Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. A gdyby tak wszechświat składał się tylko z książek i ciekawych filmów? Można sobie pomarzyć, a asumptem do pomarzenia sobie o tym będzie kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0, akademii wszelkiej fikcji oczywiście. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Witam państwa pięknie w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. Startujemy. A jak startujemy, to oczywiście od polecanek książkowych. Zerknijmy zatem, co w najbliższym czasie pojawi się na rynku wydawniczym. Dzisiaj, w dniu premiery tego odcinka Bibliotekarium 2.0, czyli 31 stycznia 2025 roku, wydawnictwo Art Books startuje z książką „Klub bezdusznych dziewczyn”. Autorką tej pozycji jest Laura Steven. Zerknijmy, co na temat tej książki pisze wydawca. Czworo studentów elitarnej Akademii Sztuk Pięknych Carvel w tajemniczych okolicznościach straciło życie, spadając z Wieży Północnej. Po tych wydarzeniach szkoła została zamknięta, by teraz, po dziesięciu latach ponownie przyjąć studentów pod swoje skrzydła. Zdeterminowana Lottie, studentka literatury gotyckiej, za wszelką cenę chce się dowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło.
Ale kiedy jej współlokatorka Alice odkrywa w uczelnianej bibliotece książkę z opisem niebezpiecznego rytuału rozdzielającego duszę, Wieża Północna ponownie domaga się krwi. Czy Lottie odkryje prawdę, zanim Wieża Północna pochłonie więcej ofiar? Czy Alice odwróci rytuał, zanim zło na zawsze zawładnie jej duszą? Czy dziewczyny mogłyby choć na chwilę przestać flirtować, aby skupić się na walce światła z mrokiem? To tyle, jeśli chodzi o rekomendację książki „Klub bezdusznych dziewczyn” Laury Steven. Przypomnę, wydawcą jest wydawnictwo Art Books, a premiera dzisiaj. Nie sądzę, żeby państwo dzisiaj zdołali tę książkę nabyć. Dzisiaj, czyli 31 stycznia. Ale jest w końcu sobota, pierwszy dzień lutego. Zawsze można skorzystać z szansy.
Druga książka w dzisiejszych polecankach to książka od wydawnictwa Aktywa. Ona na rynku wydawniczym pojawi się 3 lutego, czyli niewielka odległość czasowa od momentu, kiedy pojawia się premiera Bibliotekarium 2.0. „Pięć życzeń pana Murraya McBrida”. Joe Simple to autorstwo. „Pięć życzeń pana Murraya McBrida” to jest książka na swój sposób magiczna. Ale żebym państwa nie czarował tą całą magią i literaturą i tak dalej, to ja państwu po prostu przeczytam, co na temat tej książki napisał wydawca. Jak napisał sam Joe Simple we wstępie do kolejnego wydania swojej książki, potrzebowała ona czasu, aby podbić serca czytelników. Gdy już to jednak zrobiła, uderzyła z prawdziwą siłą. „Pięć życzeń pana Murraya McBrida” to międzynarodowy przebój, wyróżniony między innymi nagrodą Maxi Award jako książka roku. Jest również bestsellerem USA Today.
Murray McBride to samotny stulatek, na drodze którego staje dziesięcioletni Jason Cashman, chłopiec czekający na przeszczep serca. Ten pierwszy zatracił sens życia. Ten drugi jeszcze nie miał szansy go odnaleźć. Obaj, choć z różnych powodów, nie mają czasu do stracenia. „Pięć życzeń pana Murraya” to zapis wielkiej przygody. Przygody, która czeka tę wyjątkową dwójkę. Szanowny czytelniku, jeśli szukasz książki mądrej, wzruszającej, takiej, która aż kipi od emocji, to nie mogłeś trafić lepiej. W twórczości Joe Simple'a jest coś, co sprawia, że czytelnik z ogromną łatwością przenosi się do świata, który stworzył autor i chłonie emocje bohaterów. Nie inaczej jest podczas lektury „Pięciu życzeń”. To piękna i naprawdę pouczająca podróż.
Ja przypomnę, to była notka w sprawie książki Joe Simple. Zawsze z tą odmianą jest problem. Joe Simple, „Pięć życzeń pana Murraya McBrida”, wydawnictwo Aktywa. Od 3 lutego na rynku księgarskim. Trzecia książka to książka wydana przez wydawnictwo WAB. Ona się pojawi na rynku za jakiś czas. Za jaki to czas? Trochę czasu minie. 12 marca 2025 roku pojawi się książka zatytułowana „Błękit. Kolory zła”.
To jest tom piąty cyklu Małgorzaty Oliwii Sobczak. Cóż pisze wydawca? Małgorzata Oliwia Sobczak po raz kolejny zabiera czytelników do mrocznego i pełnego tajemnic świata kolorów zła. Wolałaby wzbudzać jej miłość, ale strach to też potężne uczucie. Nela Sowa, przyszła studentka medycyny, nie wraca do domu po treningu biegowym. Jej ciało zostaje znalezione w Lasach Oliwskich na prowizorycznym stosie z polan. Umierała przez wiele godzin, nie doczekawszy się pomocy. Prokurator Leopold Bilski ma tym razem wyjątkowo trudne zadanie. Nela nie miała wrogów, nikomu się nie naraziła. Jedyny trop stanowi tabliczka znaleziona w miejscu zbrodni.
Zmarła śmiercią męczeńską. Prokurator ściąga do współpracy psychologa sądowego Marcina Haraboła i palinolożkę Janinę Hinz. Wkrótce wychodzi na jaw, że podobna sprawa miała miejsce już wcześniej, w latach 90., a winowajca nigdy nie został schwytany. „Błękit” to emocjonalna opowieść o stracie, o śmierci, która porusza i przeraża. Zmienia świat na zawsze. Joanna Bator napisała o tej książce: „Błękit potwierdza mistrzostwo Małgorzaty Oliwii Sobczak, która dzięki serii Kolory zła stała się dla mnie prawdziwą królową kryminału. Sobczak inspiruje się prawdziwą historią, która nie daje mi spokoju, od kiedy o niej usłyszałam prawie 30 lat temu”. Ta historia z Trójmiasta również z wami zostanie na bardzo długo. To, proszę państwa, były polecanki. Ta ostatnia polecanka, przypomnę, to książka „Błękit” z serii Kolory zła.
To tom piąty tej serii, a autorka Małgorzata Oliwia Sobczak. Wydawnictwo WAB. Na rynku wydawniczym od 12 marca 2025 roku. Proszę państwa, „Bibliotekarium” to jest ten moment, w którym pojawiają się korepetycje filozoficzne. Dzisiaj oczywiście też się pojawią, ale po raz kolejny skorzystam z takiego swoistego wytrychu polegającego na tym, że w naszym ulubionym dwumiesięczniku „Filozofuj” pojawiają się recenzje książek, a w końcu „Bibliotekarium 2.0” to audycja o książkach. A zatem sięgnijmy po te recenzje. Pierwsza z tych recenzji ukazała się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2024 roku i ten tekst dostępny jest dla nas wszystkich na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ten tekst to jest tekst Pawła Sikory zatytułowany „Pochwała przyjaźni”. A ten tekst to jest recenzja z książki Michała Herrera „Pochwała przyjaźni”. Zerknijmy, jak wygląda recenzja.
Naturalnym sposobem istnienia człowieka jest bycie we wspólnocie. Życie razem to fundament społeczeństwa pozwalający na rozwój i pogłębianie dobrobytu. Wraz z nastaniem nowoczesności i pojawieniem się jej rewolucyjnego postępu technologicznego, tradycyjna, oparta na pokrewieństwie i wierzeniach religijnych wspólnota zaczęła przeżywać kryzys. Aby przetrwać, człowiek zaczął dbać przede wszystkim o własny, szeroko rozumiany interes i jak nazywał to zjawisko Michael Foucault, przybrał status przedsiębiorcy samego siebie. Pojęcie rodziny jako triady ojciec, matka, dzieci oraz pojęcie państwa narodowego to wynalazki nowoczesności, które są lekarstwem na wywołaną przez ową nowoczesność alienację. Współcześnie rozumiana rodzina, której podstawą jest związek jednostek, pełni funkcję usprawiedliwienia udziału ludzi w konkurencyjnej grze wolnego rynku, gdzie fundamentalną zasadą jest rywalizacja z innymi o skończone dobra i pozycje. Ostatecznie bowiem walka z wrogiem i obcym światem zewnętrznym stała się tym, co izoluje ludzi, zamykając ich w wąskiej wspólnocie. Odpowiedzią na te wyzwania ma być proponowane przez Michała Herrera, autora książki „Pochwała przyjaźni”, odnowienie kultury Przyjaźni właśnie. Jego wyróżniony nagrodą imienia Barbary Skargi esej to inspirujący i pełen historiozoficznych odniesień od Arystotelesa po współczesność namysł nad historią i obecnym stanem relacji przyjacielskiej oraz możliwym kierunkiem jej ekspansji. Przyjaźń rozumiana szeroko jako siła przenikająca najróżniejsze relacje międzyludzkie jest zdaniem autora niezwykle interesującym filozoficznie zjawiskiem.
Zjawiskiem, które nie dając się sprowadzić do innych typów relacji, takich jak na przykład miłość lub braterstwo polityczne, jednocześnie może w niesamowity sposób wpłynąć na owe relacje, nadając im nową jakość i sprawiając, że są dużo bardziej satysfakcjonujące i owocne. Przyjaźń jako przestrzeń do tworzenia wspólnoty, nieprowadząca jednak do homogeniczności, może nieść odpowiedź na niezwykle doniosłe pytanie: jak żyć razem? Ja przypomnę, to był artykuł Pawła Sikory. Artykuł, który jest jednocześnie recenzją z książki „Pochwała przyjaźni", książki autorstwa Michała Hellera. Sięgnijmy po jeszcze jedną recenzję. Tym razem jest to recenzja Piotra Biłgorajskiego „Ciekawość, czyli pierwszy stopień do wiedzy". A to jest recenzja z książki Bartosza Brożeka, księdza Michała Hellera oraz Jerzego Stelmacha, książki zatytułowanej „Ciekawość". Ta pozycja, ta książka została wydana przez Copernicus Center Press. Tekst Piotra Biłgorajskiego ukazał się tradycyjnie już w dwumiesięczniku „Filozofuj" w 2024 roku w numerze pierwszym i jest dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Po sporze o rozumienie i szkicach z filozofii głupoty wydawnictwo Copernicus Center Press wydało kolejną książkę napisaną wspólnie przez Bartosza Brożka, księdza Michała Hellera i Jerzego Stelmacha.
Tym razem tematem jest ciekawość. Z jednej strony mówi się o niej, że stanowi pierwszy stopień do piekła. Z drugiej strony filozofowie od czasów starożytnych wychwalają ciekawość jako główny motor poznania. Napięcie między tymi dwoma rozumieniami ciekawości stanowi główną oś książki. Publikacja podzielona jest na trzy części. Pierwsza, napisana przez Jerzego Stelmacha, zawiera wprowadzenie w problematykę filozofii ciekawości. Zaproponowane są cztery rozumienia ciekawości. Ciekawość fundamentalna, źródło wszelkiego poznania. Ciekawość konieczna, niezbędna do codziennego funkcjonowania. Ciekawość zbyteczna, zbieractwo niepotrzebnych informacji oraz ciekawość przeklęta, tak zwana chorobliwa podejrzliwość.
Ciekawość fundamentalna i konieczna wyrażają pozytywne skojarzenia związane z ciekawością. Dwie ostatnie negatywne. Zdaniem Stelmacha ciekawość jako zjawisko społeczne ma znaczenie cywilizacyjne. Stąd według autora powinniśmy dbać o jej rozwój w pozytywnym sensie, aby nie stoczyć się w ciekawość negatywną, czyli bezsensowne zbieractwo, podglądactwo czy nadmierną podejrzliwość, która daje paliwo myśleniu w kategoriach spiskowych. W drugiej części publikacji ksiądz Michał Heller pokazuje, w jaki sposób ciekawość wpleciona jest w metodę naukową. Na przykładach wielkich odkryć w kosmologii ilustruje tezę, że podstawowymi narzędziami fizyki są matematyka i eksperyment. Zdaniem księdza Hellera matematyka otwiera pole dla ciekawości, natomiast eksperyment służy do ograniczania spekulacji do ram wyznaczanych przez rzeczywistość. W trzeciej części książki Bartosz Brożek przygląda się pytaniu dlaczego? Omawia dwa podejścia do wyjaśniania w nauce: nomologiczno-dedukcyjne i mechaniczne. W tym pierwszym wyjaśnienie jakiegoś zjawiska polega na wskazaniu, że jest ono efektem jakiegoś ogólnego prawa.
W drugim przypadku wyjaśnić coś to tyle, co opisać mechanizm, który do tego czegoś doprowadził. Autor przestrzega przed zbyt pośpiesznym i nieracjonalnym zaspokajaniem ciekawości, co może się przejawiać w dogmatyzmie. Esej kończy się psychologiczną analizą nudy. Książka jest jedną z niewielu publikacji poświęconych wyłącznie zagadnieniu ciekawości. Szerokie spojrzenie autorów od analiz filozoficznych i społecznych przez przykłady z fizyki oraz omówienie badań Psychologiczny. Chociaż nie wyczerpuje tematu, to zapewnia doskonały punkt wyjścia do dalszych badań nad naturą tego zjawiska. Przypomnę, to była recenzja Piotra Biłgorajskiego zatytułowana „Ciekawość, czyli pierwszy stopień do wiedzy”. Recenzja z książki Bartosza Brożka, Michała Hellera i Jerzego Stelmacha. Książki zatytułowanej „Ciekawość”. Cóż, proszę państwa, to teraz czas na kolejną część Bibliotekarium 2.0.
A dzisiaj tę kolejną część zatytułowałem „Everett i jego wszechświaty”. To jest, proszę państwa, materiał z kanału Wehikuł Wyobraźni. Ja tradycyjnie zapraszam państwa na ten kanał i nie ukrywam, że to jest mój kanał, na którym staram się opowiadać o rzeczach ciekawych, o rzeczach intrygujących, rzeczach, które mogą po prostu człowieka wprawić w taki intelektualny dygot. A przynajmniej mam nadzieję, że są w stanie człowieka w taki dygot wprawić. Dzisiaj przybliżyć będę chciał państwu postać Everetta. Everetta III. Któż to był taki ciekawy Everett? Zapraszam na audycję, ale powiem, że postać dziwna. Z jednej strony nie chciałbym, żeby ten facet był moim kumplem, a z drugiej strony, jak sobie pomyślę, jaką koncepcję wykombinował, to może za chwilę odszczekam tę pierwotną deklarację. Może bym jednak chciał.
Sami państwo musicie sobie odpowiedzieć, jak to będzie w państwa przypadku, ale z całą pewnością Everett, Hugh Everett III to był człowiek, który łamał stereotypy, łamał schematy i sprawił, że dzisiaj spoglądamy na to, co nas otacza, na wszechświat, na naszą rzeczywistość, patrzymy troszeczkę inaczej. Ja nie wiem, czy Hugh Everett miał rację. Tego tak naprawdę nikt z nas nie wie. Ale warto, naprawdę warto posłuchać, co Hugh Everett III miał do powiedzenia na temat wszechświata, a może wszechświatów. Zapraszam państwa i zanim pojawi się audycja, tradycyjnie zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam takich dziwnych, ale w dobrym znaczeniu tego słowa dziwnych audycji jest całkiem sporo. A teraz już w moim wykonaniu omówienie koncepcji wieloświata, koncepcji Hugh Everetta III. Zapraszam. W języku angielskim przedrostek uni oznacza jedyny, a multi wiele. Stąd też universe oznacza jedyny świat, a multiverse wieloświat.
Polska nazwa wszechświaty równoległe zawiera w sobie błąd semantyczny i dlatego została zastąpiona określeniem wieloświat. W artykule Tadeusza Pabajana „Teoria wielu światów. Nauka czy filozofia?” czytamy: „Współczesna nauka uczy pokory. Nie tylko dlatego, że pozwala się przekonać, z jak wielką starannością wszechświat strzeże swoich tajemnic, a każda uzyskana odpowiedź na postawione pytanie generuje dziesiątki nowych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Nauka uczy pokory, ponieważ dostarcza argumentów za tym, że świat, w którym żyjemy, nie jest skrojony na naszą miarę. Odkrywane przez naukę obszary fizycznej rzeczywistości, które różnią się od świata znanego z codziennego doświadczenia o wiele rzędów wielkości, a o istnieniu których ludzkość nie miała pojęcia przez większą część swojej historii, muszą budzić respekt. Prawdziwym powodem frustracji nie jest jednakże samo istnienie tego typu obszarów, ale to, że prawie wcale nie znajduje w nich zastosowania kategoria zdrowego rozsądku, która umożliwia zrozumienie reguł, w oparciu o które funkcjonuje świat makroskopowy. Teorie naukowe, które opisują fizyczną rzeczywistość na poziomie niedostępnym dla zmysłów człowieka, najczęściej nie posiadają naturalnej, zdroworozsądkowej interpretacji. Nie posiadają, ponieważ język matematyki, który pozwala precyzyjnie opisywać odpowiednie fragmenty wewnętrznej struktury tej rzeczywistości, nie znajduje prostego przełożenia na zdroworozsądkowe kategorie języka potocznego. Nic dziwnego, że interpretacje tego typu teorii nie są ani jednoznaczne, ani oczywiste, a obraz świata, jaki z nich się wyłania, bardzo często jest dziwny i zagadkowy.
Zgodność z matematyczną strukturą teorii przemawia za tym, by takich interpretacji nie przekreślać jedynie z tego powodu, że są sprzeczne z intuicyjnym wyobrażeniem na temat tego, jak świat powinien wyglądać. To właśnie dlatego wielu fizyków poważnie rozważa dzisiaj hipotezy i teorie, które jeszcze niedawno wydawały się zupełnie absurdalne.
[24:15] - Ponieważ całkowicie zaprzeczały intuicji. Intuicji wykształconej na zdroworozsądkowym podejściu do świata. Przykładem tego typu koncepcji jest teoria wielu światów. Koniec cytatu. Szanowni Państwo, witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj porozmawiamy o wieloświecie albo właściwie wielowwszechświecie Everetta. Teoria, którą sformułował ten uczony, jest bardzo ważna. Pozwala bowiem przełamać pewne wątpliwości, które w bardzo wielu ludziach budzi teoria kwantowa. Nie twierdzę, że Everett dał odpowiedź na wszystkie możliwe nasuwające się pytania dotyczące tego, jak zachowują się cząstki w superpozycji i jakie są konsekwencje tego rodzaju stanów. O tym za chwilę.
Chciałbym jednak na początku zaprosić Państwa do wielkiej przygody. Wieloświat Everetta czy światy Everetta to jest pewien krok na drodze zrozumienia tego, jak skomplikowaną materią jest wszechświat. Chociaż właściwie powinienem powiedzieć coś innego, iż wszechświat jest, zdaje się, znacznie bardziej skomplikowaną machiną, niż nam się do tej pory wydawało. Dzisiejsza audycja dotyczyć będzie spraw dosyć skomplikowanych, a mianowicie fizyki kwantowej. Tak jak usłyszycie to Państwo w jednym z cytatów, fizycy są bardzo sceptyczni, jeśli chodzi o możliwość zrozumienia fizyki kwantowej. Może nie jest aż tak źle, ale pozwolę sobie dzisiaj niektóre tezy powtarzać kilka razy. Może dzięki temu łatwiej będzie ogarnąć dosyć skomplikowaną materię, w jakiej poruszał się Everett. A my poznając jego teorię wieloświata, będziemy musieli poruszać się razem z nim. Co wcale nie oznacza, że ja przypisuję sobie rozumienie teorii kwantowej. O nie, nie, nie.
Ja tylko mam nadzieję, że rozumiem ją na tyle, aby móc się podzielić z Państwem owocami pewnych przemyśleń. Jednym z naukowców, który już w latach 50. zakładał, iż multiwersum jest realną alternatywą o charakterze naukowym, był Hugh Everett III. Urodził się 11 listopada 1930 roku, zmarł 19 lipca 1982. Był amerykańskim fizykiem, który opracował kwantową teorię wielu światów, ale fizykę porzucił właściwie tuż po obronie pracy doktorskiej, bowiem jego teorie zostały przyjęte niezbyt przychylnie przez środowisko naukowe. Wręcz musiał się zmierzyć z krytyką ocierającą się o, powiedzielibyśmy dzisiaj, ostry hejt. Tak. Kiedy powiedziałem o tym, że zostały przyjęte niezbyt przychylnie, to było pewne niedopowiedzenie, bo w rzeczywistości został dojechany po prostu za tę swoją koncepcję. Pracował potem między innymi dla wojska jako analityk do spraw systemów obrony przetwarzania danych, a w tak zwanym międzyczasie jedną ze swoich teorii wykorzystał do analizy zmian cen na giełdzie. No a poza tym Hugh Everett III był typowym antybohaterem.
Pił nałogowo, palił nałogowo, jadł byle co. Był skrajnym egocentrykiem. Dla swoich dzieci był ojcem emocjonalnie niedostępnym, po prostu jednym z mebli przy stole. A jakby tego wszystkiego było mało, wyznawał daleko posunięty, naprawdę daleko posunięty solipsyzm. Przypomnę solipsyzm od łacińskiego solus — jedyny, ipse — sam. Solipsyzm to taki pogląd, który głosi, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający. Cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń. Wszystkie obiekty, ludzie et cetera, których doświadcza jednostka, są tylko częściami umysłu tejże jednostki, podmiotu poznającego. Mamy więc w wykonaniu tej jednostki subiektywno-idealistyczny ogląd świata i to w pełnej krasie. Za twórcę owego poglądu, znaczy się solipsyzmu, uznaje się Gorgiasza, sofistę żyjącego na przełomie V i IV wieku przed naszą erą, który w dziele O naturze albo O niebycie napisał: „Nic nie istnieje.
Nawet gdyby coś istniało, nikt nie mógłby o tym wiedzieć. Nawet gdyby ktoś o tym wiedział, nie mógłby tego nikomu zakomunikować.” Nad solipsyzmem kiedyś jeszcze się pochylimy, bo to temat rozległy. Na razie wróćmy do Hugh Everetta III. Jak już państwo usłyszeli wcześniej, był to człowiek interesujący. Użyjmy takiego właśnie eufemizmu. Ale był także człowiekiem ze złymi doświadczeniami, jeśli chodzi o tak zwane środowisko naukowe. Już o tym wspominałem. Wspominałem, że jego oryginalny pomysł, w jaki sposób zajmować się mechaniką kwantową, aby nie dostrzegać w niej wyłącznie gąszcza paradoksów, został potraktowany niechętnie przez utytułowanych fizyków. O co chodziło? Otóż XX-wieczni fizycy wiedzieli, że cząstki lub ich zbiory mogą istnieć w tak zwanej superpozycji stanów.
Dotyczy to na przykład położenia czy prędkości. Chodzi o to, że te cząstki lub ich zbiory mogą być niejako na przykład jednocześnie tu i tam lub jednocześnie być szybkie i powolne. Wrócimy jeszcze do problemu superpozycji za momencik. Fizycy nie mieli jednak pojęcia, jaki obraz świata wyłania się z tego stanu nieokreśloności. Owe stany dotyczyły bowiem świata subatomowego. W życiu codziennym, naszym, makroskopowym podobne zjawiska nie mają po prostu miejsca. Moneta spada albo na orła, albo na reszkę. Nie może spaść na obie strony jednocześnie. Większość badaczy wybierała drogę pozytywizmu logicznego, a zatem rejestrowała dane pojawiające się w wyniku doświadczeń, ale nie wdawała się w filozofowanie. Tworzenie całościowego obrazu świata to tak zwana interpretacja kopenhaska.
Aby sprawę nieco rozjaśnić, zacytuję państwu fragment artykułu Piotra Lipskiego „Równoległa rzeczywistość”, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2022 roku. „Erwin Schrödinger, jeden z twórców mechaniki kwantowej, opisał w 1935 roku eksperyment myślowy, za pomocą którego chciał unaocznić dziwne własności układów kwantowych. Wyobraź sobie, czytelniku, kota, który znajduje się w odizolowanym pomieszczeniu. Wraz z kotem w pomieszczeniu umieszczono fiolkę trucizny, atom radioaktywnej substancji o znanym okresie połowicznego rozpadu oraz zmyślny mechanizm łączący jedno z drugim”. Przerwę na chwilę lekturę artykułu i coś dopowiem. Przypomnę, że czas połowicznego rozpadu, zaniku to czas, w którym liczba nietrwałych obiektów lub stanów zmniejsza się o połowę. Co ważne, nie możemy być pewni, czy ten atom z przykładu podanego w artykule pana Piotra Lipskiego będzie tym, który się rozpadnie, czy też tym, który rozpadowi nie ulegnie. Myślę, że warto o tym pamiętać. Więc wróćmy teraz do artykułu. „Jeśli atom ulegnie rozpadowi, mechanizm stłucze fiolkę i uwolni truciznę, która zabije kota.
Jeśli nie rozpadnie się, fiolka pozostanie cała, a kot żywy. Gdy po wspomnianym okresie rozpadu zajrzymy do pomieszczenia, to zauważymy albo martwego kota, albo żywego, co będzie oznaczało odpowiednio albo rozpad atomu, albo brak rozpadu. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nawet gdybyśmy nie zajrzeli do środka, to kot i tak byłby albo martwy, albo żywy. Atom albo uległby rozpadowi, albo nie. Matematyczny opis mechaniki kwantowej sugeruje jednak, że dopóki nie dokonamy obserwacji, sytuacja jest dziwnie odmienna. Atom znajduje się wówczas w tak zwanej superpozycji wspomnianych stanów. Jednocześnie rozpada się i nie rozpada się. Dopiero obserwacja redukuje superpozycję możliwych stanów do jednego z nich. Ponieważ stan kota jest bezpośrednio zależny od stanu atomu, zatem również kot przed otworzeniem pomieszczenia nie powinien być ani żywy, ani martwy po prostu, ale raczej żywy i martwy jednocześnie. Dopiero obserwacja redukuje ten dziwny stan do jednej z opcji.
Niestety niemożliwe jest bezpośrednie obserwowanie układów w stanie superpozycji. Obserwowane układy są zawsze zredukowane i to właśnie jest źródłem różnych interpretacji mechaniki kwantowej. Więcej na ten temat znajdziecie państwo w artykule T. Bigaya we wspomnianym numerze dwumiesięcznika „Filozofuj”. Według interpretacji zaproponowanej przez Hugh Everetta w momencie obserwacji świat rozszczepia się na tyle różnych światów, ile jest możliwych wyników obserwacji. W każdym świecie realizuje się inny wariant. W przypadku kota świat dzieli się na dwa. W jednym kot żyje, w drugim nie. Oba są równie realne, choć całkowicie od siebie odseparowane. Tu koniec cytatu.
Interpretacja kopenhaska funkcji falowej jest interpretacją probabilistyczną, znaczy związaną z prawdopodobieństwem. Ja państwu ją odczytam. Ale się proszę mocno trzymać i jeśli czegoś państwo nie zrozumiecie, to proszę zupełnie nie mieć do siebie pretensji. Zanim państwu tę interpretację odczytam, to powiem, że Everett określał tę interpretację mechaniki kwantowej mianem monstrum. Więc już wiecie państwo, czego możecie się spodziewać. Otóż według interpretacji kopenhaskiej gęstość prawdopodobieństwa znalezienia cząstki w danym punkcie jest równa kwadratowi modułu funkcji falowej, funkcji falowej pomnożonej przez jej sprzężenie w tym punkcie. Warto podkreślić, że abstrakcyjność tej interpretacji jest tak duża, że nawet Wikipedia podkreśla, cytuję: „Interpretacja kopenhaska nie jest jedyną możliwą interpretacją. Alternatywy to między innymi teorie zmiennych ukrytych, na przykład teoria Brogla-Bohma oraz hipoteza wieloświata Hugh Everetta czy dekoherencja kwantowa. Dyskusja na ten temat ujawnia ciekawe problemy na styku fizyki i filozofii nauki.„ Koniec cytatu z Wikipedii. A co mówił o sprawie Everett?
Zamiast superpozycji proponował bifurkację. Rozdwojenie stanów równowagi. O tym mówił cytowany artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”. A zatem Everett mówił o bifurkacji funkcji falowej, co w potocznym języku można tłumaczyć jako rozgałęzienie się świata na równoległe ścieżki. Ścieżki, w których realizowane są wszystkie możliwe jego ewolucje. A zatem pojawiają się nazwy takie jak multiwers, multiwszechświat, kwantowy wieloświat. Zacytujmy fragment artykułu Deana W. Zimmermana. „Naukowa kosmologia. Problem zła.” Artykuł w przekładzie Michała Buraczewskiego.
Tekst ten pojawił się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2018 roku. Kwantowa hipoteza wielu światów powstała ze względu na problemy mechaniki kwantowej. Równanie Schrödingera, podstawowe prawo teorii kwantów, to opis ewoluujących stanów cząstek. Jednak pewne stany, które ono przewiduje, są kombinacjami, superpozycjami stanów niekompatybilnych, nieprzystawalnych, niezgodnych, jak na przykład orzeł i reszka wypadające jednocześnie w rzucie monetą. Można się zastanawiać, jak wyjaśnić fakt, że nigdy nie obserwujemy stanów niekompatybilnych, a tylko orła bądź reszkę. Teoretycy często odpowiadają, że równanie Schrödingera nie opisuje wszystkiego i dodają proces nazywany kolapsem funkcji falowej, który daje określony wynik orzeł albo reszka. Od siebie dodam, że ów kolaps ma miejsce w makroświecie, świecie wielkich obiektów, takich jak człowiek, dom, samochód czy moneta. Superpozycje charakterystyczne są natomiast dla mikroświata. Cytuję dalej artykuł Deana W. Zimmermana.
W latach 50. ubiegłego wieku Everett zaproponował śmiałą alternatywę. Zamiast kolapsów jego teoria zawiera tezę, że wszystkie części tych połączonych superponowanych stanów są częściami równie realnych, choć względnie izolowanych światów, co stosuje się nie tylko do rzutów monetą, ale do wszystkich stanów fizycznych. Są więc takie całkowite kopie wszechświata, w których w rzucie monetą wypadnie orzeł. Są też takie, w których wypadnie reszka. Są wszechświaty, w których ktoś zdąży na pociąg i przyjedzie punktualnie do pracy. I są takie, w których mu się to nie uda. I tak dalej. Te drobne różnice stwarzają liczne, częściowo identyczne wszechświaty, które rozgałęziają się z pewnego stanu początkowego, tworząc wielkie drzewo świata. Koniec cytatu.
Zanim przejdziemy dalej, wspomnę tylko, że cały tekst Deana W. Zimmermana pojawi się niedługo na kanale Wehikuł Wyobraźni w wersji audio. Dla miłośników fantastyki naukowej Everett pozostaje bohaterem, który wymyślił kwantową teorię wielu wszechświatów. Jak już mówiłem, losy Everetta w naszej odnodze wszechświata nie były wesołe. On sam był człowiekiem, który został niedoceniony. A jeżeli teoria wielu światów opracowana przez niego w połowie lat 50. jest poprawna, to w jego życiu było tak wiele różnych zwrotów, iż z pewnością przynajmniej w jednym z wszechświatów został doceniony. Wieloświat Everetta stał się przełomem w interpretacji zasad działania mechaniki kwantowej, ale koncepcja ta nawet obecnie nie jest powszechnie akceptowana. A teraz odrobina historii. Wszystko zaczęło się od szalonego pomysłu.
Jak pisze w swoim artykule Peter Byrne. Pewnej nocy w 1954 roku, po jednej lub dwóch szklaneczkach sherry, Everett i jego kompan z roku Charles Misner oraz zagraniczny gość Aage Petersen, asystent Nielsa Bohra. Wymyślali różne szalone konsekwencje mechaniki kwantowej. I właśnie podczas tego spotkania Everettowi przyszedł do głowy pomysł teorii wielu światów, który w ciągu kilku następnych tygodni rozwinął w swojej rozprawie doktorskiej. Ale gdy ją przedstawił promotorowi, ten nakazał mu wycięcie większości z jej objętości. Także to, co przedstawił na obronie, było zaledwie cieniem pierwotnej rozprawy. Everett zmierzył się ze znanym problemem pomiaru w mechanice kwantowej, który trapił fizyków od początku lat 20. Mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o sprzeczność, która pojawia się, gdy cząstki elementarne, takie jak elektrony i fotony, oddziałują na mikroskopowym kwantowym poziomie rzeczywistości. I co się dzieje, gdy są mierzone, obserwowane z klasycznego poziomu makroskopowego? W kwantowym świecie cząstka elementarna lub zbiór takich cząstek może istnieć w superpozycji dwóch lub więcej stanów.
Na przykład elektron może być w superpozycji różnych położeń, prędkości i orientacji swojego spinu. I zawsze mierząc jedną z tych wielkości otrzymamy konkretny wynik. Dokładnie jeden z elementów tej superpozycji, ale nie ich kombinację. Nigdy też nie zobaczymy superpozycji makroskopowych obiektów. Problem pomiaru sprowadza się do pytania jak i dlaczego jednoznaczny świat naszych wrażeń wyłania się z wielu możliwości dostępnych jako elementy świata kwantowego. Aby poradzić sobie z problemem pomiaru, wielu twórców mechaniki kwantowej, szczególnie Bohr, Werner Heisenberg i John von Neumann, zgodziło się na jedną z interpretacji mechaniki kwantowej, znaną jako przytaczana już interpretacja kopenhaska. Ten model rzeczywistości postuluje, że mechanika świata kwantowego redukuje się do klasycznie obserwowanych zjawisk. To podejście wyróżnia zewnętrznego obserwatora, umiejscawiając go w klasycznym świecie, który jest odmienny od kwantowego świata obserwowanego obiektu. Chociaż zwolennicy interpretacji kopenhaskiej nie byli w stanie wyjaśnić natury granicy między światem kwantowym i klasycznym, to jednak wykorzystywali mechanikę kwantową i to z dużym powodzeniem. Kilka pokoleń fizyków uczono, że równania mechaniki kwantowej działają tylko w jednej części rzeczywistości.
W mikroświecie. Natomiast nie obowiązują w innej, w makroświecie. I to większości fizyków w zupełności wystarczyło. I mam wrażenie, że dalej im wystarcza. Everett połączył świat mikroskopowy z makroskopowym. Obserwatora uczynił integralną częścią układu podlegającego obserwacji oraz wprowadził uniwersalną funkcję falową, która łączy obserwatorów i obiekty jako części jednego układu kwantowego. Opisywał makroskopowy świat za pomocą mechaniki kwantowej i uważał, że również duże obiekty istnieją w kwantowej superpozycji. W przeciwieństwie do Bohra i Heisenberga nie był zmuszony do wprowadzania nieciągłej redukcji funkcji falowej. W jakim celu dręczę państwa opowieściami o fizyce? Chodziło o stworzenie pewnej podbudowy do tego, o czym opowiem za chwilę.
Ale ponieważ są zdolniejsi ode mnie, to posłużę się cytatem ze strony Kosmiczne Podróże Orland Krzyżanowski. W tekście „Gdy Wszechświat to za mało. Koncepcja wielu światów Everetta“ czytamy: „Zdarzyło się zapewne niejednej osobie wydarzenie, które miało bezpośredni wpływ na nasze życie, a jednocześnie szanse takiego splotu okoliczności, logicznie myśląc, wydawały się absurdalnie małe. Po wyjątkowo nieudanym dniu wracam do domu. Okazuje się, że na domiar złego zgubiłem klucze od mieszkania. Ślusarz może przyjechać dopiero za kilka godzin. Z braku pomysłu idę poczekać do pobliskiej kawiarni. Nigdy tam nie byłem, bo nawet nie lubię kawy. Po kilku latach zastanawiałem się razem z żoną przy kieliszku wina, jakie były szanse na to, że tam się poznamy, a jak mało brakowało i nigdy byśmy się nie spotkali. Myślę, że wszyscy mamy parę podobnych epizodów w życiu i gdzieś tam kiełkuje podstawowe pytanie: dlaczego akurat mnie?
Kwantowa odpowiedź. Jeśli odpowiedź na ostatnie pytanie w stylu mam szczęście lub mam pecha to za mało. Zaczynamy szukać innego rozwiązania. W końcu jest duża szansa, że trafimy na kwantową teorię wielu światów skonstruowaną przez fizyka Hugh Everetta. Dojście do tej postaci zajęło trochę czasu, gdyż jego teorie były ostro krytykowane przez środowiska naukowe, w tym przez niekwestionowanego ojca mechaniki kwantowej Nielsa Bohra. Pamiętajmy jednak, że ten ostatni był krytykowany przez Alberta Einsteina, który przez długi czas kwestionował fizykę kwantową w całości. Stąd cytat Bóg nie gra w kości. Tak ustosunkowywał się do koncepcji stanów splątanych, dzisiaj istniejących w pełni legalnie. Wielki uczony uznał również, że teoria kwantowa jest po prostu brzydka.“ Przerwę na chwilę cytat. Swoją drogą zbieżność sądów.
Einstein mówiący o brzydocie i Everett mówiący o interpretacji kopenhaskiej jako o monstrum. Da się zauważyć pewną zbieżność. Wróćmy jednak do cytatu ze strony Kosmiczne Podróże. Orland Krzyżanowski. Wszechświat to za mało. Koncepcja wieloświatów. Co nam daje teoria wieloświatów? Najprostszą, a przy tym najbardziej celną odpowiedzią byłoby prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś wydarzenia rośnie wraz z ilością podjętych prób. W skali makro obrazuje to szanse na powstanie wszechświata, gdyby miało się to odbyć tylko raz. Kosmos jest cudowny, ale jest taki dlatego, że niesamowita ilość niezależnych czynników zaistniała, reagowała ze sobą i dała efekty, jakie widzimy oraz jeszcze więcej efektów, których nie widzimy.
Od galaktyk, gwiazd, planet po człowieka, naszą świadomość i świat mikroskopowy. Szansa zatem, że tak skomplikowany świat odpaliłby od jednego wybuchu, była tak astronomicznie mała, że Everett doszedł do wniosku, że prób musiało być odpowiednio dużo i to jednocześnie występujących. Miliony milionów wielkich wybuchów. I gdzieś tam wszystko wyszło jak należy. Konkretnie tutaj oczywiście. Przechodząc do sedna. Wieloświatowa interpretacja mechaniki kwantowej zakłada, że wszystko może się zdarzyć i zdarza się jednocześnie w kolejnych rzeczywistościach, które rozgałęziają się na podobieństwo drzewa przy każdej podjętej decyzji lub wypadku losowym. Everett zakłada, że każdy stan superpozycji, czyli stan, w którym coś istnieje i nie istnieje jednocześnie. Porzućmy logikę, drodzy czytelnicy, to teoria kwantowa, więc ten stan superpozycji jest jednakowo prawdopodobny i zdarza się równolegle. Nieustannie powstają w przestrzeni nowe wszechświaty.
Za każdym razem, gdy pojawia się we wszechświecie wybór na poziomie podstawowym, jak i wysoko zorganizowanym. Gdy dana cząstka może poruszyć się kilkoma drogami, powstaje tyle nowych wszechświatów, ile jest możliwych dróg, a w każdym z nich cząsteczka porusza się po innej drodze. W takim wypadku, gdy postanowiłem udać się do kawiarni, zaistniał wszechświat, w którym pomyślałem, że poczekam przed domem i poczytam oraz zaistniał wszechświat, w którym przypomniałem sobie, że dziś mam klucze w plecaku, a nie w kieszeni jak zazwyczaj. Wszedłem do mieszkania, włączyłem telewizor, zastanawiając się, w jaki sposób poznać fajną dziewczynę. Koniec cytatu. Po raz kolejny zacytuję Tadeusza Pabajana i jego tekst. Teoria wielu światów. Nauka czy filozofia? Ceną, jaką należy zapłacić za uporanie się z problemem pomiaru w ramach koncepcji Everetta jest absurdalnie wielka liczba wszechświatów, które pojawiają się za każdym razem, gdy dowolny obserwator dokonuje jakiegokolwiek pomiaru. Tylko w wyjątkowych sytuacjach i przy wyidealizowanych eksperymentach, na przykład z kotem Schrödingera, wszechświat rozszczepia się na kilka kopii.
W większości przypadków pomiar generuje nieskończoną liczbę nowych światów. Funkcja falowa wszechświata najczęściej znajduje się w superpozycji N stanów kwantowych, gdzie N jest liczbą nieskończoną. Everett nie określił precyzyjnie, co należy uważać za pomiar. W przypadku Wszechświata największego z możliwych układów kwantowych, samo odróżnienie obserwatora, który wykonuje pomiar i układu obserwowanego, na którym pomiar jest wykonywany, traci sens. Jednakże w teorii tej za każdorazowe rozszczepienie wszechświata odpowiadają nie pomiary wykonywane na wszechświecie jako całości, ale jakiekolwiek pomiary wykonywane w obrębie wewnątrz tego mega układu. Jakiego rodzaju muszą to być pomiary? Ścisłe reguły sformułowane w ramach standardowej interpretacji mechaniki kwantowej zostają w tym przypadku uchylone i dlatego pomiar rozumiany jest tu bardzo szeroko, na przykład jako określone oddziaływania pomiędzy fizycznymi układami. Oznacza to, że do rozszczepienia wszechświatów nie jest potrzebny obdarzony świadomością obserwator. Wystarczy normalna, niekontrolowana przez nikogo ewolucja dowolnego atomu w jakimkolwiek miejscu wszechświata. Wniosku takiego nie sformułował wprost Everett, ale jeden ze zwolenników jego teorii Bryce DeWitt.
Właśnie w taki sposób interpretuje mechanizm odpowiedzialny za rozszczepienie światów. Cytat. „Każde przejście kwantowe zachodzące w dowolnej gwieździe, w dowolnej galaktyce, w dowolnym zakątku wszechświata powoduje rozszczepienie naszego lokalnego ziemskiego świata na niezliczone kopie.” Koniec cytatu. Nic dziwnego, że przeciętnemu fizykowi robi się słabo na samą myśl o tej teorii. Chociaż Everett nie zajmuje się w swojej teorii ontologią wszechświatów równoległych, to jednak wszystko Wskazuje na to, że zakłada on, iż każda z nieskończenie wielu kopii wszechświata zawierająca jedną z nieskończenie wielu niemal identycznych kopii każdego z mieszkańców planety Ziemi istnieje w sposób jak najbardziej realny. Z punktu widzenia teorii dowodzi Everett. Wszystkie elementy superpozycji, wszystkie gałęzie są rzeczywiste. Pomiędzy równoległymi światami nie jest możliwa żadna komunikacja. Dlatego mieszkańcy tych światów nie mogą przekonać się o swym istnieniu. Co ma tę dobrą stronę, że żyją oni w błogim przekonaniu o swojej niepowtarzalności i nie doświadczają frustrującej schizofrenii.
Warto zauważyć, że właśnie w tym miejscu, w którym pojawia się problem realności stanów kwantowych, rozchodzą się interpretacyjne drogi teorii wielu światów i standardowego sformułowania mechaniki kwantowej. Interpretacja kopenhaska głosi, że przed momentem pomiaru funkcja falowa wszechświata, pozostając w stanie makroskopowej superpozycji, nie opisuje rzeczywistych światów, ale jedynie światy istniejące potencjalnie. To właśnie pomiar jest tym, co sprawia, że tylko jeden świat uzyskuje fizyczną realność, a wszystkie inne bezpowrotnie znikają, nie doświadczywszy przywileju realnego zaistnienia. Teoria Everetta jest w tym względzie bardziej liberalna. Pozwala istnieć realnie nie tylko jednemu światu, w którym obserwator rejestruje określony wynik własnego pomiaru, ale także wszystkim innym światom odpowiadającym kwantowym stanom składającym się na superpozycję funkcji falowej całego układu przed momentem pomiaru. Żeby uwolnić się od kłopotliwej konieczności podawania technicznych szczegółów mechanizmu podziału, rozszczepienia układu tak wielkiego jak cały wszechświat. Niektórzy ze zwolenników teorii Everetta, na przykład David Deutsch zakładają, że całkowita liczba wszechświatów jest stała i dlatego podczas pomiaru nie dochodzi do mechanicznego podziału wszechświata, a jedynie pomiędzy odpowiednimi wszechświatami pojawiają się okresowe różnice. Znane ze standardowej interpretacji prawdopodobieństwo otrzymania danego wyniku pomiaru informuje w tym przypadku o tym, w jakiej ilości, w jakim procencie wszechświatów wynik ten zostanie zaobserwowany. Za podobną koncepcją opowiada się Stephen Hawking. Jego zdaniem kwantowy charakter początkowej osobliwości decyduje o tym, że już w pierwszej chwili po wielkim wybuchu pojawia się nieskończenie wiele potencjalnie możliwych historii wszechświata.
W momencie dokonywania pomiaru nie następuje zatem mechaniczny podział wszechświata na kilka podobnych kopii. Otrzymany wynik oznacza jedynie, że obserwator wybiera jedną z potencjalnych historii wygenerowanych w początkowej osobliwości. A teraz posłuchajmy, co o teorii Everetta mówi Dan W. Zimmerman w artykule „Naukowa kosmologia a problem zła”. Kwantowa hipoteza wielu światów powstała ze względu na problemy mechaniki kwantowej. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Everett zaproponował śmiałą alternatywę. Zamiast kolapsów jego teoria zawiera tezę, że wszystkie części tych połączonych superponowanych stanów są częściami równie realnych, choć względnie izolowanych światów, co stosuje się nie tylko do rzutów monetą, ale do wszystkich stanów fizycznych. Są więc takie całkowite kopie wszechświata, w których w rzucie monetą wypadnie orzeł. Są też takie, w których wypadnie reszka. Są wszechświaty, w których ktoś zdąży na pociąg i przyjedzie punktualnie do pracy.
Są i takie, w których mu się to nie uda i tak dalej. Te drobne różnice stwarzają liczne, częściowo identyczne wszechświaty, które rozgałęziają się z pewnego stanu początkowego, tworząc wielkie drzewo świata. Według starszej teorii kwantowej jest niewielkie prawdopodobieństwo, że w przyszłości sprawy potoczą się bardzo źle. Konsekwencją tej teorii jest również to, że patrząc z dowolnego punktu w przeszłości, historia mogła się potoczyć dużo gorzej. Kwantowa teoria wielu światów uznaje, że te możliwości się ziściły. Przewiduje więc, że są odgałęzione wszechświaty, w których sprawy potoczyły się tak źle i jak to możliwe. Wyobraźmy sobie na przykład katastrofę, w wyniku której wszyscy ludzie są głęboko nieszczęśliwi, ale zachowują zdolność do rozmnażania się. Jeśli jest minimalna choćby szansa, iż się ona wydarzy, to istnieje takie odgałęzienie na drzewie świata, w którym sprawy przybierają ten właśnie obrót z pokolenia na pokolenie. Są zatem światy, w których powstanie ludzkości okazuje się zupełną tragedią, a przynajmniej tak się wydaje. Religijny zwolennik Everetta może mieć nadzieję, że Bóg po prostu przycina drzewo i zostawia jedynie te gałęzie, gdzie dobro zwycięża zło.
Jak jednak wskazał Jason Turner, filozof z Uniwersytetu Arizony, takie przycinanie narusza równanie Schrödingera. Jeśli Bóg nie pozwala na powstanie najgorszych wszechświatów. To w takim razie to deterministyczne prawo nie opisuje tak naprawdę ewolucji wszechświata. Nie wystąpią wszystkie stany superponowane, które ono przewiduje, ale tylko te, które Bóg oceni jako wystarczająco dobre. Nawet jeśli argument z przycinania nie jest skuteczny, istnieje jeszcze inny powód, aby sądzić, że kwantowa teoria wielu światów nie stanowi poważnego zagrożenia dla wiary w Boga. Wieloświat Everetta to tylko bardzo powiększony świat podobny do naszego. Odkryć, że do niego należymy, to jak dowiedzieć się, że znajdujemy się w świecie z wieloma dodatkowymi, niezamieszkanymi planetami, z których niektóre są gorsze niż najgorsze miejsca na naszej planecie, a inne są lepsze od najlepszych. Nawet najgorsze części wieloświata Everetta są tylko szczególnie paskudnymi odmianami Ziemi. Koniec cytatu. Chciałbym teraz przytoczyć kilka myśli Seana Carrola, fizyka teoretyka pracującego w California Institute of Technology, Caltech.
Jest autorem takich książek jak „Stąd, do wieczności i z powrotem. Nowa perspektywa. Pochodzenie życia, świadomości i wszechświata” oraz „Cząstka na końcu wszechświata”. Ta ostatnia otrzymała nagrodę Royal Society. W książce Carrola „Coś głęboko ukrytego. Światy kwantowe i energia czasoprzestrzeni” możemy przeczytać właśnie o kwantowej teorii wielu światów Hugh Everetta. W przeciwieństwie do interpretacji kopenhaskiej, gdzie cząsteczka w momencie pomiaru losowo wybiera swój stan spośród różnych możliwości, w koncepcji Everetta realizują się wszystkie możliwe scenariusze, każdy z nich w osobnym kwantowym uniwersum. Słuchacze Mindcup wiedzą, że Carroll podchodzi do koncepcji Everetta z prawdziwą nabożnością. W swojej książce stara się przekonać do niej czytelników. W warstwie tłumaczenia teorii kwantowego wieloświata trudno książce coś zarzucić.
Carroll krok po kroku wyjaśnia, na czym ona polega i jakie są jej konsekwencje. Dzięki temu czytelnik może wejść znacznie głębiej w mechanikę kwantową niż przy lekturze znakomitej większości innych książek jej poświęconych. Carroll nie ma wątpliwości, że koncepcja Everetta to najprostsze wyjaśnienie. Zerknijmy na chwilę do literatury pięknej. Pierwszy raz terminu multiverse użył w latach 60. XX wieku brytyjski pisarz science fiction Michael Moorcock. W jednej ze swoich powieści powołał się właśnie na kwantową hipotezę wielu światów amerykańskiego fizyka Hugh Everetta, który sam nazwał ją nieco skomplikowaną nazwą wieloświatowej interpretacji mechaniki kwantowej. I powtórzę to po raz kolejny. Zakładała ona, że wszystko, co się może wydarzyć, na pewno będzie miało miejsce w którejś z odnóg rzeczywistości. Innymi słowy, każdy wybór, którego dokonujemy w życiu, posiada swoje przeciwieństwo, które musi się wydarzyć we wszechświecie równoległym.
Warto dodać, że oprócz krytyków Everett miał również zwolenników. Jednym z nich był wspomniany już brytyjski fizyk David Deutsch. Jako pierwszy podszedł on do hipotezy multiwersum poważnie. Stworzył własną interpretację mechaniki kwantowej, która zakłada, że przestrzeń jest wypełniona nieskończoną ilością wszechświatów, w których robimy to samo, co w naszym wszechświecie lub podejmujemy wybory alternatywne. Istnieją też wszechświaty, w których nigdy nie rozwinęło się życie lub nawet nie powstała materia. Mogą tam panować zupełnie inne prawa fizyki. W artykule „Czy istnieją wszechświaty równoległe?“ Paweł Łebkowski napisał: „Większość fizyków i kosmologów podchodzi do teorii wieloświata z dużym dystansem. Uważana była jedynie za pewien eksperyment myślowy, niepoparty żadnymi dowodami materialnymi. Naukowcy ci uważają, że choć można stworzyć matematyczny model wieloświata, nie istnieją żadne potwierdzone dowody na oddziaływania hipotetycznych wszechświatów równoległych z naszym. Naukowcy podkreślali, że żadne ze znanych nam zjawisk nie może być efektem interakcji z rzeczywistością zewnętrzną.
A może jednak coś przeoczyliśmy?“ Koniec cytatu. A na koniec zacytuję jeszcze jeden fragment artykułu „Czy istnieją wszechświaty równoległe?“ Pawła Łebkowskiego, który ukazał się w Rzeczpospolitej. W 2015 roku zespół australijskich naukowców z Uniwersytetu w Brisbane pod kierownictwem profesora Howarda Wisemana przedstawił nową, intrygującą hipotezę wielu interakcyjnych światów. Jest ona zgodna z kopenhaską interpretacją mechaniki kwantowej. Zakłada, że równoległe wszechświaty są nie tylko prawdziwe, ale występują w tak ogromnej liczbie, że gdybyśmy chcieli zapisać ich liczbę za pomocą jedynki i zer, to tych zer musiałoby być więcej niż wszystkich atomów we wszechświecie. Australijscy naukowcy uważają, że dowodem na istnienie wieloświata są fluktuacje kwantowe, których nie potrafimy wyjaśnić. Świat, w którym żyjemy, jest tylko jednym z gigantycznej liczby wielu Nieznanych nam wszechświatów, z których niektóre są prawie identyczne jak nasz, ale w większości są one od siebie zupełnie różne podkreśla profesor Wiseman. Wielki amerykański fizyk i noblista Richard Feynman twierdził, że tak naprawdę nikt nie rozumie mechaniki kwantowej. Szczególną trudność sprawia naukowcom wyjaśnienie fluktuacji kwantowych, czyli bardzo krótkich w czasie i niespodziewanych zmian ilości energii w pewnym punkcie przestrzeni. Mówiąc kolokwialnie, chodzi o wyładowania energetyczne na poziomie atomowym w takim miejscu przestrzeni, gdzie w zasadzie nic nie istnieje.
Pojawiają się nagle w czasie Plancka, tworząc wirtualną parę cząstka—antycząstka i równie szybko się anihilują. Niektórzy naukowcy uważają, że te tajemnicze zjawiska mogą być zgodnie z teorią inflacji źródłem początkowej budowy naszego wszechświata. Ta teoria inflacji tłumaczy gwałtowną ekspansję wszechświata po Wielkim Wybuchu. Jednak standardowa mechanika kwantowa nie dostarcza nam na razie żadnych wyjaśnień tego zjawiska. Profesor Wiseman uważa zatem, że wszystkie obserwowane przez nas zjawiska kwantowe wyrastają tylko i wyłącznie z interakcji pomiędzy światami równoległymi. W dalszej części artykułu czytamy, że kluczem do rozwiązania zagadki wieloświata może być także ciemna energia, tajemnicza siła, która przyspiesza ekspansję Wszechświata. Ale o tym już może innym razem. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Wymagało ono sporo cierpliwości i wytrzymałości na fizyczną nowomowę. Mam jednak nadzieję, że było warto posłuchać o koncepcji Hugh Everetta III, koncepcji wieloświata, a właściwie wielowszechświata.
Jeszcze raz pięknie dziękuję i zapraszam na kolejne odcinki Wehikułu Wyobraźni. Cóż, proszę państwa, to teraz audycja bez tajemnic. W krótkim wydaniu, takim shortowym. Na początek przyciąganie ducha myślą, czyli wywoływanie duchów. Zapraszam.
[01:09:53] - Internautka, z którą czasami koresponduję na Facebooku, odnosząc się do jednego z moich materiałów wideo, zadała mi pytanie, czy rzeczywiście tak jest, że duchy wiedzą, gdy o nich myślimy. Na to pytanie można odpowiedzieć w dwojaki sposób. Po pierwsze duchy bliskich owszem, wiedzą, gdy o nich myślimy. Duchy bliskich bywają przy nas w momencie, kiedy potrzebujemy ich wsparcia, kiedy przeżywamy jakieś trudne chwile. Trzeba pamiętać, że więzi, które panują między ludźmi, nie ulegają rozerwaniu w momencie, kiedy jedna z osób umiera. Jeżeli dwie osoby kochały się, czuły coś do siebie za życia, po śmierci jednej z tych osób te uczucia nadal pozostają aktywne i osoba, która trafia w zaświaty, nie staje się nagle obojętna na ból bliskich przebywających jeszcze w ciałach materialnych na ziemi. Więc w momencie, kiedy na przykład modlimy się i bardzo chcielibyśmy, żeby na przykład zmarli rodzice bądź dziadkowie byli przy nas, jeżeli wierzymy, że rzeczywiście mogą nam udzielić jakiejś duchowej pomocy z zaświatów, jest mało prawdopodobne, aby takie osoby nie przybyły nam z pomocą. Jeżeli jednak nie mogą przybyć z pomocą, wysyłają kogoś w zastępstwie. Ale efekt tej pomocy jest identyczny, więc nie należy się przejmować, że babcia nie mogła przyjść, to przysłała daleką kuzynkę, żeby się nami nami zajęła. To nie ma żadnego znaczenia.
Chodzi tylko o to, aby pomoc została udzielona. To jest jedna sprawa. Druga sprawa, co z osobami obcymi? Na przykład co z duchem jakiejś znanej osoby, o której rozmawiamy, o której myślimy, o której czytamy? Czy taki duch w zaświatach również będzie wiedział, że o takiej osobie myślimy? I tutaj przychodzi mi takie porównanie do sytuacji, w której idziemy sobie zatłoczoną ulicą i nagle ktoś z tłumu krzyczy nasze imię. Odwracamy się, żeby zobaczyć, kto tam nas woła i jeżeli widzimy, że to rzeczywiście było skierowane do nas i być może to jest jakiś znajomy, ale w zasadzie nie wiadomo, czego ta osoba od nas chce i czy w ogóle coś ciekawego ma nam do powiedzenia, to przyglądamy się. Ale jeżeli nas to nie interesuje, to odwracamy się i idziemy swoją drogą. I wydaje mi się, że dokładnie tak samo jest w przypadku tak jakby nie wywoływania, ale przywoływania duchów obcych osób, na przykład takiego Piłsudskiego. Jeżeli ja w tym momencie myślę o Piłsudskim, być może duch Piłsudskiego wie w tym momencie, że ktoś tutaj o nim wspomina, ale niekoniecznie musi zaraz tutaj do mnie przylecieć i stać obok mnie i wpatrywać się we mnie.
Myślę natomiast, a wręcz jestem przekonany, że taki obcy duch jakiejś osoby historycznej może na przykład do kogoś nieznajomego przybyć, jeżeli taka osoba nieznajoma może potrzebować jej pomocy. Na przykład Skoro wspomniałem o Piłsudskim, będę ciągnął ten wątek. Dajmy na to, że ktoś pisze poważną pracę doktorską, pracę naukową na temat Piłsudskiego. Duch Piłsudskiego może chcieć, ale nie musi, przybyć do takiej osoby i wesprzeć ją pozytywnymi myślami, pozytywnymi wibracjami. Może zainspirować daną osobę, może jej podszepnąć, że warto zasięgnąć takiej albo innej informacji na jego temat po to, aby ta praca doktorska, naukowa była jeszcze lepsza. Jako przykład chciałbym podać sytuację opisaną w „Księdze mediów” Allana Kardeca, gdzie medium widzące poszło na operę Webbera i widziało, że na sali widowni zasiadały różne duchy. Koło wokalistki na scenie stał jej duch opiekun. Ci aktorzy, wokaliści śpiewali, bo śpiewali, muzyka grali, bo grali, jakoś to się kleiło. Na tym samym spektaklu był obecny także duch autora opery. Ten duch stwierdził, że będzie trzeba coś zrobić, żeby ten spektakl był znacznie lepszy.
W którymś momencie duch Webbera zaczął unosić się nad osobami znajdującymi się na scenie i te osoby tak jakby nagle dostały wiatru w żagle, jakby nagle dostały skrzydeł. Muzyka stała się jeszcze bardziej harmonijna. Aktorzy, wokaliści zaczęli jeszcze piękniej śpiewać. Zostali zainspirowani i to medium widzące, siedzące na widowni widziało tego ducha, który inspirował, napełniał aktorów energią. I ta muzyka, ten cały utwór stał się jeszcze piękniejszy i bardziej harmonijny. Można to potraktować jako przykład inspiracji, gdzie obcy duch inspiruje nieznane mu osoby po to, aby ich dzieło stało się jeszcze bardziej wyraziste. Odpowiadając na pytanie internautki: z jednej strony duchy obce w ogóle nie muszą się nami przejmować, nawet jeżeli dotrze do nich informacja, że ktoś o nich mówi. Z drugiej strony, jeżeli zaistnieje taka potrzeba, mogą przyjść i nas wesprzeć. Ja cały czas mam nadzieję i modlę się o to, żeby materiały, które nagrywam, również były inspirowane z zaświatów. Myślę, że nie jestem wyjątkiem.
Jestem wręcz przekonany, że wielu z nas, twórcy, artyści również jest inspirowanych przez duchy z zaświatów. Duchy, z którymi nigdy wcześniej być może nie mieli do czynienia. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale. To teraz „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś czeka, a dzisiaj porozmawiamy sobie o filmie serbskim. On nie do końca jest serbski albo nie tylko serbski. Film „Mudbrick” zapowiadał się nieźle. A jak było dalej? Posłuchajmy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
Zaczynamy „Filmotekarium”.
[01:17:30] - Dzień dobry wieczór, a w dzisiejszym przeglądzie „Mudbrick”. Taki horror niejednoznaczny, bym powiedział. Na samym wstępie zaznaczam, że do jego obejrzenia nas skłoniły dość wysokie oceny tego filmu na kilku portalach międzynarodowych. Nie na jednym. A ponieważ przeglądając nowości napotykamy na morze paździerza i popeliny, postanowiliśmy zaryzykować. Dzisiejszy program to będzie próba nie tylko opowiedzenia, może nie opowiedzenia, ale porozmawiania trochę o tym filmie, o tej produkcji w reżyserii Nikoli Petrovicia, ale też do zastanowienia się nad taką kwestią, bo często oglądamy folk horrory. Przynajmniej ja. Parę razy o nich mówiliśmy. I czy taki eksperyment z folk horrorem w roli słowiańskiej jest skazany na porażkę czy nie? Takich filmów było de facto sporo, ale jakoś nigdy nie trafiały w naszą orbitę.
Do dzisiaj, kiedy się pojawia „Mudbrick”. Głównym bohaterem filmu jest Paul i to jest Serb wychowany w Wielkiej Brytanii. Rysownik, który wraca do ojczyzny, żeby objąć ojcowiznę, tytułowy dom z cegły mułowej. Problem w tym, że w domu mieszka jego brat z rodziną i tak za bardzo się nie ma zamiaru wyprowadzić. Cała sytuacja się robi krzywa. Trochę też jest niesprawiedliwa, bo na samym początku dowiadujemy się, że ten Paul, taki nienapasiony, przyjeżdża z tego bogatego kraju po tym, jak jego matka uciekła tam i zabrała go razem ze sobą, żeby objąć tą skromną ruderę. Kiedy przyjeżdża, zastaje brata takiego typowego, w sumie nawet nie wiem, czy typowego, bo Bo tego gościa, jego brata i samego Paula nie grają Serbowie. To są aktorzy anglosascy. Ale zastaje takiego, powiedzmy, stereotypowego kulfona gdzieś ze wsi bałkańskiej. I sytuacja się na samym początku już robi niesamowicie nerwowa.
[01:19:38] - Piotrze, to w ogóle jest tak, że kiedy pojawia się w tym domu z cegły mułowej przybysz z odległego świata, to pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to są bracia ponoć. Ale ta różnica wieku. Ja rozumiem, że jak ktoś żyje na bałkańskiej wsi, to może być bardziej zniszczony przez życie, ale tak na oko, to tych braci dzieli naprawdę poważna różnica wieku. Rzecz do przemyślenia. Myślę, że to w odbiorze filmu czy w jego interpretacji ma jakieś znaczenie. Tak, pojawia się słowo interpretacja, bo to jest film, który nie jest jednoznaczny i w zależności od tego, jak będziecie go państwo oglądać, jak będziecie podchodzić do pewnych wątków, to może się okazać, że państwo, Piotr i ja oglądaliśmy jakby różne filmy. Bo z tej scenerii, z tego, co się dzieje na ekranie, można wyciągnąć różne historie. Paradoks taki, nawet nie wiem, czy to jest paradoks. Nawet nie wiem, czy to jest siła, czy słabość tego filmu. Bo z jednej strony dobrze, jak film zawiera tajemnicę, zawiera coś niejednoznacznego, coś, co nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka.
Ale jeśli film składa się prawie wyłącznie z takich niejednoznaczności, niedopowiedzeń, rzeczy do interpretowania, to w pewnym momencie zaczynamy się zapadać jak w bagno. O co właściwie chodzi? Kto jest kim? Kto jest czyim bratem, to wiadomo. Ale skąd ta różnica wieku? A może to jest zupełnie inaczej? Może bracia, którzy na pierwszy rzut oka traktują się w sposób taki chłodny, ale jednak niewrogi. Może ta rzecz wygląda zupełnie inaczej. Może ten brat, który przybył z dalekiego świata, to nie jest osoba, na którą wszyscy czekają. To prawie na pewno nie jest.
Ale może to jest osoba, która wraca, która pojawia się po raz kolejny i kolejny i nikt nie jest zaskoczony tym, że się pojawia. Może źródło tego czegoś, co się dzieje na filmie, jest hen, hen daleko w przeszłości. O co w tym filmie tak naprawdę chodzi? To wygląda pozornie atrakcyjnie, jeśli mamy film, który da się interpretować na wiele różnych sposobów. Problem polega jednak na tym, proszę państwa, że ten film, pomimo takiej rozszerzonej interpretacji, to on jednak nie jest atrakcyjny z punktu widzenia widza, który oczekuje, jeśli dostał na początku informację, że to jest rodzaj horroru, a w każdym razie filmu grozy, to oczekuje, że coś się będzie działo. Tymczasem tutaj dostajemy taki horror, który straszy z zupełnie innych planów. To znaczy straszy nas pewną niedopowiedzianą historią z przeszłości, ale ona jest niedopowiedziana do tego stopnia, że właściwie do końca filmu nie jesteśmy pewni, co tak naprawdę się wydarzyło. Uśmiecham się, ponieważ z drugiej strony wiem, że jeśli ktoś ogląda ten film, to układa sobie w głowie historię. Ja sobie oczywiście taką historię również ułożyłem. Czy ona jest prawdziwa?
Muszę państwu z bólem powiedzieć, że nie wiem. Ja sobie ją ułożyłem. Państwo sobie pewno też ułożą, jeśli w ogóle państwo po ten film sięgniecie. Ja bym się wahał, czy państwa namawiać do tego, bo w gruncie rzeczy w tym filmie jest bardzo wiele takich momentów, w których człowiek sobie mówi: wow, to byłby fajny materiał na zrobienie super filmu, takiego słowiańskiego horroru. Naprawdę horroru. Problem polega na tym, że to są tylko takie jądra krystalizacji. W ślad za tymi jądrami krystalizacji nie podąża ta filmowa narracja. Tam w bardzo wielu miejscach są takie mielizny filmowe. Owszem, zdarzają się też momenty, w których ewidentnie dochodzimy do wniosku, że to byłby świetny punkt wyjścia do tego, żeby zrobić naprawdę super horror. Takie sceny, takie sytuacje.
Ale uśmiecham się i to jest uśmiech taki sarkastyczny. Ale tego nie ma. Niewykorzystywane są te sytuacje w bardzo wielu momentach. Ktoś powie: no tak, ale w innych są wykorzystywane. To ja odpowiem: no tak, ale trudno w końcu kręcąc horror jakiś scen grozy nie wprowadzić. Tylko pytanie, czy te sceny grozy są naprawdę groźne? One bywają czasami obrzydliwe. Chociażby scena z nie noworodkiem, z płodem, która się pojawia w pewnym momencie tego filmu. Ale to, że coś jest obrzydliwe, to nie znaczy, że jest straszne. I ja w związku z tym, jeśli chodzi o film, o którym dzisiaj rozmawiamy, mam szereg wątpliwości, bo potencjał na słowiański kino grozy jest, ale jest też całkowicie, moim zdaniem, niewykorzystany.
[01:25:27] - Wydaje mi się, że to jest przez to, że próbowano ten film na siłę dopasować do zachodniego widza. Pomimo różnego rodzaju uwag, nie wiem jakim cudem, ten film ma bardzo wysokie oceny. Osobiście nie wiem za co. Wydaje mi się, że bardzo się rzuca w oczy dla prawdziwości tego filmu to, że główni bohaterowie są grani przez aktorów anglosaskich. Tego nie widzimy na pierwszy rzut oka, ale to po pewnym czasie odkrywamy. I oni przede wszystkim mówią do siebie po angielsku w Serbii. Brat z UK odwiedza brata z Serbii, którego nie widział przez lata i ten brat przypadkowo mówi takim łamanym językiem angielskim. To jest takie na wstępie trochę dziwne. Może się nauczył, ale to takie nienaturalne się robi, prawda? Ten, co był w Wielkiej Brytanii, to serbskiego zapomniał.
Bez przesady. Co się tak spodobało w tym filmie ludziom, że zaczęli go lajkować? Bo to jest mocne 6 na 10. To jest dużo. Może widoki serbskiej wsi, może ta wiosna, te kwitnące drzewa, ta dziwna kraina generalnie, która pewnie wielu osobom na Zachodzie się z niczym nie kojarzy. Może z Transylwanią się trochę kojarzy. Jest więc taka piękna, zagadkowa okolica i jakaś tajemnicza sprawa. Miałem mocny problem, Marku, żeby się przebić przez pierwsze sztuczne do bólu sceny, bo tutaj też mamy coś takiego, że od samego początku, już nawet nie ukrywa tego nikt, od samego początku nam dają znak, że to jest folk horror, że są wszędzie znaki mówiące, że to będzie się odnosiło do jakiegoś kultu, do jakiejś tajemnicy, do jakichś wierzeń, do jakiegoś bóstwa. Czyli mamy w sumie już na samiutkim początku znaki, takie dziwne i figurę, która przypomina głowę Wikinga i słowa o pakiecie z Welesa. Przypomnijmy, że Weles to jest bóstwo chtoniczne Słowian.
Jak to u Słowian on ma różne atrybuty, zajęcia, jest opiekunem kupców, niekiedy jest utożsamiany ze świętym Błażejem, czyli świętym Wlasem. I Wlas, i Wołos zlewają się w pewnym czasie w jedno. Weles jest traktowany jako opiekun bydła. Możliwe, że Weles też był wyobrażany jako coś w rodzaju big foota. Stąd to podobieństwo jego imienia do słowa włos. Zatem od początku wiemy, z czym to się wszystko będzie, Marku, jadło. I ten film nawet nie jest taki zły w wersji fabularnej, tylko to wykonanie jest jakieś takie kanciaste, nierzeczywiste. To tak jakby zatrudnić aktora zagranicznego, żeby zagrał Kazimierza Pawlaka w „Samych swoich" i byśmy udawali, że to jest śmieszne. Na przykład zatrudnić Węgra, któremu trzeba podłożyć głos i byśmy udawali, że nas to bawi. Nie.
Tu ten film mocno przegrywa. Przegrywa też taką stereotypowością typową dla folk horroru. Bo ja osobiście powiem ci, że gdybym był sobie Serbem, to bym się trochę obraził, bo serbski reżyser niby kręci horror z ambicjami, a tak naprawdę dostajemy wizję tej wsi, która jest bardzo hollywoodzka. Drugie, że to jest wszystko w bardzo krzywym zwierciadle i jak to bywa często w takim hollywoodzkim ukazywaniu zagranicy, to wszystko jest przerysowane. I kiedy ten brat przybywa do tego swojego matbricku, do tej chatki z, chciałem powiedzieć brzydkie słowo, ale powiem, że z cegły mułowej, to tam siedzi rodzina i to jest taka rodzina Adamsów trochę. Oni go w ogóle nie witają. Normalny człowiek jakby zobaczył wujka z UK, to przecież od razu by go miło przywitał, bo mógłby przywieźć jakiegoś funta czy jakąś czekoladę, a tutaj nic. Siedzą sobie, orzechy gniotą, tak się patrzą na niego jak na jakiegoś tam wypłosza.
[01:29:36] - I wódkę pije główny bohater.
[01:29:42] - Sam pije przede wszystkim. I to ich zachowanie jest takie... To jest niby film produkcji, nie wiem, czy on jest produkcji serbskiej, czy jest tak określony. Reżyser jest pochodzenia tamtejszego, ale to jest taki film hollywoodzki. To mi się nie spodobało i to, że ci aktorzy jakoś tak nie potrafią się wczuć w realia tamtej wsi. Ja myślę, że to powinna być bardziej kolorowa opowieść. Nie wiem, czy jeszcze chciałbyś coś dodać tutaj o tej historii, bo ja bym chciał zabrać głos w kwestii folk horrorów i tego, czy słowiańskie folk horrory na tle innych dziesiątek produkcji mają jakąś szansę i czy w ogóle były.
[01:30:26] - To ja coś jednak dodam. Dodam tyle, że nadzieja na to, że sama słowiańskość będzie straszyć jest płonna. Bo film, proszę państwa, powiem rzecz oczywistą, należy zrobić dobrze, a nie słowiańsko albo anglosasko, albo jakoś tam inaczej. I moim zdaniem główny problem z tym filmem polega na tym, że z jednej strony próbuje się go hollywoodyzować, a z drugiej strony próbuje się go usłowiańszczyć. Mieszanka jest niestrawna, bo dostajemy mieszankę, która z jednej strony próbuje nas wciągnąć w pewne, nawet nie wiem, czy to jest adekwatne słowo, rytuały, a w każdym razie pewien styl życia wsi serbskiej, takiej zapadłej wiochy, do której nawet droga asfaltowa nie dochodzi, bo jak główny bohater pojawia się, ten z UK oczywiście, pojawia się, to maszeruje przez drogę. Ja nie wiem, czy państwo taką drogę są w stanie spotkać, jeśli żyjecie państwo na przykład w mieście czy w promieniu W promieniu kilku kilometrów od tego miasta, w którym żyjecie, jesteście państwo tak rozpierdzieloną drogę spotkać. To naprawdę trzeba się postarać. Może tak jest w Polsce, może w Serbii jest inaczej. Tego nie wiem. Nigdy w Serbii nie byłem.
Ale to wszystko jest jakieś takie paździerzowe, bo główny mój problem polega na tym, że ta historia dałaby się strawić i gdyby była inaczej nakręcona, ja bym ją pewno, mówiąc kolokwialnie, łyknął. Natomiast problem dla mnie główny polega na tym, że ona jest nakręcona, ja wiem, w dekoracjach, w stylizacji, w plenerach pewno serbskich, ale to wszystko jest jakieś takie sztuczne. I oczywiście możemy mieć jakieś odwołania do Mircea Eliade, do mitu wiecznego powrotu wręcz, bo coś w tym jest, że ten bohater z UK, on jakby to zasugeruje, ale nie czujcie się państwo zobowiązani tą sugestią, jakby on wracał po raz kolejny i nikt nie jest zaskoczony, że on wraca. Bo gdzieś tam daleko, daleko w czasie daleko i gdzieś tam czai się jakaś zbrodnia. A może to nie do końca zbrodnia? Może to sprawiedliwość swoiście pojęta tak, jak ją rozumiemy, ale jednak sprawiedliwość? Nie wiem. Tego oczywiście nie wiem. To jest interpretacja, ale mam nieodparte wrażenie, że ten film raz sięga po taką narrację słowiańską, cokolwiek by to miało znaczyć. Pewnie Piotr za chwilę to wytłumaczy.
Więc taką narrację słowiańskiego horroru po nią sięga, ale chwilami sięga po narrację horroru hollywoodzkiego. Ta zbitka jest słabo strawna. Co więcej, ona powoduje zgagę. Przynajmniej u mnie spowodowała zgagę, ponieważ wiecie państwo, to się nie zazębia, to są dwie różne formacje estetyczne wręcz. Wręcz estetyczne. Jedno z drugim nie współgra. Może na poziomie fabuły, a może fabułki, to jeszcze jakoś się da pogodzić, ale na poziomie takiego logicznego rozebrania fabuły to niekoniecznie. Więc ja nie jestem entuzjastą tego filmu. Uważam, że tam jest szereg takich momentów, które dałoby się nakręcić inaczej, zinterpretować inaczej, zrobić inaczej. I to byłby całkiem nośny, całkiem interesujący film grozy.
Problem polega na tym, że tego nie zrobiono. Zrobiono, muszę to powiedzieć, zrobiono taką piłę, nudną piłę, która momentami nas straszy, momentami nas wręcz epatuje okrucieństwem, epatuje nas grozą. Właśnie, ale skupiłbym się na słowie epatuje, bo to z jednej strony ma taki wydźwięk: o, pokazuje nam to coś, tak groźnie jest, ale z drugiej strony gdzieś tam, może podświadomie odbieram słowo epatuje jako taką próbę wciągnięcia nas w to, próbę zawładnięcia naszym umysłem, ale nieszczerą próbę. I na tym bym się skupił. Ta próba jest po prostu nieszczera.
[01:35:39] - To ja tutaj dodam słowo o folk horrorach, które się cieszą nieustanną popularnością. One powstają po obu stronach oceanu. Powstają także w Azji Wschodniej, gdzie ich twórcy bardzo często nawiązują do mitologii, do wierzeń. O to chodzi przecież w folk horrorze. W ostatnich latach mieliśmy też dużo filmów związanych na przykład z wierzeniami żydowskimi. Taki dość już lecimy film to jest "Pamiętnik egzorcysty", który bardzo lubię. Jest też film "Nocne czuwanie", też całkiem dobry. Polecam te dwa filmy. One nigdy nie gościły w Filmotekarium, ale jest też wiele kiepskich filmów opartych o folklor żydowski i inne. Ale taki chyba najlepszy folk horror ostatnich lat to jest "Witch", który będzie miał prawdopodobnie kontynuację.
Filmowcy zachodni oczywiście zauważyli też potencjał w folklorze słowiańskim. I w ten sposób powstał brytyjski film "Baba Jaga". Był też oczywiście rosyjski horror pod tytułem "Baba Jaga". Trudno go było stwierdzić, trudno go było obejrzeć. Ja tutaj się nie odnoszę w ogóle do żadnych spraw politycznych, tylko po prostu rosyjskie kino momentami ma takie zagdęcie jak kino, nie wiem, Patryka Vegi. To się ogląda trudno. Rosjanie często sięgali po elementy folklorystyczne. Przypominam sobie taki film o piaskowym dziadku na przykład. A z innych krajów słowiańskich to folk horrory produkowali Czesi. Były "Polednice", wreszcie mieliśmy polski eksperyment.
Chociaż Marku, nie wiem, czy tutaj to można nazwać folk horrorem. To było coś tak na przecięciu z fantasy. Osławione krakowskie potwory, które żeśmy omawiali. Jeżeli chodzi o te horrory folklorystyczne, to tam jest tak, że w tych, które są takiej niższej klasy, scenariusze są często na jedno kopyto. Finalnie chodzi o to, że po prostu bohaterowie się konfrontują z jakąś nadprzyrodzoną istotą, z jakimś demonem z danej kultury czy z bożkiem jakiejś religii pogańskiej, przedchrześcijańskiej. Tak to powiedzmy. W przypadku omawianego dzisiaj filmu mamy Welesa, ale od samego początku jesteśmy bombardowani sugestiami, że chodzi o jakieś słowiańskie wierzenia, słowiańskie tajemnice. Zaczynają od tego boleć oczy.
[01:38:17] - Przerwę. Żmij, panie, Żmij ewidentny.
[01:38:22] - Tak. Słuchajcie, jeżeli ktoś nigdy nie oglądał folkowych horrorów, to może tego nie zauważy w kwestii "Mad Bricka", ale coś tu jednak nie gra. Tak jak Marek powiedział, ten film się składa z dwóch stylistyk, które się ze sobą nie kleją. My jednak w Polsce znamy kino południowosłowiańskie, tak chyba trzeba powiedzieć, które jest kolorowe, które jest charakterystyczne, a tu jest strasznie płaskie. Pytanie, czy można dobry film zrobić z motywami słowiańskimi, dobry horror? Moim zdaniem można. Jest tylko problem z zasięgiem. To się wyraża w tym, że jeżeli ma to być film, który chce pretendować do rynku ogólnoświatowego, to powinien być zrozumiały. I tutaj chyba nasz reżyser poszedł w tym kierunku, że zrobił film, który jest po angielsku i to jest od samego początku sztywne. Moim zdaniem, jak sobie wyobrażam słowiański horror marzeń, to musiałoby być coś o dobrze zarysowanej linii dramatycznej.
Musiałaby być taka mocna dawka klimatu i tajemnic jak w filmie "Midsommar", który też był folk horrorem, akurat germańskim. Niestety folk horrory się zazwyczaj łapią w proste pułapki sztampowości, przewidywalności i przesady, która jest widoczna w "Mad Bricku". Przerysowanie, przesada często w tych filmach występują. Na przykład, wiesz Marku, kiedy mamy ukazaną jakąś społeczność lokalną w danym kraju czy w danym regionie, to ona jest często wynaturzona, jest przedstawiona w sposób taki, że my ją widzimy jako pełną patologii społeczność. Pamiętam ostatnią odsłonę "Paranormal Activity", kiedy się to działo w nienazwanej społeczności religijnej przypominającej trochę Amiszów. I to też był folk horror. Nas się przenosi do środowiska, które na pozór jest normalne, ale kiedy się bliżej przyjrzymy, to widzimy, że ono jest głęboko dysfunkcyjne. W "Mad Brick" jest bardzo podobnie, tylko że "Paranormal Activity" to ostatnie do "Mad Brick" się ma znacznie lepiej, bo jest po prostu lepiej wykonane. Ta wieś bałkańska jest może nie tyle stereotypowa, tylko jest tak jakby wyjęta z koszmarów przybysza z Zachodu. Serbska rodzina w tym filmie wygląda jak rodzina Adamsów i zachowuje się nienaturalnie.
Ja myślę, że w imię zasady, że rzeczywistość jest dziwniejsza czasem od fikcji, to powinno się zachować pewne pozory związane, że to jest jednak prawdziwa historia, bo wydaje mi się, że te współczesne horrory są bardzo rzeczywiste i jeżeli się ktoś decyduje na taki zabieg obecny w horrorach z poprzednich dekad, gdzie już od początku wiemy, że się będzie działo coś złego, coś krwawego i wiemy, że w pierwszej minucie wyskakuje potwór, to nie. Taki film już chyba dzisiaj wciągnie tylko prawdziwych koneserów retrokina. Ja z trudem wytrwałem do końca "Mad Bricka" pomimo tych wysokich ocen. Na pytanie, czy rynek międzynarodowy jest gotowy na słowiański horror, odpowiem, że pewnie tak, ale jest to trudne. Jest to trudne, dlatego że masowy odbiorca się rządzi naprawdę specyficznymi gustami, ale w przypadku "Midsommaru" się udało. Był film naprawdę dobry. Poczekamy. Mamy wielu ambitnych twórców.
[01:42:11] - Ja mam wrażenie, że słowiański horror jest możliwy, ale film, który dzisiaj omawiamy o tej cegle mułowej, to nie jest wzorzec. Wręcz przeciwnie, to jest film, który może zachodniego oglądacza filmów zniechęcić, bo on tak naprawdę epatuje takim spleenem serbskim, który: coś tam się dzieje. Ten starszy brat nie dość, że ciągle pije wódkę i to sam pije wódkę, to jeszcze żonę tak dziwnie traktuje, a córkę to już w ogóle dziwnie traktuje. Ta córka jakaś też taka dziwna. Państwo sami zobaczycie, co tam się wyprawia. A w gruncie rzeczy to wszystko jest bardzo kameralne. Gdzieś się toczy, ale nie wiadomo, ku czemu się toczy. I czy my się tego bardziej boimy, czy się bardziej nudzimy? Nie mogę sobie tego odmówić. Muszę to państwu powiedzieć.
Oglądałem ten film trzy razy. Dlaczego? Jakby to państwu powiedzieć najbardziej delikatnie, ponieważ wysypiało mi się przy tym filmie. To nie jest najlepsza rekomendacja dla filmu grozy, dla horroru. A żeby być uczciwym i opowiedzieć państwu o tym filmie, to jak już przysnąłem, to musiałem ten film przynajmniej od tego momentu, który jeszcze pamiętałem, obejrzeć po raz kolejny. Pomimo tego zobowiązania zasypiałem po raz kolejny. Stąd te trzy razy. Już samo to nie jest najlepszą rekomendacją, ale powiem państwu jeszcze jedną rzecz. Ja jednak w kinie cenię Przyciąganie widza do ekranu. Najkrócej rzecz ujmując, chodzi o to, żebyśmy czekali, co będzie w każdej następnej scenie.
Tak jak w książce. Pewną receptą na napisanie bestsellera jest to, żeby czytelnik, przewracając stronę, nie mógł się doczekać, co zastanie na następnej stronie. To jest gwarancja tego, że będzie bestseller. Przekładając na język filmowy, film o cegle mułowej nie jest takim filmem. My śledzimy szereg scen i czekamy, żeby się wreszcie skończyło. Niech się to wreszcie skończy. Zobaczmy, co będzie dalej. To jest słaba rekomendacja. Powiem jeszcze jedną rzecz. Zakończenie tego filmu według mnie, ale to jest bardzo stronnicze i nacechowane tym, że ja coś lubię albo czegoś nie lubię.
Zakończenie tego filmu jest banalne. W gruncie rzeczy banalne i od pewnego momentu tak przewidywalne, że zastanawiałem się, czy reżyser kpi ze mnie, czy też scenarzysta może. Czy kpi ze mnie, czy też chce mi przekazać jakąś głębszą myśl. Oczywiście zacząłem się zastanawiać, jakaż to głębsza myśl jest za tym. Wybaczcie państwo, ale tej głębszej myśli po prostu nie znalazłem. To być może jest moja dysfunkcja. Być może mój brak analizy treści. Ja niekoniecznie jestem przekonany, że warto ten film obejrzeć, bo służę się tą okrutną formułką. Moim zdaniem obejrzałem ten film po to, żebyście państwo nie musieli tego robić. Dawno, dawno temu, nie w odległej galaktyce, ale tu w Polsce, a konkretnie w Bydgoszczy, był sobie taki młody czytelnik.
Nazywał się Marek Żelkowski i z wypiekami na twarzy czytał „Doktora Dolittle”. A był wtedy w drugiej klasie i był dziwnie odklejonym człowiekiem, który czytał książki, kiedy inni niekoniecznie byli tym zainteresowani. Po co to mówię? Nie po to, żeby mówić o tym, jaki ja byłem wspaniały, że czytałem, tylko uświadomić nam wszystkim, sobie również, że zjawisko tego, że zawsze istnieli ludzie, którzy nie lubili czytać i nie chcieli czytać i deklarowali, że czytanie jest głupie. Tacy ludzie istnieli zawsze. To nie jest wynalazek czasów współczesnych, chociaż niektórzy skłonni są to sugerować. Nie, nie. Był początek lat 70. Żelkowski czytał „Doktora Dolittle” między innymi. Ekscytował się tą książką.
Naprawdę się nią ekscytował, a inni w ogóle mieli ją w pompie. Okej, książka o doktorze Dolittle przetrwała. Ja państwa zapraszam na recenzarium Evivy. Recenzarium poświęcone właśnie doktorowi Dolittle.
[01:47:34] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Kochamy zwierzęta. Znakomita większość z nas. Naturalnie trafiają się łobuzy, trafiają się ludzie po prostu źli. Generalnie jednak staramy się zwierząt nie krzywdzić. Staramy się wręcz traktować je jak istoty równe ludziom albo prawie równe. Niektórzy dochodzą nawet w tej kwestii do kompletnych absurdów, ale mniejsza o to, bo nie chcę tutaj wchodzić w dyskusję zatrącającą wręcz o politykę. Chciałam tylko uświadomić państwu, że nasz stosunek do zwierząt jest stosunkowo młodym wynalazkiem. Za czasów Wiktora Hugo ktoś, kto lubił zwierzęta i nie pozwalał ich krzywdzić ot tak, dla zabawy, bywał często uważany za osobę niezrównoważoną psychicznie czy wręcz nawet chorą. Dlaczego wspominam o Wiktorze Hugo?
Ponieważ on właśnie napisał opowiadanie o człowieku, który z powodu tego, że kochał zwierzęta, przygarniał je i nie pozwalał na przykład rzucać kamieniami w koty, został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Jego zresztą gruntownie wyleczono, ale mniejsza o to. W każdym razie, pomijając oczywiście ludzi uważanych za dziwaków, generalnie jeszcze nie tak dawno sądzono, że zwierzętami nie ma co się za bardzo przejmować, a nawet że nie mają one uczuć w sensie, w jakim mówimy o nich u ludzi. Dlatego właśnie twórczość Hugh Loftinga była wręcz prekursorska, ponieważ na początku XX wieku stworzył on postać doktora Dolittle. Doktor John Dolittle właśnie zajmował się leczeniem zwierząt i to nie tylko zwierząt uważanych za domowe, ale również dzikich, a także wręcz szkodników. Już w pierwszej książce serii dowiadujemy się, że na przykład wyleczył szczura potrąconego przez wózek dziecięcy i przywiezionego do niego przez dwóch pobratymców na kawałku tekturki. Było to coś niesłychanego w tamtych czasach. Człowiek, który traktuje zwierzęta tak, jakby byli ludźmi. Nie wyobrażam sobie nawet, jak to wstrząsnęło ówczesną Anglią, a potem światem. Seria o doktorze Dolittle w sumie jest zaliczana do fantasy, ale jest to fantasy bardzo delikatnie zarysowane.
Pan doktor umie porozumiewać się ze zwierzętami, ale nie- Jest to dar nadprzyrodzony. Nauczył się tego od swojej papugi, która znała mowę ludzką. Ona była nauczycielką doktora, także rozumienie zwierzęcych języków nie spadło mu z nieba. Nie urodził się z tym. A pomijając ten drobiazg, jeżeli tak to można powiedzieć, to książka jest przede wszystkim podręcznikiem nauki o miłości do zwierząt. Po prostu. Została skierowana do dzieci, ponieważ dla starszych czytelników, ówczesnych, byłoby to kompletnie nie do strawienia. Dzieci, jak wiadomo, inaczej przyjmują pewne rzeczy. Dopiero teraz wiemy, że zwierzęta rzeczywiście porozumiewają się między sobą, a kiedyś sama myśl o tym wydawała się kompletną bzdurą. Oczywiście nie potrafimy z nimi rozmawiać w tym sensie, w jakim robi to doktor Dolittle, ale rozumiemy je już teraz dużo lepiej.
W czasach, kiedy ukazała się pierwsza książka o przygodach doktora, był to prawdziwy ewenement. Ale nie chodzi tylko o zwierzęta. W jednym z tomów cyklu doktor zaprzyjaźnia się z Indianami opisywanymi przez autora jako ludzie dobrzy i szlachetni. To na pewno powodowało u mieszkańców Imperium Brytyjskiego prawdziwy i klasyczny opad szczęki. Tak samo doktor zaprzyjaźnił się z królem amazońskiego plemienia i to też było czymś niezwykłym. To było niczym „Star Trek” w latach 60., kiedy czarna kobieta była oficerem na mostku. Tym samym właśnie był doktor Dolittle w literaturze. Właśnie ze względu nie tylko na stosunek do zwierząt, ale i na stosunek do ludzi. Tym, że nie traktował mieszkańców Afryki, z którymi się zaprzyjaźnił, w sposób protekcjonalny. To samo dotyczyło też Indian.
No właśnie, ta seria zawiera bardzo potężny ładunek dydaktyczny, którego wagi dzisiaj raczej nie rozumiemy. Ale nie zapominajmy, to był początek XX wieku. Jeszcze w latach 50. w Belgii funkcjonowało tak zwane ludzkie zoo, gdzie przywiezionych z Afryki dzikusów, oczywiście w cudzysłowie, pokazywano jak zwierzęta w klatkach. Dlatego kiedy dzisiaj bierzemy do ręki te książki, postarajmy się zerknąć na szersze tło historyczne, zorientować się, jak bardzo doktor Dolittle był ważny i jak wielką robotę Hugh Lofting odwalił, że tak powiem, tworząc go i razem z jego umiejętnościami, razem z jego cudownym sercem i podejściem do całego świata. Ponieważ podejrzewam, że wszyscy słuchacze tej audycji dawno wyrośli z dziecka, radzę, żeby postarali się mimo wszystko wrócić do lektury i spojrzeć na nią nowymi oczami. Rozumiecie, co mam na myśli? Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:53:25] - Jeśli państwo sądzili, że Piotr Cielebiaś oddalił się był, no to nie, nie oddalił się, bo jeszcze mamy ma upę. Ma UPA w Bibliotekarium 2.0 to jest pozycja, która omawia książki z pogranicza. Dzisiaj książka, która bez wątpienia jest książką, niezwykle ważną pozycją dla każdego, kto interesuje się problematyką UFO. To jest książka Timothy Gooda „Baza UFO. Ziemskie spotkania z obcymi”. Zapraszam państwa na omówienie tej książki. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:54:14] - Dzień dobry wieczór Marku. Witamy państwa w naszym przeglądzie książek z pogranicza.
[01:54:20] - Tak. A dzisiaj książka, która, może nie powinienem tego mówić w obliczu tego, że rozmawiam z ekspertem od UFO, ale dla mnie to jest książka, która w swoim czasie mnie porwała, ponieważ ona jest przeglądem przypadków. I jeśli ktoś z państwa chce pójść na skróty troszeczkę, dowiedzieć się dużo w krótkim czasie na temat problematyki UFO, na temat zjawiska UFO, to to jest dobry adres. Sporo wiedzy państwo uzyskacie, bo autor, nie wiem, czy to dobrze wypowiem, Timothy Good, chyba dobrze, rzeczywiście jest człowiekiem, który dobrze to robi. Dobrze pod takim formalnym kątem, jak robi to merytorycznie i na ile to ma coś wspólnego z rzeczywistością. Tu już oddam głos Piotrowi.
[01:55:22] - Tak, dzisiaj porozmawiamy o książce brytyjskiego autora, który swego czasu był bardzo popularny także w naszym kraju. Nawet Polskę odwiedził, ale od dość długiego czasu o nim nie słyszymy. Timothy Good, jak powiedziałeś, ufolog i muzyk, autor bardzo interesujących, powiedziałbym, ambitnych książek z tej dziedziny. Jego publikacje ukazywały się od końca lat 80. Nie pamiętam, kiedy się ukazała ostatnia. Była anonsowana na rok 2013, ale czy się ukazała, tego nie wiem. One są oczywiście, ponieważ to są książki sprzed lat, nawet sprzed dekad, utrzymane w nieco innym stylu od obecnej narracji ufologicznej. Z tego powodu one na pewno wzbudzą u niektórych takie bardzo sentymentalne nastroje. Bo ten autor to jest właśnie jeden z grupy ufologów, którzy działali w czasach pewnej fascynacji wynikającej na przykład z popularności serialu z „Archiwum X”. I wtedy ta ufologia była prostsza.
Wtedy nie było dziesiątek koncepcji w tym obiegu głównym, bo one oczywiście były, ale nie były nagłaśniane. Kiedy Good zaczynał, to internet raczkował tak naprawdę. I to wszystko było podwójnie ciekawe. Bo kiedy dorwałeś książkę, to super sprawa. Dzisiaj sobie wklepujesz frazę w YouTube'a i masz kilka filmów, podcastów do wyboru. Ta książka I to jest pytanie, które się nam ciśnie na usta, kiedy powiedziałem, że ona powstała w latach 90., bo mówimy o książce z 1998 roku. To nie była pierwsza książka Gooda oczywiście. Tu nam się ciśnie pytanie na usta, czy ona się zestarzała, czy ona jest już pokryta mchem i nie warto do niej sięgać, bo myśmy już przy niektórych pozycjach taki zarzut stawiali, że to jest jednak trochę przeterminowane. W przypadku Gooda nie jest, bo jak powiedział Marek, ta książka się składa z relacji i to nie są byle jakie relacje, bo to są relacje głównie takie, o których nie słyszymy dzisiaj zbyt wiele. Czyli jeżeli ktoś chciałby przyjrzeć się zdarzeniom, o jakich nie pisano albo o jakich zapomniano, to jest doskonałe źródło.
Ona się przeterminowała, zestarzała w może jednym zasadniczym aspekcie, ale o nim za chwilę. W pierwszym rozdziale książki Good pisze o przedwojennych spotkaniach z UFO, nieco w kontrze do poglądu, że wszystko się zaczęło w Stanach Zjednoczonych w roku 1947. Bo jak wiecie, wiele książek ufologicznych zaczyna się właśnie od tego, że bla, bla, bla. Kenneth Arnold leciał samolotem i zobaczył obiekty. W rzeczywistości spotkania z UFO były wzmiankowane w prasie, w książkach już przed wojną. Oczywiście nie było to nazywane latającymi spodkami, ale takie zjawisko zostało gdzieś zaobserwowane. I w swojej książce Timothy Good odnosi się do naszego kontynentu, do Europy, a także do naszej części Europy. Wspomina na przykład o wydarzeniach nad obecną Ukrainą w czasach II wojny światowej, do dokonanego wtedy bardzo dziwnego spotkania pilotów z UFO. Pisze też o sprawach z ziem polskich i odnosi się na przykład do tej pierwszej legendarnej katastrofy UFO w okolicach Gdyni. To nie jest ta druga katastrofa z 59.
roku. To jest ta wcześniejsza, gdzie świadkiem był francuski jeniec. Ale o czym wspomniałem zresztą przed chwilą, w dalszej części książki Good odnosi się do spraw, które były rzadziej wspominane, które gdzieś tam zaginęły. Bo też trzeba powiedzieć, że dużo stron, dużo kanałów na temat UFO pospadało, poznikało. Czyli z tej jego analizy lat 40., 50. w ufologii wynika wiele rzeczy. Przede wszystkim taki ogólny wniosek, że wiele tajemniczych fenomenów powiązanych ze zjawiskiem UFO, czyli te wszystkie wątki parapsychiczne, ludzie w czerni i tak dalej. One występowały już dawno. One były, tylko były zupełnie inaczej interpretowane w tych latach 40., 50. Nawet były bliżej interpretowane sfer, które powiązalibyśmy z folklorem, nawet z okultyzmem.
Co jeszcze dodaje Good? Że już na pierwszym etapie badań ufologicznych, nie wiem, czy można mówić o badaniach, ale na pierwszym etapie analiz zauważono, że zjawisko UFO to jest festiwal absurdów. I on tutaj cytuje opinię jednego z pierwszych znanych francuskich ufologów, Aimé Michela, który właśnie nazwał tak ten fenomen, czyli festiwal absurdów. Książka, o której mówimy, jest na tyle dobra, że pokazuje nam właśnie pewne analogie pomiędzy lansowanymi dzisiaj koncepcjami a tym, co było przed laty, ale przed naprawdę wieloma laty. I co się okazuje? Że przede wszystkim ta ufologia się kołem toczy. Ale chyba równie ciekawe jest to, że Good nam wskazuje, i to jasno, poprzez historie, o których Marek powiedział, o których napomniał, że nie wiem, czy też masz takie wrażenie po lekturze, ale tak jakby się wtedy więcej działo. I to więcej, i tak bardziej samaszyście, z takim rozmachem te historie i tak dalej. Także to też jest interesujące. Interesujące, bo w tej książce jest opisanych wiele relacji, ale takich naprawdę często kontrowersyjnych i wskutek kontaktu z tym fenomenem w latach 50., na przykład 60.
i dalej, chociaż głównie na początku okresu, o którym wspomniałem, pojawia nam się cała otoczka tak zwanego UFO folkloru, czyli ufokulty, kontaktowcy, wpływ UFO na wyobrażenia o życiu w kosmosie, wpływ na filmy, na literaturę i tak dalej. Wniosek jest z tego wszystkiego taki jak dzisiaj, że działo się dużo. To wszystko było chaotyczne, egzotyczne i nadal nic nie wiemy.
[02:01:57] - Ja ujmę to w ten sposób, że jeśli państwo jesteście przekonani, że UFO to jest zjawisko związane z przybyszami z odległego kosmosu, gdzieś tam z rubieży wszechświata, to to jest świetna książka. Świetna książka dla państwa, ponieważ rzeczywiście daje wspaniały przegląd tego, co się działo. I tak jak Piotr powiedział, rzeczywiście gdyby zapytać ludzi zainteresowanych, kiedy pojawiło się zjawisko UFO, to wspomną rzeczywiście Arnolda i ten przypadek. Oczywiście gdzieś Foo Fighters i tym podobne. Natomiast tak, Good pokazuje, że takie rzeczy działy się również przed II światową. Powołuje się na przykłady z lat 30., a nawet z 20. I to już jest interesujące, bo zmienia troszeczkę perspektywę. Oczywiście przypadki z czasów II światowej także są przywoływane, więc jeśli ktoś przekonany jest, że UFO to zjawisko związane z obcymi, obcymi Przybyszami z odległej części wszechświata, to jest to książka absolutnie dla niego. Chcę podkreślić jeszcze, że książka ukazała się w serii wydawnictwa Alfa Vero. Ta seria nosiła tytuł „Horyzont zdarzeń” i to była krótka seria.
Pojawiło się siedem książek: „UFO. Dary bogów. Przybysze z kosmosu” Johna Spencera, „Życie jest myślą” Macieja Kucińskiego, dalej „Mocy ciemności, moce światła. W poszukiwaniu zjawisk cudownych i demonicznych” Johna Cornwella, „Po tamtej stronie” Iana Wilsona, „Na krawędzi zaświatów” Krzysztofa Borunia, „Życie spadło z nieba” Macieja Kucińskiego, no i właśnie „Baza UFO. Ziemskie spotkania z obcymi”. Ta książka jest też intrygująca chociażby dlatego, że bardzo lubiłem ten fragment, w którym autor omawia przypadek Adamskiego. Nie dlatego, żebym szczególnie ufał relacjom Adamskiego. Przypomnę: człowiek, który twierdził, iż kontaktował się z Wenusjanami, w ogóle kontaktował się i był po prostu kontaktowcem. Lata 50. W dodatku Polak z pochodzenia, bo urodził się w Bydgoszczy.
Nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić, ale bardzo szybko wyemigrował. To też nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić. W każdym razie omawia przypadek Adamskiego i nie omawia go wyłącznie w sposób złośliwy, taki, że: „Ha ha, wiecie państwo, Adamski”. Nie, to troszeczkę inaczej wygląda w przypadku autora „Bazy UFO”, ponieważ mamy do czynienia z omówieniem, które stara się wyciągnąć, a w każdym razie zwrócić uwagę, że być może nie wszystko, o czym mówił Adamski należy traktować jako kompletny fake, dzisiaj byśmy powiedzieli, że być może przypadek Adamskiego to jest pomieszanie tego fake'a z pewnymi realnymi obserwacjami, przypadkami i tak dalej. Ale bardzo podobnie jest, jeśli śledzimy dalsze przypadki w tej książce. Bo wiecie państwo, ja mam takie wrażenie, ono będzie oczywiście na wyrost, kiedy to wypowiem, ale książka „Baza UFO. Ziemskie spotkania z obcymi” jest dla mnie rodzajem encyklopedii. Tak, tylko haseł nie ma, ale takiego kompendium wiedzy, może to lepsze określenie o zjawisku UFO traktowanego jako przybysze gdzieś z kosmosu, bo nagle dowiadujemy się z tej książki o bazach UFO na terenie Stanów Zjednoczonych. Te historie znacie państwo z internetu, ale one w internecie, taka już uroda internetu, są bardzo skrócone, są bardzo takie skompresowane, czasami przez tę kompresję niestety spłycone. Myślę, że Timothy Good sprawia, że te historie stają się nieco bardziej barwne, nieco bardziej rozbudowane.
I kiedy czytacie państwo o różnych tajnych przedsięwzięciach podejmowanych przez rząd Stanów Zjednoczonych i obcych chociażby, to to nabiera pewnego wymiaru, po prostu wyobraźnia pracuje. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale to jest książka, którą dlatego się tak zastrzegałem na początku, że nie potrafię do końca jej ocenić, ponieważ ona niezwykle pobudziła moją wyobraźnię. A na ile ona odpowiada dzisiejszym standardom i dzisiejszemu spojrzeniu na problem UFO, to tutaj ewidentnie ekspertem jest właśnie Piotr i to Piotr powinien powiedzieć, właściwie już powiedział, że ona się aż tak bardzo nie zestarzała. Z zastrzeżeniami, ale jednak.
[02:07:44] - Niektórych na pewno urzeknie to, że to jest taka trochę opowieść, to są relacje. Historie te pokazują jednak, że zjawisko UFO się zmienia wraz z biegiem lat. I pytanie, czy ono się po prostu zmienia przez swoją własną naturę, zmienia się samo przez się, czy to my się zmieniliśmy, zmieniła się kultura, otoczenie. I przede wszystkim świat się stał globalną wioską, czego jeszcze za czasów Gooda nie było w takiej formie. To nie jest tak, że ta cała książka jest poświęcona latom 50., bo są też nowe przypadki, nowsze z lat 90. Kończy się wszystko opowieściami o Chupacabrze i dość charakterystycznymi wnioskami, bo Good jest twardym zwolennikiem hipotezy pozaziemskiej. To nie jest tak, że w czasach, kiedy on pisał, nie było innych koncepcji, bo de facto koncepcje, o których dzisiaj się mówi w ufologii jako tych alternatywnych, kryptoziemianie, istoty z innego wymiaru, to też istnieje od kilkudziesięciu lat, natomiast nie było popularne wśród wszystkich. Ja zauważam pewną, wiesz, Marku, to jednak jest na plus, pewne wątpliwości Gooda na samym początku w tej książce, to jest chyba we wprowadzeniu, że on stawia podstawowe pytanie. Zanim przedstawi nam te wszystkie historie, pyta się, dlaczego ci kosmici, dlaczego te istoty tak bardzo przypominają ludzi albo dlaczego się tak dziwnie zachowują. Ale on jednak nie potrafi w sobie przełamać tego przekonania, że to są przybysze z innych planet jednak.
Jego wnioski są proste, prostsze od tych lansowanych dzisiaj hipotez o kryptoziemianach. Może kryptoziemianie akurat nie są tacy skomplikowani, ale te wszystkie zjawiska interdymensjonalne, których nie potrafimy sobie wyobrazić. Bardziej do ludzi niektórych przemawia stara, dobra hipoteza pozaziemska, chociaż ja osobiście nie jestem jej zwolennikiem. Bardziej jestem zwolennikiem koncepcji, która mówi, że mamy raczej do czynienia z takim konglomeratem zjawisk. Ale wtedy ufologia była prostsza, czyli Good dochodzi do wniosku, że to są kosmici. Dodatkowo ci kosmici mają bazy na Ziemi oraz w Układzie Słonecznym. I interesujące jest to, że kiedy on mówi o tych bazach na Ziemi, to nie ma jeszcze tych hipotez, że baza Dulce, której nigdy nie widział. On tam wspomina o miejscach, o których dzisiaj nie słyszymy, na przykład o bazie UFO w Argentynie i tak dalej. Tylko że dużo się na świecie zmieniło od roku 1998. Nawet jak nam się wydaje, że to nie było dawno Wszystko się stało bardziej skomplikowane.
Smartfony są, jest monitoring, jest sztuczna inteligencja. Dzisiaj tym kosmitom, których opisuje Good trudniej by się było ukryć. My ich dzisiaj nie widzimy z jakichś powodów. My ich nie widzimy oczywiście, ale my nie widzimy takich relacji. Nie ma takich relacji. Coś się mocno zmieniło. Czyli ten fenomen albo na samym początku swojego kontaktu z człowiekiem był bardziej odważny, a potem się wycofał. To też tak może być. Tego nie wiemy, że najpierw było kolorowo, były różne niesamowite historie o ludziach z gwiazd, a potem coraz dalej, aż do tych słynnych tic taców, które zawsze są daleko i zawsze uciekają. Czy ta książka jest nieaktualna?
Nie. To jest jedna z lepszych książek o UFO wydanych w Polsce i to jest jedna z lepszych autorów, którzy wydawali w Polsce, bo on ma jeszcze jedną pozycję, którą może jeszcze kiedyś omówimy i która jest warta uwagi chyba jeszcze bardziej, dlatego że Good podejmuje sprawy, o których nie przeczytamy już dzisiaj nigdzie indziej. Nie to, że nigdzie indziej, ale mamy pod ręką książkę po polsku. Ważne jest też to, że on na końcu każdego rozdziału dodaje bibliografię, przynajmniej w tej wersji, którą ja miałem była. Tylko że ta książka nam uświadamia bardzo ważną rzecz, że w kwestiach związanych nie tylko z interpretacją zjawiska UFO, ale też z różnymi pobocznymi kwestiami wiele rzeczy się w krótkim czasie bardzo mocno zmieniło. Kto wie, czy rację ma Good, który odnosi się do tej starej dobrej ETH, czyli hipotezy pozaziemskiej, czy rację mają ci, którzy odpływają gdzieś w siną dal mówiąc o psionikach, o tych związkach ze świadomością i tak dalej. Tylko że to wszystko już kiedyś było maglowane, to było przerabiane. To dzisiaj tylko wraca. Wraca z nowymi historiami. Tylko te historie już są inne.
Tajemnica nadal jest. Zjawisko nadal jest niedostępne, tylko że jest jakieś inne i to mi nie daje spokoju.
[02:12:30] - Piotr to już sygnalizował. Ja tylko postawię kropkę nad i. Skąd tytuł „Baza UFO”? Otóż jedna z tez, która pojawia się w tej książce, brzmiałaby mniej więcej tak: Ziemia jest miejscem, w którym różne rasy przybyłe z odległych części kosmosu urządziły sobie tę tytułową bazę. Tu mieści się takie centrum operacyjne, w którym obce rasy, różne, rozmaite badają ludzkość, jej rozwój, ale nie tylko. To jest z jednej strony takie miejsce, nazwijmy to takim instytutem badawczym, ale z drugiej może to jest też rodzaj takiej misji pojętej w starym stylu, czyli miejsca cywilizowania albo socjalizowania, jakkolwiek należałoby to sformułowanie rozumieć. Czyli socjalizowania nas, ludzi na jakąś nową modłę. Może to, co my określamy mianem społeczeństwa, mianem pewnej wspólnoty ludzkiej chociażby, może trzeba by przedefiniować. Może obcy starają się nam pokazać, że troszeczkę inaczej to powinno wyglądać. Tego ja oczywiście nie wiem i nie oceniam, zwracam tylko na to uwagę, że ponoć według jednej z tez Timothy Gooda jesteśmy miejscem we wszechświecie, w którym urządzone zostały placówki badawcze z bardzo szerokim programem, z jednej strony badawczym, a z drugiej strony edukacyjnym dla nas tutaj zamieszkałych.
Ten program edukacyjny jest wprowadzany oczywiście w sposób dyskretny, przynajmniej na razie. W książce nie ma tego rodzaju spekulacji, jakie ja w tej chwili robię. Raczej jest twarde stwierdzenie, że to po prostu dzieje się niejako przy okazji. Oni się nie pokazują. Wszelkie doniesienia, które się pojawiają, są wypadkami przy pracy, a może po prostu takim działaniem z zamysłem mniej więcej takim: i tak nikt nie uwierzy. W związku z tym możemy sobie na pewne ekstrawagancje, na pewne ingerencje pozwolić. Proszę państwa, jakby brać tak statystycznie, to ile procent społeczeństwa, na przykład europejskiego, Stany Zjednoczone to jest specyficzny przypadek, ale społeczeństwa w Europie wierzy w UFO? Kwestia wierzy, w każdym razie analizuje problem UFO i uważa, że coś w tym jest. Ja wszystkich zwolenników, wszystkich ludzi zafascynowanych zjawiskiem nie chcę martwić, ale to jest procent bardzo niski. Oczywiście pojawiają się ludzie, którzy mówią: „Niczego nie można wykluczyć”.
Tych jest sporo, ale i tak najwięcej jest w Europie przynajmniej ludzi, którzy twierdzą, że to bzdury, to są po prostu opowieści dziwnej treści i nie należy do nich przykładać jakichś specjalnych znaczeń. To bzdury po prostu panie, bzdury. A zatem, czego to jest przejaw? Zastanowiłbym się nad tym. Czy w związku z tym społeczeństwo na przykład amerykańskie jest lepsze, bo oni tam bardziej, słowo wierzą jest w tym wypadku adekwatne, wierzą w to, że UFO i tak dalej? Wcale to nie jest takie oczywiste. I powtarzam, Good nie pisze o tym wprost, ale jeśli się czyta między wierszami, jeśli się czyta i wyciąga wnioski z tego, co pisze, to można przyjąć taką oto interpretację, że coś się dzieje wokół nas i warto się temu przyjrzeć. Myślę, że ta książka jest gruba, proszę państwa. Ona naprawdę zawiera masę treści, bo to jest drobny druk w tym polskim wydaniu, z małą interlinią, z dużą ilością zdjęć, sporo chciałoby się powiedzieć faktów, a w każdym razie sporo przypadków, sporo różnych tez, które należy Dobrze rozważyć, przeanalizować. To jest duża zaleta tej książki.
Obojętnie czy się zgadzamy z tą teorią pozaziemską, czy też raczej ciągnie nas w kierunku innych interpretacji, to jednego nie można odmówić autorowi, że naprawdę pobudza wyobraźnię, skłania nas do analizy i do takiego podejścia, nie że każdy z nas wydmie policzki i powie: „Pizdura”. Nie, nie. Dostajemy na tacy ciąg pewnych przypadków przez dziesięciolecia i musimy się ustosunkować do tego. To nie są krótkie relacje, które pojawiają się bardzo często w internecie w postaci kilkuzdaniowych notatek. Tu, wiecie państwo, baza Rendlesham albo jakieś inne miejsca, powiedzmy baza UFO albo podziemna baza UFO. To wszystko jest, ale to jest rozwinięte. Autor stara się z różnych stron na to wszystko patrzeć, ściąga różne informacje. Piotr powiedział o tym, że ta książka jest dobrze oprzyrządowana. Mamy przypisy, mamy odwołania do pewnych relacji. Jak bardzo chcemy, możemy sobie to sprawdzić.
To jest książka, która odpala człowieka i sprawia, że chcemy zgłębiać temat. I to jest tak naprawdę w tej książce, moim zdaniem, najważniejsze. A teraz, proszę państwa, kolejne Bez Tajemnic, bo dzisiaj tego Bez Tajemnic będzie troszkę więcej, ponieważ wybrałem odcinki nieco krótsze niż zwykle. A skoro krótsze, to musi być ich więcej. Teraz czas na rentgen w oczach. Sięgnijmy po klimaty Bez Tajemnic. Rentgen w oczach. Zapraszam.
[02:19:23] - W Sorańsku, w stolicy Republiki Morwińskiej na terytorium dawnego ZSRR, dziesięcioletnia Natasza Diomkina pierwszy raz przyznała się do posiadania niezwykłej umiejętności. Potrafi prześwietlać oczami ludzkie ciała w poszukiwaniu chorób. Gdy miała 17 lat, nakręcono o niej film dokumentalny, w którym widzimy naukowców przeprowadzających na dziewczynie testy, by uwiarygodnić jej zdolności paranormalne. Natasza widzi wszystkie procesy życiowe wewnątrz organizmu, obieg krwi czy oddychanie. Podczas kontaktu ze swoimi pacjentami zawsze była swobodna i naturalna. Dopiero niedługo przed pełnoletniością zaczęła pobierać drobne opłaty za swoje usługi, gdyż pragnęła w ten sposób sfinansować sobie studia medyczne. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Rosji. Świadkowie twierdzą, że diagnozy dziewczynki zawsze były trafne, choć testów zorganizowanych w Stanach Zjednoczonych nie przeszła. Link do całego dokumentu zamieszczam w opisie. Wszyscy widzowie tego dokumentu oraz wszystkie osoby, które gdzieś tam kiedyś przeczytały jakieś informacje na temat tej dziewczynki, kobiety dzisiaj z rentgenem w oczach, wszystkie te osoby z pewnością zadają sobie pytanie, w jaki sposób można wyjaśnić ten fenomen, skoro nawet naukowcy w 2004 roku, bo zdaje się, że właśnie z tego roku jest ten dokument, nie potrafili wyjaśnić tego fenomenu i nie sądzę, żeby do dzisiaj, do roku 2018, poczynili w tej kwestii jakieś postępy, ponieważ po prostu brakuje im odpowiednich narzędzi.
Są to narzędzia, które oni po prostu odrzucają, gdyż nie mieszczą się w ich kategoriach rozumowania. W jaki sposób wygląda to z punktu widzenia spirytyzmu? Według mnie i według tego, co jest napisane w „Księdze mediów” Allana Kardeca, dziewczynka ta, kobieta, patrzy na swoich pacjentów oczami swojej duszy. Tak samo, jak to czynią media widzące. Medium widzące, które dostrzega ducha, którego nie widzą inne osoby znajdujące się w pobliżu, widzi tego ducha tak naprawdę oczami swojej duszy. To duch medium pomija oczy biologiczne, które wszyscy posiadamy i patrzy na drugą niematerialną istotę i może tego ducha zobaczyć. Oczywiście tutaj też duchy muszą odpowiadać sobie energetycznie, więc według mnie kobieta z rentgenem w oczach jest medium widzącym, ale bardzo charakterystycznym medium, ponieważ potrafi prześwietlać tylko istoty żywe. W książce Przemysława Grzybowskiego pod tytułem „Opowieści spirytystyczne” znalazłem taki przykład eksterioryzacji ducha, w którym to w trakcie seansu spirytystycznego medium eksterioryzowało swojego ducha. I tutaj możemy zobaczyć zdjęcia. Eksterioryzowało swojego ducha i w trakcie seansu medium zniknęło, ponieważ jego duch tak jakby nałożył się na ciało materialne.
Dlaczego o tym mówię? Ten przykład tego medium znikającego może niekoniecznie pasuje tak w pełni do sytuacji omawianej, ale chciałem tylko podkreślić, że skoro w trakcie seansu spirytystycznego medium może mieć tak duży wpływ na swojego ducha, czy może inaczej, właśnie na odwrót powinno się powiedzieć, że duch w materii ma tak dużą moc, że może opuścić tę materię i przykryć swoje ciało swoim ciałem duchowym Więc skoro w trakcie seansu spirytystycznego jest to możliwe i ten przykład przytaczam właśnie dlatego, że zostały zrobione zdjęcia i możemy to zobaczyć, to też chciałem podkreślić, że możliwym jest spoglądanie na otoczenie oczami swojego ducha, ponieważ duch nie jest uwięziony w ciele materialnym tak jak ptak w klatce. Nawet gdy mówimy, że ktoś widzi aurę wokół ludzi, to nie jest nic innego jak duch, który wyłania się z ciała materialnego. My na co dzień tego nie widzimy, ale ludzie z odpowiednimi zdolnościami potrafią dostrzec aurę człowieka i potrafią, tak jak w przypadku tej kobiety z rentgenem w oczach, prześwietlić człowieka tak, jak to robią duchy, które nie są połączone z ciałem materialnym. Duchy, które znajdują się w zaświatach. Duch może przejść przez ścianę, może zobaczyć, co jest w środku, może zajrzeć w człowieka. Tutaj widzimy taką krótką scenkę z filmu biograficznego o Chico Xavier, w której to młody Chico opowiada o chorobie członka rodziny i przekazuje informacje, które słyszy od ducha lekarza, który znajduje się także w tym samym pomieszczeniu. Oczywiście tutaj macocha małego Chico w ogóle nie wierzy w to, co on opowiada i nawet dostaje Chico za to reprymendę. Ale mamy tutaj przykład sytuacji, w której to duch potrafi prześwietlić ciało żyjącego człowieka i powiedzieć, co danej osobie dolega. Nawet w książce Roberta Monroe pod tytułem „Podróże poza ciałem” opisuje on sytuację, gdzie jako duch, który opuścił swoje ciało materialne, przechodzi przez ścianę czy przez drzwi i potrafi dostrzec wszystkie poszczególne warstwy, z których ta dana przeszkoda się znajduje.
Farba, drewno. Nawet opisywał sytuację, gdzie ręką sięgał w podłogę i potrafił wyczuć strukturę drewna, a nawet gwoździe czy śruby, które w tej podłodze się znajdowały. Więc to, o czym mówię, to nie jest jakaś abstrakcja. To jest fakt. Duchy mogą prześwietlić człowieka. I tak samo według mnie czyni to kobieta czy dziewczynka wówczas, o której został nakręcony tenże dokument. Zapraszam do subskrybowania konta i oglądania innych odcinków.
[02:26:08] - A teraz, proszę państwa, rzecz, która... Mam wrażenie, że ona, nie, ja nie mam wrażenia, ja wiem, że ona już pojawiła się kiedyś, dawno, dawno temu w Bibliotekarium 2.0. To jest wywiad z nieżyjącym już Maciejem Parowskim, człowiekiem odpowiedzialnym za prozę polską w miesięczniku Fantastyka, a później w miesięczniku Nowa Fantastyka. Maciej Parowski nazywany był redaktorem polskich fantastów. Jedni się z tym zgadzają, drudzy niekoniecznie. W każdym razie Maciej Parowski to była persona godna szacunku i człowiek, który naprawdę dla polskiej fantastyki zrobił bardzo dużo. Dawno, dawno temu to naprawdę były odległe czasy. Chociaż jakby tak mierzyć latami, to wcale nie. Ale jak sobie człowiek uświadomi, ile od tego czasu się wydarzyło, to ma takie poczucie olbrzymiej dziury w czasie. No więc dawno, dawno temu Maciej Parowski udzielił mi wywiadu, w którym rozmawialiśmy o książkach w jego życiu.
I ten wywiad dawno, dawno temu, będę się trzymał tego sformułowania, pojawił się już w audycji Bibliotekarium 2.0. Ale cóż, lata mijają, słuchaczy audycji przybywa, co widać na liczniku. Na liczniku YouTube'owym i nie tylko YouTube'owym. Zatem postanowiłem przywołać tę audycję, bo po pierwsze bohater audycji to nietuzinkowa postać. Po drugie rozmowa niezwykle ciekawa i do pewnego stopnia wzruszająca. Tak, ja lubię się wzruszać. Lubię, jeśli to wzruszenie dotyczy zjawisk literackich. A rozmowa z Maciejem Parowskim o książkach w jego życiu to jest naprawdę przegląd nie tylko historii literatury, ale też przegląd życia. Tak, przegląd życia, bo nasze lektury to tak naprawdę nasze życie. Zapraszam państwa zatem na powtórkę, świadomą powtórkę dla nowych słuchaczy audycji Bibliotekarium 2.0.
Ta powtórka to wywiad z Maciejem Parowskim, redaktorem Nowej Fantastyki, a wcześniej Fantastyki. Wywiad o książkach w życiu Macieja Parowskiego. Zapraszam. Dzień dobry. Gościem Bibliotekarium jest pisarz oraz redaktor Maciej Parowski. Dzień dobry.
[02:28:54] - Dzień dobry. Cześć.
[02:28:55] - Macieju, jesteś człowiekiem piszącym i to piszącym od dawna. Byłeś dziennikarzem, zdobywałeś szlify w politechniku, ale później przez wiele lat dowodziłeś okrętem prozy polskiej w Fantastyce.
[02:29:10] - Później samym miesięcznikiem.
[02:29:11] - Ale przez cały czas tę działkę prozy polskiej trzymałeś pod opieką. Jesteś też człowiekiem czytającym i to czytającym również od dawna. Chciałbym cię zapytać
[02:29:22] - Co cię ukształtowało? Jakie książki sprawiły, że jesteś dzisiaj tym, kim jesteś?
[02:29:27] - Pewnie wyłącznie książki mnie ukształtowały. Potem pojawiło się kino, które też kochałem, ale czytałem o kinie. Lepiej rozumiałem kino, które oglądałem dzięki książkom. A to zabawna historia, bo ja mówię niewyraźnie, mają ze mną kłopot dźwiękowcy. Ty też będziesz miał kłopot. Ja niewyraźnie czytałem w szkole, kiedy byłem wyzywany do odpowiedzi. I to sen z głowy, z polskiego. Co miałem? Mam krakowiankę z przyuczenia podstawowego, licealnego, nauczycielką podstawowego poziomu. Strasznie ją boliło i powiedziała, że będę w wakacje czytał książkę na głos.
Czytanie na głos. Ja umiałem czytać. Czytałem na głos. Troszkę ten bełkot pokonałem. Ja czytałem chyba jakieś opowieści o zwierzątkach, „Najmilsi”, jeszcze coś. Jakieś coś Brameńskiego o zwierzątkach. I pamiętam, że mnie to tak zainteresowało, a rozdział się skończył, że ja potem przeczytałem co dalej, już po cichu. Jak na drugi dzień mama mówi: „To czytamy ten rozdział", ja: „Ja to już znam." „Jak to?" „Ja to już przeczytałem." „No to następny." I w te wakacje, teoretycznie torturowany lekturą, już złapałem bakcyla i byłem gotów. Przerażenie mnie ogarnia na myśl, że mógłbym nie mówić bełkotliwie i nie zacząć czytać.
[02:30:44] - Ale miałeś wtedy lat?
[02:30:45] - Nie no, to wakacje plus pierwszy czy drugi klasyst. Niecałe osiem, bo to ja byłem grudniowy, czyli w drugiej klasie dopiero w grudniu kończyłem osiem. I to była wspaniała przygoda, i właściwie już wszystkie najwspanialsze dni to były z książką. I na tym strzelił między oczy. Pamiętam oczywiście ilustracje Szancera i pamiętam do dziś, że tak fajnie siedziałem na takiej półce przy oknie, oparty łokciem o lustro tego blatu i czytałem „Pinokia". I przyszli koledzy, żeby mnie gdzieś ciągnąć. I ja w ogóle nie miałem ochoty z nimi nigdzie iść. Nie mieli mi do zaproponowania nic, co byłoby tak dobre jak ta opowieść o Pinokiu. I może to jest opowieść okrutna. Są tam te przemiany, ale jest to opowieść wspaniała.
Ja przez „Pinokia" zacząłem próbować, jak smakuje ogryzek, bo tam jest ta słynna historia, że Pinokio jest głodny i je jabłko, i jest dalej głodny. No to ojciec mówi: „Jest ogryzek, ogryzku nie jada". No to ojciec schował ogryzek i Pinokio za jakiś czas ten ogryzek je. I ja pamiętam, że oczywiście nie z głodu, ale to znaczy, chyba to jest takie, że ja się słuchałem lektur, wyciągałem wnioski z lektur i byłem czytelnikiem naiwnym, który brał lekcję, jaką niesie proza, jaką niesie słowo do siebie. Traktował słowo serio, bo na pewno było ono ciekawsze od tej zabawy, do której mnie ciągnęli koledzy z bloku za oknem. Ewidentnie nie mogli temu nic przeciwstawić. Podobnie z „Poniewieramię". Potem się zorientowałem, że to pisarz lewicowy, Gianni Rodari. Ale opowieść o cebulku, o dworze, o roślinach. Tam był chyba bakłażan, którego zobaczyłem w życiu 40 lat później.
I o tym dworze, na którym pani nie daje cukierków, tylko papierki od cukierków są najwyższym wyróżnieniem. Dramatyczne przygody, walka, wojna, coś na kształt rewolucji. Zresztą rewolucje popieram, pod warunkiem, że to jest właśnie rewolucja Solidarności, prawda? Ale w każdym razie dawka wiedzy, może nawet podejrzliwości społecznej. Na pewno przygody, na pewno czytelniczego transu. I to było wspaniałe. Było tych dziecinnych lektur więcej. Na pewno tam były baśnie z wuja Szklarskiego. Do dziś pamiętam, że robiły na mnie wrażenie. Nie miałem wrażenia, że byłem wtedy indoktrynowany, tylko kontaktowałem się ze wspaniałą bajką rosyjską.
Były bajki koreańskie, które oczywiście ukazały się mniej więcej wtedy, kiedy trwała wojna koreańska. To były wspaniałe bajki, z których bezpodstawnie może nauczyłem się nieufności do buddyjskich mnichów, bo oczywiście były tak wybrane, żeby tam była niechęć. Przez to się stałem mniej ekumeniczny. Ale potem już moi koledzy ciążeli do buddyzmowi. Pamiętam do dziś, przeczytałem bajkę, bajki chińskie „Pięciu braci Li". To było dobra, mądra, kulturowo potrzebna i wcale nie stalinowska polityka zapoznawania czytelnika polskiego, w tym przypadku młodego, z innymi kulturami. Bardzo utrwalone są w mojej pamięci te książki i wpływ, jaki one na mnie wywarły. Ta gotowość na krótką formę, bo dziecko może jeszcze jest niegotowe do powieści. Pamiętam, że jak kiedyś poszedłem na Koszykową w poszukiwaniu jakiegoś tytułu, potrzebnego mi, wyświechtanego eseju, jak zobaczyłem te wszystkie okładki mojej młodości, no to tak, jakbym do raju wrócił, z którego zostałem wygnany. Bo oczywiście człowiek, który czyta takie książki, jest młody, nie ma kłopotów.
Jeszcze mu nie wylatują zęby, jeszcze go nie dotyka starość, jeszcze go nie dotykają kłopoty człowieka dorosłego. Ale chyba te książki trochę przygotowują. Te chińskie i te koreańskie i te „Za górami, za lasami" i te bajki, do których trafiałem potem. No, a potem to już był troszeczkę dalej, to był oczywiście „Puchatek, ale był też oczywiście „Guliwer". Jeszcze dalej na pewno lektura komiksów w świecie młodych. Na pewno lektura książek „Tygrysa" o wojnie to już troszeczkę Troszeczkę dalej.
[02:35:25] - Właśnie chciałem zapytać, co czytał nastolatek Maciej Parowski? Jaką literaturę?
[02:35:31] - Ja chyba byłem wszystkożerny. Oczywiście czytałem „Winnetou”. Ojciec, kiedy byłem w czwartej albo piątej klasie, kupił Sienkiewicza „Trylogię” i ja wpadłem od razu w „Ogniem i mieczem” i mordowałem się trochę. To była trochę praca, która często oznaczała, że jestem chory, że leżę w łóżku, jestem przeziębiony, mam dużo czasu i czytam. Pokonuję słabość organizmu, który się ledwo wychłodził z gorączki. I pamiętam, że „Ogniem i mieczem” to jednak było trochę mordowanie, ale też wspaniałe mordowanie. Bo to już był lot na skrzydłach. Ja to przeczytałem pewnie do szóstej klasy, czyli nie miałem więcej jak 13 lat, jak to skończyłem. Bardzo byłem dumny. Krzyżacy mi się bardzo podobali.
„Winnetou” czytałem w kółko i też jako młody katol czytałem bardzo wiele razy w kółko sceny obrony Częstochowy. I potem, jak mi młodzi ludzie mówili o Tolkienie, jak ja przeczytałem rozdziałik tu, rozdziałik tu i obejrzałem filmy, to widzę, że oni dostali z Tolkiena dokładnie to, co ja wziąłem z Sienkiewicza i Maya. The fact jest. Podróż, quest, cel, przeszkody, towarzysze, jakieś terminy ciężkie. Takie parareligijne, cudowne rzeczy Tolkiena z tą religią sarmacką u Sienkiewicza zastąpione. Jeszcze jest jedna rzecz. Ojcze, jak dobrze, że to powiem, bo matka mnie zmusiła do czytania, bo byłam głodałem, a ojciec wypuszczał sygnały. Opowiedział mi scenę o malowaniu płotu w „Tam, gdzie kurą nie zagrzeje”, prawda? Ta scena we mnie była, zanim dostałem tę książkę. Jak dostałem tę książkę, to spotykałem się z przekazem ojca.
Ojciec opowiedział mi: „Jam nie babinić chciał kmici”. To ojciec powiedział mi prywatnie, nie posłowi. Ja to dostałem z wyprzedzeniem. To były takie ojcowskie zwiastuny tego, co mnie czeka we wspaniałym świecie lektur. I to było doskonałe. Na tym polega ojcostwo, myślę. Nie tylko na tym, ale mówimy o pisarzu, mówimy o jego rodzinie. I mama, która nie była tak błyskotliwa ani tak wykształcona jak ojciec, jednak odegrała rolę startową, a ojciec potem to wypełnił Conradem. Jak skończyłem 14 lat, ojciec mi dał do przeczytania „Smugę cienia”. Wchodzę w wiek jakiś tam męski.
Nie byłem wcale mężczyzną, nawet nie szykowałem się, by być mężczyzną, ale zostałem potraktowany przez ojca i przeczytałem opowieść o mężczyznach serio, którzy walczą z oceanem. Kiedyś ojciec wrócił z kina, mówi: „Maciek, idziesz jutro na „Fia do przodu””, takie kino w pobliżu nas. Ja mówię: „Ojciec, rozdział trzy, ale to jest od 14 lat”. „Na to możesz pójść. Pójdziesz”. Obejrzałem „Richarda III” z Lawrencem Olivierem, z Vivien Leigh, jego żoną. Straszny garbus, czarny, do kamery wygłasza szekspirowskie podłości, jakie on tam zapisał. Zresztą nie do końca słusznie, bo Tudorowie szkalowali, a Szekspir pisał pod nimi i musiał, ale to było przerażające i wspaniałe. Do tego Szekspira nie od razu dotarłem, bo potem, jak był rok czy dwa później u rodziny, u dziadków, Szekspir stał za szkłem. To wyjąłem, to się od tego odbiłem.
Nie dałem rady. Nie byłem gotów na znakomicie skonstruowaną popkulturę, która całego Szekspira starała się zmieścić nawet literalnie. Oczywiście byłem gotów. Późno miałem tego Szekspira. Oczywiście „Makbeta” przeczytałem w szkole, bo musiałem i podobał mi się Lady Makbet, ale już tak zupełnie wyszedłem na swoje, to pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to kupiłem sobie w szpicy tłumaczenie „Burzy”. Już się interesowałem fantastyką. Już wiedziałem, że to stamtąd jest nowy, wspaniały świat Huxleya. I tę „Burzę” połknąłem z rozkoszą i stała się ona jednym ze zrębów mojej teorii literackiej, że fantastyka jest wszędzie. „Burza” jest wspaniałą, fantastyczną opowieścią science fiction o skrzywdzonym magu, który buduje sztuczną wyspę i tam chce zwabiać swoich wrogów, by móc im wybaczyć. Jest stracie kultury, natury, Kaliban, te rzeczy.
Ponieważ to już wiedziałem, byłem przygotowany. Przygotowany chodziłem do kina. Potem już wiedziałem, że „Zakazana planeta” to jest opowieść na motywach szekspirowskiej „Burzy”. To już wiedziałem. I to smakowanie, ta pasja, która jest z literatury, to odkrywanie tych więzi, to była, jest i będzie jedną z przyjemności życia wśród książek. To oczywiście odnosi się nie tylko do książek, ale również do życia, do sztuki, do kultury, do kina. Kino się żywi książkami i książki zaczęły naśladować struktury narracyjne filmu, który jest sporządzany podług ludzkiej antropologii. Świat się nawija na szpulkę. To mówią teoretycy. To mówi Baklucha i mówi Jackiewicz Hlecow, z którym robiłem wywiad.
Te światy się zaczęły spotykać, nawzajem zapładniać. Pamiętam jak Miałem taką fazę, ona się chyba zaczęła jeszcze w podstawówce. Zacząłem czytać kryminały. Namiętnie. Ja jestem czterdziesty szósty rok. Te kryminały zacząłem czytać około, jak miałem kilkanaście lat, czyli mniej więcej po Październiku. Październik odkrył kryminał, odsłonił, zwrócił Polsce jako formułę niezakazaną, jako formułę interesującą. Na pewno rozrywkową, ale też warto było robić zagadki kryminalne. Warto tych kryminalistów różnicować. Chandler się jeszcze nie zdarzył, ale Philip Marlowe, Simenon.
Ci bracia Saint-Pierre, co napisali „Przejście morderców”. To już wiadomo było, że są kryminały dobre i złe, prawda? Ja zacząłem tego rodzaju czytać. Potem już byłem studentem politechniki. Czytałem też po zagadki, ale czytałem kryminały namiętnie. I potem trafiłem na jakiś esej, w którym się okazało, że o tym kryminale mówi się z powagą. Ja wtedy zorientowałem, że niby oddalając się od uniwersytetu, bo byłem na politechnice, niby oddalając się od humanistyki, siedzę w humanistyce. Poważni humaniści dzisiaj zajmują się kulturą popularną. To było tak, że wiatr przywiał mi na plażę w sześćdziesiątym siódmym, jak siedziałem na plaży w Sopocie. Przywiał mi „Przekrój”, w którym był esej Rogera Caillois „Estetyka i styl”.
I tam była pierwsza część eseju o powieści kryminalnej. Jak intelekt opuszcza świat, by oddać czystym igraszkom umysłu, a potem do niego wraca, by wpuścić tam do swojej, między swoje litery mroki życia zwykłego. I tam było o tej ewolucji od tego kryminału Conana Doyle'owskiego, tego Agathy Christie, gdzie się kombinuje jakieś cudowne wazy egipskie w „Pumie” i gdzie się potem przechodzi przez mroki Hammetta i Chandlera z powrotem do rzeczywistości. Większość tytułów, jakie pierwsze części tego eseju Rogera Caillois wymienia, ja czytałem. W polskich przekładach oczywiście. No i to było, że dokończenie za tydzień i że ta książka tego autora ukaże się na jesieni w edycji PIW. Więc oczywiście dokupiłem tą drugą część. Oczywiście byłem zachwycony. Oczywiście dotarłem po raz pierwszy do saloniku PIW na końcu ulicy Foksal, bo w księgarniach tej książki już nie było po wakacjach. Tam tę książkę dostałem i tam był esej o Potockim, o „Modliszce” jako micie i stworzeniu, micie męskości, która się boi kobiety.
Tam był esej o Potockim, jego „Kopisie”, który tam znalazł się i tam był ten esej, na który potem się w fantastyce powoływaliśmy. Chyba ja nawet dawałem chłopakom to do zeskanowania. Nie, nie do zeskanowania. Wtedy się kserowało i to się nazywało „Od baśni do science fiction”. Ja taką pigułę dostałem eseju. To był pierwszy tom z serii „Biblioteka Krytyki Literackiej”. Ja, będąc inżynierem na przedostatnim i ostatnim roku politechniki, zostałem się namiętnym czytelnikiem tej serii krytyki literackiej. Tam była książka Brzozowskiego, tam była książka Sendelera, ale była książka rewelacyjna, która mnie ukształtowała, która mi powiedziała, jak wygląda autor métier, którym się zajmuję, jakie będę miał kłopoty z autorami, jakie będę miał kłopoty z czytelnikami. Malcolm Cowley o sytuacji w literaturze amerykańskiej, Edmunda Wietlona szkice. Tam był Dave Szacak o krytykiem oświaty.
Tam się po prostu odkryłem świat eseju i zacząłem w nim buszować.
[02:45:30] - Czyli nastała taka faza, w której zacząłeś te lektury bardzo świadomie dobierać na podstawie jakiejś teorii literackiej, na podstawie różnego rodzaju esejów. Zacząłeś już dobierać starannie lektury?
[02:45:46] - To znaczy pozostałem bydlęciem wszystkożernym, ale umiałem odróżnić słodką trawę od gorzkiej. To znaczy, ale to nie było systematyczne. Ja w dalszym ciągu czytałem różne rzeczy i cieszyłem się, kiedy się znalazło coś. Pamiętam, że zanim przeczytałem nowelę Stevensona „Dr Jekyll i Mr Hyde”, wiedziałem, że ona nie opowiada o szalonym chemiku, któremu się skończyły chemikalia, tylko opowiada o duszy, która jest rozdwojona na dobro i zło, którą można... To wiedziałem, że to nie jest opowiadanie chemiczne. To nawet nie jest opowiadanie psychologiczne. To jest opowiadanie antropologiczne. Ja to wiedziałem. Takie rzeczy wiedziałem. Wiedziałem też skądś, ale to czytałem dopiero w przednieku trzydziestu lat, że po tym Conradzie, na którym mnie gdzieś tam mówił Smuga Cień, ja przeczytałem oczywiście „Tajfun”, bo akurat jeździłem żaglówką, przeczytałem metafizyczną i taką znacznie lepszą od Chemiłojaskiego „Człowieka i morze” zostawię Conrada, kapitanie przytępiałym, który robi, co do niego należy i dzięki temu wyprowadza statek z burzy i ratuje Chińczyków przed pokładem.
No to wiedziałem, że jest takie opowiadanie Conrada, nowela dłuższa „Jądro ciemności”. Wiedziałem, że to jest i udało mi się kupić w siedemdziesiątym czwartym roku czy piątym całego Conrada jakoś tak okazyjnie, bo starałem się o „Księdza z tysiąca i jednej nocy”, którą też kupiłem, ale okazało się, że nie ma już kupienia Conrada. Kupiłem tylko Conrada i w końcu się zebrałem chyba po roku, nie od razu, do przeczytania tego, co to jest „Mól dzienia” i rzeczywiście byłem zachwycony. Ponieważ próbowałem na Conrada nawrócić moich przyjaciół Marka Romusa, Mirka Kowalskiego, to Mirek Kowalski jak pojechał w 1980 roku do Anglii, to mi stamtąd przywiózł 28. tom tych 27 granatowych tomów. Ponieważ ten 28. tom to były wstępy i posłowia Conrada do tomów, które zostały zdjęte przez cenzurę, bo były wyraźnie antyrosyjskie. Pamiętam, jak Mirek Kowalski mi to dał. Jak sobie oglądałem, mówię: „Mirek, słuchaj, ja to przeczytam w ciągu tygodnia, może wcześniej i ci oddam nietkniętą, bo to zaraz oprawię”. „Ty się nie wygłupiaj - mówi.
- Ja to dla ciebie kupiłem”. „Dla mnie? Tego Conrada?” No i przeczytałem tego Conrada i nie udało mi się ich zarazić Conradem. Zaraziłem ich Chandlerem pierwszy raz, odkryłem. A oni mnie zarazili Dickiem, bo już był „Politechnik”, już byli kumple w „Politechniku”, którzy mówili co czytać, że to jest rewelacyjne. I oczywiście to działało, ale nie do końca, bo ja się zaraziłem Dickiem, czymś tam, a oni się zarazili Chandlerem, a Conradem nie. Moja siostra dostała od koleżanki na jedną noc „Dziennik” Gombrowicza. Przeczytałem pierwszy tom, potem potem drugi. Dostała też „1984”. To też przeczytałem bardzo szybko i też oczywiście byłem poruszony i przemyślałem.
A potem, jak zacząłem być redaktorem „Politechniki”, a nie tylko krytykonistą, to załatwiłem metkę, którą wszyscy moi następcy, na przykład Romuś Kowalski, załatwili sobie potem. Załatwiłem sobie, że dostaję gratisy wydawnicze i książki w ogóle przestały prawie nadwyrężać mój budżet, bo sporo książek dostawałem. O nich pisałem albo noty wydawnicze, albo dłuższe recenzje. Pisanie o książkach stało się moim częściowo zajęciem. Wielkim odkryciem, pamiętam, to kolega mi powiedział, bo ja tego nie wiedziałem, że to jest wspaniałe powiększenie Antonioniego. To jest na podstawie noweli Cortázara i raz jest babilat, a raz jest pamięciościna. To znaczy, że jedni tłumaczą tak, drudzy tak. To jest opowiadanie, którego narratorem jest aparat fotograficzny, który podgląda sytuację, w której chłopaka wabi dziewczyna, a z drugiej strony już się czai dandy czterdziestolatek, który chce go uwieść homoseksualnie. I ten aparat jest przerażony, nic nie może zrobić, tylko rejestruje obrazy. To było opowiadanie zachwycające, opowiadanie o czym innym, ale bez tego opowiadania nie ma tej opowieści o aparacie, który rejestruje zbrodnię, która zostaje schowana.
No więc oczywiście odkryłem Cortázara. Nigdy się nie zachwyciłem jego tą grą w klasy, nigdy jej nie przeciąłem, ale przeczytałem wszystkie jego opowiadania i byłem nimi zachwycony. Teraz jak moją autystyczną wnuczkę sfotografowała synowa na tle akwarium z taką wielką rybą i ta moja wnuczka, która się prawie nie komunikuje, uśmiecha się do tej ryby i mam wrażenie, że być może tymi swoimi mózgami emitują jakieś fale, które pomagają się porozumieć. To ja sobie przypominam opowiadanie Cortázara „Axolotl”. To jest taka forma płazio-rybia, która nie osiąga stadium dojrzałego, się roznaża i jest ozdobą akwarium. I tam gość przychodzi do akwarium, patrzy na tego aksolotla i czuje, że za chwilę oszaleje. I patrzy się, zatapia się w oczach i w pewnej chwili jest tak, że raptem się ten gość orientuje, że jest w aksolotlu, a aksolotl jest w nim i odchodzi. Więc moje spotkanie mojej wnuczki z tą rybą wygląda na bardziej pokojowe, na mniej przerażające. A to zdjęcie, ktoś przeczytał to opowiadanie, to nabiera zupełnie innego wymiaru. I to pewnie trzeba by powiedzieć, że proza, którą czytałem, eseje, które czytałem sprawiały, że patrzyłem na świat inaczej.
Były tam różne magiczne podszywki, różne pułapki, jakieś multiplikacje, spiętrzenia. Jak dzisiaj mówię autorom, co mają robić, mówię: nigdy nie poprzestawajcie na swoim medium. Oglądajcie się komiksy, zastanawiajcie się, w czym literatura jest lepsza od nich, a w czym one są lepsze od was. Co one mogą podpowiedzieć? Dlaczego wielka sztuka, jaką jest kino, które teoretycznie wszystko może, czasem korzysta ze sztuki niższej komiksu pożycza od niej bohaterów i narrację? Jaka siła tkwi w tych rysunkowych opowieściach? I jestem namiętnym czytelnikiem gazet. Zawsze radzę ludziom czytać recenzje filmów, które obejrzeli przed i po. Ja sam piszę co tydzień recenzje od 12 lat. Zawsze sprawdzam, co inni napisali raczej po niż przed, bo to jest czasem się pisze aż na styk.
Czasem jestem przygnębiony, że ktoś znacznie lepiej sobie poradził, znacznie ładniejszy piruet wywinął. Czasem jestem zadowolony z siebie. I to kino, i ta recenzja, i ten esej, i ta proza, czasem wiersz. Napisałem teraz wiersz o Breiviku. To są różne formy obsługi widzialnego i niewidzialnego świata, który na nas naciska, który nas kształtuje. I ja tak się zastanawiam, coś tak jakby na początku to spytałeś, bo to bez książek mnie nie ma. One mnie skonstytuowały. Ja pamiętam, spowiadałem się jako nastolatek i ksiądz wyraził chęć spotkania się ze mną ... spowiedzi. Myślałem, że będziesz mówił o grzechach, a mówisz o książkach.
Zastanawiam się, jak on został moim kumplem, bo był też moim bibliotekarzem. On mi wcisnął Clive'a Lewisa, na przykład „Opowieści Diabła starego do młodego”. Pożyczył Grahama Greena, którego ja już sam odkryłem przez „Trzeciego człowieka”. To genialna książka. Odkrywam jej strukturę w swoich innych książkach, tak jakby się zaprogramowała we mnie. Jakieś „Drombergi na nosy”, jakieś książki religijne, ale też „Sztuka przekonywania i dyskusji” Szukowskiego, która jest w całości oparta na Schopenhauerze. Wiele książek. Księgarze go znali, te książki wypożyczali i ja, zanim wstąpiłem we wspaniały świat książek jako buszujący w nim zdobywca gratisów, to widziałem wspaniałą bibliotekę księdza, który był buszującym w księgarniach nabywcą. I to był wspaniały świat. Myśmy to wszystko traktowali bardzo serio.
Pamiętam, jakąś taką książkę pożyczyłem. Ona była w sensie lewacki, spisana szwedzka książka o Egipcie, trochę antyreligijna. Co ty czytasz takie rzeczy? I dał mi Herberta „Barbarzyńca w ogrodzie”. Potem miałem przewodników, którzy mnie naprowadzali na właściwe książki. Ktoś inny pożyczył mi „Myśli nowoczesnego Polaka” Dmowskiego. A ktoś inny mi pożyczył „Na parafii w wyszkowie” Żeromskiego. Jak ten Maszewski przychodzi na parafię, chwilę przebywa, wzdraga się, kiedyś chrzczenie, bo Polacy się odwinęli. Znajomy ksiądz mi pożyczył inne książki. Z mojego pokolenia, bo tata był starszy.
Pożyczył mi Kościół Lewica „Dialog w mnichnite”. Ja tej książce uwierzyłem w pełni. Potem trochę mniej, ale ta książka też we mnie zmieniła. Czytałem też trochę Tocqueville'a. Borges to było takie odkrycie, że on też mówił o tym co ja. Też odwoływał do Stendhala, do Verne'a. To znowu było wkroczenie w zamknięty świat książek, które ubogaca mnie. Biblioteka Babel. I ja jestem człowiekiem z papieru. Moi ojcowie byli ludźmi z papieru.
Na początku coś powiedziałem, że spod mojego pióra, spod mojej ręki wyszli. Leszek nie zwykł mówić o cwaniej, która tak to jest radość grzybiarza. Idziesz i znajdujesz wielkiego rydza, wielkiego prawdziwka. Ja nie wymyśliłem Dukaja. On się sam wymyślił. Przyszedł tekst do redakcji Sapkowskiego. Ja nie wymyśliłem. Ziemiański. Ziemiański jakieś pierwsze opowiadanie, myślę, że drugi, trzeci rok prosto z tomu, który Wujcik tam układał. Potem już „Deng” po 17 latach chyba.
„Bomba Heisenberga”. Rozwalający tekst formalnie, treściowo. Baraniecki, kolega, z którym robiłem politechnik, kierownik działu gliwickiego, przesyła mi rok po powstania wojenny po zamknięciu pisma. Czytamy to z Radkiem, patrzymy na siebie, widzimy, że się ziemia trzęsie. Ziemia poruszyła, coś się stało. Jesteśmy już w innym miejscu. Moje życie redaktora było pełne takich przygód. Tylko że ja żadnej z tych przygód nie wykreowałem. Czasem coś komuś podpowiedziałem, czasem coś komuś powiedziałem, żeby skreślił, bo to musi być. A ja mówię: „Przecież to jest to i to”.
„Zauważyłeś?” „No jasne!” „A jak zauważyłeś, to możemy skreślić”. Taka była moja pomoc dla małych geniuszy. I to się sprawia, że człowiek, który te książki kochał, jak się nie odkochał. Ci ludzie, którzy lubią pisać, są jego przyjaciółmi. Ja pewnie zadziwiłem paru swoich wielkich wrogów, teraz kumpli, że okazywały się niedobre książki. Poszczekiwali na nich ich rówieśnicy, bo tamci młodzi rywalizują ze sobą. Nie ma większego bólu niż to, jak kumpel wyda dobrą książkę. A ja to witałem z radością i tak: „Kurwa, mój kumplę, mój wróg największy pisze dobrą. Co to jest za świat?” Ja byłem wielki, podobno, redaktor chóru fantasy dlatego, że byłem w dobrym miejscu. Wszyscy do mnie przynosili teksty, że było ich dużo, było dużo czytelników.
No i dlatego tam gdzieś na moim płaszczu z orderami redaktorstwem jest przypięta gwiazda Sapkowskiego. Złoty łuk Dukaja, ale jest Brzezińska. Brzezińska to nie, to była wojna, ale Białołęcka, Żerdziński, Kuba Nowak, Jacek Sobota. To byli kumple. To było pisanie, spieranie się, radowanie. Na początku oni ze sobą rywalizowali. Potem jednemu autorowi powiedziałem, że mi jego opowiadanie przypomina figurę dramatyczną, całą historię innę. On mówi: „Jasne, niech pan autorce napisze. Ona się przyznaje, że tak”. Miłość do słowa, do dobrze zrobionej rzeczy była silniejsza od ambicji stylu rywalizacyjnego.
Tam się dokonywały różne spotkania i pojednania, dzięki temu podkładowi namiętności do książek, które są oczywiście sztuką, są nazywaniem świata, są wojowaniem ze światem, są wrzucaniem w siebie swojej prawdy. Nauczył mnie też patrzeć na tą fantastykę jako dzieło charakterów. Na pewno nie umiejętności, tylko charakteru. Pamiętam jak po 1954 roku miałem raptem 38 lat i w dyskusji z Tasowiem profesor Handke, wyjaśniając powodzenie fali socjologicznej, ale to dotyczy religijnej, alternatywnej i mistycznej, każdej. Kiedy człowiek pisze to, co czuje, że musi napisać, wyjdzie mu zawsze lepiej niż sądził, że potrafi. Kiedy dosiadamy swojej prawdy, to jest nienarowisty koń. Jak my się słuchamy swojej prawdy i nie zakłamujemy jej, idziemy za nią, to ona nie strąca poprzeczek, jedzie się do celu z dobrym wynikiem.
[03:00:35] - Chciałem teraz na koniec zadać pytanie, które może ci chyba sprawić trudność. Jakich tekstów, jakich książek po prostu nie lubisz? Bo ty jesteś takim łagodnym recenzentem, człowiekiem, który lubi wiedzieć, więc czasami, tak to widzę, jesteś gotowy przeczytać nawet złą książkę, byle dowiedzieć się czegoś więcej. Ale czy są takie tytuły, takie książki, może takie gatunki literackie, których po prostu nie lubisz?
[03:01:07] - Najprostsza odpowiedź, ale to jest odpowiedź typu replika z buta: nie lubię książek, których nie rozumiem. Pamiętam, że mogę czytać książki, z którymi się nie zgadzam, bo chcę podpatrzeć tę pokrętną logikę, ale nie lubię książek, które dostarczają mi wrażenia banału, niepotrzebności. Książek, które nie spełniają tego postulatu, że kiedy piszesz to, co dla ciebie jest ważne, tylko piszesz o tym, co masz wrażenie, że Hemingway powiedział, co się tego też nauczyłem, że młodemu sprawia trudność odróżnienie tego, co czuje, od tego, co powinien czuć. To gdzieś Hemingway powiedział. Znajdowałem to u innych pisarzy, też to było ważne. Hemingway powiedział też: „Nigdy nie doprowadzaj roboty do końca. Kiedy jesteś w akcji i wiesz co dalej, a jest pierwsza, trzecia w nocy, to odłóż to, bo następnym razem zaczniesz od tego miejsca, w którym wiesz co dalej. Nie dojeżdżaj do momentu, w którym nie wiesz co dalej, bo potem możesz mieć miesiąc przerwy”. Ja tę myśl znalazłem u Hemingwaya, strasznie mi się spodobała, a potem ją znalazłem u Márqueza. On to wziął od Hemingwaya w jakimś tekście.
Ale wracamy do tego, czego ja nie lubię. Nie lubię mętności, nie lubię kłamstwa i nie lubię niezrozumiałości. Wrogość zniosę, gdybym mógł podpatrzeć struktury złości. Kłamstwo też może być interesujące. Nieinteresujący jest kłamstwo bezczelne, na rympał, ale warto się przyjrzeć strukturze kłamstwa, żeby chociażby naśladować dialogu. Jedyny cytat z mojej książki „Twarz na poziemie”, jaki jest w internecie, to jest tam, że gość mówi do gości, że nie ma mowy o drzemce, po obiedzie jest dyskusja. Taka indoktrynująca dyskusja, bo bohater się pyta: „Obowiązkowa?” Dyskusja jest dobrowolna, wszyscy w niej uczestniczą. To kłamstwo w tym zdaniu jest małą literacką radością i mowa kłamliwa sama na siebie zastawia takie pułapki. Wypacywanie ich zastępuje udręki niesłusznego poglądu. Nie lubię w książkach pewnego typu udawania i nieszczerości, bo nic mi nie dają.
Chociaż niektóre nieszczerości bywają interesujące przez to, że można pod nimi dopatrzeć tego, co próbują zakłamać, ukryć. I przyłapałem się też na tym, że jestem inżynierem i że muszę sam weryfikować autorytety, jakie mi się wmawia. Wiele książek krytycznych, po które sięgnąłem, odkładałem po przejrzeniu trzech, pięciu kartek, bo dochodziłem do wniosku, że to jest, jak się mówi, blagi. Wiatraczek terminów i mądrych pojęć, słusznych zdań przysłania pustkę, a z pustki nie będę miał żadnego pożytku. Może za szybko zdyskwalifikowałem niektóre książki, niektóre teksty. Pamiętam, nie od razu, ale odkryłem, jak się odzwyczaiłem pisania Sartra. Mój kolega, który był człowiekiem trochę mętnym, trochę pokrzywionym, który szedł na różne koncesje, udając, że robi je z ewidentnego moralnego wyboru, polecał mi Sartra i ja doczytałem w tym Sartrze jego mętniactwo, jego nieszczerość i naturalizm. Ale to być może były zbyt pochopne sądy. Sartre był blagierem. Jak mu mówili o zbrodniach Stalina, to mówił, że nie można o nich mówić, żeby nie odebrać nadziei robotnikom z Milan Cur.
To była mętna francuska dusza, która mi się nie podoba i z którą jestem w stanie wojny. Z Macronem też. Duchowej wojny. Tego nie lubię. To mnie odstręcza, a jednocześnie oznacza po prostu odrzucenie. Wiesz, czego nie lubię. Parę lat temu coś z mojej książki się ukazało. Zrecenzowałem książkę młodych autorów „Kinomiografia nowego milenium”. Widzę język pokolenia, które ogląda tylko kino swojego czasu i innego kina nie ogląda, które używa języka pressbooków reklamowych, które zastępuje myśl krytyczną sloganami. I reklamowymi, i ideologicznymi, którzy z tego kina nie wyciągną wiele, również dlatego, że nie znają poprzedniego kina, którzy strasznie arbitralnie się wypowiadają, że autor zrobił to powodowany chęcią zysku albo żeby wesprzeć system amerykański.
Jest system podejrzeń, który uniemożliwia spojrzenie na twórcę jako nosiciela pewnej prawdy intelektualnej, estetycznej. Tylko się go dyskwalifikuje przy pomocy dwóch, trzech formuł, które nic nie znaczą i które nie zostały w żaden logiczny sposób wyprowadzone. Ja tego nie lubię, ale czytałem tę książkę z morderczą przyjemnością, mażąc po niej ołówkiem zaciekle, bo wiedziałem, że wyciągnę te fabule na wierzch i przedstawię publiczności. Ja czasem czytam książki złe. Nie zawsze, żeby się nad nimi znęcać, ale zawsze, żeby coś zrozumieć. Ale, i chyba zakończę tym, przeczytałem taką myśl u Audena, jeden z tomików „Biblioteki literatury współczesnej". Ona mi się strasznie spodobała. Użyłem tej myśli przeciwko koleżance, która strasznie mnie dojeżdżała i moich autorów. Najpierw się uspokoiła, myśmy się pojednali, ona już nie atakowała mnie ani moich autorów. Otóż on mówi tak: „Recenzowanie złych książek jest niebezpieczne, ponieważ jeżeli recenzujemy złą książkę, jedyna ciekawa treść, jedyna ciekawa warstwa, jedyna interesująca rzecz, jaką możemy dać, to jest nasza interpretacja, nasza złośliwość.
Czyli recenzując złe książki nieuchronnie popisujemy się. I tak recenzowanie złych książek psuje nam charakter."
[03:07:54] - Bardzo dziękuję za rozmowę.
[03:07:56] - Dzięki.
[03:07:59] - Teraz zapraszam państwa na recenzarium Evivy. Krótkie hasło: „Wynalazek Morela".
[03:08:08] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Obecnie na rynkach księgarskich królują tak zwane cegły. Niektórzy pisarze, niektórzy czytelnicy również uważają, że im książka grubsza, tym lepsza. I w związku z tym tacy na przykład pisarze jak Martin prześcigają się w oferowaniu tomów, w których każdym można by kogoś zabić. Osobiście uważam, że objętość książki wcale nie świadczy o jej jakości. W wielu tomach, które posiadają, jakby się to teraz określiło, przyzwoitą grubość, więcej jest wody niż rzeczywistego tekstu. A tymczasem istnieją, trudno powiedzieć, żeby to były powieści, nowele, w których tej treści jest tyle, ile nie ma czasami w całych seriach współczesnych. Książka, o której chcę teraz mówić, została po raz pierwszy wydana w 1975 roku. Wtedy jeszcze nie patrzono na to, czy książka jest cienka, czy jest gruba. Chodziło o to, co jest warta.
Dlatego właśnie Adolfo Bioy Casares nie był zmuszany przez swego wydawcę do rozwodnienia treści książki na pięciuset co najmniej stronach i mógł spokojnie wydać swoją nowelę pod tytułem „Wynalazek Morela" w tej formie, w jakiej ją napisał. Nie wiem, czy gdyby książka była grubsza, to byłaby lepsza. Według mnie zawiera dokładnie to, co autor chciał przekazać czytelnikom. Ni mniej, ni więcej. I taka, jaka jest, stanowi najlepszą formę historii, którą pisarz opowiedział. A jest to historia dość osobliwa. O co tam chodzi? Narrator, którego imienia nie poznajemy, został oskarżony o morderstwo i skazany na dożywocie. Udaje mu się jednak uciec. Przy pomocy włoskiego handlarza dywanów dostaje adres wyspy, na której, jak Włoch mu mówi, jest pewna posiadłość.
Zostaje jednak ostrzeżony, że na tej wyspie panuje przedziwna choroba, której przyczyn nikt nie zna oraz nikt nie zna na nią lekarstwa. Jest śmiertelna i przerażająca. Dlatego też każdy unika tego skrawka lądu. Nasz narrator nie ma wyboru. Ponieważ nie chce wracać do więzienia, postanawia zaryzykować i udać się na wyspę w jednej wątłej łódce. Udaje mu się dotrzeć na miejsce i rzeczywiście znajduje posiadłość. Jednak po kilku dniach jego spokój zostaje zakłócony. Okazuje się, że na wyspie są ludzie. Kilkoro turystów w różnym wieku, którzy najwyraźniej świetnie się tu czują i zachowują się, jakby byli u siebie. Zbieg musi się ukrywać.
Jednak po kilku dniach obserwacji odkrywa coś niesamowitego. Otóż ci ludzie go nie widzą, nawet gdy zastępuje im drogę. Nie widzą go, nie zwracają na niego żadnej uwagi. Również to, co mówi, dziwnymi sposobami do nich nie dociera. Ośmielony zaczyna śledzić jedną z kobiet i wkrótce zakochuje się w niej. Idąc jej tropem trafia na zebranie zwołane przez organizatora tych dziwnych wakacji, wynalazcę Morela. Na tym spotkaniu Morel przedstawia swoim towarzyszom powód, dla którego ich zaprosił. Otóż wypróbowuje tutaj swój wynalazek służący utrwalaniu nie tylko obrazu czy głosu, ale również duszy. Cóż, książka Casaresa opowiada o odwiecznym marzeniu, żeby kogoś zatrzymać na stałe, niezależnie od kosztów. Cazares wspomina tutaj o przesądzie Indian, którzy uważali, że zdjęcia kradną ich duszę.
I jak mi się zdaje, stanowiło to punkt wyjściowy jego noweli. Jednak Morel posunął się w swym wynalazku dużo dalej. Potrafił stworzyć rzeczywiście wieczne życie, ale zaklęte w krótkim przedziale czasu. Tutaj chodzi mniej więcej o tydzień. Nasz narrator nie jest do końca pewny, czy to, co zostało utrwalone, to tylko ciała jego towarzyszy, którzy zapłacili okropną cenę za ambicje wynalazcy, czy też wewnątrz tych utrwalonych i powtarzających wciąż te same gesty, te same słowa ciał, są też ich dusze. Nie ma możliwości, żeby to sprawdzić. Sama myśl wydaje się dość przerażająca. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy zmuszeni do ciągłego powtarzania kilku dni z naszego życia. Raczej nie jest to miła perspektywa, nawet gdyby miały to być dni wesołe, szczęśliwe. Trzeba przyznać, że argentyński pisarz przedstawił tę historię w bardzo interesujący sposób.
Jak już wspomniałam, bez zbędnego lania wody, opisując tylko to, co najważniejsze. I właśnie dzięki temu, uważam, jest to jedna z tak zwanych książek doskonałych. Tam nie ma czego dopisywać. Ująć by się raczej nic nie dało też. Jest doskonała taka, jaka jest. Spróbujcie państwo przeczytać. Naprawdę będziecie zaskoczeni. Zwłaszcza że pewnie niewiele znacie książek iberoamerykańskich, a Adolfo Bio Casares pochodzi z Argentyny. Niewiele jest argentyńskich książek na naszym rynku. Tę pewnie znajdziecie gdzieś w bibliotece.
Sięgnijcie po nią. Dobrze radzę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:14:02] - Teraz oddam głos Krystynie Śmigielskiej, a właściwie nie tylko Krystynie Śmigielskiej, bo także niezwykle ważną rolę będzie pełnił gość. A właściwie... No właśnie, mam zawsze problem. Teraz nowa forma powszechnie obowiązująca to gościni. Jakoś tak mi to trzeszczy w uszach, ale jak państwu nie trzeszczy, to gościni Anna Brendgos. Zapraszam zatem. Literackie tête-à-tête.
[03:14:37] - Gościem, gościnią, bo tak dzisiaj często mówimy, z którą chcę porozmawiać o jej twórczej pracy, warsztacie, problemach wydawniczych i w końcu o tym, co w zawodzie pisarza jest najpiękniejsze, czyli kontakcie z czytelnikami, jest pani Anna Marta Brendgos. Była nauczycielka, obecnie emerytka, menedżerka, trenerka męskiej drużyny koszykówki, żeglarka w stopniu sternika, pracująca w fundacjach charytatywnych osoba, przebojowa i odważna. Pani Anna Marta Brendgos jest autorką dziewięciu powieści obyczajowych. Spod jej pióra wyszły następujące książki: „Piotruś w pakiecie”, „Scenariusz z życia”, „Dzień prawdy”, „Noc prawdy”, „Matką już byłam”, „Nigdy nie będziesz mną”, „Sami sobie nigdy”, „Prażeńka” oraz najnowsza pozycja „Jastrowa na tropie”. Dobry wieczór, pani Anno. Miło mi bardzo, że zgodziła się pani wziąć udział w naszej audycji.
[03:15:45] - Dobry wieczór, bardzo mi miło gościć na państwa antenie. To wielka przyjemność, a dla mnie również ogromna szansa przedstawienia siebie choćby za pośrednictwem fal radiowych, internetowych kontaktów z czytelnikami. Dobry wieczór.
[03:16:03] - „Scenariusz z życia” — taki tytuł nosi pani debiutancka powieść. Czy została ona napisana na konkurs, czy też może wcześniej gotowa czekała w szufladzie na odpowiedni moment, aby móc zaprezentować się światu?
[03:16:18] - „Scenariusz z życia” był początkowo scenariuszem filmowym. Nigdy oczywiście, nad czym ubolewam, nie został zekranizowany. Dopiero kiedy stwierdziłam, że czas nadać mu jakąś formę, która dałaby mu drugie życie, zrobiłam z tego powieść. Długo leżała — dawniej to się mówiło w szufladzie — w tej chwili to plik zakopany gdzieś na dnie innych plików komputerowych. Porozsyłałam tę powieść do wszystkich świętych, gdy nie wiedziałam, jak to się robi, więc wysłałam do wszystkich wydawnictw, które znalazłam w internecie. Nie dostałam żadnej sensownej odpowiedzi na tak. W związku z tym, jako się rzekło, trochę ze sportem miałam ulęgać, więc przegrywać potrafię. Przełknęłam porażkę do momentu, kiedy wydawnictwo Nasza Księgarnia nie ogłosiło właśnie konkursu. Wyciągnęłam plik gdzieś z niebytu, wysłałam do tego samego wydawnictwa, bo już wcześniej w Naszej Księgarni było, ale widocznie trafiło do kogoś innego i kapituła konkursu uznała tę powieść za tak wartościową i atrakcyjną, że wydano ją w wersji papierowej. Chociaż pierwsze miejsce miało być w papierze, dwa następne w e-bookach, ale okazało się, że wyrównany poziom.
350 prac trafiło na ten konkurs. Okazało się, że moja powieść zajęła trzecie miejsce i tak oto zadebiutowałam.
[03:17:57] - Gratulujemy, bo to już jest duże wyróżnienie. A który to był rok, pani Aniu?
[03:18:03] - Powieść ukazała się w 2014. Pracowaliśmy nad nią summa summarum prawie dwa lata.
[03:18:10] - Ona może jest jeszcze dostępna nawet w księgarniach, proszę państwa.
[03:18:13] - Raczej nie. W tej chwili z wydawnictwem Lucky pokusiliśmy się o wznowienie i jest w nowej wersji nowa okładka. Nowa redakcja, aczkolwiek opowieść ta sama. Mam duży sentyment do tej powieści. Wiadomo, pierwsze dziecko. Zachęcam, można się pośmiać. Sporo mądrości życiowych tam przemyciłam. Nawet nie myślałam, że stać mnie na takie spostrzeżenia. Ho, ho! Tak jak się czyta swoje powieści i odbiera się je zupełnie inaczej, z dystansem.
Tutaj muszę przyznać, że czasami sama siebie zaskakiwałam. Wow, to ja to wymyśliłam? No więc zachęcam, żeby państwo sobie przeczytali, co też ja wymyśliłam. Scenariusz od życia.
[03:19:03] - Państwo zapamiętajcie: nowa wersja na pewno będzie jeszcze dostępna.
[03:19:07] - W tym roku wydana, więc na pewno będzie.
[03:19:09] - A, to na pewno. Pani Anno, dla kogo pani właściwie pisze? Kto jest pani wirtualnym czytelnikiem? A może powinnam zapytać: dlaczego pani pisze?
[03:19:19] - Tak naprawdę nie zwizualizuję sobie jakiegoś konkretnego odbiorcy. Nie powiem, żeby to była starsza pani w kapeluszu albo młoda dziewczyna na deskorolce. Chciałabym, żeby moje książki były zrozumiałe dla wszystkich. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził. Byłabym przeszczęśliwa, gdyby trafiły pod strzechy, czytał je każdy. Jeśli mam jakiś target wskazywać palcem, powiedziałabym, że jestem w nurcie literatury kobiecej. To nie znaczy, że li tylko kobiety sięgają po moje powieści. Tym bardziej, że ich bohaterami bywają mężczyźni. Tak jest w „Samych sobie nigdy”. Ta książka, ta powieść, nad którą w tej chwili pracuję, również jest głównym bohaterem mężczyzna.
Myślę, że mężczyźni odnajdą w moich powieściach swoje problemy, aczkolwiek nie tylko o problemach piszę. Anna M. Brengos „Nigdy nie będziesz mną”. W szatni Karolina nie zdążyła dobiec do toalety. Zwymiotowała, brudząc swoją nową, piękną i drogą sukienkę. Część koleżanek z konkurencji również mało nie zwymiotowała z obrzydzenia. Trener wyprowadził dziewczynkę do łazienki i zostawił pod opieką bardziej wściekłej niż zaniepokojonej matki. Julka przy pomocy jednorazowych ręczników i chusteczek higienicznych doprowadziła córkę do jako takiego wyglądu. „Weź się w garść” — powtarzała co chwilę przezroczystemu dziecku. Strój, choć mokry, można było uznać za zdatny do pokazania.
Łyżwy włożono przy pomocy zdenerwowanego trenera. „Dasz radę?” — spytał, zanim wpuścił Karolinę na rozgrzewkę. „Oczywiście, że da radę” — odpowiedziała Julka w imieniu córki i dołączyła do matki i męża na trybunie. „Co się stało?” — spytał Łukasz, przeczuwając coś złego. „Nic takiego. Zdenerwowała się. To wszystko z nerwów. Ale już dobrze”. „Na pewno?” — Łukasz spoglądał czujnym okiem to na żonę, to na sunącą po tafli córkę. Karolina właśnie robiła najazd do luca, nie zdając sobie sprawy z tego, że z boku, również tyłem, nadciąga inna łyżwiarka.
Zbieg okoliczności postawił w jednym punkcie lodowiska dwie zaaferowane ćwiczeniami dziewczynki. Osłabiona Karolina wbiła czubek łyżwy w lód, wybiła się w górę, ale nie mając siły nie dokręciła obrotu i rymsnęła wprost pod nogi drugiej zawodniczki. Poczuła uderzenie w brodę, ale przestraszona, że będą się z niej śmiać, starała się szybko podnieść. Stanęła oszołomiona i w tej chwili wszyscy na trybunach zauważyli, że na piękną, strojną sukienkę i na białą taflę kapie krew. Pierwszy znalazł się przy niej trener. Ruchem ręki przywołał służbę medyczną. Łukasz zerwał się z miejsca, ale stanął oniemiały. Maria chwyciła się za serce. Julka, roztrącając kibiców, przepychała się do przejścia w bandzie. „Nic jej nie jest.
Nic jej nie jest” — powtarzała zszokowana, chociaż nawet tego nie sprawdziła. Dopadła Karoliny, odsuwając na bok otaczających ją ludzi. „Nic ci nie jest, córeczko, prawda?” Dziecko było blade i wyglądało upiornie, całe zaplamione krwią z rozciętej łyżwą brody. „Proszę nam nie przeszkadzać” — ratownik odciągnął Julkę na bok i usadził Karolinę na krzesełku. Uważnie obejrzał ranę, sprawdził wszystkie odruchy i zawyrokował: „Potrzebne będzie szycie i przyda się zastrzyk przeciw tężcowi. Założymy opatrunek, ale proszę pojechać z dzieckiem na ostry dyżur”. „Ale ona miała startować” — nieprzytomny wzrok Julki spoczął wyczekująco na twarzy ratownika. „Czy pani zwariowała? Niech się pani cieszy, że na tym się skończyło. Dobrze, że nie ma wstrząsu mózgu.
Mają państwo czym pojechać czy wezwać karetkę? I uprzedzam, że na ambulans trzeba będzie pewnie poczekać, bo na mieście trwają ćwiczenia obrony cywilnej i do ran ciętych raczej nie przyjadą”. „Ja ją zawiozę” — rozległ się za plecami Julki głos Łukasza. Był blady i miał zacięty wyraz twarzy. Opatulił Karolcię własną kurtką, wziął ją na ręce i nie bacząc, czy małżonka za nim podąża, ruszył do wyjścia. Zanim dotarli do samochodu, dołączyła do nich Maria, która odebrała z szatni rzeczy wnusi.
[03:24:28] - Uważa pan, że pisarz powinien łączyć w sobie umiejętność obserwowania ludzkich dusz, wrażliwość dziecka, ciekawość, wręcz taką wścibskość złośliwej sąsiadki i cierpliwość kochającej matki? A może wystarczy, żeby potrafił płynnie opowiadać własną wizję, będąc obojętnym na losy i emocje swoich bohaterów?
[03:24:52] - To nie jest tak jeden do jednego, że my obserwując życie, uczestnicząc w nim, znajdujemy coś do swoich powieści. Ale również nie jest tak, że absolutnie wszystko jest zmyślone. Uważam, że pisarzowi potrzebna jest na pewno wrażliwość, w tym wrażliwość społeczna, żeby dostrzegał jakieś problemy, żeby dostrzegał zjawiska. Oczywiście jest mu potrzebny sprawny język, sprawne pióro, żeby później te zjawiska opisać. Nie ściągam z życia wydarzeń, które opisuję. Nie jestem reporterem, ale również moje książki nie są tak do końca science fiction wyssane z palca. Opierają się o jakiś problem. Nawet jeśli jest to komedia, to ona albo czemuś ma służyć, albo w jakiś sposób skomentować jakieś zjawisko.
[03:25:56] - Co dla pani jest ważniejsze — czy opisana historia, czy warsztat literacki? Które z tych elementów pracy sprawiają, że siada pani przed klawiaturą?
[03:26:07] - Ja nigdy nie kończyłam żadnych kursów pisarskich. Z wykształcenia jestem magistrem wychowania fizycznego. Mam z domu wyniesioną sprawność posługiwania się językiem. Dużą uwagę przywiązywano w moim domu do kultury języka i do czytania. W związku z tym mam takie określenie na moje pisanie, że piszę intuicyjnie. Nie wiem, czy to jest określenie jakieś ogólne, czy ja sama sobie je wymyśliłam. Nie opieram się na żadnych opracowanych przez znawców literatury schematach. Nie wiem, jak się powinno pisać. Po prostu siadam i piszę. Dla mnie najważniejsza jest historia, ale oczywiście to nie jest tak, że piszę byle jak, byle napisać, byle opisać, a dalej niech się martwi redaktor z korektorem.
Staram się, żeby to, co tworzę, miało formę dojrzałą literacko, dojrzałą językowo. Czy mi się to udaje? Pozostawiam pod ocenę czytelnika. Najwięcej na ten temat myślę, że miałaby do powiedzenia moja pani redaktor, ale odsyłane przez nią jakieś poprawki nie są całe strony na czerwono, więc myślę, że mój język jest na tyle sprawny, na tyle poprawny, że moje książki są wydawane.
[03:27:35] - Na jakie etapy dzieli pani pracę nad książką i który z nich jest pani zdaniem najprzyjemniejszy, a który najtrudniejszy?
[03:27:43] - Najprzyjemniejsza to jest impreza z okazji premiery, kiedy się wszyscy spotykamy, kiedy jest wesoło, kiedy opowiadam, jak to z tym było, kiedy wymieniamy uściski z przyjaciółmi, z blogerami, z którymi jesteśmy już po imieniu, z czytelnikami, którzy się zgromadzili wokół tego, co piszę. I to jest najfajniejszy moment. Natomiast różnie to z tym bywa. Ja raczej po prostu siadam i piszę. Oczywiście jest ten etap, kiedy muszę wpaść na pomysł. Najczęściej jest tak, że wiem, o czym będzie. Często znam ostatnie zdanie i muszę tylko zapełnić treścią. W związku tym następnym etapem jest siedzenie przy klawiaturze i wklepywanie treści. A potem to już wiadomo — cały cykl wydawniczy. Anna M.
Brengos „Dzień prawdy”. Wieczór mijał tak spokojnie, że wszyscy zapomnieli o jakimkolwiek zagrożeniu. Zuza czytała kryminał i nie potrafiła zamknąć książki przed skończeniem. Pomimo późnej pory brnęła przez kolejne stronice, ciekawa, kto był mordercą i jak go zdemaskują. Powieść trzymała ją w takim napięciu, że kiedy usłyszała odgłos psich pazurów na schodach, aż drgnęła. Uniosła głowę znad książki i w drzwiach swojego pokoju zobaczyła Ryśka. Nie zamykała się, chcąc wywołać chociaż trochę przeciągu w nadal upalne noce. Pies zaskomlał cicho i dał dziewczynie znać, żeby za nim zeszła. Zaintrygowana Zuzka odszukała pod łóżkiem kapcie i nie zapalając światła, cichutko podążyła za przewodnikiem. Rysiek zatrzymał się przy drzwiach na taras, wystawił zwierzynę i warknął.
Zuza wytężyła wzrok i w ciemnościach dostrzegła skradający się cień. Przeraziła się nie na żarty. W pierwszej chwili rozejrzała się za czymś, co mogłoby jej posłużyć jako broń. Złapała łopatkę z wyposażenia kominka. Z ciężkim argumentem w ręku poczuła się trochę pewniej, jednak nadal kombinowała, w jaki sposób unieszkodliwić włamywacza. Nic nie przychodziło jej do głowy. Zdawała sobie sprawę, że sama, a nawet z Bacią nie poskromi złoczyńcy. Tym bardziej że może być uzbrojony. Jak na złość telefon zostawiła na górze i nie miała jak wezwać pomocy. Była bliska załamania, gdy niespodziewanie uruchomiły się zraszacze.
Intruz wstrząsnął się i zaklął. Zuzce przemknęło przez myśl, że uda jej się spłoszyć złoczyńcę, wykorzystując efekt zaskoczenia. Dopadła do tablicy rozdzielczej i włączyła oświetlenie ogrodu. Tym razem napastnik nawet nie zdążył krzyknąć. Zatańczył w konwulsjach i
[03:30:45] - Padł na ziemię jak marionetka odcięta od sznurków. Równocześnie huknęło i zgasły wszystkie światła oraz wyłączyło się nawadnianie. Zuzanna aż podskoczyła. W jednej chwili przy jej boku pojawiła się biała zjawa w powłóczystej szacie. Nie był to żaden duch, tylko zaalarmowana hałasem babcia w swojej za dużej koszuli nocnej. W ręku dzierżyła szklaną pozytywkę, śnieżną kulę wielkości głowy niemowlaka. Jedyne narzędzie obrony, jakie miała pod ręką w swoim pokoju. Zdążyła w samą porę, żeby zobaczyć, jak wspólnik podnosi z ziemi gramolącego się i nie całkiem przytomnego napastnika i obaj niezdarnie oddalają się w głąb ogrodu, prawdopodobnie wycofując się w bezpieczne miejsce. Zuzka wyskoczyła na taras, jednocześnie uwalniając Ryśka. Pies skoczył za intruzami, ale zanim dopadł płotu, ich już nie było.
„Stój, bo strzelam!” Na wszelki wypadek krzyknęła jeszcze Zuzka i chociaż wyszło jej to nieco piskliwie, miała nadzieję, że odstraszyła napastników skutecznie i więcej tu nie wrócą. W każdym razie nie dziś. „Co się tu stało?” — spytała babcia, odkładając na stół swoją broń. „Woda i prąd to nie najlepsze zestawienie” — zacytowała ojca Zuzka. Instalując podlewanie musieli zrobić jakieś przebicie w oświetleniu, bo kiedy włączyłam światła, to go poraziło. „Super” — ucieszyła się Joanna. „Nie jestem pewna, czy tak super, bo teraz zostałyśmy bez prądu. Oby korki wywaliło tylko nam, bo jeśli poszła cała faza, to pół wsi jest bez światła. Nie wiesz, gdzie jest latarka?” „Nawet jeśli gdzieś jest, to pewnie bez baterii, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś jej używał. Czekaj, w kredensie coś powinno być”.
Joanna zniknęła w kuchni, skąd po chwili wróciła z zapalniczką i kompletem urodzinowych świeczek. Zuza przyjęła z jej rąk akcesoria, krytycznym wzrokiem spojrzała na ten ekwipunek. W końcu wzruszyła ramionami i zabrała się do naprawiania prądu. „Świeczki jak świeczki” — uznała. „Przyświeć mi tu”.
[03:33:06] - Interesuje mnie również sposób pani przygotowywania się do pracy nad kolejną powieścią. Czy robiąc research zbiera pani w pliki wszystkie potrzebne dane, wskazówki, notatki, czyta podręczniki do psychologii, prowadzi rozmowy z pierwowzorami swoich bohaterów? Proszę mi powiedzieć, jak dojrzewają w pani postaci, zanim zamknie je pani w kształcie liter.
[03:33:31] - Bywa to różnie, w zależności od tego, nad czym pracuję. Przygotowania do „Prażenki” trwały trzy miesiące i były to trzy miesiące spędzone w bibliotekach nad analizą historii wojennej warszawskiej Pragi. To jest powieść pisana w dwóch czasach. Dzieje się współcześnie i właśnie w czasie II wojny światowej. To jest pamiętnik młodej dziewczyny tamtych czasów, który napisałam w oparciu o opowiadania mojej mamy i babci. Głównie mamy. Ale wiadomo, że opowiadania są subiektywne i trzeba je weryfikować o fakty historyczne. Więc trzy miesiące spędziłam na zbieraniu materiału. Natomiast książki, które mówią o współczesności, zwykle bywa tak, że po prostu siadam i piszę. W momencie, kiedy potykam się o coś, czego nie wiem, najpierw telefon do przyjaciela.
Jeśli nie, przepraszam, najpierw ciocia Wikipedia albo wujek Google. Jeśli tam nie znajduję właściwych odpowiedzi, bo czasami są sprzeczne jakieś wiadomości, czasami albo za mądre, niezrozumiałe, albo wręcz odwrotnie zbyt temat powierzchownie potraktowany. Dzwonię. Dzwonię do pana w nietypowej sprawie i dzwonię do różnych ludzi. Ostatnio było to Polski Związek Łowiecki, naprawiacz pralek, dostarczyciel gazu skroplonego, serwis pieców gazowych. Naprawdę do różnych ludzi wydzwaniam i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś mi odmówił odpowiedzi. Oczywiście staram się najpierw znaleźć znawców tematu wśród moich przyjaciół i znajomych. No ale nie zawsze tacy się znajdują i wtedy znajduję jakąś tam firmę, która się zajmuje danym tematem. Dzwonię z pytaniem. Zawsze mam pełną odpowiedź.
Więcej wiedzy niż oczekiwałam. Zawsze z życzliwością, zrozumieniem, z uśmiechem, z poleceniem się na przyszłość, że jakbym miała problemy, proszę dzwonić. Jak nie ja, to uprzedzę kolegów. Zawsze pani ktoś pomoże. I rzeczywiście tak jest.
[03:35:56] - Czyli angażuje pani do swojej pracy również inne osoby, co jest bardzo cenne, bo świadczy to o tym, że literatura nadal żywa i wychodzi spoza kartek.
[03:36:10] - Nie wyobrażam sobie, żebym miała pisać głupoty. No nie może być tak, że pisząc o nie wiem, no właśnie o naprawie pieca gazowego, którego w życiu na oczy nie widziałam, będę sobie wyobrażała, jak to się robi czy jak on wygląda. No po prostu trzeba zapytać kogoś mądrzejszego. Zdarza mi się wśród powieści, które czytam, znajdować jakieś błędy merytoryczne. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś u mnie palcem pokazał, że tak się nie dzieje. Tutaj to dałaś po bandzie. Tak się nie dzieje. To nieprawda.
[03:36:48] - Czy identyfikuje się pani ze swoimi bohaterami? Którego z nich uważa pani za ulubioną, ulubionego i dlaczego?
[03:36:56] - Niektórzy bohaterowie mają coś ze mnie. To znaczy tak: moi przyjaciele, czytając moje powieści, twierdzą, że bardzo im przeszkadza to, że mnie znają. Bo czytają, jakby widzą, słyszą, przede wszystkim słyszą mnie. Wiadomo, moi bohaterowie posługują się moim językiem często, aczkolwiek staram się, żeby każdy bohater mówił własnym językiem, miał swoje powiedzonka i jakąś specyfikę swoich wypowiedzi. Oczywiście wtedy nie u każdego słychać mnie, ale ci główni bohaterowie, szczególnie żeńscy, coś ze mnie jednak mają. Aczkolwiek to nie jest tak i proszę to zapamiętać, że to nie jestem ja. Ja mogę użyczyć moich przygód, epizodów, ale nie jestem moimi bohaterami. Natomiast jeśli chodzi o to, którego z nich lubię najbardziej, to ja mam jakieś skrzywienie w sobie, że najbardziej lubię bohaterów tych najbardziej negatywnych. Wielkim sentymentem darzę postacie drugo-, trzecio-, czwarto- i piątoplanowe. Na przykład w „Strażeńce" jest to Bryła, w „Scenariuszu z życia" jest to mąż głównej bohaterki i pan dyrektor, którego ciągle głowa boli.
W „Nigdy nie będziesz mną" uwielbiam, co prawda jest to postać jak najbardziej pozytywna tym razem, ale uwielbiam babcię. Aczkolwiek ten ciapowaty mąż też ma w moim serduchu swoje miejsce, bo znam takich mężczyzn, którzy nie potrafią się postawić małżonce, więc przez ten sentyment jego również darzę atencją. Także moi ulubieni bohaterowie i tacy chyba najbardziej barwni bohaterowie to bohaterowie negatywni.
[03:38:51] - To są zawsze bardziej ciekawi, może nawet można by ich nazwać bliżsi życiu. 25 października to dzień premiery pani najnowszej powieści „Miastowa na tropie". Proszę o krótkie omówienie tej pozycji. Tytuł sugeruje, że odeszła pani troszeczkę od literatury obyczajowej, zbliżyła się do tak obecnie modnego nurtu powieści kryminalnych. Czy to prawda?
[03:39:20] - Tak i nie. Bowiem „Miastowa" jest jak najbardziej powieścią obyczajową z dość rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Powiem o genezie powstania, bo to będzie miało wpływ na to, w jaki sposób to się rozwinęło. Otóż na Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pawóz w Siedlcach swojego czasu wpłynęło mnóstwo powieści pisanych według jednego wzoru. Otóż młoda kobieta, pracownica korporacji, lubi pracę. Jest wyrzucona przez mężczyznę swojego życia. Dziedziczy domek na wsi albo w jakiś inny sposób pozyskuje domek na wsi. Przenosi się na tą wieś, zakochuje się w przystojnym weterynarzu, leśniku, hodowcy białych koni i dalej żyją długo i szczęśliwie. I jak popatrzyłam, jak młoda korpowoman, miastowa przenosi się na wieś i wyobraziłam sobie, jak ona w tych korporacyjnych szpileczkach po miedzach się zapada. Trafia do domku, gdzie jest zapchana rynna, trzeba odśnieżyć dojście do furtki, to od razu zobaczyłam, na co tej wsi trafia.
I obiecałam sobie wtedy, a to było parę ładnych lat temu, że ja to opiszę. Ale opiszę to tak, jak to wygląda. Czyli przyjeżdża miastowa na wieś. Tej wsi nie rozumie. Na tej wsi nie potrafi się znaleźć. Tego domu nie potrafi obsłużyć, bo przecież w mieście miała kaloryfery, miała doprowadzony gaz, światło i światłowód, telewizję i internet, a na wsi wszystko to wygląda troszeczkę inaczej. Oczywiście jest, tylko trzeba to sobie zorganizować. Więc umieściłam moją miastową w takich okolicznościach przyrody. Trzeba temu było nadać jeszcze jakiś kierunek. Jeszcze czymś trzeba było tę opowieść, brzydko określę, wypełnić.
I najbardziej mi tu pasował wątek nie romantyczny tym razem, tylko właśnie kryminalny. I stąd zaginione kobiety i odnajdywane zwłoki.
[03:41:45] - „Miastowa na tropie" to jest już kolejna pani powieść, która ukazała się nakładem wydawnictwa Laki. Poproszę o kilka słów na temat współpracy z tym wydawnictwem.
[03:41:57] - Ja jestem zachwycona. Jest to niewielkie wydawnictwo, właściwie firma rodzinna, mogłabym tak nazwać, bo nawet jeśli są tam zatrudnieni pracownicy, a są Ta atmosfera jest rodzinna. Znamy się z koleżankami, które tam wydają. Jesteśmy, mogę użyć słowa przyjaciółkami. Oczywiście wiadomo, że dzieli nas odległość i nie spotykamy się na imieninach, urodzinach i świętach. Ale na przykład jeśli wyjeżdżamy na targi, to mamy wspólny pokój po to, żeby się pochichrać, po to, żeby mile spędzić czas, a nie gdzieś tam w samotności wieczorem. Właśnie targi, festiwale są dla nas też takim momentem integracji właśnie wydawniczej. Nasz wydawca jest na tyle dla nas życzliwy, że daje nam tutaj też pole do wspólnych spotkań, zaprasza nas na targi, organizuje to wszystko. Nie mam problemów, nie wiem, z deadline'em, nikt mi nie stoi nad głową, a jednocześnie zachęca. Co innego jest, nie wiem, wielkość nakładu.
Na pewno tutaj wielkie korporacyjne wydawnictwa mają szersze pole do popisu, większe środki na promocję. Ale za to tu atmosfera jest taka, że ja się czuję jakby współtwórcą całego przedsięwzięcia. Ja tam nie jestem trybikiem, przynajmniej nie czuję się trybikiem w wielkiej korporacji wydawniczej, tylko jestem częścią zespołu. Znam moją panią redaktor osobiście, też miałyśmy przyjemność się spotkać. Myślę, że atmosfera pracy liczy się dla mnie, zawsze liczyła się podwójnie.
[03:43:54] - Anna M. Bręgos "Sami sobie nigdy". Pani doktor miała zimną słuchawkę. To było niemiłe. W ogóle pani doktor była niemiła. Tatuś do niej zadzwonił, jak wrócił z pracy. Najpierw babcia mi zmierzyła temperaturę i się naradzali, co ze mną zrobić. No i wezwali tę doktorkę. Na początku się uśmiechała. Podwinęła mi bluzę od piżamki i tą zimną słuchawkę przykładała mi do pleców i do przodów.
Kiwała głową, jakby wszystko było dobrze. A później zobaczyła siniaka. Tego, co sobie nabiłam, jak wujkowi upadł pieniążek. Chciałam go podnieść i mu podać, ale wujek mnie odepchnął i powiedział, że jestem złodziejskie nasienie. Przewróciłam się na krzesło. Krzesło też się przewróciło. A pani doktor obejrzała moje ręce, a później nogi i pomacała moją głowę. Zupełnie nie wiem dlaczego. Bo przecież jak się ma katar i kaszel, to nie bada się rąk ani nóg. A później pytała o tego siniaka i kto był w domu, jak go sobie nabiłam.
I wcale się do mnie nie uśmiechała. A lekarze powinni się uśmiechać do chorych dzieci, żeby je podnieść na duchu. Potem dorośli zamknęli drzwi od mojego pokoju. Bo ten pokój u tatusia w domu też jest mój. Teraz mam dwa swoje pokoje. Jeden u mamusi, drugi u tatusia. Ale wolałabym mieć jeden. I żeby rodzice też byli w jednym miejscu. Wszystko mi jedno, w którym, ale żeby razem. Jak pani doktor sobie poszła, to babcia też obejrzała moje ręce i nogi i tego siniaka na plecach.
Powiedziała: „Boże drogi, jak ona mogła do tego dopuścić? Niemożliwe, żeby nie wiedziała". A tato powiedział: „Zabiję łajzę, jak go tylko dorwę". I widać było, że jest bardzo zły. Wiem, że tylko tak powiedział ze złości i że nie można zabijać ludzi, bo to grzech i idzie się do więzienia. I nie wolno nikomu życzyć śmierci. Ale ja bym chciała, żeby wujka nie było. Niechby żył, ale żeby go nie było. Proszę cię, Boziu, niech, może niech on idzie do więzienia. A potem tatuś wyszedł.
Babcia zapytała: „Dokąd to?" Ale nie odpowiedział, tylko przepadł. Właśnie tak powiedziała babcia. Przepadł. Żeby tylko czegoś głupiego nie zrobił. Tatuś na pewno nie zrobi niczego głupiego, bo mój tatuś jest bardzo mądry. Babcia usiadła przy mnie na łóżku, głaskała mnie i mówiła same miłe rzeczy. Że mnie kocha, że jestem śliczną dziewczynką i że wszystko będzie dobrze. A kiedy myślała, że już zasnęłam, to najpierw płakała, a później poszła do kuchni i nie wiem, co tam robiła, bo zrobiło się całkiem cicho. Ale to było dobre cicho. Takie, kiedy człowiek wie, że ma gdzieś blisko drugiego człowieka.
Bo ja i babcia to przecież też człowiek. W takim razie proszę mi powiedzieć, czym dla pani jest rzeczywistość, a czym fikcja literacka i jak godzi pani te dwa światy?
[03:47:38] - To są dwa różne światy. Nie wyobrażam sobie, żeby rzeczywistość zamieniać fikcją literacką, aczkolwiek w momencie, kiedy ktoś ma, nie wiem, duże kłopoty, może w fikcję uciekać. Jest to jakaś erzac. Ale ja w realnym życiu odcinam jedno od drugiego. Jestem normalną, przeciętną kobietą. Chodzę po zakupy, zmywam naczynia, myję podłogi, a w momencie kiedy siadam do czytania albo pisania, przeskakuję ze świata Świat. Zdecydowanie oba te światy są od siebie oddzielone, aczkolwiek mają jakieś miejsca wspólne. To znaczy opisując jakieś przygody moich bohaterów, sięgam czasami do przygód moich przyjaciół czy swoich własnych, do jakichś epizodów z życia, do jakichś ich powiedzonek czy zwyczajów. Ale nigdy to nie jest tak, że opisuję konkretną osobę i konkretne wydarzenia z jej życia. Moi bohaterowie nie mają odzwierciedlenia w realnym życiu.
Nie jest to jeden do jednego. Jeśli sięgam po literaturę sama, jeśli czytam, to oczywiście wyobraźnia mnie w ten świat literacki gdzieś tam zasysa, ale w momencie, kiedy odezwie się telefon, czy ktoś z domowników potrzebuje mojej reakcji, po prostu wracam do rzeczywistości. I nie jestem Scarlett O'Hara, tylko jestem Anna Brengos w gotowości do działania w normalnym życiu.
[03:49:23] - Jest pani bardzo zdyscyplinowaną pisarką, jak widzę, bo niektórym jest bardzo trudno zapomnieć o tej budowanej przez siebie fikcji i w tej fikcji potrafią lepiej nawet czasem funkcjonować niż w realnym, normalnym świecie. Proszę dokończyć zdanie: o swoich książkach chciałabym powiedzieć...
[03:49:46] - Nie wiem, czy bym chciała powiedzieć coś o swoich książkach. Moje książki trzeba po prostu przeczytać. Myślę, że są życiowe. Myślę, że są napisane zrozumiałym językiem. Każdy znajdzie tam kawałek siebie. Moi bohaterowie to są takie postacie, które możemy spotkać w windzie czy w autobusie. Myślę, że moje książki, nawet kryminały, które się nam w życiu oby nigdy nie zdarzały, zawsze coś z tego naszego życia mają. To chyba tyle. Natomiast generalnie zachęcam do przeczytania. Zachęcam, żeby państwo sobie sami wyrobili zdanie na temat mojej twórczości.
Będzie mi oczywiście bardzo miło, jeśli to przypadnie do gustu, ale też mam taką świadomość, już to dziś powiedziałam, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził, więc też muszę zrozumieć słowa krytyki, czy choćby takie stwierdzenie: „Nie podobało mi się”. Będę z tym musiała jakoś żyć.
[03:50:55] - Właśnie po to jest nasza audycja, żeby wskazać państwu, naszym słuchaczom, by mieli ten wybór, żeby wiedzieli, po które książki sięgnąć, które są najbliższe ich upodobaniom. Mam nadzieję, że pani książki od dzisiaj znajdą większą liczbę czytelników i słuchacze chętnie będą po nie sięgali. Proszę państwa, i tak dotarliśmy do końca naszej pierwszej audycji z cyklu „Literackie tête-à-tête”, której gościem była pani Anna Marta Brengos, pisarka, nauczycielka, menadżerka, trenerka, żeglarka. Serdecznie dziękuję, pani Aniu, za bardzo miłą rozmowę i mam nadzieję, że udało się nam skierować pani powieści do odpowiedniej grupy czytelników. Zapraszamy również na prowadzoną przez panią Annę stronę facebookową anna.marta.brengos i książki Anny M. Brengos oraz na stronę internetową z małych liter pisane łącznie annambrengos.pl. Tam znajdziecie państwo wiadomości dotyczące zarówno twórczości, jak i artystycznej działalności naszego gościa. Życzymy państwu udanej lektury, a pani, pani Aniu, wielu wspaniałych nowych książek i dużo zdrowia, bo ono jest nam potrzebne do tworzenia i właściwie chyba jednak w naszym życiu najważniejsze. Pani Aniu, serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas. Było nam naprawdę bardzo miło gościć panią w naszym programie.
A państwu dziękuję za uwagę.
[03:52:40] - Ja bardzo dziękuję za zaproszenie. Życzę państwu samych ciekawych lektur i do usłyszenia.
[03:52:48] - Dziękuję bardzo. Dobranoc, pani Aniu. Dobranoc państwu.
[03:52:53] - Dobranoc.
[03:52:56] - Po tej dawce literackiej czas na trzecie wydanie „Bez Tajemnic”. Tym razem test jasnowidza Stefana Osowieckiego. Ale zanim audycja, to muszę państwu wspomnieć o tym, że w najbliższym czasie — traktujmy w kategoriach miesiąca, dwóch — na rynku wydawniczym pojawi się książka zatytułowana „Osowiecki. Zagadki jasnowidzenia” autorstwa Krzysztofa Borunia, nieżyjącego już pisarza science fiction, ale także badacza nauki, oraz jego córki Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej. Przypomnę: książka „Osowiecki. Zagadki jasnowidzenia”, wydawnictwo Bibliotekarium. To jest, proszę państwa, pozycja zwalająca z nóg. Jeśli ktoś z państwa interesuje się jasnowidzeniem, przypadkami jasnowidzenia, to książka o Osowieckim autorstwa Krzysztofa Borunia i Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej to jest pozycja obowiązkowa. Ale zanim ta książka pojawi się na rynku wydawniczym To dzisiaj zapraszam Państwa na audycję Bez Tajemnic zatytułowaną Test jasnowidza Stefana Osowieckiego.
[03:54:38] - 29 sierpnia 1923 roku w Warszawie rozpoczął się II Międzynarodowy Kongres Badań Psychicznych. Do stolicy odrodzonej Rzeczypospolitej zjechali najważniejsi naukowcy z całej Europy, a także ze Stanów Zjednoczonych i z Turcji, którzy zajmowali się zjawiskami spirytystycznymi i eksperymentalnym badaniem percepcji pozazmysłowej. W auli Uniwersytetu Warszawskiego powitali ich polscy profesorowie, którzy zawiązali specjalny komitet organizacyjny kongresu. Otwarcie obrad uświetnił także prezydent Warszawy, rektor Uniwersytetu Warszawskiego, przedstawiciele Ministerstwa Oświaty i Zdrowia Publicznego, a także książę Stefan Lubomirski. To pokazuje, jak dużym poważaniem cieszył się spirytyzm wśród międzywojennej inteligencji. Myślę, że dzisiaj to byłoby nie do pomyślenia. Z perspektywy czasu staje się jasne, że zjazd metapsychików z 1923 roku był kulminacyjnym momentem zainteresowania zjawiskami parapsychicznymi w II Rzeczypospolitej. Zostaje wygłoszonych kilkadziesiąt referatów. Badacze dzielą się wynikami swoich doświadczeń i pracują nad ujednoliceniem terminologii. Trwają też dyskusje o interpretację fenomenów medialnych.
Nikt z zebranych nie podważa ich istnienia. Spór dotyczy jedynie kwestii, czy dowodzą one istnienia życia po śmierci, czy raczej wskazują na nadnormalne właściwości ludzkiego umysłu, które nauka może poznać i opisać rządzące nimi prawa. Obradom towarzyszą seanse z polskimi mediami. Wśród najciekawszych zdarzeń, które mają wtedy miejsce, jest niezwykły przypadek z udziałem polskiego jasnowidza Stefana Osowieckiego. Tamte wydarzenia obrazuje pewien wodewil, który za moment zaprezentuję. Sceny muzyczne i taneczne zostały wycięte. Wiedząc o niezwykłych zdolnościach Polaka, metapsycy jeszcze przed kongresem przygotowali zapieczętowany list, który jasnowidz miał za zadanie odczytać. Brytyjskie Towarzystwo Badań Psychicznych powierzyło go swojemu przedstawicielowi, doktorowi Ericowi Johnowi Dingwallowi. Ten zabezpieczył list i przekazał go doktorowi Schrenck-Notzingowi. 30 sierpnia w towarzystwie doktora Sudra i doktora Geley'a doktor Schrenck-Notzing udał się do mieszkania Osowieckiego.
Gdy jasnowidz wziął zabezpieczony list w dłonie i skoncentrował się, badacze w napięciu zastanawiali się, czy kolejny sprawdzian umiejętności jasnowidza zakończy się pozytywnym rezultatem, tak samo jak dziesiątki wcześniejszych testów. Po chwili Osowiecki zaczął krążyć po pokoju, skupiając się na zawartości koperty. W tym czasie badacze czujnie obserwowali Polaka, aby nie stracić go z oczu nawet na chwilę.
[03:58:12] - Widzę tu niechlujnie wykonany rysunek. Jest butelka, kwadrat. Butelka, kwadrat i data. I tam jest jeszcze coś napisane, czego nie potrafię, nie potrafię tego odczytać. To mniej więcej, mniej więcej tak to wygląda. Proszę.
[03:58:42] - Herr Osowiecki. In welche fremdsprache war diese Satz geschrieben?
[03:58:48] - Tekst jest napisany po francusku, a butelka jest lekko przekrzywiona i narysowana zaledwie kilkoma kreskami.
[03:58:56] - To były wszystkie informacje, które przekazał Osowiecki. Tego samego dnia badacze zwrócili Dingwallowi nienaruszony i nierozpieczętowany dokument. Trzeciego dnia kongresu zakomunikowano o doświadczeniu przeprowadzonym z Osowieckim i publicznie poddano je sprawdzeniu. Doktor Geley odczytał głośno protokół, a na czarnej tablicy odtworzył wykonany przez Osowieckiego rysunek mający odzwierciedlić zawartość koperty. Gdy Francuz skończył, Dingwall pokazał zebranym zapieczętowany list i opisał pokrótce powzięte środki ostrożności. Innymi słowy, rysunek sporządzony przez Dingwalla został złożony wpół. Został wsunięty do małej koperty, która następnie została umieszczona w większej kopercie, a ta trafiła do jeszcze większej koperty, tak aby jasnowidz nie mógł niczego podejrzeć. Następnie Dingwall przeciął kopertę i wyciągnął z niej kartkę, na której znajdował się kontur sztandaru, a na jego tle kontur lekko pochylonej butelki i data 22 sierpnia 1923 roku. Oba rysunki okazały się identyczne. Na odwrocie kartki znajdowało się także zdanie po francusku, którego jasnowidz nie był w stanie wcześniej odczytać.„Les vignobles du Rhin, de la Moselle et de la Bourgogne donnent un vin excellent." Następnie data, którą podał jasnowidz również była niekompletna, ale to chyba nie ma w tym przypadku większego znaczenia.
Opisana historia jest tylko jednym z tysięcy doświadczeń, w których Ossowiecki udowodnił, że ludzka myśl potrafi przeniknąć materię i nie zamyka się jedynie w obrębie mózgu, jak chcieliby materialiści. Na koniec dodam tylko, że wodewil, który został zaprezentowany miał na celu jedynie urozmaicenie niniejszego materiału, więc proszę się nie doszukiwać w nim jakichś podtekstów, jakichś ukrytych treści. I to chyba byłoby na tyle. Zapomniałbym. Trzeba tutaj podkreślić, że osoby, które mają ochotę zgłębić temat, mogą sięgnąć po książkę Stefana Ossowieckiego „Świat mego ducha i wizje przyszłości”. Jest to książka, która zawiera bardzo dużo treści dotyczących eksperymentów przeprowadzonych przez Ossowieckiego. Jest to książka spisana na podstawie notatek Ossowieckiego, notatek znajomych Ossowieckiego, artykułów prasowych. Jest to książka dla wytrwałych. Ilość materiału sprawia, że w pewnym momencie staje się ona troszeczkę nużąca, ale na pewno każdy, kto interesuje się tą tematyką znajdzie w tej książce bardzo dużo ciekawej treści. Więc zachęcam.
Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:02:25] - Proszę państwa, jakbym tego nie ujmował, to mówię wprost. Niniejszym 122. odcinek „Bibliotekarium 2.0” właśnie się kończy. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Życzę wszystkiego dobrego na najbliższy tydzień. Wszystkiego dobrego na zbliżający się weekend. Tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0”. No cóż, pięknie państwu jeszcze raz dziękuję i życzę dobrej nocy. Pozdrawiam, wszystkiego dobrego.
[04:03:04] - A mówi to słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.