Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Tajemnicza wyspa, wyspa ciekawych książek i fajnych filmów i nie tylko, zaprasza po raz kolejny. W piątek po godzinie 20.00 zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejne Bibliotekarium 2.0 przed nami. A skoro tak, to zaczynamy! A skoro zaczynamy, to zapowiedzi wjeżdżają na scenę. Zapowiedzi wydawnicze zaczynamy dzisiaj od książki wydawnictwa Albatros. Książki, która pojawi się na rynku 26 lutego. Tytuł: „Dziewczyna z wymiany”. Autorka: Nelle Lamar. Długie blond włosy, błyszczące ciemne oczy, idealne perłowo białe zęby. Zjawiła się w twoim domu, ale czy na pewno wiesz dlaczego?
Nigdy wcześniej jej nie spotkałam, ale od razu wiem, że to właśnie ona, gdy tylko dostrzegam ją w tłumie na lotnisku. Ponieważ nasz nowy gość jest wierną kopią córki, którą niedawno straciliśmy. I właśnie dlatego ją wybrałam. W chwili, gdy Tanya wchodzi do naszego domu, czuję, jakby moje dziecko wróciło do życia. Studentka z wymiany z długimi blond włosami i smukłą sylwetką tak bardzo przypomina Annabelle, że czasami mogę niemal udawać, że córka nie zginęła w tamtym tragicznym wypadku. Tanya jest naprawdę idealnym gościem. Miła, uprzejma i zawsze chętna do pomocy w kuchni. Nareszcie ktoś komplementuje mój piękny dom i cieszy się domowymi obiadami, które przyrządzam. A kiedy zadaję pytania o moje życie, czuję, że wreszcie znalazłam kogoś, komu mogę się zwierzyć. Moja młodsza nastoletnia córka Paige nie jest zadowolona z obecności gościni.
Uważa, że to dziwne, że Tanya wygląda jak Annabelle i nie cierpi, gdy nosi stare ubrania jej siostry. Ale relacje pomiędzy Paige a Annabelle zawsze były napięte. A ja jestem pewna, że pojawienie się innej nastolatki w tym domu pomoże uzdrowić naszą rodzinę. Teraz Paige nalega, abym sprawdziła akta Tanyi. Jest przekonana, że dziewczyna nie jest tym, za kogo się podaje. Już dawno temu nauczyłam się, że czasami lepiej nie zadawać pytań, na które nie chce się znać odpowiedzi. Zdecydowanie nie chcę, żeby Paige ciągnęła ten wątek, ponieważ sama nabieram podejrzeń, że Tanya może jednak mieć jakiś sekret. Ale jestem pewna, że to drobiazg w porównaniu z tym, którego sama strzegę. Intrygujący dreszczowiec psychologiczny z niemożliwym do przewidzenia twistem. Nelle Lamar to pseudonim bestsellerowej autorki romansów Nelle Lamour, która była współtwórczynią i współproducentką popularnego serialu dla młodzieży z lat 90.
„Power Rangers”. A ja przypomnę, że mówiłem o książce „Dziewczyna z wymiany” autorstwa Nelle Lamar. Książka wydana przez wydawnictwo Albatros. To była pierwsza pozycja z zapowiadajek. Druga nosi tytuł „Szkoła szpiegów na fali”. Autor: Stuart Gibbs. Wydawnictwo Agora dla dzieci. Data premiery również 26 dzień lutego. Ahoj! Wszystkie ręce na pokład.
Zaczynamy operację Morderczy Manat. Tajna misja Bena Ripleya i jego przyjaciół z Akademii Szpiegostwa CIA zapowiada się całkiem przyjemnie. W końcu kto by nie chciał spędzić kilku dni na luksusowym wycieczkowcu i to pod fałszywym nazwiskiem? Niestety, zamiast wykwintnych kolacji, korzystania z parku wodnego i zabaw do północy, ekipę nastoletnich szpiegów czekają nieprzewidziane skoki za burtę, rajdy motorówką na złamanie karku oraz pułapki w postaci kupy pelikana. Czy uda się wyjść z tego obronną ręką i pokrzyżować plany genialnego złoczyńcy? Kolejna część bestsellerowej serii sprawdzonej w akcji w każdych warunkach. A ja przypomnę „Szkoła szpiegów na fali”, Stuart Gibbs, wydawnictwo Agora dla dzieci. Trzecia pozycja wśród polecanek, również premiera 26 lutego. Wydawnictwo Znak Litera Nova. Tytuł: „Stolik dla dwojga”.
Autor: Amor Towles. Nowa książka autora bestsellerowego „Dżentelmena w Moskwie”. Znudzony fałszerz, zuchwały koneser sztuki, kobieta próbująca odkryć sekret ojczyma i Evelyn, bohaterka dobrego wychowania, która powraca, by dokończyć swoją historię. Co się stanie, gdy jedno z nich nie wysiądzie z pociągu? Czyjś lot do domu zostanie odwołany, a ktoś inny otrzyma propozycję nie do odrzucenia. Jakie będą konsekwencje podjętych pochopnie, błahych decyzji? Nikt tak wnikliwie i subtelnie jak Towles nie portretuje relacji międzyludzkich i nie opowiada o nich z właściwymi dla siebie humorem i elegancją. Autor mistrzowsko przedstawia nasze słabostki i wątpliwe motywacje dla każdego. Dosyć przewrotnie, szukając pozytywnego zakończenia. Ta książka to literackie pudełko czekoladek wypełnione najlepszymi opowieściami.
Przypomnę, mówiłem o książce „Stolik dla dwojga”. Autor Amor Towles, wydawnictwo Znak Litera Nova. Proszę państwa, to były polecanki książkowe. Ale jeśli jesteśmy przy zapowiedziach i jest druga połowa miesiąca, to oczywiste jest, że teraz zerkniemy również do nowego numeru miesięcznika Nieznany Świat. Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem zaczynamy przegląd. Dzień dobry wieczór państwu. Mamy drugą połowę miesiąca lutego, a to oznaka, że zajmiemy się kolejnym numerem miesięcznika Nieznany Świat. Marcowy Nieznany Świat przed nami. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[07:52] - Dzień dobry wieczór Marku. Dzień dobry wieczór wszystkim słuchającym. Zanim zaczniemy, to ja taką małą przypominajkę tradycyjną powiem o tym, gdzie można miesięcznik dostać. Można na stanowiskach z prasą w marketach. Pamiętajcie też o opcji prenumeraty i przede wszystkim o wydaniu elektronicznym, do którego odnośnik znajdziecie pod spodem. Wspierając Nieznany Świat wspieracie najstarszy tytuł prasowy w Polsce poświęcony parapsychologii, nauce alternatywnej i zjawiskom z pogranicza. Wspieracie też polski biznes, bo to w 100% rodzima firma. A w numerze marcowym jak zwykle, bo często mówię, że Nieznany Świat ma takie stałe pozycje, to są widoczne dwa takie tradycyjne wątki. Jeden wiosenny, a drugi związany z Dniem Kobiet, który właśnie w marcu jest obchodzony. Nie powiem kiedy, bo i tak wszyscy wiedzą.
[08:43] - Ja mimo wszystko rozpocznę nie od tych dwóch głównych tematów, ale od Kroniki Akaszy. Kroniki redagowanej przez Wojciecha Chudzińskiego i obecnego tutaj Piotra Cielebiasia. A w tej kronice Akaszy pojawia się tekst „Drony, UFO, mgła i pożary. Chaos w USA”.
[09:08] - Trzeba wiedzieć, że Nieznany Świat ma bardzo specyficzną linię redagowania. To znaczy jako miesięcznik on jest zawsze lekko opóźniony względem tego, co się na świecie dzieje. Ale staramy się doganiać tą rzeczywistość. Na świecie się dzieje dużo, może nawet za dużo. Szczególnie dziwne rzeczy od jesieni się dzieją w Stanach Zjednoczonych. Tam, przypominam, najpierw mieliśmy inwazję ufodronów, o których Donald Trump miał ujawnić prawdę. Ostatecznie nie ujawnił. Potem mieliśmy rzekomą chorobotwórczą mgłę, potem mieliśmy falę pożarów w Kalifornii, co do której też się pojawiło wiele teorii spiskowych, że to jednak nie przypadek, że te źródła ognia, przynajmniej niektóre, to też jakieś takie nienaturalne. Marku, w naszych wspólnych audycjach na różnych kanałach też poruszałeś różne teorie na temat tych pożarów. I oczywiście mamy falę katastrof lotniczych w Ameryce Północnej, która również wywołuje sporo kontrowersji z tą najsłynniejszą i najbardziej tragiczną katastrofą nad Potomakiem w Waszyngtonie.
Ale do wydarzeń z udziałem samolotów wojskowych czy cywilnych, czy także tych mniejszych samolotów, dochodziło w ostatnich miesiącach na obszarze Stanów Zjednoczonych i Kanady zaskakująco często, nawet za często. I nawet teraz, kiedy nagrywamy tą audycję promującą marcowy Nieznany Świat, to w ciągu kilku dni znowu pojawiły się doniesienia o kolizji dwóch małych samolotów oraz do tego bardziej medialnego, widowiskowego incydentu w Kanadzie, kiedy lądujący samolot przewrócił się na dach. Kwitną kozła. Wnioski są oczywiście różne, że wyolbrzymia się te sytuacje. Pożary zawsze występowały, samoloty się zawsze rozbijały. Ale może, jak twierdzą inni Amerykanie, w przypadku katastrof lotniczych coś ukrywają. Może testują sztuczną inteligencję, jej wykorzystanie w awiacji albo też te katastrofy są wynikiem oddziaływania wroga. I tutaj sobie można jakiegoś wroga Ameryki podstawić. Nie będę podpowiadał. Także w Stanach Zjednoczonych dzieje się z miesiąca na miesiąc coraz więcej dziwnych, naprawdę dziwnych rzeczy.
[11:30] - Tak, podobno żyjemy w ciekawych czasach. A jeśli wziąć pod uwagę, że to nie jest opis, który Chińczycy zastosowali, aby wychwalać czasy, w których żyją, to warto się nad tym zastanowić. Jest w numerze Nieznanego Świata, marcowym numerze, kolejny tekst doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej. To jest tak zwana solidna firma. Zawsze kiedy tekst tej autorki się pojawia, to można liczyć na ciekawy artykuł. Tym razem autorka pisze o kobietach pierwszych Piastów.
[12:13] - Dokładnie tak. Tutaj jako historyk ma nam do przekazania zawsze bardzo interesujące informacje doktor Bohaczek-Trąbska. I jak pisze: za każdym z wielkich, ale też mniejszych władców z dynastii Piastów stała wspierająca go niewiasta. Ale także były Piastówny. Piastówny, które otacza mrok tajemnicy historycznej. O wielu z nich tak naprawdę niedużo wiemy. Szczególnie w przypadku chociażby Gunhildy Mieszkówny, za pośrednictwem której polska krew płynęła w żyłach wielkich władców Północy. Tutaj mamy do czynienia z taką trochę legendą historyczną i takich przypadków jest więcej, jeżeli chodzi o kobiety z dynastii Piastów albo z dynastią Piastów powiązane. Tutaj jako współzałożycielkę rodu należy wymienić też na przykład Rzepichę, która jest postacią na wpół legendarną. Ale to jest też ciekawe i też bardzo znamienne, bo jeżeli chodzi o ten wczesny okres naszych dziejów, ten okres średniowieczny, to tutaj mamy do czynienia z domysłami i przypuszczeniami często jako jedynym materiałem, który nam pozostaje, bo materiału źródłowego często nie ma.
Czyli można sobie snuć pewne hipotezy albo rekonstruować pewne ślady. Niemniej jednak jest to możliwe i ten tekst jako ten związany z niezwykłymi kobietami w kontekście Dnia Kobiet oczywiście bardzo serdecznie polecamy.
[13:49] - Kolejny tekst, na który zwróciłem uwagę, to tekst Witolda Wargasa. Słuchacze Radia Paranormalium znają tego autora, ponieważ w audycji Bibliotekarium 2.0 pojawiło się kilka audycji autorskich, które były komentarzem do różnego rodzaju podań ludowych. Witold Wargas to jest człowiek, który rzeczywiście interesuje się ludowymi opowieściami z różnych stron świata. Mieliśmy bestiariusz słowiański, ale mieliśmy też bestiariusz japoński. To zresztą nie jedyne dzieła albo współdzieła tego autora. Tym razem na łamach Nieznanego Świata mamy tekst „Duch baj, odwieczny towarzysz człowieka”.
[14:42] - Tak. Tak jakby pozostajemy nadal w tych klimatach słowiańskich i Witold Wargas w kolejnym odcinku swojego cyklu przybliża nam nieco zapomnianego baja. Akurat nie jest tutaj mowa o słynnym wytwórcy wahadełek i sprzętu radiestezyjnego, tylko o duchu. Mowa o duchu baju. On się miał wkradać do umysłów śniących ludzi, wyświetlać im marzenia senne, w zasadzie fantazje senne. Jak pisze autor, baj był uznawany za ducha dobrego, w przeciwieństwie do innych sennych demonów, na przykład mary. Z bajem, jak możemy się domyślić, wiąże się blisko słowo bajka czy baśń. Czy on był antropomorfizacją marzeń sennych? Kto wie. Ale baja wyobrażano sobie także na inne sposoby, na przykład jako stwora żyjącego na ścianach czy na sufitach chałup, który za dajmy na to miseczkę kaszy usypiał dzieci słowiańskie.
Ale był też inny baj pod postacią ludzką, pod postacią wędrownego gawędziarza, który odwiedzał wsie, opowiadał historie, ale nie był człowiekiem, był duchem. W każdym razie ten cykl Witolda Wargasa jest fascynujący. Przybliża nam pewne elementy wierzeń, które tak jak w przypadku baja chyba zostały zapomniane.
[16:04] - Medycyna. Medycyna, przynajmniej ta współczesna, ma tyluż zwolenników, co przeciwników. I nie wchodźmy głębiej w temat. Każdy, kto tym tematem się interesuje, mniej więcej wie, o co chodzi. Dlaczego mówię o medycynie? Otóż doktor Robert Kościelny napisał tekst zatytułowany „Kuriozalne przypadki w historii medycyny”. Tekst niezwykle ciekawy.
[16:34] - W dzisiejszych czasach i to wie każdy, kto jest zapalonym telewidzem, przypadki medyczne stanowią niezwykły obiekt zainteresowania, bo wiele stacji telewizyjnych specjalizuje się właśnie w programach o historiach niesamowitych, niezwykłych pacjentów. Okazuje się, że temat ten był równie popularny przed laty, a nawet przed wiekami. Doktor Kościelny pokazuje nam kilka niezwykłych historii z dziejów medycyny, często nawet takich na pograniczu legendy. Prócz rzadkich schorzeń bywają bowiem takie historie, nie wiem, jak to powiedzieć, ultra rzadkie. Wyjątkowo specyficzni pacjenci, a nawet egzotyczni pacjenci, nad którymi lekarze łamią sobie głowy. A o czym jest ten tekst, to możecie się przekonać, drodzy państwo, sięgając po marcowy Nieznany Świat.
[17:29] - Nagrywamy tę audycję pod koniec lutego. Do prawdziwej wiosny zostało jeszcze trochę czasu. Miesiąc i to taki z kawałkiem. A tymczasem w miesięczniku Nieznany Świat pojawia się tekst w jakimś stopniu ostrzegawczy zatytułowany „Wiosenne przesilenie”. Jego autorką jest Bogusława Della Porta.
[17:56] - Wielu z nas w okresie tym przedwiosennym zauważa, jak duży wpływ na nasze funkcjonowanie, na nasze organizmy ma to, że żyjemy w systemie pór roku takich skrajnych. A przełom zimy i wiosny ma znaczenie szczególne, kiedy odczuwamy pewne obciążenia z poprzedniego sezonu. Niektórzy odczuwają wtedy gorsze samopoczucie, innych organizm zmusza na przykład do uzupełnienia witamin albo do oczyszczenia się przez post, przez brak apetytu. I tutaj, jak pisze autorka, na pewnych etapach nasze organizmy mają zdolność do takiej samoregulacji, ale niekiedy można im pomóc poprzez pewne proste nawyki, poprzez pewne proste decyzje. A jakie? To się już można dowiedzieć z lektury tego artykułu. W tym numerze, drodzy Państwo, jest więcej interesujących treści. Spis treści marcowego numeru Nieznanego Świata znajdziecie pod adresem www.nieznanyświat.pl. Przypominam też o możliwości nabycia numeru elektronicznego. Dodatkowo należy wspomnieć, że numer bieżący, jak i numery archiwalne można nabyć pod adresem www.nieznany.pl.
Wszystkie niezbędne linki znajdziecie pod spodem. A teraz korepetycje filozoficzne. Dzisiaj kolejna polecanka książkowa, tym razem polecanka filozoficzna, zaczerpnięta oczywiście z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Autorem tej polecanki książkowej jest Błażej Gębura. Tytuł: „Wiedza ponad podmiotami”. To jest recenzja książki znakomitego i bardzo znanego filozofa Karla Poppera, książki zatytułowanej „Wiedza obiektywna: ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Tekst recenzji ukazał się, tak jak już to zasygnalizowałem, w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2023, w numerze szóstym, 54. z kolei. Ten tekst dostępny jest dla Państwa na licencji Uznanie Autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor, Błażej Gębura to doktor filozofii.
Zajmuje się filozofią religii, metafilozofią i epistemologią. W wolnych chwilach rąbie drewno i nałogowo czyta powieści szpiegowskie. Jego hobby to pisanie i kolekcjonowanie płyt jazzowych. A teraz zagłębmy się w recenzji. Błażej Gębura, „Wiedza ponad podmiotami”. Recenzja z książki Karla Poppera „Wiedza obiektywna: ewolucyjna teoria epistemologiczna”. Mogłoby się wydawać, że powrót do epistemologii i filozofii nauki Karla Poppera z perspektywy roku 2023 może być jedynie czymś na kształt wizyty w muzeum. Podziwiamy trud i inwencję kustosza wystawy, oglądamy eksponaty ze szczerym zaciekawieniem, ale odnosimy wrażenie, że już na zawsze należą do przeszłości i w niczym nam nie pomogą. Być może jednak ktoś, kto po raz pierwszy sięga po „Wiedzę obiektywną”, dzięki lekturze spojrzy w nieco inny sposób na epistemologię uprawianą dzisiaj. Jednym z celów Poppera było wykazanie, że dotychczasowa epistemologia przyjmowała błędny punkt widzenia, zgodnie z którym miała zajmować się analizą przekonań indywidualnego podmiotu poznającego, skupiając się zwłaszcza na ich podstawach i pochodzeniu.
Tym samym Popper występował przeciwko filozofom przekonań, do których zaliczał Kartezjusza, Locke'a, Berkeleya, Hume'a, Kanta, Russella. Zdaniem Poppera badali oni wiedzę w sensie subiektywnym, a nie wiedzę naukową, czyli wiedzę w sensie obiektywnym. Jak stwierdza Popper: „Wiedza w tym obiektywnym sensie jest całkowicie niezależna od czyjejkolwiek wiary, dyspozycji do stwierdzania, uznawania czy działania. Wiedza w sensie obiektywnym jest wiedzą bez istoty poznającej. Jest to wiedza bez podmiotu poznającego". Aby zrozumieć ten postulat, należy przywołać teorię trzech światów. Pierwszy świat to świat przedmiotów lub stanów fizycznych. Drugi to świat stanów psychicznych, dyspozycji podmiotu do działania. Natomiast trzeci to świat obiektywnych treści myślenia. Zdaniem Poppera dotychczasowa epistemologia zatrzymała się na badaniu zawartości drugiego, a nie trzeciego świata.
Jaki związek miałaby mieć ta teoria ze współczesną epistemologią? Wydaje się, że podobną próbą wyrażenia intuicji, zgodnie z którymi wiedza jest czymś funkcjonującym ponad podmiotami, spotykamy się w dyskusjach z zakresu epistemologii społecznej. Jeśli bliżej przyjrzymy się sporowi o to, w jaki sposób istnieją przekonania grup, a więc dyskusji między sumatywistami a non sumatywistami, to zobaczymy, że obie strony sporu dążą właśnie do wniosku, że wiedza, a przynajmniej przekonanie jako jej składnik, jest czymś przekraczającym indywidualne podmioty poznające. Indywidualnego podmiotu wprawdzie nie da się i
[24:12] - W tym kontekście zupełnie wyeliminować. Jest przecież niezbędny do tego, aby ukonstytuować grupę. Jednak epistemologia nie kończy się na indywidualnym podmiocie, podmiocie poznającym. I ten ostatni nie jest tak ważny, jak przez długi czas sądziliśmy. Właśnie tak mógłby brzmieć wspólny morał opowieści Poppera i epistemologów kolektywnych. Choćby z tego powodu warto wracać do autora „Wiedzy obiektywnej” i przy okazji strawestować „Casablancę”, mówiąc: „Zagraj to jeszcze raz, Karl”. To była, proszę państwa, recenzja autorstwa Błażeja Gębury. Recenzja zatytułowana „Wiedza ponad podmiotami”. Recenzja z książki Karla Poppera „Wiedza obiektywna. Ewolucyjna teoria epistemologiczna”.
Przypomnę, że tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2023 i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach CC Zero Polska. I przypomnę jeszcze, że jeśli nawet to, co przeczytałem, wydało się państwu niejasne, to może mimo wszystko warto sięgnąć po książkę Karla Poppera. Karl Popper to według jednego z moich profesorów od filozofii był człowiek, który był takim filozoficznym celebrytą. Człowiekiem, który wygłaszał tezy bardzo nośne i takie bardzo trendy, bardzo popularne. Takie, które łatwo, powiedzielibyśmy, żarły wśród ludzi interesujących się filozofią. Tak, filozoficzny celebryta, który może nie zagłębiał się w jakieś meandry filozoficznych rozważań, ale potrafił zaintrygować i potrafił skłonić swoich czytelników do analizy tego, czym naprawdę zajmuje się filozofia. I jeśli nawet ta recenzja, którą przytoczyłem, wydała się państwu trudna albo niekoniecznie przejrzysta, to wierzcie mi państwo, idea trzech światów, która jest wspomniana w tej recenzji, jest naprawdę arcyciekawa i szczerze ją państwu polecam. To jest inne spojrzenie chociażby na dziedzictwo tego, co pozostawia po sobie człowiek. Może czasami nie potrzeba podmiotu poznającego, aby to dziedzictwo funkcjonowało, aby istniało. Wyobraźmy sobie, że ludzkość zniknęła.
Pozostały po niej filmy, książki, jakieś inne artefakty i na tę opustoszałą ziemię przylatuje jakaś inna cywilizacja. Wiedza, to wszystko, co pozostało po ludzkości, jest. Jest dostępne, jest zapisane. Trzeba tylko do tego dotrzeć. To ta wiedza istnieje czy nie istnieje? Jeśli owe istoty dotrą do niej, dotrą do tego trzeciego świata, to okaże się, że ona, pomimo tego, że ludzkość zniknęła, już nie istnieje, nie ma podmiotów poznających, to ta wiedza pozostała. To takie bardzo lekkie ujęcie tego, o czym pisał Karl Popper, ale też powiedzmy sobie szczerze, Karl Popper to nie był filozof, który zadręczał swoich czytelników ciężkimi filozoficznymi analizami. To właśnie było podane w sposób lekki, taki jak ja przed chwilą starałem się państwu przybliżyć. Znika ludzkość, a jednak to, co pozostaje po tej ludzkości, jest pewną istniejącą, bardzo realnie istniejącą wiedzą. Ona została, a człowieka nie ma.
I to by było tyle albo na tyle nawet, jeśli chodzi o „Korypetycje filozoficzne”. Czas ruszać dalej. „Bibliotekarium 2.0” galopuje w związku z tym dalej. Kolejna pozycja, na którą państwa zapraszam, to „UFO i Biały Dom”. W swoim czasie na kanale „UFO Historie”, na który państwa bardzo serdecznie zapraszam, wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawialiśmy o prezydentach Stanów Zjednoczonych. Nie żeby nas specjalnie interesowały ich losy albo życiorysy. Rozmawialiśmy o prezydentach Stanów Zjednoczonych od Harry'ego Trumana po Jimmy Cartera. Rozmawialiśmy o tych prezydentach w kontekście obserwacji UFO, w kontekście kontaktów z UFO, w kontekście domniemanych konferencji z UFO, konferencji na linii prezydent USA – obcy. Zapraszam państwa bardzo serdecznie na audycję „UFO i Biały Dom”. No i zapraszam na kanał „Wehikuł Wyobraźni”.
Tam tego rodzaju materiałów znajdziecie państwo więcej. Dzień dobry wieczór państwu. Witam serdecznie na kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Witam państwa, witam Piotra Cielebiasia.
[29:48] - Witam wszystkich, witaj Marku.
[29:50] - Dzisiaj, proszę państwa, zajmiemy się tematem prezydenckim. Okazja jest nie najweselsza, ponieważ niedawno w bardzo sędziwym wieku zmarł prezydent, który wywodził się z Plain w Stanach Zjednoczonych. Tam orzeszki ziemne, te rzeczy. W każdym razie Jimmy Carter. Jimmy, Jimmy. Taka dziwna moda na używanie zdrobnień, ale nie o tym będziemy dzisiaj mówili, bo Jimmy Carter w swoim czasie zasłynął. Tak, myślę, że to jest dobre określenie. Zasłynął z tego, że wyglądało, iż pragnie ujawnić prawdę o UFO. A ponieważ zbiegło się to jeszcze z filmem „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, przypuszczam, że ten zbieg był zupełnie przypadkowy, ale się zbiegło. I ta deklaracja Jimmy Cartera plus film niesłychanie pobudził w swoim czasie opinię publiczną.
Co więcej, nawet w Polsce, za żelazną kurtyną, w PRL-u docierały echa. Ja to pamiętam, kiedy szeptano, mówiono półgębkiem, że to może tak być, że Carter coś powie, że on ujawni prawdę o tych małych zielonych, bo wtedy mali zieloni byli na topie. Jak ty, Piotrze, podchodzisz do tych rewelacji, które mówią o tym, że Jimmy Carter najpierw chciał, a później mu się odechciało?
[31:29] - Jeżeli idzie o temat prezydenci i UFO, to jest prawdziwa saga. Praktycznie od lat 50. każdy prezydent, może z wyjątkiem kilku, był w jakiś sposób wiązany z tematem UFO. Najsłabiej był wiązany Obama i George Bush junior. Natomiast teraz sami widzimy, jak to było w przypadku Donalda Trumpa. Najsłabiej był wiązany Biden, który tak naprawdę jakoś mi w ogóle wyleciał z głowy, który nie zrobił nic oprócz tego największego szumu, jaki towarzyszył chociażby wystąpieniu Gruscha i dwóm kongresowym spotkaniom na temat obiektów UAP. Natomiast Jimmy Carter to taki trochę prezydent zapomniany. Ja słyszałem na jego temat wiele opinii skrajnych. Ponoć Amerykanie go uznają za nieudanego prezydenta. Potem się miał zrehabilitować swoją działalnością filantropijną, dobroczynną i tak dalej.
Został uhonorowany zresztą Nagrodą Nobla na początku XXI wieku. Ale to właśnie Jimmy Carter, a nie na przykład JFK, którego się montuje czasami w jakieś teorie mocno konspiracyjne, że to on właśnie chciał, ale wiadomo, co się stało, że to on chciał ujawnić, ale mu nie pozwolono. Mamy tak naprawdę kilku innych prezydentów, którzy zabierali głos w tej sprawie w sposób nieco poważniejszy niż na przykład Donald Trump, ale właśnie chyba przypadek Cartera jest najbardziej symptomatyczny, bo Jimmy Carter sam widział UFO. Nie był jeszcze wtedy prominentnym politykiem. Był politykiem lokalnym i od tej obserwacji dokonanej w roku 1969 zaczęła się jego własna przygoda z tym zjawiskiem. I on podczas kampanii prezydenckiej siedem lat później zaczął mówić wprost, że dokona ujawnienia. To się chyba jeszcze wtedy tak nie nazywało. On mówił, że jeżeli są jakieś informacje, to będą dostępne dla prasy, dla naukowców. Oczywiście informacje o UFO. Według takich, nie wiem, czy to są oficjalne wiadomości, bo tutaj poruszamy się po takim polu, gdzie to, co ciekawsze, zawsze pochodzi z jakichś przecieków.
I tutaj mówiono, że na przykład George Bush senior wybił mu z głowy podczas ich wzajemnych kontaktów. Kiedy Carter był prezydentem elektem, Bush był jeszcze dyrektorem CIA, to oni odbyli parę spotkań. Ponoć miał Bush go naprostować. I tutaj jest ciekawa sprawa, bo według jednych Jimmy Carter po zasiednięciu w Białym Domu zupełnie zmienił optykę na problem UFO. Nagle nic. Koniec gadania. Kiedy mówiono o UFO, to on zawsze wracał ponoć do tej swojej obserwacji, ale kiedy go pytano, co wie jako prezydent, co zrobił jako prezydent w tej kwestii, to już było gorzej, bo zawsze odwracał kota ogonem. No i wiesz, jak to politycy, jakieś tam barwne słowa, jakieś frazesy, jakieś komunały i tak dalej. Ale są tacy, którzy wierzą, że Jimmy Carter poznał jakąś część prawdy. Mówi się nawet, że on próbował trochę na własną rękę, a trochę nie, w ramach pewnych inicjatyw cywilnych zlecać autorskie raporty na temat zjawiska UFO.
Zlecił też taki raport Bibliotece Kongresu. To znaczy on ogólnie zlecił taki raport, żeby mu przygotowano na temat UFO i życia pozaziemskiego. Ten raport przygotowała Biblioteka Kongresu, natomiast został mu przedstawiony przez jednego z parlamentarzystów, bo taka była procedura. I tam pojawiły się rzekomo takie informacje, że w naszej galaktyce jest od dwóch do sześciu inteligentnych, bardzo zaawansowanych cywilizacji. Co tam jeszcze było? Pewnie same ciekawe rzeczy. Carter otrzymał taki raport. Czy tam było zapisane wszystko? Czy otrzymał całą wiedzę od służb? Tego nie wiemy.
Nie wiemy też, jaka część jest w tej historii prawdziwa, a jaka to taka typowa bajeczka. Ale ciekawe jest to, że Carter rzeczywiście jakoś tak przestał się tym UFO interesować. To znaczy on przecież był aktywny publicznie przez kolejnych kilkadziesiąt lat, jakby nie było. Pojawiał się, występował. Pytano go wielokrotnie o zjawisko UFO. Praktycznie zawsze odpowiadał to samo. Pytanie, które mnie bardzo nurtuje, jest takie: czy gdzieś tam w tej bibliotece Cartera nie mamy czasem jakiegoś świstka papieru, na którym on zapisał kilka bardzo ważnych zdań? Co się dowiedział, a czego nie mógł powiedzieć? No i przede wszystkim dlaczego nie mógł powiedzieć? Dlaczego o pewnych sprawach nie mógł mówić?
I ten jego zwrot o 180 stopni w kwestii UFO, tak jak powiedziałem, może być bardzo symptomatyczny dla wszystkich amerykańskich prezydentów. To znaczy, są rzeczy, o których mówić nie wypada albo nie można, dlatego że są objęte klauzulą tajności. Sprzęgają się z tymi wrażliwymi tematami, takim jak obronność i tak dalej. I ten przypadek zmarłego w 2024 roku pod sam koniec prezydenta pokazuje nam, jak to mogło być z innymi. Od czasów w zasadzie Trumana. Chociaż kiedy spojrzymy na to, co mówił David Grusch, to on przecież twierdził, że ten amerykański program przejmowania dziwnych obiektów trwa od około stu lat. Czyli musieli być tam zaangażowani też inni prezydenci, ale może nie rozpatrywali tego problemu w takim rozumieniu, jak to się robi dzisiaj. Czyli były jakieś dziwne obiekty, ale nie było całego tego szumu związanego z kosmitami. Reasumując casus Cartera, można dojść do wniosku, że prezydent albo dowiedział się czegoś, o czym nie powinien mówić, bo to jest wiedza, która mogłaby deczko spłoszyć opinię publiczną. Zresztą ja się spotkałem nawet z takimi sugestiami, że był w tym jakiś wątek religijny, że po prostu ta prawda, której się dowiedział rzekomo na temat obcych, uderzała w podstawy chrześcijaństwa.
Była na tyle niewygodna, że mogła wywołać pewną załamkę w świecie chrześcijańskim. Tak że wolał nie mówić. Ale jest też taka możliwość, że on po prostu poznał tylko jakiś wycinek prawdy, że jemu powiedziano tylko to, co powinien wiedzieć, ale chyba go to przeraziło do tego stopnia albo jego przerażono możliwymi konsekwencjami disclosure, że postanowił milczeć. Zresztą w Ameryce było tak jeszcze względnie niedawno, że bardzo wielu ufologów zajmowało się tymi kwestiami prezydenckimi. I zawsze był ten taki dwugłos, że prezydent albo wszystko wie i milczy, albo właśnie zwyczajnie wie tyle, co mu powiedzą. To, co mu dają, to zje. A to, co się dowie na temat UFO, to mniej więcej tak samo. Podają mu to: „Masz pan tutaj, czytaj pan, nie pytaj”.
[38:00] - Tym, co wiedzą poszczególni prezydenci za chwilę się zajmiemy. Ja jeszcze na chwilę pozostanę przy Jimmy'm Carterze, bo dla mnie tak psychologicznie rzecz jest słabo zrozumiała. Bo w czasie kampanii prezydenckiej, kiedy jeździł od miasta do miasta, od stanu do stanu, mówił rzeczy, które mogły natchnąć optymizmem. Tu mały cytacik. Na przykład o tym, że nie śmieje się już z ludzi, którzy mówią, że widzieli UFO. „Sami widziałem i była to najdziwniejsza rzecz, z jaką się spotkałem”. Ktoś, kto tak mówi, nagle później o wszystkim zapomina? A cóż on takiego widział? Z czym takim się spotkał? Tak jak Piotr powiedział, w 69.
roku w mieście Larry podczas wystąpienia polityka nagle ktoś spojrzał w górę i powiedział: „Patrzcie na zachód”. I pojawiło się tam jasne światło. Widzieli je wszyscy zgromadzeni i to światło zbliżało się. Kiedy było niedaleko, to się zatrzymało. Nie ma dokładnej odległości, ale było stosunkowo dobrze widoczne. Zawisło nad sosnowym lasem. Zauważcie państwo, jakie szczegóły. A następnie to światło zmieniło kolor na niebieski, potem na czerwony i wróciło do bieli. Proszę państwa, jak ktoś przeżył coś takiego, był naocznym obserwatorem czegoś, co było niezwykłe. Wygłaszał później to, co przed chwilą państwu cytowałem i nagle o wszystkim zapomniał.
To ja się zastanawiam, czy nie ma trochę racji w tym, że ktoś mu albo zabronił mówić o tym, albo już sam nie wiem co. Na przykład wiadomo też, że Jimmy Carter odrzucał takie teorie spiskowe, które dotyczą na przykład Roswell. Mówił, że nie, to nie tak było, to wszystko nie tak. Sam Jimmy Carter w ogóle nie był jakimś przeciwnikiem zjawisk niezwykłych i sam przytaczał taką historię kobiety z Kalifornii, która twierdziła, że ma nadprzyrodzone zdolności i potrafi lokalizować różne obiekty. To kazano jej albo polecono jej zlokalizować zaginiony samolot w Republice Środkowoafrykańskiej. I ta kobieta podała określone współrzędne, gdzie ten samolot zaginął. Wysłano tam, może nie wysłano, skierowano tam obiektywy satelitów i okazało się, że ten samolot naprawdę tam był. I to jest relacja z ust samego Jimmy'ego Cartera. A zatem to nie włożono mu niejako w usta. On to relacjonował, zatem nie był przeciwnikiem dziwnych zjawisk, tylko tak jak Piotr powiedział, jakoś dziwnie zamilkł na temat UFO, na temat obcych.
Ale w pewnym momencie Piotr mówił o tym, że istnieje i to dosyć często powtarzana taka historia, że od lat 40., może od 50. każdy prezydent po zaprzysiężeniu dostaje ściśle tajne sprawozdanie na temat UFO. Podobno dzieje się tak od czasów prezydenta Harry'ego Trumana, od roku 47., w którym to ponoć doszło do blisko 850 obserwacji niezidentyfikowanych obiektów latających. I to sprawiło, że rzeczywiście problemem się zainteresowano. Wtedy mówiono latającymi talerzami i tak dalej. Więc zaczęto się zastanawiać, czy te obiekty stwarzają jakieś zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. Był taki badacz związany z wojskiem, chyba z lotnictwem wojskowym, Donald Keyhoe, i on twierdził, że amerykański rząd bardzo dużo wie na temat UFO, ale od czasów właśnie prezydentury Harry'ego Trumana zajmuje się głównie mataczeniem i wymyślaniem kolejnych kłamstw na temat UFO. Jeśli chodzi o Trumana, to cóż, przypisywane mu jest takie stwierdzenie: „Zapewniam, że jeśli obiekty UFO rzeczywiście istnieją, nie są one wytworem żadnej z ziemskich potęg”. Ponoć te słowa wypowiedział, to znaczy przekazał je przez sekretarkę, a później się z nich wycofał. Więc tradycyjnie już w tej historii mamy krok do przodu i chyba właściwie dwa kroki do tyłu.
Jak to było z Harry Trumanem? Trudno dzisiaj powiedzieć, ale to, co działo się dalej, było jeszcze ciekawsze. Piotrze, prawda?
[42:58] - Tak, chociaż to jest bardzo długa opowieść. Wyjść musimy od głównego problemu w tamtych czasach, czyli zimnej wojny i tego, że zjawisko UFO zaczęło niepokoić Amerykanów. Mało kto wie, chociaż ja już o tym kiedyś mówiłem, że początkowo Amerykanie wcale nie tak do końca obarczali tylko Sowietów za manifestację dziwnych obiektów, bo podejrzenia padały dosłownie na wszystkich, łącznie z Anglikami i Francuzami. Zaczęto się zastanawiać, kto posiadł taką technikę, która pozwala na takie niezwykłe manifestacje, że to w ogóle nie wygląda jak coś z Ziemi. Zaczęto też rzucać takie hasła, że być może wybuchy bomb jądrowych, testy jądrowe i w ogóle to wszystko, co jest związane z tematem broni masowego rażenia, masowej zagłady. To jakoś pobudziło tych ufitów do działania. Tak naprawdę chyba, tak mi się przynajmniej wydaje, że postać Trumana w ufologii osadzona jest głównie na tle Majestic 12. Czyli on sobie miał po prostu powołać rozkazem do istnienia taką grupę. Grupę, która miała między innymi za zadanie wyjaśnić, co takiego się stało w Roswell. Problem w tym wszystkim jest jednak taki, że kiedy dotykamy tematu Majestic, to wchodzimy mniej więcej na coś takiego, jak ma miejsce teraz w ufologii amerykańskiej, że mamy mnóstwo przecieków, mnóstwo historii, mnóstwo jakichś niebieskich ptaków, którzy opowiadają niesamowite historie.
Ale konkrety. I tu jest ten problem, o którym wcześniej wspomniałem, czyli kiedy mowa o prezydenckim UFO, tak to umownie nazwałem od tytułu pewnej strony internetowej, dzisiaj już nieistniejącej. Była taka naprawdę fajna strona internetowa, która dokumentowała wszystkie sprawy związane z UFO odnośnie danego prezydenta. I to była kopalnia wiedzy. Jak było z tym Trumanem? Wiesz, trudno mi powiedzieć. Ja myślę, że kiedy będziemy może jeszcze w przyszłości analizować ten temat, to warto zwrócić uwagę na jedną kluczową rzecz. Otóż spójrzmy na to, co mówi się o UFO dziś. Co mówił Grusch, jakie nastroje panują, jakie koncepcje padają. A spójrzmy na to, co działo się w latach 50.
na samym początku. Odkryjemy mnóstwo analogii. Tak nam się rzuci w oczy pewna zaskakująca rzecz, że wiele rzeczy już było, że Amerykanie jakoś są strasznie nieporadni, kiedy idzie o temat UFO. Oni zawsze wydobywają na wierzch te koncepcje, ale za tym nie idą żadne konkretne ruchy i to już trwa naprawdę kilka dekad. Ma miejsce to również teraz i jest źródłem wielu po prostu wątpliwości odnośnie tego całego disclosure. To się przerzuca też trochę na Donalda Trumpa. Przecież teraz są tysiące ludzi, którzy wierzą, że Donald Trump dokona tego disclosure. Przecież nawet mamy kongresmenów amerykańskich, w tym Tima Burchetta, który był takim mentorem, takim nieformalnym kierownikiem tego disclosure parlamentarnego. On mówi tak, tak, pokładajmy nadzieję w Trumpie. Ale kiedy patrzymy na wypowiedzi Trumpa na temat UFO, a przede wszystkim fakt, że on, kiedy mógł, to się nie wypowiedział.
Kiedy patrzymy, że on przybija piątala z Muskiem, który o UFO wypowiada się w sposób prześmiewczy, to budzą się pewne wątpliwości, czy pójdziemy na tym polu krok dalej. A może nawet będzie tak jak z Trumanem, że za 30 lat powstanie nam teoria konspiracyjna, która mówi: Trump wiedział, ale nie powiedział, bo nie mógł z tego czy innego powodu. Oczywiście my zawsze, kiedy mówimy o tym prezydenckim UFO, mamy z tyłu głowy hasła pod tytułem ustawa o energii nuklearnej, czy jakoś się to tak nazywa, nie pamiętam. Mamy kwestie narodowego bezpieczeństwa, mamy deep state, mamy kompleks militarno-technologiczny. Czyli kiedy się przyjrzymy temu, jak ten temat się rozwija na przestrzeni lat, my zauważymy, że to jest cały czas aktualne. I rodzi się pytanie, czy to, co się dzieje teraz, to nie jest przypadkiem odgrzewanie starych, dobrych metod z przeszłości, ale jest próba zainteresowania ludzi sprawami, które były już kiedyś wywleczone na światło dzienne. I obawiam się, że wszystko odnośnie tego całego disclosure kieruje się w jakąś przedziwną stronę. Zauważ Marku, że zawsze, kiedy się pojawia Truman, to mamy hasło Majestic, mamy hasło Roswell i tak dalej. To są takie bardzo chwytliwe tematy. Tematy, które absorbują uwagę opinii publicznej.
Najbardziej zdumiewa jednak to, że te wszystkie hasła, te wszystkie wielkie twierdzenia, wielkie hipotezy, wielkie słowa, one nas nigdy, nigdzie tej dyskusji nie doprowadziły. Co nie oznacza, że to wszystko, co jest związane z prezydentami, to jest jakaś popelina, jakaś tam teoria konspiracji, jakieś miejskie legendy. Powrócę tu do przypadku Jimmy'ego Cartera, który może po prostu w sposób najdobitniejszy pokazuje, czym się kończy wiara w obywatelską powinność ujawnienia informacji, które są obłożone po prostu takim ładunkiem tajności, że nawet nie wiadomo, jak te informacje się przedstawiają w wersji realnej. Do czego tutaj zmierzam? My sobie musimy uświadomić jedną rzecz, że Truman, Majestic, Archiwum X Wiele innych tematów, wiele innych haseł, które zaprzątają uwagę ludzi zainteresowanych ufologią od kilku dekad. To jest pewna kreacja. To jest wytwór, w którym jest bardzo duży ładunek popkultury, duży ładunek teorii spisku, duży ładunek wierzeń. I powiem ci, Marku, że ja na przykład dochodzę czasami do takiego wniosku, że kto wie, czy Amerykanie na przykład, ponieważ jesteśmy w wehikule wyobraźni, to sobie możemy pozwolić na pewne rzeczy. Czy Amerykanie, bo tak to wszystko wygląda, nie stworzyli przypadkiem legendy UFO, żeby odwrócić uwagę od prawdziwego problemu. A jaki jest ten prawdziwy problem?
Może ma taką naturę, że wystraszył Jimmy'ego Cartera, bo kiedy się przyjrzymy tym różnego rodzaju teoriom o prezydentach, o UFO, o kontaktach nawet między ludźmi a przedstawicielami innych cywilizacji, to my zawsze w tle zobaczymy dwie rzeczy: dziwnych ludzi, dziwnych informatorów, jakieś takie niebieskie ptaki, którym w sumie nie wiadomo, o co chodziło, czy o zarobienie paru tysięcy dolarów na wydawaniu książek, czy o wprowadzanie dezinformacji. Identyczną osobą jest dzisiaj Luis Elizondo. Tak to wygląda i może właśnie Amerykanie od dekad utwierdzają w ludziach pewne przekonania, na przykład przy pomocy rzeczonego filmu „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, aby wykreować pewien obraz, ale w tym obrazie są też zakręte pewne strachy, wykreować pewną zagadkę. Bo zobacz, Truman otwiera nam tak naprawdę symbolicznie konfrontację amerykańskich władz z tym nieuchwytnym, ale też budzącym grozę fenomenem UFO.
[49:54] - To, co mnie zawsze zastanawia, kiedy mówimy o UFO w Stanach Zjednoczonych, a przy okazji prezydentach, to że w tej sprawie nic nie jest powiedziane na ostro. Otóż wspomniałeś o tym, że Trumanowi przypisuje się powołanie Majestic 12, po czym w latach 80. Amerykanie oświadczają, że to jest jeden wielki, dzisiaj byśmy powiedzieli fake, że nigdy nic takiego nie istniało. Oczywiście to napędza teorie spiskowe, że skoro administracja mówi, że nie istniało, to tym bardziej istniało. I tak możemy bawić się bardzo długo. Podobno stwierdzono fałszerstwa, że dokumenty wyprodukowane ponoć przez Majestic 12 to jest jedna wielka fabryka makulatury i nic nie jest tam prawdziwe. Nie mnie rozstrzygać, jak jest naprawdę. Bardziej zwracam uwagę na to, że właśnie nic nie jest ostre. Wszystko starają się wrzucić w taką maszynkę do mięsa, mielić trochę prawdy, trochę fałszu, trochę czegoś jeszcze. I tak naprawdę, kiedy rozmawiamy o UFO w wydaniu made in USA, to właściwie nie wiemy do końca, gdzie jest ten kawałek prawdy, a gdzie są fikcje, zmyślenia i po prostu te zwykłe fejki.
Skoro już takie modne słowo jest. Ja zwrócę tylko uwagę, że owszem, Trumanowi przypisuje się Majestic 12, ale z drugiej strony w '48 roku taka zasadnicza rozmowa została ponoć odbyta pomiędzy prezydentem Trumanem a niejakim Robertem Landrym. I on, ten Landry mówił potem, relacjonował, że szukano, ale w rezultacie przedstawiono prezydentowi mniej więcej taki oto wniosek, że te zbierane dowody, czy też pseudodowody, czy też relacje nigdy nie otrzymano od wywiadu niczego, co mogłoby zostać uznane. Mówię o wszystkich doniesieniach o UFO, co mogłoby zostać uznane za wiarygodne. To z jednej strony i zagrażające bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych. Czyli dostajemy z jednej strony jakieś doniesienia o Roswell, o Majestic 12, z drugiej strony mamy taką oto historię, że Truman został nakarmiony relacją, że właściwie to nic się nie stało, wszystko jest okej, wszystko jest w porządku. I tak naprawdę, jeśli się prześledzi różne doniesienia dotyczące różnych prezydentów, to za każdym razem rzecz odbywa się bardzo podobnie. Bo następnym prezydentem po Trumanie był Dwight Eisenhower, zasłużony dowódca, II wojna światowa, te rzeczy. Ale tu robi się jeszcze dziwniej, bo dostajemy relację o tym, że prezydent spotkał się z obcymi, odbył konferencję. Co więcej, nie z jedną rasą się spotkał.
Z tymi rasami negocjował, z jednymi się dogadał, a wcześniej rozmawiał jeszcze z innymi i się z nimi nie dogadał. I to już brzmi właściwie jak bajka, ale do tej bajki dostajemy jeszcze historię o tym, że rzecz była bardzo wykryta medialnie, bo niby prezydent pojechał czy też poleciał leczyć ząb, a okazało się, że w tym czasie, kiedy niby leczył nie tyle ząb, co koronę zębową, to w tym czasie spotykał się z obcymi. Co więcej, dostajemy jeszcze informację, doniesienie o tym, że nie tylko miało miejsce spotkanie z kosmitami, ale tam nastąpiła wymiana technologii i pewne zgody na to, żeby ludzie byli eksploatowani, że to wszystko w Nowym Meksyku. Patrzcie państwo, ile szczegółów. I że zanim nastąpiło spotkanie, to wzywano tych obcych telepatycznie. To już brzmi najbardziej horrendalnie, ale właściwie czemu nie? Piotrze, co ty właściwie sądzisz o tych wszystkich, przyznam, niezwykle medialnych i niezwykle angażujących doniesieniach dotyczących konferencji prezydenta Eisenhowera z obcymi?
[54:24] - Tak, to jest coś, czego w zasadzie całkiem niedawno mieliśmy kolejną rocznicę i to taką okrągłą. Miało to miejsce 20 lutego 1954 roku, kiedy Eisenhower przerwał swoje wakacje w Palm Springs i nagle, nie wiadomo dlaczego, udał się do pobliskiej bazy wojskowej, żeby spotkać się z przedstawicielami obcych. Oficjalnie pojechał do dentysty. Jednym z promotorów tej teorii był znany kiedyś ufolog Michael Salla, znany z takiego tematu pod tytułem egzopolityka. I właśnie tutaj z egzopolityką mamy do czynienia, bo Eisenhower miał się spotkać z przedstawicielami obcej cywilizacji. Czyli to byli tak zwani Nordycy, jak wspomniałeś, którzy zaoferowali mu coś. Porozumiewali się telepatycznie, to miało być tak, że nie słyszano, co mówią, ale słyszano oczywiście w głowie, co gadają. Ci Nordycy przedstawili taką ofertę, że może coś tutaj damy w zamian za to, że zwinie się program nuklearny. Nie zgodził się Eisenhower. Nie chciał pozbawiać się broni nuklearnej, bo przecież na horyzoncie czaił się Związek Radziecki.
Wygonił tych Nordyków. Nie wiem, czy ich wygonił, ale nie doszła ta umowa do skutku. Ponoć potem Eisenhower miał się spotkać z innym gatunkiem obcych, z szarakami. I tutaj ta najmroczniejsza część historii, że oni dobyli targu w zamian za zgodę na okazjonalne porywanie ludzi i bydła do celów eksperymentalnych. Mieli tam sobie coś przekazać. Problem w tym, że ponoć szarakom się nie wierzy, bo nie dość, że są nieprawdomówni, to jeszcze w ogóle są oszustami z natury. To wszystko wymknęło się spod kontroli i rezultatem tego była ta fala uprowadzeń, która miała miejsce. Tutaj się jeszcze przytacza bardzo często pożegnalny list Eisenhowera, pewne zdanie dotyczące kliki, że tak powiem, militarno-technologicznej, tak byśmy to dzisiaj określili, czyli tego, co dzisiaj się nazywa deep state'em, z czym się łączy temat ukrywania technologii zdobytych drogą inżynierii wstecznej. Z tym Eisenhowerem też jest tak, że potem trochę oliwy do ognia dolewała jego wnuczka, opowiadając różne ciekawe historie, również z gatunku tych fantastycznych. Ale rzeczywiście Eisenhower najbardziej został zapamiętany właśnie z tego rzekomego spotkania z obcą delegacją.
Zauważ, Marku, że te historie o prezydentach są bardzo niejednorodne. Zaczyna się z bardzo wysokiego C, a kończy się na dywagacjach Trumpa „może jest, a może nie”, kiedy tak naprawdę jego poprzednik w latach 50. nie tylko spotykał tych obcych, ale nawet z nimi pertraktował. Widać, że ta pozycja amerykańskiego prezydenta spadła, skoro oni się dzisiaj nie chcą odzywać. Cisza razy. Zresztą kto wie, może nadal mają kontakt, ale to wszystko tak zawładnęło ludzką wyobraźnią, że myślę, że ta historia o Eisenhowerze to jest jedna z najpopularniejszych. Nie wiem, jakiego tutaj słowa użyć, jakiego terminu użyć, czy to jest teoria spiskowa, czy to jest teoria alternatywna, ale to jest jedna z najpopularniejszych opowieści, które tak jakby nadają nam rys, pokazują nam sens tego, co się dzieje na Ziemi w związku ze zjawiskiem UFO. Czyli doszło do jakiegoś spotkania, było paktowanie odnośnie losów ludzkości i Amerykanie do tej pory, kto wie, może płacą za to słone rachunki, ponieważ zadali się z tymi szarakami, a nie z Nordykami, a trzeba było odwrotnie i może by się to wszystko dobrze skończyło. Tak jak mówię, właśnie w tej decyzji Eisenhowera upatrywano potem tego wysypu doniesień na temat abdukcji, na temat uprowadzeń, na temat eksperymentów, hybrydyzacji i tak dalej. To samo w sobie jest dość zabawne, bo ta teoria w swojej takiej podstawowej wersji mówi, że jakaś obca cywilizacja poprosiła Amerykanów o zgodę na to, czy możemy sobie tam poeksperymentować trochę na waszych obywatelach.
Zgoda poszła, ale potem się okazało, że dali im palec, tamci wzięli całą rękę i w sumie nic. To po co pytali, skoro wiedzieli, że Amerykanie im nie mogą nic zrobić? Albo dlaczego Amerykanie nie zareagowali, kiedy zobaczyli, że szaracy sobie troszeczkę za bardzo pozwalają? Można tu mieć różne odpowiedzi.
[59:02] - Ta historia jest jeszcze dodatkowo ciekawa z tego powodu, że tego wieczora, kiedy prezydent miał się spotkać z obcymi po raz pierwszy, Agencja Associated Press doniosła jednym zdaniem: „Prezydent Eisenhower zmarł dzisiaj wieczorem na atak serca w Palm Springs”. Po około dwóch minutach tę depeszę agencyjną wycofano. I konia z rzędem temu, kto potrafi podać związek przyczynowo-skutkowy z tymi wydarzeniami, które były relacjonowane. Czy to w związku z tymi obcymi, czy to w związku z tą wizytą u dentysty. Tak naprawdę to bardziej tworzy taki siwy dym, taką zasłonę dymną, takie coś pełne emocji, bo w końcu śmierć prezydenta to duże emocje, dla Amerykanów to już na pewno. I człowiek się zaczyna zastanawiać, ale o co w tym wszystkim chodzi tak naprawdę? I nie wiemy. Nie wiemy tak naprawdę. Dostajemy czworek historii ciekawych, które Mogłyby się złożyć na jakąś całkiem niezłą książkę sensacyjną. Ale to nie jest książka sensacyjna.
To mają być relacje o UFO, o relacjach prezydentów z obcymi i co my wiemy? Tak naprawdę wiemy niewiele. Następnym prezydentem był JFK i to kolejna historia, która brzmi nieźle na początku, kiedy się mówi, że istnieje taka teoria, że JFK miał ujawnić coś o UFO i dlatego go zastrzelili. Tymczasem jak dobrze poskrobać, to się zaczyna okazywać, że owszem, trochę o UFO chodziło, z tym że JFK martwił się czymś zupełnie innym, a mianowicie tym, że poza jego świadomością, za jego plecami służby amerykańskie szalały i to w dodatku szalały ponoć nad Związkiem Radzieckim i wszystko starano się zwalić na UFO, że to UFO szaleje nad Związkiem Radzieckim, a JFK trochę się obawiał. Miał zresztą powody, bo kryzys kubański to było coś, co naprawdę było groźne i on obawiał się, że te służby amerykańskie spuszczone ze smyczy mogą naprawdę narobić kłopotu. I owszem, w tej terminologii to dalej było UFO, tylko że kto wie, czy prezydentowi Kennedyemu nie chodziło bardziej o te niezidentyfikowane obiekty, ale jak najbardziej ziemskiej natury. I być może rzeczywiście odstrzelono go z tego bądź innego powodu, ale nie chodziło tak naprawdę o obcych.
[01:01:50] - Jeżeli chodzi o JFK, to się wiąże troszeczkę z lekką amnezją u ludzi, bo jakieś tam wydarzenia polityczne z tamtego okresu znamy pobieżnie z lekcji historii czy sobie o nich czytamy, ale ducha epoki nie odtworzymy. Zatem jeżeli zamach na JFK pozostaje tajemnicą, to w grę musiały wchodzić jakieś grube sekrety. I oczywiście pierwszym z brzegu jest to, że chciał ujawnić prawdę o istnieniu UFO. Nawet tam dogrzebano się do jakiegoś dokumentu, gdzie on żąda tego, żeby przekazywać mu wszystkie informacje w sprawie obserwacji UFO.
[01:02:30] - I tu jeszcze tak, żeby dramatyzmu nadać, bo w niektórych artykułach czytamy: „10 dni później amerykański prezydent już nie żył”. No przyznacie państwo, że to brzmi naprawdę spiskowo.
[01:02:44] - Tak, ale muszę powiedzieć, że to koniec tych opowieści tak naprawdę, bo dopisywane są oczywiście ciągi dalsze, dopisywane są rozwinięcia tej koncepcji, ale one są bardzo mało przekonujące. I myślę, że jeżeli chodzi o takie najbardziej spiskowe ze spiskowych, powiedziałbym zielono poświatowych wątków w naszej dzisiejszej audycji, to byłby właśnie taki, że coś ten Kennedy chciał, a nie mógł. To znaczy widzimy znowu nawiązanie do współczesnych czasów, czyli prezydent, który jest takim bojownikiem o demokrację i prawa obywatelskie, chce przełamać barierę milczenia. Dzisiaj się pokłada te nadzieje w Trumpie. Wtedy nie wiem, czy je pokładano w Kennedym. Dzisiaj przynajmniej niektórzy tak patrzą na Kennedy'ego, że on chciał ujawnić, bo to była najważniejsza sprawa dla ludzkości. Ale kiedy analizujemy sobie te teorie konspiracyjne, to widzimy w nich też spory ładunek chciejstwa, a nawet magicznego myślenia z tego powodu, że po raz kolejny nam się uwidacznia dość zabawna prawda, która mówi, że niby ta tajemnica związana z UFO i obcymi jest tak tajemnicza, że to w ogóle wykracza poza ludzkie rozumienie, a wszyscy wszystko wiedzą. To jest taka tajemnica poliszynela. Wszyscy wszystko wiedzą od kilkudziesięciu lat, ale jak zapytać Amerykanów, to gęba na kłódkę, nic nie wiadomo. Oczywiście my możemy podrążyć w kierunku innych hipotez, które mówią, że to jest właśnie taka zasłona dymna, że ta prawda gdzieś jest, tylko ta prawda wygląda zupełnie inaczej.
Ta prawda jest lekko dla ludzi może nie rozczarowująca, co po prostu straszna. I Amerykanie stworzyli tą zasłonę dymną. Amerykanie przecież mogliby zgłupieć, mogliby utracić chęć do pracy, gdyby usłyszeli, że nagle lecą jacyś kosmici, którzy chcą nas zeżreć, albo że lecą kosmici, którzy chcą wykorzystać nas jako swoiste naczynia dla swoich własnych wirtualnych świadomości, albo że mamy do czynienia z istotami, które są nie do ogarnięcia rozumem, które na przykład są w stanie kreować rzeczywistość. My cały czas słyszymy z ust często bardzo poważnych ludzi takie hipotezy i to dzisiaj. Dzisiaj nawet powiedziałbym, że teraz, czyli na przełomie 2024 i 2025 roku. I ja muszę powiedzieć, że cały czas się biję z myślami, bo z jednej strony nie jestem w stanie uwierzyć w tą oficjalną narrację, która jest serwowana przez Amerykanów. Znowu muszę wrócić do przypadku Jimmy'ego Cartera, który się zasłaniał albo wzbraniał w taki bardzo interesujący sposób przed mówieniem o UFO, bo tam nie można, bo coś tam. Ale mówiąc, że to coś tam, on dawał wyraźnie znać, że coś jest na rzeczy i my możemy tylko domniemywać, czy to jest tak, jak powiedziałem, że ta cała legenda o UFO, o wiedzy prezydentów się bierze z tego, że prawda jest, ale jest zbyt trudna. Dlatego wymyślono zamiennik i ten zamiennik jest cały czas w nas utwierdzany poprzez zarówno te teorie z internetu, jak i przez na przykład popkulturę. My mamy myśleć o kosmitach w taki, a nie inny sposób.
Siła oddziaływania amerykańskiej kultury jest ogromna, tak że się to po prostu udaje. Oni skutecznie zaszczepili taką wizję kosmitów całej ludzkości. No właśnie, gdzie ta prawda leży? Agent Mulder mówił, że gdzieś. A jak jest naprawdę? JFK, jeżeli chodzi o niego, reasumując, teorie z nim związane łączące go w jakimś stopniu z UFO dla mnie są mniej atrakcyjne niż w przypadku innych prezydentów. Dlatego, że odnośnie tego, co się stało z Kennedym, jaka była otoczka, jakie były nastroje polityczne w tamtym czasie, o co chodziło? O tym napisano mnóstwo książek. Nie można tego tak łatwo zrozumieć i dopiero spojrzenie na to z szerszej perspektywy da nam pewien obraz. Wplątywanie do tego UFO jako czynnika głównego, jako głównego motoru tego, że on skończył tak, a nie inaczej, moim zdaniem jest błędne.
[01:06:52] - Prezydentura Kennedy'ego skończyła się tragicznie. Jego następcą zaprzysiężonym został Lyndon Johnson. I tu nie ma wiele do opowiadania. Miał Johnson przyjaciela, doktora Jamesa McDonalda z Uniwersytetu Arizona. Naciskany przez przyjaciela Johnson zlecił badanie, tylko do jego wiadomości oczywiście, badanie zjawiska UFO i zebrał się panel ośmiu najbardziej wpływowych mężczyzn. Wtedy to mężczyźni byli w wojsku, więc mężczyzn w wojsku, wywiadzie i w ogóle wszelkich służbach tajnych i dwupłciowych. Pracowali dziewięć miesięcy i się urodził raport. Ale co w tym raporcie, to tak na dobrą sprawę nie wiadomo. Następcą Johnsona był Nixon i z Nixonem to, proszę państwa, ciekawa sprawa, bo to był prezydent, który ponoć zaprosił kumpla. I tu pierwszy zgrzyt, bo kumpel był komikiem.
Zaprosił kumpla, żeby sobie pooglądał relacje z autopsji obcych. Mówiąc szczerze, Nixon najpierw się zalał, a dopiero później tego komika zaprosił. Nie wiem, czy państwo wyczuwacie pewną kpinę w moim głosie. Jeśli nie, to podkreślam. Mamy komika, mamy pijanego prezydenta i oglądanie autopsji obcych w bardzo podejrzanych miejscach. Może nie podejrzanych, w bardzo tajnych miejscach. Więc podążanie trochę śladem Eisenhowera. Może tutaj nie było konferencji na temat tego, jak sprzedać ludzkość. Bardziej pokazanie kumplowi: wiecie, rozumiecie, my jednak coś wiemy. Piotrze, jak ty podchodzisz do tej historii?
[01:08:54] - To było mniej więcej tak, że 19 lutego 1973 roku Richard Nixon pojechał potajemnie do pewnej bazy wojskowej i tam pokazał Jackiemu Gleasonowi coś takiego, z czego on się potem nie mógł otrząsnąć.
[01:09:11] - Był wstrząśnięty.
[01:09:13] - Tak. Co obrosło legendą. Zobacz Marku, że te historie, które są nam serwowane odnośnie Eisenhowera i odnośnie Nixona, one nam pokazują, że wtedy to prezydenci jakoś tak bardziej mogli. Czyli on po prostu jak pan na włościach jedzie do pierwszej lepszej bazy wojskowej, wie, że tam są obcy. Wpada, mówi: „Zobacz, co my tu mamy”. To trochę tak, jak pijany szwagier pokazuje drugiemu szwagrowi, co mu się tam w oborze urodziło i tak dalej. Nie wiem, jak traktować tego rodzaju historie, dlatego że zauważ, że tam ten wątek tak zwanego deep state jest pomijany. Dzisiaj, kiedy się mówi o prezydentach i UFO, to już mamy tą barierę milczenia. Przedtem to prezydent był szafarzem tej wiedzy, mógł sobie nawet pójść do bazy wojskowej i powiedzieć: „Pokażcie mu szaraka” na przykład. A dzisiaj prezydent to jest pionkiem w tej całej dyskusji.
Czyli ona zeszła głęboko do podziemia. Zarządzają tym zupełnie inne siły, tak zwani niewybieralni urzędnicy. Zarządza tym tak zwany deep state. Czy to coś, co określał Eisenhower mianem koterii tego układu. To jest interesujące i to nam też pokazuje, jak się zmieniało postrzeganie roli prezydenta w Stanach Zjednoczonych. Teraz wracamy do Trumpa i pytamy, czy on, gdyby wyszedł i rozkazał, tak jak kiedyś Nixon: „Pokażcie szaraka, tylko pokażcie całej ludzkości”. Czy coś by z tego było? Czy jednak ten opór ze strony różnego rodzaju agencji, które czerpią, być może nawet zupełnie wymierne korzyści z ukrywania informacji o UFO, czy ten opór by się pokazał? Nixon nam gdzieś przepadł w zawierusze dziejowej. Jest to ten prezydent, który jest na cenzurowanym.
I muszę powiedzieć, że na tle innych jego kolegów ze stołka ta historia jest przypominana nieczęsto. Ja się nawet czasem zastanawiam, czy to nie była swego rodzaju kolejna prowokacja. Służby uwielbiają się bawić w takie prowokacje. Uwielbiają zaszczepiać informacje, teorie, koncepcje i tak dalej. Może tu też tak formalnie miało być, tylko że po prostu Nixon utracił swoją zdolność, utracił wiarygodność przede wszystkim polityczną, ale też stał się w przestrzeni publicznej trochę persona non grata i dlatego ta historia nam gdzieś odpłynęła na drugi plan. Tak to było. Był jeszcze jego następca, który szczerze mówiąc nie powiedział zbyt wiele. Mowa o Geraldzie Fordzie. Tutaj była taka historia, że list do Forda napisał George Filer. George Filer to był kiedyś taki znany publicysta internetowy, były wojskowy zajmujący się oczywiście UFO.
Napisał do Forda list z prostym pytaniem: co pan tam widział? Ford odpowiedział tak, jak miał odpowiedzieć, czyli podczas sprawowania urzędu, jak i sprawowania urzędu wiceprezydenta wielokrotnie prosił o informacje o UFO, ale organy zaprzeczały istnieniu wartościowych doniesień. To też było interesujące. Taka krótka chwila prawdy ze strony Forda, pokazująca nam, że rzeczywiście może coś w tym jest, iż prawdziwa jest koncepcja mówiąca, że prezydenci do pewnego okresu W czasie zimnej wojny mogli posiadać pełny wgląd w sprawę UFO, w tą zagadkę. Natomiast potem skutecznie ta ich wiedza była ograniczana. Dlaczego? Dlatego, że temat UFO przestał się wiązać tylko z uświadamianiem ludzkości, że istnieją inne inteligencje. Temat UFO mógł się zacząć wiązać na pewnym etapie historii z zupełnie wymiernymi korzyściami pod tytułem inżynieria wsteczna. I tam, gdzie już są technologie, tam, gdzie jest zysk, tam gdzie jest możliwość zyskania przewagi technologicznej nad wrogiem, tam już tego prezydenta wyłączono jako taki niebezpieczny element, który mógłby ewentualnie coś chlapnąć, bo chciał tak jak Carter, bo mógł chcieć jak JFK i tak dalej. I rzeczywiście muszę powiedzieć, że wracamy znowu do przypadku Cartera.
Ciekawe jest to, że po nim prezydenci stali się dość powściągliwi, jeżeli chodzi o kwestię UFO. To znaczy to po pewnym czasie, już bliżej naszych czasów tak szczerze mówiąc, stał się temat, który był prawie zawsze poruszany, kiedy była jakaś sesja pytań i odpowiedzi z prezydentem, ale też to był taki temat, który kurtuazyjnie kończono zazwyczaj takim zdaniem, że nic nie wiem, a zjawisko nie sprawia zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju.
[01:14:08] - Mówiąc szczerze, żeby tego rodzaju oświadczenie wygłosić, to jednak coś trzeba wiedzieć, bo skoro nic nie wiem, to nie wiem. Wypowiadanie się wówczas na temat zagrożenia bezpieczeństwa kraju jest troszeczkę bezzasadne, bo skoro nie wiem, to również nie wiem, czy to jest groźne, czy nie. Można tę logikę odwrócić albo nieco ją wykoślawić i będzie tak, jak miało być. Ja tylko jeszcze tytułem swoistego chichotu przytoczę oświadczenie z czasów, kiedy Gerald Ford jeszcze nie był nominowanym prezydentem, tylko był deputowanym do Izby Reprezentantów ze stanu Michigan. I on napisał coś takiego. Posłuchajcie państwo. Jeszcze tylko dodam, że w tym czasie jego rodzinny stan zmagał się z plagą UFO. I wówczas Gerald Ford napisał: „Uznaję te relacje za uzasadnione i wierzę, że obywatele amerykańscy mają prawo do bardziej szczegółowych wyjaśnień niż te, jakie do tej pory otrzymywali od sił powietrznych. Uważam, że powinien zostać powołany w tej sprawie specjalny komitet badawczy, by dostarczyć obywatelom wiarygodnego spojrzenia na ten temat i jak najbardziej drobiazgowych wyjaśnień”. To było oświadczenie z 1966 roku, kiedy Gerald Ford został już prezydentem.
No to jakiś taki wyrywny w tej sprawie nie był.
[01:15:44] - Zobacz Marku jeszcze jedną rzecz, że taka sama narracja po wielu latach stosowana jest przez tych deputowanych. Wtedy był jeden głos prezydenta. Teraz mamy mnóstwo głosów poszczególnych deputowanych z obu izb parlamentu amerykańskiego, którzy mówią wprost: tak, Amerykanom należy się prawda. Tak, muszą wiedzieć, kiedy były drony nad wschodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych, to jaka była narracja? Tak, obywatele muszą wiedzieć. Tak, należy im się prawda. Oni się tam nauczyli chyba takiej jednej śpiewki i zawsze to jest podnoszone, kiedy się pojawia temat niezidentyfikowanych obiektów. Stąd taki kolejny wniosek, który się wyłania, że skoro oni tak naprawdę powtarzają w kółko jedno i to samo pewne zachowanie odnośnie tego problemu, kiedy powtarzają pewną narrację z nim związaną, to może to też jest tak, że oni po prostu nie wiedzą, co to jest. Tam nie było żadnych spotkań z Eisenhowerem i Nordykami i Szarakami, nie było żadnych paktów tajnych i tak dalej. Może coś wiedzą, może coś nawet mają, ale jeżeli chodzi o takie kwestie jak kontakt, jak wymiana informacji, to nic.
Wiedzą tylko tyle, że to coś nie atakuje. No i tam mają przygotowaną jedną śpiewkę. Tak, obywatele mają prawo wiedzieć, a potem wszyscy zapominają. Mija pięć, dziesięć lat, mamy kolejny nawrót zainteresowania UFO i co? I tak. Obywatele mają prawo wiedzieć. Poczytajcie, co mówiono przy pierwszym wystąpieniu Davida Gruscha. Identycznie. Ci obywatele mają prawo wiedzieć od kilkudziesięciu lat. Jakoś to prawo tak traktowane jest po macoszemu.
[01:17:22] - Proszę państwa, następcą Geralda Forda był Jimmy Carter, o którym już dzisiaj mówiliśmy i potraktujmy to nazwisko tego prezydenta jako swoistą granicę, bo potem oczywiście był Ronald Reagan, potem Bush senior, następnie Clinton, później Bush junior, Barack Obama, Trump i w końcu Biden. O nich myślę, że możemy porozmawiać przy okazji następnej audycji. O żadnych spotkaniach, konferencjach i tym podobnych mowy nie będzie. Chociaż w przypadku Reagana była konferencja, na której zadał bardzo ciekawe pytania i do dzisiaj są te słowa Reagana przywoływane. No ale o tym to już pewno w następnej audycji.
[01:18:15] - Tak, ja tylko dodam, że to nie jest tak, że to nie jest ciekawy, interesujący materiał, bo jak zwykle możemy patrzeć na to z różnych punktów widzenia i to, że prezydenci, począwszy od Reagana zaczęli się zachowywać w kwestii UFO bardzo powściągliwie, momentami dziwnie, tak jakby to był taki temat Taki parias wśród tematów związanych z działalnością prezydencką, że to lepiej tego nie poruszać. To może świadczyć o tym, że albo ich odcięto od źródła wiedzy, albo byli świadomi tego, iż cały problem ma znacznie głębsze konotacje. Że nie wolno o tym mówić, ale z takich powodów, których skutki widzimy może nawet dzisiaj. Nie można o tym mówić, bo my tam potajemnie rozbieramy jakiś spodek w bazie i nie bardzo wolno. Tu jest mnóstwo innych dróg, ścieżek, wątków. Chyba takim najmniej gadatliwym prezydentem, jeżeli chodzi o zjawisko UFO był Biden, za czasów którego tak naprawdę, za kadencji którego rozegrało się najwięcej, miały miejsce najbardziej medialnie wstrząsające wydarzenia przynajmniej w XXI wieku, a on w żaden sposób nie zareagował. To też było symptomatyczne, ale równie symptomatyczne było to, że przecież kiedy ukazywały się w mediach głównego nurtu amerykańskich informacje na temat tych tajnych projektów zajmujących się zjawiskiem UAP, to na stołku był nikt inny jak Donald Trump, który też tak naprawdę nie zareagował. Ja analizując te wypowiedzi prezydentów dzielę je sobie na te poczynione w trakcie kampanii wyborczej i te poczynione już po. I tutaj uwidacznia nam się ta klątwa Jimmy'ego Cartera, że oni, kiedy jeszcze nie byli w Białym Domu, to często pozwalali sobie na różnego rodzaju komentarze. Natomiast kiedy to się już przeniosło na poziom federalny, to wszystko było ucięte.
Nie dyskutowano o tym z jakichś powodów. Marku, ponieważ to jest w esencji wyobraźni, możemy sobie pociągnąć mnóstwo różnego rodzaju koncepcji. Od kilkudziesięciu lat Amerykanie raczą swoje społeczeństwo, ale też społeczeństwo światowe taką samą śpiewką, że nie wiemy, a z drugiej strony wszyscy zasługują na prawdę, że coś jest, ale nie wiadomo co i tak dalej. I tak się czasami zastanawiam, bo nam jest łatwo wysuwać pewne wnioski mówiące, że tak, oni tworzą pewien obraz zjawiska, oni tworzą pewną swoją prawdę, która jest serwowana następnie obywatelom. Ale zobacz, czy z drugiej strony opłacałoby się politykom tworzyć mit. Mit, który trwa. Przyjmijmy tego Cartera za taki wyznacznik. Mit, który trwa już ponad pół wieku. Ponieważ realia polityczne się zmieniają, to jeżeli mówimy o UFO, też się powinno coś zmienić. Powinni powiedzieć tak jak w niektórych krajach było: to wszystko był wynik zimnej wojny i obserwacji ruskich obiektów sowieckich.
Nie ma sobie tym co głowy zawracać. A tutaj cały czas coś jest na rzeczy. Możliwości są co najmniej dwie. Albo to jest tak genialny plan, może nie genialny plan, ale genialny sposób mamienia opinii publicznej, że się cały czas tego używa. Albo rzeczywiście coś jest na rzeczy. Coś jest na rzeczy i jest to na tyle poważny problem, że co jakiś czas wypływa, ale niestety nie wiadomo, co o nim powiedzieć i moglibyśmy mnożyć te hipotezy. Problem jest taki, że my nie wiemy, która z nich jest prawdziwa. Chyba się tego szybko nie dowiemy. Ja nie jestem jakimś wielkim optymistą, jeżeli chodzi o Trumpa i o to, że on nam ujawni z marszu prawdę na temat, i tutaj do wyboru UFO, UAP, NHI i tak dalej.
[01:22:11] - Ja mam jeszcze jedną rzecz, która mnie bardzo niepokoi. To nabranie wody w usta przez kolejnych prezydentów. Może nie do końca, ale już takie powściągliwe mówienie o UFO moim zdaniem może się wiązać z uświadomieniem sobie pewnej powagi zagadnienia. Co mam na myśli? Jeśli przyjmiemy za dobrą monetę te opowieści o Eisenhowerze i porozumieniu administracji amerykańskiej z obcymi i to takim dosyć paskudnym porozumieniu, wedle którego poeksperymentujcie sobie na naszych obywatelach. Obywateli ci u nas dostatek. W związku z tym możecie. Jeśli to okazałoby się prawdą, a przecież administracja amerykańska, różne komórki tej administracji mają na sumieniu naprawdę paskudne rzeczy i eksperymentowanie na obywatelach to rzecz normalna właściwie w pewnym okresie w Stanach Zjednoczonych. To połączenie tych dwóch zjawisk, czyli UFO oraz ewidentnego sprzedania nas obcym, mogłoby dać bardzo podobny skutek, gdyby w pewnym momencie któraś z administracji uświadomiła sobie, jakie to niesie konsekwencje i że w histerię obywatele nie wpadną z powodu tego, że jest UFO, tylko z powodu tego, że zostali sprzedani kosmitom, obcym czy kimkolwiek są załoganci z UFO, że zostali po prostu sprzedani, że powiedziano tym obcym: eksperymentujcie, co się będziecie krępować. Jeśli byłoby prawdą to, że Stany Zjednoczone, a właściwie administracja Stanów Zjednoczonych mają coś podobnego na sumieniu, to ja się wcale nie dziwię, że ujawnienie prawdy o UFO dzisiaj jest tak trudne, tak bardzo niewygodne i tak bardzo uwiera poszczególne administracje.
No bo wicie, rozumicie, jak tu się przyznać, że takie świństwa można było własnym obywatelom zrobić? Co innego Związek Radziecki, to tam wiadomo, zniewolenie, komunizm i tak dalej. Mówię to bez żadnej sympatii akurat do komunizmu, ale często było podawane to na zasadzie: my dobrzy, bo my u nas wolność, a oni źli, bo u nich niewola i w ogóle godność szargana. A gdyby się okazało, że ta godność była W równie obrazowy czy też równie spektakularny sposób Caragana w Stanach Zjednoczonych, społeczeństwo mogłoby to przyjąć bardzo różnie, z nastawieniem raczej, że mogłaby się tam mała ruchawka na poziomie bardzo nieprzyjemnym pojawić, bo to naprawdę zakrawa o zdradę, czy w ogóle brak lojalności w stosunku do obywateli, których administracja tak naprawdę, jeśli brać pod uwagę na poważnie pewną teorię państwa, to ta administracja powinna tych obywateli chronić, a nie sprzedawać. Pięknie ci Piotrze dziękuję. Dzisiaj skończyliśmy na Carterze, co oznacza, że pewnie trzeba będzie się zainteresować następcami tego prezydenta. Kilka ciekawych rzeczy, pomimo tej powściągliwości, o której wspominaliśmy, warto też powiedzieć i o Reaganie, i o Bushu, jednym i drugim, chociaż ten drugi to już naprawdę był bardzo milczący, ale i Clinton, coś tam mu się wypsnęło. Jest o czym porozmawiać. Jeszcze raz ci Piotrze pięknie dziękuję i zapraszam do kolejnej audycji.
[01:26:04] - Ja również dziękuję, pozdrawiam. Ja tylko dodam, że kiedy Sowieci odpierali argumenty Amerykanów, że tam u was tak źle i ogólnie, to Sowieci mówili: „a u was biją". I tutaj nie powiem, bo nie wolno.
[01:26:22] - Mam nadzieję, że przynajmniej trochę zainteresowaliśmy państwa tematyką ufologicšno-prezydencką. W tym samym zestawie, to znaczy Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba, zapraszamy na Filmotekarium. Dzisiaj omówimy film „Towarzysz" w reżyserii Drew Hancocka. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:26:54] - Dzień dobry wieczór. To może zacznę, nie będę przedłużał. Dzisiaj zajmiemy się filmem „Companion", „Kompanion", „Towarzysz". Jest to nowość, która miała premierę w styczniu 2025 roku. W roli głównej znana z filmu „Heretic" omawianego przez nas niedawno i z serialu „Yellowjackets", którego trzecia seria właśnie jest emitowana, młoda aktorka Sophie Thatcher. „Towarzysz", wbrew nazwie to nie jest film o Związku Radzieckim ani młodym amerykańskim komuniście. Jest to, uwaga i tutaj ciekawostka, thriller sci-fi z elementami czarnej komedii opowiadający historię Iris i jej partnera Josha, ich wielkiej miłości. W otwierającej scenie nawet możemy dojść do takiego wniosku, że to jest jakiś film romantyczny.
[01:27:49] - Romantycznie jest niezwykle. Scena w sklepie, młodzi ludzie się poznają. Jest idealnie, jest bosko. Miłość kwitnie. Ja myślę Piotrze, że my w tej chwili skutecznie odrzuciliśmy, zniechęciliśmy sporą część naszych słuchaczy do tego filmu. To ja tym wszystkim zniechęconym chcę powiedzieć, że w pewnym momencie tego filmu następuje taki twist, że czułem się onieśmielony i czułem się mocno zaskoczony i w ogóle wróciła mi wiara w to, że Hollywood potrafi jeszcze jakieś filmy w miarę interesujące produkować. Przepraszam za wtrącenie. Piotrze, oddaję ci głos.
[01:28:39] - Tak, ja też uspokoję, że to nie jest film o miłości. Nie jest to film romantyczny, nie jest to romantyczne sci-fi. Główny wątek w tej historii rozwija się w momencie, kiedy ta wspomniana para jedzie w odwiedziny do swoich znajomych. Okazuje się, że to są bardzo, wręcz obrzydliwie bogaci znajomi. Iris coś tam brzęczy po drodze, że nie chce, bo koledzy Josha jej nie lubią. I rzeczywiście jej nie lubią, bo na wstępie się okazuje, że zostaje przyjęta dość chłodno. My jeszcze się nie domyślamy dlaczego, ale wkrótce się okaże. Dom należy do Sergeya. Tak to wymawiają, ja tutaj nie żartuję. Rosyjskiego milionera, który mieszka w Stanach.
[01:29:22] - A nawet miliardera, bym powiedział chyba nawet.
[01:29:26] - Tak. Jego konkubina jest koleżanką Josha, tak powiedzmy. Wszyscy sobie brykają, imprezują tam za pieniądze Sowieta. Następnego dnia Iris idzie z nim nad jezioro. Tam siedzi ten Sergei i zaczyna się do niej, brzydko mówiąc, dobierać. Trach! Po chwili się okazuje, że jest po chłopie. Zakrwawiona Iris wraca do domu i tam wychodzi na jaw, że ona nie do końca jest człowiekiem. Nie jest też kosmitą, ale jest elementem pewnego koronkowego planu. Zbrodniczego planu.
[01:30:01] - Właśnie, bo ten film ma jedną, może niejedną, może ma więcej zalet, ale ta jedna jest według mnie szczególnie cenna. On się rozwija przed nami i za każdym razem, kiedy pojawia się moment zwrotny, pojawia się coś nowego, bo my najpierw sądzimy, że to będzie historia pary, która jedzie nad jezioro do miliardera. I może tam zaczną ich mordować albo jakaś groza. Wiecie państwo, domki nad jeziorem mają tę specyfikę, że tam się fajne horrory mogą odbywać. Ale nie, coś takiego się nie dzieje. Co prawda, kiedy miliarder, tak jak Piotr powiedział, postanawia: „hmm Mówiąc kolokwialnie, przelecieć panienkę. Ta panienka, ponieważ jest romantycznie zakochana, załatwia gościa i to dosyć radykalnie. I to jest pierwszy moment, którym się dziwimy. Później objawia się to, kim jest owa pani, owa panienka czy pani. Nie chcę, żeby to zabrzmiało lekceważąco.
Dowiadujemy się, kim jest i dowiadujemy się też, że coś się stało, ale to może tak się miało stać. To jest kolejny moment, w którym następuje zwrot. Może to, co się stało na owej plaży z tym biednym Sergiejem, to miało się wydarzyć. Może to jest na przykład skok na kasę. Tylko kto ten skok chce wykonać? Powiem tak: ten film jest w stanie zaskoczyć i to kilka razy jest w stanie zaskoczyć, dobudowując pewne dodatkowe elementy. Cóż, proszę państwa, to ostatnimi czasy była rzadkość. Państwo pamiętacie te długie tygodnie, kiedy co film to porażka i wielkie narzekanie. Nie żebyśmy zaraz dzisiaj wspólnym wysiłkiem, chmurem mówili, że to jest film doskonały, ale na tle tego, co pojawiało się w ostatnich miesiącach, to ten film budzi nadzieję, bo o coś w nim chodzi. Jakiś problem jest przedstawiony.
Problem moim zdaniem bardzo realny i on jeszcze dzisiaj nie występuje. Co więcej, ja nie potrafię podać państwu przestrzeni czasowej, w jakim on stanie się niezwykle aktualny, ale odnoszę wrażenie, że te czasy, które mamy w filmie pokazane, nie są tak odległe, jak by się nam wydawało. Myślę, że 10, może 15 lat i coś podobnego może już funkcjonować. Namiastki tego na Dalekim Wschodzie właściwie funkcjonują. Zatem obraz, który dostajemy w postaci filmu, jest intrygujący z jednej strony, ale też zaskakujący. Ja podkreślam ten element zaskoczenia, bo on się w tym filmie pojawia kilka razy i nawet jeśli jesteśmy ludźmi, którzy oglądają dużo filmów i tak łatwo nie dają się zaskoczyć, to jestem niemal pewien, że nie wszystkie te zwroty każdy widz będzie w stanie wyłapać albo przewidzieć. Może to lepsze określenie: przewidzieć, bo tych zwrotów jest naprawdę kilka. Co chciałbym podkreślić, to jest film gdzieś na pograniczu filmu akcji. Nie takiej akcji, że się ganiają z karabinami. Aż tak nie, ale na pograniczu takiego trochę akcyjniaka, a trochę przypowiastki filozoficznej.
Niech to państwa nie przeraża. Nikt tam nie zawraca głowy i nie wygłasza monologów. Nie ma też rozdzierających scen, w których ktoś recytuje to be or not to be i tym podobne. Nie. Wszystko jednak mieści się w kinie akcji, a jednak ta filozofia albo też specyficzne postrzeganie rzeczywistości wyziera i jest niepokojące.
[01:34:45] - „Towarzysz” to jest film trochę pokrewny wymową na przykład „Megan”, na przykład „Creatorowi” i wszystkim tym filmom, gdzie androidy odkrywają cząstki swojego człowieczeństwa i nie potrafią się potem odnaleźć w swojej rzeczywistości wykreowanej przez człowieka. Nie powiem, żeby to była wyjątkowo oryginalna tematyka, ale też dodam, że filmy o androidach to nie jest coś, co mnie szczególnie porywa. Z „Kompanionem” nie jest tak źle. Scenarzyści co prawda dość szybko odsłaniają przed nami swoje tajemnice, czyli ta Iris. Jeżeli ktoś nie chce słuchać, to niech teraz wyłączy, bo będę zdradzał, że ta Iris nie jest zapatrzoną w chłopaka, zdradzoną dziewczyną, tylko po prostu zhakowanym androidem, który zostaje wykorzystany do skoku na kasę. Oczywiście nie wszystko idzie tak, jak powinno i to koniec końców Iris z myśliwego staje się, brzydko powiem, zwierzyną. Ale pomimo wszystko to nie jest zły film. Na tle tego, co ostatnio się ukazuje, jest naprawdę dobry. Czy ma aspekt rozrywkowy? Może trochę ma.
Nie jest to film wyjątkowo zabawny, ale to chyba dlatego, że ta aktorka, która odgrywa główną rolę, czyli Sophie Thatcher, ona w ogóle jest taka trochę, jakby to powiedzieć, mało zabawna w swojej naturze.
[01:36:11] - Piotrze, ona jest po prostu dobrze dobrana, bo ona ma w sobie coś lalkowatego, coś androidowego. Coś w tym jest.
[01:36:25] - Tak, to prawda. Powiem ci, że nie zwróciłem na to uwagi. Patrzyłem na nią raczej przez pryzmat dwóch horrorów, gdzie ją widziałem, plus „Yellowjackets”. Ona poważna bardzo jest generalnie, ale masz rację tutaj. Rzeczywiście. Co jeszcze? Nie wiem. To musicie sami ocenić, czy te zwroty akcji, które się tam dzieją, czy one was zaskoczą, czy nie. Ale jest, Marku, jedna rzecz, o którą cię chciałem zapytać, bo wiem, że zwracasz na takie rzeczy uwagę. To jest z drugiej strony pewna pułapka.
Nie dla widzów, ale raczej dla scenarzystów, którzy zwracają sami uwagę na mankamenty wymyślonej przez siebie historii. Otóż ta Iris ma takie pokrętełko do zmiany poziomu inteligencji. Jest ono w aplikacji, przez którą jest sterowana i w pewnym momencie podkręca ona sama siebie na maksa i dowiadujemy się, że to jest jej granica. Inteligencja studenta uczelni wyższej, czyli w sumie też nie wiadomo, czy dobrze, czy źle. W każdym razie jest w maksimum swoich możliwości. I widzimy w filmie, że ona może planować swoje kolejne poczynania i analizować je z kalkulacją ryzyka, co się stanie. I tu są pewne minusiki w ogóle. Czy taki wysoce inteligentny robot, który ma również dużo lepsze niż człowiek osiągi fizyczne, któremu się nic nie stanie prawdopodobnie, kiedy sobie przenocuje w lesie. Czy taki robot bawiłby się w survival leśny albo czy by się ukrywał za drzewem? Czy on chciałby wrócić do domu tak jak Iris, skoro równie dobrze się może zaszyć gdziekolwiek, kiedy jest w tym systemie z jednej strony najwyższej inteligencji plus najwyższego stopnia, oni tam jakoś to nazwali, powiedzmy, że instynktu samozachowawczego.
A ona się zachowuje ciapowato trochę w tym filmie. Tam jest więcej takich momentów, kiedy sobie zadajemy pytanie, czy ktoś, kto dodaje sobie samemu plus sto punktów do inteligencji i instynktu przeżycia, postąpiłby tak jak ona? Przecież nie wierzę w to. Te babole się tam nie kończą, Marku, moim zdaniem, bo bohaterowie wymyślają sobie wielki skok z użyciem androida, w sumie androidów. Hakują je, ale nie mają pojęcia, że taki robot rejestruje wszystko, gromadzi informacje. To jest powiedziane pod koniec filmu ze strony serwisantów. Jakoś mi się tak nie klei. Gość zhakował androida, przeczytał o nim wszystko w internecie, a nie ma pojęcia, że on wszystko nagrywa. Druga sprawa, jak dokonują skoku z udziałem androida, gdzie ktoś ginie, przyjedzie milicja, to jeżeli wyjdzie na to, że to android jest winny zabójstwa, a android figuruje na danego abonenta, bo ten android jest na abonament, to jest bez sensu. Co to jest w ogóle za skok?
Co to jest za plan? Dziecko by nie uwierzyło w takie coś. To mi się tam nie do końca kleiło potem, powiem ci. Chyba że Iris i jej robotyczny kolega zginęliby w pożarze. To tak by mogło być. Natomiast ten nieprzemyślany motyw działania czarnych charakterów się trochę rzuca w oczy. Już nawet ci powiem lepiej, że tak: jakby chcieli tego Sergieja zlikwidować, to ja bym go tam napoił nad tym jeziorem i kazał na przykład nie wiem, się wykąpać albo pływać motorówką. A wiemy, że to bywa bardzo zgubne dla milionerów wielu.
[01:40:04] - Piotrze, ale ja w tym węszę jednak jakiś element logiki. Dlaczego? Ano dlatego, że ten Sergiej wiedział przecież, kto jest człowiekiem, a kto jest robotem. I ludzie by go nie nabrali, a robot go zmylił. Przecież on się nie spodziewał. Nie. On się nie spodziewał, że ta romantyczna relacja głównej bohaterki z jej chłopakiem poznanym w sklepie, bardzo romantycznie było. Więc on się nie spodziewał, że ona tak bardzo będzie broniła się przed jego niemoralną propozycją. On by się spodziewał, że ktoś spośród ludzi, których gościł, może mu zrobić kuku, może mu zrobić coś nieprzyjemnego. Ale robot?
Nie, zupełnie tego nie podejrzewał i dlatego tak szybko wypadł z samochodzika zwanego życiem. Ale zwróciłeś uwagę na bardzo ważną rzecz, która również mnie rozśmieszyła, bo ja kiedy zobaczyłem, że główna bohaterka zwiększa sobie inteligencję do stu punktów, procent, nie wiem czegoś stu, to zakładałem, że teraz się rozpocznie jatka, że ona tą inteligencją rozwali ich wszystkich, że ona po prostu wykorzysta swoją nadnaturalną przewagę nad ludźmi w sposób radykalny, wymierzy sprawiedliwość. Tymczasem to 100% to jest takie słabe 100%. I oczywiście da się to wytłumaczyć, że po prostu roboty, te sztuczne inteligencje nie mogą być zbyt inteligentne programowo i dlatego te 100% to wcale nie jest aż tak dużo. Przyjmuję takie tłumaczenie. Tak rzeczywiście może być, ale mimo wszystko w tym momencie poczułem się trochę zawiedziony. Czy ona by tak postępowała? To jest jeden z tych problemów, które nazwałem problemami filozoficznymi. Bo mamy z jednej strony robocicę, istotę, którą skłonni jesteśmy postrzegać jako coś sztucznego, nienaturalnego, innego. Tak, ale dorzućmy do tego, że to jest robocica zakochana, robocica pozostająca w nie tylko intymnej, ale romantycznej relacji z jednym z bohaterów.
I to jest moim zdaniem ciekawe, bo scenarzysta, reżyser obaj sugerują, że to jest coś innego, że inteligencja, uczucia to jednak nie jest to samo. To niby wiadomo, ale jednak bardzo dostajemy wprost informację, że robot, w tym wypadku zakochany robot, robocica niech już będzie. Ale mamy też zakochanego robota. Warto to podkreślić, bo zgodnie z konwencją hollywoodzką musi być coś takiego, że robot kocha się w pewnym obywatelu płci nieprzeciwnej, że tak sobie to ujmę. Ale ważne jest to, że robocica postrzega świat inaczej, postrzega świat przez pryzmat zakochania. A zatem mamy informację, że uczucie zmienia pewną, trudno powiedzieć świadomość, ale pewne postrzeganie świata, że już wtedy nie chodzi o inteligencję. Wtedy chodzi na przykład o przywiązanie, o tę relację, którą my tutaj tak ostrożnie nazywamy relacją romantyczną, że to wszystko nie jest takie oczywiste, że inteligencja, że uczucia, że te wszystkie rzeczy to nie jest to samo. Tego się nie da zapisać w kodzie i proszę, teraz jestem zakochana, za chwilę nie będę zakochana. Co zresztą w tym filmie też jest pokazane, jak to się może zmieniać, bo my na tym przykładzie owej robocicy, to jest dosyć paskudne słowo, ale niech zostanie. Na przykładzie tej robocicy śledzimy właśnie te zmiany.
Jak to może się wszystko filtrować, jak to się może zmieniać, jak można manipulować robotem. To zupełnie inna bajka. Jak można manipulować robotem, chcąc osiągnąć swoje cele, czasami bardzo merkantylne, związane z kasą. Bo ten Siergiej, czy jak on się tam nazywał, miał sejf, a w tym sejfie była kasiora niewyobrażalna, proszę państwa, niewyobrażalna. I o tę kasiorę tak naprawdę chodziło. Ja mam po tym filmie takie poczucie, że już to powiedziałem, że aż tak źle z Hollywoodem nie jest, że czasami jest w stanie wydusić z siebie coś, co jest interesujące. I od razu to podkreślę, ja często lubię to podkreślać. To nie jest do końca film, który ja najbardziej lubię. Myślę, że za tydzień będziemy rozmawiali o filmie, przy którym ja zdecydowanie czułem się lepiej. Ja lubię filmy pełne akcji i o takim filmie porozmawiamy za tydzień.
Tu aż tak dużo takiej akcji, gdzie się ganiają, strzelają i w ogóle dzieje się aż tak dużo nie ma, ale pojawiają się dylematy, pojawiają się problemy i pojawiają się zagadki, które widz na bieżąco chce, musi, powinien rozwiązać. Raz się to udaje, raz się to nie udaje. Ale ten film jednak bardzo dobrze, że skłania do myślenia i podążamy z akcją. Podążamy z pewnym tokiem rozumowania i to jest naprawdę fajne przeżycie. Po tych miesiącach posuchy ja przy tym filmie naprawdę odetchnąłem.
[01:46:47] - Tak, to jest jego bardzo duży plus. On jest jakiś. To jest rozrywka, to jest nawet jakaś miejscami intelektualna rozrywka, nawet jeżeli chodzi o te babole i dopatrywanie się jakichś minusów. Ale to jest niezłe. Gdybym się miało coś przyczepić do tego filmu, bo tu też musimy dodać, że to przywiązanie ze strony robotów to ono było wgrywane, te relacje romantyczne były wgrywane. Trzeba się było ustawić przed robotem w momencie kalibracji i się już było w jego głowie. Ale to może nie o tym chciałem powiedzieć, bo to jest kolejny film po „Kreatorze”, którego żeśmy omawiali chyba rok temu. Gdzie się pojawia wątek współistnienia ludzi i robotów, ale na takim stopniu życia codziennego. I w tym przypadku robot jest towarzyszem, jest partnerem, jest de facto nawet kimś w rodzaju konkubenta. I to jest taki partner, na którego człowiek nie zasługuje.
To jest trochę tak jak ze zwierzętami, że one się przywiązują do człowieka całym sobą, a człowiek nie zasługuje na to, żeby takie zwierzę się do niego przywiązało. Z drugiej strony przypominają się słowa z „Małego Księcia” o oswojeniu i odpowiedzialności. Tylko ja się tak zacząłem zastanawiać, co taki film o relacjach androidowsko-ludzkich próbuje nam przekazać. O co chodzi? Że pochylanie się nad ciężkim losem kalkulatora czy laptopa też powinno być w tym stopniu uzasadnione? Nie wiem, czy o to tutaj chodzi. Podobnie jak w „Kreatorze” było, że stara się, nie wiem co, nadać prawa robotom? Nie. Ja myślę, że to jest jakaś aluzja też, chociaż dobrze zakamuflowana tak naprawdę nie rzucająca się w oczy w przypadku towarzysza. Aluzja do wszystkich tych rzeczy, tych kwestii, jakby to powiedzieć, ideologicznych, kiedy porzuca się tradycyjny model życia czy rodziny na rzecz, w tym przypadku związków z robotami.
Ale nie, to nie jest tak. To nie jest film o miłości. Może trochę, ale nie w pełnym sensie. I to nie jest film, który zawiera jakieś Drugie dno czy aluzje, gdzie będą potem siedzieć panie po studiach bardzo poważnych i rozkminiać, co chciał reżyser nam powiedzieć, a czego tak naprawdę w tym filmie nie ma. Nie, to jest fajny, rozrywkowy film i przy tym zostanie.
[01:49:21] - Ale ten film pokazuje rzeczywistość, tak jak powiedziałem w pewnym momencie, która myślę, że nastąpi szybciej niż nam się wydaje. Dlaczego ona wydaje mi się niebezpieczna? Tego w tym filmie nie ma. To już sobie dopowiedziałem. Ale świat, w którym można mieć miłość, może za duże słowo, fascynację erotyczną chociażby, na zawołanie. Już na pstryk, na zasadzie leasingu, bo w końcu ta robocica nawet nie jest własnością tego zakochanego. W każdym razie tego jej chłopaka. Ona jest leasingowana. Coś na podobieństwo leasingu. Taki świat wydaje się dziwny, bo po co wikłać się w relację z żywym człowiekiem, znosić jego humory, znosić jego bycie człowiekiem?
I taka potrzeba dogrania się, dostosowania, dotarcia, którą my świetnie wszyscy znamy. A może to wszystko jest niepotrzebne? Może trzeba sobie ściągnąć, wyleasingować pana albo panią. Nie ma większej różnicy i nie przeżywać tych wszystkich skomplikowanych gier uczuciowych, emocjonalnych i tak dalej. Nie. Mamy partnera seksualnego, w którym jesteśmy albo zakochani, albo niezakochani. Skoro wiemy, że to maszyna, to może niekoniecznie zakochani. Mamy to coś. Spełniamy swoje różne fantazje, od seksualnych począwszy. Ale to nie koniec.
Po co nam jest cała reszta? Jakieś tam próby. Nie, to jest świat miniony. Ale to jest świat skazany na obumarcie. I to nie chodzi wcale o przyrost naturalny. Nie, nie o to chodzi. Ale świat, w którym uczucia są na sprzedaż, takie troszeczkę chłodne, zimne, wypreparowane. Nie trzeba miłości, trzeba zaspokajać swoje popędy. Miłość może być takim fajnym dodatkiem, takim programem dodatkowym. Ta robocica albo ten robot są w nas zakochani.
My niekoniecznie musimy być. Możemy traktować to z pewnym chłodem, możemy stwarzać pozory. Czy to jest naprawdę model, do którego zmierzamy? Jeśli zerknąć na to, co pokazywali nam twórcy antyutopii, dystopii, czy to w roku 1984, gdzie przecież, przypomnijcie sobie państwo, kontakty seksualne, może nawet uczuciowe pomiędzy ludźmi, w jakiś sposób godziły w państwo, w jego strukturę, w to, jakie to państwo chciało być. A jeśli dorzucimy do tego jeszcze „Nowy wspaniały świat” Huxleya, w którym nie było uczuć, były seksualne związki, które miały rozładowywać napięcia, które miały coś tam pacyfikować. Ale pisz, jakie uczucia? O co w ogóle chodzi? Nic takiego nie powinno funkcjonować w rozwiniętym społeczeństwie. Przynajmniej tak to przedstawił Aldous Huxley. Jeśli to weźmiemy pod uwagę i jeśli pod tym kątem spojrzymy na film, o którym dzisiaj państwu opowiadamy, to dostajemy taką wersję bardzo zbliżającą nas do tego, co nas może czekać za 15, może 20 lat.
I ludzie z tego skorzystają bardzo chętnie, bo nawiązanie prawdziwej relacji, urodzenie, zrodzenie prawdziwego uczucia wymaga wysiłku, wymaga zaangażowania czegoś, co wymaga, żeby się spiąć, żeby zainwestować w to coś, co się rodzi. Ale po co? Przecież można to sobie kupić, można to sobie wyleasingować. I uwierzcie mi państwo, to się dzisiaj wydaje utopią, ale spora część ludzi na to pójdzie. A jak będzie wyglądał świat oparty na takich zasadach, to dzisiaj trudno sobie wyobrazić i mam takie wrażenie, że ten film skłania nas do takich refleksji. Przynajmniej jeśli damy szansę, żeby takie refleksje się u nas pojawiły. Nie wiem, czy państwa ten film zainteresuje, czy też zostaniecie państwo obojętni. Ja w każdym razie jeszcze raz podkreślę: polecam ten film. Polecam. Coś bym chciał jeszcze powiedzieć, ale nie.
Wszystko już zostało powiedziane w recenzji. W związku z tym ja państwa zapraszam na Recenzarium Evivy na omówienie „Rękopisu Hopkinsa”.
[01:54:47] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy nam się to podoba, czy nie, czy jest to poprawne politycznie, czy też nie, my, Europejczycy i Amerykanie, i Australijczycy żyjemy teraz w cywilizacji białego człowieka. Tak, wiem, różnie się o tym mówi, ale niestety fakty pozostają faktami. Tę cywilizację zbudowali ludzie biali i nie ma w tym nic złego. Przed tą cywilizacją były inne, których już nie ma, a którą budowali ludzie różni, różnych barw. Te cywilizacje upadły i nasza też upadnie. Kto ją zastąpi? Trudno w tej chwili orzekać. Być może jedna z cywilizacji, które rozwijają się obok. Ta z Indii albo z Afryki.
Trudno w tej chwili snuć dywagacje, ale jednak fantastyka jest właśnie od tego, żeby pewne rzeczy przewidywać. I właśnie to robi. Książka R. Scott Sherifa pod tytułem „Rękopis Hopkinsa” niejako ubocznie ukazuje tę nową, a właściwie nie ukazuje. Jedynie o niej wspomina, ponieważ ta nowa cywilizacja z punktu widzenia ewentualnego czytelnika, takiego hipotetycznego, jest zbyt oczywista, żeby o niej za dużo pisać. Ponieważ ten czytelnik właśnie by się z takiej innej cywilizacji wywodził. Konkretnie chodzi tu o cywilizację abisyńską. Nastała ona po tej, której przedstawicielami jesteśmy my. Nastała na tyle późno, że właściwie nic nie wie o tym, jaka była nasza i rozpaczliwie poszukuje przynajmniej strzępów informacji, z których mogłaby sklecić jej obraz. Wielką radość u archeologów wywołuje odkrycie starannie zapieczętowanego manuskryptu.
Jednak odszyfrowawszy go, czują się rozczarowani, albowiem zawiera on przemyślenia jednego człowieka na temat jego własnej egzystencji, a nie jest dziełem ponadczasowym. Jednakże zarzuty, jakie z tego powodu wysuwają wobec autora rękopisu, wydają się przesadzone. Jest on bowiem zwykłym człowiekiem. Najzwyklejszym. Nazywa się Edgar Hopkins. Po otrzymaniu niewielkiego spadku może poświęcić się dwóm swoim pasjom: hodowli rasowych kur oraz uczestnictwu w towarzystwie astronomicznym. Właśnie ta druga jego pasja powoduje, że jako jeden z bardzo niewielu ludzi jest świadomy zbliżającej się katastrofy. Milczy, podobnie jak milczą inni, którzy tak jak on o tym wiedzą. Nie można przeciwdziałać temu, co ma się stać. Po co więc wywoływać panikę?
Poza tym, czy ludzie by uwierzyli, że Księżyc uderzy w Ziemię? A jednak to się dzieje. Hopkins należy do tych, którzy przetrwali katastrofę. Usiłuje budować jakie takie życie na gruzach. Jednak nie jest to łatwe. Zdobywanie jedzenia staje się coraz bardziej problematyczne. Ludzi jest bardzo mało. Większość terenów została zalana, jako że Księżyc wpadł do oceanu, a na dodatek dochodzi do nowej wojny. Wojny o zasoby, które można pozyskać właśnie z Księżyca. No cóż, może nie rozważajmy tutaj naukowego prawdopodobieństwa zdarzeń.
Tak naprawdę wiemy, że gdyby Księżyc rzeczywiście z jakiegoś powodu nagle zaczął spadać na Ziemię, życie na niej skończyłoby się dużo wcześniej, zanim doszłoby do fizycznego zetknięcia tych dwóch ciał niebieskich. A już gdyby do tego doszło, to z Ziemi prawdopodobnie nic by nie zostało. Zważywszy na masę Księżyca, masę Ziemi oraz siłę wzajemnego przyciągania. E równa się mc kwadrat. Nikt nie miałby żadnych szans. Glob najprawdopodobniej rozleciałby się na kawałki. Najmniejsza o to. Pisarz fantastyki może ostatecznie stworzyć takie warunki, jakie mu się akurat podobają. Nawet zmienić prawa fizyki. I to właśnie zrobił Sherif.
Pomijając ten punkt, książka jest bardzo interesująca. Pokazuje bowiem po pierwsze całkowitą bezradność jednostki w obliczu globalnej apokalipsy. Po drugie psychologiczny portret człowieka, który nie ma wielkich aspiracji. On chce jedynie spokojnie żyć. Kocha te swoje kury, których zostaje pozbawiony wskutek katastrofy. Nie potrafi ani pracować dla innych, ani im pomagać. Po prostu tego nie umie, bo nie każdy z nas jest Supermanem czy Matką Teresą. Ktoś, kto tak jak mówię, jest do bólu zwyczajnym człowiekiem i w pewnym momencie traci wszelką nadzieję oraz wszelki zapał do jakiegokolwiek działania, obserwując powolną śmierć całego swego otoczenia, które kiedyś było gwarne i ludne. I wiedząc, że jeżeli ludzie nie przestaną wojować ze sobą o to, co można pozyskać z resztek Księżyca, to nie przetrwa w ogóle nikt. On o tym wie, tak jak poprzednio wiedział o katastrofie i tak jak poprzednio nie jest w stanie nic z tym zrobić.
Pisze swój rękopis po to, żeby coś zostawić przyszłym pokoleniom. Jak wiemy z początku książki nie bardzo to doceniają. Niby cieszą się. Są to zapiski z epoki, która jest bardzo mało przez nich poznana, ale są jednocześnie wściekli, że nie pisze o czymś więcej, tylko o sobie, o swoich problemach. A na miłość boską, o czym ma pisać? Przecież Hopkins to po prostu jeden z nas. Ktoś taki jak my. Obawiam się, że każdy z nas, gdyby był w jego sytuacji, pisałby to samo. Gdyby w ogóle przyszło mu do głowy cokolwiek zapisywać. A w każdym razie podobny byłby ten jego rękopis.
„Rękopis Hopkinsa” to książka smutna. Smutna przez to, że właśnie pokazuje, jak bardzo jesteśmy słabi i jak kruche jest nasze życie oraz to, co uważamy za swoją stabilizację. Jak łatwo możemy to stracić. I co wtedy z nami będzie? No właśnie. Nie tylko miłośnikom postapo polecam tę książkę, bo to jest naprawdę dobra lektura, skłaniająca do przemyśleń. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:00:44] - Piotr Cielebiaś jeszcze się nie wymiksował z dzisiejszej audycji, bo przed nami Sentymentalnik, a rozmawiać będziemy dzisiaj o postaci niezwykłej. Znaczy ja do końca nie wiem, czy to była postać niezwykła, ale wrażenie, które po sobie pozostawiła niezwykłe było z całą pewnością. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zaczynamy Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:01:17] - Dzień dobry wieczór. Witam wszystkich. Witam ciebie, Marku. Chciałoby się powiedzieć na wstępie dzisiejszego Sentymentalnika: odin, dwa, tri.
[02:01:29] - Czetyre, piat', szest', siem, wosiem. No i część naszych słuchaczy odpadła, bo ich niniejszym poddaliśmy hipnozie. To już państwo doskonale wiecie, o kim i o czym będziemy rozmawiać. A ci z państwa, którzy nie wiedzą, bo się nie załapali na fenomen Kaszpirowskiego, to myślę, że ci z państwa powinni posłuchać szczególnie uważnie.
[02:01:59] - Tak. Ja tylko dodam, że można się jeszcze załapać na fenomen Kaszpirowskiego, bo on cały czas nadaje. On ma swój kanał na YouTubie i można na ten kanał trafić. Koleś ma bodajże 85 lat teraz, ale nie chcę powiedzieć, że dobrze wygląda, ale przypomina siebie z tych czasów, o których my dzisiaj będziemy mówić. A mówimy o dzikich latach 90. i postaci wspomnianego Anatolija Kaszpirowskiego, w pewnym sensie naszego rodaka. Dlaczego? Bo jeżeli wierzyć Kaszpirowskiemu i jeżeli wierzyć Wikipedii, to po kądzieli jest on polskiego pochodzenia. Jego matka, Jadwiga Chmielnicka była Polką. Dzisiaj wiele osób się pewnie zastanawia, słysząc nazwisko Kaszpirowski, kto to w ogóle był.
Czy to był hipnotyzer, taka osobowość telewizyjna, fenomen medialny, może psionik, może lekarz rzeczywiście jakiś szarlatan? Chyba był wszystkim każdym po trochu. On nawet był swego czasu posłem do Dumy, a w Polsce stał się popularny dzięki programowi „Teleklinika doktora Kaszpirowskiego”. Program przyciągał tłumy. Oglądało go według danych OBOP-u 75% widzów wtedy, ale mało kto wie, że do Polski Kaszpirowski trafił tak jakby trochę na zesłanie, bo uznano go w ZSRR za persona non grata, za osobę nawet niebezpieczną, sprawcę bardzo ciekawego fenomenu, o którym za chwilę powiemy. Moje wspomnienie Marku, na przykład z seansami Kaszpirowskiego jest takie, że kiedy on leciał w telewizji, ja to już chyba parę razy mówiłem, to babcia mi kazała wychodzić z pokoju. Nie wiedziałem wtedy dlaczego, a może nie pamiętam dlaczego. Może po prostu coś się zatarło w mojej pamięci. Potem, kilka lat później, jak leciał Zbyszek Nowak, to już jednak nie kazała wychodzić. Także z jakiegoś powodu Kaszpirowski był uznawany za niebezpiecznego.
Zbyszek Nowak już był mniej szkodliwy. Jak ty zapamiętałeś tą postać?
[02:04:08] - Zapamiętałem, że to działa. Albo właściwie działało. To znaczy, ja wcale nie wiem, czy zgodnie z deklaracjami Kaszpirowski cokolwiek leczył, bo tam deklaracje były bardzo poważne. Kiedy zaczynał swoją karierę w 1989 roku w Związku Radzieckim, to zaczynał od tego, że znieczulał na odległość osoby poddawane operacji jamy brzusznej. Później, w październiku 1989 roku na centralnym kanale ZSRR pojawiła się pierwsza audycja. I to była dziwna audycja, bo on wyprawiał tam te swoje czary-mary, o których za chwilę powiemy, ale on jednocześnie starał się, wiem, że to dziwnie zabrzmi, zahipnotyzować społeczeństwo i mówił wprost o tym, że należy popierać komunizm, który panuje. Sesje wzywały do przywrócenia wiary w rząd, w komunizm. I tak jakby starał się zahipnotyzować widzów i skłonić tych widzów do poparcia radzieckiej sprawy. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ, tak jak powiedziałem, ja nie wiem, czy on cokolwiek był w stanie leczyć.
Ponoć leczył z różnego rodzaju nałogów, a nawet z poważniejszych chorób. Ja wiem jedno: ten człowiek z całą pewnością jakieś zdolności hipnotyczne miał. Sam tego doświadczyłem. Nie, żeby mnie zaraz zahipnotyzował, ale podczas jednego z seansów, kiedy jakoś tak zgodnie z instrukcjami wpatrywałem się w ekran i słuchałem tego liczenia, poczułem, że rzeczywistość wokół mnie zaczyna zachowywać się dziwnie. Inaczej widziałem, inaczej odczuwałem. Otrząsnąłem się z tego szybko. Postarałem się z tego otrząsnąć, ponieważ się zaniepokoiłem, ale czułem to tak wyraźnie, że ja się wcale nie dziwię, Piotrze, twojej babci, że kazała ci wymaszerowywać z pokoju. Coś w tym było. Nie wiem. Powtórzę to jeszcze raz.
Nie wiem, czy Kaszpirowski cokolwiek leczył, ale to, że był hipnotyzerem, to dla mnie jest rzecz oczywista.
[02:06:40] - Ja się zacząłem tak zastanawiać, co by się ze mną dzisiaj wyprawiało, gdybym ja wtedy nie wyszedł z tego pokoju. Kim bym był dzięki Kaszpirowskiemu? No, nie dowiem się niestety. Chociaż tak naprawdę jest bardzo dużo materiałów z nim na YouTubie. Można się samemu przekonać, czy on na was działa. Nie wiem, czy przez YouTube'a można hipnotyzować, ale na pewno przez telewizor próbował. Tak, ja się Marku zgodzę z tym, co powiedziałeś, że to jest jedna z kilku teorii spiskowych, które się z Kaszpirowskim wiążą. Ale wróćmy do tej postaci, bo jego życiorys jest bardzo bogaty. Z wykształcenia jest psychoterapeutą, chociaż mówi się, że jego wyuczony zawód to jest fizjoterapeuta i dopiero później podjął kurs psychoterapeutyczny. Kaszpirowski przez 28 lat pracował w szpitalu w Winnicy na Ukrainie, ale jak mówi Wikipedia, nocami sobie dorabiał załadunkiem worków z cementem, ale chyba nie z biedy, tylko z chęci przypakowania, dlatego, że jak go pamiętacie, to on taki był dość fest chłop.
A dlaczego był fest? Bo drugą jego pasją była atletyka, była sztanga i tak dalej. Skąd on się w ogóle wziął w telewizji? Bo on wypłynął dość późno. Zanim trafił do mediów, to robił pokazy hipnozy dla Towarzystwa Naukowego Znanie. Odwoływał się, symbolicznie oczywiście, do wielkich poprzedników, jak chociażby Wolf Messing, natomiast takim źródłem inspiracji Kaszpirowskiego ponoć było to, że on chciał poprzez hipnozę leczyć powszechnie występujące drobne, nieskomplikowane schorzenia, na przykład problem z nocnym moczeniem się u dzieci. Może nie tylko, ale to sprawiło, że on szukał kontaktów. Potem zaczął twierdzić, że można hipnotyzować przez telefon. Słynna się stała sprawa operacji pielęgniarki Grabowskiej. To była pielęgniarka z Winnicy, która miała mieć operację z powodu raka piersi, ale nie mogła przyjmować leków anestezjologicznych.
I znaleziono Kaszpirowskiego, który miał ją zahipnotyzować. Problem był taki, że on nie mógł wejść po prostu na salę operacyjną. Z drugiej strony ta operacja była dokonywana chyba w Kijowie i on się połączył wtedy przez telemost ze stolicą i zahipnotyzował ją ponoć tak skutecznie, że po pierwsze zwrócił uwagę Akademii Nauk, po drugie powtarzał jeszcze ten eksperyment z telemostem i hipnozą pacjentów chirurgicznych na przykład pomiędzy Kijowem a Tbilisi. Nad fenomenem Kaszpirowskiego zaczęli pracować różnej maści specjaliści. Pewnie, Marku, on też trafił w jakiś sposób na celownik służb specjalnych, które się zaczęły zastanawiać, czy nie można go wykorzystać przypadkiem do tego, żeby trochę ludzi uspokoić. On tam poprzez siłę sugestii dotarł do głębokich pokładów człowieka radzieckiego. I ja to tak widzę, powiem ci, widzę to w ten sposób. I on trafia w końcu w 1989 roku do radzieckiej telewizji z tym swoim sztandarowym programem. I tu jest ciekawostka, bo wiele osób myśli, że Kaszpirowski w Związku Radzieckim to była jakaś megagwiazda przez długie lata. Nie.
On był aktywny bardzo krótko tak naprawdę, ale za to naobiecywał bardzo dużo. Kiedy już był w telewizji, to chciał nie tylko leczyć te moczenie nocne, ale w ogóle wszystkie choroby. On pisał o tym w ten sposób, zacytuję wam, bo to jest ciekawe: „Pierwszy raz w dziejach miliony ludzi dowiedziały się o sposobach na pozbywanie się blizn, siwych włosów, chorób serca, naczyń krwionośnych, nerek, oczu oraz setek innych przypadłości, które dotąd uznawano za nieuleczalne. Szczególnie intrygujące były rzadkie przypadki wyrzynania się trzecich zębów”. Powiem ci, Marku, że ja, o ile jestem w stanie uwierzyć, że można na przykład za pomocą hipnozy sprawić, że człowiek się pozbędzie pewnych lęków, że pozbędzie się na przykład jakichś blokad psychicznych, może na niektóre nałogi też to działa, to jakoś nie wiem, czy na przykład za pomocą hipnozy można sprawić, że włosy się zmienią na inne. Kaszpirowski jest chyba tego najlepszym przykładem, bo on teraz te włosy ma ciemniejsze niż w młodości. Ma kruczoczarne włosy w wieku 85 lat. To widać, Marku, działa chyba. Pozbył się siwych włosów. Ale czy hipnozą, czy jakimś szwarckopem?
Ciekawe.
[02:11:27] - Myślę, że szampony koloryzujące i różne farby do włosów leczą siwiznę znacznie skuteczniej niż hipnoza. Ja specjalnie podkreśliłem, że nie wiem, czy cokolwiek leczył. On jeszcze przecież deklarował, że leczy alkoholizm, wypadanie włosów to już mówiliśmy, ale nawet o raku była mowa. Tego wszystkiego nie wiem. Daleki jestem od rozsądzania. Ja osobiście nie do końca jakoś podążam tą ścieżką i nie do końca w to wierzę, ale to, że był hipnotyzerem, sam to odczułem. Sam to odczułem, musiałem z tym walczyć. To było niesamowite. Nie da się w krótkiej audycji oddać tego, co wówczas poczułem, ale to było niesamowite. Na pewno jak każdy człowiek, który gdzieś tam w hipnozę albo do hipnozy się zbliżał, tego stanu hipnotycznego, pewno miałby bardzo podobne relacje.
Ja to mocno przeżyłem. Wtedy mój organizm dziwnie zaczął protestować, dziwnie się zaczął zachowywać. Ale powiedziałeś, że w Związku Radzieckim Kaszpirowski nie był gwiazdą. On rzeczywiście nie był, pomimo tego, że tak jak powiedziałem, miał, być może za podszeptem służb specjalnych, przekonywać ludzi do tego, żeby poparli komunizm i tak dalej, to już mówiłem poprzednio, ale po szóstym programie nadawanym przez Centralną Telewizję ZSRR program został zdjęty. Określono to, co robił z ludźmi, mianem zbiorowej psychozy, zbiorowej hipnozy czy czegoś tam jeszcze. Zatem Chyba nie do końca eksperyment wyszedł. Coś nie zagrało. Być może to jeszcze te stare związkoradzieckowe przekonania, że tego rodzaju działania to jakoś pachnie magią albo czymś innym. A my tu, wicie rozumicie, budujemy komunizm, wyznajemy materializm dialektyczny i wszystkie inne izmy. W związku z tym ten program nie pasuje do tego, co głosi partia, nawet jeśli to była partia już nieco schyłkowa.
I to, że kariera Kaszpirowskiego w Związku Radzieckim jakoś specjalnie nie rozkwitła, to nic nie oznaczało, bo ona rozkwitła na przykład w Polsce. Ale Polska nie była jedynym krajem, w którym nadawane były audycje z Kaszpirowskim. Nawet w Niemczech były nadawane. Dlaczego mówię o Niemczech? Niemcy niby taki kraj nowoczesny i taki bardzo, wicie rozumicie, jednak mocno dystansujący się od wszystkich takich niesamowitych spraw. Szczególnie wówczas, a dzisiaj to nie wiem, mówiąc szczerze. Tam również Kaszpirowski cieszył się powodzeniem. A zatem w latach 90., w pierwszej połowie, to był fenomen. Jak to się wiąże z późniejszą karierą Kaszpirowskiego, to trudno mi jest powiedzieć, bo warto wspomnieć, że Kaszpirowski bodajże w 1993 roku, ale tu mnie może pamięć zawodzić, poszedł był w politykę i to bardzo poważnie. Co więcej, w pewnym momencie swojej politycznej kariery wszedł w ostry spór z inną ciekawą, to jest określenie zastępcze, z dziwną postacią rosyjskiej polityki, a mianowicie z Żyrinowskim.
I to nie mogło się dla Kaszpirowskiego dobrze skończyć. Skończyło się w pewnym momencie emigracją. Emigracją, o ile dobrze przypominam sobie, do USA i tam zajął się emigracją rosyjską. Leczył podobno tę emigrację z różnych przypadłości.
[02:15:54] - Tak, on został tym deputowanym do Dumy w roku, tak jak powiedziałeś, 1993, bo go jeszcze wtedy pamiętano po prostu z telewizji. Dodajmy kilka rzeczy. On stał się bohaterem skandalu potężnego i musiał zniknąć na jakiś czas. Chodziło o epidemię psychoz, która się przetoczyła według pogłosek przez całe ZSRR. Niektórych widzów, niektórych pacjentów trzeba było umieścić ponoć na oddziałach zamkniętych. Legenda miejska, bo tak to należy postrzegać w pewien sposób o ludziach, którzy ucierpieli przez Kaszpirowskiego i jego seanse, odnosi się również do ludzi, którzy mieli z nim kontakt na żywo, bo można pomyśleć, że on zahipnotyzował cały naród. Z tego, co pamiętam, to ten główny zarzut od prokuratora, chyba w Nowosybirsku, polegał na tym, że on odwiedził to miasto niczym Woland z „Mistrza i Małgorzaty” i nagle zapanowała epidemia jakichś chorób psychicznych. Niektórzy mówili, że słyszeli głos hipnotyzera w głowie. Dochodziło do przypadków targnięcia się na życie. Zarzut innego typu był taki, że poprzez jego działalność na przykład chorzy odstawiali leki, chorzy przewlekle i to się kończyło źle.
Zatem generalnie uznano Kaszpirowskiego za rozsadnika ciemnoty, za szkodnika. Kojarzył się z Rasputinem, praktykował metody niedopuszczalne z punktu widzenia medycyny, i przede wszystkim wywierał jakąś dziwną presję i kontrolę na swoich pacjentach. Musiał się chwilowo zmywać z ZSRR. Trafił do Polski, gdzie jego program był nadawany dość długo. Kaszpirowski się chwalił tym, że spotkał się z Lechem Wałęsą nawet. Przyjęto go raczej nad Wisłą ciepło. Z tego, co wiem, obyło się bez ekscesów takich, o jakie go oskarżono w Związku Radzieckim. On potem, już po tej karierze politycznej chyba, wyjeżdża za ocean, bo to są dolary. Leczy rosyjskich emigrantów. Obecnie natomiast prowadzi kanał na YouTubie i można sobie go bardzo łatwo znaleźć.
Ma nadal w sobie taki jakiś, nie wiem, jak to Marku określić, taki czar tamtych czasów. Coś z Wolanda i coś z showmana jednocześnie. Rzucają się w oczy te kruczoczarne włosy. Raczej to wygląda trochę smutno już, ale jednak jak na swój wiek trzyma się bardzo dobrze. Kiedy się mówi o Kaszpirowskim jako fenomenie, to trzeba podkreślić jeszcze kilka rzeczy. Otóż z nim równocześnie działali inni, na przykład Alan Chumak, Dżuna. Oni się wzajemnie tam żarli, zarzucali sobie różne rzeczy. Pytanie, które się rodzi również, to jak to się dzieje, że nagle w Polsce, na Ukrainie, w Rosji wiedza tajemna i okultyzm okazują się być tak popularne? I to było wcześniej, za czasów realnego socjalizmu, ale to jest obecne również teraz. Przecież w Polsce jasnowidze, przepowiednie to jest rzecz niezwykle popularna.
W Rosji nadal mamy również popularnych astrologów, Pawel Globa na przykład. Skąd to wynika? Skąd to się bierze? Nie wiem, czy z jednych jakichś korzeni. W Rosji to się bierze z czegoś innego, u nas z czegoś innego. Ja kiedyś podkreślałem u siebie na lajcie, że u nas taki pęd, taka wiara w jasnowidzów wynika trochę z tradycji romantycznej, kiedy tam pojawiały się różnego rodzaju proroctwa Także proroctwa mówiące o tym, że Polska wyjdzie silniejsza z zaborów i tak dalej. W Rosji ta fascynacja okultyzmem, wiedzą tajemną bierze się z czegoś innego, moim zdaniem. Wynika z tradycji prawosławnej, gdzie podkreślano zdolności tak zwanych jurodiwych, czyli ludzi, którzy byli tak zwanymi boskimi szaleńcami. Podkreślano także wartość świętych starców, zakonników starszego wieku, którzy często dysponowali mocą uzdrawiania albo jasnowidzenia. Byli to tacy prawosławni szamani i ta tradycja w Rosji pewnie sięgała nieco głębiej, jeszcze opierała się na jakichś wątkach pogańskich.
Powiem jeszcze słowo o tym, dosłownie słowo, jak było z parapsychologią w Związku Radzieckim, bo wszystkie wielkie nazwiska: Nina Kułagina, Roza Kuleszowa, inni ekstrasensi, badacze. To było bardzo ciekawe. Okazuje się, że w Związku Radzieckim, pomimo wszelkich blokad ideologicznych, coś takiego jak badanie nad ekstrasensami kwitło. Niektórzy zaliczają Kaszpirowskiego do tego nurtu również, jakichś ekstrasensów, jakichś przynajmniej ewenementów. Ale kiedy chodzi o sferę publiczną, kiedy chodzi o media, to już była ta blokada, że często pojawiały się zarzuty ze strony akademików, ze strony lekarzy. Nawet zjawisko UFO było atakowane. Także chyba misja Kaszpirowskiego od początku była skazana na porażkę, jeżeli chodzi o media. Także on się porwał naprawdę z motyką na słońce albo też, co nie jest wcale wykluczone, że jego ktoś tam postawił, że te jego obietnice, że uzdrawia przez telewizor, że hipnotyzuje przez telefon, że potrafi sprawić, że znikną drobne dolegliwości, to była tak naprawdę rzecz drugorzędna. Wszyscy z wierchuszki liczyli na coś więcej, że taki Kaszpirowski będzie dysponował zdolnością oddziaływania na cały naród przez telewizor. I to bynajmniej nie w kwestii zdrowotnej oczywiście, tylko politycznej.
[02:21:57] - To, że on takie zdolności miał, o tym świadczy to, że zdobył nagrodę, statuetkę Wiktora. Ta statuetka była przyznawana w głosowaniu telewidzów, zatem ona o czymś mówiła. To znaczy, że on był niezwykle popularny w Polsce, tak popularny, że bez problemu ową statuetkę przytulił. To pokazuje, że czasy, o których my już dzisiaj pamiętamy, nie wszyscy mogą w ogóle te czasy pamiętać, a ci, którzy pamiętają, to siłą rzeczy zmieniają czasy swojej młodości albo lat takich młodzieńczych zupełnie. One zawsze są piękniejsze i zawsze są inne, lepsze niż te, które są obecnie, przynajmniej w większości przypadków. Warto o tym pamiętać, że w tamtych czasach to była prawdziwa osobowość telewizyjna i my dzisiaj możemy oczywiście troszeczkę kpić z tego. Zaczarował pół Polski. Coś w tym było. Zaczarował. Ewidentnie zaczarował, skoro w głosowaniu telewizyjnym została mu owa statuetka przyznana.
Ona też miała inną wartość niż ma dzisiaj. Dzisiaj powiedzmy sobie szczerze, czy państwo bierzecie udział w głosowaniu na statuetkę Wiktora czy coś podobnego? Raczej przypuszczam, że wątpię. Natomiast wtedy to funkcjonowało zupełnie inaczej i było oznaką niesamowitej popularności. Więc może warto na przykład zajrzeć na YouTube, może niekoniecznie na kanał Kaszpirowskiego, ale gdzieś tam wśród tej nieprzebranej ilości filmów, która na YouTubie się pojawia, można natknąć się na filmy realizowane wówczas, po prostu ściągnięte z ekranu telewizyjnego i to troszeczkę państwu odda tamtą atmosferę. Oczywiście czasy są inne, ale przynajmniej coś zostało. Czy zostaniecie państwo zahipnotyzowani? Tego nie wiem, ale to wspomnienie dzisiejsze coś tam we mnie na przykład poruszyło. Przypomniałem sobie po prostu ten niesamowity stan, w który mnie wprowadził. Mówię o tym po raz kolejny.
To świadczy między innymi o tym, że jakoś czuję się poruszony całą tą historią. Ale cóż, myślę, że ja już o Kaszpirowskim na dzisiaj powiedziałem wszystko. Czas teraz na odrobinę spirytyzmu. To widomy sygnał, że zbliża się audycja Bez Tajemnic. Dzisiaj odcinek zatytułowany „Jak przepędzić ducha?”. Zatem coś o egzorcyzmach.
[02:25:24] - Co jakiś czas na naszym forum spirytystycznym pojawiają się osoby, które zwracają się do nas z prośbą o pomoc w wypędzeniu ducha z ich mieszkania, z ich nowo zakupionego domu bądź w pozbyciu się takiego duchowego natręta, który ich po prostu straszy, nawiedza ich. Zwykle osoby te, gdy zwracają się do nas, wcześniej już prosiły o taką samą pomoc księży. Niekoniecznie egzorcystów, zwykłych księży. Księża z własnej parafii i tak dalej. Nierzadko pomoc duchownych nie odnosi żadnych efektów. Dlaczego? Ponieważ księża też są tylko ludźmi i wydaje mi się, że najczęściej, gdy przeprowadzają różnego typu rytuały, które mają na celu wypędzenie ducha, czynią to bez wewnętrznego przekonania, bez motywacji. Z pewnością niejednemu wydaje się, że przeprowadzenie samego rytuału, wykonanie pewnych czynności już jest wystarczająco efektywne. A tu jednak okazuje się, że te wszystkie ruchy, te wszystkie gesty są puste, ponieważ osoby te nie mają w sercu tej mocy, że tak to ujmę, którą powinni posiadać, aby tego ducha odpędzić. To dobro wewnętrzne, chęć przegonienia tego złego natręta.
Poza tym trzeba też wziąć pod uwagę, że taki duch, skoro jest w takim miejscu, skoro nawiedza jakieś konkretne osoby, może przez to jego złe zachowanie, być niegrzecznym duchem, z tego działania ma wyniknąć coś pozytywnego dla danej rodziny. Może to też nie jest tak, że zwykły znak krzyża sprawi, że on sobie powie: „Aha, dobra, sorry, odchodzę”. W jaki sposób możemy pomóc my, polscy spirytyści? Jako stowarzyszenie nie dysponujemy mediami, które moglibyśmy zapakować w pociąg i powiedzieć: „Jedź do Torunia i przeprowadź egzorcyzm”. Może nawet nie egzorcyzm, tylko: „Jedź do Torunia i przeprowadź...” Dlaczego pomyślałem o Toruniu? Nie wiem, ale mniejsza o to. „Przeprowadź seans spirytystyczny, zapytaj ducha, o co mu chodzi, porozmawiaj z nim”. Tak w czasach Allana Kardeca działały media, które potrafiły na odległość, nie przebywając w miejscu nawiedzenia, odpędzić ducha, porozmawiać z nim, dowiedzieć się, o co chodzi i pomodlić się za niego. Po co tutaj używać jakichś wielkich słów? Pomodlić się za niego.
Dlatego też, jeżeli nie dysponujemy medium, tak naprawdę jedyne, co możemy zrobić, to modlić się za tego ducha, który nawiedza dom, który nawiedza naszą rodzinę. Trzeba do niego kierować pozytywne myśli. Należy pamiętać o rzeczy, którą bardzo często już powtarzałem, że na duchy nie wpływają rzeczy materialne, więc krzyżyki, zdjęcia świętych, kadzidełka, jakieś inne rzeczy, amulety, święte kamyki to w ogóle na duchy nie działa i trzeba się naprawdę skupić tylko na tym, co w sobie nosimy, czyli pozytywne odczucia, pozytywne myśli, które kierujemy w stronę ducha. Należy pamiętać, że przy takim nękaniu, ja bym to bardziej powiedział, czyli najmniej drastyczna forma opętania, duchy nie mogą nam zrobić krzywdy. Oczywiście mogą wystraszyć, ale kolega, sąsiad, koleżanka, znajomy też może nas wystraszyć, wyskakując znienacka zza winkla i efekt jest ten sam. Możemy się przestraszyć, ale poza jakimś wpływem psychicznym duch nie może nam zrobić krzywdy. Więc jeżeli się uodpornimy, jeżeli zwrócimy się do Boga z prośbą o pomoc, o ochronę i będziemy przekonani, że tej pomocy możemy doświadczyć, duch nic nam nie zrobi. I teraz co możemy też próbować, jeżeli rzeczywiście ten natręt jest taki dosyć, nie chcę powiedzieć złośliwy, ale daje o sobie znać. Można, modląc się do Boga, modląc się za niego, za tego ducha, można na przykład w myśli też zadawać duchowi różne proste pytania. Duch może, teoretycznie przynajmniej, skontaktować się z nami podczas snu, jeżeli nie posiadamy zdolności medialnych i podczas snu może nam odpowiedzieć na jakieś pytania.
Podczas snu możemy próbować nawiązać z nim kontakt. Jeżeli nie jest to jakiś duch szczególnie złośliwy, tylko po prostu na przykład przywiązał się do danego miejsca, ponieważ kiedyś tam żył, to możemy uzyskać jakiś efekt. Jeżeli jest to duch, który chce po prostu zrobić na złość, który chce uprzykrzyć życie lokatorom, to tutaj sprawa jest troszeczkę bardziej skomplikowana, ale modlitwa, jeżeli nie pierwsza, nie dziesiąta, to może setna już powinna przynosić jakiś efekt. Spirytyści z Allana Kardeca w ciągu zaledwie kilku dni potrafili takiego ducha odprawić, podczas gdy nawet współcześni egzorcyści nieraz potrzebują wielu lat, żeby ducha przepędzić. Więc ja tu nie chcę niczego sugerować, ale można się zastanowić, dlaczego spirytystom takie rzeczy łatwiej wychodziły niż egzorcystom katolickim, którzy teoretycznie powinni mieć wielkie doświadczenie i mają wielkie doświadczenie, ale za ich czynami niekoniecznie kryją się jakieś efekty. Więc tak jak mówię, modlić się za takiego ducha. Jeżeli ludzie posiadają jakieś zdolności medialne, być może duch może odpowiadać im poprzez stukanie, pukanie bądź jakieś drapanie czy jakieś inne proste efekty, jak to miało miejsce u sióstr Fox. To jest historia, od której w ogóle zaczyna się cały spirytyzm. Ja nie będę jej teraz przytaczał. Można sobie sprawdzić na Wikipedii: siostry Fox, Stany Zjednoczone.
I można temu duchowi zadawać proste pytania, na które duch będzie odpowiadał tak lub nie poprzez stuknięcia. Na przykład jedno stuknięcie na tak, dwa stuknięcia na nie. Poza tym trzeba też pamiętać, że nawet jeżeli duch będzie się przedstawiał, będzie mówił, że jest jakimś demonem, szatanem i tak dalej, w ogóle nie należy się tym sugerować. To jest bujda i trzeba takiego ducha traktować jak zwykłego człowieka. Jeżeli będzie arogancki, można też czasami być troszeczkę bezczelnym w stosunku do niego. Nie należy się obawiać, on nic nie może wam zrobić. I to chyba tyle. Nie będę tutaj na siłę wymyślał jakichś dodatkowych porad. Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej, zachęcam do przeczytania „Księgi duchów” i „Księgi mediów” Allana Kardeca. To jest literatura, po którą powinny sięgnąć wszystkie osoby, które mają problemy takie jak ten, o którym tutaj w dzisiejszym materiale wspomniałem.
I to chyba na razie na tyle. Dziękuję.
[02:33:10] - Proszę państwa, tak się jakoś złożyło, że pod ostatnią audycją pojawił się wpis, który apelował o wznowienie audycji ABW. Jeśli ktoś z państwa pamięta, to była taka audycja, w której prezentowane były utwory nadsyłane do naszej redakcji. Utwory w interpretacji Marka Sęka „Ivelliosa”. A później wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem omawialiśmy plusy dodatnie i plusy ujemne owych utworów. Pojawił się apel, pojawiła się taka zajawka, żeby ogłosić pod każdą następną audycją, że trwa nabór utworów. To ja to niniejszym ogłaszam. Poproszę też Marka Sęka „Ivelliosa”, aby zaraz na początku opisu filmu również taki apel o nadsyłanie opowiadań zamieścił. A tytułem zachęty dla wszystkich autorów, którzy chcieliby usłyszeć swoje opowiadania wyemitowane na antenie Radia Paranormalium, Book Radia, czyli w audycji Bibliotekarium 2.0. A tak na zachętę dzisiaj wspomnienia z audycji ABW. Dwa opowiadania, które były zamieszczone w ostatnim wydaniu tejże audycji.
To są opowiadania „Łzy oceanu” autorstwa Pauliny Remus oraz „Demony nie śpią” Rafała Palińskiego. Bardzo serdecznie państwa zapraszam, a wszystkich tych, którzy chcieliby, aby opowiadania ukazały się na antenie, zapraszam do korespondencji. Adres będzie podany pod filmem.
[02:35:09] - Paulina Remus „Łzy oceanu”. Na czym polega boskość? Czy jestem wspaniała, cudowna i piękna też? Czy dostąpiłam zaszczytu bycia nazywaną boginią z jakiegoś konkretnego powodu? Nie wiem. Jedyne co wiem, to mój nieuchronny koniec. Przez ostatnie lata obserwowałam, jak do mojej świątyni przychodzi coraz mniej osób, a niegdyś najwierniejsze kapłanki wychodzą i już nie wracają. W głowie przestałam słyszeć modlitwy. Zaczęłam nawet zapominać, jak brzmiały wygłaszane przez ludzi formułki. Fizycznie stałam się słabsza.
W czasach mojej świetności mogłam tworzyć tsunami, wielkie na kilkadziesiąt metrów fale, które równały z ziemią miasta na wybrzeżach. Teraz nie byłam w stanie nawet przywołać strumyczka, który umyłby posadzkę w świątyni. Czasami wychodziłam na zewnątrz. Stałam na brzegu klifu i patrzyłam, jak fale rozbijają się o skały. Ocean był silny. Poradził sobie beze mnie, chociaż to ja miałam się nim opiekować. W takich momentach zastanawiałam się, dlaczego się w ogóle narodziłam. Nie do końca nawet pamiętam ten moment. Czy przebrałam swoją formę z piany morskiej? Czy wielki małż stworzyła mnie z masy perłowej?
A może pewnego dnia ocean sprawił, że nagle zaczęłam istnieć i po prostu wyrzucił na brzeg? Nie wiem. Pamiętam dopiero, jak już byłam, a ludzie się do mnie modlili. Siedzieli na wybrzeżu skuleni przy ognisku i wspólnie śpiewali, by połów był obfity, by sieci się nie zerwały, by nikt nie wypadł za burtę. Albo marynarze, którzy po kilkunastu godzinach sztormu klęczeli w kajucie i ostatkiem sił błagali, by woda się uspokoiła. Spełniałam wtedy ich prośby. Ocean się uspokajał, ryby mnożyły się i same wpływały do sieci, a żaden nieostrożny rybak nie wypadł ze statku. Ludzie zauważyli, że po zwróceniu się do mnie ocean zaczyna być łaskawy. Opowiadali o tym w karczmach i spelunach, na dworach książęcych i zapyziałych rybackich wioseczkach. Wszyscy, którzy mieli jakikolwiek związek z oceanem, układali modlitwy, pieśni, składali dary i budowali świątynie.
Pojawiły się kapłanki, które dzień w dzień grały na harfach, naśladowały szum wody i starały się pośredniczyć między mną a wiernymi. Czasami wskazywałam im drogę, ale większość czasu radziły sobie doskonale, a ja mogłam wędrować po klifach i plażach, docierać do osób, które nie miały dostępu do świątyni. Wszystko, co dobre musi się kiedyś zakończyć. Ciężko określić dokładny moment upadku. Początkiem końca jednak, czego jestem pewna, było wzniesienie się moich kapłanek wyżej niż powinny. Chociaż niektóre z nich robiły to co wcześniej, inne miały większe ambicje. Zatraciły więź ze mną i oceanem. Wolały pojawiać się na dworach, również królewskim i szeptać władcom do ucha. Otwierały świątynie w głębi lądu, by prawić kazania, które nie miały żadnego związku z oceanem. Czy mogłam coś z tym zrobić?
Pewnie mogłam. Mogłam przewidzieć, że gdy sięga się szczytów, upadek będzie spektakularny. Mimo to z pewną przyjemnością obserwowałam kapłanki, które opuściły wybrzeże. Ich działania sprawiły, że grono moich wyznawców szybko się powiększało. Była to jednak wiara nieoparta na miłości i zaufaniu, jak wcześniej, a na strachu. Wpłacaj datki na świątynię albo utopisz się we własnej wannie. Żyj skromnie i pokutniczo, albo bogini nie ześle na ciebie swych łask. Ofiaruj świątyni procent zawartości swego statku, albo zerwie się sztorm i cała flota zatonie. Błagaj o przebaczenie za grzechy, albo bogini nie wpuści cię do łodzi na wielkim oceanie, w którym znajdziemy się po śmierci i będziesz topił się przez wieczność, a rekiny będą każdego dnia na nowo zjadać ci nogi. Wiara oparta na strachu była silniejsza niż wiara oparta na miłości.
Oczywiście nie miałam władzy decydować, co spotka ludzi po śmierci. Nie uzależniałam też moich łask od ilości pieniędzy ofiarowanych kapłankom, a styl życia wiernych, póki nie krzywdzili oceanu, niewiele mnie obchodził. Może gdybym już wtedy to ukróciła, ludzie nie odwróciliby się ode mnie. Muszę jednak przyznać, że mocy, jaka wtedy mnie przepełniała, nie da się z niczym porównać. To był czas, gdy krew szybciej krążyła mi w żyłach, gdy czułam, że pstryknięciem palców mogłabym podnieść całą wodę, jaka krąży po planecie, wymieszać, a następnie odłożyć na miejsce. W ten sposób jedynie przyglądałam się, jak kapłanki pną się po drabinie dworskiej hierarchii, opływają bogactwem i cieszyłam się świadomością posiadania mocy, której i tak nigdy bym nie użyła. Ludzie jednak zaczęli zauważać, że mimo wpłacania datków spotykała ich śmierć również z udziałem wody, a statki przegrywają ze sztormami, nieważne, ile skrzyń złota zaniesiono do świątyni. Władza zdeprawowała kapłanki. Nie żyły w zgodzie ani z naturą, ani z zasadami, które narzucały wiernym. Rodziły się różne patologie, o których szczegółach nawet nie chcę sobie przypominać.
Ucisk nie sprawił, że ludzie byli trzymani w ryzach. Ich wiara słabła coraz bardziej. Niektórzy zaczynali modlić się do innego, bardziej przydatnego czy też prawdziwego boga. Najstarsi, najwierniejsi zaczęli wymierać, a młodzi dostrzegali hipokryzję kapłanek i wykruszali się bardzo szybko. Moja moc zaczęła słabnąć. O wywołaniu tsunami już nie było mowy. Uspokojenie sztormu czy opanowanie odpływem zaczęło sprawiać mi trudność. To sprawiało, że ludzie zaczęli wątpić jeszcze mocniej. Zawiodłam ich w tym, co na początku we mnie doceniali. Mój upadek stał się kołem.
Błędy kapłanek sprawiły, że ludzie przestawali wierzyć. A im mniej mnie mieli w sercach, tym mniej mogłam. A im mniej mogłam, tym liczniej odchodzili ode mnie. Mogę obwiniać moje kapłanki, ich żądzę władzy i pieniądza, ale prawdziwą winną jestem ja. Ludzie mają prawo błądzić. Są tylko ludźmi. Egoizm leży w ich naturze. Ja, bogini, powinnam być wyżej, a jednak zawiodłam. Przegrałam. Zgubiła mnie moja własna chciwość, pragnienie posiadania coraz to większej potęgi.
Znalazłam się w miejscu, gdzie moja ostatnia świątynia obrastała w kurz i mech. Ściany waliły się, a po ziemi nie stąpał żaden człowiek, który wierzył we mnie i moją moc sprawczą. Jedynym stworzeniem, jakie przestąpiło próg świątyni w ciągu obecnej dekady był pies. Ostatnia kapłanka niedługo przed swoim odejściem znalazła w pobliskim miasteczku ciężarną sukę. Przyniosła ją do świątyni i pod ołtarzem z moją podobizną na świat przyszło osiem pięknych szczeniąt. Pieski urosły i to był ostatni moment, gdy w jakikolwiek sposób panowałam nad wodą. Niestety, kapłanka ostatecznie zdecydowała się wyruszyć w świat, a pieski odeszły razem z nią. Został tylko jeden. Nie wiem, dlaczego nie wyruszył z matką i rodzeństwem. Może jakimś cudem wyczuwał moją obecność.
Chociaż uwielbiał ganiać za motylami i polować na króliki, codziennie przychodził położyć się obok lub towarzyszyć mi na spacerach po klifach. Gdy się już zestarzał, po jedzenie chodził do pobliskich wiosek i miasteczek, a większość czasu drzemał pod ołtarzem. Podczas takich chwil siadałam obok niego i gładziłam go po sierści. Nie wiem, czy to czuł. Ja tak. To były jedyne chwile, gdy czułam w palcach mrowienie. Jeśli pozostała we mnie jakaś resztka mocy, najsilniejsza była w obecności zwierzęcia. Dla bogów życie ludzkie wydaje się być prochem. A co można powiedzieć o psach? Spędził ze mną kilkanaście lat, ale wszystko ma swój kres.
Siedziałam koło niego i czułam, jak jego siły powoli się wyczerpują. Patrzył na mnie wielkimi oczami, choć zmarniałymi ze starości, nadal pełnymi miłości. Jego ogon podrygiwał, jakby bardzo chciał, ale nie mógł już merdać. Nie tylko jego siły uchodziły – moje też. Czułam, jakbym stawała się przeźroczysta. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy. Tylko on trzymał mnie przy życiu przez ostatnie lata. Jego wiara, a być może raczej wierność, sprawiały, że zachowałam swoją postać. Gdy wszyscy inni o mnie zapomnieli, ten pocieszny psiak był jedynym, który trwał. Mogłam zrobić tylko jedno.
Podniosłam go i przytuliłam do siebie. Opuściłam progi świątyni. Słońce akurat zachodziło, a widok z klifu był przepiękny. Ocean pod nami epatował spokojem. Usiadłam na trawie, a pies leżał na moich kolanach. Wspólnie patrzyliśmy, jak ognista kula chowa się za nieboskłonem, a nas ogarnia ciemność. Gdy pojawił się księżyc i gwiazdy, a ja czułam, jak serce psiaka bije coraz wolniej, powiedziałam: „Mój jedyny, wierny. Kocham cię.” Pies jakby wszystko zrozumiał, polizał mnie po dłoni. Podrapałam go za uchem. Po raz ostatni spojrzał na mnie z miłością, której nie da się opisać, po czym zamknął oczy, by ich nigdy później nie otworzyć.
Umarł. Zanim zdążyłam pomyśleć, co to dla mnie oznacza, poczułam, jak się rozpływam. Moje ciało powoli zmieniało się w kropelki, które następnie spływały po skałach klifu, by następnie dołączyć do oceanu. Fale stały się głośniejsze, jakby buntowały się przeciwko śmierci mojej i mojego towarzysza. Czy się boję? Nie. Wszystko ma swój początek i swój koniec. Mój koniec nie był aż taki zły. Z oceanu powstałam, w ocean się obrócę. Rafał Paliński „Demony nie śpią”.
Stary drewniany zegar wybił jedenastą wieczorem, budząc mężczyznę z odrętwienia. Chwilę później człowiek znowu zamarł, czekając w milczeniu, aż czasomierz ucichnie i wróci do swojego zwyczajnego trybu. Kiedy tak się stało, odczekał jeszcze chwilę, po czym wstał z krzesła i ostrożnie rozruszał zastałe członki. Przeciągnął się kilka razy. Był zły na siebie. Powinien bardziej się pilnować. Już któryś raz tego wieczora prawie zasnął czuwając – błąd, który w okopie mógłby kosztować życie całej kompanii. „Niestety nawet najlepsze zmysły się tępią” – przemknęło mu przez myśl. Niewyraźnym wzrokiem spojrzał na porzucony kawałek kartki. Atrament zupełnie się rozmazał, czego mógł się zresztą spodziewać.
I tak było do poprawy. Napisze to lepiej, od nowa. Odbuduje nieudany wiersz tak, jak można odbudować każdy zniszczony dom. Delikatnie otworzył szufladę wiekowego biurka i nie patrząc do środka, w mig wymacał zimny, kanciasty kształt. Był tutaj jak zawsze – jego najwierniejszy i w tej chwili ostatni przyjaciel. Jedyny, który pozostał z nim tak blisko od tamtego czasu. Zdecydowanym ruchem wyciągnął przedmiot i przyjrzał mu się uważnie w słabym świetle jedynej żarówki. Robił to przynajmniej raz dziennie. Sprawdzał, czy każdy element skomplikowanego mechanizmu działa bez zarzutu i nigdzie nie brakuje mu smaru. Bardzo nie lubił niedbalstwa.
Zbyt wiele razy widział, jak kosztowało ono życie innych ludzi. Miał już serdecznie dość oglądania trupów swoich kamratów. Pistolet był bardzo specyficzny – o nietypowym kształcie, z przedłużoną lufą i uchwytem na kolbę. Dobry zarówno na większą odległość, jak i do dynamicznej wymiany ognia na krótkim dystansie. Według regulaminu powinien był zdać broń po zakończeniu służby, ale wolał zgłosić utratę w walce i przechować ją w odmętach wełnianego płaszcza na bliżej nieokreślone wypadki w przyszłości. W całym logistycznym zamieszaniu, które nastało wraz z zakończeniem wojny, nikt nawet nie próbował zweryfikować, czy mówią prawdę. Uwierzono mu na słowo, zaś pistolet przydał mu się wystarczająco wiele razy, żeby utwierdzić go w przekonaniu, że postąpił słusznie. Sprawdził jeszcze magazynek, odbezpieczył, przeładował i ruszył wolnym krokiem, trzymając broń gotową do strzału. Ostrożnie obszedł wszystkie pomieszczenia, w każdym z nich będąc gotowym do zabicia intruza, którego jednak nigdzie nie było. Opuścił broń i rozejrzał się po pomieszczeniach.
Przestronne, niegdyś tętniące rodzinnym życiem mieszkanie wyglądało coraz nędzniej. Na meblach zamieszkała warstwa wielomiesięcznego kurzu. Zabytkowe drewniane meble, o które od dawna nikt nie dbał, zaczynały butwieć. Ściany pożółkły, powoli pękała farba. W niemal każdym pokoju straszyły porozrzucane sprzęty, przewrócone krzesła, połamany w pijackim szale stolik, resztki rozbitych kieliszków. W palenisku wielkiego kaflowego pieca rzadko płonął ogień na tyle duży, żeby ogrzać wszystkie pomieszczenia. Toteż do mieszkania wkradała się wilgoć, zostawiając ślad w postaci grzybiejącego z wolna sufitu. To nie tak, że właścicielowi brakowało pieniędzy na wynajęcie sprzątaczki i jakiekolwiek zadbanie na swoje lokum. Rodzinnego majątku było wciąż dość dużo, żeby starczyło na normalne życie przez kolejnych kilka lat. Mieszkanie umierało wraz z nim, kawałek po kawałku.
Z każdym zniszczonym przedmiotem zdawało się coraz mniej należeć do jeszcze żywego miasta, w którym się znajdowało. Podobnie było z całą kamienicą. Sypiąca się elewacja, brudna klatka schodowa wyłożona popękanymi płytkami i spróchniałe, skrzypiące schody dopełniały żałosnego obrazu całości. W środku nie miało prawa być nikogo. Mieszkanie było puste, od kiedy zamknął się w nim przed kilkoma tygodniami. Ostatni raz, gdy wyszedł, ledwo wrócił żywy. W mieście zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Niemal każdego wieczora w ciemnych ulicach i zaułkach lała się krew, a samotny wędrowiec miał coraz mniejsze szanse na powrót w jednym kawałku. Sam już nie wiedział, ile czasu tak spędził. Wszystkie dni mijały mu w monotonnym ciągu, przerywanym niespokojnym i nierównym snem.
Jadł tyle, żeby przeżyć, ale zawsze do ostatniego okruszka. Znacznie więcej za to pił. Jedzenie donosił mu stary stróż, jedyny poza nim mieszkaniec kamienicy, mający swoje schronienie w przylegającej do budynku od podwórza niewielkiej przybudówce. Jednooki i kulawy, posępny i milczący, ubrany zawsze w staromodny, wytarty mundur, przypominał bardziej figurę z gabinetu osobliwości lub stracha na wróble niż żywą ludzką istotę. Pamiętał go takiego od dzieciństwa. Stary Wirus odzywał się bardzo rzadko, choć jeśli już to robił, to najczęściej do niego. Jednooki stracił oko w czasie poprzedniej wielkiej wojny, kiedy to w bezpośredniej walce wykuto mu je bagnetem. Od tamtej pory żył z niewielkiej państwowej renty. Do tego zajmował się kamienicą, choć biorąc pod uwagę jej stan, było to stanowisko czysto umowne. Tymczasem mężczyzna po dokładnym obchodzie wrócił na swój posterunek, niosąc ze sobą kolejną butelkę absyntu.
To nie tak, że zaczął pić na froncie. Tam po prostu do tego przywykł, gdy każdego dnia na uspokojenie lęku wlewał w siebie podłą wódkę pędzoną ze zgniłych ziemniaków. Jak sam powtarzał nielicznym zainteresowanym, inaczej nie był w stanie przyjąć rzeczywistości. Alkohol pomagał mu przenieść się choć na chwilę do świata, w którym zapominał o wszystkim, co zobaczył. Był wtedy znów młody, niewinny, nienaznaczony jeszcze żadną z licznych blizn. Czysty i niewinny, dobry i piękny. Kochał te projekcje własnego umysłu i pomimo ich oczywistej iluzoryczności zanurzał się w nich regularnie. Najtrudniejszy był moment, w którym próbował dojrzeć jakikolwiek głębszy sens swojego istnienia. Ten jednak zawsze mu się wymykał, a on powoli wracał do rzeczywistości, opuszczając swój prywatny świat idei. Na powrót stawał się cieniem istoty, którą kiedyś był, a która zginęła rozszarpana przez pierwszy odłamek.
Odkorkował, nalał do szklanki, rozcieńczył wodą z karafki. Przed pierwszym łykiem zaciągnął się mocnym, piołunowym zapachem. Pociągnął pierwszy łyk. Gorzki smak rozlał mu się po gardle. Absynt wciąż mu nie smakował, ale już dawno przywykł zarówno do ziołowego smaku, jak i uczucia przepalanego żywym ogniem gardła. Z szuflady – tej samej, w której jeszcze niedawno spoczywał pistolet – wyjął fajkę. Była to jedyna pamiątka po koledze z drużyny, którego szrapnel rozerwał na setki kawałków. Trwało to sekundę, może dwie. W jednej chwili był człowiek, a zaraz potem już go nie było. A on stał tam obok.
Pamiętał dokładnie, jak podnosił się z ziemi, zrzucając z siebie kawałki lepkiego mięsa munduru i zobaczył tą jedną fajkę, która leżała na dnie leja, jak gdyby ktoś ją po prostu przed chwilą upuścił. Nie mógł jej tam tak po prostu zostawić. Kiedyś z ochotą palił z niej tytoń, wspominając zabitego kamrata. Teraz robił to tylko w lepsze dni. Znacznie częściej nabijał ją opium, co zdarzało mu się robić jeszcze na froncie. Nie był w stanie pozbyć się fajki. Nie potrafił jej po prostu wyrzucić ani chociażby złożyć w grobie, do którego w zasadzie nie było czego składać. Od tamtego dnia zaczął zadawać sobie pytanie, dlaczego to nie jego trafił tamten szrapnel. Najracjonalniejsze wytłumaczenie mówiące, że po prostu punkt, w którym był w tym momencie, nie znajdował się na krzywej wyznaczającej tor lotu pocisku, było dla niego zwyczajnie śmieszne. Śmiał się za każdym razem, gdy ktoś próbował przedstawiać mu wojnę matematyką.
Nawet jeśli żelazne zasady logiki nakazywałyby uznać aksjomaty królowej nauk. Bo jak można było wyjaśnić to, że od tamtego momentu śmierć go omijała? Zawsze był tuż obok niej, ale nigdy nie trafił do niej samej. Mimo tylu okazji. Za każdym razem wroga kula przeleciała obok. Czasem drasnęła go w ramię albo po prostu zabiła towarzysza z lewej czy prawej strony. Wiele razy był ranny, raz nawet miał bagnet w brzuchu. Nigdy jednak nie było mu dane umrzeć. Zawsze się wylizał. Był jak szczur.
A przecież nawet cholerny rachunek prawdopodobieństwa nakazałby mu w końcu skinąć. Nie miał pojęcia, czy było to działanie Boga, szatana, przewrotności losu, zwykłego przypadku, czy może pierwotnego zwierzęcego instynktu przetrwania. Nie modlił się od momentu, kiedy uświadomił sobie, że nie wie, do kogo właściwie mówi. Kapelan co niedziela powtarzał puste słowa o czekającym ich królestwie niebieskim, a tymczasem on żył w piekle koloru okopowej szarości doprawionej brunatnym błotem i zabarwionej szkarałatem krwi. Potępiony przez sam fakt, że się tam znalazł. Skazany na wieczne unikanie śmierci i umieranie w kawałkach razem z każdym z przyjaciół. Mimo to trwał, z każdym dniem coraz mniej czując się człowiekiem, a coraz bardziej uwalniając w sobie pierwotnego zwierza gotowego zagryźć wszystko, co się rusza, żeby tylko wykroić dla siebie jeszcze jeden dzień życia. Zachowywał jednak na tyle człowieczeństwa, że oprócz życia dla siebie, za każdym razem wyrywał wojnie kolejne sześć stóp na grób dla kumpla, którego nikt nigdy nie odwiedzi. Ale wojna przecież w końcu się skończyła. W jej ostatnich dniach stracił jeszcze kilku druhów ginących często w najgłupszy możliwy sposób – od snajperskiej kuli po zapalenie papierosa lub zaplątanie w śmiertelnym uścisku kolczastego drutu.
Niektórzy po prostu sami ze sobą kończyli, porażeni beznadzieją sytuacji. On nigdy nie był w stanie. Potrafił zabijać ludzi, patrząc im w oczy, wbijać w nich bagnety i noże, ciąć zaostrzonymi saperkami, strzelać i rozbijać czaszki, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zabić siebie. A może po prostu nigdy się nie odważył. We wszystkich tych chwilach po prostu działał instynktownie, odruchowo, często pod wpływem adrenaliny lub morfiny chętnie wydawanej przez frontowych konowałów w tych momentach, kiedy służby logistyczne jakkolwiek działały. Gdy kończyły się cuda współczesnej chemii, takie jak tabletki z metamfetaminą lub zapasy zdobycznego opium, znowu wracał do wódki. W przypływie wisielczego humoru na blaszanej manierce wyskrobał nawet nierówny napis: „Lekarstwo na rany i duszę”. Na przemian otępione i wyostrzone zmysły w końcu zawsze wracały do normy. Mijał dzień, tydzień, miesiąc, czasem nawet rok. I wtedy wracało do niego wszystko, co zobaczył i co zrobił.
O każdej chwili, kiedy kogoś zabił, myślał jak o chwilowym zatrzymaniu, wyjęciu z człowieczeństwa, którego dokonywał tak wiele razy. A przecież zawsze wracał i dalej był człowiekiem, choć za każdym razem już trochę innym. Pamiętał dzień, w którym wrócił tutaj, do rodzinnego miasta. Na zwycięskiej defiladzie szedł z piersią obwieszoną medalami, gwiazdami oraz krzyżami nadanymi za odwagę i poniesione rany. Maszerował sam, jako jedyny żołnierz swojego plutonu – oficer i cztery drużyny strzelców w jednym. Podkute buty stukały o twardy, nierówny bruk, a wpatrzone w dal puste oczy nie były w stanie uronić nawet jednej łzy. Nikt nie witał ich tak, jak byli żegnani – przy dźwiękach orkiestry, z kwiatami i radosnymi okrzykami. Ludzie biedniejsi i mizerniejsi niż przed kilkoma laty częściej wyglądali zza brudnych firan, niż wychodzili na ulicę. Ci, którzy odważyli się tam pojawić, często na próżno szukali wzrokiem swoich bliskich – ojców, mężów, braci i synów. Obleczona w mundury zgraja żywych trupów i ludzkich wraków, ledwo trzymających równy krok należała już do innego świata, będąc raczej pochodem cieni niż istot z krwi i kości.
Opium było za słabe, więc znów widział to wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Popił więcej absyntu, krztusząc się przy tym i charcząc od nadmiernej ilości. Gdy zrobiło mu się lepiej, wstał, podszedł do imponującego regału z ciemnego drewna i instynktownie sięgnął po książkę. Usiadłszy z powrotem na krześle, usiłował skupić wzrok na rozbieganych literach i ułożyć je w wyrazy. Wreszcie zaczął czytać. Przeczytał zaledwie kilka pierwszych zdań, gdy nagle poczuł czyjąś obecność. Nerwowo chwycił pistolet i rozejrzał się, celując po ścianach. Na jednej z nich zarysował się kształt, który przypominał ptaka. Na pierwszy rzut oka był to kruk. Gdy przetarł oczy i popił alkoholu, kształt zamiast zniknąć, stał się jeszcze bardziej wyraźny.
To go przeraziło. Znów to widział. Znów tam był. Pole bitwy skąpane w odcieniach błotnistej szarości, zalane brudną wodą leje i starty umundurowanych zwłok. Ziemia pod nim była mokra. On sam leżał wśród niemal jednolitej trupiej masy, od której odróżniał się jedynie tym, że wciąż oddychał mimo krwawiącej rany podbrzusza. Na jasnym dziennym niebie, na którym próżno było szukać promieni słońca, szybko zaczęły pojawiać się pierwsze sylwetki ciemnych ptaków, które z każdą chwilą stawały się coraz większe. Czarni bracia przyszli na żer, aby odebrać to, co od zarania dziejów należało im się z łaski wojny. Czasem brali także tych, którzy jeszcze żyli, choć znajdowali się już na cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Żadna inna sytuacja nie wystawiała bardziej na próbę woli przeżycia.
Doskonale wiedział, co robić. Tak samo jak wtedy, skierował trzymającą broń drżącą rękę w kierunku kruka. Gdy zaczął umieszczać go na linii muszki i szczerbinki, kształt zaczął się rozmywać. Nie przestając mierzyć do naznaczonego przez kruka fragmentu ściany, sięgnął wolną ręką po szklankę i popił alkoholu, co jednak nie pomogło mu zebrać rozbieganego wzroku. Przypomniał sobie wspomnienie, które widział przed chwilą. Wtedy uratował go pistolet. Ten sam, który właśnie trzymał. Gdy ptak zaczął powoli iść po innych ciałach w jego kierunku, strzelił. Chociaż kula nie dosięgła celu, to kruk wyraźnie spłoszył się i odleciał. Nie miał pojęcia, czemu wówczas nie trafił.
Odległość była krótka, a on był naprawdę niezłym strzelcem. Przez krótką chwilę przemknęła mu myśl, że być może to ten sam kruk, którego wtedy odpędził, a teraz przyszedł odebrać swój łup. Gdy po raz kolejny wymierzył i położył już palec na spuście, zorientował się, że ptaka już nie ma. Oszołomiony zerwał się, rozglądając po pokoju i celując po ścianach. Kruk zniknął. Kiedy już był bliski przekonania samego siebie, że była to tylko projekcja zmęczonego umysłu, kątem oka dostrzegł rysujący się na innej ścianie czarny kształt, który należał do kruka. Nie, tym razem nie mógł się mylić. No i czego chcesz? Przyszedłeś mnie tu straszyć? Takich jak ty, twoich czarnych braci widziałem tysiące.
Kim jesteś? Jednookim bogiem na tronie świata? Szatanem czy śmiercią? Co chcesz mi powiedzieć? Kolejne swoje „nigdy więcej”? Przerabiałem to wystarczająco wiele razy, więc nie wiem, co jeszcze możesz mi odebrać. Ciekawe, czy jesteś kuloodporny, ptaszku. Zupełnie nie wiedział, do kogo i po co tak naprawdę wygłasza ten monolog. Poczucie bezsensu było tym silniejsze, że gdy już miał strzelać, stwór znów zniknął. Z wściekłością rzucił pistolet na zagracony blat i zamknął oczy, próbując choć przez chwilę nie widzieć nic.
Wrócił do lektury, co i rusz robiąc notatki i podkreślając co ważniejsze słowa. Postanowił, że następnym razem od razu będzie strzelał, nie marnując czasu na wywody, których nikt nigdy nie usłyszy. Skupienie kosztowało go niemało energii. Wciąż nie mógł zapomnieć o zwierzęciu. W końcu odłożył książkę i przemógł się, żeby sięgnąć po kartkę i zacząć pisać. Wiedział, że wiersze, które miały powstać, nie będą chętnie czytane. Daleko im do szlachetnych ideałów, antycznych cnót, do których niby każdy powinien dążyć. Próbując znaleźć jakąkolwiek pozytywną myśl, którą mógłby obrócić w wiersz, doszedł jedynie do początków życia po powrocie do miejsca, którego już nie był w stanie nazywać domem. Na początku nie było tak źle, choć irytowało go, że każdy prosił, żeby opowiedzieć, jak tam było. Jego pluton został co prawda poza nim samym unicestwiony, ale żyło jeszcze trochę byłych wojaków z reszty kompanii.
Spotykał się z nimi regularnie, próbując wrócić do tego, co było wcześniej. Znów włóczyli się po kawiarniach i piwiarniach, z których wytaczali się nad ranem wolni od złych myśli, obciążeni jedynie niezapłaconymi rachunkami i kolejnymi wziętymi na kreskę butelkami. Świat pijaństwa i radości trwał jednak krótko, szybko ustępując miejsca brudnemu odcieniowi rzeczywistości. W mieście, jak i w całym państwie, rozpleniły się jednocześnie dwie nowe zarazy: epidemia dziwacznej choroby, której dotychczas nie znali lekarze, oraz rewolucja chcąca wywrócić zrujnowany kraj do góry nogami. Mówili, że epidemia zabiła jeszcze więcej ludzi niż wojna, ale on wiedział, że to nieprawda, bowiem wojna nie wszystkich zabija od razu. Część jej ofiar umiera dopiero po latach, zdychając wcześniej kawałek po kawałku. Ta wojna – jego wojna – jeszcze się nie skończyła, wciąż zbierając swoje ofiary. Raz rozpoczętego przelewu krwi nikt nie był w stanie zatrzymać. Kilka lat życia w ciągłym strachu, nieustannego balansowania pomiędzy życiem a śmiercią rujnowało nie tylko wracających z frontu weteranów, ale i wszystkich obywateli. Przez pierwszy rok tryskali entuzjazmem, czytając prasowe doniesienia o kolejnych starciach i spodziewając się rychłego zwycięstwa.
Gdy jednak wojna się nie kończyła, a rewelacje dziennikarzy zastępowały coraz dłuższe listy poległych, ludzie zaczęli coraz bardziej wątpić w sens całego konfliktu. Krew zawsze przyciąga drugą krew, a zdradziecki wiatr ochoczo niósł jej odór nad miasto, czego zatrutym owocem była rewolucja. Koniec jednej wojny zwiastował początek kolejnej, aż w pewnym momencie nikt nie wiedział już, o co i przeciw komu toczy się walka. Błotnista ziemia okopów zmieniła się w szary bruk placów, ulic i uliczek. Ci, którzy powrócili, szybko zebrali się z powrotem. Resztkami rozbitych kompanii, starych batalionów ruszyli do nowych szturmów. Ich okopami stały się ciemne zaułki, w których czyhali na rewolucjonistów uzbrojeni we wszystko, co tylko udało im się ze sobą zabrać i przechować w odmętach płaszczy i plecaków. Nowa krew lała się obficie, po czym wsiąkała w bruk, spływając aż do trzewi ziemi. On też już nie potrafił inaczej, a nocne starcia opisywane w gazetach jako bandyckie napady i chuligańskie rozruchy traktował jak dalszą część nigdy niezakończonej wojny. Zaiste prawdą były słowa, które usłyszał kiedyś od jednego podoficera, że raz uwolniona krew sama pcha koła historii.
Nigdy już nie miał być tym samym człowiekiem, którym był wcześniej, jak zresztą każdy, kogo odpowiednio głęboko naznaczyła wojna. Młodzieńcza niewinność i prostoduszna uczciwość całego pokolenia zginęła wraz z pierwszymi odłamkami, pogrzebana pod gruzami brutalnie przerwanych żyć. Resztki jego znajomych, towarzyszy broni wybijała choroba. Część z nich ginęła w nocnych starciach i zamieszkach Inni sami ze sobą kończyli, nie wytrzymując ciężaru niechcianych wspomnień, a on po raz kolejny z jakiegoś niewiadomego powodu po prostu był i dalej egzystował. Z tych długich rozważań wyrwał go głos, jakby stłumiony szept, który od razu zwrócił jego uwagę. Musiał dobiegać z zewnątrz. Nie mógł być to stary dozorca, który o tej porze zawsze spał i nigdy nie wchodził do kamienicy po zmroku. To musieli być oni. Znaleźli go tutaj. Teraz naradzali się przed szturmem, a kruk był zwiadowcą.
Przez paręnaście minut trwał w dziwnym letargu, z dłonią zaciśniętą do białości na rączce pistoletu i drugą trzymającą butelkę. W końcu zaczął się uspokajać. Może jednak byli dość daleko, a on był jeszcze bezpieczny. Z trudem zmusił się do wiary we własną myśl. Kolejne dźwięki były podobne tym, które wydaje czołgający się człowiek w pełnym oporządzeniu, zahaczający guzikami i sprzączkami o podłoże. Następne było coś, jakby kilkukrotne syknięcie zapalniczki. To jednak były drobnostki, które dawały się jakkolwiek sensownie wytłumaczyć. W końcu usłyszał jasny znak – odgłos podkutych butów delikatnie uderzających o wysłużone, skrzypiące drewniane schody. Teraz nie miał wątpliwości. Przyszli po niego.
Wcześniej wybili cały jego pluton, a on był ostatni. I do tego sam. Ostatni żywi druhowie byli daleko, o ile jeszcze w ogóle gdzieś byli. Być może też właśnie po nich szli. Tak, dokładnie tak musiało być. Chcieli wybić ich wszystkich jednej nocy, tak jak tam na froncie. Mieszkanie było solidnie zamknięte, okna zasłonięte, a on zawsze miał gdzieś w pobliżu broń. Alkohol wraz z opium dobrze wymieszały się z płynącą w żyłach krwią do tego stopnia, że w przypływie irracjonalnej odwagi postanowił opuścić kryjówkę. Coś w środku, jakaś idee fix mówiło mu, że musi wyjść na zewnątrz. Bał się, ale jednocześnie nie był w stanie usiedzieć w miejscu.
Do tego ten kruk – czarny ptak wyraźnie rzucił mu rękawicę, której nie mógł nie podnieść. Wojna się nie skończyła, a on wciąż był żołnierzem. Nie mógł nie ruszyć do samotnego szturmu, choćby miał on być jego ostatnim. Pospiesznie dopił absynt i cicho odstawił pustą butelkę. Ostatni raz zaciągnął się opiumowym dymem i przygasił fajkę, którą schował do kieszeni. Z szuflady i skrytek wyciągnął wszystkie zapasowe magazynki, jakie posiadał. Chowając je, zauważył, że trzęsą mu się ręce. Na to nie mógł sobie pozwolić. Z drewnianej skrzyneczki wyciągnął strzykawkę z już gotową igłą i ampułkę z morfiną. Wlał płyn do środka, podciągnął lewy rękaw koszuli i wbił igłę prosto w żyłę.
Nawet nie wzdrygnął się przy zakłuciu. Tak bardzo potrzebował uodpornić się na ból, nawet jeśli miał być to jego ostatni raz. Wierzył, że dzięki przyjętej mieszance będzie widział więcej, mniej przy tym czując. Chwilę potem zapiął rękaw i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na niedokończony wiersz. Jeśli wróci, to go dokończy, a jeśli nie wróci, to i tak już nic nie będzie miało znaczenia. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Niegdyś piękne mieszkanie powoli zamieniało się w ruderę. Przykurzone i zaniedbane wnętrze było już tylko cieniem dawnego blasku, marnym odbiciem idei zabitej przez wojnę. Cicho i ostrożnie przeszedł do korytarza, z coraz większym trudem utrzymując równowagę. Wciągnął wysokie skórzane buty, uprzednio wyjmując z nich szadkę z bagnetem i zatykając ją za pas.
Założył płaszcz, pomacał kieszenie. Zdobyczny rewolwer, mniejszy i poręczniejszy od pistoletu, był na swoim miejscu. Wyjął go na chwilę tylko po to, żeby sprawdzić, czy bęben jest pełen. Jeszcze przez chwilę stał przy drzwiach, nasłuchując, ale w końcu stwierdził, że pewnie czekają na niego na dole, bo od jakiegoś czasu niczego nie słyszał. Ostrożnie otworzył drzwi, mozolnie siłując się z każdym z ciężkich zamków. „To śmieszne – pomyślał. – Tyle czasu siedziałem tu zamknięty, żeby być bezpiecznym, a teraz, kiedy przyszli, sam do nich wychodzę. Irracjonalne.” Nie zauważył, ani nawet nie poczuł, w którym momencie zaciśnięta na pistolecie do białości dłoń stała się trupio blada. Był już gotowy otworzyć drzwi, ale jeszcze się zawahał. Dla pewności od razu wyciągnął bagnet.
Przepełniało go dziwne nerwowe napięcie, które miało już za chwilę znaleźć swoje ujście. Chwiał się na nogach, oczami błądził po każdym detalu drzwi, a jednocześnie usiłował przyjąć odpowiednią postawę. Walczył tak ze sobą dobrą minutę, aż w końcu zebrał w jednym momencie wszystkie swoje siły i zmysły i nacisnął klamkę. Gdy już otworzył drzwi na tyle szeroko, żeby się w nich zmieścić, niewiele myśląc, wypadł w ciemność. Sekundę później zniknął w niej, całkowicie pochłonięty przez czarną otchłań. Zaledwie parę chwil później w pustym mieszkaniu dało się usłyszeć rozrywające nocną ciszę odgłosy wystrzałów, a potem już tylko kruk zakrakał.
[03:14:36] - Mam nadzieję, że się państwo dobrze bawiliście. A teraz drugie wydanie recenzarium Ewiwy. Tym razem tytuł brzmi "Wyklęty".
[03:14:49] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Prawie każdy czytelnik ma swojego ulubionego autora. Właściwie nawet trudno, żeby było inaczej. Lubimy wielu z nich, cenimy również pojedyncze książki, jednak w zasadzie prawie każdy ma takiego pisarza, którego każdą książkę złapie i przeczyta, niezależnie od tego, o czym ona będzie traktowała. Wystarczy, że firmuje ją ulubione nazwisko. To się zmienia oczywiście. Czasami autor, którego kiedyś bardzo lubiliśmy i ceniliśmy, ustępuje miejsca innemu. Zawsze jednak jest tak, że coś powoduje tę zmianę. Wpada nam w ręce książka, która sprawia, że sięgamy po następne i ani się obejrzymy, jak na czele naszej listy pojawia się nazwisko zupełnie nowe. Bardzo wiele zależy od tego, jaka to jest książka.
Ponieważ każdy płodny pisarz ma w swoim dorobku nie tylko takie, które są, można powiedzieć, absolutnie wystrzałowe, świetne i tak dalej, ale również takie, które są mniej udane, a nawet zupełnie nieudane. To się może zdarzyć. Żeby roztropnie wybrać, dobrze jest się kogoś poradzić. I na przykład książką, z którą według mnie każdy nowicjusz powinien zaczynać swoją przygodę z Grahamem Mastertonem, jest "Wyklęty". Jest to powieść, która zawiera w sobie wszystko, co jest najlepsze w twórczości Mastertona. Ponieważ w ogóle ten autor stanowi niejako samograj dla każdego wydawnictwa, można wydawać jego książki nowe, można i stare, nieistotne. Na tym się na pewno nie straci. Tak więc wydawnictwo Rebis oprócz wydawania nowych raczy czytelników również reedycjami starych książek, w tym tak samo "Wyklętego". Bardzo mnie to cieszy, ponieważ poprzednie wydanie, które miałam, jeszcze wydanie kieszonkowe, takie były kiedyś modne, jest już sczytane na strzępy. Tak jak wspomniałam, "Wyklęty" jest to niejako wizytówka Mastertona.
Według mnie zdecydowanie najlepsza jego książka. O czym ona traktuje? Główną postacią jest John Trenton. Jest to antykwariusz, który prowadzi swój mały sklepik w mieście Salem i nie ma większych ambicji życiowych. Wszystkie jego pragnienia zostały pogrzebane tego dnia, kiedy stracił ciężarną żonę. Jednak zdarza się coś, co powoduje w jego życiu zmianę. Na aukcji kupuje niewielką akwarelę, którą zaraz potem ktoś próbuje od niego odkupić. Ta akwarela ukazuje widok z przylądka na statek. Ten statek, jak Trenton się dowiaduje, zatonął i nikt jak dotąd nie znalazł jego wraku. A ten wrak coś zawiera.
Odkąd akwarela trafia do jego rąk, John zaczyna doświadczać dziwnych zjawisk. Ma wrażenie, że zmarła żona znajduje się w jego domu. Co więcej, wkrótce zaczyna ją widzieć. Dowiaduje się też, że sam statek nie jest taki istotny, jak to, jaki ładunek przewoził oraz co się może stać, kiedy tylko ujrzy on światło dzienne. Pytanie brzmi, co John Trenton byłby w stanie poświęcić, żeby odzyskać żonę i swoje nienarodzone dziecko? Tak jak Masterton często to robi, tak i w tej książce mamy sięgnięcie do bogatej skarbnicy wierzeń peruwiańskich. Ameryka Łacińska w ogóle Mastertona fascynuje. Zresztą nie bez powodu. W tym dziele akurat mamy demona o nazwie trudnej dosyć do wymówienia Mictlāncīhuātl. Może trochę inaczej się to mówi.
Jest to jeden z bogów z azteckiej mitologii. Wyjątkowo przerażający demon. I mamy motyw czarownic. No nic dziwnego, skoro miasteczko nazywa się Salem. I mamy walkę człowieka, zdawałoby się beznadziejną, walkę słabej istoty z kimś o naprawdę przerażającej mocy. Nie każda książka Mastertona kończy się dobrze, nie każda kończy się nawet trochę pozytywnie. Ta akurat tak. Mówiąc szczerze, niektóre jego powieści pozostawiały mnie w bardzo złym nastroju właśnie z tego powodu, że zakończenie jakby odbierało człowiekowi wszelką nadzieję na to, że ma się szansę w walce ze złem. Ale "Wyklęty" jest wczesną powieścią. Wtedy Masterton jeszcze kierował się troszkę czym innym niż później.
I mówię, może właśnie dlatego ta książka jest najodpowiedniejsza dla człowieka, który do tej pory tylko o Mastertonie słyszał. Myślę, że właśnie nią powinien zacząć swoją przygodę. Polecam z całego serca, chociaż oczywiście tym tylko, którzy nie obawiają się czytania horrorów. Wiem, że to nie jest gatunek dla każdego. Podczas lektury książek Mastertona można się czasem solidnie wystraszyć. Także nie jest to dla strachajłów, można tak powiedzieć. I mimo wszystko lepiej nie czytać tego przed snem. Ale przeczytać warto. Polecam! Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:19:59] - Krystyna Śmigielska to niezawodna wywiadowczyni Bibliotekarium 2.0. Słowo wywiadowczyni ma trochę inną konotację, więc powiedzmy autorka wywiadów. To brzmi znacznie lepiej. Autorka wywiadów z pisarzami. Dzisiaj w literackim tête-à-tête audycji Krystyny Śmigielskiej pojawi się Monika Chodorowska.
[03:20:27] - Dobry wieczór państwu. Gościem naszego dzisiejszego literackiego tête-à-tête będzie pani Monika Chodorowska. Nauczycielka wychowania przedszkolnego i nauczania początkowego, terapeutka pedagogiczna. Obecnie zajmuje się ona diagnozą i terapią pedagogiczną w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Oprócz zawodowych obowiązków pani Monika znajduje czas na spełnianie swoich pasji, wśród których poczesne miejsce zajmuje literatura. W 2019 roku ukazała się pierwsza powieść autorstwa Moniki Chodorowskiej „Struny pragnień”. W 2020 do rąk czytelników trafił „Niechciany spadek”. W tym roku odbyła się premiera „Daru czy przekleństwa?”. Dobry wieczór pani Moniko. Bardzo się cieszę, że mogę dzisiaj z panią porozmawiać i przedstawić naszym czytelnikom zarówno pani twórczość, jak i upodobania czytelnicze.
Miło mi gościć panią w programie „Literackie tête-à-tête”.
[03:21:34] - Dobry wieczór, witam panią, wszystkich słuchaczy i oczywiście moich czytelników.
[03:21:40] - „Struny pragnień” nie były pisarskim pani debiutem. Wcześniej, bo już od 2007 roku publikowała pani felietony, artykuły i zamieszczała opowiadania w różnych antologiach. Proszę przybliżyć nam, jakich problemów dotyczyły pani teksty prasowe i jaką tematykę poruszała pani w swoich opowiadaniach.
[03:22:03] - Rzeczywiście, zanim ukazała się moja pierwsza powieść, opublikowałam artykuł w piśmie „Wychowanie przedszkolne. Praca w zróżnicowanej grupie”. Tam się dzieliłam swoimi doświadczeniami pracy w przedszkolu integracyjnym. Również wydałam felietony w takiej lokalnej gazetce „Dziecko w mieście”. To były felietony pod tytułem „Dzień świstaka”, „Odczaruj smoka” czy „Matka”. Dotyczyły one rodzinnych problemów. Później chciałam się zmierzyć z tematami obyczajowymi i napisałam opowiadania do tomiku „Lato moralnego niepokoju” wydanego przez Ad Rem. To było opowiadanie „Trąbka” i do tomiku „A wszystko przez tę książkę” wydawnictwa internetowego Ebookowo. Co to za tytuł?
[03:22:54] - Powiedziała mi pani, kiedy rozmawiałyśmy wcześniej, że tworzy od najmłodszych lat i dodała: „Piszę, bo tylko wtedy czuję się widoczna, by uporządkować swój wewnętrzny chaos, by nie zamęczać rodziny refleksjami nad życiem”. Z jednej strony chce być pani niedostrzegana przez najbliższe otoczenie, powiedziałabym nawet wyciszona, gdzieś schowana, a z drugiej widoczna z nieuporządkowanym chaosem wewnętrznym w sobie. Jak pani sądzi, taka sprzeczność to domena twórców?
[03:23:34] - Tak, zgadzam się w 100%, że w twórcy jest bardzo wiele sprzeczności. One są wszechobecne, bym powiedziała, na wielu poziomach. Raz mam ochotę zaistnieć, ale są też chwile, gdy chętnie zaszyłabym się gdzieś na długo i nie pokazywała światu. Ale mam taką w sobie potrzebę podzielenia się jednak ze światem swoimi spostrzeżeniami. Chciałabym się przejrzeć w oczach czytelników jak w zwierciadle. To mi bardzo pomaga uporządkować mój taki wewnętrzny chaos, który może bym zdefiniowała w ten sposób, że jest to natłok myśli, refleksji. Tak sobie myślę, że jak piszę, to po prostu jestem zmuszona ubrać to w adekwatne, zrozumiałe dla czytelnika sformułowania. Natomiast to, że nie chcę zamęczyć rodziny swoimi refleksjami, to trochę taka kokieteria z mojej strony. I tak to robię.
[03:24:27] - Monika Chodorowska, „Struny pragnień”. Blask południowego światła natrętnie wdzierał się do jej uśpionego wnętrza. Długo walczyła ze sobą, ale wreszcie poddała się mu. Kiedy zobaczyła nad sobą niebo koloru błękitnej, ulubionej apaszki swojej babci, pomyślała: Umarłam? „Jak się pani nazywa?” — zapytała ubrano na biało kobieta, która ukazała się na niebieskim tle. Klara rozglądała się powoli, usiłując zrozumieć, gdzie jest. Grupa niedomagających ludzi stała wokół. Jedni na łóżkach, jak ona, podłączeni do tajemniczych skrzynek, inni siedzący na ławkach ze stojakami, z których odchodziły rurki kroplówek. Jasne szlafroki, piżamy, koszule nocne i fartuchy męczyły jej oczy. Gdy uświadomiła sobie, gdzie się znajduje, jej serce przyspieszyło.
Oddech stał się krótki i urywany. Po chwili nie mogła złapać tchu. Pielęgniarka objęła przezroczystym silikonem jej nos i usta. „Proszę głęboko oddychać” — wydała polecenie. „Czy to fatum mnie nigdy nie opuści?” — pomyślała Klara, gdy wróciła jej świadomość. „Chcę natychmiast wstać” — to były jej pierwsze słowa po zdjęciu maski, przez którą podawano jej tlen. „Proszę spokojnie leżeć”. Pielęgniarka zrobiła jej zastrzyk. „Jak się tu znalazłam?” — zapytała Klara, masując rękę w miejscu po ukłuciu. „Ozdymlała pani w parku.
Jakaś kobieta wezwała karetkę”. Klarze powoli wracała pamięć. „Gdzie Franek?” „Kim jest Franek?” — zapytał lekarz, gdy pojawił się w kadrze. „To mój syn”. „Nie ma tu żadnego Franka” — odpowiedział. Widząc jednak jej niepokój, dodał: „Dowiemy się tego, gdy saperzy przeszukają budynek. Już trzeci raz w tym miesiącu dowcipniśnie dzwonią do szpitala i zabawiają się kosztem pacjentów”. Lekarz odszedł od innych chorych. „O czym on mówi? Co mnie obchodzą jacyś saperzy?
Gdzie jest moje dziecko?” — kłębiło się w jej głowie. Nie chciała czekać ani minuty. Próbując się podnieść, szarpnęła kroplówkę, co spowodowało wysunięcie się igły z żyły. Wypłynęła krew i na czerwono narysowała rozmaite wzory na szpitalnej koszuli i prześcieradle. Co pani robi? Proszę się uspokoić. Dobiegająca pielęgniarka próbowała ją powstrzymać. Zrozumiała, że niczego nie może zrobić, by dowiedzieć się więcej o losach swojego dziecka. Bezradna oparła głowę o poduszkę i zasłoniła oczy ręką. W wyobraźni zobaczyła Franka zagubionego w chaosie nieznanych mu osób i rzeczy.
Wzywał pomocy, a ona nie mogła mu pomóc, bo nie wiedziała, gdzie jest, bo nikt tego nie wiedział. Jak mogła się tego dopuścić? Dlaczego nie przewidziała tego, że może zasłabnąć? Po ostatnim wydarzeniu czuła, że jest słaba. Nie doszła jeszcze jednak do siebie. Zresztą jak? Dlaczego nie uchroniła syna przed taką sytuacją? Czytał Krzysztof Chodorowski.
[03:27:29] - Wrócę jeszcze do zamęczania rodziny swoimi przemyśleniami. Zapytam panią jako terapeutkę pedagogiczną, czy akceptacja najbliższych ma jakieś znaczenie dla samego twórcy? Czy może ludzie wrażliwi lepiej czują się w samotności, w swoim wyimaginowanym świecie niż w tym realnym?
[03:27:51] - Ja mam dużo wolności podczas tworzenia. Może dlatego, że mój mąż Michał Chodorowski jest naukowcem. Rozumie, że potrzebuję i ciszy, odosobnienia podczas pisania i daje mi tą przestrzeń. Staram się sobie radzić też w świecie realnym. Tematy moich książek dotyczą realnych problemów. Nawet jak jest tam nutka jakiejś fantazji, trochę innego świata, to jednak chciałabym pisać o realnych problemach, a nie da się o nich pisać, jak się nie zejdzie na ziemię. Więc jestem takim normalnym człowiekiem, który się zmaga z codziennością jak wszyscy. I ten kontrast mi też bardzo pasuje. Chciałabym też tutaj powiedzieć też o moim synu młodszym, Tomaszu Chodorowskim. Pamiętam, kiedy Tomasz grał w teatrze jako młody chłopak.
Bardzo lubiłam taki moment, kiedy był na scenie i był zupełnie kimś innym. Trudno było poznać, że jest to mój syn, a później za chwileczkę się przebierał w normalne ubrania i jechaliśmy do domu. I ten kontrast tych dwóch światów był dla mnie i jest ważny. Tak jak powiedziałam, twórca musi stać na ziemi. Nie wyobrażam sobie, że mogłabam tylko w tych przestrzeniach mojego wyimaginowanego świata przebywać.
[03:29:15] - Ale też wsparcie najbliższych jest ważne, prawda?
[03:29:19] - Bardzo i myślę, że wszyscy moi domownicy to rozumieją. Tak jak mówiłam, mąż Tomek też ma swój świat, swoje zainteresowania i Krzysztof Starszy też z racji swojego zawodu aktorstwa też myślę, że to rozumie, bo też potrzebuje chwili na pobycie ze swoimi bohaterami. Także ja to wsparcie mam.
[03:29:44] - W takiej artystycznej rodzinie, to ja myślę, że jest to właściwie obowiązek wspierania jeden drugiego. I to zrozumienie na pewno też jest większe niż wtedy, kiedy jeden twórca w rodzinie musi jakoś znaleźć swoje miejsce.
[03:30:00] - Dokładnie tak.
[03:30:01] - Była pani członkiem grupy pisarskiej założonej przez Jakuba Winiarskiego. Jak minął twój pisarski tydzień? Na czym polegało uczestnictwo w tym zrzeszeniu i czy ta grupa nadal działa?
[03:30:16] - Rzeczywiście to był bardzo ważny czas w moim życiu, kiedy należałam do tej grupy Jak minął twój pisarski tydzień? Jak można się domyśleć, ten tytuł nie przypadkiem jest taki, jaki jest. Na tych spotkaniach, które odbywały się raz w tygodniu w kawiarniach, mieliśmy takie specjalne miejsce w kawiarni. To było gdzieś na Placu Konstytucji, z tego, co pamiętam. Spotykaliśmy się w różnych miejscach, czytaliśmy powieści, analizowaliśmy te powieści. One nas mobilizowały do pisania, ale też uczyły pisać. Ta grupa już nie istnieje, ale na bazie tych spotkań powstały podgrupy, można powiedzieć, które spotykają się do tej pory i analizują powieści, ale nie tylko wielkich autorów. Analizują i dzielą się swoimi wrażeniami. Tak, by pisać lepiej, mieć pierwszych życzliwych odbiorców, zanim powieść ukaże się na świecie.
[03:31:20] - Bardzo interesujące i na pewno w jakiś sposób sprzyjające rozwojowi twórczemu. Jeżeli ludzie mogą się gromadzić i wymieniać swoimi doświadczeniami. Jak pani sądzi?
[03:31:32] - Tak jak mówiłam, bardzo miło wspominam ten czas i też się wiele nauczyłam. Czymś bardzo ważnym dla mnie było to, że osoby, które się tam spotykały też wspierały się nawzajem, bo to były nasze początki w wydawaniu powieści. Przecież jeszcze wtedy nikt z nas nie publikował, więc takie wzajemne wsparcie było nieocenione. Myślę, że ja dzięki wsparciu głównego prowadzącego, czyli Jakuba Winiarskiego, wydałam „Struny pragnień”. Miałam różne rozterki, już chciałam zaniechać. Chciałam włożyć moją powieść do szuflady, ale jednak on mnie mobilizował i mówił, że to jest ciekawy temat, że na pewno znajdziesz wydawcę, tylko trzeba cierpliwości, że może coś tam jeszcze poprawić. To było bezcenne.
[03:32:21] - Czyli był takim promotorem, można by było powiedzieć, tej książki, prawda?
[03:32:26] - Tak, oczywiście. I myślę, że nie tylko mojej, ale i wielu osób. I jest w jakimś sensie do tej pory. Myślę, że gdyby ktoś się do niego zwrócił z jakąś prośbą, też by pomógł. On prowadził różne kursy pisarskie. Ja trafiłam do Jakuba do Akademii Wolnego Czasu, jeszcze taka była organizacja. Tam Jakub mnie uczył pisania. To była pierwsza organizacja, w której on zaczął działać. Organizacja pisarska można powiedzieć. W każdym razie później przy maszynie do pisania on chyba pracował.
Także wiele osób nauczył pisania. Myślę, że są mu wdzięczne.
[03:33:10] - Ale nie tylko od niego pani pobierała nauki, bo ja wiem, że skończyła pani też scenariuszopisarstwo dla początkujących. Musi pani przyznać, to brzmi naprawdę interesująco. Jakie umiejętności zdobyła pani podczas zajęć na tym kursie i czy uważa pani, że przydały się one potem pani w pracy twórczej?
[03:33:34] - Powiem tak. Poszłam rzeczywiście na kurs scenariuszopisarstwo dla początkujących z taką myślą pisania scenariuszy. Ja jestem osobą trochę, można powiedzieć, niespokojną. Jak pisałam powieści, to myślę sobie: „Ojej, może mi się jeszcze przyda taki kurs pisania scenariuszy”. Po kursie, mimo że napisałam jakiś scenariusz, bo na zakończenie pisaliśmy, to jednak nie zajęłam się scenariuszami. Wróciłam do powieści i jakoś w tej chwili myślę, że na tym się skupię. Chociaż ponieważ mój syn starszy Krzysztof jest aktorem i reżyserem, to myślę, że w przyszłości być może jeszcze powrócę do pisania scenariuszy. Tylko musiałabym się chyba jeszcze troszkę podszkolić, bo ten kurs to są rzeczywiście takie podstawy.
[03:34:25] - Powiem tak, pani Moniko, skoro syn jest reżyserem i dwóch synów właściwie są aktorami, to ja myślę, że kiedyś jednak nastąpi ten czas, że będzie pani zmuszona coś dla dzieci zrobić. Oni nie wymuszają na pani tego, żeby pani się zmobilizowała, usiadła i napisała im porządny scenariusz?
[03:34:49] - Jeszcze nie zmuszają. Chociaż wiem, że mój syn starszy Krzysztof myślał jakiś czas temu o zekranizowaniu „Strun pragnień”, ale jeszcze nie mamy do końca pomysłu, jak by ten scenariusz napisać. Chociaż mamy gotowy tekst, więc być może to ma swoją przyszłość i coś się zrodzi na bazie.
[03:35:12] - To ja trzymam kciuki, bo już chętnie bym ten film obejrzała. A muszę powiedzieć, że niestety, jeżeli chodzi o literacką twórczość, to tak to mniej więcej wygląda, że pomysł gdzieś tam nam w głowie zaświeci, a potem musimy jednak długo go przetrawić i troszeczkę z nim pochodzić, żeby on mógł wybuchnąć w nas i był już cały gotowy do przedstawienia.
[03:35:39] - To prawda.
[03:35:40] - Monika Chodorowska „Niechciany spadek”. Już od początku Hania zauważyła, że ciotka Małgorzata nie rzuca słów na wiatr. Rzadko sama zaczynała rozmowę. Podobała jej się pewność siebie ciotki, gdy o czymś mówiła. Nie było w jej odpowiedziach niczego zbędnego, niepotrzebnych ozdobników. W bardzo osobliwy sposób dzieliła się swoimi przemyśleniami, tym, co rodziło się w niej podczas słuchania. Wypowiadane stwierdzenia nie raniły. Były jedynie informacją, którą w zależności od kondycji mówiącego albo się przyjmowało, albo nie. Hani udzielał się spokój ciotki, którego poszukiwała. W jej towarzystwie problemy wydawały się maleć.
Ciotka dawała jej jakąś moc, której źródła nie znała. A może po prostu pozwalając jej na bycie sobą, uruchamiała siłę, która w niej tkwiła. Hania nabrała ochoty zaopiekowania się sobą. Ciotka imponowała jej pod każdym względem. Nawet gdy milczały, były w kontakcie, jakby przenikały swe umysły. Obserwowała ją, zadając pytania. Małgorzata wydawała się zawsze gotowa do odpowiedzi, ale domagała się pytań konkretnych. „Jak to się stało, że nigdy cię nie poznałam, ciociu?” „Poznałaś, tylko nie pamiętasz.” Hania przebiegła myślami różne sytuacje z dzieciństwa, ale nigdzie we wspomnieniach nie odnajdywała śladów ciotki. Wtedy usłyszała głos z głębi pokoju: „Mamo, możesz przyjść?” „Przyjdź ty, jeśli masz sprawę” odpowiedziała na wezwanie ciotka. „Chcę ci coś pokazać.” Małgorzata zniknęła na chwilę.
„A więc ciotka ma dzieci” pomyślała Hania i wyraźnie jej ulżyło. Czasami miała obawy, że powodem jej nieudanych związków są nadprzyrodzone umiejętności i że już do końca życia będzie samotna. Objawił się też syn Piotrek. „Życie rodzinne kwitnie” pomyślała Hania. Miło było patrzeć na kobietę, która ma dobry kontakt ze swoimi dziećmi. Wyraźnie potrzebowały jej jako mentora, przewodnika. Choć było w Hani wielkie pragnienie zadania ciotce mnóstwa pytań, nie mogła u niej zabawić tyle, ile by chciała. Spojrzenie Basi, która wkrótce wynurzyła się z samochodu, było bardzo wymowne. Nie mogła i nie chciała ignorować oznak jej słabej kondycji. Umówiła się na spotkanie na drugi dzień.
Czytał Krzysztof Chodorowski.
[03:38:05] - Na pani stronie facebookowej natomiast królują zwierzęta. O synach nic tam nie znalazłam. Czy te zwierzęta są rzeczywiście tak ważne w pani życiu? Pytam dlatego, bo na dwóch pani okładkach również zobaczyłam wizerunki psów. To przypadek?
[03:38:25] - Rzeczywiście ja bardzo lubię zwierzęta, zwłaszcza pieski, chociaż koty też lubię, polubiłam. Zawsze miałam zwierzaki w domu. Jak byłam młoda, to miałam fretką. Tu z mężem planowaliśmy zaadoptować jakiegoś zwierzaczka i on sam do nas przyszedł. Znalazłam na ulicy piękną sunię, która jest bardzo kochana i nie wyobrażam sobie teraz, jak bym mogła żyć tutaj bez niej. Natomiast dlaczego w książkach też królują pieski? Bo znajomy opowiedział mi taką historię, która jest autentyczną historią ze swojego życia. Ja troszkę tak wzdycham, ponieważ ja zawsze mówię, że nie zrobiłabym tego swojemu psu, chociaż nie ma to nic wspólnego z przemocą wobec zwierzaka. Ale ponieważ ta historia mnie bardzo zaciekawiła, to stwierdziłam, że wykorzystam ją w mojej powieści. I ten mój bohater Todd w „Niechcianym spadku", ta historia, jak trafił do głównej bohaterki, jest prawdziwa.
Nie chcę nic więcej zdradzać. Natomiast mam taką maksymę na swojej lodówce, zawieszkę, na którą często spoglądam i podoba mi się ten tekst. Tam jest napisane, że psy nie są naszym całym życiem, ale sprawiają, że staje się ono pełniejsze. Tak myślę też o tym.
[03:39:50] - Dom bez psa wydaje mi się zawsze pusty, bardzo smutny.
[03:39:54] - To prawda.
[03:39:55] - Pani też wiesza różne posty dotyczące właśnie adopcji zwierząt, psów ze schroniska.
[03:40:03] - Tak, to prawda, bo wydaje mi się, że jest tyle takich biednych zwierząt, które w tych schroniskach przebywają. I tak sobie myślałam, że gdyby tak każdy zaadoptował jedno, to naprawdę te schroniska by opustoszały i tyle byłoby szczęśliwych ludzi. Niektórzy po prostu nie znają też takiego życia ze zwierzętami i nie wiedzą, co tracą, ponieważ zawsze nam jakoś towarzyszył taki zwierzak w życiu, to zachęcam do tego. Myślę, że nie byłoby wielu samotnych osób, gdyby zechcieli zaadoptować takie zwierzęta. Apeluję o to, bo rzeczywiście szkoda mi jest nawet tych starszych piesków, które mogłyby mieć taką godziwą starość w domu i ciepło.
[03:40:52] - Chcesz zlikwidować swoją samotność? Weź bądź kup psa.
[03:40:57] - Dokładnie tak. Myślę, że tyle piesków, że nawet nie trzeba kupować. Chociaż oczywiście gdyby ktoś chciał z hodowli jakiejś specjalnie. Ale jest dużo takich piesków, które są wspaniałe, są zwykłymi kundelkami, dadzą dużo radości ludziom. Ja mam sunię mieszańca yorka, ale bardzo dużo osób przystaje i pyta, co to za nowa rasa. Więc mówię: mieszaniec.
[03:41:22] - Porozmawiajmy teraz o warsztacie twórczym. Interesuje mnie sposób, w jaki buduje pani postać. Czy starannie obmyśla pani intrygę? Czy zdaje się pani na łut szczęścia pisząc, pozwala myślom biec swobodnie w wybranym przez nie kierunku?
[03:41:40] - Zawsze robię plan mojej powieści, ale dziwnym trafem moi bohaterowie zaczynają żyć swoim życiem i biegną w zupełnie inne strony, niż planowałam. Stają się też innymi bohaterami. Trudno mi utrzymać ich na wodzy. Najlepiej w moim pisaniu widać moją nadpobudliwość. Także rzeczywiście ten mój warsztat jest, jak by tu powiedzieć, bardzo chaotyczny. Nie mogłabym tutaj udzielać rad młodym twórcom, jak pisać książki, ponieważ króluje chaos.
[03:42:19] - Dawno temu przeczytałam taki fragment listu Sienkiewicza, który pisał, nie pamiętam do kogo, że przy tworzeniu „W pustyni i w puszczy" pisał: ta książka pisze się sama.
[03:42:34] - Aha.
[03:42:34] - Ja tego nie rozumiałam.
[03:42:36] - Dziękuję, pani Krystyno, za pocieszenie mnie.
[03:42:39] - Ja wtedy tego nie rozumiałam. Jak to sama się pisze? Co to w ogóle ma znaczyć? Ale kiedy mi zaczęli też się rozjeżdżać bohaterowie i gdzieś tam akcja szła nie w tą stronę, co sobie zaplanowałam, to już teraz wiem, co to znaczy, że książka pisze się sama. Rzeczywiście tak czasem bywa. Ale jak już się napisze i jest gotowa, to należałoby ją jakoś przeczytać. Dlatego chciałam się zapytać teraz o pierwszego czytelnika, który jest naprawdę ważny. Czy ma pani taką swoją zaufaną osobę, której zawsze oddaje pani w ręce nowe dziecko, to już skończone dzieło i prosi o przeczytanie, sprawdzenie, ewentualnie o jakieś uwagi?
[03:43:29] - Ja się tutaj uczyłam na doświadczeniach moich z pierwszą moją powieścią. To była taka powieść, bardzo chciałam, żeby ujrzała światło dzienne, ale jeszcze wtedy miałam marne narzędzia pisarskie i nie byłam pewna też tego, co napisałam. Uczyłam się bardzo pisać na tej powieści i dawałam zbyt wielu osobom do przeczytania i każdy miał swoje uwagi. I w końcu stwierdziłam, że to nie jest moja Powieść tylko chyba innych, którzy ją czytali. Więc stwierdziłam, że nie, że nie będzie tak, że daję ją wielu osobom, bo wiadomo, ilu ludzi, tyle poglądów. To jest moja powieść, więc teraz następne powieści daję zawsze mojej siostrze do przeczytania i ona też mówi mi, co tam nie gra. Znajduje takie pierwsze podstawowe błędy, jakieś niezgodności i czyści troszeczkę językowo. Ale też mam wielkie zaufanie do mojej przyjaciółki i czasami jeszcze jej daję do przeczytania, bo ona ma też inne spojrzenie. I już jak one przeczytają, to ja czytam jeszcze, sczytuję kilka razy. Po napisaniu ostatniej powieści wiem, że moja kolejna powieść jeszcze przejdzie tak zwany test czasu, czyli odłożę ją na kilka miesięcy, może dwa, trzy i przeczytam powtórnie, bo tak się zdarzyło, że znalazłam jednak dużo błędów, może nie językowych, ale takich sformułowań, które może czytelnik niekoniecznie by zrozumiał, a rozumiem tylko ja.
Więc tak to wygląda u mnie.
[03:45:09] - Monika Chodorowska. Dar czy przekleństwo? Gdy serce o mało nie wyskoczyło jej z klatki piersiowej, była już pewna, co może być tego przyczyną. Prosiłam go, by tam nie szedł. Wiedziałam, że coś się stanie. Dlaczego nie posłuchał? Jej monolog był w tej chwili tylko krzykiem rozpaczy i niemocy. Bez wahania podjęła decyzję. Zależało jej, aby wślizgnąć się niepostrzeżenie do samochodu, by nie zauważył jej Todd. Na darmo.
Gdy wydawało jej się, że go przechytrzyła, musiała ostro hamować, bo nagle pojawił się na drodze. Niegrzeczny pies. Tylko będziesz przeszkadzał — tłumaczyła, gdy wskakiwał do samochodu, choć tak naprawdę cieszyła się, że nie jest teraz sama. Dłonie prawie zlały się z kierownicą, którą tak mocno ściskały. Ciałem targały dreszcze niepokoju, gdy układała różne scenariusze. Jedna tylko myśl trzymała ją przy zdrowych zmysłach. Czuła, że Emil żyje. Boże, gdzie ja przyjechałam? Otrząsnęła się dopiero, gdy stanęła przed domem ciotki w Budach. Roztargniona dziewczyna — usłyszała głos babci.
W sumie ten jeden raz mogła się z nią zgodzić. Wytężała umysł, by odtworzyć nazwę wsi, do której przyjechał Emil. Raciszkowo? Gliczowo? Jakoś inaczej. Kopytkowo — uświadomiła jej Dorotka, która była na podwórku, gdy podjechała. To daleko? Będzie około pięćdziesięciu kilometrów. Martwiła się, że nie dojedzie na czas, że nie zdąży. Tylko na co?
Jechała pełna obaw. Gdy wjechała do wsi, nie spodziewała się takiego widoku. Dym wypełniał coraz więcej przestrzeni. Gubiła się w nim. Zaburzał rzeczywisty obraz. Trudno było zlokalizować, co gdzie jest, ale cel, z jakim przyjechała, pomógł jej zmobilizować siły. Jechała wolno, przedzierając się przez wędrujących po omacku. Szukała wzrokiem Małgorzaty. Gdy Todd zaskomlał na jej widok, cieszyła się, że go zabrała. Mądry piesek.
Pogładziła go po głowie. Kroki z jednej strony przybliżały ją do krewnej, z drugiej coraz mocniej odciągały. Dobrze wiedziała, co oznacza to uczucie. Pojawiło się, gdy odchodziła mama. Spojrzenie ciotki nie pozostawiało złudzeń. Silne przeświadczenie, że za moment wydarzy się coś, co sprawiło, że nie będzie już tą samą osobą, osłabiło ją na tyle, że dziewczyna osunęła się na ziemię. Haniu! Haniu! Poznawała ten głos, choć nie mogła go teraz słuchać. Małgorzata przycisnęła ją mocno do siebie.
Uratował dzieci — szepnęła do ucha. Jakie dzieci? O czym ty mówisz? Hania się wyrwała. Krewna wskazała na chłopca i dziewczynkę stojących nieopodal. Hania przyglądała się im dłuższą chwilę, jakby była w letargu. Były takie brudne, smutne i niczyje jak ona. Żal ścisnął ją za serce, łzy popłynęły strużką. Nie zniosę tego — pomyślała, a potem krzyknęła z tak mocnym przekonaniem. On żyje!
Gdyby tylko to była prawda. Czytał Krzysztof Chodorowski.
[03:48:03] - Pani pierwsza powieść „Struny pragnień" porusza trudny temat. Autyzm. Jako terapeutka z pewnością spotkała się pani z poważnymi problemami ludzi dotkniętych spektrum autyzmu i z członkami ich rodzin. Czy opisana w „Strunach pragnień" historia jest autentyczna, czy może złożona z wielu poznanych przez panią wydarzeń i w ten sposób jakby stworzona całkiem nowa narracja? We Franka, bohatera powieści, włożyłam wszystkie swoje doświadczenia w pracy z dziećmi z autyzmem. Przez lata, bo pracowałam w przedszkolu integracyjnym, przyglądałam się, widziałam, z czym się mierzą i postanowiłam o tym napisać swoją powieść. Franek to nie jest postać, która istniała, ale jest w nim wiele postaci, wiele dzieci z autyzmem i wiele ich zachowań różnych. Tak naprawdę ta moja powieść o autyzmie, mimo że jest to ciekawy temat i troszkę tak ciągnie w stronę problemu autyzmu, mi bardzo zależało, żeby moim bohaterem byli rodzice, żeby moimi bohaterami byli rodzice. Niekoniecznie dzieci z autyzmem, a rodzice. Dla mnie rodzice dzieci z autyzmem są prawdziwymi bohaterami, ponieważ oni naprawdę mają trudne życie.
Dzieci z autyzmem mają całą paletę zachowań, których trzeba się nauczyć, żeby z nimi żyć. To są w ogóle ciekawe osoby, bardzo. Osoby, które nas zmuszają też do sięgania głębiej, do zaglądania do człowieka, że nie możemy spocząć na laurach, nie możemy już- Powiedzieć, że wiemy wszystko o człowieku. One zmuszają do myślenia, do refleksji nad życiem, że może rzeczywiście można żyć z osobami, które inaczej się zachowują. Natomiast rodzice zmagają się z wieloma problemami. Bardzo mi zależało, żeby ich uhonorować. W tej powieści piszę też o terapii behawioralnej, której został poddany Franek, mój bohater. To było dawno. Napisałam wcześniej tę powieść w 2019, dopiero wydałam. W tej chwili moje patrzenie na autyzm i różne terapie się zmieniło.
Nie uważam, że istnieje tylko jedna terapia dla dzieci. Uważam, że do każdego dziecka należy podejść indywidualnie i dostosować do niego terapię. Dzisiaj bym pewnie troszkę inaczej napisała o tym.
[03:50:46] - Autyzm to bardzo poważny temat. Ludzie, którzy się muszą z nim zmierzyć, obojętnie czy sami są pod wpływem tego autyzmu, czy z kolei mieszkają, obcują z ludźmi autystycznymi, trzeba posiadać wiedzę na temat tej inności.
[03:51:04] - Tego zaburzenia.
[03:51:05] - Tak.
[03:51:05] - Bo to jest nie choroba.
[03:51:06] - Nie choroba.
[03:51:07] - Zaburzenie rozwojowe.
[03:51:09] - Właśnie nie chciałam użyć tego słowa, bo wiem, że to nie jest choroba.
[03:51:12] - Nie, bo z choroby można wyzdrowieć. Jak ktoś jest chory. Dzieci z autyzmem odbierają świat bardziej niż my, ponieważ mają taką nadwrażliwość zmysłową i one czują więcej. Widzą, słyszą dźwięki i to, co czują i to, co widzą, nakłada się na siebie i stąd często takie różne zachowania, może nieaprobowane przez nas, ale nasz świat powinien się do tego dostosować. To my powinniśmy wyjść naprzeciw dzieciom. Nie one mają się do nas dostosować, tylko my do nich. I jest na to sposób. Jest mnóstwo terapii, jakieś ograniczanie bodźców tak, żeby dzieci z autyzmem mogły funkcjonować.
[03:51:57] - To w ogóle nie tylko o dzieciach, ale w ogóle o ludziach z autyzmem, bo dorośli ludzie też przecież funkcjonują.
[03:52:05] - Jasne.
[03:52:05] - Myślę, że jeżeli uczymy się przebywać z nimi, to i oni potem lepiej sobie radzą w życiu i czasem naprawdę mogą całkiem dobrze funkcjonować jako dorośli. Bierze pani udział w spotkaniach, targach i innych imprezach, których głównym celem jest propagowanie czytelnictwa oraz zintegrowanie literackiej społeczności. Jak ocenia pani tego typu wydarzenia i czy uważa je pani za stratę czasu, czy może za spiritus movens, dający wiarę w sens pisarskiej pracy?
[03:52:42] - Zdecydowanie to drugie. Spiritus movens. Dlaczego? Uwielbiam spotkania z czytelnikami. Jeżdżę na targi książki już od kilku lat. Właśnie tam podchodzą do nas czytelnicy, czy my wychodzimy do czytelników, chcąc poopowiadać o swoich powieściach. Zachęcamy ich do historii, do wniknięcia w nasze światy. I w tym roku w Krakowie spotkała mnie wielka niespodzianka. Zresztą nie tylko mnie, ale moje koleżanki również, które jeżdżą na targi książki do naszego wydawnictwa, bo wydaję książki w wydawnictwie Laki. Przychodziły osoby, które już poznały nasze książki, powieści, które na nas czekały.
Poszłam w którymś momencie na obiad i dzwoni do mnie telefon, że czeka na mnie czytelniczka. Jakże to było miłe. Rozmowy z czytelnikami o naszych powieściach, ale nie tylko. O życiu. Zwierzenia różne to jest coś, co buduje mnie bardzo jako autora. Uwielbiam takie kameralne spotkania z czytelnikiem, wymianę zdań, czy krótką, czy trochę dłuższą, ale lepiej wiem wtedy, dla kogo piszę. Żywa osoba stoi przede mną. I po takiej rozmowie jestem tak naładowana energią. Wracając z targów, mam pomysły na dalsze książki. Nawet trzy.
[03:54:12] - Bardzo się cieszymy w takim razie. Proszę państwa, moim i państwa gościem była dzisiaj pani Monika Chodorowska, nauczycielka, terapeutka, a przede wszystkim pisarka. Osoba niezwykle ciepła, pogodna i chętna do niesienia pomocy. Miłośniczka zwierząt, autorka opowiadań, powieści i artykułów prasowych. Baczna obserwatorka życia, a przede wszystkim człowieka, którym jest zafascynowana. Pani Moniko, spotkanie z panią było naprawdę bardzo miłe i mam nadzieję, że nasi słuchacze również tak uważają. To ogromne przeżycie móc z panią porozmawiać. Życzymy pani i pani całej rodzinie wielu sukcesów we wszystkich dziedzinach i mamy nadzieję, że będziemy mogli już niedługo zapoznać się z nowymi pozycjami spod pani pióra. Dziękuję bardzo za poświęcony nam czas i życzę pani, pani Moniko, dobrej, spokojnej nocy.
[03:55:18] - Ja również bardzo dziękuję za poświęcony czas wszystkim słuchaczom i pani bardzo za prowadzenie ze mną ciekawej rozmowy i oczywiście już coś tworzę, ale nic nie będę zdradzała. Natomiast mogę tylko powiedzieć, że moje książki będą zawsze miały w sobie nutę psychologiczną, poruszały jakieś problemy, ponieważ uważam, że stoję jednak mocno na ziemi. Uważam, że życie niesie ze sobą dużo różnych trosk, ale będą też optymistyczne, bo widzę również jasną stronę życia. Dobranoc pani. Dobranoc państwu.
[03:55:58] - Ja również bardzo pani dziękuję za spotkanie. Czekamy na książki i życzę państwu i pani spokojnej, dobrej nocy. Dobranoc.
[03:56:07] - Dziękuję bardzo. Dobranoc.
[03:56:10] - Na koniec dzisiejszego Bibliotekarium 2.0 chciałbym państwa zaprosić na kolejny odcinek audycji Bez Tajemnic. W poprzednim odcinku w tej audycji mowa była o egzorcyzmach. Tym razem cofniemy się nieco do lat dwudziestych XX wieku, a konkretnie do pracowni, do gabinetu jasnowidza Stefana Osowieckiego. To będzie test jasnowidza.
[03:56:54] - 29 sierpnia 1923 roku w Warszawie rozpoczął się II Międzynarodowy Kongres Badań Psychicznych. Do stolicy odrodzonej Rzeczypospolitej zjechali najważniejsi naukowcy z całej Europy, a także ze Stanów Zjednoczonych i z Turcji, którzy zajmowali się zjawiskami spirytystycznymi i eksperymentalnym badaniem percepcji pozazmysłowej. W auli Uniwersytetu Warszawskiego powitali ich polscy profesorowie, którzy zawiązali specjalny komitet organizacyjny kongresu. Otwarcie obrad uświetnił także prezydent Warszawy, rektor Uniwersytetu Warszawskiego, przedstawiciele Ministerstwa Oświaty i Zdrowia Publicznego, a także książę Stefan Lubomirski. To pokazuje, jak dużym poważaniem cieszył się spirytyzm wśród międzywojennej inteligencji. Myślę, że dzisiaj to byłoby nie do pomyślenia. Z perspektywy czasu staje się jasne, że zjazd metapsychików z 1923 roku był kulminacyjnym momentem zainteresowania zjawiskami parapsychicznymi w II Rzeczypospolitej. Zostaje wygłoszonych kilkadziesiąt referatów. Badacze dzielą się wynikami swoich doświadczeń i pracują nad ujednoliceniem terminologii. Trwają też dyskusje o interpretacje fenomenów medialnych.
Nikt z zebranych nie podważa ich istnienia. Spór dotyczy jedynie kwestii, czy dowodzą one istnienia życia po śmierci, czy raczej wskazują na nadnormalne właściwości ludzkiego umysłu, które nauka może poznać i opisać rządzące nimi prawa. Obradom towarzyszą seanse z polskimi mediami. Wśród najciekawszych zdarzeń, które mają wtedy miejsce, jest niezwykły przypadek z udziałem polskiego jasnowidza Stefana Osowieckiego. Tamte wydarzenia obrazuje pewien wodewil, który za moment zaprezentuję. Sceny muzyczne i taneczne zostały wycięte. Wiedząc o niezwykłych zdolnościach Polaka, metapsycy jeszcze przed kongresem przygotowali zapieczętowany list, który jasnowidz miał za zadanie odczytać. Brytyjskie Towarzystwo Badań Psychicznych powierzyło go swojemu przedstawicielowi, doktorowi Erickowi Johnowi Dingwallowi. Ten zabezpieczył list i przekazał go doktorowi Schrenck-Notzingowi. 30 sierpnia w towarzystwie doktora Sudra i doktora Geleya doktor Schrenck-Notzing udał się do mieszkania Osowieckiego.
Gdy jasnowidz wziął zabezpieczony list w dłonie i skoncentrował się, badacze w napięciu zastanawiali się, czy kolejny sprawdzian umiejętności jasnowidza zakończy się pozytywnym rezultatem, tak samo jak dziesiątki wcześniejszych testów. Po chwili Osowiecki zaczął krążyć po pokoju, skupiając się na zawartości koperty. W tym czasie badacze czujnie obserwowali Polaka, aby nie stracić go z oczu nawet na chwilę.
[04:00:28] - Widzę tu niechlujnie wykonany rysunek. Jest butelka, kwadrat. Butelka, kwadrat i data. I tam jest jeszcze coś napisane, czego nie potrafię, nie potrafię tego odczytać. To mniej więcej tak to wygląda. Proszę.
[04:00:58] - Herr Osowiecki. In welcher Fremdsprache war dieser Satz geschrieben?
[04:01:04] - Tekst jest napisany po francusku, a butelka jest lekko przekrzywiona i narysowana zaledwie kilkoma kreskami.
[04:01:12] - To były wszystkie informacje, które przekazał Osowiecki. Tego samego dnia badacze zwrócili Dingwallowi nienaruszony i nierozpieczętowany dokument. Trzeciego dnia kongresu zakomunikowano o doświadczeniu przeprowadzonym z Osowieckim i publicznie poddano je sprawdzeniu. Doktor Geley odczytał głośno protokół, a na czarnej tablicy odtworzył wykonany przez Osowieckiego rysunek mający odzwierciedlić zawartość koperty. Gdy Francuz skończył, Dingwall pokazał zebranym zapieczętowany list i opisał pokrótce powzięte środki ostrożności. Innymi słowy, rysunek sporządzony przez Dingwalla został złożony w pół, został wsunięty do małej koperty, która następnie została umieszczona w większej kopercie, a ta trafiła do jeszcze większej koperty, tak aby jasnowidz nie mógł niczego podejrzeć. Następnie Dingval przeciął kopertę i wyciągnął z niej kartkę, na której znajdował się kontur sztandaru, a na jego tle kontur lekko pochylonej butelki i data 22 sierpnia 1923 roku. Oba rysunki okazały się identyczne. Na odwrocie kartki znajdowało się także zdanie po francusku, którego jasnowidz nie był w stanie wcześniej odczytać: „Les vignobles du Rhin, de la Moselle et de la Bourgogne donnent un vin excellent.” Następnie data, którą podał jasnowidz, również była niekompletna, ale to chyba nie ma w tym przypadku większego znaczenia. Opisana historia jest tylko jednym z tysięcy doświadczeń, w których Ossowiecki udowodnił, że ludzka myśl potrafi przeniknąć w materię i nie zamyka się jedynie w obrębie mózgu, jak chcieliby materialiści.
Na koniec dodam tylko, że wodewil, który został zaprezentowany, miał na celu jedynie urozmaicenie niniejszego materiału, więc proszę się nie doszukiwać w nim jakichś podtekstów, jakichś ukrytych treści. I to chyba byłoby na tyle. Zapomniałbym. Trzeba tutaj podkreślić, że osoby, które mają ochotę zgłębić temat, mogą sięgnąć po książkę Stefana Ossowieckiego „Świat mego ducha i wizje przyszłości”. Jest to książka, która zawiera bardzo dużo treści dotyczących eksperymentów przeprowadzonych przez Ossowieckiego. Jest to książka spisana na podstawie notatek Ossowieckiego, notatek znajomych Ossowieckiego, artykułów prasowych. Jest to książka dla wytrwałych. Ilość materiału sprawia, że w pewnym momencie staje się ona troszeczkę nużąca, ale na pewno każdy, kto interesuje się tą tematyką, znajdzie w tej książce bardzo dużo ciekawej treści, więc zachęcam. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:04:41] - Cóż, proszę państwa, i to już koniec dzisiejszej audycji. Kolejny odcinek, znowu jubileuszowy. Ja mam jakąś manię, proszę państwa. Trudno, proszę mi wybaczyć, ale to był w końcu odcinek 125. Więc jakby nie było jubileuszowy, kolejny jubileuszowy. Niniejszym ten odcinek uważam za zamknięty. Proszę się nie martwić albo proszę się nie cieszyć. Martwić to ci, którzy chcieliby więcej. Cieszyć to ci, którzy nienawidzą serdecznie „Bibliotekarium 2.0” i tego, co ja sobie tutaj wygaduję na antenie. Są i tacy.
Serdecznie ich pozdrawiam. No cóż, to bez względu na to, czy się ktoś cieszy, czy się ktoś martwi, ja już dzisiaj zapowiadam i zapraszam na 126. wydanie „Bibliotekarium 2.0” już za tydzień w piątek. Jak tak dobrze liczę, to wydaje mi się, że zbliżamy się nieuchronnie do marca. To będzie jeszcze luty, ale już następnego dnia rozpocznie się marzec. A skoro rozpocznie się marzec, to do wiosny coraz bliżej. Nie ukrywam, że czekam. Czekam z utęsknieniem, żeby się skończyła ta pora roku, której nie lubię i nie zawaham się mówić o tym jeden, drugi, trzeci i pięćdziesiąty raz. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Pozdrawiam, życzę dobrego, pozytywnego weekendu i cóż.
Dobranoc. Do usłyszenia.
[04:06:20] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radio Paranormalium i Book Radia.