[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji.
[00:14] - Pączków zero, książek tysiąc. Taka prawda. Można przysiąc. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Nie jest tajemnicą, że nagrywamy zawsze w czwartki, a słyszymy się w piątki. A skoro mamy już piątek, to zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. Przy mikrofonie i za sterami technicznie audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Witam pięknie. Witam wszystkich stałych słuchaczy. Witam wszystkich bardzo wrażliwych słuchaczy, których jedno słowo, zacytowane w dodatku, może odpędzić od głośników czy słuchawek. Zdarzają się takie przypadki. No cóż, ale mam nadzieję, że pojedyncze słowo nie jest w stanie przynajmniej większości z państwa odpędzić od audycji Bibliotekarium 2.0. 126. odcinek pod dziwnym tytułem: „14 kwietnia 2037 roku razy cztery”. Co oznacza owa tajemnicza data?
O tym dowiecie się państwo, ale za kilkanaście minut, takich z okładem nawet kilkanaście minut. A teraz zaczynamy polecanki książkowe. Dzisiaj, czyli 28 lutego 2025 roku pojawiła się na rynku wydawniczym książka „Klub bezdusznych dziewczyn” Laury Steven. Wydawnictwo Artbooks. „Klub bezdusznych dziewczyn”. Książka, jak to w wydawnictwie Artbooks, książka z barwionymi brzegami. Coraz więcej takich książek się pojawia. Zatem książka ponownie zaczyna być traktowana, przynajmniej przez niektórych, jako rodzaj dzieła sztuki. Może sztuki użytkowej, ale jednak. Przyznam się, że wydanie naprawdę piękne, ale to tylko pewna powierzchowność.
Zajrzyjmy zatem, co pojawia się między okładkami. Sporo studentów elitarnej Akademii Sztuk Pięknych Carvel w tajemniczych okolicznościach straciło życie, spadając z Wieży Północnej. Po tych wydarzeniach szkoła została zamknięta, by teraz, po dziesięciu latach ponownie przyjąć studentów pod swoje skrzydła. Zdeterminowana Loki, studentka literatury gotyckiej, za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło. Ale kiedy jej współlokatorka Alice odkrywa w uczelnianej bibliotece książkę z opisem niebezpiecznego rytuału rozdzielającego duszę, Wieża Północna ponownie domaga się krwi. Czy Loki odkryje prawdę, zanim Wieża Północna pochłonie więcej ofiar? Czy Alice odwróci rytuał, zanim zło na zawsze zawładnie jej duszą? Czy dziewczyny mogłyby choć na chwilę przestać flirtować, aby skupić się na walce światła z mrokiem? Przypomnę wydawnictwo Artbooks. Data premiery: dzisiaj, 28 lutego.
Autorka Laura Steven. Tytuł: „Klub bezdusznych dziewczyn”. Druga książka w dzisiejszym przeglądzie pochodzi od wydawnictwa Nowe Strony. Jej premiera to czwarty dzień marca, czyli tak naprawdę niedługo ta książka pojawi się na rynku. Tytuł: „Szkarłatna alchemiczka”. Autorka Kaylie Lee Baker. No i czytamy, co tam między okładkami się zmieściło. Zilan marzy o staniu się cesarską alchemiczką. Pragnie zapewnić byt swojej rodzinie dzięki alchemicznemu wytwarzaniu złota i klejnotów, które spożywają bogaci, by żyć wiecznie. Lecz na razie wiedzie żywot w zubożałej wiosce w południowych Chinach, praktykując nielegalną formę alchemii, aby utrzymać rodzinę.
Za odpowiednią cenę wskrzesza zmarłych. Kiedy dziewczyna w końcu otrzymuje szansę przystąpienia do cesarskich egzaminów, wyrusza do stolicy, aby rywalizować z najlepszymi alchemikami w kraju. Rywalizuje w skomplikowanych zadaniach. Przetrwa je, jeśli uśmiechnie się do niej los, nie mówiąc już o ich zaliczeniu. Na domiar złego, jej reputacja przywracania martwych do życia podąża za nią do stolicy, w której tajemniczy znajomy prosi ją o pomoc w udaremnieniu potencjalnego zamachu na koronę. Im głębiej Zilan wnika w nowy świat, tym bardziej pogrąża się w politycznych intrygach cesarskiego dworu. Tymczasem w murach pałacu czają się potwory i to tylko kwestia czasu, zanim one i sekrety przeszłości Zilan dopadną dziewczynę. To była zachęcajka od wydawnictwa Nowe Strony. Przypomnę książka Kailey Le Baker „Szkarłatna Alchemiczka”. Data premiery 4 marca 2025 roku.
I trzecia polecanka Paulina Zalecka powieść „Wieża Kłamstw”. Wydawnictwo Black Rose. Data premiery — a tu niespodzianka. Druga książka, która pojawiła się na rynku wydawniczym dzisiaj. Zatem można podreptać spokojnie jutro w sobotę do Empiku czy jakiejś innej księgarni i tę książkę nabyć drogą kupna. Zajrzyjmy, co między okładkami piszczy. Dziadek zamknął dziewczynę w pokoju, by obronić ją przed człowiekiem, który nazywał ją Złotowłosą. Królewicz myślał, że ją chroni. Królewna jednak otwierała okno. Kora Brown, odkąd pamięta, była zakochana w sąsiedzie.
Pewnego dnia on nawiązuje z nią kontakt i od tamtego czasu przychodzi każdej nocy, by spędzić z nią czas na rozmowie. Kiedy wreszcie się do siebie zbliżają, Kora odkrywa jego sekret i opuszcza rodzinne miasteczko, by już nigdy nie spotkać chłopaka, który złamał jej serce. Niestety musi wrócić do Rushville, a to, co tam przeżyje, złamie ją po raz kolejny. Noah był dzieckiem, któremu nie brakowało pieniędzy. Niemal od zawsze obserwował swoją sąsiadkę. Gdy nadarza się okazja, zdobywa jej sympatię. Uczucie przeradza się w miłość, ale zostaje zmuszony do zrobienia okropnej rzeczy, która przekreśla jego przyszłość z Korą. Kiedy dziewczyna znika, Noah przewraca do góry nogami okoliczne miasteczka, lecz nie może jej znaleźć. Gdy Kora wraca po latach, chłopak postanawia się zemścić za skrzywdzenie go. Nie pomaga jednak fakt, że Kora ma córkę, która jest jego małą kopią.
Tajemnice z przeszłości wychodzą na jaw, a jedynym ratunkiem dla bohaterów jest miłość, która ciągle tli się w ich sekretach. Jeśli macie państwo wrażenie, że nie do końca złapaliście, co się w tej książce naprawdę dzieje, to przyznam się, nie jesteście państwo odosobnieni. Ja również czuję się zaintrygowany tym, co przed chwilą państwu przeczytałem. Nie wiem, jak to się ze sobą splata, ale bardzo, ale naprawdę bardzo chętnie się dowiem. Przypomnę Paulina Zalecka „Wieża Kłamstw”, wydawnictwo Black Rose, a książka dostępna jest na rynku wydawniczym od dzisiaj. Dzisiaj pewno już trudno byłoby ją gdzieś upolować, ale jutro jak najbardziej tak. Proszę państwa, proszę państwa, to były polecanki książkowe. To teraz stały punkt programu pod tytułem „Korepetycje filozoficzne”. Dzisiaj artykuł Anny Chęćki „Biblioteka Babel czy Niebo Platona?” Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2021 roku, w numerze trzecim, trzydziestym dziewiątym z kolei i jest dostępny dla Państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autorka Anna Chęćka jest doktorem habilitowanym filozofii, pianistką, wykłada w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Gdańskiego.
Łączy pisanie i mówienie o muzyce z grą na fortepianie. Jest autorką książek „Dysonanse krytyki. O ocenie wykonania utworu muzycznego”, „Ucho i umysł. Szkice o doświadczaniu muzyki”, „A jak Apollo. Biografia Alfreda Cortota”, „Słuch metafizyczny”. Publikuje również w czasopiśmie „Ruch Muzyczny”. A zatem rozpoczynamy lekturę artykułu Anny Chęćki „Biblioteka Babel czy Niebo Platona?” Idea nieskończoności znajduje w sztuce tak wdzięczną partnerkę, że opisowi ich relacji można by poświęcić książkę. Oto kilka zależności między tworzeniem, odbiorem sztuki i nostalgią za bezkresem, które stanowią niewyczerpalne źródło refleksji. Zasada non finito. Estetyka zna poczucie winy, radykalnego niepokoju w obliczu skończonego utworu.
Nie chodzi tylko o to, że wiersz, symfonia czy płótno mogłyby się w ogóle nie pojawić. Nawet najdoskonalszy przedmiot estetyczny stanowi odstępstwo od rozleglejszych możliwości — zauważa w „Gramatykach tworzenia” George Steiner i analizuje dynamikę rozczarowania odczuwanego przez wielkich twórców. Permanentne niezadowolenie charakteryzowało dzieła samozwańczego geniusza, jakim był Michał Anioł. Otwarcie głosił, że nie ma żadnych rywali i nikt nie może się z nim równać, a jednak aż dwie trzecie rzeźb pozostawił w stanie niedokończonym. Zasada non finito nie była jednak wyłącznie przejawem niezadowolenia twórcy. Vasari tłumaczył, że non finito Michała Anioła odzwierciedla wzniosłość jego idei, które ciągle leżą poza zasięgiem jego dłoni. Współczesny neurobiolog Semir Zeki dodaje, że jako artysta wierzący w Boga, Buonarroti nie kończył dzieła, gdy czuł, że nie domknie go boska interwencja. Ten trop wskazuje nam sam Michał Anioł w jednym ze swoich sonetów. Cytuję: „Więc młot zostanie mój w nieukończeniu, gdy nie da warsztat nieb pomocy chyżej, bo tu na świecie był jeden jedyny.” Zdaniem Zekiego zasada non finito ilustruje niezadowolenie artysty z prób ożywienia w sztuce takich syntetycznych pojęć jak piękno i doskonałość. Non finito postrzegane z perspektywy neurobiologicznej ciekawie współbrzmi z wieloznacznością dzieł.
Jedne i drugie są niestabilne poznawczo stwierdza Zeki. W obu wypadkach mózg może nadać temu samemu dziełu wiele równie uzasadnionych interpretacji, rzutując na odbiór rozmaitych pojęć. Tam, gdzie sztuka wykracza poza oczywistość w stronę nieokreśloności i tajemnicy, dla naszego mózgu rodzi się nadzieja na przekroczenie poznawczych ograniczeń. Migotliwość znaczeń. O sile wieloznaczności wspomina Arthur Schopenhauer, gdy zauważa, że szkice wielkich mistrzów nieraz mocniej oddziałują niż ich malowane obrazy. Intrygująco prezentuje się na tym tle idea dzieła otwartego Umberto Eco albo Romana Ingardena. Koncepcja konkretyzacji estetycznej. Ta ostatnia daje odbiorcy szansę ożywienia wartości tkwiących w dziele sztuki in potentia, lecz odkrywanych dopiero w niepowtarzalnym przeżyciu estetycznym. Czy jest to proces nieskończony? Chociaż podmiot konkretyzujący porusza się w obszarze konieczności wyznaczanej przez dzieło sztuki, to zarazem doświadcza wolności.
Zdecydowanie dosadniej ujmował to Roland Barthes w odniesieniu do tekstu literackiego. Nazywał go przecież galaktyką significant, a nie strukturą signifie. Akcentując to, że tekst nie ma początku, zaś kody, które tekst uruchamia, są nierozstrzygalne. Chaos, który ujawnia się w wyniku takiej czytelniczej omnipotencji, może niepokoić. Recepta zrealizowana przez zbyt zuchwałego pacjenta prowadzi do lekceważenia znaczeń, jakie dzieło otwiera jedynie przed wrażliwym i uważnym odbiorcą. Wydaje się zatem, że konkretyzacja estetyczna potraktowana jako spór o prawdę wymaga uszanowania dialektycznego napięcia pomiędzy wolnością i koniecznością. Rzeczywistej obecności autora w dziele doświadcza się nieczęsto, choć zdarza się to zwłaszcza w kontakcie z arcydziełem. W estetycznym olśnieniu rozumiemy, co miał na myśli Beethoven notujący w partyturze słynne es muss sein, które być może należy odczytywać jako odnalezienie w procesie twórczym przedustawnego porządku struktur. Nieskończoność ujawniona w takim porządku nie jest naznaczona dowolnością ani chaosem. Trudno rozstrzygnąć, czy w istocie nie jest to skończoność znana z biblioteki Borgesa, a więc operująca tak ogromną ilością kombinacji, że żadne ludzkie poznanie i tak nie jest w stanie wyczerpać ich bogactwa.
Poza czasem i śmiercią. Wielkość dzieła lub raczej miara tworzenia polega na obnażaniu pozorów przemijania i śmierci stwierdza w eseju „Dlaczego?” Wiesław Juszczak. I przesuwa akcent z konkretyzacji estetycznej na egzystencjalną, a nawet nominotyczną, czyli sakralną. Zrywana w potocznym bytowaniu ciągłość istnienia rodzi lęk, niepewność, pesymizm. Ten obraz wielka sztuka neguje, rozbija. Jest przeto dialogiem ze śmiercią, dialogiem u wielkiego artysty w wielkim dziele, zawsze zwycięskim. Śmierci nie ma. Nie ma muru, pod którym giniemy. Jest nieustannie otwierający się nieskończony horyzont. Tak napisał wspomniany Juszczak.
Podobny trop obiera Hilary Lawson, który ludzkie dążenia dzieli na pragmatyczne poszukiwanie domknięcia i tęsknotę za otwarciem, prześwitem. Sztuka i religia w oczywisty sposób spełniają to drugie dążenie. Ich sojuszniczką ukazuje się matematyka, która podobnie jak u wcześniej cytowanego Steinera wraz z muzyką i mistyką zdaje się tworzyć wywiedzione z Timajosa trzy figury braku uwarunkowań. Steiner zastanawia się nad relacjami między nimi w kontekście wielkiego sporu o to, czy sztuka jest wynikiem odkrywania, czy tworzenia. Fascynuje go to, że geometria Euklidesa, preludia i fugi Bacha dają poczucie Nieuchronności, ale widzi zarazem, że matematyka, tak samo jak muzyka, niesie ze sobą innowacje. Radykalny skok w to, co nieoczekiwane. Nie rozstrzyga sporu między tworzeniem a odkrywaniem. Mam na myśli Steinera. Godzi się na ich dialektykę. A co na to platonicy?
Ich zdaniem dzieła sztuki muzycznej należy traktować jako abstrakcyjne przedmioty istniejące od zawsze. W akcie komponowania utwór zostaje przeprowadzony z istnienia potencjalnego do realnego. I choć zgoda na uznanie muzyki za odkrycie kłóci się z rozumieniem sztuki jako wytworu działań utalentowanego człowieka, to stanowi niemałą pokusę dla tych spośród nas, którzy w sztuce lokują swoją nostalgię za niebem Platona. Proszę państwa, to był artykuł Anny Chęćki „Biblioteka Babel czy Niebo Platona?” Jeśli się państwo nie domyślili słuchając, to ja tak pokrótce skomentuję. To jest artykuł o tym, czym naprawdę jest sztuka. Pod koniec to bardzo dobrze widać, kiedy pada pytanie, czy sztuka jest aktem tworzenia, czy tylko aktem odsłaniania czegoś, co już istnieje? Czy twórca jest kreatorem, czy tylko odkrywcą, czy tylko narzędziem, za pomocą którego jakaś większa świadomość, jedni nazwą ją Bogiem, inni duchem czasu, jeszcze inni jakoś zupełnie inaczej, ale w każdym razie ta nadświadomość posługuje się człowiekiem, aby ów utwór stworzyć. Nie, właśnie nie stworzyć, odkryć przed człowiekiem. Proponuję, tak jak często to robię, jeszcze raz przesłuchać to moje nieudolne czytanie, bo problem jest. My bardzo często nie zdajemy sobie z niego sprawy.
Bardzo często czujemy, że trudno jest nam odpowiedzieć na pytanie, czy dzieło sztuki jest stworzone, czy tylko odkryte. Myślę, że ten przykład z Michałem Aniołem, który porzucał swoje dzieła, ponieważ zdawał sobie w pewnym momencie sprawę, że jeśli nie będzie boskiej interwencji, to on nie jest w stanie jako człowiek, zdolny przecież, ale nie jest w stanie jako człowiek odkryć owego boskiego wytworu, owej boskiej koncepcji, która gdzieś tam jest, a jemu nie dane będzie owej koncepcji odkryć. No cóż, warto rzecz przemyśleć. Mam trochę inne zdanie, ale warto pamiętać, że tego rodzaju myśli nurtują filozofię. Filozofię jak filozofię, ale sporą część twórców od bardzo dawna. Przypomnę, to był artykuł Anny Chęćki „Biblioteka Babel czy Niebo Platona?” Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2021 roku i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. No to, proszę państwa, nadchodzi ten czas, kiedy rozszyfrujemy tajemniczą datę z tajemniczego tytułu. 14 kwietnia 2037 roku razy cztery. O co chodzi? Już państwu tłumaczę.
Stali słuchacze Bibliotekarium 2.0 wiedzą, że wspólnie z Wojtkiem Sedeńko na kanale Wehikuł Wyobraźni, na który nieustająco zapraszam, tworzymy taki cykl opowieści o książkach i autorach, w których Wojtek Sedeńko w sposób alfabetyczny, w ujęciu alfabetycznym omawia książki i ich twórców. Książki spod znaku SF, fantasy i w ogóle gatunków fantastycznych. Dzisiejszy odcinek, który pozwolę sobie państwu zaprezentować, dotyczy dwóch autorów: Jacka Inglota i nieżyjącego już niestety Lecha Jęczmyka. Ale ta data, proszę państwa, pochodzi z tetralogii Jacka Inglota zatytułowanej „Polska” i to jest „Polska 2.0” dwie powieści, „Polska 3.0” jedna powieść, „Polska 4.0”. To są cztery powieści, w których Jacek opisuje cztery różne rzeczywistości. Bardzo różne. Każda z tych powieści dzieje się 14 kwietnia 2037 roku. Stąd te cztery razy. Każdy z tych dni, chociaż nosi tę samą datę, tak jak powiedziałem, jest zupełnie inny. Raz to jest świat, w którym spełniły się wszystkie marzenia bardzo postępowych ludzi, lewicujących i nie tylko lewicujących.
Świat jest tęczowy, kolorowy i w ogóle, jakby oni to powiedzieli, cudowny. Inna z rzeczywistości przedstawionych przez Jacka Inglota to jest rzeczywistość wojenna, ponura, mroczna. Jest też rzeczywistość, w której tego 14 kwietnia toczy się referendum dotyczące... Zresztą to wszystko będzie w audycji, więc ja państwu nie będę opowiadał. Wytłumaczyłem, skąd się wziął tytuł. Zapraszam na opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. I tak jak powiedziałem, dzisiaj będzie o dwóch niezwykle ciekawych autorach. Jacek Inglot to jest postać Która nie tylko pisze ciekawie, ale jest też ciekawą osobowością. Warto się z nią spotkać. Jeśli będziecie państwo kiedyś mieli okazję uczestniczyć w jakimś spotkaniu autorskim z Jackiem Inglotem, będziecie chociażby na jakimś konwencie, na którym Jacek Inglot będzie miał swoją prelekcję, to zapraszam państwa, idźcie na tę prelekcję.
A dlaczego? A dlaczego to się państwo przekonacie, usłyszycie w audycji, która za chwilę się rozpocznie. A jeśli chodzi o Lecha Jęczmyka, myślę, że Wojtek opowie o tej postaci najlepiej, ponieważ obaj panowie byli przyjaciółmi, ludźmi, którzy zjedli beczkę soli i niejedną antologię wspólnie stworzyli. Zapraszam zatem na opowieści o książkach i autorach. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy kolejny odcinek naszej podróży przez fantastykę. Kolejny odcinek opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. Dzień dobry wieczór Wojtku.
[25:24] - Dzień dobry wieczór Marku.
[25:26] - Tak, dzisiaj mamy odcinek, który przeprowadzi nas przez dwie literki. O ile w literce H tkwiliśmy długo, kilka tygodni i to dobrych kilka tygodni. No to dzisiaj mamy odcinek, powiedziałbym ekspresowy, bo będą dwie literki. Jedną z nich dopiero zaczniemy. Wojtku, oddaję ci głos.
[25:51] - Tak, dzisiaj dwie literki. Trzeba było połączyć literę I i literę J tylko dlatego, że na literę I jest właściwie jeden autor warty omówienia. I może zacznijmy właśnie od litery I, czyli Jacek Inglot. Jacek Inglot, urodzony w 1962 roku w Strzednicy. Od czwartego roku życia mieszkał we Wrocławiu. Tutaj zdobył wykształcenie. Jest z wykształcenia filologiem polskim, a fantastyką interesował się, jak mówi, od zawsze, od dzieciństwa. Jako autor zadebiutował w roku 1986, czyli mając 24 lata. Było to opowiadanie „Vira necessitas” w miesięczniku, nie w kwartalniku, bo to był PSMF-owski jeszcze kwartalnik „Feniks”. To opowiadanie dało później tytuł antologii Alma Pressu z fantastyką polską.
Następnie Jacek trafił na łamy miesięcznika „Fantastyka”. Taką komareską science fiction incorporated. To opowiadanie, w ogóle przebicie się Jacka do fantastyki troszeczkę czasu zajęło. On o tym pięknie opowiada. Oczywiście zwłasćiłem sobie stylem, głośno mówiąc i energicznie gestykulując. Kto zna Jacka, to od razu widzi jego postać. Publikował poza tym w Nowej Fantastyce, w Problemach, miesięczniku Feniks, tym założonym przez Rafała Ziemkiewicza i Jarka Grzędowicza, w Playboyu, w licznych antologiach. On się nie zatrzymywał wyłącznie na fantastyce. Interesowały go również inne, również mainstream czy rzeczy historyczne. W 1996 opublikował taką powieść w Rewisie „Inkwizytor”.
To był ten Rewis jeszcze przed rozłączenia się na dwa wydawnictwa Zysk i Rewis. I było to rozwinięcie dwóch opowiadań wydrukowanych w Nowej Fantastyce, traktujących o przygodach licealnego nauczyciela Inkwizytora, tytułowego, wplątanego w działania sił nieczystych. Inkwizytor, a opowiadania o Inkwizytorze powstały w sumie za namową Macieja Parowskiego z Fantastyki, bo Maciej zaproponował tak Jackowi, że: „Słuchaj, na czym się znasz? No, jesteś nauczycielem. Napisz coś o szkole, w której uczysz.” I tak powstały te opowiadania. W 1990 roku w wizjach moich alternatywnych, w pierwszej mojej antologii znalazło się opowiadanie „Kwietus i chrześcijanie.” Świetna alternatywna historia, którą potem rozwinął w powieść. W 1997 roku „Kwietus” ukazał się nakładem Zyska i spółki. Jest to historia alternatywna, dziejąca się w późnym antyku. Nominowana była do Nagrody Zajdla. Później było jeszcze wznowienie w Narodowym Centrum Kultury, które uruchomiło taką serię „Zwrotnice czasu” o alternatywnych historiach pisanych przez polskich autorów.
Tam znalazło się sporo niezłych książek. Szkoda, że seria została zamknięta. Poza tym Jacek działał w klubach wrocławskich, więc często współpracował z dosyć silnym literackim środowiskiem wrocławskim. W tymże klubie pisali Wiesiek Krause, Andrzej Drzewiński, Eugeniusz Dębski, Robert Schmidt. To byli ci autorzy wrocławscy. I tutaj razem z Drzewińskim opublikował Jacek Inglot w 2004 roku zbiór opowiadań „Bohaterowie do wynajęcia.” W tym czasie, kiedy opublikował Jacek te swoje opowiadania w Nowej Fantastyce, zajął się też publicystyką. Bardzo dużo jego recenzji ukazało się na łamach Fantastyki, ale także w miesięczniku Odra, gdzie w cyklu recenzji książki pokupne pisał przez kilka lat. Do Życia Warszawy pisał taki dodatek tygodniowy Życie Extra. Również przez dwa lata zajmował się redakcją książek dla wydawnictwa Phantom Press dla Zyska i Spółki. Przez jakieś dwa lata współpracowaliśmy w redakcji Sfinksa w momencie, kiedy wydawał to pismo Tadeusz Bryk w Poznaniu.
Jacek był zastępcą naczelnego czy sekretarzem redakcji. Ta cała publicystyka Jacka, gdzie recenzje czasami bywały ostre. Jacek jako belfer bardzo często walczył z marnym pisarstwem i to było wielokrotnie w tych recenzjach widać. Ta publicystyka została zebrana, opublikowana łącznie z esejami w tomie Autostopem przez fantastykę w wydawnictwie Stalker Books. W ostatnich latach Jacek troszeczkę odchodził od fantastyki, ale zaraz przejdziemy do takiej trylogii, właściwie tetralogii w trzech woluminach, którą opublikowałem i zaczął się zajmować literaturą dla dzieci. Na przykład wydał powieść fantasy Erin Smoke. Ona była nominowana do Nagrody IBBY i Nagrody Kornela Makuszyńskiego. Doczekała się kontynuacji. Zajmował się projektami edukacyjnymi dla Axel Springer. Zajmował się magazynem poświęconym tematyce kryminalnej.
Zresztą próbował swoich sił w tym gatunku, więc jest to autor dosyć wszechstronny. Może w takim razie przejdę do tej tetralogii Polska 2.0, Polska 3.0, Polska 4.0. W 2016 roku ten pierwszy tom Polska 2.0, złożony z dwóch krótkich powieści Wojna dronów i Burza planetarna opublikowało wydawnictwo Dwa B. Mamy rok 2016, więc jest dwa lata po aneksji Krymu przez Rosję putinowską oraz rozpoczęciu działań separatystycznych w Donbasie i w Ługańsku. I Jacek w tych swoich dwóch powieściach zajmuje się trochę tą tematyką wojny na Wschodzie. Ale wszystkie te cztery krótkie powieści są alternatywną historią Polski w niedalekiej przyszłości, bo dzieją się wszystkie tego samego dnia. Każda z nich pokazuje inną wersję historii. Dzieją się 14 kwietnia 2037 roku. Te wizje są różnorakie. To znaczy mamy wizję, gdzie Polska triumfuje, Polska staje się mocarstwem.
Mamy wizję, gdzie Polska wręcz przeciwnie, właściwie jest rozgrabiona. Mamy wizję, gdzie Polska upada. Czyli mamy powieści o triumfie i o upadku. Mamy też wizję, w której Polska jest takim państwem w Europie, które przoduje, państwem liberalnym. Czyli w momencie, kiedy opublikowano Polskę 2.0, zarzucano pewne takie prawicowe podejście Jackowi. W powieści Polska 4.0, gdzie wszystkie sny feministek zostały spełnione w jego wizji. No chyba odpowiedział, że wcale nie jest autorem prawicowym. Są to rzeczy bardzo ciekawie napisane, poza tym z niezłymi pomysłami science fiction, bo jedna z tych wizji opowiada o dysydentach polskich, którzy zostają zmuszeni do opuszczenia kraju i na szelfie oceanicznym pod wodą zakładają państwo z wysoką technologią i dają sobie z tym wszystkim radę. Oczywiście nie będę zdradzał jak się to kończy, ale wizja jest bardzo ciekawa. W Polsce 3.0 Jacek jako filolog i znawca fantastyki mierzy się trochę z Tadeuszem Konwickim i jego Małą apokalipsą, bo mamy oto bohatera, który tego 14 kwietnia 2037 roku włóczy się w dniu plebiscytu na Dolnym Śląsku po ulicach Wrocławia, tak jak bohater Konwickiego po Warszawie i rozmyśla po prostu nad przyszłością Dolnego Śląska.
Jak powiedziałem, za chwilę ma się odbyć plebiscyt, w którym mieszkańcy Dolnego Śląska opowiedzą się, czy chcą pozostać w Polsce, czy wrócić do Niemiec. Wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy Wrocławia postanowią wybrać jednak opcję niemiecką. Więc bardzo ciekawa rzecz. Wszystkie cztery powieści bardzo polecam. Jacek ma zmysł przewidywania takich krótkich czasowo historii i powiedzmy sam tytuł Wojna dronów. W 2016 roku nikt nie myślał o tym, że wojna współczesna będzie się toczyła nie za pomocą rakiet, ale właśnie za pomocą sił konwencjonalnych, a przede wszystkim dronów. Widzimy to dzisiaj na Ukrainie. Poza tym w tej Polsce Jacka Inglota jest też opowieść o polskich czołgach, które na polach kurskich walczą z tankami rosyjskimi. Może nie z polskimi załogami mamy w rzeczywistości, ale czołg twardy pod Kurskiem w tej chwili walczy z ruskimi tankami, więc mamy wizję, która została napisana w 2016 roku i oto osiem lat później praktycznie się spełnia. Tego typu historie alternatywne warto czytać, a fantastyka pokazuje tutaj umiejętnościami oraz umysłem autora to, że fantastyka jest literaturą bardzo ważną, która może pokazać świat najbliższej przyszłości, a przede wszystkim ostrzec przed tym, co może się zdarzyć.
Dobrze by było, gdyby politycy mieli to na uwadze. Są też u Inglota, występują politycy, których można dosyć jednoznacznie zlokalizować wśród polskich elit politycznych.
[34:53] - Ja z kolei uwielbiam chodzić na prelekcje Jacka, ponieważ one mają niepowtarzalną atmosferę. Jacek, jak wspomniałeś, jest pedagogiem, a właściwie belfrem i to widać na tych prelekcjach. Tylko Różnie to bywa odbierane. Ja się na nich świetnie bawię, kiedy Jacek różne tezy wygłasza takim głosem belferskim, pewnym siebie. Wygłasza różne tezy, bardzo mocno potrafi ich bronić. Widać, że jest do obrony tych tez, czasami dziwnych, przygotowany. Można by właściwie powiedzieć, że to jest człowiek, który tak bardzo wierzy w różne scenariusze, które wygłasza, że naprawdę pobudza ludzi do gorących dyskusji. Jacek, moim zdaniem, jest znakomitym prowokatorem dyskusji. Świetnie to robi. Wsadza kij w mrowisko i jeszcze tak dobrze nim kręci, co niektórych doprowadza do szału.
Już widziałem w akcji takich, których Jacek sprowokował do wystąpień wręcz histerycznych. Na szczęście Jacek zachowuje spokój i to jest, wierzcie mi państwo, taki seans, który warto obejrzeć. Jak człowiek, który pasjonuje się fantastyką, bo Jacek jest pasjonatem fantastyki, ale jednocześnie ma umysł analityczny, co ja sobie zawsze bardzo cenię. A z jeszcze innej strony jest człowiekiem, który naprawdę potrafi dyskutować, potrafi wygłaszać pewne tezy i ich bronić. Robi to bardzo żywiołowo chwilami i w związku z tym można powziąć różne podejrzenia na jego temat. Niemniej spróbujcie państwo. To jest naprawdę niezapomniane, kiedy jesteście na prelekcji Jacka i on rozpoczyna dyskusję. Ale drugą rzeczą, o której chciałem wspomnieć, to jest taki zbiór opowiadań, który nawet chyba nie jest wymieniony w Wikipedii albo w innych miejscach, które biograficznie podsumowują pisarstwo Jacka. To jest zbiór „Sodomion”, zbiór opowiadań erotycznych, a właściwie z seksem w tle. Poczytałem sobie na pewnym portalu, co ludzie sądzą.
I troszkę byłem bezradny, bo to są opowiadania, częściowo te, które były publikowane. Niektóre z tych opowiadań były publikowane w „Playboyu”, o którym Wojtku wspomniałeś. A dla wszystkich niezorientowanych „Playboy” to było pismo, bo dzisiaj już nie wychodzi w formie papierowej w Polsce. Pismo, które naprawdę publikowało dobre opowiadania. I w ogóle taka tradycja jest, że „Playboy” ten na Zachodzie również publikuje dobrą literaturę. I ten zbiorek „Sodomion” ma w sobie część z tych opowiadań i ku mojej boleści ludzie piszący o tym zbiorze głównie zauważają w tym zbiorku seks. On tam rzeczywiście jest obecny w różnych konfiguracjach. Różnie to jest obrazowane. Tymczasem ja dostrzegłem tam, może dlatego, że już jestem stary, nie wiem. Ja dostrzegłem tam szereg innych problemów, dla których ten seks i te różne konfiguracje, które się pojawiają w tym zbiorze, są tylko tłem.
Rzeczywiście dużo się w sferze erotycznej dzieje, ale tak naprawdę mamy przedstawione światy. Światy co najmniej intrygujące, jeśli nie przerażające. Niektóre z nich po prostu przerażają. I mnie trochę to zmroziło, że część z ludzi piszących o tym zbiorku jednoznacznie widziała tam tylko i wyłącznie erotykę czy seks. Tam jest naprawdę o wiele więcej. Być może to sprawiło, że ten zbiorek na wiadomym portalu nie ma wysokich ocen. Moim zdaniem absolutnie niesłusznie. Te opowiadania, spora ich część to są naprawdę dobre teksty, które w jakiś sposób analizują rzeczywistość, a właściwie antycypują rzeczywistość, która ni stąd, ni zowąd może się pojawić, która w dodatku może zwykłego człowieka przygnieść. Przygnieść swoim, chociażby brakiem uczuć, dużą ilością seksu, ale brakiem uczuć, brakiem więzi pomiędzy ludźmi. Moim zdaniem to jest zapomniany zbiorek zapomnianego wydawnictwa, po który naprawdę warto sięgnąć.
[39:49] - Zbiorek miał dosyć paskudną okładkę w dodatku. Każdy odczytuje książkę na swój sposób. Jeżeli ktoś dostrzegł w tych opowiadaniach wyłącznie seks, znaczy, że miał tylko seks na myśli, a nie inne rzeczy, więc należy po prostu o tym nie mówić. Jacek napisał jeszcze książkę, która zdobyła nagrodę w kategorii powieści dla młodzieży w konkursie Wolność przez Narodowe Centrum Kultury, o którym wspomniałem. „Operacja Komendant” opowiada o podróży w czasie, Agencji Bezpieczeństwa Temporalnego oraz oczywiście komendanta Piłsudskiego, który w 1918 roku prawdopodobnie wiedział więcej niż wiedzieć powinien. Więc książka też dosyć istotna. Szkoda, że wydawana przez wydawcę, który mało był zainteresowany i nadal jest zainteresowany dystrybucją tychże książek. Ja mogę powiedzieć tak, że kiedy pierwsza książka w serii Zwrotnica czasu ukazała się w NCK, była to znakomita powieść Maćka Parowskiego „Burza”. Ona przeleżała kilka miesięcy w magazynie NCK. Nie została zrealizowana według grantu.
Wszyscy dostali pieniądze, drukarnia pieniądze też dostała, a książka po prostu tam leżała. Nikt nie był zainteresowany ani nie wiedział, w jaki sposób puścić ją w Polskę, żeby czytelnik mógł ją otrzymać. Ja przyznam się, że bardzo mocno się w NCK awanturowałem, wydzwaniałem tam do nich i tak dalej. W końcu ja trochę egzemplarzy dostałem i trafili do jednej z hurtowni, bodajże do Notyli, która zaczęła dystrybuować tę serię i poprzez tę hurtownię pojawiły się książki z tej serii również w kolejnych. Ale czasami tak z grantami w Polsce jest, że najważniejsze jest wyprodukować to, do czego pieniądze zostały przeznaczone, ale wcale to nie znaczy, że ma to trafić do odbiorców. A przecież książka Parowskiego jest po prostu znakomita. Przejdźmy do litery J. Mimo że przy tej literce zacząłbym nie od pisarza, chociaż ma na swoim koncie kilka książek, ale publicystycznej, ale przede wszystkim od tłumacza, redaktora, redaktora wszystkich redaktorów fantastyki w Polsce. Mówię o Lechu Jęczmyku, z którym przez wiele lat się przyjaźniłem i w pewien sposób Mnie jako antologisty, czyli selekcjonera antologii, nauczył pewnych rzeczy. Prowadził, rozmawialiśmy o opowiadaniach, co w nich warto dostrzegać.
I Lech Jęczmyk, zabrakło go. Zmarł 17 lipca 2023 roku. Urodził się w 1936 roku w Bydgoszczy, trzy lata przed wybuchem II wojny światowej. Tuż przed wybuchem tej wojny rodzice razem z nim przeprowadzili się do Warszawy i czasami z tym swoim krzywym uśmiechem potrafił opowiedzieć o tym, kiedy ludzie — to jest jedna z anegdot — na konwencie młodzi ludzie się chwalą, kogo tam widzieli, kogo zdążyli poznać. Lech Jęczmyk zamknął dyskusję słowami: „A ja widziałem wjazd Hitlera do Warszawy”. Oczywiście to natychmiast urywało wszelkie spekulacje, rozmowy w cichu i tak dalej. Nie będziemy tutaj dyskutowali z panem, który widział Hitlera. Lech Jęczmyk był znakomitym tłumaczem. Tłumaczył książki nie tylko fantastyczne, ale wprowadzał na polski rynek znakomitych autorów zagranicznych. Tłumaczył z angielskiego, ale mało kto wie, że był rusycystą.
Skończył rusycystykę. Poza tym był człowiekiem bardzo wysportowanym. Trenował w AZS-ie Warszawa judo, zdobywając w 1967 roku swój największy sukces, jakim był brązowy medal Mistrzostw Polski seniorów w kategorii open. Był posiadaczem pierwszego dan judo. Oprócz tego biegał jeden z najtrudniejszych dystansów, czyli sprinterskie 400 metrów. Przez całe życie bardzo wysportowany i jego różne opowieści na ten temat, anegdoty o jego zachowaniach krążą do dzisiaj w polskim fandomie. Rozpoczął pracę jako pracownik biblioteki Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Od 1963 roku przez 15 lat był kierownikiem redakcji w wydawnictwie Iskry. W tymże wydawnictwie uruchamiał serię fantastyki. Dzięki niemu otrzymaliśmy mnóstwo bardzo dobrych książek.
Po Iskrach tutaj była taka opowieść, że został usunięty z Iskry w wyniku tego, że legendarna antologia „Kroki w nieznane” — w 1977 miał się ukazać kolejny tom, ale Lech Jęczmyk nie zaplanował do tego tomu żadnego opowiadania radzieckiego, więc podobno był to powód do jego zwolnienia. Nie jest to prawda. Lech wykorzystał szansę zmiany pracy — 15 lat na jednym stanowisku to było dużo. Przeniósł się do Czytelnika, gdzie również otworzył znakomitą serię z kosmonautą, bardzo dobrze znaną wszystkim czytelnikom fantastyki w Polsce. Tam też wydał kontynuację antologii „Rakietowe szlaki”. To nie był jego wymysł, ale po prostu w tej serii kontynuował to, co rozpoczęli inni redaktorzy. W Iskrach to była seria Fantastyka Przygoda, w której mnóstwo książek z fantastyki się ukazało. Poza tym był tłumaczem, jak wspomniałem, literatury anglojęzycznej, ale i trochę rosyjskiej. Do 1983 roku był nawet członkiem Związku Literatów Polskich. W 1984 roku znalazł się w redakcji „Fantastyki”.
Do 1992 roku był kierownikiem działu zagranicznego. Następnie został na krótko redaktorem naczelnym „Fantastyki”. W momencie, kiedy pojawił się rząd Olszewskiego, Lech Jęczmyk, który był związany ze środowiskami narodowymi, przeszedł do telewizji. Wiadomo, telewizja a redakcja miesięcznika literackiego to nie jest to samo. Nie pobył długo w tej telewizji. Wiemy, jak skończyły się rządy premiera Olszewskiego, ale już do „Fantastyki” po prostu nie wrócił. Zajął się tłumaczeniem. Zajął się też działalnością polityczną, bo w latach 1981-1984 był działaczem Solidarności Międzywydawniczej. Pisywał pod pseudonimem Antoni Zając AZ. Był korespondentem podziemnych pisemek, takich jak „DW”, „Wyzwolenie”, „Wakat” czy „Sprawa”.
Był autorem opracowania listów po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki pod tytułem „Drogi księże Jurku”, wydanych w 1984 roku. Tłumaczył książki, które wydawało podziemne wydawnictwo Nowa, jak choćby Vonneguta „Matka noc”. Był działaczem duszpasterstwa środowisk twórczych, między innymi współorganizował straż w kościele Stanisława Kostki w Warszawie. Był też działaczem różnych partii politycznych. Był w zarządzie Polskiej Partii Niepodległościowej i tak dalej. Kandydował również do Sejmu. Nie udało mu się trzykrotnie z różnych partii, z ramienia raz Polskiej Partii Niepodległościowej, raz z Koalicji dla Rzeczypospolitej, innym razem z Alternatywy Ruchu Społecznego, więc ta działalność polityczna była bardzo ważna dla niego, tym się zajmował. A po pracy tłumacza jeszcze podjął się krótko, ale był to bardzo ważny dla niego epizod, bo miał styczność z młodzieżą. Pracował jako nauczyciel języka w liceum warszawskim, w jednym z liceów. Bardzo sobie tę pracę chwalił.
Też na temat jego pracy w liceum powstało sporo bardzo ciekawych anegdot. Kiedy pracował o fantastyce, zaczął publikować felietony, które nazwał „Nowe średniowiecze”. W plebiscytach miesięcznika Nowa Fantastyka te felietony wygrywały w cuglach właściwie całą publicystykę miesięczniku. Były przez czytelników bardzo doceniane. Te felietony zebrał w 2006 roku wydawnictwo Zysk i Spółka w serii Antropos. Nazywało się to „Czy koniec historii, czyli nowe średniowiecze”. Później wydanie powiększone, poszerzone ukazało się w 2011 roku i nazywało się „Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze średniowiecze”. I w końcu dwa lata później „Nowe średniowiecze. Felietony zebrane”. Wydawnictwo Zysk i Spółka, które wielokrotnie też publikowało książki tłumaczone przez Lecha Jęczmyka, opublikowało też jego książkę autobiograficzną „Światło i dźwięk.
Moje życie na różnych planetach”. Były to wspomnienia o rodzicach, o życiu w Warszawie, o okupacji, o tym, co go później interesowało. Nie było w tych wspomnieniach dużo fantastyki, a była fantastyka bardzo ważna dla Lecha Jęczmyka i I o tym też mówili ludzie na jego pogrzebie, przemawiając, wspominając autora. Dlatego wspólnie z Markiem Oramusem postanowiliśmy zebrać, najwięcej Marek pracował, zebrać teksty, które Lech Jęczmyk pisał o fantastyce. Ten tom się nazywa „Życie jako okręt oglądany od spodu”. Lech Jęczmyk bardzo mało pisał. Jeżeli pamiętacie, drodzy słuchacze, fantastykę z czasów, kiedy redaktorem naczelnym był Lech Jęczmyk, to na pewno sobie przypomnicie, że jego wstępy, które naczelny powinien był pisać, były pisane olbrzymim fontem, trzykrotnie większym od zwykłej stronki fantastyce. Oprócz tego była jeszcze duża interlinia. On naprawdę niezbyt lubił zapisywać to, co ma w głowie. I w tej książce „Życie jako okręt oglądany od spodu” są jego artykuły o Dicku na przykład, są jego teksty o Strugackich, są o filmie, są rozmowy, które przeprowadzili z nim miłośnicy fantastyki.
Czy Rafał Ziemkiewicz, czy Dawid Brykalski. To są bardzo ciekawe rzeczy. A ostatnie rozmowy, które już w roku śmierci Jęczmyka prowadził z nim w jego mieszkaniu Marek Oramus. Ostatnie rozmowy, ostatnie słowa Lecha Jęczmyka opublikowałem w książce „Magda Paranoja”. Ostatni jak dotąd wydany tom publicystyki Marka Oramusa. Bardzo zachęcam do zapoznania się z tym. O czym są te felietony? O czym były te felietony? Lech Jęczmyk nawet otrzymał taką nagrodę za to, że widzi to, co jest niedostrzegalne przez innych. On obserwując, a był to człowiek niemający w domu telewizora, niemający w domu komputera, a więc niemający dostępu do internetu, posługiwał się bardzo prostym telefonem komórkowym, ale to też dopiero w momencie, kiedy już te telefony stacjonarne zostały wycofane właściwie i czytał bardzo dużo prasy zagranicznej i polskiej.
Miał dostęp do różnych wydawnictw, książek. Wydawcy z całego świata mu przesyłali różne rzeczy. Był osobą, gościem bardzo znaną, niezwykle charyzmatyczną i z tychże lektur wyciągał po prostu różne bardzo ciekawe analizy na temat współczesnego świata, współczesnej Europy, cywilizacji Zachodu. Ja pamiętam, pierwszy raz wszedłem u niego w mieszkaniu do toalety. Aż się roześmiałem, bo cała toaleta była wytapetowana różnymi wycinkami gazet z podkreślonymi zdaniami czy z jakimś dowcipnym komentarzem Lecha. Po prostu on wycinał albo bzdurne, albo zastanawiające kawałki z gazet i naklejał na ściany w toalecie. Miejsce niektórych tych kawałków było właśnie w toalecie, niektórych nie, ale było to świetne miejsce. Taka czytelnia w świątyni dumania. Lech Jęczmyk był absolutnie przekonany i taką stawiał tezę w Nowym Średniowieczu, że obecna cywilizacja zachodnia przechodzi bardzo głęboki kryzys i w swoim upadku właściwie zmierza do społeczeństwa neofeudalnego. Oczywiście jest to w jakiś sposób zbieżne z Nowym Średniowieczem Biernjejeva.
Zresztą stamtąd wziął tytuł tych felietonów. Myślę, że też lektura „Upadku i zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego”. O tej książce już wspominaliśmy, bo i Asimov był nią zafascynowany, tworząc „Fundację”, ale nie zmierzał w tym kierunku jak Lech Jęczmyk. On uważa, że społeczeństwo, kultura Zachodu właściwie stoi na krawędzi przepaści i że społeczeństwo mamy dzisiaj podzielone na niewielką elitę bogatych i posiadających władzę. Był to według niego taki odpowiednik szlachty, czyli przyszłych feudałów oraz masy całkowicie biednej, spauperyzowanej biedoty. Ta wizja jest troszeczkę wspólna na przykład z takim modelem południowoamerykańskim, mianowicie dwadzieścia na osiemdziesiąt. Dwadzieścia procent ludzi coś ma i rządzi, a osiemdziesiąt procent to po prostu biedota. I te pomysły miały bardzo wielu czytelników i zwolenników. Można było się z niektórymi tezami nie zgadzać i te dyskusje z Lechem Jęczmykiem ja sobie bardzo, bardzo mile wspominam, bo zawsze starałem się stanąć troszeczkę w opozycji do tego i może dlatego te nasze rozmowy były ciekawe. No i na koniec jeszcze takie wspomnienie jako miłośnika fantastyki, bo on bywał na wielu konwentach.
Później przestał na nie jeździć. Właściwie chyba tylko na ten festiwal fantastyki mój jeździł prawie do końca swojego życia, bo miał tutaj bardzo wielu przyjaciół, ludzi, z którymi lubił rozmawiać. Przestał jeździć na wielkie konwenty w momencie, kiedy stały się one takim trochę targowiskiem próżności, gdzie literatura została wymieniona, jakby zastąpiona przez gry, przez konkursy cosplayowe, przez anime i mangę. Przypatrywał się temu ze zdumieniem, bo czasami ściągałem go do Warszawy na targi fantastyki warszawskiej, a on po prostu patrzył z wielkim zdumieniem na to, co przechadzało się po prostu na naszym stanowisku. I te jego uwagi też w pewnych felietonach miały na pewno swoje ujście. I może jeszcze kilka zdań o tłumaczeniach, bo Lech Jęczmyk tłumaczył książki bardzo dobrze. Nie tłumaczył dużo. Był taki moment, kiedy mówił w wywiadach, że tłumaczył dużo, potem już nie bardzo mu się chciało, ale ponieważ wszystkie te książki, które on tłumaczył, były wielokrotnie wznawiane, no to właściwie otrzymywał ciągle tantiemy za coś, co przełożył w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. A wśród tych autorów był Philip Dick. „Człowiek z Wysokiego Zamku”, cała trylogia Walis.
Była Le Guin ze „Światem Rokhanona” czy „Lewą ręką ciemności”. Była literatura fantasy, bo Johna Morrisey'ego „Kedrik Erlen pokazuje jego” dosyć bawiły te opowiastki, opowiadania. Bardzo lubił Ballarda, czyli mieliśmy „Wyspę”, „Imperium” i „Słońca”. Cenił sobie Varley'a, powieść „Złoty wiek”. Tytuł oryginału to było „Millennium”. Jest znanym tłumaczeniem Vonneguta. Właściwie te najsłynniejsze jego książki jak „Śniadanie mistrzów”, „Matka noc”, „Niech pana Bóg błogosławi”, „Kocia kołyska” czy „Rzeźnia numer pięć” są w tłumaczeniu Lecha Jęczmyka. Oczywiście tłumaczył nie tylko fantastykę, więc mamy Broujera „Kosmolot i czółno”. Świetne kawałki. Mamy znakomitą dylogię „Mały wielki człowiek” Thomasa Bergera.
No i oczywiście powieść, która doczekała się iluś ekranizacji i o której się ciągle mówi i jest non stop odnawiana, czyli „Paragraf 22” Josepha Heller. Z tychże tytułów Lech Jęczmyk jest po prostu znany. To jest wielka strata dla fantastyki polskiej, dla fantastyki zagranicznej, że straciliśmy takiego redaktora antologii, że straciliśmy takiego redaktora serii, który potrafił wybierać. Dostałem świetne książki. Takiego charyzmatycznego człowieka, który potrafił przyciągnąć na swoje spotkania i zafascynować rozmową naprawdę tłumy. Człowieka, który nie potrzebował do tego, by swoją wiedzę przekazywać. Miał pamięć prawie że fotograficzną. To był człowiek, powiedziałem nieużywający komputer. Dzisiaj tłumacz sprawdzi sobie coś w Wikipedii, ewentualnie pogrzebie głębiej i ma odpowiedź. Lech Jęczmyk musiał te rzeczy wiedzieć.
Pewne zapisywał na fiszkach, cytaty, powiedzmy. Te rzeczy tłumacze wtedy w ten sposób robili. Tłumacz musiał mieć najzwyczajniej w świecie wiedzę. Kiedy tłumaczył „Mały wielki człowiek”, to niewiele w Polsce było książek o Indianach i tak dalej. Ściągał bardzo dużo książek ze Stanów i nawet rysował plan bitwy pod Little Bighorn, dlatego żeby bardziej się wczuć w książkę. Naprawdę był tłumaczem, który robił research, badanie, kwerendę i był mocno przygotowany do swojej pracy. Wielka szkoda, że tego świetnego człowieka nie ma już z nami.
[56:17] - Pozwolę sobie kilka słów na temat Lecha Jęczmyka. Ja Lecha Jęczmyka poznałem, zanim go poznałem naprawdę. Ponieważ Lech Jęczmyk był nieustannie obecny w opowieściach Wiktora Żwikiewicza, z którym się przyjaźnię i właściwie nie było spotkania, nie było jakiejś dyskusji, wymiany zdań z Wiktorem, żeby Lech Jęczmyk się nie pojawił. Były to czasami anegdotyczne opowieści gdzieś z dalekiej przeszłości, czasami wcale niedalekiej. Lech Jęczmyk jawił mi się jako postać spiżowa, absolutnie spiżowa. Więc kiedy pierwszy raz go spotkałem na Festiwalu Fantastyki organizowanym przez Wojtka, organizowanym festiwalu jeszcze na zamku w Nidzicy, to jakoś taki byłem wewnętrznie skulony. To po prostu spotkałem postać pomnikową i właściwie bałem się odezwać. To było coś, co mnie się rzadko zdarza, żebym gdzieś zapominał języka w gębie i nie odzywał się. No więc w pewnym momencie z takim łagodnym uśmiechem — bo Wiktor oczywiście był obecny i Wiktor nadawał nieustannie — pan Lech zwrócił na mnie uwagę i mówi: „A dlaczego młody człowiek nic nie mówi?” Wtedy jeszcze robiłem za młodego człowieka. To ja z kolei coś zacząłem mówić.
I pojawił się taki paradoks, że ja mówiłem, po czym przestawałem mówić, a Lech Jęczmyk się nie odzywał, ponieważ on był wychowany w taki sposób, że prowadził dyskusję tak, jak się ją kiedyś prowadziło. Dał się wypowiedzieć, a potem zabierał głos. Problem ze mną polegał na tym, że jak on się nie odzywał, to ja byłem przekonany, że powiedziałem coś głupio albo za mało i starałem się za wszelką cenę to uzupełnić, więc uzupełniałem. Więc Lech Jęczmyk dalej milczał, milczał. Znowu przerywałem. On dalej milczał. Pewno chciał już coś powiedzieć, ale ja oczywiście nie wytrzymywałem i dalej zagadywałem. Tak to trwało przez dłuższy czas, aż w końcu zabrakło mi weny do mówienia dalszego. Chwila ciszy i pan Lech podsumował tę naszą dyskusję. Nie wypadłem aż tak głupio, jak myślałem, że wypadłem.
Z kilkoma rzeczami się zgodził, z kilkoma nie. To był taki pierwszy moment, w którym poznałem Lecha Jęczmyka tak już bezpośrednio. Już nie z opowieści Wiktora, już nie z takiej spiżowej legendy, tylko bezpośrednio. I to było fajne spotkanie. Bardzo dobrze je wspominam. Dalej widzę ten zamek w Nidzicy, jego dziedziniec, bo tam się ta rozmowa odbywała na stojąco i do dzisiaj to pamiętam. I to było dla mnie ważne. Ta rozmowa nie była jakoś tak szczególnie ważna. Rozmawialiśmy oczywiście o fantastyce, ale to nie były jakieś kluczowe sprawy, natomiast jakoś tam istotne. Dla mnie istotne, dla Wiktora, dla pana Lecha.
No i okazuje się, że czasami nasz własny strach czy też nasze własne obawy tak wpływają na przebieg rozmowy. Od tamtego czasu już wiedziałem, jaki błąd popełniłem i następne rozmowy z panem Lechem wyglądały nieco inaczej, nieco bardziej płynnie przebiegały.
[59:35] - Dobrze nakreśliłeś postać Lecha, bo to był człowiek starej daty, wychowany trochę inaczej niż dzisiejsza młodzież. Potrafił słuchać, nie tylko mówić, ale również słuchać. Poza tym w dyskusji zawsze odpowiadał na pytania, dodawał swoje. Ładne określenie: człowiek ze spiżu. O tym, co się działo na festiwalu, o jego wystąpieniach, o jego spotkaniu z Brianem Aldisem, którego poznał kiedyś w Anglii. To są naprawdę niezwykłe wspomnienia. Ale tak, dzisiaj troszeczkę inaczej się podchodzi do dyskusji, jak wspomniałeś. Ja też, jak poznałem Lecha Jęczmyka, było to dokładnie w rok, kiedy w Czarnobylu wybuchł reaktor i mieliśmy takie spotkanie w Wiśle, w Malince, niedaleko domu Andrzeja Tretki. Spotkanie z redakcją Fantastyki, parę osób z fandomu, jacyś krytycy. Krótko mówiąc imprezowaliśmy, jakieś ogniska, rozmowy o fantastyce.
I wtedy miałem okazję w bliższą znajomość z Lechem zagłębnąć, bo rano jeszcze, kiedy inni spali, potrafiliśmy pójść w góry i cały dzień przechodzić od jednego schroniska do drugiego. Ale ja też miałem to, że wolałem słuchać. Wolałem, bo uważałem, że może niekoniecznie mam coś do powiedzenia tak oczytanemu i takiemu kęskemu człowiekowi. I to faktycznie tak było. Dzisiaj jest trochę inaczej. Młody człowiek nie dość, że potrafi przyjść i nie zapytać się, czy może się dosiąść do stolika, następnie będzie ci przerywał albo jeszcze weźmie i podprowadzi piwo. Taki to, proszę państwa, mamy upadek obyczajów. Może i miał rację Lech Jęczmyk, mówiąc o upadku cywilizacji Zachodu.
[01:01:18] - Wojtku, i na tym skończymy dzisiejszy odcinek. W następnym dalej będziemy podróżowali z literką J. Będzie wielu polskich autorów. A dzisiaj pięknie ci dziękuję za spotkanie i do usłyszenia.
[01:01:35] - Dziękuję i do usłyszenia.
[01:01:41] - Proszę państwa, tydzień temu wspólnie z Piotrem chwaliliśmy film. To nieczęsto się zdarza. Postanowiliśmy kontynuować dobrą passę. A prawda jest taka, że filmy, które się ukazują, stworzyły nam taką okazję. Akurat tak się złożyło. Widocznie dobre filmy lubią chadzać stadami, a przynajmniej parami. Więc pojawił się film zatytułowany „Wąwóz.” I to jest, proszę państwa, film, który zarówno Piotrowi, jak i mnie podobał się. To nie znaczy, że patrzymy na niego bezkrytycznie i że nie mamy tam swoich szpilek, które w audycji wbijemy. Ale i tak obaj byliśmy bardzo zadowoleni, że ten film obejrzeliśmy. Myślę, że jest duża szansa, że państwa na ten obraz namówimy.
Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:02:47] - Witam.
[01:02:49] - Zaczynamy „Filmotekarium.” To jest drugi tydzień, kiedy „Filmotekarium” zaczynam z pewnym entuzjazmem. Dzisiaj omawiamy film, który mnie porwał. I znowu, to na początku dodam, to nie jest film doskonały, ale film nie musi być doskonały, żeby widza porwać. W końcu widz też nie jest doskonały. Ja z całą pewnością doskonały nie jestem, ale film, o którym dzisiaj będziemy mówić, w polskiej wersji nosi tytuł „Wąwóz.” To jest film, który łyknąłem z dużą przyjemnością. Film, który trwa ponad dwie godziny i, o dziwo, te dwie godziny jak z bicza strzelił. Pyk! I już się skończył film. Czasami jest tak, że film trwa półtorej godziny i człowiek ciągle patrzy na zegarek w nadziei, że to już bliżej końca, a to nawet jeszcze połowy nie ma. A tu wręcz przeciwnie.
Nagle film się skończył. Skończył się logicznie, skończył się nawet optymistycznie, bym powiedział, ale się skończył. Jak to? To już minęło ponad dwie godziny? To jest jedna z tych rekomendacji, które musiałem wygłosić na początku.
[01:04:09] - Tak, dzisiaj film „Wąwóz” dostępny na jednym ze streamingów. Film w gwiazdorskiej obsadzie. Jest Sigourney Weaver, jest Ana Taylor-Joy. No i jest akcja. Gonią się, strzelają się. Co się tam, drodzy państwo, w tym filmie wyprawia, to ja już nawet w pewnym momencie przestałem ogarniać. I są wątki sci-fi, i są wątki horrorowe, i miłosne wątki nawet są. Nawet zaryzykuję stwierdzenie, że są wątki sarmackie w tym filmie. Boże, jakie tam numery się działy, to nawet ze szwagrem w Piątusku takich numerów nie można po prostu robić. Przy czym tak, ja sobie tutaj trochę dworuję, ale nie szydzę i nie ironizuję, bo film był spoko.
Na tym polega kino rozrywkowe. Nawet był bardzo spoko, chociaż on ma mankamenty i to duże. Marku, tam jest tyle wydarzeń, tyle linii różnego rodzaju, że może zaczniemy od sedna problemu, bo tu się nie da opowiedzieć tego wszystkiego. Kiedy zobaczycie "Wąwóz", to dojdziecie do wniosku, że gdy będziecie wspominać ten film, to on się wam będzie wydawał dłuższy niż w rzeczywistości, dlatego, że tam jest zaznaczonych bardzo wiele różnego rodzaju linii, które się jakoś tam w sumie układają w jeden obraz. Czasami są to bardzo krótkie wątki, ale są potrzebne. Nie jest to film bardzo rozwleczony. Także wyjdę od sedna problemu. Jest sobie wąwóz gdzieś na końcu świata, ukryty przed cywilizacją, spowity taką dziwną mgłą, zaminowany z uzbrojonymi stokami. Dostępu do tego wąwozu strzegą dwie wieże. Takie wielkie betonowe konstrukcje, ponure, trochę wyglądające jak latarnie morskie, z których jedną według paktu poczynionego po wojnie zajmują przedstawiciele tak zwanego bloku wschodniego.
Drugą wieżę zajmują przedstawiciele Zachodu. Przy czym to się dzieje współcześnie. I tutaj pewna już pierwsza niezgodność, bo de facto obie strony wieży zajmują przedstawiciele tego, co dzisiaj nazywamy Zachodem. To na koniec jeszcze będzie o tym.
[01:06:16] - Ale wtrącę się w tym momencie, bo to tak przemyka, ale my się zaraz na początku filmu dowiadujemy, że co prawda pani żyje sobie w kraju, który należy do NATO, ale jej powiązania militarno-służbowe jednak sięgają Moskwy. Ona jednak pracuje dla Wschodu. Zatem to jest ciekawe i pokazuje pewną labilność naszej współczesności.
[01:06:56] - Tak, to już tam pominiemy albo wrócimy. Są te dwie wieże po przeciwnych stronach. One strzegą dostępu, jak się możemy domyślać, do czegoś niezwykle tajnego. W filmie poznajemy kobietę, jak Marek wspomniał i mężczyznę. Snajperów, którzy trafiają na roczną zmianę w tych wieżach. Oni się nie znają początkowo, chociaż te wieże są usadowione naprzeciwko siebie, to im się nie wolno kontaktować, chociaż oni się widzą przez lunety. Mają tam zapewnione warunki do przetrwania na 100%. Dowiadujemy się, bo tam mamy dość długi wstęp do tej całej historii i kiedy nasz główny bohater męski przybywa na to miejsce, to od poprzednika się wszystkiego dowiaduje. Ten poprzednik go oprowadza po całym kompleksie. To jest kompleks na końcu świata, który leży, także nie spodziewajcie się, że tam będzie nie wiadomo co, ale mają swój ogródek nawet, mają nawet swoją gorzelnię.
Co jest ciekawe, to mnie bardzo zdziwiło, Marku. Ale przede wszystkim jego zadaniem, naszego głównego bohatera i jego odpowiedniczki po drugiej stronie jest siedzieć i patrzeć w tą dziurę. A co w tej dziurze jest? Coś tajnego. Coś, jak się szybko okazuje, strasznego. W pewnym momencie kolega, poprzednik naszego głównego bohatera rzuca coś w dół. Rozlega się stamtąd piekielny dźwięk. I powiem ci, Marku, że początek tego filmu może się trochę ciągnie, ale sam widok tych wież, sama koncepcja obiecująca była. Już się strasznie napaliłem, a jak było potem, to za chwilę powiem.
[01:08:38] - Jest zdecydowanie klimatycznie. Te wieże, one strzegą wąwozu tytułowego, ale tego wąwozu strzegą również anteny. Rodzaj takiego zabezpie-- takie maskowniki, które zabezpieczają ów wąwóz przed zwiadem satelitarnym. Nikt z przestrzeni kosmicznej tego wąwozu tak naprawdę nie może zobaczyć. Jest to podawany fałszywy obraz. Tego po prostu nie ma. Tego wąwozu nie ma, nie istnieje. To też jest ciekawe. Dostajemy bardzo klimatyczny obraz. Dwie wieże naprzeciw siebie, oddalone o kilkaset metrów.
Kilkaset metrów nad wąwozem spowitym w mgle, w chmurach, w jakimś tumanie. Nie wiadomo, co tam jest na dnie, ale na pewno coś strasznego. Bohaterowie i on, i ona to są bohaterowie po przejściach. Tak jak Piotr powiedział, snajperzy. Jeden służył dawniej w armii amerykańskiej, później przeszedł do prywatnej inicjatywy, ale czasami państwo korzystało z jego usług, ale via przedsiębiorstwa prywatne. Ona, tak jak powiedziałem, gdzieś tam powiązania z Moskwą ma, wykonuje zlecenia, jest specjalistką chyba niespecjalnie zainteresowaną ideologią, ale lojalną i świetnie wyszkoloną. Podobnie zresztą jak on. Myślę, że ten wątek dotyczący bycia snajperem, bycia człowiekiem, który współcześnie odgrywa na polu walki, ale nie tylko na polu walki, na polu walki tej ukrytej, tajemnej, tej, która nie jest wprost. Tacy ludzie, snajperzy, to, że oni odgrywają ważną rolę, to oczywista oczywistość. Ale to, że w filmie rozrywkowym w końcu zostaną przedstawieni w sposób wiarygodny, nie że idealny, ale wiarygodny.
To jest chyba dobre określenie, to już duży szacun dla ludzi, którzy ten film tworzyli. Te dwie wieże naprzeciw siebie, one są takie mroczne. Zresztą sam tytuł "Dwie wieże" niech sobie Państwo skojarzą. Nie będzie to specjalnie trudne, ale my zaraz na początku, w pierwszej połowie tego filmu albo w pierwszej połowie pierwszej połowy, i tak mógłbym jeszcze dalej pojechać, poznajemy los poprzednika głównego bohatera. Wiemy, co się z nim stanie i to nas nie nastraja optymistycznie. Wiemy, że i on, i ona odbędą swój roczny dyżur, roczną wachtę, a potem nie będzie optymistycznie. To nas nie nastraja optymistycznie, ale scenarzyści potrafią zaskoczyć. Co więcej, nagle, ni stąd, ni zowąd, sam się właściwie dziwię, czemu to mówię ni stąd, ni zowąd. To dla mnie naturalnie wynikło, bo i on, i ona nawiązują kontakt. Na początku jest to kontakt, nazwijmy go graficznym.
Ona pisze do niego, on czyta to, co ona pisze na kartce, czyta przez lunetę, przez lornetkę i odpowiada. I tak się nawiązuje, może na początku nie uczucie, ale jakaś więź emocjonalna na odległość. To później ewoluuje. Co więcej, każde z nich w swojej wieży odkrywa pewne tajemnice, pewne elementy, które tylko podkręcają naszą ciekawość, naszą ciekawość widza. I to wszystko bardzo ładnie podąża ku czemuś. Nie wiemy ku czemu. Mija godzina filmu, czujemy się mocno podekscytowani, ale prawdziwe ekscytacje są dopiero przed nami.
[01:12:47] - Tak, trochę dziegciu będzie teraz, bo to nie może tak być, żeby było tak miło. Bardzo dobrze. W tym filmie jest fajnie, tylko on jest przeszczegółowiony momentami. To z jednej strony jest dobrze, bo często narzekamy na to, że ukazuje się nam jakaś historia, a nie ma detali, które by budowały realizm całej sytuacji. Tutaj mamy aż chyba za dużo. Powiedziałem, że się dowiadujemy, iż w jednej z tych wież jest na przykład gorzelnia i że jest ogródek i można sobie z ziemniaków upędzić potem ciuchę. Teraz taki gest zrobiłem, którego wy nie widzicie. Dobra, okej, wszystko jest dobrze, ale to wymaga trochę zachodu jednak i pewnej wiedzy, żeby nie oślepnąć na przykład, żeby zobaczyć potem tą swoją koleżankę po drugiej stronie. Ja to wiesz, ja to się czepiam czasami takich tradycyjnych wątków. Nawet sobie zadałem pytanie: jak już gorzelnia jest, to pewnie masarnia gdzieś będzie, ale niestety nie, nie było masarni, nie było piekarni, nie było też innych zakładów rzemieślniczych, które by pozwalały jakoś umilić sobie życie na tym wygnaniu gdzieś tam na świecie, bo w sumie nawet nie dowiadujemy się, gdzie oni są.
Powiedzmy to szczerze, oni nawiązują romans. Wiadomo, co się tam dzieje. Problem jest w tym, że oni nie mogą się spotkać, bo dzieli ich duża odległość, przepaść. Wymyślają sposób. Zobaczycie jaki. Spotykają się wreszcie. To chyba nie jest zbyt interesujące w filmie sci-fi. Wiadomo, romans to romans. Podczas powrotu do swojej wieży główny bohater niestety ulega wypadkowi i spada w przestrzeń poniżej. A co w tej przestrzeni poniżej jest?
On się dowiaduje od swojego kolegi, że może tam być wszystko, łącznie na przykład z zwrotami do piekła. On tam wpada, ona podąża za nim, ale zanim to wszystko się dzieje, to mamy pewne sceny, które pokazują nam, kto tam mieszka. W pewnym momencie, zanim oni znajdują się w środku, mieszkańcy tej rozpadliny, tego wąwozu wchodzą po stokach i są zestrzeliwani. I my ich widzimy już z bardzo bliska. Te istoty wyglądają trochę jak skrzaty, trochę jak enty jednocześnie. Mnie się na pierwszy rzut oka skojarzyło z jakimś roślinnym zombie, które próbują wyjść na zewnątrz. Tutaj mój entuzjazm lekko osłabł już wtedy, kiedy zobaczyłem te stworzenia. Pomyślałem sobie: co to, jakiś folk horror będzie czy coś w tym stylu? Okazuje się, że nie do końca. Kiedy oni już, bohaterowie, lądują w tym wąwozie, to się zaczyna druga część historii i muszę powiedzieć, że nie wiem, która jest lepsza, bo to jest naprawdę dobrze zrobione.
W tym filmie plenery, scenografia, chociaż pewnie wszystko jest wygenerowane komputerowo, odgrywa ogromną rolę. To jest bardzo klimatyczne. Kiedy oni tam wpadają, to jest tak trochę jak połączenie scen, które widzimy w "Anihilacji", czyli de facto w kolorze z przestworzy, bo anihilacja się na tym opiera, na przykład z "Silent Hill". Czyli oni tam lądują, tam jest mgła, tam są jakieś struktury. Okazuje się, że tam kiedyś było coś w rodzaju miasta, w rodzaju bazy. Magazyny, osada. Bezwzględnie to wszystko jest nowe. Oczywiście przypadkiem oni potem znajdują taśmę, którą oglądają i okazuje się, co się tam właściwie wydarzyło, że tam prowadzono jakieś eksperymenty biologiczne i to wszystko poszło w cholernie złą stronę. Więcej chyba, nie wiem, Marku, nie będę mówił, bo zdradzać to wszystko to też nie wypada jak na tak fajny film w sumie. Ale jest problem.
Oni tam utknęli. Oni nie mogą wyleźć z tej dziury, nie mogą się wydostać. I ta łyżka dziegciu, która się teraz pojawia kolejna, chociaż wszystko wygląda naprawdę bardzo interesująco, klimatycznie, straszy, wciąga Absorbuje zmysły. Jednak kiedy zobaczyłem tego skrzato-enta na koniu, może źle powiedziałem, ułana-enta na koniu z drewna, zapaliła mi się lampka. To już trochę jest za dużo. A kiedy nasi główni bohaterowie zaczęli wjeżdżać jeepem po zboczu wzgórza, żeby wrócić do tych wież i kiedy nasz główny bohater wymachiwał szablą, strącając te potwory w dolinie, to jest ten wątek sarmacki, mówię: co tu się jeszcze wydarzy w tym filmie? Co tu się stanie? Tu się już wszystko wydarzyło, wszystko widzieliśmy. Ale w amerykańskim filmie jest tak, że jak na końcu nie wybuchnie bomba albo nie dojdzie do armagedonu, to nie jest film. No i wykrakałem.
[01:17:56] - Tak, bo amerykańskie filmy mają jeden patent na rzeczywistość: bomba atomowa. Przypomnijcie sobie państwo: słońce przygasa, ludzkość marznie, leci wyprawa w kierunku słońca. Co zabiera na pokładzie wielkiego statku? Bomby atomowe, żeby słońce rozpalić. Inny film: jądro Ziemi stanęło. Rusza wyprawa w głąb Ziemi. Co zabiera ze sobą? Bombę atomową oczywiście, żeby rozruszać jądro Ziemi. Mamy film dotyczący tego, że obcy coś tam majstrowali w starożytnym Egipcie. "Stargate" od razu podpowiem.
Co zabierają ze sobą przedstawiciele armii? Bombę atomową, bo wiadomo, że ona wszystko rozwiązuje. Tu też bomba atomowa się pojawia. Bomba atomowa też sporo rozwiązuje, ale nie w idiotyczny sposób. Tu się wszystko sprawdza. To wszystko nawet fajnie zagrało. Muszę się podzielić z państwem jeszcze taką jedną refleksją. Być może jest to kwestia tego, że w filmie pojawia się Sigourney Weaver. Jakieś takie skojarzenia z "Obcym" miałem. Jeśli państwo oglądali wersję reżyserską "Obcego", gdzie w przeciwieństwie do tej wersji pierwszej kinowej pojawia się scena z gniazdem obcego, to pewne obrazy z tego filmu mogą się skojarzyć właśnie z "Obcym".
To jest akurat zaleta. I to akurat tak graficznie, jeśli chodzi o obraz, to duża zaleta tego filmu. Jeśli, Piotrze, powiedziałeś o tym wspinaniu się na zbocze, ja przez jakiś czas kombinowałem, jak oni to zrobili, ale później wpadłem, o co w tym wszystkim chodziło, bo już myślałem, że złapałem scenarzystów na błędzie. Okazuje się, że nie popełnili błędu. To się skleja, w ogóle w tym filmie wszystko się skleja, wszystko jest poprawnie zrobione. Trudno wyszukać takie ewidentne błędy. Można z tym dziegciem się pobawić i tam są pewne głupotki. Ja specjalnie o nich nie będę mówił, żeby państwu nie odbierać zabawy. Jest tam kilka takich rzeczy, które nie do końca wydają się logiczne, ale pomińmy to. Zabawa jest przednia.
To jest film, któremu można dużo wybaczyć właśnie dlatego, że zabiera nas ku przygodzie. Bawimy się nieźle, minuty mijają, my ich nawet nie zauważamy. Zabawa jest dobra. Pewne szczegóły, na które można, ale niekoniecznie trzeba narzekać, one się sprawdzają, dają się potwierdzić nawet z takimi szczegółami jak broń używana przez głównych bohaterów. Broń, która ma charakter snajperski, przynajmniej w pewnym momencie filmu. Jeśli państwo zaczniecie sprawdzać, to ta broń jest wiarygodna. To, co ona może zrobić, też jest wiarygodne. Powiem tak: ja byłem tak poruszony tym, że wreszcie trafił się film, w którym nie tylko coś się dzieje, ale dzieje się z jakimś sensem. Nie że po prostu biegają i krzyczą, i boją się bez sensu, tylko to jakiś sens ma. Oczywiście wszystko da się zakwestionować, ale tutaj trzeba się będzie trochę wysilić, żeby to zakwestionować.
Wiecie państwo, do tego stopnia dałem się uwieść temu filmowi, że nawet wybaczam optymistyczną końcówkę. Tak, bo film kończy się dobrze, a nawet bardzo dobrze i pewnie w normalnej sytuacji narzekałbym. Powiedział, że to jednak szmira jest, a tutaj nie. Tutaj uważam, że pewien schemat tylko służy temu filmowi i podkręca jego oddziaływanie na widza. To trzeba umieć zrobić i moim zdaniem twórcom tego filmu udało się stworzyć widowisko, które nie odrzuca naiwnością, nie odrzuca obrazem prymitywnym, wręcz przeciwnie, raczej przyciąga, bo ten obraz, nawet pomimo tego konia, o którym mówił Piotr, to jednak jest w jakiś sposób spójny obraz tego strasznego miejsca, jakim jest wąwóz, a właściwie jedno tego wąwozu, to obraz jest spójny. On z czegoś wynika, z pewnych doświadczeń, które były prowadzone. O istocie tych doświadczeń odsyłam państwa do filmu. Czy one są wiarygodne, czy nie? Nie wiem, nie jestem biologiem, ale tak rzucone w przestrzeni filmu sprawdzają się. Kupiłem to i oglądałem dalej.
Naprawdę jestem pod wrażeniem tego filmu. I znowu zachowujmy miarę. To nie jest wybitne dzieło, ale to się ogląda, chce się to oglądać i nie musi się człowiek zmuszać, żeby te dwie godziny przed ekranem spędzić. Nie spogląda się na zegarek. To moim zdaniem we współczesnym kinie, we współczesnych produkcjach hollywoodzkich, tak ogólnie to powiedzmy, zaczyna urastać do rangi olbrzymiej zalety, bo Niektóre produkcje hollywoodzkie nużą i męczą już po godzinie i 20 minutach, a tu mamy ponad dwie godziny i wszystko jest okej.
[01:23:45] - Tak, ja się bardziej wymęczyłem na przykład na ostatnim "Obcym" niż tutaj. Tutaj jest kiepsko momentami, ale o rozrywkę chodzi. Ja czytałem na przykład o wąwozie, że to jest film lovecraftiański. Okej, on jest podobny do "Koloru z przestworzy" pod pewnymi względami, które są widoczne już w tej części filmu, kiedy się wszystko rozgrywa na dnie wąwozu. Ale równie lovecraftiański ten film jest, co "Horoszański". Momentami się dzieje stanowczo za dużo i ten chaos trzyma się jakoś kupy. Jest i straszno, i śmieszno. Jedni powiedzą, że to jest guilty pleasure, że to się da oglądać i że okej, może nawet drugi raz by się dało. Jeżeli już możecie, to oglądajcie w nocy, bo zyskuje ten film na tym. Ja myślę, że film "Wąwóz" ratuje budżet.
Ratuje to, że to się ładnie prezentuje, że to jest ładne dla oka, że są aktorzy profesjonalni, że to wygląda jak film, a nie jak produkcja drugiej, trzeciej kategorii. Po trzecie, jest tutaj takie coś, nie umiem tego określić, ale zastosowana jest pewna taktyka, która każe się zastanowić widzowi, co on by zrobił, będąc w tym miejscu. Będąc w miarę bezpiecznym miejscu, gdzie ma wszystko, gdzie jest odcięty od świata i ma ogromną tajemnicę przed sobą. Ja myślę, że sama wizja tych wież, sama wizja tego miejsca już tak mocno absorbuje, że ten film już na wstępie zyskuje strasznie dużo i my mu wybaczamy niektóre rzeczy. Ja tam utyskiwałem, ja się skarżyłem. Jakie to głupie, jak oni tak mogą? Ale jednak jestem nie to, że pod wrażeniem, nie to, że jest arcydzieło. My od samego początku istnienia Filmotekarium mówimy: film jest po to, żeby zaskakiwać, żeby służyć rozrywce, żeby czasami zmusić do myślenia, żeby pokazywać rzeczywistość na nowe sposoby. Czy pokazuje rzeczywistość na nowe sposoby? Nie.
Natomiast udało się coś, co tak naprawdę udaje się rzadko. Stworzono historię może rozwlekłą, ale spójną i taką, która nie cringe'uje. Nie jest to tak do końca żenujące, jak można na pierwszy rzut oka odnieść wrażenie. To znaczy się, Marku, ja na przykład byłem bardziej sceptyczny w czasie oglądania filmu niż potem. Potem uznałem, że kiedy sobie wyliczyłem to wszystko, o czym mówiliśmy na przykład chociażby w tym roku, uznałem, że tak naprawdę twórcy tego filmu, to brawo.
[01:26:43] - Jest w tym filmie jeszcze jedna rzecz, która budzi mój szacunek, chociaż nie przypuszczam, aby scenarzyści specjalnie chcieli tę sprawę akcentować. Otóż my z Piotrem mówimy w niektórych audycjach o tym, że być może współczesna nauka, współczesne badania naukowe przenoszą się z ośrodków akademickich do wielkich korporacji. I tu pojawia się ten problem w filmie, bo na początku nie do końca wiadomo, kto jest zleceniodawcą, kto jest pracodawcą, kto płaci owym strażnikom w wieżach. Ale w pewnym momencie się okazuje, że to nie państwo jedno, drugie, to korporacja. To ludzie, którzy ciągną albo chcą ciągnąć olbrzymie zyski z tego, co się tam kitłasi na dnie wąwozu. I to taka dodatkowa refleksja. Jakaś liczba dodatkowa jak w totolotku. Otóż człowiek zaczyna myśleć o tym, jak wygląda współczesny świat, że my przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że jest jakieś złe państwo, które kombinuje, które wymyśla różne niebezpieczeństwa, a tymczasem ten film, wiele innych zresztą, pokazuje, że może prawdziwe zło jest gdzie indziej i że korporacje, pomimo że tyle pieniędzy wydają na public relation, na to, żeby nieźle wypadać, to im już chyba nic nie pomoże. Zła prasa dotycząca korporacji poszła w ludzi i to się nie da już odkręcić. A ten film pokazuje kolejną złą korporację, bezwzględną.
To, co dzieje się z poprzednikiem głównego bohatera, pokazuje, jak bardzo bezwzględne potrafią być korporacje. Nie żebym to brał jeden do jeden, czy też jako pewien fakt, raczej jako sygnał, jak bardzo interes liczy się w życiu korporacji, jak bardzo przeważa nad Zwykłą przyzwoitością chociażby. To jest taki bonus, taki element dodatkowy, który w tym filmie się pojawia, jeśli go chcemy wyłowić. I to też, moim zdaniem przynajmniej, bardzo dobrze.
[01:29:18] - Reasumując, podsumowując, to może nie jest kino najwyższych lotów. To jest na pewno film przygodowy. To jest film może lekko przesadzony, ale wydaje mi się, Marku, że on zaznaczy swoją obecność. Nie wiem, czy w kanonie. Natomiast będzie na pewno widoczny w rocznym rozliczeniu, jeżeli idzie o filmy sci-fi. Przy czym trzeba pamiętać o jednej rzeczy, którą może żeśmy nie do końca tutaj naświetlili. Ten wątek romantyczny w filmie "Wąwóz" jest mocno eksponowany i będą ludzie, którzy powiedzą, że my się tutaj jakimś harlequinem zachwycamy. Nie, to jest taki miszmasz akurat, że tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. I dziwne w tym filmie jest to, że każdy wciągnie się w jego oddzielną część. Czyli dla każdego coś dobrego.
Może na tym polega przyszłość kinematografii, tej streamingowej, że wrzuca się filmy, które zawierają wątki przyciągające bardzo różne grupy. Może, nie wiem. Słyszałem o bardzo wielu teoriach, które mówią o tym, jak działają twórcy filmów, które są przeznaczane na przykład na Netflixa i tak dalej. Ale porzućmy to wszystko. Mamy wreszcie omówione na Filmotekarium dwa razy pod rząd dobre filmy. Mam nadzieję, że ta tendencja, ta passa się utrzyma.
[01:30:47] - I tak zupełnie na koniec mam tylko nadzieję, że nikt nie wpadnie na głupkowaty pomysł, aby nakręcić "Wąwóz 2".
[01:30:56] - Ale prequel to pewnie tak.
[01:31:00] - Teraz zapraszam na audycję Bez Tajemnic o toksycznym krewnym. Czy akceptować patologię? Z tego, co pamiętam, ten odcinek był już emitowany, ale ja cały czas powtarzam: ludzie słuchający Bibliotekarium 2.0 wyrastają. Pojawia się ich ciągle coraz więcej, co oczywiście cieszy, ale przede wszystkim skłania mnie do refleksji, że YouTube i w ogóle współczesne czasy mają to do siebie, że rzadko sięga się do archiwaliów. A to jest taki odcinek, który jeśli był, to i tak wart jest powtórzenia. Zapraszam zatem na Bez Tajemnic. Toksyczny krewny.
[01:31:58] - Akceptować trudnych krewnych w oparciu o hojność i zrozumienie, mając pewność, że prawa Boże nie wiążą nas ze sobą bez uzasadnionej przyczyny. Post o takiej treści pojawił się na naszym spirytystycznym Facebooku. Pod niniejszym postem wywiązała się krótka dyskusja, więc pomyślałem sobie: a co, wezmę to na warsztat i przedstawię wam moją opinię na ten temat. Czy należy akceptować toksycznych krewnych, gdy których nie ma, jesteśmy raczej zadowoleni i raczej nie marzymy o tym, aby pojawili się w naszych okolicach, w naszym pobliżu. Więc pytanie, czy należy akceptować wszystkich krewnych, sądząc, że skoro Bóg tak chciał, to tak musi być? Nie, to nie jest do końca tak. I teraz ktoś na naszym forum facebookowym zapytał, o co chodzi z tą hojnością i z tym zrozumieniem. Jeżeli ten post został dobrze przetłumaczony, jeżeli, to według mnie mamy tutaj do czynienia, czy mówimy tutaj bardziej z taką podstawową formą akceptacji, czyli jeżeli jakiś krewny, który jest toksyczny, ale potrzebuje pomocy, więc my powinniśmy mu tej pomocy materialnej udzielić. A jeśli chodzi o to zrozumienie, to też musimy mieć na uwadze jego okoliczności, jego sytuację, dlaczego taki jest. A może on wcale nie chce być zły, ale po prostu jest taki roztrzepany i cokolwiek nie dotknie, to popsuje.
Nie wiadomo. Generalnie wydaje mi się, że o to właśnie chodzi. Więc według tego postu mamy tych krewnych akceptować przynajmniej na takim minimalnym poziomie, żeby z głodu nie umarli, jeżeli akurat mają taki charakter, że nie potrafią utrzymać w rękach jakiejś pracy na przykład. Ale już tak, żeby nie wnikać za bardzo. Ja nie do końca z tym się zgadzam. To znaczy, jeżeli mamy do czynienia z jakimś krewnym, którego wolelibyśmy unikać, to też trzeba mieć na uwadze, że po pierwsze życie wbrew sobie doprowadza do patologii. Czyli jeżeli będę próbował na przykład akceptować rzeczy, które całkowicie nie są zgodne z moją naturą, moim usposobieniem, wtedy siłą rzeczy po latach odbije się to na moim zdrowiu. Jeżeli mam dbać o siebie, o moje własne ciało, powinienem również unikać sytuacji, które mogą przyczynić się do jakichś wewnętrznych zaburzeń. Choroba jest złem w takiej sytuacji, więc należy starać się jej unikać. Skoro mamy dbać o nasze ciało, nie wolno nam popełnić samobójstwa, nie wolno nam palić, nie wolno nam zażywać jakichś używek, narkotyków i tak dalej.
Generalnie mamy dbać o to ciało. To jest nasz taki duchowy obowiązek. Toteż do tego obowiązku powinno się zaliczać unikanie takich kontaktów patologicznych, które mają na nas zły wpływ. To po pierwsze. Po drugie Nie wiadomo, jaki był nasz życiowy plan. Nawiązując do treści tego posta, jeżeli mówimy o tym, że Opatrzność uwiązała nas w relacji z kimś, to nie jest do końca tak, ponieważ może się okazać, że na przykład mamy obowiązek wytrwać przez jakiś czas. Dajmy na to 21 lat, dopóki się uniezależnimy, mamy obowiązek wytrwać w tej rodzinie i nie możemy się z tego wyrwać, bo jednak to rodzice nas utrzymywali i tak dalej. Jeżeli ktoś miał toksyczną matkę, toksycznego ojca albo toksyczne rodzeństwo, to do tej pełnoletności przynajmniej nie mógł nic zrobić. Musiał się z nimi użerać. Tutaj rzeczywiście moglibyśmy powiedzieć, że Opatrzność nas uwiązała do danej sytuacji, do danych osób.
Ale później, w momencie, kiedy człowiek dojrzewa i może się wyrwać w świat, to droga wolna. Prawda jest taka, że jeżeli naszym dozgonnym obowiązkiem w niniejszej aktualnej inkarnacji będzie opiekowanie się jakimś członkiem rodziny w taki czynny sposób, Opatrzność stworzy okoliczności, wrzuci nas w okoliczności, które w żaden sposób nie pozwolą nam się uwolnić od tego krewnego. Na przykład dziecko opiekujące się chorym rodzicem. Rodzic może być paskudnie wredny dla tego dziecka, ale dziecko tym rodzicem się opiekuje, ponieważ musi, ponieważ takie są okoliczności, ponieważ nie ma innego wyjścia. Tutaj możemy mówić, że jest sytuacja taka typowa, która sprawia, że dziecko i rodzic nie mogą się od siebie odłączyć. Ale to nie musi być rodzic. To może być jakaś babcia, jakiś dziadek, jakiś wujek, rodzeństwo, ktokolwiek. Więc trzeba to brać pod uwagę. Ciąg dalszy. Nie możemy zakładać, że nie wolno nam się wyrwać z danej sytuacji, ponieważ w takim przypadku w ogóle bylibyśmy skazani na bierność.
Czyli skoro jestem w takiej sytuacji, skoro Bóg tak chciał, to mu się nie będę sprzeciwiał. Nie. Człowiek musi walczyć o swoje. Człowiek musi w jakimś stopniu myśleć o własnych potrzebach, ponieważ każdy człowiek przychodzący na ziemię, każda dusza inkarnująca się na ziemi, przychodzi tutaj z jakimiś własnymi potrzebami, które mogą być odmienne od potrzeb członków naszej rodziny. Poza tym, gdyby miało się okazać, że na przykład jesteśmy zmuszeni opiekować się jakimś członkiem rodziny, to nawet jeżeli spróbujemy się wyrwać, to i tak jakieś okoliczności sprawią, że do tego członka rodziny wrócimy i w pewnym sensie znajdziemy się w punkcie wyjścia. Kolejna rzecz. Mamy prawo chcieć uciec od patologicznej sytuacji, ponieważ nie tylko w jednej inkarnacji możemy realizować nasze cele. Jeżeli moim obowiązkiem z jakiegoś powodu jest opiekować się daną osobą, ale jednak wyrwę się w jakiś sposób i postanowię nie realizować tego planu, to też będzie kolejna inkarnacja, w której być może będę miał obowiązek znowu zanurzyć się w podobnych okolicznościach. A może nawet wtedy pojawią się jeszcze jakieś inne okoliczności, sytuacje, które jeszcze bardziej przyszpilą mnie i zmuszą do opiekowania się danym osobnikiem w jakiejś innej roli. Może teraz jestem na przykład bratem bądź siostrą danej osoby, a w kolejnym wcieleniu mogę być dzieckiem czy kimś innym, jeszcze bardziej bliskim.
Chociaż rodzeństwo to już wydaje mi się jest to dosyć bliska relacja. To generalnie chyba tyle. Więc wcale nie musimy się do niczego zmuszać. Jeżeli czegoś nie będziemy w stanie zrobić, to po prostu tego nie zrobimy. Ale nie wolno zakładać pod żadnym względem, że jesteśmy skazani na jakąś sytuację, a tym bardziej na relacje patologiczne z członkami rodziny, których po prostu sobie nie życzymy. Więc ten post, od którego zacząłem dzisiejszy mój wywód, to jest tak naprawdę bardzo duży skrót myślowy. Pamiętajmy o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie ma przypadków w tym, co dzieje się w naszym życiu. Myślę tutaj o takich ważnych rzeczach. Nie o tym, że poszedłem do sklepu i kupiłem akurat zsiadłe mleko, bo akurat było przeterminowane, ale mówię tutaj o czymś ważnym, o takich punktach zwrotnych, które rzeczywiście wpływają na nasze całe życie i na to, jakimi ludźmi stajemy się na przestrzeni kolejnych lat.
Więc jeżeli macie w swoim otoczeniu jakichś krewnych, od których chcielibyście się odsunąć, to oczywiście możecie próbować. Czy wam się uda, czy wam się nie uda, to już jest inna sprawa, ale naprawdę nie wolno skazywać się na porażkę. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:41:23] - Tradycyjnie powtórzę tę frazę, która pojawia się właściwie w każdym Bibliotekarium. Piotr Cielebiaś jeszcze się nie rozłączył, bo mamy do omówienia książki z pogranicza. Właściwie książkę z pogranicza. Dzisiaj tytuł: „Dlaczego jesteśmy na Ziemi?” Bernarda Jakobiego. Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek „Książek z pogranicza” wkracza na scenę. A skoro tak, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:41:56] - Witam ciebie Marku, witam wszystkich.
[01:41:59] - Piotrze, Piotrze. Bernard Jacoby, niemiecki badacz zjawisk bliskich śmierci, zjawisk reinkarnacji i książka „Dlaczego jesteśmy na Ziemi?”. To w sumie są pytania egzystencjalne w tej książce, bardzo ostateczne powiedziałbym. Na przykład jaki jest cel naszej obecności na świecie? Ktoś mógłby powiedzieć: „Nie ma żadnego celu. Tak sobie po prostu żyjemy”. Tymczasem od Jakobiego dostajemy odpowiedź albo próbę odpowiedzi, która wygląda zupełnie inaczej.
[01:42:40] - Książka, o której mowa została wydana w roku 2024 przez wydawnictwo Fenomen i jest dostępna na sklepie internetowym Nieznanego Świata, między innymi www.nieznany.pl. Tam możecie do tej książki dotrzeć. Autor, o którym dzisiaj mówimy, Bernard Jacoby studiował literaturoznawstwo, ale dzisiaj jest ekspertem od, jak sam mówi i jak mówią inni, oswajania człowieka ze śmiercią. Lęk przed umieraniem Jacoby nazywa lękiem wszystkich lęków. Zdaniem autora jest to również źródło naszego agresywnego i destrukcyjnego zachowania, bo my wiemy, że prędzej czy później zitniemy z tego świata. Wszystko więc postrzegamy przez pryzmat materii, tak żeby wszystkiego spróbować doświadczyć, nie dać sobie wyrwać. Chcemy jak najwięcej dla siebie. Dopiero jednak, kiedy nasze postrzeganie się zmieni, że życie nie jest jedno, że się nie kończy, to jak mówi autor, zaczynamy postrzegać mechanikę rzeczywistości i nasze w niej miejsce w trochę inny sposób, że jednak w tym wszystkim może być zawarty jakiś wyższy cel i sens metafizyczny. I w swojej książce Jacoby wychodzi od próby pojęcia sensu i znaczenia niektórych doświadczeń związanych ze śmiercią, tak zwane NDE. Stany czy doświadczenia bliskiej śmierci stanowią zagadkę już od dziesięcioleci.
Zagadkę dla neurologów, psychiatrów. Powstało mnóstwo książek i dobrze o tym wiecie. Dla autora natomiast te doświadczenia są elementem w procesie swego rodzaju doskonalenia, a na pewno pokazują one to, że świadomość po śmierci istnieje. I w kolejnych rozdziałach tej książki Jacoby przygląda się różnego rodzaju doświadczeniom opisywanym przez parapsychologię na przykład, także tym mniej znanym, jak na przykład wizje z łoża śmierci i tak dalej. Przeprowadza czytelnika przez sam proces umierania, często podając takie bardzo, może nie drastyczne, ale wstrząsające szczegóły. Takie szczegóły techniczne, o których wiedzą tylko ludzie pracujący z osobami chorymi. Do myślenia dało mi to, gdy Jacoby napisał o umieraniu jako uwalnianiu kolejnych elementów czy żywiołów z ludzkiego ciała. Najpierw wody, potem ciepła, które wygasa i powietrza, które zastyga w ostatnim oddechu. Ta książka złożona jest z opisu tego rodzaju doświadczeń, zjawisk, ale nie do końca.
[01:45:27] - Piotrze, ja się muszę przyznać do tego, że kiedy zabierałem się za tę książkę, to byłem sceptyczny, bo czytałem różne nie tyle recenzje, co omówienia. I kiedy spotykałem się z takimi fragmentami, które mówiły o tym, że Jacoby pisze o doświadczeniu śmierci, że to jest doświadczenie uniwersalne, przeżycie uniwersalne. Ja podchodzę do tego rodzaju zdań, tego rodzaju sformułowań trochę jak do jeża, bo to się tak łatwo mówi. Bardzo wiele osób tego rodzaju frazy wyrzuca z siebie, bo to tak dobrze brzmi. Tymczasem kiedy człowiek staje w obliczu śmierci, to rzecz wygląda nieco inaczej. Strach, przerażenie wręcz. I trudno się dziwić. W dodatku nie ma wtedy nikogo obok. To znaczy ktoś może jest, ale i tak wobec śmierci człowiek jest sam, przeraźliwie sam. I ja podchodziłem do tej książki w taki sposób, że autor nie jest w stanie mnie przekonać.
I pewno państwo teraz oczekujecie, że ja powiem, że jednak mnie przekonał. Nie do końca, aczkolwiek zwrócił uwagę na kilka ważnych aspektów związanych i z umieraniem i z tym, co się dzieje po samym umieraniu. Bo kiedy mówimy sobie na chłodno, że umieranie to jest przeżycie uniwersalne, co to znaczy właściwie? Tymczasem autor stara się ukazywać umieranie jako naturalny etap życia. To jest ten moment, w którym według niego dusza oddziela się od ciała i przechodzi w inny wymiar istnienia tak naprawdę. I tu autor podpiera swoje twierdzenia relacjami osób Które przeżyły ten proces osób, które zbliżały się do śmierci, ale wróciły. I podkreśla, że wiele z tych osób przeżywa to w taki sposób, że później bardzo się zmienia. To bardzo podkreśla. Powołuje się też na relacje osób, które towarzyszyły umieraniu bliskich sobie osób i mówi o obserwacji dotyczącej świetlistej energii, która się gdzieś pojawia przy zmarłym. Autor analizuje również takie fenomeny związane z osobami, które przeżywały śmierć kliniczną i chyba to najbardziej do mnie dotarło, chociaż nie po raz pierwszy oczywiście, ale w tej książce to jest mocno zaakcentowane, kiedy mówi o tej głębokiej zmianie, która bardzo często przewraca ludzkie życie do góry nogami.
Nagle w tych ludziach dokonuje się przemiana i to bardzo głęboka. My w tym omówieniu będzie nam trudno oddać pewien specyficzny styl i sposób rozumowania, podawania informacji, który stosuje autor, ale muszę powiedzieć, że ma w sobie coś uwodzącego styl autora. Niekoniecznie mnie to porwało i przekonało, przynajmniej w niektórych momentach, ale w niektórych tak. Trzeba przyznać, że to, o czym pisze Jacobie, to jest rzecz warta rozważenia. Każdy z nas musi to sobie w cichości rozważyć. Musi to w jakiś sposób przemielić w głowie, bo znowu to rzecz oczywista, ale podkreślę ją: Jacobie tak naprawdę nie daje nam do ręki dowodów. Jeśli już, to poszlaki. Pewne przesłanki, które mogą wskazywać, że to, o czym pisze, to jest prawdopodobne, ale dowodów nie dostajemy. To zresztą oczywista oczywistość w tym wypadku. I dlatego, kiedy on zaczyna pisać o reinkarnacji i związanej z tą reinkarnacją terapii regresyjnej, to niby jest dowód, ale z drugiej strony dostajemy poszlaki, ale one są bardzo uwodzące, aż chce się w nie wierzyć.
[01:50:09] - Ważny w tej książce jest wstęp, ale o tym za chwilę jeszcze powiemy. Kolejne rozdziały, jak powiedziałeś, on poświęca między innymi reinkarnacji czy kwestii planu duszy, tak zwanego planu duszy, wyborze nowego życia przed narodzinami i tak dalej. Mamy tu więc rozpisany cały schemat sensu życia i życia pozagrobowego również, począwszy od opuszczania ciała przez duszę w momencie śmierci po ponowne wcielanie się. Jest to więc książka dla tych, którzy oczekują jasnych i konkretnych odpowiedzi na to, co dzieje się po śmierci. To jest książka dla tych, którzy chcą wiedzieć, jak jest albo przynajmniej co wynika z relacji. Bo to są relacje ludzi, to są relacje osób, które to widziały. Więc jest duża szansa, że skoro duże grono o tym donosi, wiele osób mówi o tym samym, to coś w tym jest. Jakiś mechanizm jest zachowany. Tysiące ludzi przeżyło przecież różne stadia NDE. Niektórzy mają wspomnienia z poprzednich wcieleń, jeszcze inni twierdzą, że mogą się komunikować ze zmarłymi, a Jacobie scala to wszystko w jedno.
Jest to więc książka paradoksalnie pełna konkretów, ale dotyczących zjawisk, które są trudne do uchwycenia. Jest to taki swoisty przewodnik po sferze zaświatowej. Oczywiście nie tak do końca, tak zupełnie symbolicznie autor opiera się na ludzkich doznaniach. On, Marku, jedną nogą stoi na ziemi, stoi na doświadczeniach, na doznaniach, na czymś, co ludzie przeżywają. To jest dla mnie ważne, że mówi o tym, jak to wygląda, że jest odniesienie do pewnego rodzaju faktów. To są jednak przeżycia. To są przeżycia, są niemierzalne, ale jednak setki, tysiące, może nawet dziesiątki tysięcy ludzi przeżyło NDE i coś to znaczy, na coś się Jacobie powołuje. Jest jednak druga część publikacji, ta, w której autor się porywa na próbę oceny tego, co w zasadzie się dzieje z człowiekiem po śmierci. Po co właściwie jest śmierć? Elementem jakiego procesu ona jest?
Gdzie ona prowadzi? I tu mam osobiście pewien problem, podobny do tego, jaki miałeś ty. Bo to, co otrzymujemy, to jest jednak pewna interpretacja, osobista interpretacja Jacobiego. I tak naprawdę ile religii, ilu autorów, ile światopoglądów, tyle będzie interpretacji. Osoby o bardziej naukowym podejściu, materialistycznym, o światopoglądzie scjentystycznym powiedzą: „No dobrze, ale te wszystkie historie o życiu po śmierci to człowiek sobie wymyśla po to, żeby oswoić umieranie. To są tylko nasze wyobrażenia dotyczące wielkiej tajemnicy”. Weźmy kogoś z drugiego bieguna, na przykład zwolennika hipotezy symulacji. Jego też to nie przekona, bo on powie: „Okej, ale może po prostu po śmierci wylogowujemy się z gry, w której tkwimy”. Plusem ogromnym jest to, że już na wstępie we wprowadzeniu, Marku, otrzymujemy informację, że ta książka to jest tak naprawdę rodzaj interpretacji filozoficznej pewnych nieznanych zjawisk przez Jacobiego. Czyli jest to jego wizja, trochę dostosowana do potrzeb europejskich, chrześcijańskich.
On się dodatkowo powołuje albo opiera na ideach, na przekonaniach wielu filozofów oraz badaczy świadomości. I możemy dojść do wniosku, że ta książka jest po to, żeby pewne rzeczy wyjaśnić tym, którzy nie potrafią żyć w poczuciu wiecznego poszukiwania. Takie miałem wrażenie. Co sądzisz o jego filozoficznych inspiracjach?
[01:54:02] - Muszę sobie westchnąć, ale to tak na boku, żeby nie w mikrofon. Powiem tak: ja nie wiem, czy to naprawdę są filozoficzne interpretacje. To jest pewien swobodny strumień myśli i nie mieszałbym tego koniecznie z filozofią, tylko dlatego, że on mówi o sprawach bardzo ostatecznych. To raczej są spekulacje. To niekoniecznie równa się filozofia, chociaż czasami tak. To raczej są spekulacje, aczkolwiek tak jak powiedziałeś, oparte na pewnych przesłankach i pod względem filozoficznym, owszem, to się wpisuje w pewne nurty filozoficzne, ale z tą filozofią bym nie przesadzał. Natomiast co jest ważne: wspomniałeś o rozdziale, w którym pojawia się plan duszy i później mówiłeś o wylogowywaniu się z gry. To tak bardzo mi się podobało, kiedy Jacoby mówi o tym, że każda dusza przed narodzinami ustala swój własny, osobisty plan życia, wybiera rodziców, okoliczności, które w jakiś sposób pozwolą osiągnąć rozwój duchowy, opisuje sesje planowania przedurodzeniowego i sesje, w których dusze przygotowują się na różne nadchodzące wyzwania. Autor wręcz podkreśla, że nawet trudne doświadczenia, które pojawiają się w ludzkim życiu, na przykład choroby, jakieś trudne relacje, to wszystko może mieć jakiś głębszy sens i stanowić element duchowej ścieżki rozwoju. Tak, ale ktoś powie: „No dobra, to jest właśnie ten element, w którym oswajamy śmierć, w którym spróbujemy w jakiś sposób wytłumaczyć, usensownić sobie to, co przeżywamy, to, co nas spotyka”.
Owszem, ale jeśli sobie przyłożymy tę opcję gry, to przecież są gry, w których najpierw, zanim zaczniemy grać, musimy zbudować swoją postać i ją pracowicie budujemy, nadajemy jej różne cechy. To bardzo przypomina postępowanie, które opisuje Jacoby, więc może Jacoby tego tak nie podkreśla, ale cóż, może niekoniecznie chodzi o duszę, może to chodzi o gracza. To już jest moja interpretacja. Oczywiście Jacoby jakoś tak nie akcentuje tego zbyt mocno, ale muszę powiedzieć, że ta książka dotknęła mnie osobiście i w dodatku zmusiła do pewnych przemyśleń. Cały czas nawiązuję do tego planu duszy, bo ja sobie uświadomiłem, że, i tu od razu uprzedzam, ja szczegółów nie podam, bo one dotyczą mnie, ale uświadomiłem sobie, że jest w moim życiu kilka takich zadziwiających faktów, które obserwuję u siebie od dzieciństwa, a to już naprawdę dosyć dawno temu, które trudno jest mi wytłumaczyć. Trudno jest mi wytłumaczyć wychowaniem, jakiemu byłem poddany. Trudno jest wytłumaczyć jakimkolwiek innym faktem z mojego życia, obojętnie, czy go pamiętam, czy nie pamiętam, ale pewne zachowania, moje zachowania zadziwiają mnie samego. Zastanawiam się, skąd się wzięły. Niestety mam taką niedobrą refleksję, że jeśli przyjmiemy, że koncepcja reinkarnacji jest prawdziwa i że gdzieś tam w obecnym życiu w jakiś sposób próbujemy kompensować, a może wzmacniać albo osłabiać swoje poprzednie wcielenie, to ja, rozumując logicznie, może było zupełnie inaczej, ale ja w poprzednim wcieleniu musiałem być kimś wyjątkowo, ale podkreślam wyjątkowo parszywym. Więcej państwu, tak jak powiedziałem, nie opowiem, ale taka autorefleksja mnie naszła.
Kim też ja w tym poprzednim wcieleniu, jeśli było, mogłem być? I mam poważne podejrzenia. Właśnie zbierając fakty od Jacoby'ego tak mnie naszło. Mam poważne podejrzenia, że nikim dobrym nie byłem. Ale jest w tej książce coś, co u jednych wzbudzi entuzjazm, a u drugich takie skrzywienie się, niedowierzanie i takie parsknięcie: „Nie, to już jest przegięcie”. Mam na myśli przesłania Gregorego. To jest rozdział, który myślę, że pozyska Jacobymu taką samą ilość zwolenników co przeciwników.
[01:58:58] - Jacoby pisze, odpowiadając na pytanie zadane w tytule książki, tutaj taki prawie cytat: „Zostaliśmy ożywieni Bożą iskrą i jesteśmy włączeni w wyższy duchowy kontekst”. I najważniejsze z tego cytatu, że nie da się tego kontekstu ogarnąć rozumem. No właśnie, nie da się. Nie mamy gwarancji, że jakiekolwiek próby odnalezienia się w tym, po co jest śmierć albo co się dzieje po śmierci, że próby zracjonalizowania NDE, połączenia doświadczeń NDE z reinkarnacją, bo przecież to też się nie łączy. Zobaczcie, jedni ludzie mówią, że podczas wyjścia z ciała, w czasie na przykład nagłego zatrzymania krążenia, trafiają do innego świata i tam widzą zmarłych bliskich, którzy przebywają w jakimś innym planie świadomości. Ale przecież są osoby, które posiadają wspomnienia z poprzedniego życia, czyli one tak jakby wróciły. Zatem jak jest? Która droga jest prawdziwa? Wracam do poprzedniej myśli. Nie ma dowodów na to, że próby zracjonalizowania tego W jakikolwiek sposób są cokolwiek warte.
Niemniej jednak człowiek taki jest, że musi się doszukiwać odpowiedzi. Tak samo jest w przypadku życia pozagrobowego. Są dwie, Marku, moim zdaniem drogi interpretacji koncepcji autora, ponieważ to, o czym on pisze, wynika z ludzkich przeżyć, jest miarodajne w jakimś stopniu. Czyli te wszystkie doświadczenia z pogranicza śmierci, te wszystkie dodatkowe fenomeny, obserwacje duchów, spotkania ze zjawami kryzysowymi i tak dalej, to coś mówi nam o rzeczywistości, w jakiej istniejemy. Coś takiego się dzieje po prostu z człowiekiem, czyli da się to zrekonstruować, przynajmniej jakiś obraz, ponieważ doświadczamy tego może nie cieleśnie, ale doświadczamy. Czyli to jest jakaś rzeczywistość dla człowieka. Ale z drugiej strony, kiedy sobie tak spojrzymy na te wszystkie kwestie związane ze świadomością, z naturą naszej rzeczywistości, z tak zwaną rzeczywistością niejawną chociażby, to możemy dojść do następującego wniosku: a co jeżeli ludzki umysł rzeczywiście nie jest w stanie tego wszystkiego pojąć, że doświadczenia NDE, doświadczenia ze śmierci klinicznej to jest tylko element pewnej większej całości, którą my widzimy tylko poprzez właśnie ten tunel, to światełko w tunelu. Natomiast cały system, który za tym stoi, pozostaje dla nas niepojęty, niedostrzegalny. To jest trochę tak, jak dawniej astronomowie wierzyli, że jest tylko jeden Układ Słoneczny albo że jest tylko jedno słońce, a reszta to są świetliki na niebie. Trochę to tak wygląda.
My sobie możemy to racjonalizować, możemy wierzyć, że tak jest, tworzyć nawet jakieś systemy, ale z drugiej strony nie ma kompletnie żadnych przesłanek na to, że te systemy, te próby racjonalizacji coś dają. Widzimy tylko działanie czegoś, w czym żyjemy, jakichś tajemniczych procesów, których pochodzenia nie znamy. Pytanie, czy poznamy. Pomimo wszystko książka Jacobiego jest interesująca, chociaż interpretacja autora jest z gruntu chrześcijańsko-mistyczna albo ezoteryczna. To przegląda on to, tutaj będzie zmiana, to dokonuje on przeglądu szeregu doświadczeń, które są problematyczne nie tylko dla naukowców, ale nawet dla ludzi, którzy coś takiego przeżyli. Te doświadczenia sugerują, że jest inny świat również, z którym czasami wchodzimy w interakcje, na przykład w momencie śmierci. Ale jest też nasz świat. Skąd więc ta dychotomia? Dlaczego jesteśmy w ogóle na Ziemi? To jest pytanie zadane w tytule.
[02:02:57] - A ja, Piotrze, nie odpuszczę, bo podprowadzałem i ja jestem bardzo ciekawy, jak ty odebrałeś przesłania Gregory'ego, bo ktoś może powiedzieć, że to jest taki element w książce, który coś potwierdza, a mnie, mówiąc szczerze, w jakiś sposób to nie przekonało. Ten byt duchowy z przesłaniami, który zwraca się do autora i komunikuje się z nim, opowiadając o różnych ciekawych zjawiskach, procesach, chociażby o transformacji świadomości, o roli miłości jako takiej siły, która jednoczy świat. Ja bardzo jestem ciekawy, jak ty, Piotrze, podchodzisz do tego rozdziału, tych relacji o bycie duchowym o imieniu Gregory.
[02:03:49] - Jeżeli ktoś śledzi moją twórczość i działalność, to doskonale wie, że jestem dość sceptyczny wobec różnego rodzaju przekazów, szczególnie tych przekazów, które oferują jedną jedyną prawdę. Ta prawda się pojawia bardzo często w przesłaniach od różnych bytów. Powiem tak: niektórzy traktują tego rodzaju przekazy jako osobistą iluminację. Dla innych jest to element podróży w głąb samego siebie. Jak jest w tym przypadku? Wydaje mi się, że Jacobi ma potężny pęd, potężną potrzebę tak naprawdę dostarczenia odpowiedzi na pewne pytania. On nie umie żyć w świecie pełnym znaków zapytania. Ja jednak myślę, że takich odpowiedzi udzielić się nie da jednoznacznych i nie zrobi tego ani człowiek, ani żaden byt. To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale nic na wiarę. Moim zdaniem dużo ważniejszym elementem, jeżeli chodzi o tą książkę, są relacje albo inaczej są te rozdziały, które są poświęcone zjawiskom, których ludzie doświadczają, bo to są pewne sprawy tajemnicze o wspólnych wątkach, przebiegające doświadczenia według podobnych scenariuszy.
To świadczy, że coś się dzieje. Natomiast nasz umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Jacobi musi też sam sobie chyba odpowiedzieć na pytanie Czy te wyższe instancje duchowe, o których on mówi, można zrozumieć? Czy jak sam mówi, są jednak nie do ogarnięcia przez ludzki umysł?
[02:05:37] - Myślę, że ta książka ma zarówno mocne, jak i nieco słabsze strony. Do mocnych zaliczyłbym spójną narrację, bo jakoby w umiejętny sposób, podkreślmy, umiejętnie bardzo łączy tematykę naukową z tematyką duchową i prezentuje argumenty zarówno na rzecz istnienia świadomości poza ciałem, jak i w ogóle tego innego życia. Używa bardzo bogatych, bardzo różnorodnych przykładów. Tam są liczne relacje osób doświadczających stanów bliskich śmierci oraz takich osób, które poddały się sesjom hipnotycznym. Co więcej, w tej książce osoby zainteresowane znajdą wskazówki praktyczne, takie medytacyjne techniki introspekcyjne. One tak naprawdę mogą pomóc czytelnikowi w duchowym rozwoju. To był miód. Ta łyżka dziegciu, o której muszę powiedzieć, czyli słabsze strony książki, to od razu powiedzmy brak jakichkolwiek dowodów naukowych, bo mimo licznych relacji osobistych jakoby nie przedstawia, bo chyba nie jest w stanie przedstawić twardych dowodów na istnienie reinkarnacji czy planu duszy. To jest bardzo nęcący obraz i człowiek, przynajmniej niektórzy ludzie bardzo chcą w to wierzyć. Ale nie łudźmy się, to nie jest słabość samego autora, Jacobiego, że on tych dowodów nie przedstawia, bo tych dowodów na przykład na reinkarnację trudno jest przedstawić.
Mamy znowu poszlaki i bardzo często słyszymy o pamięci dzieci poprzednich wcieleń. Pamięci, która sięga czasami bardzo daleko. Ale zauważmy, trudno to uważać za dowód. To są intrygujące poszlaki. Ja bardzo chętnie zresztą o takich poszlakach czytam. One są inspirujące, intrygujące, niepokojące. I bardzo dobrze, że są, ale za dowód trudno to uznać. Warto też powiedzieć, że jako słabszą stronę tej książki potraktowałbym interpretacje, które stosuje Jacoby. One bywają kontrowersyjne. Myślę, że bardzo wiele osób, które słucha tej audycji, będzie zdziwionych na przykład tym, że Jacoby interpretuje, tu mam problem z algorytmem, wirusa celebrytę, który nas odwiedził, że to był rodzaj karmicznego rozliczenia ludzkości.
To naprawdę budzi wątpliwości, tak jak sam wirus celebryta, więc to bywa kontrowersyjne. To niekoniecznie musi budzić entuzjazm, ale jeśli miałbym podsumować, to książka „Dlaczego jesteśmy na Ziemi?" wydaje mi się interesująca, a szczególnie będzie interesująca dla tych wszystkich osób, które zainteresowane są duchowością, reinkarnacją, tym, co nazywamy rozwojem osobistym. Ta książka dostarcza, mnie na przykład również dostarczyła inspiracji do różnych refleksji nad sensem życia, nad możliwymi celami, ku którym zmierza dusza. I tak jak powiedziałem, chociaż te założenia nie mają silnego podparcia naukowego, to jednak są intrygujące. Wwiercają się człowiekowi w głowę i dobrze, że się wwiercają. Tak mi się przynajmniej wydaje. Więc dla jednych będzie to cenne źródło duchowych inspiracji, ale dla innych raczej ciekawostka z pogranicza filozofii, może ezoteryki, nie wiem, raczej takiej tajemnej wiedzy. Uważam, że jakkolwiek będziemy do tej książki podchodzić, to warto po nią sięgnąć. Warto, ponieważ warto się skonfrontować z pewnym sposobem myślenia. Można go przyjąć albo odrzucić, ale lekceważyć naprawdę nie warto.
[02:09:47] - Dodam tylko, że fragmentu książki Bernarda Jacobiego posłuchać można na kanale Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś książką jest zainteresowany to zapraszamy na www.nieznany.pl.
[02:10:01] - Czas, proszę Państwa na Recenzarium Evivy. Dzisiaj „Dzień tryfidów” i ja bardzo Państwa proszę, „Dzień tryfidów” Weinheima to jest znakomita książka, naprawdę znakomita, ale wiem, że jest też film i film nie jest znakomity. Jeśli nawet Państwo oglądali film zatytułowany „Dzień tryfidów” i skutecznie się Państwo zniechęcili do tego dzieła, to mam nadzieję, że Luiza Eviva Dobrzyńska przekona Państwa, że książka Weinheima „Dzień tryfidów” warta jest, aby po nią sięgnąć. To takie moje małe wspomnienie. Przez długi czas w czasach komuny polowałem na ten tytuł, ponieważ jakoś mi się wymknął. Ja byłem oczywiście bardzo sprawnym wyłuskiwaczem i rozpruwaczem księgarń, ale czasami jakiś tytuł mi się wymknął. Ten mi się właśnie wymknął. Nie dostałem go, kiedy pokazał się na rynku, a potem jakoś nie trafiał do antykwariatów. Jakoś nie mogłem go wyłuskać. Allegro wtedy nie było, innych platform, na których dzisiaj takie książki spokojnie się pojawiają.
Nie było tego wszystkiego, bo internetu nie było, nic nie było. PRL był i długi czas nie mogłem trafić na tę książkę. W końcu na nią trafiłem i przeczytałem ją. Miałem wiele takich książek, które czytałem w jednym rzucie. To znaczy siadałem, zaczynałem i kończyłem wtedy, kiedy przeczytałem ostatnie zdanie. To było chorobliwe. Ktoś powie być może, a może świadczyło o tym, że byłem wtedy w takim czasie swojego życia, w którym literatura była naprawdę ważna. Jeszcze ważniejsza niż jest w tej chwili. W tej chwili literaturę szanuję. Jest czymś, co zajmuje sporą część mojego życia.
Ale chyba wtedy jako nastolatek byłem bardziej zapalczywy i bardziej spragniony kontaktu z książką, kontaktu z ciekawą historią. A „Dzień tryfidów” to jest ciekawa historia. Zapraszam Państwa na recenzarium Evivy.
[02:12:25] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Apokalipsa ma rozmaite wymiary. Może być mniejsza, może być większa. Może dotyczyć jednej społeczności, może dotyczyć również całej kuli ziemskiej, a nawet wszechświata. Jednak z powodów czysto, można powiedzieć, egoistycznych, dla nas najstraszniejsze są te, które dotyczą po prostu ludzkości. A mogą być różne: spowodowane wojną, chorobami, przyczynami zewnętrznymi. Było ich już bardzo dużo. Jedną z klasyki opowieści postapokaliptycznych jest bez wątpienia „Dzień tryfidów”. Opowieść o tym, jak łatwo i jak szybko może się wszystko zawalić. Trzeba przyznać, że autor tej powieści, John Wyndham, dość ciekawie poprowadził akcję.
Początkowo bowiem jesteśmy przekonani, że całe nieszczęście wynikło z przyczyn czysto zewnętrznych. Oto obserwujący wyjątkowo widowiskowy rój meteorów na nocnym niebie ludzie tracą wzrok. Nie na chwilę. W ogóle. Od tego losu uciekają tylko ci, którzy wtedy spali albo z jakiegoś powodu nie mogli patrzeć. Jest ich stosunkowo niewiele i bardzo szybko okazuje się, że dla generalnie oślepionej społeczności stają się po prostu skarbem. Są próby zniewolenia ich. Później ci, którzy ocalili wzrok, próbują stawiać się w roli nadzorców, panów życia i śmierci. Oczywiście dla dobra tych oślepionych. Ale największym zagrożeniem dla jednych i drugich są tryfidy.
Sztucznie wyhodowane rośliny, które posiadły nie tylko zdolność słuchu, niezbyt szybkiego, ale jednak, ale też zdolność komunikowania się nawzajem. Te rośliny są mięsożerne i polują na ludzi. Człowiek widzący ma jakieś szanse. Niewidomy niestety nie. A tryfidów jest bardzo, bardzo dużo. Tutaj zdecydowanie zawinili ludzie, którzy postanowili hodować tę roślinę, bardzo cenną z punktu widzenia gospodarczego. Ale ekspansja tryfidów może być odczytywana po prostu jako rodzaj kary boskiej na ludzkość. Zwłaszcza że w miarę akcji powieści główny bohater, Bill Masen, dochodzi do wniosku, że to widowisko na niebie, które ludzkość oślepiło, mogło wcale nie pochodzić z głębin kosmosu, a być wynikiem użycia broni masowego rażenia albo już intencjonalnego, albo, co wydaje się bardziej prawdopodobne, ta broń po prostu wymknęła się spod kontroli. Wygląda na to, że nie ma kogo winić, jeżeli chodzi o szukanie zewnętrznego wroga. Winni jesteśmy my.
I coś w tym rzeczywiście jest. Wspomnijmy choćby pandemię COVID-u. Niektórzy ludzie oczywiście zaprzeczają temu, żeby w ogóle jakowaś pandemia była. Uważają, że tę histerię rozpętano po to, żeby na tym zarobić. Dużo by na ten temat mogły powiedzieć pielęgniarki ze szpitali covidowych. One raczej nie mają wątpliwości. Ale wirus COVID-u to nie jest jedyny, który jest stworzony. Ludzkość zajmuje się tym już od dawna. Hoduje nie tylko broń biologiczną, ale też wirusy, które mają czemuś pomóc. Na przykład można je wykorzystywać w leczeniu nowotworów.
Są takie próby, ale taka zabawa w Pana Boga ma swoje konsekwencje. I nie tylko chodzi tutaj o COVID. Nie mamy żadnej gwarancji, czy pojawiające się lokalnie epidemie, na przykład SARS albo pomoru świń, też nie są wynikiem manipulacji przy stosunkowo mało zjadliwych mikrobach. Nie wiemy tego, tak samo jak nie wiemy, co w następnej kolejności ucieknie z laboratorium dzielnych naukowców. Nauczyliśmy się bardzo wiele. Potrafimy naprawdę rzeczy, o których się nie śniło naszym przodkom. Wciąż jednak nie nauczyliśmy się prawidłowo myśleć i w wielu sprawach działamy niejako na rympał. Także „Dzień tryfidów” warto przeczytać. Zmieniamy zwierzęta, zmieniamy rośliny. Zmieniamy, jako się już powiedziało, także mikroby, żeby nam służyły.
Z tym że one mogą w ogóle nie mieć ochoty nam służyć. Próba manipulowania genetycznego przy roślinach spowodowała, że mamy teraz rośliny wysokowydajne. Tylko tyle, że one są również mniej zdrowe niż ich przodkowie. Kukurydza, która była kiedyś wspaniałym, można powiedzieć, superfood, teraz jest zagrożeniem dla cukrzyków. Dlaczego? Dlatego, bo ją zmieniono. To samo może dotyczyć i innych roślin, a także zwierząt. To nas oczywiście nie powstrzyma. Tylko jaka będzie tego cena? Myślę, że „Dzień tryfidów” warto przeczytać właśnie po to, żeby się nad tym zastanowić.
Nie mówiąc już o tym, że jest to klasyka gatunku. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:17:40] - Czas na literackie tête-à-tête. Dzisiaj Krystyna Śmigielska rozmawia z Radosławem Rutkowskim. To ciekawa rozmowa. Ciekawa jest też twórczość tego autora. Wzruszająca po prostu. Być może to jest taki mój feler, że ja jakoś tak zawsze się wzruszam, kiedy pojawiają się opowieści o zwierzętach, opowieści o braciach mniejszych. Tak już mam. Cóż, ja to uważam za rodzaj takiego feleru. Dlaczego? Dlatego, że ja źle znoszę opowieści o zwierzętach.
Dlaczego? Właśnie dlatego, że się wzruszam. To przesłania mi odbiór dzieła literackiego. Ja głównie skupiam się na tym, że się wzruszam, co z jednej strony może dobrze świadczy, że człowiek jakoś przeżywa, ale z drugiej strony absolutnie zaciemnia taką trzeźwą ocenę dzieła literackiego. Ale i tak państwa bardzo serdecznie namawiam na wysłuchanie tej rozmowy, bo jest fascynująca, bo autor naprawdę ma coś do powiedzenia.
[02:18:59] - Dobry wieczór państwu. Spotykamy się w kolejnym programie z cyklu „Literackie tête-à-tête”, do którego zaprosiłam mieszkańca Łodzi, absolwenta wydziału prawa i administracji, szukającego kiedyś swojego miejsca na muzycznej scenie, a obecnie parającego się tworzeniem literackich opowieści. I już na początku zdradzę państwu jeden sekret naszego dzisiejszego gościa. Bardzo pragnie on posiadać kozę. Proszę państwa, w „Literackim tête-à-tête” przedstawiam państwu Radosława Rutkowskiego. Dobry wieczór, panie Radku.
[02:19:39] - Dobry wieczór.
[02:19:40] - Łódź, Bałuty. To nie brzmi dobrze. Sam pan przyzna. Skończył pan studia prawnicze. Dużo czytał, uprawiał muzykę, będąc mieszkańcem dzielnicy, którą każdy chyba Polak kojarzy jako nasze krajowe piekiełko. Czy Bałuty dały panu pewność siebie, odwagę i determinację, aby wypłynąć z Łodzi na szerokie wody?
[02:20:07] - Cóż, na początku mogę powiedzieć, że jako mieszkaniec Łodzi patrzę na Bałuty jako ktoś stąd. I być może moje postrzeganie jest nieco inne. Inaczej patrzę na te wszystkie kamienice, które straszą nas z memów krążących po internecie. Ale przypomina mi się taka jedna sytuacja, która zapisała się w mojej pamięci jeszcze sprzed lat. Jako posiadacz dość długich włosów maszerowałem sobie radośnie jedną z bałuckich ulic, gdy niespodziewanie z jednej z bram wybiegło dwóch mężczyzn i minęło mnie szybkim tempem. Pomyślałem sobie: „Dobrze, czasem z bramy wybiegają ludzie, mijają nas, nie oglądając się. W ogóle całkiem normalna sprawa”. Chwilę później z tej samej bramy wybiegło kolejne 50 osób. Panów dość atletycznie zbudowanych. Mogłem się temu doskonale przyjrzeć, bo żaden z tych panów nie miał na sobie koszulki.
I ci panowie podążali w pośpiechu za tymi dwoma panami. Cóż, szedłem sobie dalej tym chodnikiem i miałem dwie opcje do wyboru: albo iść dalej pomiędzy tą falą biegnących mężczyzn, albo uciec. I szansa na to, że wśród tych 50 panów znajdzie się ktoś szybszy ode mnie, była całkiem spora. Dlatego postanowiłem: „Okej, dobra, idę dalej, po prostu przed siebie”. I ta sytuacja nauczyła mnie, że trzeba iść przed siebie, nie oglądać się za siebie, dążyć prosto do swojego celu, nie zważać na żadne przeciwności. Tak, w ten sposób Bałuty dały mi tę pewność siebie, by kroczyć wybraną przez siebie ścieżką prosto do celu.
[02:22:05] - Czyli jednak ta odwaga została na tych Bałutach gdzieś przez pana osiągnięta?
[02:22:11] - Myślę, że tak. Tutaj to środowisko jest dość specyficzne, ale to jest moje środowisko, całkiem dobrze się w nim czuję i czuję, że te Bałuty dodają mi sił. Gdybym mógł wybrać, nie zamieniłbym tych Bałut na żadną inną dzielnicę, czy to w Łodzi, czy w żadnym innym mieście. Trudno byłoby mi opuścić moje Bałuty.
[02:22:32] - Słyszałam, że teraz Bałuty stają się już ładniejsze.
[02:22:36] - Tak. W mojej skromnej opinii zawsze ładne były, ale rzeczywiście zmian jest tutaj dużo i myślę, że z każdym kolejnym rokiem Łódź pięknieje. Za kolejnych kilka lat będzie nie do poznania.
[02:22:50] - Muzyka. Ale jaka? Proszę nam opowiedzieć o swojej przygodzie związanej z nutami. Interesuje mnie też, co sprawiło, że była ona jednak krótka i postanowił pan teraz swoje siły oraz ambicje skierować ku innej dziedzinie sztuki.
[02:23:10] - Moimi ukochanymi gatunkami są blues, rock. W takich odnajduję się zarówno jako słuchacz, jak i jako aktywny niegdyś muzyk. W takich odnajdywałem się najbardziej. Zaczynałem klasycznie, bym powiedział, od fascynacji gitarą. Takiego, nazwijmy to, grania garażowego, choć nigdy nie miałem garażu. Ale powiedzmy, że na potrzeby naszej rozmowy przyjmijmy to za granie garażowe. Byłem z początku samoukiem. Siedziałem, uczyłem się, próbowałem odgrywać utwory moich mistrzów gitary. Potem w pewnym momencie doszedłem do przekonania, że Dobrze byłoby to wszystko usystematyzować. Udałem się na kurs.
Na tym kursie zdarłem sobie już do reszty opuszki na palcach i niestety ta moja wielka namiętność, miłość do muzyki okazała się dość jednostronna, nieodwzajemniona. Ta muzyka mnie tak aż za bardzo nie kochała. Nie mogłem się za bardzo zgrać, przynajmniej w takim stopniu, w jakim ja się chciałem zgrywać. Dlatego też można powiedzieć, że ta moja relacja z muzyką była burzliwa. Powroty, odejścia, powroty, odejścia. I tak na okrągło, na okrągło. Podsumowując, szukałem swojego miejsca na gryfie gitary, ale jak już mi się wydawało, że mam, że znalazłem, to nagle to gdzieś umykało i trzeba było szukać od nowa. Później, po pewnym czasie uznałem, że no dobrze, to skoro nie gitara, to może śpiew. I tutaj już nie próbowałem być samoukiem w kwestii śpiewu. Tutaj udałem się od razu na kurs.
Pamiętam siebie, takiego skruszonego, przybitego nieudaną przygodą z gitarą na pierwszych zajęciach wokalnych, kiedy lekko ściszonym głosem opowiadałem mojej nauczycielce wokalnej, jak ja bym bardzo chciał się nauczyć śpiewać, panować nad swoim głosem. Mniej więcej rok na taki kurs chodziłem, natomiast jako wokalista nigdy nie katowałem ściany żadnego garażu. Do tego nigdy nie doszło i również po pewnym czasie z tego zrezygnowałem. Natomiast wspomnienia zachowałem absolutnie fantastyczne. To była niesamowita przygoda, odkrywanie swoich możliwości na polu, na którym człowiek niekoniecznie czuje się pewnie, naturalnie.
[02:25:38] - Zadebiutował pan w 2017 roku opublikowaną przez wydawnictwo Novae Res opowiastką „Mit primum non nocere”, którą można by streścić w słowach: polskie piekiełko w poczekalni u lekarza. Mam wrażenie, że miejsce akcji jest dobrane idealnie do tego typu rozważań. Czytelnicy przeważnie znają je z autopsji i chętnie pewnie konfrontują swoje przeżycia z pana kreacją. Skąd pomysł na tego typu polskie piekło i jaka idea panu przyświecała przy tworzeniu tej opowiastki?
[02:26:17] - A tu odpowiedź jest bardzo prosta. Sam stałem w takiej kolejce, w wielu kolejkach. Jednej, drugiej, trzeciej. Był taki czas, w którym praktycznie przyjaźniłem się z ortopedami. Stojąc w tych kolejkach, czekając na to, aż sam się u lekarza znajdę. Uderzyła mnie wtedy ta schematyczność, ta powtarzalność pewnych postaw, pewnych zachowań, ale jednocześnie też ich epickość i epickość tej sprawy wydawałoby się tak bardzo przyziemnej. Głównie moje doświadczenia skłoniły mnie do tego na pewnym etapie, by to wszystko opisać. Oczywiście trochę przekoloryzować. Powieść „Mit primum non nocere” w założeniu ma być przekoloryzowana, ma być taką przejażdżką po stereotypach, ale podkreślę raz jeszcze, w zasadniczym stopniu opiera się na tym, czego sam doświadczyłem albo byłem świadkiem. Wszystkie postawy, które opisane są w „Mit primum non nocere” są postawami, z którymi w większym albo w mniejszym stopniu sam się spotkałem i które tak bardzo wryły się w moją świadomość, że wychodząc z przychodni któregoś razu postanowiłem: Ach!
To nie może się zmarnować. To nie może się zmarnować. Myślę, że szkoda byłoby, gdyby nie zostało to opisane i gdyby ludzie nie mieli okazji zapoznać się z przychodnią w krzywym zwierciadle.
[02:27:55] - Mit primum non nocere. A zatem postanowione. Głosem nowobogackiego drobnomieszczaństwa Osaczona uzyskała przewagę, której nie powinna stracić. Koko zdała sobie sprawę, że popierając obóz przeciwny przegrałaby, ponieważ Big Mac i tak pozwoliłby wejść tej kobiecie wraz z nim. Wolała stanąć za zwycięzcami. Nietypowy sojusz. A zatem pani się zgadza? Cebula wybałuszyła oczy, rozpoczynając tym samym głosowanie. I panowie też? Kiwnęliśmy głowami.
Ja się nie zgadzam. Głos narodowców zabrzmiał jak zwykle donośnie i złowrogo. Marszałku. Wysoka Izbo. W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej ogłaszam, że uchwała przeszła większością głosów w stosunku trzech do dwóch. Nikt się nie wstrzymał. W efekcie Osaczona uzyskuje zgodę na wejście do gabinetu wraz z Big Maciem. Cebula uderzyła nawet laską o podłogę, niczym marszałek przybijający laską marszałkowską ostateczne rozstrzygnięcie. Demokracja to jednak wielka sprawa. Osaczona stała oszołomiona.
Z zajmowanego przeze mnie w dalszym ciągu miejsca tuż przy wyjściu na klatkę widziałem, jak stała kompletnie zdezorientowana przy drzwiach noszących numer 206. Przed chwilą ważyły się jej losy, czego jeszcze piętnaście minut temu zapewne się nie spodziewała. CIA zaniósł się intensywnym kaszlem, a Cebula spoglądała przed siebie tępo. Ponieśli porażkę w kwestiach ideowych, a te są przecież najważniejsze. Należało zweryfikować arytmetykę parlamentarną i przygotować grunt pod kolejne głosowanie.
[02:29:28] - Ponieważ jest pan nadal autorem z niewielkim dorobkiem wydawniczym, zapytam, jakie miał pan oczekiwania i jakie wrażenia po ukazaniu się właśnie tej pana pierwszej powieści. Czy były wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy?
[02:29:47] - Jakie miałem oczekiwania? Liczyłem na Splendor, chwałę na urywające się telefony, na polujących na mnie paparazzich, na wywiady, na listy miłosne, na które moja żona patrzyłaby krzywym okiem. Nic takiego się nie wydarzyło. Myślę, że debiut to jest bardzo trudny temat na polskim rynku. Ten rynek znam, więc o tym się będę wypowiadał. Myślę, że polski rynek nie jest zbyt przyjazny autorom, także rodzimym. Takie mam przemyślenia na podstawie własnych doświadczeń. Już na samym etapie wstępnym jest problem, bo jeśli do wydawnictwa zgłosi się polski autor z solidną, naprawdę dopracowaną propozycją uderzającą w nasze tony, zahaczającą o tematy dla nas ważne albo aktualne, to i tak na starcie, takie mam wrażenie, ma jednak sporą szansę przegrać z propozycją tłumaczenia i wydania pozycji zagranicznego autora. Uznejmy w naszym przykładzie, że pozycji dopracowanej w porównywalnym stopniu. Ale ponieważ taka książka jakoś się sprzedała za granicą, to można spróbować sprzedać ją również w Polsce.
Książka polskiego autora debiutanta nie sprzedała się jeszcze nigdzie, więc lepiej nie ryzykować. I oczywiście ja rozumiem, że wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną i musi się utrzymać, ale mam takie poczucie, że jednak trochę za mało dajemy szansę naszym autorom i naszym autorkom, żeby na takim rynku zaistnieć. Spotykam się też niestety czasem z poglądem wśród czytelników, według którego polscy autorzy tak w ogóle są be. Że nie warto czytać polskich autorów, bo człowiek zawsze się rozczaruje. Nie to, co autorzy zagraniczni. To zawsze budzi mój sprzeciw. Po części dlatego sam jestem polskim autorem, po części dlatego, że jest w tym jakiś błąd logiczny. Można nie lubić jakiegoś konkretnego autora, można nie lubić jakiegoś konkretnego gatunku, oczywiście. Ale żeby tak od razu skreślić całą rodzimą literaturę? Mam wrażenie, że zapominamy czasem, że książki polskich autorów czytamy w oryginale.
Są tam smaczki stylistyczne, znaczeniowe, językowe. To ulega częściowej erozji w przekładzie. W przypadku książek autorów zagranicznych, otrzymując taką pozycję z zagranicy na starcie tracimy część tej esencji, którą po prostu nie zawsze da się zrozumieć nie będąc kimś z wewnątrz. Poza tym mam też takie poczucie, że wciąż pokutuje taki pogląd, że Kate brzmi lepiej niż Katarzyna. John brzmi lepiej niż Jan. Nie jest to chyba tak silne jak kiedyś, ale wciąż istnieje jako wrzód na zdrowym ciele logiki. Mam wrażenie, że literatura, rynek wypracował sobie taki etos autora, któremu wydawcy odmówili wiele razy albo po prostu nie skontaktowali się z nim. Może nie mieli czasu zajrzeć do jego propozycji, ale w końcu takiemu autorowi się udaje. Wydaje książki. Czytelnicy go pokochują.
Jest ten happy end, jest ta chwała i ten splendor i ten sukces. Jest powód do dumy. Taki autor może opowiadać, jak to przeszedł przez tę ścieżkę dla wybranych, a wiadomo, w literaturze tak jest, że swoje trzeba przecierpieć. Ale ja już mam to za sobą. Trud został nagrodzony. Tylko że na mój gust tu nie ma się za bardzo z czego cieszyć, nie ma powodu do dumy. Patrząc na to z perspektywy systemu, branży, nawet czytelnika. To jest trochę zawstydzające, że to jest tak powszechne i przyjęte za normę, że doszukujemy się w tym wzniosłości. Tak, chapeau bas dla każdego twórcy za wytrwałość. Te słowa uznania się należą, ale szkoda, że upatrujemy w tym normalności.
Już kończąc odpowiedź na to pytanie, jakbym miał powiedzieć, jak nie zwariować w tym wszystkim, powiedziałbym, że oczywiście nie wiem, czy jestem autorytetem w tej kwestii, bo nie wiem, czy mi też trochę nie odpiło przez to, że ten mój debiut nie okazał się tym wielkim sukcesem, o jakim marzyłem, ale powiedziałbym, że chyba najważniejsze to po prostu lubić pisać, lubić czytać. Bo jeśli człowiek sam sobie może sprawić tym przyjemność, to być może choć trochę zrekompensuje sobie nieprzyjemności wynikające z tych trudności, których nie sposób ominąć.
[02:34:40] - Ja tylko dopowiem, że z tego, co pan mówi, wygląda na to, że swoją wizję życia po debiucie przeniósł pan prosto z amerykańskich filmów. Tam właśnie się dobrze autorom żyje. U nas w Polsce rzeczywiście jest trochę inaczej. Po dwóch latach opublikował pan kolejną powieść, tym razem już dłuższą, bo liczącą 356 stron. Jest to kryminał, który ukazał się w 2019 roku nakładem Wydawnictwa Alternatywnego. Książka nosi tytuł „Remedium”, a na jej okładce widzimy niebieską tabletkę. Czy wykształcenie prawnicze pomogło panu w tworzeniu kryminalnej intrygi? Czy może wręcz przeciwnie, przeszkadzało, w jakiś sposób uwierało? Jak ocenia pan „Remedium” po latach? Czy thriller, kryminał, sensacja to gatunki, w których pan się doskonale czuje?
[02:35:40] - Czy wykształcenie prawnicze pomogło mi w pisaniu „Remedium”? Tutaj myślę, że i tak, i nie. Z jednej strony wykształcenie dało mi pewną bazę wiedzy Z zakresu prawa karnego. Bardzo przydatne. Z drugiej strony zapewniło mi głowy. Zawsze jakiś szczegół uwierał. A tu jeszcze człowiek sprawdzi, a tam pomyśli, a tu za łatwo, a to tak nie zawsze działa to tak, jak się człowiekowi wydaje, kiedy opiera swoją wiedzę na przykład na utworach szeroko rozumianej popkultury, czy to książkowych, czy to filmowych. Jednak nie zawsze jest to takie proste i nie zawsze jest to takie spektakularne. Więc mówiąc krótko za dużo myślałem, ale ostatecznie udało się wszystko domknąć. Jaka jest moja ocena po latach?
Myślę, że dzisiaj napisałbym to trochę inaczej. Czuję, że mam troszeczkę dzisiaj chyba więcej dojrzałości, takiej literackiej dojrzałości, niż miałem wtedy. Myślę, że dzisiaj finalna wersja wyglądałaby po prostu troszeczkę inaczej. Czy dobrze czuję się w gatunku thrilleru i takiej literatury sensacyjnej? Myślę, że tak, choć z pewnymi uwagami na boku. Bo tutaj jednym z celów, który przyświecał mi podczas tworzenia Remedii i który po dziś dzień jest żywy w mojej głowie, to jest chęć stworzenia bohatera, policjanta w tym przypadku oczywiście, który może nie budzi szczególnej sympatii, popełnia błędy, wyciąga wnioski, jest po prostu ludzki i na ten swój ludzki sposób jest ułomny. Jest ludzki, a nie hollywoodzki. Bo ja na przykład czuję pewien przesyt takimi szczękokęciastymi samczymi, surowymi, skrytymi nieprzyzwoicie i zupełnie niezamierzenie uwodzicielskimi twardymi glinami. Nie twierdzę, że to jest złe, że to się źle czyta, że to jest nierealne. Absolutnie nie.
Ale ja potrzebuję czegoś innego niż kolejny super twardy glina, który z pogardą patrzy na ściganych przez siebie bandziorów, a nawet kiedy się potknie, to natychmiast się podnosi, otrzepuje, nie wiedzieć czemu zawsze skórzaną marynarkę, popija whisky i odpala cygaro i chwilę później kosi wszystko i wszystkich. Kiedy widzę taki schemat, to mnie po prostu uwiera. Nawet jeśli sama książka czy historia są naprawdę dobre, to się nie wyklucza. Po prostu w ramach buntu zależało mi na stworzeniu postaci, która jest inna. Nie jest piękna, średnio strzela, czasem irytuje, nawet częściej niż czasem, ale czasem ma też rację, czasem się myli. I tutaj konsekwencja tego jest taka, że dynamika w takiej, w takiej powieści jest troszeczkę inna. Nie jest nakręcana tak bardzo tą sensacją, jaką znamy z szerokiego nurtu popkultury.
[02:38:58] - Czyli chce pan złamać ten stereotyp policjanta, tego takiego, no powiedzmy sobie, macho, którego się podziwia, który ma być zawsze tym dobrym, szybko rozwiązującym sprawę.
[02:39:14] - Chętnie widziałbym także... Chętnie widziałbym także inne sylwetki wśród policjantów. Myślę, że nie każdy jest Johnem Rambo, choć John Rambo nie był policjantem, ale myślę, że wiemy, o co chodzi. Tutaj życzyłbym sobie od siebie, właściwie oczekiwałbym od siebie, że spróbuję się troszeczkę od tego wyłamać i zaatakować temat od troszeczkę innej strony.
[02:39:40] - No właśnie. Ja myślę, że w dzisiejszych czasach jest stanowczo za dużo książek pisanych, ja to bym tak nazwała bardzo kolokwialnie, na jedno kopyto. Według określonego scenariusza. Gotowce są scenariusze i my wpisujemy się tylko podstawiając innych trochę bohaterów, którzy tak praktycznie rzecz biorąc, jak się im przyjrzeć, niczym się między sobą nie różnią. Taki czas jakiś też nastał, prawda?
[02:40:06] - Potem, jeżeli trafia to do szerokiego grona odbiorców i ci odbiorcy chłoną te treści i potem, kiedy nachodzi ich pragnienie, oni też chcieliby być twórcami, to ponieważ oni są nasiąknięci takimi treściami, to sami nieświadomie, czasem nieświadomie tworzą je w taki sam po prostu sposób.
[02:40:28] - Remedium. Dobra, od początku. Wyobraźcie sobie, że w pokoju siedzi ekonomista, prawnik i filozof. Na stole postawiono przed nimi misę z jabłkami. Co pomyśli ekonomista? Najpierw je policzy. Potem zastanowi się, jaki jest udział eksportu jabłek w ogólnym eksporcie w Polsce i jak wypadamy w tej kwestii na tle pozostałych państw Unii Europejskiej. Na koniec wymieni wszystkie gałęzie przemysłu spożywczego i przetwórczego, które oparte są na jabłkach. Prawnik wyrecytuje wszelkie normy zawarte w polskim prawie, które w luźny choćby sposób odnoszą się do tego owocu. Określi podstawę prawną funkcjonowania sadu jabłkowego oraz możliwości ubiegania się przez sadownika o unijne dotacje.
A wreszcie może pokusi się o udzielenie odpowiedzi na nurtujące od lat pytanie: do kogo należą jabłka, które spadają z jabłoni rosnącej na samym środku miedzy? Filozof spojrzy na te wszystkie jabłka i spróbuje opisać istotę ich istnienia. Jabłkość. Kiedy możemy powiedzieć o jabłku, że jest jabłkiem? Czy to stan przejściowy? A może jednak jest to coś na kształt predestynacji? Rodzisz się jabłkiem i pozostajesz nim na zawsze. Czy jabłko odczuwa szczęście? Czy ma pragnienia? Zmierzasz do czegoś konkretnego?
Wtrącił Tomek. Każdy z nich widzi świat przez pryzmat dziedziny, którą się zajmuje i nie zawsze robi to świadomie. Takie zboczenie zawodowe. A gdybyśmy posadzili tam lekarza? Co by pomyślał? Adam i Tomek spojrzeli po sobie zaskoczeni. Liczyli, że to pytanie retoryczne. Jednak przeciągająca się cisza i pytające spojrzenie Strawczuka sugerowały, że jest inaczej. „Że są zdrowe” – powiedział cicho Tarniak. „Tak!” Przemek uderzył ręką w udo.
„Dokładnie! Są zdrowe. Dieta każdego człowieka powinna uwzględniać co najmniej kilka tych owoców tygodniu. Zawierają sporo witaminy C oraz mnóstwo innych składników odżywczych. Jaka szkoda, że coraz rzadziej widać dzieci idące przez ulicę i zagryzające pyszne jabłuszka. Zawierają mało cukru, więc zaleca się je cukrzykom. Każdy z tych ludzi ma swój własny filtr, którego nie może się pozbyć. Gdybyśmy nie wiedzieli, który jest który, po pięciu minutach sami powinniśmy się domyślić po tym, co odpowiedzieli by na pytanie: czy te jabłka nasuwają wam jakąś refleksję? A teraz pomyślcie. Pierwsze morderstwo zostało dokonane w mieszkaniu przy ulicy Urzędniczej.
Seria precyzyjnych nakłuć świadczących o tym, że sprawca dokładnie wiedział, co gdzie w człowieku się znajduje. Drugiego dokonano za pomocą substancji powszechnie stosowanej w medycynie. Trzecie nie było już tak efektowne. Było takie, na jakie pozwalały warunki, a trzeba pamiętać, że znacznie skróciliśmy mu pole gry. W dalszym jednak ciągu był skuteczny i precyzyjny. Przebił jej płuco i czekał, aż się udusi lub wykrwawi. Jaki płynie z tego wniosek?” „Że zna się na medycynie? To już ustaliliśmy.” „Idźmy dalej. Słuchaliście wszystkich rozmów, jakie przeprowadził z Pauliną. Czy nie rzuciło wam się coś w uszy?
Nie zorientowaliście się, że to brzmi jakoś dziwnie?” Pokręcili głowami. „Chłopaki, pobudka! Przyrównał obojętność do gangreny, infekcji, wirusów i tym podobnych. Powtarzał, że właśnie stosuje terapię, że zabije siedzącego w niej pasożyta. Wyłuszczył jej założenia teorii Darwina, o którym pewnie nasłuchał się podczas zajęć z biologii. Przyznać się do problemu to pierwszy krok do jego zwalczenia. Pierwsza strona podręcznika terapeuty. On ją chce wyleczyć. Jest jak lekarz w pokoju z jabłkami. Sposób mówienia zdradza jego profesję.
Nie wspominając już o tej jego całej elokwencji. Brzmi jak lekarz podczas konsultacji. Kalata mówił, że jestem jak Columbo. Adam, sam to sprawdzałeś. Z kim walczył Columbo? Najczęściej byli to ludzie o wysokim statusie społecznym, jak na przykład prawnicy i lekarze właśnie.”
[02:44:20] - A chciałam jeszcze zapytać, czy kiedykolwiek korzystał pan z jakiejś pomocy wytrawnych literatów? Próbował pan swoich umiejętności w szkołach twórczego pisania, kreatywnego pisania? Czy kiedyś się pan zetknął właśnie z taką praktyką?
[02:44:39] - Jedyną szkołą twórczego pisania, jaką przeszedłem, to lektura książek moich mistrzów, czy też moich ulubionych autorów. I tutaj w tym względzie myślę, że wyniki miałem, wciąż mam całkiem niezłe. Książki czytam od zarania dziejów swoich. Za młodu zaczytywałem się absolutnie namiętnie w przygodach trzech detektywów, w twórczości Karola Maya, naszego polskiego Pana Samochodzika również. Widać wyraźnie, że niecne występki gęsto ścieliły ścieżkę mojego literackiego rozwoju już od najmłodszych lat. Zawsze chciałem być Old Shatterhandem. Chciałem mieć wehikuł jak Pan Samochodzik i kibicowałem Jupiterowi. On był jednym z bohaterów książek z serii Przygody trzech detektywów. Kibicowałem mu, gdy imał się kolejnych diet, bo zawsze przeszkadzały mu jakieś zbędne kilogramy. Dziś wciąż zaczytuję się oczywiście w literaturze kryminalnej, w literaturze pięknej, obyczajowej jak najbardziej też.
To jest moja szkoła twórczego pisania. Czytać, zachwycić się i potem spróbować samemu coś stworzyć.
[02:45:54] - To zapytam jeszcze inaczej. Czy ma pan może taką osobę, która jest tak zwanym pierwszym czytelnikiem? Kogoś, kto czyta pana teksty i potem, powiedzmy sobie, w jakiś sposób jednak doradza czy próbuje korygować, wręcz nawet wyłapuje jakieś błędy.
[02:46:11] - Oczywiście tak. Mam czytelników, pierwszych czytelników. Tak. W przypadku każdej książki takie osoby były. To są zawsze te same osoby. Tak, zawsze tak jest. Natomiast nigdy nie pozwalam, by ktoś przeczytał moją propozycję, zanim będzie w pełni gotowa. To znaczy nie ma takiej możliwości, żebym zgodził się przekazać komuś fragment, zanim gotowa będzie całość. To jest granica, której nie jestem w stanie w żaden sposób przekroczyć i nie ma takiej możliwości. Po prostu nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek przeczytał choćby fragment, nim całość będzie gotowa.
I tak, absolutnie. Ci moi pierwsi czytelnicy znajdują tam fragmenty, co do których zgłaszają swoje uwagi. I trzeba przyznać zupełnie uczciwie, że nierzadko mają rację.
[02:46:59] - Czasem trzeba wysłuchać innych, ale też zawsze trzeba mieć na uwadze to, że my też w pewnych sytuacjach możemy wiedzieć trochę lepiej niż nasi odbiorcy. I po tych wszystkich perypetiach z wydaniem dwóch swoich poprzednich książek zaczął pan pisać coś w rodzaju literatury faktu, opisując trudne powojenne czasy. Skąd zrodził się pomysł? Kto był inicjatorem powstania Akeli? Książka ukazała się we wrześniu 2024 roku nakładem wydawnictwa Novae Res.
[02:47:40] - Tutaj w przypadku Akeli sytuacja była dość wyjątkowa. Historia ta oparta jest na opowieściach dziadka mojej żony. Podczas wizyt dziadek przywoływał liczne anegdoty. Przy okazji to stawał za to ścierką od swojej żony i jego żona Czyli nasza babcia powtarzała, że wszyscy to słyszeli. Po co zanudzać? Przyjechali goście z daleka. Po co zanudzać tymi samymi historiami? Ja ich nie słyszałem i chciałem usłyszeć. Oczywiście nie chciałem dostać ścierką, więc dość nieśmiało prosiłem dziadka, żeby jednak kontynuował i ostatecznie na swoim postawiłem. Tu można przywołać powiedzenie: woda drąży skałę.
Najpierw wydrążyła mnie od jednej anegdoty do drugiej. Złapałem tego bakcyla, a potem już sam drążyłem dziadka Jurka. Z zebranych wspomnień ulepiłem całą historię. Kto był inicjatorem? Inicjatorem byłem ja. Wbrew ścierce naciskałem na to, by wyciągnąć jak najwięcej informacji od dziadka. Kiedy już dojrzała we mnie gotowość do tego, żeby przelać to na papier, to oświadczyłem wprost dziadkowi, jakie są moje zamiary. I od tego momentu już mogliśmy grać w otwarte karty i żadna ścierka nam nie groziła. W finalnym etapie prac nad książką któregoś razu spotkaliśmy się już z dziadkiem i te wszystkie swoje notatki podsumowałem drobnym maczkiem zapisanych pięć, sześć kartek z tych wszystkich opowieści, z tych wszystkich anegdot, które dziadek przywoływał. Dodatkowo jeszcze otrzymałem od dziadka teczkę IPN-u, którą rodzina otrzymała po chyba roku '89.
Ta teczka dotyczyła konkretnie ojca dziadka, czyli naszego pradziadka Franciszka Śliwowskiego, który również jest bohaterem książki. To postać tragiczna, można powiedzieć, z uwagi na to, co się Franciszkowi Śliwowskiego przytrafiło. O tym czytelnicy mogą się dowiedzieć z „Akeli”.
[02:49:54] - Akela. Szybko okazało się, że pled nie miał służyć owczarkowi wyłącznie pod kuchennym stołem. Pies zaczął eksperymentować i odkrył, że pled sprawdza się równie świetnie jako posłanie na podwórku. Wystarczyło go rozłożyć i już można było cieszyć się wygodą w dowolnym miejscu. Akela znalazł też sposób na utrzymanie koca w należytym stanie. Korzystanie z niego na dworze sprawiło, że wiele stracił na puszystości i miękkości. Nie to jednak stanowiło największy problem. Przylepione do materiału zaschnięte grudki ziemi i drobne patyki uwierały owczarka w brzuch i odbierały całą radość z leżenia. Sytuacja stawała się coraz bardziej kłopotliwa, lecz w porę udało się znaleźć rozwiązanie. Gdy któregoś dnia Natalia poszła do obory wydoić krowę, Akela wślizgnął się tuż za nią.
Rozłożył koc na wyścielonej słomą ziemi i przyglądał się, jak kobieta napełnia wiadro mlekiem. Liczył na ciekawsze widowisko, więc rozczarowany wrócił do domu. „Co tutaj tak śmierdzi?” — dziwiła się Śliwowska, gdy później cedziła mleko przez ścierkę. Odłożyła ją na bok i skrzywiła się, wciągając powietrze przez nos. Czuła w kuchni zapach odchodów. Poszła do sieni i obejrzała swoje buty. Mogła przypadkiem przynieść coś z obory. „Nic tutaj nie ma” — mruknęła do siebie. Odwróciła się i ujrzała Akelę drzemiącego pod kuchennym stołem. Pies w kuchni.
Dlaczego od razu o tym nie pomyślała? Nie wiadomo, gdzie się włóczył. Natalia podniosła sagan i udała, że napełnia go jedzeniem. Owczarek połknął przynętę, wyczołgał się pomiędzy krzesłami i usiadł w oczekiwaniu na drugie śniadanie. Śliwowska rzuciła mu kilka kawałków chleba i jak tylko pochylił się w ich stronę, szybkim ruchem ręki zbadała sierść. „Tutaj też nic” — westchnęła, w dalszym ciągu czując unoszący się w powietrzu smród. Rzuciła okiem na rozłożony na podłodze koc i aż się zagotowała. Pod stołem i wokół niego leżało mnóstwo piachu, gałązek i siana, a wygnieciony pled był bardzo brudny. Tu jest gorzej niż w chlewie! Nagle Śliwowska doznała olśnienia.
Pies był dziś w oborze, gdy doiła krowę. Kobieta wytężyła wzrok i w końcu dostrzegła na kocu dwie wyraźnie ciemniejsze plamy. Podbiegła, powąchała je i wrzasnęła: „Akela! Ty zakało! Co zrobiłeś z moją narzutą na wersalkę?” Nie zważając na nic, błyskawicznie wyciągnęła ją spod blatu. Zabrała na zewnątrz i wytrzepała na ganku. Wciąż czuła obrzydzenie, więc wrzuciła ją do miski z wodą i wyprała, co chwilę gromiąc owczarka pełnym goryczy spojrzeniem. Ten z początku zareagował nerwowo i ruszył za Śliwowską na dwór, lecz uspokoił się, widząc, że tym razem pled nie wylądował zamknięty w szafie. Z zaciekawieniem przyglądał się, jak Natalia doprowadza go do porządku. Nie odstępował jej na krok, gotów w każdej chwili zażądać zwrotu swojej własności.
Koc suszył się na sznurku przed domem aż do wieczora. Nim zapadł zmrok, pies złapał go w zęby i jeszcze wilgotny wniósł z powrotem do kuchni. Legł zmęczony na odświeżonym posłaniu i od razu poczuł różnicę. Wszystkie problemy zostały rozwiązane. Od tamtej pory Akela co jakiś czas zakradał się do zagrody, wycierał pled o krowie nieczystości i zanosił go do sypialni Natalii. Rozwścieczona kobieta nie szczędziła mu obelg, lecz za każdym razem prała koc i rozwieszała go na sznurku.
[02:53:31] - Tematyka „Akeli” jest wyjątkowa. Ja chciałabym poznać proces powstania książki. Proszę przybliżyć nam samą postać Jurka. Na czym polegała współpraca panów podczas pisania?
[02:53:44] - Dziadek Jurek poza tym, że jest chodzącą empatią i skarbnicą wspomnień, to jest też bohaterem książki „Akela”, bo to właśnie on, dziś dziadek Jurek, ale wtedy zupełnie młody chłopak, Jurek Śliwowski, zaprzyjaźnił się z bardzo specyficznym psem, który zjawił się w jego domu w dość nietypowych okolicznościach i na kartach książki „Akela” śledzimy Losy Akeli i Jerzego Śliwowskiego właśnie.
[02:54:22] - To była taka przyjaźń dziecka z psem, prawda?
[02:54:26] - Tak, dokładnie tak.
[02:54:28] - Ale ten pies nie był zwyczajnym psem.
[02:54:31] - Nie miał w sobie nic ze zwyczajnego psa.
[02:54:35] - A jednak chłopak sobie z nim radził.
[02:54:38] - Tak. Jest takie powiedzenie, że psy wyczuwają dobrych ludzi i wydaje mi się, że Akela szybko rozpoznał, z kim ma do czynienia. To pozwoliło obu dżentelmenom zbudować między sobą naprawdę wyjątkową relację, która trwała później latami.
[02:54:57] - Ale Akela przyszedł do domu Śliwowskich. Może troszeczkę zdradźmy jednak skąd.
[02:55:04] - A nie wiem, czy powinniśmy zdradzić.
[02:55:07] - Akela. Stasiek wracał do domu rowerem, zataczając się łagodnie na piaszczystej szosie. Był w stanie wskazującym na lekkie, lecz bezsporne spożycie alkoholu. Nigdy by temu zresztą nie zaprzeczył. Przez lata wyrobił sobie we wsi reputację, której nie zamierzał zepsuć, udając trzeźwego. Kiedy tylko zobaczył Śliwowskich oraz biegającego między nimi Akelę, zatrzymał się gwałtownie, niemalże lądując w płytkim przydrożnym rowie. „Witam pani Natalio” — zawołał, nonszalancko zdejmując wysłużony kapelusz. „Dzień dobry” — odparła kobieta. „A co to? Na spacerek z pieskiem się wybraliśmy?” Stasiek jedną stopę oparł i uszuł na ziemi, drugą usiłował przełożyć ponad ramą, ale cały czas zawadzał nią o siodełko.
Po kilku nieudanych próbach stanął wreszcie twardo na nogach i utkwił wzrok w Akeli. Natalia liczyła, że sąsiad zniknie równie szybko, jak się pojawił. Nie miała ochoty na rozmowę. Nie podeszła więc do niego. Zamiast tego wolnym krokiem zbliżała się w stronę dzieci bawiących się z psem przy oczku wodnym. „Słyszałem ja już o tej bestii” — pochwalił się Stasiek. „Mówią, że to wielkie i groźne bydle.” „Nie wiem, kto tak mówi. Nikomu jeszcze krzywdy nie zrobił” — odparła Natalia. Doskonale wiedziała, gdzie biło źródło takich rewelacji. „A skoro taki grzeczny, to czemu kaganiec nosi?” — Misiak nie dawał za wygraną.
„Na wszelki wypadek, żeby nikt nie mógł powiedzieć tak, jak pan przed chwilą powiedział.” Stasiek rzucił rower i ruszył za Śliwowską. „Chętnie mu się przyjrzę. Jeszcze nie miałem okazji zobaczyć go z bliska. Raz czy dwa widziałem go z drogi, ale to nie to samo. Jak się wabi?” „Akela.” „Co to za imię jest? Po jakiemu to? Kto to wymyślił?” „Jego właściciel. U nas pies jest tylko na przechowanie.” „A kto jest jego właścicielem?” Zadawał zdecydowanie zbyt wiele pytań. Należało uciąć temat. „Mniejsza o to” — machnęła ręką Natalia.
„Znajomy znajomego był w potrzebie. Co u małżonki? Jak córeczki? A, dobrze. Dziękować, dziękować.” „Niech no ja ci się przypatrzę.” Akela biegał tuż obok. Próbował wskoczyć do wody, omijając Wandę i Jurka, a długi język zwisał między prętami kagańca. Rodzeństwo wyrzuciło z siebie krótkie „dzień dobry”. Mężczyzna skinął głową na powitanie, w dalszym ciągu kierując się w stronę owczarka. Był pewny siebie, choć trudno powiedzieć, na ile ta pewność wynikała z rozeznania w sytuacji, a na ile ze spożytego alkoholu. Uparł się, że dokładnie obejrzy psa, o którym zrobiło się we wsi tak głośno.
Akela stanął przy Jurku i obrzucił nieznajomego obojętnym spojrzeniem. Misiak wyhamował tuż przed zwierzęciem i przekrzywił głowę, by dobrze mu się przyjrzeć. „Ale bydle!” — zawołał, pogwizdując niezdarnie. „Pewnie waży z 60 kilo, może nawet więcej. A ile żre, co?” Stasiek poklepał owczarka po głowie. Akeli się to nie spodobało. Pewnie od razu by zareagował, ale Jurek trzymał go mocno za zad i powtarzał, by się uspokoił.
[02:58:15] - A bardziej panu odpowiada opowieść oparta na faktach czy autorska kreacja opisywanej rzeczywistości?
[02:58:24] - To nie jest tak, że jedno albo drugie odpowiada mi bardziej. Natomiast troszeczkę inaczej kształtuje się mój odbiór w przypadku jednego i drugiego. W przypadku literatury opartej na faktach, czy to będzie reportaż, czy to będzie taka literatura fabularna, jak w przypadku Akeli, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, ten odbiór jest zawsze mocniejszy, bo nawet wydawałoby się wydarzenie mniej spektakularne ma większą doniosłość, dlatego, że się wydarzyło naprawdę. W przypadku literatury garściami czerpiącej z fikcji, tutaj dopuszczam większą spektakularność. Moja tolerancja na tę spektakularność jest większa. Ten odbiór jest też przez to troszeczkę taki bardziej, bym powiedział, wygładzony, bo biorę poprawkę na tę fikcję.
[02:59:25] - Ile jest Radosława Rutkowskiego w pana powieściach i z którą ze stworzonych przez siebie postaci identyfikuje się pan najbardziej?
[02:59:37] - Przykro mi, ale jest mnie całkiem sporo w moich książkach. Przejawia się to dystansem, poczuciem humoru. Próbowałem, naprawdę próbowałem dodawać go po trochu, ale w dozowniku coś się popsuło. On się cały czas psuje i to wszystko się tam sypie w strasznie dużych ilościach. Nie nazwałbym się szczególnie poważnym człowiekiem, więc forma mojego przekazu siłą rzeczy idzie w podobnym kierunku. Czasem ludzie, którzy mnie znają, czytając moje książki mówią, że nie da się w niektórych momentach nie widzieć mojej twarzy, nie słyszeć mojego głosu. Moje książki to projekcja Takiej albo innej rzeczywistości przez pryzmat moich dość specyficznych środków wyrazu i pewnego dystansu do wszystkiego. A z którą postacią bym się utożsamiał najbardziej? Chciałbym utożsamiać się z Jerzym Śliwowskim, bo jest kilka takich myślę cech, które nas łączą. Myślę, że nie uniknę porównania policjanta z powieści „Remedium” Strawczuka.
Widzę siebie także w głównym bohaterze „Midprimum”, ale widzę siebie też troszeczkę w Cebuli, która również jest jedną z bohaterek „Midprimu”.
[03:01:07] - Czy oprócz tych trzech książek ukazały się jeszcze drukiem jakieś inne pana formy literackie?
[03:01:15] - Jeszcze nie. Póki co te trzy pozycje to wszystko, co się ukazało. Natomiast wyrażam głęboką nadzieję, a nawet bym powiedział bardzo mocne przekonanie, że stan ten jest przejściowy i w przyszłości ulegnie zmianie na plus. To znaczy pojawi się tam coś jeszcze.
[03:01:38] - Czyli jakieś plany wydawnicze ma pan?
[03:01:42] - Absolutnie tak. Kolejnej książki należy się spodziewać jeszcze w tym roku. Powinna się ukazać po wakacjach i będzie to książka obyczajowa. Chyba tyle na ten moment mogę zdradzić.
[03:01:57] - Wydawnictwo jakieś już jest zainteresowane współpracą z panem?
[03:02:02] - Tak, jesteśmy już po słowie.
[03:02:04] - Czyli trzymamy kciuki, żeby wszystko poszło wedle planu. Prowadzi pan też stronę instagramową i ma pan swoje miejsce na Facebooku. Co nasi słuchacze na nich mogą odnaleźć i czego ciekawego mogą dowiedzieć się o pana twórczości?
[03:02:24] - Temat rzeka, jeżeli chodzi o media społecznościowe w moim przypadku, ponieważ profil na Instagramie, bo od tego zacząłem, to był mój absolutnie pierwszy profil w mediach społecznościowych, jaki kiedykolwiek założyłem. Nigdy wcześniej w mediach społecznościowych nie funkcjonowałem, więc zadebiutowałem lekko ponad rok temu w mediach społecznościowych i ten mój profil autorski na Instagramie poświęcony jest oczywiście przede wszystkim mojej twórczości, troszeczkę mnie, ale także ogólnie ciekawostkom ze świata literatury. Zależy mi po prostu na tym, żeby osoby, które się literaturą, nie tylko moją, interesują, znalazły swój kącik u mnie i chciały tam zostać na dłużej. Na Facebooku pojawiłem się zupełnie niedawno. Od początku pojawiły się tam zawirowania. Absolutnie nie jestem mistrzem w posługiwaniu się mediami społecznościowymi. Nie mam w tym większego doświadczenia, ale uczę się. Jestem wytrwały i nie przejmuję się tym, że jakieś dla mnie jeszcze póki co niezrozumiałe. Tak więc profil facebookowy mój owszem, istnieje. Jest w budowie.
Tam mogą się dziać rzeczy różne. Tak więc jeśli ktoś będzie zgorszony amatorszczyzną, która się tam zadziewa, z góry przepraszam, ale ja się tego jeszcze uczę.
[03:03:50] - Kończąc naszą dzisiejszą rozmowę, muszę pana zapytać, panie Radku, co z tą kozą?
[03:04:01] - Trudno to wyjaśnić i wytłumaczyć. Za grosz w tym racjonalności nie ma. Natomiast mam takie marzenie. Chciałbym mieć kozę. Zawsze chciałem mieć psa, a potem doszło do tego marzenie takie, że chciałbym mieć też kozę. Tak więc psa już na liście odhaczyłem. Kozy jeszcze nie, więc mam to na liście do zrobienia i absolutnie to z tej listy nie znika. Mam już nawet dostawcę kozy. Już poczyniłem w tym kierunku pewne kroki, natomiast jeszcze tylko czekam na warunki, które pozwolą mi do tego, by taką kozę posiadać.
[03:04:43] - No bo jednak koza to potrzebuje jakiegoś terenu, wybiegu, dachu nad głową, prawda? Na Bałutach raczej będzie ciężko.
[03:04:53] - Zaskoczę panią. To byłoby raczej dość trudne zadanie. Natomiast jeszcze dwa, trzy lata temu z okna spoglądałem na podwórko, po którym przechadzały się kury. Tak więc nie jest to zadanie z gatunku niemożliwych, choć do najłatwiejszych na pewno nie należy.
[03:05:11] - Czyli na Bałutach wszystko jest jednak możliwe.
[03:05:15] - Tak, zawsze tak twierdziłem.
[03:05:18] - W „Literackim tête-à-tête” moim i państwa gościem był z wykształcenia prawnik, z zamiłowania muzyk i pisarz wychowany na łódzkich Bałutach pan Radosław Rutkowski, który opowiadał nam o swojej twórczości, swoim życiu prywatnym, ciekawym, pełnym ciekawych też postaci. O swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Akela” i dwóch poprzednich. Więcej informacji na temat naszego gościa znajdziecie Państwo na prowadzonych przez niego stronach instagramowych oraz na Facebooku. Możecie też Państwo dowiedzieć się kilku ciekawostek na portalu LubimyCzytać.pl. Odwiedzajcie je Państwo, czytajcie i sprawdzajcie, czy może już ukazała się najnowsza powieść autorstwa pana Radosława Rutkowskiego. Panie Radosławie, życzę panu wielu wspaniałych literackich sukcesów i dużo wiernych czytelników, a przede wszystkim radości z pisania. Dziękuję za wspólnie spędzony czas i odwiedziny w naszym „Literackim tête-à-tête”. Dobranoc panu.
[03:06:31] - Dziękuję bardzo. Choć podobno się nie dziękuje, to jednak podziękuję. I również dziękuję wszystkim. Dobranoc.
[03:06:38] - Dobranoc państwu.
[03:06:41] - To zaproponuję państwu teraz jeszcze jedno recenzarium Ewiwy. Tytuł omawiany przez Luizę Dobrzyńską brzmi „Wampir”. Ale jeśli spodziewacie się państwo utworu z gatunku Guy Smith poleca, no nie. Raczej kierujemy się w tym przypadku w kierunku klasyki literackiej. Zapraszam zatem.
[03:07:12] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Nieraz się tak zdarza, że autor, co do którego przywykliśmy, że trzyma się jakiegoś określonego stylu, nagle zaskakuje nas, tworząc w stylu zupełnie odmiennym. Czasami bywa to jednorazowy wyskok, czasami dłuższa przygoda. W przypadku Władysława Reymonta, tak, tego samego, to była chyba jednorazowa. Ci z nas, którzy znają epopeję Reymonta „Chłopi”, a myślę, że takich jest większość, chociaż zdecydowanie uczniowie z samego założenia lektur obowiązkowych nie lubią, a jednak czytają, bo muszą. A są też tacy, którzy czytają z własnej woli. Bądź co bądź książka nagrodzona Noblem. Tak na marginesie, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że istnieje inna książka o tym samym tytule i traktująca mniej więcej o tych samych kwestiach. Jest to książka Emila Zoli, stanowiąca część jego cyklu „Rodzina Rougonów”. To był cykl, który miał w założeniu autora udowodnić determinizm dziedziczenia.
Coś, co obecnie nazwalibyśmy po prostu genetyką. Zola wykazał się zupełnie niezwykłą przenikliwością w tej kwestii, ale to tak na marginesie. Otóż Władysław Reymont w swoim czasie napisał krótką powieść pod tytułem „Wampir”. Powieść, która w zasadzie może wpisywać się w nurt mrocznej fantasy, chociaż równie dobrze może być zapisem swego rodzaju choroby umysłowej głównego bohatera. Tym głównym bohaterem jest Zenon, polski emigrant w Londynie, aspirujący literat, który bardzo dobrze odnajduje się na obcej ziemi, nawet zdobywa tam narzeczoną, przemiłą i bardzo ładną dziewczynę. Zaprzyjaźnia się również z jej bratem. I właśnie jej brat wciąga go w krąg spirytystów. Na jednym z seansów Zenon poznaje Miss Daisy, kapłankę Bafometa posiadającą zdolność bilokacji. Od tej pory w jego życiu już nic nie jest takie samo. Ulega bez reszty urokowi niebezpiecznej kobiety, która w dosłownym sensie wysysa siły życiowe z każdego, na kogo padnie jej wzrok.
Ofiarą jej pada między innymi Joe, brat narzeczonej Zenona. Co jednak nie powoduje, żeby Zenon uległ otrzeźwieniu. Chociaż walczy z tym, w końcu wszystkie jego myśli są związane z Miss Daisy. Zostawia w końcu narzeczoną, odrzuca możliwość zostania ojcem i rusza w świat. Mniej więcej tak wygląda fabuła książki. Miss Daisy, czyli tytułowy wampir, jest rzeczywiście istotą tajemniczą i niepokojącą. Jest kapłanką kultu satanistycznego i rzeczywiście zdaje się być obdarzona ponadnaturalnymi mocami. Czy jednak istnieją one rzeczywiście? Czy też urodziły się w umyśle Zenona oraz nieszczęsnego Joe, który przez to ląduje w domu dla psychicznie chorych? Tego nie wiemy.
Być może Miss Daisy jest tak naprawdę zwykłą kobietą. Tyle że posiadającą zdolność narzucania innym wrażenia, że jest kimś więcej. Reymont tego nie precyzuje. Tak naprawdę w tej książce głównie przedstawia zagrożenia związane ze spirytyzmem i obcymi kultami, twierdząc na przykład, że tylko Hindusi są w stanie mentalnie wytrzymać takie rzeczy. Dla Europejczyka jest to prosta droga do obłędu. Coś w tym niewątpliwie jest, ponieważ umysły Europejczyków rzeczywiście zdają się być słabsze w zderzeniu z mrocznymi tajemnicami. Nawet jeżeli w nie nie wierzymy, to jednak na świecie dzieją się różne dziwne rzeczy. Możemy wiele zjawisk tłumaczyć na przykład zbiorową hipnozą albo czyjąś nadwrażliwością. Jednak bywają one naprawdę niepokojące. Są na przykład świadectwa o bilokacji pewnych osób podpisane przez ludzi cieszących się powszechnym szacunkiem i raczej nieskłonnych do egzaltacji.
To samo dotyczy innych zjawisk paranormalnych. Nie chcę tutaj przesądzać, czy te zjawiska rzeczywiście istnieją, czy też są możliwe do wytłumaczenia, tylko jeszcze po prostu nie znamy mechanizmów, które je powodują. Trudno to powiedzieć. Jednak coś takiego zdecydowanie się zdarza i Reymont w „Wampirze” opisał właśnie coś takiego, co trudno ocenić obiektywnie. Coś, co mogło rzeczywiście się dziać. Miss Daisy mogła być osobą niejako z pogranicza światów, kimś bardzo groźnym i mrocznym albo kimś tylko pozującym na takiego. Być może rzeczywiście wszystkie dziwne zjawiska działy się w głowie Zenona i w głowie brata jego narzeczonej. Spirytyzmem bawili się na ogół ludzie z wyższych sfer, czyli tacy, którzy byli dostatecznie zblazowani, żeby nudziło ich wszystko, co jest codziennością. Dla tych z nich, którzy mieli słabszą psychikę, naprawdę mogło się to źle skończyć. Arthur Conan Doyle również był zafascynowany spirytyzmem.
W jego przypadku nie skończyło się to chorobą umysłową, ale jego uporcze twierdzenia, że spirytyzm jest czymś prawdziwym, nie oszustwem, bardzo mu zaszkodziły. Oczywiście teraz już wiemy, że większość mediów była po prostu oszustami, chociaż byli wśród nich zdecydowanie tacy, którzy wierzyli w swoje dziwne posłannictwo. Także książkę „Wampir” warto przeczytać. Nie jest wybitna ani jako powieść, ani jako fantasy, ale czasami warto po prostu poznać coś, co pokazuje nam znanego pisarza z nieco innej strony. Zachęcam do tego. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:13:36] - To zaserwujmy sobie teraz jeszcze jeden odcinek cyklu „Bez tajemnic”. Tym razem wróżba z telefonu.
[03:13:58] - Sporo lat minęło od momentu, kiedy to pewna osoba podpisująca się pseudonimem Atalia na forum spirytystycznym poprosiła mnie o skontaktowanie się z duchem jej zmarłego syna, którego pokonała choroba. Chłopak zmarł w cierpieniu, w bólu. Ona bardzo to przeżywała i nie mogła się z tym pogodzić. To znaczy szukała pocieszenia. Może bardziej w ten sposób. Szukała pocieszenia. Ja jako że nie jestem medium, chociaż posiadam pewną sensytywność, niczego nie mogłem jej obiecać, a na pewno już sam nie mogłem doprowadzić do jakiegoś wywołania, więc nie zajmowałem się tym. Jakiś czas później, w ogóle o tym nie myśląc, obudziłem się w nocy i poczułem w moim pokoju, niedaleko mojego łóżka wpływ jakiejś bardzo negatywnej energii, takiej pełnej złości, pewnej bólu, cierpienia. I od razu poczułem, że to jest właśnie on, syn tej Atalii. Równocześnie w tym samym pokoju po drugiej stronie poczułem taką inną obecność postaci, która emanowała spokojem, energią pozytywną.
I te dwie energie, ta negatywna z jednej strony, pozytywna z drugiej strony bardzo się równoważyły. Jeszcze przez jakiś czas milczałem na ten temat, ponieważ nie byłem do końca pewien, czy to było autentyczne, czy nie. Chociaż całe zdarzenie odbywało się na jawie, bądź przynajmniej w takim półśnie. Jednak po jakimś czasie nabrałem pewności i zakomunikowałem o tym Atalii. Przekazałem jej. Opisałem jej po prostu tę sytuację. Nie było tam żadnej konkretnej wiadomości, ale opisałem jej tę sytuację, moje odczucia. Podziękowała mi i na tym ta historia mogłaby się skończyć, gdyby nie wiele lat później Divaldo Pereira Franco w Warszawie podczas jednego ze spotkań, które poprowadził w naszym towarzystwie spirytystycznym. To było publiczne spotkanie. Przekazał jej informację od syna.
Tak na bieżąco, powiedzmy między ludźmi. Nie było mnie przy tym, znaczy byłem na tym spotkaniu spirytystycznym, ale nie było mnie w momencie, kiedy ta wiadomość była przekazywana. Konrad z naszego towarzystwa spirytysta przetłumaczył i wiadomość, którą uzyskała Atalia od Divaldo Franco w dużym stopniu pasowała do moich odczuć, które miałem jakiś czas wcześniej. Więc tu już był taki ostateczny dla mnie osobiście przynajmniej dowód, że sytuacja, którą ja przeżyłem była autentyczna. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ dzisiaj chciałbym przedstawić niedługi tekst, który został opublikowany w naszym kwartalniku „Spirytyzm”, który już się niestety od wielu lat nie ukazuje. Jest to tekst właśnie Atalii, w którym to wspomina o swoim synu. Historię, którą opowiedziałem, przedstawiłem również w mojej książce „Mój kardycjański spiritualizm”. Zrobiłem to za zgodą Atalii, więc na pewno nie miałaby nic przeciwko, abym tę historię też opowiedział, co zresztą zrobiłem na moim kanale.
[03:17:33] - Wróżba z telefonu. Atalia. Pewnego dnia siedziałam przy moim ulubionym stole kuchennym, przeglądając pewien miesięcznik o profilu ezoteryczno-psychologicznym, gdy w oczy wpadła mi mnogość ogłoszeń od wróżek i wróżów. Sporo tu mężczyzn ostatnimi czasy oferujących usługi w zakresie wieszczenia przez telefon, również za pośrednictwem SMS-ów za niewygórowaną cenę około trzech złotych. W owym czasopiśmie naliczyłam około czterdziestu takich ogłoszeń. Dlatego też pomyślałam, że zajmuje się tym spora rzesza ludzi i warto byłoby sprawdzić, na ile ich usługi są rzetelne i czy rzeczywiście potrafią oni, jak sami się reklamują, przepowiedzieć przyszłość na podstawie układu kart klasycznych oraz tarota, wskazać sposoby rozwiązywania problemów w każdej dziedzinie życia, określić właściwy kierunek postępowania w sytuacjach trudnych.
[03:18:30] - Widzę już, jak rozsądni czytelnicy w tym miejscu pukają się w głowę i mówią: „Przecież wiadomo, że wszystkie te wróżby to lipa i wyłudzanie kasy. Szkoda czasu i atłasu.” Zaraz, zaraz, moi drodzy. Żeby wyrokować w jakiejś sprawie, nie można polegać tylko na swojej opinii, osądzie czy stereotypie. Trzeba przeprowadzić neutralne dochodzenie, które rozwieje wszelkie wątpliwości odnośnie badanej sprawy i rozstrzygnie na tak lub nie. W tym celu wystosowałam do losowo wybranych wróżek i wróżów, żeby była jasność, około 20 SMS-ów zawierających proste pytanie: „Czy mój syn zdobędzie wymarzoną pracę?” W tym miejscu ktoś mógłby zapytać: „Gdzież tu jakiś hak? Przecież to najzwyklejsze pytanie pod słońcem.” Zgoda. Pytanie jak najbardziej normalne. Rzecz w tym, że dotyczy osoby nieżyjącej, bowiem mój ukochany syn zmarł prawie dwa lata temu w wyniku choroby nowotworowej. Niejeden czytelnik na pewno uzna moje postępowanie za nieetyczne, a przynajmniej za niesmaczne, być może nawet za szarganie pamięci zmarłego. Jednak wydaje mi się, że świętej pamięci synowi moje postępowanie z pewnością nie zaszkodziło, a znając jego poczucie humoru mogło go tam, gdzie obecnie przebywa, setnie rozbawić.
W jednym przypadku zdecydowałam się na bezpośrednią rozmowę telefoniczną, bowiem zachęciły mnie umiejętności ogłaszającej się wróżki utrzymującej, że potrafi czytać w Kronice Akaszy oraz nawiązywać kontakt z bytami astralnymi. Telefon odebrała, po głosie sądząc, młoda dziewczyna przedstawiająca się jako Ewelina. Choć reklamująca się tak spektakularnie wróżka na imię miała zupełnie inaczej. Na moją uwagę, że wolałabym osobiście rozmawiać z panią J., moja rozmówczyni odrzekła, że można jej w pełni zaufać, ponieważ posiada takie same umiejętności jak jej chlebodawczyni i nie czyni to żadnej różnicy. Zadane wróżce pytanie brzmiało następująco: „Czy mój syn wyzdrowieje z poważnej choroby?” Po krótkim oczekiwaniu, rozłożenie kart, pani Ewelina powiedziała, że owszem, wyzdrowieje, aczkolwiek nie obejdzie się bez długotrwałej rehabilitacji. Gdy powiedziałam, że osoba ta z pewnością nie wyzdrowieje, albowiem zmarła, wróżka najpierw przez dłuższy czas milczała, a następnie wybuchła szczerym oburzeniem, mówiąc, że wróżce nie wolno kłamać, ponieważ w takim wypadku wróżba zawsze obraca się przeciw kłamcy. Nie chciałam wnikać w głębokie zapewne znaczenie tej pogróżki. Zapytałam jedynie, czy z kart nie wynika tak ważna informacja jak ta, iż rzeczona osoba nie żyje. Pani Ewelina w odpowiedzi odburknęła coś niezbyt wyraźnie i zakończyła rozmowę. W tym samym czasie mój telefon rozgrzał się do czerwoności, bowiem doszły już SMS-y od wróżbitów w systemie zmasowanym, informujących mnie, że: „twój syn pracę otrzyma, choć nie obejdzie się bez problemów”, „otrzyma pracę, ale nie tę, o którą się ubiega”, „na razie pracy nie dostanie, ale układ tarota wyraźnie mówi o długiej podróży” i tak dalej.
W tym samym tonie przez 20 wiadomości. Nikt nie zawiódł. Każda z nich kończyła się w sposób następujący: „Wyślij SMS o treści praca” — padały tu też inne określenia — „a otrzymasz więcej informacji na interesujący cię temat. 2 złote 46 groszy z VAT.” Skorzystałam z ofert wysyłając informację, że wróżba jest wierutną bzdurą, bowiem dotyczy osoby zmarłej. Tak jak oczekiwałam, zostałam zalana pogróżkami głoszącymi, że: „z tarotem się nie żartuje”, „wkrótce może cię spotkać nieszczęście”, „ściągasz na siebie złe energie”. Aż chciałoby się powiedzieć, że wróżbici na swoje usprawiedliwienie mogli wymyślić coś bardziej oryginalnego. Bodaj jedna osoba poczuła się chyba zawstydzona takim obrotem sprawy, gdyż wysłała SMS-a z przeprosinami. Czy na tym koniec? Wydawałoby się, że wszyscy wróże i wróżki po takim finale sprawy powinni zniknąć jak niepyszni. Ale zupełnie tak się nie stało, ponieważ do dziś zbieram pokłosie swojej akcji.
Od chwili jej zakończenia codziennie odbieram po kilka wiadomości o najróżniejszej treści. Najwyraźniej ulubioną metodą tarocistów płci obojga jest metoda kija i marchewki. Oto kilka przykładów. „Proszę cię o wielką rozwagę, bo wyciągnęłam dla ciebie z talii tarota kartę Diabeł. Ktoś manipuluje twoim życiem. Dowiedz się kto i ślij życie pod numer 72. 2 złote 44 z VAT.” „Spotkało cię szczęście. Dziś w nocy objawił się Archanioł Michał i powiedział, że chce cię objąć opieką. Wyślij SMS o treści zgoda na 72. 2 złote 44 z VAT.” Chciałoby się tu zakrzyknąć: „Któż by nie chciał opieki samego Archanioła Michała za jedyne 2 złote 44 grosze?” Później od wróżbitki tej otrzymałam jeszcze SMS-y podobnej treści, z tym że Archanioł Michał został zastąpiony przez Archanioła Gabriela, a następnie przez Archanioła Rafała.
Pewnie ten pierwszy miał zbyt wiele zajęć. „Natychmiast odpisz, bo w dniach 21, 22 i 23 czerwca wydarzy się coś, co całkowicie odmieni twoje życie. Ślij.” Ups, 23 czerwca jest dopiero jutro. Być może naprawdę zdarzy się coś przełomowego. O tempora, o mores! Wydaje się, że przedstawiony wyżej cynizm, idący w parze z brakiem zasad moralnych w pogoni za zyskiem ociera się o groteskę. Czytała Agnieszka Krzemień.
[03:24:11] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:24:30] - Proszę państwa, proszę państwa, już w zeszłym odcinku Bibliotekarium 2.0 Bardzo apelowałem i nakłaniałem państwa do nadsyłania opowiadań. Mówiłem o wskrzeszeniu ABW. Takim mikrowskrzeszeniu, bo w ramach Bibliotekarium 2.0, ale jednak. Również w tym wydaniu Bibliotekarium będę państwa namawiał do nadsyłania opowiadań. Również w tym wydaniu Bibliotekarium 2.0 znajdziecie państwo w opisie audycji informacje co, jak, gdzie nadsyłać, przesyłać, dosyłać i tak dalej. O to zadba nasz nieoceniony wydawca programu, czyli Marek Sęk "Ivellios", który będzie też interpretował opowiadanie Rolanda Hensoldtda „Złodziej czasu”. To jest opowiadanie z archiwalnych wydań ABW. Dawno temu ten cykl się skończył. Proszę państwa, kilka lat już minęło. Przypomnę, że to był cykl polegający na tym, że państwo nadsyłali opowiadania.
Myśmy wtedy z Wiktorem Żwikiewiczem je mielili, czyli analizowali i udzielali autorom rad, pochwał. Różnie to bywało. Czasami się czepialiśmy, czasami chwaliliśmy. Ale korzyść była z tego taka dla wszystkich, i dla autorów, i dla słuchaczy, i powiem państwu szczerze, również dla nas oceniających, że to były dzieła świeże. Lepsze, gorsze, ale świeże, wynikające z takiej pasji pisania, bo to jest najważniejsze. To bardzo często pisarze, którzy jakiś czas już piszą, tracą i to chyba bezpowrotnie tracą. Nazywa się to radością pisania, kiedy każde zdanie, każdy akapit, każdy utwór powstający budzi nieprawdopodobne emocje. Myśmy to wspólnie z Wiktorem starali się szanować. To znaczy, nawet jeśli opowiadanie było średnie, jakieś miało braki, to myśmy zawsze wiedzieli o tym, że stoi za tym pasja. Stoi za tym chęć pokazania, że literatura jest czymś ważnym.
Czasami jest tylko sposobem opowiadania świata, ale to tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Ważne, świadome powtórzenie, ważne, że ona, literatura, jest czymś ważnym. Apeluję do państwa, proszę, żebyśmy wspólnie reaktywowali ABW. Nadsyłajcie państwo opowiadania na adres, który znajdziecie państwo w opisie audycji. Nadsyłajcie państwo te opowiadania. One się wcześniej czy później mają szansę pojawić w audycji w interpretacji Marka Sęka "Ivelliosa". Z moim skromnym, przyznaję, skromnym udziałem w postaci człowieka, który coś państwu na temat waszych opowiadań powie. Będziecie się państwo mogli zgodzić albo nie zgodzić. Będziecie mogli państwo polemizować. To zawsze, jeśli weźmiemy pod uwagę oceny recenzenckie czy oceny redakcyjne, to zawsze są oceny w jakimś stopniu subiektywne.
Dlaczego mówię w jakimś stopniu? Bo umówmy się, są pewne obiektywne wskaźniki mówiące, czy opowiadanie jest udane, czy jest nieudane. Ale w pewnym momencie następuje przeskok i jeśli opowiadanie jest napisane sprawnie, jeśli opowiadanie jest zrobione dobrze technicznie, jeśli opowiadanie jest skomponowane w sposób należyty, to później jak oceniamy to opowiadanie, czy jest dobre, czy jest złe, czy nam się podoba, czy nam się nie podoba, to już wtedy jest subiektywne. Ja, jeśli te opowiadania się pojawią, nie będę się skupiał na tym, czy mi się podobało, czy nie. Będę o tym mówił, ale to nie będzie najważniejsze. Ja postaram się przekazać państwu te informacje techniczne dotyczące przedstawionych przez państwa utworów. Czasami może podpowiem, że coś można było zrobić inaczej. To nie znaczy, że lepiej. Inaczej. Może ta moja interpretacja, to moje inaczej spodoba się autorowi, a może się nie spodoba.
Jeśli się spodoba, to oddaję to za free. I to na przykład przerobione opowiadanie będzie państwa dziełem. A dlaczego roszczę sobie pretensje do tego, żeby jakiejś podpowiedzi państwu udzielać? Chociażby z tego względu, że coś tam już w życiu napisałem. W jakiś sposób zderzyłem się ze ścianą zwaną krytyką literacką. Czasami były to bolesne zderzenia, czasami mniej bolesne. Nawet czasami mnie chwalili. To jest los pisarza, że częściej państwa skopią i skrytykują niż pochwalą. Ale mam nadzieję, że państwo zdajecie sobie z tego sprawę, że przedstawiając swoje dzieło, swoje opowiadanie ludziom, to decydujecie się państwo na to, że będziecie oceniani. Jeśli tak, jeśli macie tego świadomość, to znakomicie, to bardzo dobrze.
To znaczy, że jesteście już dobrym materiałem na pisarza. Natomiast jeśli spodziewacie się, że napiszecie opowiadanie, napiszecie utwór i spotkają was same pochwały, same radosne pienia na temat tego, jak doskonały utwór został przez was napisany To nie jest dobra droga. Utwór tak naprawdę, tak jak rozmawiałem z pewnym krytykiem, jest po to, żeby krytyk mógł się nad nim troszeczkę popastwić. Ja od razu powiem: ja nie jestem krytykiem, ja będę państwu starał się pomagać od strony redakcyjnej. Raczej jestem redaktorem niż krytykiem. Natomiast krytyk, tak jak to w pewnej fraszce było, ona jest złośliwa, przyznaję i nie oddaje roli krytyka, ale ponoć jest tak, że krytyk i impotent z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, lecz żaden nie potrafi. To nie do końca tak. To raczej złośliwość autora. Natomiast krytycy bardzo często czepiają się rzeczy, których niekoniecznie trzeba się czepiać.
No ale taki już zawód krytyka. Co nie znaczy, ja wiem, że mówię trochę tak pytyjsko dzisiaj, bo to wcale nie znaczy, że głosy krytyki należy lekceważyć. Jeśli nawet spotka państwa krytyka, będziecie uważali, że jest niezasłużona, że jest tendencyjna, głupia, wredna i tak dalej, to mimo wszystko przeczytajcie państwo tę krytykę. Niech to coś zostanie na sicie, nawet jeśli się z tym nie zgadzacie, bo pisząc następny utwór, może weźmiecie to pod uwagę. Może taki głos, chociażby polegający na tym, że krytyk was nie zrozumiał, to może następny utwór napiszecie tak, żeby nawet ten krytyk was zrozumiał. To tak tytułem zachęty. Przypomnę: wskrzeszone ABW czeka na państwa, czeka na państwa utwory. Wszystkie informacje znajdziecie państwo w opisie filmu. A teraz zapraszam już na opowiadanie Rolanda Hensolda „Złodziej czasu”. To są wspomnienia z ABW, tego starego ABW.
Opowiadanie w interpretacji Marka Sęka Ivelliosa.
[03:32:56] - Roland Hensold „Złodziej czasu”. Zamarłem w oczekiwaniu na przepowiedzianą katastrofę. Ze wzgórza obserwowałem nadjeżdżający pociąg. Wagony pełne ludzi sunęły na poduszkach pól magnetycznych i chociaż nie chciałem niczyjej krzywdy, przyłapałem się na niepokojącej myśli. Tak samo gorliwie prosiłem Wszechmogącego, aby nic złego się nie wydarzyło, jak szeptałem diabłu, aby doszło do tragedii. Byłbym wtedy świadkiem czegoś niepojętego, czegoś, co przeczy logice. Spojrzałem na zegarek. Teraz. Mijały chwile, w rytm których targały mną skrajne emocje oczekiwania, strachu. Co jeśli?
Zacisnąłem pięści. Wreszcie nieco spóźniony pociąg usłuchał czyjegoś głosu, bo oto pierwszy wagon przechylił się na zagręcie niebezpiecznie w prawo, pociągając resztę składu. Wiedziałem, że to się wydarzy, a mimo wszystko nie dowierzałem. Doszło do katastrofy, którą ujrzałem wcześniej, a teraz stałem zahipnotyzowany, nie mogąc się poruszyć. Potem w mediach powiedzą, że to nie był sabotaż, a jedynie nieszczęśliwy wypadek, zupełnie przypadkowy, że nikt nie zawinił. Rzeczoznawca powie, że tego nie dało się przewidzieć. Wszyscy się mylili. To ja byłem winnym, a moimi grzechami były wiedza i zaniechanie. Rok wcześniej. „Wiesz, że te Digoldy zużywają więcej energii niż Argentyna?
Nieustannie coś obliczają i nikt nie wie co.” Pytanie kolegi zasiało ziarno, z którego wykiełkowała teoria spiskowa. „Dowiem się, co one przetwarzają” – zadeklarowałem. Digold, kryptowaluta, która opanowała świat, została oparta na mocy obliczeniowej komputerów. Było w niej coś niepokojącego. Od miesięcy rozgryzałem ten temat. Wszystkie tropy wiodły do miejsca zwanego Ośrodkiem. Ktoś pracujący dla providera internetu twierdził, że ruch Digoldów wypływa z niego, opływa świat i wraca do niego. O budynku krążyły legendy. Najlepsze zabezpieczenia, niezależne zasilanie, odseparowana biosfera. Zgłębianie tematu zajęło mi rok.
Miałem nadzieję, że Digoldów nie chroni kwantowy superstrażnik. Aby wygrać, musiałem wystawić do walki zawodnika podobnej wagi, czyli inną walutę cyfrową. Hakerzy mieli własny pieniądz GoldHack, który używano jak botnet. Miałem wśród nich znajomości i udało mi się przekonać ich, aby użyczyli mi mocy. Pojedynek kryptowalut był pasjonujący. Dopingowałem swojemu zawodnikowi, aż wreszcie sędzia losu walnął w gong. „The winner is...” Ujrzałem wiersz poleceń. Kazano mi podać zakres dat pożądanego zbioru informacji. Zdziwiłem się, bo do wyboru była tylko przyszłość. „Podaj podmiot.” W spisie nazwisk widniało moje.
Pokusa zwyciężyła, chociaż było to niemalże równoznaczne z podpisaniem się pod tym włamem. Dane mieliły się długo. Obawiałem się, że nie zdążę na pociąg, który miałem w południe, ale przecież nie mogłem przerwać. Dane wizualne pobrały się przed siódmą rano, zwracając error: jedna setna procenta symulacji. Brak pamięci na SSD. Włączyłem VR. Drzewa za oknem poruszały się, a wzrok dostosowywał się do symulacji i zdałem sobie sprawę, że jestem w pociągu, siedząc na miejscu numer 23. Liczba detali porażała. Zamarłem. Sprawdziłem w kieszeni moich VR-owo wygenerowanych dżinsów i wyciągnąłem z nich bilet.
Zobaczyłem, że jest on opatrzony moim nazwiskiem i dzisiejszą datą. Zdziwiło mnie to, bo przecież dużo wcześniej kupiłem ten bilet na ten konkretny pociąg. Przede mną siedziała blondynka w kwiecistej sukience. Odebrała telefon mówiąc: „Tu Olga”. Na kolanach trzymała książkę Isaaca Asimova. Obserwowała mnie i wiedziałem, że jej się podobam. Po prostu to wiedziałem. VR zwrócił komunikat: „Error. Wprowadzono nowe dane”. Huk.
Wstrząs. Coś mną rzuciło i wpadłem na ścianę. Błędnik szalał. Symulacja dobiegła końca. Zdarłem z siebie okulary VR z przerażeniem. Pojechałem na stację. Długo szukałem pięknej nieznajomej w kwiecistej sukience, aż dostrzegłem ją. Siedziała w poczekalni, czytając Asimova. Założyłem VR, odnajdując w ukradzionych danych Olgę w tym czasie i w tej przestrzeni. Kobieta była zsynchronizowana z jej symulowaną reprezentacją, niczym lustro z odbijanym obiektem.
Serce łomotało mi, jakbym był o krok od odkrycia największej zagadki ludzkości. Gdy przyjrzałem się dokładniej, ruch obu kobiet nie był identyczny. Ta z przyszłości poruszała się nieco sztucznie. Przestawiłem upływ czasu w okularach, aby mieć podgląd przyszłości odległej o pięć sekund. Mogłem porównywać zachowanie Olgi teraźniejszej z tą, która dopiero się wydarzy. I to działało. Za chwilę spojrzy na zegarek, wstanie i skieruje się ku toalecie, przechodząc niedaleko mnie. Dziewczyna z teraźniejszości po prostu zaczęła robić to, co przewidziały okulary VR, chociaż detale były różne. Odłożyła książkę i kawę. Mógłbym przewinąć jej życie do bardziej odległej przyszłości, zobaczyć co zrobi, gdzie pójdzie.
System umożliwiał wizualizowanie czegoś, co rozpoznałem jako jej myśli. Czytała powieść, ale analizowała problemy życia osobistego. Pojawił się mężczyzna. Raz go opuszczała, innym razem przytulała. Wahała się i to wszystko widziałem w VR-ze. Jego też mogłem tam odnaleźć. Gdy przełączyłem się na niego, zobaczyłem, że flirtuje z niejaką Martą. Ją także mogłem śledzić w przyszłości, w przeszłości, wszędzie. Teraźniejsza Olga spojrzała na mnie, zdając sobie sprawę, że gapię się na nią. Kiedy jej symulowana wersja poszła do toalety, ta prawdziwa stanęła.
To wydarzenie sprawiło, że przyszłość dziewczyny przestała zgadzać się z teraźniejszością. „Co ja zrobiłem?” — pomyślałem przerażony. Czy to możliwe, że zniszczyłem przeznaczenie Olgi? Wróciła na ławkę. Symulacja biegła dalej w przyszłość, ale to nie miało już znaczenia. VR-owa wersja usiadła na sedesie, rozmyślała i doszła do wniosku, że zostanie z tym facetem. Ale to się nie wydarzyło. Miałem wrażenie, że ta myśl nie dotarła do Olgi, bo przesłonięła ją inna w postaci mojej twarzy i zapewne teraz też wydałem jej się interesujący. Wiedziony jakąś siłą, być może przeznaczeniem, podszedłem do niej. „Olga?” — zapytałem.
„Znamy się?” „Nie wiem, jak to powiedzieć…” — zacząłem się miotać i czerwienić. W końcu powiedziałem: „Proszę nie wchodzić do pociągu”. „Pan żartuje” — odpowiedziała z uśmiechem, który szybko znikł, gdy odkryła, że byłem zbyt poważny jak na podrywacza. Tak bardzo poważny, jak tylko szaleniec może być, mówiąc takie rzeczy. „Czuję, że wydarzy się coś złego”. Odszedłem, zastanawiając się co dalej. Jakim cudem to skrzyniłem? W symulacji pociąg ruszył. Odnalazłem maszynistę. Cofałem czas, aby prześledzić jego drogę do lokomotywy i zobaczyć, gdzie znajduje się on teraz.
Pił kawę w barze. W VR-ze podszedłem do niego, chcąc przetestować rozmowę o rzekomej bombie w pociągu w celu zapobieżenia tragedii. Wtedy zobaczyłem komunikat: „Połączenie zerwane”. Momentalnie z proroka zostałem zdegradowany do roli zwykłego śmiertelnika. Musiałbym jeszcze raz zhakować digondy, ale na to nie miałem czasu. Ten naglił, bo maszynista udał się do pociągu. Olga też. Podbiegłem do niej. „Pani tam umrze!” „Bo zawołam policję!” — krzyknęła i odeszła. Koła jej walizki skrzypiały na posadzce, tocząc się ku wagonom.
Powinienem coś zrobić, ale co? Nie byłem typem bohatera. Nawet nie przekonałem Olgi, aby nie wchodziła do tego przeklętego pociągu, który ruszy za pięć minut. Wtedy przeszyła mnie niepokojąca myśl. Potrzebowałem niepodważalnego dowodu, a ten zdobędę, jeśli… Obliczyłem dystans, jaki pociąg mógł pokonać od stacji do godziny 13:19, kiedy miało dojść do tragedii. Wahałem się. Czas uciekał. Pędziłem tam samochodem. Stanąłem w miejscu, które widziałem z okien VR-owego pociągu.
Nie miałem wątpliwości, że to tutaj rozegra się przepowiedziana przyszłość, a ja zostanę jej niemym świadkiem. Jeśli to wszystko jest prawdą, w co wciąż wątpiłem, to będę winny tragedii, ale zyskam dowód. „Ukradł pan coś, co należy do mnie” oznajmił nieznajomy, który podszedł znienacka i mnie zaskoczył. Spoglądałem ze wzgórza na wykolejony pociąg, w którym powinienem się znaleźć. „Ukradł pan przyszłość” kontynuował facet koło pięćdziesiątki, siwy, ubrany w garnitur. Wzdrygnąłem się, gdy zobaczyłem saperkę w jego rękach. Popatrzyłem z przerażeniem to na niego, to na dopełnioną przepowiednię, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Wcześniej w symulacji sprawdziłem to miejsce i tego mężczyzny tu nie powinno być. A jednak zjawił się niczym duch i do mnie mówił. „Jest pan kotem Schrödingera, panie Hansolo.
Ale ja potrafię patrzeć przez ścianki pudełka, w którym pana trzymano. Żywy, chociaż widziałem pana…” zawiesił głos, jeżdżąc palcem po krawędzi szpadla. Słowo „śmierć” złowieszczo dźwięczało w uszach. „Fakt, że pan nie zginął, przeczy aksjomatom nieoznaczoności, bo widziałem kolaps pana funkcji falowej, co przełożyło się na kolaps funkcji życiowych.” Uśmiechnął się delikatnie. „Pewnie chce pan zapytać, skąd znam pana ksywkę, skoro nigdy nie została użyta? Albo skąd wiem, że ma pan bilet na ten pociąg w prawej kieszeni kurtki? Albo jak to jest możliwe, że zobaczył pan tę katastrofę, zanim do niej doszło?” Wyliczał kolejne niemożliwości. Z każdą informacją czułem zawroty głowy. „Też to wiedziałeś? Czemu tego nie powstrzymałeś?” „Dylemat wagonika, panie Hansolo” odparł i wskazał na wykolejony pociąg.
„Z widzeniem przyszłości jest jak z mechaniką kwantową. Samo patrzenie niszczy ją bezpowrotnie. To najtrudniejsze. Jak patrzeć, aby nie wpływać na obserwowany obiekt? Może ciężko to teraz zrozumieć, ale wybraliśmy mniejsze zło.” Spoglądał bezemocjonalnie na pociąg, na rannych. Może na… „Pan by tam zginął, ale nikt inny nie umrze. Nawet Olga” uprzedził moje pytanie, kiedy pomyślałem, że dylemat wagonika jest testem wykrywania socjopatów. Ani ja, ani on nie przestawiliśmy zwrotnicy, a jedynie patrzyliśmy na pędzący pociąg, co udowadniało, że nasza moralność jest podobna. Zapalił papierosa.
„To jak z tytoniem. Nie trzeba być jasnowidzem. Wiedziałem, gdzie mnie to zaprowadzi, ale czasami to nie wystarcza. Potrzebny jest jeszcze charakter, aby coś zmienić.” Machnął ręką. „Pozwoli pan, że zapytam. Wiedział pan, że dojdzie do katastrofy, a jednak nie pociągnął pan za wajchę zmiany torów przyszłości. Dlaczego?” Milczałem, chociaż znałem odpowiedź. Przybyłem tu, aby mieć dowód na coś niewytłumaczalnego, aby wiedzieć. Gdybym powstrzymał katastrofę, chociażby informując, że w pociągu jest bomba, nigdy bym się nie dowiedział. „Co jeśli powiem, że fatum można zmienić?” oznajmił, upuszczając papierosa.
Rozgniótł go podeszwą. „Ukradł pan światłą przyszłość. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy ktoś jasnowidzi” mężczyzna powiedział na jednym wydechu. „Umieram na raka. Szukam następcy. Proponuję panu pracę.” „Słucham?” odpowiedział szerokim uśmiechem, wręczając saperkę. „Opis stanowiska znajdzie pan o tam, metr od pana. To, że nie stoi pan teraz dokładnie na zakopanej kopercie z pana nazwiskiem, dowodzi, że wszechświat nie jest w pełni deterministyczny albo nie potrafimy patrzeć. Faktem jednak jest, że zakopałem tam list adresowany do pana w miejscu, gdzie pan teraz prawie stoi. List leży tu od tygodnia.
Bilet na ten pociąg kupił pan dwa dni temu.” Wykopałem list, a mężczyzna kontynuował: „Ma pan adekwatne kwalifikacje. Doktorat z fizyki i jest pan niezłym złodziejem. Z ciekawostek powiem, że ta katastrofa wydarzyła się tuż przed granicą.” „Granicą?” Odrysował palcem półkulę w powietrzu. „Tam jest granica widzenia przyszłości. Nasza zdolność patrzenia jest mocno ograniczona zarówno w wymiarze czasu, jak i przestrzeni. Pana pracą będzie to zmienić.” „Granica? Lokalne zaburzenie czasu? Czarna materia?” palnąłem. „Jeśli chce pan poznać demona, który wić, proszę podążać za mną” powiedział i poszedł w stronę flycar, którym zaparkował pod lasem. Mówiąc to wszystko hakerowi, który ukradł przyszłość, nadpisał fatum świata, załamując funkcję falową czasoprzestrzeni.
Po roku w ośrodku dowiedziałem się, że jestem częścią programu Sandun, a moje badania dotyczyły promieniowania tła. Satelita Planck3 dostarczał dane. Budowałem modele statystyczne, które miały opisywać CMB. Do tego celu udostępniono mi komputer kwantowy. Czułem się jak szaleniec, bo nikt tu nie wspominał o jasnowidzeniu, co było zabronione. Czy pozostałości pierwotnego świata o długości fali 1,1 milimetra i temperaturze od 2,7249 do 2,7259 Kelwina niosą informację z przeszłości? Tak, ale jak to się przekłada na tak dokładne profetyczne widzenie? Mężczyzna, którego wtedy spotkałem przy torach, nigdy mi się nie przedstawił, a ja nie pytałem. Nazywano go panem X. Gdy skończyłem badania nad modelem probabilistycznym fluktuacji CMB, przyszedł X.
„Świetnie. Teraz to wszystko wyrzucimy do kosza” oznajmił. Jak się później okazało, to nie CMB jest nośnikiem przyszłości. Wręcz przeciwnie, ono zaburza zdolność jasnowidzenia i trzeba je odfiltrować. Zżerała mnie ciekawość, aż wreszcie X wtajemniczył mnie. „Pod podłogą trzymamy dziewiętnastowiecznego demona, którego ożywiliśmy” oznajmił w swoim stylu. „To, co powiem, przeczy aksjomatom mechaniki kwantowej, ale zgodziłby się ze mną zapewne Einstein i Bohm”. „Znaleźliście ukrytą zmienną?” „Satelita robi skan obszaru o promieniu 15 kilometrów na poziomie kwantów, spinów, jak to nazywamy w rozdzielczości Plancka. Chociaż to lekkie nadużycie. Tworzymy przestrzeń konfiguracyjną mechaniki kwantowej.
Ta technologia to magia. Ilość danych, a przede wszystkim to, że samo fotografowanie kwantów wpływa na nie. Po jakimś czasie robimy drugie zdjęcie tego samego obszaru, a następnie obliczamy różnicę, aby określić kierunki zmian na poziomie kwantów. To daje nam możliwość generowania trzeciego zdjęcia, które jest z przyszłości. Zgodnie z teoriami de Broglie'a-Bohma i fali pilotującej w mechanice kwantowej zawarta jest ukryta zmienna, którą potrafimy znaleźć i obliczyć zdeterminowaną przyszłość. Do tej pory nie potrafiliśmy badać zjawisk kwantowych tak, aby nie zaburzać obserwacji. Dlatego nie potrafiliśmy odkryć zmiennej ukrytej. To się zmieniło, gdy zbudowaliśmy komputer kwantowy, który w nieoznaczoności Heisenberga dostrzega fraktalne prawidłowości. Oczywiście to, co przybywa z kosmosu, czyli chociażby fotony ze Słońca czy CMB, stanowi dla nas przeszkodę, a także sam fakt fotografowania wpływa przecież na obiekty kwantowe". "Zatem jak fotografować kwanty?
I po to potrzebujemy statystyki CMB?" "To był test, czy da sobie pan radę. To, co pan obliczył, było nam już znane i stanowi część nowej nauki zwanej statystyką fraktalną pól tensorowych, która przekłada fluktuacje z mikroskali na obiekty makro. Bazuje ona na założeniu, że wszechświat jest deterministyczny, a quasi losowe fluktuacje kwantów wykazują fraktalne prawidłowości. Seldon wycina je dzięki komputerowi kwantowemu, gwarantując lepsze heurystyki. Walczymy z panem Heisenbergiem, jak tylko umiemy. To jak czyszczenie zdjęcia z szumu. Ponieważ skanujemy wycinek o promieniu 15 kilometrów, to informacje spoza tego obszaru znacząco zaburzają nasze pomiary. Wystarczy, że chociażby przejedzie pociąg i wysiądą z niego nowe zmienne". "Pasażerowie" poprawiłem w myślach. Tak nazywał ludzi zmiennymi.
"To na razie eksperyment. Docelowo będzie to układ zamknięty o rozmiarach kuli ziemskiej. Zatem uwzględnij wszystkie świadome zmienne". "Tych danych musi być niepojęta ilość. Jak to obliczacie?" Zapytałem i przypomniał mi się dzień, kiedy zhackowałem przyszłość i zrozumiałem. Szepnąłem: „Digoldy”. Uśmiechnął się. „Zapewne wie pan, że zgodnie z teorią hologramu wszystkie informacje o każdym kulistym obiekcie da się zapisać na powierzchni tego obiektu. Gdyby nie to, potrzebowalibyśmy komputera kwantowego o rozmiarach Ziemi, a wystarczy nam prostopadłościan o polu podstawy 510 milionów kilometrów i wysokości jednego kwantu, co nie jest aż tak dużo, gdy ułożymy tą sensowniejszą figurę". "Powierzchnia Ziemi" zrozumiałem.
„Naszą wersją demo przyszłości są digoldy, które są liczem Rama. Opasają powierzchnię Ziemi. Obecnie testujemy zbiornik. Pod podłogą trzymamy najprawdziwszego demona, a jego imię to Laplace. Jest to basen o liczbie moli odpowiadającej obszarowi skanu. W polu magnetycznym przepisujemy lokalizacje o promieniu 15 kilometrów na układ kwantowy cieczy. Budynki, przyroda, wreszcie ludzie są zapisani w zbiorniku. W ten sposób H2O stało się storage. Moc obliczeniową dostarczają digoldy, które już w 2021 roku były najpotężniejszym superkomputerem obliczenia rozproszonego. Satelita Plank3 robi skan.
Komputer kwantowy czyści dane z fluktuacji kwantowych. Taka jest architektura systemu". Usiadłem z wrażenia i przerażenia. „Piszecie palcem po wodzie” powątpiewałem. „Cieczą można manipulować łatwiej niż ciałami stałymi. Basen otacza pole, które nam to umożliwia, a ponadto jest kwantowo odizolowane. Zbudowaliśmy sztuczny horyzont zdarzeń. Zdołaliśmy wyeliminować tunelowanie kwantowe”. „A świadomość? Ją też przewidujecie i zapisujecie w postaci H2O?” „Proszę sobie przypomnieć naszą rozmowę przy torach”.
„To szaleństwo” wykrzyczałem. Przypomniała mi się rozmowa z Olgą. To, że symulacja odtwarzała jej ruchy, ukazując je z wyprzedzeniem, a nawet jej myśli. „Wodą można zapisać dowolną informację na poziomie kwantów, ale proszę nie spodziewać się, że trzymamy tam świadome byty zrobione z cieczy”. „Jaka jest pewność, że nie?” pomyślałem, gdy X kontynuował: „Wizualizacja myśli Olgi to tylko próba analizy Seldona, który podstawia idee na poziomie zapisu kwantowego pod stopklatkę przechwyconego stanu świadomości w danym momencie danej osoby i oblicza potencjalną reakcję podmiotu”. „To jest bardziej interpretacja niż rzeczywiste myśli” – dopytywałem. „To tylko zdjęcie świadomości zatrzymanej w czasie. Gdybyśmy potrafili nagrać film z rozdzielczością Plancka...” – urwał myśl, ale mikroekspresyjny uśmiech zdradzał podniecenie, które mnie przerażało. Kontynuował: „Człowiek jest najbardziej obliczalną ze zmiennych. Oczywiście nie z punktu widzenia mechaniki kwantowej, ale do sterowania zachowaniem ludzi wystarczy 280 znaków kodu”.
„Jak to?” „Jeden tweet, głupi mem, fake news i naprawdę nie musimy rozbierać ludzi na kwanty i przestawiać im w mózgach spiny, aby ich obliczać. Wystarczy nam big data, aby jasnowidzieć. Wstajesz o podobnej godzinie, podążasz do pracy regresyjnie zoptymalizowaną drogą, mijasz te same osoby. Człowiek z punktu widzenia big data jest przewidywalny. To tylko automat z ułudą wolnej woli, która manifestuje się jako fluktuacje, a moje badania to potwierdzają”. Coś mi się nie zgadzało. „Na stacji byłem w stanie odtworzyć więcej detali symulacji, niż sugerowałyby dwa zdjęcia przeszłości” – oznajmiłem. „Wtedy w ramach eksperymentu zrobiliśmy ich więcej, ale o mniejszej powierzchni skanu. Brakujące sekwencje obliczył i zwizualizował Psedon na podstawie kwantów i wzorców behawioralnych. Coś jak machine learning z początków XXI wieku był w stanie domalowywać brakujące klatki w filmach poklatkowych przerabianych sztucznie na slow motion”.
„Jakim cudem usłyszałem głos Olgi?” „Głos to energia fali i Psedon z kwantów pojedynczego skanu jest w stanie wydobyć słowa trwające nawet sekundę. Coś jak zrobienie zdjęcia fali oceanu. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby sobie wyobrazić, że ona się załamie”. „Co dalej?” X wyjął chusteczkę. Kaszlnął, pozostawiając krwawy ślad. „Jak wspominałem, człowiek jest automatem, a mi kończy się okres przydatności. W rok sam stworzył pan religię SFPT. Coś, nad czym pracowaliśmy znacznie dłużej. A skoro ma pan już religię i jej wyznawców, to pozostaje mi pogratulować. Objął pan stanowisko wszechwiedzącego”.
20 lat później. Agenci wieczności. Alarm. Trzęsienie ziemi. Lokalizacja czasoprzestrzenna: epicentrum w Zatoce Sagami. Za 132 godziny zginie 16 542,62 osoby. Zatwierdzam procedurę modelowania ruchu tektonicznego dzięki zmianie energetycznej wartości pól kwantowych. Sieć satelit Planck 6 naświetla wskazany obszar cząsteczkami elementarnymi. Heisenberg obraziłby się, bo na poziomie pól kwantowych działało to jak przebicie balonu, z którego nadmiar energii uszedł w pożądanym kierunku, stabilizując płytę tektoniczną i jednocześnie śmiejąc się z nieokreśloności. Psedon po dobie zameldował: „Operacja zakończona sukcesem, jednak tak duża ingerencja sprawiła potężną desynchronizację modelu przyszłości.
Zalecane ponowne obliczenie przyszłości obiektu kwantowego Ziemia. Czy chcesz obliczyć przyszłość? Y łamane przez N”.
[03:59:21] - Proszę państwa, nie da się ukryć, że to już jest koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Kończy się niniejszym luty 2025 roku, czyli nasze następne spotkanie, spotkanie za tydzień, to będzie spotkanie 7 marca. To oznacza, że wiosna coraz bliżej. Ja cały czas na tę wiosnę czekam, ale nie tę kalendarzową, tylko tę prawdziwą. Ze słońcem, z temperaturą tak w okolicach 15 stopni. Mnie to zupełnie wystarcza. Absolutnie mi to wystarcza. Nawet nie musi to słońce walić z nieba. Wystarczy, że jest w miarę ciepło.
Czego państwu i sobie życzę. Jeszcze raz pięknie dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[04:00:19] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.