[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Szanowni Państwo, dzisiaj dosłownie raz, dwa, trzy. Dzisiaj z nami w północy siedzisz Ty i Ty, i jeszcze Ty. Wszystkich Was zapraszamy na Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór Państwu w 123. wydaniu Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj tajemniczy tytuł: Lovecraft i Pluton. Tak, Pluton, nie Platon. O co chodzi? To się Państwo za niedługo przekonacie. Ale zanim o Lovecrafcie i Plutonie, to tradycyjnie zaczynamy od polecanek wydawniczych, od zapowiedzi i zaczniemy od książki, która ukaże się 12 lutego, czyli całkiem niedługo. Książka wydawnictwa Fabryka Słów. Autor rozpoznawalny i rozchwytywany na rynku wydawniczym, chociaż nie przez wszystkich lubiany. Ale co kto lubi.
Andrzej Pilipiuk. Tytuł: „Drogi przez morze”. Zerknijmy, co na temat książki pisze wydawca. „Echa z przeszłości potrafią powrócić, a cienie przemówić. Oto kolejny zbiór opowiadań podążających ledwo uchwytnymi śladami przeszłości. Dotknij tajemnicy zaginionego skarbu drużyny Werwolf. Przejdź przez warszawskie Pompeje. Poczuj na karku oddech klątwy ciążącej na pewnej szczególnej broni. Przeszłość wciąż żyje obok nas i cicho, bardzo cicho prosi o pamięć”. To była polecanka Fabryki Słów dotycząca książki Andrzeja Pilipiuka „Drogi przez morze”.
Zerknijmy na kolejną książkę. Kolejna książka ukaże się również 12 lutego. Tym razem wydawnictwo Znak Litera Nova. Tytuł: „Naziści po wojnie. Kariery ludzi Hitlera”, Danny Orbách. Po wojnie to naziści budowali potęgi światowych agencji wywiadu: CIA, KGB, a nawet Mosadu. Ich okrutne metody przesłuchań są stosowane do dzisiaj. Przez lata pozostawali bezkarni, a niektórych nie osądzono nigdy. Reinhard Gehlen zamienił sztab generalny Wehrmachtu na CIA. Jego imieniem nazwano nawet komórkę, która zbierała informacje o tajnych operacjach ZSRR.
Alois Brunner jako funkcjonariusz Gestapo wysłał na śmierć tysiące Żydów. Po wojnie szmuglował broń, pracował dla syryjskiego wywiadu i siał postrach na całym Bliskim Wschodzie. Otto Skorzeny, oficer Waffen-SS po wojnie pracował dla Mosadu i choć otwarcie popierał nazizm, budował podwaliny państwa żydowskiego. Jak umiejętności zdobyte w Trzeciej Rzeszy wykorzystywali po wojnie wysoko postawieni naziści i dlaczego tak wielu z nich nie zostało ukaranych? Historyk Danny Orbách wnikliwie analizuje nieznane dotąd dokumenty tajnych służb, w tym Mosadu, i ukazuje ogrom nazistowskich wpływów, których ślady są widoczne do dziś. Przypomnę: „Naziści po wojnie. Kariery ludzi Hitlera”, Danny Orbách, wydawnictwo Znak Litera Nova. Data premiery: 12 dzień lutego. I tradycyjnie trzecia książka. Ta książka to nie jest nowość, aczkolwiek edycja, która się ukazuje, to jest edycja ekskluzywna, z barwionymi brzegami.
A książka to książka Grahama Mastertona „Dziecko ciemności”. Ukazuje się w wydawnictwie Replika i będzie obecna na rynku od 11 lutego. Jeżeli Państwo nie pamiętacie tej książki mistrza horroru Grahama Mastertona, to ja krótko przypomnę. Pierwsza i zarazem jedyna książka Grahama Mastertona, której akcja osadzona jest w całości w Polsce. W centrum Warszawy dochodzi do serii brutalnych morderstw. Ofiary pozbawiane są głów i odnajdywane w całym mieście, między innymi na placu budowy nowoczesnego Hotelu Senackiego. Nadzorująca inwestycję Sara, chcąc uniknąć opóźnień spowodowanych strachem robotników przed oprawcą, wzywa na pomoc emerytowanego policjanta Claytona Marsha. Doświadczony gliniarz we współpracy z polskim policjantem Stefanem Reyem prowadzą nieoficjalne śledztwo. Szybko okazuje się, że dobór ofiar nie był przypadkowy, a morderca prawdopodobnie nie jest do końca człowiekiem. Konfrontacja z potworem przyczajonym w kanałach Warszawy jest nieunikniona i prowadzi do serii dramatycznych wydarzeń.
Przypomnę, to była polecanka książki Grahama Mastertona, powieści „Dziecko ciemności”, wydania ekskluzywnego z barwionymi brzegami. To wydanie pojawi się w księgarniach 11 lutego. No to cóż, proszę państwa, żeby tradycji stało się zadość, czas na odrobinę, a nawet więcej niż odrobinę filozofii. Korypetycje filozoficzne przed nami. Dzisiaj temat trudny? Troszkę trudny, ale filozofia ma to do siebie, że piętrzy trudności po to, żeby człowiek nie rozumiejąc zaczął kombinować, że tak sobie to kolokwialnie nazwę. Kombinować po to, żeby zrozumieć. Dzisiaj zajmiemy się, proszę państwa, pewnym problemem zahaczającym o teorię poznania, o sposoby poznania. Artykuł Adama Groblera „Uczony z bezludnej wyspy”. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w zeszłym roku, 2024, w numerze czwartym i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Adam Grobler jest profesorem, byłym pracownikiem Katedry Filozofii Uniwersytetu Opolskiego, członkiem Prezydium Komitetu Nauk Filozoficznych Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się metodologią nauk, teorią poznania, filozofią analityczną oraz dydaktyką filozofii. W wolnym czasie gra w brydża sportowego. Jest wdowcem, w powtórnym związku od 2010 roku. Ojciec czworga dzieci i dziadek, jak na razie, ośmiorga wnucząt. Mieszka w Krakowie. Przejdźmy zatem do tekstu. Profesor Adam Grobler, „Uczony z bezludnej wyspy”. „Filozofia – stwierdził Kartezjusz – nie zawiera ani jednej tezy niespornej, a co za tym idzie niewątpliwej. A co za tym idzie i inne nauki, jako że czerpią swoje zasady z filozofii, nie zasługują na zaufanie.
Dlatego postanowił nie szukać już innej wiedzy poza tą, którą mógłby znaleźć w samym sobie lub też w wielkiej księdze świata. Tak oto Kartezjusz postawił się w sytuacji uczonego z bezludnej wyspy. Wyspy, na której nigdy nie było nikogo prócz niego. Nie było tam też książek, z których mógłby się czegoś dowiedzieć. Samotny podmiot poznania z umysłem czystym, bez żadnych treści, które pochodziłyby z zewnątrz, a jednak żądnym napełnienia go wiedzą najwyższego gatunku, bo bezsporną, niewątpliwą. Z pustego i Salomon nie naleje, ale może chociaż do pustego jest w stanie. Gdyby tylko żyć dłużej. Myśl, że poznanie jest zasadniczo sprawą indywidualnego podmiotu, zakorzeniła się w filozofii na dobre, mimo że lwia część tego, co ktoś wie, pochodzi od kogoś innego. Jak powiedział Karl Popper: gdybyśmy mieli zaczynać od miejsca, w którym byli Adam i Ewa, nie moglibyśmy zajść dalej niż oni. Można to rozumieć jako aluzję do skończoności ludzkiego życia, która zmusza nas do korzystania z dorobku poprzedników.
Gdyby zaś uczony żył wiecznie, mógłby, zaopatrzony w odpowiednią metodę, siłami pojedynczego rozumu budować nieskończony gmach wiedzy. Tak do tej kwestii podchodzili liczni następcy Kartezjusza. Jeszcze przed prawie stu laty Rudolf Carnap, podobnie jak wcześniej David Hume, który napisał traktat o naturze ludzkiej, uważał, że cudze doniesienia tylko zastępują uzyskane osobiście świadectwa eksperymentalne. Co więcej, mają one wartość wyłącznie dzięki temu, że mogłyby być potwierdzone własnym doświadczeniem, gdyby czas na to pozwolił. Problem jednak tkwi głębiej. Poszukiwanie wiedzy pewnej Kartezjusz zaczął od odrzucenia wszystkiego, w co można wątpić, aby dojść do tego, w co wątpić niepodobna. W ten sposób doszedł do słynnego: myślę, więc jestem. To znaczy mogę wątpić w to, czy moje myśli są trafne, lecz nawet jeśli są błędne, to niewątpliwie je mam. Są moje. Do tego fundamentalnego ustalenia, od którego rozpoczął dalsze rozważania, Kartezjusz doszedł we własnym mniemaniu całkowicie samodzielnie.
Niestety padł ofiarą pewnego złudzenia. Chcąc rozwijać system wolny od założeń, zwłaszcza tych zaczerpniętych od innych myślicieli, nieświadomie posłużył się teorią kategorii Arystotelesa. To dzieło kategorie powstało około 350 roku przed naszą erą. Myślenie podpada pod kategorię działania i jako takie do swojego urzeczywistnienia wymaga działacza substancji, która myśli, twierdząc, że jestem, bo myślę, podciągam siebie pod kategorię substancji w rozumieniu arystotelesowskim. Z punktu widzenia gramatyki i logiki zdanie z orzeczeniem „myślę” może być prawdziwe tylko wtedy, gdy istnieje jego podmiot – ja. Zacząć od zera. To, że ja istnieję, bynajmniej nie jest oczywiste. David Hume, przypomnę, autor „Traktatu o naturze ludzkiej”, zauważył, że ilekroć zastanawiamy się nad ideami, które mamy, to żadna z nich nie jest ideą naszego ja. Wobec tego jest możliwe, że choć mamy jakieś idee, jakieś myśli, to nie ma nas, nie ma substancji, która myśli. Gdybyśmy odrzucili swoje myśli, co by zostało?
Pytanie to może nam przywieść na myśl góralską zabawę. Góralka ku uciesze gawiedzi zdejmuje spódnicę, a pod nią ukazuje się następna spódnica. Jedna paradna spódnica po drugiej, a tu rozkosznej substancji jak nie ma, tak nie ma. W przypadku góralki potoczne doświadczenie podpowiada, że ostateczne podłoże przyodziewku jest jakoś uchwytne. Gdy chodzi o moje ja, doświadczenie zawodzi. Kartezjański punkt oparcia niezbędny do ruszania głową okazuje się nieosiągalny. Do pustego Salomon też nie naleje. Bo jak doń trafić? Dopóki puste, dopóty niewidoczne, jakby go nie było. Kartezjański program budowy podstaw nauki bez założeń próbował poprawić Edmund Husserl.
„Idee czystej fenomenologii i fenomenologicznej filozofii” to jedno z jego dzieł. Przyjął on, że o ile niewątpliwie świadomości jawią się jakieś treści, fenomeny, to nie trzeba zakładać, że sama świadomość istnieje. W każdym razie bez tego założenia można badać istotę rozmaitych fenomenów. Podobnie jak nie trzeba wierzyć, że liczby istnieją, by je do siebie dodawać i ze sobą mnożyć. Problem polega na tym, że zawieszając sądy o istnieniu, nie sposób ich odwiesić. Nie ma logicznego przejścia od istoty rzeczy do jej istnienia. Już dawno wykazali to krytycy świętego Anzelma z Aosty, który usiłował z istoty Boga, że jest doskonały, wywieść, iż on istnieje. Z logiki wiadomo, że czego nie zapewnią założenia, tego nie da się udowodnić. Pamiętam, jak kiedyś mój profesor Zdzisław Augustynek opowiadał, w jaki sposób konstruował swoją teorię czasu. Zajmowało go pytanie, czy między przeszłością a przyszłością jest jakaś ontologiczna różnica, czy też zachodzi między nimi symetria.
Taka symetria jak w równaniach ruchu, za pomocą których na podstawie położenia cząstki w danej chwili można tą samą techniką obliczyć położenie owej cząstki, zarówno późniejsze, jak i wcześniejsze. W poszukiwaniu odpowiedzi profesor zbudował teorię aksjomatyczną, której aksjomaty tej kwestii nie przesądzały. Skoro nie przesądzały, to wyszło, że między przeszłością a przyszłością ontologicznej różnicy nie ma. Krótko mówiąc, czego się do kapelusza nie włoży, tego się i nie wyjmie. Podsumowując, nie da się, jak chciał Kartezjusz, zacząć od zera. Powiedzenie Poppera mówi również o tym: zaczynając od Adama i Ewy, trzeba na nich skończyć. Dlatego przedmiotem epistemologii według niego mogą być tylko przekształcenia wiedzy. A zatem nie to, jak wystartować do pogoni za wiedzą, od czego się odepchnąć, lecz jak, będąc w ruchu, posuwać się naprzód. Tym samym uczony z bezludnej wyspy może być uczonym tylko wtedy, gdy przed osiedleniem się na niej nabył już jakąś wiedzę od kogoś innego. Robinson Crusoe zdobywał wiedzę niezbędną do przetrwania na wyspie dzięki temu, że wynosił z rozbitego statku różne instrumenty oraz książki.
Wiedza zaczyna się nie od niewiedzy, lecz wcześniejszej wiedzy. Takie postawienie sprawy zakrawa na nieskończony regres coraz wcześniejszych zasobów wiedzy. Nie ma się zatem co dziwić, że Kartezjusz i Husserl podjęli beznadziejne poszukiwania punktu zero. Nieco wcześniej od Kartezjusza Francis Bacon, autor dzieła „Novum organum”, radził uczonym, aby przystępowali do badań z umysłem czystym, wolnym od idoli, czyli przesądów i złudzeń. Jedne z nich zależą od wrodzonych skłonności właściwych gatunkowi ludzkiemu, inne od indywidualnych okoliczności procesu wychowania, jeszcze inne od precyzji posługiwania się mową i wreszcie od stosunku do autorytetów. Wszystkie, jak widać, są pochodną społecznej natury człowieka. Zgodnie z ówcześnie panującym przesądem filozoficznym Bacon zalecał indywidualnemu podmiotowi poznania, aby Zrzucił z siebie społeczne naleciałości. Jak jednak wcześniej ustaliliśmy, oczyszczony do szczętu umysł jest zupełnie bezradny. Przestaje być umysłem. W związku z powyższym Popper twierdził, że przesądów nie można się pozbyć, ale jedynie jedne przesądy zastępować innymi, domyślnie bardziej obskuranckie nieco światlejszymi.
Mają one, rzecz jasna, przemożny wpływ na proces zdobywania wiedzy. Pod pojęciem wiedzy nie należy zatem rozumieć ustaleń ponad wszelką wątpliwość. Odnosi się ono jedynie do domysłów, które jak na razie bronią się przed podejrzeniami o fałsz, a gdy upadają, ustępują miejsca trafniejszym domysłom, które składają się na wiedzę lepszą od wcześniejszej. Stąd zalecenie dla uczonego: wysuwaj śmiałe hipotezy, domysły, a następnie staraj się je podważać. Śmiałe dlatego, że takie są bardziej narażone na obalenie. Nastąpi ono przypuszczalnie szybciej niż w przypadku hipotez ostrożnych i szybciej dostarczy wskazówek co do niezbędnych poprawek. Umysł poza społeczeństwem. Pomysły Poppera można skwitować kolejną poprawką koncepcji uczonego z bezludnej wyspy. Przypomnę, że zaczęliśmy od idealizacyjnego założenia Karnapa, iż gdyby uczony żył wiecznie, mógłby do wszystkich ustaleń poczynionych przez innych dojść własnym intelektem i zręcznością eksperymentatora. Teraz trzeba dodać do tego, że przesądy nabyte w wyniku wychowania mogłyby się ukształtować w osobistym doświadczeniu uczonego, gdyby dane było mu doświadczenie wszystkich poprzednich pokoleń, w tym pokoleń protoplastów gatunku ludzkiego, aż do nieokreślonego punktu w dziejach, w którym wyłoniło się świadome życie.
Czy taki wieczny i odwieczny pojedynczy umysł mógłby sam tworzyć naukę? Imre Lakatos, autor metodologii naukowych programów badawczych, trochę sobie pokpiwał z Poppera, mówiąc, że trudno znaleźć uczonego, który starałby się obalić własną hipotezę. Ze względu na społeczne mechanizmy nagrody, dystrybucję prestiżu krytykiem musi być ktoś inny. Znowu w grę wchodzi społeczny charakter poznania naukowego. Koncepcja uczonego z bezludnej wyspy wymaga zatem kolejnych założeń idealizacyjnych. Po pierwsze, że samotny uczony jest nieczuły na poklask, bo i z czyjej strony, skoro nie ma nawet piętaszka. Po drugie, że jest do bólu krytyczny wobec siebie. Po trzecie, że bezkompromisowo dąży do prawdy. Czy by mu się chciało, gdyby nie miał z kim gadać? Załóżmy, że jest to do pomyślenia, ale nawet wówczas trzeba jeszcze wziąć pod uwagę argument Ludwiga Wittgensteina, autora dociekań filozoficznych.
Argument przeciw możliwości języka prywatnego. Chodzi o język, w którym uczony pod nieobecność innych rozmówców, a zatem i nieobecność jakiegokolwiek społecznie ukształtowanego języka, mógłby rozmawiać sam ze sobą, na przykład zapisywać swoje myśli w pamiętniku. Problem pojawia się już na etapie nadawania nazw. Skąd samotnik może wiedzieć, czy użył nazwy zgodnie z intencjami, które żywił przy pierwszym jej użyciu? Chociaż zdaje mu się, że nie myli się co do zakresu nazwy, to może mu się tylko zdaje. Nie ma z kim tego przedyskutować. Mówienie, a tym samym myślenie jest działaniem według reguł. O tym, czy reguła została zastosowana poprawnie, może rozstrzygnąć jedynie społeczna praktyka. Kartezjusz zakładał, że nawet jeśli jego myśli są niekoniecznie nietrafne, to niechybnie zna ich treść. Czy rzeczywiście?
Znasz zapewne taką sytuację. Powiesz coś, co się słuchaczowi nie spodobało. „Ależ nie to miałem na myśli” — tłumaczysz się. „Ale przecież dokładnie to powiedziałeś” — słyszysz w odpowiedzi. Rozumiesz? Możesz myśleć, że myślisz co innego, niż rzeczywiście myślisz. Treść własnych myśli możesz rozpoznać tylko w konfrontacji z innym umysłem. Poza praktyką społeczną twoje myśli są chwiejne. Nie wiadomo, co znaczą, jakie są ich logiczne konsekwencje. A zatem nie ma umysłu bez innego umysłu.
Parafrazując znane powiedzenie o szympansach, można rzec: jeden umysł to nie jest żaden umysł. Mutatis mutandis jeden uczony to nie jest żaden uczony. To jest koniec artykułu. Artykułu, który warto przemyśleć. Ja wiem, że podany w takiej szybkiej formie, jak ja to zrobiłem, on miejscami może być nieczytelny. Tradycyjnie namawiam przy co trudniejszych tekstach, żeby przesłuchać je ponownie, a może ponownie i ponownie. W tym tekście jest cała masa odnośników, cała masa refleksji, które wychodzą przy drugim, a może i trzecim czytaniu. Sam się o tym przekonałem. On tylko pozornie jest bardzo prosty. A chwilami z kolei bardzo nieprzejrzysty.
Jedno i drugie jest złudzeniem. Ten tekst jest bardzo logiczny, ale czasami trzeba dać sobie szansę. Trzeba go posłuchać raz jeszcze. A może warto uzupełnić tę lekturę chociażby fragmentami „Rozprawy o metodzie” Kartezjusza? Może warto. Przypomnę tylko, że tekst, który państwu przeczytałem, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj!” w zeszłym roku, w numerze czwartym i był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tytuł tekstu, który mieliście państwo okazję wysłuchać, to „Uczony z bezludnej wyspy”. Autor: prof. Adam Grobler. No cóż, proszę państwa, korepetycje filozoficzne za nami.
Czas na tajemnicę. Czas na audycję, którą zaczerpnąłem ze swojego kanału „Wehikuł Wyobraźni”. Mowa dzisiaj będzie o tajemniczym ciele niebieskim, ale i o literaturze. Stąd tytuł: „Lovecraft i Pluton”. Co mistrz horroru, mistrz grozy ma wspólnego z najdalszą planetą, a właściwie już dzisiaj nie planetą, tylko planetą karłowatą Pluton? Posłuchajcie państwo. Ja tradycyjnie zachęcam i zapraszam na kanał „Wehikuł Wyobraźni”. A dzisiaj „Wehikuł Wyobraźni” gościnnie w „Bibliotekarium 2.0”. Zapraszam na przygodę i lot w kierunku granic Układu Słonecznego. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale „Wehikuł Wyobraźni”.
A dzisiaj zapraszam do bardzo odległej podróży. Zacznijmy od pewnego cytatu. Otóż były to różowe twory długości około pięciu stóp, budową ciała przypominające skorupiaki, zaopatrzone w kilka par przegubowych kończyn. Na grzbiecie miały parę potężnych płetw czy błoniastych skrzydeł. Tam zaś, gdzie powinna znajdować się głowa, miały tylko poskręcaną eliptyczną odrośl pokrytą mrowiem króciutkich czułków. Jeśli ktoś jest miłośnikiem prozy Howarda Philipsa Lovecrafta albo chociaż sympatyzuje z jego opowieściami grozy, zapewne już rozpoznał w powyższym cytacie fragment opowiadania „Szepczący w ciemności” w tłumaczeniu Macieja Płazy. A kogo opisuje w owym fragmencie mistrz grozy? Otóż przedstawia istoty nazywane Mi-Go. Mi-Go znane były również jako zewnętrzne istoty, grzyby z Yogoth. To w opowiadaniu „Szepczący w ciemności” z sierpnia 1931 roku.
Nazywano je także pomiotem z Yogoth, starszymi istotami z Yogoth. To z kolei w opowiadaniu „Z bezmiaru eonów”, kwiecień 1935. Używano też nazwy skorupiaki z Yogoth, a to z kolei w opowiadaniu „Poprzez bramy srebrnego klucza”, lipiec 1934 roku. A kim byli owi Mi-Go? To fikcyjna rasa pozaziemska stworzona przez Lovecrafta i przedstawiona również przez innych autorów kontynuujących dzieło mistrza w tak zwanych mitach Cthulhu. Słowo Mi-Go pochodzi ponoć od „migo”, tybetańskiego słowa oznaczającego yeti. Rasa Mi-Go jest formą życia powstałą z grzybów, która w żadnym wypadku nie przypomina yeti. Osobniki dostrzeżone przez Akeleya, postać z opowiadania „Szepczący w ciemności”, wyglądają jak uskrzydlone humanoidalne kraby. Tak jak mówiłem, Mi-Go zostały po raz pierwszy ukazane w opowiadaniu „Szepczący w ciemności”, ale wszystko wskazuje na to, iż jest to rozwinięcie dużo wcześniejszych pomysłów Lovecrafta. Konkretnie pomysłów ze zbioru 36 dosyć niesamowitych sonetów, który nosił tytuł „Grzyby z Yogoth”.
Pozycja ta wydana była w 1929 roku i tam mistrz opisywał obcą roślinność występującą w krainach snów. Podsumowując, Mi-Go są różowawymi, grzybowymi, skorupiakopodobnymi stworzeniami wielkości około półtora metra. Mają kilka par przegubowych kończyn, a w miejscu głowy pojawia się zwinięta elipsoda złożona z piramidowych, mięsistych pierścieni pokrytych czułkami. Niektóre z owych istot dysponują parą membranicznych, podobnych do nietoperza skrzydeł. Których używają do lotu przez kosmiczny eter. Skrzydła te nie działają natomiast zbyt dobrze w ziemskiej atmosferze. Istoty Mi-Go nie mogą zostać sfotografowane z użyciem filmu fotograficznego, ponieważ elektrony w ich ciałach drgają z inną częstotliwością niż te występujące na Ziemi. Konieczne jest użycie specjalnej emulsji. Mi-Go potrafią zawieszać swoje funkcje życiowe do czasu, kiedy zostaną ogrzane przez słońce lub inne źródło ciepła. Są w stanie transportować przedstawicieli naszego ludzkiego gatunku z Ziemi na Plutona lub nawet dalej, a potem z powrotem.
Jest to możliwe dzięki usunięciu żywego mózgu człowieka i zastąpieniu go mózgowym cylindrem, który można podłączyć do zewnętrznych urządzeń, aby umożliwić widzenie, słyszenie oraz mówienie. Mi-Go komunikują się za pomocą brzęczącego dźwięku, jednak potrafią też imitować ludzką mowę. Nie brzmi ona jednak zbyt autentycznie i słychać w niej wyraźne brzęczenie. Zamiast krwi czy innego płynu fizjologicznego Mi-Go mają śmierdzącą zieloną maź. System moralny tych tajemniczych istot jest kompletnie obcy systemowi ludzkiemu, co sprawia, że mieszkańcy Ziemi uznają Mi-Go za istoty nieprzyjazne i agresywne. Skąd ten przydługi literacki wstęp? Z całej historii Mi-Go najbardziej zainteresował mnie ów fragment o Plutonie. Okazuje się, że fantazja Lovecrafta kazała mu wspomnieć o miejscu tak nieprzyjaznym dla życia, jak dawna dziewiąta planeta Układu Słonecznego. Nieprzyjaznym. Tak się wydawało.
Okazuje się bowiem, że Pluton od niedawna, ale Pluton zaczął być podejrzewany o nosicielstwo. Tak, tak, o nosicielstwo życia. Jednak zanim o tym nosicielstwie, odrobina historii. Clyde Tombaugh lubił spoglądać w gwiazdy. Bo czym bardziej atrakcyjnym miałby się zająć żyjąc na wsi w amerykańskim stanie Illinois na początku XX wieku? Mógł pracować na farmie, ale to akurat niespecjalnie go kręciło. Na szczęście miał wyrozumiałego ojca, który nie tylko nie żywił większych pretensji o owo gapienie się na nocne niebo, ale pomagał synowi rozwijać hobby. Gdy dziewiętnastolatek postanowił zbudować teleskop, ojciec podjął drugą pracę, aby marzenie stało się realem. Obserwacje, których chłopak dokonał, okazały się na tyle ciekawe, że trzy lata później został on zatrudniony jako astronom w obserwatorium założonym przez Percivala Lowella. Tego, który zasłynął obserwacjami kanałów na Marsie oraz tak zwanych szprych na Wenus.
Wprawdzie w momencie zatrudnienia naszego młodzieńca Lowell nie żył już od trzynastu lat, ale obserwatorium kontynuowało jego prace nad czymś, co stało się w pewnym momencie obsesją Lowella. Poszukiwaniami planety X, a więc hipotetycznego globu, który miał się znajdować gdzieś za orbitą Neptuna. Zadanie Tombaugha polegało na fotografowaniu co noc maleńkiego fragmentu nocnego nieba, a potem poszukiwanie na kliszach świateł, które zmieniały swoje położenie. Już po dziesięciu miesiącach pracy, w lutym 1930 roku młody astronom znalazł nową planetę, pierwszą odkrytą od 1846 roku. W tekście Wojciecha Brzezińskiego „Życie w Układzie Słonecznym. Pluton oazy w mroku” zamieszczonym w Tygodniku Powszechnym czytamy: „Nazwę dla nowego obiektu zaproponowała jedenastoletnia dziewczynka, Venetia Burney, wnuczka bibliotekarza z Uniwersytetu Oksfordzkiego. Gdy dziadek przeczytał jej artykuł o odkryciu, Burney stwierdziła, że odległy, mroczny świat powinien otrzymać imię rzymskiego boga zaświatów. Propozycja przesłana telegramem do laboratorium została jednogłośnie przyjęta przez astronomów, a imię Plutona szybko trafiło do popkultury. Już kilka miesięcy później na cześć planety Walt Disney nadał imię Pluto kreskówkowemu psu. Co ciekawe, brat dziadka Burney pięćdziesiąt lat wcześniej zaproponował nazwy nowo odkrytych wtedy księżyców Marsa, Fobosa i Deimosa.
O ile odkrycie nowego świata było jednak sensacją, o tyle sam obiekt wydawał się stosunkowo mało porywający. Magazyn Time podkreślał w notatce o odkryciu, że obiekt położony pięćdziesiąt razy dalej od Słońca niż Ziemia- Cytuję: „Dostaje tak mało ciepła, że większość ziemskich substancji byłaby na nim zamarznięta na kość lub przyjęłaby postać gęstej galarety”. Koniec cytatu. W 2006 roku za sprawą Międzynarodowej Unii Astronomicznej Pluton stracił status planety, ale krok ten nie odarł obiektu z tajemnic, którymi jest owiany, a wciąż pozostaje jednym z najmniej zbadanych obiektów Układu Słonecznego. Dlaczego pozbawiono Plutona zaszczytnego tytułu planety? Astronomowie doszli do wniosku, że jest zbyt mały, niepozorny. Większą masę od niego mają chociażby niektóre naturalne satelity planet Układu Słonecznego, takie jak nasz Księżyc, Kalisto, Europa, Io, Ganimedes, Tytan, Tryton. Obecnie Plutona zalicza się do grupy tak zwanych obiektów transneptunowych. Planetę obiega co najmniej pięć księżyców. Jeden z nich, Charon, ma średnicę tylko o połowę mniejszą od Plutona.
Wiadomość radiowa z Plutona wędrowałaby na Ziemię średnio cztery i pół godziny. Za moment powiem o tym nieco więcej. Rok plutoński trwa 248 ziemskich lat, a ponieważ Pluton porusza się po orbicie eliptycznej, która przecina się z orbitą Neptuna na około 20 lat, to są takie chwile, gdy Pluton znajduje się stosunkowo blisko Ziemi. W kosmicznej skali oczywiście. Zatem wówczas komunikaty docierałyby na naszą błękitną planetę po mniej niż czterech godzinach. Natomiast gdy planeta karłowata znajdowałaby się w najdalszym punkcie orbity, to wiadomości wędrowałyby na Ziemię ponad sześć i pół godziny. Jeden dzień na Plutonie trwa 6,4 dnia ziemskiego. Słońce w południe wygląda jak Jowisz na Ziemi. Słowem taka nieco większa gwiazdka, z tym że znacznie bardziej jasna. Grawitacja na Plutonie jest 15 razy słabsza od ziemskiej.
W praktyce oznacza to, że jeśli na Ziemi ktoś ważyłby 80 kilo, to na Plutonie byłoby to zaledwie 5,2 kilograma. Na planecie panują spore mrozy. Eufemizm taki. W zależności od miejsca na orbicie temperatury wahają się od -223 stopni Celsjusza do -233 stopni Celsjusza. Gdy Pluton znajduje się bliżej Słońca, lód na powierzchni planety karłowatej ulega przemianie, tak zwanej sublimacji w gaz. W wyniku tego tworzy cienką warstwę atmosfery. Według modeli symulowanych w komputerach, w atmosferze tej powstają wiatry, których prędkość dochodzi do 362 kilometrów na godzinę. Atmosfera Plutona zanika, gdy obiekt jest najdalej od Słońca, gdyż gaz ponownie przemienia się w lód. Pluton ma średnicę 2370 kilometrów. To jest około jednej piątej średnicy Ziemi.
Na powierzchni ciała niebieskiego znajdują się góry sięgające trzy i pół tysiąca metrów. Góry, które mogły utworzyć się na podłożu skalno-lodowym. Powierzchnię Plutona w znacznej części pokrywają metan i lód azotowy o grubości dochodzącej do około 10 kilometrów. Jeśli chodzi o księżyc Plutona, czyli o Charona, na stronie Gizmaniak.pl wyczytałem, cytuję: „Pluton i jego największy księżyc Charon są zawsze zwrócone ku sobie tymi samymi stronami, bo okres obrotu jednego z nich wokół własnej osi jest równy okresowi obiegu wokół drugiego ciała, tak zwany obrót synchroniczny. Z powierzchni Plutona Charon wydaje się całkiem spory. Aby dobrze to zobrazować, po raz kolejny warto podeprzeć się ziemską analogią. Tarczę Księżyca obserwowanego z Ziemi można zasłonić wyciągniętym kciukiem. Do zakrycia tarczy Charona z powierzchni Plutona konieczne byłoby użycie całej pięści. Pozostałe duże księżyce Plutona, Nix i Hydra, także byłyby widoczne gołym okiem. Dodam tylko, że są jeszcze przynajmniej dwa księżyce, Kerberos i Styks, odkryte w 2011 i 2012 roku, które mają promienie około 600-kilometrowe”.
Koniec cytatu. Przez lata Pluton kojarzył się ze wszystkim, ale nie z życiem. Okazuje się jednak, że to wszystko do czasu. Kiedy myślimy o pozaziemskich formach życia w naszym Układzie Słonecznym, wszyscy skupiają się przede wszystkim na planecie Mars, ewentualnie na księżycu Jowisza, Europie. Są też inni kandydaci, ale o nich przy innej okazji. Tymczasem coraz częściej mówi się, iż obce życie mogło powstać znacznie, ale to znacznie dalej, wręcz na obrzeżach Układu Słonecznego. I jak się państwo już zapewne domyślają Jako kandydat na kolebkę obcego życia wskazywany jest Pluton. Niektórzy badacze zwracają uwagę na możliwość istnienia płynnego oceanu pod lodową powierzchnią tej planety. Przepraszam, planety karłowatej. Istnienie wody w postaci płynnej mogłoby oznaczać, iż prawdopodobne byłoby, iż mogło rozwinąć się tam życie.
Oczywiście nie w takiej formie, w jakiej je znamy. Jak podaje Laura Meissner z IFL Science w tekście dostępnym na stronie Astronet.pl, profesor William McKinnon z Uniwersytetu w St. Louis, który jest współautorem dwóch prac badawczych opublikowanych w czasopiśmie „Nature”, twierdzi, że lepki ocean planety karłowatej mogą zamieszkiwać mikroorganizmy. Plutoński ocean mógłby mieć 80 kilometrów głębokości i 950 kilometrów średnicy. Miałby powstać pod słynnym obszarem przypominającym kształtem serce, a powstać miałby w wyniku zderzenia, które utworzyło na planecie karłowatej wielką wolną przestrzeń, która z czasem napełniła się cieczą. Gdyby chodziło o wodę, to ta zamarzłaby błyskawicznie. Toteż zawartość owego zbiornika musiałaby mieć inny, zdecydowanie inny skład chemiczny. Tyle naukowcy. Ale warto pamiętać, że wszystko, co przed chwilą powiedziałem, jest jedynie rezultatem wnioskowania, a nie wynikiem jakichkolwiek bezpośrednich badań. Aby potwierdzić istnienie zbiornika cieczy, potrzebne byłyby pomiary grawitacyjne lub radarowe, a to może zostać osiągnięte jedynie dzięki przyszłej misji na Plutona.
Misji, która będzie kontynuowała badania rozpoczęte przez sondę New Horizons. Według profesora McKinnona ocean, jeśli istnieje, jest zapewne wypełniony zimną, słoną oraz bogatą w amoniak substancją o konsystencji zbliżonej do syropu. Sonda New Horizons wykryła amoniak na dużym księżycu Plutona, Charonie, a także na jednym z jego mniejszych księżyców. I stąd wniosek, że znajduje się on prawdopodobnie również wewnątrz planety. Stworzenia, które mogłyby zamieszkiwać ów zbiornik, byłyby prawdopodobnie zupełnie inne od tych dobrze nam znanych. McKinnon zauważa, cytuję: „Życie jest w stanie znieść wiele rzeczy, dużą ilość soli, skrajne temperatury i tym podobne, lecz nie sądzę, aby mogło poradzić sobie z taką ilością amoniaku, jakiej Pluton potrzebuje, żeby zapobiec zamarznięciu oceanu. Amoniak jest idealny przeciwko zamarzaniu. To nie jest jednak odpowiednie miejsce dla drobnoustrojów ani tym bardziej dla ryb, kalmarów i innych organizmów, które znamy. Jednak, podobnie jak w przypadku mórz metanu na Tytanie, głównym księżycu Saturna, rodzi się pytanie, czy w zimnej, egzotycznej cieczy mogłyby istnieć całkiem nowe formy życia”. Koniec cytatu.
Wróćmy jeszcze do budowy Plutona. W tekście Joanny Sosnowskiej, napisanym na podstawie Discovery Science, a zatytułowanym „Naukowcy: Pluton jest zupełnie inny, niż się spodziewaliśmy. Może tam istnieć życie” czytamy: „Zdjęcia wysłane przez sondę New Horizons w 2015 roku z Plutona zaskoczyły naukowców. Okazało się, że Pluton nie jest wcale jedną wielką górą lodu. Oczywiście lód występuje tam w dużych ilościach, ale są też oceany zamarzniętego azotu i wulkany, także zamarznięte, wyrzucające amoniak i azot. Specjaliści przypuszczają, że to właśnie w głębinach plutońskich oceanów może istnieć życie”. Koniec cytatu. Ale przytoczmy jeszcze jeden materiał dotyczący Plutona. Michał Bejger na stronie Deltami.edu.pl napisał: „Jest możliwe, że niepozorny Pluton ukrywa pod swoją powierzchnią wodny ocean. Podobnie przypuszcza się w przypadku Tytana, Europy i księżyca Saturna, Enceladusa.
W odróżnieniu od księżyców dużych planet, wnętrze Plutona nie jest rozgrzewane oddziaływaniami pływowymi, ale najprawdopodobniej resztkową radioaktywnością. Dostęp do źródeł energii oraz dostatek prostych związków materii organicznej jest silną przesłanką do twierdzenia, że nawet na Plutonie mogą wystąpić warunki sprzyjające powstaniu życia”. Koniec cytatu. Zafunduję Państwu jeszcze jeden cytat z polskiego czasopisma „Urania”. Część informacji się powtarza, ale to chyba nie stanowi problemu. Po prostu bardziej się utrwalą i Państwu, i mnie. Tekst zatytułowany „Nie taki Pluton pusty” powstał na podstawie artykułu z „Nature”. Cytuję: „Pluton jest jednym z ostatnich miejsc, o których myśli się, że mogą kryć w sobie życie. Mimo to naukowcy przypuszczają, że w oceanie pod jego powierzchnią mogą potencjalnie istnieć proste organizmy. Takie odkrycie zmusiłoby nas do zmiany definicji tak zwanej sfery życia.
Koniec cytatu. Najnowsze badania bazujące na wnioskach z teoretycznych modeli naukowych oraz danych z misji New Horizons wskazują na możliwość istnienia niewielkiego oceanu pod powierzchnią Plutona. Naukowcy przypuszczają, że może on znajdować się pod lodem pokrywającym sputnik Planitia, okrągłą lodową równinę w zachodniej części sławnego lodowego serca na Plutonie. To właśnie jej niezwykłe położenie jest skierowane w stronę największego księżyca Plutona, Charona, które jest wynikiem reorientacji planety. Jest również jednym z głównych dowodów popierających tezę o podpowierzchniowym oceanie. W artykule opublikowanym w przywoływanym już kilkukrotnie czasopiśmie Nature naukowcy z Lunar Planetary Laboratory Uniwersytetu w Arizonie są przekonani, że ocean na Plutonie jest na wpół zamarznięty. Jego temperatura umożliwia rozwój życia, co potwierdzają bakterie, grzyby i algi, które na Ziemi są w stanie przetrwać pod pokrywami lodowymi w temperaturze nawet -50 stopni Celsjusza. Z drugiej strony badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego Santa Cruz utrzymują, że jeśli hipotetyczny ocean znajduje się pod lodem sputnik Planitia, będzie on prawdopodobnie zawierał duże ilości amoniaku. Woda zmieszana z amoniakiem może pozostać w stanie ciekłym w dużo niższych temperaturach niż woda czysta. Naukowcy szacują, że w takim przypadku ocean miałby temperaturę około -73 stopni Celsjusza i stężenie amoniaku na poziomie około 25%.
Taki ocean miałby też gęstszą konsystencję, a takie stężenie amoniaku uniemożliwiałoby powstanie jakichkolwiek bardziej złożonych form życia. Przynajmniej takiego życia, jakie znamy. Dane otrzymane z sondy New Horizons potwierdzają obecność amoniaku na Charonie i mniejszych księżycach Plutona. Dlatego też naukowcy zakładają, że to amoniak mógłby być substancją współtworzącą ocean, a nie na przykład metanol, który teoretycznie dawałby podobny efekt. Jeśli taki ocean rzeczywiście istnieje, to fakt występowania wody w stanie ciekłym, nawet z obecnością dużych ilości amoniaku, zmusza nas do postawienia pytań, które byłyby uznane za niedorzeczne jeszcze przed misją New Horizons. Mogłoby to również oznaczać, że inne obiekty w pasie Kuipera także mogą mieć pod powierzchnią oceany składające się z wody lub innych, bardziej niezwykłych substancji. Na koniec przeczytam Państwu fragment tekstu autorstwa Jana Sochaczewskiego zamieszczonego na stronie Focus.pl. W nieco innym świetle pokazuje on możliwą ewolucję Plutona oraz istnienie wody na jego powierzchni. Według tej koncepcji głównym motorem powstania warunków dogodnych do życia nie miałoby być promieniowanie radioaktywne, ale czynniki zupełnie innej natury. Cytuję: „Nowe badanie na temat podziemnego oceanu na tej karłowatej planecie przekonuje, że pod jej lodową skorupą woda miałaby się znajdować o 500 milionów lat dłużej niż oceany na Ziemi, czyli od 4,5 miliarda lat.
Astrofizycy zmienili zdanie co do sposobu, w jaki woda w tym oceanie się znalazła”. Koniec cytatu. Pluton zaczynał prawdopodobnie swoje istnienie jako ciepły glob, twierdzą autorzy w czasopiśmie Nature Geoscience. Był wystarczająco ciepły, by na powierzchni uformowała się woda w stanie płynnym. To nowe podejście znacząco różni się od panującego przez lata myślenia, że Pluton zawsze był mało gościnny, a woda w podziemnym oceanie wytopiła się na skutek ciepła związanego z rozpadem radioaktywnym pierwiastków w skałach. Cytuję dalej tekst Jana Sochaczewskiego z Focus.pl: „Nowa koncepcja nie eliminuje procesu związanego z radioaktywnym rozpadem, ale jako główne źródło ciepła wskazuje efekt uderzeń asteroidów i mniejszych skał. Etap bombardowania wpływający nawet na jądro Plutona miał wedle autorów opracowania trwać 30 000 lat”. Czytam na Eureka Alert: „Spękania skorupy płaszcza karłowatej planety są na tyle charakterystyczne, że bez trudu dostrzeżono w nich efekt zmian ciśnienia i ruchu wewnątrz na skutek rozszerzania się i zamarzania wody. Nawet tak daleko od Słońca, w tym zimnym środowisku wszystkie te światy mogły powstać szybko i wystarczająco długo pozostawać ciepłe, by mieć płynne oceany” przekonuje astronom Carver Bierson z California University w Santa Cruz. Dlaczego teoria o zimnych narodzinach i radioaktywnym wytapianiu nie jest możliwa?
Nowe badanie sugeruje, że przy takim scenariuszu, gdyby woda wytapiała się w środku, Pluton skurczyłby się I na jego powierzchni widoczne byłyby ślady kompresji. W alternatywnej wersji, czyli scenariuszu zakładającym ciepłe narodziny po zamarznięciu wraz z zamarzaniem wody, ślady na powierzchni powinny wskazywać raczej na rozszerzanie się. Widzimy dużo śladów rozszerzania się, ale żadnych dowodów na kompresję, mówi Bearson. Nie wiem, czy państwo to pamiętacie. Lata temu pojawiła się piosenka zespołu Kombi. Po pierwszej bitwie wstało słońce barwy piachu. Laserem miasta wypalone aż na proch. Kto winien jest, że doszło dziś do tego krachu? Kto winien jest, że ludzkość zgasła niby szron? Inwazja śmierci z Plutona na cel wzięła planetę zieloną.
Inwazja śmierci z Plutona, inwazja śmierci z Plutona i tak dalej. Cytat jest jak najbardziej à propos dzisiejszego tematu, bo przecież o Plutonie, ale jest à propos z jeszcze jednego powodu. Powodu, o którym za chwilę powiem. Kiedy myślimy o owym życiu na Plutonie, teoretycznym życiu, to odruchowo traktujemy go w kategoriach życia, który znamy, dokładniej podobnego do tego, które znamy. Tymczasem ja chciałbym namówić państwa do złamania zasad i kombinowania w zupełnie inny sposób. Skoro zgadzamy się, że życie, które powstałoby na Plutonie, byłoby zupełnie inne od tego, które znamy. Niektórzy twierdzą, że mimo to mogłoby nieco przypominać nasze ziemskie formy. Ale zostawmy te rozważania, bo to już kompletna teoria. Życie w środowisku o temperaturze minus kilkudziesięciu stopni Celsjusza z ogromnym stężeniem amoniaku i innych pierwiastków. Takie życie mogłoby nie tylko funkcjonować w zupełnie odmienny sposób, ale też inaczej odmierzać czas subiektywny.
Dlaczego tak mówię? Dlatego, że nic, kompletnie nic o nim nie wiemy. Naukowcy starają się wpasować owo plutońskie życie w system, który znają, ale my możemy pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa czy, żeby to zabrzmiało bardziej elegancko, fantazji. Skoro życie na Plutonie może być skrajnie inne od naszego, to może w owym podpowierzchniowym oceanie również ewolucja przebiegała inaczej. Może przebiegała szybciej. Wprawdzie kusi twierdzenie, że w niskiej temperaturze przebiegała raczej wolniej, ale to znowu daje o sobie znać ziemska perspektywa. Zatem może tam na Plutonie ewolucja przebiegała szybciej, może bardziej liniowo. Mówiąc krótko, może rozumne i kompletnie inne od naszego życie powstało tam, na granicach Układu Słonecznego. Może teraz owe dziwne istoty, tak dziwne jak chociażby te lovecraftowskie Migo obserwują nas. Może obserwowały nas od wieków?
Może na coś czekają? A może są tylko chłodnymi badaczami z zupełnie innym systemem wartości? Może owa cywilizacja jest tak stara, że jesteśmy dla niej jak małpy skaczące po drzewach? Przecież oni mogli być na naszym lub porównywalnym do naszego etapie rozwoju już miliard lat temu, a może nawet jeszcze wcześniej. To oczywiście tylko fantazja, ale jesteśmy ostatecznie w wehikule wyobraźni. Miejmy tylko nadzieję, że owi obcy z Plutona nie planują urzeczywistnić wizji z piosenki zespołu Kombi. I jeszcze jedna wizja, zaczerpnięta wprost od Wiktora Żwikiewicza. Zdaniem mojego mistrza wcale nie musi być tak, że życie na Plutonie ewoluowało w tamtejszych warunkach. A może to życie, które się tam zagnieździło, trwa tam, bo nie ma innego wyjścia? Bo na przykład przybyło z gwiazd, osiadło i już nie może stamtąd uciec.
Może to, co obserwujemy w postaci UFO, w postaci innych zjawisk, tak zwanych paranormalnych, to są emanacje owej istoty, owych istot uwięzionych na Plutonie. Emanacje, które mogą być materialne, ale może to są, i tu zacytuję Wiktora wprost, może to są sny owych obcych. Sny, które się materializują na naszych oczach. Zostawiam państwa z tą wizją, bo jak zwykle u Wiktora jest to wizja totalna, niezwykła, budząca, prowokująca rozmaite komentarze. A ja pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Przypominam o łapkach w górę i komentarzach pod filmem. Przypominam również o linkach do moich książek w opisie filmu. Za 15 złotych można nabyć drogą kupna ebook mojej powieści „Wojna cieni”, tom pierwszy lub drugi. Powieści dzieją się w tym samym uniwersum, ale stanowią odrębne całości, zatem można je czytać niezależnie, do czego gorąco państwa namawiam. No i jeszcze raz pięknie dziękuję.
Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam. Do usłyszenia. Mam nadzieję, że podobał się państwu wykład. A nie, to nie był wykład. Taka przypowiastka o Plutonie, o jego tajemnicach. O tym, że ta odległa planeta, której jeszcze do niedawna nikt o to nie podejrzewał, równie dobrze jak inne planety w naszym Układzie Słonecznym może być kolebką, może być miejscem, w którym narodziło się życie. Zapewne inne niż to nasze tu na Ziemi. Ale życie. Ostatecznie ludzkość, ludzie niesłychanie ekscytują się możliwością, że odkryją życie.
Niekoniecznie rozumne, niekoniecznie wysoko zorganizowane, ale jakieś inne życie niż to, które powstało na Ziemi. Zobaczymy. Proszę państwa, takich refleksji kosmologicznych, refleksji związanych z tym, co gdzieś tam daleko jest cała masa na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dlatego ponownie jeszcze raz zapraszam. Zapraszam, kanał Wehikuł Wyobraźni. A teraz po autoreklamie czas na Filmotekarium. Zaczynamy omówienie filmu, który mną wstrząsnął, ale o szczegółach to już w towarzystwie Piotra Cielebiasia. A zatem Filmotekarium. Czas zacząć. Dzień dobry wieczór.
Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:02:20] - Dzień dobry wieczór. Dziś opowiemy o filmie, który wzbudza niemałe emocje. Jest przedmiotem dyskusji i był przedmiotem dyskusji, bo jest to ostatni film, w którym zagrał Maciej Damięcki. Film ten bije rekordy na jednym ze streamingów. On wypływa chyba teraz właśnie dzięki temu na szersze wody. Ja mam, Marku, z tym filmem ogromny problem i to nie przez fakt, że on jest zły. Z produkcjami polskimi bywa różnie. One u nas na Filmotekarium goszczą względnie nieczęsto. A dlaczego, to dobrze wiemy. Po prostu nie mamy o czym mówić.
U nas się nie kręci wielu horrorów, wielu filmów fantastycznych czy jakichś powiązanych z tymi gatunkami. Dlatego może powinniśmy być bardziej wyrozumiali. Zastanowimy się. „Ciszę nocną” oglądało się doskonale do pewnego momentu. Nie wiem, może, Marku, ty powiesz, jakie były twoje pierwsze wrażenia związane z tym filmem, a potem przejdziemy do paru słów, co się tam w tym filmie dzieje.
[01:03:37] - Ja też miałem jak najlepsze wrażenie, kiedy przez ten film sobie żeglowałem. To jest chyba dobre słowo, bo on toczy się niespiesznie. Jest w nim ciężka atmosfera. Zaraz powiem o tej atmosferze, bo ona z jednej strony jest horrorowa, chociaż można się zastanawiać. O tym za chwilę. Natomiast ja mam takie wrażenie, jestem głęboko przekonany, że to jest naprawdę znakomity film psychologiczny. I niestety, to pewno są preferencje reżyserskie, doklejony jest tam, moim zdaniem, wątek horrorowy, który się częściowo broni, ma pewne uzasadnienie, ale umówmy się, gdyby on był troszeczkę inny albo go by nie było w ogóle, to ten film i tak byłby dobry. To jest film o horrorze starości, o horrorze zbliżania się do kresu życia i takim momencie zrozumienia, że już nikt nas do niczego nie potrzebuje. Chociaż czujemy, że jesteśmy tacy, jak byliśmy wiele lat temu, że jest w nas potencjał. Nikt tego potencjału nie chce, nie potrzebuje.
Co więcej, on jest przeszkodą. On jest zbędny. On drażni innych, staje na przeszkodzie i tak dalej. I to jest w tym filmie naprawdę porażające. I to jest film, który tą tematyką naprawdę jest w stanie rozwałkować widza. Bo główny bohater, którego gra Maciej Damięcki, gra głównego bohatera bardzo oszczędnie. Oszczędnie, jeśli chodzi o środki wyrazu. Gra jakby samego siebie, bo główny bohater jest byłym aktorem, aktorem teatralnym grającym wielkie role, ale już starzejącym się. Już syn go nie potrzebuje. Odwożą go do domu pomocy społecznej na chwilę, jak zapewniają.
Na trochę, muszą zrobić remont, bo dziecko w drodze. I wiesz, tatusiu, pobędziesz tu trochę, a później cię zabierzemy. Sam Damięcki, znaczy postać, którą gra Damięcki, mówi o tym: jak ja później będę żył w tych luksusach? Sam siebie oszukuje, że on jeszcze kiedyś tam wróci do domu, do swoich dzieci, ale gdzieś podświadomie czuje, że nie wróci. I ja nie będę państwu dalej opowiadał, jak wygląda taki dom pomocy społecznej. Dom starców, powiedzmy sobie to tak, jak się nie powinno podobno mówić, ale to jest adekwatna nazwa. Gdzie co jakiś czas ktoś umiera, bo to takie miejsce, w którym od czasu do czasu zdarza się taki wypadek. Niespodziewany, jak zawsze. Niespodziewany, w którym nawiązują się pewne przyjaźnie, ale to są przyjaźnie, co do których każdy czuje, że one są za późno. One są spóźnione o wiele lat.
Być może gdyby zostały zawiązane 30 lat wcześniej, to miałyby jakąś wartość, a teraz są sposobem na dotrwanie, dokulanie się gdzieś do końca. I to jest naprawdę w tym filmie przejmujące, bo to jest dobrze zrobiony film w tej warstwie. Dobrze zrobiony, bo naprawdę człowiek zaczyna przejmować się losem bohaterów. To jest pewno też zasługa znakomitej obsady aktorskiej, bo oprócz Macieja Damięckiego mamy Zdzisława Wardejna, który wymiata. Jest też Włodzimierz Press. Kto nie pamięta albo nie kojarzy nazwiska, bo aktor ostatnio rzadziej występuje w kinie, więc Grigorij z „Czterech pancernych”. Jest Anna Nehrebecka. Naprawdę świetnie grane role, przekonujące, nie papierowe i cały film naprawdę jest dobry. Tylko doklejono do niego wątek horrorowy. Czy on się broni?
Ja już na początku trochę się wahałem, bo on jest troszeczkę wbudowany w narrację i w opowieść tego filmu. Jest w stanie się wybronić, chociaż do końca, słyszeliście państwo, ja twierdzę, że on nie jest konieczny w tym filmie. Ale dobrze, niech jest. Niestety ten wątek horrorowy ciągnie ten film w dół, ponieważ jak to jest z efektami specjalnymi w kinie polskim, to państwo mniej więcej się orientujecie. I te potwory z piwnicy, a może niekoniecznie z piwnicy, może ze snu, bo to jest film miejscami dosyć oniryczny, ale te potwory taki uśmiech wzbudzają, przynajmniej we mnie, a myślę, że nie tylko we mnie. I te dwie części filmu to nie jest w sensie formalnym dwie części, że jest pierwsza i druga, tylko one się zazębiają ze sobą. Te dwie części filmu jakoś nie współgrają ze sobą. Świetny film psychologiczny. On sam w sobie jest horrorem. Gdyby tych potworów nie było, to byłby taki metafizyczny horror o umieraniu, o tym, że śmierć jest właśnie horrorem.
Droga ku śmierci jest horrorem i to takim horrorem beznadziejnym, z którego się nie można wyrwać. Nie ma takiej sytuacji jak w klasycznym horrorze, że główny bohater, główna bohaterka są w stanie ocalić samych siebie w jakiś sposób. Tu droga jest w jedną stronę, nie ma ocalenia, jest tylko przedłużanie egzystencji i wmawianie sobie, że to jeszcze nie teraz, że to jeszcze daleko, że to się może nie stanie. Chociaż wszyscy wiedzą, że stanie się i że to będzie tak jak zawsze, bo zawsze tak jest. Dla mnie to był film przejmujący i niestety miał doklejoną warstwę horrorową, nad czym boleję. Chociaż w gruncie rzeczy przecież rozmawiamy w Filmotekarium właśnie o horrorach, więc się powinienem cieszyć. Tu cieszę się w sposób umiarkowany.
[01:10:32] - To ja może, żeby nie stracić wątku, odniosę się do tej doklejonej warstwy horrorowej, bo one są dwie. Pierwsza tyczy się doświadczeń pana Lucjana, czyli tego bohatera granego przez Macieja Damięckiego, który ma jakieś paranormalne zdolności, nabywa tych zdolności w tym budynku. I to jest jedna część tego. On po prostu ma sny i w tych snach przedstawia mu się w mętnej wodzie oblicze osoby, która umrze jako następna z tych pensjonariuszy. I to jest okej, natomiast to idzie jeszcze dalej. O tym za chwilkę. Wrócę może na chwilę do samej instytucji, tego domu seniora, tak to nazwijmy. I tutaj jeżeli ktoś jest jako tako zorientowany w temacie, to wie, że to nie do końca tak wygląda zawsze, bo u nas te domy dzielą się na takie bardziej luksusowe i na takie, gdzie się trafia z przydziału. Tutaj, jak się domyślam, jest to pobyt opłacony, dlatego mamy trochę wyższy standard w tym domu. Ja się zawsze doszukuję jakichś nawiązań do rzeczywistości, bo to się dzieje w Polsce, w realnym świecie.
Takie mamy wrażenie, o tym nam mówią twórcy. I to jest bardzo klimatyczne miejsce. To jest też miejsce zabytkowe. To jest miejsce, gdzie rzeczywiście są ludzie w różnym wieku. I możemy sobie zadać pytanie, na przykład patrząc na Annę Nehrebecką czy Zdzisława Wardejna, którzy prezentują się dobrze, są w dobrej formie, czy tacy ludzie w ogóle trafiliby do takiego domu? Powiem wam, że z wielu historii, które poznałem, tak. Są osoby, które na przykład dobrowolnie w pewnym wieku, nawet takim, który się nie kojarzy ze starością, przychodzą do tego typu ośrodków tylko po to, żeby mieć spokój, bo są tego świadomi, że decydują się na życie w czymś takim i tyle. Może to nie są częste przypadki, ale znam takie przypadki. Także tutaj mogło tak być. Co w tym filmie jest jeszcze godne uwagi?
Wspomniałeś o tych aktorach. Ja tutaj nie będę się powtarzał. Włodzimierz Press pojawia nam się kolejny raz w horrorze Dobrze go zobaczyć, dobrze się na niego patrzy. Jednak to cały czas jest Grigori. To widać. Jakbym powiedział, że niewiele się zmienił, to skłamię. I ten film pod kątem obyczajowo-dramatycznym właśnie się tak toczy, jak to Marek powiedział, że mamy konfrontację ze swoją niepotrzebnością tak naprawdę. Kiedyś chyba w "Nocach i dniach" padło takie stwierdzenie dotyczące kucharki, ochmistrzyni nieściców, która tak panoszyła się wszędzie i było pełno, a jak umarła, to padło takie stwierdzenie, że nawet nie było widać, że istniała. I z tym się chyba borykają ludzie w tym filmie i w rzeczywistości. Zdzisław Wardejn, który gra współlokatora, świetnie, jak zwykle chciałoby się powiedzieć.
Anna Nehrebecka również. Tam mamy aktorów też innych, starszych, także na nich też trzeba zwrócić uwagę, bo tam jest kilka ról takich, które są charakterystyczne, które są epizodyczne, ale budują jakoś nastrój tego filmu. I chyba taka najbardziej dramatyczna chwila, najbardziej moment przejmujący to ten, kiedy syn pana Lucjana przyjeżdża go odwiedzić. Pamiętajmy, że formalnie pan Lucjan ma tam być tylko tymczasowo, a on mu przywozi resztę rzeczy. Pan Lucjan znajduje tam smycz swojego psa, którego niestety też musiał oddać synowi przed zamieszkaniem w domu. Widzimy po twarzy Macieja Adamieckiego, co się w nim dzieje i to się ogląda świetnie. To jest przede wszystkim zasługa aktorów, o których mówiliśmy. Oni ratują ten film, bo też przywołują dobre wspomnienia z dobrego okresu polskiego kina. Niestety muszę powiedzieć, to jest jeden z tych filmów, kiedy to właśnie talent aktorów ratuje wizję reżysera. Nie jest w stanie tego zrobić do końca, ale jednak do pewnego stopnia ratuje.
Dlatego "Ciszę nocną" ogląda się dobrze do pewnego momentu, bo sam reżyser zaczął dorabiać do tego filmu jakieś, nie wiem, jak to nawet nazwać, alternatywne płaszczyzny czy jakieś dziwne ideologie, bo ja czytałem kilka jego wypowiedzi na ten temat i on na przykład mówi, że to jest dla niego film terapeutyczny, że to jest jakaś tam wizja. Ja nie wiem, Marku, mnie się wydaje, że film ma się dobrze oglądać, a jeżeli reżyser chce się leczyć, to niech idzie do doktora, bo to jest trochę przegięcie. W ten sposób zawsze w Polsce i nie tylko tłumaczą się ci, którym filmy nie wyszły. Było już wiele takich przypadków. Kiedy film był do D, to reżyser mówi: "Bo ja tu chciałem taki zabieg zastosować i coś tam mnie nie zrozumieli". Z wielką przykrością muszę powiedzieć, że ten film od pewnego momentu przemienia się w osobistą podróż głównego bohatera w głąb siebie, w swoją przeszłość. Bardzo dobrze, można powiedzieć, cudownie. O to chodzi w dramacie psychologicznym. Problem jest jak zwykle z wizualizacją i z przekazem, który ewidentnie przerasta reżysera, bo pan Lucjan trafia tak naprawdę w głąb siebie, ale też do jakiegoś świata fantastycznego. I tutaj raczej należy użyć słowa świata fantasy, gdzie mieszkają jakieś dziwne stworzenia.
Cudownie, można powiedzieć, przecież wreszcie doczekaliśmy się filmu, który dogania świat pod tym względem. Problem jest taki jednak, że ten świat fantastyczny i jego nieludzcy mieszkańcy są wygenerowani komputerowo. Okej, pal sześć, mogliby być. Tylko te stwory i potwory psują tą historię. To wszystko jest jakieś takie nierealistyczne. To wiadomo, że jest, bo to jest wygenerowane komputerowo. Natomiast ta historia się przestaje kleić. Nie ma tam sensu po prostu. My nie wiemy, po co to jest. My nie wiemy, po co są te wszystkie stwory, po co są te wszystkie zabiegi, sceny z tymi stworami, które mają jakiś swój wewnętrzny sens, bo widzimy, że tam jest zachowana ciągłość jakaś przyczynowa, ale nie wiemy, o co chodzi.
Wizualnie jest nawet okej, ale film traci sens. To tak, jakbyśmy oglądali coś i zapomniano nam powiedzieć, o co chodzi w zasadzie w tym filmie. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, jakim gatunkiem filmowym jest "Cisza nocna". Czy to jest dramat? Czy to jest horror psychologiczny? Czy to jest dramat fantasy albo baśń filmowa? Bartosz Kowalski, reżyser postanawia połączyć świat fantasy z głęboką symboliką jakąś, taką jak z "Wesela" Wyspiańskiego. I chyba on tylko sam rozumie, o co mu w pewnych momentach chodzi. Okej, wiecie jak to jest w kinie, szczególnie polskim. Ktoś zaraz powie mi tutaj: "On chciał coś powiedzieć.
On miał wizję i ty żeś nie zrozumiał, bo jesteś ograniczonym umysłowo prostakiem z kanału UFO Historie". Ale drodzy państwo, jak ja bym chciał w filmie rozwiązywać takie zagadki, co reżyser chciał powiedzieć, to ja bym zapisał się po raz drugi do liceum, żeby na języku polskim zgadywać, co chciał powiedzieć wieszcz, kiedy napisał coś innego. Dla mnie to się w ogóle mija z celem. To jest absolutnie niepotrzebne. Krzywdzi się Polaków, krzywdzi się dzieci w Polsce dopatrywaniem się drugiego dna w mrzonkach jakichś alkoholików i narkomanów, którymi byli polscy poeci niektórzy. Może za głęboko poleciałem, ale tak jest. Drugie dno to jest drugie dno. Ja się nie muszę domyślać w filmie, o co chodzi. Ja chcę wiedzieć. Chcę zauważyć, a nie chcę, żeby mi potem...
Nie muszę, żeby nie było, że szukam w internecie, o co panu Bartoszowi chodziło, kiedy Pokazał te stworki. To nie jest tak, że ja się znowu czepiam, ale ten film się składa z trzech części tak naprawdę: tej głównej, dramatyczno-obyczajowej, z elementu klasycznego horroru, kiedy pan Lucjan ma wizje i z elementu fantasy, który jest w ogóle nie wiadomo po co. Ja mam taką swoją teorię, która mówi, że to jest chyba prezentacja możliwości graficznych studia, które pomagało w opracowywaniu tej części filmu. Tylko że to się w ogóle nie połączyło. Dodatkowo, Marku, na poparcie tej hipotezy, która mówi o tym, że do tego filmu jest coś doklejone, mam też taki wniosek, taką uwagę, że w pewnych momentach mamy takie przebitki, że coś nam na przykład wychodzi z dziury, jakiś stwór nam wychodzi z dziury, jakieś ręce wychodzą z dziury. Po co? Czy to potwór jest? Czy to jest jakaś zmora? Czy to jest symboliczne wszystko? Nie otrzymujemy odpowiedzi.
Jest za dużo dobroci, która ten film ciągnie mocno w dół od mniej więcej początku drugiej połowy. Jeżeli to wszystko są jakieś symbole ukazujące zmaganie się z samotnością czy nawet koniecznością tego nieubłagalnego końca życia, to wszystko jest może nie wyolbrzymione, to wszystko tonie w jakimś natłoku scen, które nawet nie wiem, jaki mają sens. Ta finalna scena i ta przedostatnia, kiedy pan Lucjan mierzy się z takim potworem wyglądającym jak skrzyżowanie gąsienicy z... Nie wiem, z czym nawet. To coś ma wiele rąk i go próbuje złapać. O co w tym chodzi, jak nie o pokazanie możliwości graficznych studia, które to wykreowało? Bo jeżeli chodzi o wartość dodaną do tego filmu, to jest żadna, niestety.
[01:21:08] - A ja mam inną teorię. Według mnie reżyser filmu, a zarazem współautor scenariusza, Bartosz Kowalski, jest miłośnikiem horroru. Ja przypomnę, że polski slasher zatytułowany "W lesie dziś nie zaśnie nikt", to chyba tak się nazywało, to jest również jego dzieło. Już nie będę się wyzłośliwiał, ale na podstawie innych produkcji tego reżysera wniosek stawiam taki, że ten pan kocha gatunek horrorowy. Kocha go miłością niestety nieodwzajemnioną, bo zdaje się te produkcje, które wypuszcza, bywają przyjmowane różnie. I nawet kiedy poszedł w bardzo obiecującym kierunku, bo film, o którym dzisiaj mówimy, "Cisza nocna", to naprawdę to świetny film się zapowiadał po prostu. Mam wrażenie, że on po prostu musiał wstawić wątek taki umownie, powiedzmy, horrorowy czy wątek fantasy z elementami horroru i nawet być może zdawał sobie sprawę, a może sobie nie zdawał sprawy, tym gorzej, jeśli sobie nie zdawał sprawy, że to może filmowi zaszkodzić, to nie mógł się powstrzymać. A ja powtarzam, że nie żebym wygłaszał coś ex cathedra i żebym był najmądrzejszy na świecie. To jest mój punkt widzenia, że ten film byłby horrorem bez tego studia, które produkowało efekty specjalne. To i tak byłby film wstrząsający i ja państwa na ten film, pomimo wątku horrorowego, namawiam cały czas, bo wyjdziecie państwo wstrząśnięci z kina czy odejdziecie od telewizora wstrząśnięci tym wątkiem starości, tym wątkiem, tym, co nas wszystkich czeka.
Nieuchronne jest i ten powolny zanik sensu życia. Co więcej, nikt nie wyciąga ręki do tych ludzi, bo obsługa tego domu pomocy jest usłużna. Ona chce pomóc albo deklaruje chęć pomocy. Jedna z pań za 50 złotych, jak sobie to wszyscy przekazują, wszyscy panowie, za 50 złotych może pokazać, jak to ujmują w dialogu, może pokazać cycki. Więc ta usłużność i chęć pomocy jest wszechstronna niezwykle. Od lekarstw po jakieś też zajęcia kulturalno-oświatowe i tak dalej. Niby ta chęć pomocy jest, ale to jest wszystko na zasadzie takiej: mamy staruszków, trzeba im jakoś uprzyjemnić te ostatnie chwile. Nikt nie traktuje tych ludzi podmiotowo, że może oni w dalszym ciągu są w stanie coś tworzyć, coś przeżywać, czymś się pasjonować, że to są w dalszym ciągu ludzie. Ludzie, partnerzy, z którymi można toczyć dyskusje filozoficzne, a można też rozmawiać o demaryni. Nikt nie traktuje tych ludzi w owym domu jako prawdziwych ludzi.
To są po prostu starzy ludzie, a skoro są starzy, to już powinni znać swoje miejsce. A to miejsce jest przerażające, bo wyznacza się im miejsce takich przedmiotów do przestawiania. Pan sobie tu usiądzie, pan się przesunie, pan pójdzie spać, pan łyknie tabletkę. I wszystko. I to jest całe zainteresowanie, całe uczucie, wszystko, na co mogą ci starsi ludzie liczyć. Mogą też liczyć na siebie. I okazuje się, że czasami te przyjaźnie, chociaż spóźnione, mówiłem już o tym, one są taką ostatnią deską ratunku, którą ci staruszkowie bardzo chętnie chwytają. Ale my, oglądający ten film wiemy, że to jest tylko pozór, że za chwilę ktoś z tej grupy ubędzie i już nie będzie przyjaciela, nie będzie przyjaciółki, bo ubyła. Bo to jest takie miejsce, powtarzam, to jest takie miejsce, w którym co chwila kogoś ubywa. I naprawdę to jest przejmujący film, który państwu polecam.
A te wątki horrorowe? No cóż, przymknijcie państwo oczy, nie zwracajcie uwagi, bo one naprawdę niewiele wnoszą do całej tej historii. Moim zdaniem potwornej historii, uświadamiającej nam, że chyba jeśli jesteśmy młodsi, jeśli to nas nie dotyczy, to nie bardzo rozumiemy, o co tym staruszkom chodzi. Ciepło mają, czysto mają, jeść co mają. To o co im chodzi? A może po prostu o to, że czują się ludźmi. Jeśli nie patrzą w lustro, to w dalszym ciągu są dwudziestolatkami, może trzydziestolatkami tam wewnątrz, chociaż fizyczność już nie ta, ale oni dalej się tak czują. Tymczasem traktowani są jak piąte koło u wozu. I to nie z premedytacją. Ta obsługa niekoniecznie chce im zrobić przykrość.
Ta obsługa po prostu nie rozumie, że starość to nie jest coś, co piętnuje. To jest coś, co po prostu jest naturalną koleją rzeczy, ale człowiekowi niewiele ubywa wówczas. Widzicie państwo, że ja jestem tym filmem poruszony, bo autentycznie od dawna nie oglądałem filmu, który mówiłby do mnie coś, co jest ważne, co warto rozważyć, na czym warto się skupić. Dlatego ja reżyserowi tę jego fascynację horrorem, moim zdaniem nieudaną fascynację horrorem, daruję, bo pomimo tego, że strasznie w tym filmie namieszał, to i tak film wyszedł całkiem niezły. Do teraz nie wiem, czy to jest zasługa reżysera, czy to jest zasługa nieźle robionego filmowania. Po prostu operator był moim zdaniem też niezły. Czy też jest to zasługa aktorów, a może ich wszystkich? W każdym razie reżyser zrobił dużo, żeby ten film spierdzielić i nie udało mu się na szczęście.
[01:28:08] - Z polskimi filmami jest często tak, że z samej tej racji, iż przedstawiają naszą rzeczywistość, jesteśmy do nich nastawieni przychylniej niż do innych. Ja miałem tak wielokrotnie, kiedy oglądałem na przykład takie filmy, nie będę teraz wymieniał tytułów, które namieszały w polskiej kulturze, o których się dużo mówiło. I niestety muszę powiedzieć, ja to ujmę w ten sposób, że nawet jeżeli film jest fajny, to jest tylko fajny dlatego, że przedstawia naszą rzeczywistość. Są tam aktorzy, którzy zachowują się jak ludzie, których znamy albo że znamy takie postawy, znamy takie zachowania, znamy takie słownictwo. Natomiast gorzej jest z sensem i ze scenariuszem. Często niestety robi się z tego takie, nawet nie umiem tego nazwać, bo to przesymbolizowanie tego. Nie da się opowiedzieć w Polsce prostej historii. Zawsze trzeba dorobić jakąś ideologię albo pokazać rzeczy, które są absolutnie nierealistyczne, bo to się nie może skończyć normalnie, bo na końcu ktoś musi albo zostać prezydentem, albo musi na Księżyc lecieć i tak dalej. Ale dobrze, wróćmy do tej „Ciszy nocnej”. Ja tylko chciałbym przypomnieć słowa reżysera, który kiedyś powiedział, że ugryzienie horroru na poważnie byłoby niebezpieczne.
Może to jest wypowiedź lekko wyrwana z kontekstu, okej, ale przy okazji „Ciszy nocnej” podszedł do tego na poważnie. No i co? No i nie wyszło. Nie wyszło. Jak się podchodzi na poważnie, to ma wyjść, jak się podchodzi na niepoważnie? Nie wiem, gdyby nie doświadczeni aktorzy, gdyby nie aktorzy, których znamy, na których się dobrze patrzy, to byłaby kompletna klapa, Marku, dlatego, że ten film w wersji obyczajowo-dramatycznej jest wyjątkowo prosty i tylko Damięckiemu, Nachrybeckiej, Wardejnowi, Pressowi i tym, których nie wymieniłem, zawdzięczamy to, że to się dobrze ogląda, bo oni byliby w stanie nawet dobrze reklamówkę zagrać byle jaką czy jakąś banalną scenkę i by się to oglądało po prostu. To jak wiesz, jak się podchodzi do horroru na niepoważnie, to może po prostu trzeba sobie dać spokój. Szkoda pieniędzy i szkoda czasu. Reasumując, po raz trzeci mówię chyba albo czwarty, że ten film uratowali aktorzy weterani. Reżyser miał jakąś wizję, ale coś tam się nie pokleiło.
Jestem też ciekaw, czy „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, który był jednym z głupszych polskich filmów spółki, na której nie ma przecież wiele produkcji, czy ten film też był motywowany jakimiś wewnętrznymi wizjami i przemyśleniami reżysera? Tu jestem złośliwy wybitnie, ale takie mam wrażenie, że to, co miało straszyć w „Ciszy nocnej”, zostało przykryte efektami, scenami Które nie do końca wszystkich przekonają, bo to ani nie jest nowatorskie, ani nie jest wizjonerskie. Jest tak zrobione, żeby było. Niech teraz ktoś wytłumaczy, po co to wszystko. Owszem, zawsze można powiedzieć: "Bo tu jest głębsza symbolika jakaś, bo to coś symbolizuje." Ale powtarzam raz jeszcze, to jest film. Film ma przemawiać. On ma nie skłaniać do ekwilibrystycznych wyczynów umysłowych. On ma pokazywać prawdę. On ma pokazywać rzeczywistość, bo to jednak, jakby nie było, jest kino popularne. To nie jest kino artystyczne.
Jeżeli pan Bartosz K. chce robić kino artystyczne, to proszę bardzo, tam się można do woli wykazywać na tym polu, mówić o swoich wizjach, przeżyciach i tak dalej. Ale nie tu. Szkoda. Wielki plus za takie pożegnanie Macieja Damieckiego, aktora niewykorzystanego, moim zdaniem do końca. Aktora, który zawsze na ekranie był niesamowicie sympatyczny. Też niestety albo i stety, ale on był jednym z tych wielu wybitnych polskich aktorów, którzy byli mistrzami tła. To był chyba jeden z niewielu filmów, kiedy on grał główną rolę. Może tutaj się nie wykażę zbyt dużą wiedzą, ale pamiętam go w głównej roli w odcinku "Stawki większej niż życie" w genialnym planie pułkownika Krafta. Kiedy to było?
Ale już tam było widać, jaki jest w nim potencjał. Smutno się robi, kiedy sobie zdajemy sprawę, że tych aktorów, których pamiętamy, którzy są tak charakterystyczni, jest już tak naprawdę bardzo niewielu.
[01:33:04] - Ja jeszcze powiem na koniec, że nie do końca zgadzam się z tobą, Piotrze, ale to nie jest zasługa reżysera. Mnie się wydaje, mam takie wrażenie, że jemu wyszło kino artystyczne pomimo tego, co zrobił albo wbrew temu, co zrobił, wyszło kino artystyczne i to chyba nie jest jego zasługa. Owszem, on firmuje ten film, ale sami państwo słyszeli. Mną ten film wstrząsnął. Ta jego warstwa poświęcona starości jest horrorem. Absolutnie jest horrorem. I tak jak już to raz, drugi, trzeci mówiłem, obejrzyjcie państwo ten film. W ogóle nie zwracajcie uwagi na te zakusy, na te wybiegi naszego reżysera w kierunku horroru, bo to nic niewarte jest w tym filmie. Te wszystkie efekty specjalne, te potwory, ta symbolika. Proszę państwa, to jest symbolika wyciśnięta z kija.
Jakiś strażnik, który jest pokonany, jakieś potwory. To bzdury są, proszę państwa. To ma oczywiście symbolizować coś tam. Machnijcie państwo na to ręką, bo w warstwie tej realistycznej to jest film, który na naszych oczach pokazuje horror. I to jest duża wartość tego filmu. To paradoks, ale jeszcze raz go powtórzę. Wyszedł naprawdę niezły film, chociaż reżyser zrobił wszystko, żeby ten film spierdzielić, powiem tak delikatnie, żeby zrobić z niego jakąś papkę, żeby jakoś go rozwalić zgodnie ze zwyczajem, czyli wpleść tam elementy, które kompletnie tam nie pasują. A mimo wszystko wyszedł film, który mną lekko potrząsnął, a nawet jak państwo słyszeli całkiem mocno. Dlatego ten film warto obejrzeć. A te potwory naprawdę machnijcie państwo na nie ręką.
To kompletnie nie ma sensu. Taki paradoksik. Proszę państwa, teraz czas na Michała Gołkowskiego. Kto lubi fantastykę z elementami fantasy? Właśnie nie do końca, bo to nie jest fantasy. Taką post-apo trochę. To ja państwa zapraszam. Ten autor potrafi takie opowieści tworzyć. Przypomnę Michał Gołkowski, a ja państwa zapraszam na taki cykl "Książki w moim życiu". Znowu mam wrażenie, że podobnie jak rozmowa z Maciejem Parowskim dawno, dawno temu, na początku Bibliotekarium 2.0 ta rozmowa była emitowana.
Ale ja wiem, wiem to z pierwszej ręki, że część z państwa nie sięga po audycje archiwalne, bo ciężko znaleźć, bo tyle rzeczy do wysłuchania. Więc przypominam, bo to jest opowieść o fascynacjach literackich człowieka, który pisze dużo książek, pisze dużo książek rozchwytywanych na rynku. Warto czasami zerknąć, co czytał w dzieciństwie, co czytał później. Zapraszam. Michał Gołkowski.
[01:36:39] - Gościem Bibliotekarium jest Michał Gołkowski, człowiek, którego książki biją rekordy popularności i aby uzyskać wywiad od niego, musieliśmy poczekać w długiej kolejce, przepuszczając wszystkie te osoby, które chciały zdobyć autograf. Ponieważ jesteśmy w cyklu "Książki w moim życiu", to od razu pytam: te najważniejsze książki i może zacznijmy od dzieciństwa.
[01:36:59] - "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. Bez tej książki nie wyobrażam sobie dzieciństwa. Do dzisiaj pamiętam moją ciocię, babcię, różne są określenia, siostrę mojej babci, która tak naprawdę mnie wychowała, siedzącą przy łóżku, czytającą mi "Dzieci z Bullerbyn". Jeżeli mi to czytała, to musiały być czasy, kiedy jeszcze ja nie umiałem czytać, a podobno nauczyłem się czytać w wieku lat czterech. Nie wiem, bo nie pamiętam. Od tamtej pory czytałem nałogowo. Czytałem wszystko, ale "Dzieci z Bullerbyn" te takie spokojne, radosne opowieści z życia codziennego, zbudowane na bohaterach z minimum dekoracji Gdzie każda najmniejsza czynność urastała do rangi praktycznie rytuału. Bardzo mocno na mnie wpłynęły, bo Astrid Lindgren w dużej mierze opisywała coś, co nazwałbym trochę przewrotnie epickością życia codziennego. Kiedy się zapytać, o czym są „Dzieci z Bullerbyn”, to najprostsza odpowiedź brzmi: o niczym. Tam nie ma akcji, tam nie ma fabuły, tam nie ma wydarzeń.
Tam są tylko dzieci i ich codzienność, która urasta do rangi magicznej przez to, jak jest opisywana i jak ciepłym językiem się o niej mówi. Potem zupełnie naturalnym krokiem dla mnie, również Astrid Lindgren, stali się „Bracia Lwie Serce” i „Bracia Lwie Serce” byli pierwszą książką, która wywarła na mnie ogromne wrażenie emocjonalne, bo ja na niej zawsze płakałem. Zawsze. Za każdym cholernym razem. Potem doszedłem już do takiej wprawy, że czytałem tę książkę, omijając początek, który uważałem za zbyt smutny. Ja wiedziałem, że on tam jest. Ja pamiętałem dokładnie słowo po słowie, litera po literze, co tam się dzieje. Byłem świadom tego, jak oni obydwaj trafiają do Nangijali, ale nie chciałem go czytać. Po prostu zaczynałem od momentu, kiedy już tam byli. Tak samo doszedłem do takiej wprawy, że nie byłem w stanie czytać fragmentów, gdzie była Katla.
Doskonale je pamiętałem. Potrafiłem recytować z pamięci. Dzisiaj bym potrafił, ale omijałem, bo były zbyt straszne. Czyli jeżeli jakaś książka naprawdę w tym wczesnym dzieciństwie odcisnęła na mnie swoje piętno, takie niezapomniane, bo ilustracje z Katlą też pamiętam do dzisiaj, to byliby to właśnie „Bracia Lwie Serce”. Dwie chyba najważniejsze książki, paradoksalnie jednej autorki. No muszę, muszę jeszcze wrzucić Chmielewskiej „Nawiedzony dom”.
[01:39:27] - I to też była lektura dzieciństwa?
[01:39:29] - To też była lektura dzieciństwa. To była książka, którą ja po prostu sczytałem do zamordowania. Nie zliczę, ile dziesiąt razy przeczytałem tę książkę od deski do deski. Wydaje mi się, że ona jest bardzo bliska „Dzieciom z Bullerbyn”, bo to też jest epickość życia codziennego. To są sprawy małe, urastające do rangi heroicznych, postrzegane przez oczy dziecka, przez oczy bohatera. I ja właśnie w ten sposób bardzo często konstruuję moje książki. Ja unikam tematów ogromnych, wielkich, gigantycznych bitew, nie wiem, sporów czy ratowania świata. Uważam, że jest to nieciekawe. Jedyna ciekawa rzecz w każdej książce, jaką mamy, to jest tak naprawdę bohater i to wokół niego się wszystko kręci. To przez jego oczy czytelnik postrzega świat.
Tak sobie myślę teraz, w trakcie tego wywiadu, że jeżeli jakieś książki ukształtowały mój sposób pisania dzisiaj o rzeczach, umówmy się dorosłych, paskudnych, krwawych, wrednych, plugawych, to były to właśnie te trzy pozornie niewinne książki z głębokiego dzieciństwa.
[01:40:33] - Po dzieciństwie nastaje wiek młodzieńczy. Bycie nastolatkiem to jest ciężkie zadanie. Co w tym okresie? Jakie książki były tymi wybranymi, tymi specjalnymi, ważnymi?
[01:40:44] - Tutaj byłoby mi bardzo trudno wybrać jedną najważniejszą czy nawet jedne najważniejsze, bo ja czytałem nałogowo. Ja czytałem po trzy, cztery książki tygodniowo, wręcz do tego stopnia, że w każdym pokoju mogłem mieć otwartą i zaczętą inną książkę i w zależności od tego, gdzie byłem akurat, tę czytałem. Łykałem naprawdę wszystko. Jak sobie o tym pomyślę, od lat dwunastu do wieku lat osiemnastu czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Autentycznie, autentycznie wszystko. Asimova, Heinleina, absolutnych klasyków science fiction i fantastyki. No oczywiście Howarda Wagnera, którym nie mogę nie oddać hołdu dzisiaj, będąc akurat w trakcie premiery „Śpiżowego gniewu”, czyli mojej książki osadzonej właśnie w epoce brązu. No to tutaj Robert Howard, mam nadzieję, uśmiecha się zza grobu, no bo to on jednak to wszystko zaczął. Zabawne jest to, że nigdy za młodu, w dzieciństwie jakoś nie przekonałem się do Tolkiena. Może dlatego, że podszedłem do „Władcy Pierścieni” w wieku lat dziewięciu, więc trochę za wcześnie.
W połowie drugiego tomu się pogubiłem. Kto poszedł, z kim, dokąd, dlaczego i kogo zabili, a kto jest ranny, a kto ożył. No i do końcówki już po prostu nie dotrwałem, bo się zwyczajnie pogubiłem. Ale gdybym miał powiedzieć o książce, którą czytałem namiętnie w czasach tak zwanej nastoletniości, o książce, którą kończyłem czytać i zaczynałem od początku, to byłaby to trylogia Sienkiewicza. Opisuję ją tutaj jako jedną książkę, co jest pewnym oszustwem i jeszcze z tym oszustwem, że zazwyczaj wyłączałem z niej pana Wołodyjowskiego. To znaczy z obowiązku czytałem go raz, czytając całą trylogię, bo podchodziłem do tego w ten sposób. Po czym odkładałem na bok, bo umówmy się, pan Wołodyjowski jest no najsłabiej napisany. Tam ci bohaterowie są jednak echem tego, czym byli w poprzednich częściach. Głównie wynikało to z kłopotów osobistych Sienkiewicza, który po prostu nieszczególnie miał serce do pisania, a pisać musiał, żeby przeżyć już w tym okresie. Ale jestem absolutnym fanem „Potopu” i absolutnym fanem „Ogniem i mieczem”.
„Ogniem i mieczem”, który jest podręcznikowym przykładem tego, jak książek nie należy zaczynać. Od sceny, gdzie lecą żurawie nad stepem. No na Boga! Żurawie lecące nad stepem. Gdyby to był film nakręcony dzisiaj i bym nie wiedział, co jest dalej, to bym zobaczył te żurawie lecące nad stepem, których klangor rozlegał się dźwięcznym echem. O ile dobrze pamiętam cytat i bym po prostu przełączył kanał. Sienkiewicz też się dopiero uczył wtedy. Ja się uczyłem razem z nim i moją ulubioną częścią trylogii jest „Potop”, który czytałem od deski do deski. Kończyłem, wracałem do pierwszego tomu i czytałem od początku pierwszy tom, bo czytałem go jeszcze, żeby było weselej w reprincie oryginalnego wydania z, nie chcę skłamać, 1894 rok pierwsze wydanie, o ile dobrze pamiętam i jeszcze z oryginalną pisownią, czyli z pułkownikiem pisanym przez ł kreskowane i z husarią, i z innymi przedziwnymi obocznościami, które wtedy były na porządku dziennym. I do dzisiaj, gdybym to otworzył, to bym czytał, czytał, czytał, czytał, bo Sienkiewicz miał jednak wybitny talent.
Jak to zawsze śmiała się moja babcia, to był pierwszorzędny pisarz drugorzędny. On nie aspirował do pisania o rzeczach wielkich, przemyśleniach o filozofii, o wrzucaniu jakichś wartości podprogowych. On nie chciał swojego czytelnika pouczać, ale zdecydowanie chciał go zainteresować i chciał go wychować. A poza tym Sienkiewicz był praktykiem. On musiał wiedzieć, o czym pisze. Przecież on przewertował całe „Pamiętniki” Paska. Umówmy się, gdyby nie Sienkiewicz, Pasku dzisiaj nikt by nie słyszał. To on go wyciągnął, ocalił od zapomnienia. Człowiek, który żeby sprawdzić, czy da się uwolnić ze związania w kij, sam pozwolił się w ten kij związać. Próbował.
Podobno mu się nawet udało. Ja Sienkiewicza do dzisiaj uwielbiam za warsztat, za podejście, za tempo i za absolutny brak jakichkolwiek zahamowań, jeśli idzie o pisanie w biegu. A ja też piszę w biegu dzisiaj. Ja piszę tak jak Sienkiewicz. On pisał na kolanie w kibice, jeżdżąc z żoną od jednego uzdrowiska do drugiego, nie pamiętając, co było wcześniej, wysyłając despelanskie telegramy na zasadzie: „Zapomniałem, zgubiłem notatki, gdzie jest Kmicic?” I przychodziła odpowiedź: „Kmicic wysadza Kolubrynę. Pisz szybciej”. Sienkiewicz był pod tym względem niesamowity. On ogarniał te wszystkie wątki, miał bardzo analityczny umysł, a jednocześnie nie bał się płynąć. Nie bał się płynąć, nie bał się błędów. Z błędów robiły się jego zalety.
No umówmy się, Jan Onufry Zagłoba wcale nie ma na imię Onufry. Zagłoba miał na imię Jan. On potem Helenie prowadzonej jako pacholęcie mówi: „Ty mnie nazywaj Onufrii. Będę udawał dziada”. I potem się przedstawia jako Jan Onufry, a potem się w ogóle przedstawia jako Onufry, bo Sienkiewiczowi się po prostu popierniczyło. Absolutnie uwielbiam trylogię Sienkiewicza za tę żywiołowość, za ten fatalnie napisany początek, doskonale rozkręcający się środek i całkowicie niepotrzebnie dopisany na siłę koniec.
[01:45:43] - A jakie książki czytał dorosły Michał Gołkowski? Czy można ten okres podzielić na jakieś okresy? Czy da się jakieś wyróżnić?
[01:45:50] - Dorosły Michał Gołkowski od wieku lat mniej więcej osiemnastu, dwudziestu absolutnie wsiąkł w literaturę faktu i literaturę historyczną, bo ja jestem w ogóle z zamiłowania historykiem, historykiem wojskowości, miłośnikiem antyku, średniowiecza, wszystkiego tego, co było wcześniej. Czytałem w oryginale Tukidydesa „Wojnę peloponeską”, czytałem „Żywoty sławnych mężów” Plutarcha, Homera. Wszystko, wszystko, wszystko, co się dało, żeby poznać źródła, bo widziałem, że Sienkiewicz na czymś bazował, a ja chciałem poznać to, na czym on bazował. Więc „Pamiętniki” Paska też przeczytałem kilka razy. Fascynująca lektura. Absolutnie. Nauczyłem się wagi źródeł historycznych, nauczyłem się korzystania z tych ksiąg i szedłem coraz głębiej. Tak naprawdę aż do poziomu archeologii, bo będąc studentem Instytutu Lingwistyki Stosowanej ze specjalnością tłumaczenie ustne w ustawieniu angielski, rosyjski, napisałem magisterkę na niebagatelny temat „Broń i uzbrojenie na terytorium Rusi Kijowskiej w X-XIII wieku. Glosariusz dwujęzyczny”. Nie mam pojęcia, jak połknęli ten temat.
Wiem, że kiedy wszedłem na obronę, komisja nie była mi w stanie zadać ani jednego pytania o treść. Natomiast zadali mi najważniejsze — o obuszek. Ponieważ ja w preambule do mojej magisterki napisałem, że to się u mnie wzięło od Sienkiewicza i jego obuszka. Otóż tam jest taki moment w trylogii. Znowu wracamy do trylogii, ale to się bardzo ładnie zapina. Kiedy Kmicic vel Babinicz, jadąc konno, podrzuca obuszek, rozmawiając z panem Tyzenhauzem, a pan Tyzenhauz się wielce dziwuje, że tamten ten obuszek podrzuca tak wysoko, że znika niemalże z oczu. I potem w pełnym skoku z konia ten obuszek łapie. I mnie to uderzyło już wtedy, kiedy czytałem trylogię jeszcze w wieku nastoletnim, że w sumie nie wiem, co Kmicic podrzuca. Nie mam pojęcia, jak to wygląda i nie mogę sobie tego zwizualizować. Zacząłem kopać.
Większość ludzi jest przekonanych, że obuszek to jest coś małego, stosunkowo niepozornego. No sama nazwa, prawda, występująca w zdrobnieniu obuszek, że to będzie jak ślad, nie wiem, małego bzydyganu albo małej buławy. Otóż okazuje się, że obuszek to była wykuta w całości z żelaza laga długości metr dwadzieścia ze stalowym trzonkiem i stalową głowicą, która miała być obejściem wprowadzonych podczas jednego z sejmów przepisów zabraniającej wnoszenia czekanów na posiedzenia Sejmu. Ponieważ okazało się, że tymi czekanami się radośnie mordowali, ponieważ szablą można było kogoś pochlastać, popłatać, rzadko kiedy się go zabijało. Natomiast strzał czekanem, umówmy się, no lądujący albo w głowę, albo w klatkę piersiową, przeważnie był śmiertelny. Zakazano noszenia czekanów. Co zrobiła szlachta? Szlachta zaczęła nosić czekany do góry nogami, trzymając je u góry za trzonek, a głowicę mając u dołu. Głowicę stępiono, a klucz czy dziób czekana zakrzywiono do góry, żeby broń nie miała ostrych krawędzi. No, de facto zrobiono coś jeszcze straszniejszego, ponieważ takim obuchem można było też kogoś nieźle skatować albo i zabić, nie przelewając krwi.
I wtedy, w trakcie studiów poczułem, jak bardzo interesuje mnie historia stosowana. Coraz głębiej wchodziłem w muzealnictwo, coraz głębiej wchodziłem w archeologię. Spędziłem parę upojnych miesięcy, szykując się do mojej magisterki w bibliotece Wydziału Archeologii, gdzie znali mnie już wszyscy, łącznie z panem Wojteczkiem od ksero, który po prostu już nawet mnie nie prosił o legitymację, no bo wiedział, że przychodzi taki dziwny student, nie jeden z naszych, z jakiegoś innego dziwnego wydziału. Nie wiedzieć dlaczego grzebie w rocznikach. I ta historia dla mnie stawała się wtedy coraz bardziej namacalna, coraz bardziej żywa. I do dzisiaj od niej nie uciekłem. Bo ja piszę o historii. Idę w nią coraz głębiej. Od lat dziewięćdziesiątych, przez pierwszą wojnę światową, teraz do epoki brązu. Zobaczymy, co będzie dalej.
[01:49:32] - No tak, ale nie mogę w tym momencie nie zadać pytania, skąd się wzięło uniwersum stalker?
[01:49:38] - Uniwersum stalker też się wzięło z zamiłowania do historii. Uniwersum stalker wzięło się, idąc achronologicznie, stąd, że ja w początku lat dziewięćdziesiątych mieszkałem dwa i pół roku na Białorusi, więc po- Świat zatopiony w formalinie. Świat po upadku ZSRR. Świat utracony. To jest dla mnie moje dzieciństwo na Białorusi, ponieważ Białoruś na początku lat 90. to jeszcze było ZSRR pod względem mentalności, wychowania, zachowania, wyglądu ludzi, tego, co było w sklepach, jak się zachowywaliśmy w szkole. Ze mnie się śmieją moi przyjaciele Rosjanie, że jeszcze miałem prawdziwe sowieckie dzieciństwo i oni to mówią z uśmiechem. Dla nich to jest komplement, bo dla nich ja w ten sposób jestem swojak. Czarnobyl zatopił w formalinie ogromną połać terenu wokół elektrowni. To jest współczesna ziemia utracona, nie odnaleziona tak jak Ameryka, tylko utracona, w którą wchodzimy nie po to, żeby znaleźć nowe, ale żeby znowu poczuć stare.
To jest niesamowite połączenie swoją drogą, że od Strugackich, przez film Tarkowskiego, przez katastrofę w Czarnobylu, jeżeli można ją postawić tu w jednym rzędzie, do gry komputerowej i znowu do książek. Jesteśmy na wysokości tego samego mitu. I kiedy zagrałem po raz pierwszy w grę opartą właśnie na katastrofie czarnobylskiej, w filmie Tarkowskiego, micie Strugackich, mnie to strasznie uderzyło, bo to był świat, który ja zapamiętałem z głębokiej, wczesnej nastoletniości, z Białorusi. To był świat utracony, świat bez ludzi. A ja jestem mizantropem w głębi duszy. Ja bardzo lubię święty spokój. Mi strasznie odpowiada to, że my wyszliśmy na ten wywiad z tej cholernej premiery. Zostawiliśmy tych ludzi kłębiących się na górze i jesteśmy tutaj, w tej ogromnej, pustej przestrzeni tylko we dwóch. I prawdopodobnie nikt nawet nie wie, że tu jesteśmy. Ja się bardzo komfortowo czuję w takiej sytuacji i do mnie to po prostu trafia, bo to pozwala mi połączyć kilka najbardziej podstawowych potrzeb w moim życiu.
To znaczy potrzebę książki, którą piszę, potrzebę samotności, która z książką wiąże się nierozerwalnie, potrzebę powrotu do dzieciństwa. A za czasami minionymi, za czasami utraconego dzieciństwa tęskni każdy. To jest też ucieczka w inny świat, a to są bracia Lwie Serce. To jest powrót do czasów radosnego, beztroskiego dzieciństwa, a to są dzieci z Bullerbyn. I to jest tworzenie swojego własnego świata, swojego bohatera i uczenie się na swoich błędach, a to jest Sienkiewicz. I w jakimś magicznym splocie wszystkich tych wątków, wszystkich tych linii mojego życia, wychowania, edukacji i literatury doszedłem do wniosku, że bardzo chciałbym przeczytać jedną z książek z uniwersum Stalkera po polsku, bo one wychodziły po rosyjsku, ale jakoś nikt nie chciał ich dla mnie przetłumaczyć. Więc pomyślałem sobie: oh well, napiszę sam. I od tamtej pory właśnie to robię. Od pięciu lat piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać.
[01:52:32] - To na koniec chciałbym zapytać, co będzie w przyszłości. O jakiej książce pan marzy, żeby ją napisać i o jakiej książce marzy pan, żeby ją przeczytać?
[01:52:41] - Zawsze o tej, którą akurat w tej chwili piszę. W momencie, w którym otwieram projekt, bo tak trzeba to rozpatrywać, jedyna książka, jaką chcę napisać, jedyna, jaką chcę przeczytać, jedyna, jaka mnie interesuje, jedyna, jaka istnieje, to jest ta, nad którą właśnie pracuję. I to jest dla mnie najpiękniejsza rzecz w tym wszystkim, bo ja czytam cholernie szybko. Ja robię po 150 stron w godzinę, więc dla mnie książka to jest zabawa na jeden dzień. Ale jeżeli wiem, że mogę nad książką siedzieć cały dzień, 10 godzin dziennie, rzadko kiedy mam taką możliwość oczywiście, ale że mogę i że ta książka się nie skończy i że mi jej wystarczy na miesiąc, na dwa, czasami na dwa i pół, a jedynym warunkiem tego jest to, że nie mogę jej czytać, a muszę ją pisać, no to to jest przepiękna perspektywa, ponieważ to znaczy, że dla mnie ciekawe książki nie skończą się nigdy, bo sam będę je pisał.
[01:53:33] - Bardzo dziękuję.
[01:53:34] - Dziękuję bardzo.
[01:53:38] - Proszę państwa, proszę państwa, zapraszam teraz na sentymentalnik. Dzisiaj powspominamy z Piotrem. Powspominamy pierwszą damę polskiej fantastyki naukowej, ale też damę, która zajmowała się fenomenem UFO i nie tylko UFO. Czwartego lutego zmarła Emma Popik. To autorka, która pisała utwory... Ja zacytuję państwu, anonimowo oczywiście, zacytuję państwu rzecz, którą wyczytałem na Facebooku. Ta kobieta pisała opowiadania, które ryły beret. To nie jest cytat specjalnie oryginalny, ale za to w takich krótkich, żołnierskich słowach pokazujący, jak ważna była to dla polskiej fantastyki i nie tylko dla polskiej fantastyki autorka. Zapraszam. Sentymentalnik.
Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:54:48] - Dzień dobry wieczór. Witaj Marku. Witajcie państwo.
[01:54:51] - Zaczynamy sentymentalnik. To nie będzie wesoły sentymentalnik, bo na początku lutego 2025 roku zmarła wielka dama polskiej fantastyki naukowej, Emma Popik. To była również dama, która zajmowała się tematyką ufologiczną, więc sami państwo widzicie, że chcemy i wręcz musimy oddać hołd wielkiej damie polskiej fantastyki i polskiej ufologii. Ja mam jeszcze dodatkowy powód, ponieważ na twardym dysku mojego komputera leży sobie od jakiegoś czasu wywiad. Niepublikowany wywiad. Wywiad, który znajdzie się w książce, w drugim wydaniu książki, którą pracowicie sobie dziergam. To będzie wydanie uzupełnione, „Listy nieobecnych”, czyli to są rozmowy z pisarzami science fiction, polskimi pisarzami science fiction. Którzy w pewnym momencie zamilkli. Emma Popik nie do końca zamilkła, o tym pewno jeszcze dzisiaj powiemy, ale rzeczywiście jej aktywność, jeśli chodzi o fantastykę naukową, lekko się w pewnym momencie zmniejszyła. Owszem, sporo książek wydawała, ale to były książki z różnych dziedzin, między innymi z dziedziny ufologii.
Ten wywiad to jest rzecz, która dopiero się pojawi. To jest rzecz niezwykle wzruszająca. Wzruszająca, ponieważ Emma Popik opowiada tam o swoim życiu, o swoim dzieciństwie, o pewnych przeżyciach, pewnych obserwacjach. Była wnikliwą obserwatorką, więc o pewnych obserwacjach, które poczyniła jako dziecko, jako nastolatka. I wierzcie mi państwo, wywiad jest pasjonujący. Sam nie mogę się doczekać, kiedy ta książka się ukaże. To pewno nie będzie jeszcze w tym roku, pewno dopiero w przyszłym. A ja państwu dzisiaj rąbka tajemnicy uchylę. O kilku ważnych sprawach powiem. Pewno będę się skupiał bardziej na aktywności science fiction Emmy Popik.
Na szczęście jest z nami Piotr Cielebiaś i o UFO też na pewno państwo usłyszycie.
[01:57:24] - Dokładnie tak. Zanim opowiemy o tej niezwykłej postaci, to kilka słów wstępu. Urodziła się w Skępem na Kujawach. Całe życie była związana z Gdańskiem. Była dziennikarką, pisarką, tłumaczką, także nauczycielką oraz, jak już Marek powiedział, osobą zaangażowaną w ruch ufologiczny. Jej życiorys jest bardzo bogaty. To, co powiedziałem, nie obejmuje całości jej działalności. Można o niej przeczytać bardzo dużo w internecie, ale oprócz dzieł science fiction pozostawiła po sobie na przykład baśnie, wiersze, wspomniane tłumaczenia. Jej biogram na Wikipedii wspomina, że była asystentką na bydgoskiej WSP. Pracowała też na niższych szczeblach szkolnictwa.
Pracowała jako redaktor w wydawnictwach, między innymi w Wydawnictwie Morskim. Założyła też nowy „Kurier Nadbałtycki” i tak dalej. Jej strona internetowa i blog funkcjonują do dziś, chociaż w pewnym momencie przestały być aktualizowane. Przede wszystkim była związana z literaturą. Na jej nekrologu czytamy: „gdańska pisarka”. Dlatego nasze wspomnienia zaczniemy chyba właśnie od przeglądu jej twórczości, przeglądu twórczości science fiction, bo generalnie cała jej twórczość rozciąga się też na inne gatunki, o których nie będziemy chyba mówić tak szczegółowo. Nazywano ją między innymi królową polskiego postapo. Aktywna była na polu literackim bardzo długo i w zasadzie regularnie w ostatnich latach słyszało się o kolejnych wydawanych przez nią pozycjach. Ale jak to było, Marku, z Emmą Popik i polskim science fiction? Zamieniamy się w słuch.
[01:59:13] - Zanim o polskim science fiction, to warto powiedzieć, że Emma Popik wychowywała się bez ojca. I te wspomnienia, które w wywiadzie się pojawiają, mówią o tym, jak dorastała u boku swojej mamy. Te wspomnienia sięgają głęboko w dzieciństwo. Mówiła o tym, że pamięta, jak piła kakao w przedszkolu u zakonnic i że to było gorzkie kakao, i że szybko przestała chodzić do tego przedszkola i mama, która była nauczycielką, zabierała ją do szkoły. Nie pamiętała tego tak dokładnie. Mama wspominała, że chowała swoją córkę za mapą. Cóż więcej? Emma Popik wspominała o tym, że w szkole było różnie. Lubiła czas po lekcjach, kiedy w świetlicy odrabiała zadania, grała w gry z kolegami i to w ogóle był czas, który wspominała bardzo dobrze. Natomiast nieco gorzej wspominała szkołę średnią.
Mówiła o tym, że szkoła średnia to była dla niej taka pierwsza lekcja, że świat niekoniecznie jest sprawiedliwy. I to nie zawsze jest tak, że jeżeli jesteśmy zdolni, dobrzy w jakiejś dziedzinie, to spotyka nas nagroda. Mówiła o tym, że należała do dzieci biedniejszych i że szkoły w tym socjalistycznym kraju były podzielone. Jedna klasa to były dzieci bogatszych obywateli, a druga klasa, do której chodziła, to były dzieci obywateli biedniejszych. Emma Popik zawsze interesowała się literaturą. Zawsze oznacza tak, jak sięgnęła pamięcią. Mówiła o tym, że czytać nauczyła się niejako przez przypadek. Przy okazji podczas wakacji pamięta, że przeczytała książkę „Lenka szuka ojca”. Z jednej strony to było wyzwanie czytelnicze, z drugiej to było trafne odbicie sytuacji, w której żyła. Ale do tej licealnej szkoły jeszcze nawiążę.
Emma Popik mówiła o tym, że na przykład nauczycielka od polskiego kompletnie nie była w stanie zaakceptować tego, że Emma pisała w sposób dojrzały, w sposób analityczny. Notabene Maciej Parowski wiele lat później Mówił o tym, że Emma ma męski styl pisania. Analityczny, nie czułostkowy, nie taki, który przeważnie przypisuje się kobietom. Ja jestem daleki od kategoryzowania w taki sposób, że jest literatura męska i żeńska. Tak to ujmował trochę Maciej Parowski, że Emma miała męski styl pisania. Nauczycielka w liceum nie była w stanie zaakceptować tego, że Emma jest aż tak dobra. Na jednej z wywiadówek zarzuciła matce, że pisze za córkę wypracowania i że wstyd, żeby nauczycielka takie rzeczy robiła. Ponoć wtedy matka powiedziała: „Jeszcze pani się przekona, że Emma to jest ktoś, co do kogo przekonamy się wszyscy, że jest kimś więcej niż się innym wydaje.” Powiem tak, początek lat 80. to był czas, kiedy Emma niezwykle się uaktywniła. Tu był taki motyw, że ona już wtedy interesowała się zjawiskiem UFO.
Byli też dziennikarze w Polsce, którzy interesowali się zjawiskiem UFO i ona do jednego z nich, który sporo publikował, napisała. A ponieważ świetnie znała język angielski, zaproponowała współpracę. Tylko że ów pan zaproponował współpracę, która miała wyglądać mniej więcej tak, że on będzie pisał artykuły, a Emma będzie mu dostarczała tłumaczenia książek i tłumaczenia artykułów z prasy zagranicznej. I już. I już powinna być mu wdzięczna, że po prostu tak będzie. Emma Popik uznała to za bezczelność i doszła do wniosku, że sama może nie dość, że tłumaczyć, to może pisać takie artykuły. I zaczęła je pisać. Co więcej, rozesłała je do kilku organizacji i w ten sposób one trafiły w świat, bo nie wiem, czy państwo wiecie, ale niektóre z tych artykułów były publikowane nawet w Chinach. To najbardziej egzotyczny kraj, w którym artykuły Emmy Popik się pokazały. Ale ja cały czas mówię i nie wspominam o tym, co najważniejsze.
Otóż Emma Popik od wczesnej młodości pisała wiersze. Sama mówiła, że nie pamięta tego momentu, kiedy nastąpił przeskok do pisania opowiadań, do pisania literatury. Nie pamiętała też do końca, to w sposób naturalny po prostu nastąpiło, kiedy zaczęła kierować się w stronę fantastyki. Niemniej jednak to było dobre pióro. I proszę państwa, na początku wydawania miesięcznika „Fantastyka” pojawiło się tam opowiadanie sygnowane jako Emma Popis. Nie do końca było wiadomo, o co chodzi. Ja po wielu latach zadałem to pytanie oczywiście i otrzymałem odpowiedź bardzo ostrożną, bardzo wycedzoną, jeśli chodzi o słowa. Otóż pani Emma powiedziała, że jej ówczesny mąż nie do końca szanował jej literackie zacięcie. To, że pasjonowała się literaturą w sposób bierny i czynny. W związku z tym uważał, że szarganie nazwiska, które dał swojej żonie, jest niegodne, żeby w jakimś piśmie pod tytułem „Fantastyka” to nazwisko było szargane.
Stąd zamiast Emmy Popik pojawiło się nazwisko Emma Popis. Ale wkrótce po tym debiucie pojawiła się książka. Książka wydana w znamienitej serii „Fantastyka: Przygoda” wydawanej przez Iskry. I proszę państwa, to był ewenement. Niewielu polskich autorów publikowało w tej właśnie serii. Co więcej, kiedy zapytałem, jak to się stało, jak ona to osiągnęła, powiedziała w ten sposób: „Miałam ileś tam opowiadań, zapakowałam je do grubej koperty i wysłałam do wydawnictwa, po czym dostałam odpowiedź, że oni to wydrukują.” Tylko jak to w PRL-u trwało to chyba ze dwa lata, zanim wydrukowali. Ale otrzymała pani Emma takie honorarium. Wiecie państwo, w ogóle pisarze wtedy zarabiali naprawdę niezłe pieniądze. Wiem to między innymi od Wiktora Żółkiewicza. To były honoraria, które można było przeliczać na roczne albo dwuletnie pensje szarego człowieka w PRL-u, więc to były naprawdę poważne pieniądze.
Pani Emma wspominała, że za te pieniądze wyremontowała swoje mieszkanie, urządziła je odpowiednio, wyjechała do Londynu, bo świetnie znała język angielski, co państwo już wiecie, to tłumaczenie artykułów chociażby i w ogóle było wspaniale. W tym Londynie była z synem. Syn chciał tam zostać. Chciał ponoć uczyć się w tamtych szkołach, ale pani Emma chciała być polską pisarką i wrócili do kraju. Później już takiego wielkiego sukcesu czysto komercyjnego i też literackiego nie było, ponieważ pani Emma trafiła na zły czas. Książkę wydała w połowie lat 80. Tę książkę w Iskrach, a później nastąpił przełom i w latach 90. nikt nie chciał wydawać polskich pisarzy. To zdarzało się rzadko i trzeba było naprawdę dużych starań, o czym się przekonało bardzo wielu pisarzy. Stąd ta moja książka „Lista nieobecnych”.
Ale pani Emma pisała, kiedy nie było czasu na fantastykę. Miała inne aktywności, o których mówił Piotr, chociażby aktywności dziennikarskie, ale też bardzo mocno poświęciła się UFO i innym zjawiskom takim Paranormalnym, tak to określę, bo nie tylko UFO się interesowała. Myślę, że to jest bardzo dobry moment, żeby oddać głos Piotrowi i o UFO i aktywność pani Emmy Popik zapytać.
[02:08:20] - Jeżeli chodzi o jej zaangażowanie w kwestie ufologiczne, to pani Emma Popik powiedziała nam o tym dość dużo podczas naszej, niestety jedynej wspólnej audycji, która miała miejsce prawie równo dziewięć lat temu na antenie Radia Paranormalium. Była to debata ufologiczna. Niektórym się mogło wydawać, że z czasem jej kontakt z ufologią się nieco rozluźnił, poluzował, chociaż ona nadal utrzymywała relacje z niektórymi znanymi badaczami, na przykład z Robertem Leśniakiewiczem. Pojawiała się na jego blogu, komentując niektóre rzeczy. Na jej stronie ukazała się też recenzja książki, względnie niedawnej, względnie nowej, „Gniazda UFO” Damiana Treli. Jeżeli chodzi o początek, to okres jej działalności ufologicznej to jest przynależność do Klubu Kontaktów Kosmicznych, ale też jej własna organizacja, Gdańska Grupa Ufologiczna, chyba raczej efemeryczna, jak wiele organizacji w tamtym okresie. Dowiadujemy się z literatury, że ta grupa została założona w 1983 roku. Potem chyba pani Emma przeszła w tryb działalności solowej. Ona też bierze udział w pierwszym Ogólnopolskim Kongresie Ufologicznym. Bardzo ciekawe wydarzenie w PRL-u, bardzo kolorowe.
Mówiąc o jej działalności na tym polu, należy podkreślić też przynależność do MUFON-u amerykańskiego i wspomniane kontakty z zachodnimi autorami, z zachodnimi periodykami, bo ona prezentuje polskie sprawy, polskie przypadki, między innymi na łamach kultowego wtedy pisma „Flying Saucer Review”. Jej materiały, o czym powiedziałeś, ukazują się też w innych językach. Z drugiej strony działa na tym polu ufologicznym jako tłumaczka. Przekłada „Nieproszonych gości” Richarda Halla, ale też dokumentuje niektóre sprawy. Widziałem na przykład dzisiaj, że wspominały o niej czołowe portale, o jej działalności ufologicznej. Dzisiaj, czyli kiedy to nagrywamy, a nagrywamy konkretnie 5 lutego. Ona opisuje kilka niezwykle ciekawych zdarzeń. Skupia się na Pomorzu, z którym jest związana. Pisze o zdarzeniu w Sztumie z roku 1979, kiedy dochodzi do wybitnie ciekawego zdarzenia, w czasie którego dwaj mężczyźni zostają poddani czemuś w rodzaju testu na inteligencję podczas bliskiego spotkania z UFO. Emma Popik zajmuje się też oczywiście innymi zdarzeniami, na przykład słynnym incydentem z udziałem kutra Hel 127, kiedy polscy rybacy zostają porażeni, zaatakowani przez dziwne oddziaływanie ze strony latającego obiektu.
Oni ledwo dopływają do brzegu. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy w Polsce oficjalnie zainteresowano się konsekwencjami spotkania z UFO. Co dalej? Jak wspomniałem, niektórym się mogło wydawać, że kontakt pani Emmy Popik z ufologią osłabł, zniknął. Nie do końca, bo cały czas na jej blog, którego aktualizację wstrzymano około 2023 roku, kierowane były różnego rodzaju teksty poświęcone UFO i obcym. One są tam cały czas dostępne. Tutaj pewnie udostępnimy gdzieś w opisach adres do bloga i do strony pani Emmy. Często te teksty były związane z jej ufologicznym opus magnum, jakim była książka „Genetyka bogów”. To jest książka z roku 2002, która tak na pierwszy rzut oka budziła skojarzenia z paleostronautyką. I były to skojarzenia słuszne, ale tylko częściowo słuszne, dlatego że dużo miejsca od samego początku poświęcono tam konwencjonalnej ufologii.
Zdarzeniom, które w tamtym czasie, kiedy ta książka się pojawiła, były dla polskiego czytelnika bardzo interesujące. To było bardzo dobre źródło. Niestety ta książka pozostaje, to jest moje osobiste wrażenie, lekko niedoceniona. Jest nieznana wielu entuzjastom ufologii w Polsce, ale na tamte czasy była to naprawdę dobra publikacja. Podsumowując ten aspekt ufologiczny, mogę dodać, że była to kobieta niezwykła, nietuzinkowa, a świadczy o tym też pewna cywilna odwaga, dlatego że ona podejmowała tematy, które nie były popularne. I pamiętajmy, że ona je podejmuje też jako dziennikarz. W PRL-u, co żeśmy z Markiem wyłuszczyli, co żeśmy z Markiem podkreślili w osobnej audycji kiedyś, pisanie o UFO w prasie nie było dobrze widziane. Później zresztą też. Należało pisać tak, jak wszyscy chcieli, czyli należało pisać tak, żeby nie interesować się za dużo. Najlepiej to wszystko zbagatelizować.
Tutaj mamy sytuację odwrotną, dlatego szacunek się za to należy. I myślę, Marku, że my do „Genetyki bogów” kiedyś wrócimy w naszym przeglądzie książek paranormalnych i niezwykłych.
[02:13:50] - Bardzo chętnie, bo książka ciekawa. A ja pożegluję jeszcze z państwem po wodach science fiction, którego to gatunku Emma Popik nie porzuciła. Ale zanim o książkach, to powiem jeszcze państwu, że pani Emma była Samotniczką. Ona nie za bardzo fascynowała się życiem fandomowym. Dla wielu ludzi czytających fantastykę, a niektórych piszących również, życie fandomowe, różnego rodzaju spotkania fanów, wszystkie te polcony, wszystkie te konwenty fantastyczno-naukowe są niezwykle ważne. Ja państwu przeczytam fragment wywiadu, o którym wspominałem, dotyczący właśnie życia fandomowego. „Nie miałam żadnych kontaktów. Byłam dwukrotnie na jakimś zjeździe pisarzy gdzieś koło Gdańska. Był Maciek Parowski i Sapkowski. Odbywały się jakieś dyskusje w olbrzymiej sali, ale mnie to nudziło.
W ogóle było nieciekawie. Rozmawiałam trochę z Sapkowskim, ale wokół niego był tłum piwoszy. Rozmawiałam z Snergiem. On był wówczas na szczycie popularności. Pamiętam, że miał zniszczone stare buty, a ja jestem miłośniczką butów. I rozmawiałam z jakimś jeszcze pisarzem. Byłam z kimś na spacerze w lesie. Kiedy wszyscy wracaliśmy do autobusu, zaczęło padać. Ktoś zarzucił marynarkę na moje ramiona.” I tak dalej. Pani Emma była rasową pisarką.
Uważała, że tworzenie fantastyki naukowej to przede wszystkim pisanie, a nie życie towarzyskie. Cóż, wielu pewno by się z nią nie zgodziło, ale patrząc na dorobek pani Emmy, należy chyba przyznać jej rację. Powiem, że całkiem niedawno wydawnictwo Odessa wydało dwutomowy zbiór opowiadań pani Emmy. I to są opowiadania, wierzcie mi państwo, niektóre, nie wiem jakiego innego sformułowania użyć, więc użyję tego najprostszego, ryją beret. Absolutnie. Nawet te stare opowiadania z lat 80., te opowiadania, które ukazały się w zbiorze „Iskier”. Chyba poprzednio zapomniałem powiedzieć, że ten zbiór nosił tytuł „Tylko ziemia”. Te opowiadania do dzisiaj są mocne, do dzisiaj są takie, że buty spadają. Ale wspomniałem o tym dwutomowym wydaniu opowiadań, zarówno tych starszych, jak i całkiem nowych. Tom pierwszy nosił tytuł „Szaman”, tom drugi to „Szamanka”.
Polecam państwu te dwie książki, bo tam, w tych utworach, w tych opowiadaniach znajdziecie państwo całą maestrię pani Emmy i przekonacie się państwo, że ten tytuł wielkiej damy polskiej fantastyki to nie był tytuł dany na wyrost. To nie był tytuł, na który pani Emma nie zasłużyła. Powiem wręcz przeciwnie. Piotr wspomniał o tym, że pani Emma była kojarzona z postapo. To prawda. W tej samej Odessie całkiem niedawno ukazała się książka zatytułowana „Cyklop”. Ja państwu przeczytam blurba Jacka Inglota. Jacek Inglot też bardzo znany pisarz. I co napisał o tej książce? „Cyklop Emmy Popik bez wątpienia należy do gatunku apokalips kroczących.
W tej powieści degradacja ludzkości odbywa się stopniowo i na jej własne życzenie. Następuje tu rozpad równoległy. Świat wartości ulega rakowatemu zwyrodnieniu wraz z materialną otoczką, a nawet przyroda nie ma sfery, która by mu się oparła.” To jeśli chodzi o powieść Emmy Popik „Cyklop”. Cóż, proszę państwa, to była postać, która jakieś ogromne piętno na polskiej fantastyce odcisnęła. To już przeszłość. Pojawiają się oczywiście nowe pokolenia. Tak to jest po prostu. Chodzi natomiast o to, żeby nie zapomnieć, żeby sięgać po te książki, bo uwierzcie mi państwo, dzisiaj, kiedy się mówi, że ktoś kiedyś coś pisał 40 lat temu, to na twarzach wielu młodych ludzi pojawia się grymas zniecierpliwienia, zwątpienia, a nawet niedowierzania. Jak to? Wtedy pisało się książki i to jeszcze książki, które do dzisiaj pozostają wartościowe?
To, proszę państwa, ja proponuję zrobić konfrontację. Sięgnijcie państwo po zbiór „Tylko ziemia” wydany w 1986 roku. Sięgnijcie państwo po kilka opowiadań i przekonacie się, że to wszystko, co mówię w tej chwili, co wydaje się takie bardzo napuszone, bardzo takie, wiecie państwo, okazjonalne, bo pani Emma odeszła, i trzeba mówić dobrze. Nie, nie dlatego mówię dobrze. To po prostu były świetne opowiadania. Teraz zapraszam państwa na audycję „Bez tajemnic”. Trochę w takim nastroju nawiązującym do poprzedniej audycji. Dzisiaj bowiem mowa o liście z zaświatów.
[02:19:50] - Po raz kolejny postanowiłem poruszyć temat bardzo osobisty. Już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, czy nagrać ten odcinek, ale stwierdziłem, że sama teoria spirytystyczna na moim kanale to może troszeczkę za mało. Myślę, że, i tak mi się wydaje po waszych reakcjach, po reakcjach moich widzów, że moje jakieś osobiste refleksje też przynajmniej niektórych z was interesują. Temat, który chciałbym dzisiaj poruszyć, jest to ciąg dalszy tematu, który pojawił się na moim kanale już siedem miesięcy temu i ma on związek ze śmiercią mojej mamy i z jej odejściem. W pierwszym odcinku, w pierwszej części, który nagrałem w dniu pogrzebu, opowiedziałem moje refleksje tak na świeżo i jest, że tak powiem, ciąg dalszy. To jest, jak już powiedziałem, bardzo osobiste i w zasadzie nie wiem, czy powinienem, czy nie powinienem zachować to tylko dla siebie. Ale jako że wydaje mi się, że mój kanał wideo inspiruje wiele osób, to też myślę, że jeżeli dzisiejszy odcinek nie będzie pożyteczny, to na pewno nikomu nie zaszkodzi. Gdy z moją siostrą przygotowywaliśmy sprawy pogrzebowe, przyszło mi do głowy, aby w trakcie ceremonii ktoś zaśpiewał piosenkę „Gojąc Kormorany” Piotra Szczepanika. Dlaczego ta piosenka? Ponieważ ta piosenka kojarzyła mi się z moją mamą.
Jako dziecko zapamiętałem mamę na jakiejś prywatce tańczącą do tej piosenki. Nie wiem, dlaczego akurat szczególnie ta piosenka, ponieważ moja mama generalnie lubiła te wszystkie stare hity, które teraz 40-latkowie, 50-latkowie słuchają ze łzami w oczach. Ale akurat ta piosenka. Nie wiem. Nie zastanawiałem się wtedy nad tym. Poinformowałem moją siostrę. Moja siostra na początku tak za bardzo nie wiedziała chyba, jak zareagować, ponieważ w moim odczuciu wydawało jej się, że to jest troszeczkę takie udziwnienie, ale nie robiła z tego powodu żadnych problemów. Po prostu zapytaliśmy jedynie w zakładzie pogrzebowym, czy takie rzeczy się praktykuje. Odpowiedział nam pan pracujący w tymże zakładzie, że tak, oczywiście, mają pana, który gra na trąbce. Za dodatkową opłatą zagra, zaśpiewa i zatańczy co tylko będziemy chcieli.
Więc pomysł taki oto został, że tak powiem, przez grono rodzinne zaakceptowany i w trakcie ceremonii, już pod koniec, pan bardzo ładnie na trąbce zagrał właśnie melodię do piosenki „Kormorany”. Jak mi się wydaje, w trakcie ceremonii nikt w ogóle nie zwrócił uwagi na ten utwór, ale dla mnie to było ważne, że został odegrany. Dla mojej siostry chyba też. Tym bardziej że, i tu będzie smaczek, mniej więcej tydzień później moja siostra udała się do zakładu pogrzebowego, aby dopełnić pewnych formalności i nagle z radia poleciał właśnie ten utwór, kiedy ona tam w tym zakładzie przebywała. Uderzyło ją to, ale później okazało się, że akurat tego dnia zmarł Piotr Szczepanik i jego utwory na okrągło leciały w radiu. Jak już powiedziałem, nie za bardzo wiem, dlaczego wybrałem akurat ten utwór do odegrania podczas ceremonii pogrzebowej. Tym bardziej że to nie był jakiś mój ulubiony utwór. To był jeden z wielu, które po prostu w dzieciństwie słyszałem i który w jakimś tam stopniu kojarzył mi się z moją mamą, ale nic poza tym. I po jakimś czasie zacząłem ten utwór analizować. Gdzieś tam, powiedzmy, w chwilach jakiegoś smutku sobie odsłuchiwałem i uderzyła mnie pewna prawidłowość słów, które idealnie pasują do tej sytuacji, która miała miejsce i do mnie jako do osoby, która interesuje się spirytyzmem.
Oczywiście teraz wielu z was powie, że dopowiadam sobie i tak dalej. Może tak, ale jak już wielokrotnie mówiłem w różnego rodzaju materiałach filmowych, które gdzieś tutaj w internecie publikuję, że wiadomości z zaświatów od ludzi, od naszych bliskich, które są do nas kierowane, są to wiadomości, które są bardzo osobiste i tak naprawdę adresat takiej wiadomości jest jedyną osobą, która powinna próbować tę wiadomość zinterpretować. Ponieważ te wiadomości to jest tak jakby taki kod, gdzie po prostu dwie osoby kontaktują się ze sobą troszeczkę tak, jak powiedzmy, są dwie osoby, które są bardzo bliskie i one mówią do siebie w taki sposób, że nikt inny dookoła nie rozumie. I tak samo jest z tymi duchami, które przekazują nam informacje w taki sposób, abyśmy my te informacje zrozumieli. Więc jeżeli ktoś na przykład korzysta z sennika, to duchy będą przemawiały do niego w taki sposób w snach na przykład bądź w jakiś inny sposób. Nie mówię tutaj o zdolnościach medialnych, ale generalnie duchy będą komunikować się z nim w taki sposób, żeby dana osoba konsultując swój sennik była w stanie ten sen czy jakąś wizję, czy jakąś myśl zinterpretować. I tak to działa. I uważam, że dokładnie to samo stało się w przypadku tej piosenki. Skoro nie wyłączyliście tego materiału, to znaczy, że temat was zainteresował, a w związku z tym zapraszam was do analizy słów piosenki pod kątem oczywiście okoliczności, które opisałem. I od razu chciałbym dodać, że te refleksje to są moje tak jakby pierwsze myśli, które pojawiły się w mojej głowie, gdy pierwszy raz analizowałem ten materiał tak sam dla siebie.
I od razu na wstępie dodam, że w tej piosence kormorany kojarzą mi się z duszami, które odchodzą w zaświaty. Dzień gaśnie w szarej mgle. Wiatr strąca krople z drzew. Sznur kormoranów w locie splątał się. Pożegnał ciepły dzień. Ostatni dźwięk w mazurskich stronach zmierzch. Z jezior żagle zdjął. Zmierzch i te żagle skojarzyły mi się z końcem jakiegoś etapu. Porozpinał szploch. Szmer tataraku jeszcze dobiegł nas.
Już brak Już wracać czas. To znaczy, że życie ziemskie miało trwać właśnie tyle, ile trwało, że to było zaplanowane, że nie ma w tym żadnego przypadku.
[02:27:05] - Noc się przebrała w czerń.
[02:27:10] - Dla mnie to jest jednoznaczne skojarzenie z żałobą.
[02:27:12] - To smutny lata zmierzch.
[02:27:18] - Moja mama zmarła w pierwszej połowie sierpnia, więc słowa piosenki i okoliczności są wręcz uderzające.
[02:27:26] - Już kormorany odleciały stąd.
[02:27:31] - I znowu te odlatujące kormorany, czyli te liczne dusze, które każdego dnia odchodzą w zaświaty. I to też oznacza, że duch mojej mamy nie jest pozostawiony sam sobie. Nie jest sam. Są także inne kormorany, czyli są także inne dusze, które odeszły razem z nią.
[02:27:48] - Powrócą wiosną na jeziora.
[02:27:52] - Powrócą wiosną na jeziora. Mnie się to skojarzyło z tym, że nic nie mija bezpowrotnie.
[02:27:59] - Nikt nas nie żegna tu.
[02:28:02] - Nikt nas nie żegna tu. To są bardzo ważne słowa i one idealnie pasują do spirytyzmu, gdzie umierający i żyjący nie mówią do siebie żegnaj, tylko do zobaczenia.
[02:28:14] - Dziś tak tu pusto już.
[02:28:20] - Dziś tak tu pusto już. No cóż, śmierć matki zawsze pozostawia w człowieku jakąś pustkę, więc chyba nie muszę tutaj niczego więcej dodawać.
[02:28:29] - Już wracać czas.
[02:28:36] - Tak wygląda krótka analiza tej piosenki. Jeśli ktoś uważa, że nadinterpretuję, to jego sprawa. Ja uważam, że byłby to jednak bardzo duży zbieg okoliczności, że wybrałem na ceremonię pogrzebową akurat tę piosenkę, a nie jakąś inną, które też kojarzą mi się z moją mamą. Ale to jest tylko moja opinia, więc nie musicie się z tym zgadzać. A skoro już mówię o takich sygnałach, które umarli wysyłają swoim bliskim podczas snów, to chciałbym wam opowiedzieć jeszcze jedną anegdotę. Jeżeli macie ochotę wysłuchać, to słuchajcie, a jak nie, to zapraszam do kolejnego odcinka. Pierwsze tygodnie po pogrzebie były dla mnie troszeczkę trudne emocjonalnie i miałem takie myśli, że chętnie spędziłbym z mamą chociażby jeszcze jeden dzień. Myślę, że wiele osób ma takie przemyślenia i nie jestem w tym przypadku żadnym wyjątkiem. I oto kilka tygodni później miałem sen. Śniła mi się moja mama, która siedziała w kuchni na krześle, na którym przesiadywała w czasach mojego dzieciństwa, kiedy mieszkaliśmy w danym miejscu.
Ona sobie siedziała na tym krześle, a ja wziąłem taboret, który stał obok, postawiłem obok niej, usiadłem i powiedziałem do niej: „To ja sobie tutaj na chwilkę z tobą posiedzę”. Kolejna scena tego samego snu tej samej nocy. Moja mama leży sobie tak na boku na wersalce, tak luźno i obok niej leży jakiś mężczyzna, którego nie znam. I tak swobodnie sobie leżą i sobie dyskutują. Nie potrafiłem rozpoznać twarzy tego mężczyzny, dlatego pytam: „Mamo, ale kim jest ten pan?” Ona mi odpowiedziała, że ten pan jest bardzo znanym poetą, ale że ja nie mogę się dowiedzieć, kto to jest. Ja do niej mówię: „Słuchaj, jakie to ma znaczenie, czy ja się dowiem, kto to jest, czy nie? Przecież nawet gdybym się dowiedział, jak pójdę i komuś powiem, to i tak nikt mi nie uwierzy. To możesz mi powiedzieć, co to jest za poeta, nie?” I po chwili zobaczyłem twarz tego mężczyzny, ale nie rozpoznałem go. Nie wiem, o kogo mogło chodzić. W każdym razie patrząc na niego, pytam go: „Proszę pana, czy to, co pan teraz robi, czyli pisze te wiersze, w jakiś sposób panu posłuży w kolejnym wcieleniu?” I on tak się chwilkę zastanowił i mówi: „Na kolejne wcielenie to ja mam inne plany”.
To było bardzo interesujące. Później, gdy się przebudziłem, zacząłem się zastanawiać nad tym snem i uderzyło mnie to, że to był taki kontrolowany sen z mojej strony, ponieważ ja rozmawiałem z tymi osobami, będąc świadomy tego, że te osoby nie żyją, że to są duchy, a ja posiadam tę wiedzę spirytystyczną i pytam je, rozmawiam z nimi tak, jak spirytysta rozmawia z duchami. Mnie to rozbawiło później, gdy sam nad sobą się zastanawiałem. A co jest najbardziej istotne w tym wszystkim to to, że po tym śnie jak ręką odjął minął cały mój ból związany z odejściem mojej mamy. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:32:10] - Czas teraz na recenzarium Evivy. Zapraszam na recenzję książki „Arysiański fiolet. Cisza”.
[02:32:21] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Większość pisarzy oraz krytyków bardzo źle podchodzi do książek wydawanych ze współfinansowania. Ma to swoje uzasadnienie, gdyż często są one niedopracowane, a czasem nawet zupełnie kiepskie, gdyż firmom wydawniczym zależy po prostu na wydaniu i zgarnięciu pieniędzy. Oszczędza się na redakcji, na korektorach, a przyjmuje się do druku wszystko właściwie jak podleci. Ale można się pomylić. Zdarza się bowiem, że właśnie książka wydana ze współfinansowaniem jest dużo ciekawsza niż wiele innych wydawanych standardowo. Powiem szczerze, że recenzując tego rodzaju książki trafiałam na pozycje merytorycznie dużo lepsze niż książki nawet uznanych i nagradzanych pisarzy. Brzmi to dziwnie, ale tak po prostu jest. Jedną z takich książek jest bez wątpienia „Arisjanski fiolet” pisarki występującej pod pseudonimem Paula Payne. O czym mówi jej książka o dość dziwnym tytule „Arisjanski fiolet”?
Cisza. Cisza, gdyż jest to tytuł pierwszego tomu. „Arisjanski fiolet” to tytuł serii. O czym jest ta książka? Główną bohaterką jest Emily Walker, która wiele lat spędza w bunkrze pod ziemią, schronieniu przygotowanym jeszcze przez jej dziadka. Mają tam razem z matką przeżyć wojnę atomową. Mają do dyspozycji aparaturę oczyszczania wody, zapasy, aparaturę, która oczyszcza powietrze. Wszystko. Pewnego dnia jednak zapasy po prostu się kończą. Trzeba wyjść na powierzchnię.
Obie kobiety zatem opuszczają swoje schronienie. Ziemia wydaje im się wymarła, choć sądząc po roślinności i drobnych zwierzętach można na niej żyć. Po długim marszu docierają do swego dawnego domu, który ku ich uldzie stoi i nawet nie został splądrowany. Odnajdują tam kolejne zapasy i mają się gdzie schronić. Jednak Emily jest bardzo ciekawa, czy oprócz nich ktoś ocalał. Wyrusza więc do pobliskiego miasta. Po drodze zostaje napadnięta przez dziwnego osobnika o pomarańczowej skórze. Traci przytomność i budzi się w szpitalu. W normalnym, standardowo wyposażonym szpitalu. Opiekująca się nią lekarka wyjaśnia, że wcale nie została napadnięta i że ludzie o pomarańczowej skórze to Arisjanie, którzy przybyli z dalekich gwiazd, żeby ocalić ludzkość.
Zaciekawiona Emily chce poznać bliżej człowieka, o którym myślała, że ją atakuje. Nie wie jeszcze, do czego ta znajomość doprowadzi. No właśnie. Tak na marginesie chciałabym zauważyć, że książka Pauli Payne została odrzucona przez redakcję jednego z renomowanych wydawnictw pod pretekstem, że jest niewiarygodna, bo nie da się tak długo mieszkać w bunkrze. Niedługo potem ukazała się powieść pod tytułem „Silos”. To taka ciekawostka. Tutaj nikt nie zgłaszał sprzeciwów, że to niemożliwe. Zresztą w ogóle stwierdzenie, że coś jest niemożliwe, bo odnosi się do książki science fiction, to delikatnie mówiąc kiepski argument ze strony wydawcy. No ale zostawmy to już. Książka jest chwilami dość śmiała erotycznie, gdyż autorka ukazuje związek ziemianki z przybyszem z obcej planety.
Oczywiście to w zasadzie nic nowego, ponieważ zdarzało się w bardzo wielu filmach i bardzo wielu książkach, przy czym czasami na przykład podłożem jest konieczność ratowania ginącego gatunku, co jest kompletnym absurdem, ponieważ niezgodność genetyczna oczywiście nie pozwoliłaby na coś takiego. Jednak tutaj mamy do czynienia po prostu ze zwykłym romansem, romansem dziewczyny i chłopaka. To, że oni pochodzą z różnych światów, nie ma tu nic do rzeczy. Owszem, czasami siebie nie rozumieją, ale całe sedno tkwi w tym, że choć tak bardzo się różnią, to jednak nic ich nie różni. To jest jakby podtekst książki, że może my za bardzo doszukujemy się tych różnic, że czasem ktoś, kto wygląda całkowicie inaczej niż my, w głębi serca jest taki sam. Ukochany Emily okazuje się miłym, wrażliwym osobnikiem, członkiem rasy wysoko rozwiniętej, która naprawdę próbuje ludzkość ocalić, ocalić przed samą sobą. Ponieważ ziemianie doprowadzili swoimi działaniami nie tylko do zniszczenia znacznych obszarów Ziemi, ale przede wszystkim do rozległego ludobójstwa, co nie stanowi dla nas żadnej nowinki. Jak wiadomo, wojny i wybijanie się wzajemnie w pień to ulubione rozrywki ludzkości od początku dziejów i nie tylko w Star Treku mamy rasy, które patrzą na to z przerażeniem. Być może, powtarzam być może, jeżeli zgodnie z równaniem Drake’a w naszej galaktyce znajduje się bardzo wiele cywilizacji, co jest prawdopodobne i jeżeli są wśród nich takie, które mają najwyższy stopień rozwoju, a w każdym razie dużo wyższy niż nasz i mogą dysponować zapisami z Ziemi, mogłyby być naprawdę przerażone tym, jacy jesteśmy. Bo trzeba przyznać, że jesteśmy gatunkiem bardzo agresywnym.
Być może wyewoluowaliśmy tacy, ponieważ inaczej nie moglibyśmy przetrwać. Warto by jednak już okiełznać trochę to zwierzęce tyłomózgowie, które nami rządzi i starać się myśleć ludzkim przedomózgowiem. Starać się naprawdę być istotami rozumnymi, a nie ulegającymi najprostszym instynktom przy każdej okazji. W każdym razie ujmę to tak: gdybym miała spotkać przybysza z obcej planety, nie miałabym nic przeciwko temu, żeby był to Arisjanin. Chociaż pomarańczowa skóra może się wydawać dość dziwna, to jednak wydaje się, że można nie zwracać na nią wielkiej uwagi. Ja osobiście chętnie nawiązałabym z kimś takim kontakt. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:38:38] - No to zafundujmy sobie, proszę państwa, jeszcze jedną dawkę programu Bez Tajemnic. Tym razem dowiemy się, czym są stygmaty.
[02:39:02] - Stygmaty. Tajemnicze, niegojące się rany, które pojawiały się na ciałach mistyków i świętych chrześcijańskich. Miał je święty Franciszek z Asyżu, święta Katarzyna Sieny, święty Jan od Krzyża czy błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich i najbardziej kojarzony Ojciec Pio, mój ulubiony stygmatyk. Dla wielu stygmaty to znak łaski Bożej, akt szczególnego wyboru dokonanego przez Boga dla swoich wybrańców. Natomiast dla ezoteryków i spirytystów stygmaty mogą być kolejnym przykładem zjawisk fizycznego mediumizmu i ich znaczenie niekoniecznie musi dotyczyć jakiejś konkretnej religii. Z kolei dla psychologów i lekarzy zaznajomionych z hipnozą stygmaty stanowią fizjologiczną zagadkę dotyczącą wpływu psychiki na ciało człowieka. Zjawisko stygmatów opisał między innymi francuski spirytysta Paul Gibier oraz polski psycholog i mediumista Julian Ochorowicz. Eksperyment hipnotyczny opisany w pracy doktora Gibiera był obserwowany przez kilku świadków, między innymi doktora Libua z Nancy, jednego z ówczesnych najbardziej wybitnych francuskich badaczy hipnotyzmu. W pomieszczeniu seansowym był obecny hipnotyzer, medium i kilku świadków. Celem eksperymentu było powstrzymanie działania środka wezykatoryjnego.
Plastry wezykatoryjne przypominają zwykłe plastry, ale są nasączone jakimiś środkami leczniczymi wywołującymi na skórze różne reakcje, na przykład wywołujące pęcherze. Po zahipnotyzowaniu medium hipnotyzer ułożył na ciele kobiety, kobiety tej medium, dwa plastry. Pierwszy pod wpływem sugestii miał nie wywoływać żadnych widocznych skutków. Drugi poprzez brak oddziaływania hipnotycznego miał odnieść swój zwykły skutek. Trzeci plaster nałożono na ciało zupełnie innej osoby, pacjentowi choremu na gruźlicę, któremu powiedziano, że jest to zwykły środek leczniczy. Eksperyment trwał cały dzień i przez ten czas nieustannie ktoś pilnował medium. Po zdjęciu plastrów stwierdzono, że pod pierwszym plastrem skóra medium pozostawała nienaruszona. Wyglądało więc na to, że hipnotyzer oddziałując poprzez sugestie na medium wywołał fizyczne zatrzymanie działania plastra. Dało się widzieć jedynie lekkie zaczerwienienie wokół miejsca, w którym plaster był przyklejony tuż przy brzegu tego plastra. Natomiast w miejscu przyklejenia samego plastra nie było żadnych innych śladów.
Z kolei w miejscu przyklejenia drugiego plastra na drugiej ręce, czyli tego, na działanie którego hipnotyzer nie próbował wpłynąć, stwierdzono wyraźnie nabrzmienie naskórka i medium odczuwała ból przy dotknięciu. Eksperyment powtórzono jeszcze raz tego samego dnia z podobnymi rezultatami. Wreszcie ostatni plaster, który przyklejono do skóry gruźlika, wywołał bąble. Eksperymentatorzy stwierdzili, że w stanie somnambulicznym za pomocą sugestii można zobojętnieć działanie wezykatorium, czyli tego plastra z lekarstwem. Próbował to wyjaśnić Julian Ochorowicz, formułując teorię ideoplastii. Ochorowicz uważał, że istnieją trzy podstawowe stany umysłu u każdego człowieka: poliideizm, monoideizm i aideizm. Z poliideizmem mamy do czynienia, gdy doświadczamy różnych myśli i bodźców na jawie, na przykład kiedy z kimś rozmawiamy, a jednocześnie docierają do nas dźwięki otoczenia. Gdy myśli biegną swobodnie i nie skupiamy się za bardzo na żadnej konkretnej. To jest, można powiedzieć, zwykły stan psychiczny, w jakim się zwykle znajdujemy. Z kolei aideizm to stan, gdy w głowie nie ma żadnych myśli, jak na przykład wtedy, kiedy tracimy przytomność albo kiedy śpimy bez marzeń sennych.
Monoideizm to z kolei ten szczegółowy stan, w jaki wchodzi medium, gdy jest poddane hipnozie przez hipnotyzera. Praca hipnotyzera polega tu na wywołaniu u medium skupienia wyłącznie na jednej konkretnej myśli. Jeśli więc myśl potraktować jako energię, a wiemy, że myśl jest energią, można powiedzieć, że poprzez wydzielenie jej z potoku innych myśli tę konkretną ideę wzmacniamy, jakbyśmy wzmacniali energię czy ładunek. Ochorowicz mawiał, że wzmacniamy siłę tego wyobrażenia, wzmacniamy siłę tego wyobrażenia, osłabiając jednocześnie wszystkie pozostałe. Jest to specyficzny stan zawężenia świadomości obecny w sugestii hipnotycznej. Aby spowodować zjawisko stygmatyzmu, musimy więc wejść w stan monoideizmu. Wyobraźmy sobie, że kiedyś na przykład poparzyliśmy sobie rękę i w naszej głowie istnieje wyobrażenie poparzenia, dzięki któremu możemy je przywołać poprzez wspomnienie. W stanie monoideizmu to wyobrażenie może być tak silne, że u medium poddanego hipnozie może na skórze pojawić się obrzmienie, jakby rzeczywiście zostało poparzone, choć w rzeczywistości nic takiego nie miałoby miejsca. Tak Ochorowicz tłumaczył zjawisko stygmatów. Teraz wyobraźmy sobie, że mistyk czy święty doświadczający ogromnego religijnego zapału, kontemplujący mękę Chrystusa i jego rany, mimowolnie sam wprawia się w stan monoideizmu, owładnięty tylko jedną myślą i na jego dłoniach rzeczywiście pojawiają się krwawiące rany.
To by też wyjaśniało, dlaczego stygmaty pojawiają się na dłoniach, a nie na nadgarstkach. Wiadomo bowiem dzięki badaniom archeologicznym i przekazom historycznym, że w starożytności krzyżowano ludzi, przybijając gwoźdźmi nadgarstki, a nie dłonie. Jednak na niezliczonych obrazach i krucyfiksach Przedstawiających Chrystusa widzimy rany w dłoniach i to one najwyraźniej przemawiają do wyobraźni stygmatyków. W tym miejscu na myśl przychodzi powszechnie znana autosugestia, której oddziaływanie wielokrotnie było badane, szczególnie w medycynie, gdzie bez wiedzy pacjentów lekarstwo zastępowano zwykłą witaminą. Autosugestia jest rzeczywistą siłą duchową. Pisał o niej André Moreira w książce „Leczenie i samouzdrawianie". Ten brazylijski lekarz spirytysta twierdzi, że myśl działa u podstaw materii. Myśl działa u podstaw materii w świecie subatomowym. Przestrzeń subatomowa to miejsce, gdzie moglibyśmy zlokalizować sferę przejściową między materią a światem astralnym, gdyż sama jest bardziej zagęszczoną częścią tego ostatniego. Ciało astralne i fizyczne wewnętrznie się łączą.
Myśl wylewa się bezpośrednio na mózg, więc krąży również w komórkach psychozmy i rozprzestrzenia się do jej fizycznego odpowiednika, wpływając na fizjologię organizmu i tworząc rozmaite stany świata organicznego. Jak to możliwe, że nasze myśli wpływają na nasze ciało? Zapewne słyszeliście już o tak zwanej pamięci wody. Udowodniono, że molekuły wody przybierają inną formę w zależności od otaczających je ludzkich emocji. Jeśli ktoś jednak nie wie, o co chodzi, to proponuję, żebyście sobie poczytali w internecie. W każdym razie, skoro ciało człowieka składa się w 60% z wody, to wiadomo, że tak duża ilość podatnej na zmiany substancji musi mieć wpływ na resztę organizmu. Mówi się także o wibracjach materii. W tym przypadku wibracje wody odpowiadają wibracjom duszy. Innymi słowy, molekuły wody w naszym organizmie zmieniają się w zależności od naszego stanu emocjonalnego, a te oddziałują na resztę materii, z której jesteśmy stworzeni. Jak widać, bez podawania kolejnych przykładów, teoria Ochorowicza o wpływie myśli na ciało i tworzeniu stygmatów jest spójna ze spirytyzmem, ale nawet w najmniejszym stopniu nie ujmuje stygmatykom.
Trzeba to podkreślić, bowiem znaki pojawiające się na ich ciele są dowodem wielkiej siły duchowej. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:47:41] - Proszę państwa, ja tylko pragnę zauważyć, że dzisiejsza audycja się tak zaczęła, trwa, a ja cały czas państwu nie powiedziałem, że pod koniec tej audycji będzie niespodzianka dla ludzi wytrwałych. Dla ludzi, którzy lubią filmy, a jednocześnie, tak jak powiedziałem, są wytrwali i słuchają audycji do późna, będzie niespodzianka. To mówię już teraz, a jeszcze kawałek do końca pozostał. Czas na literackie tête-à-tête. Dzisiaj spotkanie z Katarzyną Kowalewską.
[02:48:24] - Dobry wieczór. Spotykamy się ponownie w literackim tête-à-tête. Pragnę dzisiaj przedstawić państwu sylwetkę i twórczość Katarzyny Kowalewskiej, tłumaczki, felietonistki, wielbicielki lata, badmintona i fotografii. Pani Katarzyna jest autorką pięciu powieści: „Pijany skryba", opowiadania „O czym myślimy, gdy udajemy?", „Pudełko z pamiątkami", „Podmiejski na koniec świata" i „Ratunku, wymyśliłam męża!". Spod pióra naszego gościa wyszło bardzo dużo opowiadań, które możemy znaleźć w różnych antologiach oraz w magazynie literacko-kryminalnym „Pocisk". Pani Katarzyna Kowalewska pisze również felietony. Kiedyś pisała je na portalu sportowym. Obecnie można je znaleźć w piśmie społeczno-kulturalnym „Bogoria". Prywatnie jest matką wspaniałej córeczki, żoną, mieszkanką Grodziska Mazowieckiego. Dobry wieczór pani Katarzyno.
Bardzo dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie do literackiego tête-à-tête.
[02:49:37] - Dobry wieczór, pani Krystyno. Dobry wieczór państwu. To ja pięknie dziękuję za zaproszenie i bardzo dziękuję za takie piękne wprowadzenie. Wszystko się zgadza, a raczej prawie wszystko. Pozwolę sobie coś zdementować już na samym początku. Jeśli chodzi o fotografię, ja bardzo lubię robić zdjęcia. Mam nawet lustrzankę cyfrową i kiedyś, kiedy miałam dużo czasu, lubiłam sobie chodzić w tak zwany plener, robić zdjęcia uliczne. Niestety teraz już tego czasu nie mam. Teraz po prostu klikam zdjęcia smartfonem, ale na pewno profesjonalistką nie jestem. I jeszcze jedna rzecz, którą pozwolę sobie zdementować.
Jestem autorką czterech powieści, a nie pięciu. Chociaż byłoby wspaniale, gdybym miała na koncie już pięć powieści, jednak ten tytuł „O czym myślimy, gdy udajemy?" to tytuł opowiadania, a nie powieści. To opowiadanie ukazało się kiedyś na płycie, było dodatkiem do gazety i prawdopodobnie portal Lubimy Czytać zakwalifikował je jako książkę.
[02:50:42] - Tak czy siak, dorobek ma już pani dosyć spory. A to fotografowanie to są pasje nasze, które posiadamy. My tutaj chcemy naszych gości Powiem tak dogłębnie poznać. I te wszystkie zainteresowania, pasje one się w jakiś sposób łączą z ich twórczością, bo pewnych rzeczy nie można od siebie oddzielić. Pomimo że chociaż nie ma pani już tak dużo czasu, nadal ta fotografia panią fascynuje. A ja mam nadzieję jeszcze na pani stronach obejrzeć przepiękne zdjęcia, bo ma pani wspaniały model blisko siebie, a właściwie wspaniałą modelkę, bo muszę państwu powiedzieć, że nasz gość, a właściwie nasza gościni jest matką przecudownej, wspaniałej córeczki.
[02:51:30] - Bardzo pięknie dziękuję za komplement pod adresem mojej córki. Faktycznie jest to niesamowita osoba, obdarzona wspaniałym poczuciem humoru, choć dopiero ma dwa latka. My mówimy, że jest łobuziarą i ona o sobie też tak bardzo lubi mówić. A wracając jeszcze do tej fotografii, właściwie tak naprawdę to ona również wpłynęła na moje pisanie, więc być może będzie okazja o tym porozmawiać.
[02:51:54] - A właśnie, tak jak ja mówię, to jednak te artystyczne zapędy, one gdzieś się w nas łączą. Pani Katarzyno, na stronie autorskiej i tu może od razu podamy Państwu adres tej strony. Razem pisane z małych liter: katarzynakowalewska.pl. Zachęcam do odwiedzenia strony. Przeczytałam w takiej zakładce z najczęściej zadawanymi pani pytaniami. Boi się pani kur i ryb, że jest pani licencjonowanym sędzią badmintona. I to mnie bardzo zaciekawiło. Nigdy nie napisałabym książki, której motywem przewodnim byłaby przemoc wobec kobiet. Proszę nam wytłumaczyć, dlaczego pani złożyła taką deklarację i co pani właściwie miała na myśli, bo przyznam się szczerze, nie do końca pani intencje zrozumiałam.
[02:52:49] - O proszę, to ciekawe, że znalazła pani ten fakt. Jak najbardziej, cały czas to podtrzymuję. A dodam jeszcze oprócz mojego adresu strony internetowej jestem też bardzo, ale to bardzo aktywna w mediach społecznościowych. Mam konto na Facebooku i Instagramie: Katarzyna Kowalewska Autorka. Wracając do tego, co pani o mnie wyczytała, to jak już mówimy o tych kurach i rybach, naprawdę się ich boję, dlatego, że uważam, że to są najbardziej nieobliczalne zwierzęta, z jakimi można mieć na co dzień do czynienia. Nigdy nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy, kiedy ta ryba zjezierza się o naszą nogę, czy też kiedy ta kura nagle wyskoczy i zacznie machać skrzydłami. Dla mnie to jest bardzo zaskakujące i zapiera dech w piersi. A teraz już do tych spraw poważnych. Tak, to prawda. Nie napisałabym, nie zamierzam napisać książki, w której takim motywem przewodnim byłaby przemoc wobec kobiet.
Dodam jeszcze, że również wobec dzieci. To jest jednak najczęściej spotykane w powieściach kryminalnych. Ja piszę obyczaje, ale oczywiście zdarzają się i w obyczajach kobiety czy dzieci z okrutną przeszłością. Dlaczego bym o tym nigdy nie napisała? Dlatego, że dla mnie to jest po prostu najbardziej okrutna, potworna rzecz, jaką można sobie wyobrazić, jaką można zrobić osobie fizycznie słabszej. Dziecku, które ma pełne zaufanie do dorosłego, czy kobiecie, która zawsze jest po prostu fizycznie słabsza od swojego oprawcy. To jest straszna rzecz, która całkowicie demoluje ludzką psychikę i w związku z tym ja zwyczajnie nie umiałabym o tym napisać, ponieważ mnie samo pisanie sprawiałoby autentyczny ból. Moje palce, nie potrafiłabym zmusić ich, żeby pisały takie okropieństwa na klawiaturze.
[02:54:38] - Teraz już rozumiem. Przeszła mi przez myśl inna interpretacja. Jakoś nie mogłam się z tym pogodzić, bo troszeczkę się znamy. Poznałyśmy się osobiście i nie pasowała mi pani na osobę, która jest niewrażliwa na sprawy kobiet. A okazuje się, że ta wrażliwość w pani wypadku jest rzeczywiście bardzo duża i myślę, że żebyśmy wszyscy taką wrażliwość mieli, to wtedy może na świecie byłoby piękniej.
[02:55:08] - Pudełko z pamiątkami. Fragment, w którym Kalina, siedemnastolatka, zwierza się głównej bohaterce Aśce, że chce sobie zrobić tatuaż. Wpatruje się w nadruk na T-shircie Kaliny. W ogóle nie wygląda jak napis, tylko jak wosk, który ktoś w andrzejki rozlał na koszulce zamiast w misce. Wyobrażam sobie, że jeśli nosiłabym coś takiego na skórze, ludziom wydawałoby się, że nałogowo uprawiam zapasy w błocie. Epicki. Pocieram brodę. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale chcesz, żeby w widocznym miejscu wydziargali ci nazwę black metalowej kapeli, tak? Z pełną świadomością, że zarówno ty, jak i twoi znajomi za rok przerzucicie się na zupełnie inne brzmienie, a plama błota na twojej klacie zostanie. Wybacz, ale tak właśnie wygląda.
Jak błoto. Abstrahując, nawet jeśli nie przeszkadza ci kleks na skórze, oczywiście wiesz, na czym polega ostracyzm. Twoi kumple przejdą na zupełnie inny poziom rozwoju, podczas gdy ty wciąż będziesz tkwić w muzycznej piaskownicy. Twoim zdaniem to zły pomysł? Mówi, strzelając balonem z gumy do żucia oklejonym resztkami chleba i pomidora. Przeciwnie. Doskonały, pod warunkiem, że chcesz popełnić społeczne harakiri. Myślałam, że mi pomożesz. Głośno połyka gumę. A co ja innego właśnie robię?
Wiktoria wraca z trzema herbatami na tacy. Zauważa nietęgą minę nastolatki. Jej ruchy momentalnie nabierają lekkości, a na twarz wstępują rumieńce. Coś przegapiłam? Pyta.
[02:57:00] - Pani Katarzyno, ukończyła pani studia podyplomowe w Studium Edytorstwa Współczesnego. Myślę, że nasi słuchacze chętnie dowiedzieliby się, na czym polega praca edytora. Czy to, że posiada pani usystematyzowaną wiedzę w kierunku edytorstwa, przeszkadza pani czy z kolei ułatwia pracę nad własnymi tekstami?
[02:57:24] - To prawda. Ukończyłam Studium Edytorstwa Współczesnego. To były studia roczne, podyplomowe. Obecnie to się nazywa Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Już mówię, o co mi z tymi studiami tak naprawdę chodziło. Jeśli chodzi o pracę edytora, to nie powiem, na czym ona polega, bo nie wiem, bo ja nie jestem edytorem. Za to nominalnie, z wykształcenia i z zawodu jestem tłumaczem. Ukończyłam studia magisterskie tłumaczeniowe w Instytucie Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. To były studia stricte tłumaczeniowe. Jestem tłumaczem dwóch języków i przez wiele lat pracowałam w zawodzie.
W mojej obecnej pracy od początku też. Tylko że później zmieniałam stanowiska. Teraz robię trochę coś innego, ale bardzo fascynującego. Natomiast jeśli chodzi o studia edytorskie, to je zrobiłam w czasie, kiedy pracowałam aktywnie jako tłumacz. To było dla mnie bardzo ważne, bo to jest idealne rozwinięcie umiejętności tych kompetencji językowych, bo na tych studiach mamy zajęcia bardzo proste z języka polskiego, z ortografii, z interpunkcji, z poprawności językowej, ze stylistyki. Ale też uczymy się o gatunkach dziennikarskich, o dialogu, o narracji, o składzie książki, korekcie, adiustacji, czyli to też jest wygląd takiej związanej książki. Dlatego wcześniej przydawało mi się to do tłumaczenia, ale z czasem okazało się to bardzo wszechstronną wiedzą, która przydaje mi się na bardzo różnych polach, bo i do felietonów jako gatunku dziennikarskiego, i teraz do powieści. Mam o wiele bardziej wyczulone oko na błędy dzięki temu. A dla redaktora, wydaje mi się, zbawieniem jest taki pisarz, dlatego że jest po mnie po prostu mało roboty, jak to się mówi. Zresztą naprawdę moja pierwsza redaktorka tak powiedziała.
[02:59:19] - Jeżeli czyta pani jakikolwiek tekst, to pani automatycznie w głowie już robi jego korektę?
[02:59:24] - Nie. Z jednej strony ukończyłam te studia i bardzo mi to pomaga. Zauważam błędy, przynajmniej ich większość, te, które robię. Ale jednocześnie nie jestem, że tak powiem, purystką językową. Dla mnie język pełni funkcję komunikacyjną. Ja się nie czepiam, jak ktoś popełnia jakieś błędy. Jesteśmy tylko ludźmi.
[02:59:47] - Oczywiście, jak najbardziej. Ponownie odniosę się do pani strony, którą pani prowadzi. Przyznaje na niej pani, że duży wpływ na wykształcenie w pani nawyku czytelniczego miały bibliotekarki, jakie spotkała pani na swojej drodze, bo to one umiejętnie poddawały pani odpowiednie lektury. Zwracając się do młodego adepta sztuki pisarskiej, zachęca pani go, używając takiego sloganu: „praktyka czyni mistrza”. Jeżeli uznamy, że dzieło literackie jest sztuką, to czy można się tej sztuki nauczyć dzięki odpowiednim zabiegom? Czy może, aby zostać dobrym twórcą, potrzebna jest iskra? Takie dotknięcie palca Bożego, coś, co po prostu nazywamy talentem.
[03:00:40] - Och, wywołała pani panie z Biblioteki Garnizonowej w Leźnicy Wielkiej, z której pochodzę. To je miałam na myśli. I z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiam.
[03:00:51] - Panie z biblioteki serdecznie pozdrawiamy.
[03:00:53] - Tak, to było też bardzo fajne, bo ja bardzo dużo czytałam jako dziecko, jako nastolatka. I te dwie panie, kiedy przychodziłam do biblioteki, mówiłam im: „Ta książka mi się podobała, ta mi się nie podobała. Coś w tym stylu bardzo mi się podobało”. I one kazały mi po prostu zająć sobie miejsce w fotelu. Same znikały między półkami. Wracały do mnie z naręczem jakichś 10 czy kilkunastu książek i mówiły: „Weź sobie to i przeczytaj, zobacz, co ci się będzie podobało”. Ja tak naprawdę nie musiałam znać nazwisk autorów czy tytułów, bo one tak bardzo przydawały się, pomagały mi wybierać właściwe książki. Natomiast jeśli chodzi o pytanie i o praktykę, czy też ten talent, tę iskrę, powiem tak: ja jestem bardzo mało romantycznym pisarzem. Oczywiście jestem przekonana, że są autorzy, których dotknął ten palec Boży. Jest ich na pewno wielu.
To są ludzie, którzy nie muszą się niczego uczyć, bo po prostu mają to w palcach. Piszą wybitne powieści, dostają Nagrody Nobla czy też są naprawdę wspaniałymi władcami i władczyniami słowa. Moją mistrzynią jest na przykład Alice Munro, kanadyjska pisarka opowiadań oraz Stephen King, który sam zresztą mówi, że jest rzemieślnikiem, ale ja uważam, że on naprawdę ma to coś, co niewielu z nas posiada. Za to ja, podobnie jak King, choć oczywiście nigdy nie umiałabym wejść w jego buty, też nazywam siebie rzemieślnikiem. Nie sądzę, żebym miała jakiś wybitny talent. Ja piszę po prostu udane książki rozrywkowe. Nigdy nie osiągnę poziomu moich mistrzów, ale według mnie to jest w porządku. Uważam, że dla każdego z nas jest miejsce. Dla mnie najważniejsze jest to, że czytelnicy miło spędzają czas z moją książką. To się liczy najbardziej.
Natomiast jeśli chodzi o praktykę, to zdecydowanie tak. Im więcej piszesz, tym lepiej wyrabiasz sobie pióro. Im więcej czytasz
[03:03:00] - Tym więcej masz szansę podpatrzeć świetnych rozwiązań i pomysłów, z których potem możesz czerpać.
[03:03:07] - I to wszystko się zgadza, co pani mówi. Rzeczywiście nie każdy twórca musi z kolei osiągnąć ten najwyższy poziom, bo wtedy nie byłoby o co walczyć.
[03:03:19] - „Podmiejski na koniec świata”. Fragment, w którym szef składa Alicji propozycję nie do odrzucenia. „Pani Alicjo, zapraszam” – usłyszała w słuchawce głos prezesa Mikołowskiego we wspomniany czwartek około 15. Wzdrygnęła się, uświadomiwszy sobie, że być może sprawa wniosku wcale nie przeszła tak bezboleśnie, jak jej się wydawało. Wygładzając ołówkową spódnicę, która zbyt mocno opinała jej kształty, ale zdaniem Tymona była odpowiednio biznesowa, naprędce wymyśliła sensowne wyjaśnienie. Do gabinetu weszła tak pewnym krokiem, na jaki było ją stać. „Niech pani usiądzie”. Wskazał dłonią długi stół, przy którym prowadził rozmowy z kontrahentami. Sam wstał od komputera i dystyngowanym krokiem dołączył do Alicji, która zajęła to samo krzesło co zwykle: blisko wyjścia, naprzeciw Mikołowskiego. Takie zaproszenie mogło oznaczać cokolwiek.
Jeśli chodziło o szybkie załatwienie jakiejś sprawy, szef zazwyczaj przekazywał jej instrukcje w drzwiach bez ceremoniału zasiadania po dwóch stronach stołu. A teraz? Alicja mogła spodziewać się wszystkiego. Być może szef zamierzał wyłożyć jej szczegóły kolejnej wiszącej nad nimi katastrofy, której tylko ona mogła zaradzić. Mógł też zapytać, jak jej się pracuje. Tak. Szefowi zdarzały się tego typu dziwne chwile. Rzadko, ale owszem. Początkowo zbijał ją z tropu pytaniami na temat odczuć względem pracy. Nie wiedziała, co powiedzieć.
Jaka odpowiedź byłaby odpowiednia. Jednak po pewnym czasie przekonała się, że prezesowi zależy na szczerości. Przejmował się pracownikami. Nie był wylewny, nie bratał się z podwładnymi. Ludzie raczej się go bali, ale takimi pytaniami dawał do zrozumienia, że w razie kłopotów mogą na niego liczyć. Teraz położył na blacie rozprostowane dłonie i spojrzał Alicji w oczy. „Jak się pani pracuje?” Do licha! Więc o to chodziło. Tylko dlaczego tak dziwnie patrzył? Jakby obawiał się odpowiedzi.
„Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym próbowała się szefowi przypochlebić, ale z takim szefem praca to przyjemność”. Mikołowski delikatnie się skrzywił. Do diabła. Już kończąc zdanie, wiedziała, że przesadziła. To zabrzmiało jak czyste lizusostwo. Nieważne, że naprawdę tak czuła. „Nic pani nie przeszkadza w pracy? Natłok zadań, atmosfera. Trochę się pani izoluje.” Ja izoluję? Alicja kaszlnęła z wrażenia.
Kurza stopa. Wszystko przez te drzwi. „Zamykam drzwi, żeby odciąć się od hałasu w biurze. Łatwiej mi się wtedy skupić na pracy.” Oj, to też nie zabrzmiało dobrze. Zamykanie się przed pozostałymi pracownikami było przecież sprzeczne z polityką firmy. Prezes jednak, zamiast okazać niezadowolenie, uniósł kąciki ust. Alicja obrzuciła go uważnym spojrzeniem, bo Mikołowski prawie nigdy się nie uśmiechał. To kompletnie nie pasowało do jego wizerunku. Zatem co się stało? Co takiego powiedziała, że prezes przyjął to z zadowoleniem?
Podrapała się w głowę. Czy powinna wykorzystać moment i spytać o podwyżkę? Taka szansa mogła się szybko nie powtórzyć. Wciągnęła głęboko powietrze, ale szef najwyraźniej wyczuł, że Alicja zamierza coś dodać, więc uniósł rękę, żeby ją powstrzymać. „Mam dla pani propozycję.” Tak? Alicja poruszyła się na krześle, jakby obsiadły ją mrówki. „Ile lat pracuje pani w Fashion of Warsaw? Pięć?” Czyżby, czyżby? Adrenalina momentalnie skoczyła jej do góry. „Cztery szefie, ale...“ Prezes znów uciszył ją gestem.
„Ta firma” – zatoczył dłonią w powietrzu – „to mój wielki sukces. Nasz.” Uniósł znacząco brwi. „Dziękuję.” Alicja z gracją spuściła wzrok. „Zrobiła pani dla nas bardzo dużo. Podjęła się wielu nowych wyzwań, lecz nigdy...“ „No właśnie, szefie.” Alicja przewróciła oczami i się uśmiechnęła. Wreszcie domyślił się, w czym problem. „Proszę mi nie przerywać” – rzucił sucho Mikołowski. Alicja aż się wzdrygnęła. Prezes spojrzał na nią, skinął głową i głośno wciągnął powietrze. „Doszedłem do wniosku, że zasłużyła pani na awans.
Na stanowisko, które odzwierciedli wysiłki, jakie wkłada pani w swoją pracę.” Nareszcie. Alicja uniosła oczy ku niebu. Przejdź w końcu do rzeczy, człowieku. „Dziękuję za docenienie mojej pracy, panie prezesie” – powiedziała. „Jeszcze niech pani nie dziękuje, bo propozycja jest, jak by to ująć, nieoczywista.” Nieoczywista? „Nie do końca taka, jakiej się pani spodziewa” – stwierdził Mikołowski i zacisnął usta na znak, że zrozumie jej wątpliwości. – „Chodzi o to, że nie mogę dać pani podwyżki.” Oj. Mikołowski pokręcił głową z dezaprobatą, bo Alicja znów ośmieliła mu się przerwać. „I moja propozycja będzie oznaczać poważne zmiany w pani życiu.” Wbił wzrok w swoje dłonie, bo Alicja gapiła się na niego, jakby obwieścił, że od jutra zostanie szefową klubu GoGo. Odpędziła od siebie tę myśl, żeby nie być złym prorokiem.
Na szczęście Mikołowski zaczął przed nią roztaczać o wiele przyjemniejszą wizję. „Ale mogę obiecać, że jeśli odniesie pani sukces tam, gdzie panią wyślę, po powrocie może się pani spodziewać zarówno lepszego stanowiska, jak i wyższej pensji. Co pani na to?” Prezes znów na nią spojrzał i uniósł kąciki ust. Tym razem Alicja dojrzała w jego uśmiechu niepewność. To było podejrzane. Nie miała pojęcia, co może oznaczać jego mina. Poważne zmiany w życiu? Bez podwyżki? Co on za brednie opowiada? Naszła ją niespodziewana myśl, że Mikołowski przedawkował jakieś leki.
Potrząsnęła głową, żeby jej wyobraźnia znów nie popłynęła za daleko. „Rozumiem. Chce mnie szef gdzieś wysłać. Mam gdzieś jechać, coś załatwić i wrócić.” „W pewnym sensie. O ile nie ma pani innych planów.” „W przyszłym tygodniu zamierzałam zapisać się do dentysty, więc jeśli ten wyjazd przypada na inny termin, nie widzę przeciwwskazań. Choć właściwie to tylko rutynowa kontrola” powiedziała, siląc się na żart. W mordę jeża Alicja uświadomiła sobie, że jak zwykle zgadza się na wszystko, co szef zaproponuje i ignoruje fakt, że Mikołowski wyraźnie zaznaczył, iż chwilowo może zapomnieć o dodatkowym groszu. „Pani Alicjo.” Mikołowski złożył dłonie. „Chcę panią wysłać na dłużej. Plus minus kilka tygodni i to jak najszybciej.
Moja firma, moja druga firma, popadła w tarapaty. Jest pani jedyną osobą, która może coś w tej sprawie zmienić.”
[03:10:52] - A teraz pytanie, które może się wydać z pozoru banalne, ale nawiązuje do naszych wcześniejszych rozważań. Ile godzin dziennie poświęca pani pracy twórczej i czy jest to systematyczne zajęcie, czy może sporadycznie zagląda pani do kreowanych przez siebie światów?
[03:11:12] - Powiem pani, pani Krystyno, że ja zazdroszczę takim pisarzom jak Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz, którzy są niesamowicie systematyczni. Przesiadują codziennie odpowiednią liczbę godzin przed komputerem i piszą swoje książki. Bardzo im tego zazdroszczę, zwłaszcza, że ja ostatnio praktycznie nie piszę wcale. Niedawno zajrzałam do pliku z książką, którą teraz piszę, i niestety zapisałam go ostatnio ponad miesiąc temu. To oznacza, że od ponad miesiąca nie pisałam. Powiem tak: pisanie to nie jest moje główne zajęcie. Ja pracuję na etat normalnie osiem godzin dziennie. Pisanie to jest moja pasja, którą wykonuję po pracy. Ta praca, którą teraz wykonuję na etat, jest to praca bardzo intensywna, bez tak zwanych sezonów ogórkowych. Jest świetna, jest kreatywna.
Bardzo ją lubię, ale jednak drenuje mój umysł i potem, po takim dniu pracy jest mi ciężko zasiąść do pisania zwyczajnie, bo do pisania potrzeba świeżej głowy, takiej przewietrzonej, wolnej od myśli i tych wszystkich sytuacji z poprzednich godzin dnia. Poza tym moja dwuletnia córka zajmuje mi cały wolny czas. Bardzo lubi ze mną spędzać czas. Ja z nią też. Chociaż ja sobie cenię moją prywatną przestrzeń. Czasami chciałabym się zamknąć w moim pisarskim pokoju, bo tak, posiadam swój specjalny pisarski pokój, ale niestety ostatnio bardzo rzadko go odwiedzam. Tyle że ja nie robię sobie z tego powodu wyrzutów, szczerze mówiąc. Uważam, że jest w życiu czas na jedno albo jest czas na drugie. Kiedy, czy też jeśli pisanie stanie się moim podstawowym źródłem utrzymania, wtedy z pewnością nie będę miała problemów z regularnością. Ale póki co taka sytuacja leży w sferze mało realnych marzeń.
[03:13:02] - Wie pani, powiem pani tak: są rzeczy ważne i ważniejsze w naszym życiu. Wtedy, kiedy my matki mamy małe dzieci, to raczej nasze sprawy, powiedzmy sobie, duchowe muszą chwileczkę poczekać. Bardzo dobrze panią rozumiem jako kobieta i osoba, która sama zaczęła pisać w wieku 48 lat. Pani Katarzyno, chciałabym kupić od pani słowo. Czy to jest jeszcze możliwe?
[03:13:30] - Och, wywołała pani we mnie wspaniałe wspomnienia, bo wiem doskonale, o co pani chodzi. Pyta pani o projekt Wykup Słowo, za pomocą którego napisałyśmy z koleżankami pisarkami opowiadania do antologii, którą nazwałyśmy „Autostopowy. Dziesięć opowiadań o wolności”. Ta antologia została wydana w 2015 roku, więc jak dla mnie to było bardzo dawno temu, ale to był bardzo ciekawy projekt. My ten projekt realizowałyśmy za pomocą portalu zbiórkowego. Nazywał się Wykup Słowo, dlatego, że wspierając finansowo nasz projekt faktycznie można było kupić słowo za określoną kwotę. Za wyższą można było na przykład kupić aż zdanie. Można było też kupić imię bohatera i jeszcze inne rzeczy związane z treścią opowiadań. My potem z koleżankami dzieliłyśmy się tymi słowami czy zdaniami i używałyśmy ich w antologiach. Oczywiście każde opowiadanie miało swoją metryczkę, w której wymienialiśmy, jakie słowo zostało użyte, przez kogo ono zostało zakupione, tak żeby nasi darczyńcy odpowiednio zostali uhonorowani w tej antologii.
Mnie przytrafiła się niesamowita sytuacja, dlatego, że moja koleżanka, moja prawdziwa koleżanka kupiła głównego bohatera. Tym bohaterem okazała się jej mama. Jej prawdziwa mama, Gośka. I Zuzia zrobiła jej w ten sposób prezent niespodziankę na urodziny. Spotykałam się kilka razy z Zuzią. Ona opowiadała mi o mamie. Zresztą ja Gośkę znam i jestem z nią na ty. I dowiedziałam się o niej jak najwięcej, żeby potem napisać o niej opowiadanie. Proszę sobie wyobrazić, jakie to było zaskoczenie.
[03:15:19] - Muszę powiedzieć, że antologię poznałam jeszcze w fazie projektu. Kibicowałam jej. Polecam, jeżeli gdziekolwiek państwo by jeszcze mogli trafić na „Autostopy”, to naprawdę warto, bo są to cudowne, wspaniałe opowiadania.
[03:15:35] - „Ratunku, wymyśliłam męża. Typowa rozmowa z mężem. Bartek. Czytałem twój tekst o kawach w książkach powiedział, wciskając nos w kołnierzyk koszuli. Niezły. Komplement z ust Bartka? Niewiarygodne. I bardzo szybko przeczytał, zważywszy, że nie miał tego dnia dużo pracy. Dziękuję – odparła Flo podejrzliwie. Duży postęp, kochana.
Opłacało się robić kurs pisarski. Już gdy wypowiadał ostatnie zdanie, czuła w jego głosie diabelski śmiech. Nie myliła się. Powolnie, z błyskiem w oku wysunął nos z kołnierzyka i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Goń się! Rzuciła w niego zwitkiem mokrych chusteczek. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zamiast w Bartka nie trafiła w pomalowaną miesiąc wcześniej ścianę. Chusteczkowa papka przylepiła się do ściany w kolorze mglistego krzemienia, po czym zaczęła wolno zjeżdżać, pozostawiając za sobą brudną smugę. No co? Żachnął się rozbawiony.
Przyszedłem cię pochwalić. Przyniosłem pyszną kawkę, a ty atakujesz mnie bronią białą? Zdjął chusteczkową ciapę i przyjrzał się jej uważnie. A nie. Twoja broń ma odcień szarobury. Flora chwyciła pierwszą lepszą rzecz, jaka wpadła jej w ręce i znów się na niego zamierzyła. Ponieważ trafiło na kubek, w którym trzymała długopisy, Bartek teatralnie zasłonił twarz ramieniem. Odłożyła kubek na miejsce. Nie masz jakiejś pilnej pracy? Spytała, myśląc niecierpliwie o porzuconych bohaterach pisanej powieści.
Bartek opuścił rękę. Właśnie zamknęliśmy zamknięcie. Pomyślałem, że skorzystam z chwili wolnego i odwiedzę ukochaną żoneczkę w pracy. Puścił do niej oko. Wyobraź sobie, że teraz ukochana żoneczka ma coś do zrobienia. Tak? A co? Uniósł się z fotela. Jednym kliknięciem zamknęła plik, modląc się w duchu, by zapisały się ostatnie zmiany. Nie twój zasmarkany interes powiedziała, wytykając język, a palcem pokazując drzwi.
Już cię tu nie ma. Okej, okej – odparł, podnosząc wolną rękę w geście poddania i wycofując się rakiem do drzwi. W tym samym momencie rozdzwonił się telefon Flory. Rzuciła się do niego, nieomal wylewając kawę. Jakby przygoda z herbatą to było za mało. Cześć kochana – wysapała do słuchawki. Co się urodziło? Machnęła Bartkowi dłonią, żeby zmiatał. W tym samym momencie silny kobiecy głos zaczął wyrzucać z siebie potok gniewnych słów i Bartek wiedział już, że dzwoni Justina. Takiej okazji nie mógł przepuścić.
Stanął na środku pokoju i przystawił dłoń do ucha niczym bohater niemego kina. Flo machała do niego nerwowo, ale on zaczął się śmiać i wykonywać palcami gest mielenia ozorem. Zdesperowana Flo odwróciła się do okna, skuliła się i ściszyła głos do szeptu, ale celowo przesadnie głośnego, żeby mąż usłyszał. Nie mogę teraz swobodnie rozmawiać. A chuj mnie to obchodzi! Odparła Justina. Dzwonię do ciebie z moim epokowym pomysłem i jeśli zaraz nie powiesz, że to najwspanialsza idea na świecie i że kupujesz ją bez zastrzeżeń, pójdę się pociąć nożem do masła. Mogłabyś powtórzyć, co wcześniej mówiłaś? Rzuciła do słuchawki Florka. Zerknęła z ukosa na Bartka.
Śmiał się bezgłośnie, trzymając się za brzuch jak Charlie Chaplin. Dźwięk w smartfonie miał ustawiony na maksymalną głośność, więc jej mąż doskonale słyszał słowa Justiny.
[03:19:20] - Proszę opowiedzieć nam teraz, pani Katarzyno, o swoim procesie twórczym. Od czego pani w ogóle zaczyna pracę nad tekstem? Co jest takim pierwszym impulsem, żeby ten tekst jakoś zaczął u pani funkcjonować? No i bardzo mnie interesuje, w jaki sposób buduje pani postać. Przeczytałam, że pani ulubioną postacią to jest właściwie bohater pani pierwszej powieści. Może kilka słów o tym poprosimy.
[03:19:48] - Jeśli chodzi o mój proces twórczy, to tak jak wspominałam, jestem mało romantyczna. Ja bym bardzo chciała, żeby tak jak niektórym autorom, te pomysły po prostu spływały do głowy nagle, gdzieś leżały na ulicy. Niestety ja na te pomysły nie wpadam na ulicy, nie potykam się o nie, nie mam ich pełnej szuflady. Ja jak kończę książkę, zaczynam praktycznie od zera. Od początku wymyślam. Tak naprawdę wymyślam od zera całą fabułę i faktycznie wpadanie na pomysły, że tak to ujmę, jest dla mnie najtrudniejszym etapem procesu twórczego. A zaczynam od zwykłych, czystych kartek. Rozkładam je sobie na biurku, biorę mój ulubiony ołówek automatyczny. Tak, to jest jedno z moich natręctw i myślę, że my, pisarze, niejeden z nas by przyznał, że mamy całą masę takich natręctw. I zaczynam obracać w głowie różne pomysły, bardzo różne.
Zastanawiam się, o czym jeszcze nie pisałam, jakie tematy są teraz modne. Wypisuję sobie je na tych kartkach i wybieram taki z największym potencjałem i ten wybrany sobie bardziej rozwijam. Następnie piszę dla niego początek, czyli nie, że już zaczynam pisać tekst, tylko wymyślam miejsce, w którym książka się zacznie. Sytuację, w jakiej umieszczę bohatera na początku powieści.
[03:21:15] - Do tego koniec. Czyli taki azymut, coś takiego jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, bo każdy z każdego miejsca w Warszawie wie, jak tam trafić. I ten azymut to ma być takie miejsce, do którego mam trafić, napisawszy te kilkaset stron. Do tego wypisuję sobie jeszcze ze dwa, trzy punkty zwrotne, czyli to są te takie momenty, w których coś w życiu bohatera wydarza się takiego, co przewraca całą fabułę do góry nogami i potem tak naprawdę wystarczy już wypełnić te puste miejsca tekstem. Wydaje się proste, ale jednak działa. Jeszcze druga rzecz, którą robię, to piszę tak zwane CV bohaterów, czyli tych ważniejszych postaci w tekście. Każdy ma swoją kartkę i tam wypisuję różne najważniejsze fakty na jego temat. Czy to będzie, jakie studia ukończył, ile ma lat. Niekoniecznie wygląd zewnętrzny, ale czym się interesuje, jakie ma poglądy polityczne czy społeczne, jakiej słucha muzyki, jakie lubi książki, czy może nie lubi, czym się zajmuje. Do czego mi to jest potrzebne?
Bo potem, w trakcie pisania mogę sobie zajrzeć do tego jako ściągi i dzięki temu wiem, jak w danej sytuacji, która akurat się rozgrywa, mój bohater zachowałby się, biorąc pod uwagę te cechy, umiejętności i poglądy, które mu wypisałam. Poza tym to jest też dla mnie dobra ściąga, bo muszę przyznać, że mam bardzo słabą pamięć do tego, co przeczytałam i co napisałam. Niestety zdarza mi się nawet zapomnieć imię bohatera. Dlatego ta ściąga bardzo mi się przydaje. Czyli w moim przypadku nie ma pisania na żywioł, bo nie chcę zacząć pod wpływem jakiegoś impulsu, żeby potem za wcześnie się nie wypisać i nie utknąć. Jak to powiedziała kiedyś moja pani redaktor: „Piszemy nie to, co sobie założyliśmy, ale to, co nam wyjdzie”. Czyli jakiś tam rodzaj swobody sobie zostawiam.
[03:23:12] - Właśnie. Czasem jest tak, że książka, jak to mówią, sama się pisze. W takim razie zapytam jeszcze, kim jest dla pani narrator, oczywiście w pani książce. Jaką on pełni funkcję dla pani jako autora?
[03:23:26] - Narrator to opowiadacz tej naszej historii. Mówiąc technicznie, mamy różne typy narratorów. Mnie najdalej jest do tak zwanego narratora wszechwiedzącego. Ja wolę być bliżej bohatera. Jeśli już narracja trzecioosobowa, to w moich książkach wygląda to tak, jakby bohater miał do ramienia przypiętą kamerę. Ten narrator tak jakby siedzi na jego ramieniu i widzi całą sytuację z jego perspektywy. Chociaż chyba najbardziej lubię narrację pierwszoosobową, czyli tam, gdzie bohater mówi: ja przyszłam, ja to zrobiłam. Mam wręcz wrażenie, że wtedy bohaterowie wychodzą mi zawsze najbardziej krewni. Ale ponoć czytelniczki obyczajów wolą narrację trzecioosobową, więc moje książki są pisane czasem tak, czasem tak. Mam świadomość, że mój wybór ma swoje ograniczenia, bo narrator wszechwiedzący może łatwiej opisywać różne sytuacje.
Ma pełen ogląd sytuacji. Natomiast mój zna tylko pewien wycinek rzeczywistości i to troszeczkę komplikuje sam proces tworzenia historii. Natomiast wydaje mi się, że ta taka jednostronna może, czy też taka ograniczona perspektywa też jest takim elementem tajemnicy dla czytelnika, bo on nie wie, co się dzieje po tej drugiej stronie.
[03:24:50] - Pani Katarzyno, czy uważa pani, że wraz ze zdobywaniem doświadczenia, ilością godzin poświęconych pracy twórczej traci się pewność, świeżość spojrzenia, czy też staranniej przykłada się do budowania dzieła?
[03:25:08] - Zastanawiam się właśnie, czy nie nawiązuje pani do tego, co kiedyś powiedziałam na temat mojej debiutanckiej powieści „Pijany skryba”, bo ja mówię, że już nie byłabym w stanie napisać takiej książki. Czy o to chodzi?
[03:25:23] - Mniej więcej.
[03:25:25] - Tutaj w tym przypadku powód jest troszeczkę inny, dlatego że ja tę powieść wydałam w 2014 roku. Ja byłam wtedy zupełnie inną osobą. I tutaj paradoksalnie nie zmieniło się to, o czym pani mówi, czyli takie doświadczenie zdobyte w pracy twórczej. Zmieniły mnie doświadczenia życiowe. „Pijany skryba” to powieść słodczykowska, przygodowa, przepełniona humorem i slapstickowymi żartami. Ja już, wydaje mi się, nie mam w sobie tej dynamiki, tej swobody, tej takiej młodzieńczej energii. To dlatego nie umiałabym już napisać czegoś na miarę „Pijanego skryby”. Natomiast ja uwielbiam tę książkę. To jest jedyna z dwóch książek, takich w ogóle dwóch książek, do których ja lubię sobie wracać i lubię sobie ją wertować i w jakimś tam wybranym miejscu otworzyć i przeczytać. Ale tak jak mówiłam wcześniej, jak najbardziej.
Czym więcej napiszę, tym lepiej mi to wychodzi.
[03:26:26] - A jeszcze niech mi pani powie, bo pani kieruje swoje utwory właściwie do kobiet. Proszę mi powiedzieć, jakie cechy powinna posiadać powieść, aby czytelniczki chętnie po nią sięgały i zachęcały jedna drugą do poznania perypetii wymyślonych przez panią bohaterów?
[03:26:44] - Niestety nie znam recepty na taką powieść. Gdybym to wiedziała, to z pewnością wydawałabym same bestsellery i kąpała się w milionach dolarów. Ale wiem, co jest ważne dla mnie w moich książkach i skoro to ważne jest dla mnie i czytelniczki lubią moje książki, to chyba to znaczy, że takie podejście się sprawdza. To według mnie ważna jest równowaga w książce, czyli trochę tego i trochę tego. Konkretnie bohater, którego się lubi, ale który nie jest kryształowy, posiada jakieś wady. Wertka akcja, ale przemieszana chwilami uspokojenia. Poważne problemy, ale przełamane dawką humoru i nie za długo, żeby łatwo się czytało w pociągu czy na plaży. Ja zawsze w centrum stawiam kobiety i ich sprawy. Dla mnie kobieta, bohaterka mojej książki musi być silna, a nawet jeśli na początku z pozoru nie jest silna, to wreszcie jest w stanie wziąć sprawy w swoje ręce. Wydaje mi się, że to też jest ważne dla moich czytelniczek.
Staram się też poruszać problemy zwykłych ludzi. Wydaje mi się, że to jest też ważne dla odbiorczyń, żeby mogły czytać o problemach, z którymi mogą się identyfikować, utożsamiać. Zresztą zdarzało mi się już nie raz słyszeć, że tutaj opisałaś mnie i moją paczkę przyjaciółek. W przypadku ostatniej książki słyszałam wręcz: „O rany! Poruszyłaś dokładnie ten problem, który mam z własnym mężem”. Więc wydaje mi się, że tego szukają czytelniczki. I jeszcze jedna rzecz, na którą zwracają uwagę, kiedy mi o tym mówią, to że łatwo sobie wyobrazić akcję moich książek. I wydaje mi się, że tutaj właśnie w grę wchodzi to moje uwielbienie dla fotografowania, bo zdaje mi się, że ja po prostu myślę obrazami. Ja sobie wyobrażam opisywane przez siebie sytuacje niczym takie kadry zatrzymane. Widzę te kolory, widzę kto gdzie stoi i może dlatego jak czytelniczki czytają, to mówią, że widzą to samo co ja i uważają to za atut moich książek.
[03:28:56] - „Ratunku, wymyśliłam męża. Wielkie marzenie Flory” Florencja marzyła o napisaniu wielkiej polskiej powieści obyczajowej albo wielkiego polskiego romansu. Wszystko jedno. Nie odnalazła jeszcze odpowiedniego tematu, ale pragnęła napisać powieść na miarę Bridget Jones, „Przeminęło z wiatrem” albo serii „Nad rozlewiskiem”. Jej dzieło miało na zawsze zapaść w pamięć czytelniczek, wyznaczać trendy, stanowić niewyczerpane źródło cytatów i bon motów, kreować postawy i gusta, dodawać skrzydeł i odwagi do zmian. Musiała tylko wypatrywać chwili, w której niczym u pomysłowego Dobromira nad jej głową rozbłyśnie złota kulka i spłynie na nią pomysł przez wielkie P. Sam palec Boży. Nie mogła tylko pisnąć ani słowa mężowi. Sceptyczny i do bólu praktyczny mąż Flory, Bartek, dworował sobie z jej zamiłowania do snucia opowieści. Gdyby wspomniała mu o kursie kreatywnego pisania, na który się zapisała, a co gorsza o planowanym pisaniu wielkiej polskiej powieści romantycznej czy nie, stałaby się regularnym obiektem jego drwin.
Zniechęciłby ją bardziej niż wtedy, gdy postanowiła uczyć się portugalskiego za pomocą brazylijskich telenowel. Wmówiła mu więc, że zamiast jak codziennie po pracy wracać grzecznie pociągiem do domu do Grodziska, nadrabia w Warszawie zaległości towarzyskie. Mąż dał się zwodzić zaledwie przez trzy tygodnie, do czasu, aż dotarło do niego, że żona, która jest raczej odludkiem, o czym świadczyło choćby przedkładanie czytania książek nad miejskie rozrywki, nigdy tak regularnie nie imprezowała z przyjaciółmi. Poza tym jego żona, jak lubił się naigrywać, przyjaciół miała ostatnio w liceum. Dla męża Flory, Bartka, wieczorne warszawskie wojaże żony mogły oznaczać tylko jedno. I wcale nie chodziło o przyprawianie mu rogów. Dziewczyna, delikatnie mówiąc, nie była typem seksbomby, za którą ustawiałyby się kolejki adoratorów. Koński śmiech, tyczkowata figura, deska z tyłu i z przodu, kamuflaż w postaci workowatych bluzek. Wszystko to stanowiło idealny rysopis Flory. Bartek kochał ją taką, jaka była, lecz gdyby Florencja miała doczekać się choć jednego, nawet ukradkowego, pełnego zazdrości spojrzenia męża, musiałaby ulec całkowitej metamorfozie.
Nie, to Bartek musiałby się zmienić. W faceta z amerykańskiej komedii romantycznej albo angielskiej, granego przez Hugh Granta. Bartek gardził komediami romantycznymi. Bardziej romantyczna od niego była nawet plama na bluzce autorstwa przylatującego gołębia. Flora żałowała czasem, że jej mąż nie jest bardziej szarmancki, uroczy, uwodzicielski, optymistycznie nastawiony do świata. Po prostu bardziej sympatyczny. W chwilach zwątpienia przypominała sobie jednak, za co go pokochała, a ostatnio musiała przywoływać wspomnienia coraz częściej, żeby nie zwariować. Co się zaś tyczy podejrzeń Bartka, powód piątkowych późnych powrotów żony z Warszawy był dla niego oczywisty. Uznał, że Florka może robić tylko jedno. Realizować swoją wydumaną, nieprzynoszącą zysków pasję.
Robić coś związanego z pisaniem książek. Niestety znał ją lepiej niż Fred Astaire kroki tańców towarzyskich.
[03:32:44] - Proszę mi powiedzieć, czy pani zdaniem humor w literaturze jest pożądany, niezbędny, rozpraszający uwagę czytelnika, czy może wręcz uzdrawiający? Czy niezbędny? Nie powiedziałabym. Czy rozprasza uwagę? Zdecydowanie nie. Czy ma moc uzdrawiającą? No, mocno powiedziane. To byłby niesamowity wkład literatury. Ja natomiast lubię stosować humor w swoich książkach. Według mnie, tak jak powiedziałam, on równoważy treść.
Mam wrażenie, że gdybym opisywała tylko poważne problemy bez takiego luźniejszego przełamania, książka zaczęłaby być przytłaczająca. Ale to tylko moja subiektywna ocena. Być może są czytelniczki, jest ich wiele, które lubią czytać takie poważne książki o naprawdę trudnych problemach i nie potrzebują humoru. Dla mnie natomiast jest on bardzo ważny. Ja sama lubię się pośmiać i lubię czytać tego rodzaju książki.
[03:33:47] - Akcja niektórych z pani powieści rozgrywa się w Grodzisku Mazowieckim. Czy to miasto ma dla pani jakieś szczególne znaczenie?
[03:33:56] - To akcja aż czterech moich książek. W pierwszej, „Wijanej w trybie” tylko akcja nie dzieje się w Grodzisku, ale to też ma znaczenie. Jakie? Dlatego, że ja mieszkam w Grodzisku Mazowieckim, natomiast nie jestem grodziszczanką z dziada, pradziada. Ja przeprowadziłam się tutaj bodaj pięć lat. Mąż mnie tutaj ściągnął. Umieszczam akcję w Grodzisku po to, żeby podziękować miastu za to, że mnie tak gościnnie przyjęło w swoich progach. Naprawdę Grodzisk to piękne miasto, bardzo zadbane, cieszące się bardzo pozytywną opinią, świetnie zarządzane. Burmistrz zarządza naszym miastem już bodaj 27 czy 28 lat. Także to na pewno o czymś znaczy.
I mnie się tutaj tak wspaniale mieszka. To jest takie moje miejsce na ziemi. Poznałam tutaj świetnych ludzi, czuję się tutaj wyśmienicie, więc chcę pokazać temu mojemu miejscu na ziemi, że jest dla mnie ważne. I wygląda na to, że to jest bardzo dobrze odbierane. I oczywiście nawiązałam przez to tutaj kontakty z różnymi instytucjami. Grodziska Gazeta to właśnie ta, do której piszę felietony. I to stało się też dopiero później. I Grodziskie Radio są regularnie patronami medialnymi moich książek. Także nawiązaliśmy tutaj bardzo fajne relacje. Ale cóż, może czas na przeprowadzkę w jakieś inne miejsce?
Oczywiście tylko w książkach, bo mieszka mi się tutaj znakomicie. Bo wie pani, ponoć jest takie pojęcie jak set i lokalizacja. To znaczy, że trzeba umieszczać akcję książki w takich miejscach, które takie pożądane, bardzo interesujące dla czytelniczek. Stąd chyba swojego czasu wśród książek obyczajowych był taki wyścig Toskani, Andaluzji.
[03:35:47] - Co jest dla pani ważniejsze w czasie pracy twórczej? Czy fabuła, czy też większą uwagę pani kładzie na warsztat twórczy? Czemu się pani bardziej poświęca pisząc swoje powieści?
[03:36:00] - Jednak w przypadku takich książek rozrywkowych, gatunkowych, jakie ja uprawiam, to fabuła jest ważniejsza. Oczywiście dużo pracuję nad słowem. Przykładam bardzo dużą wagę do porównań. To jest też tak zwana moja specjalność zakładu. Takie niestandardowe porównania nawiązujące do popkultury na przykład. Zwracam też uwagę na melodię, na to, by tekst działał na wszystkie zmysły. To też jest bardzo ważne. To też pomaga czytelnikom wyobrazić sobie to, o czym czytają. No i oczywiście obróbka techniczna. I to robię na bieżąco.
To nie robię tylko na końcu, ale na bieżąco. Kiedy siadam do kolejnego rozdziału, to czytuję sobie ten poprzedni, coś tam poprawiam, coś tam znajdę i to jest po prostu taka dynamiczna, bieżąca robota. No i oczywiście reszta w rękach redaktora. Ja mam pełne zaufanie do pracy redaktora i zazwyczaj akceptuję 99,9% wprowadzonych przez redaktora zmian. Jednak tak jak mówię, fabuła musi być warstwa ciekawa, akcja. Wydaje mi się, że w przypadku tych książek większą wagę przykładamy do tego, jakie emocje książka w nas wywołuje, niż czy jest kandydatem na Nobla.
[03:37:17] - Bardzo miło mi było z panią rozmawiać. Szybko nam ten czas jakoś wspólnie zleciał. Proszę państwa, naszym dzisiejszym gościem była pani Katarzyna Kowalewska, pisarka, autorka czterech książek i jednego opowiadania oraz wielu innych opowiadań, które można znaleźć w antologiach i felietonów zamieszczanych w prasie na portalach internetowych. Zapraszając do sięgnięcia po pozycje naszego gościa polecamy strony na Facebooku Kowalewska Fanpage, na Instagramie Katarzyna Kowalewska Autorka i na stronie autorskiej katarzynakowalewska.pl. Pani Katarzyno bardzo serdecznie dziękuję za wspólnie spędzony czas. To była naprawdę bardzo pouczająca rozmowa i myślę, że wielu z Państwa dowiedziało się też trochę o tej drugiej stronie pisarstwa. Jak to właściwie wygląda, kiedy autor siada przed komputerem i zaczyna swoją pracę twórczą. Za to serdecznie pani Katarzynie dziękujemy. Życzę wielu wspaniałych fabuł, wspaniałych kolejnych powieści. No i oczywiście myślę, że kiedyś powstanie jeszcze książka dla dzieci, specjalnie napisana, dedyko-
[03:38:45] - Nie wiem jak Państwo, ale ja bardzo sobie cenię prozę Herberta George'a Wellsa. Są takie powieści, które mam wrażenie zna każdy. „Wojna światów”, „Wehikuł czasu”. Chociażby dlatego, że zostały sfilmowane. Są natomiast powieści Herberta George'a Wellsa znane nieco mniej, chociaż też zostały sfilmowane. Taką powieścią jest powieść „Pierwsi ludzie na Księżycu”. Ona nie jest w tej topce utworów pisanych przez Wellsa. To jest utwór moim zdaniem ciekawy. A co sądzi o nim nasza recenzentka Luiza Dobrzyńska Eviva? Zaraz się przekonamy
[03:39:32] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jest rzeczą bardzo ciekawą, jak kiedyś postrzegano Księżyc. Jasne, kiedyś ludzie nie mieli do dyspozycji takiego sprzętu jak my teraz. Obserwując Księżyc przez mniej lub bardziej prymitywne lunety, mogli sobie wyrobić pogląd tylko z grubsza na temat tego, co się na nim dzieje. Czasami dochodzili do wniosków, które dzisiaj wydają się śmieszne, ale nie powinniśmy ich za to winić. Po prostu opierali się na takiej wiedzy, jaką mieli wówczas do dyspozycji. Pierwszą podróż na Księżyc opisał bodajże Cyrano de Bergerac. Tak, ten sam. Ale nie silił się na żadne naukowe podbudowanie. Jego opowieść jest raczej filozoficzna, socjologiczna.
Natomiast George Herbert Wells to już zupełnie inna para kaloszy. Tych dwóch panów dzieli oczywiście kilka wieków, a Wells był synem epoki, która już była bardzo oświecona. Tak to można określić. Nadal jednak o tym, jak wygląda powierzchnia Księżyca, wiedziano tylko z grubsza. A już co się tam dzieje dokładnie nie wiedziano zupełnie nic. Mało tego, wyobrażenia na temat Księżyca były mylne, podobnie jak wyobrażenia nasze na temat Wenus, którą kiedyś uważano za wręcz bliźniaczkę Ziemi. I w pewnym sensie jest, tylko że niestety przypomina raczej piekło niż normalną planetę. No ale mniejsza o to. Powieść „Pierwsi ludzie na Księżycu” koresponduje pięknie z trylogią Żuławskiego „Na srebrnym globie”. Obie opierają się na założeniu, że na Księżycu da się żyć.
Może nie na całym Księżycu, ale na jego częściach. Naturalnie, kiedy dzisiaj bierze się tę książkę do ręki, to można się tylko uśmiechnąć, ale jednak jest dość ciekawa, chociaż nie ze względów naukowych. O cóż chodzi w tej książce? Pan Bedford jest pechowym finansistą. Stracił wszystko i był zmuszony zaszyć się w odległym od poprzedniego miejsca zamieszkania domu, by spróbować napisać sztukę teatralną. Upatrywał w tym sposób na wydobycie się z kłopotów. Jednak spotkanie z panem Cavorem spowodowało, że jego losy potoczyły się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał. Pan Cavor był naukowcem. Starał się wynaleźć sposób lotu na Księżyc za pomocą substancji, którą nazwał, jakżeby inaczej, kaworytem. Ta substancja miała neutralizować siłę ciążenia.
W pewnym momencie wysiłki pana Cavora odnoszą sukces. Wchodzi w posiadanie tajemniczej substancji. Za jej pomocą w skonstruowanej przez siebie kuli razem z panem Bedfordem wybiera się więc na Księżyc. Okazuje się, że jest on zamieszkany i to przez istoty z jednej strony przypominające ludzi, a z drugiej strony całkowicie od nich odmienne. Następuje zderzenie dwóch sposobów pojmowania świata, dwóch poglądów na to, jak ma wyglądać społeczeństwo doskonałe. Tak, chyba właśnie o to chodzi w tej książce, ponieważ jej warstwa naukowa jest, jakby to powiedzieć, mało naukowa. Już sama idea kaworytu. No cóż, antygrawitacja owszem, nie jest niczym nowym, ale mało prawdopodobne, żeby pozwoliła na lot na Księżyc. Raczej mogłaby służyć do innych rzeczy. Mniejsza jednak o to.
Z tym nie dyskutujmy. Oczywiście opis powierzchni Księżyca przede wszystkim jako miejsca, gdzie da się normalnie oddychać, jest biegunowo odmienny od tego, co już wiemy. Natomiast społeczeństwo Selenitów. No cóż, mamy tutaj coś, co może się skojarzyć na przykład z rojem Helstroma, ponieważ jest to społeczeństwo wysoce wyspecjalizowane, owadopodobne. Dany osobnik jest rozwijany tylko pod kątem określonej czynności i niczym więcej. Daje to autorowi pole do snucia pewnych rozważań na temat tego, czy nie dałoby się czegoś zrobić, żeby robotnicy, którzy jak wiadomo, kiedy nie byli potrzebni, byli po prostu wyrzucani z pracy. Zresztą teraz też się tak dzieje. Nie mogli być w jakiś inny sposób, jakby to rzec, nie używani, tylko jakby odstawiani na bok, ale tak jak to właśnie ma miejsce u Selenitów, gdzie osobnik w tym momencie niepotrzebny, po prostu pogrąża się we śnie. Tak, oczywiście. No i mamy tutaj też pogląd na istotę wojen na przykład, których Selenici nie znają.
Oni nawet nie potrafią bronić się przed istotami tak agresywnymi jak ludzie bezpośrednio. Są od nich słabsi, ale nie wykazują w stosunku do nich złych uczuć, mimo wszystko. Tak jakby to ich społeczeństwo było pozbawione większości ludzkich wad. Trudno powiedzieć, jak wyglądałoby zasiedlenie Księżyca przez ludzi, co marzy się Bedfordowi. Zwłaszcza żeby można tam było wysyłać na przykład niepotrzebny proletariat. Tak, brzmi to dość zabawnie. Jednak Wells już nie pokusił się o opisanie takiej inwazji ludzi na Księżyc. Jego książka urywa się. Tak, sprawia silne wrażenie, jakby nie była dokończona. Mimo wszystko stanowi dość ciekawy sposób spojrzenia właśnie na kontakt z cywilizacją całkowicie odmienną.
Całkowicie odmienną od tego, z czym mamy do czynienia na Ziemi. I właśnie tylko dzięki temu warto ją przeczytać. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:45:33] - Proszę państwa, zbliżamy się powoli do końca Bibliotekarium 2.0. Zapowiadałem niespodzianki, a właściwie niespodziankę. To właśnie jest niespodzianka. Niespodziewanie dla państwa pojawi się w tym odcinku Bibliotekarium 2.0 drugie Filmotekarium. Porozmawiamy z Piotrem Cielebiasiem o filmie z Dalekiego Wschodu, o filmie koreańskim deklarowanym jako horror. Tytuł brzmi horrorowo, mianowicie „Ekshumacja”. A jak było naprawdę? Zapraszam do wysłuchania audycji. Dzień dobry wieczór Piotrze, zaczynamy Filmotekarium.
[03:46:19] - Dzień dobry wieczór Marku. Witam wszystkich. W dzisiejszym odcinku kino koreańskie. Z kinem azjatyckim, może z horrorami azjatyckimi, bo o takim filmie dzisiaj mówimy, jest trochę tak jak z sushi albo z mochi. Jedni uwielbiają i mówią, że to jest najlepsze jedzenie na świecie, a inni powiedzą, że to w ogóle jest niesłone, nijakie albo niesłodkie w przypadku mochi i że w ogóle nasze to jest lepsze. Dzisiaj też będzie w tym duchu. Przy czym trudno powiedzieć, że nasze horrory są lepsze. W Filmotekarium generalnie bardzo rzadko odnosiliśmy się do kina azjatyckiego. Były takie przypadki, nieliczne, można chyba policzyć na palcach jednej ręki, ale zdaję sobie sprawę z tego, że są tutaj jego zadeklarowani fani. Kino koreańskie na tle kina azjatyckiego się wyróżnia.
W ogóle koreański przemysł rozrywkowy się mocno wyróżnia. On jest w stanie generować różnego rodzaju produkcje, które są zaskakująco dobrze przyjmowane w świecie zachodnim, bo one są trochę robione na zachodnią modłę. Tego orientu jest tam tak nie czuć, acz jest zauważalny. Tak było na przykład z K-popem. Tak było ze „Squid Game”, który się okazał ogólnoświatowym fenomenem. A jeżeli idzie o koreańskie horrory, to kilka oczywiście widziałem. Cechują się niektóre wartką akcją, dbałością o detale i budowaniem oryginalnego napięcia. „Ekshumacja”, o której dzisiaj mówimy, to jest horror typu paranormal z podchyleniem folkowym. Jako że wśród głównych bohaterów znajdziemy szamankę oraz speca od feng shui. Chociaż Marku, ja pamiętam, że ty wiedziałeś, jak się to poprawnie wymawia, że feng shui to nie powinno się.
[03:48:11] - Tak, ale to trzeba wypowiadać z zaśpiewem dalekowschodnim. Proponuję, żebyśmy tego jednak nie robili, bo to odpowiednio trzeba zaakcentować i w dodatku mocno głos podnieść. Coś w rodzaju feng shui albo coś takiego. Już tak dokładnie nawet nie pamiętam, więc pozostańmy. Wszyscy będą wiedzieli, o co chodzi. Pozostańmy przy tym europejskim czy też polskim sposobie wypowiadania tego słowa. Ale skoro się już dorwałem do głosu, to powiem, że owszem, „Ekshumacja” jest horrorem, tylko ja mam z tym filmem pewien problem, bo wszystko, co powiedziałeś, jest prawdą, że jest tam nawiązanie do kultury i że to sprawnie w miarę zrobione, jeśli chodzi o warstwę techniczną filmu. Problem mój polega na tym, że ani przez chwilę na tym horrorze nie odczuwałem napięcia, które, umówmy się, powinno oglądaniu filmów grozy towarzyszyć. Minimalne chociaż emocje, żeby się pojawiły. Ja obejrzałem ten ponad dwugodzinny film poprawnie wykonany.
Chwilami się nudziłem bardziej, chwilami mniej, bo powtarzam pod kątem wykonania, pod kątem pracy kamery czy innych technicznych spraw trudno by się było do czegoś przyczepić. Chyba że ktoś jest szpurystą filmowym i zna się na tym naprawdę. Ja się znam na niby. Lubię to, co mi się podoba, że tak scharakteryzuję swój ogląd wszelkiego kina. Tu na pewno nie jestem fachowcem, ale co do jednej rzeczy lubię się wypowiadać. Pewna historia i ta historia dałaby się sprzedać w wersji czy to koreańskiej, czy europejskiej. Ona jest nawet logiczna. Ona ma swoje następstwa i ma swoje przyczyny. Tu może w odwrotnej kolejności powinienem podać, ale problem polega na tym, że obserwując to, co dzieje się na ekranie, to, co jest mocno zanurzone w folklorze koreańskim, mamy wrażenie, że uczestniczymy w jakimś przedstawieniu, którego nie rozumiemy do końca. Oni, mówię o bohaterach, kierują się na ekranie swoimi nakazami kulturowymi, mają jakieś przesłanki postępowania.
Tylko mówiąc krótko, za cholerę nie rozumiałem, o co im chodzi. Owszem, rozumiałem, dlaczego coś robią, dlaczego kopią, ta ekshumacja, owszem, ale wszystko to się kręciło, a później się paranormalniło w taki dziwny sposób, że nie budziło, tak jak powiedziałem, żadnego napięcia we mnie. To po pierwsze. Po drugie, mnie było bardzo trudno zidentyfikować się z którymkolwiek z bohaterów. To już nie jest najlepsza rekomendacja, jeśli chodzi o kino. Dlatego ja ten film traktuję jako rzecz obejrzaną, zaliczoną, ale wahałbym się, żeby mówić O ekshumacji jako o horrorze. To jest film z elementami paranormalnymi, które w ogóle nie straszą.
[03:51:52] - Ktoś o tym filmie napisał, że to jest film komiksowy i ja się z tym zgodzę. Od czego by tu zacząć? Pewnie od tego, dlaczego o tym w ogóle mówimy. Dlaczego podejmujemy temat ekshumacji? Bo to jest kolejny przypadek, kiedy film o bardzo wysokiej ocenie w internecie okazuje się nie taki fajny, jak piszą. Kiedy przeglądamy międzynarodowe portale, to rzeczywiście ekshumacja otrzymuje bardzo wysokie noty. Siedem, sześć na dziesięć to jest wysoko. O tym piszą też krytycy, że to jest film dobry, tylko jest z nim jeden problem. W ogóle straszny nie jest. Ale dlaczego to nie jest straszne?
To może powiedzmy trochę, o co tam w ogóle chodzi. Film opowiada o przygodach ludzi zajmujących się zjawiskami paranormalnymi. Mieliśmy już koreański film pod tytułem "Gokseong" z roku 2016. U nas był znany jako "Lament" i tam też występowały wątki szamańskie. "Ekshumacja" jest trochę innym filmem. To raczej jest, nie chcę użyć tego porównania, ale to jest taki film, trochę jakby się oglądało produkcję o superbohaterach. Jest jakaś paczka ludzi, którzy zmagają się z dziwnym problemem. Film nam opowiada długą historię koncentrującą się wokół perypetii pewnego biznesmena koreańskiego, któremu zachorowało dziecko. Winne są przyczyny paranormalne, tkwiące gdzieś w drzewie rodowym. On sprowadza sobie szamankę.
Szamanka sobie angażuje do współpracy mistrza od feng shui. Oni tam na niego mówią geomanta. Ale problem tkwi głębiej, to znaczy głębiej pod ziemią. Trzeba ekshumować szczątki przodka i przenieść na inne miejsce i wszystko będzie okej. I oni wszyscy razem, wespół z grabarzem, z pomocnikiem szamanki najpierw się biorą za odkopywanie tego dziadka. I to jest takie wszystko pełne napięcia. Podejmują próbę przeprowadzenia rytuału. I teraz powiem tak filmowo, jak to niekiedy się można doczytać w różnego rodzaju skrótach fabuły, że niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem i przy okazji natrafiają na wielką rodzinną tajemnicę z przeszłości. Nie mogłem tego chyba ładniej ująć. Marku, na początku ekshumacja się może podobać, bo to jest film obiecujący.
Jest dynamiczny. Postaci są może płytkie, ale wyraziste. Problem jest początkowo jako tako zarysowany, tylko że sens tego filmu nam się rozchodzi, rozłazi na jakieś poboczności i szczerze ci powiem, dochodzę do takiego wniosku, że oni poprzez te takie intensywne, bardzo szczegółowo przedstawione rytuały, ja tak nie do końca wiem, czy oni odprawiają, odgrywają raczej rzeczywiste tańce i śpiewy szamańskie mające coś przegonić, czy to jest po prostu posklejane z różnych motywów, dlatego że oni mówią, że przeprowadzają rytuał, którego nigdy nie robiono w sumie, że tego się nie robi generalnie i oni robią to. Właśnie, co robią? Reżyser twierdzi, że to wszystko jest prawda, że oni się uczyli tych tańców, tych śpiewów. Co tam jeszcze się dzieje? Oni oczywiście, na początku się dowiadujemy, otrzymują za ten rytuał, za całe przedsięwzięcie mnóstwo pieniędzy, bo już widzimy, że sprawa jest ryzykowna i że na tym rytuale się nie skończy, który jest pokazany w pierwszych 15, 20 minutach filmu. Szybko też bardzo otrzymujemy dużą dawkę scen szamańskich, tych bardzo skomplikowanych, widowiskowych, ponoć realistycznie odwzorowanych. Tylko po pewnym czasie, po pewnej ich dawce to przestaje być interesujące. To przestaje robić wrażenie, Marku, bo te ich śpiewy, te ich inwokacje, inkantacje, tańce, bicie w bębny, przenoszenie ducha na świnię to wszystko jest jakieś takie nierealne, takie wyćwiczone, jakby się oglądało rekonstrukcję w jakimś skansenie albo pokaz w koreańskiej cepelii na przykład.
Nie to, żebym się czepiał, ale to po prostu widać. To jest odgranie jakiejś teatralnej scenki. Dlaczego tak mówię? Bo szaman czy szamanka to musi być ktoś brzydki, stary, niereprezentacyjny. A jak przychodzi dwoje przystojnych Koreańczyków, mężczyzna i kobieta i udają tych szamanów, to tak jakoś nierealne to jest. Nierealne to jest. W ogóle tak nie wygląda szaman. To musi mieć wyrysowane na twarzy różnego rodzaju perypetie i spotkania z demonami. Tak mi się wydawało. A tutaj to wszystko tak przyszli, pośpiewali, potańczyli i tyle.
Chociaż oczywiście reżyser nas zapewnia, że ci aktorzy ćwiczyli prawdziwe rytuały i tak dalej. Cóż więcej mogę powiedzieć? Pewna prostolinijność tego filmu, wyraziste postacie, jak powiedziałem tempo sprawiają, że mamy wrażenie oglądania filmu o superbohaterach. Zauważalna jest nawet taka komiksowa otoczka. Tam się wszystko szybko dzieje. Szybko się dzieje. Natomiast jeżeli chodzi o ciarki czy o jakiś dreszczyk emocji, to jest cienko. Mam wrażenie, że Europejczyków ten film w ogóle nie wystraszy. Jako opowieść grozy w ogóle ten film jest mocno archaiczny. Moim zdaniem on uderza w receptory strachu, ale mieszkańców Azji Wschodniej na pewno, czyli w historię o duchach.
Mamy tam też wątek historyczny, rodzinny, ale wiesz co? Po pewnym czasie, gdzieś tak około połowy, ten film mi się przestał podobać. Zaczął się dłużyć. Bo on, jak wiele filmów, jak wiele horrorów azjatyckich, które oglądałem, wykracza poza 90 minut i to mu mocno wychodzi na złe. Tę opowieść można było Jakoś tak skrócić, skomasować, a tam to się wszystko tak dzieje i dzieje, i dzieje, aż w końcu mamy finał. Finał, który jeszcze raz skłonił mnie do uznania, że mamy do czynienia z filmem wzorowanym na produkcjach o superbohaterach.
[03:58:19] - Piotrze, bardzo ci dziękuję, bo przyznałeś, że jestem Europejczykiem, bo w ogóle mnie ten film, jak już to podkreślałem w pierwszym wejściu, w ogóle mnie nie przestraszył ani na chwilę. Muszę powiedzieć, że ja, wiecie państwo, jestem jednak prostak, bo do mnie przemawiały te sceny, kiedy ów bogaty człowiek, któremu zachorowało dziecko, wynajmuje sobie parę, żeby mu sprawę załatwiła. Piotr już o tym powiedział. Płaci im milion dolarów, bo w ogóle to jest obywatel USA i wiadomo, że jak na półwyspie musi coś pokombinować — mówię o Półwyspie Koreańskim — to wiadomo, że musi kosztować. Piotrze, powiedziałeś, że ta szamanka musi być stara i brzydka. Może dlatego, że jest młoda i całkiem atrakcyjna, to jej te wszystkie gusła nie wychodzą, które odprawia, a może nie wychodzą do końca. Może w ten sposób to ujmijmy. Trochę kpię w tej chwili, ale ja byłem tym filmem bardzo zawiedziony, ponieważ tak jak to już podkreślamy obaj, on pod względem technicznym jest zrobiony bardzo sprawnie. Ale ten folklor, wiecie państwo, to ja sobie tak mogę wyobrazić, że w Polsce kręcono by horrory, tak jak Piotr powiedział, w skansenie, a w dodatku z jakimiś przyśpiewkami ludowymi i zespołem folklorystycznym. Może tak źle nie jest, ale to mniej więcej te wszystkie rytuały, które są tam odprawiane.
One są długie, one są niewciągające i w gruncie rzeczy ja nie wiem, czy w tym filmie był potencjał, żeby był bardziej dynamiczny i bardziej straszący Europejczyków.
[04:00:15] - To znaczy, wiesz co, ja jeszcze tutaj przerwę, bo powiedziałeś o tym skansenie, ale tam jest jeszcze coś takiego archaicznego. Chodzi o to, że u nas już się nie kręci takich typowych horrorów, nie wiem, gotyckich, takich typowych o duchach, bo to wyszło z mody. Jeżeli są duchy we współczesnych horrorach na Zachodzie, to są raczej demony. To są duchy bardzo złe. Tutaj mamy do czynienia z duchem klasycznym, takim duchem przodka, który się mści. Wiemy, że to jest główny motyw straszący w horrorach w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Omawialiśmy już kilka tego rodzaju produkcji i to jest tak, jakby u nas nakręcić film, który jest wzorowany na jakimś opowiadaniu grozy na przykład z początku XX wieku albo nakręcić horror oparty o Grabińskiego. Nam by się to wydawało już mocno archaiczne. Nas by to nie straszyło, bo byśmy się tego naoglądali po prostu. Czasami nawet historie o duchach brzmią lepiej, kiedy sobie je w głowie rozgrywamy, kiedy próbujemy się wczuć w tego rodzaju opowieści, niż kiedy oglądamy je na filmie.
Zresztą tak na dobrą sprawę spróbujmy sobie przypomnieć, kiedy nakręcono ostatni film o duchach, który nie był filmem o duchach demonicznych. Rozumiecie, o co chodzi? Że było nawiedzenie, ale okazywało się, że tam coś grasuje potwornego, że to jest jakiś demon albo bardzo silny duch. Musielibyśmy sięgnąć bardzo głęboko myślę wstecz, szukając takiego horroru. Bo oczywiście były filmy na przykład "Keeping Hours" z wątkiem takim duchowym, paranormalnym, ale to nie były do końca horrory. I tutaj też to się uwidacznia, że nas to nie straszy. Po prostu nas to nie straszy. Chociaż na pewno znajdą się osoby, które powiedzą, że to jest miód malina, że to jest najlepszy film, bo każda potwora znajdzie swojego amatora. Jednemu się podoba to, drugiemu się podoba tamto i dobrze o tym wiemy, ale na przykład mnie się nie podoba i takie jest moje zdanie. Znudził mnie ten film.
I tutaj jeszcze jedna ciekawostka. Mówiłem, że sobie spoglądałem na opinie widzów, bo tak samo jak film omawiany przez nas kiedyś "Mudbrick" czy "Madbrick" — nie pamiętam, jak on się nazywał — ten taki, który się dzieje w Serbii, tak samo "Ekshumacja" ma bardzo wysokie oceny, ma bardzo fajny plakat, jest dobrze reklamowana, tylko coś tutaj jest nie tak. Więc wszedłem sobie w te oceny widzów, bo opinie krytyków nie zawsze są miarodajne, szczególnie te na Filmwebie. Wszedłem sobie na opinie widzów. No i okazuje się, że paradoks: z jednej strony wysoka ocena, ale z drugiej narzekanie, utyskiwanie, że to jest takie przewidywalne, że to w ogóle nie jest horror tak naprawdę, że to jest momentami bardziej film akcji, że tych efektów później jest bardzo dużo, że to w ogóle jest takie efekciarskie. Film ten natomiast ratuje fakt, że to jest dobre oglądadło i szczególnie dla widzów zza oceanu może to się podobać, może to na nich robić wrażenie, bo akcja jest po prostu wartka, natomiast są problemy ze zrozumieniem pewnych rzeczy, bo tam w ogóle akcja się rozgrywa raz w Korei i raz w Stanach Zjednoczonych. I po pewnym czasie ja się przestałem orientować, co się gdzie dzieje na przykład.
[04:03:54] - No i teraz ja muszę wjechać. Wiesz, Piotrze co? Powiem ci tak, że Ja nie wiem, czy to jest kino akcji. Ja jednak jestem przyzwyczajony do dynamicznego kina akcji. Może to w wersji koreańskiej jest kino dynamiczne, chociaż jak sobie jednak "Squid Game" przypomnę, to okazuje się, że Koreańczycy potrafią robić kino rzeczywiście dynamiczne. Natomiast tutaj ta dynamika miejscami jest umowna. To po pierwsze. Po drugie, wydaje mi się, że wysokie oceny, które pojawiają się pod tym filmem czy przy tym filmie, one się biorą też z tego, że w Polsce, ale nie tylko w Polsce, jest duża fascynacja Dalekim Wschodem, kulturą Japonii, kulturą Korei właśnie. I wystarczy, że coś jest z tamtego kręgu kulturowego, to już samo w sobie, z definicji jest ciekawe dla miłośników oczywiście, i oni zawsze podbiją ocenę właśnie dlatego, że to jest koreańskie albo japońskie, albo jakieś tam inne ulubione. Mam wobec tego wrażenie, że notka jest zawyżona, ale nie tylko dlatego, z tego powodu, o którym powiedziałem przed chwilą.
Jest również zawyżona dlatego, że jak już ktoś ogląda i ogląda i chce się przestraszyć, to tak bardzo chce, żeby nie zmarnował dwóch godzin przy całkiem zresztą sprawnie zrobionym filmie, żeby później przyznać, że to słabe było. Znam takie osoby. Więc niektórzy podbijają ten film, podbijają mu ocenę. A ja mam cały czas ogromne przekonanie, że ja bym chyba nie chciał drugi raz tego filmu oglądać ani z powodu tego, że to jest słaby horror, w sensie nie straszy, ani też z powodu jego dynamiki. Bo dynamika tego filmu, umówmy się, jest wymuszona troszeczkę, ale nie tym, że to się musi dziać tak szybko. To jest przyjęta pewna konwencja, którą reżyser przyjął, więc się dzieje dosyć dynamicznie. Ale czy to nas porywa? Mnie niekoniecznie. Ja już powiedziałem, ja jestem prosty w obsłudze, prosty człowiek i żeby mnie przestraszyć albo żeby mnie zdynamizować, czyli żeby porwać mnie za dynamiką filmu, to trzeba się jednak troszeczkę przyłożyć. Nie żebym był pępkiem świata, ale mam jakieś swoje oczekiwania.
Dla mnie film "Ekshumacja" to jednak taka mała porażka. Ja wiem, że są filmy gorsze. Sam ostatnio oglądałem film tak zły, że mnie zęby zaczęły boleć. Naprawdę, jak człowiek przez dłuższy czas nie ogląda kina klasy Z, to nie wie, że na świecie funkcjonują filmy tak straszne, że człowiek po prostu trzęsie się, jak to ogląda. Więc tu przyznajmy, "Ekshumacja" to jest film zrobiony bardzo sprawnie, zrobiony zgodnie z kanonem kina przyzwoitego. Umówmy się, to jest przyzwoite kino, ale kino absolutnie wyprane z emocji, wyprane z grozy, wyprane z sensacji. Toczy się ta historia. Wiecie państwo, to jest tak, jak czytacie jakąś nudną historyczną powieść. Powieści historyczne bywają ciekawe i bywają dynamiczne, ale i bywają też nudne. To jest nudna historyczna powieść, chociaż dzieje się współcześnie, ale nawiązuje do dziejów tej rodziny i tam się różne rzeczy kitłaszczą i różne rzeczy się odkrywa i poznaje się dziwne zwyczaje związane z ekshumacją, bo ekshumacja ekshumacji nierówna.
Okazuje się w różnych częściach świata różne zwyczaje, ale już nie te ludowe, tylko te chociażby administracyjne towarzyszą ekshumacji. I tak poznajemy świat, poznajemy, jak to się robi w Korei, ale co bym w tej chwili nie wymyślał, czego bym nie wymyślał, to nie jest film, który bym państwu polecał. Dwie godziny musicie państwo przeznaczyć. To są państwa dwie godziny. I od razu uprzedzam: ani się nie przestraszycie, ani specjalnie nie rozerwiecie. W sensie takiej rozrywki dynamicznej. Natomiast jeżeli interesuje was kultura Półwyspu Koreańskiego, ale tej południowej części, to może być film interesujący. Tylko niech nikt mi nie mówi, że to jest dobry horror.
[04:09:06] - Tak, to również nie jest dobry film dla mnie. Jakby ktoś miał taki pomysł, że sobie zostawia ekshumację na przykład na sobotkę leciutką i ma zamiar się dobrze rozerwać przy tym filmie, to raczej nie. To jest moje zdanie i Marka. Czy jest w tym filmie coś, co go ratuje? To zależy. Zależy od waszej osobistej akceptacji, powiedzmy, i waszych preferencji. Jeżeli jesteście miłośnikami kina azjatyckiego, to pewnie byście tutaj powiedzieli o innych produkcjach, które są godne uwagi, ale ja jakoś nie mogę się do tego przekonać tak w 100%. Myślę, że kiedyś podejmiemy temat w wakacje, kiedy omawiamy seriale, temat "Squid Game" i tam przyjdzie nam porozmawiać trochę szerzej o fenomenie koreańskiego kina, w ogóle koreańskiej kultury, że tak mały kraj jest w stanie robić rzeczy tak ciekawe i tak-
[04:10:09] - Porywające i nawet inspirujące powstawanie innych produkcji, teleturniejów nawet i tak dalej. Ale o tym następnym razem.
[04:10:20] - Cóż, a ja Państwu jeszcze poradzę, że może zamiast oglądania „Ekshumacji” sięgnijcie Państwo po książkę, chociażby „Mitologia Korei”. To stara seria „Mitologie Świata” Wydawnictwa Artystycznego i Filmowego, wychodząca w latach 70. Na pewno lepiej się Państwo rozerwiecie przy tej książce niż przy tym filmie. Są też nowsze wydania, nowsze książki poświęcone mitologii koreańskiej. Jest chociażby taka książka „Mitologia koreańska. Mitologia kosmiczna”. To ja Państwu raczej taką rozrywkę polecam, bo na film „Ekshumacja” na Państwa miejscu bym nie liczył. Wiem, że jestem złośliwy i wyjątkowo nieobiektywny, ale w końcu ten film zabrał mi dwie godziny z życia. To chyba mam prawo sobie ponarzekać. Proszę Państwa, to już koniec dzisiejszego „Bibliotekarium”.
Mam nadzieję, że niespodzianka warta była swojej niespodziankowości. Tak wyszło, że film „Ekshumacja” pojawił się niemal w tym samym czasie dla nas z Piotrem, w którym pojawił się film polski „Cisza nocna”. Doszliśmy do wniosku, że nie ma co przetrzymywać jednego tytułu albo drugiego. Trzeba go Państwu udostępnić zaraz, natychmiast, bo film polski „Cisza nocna” to jest film, sami Państwo słyszeli. A „Ekshumacja” kiedy zadajecie sobie Państwo pytanie oglądać czy nie, to mam nadzieję, że dostaliście Państwo przesłanki za jedną albo za drugą opcję. Cóż, mamy zatem „Bibliotekarium 2.0” zakończone. Zapraszam Państwa tradycyjnie na kolejne wydanie „Bibliotekarium” za tydzień 124. Tak sobie odliczam i odliczam, bo doszło do mnie, że 124. Tych starych „Bibliotekariów” było 150. Szybko poszło, że tak powiem.
Tak, ale stare „Bibliotekarium” ukazywało się co dwa tygodnie. „Bibliotekarium 2.0” ma częstotliwość tygodniową, stąd to przyspieszenie. Cóż, pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[04:13:14] - Mówił do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.