Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Czy rzeczywistość rzeczywiście jest rzeczywista? To jest temat do bardzo długich debat. Natomiast nie ulega wątpliwości, że właśnie tutaj, właśnie teraz, w tej naszej rzeczywistości rozpoczyna się kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF Marek Żelkowski. Hola hola, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu. To ja powtórzę. Czy rzeczywistość jest rzeczywista? Z pozoru takie dziwne, żeby nie powiedzieć trochę głupawe pytanie. Okazuje się, że nie do końca będę tego pytania bronił. A ci z państwa, którzy wiedzą o moich zainteresowaniach, o tym, że dla mnie eksperyment myślowy, eksperyment filozoficzny zatytułowany „Stymulacja” jest ważny, jest takim eksperymentem, który niesłychanie pobudza różnego rodzaju rozważania, to ci z państwa wiedzą, o czym dzisiaj będzie mowa. Między innymi oczywiście. Symulacja. Często dostaję pytanie brzmiące mniej więcej tak: dobrze, ale kto i po co zbudowałby tę symulację? Albo inne pytanie: skoro zbudowali tę symulację, to co im przyświecało?
To mniej więcej sprowadza się do tego samego. Tylko, po pierwsze, jeśli mówimy o symulacji w takim ujęciu filozoficznym, to nie zawsze chodzi o to, że ta symulacja istnieje naprawdę, tylko bardziej, a w ogóle najczęściej filozofom chodzi o to, że tak mało jesteśmy w stanie powiedzieć o naszym świecie. Tak mało rzeczy pewnych, absolutnie pewnych. Nam się często wydaje, że jaki świat jest, każdy widzi. Okazuje się, że kiedy przychodzi co do czego, kiedy mamy udowodnić, kiedy mamy samemu sobie powiedzieć, dlaczego wierzymy w to, że istniejemy, że to, co wokół nas istnieje, kiedy mamy to potwierdzić, to odwołujemy się do eksperymentów. Przecież wykonamy jakiś eksperyment i to jest jasne, że istnieje. Tak, ale jeśli ten eksperyment odbywa się również w ramach symulacji, to częste stwierdzenie filozofów, że z wnętrza symulacji nie da się udowodnić, że jesteśmy w symulacji. Co więcej, nie potrafimy powiedzieć nic na temat mistrzów symulacji, tych istot, tych świadomości, które ową symulację ewentualnie stworzyły. Często posługujemy się takim antropomorfizmem, czyli mówimy sobie: oni muszą być tacy jak my. Muszą?
Naprawdę? Może ich fizyka, ich chemia, ich świat jest zupełnie inny. Tak przez analogię, graliście państwo kiedyś w taką popularną grę, nie wiem, to się robaki jakoś, Worms w każdym razie to nazywało. One sobie, te robaki tam funkcjonowały, wojny ze sobą toczyły. Czy to naprawdę było odbicie naszego świata? I gdyby te robaczki uzyskały świadomość, to co one by stwierdziły? Idąc przez analogię, to tak jak my stwierdziłyby, że twórcy symulacji są robaczkami. Czujecie się państwo robaczkami? Bo ja niekoniecznie. Chyba że chodzi o skalę.
Rzeczywiście, jeśli chodzi o skalę, to może rzeczywiście jesteśmy robaczkami. Więc o twórcach symulacji, jakbyśmy się nie spinali, nie możemy powiedzieć nic. Możemy snuć rozmaite hipotezy, najdziksze powiedziałbym i to donikąd prowadzi. Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale jak ja zaczynam mówić o symulacji, to mógłbym państwu zrobić taki mini wykładzik przez najbliższą godzinę. Nie wiem, czy jest sens, bo za chwilę okaże się, że o tej symulacji jednak wcześniej czy później się okaże, że jednak państwu nagadam i będę to robił przez dobrych kilkadziesiąt minut, ale to za chwilę. Więc myślę, że nie skupiałbym się na tym, czy symulacja istnieje na pewno, bo tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić. Nie skupiałbym się nawet na tym, kto i po co stworzył tę symulację, bo tego też nie wiemy. Określenie celów, określenie możliwości nie stoi, to nie jest ten poziom. My sobie oczywiście możemy powiedzieć, że to by było bez sensu. Jeżeli to komuś pomaga, to dobrze, to niech tak będzie.
To oczywiście symulacja byłaby bez sensu. Problem polega jednak na tym, że my tego dowieść nie możemy. Dowieść w sensie dowodzić. Bardzo jest to deprymujące, przynajmniej dla mnie, ale rzeczywiście zrobić tego nie możemy. Możemy to wykluczyć na zasadzie: tak uważam i tak jest. To częsta postawa i ja jej wcale nie potępiam. Uważam, że każdy ma do tego prawo, ale jak się człowiek zastanowi, to się czuje bezradny. Zostawmy to na razie, na chwilę powiedziałbym i zajmijmy się tym, co na ogół na początku Bibliotekarium, czyli polecankami. Dzisiaj różne wydawnictwa, za to jedna data premiery: 29 dzień stycznia tego roku. Tego 29 stycznia, o ile dobrze kojarzę, to środa, pojawią się na rynku trzy, moim zdaniem niezwykle ciekawe książki.
Pierwsza z nich nosi tytuł "Śladami Twojej krwi". Autorką jest Katarzyna Wolwowicz. Zobaczmy, co na temat tej książki napisał wydawca. Myślał, że była jego idealną żoną, a okazało się, że w ogóle jej nie znał. Rupert Ogrodnik, właściciel prężnie działającej firmy z branży IT, budzi się z amnezją w szpitalu i dowiaduje o tym, że ktoś w brutalny sposób zamordował jego żonę, Kalinę. Wszystko wskazuje na to, że najprawdopodobniej był świadkiem zabójstwa, jednak niczego nie pamięta. Podczas rozmowy z policją okazuje się, że imię i nazwisko, którym posługiwała się Kalina, gdy się poznali, było fikcyjne, a ich małżeństwo zostało sfingowane. Zrozpaczony mężczyzna pragnie odkryć, kim była jego żona i dlaczego zjawiła się w jego życiu. W rozwikłaniu zagadki pomaga mu Marek, przyjaciel i policjant w stanie spoczynku. Jednak tajemnice, które odkrywa i fakty, jakie udaje mu się ustalić, jeszcze bardziej mącą Rupertowi w głowie.
A kiedy do gry wkracza dorosła i zimna jak lód córka Ruperta, nic nie jest już takie, jak wydawało się na początku. Czy dziewczyna dorastająca w patologicznej rodzinie, krzywdzona, poniżana i wykorzystywana, może wyrosnąć na kobietę zdolną do kochania i troszczenia się o bliskich? A czy taka, której w dzieciństwie zapewniono najlepsze warunki do życia, może stać się zdolną do czynienia zła psychopatką? Dlaczego Kalina ukrywała swoją przeszłość i z jakiego powodu związała się z Rupertem? I czy Rupert, kochający ojciec i wnuk opiekujący się chorym na Alzheimera dziadkiem, jest tak krystaliczny, jak się wydaje? Jedno jest pewne — każdy z nas ma swoje mroczne tajemnice. To była polecanka książki "Śladami Twojej krwi" Katarzyny Wolwowicz. Kolejna pozycja-- jeszcze muszę powiedzieć, wydawcą tej książki jest wydawnictwo Zwierciadło. Teraz już wszystko i pomykamy ku następnej pozycji. Nosi ona tytuł "Portret Lukrecji".
Autorką jest Maggie O'Farrell, wydawcą Wydawnictwo Znak Jednym Słowem. Premiera, przypomnę, 29 dzień stycznia. Tradycyjnie luknijmy na notkę wydawniczą. Natychmiastowy bestseller The Sunday Times, The New York Times i The Irish Times. Książka nominowana do prestiżowej Women's Prize for Fiction 2023. Wybór klubu czytelniczego Reese Witherspoon. Książka roku 2022 według The Guardian i Literary Hub. Lukrecja ma 16 lat i od niespełna roku jest żoną księcia Ferrary. Jest też pewna, że mąż chce ją zamordować. Wyczuwa to w powietrzu, gdy pozuje do portretu, uwięziona pod warstwą gorsetów i jedwabi.
Widzi to w oczach służących, gdy czeszą i układają jej płomiennorude włosy. Czuje to w brutalnym męskim uścisku w małżeńskim łożu. Zobaczyła już na własne oczy, ale książę Alfonso zrobi wszystko, by osiągnąć każdy swój cel. Jeszcze kilka miesięcy temu całe miasto świętowało jej zaślubiny, a ona cieszyła się swobodami, o jakich nie mogła marzyć w rodzinnym domu. Szybko orientuje się jednak, jaki jest warunek jej małżeńskiego szczęścia, a jeszcze szybciej, że nie będzie w stanie go spełnić. Jej los wydaje się przesądzony. Ale czy na pewno? The Guardian napisał o tej książce: "Doskonale napisana i barwnie wykreowana". Financial Times stwierdza: "Zapowiedź mrocznego finału elektryzuje od pierwszych stron, a po drodze autorka wielokrotnie zaskakuje". The Scotsman tak podsumowuje: "Oryginalna, poruszająca do głębi, przekorna i wiarygodna".
To były opinie o książce "Portret Lukrecji" Maggie O'Farrell, wydawca Wydawnictwo Znak Jednym Słowem. I wreszcie trzecia pozycja. Trzecia pozycja to produkcja Wydawnictwa Dolnośląskiego. Przypomnę, premiera 29 stycznia. Tytuł: "Schronisko, które spowijał mrok". Autor: Sławek Gordych. To jest kolejne wydanie, wydanie specjalne z barwionymi brzegami. A sama powieść, przypomnę, "Schronisko, które spowijał mrok", inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Wrzesień 1947. Cieplice.
Uczeń miejscowego liceum zostaje oskarżony o zamach na wysokich radzieckich dygnitarzy. Międzynarodowy skandal wisi w powietrzu, a chłopak musi uciekać. Grudzień 1991. Do karkonoskiego schroniska Strzecha Akademicka przyjeżdża Andrzej Czerwiński. Mężczyzna chce poznać prawdę o przeszłości ojca, dawnego kierownika Strzechy, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Kilka dni później ciało Andrzeja zostaje odnalezione podczas akcji ratunkowej po najtragiczniejszej w historii polskich gór lawinie. Marzec 2007. Za namową swojego przyjaciela Maksymilian, autor kryminałów Tomasz Wilczur jedzie w Karkonosze z zamiarem napisania powieści inspirowanej tajemniczą śmiercią Czerwińskiego. Pisarz docieka prawdy o zdarzeniach sprzed lat, ale im więcej wie, tym bardziej narasta w nim poczucie, że każdy ma coś do ukrycia. Co było prawdziwą przyczyną śmierci Andrzeja Czerwińskiego i jaki związek ma zaginięcie jego ojca z wydarzeniami z Cieplic?
Tomasz Wilczur swoimi niewygodnymi pytaniami zaczyna rozsadzać zamknięty układ, który latami strzegł tajemnicy o mrocznej przeszłości Strzechy Akademickiej. Ja przypomnę, to jest specjalne wydanie, a w dodatku w pięciu losowych egzemplarzach znajdą państwo bilety, które będzie można wymienić na koszulki z grafiką inspirowaną karkonoską serią kryminalną. Ta edycja jest w dodatku edycją w twardej oprawie z nową okładką i ta edycja została wzbogacona o reprinty przedwojennych pocztówek. Nie muszę dodawać, książka jest naprawdę pięknie wydana. Te barwione brzegi robią wielką robotę. Jest też kolorowa wyklejka, tasiemka do zaznaczania stron, ale jest też miejsce na zbieranie pieczątek z górskich wędrówek. Myślę, że to taki rarytas dla miłośników książek. Przypomnę Wydawnictwo Dolnośląskie „Schronisko, które spowijał mrok”. Wydanie specjalne, a autorem tej książki jest Sławek Gordych. Cóż, proszę państwa, to koniec polecanek na dzisiaj.
Kolejne za tydzień. A teraz dalsze polecanki, ponieważ zbliżamy się do końca miesiąca, to uważni obserwatorzy „Bibliotekarium 2.0” wiedzą, co będzie za chwilę. A za chwilę będą kolejne polecanki. Tym razem polecanki z „Nieznanego Świata”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[14:20] - Dzień dobry wieczór, witam ciebie, witam naszych słuchaczy.
[14:24] - Zaczynamy przegląd lutowego numeru „Nieznanego Świata”. Jak zwykle jest ciekawie, a nawet bardzo ciekawie i bardzo aktualnie, bo przegląd numeru możemy zacząć od dronów. A drony to temat ostatnio niezwykle nośny.
[14:45] - Dokładnie tak, ale zanim przejdziemy, to małe ogłoszenie. Pamiętajcie o opcjach prenumeraty. Prenumerata jest szybka, wygodna, ekonomiczna. Można się o niej dowiedzieć więcej z opisu tej audycji. A numer lutowy, cóż, jak każdy numer „Nieznanego Świata” ma taki punkt stały. W tym przypadku jest to certyfikat Nowe Wzorce Sztuki przyznawany nietuzinkowym artystom, często utytułowanym, czasami nie. Ale tak jak powiedziałeś, ten numer to też oczywiście inne treści różnego rodzaju. Bo mamy takie czasy, że dużo się dzieje i dużo się zmienia w bardzo krótkim czasie. Wspomniałeś o dronach. Tak, w Kronice Akaszy, czyli tej części newsowej, że tak powiem, nawiązujemy do słynnej, wywołującej nadal ogromne emocje fali dronów nad Stanami Zjednoczonymi i nie tylko.
Bo choć ona się rozpoczęła w listopadzie, to się okazuje, że nie tylko generuje pytania i emocje, ale też pozostaje niewyjaśniona. Prezydent Trump obiecał jeszcze przed zaprzysiężeniem, że zaraz po inauguracji ogłosi, co stało za tymi dziwnymi dronami, które jak przypominam, były łączone z szeregiem różnego rodzaju teorii. Teorii fantastycznych, konspiracyjnych. Nawet teraz słyszymy, i to nie od świadków, tylko nawet od samorządowców z powiatów, z hrabstw, gdzie to się wszystko działo, że te drony miały możliwość transformacji, że one raz wyglądały jak latająca kula, by potem przypominać zwyczajnego drona. Przecież tam mieliśmy do czynienia nawet z takimi hipotezami, że to są transformujące się, kamuflujące się obiekty, UFO, obcy i tak dalej. Trump miał powiedzieć, nie powiedział. Zlecił zebranie informacji, zlecił oficjalne śledztwo. Czekamy oczywiście, co z tego będzie. Ja tylko jeszcze dodam, że ta cała fala dronów, chociaż dotknęła głównie Stany Zjednoczone, wschodnie wybrzeże, to tak naprawdę medialnie rozpoczęła się w Wielkiej Brytanii, bo tam właśnie około 20 grudnia zaczęto publikować informacje o tym, że jakieś dziwne ni to drony, ni to UAP, ni to UFO pojawiają się nad amerykańskimi bazami. Pociągnęło to za sobą szereg różnego rodzaju hipotez, przypuszczeń i teorii.
I pomimo tego, że minęło już sporo czasu, nic nadal pewnego nie wiadomo.
[17:26] - Mijam kolejne dwie strony i tu bardzo obszerny tekst o sercu. Powiem tak, rzeczywiście, tak jak czytamy we wstępie, w poezji i piosence nie ma chyba częściej używanego słowa niż właśnie serce. Często ludzie przypisują sercu uczucia, to, że jest to siedlisko duszy, uczuć i tak dalej. Inni, może bardziej cyniczni, a może bardziej twardo stąpający po ziemi, mówią z kolei, że serce to taka pompa, mięsień i nie ma co się specjalnie rozczulać. Obszerny materiał Małgorzaty Jakubiak to jest nie lada gratka dla wszystkich, których ten problem interesuje.
[18:11] - Dokładnie. Serce to najpiękniejsze słowo świata. Ileż to piosenek było, ile wierszy Ten artykuł na temat serca jest jednak bardzo interesujący. Ja lubię takie artykuły, ogólnie rzecz biorąc takie przekrojowe, bo on nam dotyka tematu osadzenia symboliki serca w kulturze, w wierzeniach, w sztuce i tak dalej. Spójrzcie państwo, dzisiaj serduszko, można powiedzieć wszechobecny symbol, ikona, która wyraża wiele. Macie na mediach społecznościowych możliwość dodania serduszka, które może oznaczać wsparcie, może miłość, sympatię i tak dalej. Ale kiedy sięgniemy wstecz, okazuje się, że serce jako symbol ma bardzo długi staż cywilizacyjny. Napotykamy je już na starożytnym Wschodzie. Spotykamy je w Egipcie starożytnym, w antycznym Rzymie, w kulturach prekolumbijskich nawet, które troszeczkę bardziej dosłownie traktowały ten symbol. Wiecie, o co chodzi.
Natomiast nie zawsze serce było uznawane, było rozumiane tak, jak ma to miejsce dzisiaj. Potem pojawia się chrześcijaństwo, które trochę redefiniuje symbol serca jako serca Jezusowego. Równocześnie, gdzieś równolegle z tym wszystkim, z tymi mistycznymi uniesieniami, z tymi mistycznymi związkami, konotacjami istnieje takie rozumienie symbolu serca jako czegoś namiętnego, gorącego, czegoś, co oznacza raczej tą część mniej kontemplacyjną, bardziej życiową, że tak powiem. Wieloznaczność symbolu serca sprawia, że on, tak jak dzisiaj wiesz, jest z jednej strony elementem kartek walentynkowych, takich bardzo naiwnych, przyziemnych. Ale kiedy sięgamy do mistyki nie tylko chrześcijańskiej, to się okazuje, że jest rozumiany na wielu innych poziomach. To nam się trochę zbiega też z tym, co współcześnie mówi się o sercu w naukach medycznych. Mówi się o inteligencji serca na przykład. Ta koncepcja zakłada, że coś takiego jak świadomość, jak inteligencja, odczuwanie nie ogranicza się tylko do mózgu, ale też do innych organów, które jakoś pełnią rolę w tym, co my sobie potem składamy na inteligencję. Pewne sygnały docierają z serca, z układu trawiennego. Także to sformułowanie, ten cytat: „Myśl sercem albo patrzaj w serce” kiedy zapoznamy się z tym artykułem, nabiera nam zupełnie nowego znaczenia.
[20:55] - Nieodmiennie przypomina się w tym przypadku hasło z „Pana Samochodzika”: „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”. Ale to takie bardzo luźne skojarzenie. Natomiast warto się zainteresować tekstem, który jest zaraz po tekście o sercu. Bo to jest tekst jak miłość działa na organizm. Radzę zerknąć do tego tekstu, bo okazuje się, że miłość to jest uczucie, które owszem czujemy, ale też ma całkiem konkretne oddziaływanie na nas jako biologiczną istotę. Zostawmy jednak ten tekst, bo czeka na nas tekst niezwykły. Doktor Joanna Bohaczek-Trąbska pisze o słowiańskim rodowodzie Polski, o kłopotach z początkiem, z datowaniem, ale też z faktami, które stały na początku chociażby naszego państwa, Polski. Artykuł „Słowiański czas przypuszczający, czyli opowieści tkane ze skrawków” to jest takie spojrzenie na wczesną historię, na Słowian, na Polan. Właśnie. Czy aby ci Polanie na pewno istnieli?
Niezwykle ciekawy tekst.
[22:15] - Tak, jeżeli chodzi o genezę naszej państwowości, to trzeba powiedzieć o pewnej rzeczy. Nas się uczy od początku, nie wiem, jak jest teraz, ale kiedy byłem w pierwszej klasie, to była legenda o Lechu, Czechu i Rusie. Teraz pewnie byłaby dość niepolityczna, ale chodzi o to, że państwo polskie a plemiona polskie to są dwie różne rzeczy. To znaczy się Polanie to nie do końca Polska cała. Na ten organizm składały się też inne grupy. I dodatkowy kontrowersyjny temat dotyczy tego, ile w naszej państwowości, ile w naszej kulturze ogólnie też takiej spuściźnie kulturowej, może nawet genetycznej, jest z ludów, które tu kiedyś mieszkały i z którymi się Słowianie zmieszali. Bo ja czasami słyszę takie dla niektórych heretyckie wnioski, że tak na dobrą sprawę, to my też powinniśmy uwzględniać gdzieś tam w naszym rodowodzie Celtów, Germanów, nie jako bezpośrednich przodków, ale jako trochę przodków. Dlatego, że Słowianie tu przybyli, ale tu wcześniej ktoś był też i oni tak nie do końca zniknęli. Ludy nie znikały, ludy się wtapiały w siebie. Stąd takie duże różnice w Europie między konkretnymi obszarami kulturowymi.
Ale nie o tym tutaj w sumie ten tekst jest, bo on dotyczy bardzo poważnego zagadnienia innego, które też rodzi emocje. Każdy, kto się interesuje kulturą i dziedzictwem Słowian, szczególnie polskich, bo u nas jest ten problem mocno widoczny, to zauważa problem pod tytułem brak źródeł, brak informacji. To znaczy, kiedy nastało chrześcijaństwo, to po prostu postanowiono się pozbyć, często ogniem i mieczem dawnej spuścizny. Co prawda jednak zachowało się sporo, tylko nie bezpośrednio. Zachowało się sporo na przykład w obrzędach, w wierzeniach ludowych obecnych nawet do dzisiaj. Zresztą sam Kościół się nie mógł wszystkiego pozbyć i niektóre święta też mają taki prasłowiański charakter. Dużą część tego też zrekonstruowano. Badacze się tym zajmowali przez całe dziesięciolecia. Ale zawsze jest niedopowiedzenie, że to zawsze będzie rekonstrukcja, że my do końca nie wiemy, jak to było naprawdę i nie wiem, czy się kiedykolwiek dowiemy. Oczywiście są rodzimowiercy, Marku, którzy chcą tą tradycję ożywić.
Tylko że to jest trochę jak z budynkiem, który został zniszczony doszczętnie, a potem odbudowany. To niby jest to samo, ale nie, nie jest to samo. I tutaj pytanie, które zadają badacze: czy w ogóle można zrekonstruować chociażby słowiański panteon, kiedy my tak naprawdę nie wiemy na przykład, czy te wierzenia poszczególnych plemion, rodów, grup były jednorodne? Bo mogło być tak, że Słowianie mieli wspólny trzon pewnych przekonań, wierzeń, ale mieli inne bóstwa, bo to były ich bóstwa opiekuńcze na przykład. I czy w ogóle można zrekonstruować z jakąś dozą pewności to, w co wierzyli nasi praprzodkowie? Czy zawsze będzie ta niepewność?
[25:35] - Zawsze zastanawiałem się, jak to jest, że Mieszko wyskakuje ni stąd, ni zowąd z mroków historii. Owszem, późniejszy kronikarz wymienia przodków Mieszka, ale trochę uczymy się o tych przodkach, jakbyśmy uczyli się o jakiejś legendzie. Zero źródeł, tak jak powiedziałeś. To też jest pewien problem, chyba już nie do przeskoczenia. Jedźmy dalej. Kocie wibracje. Kocie wibracje to jest artykuł Rafała Króla. Tak, proszę państwa, jest, że świat współczesny dzieli się na miłośników psów i miłośników kotów. Dzisiaj coś dla tych drugich.
[26:21] - Ktoś złośliwy mógłby zapytać, gdzie jest miejsce dla chomików na przykład. Ale tak, rzeczywiście, ponieważ to jest luty, koci miesiąc, to kolejny artykuł z gatunku tych, które lubię, czyli takie ciekawostkowe, przekrojowe tematy. I tutaj otrzymujemy bardzo dużą porcję informacji o tym, jak kot funkcjonował jako symbol przez wieki. Od zwierzęcia niemalże świętego, jak w starożytnym Egipcie, po symbol sił ciemności, pomocnika czarownicy, jak sądzono w średniowieczu. Zresztą to jest, Marku, taka ciekawa rzecz, bo pomimo że kot był zwierzęciem bardzo pożytecznym, jakby nie patrzeć nam się przypominają sami swoi, kiedy kot był na wagę złota i ten kot, który z miasta Łodzi pochodzi, kosztował tyle, że to było dużo. Już nie pamiętam, ale chyba rower. Pomimo wszystko w pewnym okresie kot zostaje utożsamiony z tymi ciemnymi siłami i ciekawe czemu tak jest. Czy to wynika z jego natury, z której cały czas się do dzisiaj trochę śmiejemy w memach? Że to kot jest panem domu, że to kot jest panem człowieka, że to są zwierzęta tajemnicze, enigmatyczne, chodzące swoimi drogami. Interesujące jest to szczególnie, kiedy popatrzymy, jak bardzo zmienia się nasza percepcja, nasze podejście do zwierząt.
To dla niektórych oczywiście też będzie mocno niesprawiedliwe, bo kot kotem, ale na świecie mamy mnóstwo innych stworzeń, które z człowiekiem też są blisko powiązane, też mają miejsce w kulturze. Krowa, koń na przykład, ale te zwierzęta traktowane są inaczej, prawda? Wiele osób nie może nad tym problemem przejść do porządku dziennego jednak. Ale ten artykuł jest taki bardzo lekki, przekrojowy, wskazujący, jak koty były traktowane i jak traktowane są w sumie. Także szczególnie polecam i myślę, że takich artykułów powinno być więcej.
[28:30] - Tak sobie jeszcze zerkam i patrzę i widzę, że pojawia się przegląd książek, a tam myślę, że gratka szczególnie dla ludzi, którzy zafascynowani są naszym polskim jasnowidzem.
[28:48] - Tak, tutaj dodajmy kilka słów, Marku, o planowanym spotkaniu z Krzysztofem Jackowskim, ale przede wszystkim o książce. Książce na jego temat, która została wydana przez Bibliotekarium. To może parę słów powiesz. Ja tylko ze swojej strony dodam, że Krzysztof Jackowski budzi ogromne emocje. Ma wielu fanów, ma też wielu krytyków w internecie. Jest popularnym youtuberem. Jest nie tylko popularnym jasnowidzem, ale też w przeciwieństwie do innych polskich ekstrasensów on się stał fenomenem medialnym. Nikt chyba nie przyciąga tyle osób przed ekrany, co Krzysztof Jackowski. I to nawet nie tyczy się tylko jasnowidzów, co tyczy się innych osobowości internetowych. Także będzie okazja, Marku, posłuchać tego, co ma do powiedzenia.
Chociaż generalnie rzecz biorąc, kiedy patrzymy na te transmisje Krzysztofa Jackowskiego, to ludzie często zapominają o bardzo ważnej rzeczy i o tym traktuje książka, że on wyrasta z zupełnie innych nie wiem, czy tradycji, ale z zupełnie innych metod, że on przede wszystkim jest psychometrą. Jasnowidzem, który mówi o przyszłości, jest tak naprawdę dopiero na drugim miejscu. Psychometrą, czyli kimś, kto w stanie Kto w rozumieniu praktycznym, dzięki swoim zdolnościom nadprzyrodzonym, paranormalnym, psionicznym potrafi na przykład zlokalizować zaginioną osobę.
[30:28] - Tak, to prawda. I właśnie o tej aktywności Krzysztofa Jackowskiego mówi książka Zofii Weaver i Krzysztofa Janoszki. Dodam, że Krzysztof Janoszka jest policjantem, czynnym policjantem, który w pewnym momencie doszedł do wniosku, że oświadczenia rzecznika prasowego policji, już nie pamiętam, czy Komendy Głównej, w każdym razie jednego z rzeczników prasowych policji, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Te oświadczenia mówiące o tym, że policja nie korzysta z usług Krzysztofa Jackowskiego. Zebrał dokumentację, naprawdę setki dokumentów potwierdzających to, że ta aktywność Krzysztofa Jackowskiego ma sens i ma wyniki, że to wymyka się statystyce. To nie jest tak, na dwoje babka wróżyła, że 50 na 50 albo zgadnie, albo nie. Jeśli chodzi o poszukiwanie osób zaginionych, obojętnie żywych czy zmarłych, Krzysztof Jackowski wymyka się statystyce. Zdecydowanie się jej wymyka, bo po prostu przebija tę granicę 50% i to znacząco ją przebija. I o tym jest ta książka. Ta książka jest właściwie zbiorem materiałów dla niedowiarków, ponieważ tam nie ma takich aktywności z cyklu „wydaje mi się”, „przypuszczam, że”.
Nie. Tam są twarde fakty. Kogo znalazł, gdzie znalazł, w jakich okolicznościach, jak to się wszystko odbyło. I to jest, myślę, książka niezwykle wartościowa. A o tym jasnowidzeniu, o którym wspomniał Piotr, właśnie nie ma. I to jest chyba również bardzo ważne.
[32:17] - Tak, to są w ogóle dwie strony działalności Krzysztofa Jackowskiego. Nie ukrywajmy, że jeżeli chodzi o masy, jeżeli chodzi o YouTube, media tego rodzaju, to one chcą sensacji. One chcą słuchać o rzeczach, które wzbudzają emocje. I tutaj jest właśnie ta druga strona, która miejmy nadzieję, też doczeka się kiedyś opracowania ze strony kogoś, może samego Krzysztofa Jackowskiego, bo muszę powiedzieć szczerze, że przydałaby się taka publikacja i wyjaśnienie pewnych rzeczy. Ja tylko dodam, że jest jeszcze jeden artykuł, który zasługuje na wspomnienie, bo o ile ciągle w naszym kraju emocje wzbudza Sai Baba, to jest wielu indyjskich filozofów, guru, nauczycieli mniej kontrowersyjnych niż wspomniany Sai Baba. I te osoby przybliżają myśl hinduistyczną Europejczykom, wskazując niekiedy na pewne zbieżne koncepcje między Wschodem a Zachodem. I tutaj jest Amma, o której relacja jest w lutowym numerze. Ona odwiedziła nasz kraj. Co ciekawe, odwiedziła Warszawę, ale też Jasną Górę, gdzie znajduje się obraz Czarnej Madonny. I tu niezwykle interesująca rzecz, bo gość z Indii, z zupełnie innej kultury, nagle staje przed polskim obrazem.
Obrazem, który jest źródłem kultu. I okazuje się, że tak naprawdę symbolika, wygląd, dekoracje, wszystko, co się temu obrazowi przypisuje, jakoś przemawia też albo jakoś przypomina pewne wątki z hinduizmu. Jest to fascynujące. O tym jeszcze może kiedyś powiemy, bo przecież Czarna Madonna to również kult związany z voodoo. To nie tak, że Jasna Góra wiąże się z voodoo, ale przecież wizerunek ten przekopiowano potem na Haiti dzięki między innymi polskim legionistom, którzy tam trafili. I do dzisiaj Czarna Madonna funkcjonuje jako przedstawienie bogini Damtor. Ale o tym jeszcze kiedyś powiemy. Artykuł o Ammie, bo o niej mowa, znajdziecie w numerze lutowym. W tym numerze także prawdziwy doktor Fauci, ułaskawiony przez Bidena na odchodne. Możecie o nim poczytać.
Jest także wiele innych artykułów, na przykład o tym, czy obcy posiadają świadomość. A co jeżeli jej nie mają? Co jeżeli są takimi pustymi bytami? Przypominam o możliwościach zakupu numeru przez stronę www.nieznany.pl, ale przede wszystkim przypominam o prenumeracie. O niej informacje są pod spodem, a także o tym, że kiedy nawiedzacie market pobliski i spoglądacie na stoisko z prasą, to „Nieznany Świat” powinien tam być w największych marketach. Szukajcie, a znajdziecie. W niektórych przypadkach może być nawet tak, że natraficie na numery z więcej niż jednego miesiąca. To też jest ciekawe. Wszystko znajdziecie pod spodem. Do usłyszenia przy kolejnym odcinku.
To już niedługo będziemy omawiać numer marcowy.
[35:41] - Tak. Teraz czas na korepetycje filozoficzne, ale dzisiaj będzie troszeczkę inaczej. Nie będzie artykułu z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Dzisiaj będzie rozważanie o symulacji, o tym, czy rzeczywistość jest rzeczywista. Ale nie, to nie będzie bajanie na zasadzie takiej: wydaje mi się, że każdy z państwa może to zrobić sam. Kto w dzieciństwie nie miał takiego złudzenia, że kiedy zamyka oczy, to świat znika? Albo kiedy patrzy się w lustro, to może ten świat tam po drugiej stronie jest inny? Ja przyznam się do wariackiej zabawy, takich prób oszukania lustra. To znaczy starałem się wykonać tak szybki ruch, żeby lustro nie nadążyło. Zawsze nadążały jakoś.
Nie złapałem tego lustra na niczym. Co nie powoduje, że rozważania o symulacji, rozważania o tym, że być może jesteśmy tylko marionetkami kogoś tam wyżej, bez względu na to, po co to zostało stworzone i czy w ogóle to ma jakiś sens. Bądźmy jednak nieco pokornymi ludźmi i uświadommy sobie, że sensy istot, które stworzyłyby taką symulację, niekoniecznie muszą być do ogarnięcia przez nas rozumem. Tylko rzucam, żeby to przynajmniej na chwilę uwzględnić. A teraz? Teraz zapraszam państwa na rozważania o symulacji, o jej filozoficznych aspektach, o jej źródłach i tej tradycji filozoficznej, która sprawiła, że o symulacji mówiło się i mówi dzisiaj. Dzisiaj to się mówi coraz częściej. Zapraszam na rozważania o tym, czy rzeczywistość jest rzeczywista. Czy symulacja rzeczywistości to pomysł wariatów? Czy może filozofów?
Kim jest Hilary Putnam i czy ukradł pomysł Stanisławowi Lemowi? Czy film „Matrix” oprócz Wachowskich ma jeszcze trzeciego współautora? Co twórca powieści „Solaris” pisał o symulacji? O co chodzi w historii złośliwego demona? Czy Berkeley żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku mógł roić o symulacjach? I czy pisał o nich Platon? Szanowni Państwo, odpowiedź na te oraz inne pytania dotyczące otaczającej nas coraz bardziej rzeczywistości znajdziecie w premierowym odcinku mojej autorskiej serii „Wehikuł Wyobraźni”. Ja nazywam się Marek Żelkowski i mogliśmy się już spotkać w sieci w internetowym radiu o książkach Book Radio, na kanale Radia Paranormalium w audycji Bibliotekarium 2.0 lub w debatach ufologicznych, a także na kanale Piotra Cielebiasia UFO Historie. Notabene to właśnie Piotr namówił mnie do stworzenia tego miejsca na YouTubie. Część z państwa może mnie również kojarzyć jako autora książek będących kontynuacją serii stworzonej przez Zbigniewa Nienackiego, serii o Panu Samochodziku.
Z tym kojarzeniem może jednak nie być tak prosto, gdyż tam występuję jako osobnik o personaliach Marek Żelech. Napisałem także sporo książek science fiction, takich jak „Dzieci Phildora”, „Wojna cieni 1: Oszukać niebo, aby przekroczyć morze” i „Wojna cieni 2: Aby uniknąć tego, co silne, trzeba uderzać w to, co słabe”. Tych książek było zresztą znacznie więcej, ale nie czas i nie miejsce ani na bibliografię, ani na przechwałki. W opisie mojego kanału znajdziecie państwo takie oto przesłanie: „Dzieci i filozofowie są mistrzami zadawania trudnych pytań oraz nieskrępowanej wyobraźni. Spójrzmy zatem na świat oczyma kilkulatka, a być może staniemy się filozofami”. Bardzo namawiam do takiej postawy życiowej. Doszedłem do wniosku, że wizje twórców fantastyki nie różnią się od prognoz nawet największych uczonych i dlatego proponuję państwu wspólną podróż przez świat zjawisk niezwykłych oraz świat wyobraźni. Chcę się podzielić ze słuchaczami nie tylko ciekawymi historiami o świecie i wszechświecie, ale zarazić państwa pewnym sposobem myślenia, otwartym podejściem do rzeczy niezwykłych. Otwartość nie oznacza jednak naiwnego przytakiwania, ale raczej próby wyjaśniania danego zjawiska na różne, może nawet czasami szalone sposoby, którym bliżej do literatury science fiction niż kostycznego podejścia licznych naukowców, dla których ważne jest jedynie szkiełko i oko. To jednak nie oznacza wcale, iż odrzucam naukę.
Wręcz przeciwnie. Ale z dziejów filozofii wiem, jak zwodnicza może być tak zwana wiedza naukowa. Problem polega na tym, że nauka nie zawsze nadąża za rzeczywistością. Były czasy, w których twierdzono, że kamienie nie mogą spadać z nieba i wypowiadały się w tej sprawie tuzy ówczesnej nauki. Z miłosierdziem nie wspomnę ich nazwisk. Dzisiaj zjawisko meteoroidów oraz ich pozostałości w postaci meteorytów są oczywistą oczywistością. I kiedy sobie pomyślę, że dzisiaj część przedstawicieli świata nauki wykazuje podobną postawę jak badacze sprzed wieków, postawę, którą da się złośliwie opisać hasłem: „To my decydujemy, czy coś jest możliwe, czy nie, a jeśli obserwacje, fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów, no i ewentualnych obserwatorów”. Co znajdziecie państwo na tym kanale? Przede wszystkim sporo ciekawych, przeważnie nie do końca wyjaśnionych historii o wszechświecie, obcych cywilizacjach, hipotezie symulacji, UFO, kontaktach z ET, zagadkach nauki, kosmosu i wiele, wiele innych. Historii, które w zadziwiający, nawet dla mnie zadziwiający sposób sytuują się na pograniczu oficjalnej wiedzy oraz zjawisk uznawanych za paranormalne.
To jednak nie wszystko. Będę proponował państwu uruchomienie wyobraźni i szukanie wyjaśnień tam, gdzie nie szuka się ich zbyt często. Postaram się pokazać, iż nauka, zjawiska nazywane niezwykłymi, filozofia i literatura science fiction, jeśli zostaną połączone, mogą odsłonić niezwykłą rzeczywistość. Rzeczywistość, która niedostępna jest tym wszystkim, którzy już wiedzą, jak jest i bardziej skłonni są nauczać innych ludzi, wtłaczać im do głów swój obraz świata i zbierać wyznawców pod swoimi skrzydłami. Serwując im bajki o tym, że świat nie ma już właściwie tajemnic z prawdziwego zdarzenia. Dla mnie świat pozostanie niekończącą się zagadką i nieodmiennie uważam się za odkrywcę. Dlatego tych wszystkich, którzy czują podobnie, zapraszam do wehikułu wyobraźni. Kanał startuje w formie podcastów, pewnie nieco zbyt długich, ale ja z natury jestem gadułą. Co przyniesie przyszłość? Czas pokaże.
Jeśli ta nowa inicjatywa oraz odcinek spodobają się Państwu, zostawcie łapki i komentarze. Chyba nic tak bardzo nie motywuje autora jak odzew ze strony słuchaczy. Zaczynamy zatem pierwszy odcinek. Proponuję na początek hipotezę symulacji, a właściwie wstęp do tego niezwykłego zagadnienia. Zagadnienia, które wcale nie jest obecnie domeną oszołomów. Takich oszołomów, którzy naoglądali się filmów z serii „Matrix”. Dzisiaj zagadnieniami symulacji rzeczywistości, możliwości jej istnienia oraz tego, że tkwimy w jej wnętrzu, nie zajmują się ludzie szaleni, tylko naukowcy i filozofowie. Powiedziałbym pierwszoligowi. Sporo na ten temat znajdziecie Państwo także w literaturze SF. A jednak wielu ludzi twierdzi, że to bajki, bzdury.
Od razu podkreślam, nie wiem jak jest, ale problem symulacji wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłem go Państwu przybliżyć. Zacznę od historii jakoś powiązanej ze Stanisławem Lemem. Chociaż tak naprawdę hipoteza, iż z naszym światem jest coś nie tak, sięga bardzo odległych czasów, o czym nie omieszkam oczywiście wspomnieć. Zanim jednak opowiem historię związaną z Lemem, muszę zrobić krótkie wprowadzenie. W drugiej połowie XX wieku, w 1981 roku Hilary Putnam w artykule „Mózgi w naczyniu” zaproponował filozoficzny eksperyment myślowy. Eksperyment, który można uznać za współczesną formę sceptycyzmu. Autor przedstawił następującą sytuację. Ludzki mózg zamknięty zostaje w naczyniu i podłączony do aparatury mogącej wytwarzać rozmaite bodźce zmysłowe. Za pośrednictwem owej aparatury można generować spójne i realistyczne złudzenia, na przykład istnienie przedmiotów, ludzi, zdarzeń. Doznania te są wyłącznie wynikiem działania impulsów elektrycznych wysyłanych przez urządzenie.
Idąc drogą rozumowania Putnama, można by wysunąć koncepcję, że wszyscy ludzie, a nawet wszystkie organizmy dysponujące zmysłami, trwają dziś w opisanym wyżej stanie jako wypreparowane z ciał mózgi złożone w naczyniach i podłączone do generatorów wrażeń. Tak można byłoby opisać w skrócie ideę Putnama. O co chodzi z tą symulacją? Chodzi o to, że człowiek nie postrzega otaczającej go rzeczywistości w sposób bezpośredni. Chodzi o to, że nie odbieramy bodźców ze świata mózgiem. Pośrednikiem jest za każdym razem jakiś zmysł. Obojętnie czy dotyczy to wzroku, dotyku, zapachu, smaku czy dźwięku. Wyobraźmy sobie ten mechanizm na przykładzie oka. Ja uproszczę cały proces, gdyż w rzeczywistości jest on bardziej skomplikowany, ale to ostatecznie nie jest lekcja biologii. Światło trafia do ludzkiego oka.
Fotony przedostają się przez źrenicę, uderzają w siatkówkę. I co dzieje się dalej? Pomiędzy okiem a mózgiem znajduje się nerw wzrokowy i to, co mózg wie o otaczającej nas rzeczywistości, otrzymuje za jego pośrednictwem. Za pośrednictwem impulsów elektrycznych pędzących przez układ nerwowy. Dlatego też gdybyśmy potrafili podłączyć się pod ów nerw wzrokowy i potrafilibyśmy odpowiednio stymulować sygnały, które docierają do mózgu, to moglibyśmy ów mózg oszukać. Odpowiednio dobrze naśladując owe sygnały, moglibyśmy człowieka zwodzić, tworzyć obrazy, których nie ma. I teraz wyobraźmy sobie, że rzecz dotyczy wszystkich pozostałych zmysłów. Wówczas moglibyśmy oszukiwać totalnie, tworzyć rzeczywistość fikcyjną, tak naprawdę nieodróżnialną od tej, którą uznajemy za prawdziwą. Oczywiście jest taka naturalna tendencja, żeby traktować symulację, to, co dostaje się do naszego mózgu z przekonaniem, iż potrafilibyśmy odróżnić ją od rzeczywistości, że nie byłoby z tym większego problemu, bo ona zawsze byłaby niedoskonała. I to jest, proszę Państwa, nieprawda.
Rzecz zależałaby wyłącznie od tego, jak precyzyjne będą sygnały docierające do mózgu. Jeśli będziemy je symulować odpowiednio doskonale, to i owa symulacja będzie doskonała. Wróćmy do historii symulacji. Mówiłem o Hilarym Putnamie i jego mózgach w naczyniu. Czas zatem przybliżyć inne ważne nazwisko. Przyjmuje się, że prekursorem teorii, iż nasza rzeczywistość to tylko symulacja, jest brytyjski filozof Nick Bostrom z Oxford University. To chyba jednak nieprawda. Postaram się to za chwilę wykazać, ale na razie powiem tylko, że wszystko wskazuje na to, iż Bostromowi należy się palma pierwszeństwa, jeśli chodzi o samo pojęcie, o słowo „symulacja” użyte do opisu sztucznej rzeczywistości. W pracy naukowej pod tytułem „Modelowanie”, wydanej cztery lata przed stworzeniem hollywoodzkiego filmu „Matrix” zasugerował Że najprawdopodobniej żyjemy w wielkiej symulacji. Badania przeprowadzone przez innych naukowców oraz myślicieli również wskazują na to, że nasz wszechświat jest dobrze wykonaną holograficzną iluzją.
Jedna z teorii zakłada, że z pomocą wirtualnej rzeczywistości ktoś może dokonać symulacji czasów przeszłości lub odtwarzać, jak żyli ich odlegli przodkowie. A jeśli żyjemy w symulowanej rzeczywistości, to ma to konkretne konsekwencje. Każde uczucie, każde wspomnienie może zostać wygenerowane przez superkomputery. Innymi słowy, wszystko jest produktem wysoce zaawansowanego kodu komputerowego. Idee filozoficzne mają to do siebie, że wcześniej lub później przenikają do kultury popularnej. I tak się stało. Dzisiaj o symulacji mówi się dużo i bardzo chętnie. Natomiast kiedy pod koniec XX wieku filozof Nick Bostrom stwierdził, że otaczający nas świat może być wielką iluzją i symulacją, to tak naprawdę powtórzył starożytne stwierdzenia Platona, cyników, cyrenajków, sceptyków oraz późniejsze z filozofii Berkeleya, Hume'a, Locke'a, Husserla czy Putnama. O wyżej wymienionych jeszcze opowiem, a na razie kilka słów o fantastyce naukowej. W końcu za chwilę mam mówić o Stanisławie Lemie, który dla jednych był wielkim pisarzem, dla innych równie wielkim filozofem.
Otóż autorzy science fiction pisali o rzeczywistości wirtualnej od lat 60., kiedy pojęcie virtual reality jeszcze nie istniało. Pisarze uważali, że owa technologia odnowi sięgający starożytności spór dotyczący naszego dostępu poznawczego do świata zewnętrznego. Starożytni sceptycy uznawali ten problem za niemożliwy do rozstrzygnięcia. Podważali zasadność wszelkich pozytywnych koncepcji filozoficznych dążących do wyjaśnienia natury świata. Zakwestionowali także zasadność przekonania, iż oprócz zjawisk postrzeganych zmysłowo istnieje niezależny świat rzeczy zewnętrznych. Sceptycy uzasadniali to brakiem bezwzględnie wiarygodnego kryterium, w wyniku czego podejmowane przez nas wysiłki poznawcze, wysiłki wykroczenia poza zjawiska zawsze nieuchronnie okazują się daremne. Wielokrotnie próbowano przezwyciężyć argumentację sceptyków. Do najbardziej znanych prób podjętych u początku czasów nowożytnych należy koncepcja Kartezjusza. Wedle niektórych była to próba udana, wedle innych niekoniecznie. Kartezjusz pragnął, aby filozofia stała się naukowo równie rzetelna jak na przykład matematyka.
Zastosował wobec wiedzy filozoficznej tak zwane metodyczne wątpienie. Pozornie przypominało ono starożytny sceptycyzm. Różnica polegała jednak na tym, że u Kartezjusza był to punkt wyjścia rozważań filozoficznych, a nie ich rezultat. Descartes odrzucił wiedzę empiryczną, ponieważ była oparta na świadectwie zmysłów i przez to zawodna. Filozof odrzucił również twierdzenia nauk formalnych jako niezrozumiałe oraz nieakceptowane przez ogół. W rezultacie doszedł do twierdzenia niepowątpiewalnego, którego nie można odrzucić. Cogito ergo sum. I tu nieuchronna dygresja. Właściwie bardzo podobne sformułowanie jak cogito ergo sum pojawiło się po raz pierwszy w dziele świętego Augustyna o wolnej woli. Ponoć zostało ono napisane w latach 388-395 naszej ery.
Augustyn wskazywał, że człowiek może wątpić niemal we wszystko, na przykład w istnienie świata czy nawet Boga. Nie może jednak wątpić w to, że sam istnieje. Gdyby bowiem nie istniał, nie mógłby wątpić. Fakt, że jednostka może się mylić, nie ma większego znaczenia wobec faktu, iż skoro się myli, to istnieje. Sformułował więc swoje przesłanie dubito ergo sum. Wątpię, więc jestem. Święty Augustyn nie mógł przypuszczać, że ponad tysiąc lat później René Descartes, zwany Kartezjuszem, skorzysta z tej podpowiedzi, formułując swoje sławne przesłanie dubito ergo cogito, cogito ergo sum. Wątpię, więc myślę. Myślę, więc jestem. To proste zdanie zmieniło bardzo wiele, gdyż jest ono swoistym zaproszeniem, aby nasz świat poznawać.
I dlatego bez żadnej przesady można nazwać Kartezjusza ojcem filozofii nowożytnej. Wróćmy do kartezjańskiego cogito ergo sum. Był to aksjomat, na którym Kartezjusz oparł dalsze rozumowanie. Człowiek może wątpić we wszystko, ale nie może zakwestionować swojego aktu wątpienia, myślenia. Człowiek jest zatem myślącym ja, rzeczą myślącą res cogitans, rzeczą, która przebywa w mechanistycznie pojętym ciele. Descartes nie potrafił jednak wskazać relacji między duchowym ja a światem materialnym, przyrodniczym. Nie potrafił bez odwoływania się do istnienia Boga. To był gwarant obiektywności świata. Ale po co były mu te rozważania? Paradoksalnie zbliża nas to do pojęcia symulacji.
Descartes wymyślił dla celów swego rozumowania tak zwanego złośliwego ducha czy jak chcą inni demona. Wykoncypował świat ułudy, w którym ktoś świadomie i celowo wprowadza ludzi w błąd. Inni myśliciele skupiali się raczej na tym, czy taka ułuda świata jest w ogóle możliwa, a także dowodzili, że człowiek nie jest w stanie rozstrzygnąć Czy jego obserwacje mają coś wspólnego z rzeczywistością? Kartezjusz wprowadził nową jakość. W swym eksperymencie myślowym powołał demona, świadomą istotę oszukującą człowieka w sobie tylko znanych celach. Proszę zauważyć, że program Matrix w uniwersum Wachowskich pełnił dokładnie taką samą rolę. Był sterowany przez samoświadomą, złośliwą i wrogą człowiekowi inteligencję. Inteligencję, która bezwzględnie eksploatując ludzi, doceniała jednak ich przydatność dla swoich celów. Niedocenianie Kartezjusza jako twórcy koncepcji złośliwego demona może wynikać stąd, że filozofa nie interesowały pobudki owego ducha, a przede wszystkim nie zajmowała go metoda, jakiej używa, aby omamić człowieka. Mechanizm tworzenia fikcji nie zastanawiał Descartesa, ponieważ nie był potrzebny do rozważań.
Dla Kartezjusza istotniejsze było znalezienie niepowątpiewalnego twierdzenia, którego odrzucić nie można. A zatem twórcą świata ułudy był tylko teoretycznie. I teraz nareszcie obiecana już dawno historia związana ze Stanisławem Lemem. Zadziwiające, że świat akademicki, dyskutując o idei Hilarego Putnama i analizując ów eksperyment myślowy, nie zauważał, iż niemal identyczną koncepcją posłużył się nasz pisarz dwadzieścia lat wcześniej. Miało to miejsce w opowiadaniu ze wspomnień Iona Tichego numer jeden „Profesor Corcoran”. To opowiadanie zostało opublikowane po raz pierwszy w zbiorze „Księga Robotów”, a późniejsze wydania tego cyklu nosiły tytuł „Dzienniki Gwiazdowe”. W opowiadaniu Stanisław Lem przedstawia naukowca, który w żeliwnych skrzyniach umieścił układy elektronowe wytwarzające świadomość, które pomimo odmiennej struktury i ingrediencji stanowiły odpowiednik ludzkiego mózgu. Cytuję tekst mistrza: „Nasze mózgi, uważaj pan, podłączone są, że tak powiem, do świata zewnętrznego za pośrednictwem zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej. Natomiast te tutaj — wyciągniętym palcem wskazał skrzynię — mają swój świat zewnętrzny tam w środku. Te skrzynie mają receptory, organy działające analogicznie do naszego wzroku, węchu, słuchu, dotyku i tak dalej.
A druty do tych receptorów, jak gdyby nerwy, zamiast do świata zewnętrznego jak nasze, podłączone są do tego bębna tam w kącie. Znajdują się tam specjalne taśmy z zarejestrowanymi bodźcami elektrycznymi, takimi, które odpowiadają stu czy dwustu miliardom zjawisk, z jakimi człowiek może się spotkać w najbardziej bogatym we wrażenia życiu. Gdyby pan podniósł pokrywę bębna, zobaczyłby pan tylko błyszczące taśmy pokryte białymi zygzakami, jak pleśń na celuloidzie. Ale to są, Tichy, to są upalne noce, południa i szmer fal, kształty ciał zwierzęcych i strzelaniny, pogrzeby i pijatyki, i smak jabłek i gruszek, zawieje śnieżne, wieczory spędzane w otoczeniu rodziny u płonącego kominka i wrzask na pokładach okrętu, który tonie. I konwulsje choroby, i szczyty górskie, i cmentarze, i halucynacje majaczących. Ionie Tichy, tam jest cały świat!“. Tyle Lem. Opowiadanie mistrza Stanisława było próbą wykreowania idei sztucznej inteligencji wiodącej wedle swojego przekonania prawdziwe życie. Inteligencja ta nie podejrzewała, że jest ono tylko symulacją. Ostatecznie również bohater opowiadania, profesor Corcoran, okazał się zamkniętym w skrzyni mózgiem.
Mózgiem mającym do tego znajdować się w miejscu odległym od opisywanych w tekście wydarzeń. Stanisław Lem poruszył problem wirtualnej rzeczywistości również w dziele zatytułowanym „Summa technologie”. Autor poświęca tam problemowi virtual reality rozdział zatytułowany „Fantomologia”. Zastanawia się w nim, w jaki sposób można byłoby stworzyć sztuczne, niematerialne światy nieodróżnialne dla istot rozumnych od rzeczywistości prawdziwej, a jednocześnie podlegające na przykład odmiennym prawom. Lem rozważa aspekty praktyczne, ale także zagadnienia konsekwencji psychicznych związanych z możliwym wprowadzeniem opisanej wyżej technologii. Ponieważ termin „wirtualna rzeczywistość” nie był jeszcze używany, pisarz zaproponował pojęcie fantomatyki. Definiował je jako utworzenie dwukierunkowych połączeń pomiędzy odbiorcą a sztuczną rzeczywistością. Problem sztucznej rzeczywistości był frapujący szczególnie dla twórców literatury SF przełomu lat 60. i 70. XX wieku.
W roku 1976 ukazał się w Polsce tomik prozy zatytułowany „Robot nr 3”. Zamieszczone w nim opowiadanie Adama Jaromina „Kłopoty wynalazcy” podjęło problem rzeczywistości wirtualnej, chociaż sama nazwa nigdzie nie została użyta. Podjęło problem rzeczywistości, kreując ideę stworzenia urządzenia nazwanego w opowiadaniu kontynuatorem, do którego pamięci można przesyłać zawartość ludzkiego mózgu, ukrywając ten fakt przed skopiowaną świadomością. Fikcyjny twórca owego urządzenia ulega poważnemu wypadkowi. Gdy zaś budzi się w szpitalu, nie ma pewności, czy jest nadal człowiekiem, czy tylko świadomością zamkniętą we wnętrzu maszyny. Początkowo bohater nie potrafi rozstrzygnąć tego problemu, a kiedy już znajduje rozwiązanie, brak mu odwagi, aby poznać prawdę. Cytuję fragment opowiadania: „Czy nie ma jednak sposobu, aby upewnić się, kim jest w istocie? Jest taki sposób? Jest. Jeśli powie głośno wiem, że jestem kontynuatorem i nic się nie stanie, będzie to znaczyło, że jest człowiekiem.
Jeśli zaś jest kontynuatorem, oni usłyszą jego głos, stwierdzą, że eksperyment się nie udał i skasują zapis jego mózgu. Kontynuator znów będzie pusty, czysty jak nowo kupiona taśma magnetofonowa. Może jednak nie będą tak okrutni. Może przez szacunek dla niego swego byłego szefa nie skasują zapisu. Może pozostawią go przy życiu, bo to jest życie.” Koniec cytatu. Bohater waha się długo, powtarzając jedynie słowa wiem, wiem. Wreszcie, kiedy wydaje mu się, że przełamał strach i jest gotowy do konfrontacji, ku własnemu zaskoczeniu wypowiada: „Wiem, że nic nie wiem.” Wybiera więc życie bez pewności prawdziwe bądź wirtualne, wiedząc, że nie jest w stanie odkryć prawdy bez ryzyka utraty życia, a dokładnie by tak rzec, jego wyłączenia. Słowa przypisywane Sokratesowi, które padają w finale opowiadania, wydają się rodzajem drogowskazu pozwalającego zrozumieć filozoficzny kontekst opowiadania. Postać filozofa znamy przede wszystkim z platońskich dialogów: „Obrona Sokratesa”, „Krition”, „Fedon”, „Uczta”. Nie wiadomo, na ile wiernie uczeń Sokratesa przekazywał jego poglądy, ale historycy filozofii skłonni są twierdzić, że Platon ustami mistrza wygłaszał swoje poglądy.
Notabene w żadnym z platońskich dialogów nie ma zdania wiem, że nic nie wiem. Można jednak przyjąć, że stwierdzenie to stanowi proste stylistyczne ujęcie dłuższej wypowiedzi zawartej w „Obronie Sokratesa”. Świat, w którym żyjemy, może nie być rzeczywisty. Taki wniosek nasuwa się po lekturze opowiadania „Kłopoty wynalazcy”. To konkluzja, która koresponduje z poglądami Platona. Filozof pisząc o jaskini, której więźniowie widzą przez całe życie cienie na ścianach, pokazywał, że świat, który uznajemy za realny, wcale realny nie jest. To tylko świat cieni. I gdyby nawet komuś udało się zerwać kajdany, a następnie wyjrzeć z jaskini na prawdziwy świat, to gdyby opowiedział później współwięźniom o swoich obserwacjach, ci z pewnością by mu nie uwierzyli. W jednej z prac omawiających twórczość Platona czytamy: „Moment uświadomienia sobie, jak wygląda rzeczywistość i chęć przekazania tej wiedzy dawnym współwięźniom mógłby być początkiem końca skazańca. Mógłby on zostać zabity przez niedających wiary jego opowieściom współwięźniów.” Problem, przed jakim staje bohater przedstawionego przed chwilą opowiadania Adama Jaromina, do złudzenia przypomina sytuację ludzi w platońskiej jaskini.
W roku 1984 ukazała się powieść Williama Gibsona „Neuromancer”. Akcja rozgrywa się w rzeczywistości o charakterze dystopijnym. Olbrzymia sieć komputerowa jest środowiskiem, które nadaje się do zamieszkania w równym stopniu co świat realny. Aby móc wędrować po bezkresnej matrycy, należy połączyć się fizycznie z komputerem. Cyberprzestrzeń, odpowiednik wirtualnej rzeczywistości angażuje wszystkie ludzkie zmysły, dzięki czemu jest miejscem ucieczki od koszmarów rzeczywistości: wojny chorób, skażeń. W wyniku splotu wydarzeń bohater opowieści, haker wykonujący zlecenia mafii zostaje ukarany wstrzyknięciem środka, który uszkadza jego system nerwowy i w rezultacie uniemożliwia powrót do świata wirtualnego. Świata będącego paradoksalnie jedynym miejscem, w którym bohater czuł się naprawdę żywy. Eskapistyczne tęsknoty głównego bohatera powieści „Neuromancer” nie dziwią. Realny świat jutra przedstawiony w powieści jest ponury i pełen pułapek. Haker zachowuje się tak, jak wspomniany już uciekinier z platońskiej jaskini.
Pragnie porzucić swój świat i przedostać się do innego, lepszego. Nie interesuje go, czy wybrana rzeczywistość jest prawdziwa. Ważniejsze jest dla niego to, że w wymarzonym, a niedostępnym świecie wszystko jest inne, lepsze i koresponduje ze światem pragnień. Wróćmy jeszcze na chwilę do Platona. W jego dziele „Fedon” czytamy: „Ale jak długo będziemy mieli ciało i dusza nasza będzie złączona z takim wielkim złem, nigdy w świecie nie potrafimy zdobyć i posiadać w pełni tego, czego pragniemy. A powiadamy, że tym jest prawda. Bo tysiączne nam kłopoty sprawia ciało, któremu pokarmu trzeba, a do tego, jeśli na nas jeszcze jakieś choroby spadną, przeszkadzają nam w szukaniu tego, co istnieje. Pragnieniami i żądzami i obawami i widziadłami różnorodnymi i głupstwami nas napełniają licznymi także, jak mówią, naprawdę przez to niczego nigdy na rozum wziąć nie jesteśmy w stanie. Toż i wojny, i rozruchy, i bitwy znikąd nie pochodzą, tylko z ciała i z jego żądz.” Koniec cytatu. Bohater „Neuromancera” poznał, co znaczy porzucić fizyczne ciało i uciec do świata marzeń, gdzie niemal wszystko jest możliwe.
Dziełem, które sprawiło, że problematyka wirtualnej rzeczywistości oraz mistyfikacji wyszła poza ramy science fiction i zaczęła być szeroko dyskutowana, był film „Matrix” z 1999 roku. Wizja Wachowskich sugeruje, że współczesność, jaką znamy, może być mistyfikacją i to mistyfikacją tak realną, że umysły będą bronić się przed jej ujawnieniem nawet Wobec dowodów, iż rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Bohater, który dowiaduje się, że otaczający go świat jest fikcją. Fikcją stworzoną przez komputerowy program zwany Matrixem, musi kojarzyć się z człowiekiem opisanym przez filozofa George'a Berkeleya. George Berkeley wyjaśniał świat teorią wrażeń. Według niego wszystkie przeżycia człowieka są tylko wrażeniami. To one składają się na dostępną nam rzeczywistość. Filozof zrezygnował z refleksji nad substancją i materią. Według niego materia nie istnieje. Jest ona jedynie zbiorem ludzkich wrażeń oraz odczuć.
Nawet rzecz tak człowiekowi bliska jak jego własne ciało, to jedynie zbiór wrażeń zmysłowych. Ludzie w filmie Wachowskich podłączeni byli do programu Matrix i to on wyświetlał im życie. Taką rolę pełni w filozofii Berkeleya Bóg. To On jest ową maszyną stymulującą ludzi bodźcami, wzbudzającą w nich wrażenia, które uznają za obrazy świata zewnętrznego. Tymczasem zdaniem Berkeleya tak naprawdę jedynie śnimy, a jedyną dostępną rzeczywistością są obrazy pojawiające się w naszych mózgach. Owe obrazy są tak sugestywne, iż wydaje się nam, że gdzieś przebywamy, poruszamy się, dokonujemy interakcji ze światem. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Przez cały czas pogrążeni jesteśmy w rodzaju śpiączki. W tym samym czasie co Matrix pojawił się film, którego akcja również wykorzystuje pomysł wirtualnej rzeczywistości. Obraz nosi tytuł „Trzynaste piętro" i został nakręcony na podstawie książki Daniela Gallowaya Simulacron trzy z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku.
Kiedy w jednej ze scen bohater dociera do granic rzeczywistości, którą zamieszkuje, wygenerowanej w superkomputerze i widzi dalej schematyczne, błyszczące linie będące przedłużeniem szosy oraz powierzchni ziemi. Skojarzenie z filozofią Davida Hume'a jest automatyczne. Tenże Hume, autor dzieła „Badania dotyczące rozumu ludzkiego" twierdził, że rzeczywistość nie ma takich własności jak kolory, faktury, smaki czy zapachy. Tego rodzaju informacje są dodawane przez ludzki umysł i dzięki temu w umyśle powstaje kopia prawdziwego świata. W humowskiej koncepcji empiryzmu dostrzec można agnostycyzm i sceptycyzm. Według niego poznajemy nie rzeczywistość obiektywną, lecz nasze przedstawienia. Hume, inspirowany przez Locke'a, dokonał podziału przedstawień na wrażenia, przedstawienia pierwotne oraz na idee, przedstawienia wtórne. Idee wypływają z wrażeń, są ich kopiami. Hume był też sceptykiem, choć jego sceptycyzm nie miał charakteru skrajnego ani tym bardziej absolutnego, lecz postulował ostrożność i bezstronność w wygłaszaniu sądów. Natomiast wspomniany John Locke uznawał, że człowiek nie poznaje rzeczy w sposób bezpośredni.
To, co dostępne jest naszemu poznaniu, to idee wywodzące się z doświadczania owych rzeczy lub z przeżyć wewnętrznych. W przeciwieństwie do tradycji platońskiej, w której idee traktowano w sposób realny i obiektywny, idee Locke'a mają charakter psychologiczny. Locke krytykował ideę wiedzy wrodzonej i twierdził, że umysł człowieka to czysta, niezapisana karta tabula rasa. Karta, którą napełniają treścią jedynie doświadczenia. Filozof rozróżniał rodzaje owych doświadczeń. Pierwsze z nich zewnętrzne, kiedy to przedmioty materialne oddziałują na narządy zmysłowe. Drugie to doświadczenia wewnętrzne, zmysł wewnętrzny. Wrażenia powstają w wyniku obserwacji swego umysłu. Z tych dwóch źródeł poznania wywodzą się abstrakcyjne pojęcia, wyobrażenia i fantazje. Locke uważał, że umysłowi są dostępne jedynie idee, a nie rzeczy.
Idee odpowiadają jakościom zmysłowym dwojakiego rodzaju: pierwotnym, istniejącym obiektywnie. I tu wymieniał masywność, rozciągłość, kształt, ruch lub spoczynek oraz liczby. Były też oczywiście jakości zmysłowe wtórne, mające subiektywny charakter, takie jak barwa, dźwięk, smak, zapach. Filozof wprowadził rozróżnienie między właściwościami pierwotnymi rzeczy. Niepodobna usunąć ich z ludzkiego wyobrażenia owej rzeczy i są postrzegane wieloma zmysłami. Wymieniał też właściwości wtórne dostępne tylko jednemu zmysłowi. Posiłkując się filozofią Hume'a można stwierdzić, że bohaterowie filmu „Trzynaste piętro" widzą sztuczny świat plastycznie i w sposób pełny, ponieważ ich umysły płynnie uzupełniają szkielet tworzony przez superkomputer. Tak dzieje się, dopóki przebywają w granicach Los Angeles z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego wykreowanego w komputerze. Kiedy jednak bohater wyjeżdża daleko poza miasto, okazuje się, że jego umysł przestaje uzupełniać obraz podstawowy i świat jawi się jako świetlisty szkielet rzeczywistości. Inną ważną kwestią poruszoną w filmie i książce, na podstawie której powstał scenariusz, jest problem kreowania sztucznych, świadomych osobowości.
Czy człowiek powołany do życia wewnątrz wirtualnej rzeczywistości jest takim samym człowiekiem jak ten zrodzony w naszym świecie? W latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku w Polsce powstało opowiadanie, w którym istota działania sztucznego świata, a właściwie światów, jest niemal identyczna jak w dziele Wachowskich oraz ta z adaptacji książki Simulacron trzy. Tekst nosi tytuł „Anioł przemocy" i został stworzony przez Andrzeja Wiśniewskiego Snerga. Podobieństwa są na tyle duże, iż przez pewien czas mówiło się, że opowiadanie mogło zainspirować twórców Matrixa. W opowiadaniu Snerga życie ludzi upływa w świecie wirtualnym. Jest on nieodróżnialny od świata rzeczywistego. Jedyna różnica polega na tym, że w virtual reality nie można umrzeć. Każda śmierć jest tylko furtką do kolejnej ułudy. Kiedy bohaterka zyskuje prawo do jednego dnia życia w prawdziwej rzeczywistości, wykorzystuje tę okazję, aby popełnić samobójstwo i przerwać niekończącą się historię elektronicznych wcieleń. Przekonanie o tym, że świat jest rodzajem ułudy, towarzyszyło Adamowi Wiśniewskiemu Snergowi niemal we wszystkich utworach wydanych za życia.
W powieści „Nagi cel” autor zadaje pytanie: czy cała nasza rzeczywistość jest tylko trójwymiarowym filmem dla ludzi z przyszłości? A jeśli tak, to w jaki sposób odróżnić prawdziwego człowieka od filmowej postaci? Mechanika świata, w którym toczy się fabuła, przypomina tę ze wspomnianego już opowiadania „Anioł przemocy”. Inny rodzaj tworzenia mistyfikacji stosowany w fantastyce naukowej polega na wszczepianiu ludziom sztucznych wspomnień. Człowiekowi przypisuje się wówczas znajomość miejsc, w których nigdy nie był, oraz wydarzeń, w których nigdy nie uczestniczył. Wspomnienia są tak plastyczne i tak realne, że każda próba wyjaśnienia, jak było naprawdę, byłaby skazana na niepowodzenie. To, co przechowuje mózg, w powszechnym mniemaniu uznawane jest za realny dowód zaistnienia jakichś wydarzeń. O tym, że tak nie jest, przekonywał Philip Dick w opowiadaniu „Przypominamy to panu hurtowo”, które powstało w roku 1966. Pisarz zastanawia się, czy istnieje jakiś sposób zweryfikowania i odróżnienia wspomnień prawdziwych od fałszywych. Wnioski nie są budujące, zwłaszcza w kontekście konstatacji, że fałszywa rzeczywistość zapisana w umyśle człowieka może służyć zarówno rozrywce i uatrakcyjnieniu szarego życia, jak i zakusom mającym na celu zniewolenie człowieka.
Swobodnymi adaptacjami opowiadania są filmy „Pamięć absolutna” z roku 1990 i 2012. Filmy te, znacząco zmieniając fabułę zaproponowaną przez Dicka, pozostawiają pierwotny pomysł wszczepiania fałszywych wspomnień. O sztucznych wspomnieniach oraz ich wszczepianiu pisał również Krzysztof Malinowski w opowiadaniu „W czasy państwa Atkins”, które ukazało się po raz pierwszy w miesięczniku Młody Technik w 1973 roku. Oś fabularną opowiadania stanowi oferta firmy proponującej klientom urlopy w przeszłości. W rzeczywistości turyści, zamiast odbyć podróż w czasie, są usypiani, a ich umysły zostają poddane stymulacji, aby uwierzyli w sztuczne wspomnienia. Cytuję fragment opowiadania: „Wiecie, co on z wami zrobił? Wsadził was do kabin, a potem oszołomił was specjalnym gazem i poddał telehipnozie. To bardzo skuteczny i nieszkodliwy środek sugestii. Podświetlał was kwarcówkami. Ssaliście tubki z pastą rybną przekonani, że jecie pieczeń z gnu.
Nadstawialiście twarz na podmuch wentylatora, przekonani, że wystawiacie ją na wiatr sawanny.” Koniec cytatu. Przedstawione powyżej przykłady z utworów science fiction są charakterystyczne dla tego gatunku. Pokazują, że po okresie fascynacji problematyką kosmiczną, problematyką podboju innych światów oraz podróżami w czasie, problem kosmosu wewnętrznego, tak zwanego innerspace, stał się dla fantastyki naukowej równie ważny. O realności bądź nierealności świata zaczęli już zatem rozmyślać nie tylko filozofowie, ale także autorzy prozy popularnej. Tymczasem warto zapamiętać, że to Berkeley, chociaż żył na przełomie XVII i XVIII wieku, postawił słuszną diagnozę. Jeśli bodźce dostarczane do mózgu będą odpowiedniej jakości, to chociaż nie będą miały związku ze światem materii, zapewnią pełną iluzję rzeczywistości. Iluzję, której nie będzie można zakwestionować na gruncie żadnego eksperymentu ani też rozumowania. Podobnie naiwne jest przekonanie o tym, że sztuczne rzeczywistości będą miały konstrukcje liniowe, jak niektóre współczesne gry i to pozwoli zdemaskować sztuczność świata. Problem ten podjął Stanisław Lem już w pierwszej połowie lat 60. we wspomnianym już tekście o profesorze Korkoranie.
Zacytuję go raz jeszcze: „Myśli pan pewno, że tam w tym bębnie są utrwalone różne sygnały jak na płycie gramofonowej, że wypadki ułożone są tak jak melodia ze wszystkimi tonami i czekają tylko jak muzyka na płycie, aby ożywiła je igła. Że te skrzynie odtwarzają po kolei zespoły przeżyć do końca już z góry ustalonych. Nieprawda, nieprawda! — wołał przeraźliwie, aż dudniło echo blaszanego stropu. — Zawartość tego bębna jest dla nich tym, czym dla pana świat, w którym pan żyje. Panu nie przychodzi przecież do głowy, kiedy pan je, śpi, wstaje, podróżuje, odwiedza starych wariatów, że to wszystko jest płytą gramofonową, której dotyk nazywa pan teraźniejszością. Los moich żelaznych skrzyń nie jest ustalony z góry do końca, gdyż wypadki znajdują się tam w bębnie na szeregach równoległych taśm i tylko działający zgodnie z regułą ślepego przypadku selektor decyduje o tym, z której serii taśm będzie zbierak zmysłowych wrażeń danej skrzyni czerpał w następnej chwili. Naturalnie tak proste, jak powiedziałem, to nie jest, ponieważ skrzynie same mogą wpływać do pewnego stopnia na ruchy czerpaka, a selekcja przypadkowa zachodzi w pełni wtedy tylko, kiedy ci stworzeni przeze mnie zachowują się biernie.” Wszelako mają wolną wolę, a ogranicza ją to samo tylko co nas. Posiadana struktura osobowości, pasje, przyrodzone kalectwa, warunki zewnętrzne, stopień inteligencji. Tyle Lem.
Dowodem sztuczności świata nie mogą być nawet ewentualne zakłócenia i błędy dostrzeżone w rzeczywistości. Wystarczy przypomnieć, że w filmie Wachowskich zjawisko déjà vu tłumaczono przekłamaniami pojawiającymi się w Matrixie. Skoro tam było ono błędem, to czym jest w naszej rzeczywistości? Zapewne rację mają neurolodzy i neuropsycholodzy wskazujący, że u podstaw fenomenu leżą zaburzenia neurologiczne. Ale to tylko jedno z możliwych wyjaśnień. Idąc dalej, czym jest nasza rzeczywistość? Déjà vu można tłumaczyć na różne sposoby. Fizjologicznie, psychologicznie. Można również zacząć zastanawiać się nad realnością naszego świata. Jednak z pewnością wspomniane zjawisko nie może stać się dowodem na wirtualność rzeczywistości.
Ani w świecie Matrixa, ani w naszym. O błędach w środowisku sztucznych światów pisał Stanisław Lem w przytaczanym już opowiadaniu o profesorze Corcoranie. Cytuję: „Kiedyś, bardzo, bardzo dawno temu zwątpiłem w realność świata. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Tak zwana złośliwość rzeczy martwych. Tichy, kto jej nie doświadczył? Nie możemy znaleźć jakiegoś drobiazgu, choć pamiętamy, gdzieśmy go widzieli po raz ostatni. Nareszcie odnajdujemy go gdzie indziej z uczuciem, że przyłapaliśmy świat na gorącym uczynku jakiejś niedokładności, bylejakości. Dorośli mówią oczywiste, że to pomyłka i naturalna nieufność dziecka zostaje w ten sposób stłumiona. Albo to, co nazywają le sentiment déjà vu, wrażenie, że w sytuacji niewątpliwie nowej, przeżywanej po raz pierwszy już się kiedyś było.
Całe systemy metafizyczne, jak wiara w wędrówkę dusz, w reinkarnację, powstały w oparciu o te zjawiska. A dalej prawo serii. Powtarzanie się zjawisk szczególnie rzadkich, które tak chodzą parami, że lekarze nazwali nawet to w swoim języku duplicatus casuum. A wreszcie duchy, o które pana pytałem. Czytanie myśli, lewitacje i ze wszystkich najbardziej sprzeczne z podstawami całej naszej wiedzy, najbardziej niewytłumaczalne przypadki, prawda, że rzadkie przepowiadania przyszłości. Fenomen opisywany od najdawniejszych czasów, wbrew wszelkiej możliwości, gdyż każdy naukowy pogląd na świat go wyklucza. Koniec cytatu. Myślę, że Stanisław Lem najlepiej podsumował dzisiejszy temat. Symulacja, jeśli istnieje, jest ze swej natury niemożliwa do udowodnienia przez osoby w niej zanurzone. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby twórcy owej symulacji lub jej użytkownicy zechcieli przekazać nam jakiś sygnał lub informację.
No co by było? Co? Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Pięknie Państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i obiecuję, że do tematu symulacji będziemy jeszcze wracać, gdyż mam wrażenie, że zaledwie zaczęliśmy temat. Czas, proszę Państwa, na tradycyjne w tym momencie audycji Filmotekarium. Dzisiaj film, ja to muszę powiedzieć, bo inaczej pęknę. Dzisiaj film, który mi się kompletnie nie podoba. Kompletnie. Film zatytułowany „2073".
Zapraszam Państwa. I tak jak mówię to w rozmowie z Piotrem Cielebiasiem, to jest film, którego absolutnie nie polecam. Marnujecie Państwo czas, ale z drugiej strony to jest film, który móc jest obejrzeć, żebyście Państwo wiedzieli, jak bardzo możni tego świata starają się nam zryć berety, starają się nas zmanipulować i doprowadzić nas do stanu, w którym cokolwiek powiedzą, jakiekolwiek hasło rzucą, to my natychmiast pobiegniemy i powiemy: „Och, jakże jesteśmy wdzięczni, że nam przybliżacie mechanizmy tego świata!" Ten film nie pokazuje mechanizmów tego świata, on je tylko symuluje. Że tak nawiążę do poprzedniej audycji. Tak, on je symuluje, a przy okazji fałszuje. Zapraszam na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy Filmotekarium. A dzisiaj Filmotekarium mocno cyfrowe. Nie, to zły początek, ale niech będzie.
Cyfrowe, ponieważ tytuł dzisiejszego filmu to „2073". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:24:38] - Witam, witam. Witam Ciebie Marku, witam słuchaczy. Nie tylko nietypowy tytuł, ale też obraz nietypowy, bo chyba jeszcze czegoś takiego w Filmotekarium nie było. To jest, nie wiem nawet jak to ująć. No dramat dokumentalny sci-fi. Tak jest oficjalnie określany. A jakby tak na prosto i na chłopski rozum, to jest po prostu krótka opowieść wspomagana jakimiś reportażykami. „2073" jest wizją życia we wspomnianym roku i to jest film, który najpierw trochę powiemy, a potem będziemy oceniać, bo jest dużo do powiedzenia, jest dużo do skomentowania. Sam scenariusz jest dość prosty. Główna bohaterka, która żyje na marginesie społeczeństwa Przyszłości wspomina w tym filmie dawne czasy.
Przy czym widzimy tam sceny z życia za 40 lat. Film ten jest gęsto przeplatany shortami, reportażykami, krótkimi sekwencjami, nie wiem czy dokumentalnymi, o tym będziemy za chwilę mówić, pokazującymi przyczyny degradacji społecznej i zarys problemów, które nas dopiero czekają według twórców tego filmu. Generalnie Marku, ja miałem pewien problem, bo podchodząc do tego filmu, liczyłem na coś więcej. Na samym początku otrzymujemy sceny, które sugerują, że to będzie film fabularny w pewnym sensie, a jest zupełnie inaczej. Otrzymujemy wizję życia na samym początku w San Francisco, które jest stolicą Ameryk. Tak to się nazywa, Ameryk. Jest wypełnione dronami, siłami prewencji. Mamy sceny tego, co się dzieje na ulicach. Na samym początku mamy sceny z tego, co się dzieje na świecie, że cały świat się pali. Kolejne sekwencje to już jest historia głównej bohaterki.
I tutaj mam problem, czy oni są bezdomni, czy nie, bo to są raczej squatterzi gdzieś w ruinach, zajmujący się głównie zbieractwem. Ten film dzieli się naturalnie na dwie części, fabularną i dokumentalną. To może Marku zajmiemy się najpierw tą częścią dramatyczną. Jest słabo generalnie.
[01:27:05] - O, jest bardzo słabo.
[01:27:07] - Tak. Pomimo takiego hype'u, pomimo takiego stworzenia, nie powiem, że legendy, bo ten film jeszcze na legendę nie zasłużył, ale takich oczekiwań wokół tego obrazu, co to nie będzie, to jest cieniutko. Wydaje się, że film "2073" stworzyli zupełni amatorzy, jeżeli chodzi o kino science fiction.
[01:27:32] - Piotrze, ty jesteś optymistą, muszę to przyznać, bo zakładasz, że oni nie wiedzieli, jak film science fiction nakręcić. Ja natomiast mam głębokie podejrzenie, potrafiłbym je w kilku miejscach uzasadnić, przytaczając przykłady, ale to chyba nie to miejsce, że to jest agitka, propagandowa agitka, a nie film. Jest mi to tak samo wstrętne w tym wykonaniu, bo to jest agitka z określonej strony sprokurowana. To, co powiedziałeś o tym płonącym świecie, da państwu wgląd w to, jaki system wartości, jaki ogląd świata sprokurował tę agitkę. Ta agitka jest mi tak samo wstrętna jak agitka zrobiona przez drugą stronę, czy inną stronę. Film, takie jest moje zdanie, powinien wystrzegać się ideologii i agitowania w jakimś kierunku, a ten film się tego nie wystrzega. On najpierw łudzi nas, że opowie nam historię, a potem wciąga nas w agitkę. Co więcej, stara się nas przekonać, jak to faszyzm nam zagraża na całym świecie. Ja wiem, różne rzeczy nam zagrażają, może i faszyzm, ale ja mam czasami wrażenie, jak się dobrze rozglądam, że nie tylko faszyzm, ale jeszcze kilka innych totalitarnych modyfikacji różnych ustrojów również nam zagraża i ten obraz, który nam jest pokazany, w ogóle mnie nie przekonuje. Pokazanie, powiedziałeś o squatterce, oni sobie żyją, ona jest lokatorką upadłego centrum handlowego.
Ona sobie tam żyje, ma swój kącik w tym centrum handlowym, w hipermarkecie właściwie żyje. Wszystko jest szare, brudne, rozwalone i tak ona tam żyje i wspomina. Na ekranie cyfry cofają się, pokazując nam taki, a to śmaki, a to owaki rok, jak to było kiedyś źle i że źródła upadku, tego, co przeżywają ludzie w 2073 roku, leżą bardzo daleko, nie tylko w naszych czasach, ale sięgają jeszcze głębiej, początku XXI wieku. A jak się dobrze przyjrzeć, to pewno jeszcze wcześniej. To jest tak jednostronne, tak wydrąża mózg z jakiejkolwiek myśli, bo to nie ma nas pobudzić do myślenia, to nas ma przekonać, że jest źle, a będzie gorzej i to jest wszystko wina określonych sił. Po co się męczyć, oglądać film podobno fabularny? Cofnijcie sobie państwo czas za pomocą YouTube'a, obejrzyjcie kilka kronik filmowych z lat 50., czy to polskich, czy zagranicznych i będziecie mieli mniej więcej to samo. Wiadomo kto jest zły, kto dobry, bo w takim '52, '53 roku wszystko było wiadomo. Byli ludzie, którzy wiedzieli wszystko i wszystko było proste, bo wróg czyhał. Dobrzy ludzie byli za pokojem, ale oczywiście zanim ten pokój, to trzeba zęby kapitalistom powybijać.
To jest ten sam poziom. Dokładnie ten sam poziom. Kronika filmowa z lat 50. albo film "2073". Wielkiej różnicy państwo nie zauważą, bo to jest tak samo nachalna i moim zdaniem tępa propaganda. Tylko do czego to naprawdę ma nas doprowadzić? Tego nie wiem. I powtarzam, proszę się nie przywiązywać do tego, że ten film jest prokurowany przez określoną ideologię, bo tak samo bym pyszczył jak w tej chwili, gdyby to zrobiła ideologia, trudno mówić w przypadku ideologii o przeciwnej, z innej półki ideologia, powiedzmy bardziej brunatna jakby zrobiła taki film, to też bym pyszczył, bo po prostu jest nie do przyjęcia. Jeżeli ktoś nam wpycha swoją ideologię. Ale powiedziałem o brunatnej, jakakolwiek.
Ludzie, którzy uważają, że tylko powinniśmy patrzeć na to, że Europa jest najważniejsza i tylko tę tępą propagandę nam przekazywał, to też bym protestował. Ja w ogóle jestem przeciwnikiem zmuszania ludzi do tego, żeby łykali jakiś punkt widzenia, bo tak uważamy, bo powinniście, bo przyzwoity człowiek może myśleć tylko w taki sposób. Otóż nie. Otóż te wszystkie zakusy, które obserwujemy w tej chwili wokół nas, kiedy chce się nam wyłączać różne rzeczy w internecie albo cenzurować internet, to jest ten sposób myślenia, który bliski jest temu filmowi. Czyli zarzucimy was faktami, nie wyjdziecie spod tej góry faktów, nie wypełzniecie spod niej i wtedy wygramy. Nic z tych rzeczy. Nie wygracie, bo robienie z ludzi głupców tylko dlatego, że my tak chcemy, to jest nie ta droga i dlatego ja tego filmu nie znoszę. Już wiem, że go nie będę znosił i na pewno go drugi raz nie obejrzę. To jest filmidło straszne, ale warto go obejrzeć. To paradoks, ale warto go obejrzeć, ponieważ zobaczycie państwo na pierwszym planie, jak myślą o nas ludzie, którzy chcą nam zaszczepić jakieś wzorce, swoje przekonania.
Oni mają nas za ludzi, którzy nie kojarzą podstawowych faktów. Ale się zdenerwowałem.
[01:33:54] - Ja tutaj wrócę do tej warstwy fabularnej, która tak naprawdę jest bardzo uboga. To nie jest film z treścią, to jest film lekko propagandowy. On nam przedstawia wizję świata po tajemniczym evencie, po którym się rozpadło społeczeństwo. Widzimy generalnie to, co się dzieje w Ameryce. Natomiast moje wrażenia na samym początku były takie, że jako sci-fi, jako jakaś dystopia to jest film bardzo kiepski. Mamy do czynienia z filmem, który się nie zdarza na co dzień, takim połączeniem fabuły i dokumentu, ale jest to bardzo mało realistyczne. To po prostu nie wyszło. Dla wielu osób to wszystko będzie bardzo poprawne politycznie. Do tego jeszcze za chwilę przejdziemy. Natomiast na obu warstwach, jako dokument i jako coś à la sci-fi to kuleje.
"2073" nam ukazuje dystopijną wizję przyszłości. Musimy wykazać w ogóle wiele cierpliwości, Marku, żeby się wczuć w tamten świat przedstawiony, który jest dość karykaturalnie zarysowany, bo w tle mamy jakieś społeczeństwo, mamy opresyjną władzę, która nieustannie pałuje ludzi na ulicach. Nie wiadomo za co w sumie, ale pałuje. Pierwsze minuty pokazują tłumienie protestów. Nie wiadomo o co, nie wiadomo jakich. Potem mamy ukazane realia życia na marginesie społeczeństwa. Ale to też nie są ludzie bezdomni, a raczej squatersi, zbieracze. Niewiele się o nich dowiadujemy. I można umrzeć z nudów. Gdyby chcieć to traktować jako film rozrywkowy, który sobie puszczacie w weekend, żeby odetchnąć albo się czegoś dowiedzieć, to nie ma ani rozrywki, ani rozrywki intelektualnej.
To jest taka rozwleczona gawęda człowieka, któremu nie wiadomo, o co chodzi. Ale to nie są moje jedyne zarzuty do tej części fabularnej, bo tutaj, Marku, możemy się zacząć czepiać już tak na 100% bez żadnych podtekstów, bo mamy tam przedstawiony świat za kilkadziesiąt lat. Tylko że on się za bardzo nie różni od tego, co my widzimy dziś. Może poza liczbą dronów i poza liczbą robotycznych psów w przestrzeni publicznej. Tam są używane współczesne narzędzia. Mamy też billboardy bardzo wymowne, z nazwami takich firm jak Palantir. Mamy billboard, gdzie widzimy rodzinę Trumpów, której członkowie nadal sprawują władzę. To wszystko jest deczko wymuszone. I są przede wszystkim dłużyzny. Przegadane to jest.
Film się też nie wystrzega paradoksów i błędów. To znaczy, jak na coś, co ma edukować, jak na coś, co ma nas ideologizować, to tam jest dużo głupot. Bo zobacz, bohaterowie żyją sobie w wielkim hipermarkecie, a chodzą zbierać. Mimo że są sceny, kiedy widzimy, że towary stoją na półkach, to oni chodzą zbierać na zewnątrz, gdzie czeka na nich wojsko, bo nie wolno zbierać. Bo czemu? Bo w sumie nie wiadomo czemu nie wolno zbierać, ale tam jest tyle wojska, że się mysz nie przeciśnie. Trochę bez sensu. Tam jest taka scena, kiedy główna bohaterka przynosi swojemu robotycznemu koledze czapkę, którą mogłaby mu znaleźć w tym budynku, ale ona przynosi ze śmietnika, bo widać to jest w scenie. Tam jest w ogóle z myśleniem ciężko w tym filmie. Tam jest też taka sytuacja, która mi się rzuciła w oczy, że ona obserwuje sceny przemocy, która się dzieje na ulicach San Francisco.
Tylko że to jest scena z Izraela. Tam są napisy w tamtejszym alfabecie. Także tam za bardzo się chyba nawet nie przejmowano. Z warstwą fabularną jest kiepsko. Tam chyba się skupiono na ideologii. Autorzy się porwali z motyką na słońce, bo paradoksalnie ja myślę, że taki film byłby do stworzenia i mógłby być nawet ciekawy, gdyby nie dwie rzeczy: nie te wstawki dokumentalne i druga sprawa, gdyby autorzy, scenarzyści, reżyser mieli trochę pojęcia w temacie sci-fi i dystopii. Nieco więcej wyobraźni, bo tak naprawdę rysowanie rzeczywistości w następnych dekadach to jest chyba najtrudniejsza rzecz, o jakiej możemy pomyśleć w ogóle w takim kinie dystopijnym. Czyli nieco więcej wyobraźni, mniej ideologii, mniej propagandy. Nie wiem, czy byś chciał coś dodać do tej wersji fabularnej, która nam ukazuje historię nudną jak flaki z olejem tak naprawdę.
[01:38:31] - Chciałbym państwu uświadomić odnośnie tych robotycznych psów i tych dronów. To tak jakbyście państwo w latach 80. zrobili film, w którym w roku 2025 ludzie pracowaliby na Atari bardzo podobnych, nawet tak samo wyglądających i pracowaliby na Atari. A minęło tyle i tyle lat i to w niczym nie przeszkadza. Więc te robotyczne psy wyglądają jak robotyczne psy współczesne. Drony, które sobie tam polatują, wyglądają jak drony współczesne. Jeśli sobie uświadomimy, że 20 lat temu takie mini drony to była w ogóle fantazja. Chociaż się zdarzały egzemplarze, ale to nie tak wyglądały. To te, które my dzisiaj obserwujemy i one są przeniesione o tyle lat do przodu i dalej są takie same, to tak zwana oczywista oczywistość, czyli głupota. Ale powiedziałem o tym, że ten film jest przegięty politycznie, przegięty ideologicznie, bo za całe zło świata według tego filmu odpowiadają politycy.
To wiadomo. Akurat z tym się zgadzam, ale już nie z następnym zdaniem, bo to tylko niektórzy politycy odpowiadają. I tu wchodzimy w tę ideologię, w tę politykę, którą ten film stara się przemycić. A właściwie słowo "stara się" jest z mojej strony przegięciem, bo po prostu on to robi i te szwy widać tak wyraźnie, że niczego nie ukrywa. Otóż widzicie państwo na ekranie złego Trumpa, złego Orbána. A swoją drogą kariera Orbána na tym świecie jest naprawdę rewelacyjna. Gdzieś tam Putin pomyka, w ogóle całe zło tego świata. Ale ten Trump. Myślę, że ten film nie trafił w ogóle w swój czas, bo była nadzieja, że Trump przegra, a wygrał. I cały misterny plan poszedł sami wiecie państwo gdzie.
W związku z tym ten film to jest nieporozumienie. I naprawdę, uwierzcie mi państwo, ani mi tam z Orbánem, ani z Trumpem, ani z Putinem, ani z kimkolwiek po drodze czy nie po drodze. Mnie chodzi po prostu o ten rodzaj zadęcia, który jest po prostu drażniący. Gdybyśmy teraz spróbowali, odwołam się do pewnego symetryzmu, z drugiej strony taki film nakręcić i wybrali sobie, Justina Trudeau i innych bardzo postępowych przywódców tego świata i zrobili, że to oni są winni temu, co się stanie za wiele lat, co też byłoby przegięciem, to tak samo byłby mi ten film wstrętny, czy w każdym razie uważałbym go za nieporozumienie. Robienie takich wizji, takich uproszczeń, bo ten film jest po prostu jednym wielkim uproszczeniem. Świat jest zbyt skomplikowany. Te mechanizmy, czy to geopolityczne, czy po prostu psychologiczne, nieco bardziej są skomplikowane. A tu dostajemy tępą, taką siekierową propagandę, w której: "Tu patrzta, patrzta ludzie, to są ci źli. Oni sprawili, że planeta płonie". No tak, płonie.
Oczywiście głównie władza zajmuje się pałowaniem ludzi. I to jest właśnie to, co Piotr podkreślał. Pałują, pałują tych ludzi i cholera wie właściwie, dlaczego ich pałują. Oni ciągle przeciwko czemuś protestują. Ja powiem tak: gdyby ludzie byli nawet zapędzeni w kozi róg i już nie mieli wyjścia i tylko wychodzenie na ulicę pozostałoby im, to jakby ich tak przez 10 lat pałowali bez przerwy, to w 11, 12 albo 15 roku przestaliby wychodzić na ulicę. Bo ile razy można dostać pałą, żeby w końcu zrezygnować? Nie ma szans, bo ta rzeczywistość jest przedstawiona tak, że tam Nie ma szans, żeby się coś udało. Wychodzić na ulicę po to, żeby dostać kilka siniaków albo nawet gorzej, to naprawdę nie ma sensu. To jest takie spojrzenie na świat, jak sobie mała Zosia albo mały Kaziu wyobraża opresyjny reżim. Opresyjny reżim nieustannie pałuje ludzi.
Tylko pytanie, czy na pewnym etapie jest kogo pałować? Ostatecznie, znowu odwołam się do przeszłości, w Związku Radzieckim nikogo nie pałowano, a w każdym razie to były sporadyczne wydarzenia. Ludzie nie wychodzili protestować na ulicę, nie wychodzili z wielkimi manifestacjami, ponieważ to się kończyło śmiercią lub karykaturalnym procesem na pewnym etapie Związku Radzieckiego, więc nie było sensu. Nikt normalny takich rzeczy, takich akcji nie wykonuje. Może za czasów późnego Breżniewa pojawiało się kilku odważnych, ale oni niespecjalnie znajdowali poklask. I tak się jeszcze ciągnęło później przez Andropowa, Czernienkę, nawet przez Gorbaczowa. Ludzie w dawnym Związku Radzieckim zaczęli wychodzić na ulicę w latach 90. Wtedy było wiadomo, że może spałują, ale nie zastrzelą. Jak mamy do czynienia z takim reżimem straszliwym, który jest nam przedstawiony w tym filmie, który jest okrutny, to naprawdę państwo wierzycie, że w tym 2073 roku ludzie nie mieliby nic innego do roboty, tylko w ramach rozrywki codziennej podstawialiby się pod pały dobrze wyposażonych oddziałów prewencji? To jest jedna z tych głupot filmu, o którym dzisiaj rozmawiamy, która mnie szczególnie rozdrażnia.
A takich głupot tam jest na morgi, proszę państwa, bo żebyśmy sobie powiedzieli o tym filmie bardzo szczerze, to poza tym, że on jest propagandowy i taki jednostronny do bólu, taki prymitywny po prostu, to mam nieodparte wrażenie, że ekipa, która ten film skręciła, stara się nami manipulować.
[01:45:17] - Dokładnie. Liczyliśmy tutaj na coś lepszego. Słabą warstwę fabularną mogłaby uratować część dokumentalna, a ona się składa z kilku klipów: od populizmu po zmiany klimatu, cybertotalitaryzm i tak dalej. Generalnie wymowa jest taka, że sami sobie gotujemy ten los. Tylko że film nie do końca jest obiektywny w swoich ocenach. Do tego stopnia, że można go nazwać nawet filmem propagandowym. W jednym z pierwszych wejść w tych dokumentalnych klipach dotyczącym schyłku demokracji słyszymy wypowiedź żony ministra naszego Sikorskiego. Ten klip dotyczy owej prawicowo-populistycznej osi, która się tworzy na świecie. Tak jak ty powiedziałeś, dla mnie to jest ganz egal. I jedna, i druga strona, gdyby stworzyła taki film, krytykując podejście drugiej strony, to i tak by mi się nie podobało, bo propagandę zawsze widać.
Natomiast tutaj nam się ukazuje pewne ograniczone myślenie twórców tego dokumentu. Za 50 lat władza będzie pałowała za nic, ale generalnie to tak jest na świecie od naprawdę bardzo dawna, że generalnie władza najpierw obiecuje, a potem pałuje. Z kolei wiara w to, że demokracja liberalna jest w stanie się utrzymać w ogromnych, rozklekotanych, ludnych krajach i scalić społeczeństwo i walczyć z patologiami, to jest fikcja, bo zarówno USA, jak i Filipiny przedstawione przecież też w tym filmie, mają swoje problemy. Także jeżeli by się chciało pokazać, że ta demokracja działa, to może by ktoś się pokusił o film pokazujący, jak to kiedyś dobrze było. A tutaj mamy pokazane tylko jak będzie źle. Mamy więc w tym pierwszym wejściu pochwałę ustroju, który nie tylko jest fasadowy, co również niedoskonały i patogenny. W demokracji wałki się robi w imię ogółu. Ta sama idealizowana demokracja sprawia, że trybunami ludu czy parlamentarzystami stają się na przykład gwiazdy „Big Brothera”, tak jak jest w Polsce. Film straszy globalną tyranią, która ma nam wyskoczyć z kapelusza. Natomiast generalnie ten event, te wielkie zmiany, które nas czekają, są trochę jak ta trzecia światowa i wszystkie inne wojny.
Zanim się doprowadziło do kulminacyjnego punktu, to najpierw był cały proces. A tutaj twórcy filmu nam dają taką iluzję, takie wrażenie, o którym przed chwilą powiedziałeś, że kiedyś to było, tylko nie mówią kiedy, że będzie tylko gorzej. Idąc tym tokiem rozumowania, możemy dojść do wniosku, że przed zburzeniem Bastylii to było okej, potem to już się zrobił taki bajzel. Równie dobrze można powiedzieć, że przed upadkiem Konstantynopola to generalnie było okej, ale potem to, co już się działo, to kto to widział? Idąc dalej, można dojść do wniosku, że w czasach tej pierwotnej indoeuropejskiej wspólnoty na stepach był w miarę porządek, a potem to się wszystko już posypało w nic. I to jest fikcja propagandowa zupełnie. Historia ludzka jest historią postępu, ale i regresu, historią chaosu przede wszystkim i historią kryzysów. Historia cywilizacji dobrze tylko wygląda na kartach książki do podstawówki. Natomiast cała reszta, kiedy się zagłębimy w szczegóły, po prostu boli. Są tutaj jednak takie elementy w tym filmie, które mnie zainteresowały Na przykład to społeczeństwo cyfrowe, ten cyfrowy totalitaryzm.
Bo tak jak wspomniałem przed chwilą, trudno jest mówić chyba najbardziej, jeżeli się mówi o science fiction, o latach, które nadejdą, bo zawsze się przegina albo w jedną, albo w drugą stronę. My jesteśmy w szczególnym położeniu, dlatego że chyba w tym okresie, o którym mówi film, AI przebuduje porządek, który znamy. Nie tylko AI, nie tylko sztuczna inteligencja, ale też wiele innych czynników. Czyli będzie cyfrowy totalitaryzm, będzie zupełnie inny profil gospodarki, ale też będzie taka sytuacja, kiedy z jednej strony obywatel będzie razem ze wszystkimi jego danymi w bazach danych, będzie nieustannie inwigilowany, ale z drugiej strony osoby, które będą biegłe w sferach technicznych, będą mogły dokonywać wałków na niespotykaną skalę. I tutaj ta technokracja, ale rozumiana w takim znaczeniu, o jakim przed chwilą powiedziałem, ona wpłynie na inne sfery życia, na politykę, na media. Do czego zmierzam? Według mnie, jeżeli miałbym sobie wyobrazić życie w 2073, to powiem ci, Marku, że miałbym pewne problemy. Dlatego że tak, co wiemy? Ludzie będą nadal mieszkać w domach. Ludzie będą jeździć autami, ale może z innym napędem.
Będą szpitale, ale może nie wszystkich będzie stać. Będą media, o których trudno powiedzieć, jak będą wyglądać, bo w ciągu dosłownie 15 lat mieliśmy prawdziwą rewolucję. Zmienią się pewne rzeczy. Natomiast tempo przemian, które my obserwujemy czasami z roku na rok, jest tak duże, że głupio jest robić propagandowy film o przyszłości, nie mając szerszego oglądu. I żeby taki film był dobry, to wydaje mi się, że trzeba by zrezygnować z tego dziwnego połączenia, że zrobić albo wywiady z ekspertami, którzy nam powiedzą, jak ta przyszłość może wyglądać, albo nakręcić zupełną dystopię, bo połączenie tych dwóch gatunków nie wyszło. Po prostu nie wyszło. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę ganiąc rozwój demagogii, ten film sam demagogii i propagandy się dopuszcza. To jest bardzo widoczne już od samego początku i dopuszcza się też lekkiego oszukaństwa w stosunku do widza, bo on nam nie dostarczy ani pożywki dla myśli, ani rozrywki. Pozostanie tylko niesmak tak naprawdę.
[01:51:39] - Odnoszę wrażenie, że to było bardzo dobre podsumowanie tego filmu. Tak jak powiedziałem, w pewnym momencie nie warto, a z drugiej strony trzeba ten film obejrzeć, żeby wiedzieć, jak próbuje się manipulować faktami, jak próbuje się manipulować rzeczywistością, jak próbuje się propagandowych kruczków, aby jakoś wpłynąć na społeczeństwo, bo na część społeczeństwa na pewno ten film wpłynie. Moim zdaniem propaganda, która bije z tego filmu, jest prymitywna. Jest głupia po prostu. Ale ktoś kiedyś powiedział o tym, że jak się powtórzy odpowiednią liczbę razy, to może się nagle okazać, że to, co uważamy za propagandę, przestaje być propagandą, a staje się rzeczywistością. Ja nie wiem, czy bym się chciał w takiej rzeczywistości obudzić. I to nie chodzi o tę rzeczywistość nakreśloną w filmie, rzeczywistość roku 2073, tylko rzeczywistość, która po prostu bije z tego filmu. Rzeczywistość manipulowania widzem i to tak bezczelnego manipulowania. Sami państwo słyszeli, że mnie się dzisiaj ulało, bo ten film przekroczył po prostu granicę takiej bezczelnej propagandy i może stąd zachowywałem się dzisiaj niekoniecznie parlamentarnie. Czas, proszę państwa, teraz na recenzarium Evivy, a w tym recenzarium jedna z moich ulubionych książek: "Niezwyciężony" Stanisława Lema.
To jest książka napisana lemowskim stylem i są miłośnicy tego stylu. Ja się do nich zaliczam, ale wiem, że są ludzie, którzy nie znoszą frazy stosowanej przez Lema, w ogóle tego sposobu, w jaki pisał. No to cóż, ci dużo tracą. Mogą na chwilę wyłączyć Bibliotekarium 2.0. Ja jednak namawiam, żeby posłuchać. Książka zatytułowana "Niezwyciężony" to jest naprawdę kawał dobrej literatury. Ktoś powie: jakże science fiction może być dobrą literaturą? Wybaczcie państwo, ale uważam, że może. "Niezwyciężony" to jest naprawdę książka, która nie tylko przedstawia nam jakieś wydarzenia na jakiejś planecie, która pokazuje nam jakąś kosmiczną przygodę. To też, owszem, to jest, ale moim zdaniem to jest książka, która namawia do przemyślenia tego, co wiemy o świecie, tego, co wiemy o inteligencji, tego, co wiemy o sztucznej inteligencji.
[01:54:41] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Kto jest moim ulubionym pisarzem fantastyki i dlaczego akurat Stanisław Lem? Tak można by zacząć. To jest o tyle dziwne pytanie, bo Stanisław Lem tak naprawdę, jeżeli go porównać z innymi pisarzami fantastyki, szczególnie współczesnymi, napisał bardzo niewiele książek.
[01:55:04] - Szczególnie zajmujących się tematyką poważnego SF. Ale to, co napisał, pozostaje arcydziełami. Nie przez wszystkich jest to doceniane, gdyż przede wszystkim niewielu czytelników tak naprawdę rozumie, jak to jest precyzyjnie skomponowane, jakie idealne pod każdym względem. Prawie pod każdym. Bo jednak trzeba przyznać, że czytając dzisiaj te książki, możemy uśmiechnąć się przy pewnych opisach. Weźmy jednak pod uwagę, że w czasie, kiedy one powstawały, były bardzo logiczne. Nie jest winą Lema, że technika rozwinęła się w trochę inny sposób, niż przewidywał. Cóż, jedną z książek, która niewątpliwie powinna się doczekać dobrej ekranizacji — ale naprawdę dobrej, takiej, która by w pełni oddawała jej ducha — jest „Niezwyciężony”. Druga po „Solaris” książka, która podejmuje temat kontaktu z bytem całkowicie dla człowieka niezrozumiałym. O czymże mówi ta książka?
Otóż statek Niezwyciężony zostaje skierowany na planetę Regis III po to, żeby ustalić, co się stało z wysłanym tam wcześniej statkiem Kondor oraz jego załogą. Planeta Regis III okazuje się bardzo dziwna. Odczyty, jakie otrzymują astronauci, są nielogiczne. Ze wszystkich w każdym razie wynika jedno: że ta planeta tak naprawdę nie powinna istnieć w tej formie, a już na pewno nie powinno nic na niej żyć. Jednak po odnalezieniu wraku Kondora astronauci zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno ich wnioski są słuszne. Wrak jest przede wszystkim zniszczony od zewnątrz, co wydaje się nieprawdopodobne, gdyż został wykonany ze stopu określanego jako ekstremalnie trudny do naruszenia. Jeszcze gorzej jest wewnątrz statku. Wygląda na to, że załogę ogarnęło zbiorowe szaleństwo. Wszyscy załoganci są martwi, jednak trudno określić przyczynę, która doprowadziła ich do śmierci. Badając tę sprawę, astronauci odkrywają, że nie są na planecie sami.
Jednak to, co im towarzyszy, zaskakuje ich tak, że nie są w stanie nawet tego zdefiniować. Nie chcę tutaj mówić za dużo o treści „Niezwyciężonego”. Uważam, że każdy powinien sam tę książkę przeczytać. Jest absolutnie niezwykła. Okazuje bowiem, że jesteśmy ciągle uwięzieni w swoich stereotypach i będziemy nadal, niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy. Dlatego właśnie może nas zaskoczyć coś takiego, co zaskoczyło załogę Kondora. Czy coś takiego jest możliwe? Otóż Lem przeprowadził dowód, że jest, jak najbardziej. To jest właśnie najciekawsze, bo oczywiście mamy tutaj do czynienia z dawno wymarłą cywilizacją oraz tym, co po sobie zostawiła. Coś, co jest biegunowo odległe od tego, co możemy spotkać na Ziemi i czego podświadomie oczekujemy na innych planetach.
To stawia też pytanie, czy naprawdę powinniśmy do nich dążyć. Oczywiście Lem tutaj pominął sprawę, że kwestia dostania się naszego na inne planety w jakimś w miarę rozsądnym przedziale czasu jest co najmniej dyskusyjna, ponieważ prawa fizyki obowiązują nie tylko na planecie Ziemia, ale wszędzie we wszechświecie. Być może jeszcze jakichś nie znamy. Znamy ich jednak dostatecznie dużo, żeby móc wysnuć odpowiednie wnioski. Także nie radziłabym liczyć na to, że będziemy się przemieszczać z galaktyki do galaktyki jak z pokoju do pokoju, jak to mamy na przykład w „Gwiezdnych wojnach”, ani nawet że we własnej galaktyce będziemy mogli się poruszać, jak powiedzmy po niewielkim kraju. To jest po prostu niemożliwe. Z bardzo prostego powodu, że aczkolwiek osiągnięcie jakiegoś wysokiego procenta szybkości światła jest teoretycznie możliwe, to nie przeżyje tego żadna materia ożywiona. To jest po prostu niemożliwe z punktu widzenia biologii. Ale zostawmy ten temat. „Niezwyciężony”, jak już wspomniałam, jest doskonale napisaną książką.
Wspaniale poprowadzona, logiczna do bólu akcja. Zagadka, z którą muszą się zmierzyć ludzie, którzy pierwszy raz znaleźli się w takich warunkach i w takim otoczeniu. Czymś, czego nawet nie potrafią sobie wyobrazić. Bardzo dobrze opisany sposób rozumowania ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Świetne portrety psychologiczne, ale przede wszystkim piękny opis całkowicie obcego ludzkim wyobrażeniom świata. Po prostu uczta dla prawdziwego fana science fiction. Dlatego polecam wam, jeśli jeszcze nie czytaliście „Niezwyciężonego” — do biblioteki i przygotujcie się na coś, czego długo nie zapomnicie. Powodzenia! Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:00:31] - Proszę państwa, proszę państwa, Piotr Cielebiaś nigdzie nie uciekł. Jest tutaj i wspólnie zapraszamy państwa na sentymentalnik. A dzisiaj? No dzisiaj o Muppet Show oraz o innych produkcjach Jima Hensona. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[02:00:56] - Witam wszystkich. Dzisiaj opowiemy sobie o "Muppet Show" i ogólnie trochę więcej o fenomenie produkcji Jima Hensona. To jest generalnie bardzo ciekawe, że w tych raczej szarych latach PRL-u pojawia się u nas produkcja, w której nie tylko pojawiają się Muppety, ma się rozumieć, ale pojawiają się też gwiazdy zagraniczne, gwiazdy zachodnie. Generalnie w naszym kraju coś takiego nie zawsze było dobrze widziane. Natomiast Muppety zyskały dużą popularność, są dobrze wspominane. Zazwyczaj w Sentymentalniku, kiedy opowiadamy o jakichś produkcjach, to cofamy się nie tylko wspomnieniami, ale przenosimy się na przykład do opinii w internecie. Kiedy przeglądam sobie te opinie w internecie, to zauważam, że mnóstwo osób "Muppet Show" wspomina bardzo dobrze. Ale jeżeli chodzi o inne produkcje Hensona, to już jest różnie. Także dzisiaj trochę o tym opowiemy. Będzie też słowo o Fraglesach, o Ulicy Sezamkowej, która była moim koszmarem w dzieciństwie.
Zacznijmy może od tego, jak to z tym "Muppet Show" w TVP w PRL-u było, jak to się stało, jak to wpadło? Jaka była reakcja twoich rówieśników na tego rodzaju produkcję? Bo to było coś chyba bardzo nietypowego i bardzo kolorowego jak na tamte czasy.
[02:02:26] - Całkiem niedawno wspominaliśmy serial "Kosmos 1999". "Muppet Show" to jest kolejna odsłona pewnego fenomenu PRL-owskiego, którym było "Studio 2". "Studio 2" nadawane, żeby było śmieszniej, w programie pierwszym. To między innymi dlatego, że pierwszy odcinek, jak ogłoszono wolne soboty, Gierek ogłosił jedną na miesiąc, to pierwsze wydanie "Studia 2" rzeczywiście było w Dwójce, ale ponieważ Dwójka nie wszędzie wówczas jeszcze docierała, to podjęto decyzję, że ponieważ program cieszy się ogromnym powodzeniem, to przeniesiono emisję do Jedynki. Bardzo szybko w tym programie pojawił się właśnie "Muppet Show", który był pokochany przez widzów. Dlaczego? Nam jest dzisiaj trudno sobie to wyobrazić, a ja mam to nieszczęście, że pamiętam. Otóż PRL był naprawdę smutny. I tu sobie państwo sięgnijcie do pewnego filmu, jak był smutny. Nie chcę się wyrażać po prostu na antenie.
Smutny, ponury i dosyć pszennoburaczany, psiaśny taki. Więc produkcja, w której było kolorowo, było dowcipnie. Ten dowcip był różny, ale ponieważ był również sytuacyjny, to rozśmieszał. Dziwne stwory, o których pewno jeszcze powiemy, oraz to, o czym wspomniał Piotr – goście. I to goście, którzy byli znani ludziom w Polsce z różnych produkcji filmowych. To były naprawdę gwiazdy. Ja pamiętam, mam przed oczyma odcinek z Twiggy. Kim była Twiggy, to dzisiaj pewno już w pomroce dziejów zanikło, ale to była w swoim czasie naprawdę gwiazda. Pewno bardziej w latach 60. czy na przełomie lat 60.
i 70. Niemniej jednak była. Ale gościła w tym programie również Natalie Wood, wielka aktorka, która nieźle sobie poradziła. Z tego, co przeczytałem, był również gościem, ja nie wiem, czy ten odcinek był emitowany w Polsce, ale był również Luke Skywalker, czyli Mark Hamill i podobno świetnie wypadł w "Muppet Show". W każdym razie jak sięgnę pamięcią, to spora część gwiazd odwiedzających "Muppet Show" to byli ludzie z pierwszych stron, może nie gazet, właściwie z ekranu. Tacy ważni, których publiczność w PRL-u kojarzyła z wielkich filmów, a tutaj ich mieli niejako, może nie prywatnie, ale tak na luzie, bez wyuczonego tekstu. Ci aktorzy musieli sobie radzić, zaczepiani przez Muppety, bo znowu konwencja programu była taka, że goście byli jedynymi ludźmi w programie. Poza tym same Muppety. Od Kermita i Miss Piggy po różnych innych przedstawicieli świata stworzonego przez Jima Hensona. Te postacie pewno wymienimy, ale ponieważ pytanie było o ogólny odbiór, tak, byli bohaterowie "Muppet Show" odbierani naprawdę świetnie.
Ludzie cytowali czasami powiedzonka z tego programu oraz polubili postacie. Dwóch dziadków, którzy komentowali cały "Muppet Show", na ogół złośliwie i bezwzględnie. Już to Piotrowi mówiłem przed audycją, ale trochę przypominają mi te dwa dziadki trochę nas komentujących na przykład filmy. Byli bezwzględni, byli logiczni i nie darowali żadnego potknięcia, nie obcyndalali się i po prostu rozjeżdżali walcem cały ten "Muppet Show", ale był Orzeł. Wtedy nie rozumiałem tej konwencji. Orzeł to był taki patriota, absolutnie pozbawiony poczucia humoru. Był taki podniosły, przemawiał, strzelał takie kocopały o patriotyzmie i tak dalej, że powinno być coś wielkie. Tak propagandowo chwalił Amerykę. Ja nie wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Dzisiaj, ponieważ znam współczesnych polityków, to lepiej rozumiem tę postać i pewien komizm, który ze sobą niosła.
Był szwedzki kucharz, był Gonzo, Zwierzak, Miś Fozzie, nieśmieszny komik i tak dalej. Były świnie czy świnki w kosmosie. Wiecie państwo, niektóre powiedzonka naprawdę były To było the best. Ludzie naprawdę ten program oglądali. To był taki powiew nie tylko koloru świata, ale również wielkości tego świata, tych gwiazd, na które spoglądaliśmy prawie jak na bogów. Szczególnie jak się było dzieciakiem, to może w ten sposób. W każdym razie ten program w zabawnej konwencji dawał rozrywkę. To wtedy było cenione.
[02:07:59] - Ja muszę się przyznać, że generalnie powiem ci, że „Muppet Show” nie pamiętam z dzieciństwa. Nie wiem, czy było emitowane w latach 90. Znając szczęście, znając życie było na 100%. Natomiast ja pamiętam takie poboczne produkcje z Muppetami w roli głównej. Filmy to wiadomo, zresztą nawet niedawno powstały jakieś nowe, ale są też obecne do dzisiaj na przykład na streamingach. „Muppet Show” jest zresztą też obecne na streamingach, ale były też filmy animowane na przykład. Temat musiał być generalnie popularny w okresie mojego dzieciństwa, bo ja pamiętam na przykład różne zabawki, kolorowanki związane z tymi postaciami. Nie można tu też zapominać o innych produkcjach Hensona, które były wycelowane do dzieci, czyli o „Fraggle’ach” i tej koszmarnej „Ulicy Sezamkowej”. Te produkcje dla dzieci ogólnie nie zdobyły mojego serca. Nie wiem, Marku, może napomkniesz o nich też na koniec, bo wiem, że one były w Polsce też dość wcześnie obecne.
Natomiast wspomniałem, że Henson wystartował z ofertą dla dzieci. Natomiast takie pytanie mi przychodzi do głowy, bo Muppety same z siebie kojarzą się raczej z tą częścią młodocianą odbiorców. Ale czy „Muppet Show” to był w 100% dla dzieci, czy to była raczej taka oferta dla wszystkich, taka familijna, ale bardziej w stronę dorosłych? Wiemy, że tam było takie variete. Zresztą powiesz za chwilę o konstrukcji każdego odcinka, ale czy było coś, co ci utkwiło? Czy pamiętasz coś konkretnego? Czy pamiętasz jakieś powiedzonka, jakieś żarty? Bo co mnie nachodzi na przykład to, że ja mam jakąś dziurę po Muppetach. Nie pamiętam tego. Inne produkcje się pamięta, pamięta się czasami jakieś powiedzonka i tak dalej.
Ja pamiętam generalnie postaci, ale to wszystko. Kolejna rzecz, o której warto powiedzieć, bo jesteśmy na kanale „Wehikuł Wyobraźni” i temat obcych, temat fantastyki musi się pojawić. I w „Muppet Show” też to było. Też to było w postaci samych głównych bohaterów, którzy byli istotami, jakby nie było fantastycznymi, ale wśród nich byli też tak jakby domniemani kosmici. I mieliśmy jeden segment, który tak jakby otwarcie nawiązywał na przykład do serialu „Star Trek”.
[02:10:22] - Tak, to prawda. Wspomniane świnie czy też świnki w kosmosie to było ewidentnie nawiązanie czy to do „Star Treka”, czy do innych produkcji à la science fiction. Ale co chciałem powiedzieć? Otóż ja się wcale nie dziwię, że nie pamiętasz powiedzonek, bo one działały krótko. To znaczy to był humor sytuacyjny, to były gagi i czasami one były śmieszne, dlatego, że były śmieszne. Wiem, to taka mowa trawa, ale po prostu w danej sytuacji bawiły. Zadałeś pytanie, dla kogo był ten program. Moim zdaniem to była taka pierwocina takiego multi programu, czyli i dorośli się mogli przy tym bawić, i dzieci się mogły przy tym bawić. Każda z tych grup bawiła się czym innym. Dorośli wychwytywali te wszystkie sensy, na przykład to bredzenie Orła Patrioty, który opowiadał różne kocopały, bezsensowne czasami, jak to politycy zresztą.
Politycy mają to do siebie, że żeby tutaj algorytmu nie podjudzać, to że pierdzielą bez sensu i Orzeł pierdzielił bez sensu, ale z dużą konsekwencją. I to wszystko w takim sosie patriotycznym, ale do przesady. Można było z tego wyciągać w przypadku dorosłych pewne konkretne wnioski. Ale były też postacie takie jak Kermit, który zdawał się taką żabą, która stara się nad tym wszystkim zapanować. To mu nie wychodziło zupełnie, a ślepa miłość Miss Piggy do niego to był taki wątek, który przewijał się z odcinka na odcinek, never ending story. I to nadawało pewnej dynamiki, bo tam w różne sytuacje Kermit się wplątywał z Miss Piggy. W ogóle każdy odcinek „Muppet Show” to był taki zbiór gagów, zbiór okienek. Wiadomo było, że w każdym odcinku musi być Orzeł, musi być wejście Zwierzaka, musi się pojawić szwedzki kucharz, musi się pojawić Miś Fozzie ze swoimi nieśmiesznymi dowcipami. To też było, jak by to powiedzieć... Wtedy w ogóle nikt nie znał w Polsce pojęcia stand-upu.
Miś Fozzie próbował robić stand-up, ale był niezdolny. I ta jego nieumiejętność opowiadania dowcipów, te jego puenty, które się w ogóle nie kleiły, to było żałosne i śmieszne jednocześnie. I każdy odcinek, tak jak powiedziałem, składał się z pewnej sekwencji gagów. Ja już dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czy one były zawsze w tej samej kolejności, czy były wymieszane, ale w każdym odcinku dana postać musiała się pojawić. I te dwa dziadki z loży, które komentowały poszczególne gagi. Nie wszystkie, ale komentowały bezwzględnie, okrutnie, ale tak okrutnie, że aż śmiesznie. Warto też powiedzieć, że oni pełnili rolę takiego chóru, jak w greckich tragediach. Wiem, rozmawiamy o programie komediowym, a ja tutaj z chórem wyjeżdżam i to w dodatku greckim. Ale dokładnie taka była rola. Tak jak chór w starożytnej Grecji komentował wydarzenia na scenie, tak te dwa dziadki też stawiały kropkę nad i czasami, a czasami mówiły, co myślą o tym bałaganie, bo też "Muppet Show" to był kompletny bałagan.
Ja się nawet zastanawiam, czy kiedy Olga Lipińska wymyśliła sobie "Własń nie leci kabarecik", to nie wzorowała się po części właśnie na "Muppet Show". Pamiętacie państwo te odcinki, które jeszcze były w latach 70. kręcone i później po odwieszeniu stanu wojennego, a w ogóle później Olga Lipińska przecież była aktywna i to było "Właśnie leci kabarecik", a później się to jeszcze jakoś inaczej nazywało, nieistotne. W każdym razie u niej zawsze w tych kabarecikach był totalny rozgardiasz. Zawsze wszystko się nie kleiło, waliło. Podobnie trochę było w "Muppet Show". I tak się zastanawiam, czy ten pierwszy impuls to takie zatrybienie u Olgi Lipińskiej, czy nie wzięło się właśnie z "Muppet Show", że stworzy program o teatrze rewiowym, w każdym razie teatrzyku, w którym nic nie działa, bo też w "Muppet Show" niewiele działało. Był szalony perkusista, zwierzak pełen energii i szaleństwa. Był perkusistą, a jednocześnie pochłaniał, zjadał wszystko. Był szalony.
Był też pies. Jak on miał na imię? Rolf. Jakoś tak. W każdym razie on był sentymentalnym pianistą. I tak dalej. Nic tam nie działało, a jednocześnie poznawaliśmy gwiazdy, bo był taki moment w programie, w którym rozmawiano, toczył się dialog. On był oczywiście dosyć zwiewny, czyli zabawny, czasami autoparodystyczny. Tu historia, której nie pamiętam. Wyczytałem ją, ale podobno Luke Skywalker, Mark Hamill podobno świetnie sam siebie sparodiował.
Trzeba mieć dużo dystansu do siebie, żeby na coś takiego się poważyć. Nie każda gwiazda to ma. Niektóre gwiazdy, i to też pamiętam, zachowywały się troszeczkę, jakby połknęły... Jakby miały ten kij w odpowiednim miejscu. Sami państwo sobie dopowiedzcie gdzie. I one nie zawsze pasowały do tego "Muppet Show", ale w tym wypadku to był taki kontrapunkt. Mieliśmy gwiazdę z kijem, sami wiecie państwo gdzie, oraz ogólną rewię, zabawę, "Muppet Show". To też dobrze działało. Naprawdę dobrze. O ile ty, Piotrze, masz dziurę, to ja bardzo dobrze to pamiętam.
Być może to jest kwestia tego, że w tym smutnym PRL-u to był jeden z takich programów, który naprawdę bawił. Nie pamiętam, ile to trwało. Około pół godziny. To był program, który przenosił nas w inny świat. Nierzeczywisty, absurdalny, bo też humor tam czasami pojawiał się absurdalny, przerysowany, jak chociażby miłość Miss Piggy do Kermita. To było tak totalnie przerysowane, ale przez to właśnie zabawne. "Muppet Show" na tle programów, o których jeszcze troszeczkę powiemy, to był absolutny fenomen. Natomiast muszę to powiedzieć, nie jestem miłośnikiem pełnometrażowych filmów z Muppetami. To było na ogół smutne doświadczenie, kiedy wybierałem się do kina, żeby obejrzeć film o Muppetach. Tam się nawet starano, ale tam już nie było tej konwencji programu, w którym są krótkie skecze.
Tam to rozciągnięto do fabuły i to nie zawsze działało. Ale pamiętam z jednego z tych filmów piosenkę o tajemnicy tęczy, bez żadnych kontekstów. Tajemnicy tęczy. Wiecie państwo, w mitologii różnej, skandynawskiej, ale częściowo również tej z Wysp Brytyjskich, tęcza to jest miejsce naprawdę ważne, naprawdę istotne, chociażby dla poszukiwaczy skarbów. W każdym razie te filmy pełnometrażowe z Muppetami nie do końca mi podchodziły, tak jak moim zdaniem porażką kompletną było przeniesienie się do świata filmów animowanych i serial, który starano się wcisnąć polskiemu widzowi niemal na siłę w dobranockach, czyli "Mapeciądka", czyli Mapety w swoim dziecinnym okresie. Albo ja już byłem za stary, albo to jednak był kicz, porażka i tak dalej. "Mapeciądka" nie kręciły mnie zupełnie. A do "Muppet Show", tak jak wielu ludzi, którzy wspomina w internecie ten właśnie program, wracam z sentymentem i wspominam "Muppet Show" z sentymentem.
[02:19:02] - Ta "Mapeciądka" to była, powiem ci, popelina straszna. To akurat pamiętam. To było okropne. To było straszne. To nie było dla dzieci. To było coś, co zostawiło we mnie traumę drzemiącą do dziś. Pamiętam, że mam jakieś strachy z tym związane nawet, bo to było nienaturalne. To było nienaturalne, to było brzydkie przede wszystkim. Zresztą powiem ci, że ta dziura wynikająca z tego, że nie pamiętam Muppetów w żadnych kukiełkowych sytuacjach, ona być może generalnie wynika z tego, że w tych moich czasach sentymentalnych to był cały wysyp kukiełkowych produkcji i one mi nie podchodziły generalnie, bo tam mieliśmy zarówno produkcje dla dorosłych, jak i dla dzieci. Mówiąc o dorosłych, to mówię przede wszystkim o polskim zoo, które też było fenomenem swego czasu przecież telewizyjnym.
Ale za mnie emitowano tego mnóstwo. Były tam Hałabały, Kulfony, Ciuchcie i mnóstwo innych produkcji. I te Mapety jakoś tak pomiędzy tym wszystkim. Pamiętam, że do mnie nawet jakoś tak bardziej ten Kulfon i Hałabała przemawiali niż chociażby Fraggle, które były dla mnie jakieś takie Jakby to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić? Cringe to nie. Takie były freakowe. To było gdzieś na krawędzi dla mnie. Wydawało mi się lekko chore to, co się tam działo. Nie wiem czemu. To była po prostu bajka, ale to było dziwne.
Szczególnie udział tych wysokich postaci. To się kontrastowało, tak mi się wydaje. I takim złym wspomnieniem hensonowskim jest też ulica Sezamkowa. Dlaczego to jest ogólnie złym wspomnieniem? Bo sam przyznasz, Marku, że jeszcze lata 90., w moim przypadku tak było, to były czasy, kiedy jak coś było w telewizji, to trzeba było oglądać, bo nie było nic innego. Nie było innych kanałów, ich było kilka. Chociaż na przykład w moim przypadku to był taki plus, że była jeszcze telewizja czechosłowacka, potem czeska i tam też się oglądało bajki. Ale generalnie rzecz biorąc, mam do tych kukiełkowych produkcji zły sentyment. Nie wiem, z czego to wynika. To mam też z kilkoma innymi rzeczami podobnie, ale o nich będziemy jeszcze mówić.
Ciekawi mnie jeszcze, Marku, jedna rzecz, bo te filmy z Muppetami pełnometrażowe powstały i jeżeli dobrze pamiętam, to chyba względnie niedawno, przy czym względnie niedawno to może być 10, 15 lat wstecz, powstał chyba jeden ostatni z nich. I tak się zacząłem zastanawiać, kiedy o tym opowiadałeś, co się stało, że Muppety w naszych czasach ulokowały się w tej sferze sentymentu? Bo jak mówiłem, one są obecne zarówno pod postacią show, jak i produkcji pełnometrażowych na jednym ze streamingów popularnych i dostępnych w Polsce. Ale nikt do tego nie wraca. Jakoś ten sentyment, to zainteresowanie minęło. I ciekawe czemu? Czy te tak zwane produkcje pixarowskie zajęły miejsce Muppetów? To mi przychodzi do głowy, że już miejsca na kukiełki za bardzo nie ma. Jeżeli te kukiełki są, nie wiem, czy Muppety można nazwać kukiełkami, ale jeżeli chodzi o lalki, kukiełkami to nie. Jeżeli chodzi o lalki, jeżeli chodzi o tego rodzaju programy, to tak jakby to już jest coś z minionej epoki, albo coś z tej epoki, tylko że dla małych dzieci.
[02:22:36] - Tak sobie westchnę, bo poruszyłeś chyba ważny problem. Bo o ile Muppet Show to było coś, co wspominam i pewno wielu ludzi z moich roczników wspomina dobrze, bo konwencja była luźna, konwencja była właśnie taka showmańska. To były luźne scenki. O tyle już Fraglesy, czy Fraglesi właściwie, to była pewna historia dziejąca się niejako w trzech lokacjach. Byli Doozersi, były te Fraglesy, i był pies Sprocket i jego pan. Z całej tej zabawy "Mamo, mamo, złapałem Fraglesa", to Doozers, bawiły mnie tylko te fragmenty, które dotyczyły psa Sprocketa. To było czasami zabawne, te dialogi, te sytuacje może bardziej. Tak, ale tylko to. Natomiast owszem, to się oglądało, bo Fraglesi weszli na scenę polską telewizyjną gdzieś w połowie lat 80. I oczywiście ciągnęła się za nimi magia twórcy, więc ludzie to oglądali, ale już wtedy narzekano, że to jednak nie jest to.
To jest jednak inne. Chciałoby się, żeby wróciły Muppety. Ale Muppety już wtedy były skończone. Już nie kręcono Muppet Show w tamtym czasie. Można było oczywiście ściągnąć zaległe odcinki, bo też powiedzmy sobie szczerze, Studio 2, w którym umieszczano Muppet Show, było emitowane na tyle rzadko, a każdy sezon Muppetów produkował tych odcinków naprawdę dużo, więc do nas dotarło tak naprawdę bardzo niewiele. Ułamek zaledwie całej produkcji, więc można było coś odtwarzać, ale trzeba było mieć dewizy, żeby to ściągnąć, więc nie miano dewiz. A jednak może Fraglesy ze samych producentów były oceniane niżej, w związku z tym taniej się sprzedawały, a magia nazwiska Hansona szła za tym, więc ludzie i tak oglądali. Więc ja, jeśli chodzi o Fraglesy, mam wspomnienia, nazwijmy sobie, takie sobie. Pies Sprocket był w porządku, cała reszta jakoś niespecjalnie mnie ekscytowała. Ale wspomniałeś o ulicy Sezamkowej i tu pewna niespodzianka.
Otóż jakieś specjalne odcinki ulicy Sezamkowej publikowano, emitowano również jeszcze za komuny i to tej komuny gierkowskiej. To były pojedyncze rzeczy, jakieś odcinki specjalne, przed którymi na przykład tłumaczono, czym jest ulica Sezamkowa, bo polski widz tego nie wiedział, że to jest amerykański fenomen, taki program trochę edukacyjny dla dzieci. Więc takie odcinki specjalne były emitowane za komuny. Ja już dzisiaj nie pamiętam, w jakich okolicznościach, ale to były pojedyncze rzeczy. Może dwie, trzy odsłony, nie więcej. I wtedy to się wydawało, wow, ale w tych Stanach to mają nawet te programy edukacyjne fajniejsze. No cóż, to tak jest, jak się jest odciętym od świata, bo na początku lat 90., w pierwszej połowie lat 90., zaczęto w Polsce emitować ulicę Sezamkową z dubbingiem. Ja już wtedy byłem może trochę za stary na ulicę Sezamkową, a nawet na pewno byłem za stary, ale wydawało mi się to tak właśnie edukacyjne, z takim zacięciem pedagogicznym, z tymi sponsoringami literek. To wszystko było takie, wiecie państwo, zawsze z tego morał musiał wynikać. Zawsze to takie było poprawne, takie, że tam samo dobro musiało wynikać.
Moim zdaniem to było straszne, ale może to nie było, a nawet na pewno nie było przeznaczone dla mnie i może się dzieci przy tym dobrze bawiły. Pytanie o wiek tych dzieci. A później, w drugiej połowie lat 90., polska telewizja się mocno szarpnęła, bo zaczęto produkować ulicę Sezamkową w Polsce. Polacy produkowali polską wersję ulicy Sezamkowej. Nawet część bohaterów była stricte polska i tego już, mówiąc szczerze, nie oglądałem. Przy okazji wpadło mi w oko, ale nie przysiadałem na dłużej, żeby się tym ekscytować czy też napawać. Wręcz przeciwnie, "Ulica Sezamkowa" budziła moje złe uczucia. Widzicie państwo, jak to wygląda w latach 70. Jakieś takie pojedyncze odcinki budziły westchnienia. Fajnie mają w tych Stanach, a jak się poznało całość, to się mówiło: ależ to jest słabe.
Ale to jest dydaktyczne w najgorszym znaczeniu tego słowa. Ten dydaktyzm to tam z każdego rogu wychodził. To było straszne. Straszne.
[02:27:48] - Wtrącę się. Mówiłeś, że się dzieci może przy tym bawiły i im się to podobało. Otóż powiem wprost, jako reprezentant tych dzieci nie podobało się. To było straszne. Nie wiem, ja nie byłem wtedy już tak mały, ale to było nienaturalne dla mnie wtedy. Może po prostu ja się wychowałem na tych komunistycznych produkcjach, które były proste i przejrzyste, a to było takie krzywe wszystko i te postacie były takie dziwne. Nie chcę użyć tu złego słowa, powiem skrzywione, dziwne, nienaturalne. To balansowało na krawędzi bajki i delikatnego horroru dla mnie wtedy. I takie wspomnienie po krzywiźnie tej produkcji pozostaje ze mną do dziś. Nie wiem dlaczego taki niesmak czuję, kiedy o tym mówię.
Nie to, że ja bym się tym bardzo przejmował, natomiast to się chyba w ogóle nie przyjęło. Tak samo jak ta polska wersja, która ponoć z tego, co sobie przypominam, była obwieszczana jako ogromna produkcja, ale chyba okazała się spektakularną klapą, bo szybko zakończyła swój marny żywot.
[02:28:50] - Pewnie tak. Ja nie mogę pozbyć się tego wrażenia, o którym już wspominałem, tego potwornego, ale takiego tępego dydaktyzmu, który w "Ulicy Sezamkowej" był. On był nie dla mnie, nie do zniesienia, bo wiecie państwo, ja rozumiem, że dzieci trzeba jakoś tam wychowywać, trzeba wpajać im wartości takie, śmakie czy owakie, ale to, w jaki sposób robiła to publiczna amerykańska telewizja, bo to też warto dodać, że "Ulica Sezamkowa" była produkowana przez niszową w Stanach Zjednoczonych publiczną telewizję. To naprawdę jest bardzo mały podmiot. W dodatku prawo do emisji "Ulicy Sezamkowej" miały wyłącznie publiczne telewizje w innych krajach. Nie można było założyć sobie telewizji prywatnej i publikować tam, emitować "Ulicę Sezamkową". To było zastrzeżone. I to tak chyba jest, a być może silę się na jakieś takie podsumowania, które nie odpowiadają rzeczywistości, ale tak to chyba jest. Jak się państwo próbuje brać za wychowanie dzieci i wpajać im wartości, to tak to później wygląda, że to wszystko jest takie mdłe. Takie, że Piotr się bał i Piotr ma niesmak do dzisiaj.
Ja jestem po prostu obojętny na tę produkcję. To w ogóle mnie ziębi, a nie grzeje. Wiem, że oczywiście są tam pewne kultowe postacie. Ciasteczkowy Potwór, o ile dobrze pamiętam, czy mieszkaniec śmietnika. Już nawet nie pamiętam, jak się nazywał. Tak, to nawet bywało zabawne, ale jako całość w ogóle nie było zabawne i było jakieś takie milusie. Ale proszę się nie sugerować tym określeniem milusie, bo w najgorszym znowu znaczeniu tego słowa. Takie wiecie państwo milusie do wymiotów. Naprawdę, moim zdaniem to była taka próba wychowania dzieci w takim duchu bądźcie nijakie, bo jak będziecie nijakie, to nikt się do was nie przyczepi. Nie wiem.
Jestem stronniczy i jestem niesprawiedliwy. Na pewno część z państwa ma zupełnie inne odczucia. Ja to szanuję, ale z drugiej strony staram się. Ten program jest po to stworzony, żeby dzielić się swoimi sentymentami.
[02:31:28] - Ja tylko dodam tyle. Chrzanić "Ulicę Sezamkową", tylko Kulfon i Monika mogą mnie sądzić. Musiałem to powiedzieć. Na podsumowanie dodam tyle jeszcze, że gdzieś tam echa produkcji hensonowskich pobrzmiewają nam w memosferze. Tam się pojawia czasami Kermit, tam się pojawia czasami, kto się jeszcze pojawia tak naprawdę? Ten pies się pojawia czasami w jakimś kontekście, ale raczej po prostu jako obrazek. Ten pianista. Pojawia się czasami wielki ptak, pojawia się czasami Ciasteczkowy Potwór w memosferze. Jak oglądacie memy, to one są czasami w różnych kontekstach przedstawiane, ale coraz rzadziej mam takie wrażenie. Przedtem ich było więcej.
[02:32:09] - Przepraszam, teraz ja przerwę. I te dwa dziadki z loży pojawiają się jeszcze bardzo często, ponieważ to są wdzięczne postacie, które rozwalają każdy system.
[02:32:21] - Tak, one i Kermit pojawiają się właśnie najczęściej. Do tej pory, kiedy sobie obserwuję memy, to wychwytuję ich właśnie najczęściej. A reszta? Reszta cóż, jest wspomnieniem dobrym czy złym? To już zależy od was.
[02:32:39] - Po "Muppet Show", po różnych Kermitach, po Miss Piggy i różnych zabawnych gagach, które się w tych muppetowych produkcjach pojawiały, troszeczkę proponuję na poważnie. Zapraszam na literackie tête-à-tête. Dzisiaj Krystyna Śmigielska zaprasza na rozmowę z Beatą Kołodziejczyk.
[02:33:07] - W literackim tête-à-tête rozmawiamy o różnych, czasem trudnych sprawach Zawsze jednak staramy się nie zapomnieć o literackich pasjach naszego gościa. Pragniemy usłyszeć, czy w dzisiejszych czasach literatura potrzebna jest ludziom, czy spełnia jakąś funkcję w ich życiu i czy powinniśmy dbać o jej rozwój oraz o to, aby w jakiejkolwiek formie pozostała w domenie człowieka, nie sztucznej inteligencji. Dziś zastanowię się nad podobnymi problemami z goszczącą w „Literackim tête-à-tête” panią Beatą Kołodziejczyk, która opowie nam o niezwykłej mocy literatury, jej terapeutycznej sile i tym, że bez sprawnego języka opartego na poprawności nigdy nie będziemy w stanie porozumieć się, współdziałać. Za motto dzisiejszej rozmowy wybrałam taki slogan, ale bardzo dobrze chyba odzwierciedlający treść naszego dzisiejszego spotkania. Siła języka. Beato, znamy się od kilku lat. Chociaż nigdy nie widziałyśmy się twarzą w twarz, wiem, że nasze poglądy są w wielu punktach zbieżne. Nasz odbiór współczesnej literatury również bywa bardzo podobny. Dobry wieczór, witam cię bardzo serdecznie w „Literackim tête-à-tête”.
[02:34:37] - Dobry wieczór, Krzysiu. Tak, nie będziemy udawać, że się nie znamy. Znamy się. Witam ciebie bardzo serdecznie.
[02:34:43] - Czym skorupka za młodu nasiąknie, tak mówią. Ciekawi mnie, skąd u ciebie takie zainteresowanie literaturą. Czy była najpierw chęć czytania, czy przymus tworzenia? Pamiętasz może pierwsze przeczytane samodzielnie lektury i utwory, które jako pierwsze wyszły spod twojego pióra?
[02:35:05] - Nie pamiętam. Ja pamiętam, że czytałam bardzo wcześnie już, bo chciałam dogonić swojego brata, który był ode mnie trzy lata starszy i czytałam już mając sześć lat. Ale nie pamiętam, co mnie wtedy zajmowało. Bardziej chyba zajmowało mnie czytanie dla publiczności, bo lubiłam czytać na głos i w ten sposób ściągać na siebie uwagę, której wiecznie mi było mało. Kiedy zaczęłam pisać, można powiedzieć, że tak na poważnie, to w roku 2013. Zaczęłam od prozy, od właściwie swoich przeżyć. Potem to rozbudowywałam o fikcję literacką, ale zaczęło się na pewno punktem wyjścia byłam ja sama i moje przeżycia. Więc od tego się zaczęło i nigdy nie myślałam, że będę pisać wiersze. Pisałam je tak zupełnie nie myśląc o tym, że je kiedykolwiek i komukolwiek pokażę. I słusznie, bo te pierwsze wiersze były straszne.
Ja nawet nie mam ich. Wykasowałam je. Nie chcę w ogóle pamiętać, że one istniały. I to nie jest tylko takie moje widzi mi się, bo ja dostawałam informację zwrotną, że one są bardzo smutne te wiersze i żeby lepiej ich nie pokazywać. Wiersze uczyłam się pisać. Uczyłam się pisać wiersze poprawnie w takim kontekście technicznym, ale też żeby one nie były banalne. Czyli ja zajmowałam się tymi dwiema stronami, bo chciałam, żeby one były po prostu dobre. Pamiętam, że uczyłam się i pracowałam. Ja bardzo dużo pracy włożyłam w to, żeby się uczyć nowych rzeczy. Uczyłam się od osób już piszących, które podpowiadały mi i dawały mi różne rady, jak to zrobić, żeby było właśnie dobrze.
No i w którymś momencie okazało się, że dobrze jest, bo z kolejnego konkursu literackiego wyszłam z nagrodą, więc okazało się, że ta praca długa, mozolna, ona zakiełkowała.
[02:36:57] - Czyli wpierw jednak były wiersze, bo te próby, mówisz, literackie prozą nie za bardzo ci wyszły. W takim razie może nam powiesz, kiedy się ukazał drukiem pierwszy twój utwór? Kiedy zadebiutowałaś?
[02:37:09] - To był rok 2014. I ja z tymi wierszami zapukałam do wydawnictwa Miniatura. Tak mi poradziła osoba, od której się uczyłam pisać właśnie. I to była Radomiła Birkenmajer-Walczy, też poetka i nauczycielka języka polskiego, więc miałam bardzo dobrą nauczycielkę. I to wydawnictwo mnie przyjęło, choć nie wiem dzisiaj właściwie dlaczego. I wysłano mi wiadomość, że te wiersze się im nie podobają, ale że mnie wydadzą. Natomiast wydawnictwo Miniatura było dosyć takie kameralne, że tak powiem, więc ta książka nie ujrzała za bardzo światła dziennego. Później ja ją wydałam już sama. Sama założyłam swoje wydawnictwo, w którym zrobiłam sobie właśnie drugie wydanie tej książki. Takie bardziej, można powiedzieć, komercyjne.
Po tym tomiku jeszcze zdarzyły mi się tomiki dwa. Zdarzył mi się też zbiór opowiadań „Cztery smaki”, książeczka dla dzieci „Łapy w kratę” i wreszcie pierwsza część tej powieści, od której ja zaczynałam pisaninę, czyli „Uśpieni”, których jakąś tam bazą były moje doświadczenia.
[02:38:16] - Czytelnicy są w stanie wiele wybaczyć ulubionym swoim pisarzom. Liczy się jedynie fabuła, szybka akcja, delikatne nakreślenie postaci. Jak to jest z tobą? Czy czytając powieści interesuje cię jedynie główny wątek, bieg akcji, czy może zwracasz uwagę na dobór słownictwa, szyk w zdaniach, styl autora?
[02:38:43] - Ja jestem z tych, którzy nie wybaczają. Ponieważ ja kocham język polski ogromną miłością go kocham i nie lubię, kiedy on nie jest należycie szanowany. Ja uważam, że pisanie to nie jest tylko talent, czy może to w ogóle nie jest talent, ale to jest ciężka praca, którą trzeba wykonać. Przede wszystkim cały czas uczyć się, nie upierać się, jeżeli ktoś mówi, że coś jest nieprawidłowe, jeżeli chodzi o normy językowe. Nie upierać się, że ja mogę, bo jestem autorem i wolno mi wszystko. Tylko trzeba się uczyć. Tak jak wszystkiego trzeba się długo uczyć. Czytając książkę, zwracam uwagę dosłownie na każdy przecineczek. Książka to jest całość. To nie jest tak, że to jest tylko pomysł.
To jest jakaś historia. Dla mnie książka to jest coś takiego świętego i tam jest ważne wszystko: jak się buduje dialogi, jak konstruuje się zdania. I cała książka to jest coś bardzo ważnego. Nie sama akcja, ale każda literka w książce ma znaczenie dla mnie.
[02:39:47] - Czy ja dobrze wiem, że ty czasem też dokonujesz korekt książek?
[02:39:52] - Książek nie. Zdarzyło mi się korektorować czyjeś teksty, takie krótkie opowiadania. Natomiast ja, tak jak mówię, tylko dlatego się odważyłam to zrobić, że długo się uczyłam na swoich własnych tekstach, jak to robić, żeby to było poprawnie. Dużo czytałam na temat norm językowych i tych wszystkich rzeczy, które powinien wiedzieć dobry korektor. I w którymś momencie poczułam się gotowa, żeby komuś pomóc, tak jak mnie kiedyś pomagano. Ale tak, uważam, jest duży opór, jeżeli chodzi o autorów, zwłaszcza tych początkujących. Im się nie chce pracować.
[02:40:28] - Powiedz mi jeszcze, Beato, czy jeżeli skończysz już jakiś tekst, wydaje ci się, że już koniec, już dobrze. Czy jest tak, że za jakiś czas znowu wracasz do niego i mówisz: „O, tu przegapiłam. Tu jednak jeszcze bym coś poprawiła”? Zdarzają ci się takie chwile?
[02:40:45] - Bez przerwy, cały czas. Ja bym permanentnie poprawiała swoje teksty. Nic innego bym nie robiła, tylko je poprawiała. Dlatego mówię, to jest też ciężka praca, bo samo napisanie to jest jedno, ale potem ta korekta, ciężka, mozolna robota. Zauważam swoje błędy też sprzed lat. One się zdarzają w książkach. To staram się opracować wydanie poprawione wtedy. Kiedyś jeden z moich znajomych czytelników też zauważył błąd w mojej książce, merytoryczny, i dlatego między innymi zrobiłam drugą edycję „Uśpionych”.
[02:41:16] - Dzisiaj bardzo rzadko młodzi pisarze zwracają taką uwagę na słowo, na jego wartość, na ten warsztat, którym właściwie my powinniśmy się posługiwać. I wydaje mi się, że w tej pracy jest on czasem nawet chyba ważniejszy od samej fabuły. Dlatego tak miło, że tak młoda osoba jak ty również docenia wagę słowa. Słowo ma jednak znaczenie. Bardzo mi miło było to usłyszeć. „Pałka, zapałka, dwa kije. Kto się nie schowa, ten kryje.” Jagoda oderwała dłonie od przymkniętych powiek. „No, dlaczego się nie chowacie?” „Bo to nudne” – odparł Mateusz, zaciskając zęby na źdźble trawy. Siedzieliśmy we trzech na wielkim kamieniu ukrytym pośród długich kłosów żyta, a popołudniowe słońce niemiłosiernie przypiekało nasze wychudzone twarze. Czarek z przerażeniem wpatrywał się w rzucające piorunami oczy Jagody.
„Dobra” – syknęła. – „W takim razie idziemy do lasu.” Poszliśmy za nią. Zawsze tak było. Gdziekolwiek szła Jagoda, nasze stopy dreptały posłusznie za jej cieniem. Raz cień wędrował wysunięty na prawo, kiedy indziej padał z lewej strony tego drobnego ciałka, ale czasem kładł się przed nami niczym dywan i przez całą drogę musieliśmy uważać, aby go nie nadepnąć. Las był gęsty i przerażający. Jagoda odwracała się co chwilę, sprawdzając, czy nikt przypadkiem nie stchórzył. Wciąż potykaliśmy się o wystające korzenie, jednak żaden z nas nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, by zawrócić. „Tutaj. Złapcie go” – poleciła Jagoda, wskazując węszącego między drzewami psa.
„Po co?” – zapytał rozedrganym głosem Mateusz. „Zakopiemy.” „Ale on umrze.” „Wolicie się bawić w chowanego?” Nikt nie odpowiedział. Nigdy się nie odzywaliśmy, kiedy była zła. Czarkowi to przychodziło najłatwiej, bo on nigdy nic nie mówił. Też pewnie dlatego właśnie on trzymał psa, kiedy Jagoda kazała nam wykopać dół. Być może potrzebne były wtedy jakieś słowa, ale my ich nie znajdowaliśmy. Tylko czarna ziemia boleśnie wbijała się pod paznokcie. „Raz uciekły z pozłoconej klatki cztery małe pluszowe niedźwiadki. Jeden łkał, wracać chciał. Do ciemnego lasu wejść się bał” – nuciła Jagoda, podskakując wokół nas.
– „Gotowe?” „Chyba się zmieści” – szepnąłem. „To teraz zakopcie.” Zrobiliśmy, jak kazała. Mateusz trzymał psa, przyciskając go mocno do ziemi, a ja przysypywałem. Czarek stał nieruchomo. Ujadanie było słychać tylko na początku, ale wbijało się w uszy ostrym szpikulcem. Jagoda gorączkowo przygryzała spieczone wargi. Chyba bardziej z podniecenia niż ze strachu. „Nie podobało mi się. Jutro wykopiemy większy dół” – oznajmiła w drodze powrotnej.
[02:45:23] - Dlaczego? Spytałem, z trudem przełykając ślinę. Za głośno było. A jak się robi kogoś nie żyć, to nie można hałasować. Nie wiecie tego? Nikt nie odpowiedział. Nigdy się nie odzywaliśmy, kiedy była rozczarowana. Ale jutro zrobimy nie żyć po cichu. Kątem oka pochwyciła przerażone spojrzenie Czarka. Jutro wykopiemy większy dół.
[02:45:57] - Porozmawiajmy o blogu Dziewczynka z objawami. Kiedy powstał? Do kogo był on skierowany? Jaką tematykę w nim poruszałaś? Interesuje mnie również, czy zamierzasz ten blog kontynuować.
[02:46:13] - Blog Dziewczynka z objawami narodził się w 2020 roku. To jakoś zbiegło się w czasie z momentem, w którym ja otrzymałam swoją diagnozę, a mianowicie osobowości borderline. Ja byłam w kontakcie z psychiatrami i psychologami od dawna, ponieważ mam pewne problemy emocjonalne. To jest taki blog dla każdego, w takim sensie, że nie tylko dla osób z podobnymi problemami, które mam ja, ale ja opisując swoje przeżycia i doświadczenia i to, jak ja na nie reagowałam, mam nadzieję, że jestem w stanie komuś pokazać, że on też tak ma, że ja nie jestem jakimś dziwadłem ani że on nie jest jakimś dziwadłem, tylko po prostu reagujemy tak, a nie inaczej, bo mamy jakiś program wgrany. Gdzie z pokolenia na pokolenie dziedziczymy ten program. To nam się wgrywa, kiedy jesteśmy mali i my potem z tym programem idziemy przez życie, że nie jesteśmy temu winni, ale mamy obowiązek wręcz pracować. Nie na takiej zasadzie, że jestem, jaki jestem. Albo mnie takim bierzecie, albo do widzenia. Tylko mamy obowiązek nad sobą pracować, żeby nie krzywdzić ludzi, nie krzywdzić siebie. I to chyba najważniejsze.
[02:47:30] - Czyli takie oswajanie choroby.
[02:47:33] - Nawet nie tyle choroby, co takich brzydkich rzeczy w nas, w ludziach, które każdy jakoś tam ma mniej lub bardziej i czasem nie zdaje sobie z nich sprawy, a czasem zdaje, a nic z tym nie zamierza robić. Zauważyłam go, przechodząc korytarzem. Monotonne krążenie od ściany do ściany wypełniało każdą wolną chwilę. Dbali o to, żeby czasu wolnego nie było zbyt wiele. Niekiedy zapuszczałam się dalej stromymi schodami w dół, mocno zaciskając dłoń na śliskiej poręczy, ale obce twarze onieśmielały tak bardzo, że po chwili, wykonawszy gwałtowny zwrot w tył, pośpiesznie wracałam na swoje piętro. Najbardziej przerażały dźwięki. Skrzypiące kółka rozwożącego obiady wózka, warkot silników dobiegający z zatłoczonego parkingu, a nawet dudniące monotonnie o szybę krople deszczu. Zwłaszcza krople deszczu. Idź trochę na dwór z ludźmi pogadaj, a nie tylko się szwendasz w te i wewte. Przekonywały pielęgniarki.
Od drugiego dnia pobytu na oddziale miałam ochotę wygryźć język każdej, która otwierała przy mnie jadaczkę. Marcel był starszy od cztery lata, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że podłączone pod te wszystkie aparatury ciało należy do zmęczonego życiem staruszka. Miał długie, pofalowane włosy, lekko opadające na śnieżnobiałą poduszkę, bladą jak pergamin skórę i piękne, smukłe dłonie. Początkowo czułam lęk przed wejściem do środka, więc przez kilka dni przystając pod drzwiami w czasie rytualnego obchodu, wpatrywałam się w idealnie wyrzeźbioną klatkę piersiową unoszoną rytmicznie tylko dzięki zasilającemu dziesiątki urządzeń przewodowi. Kiedy na niego patrzyłam, ogarniał mnie spokój. Coś pchało ku temu chłopakowi i nie wiem nawet, w którym momencie znalazłam się przy łóżku. Czułam narastające podniecenie, a zarazem potworny strach. Strach przed tym, że Marcel się obudzi i spojrzy na zniekształconą twarz tak samo, jak ci wszyscy obcy ludzie na dole. Z czasem zaczęłam się oswajać. Moje dłonie niespiesznie poznawały gładkość jego skóry.
Opowiadałam mu o tym, jaka jest pogoda. O pączkach wypuszczających za oknem pierwsze listki i o tym, że siostrę Baśkę przyłapali w dyżurce z doktorem Krajewskim. Czytałam na głos książki, najnowsze wydarzenia ze świata i zwykłe broszury z ofertą drugiej pizzy za połowę ceny plus osiem dodatków. Życie powoli przestawało być jedynie dystansem dzielącym mnie od ściany. Nie bałam się już tego, co zobaczę na zewnątrz. Marcel nigdy się nie obudził. Nie usłyszałam nigdy jego głosu. Nie wiem nawet, jaki miał kolor oczu. Może to tylko złudzenie, że moja postać zamajaczyła kiedykolwiek po drugiej stronie szyby. Może sama szyba była złudzeniem, ale dzięki niemu ja znowu zaczęłam oglądać ustrojone soczystą zielenią drzewa.
Twarze ludzi spacerujących od świtu do zmierzchu alejkami przyszpitalnego parku, a nawet krople deszczu dudniące monotonnie o parapet. Zwłaszcza krople deszczu.
[02:50:54] - Zanim usłyszymy fragmenty utworów twojego autorstwa i w twojej interpretacji, powiedzmy o pracy z dziećmi i o tym wycinku twojej twórczości, jaki im poświęciłaś. Otaczasz je opieką w wierszach i prozie. Są dla ciebie bardzo ważne. Dlaczego?
[02:51:14] - Pracuję z dziećmi od 2006 roku. Pracuję z dziećmi z zaburzeniami rozwoju i z dziećmi neurotypowymi. I chyba dlatego, że ja w swoim domu rodzinnym nie byłam dostatecznie zaopiekowana Jestem bardzo wyczulona na potrzeby innych dzieci i staram się mieć je w centrum swojej uwagi, żeby wyłapać każdy problem, żeby zauważyć każdy uśmiech. Żeby być z tymi dziećmi niezależnie od tego, jak one funkcjonują. Czy to są dzieci w spektrum autyzmu, czy z zaburzeniami ruchowymi, czy dzieci bez żadnych problemów. Staram się być z nimi na 100%, by niczego nie przegapić. Na pewno mi się nie udaje nie przegapić wszystkiego. Natomiast staram się zauważyć jak najwięcej, żeby jak najwcześniej móc zareagować i żeby te dzieci poczuły się wystarczająco dobrze zaopiekowane, bo to jest bardzo ważne.
[02:52:21] - My słuchamy. Mojej mamy słuchać lubię, ale zanim wątek zgubię, szybciutko wyjaśnię Tobie, o co chodzi w tym sposobie. Nieokarność idzie tutaj. Wszak ze mnie jest niezły hulaj. Tylko ja nadstawiam ucha, kiedy myślą, że nie słucham. Jak na przykład przy rosole, co mama stawia na stole, a do siebie wzdycha, że w nie i tak znowu nie zje pewnie. Więc skoro wie to ona, to nie będzie obrażona. Innym razem fajną bajkę oglądałem z tatą rankiem. Mama mówi: dość na dzisiaj. Czas na spacer zabrać misia.
Będzie wielka awantura — szepcze tato. Nic nie wskóram. A skoro tata prosi, płacz mój głośny się roznosi. Ale raz to ja się bałem, kiedy mamę podsłuchałem. Bo płakała pewnym razem, że w przedszkolu nie poradzę. Strasznie ona się martwiła. Cały czas o tym mówiła. Więc obawy me pochopne, że to miejsce jest okropne, bardzo wtedy mnie męczyły. Sny koszmarne wręcz dręczyły. Niepotrzebnie, wprost zupełnie.
Wnet poczułem szczęścia pełnię. Bo co się okazało? Miejsce cudne tam czekało. Droga mamo, drogi tato, zwróćcie więc uwagę na to, że my was podsłuchujemy, nawet gdy nie bardzo chcemy.
[02:54:21] - Łowczyni nagród to tytuł, który z przyjemnością bym ci nadała. Czy może wiesz, w ilu literackich konkursach zdobyłaś nagrody i wyróżnienia? Interesuje mnie, czy prowadzisz jakieś statystyki obejmujące najważniejsze dane dotyczące tych konkursów. Które z tych trofeów uważasz za najcenniejsze i dlaczego? Czy rywalizacja w dziedzinie literatury jest wskazana i czy takie konkursy przyczyniają się do rozwoju twórców? Opowiedz nam o blaskach i cieniach bycia laureatem.
[02:54:59] - Dużo blasku, ale jest też dużo cienia. Nie będę się tam zagłębiać bardzo mocno, ale na przestrzeni tych 12 lat to trochę sobie pooglądałam ten świat konkursowy. Niemniej jednak ja cały czas ślę swoje teksty na te konkursy, między innymi dlatego, że można wygrać jakąś nagrodę. Bardzo nie lubię, kiedy nam się wmawia, nam głównie osobom poetyckim, dlaczego my mamy na tym zarabiać. Przecież to jest twórczość, coś wyższego i dlaczego my mamy na tym zarabiać? Ja się bardzo złoszczę, kiedy coś takiego słyszę, bo ja bardzo bym chciała zarabiać na swojej twórczości. Czasem, tak jak mówię, to się udaje coś wygrać. Konkursy są dla mnie ważne też dlatego, żeby się sprawdzić. Ja bardzo potrzebuję się sprawdzać i utwardzać, żeby czuć się cokolwiek wartą. Więc każda taka nagroda mnie bardzo mocno podnosi i daje mi taką pewność, że to, co robię, jest całkiem dobre również pod względem językowym.
Bo tutaj wiem, o ile czytelnicy niekoniecznie, to te kapituły jednak zwracają uwagę na ten język i mam nadzieję, że kochają go tak samo jak ja. Trochę tego było na przestrzeni lat.
[02:56:21] - W przybliżeniu chociaż to ile tych nagród?
[02:56:24] - 30, 40 może.
[02:56:27] - Pokaźna suma rzeczywiście.
[02:56:29] - To są głównie nagrody poetyckie. Jest tylko jedna nagroda za prozę, która może nie tyle jest dla mnie najważniejsza, co sprawiła mi chyba największą radość. Bo proza to jest jednak coś trudniejszego, tak bym to określiła, niż wiersze. Ciężka praca, tak jak mówię, dużo tej pracy, siedzenia, ślęczenia nad tym. Wiersze przychodzą raczej od ręki. Drugie miejsce wywalczyłam swoim utworem prozatorskim. To wreszcie takie było: oj tak! Czyli z prozą też nie jest u mnie najgorzej.
[02:57:01] - Na pewno nie jest. Powiedz mi, pamiętasz, jaki to był konkurs?
[02:57:05] - Konkurs Literacki imienia Stryjewskiego. I ja tam wygrałam i w kategorii poezja wtedy, i w kategorii proza. Podwójna bomba była.
[02:57:16] - Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować, bo to naprawdę jest duży sukces. Ja wiem, że różnie bywa z tymi konkursami literackimi. Jedni je lubią, drudzy nie. Co mówi ci nazwa Projekt Sztuka kontra zaburzenia odżywiania? Czy uważasz, że sztuka może być elementem psychoterapii? Kto brał udział w tym wydarzeniu i czy rzeczywiście można było zaobserwować pozytywny wpływ sztuki na ludzi z problemami Nie tylko odżywiania.
[02:57:49] - W tym projekcie brało udział wiele osób i głównie były to osoby, które nie miały problemów z zaburzeniami odżywiania, ale chciały być z nami, chciały nam towarzyszyć i chciały też przekroczyć jakąś granicę. Ponieważ my w ramach tego projektu organizowaliśmy taką akcję Zrzuć Ciuch, w ramach której osoby przesyłały nam swoje zdjęcia bez ubrań. Mogło to być na przykład nagie ramię. To już bardzo fajnie grało dla tej osoby, która to ramię pokazała. Było to przekroczeniem właśnie jakiejś granicy i przełamanie się w tym obszarze cielesności.
[02:58:26] - Czy uważasz, że to miało wpływ jakiś taki jednak pozytywny na uczestników?
[02:58:31] - Tak. Samo takie właśnie przekroczenie jakiejś tam bariery.
[02:58:36] - Co tu mamy?
[02:58:38] - Pyta lekarz, osłuchując malucha. Nie je. Pić też nie chce. Ja nie wiem, po kim on to ma. Mężczyzna, marszcząc brwi, przeszywa Błażeja nieprzyjaznym spojrzeniem. Od kiedy? Odkąd żona poszła do szpitala. Jest chora? Błażej nie odpowiada, skupiając całą uwagę na zbliżających się do sali kobiecych krokach. Pytałem, czy jest chora.
Zdrowa. Tylko trochę pocerowana. Dziewuchę urodziła. Pan rozumie, doktorze. Dwie baby w domu. Żartuje mężczyzna, bardziej niż rozmową zajęty nogami przechodzącej korytarzem pielęgniarki. Rozumiem. Lekarz przygląda się śpiącemu maluchowi, po czym ignorując jego ojca, wychodzi z sali. Zadowolony z siebie Błażej, wlepiwszy wzrok w podłogę, siada na krześle, gdy nagle przed jego oczami pojawiają się nogi, które przed chwilą z takim zaangażowaniem podziwiał. Powinniście pójść do poradni.
Pielęgniarka zawiesza nad łóżkiem chłopca kroplówkę. Nie zwraca przy tym najmniejszej uwagi na pożądliwy wzrok Błażeja. Chłopak musi zacząć jeść. Nie będziemy go bez przerwy pompować. Do poradni? Trzylatek z zazdrości o siostrę postanowił się zagłodzić. To chyba jest problem. Zresztą psycholog nie zaszkodzi nikomu. Mężczyzna wybucha wymuszonym śmiechem. Siostro!
U mnie takie rzeczy się naprawiały. I to mnie właśnie martwi. Dzięki Tobie stałam się członkiem grupy literycznej Na Krechę. Rekomendowałaś mnie i skłoniłaś w ten sposób do działania. Czy uważasz, że skupienie się twórców i wzajemne promowanie jest w dzisiejszych czasach wartościowym działaniem? Jakie Twoim zdaniem korzyści płyną z członkostwa w grupie literycznej Na Krechę?
[03:00:58] - Z grupą literyczną przeżyłam bardzo fajną przygodę. Ja w tej chwili już nie działam w niej aktywnie. Natomiast swojego czasu, kiedy udało mi się tam zapchać, że tak powiem, to te kontakty, które tam nawiązałam, one dały mi takie utwierdzenie, że jestem częścią tego świata w jakiś tam sposób. I to było bardzo budujące, ponieważ ja wychowywałam się w zupełnie innej atmosferze. Tam nie było sztuki, nie było kultury, nie było nic związanego z tymi obszarami. Więc kiedy trafiam w takie miejsce i jestem przyjęta, to dla mnie to jest coś bardzo dużego.
[03:01:42] - A czy uważasz, że tam ludzie się rozwijają?
[03:01:45] - Na pewno tak, ale też bardzo ważne jest stworzenie takiej społeczności. Taki aspekt bardzo fajny uczestniczenia w tego typu grupach.
[03:01:57] - Porozmawiajmy o wydawnictwach. Założyłaś swoje, nakładem którego udało Ci się wydać tomiki Twoich wierszy, ale też powieść obyczajową. Współpracowałaś również z innymi wydawnictwami. O jednym z nich już nam tu dzisiaj powiedziałaś. Poproszę Cię o kilka słów na temat rynku wydawniczego. Jak oceniasz pracę w swoim wydawnictwie i jak oceniasz pracę z innymi wydawnictwami?
[03:02:26] - Moje wydawnictwo powstało po to, żebym ja po prostu mogła przelać na papier to, co mam już za sobą. Dla mnie to jest taki rodzaj odcięcia kuponu, że tak powiem, i przejścia do kolejnego etapu. Czyli ma to taki dla mnie aspekt terapeutyczny. Mogę zostawić jakąś część siebie i szukać czegoś nowego.
[03:02:51] - A jak współpracowało Ci się z innymi wydawnictwami? Mówiłaś o Miniaturze. Współpracowałaś również z Oficynką.
[03:02:59] - Z Miniaturą nie było łatwo. Z Oficynką było już o wiele łatwiej, ponieważ tam wchodziło w grę współfinansowanie. W każdym aspekcie była ta współpraca łatwiejsza. Natomiast książka, którą ja tam wydałam, ona wcześniej już istniała, bo ja ją wcześniej wydałam sama w swoim wydawnictwie. To było pierwsze wydanie. I tu mówię o Uśpionych. W którymś momencie, po kilku samodzielnie wydanych książkach zachciało mi się, żeby ktoś to zrobił za mnie i za mnie zajął się promocją wydanej książki. No, okazało się, że to tak kolorowo niestety nie wygląda. Tutaj nadal jest dużo pracy po stronie autora. W tej chwili jestem w takim momencie, że zastanawiam się, która opcja jest bardziej korzystna: szukanie wydawnictwa czy wydawanie we własnym zakresie.
[03:03:48] - Ja tylko powiem państwu, że pierwsza wersja „Uśpionych” ukazała się w 2017 roku i została wydana przez wydawnictwo E-morfinum. „Uśpieni. Brudne łono” – taki był pierwotny tytuł książki. Druga wersja, a właściwie to drugie wydanie, to „Uśpieni” wydane w 2022 roku przez wydawnictwo Oficynka.
[03:04:16] - Zatłoczonym chodnikiem jednej z warszawskich uliczek biegnie Malwina. Ciągnie za sobą młodszą siostrę, zaciskając mocno dłoń na jej przegubie. „Elka, pośpiesz się!” „Ale ja już nie mam siły” – szlocha dziewczynka. „Stasiek, tam jest telefon.” Brat kiwa porozumiewawczo głową i cała trójka przebiega przez jezdnię, dopadając budki telefonicznej. Płacz małej Eli wzbudza ogromne zainteresowanie przechodniów. Nic poza tym. „Halo? Proszę pani, moja mama jest bardzo chora. Ktoś musi jej pomóc” – krzyczy do słuchawki Malwina. „A ile ty masz właściwie lat?” – odzywa się znużony głos dyspozytorki pogotowia.
„12. Błagam, niech pani jej pomoże.” „Nie ma z tobą nikogo dorosłego?” „Ojciec śpi, a mamusia strasznie krwawi.” „Krwawi?” – kobieta wybucha śmiechem. „Jak każda co miesiąc.” W oddali wyraźnie słychać kilka wtórujących jej głosów. „Lekarza dla baby z okresem? Po watę ją wyślij.” „Ale mojej mamie krew leci z głowy.” Zapada niezręczna cisza. Otwarte po obu stronach słuchawki usta wstrzymują oddech. „Dobrze, dziecko. Zaraz ktoś do was przyjedzie.” Malwina szybko podaje adres, po czym chwyta rękę zawodzącej siostry i ciągnie ją z powrotem w stronę domu. Za nimi posłusznie drepcze Staś. Gdy docierają na miejsce, karetka stoi już pod blokiem.
Dziewczyna zatrzymuje się na klatce schodowej i puka do drzwi sąsiadki. „Mogą zostać? Do mamusi przyjechał lekarz.” „Znowu? Ojejejejej” – wzdycha głośno kobieta, zagarniając ramieniem wciąż chlipiącą Elę. Stasio bez słowa wchodzi za nimi. Malwina staje w progu i przez uchylone drzwi mieszkania obserwuje sanitariuszy. Zupełnie nieświadoma tego, że kilka kroków za nią, wykorzystawszy nieuwagę sąsiadki, skrada się młodsza siostra. Dziewczyna bierze głęboki oddech. Wchodzi do dużego pokoju, podczas gdy Ela cichutko zajmuje miejsce przy szparze w drzwiach wejściowych. Krew jest wszędzie.
Wsiąka w stary brązowy dywan. Spływa po przewróconym regale. Czerwieni ściany przerażającą mozaiką. Na tapczanie leży Maria. Jest wielką krwawiącą raną. „Czy chce pani wnieść skargę?” – pyta pochylony nad nią sanitariusz. „Nie, żadnej skargi” – odpowiada kobieta z największym trudem, a ogromna opuchlizna zniekształca każde jej słowo. „Na litość boską, straciła pani dziecko.” Przyczajone na klatce schodowej niebieskie oczka rozszerzają się z przerażenia. „Żadnej skargi” – powtarza Maria z naciskiem. Mężczyzna, zauważywszy kątem oka jej najstarszą córkę, kapituluje.
„Zabierzemy mamę do szpitala.” „Spakuję rzeczy” – oznajmia Malwina, spokojnie wkładając do torby najpotrzebniejsze drobiazgi. Sanitariusz ze smutkiem przygląda się opanowaniu dziewczyny. Jakby nic, czego może doświadczyć w tym domu, nie było jej w stanie zaskoczyć. „Gdzie twoje rodzeństwo?” „U sąsiadki.” „Ma się kto wami zająć?” Malwina, rozbawiona pytaniem, podnosi głowę znad składanej starannie bielizny matki i napotyka zatroskany wzrok mężczyzny. Uśmiecha się gorzko. „Tak, ja.” Kiedy sanitariusze wynoszą Marię, Ela cichutko wślizguje się z powrotem do mieszkania sąsiadki. Siedząca w bujanym fotelu kobieta odmawia różaniec. Jak 20 minut wcześniej, gdy dziewczynka wymykała się z jej domu. Stasio patrzy przez okno na odjeżdżającą karetkę w milczeniu.
[03:09:09] - „Uśpieni” to niespotykana w dzisiejszej literaturze pozycja, bardzo pięknie napisana, wspaniałym językiem. Pisana przez osobę młodą, która tak cudownie oddaje atmosferę lat 60. ubiegłego wieku w barwie, w smaku, w woni. Interesuje mnie, w jaki sposób tak trafnie udało ci się pochwycić klimat PRL-u. Skąd czerpałaś wiedzę o ówczesnej Warszawie? Czy będzie kontynuacja „Uśpionych”? Bo ja osobiście bardzo na nią czekam.
[03:09:45] - Bardzo miło słyszeć takie słowa. Tym bardziej, że jeżeli chodzi o wydarzenia sięgające roku 1965, tego roku, w którym akcja się rozpoczyna, niewiele miałam wiedzy na temat jak wyglądała wtedy Warszawa, Polska. Jedynie bazowałam w wyjściach, które krążyły w mojej rodzinie. Jak to wyglądało w ich przeżyciach. Dużo musiałam tam sobie, że tak powiem, domalować. Czyli tam jest dużo fikcji literackiej. Właściwie ta część książki, która sięga tamtego okresu, to jest w dużej mierze fikcja literacka, ponieważ ja nie znałam tamtych realiów, no i musiałam jakoś z tego wybrnąć. Czy będzie kontynuacja? Będzie. Ona właściwie się dzieje.
Jest cały czas w toku, że tak powiem. Tylko że jest w toku już od wielu lat. I czy w ogóle ją dokończę? To jest znak zapytania.
[03:10:38] - Niektóre książki powstają latami i właściwie te są chyba najbardziej wartościowe, bo nawet wtedy, kiedy ich nie piszemy, nasz umysł dalej nad nimi pracuje. I potem ta końcowa wersja jest dużo ciekawsza od tych, które powstały w miesiąc czy dwa. Mam nadzieję, że jednak się doczekam i będę mogła wiedzieć, jak dalej potoczyły się losy twoich bohaterów, bo to rzeczywiście bardzo interesująca opowieść.
[03:11:05] - Moje przedszkole znajduje się kilka bloków dalej, na ostatnim piętrze jednego z osiedlowych budynków. Klatka schodowa nie ma okien, a światło gaśnie już w połowie drogi. Gdy zapada ciemność, wyobrażam sobie, jak czyjaś ręka przeciskająca się między szczelinami balustrady łapie mnie za nogę. I jestem przerażona. Jeszcze bardziej na myśl o tym, że ktoś mógłby zrobić krzywdę idącej kilka kroków za mną mamie. Do szatni prowadzi długi korytarz. Po drodze trzeba minąć wystawę plastelinowych jeży, gabinet dyrektorski i kuchnię, gdzie paradująca w starym, cuchnącym rzygowinami fartuchu kucharka Beata tłucze blaszanymi garnkami. Próbuję nie pamiętać o tym przykrym zapachu, ale nie zawsze się to udaje. Zwłaszcza przy czerwonym barszczu. Jest zupełnie inny niż ten, który gotuje mama i może właśnie dlatego tak go uwielbiam.
Kiedy przełykam pierwszą łyżkę, cudowny smak zabarwionych na różowo kartofelków miesza się z kuchennym fetorem, a potworne mdłości stają do wyścigu z wilczym głodem.
[03:12:16] - Proszę państwa, rozmawiałam z Beatą Kołodziejczyk, poetką, pisarką, wydawniczyńnią, blogerką, która po dłuższej przerwie ponownie zamieszcza teksty na swoich facebookowych stronach. Polecam Państwu także szukanie nagrań Beaty Kołodziejczyk na YouTubie. Znajdziecie tam filmiki z przepięknie czytanymi przez nią tekstami różnych twórców, których w ten sposób Beata promuje, upowszechnia, za co należą jej się wielkie brawa. Za czytanie fragmentów mojej prozy, Beato, przyjmij ode mnie serdeczne dziękuję. Beata Kołodziejczyk. Zapamiętajcie Państwo to nazwisko. Naprawdę warto. I sięgnijcie po „Uśpionych”, aby przenieść się do dawnej Warszawy. Beato, bardzo serdecznie dziękuję Ci za rozmowę. Trzymam kciuki za następne literackie sukcesy, wygrywane konkursy i mam nadzieję, że będę miała wielką przyjemność przeczytać jeszcze niejeden Twój nowy utwór.
Państwu dziękuję za uwagę i wspólnie z nami spędzony wieczór. Dobranoc, Beato.
[03:13:30] - Dobranoc. Bardzo dziękuję, Krysiu, że mnie namówiłaś na rozmowę, bo ja muszę powiedzieć tutaj, że to była moja pierwsza w życiu rozmowa. Mój pierwszy w życiu wywiad, który ktoś ze mną przeprowadził. Także dziękuję bardzo. Ale się udało.
[03:13:48] - Udało się bardzo dobrze. Mam nadzieję, że Państwu się bardzo podobało. Dziękuję w takim razie bardzo. Dobranoc. Dobranoc Państwu.
[03:13:59] - To teraz czas na materiał, chciałem powiedzieć krytyczno-literacki. Nie. Czas na materiał instruktażowy. Nasza korespondentka z dalekiej Islandii, Kamila Ciołko-Borkowska zaprasza na audycję „Pisząca z fiordami”. Dzisiaj po raz kolejny powie o opisach, bo ten odcinek to jest uzupełnienie do rozważań dotyczących opisów. Zapraszam.
[03:14:31] - Dzień dobry, wieczór moi drodzy. Witam was wszystkich w kolejnym spotkaniu u „Piszącej z fiordami” i dziś będziemy sobie marudzić, narzekać, zrzędzić odrobinę, ale już za chwilę powiem o czym. Jak dobrze wiecie, ja tak samo jak i wy ciągle próbuję się doszkalać w kwestii pisania i poprawy jakości własnego warsztatu. Wygrzebuję gdzieś jakieś informacje, przysłuchuję się pewnym warsztatom, czytam poradniki różnego rodzaju. W sensie nie wiecie, nie tak od deski do deski, tylko wyciągam jakiś tam konkretny poradnik i szukam kwestii na przykład, która mnie konkretnie interesuje, tak? Czasem przez przypadek, podczas jakiejś rozmowy z innym autorem albo po prostu gdzieś tam podczas takiej zwykłej rozmowy codziennej wyskoczy mi jakiś problem czy kontekst, który dotyczy także mojego pisania i który gdzieś tam musiałabym zgłębić, poruszyć. Wiecie, takie codzienne troski, rozterki pisarskie. No i wiecie, któregoś pewnego razu Wiem, że brzmi średnio, ale pewnego razu, zaczynając to jak bajkę, natrafiłam na pewną myśl. To jest pewna konkretna przesłanka, którą podał autor bloga. Poczekajcie, zaraz wam powiem, gdzie to było, bo muszę to znaleźć w moich przepastnych notatkach.
I chyba zgubiłam. Możliwe, że zgubiłam. W każdym razie myśl ta mówiła-- Czekajcie, bo próbuję to znaleźć i chyba nie mam. Nie mam. W każdym razie to powiem własnymi słowami. Nie będę tego dosłownie czytać. Chodziło o to, że opis w powieści nie powinien przekazywać tego, co faktycznie widzi bohater, co faktycznie znajduje się w opowieści sensu stricte fizycznie, a bardziej powinien skupić się na tym, jakie wywołuje emocje u bohatera. Stwierdziłam, że ja się z tym bardzo mocno nie zgodzę i dzisiejsze spotkanie będzie dotyczyło właśnie tego poglądu. Tego krótkiego poglądu, tej krótkiej myśli. Ponieważ spotkanie odnośnie budowania opisów już mamy za sobą.
Tak więc jeśli nie wymyślę czegoś zupełnie nowego, co by całkiem przekreślało to, co już powiedziałam, to tego nie odwołuję i możemy do tego wracać. A dzisiaj spróbujemy obgadać ten pogląd. Ponieważ na początku myślałam, że zupełnie się z nim nie zgadzam. Zupełnie jest niezgodny z moim podejściem do pisania, że nie. Ale z drugiej strony stwierdziłam, że może mieć to odrobinę sensu. Dlaczego? Najpierw zacznę od paru konkretów stricte warsztatowych. Bo kiedyś, jak już wspomniałam w którymś z dawniejszych spotkań, dawniej była taka dawna szkoła pisania, która mówiła, że należy zacząć od opisu. Opis powinien być dokładny, szczegółowy, konkretny, taki naprawdę, żeby wprowadzał czytelnika w dane miejsce, dane okoliczności sytuacyjne. Bo przecież poza opisem przyrody mamy też opis bohaterów.
Tak więc ten opis rozciągał się naprawdę czasami na kilka stron, ponieważ dotyczył nie tylko tego, jak wygląda otoczenie, ale też jak wyglądają bohaterowie. To miało pewien sens. Miało pewną logikę, że tak powiem, ponieważ pokazywało konkretnie otoczenie, środowisko bohaterów, wszystko, co było czasami bardzo istotne dla fabuły. Nie przeczę, że nie zawsze potrzebne były opisy tego, jak wyglądały szuflady w biurku głównego bohatera. Nie zawsze to potrzebne, ponieważ wystarczyłoby to zrobić krótko. Właśnie w dzisiejszych czasach nie rozbudowujemy opisów aż tak bardzo. W niektórych nawet sytuacjach całkowicie odpuszczamy te opisy. Kiedy ten pogląd, o którym dzisiaj chcę porozmawiać z wami, jest prawdą, a kiedy nie? Bo to jest bardzo istotne. Wszystko zależy.
I na tym powinnam skończyć dzisiejsze spotkanie. Wszystko jest względne, ponieważ czasami fabuła książki, nasz zamysł na nią i to, jak piszemy tą książkę, bo sam styl też wymaga odpuszczenia sobie jakichkolwiek opisów, bo na przykład nie przywiązujemy do tego wagi. Nie opisy są ważne, a na przykład zmiany emocjonalne bohatera, relacje, jakie nawiązuje. Może być bardzo wiele możliwości. Wtedy faktycznie skupiamy się na tym, co odczuwa nasz bohater, a nie na tym, co widzi. Bo to nie jest istotne, że mamy przed sobą biurko z czterema szufladami, które ma 150 lat, a na tym biurku stoi stara maszyna do pisania, bo główny bohater jest pisarzem. Tylko możemy tak napisać, że ta maszyna do pisania stojąca na tym biurku, zamiast to rozpisywać na półtorej strony na przykład Możemy tylko wspomnieć, że w rogu pokoju stała maszyna do pisania na biurku, która wzbudzała takie, a nie inne konkretne emocje w bohaterze, ponieważ była to pierwsza maszyna do pisania, którą kupił po wydaniu swojej pierwszej książki za wynagrodzenie za tą książkę. I to już jest też pewien opis, który odwołuje się do emocji, do stanu emocjonalnego naszego bohatera i przedstawia nam tego bohatera jednocześnie, ponieważ pokazuje to, kim ten bohater jest. W tym opisie, który notabene będzie bardzo krótki, mamy pokazanego bohatera. Przedstawienie go, ale nie fizycznie.
Nie opisujemy tu fizyczności, a bardziej stronę emocjonalną, która będzie nam później do czegoś potrzebna. Bo na przykład ten pisarz zrobi coś konkretnego, co będzie bardzo związane z tym, co czuje na widok maszyny do pisania. Czyli na przykład powiedzmy, że wybuchnie pożar i w domu będą inni ludzie, ale pisarz uratuje tylko maszynę do pisania. I znając jego sentyment do tej maszyny do pisania i całą historię związaną z tą maszyną do pisania, czyli na przykład nie, że on ją sobie kupił, tylko dostał ją, kiedy zaczynał pisanie od swojego mentora jako prezent podczas pisania swojej pierwszej książki, to zrozumiemy już, dlaczego czuł tą konkretną potrzebę uratowania tej maszyny do pisania. To jest tylko przykład czysto literacki i czysto hipotetyczny. Proszę mnie tutaj teraz w komentarzach nie zjeść, że mój bohater, którego teraz wymyśliłam, nie uratował żadnego człowieka. Może jest zły, a może nie. Ale czytelnik będzie zastanawiał się, co popchnęło tego bohatera do takiego, a nie innego kroku i dlaczego akurat zrobił to, a nie coś innego. Jakie były te pierwotne uczucia, które wykreowały takie, a nie inne postawy? I tyle wam powiem.
Dlaczego powinno się stosować tą myśl, ten pogląd, o którym na samym początku mówiłam, że opis powinien pokazywać nie to, jak wygląda dany przedmiot, dane otoczenie, dany bohater, tylko co mój główny bohater czuje na widok otoczenia, przedmiotu czy innego bohatera. I to tak mniej więcej wam pokazałam. Ale z drugiej strony jest też rzecz taka, że czytelnik lubi sobie wyobrazić i to jest tak, że nawet jeżeli przed czytelnikiem postawimy jakiś opis konkretny, nie żeby zaraz jak nad Niemnem, licząc kwiaty na łące i pisząc czytelnikowi, że rosło tam 150 pokrzyw, to musimy pamiętać, że czytelnik lubi mniej więcej mieć przedstawioną jakąś-- też nie każdy, bo broń cię Panie Boże, nie mówię o każdym czytelniku, ale zazwyczaj czytelnik lubi sobie wyobrazić, jak wygląda miejsce, w którym się rzecz dzieje, jak wygląda bohater, który bierze udział w danej historii. Nie tylko główny bohater, ale też ci poboczni. I dobrze jest w jakiś sposób gdzieś tam w międzyczasie zasugerować. Ja to już wcześniej mówiłam. To nie jest tak, że ja muszę na dzień dobry na początku samego rozdziału napisać, że ten bohater wyglądał tak i tak. I słuchajcie cały akapit o tym, jak wyglądał bohater. Następnie następny akapit, następny bohater, następnie następny. I tak do znużenia, aż mój czytelnik zaśnie.
Nie. Gdzieś tam w międzyczasie napomknę podczas jakiejś rozmowy, podczas jakiegoś opisu czegoś innego, podczas jakiejś akcji, opisu akcji. Gdzieś tam jakiś wtręt będzie dotyczył wyglądu bohatera czy otoczenia czegokolwiek. I w ten sposób budujemy nienatrętnie wizję otoczenia, którą nasz czytelnik może sobie wyobrazić i nie będzie to nużące, broń cię Panie Boże. Nasz czytelnik nie będzie wzdychał z rozpaczą, że ma do przeczytania, do wyobrażenia sobie miejsce, które my opisujemy przez półtorej czy dwie strony. Bo to będzie na pewno męczące, jeżeli nie będzie tam żadnej akcji, a tylko liczenie tego, ile gwoździ ma biurko i ile rys ma maszyna do pisania, którą dostał nasz główny bohater od swojego mentora. To nie będzie ciekawe i to na pewno szybko zniknie z głowy naszego czytelnika, a i czytelnik nie będzie chciał sięgać po naszą książkę. Dlatego ja mam ten problem, że moje opisy są nazbyt ubogie i często muszę je później rozpisywać. To też jest sposób na pisanie. Najpierw ściaśniam się, a później podczas konkretnego pierwszego czytania całości dopisuję rzeczy istotne, które uznam, że są jeszcze potrzebne, bo niedobór opisów także powoduje pewien niedosyt u czytelnika.
Jeżeli czytelnik nie będzie wiedział, w jaki sposób ma sobie daną rzecz wyobrazić. Ja nie mówię zaraz, że ja powinnam dopisywać konkrety, naprawdę szczegóły, szczególiki, czyli na przykład ile gwoździ było we framudze drzwi, czy ile szczebli było w drabinie. Nie. To nie aż takie szczegóły, ale jednak trzeba znaleźć tak zwany złoty środek do tworzenia opisów. To nie jest łatwe. Sama wiem po sobie. Ja mam ten problem, że moje są zazwyczaj bardzo ubogie i teoretycznie ta myśl, o której mówiłam, powinna być mi na rękę, ponieważ ja te opisy robię bardzo skromne i powinnam się cieszyć z takiego poglądu. Powiedzieć tak, to jest pogląd, który ja także wyznaję. Ale nie. Nie, ponieważ ja uznaję, że trzeba wyśrodkować ilość tychże opisów i pamiętać, że muszą być one zrobione w sposób dobry dla oka czytelnika i dla jego wyobraźni i dla autora, żeby też czuł pewną satysfakcję.
Jeżeli już macie podobny problem jak ja, albo jeżeli zastanawiacie się, w którym momencie jest ten dobry moment na umieszczenie opisu, żeby to miało jakieś ręce i nogi, to nie można też robić tak, że usiądę i sobie pacnę, a tu trochę opiszę i tam trochę opiszę. Opis można na przykład wcisnąć w momencie, kiedy fabuła nam przyspiesza i czytelnik może stracić oddech. Czyli jeśli akcja dzieje się, nie ma zwolnienia i czytelnik w pewnym momencie może mieć zawrót głowy, jakiś taki emocjonalny, czytelniczy zawrót głowy, to musimy gdzieś zwolnić i w którymś momencie dać jakiś krótki opis, żeby czytelnik mógł sobie odsapnąć i żeby też zapamiętał to, bo w takich momentach takie odsapnięcie pozwoli na zapamiętanie pewnego opisu, który gdzieś tam się pojawi. Też nie jakiś wielki opis, tylko tak, żeby to spowolnić akcję, która nie pozwoli czytelnikowi skupić się na tym, co się dzieje. Bo jeżeli lecimy, biegniemy przez wieś, to nie zwrócimy uwagi na to, jak bardzo malowniczo ona wygląda. Tak samo jest z książką. Jeśli pędzimy z akcją, to nie zwrócimy uwagi na to, jak bardzo malownicza jest ta historia. A nie możemy zapominać o tym, że właśnie o historię nam chodzi, bo piszemy książki, w których dzieją się jakieś historie. Takie masło maślane, ale niestety tak jest. To jest prawda i nie możemy o tym zapomnieć.
I tyle wam powiem. Tak więc gdzieś tam dobrze jest umieścić opis, ale też nie w trakcie całej tej akcji. Dobrze jest wkręcić ten opis jako taki wtręt. Też masło maślane, ale zrobić taki wtręt z opisem od nowego akapitu. Taki drobny jakiś akcent opisowy, żeby nie było jakoś zbyt prędko, zbyt szybko, ażeby czytelnik mógł zwolnić i skupić się na tym, jakie nasza wioska ma urocze płoty. To tak biorąc pod uwagę tą metaforę z tą wsią. I ten opis może nam też pomóc na przykład w momencie, kiedy nie możemy spiąć pewnych działań naszego bohatera. Jeśli nie mamy pewności, to możemy znaleźć jakąś rzecz czy bohatera innego, który będzie nam łączył jakieś akapity, z których nam ciężko przejść. Bo przejście z jednego akapitu do drugiego czasami jest też problematyczne, ponieważ jeśli zmienimy zbyt nagle miejsce, jeśli zbyt nagle przejdziemy z jednego bohatera na drugiego, to czytelnik zrobi nam wielkie oczy ze zdziwienia i powie: „W ogóle o co chodzi? Jesteśmy zupełnie w innym miejscu, a przed chwilą byliśmy gdzie indziej.
Teraz co ja mam z tym zrobić?” Dlatego taki opis może pozwolić nam pomóc w przeniesieniu czytelnika z miejsca na miejsce, tak żeby to jakoś ułatwić przejście w tej fabule, żeby nie było takiego przeskoku i żeby nam czytelnik gdzieś nie stuknął stopą o jakiś płot. Biorąc ciągle pod uwagę tą naszą Używając ciągle metafory ze wsią. To jest trudne, ale da się pracować. Ja się ciągle uczę. Idzie to zrobić. Fakt, że tu jest trochę roboty, ale da się zrobić i myślę, że też sobie z tym poradzicie, popracujecie trochę nad tym i też ogarniecie. Czasem wystarczy tylko jedno zdanie, które będzie zaczynać akcję w nowym miejscu i zaczniemy to od nowego akapitu i potem już pociągniemy dalej. Ale ten opis jednak się przydaje do płynniejszego przejścia w akcji z jednego do drugiego miejsca, w którym się dzieje dana rzecz, czynność czy coś innego. Bo jeśli piszemy najpierw, że nasz bohater znajduje się w mieszkaniu, a zaraz później akcja dzieje się na ulicy, to w międzyczasie możemy też opisać, jak wygląda ta ulica. Jest na przykład ulica, którą nasz bohater codziennie rano widzi z okna w kuchni.
Nie musi to być wcale wielki opis. Mogą to być tylko jedno czy dwa zdania, które czytelnikowi przedstawią jak to wygląda. Ułatwią też przejście bez zakwasów, gimnastyki umysłowej ze strony czytelnika, bo czytelnik nie lubi takich rzeczy. Czytelnik nie lubi, jak się go nagle rzuca z miejsca w miejsce i czuje się zdezorientowany. To jest niedobre, to jest złe. Tak więc opisy mogą w tym pomóc. I to nie tylko takie opisy, o których wspomniałam na samym początku, które się odwołują tylko do emocji, tylko konkretne opisy, które odwołują się do tego, jak wygląda dane miejsce, dana rzecz, dany bohater. I tyle. Czyli jeżeli opisujemy jakieś miejsce, przedmiot, osobę czy postać, to jak najbardziej możemy wpleść tę sferę emocjonalną także do tego. To będzie nawet bardzo dobry pomysł dla czytelnika.
To będzie naprawdę bardzo owocne, ale nie możemy tylko się na tym skupić. Powinniśmy też zasygnalizować to jak coś, ktoś albo miejsce wygląda. Czasami jest też fajnie, bo takie opisy bardzo pomagają w akcji, w historii, bo też biorą udział w tym wszystkim, wpływają w pewien konkretny sposób na to, jak wygląda nasza historia. Dlatego też dobrze jest użyć tego opisu. Musimy pamiętać, co jest bardzo istotne. O tym też już wspominałam, ponieważ opis zawsze hamuje akcję, spowalnia. Tak jak już wcześniej wspominałam, jeżeli pędzimy z akcją, dobrze jest skorzystać z tych opisów. Tyle z tego powtórzenia, co chciałam powiedzieć. Czy coś jeszcze? Zaczekajcie, zerknę w moje magiczne notatki i wtedy wam powiem.
Mam tu jeszcze, że możemy na przykład odnieść to, jak bohater widzi jakiś przedmiot w kontekście jego emocjonalności, jego stanu duchowego. Czyli jeżeli na przykład ma dobry humor albo tak jak już wcześniej mówiłam o tej maszynie do pisania. Jeśli ma pozytywny stosunek do danego przedmiotu, możemy go opisać naprawdę fajnie, bardziej optymistycznie. Jeśli natomiast ma negatywny stosunek do danego przedmiotu, osoby czy miejsca, możemy to opisać mniej, że tak powiem, uwaga w cudzysłowie, różowo. To też jest jakiś zabieg, należy go wytrenować. Też może być na przykład waszym charakterystycznym sposobem wpisany. Metodą pisania. Też może być w waszym stylu czymś takim wow. Czymś jedynym, za czym pójdą czytelnicy od razu. To też jest całkiem dobry pomysł.
Też można z tego skorzystać. To jest pewne połączenie mojej pierwszej opinii na temat teorii, o której mówimy i tego drugiego, czyli tego co wpływa i połączenia tego jak to wygląda. Czyli w sumie może być opisane w sposób pozytywny lub negatywny, w zależności od tego, jakie mamy emocje bohatera, jakie mamy nastawienie bohatera. To też może być całkiem dobry pomysł. Całkiem fajna rzecz na opisy przedmiotów, otoczenia czy bohaterów w naszej powieści. Tylko pamiętajcie, jeżeli korzystamy z jakiegoś Sposobu opisów. Jeżeli ustalamy sobie na przykład, że w tej książce będziemy tak i tak pisać opisy, to musimy, ja to powtarzam cały czas i będę powtarzać jeszcze częściej. Musimy być konsekwentni, bo konsekwencja jest najważniejsza. Najważniejsza jest poprawność językowa, ale konsekwencja jest na tym samym poziomie podejrzewam, co poprawność językowa. Bo jeżeli nie będziemy konsekwentni i będziemy te opisy robić zupełnie od czapy, każdy inaczej, to czytelnik też nie będzie zbyt zadowolony i nie będzie wiedział, o co chodzi.
Dlatego dobrze jest ustalić na początku, w jaki sposób będziemy budować te opisy, w jaki sposób one będą przedstawiane. Czy tylko będziemy skupiać się na emocjach bohatera, czy będziemy je też w jakiś sposób sygnalizować? Wygląd pewnych rzeczy, czy miejsc, czy osób. Czy będziemy opisywać to wszystko, biorąc pod uwagę emocje i stan psychiczny naszego bohatera, który będzie przechodził jakąś metamorfozę w naszej książce. Też można tak zrobić. To wszystko jest jak najbardziej w porządku, jak najbardziej na miejscu. I teraz myśl końcowa, taka już do zamknięcia. Dziś będzie trochę krócej, bo tylko o opisach. Takie uzupełnienie o tych opisach. Nie musimy opisywać wszystkiego.
To też jest dość istotne. Możemy w naszej książce zrobić tylko i wyłącznie opisy miejsc, rzeczy albo osób, które uznamy za istotne. Jeśli naszym zdaniem wszystko jest istotne, opisujemy jak leci, ale to będzie nużące dla czytelnika. Dlatego też dobrze jest wybrać tylko te rzeczy, które uznamy za istotne dla fabuły. I tego się trzymajmy. Czasami to jest bardzo trudne ustalić to, co według nas jest istotne dla fabuły, bo najłatwiej byłoby pisać jak leci, opisywać wszystko jak leci, a później historia by sama wybrała, co nam się przyda. Ale nie od tego jesteśmy autorami, żeby lecieć przed siebie jak koń, który ma takie klapki na oczach. Tylko widzi to, co jest z przodu. My jesteśmy autorem. Ja jestem autorem.
Wy jesteście autorami także i to my mamy ustalić, co jest istotne dla fabuły. My mamy to wybrać i to my mamy opisać to, co jest istotne. I tyle. Z tąże jakże ambitną końcówką naszego spotkania was zostawię. Zostawię was z tym dylematem, którą opcję rozwinięcia dzisiejszego problemu sobie wybierzecie. Bo to wszystko jest indywidualne i wszystko zależy, jak to w życiu bywa. To wszystko normalne. I czego wam mogę życzyć w tym tygodniu? Żebyście pisali i trenowali i próbowali zrobić jak najlepsze opisy. Nie tylko dialogi.
Dobra, to my się widzimy przy następnym spotkaniu. Słyszymy się przy następnym spotkaniu i życzę wam rozwijania waszego warsztatu. Do usłyszenia. Dobranoc.
[03:43:42] - Proszę państwa, spirytyzm. Cykl Bez Tajemnic. To ja dzisiaj państwa zapraszam na podwójny odcinek. To są dwie części zaciągnięte z kanału Bez Tajemnic. Puścimy je państwu jeden odcinek po drugim, ponieważ drugi nawiązuje do pierwszego. Trzeba, a w każdym razie warto te dwa odcinki słuchać w jednym ciągu. To wiele państwu wyjaśni, łatwiej będzie zrozumieć pewne odniesienia. A temat ciekawy, któż się nim nie interesuje? Przytoczę tytuły. Pierwszy to „Opętanie erotyczne", a drugi jest jeszcze lepszy.
„Życie seksualne duchów". Zapraszam. To będzie niezapomniany seans. Niekoniecznie spirytystyczny, ale na pewno niezapomniany.
[03:44:42] - Jeden z czytelników Gazety Spirytystycznej poprosił mnie, abym wyraził swoją opinię na temat sukkubów i inkubów. Według tradycji katolickiej sukkub jest to demon, który obiera kobiecą formę i ukazuje się w ten sposób mężczyznom podczas snu. Tak samo inkub jest to demon, który upodabnia się do mężczyzn, do pięknych mężczyzn i pokazuje się kobietom w trakcie snu. Nakłaniają ludzi do odbywania stosunków seksualnych bądź po prostu napełniają ich różnego rodzaju erotycznymi myślami, snami. Nie będę odnosił się do medycznych teorii, które próbują wytłumaczyć te zjawiska. Po prostu powiem, jak to wygląda z punktu widzenia spirytyzmu. Na ten fenomen możemy spojrzeć dwojako. Z jednej strony można go tłumaczyć interwencją duchów, a z drugiej strony tworami myślowymi. Ale zanim rozwinę te dwa punkty, myślę, że ważne jest precyzować, czym jest mediumizm i w przypadku interwencji duchów, czy rzeczywiście mamy do czynienia z demonami. Bo czym jest demon?
Właśnie to jest takie pytanie podstawowe, które już rozwinąłem w innych nagraniach na YouTube. Demon według tradycji katolickiej jest to zły duch, który przybywa na Ziemię, wśród ludzi po to, aby nakłaniać ich do grzechu. Są to duchy, które są z definicji już skazane na zło. W spirytyzmie nie ma czegoś takiego jak demony. Spirytyzm nie twierdzi, że demony nie istnieją. Tutaj mamy bardziej do czynienia z inną terminologią. W spirytyzmie mówi się o złych duchach. To są złe duchy. To są duchy ludzi, dusze ludzi, którzy żyli już kiedyś na Ziemi i to są duchy, które są złe. Tak samo jak mamy na Ziemi ludzi dobrych i złych, tak samo w zaświatach mamy duchy dobre lub złe, ale nie są to duchy, które są skazane na wieczne zło.
To są duchy, które mogą nad sobą pracować i które co prawda aktualnie namawiając ludzi do czynienia zła, popełniają błędy, ale one będą musiały to odkupić. To jest taka kwestia, od której należy wyjść. Już tutaj możemy powiedzieć, że istoty, które nazywamy sukkubami, to są duchy niskie, które są jeszcze przywiązane bardzo mocno do materii. Zanim rozwinę te dwa punkty, chcę wspomnieć kilka słów o mediumizmie, ponieważ wydaje mi się, że to jest bardzo ważne, aby wyjaśnić, który człowiek może odbierać impulsy z zaświatów od tych duchów, które sobie gdzieś tam między żywymi krążą. Każdy człowiek jest medium, ale nie każdy człowiek jest w stanie zajmować się psychografią. U większości osób mediumizm ujawnia się podczas snu, kiedy to dusze ludzi śpiących nie potrzebują ciała i w tym momencie są bardziej otwarte na kontakty z innymi duchami gdzieś w zaświatach. Dlatego też niektóre osoby opowiadają, że na przykład przyśnił im się dziadek czy babcia świętej pamięci i ten sen był tak realistyczny, iż wydawało im się, że ta zmarła osoba jest gdzieś tu obok. Dokładnie na takiej samej zasadzie mogą odbywać się kontakty ludzi śpiących z tymi tak zwanymi demonami, które przybywają w nocy, aby napełniać ludzi różnymi erotycznymi myślami. Jeżeli uznamy, że właśnie w ten sposób to się odbywa, należałoby teraz zadać kolejne pytanie: kim są te duchy, które przybywają i dręczą ludzi w taki sposób? Ja bym tutaj powiedział krótko, że to są duchy, które są bardzo przywiązane jeszcze do materii i które przybywają do ludzi po to, żeby sobie na przykład z nich zakpić, pożartować, urządzić sobie z nich jakąś zabawę, aby się nimi troszeczkę pobawić.
I takie duchy można by sklasyfikować w jednej umownej grupie. Inną grupą duchów niskich, które mogą chcieć bawić się w ten sposób z ludźmi czy bawić się w ten sposób ludźmi, są to duchy, które również są nisko rozwinięte, które również są bardzo przywiązane do materii i są to duchy, które wręcz pragną odczuwać te emocje erotyczne, których przecież nie mogą doznać, ponieważ nie posiadają już ciała, nie posiadają organów materialnych, które pozwoliłyby im wyżyć się seksualnie. Dlatego też takie istoty będą próbowały połączyć się z żywą istotą, z żywym człowiekiem po to, aby czerpać przyjemność seksualną. Erotyka zajmuje bardzo ważne miejsce w życiu wielu ludzi, dlatego też większość ludzi stąpających po naszej planecie jest bardzo podatna na tego rodzaju wpływy. Wpływy z zaświatów duchów, które mają podobne pragnienia. Kolejny element, o którym wspomniałem na samym początku, to twory myślowe. Każdy człowiek swoją psychiką tworzy, jakby to powiedzieli ezoterycy w tym świecie astralnym, jakąś taką rzeczywistość, która dla duchów jest równie materialna, co dla nas przedmioty codziennego użytku. Na przykład duchy osób zmarłych są w stanie wygenerować poprzez swoje myśli swoją własną rzeczywistość, która będzie dla nich bardzo realna. I tak samo jedne duchy mogą zaglądać w twory myślowe innych duchów i te twory myślowe jednych i drugich duchów mogą się w jakiś sposób łączyć i tworzyć jeden szeroki obraz. Gdybyśmy wzięli na przykład grupę 10 duchów, gdzie każdy wymyśli sobie swoją własną rzeczywistość, te duchy wzajemnie mogą w te twory myślowe, w tę rzeczywistość przenikać, mogą zaglądać, mogą w tym uczestniczyć.
Tak więc teoretycznie duch takiej osoby, która śpi w trakcie snu, może uwolnić się z ciała i zajrzeć do takiego tworu myślowego, może uczestniczyć w tym tworze myślowym. Jeżeli na ten twór myślowy składają się różnego rodzaju fantazje erotyczne, to też osoba, która śpi, ale której duch wziął w tym udział, po przebudzeniu się może mieć jakieś wspomnienia. Równocześnie w takich tworach myślowych mogą pojawić się inne prawdziwe duchy, które nie są przez nikogo wymyślone i one także mogą brać udział w tych fantazjach erotycznych, jeżeli tylko mają na to ochotę. Nie chcę tutaj teraz za bardzo wnikać w szczegóły. Myślę, że każdy jest w stanie wyobrazić sobie, co takie erotyczne twory myślowe mogą w sobie zawierać. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę, że psychika duchów w zasadzie niczym się nie różni od psychiki człowieka. I zanim zakończę temat, chciałbym jeszcze wspomnieć o tworach myślowych, które zostały stworzone przez ducha śpiącego człowieka. Jeżeli Jakaś osoba żyje fantazjami erotycznymi. Jego duch może być w stanie wykreować sobie taką swoją własną rzeczywistość i w tej rzeczywistości na czas tego snu może się w jakiś sposób zanurzyć. Ale w tym przypadku nie możemy już mówić o interwencji złych duchów, o wpływie złych duchów, ponieważ to właśnie duch człowieka, który śpi, jest autorem danych fantazji danego snu.
I teraz już naprawdę na sam koniec, jeżeli są osoby, które zastanawiają się, czy można takie duchy wywołać czy przywołać po to, aby w nocy przeżyć jakieś fantazje erotyczne, chciałbym tylko powiedzieć, że przywoływanie jakichkolwiek duchów niskich może się wiązać z zagrożeniem, więc lepiej tego unikać i lepiej jest powstrzymać się od jakiejś, że tak się wyrażę, taniej rozrywki, niż ryzykować swoim zdrowiem, przede wszystkim psychicznym. Opętania nie są rzadkością, nawet jeżeli na co dzień się o tym nie mówi. Po co na siłę sprowadzać sobie jakieś nieprzyjemności? Tak więc mam nadzieję, że moja wypowiedź była wystarczająco wyczerpująca i jeżeli macie Państwo jakieś kolejne pytania, zapraszam do kontaktowania się ze mną wszelkimi możliwymi sposobami, najlepiej przez Facebook. Dziękuję bardzo za uwagę. Jakiś czas temu nagrałem odcinek wideobloga o seksualności w zaświatach i chciałbym rozwinąć ten temat. W tak zwanym międzyczasie w moje ręce trafiły książki Roberta Monroe, do których warto się odnieść. Nie chcę się powtarzać, więc zanim obejrzycie niniejszy materiał, zapoznajcie się najpierw z nagraniem o opętaniu erotycznym. Do tematu sukkubów i inkubów, które omówiłem w materiale o opętaniach erotycznych, powrócę troszkę później, opierając się na doświadczeniach klientów Wandy Prątnickiej, autorki książki pod tytułem „Opętani przez duchy". Robert Monroeeeeeee w książce pod tytułem „Podróże poza ciałem" opisał swoje własne doświadczenia seksualne w świecie niewidzialnym.
Ja osobiście traktuję te zdarzenia jak ciekawostkę, ponieważ z jednej strony brzmią wiarygodnie, a z drugiej odrobina sceptycyzmu zawsze jest pożądana. Aby dobrze zrozumieć ten temat, warto wcześniej obejrzeć dwa materiały mojego autorstwa pod tytułem: „Zobacz prawdziwego ducha. Część pierwsza i część druga". Robert Monroeeeeeee napisał w swojej książce, że podróże poza ciałem odsłaniają ludzkie lęki i pragnienia. Ducha pozbawionego cielesnej powłoki można porównać do nagiej osoby, która nie ma jak zakryć niedoskonałości swojego ciała. Jeśli ktoś jest piękny, nie ma powodów do wstydu, a jeśli o siebie nie dbał, no to obciach. Brzydota lub piękno ducha opiera się na jego cechach osobowościowych i poziomie rozwoju moralnego. Oczywiście seksualność sama w sobie nie jest jakimś szczególnym powodem do odczuwania wstydu, chociaż tutaj wiele zależy od rodzaju otrzymanego wychowania. Prawie wszyscy ludzie odczuwają popęd seksualny i ten w szczególny sposób daje o sobie znać, gdy duch opuszcza ciało. Robert Monroeeeeeee odczuwał go już od pierwszego momentu, gdy tylko rozpoczął się proces odseparowania się duszy od materii.
Później należało jedynie kontrolować te uczucia, aby nie stały się dominujące. Autor książki twierdzi, że ludzkie odczucia seksualne są nieporównywalnie słabsze od doznań erotycznych po drugiej stronie. Charakteryzuje je również to, że w świecie niewidzialnym znikają ograniczenia, które znamy na Ziemi, narzucone przez społeczeństwo. Duchy nie posiadają organów materialnych, więc kontakt między nimi odbywa się na poziomie energetycznym. Gdy spotykają się dwa duchy, których wibracje odpowiadają sobie nawzajem, może nastąpić, jeśli tego pragną, jakby wymiana energii. Nawet wśród ludzi zauważamy tego rodzaju zachowania, gdy mówimy, że na przykład jakieś osoby mają się ku sobie, chociaż zaledwie się poznały. Takie osoby przyciągają się jak magnesy, między którymi następuje przesyłanie ładunków. Duchy, które pragną zbliżyć się do siebie, jakby przenikają siebie nawzajem i przekazują sobie energię, a po osiągnięciu równowagi następuje spokój i oddzielenie. Wszystko to trwa krótki moment. Jest to chwila niewyobrażalnej ekstazy.
Monroe opisał w swojej książce niektóre takie spotkania. Nie wiedziałem, dlaczego znajdowałem się przed domem, gdzie znajdowała się grupa siedmiu czy ośmiu osób. Nie wydawali się szczególnie zaskoczeni moim widokiem, ale ja jak zwykle byłem ostrożny. Wyczuwałem z ich strony pewne wahanie, jakby nie wiedzieli, jak mnie powitać, ale nie było w tym wrogości. W końcu jedna z tych osób w przyjacielski sposób wysunęła się do przodu, jakby chciała uścisnąć mi rękę. Podeszła bliżej i już wyciągnąłem dłoń, kiedy niespodziewanie nastąpiło szybkie wyładowanie seksualne. Byłem zaskoczony i odrobinę zszokowany. Potem każda z tych osób po kolei wysuwała się do przodu i witała się ze mną w ten sposób. Tak po prostu, jakby podawali mi rękę. W końcu zbliżyła się ostatnia, jedyna, jaką mogłem rozpoznać jako kobietę.
Wydawała się dużo starsza od pozostałych, starsza też ode mnie. Jej postawa wyrażała przyjaźń i dobry nastrój. Zbliżyła się i mieliśmy krótką, ale silną wymianę seksualną. Potem cofnęła się, zachichotała i dołączyła do reszty. Monroe podkreśla, że trudno jest dostarczyć potwierdzenie realności takiej sytuacji. On sam starał się sam sobie udowodnić autentyczność zdarzeń z drugiego świata i nie marnował nadarzających się ku temu okazji. Późna sobotnia noc, gabinet na parterze. Nie byłem przemęczony, umysł miałem jasny. Tego dnia po południu zatelefonowała do nas przyjaciółka mojej żony Ela, aby zapytać, czy może przyjść z wizytą i zostać na całą noc. Przyjechała na kolację i po wspólnie spędzonym wieczorze poszła spać.
W nocy postanowiłem pozostać w gabinecie i tam się położyć. Czułem, że mogę wywołać wibracje, a nie chciałem budzić żony. Łatwo wydostałem się z ciała i z silnym uczuciem wyzwolenia, ale też i kontroli, uniosłem się w górę. Przeniknąłem sufit i znalazłem się w pokoju dzieci. Nagle wyczułem obecność dojrzałej kobiety całkiem niedaleko mnie. Nie mogłem rozpoznać twarzy, ale odniosłem wrażenie, że ma trzydzieści lat i jest osobą dojrzałą seksualnie. Kiedy zbliżyłem się do niej, jakby przemówiła do mnie, że raczej nie, ponieważ jest bardzo zmęczona. Uszanowawszy jej życzenie, odsunąłem się do tyłu, wyczuwając, że tak będzie lepiej. Potem zauważyłem drugą kobietę, starszą. Miała około czterdziestu lat.
Dała mi do zrozumienia, że chce zbliżenia. Szybko się połączyliśmy. Nastąpił szok przyprawiający o zawrót głowy podobny do elektrycznego, a potem rozdzieliliśmy się i po chwili znalazłem się w ciele fizycznym. Kolejnego ranka wstałem jak zwykle wcześnie. Około dziesiątej przyszła do kuchni moja żona, aby napić się kawy.
[03:59:20] - Idę obudzić Elę. Śpi w dziecięcym.
[03:59:23] - Jak to w dziecięcym? Przecież miała spać na górze.
[03:59:26] - Bo położyłam ją u Basi, żeby się wyspała. Jest wygodniejsze łóżko.
[03:59:30] - Aha.
[03:59:31] - A dlaczego pytasz? W czym problem?
[03:59:35] - A nie, to ci później powiem, ale mam prośbę taką nietypową. Słuchaj, jak pójdziesz do Eli i będziesz ją budzić, to-
[03:59:44] - To co?
[03:59:45] - Zapytaj ją, czy jest zmęczona seksualnie. Mimo początkowych oporów zgodziła się to uczynić. Po dłuższej nieobecności żona wróciła i spojrzała na mnie znacząco. Okazało się, że Ela przez cały tydzień miała burzliwy romans z seksem co noc i była tym zmęczona. Przyjechała do nas, aby od tego odpocząć. Przez kilka kolejnych dni próbowałem odkryć, kogo mogła oznaczać ta druga kobieta. Przypuszczałem, że mogła to być jakaś nieżyjąca już osoba. Ostatnio jednak wpadł do mnie przyjaciel i w trakcie niedługiej rozmowy zauważył nagle: Słuchaj, Renata mi mówiła, że chyba się jej podobasz i śniłeś się jej w sobotę. O! No także.
Ale co to jej się śniło? Nie wiem. Nie chciała do końca powiedzieć. Tak, była taka trochę speszona, ale wiesz, no. W sobotę? W sobotę. W sobotę. O, ciekawe. Jeszcze tego samego dnia udało mi się z nią porozmawiać. Początkowo Renata mówiła na temat snu dosyć wykrętnie, ale po łagodnym naleganiu z mojej strony powiedziała wreszcie, iż w jej śnie poddałem ją drobiazgowemu fizycznemu badaniu.
Nie pamiętała niczego więcej. Dla Roberta Monroe opisane sytuacje są jasnym dowodem, że doznał w świecie niewidzialnym kontaktu z duchami obu kobiet. Te historie posiadają więcej szczegółów, więc zachęcam do sięgnięcia po książkę. Natomiast Wanda Prątnicka w książce pod tytułem „Opętani przez duchy" opisuje relacje, jakie mogą zapanować pomiędzy żyjącymi i zmarłymi. Takie fantazjowanie daje nam ukojenie. Jest nam jakby lżej na sercu. Jest to jednak bardzo krytyczny okres, podczas którego musimy być bardzo czujni. Z samego początku bardzo cieszymy się z tego, że tak intensywnie czujemy obecność ukochanego, że ulegamy wrażeniu, jakby żył. Zaczynamy coraz częściej i coraz bardziej namacalnie odczuwać jego dotyk, pieszczoty. Jest nam dobrze.
Nie zauważamy, że posuwamy się coraz dalej w tym, co robimy. Dochodzi do momentu, w którym czujemy się, jakbyśmy się kochali fizycznie. Wkrótce staje się to dla nas normalnością i już na dobre zaczynamy mieć seks z duchem. Taki stan może trwać nawet do końca życia, ale gdy tylko zechcemy go przerwać, zaczną się kłopoty. Spytacie, jakiej natury? Mijają tygodnie i miesiące, może lata i to, co dawało nam na początku tyle radości i ukojenia, teraz już nam nie wystarcza. My już więcej nie chcemy. Nie możemy żyć w samotności wśród duchów. Chcemy do ludzi, do żywych. Poznaliśmy kogoś, z kim jest nam dobrze.
Mamy z kim porozmawiać, przejść się na spacer, pójść do kina, na przyjęcie. Chcielibyśmy zapomnieć o przeszłości przynajmniej na tyle, by móc przebywać wśród żywych. Zazwyczaj jednak wcale nam się to nie udaje, ponieważ związek z ukochanym duchem trwa nadal. Bardzo często nie pozwala on nam na kontakty z innymi ludźmi. Przepędzi każdego, kto znajdzie się na naszej drodze lub jest w pobliżu. Przywykł do naszego oddania i nie chce się nami z nikim dzielić. Doprowadza do tego, że wszyscy od nas stronią. Czasami w związek dwojga osób może wtrącić się duch zmarłego partnera lub partnerki. Nierzadko ludzie sami przyciągają do siebie takie istoty, motywowani chwilowym podnieceniem i brakiem ludzkiego partnera seksualnego. Oto co przytrafiło się pewnej dziewczynie myślącej o chłopaku, który już wówczas nie żył.
Któregoś wieczoru leżała w łóżku, gdy nagle pojawił się on jak żywy w rogu pokoju. Uważała się za mało atrakcyjną osobę i gdy go zobaczyła, ucieszyła się na jego widok. W okamgnieniu już na niej leżał i zaczął się z nią kochać. Przeraziła się, bo nigdy przedtem nie kochała się z mężczyzną. Bała się też, że rodzice usłyszą, co się dzieje i wpadną do jej pokoju. Rano sporo rozmyślała o nocnej wizycie. Tak zaczęła się jej przygoda z duchem. Mężczyzna zaczął przychodzić do niej co noc, potem kilka razy w nocy, aż w końcu gwałcił ją, gdy tylko miał na to ochotę. Nawet podczas lekcji w szkole. Jak widać, nie wszystkie duchy wykazują się wyrozumiałością, gdy ktoś odmawia im pożycia.
Duchom jest obojętne, kiedy i gdzie dopadną swoją ofiarę. Istoty opętujące, nazywane także sukkubami i inkubami atakują ludzi podczas snu, aby ponownie doznać seksualnego spełnienia. Są to duchy, dla których podczas życia cielesnego seksualność miała szczególne znaczenie. Myślę przede wszystkim o różnego rodzaju zboczeńcach lub osobach zwyczajnie uzależnionych od seksu. Ale ograniczenie się do dwóch ogólnikowych terminów zaczerpniętych z demonologii, które oznaczają zarazem wszystko i nic, byłoby oddaleniem się od tego, czym jest gwałt ducha na osobie żyjącej. Wanda Prątnicka opisała opętanie, które zdarzyło się na cmentarzu. Któryś z nich opętał jedną z dziewczyn i zaczął ją gwałcić. Zaczęła się bronić, krzyczeć, uciekać. Natychmiast przyłączyły się do niego inne duchy. Przewróciła się na jakiś grób.
Wszyscy tam obecni widzieli, że coś się z nią dzieje, ale nie bardzo wiedzieli co. Stali jak wryci. Widzieli zbliżające się do niej postacie, zakapturzone, jakby bez twarzy. Zaczęła się orgia. Wszyscy byli bardzo przerażeni. Nie wiedzieli, jak jej pomóc. Po tym wszystkim nie mogła ona o własnych siłach wrócić do domu. Rodzice zawiadomili policję o przestępstwie. Nikt niestety nie umiał podać rysopisów przestępców. Nie mogła tego zrobić także sama dziewczyna.
Początkowo sądziła, że gwałcili ją żywi mężczyźni, ale potem zorientowała się, że nie skończyło się to wraz z przybyciem do domu, gdyż duchy gwałciły ją wszędzie, bez względu na miejsce czy porę dnia. Podczas gwałtów może dochodzić do niegroźnych, aczkolwiek traumatycznych uszkodzeń ciała. Prątnicka tak oto opisuje jedną z wizyt, którą złożyła jej młoda kobieta. Nagle kobieta zerwała z siebie bluzkę. To, co zobaczyliśmy, wprawiłoby w osłupienie największego sceptyka. Jej ciało wyglądało jak zmasakrowane. Nie było na nim miejsca bez blizny, siniaka czy zadrapania. Podniosła długą spódnicę i pokazała nam swoje posiniaczone, pokaleczone nogi. Okazało się, że od lat była gwałcona przez ducha sadystę. Rzecz jasna nie tylko kobiety są obiektem ataków zboczonych duchów.
Każdy człowiek, w każdym wieku, nawet dziecko, może być ofiarą takiego gwałtu. Mężczyźni znajdujący się w takiej sytuacji mogą odczuwać przymus onanizowania się, gdy na przykład zapragnie ich duch kobiety. Według Prątnickiej gwałt na mężczyźnie może również odbywać się bez jego wyraźnego udziału, nawet w miejscu publicznym. Wówczas ofiara stara się w ukryciu przeczekać atak ducha, aby po zakończeniu kontynuować wcześniejsze zajęcia. W przypadku mężczyzn tego rodzaju sytuacja jest bardziej żenująca aniżeli gdy napadnięta zostaje kobieta. Ofiary duchowego gwałtu przechodzą podobną traumę, jak gdyby zostali wykorzystani przez drugiego człowieka, lecz dodatkowo dochodzi poczucie niemożności uwolnienia się od agresora. Taka ofiara jest przez ducha izolowana od społeczeństwa, aby w nikim nie znalazła oparcia, aby nikt nie mógł jej pomóc. Więcej na ten temat opowiedziałem w materiale o samobójstwach. Link w opisie. Czasami gwałcicielem może być zmarły członek rodziny, który za życia również dopuszczał się tego rodzaju czynów.
Bywa i tak, że strach przed konkretną osobą, na przykład dziecka przed srogim ojcem, uniemożliwia ofierze uchronienie się przed atakiem. Wówczas żyjący udziela duchowi przyzwolenia, ale w rzeczywistości wolałby uniknąć tego konkretnego kontaktu. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że opętanie erotyczne nie jest jakimś marginalnym zjawiskiem. Wiele ofiar w ogóle nie przyznaje się do tych traumatycznych doświadczeń, a część z nich najpewniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że zostały napastowane seksualnie. Zainteresowanych tematem zachęcam do sięgnięcia po książkę Wandy Prątnickiej, ponieważ można znaleźć w niej dużo więcej ciekawych anegdot i wiele istotnych informacji. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:07:54] - I cóż, proszę państwa, znowu jest ten moment, w którym kończymy Bibliotekarium. I tak się już dosyć późno zrobiło. Ja tradycyjnie pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejną audycję, bo dlaczegóż by nie? A teraz już życzę wszystkiego dobrego na zbliżający się weekend. Życzę dobrej nocy i do usłyszenia.
[04:08:21] - No rzeczywiście, to już koniec. Mówił do Państwa przed chwilą, jak zawsze Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" z Radia Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radio.