, którymi były korzenie wywróconych drzew. Patyki robiły za karabiny, szyszki za granaty. W domu, kiedy nie pracował, palił fajkę i snuł niestworzone opowieści o wojennych przygodach, których był bohaterem. Już wtedy wiedziałem, że zmyśla, ale było fajnie i śmialiśmy się z tego. W tajemnicy przed żoną i córkami pokazywał mi mundur. Zanosił się kaszlem. Śmiał sam z siebie i ze mnie, małego żołnierza w za dużej czapce. Byliśmy najszczęśliwszym wojskiem na świecie. Umarł, kiedy miałem 7 lat.
Chyba nie płakałem. Żołnierz musi być twardy. Kazał się pochować w mundurze, a ja się uparłem, że tak ma być. To było jego największe zwycięstwo i moje. Zapalisz? Nigdy nie paliłeś fajki? To spróbuj dziadkowa. Na naszym osiedlu nie było zbyt wiele do roboty. Smutek i nuda. Brudne bloki na kupie gliny poprzecinane lejami wykopów.
Niekończąca się budowa. Dalej, za przekopami i polami był lasek, w którym lubiliśmy się chować i bawić. W wojnę oczywiście. Całe nasze życie było wojną, a wojna naszym życiem. W telewizji lecieli „Czterej pancerni”. Chowaliśmy się w betonowych lejach do kanalizy i udawaliśmy, że to czołgi. Biliśmy Niemców pod studziankami. Pokonaliśmy Wał Pomorski. Przekroczyliśmy z gustlikiem Odrę. Raz ukradliśmy z budowy jakieś rury i zamontowaliśmy sobie na podporach z desek lufę do czołgu.
Nasz rudy był niepokonany przez jakieś dwa dni, bo kiedy cięć wytrzeźwiał i nas nakrył, musieliśmy wycofać się na z góry upatrzone pozycje. Ostrzelaliśmy go z dystansu grudami gliny. Była też stawka i Kloss, najprzystojniejszy ze sprytnych agentów, co to zawsze Brunnera przechytrzył. Wy teraz młodzi tego nie znacie, co? No bo kogo ty znasz? Bonda albo Rambo co najwyżej. Kloss był najlepszy. Marzyłem, żeby być jak on. No ale jest jak jest. W końcu wojsko to nie jakieś tam szkiegowanie, co?
Patrz w dół na drogę, czy się co nie rusza, czy nie idą. Z tymi wojnami na glinę też było śmiesznie, bo my nie bawiliśmy się w wojnę. Toczyliśmy ją. Osiedle na osiedle, blok na blok, klatka na klatkę. W mojej klatce było nas czterech. Loczek i Żyła, Krzysiek i ja. Z bloku naprzeciwko dochodził Janek i Adam. Czasami Marek, ale on był starszy i nie zawsze mu się chciało. Razem sześciu, no siedmiu na całej ulicy Kołłątaja. Tu byliśmy Kołłątajkami.
Granice były jasne. Sąsiedzi to Lelewelacy. Od Lelewela, rozumiesz? A dalej za łąką i bagienkiem Stasiacy ze Staszica. Najbardziej praliśmy się z Lelewelakami, bo mieli blisko. Tylko łąka z pagórkami dzieliła nasze bloki. Na Stasiaków to już chodziliśmy razem z Lelewelakami w sojuszu. Do tego rzadki, bo bagienko było zdradliwe i wciągało buty. A jak się jeszcze kto skapnął, to w cyry od matki murowane, zabłocone ciuchy. Częściej więc spotykaliśmy się grupami na hałdach z gliny przesuwanych co roku przez spychacze w tę i z powrotem.
Rzucaliśmy się tą gliną i kamieniami jak jakieś neandertale. Darliśmy jedni na drugich, a jak to nie pomagało, to nacieraliśmy na wrogów z deskami czy kto co tam miał. Kiedyś mi jeden taki Wojtek przysolił dechą. To bliznę mam do dziś. O tutaj na policzku. Widzisz? Nie widzisz, bo zarost zakrywa. Nie ma jak się tu ogolić nawet w tych lasach, co? Już niedługo wyjdziemy. Przyjdzie rozkaz.
Czasami podpalaliśmy też łąki, co dzieliły nasze strefy wpływów. Wiadomo, wojna musi mieć oprawę. Lubiłem patrzeć, jak się palą i ci gówniarze z Lelewela spieprzają w podskokach. Czasami podpalałem je tylko dla zabawy, nawet jak ich tam nie było. Podpalało się też las jak, kiedy go suche trawy jesienią zasłaniały. Wtedy było naprawdę groźnie. Straż przyjeżdżała i w ogóle. Raz nawet sobie kurtkę spaliłem i trochę włosy. Masz rację, miałem lekkiego fijoła z tym paleniem i chyba mi trochę zostało. Lubię patrzeć jak się pali.
Jest w tym coś ostatecznie oczyszczającego i pierwotnego jednocześnie, nie? Lubię palić wioski, wiesz. Domy, drzewa. Wszystko płonie, ludzie biegają przerażeni, a nazajutrz będą zaczynali wszystko od nowa. Kto by im to dał, gdyby nie ja? Lasy tak. Lasy lubię. Można się skryć, atakować znienacka, obserwować, poczekać, aż wróg odejdzie, zniszczyć jego zapasy, spalić dom. Lasy są bardzo przydatne, chociaż czołgiem nie przejedziesz. Tędy też nie przejadą.
Tylko piechota przejdzie. W lasku bawiliśmy się też w partyzantów. Strugaliśmy karabiny i strzelaliśmy do siebie z wąwozów i zza drzew. Był tam taki nasyp kolejowy, za którym kończyły się kanały. Lubiliśmy do nich włazić i udawać, że przekradamy się na tyły wroga. Kiedy na nasypie jeździły pociągi, podkładaliśmy monety, żeby się spłaszczały pod kołami. Była też inna zabawa: rzucanie kamieniami w porcelanowe izolatory na słupach. Cela ćwiczyliśmy na wojnę z lewelakami, rozumiesz? Czasami się nawet udawało jakieś trafić. No i kiedyś, jak rzucaliśmy w porcelanę z Adasiem, strąciłem taki jeden.
Zaraz zza krzaków wyskoczyło dwóch sokistów i dawaj nas gonić. Uciekliśmy przez nasyp do dziury w kanały. Byłem już w wyjściu, ale Adam coś się spóźniał i wróciłem po niego. Nogę skręcił czy jakoś i głupio było zostawić rannego na placu boju. Złapali nas obu i zaprowadzili za uszy do domu. Rodzice Adama byli na chacie, ale moich nie zastaliśmy i koniec końców trafiłem na komisariat. Wtedy pierwszy raz widziałem pistolet. Chyba mnie chcieli nastraszyć, więc rozbierali go przy mnie, żeby pokazać, co by było, gdybym uciekał. Nic się nie bałem, a nawet zwędziłem im nabój. Mam go tu na szyi.
Widzisz? Mój pierwszy prawdziwy nabój. Kiedyś się nim zastrzelę, żeby nie umrzeć ze starości. Czy się biłem? Pewnie. Chociaż nie bardzo dawałem radę. Zawsze byłem drobny i słaby, więc się chwytałem sposobów. A to kumpli napuściłem, a to znienacka kopa w jaja sprzedałem, a to prętem po nerach zza winkla. Rozumiesz? Słabszy nie może pokazać, że się boi.
A jak raz sobie da wleźć na głowę, to koniec. Więc tak, biłem się, ale częściej inni bili się za mnie. Ostatni raz chyba w szkole z takim Szymonem. Podobała nam się ta sama dziewczyna i honorowo umówiliśmy się, że rozstrzygniemy to jak mężczyźni, w pojedynku. Guzik z tego wyszło, bo nas fizyczka nakryła i się zrobiła chryja z uwagami do rodziców, wydaleniem ze szkoły i tak dalej. Miesiąc potem podciąłem Szymonowi nogę, jak biegł korytarzem. Wychrzanił się koncertowo i jeszcze przyrżnął głową w grzejnik. Nie chodził potem do szkoły jakiś czas. Podobno coś z tą głową i ręka złamana. A temat dziewczyny sam się rozwiązał, nie?
Już mnie potem nie interesowała, skoro Szymon jej nie mógł mieć. Nigdy potem się nie biłem o żadną babę. To bez sensu. Idą? E, zdawało mi się. Patrz dalej. Potem, jak już byłem w technikum, trochę się nam te wojny osiedlowe popsuły. Chłopaki na jumę zaczęli jeździć. To ja też. Ci z Lelewela mieli swój teren, my swój.
Ale jak się spotkaliśmy kiedyś w Reichu, to nas cholera wzięła, że nam w drogę wchodzą i się zaczęło od nowa. Tyle że na serio. Wojtka sobie zapamiętałem po tej desce, co ci mówiłem, nie? No i dostał kosą w bok za tamto i za to, że nam interes za Odrą psują. Okazało się wtedy, że ma ojca w ubecji i w ogóle to jakaś nomenklatura jest, te wszystkie łebki z Lelewela. Nie mogli co prawda dojść, kto go posunął, bo się okazał honorowy i pary nie puścił. No ale gorąco już się zrobiło. Matury i tak bym nie zdał, to się na ochotnika do wojska zgłosiłem, dziadka marzenia spełniać. Nieźle, co? Jaka jest najlepsza broń, pytasz?
Oczywiście, że AK47. Kałasznikow. Tego dźwięku nie da się zapomnieć. Pamiętam, że w pierwszym przedszkolu, gdzie mnie prowadzali, na ścianie wisiały dwa zabawkowe kałasznikowy. Piękne, zielono-brązowe. Wyglądały jak prawdziwe. Zawsze chciałem się nimi pobawić, ale pani nie pozwalała. Nawet w nagrodę się nie dało ich dotknąć. Nie wiem do dziś, po co tam wisiały. Raz na leżakowaniu zakradłem się do nich i ściągnąłem jednego, stojąc na stołku.
Cudownie leżał w rękach, opierał się o ramię, cyngiel pasował do palca. Przymierzyłem się do niego jak do najlepszego roweru, aż zamknąłem oczy, wyobrażając sobie, jak strzelam do Niemców. Nacisnąłem spust i zatergotało. Przestraszyłem się. Pechowo zachwiałem stołkiem i spadłem. Kałach się połamał. Ja dostałem wciry od pani i musieli mnie przenieść do innego przedszkola. Ale dźwięku spustu i puszczonej serii nie zapomniałem do dziś. Był taki sam jak w prawdziwym karabinie. Gra jak najpiękniejsza kołysanka.
Jak było w wojsku? Jednym słowem ci odpowiem: chujowo. Niczego, co dziadek opowiadał, tam nie było ani niczego, co na filmach. Idiotyczne zasady, durni dowódcy i nuda. Nic do roboty. Ćwiczenia rzadko i bez sensu, bo wszystko kosztuje. Mundury stare i brudne. Totalny rozkład, mówię ci. Do tego wtedy zrozumiałem, jak bardzo ludzie armii nienawidzą. Chyba to się z tego stanu wojennego wzięło, co to niby z Ruskimi walczyliśmy, a tak naprawdę to mogli sobie u nas spokojnie jeszcze parę lat posiedzieć.
Pierwszy raz w życiu czułem taką pogardę do siebie. W tych workowych łachach ze starym kałachem pod pachą, ganiając gdzieś po zadupiach. Odechciało mi się wojska, ale nie wojny. Musiała gdzieś być. Przecież nie w tych śmierdzących koszarach, gdzie wszystko się rozłaziło i gniło. Przypomniała mi się wtedy na przepustce jedna fotografia, którą dawno temu widziałem w domu. Znalazłem na dnie szuflady ze starymi zdjęciami. Opalona i wyblakła przedstawiała żołnierza w pięknym kapeluszu z piórem, w pelerynie i w mundurze strzelców podhalańskich. Dziadek od ojca to był. Mało się o nim mówiło, bo podobno po wrześniu 1939 nawiął do Francji, gdzie cała rodzina jego już wcześniej uciekła.
Opuścił babkę, potem nawet gdzieś walczył dla Francuzów i zginął pod Tobrukiem, gdziekolwiek to jest. Nie mówiło się o nim, bo opuścił. Nie wrócił. Zginął głupio i daleko od domu. Żaden z niego bohater, skoro Polski nie bronił. Żaden żołnierz. Pomyślałem wtedy, że może warto jednak sprawdzić, co z tą Francją. I uciekłem. Zaciągnąłem się do Legii. Skąd się tu wziąłem?
Powiem ci, to żadna tajemnica. W Legii było ciężko. Szkolili nas, łamali, naginali, zerowali, żebyśmy byli jednakowi. Nie liczyło się skąd jesteś, a kim masz się stać. Mieliśmy być nadludźmi, wojownikami nie do zdarcia. Dlatego najpierw musieli nas złamać i nagiąć w dżunglach Gujany, Ekwadoru, w afrykańskiej spiekocie Czadu. Tam nas urobili jak golemy z gliny zlepionej szlamem i wypalonej w ogniu. Miałeś kiedyś tak mokro, że ci gniły stopy? Albo tak sucho w ustach, że woda paliła? Strzelałeś kiedyś do deszczu, żeby przestał padać albo do słońca, żeby zaszło?
Bo ja tak. Po czymś takim nienawidzisz każdego, kto sprawia, że musisz tam być i jesteś gotów go udusić gołymi rękami, o ile nie ma broni. Zabić wszystkich, byle się stamtąd wyrwać. Wiesz, co to Darfur? Skąd masz wiedzieć? Żyjesz tą waszą małą wojenką o wioski bez znaczenia. W Afryce stabilizowaliśmy sytuację. Moderowaliśmy konflikt oficjalnie. Widziałem całe wioski spalone do ziemi, zalane krwią, krzyczące o litość. Kobiety i dzieci wygnane na pustynię, odganiane od życia jak muchy.
Wysychały na wiór. Umierały, czołgając się w naszym kierunku, błagając o wodę. Dobijaliśmy z litości, żeby nie oddać strategicznych zasobów wrogim czynnikom. Rozumiesz? Nienawidziłem ich wszystkich. Murzynów, Arabów, kolegów, dowódców, polityki, taktyki, rozkazów. Chciałem już tylko zabijać i pić. Zrobić swoje i zapomnieć. Oficjalnie nas tam nie było. Mnie wysyłali tam, gdzie inni nie chcieli.
Mordowałem razem z miejscowymi, najchętniej tych bez broni. Aż przesadziłem. Miała piękne orzechowe oczy i dziecko na rękach. Uśmiechała się, gdy wchodziliśmy do wioski. Słyszysz? Chyba strzały. Zaczęło się w mieście. Mamy godzinę, może trochę mniej. Będą szli. To jedyna droga do rzeki.
Czekaj i patrz. Napij się. Przyda ci się. Jakoś to zatuszowali. Odesłali do Francji na urlop. Napisano w raporcie, że wypadek. Nie było mnie przy tym. Trupy znaleziono tydzień później. Nikt nic nie mógł udowodnić oprócz tego, że nie padli z głodu i pragnienia. Dziury w głowach nie kłamią.
Poza tym, kiedy giną miliony, kto by się tam interesował jedną wioską? Tyle że dowódcy wiedzieli i odesłali. Parę miesięcy bez wódki, ćwiczenia, dyscyplina, ponowne szkolenie z kadetami i byłem jak nowy. Wysłali mnie tu na misję w te góry. Będziecie jak u siebie mówili. Teren podobny jak u was w górach. Ludzie też jakby tacy sami. No i bez zabijania. Misja stabilizacyjno-rozjemcza. Tak to z początku wyglądało.
Sam wiesz. Dopiero potem rozpętało się piekło. Wtedy spotkałem Radka. Spojrzał mi w oczy raz i już wiedział. Dlatego jestem tutaj, bo tylko on rozumie, po co tu naprawdę przyjechałem. Co tu robię? To, co umiem najlepiej. Zabijam za pieniądze. Chociaż pieniądze są w tym najmniej ważne. Lubię zabijać.
Już to wiem. Lubię panować nad życiem i śmiercią. Patrzeć im w oczy przez muszkę karabinu. Cicho. Słyszysz? Idą. Palec na spuście i patrz przez muszkę. Widzisz ich? Co z tego, że nie widać broni. Pewnie schowali.
Islamskie nasienie. Kobiety? Przebrali się. Nie daj się zwieść. Sprawdzimy potem. Ognia! Dzieci? Kim ja teraz mogę być, jak tylko zabijać umiem? Nie wiem. Jestem mordercą.
Co z tego, że w mundurze? Mam tego dosyć. Tych trupów, okopów, śmierci, wódki, brudnych pieniędzy, czarnych dni bez przyszłości, samotności. Proszę podać narodowość. Nie rozumiem. Obywatelstwo. Gdzie pan mieszka? Jakiego kraju ma pan paszport? Mam wiele paszportów do wyboru. Dobrze, to inaczej.
Gdzie się pan urodził? W jakim języku chciałby pan być przesłuchiwany? Co mamy podać w aktach sprawy? W Polsce. Pewnie. Nie macie tu tłumacza, więc mogę po francusku. Tak, francuski będzie najlepszy. Wpiszcie obywatelstwo francuskie. Dobrze. Pierwsze pytanie.
Czy rozpoznaje pana człowieka na zdjęciu? Radko. To on wydał rozkaz strzelania do cywili w Srebrenicy? Wiem już, kim chciałbym być. Krawcem. Na ulicy Zwycięstwa szyć ludziom spodnie, koszule, marynarki. Mundury? Nie. Nie tknąłbym munduru. Już nie.
Koniec. Radosław Olek. 16 stycznia 2022 roku. Marek Myszograj. Po drugiej stronie jutra. Prolog. W blado rozświetlonym gabinecie dwóch dżentelmenów popijało whisky. Pili za realizację planu, jaki omówiono na dzisiejszej radzie rodów. Przedstawiono kilka wersji wyjścia z kryzysu, ale wybrano jedno rozwiązanie, tak zwany wariant zerowania. Dżentelmeni stuknęli się szklaneczkami, po czym jeden z nich wyznał: „Próbowaliśmy tyle razy, a jednak bezskutecznie.
Cholerne robactwo. Za każdym razem na nowo się rozpleniało. Po dzisiejszej radzie jestem dobrej myśli.” „Nie obrażaj robactwa. Właściwym porównaniem byłyby szczury.” „Szczury? Tak, masz rację. Oba gatunki mają podobne nawyki.” Degustacja drogiego alkoholu słusznie kojarzyła im się ze smakiem zwycięstwa. Licznie wypite wcześniej toasty za spełnienie planów realizowały się punkt po punkcie. Mimo to problem powracał. Wyobraźnię to oni mają. Fantazjują, marzą, wierzą w różne brednie, a ostatnio widzą wszędzie spisek.
Stali się czujni, dokładnie tak jak szczury. Zatem za sukces! „Za sukces” odpowiedział siedzący obok kompan. Obaj unieśli szklaneczki do ust. Każdy normalny człowiek wychyliłby toast, jednak nie tym razem. Degustacja trunku polegała na wiciu jaszczurzych jęzorów wewnątrz uniesionych szklanek. Rozdział pierwszy. Tak było. Hamburg. Zaczepy dźwigu chwyciły kontener o numerze HITZ 2022068.
Na tle portowego zgiełku skrzynia o długości sześciu metrów frunęła podczepiona na stalowych linach. Po chwili płynnie wylądowała na zautomatyzowanym wózku AGV. Zaczepy dźwigu się zwolniły i błyskawicznie odfrunęły. HITZ 2022068 zaprojektowano jako chłodnię i wózek skierował się na plac o specjalnym przeznaczeniu. Tam czekała na niego ciężarówka. Kontener chłodnię załadowano na naczepę tira i kierowca ruszył w kierunku bramy wyjazdowej. Przed wypuszczeniem transportu pracownicy magazynowi zeskanowali kody kreskowe na drzwiach kontenera, sprawdzili plomby i przekazali kierowcy dokumenty transportowe. Gdy ciężarówka przejeżdżała przez bramę portową, system rozpoczął procedurę wysyłania wiadomości. Pewna uprzywilejowana grupa miała sześć godzin na dotarcie do wyznaczonych schronów. Wyselekcjonowani, by przetrwać.
To oznaczało, że nikt z rządzących nie zamierzał w jakikolwiek sposób pomóc pozostałym. Machina zagłady przyspieszała. W tym czasie, gdy elity pospiesznie szykowały się do ucieczki, kontener HEZ 2022068 dokował przy jednym z magazynów firmy logistycznej. Widlakowy o tureckim pochodzeniu leniwie zeskanował listę przewozowy, po czym spojrzał na wyświetlacz. Pilne. System momentalnie przekierował pracę personelu na dalszą dystrybucję towaru. Standardowa procedura nie zrobiła na załodze żadnego wrażenia, a tym bardziej nie wzbudziła podejrzeń. W tym momencie czas odgrywał znaczącą rolę. Rozładowanych paczek nie magazynowano już w obniżonej temperaturze. Celowo miały się rozmrozić, a tym samym uwolnić substancję czynną.
Martin Kinderman, w przeciwieństwie do nazwiska, jakie nosił, nie posiadał dzieci. Jako pracownik techniczny lubił w ukryciu wychylić browara. Nie tym razem. Przejął paczkę z działu dostaw. Piwko i kiełbaska musiały poczekać. Polecenie brzmiało: pilne. Martin oraz technicy z lotnisk w Monachium, Frankfurcie nad Menem, Berlinie, Düsseldorfie, Stuttgarcie, Bonn i Hanowerze mieli za zadanie zamontować w tym czasie zestawy niedawno odmrożonych filtrów. Każdy podłączano bezpośrednio z halą odlotów. Nieświadomy Martin oraz kolący po fachu z pozostałych lotnisk w kilka sekund zarazili się nowym wirusem. Aby wyjaśnić tę nietypową sytuację, należy nieco cofnąć fabułę.
Zacznijmy od momentu rozładunku w porcie. Otóż, gdy kontener HEZ 2022068 był w drodze do magazynu logistycznego, pewna dziewczynka przyglądała się mamie. Kobieta otwierała nerwowo szuflady, wyrzucała ciuchy z szafy na podłogę i pakowała wybrane rzeczy do walizy. „Co robisz?” zapytała mała, czując się nieswojo. „Mama musi nas szybko spakować. Tylko kilka rzeczy osobistych. Weźmiesz misia czy lalkę?” „Misia.” „To idź do pokoju po niego.” Dziewczynka posłusznie potruptała do dziecinnego pokoju. Kompletnie nie rozumiała sytuacji. Mama nigdy tak się nie zachowywała. Czasami spieszyła się, zmieniając kolczyki, bo na przykład nie pasowały do butów, ale tamto zachowanie wiązało się z wyjściem na jakąś imprezę.
Teraz mamusia spieszy się inaczej. Na zewnątrz pod domem zaparkował nowiutki SUV. Z auta wyskoczył mężczyzna. Nie zamykając drzwi do samochodu wpadł do holu wołając: „Monika, Monika!” „Jesteśmy na górze. Prawie gotowe” odpowiedział mu kobiecy głos. Przeskakując po dwa, trzy stopnie w jednej chwili stanął w progu sypialni. „Gdzie Agata?” zapytał podenerwowanym głosem. „Poszła po misia. Daj jej chwilę, niech się pożegna. Już tu nie wrócimy.” „Monika, spodziewaliśmy się tego” tłumacząc kciukami ścierał jej łzy.
„I tak mamy szczęście.” „Tata.” Mężczyzna cofnął się o krok od żony, po czym przykucnął. „Chodź do mnie” powiedział, rozkładając szeroko ręce w kierunku córki. Agata z misiem w ręku wbiła się w ramiona ojca, a ten ją mocno uścisnął. Żona z uśmiechem i łzami przyglądała się tej scenie. Jej mąż, na co dzień szorstki pragmatyk, realista twardo stąpający po ziemi. Występował w telewizji. Groził przestępcom i jemu w zamian się odgrażano. Przeżył kilka zamachów, porażek zawodowych, wzlotów i upadków. Twardy facet, a płakał w ramionach córki. Monika nie chciała się z tym pogodzić, ale rozumiała, że to koniec.
„Dobrze, starczy już. Musimy iść.” „Tatusiu, a gdzie idziemy?” Małżonkowie spojrzeli na siebie. Choć od dawna wiedzieli, że ten dzień nastąpi, to nie przygotowali się na odpowiedź. „Musimy wsiąść do auta i udać się na lotnisko. Tam czeka na nas specjalny samolot. Polecimy do takiego miejsca, gdzie będzie nasz nowy dom.” „Ale ja nie chcę. Tutaj mam swój pokój.” „Wiem, kochanie, tatuś i mama też nie chcemy. Ale jak zostaniemy tutaj dłużej, to bardzo mocno zachorujemy.” „Jak bardzo?” Na to pytanie nie odpowiedział. Westchnął i pomógł dopiąć walizkę żony. „Idziemy” ponaglił.
Jadąc samochodem obserwowali otoczenie. Na zewnątrz nie było widać realnego zagrożenia. Życie płynęło normalnie. Ludzie jechali z pracy albo zmierzali do niej. W każdym mijanym samochodzie jadący w nim pasażerowie mieli własne sprawy, ważne dla nich samych, a jakże nieistotne dla biegu świata, który zmierzał ku upadkowi. Monika siedziała na tylnej kanapie z pełną niepokoju Agatą. Dziewczynka ściskała misia. Mężczyzna starał się jechać możliwie szybko. Co chwilę zerkał w lusterko, łapiąc wzrok żony. Oboje rozumieli sytuację.
Mieli niewiele czasu, by uciec. Po pół godziny dotarli na lotnisko. Prywatny sześciomiejscowy Citation Jet firmy Cessna czekał z włączonymi silnikami. Lexus zatrzymał się tuż przy odrzutowcu. Thomas wyskoczył z samochodu i otworzył drzwi żonie. Gdy ta wysiadła z zaspaną Agatą, poszedł wyciągnąć z bagażnika walizkę. „Panie Thomas, czekamy.” Mężczyzna z bagażem w ręku spojrzał, kto go przywołał. U szczytu schodków stał pilot. Przy otwartych drzwiach do samolotu ponaglał ich gestem ręki. „Od dobrej godziny czekamy na państwa” przywitał się, gdy rodzina spoczęła w fotelach.
„Thomas, co dalej?” Żona rzadko mówiła mu po imieniu. Najczęściej, gdy ją irytował. Również gdy czuła niepokój. Może dlatego, że takich sytuacji nie było zbyt wiele. „Thomas!” Ponownie przywołała go po imieniu. „Za półtorej godziny powinniśmy być na miejscu. Potem wejście do tunelu i… Co mam ci powiedzieć? Będziemy bezpieczni.” „A na jak długo?” „Nie wiem. Zobaczymy.” Samolot kołował.
Małżonkowie złapali się za ręce. Ostatni raz chwyciła go w taki sposób za dłoń, jak byli na urlopie w Afryce. Zobaczyła wówczas dość sporych rozmiarów gada – węża. Pełzł z jednej strony jezdni na drugą. Był obrzydliwy i budził lęk. Monika i tym razem chwyciła go w ten sposób za dłoń. Samolot startował. Agata przez chwilę walczyła ze snem. Po chwili szum silników i wygodny fotel zmogły dziewczynkę. Usnęła.
Tunel bazowy Świętego Gotarda w szwajcarskich Alpach budowano niestrudzenie przez 20 lat. Oficjalnie pełnił funkcję drugiego tunelu kolejowego. W rzeczywistości stworzono tutaj pod ziemią skomplikowany system schronów. Tuż obok działał stary tunel kolejowy oraz nowszy – drogowy. Oba wcześniej wykonane tunele połączono jako drogę ewakuacji z systemem schronów. Co do ewakuacji – nie miała polegać na wyjściu ze schronów, a na jego wejściu. Ewakuowano żywych z powierzchni do wnętrza. Po półtorej godzinie Cessna wylądowała na lotnisku w Umbrii w południowej części Szwajcarii. Z tego miejsca zaledwie trzy kilometry dzieliły ich od tunelu. „Przykro mi, ale pan nie wjedzie” – oznajmił żołnierz stojący przed drzwiami do autobusu.
„Ale jak to? Przecież mąż wszystko opłacił.” „Monika, ma tak być.” „O czym ty gadasz? Wiedziałeś?” „Tak” – przyznał z żalem Thomas. „Zrobiłem badania, które mnie wykluczały. Ty i Agata dbajcie o siebie. Kocham was.” Mała dziewczynka z misiem w ręku nie rozumiała sytuacji. Posłusznie wsiadła z mamą do autobusu. Przez szybę po raz ostatni spojrzała na cudownie uśmiechniętą twarz ojca. „Mamusiu, czemu tata został?” Monika nic nie odpowiedziała. Wtulona w dziecko płakała, wjeżdżając do wnętrza tunelu.
W tym czasie na kilku ważnych lotniskach świata wirus został uwolniony. Rozdział drugi: Tak się stało. Rześkie, przyjemne powietrze zapowiadało kolejny upalny dzień. Nad stawem unosiły się resztki mgły, obrastając skraj łąki. Młody ogrodnik szedł wąską ścieżką z koszykiem pełnym warzyw. Uwielbiał wczesną porą doglądać upraw w okolicznym ogródku. Musiał się nieco wspiąć, gdyż budynki gospodarstwa rozsiano na niewielkim wzniesieniu. Mijał uformowane łuki żywopłotu i kolumny z pnących róż. Uroku dopełniały wielobarwne ptaki. Jedne przechadzały się wolno po trawie, inne fruwały zaś tu i ówdzie.
Miał ochotę spocząć na samotnej ławeczce, by cieszyć się tą chwilą. Nie chciał ryzykować, gdyż za chwilę miał spotkanie. Ona, jak zawsze, wstaje dwie godziny szybciej. Był to jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, kiedy mógł ją zobaczyć czy chociażby chwycić za rękę. Pragnął jej dotyku. Ostatnio miewał dziwne sny. Budził się z obrazem pięknej brunetki. Tymczasem przystanął przed drzwiami budynku. Z otwartych okien wydobywał się gwar, stukanie garów, odgłosy siekania i rąbania. Uniósł dłoń do czytnika, a system kontroli potwierdził jego tożsamość.
Otrzymał pozwolenie wejścia, tym samym załączając mu program bezpieczeństwa. Wśród licznych pracowników mógł rozpoznać jedynie szefową kuchni – Agatę. Pozostali byli rozmytymi plamami na tle parujących potraw, rozgrzanych patelni i kuchennych stołów. Krojono tu i obtaczano przeróżne potrawy. Jedna z takich plam w kolorze żółtym zbliżyła się do niego, przejmując koszyk. Nic nie odpowiedział. Zerknął na szefową, która uśmiechnęła się do niego i ruchem głowy wskazała mu inną plamę w kolorze czerwonym. Dziękując, skinął głową, po czym ruszył szerszym łukiem we wskazanym kierunku. Wiedział, że ona go również nie zobaczy. Gdy przechodził obok wskazanej plamy, wyciągnął rękę.
W ułamku sekundy ich dłonie spotkały się w ciepłym uścisku. Tylko tyle i aż tyle. Gdyby coś powiedział, i tak by nie usłyszała. Na więcej musiał poczekać. Chciał już wychodzić i dziękując, uniósł rękę na pożegnanie do starej Agaty. Ta odpowiedziała mu nawołującym gestem. Przechodząc obok przygotowywanych potraw, pociekła mu ślinka. Szefowa wcisnęła mu do ręki kawałek chleba i mięsiwa. „Jedz śmiało, nie krępuj się.” „Dziękuję” – odparł, wkładając pospiesznie kawałek mięsa w usta. Mięsiwo ze świeżym chlebem przyjemnie koiły uczucie głodu.
System uczył się tych odruchów. Dzielił emocje na kawałki. Układał zachowania w plikach i folderach. „Obserwuję cię od dłuższego czasu. Nie sprawiasz problemów. Jesteś posłuszny, a to wyjątkowo dobra cecha” – mówiła powoli, mieszając coś w rondelku. „Tak, proszę pani. Staram się wykonywać obowiązki i nie podpaść.” Patrzyła, jak delektuje się smakiem świeżo wypieczonego chleba. Ona jedna wiedziała, że zbliżają się zmiany i nie żałowała mu. Niech je, póki system bezpieczeństwa nie wprowadzi poprawek.
Bawiła się z nim, a ten tutaj miał odegrać rolę jednej z figur na tym trudnym polu szachowym. Powiedz mi Adamie, czy chciałbyś z nią porozmawiać? Na moment jego usta zastygły, a mina wyrażała zdumienie. „Chciałbym” – odparł niepewnie. – „Ale jest to niemożliwe. Za mało mamy punktów.” – „A nie myślałeś spróbować jakoś inaczej?” – „Za duże ryzyko. Nie opłaca się.” – „A gdyby tak wyrażać emocje poprzez smak? Gdy jesteś szczęśliwy i zadowolony, to masz ochotę na przykład na słodką truskawkę czy na kwaśną cytrynę.” Zastanowił się przez moment. Uśmiech, jaki pojawił się na jego twarzy, świadczył o nagłym olśnieniu. Zbliżył się, aby ucałować starą Agatę w pomarszczony policzek.
Nie spodziewała się takiej reakcji. W innym miejscu i o innym czasie byłoby to normalne, ale nie tutaj. W świecie restrykcji, nakazów i zakazów. Bądź co bądź pozytywnie zaskoczył ją tym pocałunkiem. „Idź, wybierz coś z koszyków.” Mówiąc to, wskazała na stosik z owocami. Przez chwilę zastanawiał się, po czym wziął kilka malin. Spróbował, czy są tak apetyczne, na jakie wyglądają. Słodkie, pachnące i o silnym aromacie. Takimi właśnie chciałby się podzielić. Spojrzał jeszcze raz na Agatę.
Ta, uderzając ścierą w jakąś przechodzącą zniekształconą czerwoną plamę, skinęła twierdząco w jego kierunku. Wybrał cztery duże sztuki i ruszył w kierunku, gdzie wcześniej spotkał się z ukochaną. Nie było jej w tym miejscu. Spojrzał ponownie w stronę Agaty. „Melanio!” – krzyknęła stara szefowa. Po chwili obok Agaty pojawiła się skromnych rozmiarów rozmyta czerwona plama. Adam z miejsca ruszył w ich kierunku. „Wy młodzi zdumiewacie mnie nieustannie” – powiedziała, gdy mężczyzna się zbliżył. Tylko Agata miała ten luksus, że wiedziała wszystkich i obserwowała otoczenie. Mogła bez problemów analizować i zarządzać całością.
Adam tymczasem ponownie chwycił dłonie czerwonej plamy i wcisnął w nie cztery sztuki malin. Algorytm układał akcje i reakcje w stosy baz danych. Każda informacja miała swą wartość i miejsce w pamięci. Stara Agata znudziła się tą sytuacją, nimi i tym sielskim do obrzydzenia mikroświatem. Znała wiele wersji z jabłkiem, które zawsze kończyły się tak samo. Znała siłę tego produktu. Pokuśtykała w stronę stołu z owocami i sięgając po wcześniej przygotowane jabłko, odblokowała do niego dostęp. „Adam, wystarczy na dziś.” – wydała polecenie. Młody mężczyzna odskoczył. Chciał, a nawet obiecał sobie, że kiedyś postawi się nie tyle Agacie, co im – zarządcom.
Wówczas sam zadecyduje, kiedy oraz w jaki sposób będzie mógł zrobić coś więcej. Zwłaszcza urzeczywistnić sen, jaki prześladował go od dłuższego czasu. Uczyni to, ale nie teraz. W tej chwili Agata wzywała. „Już, proszę pani” – odpowiedział, podchodząc do starszej kobiety. „Weź, proszę, na drogę” – powiedziała, podając mu jabłko. Promienie słońca wybudziły ze snu kwiaty nektarowców. Wielkie, wielobarwne płaty pokryły łąki aż po brzeg jeziora. Dział hodowlany wyprowadzał zbieraczy. Żmudne zajęcie.
Kiedyś, będąc bez przydziału, miał okazję odpracować tam tygodniówkę. Nie posiadał odpowiednich feromonów. Zbieracze, zazwyczaj delikatne, w jego obecności czuły się nieswojo. Czasami pomagały perfumy, ale on musiałby wiaderkami wylewać je na siebie. Zwyczajnie się nie nadawał. W najgorszym wypadku straciłby głowę. I to dosłownie. Zbieracz mógł w ułamku sekundy skoczyć i żubaczką przeciąć człowieka w pół. Zajmował się zatem czyszczeniem i dezynfekcją pustych boksów, a zbieraczy omijał szerokim łukiem. Nie mógł się jednak nadziwić umiejętnościom i odwadze ich bezpośrednich opiekunów.
Podobno zbieracze były dawniej istotami wielkości paznokcia i w dodatku fruwały. Nie wierzył tej teorii. Tymczasem zwierzęta, czując nektar, rozpierzchły się w celu jego zbierania. Zanurzały się w pąkach kwiatów, a ich wystające żółte odwłoki pracowały w rytm ssania cennego produktu. „Ty, kartofel, uważaj.” – niski, kędzierzawy chłopiec wyrwał go z zamyślenia. – „Uważaj, jak chodzis.” – seplenił zuchwale. „Ja mam uważać? To ty plączesz się wszystkim między nogami.” „Uważaj, bo powiem cioci, gdzie wczoraj byłeś.” Adam zamarł. Ten mały gówniarz rzeczywiście wszystko i o wszystkich wiedział. „Śledzisz mnie?” „Nie.” „No to odczep się.” „A dasz jabko?” Mężczyzna spojrzał na owoc trzymany w dłoni.
Chwilę wcześniej miał rzeczywiście na nie ochotę. Jeszcze przed pierwszym kęsem czuł jego słodycz i soczystość. Teraz jakoś mu przeszło, a na myśl o przełknięciu stanęło mu w gardle. Chłopiec o imieniu Algol stał cierpliwie z założonymi rękoma. Nikt nie wiedział, skąd on się wziął. Po prostu pewnego dnia pojawił się znikąd i z dnia na dzień wszyscy zaakceptowali to, że jest. Opiekowała się nim stara Agata, do której zwracał się „ciociu”. Mały, arogancki gówniarz. Nie wzbudzał powszechnej sympatii, a zarazem każdy w jakimś stopniu akceptował jego obecność. Zazwyczaj pojawiał się znienacka, tak jak teraz przed Adamem.
„Długo bede cekać?” „Masz i odczep się.” Odparł, podając małemu jabłko. Tymczasem w kuchni przygotowanie tygodniówki osiągało punkt kulminacyjny. Wazy napełniono po brzegi. Misy, półmiski i brytfanki były gotowe do podania. Piętro wyżej w jadalni służba oczekiwała na przybycie zarządców. Ich pojawienie się zmieniało atmosferę na lekko niepokojącą. Sposób podania był równie ważny, jak przygotowanie potraw. Agata nie miała z tym problemów. Tym razem coś jej przeszkodziło. Gdy Algol pojawił się w kuchni, wiedziała, co się stało.
Była zła. Nie, to niewłaściwe określenie. Była niezadowolona. „Nie było przeznaczone dla ciebie” – zrugała, gdy ten rozsiadł się na krześle obok drzwi spiżarni. „Wiem, ciociu” – odparł, chrupiąc jabłko. – „Ale nie zawsze trzeba ze sobą rozmawiać, aby poznać człowieka. Wystarczy obserwować.” „Co ci chodzi po głowie?” „Ten Adam. Można ich wykorzystać.” – skinął dyskretnie na Melanię. Agata westchnęła. Zrozumiała, co Algol miał na myśli.
„Melanio” – przywołała wystraszoną dziewczynkę. – „Ściągnij fartuch i czepek. Dzisiaj pójdziesz z półmiskiem.” „Ale nie jestem przystosowana. I moje feromony.” „Nie bój się. Decyzja zapadła.” Rozdział trzeci: Granica rubieży. Młody Algol usiadł w kuchni przy piecu. W rękach trzymał kiść winogron. Zajadał po jednej kulce i czekał. Agata nie spieszyła się z rozmową. Myślała przez chwilę nad tym, co przed chwilą usłyszała.
„Tak powiedzieli zarządcy, że sygnał przyszedł z Saturna?” „No.” „Dziwne. Byłeś tam tyle razy i dopiero teraz wspominają o sygnale. I dlaczego Saturn?” „Mówiłem ci, ciociu, że można ich wykorzystać.” „Melanię i Adama? Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś wcześniej o sygnale i Saturnie?” „No.” „To dlaczego ja o tym nie wiem?” – zapytała, karcąc wzrokiem malca. – Głupia byłam – warknęła i po chwili dodała: – Najwyższa pora to zmienić. Agata zbliżyła się do siedzącego chłopca. – Zbyt długo się uczysz – powiedziała, przykucając przed nim. – Uważaj. W ogrodzie na wzniesieniu rośnie drzewo. System bezpieczeństwa nie dopuszcza niepowołanych.
Tych o niewłaściwych feromonach. Nikt do tej pory nie zwraca na ciebie większej uwagi. Jesteś ponad to wszystko. Podejdziesz do tego drzewa, zerwiesz z niego świeże jabłko. Nikomu go nie dasz, nawet Gryza. Rozumiesz? Masz mi je przynieść. Mimo wszystko uważaj, by nikt nie zauważył, co robisz. A ja w tym czasie porozmawiam z Adamem. Gdy tygodniowa uczta zarządców dobiegała końca, Algol stał przy jabłoni.
Silny wiatr rozwiewał mu czuprynę. Nie bardzo wiedział, które jabłko wybrać. Wzruszył ramionami i podskoczył, zrywając oka z alsze. Gdzieś w głębi błyskawica rozjaśniła niebo. Gdy patrzył na trzymane w ręku jabłko, w głowie pojawiła się wizja. Kosmos. Obracając jabłko w dłoni, przewijał obrazy setek tysięcy gwiazd. Gdy zobaczył ją, przestał okręcać jabłkiem. Ujrzał planetę z pasem pierścieni. Zaniepokojony zbliżył nieco owoc do oczu.
Tam coś się działo. Na biegunie planety szalała burza, odsłaniając i przykrywając na przemian wielki heksagon. Ponownie zbliżył jabłko. Chciał koniecznie zobaczyć, co tam się dzieje. We wnętrzu burzy poruszały się jakieś obiekty. Nie fruwały jak liście na wietrze. Wykonywały pracę. Kolejny raz zbliżył owoc. Gdy miał je już przed oczyma, ujrzał to coś. Za kokpitem jednego z pojazdów siedziała jaszczurka.
Nagle obraz znikł. Poczuł ból, ukłucie w kostce. Najpierw upadło jabłko uwolnione z uścisku dłoni. Chwilę później Algol osunął się na kolana. Wiatr uderzył w koronę drzewa, uginając je. W świetle błyskawicy chłopak zauważył węża. Gad uciekał, chowając się w gęstej trawie. Tuż przed śmiercią Algol przypomniał sobie własne narodziny. Ktoś wówczas otworzył kapsułę hodowlaną. Wydostał się z niej na zewnątrz wraz z płynem owodniowym.
Tak jak w pierwszej chwili życia, tak i tej aktualnej, jego ostatniej, runął twarzą na ziemię. Tymczasem atmosfera w kuchni słabła. Służba, czując wykonanie dobrej roboty, swobodnie pracowała. Agacie również udzieliła się chwila relaksu. Musiała się spotkać z Adamem. Gdzieś w głębi intuicyjnie przeczuwała, co nastąpi. Cała historia wydawała się dziwnie znajoma. Rozdział czwarty: Dotyk przeznaczenia. – Postanowiłam z tobą porozmawiać – zaczęła powoli. – Nie wiem, od czego zacząć.
Trochę inaczej patrzysz na to wszystko. W tym świecie ludzie nie kochają się tak, jak to robiliśmy dawniej. Spojrzała na niego. Siedział w fotelu, popijając herbatę z kwiatów nektarowca. Słuchał. Jestem starej daty. Czuję, że nadchodzą zmiany – kontynuowała, wzdychając. – Przeżyłam już dwie. Jedną nagłą i drugą tuż przed przybyciem tutaj. Dlatego wiem, co się szykuje.
Poradzisz sobie. Zresztą nie masz wyjścia. – Westchnęła ponownie i spojrzała mu w oczy. – Miewasz sny, Adamie? Mężczyzna odczekał chwilę, zastanawiał się, czy powiedzieć jej prawdę. Bywało tak, że budził się i czuł smak sennych potraw. Również pewna kobieta nawiedzała go regularnie. Pojawiała się, fascynując nagością. Poruszała się w taki sposób, że nie mógł o niej zapomnieć. – Jakie sny?
– odparł, uciekając wzrokiem w bok. – Nietypowe. Takie, które zostają w pamięci i wydają się bardziej prawdziwe od zwyczajnych. Adam, proszę, abyś był ze mną szczery. Mój czas się kończy. – Jest taki sen. – Teraz spojrzał jej w oczy. Wydały mu się znajome, godne zaufania. – Jestem w jakimś dziwnym miejscu. Idę korytarzem pełnym kości.
Później jest ona. Wybacz, ale to sen intymny i nieco – odchrząknął – krępujący. – Połóż się – poleciła, wskazując mu łóżko. Gdy leżał, chwyciła jego dłoń w swoją w taki sposób, jak przykłada się do skanera. Pozwalało to na wymianę myśli, wyobraźni, emocji oraz snów. Agata z racji wieku i doświadczenia w pracy przy zarządcach miała dostęp do tego typu wymiany danych. Adam nie mógł wiedzieć, co to jest erotyzm i seksualny popęd. Ludzi łączy się w pary pod pozorem utrzymania domowych obowiązków, a tak naprawdę w celu zduszenia instynktownych potrzeb. Nie mógł wiedzieć, co się z nim działo. Agata weszła w jego sen.
Tak jak wspominał, trzeba było iść przez tunel. Śmierdziało. Będąc dzieckiem zwiedzała zoo. Jaszczurki, krokodyle, węże i ich duszący smród w terrarium. Śmierdziało podobnie. Szła przez tunel, depcząc po kościach. Po kilku krokach znalazła się u jego wylotu. Przejście, a raczej wyjście, przypominało przeciśnięcie się z króliczej nory. Na zewnątrz, wśród roślin dokładnie takich, jakie znała z dzieciństwa, chodziła naga kobieta, brunetka. Po chwili oboje się całowali.
Adama dłońmi pieściła jej piersi, gryzła w szyję. W kolejnym momencie kochali się namiętnie. – Adam, to było mocne doznanie. Mężczyzna poderwał się z łóżka. – Nie wiem, co to jest! – wybuchnął. – Boję się znów. Nie chcę mieć tej kobiety w głowie, a zwłaszcza tego, co z nią robię. Nie chcę. – Uspokój się i usiądź.
Kiedyś, jak byłam mała, to podglądałam moich rodziców. – Rodziców? – Tak. Mężczyzna podobny do ciebie był moim ojcem. Ja urodziłam się, wychodząc z brzucha mojej mamy. Przeciskałam się tak jak ty przez króliczą norę. Oczywiście nie pamiętam tego. Adam słuchał z niedowierzaniem. – Kiedyś wszyscy tak przychodziliśmy na świat, rodząc się w bólu i miłości. Adamie, masz wspomnienia z poprzedniego świata.
Może to geny odtwarzają zapis ludzkich potrzeb. Nie wiem, ale coś zarządcom nie wyszło. Pozostał w was, nowym pokoleniu, pewien ślad. Agata uśmiechnęła się i sięgnęła po kubek z herbatą. – Raz jeden przełapałam rodziców, jak się kochali. Udawałam, że nic nie widziałam. Byłam zazdrosna o tatę. Kilka dni później po raz ostatni widziałam jego cudowny uśmiech. Nie wjechał z nami do tunelu. Zostałyśmy z mamą same.
Brakowało nam go. – Agacie pociekła łezka po policzku. – Gdy świat na powierzchni umierał, na nas zaczęto eksperymentować. Matka nie dała rady. Ja musiałam mieć właściwe geny. Podobno takie ma się po dziadkach. – Zrobiła pauzę, widząc minę Adama. – Nie wiesz, co to dziadkowie? No, nieważne. Byłam w grupie odpowiednich, wręcz idealna.
Dałam życie wielu wam, a w zamian otrzymałam od zarządców długowieczność. Mogłam się skupić nad potomstwem. – Agato! – Do pomieszczenia wpadł młodszy kucharz. – Agato, Algol nie żyje. Rozdział piąty. Tak będzie. Algol leżał na brunatnej trawie. Pędy wiotczaka zdołały się wbić w nos i uszy martwego chłopaka. Agata przeżyła śmierć wielu dzieci, ale w tym pokładała nadzieję na coś, czego sama nie rozumiała.
Adam z dwoma pomocnikami unieśli wątłe ciało. Wprowadzili je do spichlerza. Za jakiś czas będzie dobrym posiłkiem w trakcie tygodniowej uczty zarządców. – On miał mi tylko przynieść jabłko. Ciało ułożono na podeście spiżarni. Agata podeszła do niego i zaczęła głaskać Algola po włosach. – Miałeś uważać – płakała. – Adamie, teraz ty to zrobisz. – Ja? Nie ma mowy!
„Ktoś musi” – odparła, wtulając się w zastygłe ciało dziecka. Adam szedł pewnym krokiem brzegiem jeziora. Patrzył przed siebie. Było tu ładnie, nieopisanie ładnie. Nie żeby zaraz mówić o otaczającym wszech krajobrazie, pracujących w oddali zbieraczach, czy też pięknie przyrody. Agata powtarzała, że ten świat jest inny od tego, jaki znała. Nowy i przede wszystkim taki jaskrawy. Powietrze pachniało przyjemnie mokrą ziemią i aromatem nektarowców. Adam zbliżał się do drzewa, przed którym odnaleziono Algola. Będąc dość blisko spostrzegł, że była to wysoka, okazała jabłoń.
Liczne owoce wisiały na koronie oraz leżały na ziemi. Nigdy wcześniej nie zapuszczał się w ten rejon. Sięgnął po najładniejszy w zasięgu ręki owoc i usiadł, opierając się o pień jabłoni. Niewiele myśląc, ugryzł czerwone jabłko. Raz, drugi, trzeci. Pyszne, soczyste i świeże. Chrupał je ze smakiem. Gdy pektyny weszły w reakcję z organizmem, uruchomił się program. Adam zamknął powoli oczy. Ciało postanowiło odpocząć, nie pytając o pozwolenie.
Powieki opadły, pozwalając pożegnać się z rzeczywistością. Niemal od razu pojawił się sen. Jakiś kataklizm w wielkim mieście. Choroba rozrywająca wnętrzności. Trzęsienie ziemi. Wielkie fale wdzierające się w głąb lądu. Widział ludzi uciekających przed strugami gorącej lawy. Patrzył na walące się wysokie budynki i roztrzaskane pojazdy. Śnił o ludziach biegających i strzelających do rozpatrzonych bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Śnił o ogromnej globalnej epidemii cholery jakiejś, co unicestwia całe miasta.
I nagle ujrzał wielki, jasny błysk, a po nim unoszący się w górę grzyb. Potem drugi, trzeci, czwarty. Był przerażony. Nie miał dokąd uciec. Biegł szybko przed siebie. Szybciej. Nogi mu się plątały. Upadł. Widział ścianę zbliżającego się ognia. Chciał się podnieść.
Pełzł po ziemi i w jednej chwili ogień z wielkim impetem i hukiem dopadł go. Ból był tak ogromny, że wrzeszczał tak głośno, aż tchu mu brakło i się obudził. Adam zerwał się na równe nogi. Syknął z bólu. Coś promieniowało z lewego boku na całe ciało. Przykucnął. Dłońmi objął obolały bok. Wpadł w panikę. „Nie dam rady iść” – pomyślał. Ponownie usiadł, opierając się o drzewo.
Zadarł koszulkę. Ból był przeszywający. Dotykał delikatnie brzuch i lewy bok. „Co jest?” Mocniej nacisnął miejsce pomiędzy żebrami. Ponowne kłucie w boku. Zdawało mu się, albo pomiędzy jednym a drugim żebrem jest nieco więcej wolnego miejsca, niż powinno być. Jakby dziura jakaś w środku. Brak kości czy coś. Aż wzdrygnął się, gdy usłyszał kobiecy głos. Spojrzał za siebie i ujrzał, jak wyłoniła się zza drzewa.
W kilku krokach przeszła szerszym łukiem. Brunetka była naga. Obserwował ją bez blokad systemowych. Czegoś szukała, a on zastanawiał się, czy to jeszcze sen. Nagle jednym depnięciem coś zmiażdżyła. Aż chrupło. Schyliła się po to coś, wypinając pośladki. Powoli zbliżyła się, nie spuszczając z Adama wzroku. „Cześć, jestem Ewa. A ty?” – zapytała, wyciągając dłoń z martwym wężem.
Karol Matlachowski „Pochmurne niebo”. Łącznościowcy byli absolutnie nieprzygotowani na atak. Gdy drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów, nawet towarzysząca im obstawa w postaci piątki strażników z logiem bycza tekstu nie zdobyła się na nic więcej jak zaskoczone spojrzenie. Tertius z Henryka Rymarczyka wpadali do pomieszczenia, zagęszczając powietrze gradem pocisków. Ciała drgały ekstatycznie, gdy pracujący w neurostanowiskach hakerzy dokonywali ostatniego wylogowania. Z krzesła spadł trafiony w czoło radiooperator. Osuwali się powoli po ścianie żołnierze próbujący odbezpieczyć broń. Ostatni zginął strażnik z plakietką dowódcy, który już składał się do strzału, ale trafiony czterokrotnie w klatkę piersiową zdołał tylko usiąść bezwładnie na krześle i zwiesić głowę w upiornej parodii drzemki. Tertio dał znak podkomendnym, by sprawdzili, czy ktoś przeżył. Długajczyk i Wojewoda wykonali rozkaz.
Dwójkę, która jeszcze dychała, dobili nożem, by oszczędzać amunicję. Potem sprawdzili zdobyty sprzęt. Ten, mimo latających wszędzie pocisków, ostał się w niezłym stanie. Henryk przytknął wskazujący palec do modułu komunikacyjnego na krtani. Poczuł lekkie drżenie, gdy urządzenie aktywowało się, pozwalając wysłać Decimusowi meldunek. „Piwnice starostwa zdobyte. Powtarzam: piwnice zdobyte.” Decimus Tomasz Dowhań miał markotną minę. Niebo miało barwę stalowoszarą i zanosiło się na ulewny deszcz. Fatalna pogoda, by wykonywać wyroki. Na tablecie miał zdjęcia skazanych z opisem ich win i listą dowodów.
Podobnie do wielu rodaków sporo wycierpiał przez korporacyjne działania. Decimus spojrzał na swoich tercjos: Folka, Urbanka, Wojewodę. Miał wielką nadzieję, że ci dopilnują, by podległe im dwójki wykonały ten niezbyt chwalebny obowiązek. Pierwszego przeprowadzili burmistrza Jana Liszkę, młodego, zdolnego polityka, który przeprowadził się do Pszczyny przed sześcioma laty i z pomocą hojnie sfinansowanej kampanii udało mu się wysiadać ze stołka cieszącego się powszechnym szacunkiem poprzednika. Później się wyjaśniło, skąd miał na to pieniądze oraz jak ma to spłacić. Janie Liszka. Za zdradę polskiego ludu, korupcję, liczne nadużycia władzy i malwersacje związane z wywłaszczeniem gruntów na korzyść Agrochemii, doraźny trybunał wojenny skazuje pana na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałby pan złożyć? Burmistrz przyjrzał mu się ze zdziwieniem kogoś, kto widzi bardzo nietypowo uformowany kawałek stolca.
Nie licząc zadrapań na lewej dłoni, aresztowanie przebiegło bez oporu. Nawet zielony garnitur nie był zbytnio pomięty. Decimus gestem nakazał odprowadzić skazańca, skupiając uwagę na następnej osobie. Dojrzała kobieta po czterdziestce, smukła i elegancko ubrana przypominała mu Liliane de Paille z modnego teraz francuskiego serialu „Taśmy i drzazgi”. Podobnie do jego głównej bohaterki, skazana też niedawno przejęła w młodym wieku odpowiedzialny urząd sędziowski. Tereso Sokal. Za zdradę polskiego ludu, pobłażliwe traktowanie komunardzkich przestępstw, wydawanie rażąco niesprawiedliwych wyroków pod dyktando Triumwiratu oraz regularne pogwałcenie konstytucyjnych wolności obywatelskich, doraźny trybunał wojenny skazuje panią na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałaby pani złożyć? Sędzia Sokal uśmiechnęła się słodko i wyszeptała: „Tak.
Obyś zdechł w męczarniach ty i twoi ludzie.” Pewnie tak się stanie – pomyślał Tomasz. Cóż z tego? Teraz miał inne zmartwienia. Choćby odczytanie wyroku zapłakanemu brodaczowi w satynowej koszuli koloru najczystszego kobaltu. Dyrektorze Sławomirze Robakiewiczu. Za zdradę polskiego ludu, wyzysk pracowników i zatajanie wypadków przy pracy w podległym sobie zakładzie, zlecanie morderstw strajkujących robotników, zastraszanie mieszkańców niechcących oddać Agrochemii swoich ziem, korumpowanie urzędników państwowych, molestowanie pracownic i wiele innych zbrodni, doraźny trybunał wojenny skazuje pana na śmierć. Dowody uzasadniające wyrok zostają udostępnione w sieci. Jakieś oświadczenie chciałby pan złożyć? Odpowiedział mu ryk i próba ucieczki zakończona lądowaniem na bruku oraz kilkoma kopniakami od poirytowanych powstańców. Tomasz ostro zganił takie zachowanie, przydzielając winnym kilka dodatkowych wart.
Przedstawił wyrok jeszcze siedmiu osobom piastującym takie ważne stanowiska jak szef komendy powiatowej, sołtys Czarkowa albo naczelnik zieleni miejskiej. Za każdym razem to samo: zdziwienie, szyderstwo, lament. W końcu można było zająć się egzekucjami. Z niesmakiem pomyślał o propozycji tercjo Cypriana Folka, co by zawołać księdza, żeby dać skazanym ostatnią szansę na ocalenie chociażby duszy. Decimus obcesowo odrzucił pomysł, wyjaśniając, że jeśli w chwili śmierci skazany wzbudzi w sobie żal doskonały za grzechy, rozgrzeszenie nie będzie mu potrzebne. Tomasz do dziś nie mógł zapomnieć stanowczej odmowy dekanatu co do legitymizacji powstańczej sprawiedliwości. Jego decima już stała w szeregu i przygotowała broń. Wszyscy zwarci i gotowi. Wszyscy byli w jakimś stopniu ofiarami Triumwiratu. Mieli sporo powodów, by bez zmrużenia oka wykonać wyrok.
A jednak w jednolitym murze zaciętych twarzy zobaczył pęknięcie. Młodzieniec na oko osiemnastoletni lekko drżał, patrząc na stojących pod murem. W jego spojrzeniu był strach i wątpliwości. Tomasz przypomniał sobie jego imię. Boguś Tomczyk, podwładny Urbanka. Pozbawiony domu decyzją burmistrza ojciec Bogumiła popełnił samobójstwo, gdy sędzia Sokal dowaliła mu srogą grzywnę za zakłócanie pracy rady miasta i obrazę sądu. Bezdomny i pozbawiony perspektyw parias powinien mieć najwięcej powodów do nienawiści. Ten się jednak wahał. To nic – pomyślał obojętnie Dowhań, dając znak swoim ludziom, by przygotowali broń do strzału. Gdy padnie rozkaz i rozlegnie się huk pierwszego wystrzału, młody zachowa się jak trzeba.
Strach przed stchórzeniem zwycięży każdą rozterkę. Niedawno zakończył pan profesor wizytację zleconą przez ONZ. Miał pan obserwować przestrzeganie prawa w podzielonym wojną kraju. Jak wypadła wizytacja? Powiem krótko: nie jest dobrze. W strefach kontrolowanych przez rząd panuje stan wojenny, więc co za tym idzie, istnieją pewne legalne obostrzenia w zakresie praw obywatelskich. Ale sam wymiar sprawiedliwości funkcjonuje absolutnie bez zarzutu pod względem proceduralnym. Jednak w strefie powstańczej obowiązuje nowy, ujednolicony kodeks karny, który mimo kilku ciekawych idei zawiera surowe zapisy nieprzystające do obecnej sytuacji, ograniczając kluczowe prawa człowieka. Istnieją też strefy komunardów, gdzie co do zasady panuje porządek i prawa człowieka są przestrzegane. Zatem opowieści o nocnych aresztowaniach i licznych wyrokach śmierci w ich enklawach są elementami powstańczej propagandy.
Podobnie jak nieprawidłowości procesowe w sądach rządowych. Po części tak. Słuszny gniew i zaborczość to źli doradcy w służbie sprawiedliwości, więc nic dziwnego, że komunardzi czasem troszkę przesadzą w środkach, jakimi dążą do przestrzegania prawa, zapominając czasem, by oskarżeni mogli się odwołać. Ale powstańcza sprawiedliwość jest nie lepsza. Zimna, nieubłagana, nieludzka, bez możliwości odwołania albo chociażby odroczenia wyroku. Co z tego, że mają wszelkie dowody winy oskarżonych? Nie ma zresztą pewności, czy są prawdziwe, skoro i tak nie przeprowadzono pełnej procedury karnej. Przy tym nieprawidłowości w strefie rządowej co do materiałów dowodowych to mało znaczące błahostki, nie wpływające na stosunkowo pozytywny obraz. A co z karą śmierci? Rzeczywiście jest często stosowana przez obie strony?
Przez jedną stronę. Powstańcy od początku trwania wojny wykonali 6211 egzekucji, które wiemy, że odbyły się na pewno. Komunardzkie enklawy sporadycznie wykorzystywały tę formę kary, wykonując ją zaledwie w dwóch przypadkach na pięć. Natomiast w strefie rządowej taki wyrok to zaledwie 3% wszystkich rozstrzygnięć. W naczelnym sztabie panowała grobowa atmosfera. Korporacyjne drony zabiły dyktatora Rodniewicza w czasie cogodzinnej zmiany miejsca pobytu. Trafiło go akurat, gdy był w drodze do innego schronienia. Nastroje pogorszyły się, gdy wywiad doniósł, jakim cudem do tego doszło. Nie było zdrady. Zwykły ludzki błąd przy wklepywaniu koordynat przeznaczonych do zrównania z ziemią podczas bombardowania.
Długowłosy mężczyzna w szarym garniturze palił papierosa. Stał w drzwiach rzeszowskiego pubu o wdzięcznej nazwie Szwedzka Kłódka, znanego z dwóch rzeczy: wybornego stouta oraz szerokiego wyboru rozmaitych awanturników gotowych nadstawiać karku za odpowiednią cenę. Nie było przypadkiem, że wysłannicy Rosjan i Wietnamczyków wybrali to miejsce na negocjacje w sprawie wsparcia powstania bronią, amunicją, fachowcami, informacją. Żaden zasrany komunard, żaden szpicel korporacji, łącznie z tymi z Widok, nie zaryzykuje, by tu węszyć. Właściciel lokalu i stali bywalcy mają serce po właściwej stronie. Na pewno zadbali o to, by nikt niepowołany się tu nie dostał. „Filip, jesteś pewien, że nie będzie jak na Żoliborzu?” Usłyszał przez implant komunikacyjny. To był Ignacy, jego ochroniarz. „Jak cholera” – warknął w odpowiedzi Filip Długańczyk, delegat komisariatu dyplomatycznego rządu powstańczego. Trzy lata temu Filip Długańczyk był asystentem człowieka, który mógł przywrócić porządek w państwie, biorąc pod but triumwirat i czyniąc w ten sposób kraj może nie wspanialszym, ale na pewno bardziej znośnym.
Doktor Tadeusz Leśniewski, prezes Towarzystwa Patriotycznego Nowa Zadruga i ceniony chirurg kończynowy miał wszystko, aby wykonać postawioną mu przez Opatrzność misję. Prezencję, intelekt, charyzmę. Tego dnia jednak brakowało mu szczęścia, podobnie jak pozostałym członkom delegacji, której przewodził. Spotykali się z przywódcami ruchu komunardzkiego imienia Bakunina, by ustalić warunki sojuszu mającego obalić kontrolowany przez triumwirat rząd. Plan Leśniewskiego był prosty: połączyć siły konserwatywnej prowincji i progresywnych miast. Tu i tu ludzie cierpieli z powodu niesprawiedliwych rządów, będąc zarazem tymi, których obrońcami tytułował się ruch. Zgromadzeni słuchali początkowo, próbując zachować powagę, ale wkrótce błękitnowłosa piękność zasłaniała usta, tłumiąc ziewanie. Jej półnagi towarzysz cichym klikaniem dochodzącym z czerwonego oka wodził wzrokiem po pięcioosobowej. Natomiast reszta jawnie podśmiewała się z przemowy. Jedynie przywódca ruchu, barczysty rudzielec, którego wołano per Admirał, uważnie słuchał.
„I właśnie dlatego powinniśmy połączyć siły. Mogą nas dzielić pewne różnice w wyznawanych światopoglądach i wartościach, ale nie zapominajmy, kto jest naszym prawdziwym wrogiem. Razem wygramy i w wolnej Polsce będziemy się docierać w pełni demokratycznym procesie politycznym.” Doktor Leśniewski zakończył przemowę i usiadł, nie oczekując aplauzu. Filip oraz pozostali delegaci mieli nietęgie miny, widząc porozumiewawcze uśmieszki i konfidencjonalne mrugnięcia po drugiej stronie stołu. W końcu odezwał się Admirał: „Bardzo ładny plan. Nie na darmo ma pan doktor reputację doskonałego mówcy, ale jednak są pewne luki w pańskim wywodzie. Nie mówi pan, jak wyglądałaby struktura dziobania, jak niby mielibyśmy współpracować?” „Wyłonilibyśmy wspólny sztab złożony z 10 osób, jednakże o drobnych kompetencjach. Walkę w miastach zostawilibyśmy wam. Wszakże to wasze naturalne środowisko. Dodatkowo w waszej gestii pozostałoby wsparcie propagandowe za pomocą kultury i zaprzyjaźnionych środowisk artystycznych.
Macie w tej materii o wiele większą styczność od...” „Jedyną kulturą, z jaką wam podobni mają styczność, to kultura bakterii w kiszkach” – prychnęła pogardliwie dziewczyna o niebieskich włosach. Filipowi przypomniało się z zasłyszanych plotek, że jest niezłą malarką. „Za to my będziemy wiązać siły wroga na prowincji, organizować łańcuchy dostaw. Zapewnimy wszelkie wsparcie logistycz...” – kontynuował niezrażony Leśniewski, nie zaszczycając spojrzeniem impertynentki. „No dobra, ma pan wszystko obmyślone, ale nie zrozumiał pan pytania. Przez, jak rozumiem, nie podział zadań, a wspomniany spór o wartości. Otóż nie widzę powodu, by współpracować z kimś o tak obrzydliwych poglądach. Walka ramię w ramię w pewnym sensie pokazałaby, że nasze idee, a wasze rojenia są w jakimś stopniu równorzędne. Nie są.” Ależ doktor Leśniewski gwałtownie zaprotestował, ale w tym samym momencie wymierzono w niego kilka luf. Admirał tymczasem kontynuował.
„Po drugie, historia zapamiętałaby was jako bohaterów pozytywnych, na co nie możemy pozwolić. Wasze miejsce jest na śmietniku. Dlatego walkę będziemy prowadzić tylko my, by cała chwała spłynęła tylko na nas, by wasze wnuki przejęły nasze poglądy. To dziejowa konieczność, a wy stoicie nam na przeszkodzie. Dlatego odrzucam warunki i niniejszym oznajmiam wam, że zostaniecie przekazani władzom, które osądzą was za plany zamachu stanu”. „Zdrada! Umowa zapewniała tajność rokowań i nietykalność delega...” wrzasnął cienko najstarszy z delegatów Podgórecki, zanim nie złapał się za gardło, trafiony metalową kulką ciśniętą precyzyjnie przez niebieskowłosą. Pozostali próbowali zerwać się z miejsca, zostali jednak natychmiast obezwładnieni i skrępowani plastikowymi kajdankami. „Pacta sunt servanda obowiązuje pomiędzy ludźmi cywilizowanymi. Faszystów to nie dotyczy” powiedział z politowaniem admirał.
„Chyba nie myśleliście, że nie skorzystamy z okazji do ucięcia głowy wrogowi, zwłaszcza jak ten się tak ładnie nadstawił. Choć nie. Sam fakt, że dopuszczaliście realność dogadania się z nami, wiele mówi o brakach intelektualnych waszego środowiska. W pudle prędko nabierzecie rozumu. Nasze zeznania i nagrania obecnego tu kolegi, Trudy, w zupełności wystarczą, by zapewnić wam dożywocie”. Siedzący dotychczas w ciszy czerwonooki mężczyzna uśmiechnął się głupawo. To było ostatnie, co Filip zobaczył. Założono mu worek na głowę i zawleczono z pozostałymi do samochodu, gdzie siedział w absolutnej ciemności. Nie wiedział wtedy, że Leśniewskiego zaprowadzono do innego pojazdu i wywieziono w nieznanym kierunku. Dopiero na procesie żoliborskiej czwórki dowiedział się, że doktor Tadeusz Leśniewski został przypadkiem zastrzelony podczas próby aresztowania.
Ogłoszenie wyroku w postaci 25 lat dla Długańczyka, Podgóreckiego, Turakiewicza oraz Szymeckiego pamiętał jak przez mgłę. Dopiero w Sztumie oprzytomniał i zmotywował się do przetrwania mimo szykan strażników. Gdy więzienie zostało odbite, przy życiu został tylko on z Turakiewiczem. Zemsta była słodka. W ciągu dwóch miesięcy admirał i reszta wiarołomców znalazła się przed plutonem po bardzo męczącym przesłuchaniu. Przy życiu została tylko niebieskowłosa malarka, której na imię było Noemi Drosta, obecnie ukrywająca się. Ale to nic. Za kilka ustępstw w zbliżających się negocjacjach jego zagraniczni partnerzy z przyjemnością ustalą jej kryjówkę. Zapłaci za to, że wraz z przyjaciółmi bardziej niż wspólnego wroga nienawidziła potencjalnego sojusznika. Szanowni państwo, jak mówi znana mądrość branżowa, historykowi, który mówi o przyczynie prowadzącej do jakiegoś wydarzenia, powinno się odebrać prawo do wykonywania zawodu.
Dlatego jeśli ktoś powie na egzaminie, że przyczyną wybuchu powstania czteroletniego było morderstwo doktora Tadeusza Leśniewskiego, zyska przyjemność ponownego spotkania na sesji poprawkowej. Morderstwo było katalizatorem i punktem zapalnym wynikłym z rzeszy wieloczynników. Przywileje podatkowe i prawne dla korporacji, które dały wielką siłę Triumwiratowi, pozwalając na uprawianie korupcji politycznej w niespotykanej dotąd skali. W wyniku tego przedsiębiorstwa zaczęły przejmować liczne sfery państwa, obsadzając ministerstwa swoimi ludźmi. Pharmax zmonopolizował medycynę i służbę zdrowia, Beczatex obronność i porządek publiczny, Agrochemia przemysły chemiczne, rolnicze, spożywcze. Później, gdy Widok Company zostało nieoficjalnym czwartym członkiem Triumwiratu, wzięło sobie zadania wywiadu i kontrwywiadu państwa. Kolejnym powodem była samowola korporacyjna na prowincji, gdzie były dyrektor lokalnej filii rządził niczym odzielny pan na włościach, będąc przy tym całkowicie bezkarnym. A to dzięki ustawie o oddzielnej jurysdykcji sądowej podmiotów gospodarczych zezwalającej przedsiębiorstwom na wewnętrzne sądownictwo i służby porządkowe. O tym, jakie cuda się wtedy działy, opowiada praca wspomnianego dzisiaj Szymona Turakiewicza „Nowy, lepszy człowiek. Terror korporacyjny w województwach kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim”.
Powiem tylko, że znajomość tej pracy nie jest obowiązkowa, ale bardzo pomoże zdać egzamin. Datę powstania wyznaczono na 7 października. Na dyktatora wyznaczono Mariusza Rodniewicza, niegdyś pełniącego obowiązki komisarza policji w Szczyrku. Cele były wyznaczone realistycznie: przejąć w ciągu jednego dnia władzę w co najmniej ośmiu województwach, przy czym za zdobyte uznawano te, w których udało się odbić przynajmniej 70% powiatów. Sztuka ta udała się w opolskim, podkarpackim, świętokrzyskim, podlaskim, lubelskim i warmińsko-mazurskim. Towarzystwo Patriotyczne Zadruga oraz Szczerbcy będący głównymi rozgrywającymi obozu powstańczego w momencie wybuchu powstania mogli liczyć na 800 000 gniewnych, odważnych i słabo wyposażonych bojowników. Idealne warunki na kolejną piękną porażkę, gdyby nie bicz, który Triumwirat sam na siebie ukręcił, przejmując kompetencje Polskich Sił Zbrojnych, polskiej Policji oraz Agencji Wywiadu i Kontrwywiadu oraz spychając je na margines, dał im dobry powód, by rozważyły swój udział w nadchodzących wydarzeniach. Jako że czystki dopiero się zaczynały, tylko część nowo mianowanej kadry dowódczej pozostała lojalna wobec rządu. Pozostali w późniejszej fazie konfliktu wykazywali coś, co nazwano życzliwym brakiem zainteresowania, skupiając się głównie na przypadkowym sabotażu lojalistów i twórczej niekompetencji przy wykonywaniu rozkazów. Zaledwie 15% rodzimych wojsk lądowych, marynarki i lotnictwa oraz niemalże cała policja dołączyła do aktywnej walki po stronie powstańców, wolnie przyczyniając się do zdobycia województw kujawsko-pomorskiego, lubuskiego i zachodniopomorskiego.
W ten sposób zniwelowano braki w uzbrojeniu. Podsumowując, w pierwszej fazie przeciwko drugiemu rządowi premiera Jerzego Rolewskiego wystąpiło ponad milion ludzi. Jak wspomniałem, podział w wojsku nastąpił hierarchicznie, sprawiając, że tak naprawdę lojaliści stali się armią oficerów bez żołnierzy. Rząd natomiast, nie licząc własnych sił, na których nie mógł zbytnio polegać, oparł się na trzech filarach. Trzonem sił triumwirackich był Beczatex i jego 30 000 bitnych i doskonale wyposażonych żołnierzy. Agrochemia i Farmex dołożyły 10 000, a Widok 2000, wnosząc jednak jako aktywa swoją szeroką siatkę szpiegowską. Kolejną istotną częścią byli najemnicy działający na zlecenie z zagranicy, pragnący utrzymać status quo. Siły te liczyły 80 000 ludzi. Najbardziej znanymi kompaniami najemnymi były francuski Ledroit, amerykańskie White Balls i Watchtower oraz chińskie Jaspisowe Węże. Najliczniejszymi atutami był lewicowy ruch komunardzki imienia Bakunina i anarchistyczna trzecia frakcja.
Skupieni głównie w wielkich miastach, takich jak Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Gdańsk, zajmowali się kontrolą enklaw powierzonych im przez rząd oraz wypadami ich słynnych lotnych brygad. W szczytowym momencie ich liczebność doszła do 280 000. Łącznie siły lojalistów wynosiły troszeczkę ponad 400 000 osób. Oczywiście, drodzy państwo, podane liczby nie uwzględniają sprzętu wojskowego. Mowa ciągle o zasobach ludzkich. Wydawałoby się, że powinni zostać zmieceni samymi liczbami. Nic bardziej mylnego. Korporacje nie oszczędzają, jeśli idzie o własną ochronę, a rząd i zagraniczni sympatycy hojnie wspomagali sprzętem komunardów. Dodatkowo niemal każdy z korpożołnierzy miał minimum trzy lata doświadczenia któregoś z licznych ostatnio konfliktów. Bycie weteranem wojen opioidowych w Burundi, pacyfikatorem zamieszek w Panamie albo wyzwolicielem Mongolii dawało dostęp do szerokiego wyboru dobrze płatnych ofert.
Komunardzi także zdobywali ostrogi w akcjach miejskich i aktach terroru. Kluczowy też był stopień zmodyfikowania żołnierza. Pod względem ilości wszczepów biomechanicznych powstańcy prezentowali się biednie. Zaledwie trzech na dziesięciu miało kontakt z mechirurgiem, kiedy u komunardzkich odpowiedników ta liczba wynosiła siedmiu na dziesięciu mających minimum jedną mechaniczną modyfikację ciała. W Polskich Siłach Zbrojnych wspomagających powstanie wyglądało to nieco lepiej. 43% żołnierzy było ulepszonych. Nadal było to znacznie mniej wobec 77% u korpożołnierzy i najemników. O przewagach rządu mówią dwa przysłowia: „Zasady określa ten, kto ma złoto” oraz „Pióro silniejsze od miecza”. Rzeczy te są daleko cenniejsze od siły zbrojnej. Światowe rynki finansowe opowiedziały się po stronie rządowej, a konkurencyjne korporacje, wietrząc niebezpieczny precedens, zawiesiły rywalizację na wolnym rynku, dając złapać oddech triumwiratowi.
Powstańcy natomiast, nie mogąc liczyć na pomoc finansjery, musieli mocno kombinować. Dzięki wysiłkowi komisariatu gospodarczego wykorzystującego podrasowany dystrybutyzm udało im się uzyskać solidne wyniki, doprowadzając prowincję do stanu nieco lepszego niż przed rewolucją. Ale do miliardów drugiej strony sporo im brakowało. Natomiast opinia publiczna też opowiedziała się po stronie lojalistów. Zwłaszcza elity kulturalne, tak chętne do wspierania każdego przeciwnika korporacyjnego porządku świata, były dziwnie milczące. Społeczność międzynarodowa też wspierała rząd, nie licząc wyjątków w postaci Wietnamu, Syrii, Salwadoru czy Grecji. Wyjątkowo ciekawym przypadkiem była postawa pewnej małej europejskiej monarchii. Prymas Polski, kardynał Ryszard Sobieraj podziękował sekretarzowi za dostarczenie dzisiejszej porcji dokumentów i kawy. Lektura pierwszego raportu sprawiła, że ukrył twarz w dłoniach. Ksiądz Woś ponownie zaczął się bawić moralistyką, tym razem dowodząc, iż trwająca trzeci rok rebelia jest grzeszna i bezbożna, bowiem szlachetne pobudki nie usprawiedliwiają zbrojnego wystąpienia przeciw legalnej władzy.
Już pies trąca o legalność — pomyślał poirytowany purpurat. Bo ciężko powiedzieć, kto rządzi, skoro podczas wyborów do sejmu miejsca i najważniejsze urzędy były kupowane jak ser w sklepie. Najgorsze jest to, że w wyniku takiego mącenia w głowach wiernych, co więksi skrupulanci donoszą, gdzie nie trzeba i mamy potem tragedię, jak tydzień temu w Łodzi na Bełutach. Komunardzi zmasakrowali 20 osób za to, że ktoś ośmielił się ukryć rannego rebelianta wbrew nakazom rządu. Kardynał zanotował sobie, by zasugerować przełożonemu księdza Wosia zakaz wypowiedzi dla nierozważnego kapłana. Po namyśle stwierdził, że można nawet pogrozić suspensą. Następny raport donosił o grupie żołnierzy, która napisała list otwarty w obronie komunardów pojmanych przez powstańców. Prymas bez zdziwienia odnotował, że za apelem stali jezuici i dominikanie. Nawet nazwiska były te same co zwykle: Ber, Adamski, Ryd i kilka innych. Brakowało tylko ojców Zebera i Banaszkiewicza, ale tych zamordowano kilkanaście godzin po tym, jak przestali być potrzebni w mediacjach przy kapitulacji komunardzkiej enklawy w Głuszynie.
Niektórzy nigdy się nie uczą. Jego eminencja z żalem pomyślał o starych, dobrych czasach, kiedy to kler znał pojęcie dyscypliny, a jego jedynym publicznie wyrażonym poglądem było „Ojcze nasz”. Teraz z jednej strony miał kapłanów tak miłosiernych, że przebaczyli najgorsze zbrodnie prócz najstraszliwszej: wspierania powstańców. Z drugiej byli duchowni uważający konflikt za ostateczną krucjatę przeciw szatanowi, a pośród buntowników upatrywali katechona. „Mój Boże” pomyślał kardynał z trwogą. Niejaki ksiądz Podlecki to sam dowodzi oddziałem, formułując ich na kształt rekec. Dalsze meldunki były standardowe. Spory dotyczące bioetyki cyberchirurgicznej, próby ochrzczenia H+ przez zwolenników i kontry ich wrogów utrzymujące, że transhumanizm chrześcijański odnosi się tylko i wyłącznie do sfery duchowej. Wyniki kolejnych dysput o kwestii wszczepu a zmartwychwstania ciała i inne kwestie akademickie. To zostało odłożone ad acta.
Następny był tygodniowy bilans strat. Komunardzi rozstrzelali biskupa łódzkiego Woźniaka, ośmiu księży, dwóch zakonników i dziesięć zakonnic. Spalono jedenaście kościołów, dokonano stu aktów profanacji. Rachunek zabitych za wiarę wynosi obecnie pięciu biskupów, pięćdziesięciu czterech księży diecezjalnych, trzydziestu siedmiu zakonników, siedemdziesiąt siedem zakonnic oraz stu czterdziestu dwóch działaczy świeckich. Rachunek strat materialnych: dwieście osiemdziesiąt siedem zniszczonych budynków sakralnych, dwa razy tyle sprofanowanych świątyń i cmentarzy. Wszystko za cichym pozwoleniem rządu. Powstańcy zabili dwóch księży za katolicki pochówek udzielony pomniejszemu oficerowi beczateksu oraz za ratunek najemnika przed linczem. Rachunek zamordowanych: czterech księży diecezjalnych i pięciu zakonnych. Rachunek strat materialnych: trzy spalone kościoły. Prymas popręcił głową ze smutkiem.
Kościół musiał zachowywać się jak dziewczyna, która mając wybór między dwoma brutalami bierze tego, który mniej bije. A historia i tak oceni to jako stratę. Kawa na biurku zdążyła ostygnąć. Prymas wyjrzał za okno swojej tymczasowej kwatery w Tarnowie. Ludzie powoli budzili się do życia i wychodzili na ulicę. Z pewnością doceniali fakt, że znajdowali się daleko za linią frontu, gdzie nawet lotne brygady komunardów nie ważyły się zapuszczać. Głośne piśnięcie komputera dało znak, że na tajnego maila episkopatu trafiła nowa wiadomość. Kardynał niechętnie podał hasło i zezwolił na deszyfrację. Mimo stosunkowo młodego wieku wolał papier. Dawał on względne poczucie bezpieczeństwa, zarazem zmuszając wrogów do wysiłku.
Piętnastoletni wirtuoz hakerki może i mógłby czynić spustoszenie za pomocą jednego komputera, ale obsługę ludzkiej maszynerii na pewno miał do luftu. Nie przekonałby nikogo do przekazania dokumentów, nie namówiłby nikogo do współpracy, nie zwerbowałby nikogo ze środowiska ważnych tego świata. Tylko tak Kościół mógł się obronić: znajomością ułomnej ludzkiej natury. Ale nawet ta wiedza nie przygotowała prymasa na plany rządowe ujawnione w mailu przez wtyczkę o pseudonimie „Dolon”. W przypadku przedłużenia się wojny wprowadzą pełne przejęcie majątku Kościoła, spełnienie życzeń wierchuszki komunardów dotyczących sporządzenia rejestru limitowego kleru, delegalizacja organizacji katolickich, likwidacja szkolnictwa katolickiego i sądów kościelnych, pełna swoboda w zakresie cyberchirurgii i H+, ekspulsja kleru, który nie zaprzysięgnie posłuszeństwa wobec projektu nowej konstytucji, utworzenie z renegatów Świątyni Dobrego Pasterza. Wysiłki skupione na nieprowokowaniu konfliktu z triumwiratem zdały się na nic. Oni nie pragnęli wzajemnej tolerancji i pokoju. Oni chcieli pełnej akceptacji dla własnej samowoli. Prymas Sobieraj natychmiast wydał komputerowi polecenie pełnego zabezpieczenia gabinetu. Mechanizmy zaskrzypiały, gdy zasłonięto okna i zablokowano drzwi.
Cicho zabuczały urządzenia antypodsłuchowe. Dla dobra powierzonych mu dusz musiał najszybciej doprowadzić do pokoju. Tu pomoc samego nuncjusza papieskiego nie wystarczy. Na ekranie ukazało się połączenie z niejakim Diogo Guterresem, tu i ówdzie znanym jako Klemens IX. „Ten dzień zapisze się w polskiej historii złotymi zgłoskami. To początek długo wyczekiwanego pokoju. A gdy się zjednoczymy i damy szansę przebaczeniu, stworzymy nowy, piękniejszy świat”. Tłum zgromadzony przed bazyliką zareagował gromkim aplauzem. Teraz pani prezydent Paulina Ryszelewska z uśmiechem podpisała dokument, który przyszłym pokoleniom będzie znany jako Pokój Fromborski. Wkrótce po niej podpis złożył przywódca powstańców Hieronim Apostel i nastąpił standardowy zestaw dyplomatyczny w formie uścisku dłoni i pozy dla fotografów.
Dwóch niegdysiejszych wrogów trzyma się za ręce, wznosząc je ku jaśniejącemu wieczornemu niebu. Kwadrans później Paulina ciężko opadła na siedzenie prezydenckiej limuzyny. Po 14 godzinach harówki wreszcie mogła odpocząć. Niczego tak nie pragnęła jak prysznica i 10 godzin snu, najlepiej w ramionach swego nowego asystenta, którego pieszczotliwie nazywała Marcysiem. Ten z niekłamanym entuzjazmem powitał szefową w samochodzie, gratulując wspaniałego przemówienia. „Dziękuję, jesteś słodki” – uśmiechnęła się prezydent, rozpuszczając przetykane siwizną blond włosy, na tę okazję specjalnie ufryzowane w misterny kok. „Jeśli ci się podobało, to znaczy, że cel został osiągnięty i możemy zapalić zielone światło planowi Szczurołap z Hameln”. Marcys zbaraniał. Dopiero po chwili zdobył się na pełen niedowierzania wybuch. „Ale w ten sposób rozpoczniemy masowe represje i eliminacje ze społeczeństwa elementów wywrotowych.
To pogwałcenie warunków pokoju. Nie możemy tak szybko tego wprowadzić. Społeczność międzynarodowa zje nas żywcem, nie mówiąc o rodakach”. Prezydent tylko się uśmiechnęła, kręcąc głową. „Kochany, niby masz ukończone magisterki z politologii i stosunków międzynarodowych, a takiś naiwny. Nic nam nie zrobią. Nikt się nie oburzy, nikt nie będzie ich bronił. Wręcz przeciwnie. Po cichu nam przyklasną za tę małą lekcję pokazową. To pasterz rządzi bydłem.
Nigdy na odwrót. A jak w stadzie są sztuki krnąbrne, to się je przeznacza na ubój, a nie jeszcze głaszcze”. Arkadiusz Malmon „Szansa”. Poniedziałek, godzina 6:00. Obudziłem się odrętwiały i wyłączyłem budzik. Minął weekend, który miał przynieść tak zwane doładowanie baterii. Pocieszam się, że jeszcze tydzień i upragniony urlop. Pracuję jako technik serwisu automatów do launderu firmy Corner i jest to nowy startup tej firmy. „Tankujesz, brylujesz” – hasło trafione w punkt i efektywne. 20 000 impulsów z jednego automatu w ciągu tygodnia to szczytowy wynik.
Na pomysł wyparcia kawy wpadł założyciel firmy Corner, Daniel Korn, doktor kwantomatyki stosowanej i twórca hiperszybkich Dilesów. Pomysłodawcę motywowała globalna potrzeba zastąpienia przestarzałej i mało efektywnej kawy. Odkąd przeszła do lamusa, launder z powodzeniem zajął jej miejsce. Dał ludzkości stan wszechobecnej gotowości do działania. Dziwnie to zabrzmiało w kontekście mojego poweekendowego zmęczenia, ale ja tego gówna nie używałem. Będąc żywą antyreklamą produktu giganta, który mnie zatrudniał, narażałem się często na przytyki kolegów z pracy. „Ej, coffeezaurze, launderka, doładuj się stary, a może nas kiedyś dogonisz”. Jakoś się trzymałem, biorąc pod uwagę, że wyniki miałem takie sobie. Za to w serwisie automatyki byłem niezastąpiony. Dlatego jeszcze pracowałem.
Każdy struś, bo tak nazywam ludzi zażywających cudowny twór Cornera, obsługiwał 10 automatów na dzień. Ja kończyłem na czterech, ale moje działały bezawaryjnie. Aplikatory launderów były zespolone z ładowarkami samochodów elektrokwantowych, głównie marki Diles. Cudowny impuls docierał do wnętrza pojazdu przez modem ładowania. Struś zajmował miejsce w fotelu i opierał głowę na zagłówku. Był już w polu aktywacji kwantowej i z wyciągniętą szyją doznawał cudu doładowania zupełnie jak auto, w którym siedział. Po obfitym śniadaniu i zalaniu termosu zdetronizowanym napojem udałem się do pierwszego punktu, który miałem dzisiaj obsłużyć. Zajechałem na parking kultowym i mocno archaicznym Mustangiem. Był piękny w stylu Eleanor. 20 lat temu przez wszechobecną politykę elektrokwantowej rewolucji zamienił swoją widlastą ósemkę na rzecz pozapróżniowej tardionowej setki.
Stara jednostka tkwiła pod maską zamaskowana, czekając na pustynny tor i szalone weekendy. Nielegalne paliwo produkowałem chałupniczo, więc miałem go pod dostatkiem. Z tajnych wyścigów brało się właśnie moje zmęczenie, które zazwyczaj mijało po równie kultowej i czarnej jak mój Mustang kawie. Obok punktów ładowania ustawiła się kolejka, co ostatnio mocno utrudniało serwis. Specjalna aplikacja usprawniająca obsługę przy automacie nie pomogła. Był to postępujący problem. Wraz z krótszym ładowaniem aut wydłużał czas korzystania z magii laundera. W obrębie każdego punktu stało około 100 automatów, a przy nich już obsługiwani w autach kierowcy, przeważnie wraz z pasażerami. Dawało to około 400 zadowolonych naraz i 4000 mocno wkurzonych i zniecierpliwionych. Zatłoczona niegdyś stacja benzynowa była niczym w porównaniu z tym gigantycznym problemem.
Oprócz typowego walenia w klakson niektórym puszczały nerwy i walili drugiego w pysk, jak przesadził z czasem. Będący na miejscu oddział policji mocno wpływał na kulturę spożycia. Rok później, centralne biuro siedziby firmy Corner. Czarny skórzany fotel zwrócony przodem do panoramy miasta. Daniel Corn wsłuchany w muzykę ze swojej ulubionej playlisty popijał aromatyczną Black Ivory. Unikalny aromat najdroższej kawy na świecie koił go. Jako przedstawiciel globalnych elit cieszył się tym smakiem na co dzień. Pukanie do drzwi wyrwało go z kontemplacji. „Proszę wejść” – powiedział lekko zmienionym głosem. W drzwiach ukazała się wysoka brunetka w podkreślającym kształty kostiumie zgodnym z dress codem firmy.
„Witaj ojcze.” Podeszła i złożyła pocałunek na dłoni. „Jak wyniki badań? Genom robi swoje?” – zapytał, patrząc z uwielbieniem. „Tak, ojcze. Wpłynął już na 70% populacji i nadal wzrasta.” „Doskonale. To nas wyniesie na szczyt. Za pomocą Laudera wpłyniemy na populację ludzi podatnych na czynnik doładowania.” „Wykorzystamy ich słabość” – skwitowała. „Masowo” – dodał z satysfakcją i ciągnął dalej. – „Tylko jednostki ocaleją. Uniknęliby pozostając wiernymi kawie, ale przez wszechogarniający ich pościg za doskonałością my dostaliśmy szansę.
To bardzo istotne, więc powiedz, kiedy będziemy gotowi, by ją w pełni wykorzystać” – dodał. „Piątek, godzina 17:00.” – odparła krótko. „Znakomicie, że przed weekendem. W nową erę z dobrym humorem” – oznajmił zadowolony, uśmiechając się pod nosem. Pustynny tor. Piątek, godzina 16:30. Po zrobieniu ośmiu kółek miałem chwilowo dosyć i żeby dać odpocząć staruszkowi usiadłem na piasku. Podszedł do mnie wysoki brunet z termosem. Pogratulował gustu i dobrego czasu okrążenia. Podziwiał moje auto i zauważył pusty kubek na masce.
Zapytał, czy mam ochotę na dolewkę. Zgodziłem się i podstawiłem naczynie. Smak był oszałamiający. Dosłownie jak szampan zwycięzcy. Wyzwalał i rozgrzeszał pragnienie triumfu. „Co to za kawa?” – zapytałem. „Black Ivory” – odpowiedział, uśmiechając się pod nosem.
[05:32:16] - Ja myślę, proszę państwa, że to była całkiem spora i całkiem interesująca porcja prozy w wykonaniu autorów, którzy zaufali ABW. Ponieważ następuje ABW reaktywacja, to jeszcze raz powiem to, o czym mówiłem przed emisją opowiadań. Wszyscy autorzy, którzy zaczynają swoją przygodę z literaturą, z pisaniem opowiadań, mogą nadesłać opowiadanie do ABW. To opowiadanie będzie przeczytane przez Marka Sęka Ivelliosa, będzie też omówione. No cóż, myślę, że istotą pisania, istotą tworzenia jest to, żeby konfrontować się z odbiorcą, z czytelnikiem. Ja wiem, że oczywiście są ludzie, którzy piszą do szuflady. Szanuję to, ale no cóż, proszę państwa, opowiadanie, które leży w szufladzie i jest pisane tylko dla siebie, ono nie istnieje tak naprawdę. O tym opowiadaniu wie osoba, która owo opowiadanie napisała. Dla kultury, dla tego, co nazwiemy tkanką kulturalną, ten utwór nigdy nie zaistniał. Bo wyobraźcie sobie, że ktoś to opowiadanie wam z tej szuflady ukradnie.
No to nie ma tego opowiadania tak, jakby go nigdy nie było. Szczególnie jeśli złodziej wyrzuci na przykład to opowiadanie do śmietnika. Ono było, ale tak naprawdę go nie było. Wiem, trochę się motam, ale tak naprawdę chodzi o to, że każdy utwór zaczyna istnieć dopiero wtedy, kiedy konfrontuje się z odbiorcami. I obojętnie, czy jest to opowiadanie, czy jest to obraz, czy jest to rzeźba, czy jest to utwór muzyczny, jakiekolwiek dzieło sztuki. Dopiero kiedy to dzieło sztuki znajduje odbiorców, dopiero wtedy zaczyna tak naprawdę istnieć. Stąd mój apel, żebyście państwo opowiadania nadsyłali. No cóż, my tu gadu, gadu, a jakby nie patrzeć kolejne „Bibliotekarium 2.0” właśnie za nami. Pięknie państwu dziękuję za udział w dzisiejszej audycji. Życzę wspaniałego weekendu.
Życzę wspaniałego tygodnia. W ogóle życzę państwu jak najlepiej i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie dziękuję. Dobrej nocy.
[05:34:51] - Mówił do słuchot państwa, jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.