Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Zapewne część z państwa przynajmniej od tego śniegu i mrozu troszeczkę zmroziło, ale zaraz wszyscy jak jeden mąż odtajemy, bowiem właśnie teraz, właśnie tutaj rozgrzewamy antenę kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Na temat tego białego czegoś, co leży za oknem, nie będę się wypowiadał, ponieważ musiałbym użyć słów, które algorytm YouTube'a jednoznacznie klasyfikuje i wyciąga konsekwencje. Zatem na temat tego białego czegoś nie będę się wypowiadał, aczkolwiek nie lubię, nie lubię, nie lubię i zdaję sobie przy okazji sprawę, że są miłośnicy. Dlatego może nawet lepiej, że się nie wyrażam. Przejdźmy zatem do spraw najważniejszych, czyli do książek. A jeśli książki, to na początku Bibliotekarium oczywiście zapowiedzi. Zapowiedzi wydawnicze i to takie sięgające przyszłego tygodnia. W wydawnictwie Prószyński Media już 18 lutego pojawi się książka Anny Janiak „Pudełko pełne starych spraw”. To opowieść obyczajowa z odrobiną romantyzmu i szczyptą komedii. Po serii prywatnych i zawodowych zawirowań Olga zaczyna mieć poczucie, że jej życie to pasmo porażek.
Jest tuż przed czterdziestką, nie ma pracy, a zamiast nowego stanowiska dostaje kontakt do tarocistki. Ta ocenia, że wszystkiemu winna jest rodzinna klątwa i sugeruje wyjazd na Kaszuby. W starociach babci Olga odnajduje tajemniczy stary klucz i dziwną notatkę, które zaprowadzą ją w okolice Kościerzyny do pensjonatu jej przyjaciółki. Tam na Olgę czekają zagadkowe wydarzenia, przemyślne intrygi, nowe znajomości i zaskakujące odkrycia, które pozwolą wyjaśnić rodzinne sekrety oraz pomogą zrozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne. Przypomnę, to było krótkie przedstawienie książki Anny Janiak „Pudełko pełne starych spraw”, wydawnictwo Prószyński Media, a ta książka na rynku już od 18 lutego. Tego samego dnia, czyli 18 lutego, wydawnictwo Nowe Strony wrzuca na rynek książkę „Zaklinaczka kości”. Autorka Nikki Paupreto, którą można by scharakteryzować następująco: „Przygotuj ostrze, pokonaj nieumarłych”. Już państwo wiecie, o czym będzie ta książka, a teraz troszeczkę szerzej na ten temat. W Dominjach martwi nie odchodzą. Ich dusze stają się gwałtowne, niebezpieczne, nieprzewidywalne.
Chyba że Zaklinacz Kości oddzieli ducha od jego ziemskich szczątków. Dla Wren zostanie Walkirią, wojowniczką walczącą z marami, jest szansą na umocnienie pozycji w szlachetnym rodzie Kości i zaimponowanie często nieobecnemu ojcu. Niestety w wyniku sabotażu dziewczyna nie przechodzi próby i zostaje wygnana na mur graniczny – ostatnią linię obrony przed Pustkowiem, zwanym Uskokiem, gdzie okrutni umarli mogą wędrować bez przeszkód. Zdeterminowana, by odzyskać szacunek swojej rodziny, Wren dostaje szansę na odkupienie, gdy książę rodu Złota zostaje porwany i zabrany za mur. Aby udowodnić, że ma wszystko, czego trzeba, by zostać Walkirią, przysięga pokonać Uskok i uratować następcę tronu. Ale żeby to zrobić, jest zmuszona zawrzeć chwiejny sojusz z jednym z porywaczy, który z jakiegoś powodu nienawidzi Dominiów. Co zrobią, gdy się okaże, że za porwaniem kryje się znacznie więcej, niż początkowo sądzili? To była, proszę państwa, zapowiedź książki „Zaklinaczka kości” Nikki Paupreto. Przypomnę, data premiery to 18 dzień lutego, a wydawnictwo Nowe Strony. I tradycyjnie trzecia książka w zestawie polecankowym.
Autorka Karolina Niwczyk. Tytuł „Czarny Kapturek”. Data premiery – cóż za zdziwienie – 18 dzień lutego. Wydawnictwo Beja. Nieszablonowa, fantastyczna i okraszona magią. To nie jest love story, jakiej się spodziewasz. Witaj w świecie dworskich intryg, walk o wpływy i namiętności. Kiara, studentka trzeciego roku historii wiodła całkiem zwyczajne życie. Do momentu, aż pewnego wieczoru zasnęła we własnym łóżku, a obudziła się w lesie, otulona nie własną kołdrą, lecz jasnymi promieniami słońca. Początkowo myślała, że dalej śni, jednak już po chwili, gdy została niemal stratowana przez jeźdźca, była pewna, że to nie sen.
Przerażona stanęła oko w oko z najprawdziwszym rycerzem. Jaka przyszłość czeka dziewczynę w tej tajemniczej krainie i co sprawiło, że obudziła się w tym przedziwnym miejscu? Potężny czarnoksiężnik imieniem Vincent, władający czarną magią, rzucił zaklęcie, które miało mu przynieść szczęście. Czy to on sprawił, że Kiara obudziła się zdezorientowana na leśnej ściółce? I co dalej? Czy nowe miejsce przyniesie dziewczynie szczęście? Może dziwnie ubrana nieznajoma ostatecznie doprowadzi Vincenta do władzy i bogactwa? Przecież na tym właśnie polega szczęście, czyż nie? Jeżeli myślisz, że „Czarny Kapturek” ma schematyczną fabułę, że jest zwyczajną historią o miłości, to cóż, czeka cię zaskoczenie. A ja tylko dla formalności przypomnę, że mówiłem o książce „Czarny Kapturek” Karoliny Niszczyk, wydawnictwo Beia, a data premiery 18 lutego.
Tyle jeśli chodzi o polecanki. Czas zatem na korepetycje filozoficzne. Powiem państwu w ten sposób: dzisiaj temat, który wszyscy albo prawie wszyscy doskonale znają, czyli jaskinia Platona. Na tych przymusowych kursach różnego rodzaju, czy to w szkołach średnich, czy w szkołach wyższych, gdzieś tam ta jaskinia Platona zawsze się pojawia, mniej lub bardziej dokładnie opisana. Jak sobie kiedyś zrobiłem research wśród ludzi, którzy z filozofią mieli coś wspólnego, ale tak tylko powierzchownie. Jak ta jaskinia miała niby wyglądać i jak to wszystko było umieszczone? To się dowiedziałem rzeczy niezwykłych i bardzo ciekawych. Zostawmy to jednak. Rzecz jest do zbadania i rzecz jest do przemyślenia, jak to z tą jaskinią naprawdę było. Cóż, dzisiejszy tekst to jest tekst Marka Hetmańskiego zatytułowany „Zwodniczy urok platońskich metafor”.
Będzie o jaskini, ale ten tekst jest, jak tytuł wskazuje, o metaforach platońskich i warto ten tekst przemyśleć. Może przesłuchać drugi raz, bo ja sobie zdaję sprawę, że kiedy ja go państwu przeczytam raz, to nie wszystko może być jasne i klarowne. To jest tekst z dużym ładunkiem, z dużą koncentracją pewnych filozoficznych przemyśleń i dlatego warto go może drugi raz przesłuchać. Ale żeby przesłuchać drugi raz, trzeba najpierw przesłuchać go po raz pierwszy. Ja też specjalnie podaję państwu, zrobię to za chwilę, numer dwumiesięcznika „Filozofuj”, w którym ten artykuł się ukazał, bo być może lepiej ten tekst wchodzi, kiedy jest czytany. Może warto go przeczytać, a od razu powiem, że on dostępny jest na stronach internetowych. Wystarczy zatem zapamiętać tytuł oraz numer dwumiesięcznika „Filozofuj”, w którym się ukazał i można sobie ten tekst przeczytać w spokoju, w ciszy, w takim tempie, w jakim najbardziej nam odpowiada. Już mówię. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2020 roku, w numerze czwartym, łamane przez trzydziesty czwarty i jest dostępny dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor, Marek Hetmański jest filozofem i kognitywistą.
Kieruje Katedrą Ontologii i Epistemologii w Instytucie Filozofii UMCS. Prowadzi badania dotyczące epistemologii, teorii komunikacji i informacji, a także metafilozofii. Odwiedza galerie malarstwa i filharmonię, zaś obce miasta zwiedza rowerem. Zapraszam zatem na „Zwodniczy urok platońskich metafor” — artykuł autorstwa Marka Hetmańskiego. Wprawdzie Arystoteles pierwszy uczynił metaforę tematem rozległych badań, ale już Platon ukazał w pełni jej poznawczą moc. Uczynił to w paraboliczny sposób, mówiąc o prawdzie. I choć była dla niego podejrzanym środkiem wyrazu, paradoksalnie zdominowała jego filozoficzny dyskurs. W państwie Platona Sokrates roztacza przed Glaukonem, starszym bratem Platona, następującą wizję: „Przedstaw sobie obrazowo jako następujący stan rzeczy naszą naturę ze względu na kulturę umysłową i jej brak. Zobacz, oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini”. Księga siódma, tłumaczenie Witwickiego.
Dalszy opis prowadzony-- jeszcze raz. Dalszy opis Poprowadzony językiem pełnym kolorów i synestetycznych doznań oddanym przez Witwickiego w przypisie do dialogu niczym teatralne didaskalia, sugeruje sytuację poznawczą, w której kajdanarze osobliwi, czyli my wszyscy, widzą tylko cienie rzucane na ścianę zza swoich głów przez domniemane przedmioty znajdujące się u wylotu jaskini. Przedmioty, które dzięki światłu ognia dają im bezpośrednio znać, że jest coś ważnego i pierwotnego poza jaskinią, czego wprost jednak poznać sami nie mogą. W tym opisie, będącym metaforyczną przemową, jaskinia jest naszym codziennym światem, poza którym istnieje świat rzeczy najważniejszych, których wszakże poznawanie nie jest ani oczywiste, ani proste. Tylko filozoficzny namysł daje wgląd w ten świat, a metafora jest ku temu środkiem. W tej słynnej paraboli jaskini, jednej z trwalszych metafor zachodniej filozofii, moralizatorskim przesłaniu w temacie licznych odwołań i interpretacji stwierdza się ustami Sokratesa, że ci ludzie tam nieco innego braliby za prawdę, jak tylko cienie pewnych wytworów. Ograniczając się do doznań zmysłowych, nie mogliby nic wiedzieć o innym świecie, którego istnienia mogliby się co najwyżej domyślać. I tu Platon stosuje retoryczno-metaforyczny zabieg. Radzi: przedstaw sobie obrazowo, wytwórz dziwny obraz. Zobacz w celu o wiele bardziej poważnym niż wywołanie urokliwych poetyckich doznań nierzeczywistej sytuacji, do czego sprowadzał metaforę Arystoteles.
Sokrates sugeruje słuchającemu go Glaukonowi, aby obraz jaskini i ludzi w niej uwięzionych, wrażliwych na światło ognia i słońca, które umożliwiają patrzenie i zwracanie się ku jego źródłu, przyjął za parabolę, moralny nakaz wychodzenia z owego zniewolenia ku prawdziwemu światu. Gdy mówi o wyjściu z jaskini, ma na myśli poznawanie lepszego świata. Rola metafory. Na tym polega zadanie owej kultury umysłowej, nowej paidei, starogreckiej idei wychowania według ideałów jedności, dobra, piękna i prawdy, do której dialogi państwa się odwołują. Dzięki zabiegowi rozmowy i pouczenia słuchacz oraz czytelnik mają przedstawić sobie uwięzienie i wydostawanie się z jaskini jako dążenie do poznawania prawdziwej rzeczywistości, do bycia dobrym i rozumnym. Poznawanie tego, co prawdziwe i dobre jest jak wyzwalanie się z krępujących więzów. Wychodzenie pod górę i oglądanie tego, co jest tam wyżej, poucza Sokrates, jeśli weźmiesz za wznoszenie się duszy do światła myśli, to nie zbłądzisz i trafisz w moją nadzieję, skoro pragniesz ją usłyszeć. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż na szczycie świata, świata myśli, świeci idea dobra i bardzo trudno ją dojrzeć. Ale kto ją dojrzy, ten wymiarkuje, że ona jest dla wszystkiego przyczyną. Przyczyną wszystkiego, co słuszne i piękne, że musi ją dojrzeć ten, kto ma postępować rozumnie w życiu prywatnym lub publicznym.
Zerwanie więzów, odwrócenie się od cieni, wspinanie się, zwracanie się ku światłu, oglądanie nowej rzeczywistości to kwintesencja poznawania i wychowania. Platon odwołuje się do cielesnych doznań, wręcz kinestetycznych. Szykucia, zastygnięcia w bezruchu, zrzucania pęt, prostowania się, wspinania, bólu oczu spowodowanego oślepieniem nowym źródłem widzenia. Potęguje w ten sposób wyobrażenie, czym ma być poznanie dobra. To poznawanie okupione jest trudem. W opisie wieloetapowej wędrówki duszy ku prawdzie odwołuje się do czynności patrzenia, oglądania, widzenia, zaślepienia i tym podobne. Czynności, które odnoszą się do coraz bardziej wysubtelnionych czynności poznawczych, aż do bezpośredniego, pełnego, istotowego ujęcia prawdy. Dominujące popatrz, zobacz, miej na oku czy wzrok duszy skieruj ku dołowi, które pojawiają się w platońskich dialogach, są ich swoistym stylem literackim. Odwołując się do cielesnych doznań i wyobrażeń, budują u słuchacza i czytelnika dramaturgiczny nastrój, dzięki któremu mocniej i lepiej wyobrażają oni sobie, jaki cel przyświeca paidei. Poznawanie i kształcenie wymaga wysiłku, ale i kierowania ze strony bardziej już doświadczonych na tej drodze.
Synestetyczne doznanie. Używane tak często metaforyczne zwroty prowadzą Platona do paradoksu. Który przenika jego dyskurs filozoficzny. Jest on świadom tego uwikłania. Glaukon słyszy wszak od Sokratesa metafilozoficzne wyznanie ujęte w zaskakującym zestawieniu wzroku ze słuchem. Posłuchaj obrazu, abyś jeszcze lepiej widział, jak ja się nie mogę obejść bez obrazowych porównań. Odsłuchana i wyobrażona paraboliczna wizja poznania prawdy jest tyleż nieuchronna, co kłopotliwa. Filozof nie może nie używać zmysłowych metafor, gdy ma mówić o ponadzmysłowym poznaniu i moralizować o prawdzie. Na dobro należy wręcz popatrzeć, zaś ideału wychowania wysłuchać jak bajki lub mitu. Zmaganie się Platona z metaforami ujawnia paradoks filozoficznego dyskursu używającego literackich środków, jak mowa, parabola czy poetyckie zwroty.
Filozof przestrzega zwłaszcza przed poezją, o której w księdze dziesiątej „Państwa” pisze: „Przecież my sobie zdajemy sprawę z tego, że ulegamy jej czarowi, ale byłby to grzech zdradzać to, co się wydaje prawdą. Każdy, kto jej słucha, powinien uważać na siebie i bać się o własny ustrój wewnętrzny. Tylko filozoficzne pouczenie, a nie poetyckie rozbawianie liczy się w wychowaniu i roztropnym życiu. Odsłanianie prawdy musi posługiwać się obrazowym myśleniem, aby dotrzeć do duszy ludzi prostych i młodych, jeszcze o niej niepouczonych. Ale poetów lepiej trzymać z dala od tego zadania” radzi Platon. To powinność filozofów. Poznawcza wartość metafory. Rekapitulacją dylematu Platona jest wyznanie uczynione w liście siódmym, w którym wskazuje na niezbywalną rolę zmysłowych obrazów i dobieranych starannie słów w wyrażaniu prawdy o rzeczach wielkich i stałych. „Z trudem, gdy niby krzesiwa trzecie będziemy o siebie wzajemnie, nazwy i określenia, wzrokowe obrazy i doznania zmysłowe drogą życzliwie stosowanych prób, wypróbowując ich moc i posługując się metodą pytań i odpowiedzi bez podstępnej zawiści. Wtedy dopiero tryśnie światło właściwego ujmowania każdej rzeczy i rozumienie napięte aż do najwyższych granic ludzkich możliwości.” Tłumaczenie Majakowskiej.
Doprawdy paradoksalny obraz powstaje. Metafory z nazw i obrazów zbudowane niby krzesiwa o siebie pocierane, wzniecają światło dla lepszego zrozumienia świata. Synestetyczna metafora o tryskającym świetle idącym ku górze, zauważmy, a nie z góry na dół, jak w parabolii jaskini, wzmacnia jeszcze to odczucie. I jak tu nie ulec urokowi takiego obrazu, przed czym sam jego autor przestrzega? To był, proszę państwa, artykuł Marka Chełpańskiego „Zwodniczy urok platońskich metafor”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2020 roku w numerze czwartym łamany przez trzydziesty czwarty. Jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Przypominam, że warto ten tekst odszukać, może samemu przeczytać, a może wysłuchać tych moich nieporadnych prób interpretacji po raz drugi. Proszę państwa, a teraz porzucamy filozofię na rzecz fantastyki. Na rzecz fantastyki naukowej, fantasy i w ogóle opowieści Wojtka Sedeńki o książkach i autorach.
Po raz któryś z rzędu prezentuję państwu fragment cyklu, który w pełnym wydaniu ukazuje się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Tam macie państwo literki alfabetu, o których... On nie o literkach opowiada, mam na myśli Wojtka Sedeńkę, tylko o autorach związanych z fantastyką, szeroko pojętą fantastyką, a między innymi science fiction i fantasy. Opowiada po kolei o kolejnych autorach, o książkach przez nich pisanych. Dzisiaj pojawi się literka H, a właściwie tylko część tej literki, bo tak się złożyło, że autorów science fiction i fantasy na literkę H jest całe mrowie. Przebrnięcie przez całą literkę zajęło nam z sześć odcinków. Jeśli wziąć pod uwagę, że odcinki na kanale Wehikuł Wyobraźni ukazują się co dwa tygodnie, to macie państwo ogrom wyzwania, które przed nami stanęło. Ale żeby już nie przedłużać, zapraszam państwa na odcinek opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. A na całość zapraszam na Wehikuł Wyobraźni. Dzień dobry wieczór państwu.
Dzień dobry wieczór tobie, Wojtku.
[23:55] - Dobry wieczór.
[23:56] - Zaczynamy kolejny odcinek opowieści o książkach i autorach. Opowieści snutych przez Wojtka Sedeńko. Odcinek trzeci na literkę H. Od kogo zaczniemy?
[24:09] - Zaczniemy od braci Haldman. Starszy Jackson Haldman II oraz Joe Haldman, jego młodszy, ale dużo bardziej znany w fantastycznym światku brat. Joe Haldman, właściwie Joseph William Haldman. On się urodził w czterdziestym trzecim roku. Jest to laureat chyba wszystkich nagród science fiction, jakie w Stanach Zjednoczonych można otrzymać, bo Hugo, Nebula, Locus, John Campbell Award, James Tiptree Award, World Fantasy otrzymał również, więc jest to autor bardzo mocno nagradzany. Haldman urodził się w Oklahomie. Jego rodzina bardzo dużo podróżowała. Właściwie mieszkał i w Portoryko, w Nowym Orleanie, w Waszyngtonie, w Maryland, a nawet w Anchorage na Alasce. W sześćdziesiątym piątym ożenił się z Mary Gay Potter, a w sześćdziesiątym siódmym ukończył astronomię na Uniwersytecie Maryland i w tym samym roku sześćdziesiąty siódmy został wcielony do armii i służył w Wietnamie jako inżynier wojskowy. W czasie walk odniósł rany i te jego doświadczenia wojenne właściwie rezonowały przez dłuższy czas w jego powieściach fantastycznych.
Te przeżycia wojenne dały początek zarówno jego pierwszej powieści, która nazywała się „Warrior”, a także kolejnych. Obecnie mieszka na Florydzie, a także i w Cambridge, w stanie Massachusetts. I wtedy wykłada na MIT, czyli najważniejszej amerykańskiej uczelni technicznej, politechnice. Tą najbardziej znaną powieścią Haldmana, bo jego twórczość nie jest dobrze w Polsce znana, to jest „Wieczna wojna.” Za to „Wieczna wojna,” „Forever War” to jest rzecz właściwie kultowa wśród fanów science fiction. Miała kilka wydań w Polsce. Obecnie jest dostępna w serii Rebis-u, ale w kawałkach była znana jeszcze z Łamu Fantastyki. Potem wydał ją Solaris i powieść jest taką swoistą trylogią. Mianowicie „Wieczna wojna” opublikowana w siedemdziesiątym piątym roku. Później mieliśmy „Wieczny pokój” dziewięćdziesiąty siódmy i dwa lata później „Wieczną wolność.” Z tym, że „Wieczny pokój,” już zaraz będę mówił, właściwie nie jest powiązana z „Wieczną wojną.” I stąd w Rebisie w tej chwili są dostępne dwie powieści, tylko „Wieczna wojna” i „Wieczna wolność,” ponieważ są to kontynuacje i występują ci sami bohaterowie. Ta powieść „Wieczna wojna” przyniosła mu tripleta, czyli Hugo, Nebulę i Locus.
Właściwie każda książka, która na taki triplet zasługuje w amerykańskiej fantastyce, szybko staje się powieścią kultową. Takich tripletu nie przyznano wbrew pozorom bardzo wielu w historii tych nagród. „Wieczna wojna” doczekała się również adaptacji komiksowej z Marvano jako rysownikiem. Jest to również jeden z bardziej znanych komiksów science fiction. A jest to opowieść o szeregowcu Williamie Mandele, uczestniku niezwykle zaciekłej wojny międzygwiezdnej, toczonej często setki tysięcy lat świetlnych od Ziemi. Ta walka z wrogo nastawionymi kosmitami stała się zadaniem w ogóle najtrudniejszym, by się mogło wydawać. Ale okazuje się, że jest jeszcze inne wyzwanie, ponieważ w kosmosie lata się z prędkościami relatywistycznymi, a więc pilot, który leci spotkać się z obcymi, z obcą flotą i zginąć lub przeżyć bitwę, w razie gdy mu się uda przeżyć, wraca na Ziemię, która nie jest już tą Ziemią, którą opuścił. On wraca setki lat po bitwie i setki lat po tym miejscu, kiedy startował z Ziemi, z Układu Słonecznego. Więc ta wojna właśnie dlatego jest wieczna, że ona trwa po prostu tysiące lat. Pilot, jak Mandela, wraca na urlop na Ziemię albo leczyć się z ran.
Ziemia jest zupełnie inna. On musi się dokształcać, z tym, co po prostu wydarzyło się do tej pory na Ziemi. I to są jedne z lepszych kawałków tej książki. Nawiasem mówiąc, właśnie ta rzecz skłoniła swego czasu Ridleya Scotta do zakupienia praw do „Wiecznej wojny.” Niestety nadal pozostaje to w sferze planów filmowych. No, już raczej chyba przynajmniej przez Ridleya Scotta zostanie nakręcona. Tak więc te zmiany, które mają miejsce na Ziemi, podczas gdy Mandela postarzał się zaledwie o kilka lat, a te zmiany przez setki lat naprawdę odmieniają Ziemię, mają chyba największe znaczenie w tej książce. I samo to przesłanie, że wojna jest piekłem. W fantastyce był taki, pamiętam, fragment tej książki, jeden z pierwszych rozdziałów tylko opublikowano, który niesłychanie zapłodnił moją wyobraźnię. Mianowicie potyczka zupełnie absurdalna, gdzieś na jakiejś obcej planecie, obcej dla Ziemian, obcej dla tej rasy, z którą się Ziemia boksuje. Właściwie nikt nie wie, po co ta wojna wybuchła, ale wszyscy wiedzą, że trzeba tych obcych zniszczyć.
Nikt ich nie widział tak naprawdę. I oni walczą o życie pod zupełnie obcym słońcem i otaczają się takimi polami. Ta walka jest w ogóle nieprawdopodobna, bo nie dość, że anihilują potężne statki w kosmosie, te manewry, które wykonują te statki, to nie są jak w „Gwiezdnych wojnach” myśliwce, po prostu błyskawicznie zmieniające kąt natarcia i manewrujące. Tam statek, który nie trafił wroga, musi się poruszać po pewnej określonej trajektorii, wrócić dzięki polom grawitacyjnym ciał niebieskich i znowu zacząć uderzać. Więc to są niezwykle fajnie opisane zmagania. A na samej powierzchni była taka fantastyczna scena, kiedy Ziemianie gromadzą się wokół ostatniego statku, otaczają się polem siłowym, przez które nie przechodzi żadna broń energetyczna, lasery i tak dalej. Ale za to przychodzą pociski miotane, czyli miotane wolno, a więc jakieś kamienie, oszczepy i tak dalej. I tutaj walka nadal się toczy na śmierć i życie. Niezwykła książka, która jak powiedziałem doczekała się kontynuacji. W tej kontynuacji Mandela spotyka miłość swojego życia i w momencie, kiedy on już kończy służbę, musi czekać jeszcze wiele lat na to, żeby wróciła jego ukochana.
Dla tych weteranów, a rzecz dzieje się tysiące lat od wybuchu wojny, jest taka utworzona planeta, na której on wraz z żoną, dwójką dzieci, a także z innymi weteranami po prostu mieszkają. Jest to planeta dosyć nieprzyjazna, pokryta lodem. Mandela łowi ryby, uczy dzieci w miasteczku i tak dalej, ale w ogóle nie podobają im się zmiany, które zaszły po tysiącach lat na Ziemi, dlatego, że Ziemianie przestali być indywidualistami. Wszyscy są klonowani, wszyscy są identyczni, nie ma podziału na płcie właściwie, nie ma już imion. Po prostu rządzi Ziemią, tym olbrzymim imperium człowiek. I tym ludziom ze starej, dawnej epoki, zamierzchłej, jak Mandela, jego żona i inni weterani, po prostu jest to coś, na co oni się kompletnie nie chcą zgodzić i postanawiają porwać statek kosmiczny Timewarp, którym zamierzają po prostu wyruszyć do gwiazd i dać początek nowej cywilizacji. Tutaj dzieją się następne bardzo ciekawe rzeczy i po jakimś czasie muszą po prostu wrócić na ten świat, z którego wyruszyli. Planeta się w ogóle niesłychanie zmieniła. I ta niepasująca do trylogii część trylogii, mianowicie „Wieczny pokój”. Ona dostała również nagrodę Nebula, ale nie jest kontynuacją, a nawiązuje do wspomnianej dylogii jedynie zakresem poruszanej tematyki.
Czyli mamy XXI wiek, środek wojen, w których walczą takie machiny wojenne jak z „Terminatora”, ale one są sterowane przez operatorów znajdujących się często setki mil od samych machin i samych działań wojennych. Bardzo to przypomina dzisiejszych operatorów dronów czy tych wielkich bezzałogowych dronów, które poruszają się i sterują oni z dużych wysokości. I bohaterem tej książki jest Julian Class, jeden z żołnierzy, pilotów tychże dronów, machin, który po prostu ma już tego wszystkiego dosyć. Dokonuje razem ze swoją przyjaciółką pewnego odkrycia, które może spowodować całkowitą odmianę wszechświata. Jest to odkrycie bardzo przerażające, ale dla samego bohatera, który operował tymi żołnierzykami, machinami wojennymi, właściwie to odkrycie staje się kuszące, więc powieść na pewno mocno psychologiczna. A kiedy się czyta relacje, czy nawet ogląda filmy, relacje o operatorach dronów, tych współczesnych, którzy są oderwani od rzeczywistości. Pod ich przyciskami, palcami, które operują dronami, giną ludzie, wsie, miasteczka, a na nich to wydawałoby się nie ma wpływu. Ma wpływ i „Wieczny pokój” właśnie o takich dylematach psychologicznych opowiada.
[33:01] - Wojtku, ja długo zastanawiałem się, nie czytając książki „Wieczna wojna”, jak można napisać książkę antywojenną, jednocześnie opisując wojnę. To, że wojna jest opisana, to wiedziałem z podobnego źródła jak ty. Z fantastyki. Też czytałem ten fragment, który tu przytaczałeś z tym polem siłowym. Niesamowicie to podkręciło moją wyobraźnię, podobnie jak twoją. I nie znając książki, tak jak powiedziałem, zastanawiałem się, jak antywojenna? Ale o co chodzi? Od razu podpowiem, że planeta, na której się osiedlił ze swoją partnerką ma dosyć charakterystyczną nazwę i ona już bardzo dobrze wytłumaczy państwu, jaki jest stosunek autora do tego rodzaju działań jak działania wojenne. Ale o coś innego chodzi w tej książce, jeśli chodzi o to, że ona jest antywojenna. Otóż na początku dostajemy taki opis, na przykład szkolenia ludzi.
Tu jeszcze w Układzie Słonecznym kształcą się, ale kształcą się w sposób taki dosyć specyficzny. To znaczy nie ma zmiłuj się. Podczas tego szkolenia wielu przyszłych żołnierzy już nie ma przed sobą przyszłości, bo ginie po prostu. Ci, którzy przeżyli, rzeczywiście wyruszają na wojnę. I tam dostajecie państwo kilka takich scen, które naprawdę mogą człowieka zniechęcić. To znaczy tak, dostajemy opisy działań wojennych i to takich bardzo realistycznych w gruncie rzeczy, a jednocześnie pokazana nam jest wojna, która jest kompletnie nie tyle, że bez sensu. Ona jest po prostu kompletnie odhumanizowana. Ktoś powie: „No tak, bo z obcymi walczymy.” Nie, nie. Ona jest odhumanizowana w innym sensie. Nagle przekonujemy się, że po pierwsze nie ma mowy o jakiejś rycerskości, o tym, że powiedzmy, szanujemy wroga.
Nie, wroga należy zniszczyć i to do ostatniego. Ewentualnie zdobyć tak zwanego języka, jakiegoś jednego, a resztę należy wybić, co też właśnie ludzie między innymi czynią. Opisywana taka bitwa na planecie, której oni atakują bazę obcych i właściwie wycinają wszystkich. Mają rzeczywiście jeńca, ale to się też dla jeńca źle kończy. Dostajemy takie obrazy, w których W których nie ma nic z patosu wojny, którą czasami karmi się w innych utworach. Nie ma tego patosu. Wręcz przeciwnie. Na tyle, na ile mógł to oddać, autor pokazał, że wojna jest czymś wyjątkowo parszywym, w czym oczywiście ludzie biorą udział. Czasami nie mają wyjścia, biorą udział, ale to chluby nie przynosi.
[35:50] - Aby zrobić powieść antywojenną, jak widać, wystarczy opisać okropieństwa wojny i odczłowieczenie człowieka, a także całych armii, zdziwaczenie dowódców. Co powoduje, że opisując wojnę, otrzymujemy ten efekt, że czytelnik zamienia się w pacyfistę. Patos jest potrzebny tylko i wyłącznie po to, żeby wykorzystać go w propagandzie i kolejnej mobilizacji następnych ludzi, którzy pójdą na rzeź tylko dlatego, że są mamieni patosem. Flaga, dobosz, piękna śmierć, obrona ojczyzny i tak dalej.
[36:28] - I tak się pojawia mięso armatnie.
[36:31] - Chociaż ono ma różne znaczenia. Jest też taka sprawa, mi się przypomniało. Czytałem kiedyś opisy szkolenia armii brytyjskiej, która była jedną z najbardziej odhumanizowanych chyba armii i w której Haldeman opisuje, czy Heinlein w „Kawalerii kosmosu” szkolenie żołnierzy, nie bacząc na ich życie, czy możliwość stania się kalekami. Tworzy się z nich machiny do zabijania, które nie będą absolutnie myślały. Wyobraź sobie, że znalazłem fragment szkolenia piechoty brytyjskiej, którzy walczyli z powstańcami szkockimi na dalekiej północy Wielkiej Brytanii i ponieważ większość Szkotów była leworęczna, więc pałasze podnosili do ciosu lewą ręką. Tęże piechotę brytyjską uczono walczyć w ten sposób, że odpowiadali na pałasze, oczywiście po oddaniu salw i nie zdążywszy już naładować broni, walczyli bagnetami, ale nie zadawali ciosu na wprost. Oni zostali przyuczeni tygodniami ćwiczeń, żeby nie patrząc na Szkota, który idzie na ciebie i podnosi rękę z pałaszem, żeby cię zaraz zabić. Oni mieli atakować w swoją lewą stronę, czyli atakować bagnetem uniesioną pachę Szkota, który szedł obok. Ręka była podniesiona z pałaszem, więc pacha była z sercem dobrze widoczna i nieosłonięta, i należało w to uderzyć. A kolega twój po prawej stronie atakował tego przeciwnika, który szedł na ciebie.
Co trzeba zrobić z mózgiem człowieka, żeby z niego ten instynkt samozachowawczy całkowicie wyplewić? I to robi armia i to robią te ćwiczenia w książce Haldemana. To robi również szkolenie w książce „Kawaleria kosmosu” Heinleina. Jeśli jeszcze do Haldemana wrócić, to w Polsce była jeszcze taka powieść „Kamuflaż”. To bodaj Wydawnictwo Dolnośląskie, które króciutko taką serię fantastyki chciało otworzyć, ale ona po paru latach znikła i nie wiem, czy więcej niż 10 książek opublikowali. I w tym „Kamuflażu” jest to historia dwóch istot obcych na Ziemi, które wędrują po tej Ziemi, nawet nie wiedząc o sobie wzajemnie i zachowują tylko takie szczątkowe wspomnienia artefaktu, reliktu zatopionego gdzieś głęboko w morskich głębinach. Jedna z tych istot przetrwała dzięki przybieraniu kształtów innych organizmów, a druga, kameleon, przeżyła dlatego, że niszczy wszystko, co jej zagraża. I oto z dna morskiego zostaje ten relikt podniesiony przez ludzi i relikt wtedy wzywa obie istoty, które do tej pory o swoim istnieniu nie wiedziały, wzywa do siebie. Są to istoty niezniszczalne i co z tego wyniknie? Trzeba byłoby przeczytać powieść.
Myślę, że w antykwariatach jest jeszcze dostępna. Także tyle o Joe Haldemanie. Przeszedłbym króciutko do jego starszego brata Jacka C. Haldemana, który urodził się w 1941, a zmarł w 2002 roku. To był też inżynier. Studiował również biologię na Uniwersytecie Oklahoma. Pracował jako naukowiec. Badął między innymi efekt cieplarniany. Jego imieniem nazwano jakieś wielokomórkowce, tasiemca bodajże. Publikował głównie opowiadania.
Część utworów napisał z Harry Harrisonem lub z Jackiem Dannem. W Polsce znany chyba tylko z powieści troszeczkę młodzieżowej „Nie ma ciemności”. Jest to historia statku kosmicznego i gwiezdnej szkoły, w której młodzi ludzie przeżywają różne przygody, uczestniczą w jakichś wojnach na dalekich planetach, biorą udział w walkach pokazowych z dzikimi zwierzętami i spotykają dziwne istoty. Ten wszechświat w powieści Jacka Haldemana w ogóle nie kieruje się jakąś zasadą fair play. Tam jest cały czas walka o przetrwanie. Także autor w Polsce praktycznie nieznany, ale warty odnotowania, choćby ze względu na młodszego i dużo słynniejszego brata.
[40:27] - Ja tylko dorzucę do tych informacji to, że książka „Nie ma ciemności” będzie dzisiaj trudna do zdobycia, bo została wydana w roku 1991, jeżeli dobrze pamiętam, przez wydawnictwo CIA Books, które w swoim czasie sporo fajnej fantastyki wydało. Ale to było jedyne wydanie, o ile dobrze pamiętam, i dzisiaj naprawdę będzie problem ze zdobyciem, chociaż nakłady wtedy były całkiem spore. To może trzeba poszukać po prostu.
[41:01] - Czas na autora brytyjskiego Jamesa Patricka Hogana. Miał korzenie irlandzkie. Ten autor był w '91 roku na konwencie w Polsce. To był Polcon-Eurocon w Krakowie. I pamiętam, że na sali, na której był panel z jego udziałem, a także z kilkoma innymi zaproszonymi gośćmi. Ponieważ nie znaliśmy twórczości Hogana, został zaproszony po prostu jako brytyjski pisarz, ale jego twórczość nie była znana. Dopiero Amber później ją zaczął przybliżać. Pytanie, czy należy pan do Irlandzkiej Armii, więc do IRA. Facet się żachnął. Nie bardzo chciał na to odpowiedzieć.
Jakieś pytanie padło, chociaż z twórczości nikt na sali jego nie znał. Hogan jest dosyć ciekawym autorem. Pisał wyłącznie hard science fiction. W jego twórczości nie znajdziemy żadnych powieści fantasy. Jest inżynierem. Proszę zwrócić uwagę, że dzisiaj mówimy o autorach, którzy wszyscy byli inżynierami, mieli wykształcenie techniczne. Jego specjalnością była elektronika i pracował w przemyśle komputerowym, a jako autor zadebiutował w '77 roku powieścią „Inherit the Stars”. W tym samym roku przeniósł się do USA. Pracował w firmie DEC. W Stanach zaczęły się ukazywać kolejne jego powieści, między innymi cykl o gigantach, dzięki któremu poznaliśmy jego twórczość.
Niestety Amber nie dokończył wydawania tego cyklu. W Polsce ukazały się trzy z pięciu powieści. Całkiem dużą popularność przyniosła Hoganowi powieść „Najazd z przyszłości”. Ona została w oryginale opublikowana w '82 roku. W późniejszych latach życia, zmarł w 2010, był krytykiem ewolucjonizmu, ale nie był zwolennikiem kreacjonizmu. Co ciekawe, był sceptykiem także jeśli chodzi o następujące zmiany klimatyczne. Pod koniec życia w Irlandii poparł tych historyków, którzy uważali, że Holokaust nie miał miejsca, więc postać była dosyć kontrowersyjna. „Najazd z przyszłości” publikowała Fantastyka w odcinkach, aż czterech, ponieważ powieść jest dosyć obszerna. Rzecz się dzieje w niedalekiej przyszłości. Związek Radziecki w tej powieści rozpadł się na państwa narodowościowe.
Właściwie to, co się stało dziesięć lat po opublikowaniu powieści. Ludzkości grozi nowa, wyniszczająca wojna z użyciem nowej broni totalnej zagłady. Więc człowiek postanawia wyruszyć w gwiazdy. Odkrywa podobną do Ziemi planetę Chiron, nazwaną tak od mądrego centaura, wychowawcy greckich bohaterów, i tam wylatuje potężny statek międzygwiezdny niosący tysiące zarodków ludzi wszelkich ras, narodowości. Pod opieką robotów, maszyn mają dojrzeć i stworzyć nowe, nieznające podziału społeczeństwa. Gdy mija kolejne stulecie, po kolejnej ciężkiej wojnie między Wschodem a Zachodem, w Stanach Zjednoczonych rządzi junta wojskowa wraz z potentatami przemysłowymi, z korporacjami. Na Chirona wyrusza kolejna ekspedycja, tym razem zbrojna, aby podporządkować sobie kolonię założoną na Chironie, podporządkować ją Ameryce. I tu bardzo ciekawe zderzenie następuje dwóch światów, dlatego że po przybyciu na Chirona okazuje się, że społeczeństwo, takie utopijne, idealne, które miano stworzyć, ono tam powstało. Więc zderzenie tej wyprawy zbrojnej, a tej młodej cywilizacji złożonej z młodych ludzi w świecie pełnym dóbr i społeczeństwa ludzi przede wszystkim wolnych, okazuje się bardzo ciekawe. To jest powieść, na którą też zwracam uwagę, bo naprawdę jedna z ciekawszych, bardzo powoli rozwijających się narracji, ale trzymająca do końca w napięciu.
Druga powieść, na którą warto byłoby zwrócić uwagę w twórczości Hogana, to „Operacja Proteus”. To jest historia alternatywna, historia podróży w czasie oraz tego, czy w czasie można majstrować i doprowadzić do zmian we współczesności. W 2025 roku, czyli tak jak mówię, w najbliższej przyszłości, w dość szczęśliwym i spokojnym świecie grupa ludzi tworzy organizację Suzeren, która przygotowuje wyprawę w przeszłość, a jej celem jest ingerencja w bieg wydarzeń na początku XX wieku. Bowiem w '75 roku, proszę państwa, butny faszyzm zapanował nad Europą i grozi atakiem nuklearnym Ameryce i Australii. Więc mamy alternatywną historię. Mamy podróż w czasie. Mamy wyścig z czasem, bowiem tutaj chodzi o to, żeby jak najszybciej zapanować nad przyszłością, a wyprawa wyrusza w rok '39. I seria niedokończona Hogana, niedokończona w tym sensie, że Amber jej nie wydał do końca, to seria „Giganci”. Jest to typowa hard SF z artefaktami, z dalekimi lotami, z obcą cywilizacją. W Polsce ukazały się tomy „Gwiezdne dziedzictwo”, „Powrót gigantów” i „Gwiazda gigantów”.
Powieść musiała się spodobać, bo ja rzadko widuję te książki w drugim obiegu. Otóż w tejże książce ziemska ekspedycja napotyka w Układzie Słonecznym ślady obecności gwiezdnych podróżników. Dokładnie na Księżycu, na Ganimedzie odkrywa po prostu pojazd. Z powodu jego rozmiarów i w wyniku badań rasę, która musiała tym statkiem lecieć, nazywa gigantami. Dalej odkrywa się losy tej cywilizacji, skąd pochodziła i tak dalej. Okazało się, że Ganimedzi żyli w naszym Układzie Słonecznym 25 milionów lat temu. Rasa humanoidalna, ale opuściła macierzystą planetę w Układzie Słonecznym i wyruszyła w gwiazdy. Ziemianie chcą lecieć w ich kierunku, chociaż biorąc pod uwagę skalę czasową, jest 25 milionów lat. Raczej należy oczekiwać, że po tejże cywilizacji nic już nie zostało. Ale te odkrycia prowadzą do jeszcze większych odkryć, z których wynika, dlaczego Ganimedzi odlecieli z Układu Słonecznego, dlaczego osiedlili się bardzo daleko.
Otóż po prostu Wszechświatowi grozi znacznie większa groźba. I tutaj pytanie, czy światom gigantów, a także Ziemi nie grozi zagłada? Ukazała się jeszcze jedna powieść, ale ja się nie znam. W bardzo małym wydawnictwie „Przerwa w czasie rzeczywistym”. To jest koniec, jeśli chodzi o polski trop w twórczości Jamesa Hogana.
[47:41] - To ja nawiążę jeszcze. Ponieważ dosyć wyczerpująco o twórczości Hogana powiedziałeś, to skazany jestem na wspomnienia. A wspomnienia mam, jeśli chodzi o „Najazd z przyszłości”. Tak jak powiedziałeś, ta książka ukazała się w połowie lat 80. w Fantastyce w odcinkach. Ja długo się nie mogłem za tę powieść zabrać. Nie wiem, co mnie wówczas odrzucało. Czy jej objętość, czy może przeczytałem początek i jakoś mi to nie podeszło. Nie wiem, tego już nie odtworzę. Natomiast miałem kolegę, który zachwycił się tą powieścią i mówi: „Przeczytaj, przeczytaj, przeczytaj.” Jakoś nie był w stanie mnie zachęcić, aż w końcu znalazł sposób.
Powiedział mi o tym, że mamy tam do czynienia z nietypowym Przedziwnym społeczeństwem, którego ja, mówiąc szczerze, kiedy dyskutowaliśmy, a ja byłem jeszcze przed lekturą, nie bardzo potrafiłem sobie tego społeczeństwa, nie byłem w stanie objąć umysłem, ogarnąć tego, jak to może funkcjonować. Otóż to młode społeczeństwo na Chironie, ono obywa się bez tych wszystkich instytucji, które są dla nas codziennością, czyli sądy, policja, państwo. Ta organizacja, taka sztywna, społeczna, która jest społeczeństwu narzucona ponoć w imię jego dobra. To wszystko tam działa inaczej. Ty, Wojtku, powiedziałeś o tym, że to wolni ludzie, ale oni są wolni w sposób taki, jakiego my sobie tu na ziemi, zarówno w tamtejszym komunizmie, który wspominam, jak i w krajach wolnego Zachodu. Powtarzam, to była połowa lat 80. Naprawdę nie byliśmy w stanie wyobrazić. Tamci ludzie naprawdę są wolni. Ich stosunki wzajemne, ich kontakty międzyludzkie wyzbyte są jakiegokolwiek przymusu. Kogoś się szanuje albo nie szanuje, ale to nie wynika z hierarchii takiej sztucznej, społecznej, że ktoś jest bardzo ważnym panem dyrektorem, a ktoś inny jego podwładnym.
Tam szacunek zdobywa się nieco inaczej. To w ogóle bardzo ciekawa wizja społeczeństwa. Co więcej, po latach przekonałem się, że kilka osób zafascynowanych tym, co nazywamy geopolityką, to brało tę książkę jako niezwykle ciekawy przykład organizacji społecznej, która wymyka się takim dosyć sztywnym, stosowanym dzisiaj przez te nauki związane z geopolityką normom. I być może jest to jakaś wskazówka. Nie mam co do tego pewności, ale może warto czasami spojrzeć na twórczość Hogana pod tym kątem, że być może jest to wskazówka, jak ludzie, być może w przyszłości, powinni ułożyć stosunki między sobą. Czy aby na pewno w tej chwili żeglujemy w dobrą stronę? To, co się dzieje na świecie, pokazuje, że chyba niekoniecznie. Że szacunku coraz mniej wzajemnie do siebie, a to zawsze źle rokuje. Jak jest? Jak będzie?
Nie wiem, ale to dziwne społeczeństwo. To był ten moment, w którym zostałem zachęcony i tę książkę przeczytałem. To był dobry zapalnik. To poszczucie mnie ową dziwną organizacją społeczeństwa.
[51:02] - Dla mnie ona nie jest dziwna. Ona jest normalna. To jest społeczeństwo, które po prostu, gdzie rówieśnicy, wszyscy są po prostu z zarodków rodzą się, są rówieśnikami, są ludźmi różnych ras, różnych narodowości, chociaż uczeni są w jednym języku. Nie rozmawiają w swoich dlatego, że nie znają swoich rodziców i mogą być uczeni tylko w ten sposób według programów edukacyjnych, które zostały wpojone maszynom, a teraz tymże dzieciom są wpajane przez maszyny. Jest to świat, w którym nie ma narzuconych norm społecznych, takich jak narzucają organizacje kościelne, jak narzuca trójpodział władzy, jak narzucają wszelkie kodeksy i tak dalej. Nie ma państw, nie trzeba toczyć wojen, nie muszą być podatki. Wszystko jest jakby w tym rogu obfitości, jaką jest planeta Chiron, jest ogólnie dostępne i nie trzeba dzielić dóbr. Także książka naprawdę bardzo, bardzo godna polecenia. Ja myślę, że trzeba byłoby już przejść w tym naszym odcinku trzecim literki H do jeszcze jednego Brytyjczyka, mianowicie do Petera Hamiltona. Jest to człowiek, mój rówieśnik, który jest zwany odnowicielem podgatunku space oper.
Dzięki jego utworom na przełomie XX i XXI wieku space opera złapała drugi czy może trzeci oddech i stała się gatunkiem bardzo popularnym. Już abstrahując od tego, że bardzo dużo powstawało również tego wspólnego, równoległego podgatunku military science fiction, bo to nie są gatunki, które należałoby utożsamiać ze sobą. Hamilton pisał powieści, w których jest mnóstwo tych nowoczesnych idei, nowoczesnych technologii, a co ciekawe, on w wieku osiemnastu lat zrezygnował ze szkół, nie dokończył studiów. Jest absolutnie literackim samoukiem. Takie rzeczy mają miejsce w Polsce. W Polsce, chociażby takim literackim samoukiem był Feliks Konarski. I naprawdę bardzo ciekawa postać Snerga, który tworzył niesłychane teorie naukowe. I on swoje pierwsze opowiadanie sprzedał w '88 roku, mając dwadzieścia osiem lat, a pierwszą książkę napisał w '93. Najbardziej znany jest z takich dwóch cykli. Jest to raz Wspólnota Międzyukładowa, a druga Wszechświat Konfederacji.
Są to światy, w których bardzo wiele rzeczy dzieje się w niezwykle odległej przyszłości. Ludzkości są dostępne technologie wręcz bajkowe. Bez problemu latamy do odległych gwiazd i w tychże odległych gwiazdach napotykamy różne problemy. Może najpierw parę słów o tym cyklu Gwiazda Pandory. To jest z cyklu Wspólnota Międzyukładowa. Tutaj jest kilka takich wewnętrznych dylogii i trylogii. Między innymi jest trylogia Pustka wydana przez MAGa. Jest Commonwealth Saga z Gwiazdą Pandory i z Judaszem Wyzwolonym. Wydał to Zysk i Spółka. Mamy później dwie powieści składające się również na Commonwealth, na Chronicle of the Fallers.
To jest Otchłań bez snów oraz Noc bez gwiazd. I jakże ciekawe są to historie. Chociażby Pustka. To jest nieprawdopodobnie rozbudowana space opera. Mamy rok 3500 któryś, czyli powiedzmy XXXVI wiek. W centrum Drogi Mlecznej naszej galaktyki znajduje się czarna dziura zwana Pustką, ale jest to czarna dziura, która jest sztucznym wszechświatem stworzonym miliardy lat temu przez bardzo agresywnych obcych. Otoczka tejże czarnej dziury, Pustki, jest bardziej zabójcza niż horyzonty zdarzeń naturalnych czarnych dziur, które nawet światła nie przepuszczają, więc możemy sobie tylko wyobrazić, czym jest ta Pustka. Dodatkowo ona stopniowo pożera materię galaktyk. Są odwieczni wrogowie tej cywilizacji. Rasa Raelów, która próbuje powstrzymać ten proces połykania materii.
Ten świat Hamilton wykreował poprzez ekstrapolację współczesnych nauk, technologii, pełnych idei, nieprawdopodobnych gadżetów. Tam są naprawdę niezłe pomysły biotechnologiczne. Pustka była dosyć dużym sukcesem na rynku brytyjskim, także amerykańskim. Dość powiedzieć, że książki Hamiltona już teraz osiągnęły łączny nakład kilkunastu milionów egzemplarzy. To jest autor, który jest tłumaczony na bardzo wiele języków. Czym jest „Gwiazda Pandory” z tego samego cyklu? Ona się dzieje troszeczkę wcześniej, bo w XXIV wieku. Ta wspólnota międzyukładowa składa się z sześciuset światów połączonych siecią tuneli czasoprzestrzennych. Na jednej z najdalej położonych planet astronom jest świadkiem niewiarygodnego zjawiska. Odległa o tysiące lat od jego planety gwiazda nagle znika.
Odległość jest zbyt wielka, by można było tam dotrzeć przez tunel czasoprzestrzenny. Zostaje podjęta decyzja o budowie naświetlonego gwiazdolotu, który będzie się nazywał Druga Szansa. Ekspedycji sprzeciwiają się strażnicy Jaźni pod przywództwem przywódcy Bradleya Johanson i pilot, który zostaje poddany specjalnym odmładzającym zabiegom. Cały czas ma problemy natury filozoficznej, psychologicznej. Nie wie, co mu grozi w kosmosie, czy przypadkiem nie ma czegoś groźnego dla całej ludzkości. Jednocześnie trzeba infiltrować swoją załogę, która została mu narzucona i tak dalej. To są tego typu space opery rozgrywające się bardzo daleko, z niesamowitymi pomysłami. To jest niby to samo uniwersum, tylko tak jak w historiach przyszłości Heinleina, Asimova, one się dzieją w dosyć dużej drabince czasowej między XXIV a XL wiekiem nawet. Cały czas dotykają nas informacje o Raelach, czyli tej cywilizacji, która walczy z twórcami Pustki. Jest to naprawdę bardzo fajna rzecz.
W Polsce Hamilton miał jeszcze kilka ciekawych powieści, które są space operami, ale samodzielnymi, nie rozrastającymi się w trylogie. Na przykład „Noc bez gwiazd”. Historia zbiega ze wspólnoty, jego przygody mają szansę na ocalenie całej wspólnoty. Jest powieść „Upadek smoka”, więc naprawdę jest co czytać Hamiltona. Co ciekawe, właściwie jego książki nie są dostępne. Te nakłady błyskawicznie znikały. W tej chwili chyba nawet nie ma dosłownie nic na rynku. W Polsce jeszcze były oprócz tego drugiego Sfinksa. Muszę powiedzieć, że chyba mi się udało wprowadzić Hamiltona na rynek, bowiem w Sfinksie opublikowałem krótką powieść Hamiltona „Szansa na nowy Eden” w 2002 roku. Było to jeszcze zanim książki Hamiltona zaczęły wydawać Zysk i Spółka oraz MAG.
„Szansa na nowy Eden” to jest historia niezwykłych biotechnologicznych projektów na orbicie Jowisza i Saturna, gdzie buduje się od podstaw nanotechnologią niesamowite habitaty biologiczne i w tychże habitatach żyją koloniści, którzy są połączeni siecią mentalną. Potrafią błyskawicznie widzieć, co się w całym habitacie dzieje, a także porozumiewać się między sobą. Właściwie oni nie potrzebują już mowy, tylko dzięki tej sieci telepatycznie się ze sobą porozumiewają. Na tą kolonię przybywa człowiek, który ma rozwikłać pewną niespotykaną zagadkę, bowiem na Nowym Edenie dochodzi do zabójstwa bardzo prominentnej osoby. Zabójstwo jest dokonane przez szympansa, który jest biologicznie przystosowany do współżycia i współpracy z ludźmi. Mimo że mamy sieć mentalną, nikt nie wie, jak do tego mogło dojść. Już wtedy krytycy dostrzegli olbrzymi potencjał Hamiltona. Ja wciąż wręcz nie mogę uwierzyć, że człowiek tak lekko poruszający się po wysokich technologiach, wiedzący, o czym dzisiaj marzą naukowcy w swoich laboratoriach, był w stanie tak fajne powieści napisać, nie mając wykształcenia technicznego.
[59:45] - Tak, Wojtku, dzięki tobie miałem kontakt pierwszy z tym autorem, bo właśnie w Sfinksie mikropowieść, o której mówiłeś, przeczytałem i byłem nią absolutnie zafascynowany. Ale skoro jestem przy głosie, to powiem jeszcze o jednej rzeczy, na którą zwrócili mi uwagę ludzie, którzy się zawodowo zajmują analizowaniem tekstów literackich. Mówiąc szczerze nie zwróciłem na to uwagi, ale przyznałem im rację. Otóż światy tworzone przez Hamiltona są o tyle niezwykłe, że owszem, jest tam dużo nowoczesnej technologii. Takiej, która fascynuje wszystkich i podoba się i jest space operowa, a jednocześnie hard science fictionowa. Ale w tych samych światach autor nie unika rozważań, a nawet nawiązań do rzeczy o charakterze mistyczno-mitologicznym. Mamy nawiązania do istnienia duszy, do życia pozagrobowego, do tego, że to są jakieś realne odniesienia, realne miejsca, realne byty wreszcie. I to jest, jeśli wziąć to wszystko pod uwagę, nie do końca typowe dla space opery, ale z mojego punktu widzenia to jest bardzo dobre. Bardzo mnie to fascynuje. Możliwość połączenia tych dwóch światów, które na co dzień wydają się mocno rozdzielone.
Ale jak się dobrze zastanowić, podejść do tego tematu nieco filozoficznie, to nie ma najmniejszego powodu, żeby to robić. I dlatego Hamilton to jest człowiek, po którego warto sięgnąć. I szkoda, to jest właśnie podstawowy problem, że jego książki są praktycznie niedostępne na rynku. Ja sobie przed audycją trochę pobuszowałem po internecie. Mało rezultatów, mało sukcesów.
[01:01:51] - Ja chyba w tej chwili mam w sprzedaży u siebie w księgarni tylko niekompletną trylogię „Pustki”. Znakomitą, która miała dwa wydania dzięki Magowi. Wielka szkoda. A to, że space opera, taki autor mocno zafascynowany nowymi technologiami, sięga jednocześnie po psychologię, filozofię, po różne społeczne traktaty, to tylko dobrze o nim świadczy. Bo nie można pisać historii wyłącznie opartych na technice. Tak zresztą w klasyce science fiction bardzo często bywało. I dopiero w latach 50. mniej więcej się to zmieniło i sięgnięto w głąb człowieka. Więc to tylko o nim, powtarzam, dobrze świadczy. I chyba tyle w dzisiejszym odcinku.
Czterech fascynujących autorów na literę H. I będziemy dalej o tej literze jeszcze mówić.
[01:02:42] - Pięknie ci Wojtku dziękuję. Rzeczywiście na dzisiaj kończymy i zapraszamy za dwa tygodnie na kontynuację. Będziemy kontynuować autorów na literkę H.
[01:02:55] - Do usłyszenia.
[01:02:58] - To tyle, jeśli chodzi o fantastykę. Nie, jeszcze nie do końca tyle, bo przed nami „Filmotekarium”. A dzisiaj w „Filmotekarium” wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiać będziemy o filmie science fiction, o filmie „Rozdzieleni” w reżyserii Josha Gordona i Willa Specka. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:03:28] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Marku. Witam wszystkich w „Filmotekarium”. W dzisiejszym odcinku będzie science fiction. Tylko czy będziemy się radować, czy smucić?
[01:03:42] - Na początek to ja powiem, żebyście państwo uważali z tym filmem, bo tytuł „Rozdzieleni” występuje w najrozmaitszych wariantach i możecie państwo trafić nie na ten film, o którym będziemy rozmawiali. Nawet, zdaje się, jest taka komedia romantyczna, która gdzieś to „Rozdzieleni” ma w tytule. W każdym razie szukajcie państwo filmu Josha Gordona i Willa Specka. Chyba wszystko. To teraz trzeba by zacząć o tym filmie mówić. Tylko sam nie jestem pewien, czy ja jestem już na to gotowy, bo to jest-
[01:04:23] - Ja tylko dodam, że jak będziecie szukać, to szukajcie po angielskim tytule „Distant” z datą 2024. I jeżeli na plakacie, który będzie dostępny, będzie widniał kosmonauta, to jest to właśnie to. Ten film się nazywa „Distant”. Pozwolisz Marku, że może pociągnę tą myśl, jak już zacząłem?
[01:04:49] - Pozwolę. Pozwolę, ponieważ tak jak zapowiadałem, nie bardzo wiem, od czego zacząć.
[01:04:55] - To ja zacznę od tego, że w tym filmie mamy do czynienia z opowieścią, która jest bardzo często spotykana. Otóż astronauta eksploruje obcą planetę. Tak, obcą, czyli niebezpieczną planetę. Tak, dobrze pomyśleliście. W poszukiwaniu ko... Nie tego może, o czym wszyscy myślą, ale w poszukiwaniu kompana albo kogoś bliskiego, albo innego rozbitka. Widzieliśmy to w wielu współczesnych produkcjach. O tym może jeszcze za chwilę, ale „Distant”, czyli „Rozdzieleni” chyba się chciał wyróżnić na tle innych produkcji, dlatego że całkiem niedawno mieliśmy film, który jest bliźniaczo podobny, tylko się dzieje w trochę innych warunkach. Mamy więc produkcję nieco droższą, z przynajmniej jedną znaną aktorką, którą widzieliśmy w filmie „Smile 2”. Mamy głos podkładany przez Spocka z nowego „Star Treka”, czyli przez Zachary’ego Quinto.
I jeszcze jest coś takiego Marku, że „Rozdzieleni” się silą na to, żeby być śmiesznym science fiction. Ja się z tym spotykam dość rzadko, ponieważ jakoś tak mam, że nie lubię. Komedia to jest komedia. Natomiast kiedy komedia się łączy z horrorem albo z science fiction, to już jakoś tak nie dla mnie. Czasem coś tam obejrzę, ale to zawsze jest takie kiepskie. Zazwyczaj kiepskie. Tutaj mamy do czynienia nie z filmem komediowym, nie z jakimś tam Pastiche, nie z karykaturą filmów science fiction. To jest film sci-fi, który ma elementy ponoć zabawne. Poznajemy tam historię górnika kosmicznego, który w wyniku nadzwyczajnej sytuacji trafia na obcą planetę. I jak to w tego typu filmach survivalowych musi przetrwać przede wszystkim.
Okazuje się, że on się musi przedrzeć przez ten surowy krajobraz. Spotyka różne pułapki, spotyka potwory oczywiście, szuka innej osoby, która jest na tej planecie uwięziona, staje przed ogromem różnych niebezpieczeństw. Oczywiście zawsze w takich filmach jest też to, że zaczyna brakować a to powietrza, a to papu, a to innych rzeczy. Tutaj film się rozpoczyna w sposób taki, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, słabo zachęcający, ale już od początku wiemy, że ma być śmiesznie, kiedy komputer pokładowy próbuje mu podać czopek na przykład przez skafander. Próbowałem sobie to wyobrazić, jak to robią, ale jakoś nie potrafiłem. Nie umiałem. Nie wiem. Ty próbowałeś?
[01:07:44] - Piotrze, wiesz co, jeżeli przypomnisz sobie, jak ten kombinezon był nakładany, to ja i w ten czopek jestem w stanie uwierzyć, bo on niejako był natryskiwany prawie na tego bohatera. Ja mam z czym innym problem. Ty wspomniałeś, że to jest komedia. Ja nie będę ukrywał, że również o tym przeczytałem, ale po obejrzeniu filmu i bardzo się zdziwiłem, ponieważ ja tego nie zauważyłem. Może ja jestem gruboskórny. Na pewno jestem gruboskórny i taki subtelny dowcip jak w tym filmie widocznie do mnie nie dociera, ale ja po prostu nie dostrzegłem, że oni tam toczą lekkie, frywolne dialogi, od których można po prostu pokładać się ze śmiechu. Kpię oczywiście, bo ten humor, proszę państwa, w tym filmie jest lekko nieświeży, to i tak delikatnie powiedziałem. To tak jak z tym czopkiem, o którym mówił Piotr. Te dialogi one aż kipią takim sztucznym luzem, czyli nic gorszego właściwie nie można sobie wyobrazić. Ten sztuczny luz sprawia, że zaczynają człowieka przynajmniej boleć zęby, kiedy to ogląda.
Wyobraźcie sobie państwo, bohaterowie za wszelką cenę starają się toczyć dialog, który będzie lekki, łatwy, przyjemny, w ogóle śmieszny, a wokoło rzeczywistość skrzeczy. Tak dosłownie skrzeczy, bo te stwory jakieś tam wydają z siebie dźwięki i w ogóle jest nieprzyjemnie, tlenu brakuje i w ogóle jest niebezpiecznie. Ale jest śmiesznie jak cholera. Nie, nie jest śmiesznie w tym filmie. I ja w ogóle się zastanawiam, kto wpadł na pomysł, żeby eksponować komediowość tego filmu, ponieważ on w ogóle nie jest komediowy, przynajmniej dla mnie. Przepraszam za to takie zapienienie się, ale ja po prostu nie lubię, kiedy obsada, nie obsada, kiedy obsługa filmu, ta marketingowa obsługa filmu za wszelką cenę stara się wmówić coś, co nie ma pokrycia w rzeczywistości, a tu to absolutnie nie ma pokrycia w rzeczywistości.
[01:10:08] - Powiedziałeś, że nie mogło się temu filmowi nic gorszego przytrafić. Nie mogło, poza główną rolą męską i poza może głównym bohaterem ogólnie. Jest to dziwny film. Nie wiem, dlaczego wybrano akurat taką drogę przekazu. Domyślam się po prostu, bo ten film jest bardzo prosty. Jest jak milion innych filmów, bardzo podobnych, że po prostu astronauta sobie biega po obcej planecie i tyle. I nawet ona za bardzo ciekawa nie jest. Nie mamy więc do czynienia z filmem oryginalnym w żaden sposób. Omawialiśmy tutaj w Filmotekarium już kiedyś film "65" zrealizowany z większym rozmachem, osadzony oczywiście w zupełnie innych warunkach, chociaż podobnych, ale on też był równie płytki. W 2024 roku mamy film "Light", który chyba też był omawiany przez nas w jakiejś takiej zbiorczej audycji.
I ten film "Light" jest bliźniaczo podobny do "Distant". Tutaj są pewne inne uwarunkowania. "Light" się dzieje we mgle, w ciemności, ale generalnie jest o tym samym. O poszukiwaniu śladów innej osoby na innej, niebezpiecznej planecie. Jeżeli chodzi o takie filmy, to w nich mamy zwykle dwa pewne zagrożenia. Pierwsze to krwiożerczy obcy, a drugie to, że zacznie brakować tlenu. Tych dwóch wątków możemy być pewni. Niektórzy mogą poszukać jakichś tam odniesień dalekich, inspiracji do Riddicka na przykład, ale wydaje mi się, że takich filmów, takich scenariuszy było multum. To po prostu jest tak cholernie prosta historia, że te wątki, oczywiście na siłę te wątki komediowe, takie kumpelskie, one są tam wprowadzone po to, żeby ten film był trochę inny niż reszta. Dobra, że on jest przewidywalny, zły, ale niech będzie już taki lekki, niech będzie dla wszystkich.
Przy czym trzeba zauważyć jedną rzecz. Dlaczego my o tym w ogóle mówimy? Dlatego, że po raz kolejny mamy do czynienia z taką sytuacją, że łapie się widzów na pewne obietnice. Bo to nie jest film klasy B ani C, to nie jest coś, co jest jakąś popłuczyną, którą myśmy wygrzebali z netu. Nie. To jest film, który był w jakiś sposób promowany. To jest film, na który się dość łatwo natknąć. To jest obraz niepośledni. Jest poprawnie zrealizowany w ogóle, jest czymś dla niewymagającego widza. Tylko czy to wszystko w ogóle nie idzie w złą stronę?
Bo takie pytanie, Marku, które jest chyba dość sensowne przy tego rodzaju produkcjach. Dobrego niskobudżetowego sci-fi jest mało, jeżeli chodzi o filmy, bo seriale to jest inna rzecz, inna bajka. Można filmy sci-fi, które są dobre, tanie i z pomysłem, wymienić na palcach, ale skoro jest obraz, skoro jest produkcja, która w zasadzie nie ma większej zaskakującej osi fabularnej, to czy w ogóle jest sens coś takiego robić? Czy to nie jest marnowanie pieniędzy i potencjału? Myśmy w ciągu ostatnich dwóch, trzech miesięcy omawiali wiele dzieł science fiction, które zasadniczo nie mają większego sensu. Było to czeskie science fiction. W tamtym roku omawialiśmy produkcję polską, „Dziewczyna i robot”. Tytuł był inny, nie pamiętam jaki. Z przykrością zauważam to, że mamy coraz więcej filmów sci-fi, a może zawsze tak było, gdzie trudno jest o nich cokolwiek powiedzieć, bo są niczym. Emocje są jak w niemieckim serialu sensacyjnym.
Fabuła jest płaska, wszelka radość z oglądania zasadniczo nie istnieje. Trzeba sobie wiele rzeczy wyobrazić. Ja pamiętam, że był taki okres, to był początek drugiej dekady XXI wieku, kiedy mieliśmy filmy, które były tanie. Mówię o sci-fi, które były kiepskie, ale coś w tym było. Od pewnego czasu, nie wiem, od czego to zależy, wypuszczane są klony sci-fi, które nie tylko mają dziury w scenariuszu, ale które w zasadzie mogłyby nie istnieć, bo nic do historii kina nie wnoszą. Nie jest to ani fajne, nie jest to nawet jakiś zabijacz czasu. I taka moja najważniejsza refleksja, jaka się nasuwa po filmie „Distant” jest taka: po co w ogóle robić coś takiego dla ludzi zainteresowanych sci-fi? Czy nie jest tak, że w rzeczywistości najwięcej szumu przyciągają produkcje wysokobudżetowe? Bo w science fiction jest tak, że tylko tam, gdzie są pieniądze albo dobry pomysł, można osiągnąć sukces. I taki chyba finansowy, ale i sukces polegający na docenieniu ze strony krytyków, ze strony widzów.
Bo można wykreować światy, można coś pokazać, można zarysować jakiś problem. Tych potworów, tych strachów my nie zawsze musimy widzieć, żeby się ich bać. Natomiast zrobienie tego wszystkiego po taniości, często w bardzo kiepskim otoczeniu, moim zdaniem nie ma sensu.
[01:15:42] - Oj, Piotrze. Ja się z tobą nie zgodzę do końca, bo ten film nie jest zrobiony po taniości tak do końca. Widać, że na te środki specjalne, czy też po prostu na efekty specjalne, przeznaczono jakieś pieniądze i one nie są kartonowe, a w każdym razie nie wszystkie. Moim zdaniem jednak dotknąłeś istoty tego, co się dzieje. Mianowicie pieniądze są, tylko pomysłów nie ma. Ja nie wiem, czy państwo przypominacie sobie taki film z panem Smithem juniorem i panem Smithem seniorem, który ten senior niedawno też robił za juniora. To był film „Tysiąc lat po Ziemi”. Tam też chodziło o to, żeby przejść z punktu A do punktu B. Widzicie, rozumiecie niebezpieczeństwo, trzeba się ewakuować z planety. Jaka to planeta, to się w filmie okazuje, nie będę spoilerował.
I ten film jest zrobiony na bardzo podobnej zasadzie. Ten „Tysiąc lat po Ziemi” i ten film, o którym rozmawiamy dzisiaj. Trzeba pójść z punktu A do punktu B i przeżyć niesamowite przygody, na przykład zapaść się w bagno. Moim zdaniem jest tak, że nie ma pomysłów, bo się scenarzyści hollywoodzcy naczytali bardzo ambitnych dzieł, na przykład o podróży bohatera, o tym, że Campbell napisał, że rzeczywiście ta podróż zmienia bohatera i te przeżyte przygody i powrót, i tak dalej. Kto ciekawy, niech sobie sięgnie po campbellowską książkę. Naczytali się, naczytali i zaczynają produkować takie dzieła, że bohater podróżuje, tak jak powiedziałem, z punktu A do punktu B i przeżywa przygody. To nie jest, proszę państwa, przepis na bestseller czy w przypadku książki, czy też na film, który podbije ekrany kinowe. Bo czytając książkę Campbella zdaje się niedostrzeżono, że ten przepis na bestseller polega na czymś innym. Ja może w tej chwili obrażę, zburzę wszelkie świętości, ale proszę państwa, filmem drogi, czy też książką drogi jest na przykład „Władca Pierścieni” Tolkiena. No tak, tylko różnica jest zasadnicza.
Oni tam też wędrują z punktu A do punktu B, tylko jakoś to wszystko inaczej wygląda i zamysł jest zupełnie inny. Nie polega na tym, że idą, idą i co jakiś czas, jak w grze planszowej czy może jakiejś RPG-owskiej, wypada na nich coś złego, krzyczy i jest groźnie, ale oni oczywiście te zagrożenia pokonują. To nie o to chodzi w tego rodzaju filmach i dlatego dostajemy takiego knota, jak w przypadku „Rozdzielonych”. Ja w dodatku jeszcze Mam coś takiego, że powiedziałeś Piotrze, że napięcie jest takie, jak w niemieckim filmie sensacyjnym. W niemieckim filmie sensacyjnym to chociaż od czasu do czasu krzykną "Hände hoch" albo "Herr Gott", albo coś takiego. Tu nawet to się nie dzieje. Ten główny bohater snuje się, snuje. Dobrze, już dam spokój temu głównemu bohaterowi. O bezradności scenarzystów świadczy to, że starają się nas wciągnąć w grę, którą jak państwo będziecie nieuważnie ten film oglądać, nawet tej gry nie dostrzeżecie. Otóż główna bohaterka, która wabi głosem głównego bohatera jak taka syrena, wabi go, żeby on przyszedł, ją uratował, a przy okazji może tlenu dostanie od niej.
Więc wabi go, wabi i wydaje się taka bezradna. I on ją ratuje, bo on jest przyzwoitym człowiekiem i uważa, że trzeba pomóc. Tylko w pewnym momencie okazuje się, że ta pani jest przedstawicielką korporacji i że ona tam coś ukrywa, nawet wie, co ukrywa, ale o tym nie mówi, a my się musimy domyślać, o co chodzi. A w ogóle ci państwo stają się przyjaciółmi, walczą o życie, a później zapowiada się, ja nie wiem, czy miodowy miesiąc, ale w każdym razie jakiś rok z okładem wspólnego życia, czy też po życia. To nie jest ostatecznie wyjaśnione w tym filmie, bo zanim przybędzie ewentualna wyprawa ratunkowa na tę planetę, to tyle mniej więcej czasu minie. Świetnie się to wszystko zapowiada, tylko w tym momencie, kiedy się zapowiada, to się kończy film. A sam film to tak jak już mówiliśmy z Piotrem, widzieliście to państwo już dziesiątki razy w różnych czy to sci-fiach, ale może w jakichś innych filmach. To jest po prostu nudny film moim zdaniem, chociaż, i to warto podkreślić, on jeśli chodzi o warstwę techniczną, jest całkiem przyzwoity i dlatego to jest moim zdaniem dowód, że producenci filmów z Hollywood, czy też scenarzyści, pewno bardziej scenarzyści, cierpią na uwiąd pomysłów. Pieniądze są, warunki techniczne są, tylko treści nie ma. I jeżeli państwo zerkniecie sobie na komentarze pod filmem, obojętnie w jakim medium, obojętnie gdzie ten film państwo namierzycie, czy to po polsku, czy po angielsku, czy po jakimkolwiek innym języku, to dostrzeżecie państwo tego rodzaju uwagi, że może być, tam nic nie urywa, ale można obejrzeć, jak nie ma nic innego do oglądania.
To nie są dobre komentarze. To znaczy, że film się zapowiadał, a potem przestał się zapowiadać, bo się skończył. Nie wiem, jak to bardziej okrutnie skomentować. Dlaczego okrutnie? Dlatego, że ja nie lubię być rozczarowany. I początek filmu, kiedy następuje katastrofa wielkiego statku kosmicznego, powiedziałem sobie: "Może nie będzie tak źle". I jeszcze przez jakąś chwilę łudziłem się, że nie będzie. A potem było, jak to ostatnio bywa, tak jak zwykle.
[01:22:35] - Tego rodzaju filmy, kiedy się bohaterowie gonią po pustej albo pustynnej planecie i napotykają na przykład potwora, rodzą naturalnie pytanie o to, jak wygląda ekosystem takiej planety. Albo czym oddycha taki potwór. Ja widziałem wiele takich komentarzy, bo jak mówię, często przeglądamy komentarze, żeby z Darkiem przekonać się o tym, czy to my jesteśmy skrzywieni i złośliwi, czy mieścimy się w średniej, jeżeli chodzi o oceny. I tutaj jest zaskoczenie, dlatego, że film "Distant" ma te oceny w miarę przyzwoite, dlatego, że jako film to jest okej, da się to oglądać. Znaczy ja bym tego nie mógł oglądać. Może są tacy, co mogą. Ja jakbym nie miał co robić, to bym spać poszedł, a na pewno bym czegoś takiego nie obejrzał. Nawet jakby to była jedyna rzecz, która mi została do oglądania, bo by na przykład nie było światła, a ja bym miał to ściągnięte na dysk, to i tak bym się cholernie wynudził. Nie podoba mi się to. To jest po prostu słabe.
Nie ma żadnych pomysłów. I jak mówię, ja już oglądałem milion filmów sci-fi i czasami jest tak, że na przykład jest pomysł, a film się rozwleka na dwie i pół godziny i wychodzi, że jest jakimś tam filozoficznym filmem o niczym. Czasami jest fajny pomysł, tylko że wykonanie jest kiepskie. Czasami są pieniądze, a nie ma w ogóle pomysłu i nie ma o czym mówić. O dobre historie jest trudno, jeżeli chodzi o science fiction. Chyba tak na palcach jednej ręki można wyliczyć coś, co mi się naprawdę podobało. To był film "Aniara", to był film "Vivarium". Pewnie są jeszcze takie perełki gdzieś ukryte wśród tych filmów, które dopiero obejrzymy wśród filmów z roku 2024 i tych już nowych, ale tak mi się wydaje, Marku, że nastawianie się przez twórców na takie wyświechtane, ale już tak bardzo wyświechtane pomysły, to jest zły pomysł. To widzów science fiction w ogóle nie porwie. To nie będzie ich bawiło.
Tu nie ma żadnej tajemnicy. Może oni sobie powinni wziąć do serca tą taką starą bardzo zasadę z literatury sci-fi, czyli jak piszemy, jak coś wymyślamy, to żeby to było coś nowego, żeby to było coś dziwnego. Nowy koncept. Nie musi być wielki budżet. Czasami niedopowiedziane historie są najlepsze.
[01:24:59] - Ja zwróciłem uwagę na filmy podobne do "Distand". Ty też wspomniałeś o "Tysiąc lat po Ziemi", to się tak nazywało, dobrze mówię?
[01:25:07] - Tak. Uznaję to za jeden z najgłupszych filmów sci-fi jakie widziałem, takich wysokobudżetowych. Tutaj mam jeszcze taki jeden wątek na koniec, bo w różnego rodzaju filmach przejawiały się motywy drogi, motywy survivalowe na innej planecie, ale mamy też kosmiczne górnictwo czy też kosmiczny przemysł. Pomysł obecny w bardzo wielu produkcjach, w książkach, od takich absolutnych klasyków po nowości, gdzie bohaterowie zapierniczają, wydobywają surowce na innych planetach, na księżycach czy na asteroidach. I stają nagle przed problemami, o jakich nie śnili w ogóle ich ziemscy koledzy po fachu. Jeżeli ktoś był zafascynowany tym kosmicznym górnictwem Marku, to gdzie jeszcze znajdzie takie wątki?
[01:26:00] - Rozmawialiśmy przed programem i doszliśmy do wniosku, że taki ostatnio eksploatowany wątek to oczywiście "Diuna". Tam kopalnie określonego surowca, a właściwie wydobywanie tego surowca jest na porządku dziennym. Ale "Diunę" zostawmy takim moim filmem, który nie jest perełką i nie jest czymś absolutnie podbijającym ekrany, ale mam do niego sentyment, bo jest o czymś. To jest film "Księżyc 44". Owszem, to jest jedna wielka kopalnia przedstawiona w tym filmie, ale tam nie chodzi o wydobywanie. Nie to jest motywem głównym owego widowiska, tylko coś, co się dzieje w związku z tym wydobywaniem. Bo tam autentycznie mamy do czynienia z sensacyjną historią, z tajnym agentem przybywającym do tej kopalni, do tej jednostki wydobywczej, bo dzieją się rzeczy już niezwiązane z wydobyciem, a z transportem. Nie będę państwu tego filmu opowiadał, dlatego, że ja go w gruncie rzeczy polecam, podkreślając, że to nie jest żadne arcydzieło, które zwali państwa z nóg. Nie, ale to jest przyzwoicie zrobiony film. Ja w ogóle mam wrażenie ostatnimi czasy, że coś się stało bardzo złego i współcześni scenarzyści nie dowożą historii.
Czasami bardzo źle je przedstawiają, czasami przedstawiają je w sposób tak uproszczony, miałem tu gorsze słowo, ale już nie będę się pastwił. Tak uproszczony, że to właściwie obraża inteligencję widza. I ja ostatnimi czasy zrobiłem sobie taki mały research, a właściwie podróż sentymentalną. Obejrzałem kilka filmów z lat 80. I owszem, one po pierwsze robione są inaczej, w innym tempie. Ono dzisiaj to tempo może niektórym widzom przeszkadzać, ale mają jedną zasadniczą zaletę. Nawet te filmy z lat 70. ową zaletę również mają. Są o czymś. Opowiadają historię, która raz jest lepsza, raz jest gorsza.
Ale jest jakaś historia i to jest najważniejsze, bo film powinien być o czymś. A jeżeli film jest o tym, że się idzie z punktu A do punktu B, to proszę państwa, naprawdę to sobie sami państwo taką historię napiszecie, wyobrazicie, a to, co sobie wyświetlicie w głowie, będzie zdecydowanie lepsze niż to, co wyświetla się na ekranie telewizora, komputera czy też na ekranie kinowym. Tak jak myślę jeszcze o kopalnictwie, o górnictwie kosmicznym, to przychodzi mi do głowy serial, z którym mam zawsze kłopoty, żeby poprawnie wypowiedzieć jego tytuł, bo wiecie państwo, po angielsku ja tak nie do końca dobrze się wysławiam. Rozumiem pewno więcej, ale wysławiam się słabo. To jest film, w którym gra przedstawiciel naszej nacji, czyli Adamczyk i serial nosi tytuł "For All Mankind". Chyba tak to trzeba by wymienić. Piotr mnie poprawi, jeśli trzeba. Tam też w czwartym sezonie ostro górnictwo kosmiczne na pewnej asteroidzie się odbywa. To by też można jednak podciągnąć pod filmy o górnictwie kosmicznym, ale to też jest serial, film o czymś, tam się coś dzieje. To górnictwo, ono jest w tle.
Natomiast pewno trzeba jakoś nawiązać do filmu "Rozdzieleni". To ten nasz górnik to tu jest tylko deklarowany. On tu nic nie wydobywa, on leci ewentualnie do wydobywania. Jedyne co wydobywa, to wydobywa koleżankę, a właściwie swoją przyszłą szefową, bo jakby dolecieli tam, gdzie mieli dolecieć, to ona byłaby jego szefową. Wydobywa ją z kapsuły ratunkowej. I później żyli długo i szczęśliwie, a w każdym razie, tak jak powiedziałem, przez ten najbliższy rok z okładem, czekając na wyprawę ratunkową. Nawet to, co mówię w tej chwili. Czy to jest materiał na film, który trwa godzinę 20 minut? Absolutnie nie. W dodatku nawet nie próbowano dopchać tego kolanem, dokręcić sceny, coś dobudować.
Nie. Tu po prostu facet idzie, raz idzie szybciej, raz idzie wolniej, raz mu zastępują drogę jakieś takie obcoplanetarne pajęczaki, raz świetliki, raz coś tam jeszcze, raz trzęsienie ziemi, raz zwariowała jego sztuczna inteligencja w skafandrze i w związku z tym prowadzi go na manowce i mówi, że musi być wybrakowana, ale nie bardzo jest ją gdzie wybrakować, więc musi służyć głównemu bohaterowi i tak dalej. To oczywiście są kolejne elementy komediowe. Uśmiałem się po prostu, aż mi się zajady popękały. Nie, to nie jest ani dobra komedia, to nie jest ani dobre sci-fi. Jedyne, co jest w tym filmie w miarę przyzwoite, to efekty. Ten obraz, który dostajemy chwilami, jest przyzwoity. Nie że jakiś tam genialny, ale przyzwoity. Zatem pieniądze były, pomysłów nie było. I to jest główna teza, która zostanie mi po dzisiejszej rozmowie.
Teraz zapraszam państwa na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka „Świat w letargu” i żeby państwa to nie zmyliło, ta książka funkcjonuje na polskim rynku wydawniczym pod dwoma tytułami: „Świat w letargu” to jeden z nich. Drugi to „Trujące pasmo”. Różne tłumaczenia, ale treść ta sama. Zapraszam. Luiza Eviva Dobrzyńska ma głos.
[01:32:39] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak wszyscy wiemy, Arthur Conan Doyle poza przygodami Sherlocka Holmesa ma na koncie wiele innych powieści, na ogół niemających nic wspólnego ze słynnym detektywem. Jedną z nich jest „Zaginiony świat”. Coś, co niewątpliwie zainspirowało twórców „Parku jurajskiego” i tym podobnych filmów o wielkich gadach, które według niektórych ponoć jeszcze gdzieś tam na Ziemi przetrwały. Wszyscy wiemy, że tak naprawdę jest to diabelnie mało prawdopodobne, ale biorąc pod uwagę niespodziewane odnalezienie latimerii, którą uznawano za wymarłą od milionów lat, kto wie, czego jeszcze się doczekamy. W każdym razie ukończywszy „Zaginiony świat”, Arthur Conan Doyle nie chciał rozstać się ze stworzonymi przez siebie bohaterami. I po to właśnie, żeby się z nimi nie rozstawać, zaczął pisać dalsze opowieści z udziałem profesora Challengera i wścibskiego detektywa Neda Malone'a. Bardzo je sobie cenił. Dużo bardziej niż przygody Sherlocka Holmesa. Tak się jednak złożyło, że zapisały się w pamięci czytelników dużo słabiej.
Nawet nie dlatego, żeby merytorycznie były gorsze, ale można powiedzieć, że były mniej chwytliwe. Może dzisiaj przyjęto by je lepiej. Ma się rozumieć, gdyby nie były pisane mimo wszystko dość archaicznym stylem, który raczej odstręcza współczesnego czytelnika. Na szczęście ja na przykład nie jestem taka znów współczesna, biorąc pod uwagę mój wiek i czytam je z przyjemnością. Z kilkoma zetknęłam się po raz pierwszy. Na przykład „Świat w letargu” jest to powieść, która dzisiaj, gdyby ją napisano, określono by ją jako zatrącającą postapo. Można powiedzieć, że ma ona takie zacięcie, jak najbardziej. O cóż w niej chodzi? Ned Malone dostaje znienacka telegram od profesora Challengera. Ma do niego przyjechać jak najszybciej i przywieźć ze sobą tlen.
Bardzo go dziwi takie żądanie. Postanawia je jednak spełnić. Od wiernego służącego profesora, który odbiera go ze stacji kolejowej, dowiaduje się, że Challenger ostatnio jeszcze bardziej zdziwaczał. Jednak kiedy wreszcie udaje mu się z profesorem porozmawiać, przestaje się temu dziwić. Otóż dzieje się na całym świecie coś dziwnego. Ludzie zapadają w rodzaj katalepsji. Może to dotknąć każdego i dzieje się nagle. Na przykład jak ktoś siedzi za kierownicą pojazdu. Tacy ludzie sprawiają wrażenie umarłych, choć jeszcze żyją. Podczas kiedy przyjaciele usiłują rozstrzygnąć, co właściwie jest przyczyną tych niezwykłych zjawisk, zaczynają one narastać.
Obejmują już całe grupy ludzi i zwierząt. Świat dosłownie zostaje zatrzymany w miejscu. Ludzie padają tam, gdzie stoją i wszystko sprawia wrażenie jakiejś koszmarnej epidemii. Profesor Challenger odkrywa, że przyczyną jest jakiś związek chemiczny w powietrzu. Dlatego właśnie prosił o przywiezienie tlenu. Oddychając nim, przyjaciele mają nadzieję przeczekać to, co się stało. Albowiem, jak twierdzi profesor, sprawa musi być chwilowa. Kiedy wreszcie powietrze trochę się oczyszcza, wychodzą na świat, na którym wszyscy wydają się być martwi. Świat, który zastają, jawi się im jako opustoszały z ludzi, na którym wszystko, do czego przywykli, co miało jakąkolwiek wartość, ową wartość mieć przestało. Książka jest bardzo interesująca.
Pokazuje bowiem sytuację, którą później po Conan Doyle'u wyeksploatowało wielu pisarzy, nawet się pewnie nie przyznając do tego, że Conan Doyle ich zainspirował. Oto świat wymarły, na którym znajduje się ledwie garstka żywych ludzi. Ci, którzy ocaleli: Ned Malone, Challenger, ich przyjaciel Summerlee, służący Austin oraz staruszka astmatyczka z sąsiedztwa, która oddycha tlenem przepisanym jej przez lekarza na jej dolegliwość. Poza tym nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy ktokolwiek jeszcze poza nimi przeżył, czy cokolwiek jeszcze ma jakąkolwiek wartość. Co będzie dalej? Czy to się dzieje tylko w Anglii, czy naprawdę na całym świecie, na co wskazywałyby wcześniejsze telegramy w gazetach? A jeżeli tak, to czy w innych krajach też kilku ludzi ocalało? I co mają dalej robić? Żyć pośród samych trupów? Myślę, że nikogo tutaj nie zrazi, jeżeli wyjaśnię, że ten stan okazuje się przejściowy.
Arthur Conan Doyle nie żył w czasach dobrych dla pisarzy postapo. Chyba wtedy w ogóle jeszcze nie istniał ten gatunek literacki. Gdyby nie to, mógłby poprowadzić „Świat w letargu” w zupełnie inną stronę i stworzyć dzieło, które uznalibyśmy za naprawdę ponadczasowe. Tak mi się wydaje. W każdym razie jest to dużo ciekawsza pozycja niż „Tajemnicze krainy” traktująca o spirytyzmie. Wszystkim miłośnikom nie tylko Arthura Conan Doyle'a, ale też i miłośnikom postapo i książek katastroficznych polecałabym przeczytać ją. Na pewno podzielą moje zdanie, że zupełnie niezasłużenie została ona zapomniana. Myślę, że dzisiaj Arthur Conan Doyle byłby właśnie pisarzem postapo. Na pewno bardzo dobrze by mu to szło. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:38:32] - Piotr Cielebiaś jeszcze nie oddalił się, ponieważ przed nami małpa. Kolejna książka z pogranicza do omówienia. Dzisiaj mamy wziętą na tapet książkę Emmy Popik „Genetyka bogów”. Dzień dobry wieczór państwu. Czas na kolejne książki z pogranicza. A skoro tak, to dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:39:02] - Dzień dobry wieczór wszystkim. W dzisiejszym odcinku przegląd książki pod tytułem „Genetyka bogów” autorstwa Emmy Popik. To jest coś, co żeśmy Marku zapowiadali, mówiąc o autorce w audycji wspomnieniowej. Bo może nie wszyscy wiedzą, ale Emma Popik zmarła w lutym 2025 roku. O sylwetce tej gdyńskiej pisarki, która była związana przez lata ze środowiskiem ufologicznym, możecie posłuchać w odcinku, który pewnie będzie dołączony gdzieś pod spodem.
[01:39:41] - Tak. No i mamy książkę „Genetyka bogów”, która zdaje się sugerować, że ludzkość, zgodnie z tytułem, była przedmiotem wielkiego eksperymentu. Eksperymentu, którego nie możemy bezpośrednio śledzić, ale możemy znajdować jego poszlaki i tym poszlakom, które mają wskazywać na to, że Ziemia była dawno, dawno temu, ale czasami mniej dawno, a czasami bardziej dawno, odwiedzana przez obcych. I ślady tego pozostały w naszej kulturze. W kulturze religijnej, w opowieściach, w przekazach, w zwyczajach. I to są, zdaniem autorki Emmy Popik, przesłanki bardzo ważne. Przesłanki, których nie należy lekceważyć, nie należy ich spłaszczać i mówić: „Dawniej ludzie byli prymitywni i głupi byli i w związku z tym pierdzielili jakieś dziwne rzeczy”. No nie. I tutaj w pełni zgadzam się z Emmą Popik, że takie podejście jest nie tylko niewłaściwe, ale w gruncie rzeczy jest niezgodne z rzeczywistością. Ponieważ jeśli ktoś jest przekonany, że kiedyś ludzie byli głupsi, a teraz są mądrzejsi, to popełnia duży błąd.
Obawiam się, to może być dla niektórych, co bardziej krewkich wyznawców tego rodzaju teorii duży szok, ale obawiam się, że tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące lat temu ludzie wcale nie byli głupsi. Mieli inny ogląd świata, mieli inne spojrzenie na pewne zjawiska, ale to jeszcze nie świadczy o głupocie czy też o braku kojarzeń, czy braku logicznego myślenia. A skoro tak, skoro to logiczne myślenie towarzyszy nam od bardzo dawna, to może jednak należy bardziej uważnie rzucić okiem na to, co pozostało w najszerzej rozumianej kulturze ludzkości po dawnych czasach.
[01:42:11] - Tutaj powiedziałeś, że nam coś zostało w kulturze, ale przede wszystkim nam zostały rzeczy w ciele. O tym za chwilę opowiem. Ja może jeszcze tytułem wstępu nawiążę do tego sentymentalnika o Emmie Popik, bo ja tam mówiłem trochę o „Genetyce bogów”. Niewiele, bo niewiele, ale z tego, co pamiętam, to powiedziałem, że to była książka, która się przemknęła przez polski UFO świat, przez środowisko entuzjastów UFO. I mam takie wrażenie, że to jest książka nieco zapomniana. To jest książka, o której się słyszy bardzo rzadko i zastanawiam się dlaczego. Chyba dlatego, że dobór tytułu jest oczywiście adekwatny do zawartości tej książki, ale tak połowicznie. Dlaczego połowicznie? Bo ta książka ma nieco odwrócony szyk. To znaczy często, gdy jest mowa o UFO albo inaczej o obcych, o kontaktach z obcymi albo i o tym, i o tym, to się rozpoczyna od najstarszych Przypadków, źródeł.
I tam już zawsze wiemy, że będzie Ezechiel, może będzie Henoch, będą statki powietrzne z XIX wieku i tak dalej i będzie to samo co zawsze. A tutaj szyk jest odwrócony. Odwrócona jest kolejność. Książka się zaczyna od opisów spotkań z UFO, by gdzieś w drugiej połowie dojść do części paleoastronautycznej i w swoim podstawowym założeniu ta książka się skupia na może udowodnieniu to jest zbyt dużo, ale na takiej koncepcji, która mówi, że ludzkość może być wielkim projektem, wielkim eksperymentem kogoś, jakichś innych, bardziej zaawansowanych cywilizacji. I o tym nam w zasadzie na samym początku, we wstępie Emma Popik mówi, że ta książka będzie o przemianach ludzkiego mózgu, który za dotknięciem czarodziejskiej pałki stawał się w pewnych momentach naszej historii lepszy, doskonalszy. Innymi słowy, ludzie zostali podciągnięci genetycznie, nie tylko kulturowo czy cywilizacyjnie, czy naukowo, jak nam to mówi klasyczna teoria paleoastronautyczna, ale że tutaj ten proces jest rozłożony w czasie i kto wie, czy on się w ogóle skończył, bo on może trwać nadal, czego dowodem są abdukcje, czyli uprowadzenia ludzi przez UFO. Tam jest jeszcze drugi aspekt, Marku, na który zwróciłem uwagę. To są te słowa o wielkiej przemianie, która ma nastąpić, w którą wkracza człowiek, ludzkość i genetyka bogów to jest rok 2002, a my nadal te historie słyszymy, nadal słyszymy te opowieści. Może mniej słyszymy o abdukcjach, ale ciągle kołaczemy się w tym samym zakresie hipotez. Kołaczemy się w tym samym garnku, próbując dojść do prawdy, jak to jest z tymi obcymi.
I tutaj może przejdę pokrótce do zawartości tej książki. „Genetyka bogów” dzieli się na rozdziały poświęcone bardzo różnorodnej tematyce na samym początku, czyli zaczynamy od klasycznych opisów spotkań z UFO, przechodzimy przez rozdziały poświęcone zamiarom obcych. Mowa tam na przykład o doktor Carlye Turner, mowa o abdukcjach. W pewnym momencie zarysowuje się nam wyraźniej koncepcja autorki, według której obcy przez rodzaj zabiegów inżynierii społecznej, przez jakieś przekazy czy bezpośrednie ingerencje dążą do stworzenia człowieka doskonałego. I to jest jeden etap transformacji homo sapiens, ale jest też drugi, technologiczny. Czyli z jednej strony człowiek jest poddawany jakimś manipulacjom ze strony innej inteligencji, chociaż człowiek jest rozumiany tutaj w sensie jako gatunek. Czyli niektórzy mają takie doświadczenia i to się tak dzieje, że podciągają w pewnej świadomości istnienia obcych innych. Ale z drugiej strony to, że obcy dali nam kopniaka cywilizacyjnego dopełnia tego procesu, bo postępy w nauce sprawią, iż człowiek sam się jeszcze dalej wywinduje. I tutaj Emma Popik, tak mi się, Marku, zdaje, kreśli wizję takiego wspomaganego przez kosmitów transhumanizmu, który doprowadzi ludzkość w kierunku nowej ery, nowej etyki, nowej cywilizacji i tak dalej. Przypomina to trochę wnioski innych autorów.
W pewnym sensie przypomina wnioski doktora Macka, psychiatry, psychologa, który się zajmował abdukcjami. Tylko że doktor Mack traktował to wszystko niedosłownie, jak to psycholog, jak to reprezentant tego rodzaju nauki, gdzie on pewne rzeczy postrzegał symbolicznie. Natomiast tutaj u Emmy Popik mamy to wyłożone bardzo konkretnie. Jest powiedziane, że człowiek jako istota, jako gatunek jest elementem, jest w trakcie procesu, jest w trakcie jakiegoś eksperymentu, który ma nas do czegoś doprowadzić. I ja tutaj się zaczynam zastanawiać, czy te wnioski, że to jest jakiś proces, który nas wywyższa, czy to nie są wnioski aprioryczne, wynikające tak naprawdę z zainspirowania tym, do czego ona dochodzi na samym końcu. Czyli czy my czasami nie jesteśmy w pewnej pułapce, w której tkwimy tak naprawdę od starożytności, odkąd człowiek zaczął myśleć, czyli tak naprawdę od prehistorii, kiedy sobie zaczęto zadawać pytania, kiedy powstała filozofia. Bo my myślimy, że wszystko, co się dzieje, dzieje się dla nas, dla naszego dobra, dla jakiegoś uwznioślenia, dla postępu, dla wyższego celu. Ja nie wiem, czy tutaj z całym szacunkiem, ale Emma Popik nie wpada w pewną pułapkę, której źródłem jest również New Age, której źródłem są przekonania, że wszystko, co jest z obcymi związane, to musi być dobre, musi nas wieść w kierunku rozwoju, bo to są istoty z innej planety. One z definicji muszą być lepsze, muszą być dobre. I ten eksperyment, w którym bierzemy udział, to jest już rzecz najlepsza.
Może tego nie rozumiemy, może w ogóle nie wiemy, o co chodzi, ale jest okej. Tak że tutaj się zacząłem zastanawiać. Może ta książka była nieco zbyt odważna jak na tamte czasy.
[01:49:14] - Nie wiem, czy odważna. Ja zacząłem się zastanawiać nad inną sprawą. Otóż Jest ta część książki, w której Emma Popik pisze o stałym zestawie przerabianym przez ludzi, którzy interesują się paleoastronautyką. Mamy piramidy w Gizie, mamy linię Nazca, mamy biblijnych aniołów i cherubinów, mamy vimany hinduskie, mamy sumeryjskich Annunaki, czyli nawiązanie do teorii Zecharia Sitchina. To taki stały zestaw, ale ja zastanawiam się nad tym przeskokiem, o którym wspomniałeś, a właściwie mówiłeś o tym, że autorka sugeruje, że uczestniczymy, jesteśmy przedmiotem pewnego eksperymentu. Dobrze, zróbmy na chwilę takie założenie. Tylko jeśli dobrze przeanalizujemy te przypadki, o których wspomniałem, te przypadki ze starożytności, czyli Sumer, hinduskie vimany i te wszystkie inne przypadki, o których mówiłem, z nich wcale nie wynika, że obcy chcą naszego dobra czy chcieliby naszego dobra i że to, co robią, robią, żebyśmy się rozwijali i byli lepsi, wspanialsi. Trudno by było taki wniosek ukulać. Mam wrażenie, że da się ukulać wniosek zupełnie przeciwny, że obcy nas po prostu wysysają, a w każdym razie wykorzystują w różnych sytuacjach. Czasami robią to cynicznie, czasami troszeczkę mniej cynicznie, ale w gruncie rzeczy nie jesteśmy przedmiotem eksperymentu, a raczej narzędziem, którym się posługują.
I to jest, proszę państwa, to, co zrobiłem przed chwilą, taka sama spekulacja, trochę nieuprawniona, od razu to przyznaję, ale taka sama spekulacja, jaką stosuje autorka, czyli pani Emma. Ja nie mówię, że ta spekulacja nie jest bliska mojemu sercu. Ona mi się nawet podoba. Tylko zwracam uprzejmie uwagę, że w końcu autorka książki jest również pisarką science fiction, a zatem wykombinować można wszystko, tylko czasami warto to ustawić w pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym, w pewnym ciągu logicznym, a wówczas pojawia się szereg pytań. I to nie są pytania wykluczające. To nie są pytania, w których mówimy sobie: „Na pewno tak nie było” albo „Na pewno tak było”. Nie. I pod tym względem książka Emmy Popik jest inspirująca. Na pewno inspiruje do drążenia tematu, do tego, żebyśmy zastanowili się, o co chodzi. Jedni stwierdzą, zgodzą się z panią Emmą, że chodzi o to, żebyśmy się rozwinęli i stali się cywilizacją niemal doskonałą.
Inni stwierdzą, że może jednak nie do końca i może jednak nie o to chodzi. Jak jest? Nie wiem. Wiem jedno, lektura książki pani Emmy to jest fajna przygoda. Pewne rzeczy można sobie zrekapitulować, powtórzyć, pewne rzeczy nawet wydają się nowe, ciekawe, ale z tymi wnioskami ja cały czas mam wątpliwości. Nie wiem. Zostawiam troszeczkę państwa z rozstrzygnięciami. Inaczej jeszcze, zapędziłem się może nie w tę stronę, w którą chciałem. Można mieć wątpliwości, czy wnioski, które pani Emma wyciąga, to są takie oczywiste oczywistości. Co do jednego natomiast nie można mieć wątpliwości, że ta książka pełni rolę takiego szpikulca, którym nas autorka dźga i mówi: „Pomyśl, jak to mogło być.
Zobacz”. Ja lubię takie książki. To oczywiście nie jest jedyna książka, która działa w ten sposób, ale lubię takie książki, które gdzieś tam tym szpikulcem dźgają i mówią: „Myśl, zobacz, jak to mogło być”. I to jest moim zdaniem duża zaleta książki „Genetyka bogów”.
[01:54:02] - Ja tutaj wyciągnę taki szpikulec i powiem ci tak, wrócę do tego, że my jesteśmy w pewnej matni. To wynika z naszego ograniczenia generalnie. Może to jest z przebodźcowania, ze zbyt dużej ilości informacji, które do nas docierają. Ale zobacz, gdyby na przykład ta książka wyszła 200, 300, 400 lat temu, dajmy na to, że wtedy już ludzie by sobie uświadomili, że coś tam jest dziwnego z tą historią ludzkości. Tutaj mamy takie złote okresy, mamy niesamowite osiągnięcia. Mamy z drugiej strony ewidentne nawiązania do tego, że wiedza pochodzi z wyższych instancji od Boga. To oznacza, że kiedyś ludzie byli bliżej Boga i wtedy współpraca na linii stwórca-ludzie się lepiej układała. My teraz podążamy w zupełnie inną stronę, jakiejś entropii, chaosu. Tak musi być. Niezależnie, jaką siłę wyższą tam podstawimy w to miejsce, czy bogów z kosmosu, czy kosmitów, czy przybyszy z innego wymiaru, czy jakieś eteryczne istoty, które chcą nas podciągnąć.
My zawsze jesteśmy w kręgu bardzo podobnych hipotez. Zmieniają się tylko bohaterowie Teraz na przykład obserwujemy taki ruch, który idzie w stronę bardziej ezoteryczną i mówi, że mamy do czynienia z czymś, co jest generalnie mało dla nas zrozumiałe, że to mogą być jakieś istoty z innych wymiarów albo z czegoś, co my nazywamy innym wymiarem, a co jest tak naprawdę czymś zupełnie innym. Także ja nie sądzę, że to jest wniosek ostateczny, optymalny, bo na przykład za 100 czy 200 lat, kiedy dajmy na to, dokona się jakaś rewolucja w nauce albo za 50 lat na przykład w związku z AI, to też ludzie, którzy się wtedy będą wczytywać w tą książkę, będą się dopatrywać jeszcze nowych nawiązań. A może to było jeszcze inaczej? Może tutaj brakuje jakiegoś elementu i dlatego o tym mówię, żeby to podsumować w następujący sposób: to, że nam się coś układa w całość, to wcale nie oznacza, że tak było, bo my mamy za dużo zmiennych i za dużo pytań, żeby stawiać tak daleko idące wnioski. A odnośnie tych kosmitów, tego, że to musi być tylko dobre i to musi nas tylko uwznioślać, to jest pewna pułapka. Nawet nie wiem, z czego ona wynika. Po prostu chyba z kultury popularnej, masowej. W tą pułapkę wpadają inni autorzy, również polscy. Nie będę może wymieniał z uwagi na grzeczność, a jest ich sporo.
Jest takie przekonanie, które mówi, że te instancje wyższe, kosmiczne muszą być tylko dobre. Tylko dobre, bo nie ma innego wyjścia. Ale kto tak powiedział, że nie ma innego wyjścia? Kto powiedział, że one nas w ogóle nie wiem, jakoś nieńczą, że my ich w ogóle obchodzimy? Stwierdzenie, które pada w książce „Genetyka bogów”, że my jesteśmy częścią jakiegoś otwartego eksperymentu, samo w sobie jest interesujące. Jest też odważne, ale każdy z nas zapyta: to w sumie gdzie jest ten eksperyment po tylu latach? Zamiast być na Ziemi coraz lepiej, to jest coraz gorzej. Pamiętajmy, że Emma Popik pisze książkę w 2002 roku. Jeszcze wtedy nie ma internetu, nie ma TikToka, nie ma pewnych zjawisk, które dzisiaj się kojarzą z internetem i które na przykład dla mnie kojarzą się z internetem i są popularne wśród młodszych pokoleń, tych już urodzonych na przykład w roku, kiedy książka wychodziła. I kiedy pani Emma pewnie by spojrzała z dzisiejszej perspektywy, to może by zrewidowała te wnioski, że jednak ten eksperyment, zamiast iść w dobrą stronę, to idzie w złą, że ludzkość wcale nie jest mądrzejsza, że ludzkość wcale się nie kieruje w stronę złotego wieku intelektu, tylko tak naprawdę w stronę wieku zabobonu, konspiracji, inżynierii społecznej, a z drugiej strony wielkiego wyzysku wielkich korporacji i szeroko rozumianej elitarności.
Czyli będą najbogatsi i reszta. I tutaj jest poważne zderzenie z rzeczywistością właśnie tych autorów, którzy wtedy tworzyli i myśleli, że to wszystko nas ciągnie, ciągnie w jakąś stronę jakiegoś rozwoju i tak dalej. Nie, okazuje się, że wszystko idzie w stronę absolutnie przeciwpołożną, w stronę, gdzie ten rozwój tak naprawdę jest hamowany, jakby nie było. My widzimy po obecnej narracji na polu ufologii, że przecież wszyscy zdają się mówić wprost, iż jakieś technologie z UFO, UAP są, a nikt tego nie wykorzystuje. To chyba jednak za dużą ufność pokładano w człowieku. Ta książka, o której mówimy dzisiaj, gdzieś tak od drugiej połowy robi się książką w zasadzie w 100% paleastronautyczną. Odnosi się do bogów z kosmosu po prostu. Mamy już takie rozważania typowo denikenowsko-sitchinowsko-mostowiczowskie, mówiące o tym na przykład, czy jakaś wyższa cywilizacja byłaby się w stanie pokusić o stworzenie nowego gatunku, nowego życia. Mamy oczywiście wątki związane z interpretacją mitów i tak dalej, chociaż powiem ci, że ta interpretacja w przypadku „Genetyki bogów” jest dość pobieżna. Czy książka Emmy Popik nadaje się dzisiaj do czytania?
Oczywiście, że się nadaje, bo jest napisana dość sprawnie, czyta się to przyjemnie. Dlaczego jednak nie zrobiła furory? Nie wiem. Musicie chyba ocenić sami. Ja powiedziałem, że te jej wnioski, Marku, na tle innych autorów mogły się wydawać tak naprawdę jakieś daleko idące czy odważne. Ale tak na dobrą sprawę, jak sobie pomyślimy o innych autorach, którzy potem byli w Polsce popularni i to mowa jest o naszych nadwiślańskich autorach, którzy poruszali kwestie nawet idące jeszcze dalej i poruszają, to ta książka przecież nie jest aż tak bardzo hardkorowa. Natomiast paradoksalnie ona się też wpisuje w ten obecny nurt myślenia o ufologii, o tym, co mówi Elizondo, Barber, doktor Nolan, że UFO działa na świadomość, że może zmieniać mózg, bo tutaj właśnie w książce pani Emmy jest to mocno powiedziane, że te ewolucje, które następowały w życiu i biologicznym, i cywilizacyjnym, one miały bardzo charakter konkretny. Zatem to UFO może zmieniać nie tylko świadomość, może zmieniać też mózg, może prowadzić do przekształceń w strukturach mózgu. I to są już wnioski, które wykraczają trochę poza standardową ufologię, ale w jakimś sensie wydaje mi się, nie wiem, czy to tak można powiedzieć, ale że pani Emma przewidziała to, co się będzie działo w ufologii w roku 2025, kiedy niestety
[02:01:36] - Od nas odeszła. Czy tą książkę czytać? Czy warto po nią sięgnąć? Myślę, że w przeciwieństwie do wielu innych, które tu były omawiane, a dotyczyły UFO, ona się wcale tak bardzo nie zestarzała. Może niektóre elementy nam, jako osobom, które są w temat zaangażowane, wydają się nieco przestarzałe, ale jestem pewien, że wiele osób nadal tak myśli.
[02:02:07] - Pewnie tak, ale ja bym jednak z tą książką postępował ostrożnie. W warstwie faktograficznej ona jest zdecydowanie cenna. Natomiast jeśli jesteśmy skłonni do dywagacji na tego rodzaju tematy, to ostrożnie bardzo. Piotr powiedział w poprzednim wejściu o tym, że pada taka teza, że jesteśmy przedmiotem eksperymentu, bardzo rozciągniętego w czasie eksperymentu. Tylko nieśmiało przypomnę i powiem, że eksperymenty mają to do siebie, że one nie są ani dobre, ani złe. W badaniu naukowym, w eksperymentowaniu pojęcie dobra i zła praktycznie nie występuje w przypadku nauk ścisłych. Biologia, chemia, fizyka to nie są te dziedziny, które zajmują się moralnością na przykład albo dobrem i złem. Nie. Przedmiotem eksperymentu jest coś i to nie jest ani dobre, ani złe. I jeżeli przyjmiemy tę optykę, to może się okazać, że ludzkość jest przedmiotem eksperymentu.
Tylko nie chodzi o to, żeby nam nieba przychylić, tylko żeby nas po prostu poobserwować. Przypomnę, że w historii nauki mamy chociażby taki eksperyment zwany Mysim rajem. On jest tak szeroko omówiony, że wszyscy zapewne wiedzą, o co chodzi, ale tam bez ingerencji naukowców okazało się, że skutki pewnych działań mogą być opłakane. I to wcale nie jest powiedziane, że przedmiotem eksperymentu pod tytułem ludzkość na Ziemi jest nasze uszlachetnienie, uczynienie nas wspaniałymi. A może po prostu obserwacja tego, jak popełniamy zbiorowe samobójstwo albo jak dajemy się zdominować sztucznej inteligencji, albo jak damy się wyeliminować sztucznej inteligencji. Tych scenariuszy mógłbym jeszcze namnożyć państwu całkiem sporo. Tylko zwracam uwagę na to, co podkreślał Piotr, na co zwracałem uwagę również ja, że wnioski, które pani Emma wyciąga, z punktu widzenia różnych możliwości, które są w ogóle, są mocno zacieśnione, zawężone. Pani Emma lansuje pewną tezę. Wolno jej, to jest w końcu autorka. W dodatku robi to na podstawie pewnych zasygnalizowanych przesłanek, ale ja tak do końca się z tymi wnioskami nie zgadzam.
Państwo zapewne wiecie, a jeśli nie, to się w tej chwili zdeklaruję. To jest kwestia ocenna. Raczej jestem przekonany, że obcy są obojętni w stosunku do nas. W najlepszym razie są obojętni. Po prostu obserwują, ku czemu zmierzamy. Ale dopuszczam też myśl, że dla mnie nic nie wskazuje, że oni chcą naszego dobra. Raczej wiele poszlak wskazuje na to, że oni coś kombinują, jeśli chodzi o ludzkość. Nawet nie śmiem w tej chwili przewidywać, co kombinują. Ale powtarzam, to są z kolei moje dywagacje i można je z powodzeniem wyrzucić do kosza. Może rację ma pani Emma, która zdaje się twierdzić, że obcy prowadzą nas ku samemu dobru i że kiedyś wyłoni się nowa ludzkość, jeszcze lepsza, ludzkość 2.0 i że o to tak naprawdę chodzi w tych kontaktach sięgających daleko w historii ludzkości.
Kontaktach, które są kontynuowane, które obserwujemy obecnie. Być może tak jest, ale pozostaję sceptyczny. To jeszcze raz recenzarium Evivy. Tym razem zaskoczę państwa. Sama Eviva o tym mówi. Nie będzie utworu związanego z fantastyką nawet w małym stopniu. Zero. Nic. Kompletnie fantastyki nie ma w tym wydaniu recenzarium. Dzisiaj książka zupełnie inna, zatytułowana „Nieznanych Polaków.
Życiorysy niezwykłe". A jeśli chodzi o szczegóły, to już Luiza.
[02:07:06] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Dziś będzie trochę nietypowo. Książka, o której chcę omówić, nie jest ani z gatunku science fiction, ani z gatunku fantasy, ani też nie jest to beletrystyka. Jest to książka pod tytułem „Nieznanych Polaków. Życiorysy niezwykłe". Autorem jest Piotr Marczak, historyk. Od razu powiem, że chociaż w tytule mamy, że chodzi o Polaków nieznanych, to jest to trochę mylące. Oni są znani nawet bardzo dobrze, tylko nie tutaj w kraju. Niestety nasza historia była dość niepomyślna. Zaborcy, okupanci starali się wyplenić ze zbiorowej świadomości fakt, że Polak może być kimś wielkim, kimś na miarę światową.
W związku z tym tak dużo nam ich nie zostało. Owszem, wielu z nas na przykład wie, kim był Józef Piłsudski. Praktycznie wszyscy. Ale czy wiecie, że miał brata? To już znacznie mniej osób. A już kim był jego brat? Prawie nikt. A kim on był? Bohaterem narodowym Japonii. Jak to możliwe?
Ano właśnie o tym pisze Piotr Marczak. Inny przykład: Izydor Borowski, podobno nieślubny syn księcia Radziwiłła i jakiejś Żydówki. Nie wiadomo o tym na pewno. Rodzina szlachecka Borowskich wychowała go w swoim majątku jak własnego syna. W jaki sposób to się stało, że został on bohaterem narodowym Iranu? No właśnie, jakim cudem? Słyszeliście o tym w szkole? Oczywiście, że nie. Ale gdybyście chodzili do szkoły w Iranie, pewnie byście usłyszeli. Jest tego więcej.
Kim był na przykład Sadek Pasza? Tak, tak, też Polak jak najbardziej. A czy komuś udała się tak naprawdę ucieczka z zesłania na Sybir? Udała się. Czy piraci z Karaibów mogli mieć polskie pochodzenie? Ależ jak najbardziej mogli. A jeżeli pamiętacie „Dziadów" ze szkoły oraz wszystkie związane z tym ciężkie chwile, bo nie da się ukryć, jest to sztuka mało zrozumiała dla dzieci w wieku szkolnym. Pamiętacie pewnie postać, która wydawała się kompletnie nie pasować. Rollisona. Anglik w Polsce pod zaborami, w Warszawie rządzonej przez Rosjan.
Ale za tą postacią kryje się jak najbardziej autentyczny konspirator, młodziutki chłopak, Karol Lewitu. Nieco lepiej dał go ludziom poznać Przemysław Gintrowski swoją piosenką „Panie Lewitu". Właściwie z niej dopiero dowiadywaliśmy się o tym, że istniał ktoś taki. Cóż, Piotr Marczak pisze i o nim. A co powiecie o Franku Dolasie? Tak, tak wiem, wiem, to jest postać wymyślona. Ale czy mogła być oparta na faktach? O, jak najbardziej. Władysław Jagniątkowski. Jego wojenne przygody wcale nie ustępują Dolasowi i nawet można powiedzieć, że mógł być pierwowzorem.
I tak dalej, i tak dalej. Tych wszystkich ludzi Piotr Marczak przybliża czytelnikom po to, żebyśmy wiedzieli, że wśród Polaków istniały postacie naprawdę niezwykłe, może niejednoznacznie pozytywne, ponieważ różnie z nimi było, ale niezwykłe. Dlaczego o nich nic nie wiemy? Życiorys każdego z nich to gotowy scenariusz na świetny film. Niestety do dzisiejszego dnia pewne stronnictwa w Polsce starają się nam wmówić, że jesteśmy w porównaniu z resztą Europy kompletnie nic nie warci, że nie mamy się czym chwalić, że powinniśmy siedzieć cicho i właściwie wstydzić się tego, że jesteśmy Polakami. A przecież właśnie nie. Powinniśmy być dumni z siebie, ze swojej polskości, ze swojej historii, z ludzi, którzy stali się znani na świecie, a u nas o nich zapomniano albo ich celowo wymazano, jak na przykład świetnego pisarza Fryderyka Ossendowskiego, którego wręcz skazano na damnatio memoriae. Dlaczego właściwie? No, warto się dowiedzieć. Po przeczytaniu tej książki właściwie jedyny zarzut w stosunku do pisarza, jaki może się nasunąć, to to, że jest ona stanowczo za krótka.
A może to, że jest tylko jeden jej tom. Przecież powinno być ich znacznie więcej, bo zaczynamy rozumieć, że tych ludzi było naprawdę wiele. Nie tylko ci, których opisał Piotr Marczak w tym tomie. To byli mężczyźni i kobiety. W tym tomie akurat są tylko mężczyźni, ale wiem z dobrego źródła, że autor przygotowuje już tom drugi poświęcony Polkom. Tym Polkom, o których znakomita większość naszego narodu w ogóle nie słyszała. Szczególnie dzisiaj, kiedy młodzież mało się interesuje historią, a jeszcze mniej historią Polski, a czasami wręcz wstydzi się tego, że urodziła się tutaj i ma polskie obywatelstwo, do czego zresztą zachęcają zupełnie nieodpowiedzialni celebryci. Naprawdę warto przeczytać tę książkę. Ze wszystkich wydawnictw odważyła się ją wydać jedynie Odessa, mimo że nie pasuje ona do profilu wydawniczego. Należy złożyć wyrazy uznania odwadze tego wydawnictwa, ponieważ ta książka naprawdę powinna się ukazać.
I nie tylko ta. Jeszcze następne tomy. One powinny zostać wydane, ponieważ naród to jego historia, a historia to przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzą. Powinniśmy częściej móc czytać takie książki jak „Nieznanych Polaków. Życiorysy niezwykłe" Piotra Marczaka. Zachęcam do tego, żeby po nią sięgnąć. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:13:00] - Cykl Bez Tajemnic. Zacznijmy od czerwonego sznurka. Czerwony sznurek. Czym mnie ochroni? — pyta autor.
[02:13:24] - Zadzwonił do mnie kolega spirytysta, który obejrzał mój odcinek Q&A, część czwartą, w którym poruszyłem temat tych sznurków, które ludzie sobie zakładają na ręce i uważają, że te sznurki ich chronią. No i kolega ten spirytysta dzwoni do mnie i pyta się: kolego Struczelu, czy przypadkiem w ostatnim odcinku kolega, ha ha, z szacunkiem troszeczkę nie nabrodził? No bo jednak z tym sznurkiem to nie wiadomo, jak to do końca jest. Może jednak ten sznurek działa.
[02:13:55] - Pogadaliśmy troszeczkę i pomyślałem sobie, że skoro nawet spirytysta ma pewne wątpliwości i uważa, że ten sznurek rzeczywiście może mieć jakieś oddziaływanie, tak samo jak sądzi wiele osób, to stwierdziłem, że trzeba tę rzecz ostatecznie wyjaśnić. Ustalmy raz a dobrze, że sznurek na dłoni przed niczym nie chroni. Kropka. Koniec. Nawet kolega zarzucił mi, że niepotrzebnie użyłem określenia bzdury mówiąc, że to są bzdury. Co prawda Allan Kardec nigdy takiego słowa konkretnego nie użył, określając tego typu praktyki, ale chyba tylko dlatego, że nie znał języka polskiego. Uważam, że wiara w sznurki to są z punktu widzenia spirytyzmu bzdury. Wyjaśniam. Co daje sznurek na dłoni. Sznurek na dłoni daje wzmożone poczucie własnej wartości, może dodaje więcej pewności siebie.
Tak samo jak ze zwykłym człowiekiem, który na przykład dodaje odwagi. Jeżeli człowiek ma do wykonania jakieś zadanie i wierzy, że mu się uda, wierzy, że ma siłę, aby pokonać wszelkiego rodzaju trudności, to taka osoba siłą rzeczy ma więcej szans na powodzenie niż ktoś, kto jest apatyczny, komu się nie chce, a tak naprawdę to po co w ogóle to robić, bo i tak mi się nie uda. Rozumiecie, jaka jest różnica między nastawieniem jednej osoby i drugiej osoby? Osoba, która ma taki sznurek na dłoni przywiązany, czerwony, niebieski, różowy, nie wiem, jakie tam jeszcze kolory mogą być. Taka osoba może uważać, że nic nie jest w stanie ją zatrzymać i ona jak taran będzie pokonywała wszystkie przeszkody. I na tym polega moc tego rodzaju przedmiotów. Czy to sznurek, czy jakaś pamiątka, czy jakiś breloczek, czy na przykład jakaś moneta w portfelu na szczęście. To jest jedyne oddziaływanie takiego przedmiotu. Cała reszta tkwi w naszej osobowości, w naszej duszy. Wyjaśniam dalej.
Wielokrotnie mówiłem, że prawdziwą ochronę przed złymi energiami, jakkolwiek byśmy ich nie nazwali, daje nam nasza siła duchowa, która wynika z naszego możliwie wysokiego poziomu rozwoju moralnego. Mówimy tutaj o moralności. Co napisał Allan Kardec w Księdze Mediów, jeśli chodzi o media? Że gwarantem dobrej, tak troszeczkę w cudzysłowie, w uproszczeniu, komunikacji z duchami jest wysoki poziom moralny medium, ponieważ człowiek na takim poziomie, na jakim się znajduje jego moralność, takie będzie przyciągał do siebie duchy, będzie przyciągał do siebie ten świat duchowy. On będzie żył na takim duchowym poziomie, że tak to obrazowo troszeczkę ujmę. Jeżeli takie medium przyciąga do siebie duchy wysokie, które są duchami rozwiniętymi, ponieważ on sam jest rozwinięty, to też wokół niego stworzy się tak jakby taka w cudzysłowie tarcza, gdzie te duchy, które go otaczają, będą utrudniały, bądź nawet będą uniemożliwiały duchom niskim dostęp do takiego człowieka, ponieważ ten człowiek będzie chciał komunikować, będzie chciał obcować tylko z tymi duchami, które znajdują się na jego poziomie, na tym wysokim poziomie moralnym. Druga sprawa to jest tak jak powiedziałem, można to porównać do pewnego rodzaju tarczy, która tworzy się wokół człowieka, ale to jest taka tarcza z takimi dziurkami. To znaczy, jeżeli takie medium nagle zechce dopuścić do siebie ducha niskiego z jakiegokolwiek powodu, to ten duch przejdzie. To nie jest tak, że to medium jest w stanie otoczyć się w takiej hermetycznej duchowej bańce, przez którą nie są w stanie się przecisnąć duchy niższe. Na przykład takie dobre medium, które znajduje się na wysokim poziomie rozwoju, może w którymś momencie swojej kariery zawodowej, tej medialnej, ulec wpływowi na przykład pieniądza.
Znamy takie przypadki, gdzie dobre media nagle zaczynały liczyć pieniądze bądź zaczynały liczyć na jakieś inne profity i wtedy ta jakość ich komunikacji spadła, ponieważ dobre duchy zaczynały się od nich odsuwać i pozostawały tylko te niższe, które mogły zadowolić takie medium, które akurat ma takie, a nie inne potrzeby, które sobie oczywiście sam wymyślił. Ta tarcza składająca się z tych duchów wyższych, które otaczają tego człowieka i które go chronią, nie jest permanentna. Skąd wiadomo, że te duchy mogą chronić taką osobę? Oczywiście z literatury Kardeca, gdzie Kardec podał przykład seansu spirytystycznego, podczas którego media dowiedziały się, że duch opiekun tych spirytystów, którzy organizowali seans, uniemożliwiali duchowi, z którym spirytyści się kontaktowali, aby duch ten ciskał w nich różnego rodzaju przedmiotami. Ten duch niski chciał to zrobić, ale po prostu nie mógł, ponieważ ten duch opiekun, ten duch wyższy ich chronił i ten duch wiedział, że nie może tego zrobić. Na tym polega ochrona. Mówiłem o tarczy. I teraz drugi aspekt tej wysokiej moralności. Człowiek, który znajduje się na wysokim poziomie moralnym Jest mniej podatny na podszepty i na wpływ duchów niskich. Po pierwsze, potrafi się oprzeć temu, co te duchy mu podpowiadają.
Dajmy na to, jakiś zły duch przychodzi i mówi temu człowiekowi: „A weź tego faceta kopnij w tyłek”. Dlaczego? Nieważne. Kopnij go w tyłek. Ten człowiek, który jest na odpowiednim poziomie moralnym, potrafi się oprzeć tej pokusie. Tak samo, jak gdyby teraz do mnie przyszedł jakiś kolega i powiedział mi: „A chodź, zrobimy coś tam, sąsiadowi namalujemy coś na masce, bo źle zaparkował”, a ja mu powiem wtedy: „Wiesz, chyba niekoniecznie”. Ale ktoś inny na moim miejscu mógł powiedzieć: „A tak, super, dobra, idziemy, bierzemy spray” i jakiś rysunek albo jakieś hasło czteroliterowe poszliby i wypisali na masce sąsiada. To wszystko działa właśnie w taki sposób. Dlatego wysoki poziom moralny jest tak naprawdę jedynym gwarantem uchronienia się przed złymi wpływami. Ale teraz ktoś mi powie: „No tak, ale taka osoba, która nosi sznurek na ręce, może zawierzyć się Bogu”.
Dobrze. Jeżeli ktoś zwraca się do Boga z prośbą o pomoc, możemy domniemywać przynajmniej, że taka osoba znajduje się już na jakimś poziomie moralnym, który sprawia, że przynajmniej ta osoba jest świadoma tej protekcji, którą może uzyskać od Boga i od duchów, aniołów i tak dalej. To zależy, kto w co wierzy oczywiście. Może to przyjść. Ale teraz, jeżeli mamy takiego człowieka, który na przykład jest święcie przekonany, że Bóg na pewno nim się zaopiekuje, ponieważ on podczas ostatniej krucjaty zabił 15 Saracenów i jemu się należy ochrona Boga. Z naszego punktu widzenia, chociaż 1000 lat temu ludzie mogli mieć do tego inne podejście, wiemy, że taki człowiek, jeśli porównać jego zachowanie do chociażby nauk Chrystusowych, niekoniecznie jedno koreluje z drugim, więc tutaj możemy zadać sobie pytanie, czy taki człowiek rzeczywiście zasługuje na protekcję Boga. Oczywiście nie nam to rozsądzać. Generalnie mówi się, że Bóg nigdy nie pozostawia nikogo w potrzebie. Ale jeżeli taki człowiek, który znajduje się na niskim poziomie moralnym, na przykład nie będzie nad sobą pracował i będzie udawał, że tylko wznoszenie rąk do Boga albo sznurki na rękach będą w stanie go ochronić, to taki człowiek de facto nie ma żadnej ochrony, ponieważ on przyciąga do siebie duchy niskie, czyli on przyciąga do siebie duchy, które znajdują się na jego poziomie rozwoju. Ale człowiek oczywiście może się zwrócić do Boga i poprosić Boga o pomoc bądź duchów opiekunów i tak dalej, ale ta opieka też nie jest permanentna.
Dlaczego? Dlatego, że człowiek ma wolną wolę. Jeżeli my prosimy Boga o pomoc, ale nie robimy nic ze sobą, czyli nie staramy się być dobrymi ludźmi, nie pracujemy nad własnym rozwojem, tylko po prostu przyciągamy do siebie cały czas duchy niskie, które się znajdują na naszym niskim poziomie rozwoju, to też w związku z tym, że mamy wolną wolę, Bóg pozwala nam działać. Chcesz przyciągać do siebie duchy niskie? To przyciągaj człowieku, twoja sprawa tak naprawdę. Ja wiem, że kiedyś z tego wyjdziesz, ale masz kolegów takich, jakich chcesz mieć i na tym to polega. Nawet jeżeli człowiek, który jest na niskim poziomie rozwoju, który wierzy w te sznurki, znaczki i inne takie rzeczy. Chwilkę, ja nie mówię, że każdy, kto wierzy w sznurki, jest na niskim poziomie rozwoju. To jest tylko takie uproszczenie oczywiście. Ale generalnie, jeżeli człowiek, który wierzy w te sznurki i nie robi ze sobą nic więcej, to taka osoba tak naprawdę nie może liczyć na większą ochronę ze strony świata duchowego, tak to ujmę.
Jest kolejna rzecz, którą też można wziąć pod uwagę. Jeżeli ktoś chce się uchronić przed urokami, czyli urok to też jest zła energia, niska energia, którą ktoś wysyła w stronę drugiej osoby. To jest energia, która znajduje się na jakimś poziomie wibracyjnym. Jeżeli człowiek podnosi swoje wibracje poprzez medytację, poprzez pracę nad własnym rozwojem moralnym i poprzez swoją wiarę wznosi się, że tak powiem, do świata duchowego i wibracje jego duszy wzrastają, to też taki duch, który składa się z wysokich wibracji, również jest mniej podatny na niskie wibracje, które są kierowane w jego kierunku ze strony osób, które funkcjonują w taki sposób, których dusze też znajdują się na niskim poziomie wibracyjnym. To wszystko też należy według mnie brać pod uwagę. Konkluzja jest taka, że sznurek jako przedmiot materialny nigdy nie chroni przed wpływem świata duchowego. Dwa. Człowiek, aby uchronić się przed wpływem świata duchowego, negatywnym wpływem świata duchowego, musi się rozwijać moralnie, musi przynajmniej starać się być lepszym człowiekiem. Trzy. Ten wpływ negatywny nie będzie na niego oddziaływał, ponieważ będzie w stanie się temu wpływowi oprzeć poprzez własny intelekt i własne przekonania moralne.
Cztery. Będą gromadziły się wokół niego duchy, które również będą ograniczały negatywny wpływ na jego osobę, jeżeli tylko on będzie pokazywał szczerze, że coś ze sobą robi pozytywnego oczywiście. I pięć. Każdy człowiek w każdym momencie ma prawo prosić o protekcję Boga, ale ta protekcja o tyle nie jest permanentna, że jeżeli człowiek nadal będzie przyciągał do siebie duchy niskie i otaczał się tymi niskimi energiami, ta pomoc niebios będzie znikoma bądź żadna, ponieważ człowiek ma wolną wolę. Jeszcze coś chciałem powiedzieć, ale tak naprawdę to chyba powiedziałem te wszystkie najważniejsze rzeczy. Aha, tak, przypomniało mi się. Jest powiedziane, że jeżeli chcemy, aby duchy czy Opatrzność nas chroniła, musimy o to prosić. Więc też nie należy zakładać, że raz poprosimy i mamy to na wieki wieków, amen. Tak jak powiedziałem, ta ochrona nie jest permanentna, o to trzeba zabiegać. I chyba powiedziałem wszystko.
Jeżeli coś jest niejasne, to obejrzyjcie sobie odcinek jeszcze raz. Nie będę się powtarzał. I powtarzam po raz kolejny i ostatni: żadne przedmioty materialne nie chronią nas przed negatywnym wpływem świata duchowego. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:27:48] - Teraz oddam głos Krystynie Śmigielskiej. Już państwo się domyślacie, że jak Krystyna Śmigielska, to jeden z odcinków cyklu literackiego. Albo będzie o wierszach, albo będzie o prozie. Dzisiaj będzie o prozie. „Literackie tête-à-tête”. A gościem będzie Danuta Awolusi.
[02:28:13] - Dobry wieczór państwu. Witam w „Literackim tête-à-tête”. Zaprosiłam dziś do rozmowy absolwentkę filologii polskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, autorkę powieści obyczajowych i reportaży, dziennikarkę związaną z portalami literackimi Granice.pl i LubimyCzytać.pl, recenzentkę współtworzącą kanał na YouTube „Książki zbójnickie” oraz nauczycielkę w Szkole Pasji Pisania, panią Danutę Awolusi. Dobry wieczór, pani Danuto. Bardzo mi miło gościć panią w naszym „Literackim tête-à-tête”.
[02:28:53] - Dobry wieczór. Mnie również jest bardzo miło.
[02:28:57] - Debiutowała pani w 2013 roku powieścią „Na wysokim niebie”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Sol. A może za swój literacki debiut uważa pani publikację edytowaną przez wydawnictwo RW 2010 „Szkice z życia. Antologia opowiadań”? Została ona wydana w 2012 roku i w tym zbiorze opowiadań znajduje się również pani opowiadanie.
[02:29:27] - Ten projekt, o którym pani wspomina, czyli „Szkice z życia”, to jest projekt, który właściwie ja też tak naprawdę tworzyłam od samego początku, bo wówczas prowadziłam jeszcze blog i pomysł tworzenia e-booka z opowiadaniami blogerów był moją inicjatywą, którą zrobiłam we współpracy z drugą blogerką. I tam jest moje opowiadanie. Natomiast rzeczywiście dla mnie debiutem jest jednak powieść, bo to jest wydarzenie, które też wiele zmieniło, do którego ja dojrzewałam przez wiele lat. Opowiadania pisałam zawsze. Zawsze też traktowałam opowiadania trochę jak taką wprawkę literacką, która w jakimś sensie przygotowywała mnie do tego, żeby napisać powieść. Zajęło mi to trochę czasu, zanim dojrzałam, bo ja tak naprawdę po pióro to sięgałam od najmłodszych lat, ale dopiero w wieku chyba 27, wtedy miałam 27 lat, poczułam, że to jest ten moment na książkę taką pełnowymiarową, czyli właśnie powieść. Mój debiut wspominam bardzo ciepło, bardzo miło. Wiem, że ta książka też podbiła serca wielu takich wrażliwych osób, bo opowiada o emocjach. W mojej głowie, w moich wspomnieniach ta moja przygoda z literaturą, z pisarstwem zaczęła się właśnie od książki „Na wysokim niebie”, która tak jak pani wspomniała, została wydana w 2013 roku.
[02:30:57] - Miałam już przyjemność gościć w „Literackim tête-à-tête” pisarzy pochodzących z Górnego Śląska. Pani również przyznaje się, że jest Ślązaczką. Dopytam więc, czy taką z dziada pradziada? Mieszka pani obecnie w Warszawie. Czym więc manifestuje pani swoją śląskość? Może umieszcza pani tam akcję pisanych przez siebie powieści? Rekrutuje swoich bohaterów z ziemi śląskiej? A może przemyca pani skrawki gwary, aby w ten sposób uhonorować rodzinny region?
[02:31:32] - Właściwie wszystko po trochu, dlatego że rzeczywiście pochodzę z Górnego Śląska. Urodziłam się w miejscowości Tarnowskie Góry. To jest niedaleko Bytomia. Moja babcia przez wiele lat swojego życia mieszkała w Bytomiu. Tam też urodziła się moja mama, a ja z kolei całe moje życie, całe moje dzieciństwo do momentu, jak się wyprowadziłam, spędziłam w miejscowości Świerklaniec. To jest taka właściwie mała wieś, też niedaleko Bytomia i Tarnowskich Gór. I faktycznie też ta miłość do rodzinnych stron, bo wiele osób kojarzy Śląsk, zwłaszcza Górny Śląsk z kopalniami, z terenami przemysłowymi. Natomiast nic bardziej mylnego. O ile Bytom, Katowice, Zabrze to rzeczywiście są duże miasta, o tyle jest tam też na Górnym Śląsku cała masa małych, malowniczych, pięknych wsi. I ja na takiej się wychowałam i w moich powieściach jak najbardziej ten Górny Śląsk można znaleźć.
Była akcja w Krupskim Młynie w jednej z moich powieści. Krupski Młyn to miejscowość niedaleko mojej rodzinnej miejscowości. Była akcja w Tarnowskich Górach, czyli tam, gdzie się urodziłam i tam, gdzie chodziłam też do liceum. Pojawiają się Katowice, więc jak najbardziej. Pojawia się też gwara śląska. Niektórzy moi bohaterowie, zwłaszcza jeżeli są to osoby ze starszego pokolenia, czasami tę gwarę w moich książkach przemycały. Tak, jestem dumna z tego. Bardzo lubię wracać. Zresztą ja regularnie wracam na Śląsk, odwiedzam rodziców, mam tam spotkania w bibliotekach autorskie. Wiem też, że wielu czytelników mnie kojarzy, więc są to bardzo miłe dla mnie i wspomnienia, ale ciągle też żywe, bo tak jak powiedziałam, wracam tam.
[02:33:27] - Inspicjent to trudny zawód. W trakcie prób Maria odpowiadała za komunikację pomiędzy reżyserem, aktorami, ekipą techniczną, specami od scenografii i działem wideo, jeżeli takowy był potrzebny. Gdy grali spektakl, to ona pilnowała, by całość przebiegała płynnie, bez zakłóceń, w odpowiedniej kolejności. Przypominała dyrygenta, którego zespół posłucha, nawet jeżeli nuty wskazują na coś innego. Kiedy zmienić dekoracje, światło, kiedy kończy się scena? To ona, a nie reżyser musiała to pamiętać i pociągać za sznurki. Na jej barkach spoczywało również gaszenie każdego pożaru, załatwianie rzeczy niemożliwych i czasem zaspokajanie kaprysów gwiazd. Choć to ostatnie robiła tylko dlatego, że praca była dla niej wszystkim.
[02:34:15] - Jest pani autorką 13 powieści i trzech opowiadań, które zostały wydane w antologiach. Proszę powiedzieć nam, które z tych książek są powieściami, które reportażami, a które swoją formą są zbliżone bardziej do pamiętników czy poradników?
[02:34:33] - Rzeczywiście 13 książek się ukazało. Jest to, o ile ja dobrze liczę, bo trzeba też powiedzieć, że jak człowiek wydaje tych książek coraz więcej, to po pewnym czasie przestaje dokładnie liczyć. Ja ostatnio dopiero musiałam spojrzeć na półkę i zobaczyć właściwie, do jakiej liczby dobiłam, bo nie jest to dla mnie najważniejsze, żeby sobie liczyć i jeszcze rozgraniczać gatunki. Natomiast, o ile ja pamiętam, to jest 11 powieści obyczajowych i dwa reportaże. I dzisiaj mogę powiedzieć, że skłaniam się już ku literaturze faktu. Myślę, że moje kolejne książki będą reportażami, a już nie beletrystyką, bo jakoś tak teraz ta tematyka jest bliższa. Natomiast powieści obyczajowe to na przykład wspomniane „Na wysokim niebie”, powieść „Macochy”, „Twoja wina”, „Zgodnie z prawdą”. To są powieści obyczajowe, które opowiadają najczęściej o kobietach. Ale to nie oznacza, że są tylko dla kobiet. Dlatego, że ja piszę literaturę, która w ogóle mówi o człowieku.
Zawsze to jest dla mnie bardzo ważne, żeby mówić o emocjach, nie tylko o emocjach kobiet. Natomiast dwa reportaże, jeden to „Mam już dość”, który napisałam z moją przyjaciółką Joanną Warpas, która znana jest w social mediach jako Poranna Joanna. To są reportaże o przemocy w małżeństwach i o rozwodach. Jak wyglądają takie rozwody kobiet, które borykają się właśnie z przemocą bardzo różną w małżeństwach. Natomiast ostatnio, 15 stycznia ukazał się reportaż o polskich muzułmankach, czyli o Polkach, które przeszły na islam. To jest najnowsza moja publikacja. W swojej karierze wydałam także dwie książki, które są związane bezpośrednio ze mną jako z osobą. „Odważona” oraz druga część „Odważonej”, bo ja swego czasu schudłam 70 kilogramów.
[02:36:25] - Przyznaje pani, że jest pani w terapii. Czy napisane przez panią poradniki mają coś wspólnego właśnie z tą terapią? Moim zdaniem poradnik to niezwykle trudna forma literacka. Co skłoniło panią do pracy nad tymi książkami? Czy omawiany w nich problem jest aż tak ważny, że należało mu poświęcić cenny czas, który przecież mogła pani poświęcić choćby na pisanie książek beletrystycznych?
[02:36:54] - Moim zdaniem na pewno jest tematyka ważna, dlatego że ja pisałam o tym, co dzieje się z psychiką osób, które walczą ze swoim ciałem, które walczą z uprzedzeniami, z nienawiścią do własnego ciała, ale też z hejtem, który otacza osoby otyłe, zmagające się w ogóle z wagą, niekoniecznie z otyłością, bo też są różne przypadki. Moje doświadczenie takie było. Ja napisałam tak naprawdę książkę o emocjach, o tym, co się dzieje w głowie. Dlaczego w takiej sytuacji warto w ogóle sięgnąć po terapię? Jakie to jest narzędzie? Co może pomóc przepracować i skąd się w ogóle ta nienawiść do ciała bierze?
[02:37:33] - Uważa pani, że pomogła komuś tymi poradnikami?
[02:37:37] - Dostawałam informacje od moich czytelników, że jak najbardziej. Niektórzy czytali tę książkę wiele razy, wracali do niej, przeżywali. Niektórzy dzięki tej książce udali się na terapię, przepracowali jakieś swoje problemy. Myślę, że do kogo miało trafić, to w odpowiednie ręce czytelników ta książka trafiła. Ja się z tego powodu bardzo cieszę.
[02:38:01] - A to był ciekawy czas, kiedy właśnie w taką formę się pani zagłębiała literacko?
[02:38:07] - Był to czas, kiedy ja sama jeszcze cały ten problem w sobie kończyłam przerabiać. Ta książka też była taką odpowiedzią na potrzeby czytelników, bo do mnie spływało bardzo wiele zapytań. Jak ja to zrobiłam? Dlaczego? Co mnie zmotywowało? Jaka była moja droga? I ja nie nadążałam z odpowiadaniem na wszystkie te pytania, więc stwierdziłam, że najłatwiejszą drogą dla mnie jako dla pisarki będzie po prostu napisanie książki na ten temat. I rzeczywiście później osoby, które miały masę pytań, mogły sobie książkę czy wypożyczyć, czy kupić, czy w jakiejkolwiek formie usłyszeć, chociaż ona nigdy nie była jako audiobook. I po prostu znaleźć te odpowiedzi, które są do dzisiaj dostępne właśnie w formie tej książki.
[02:38:48] - Zadając pani poprzednie pytanie wspomniałam o cennym czasie. Pisanie to czynność naprawdę bardzo czasochłonna, ale pani przecież przy tylu innych aktywnościach znajduje również chwilę, chociażby na taką działalność jak śpiewanie w zespole gospel. Ta pani działalność bardzo mnie interesuje, wręcz fascynuje. Czy śpiewa pani jeszcze?
[02:39:12] - Od kilku lat musiałam zawiesić moją działalność muzyczną, natomiast jest to ogromny kawał mojego życia. Dlatego, że ja w chórach gospel śpiewałam przez ponad 20 lat. O ile pamiętam 22 lata łącznie, bo zaczęłam jeszcze będąc w gimnazjum i idąc do liceum, a skończyłam właśnie niedawno, bo to trzy czy cztery lata temu musiałam zrezygnować ze względu na to, że bardzo dużo czasu mi to pochłaniało. A pisanie plus praca zawodowa plus śpiewanie to już było trochę za dużo. Natomiast muzyka gospel, śpiewanie w chórach gospel ukształtowało mnie, dawało mi masę radości. Mnóstwo pięknych koncertów, mnóstwo poznanych osób, podróże po całej Polsce. Naprawdę fantastyczny rozdział mojego życia, który też ogromnie dużo mi dał.
[02:40:00] - To naprawdę bardzo ciekawa działalność i mam nadzieję, że pani jeszcze kiedyś do niej wróci, bo myślę, że muzyka jest jak magnes. Przyciąga.
[02:40:08] - Oczywiście, że tak. Zresztą ja cały czas namiętnie codziennie muzyki słucham, wręcz cały czas ona jest ze mną. Kiedyś kończyłam dawno, dawno temu szkołę muzyczną na takim bardzo podstawowym poziomie. Muzyka to jest część mnie. Nawet nie powiem, że to jest jakiś epizod. Ta muzyka też gdzieś wybrzmiewa czasem i w moich książkach. Kocham śpiewać, więc to, że zawiesiłam na chwilę, to nie znaczy, że odwieszę, ale na razie literatura, że tak powiem, wygrywa na chwilę obecną.
[02:40:37] - A proszę mi powiedzieć, czy kiedy pani pisze, słucha pani czegoś?
[02:40:42] - Oczywiście. Ja bardzo lubię muzykę gospel także słuchać w domu, więc od rana do wieczora gospel mi towarzyszy. Ale uwielbiam też i współczesną muzykę. Lubię pop, lubię dance. Właściwie wszystko to, co teraz jest modne. Ale tak jak mówię, taką muzyką mojego życia, muzyką, w której ja się też wychowywałam, bo ja poznałam muzykę gospel jako bardzo młoda dziewczyna, jeszcze będąca w gimnazjum ówczesnym, bo teraz już nie mamy gimnazjum. I ja się na tej muzyce wychowywałam, więc ona jest dla mnie taką tożsamością muzyczną, mogę powiedzieć.
[02:41:18] - Pisze pani o ludzkich uczuciach. W wywiadzie udzielonym Soni Miniewicz dla portalu LubimyCzytać.pl powiedziała pani: „Chcę być bliżej człowieka.” Co w nas, ludziach, jest pani zdaniem najciekawsze, najbardziej intrygujące? Czego pani jeszcze nie zdołała całkowicie zgłębić, opisać?
[02:41:41] - Myślę, że człowieka nigdy nie da się do końca opisać, bo jest to istota niesamowicie skomplikowana, złożona i niby przewidywalna, a jednak nieprzewidywalna, więc kontrastowa. Myślę, że w ludziach najbardziej fascynuje mnie ułomność. Właśnie to, że niby znamy siebie, ale zawsze coś nas może zaskoczyć. Fascynuje mnie to, jak bardzo złożony jest człowiek. Z takich kontrastów zbudowany. Tak naprawdę ludzie nigdy dla mnie nie są nudni, bo wystarczy dobrze obserwować, przyglądać się, żeby zauważyć w każdym człowieku coś wyjątkowego, coś ciekawego.
[02:42:22] - Czy opisując swoje postaci, czerpie pani z obserwacji choćby, powiedzmy sobie, ludzi przypadkowo spotkanych na ulicy, w sklepie?
[02:42:32] - Tak, to stało się w ogóle takim moim nawykiem i myślę, że wiele osób, które zajmuje się pisaniem literatury czy też dziennikarzy, ma taką manierę, że wszystkich podsłuchuje, podgląda. Ja to widzę u siebie, że zapamiętuję ludzkie twarze, podsłuchuję rozmowy. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o jakiś stalking czy próbę podsłuchania czyichś sekretów. Natomiast ciekawi mnie, jak ludzie mówią, co mówią, jak się zachowują, jak reagują. Więc ja obserwuję moich sąsiadów, którzy mnie mijają, którzy coś do mnie mówią. Mam pieska, więc często spotykam te same twarze. My się widzimy, mijamy. Każda spotkana osoba może mnie do czegoś zainspirować. Tak samo jak każdy zobaczony serial, jak każda wysłuchana piosenka. Nigdy nie wiem, co sprowokuje później taką myśl, że to mogłaby być historia.
[02:43:25] - A jeszcze proszę mi powiedzieć, jaki typ ludzi pani najchętniej opisuje? Czy pisze pani o młodych ludziach? Czy są to ludzie wykształceni? Czy może sięga pani do jakichś nizin społecznych?
[02:43:38] - To zależy od książki. Ja nie ograniczam się do konkretnych grup, które mnie szczególnie fascynują. Rzeczywiście w centrum mojego zainteresowania zawsze była kobieta. Mnie ciekawi psychologia kobiet, odbieranie świata przez kobiety. Jestem też feministką, więc wszystko, co w ogóle krąży wokół kobiecości, wokół bycia kobietą we współczesnym świecie. To, jak one przeżywają świat, jakie mają problemy, jak sobie z tymi problemami radzą. I także w moich reportażach też główną osią zainteresowania jest kobieta. Nie wiem, czy się to zmieni. Natomiast wychodzę z założenia, że kobiety są tak ciekawe i tak fascynujące i niezwykłe, że można o nich pisać do końca świata i tego tematu po prostu nie wyczerpać.
[02:44:28] - Mówią, że to najcięższe więzienie dla kobiet w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Zawsze omijałam wszystkie programy w telewizji i artykuły w prasie na ten temat. Spowiedź byłych lub obecnych więźniarek mało mnie obchodzi. Byłam tu zaledwie kilka razy i to wiele lat temu. Z Lublina to kawał drogi, a z matką nie łączy mnie aż tak wiele, bym chciała ją widywać, a ona nie chciała widzieć mnie. Powiedziała mi kiedyś: „Nie przyjeżdżaj, nic tu po tobie”. Przykre, bo dla osadzonych widzenia z bliskimi to czasem jedyny powód, by żyć. Ten jeden raz wzięłam matczyną radę do serca.
Skupiłam się na pracy, na mężu, dzieciach. Matka przestała istnieć. Słyszałyśmy się tylko przy okazji świąt. Czasem zdarzało jej się telefonować w Wigilię, ale nie zawsze. Jednak kilka tygodni temu u progu lata zadzwoniła. Domyślałam się, że to zrobi. Datę jej wyjścia na wolność miałam zapisaną w pamięci od 20 lat. Jak zwykle nie siliła się na czułości, nie okazała zakłopotania całą sytuacją. Usłyszałam tylko: „Przyjedź po mnie, kup mi Fantę, Snickersa, paczkę fajek, a w domu możesz przygotować jakieś ciuchy. I mój pokój wytapetujcie.
Żadnej farby. Ma być kolorowa w kwiatki jakieś. A łóżko duże, z dobrym materacem, bo mnie się tu kręgosłup zamienił w kawałek drewna”.
[02:45:49] - Powieść to rozmowa autora z czytelnikiem. Aby wywołać pożądany efekt, pisarz musi sprawnie władać warsztatem twórczym. Prowadzi pani lekcje, zajęcia w szkole Pasja Pisania. Na czym one polegają? Czego uczy pani podopiecznych i czy ma pani już na koncie pedagogiczne sukcesy, czyli takie poczynania adeptów literackiej sztuki, które świadczą niezbicie, że zajęcia ze sprawnego pisania i pani uwagi przyczyniły się do ich rozwoju?
[02:46:24] - Jeśli chodzi o sukcesy, może od tego zacznę, to Pasja Pisania rzeczywiście ma ich bardzo dużo, bo absolwenci tej szkoły naprawdę publikują masę książek. To są najczęściej powieści obyczajowe, kryminały, thrillery, powieści fantasy. Więc jak najbardziej uczenie się pisania jest możliwe. Najlepiej wychodzi to oczywiście tym uczniom, którzy mają to coś, czyli mają pasję, ale mają też iskrę pisarską, która jak się ją roznieci, to naprawdę potrafi osiągnąć fantastyczne później rezultaty. Ja w szkole Pasja Pisania tak naprawdę prowadzę bardzo różne zajęcia, bo prowadzę zajęcia, na których opowiadam o rynku pisarskim w Polsce. Jak on wygląda, czego pisarz może się spodziewać, co się wydarzy, kiedy już wyda książkę, ile zarabia pisarz, jak powinien współpracować z wydawcą, żeby mieć sukcesy. Dlatego, że sama wiem z doświadczenia, że gdyby mnie ktoś te kilkanaście lat temu powiedział te wszystkie informacje, to o wiele łatwiej byłoby mi planować moją karierę pisarską, bo rynek książki w Polsce naprawdę nie jest łatwy. A oprócz tego prowadzę też zajęcia związane stricte z warsztatem literackim, gdzie po prostu uczniowie dają wykłady na temat literatury, jak podejść do tematu, jak pisać dialogi, jak opisywać sceny humorystyczne, jak zaciekawić czytelnika, jak tworzyć opisy. Takie po prostu podstawy, które myślę każda osoba, która chciałaby pisać powieści na przykład, powinna znać. No i też sobie tam dyskutujemy, bo osoby piszące bardzo chętnie dyskutują o literaturze, o swoim warsztacie, o pisaniu.
Można się masę rzeczy dowiedzieć. Ja jestem z moich uczniów dumna i sama przyznam, że ma to sens. Kiedyś, wiele lat temu wydawało mi się, że albo ktoś umie pisać, albo nie. Dzisiaj po latach zmieniam trochę zdanie. To nie jest tak, że my się rodzimy z talentem niesamowitym. Oczywiście są takie osoby, umówmy się, są, ale większość pisarzy musi dojrzeć, musi nauczyć się na swoich błędach i warsztat wyrabiać. Więc ja, jeżeli słuchają nas osoby, które marzą o tym, żeby pisać, to serdecznie polecam. Takie kursy naprawdę fajnie rozwijają.
[02:48:39] - Czy one są w cenie takiej dosyć przystępnej, czy trzeba jednak zaciągnąć kredyt?
[02:48:47] - Kredyt nie. Jeżeli chodzi o takie spotkania pojedyncze, gdzie ja opowiadam o rynku książki, to w ogóle są bardzo małe pieniądze, bo tam za spotkanie jest 150 zł, ono jest online. Natomiast sam kurs, który trwa chyba z pięć tygodni, ja nie wiem dokładnie, ile to kosztuje. Na pewno jest to kilkaset złotych, jeśli nie więcej. Są to pieniądze dobrze zainwestowane. Zresztą ja to mówię bardziej z perspektywy takiej, że widzę, że uczniowie wracają. Na przykład osoby, które sobie kupują kurs taki podstawowy, potem wracają na kurs rozszerzony na jeszcze inny kurs, bo te kursy na przykład jest kurs pisania fantastyki, jest kurs pisania kryminału, jest kurs pisania podstawy książki i widzę te same twarze. Więc osoby nie muszą zaciągać kredytu. Nie są to osoby, które są miliarderami, bo jest to w zasięgu takich zwyczajnych ludzi, którzy mają zwykły etat, najczęściej po pracy, po prostu, że tak powiem, bawią się w pisanie, a ponieważ chcą, żeby to ich pisanie weszło na trochę wyższy poziom, więc inwestują. Ja też wychodzę z założenia, że jedni mają pasję, nie wiem, kolekcjonują płyty, chodzą na koncerty, wydają pieniądze na kino, na podróże, a inni wydają pieniądze na kursy pisarskie, więc każdy ma jakąś pasję i czasami rzeczywiście ta pasja wymaga zainwestowania jakiegoś grosza.
[02:50:08] - A proszę mi powiedzieć, to wszystko odbywa się online?
[02:50:11] - Wszystko się odbywa online. Jeśli chodzi o spotkania takie face to face na Zoomie, no to są takie godziny wieczorne, żeby każdemu było dogodnie. Natomiast te kursy, takie związane z pisaniem już stricte, one mają formę pisemną, która jest bardzo wygodna, dlatego że tam jest bardzo, bardzo dużo zadań pisarskich, więc każdego tygodnia uczniowie dostają konkretne zadania I muszą się z nich wywiązać. I powiem, że to nie są wcale takie łatwe zadania, bo naprawdę są to teksty, które wymagają pracy, zaangażowania, rozwinięcia swojej wyobraźni i później te prace my nawzajem sobie oceniamy. Natomiast ja jako nauczycielka daję uwagi stricte redakcyjne. Naprowadzam, podpowiadam, mówię jak to widzę, co zauważam też jako osoba, która ma doświadczenie pisarskie. Powiem, że bardzo mnie uczniowie zaskakują niewiarygodną wyobraźnią. Naprawdę jestem zawsze pod wrażeniem pomysłów. Zaskakują mnie warsztatem. To jak wiele osób naprawdę dobrze pisze w Polsce, więc pole do popisu jest szerokie.
[02:51:17] - A proszę mi zdradzić, czy trafił się kiedyś taki uczeń, któremu niestety pani odradziła zajęcie się fachem pisarskim?
[02:51:27] - Nie ma takiej potrzeby, żeby odradzać, dlatego że rynek sam zweryfikuje. Więc ja zawsze zachęcam, bo wychodzę z założenia, że każda praca twórcza rozwija i nawet jeżeli ktoś nie zostanie pisarzem, jeżeli książka czyjaś się nie ukaże, to ta osoba i tak dla siebie bardzo wiele robi. Bo siadanie do klawiatury i tworzenie opowiadań, powieści, książek fantastycznych, obyczajowych, kryminałów to zawsze daje taki relaks dla mózgu, pozwala przemielić emocje, rozwijać się, wyobraźnię poszerzać. Więc zawsze pisanie jest wartością. A jeśli ktoś robi to źle, a i tak ma z tego radość, to dlaczego ja miałabym to odradzać? Jeżeli ktoś nie ma odpowiedniego warsztatu, to rynek i tak go zweryfikuje i ta osoba po prostu będzie wiedziała po jakimś czasie, że pisze dla siebie, bo rynek na razie jeszcze uznaje, że nie jest gotowy na to, żeby wydać książkę.
[02:52:26] - Jeżeli mamy iskrę, nazwijmy to wprost talent, starajmy się rozwijać ten talent jak najszerzej, najmocniej. Ale jeżeli po prostu lubimy siedzieć i wymyślać sobie jakieś tam historyjki, to również twórzmy, bo to zawsze jest choćby dodatkowa przyjemność, dodatkowy trening naszego mózgu. Bardzo się cieszę, że są ludzie, którzy chcą się uczyć pisać, bo też uważam, tak jak pani. To jest ćwiczenie. My ćwiczymy teraz ciała, ciało jest modne i taka w ogóle tendencja, żeby na to ciało zwracać uwagę. A bardzo mało zastanawiamy się bądź robimy cokolwiek w tej dziedzinie, żeby rozwijać swój umysł. Dwa pytania chcę poświęcić pani najnowszej książce, wydanej już w 2025 roku nakładem wydawnictwa Agora, noszącej tytuł: „Wybrałam Allaha. Polki, które przeszły na islam”. Skąd pomysł na taki reportaż? Czy zbierając materiały do tej pozycji spotykała się pani osobiście z bohaterkami?
Jakie bariery należało przekroczyć, aby uzyskać ich zaufanie?
[02:53:37] - Ten pomysł podsunął mi mój przyjaciel pisarz, który od wielu lat zajmuje się pisaniem książek związanych z Arabią Saudyjską. Natomiast on podsunął mi koncepcję polskich muzułmanek, które jak najbardziej są, a ja o tym nawet nie wiedziałam i myślę, że wiele osób o tym nie wie, że nie brakuje kobiet, Polek, które porzucają najczęściej religię katolicką i przechodzą na religię, którą uznaje się za najbardziej kontrowersyjną na świecie, czyli właśnie islam. Ja rzeczywiście od samego początku zakładałam, że moje bohaterki poznaję na żywo, bo zależało mi nie tylko, żeby z nimi porozmawiać, ale też żeby zobaczyć, jak one praktykują islam. Stąd dostałam zaproszenie od mojej głównej bohaterki, która jest na okładce. Znaczy głównej. Wszystkie są główne, ale ona była takim pierwszym łącznikiem. Ona zaprosiła mnie do meczetu w Warszawie, bo w Warszawie są ogólnie dwa meczety. Miałam okazję przyjechać na tak zwany dzień otwarty, gdzie były muzułmanki, no i ja. Muzułmanki, które się zjeżdżały z całej Polski. Miałam okazję zobaczyć, jak dziewczyny modlą się, o czym rozmawiają, bo nie tylko o religii, ale o takim zwyczajnym życiu.
Zwykłam ich zaufanie, bo one od samego początku były przeze mnie informowane, że ja nie szukam sensacji, nie szukam odpowiedzi na najbardziej sztampowe pytania, ale chcę opowiedzieć o ich życiu, o tym, jak one myślą, co one czują, jak się czują w katolickiej Polsce wyznając islam, jakie mają problemy, jaka jest ich codzienność. Wszystkie te rzeczy mnie fascynowały, bo jak wspominałam, mnie fascynuje człowiek. One były od samego początku przeze mnie zapewnione, że wszystkie rzeczy, które mi powiedzą, będą autoryzowane. Więc tutaj nie było mowy o jakimś przekraczaniu granic ich intymności. No i myślę, że wyszło to bardzo fajnie. Historie są zróżnicowane, pokazują, że polskie muzułmanki są takie same jak każda kobieta, jak każda Polka. Niczym się właściwie nie różnimy. Poza tym, że po prostu mamy inną kulturę. W sensie mam tutaj na myśli tradycji religijnej.
[02:55:41] - Czyli ta inność, która nas przeważnie przeraża przy bliższym spotkaniu nie jest już taką straszną innością.
[02:55:52] - Ja powiedziałabym więcej. Tak naprawdę to muzułmanów i katolików bardzo wiele łączy, dlatego że po pierwsze wiele osób występujących w Biblii pojawia się również w Koranie. Co więcej, muzułmanie jak najbardziej uznają Biblię jako jedną z ksiąg. Mają Jezusa, mają aniołów, mają wielu proroków. To się pokrywa. Też przekonałam się, że islam i katolicyzm nawołują do bardzo podobnych podstaw społecznych, czyli aby miłować siebie nawzajem, aby obdarzać się szacunkiem, aby być dobrym człowiekiem, aby próbować nie grzeszyć. Więc to są rzeczy, które się bardzo na siebie nakładają i myślę, że wiele nas łączy.
[02:56:32] - Po kilku miesiącach korespondowania zaprosił ją na wakacje do Maroka. Nie wahała się ani chwili
[02:56:39] - Spakowała walizkę, zabrała syna pod pachę i wsiadła w samolot. Wspomina to jako szaloną decyzję, ale nie czuła strachu. Dla niej moment wylotu był równoznaczny z podjęciem decyzji, że chce zmian w swoim życiu. Już wcześniej, na etapie rozmów online wyprowadziła się od dotychczasowego toksycznego partnera i zamieszkała z przyjaciółką. Lecąc do Maroka wiedziała już, że wyjdzie za mąż. Znalazła kandydata na męża, kogoś, z kim mogła wyobrazić sobie przyszłość. To, co mocno zaimponowało Hadiji, to jego system wartości i podejście do życia, przywiązanie do rodziny, roztaczanie opieki nad bliskimi, życie bez alkoholu i jakichkolwiek używek. Później dowiedziała się, że te wartości mają źródło w jego wyznaniu. W islamie osoba wierząca ceni rodzinę, nie pije alkoholu i trzyma się z dala od substancji uzależniających. W islamie są różne interpretacje zasad, ale rzeczy, które są odgórnie narzucone, na przykład post w Ramadanie nigdy nie są zmieniane.
Wyznawcy od wieków poszczą od świtu do zmierzchu i nikt tego nie kwestionuje. Koniec, kropka. Oczywiście na początku miałam trochę obaw co do samej religii. Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłam przyszłego męża podczas modlitwy. To było coś innego. Jednocześnie bardzo mnie ten widok koił. Ten przyjemny spokój, którego tak jej brakowało w życiu, ujął ją i skłonił do myślenia, że właśnie tego pragnie.
[02:58:04] - Przygotowując się do dzisiejszej naszej rozmowy przeglądałam pani dorobek wydawniczy i muszę przyznać, że zauważyłam dużą różnicę w stylu komunikowania się z czytelnikiem w pani powieściach obyczajowych i w ostatnim pani książkowym reportażu. Proszę nam zdradzić, jakich chwytów pani używa, aby styl był dopasowany do opisywania odpowiednich sytuacji i odpowiedni do rodzaju książki.
[02:58:31] - To się dzieje bardzo naturalnie, bo zupełnie inaczej pisze się fikcję literacką, która jest opowieścią, wytworem całkowicie wyobraźni, gdzie narracja dostosowuje się też do bycia bohaterów, jacy oni są, w jakim oni środowisku żyją i tak dalej. Natomiast reportaż to już nie jest fikcja. Ja tego nie wymyślam. Tutaj ja przedstawiam innych ludzi i moją rolą jako reportażystki jest pokazanie ich świata, ich sposobu mówienia, ich myślenia, ich pojmowania wszystkiego w taki sposób, aby czytelnik mógł jak najlepiej ich poznać. Więc w reportażu ja jako osoba, która zaprosiłam moje bohaterki do współpracy, tak naprawdę nie jestem ważna. Ja nie jestem narratorką. Ja jestem tylko łącznikiem, przekaźnikiem tego, co one chcą, moje bohaterki, bo najczęściej to kobiety, przekazać. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie pisarskie, bardzo rozwijające, ale też mnie jako osobie piszącej dające dużo, wbrew pozorom, swobody. Ja też muszę pokazać to, co zobaczyłam i jak zrobić właśnie to, żeby nie zabarwić prozy, konkretnie reportażu, więc nie prozy, moimi przemyśleniami i moim postrzeganiem świata. Bo tutaj, tak jak wspominałam, nie ja jestem najważniejsza, tylko moi bohaterowie.
[02:59:56] - Książki Zbójeckie to kanał na YouTube. Kiedy rozpoczęły panie przygody z podcastami i jak one się dalej rozwijały? Co w tej pracy jest interesujące, a co uważa pani może za żmudną działalność? Ile programów powstało i czy nasi słuchacze mogą je jeszcze bez trudu samodzielnie odnaleźć w internecie?
[03:00:22] - Jak najbardziej. Kanał Książki Zbójeckie. Wystarczy wpisać sobie na YouTubie te dwa słowa i kanał powinien jak najbardziej wyskoczyć. Znajdziecie tam kilkadziesiąt filmów, które opowiadają o tym, co czytałyśmy, jakie książki zrobiły na nas ogromne wrażenie, jakie książki uznajemy za najlepsze, a jakie nas trochę rozczarowały. Oprócz tego na kanale Książki Zbójeckie są też wywiady z pisarzami, które ja przeprowadzałam. Książki Zbójeckie to jest w ogóle też bardzo ważny rozdział w moim życiu. Blog Książki Zbójeckie pojawił się wiele lat temu, o ile pamiętam w roku 2009. Wtedy zaczęłam pisać o książkach. Później przez lata sama koncepcja pisania bloga upadła, bo już nie znajdowałam na to czasu, ale cały czas chciałam mówić o książkach. I stąd właśnie pomysł, aby blog przerodzić w kanał filmowy.
I do tego projektu zaprosiłam moją przyjaciółkę Arletę Niciewicz-Tarach, która tak samo jak ja jest zakochana w czytaniu książek i razem postanowiłyśmy przed kamerą siąść i opowiadać o książkach. Daje to mnóstwo frajdy. Daje taką możliwość otrzaskania się z kamerą, wypowiadania się, ale też motywowania siebie nawzajem, bo my z Arletą zawsze motywowałyśmy się, żeby przeczytać to samo, żeby sobie potem o tej książce pogadać, żeby wymienić wrażeniami. I bardzo fajnie to pozwoliło nam też spędzać czas ze sobą. Ja z kolei nabyłam wiele umiejętności związanych z montowaniem filmów i muszę przyznać, że montaż filmów zawsze był takim zajęciem, które dawało mi mnóstwo przyjemności. I do dzisiaj bardzo lubię to robić, bo o ile montaż dźwięku jest trochę bardziej ograniczający, o tyle na wizji można troszeczkę zaszaleć i wymyślić różne sposoby, aby jeszcze uatrakcyjnić widzowi oglądanie materiału. Można dodać jakieś dodatki. Jest to też bardzo kreatywne, choć nie ukrywam, że niesamowicie pochłaniające czas, bo o ile nagranie materiału zajmowało nam 20, 25 minut, o tyle nad montażem potrafiłam spędzić nawet pół dnia. I to przy takich filmikach, które potem trwają 20 minut. Kawał czasu to zabiera.
[03:02:39] - Pamięta pani jakąś książkę, której omówienie sprawiło pani największą radość właśnie na tym kanale?
[03:02:46] - Nasz kanał bardzo łatwo znaleźć rzeczywiście. Taka książka, która zrobiła na nas niesamowicie pozytywne wrażenie, którą bardzo polecałyśmy naszym słuchaczom i widzom, to jest „Wróć przed zmrokiem” Rylera Sagera. Dlatego, że my obydwie z Arletą uwielbiamy thrillery, a to jest taki thriller z pazurem, gdzie niby pojawiają się duchy, ale pytanie, czy one na pewno są? Więc naprawdę obydwie byłyśmy zachwycone. Mamy też kilka takich tytułów także z thrillerów, na przykład „Czarownice nie płoną” też świetny thriller. Komedia romantyczna. Jeżeli ktoś lubi komedie romantyczne, to polecałyśmy „Podróż nieślubną” Christiny Lauren. Naprawdę sporo tych tytułów się u nas przewinęło. Były u nas książki dekady. Mamy podsumowania roku.
Takie książki, które zostaną z nami już nie tylko akurat w momencie, kiedy ją przeczytałyśmy, ale myślę nawet do końca życia. Naprawdę jest co podziwiać. Natomiast jeśli miałabym podsumować, jaka książka urzekła najbardziej mnie i Arletę w całej historii kanału, to jest to tytuł „Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze”. Piękna, niesamowita obyczajowa powieść o kobiecie, która zmaga się z własnymi demonami, która otwiera się na drugiego człowieka. Zrobiła na nas piorunujące wrażenie i ja wymieniam tę książkę jako jedną z najważniejszych w moim życiu.
[03:04:13] - Marzy pani o tym, aby wszyscy ludzie mogli być równi i walczy o społeczną akceptację oraz dobro planety. Czym w takim razie jest dla pani sukces? Kiedy czuje się pani spełniona, usatysfakcjonowana?
[03:04:30] - Sukces jest rzeczą ulotną i tak naprawdę o tyle ciekawą, że każdy może jakoś inaczej zdefiniować. Dla mnie sukcesem jest każdy moment, kiedy udaje mi się osiągnąć jakiś cel. Sukcesem jest to, że podpisuję umowę wydawniczą na książkę. Potem sukcesem jest to, że ta książka rzeczywiście się ukazuje. Sukcesem jest to, że udaje mi się znaleźć bohaterki do reportażu. Sukcesem ogromnym było dla mnie to, że było mi dane w ogóle wejść do środowiska polskich konwertytek muzułmanek. Więc takie sukcesy, dla mnie te mniejsze smakują lepiej niż te wielkie, bo tak naprawdę trudno jest zmierzyć nam w danym momencie, co jest ogromnym sukcesem, a co nie. Czasami to, co wydaje się takie wspaniałe i wzniosłe i niewiarygodne, po czasie okazuje się rzeczą, która nic w naszym życiu nie zmieniła. Marzą mi się takie sukcesy, nie tylko moje, ale tak jak pani wspomniała, walka o dobro planety. Jesteśmy teraz w takim bardzo specyficznym czasie, kiedy planeta nie ma się najlepiej, kiedy pojawia się mnóstwo problemów związanych na przykład ze zmianami klimatycznymi.
Dla mnie te rzeczy są szalenie ważne. Ja się obawiam o przyszłość, zastanawiam się, jak to będzie. Może jeszcze nie za mojego życia, ale na te przyszłe pokolenia. I chciałabym, żeby też ludzie mogli za moim pośrednictwem trochę o tym usłyszeć, bo jeżeli mam czasami głos w mediach, to warto go udzielać. Mam też pod opieką pieska, który też jest częścią tej planety, więc też dobro zwierząt bardzo mi leży na sercu. Równość ludzi. Są to takie idealistyczne rzeczy, ale ja wychodzę z założenia, że musimy być trochę idealistami i walczyć o te ideały, bo kto, jak nie my?
[03:06:17] - No to prawda. Jeżeli my nie będziemy mieli ideałów, trudno liczyć na to, że następne pokolenia będą jakimś ideałom hołdowały. Chciałam zadać pani serię krótkich pytań. Poproszę na nie odpowiedzi, może nie całkiem krótkie, bo myślę, że w ten sposób uda nam się panią troszeczkę lepiej poznać. Kawa czy herbata?
[03:06:38] - Tylko kawa. Zawsze. Herbata nigdy.
[03:06:42] - Książka czy audiobook?
[03:06:43] - To i to.
[03:06:44] - Góry czy morze?
[03:06:46] - Tylko morze.
[03:06:48] - Lato czy zima?
[03:06:50] - Wszystkie pory roku.
[03:06:51] - Kino czy kawiarnia?
[03:06:53] - Trudno wybrać. I kino, i kawiarnia. Najlepiej najpierw kawiarnia, a potem kino.
[03:06:58] - Kot czy pies?
[03:07:00] - W moim przypadku pies. Ale kocham kotki tak samo mocno. Wszystkie zwierzęta na tak.
[03:07:07] - Domowe zacisze czy spotkanie z przyjaciółmi?
[03:07:10] - I tu znowu nie będę wybierać, bo kocham jedno i drugie równie mocno. Bardzo lubię spotykać się z przyjaciółmi na mieście i też lubię posiedzieć w domu i kocham w ogóle domowe zacisze.
[03:07:22] - Rower czy spacer?
[03:07:24] - Tylko spacer. Na rowerze nie jeździłam od jakichś 25 lat.
[03:07:29] - Bujanie w obłokach czy twarde stąpanie po ziemi?
[03:07:34] - U mnie jednak twarde stąpanie po ziemi.
[03:07:36] - I chociaż nam dzisiaj już pani opowiadała o swoim życiu, to ja jednak zapytam w tej chwili, jak pani uważa: miasto czy wieś?
[03:07:45] - Tutaj nie wiem, czy ta odpowiedź będzie taka klarowna, ale dla mnie tylko miasto. Kocham miasto, kocham Warszawę, kocham aglomerację. Absolutnie. Lubię wracać na wieś do rodziców, ale tak na chwilę. Natomiast ja uwielbiam życie w wielkim mieście. Uwielbiam.
[03:08:01] - Proszę państwa, w literackim tête-à-tête gościliśmy dzisiaj pisarkę Danutę Awolusi. Nasza gościni jest nie tylko autorką powieści obyczajowych. Tworzy ona również poradniki i reportaże. Danuta Awolusi jest też blogerką, recenzentką, promotorką pięknego pisania, ale też osobą chętnie uprawiającą muzykę gospel. Chyba mogę tak powiedzieć. Młoda, przeurocza, zdolna kobieta przekazująca swoim czytelniczkom wiedzę o tym, jak radzić sobie z trudnymi życiowymi problemami. Twórczość Danuty Awolusi jest ogólnie dostępna w formie papierowej, e-bookowej, audiobookowej. Książki naszej gościni znajdziecie Państwo bez trudu zarówno w księgarniach, jak i w bibliotekach oraz na platformach literackich. Pani Danuto, bardzo serdecznie dziękuję za niezwykle miłe spotkanie i za to, że zechciała pani odwiedzić nas w „Literackim tête-à-tête”. Życzę wiele wspaniałych utworów i zawsze usatysfakcjonowanych czytelników.
Życzę też pani wszystkiego dobrego w życiu osobistym. Było mi bardzo miło z panią dzisiaj rozmawiać. Dziękuję serdecznie.
[03:09:20] - Ja również dziękuję. Czuję się bardzo wyróżniona. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
[03:09:26] - Państwu serdecznie dziękujemy też za uwagę. Jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po lektury autorstwa Danuty Awolusi. Dobranoc pani. Dobranoc państwu.
[03:09:39] - Dobranoc.
[03:09:43] - To zaserwujmy sobie jeszcze jeden odcinek z cyklu „Bez Tajemnic”. Tym razem niezwykle intrygujący odcinek. Oszukany spirytysta. Zapraszam.
[03:09:58] - Teksty Johannesa Grebera wielu ludzi traktuje bardzo poważnie. Niektórzy uważają, że jako spirytysta pokazał prawdziwe oblicze chrześcijaństwa, oczyszczając je z kilkusetletniej tradycji Kościoła, kłamstw i manipulacji duchownych. Johannes Greber mógł być drugim Allanem Kardecem, ale popełnił pewien niewybaczalny błąd. Zapraszam na spirytystyczny koktajl prawdy i fałszu. Johannes Greber urodził się w 1874 roku, a zmarł w 1944. Był niemieckim księdzem katolickim i spirytystą. 20 lat przed śmiercią rozpoczął regularne badania spirytystyczne. Podobnie jak Allan Kardec przed nim, nie był medium, więc korzystał z pomocy osób z odpowiednimi zdolnościami. Mimo początkowych wątpliwości szybko pojął, że głos spirytyzmu niesie miłość i pocieszenie. Wiedzę zdobytą podczas seansów spirytystycznych zebrał w książce pod tytułem „Komunikacja ze światem spirytualnym”.
Jako ciekawostkę dodam, że ten sam człowiek napisał własne tłumaczenie Nowego Testamentu. Podobno w redagowaniu przekładu pomagały mu duchy komunikujące się poprzez jego żonę będącą medium. Najciekawsze w tym jest to, że Nowy Testament Grebera przez kilkadziesiąt lat stanowił punkt odniesienia dla Świadków Jehowy, którzy odrzucają spirytyzm, wierząc, że duchy zmarłych są w rzeczywistości demonami. W każdym razie już podczas pierwszego seansu ksiądz Greber był zaskoczony warunkami, w jakich odbywał się ów seans spirytystyczny. Zauważył, że spotkanie odbyło się przy pełnym świetle w domu pewnych skromnych ludzi i w małym gronie. Medium mówiącym był około 16-letni chłopiec, który niczym nie różnił się od swoich rówieśników ani pod względem fizycznym, ani psychicznym czy intelektualnym. Ksiądz Greber przed pierwszym spotkaniem miał możliwość sprawdzenia wiedzy nastolatka. To była jego pierwsza próba ujawnienia oszustwa, ale na próżno. Dlaczego duchowny w ogóle zgodził się na udział w seansie? Otóż zapewniono go, że podczas zebrania medium w transie przekazuje obecnym wspaniałe i piękne treści i odpowiada na zadawane mu pytania.
Natomiast ignoruje tych, którzy są zainteresowani jedynie sprawami materialnymi. To wszystko zaintrygowało duchownego. Pierwszy seans odbył się w spokojnej atmosferze. Chłopak przekazywał treści, których nie mógł znać. Już na samym początku tego pierwszego spotkania duch komunikujący się przez medium sprowadził Grebera do parteru, wypytując o przyczyny jego wiary w Boga. Ksiądz poczuł się jak zdemaskowany szpieg, chociaż to on zamierzał w tym miejscu wykryć szarlatanerię. W późniejszym czasie Johannes Greber interesował się generalnie tym wszystkim, co można znaleźć w „Księdze duchów” i „Księdze mediów” Allana Kardeca, ale niektóre elementy teorii spirytystycznej rozwinął, bądź przynajmniej próbował rozwinąć. W większej mierze niż francuski prekursor skupił się na konsultowaniu z duchami treści Biblii. Jeśli chodzi o spójność wiedzy spirytystycznej Grebera z wiedzą kardycjańską, to należy zaznaczyć, że momentami nie wszystko współgra. Niemiecki spirytysta w wielu miejscach zaskakuje pewną naiwnością wynikającą, jak sądzę, z wpływu wielu przekazów ludowych.
Greber poczynił interesujące uwagi w kwestii, nazwijmy to, technicznej strony kontaktów ze światami. Ta wiedza, jeśli nie pochodziła już z istniejącej wówczas literatury spirytystycznej, musiała mieć źródło w komunikacji ze światem niewidzialnym, gdyż światopogląd prowincjonalnego księdza nie pozwoliłby na tak wnikliwą analizę fenomenów spirytystycznych. Dyskusję teoretyczną o fenomenach spirytystycznych należy zacząć od obserwacji budowy ciała człowieka. Wiemy już, że manifestacje duchów mogą odbywać się tylko w obecności medium, ponieważ upraszczając, do ich zaistnienia niezbędne są fluidy znajdujące się w ciele żywego człowieka, których to odinkarnowany duch nie posiada. Greber, powołując się na informacje z zaświatów, dodaje, że ciało biologiczne jest w rzeczywistości skondensowanym fluidem. Ezoterycy powiedzieliby, że chodzi o energię. Gdy dziecko rośnie, przybywa mu skondensowanego fluidu. Greber nie podaje, czym konkretnie jest fluid poza tym, że jest to mieszanka różnych substancji fluidycznych. Fluid wchodzący w skład ciała ludzkiego nie jest taki sam jak u zwierząt czy roślin. Uważa nawet, że skład fluidu zmienia się w zależności od rasy człowieka, czyli fluid czarnego różni się od fluidu białego czy czerwonego.
Uważa, że nawet wśród osób tej samej rasy zawartość fluidu nie jest taka sama, a nawet może się to zmieniać wśród członków tej samej rodziny. Akurat ten pogląd nie powinien zaskoczyć osoby, które już znają spirytyzm z dzieł Kardeca. W każdym razie ta cecha fluidu sprawia, że każdy człowiek jest unikatowym osobnikiem od samej powierzchni skóry aż do najgłębszej ukrytej kości. Fluid znajduje się wszędzie i w każdej chwili ulega wpływowi środowiska, które je modyfikuje. Twierdzi na przykład, że układ planet ma na niego na tyle istotne oddziaływanie, że zmienia nawet fluid płodów. Innymi słowy, moment narodzin determinuje nie tylko cechy fizyczne, ale i nasz charakter. Brzmi to znajomo, jednak wydaje mi się, że Greber przecenia wpływ fluidów na charakter człowieka, ponieważ sama suma doświadczeń reinkarnacyjnych przenoszona przez duszę człowieka ma zdecydowanie większe znaczenie. Gdyby było inaczej, datą i miejscem urodzenia moglibyśmy usprawiedliwić uczynione w życiu niegodziwości, a wiemy, że to tak nie funkcjonuje. Według mnie to cechy naszego charakteru mogą decydować o momencie narodzin, ale nie na odwrót. Greber opisuje również skład fluidyczny ducha, ale nie ma sensu tego przytaczać.
Jeśli ktoś chce więcej, to proszę zobaczyć dwuodcinkowe wideo na moim wideoblogu pod tytułem „Zobacz prawdziwego ducha”. Kolejna dziwna rzecz, która jest poniekąd sprzeczna z teorią opisaną przez Allana Kardeca, to wyjaśnienie Grebera, jakie daje na temat sposobu przemieszczania przedmiotów przez duchy. Uważa, że niewcielony duch musi zmaterializować swoją dłoń. Taki opis faktów Kardecowi podawały duchy znajdujące się na niskim poziomie rozwoju, nieposiadające wiedzy o zależnościach pomiędzy światem widzialnym i niewidzialnym. Duchy te twierdziły, że zwyczajnie łapią dany przedmiot i zmieniają jego położenie. W rzeczywistości duch oddziałuje na materię swoją siłą woli i nawet bez rozumienia zjawisk naturalnych pobiera z ciała medium półmaterialny fluid. Duch nie ma rąk, a jedynie ich wyobrażenie. Natomiast jeśli chodzi o efekty dźwiękowe, niemiecki spirytysta podaje, że duch może zmodyfikować fluid do takiej gęstości, że powstaje dźwięk. To jest kwestia dyskusyjna, ale aby nie wdawać się w szczegóły, zgodzę się z tym, chociaż trzeba przyznać, że Greber chyba bardziej nie mógł tego uprościć. Jednym z najciekawszych efektów spirytystycznych są całkowite materializacje duchów.
To zjawisko zaobserwował już Allan Kardec, ale dopiero w późniejszych czasach stało się możliwe fotograficzne udokumentowanie takiego seansu. Jednym z mediów znanych historii spirytyzmu, który posiadał zdolności umożliwiające doprowadzenie do całkowitej materializacji ducha, był Carlos Mirabelli, zmarły w 1951 roku. Seanse odbywały się w pełnym oświetleniu, a medium asystowali lekarze i rzecz jasna spirytyści. Materializacjom towarzyszyły również inne zjawiska, ale nie będę ich teraz omawiał. Zjawy ukazujące się podczas pracy mediumicznej Mirabellego wyglądały jak żywi ludzie i osiągali pełne wymiary. Lekarze obecni na seansach badali zjawom puls. Struktura zmaterializowanego ciała idealnie odpowiadała strukturze żywej materii. Ich skóra niczym nie różniła się od skóry człowieka. Wywołując ducha konkretnej osoby, nawet stomatolog był w stanie rozpoznać plomby na zębach zjawy. Zjawisko najczęściej trwało około 30 minut i przez ten czas każdy z obecnych miał możliwość przyjrzenia się manifestacji.
Wykonano szereg zdjęć. Zespół Mirabellego badał to zjawisko przez osiem lat, więc stworzył obszerną dokumentację. W końcowej fazie seansu zjawa zaczynała się kurczyć, nadal zachowując proporcje i przed zniknięciem mierzyła już tylko 30 centymetrów. Z zapisków Allana Kardeca dowiadujemy się, że gdyby podczas manifestacji ktoś spróbował taką w pełni zmaterializowaną zjawę nagle pochwycić, zjawa po prostu rozpłynęła by się w powietrzu jak para. O Mirabellim opowiedziałem troszkę więcej w wideo na temat lewitacji, więc zapraszam do obejrzenia. A teraz powróćmy do Grebera. Niemiecki ksiądz twierdzi, że kompletna materializacja wymaga tak dużej ilości fluidu, że jedno medium nie jest w stanie do niej doprowadzić, a przed momentem wykazałem, że tak nie jest. Rzeczywiście zjawisko to jest tak rzadkie, że tylko wyjątkowo silne media mogą sobie z tym poradzić. Greber zaznacza, że kompletnie zmaterializowana zjawa posiada wszystkie organy zewnętrzne: skórę, kości, paznokcie, włosy i wszystkie organy wewnętrzne, jak na przykład serce, gdyż słyszano bicie serca. I oczywiście układ krwionośny.
Rzecz jasna to jest bardzo daleko idący wniosek, ponieważ aby stwierdzić, że zjawa ma serce, należałoby poddać ją sekcji, a o ile mi wiadomo nikt tego nie zrobił. Zresztą i tak nie miałoby to sensu, gdyż wszelkie materializacje są jedynie imitacją żywej tkanki. Każda zjawa jest iluzją materii, więc według mnie jest bardziej prawdopodobne, że słyszalne bicie serca u zjawy było tylko dźwiękiem. Takim samym jak na przykład drapanie w ścianie czy pukanie znane z innego rodzaju manifestacji. A sama zjawa jest w środku pusta jak wydmuszka. Dlaczego? Skoro pełna materializacja wymaga tak dużego nakładu energii, dlaczego duch miałby tracić tę energię na tworzenie organów wewnętrznych, których i tak nikt nie zobaczy? Stworzenie dźwięku wydaje się znacznie prostsze, gdyż jest bardziej powszechne. Greber zauważył, że materializujące się zjawy tworzą również organy mowy, aby wydawać dźwięki. Nie wiem, jak się do tego odnieść.
Teoretycznie miałoby to sens w przypadku ducha, który nie umie stworzyć dźwięku z powietrza, że tak to ujmę, ale wydaje mi się to strasznie naciągane. Allan Kardec opisywał seanse spirytystyczne, na których duchy odgrywały pełne utwory operowe, a późniejsze doświadczenia z transkomunikacją każą sądzić, że manifestacje dźwiękowe nie są szczególnie trudne do osiągnięcia w porównaniu z materializacjami. Skoro już zapoznaliśmy się z podstawowymi informacjami o tym zjawisku, przejdźmy do najbardziej znanej według Grebera manifestacji, jaką poznała ludzkość. Zmaterializowanie Chrystusa. Ten temat został już przeze mnie poruszony w nagraniu pod tytułem „Czy Jezus był zjawą?”. Proszę sobie obejrzeć, jeżeli ktoś ma ochotę. Spirytyści są zgodni, że Jezus nie zmartwychwstał wraz ze swoim ciałem materialnym. To, co spacerowało po ukrzyżowaniu, to była zjawa. Greber twierdzi, że gdy następnego dnia po zmartwychwstaniu Maria Magdalena spotkała Jezusa, ten nie pozwolił jej się dotknąć, ponieważ materializacja jego ciała materialnego była jeszcze niezakończona. Gdyby kobieta ujęła go, zatrzymałaby przepływ fluidów, a wraz z tym cały proces, a nawet mogłaby doprowadzić do cofnięcia się już uzyskanej materializacji.
Zastanawiam się, jakie medium wspierało wówczas tę materializację, która przecież trwała dłuższą chwilę. Według mnie Maria Magdalena zobaczyła zwykłą zjawę, a może nawet żadnej zjawy nie było, jeśli założymy, że kobieta była medium i zobaczyła po prostu ducha. Później, gdy Jezus udał się do ukrywających się apostołów, pozwolił im dotknąć swojej rany, gdyż według Grebera uzyskał pełną materializację, która jak wiemy jest idealną imitacją żywego ciała. Ja natomiast sądzę, że materializacja nastąpiła dopiero wśród apostołów, którzy byli mediami, gdyż duch Jezusa musiał przejść przez zamknięte drzwi. Wyobrażam sobie, że gdyby dokonał tej materializacji wcześniej, miałby problem z dostaniem się do zamkniętego pomieszczenia. Musiałby na czas przeniknięcia ducha przez materialną przeszkodę zdematerializować się, a następnie ponownie rozpocząć proces materializacji już po dostaniu się do wnętrza budynku. Jeśli ktoś tego nie potrafi zrozumieć, to niech teraz spróbuje przejść przez ścianę. Jedną z cech zmaterializowanego Jezusa była małomówność, a to również odpowiadałoby teorii spirytystycznej. Zmaterializowane zjawy nie wdają się w dyskusje. Przyjmują natomiast postawę niektórych niewiast.
To znaczy ładnie wyglądają i pachną. W Nowym Testamencie jest napisane, że Jezus spożywał posiłek z uczniami. Jestem przekonany, że jeżeli ta sytuacja miała miejsce, była zabiegiem teatralnym. Może apostołowie przestraszyliby się Jezusa, wiedząc, że jest duchem albo jakąś zjawą. A może to wszystko zostało dopowiedziane przez kolejne pokolenia chrześcijan, aby wymazać z tej opowieści element spirytystyczny? Nie jest wykluczone, że uczniowie Jezusa zaakceptowaliby informację o ciele duchowym, o reinkarnacji, o duchach, o przekazach spirytystycznych zaświatów. Jak wiemy, w połowie VI wieku Kościół usunął ze swoich nauk te elementy, więc kto by mu przeszkodził w lekkim skorygowaniu biografii Syna Bożego? Bo chyba nie Syn Boży. W każdym razie, gdy Jezus postanowił definitywnie opuścić świat materialny, udał się z uczniami na górę Tabor, gdzie nastąpiło jego wniebowstąpienie. Greber napisał, że apostołowie obecni przy tym wydarzeniu zobaczyli rozpływające się zmaterializowane ciało Jezusa.
Stąd rodzaj chmury towarzyszący zjawisku. Możecie mnie teraz zapytać, skąd wiem, że to nie było prawdziwe ciało materialne. Spirytyści, bazując na wypowiedziach duchów uważają, że Jezus nie jest jakimś wyjątkowym duchem. Poza tym, że już 2000 lat temu był bardzo rozwinięty. Innymi słowy, każdy z nas stanie się kiedyś Chrystusem, ponieważ na to wskazuje prawo postępu. Skoro Jezus jest normalny w takim sensie, że Bóg jest sprawiedliwy i nikogo nie faworyzuje, to oznacza, że podlega on tym samym prawom natury co my. Skoro zakładamy, że Jezus zmarł w wyniku ukrzyżowania i więzy łączące jego ciało biologiczne z jego duszą zostały zerwane, to znaczy, że jego duch nie mógł ponownie połączyć się z tym samym ciałem. Z materialnego punktu widzenia to jest koniec egzystencji. Materia zaczyna wracać do swojej pierwotnej postaci, tkanki rozkładają się. Gleba, piach, krzyżyk na drogę, amen.
Jeśli natomiast założymy, że Jezus nie umarł i po prostu wybudził się z jakiegoś letargu, to nie ma zmartwychwstania i nie ma tematu. Zostaliśmy oszukani Niemiecki spirytysta poświęcił sporo uwagi wyjaśnianiu tekstów biblijnych, a konkretnie biblijnych fenomenów spirytystycznych, których jak wiemy Kościół katolicki nie neguje. Podam tylko kilka przykładów. Traktujcie je jak ciekawostkę. Graeber podaje, że drogocenne kamienie, złoto, z których zrobione są szaty biblijnych kapłanów i odpowiednio przygotowane sukno, miały poprawić przepływ fluidów pochodzących z medium i z jego otoczenia. Więc tłumaczy: drogocenny ubiór nie jest wymysłem człowieka, lecz po prostu tak się składa, że materiały znacząco wpływające na poprawę komunikacji z Bogiem, z duchami są przez ludzi pożądane, więc drogie. Podobnie wielu zadaje sobie pytanie, czy miłosierny Bóg mógł wymagać od ludzi ofiar ze zwierząt. Graeber twierdzi, że krew rozlana na ołtarzu również wpływa na fluidy. Podążając za tym tokiem rozumowania, nie jest wykluczone, że Majowie z tego samego powodu zabijali ludzi podczas ceremonii religijnych, a kapłani, którzy byli mediami, odczuwali ten przepływ energii. Albo byli naćpani i te wszystkie ofiary nie miały najmniejszego znaczenia.
Trudno to ocenić. Niewykluczone, że jeżeli krew poprawia przepływ fluidów, to konieczność jej wykorzystania podczas modlitwy, podczas komunikacji z duchami wynikała z bardzo dużego przywiązania ówczesnych do materii, bądź duchowni posiadali zbyt słabe zdolności medialne, aby obejść się bez tego krwawego procederu. Na szczęście współczesne media spirytystyczne nie praktykują tych prymitywnych ceremonii. Dzisiaj uważa się, że składanie ofiar ze zwierząt jest nienormalne, więc już sama ta świadomość mogłaby uniemożliwić medium nawiązanie udanej komunikacji z duchami wyższymi. Jak widać świat się zmienia. Arka Przymierza. Arka Przymierza miała być według Graebera nośnikiem bądź przetwornikiem fluidu. Dlatego Bóg kazał ją zbudować z konkretnych materiałów, w tym ze złota. Według natomiast nam współczesnych naukowców Arka Przymierza mogła być rodzajem baterii służącej do przechowywania energii elektrycznej. Dlatego dotknięcie Arki gołą dłonią miałoby skutkować porażeniem i natychmiastową śmiercią.
Graeber również zapisał, że ten skondensowany fluid zabijał. Fluid zebrany ponad Arką miał służyć bezpośredniej komunikacji głosowej Mojżesza z Bogiem bez pośrednictwa medium. Równocześnie w innym miejscu Graeber starał się udowodnić, że Mojżesz był medium. Nie wiem, czy wy też dostrzegacie tutaj pewną sprzeczność. Ta historia ze skondensowanym fluidem nad Arką też jest trochę dziwna. Allan Kardec napisał, że fluid musi pochodzić z ciała medium, a nie z czegokolwiek w najbliższym otoczeniu, na przykład z roślin albo ze skał. Gdyby Kardec się mylił i byłoby tak, jak twierdzi Graeber, duchy nie potrzebowałyby mediów do wywołania zjawisk spirytystycznych. Ale doświadczenie wykazało, że jest inaczej. Duch musi współpracować z ludzkim medium, a nie z chwastem na łące. Teraz podam kolejny przykład, dlaczego do rewelacji Graebera należy podchodzić z dystansem.
Niemiecki ksiądz poruszył temat zjawiska mediumicznego nazywanego przeniesieniem. Muszę przypomnieć, że jest to sytuacja, gdzie pod wpływem medium duch przynosi na seans przedmiot z odległego miejsca. Według Kardeca duch tak jakby obleka sobą jakąś rzecz i zmienia jej miejsce położenia. Ludzie obserwujący to zjawisko odnoszą wrażenie, że obiekt rozpływa się w powietrzu, ale w rzeczywistości jego struktura pozostaje nienaruszona. Nie lubię się powtarzać, ale musiałem, żeby wszyscy zrozumieli. Graeber podając konkretny przykład z Biblii twierdzi, że podczas przeniesienia człowieka z miejsca na miejsce duch dematerializuje go, czyli rozbija elementy jego ciała na atomy, a później ponownie składa. W niniejszym materiale już nadmieniłem, że gdy następuje śmierć ciała, duch nie może już do tego ciała wrócić. Rozbicie struktury ciała na cząsteczki pierwsze doprowadziłoby do zgonu osobnika. Myślę, że nie trzeba być fizykiem jądrowym, aby to zrozumieć. W związku z tym, opierając się na tekstach Allana Kardeca, który jest najbardziej wiarygodny w tym temacie, nie jest możliwe, aby duch przeprowadził taki zabieg.
Duch może stworzyć iluzję przedmiotu, na przykład popielniczki. Duch może stworzyć iluzję żywego człowieka, ale nie może ożywić materii. Oczywiście teoretycznie duch mógłby zdematerializować człowieka i z jego atomów stworzyć w innym miejscu jego kopię, ale bez duszy. Jeszcze kilka ciekawostek o biblijnych mediach. Według Graebera Abraham i Mojżesz byli mediami. Jeśli wziąć pod uwagę lekkość, z jaką komunikowali się ze światem niewidzialnym, żadnego spirytysty ten pogląd nie powinien zaskoczyć. W Genezie znajduje się opis śpiącego Abrahama, który pozwala domyślać się, że był medium somnambulicznym. Gdy znajdował się w transie, dochodziło do zjawisk spirytystycznych. Graeber opisuje sytuację, gdzie Abraham otoczony zmaterializowanymi duchami, które przyjęły formę ptaków, uśmierca je, aby pozyskać więcej fluidu niezbędnego do komunikacji z Bogiem. Niemiec wyjaśnia, że materializacja duchów była konieczna, aby te mogły posilić się mięsem martwych ptaków.
Czy muszę komuś wyjaśniać, że to, co przed momentem przeczytałem z promptera, to są bzdury? Doświadczenia z polskim medium Frankiem Kluskim, które eksperymentował w okresie międzywojennym, dowodzą, że duchy rzeczywiście mogą przyjmować formy zwierzęce. Jeśli ktoś nie wie, to tylko wyjaśniam, że Franek Kluski wspomagał materializację. Ale wracając do Abrahama. Ta historia z ptakami wzajemnie się pożerającymi, aby medium mogło pobrać fluid, brzmi jak nonsens. Chociażby dlatego, że ten sam fluid niezbędny do dokonania materializacji duchów mógłby i bez tej materializacji wesprzeć komunikację Abrahama z Bogiem. Po co więc ten horror z ptakami kanibalami? Nie wiem. W Księdze Wyjścia Mojżesz powiedział wprost, że pośredniczy pomiędzy jego ludem a Bogiem i przekazuje nakazy Najwyższego. Osobiście nie sądzę, aby którykolwiek z biblijnych bohaterów dyskutował bezpośrednio ze Stwórcą.
Może z wyjątkiem Jezusa, chociaż i tu można mieć pewne wątpliwości. Wydaje mi się, że wszystkie media, o których mówimy, konsultowały się z duchami przemawiającymi w imieniu Boga lub podającymi się za niego. Allan Kardec ostrzegał, aby zachować szczególnie daleko posuniętą ostrożność, gdy komunikujący się duch przedstawia się jako Jezus, Maryja czy Bóg. Duchy niskie lubią podszywać się pod szanowane osoby, aby zyskać posłuch. W pracach Grebera znajdujemy także kilka sprzeczności dotyczących struktury i funkcjonowania świata niewidzialnego. Na przykład napisał, że istnieje dokładnie tyle samo duchów płci męskiej i żeńskiej. Już sama idea posiadania przez duchy płci wydaje się zabawna, gdyż duchy są tworzone przez Boga i nie rozmnażają się. Rozmnażanie się jest domeną istot materialnych. Chociaż w jakiejś książce czytałem, jakoby istoty duchowe w wyniku relacji seksualnej mogły zapoczątkować istnienie nowego ducha, ale według mnie to też jest bzdura. Wydaje mi się, że kopulujące duchy mogły sobie stworzyć co najwyżej obraz małego duszka, imitację duchowego dziecka, ale wówczas ten duch nie byłby prawdziwy.
W każdym razie idea występowania równej ilości osobników duchowych obu płci wydaje się trudna do przyjęcia, ponieważ wraz z kolejnymi reinkarnacjami psychika duchów ulega zmianie i ich orientacja seksualna również. Więcej wyjaśniam w odcinku o homoseksualizmie, więc proszę sobie zerkać, jeżeli kogoś ten wątek interesuje. Podobnie jak Allan Kardec, Greber wdaje się w dyskusje filozoficzne i próbuje interpretować Biblię przez pryzmat spirytyzmu. Niestety, jeśli porównać wnioski Niemca do teorii spirytystycznej wyłożonej przez francuskiego badacza, rzucają się w oczy różne niedorzeczności. Na przykład twierdzi, że Bóg ma formę i twarz, którą duchy mogą zobaczyć. Tak jak wy teraz widzicie mnie. Uważam, że ten pogląd Grebera wynika z wpływu jego dotychczasowych przekonań religijnych, bądź z komunikatu ducha, który nie wyzbył się wpływu idei świata materialnego. Greber zerwał z pojęciem Świętej Trójcy w katolicyzmie, którą uważa, według mnie słusznie, za ludzki wymysł. Podaje, że tylko siedem duchów można uważać za dzieci Boże: Jezusa i Lucyfera, i pięć kolejnych. Pisze, że tylko te duchy zostały stworzone bezpośrednio przez Boga.
Wszystkie inne stworzyli Jezus i jego bracia. Muszę przyznać, że spirytyzm w tym niemieckim wydaniu zaczyna przypominać grecką mitologię. Greber opisuje nawet biblijny bunt aniołów, jakoby w niebie rzeczywiście doszło do jakiejś walki pomiędzy duchami. Osoby rozumiejące prawdziwy spirytyzm wiedzą, że do buntu przeciwko Bogu nie dochodzi w szeregach duchów wysoko rozwiniętych, ponieważ one zbyt dobrze go rozumieją, a duchy niskie i pyszne nie mogą być stawiane na równi z aniołami. Tak więc błędne jest założenie, że Lucyfer był kiedykolwiek równy Jezusowi pod względem rozwoju moralnego. Mamy tu kolejny sygnał, że spirytyzm w wydaniu Grebera jest nasycony dogmatem, który wyprowadził go przed ołtarz. Niemiec poświęcił dużo miejsca Jezusowi i przedstawia też inny punkt widzenia na różne aspekty jego życia, na przykład dzieciństwo. Greber prawie cały czas przytacza komunikaty duchów i szczerze powiedziawszy, wziąwszy pod uwagę dotychczas zaobserwowane sprzeczności w tych komunikatach, trudno jest mi traktować je poważnie. Inaczej mówiąc, w pewnym momencie przestałem wierzyć duchom komunikującym się z tym księdzem spirytystą. Przyznaję, że są u Grebera pewne elementy, które bardzo chętnie przyjąłbym jako zgodne ze spirytyzmem kardecjańskim, ale jak wierzyć duchom mitomanom?
Trudno. Szkoda, bo facet naprawdę się napracował, a wyszła z tego lipa. Lekcja dla nas. Podsumowanie. Czy Joanesa Grebera należy traktować poważnie? To zależy. Jeśli chodzi o jego opis strony technicznej mediumizmu, czyli te wszystkie historie o przepływie fluidów, to raczej nie cytowałbym go. Jego wyjaśnienia często kłócą się z tym, co napisał Allan Kardec, ale również zbyt często zaprzeczają same sobie. Niewykluczone, że Greber uzyskał komunikaty głosowe od kilku duchów. Nie wiadomo także, jak wyglądały seanse spirytystyczne z udziałem niemieckiego księdza i nie wiadomo tak na dobrą sprawę, jakimi ludźmi były osoby, które mu pomagały.
Nie wiemy, duchy jakiego szczebla mogły te osoby przyciągać, czy wysoko rozwinięte i światłe, czy niskie, żartobliwie przepełnione ziemskimi ideami. Natomiast zasługą Grebera jest przedstawienie Biblii w innym świetle. Wskazuje palcem na manipulacje tekstem, do których mogło dojść. Pokazuje, że rzeczywistość biblijna była rzeczywistością spirytystyczną. Ale jeszcze większą zasługą Groebera jest, według mnie, lekcja, którą możemy wyciągnąć z jego mozolnej pracy. Mianowicie Allan Kardec miał rację mówiąc, że najsprawniejszymi narzędziami spirytysty muszą być: umiejętność logicznego myślenia i krytyczne spojrzenie na otrzymywane komunikaty. Groeberowi tych rzeczy zabrakło. Dlatego zawsze wszystkie informacje należy poddawać ocenie własnego rozumu. Chciałbym, abyście mieli takie samo nastawienie również do mojego wideoblogu i do wszystkiego, co oglądacie w internecie i czytacie. Na zakończenie dodam, że moi koledzy spirytyści i ja dla Kardeca także jesteśmy bezlitośni.
Piszcie komentarze, wytykajcie mi błędy, a przede wszystkim pytajcie, gdy macie jakieś wątpliwości. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:40:22] - A na koniec dzisiejszej audycji jedno z moich ulubionych opowiadań w interpretacji Marka Sęka "Ivelliosa". Opowiadanie Jacka Vance'a „Panowie domów”. Uważam, że to jest niezwykle dowcipna, prosta proza. Proza, którą już jakiś czas temu prezentowałem, czy to w Bibliotekarium, czy w świętej pamięci ABW. Ale tak jak ostatnio to już mówiłem, ponieważ słuchaczy przybywa dzięki prężnemu działaniu Radia Paranormalium, to skoro tych słuchaczy przybywa, to od czasu do czasu warto się cofnąć, warto sięgnąć do przeszłości. I to jest właśnie takie sięgnięcie. „Panowie domów”, Jack Vance i Marek Sęk "Ivellios".
[03:41:24] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW. Antologię Bibliotekarium Warsztaty czyta Marek Sęk "Ivellios". Jack Vance, „Panowie domów”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Dwóch mężczyzn siedziało w milczeniu, mocno zaniepokojonych. Kefridge, gospodarz spotkania, podniósł się i szybkim krokiem zaczął krążyć po pokoju w tę i z powrotem. Podszedł do okna, popatrzył w niebo w stronę odległej gwiazdy BGD-1169. Jego gość, Richard Emerson, był nawet jeszcze bardziej zdenerwowany. Siedział odchylony do tyłu na krześle. Twarz miał białą, usta obwisłe, oczy rozszerzone i błyszczące.
Nie padło nawet jedno słowo i nie było widać niczego, co mogłoby tłumaczyć ich emocje. Siedzieli w zwykłym podmiejskim salonie, wyróżniającym się tylko mnóstwem wiszących na ścianach ciekawostek, osobliwości i bibelotów. Słysząc odgłos skrobania, Kefridge odwrócił się od okna. Ostro zawołał: „Serwis!” Czarno-biały kot, ostrzący sobie pazury na zdobionej kolumnie z egzotycznego drewna, postawił uszy, ale drapał nadal. „Ty urwisie.” Kefridge wziął kota i wyrzucił go na zewnątrz przez specjalne drzwi dla zwierzęcia. Wrócił do Emersona. „Zdaje się, że obaj myślimy o tym samym.” Emerson trzymał się oparcia swego krzesła. „Jak mogłem to wcześniej przegapić?” — wymamrotał. „To dziwna sprawa” — powiedział Kefridge. „Nie wiem, co teraz robić.” „W tej chwili to nie leży już w moich rękach.
Dzięki niebiosom” — powiedział Emerson. Kefridge wziął do ręki małe białe pudełko, które zawierało raport Emersona. „Chce pan pójść ze mną?” Emerson pokręcił przecząco głową. „Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie chcę widzieć tego więcej na oczy.” Skinął głową w stronę pudełka. „No dobrze” — powiedział ponuro Kefridge. „Pokażę to zarządowi dziś wieczorem. Potem...” Emerson uśmiechnął się zmęczony i sceptyczny. „Potem co?” Towarzystwo Astrograficzne działało jako organizacja non-profit, poświęcając się badaniom i eksploracji pozaziemskiej. Składki wpłacone przez milion aktywnych członków powiększały jeszcze dochody ze specjalnych patentów, dotacji, licencji oraz opłat za doradztwo, w wyniku czego z biegiem lat towarzystwo stało się bardzo bogate.
Kilkanaście statków kosmicznych zaniosło niebiesko-zielony emblemat astrograficzny do bardzo odległych miejsc. Comiesięczna publikacja studiowana była zarówno przez dzieci w wieku szkolnym, jak i naukowców. W Muzeum Astrograficznym znajdował się wspaniały zbiór eksponatów zgromadzonych w całym wszechświecie. W specjalnie wyposażonej kopule na dachu muzeum raz w miesiącu spotykała się rada dyrektorów, aby zatwierdzać transakcje biznesowe oraz przeglądać i przesłuchiwać doniesienia zespołów badawczych o istotnym znaczeniu. Theodore Kefridge, prezes rady, po przybyciu na spotkanie wrzucił do mechanizmu vitaliskopu pudełko zawierające raport dowódcy zespołu Richarda Emersona. Stał w milczeniu. Wysoki, ponury, czekając na zakończenie toczących się wokół stołu rozmów. „Panowie” – powiedział Caffridge ponurym, monotonnym tonem. – „Ja już zapoznałem się z tym raportem. To najdziwniejsza sprawa, jaką napotkałem w całym swym doświadczeniu.
Jestem bardzo poważnie zaniepokojony i mogę dodać, że komandor Emerson podziela moje odczucia.” – przerwał. Dyrektorzy popatrzyli na niego z ciekawością. – „No dalej, Caffridge, nie bądź taki tajemniczy. Wysłuchajmy tej relacji, Theodorze.” Caffridge uśmiechnął się najsłabszym, najbardziej niewyraźnym uśmiechem. – „Raport jest tutaj. Sami możecie się przekonać.” – dotknął włącznika. Ściany pokoju rozpłynęły się w szarej mgle. Kolory zawirowały i znikły. Rada dyrektorów zmieniła się w grono niewidzialnych oczu i uszu obecnych w kabinie statku kosmicznego Gea. Ich punkt obserwacyjny znajdował się w miejscu kuli rejestrującej na szczycie hełmu Emersona.
Widzieli wszystko to, co i on. Słyszeli to samo, co on słyszał. Głos Emersona dolatywał z głośnika. – „Znajdujemy się na orbicie nad planetą drugą gwiazdy BGD-1169 w Argo Navis 4. Przylecieliśmy tu przyciągnięci serią impulsów emitowanych w fazie C3. Wydawały się one wskazywać na wysoce zorganizowaną cywilizację techniczną, więc oczywiście zatrzymaliśmy się w tym miejscu, aby to zbadać.” Obraz na ścianach pomieszczenia przemieszczał się, gdy Emerson przeszedł do pulpitu sterowania. Przez port obserwacyjny dyrektorzy mogli zobaczyć wirującą w dole planetę w pełnym świetle niewidocznego słońca. Emerson podał szczegółowe cechy fizyczne planety, które przypominały Ziemię. – „Atmosfera wydaje się nadawać do oddychania. Jest tu bujna roślinność, z grubsza porównywalna z naszą.” – Emerson podszedł do ekranu.
Ponownie obraz na ścianach wokół nich przesunął się. – „Sygnały spowodowały, że spodziewaliśmy się jakiegoś rodzaju inteligentnych mieszkańców. Nie zawiedliśmy się. Autochtoni nie żyją w zorganizowanych osadach, lecz w odizolowanych od siebie siedzibach. Z braku lepszego słowa nazwaliśmy je pałacami.” Emerson ruszył pokrętłem na konsoli. Widok na teleekranie bardzo się rozszerzył i dyrektorzy spoglądali na gęsty jak dżungla las. Obraz przemieścił się po koronach drzew na polanę o średnicy około mili. Pałac zajmował środek polany. Kilkanaście wysokich ścian, strzelistych i ogromnych jak skały, połączonych wydawałoby się w przypadkowy sposób. Zbudowane zostały z jakiegoś migoczącego metaloidu i były otwarte od góry.
Nie było widać żadnych wejść ani otworów okiennych. – „To mniej więcej wszystkie szczegóły, jakie mogłem wyłapać z tej wysokości.” – zabrzmiał głos Emersona. – „Proszę zwrócić uwagę na brak dachu, widoczny brak wyposażenia wewnętrznego. Niemalże nie wygląda to na miejsce zamieszkania. Proszę także zwrócić uwagę na to, jak wygląda polana. Jak formalny ogród.” – odwrócił się tyłem do teleekranu. Dyrektorzy ponownie siedzieli w kabinie Gei. – „Nadajemy przez cały czas na wszystkich pasmach międzynarodowe symbole.” – powiedział Emerson. – „Jak do tej pory nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Myślę, że wylądujemy na tej polanie.
Istnieje pewien element ryzyka, ale wierzę, że rasa wyglądająca na tak wyrafinowaną nie będzie zaskoczona ani zszokowana pojawieniem się dziwnego statku kosmicznego.” Gea zagłębiła się w atmosferze BGD-1169-2. Jej kadłub drżał pod naporem chłostającego go rzadkiego gazu. Emerson przemówił z witaliskopu, zwracając uwagę, że statek unosił się ponad obserwowanym wcześniej obszarem i zaraz miał wylądować. Amortyzatory uderzyły w twardą ziemię. Nastąpiło kilka krótkich wahnięć, kiedy zadziałały automatyczne stabilizatory. Potem wrażenie stabilizacji pozycji. Automatyczne przełączniki wyłączyły napęd. Na wpół słyszalny skowyt silników zaczął słabnąć, aż w końcu zapadła cisza. Załoga siedziała na posterunkach obserwacyjnych, wpatrując się w polanę. Pośrodku niej wznosił się pałac.
Wysokie płaszczyzny ścian z lśniącego metaloidu. Nawet z tak niewielkiej odległości nie było widać żadnych okien, drzwi ani otworów wentylacyjnych. Tereny otaczające pałac były starannie wypielęgnowane. Rzędy drzew o białych pniach utrzymujących kwadratowe czarne liście, wielkie jak tace zwrócone ku słońcu. Nieregularne łoża czarnego mchu, pierzaste bordowe paprocie, puszyste różowe i białe rośliny wyglądające jak cukrowa wata. W tle wyrastał las. Kłębowisko niebiesko-zielonych drzew i krzewów o szerokich liściach czerwonych, czarnych, szarych i żółtych. W środku Gei załoga stała przy portach widokowych, gotowa do odlotu przy najmniejszej oznace wrogości. Pałac pozostawał milczący. Minęło pół godziny.
W pewnej chwili poza ścianą pałacu pojawił się niewielki, niewyraźny kształt. Jako pierwszy zauważył go młody trzeci oficer Coombe i zawołał do Emersona: „Niech pan tam spojrzy!” Emerson skupił na nim obraz z teleskopowej szyby. To dziecko, ludzkie dziecko. Załoga zaczęła się przypatrywać. Inteligentne życie wśród gwiazd było rzadkością. Znalezienie takiego życia w ludzkiej postaci było wręcz zdumiewające. Emerson zwiększył powiększenie teleskopowej szyby. „To chłopiec w wieku około siedmiu lub ośmiu lat” – powiedział. – Patrzy na nas, ale nie wydaje się być jakoś szczególnie zainteresowany. Dziecko wróciło do pałacu i zniknęło.
Emerson wydał przyciszony okrzyk: „Widzieliście to?” „Co się stało?” – spytał Wilhelm, wielki, jasnowłosy drugi oficer. – Przeszedł przez ścianę, jakby to było powietrze. Czas mijał. Nie było widać żadnych dalszych śladów życia. Załoga zaczęła się niecierpliwić. „Dlaczego się nami nie zainteresowali?” – oskarżył się Sphet, steward. – Nawet dzieciaki nas ignorują. Emerson pokręcił głową ze zdziwieniem. Statki kosmiczne z pewnością nie lądują tutaj codziennie. Wilhelm nagle zawołał: „Jest ich więcej!
Dwóch, trzech, sześciu. Całe cholerne plemię!”. Wysuwali się z lasu cicho, niemalże ukradkowo, pojedynczo i parami, mężczyźni i kobiety, aż wreszcie w pobliżu statku zebrało się kilkanaście osób. Nosili utkane z grubego włókna fartuchy, surowe skórzane buty z wypiętymi cholewami. U pasa wisiały im sztylety o różnych rozmiarach i jakieś skomplikowane małe urządzenia zbudowane z drewna i poskręcanych jelit. Wyglądali na twardych ludzi o kanciastych twarzach i błyszczących oczach. Szli ostrożnie na ugiętych kolanach, co zwiększało jeszcze wrażenie skrytości zachowania. Przez cały czas utrzymywali między sobą a pałacem kadłub statku, jakby chcąc uniknąć wykrycia. Emerson powiedział: „Nie mogę tego zrozumieć. Są nie tylko typu humanoidalnego.
Oni są ludźmi pod każdym względem. Popatrzę w stronę, gdzie biolog Boyd kończą swoje ostatnie testy. Jak to wygląda?” „Niemal tak sterylnie jak w izolatce” – powiedział Boyd. – Żadnych niebezpiecznych pyłów, żadnych unoszących się w powietrzu cząsteczek białkowych. Nic niezwykłego pod żadnym względem. „Mam zamiar wyjść na zewnątrz” – powiedział Emerson. Wilhelm zaprotestował: „Nie wyglądają na godnych zaufania i są uzbrojeni”. „Zaryzykuję” – powiedział Emerson. – Gdyby byli wrogo nastawieni, nie sądzę, żeby się ujawnili. Wilhelm nie był przekonany.
Nigdy nie wiadomo, co takiej dziwnej rasie przyjdzie do głowy. „Tym niemniej” – oznajmił Emerson – „wychodzę. Wy osłaniajcie mnie ze stanowisk działek. Czekajcie też przy silnikach na wypadek, gdybyśmy musieli pospieszyć się z odlotem”. „Masz zamiar wyjść sam?” – spytał z powątpiewaniem Wilhelm. „Nie ma sensu ryzykować życia dwóch ludzi”. Kwadratowa, kanciasta twarz Wilhelma przybrała wyraz oporu. „Pójdę z tobą. Co dwoje oczu to nie jedno”. Emerson roześmiał się.
„Mam już dwoje oczu. Poza tym ty jesteś zastępcą dowódcy. Twoje miejsce jest tutaj, na statku”. Słysząc to odezwał się Cope, młody trzeci oficer, szczupły i ciemnowłosy młodzieniec, który dopiero niedawno wyrósł z wieku nastolatka. „Ja chętnie bym z panem poszedł”. „Dobrze, Cope” – powiedział Emerson. – Chodźmy. Dziesięć minut później obaj mężczyźni wyszli ze statku, zeszli z rampy i stanęli na ziemi BGD11692. Mężczyźni i kobiety z lasu wciąż stali za statkiem, od czasu do czasu spoglądając w stronę pałacu. Kiedy pojawili się Emerson i Cope, tubylcy zebrali się razem, gotowi do ataku, obrony lub ucieczki.
Dwaj z nich przesunęli palcami po drewnianych przedmiotach, które Emerson uważał za miotacze strzałek. Poza tym jednak nie wykonali żadnego ruchu, przyjaznego lub też jakiegokolwiek innego. Przybysze z kosmosu zatrzymali się w odległości 20 stop od nich. Emerson uniósł dłoń i uśmiechnął się, jak miał nadzieję, w przyjazny sposób. „Witam”. Popatrzyli na niego, a potem zaczęli coś mamrotać między sobą. Emerson i Cope zbliżyli się o krok lub dwa. Głosy stały się słyszalne. Szczupły, siwowłosy mężczyzna, który wydawał się posiadać pewną władzę, mówił coś ze zgryźliwą energią, tak jakby obalając jakiś nonsens. „Nie, nie, niemożliwe.
To nie mogą być Freemeni”. Sękaty człowiek o paciorkowatych oczkach, do którego mówił, odparł: „Niemożliwe? Kim więc według ciebie są, jeśli nie Freemanami?”. Emerson i Cope przypatrywali się temu ze zdumieniem. Ci ludzie mówili po angielsku. Ktoś inny zauważył: „To nie są panowie domów. Czy ktoś kiedykolwiek widział tak wyglądających panów domów?”. Czwarty głos był równie wyraźny: „I pewne jest też, że nie są sługami”. „Wszyscy tylko gadacie w kółko” – warknęła jedna z kobiet. – Dlaczego ich nie spytacie i nie skończycie tego wszystkiego?
Angielski. Akcent był niewyraźny, intonacja niezwykła, ale poza tym to był ich język. Emerson i Cobe zbliżyli się o krok. Leśni ludzie zamilkli i nerwowo zaszurali nogami. Emerson odezwał się: „Nazywam się Robert Emerson” – powiedział. – „A to jest Howard Cobe.” „Kim wy jesteście ludzie?” Siwy przywódca przyglądał się im z przebiegłą bezczelnością. „Kim my jesteśmy? Jesteśmy Freemanami, jak dobrze musicie wiedzieć. Co tutaj robicie? Z jakiego domu jesteście?” Emerson odparł: „Jesteśmy z Ziemi.” „Ziemia?” Emerson przypatrzył się pustym twarzom.
„Nie słyszeliście o Ziemi?” „Nie.” „Ale mówicie ziemskim językiem.” Przywódca uśmiechnął się szeroko. „A jak inaczej mogliby mówić ludzie?” Emerson zaśmiał się niewyraźnie. „Istnieje wiele innych języków.” Wódz sceptycznie pokręcił głową. „Nie za bardzo potrafię w to uwierzyć.” Emerson i Cobe wymienili między sobą spojrzenia oszołomionego rozbawienia. „Kto mieszka w pałacu?” – spytał Emerson. Przywódca zdawał się nie wierzyć w ignorancję Emersona. „Panowie domów oczywiście. Generro, Hesfor i reszta.” Emerson popatrzył na wysokie ściany, które wydawały się być zupełnie niedostosowane do ludzkich wymagań. „Oni są ludźmi tak jak my?” Przywódca roześmiał się szyderczo. „Jeśli można nazwać takie rozpieszczone stworzenia ludźmi, tolerujemy ich tylko dla ich kobiet.” Ze strony grupy mężczyzn dobiegł lubieżny szmer.
„Miękkie, słodkie dziewczyny panów domów.” Leśne kobiety syknęły ze złości. „Są tak samo bezwartościowe jak mężczyźni.” – wykrzyknęło jedno ze skórzastych, starych stworzeń. Na obrzeżach grupy pojawiło się nagle nerwowe poruszenie. „Oto idą panowie domów.” Szybkimi, długimi krokami na ugiętych w kolanach nogach dzicy ludzie wycofali się i zniknęli w lesie. Emerson i Cobe obeszli statek dookoła. Przez polanę spokojnymi krokami zbliżali się do nich młody mężczyzna, młoda kobieta, dziewczynka i chłopiec, którego widzieli wcześniej. Byli to najprzystojniejsi ludzie, jakich Ziemianie kiedykolwiek widzieli. Młody mężczyzna miał na sobie przylegającą do ciała szatę zdobioną szmaragdowo zielonymi cekinami, skomplikowane nakrycie głowy ze srebrnych kolców. Chłopiec nosił czerwone spodnie, ciemnoniebieską kurtkę i niebieską czapkę z długim dziobem. Młoda kobieta i dziewczynka ubrane były w proste tuniki w jasnobłękitnym kolorze, rozciągające się elastycznie w czasie ruchu.
Miały gołe głowy, a jasne włosy opadały im na ramiona. Zatrzymali się kilka jardów od statku, spoglądając na przybyszów z kosmosu z trzeźwą ciekawością. Wszyscy mieli identyczny wyraz twarzy, skupiony, inteligentny, z lekkim cieniem dumy. Młody mężczyzna popatrzył mimochodem na las. Uniósł w górę niewielki pręt. Wypłynął z niego obłoczek ciemności i w kierunku lasu powędrowała czarna bańka, w miarę przemieszczania się znacznie powiększając swoje rozmiary. Z lasu docierały skowyty strachu, tupot potykających się w ucieczce stóp. Czarna bańka eksplodowała o drzewa, rozrzucając setki mniejszych czarnych bąbelków, które także rosły i wybuchały. Odgłosy panicznej ucieczki ucichły w oddali. Czwórka młodych panów domów, uśmiechając się lekko, zwróciła uwagę na Emersona i Cobe'a.
„A kimże wy możecie być? Z pewnością nie dzikimi ludźmi.” „Nie, nie jesteśmy dzikimi ludźmi.” – odparł Emerson. Chłopiec zauważył: „Ale nie jesteście też panami domów.” „I z pewnością nie jesteście też sługami.” – powiedziała dziewczynka. Była kilka lat starsza od chłopca. Miała może 14 lub 15 lat. Emerson wyjaśnił cierpliwie: „Jesteśmy astrografami, naukowcami z Ziemi.” Podobnie jak leśni ludzie, lordowie domu byli mocno zdziwieni. „Ziemia?” „Wielkie nieba.” – zawołał Emerson. – „Na pewno słyszeliście o Ziemi.” Pokręcili głowami. „Ale jesteście istotami ludzkimi. Ludźmi z Ziemi.” „Nie.” – oznajmił młody człowiek.
– „Jesteśmy panami domów. Ziemia nic dla nas nie znaczy.” „Ale mówicie w naszym języku. To ziemski język.” Wzruszyli ramionami i uśmiechnęli się. „Istnieją setki sposobów, dzięki którym twój lud mógł nauczyć się naszej mowy.” Sprawa wydawała się nie bardzo ich interesować. Młoda kobieta popatrzyła w stronę lasu. „Lepiej uważajcie na dzikich ludzi. Zrobią wam krzywdę, jeśli będą mogli.” – odwróciła się. – „Chodźcie, wracamy.” „Czekajcie.” – zawołał Emerson. Zmierzyli go wzrokiem ze zdawkową uprzejmością. „Tak?
Nie jesteście nami zainteresowani ani nie interesuje was, skąd pochodzimy?” Młody człowiek z uśmiechem pokręcił głową, a srebrne kolce jego nakrycia głowy zabrzęczały jak dzwoneczki. „A czemu niby mielibyśmy być zainteresowani?” Emerson roześmiał się z mieszaniną zdumienia i irytacji. „Jesteśmy obcymi z kosmosu, z Ziemi, o której jak twierdzisz, nigdy nie słyszeliście.” Zgadza się. Jeśli nigdy o was nie słyszeliśmy, to jakże możemy być zainteresowani? Emerson wyciągnął w górę ręce. Jak sobie chcecie, ale my jesteśmy zainteresowani wami. Młody człowiek skinął głową, w oczywisty sposób przyjmując to do wiadomości. Chłopiec i dziewczynka już odchodzili. Młoda kobieta na wpół się odwróciła i czekała. „Chodź Hespor!” – zawołała przyciszonym głosem.
„Chciałabym z tobą porozmawiać” – powiedział Emerson. – W tym tkwi jakaś tajemnica. Coś, co powinniśmy wyjaśnić. Nie ma żadnej tajemnicy. Jesteśmy panami domów, a to jest nasz dom. Czy możemy wejść do waszego domu? Młody człowiek zawahał się. Popatrzył krótko na kobietę. Zacisnęła usta i pokręciła głową. Lord Genarro.
Młody mężczyzna lekko się skrzywił. Służący już poszli. Genarro śpi. Mogą na krótko wejść. Kobieta wzruszyła ramionami. Jeśli Genarro się obudzi, nie będzie zadowolony. Ach, ale Genarro- Ale Genarro – przerwała mu szybko kobieta – jest pierwszym panem domu. Hespor wydawał się przez chwilę spochmurnieć. Genarro śpi, a służących nie ma. Te dzikie stworzenia mogą wejść.
Machnął ręką na Compa i Emersona. Chodźcie. Panowie domów, wracając, przeszli przez ogród, cicho rozmawiając między sobą. Emerson i Comp podążali za nimi, na wpół rozgniewani, na wpół oszołomieni. „To fantastycznie” – mruknął Emerson. – Spostponowani przez aroganckich arystokratów w pół godziny po przybyciu tutaj. „Chyba będziemy musieli to jakoś przełknąć” – stwierdził Comp. – Oni wiedzą o rzeczach, o których nigdy nawet byśmy nie pomyśleli. Na przykład ta czarna bańka. Chłopiec i dziewczynka dotarli już do ścian pałacu.
Bez wahania przeszli przez błyszczącą powierzchnię. Młody mężczyzna i kobieta podążyli za nimi. Kiedy Emerson i Comp dotarli do ściany, wyglądała na zupełnie twardą i była niezwykle zimna. Dotknęli jej gładkiej powierzchni, napierając, obmacując ją z poirytowaniem. Chłopiec wrócił przez ścianę. Wchodzicie do środka? „Chętnie byśmy to zrobili” – odparł Emerson. – W tym miejscu jest twarda. Chłopiec przyjrzał się im. Nie potraficie zobaczyć, gdzie ściana jest przepuszczalna?
„Nie” – odparł Emerson. „Dzicy też nie potrafią” – powiedział chłopiec. Wskazał ręką. – Przejdźcie tam. Emerson i Comp przeszli przez ścianę. Sprawiało to wrażenie, jakby przechodziło się przez cienką warstewkę chłodnej wody. Stali na matowej niebieskiej podłodze ze srebrnymi włókienkami kreślącymi zapętlony wzór. Wszędzie dookoła wznosiły się wysokie ściany. Sto metrów wyżej z płytkich półek wyrastały pręty czarnej materii. Powietrze wokół ich końców zdawało się drżeć, jakby rozgrzane nad gorącą drogą.
W pomieszczeniu nie było widać mebli ani żadnych innych śladów wskazujących, że zamieszkiwali je ludzie. „Chodźcie” – powiedział chłopiec. Przeszedł przez pomieszczenie i zniknął w ścianie po jego drugiej stronie. Emerson i Comp ruszyli za nim. „Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć wyjście na zewnątrz” – powiedział Comp. – Nie chciałbym wdrapywać się po tych ścianach. Stali w sali podobnej do pierwszej, ale z podłogą z elastycznego białego materiału. Czuli się, jakby ich ciała zrobiły się lżejsze, a kroki niosły ich dalej, niż się spodziewali. Młody mężczyzna i kobieta czekali na nich. Chłopiec cofnął się przez ścianę.
Dziewczyny nie było nigdzie widać. „Możemy zostać z wami przez chwilę lub dwie” – powiedział młody mężczyzna. – Nie ma służących. W domu panuje spokój. Może chcecie coś zjeść? Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął do przodu ręce. Jego dłonie rozpłynęły się w nicości. Cofnął je, wyciągając stojak, na którym rozłożone były tace i misy pełne rzeczy do jedzenia. Kliny czerwonej galaretki, wysokie białe stożki, czarne wafle, małe zielone, okrągłe owoce, flasze z płynami w różnych kolorach. „Możecie jeść” – zaprosiła ich młoda kobieta, wskazując ręką.
„Dziękuję” – powiedział Emerson. On i Comp ostrożnie spróbowali jedzenia. Było dziwne, bogate w smaki i musowało w ustach jak gazowana woda. „Skąd się wzięło to jedzenie?” – spytał Emerson. – Jak mogłeś wyciągnąć je z pustego powietrza ot tak sobie? Młody pan domów popatrzył na dłonie. Słudzy je tam umieścili. A skąd biorą je słudzy? Młody mężczyzna wzruszył ramionami. Czemu mielibyśmy się tym przejmować, skoro już tam jest?
Comp spytał z zaciekawieniem: Co byście zrobili, gdyby wasi służący was porzucili? Coś takiego nigdy się nie wydarzy. „Chciałbym zobaczyć waszych służących” – powiedział Emerson. – Teraz ich tutaj nie ma. Młody mężczyzna zdjął nakrycie głowy. Schował je w niewidoczną niszę. Opowiedzcie nam o tej waszej ziemi. „To planeta taka jak ta” – powiedział Emerson. – Chociaż ludzie na niej żyją zupełnie inaczej. Czy macie służących?
Nikt z nas obecnie nie ma służących. „Hmm” – mruknęła z pogardą młoda kobieta. – „Jak dzicy ludzie”. Culp zapytał: „Od jak dawna tutaj mieszkacie?”. Pytanie zdawało się być dla panów zagadką. „Od jak dawna? Co masz na myśli?”. „Od ilu lat?”. „Co to jest rok?”. „Jednostka czasu.
Czas, jaki zajmuje planecie dokonanie obiegu wokół Słońca. Tak jak dzień jest czasem, w którym planeta obraca się wokół własnej osi”. Lordowie domu byli rozbawieni. „Co za dziwna myśl. Wspaniale arbitralna. Jaki byłby pożytek z takiego pomysłu?”. Emerson odparł sucho: „My uważamy pomiar czasu za przydatny”. Panowie domów uśmiechnęli się do siebie. „Może tak rzeczywiście być” – przyznał Hesfor. „Kim są dzicy ludzie?” – spytał Culp.
„To tylko hołota” – powiedziała młoda kobieta ze wzdrygnięciem. – „Wyrzutki z domów, w których nie było dla nich miejsca”. „Nękają nas, próbują ukraść nasze kobiety” – powiedział młody mężczyzna. Uniósł rękę. – „Słuchajcie”. On i młoda kobieta popatrzyli po sobie. Emerson i Culp nic nie słyszeli. „Pan Gennarro” – powiedziała młoda kobieta. – „Idźcie tutaj”. Hesfor spojrzał niespokojnie na ścianę.
Popatrzył na Emersona i Culpa, a potem twardo ustawił się na środku sali. Rozległ się cichy szmer. Przez ścianę przeszedł wysoki mężczyzna ubrane w lśniącą czerń. Włosy miał miedzianozłote, a oczy szaroniebieskie. Zobaczył Emersona i Culpa. Zrobił wielki krok naprzód. „Co tutaj robią te dzikie stworzenia? Czy wyście wszyscy oszaleli? Precz, na zewnątrz z tymi stworami!” Wtrącił się Hesfor: „To są obcy z innej planety. Nie mają zamiaru nikogo skrzywdzić”.
„Precz z nimi! Jedzą nasze jedzenie, patrzą pożądliwie na panią Thelm”. Przez cały czas szedł groźnie naprzód. Emerson i Culp cofnęli się trzy kroki. „Dzikie stworzenia. Precz!” „Jak sobie chcesz” – powiedział Emerson. – „Pokaż tylko nam stąd wyjście”. „Chwileczkę!” – zawołał Hesfor. – „To ja ich tu zaprosiłem. Są pod moją opieką”.
Gennarro skierował swoje niezadowolenie w stronę młodego pana domów: „Czyżbyś chciał pójść sobie stąd do dzikich ludzi?”. Hesfor popatrzył na niego. Ich spojrzenia zwarły się ze sobą. Hesfor zrezygnował i odwrócił się. „Dobrze” – mruknął. – „Odejdą stąd”. Zagwizdał. Przez ścianę przeszedł chłopiec. – „Zabierz obcych na ich statek”. „Szybko!” – ryknął Gennarro.
– „Powietrze cuchnie. Są brudni jak świnie”. Tędy chłopiec przeniknął przez ścianę. Emerson i Culp ochoczo podążyli za nim. Minęli jeszcze dwie ściany i znaleźli się z powrotem na świeżym powietrzu. Culp głęboko westchnął. Gościnność Gennarro pozostawia wiele do życzenia. Z pałacu wyszła dziewczynka i dołączyła do chłopca. „Chodźcie” – powiedział chłopiec. – „Zabierzemy was na wasz statek.
Lepiej, żeby was tu nie było, kiedy wrócą służący”. Emerson obejrzał się w stronę pałacu. Wzruszył ramionami. – „Chodźmy”. Poszli za chłopcem i dziewczynką przez dobrze utrzymany ogród, mijając drzewa o białych pniach, łoża czarnego mchu, różowobiałą watę cukrową. Stojąca na drugim końcu polany gea wydała im się czymś znajomym, jak skrawek domu. Emerson i Culp przyspieszyli kroku. Kiedy mijali kępę bambusów o szarej łodydze, ze wszystkich stron rozległy się szelesty, odgłosy pośpiesznego ruchu i nagle zostali otoczeni przez dzikich ludzi. Ich dłonie pochwyciły Emersona i Culpa. Broń Ziemian została im zabrana.
Chłopiec i dziewczynka walczyli, kopali, krzyczeli, ale zostali schwytani. Wokół ich ciał zawiązano pętle i pociągnięto ich w kierunku dżungli. „Wypuśćcie nas!” – krzyczał chłopiec. – „Służący przerobią was na proszek”. „Służących nie ma!” – zawołał radośnie wódz. – „A ja mam to, czego pragnąłem od wielu lat. Świeżą i piękną dziewczynę panów domów”. Dziewczyna szlochała, krzyczała i szarpała więzy. Chłopiec szarpał się i kopał. „Spokojnie, chłopcze” – ostrzegł go wódz dzikusów.
– „Mamy naprawdę wielką ochotę poderżnąć ci gardło”. „Ale czemu złapałeś nas?” – sapał Emerson. – „Do niczego wam się nie przydamy”. „Tylko do tego, żeby zdobyć to, co dadzą nam wasi przyjaciele, abyście wrócili cali do domu”. Wódz uśmiechnął się porozumiewawczo pod wąsem. „Broń, dobre ubrania, dobre buty. Nie zabieramy ze sobą zapasów takich rzeczy. Poczekacie u nas, aż je dostaniemy”. Las był zaledwie w odległości 50 jardów. Chłopiec rzucił się na ziemię.
Podobnie zrobiła dziewczyna. Emerson poczuł, że uścisk na jego ramionach rozluźnia się. Uwolnił się, wymachując pięściami. Trafił dzikiego człowieka, a ten upadł na ziemię. Przywódca wyciągnął swój miotacz. Wycelował go. Jeden ruch i już jesteście martwi. Emerson stanął bez ruchu. Dzicy ludzie złapali chłopca i dziewczynkę. Cała grupa ruszyła naprzód, ale do tej pory w pałacu już zauważono atak.
Powietrze zapulsowało dziwnym, wysokim gwizdem. Dzicy ludzie zwiększyli tempo swych kroków. Z pałacu wystrzelił wachlarz czerni, spadając w dół jak wielkie czarne ostrze i uderzając o ziemię na skraju lasu. Dzicy ludzie stanęli na chwilę. W tym miejscu droga ucieczki była zablokowana. Skręcili w bok i pobiegli równolegle do krawędzi polany. Z pałacu wyszedł Genarro i Hesvor, a za nimi Felm i jeszcze jakaś inna kobieta. Po całej polanie niósł się dźwięk głosu Genarro, pełen pasji i groźby. Emerson i Cope biegli jakby w sennym koszmarze. Nagle wyrosła przed nimi Gea.
Z łomotem wbiegli na górę po rampie, wpadli do wnętrza statku. Załoga z białymi twarzami i pełna niepokoju czekała tylko na nich. Nie zwlekała nawet sekundy. Właz został zatrzaśnięty. Energia zaryczała w silnikach, a Gea wzbiła się z polany. Gea była w kosmosie, z dala od jakiejkolwiek gwiazdy. Bez słowa komentarza Emerson wyznaczył kurs na Ziemię. Obrazy w italiskopu zgasły. Dyrektorzy Towarzystwa Astrograficznego siedzieli bez ruchu na swoich miejscach. Odezwał się Theodore Caffridge.
Jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo. „Jak panowie widzieliście, komandor Emerson i jego załoga przeżyli bardzo szczególne doświadczenie.” „Szczególne?” – Ben Hainault zagwizdał. – „To spore niedopowiedzenie, jeśli w ogóle.” „Ale co to wszystko znaczy?” – dopytywał się Pritchard. – „Ci ludzie mówią po angielsku i nic nie wiedzą o Ziemi.” Caffridge powiedział swym stanowczym tonem: „Emerson i ja przygotowaliśmy wstępną hipotezę. Po kolei było to tak. Tak jak wy, panowie, byliśmy bardzo zdziwieni. Kim byli ci panowie domów? Jak mogli mówić ziemskim językiem, nic nie wiedząc o Ziemi? Jak panowie domu kontrolowali swoich służących? Te ogromne stworzenia, które można było postrzegać jedynie jako migotanie światła i cienia.” Caffridge przerwał.
Nikt się nie odezwał. Zaczął mówić dalej. „Komandor Emerson nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Ja też nie. I wtedy wydarzyło się coś bardzo zwykłego. Wydarzenie samo w sobie zupełnie nieistotne, ale pobudziło ono nasze umysły. Otóż wtedy właśnie mój kot Sarvis wkroczył do domu. Użył swoich specjalnych małych odpychanych drzwi. Mój mały pan domu Sarvis wszedł do swojego pałacu, podszedł do swojego naczynia i zaczął szukać swojego obiadu.” W sali rady zapanowała lodowata cisza. Czas jakby się zatrzymał na skutek zaskoczenia i wstrząsu.
Potem ktoś zakaszlał. Rozległo się sapnięcie oddechu, odrobina nerwowego śmiechu, ogólne niespokojne poruszenie. „Theodore?” – spytał ochrypłym głosem Ben Hainault. – „Co masz na myśli?” „Podałem wam fakty. Sami musicie wyciągnąć własne wnioski.” Paul Pritchard mruknął: „To oszustwo. Na pewno. Nie ma żadnego innego wytłumaczenia. Społeczeństwo szalonych głów, eskapistów.” Caffridge uśmiechnął się. „Może omówisz tę teorię z Emersonem.” Pritchard zapadł w milczenie. „Emerson uważa, że mieli szczęście” – kontynuował Caffridge.
– „Jestem skłonny się z nim zgodzić. Gdyby jakieś dzikie stworzenie wpadło do mojego domu i zabiło Sarvisa, uznałbym to za wielką tragedię domową. Mógłbym nie być taki wyrozumiały.” „Co możemy zrobić?” – spytał cicho Hainault. Caffridge podszedł do okna i stanął koło niego, patrząc w niebo na południu. „Możemy tylko mieć nadzieję, że mają tylu panów domów, ilu im potrzeba. W przeciwnym razie nikt z nas nie jest bezpieczny.”
[04:20:38] - To opowiadanie, proszę państwa, jest tak prawdziwe, tak oddaje istotę tego, jak zachowują się koty, że kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, byłem w przejściowym szoku. Jak bardzo prostymi środkami, bo przyznajcie państwo, to opowiadanie Jacka Vance'a jest zabawnie proste, ale właśnie takimi prostymi środkami można osiągnąć kapitalne, moim zdaniem, obrazowanie tego, jak się kociambry zachowują. No cóż, proszę państwa, myślę, że to był całkiem miły akcent na zakończenie dzisiejszego „Bibliotekarium”. Pięknie państwu dziękuję za spędzenie ze mną 124. odcinka „Bibliotekarium 2.0”. Życzę państwu dobrej nocy, dobrego weekendu. No i cóż, spotykamy się za tydzień.
[04:21:42] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze stroną technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.