[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Nastał kolejny piątek, coraz bliżej wiosny. Minęła godzina 20, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć na antenie Radia Paranormalium i Book Radia kolejne Bibliotekarium 2.0 AWF Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Pozdrawiam z Bydgoszczy. Słuchacie państwo tej audycji w piątek. W piątek, proszę państwa, to ja już będę w blokach startowych, ponieważ w sobotę zamierzam odwiedzić Targi Książki w Poznaniu. Tam zresztą wydawnictwo Bibliotekarium ma swoje stoisko. Wszystkich zainteresowanych bardzo serdecznie zapraszam. Gdzieś tam się w okolicach będę kręcił, tym razem tylko w sobotę, ale wydawnictwo jest obecne na targach przez piątek, sobotę i niedzielę. To tyle formalności targowych. Kiedy państwo tego słuchacie, to ja w blokach startowych wcześnie rano ruszam. A teraz rozpoczynamy kolejny odcinek.
Jak zwykle rozpoczynamy od polecanych książkowych. Pierwsza polecanka brzmi z angielska, ale to jest polska książka. Tytuł „The Final Lie”. Jessica Fox jest autorką. Wydawnictwo NieZwykłe. Data premiery 12 dzień marca. Mamy książkę „The Final Lie” Jessici Fox. Książka „The Final Lie” jest kontynuacją historii bohaterów, których mieli państwo okazję poznać w pierwszym tomie. Od tego pierwszego tomu minęło siedem długich lat. Siedem długich lat, od kiedy Sharp ostatni raz widział Rosalie Watson.
Przez ten okres odnalezienie dziewczyny pozostało dla niego priorytetem. Poświęcił czas, pieniądze i wszystko, co ważne w życiu, żeby ją odnaleźć. Na próżno. Przekonał się, że los bywa przewrotny. Wybrał zawód niepasujący do zasad, których się trzymał. Zamiast łamać prawo, postanowił go strzec jako agent FBI. Teraz Sharp musi zająć się sprawą makabrycznego morderstwa. Tymczasem do miasteczka wracają starzy znajomi. Spotkanie po latach wydaje się przypadkowe, ale szybko staje się jasne, że tak nie jest. Pojawia się także nowa osoba, tajemnicza blondynka o imieniu Iris.
Cóż, proszę państwa, to była polecanka tomu zatytułowanego „The Final Lie” Jessici Fox. Wydawnictwo NieZwykłe. Książka pojawi się na rynku 12 marca. Druga pozycja, którą chciałem państwu polecić, nosi tytuł „Kiedy nadciąga mgła”. Autorka Julie C. Dao. Wydawnictwo Nowe Strony. Premiera dzień wcześniej niż książka, którą polecałem państwu przed chwilą. Dzień wcześniej, to znaczy 11 marca. „Kiedy nadciąga mgła” to historia Lucy Westenry z Drakuli.
Historia, jakiej jeszcze nie znacie. Lucy Westenra to piękna i bogata kobieta, lecz pod tą olśniewającą, kokieteryjną fasadą kryje się osoba głęboko zafascynowana śmiercią. A ta obsesja trwa przez całe jej krótkie życie. Dla dziewczyny pamięć o zmarłych nie przemija tak szybko, jak dla jej najlepszej przyjaciółki Miny. Pewnej nocy, podczas lunatykowania trafia na tajemniczego mężczyznę o imieniu Vlad, dostrzegającego w niej to, czego nigdy wcześniej nikomu nie ujawniła. Szuka on perfekcyjnej kobiety, idealnej damy, uosabiającej wszystkie wartości angielskiej society, aby spędzić z nią wieczność. Skupia wzrok na Lucy, a ona po raz pierwszy czuje, że jest w stanie pokazać komuś swoją mroczną stronę. Śmierć podąża za nimi krok w krok. Zbliża się, krąży, ale dziewczyna z pomocą nowego towarzysza postanawia ją przechytrzyć. Pod osłoną ciemności na oczach Lucy rodzi się bestia, która dopuszcza się czegoś wyjątkowo okrutnego i fascynującego.
Ten przerażający potwór jest gotów użyć siły, aby dostać to, czego chce, niejednokrotnie uciekając się do brutalności. Tymczasem panna Westenra czuje się nim oczarowana. Na co gotowa jest Lucy, by otrzymać tak desperacko upragnioną wolność? Czy w walce o własne prawa zrezygnuje nawet z człowieczeństwa? I czy to wystarczy, by uciec przed potworem? Jej dręczyciel jednak się przekona, że nie trafił na łatwą przeciwniczkę. Przypomnę, to była polecanka książki „Kiedy nadciąga mgła” Julie C. Dao, Wydawnictwo Nowe Strony. Data premiery 11 dzień marca. A teraz książka, która nie jest klasyczną powieścią.
To nie jest klasyczna książka. W formie tak. Ma okładkę Ma strony, ale książka zatytułowana „Corpus Delicti. Zagadki kryminalne, które rozwiążesz w 60 sekund” to właściwie rodzaj gry, którą podejmuje autor z czytelnikami. Wydawcą tej książki jest wydawnictwo Znak i Jednym Słowem. Data premiery: 12 dzień marca. Autorstwo: M. Diane Vogt. Zamień się w detektywa i zdemaskuj przestępcę. Czyją krew znaleziono pod wykładziną?
Czy wśród gości na pogrzebie ukrywa się psychopatyczny morderca? Dlaczego w basenie pływają zwłoki pokojówki? Poczuj się jak prawdziwy śledczy. Analizuj wskazówki na miejscu zbrodni. Patrz patologowi przez ramię podczas sekcji zwłok. Badaj dowody. Obserwuj, jak reagują świadkowie. Każda z poszlak może okazać się kluczowa. Aby odkryć sprawcę, wystarczy ci 60 sekund i logiczne myślenie. Zachowaj czujność i pamiętaj: podejrzani często kłamią.
Czy znajdziesz winnego? Tego, czy państwo znajdą winnego, nie wiem, ale zabawa szykuje się przednia. Przypomnę: „Corpus Delicti. Zagadki kryminalne, które rozwiążesz w 60 sekund”. Wydawnictwo Znak, Jednym Słowem. Data premiery: 12 marca. Otóż, proszę państwa, to były polecanki książkowe. Wiadomo, że teraz rozpoczną się korepetycje filozoficzne i tych wszystkich, którzy wyłączają w tym momencie radioodbiorniki, chciałoby się powiedzieć, komputery i komórki, od razu chciałbym uprzedzić, że dzisiaj będzie troszkę luźniej niż zwykle. Nie będzie ciężkich tematów, które ryją banie. Dzisiaj będzie o wiwisekcji żaby.
Nie, to żart. Taki jest co prawda tytuł artykułu Cezarego Jurkiewicza „Wiwisekcja żaby”, ale to jest artykuł o istocie humoru. Dlaczego coś jest śmieszne albo coś nie jest śmieszne. Przyznam, że będzie naprawdę ciekawie. Tekst „Wiwisekcja żaby” Cezarego Jurkiewicza ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2019 w numerze pierwszym, 25. z kolei i jest dla państwa dostępny na licencji Uznanie Autorstwa Na Tych Samych Warunkach 3.0 Polska. Autor, Cezary Jurkiewicz, zajmuje się stand-upem od 2008 roku. Jest jedną z dwóch pierwszych osób, które zaczęły promować stand-up na terenie Polski. Występował w wielu programach rozrywkowych, takich jak „Comedy Central prezentuje”, „HBO Stand-up Comedy Club” i „Roasting”. W latach 2012–2016 prowadził szkołę Stand-up Comedy.
No to, proszę państwa, zaczynamy. Cezary Jurkiewicz, „Wiwisekcja żaby”: „Gdybym miał napisać własnymi słowami, co jest śmieszne, powiedziałbym, żeby nie uśmiercić żaby, ale lekko ją nadkroić. Że to, czy coś jest śmieszne, zależy od tego, co powiesz i jak to powiesz. Pierwszy czynnik ma charakter treściowy. Dobry żart jest w stanie rozbawić nawet wtedy, gdy się go przeczyta z kartki po cichu. Treść żartu musi być dobrze zrozumiana przez ludzi. Komik musi bardzo precyzyjnie prowadzić publiczność przez swój tok myślowy. Jeśli tok myślowy komika i publiczności się rozjedzie, to nie będzie reakcji śmiechowej. Jeśli nie ma reakcji śmiechowej, to trzeba się wspomóc sferą formalną. Po pierwsze, treść żartu musi być podana w odpowiednim rytmie.
Jeśli weźmiesz metronom, to jego uderzenia idealnie wpiszą się w rytm występu komika. Prędkość może się zmieniać, ale rytmika nadal musi się zgadzać, jak w muzyce. W sferze formalnej jest jeszcze postać komika, czyli autentyczność jego postaci scenicznej, nawet jeśli nie różni się od jego pozascenicznej postaci. Odpowiednio duża doza pewności siebie oraz czasem zdolności aktorskie bardzo pomagają. Taka była moja wiedza na temat komedii, zanim zacząłem interesować się teorią humoru. Gdy się nią zająłem, stałem się fanem teorii humoru między innymi Thomasa Hobbesa i Alexandra Bainea. Teorie humoru. Hobbes definiował humor jako nagłe poczucie wyższości, czyli zaskoczenie. Nagłość implikuje, że zaskoczenie jest jednym z elementów wywołujących reakcję humorystyczną. Niestety definicja okazała się za szeroka, bo sprinterzy, którzy wygrywają zawody, czują nagłe poczucie wyższości, ale nie reagują na to śmiechem.
Poza tym każdy ma jakieś żarty, filmy i koncepty, które bawią go za każdym razem, więc tam też nie ma nagłości. Alexander Bain definiował humor jako nagłe rozładowanie napięcia. Na przykład w teatrze w trakcie dramatycznego napięcia na scenę nagle wchodzi koza. Sala zaczyna się śmiać. Jednak znowu jest to za szeroka definicja, bo gdy jadący prosto na nas autobus w ostatniej chwili skręci, to przy nagłym rozładowaniu napięcia niekoniecznie jest nam do śmiechu. W końcu poznałem teorię Wecha i od tej pory patrzę na świat komedii Przez jej pryzmat. Według Thomasa Wicha humor powstaje w momencie, kiedy następuje zderzenie dwóch elementów: normy i naruszenia. Normy to seria praw, które akceptujemy jako część zastanej przez nas rzeczywistości. Mogą to być prawa fizyczne: chodzimy po podłodze, a nie po suficie lub prawa moralne i tak dalej. Naruszenie jest zburzeniem tych praw.
Norma i naruszenie muszą wystąpić w małym odstępie czasowym oraz w dowolnej kolejności. Norma i naruszenie. Przykład: moja matka jest dziwną osobą. Ma cały pokój obklejony plakatami księżnej Diany tuż po wypadku. Żart zaczyna się normą. Akceptujemy świat, w którym ktoś może mieć ekscentryczną matkę. Potem komik trzema słowami burzy zaakceptowaną przez nas rzeczywistość, bo okazuje się, że matka jest dużo bardziej dziwna, niż nam się na początku wydawało. To jest naruszenie. Inny przykład: reklamy proszków do prania nie są moim zdaniem realistyczne. Pokazana jest perfekcyjna rodzina, gdzie wszystko jest w porządku.
Powinni pokazać czasem reklamę trafiającą do innej części społeczeństwa. Powinni pokazać reklamę, na której przedstawiona jest patologiczna rodzina i matka krzyczy: „Co ty taki umorusany? Kurator będzie tu za pięć minut”. W tym momencie Heizer przebija się przez ścianę z proszkiem do prania i mówi: „Trudne plamy? Z wina i rzygowin Persil”. Normą jest świat reklam proszków do prania, który jest zawsze taki sam. Naruszeniem jest świat, który nigdy nie jest pokazywany w reklamach. Żart można zacząć też naruszeniem i przejść do normy. Na przykład: moja dziewczyna powiedziała mi, że chciałaby słyszeć ode mnie więcej komplementów, bo to podbiłoby jej samoocenę. Ja ją kocham, dlatego nie chcę podbijać jej samooceny.
Nie chcę, żeby wiedziała, że stać ją na typa z wyższej półki niż ja. Dziewczyna, z którą się spotykam, musi być przekonana, że ja jestem maksimum tego, na co ją stać. To jest przykład sytuacji, kiedy śmiejemy się z rzeczy, które są prawdziwe. Żart zaczyna się naruszeniem, nietypową rzeczą. Jestem w szczęśliwym związku i nie chcę, żeby moja dziewczyna miała wysoką samoocenę. Normą jest logiczne uzasadnienie tego absurdu. To logiczne uzasadnienie naruszenia, to ono wywołuje śmiech. Innym przykładem jest żart Bartka Walosa, w którym opowiada on, że był głodny w nocy i śniło mu się, że jest na imprezie batoników. Ten sen jest naruszeniem. Potem zaczął przypisywać batonikom ludzkie cechy.
Lion drze japę. Knoppers pojawia się pijany nad ranem dokładnie o wpół do dziesiątej rano, a batonik proteinowy chce wszystkich bić. Normą są te wszystkie ludzkie zachowania znane z imprezy. Zderzenie tych dwóch rzeczy wywołało reakcję śmiechową. Bardzo ciekawe jest, że ta teoria wykracza poza stand-up. Można nią opisać skecze. Większość skeczy Monty Pythona jest oparta na relacji wariat-normalny. Na przykład skecz z papugą. Mężczyzna przynosi do sklepu zoologicznego martwą papugę, by złożyć reklamację. Sprzedawca przekonuje go, że papuga nie jest martwa, bo stoi na swojej huśtawce.
Na co klient mówi, że to dlatego, że jest do niej przybita gwoździem. I tak dalej. Są jednak pewne ograniczenia. Pomimo odbioru jakiegoś medium, które ma powyższą strukturę, możemy się nie zaśmiać. Są trzy sytuacje, kiedy tak się dzieje. Pierwsza: norma jest niezrozumiała. Na przykład opowiadamy żart o fizyce kwantowej komuś, kto nie ma o niej pojęcia. Dwa: naruszenie jest niezrozumiałe. Na przykład mamy żart, w którym pointą jest dodawanie brzoskwiniowej galaretki do spaghetti. Nie będzie to śmieszne dla kogoś, kto się na co dzień takiej praktyki dopuszcza.
Trzy: nastawienie emocjonalne do normy musi być średnie. Jeśli nastawienie emocjonalne do tematu żartu jest za słabe, to nas nie obchodzi. Jeśli nastawienie emocjonalne jest zbyt silne, to będziemy oburzeni, że ktoś z tego żartuje. Na przykład ludzie oburzający się na żarty z religii. Jestem fanem tej teorii, bo nie znalazłem do tej pory przykładu, który nie pasowałby do tej definicji. Wszelkie aspekty formalne, o których wspominałem na początku, też się ładnie uzupełniają. Rytmika poza melodyjnością jest narzędziem do dawania czasu na zrozumienie normy oraz dopilnowania tego, żeby norma szybko została naruszona. Pewność siebie na scenie, kiedy robisz stand-up, jest naruszeniem samym w sobie. Rzeczy, które mówimy na scenie, to bzdury, których nie wypada mówić w poważnej rozmowie. I kiedy podajemy je z dużą dozą pewności siebie, podkręcamy karykaturalność tego wydarzenia.
Zdolności aktorskie dodają autentyczności i pomagają zobrazować normę lub naruszenie normy. Poza tym, kiedy jedna osoba mówi w jeden sposób i nagle zaczyna mówić głosem innej osoby, to również jest burzeniem naszego świata i jest śmieszne samo w sobie. Wiedząc to wszystko Nie uważam, żeby komedia traciła magię. Mimo nałożenia pewnej siatki pojęciowej i systemów na tę dziedzinę, nadal pozostaje dużo miejsca dla intuicji i kreatywności, którą można tę siatkę i systemy wypełnić. Myślę, proszę państwa, że dzisiaj było nie tylko troszeczkę zabawnie, ale też nie było jakoś specjalnie ciężko. Przypomnę, to był artykuł Cezarego Jurkiewicza „Wiwisekcja żaby”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, dzisiaj rozpoczynamy nowy cykl. On co jakiś czas będzie się pojawiał na antenie Bibliotekarium 2.0. To cykl opowieści historycznych, ale od razu uprzedzam: nie obawiajcie się państwo, że to będą jakieś nudne, a nawet bardzo nudne piły, których nie da się słuchać.
Nie obawiajcie się państwo. To będą ciekawe i lekko podane historie, które, taką mam przynajmniej nadzieję, wciągną państwa bez reszty. Kilka słów o autorze, który owe historie będzie tworzył. Tym autorem jest Krzysztof Drozdowski, urodzony 15 marca 1985 roku w Bydgoszczy. To polski pisarz, dziennikarz, historyk wojskowości oraz czasami polityk. Autor ponad 25 książek oraz broszur o tematyce historycznej, a także ponad 200 artykułów historycznych, naukowych i popularnych. Współpracownik magazynów „Historia bez tajemnic”, „Polska zbrojna historia”, „Odkrywca”, „Wolna droga”. W swojej twórczości zajmuje się między innymi historią szeroko pojętej wojskowości w II Rzeczpospolitej, historią III Rzeszy oraz tematyką regionalną. Doprowadził do wznowienia przez Instytut Pamięci Narodowej śledztwa dotyczącego niemieckich zbrodni w fordońskiej Dolinie Śmierci. Krzysztof Drozdowski jest prezesem Fundacji Historycznej imienia Mariana Rejewskiego, sekretarzem Stowarzyszenia Patriotyzm i Wolność oraz członkiem Stowarzyszenia Historyków Wojskowości oraz Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy.
Jest też kolekcjonerem archiwalnych fotografii Bydgoszczy. Dzisiaj Krzysztof Drozdowski przygotował dla państwa audycję o zbrodni, która dawno, bardzo dawno temu wstrząsnęła Bydgoszczą i stała się sławna na cały kraj. Zapraszam państwa na opowieść o Rączce.
[21:25] - W kieszeni nosił łom, który od dłuższego czasu był jego nieodłącznym towarzyszem. Do Bydgoszczy przyjechał, by zabić, a zbrodnia, której się dopuścił, wstrząsnęła całym miastem. Bydgoszczanie domagali się zemsty. W tym przypadku zemsta równała się też sprawiedliwości. Nazywam się Krzysztof Drozdowski i zapraszam na historyczne wędrówki. Rok 1960 zapisał się w historii Bydgoszczy wieloma ciekawymi wydarzeniami. W nocy z 5 na 6 lutego niebo nad centrum miasta zostało rozświetlone przez łunę ognia. Doszło wówczas do pożaru dwóch z pięciu stojących nad Brdą spichrzów zbożowych. Z ogniem walczyło ponad 250 strażaków z Bydgoszczy, Inowrocławia, Torunia, Koronowa i Nakła. Porywisty wiatr utrudniał zadanie, wciąż podsycając ogień.
Na moście na Brdzie zebrał się tłum gapiów. Zresztą nie tylko tutaj. Ludzie tłoczyli się też na drugim brzegu rzeki oraz na Moście Bernardyńskim. Każdy chciał podejść tak blisko, jak tylko się dało. Zaledwie 10 dni wcześniej wszystkie spichrze zostały wpisane do rejestru zabytków. Ich wartość dla miasta wówczas była już tylko symboliczna. Jednak to właśnie one kilkaset lat wcześniej powodowały, że miasto się bogaciło. Magazyny portowe, bo takie było przeznaczenie tych obiektów, ciągle były zapchane różnego rodzaju towarami. Nie może więc dziwić, że szybko stały się symbolem miasta i jego dobrobytu. Symbolem zresztą pozostają do dziś, znajdując się w oficjalnym logo miasta.
W trakcie pożaru, jak i akcji gaśniczej wykonano zaledwie kilka fotografii. Ówcześni reporterzy narzekali, że było tak zimno, że zamarzały im migawki aparatów. Po pożarze władze miasta zdecydowały o wyremontowaniu pozostałych budynków. Niestety na odbudowę dwóch spalonych nie było już środków. Ich brak odbija się jak czkawka w miejskiej historii. W kolejnych dniach i miesiącach życie w mieście nadal toczyło się intensywnie. 29 marca do Bydgoszczy przyjechał premier Józef Cyrankiewicz, który na sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej ogłosił decyzję o powstaniu Akademii Medycznej. Jednakże faktyczna realizacja tego postulatu została odłożona w czasie, co było spowodowane koniecznością wyszkolenia odpowiedniej kadry dydaktycznej. W kwietniu w Zakładach Radiowych Eltra rozpoczęto produkcję telewizorów typu Szmaragd 902. Był to siedemnastocalowy telewizor z lampą kineskopową.
Pozwalał na odbiór dwunastu kanałów. Części do tego modelu pochodziły z Warszawskich Zakładów Telewizyjnych. Wybudowano również wersję dwudziestojednocalową, której nadano nazwę Klejnot. Na nowych telewizorach bydgoszczanie mogli też oglądać od dwudziestego listopada program telewizyjny nadawany przez nadajnik zlokalizowany przy ulicy Romualda Traugutta. Fani motoryzacji zaś mogli się cieszyć z rozpoczętej w Zakładach Rowerowych Romet produkcji motoroweru Komar. Niestety, z powodu niskiej jakości towarów aż dwadzieścia procent wyprodukowanych pojazdów wracało do zakładu w ramach reklamacji. Wszystkie te wydarzenia były ważne w historii miasta. Jednak pomijając pożar dwóch spichrzów nad Brdą, żadne z nich nie spowodowało tak dużego zainteresowania mieszkańców jak zabójstwo dwojga rodzeństwa: Gabrieli i Pawła Trieblerów. Była to zbrodnia, która wstrząsnęła miastem. Wieści o tym, że Piotr Triebler po śmierci pozostawił żonie Cecylii swój zakład kamieniarski oraz spory majątek — co wcale nie odpowiadało prawdzie — rozeszły się w niespodziewany sposób po całym kraju.
Co było przyczyną, że w różnych miastach, choćby tak odległych od Bydgoszczy jak Tarnów, dyskutowano o wysokości majątku? Tego zapewne się już nie dowiemy. Informacje były jednakże na tyle powszechne, że rozmawiano o nich nawet wśród więźniów tamtejszego więzienia. I to właśnie w nim Tadeusz Rączka dowiedział się o całej sprawie. Po wyjściu z więzienia to właśnie w Bydgoszczy upatrywał odmiany swojego losu. Praktycznie zaraz po przyjeździe do Bydgoszczy Rączka swoje kroki skierował do zakładu kamieniarskiego przy ulicy Dworcowej dziewięćdziesiąt cztery, prowadzonego wówczas przez Cecylię Triebler. Aby nie wzbudzać podejrzeń, chciał złożyć zamówienie na wysokiej jakości kamień na nagrobki. Właścicielka jednak nie mogła dokończyć biznesu w zakładzie. Zaprosiła mężczyznę do swojego domu na godzinę dwudziestą pierwszą. Praktycznie zaraz po przyjeździe do Bydgoszczy Rączka swoje kroki skierował do zakładu kamieniarskiego przy ulicy Dworcowej dziewięćdziesiąt cztery, prowadzonego wówczas przez Cecylię Triebler.
Pech chciał, że zakład był zamknięty, jednakże na drzwiach Rączka dostrzegł kartkę z napisem podającym adres Długosza cztery. To w prywatnym mieszkaniu Cecylia przyjmowała interesantów. W trakcie spotkania przy ulicy Długosza Cecylia Triebler poinformowała Tadeusza Rączkę, który wykazywał zainteresowanie złożeniem dużego zamówienia kamieniarskiego, o tym, żeby spotkali się ponownie o godzinie dwudziestej pierwszej. Wcześniej, jak powiedziała, miało jej nie być w domu. To był poważny błąd. Rączka jednak nie miał zamiaru czekać do tej godziny. Zjawił się w mieszkaniu przy ulicy Długosza cztery kwadrans po dwudziestej. Chwilę trwało, aż ktoś otworzył drzwi. Pojawił się w nich młody, zaledwie czternastoletni chłopak o imieniu Paweł. Rączka długo się nie namyślał.
Wepchnął się do mieszkania, wyciągnął łom i uderzył nim chłopca w głowę. To go skutecznie ogłuszyło. Jak później zezna, był to impuls powstały na skutek odrzucenia jego prośby o jedzenie i udzielenie pożyczki. Po zamordowaniu chłopaka Rączka zajął się przebywającą w drugim pokoju młodą Gabrielą. Tu jednak nie poszło mu tak łatwo. Dziewczyna pomimo znacznej różnicy siły starała się walczyć o swoje życie. Rączka jednak był, co oczywiste, znacznie silniejszy i w dodatku posiadał łom, którym aż pięciokrotnie uderzał Gabrielę w głowę. Gdy dziewczyna już zupełnie opadła z sił, tracąc przytomność po kolejnym uderzeniu, przestała stwarzać dla napastnika zagrożenie. Pomimo tego ten wyjął z szuflady zwykły nóż obiadowy i poderżnął jej gardło. W trakcie przesłuchań Tadeusz Rączka wielokrotnie zmieniał kolejność wydarzeń.
Raz drzwi otwierał mu Paweł, raz Gabriela. Która z wielu przedstawionych wersji była prawdziwa? Dopiero gdy było pewne, że dzieci nie żyją, morderca rozpoczął przeszukiwanie mieszkania. Robił to jednak na tyle nieudolnie, widocznie w pośpiechu przed mającą się zjawić lada chwila w domu ich matką, że nie znalazł żadnych pieniędzy ani kosztowności. A może ich tam zwyczajnie nie było? Zastanówmy się chwilę, kim były ofiary. Osiemnastoletnia Gabriela szykowała się do egzaminu maturalnego. Zamierzała dalej studiować konserwatorstwo na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Poza tym była aktywna sportowo. Była zawodniczką Zrzeszenia Sportowego Budowlani.
Specjalizowała się jako dyskobolka, ale trenowała też pchnięcie kulą. Jej brat, czternastoletni Paweł, był uczniem Liceum Sztuk Plastycznych imienia Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Chciał pójść w ślady zmarłego w 1952 roku ojca, który był artystą rzeźbiarzem. Wróćmy do wydarzeń przy ulicy Długosza. Zbrodnię odkryła Cecylia Triebler po powrocie do domu. Wybiegła na klatkę schodową i krzyczała, czym wzbudziła zainteresowanie sąsiadów. Ci niemal natychmiast zawiadomili milicję, która przystąpiła do poszukiwań mordercy. Zrozpaczona kobieta od razu pomyślała, że może nim być mężczyzna, który wcześniej odwiedził ją w zakładzie i z którym umówiła się w domu na dalsze negocjacje. Podała jego rysopis. Wysoki około metr siedemdziesiąt, szczupły, lat około dwadzieścia pięć do trzydzieści, w ciemnym płaszczu, sweter koloru brązowego pod szyją wywijany, czarne obuwie.
O zbrodni poinformowano wszystkie posterunki Milicji Obywatelskiej w mieście oraz komendy powiatowe i komendę wojewódzką. Mieszkańcy miasta dotąd nie widzieli jeszcze tak sprawnie przeprowadzonej akcji poszukiwawczej. Zamknięto drogi wyjazdowe z miasta, obstawiono dworzec PKP, na ulice wyszły liczne patrole piesze oraz wyjechały niemal wszystkie radiowozy. Reszta milicjantów rozpoczęła przeszukiwanie hoteli i domów noclegowych. Rozpytywano napotkanych ludzi. Padały różne odpowiedzi, wskazania tropów. Informacje nadchodziły również od kursujących po mieście taksówkarzy. Morderca tymczasem sukcesywnie oddalał się od miasta. Został zauważony przez dróżnika kolejowego, który poinformował o tym dyżurnego z komisariatu kolejowego Milicji Obywatelskiej w Bydgoszczy. Ten z kolei przekazał informację do Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej.
Przyjmujący zgłoszenie natychmiast wysłał na miejsce patrol milicyjny, który po dotarciu na miejsce już nie zastał tajemniczego mężczyzny. Wkrótce jednak kolejni kolejarze raportowali, że widzieli tego osobnika, który zmierza w stronę Maksymilianowa i dalej w stronę Kotomierza. Pętla się zaciskała. Jako że wysłany na miejsce radiowóz ze względu na złe warunki terenowe przy torach nie mógł dojechać do samego toru, podjęto decyzję, by przeciąć mu drogę. Milicjanci wyjechali więc w stronę tej małej miejscowości leżącej na północ od Bydgoszczy. Kapitan Srokowski, który nadzorował z centrali całą akcję, tak wspominał to wydarzenie: “Po jakimś czasie otrzymałem wiadomość drogą radiową od kierowcy radiowozu Jędrzkiewicza, że radiowóz znajduje się na stacji w Kotomierzu, natomiast patrol udał się torami naprzeciw w celu zatrzymania podejrzanego.” Tak jak podano to w wiadomości radiowej, milicjanci wysłani na miejsce tuż przed stacją kolejową w Kotomierzu weszli na tory. Po chwili ich oczom ukazał się ubrany w kobiece futro mężczyzna. Już samo to byłoby dobrym powodem, by go zatrzymać. Na szyi miał przewieszony aparat fotograficzny. Śmiało więc można było pokusić się o stwierdzenie, że zarówno futro, jak i aparat mogą pochodzić z kradzieży.
Do zatrzymania dwudziestodwuletniego Tadeusza Rączki doszło dokładnie o godzinie pierwszej czterdzieści w nocy. Przewieziono go następnie do Komendy Miejskiej MO na przesłuchanie. Tam zatrzymany kluczył, nie przyznawał się do winy. Potem zwalał ją na dwóch rzekomych towarzyszy. Ostatecznie pękł. Przyznał się do zamordowania Pawła i Gabrieli Triebler. W trakcie jednego z późniejszych przesłuchań przedstawił następująco te wydarzenia: “Gdy zadzwoniłem do mieszkania, otworzyła mi drzwi dziewczyna, o ile się nie mylę. Poprosiła mnie do pokoju. Po chwili wyszła do innego pokoju. Widziałem, że ten chłopczyk leżał na tapczanie.
Gdy ja wszedłem do pokoju, on wstał z tapczanu i poczęstował mnie papierosem Grunwaldem z pudełka stojącego na stole, przy którym siedziałem. Następnie położył się na tapczan i czytał prawdopodobnie książkę. Po chwili do tego pokoju przyszła jego siostra Gabriela i rozmawiała ze mną. Chłopczyk ten jadł coś na tapczanie, a Gabriela ze mną rozmawiała. Ja poprosiłem ich, ażeby mi dali coś zjeść, bo jestem głodny i prosiłem, żeby pożyczyli mi pieniędzy na pociąg. Obiecałem im, że pieniądze im oddam. Wspomniałem, ażeby mi pożyczyli z pięćdziesiąt złotych, to mi do Warszawy na pociąg wystarczy. Nie ujawniałem jednak tego, że sprawa związana z zamówieniem tego pomnika polega na moim zmyśleniu.” Na moją prośbę, o której wspomniałem wyżej, dziewczyna, jak i chłopczyk roześmiali się i ta dziewczyna oświadczyła, że dla żebraków nie ma tu miejsca. Dziewczyna z tego pokoju gdzieś wyszła, a chłopczyk siedział na tapczanie. Coś jadł podobnego do śliwek.
W pewnym momencie pokazał jedną śliwkę na łóżce mnie i powiedział: „Ale dobre”. W tym czasie nie mogłem powiedzieć, co się ze mną stało. Nie panowałem nad sobą. Wyjąłem łom z kieszeni od płaszcza, doleciałem do tego chłopca i uderzyłem go łomem w głowę. Ile razy go uderzyłem? Nie wiem już, ale o ile się nie mylę, to uderzyłem go tylko jeden raz w głowę. On w tym czasie siedział na tapczanie, a po uderzeniu przewrócił się w znak. Nie krzyczał już. W tym czasie do pokoju tego nadbiegła jego siostra Gabriela i zaczęła krzyczeć na mój widok. Ja nie wiedziałem, co dalej robić i przypuszczam, że w tym momencie również uderzyłem ją tym łomem w głowę.
Gabriela uciekała do pokoju sypialnego z krzykiem, a ja poleciałem za nią. Gabriela broniła się przede mną. Pamiętam jedynie, że szarpaliśmy się oboje w sypialni. Jaki styl był jej obrony nie pamiętam już, ale wiem, że mnie od siebie odpychała, a nawet uderzyła mnie ręką gdzieś. Nie pamiętam, kto z nas przewrócił się w czasie tej szarpaniny na łóżko. Wiem tylko, że w sypialni uderzyłem ją tym łomem żelaznym w głowę. Kategorycznie zaprzeczam temu, jakobym usiłował ją zgwałcić. Na skutek uderzenia ją łomem żelaznym w głowę w pokoju sypialnym ponownie Gabriela przewróciła się na podłogę koło drzwi wyjściowych do przedpokoju. Ja wciągnąłem ją do pokoju stołowego za drzwiami. Nie widziałem w tym czasie, czy Gabriela jeszcze dawała znaki życia.
Po tym wszystkim pobiegłem do kuchni, bo były otwarte do kuchni drzwi i widziałem leżący tam nóż. Wziąłem ten nóż i poderżnąłem Gabrieli leżącej na podłodze gardło. Nie pamiętam już tej chwili, gdy poderżnąłem jej gardło. A czy Gabriela jeszcze żyła, czy też nie? O niej też już nie pamiętam. Czy w czasie podrzynania jej gardła krzyczała, bądź też rzucała się jeszcze? O ile się nie mylę, to po poderżnięciu gardła Gabrieli udałem się jeszcze do leżącego chłopczyka. Nie widziałem, by dawał znaki życia. Widziałem, że koło niego jest piecyk elektryczny. Wziąłem ten przewód elektryczny od piecyka i tym przewodem zadzierzgnąłem go jeszcze w ten sposób, że owinąłem nim jego gardło w taki sposób, że o ile jeszcze żył, to został uduszony.
Mieszkańcy Bydgoszczy domagali się rozprawy w trybie nadzwyczajnym, a to oznaczało jedynie trzydniowy proces i karę śmierci. Wszyscy byli oburzeni. Na pogrzeb stawiło się około pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Podstawiono specjalne autobusy. Proces był krótki. Oskarżycielem był prokurator Adolf Lewandowski, który domagał się tego, co większość bydgoszczan chciała, czyli kary śmierci. W trakcie procesu Rączka ponownie próbował się wybielać. Umniejszał swoją winę, wskazywał, że sam jest poszkodowany. Dopiero trzeciego dnia, gdy już miał pewność, że nie uniknie kary, przyznał się i prosił o łaskę. Nic z tego.
Wyrok zapadł. Kara śmierci. Skazanego przewieziono do aresztu śledczego w Gdańsku, gdzie wykonano wyrok przez powieszenie. Program powstał na podstawie książki Krzysztofa Drozdowskiego pod tytułem „Stryczek dla Rączki. Rekonstrukcja zbrodni, która wstrząsnęła Bydgoszczą”. Wydawnictwo Brda, Bydgoszcz 2024.
[40:59] - Atmosfera była mroczna. No to pogłębmy jeszcze ową mroczność, bo dzisiaj w Filmotekarium wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy film w miarę nowy „Nosferatu”. Ja wiem, że tych „Nosferatu” w swoim czasie było sporo, ale to jest najnowszy „Nosferatu”, w dodatku nawiązujący do dzieła klasycznego, dzieła z pierwszej połowy XX wieku. Czy to był film udany? Czy warto pójść do kina? Czy warto spojrzeć na ekran? A tego dowiecie się Państwo już za kilka minut. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium.
Dzisiaj będzie, chciałoby się powiedzieć, że klasycznie, chociaż nie do końca. Brzmi tajemniczo? No to jeszcze chwileczkę potrzymamy państwa w niepewności. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[42:03] - Dzień dobry wieczór. Witam, witam wszystkich. To ja się wyłamię i powiem, że dzisiaj mówimy o „Nosferatu”, a konkretnie o amerykańskim filmie grozy w reżyserii Roberta Eggersa z roku 2024, czyli o tym „Nosferatu”, który był niedawno w kinach. W niektórych może jeszcze jest. I powiem ci, Marku, że niby o remake’ach trudno jest mówić, dlatego że w przypadku „Nosferatu” wszyscy wiedzą, o czym ten film jest, czego się spodziewać. Ale byłem zaskoczony tym, jak duży oddźwięk on wywołał. Czasami nawet mnie to bawiło, jak-
[42:40] - Próbowano ugryźć tą interpretację, ale okazuje się, że jednak się da.
[42:45] - Da się, bo ten film robi wrażenie. Aczkolwiek ja jestem niewdzięcznym przedmiotem takich eksperymentów, ponieważ jestem zdeklarowanym miłośnikiem filmów akcji. Tu o takiej akcji trudno właściwie mówić. Film toczy się raczej tak nieśpiesznie, może nie ma w nim jakichś brawurowych pościgów, natomiast ten film czaruje obrazem, czaruje jakimś takim gotyckim nastrojem. I muszę powiedzieć, że przynajmniej po części ten film mnie zaczarował. Nie, żebym porzucił kino akcji. Nie, ale mimo wszystko chylę czoła. I tak jak powiedziałeś Piotrze, to jest film, który nie zaskakuje treścią, bo historia jest znana od kilkudziesięciu lat. Film jest powtórzeniem obrazu, który powstał w roku 1922. Myślę, że to jest film, który sprawdza się tak wizualnie, optycznie.
W kilku momentach byłem autentycznie zaskoczony, jak można oddać nastrój grozy. Co więcej, zacząłem sobie sięgać pamięcią do różnych obrazów i do różnych książek. Te sceny, które rozgrywają się na zamku w odległej Transylwanii, to muszę powiedzieć, że przypominały mi — to luźne skojarzenie, proszę go nie traktować zbyt głęboko — była taka książka "Tytus, Groan" i kolejne części. No to jakby z tamtej książki wyciągnięte obrazy sal, obrazy korytarzy, tego wszystkiego, co na tym ponurym zamczysku się dzieje. W dalszym ciągu chylę czoła.
[44:56] - Tak jak powiedzieliśmy i to żadną tajemnicą nie jest, że od początku wiemy, o czym "Nosferatu" będzie, że to będzie film o Thomasie Hutterze, którego żona, taki gotycki, smętny motyl, była kiedyś kochanką wampira, który przypadkiem potem okazuje się jego klientem. Oczywiście jest to hrabia Orlok, potomek Beliala, który jedzie do Niemiec, niosąc ze sobą zarazę. Film Eggersa nie jest stuprocentowo wierną kopią "Symfonii grozy". Różnią się personalia niektórych bohaterów, różnią się niektóre wątki, ale to generalnie robi wrażenie. Ten film jest dobry i jego się dobrze ogląda. To jest taki typowy film dla relaksu. Taki weekendowy film. Ja to tak nazywam. Powiem ci, Marku, że ja też nie jestem wielkim zwolennikiem filmów kostiumowych ani historycznych. To znaczy niektóre są okej, ale w przypadku horrorów przeniesienie akcji w przeszłość nie zawsze wychodzi.
Tutaj w przypadku "Nosferatu" nie widzimy tego wrodzonego ciężaru filmu historycznego. Akcja się toczy wartko, bohaterowie się też zachowują według współczesnych standardów. To znaczy nie mamy takiego wrażenia, że to jest jakieś takie teatralne. Sami wiecie, jak wyglądają filmy kostiumowe. A ja mówię, że nie lubię filmów kostiumowych, a jednym z moich ulubionych filmów jest "Lalka" na przykład w reżyserii Hasa i "Noce i dnie". No to dobrze. Nie lubię horrorów kostiumowych, powiedzmy. Dodatkowo "Nosferatu" temu nowemu dużo charakteru i uroku nadaje Willem Dafoe w roli chciałoby się powiedzieć Van Helsinga, ale de facto doktora Albina. Ale to nieważne. Ja bym chciał powrócić jeszcze do "Symfonii grozy", bo nie chcę wyjść na prehistorycznego dinozaura i powiedzieć: "Kiedyś, w 1922 roku to filmy kręcono horrory prawdziwe, nie to co teraz." "Symfonia grozy", drodzy Państwo, była kawałem solidnej roboty moim zdaniem.
Oczywiście nie ma co porównywać tamtej wersji z późniejszymi wersjami "Nosferatu", ale mam gdzieś takie wrażenie Marku, że tamten wąpierz, tamten Orlok trochę był straszniejszy niż ten współczesny. Ten Nosferatu nowy jest bardzo sarmacki, jest nawet bardzo kozacki, ale on wizualnie straszny nie jest. On jest straszny dźwiękowo. Wydaje bardzo charakterystyczne dźwięki, ale on wizualnie nie za bardzo straszy. Może on po prostu za bardzo przypomina któregoś z bohaterów ekranizacji trylogii Hoffmana i nam się to opatrzyło. On jest inny od Orloków ze starszych filmów. Nie oznacza to jednak, że on wypada źle. To jest oczywiście dobrze zgrany z całością, ale tego bym się czepił. Dodatkowo to jest gotycki klasyk. Tam nastrój grozy jest wbudowany i dobrze się to dlatego ogląda.
Chociaż powiem ci też, że niekiedy musimy wierzyć bohaterom, jak bardzo groźnie i mrocznie jest. Mnie bardzo w "Nosferatu" i to w sumie we wszystkich ekranizacjach oddziałuje ten nastrój, że coś idzie, coś się zbliża i to widać. To widać także w tej nowej ekranizacji. Chciałbym jeszcze odnieść się do czegoś, na co zwróciłeś uwagę. Do tego zamku Draculi. On robi wrażenie, ale ze środka, z wewnątrz. Z wewnątrz jest taki już trochę bajkowy, nierealistyczny, coś w nim uderza. Nie wiem dlaczego odniosłem takie wrażenie. Podobnie ruina, którą zakupuje Orlok w Niemczech, gdzie zamierza się osiedlić. To jakoś mi się rzuciło w oczy na tle stylistyki całego filmu.
I jeszcze jedna rzecz: groza krainy, w której wampir mieszka. My otrzymujemy kilka mocnych scen. Hutter wybiera się tak naprawdę na krańce ówczesnej Europy, na krańce europejskiej cywilizacji. Dalej to już jacyś Turcy są. Tak naprawdę jakoś ja tam słabo odczuwałem egzotykę tego miejsca. Oczywiście było kilka mocnych scen, ale to wszystko. To kolejny mały minusik. Z innych rzeczy, których się można czepić: wydaje mi się, że nieco więcej pietyzmu oni mogli włożyć w te sceny, które się rozgrywają na statku, kiedy się przewozi wampirza do Niemiec. Też by to nadało filmowi na pewno, może więcej akcji by było, może to by było jeszcze bardziej zagadkowe. Tam to się wszystko tak odbyło, że po prostu niektórych zeżarł, inni umarli i tyle.
Rzecz, której się jeszcze Marku muszę czepić, która mnie zawsze bawi w filmach hollywoodzkich, amerykańskich, czyli taka sytuacja, kiedy przykłada się na przykład pochodnię do kamienia albo do byle czego i to się od razu zapala. Od razu się zapala coś, co nie jest ani papierem, ani firanką. Tutaj, kiedy nasi bohaterowie niszczą grobowiec potwora, podpalają jakąś kamienną piwnicę samym przyłożeniem ognia. Na tle tego wszystkiego, co się do tej pory zdarzyło przed podpaleniem tego grobowca, kiedy się to wszystko naprawdę fajnie układało, to już takie typowe American story, że na końcu się wszystko musi zawalić, pierdyknąć najlepiej i żeby spłonęło. Dobrze, że w tamtych czasach nie było bomby atomowej, bo pewnie Van Helsing by tam ją podłożył.
[50:24] - Zgodnie z teorią, że bomba atomowa w amerykańskich filmach rozwiązuje wszelkie problemy. Ale wracając do tego, o czym powiedziałeś, ja myślę, że pewne, jak to ująłeś, mankamenty wynikają z tego, że współczesny reżyser, odnoszę wrażenie, że on wielkim szacunkiem, takim głębokim szacunkiem obdarza ten film Murnaua, jeżeli dobrze wymawiam nazwisko reżysera tej dawnej wersji z lat 20. I chyba nie chciał pójść dalej albo nie chciał zbyt mocno odstąpić od tamtej wersji. Widać, że niektóre sceny są mocno inspirowane tamtym filmem. To chyba dobrze. To znaczy przy wszystkich tych wątpliwościach, które zgłosiłeś, ja jednak byłem pod urokiem pewnej plastyczności, wizyjności tego filmu. Film kostiumowy, ale jednocześnie ta kostiumowość to przeniesienie nas do początków XIX wieku jakoś specjalnie nie razi. Dostajemy krajobrazy, dostajemy obrazy miasta ówczesnego, dostajemy wreszcie obrazy ludzi, pewnych zwyczajów, pewnych wnętrz. I ja lubię szukać w takich wnętrzach, w takich krajobrazach, w takim środowisku miejskim dziury, jakichś elementów, które nie pasują. Muszę się przyznać do porażki.
Z dużym pietyzmem to wszystko było robione. Ja oczywiście nie mam materiału porównawczego. Nie wiem, jak tak do końca i zupełnie do końca wyglądało miasto na początku XIX wieku, nawet jeśli to było niemieckie miasto. Nie wiem, jak wyglądało, ale obraz, który dostajemy w filmie, jest na tyle plastyczny, na tyle przekonujący, że ja po prostu przyjąłem, że tak niemieckie miasto mogło wyglądać. Tak mogli wyglądać ludzie, którzy się tam przechadzali, zarówno kiedy było miasto w rozkwicie, jak i wtedy, kiedy szalała po ulicach zaraza. To wszystko wyglądało dosyć naturalnie, co nie zawsze się sprawdza. Ja wiem, że współczesne kino to potęga, a efekty różnego rodzaju są w stanie zaczarować widzów. Niemniej jednak nie zawsze to wychodzi. W tym filmie, to jest moje wrażenie, w tym filmie się udało. Mam takie przekonanie, że pod względem plastycznym ten film może niejednego rzucić na kolana.
Ale właśnie ktoś mi kiedyś powiedział, że ja o sprawach plastycznych i o sprawach takich związanych z pewnym takim obrazowaniem filmowym nie powinienem się wypowiadać, bo po prostu moje gusta są nie do końca sprecyzowane, a właściwie nie tyle sprecyzowane, co nie do końca odszlifowane i wyszkolone. Przyjmuję to z pokorą. Być może, ale mogę mówić o swoich wrażeniach i te wrażenia są jak najbardziej dobre. Ja za obrazy ten film polubiłem.
[53:58] - Też nie ma się co czarować, że „Nosferatu" ma jakieś głębokie przesłanie. To jest po prostu dobra historia, która pewnie jeszcze będzie przekładana przez reżyserów na ich własne interpretacje. Tutaj powiedziałeś, że może nie powinniśmy się o niektórych rzeczach wypowiadać. Ja myślę, że filmy nie są dla filmoznawców i filmoznawcy, kiedy się ich słucha, to myślę, że oni czasami dopisują sobie ideologię do części ciała, jak to mawiasz. Często czuję się wtedy jak na języku polskim w liceum, kiedy ktoś mi próbował wmówić, co pijany poeta miał na myśli na przykład. W „Nosferatu" jest tak, że to jest fajna historia, dobrze się to ogląda. I kiedy powiedziałem, że niektóre interpretacje, które usłyszałem, mnie śmieszyły, odnosiłem się właśnie do poszukiwania jakichś tam dzyndzli metafizycznych czy odnośników do współczesności, do roli kobiety i tak dalej. Nie, drodzy Państwo, to jest fajny film i tutaj dopisywanie jakichś interpretacji do wampira, do hrabiego Orlok świadczy tylko, że ktoś ma trochę nie po kolei w głowie. To jest moje prywatne zdanie. Tutaj wszystko niby zagrało, wiadomo, że na koniec było jak było.
I normalnie powiem ci Marku, że bym wybrzydzał, bo ja nie jestem fanem filmów o wampirach. W sumie takich dobrych jest mało. Moim zdaniem twórcy trochę nadwyrężyli wąpierza, muszą się natrudzić, żeby ukontentować starych wyjadaczy. Ja też doskonale wiem, że wampiry po prostu niektórych ludzi z samej swojej natury przerażają i Hollywood z tego przez długie lata bardzo mocno korzystało. W sumie powiem ci, że nawet chyba tak całkiem niedawno skończył się taki boom na filmy wampiryczne. Także podsumowując, „Nosferatu” u mnie na wielki plus. Można to obejrzeć. Myślę, że nawet to się da obejrzeć więcej niż raz. Tylko czy przypadkiem tajemnica sukcesu tej i innych ekranizacji nie tkwi w tym, że to jest po prostu bardzo dobrze skrojona, prosta, uniwersalna historia gotycka, nieprzesadzona, której interpretację filmową można dopasować do gustów ludzi żyjących w naprawdę różnych epokach. Ba, może nie epokach, dziesięcioleciach.
[56:24] - Powiem ci, że sporą rolę, jeszcze raz wrócę tak obsesyjnie troszeczkę wrócę do tej wizualności filmu. To dużą robotę robi. Tu się odwołam i podeprę troszeczkę zdaniem Davida Rooneya. To jest człowiek, który pisze dla The Hollywood Reporter i on napisał coś takiego, że ten film jest ekscytujący, odpychający i piękny. A potem dodał jeszcze: to ekscytujące doświadczenie filmu, który tak pewnie buduje i utrzymuje strach, jest tak hipnotycznie przerażający, że chwyta za gardło i nie puszcza. Oczywiście to zdanie przytoczone jest pełne patosu, takiego recenzenckiego patosu, ale coś jest w tym, że rzeczywiście ta historia, jak podkreślałeś, dosyć prosta, ale ona jest opowiedziana w taki sposób, za pomocą takich środków filmowych, których nazwy pewno nie znam nawet, ale działały skutecznie. I ten film, który nie jest krótki, to od razu podkreślam. Niektórzy nawet pisali w czytanych przeze mnie komentarzach, że mógłby być troszeczkę krótszy. To kwestia gustu. Natomiast ten film zdecydowanie może rzucić na kogoś czar i ta jego wizualność, tak się przyczepiłem tej wizualności, ale chyba ona mnie najbardziej w tym filmie oczarowała.
Gra aktorów okej, było fajnie, ale ta wizualność, zarówno ta miejska, tego niemieckiego miasteczka, jak i tej dziczy transylwańskiej robi wrażenie. Nawet ten zamek, który jak powiedziałeś troszeczkę jest taki baśniowy, to kiedy przestaje być baśniowy, kiedy odsłania swoje mroczne wnętrza, to jest jakiś rodzaj grozy. Okazuje się, że człowiek lubi się bać, tylko trzeba mu dać dobry powód do tego, żeby się zaczął bać. Nie żeby to był jakiś taki strach dojmujący, który państwa wgniecie w fotel i każe zasłaniać sobie oczy. Nie, ale stan takiego napięcia, że czujecie państwo na kręgosłupie, że coś jest, jakiś ciężar. To jest tego rodzaju film i bardzo dobrze. Kolejny temat będzie przerażająco aktualny. Tak, aktualny, bo nie wiem jak państwo, ale ja cały czas mam wrażenie, że ktoś na tym najpiękniejszym ze światów bardzo się uparł, żeby wszystkich nas wpędzić w w. Znowu nie mogę wypowiedzieć tego słowa głośno, ponieważ algorytm czuwa. Ale wiecie państwo, coś na wypadek w.
I dzisiejszy odcinek audycji „Bez Tajemnic” będzie właśnie mówił o w i świecie duchowym. Zapraszam.
[59:55] - Na portalu Onet pojawił się artykuł, w którym pani Agnieszka, dziennikarz, zadała pytanie księdzu Adamowi Jabłońskiemu: czy zabijanie na wojnie w obronie własnej to grzech? Ksiądz Adam Jabłoński odpowiedział: nie. Każdy rozsądny człowiek wie, że odpowiedź jest oczywista. To nie jest grzech. Masz prawo, a nawet obowiązek bronić swojego terytorium i swojej rodziny, swoich bliskich, swojego domu. Nikt nie ma prawa wchodzić do twojego domu bez twojego pozwolenia. I ten artykuł, i ta odpowiedź nakłoniły mnie, aby ostatecznie nakręcić niniejszy odcinek wideobloga, do którego zresztą już się zbierałem od jakiegoś czasu, ale jednak potrzebowałem także kolejnego impulsu, którym był komentarz jednego z moich widzów pod jednym z materiałów wideo, w którym zapytał, czy przypadkiem niestawianie oporu agresywnemu najeźdźcy nie jest formą samobójstwa. Księga duchów oczywiście porusza temat wojny, ale bardzo krótko
[01:01:03] - Jest tutaj zaledwie kilka pytań, które zostały poświęcone temu tematowi, ale z kolei są także inne pytania, które poruszają inne tematy, również odnoszące się w jakimś stopniu do wojny. Mianowicie Allan Kardec poruszył też temat morderstwa i okrucieństwa. Jak wiadomo, te dwa tematy wiążą się z tym, który nas dzisiaj interesuje. Jeśli chodzi konkretnie o wojnę, jest tutaj pytanie, co do którego mam pewne wątpliwości. Pytanie numer 744: w jakim celu Opatrzność uczyniła wojnę niezbędną? To pytanie jest o tyle dziwne, że sugeruje odpowiedź tak jak gdyby Bóg rzeczywiście zaplanował coś takiego jak wojnę. Jak gdyby rzeczywiście ta wojna zależała od Boga. Ale to jest niemożliwe, ponieważ Bóg nie może czynić niczego złego. Gdyby tak czynił, nie byłby Bogiem. Jest dziwne także dlatego, że ono z niczego nie wynika.
Tutaj podejrzewam, że Allan Kardec przygotowując „Księgę duchów” mógł brać pod uwagę także inne pytania, które jednak ostatecznie wykreślił i zostało coś takiego. Odpowiedź na to pytanie brzmi: by zapanowała wolność i postęp według tłumaczenia Przemysława Grzybowskiego. Ale to też jest dziwna odpowiedź, ponieważ jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Bóg ma do dyspozycji wieczność, to można powiedzieć, że wcale nie musi się nigdzie spieszyć. I jeżeli na przykład założymy, że wiele dzisiejszych wynalazków, tak jak na przykład ten telewizor obok stojący, są w jakimś stopniu wynikiem zaistnienia II wojny światowej czy samoloty odrzutowe i tak dalej, to też możemy zakładać, że nawet gdyby do tej wojny nie doszło, bo przecież nie musiało do niej dojść, ludzkość i tak w którymś momencie doszłaby do tego. Tylko może nie 70 lat temu czy 60 lat temu, czy 50 lat temu, ale na przykład za 50 lat. W skali wieczności ta różnica 100 lat tak naprawdę nie miałaby żadnego znaczenia dla ludzkości. Dlatego Bóg nie mógłby zrobić niczego złego, nawet mając dobrą intencję. Tak samo jak Jezus nie robił niczego złego, nawet stojąc przed swoimi oprawcami, nie zrobił niczego złego, aby się bronić. Kolejne pytanie, 745. Co należy sądzić o kimś, kto wznieca wojnę dla własnego zysku?
Odpowiedź. Ten naprawdę godzien jest kary i będzie potrzebował wielu istnień, by odkupić zbrodnie, których był przyczyną. Będzie bowiem odpowiadać za śmierć każdego człowieka, do której doszło, by zaspokoić jego ambicje. Więc każdy przywódca, który doprowadza do śmierci iluś set, iluś tysięcy, iluś milionów osób, według tego, co jest tutaj napisane, będzie musiał tak naprawdę odkupić śmierć każdej kolejnej osoby. Więc wyrazy współczucia. Kolejny temat, który wiąże się z tematem wojny to morderstwo. Pytanie 746. Czy morderstwo jest w oczach Boga zbrodnią? Odpowiedź. Tak, wielką zbrodnią.
Ten bowiem, kto odbiera życie bliźniemu, przerywa jego karę lub misję, a to jest złem. Pytanie 747. Czy morderstwo zawsze wiąże się z taką samą winą? Odpowiedź. Jak już powiedzieliśmy, Bóg jest sprawiedliwy. Dla niego bardziej liczy się intencja niż sam fakt. Do tego pytania zaraz wrócę. Pytanie 748. Czy Bóg wybacza morderstwo w obronie własnej? Tylko konieczność może usprawiedliwić.
Można jednak i należy chronić swe życie bez zagrażania życiu agresora. Pytanie 749. Czy człowiek winien jest morderstw, do których dochodzi w czasie wojny? Odpowiedź. Nie, jeśli zmusza się go do tego siłą. Jest jednak winien okrucieństwa, którego się dopuszcza i będzie musiał za nie zapłacić. Więc jeżeli człowiek miał intencję, aby kogoś zamordować, aby kogoś zabić, aby znęcać się nad kimś, owszem, poniesie karę. Natomiast jest powiedziane, że człowiek nie powinien zabijać, że człowiekowi nie wolno zabijać. Więc teoretycznie podając za przykład Świadków Jehowy, którzy w czasie II wojny światowej odmawiali wstąpienia do armii, można powiedzieć, że taka właśnie postawa jest tak naprawdę postawą idealną. Człowiek nie ma prawa zabijać drugiego człowieka.
I teraz ktoś może mi powiedzieć, że w takim razie, jeżeli na przykład Polska zostanie napadnięta przez jakiegoś wroga, nie będę tutaj wskazywał palcem, bo niektórzy są akurat na topie. Czy w takim razie powinniśmy się bronić? Według spirytyzmu nie. Według spirytyzmu życie człowieka, gdzie człowiek przecież i tak nie żyje wiecznie na tej planecie, to życie się kończy. Więc utrata życia nie jest czymś ostatecznym, nie jest czymś najgorszym, co może człowieka spotkać. Z duchowego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy na przykład ktoś przeżyje 60 lat, 80, 90, czy może w wyniku wojny zginie, umrze, mając lat na przykład 30 czy 40. Ponieważ plan, którego nie zrealizuje w życiu, tak naprawdę może zostać przerzucony na kolejną inkarnację. Więc tutaj ważniejszy jest sposób, w jaki żyjemy niż to, kiedy umrzemy i w jaki sposób umrzemy. Ja wiem, że to się może wydawać nieludzkie, gdzie na przykład na oczach człowieka zostaje zamordowana jego rodzina, a temu człowiekowi każe się nie reagować. Ale z punktu widzenia duchowości nie jest to tak straszne jak z punktu widzenia człowieka, gdzie widać rozlewaną krew, ból, cierpienie.
Nawet tutaj chciałbym przytoczyć słowa. Tutaj sobie zaznaczę, bo będziemy dalej zaraz kontynuować. Chciałbym przytoczyć fragment „Nieba i piekła”. Mamy tutaj przykład ducha wywołanego w 1862 roku, ducha pana Josepha Bre. Jest to duch, który został sklasyfikowany w kategorii: duchy w średniej sytuacji, czyli ani szczęśliwe, ani nieszczęśliwe. I teraz zostały tutaj podyktowane takie słowa: „Jeśli ktoś chce być uczciwy względem Boga, to nie wystarczy, że przestrzega praw ludzkich. Trzeba przede wszystkim, by nie naruszał praw Bożych. Człowiek uczciwy względem Boga to ktoś, kto jest pełen oddania i miłości, kto poświęca swe życie dobru i w końcu świeci przykładem miłości do Boga i bliźniego. Człowiek uczciwy względem Boga zawsze powinien mieć serce zamknięte przed zarzewiem pychy, zawiści, ambicji. W stosunku do tego, kto go atakuje powinien być cierpliwy i łagodny.
Powinien przebaczać mu w głębi serca, bez przymusu i przede wszystkim bez okazywania tego publicznie, ktokolwiek go uraził. Powinien kochać swego Stwórcę w postaci wszystkich jego stworzeń. Wreszcie powinien realizować tę tak prostą i wielką zasadę obowiązku człowieka: kochać Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego”. I jak widzimy tutaj w tych słowach nie ma miejsca dla zawiści, dla złości względem drugiego człowieka. Oczywiście mówiąc, że należy miłować swojego bliźniego, też nie chodzi o to, żeby drugiego człowieka, tego oprawcę, tego zbrodniarza, który przychodzi do nas, aby wymordować naszych bliskich, żeby kochać go tak samo, jak na przykład kochamy własne dzieci bądź własną żonę. Tutaj bardziej chodzi o formę szacunku, żeby człowiek nawet wbrew sobie, nawet gdyby miał ochotę zadziałać i rzucić się na takiego zwyrodnialca, to chcąc przestrzegać prawa Bożego powinien się od tego powstrzymać. Aby zobrazować fakt, że śmierć człowieka, śmierć żołnierza nie jest taką ostatecznością. Tutaj pragnę wziąć do ręki książkę księdza François Bruyn pod tytułem „Umarli mówią”. Chodzi tutaj o amerykańskiego żołnierza, który w 1942 roku został zabity przez Japończyków. I teraz pada w dżungli trwają walki.
Żołnierz poza swoim ciałem próbuje zrazu na próżno pomóc swoim kolegom. Ponieważ jego wysiłki okazały się bezowocne, rezygnuje i przechadza się po lesie. Po chwili znajduje się w stanie cudownego spokoju. Wśród tej szczęśliwości jawi mu się błyszczący i piękny kształt, który zaprasza go, aby poszli razem pomóc umierającym kolegom. Pojawiał się inny typ dżungli zapełniony mężczyznami wykrzykującymi rozkazy i jęczącymi z bólu. Początkowo wydawało mi się to nie do zniesienia, ale ten, który lśni powiedział mi: „Stań obok tego człowieka, on zaraz z nami będzie”. W sekundę później kula rozerwała mu brzuch i potoczył się do naszych stóp z jękiem. Ten, który lśni pochylił się ku niemu i dotknął jego głowy i oczu. Jego jęki ustały natychmiast i zobaczyłem, jak jego duch opuszcza zmaterializowane ciało. Dołączył do nas blady i przerażony.
Zanim byłem w stanie pojąć, co się zdarzyło, znów znaleźliśmy się w cudownej dżungli. To było wspaniałe. Ten przykład pokazuje, że śmierć żołnierza, śmierć człowieka nie jest niczym — nie chcę powiedzieć niczym strasznym, nie chcę bagatelizować — ale z punktu widzenia duchowego naprawdę nie jest to tak okropne, jak wydaje się nam, ludziom, którzy jesteśmy tutaj i cierpimy z powodu głodu, z powodu zimna, z powodu bólu. Równocześnie trzeba podkreślić — i tutaj właśnie muszę odpowiedzieć od razu na pytanie mojego widza — że postawa, gdzie człowiek nie chce, nawet kosztem swojego życia, obronić się przed oprawcą, nie jest samobójstwem. Ponieważ ostatecznie to nie my mamy wpływ na to, czy przeżyjemy, czy nie. To drugi człowiek. Drugi człowiek w tym momencie decyduje o tym, czy zostaniemy unicestwieni, czy nie. Dlatego to nie jest samobójstwo. Na moim kanale na YouTubie jest jeszcze inny materiał pod tytułem „Niemiec”, w którym również poruszam tematykę wojny. Zachęcam, jeżeli ktoś chce jeszcze troszeczkę bardziej zgłębić ten temat.
No i zobaczymy co będzie dalej. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:13:28] - Czy lubicie państwo komiksy? Ja lubię średnio, ale są takie, do których mam szczególny sentyment. Jednym z takich komiksów jest „Tytus, Romek i Atomek”, a to jest świetna okazja, żeby wspólnie z Piotrem Cielebiasiem odpalić kolejny odcinek Sentymentalnika. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:13:57] - Witam, witam wszystkich.
[01:13:59] - Dzisiaj będziemy uczłowieczać Tytusa. Będziemy to robić we dwójkę, Piotr i ja. Weźmiemy sobie jeszcze do pomocy Romka i Atomka.
[01:14:14] - Tak. Tytus jaki jest, każdy widzi, ale zacznę od małego zwierzenia. Moim zdaniem, Marku, to jest oparte o moje osobiste wrażenia, może inni mieli inaczej, ale w moim pokoleniu, które Tytusa czytało w latach 90. i 2000, wtedy było to dzieło lekko niedoceniane. Spróbuję to skonkretyzować. Niby w tym kraju każdy słyszał o Tytusie de Zoo i o Papciu Chmielu. Tytus jest rozpoznawalnym znakiem, nawet marką, elementem popkultury wręcz, ale w moim pokoleniu, jeżeli ktoś został zarażony tym komiksem, to go czytał. Natomiast jeżeli go nie znał, to podchodził tak jak pies do jeża — tak to powiem. Czyli Tytusem trzeba było być zarażonym. Trzeba było tego Tytusa dostać do ręki, żeby się wciągnąć, że tak powiem.
Jakoś mi się wydaje, że w czasach, kiedy on miał dużą konkurencję, na przykład te wszystkie „Kaczory Donaldy” i inne zachodnie komiksy, radził sobie gorzej, miał cięższe podejście. Tak jak mówię, on po 1989 roku spotyka się z dużą konkurencją. Niemniej przez całe dekady pozostaje pozycją kultową na polskim rynku, jest najdłużej wydawaną serią komiksową w Polsce. Jest ostoją specyficznego humorku, jakiego się trudno doszukiwać w innych komiksach. Zauważam, że mówię o Tytusie trochę w czasie przeszłym tak jakby. Ale skoro już, Marku, utrzymujemy tą inteligencką narrację wobec rzeczy, która jest tak naprawdę całkiem zabawna i służy rozrywce, to pójdźmy dalej. Pójdźmy za ciosem, ale wyjdźmy od korzeni. Jak to było z Tytusem w PRL-u? Jaka była jego historia? Jaka była przede wszystkim jego recepcja?
Czy na Tytusa się czytało, czy się o nim mówiło? Kto go czytał przede wszystkim? Bo ja mam wrażenie, że chyba większe dzieci, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Tytusa czytali nawet dorośli.
[01:16:35] - Tak dokładnie było. Tytus objawiał się w dwóch miejscach: w postaci książeczek, które były wydawane i one na początku były wydawane dziwnie, bo jako czarno-białe. To znaczy część rysunków była czarno-biała, część kolorowa. To były oszczędności PRL-owskie. Wiadomo, druk w kolorze droższy. Później to zmieniono. Księgi wydawane w późniejszych latach były już w całości kolorowe, ale te pierwsze właśnie w ten sposób: czarno-białe, kolorowe, czarno-białe, kolorowe. Rozumiecie państwo oszczędności. Tytus — powiedziałem o dwóch miejscach — w postaci książeczek, ale też na łamach „Świata Młodych”. O „Świecie Młodych” już w swoim czasie mówiliśmy.
Tam na ostatniej stronie Tytus od czasu do czasu się pojawiał. Odnoszę wrażenie, że to było miejsce poligonowe dla Papcia Chmiela. On tam rozrysowywał pewne pomysły, bo czasami to, co się ukazywało w „Świecie Młodych”, było troszeczkę inne niż to, co ostatecznie trafiało do książeczek. Były zmiany. Po prostu Papcio Chmiel miał tam mały prywatny poligonik. To chyba dobrze tak naprawdę. Powiem tak, że czytali rzeczywiście i dorośli, i ludzie bardzo młodzi. Ja trafiłem na „Tytusa, Romka i Atomka” przez przypadek. Pewnego dnia w pierwszej połowie lat 70. przyszli dziadkowie do naszego domu i już nie pamiętam, jaka to była okazja, ale dostałem pierwszą.
Tak się złożyło. To nie było tak, że wtedy się ukazała po raz pierwszy. Akurat wtedy była na rynku pierwsza księga. Ksiąg innych była cała masa gdzieś tam. Trudno powiedzieć na rynku, bo jak coś się pokazało w księgarni, to jak było towarem poszukiwanym, to znikało natychmiast. Więc na rynku trudno powiedzieć, ale od dawna Tytus funkcjonował. Nie dla mnie. Ja nie znałem gościa. Pozostałych dwóch również nie znałem, czyli Romka i Atomka. I przejechałem przez tę księgę pierwszą.
Zobaczyłem, że jest pierwsza. Co więcej, od kolegów dowiedziałem się, że są inne i wpadłem jak śliwka w kompot. Szybko poszukałem jeszcze kilku innych ksiąg. Zacząłem pożyczać od koleżeństwa. Co więcej, zacząłem handlować. Miałem kolegę, na tym samym piętrze mieszkał, który miał księgę drugą o Rozalii, mechanicznym koniu Rozalii. Kiedy to Tytus otrzymuje prawo jazdy od Rozalie, uczy się zasad ruchu drogowego. Oczywiście przeczytałem i bardzo chciałem zahandlować z moim kolegą. Kolega najwyraźniej był bardziej ogarnięty niż ja, bo zaczął windować stawkę i wywindował ją naprawdę wysoko. W końcu odpadłem od ściany, bo zdałem sobie sprawę, że to już jest jakieś szaleństwo.
A może po prostu nie chciał tej książeczki sprzedać. Podsumowując, ja stałem się namiętnym czytaczem i kolekcjonerem tych poszczególnych książeczek. Co więcej, zacząłem też pożyczać, bo przesunięcie w stosunku do wydawanych książek, książeczek, a „Światem Młodym” było spore i zacząłem pożyczać i sam zacząłem takie rzeczy robić. Kupowało się zeszyt w formacie A4 i na jednej stroniczce wklejało się po dwa odcinki Tytusa. I w ten sposób miało się własną księgę przygód Tytusa, Romka i Atomka. Praktykowałem, co więcej, pożyczałem też takie samoróbki. Pożyczałem i czytałem. Wiecie państwo, to świadczy o tym, jaki wtedy głód panował na rynku komiksowym. Wtedy ludzie nawet komiksy o Armii Ludowej czytali. Jak nie było nic innego, to można było czytać komiksy o Armii Ludowej.
Władza widać była cwana i wiedziała, jak pewne rzeczy przemycać. Co więcej, wiecie państwo, Piotr wspomniał o humorku, który tam się pojawia. Z biegiem lat, z biegiem dni ja coraz mniej ten humor doceniam. To był humor, znowu chwała papciowi Chmielowi. To był humor dostosowany do takich dzieciaków. Tego przełomu pomiędzy pierwszym dziesięcioleciem a drugim, takim ośmio-, dziewięcio-, dziesięcio-, jedenasto-, dwunastolatek to świetni adresaci. Wtedy ma się poczucie humoru takie dosyć przaśne. Jak ktoś kogoś w tyłek kopnie, to jest bardzo zabawne. I taki jest troszeczkę humor w „Tytusie, Romku i Atomku”. Taki dosyć prosty, powiedziałbym.
Nie prostacki. Od razu to sobie wyjaśnijmy. Nie prostacki, ale jednak prosty. Co więcej, wtedy tego nie widziałem. Dzisiaj to widzę bardzo dobrze. Poszczególne księgi są jednak obciążone, pomimo że zabawne, to obciążone takim dydaktyzmem. Być może to był wymóg władzy, żeby te Tytusy w ogóle wychodziły, ale wiecie państwo, jak mamy pierwszą księgę, w której Tytus zostaje harcerzem. Harcerz jako pewien wzorzec dobra i pewnej odpowiedzialności. Okej, ale w drugiej księdze, jak już wspominałem, mamy mechanicznego konia Rozalię. I tam się uczy Tytus oraz jego kumple zasad ruchu drogowego.
W księdze trzeciej Tytus zostaje kosmonautą i podróżuje w kosmosie. To taki bardzo przygodowy odcinek, ale tam też pewne elementy dydaktyczne się pojawiają. W księdze czwartej Tytus zostaje żołnierzem. Bawią się w wojsko, ale nie tylko się bawią. Właśnie, nie powiedziałem jeszcze bardzo ważnej rzeczy. W poszczególnych księgach pojawiają się różne pojazdy, różne wehikuły. W czwartej księdze mamy rakietowóz. Wcześniej mieliśmy rakiety, mieliśmy konia Rozalię, później w księdze piątej mamy wannolot, później trombolot. Tych lotów było bardzo dużo, ale w siódmej księdze mamy odrzutki. Siódma księga to jest wtedy, kiedy Tytus poprawia dwóję z geografii.
Przy okazji, wspólnie z Tytusem my wszyscy czytelnicy uczymy się geografii Polski. Zobaczcie państwo, jak to w gruncie rzeczy przewrotne i podstępne, a chyba fajne. Mamy też księgę wcześniej szóstą. Tytus jest olimpijczykiem. Poznajemy nie tylko dyscypliny sportowe, ale kilka innych rzeczy. Mamy „Tytusa Astronoma”. Akcja Frombork. Podróż w przeszłość. Wiem, że ta księga niezwykle mi się podobała. Magiczny aparacik, który przenosi nas nawet w czasy wielkiego astronoma Kopernika.
Moja ukochana księga, którą dostałem kiedyś na Mikołajki. Dziewiąta. „Tytus na Dzikim Zachodzie”. Tam była, proszę państwa, kopalnia zegarków. Tak, bo Tytus wskoczył do filmu i znalazł się na Dzikim Zachodzie. „Strzały znikąd” nosił tytuł ten film i czas tam odmierzano strzałami znikąd, a Tytus odkrył kopalnię zegarków. Piękna wizja to była piękna. Księga dziesiąta. Ochrona przyrody. Księga jedenasta.
Ochrona zabytków. Tam był trasolot. Wiecie państwo, wcześniej w dziesiątej księdze, tu jest ta różnica pomiędzy „Światem Młodych” a książeczkami, bo w świecie młodych był pojazd o nazwie mielolot, a w wersjach późniejszych pojawił się młynkolot. I tak dalej, i tak dalej. Tych ksiąg naprawdę bodajże 30 jest. Ja tak do końca w tej chwili nie pamiętam, bo tak to już jest. W pewnym momencie, bodajże przy „Wyspach Nonsensu”, ja po prostu odpadłem od tej serii. Już przestała mnie pasjonować, przestała być dla mnie ważna. Śledziłem, oglądałem, czasami przeglądałem następne tomy, ale one już nie budziły we mnie żadnych emocji. Natomiast wtedy, kiedy były dla mnie czymś ważnym, to naprawdę były czymś ważnym.
I lubiłem ten humor I nie dostrzegałem tej dydaktyki, a jeśli nawet coś tam dostrzegałem, to uważałem, że tak powinno być, bo bawi i uczy, a zatem znakomicie. Cóż, masa wspomnień.
[01:25:47] - Tak, bo historia Tytusa to jakby nie było historia przemian w Polsce, ale też w PRL-u. Także przechodzimy może Marku do trzeciej RP i Tytusa w czasach współczesnych, ale zanim przejdziemy, to chciałbym wrócić do tego wątku fantastycznego, bo jak wiadomo kanał Wehikuł Wyobraźni, musimy się tych wątków fantastycznych czepiać. Powiedziałeś o Tytusie w kosmosie i tak dalej, ale jest coś takiego jak Tytusologia, bo bez względu na to, czy lubimy ten komiks, czy nie, to on się stał częścią naszej popkultury. Powiem ci szczerze, że z takiej mojej subiektywnej wizji, opinii wynika, że to jest chyba jednak najbardziej znany polski komiks, pomimo tego, że dość dobrze się orientuję w temacie. To znaczy on jest chyba najbliższy osobom, które się w ogóle tym tematem nigdy nie interesowały. Że jeżeli ktoś nie czytał komiksów, to i tak gdzieś tam kiedyś o Tytusie słyszał. Ciekawą rzecz zauważa Jacek Kołodziej pisząc o czymś, o czym już powiedziałeś, ale zacytuję: "Wyróżnikiem komiksów Papcia Chmiela w porównaniu z innymi popularnymi i dostępnymi tytułami kultury popularnej w PRL-u jest ciągła i ważna obecność nowoczesności i procesów modernizacyjnych. W Tytusach ciągle pojawiają się wynalazki techniczne, szkoła, harcerstwo, badania naukowe, zmagania racjonalności z zabobonami." Koniec cytatu. Jak sobie to tak rozkminimy od tej strony, to widzimy ten wyraźny wątek edukacyjno-dydaktyczny. Ja się tak zastanawiam, czy on tam został doklejony specjalnie, bo Papcio Chmiel wiedział, że nie może robić tak sobie po prostu wariackiego komiksu.
Musi być ten element dydaktyczny, wtedy to ma szansę być wydawane, wtedy można na tym zarobić, można się temu poświęcić. Nie wiem, jak to było odbierane za twoich czasów. Za moich Tytus był lekko prześny już. To nie był humorek naszego pokolenia już. To było coś passe lekko wtedy, co nie znaczy, że niektóre elementy nie były interesujące i tak dalej. Ale jak już wchodzimy w takie inspiracje i dywagacje bardzo intelektualne, związane z rolą Tytusa w naszej kulturze, to powiem ci tak, odnosząc się do tych wątków edukacyjno-dydaktycznych, ja trochę widzę Tytusa, tutaj przepraszam za porównanie, jako takiego Gierusa, takiego nieokrzesanego obywatela PRL-u, który musi być edukowany różnymi metodami. I się zastanawiam, czy to Papcio Chmiel specjalnie to zrobił, czy tam był jakiś głębszy zamysł za tym wszystkim, że jednak, bo wiemy, że Papcio Chmiel był zadeklarowanym antykomunistą, ale jednak może przez ten humor, wiecie, towarzysze, może by tak niektóre rzeczy pokazać w krzywym zwierciadle, może by tak zachęcić do tego postępu i tak dalej. Dochodzę do takiego wniosku, że Tytus może jest trochę jak Poligrafowicz Szarikow z "Psiego serca" Bułhakowa, tylko w naszej polskiej wersji. Nie wiem, czy coś takiego zauważasz, bo te walory edukacyjne Tytusa w niektórych księgach są uderzające, szczególnie jak się na to patrzy z perspektywy dekad.
[01:29:30] - Tak jak powiedziałem, ja te wątki takie najłagodniej mówiąc edukacyjne, a trochę brutalniej wychowawcze czy propagandowe wręcz widzę, dostrzegam to i one tam są po prostu, ale rolę Tytusa postrzegam inaczej niż ty. Dochodzę do wniosku, że Papcio Chmiel stał przed diabelską alternatywą i w dodatku wybrnął z niej w sposób, w który składam mu hołd niniejszym. Otóż wiedział, że szansę ma komiks, który będzie w jakimś tam stopniu mniej lub bardziej dydaktyczny. I zdał sobie sprawę, że jeśli zrobi bohaterami tego komiksu trzech harcerzy, pojawi się tam trzech gości w mundurkach i będą tacy fajni, będą harcerzami i będą pielęgnowali cnoty harcerskie, to nikt nie będzie się przy tym bawił. Nikt nie będzie się cieszył, że coś takiego powstaje, bo to będzie śmiertelnie nudne. Po prostu śmiertelnie. I myślę, że Tytus pojawił się tam nie jak ten Szarikow, ale jako kontrapunkt. Wiedział Papcio Chmiel, że do tych ułożonych harcerzyków musi wprowadzić łobuza autentycznego, takiego, trudno mówić o człowieku, skoro mamy do czynienia z małpą. Musi wprowadzić Tytusa, który będzie rozpierdzielał system, który zakwestionuje pewne cnoty. I Tytus to robi.
I dostajemy opowieść, w której różne dydaktyzmy się pojawiają. Tylko że Tytus samym swoim istnieniem kwestionuje te cnoty. W końcu to Tytus ma poprawkę z geografii. I to jest oczywiście Powód, dla którego pewne rzeczy są nam wkładane do głowy, ale jednocześnie dostajemy taki popis przy okazji poznawania geografii Polski. Taki popis pewnego rodzaju humoru, pewnych rzeczy związanych z tym, że po prostu było śmiesznie. Wtedy też było śmiesznie. Myślę, że taki był zamysł Papcia Chmiela. On sobie zdawał sprawę, że nie da się zrobić pszennoburaczanej propagandy dla dzieciaków w sposób śmiertelnie poważny z harcerzami. Były czytane komiksy o AL, ale tam przynajmniej jakieś czarne postacie występowały. Gdyby był to komiks o harcerzach, którzy niosą ludziom pomoc i wszelkie cnoty w ich osobach się unaoczniają ludziom, to powtarzam, byłoby nie do zniesienia.
I Tytus ratował ten komiks. On kwestionując, przeciwstawiając się, szydząc, czasami wręcz robiąc sobie, byśmy to dzisiaj powiedzieli, jaja sobie robiąc z tego, czym jego koledzy tak bardzo się przejmowali. Tam pada nawet takie słowo w tych komiksach, że oni mają Tytusa uczłowieczać, to go uczłowieczają. A z kim się identyfikowali młodzi ludzie? Z Tytusem właśnie, bo to był luzak. To był małpiszon, który miał w nosie te cnoty, to uczłowieczanie. I paradoksalnie dzieciaki z tym nieuczłowieczonym Tytusem się identyfikowały. On był taki jak one. On był skłonny do psot, był skłonny do kwestionowania, był skłonny do postawienia wielkiego znaku zapytania przy tym wszystkim, co jego koledzy Romek i Atomek robili. A wprowadzenie bardzo szybko do komiksu postaci profesora T.
Alenta, absolutnie szalonego naukowca, którego idee albo misje zlecane chłopakom dziwne czasami były, czasami mocno dziwne. To też był świadomy zabieg. Tym razem już nie chodziło o kontrapunkt, tak jak w przypadku Tytusa, ale o wprowadzenie elementu przygody. Tak, przygody, bo te Tytusowe komiksy są po prostu opowieściami, które bardzo młodego człowieka mogą porwać. Sporo tam jest fantastyki. Ja do dzisiaj pamiętam, jak Tytus w studni odkrył taką komorę. Nie w studni, w bocznej części takie wejście było w ścianie studni, trochę jak w "Panu Samochodziku i Templariuszach". Wszedł tam, a to było pomieszczenie alchemika i tam różne cuda znalazł. To strasznie działało na wyobraźnię. I takich momentów, które na tę wyobraźnię działały w owym komiksie było całkiem sporo, bo Papcio Chmiel poza tym, że dydaktyzował, poza tym, że robił sobie jaja z różnych rzeczy, to miał też wyobraźnię, bogatą wyobraźnię.
I tak jak Piotrze powiedziałeś, być może to była wyobraźnia na czasy PRL-u. Być może później, w latach 90. to już było za mało. Kiedy spadły na nas Kaczory Donaldy i wszystkie inne tym podobne rzeczy, to Tytusa i wyobraźni Papcia Chmiela już było trochę za mało. Już to nie spełniało wszystkich oczekiwań, ale do dzisiaj Tytus, póki żyje to pokolenie, które na Tytusie się w jakiś sposób wychowało, to póki to pokolenie żyje, to Tytus dalej jest obecny, dalej jest aktualny. Co więcej, to stare pokolenie, dobrze, starsze pokolenie, ono stara się zaszczepiać młodszemu Tytusy i dziwi się czasami, i to bardzo się dziwi, że to młode pokolenie reaguje tak średnio ozięble. Ja bym się nie dziwił i nie miał pretensji do młodego pokolenia. Raczej skupiłbym się na pielęgnowaniu pamięci tego, że kiedyś było z Tytusem po prostu fajnie.
[01:36:22] - Wrócę do tego, co powiedziałem na początku, że w III RP w nowych środkach przekazu Tytus sobie nie poradził. To znaczy się tak, serial animowany nie wypał, film pełnometrażowy zapomniany, gra komputerowa jedna i też w sumie chyba nie wiem, czy ktoś o niej pamięta. Może była też jedna reklama. I to jest wszystko. Dziwne można by powiedzieć, jak na coś tak popularnego, bo my możemy snuć takie wnioski, że tak, Tytus jako produkt PRL-u to został w tamtych czasach, że on był fajny, tak jak Andrzej Rosiewicz, jak Jan Pietrzak w PRL-u, za komuny to było fajne, potem już nie. Nie do końca. Tytus wykraczał poza rok 1989. On funkcjonował bardzo dobrze jeszcze w moich czasach szkolnych. Na przykład pamiętam jak dziś, że przecież rozdawano jako nagrody książkowe kolejne zeszyty. Sam nawet taki dostałem, nie pamiętam za co, ale potem ten Tytus jakoś tak zniknął z radarów, zaczął odchodzić w zapomnienie.
I się tak, Marku, zastanawiam, czy on gdzieś- niebawem, w ciągu kolejnej dekady przypadkiem nie zajmie miejsca gdzieś przy kapitanie Żbiku czy kapitanie Klosie? Nie wiem, czy to jest może zbyt krytyczne spojrzenie z mojej strony.
[01:37:49] - Pewnie zajmie. To znaczy ja jestem przekonany, że czy to dzieła literackie, czy to dzieła filmowe, czy dzieła komiksowe, one mają swój czas. Co więcej, one odpowiadają potrzebom, wyzwaniom tych czasów, w których powstawały. Później się mogą oczywiście zająć koneserzy tymi komiksami, jacyś miłośnicy, badacze i tak dalej, ale ja myślę, że nie da się ożywić czegoś, co było dzieckiem swoich czasów. I dlatego mówiłem o tych dosyć smutnych momentach, kiedy osoby starsze dziwią się, że dzieci nie zachwycają się „Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem”, a przecież oni w ich wieku się zachwycali. Nie, wszystko przemija i trzeba się z tym pogodzić. Co więcej, ja myślę, że „Tytus, Romek i A'Tomek”, kiedy się spojrzy na te trzydzieści ksiąg, chyba więcej, nie pamiętam. To jest już skleroza zapewne, ale tych wiele ksiąg to jest pewien dorobek, ale dzisiaj jak się tak na to spojrzy, to od początku to mówimy, Piotrze, dużo dydaktyzmu i o nim nie da się zapomnieć. Myślę, że młode pokolenie pewnych rzeczy już po prostu nie przyjmuje, nie chce tego przyjmować. Daleki jestem od ocen, czy to dobrze, czy źle.
Nie wiem, czy w ogóle się da odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ale nie chcą. Jeszcze być może czasami rozbawi ich humor, bo tak jak powiedziałem na początku naszej rozmowy, dla pewnego pokolenia, dla pewnego przedziału wiekowego humor jest zawsze podobny. Jak ktoś kogoś w tyłek kopnie, to jest zabawne. Taki czas, taki wiek. Ale to wszystko, to moim zdaniem wszystko. Może jeszcze kilka fajnych przygód, fragmentów tych książeczek wyda się komuś młodemu, że to jest interesujące, ale to odchodzi. Po prostu odchodzi. Ja myślę, że w ogóle naturą sentymentalnika jest to uświadomienie sobie, że my mówimy o rzeczach, które były ważne, czy to dla ciebie, czy to dla mnie i dla pokoleń, które reprezentujemy. Ale to nie znaczy, że będą ważne zawsze i takie wiecznie trwałe, spiżowe. Nie, tak nie będzie i nas to dzisiaj jeszcze wzrusza.
Kto wie, czy nas to wzrusza tak naprawdę. Może wzruszają nas wspomnienia po prostu. I tak myślę, jest z Tytusem. Ja dzisiaj bardzo chętnie myślę o czasach, w których z wypiekami na twarzy czytałem „Tytusa na Dzikim Zachodzie” i te strzały znikąd, i ta kopalnia zegarków. I Tytus został nawet w pewnym momencie kaznodzieją. Mówił o wielkim Orety i tak dalej. Czujecie państwo, że sentyment we mnie wielki, jak to w sentymentalniku, ale ja nie mam złudzeń. Sentymenty są po to, żeby uświadomić sobie w pewnym momencie, że to wszystko przemija.
[01:41:10] - Dokładnie tak. Ja myślę też, że zmieniła się absolutnie rola komiksu, że to jest w ogóle już sztuka odchodząca, bardzo niszowa teraz, że to nie jest tak, jak było dawniej, iż komiks musiał być w każdej gazecie, że to było coś przeznaczone dla dzieci, jako taka nieruchoma animacja i że tym się wszyscy podniecali. Wydaje mi się, że nie. Komiks się zrobił sztuką niszową. Za moich czasów też nie był jakoś szczególnie już popularny. Myślę, że jest jakieś sprzężenie między popularnością komiksu a grami wideo, że im bardziej ludzie grają, tym mniej czytają komiksy. To znaczy trzeba po prostu konesera kreski, konesera tego rodzaju sztuki, żeby ten rynek pociągnąć. Nie wiem, to jest wszystko bardzo niszowe. Ciekawe jest też to, Marku, że my mówiąc o komiksie, o dziele Babcia Chmiela, używaliśmy tytułu „Tytus”. Ci dwaj poboczni bohaterowie nam gdzieś znikali.
To jednak też jest interesujące, że w pamięć zapadła małpa, a ci dwaj bohaterowie już gorzej. Dzisiaj Babcio Chmiel jest oczywiście pamiętany. On chyba jest jednym z bardziej rozpoznawalnych twórców komiksów tak ogólnie, po prostu. Bo wiadomo, że Polska akurat pod tym względem była takim małym zagłębiem, jeżeli chodzi o rysowników. Natomiast Babcio Chmiel był takim twórcą ludowym, chyba najbardziej znanym. Jeżeli zapytać by kogoś o nazwisko rysownika komiksów, to Chmielewski byłoby na pierwszym miejscu. Dzisiaj obok niego albo raczej dzisiaj Babcio Chmiel jest przypominany na tle swojego syna, który jest pracownikiem NASA. Jest znanym naukowcem i tak to się wszystko jakoś dziwnie złożyło z tym Tytusem. Zniknął. Nie poradził sobie w trzeciej RP.
Ja myślę, że można to śmiało powiedzieć, że trudno oczekiwać tego, aby Tytus wrócił, żeby znowu zawładnął masową wyobraźnią. Owszem, za jakiś czas Bo to tak czasami jest, że mody są nieprzewidywalne. Może się stać tak, że młode pokolenie nagle zacznie się interesować Tytusem przez chwilę jako czymś w ramach sentymentu, ale to chyba wszystko. Nie sądzę, aby on nagle wrócił w postaci gier, filmów, czegoś, co rządzi masową wyobraźnią. Nie wyobrażam sobie na przykład, aby Tytus na TikToku albo Tytus w mediach społecznościowych dzisiaj zrobił karierę. Tego się nie da chyba pogodzić ze współczesnością. Proszę państwa, czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj klasyczne dzieło, naprawdę klasyczne klasycznego autora. „Wyspa doktora Moreau”.
[01:44:32] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Wiwisekcje jeszcze nie tak dawno były uważane za coś służącego nauce. Smutna rzecz, ale czasem przeprowadza się je nadal, chociaż najczęściej teraz pod pełnym znieczuleniem. Jest to okrutna i całkowicie niepotrzebna procedura, która jak kiedyś uważano służyła nauce. Czy służyła rzeczywiście? O tym toczyły się dyskusje od XIX wieku. O nieetyczności tego rodzaju eksperymentów wspominał na przykład Karol May w „Winnetou”, ale nie tylko. Jeden z największych tuzów fantastyki, Herbert George Wells napisał książkę pod tytułem „Wyspa doktora Moreau”, przedstawiając archetypiczną postać szalonego naukowca. Tak naprawdę czy szalonego? Trudno powiedzieć.
Raczej tak bardzo pozbawionego ludzkich uczuć, że aż podejrzanego o chorobę psychiczną. Zdecydowanie doktor Moreau jest okazem psychopaty i to takiego, który potrafi doskonale narzucać swoją wolę otoczeniu. Pod jego całkowitym wpływem jest doktor Montgomery, który zajmuje się pozyskiwaniem zwierząt dla jego eksperymentów. Kiedy przypadkiem na wyspę trafia Edward Penrod, sprawa się trochę komplikuje. Młody arystokrata początkowo nie wie, co się dzieje. Potworne hybrydy stworzone przez doktora bierze za tubylców, a kiedy odkrywa salę, w której przeprowadza się eksperymenty, uważa, że będzie następnym okazem. Kiedy wreszcie poznaje całkowitą prawdę, usiłuje się po prostu dostosować do otoczenia. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że pasja naukowa doktora Moreau to raczej zakamuflowana żądza okrucieństwa, nic z tym nie robi. Nie jest w stanie mu się skutecznie przeciwstawić. Podobnie jak doktor Montgomery.
Kiedy Moreau ginie, Penrod nie jest też w stanie zająć jego miejsca jako przywódca zwierzoludów. Mógłby spróbować, ale nie potrafi. Jego wola jest zbyt słaba. Pragnie jedynie, żeby trzymały się od niego z daleka. Co też robią, bo tak naprawdę zwierzęta przekształcone w ludzi mają w tej książce więcej człowieczeństwa niż niejeden człowiek. Przy Penrodu pozostaje tylko jeden z nich. Człowiek-pies, który nie potrafi po prostu oprzeć się typowym dla psa uczuciom przywiązania do człowieka. Książka jest bardzo smutna tak naprawdę. Z jednej strony pokazuje, do czego zdolna jest istota ludzka, z drugiej strony konfrontuje z nią zwierzęta na siłę przekształcone w coś przypominającego człowieka. Widać ich pierwotną niewinność w porównaniu z człowiekiem.
Niezdolność do czegoś, co można by nazwać bezinteresownym okrucieństwem. Zwierzęta po prostu są zwierzętami. Ulegają zwierzęcym instynktom. Po śmierci doktora zwłaszcza, ponieważ on wpoił im zasady, dzięki którym miały się opierać swojej zwierzęcości. Jednak bez jego nadzoru szybko je zatraciły i wróciły po prostu do natury, tam, gdzie należały. Edward nie jest w stanie ich zrozumieć i tak naprawdę tego nie chce. Jest zbyt słaby emocjonalnie, żeby coś z tym zrobić. Co ciekawe, istnieje opowiadanie Michaiła Bułhakowa, które porusza ten sam temat. Nazywa się „Psie serce”. Pokazuje w nim transformację bezdomnego kundla zabranego z ulicy przez profesora anatomii w coś, co ma przypominać człowieka.
I właśnie ten człowiek zrobiony z psa staje się okropną, godną pogardy kreaturą. Odzyskuje swoje dobre cechy dopiero wtedy, kiedy z powrotem przekształca się w psa. Tutaj Bułhakow powtórzył, nie wiem, czy intencjonalnie, myśl Wellsa, że aczkolwiek umysłem górujemy nad zwierzętami, to jednak w sprawach uczuciowych, w sprawach uczciwości wiele moglibyśmy się od nich nauczyć. W jednym i drugim utworze zwierzęta są prostolinijne wtedy, kiedy postępują zgodnie ze swoją naturą, szczere i tak naprawdę pozbawione właśnie tych wszystkich złych ludzkich cech. Oczywiście jest to grube uproszczenie. Teraz wiemy o zwierzętach dużo więcej niż wiedzieli obaj autorzy, ale mimo to trudno się oprzeć wrażeniu, że w pewnym sensie trafili w sedno, bo używamy swoich możliwości intelektualnych często w bardzo złym celu, a pierwotne instynkty w nas zwyrodniały aż do psychopatii. Jeżeli nad nimi nie panujemy, dzieją się straszne rzeczy. Nie możemy już być zwierzętami. Bądźmy więc przynajmniej bardziej ludźmi. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:49:49] - A teraz zapraszam Państwa na literackie tête-à-tête. Dzisiaj Krystyna Śmigielska będzie rozmawiała z Agnieszką Korol.
[01:50:02] - Dobry wieczór państwu. W dzisiejszym literackim tête-à-tête gościć będziemy panią Agnieszkę Korol, byłą nauczycielkę, instruktorkę tańca, pisarkę tworzącą bajki o smokach, powieści obyczajowe, scenariusze filmowe i teatralne. Pani Agnieszka Korol jest autorką, i tu państwu wymienię: „Bajki o smokach podróżnych", „Przygód smoka Smakosława z Ząbkowicach Śląskich", „Leksykonu smoków", „Truskawkowego smoka", „Niegrzecznej księżniczki", „Rycerzy Eoni" oraz powieści historyczno-fantastycznej zatytułowanej „Zamczysko". Jest również autorką groteski „Jak wydać książkę w krainie smoków", a także powieści obyczajowo-kryminalnej przeznaczonej dla dorosłych czytelników „Listy z jeziora". Dobry wieczór, pani Agnieszko. Bardzo mi miło panią gościć w literackim tête-à-tête.
[01:51:05] - Dobry wieczór. Mnie też bardzo miło.
[01:51:08] - Proszę powiedzieć nam, skąd ta miłość do smoków i bardzo odległych czasów, bo o takich pani też często pisze. I kiedy dała ona o sobie znać pani pierwszy raz i jak się rozwijała przez lata? Czy członkostwo w zespole tańców dawnych ma z tym coś wspólnego i to ono zapoczątkowało rozmiłowanie w literaturze fantasy?
[01:51:33] - Rozmiłowanie w literaturze fantasy jest nikłe. Bardziej kocham fantastykę jako taką fantastykę. Z literatury fantasy to właściwie najbardziej lubię Ursulę Le Guin z „Ziemi Ognia i Lodu" i paru innymi książkami. Jeżeli chodzi o smoki, to ta literatura jest przeznaczona dla dzieci i wszystkie te moje utwory są dla dzieci w formie bajki. Gdzie bardzo ważny jest morał, a postacie takie jak smoki, krasnoludki czy czarownice są jedynie pretekstem do opowiedzenia pewnych historii. Jeśli chodzi o taniec, zespół tańców dawnych. Przez wiele lat uczestniczyłam właśnie w różnych takich organizacjach typu właśnie zespół tańców dawnych, bractwo rycerskie czy zespół muzyki dawnej. A więc śpiewałam i tańczyłam muzykę dawną. Poznawałam w ten sposób czasy dawniejsze, a głównie okres średniowiecza, który na pewno jest ważnym jakimś punktem zaczepienia dla literatury fantasy. Ona głównie jest zwrócona do osób dorosłych lub młodzieży, akurat mnie specjalnie nie interesuje.
I tutaj chciałam powiedzieć, że przez wiele lat prowadziłam też kluby fantastyki, więc temat ten zgłębiłam dosyć szczegółowo. No i przez wiele lat czytałam fantastów takich jak Stanisław Lem, bracia Strugaccy, Isaac Asimov, Frank Herbert, Emma Popik, która ukazuje wizje apokaliptyczne czy Michaił Bułhakow. Przede wszystkim nam chyba znany jest „Mistrz i Małgorzata". „Psie serce" tutaj można wymienić czy Janusza Zajdel z polskich autorów również. Można by wymieniać i wymieniać autorów fantastyki i tylko od nich wszystkich właściwie Ursula Le Guin jest autorką tylu fantastyki zwanego fantasy. Aczkolwiek ona to robiła w sposób mistrzowski. Na pewno wielu osobom jest znana jej „Ziemia Ognia i Lodu", według którego zresztą były kręcone filmy. Poznać średniowiecze. Zabawiłam się w średniowiecze, co uwieczniłam w powieści „Zamczysko", która to powieść jest, no taką troszeczkę groteską, przedstawieniem średniowiecza. Niektórzy zaliczają tą książkę do fantastyki historycznej i można by to było tak nazwać, aczkolwiek ja tego nie zaliczam akurat do fantasy, ponieważ nie ma tutaj żadnych czarów, żadnych smoków.
Jedyną, jedyną fantazją tutaj jest miejsce, które sama wymyśliłam, czyli Wielkie Zamczysko. Postacie są nakreślone nieco groteskowo, ale sama akcja jest w miarę realistyczna, bym tak powiedziała. Ale z jakichś powodów niektórzy zaliczają tą książkę do fantastyki i nie będę się spierać.
[01:54:45] - To dobrze. To może w takim razie usystematyzujemy pani twórczość, dobrze?
[01:54:51] - Tak. No tak. No bo tutaj trochę napustowo w tej chwili.
[01:54:55] - Którą z wymienionych przeze mnie pozycji pani uznaje za swój literacki debiut? I proszę nam powiedzieć, co było bodźcem do jej powstania.
[01:55:04] - Na początku powstawał „Leksykon smoków". On powstawał dosyć długo, bo jak pracowałam jako nauczycielka klas jeden-trzy i przedszkola, nie miałam siły ani czasu, żeby jeszcze cokolwiek pisać. Więc jeżeli miałam na przykład okres wakacyjny, wówczas zdarzało mi się usiąść na chwilę i napisać o jakimś smoku. I w ten sposób powstawał leksykon. To była pierwsza rzecz, którą napisałam, aczkolwiek został wydany znacznie później. Najwcześniej została wydana książka „Bajki o smokach podróżnych". Wykorzystałam w tej książce właśnie smoka podróżnego, czyli jednego ze smoków z leksykonu. Smoki podróżne poszukują przyjaciół, a jedynym ich pożywieniem są piękne krajobrazy. A więc żeby zmieniać menu, ciągle zmieniają miejsca, podróżując, a do tego potrzebują przyjaciół. Czy to krasnoludki, czy to ludzie, czy elfy.
Te osoby po prostu siedzą im na grzbiecie i razem przeżywają różne przygody. Także jeszcze wykorzystałam tą postać smoka podróżnego w innych swoich książkach dla dzieci. Tutaj był wymieniony truskawkowy smok i niegrzeczna księżniczka. Obie te książki powstały z bajki o smokach podróżnych.
[01:56:29] - A proszę mi powiedzieć, który to był rok, kiedy ukazał się Smok podróżny?
[01:56:34] - 2005 rok.
[01:56:36] - Jest pani również autorką scenariuszy filmowych i teatralnych. Proszę powiedzieć, czym praca nad takimi formami różni się od tej nad tradycyjnymi powieściami czy bajkami?
[01:56:50] - Może zacznę od tego, że ja przede wszystkim chciałam właśnie pisać scenariusze. Dopiero potem zorientowałam się, że trudniej zrealizować scenariusz niż wydać książkę. Dlatego skupiłam się na pisaniu książek, ale powstały też scenariusze i różnica między tymi książkami a scenariuszami jest duża, ponieważ scenariusze pisze się w formie dialogów i przedstawieniu kolejnych scen. Można powiedzieć, że dla mnie jest to prostsza praca niż tworzenie całej fabuły, łącznie z pisaniem narratorem i tak dalej, a tutaj mamy tylko dialogi. Ja bardzo lubię właśnie pisać dialogi i tak jak właściwie obie moje powieści, czyli Listy z jeziora i Zamczysko mają bardzo dużo dialogów. Obie te powieści praktycznie są gotowymi również scenariuszami. Niewiele trzeba by było tutaj pracy wykonać, aby je zamienić na scenariusze filmowe.
[01:57:50] - Ale jednak ta tradycyjna powieść daje autorowi więcej możliwości do omówienia postaci, pokazania jej z różnych stron, prawda? Bo jednak w samych dialogach wydaje mi się, że jest to trochę trudniejsze zadanie.
[01:58:08] - Na pewno. Na pewno, ponieważ jestem wielką wielbicielką kina i teatru tak samo. I pisząc te scenariusze od razu obstawiam role aktorskie w swojej wyobraźni i po prostu bawi mnie to. Bawi mnie to i sprawia dużo satysfakcji właśnie pisanie tych scenariuszy. Aczkolwiek tylko jeden do tej pory został zrealizowany. Jest to scenariusz pod tytułem Kimkolwiek jesteś. Tutaj, gdzie mieszkam, niedaleko jest Kwidzyn, ale wcześniej tu nie mieszkałam. Nie wiedziałam nic o pewnej błogosławionej Dorocie z Montów, która była przedziwną postacią. Była niesamowitą postacią. Była słuminem Zakonu Krzyżackiego, bo to działo się w czasach krzyżackich, a więc moje ulubione czasy średniowiecza.
Skupiłam się, żeby poznać życie tej osoby, ponieważ jest ona bardzo tajemnicza i niezwykła. Zdobyłam wszelkie możliwe materiały na jej temat i napisałam scenariusz do przedstawienia, które to przedstawienie zostało zrealizowane przez bardzo uzdolnioną grupę amatorską w Kwidzynie. Akcja dzieje się w katedrze kwidzyńskiej. Właściwie takiej izdebce przy katedrze, gdzie owa błogosławiona była zamurowana. Premiera tej sztuki właśnie odbyła się w tym samym miejscu, gdzie to się działo, czyli w katedrze kwidzyńskiej.
[01:59:43] - To bardzo piękne wydarzenie i podejrzewam, że bardzo takie klimatyczne, prawda?
[01:59:49] - Bardzo, bardzo. Było wtedy bardzo zimno pamiętam. Wszyscy bardzo ciepło poubierani. Było mnóstwo ludzi, cała katedra ludzi i były też tam dzieci. To zostało sfilmowane zresztą. Mimo to wszyscy do końca słuchali z zainteresowaniem, również dzieci. I byłam na tej premierze. Było to dla mnie ogromne wydarzenie. Później to przedstawienie zostało pokazane jeszcze w kilku miejscowościach.
[02:00:17] - W którym roku to się odbyło?
[02:00:19] - Nie pamiętam dokładnie, ale chyba w 2013. Tak mi się wydaje, że chyba w 2013 roku.
[02:00:27] - No to gratulujemy. Piękne wydarzenie.
[02:00:29] - Tak, dla mnie to było po prostu bardzo ważne.
[02:00:34] - Pani Agnieszko, zapytam jeszcze teraz kto jest pani pierwszym recenzentem? Zwłaszcza bajek, które pani pisze dla dzieci. Czy testuje je pani na członkach odpowiedniej grupy wiekowej, tej, do której pani daną książkę kieruje, przeznacza? Czy po prostu no bierze pani to na swoją pierś i sama, że tak powiem, sprawdza, czy będzie to zrozumiałe dla danej grupy wiekowej.
[02:01:02] - Oczywiście sprawdzam teksty właśnie na zaprzyjaźnionych dzieciach. Czy to rodziny, czy znajomych. Konkretne teksty kieruję do konkretnych grup wiekowych i sprawdzam. Sprawdzam, czy czytam im na głos, czy jeżeli umieją już czytać, sami czytają. Nie mam wątpliwości wtedy. Jeśli chodzi o dzieci, no to mam naprawdę dobry słuch. To one lubią, bo jeszcze w trakcie swojej, swojej pracy dydaktycznej niejednokrotnie opowiadałam im przez siebie wymyślone bajki. Ucieszyły się one. No podobały się dzieciom.
[02:01:39] - A jak były jakieś głosy, jakieś uwagi na przykład do tekstu?
[02:01:44] - No nie było tego typu uwag. Przyznaję. Nie było niczego. Niczego nie zmieniłam, bo nie było. Nie było po prostu takich uwag. Na różnych spotkaniach czytam na głos fragmenty. Chociaż tu niedawno, właśnie w Rąbkowicach też czytałam w szkołach. Często dzieci po takim spotkaniu podchodzą do mnie i słyszę takie głosy, że jeszcze takich ładnych bajek to żeśmy jeszcze nigdy nie słyszeli.
[02:02:15] - To rzeczywiście musi być bardzo miłe.
[02:02:20] - Tak napisałam właśnie bajki o smokach pod różnek, ale przekonałam się, że oprócz mnie samej, oprócz dzieci muszą się te bajki podobać też dorosłym. Natomiast te bajki są konkretnie skierowane właśnie do młodszej grupy wiekowej i niekoniecznie są rozumiane przez dorosłych.
[02:02:39] - Słyszałam już o takich książkach dla dzieci, które bardzo lubili dorośli, którzy czytają tego typu literaturę, ale dzieci jednak mniej były tymi bajkami zainteresowane.
[02:02:51] - Na przykład „Alicja w Krainie Czarów".
[02:02:53] - No tak, to jest taka bajka rzeczywiście chyba skierowana już do trochę starszej grupy. Ale jeżeli bajki dla dorosłych, jeżeli w ogóle książki skierowane do dzieci, to też i ilustracje. Interesuje mnie, jak wygląda pani współpraca z ilustratorami. Czy ma pani swojego jakiegoś ulubionego ilustratora i kto go zatrudnia: czy pani, czy wydawnictwa?
[02:03:20] - Głównie zatrudniają wydawnictwa. Ja mam taką ulubioną ilustratorkę Jolę Jaworską, która zilustrowała praktycznie wszystkie moje książki dla dzieci, bo znakomicie rysuje również smoki. To był przypadek, że ją poznałam. W każdym bądź razie żeśmy się poznały i zaprzyjaźniły. I znalazłam w niej właśnie to, czego szukałam, czyli osobę, która dobrze rysuje smoki i lubi to robić. Natomiast ostatnia książka pod tytułem „Rycerze Eoni", która jest skierowana do dzieci i do młodzieży, zresztą dorośli też chętnie ją czytają, została zilustrowana przez Rafa Fabrowskiego. Tego ilustratora proponowało mi wydawnictwo Egmont.
[02:04:13] - I jest pani zadowolona z wyników tej współpracy?
[02:04:16] - Tak, aczkolwiek musieliśmy troszeczkę pozmieniać, ale telefonicznie żeśmy się tylko kontaktowali i doszliśmy do wspólnych wniosków.
[02:04:26] - To najważniejsze właśnie, żeby te wspólne wnioski ustalić. Wtedy to jest na korzyść dla naszego dzieła. A mnie wie pani co zainteresowało? Zainteresowała mnie groteska „Jak wydać książkę w krainie smoków?". Proszę mi powiedzieć, czym się różni wydanie książki w świecie realnym od tego samego procesu w krainie smoków? I czy ten tekst, ta groteska jest jakby odzwierciedleniem pani starań wydawniczych tutaj u nas, w realnym świecie.
[02:05:01] - Ona jest jak najbardziej na faktach opowiedziana. Natomiast dodałam do tego wątek bajkowy. Napisałam ją według naprawdę własnych przeżyć związanych z wydawcami. Nawet można rozpoznać, o których wydawnictwach piszę. Tylko zmieniłam nazwy tych wydawców w taki humorystyczny sposób. Także jeżeli ktoś będzie czytał tą groteskę dosyć skrupulatnie, to sam się domyśli, o jakich wydawcach tu jest napisane. Natomiast okres czasów, kiedy jeszcze autor chodzi od wydawcy do wydawcy na żywo. Obecnie wysyła się teksty drogą mailową. Jeśli chodzi o okładkę do książki „Listy z jeziora", przy drugim wydaniu szukałam ciekawej ilustracji i zorientowałam się, że moja przyjaciółka, która jest bardzo utalentowaną malarką, jeden z jej obrazów z serii kawą malowane przedstawia piękny krajobraz właśnie związany z jeziorem i poprosiłam ją, czy zgodzi się właśnie, aby jej ilustracja została wykorzystana na okładkę. Ona chętnie się zgodziła i właśnie piękna ilustracja malowana kawą znalazła się na okładce tej książki.
[02:06:24] - To bardzo dobrze, że powiedziała nam pani teraz o książce dla dorosłych czytelników, bo ja właśnie chciałam zapytać panią. Była pani nauczycielką klas początkowych. Rozumiem, że skierowanie swoich utworów do dzieci uważa pani za sprawę całkowicie naturalną i właściwie przy pisaniu tych książek nie miała pani większych kłopotów, jeżeli chodzi o znajomość odbiorcy, ale odważyła się pani również napisać książki dla dorosłych. Mówię odważyła, bo to jest jednak duża różnica w samym procesie twórczym. Kierowanie książek do danej grupy wiekowej zmusza nas do pewnych już zasad pisania. Czy przed podjęciem pracy nad książką dla czytelników dorosłych miała pani trochę tremy? Czuła pani taką niepewność, czy się uda doprowadzić ten projekt do szczęśliwego końca?
[02:07:23] - Podczas pisania cały czas odczuwam ogromną tremę. Nieważne, jaką książkę piszę, cały czas zastanawiam się, czy użyłam odpowiednich słów, odpowiednich zdań. Nieustannie kontroluję, nieustannie zmieniam. I właśnie to, co mi najbardziej utrudnia pracę, to jest ta nieustająca trema, taka niepewność, czy dobrze napisałam i czy w ogóle dalej napiszę i skończę to, co zaczęłam. Najtrudniej właśnie napisać powieść Dlatego, że jest to najdłuższy tekst. Też trzeba się połapać we wszystkich wątkach, bo jeżeli pisze się krótszy tekst, można się skupić praktycznie na samym pisaniu i nie trzeba ciągle sobie przypominać, co było w innym miejscu. Także mam dosyć dużą tremę właśnie podczas pisania dłuższych tekstów. Aczkolwiek nie ma znaczenia, czy to jest książka dla dorosłych, czy to jest książka dla dzieci. Odczuwam taką samą tremę.
[02:08:27] - Wiadomo, że im tekst dłuższy, tym tych elementów, na które musimy zwracać uwagę, jest coraz więcej, prawda? I połączyć te wszystkie wątki, wszystkie nici ze sobą jest jakby trudniej. No a jeszcze w dodatku w książce dla dorosłych jest taka specyfika, że możemy odwoływać się do niektórych przeżyć, niektórych wiadomości, jakie nasi czytelnicy posiadają. A gorzej jest to z kolei przy pisaniu książek dla dzieci. Pani Agnieszko, a proszę mi powiedzieć w takim razie, który z etapów powstawania książki od pomysłu aż jak książka dotrze do czytelnika jest pani zdaniem najtrudniejszy i dlaczego?
[02:09:16] - Najtrudniejsze znaleźć odpowiedniego wydawcę, który nie będzie skupiał się tylko na swoim zysku, na przykład swoich preferencjach. To co chce widzieć. Takiego wydawcę, który nie narzucał na przykład zmian imion bohaterów czy też w ogóle nie będzie chciał zmieniać treści. Wydawcę, który podpisuje ze mną uczciwą umowę. Tu chyba najwięcej właśnie problemów mają autorzy, ponieważ wiele rzeczy nie mogą kontrolować, a przecież ich praca nie jest łatwa. Traktują swoje utwory jak własne dzieci, które oddają pod zarząd wydawcy, który totalnie może obciąć rączki i nóżki takiemu dziełu. Dlatego samo wydawanie książki jest bardzo trudne dla autora.
[02:10:08] - Czyli nie proces tworzenia pani zdaniem, lecz proces wydawniczy sprawia autorom większą trudność?
[02:10:16] - Trudno powiedzieć. To zależy od autora. Bo jeżeli autor mając wydawcę dobrego, to nie musi się tym tak bardzo martwić. Ale jeśli chodzi o proces twórczy, to jest to często bardzo mozolna praca, szczególnie dla autorów, którzy bardzo krytycznie, tak jak ja, podchodzą do tego, co robią. Bo są też osoby, które piszą szybko i nie przejmują się tak bardzo. I to właśnie efekt ich pisania jest bardzo dobry. Nie zawsze oczywiście, ale różnie to bywa. Jedni piszą szybko. Zresztą zauważyłam taki trend ostatnio, że jeżeli jakiś autor jest już dosyć dobrze znany, to wydawca żyłuje go w nieskończoność, podpisując z nim umowy na kolejne książki. Tak dużo, że niektórzy nawet piszą kilka książek rocznie.
No i ci autorzy widzę, że są po prostu przemęczeni taką pracą.
[02:11:12] - No ja myślę, że niektórzy są przemęczeni, ale też tak jak pani mówi, nie zawsze ten efekt jest zgodny z oczekiwaniami, zwłaszcza oczekiwaniami czytelników. Chociaż biorąc pod uwagę, że im więcej książek się wydaje, tym się cieszy większą popularnością. To są takie czasy. Nie jest człowiek rozliczany za jakość, a bardziej za ilość, tak bym powiedziała, ponieważ wydawnictwo jest normalnym przedsiębiorstwem, które po prostu na siebie musi zarobić, a autor no w jakiś sposób się do tego zarobku dokłada. Ale nie jest też tak strasznie źle, jak mówimy, ponieważ na stronie facebookowej widziałam niedawno film nakręcony przez pani czytelniczkę. Postanowiła w ten sposób złożyć pani podziękowania. To bardzo piękny wyraz uznania. Proszę nam zdradzić, czy często ma pani przyjemność przyjmowania podobnych wyrazów sympatii?
[02:12:18] - Zdarzają się podobne sytuacje, filmiki, zdjęcia. Mam już pewne grono czytelników, które tylko czeka, co będzie następnego, co następnego wydam. Nieważne czy to jest dla dzieci, czy dla dorosłych. Tak samo są zainteresowani. No można powiedzieć, że trochę swoich czytelników wychowałam, bo jeżeli pierwszą książkę dla dzieci wydałam w dwa tysiące piątym roku, to te osoby zdążyły już dorosnąć i czytają dalsze moje książki. W tej chwili właściwie mam książki napisane dla każdego wieku od małego dziecka do już bardzo dorosłego człowieka. Także każdy może sobie tutaj znaleźć coś dla siebie w swoim przedziale wiekowym. A tak jak mówię, wszystkie te książki są chętnie czytane. Oczywiście dwie powieści: „Zamczysko" i „Widzy z jeziora" są za trudne dla małego dziecka, ale już w średniej szkole mogą spokojnie te książki przeczytać.
[02:13:21] - Czyli ma pani swoich własnych wychowanych czytelników na swoich własnych książkach. Od dwa tysiące piątego roku to rzeczywiście czytelnicy rosną wraz z pani dziełami. Jaką formę reklamy literackiej uważa pani za taką najbardziej trafną, skutecznie dającą autorowi szansę, że jego produkt dotrze do odbiorcy?
[02:13:48] - Wydaje mi się, że najlepszą reklamą są bezpośrednie spotkania autorskie z czytelnikami, czy to po prostu w szkołach, w bibliotekach, w domach kultury. Bezpośrednio właśnie spotkania to czytelnicy zapamiętują na całe życie. Takiego autora. Oczywiście inne formy reklamy też są bardzo dobre, aczkolwiek to bardzo rzadko się zdarza. To się zdarza już tylko autorom, którzy są naprawdę znani, ponieważ taka reklama jest bardzo droga i wydawców nie stać na tego typu reklamę.
[02:14:21] - Czyli mówi pani, że ta bezpośrednia pani zdaniem najlepiej działa. Ja również uważam, że bezpośredni kontakt z czytelnikiem daje pożądane efekty. I muszę pani powiedzieć, że pamiętam swoje pierwsze spotkanie autorskie, w którym brałam udział. Byłam wtedy może dziesięcioletnią dziewczynką. Mieszkałam na Pomorzu i do naszej szkoły przyjechał poeta, pisarz. Nazywał się Czesław Kurjata. Kilka dni temu dowiedziałam się, że pan Kurjata odszedł od nas na zawsze. Było mi bardzo przykro, ponieważ to był pierwszy żywy pisarz, z którym się zetknęłam. To jest bardzo silne uczucie. Dużo pani ma już wykonanych takich spotkań?
[02:15:06] - No nie potrafię tego policzyć, ale sporo.
[02:15:11] - Pani Agnieszko, ja chciałam bardzo serdecznie pani podziękować za naszą dzisiejszą rozmowę. Miałyśmy tutaj, proszę państwa, pewne perturbacje, ale mam nadzieję, że państwo nam wybaczą. Może nie za dobrą jakość naszej rozmowy. Natomiast myślę, że tematy, jakie poruszałyśmy z panią Agnieszką były bardzo ciekawe. Pani Agnieszka Korol, pisarka, nauczycielka, instruktorka tańca. Bardzo serdecznie dziękuję za to spotkanie, pani Agnieszko i mam nadzieję, że nasi czytelnicy będą dalej poszukiwali pani książek. A ja proszę, żeby słuchacze odwiedzali pani stronę facebookową Agnieszka Korol, gdzie znajdziecie Państwo wiadomości na temat działalności pani Agnieszki, jej spotkań autorskich i tego, co nowego można znaleźć na księgarskich półkach jej autorstwa. Życzę Pani wielu cudownych czytelników, którzy będą wyrażali swoją sympatię. Trzymam kciuki za następne pozycje i życzę też trafienia na tego jednego wspaniałego wydawcę, choć sama wiem, że jest to rzecz bardzo trudna. Miło mi było panią gościć i dziękuję za to, że pani zgodziła się ze mną porozmawiać.
Państwu dziękuję za uwagę i jeszcze raz zapraszam do książek autorstwa pani Agnieszki.
[02:16:39] - Dobranoc. Bardzo dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich słuchaczy.
[02:16:44] - Dziękujemy bardzo i dobranoc Państwu.
[02:16:47] - Dobranoc.
[02:16:50] - No to zaserwujmy sobie kolejny odcinek recenzarium Evivy. Teraz pamiętniki Adama i Ewy.
[02:17:01] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Książka, o której teraz chcę mówić, właściwie nie jest książką. To znaczy jest to broszurka. Trudno to nazwać inaczej. Krótka nowela podzielona na dwie części. Jednak stanowi bardzo ciekawy przykład twórczości człowieka, który sam w sobie był kimś bardzo interesującym. Należałoby go oczywiście głębiej poznać, bo w Polsce znany jest głównie z książek dla dzieci, a to był tylko drobny wycinek jego twórczości. Chodzi o Marka Twaina. W Polsce zazwyczaj jak o nim się myśli, to zaraz na myśl przychodzi Tomek Sawyer i Huck Finn. Tak jak powiedziałam, to książki, które powstały niejako ubocznie.
Mark Twain był dziennikarzem, ale też bardzo, bardzo zaangażowanym społecznikiem. W czasach, kiedy coś takiego było postrzegane jako wielkie dziwactwo, walczył o prawa kobiet do uczestnictwa w wyborach. Również w swoich felietonach piętnował rasistowskie zachowania względem Chińczyków. Kiedy mowa o rasizmie, najczęściej myślimy o przybyszach z Afryki, ale tak naprawdę rasizm ma wiele obliczy. Przez długi czas Chińczycy byli traktowani w Ameryce jak podludzie. Mark Twain widział to i protestował przeciwko temu. Ale książka, o której teraz chcę mówić, powstała jako swego rodzaju eksperyment. Jest to krótka, dwuczęściowa nowela pod tytułem Pamiętniki Adama i Ewy. W każdej części Mark Twain opowiada historię wygnania z raju z punktu widzenia mężczyzny albo z punktu widzenia kobiety. Ma się rozumieć, tak naprawdę treść owych pamiętników odbiega nieco od tego, co mamy w Biblii, ale też zamiarem Twaina nie było przedstawienie dokładnie tego, co znamy z Księgi Genesis.
Tu chodziło o coś zupełnie innego. Kiedy zaczynamy lekturę, a pierwszym jest pamiętnik Adama, przede wszystkim widzimy mężczyznę, który skupiony jest wyłącznie na sobie. Uważa, że nie potrzebuje nikogo ani niczego. Dobrze mu jest tak, jak jest. Nie ma właściwie żadnych wyższych dążeń. I nagle w jego życiu pojawia się dziwne stworzenie, które nie jest takie jak on, ale nie jest też takie jak inne zwierzęta. On nawet nie potrafi go nazwać. I to stworzenie zaczyna włóczyć się jego śladem i zaczyna do niego mówić. I przewraca jego spokojne życie do góry nogami. Adam na początku jest dosłownie wściekły.
Próbuje uciec od nowego zwierzęcia, jak je nazywa. Okazuje się to jednak niemożliwe, ponieważ potrafi go wytropić dosłownie wszędzie. W końcu, tak jak Adam przewiduje, sprowadza nieszczęście. Tylko czy to jest rzeczywiście nieszczęście? Z drugiej-
[02:20:05] - Opowieść Ewy. Istoty, to widać już od pierwszych właściwie zdań, wyższej umysłem, inteligencją oraz przenikliwością od Adama. Nie wiem, czy Twainowi to wyszło tak intencjonalnie, ale w jego opowieści Adam jest istotą bardzo prymitywną, natomiast Ewa dobrym duchem, który ma go uczłowieczyć. Przynajmniej tak to wygląda. Co ciekawe, sama Ewa w ogóle nie widzi swojej roli. Kocha Adama uczuciem zupełnie bezinteresownym. Uważa go za silniejszego i lepszego od siebie. Wybacza mu wszystko. Jest mu całkowicie oddana. To oczywiście jest dość schematyczny sposób przedstawienia archetypicznej kobiety nastawionej na bycie żoną i matką.
Takiej, której celem życia jest uszczęśliwienie swego mężczyzny. Jednak sposób, w jaki Twain to opowiada, nie ma w sobie nic trywialnego. Po prostu poznajemy Ewę, która jest delikatną, inteligentną, pełną dobrych uczuć istotą, bez której Adam na zawsze pozostałby ledwie potrafiącą mówić małpą. Ciekawe, czy pisarz właśnie tak myślał o kobietach? To jest całkiem prawdopodobne, zważywszy na to, jak bardzo angażował się w ruchy sufrażystek. To nawet pewne. Tylko dlaczego właściwie Ewie kazał być tak bezgranicznie oddaną? Może dlatego, że po prostu sam marzył o takiej kobiecie. Takiej, która by go całkowicie akceptowała ze wszystkimi zaletami i wadami i nie próbowała w niczym zmieniać. Tak czy inaczej, Adam, który początkowo jest całkowitym egocentrykiem, w pewnym momencie odkrywa, że lepiej żyć poza Edenem z Ewą niż w Edenie bez Ewy.
Tak, to rzeczywiście zaskakująca konkluzja. Mimo to ma pewne podstawy, podstawy logiczne, ponieważ człowiek bardzo potrzebuje drugiego człowieka, a każdy z nas potrzebuje rodziny. Czasami bywa tak, że nie widzimy tego. Odrzucamy to, ponieważ nie chcemy mieć żadnych obowiązków. Ale tak naprawdę człowiek, który nie ma rodziny, kończy bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwy i to niezależnie od swojej sytuacji majątkowej. Myślę, że takie właśnie jest przesłanie „Pamiętników Adama i Ewy". Wszystkim wam zalecam przeczytanie tej króciutkiej książki. Jest piękna i niezwykle ciepła. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:22:46] - Jeszcze jeden odcinek cyklu „Bez Tajemnic" przygotowałem na dzisiejszy wieczór. Zapraszam zatem na odcinek zatytułowany „Szczęśliwy duch Samuela Philippe'a."
[02:23:01] - Samuel Philippe. Samuel Philippe był człowiekiem dobrym w każdym tego słowa znaczeniu. Nikt nie przypomina sobie, by widział go robiącego coś złego czy świadomie wyrządzającego krzywdę, jaka by ona była. Wiedząc o jego bezgranicznym oddaniu przyjaciołom, zawsze można było być pewnym, że będzie gotów oddać komuś przysługę, nawet jeśli odbyłoby się to jego kosztem. Wysiłek, zmęczenie, poświęcenie nie znaczyły dla niego nic, jeśli tylko mógł się na coś przydać, czemu oddawał się naturalnie, bez ostentacji, dziwiąc się, gdy ktoś chwalił jego zasługi. Nigdy nie życzył źle tym, którzy go skrzywdzili, a wręcz starał się im przysłużyć, jakby zrobili coś dobrego. Gdy miał do czynienia z niegodziwcami, mówił sobie: „To nie ja powinienem się skarżyć, lecz oni". Mimo inteligencji i wielu naturalnych zdolności, jego życie było pełne harówki, trudu i ciężkich prób. Była to jedna z tych elitarnych natur, które kwitną w cieniu, o których nikt nie mówi, a których blask nie ujawnia się na ziemi. Zaznajomiwszy się ze spirytyzmem, zaczerpnął zeń żarliwą wiarę w przyszłe życie i odwagę poddania się cierpieniom życia ziemskiego.
Zmarł w grudniu 1862 roku w wieku pięćdziesięciu lat wskutek bolesnej choroby. Szczerze opłakiwany przez rodzinę i kilkoro przyjaciół. Wywołano go wiele miesięcy po śmierci.
[02:24:33] - Czy dobrze pamięta pan swoje ostatnie chwile na ziemi?
[02:24:36] - Doskonale. Pamięć o tym powracała do mnie stopniowo, bo wtedy miałem jeszcze mętlik w głowie.
[02:24:42] - Ponieważ chcemy się czegoś nauczyć i wziąć przykład z pańskiego życia, czy mógłby pan opisać nam, w jaki sposób przebiegało przejście z życia cielesnego do duchowego oraz jaka jest pańska sytuacja w świecie duchów?
[02:24:54] - Chętnie. Ta opowieść przyda się nie tylko wam, ale także mnie samemu. Gdy kieruję swe myśli ku ziemi, porównanie to pozwala mi jeszcze lepiej docenić dobroć Stwórcy. Wiecie, ile miałem w życiu kłopotów. Dzięki Bogu nigdy nie brakowało mi odwagi, by stawić im czoła. A dzisiaj cieszę się z tego. Ileż mógłbym stracić, gdybym się załamał? Trzęsę się na samą myśl, że gdybym nie wytrzymał, to wszystko, co osiągnąłem, poszłoby na marne, a ja musiałbym zacząć od początku. O, moi przyjaciele, postarajcie się dobrze zrozumieć tę prawdę. Od niej zależy wasze przyszłe szczęście.
Zapewniam was, że okupienie tego szczęścia kilkoma latami cierpienia to naprawdę niezbyt wysoka cena. Gdybyście wiedzieli, jak niewiele znaczy tych kilka lat wobec całej nieskończoności. O ile moje ostatnie istnienie było w waszych oczach swego rodzaju zasługą, to nie powiedzielibyście tego o poprzednich. To, co mam teraz, zawdzięczam tylko ciężkiej pracy nad sobą. Aby zmazać ostatnie ślady moich dawnych błędów, musiałem jeszcze przejść te ostatnie próby, na które chętnie się zgodziłem. Ze stanowczego postanowienia czerpałem siłę, by znieść to wszystko bez skargi. Błogosławię dzisiaj te próby. Dzięki nim zerwałem z przeszłością, która jest dla mnie już tylko wspomnieniem i na szczęście mogę z czystym sumieniem być zadowolonym z drogi, którą pokonałem. O wy, którzy na ziemi dostarczaliście mi cierpień, którzy byliście dla mnie źli i nieżyczliwi, którzy upokarzaliście mnie i napełnialiście goryczą. Których zła wola często doprowadzała mnie do największych wyrzeczeń.
Nie tylko wam wybaczam, ale dziękuję wam. Chcąc wyrządzić mi krzywdę, nie wyobrażacie sobie, ile przynieśliście mi dobra. To prawda, że w dużej części to wam zawdzięczam szczęście, którego doznaję. Bowiem dostarczyliście mi okazji do przebaczania i odpłacania dobrem za zło. Bóg umieścił was na mej drodze, by wystawić na próbę moją cierpliwość i pozwolić mi ćwiczyć się w praktykowaniu najtrudniejszego rodzaju miłosierdzia. Miłości do nieprzyjaciół. Nie gniewajcie się na tę dygresję. Już odpowiadam na wasze pytanie. Chociaż okropnie cierpiałem w moim ostatnim wcieleniu w ogóle nie miałem agonii. Śmierć spadła na mnie jak sen, bez oporu i wstrząsów.
Nie bojąc się przyszłości. Nie byłem zbytnio związany z życiem. W związku z tym nie robiłem nic, by walczyć o jego ostatnie chwile. Oddzielenie dokonało się bez wysiłku, bez bólu i nawet go nie zauważyłem. Nie wiem, ile trwał ten ostatni sen, lecz nie za długo. Przebudzenie było spokojne i kontrastowało z mym poprzednim stanem. Nie czułem już bólu i promieniałem radością. Chciałem wstać, chodzić, lecz odrętwienie, które nie było nieprzyjemne, a nawet miało jakiś urok, zatrzymywało mnie na miejscu. Oddałem mu się więc z przyjemnością, zupełnie nie zdając sobie sprawy z mojego stanu oraz z tego, że opuściłem ziemię. To, co mnie otaczało, wydawało mi się snem.
Widziałem, jak moja żona i kilku przyjaciół płacze, klęcząc w pokoju. Sądziłem, że pewnie uważają mnie za zmarłego. Chciałem im wszystko wyjaśnić, lecz nie mogłem wykrztusić słowa. Dlatego też myślałem, że mi się to wszystko śni. W przeświadczeniu tym utwierdziło mnie, że otaczało mnie wiele kochanych osób, zmarłych już dawno temu i inni, których od razu rozpoznałem, którzy jednak zdawali się opiekować mną i czekać, aż się przebudzę. W tym stanie przeplatały się chwile świadomości i senności, podczas których na przemian odzyskiwałem i traciłem poczucie ja. Stopniowo moje myśli rozjaśniały się. Światło, które widziałem przez mgłę, stawało się silniejsze. Zacząłem przychodzić do siebie i rozumieć, że nie należę już do ziemskiego świata. Gdybym nie znał spirytyzmu, złudzenie z pewnością przeciągałoby się o wiele dłużej.
Moja śmiertelna powłoka nie została jeszcze pogrzebana. Patrzyłem na nią z litością, ciesząc się, że w końcu się jej pozbyłem. Byłem taki szczęśliwy, że jestem wolny. Oddychałem pełną piersią jak ktoś, kto właśnie wyszedł ze śmierdzącej atmosfery. Całego mnie przepełniało niemożliwe do opisania wrażenie szczęścia. Obecność tych, których kochałem, napawała mnie radością. W ogóle nie byłem zaskoczony, że ich widzę. Wydawało mi się to zupełnie naturalne. Miałem jednak wrażenie, jakbym wracał z długiej podróży. Zaskoczyła mnie tylko jedna rzecz że rozumiemy się, nie wymawiając jakichkolwiek słów.
Nasze myśli przechodziły między nami jak spojrzenia i strumień fluidów. Jednocześnie nie byłem jeszcze zupełnie wolny od ziemskich idei. Wspomnienie tego, co przeżyłem, często powracało w mej pamięci. Zupełnie, jakbym miał dzięki temu bardziej docenić obecną sytuację. Cierpiałem fizycznie, lecz przede wszystkim psychicznie. Doświadczałem bowiem złej woli i tysiąca trosk, jeszcze gorszych od prawdziwych krzywd, co dręczyło mnie nieustannie. Pamięć o nich nie zatarła się zupełnie i czasem pytałem się, czy naprawdę udało mi się od nich uwolnić. Wydawało mi się, że wciąż słyszę nieprzyjazne głosy, rozpamiętując problemy, które tak często mnie przygniatały. Trząsłem się mimowolnie. Szczypałem się, że tak powiem, by się upewnić, że nie śnię.
A gdy zyskałem pewność, że wszystko dobrze się skończyło, wydawało mi się, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Tak więc to prawda. Mówiłem sobie, że w końcu uwolniłem się od wszystkich trosk, które zatruwały mi życie i dziękuję za to Bogu. Byłem jak nędzarz, któremu nagle przypada w udziale ogromny majątek. Przez pewien czas wątpi, że to się naprawdę dzieje i dręczy się niedostatkiem. Och, gdybyż ludzie zrozumieli przyszłe życie. Jaką siłę, jaką odwagę dałoby to im w nieszczęściu. Mieliby pewność, że czegokolwiek nie robią na ziemi, to służy to zapewnieniu sobie szczęścia, które Bóg zarezerwował dla swych dzieci, które przestrzegają Jego praw. Zobaczyliby, jak wiele uciech, o których marzą, jest niczym wobec tych, które lekceważą.
[02:31:35] - Czy ten świat tak nowy dla pana, w porównaniu z którym nasz ma niewielkie znaczenie. Świat, w którym odnalazł pan wielu przyjaciół, sprawił, że stracił pan z oczu rodzinę i przyjaciół z ziemi?
[02:31:47] - Gdybym o nich zapomniał, nie byłbym godzien szczęścia, którego zaznaję. Bóg nie wybacza egoizmu, lecz za niego karze. Świat, w którym się znajduję, może sprawić, że wzgardzę ziemią. Nigdy jednak duchami, które są tam wcielone. Tylko wśród ludzi zdarza się, że ktoś zapomina o towarzyszach niedoli. Często bywam odwiedzać moich. Cieszy mnie, że dobrze mnie wspominają. Ich myśli zbliżają mnie do nich. Uczestniczę więc w ich przedsięwzięciach. Cieszę się wraz z nimi.
Smucą mnie ich udręki. Nie jest to jednak ten smutek pełen niepokoju ludzkiego życia, bo rozumiem, że trudności są przejściowe i służą ich dobru. Jestem szczęśliwy myśląc, że pewnego dnia oni osiągną ten wspaniały stan, w którym ból nie jest znany. Aby nań zasłużyli, staram się im pomagać. Usiłuję tchnąć w nich dobre myśli i przede wszystkim chęć poddania się woli Bożej. Najbardziej mnie boli, gdy widzę, że moment uwolnienia opóźnia się, bo brakuje im odwagi, marudzą, wątpią w lepszą przyszłość albo robią coś złego. Staram się więc zawrócić ich ze złej drogi. Gdy mi się to udaje, jestem bardzo szczęśliwy, bo wszyscy spotkamy się tutaj. A gdy przegrywam, to mówię sobie z żalem: „Znowu coś ich opóźnia”. Pocieszam się jednak, że niczego nie traci się bezpowrotnie.
[02:33:20] - Proszę państwa, okazuje się, że apele do słuchaczy „Bibliotekarium 2.0” to nie są apele rzucane w pustkę. Kiedy dwa tygodnie temu poprosiłem państwa o nadsyłanie prac literackich, opowiadań do ABW reaktywowanego albo takiego, które mamy zamiar reaktywować, to zastanawiałem się, czy coś z tego wyjdzie. Okazuje się, że tak. Nadchodzą już pierwsze prace. Ja na razie nie będę podawał nazwisk. Powiem tylko, że pojawiło się opowiadanie zatytułowane „Przypadek Alicji K.” oraz opowiadanie „Ford”. Ja wkrótce skontaktuję się z autorami. Będziemy rozmawiali na temat publikacji na antenie „Bibliotekarium 2.0”. Na to będzie trochę trzeba poczekać. Sami państwo rozumiecie, Ivellios to osoba niezwykle zajęta i musi znaleźć czas, żeby takie opowiadanie nagrać.
Ale pierwsze opowiadania przychodzą, z czego jestem niezwykle zadowolony, bo okazuje się, że reaktywacja ABW, a przypomnę, pod tym skrótem kryje się Antologia Bibliotekarium Warsztaty, żeby nie było jakichś skojarzeń ze służbami trójliterowymi. Wszystko wskazuje na to, że reaktywacja nastąpi. No to cóż, proszę państwa, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić państwa na kolejne wspomnienia z ABW. Proszę państwa, to jest audycja, jeżeli dobrze pamiętam, z 2021 roku. A może nie pamiętam. Nieważne. Ważne, że usłyszycie państwo za chwilę opowiadania Jacka Fleischfressera „Przełom”, bliźniacze opowiadanie, również Jacka Fleischfressera „Przełom kulinarny”. Jeżeli państwu będzie się wydawać, że one są jakoś podobne, to dobrze się będzie państwu wydawać. To jest pokazanie, jak można opowiedzieć historię na dwa różne sposoby. Trzecie opowiadanie to opowiadanie Marka Myszograja „Grudniowa kwantomatyka”.
Czwarte Kamil Bury „Lekarstwo”. I potem jeszcze dwa opowiadania Kamila Burego „Teoria Schrödingera” i „Jeszcze jedna historia”. Pięknie państwa zapraszam na te opowiadania w interpretacji Marka Sęka Ivelliosa.
[02:36:16] - Jacek Fleischfresser „Przełom”. W sali plenarnej Instytutu Zasobów Energetycznych zgromadził się tłum dygnitarzy i prezesów większych spółek państwowych. Na prezydialnym stole postawiono walizkę, z której wychodził przewód podłączony do żarówki i kilku wskaźników. Hieronim Kalinowski siedział z tyłu publiczności. Nie interesował się tym, że za chwilę profesor Ernest Schroder pokaże wiekopomne odkrycie w dziedzinie energii kwantowej. Urzędnik miał inny problem na głowie. Jego konto świeciło pustką, a wieczorem obiecał oddać prezesowi instytutu 10 000 dolarów. Prezes dał mu je w zaufaniu do zainwestowania w intratny fundusz powierniczy. Mieli podwoić zyski w dwa miesiące, ale biznes wziął w łeb już po pierwszym tygodniu i pieniądze przepadły. A miało być tak pięknie.
„Szanowni państwo” prezes instytutu wszedł do sali razem z siwym brodatym jegomościem. „Przywitajcie profesora Schrodera. Dzięki niemu nastąpi przełom w energetyce. Nasza nadzieja na lepsze jutro” powiedział do zebranych. Wszyscy wstali i przywitali ich oklaskami. Hieronim też bił brawo, chociaż jego departament nie miał nowych technologii w kompetencji. Ot tak dyrektor wysłał go w zastępstwie. Profesor się ukłonił, chciał coś powiedzieć, ale stracił równowagę, bo pociągnął go prowadzony przez niego duży kot. Wywołało to u zebranych konsternację, ale nikt nie śmiał parsknąć śmiechem. Naukowiec nie przejął się tym, tylko wręczył smycz prezesowi.
„Ach te koty, przepraszam za niego, ale traktujcie go, jakby go tu nie było” uśmiechnął się Schroder. „To właśnie dzięki Blankowi, bo tak się kocur nazywa, rok temu wpadłem na genialny pomysł z zastosowaniem dysharmonicznego kwantowego oscylatora. Odkryłem, że im dłużej sierściucha się pieści, tym ma większą energię.” „Ale profesorze, jak to ma się do naszego urządzenia?” przerwał mu prezes. Nie będę wam snuć anegdot z życia starego dziwaka, jakim jest mój kot. Nie chcę was zanudzać tym, że z jednego bozonu kwarka uzyskanego w moim laboratorium dzięki komutacyjnej relacji utrzymanej w stałej równowadze anihilacyjno-kreacyjnej można w ciągu godziny uzyskać energię równą tej, jaka została wyzwolona w czasie wybuchu w Hiroszimie w '45. „Przepraszam” – odezwał się ktoś z sali. – „A jakie są koszty uzyskania tych z kwarków bozo coś tam?” Koszty są niewielkie, gdyż i tak przechowujemy setki kwarków, które powstały jako efekt uboczny zwykłej syntezy gluonów Higgsa. Jeden taki kwark dzięki zastosowaniu tego urządzenia może zasilić jedno duże miasto przez rok. Zresztą nie będę szanownego gremium trzymać w niepewności i zademonstruję działanie urządzenia. Profesor zdjął pokrowiec i wszystkim okazało się srebrne pudło wielkości dużego stacjonarnego komputera.
Z jednej strony miało panel z masą guzików i suwaków, pośrodku okrągłe, ciemne okienko, zaś od strony przewodów widoczny transformator. Mężczyzna wcisnął czerwony przycisk i ustrojstwo zaczęło cicho buczeć. Za czarną szybką pojawiło się nikłe, blade światełko. Publiczność wstrzymała oddech w oczekiwaniu. W ciągu minuty z okienka bił już oślepiający blask. Gdy maszyna wydała z siebie ciche „pim”, profesor wcisnął guzik od strony ujścia energii. Podłączona żarówka zaświeciła jaskrawo, potem zaiskrzyła i eksplodowała, a prawie wszystkie wskaźniki urządzeń pomiarowych wyskoczyły poza skalę. Zebrani patrzyli zafascynowani na jedyny działający licznik pokazujący bardzo wysokie napięcie. No niestety, nie mieliśmy odpowiednich... Zafascynowany prezes z uśmiechem przeliczał w głowie, ile na tym mógłby zarobić.
„Czy to bezpieczne? Czy nie wydziela się jakieś zabójcze promieniowanie?” – zapytał się ten sam dyrektor co poprzednio. Nasze przełomowe urządzenie jest zupełnie niegroźne i po zużyciu bozona pozostaje jedynie uwięziony w kwantomatycznej pułapce neutralny leptonowy fermion. Ponadto oszczędności, jakie przyniosą nam... Tri-trit rozległ się po sali głośny i natarczywy sygnał czyjejś komórki. Zebrani spojrzeli z niesmakiem na Hieronima, który obudził się z letargu. Zakłopotany spojrzał na wyświetlacz i to właśnie jego komórka przerwała pokaz. Nie mógł rozłączyć, bo dzwonił do niego Anselm, ostatni ze znajomych, od którego jeszcze nie pożyczył pieniędzy. „Przepraszam” – wydukał i wybiegł na korytarz. No kiciuś, złaź z mównicy.
Zdekoncentrowany profesor razem z prezesem zaczęli odganiać kota, który wskoczył na stół z urządzeniem. W końcu właściciel złapał swego zwierzaka i podał go przyszłemu wspólnikowi. Proszę go przytrzymać. Zaraz państwu pokażę sztuczkę – Schroder oznajmił publiczności. W czasie jak Hieronim przez parę minut negocjował z sąsiadem, na jaką kwotę ten może sobie pozwolić i na jaki procent, kot podrapał twarz prezesa. Wściekły kocur wyskoczył jak z katapulty prosto w generator. Cały aparat najzwyczajniej w świecie spadł na klepkę. Błysnęło i huknęło. Zadowolony z siebie Hirek wrócił na konferencję. Sala była pusta i dziwnie śmierdziało.
Podszedł do stołu. Na podłodze leżał uszkodzony generator. Na kilku krzesłach publiczności leżały dymiące okulary. Co do cholery? Już tak szybko skończyli? Spojrzał w stronę drugiego wyjścia. Gdy zauważył na podeście kopcący się tupecik prezesa, pierwsze, co do niego dotarło, to jedna radosna, acz niepokojąca myśl, że nie będzie musiał już oddawać pieniędzy. Nagle z roztrzaskanego podałka reaktora wyszedł osmalony kot. Otworzył pyszczek i spokojnie oznajmił męskim, dźwięcznym głosem: „Było tam strasznie nudno” lub „Mnie tu nie było” i rozpłynął się w powietrzu. Jacek Frelschfresser: Przełom kulinarny.
W ekskluzywnej restauracji Obrzeża Realizmu dzisiaj miał być wielki dzień. Właściciel knajpy Hilary Kot, legendarny mistrz kulinarny, zdobywca siedmiu gwiazdek Michelina, zorganizował dla swych franczyzobiorców oraz przyjaciół pokaz nowatorskiego przyrządu do gastronomii molekularnej. Pomysłodawcą i twórcą kuchenki kwantowej był profesor fizyki jądrowej Ernest Schroder, prywatnie wieloletni przyjaciel Kota oraz zapalony kucharz amator i propagator wyszukanych smaków. Demonstracji miano dokonać w samo południe, a dwudziestu zaproszonych gości nie mogło doczekać się przybycia gościa honorowego. Zebrali się dookoła dużego stołu, na którym umieszczono pudło przykryte różowym obrusem. W spotkaniu brał udział również jeden ze znajomych Hilary'ego, Wacław Wąs, aczkolwiek jego intencje były całkiem odmienne niż chęć poszerzenia horyzontów kulinarnych. Przyczyna obecności była prozaiczna i opiewała na pięć zer i dziewiątkę z przodu plus odsetki, a wszystko musiał oddać do wieczora właśnie szefowi kuchni. Uczestnicząc w tak uroczystym wydarzeniu miał cichą nadzieję, że po spotkaniu, wykorzystując dobre samopoczucie wierzyciela, uda mu się wynegocjować odroczenie płatności. Siedział w kącie sali i z każdą minutą dochodził do wniosku, że nadzieja naprawdę jest matką głupich. Wreszcie doczekali się przybycia szefa szefów.
Kot wpuścił do środka pomieszczenia profesora Schroedera, który niósł przed sobą duży wiklinowy kosz przykryty serwetą. Nie zdążyli nic powiedzieć, a już zebrali od zebranych oklaski. Na początku gospodarz przypomniał wszystkim, czym gość zasłużył się dla tej nowej dziedziny, jaką była kuchnia molekularna. Wymienił jego wkład w postaci stworzonych receptur i przepisów będących teraz bazą menu dla ich marki. „No dobrze, dobrze. Dosyć tych uprzejmości” – przerwał mu profesor, stawiając z hukiem kosz na stole. – „Nie po to tu się spotkaliśmy.” Jednym szarpnięciem zerwał szmatę z podła niespodzianki. Zebranym ukazało się ustrojstwo na pierwszy rzut oczu będące połączeniem kuchenki mikrofalowej i starodawnego telewizora lampowego z dużą cewką elektromagnetyczną. Centralnie nad komorą zamykaną na przeszklone drzwiczki znajdowała się sporej wielkości szklana bańka z drucikami. „Przez wiele lat stosując naukowe metody” – Schroeder podkręcił wąsa i dostojnie wybił brzuch, gdy złapał się za szelki swych spodni – „bazując tylko na naturalnych składnikach, stworzyliśmy wyjątkową mozaikę smaków zadowalającą każde wyrafinowane gusta.
Wykorzystując oprócz standardowego wyposażenia kuchni takie urządzenia jak piece konwekcyjne, lasery oraz naszą wiedzę o zjawiskach fizykochemicznych i precyzyjne zastosowanie dozowania, osiągnęliśmy niebywałą jakość rozpoznawalną w kraju i za granicą. Dzisiaj zaprezentuję wam mój nowy wynalazek – kuchenkę kwantową.” Nie czekając na kolejne oklaski, podszedł do urządzenia i je włączył czerwonym przyciskiem. Wraz z cichym szemraniem wiatraka chłodzącego pręt sterujący zaświecił się na niebiesko. Rozgrzewające się lampy elektronowe dodały trochę niesamowitości całemu przedsięwzięciu i stanowiły ciepły kontrast względem błyskającej na jasnozielono dużej bańki. „Teraz, dzięki temu dysharmonicznemu kwantowemu oscylatorowi czeka nas poważny przełom w gastronomii. Teraz każdy będzie mógł wyczarować, co tylko chce.” „Jaki oscylator, przepraszam?” – zainteresował się Wąs. – „To nie jest groźne? Czy nie wydziela się jakieś zabójcze promieniowanie?” „Jak wiecie, od lat pracuję w pobliskim centrum z akceleratorem hadronów i nie doświadczyłem tam żadnego wypadku. No, może oprócz tego, jak kiedyś poślizgnąłem się na mokrej podłodze i złamałem rękę. A mówiąc poważnie, energii to pobiera mniej niż przeciętna mikrofalówka, zaś z jednego bozonu kwarka uzyskanego w moim laboratorium, dzięki komutacyjnej relacji utrzymanej w stałej równowadze anihilacyjno-kreacyjnej można w ciągu godziny przygotować wykwintne dania dla kilkuset osób, zaś po zużyciu bozona pozostaje jedynie uwięziony w kwantomatycznej pułapce neutralny leptonowy fermion.” „Przepraszam” – znów odezwał się Wąs.
– „A jakie są koszty uzyskania tych z kwarków bozo coś tam?” „Koszty są niewielkie, gdyż i tak przechowujemy setki kwarków, które powstały jako efekt uboczny zwykłej syntezy gluonów Higgsa. Jeden taki kwark może zasilić urządzenie przez cały rok. Wróćmy jednak do dania specjalnego. Dzisiaj chciałbym dla was przygotować kaczkę po pekińsku z niespodzianką.” To mówiąc, pokazał wszystkim zawartość kosza, w którym znajdowała się sporej wielkości kaczka. Gdy zobaczyła zgromadzenie, ocknęła się i poczęła badawczo ich lustrować wyłupiastymi oczami. Naukowiec wyjął ją ostrożnie i położył na blacie. Nie uciekła, bo była związana jak baleron. „Ale tak na żywca?” – Wąsowi zrobiło się niedobrze. „Zaufajcie mi.” Ernest najpierw umieścił w kuchence jarzyny, a potem bez wahania upchnął tam zwierzynę. Wacław Wąs miał dosyć oglądania męczarni żywej istoty.
Gotów był złapać za krzesło i rozwalić się na głowie szalonego kucharza. Jednak tego nie zrobił, bowiem poczuł wibracje w kieszeni. Pełen nadziei złapał za telefon i z nieukrywaną radością zauważył, że dzwoni do niego wujek Hieronim. Jego ostatnia szansa na zdobycie pieniędzy na spłatę długu. Odwrócił się na pięcie i powędrował do drugiej, mniejszej sali, żeby spokojnie z krewnym obgadać warunki pożyczki. Zebrani dookoła urządzenia nie protestowali na dziwne praktyki wobec zwierzęcia, gdyż dobrze znali ekscentryczność ich molekularnego guru. A nawet jeśli ktoś chciałby się sprzeciwić, to bałby się podpaść właścicielowi marki. Zebrali się za plecami naukowca, by podpatrzeć, co ustawia na panelu kontrolnym. Kaczka tymczasem przewidując swój rychły koniec, z zaciętością zaczęła uderzać dziobem w ściankę kuchenki. „Spokojnie.” – niezrażony profesor nie przerwał wystukiwania kolejnych opcji na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu.
– „Ptak nie poczuje bólu i wszystko zakończy się za...” – wcisnął Enter – „Dziesięć, dziewięć.” „Odsuńmy się może jakieś dwa kroki.” „Cztery, trzy.” Tymczasem kaczka chyba tylko sobie znanym sposobem przebiła sufit i wystawiła głowę. Zabistym wzrokiem spojrzała na profesora, po czym uderzyła dziobem w świecącą na zielono bańkę. Błysnęło i huknęło. Zadowolony z siebie Wacław wrócił na pokaz. Sala była pusta i śmierdziało smażonymi burakami. Podszedł do stołu, na którym leżała dymiąca kuchenka. Z początku zdziwił się, że już sobie poszli, jednak zmienił zdanie widząc parę spalonych zelówek butów i pęknięte, okopcone okulary Hillarego. Nie wiedział czemu, ale najpierw dotarła do niego jedna radosna, acz niepokojąca myśl, że już nie będzie musiał mu oddawać pieniędzy. Nagle otworzyły się drzwiczki kuchenki i wyskoczył z niej zając. Marek Myszograj „Grudniowa Kwantomatyka": Kiedyś poznałem pewnego człowieka imieniem Zacheusz.
Koniecznie chciał mnie zobaczyć. Z racji niskiego wzrostu wspiął się na drzewo. Wówczas i ja dostrzegłem jego. Dziś nie ma potrzeby wdrapywania się po gałęziach. Tłumy idą do spowiedzi, na mszę, przyjmują komunię, rzucają na tacę. Kilka prostych czynności, by poczuć się lepiej i sądzić, że ja będę zadowolony. Czasami, gdy modlą się gorliwie, schodzę na ziemię. Daję każdemu szansę realnie spotkać się ze mną. Tak było w przypadku Alicji i Andrzeja, którzy wracali z kościoła. Ona na co dzień pracowała w urzędzie.
Była kierowniczką w skarbówce. On dyrektor szkoły i radny w samorządzie gminnym. Uważali się za szczęśliwych. Sąsiedzi, współpracownicy, ogólnie cała lokalna społeczność szanowała ich i poważała. Zbliżała się wigilia Bożego Narodzenia. Chłód przenikał do szpiku kości. Śmietniki przy pizzerii oferują w taką pogodę smakowite przekąski. Padający śnieg utrudniał mi pracę. Z trudem udawało się coś ciekawego wygrzebać. Oni zaś z powodu przyjazdu dzieci i wnuków czuli się przyjemnie.
Świąteczna atmosfera rozgrzewała ich serca. Jak wspomniałem, wracali z kościoła. Zamierzałem poczekać na nich przed otwartym kumplem, przywitać się, porozmawiać. W momencie, gdy przechodzili obok, otrzepałem śnieg z ramion. „Mam ogromną ochotę na ciepły rosół” oznajmił Alicji Andrzej. „Boże, patrz jaki menel” powiedziała kobieta, wskazując na mnie. „Nie zwracaj uwagi kochanie. Wracajmy do domu” uspokoił ją mąż. „Nic się nie zmieniło. Wystarczy cuchnąć i grzebać w śmieciach, by mnie nie rozpoznać” pomyślałem.
Kamil Bury „Lekarstwo”: Kościej pomyślał, że mógłby odpowiedzieć: to nie ja jestem zamknięty z wami. To wy jesteście zamknięci ze mną. Ale zaniechał. Odpuścił. Nie miał ochoty wdawać się w zbędną polemikę. I tak wiedział, co nastąpi. Najpierw oni zabiją jego. To prawdopodobnie będzie strzał w głowę, a wtedy on wstanie i zabije ich. Tak było zawsze, pośród krwi i krzyków. Nie pomylił się.
To był strzał z pistoletu. Jeden z goryli stojących za nim po prostu wyciągnął broń, wycelował i strzelił. Na chwilę stracił życie, lecz nie na długo. Miał rację również co do dalszej części. Gdy padł bez życia na ziemię, najemnicy rozluźnili się. Ktoś kazał podwładnemu iść po mopa, aby posprzątać bałagan. Ten ktoś nie zdążył. Nieśmiertelny tym razem ożył wyjątkowo szybko. Ludzi jak zwykle ogarnęła panika. Zaczęli krzyczeć, strzelać bez celowania i biegać jak drób bez głowy.
Kościej metodycznie ich zabijał pojedynczymi, oszczędnymi ciosami. Wiedział, jak skutecznie i szybko uśmiercać. Robił to od stuleci. Na przestrzeni lat widział wiele wojen. Mógłby je opisać na wiele sposobów, mniej lub bardziej krwawych. Jednak wszystkie koniec końców sprowadzały się do śmierci. Zazwyczaj była to śmierć bezsensowna i w imię idei, która niedługo po walkach zostawała zapominana na zawsze. Bohaterskie czyny przodków nigdy nie ratowały potomków przed powtórzeniem błędów i wywołaniem kolejnych konfliktów. Miał rację ten, kto powiedział, że wojna nigdy się nie zmienia. Zmienia się tylko broń.
Nadar był stary, może nawet staroświecki. Na pewno tak wiekowy, że z żyjących tylko on pamiętał swoje dawne imię. Między innymi dlatego wciąż walczył mieczem. Zdarzało mu się używać broni palnej, ale gdy przychodziło do krwawej jatki w ciasnych pomieszczeniach, ostrze sprawdzało się lepiej. Ich szef uciekł do panic roomu. Nadar wytarł klingę miecza w białą koszulę jednego z mięśniaków. Schował broń do pochwy ukrytej wewnątrz tuby na rysunki. Bez pośpiechu podszedł do wzmacnianych drzwi. Poszukał wzrokiem kamery. Patrząc jej w oko, zapukał i odezwał się, nie podnosząc głosu.
„Wpuść mnie. Wiesz, że mogę czekać naprawdę długo.” Mógł powiedzieć, jak długo. Mógł uświadamiać mężczyznę po drugiej stronie, że wzywanie jakichkolwiek posiłków bądź pomocy będzie bezcelowe. Jednak był przekonany, że on o tym wie i dlatego nie odzywał się więcej. Po dwóch bezdźwięcznych minutach zamzyczał elektroniczny zamek. Siłowniki odpuściły z metalicznym brzękiem. Kościej pociągnął drzwi. Wszedł do środka. Był tam gabinet bez okien, bez zbędnych ozdób poza sporym globusem, w którym zapewne krył się barek. Była tu kanapa i lodówka, lecz ukryte za regałami z książkami tak, aby nie dało się ich zobaczyć, przychodząc w interesach.
Doktor siedział za potężnym biurkiem. Za jego plecami wisiał obraz przedstawiający kruka i srokę. Jedyna ozdoba. Kościej przysiągłby, że już gdzieś go widział. „Zabiłeś ich wszystkich” powiedział na pozór spokojnie doktor, ale Nadar dostrzega pot na jego czole i to, jak mocno ściska szklankę wypełnioną lodem i whisky. „Jak się z tym czujesz, rzeźniku?” „Nie mam wyrzutów sumienia, jeśli o to pytasz.” Kościej usiadł w fotelu naprzeciw doktora. Tubę położył w poprzek na kolanach. Technicznie rzecz biorąc, oni najpierw zabili mnie. Wiemy obaj, że ciebie nie da się zabić. Czy to coś zmienia?
Ich intencje i czyny były jasne. Odwdzięczyłem się pięknym za nadobne. Oni chcieli zabić mnie, ja zabiłem ich. System zero-jedynkowy? Czasem tylko taki ma sens. Dokładnie taki wybór ci dałem: uratować miliony istnień lub dać im zginąć. Kościej milczał. Doktor wychylił nerwowo łyk bursztynowego płynu. Z twoimi komórkami moglibyśmy stworzyć leki, uratować setki istnień, może nawet uczynić ludzkość nieśmiertelną. Co najwyżej ten ułamek, który byłoby na to stać.
Dla całej reszty zapewne nic by się nie zmieniło. A co szkodzi zarobić na dobrze wykonanej robocie? Za każdy trud należy się zapłata. To zresztą oczywiste, że wszystkich nie moglibyśmy uczynić nieśmiertelnymi. Ziemia szybko by się przeludniła. Nastałby głód, doszłoby do wojen. Jednak być może udałoby się wysłać ulepszonych ludzi w kosmos. Zapewne przeżyliby hibernację. Udałoby się nam zaludnić inne planety. Genetyka ogarnęła pasja.
Mówiąc o tym, zdawał się zapominać o strachu. Mówił pewnie i bez zająknięć. Piękna idea, lecz idee są zawsze piękne. Usta doktora ściągnęły się w wąską kreskę, jakby szukał słów do poparcia swojej teorii. Nawet jeśli coś wymyślił, zachował to dla siebie. Zamiast tego zadał pytanie: Więc co, teraz mnie zabijesz? Zauważ, że nie polepszy to świata, a może mu tylko zaszkodzić. Ja wciąż, nawet bez ciebie, mogę opracować wiele lekarstw. Uważasz, że jeśli jakiś jaskiniowiec nie wymyśliłby kiedyś koła, nie mielibyśmy go do dzisiaj? Na przestrzeni wieków nie ma znaczenia, czy istniejesz, czy nie.
I tu się mylisz. Z wynalazków Leonardo da Vinci czerpie się po dziś dzień. Nikt nie rozbudował niektórych teorii Einsteina, a nie jest to coś, co ogarnąłby umysłem każdy. Są jednostki specjalne, które pozostawiają po sobie dziedzictwo dla całego świata. Są nieliczne, ale istnieją. A ty właśnie próbujesz mnie przekonać, że jesteś wyjątkowy. Ktoś musi być. A wiara w siebie to połowa sukcesu. To z jakiejś książki o samorealizacji? Jeśli mnie pytasz, nie wierzę w takie gówno.
Wszystkie te książki powtarzają to, co wie każdy człowiek, tylko w zawiły sposób i pięknymi słowy. A są pisane tylko po to, by od dających się na to nabrać idiotów wyłudzić kasę. Co wie każdy człowiek? To proste. Aby cokolwiek osiągnąć, trzeba spiąć dupę i wziąć się do roboty. Nie ma innej drogi. To fakt, ale czy wie to każdy? Ciężko powiedzieć. W każdym razie to nie zmienia tego, co powiedziałem o jednostkach. Nie zmienia.
Zmieniłem temat, bo miałem dość twojego samouwielbienia. To jak, zabijesz mnie? Nadar nie odpowiedział od razu. Myślał o wojnie, przelanej krwi i o tym, czy to się kiedyś skończy. Szczerze w to wątpił. Nieważne, czy ludzie będą żyli w dostatku, czy w biedzie, zawsze znajdą coś, o co zechcą walczyć. I nie zawsze będzie to słuszna walka. Westchnął ciężko. Kiedyś widziałem taki film. Był tam młody muzyk, który podpadł mafii.
Na koniec usłyszał od gangstera, że tym razem mu daruje, lecz jeśli w ciągu czterech lat nie osiągnie sukcesu, to wróci i go zabije. Ja daję ci pięć. Doktor znów upił kolejny łyk whisky. Minęła dłuższa chwila, nim odpowiedział. Głos drżał mu nieco. Założę się, że staje ci już tylko przy takiej zabawie w Boga. Odważne słowa jak na kogoś – Nadar zawiesił głos. Posłał groźne spojrzenie jaskrawoniebieskich oczu wprost na doktora – na granicy życia i śmierci. Pieprz się, Kościej. Ty i te twoje przeklęte, nienaturalne ślepia.
Całe swoje życie narzekasz na swój los, ale sprawia ci to kurewską przyjemność. Ta bezkarność i wieczny byt. Taa, zwłaszcza gdy dziurawią mnie kulami albo kroją na kawałki. Nieśmiertelny zachował spokój, w przeciwieństwie do zdenerwowanego genetyka. Rozdział cię ktoś kiedyś na pół? Nie ma takich dwóch? Pytam z zawodowej ciekawości. W poprzek tak, wzdłuż nie. Jestem jeden. To dobrze.
Jeszcze chwilę temu chciałeś uczynić połowę ludzkości takimi jak ja. Wciąż chcę. Do zobaczenia za pięć lat. Kościej wstał. Nie miał zamiaru dłużej dyskutować z lekarzem. Lepiej, żebyś dostał Nobla. Idź, wskocz do wulkanu. Może kiedyś spróbuję. Kamil Bury, „Teoria Schrödingera”: Dzień dobry, witam państwa na wykładzie „Kot Schrödingera i jego dziewięć żyć”. Zapewne większość z państwa słyszała o eksperymencie myślowym Erwina Schrödingera, jednak na potrzeby wykładu muszę o tym wspomnieć.
Problem z kotem w pudełku jest taki, że to, co znamy ze skali makro, nie działa w układzie nanoskopowym, gdzie pojedyncze, niedostrzegalne dla nas kwanty mają ogromne, wręcz kolosalne znaczenie. Eksperyment austriackiego fizyka jest nietypowy, gdyż uzależnia życie kota, czyli obiektu w makroskali, od pojedynczego wydarzenia w skali nano. Istnieje 50% szans, że wydarzenie to nastąpi i po otworzeniu pudełka kot będzie martwy lub nie. Ale wiedzę tą zyskujemy dopiero po otworzeniu pudełka. Nim to zrobimy, kot znajduje się w superpozycji i jest jednocześnie martwy i żywy. Naturalnie, o ile nie słychać miauczenia z pudełka. Teoretycznie kot ma prawdopodobieństwo przeżycia jeden do jednego. Jednak co, jeśli kot ma dziewięć żyć? Czy jego szanse przeżycia wzrastają? I jak w przypadku kota wygląda przejście z jednego życia do następnego?
Właśnie na te pytania postaram się dzisiaj odpowiedzieć. Najbardziej popularną teorią odnośnie dziewięciu żyć jest założenie, iż kot dziewięć razy od swoich narodzin jest w stanie nagiąć rzeczywistość do własnej woli, zmienić prawa fizyki, a nawet cofnąć czas o kilka sekund, co pozwala mu na uniknięcie śmiertelnych obrażeń. Innymi słowy, kot nie umiera, lecz zginąłby, gdyby nie wpłynął na otaczający go świat w sposób paranormalny. Doktor Mark Reyes był zadowolony z przebiegu wykładu. Może temat nie był najbardziej lotny i zahaczał o teorie spiskowe, jednak zagadnienia były istotną częścią jego badań na temat wpływu zwierząt domowych na rozwój cywilizacji. A gdy opowiadało się takie rzeczy w formie niemal paradokumentu, studenci chętniej chłonęli więcej niż w przypadku suchych faktów. Gdy zaparkował na podjeździe, przez chwilę jeszcze nie gasił silnika, tylko wraz z Billym Joelem podśpiewywał, że to nie on wzniecił ogień. Dopiero potem wysiadł. Na jego płocie na wymurowanym z czerwonej cegły słupku siedział czarny kocur, ale gdy Mark odstawił skrzynkę z piwem z bagażnika na ziemię, już go nie było. Wniósł zakupy do mieszkania, odgrzał sobie lasagnę zostawioną przez żonę i rozpoczął maraton „Futuramy”, naturalnie podlewany piwem.
Omal nie popłakał się na odcinku o tym, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, a potem zasnął w fotelu. Sobotę rozpoczął od wypicia pół butelki wody i wizyty w toalecie, a potem poszedł pobiegać. Zawsze twierdził, że nie ma lepszego lekarstwa na kaca niż ruch. Przebiegł około pięciu kilometrów. Gdy był już na podjeździe, zobaczył, że na jego małym podwóreczku są aż trzy koty. Jeden, biały, leżał na masce garbusa i grzał się w słońcu. Czarny kręcił się przy marchewkach w ogródku, a rudo-siwy bezczelnie obsikiwał klomb róż, trzęsąc ogonem. Mark tupnął nogą, chcąc go przegonić, ale kocur nie przeraził się. Skończył swoje, popatrzył z pogardą na doktora i nieśpiesznie udał się w stronę ogródka. Przeklęte koty.
Wrócił do mieszkania i poszedł wziąć prysznic. Jedząc śniadanie już kompletnie zapomniał o sierściuchach kręcących się na jego posesji. Przypomniał sobie o nich po południu. Tym razem naliczył ich pięć. Dwa były zajęte wylizywanie futerka, dwa wygrzewały się, śpiąc na słońcu. Jeden, ten czarny, ogromny kocur, którego widział już wczoraj, znów siedział na murowanym słupku przy bramce i patrzył na drzwi, wprost na doktora. Psia mać, co jest z tymi kotami? Może jakiś student po moim wykładzie postanowił napędzić mi stracha i podrzucił tu gdzieś kocimiętkę. Mark w racjonalny sposób starał się wytłumaczyć dziwne zachowanie kotów. Zamknął drzwi na zamek i poszedł do lodówki po piwo.
Nic nie koi nerwów jak chmiel. Już z butelką ponownie podszedł do drzwi. Były otwarte. Zdziwił się, bo dokładnie pamiętał, że je zamykał. Zerknął na zewnątrz. Koty były na swoim miejscu. Wzruszył ramionami, przekręcił zamek. Chciał się napić piwa, ale musiał gdzieś odstawić butelkę. Nie wiedział gdzie. Dwa razy przeszedł trasę od kuchni do drzwi wejściowych, jednak jej nie znalazł.
Wrócił do lodówki. Otwieracz nie leżał tam, gdzie go położył. Nie było też kapsla. Otwieracz był w szufladzie, a piwo, które wyjął, dałby głowę, stało w tym miejscu, z którego wziął poprzednie. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien odpuścić picia, ale stwierdził, że jeśli nie ma żony, to trzeba korzystać. Już trochę raźniej ruszył w stronę salonu. Gdy był na korytarzu, zamarł. Zrobiło mu się ciepło. Drzwi znów były otwarte. Szybkim krokiem podszedł, zatrzasnął je, tym razem nie wyglądając na zewnątrz.
Odetchnął głęboko, wziął łyk piwa, delikatnie odsunął firankę. Kotów nigdzie nie było widać. I właśnie w tym momencie usłyszał za sobą miauczenie. Poniedziałkowego poranka Molly Reyes, żona nieco ekscentrycznego doktora, zastała na swoim podwórku niecodzienny widok. Trawnik był zasłany martwymi kotami. Musiało ich tam być co najmniej 50. Koty nie miały na sobie ran, nie było też widać żadnej krwi. Molly, omijając sztywne ciałka, szybko i nerwowo ruszyła do otwartych na oścież drzwi frontowych. Po całym mieszkaniu walały się masy pustych i półpełnych butelek po piwie. Wszędzie leżały też kapsle.
Właśnie nimi bawiło się niemowlę, gaworząc coś pod nosem. Niemowlę miało na sobie koszulkę z wykrzywionym w uśmiechu tyranozaurem. Identyczną, jak kojarzyła po zdjęciach, miał jej mąż, gdy był mały, lecz jego nigdzie nie było widać. Kamil Bury, „Jeszcze jedna historia”. „Dziadku, dziadku, opowiedz nam o końcu świata.” „Słyszeliście tę historię dziesiątki razy.” „Dziadku, prosimy” – zasepleniła Zosia, najmłodsza z wesołej gromadki. „No dobrze, niech będzie” – westchnął dziadek i sięgnął po nabitą zawczasu fajkę leżącą na stoliku obok. Po chwili jednak się zreflektował, odchrząknął, czym uciszył dzieci i rozpoczął opowieść. „Dawno, dawno temu świat poszedł do przodu. Ludzie prześcigali się w wymyślaniu coraz to lepszych technologii. Mieliśmy telefony, dzięki którym można było rozmawiać na odległość, ultraszybkie pociągi zdolne dowieźć człowieka z jednego końca kraju na drugi szybciej, nim zmieniła się pora dnia.” „A latające samochody?” – zainteresował się Marcel.
„Samochody nie latały. Od tego były samoloty.” „Ale kiedyś mówiłeś, że jeden samochód doleciał do Marsa.” „To zupełnie inna historia. To była akcja reklamowa.” „Co to akcja reklamowa?” „Lepiej, żebyście nie wiedzieli. Jeśli mamy tworzyć nowy świat, to bez reklam będzie zdecydowanie lepszy.” „Niektóre rzeczy są nieuniknione” – wtrącił się Mieczysław, ojciec kilku dzieciaków, syn opowiadającego staruszka. „Reklamy prędzej czy później powstaną. Taka już jest ludzka natura. Lepiej później niż wcześniej. Tak z reklamami, jak i innymi pomysłami.” „Dziadku, miałeś opowiadać historię!” – oburzyły się dzieci. „Dobrze, dobrze. Na czym to ja...?
A tak. Świat bardzo szybko poszedł do przodu. Ciężko było nadążyć za wszystkimi odkryciami i wynalazkami. Jednak większości ludzi nie obchodziła nowa wiedza. Dobrze się czuli w swoich domach. Żyli wygodnie, choć nie bez problemów i lubili swoje życia.” Dziadek wygodnie rozparł się w swoim bujanym, wiklinowym fotelu. Drzewo zaskrzypiało. Zablokowane płozy poruszyły się delikatnie. „Byliśmy u szczytu rozwoju, jednak zdaje się zapomnieliśmy, iż na szczyt można wejść, ale wszystkie drogi ze szczytu prowadzą w dół. Dlatego, pomimo wszystkiego, co udało nam się osiągnąć, ludzkości dotykały różne liczne problemy: głód na świecie, przemoc, rasizm, ten prawdziwy i wymyślony jedynie dla propagandy i zysku, wirusy i głupie decyzje polityczne.
Mimo to wciąż parliśmy do przodu. Niektórzy znosili to lepiej, inni gorzej. Część wypierała prawdę. Część nie chciała o niej słyszeć i myślała jedynie o sobie. Wielu uważało, że walka nie ma sensu, bo cóż może zmienić pojedyncza osoba w konfrontacji z tłumem?” Dziadek nie oczekiwał odpowiedzi. Wiedział też, że dzieci nie rozumieją wszystkich słów, jednak słuchały, bowiem opowieści pozostały jedną z nielicznych rozrywek na tym świecie i żadne dziecko, póki co, nie ośmielało się przerywać. „Media nie pomagały. Rozdmuchiwały wydarzenia i przekrzywiały rzeczywistość, byle tylko sprzedać sensację. Choć tak naprawdę, zamiast pomagać i informować, wywoływały głównie złość, irytację i panikę.” Mieczysław pokręcił głową. Nie miał ochoty słuchać wywodów starego.
Przerabiał to zbyt często i wiele go irytowało w tych opowieściach. Za to dzieciaki z całej osady, która rozrosła się wokół fortu, wciąż tu przychodziły i słuchały, wpatrzone w dziadka jak w obrazek. „Może to dlatego, że nikt inny nie chce opowiadać im historii, a jedynie czegoś nauczyć albo zagnać do pracy” – pomyślał i wyszedł do warsztatu. Miał parę drobiazgów do naprawy. „Ludzie zapomnieli, jak żyło się dawniej. Nie wyobrażali sobie świata bez codziennych udogodnień i rozrywek, o jakich nasi przodkowie nawet nie marzyli. Żyli z rozpędu i cały czas za czymś goniąc.” Dziadek podrapał się po brodzie, zastanawiając się, o czym opowiedzieć w dalszej kolejności. „Była masa rzeczy ważnych i tych zupełnie nieistotnych, lecz takich, które warto znać. Zupełnie jak z książkami. Nie da się przeczytać ich wszystkich.
Życie jest zbyt krótkie i stawia przed nami wybór, z czym się zapoznamy. W tamtych czasach wszyscy bali się wirusów. Po części słusznie, ale rządziła tym przesada. Liczne teorie spiskowe siały strach. Jedna z nich mówiła, że ocieplenie klimatu roztopi lody na obu biegunach, co spowoduje, iż do atmosfery z lodu wydostaną się wirusy, które zabiją wszystkich.” „Co to ocieplenie klimatu?” – zapytał Jaś, szczelniej owijając się skórzaną, zbyt dużą dla małego chłopca kurtką. „To zjawisko, pod wpływem którego na całym świecie miało zrobić się cieplej, spowodowane wypuszczaniem do atmosfery gazów cieplarnianych.” „A kto te gazy wypuszczał?” „Wmawiali nam, że to my, prości ludzie. Wymyślali ograniczenia. W biedniejszych krajach narzucali normy spalin, a wielkie korporacje i państwowi giganci mieli to w dupie i sami robili, co chcieli.” Dziadek, jak wszyscy starsi ludzie, nie przebierał w słowach i mówił, co myślał, nie zważając, że niedługo słówko „dupa” rozprzestrzeni się wśród dzieciaków i stanie się bardzo popularne. „Produkując masy zanieczyszczeń.” „I świat stał się cieplejszy?” – zapytał Stefan pośród chichotu młodszych dzieciaków, po cichutku powtarzających między sobą brzydkie słowo. „Nie zdążył, bo wtedy nastał jego koniec.” „Wybuchł wulkan?” Niektóre dzieci znały już tę historię, a przynajmniej którąś jej wersję, bo dziadek za każdym razem opowiadał ją nieco inaczej.
„Tak, wybuchł Yellowstone, największy wulkan na Ziemi. Wyrzucił w niebo masę pyłu i popiołu, przesłaniając nam słońce. Nastała wulkaniczna zima. Na początku media uspokajały i kazały zachować spokój, ale spokój nie potrwał długo. Zaczęło brakować jedzenia. W ciepłych krajach ludzie mieli problemy z chłodem.” Dziadek sięgnął po fajkę odruchowo, w ogóle o tym nie myśląc i zapalił. Dzieci zachowały milczenie. Bardzo szybko się okazało, że wystarczy jedna większa tragedia i człowiek z całą swoją wiedzą i kulturą cofa się do epoki kamienia łupanego. Wraca prawo silniejszego, a człowiek człowiekowi staje się wilkiem. Dziadek przerwał, zaciągnął się potężnie, by po chwili skryć całą swą siwą głowę w chmurze gęstego dymu.
Tak sobie myślę, że jakkolwiek nie wyglądałaby apokalipsa, skończyłoby się tak samo. Tym razem staruszek mówił bardziej do siebie niż do dzieci. Nieważne, czy meteor, wirus, kosmici, czy też wojna nuklearna. Jeśli ktoś by przeżył, zrobiłby wszystko, by żyć, choćby miało to oznaczać prawo wilka i wyzbycie się człowieczeństwa. To zawsze jest powrót do tego archaicznego, pierwotnego instynktu. Nieważne, jak daleko pchniemy cywilizację. Ale udało się. My wciąż żyjemy. W naszej osadzie dobrze się żyje. Nikt nikogo nie zabija – odezwała się Zosia z przekonaniem, potrząsając małą główką z dwoma warkoczykami w kolorze dojrzałego zboża.
Tak, bo minęło trochę czasu, a człowiek mimo wszystko jest stworzeniem stadnym i prędzej czy później dołączy do jakiejś grupy. Nam udało się przetrwać, lecz inni nie mieli tyle szczęścia, a i nam nie było lekko. Dziadku, dziadku, a jak było na początku? Ktoś musiał zadać to pytanie zgodnie z tradycją. Bez tego pytania starzec mógł spędzić godziny w swoim fotelu, nie wypowiedziawszy słowa, pogrążony w myślach o dawnych czasach, jakby miał jakieś opory przed zdradzeniem tej części historii. Na początku było ciężko. Podczas pierwszego roku bez plonów ludzkość oszalała. Niektórzy potrafili zabić za przeterminowaną puszkę jedzenia. Pojawił się też kanibalizm. Już wtedy ludzie łączyli się w mniejsze czy większe grupy, ale mało kto wiedział, jak rozwiązać problem głodu i braku zasilania.
Przed chwilą mieliśmy internet pełen wiedzy, a potem już nic. To prawda, że z internetu można było dowiedzieć się wszystkiego? I tak, i nie. Sieć była pełna wiedzy, ale głównie bezużytecznej wiedzy. Każdy, kto kiedyś studiował, wie, że było ciężko znaleźć w niej jakieś konkrety i szczegóły. Ale przecież wciąż były książki. Nawet teraz mamy książki. Mamy, ale co z tego? Książki też nie odpowiedzą na wszystkie pytania. Na przykład w książkach znajdziecie informację, jak są zbudowane silniki i generatory.
Wiedzę, z czego składają się żarówki, które emitują światło, przy którym rośliny będą się rozwijać. Ale nikt w książkach nie pisze o procesie produkcyjnym, o tym, jak wytworzyć je w domowych warunkach albo nawet jak je zrobić, mając odpowiednie maszyny. Budowaliśmy tę oazę na okłapach dawnej wiedzy, często metodą prób i błędów. Ale mamy te żarówki. Nazywają się lampami sodowymi. Są jeszcze LED grow i CLF. Tak, dzieci. Wiem, że się o tym uczycie, ale tak naprawdę to wiedza, którą ktoś musiał zdobyć na nowo. Cała masa równie przydatnej wiedzy przepadła i raczej nieprędko powróci. Część rzeczy trzeba będzie wymyślać na nowo.
Ja lubię się uczyć. Wymyślę wszystko i znów będzie się żyło jak za dawnych czasów – stwierdziła Kasia, kraśniejąc z dumy. Dobrze Kasiu, życzę ci szczęścia i powodzenia. Jednak musisz wiedzieć, że nie wszyscy myślą jak ty. Gdy jeszcze mieliśmy swobodny dostęp do wiedzy, większość ludzi i tak wolała oglądać śmieszne kotki w internecie niż ją zdobywać. I muszę wam się przyznać, że i ja nie byłem wyjątkiem. Ty, dziadku? Oczywiście starzec nie był dziadkiem ich wszystkich, ale był najstarszy w osadzie i tak już się przyjęło, że wszyscy nazywali go swoim dziadkiem, nawet dorośli, nie licząc kilku wyjątków. Tata mi mówił, że dzięki tobie mamy prąd. Po prostu miałem trochę oleju w głowie i znałem się na elektryce, czym poniekąd zajmowałem się przed końcem świata.
A mój tata mówił, że to ty założyłeś całą tą osadę. Trochę pomogłem – odparł skromnie, wystukując popiół z fajki. Podobno znasz tu każdy zakamarek i wszystkie urządzenia. O! Staruszek otworzył buzię w udawanym zdziwieniu. Większość znam faktycznie. Dziadku, a jak tak dużo wiesz, to powiesz nam, skąd się wzięły te wszystkie kości w wąwozie? Nie powinniście tam chodzić – powiedział raczej zrezygnowanym niż rozkazującym tonem starzec. Rodzice będą źli. Powiedz nam, dziadku, prosimy.
Pamiętacie, jak mówiłem wam o tym, że ludzie czasem robią paskudne rzeczy? Tam leżą kości tych, którzy nie chcieli. Tam leżą kości złych ludzi. A co ci ludzie zrobili złego? Wiesz, oni- Dość tych historii. Uciekać do rodziców. Z warsztatu wyłonił się Mieczysław. Już starczy opowieści na dzisiaj. Pora zająć się konkretną robotą dla dobra obozu. Dzieciaki rozpierzchły się szybko, krzycząc i śmiejąc się.
Żadne nie chciało dostać pracy od starszego wioski. Dziadek nie ruszył się z fotela. Sięgnął tylko po odrapane pudełeczko z tytoniem i zaczął nabijać wciąż ciepłą fajkę. Co ty sobie myślisz? Opowiadasz takie rzeczy dzieciom? Im starszy, tym głupszy. Muszą się dowiedzieć, jak wygląda prawdziwy świat. Nie możecie ich wiecznie trzymać pod bańką i mówić, że wszystko będzie dobrze. Tak. Więc może następnym razem opowiesz im, jak wybiłeś wszystkich mieszkańców tego fortu, bo odmówili ci schronienia, a ty chciałeś mieć dostęp do generatorów.
Może i opowiem, ale gdyby nie to, to nie byłbyś dzisiaj wodzem tych ludzi, tylko siedział dalej w moich jajach albo nie urodziłbyś się wcale. Nie będę się z tobą kłócił, ale przynajmniej przed dzieciakami postaraj się trzymać język za zębami. Mietek odwrócił się i już miał wracać do pracy, ale stary go zatrzymał. Czekaj. Co znowu? Siadaj, a najlepiej przynieś wódki. Mam jeszcze jedną historię do opowiedzenia. Nie mam czasu. Gówno. Ja niedługo umrę, a ty musisz coś wiedzieć.
Mieczysław stał przez chwilę w rozkroku, niepewny, co robić. W końcu wzruszył ramionami i odpowiedział: Dobra, jak chcesz. Czekaj chwilę. Donikąd się nie wybieram. Mietek wymamrotał coś pod nosem. Wyciągnął z warsztatu obrotowe krzesło, a po chwili wrócił z flaszką. Szkło było zmatowiałe. Z etykiety pozostał tylko strzęp. Rozlał po trochu do dwóch niepasujących do siebie kubków. Sobie nalał więcej.
Koniec świata nie wyglądał dokładnie tak, jak opowiadałem. Tylko jak? Yellowstone nie wybuchło samo z siebie. Myślisz, że przy całej naszej wiedzy nie dowiedzielibyśmy się wcześniej i zostalibyśmy całkowicie bez przygotowania? Z tego, co wiem, można było rejestrować aktywność sejsmiczną, ale to nie daje gwarancji. Ale daje pewien pogląd. Zresztą to nieważne. Wysadzili go naukowcy. Tak sami z siebie? Słuchaj, a nie kwestionuj.
Potem będzie na to czas. Dobra, już nic nie mówię – stwierdził Mietek i łyknął ze swojego kubka. Wódka paliła w gardło. Wysadzili go naukowcy – powtórzył dziadek i sam wziął mały łyczek. Bo nie było innego wyjścia. Na Ziemię dotarli obcy, pieprzeni kosmici. Mietek miał wielką ochotę coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Byli pokojowo nastawieni, o ile można to tak nazwać. Umieli się z nami komunikować i jak gdyby nigdy nic oznajmili, że są zwiadem, że nasza planeta jest idealna do osiedlenia i za miesiąc przybędzie tu statek. Zaproponowali nam pokój i bycie niewolnikami.
Tak po prostu? Tak. Skurwysyny wiedziały, że nie mamy z nimi szans. Ich przewaga technologiczna była jasna dla wszystkich. Zresztą bardzo skrupulatnie to wyłożyli. Ale? Ale ludzkość nie ugięłaby się tak łatwo. Staruszek uśmiechnął się, prezentując braki w uzębieniu. Jesteśmy upartym i zaprzyjętym gatunkiem. Udało nam się odkryć, że dziady nie przeżyją w nieco zimniejszej atmosferze.
Wyobraź sobie, że dowiedzieliśmy się tego zupełnie przypadkiem, zapraszając ich na rozmowy do klimatyzowanego pomieszczenia. Więc naukowcy zmrozili planetę, wywołując wulkaniczną zimę. Dokładnie. No a co z ludźmi? Straty wliczone. Yellowstone i tak miał niedługo wybuchnąć. Naukowcy przyspieszyli tylko proces. Na Alasce już od dawna budowali podziemne miasto, w którym ludzkość miała przetrwać. No dobra, a skąd ty o tym wiesz? Tydzień przed wybuchem skontaktował się ze mną mój brat.
Już nie było jak polecieć do tego miasta. Aby zatuszować przybycie kosmitów panował kolejny lockdown z jakiegoś wymyślonego powodu i nic nie latało między kontynentami. Poza tym ludzie u władzy oczywiście nie wpuszczali tam nikogo prosto z ulicy. Mieli listę wybranych specjalistów i możnych i tylko oni mogli załapać się na przeżycie. Jednak zdążyłem zebrać wiedzę i zapasy, które pomogły mi zbudować tę bazę. Chyba raczej przejąć – bez złośliwości stwierdził Mietek, kręcąc prawie pustym kubkiem i zastanawiając się nad dolewką. Tak, przejąć. Masz rację. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Gdy inni żyli jeszcze w błogiej nieświadomości, ja robiłem zapasy, gromadziłem broń, przeglądałem mapy i plany, uczyłem się schematów i obsługi generatorów.
Znalazłem to miejsce, w którym teraz żyjesz. Idealna, ciepła dolina osłonięta przed całym światem. Cieplejszy mikroklimat niż wszędzie dookoła nawet po nastaniu wulkanicznej zimy. Nie zamarzająca rzeka, dzięki której działają generatory. Gorące źródła, dodatkowo podgrzewające teren i cały fort. Myślisz, że gdzie indziej mielibyśmy szansę na przeżycie? Nie wiem. Jednak mniejsza o to. Ta historia o kosmitach... Na pewno opowiadasz mi to z jakiegoś konkretnego powodu, a nie dla umilenia czasu.
Co to dla nas zmienia? Teraz nic. Ale według obliczeń tych doktorków od wybuchu wulkanu pył, którym przesłania nam niebo i siarka, która odbija promienie słońca, powinny opaść w ciągu 10 lat od wybuchu. Już 40 lat po katastrofie i jakoś tego nie widać. Pewnie coś pojebali w obliczeniach. W każdym razie niedługo zrobi się cieplej. Boisz się, że obcy wrócą? Staruszek pokiwał głową. Nie odpowiedział. Wziął kolejny łyk alkoholu.
„Masz jakiś pomysł?” „Nie, ale mam nadzieję, że tajny bastion, o którym ci powiedziałem, ma jakiś plan” – oznajmił Dziadek. „Mamy zaufać ludziom, którzy zniszczyli naszą planetę i zabili większość ludzkości?” „Rób, co chcesz. W moim kufrze jest dziennik. Znajdziesz tam mapę do stacji radiowej i kody, aby ich wywołać. Mój brat zmarł dwa lata temu i od tamtego czasu nie mam od nich informacji, ale z tego, co wiem, pracują nad jakąś bronią do walki z kosmitami. Nikt z nich też nie wie o naszym przytułku.” „I co mam zrobić z tą piecą?” „Powiedziałem – rób, co chcesz. Ja już zrobiłem swoje – dobre i złe. W każdym razie wdrażałem w życie to, co uważałem za słuszne, najlepiej jak potrafiłem. Teraz pora przekazać pałeczkę młodszemu pokoleniu. Sami musicie zawalczyć o swój dalszy los.
Wasz czas, aby działać i walczyć.” Dziadek ciężko westchnął. Mietek ściskał w dłoni kubek tak, że aż bielały mu knykcie, ale milczał. „Zabiłem byłych mieszkańców tej bazy i wcale nie żałuję, bo udało mi się stworzyć dobry przytułek, aby przetrwać. Sprowadziłem tu później twoją matkę i innych. Jakbym miał to powtórzyć, to wszystko zrobiłbym tak samo. Ale ja walczyłem tylko o siebie. Ty masz na głowie swoje dzieci i całą wioskę. Co zrobisz, twoja wola. I życzę ci tego, abyś na stare lata nie mógł sobie zarzucić, że czegoś nie zrobiłeś, choć mogłeś.” „Nie mogłeś powiedzieć mi tego wcześniej?” – na wpół spytał, na wpół warknął Mietek. „Mogłem, ale co by to zmieniło?” Starszy wioski nie odpowiedział.
Dolał sobie wódki, wypił płyn duszkiem. Z trzaskiem odstawił kubek na stolik, aż podskoczyło na nim pudełeczko z tytoniem. „Muszę to przemyśleć.” „Słusznie.” Stary znów zaczął nabijać fajkę. Mieczysław wstał z obrotowego krzesła. Wszedł do warsztatu. Przyjrzał się układowi, który naprawiał od wczoraj i nagle wydał mu się mało ważny. Nerwowym ruchem wyłączył lutownicę. Od dawna myślał, że są bezpieczni. Świat niby się skończył, lecz udało się ułożyć go na nowo, a teraz wyglądało na to, że ponownie może lec w gruzach. Zbliżył się do kufra z bronią.
Trochę amunicji, kilka karabinów i pistoletów wytworzonych nim przyszedł na świat, ale wciąż działających. Złapał za rewolwer, przyjrzał się czarnej lufie, sprawdził bębenek. Broń wydała mu się śmieszna. Pamiętał, jak ojciec uczył go strzelać. Huk i zapach prochu. Pamiętał pierwszą zabitą sarnę. Wtedy broń zdawała mu się nie do zwyciężenia. „Tu nie chodzi o broń” – pomyślał. „Tu chodzi o mnie. Po prostu nie wiem, co mam zrobić.
Zaś czegokolwiek nie wymyślę, może okazać się, że zrobiłem zbyt mało.” Uderzył pięścią w mur. „Synu.” Do garażu wszedł Dziadek z fajką w dłoni. Pomimo wieku wciąż dziarski, ale migły w porównaniu do tego, jak wyglądał dawniej. „Wiem, jak to jest. Czasami człowiek czuje się bezsilny i zagubiony. Jednak odwaga to nie brak lęku, a umiejętność jego przezwyciężania.” „To z jakiejś książki albo filmu?” Mietek oparł się tyłkiem o stół warsztatowy, garbiąc plecy i nie zdając sobie sprawy, że teraz sam mógłby uchodzić z postawy za staruszka. Mimo to uśmiechnął się. Jego ojciec zawsze lubił cytaty. „Możliwe. Nie pamiętam.
W każdym razie to prawda. A to, co mówiłem wcześniej, nie do końca znaczyło to, co miałem na myśli.” „To znaczy?” „Zawsze znajdzie się coś, czego będziesz żałował. Grunt to mieć cel i robić coś, cokolwiek, a nie siedzieć na dupie i czekać na poprawę losu, bo ten sam z siebie się nigdy nie poprawi.” Stary wsadził fajkę do ust. Skończył mówić. Czekał na odpowiedź, a ta, choć nie pojawiła się od razu bez przemyślenia, to i tak nadeszła szybko. „Masz rację.” Mietek wyprostował się. Odłożył ściskany w dłoniach pistolet. „Jutro ruszę do bazy wojskowej. Pamiętasz? Do tej, z której przywoziliśmy konserwy.
Powinno być tam sporo broni. A potem udam się do tej twojej radiostacji. Jeśli kolejny koniec świata ma nadejść, zrobię wszystko, aby dobrze się na niego przygotować. Nieważne, czy ludzie w bastionie na Alasce chcą dalej ochraniać planetę, walczyć albo planują zupełnie coś innego. Nawet jeśli nic się nie wydarzy, trzeba szykować się do wojny.”
[03:34:05] - Proszę państwa, jakby tego nie liczyć, patrzę sobie tutaj na ściągę, czy aby wszystko zostało wyemitowane. Żadnych ogonów nie widzę, nic nie zostało. No to cóż, muszę stwierdzić, że niniejszym kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi tego wieczoru. Życzę państwu fajnego weekendu, bo się wiosna zaczyna. Mam nadzieję, że to już tak zostanie. Pewno później będę mógł narzekać, że jednak nie zostało. No ale tak to już bywa. Ja mam w każdym razie nadzieję, że pozostanie, że spędzicie państwo w sposób jak najbardziej piękny, jak najbardziej wymarzony ten weekend. A teraz?
Teraz życzę państwu dobrej nocy i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Dobrej nocy.
[03:35:00] - A mówił do słuchota państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.