Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc... Podobno nie zaczyna się od "a więc". A więc zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak sobie myślę i to takie przemyślenia, nazwijmy to trywialne, ale w gruncie rzeczy bardzo życiowe. Więc tak sobie myślę, jak rzeczy drobne, rzeczy niepozorne sprawiają, że coś tam w naszym życiu się zmienia. Tajemniczo brzmi? Rzecz nie jest taka tajemnicza, a powiedziałbym, że nawet trywialna. Kiedy przygotowywałem to wydanie Bibliotekarium 2.0, pękł mi ząb. Ząb dosyć ważny, trzonowy, a jeszcze pękł sobie tak... Może nawet nie wiem, czy pękł. Wyleciała z niego duża plomba. Tak sobie pękł, że jak mówię do państwa, to właściwie w każdym momencie ranię sobie język o ten ostry ząb.
Dentysta jutro. Z państwa perspektywy to już byłem u tego dentysty. No ale przecież nigdy nie ukrywamy, że nagrywamy audycję dzień wcześniej, więc trochę teraz z odrobiną cierpienia mówię do państwa i nie po to relacjonuję to wszystko, żebyście mi państwo współczuli. Tylko kiedy pomyślałbym o nagrywaniu tej audycji dwadzieścia cztery godziny temu, to nie widziałbym żadnego problemu i wszystko byłoby oczywiste, jasne i proste. A tymczasem pęknięty ząb może sprawić, że człowiek, który znany jest z tego, mówię o sobie, z tego, że gada jak katarynka nakręcona i to tak na maksa nakręcona, dzisiaj ma pewne problemy z mówieniem. Więc gdybym nagle w czasie audycji zaczął mówić niewyraźnie albo seplenić, to proszę o wybaczenie. To znaczy, że mój język natrafił na szczególnie ostry fragment tego wrednego zęba, który jutro zostanie załatany. No i się stało, jak się stało. Tyle tytułem usprawiedliwienia ewentualnego bełkotu w audycji. A teraz już przejdźmy do stałych punktów programu.
Stałe punkty, a więc polecanki książkowe. Dzisiaj skupimy się na polecankach made in Stalker Books, czyli made in Wojtek Sedeńko. Pierwsza z tych książek to "Kuźnia talentów". Ona już jest dostępna. "Kuźnia talentów" Murray Leinster to autor, który jest klasykiem, który należał do złotej ery amerykańskiej science fiction. Ta książka, "Kuźnia talentów" to klasyczna space opera, ale tak jak powiedziałem, klasyczna space opera w wykonaniu klasyka amerykańskiej SF. Jednego, tak naprawdę jednego z najbardziej pomysłowych autorów science fiction. Galaktykę podbija potężne imperium. Stopniowo włącza w swe władanie poszczególne układy planetarne. Jedne niszczy, drugie podbija, jak to w międzygwiezdnej wojnie.
Ten, kto się nie ukorzy przed potężną flotą Imperium, musi się liczyć z bombardowaniem planety, bombardowaniem z kosmosu, z orbity no i wyjałowieniem owego globu na tysiące lat. A zatem siła i szantaż sprawiają, że kolejne układy planetarne składają broń. W powieści trafiamy na planetę Kandar i ta planeta w oczywisty sposób stoi na przegranej pozycji. W samobójczej misji przedstawiciele tamtejszego wojska chcą zadać flocie najeźdźców jak największe straty. Ale zanim przyjdzie do wojny, nieoczekiwanie, tuż przed inwazją pojawia się na planecie Kandar kosmiczny jacht z przedsiębiorcą, który oferuje miejscowym ludziom pomoc swojej, tu cudzysłów, kuźni talentów, pomoc w przeciwstawieniu się Imperium. No i sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, kiedy okazuje się, kim są owe talenty. Proszę państwa, to była książka "Kuźnia talentów", klasyka amerykańskiej science fiction Leinstera. No to czas na drugą pozycję. To książka, która wyszła w latach pięćdziesiątych, została napisana w latach czterdziestych. Jej autorem jest Władysław Umiński, pisarz żyjący w latach 1865-1954.
To był pisarz i publicysta znany z powieści przygodowych i fantastycznonaukowych. Przed wojną nazywany był polskim Juliuszem Verne. Był twórcą pojęcia samolot na określenie aeroplanu. Ostatnia powieść Umińskiego, właśnie „Zaziemskie światy", została napisana zaraz po wojnie, po drugiej wojnie światowej, ale z powodu zastrzeżeń cenzury została opublikowana dopiero w roku 1956. Co jest ciekawe, ta książka została wydrukowana jeszcze na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przez Gebethnera i Wolffa. Powieść została wydrukowana właśnie wtedy i przeleżała w magazynach wiele lat, zanim wreszcie zdecydowano się wypuścić ją na rynek. A więc już samo to było ciekawe. Wydawnictwo Stalker Books dokonało reedycji i teraz możecie państwo zapoznać się z tym unikatem, bo owszem, ta powieść pokazała się w roku 1956, ale zniknęła i dzisiaj właściwie była niedostępna. Dzięki Stalker Books dostępna się stała. O czym mowa w owej powieści?
Przypomnę powieści „Zaziemskie światy". Głównym bohaterem powieści jest amerykański chemik polskiego pochodzenia, doktor Norski. Jego największym odkryciem jest mateuran. Pierwiastek niefigurujący na tablicy Mendelejewa. Inżynier Hobbs namawia Norskiego do wykorzystania metauranu w projektowanej przez siebie rakiecie. Obaj naukowcy zdobywają środki na budowę pierwszej międzyplanetarnej rakiety od instytucji i osób prywatnych. Kompletują załogę, a ich celem jest lot na planetę Wenus. Co dalej? Dalej musicie już państwo poczytać. Przypomnę Władysław Umiński „Zaziemskie światy", wydawnictwo Stalker Books.
Na stronie tego wydawnictwa w internecie znajdziecie państwo książkę bez problemu. Ta strona to esef pisane e s e f kropka com kropka pl. No i trzecia książka. Książka. Był Amerykanin, był Polak. Czas na Rosjanina. Anatolij Dnieprow „Równania Maxwella". Anatolij Dnieprow urodził się w roku 1919. Żył do roku 1975. Jego prawdziwe nazwisko to Anatolij Mickiewicz.
To był rosyjski pisarz science fiction, dziennikarz i jeden z głównych i najbardziej oryginalnych autorów tak zwanej trzeciej fali radzieckiej fantastyki naukowej. To były lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku. Z wykształcenia Anatolij był fizykiem. W czasie drugiej wojny światowej działał w radzieckim wywiadzie. Służył jako specjalista od szyfrów w sztabie Rommla w północnej Afryce. Potem działał we Włoszech. Podczas konferencji poczdamskiej był tłumaczem marszałka Żukowa. Po demobilizacji podjął działalność naukową i pracował w Akademii Nauk ZSRR, w jednym z wojskowych instytutów badawczych. Taka biografia nie mogła nie wywrzeć wpływu na twórczość Dnieprowa. Twórczość, w której wszechobecna była tematyka antywojenna oraz kwestia odpowiedzialności naukowca za swoje odkrycia.
W centrum swych utworów Dnieprow umieszczał zawsze jakiś niesamowity wynalazek. Pod koniec życia Dnieprow pracował w Instytucie Ekonomiki i Stosunków Międzynarodowych. Mieszkał w Moskwie. Interesowały go problemy czasu, co znalazło odzwierciedlenie w opowiadaniach. Przypomnę książka Anatolija Dnieprowa „Równania Maxwella". Wszystkie trzy pozycje, o których dzisiaj powiedziałem, są dostępne na stronie wydawnictwa Stalker Books. Przypomnę esef.com.pl. Proszę państwa, zgodnie z uświęconą, a może nieuświęconą tradycją czas teraz na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj nie będzie artykułu. Dzisiaj będzie omówienie książki.
Jakżeby inaczej książki filozoficznej. Autorką recenzji jest Natasza Szuta. Tytuł tej recenzji to „Etyka w czasach inżynierii genetycznej", a recenzja dotyczy książki Michaela Sandela zatytułowanej „Przeciwko udoskonalaniu człowieka. Etyka w czasach inżynierii genetycznej". Ta książka ukazała się w tłumaczeniu Olgi Siary. Ukazała się w roku 2020, ale jest w dalszym ciągu dostępna. Tekst recenzji ukazał się w dwumiesięczniku Filozofuj w roku 2024 w numerze drugim i jest dla Państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach trzy zero Polska. A zatem Natasza Szuta „Etyka w czasach inżynierii genetycznej". Michael Sandel zastanawia się, czy słusznie czujemy niepokój wobec możliwości, jakich miałoby dostarczyć nam wykorzystanie inżynierii genetycznej w celu udoskonalenia człowieka, między innymi w zakresie zwiększenia masy mięśniowej, polepszenia pamięci, podwyższenia wzrostu, wyboru płci dziecka i tak dalej, i tym podobne. Autor drobiazgowo analizuje argumenty zwolenników i przeciwników eugeniki liberalnej opowiadającej się za udoskonaleniem człowieka w różnych obszarach jego życia.
Uważa, że złe konsekwencje udoskonalania człowieka przeważają nad dobrymi. Pośród zagrożeń dostrzega, że taka praktyka może doprowadzić do poważnych zmian społecznych. W obszarze rodzicielstwa udoskonalanie człowieka naruszy normę bezwarunkowej miłości do swoich dzieci. Potomstwo przestanie być największym darem dla swoich rodziców, niezależnie od posiadanych talentów i uzdolnień. Miłość akceptująca, która dotąd definiowała prawdziwą miłość rodzicielską, zamieni się w miłość transformującą Wtedy zaś zadaniem dziecka będzie głównie realizacja oczekiwań swoich rodziców. A miłość transformująca bez miłości akceptującej, ostrzega Sandel, zmienia się w nękanie. Natomiast w sporcie zmodyfikowani zawodnicy zniszczą uczciwą rywalizację, zakwestionują cel sportu, jakim jest rozwój talentów i umiejętności. Wszystko to doprowadzi do sprowadzenia sportu wyłącznie do rozrywki. Zdaniem Sandela genetyczne udoskonalanie człowieka spowoduje również wiele zmian w relacjach społecznych. Rewolucja genetyczna osłabi wdzięczność za dary, jakimi dotąd były nasze naturalne umiejętności oraz talenty, co z kolei będzie miało poważny wpływ na poziom naszej odpowiedzialności i solidarności wobec innych.
Skoro coraz mniej w ludzkim życiu będzie uzależnione od przypadku, to coraz więcej będzie zależało od naszych wyborów i w konsekwencji poważnie zwiększy się stopień naszej odpowiedzialności. Natomiast solidarność między ludźmi będzie zanikać, ponieważ każdy sam albo jego rodzic będzie mógł kontrolować różne czynniki ryzyka. Jeśli tego nie zrobi, to będzie tylko jego albo jego rodziców wina. Zmieni się też przekonanie, że w pierwszej kolejności jesteśmy zobowiązani do pomagania osobom, które są pozbawione jakichś darów nie ze swojej winy. Ci, co o siebie albo o swoich najbliższych nie zadbali sami, sami są sobie winni i muszą za to ponieść zasłużoną karę. Warto prześledzić przywoływaną argumentację zwolenników eugeniki liberalnej oraz samego Sandela i wypracować własne stanowisko na temat jej wyzwań. Polecam książkę „Przeciwko udoskonalaniu człowieka" uwadze czytelników miesięcznika „Filozofuj". Autor swoim zwyczajem przywołuje wiele kontrowersyjnych przykładów, które prowokują do samodzielnej refleksji i dyskusji. To była, proszę państwa, recenzja napisana przez Nataszę Szutę. Recenzja z książki Michaela Sandela „Przeciwko udoskonalaniu człowieka.
Etyka w czasach inżynierii genetycznej". Książka ukazała się w tłumaczeniu Olgi Siary, a tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj" w 2024 roku i tak jak mówiłem na wstępie, był dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tak, dzisiaj korepetycje filozoficzne były krótsze, więc możemy pomknąć ku, tak, ku ważnym zagadnieniom. Kilka tygodni temu wspólnie z Piotrem Cielebiasiem na kanale Wehikuł Wyobraźni rozmawialiśmy o tym, o czym teraz mówi się niemal powszechnie. O cenzurze, o zakazach, o kontroli internetu. Myśmy rozmawiali pod hasłem: czy zabronią nam myśleć samodzielnie? Ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo. O to, czy przypadkiem w niektórych głowach nie powstał pomysł, żeby decydować za nas, co jest dobre, co jest złe, co jest prawdą, co jest fałszem. Żeby odebrać nam możliwość decydowania, samodzielnego decydowania o tym, o czym chcemy myśleć, co chcemy rozważać, co jest dla nas ważne, z jakiego powodu chcemy dzielić włos na czworo. Bo to jest nasze prawo.
Ale ktoś doszedł do wniosku, że dosyć już z tymi prawami, że ten ktoś wie lepiej, co jest dla nas dobre, co jest dla nas mądre i tak dalej. Zapraszam państwa na audycję, którą nagraliśmy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem. Audycję o tym, że mogą nastąpić takie czasy, iż myślenie będzie surowo wzbronione. Ja oczywiście korzystam z okazji i zapraszam państwa po więcej takich i innych treści, podobnych treści zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam różnych rozważań jest bez liku, ale przy okazji zapraszam również na kanał UFO Historie. To jest kanał Piotra Cielebiasia i tam niezwykłych, ciekawych materiałów naprawdę cała masa. A teraz już myślenie będzie surowo wzbronione. Dzień dobry wieczór państwu. Witam serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj odcinek, ktoś powiedziałby, że taki bieżączkowy, na czasie i rzeczywiście on jest na czasie, ale będzie dotykał problemu, który od jakiegoś czasu już wzbudza mój niepokój.
A będzie o czym podyskutować, bo problem, tak mi się przynajmniej wydaje, narasta. Powiedziałem podyskutować? To dobrze powiedziałem, bo moim gościem jest dzisiaj Piotr Cielebiaś. Dobry wieczór.
[17:25] - Dobry wieczór, witam wszystkich, a jak ktoś słucha w dzień to dzień dobry.
[17:28] - Piotrze, zacząłem tak tajemniczo, ale problem myślę, że sporej części naszych słuchaczy jest dobrze znany. Od pewnego czasu wystarczy włączyć radio albo tak zwaną telewizornię i gdzieś tam opłotkami, a teraz już coraz mniej opłotkami, tylko całkiem oficjalnie przemykają w tych mediach reklamy, szczególnie w polskim radiu i w polskiej telewizji. Reklamy dotyczące śledzenia, tropienia fake newsów. Specjalne audycje powstają, które mają te fake newsy tropić, w dodatku obnażać i pokazywać, jak niecne cele przyświecają tymże audycjom. I jeszcze nie jest groźnie, ale kiedy człowiek zaczyna się zapoznawać i z tymi reklamami i z tymi, co zawierają reklamowane audycje, to zaczyna się robić nieprzyjemnie. Bo na cel zostały wzięte teorie spiskowe. Nie do końca. One tak są nazywane, ale to są głównie rzeczy, które w jakimś stopniu wymykają się codziennemu komentowaniu na bieżąco, które się odbywa w klasycznych mediach. Jeszcze brzmi tajemniczo? To powiem w ten sposób: całkiem niedawno natrafiłem na audycję „Newsy i fake newsy”.
Jedna z państwowych rozgłośni taki program produkuje i to, na co się tam natknąłem, już nie napawa optymizmem. Nie dlatego, że dotykane są sprawy, na przykład takie jak chemtrailsy, ale sposób, w jaki się tych tematów dotyka, jest absolutnie moim zdaniem dziwny, żeby nie powiedzieć skandaliczny, bo tam się odbywa coś takiego, jak byście państwo mieli stoczyć walkę na ringu bokserskim i najpierw wywołali waszego przeciwnika na środek ringu, kazali mu się odpowiednio ustawić, przechylić odpowiednio głowę, opuścić odpowiednio rękę i tak go ustawili, żeby wam dobrze pasował do ciosu. Mniej więcej coś takiego odbywa się w tego typu audycjach, jak wymieniłem wcześniej. Ustawia się temat w taki sposób, żeby go można było odpowiednio wyśmiać. A czy to są chemtrailsy, czy to jest UFO, czy to są jakieś inne, ja to nazywam jednak tajemnice naszego świata, to już zdaje się autorom tych audycji jest kompletnie obojętne. A ponieważ problem narasta, to chyba nadszedł czas, żeby odrobinę o nim podyskutować.
[20:19] - Tak. Na drugim krańcu świata, w zasadzie za oceanem, w sumie nie tak daleko, trwa teraz coś, co też nam dużo mówi o tym, jak funkcjonuje informacja w naszym społeczeństwie. Dlatego, że słynna fala dronów nad New Jersey, ponoć już nad całą Ameryką. Nagrywamy to 17 grudnia, także wiecie, tutaj się jeszcze wiele może wydarzyć. Słuchajcie, tam jest taka paradoksalna sytuacja, że jest zjawisko, ale nie ma komentarza. Nikt nic nie wie, a u nas z kolei nie mówi się o tym w mediach głównego nurtu oczywiście, czyli w telewizji, w głównych portalach internetowych, bo nie wiadomo, co powiedzieć. Pewnie jakby zrobili o tym jakiś dłuższy reportaż, to by było, że „ha, ha, kosmici” i tak dalej. Do tych dronów jeszcze wrócimy. Masz rację, że ta kampania stop trollom jest dość widoczna. Nie będziemy dzisiaj jednak trolli bronić, nie będziemy tutaj wypisywać im wierszy.
My z Markiem od lat obracamy w świecie związanym w taki czy inny sposób z mediami, bardziej z tymi papierowymi, ostatnio też z tymi słuchanymi, ale się obracamy i wiemy, jak te media funkcjonują. Z drugiej strony nie trzeba być ekspertem, żeby zobaczyć, iż w naszym kraju jest trudno o mainstreamowe, czyli takie duże, dotowane lub bogate media niezależne. I my sobie dzisiaj zadajemy takie pytanie, które po uproszczeniu brzmi: czym się różni troll od lidera opinii tak zwanego? Czy kampania przeciwko dezinformacji, która jest prowadzona w mediach publicznych, nie oznacza przypadkiem, że istnieje tylko jedna określona wersja prawdy? Bo jeżeli chodzi o dyskusję nad wieloma kwestiami, także tymi ważnymi, a przede wszystkim niepoprawnymi politycznie, patrz na przykład ostatnia wojna na Bliskim Wschodzie, to widzimy, że pluralizm w mediach nie istnieje. Nie wolno o wszystkim mówić. Ja byłem sam świadkiem, kiedy w Programie Pierwszym Polskiego Radia, to było około końca października, redaktor przerwał rozmowę dlatego, że gość wszedł na temat Palestyny. Lata temu byłem świadkiem, przypadkiem, po prostu na własne oczy, kiedy jeden generał bardzo znany, bardzo medialny, kiedy zaczął dyskutować o UFO w TVN, to mu też przerwano i nadano jakąś tam reklamę czy coś. To było dziwne. Gdybym tego nie widział, to może bym w to nawet nie uwierzył.
Ale od tych kilku lat, szczególnie od okresu popandemicznego, rzeczywistość nas łapie coraz mocniej w szczypce, bo zadajemy sobie pytanie: czy ekspertem jest profesor i generał, którzy nam mówią na przykład, jak powinno być, czy raczej może powinniśmy się trzymać tego, czego nas uczono w szkole, czyli krytycznego myślenia, rozumienia tekstu czytanego, interpretacji, krytyki źródeł? A my zauważamy dziwną rzecz, między innymi przez tą kampanię na temat trolli. Współczesne media głównego nurtu, często wspierane przez państwo, które przecież samo doprowadza do upolitycznienia telewizji czy radia, te media nam poprzez państwo fundują taką kampanię w stylu Mao Zedonga. Tam w Chinach było hasło: „Niech rozkwita sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół”. To mawiał chiński przywódca. Ale jak się pojawia nagle sto szkół myślenia, to się okazuje, że jednak nie, to jest za dużo, trzeba to ograniczyć. Więc gdzie my żyjemy? W dzisiejszym odcinku poruszamy trudną tematykę, bo z jednej strony dążymy do udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy istnieje prawda obiektywna i jak się ma ona do natury dzisiejszych mediów. Czy w ogóle da się w naszym świecie odróżnić, oddzielić informację od dezinformacji? I to w świecie, gdzie jest tysiąc informacji na godzinę i one są przerabiane i one nam de facto nie budują jednego składnego, koherentnego obrazu świata.
To też jest ważne. Jest jeszcze jedna sprawa, Marku, bo życie polityczne, publiczne, wydarzenia na świecie ogólnie, one się zazwyczaj poza na przykład katastrofami, które są niezapowiedziane, naturalnymi oczywiście, to te zjawiska się składają z procesów. Zatem jeżeli ktoś już analizuje na punkcie wyjścia jakiś proces, dajmy na to sytuację polityczną, ekonomiczną w jakimś kraju, to rodzi się pytanie, czy informacja, którą otrzymujemy od tego, który analizuje te informacje, jest obiektywna, czy to jest po prostu jego subiektywna analiza? I tutaj dochodzimy do punktu wyjścia, że w dzisiejszym świecie to najlepiej, żeby istniała jedyna prawda, bo jak jest co najmniej kilka szkół myślenia, robi się chaos. Widzimy, jak mocno grzęźniemy we współczesnym świecie. Jednym się pozwala na wygłaszanie opinii i są to zwykle dziennikarze opiniotwórczych mediów tak zwanych, są to naukowcy, są to politycy, ale już inni nie mogą robić tegoż, nie mogą zabierać głosu w kwestiach ważkich, bo mogą wygłosić poglądy niepopularne. Czy do tego dąży demokracja? Bo sam zobacz, Marku, czym się różni na przykład naukowiec, którego badania finansuje koncern na przykład farmaceutyczny, od trolla, którego finansuje ktoś inny? Czym się różni dziennikarz, który jest kojarzony z daną partią od dezinformatora? Niczym.
Statusem się różnią najczęściej, bo
[25:31] - To wszystko naprawdę zaczęło nam zmierzać w niezwykle dziwnym kierunku. Nie wiem, jak jest za naszymi granicami. To znaczy mam jakiś z tego obraz, ale wydaje mi się, że w Polsce zamknięto nas w medialnej bańce. Tak dla porządku dodam w tej chwili, że ja jestem zwolennikiem starej, logicznej szkoły i wierzę, że prawda jest tylko jedna, ale – to „ale” zaraz uzupełnię – ponieważ jeśli coś się wydarza, to się wydarza w określony sposób. Z tym że znowu warto odwołać się chociażby do fizyki albo do matematyki, albo do geometrii, gdzie do geometrii będzie najlepiej, bo tam mamy rzuty. W zależności od tego, jak daną bryłę podświetlimy, to taki obraz otrzymamy. I dlatego bardzo często w takim dyskursie publicznym mówi się o wielu prawdach. Ale to są prawdy, nazwijmy takie, które służą opisowi rzeczywistości. Prawda jest jedna, ale naświetla się ją z różnych stron i w związku z tym można mieć złudzenie, że prawd jest wiele. To tak gwoli definicyjnej, bo rzeczywiście w potocznym języku pojawiają się różne prawdy.
To są: jedna jest mojsza, druga jest twojsza. Gdzieś tam jest ta prawda obiektywna, ale problem polega bardzo często na tym, że dotarcie do owej prawdy obiektywnej jest trudne, a czasami wręcz niemożliwe. Miejmy tego świadomość. I cóż, kiedy słyszę o tym, że istnieją w debacie publicznej albo wokół debaty publicznej czyhają tak zwani fact checkerzy, to znaczy ludzie, którzy mają weryfikować, co jest prawdą, a co jest nieprawdą. Nikt mi, proszę państwa, nie wmówi, że to są osoby obiektywne, że da się takie obiektywne osoby gdzieś wypreparować, które będą nam czystą prawdę sączyły do głów. Takie zjawisko nie istnieje i jeśli mógłbym coś podpowiedzieć, to rzecz została już wymyślona bardzo dawno. Właśnie ścieranie się różnych poglądów, różnych oglądów tego samego zjawiska. Tylko każdy patrzy na nie troszeczkę inaczej, troszeczkę inaczej je podświetla i ze starcia, z konfrontowania tych różnych oglądów powstaje jakiś obraz rzeczywistości. Kiedy natomiast słyszę o fact checkerach, którzy za nas będą weryfikować, co jest prawdą, co jest nieprawdą, no to zaczynam być ostrożny, a nawet bardzo ostrożny. I teraz odwołam się jeszcze raz do programu „Newsy czy fake newsy?” przede wszystkim albo do tego konkretnego, o którym już wspominałem, o chemtrailsach.
Ileż tam śmiechu było i mówienia o tym, kto to mówił, to za chwilę, ale mówienia o tym, że jakżeż to niepoważni ludzie mogli wymyśleć coś takiego, że to są smugi chemiczne i że nas trują. Och, jakież to niepoważne! Przecież to się nie mogło wydarzyć, bo ze specjalistami rozmawiali i tam nie ma żadnych zbiorników, które by nas truły. Przypomnijcie sobie państwo, co mówiłem w poprzednim wejściu o tym ustawianiu sobie przeciwnika na ringu. Okej, jeżeli przez godzinną audycję wyśmiewamy to, jakżeż ci zwykli prości ludzie mogli uwierzyć w to, że ktoś nas truje z samolotów i pokazujemy coraz bardziej, jakież to jest prymitywne, jakie to jest głupie. No tak, tylko to jest właśnie to ustawianie sobie przeciwnika na ringu. Bo jeśli nawet fakty przeczą temu, że smugi chemiczne trują, ja tego nie wiem. Mówiąc szczerze, to nie jest coś, czym się pasjonuję. Wiem o tym zbyt mało, ale jedno wiem, że na temat chemtrailsów powstało przynajmniej kilka różnych teorii. Jedna z nich to ta o truciu, a inna częściowo nawet potwierdzona przez bardzo szacowne gremia.
Ta druga teoria, nie, to nie teoria. Ta druga narracja mówi o tym, że smugi za samolotami, nie wszystkie, część, nie wiadomo jaka część, nie wiadomo w jakich momentach, ale że część tych smug to są próby manipulowania pogodą, a właściwie więcej manipulowania atmosferą, spowodowania tego, że nasza atmosfera stanie się mniej przejrzysta, aby mniej promieni słonecznych docierało do powierzchni. No, czyli mówiąc krótko geoinżynieria. Zostawmy nawet to, po co się to robi albo po co mogłoby się to robić. To jest nieistotne. Ja na przykładzie tych dwóch narracji, czyli tej o truciu ludzi i chociażby o tej geoinżynierii staram się pokazać, jak wygląda ustawianie, czyli wybieramy jakąś taką teorię, która się może wydać przynajmniej części ludzi, najmniej realna, najmniej prawdopodobna i ją wyśmiewamy. Wszystko inne zostawiamy i w ogóle nie dotykamy tematu, bo wydaje się, przynajmniej tak mnie się wydaje, że ci, którzy mają tępić fake newsy, uważają, że jak już coś obśmieją, no to nikt poważny do tej teorii, do tej koncepcji w ogóle się nawet nie będzie zbliżał. Już samo to, w jaki sposób są te audycje produkowane, jak pisane są scenariusze owych audycji, pokazuje, że coś, co ma walczyć z manipulacją, właściwie dokonuje jednej wielkiej manipulacji. I ja jeszcze raz podkreślam, ja nie wiem, jak jest. Smugi chemiczne to nie jest mój ulubiony temat ani temat, na którym się specjalnie znam, ale nie sądzę, z tego, co czytałem, żeby ktoś twierdził, że wszystkie ślady po odrzutowcach to są te, które trują.
To jest pierwsza sprawa. Ale dobrze, odrzućmy tę koncepcję. W ogóle nie rozmawiamy o tym, że mogą te smugi chemiczne, jeśli są, czemuś służyć innemu niż trucie. W ogóle to nas nie interesuje, ale przedstawiamy się jako obiektywni dziennikarze. W dodatku powiedziałem państwu, że wśród ekspertów zaproszonych do studia ktoś bardzo się naśmiewał, a wręcz używał pewnych epitetów pod adresem tych, co wierzą w owo trucie. No i to było największe zdziwienie tej audycji, bo tym ekspertem był człowiek, który w zupełnie innych okolicznościach przyrody, w zupełnie innych miejscach, głównie w internecie, opowiada rzeczy, które mu się wydają i podaje to jako fakty. Mówi na przykład, że on czuje, on wierzy, że coś jest prawdą i to już jest podane jako fakt niemalże obiektywny. Jak ten gość to godzi, to naprawdę nie wiem. Jak znalazł się w audycji, która ma Tępić fake newsy? Tego to już doprawdy nie wiem i ja w ogóle nie wiem, gdzie się znajduję wobec powyższego.
[32:54] - Ta sama audycja porusza temat na przykład dezinformacji w kwestii klimatu. Nie ta sama audycja, o której teraz mówisz, nie ten odcinek, tylko ten cykl. Ja się tak zastanawiam, jak w ogóle można walczyć o jedną jedyną obiektywną prawdę w kwestiach tak zróżnicowanych jak klimat na przykład. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, nie jest w stanie wygłosić obiektywnej prawdy w kwestii klimatu, bo to jest proces, na dobrą sprawę proces, który się zmienia każdego dnia. Możemy mówić o modelach, mówimy o modelach, nie mówimy o prawdzie, mówimy o pewnych tendencjach i to jest takie wałkowanie trochę. To jest robienie z jednej strony wody z mózgu, z drugiej strony jest to robienie stracha na wróble z nauki. No bo komu taki przeciętny zjadacz newsów ma wierzyć? Kogo brać za przykład? I tutaj nam w kwestiach trudnych media serwują coś, co znamy z internetu: instytucję lidera opinii. Lider opinii, czyli influencer.
To jest taki termin pochodzący z marketingu, my go znamy w tej wersji internetowej. Jest to ktoś znany, który ma sprawiać wrażenie osoby obeznanej w danym temacie, która zachwala dany produkt, w tym przypadku, o którym mówimy, daną opcję, dane stanowisko. I tak jak w marketingu influencer zachwala produkt, co się przekłada na jego sprzedaż, tak w przypadku mediów mamy tych liderów opinii, którzy lansują pewne postawy. Tych liderów opinii kreuje się głównie w telewizji, dlatego że telewizja wcale nie obumarła jeszcze w naszym kraju i nie obumiera chyba. Wydaje mi się, że trzyma się jeszcze całkiem dobrze. I ci liderzy opinii w telewizji to są tak zwane gadające głowy. Są to takie dzbany, ale nie mówię, że to są ludzie głupi, tylko to są takie dzbany, z których przekaz leje się strumieniem do osób po drugiej stronie, do tych kubeczków, które tam siedzą przed telewizorem i ta informacja je zapełnia. Cóż, chyba najlepszym przykładem, jeżeli chodzi o nasze media, to są ci eksperci, a wszyscy doskonale znacie ich nazwiska, którzy się pojawiali w czasie pandemii, którzy występowali praktycznie co dzień. Tam chyba było tak, że każda telewizja miała swojego etatowego eksperta. Oni powtarzali te same teorie, które jednak koniec końców zmieniały się na przestrzeni miesięcy i to już wzbudzało w wielu osobach słuszne podejrzenia.
Jak ekspert może w bardzo radykalny sposób na przykład zmieniać podejście do kwestii chociażby transmisji patogenu? Dobrze znamy ten temat, nie będziemy go rozwijać, bo to wiecie jak jest z tym bakcylem. Kolejny przykład takich liderów opinii z naszej telewizji to są emerytowani generałowie. Oni też bardzo chętnie się pojawiają w studiach telewizyjnych, opowiadają swoje wnioski, mówią o wielkiej polityce, mówią o wojnie. Czy to ma coś wspólnego z rzeczywistością? Czy to są ich prywatne opinie? No właśnie. Trzeci przykład to jest Leszek Miller akurat, który zna się na wszystkim i też się chętnie pojawia. Także mamy wykreowanych takich liderów opinii z jednej strony, ale z drugiej mamy też bardzo takie niepokojące zjawisko. Ja je zauważyłem w polskich mediach od początku konfliktu na Ukrainie.
Zauważ, że my na przykład mamy bardzo ograniczone informacje od wielu lat na temat wewnętrznej sytuacji na Ukrainie w mediach głównego nurtu. Zwykle dominuje prosty przekaz: tu spadło, tam spadło, tu wybuchło, to się stało. Ale to, jak postępuje proces polityczny, kto jest kim, co tam się w zasadzie dzieje, takich informacji media nam nie podadzą. To jest dziwne i to jest druga sprawa. Także my jesteśmy, myślę, że konsekwentnie urabiani i widzimy to każdego dnia. Ktoś może powiedzieć, jeżeli wie, jak się robi media: „No słuchajcie, te gadające głowy to są po to albo są raczej dlatego, że po prostu telewizja nie przyciąga ludzi już jak dawniej. Czasami jest potrzebny gość na teraz i on ma przyjść. Nie przyjdzie. Są tacy, którzy przyjdą zawsze. Z tego powodu jedne osoby widzimy w telewizji częściej, inne w ogóle”.
Nie wiem, czy tak jest do końca. Ten program, o którym mówiłeś i który jest emitowany w Trójce, ma bardzo jasny przekaz, który się pojawia też w wielu innych programach, tak naprawdę w wielu innych programach na YouTubie, które są bardzo mocno zorientowane na przykład na tak zwany scjentyzm. Czyli jeżeli coś brzmi z zasady spiskowo czy głupio, no to jest obśmiewane. Nie jest podawana czasami ta głębsza prawda i ta głębsza prawda jest często kluczem do zrozumienia tego, o czym dzisiaj mówimy, że za każdym tematem, za każdym zjawiskiem nie stoi jedna odpowiedź. To jest czasami cały proces, który my możemy rozumieć w sposób bardzo zróżnicowany. I kiedy się mówi o zdarzeniach medialnych, to często są właśnie bardzo skomplikowane procesy. To jest tak, jakby oceniać bitwę pod Grunwaldem tylko z perspektywy polskiego zwycięstwa, pomijać cały inny kontekst. Zresztą historia, jakiej się uczymy w szkole, jest doskonałym przykładem tego, w jaki sposób nakierunkowuje się ludzi na pewne określone myślenie. I chcąc nie chcąc my cały czas jesteśmy ofiarami takiego trochę prania mózgu. I kiedy się zorientujemy, że może ten gadający facet, może ta gadająca głowa jednak nie mówi prawdy, to co się okazuje?
My myślimy niepoprawnie. My jesteśmy kontestatorami, my jesteśmy szczurami i tak dalej. Ale oczywiście musicie wiedzieć o jednej rzeczy. My dzisiaj tutaj nie pochwalamy najdzikszych teorii spiskowych, tylko pytamy, czy tam na górze jest miejsce na głębsze analizy, prawda?
[38:38] - Mówiąc szczerze, ostatnio przecierałem oczy i dłubałem w uszach, zastanawiając się, czy dobrze słyszę, kiedy oglądałem program Mellera w Kanale Zero. On sobie zaprasza różnych gości na kolację w piątki i była wymiana zdań pomiędzy Jackiem Żakowskim a panem Warzechą Ani to moi bracia, ani to moi kumple, ani ludzie, z którymi zgadzam się bez zarzutu, z jednym czy z drugim. Pokazuje, że mam do tego wszystkiego dystans. Ale kiedy słyszę Jacka Żakowskiego protekcjonalnie traktującego Warzechę, mówiącego mu: „Proszę pana, ale istnieje konsensus naukowy, że klimat się zmienia pod wpływem działalności człowieka". I Warzecha tłumaczy mu, że konsensus w naukach to jest fikcja. To jest w ogóle coś, co sobie wymyślili ludzie dla potrzeby takiej, żeby mieć argument w dłoni, że nauka nie znosi konsensusu, bo nauka jest nieustanną dyskusją, ścieraniem się opinii, ścieraniem się pewnych doświadczeń, pewnych koncepcji, które są wprowadzane. I kiedy mówi Jackowi Żakowskiemu Warzecha, że klimat owszem się zmienia, ale czy jest to wpływ człowieka, czy nie, to rzecz nie jest do końca wyjaśniona. To ja oczekiwałbym, bo ja oczywiście nie wiem, jak jest, oczekiwałbym wymiany poglądów. Tymczasem co otrzymuję? Jacek Żakowski traktuje pana Warzechę jak właśnie takiego szura płaskoziemcę, który śmiał wypowiedzieć w potężnym medium internetowym rzecz, która mu nie styka, nie przylega do tego, co on przecież, cudzysłów, wie.
On przecież wie, że jest konsensus naukowy i wszyscy, podkreślam, wszyscy się zgadzają, że człowiek zmienia klimat i coś trzeba z tym zrobić. Otóż od razu wiemy, my wszyscy przyzwyczajeni do tego, że na świat trzeba patrzeć szeroko, trzeba rozważać różne koncepcje, że to, iż wszyscy się zgadzają, to z gruntu jest podejrzane i że może trzeba posłuchać właśnie drugiej strony. Może trzeba skonfrontować pewne rzeczy, które wydają się oczywiste. To zresztą jest podejście jak najbardziej filozoficzne. Filozofia nie znosi konsensusu. Filozofia jest nieustannie toczoną dyskusją. Dlaczego? Dlatego, że w toku dyskusji rodzą się z jednej strony nowe koncepcje, z drugiej strony pojawia się argumentacja. I ta argumentacja jest bardzo, ale to bardzo ważna. Ja jeszcze powiem, odwołując się do różnych programów, takich badających fake newsy, że część z nich poświęcona jest, i tu właśnie nie powinno paść słowo, robieniu sobie aut w rączkę.
I jaki dostajemy przekaz? Że wszyscy, którzy kwestionują aut w rączkę, to są wariaci, bo przecież aut uratowało tyle i tyle osób. Ja tylko pragnę zauważyć, że o tym aut to, co mówili ci eksperci, których przywoływał Piotr, budziło wątpliwości nie dla samego aut, przynajmniej u niektórych, ale z powodu tego, że to, co nam serwowano, było co najmniej, podkreślam słowo co najmniej, niedobadane do końca. A to i tak jestem w tym wypadku raczej łagodny, jeśli chodzi o określenia. A my się nagle dowiadujemy, że jeśli mamy jakieś wątpliwości, to jesteśmy chorzy, to jesteśmy szczurami, wariatami i co więcej, te określenia zaczynają coraz częściej, coraz bardziej oficjalnie padać. Są fact checkerzy, są ludzie, którzy mówią, jak jest. Proszę państwa, to jest jakieś wariactwo kompletne. Naprawdę na tym ma polegać dyskusja, że ktoś przyjdzie i nam powie, jak jest, w związku z tym skończy całą dyskusję? To trochę jak ten leśniczy, który zrobił porządek w lesie i powyganiał wszystkich. To troszeczkę tak to zaczyna wyglądać.
Na ten temat nie wolno dyskutować, bo to jest już udowodnione naukowo. Na inny temat nie wolno dyskutować, ponieważ panuje konsensus. Ci ludzie wiedzą wszystko. To nie dziwcie się państwo, że usiłują nam tę wiedzę narzucić i jakiekolwiek media, które będą próbowały, nie ukrywam, że mówię tu troszeczkę we własnym interesie, w interesie Piotra i nam podobnych, że ci wszyscy, którzy będą próbowali szukać dziury w całym, mówić, że może jednak nie wszystko nam wiadomo i że może istnieją jakieś tajemnice, to ci wszyscy będą odsądzeni od czci i wiary. Im się będzie mówić, że mylą się totalnie i że to i tak łagodnie, bo raczej usłyszymy coś mniej przyjemnego. Nagle się okazuje, że w audycji poświęconej faktom oraz fake newsom rzeczą oczywistą jest, że na przykład strefy czystego transportu, to się chyba tak nazywa, w dużych miastach polskich to jest samo dobro i nikt nie ma żadnych wątpliwości. A jak później dzwonią ludzie do audycji i mają wątpliwości, to dowiadują się z ust eksperta, który jest tak naprawdę urzędnikiem w ratuszu, dowiadują się, jak bardzo się mylą i jak bardzo błądzą i że w ogóle to, że zaświtało im, że coś może być nie teges, nie w porządku, to już samo w sobie jest bardzo podejrzane. No i zastanawiam się, bo mam takie wrażenie nieodparte, że od czasu pewnych wydarzeń o charakterze militarnym w naszym kraju rozpoczęły się rządy tropicieli onuc. Bo w dodatku, co jest najbardziej niebezpieczne, zaczyna się wszystkich ludzi, którzy myślą troszeczkę inaczej, obojętnie na jaki temat, może być na temat UFO, może być na temat chemtrailsów, może być na temat dowolny, ale myślą troszkę inaczej niż oficjalna narracja to podaje, to ci wszyscy powielają ruską propagandę. Przepraszam państwa bardzo, ale to już jest kosmos, którego nie ogarniam.
Ja bardzo często w swoich audycjach staram się sięgać gdzieś tam granic kosmosu albo zapuszczać się w odległe galaktyki, ale to mimo wszystko przekracza moje możliwości pojmowania.
[45:24] - Jak wywołałeś to UFO, to może to pociągnijmy, bo to jest bardzo dobry temat, chociaż nie z naszego poletka, bo ruch disclosure jest takim dobrym studium liderów opinii. Ruch disclosure, czyli taka nieformalna nazwa dla ludzi, którzy starają się poprzez swoją działalność czy zachęcanie innych do ujawniania dotychczas tajnych informacji wpłynąć na zmianę status quo w ufologii, aby na przykład stała się potwierdzona informacja o tym, że obcy są na naszej planecie. Widzimy ten ruch w takim zaawansowanym stopniu. Widzimy, że ten ruch od połowy 2023 roku przybiera na sile i tak dalej. Zasadniczo chcę powiedzieć o tym, że przed 2023 rokiem, 2017 też, bo to wtedy ogłoszono, że istniały te tajne programy, ale przed 2023, kiedy pojawił się Grusch, istniała sobie jakaś tam ufologia, pisano książki, ktoś coś tam powiedział w internecie. Nagle jednak pojawia się Grusch i cała reszta. Chociaż teraz, na chwilę obecną Grusch się wydaje raczej ofiarą aniżeli mózgiem całej sprawy. I dochodzi do takiej paradoksalnej sytuacji, że mamy trzy, cztery, pięć osób, które nam w mediach dawkują informacje. Elizondo, Grusch, Ross Coulthart, Daniel Sheehan, a pewnie by się jeszcze kilku znalazło. I one nam przekazują pewne informacje.
Tylko że te informacje były de facto znane wcześniej. Na przykład chociażby katastrofa UFO pod Magenta. Może to nie było popularne, ale było znane. Nagle okazuje się w takim przekazie medialnym, powiedzmy tych trendach, które się utrzymują, nagle okazuje się, że wypowiedzi tych ludzi trendują, bo one zawierają coś, co opinia publiczna podchwytuje i co się niesie, co jest kopiowane, co jest komentowane i tak dalej. My też trochę się czasami do tego przyczyniamy, bo de facto komentujemy te słowa. I co? Okazuje się, że nagle mamy zupełnie inny obraz sprawy niż dotychczas w wielu kwestiach. Odcięto tą ufologię dotychczasową grubą kreską. Ja to mówiłem już w tamtym roku i mówiłem też, że jest to dość niepokojące. I przez ten rok w sumie, który minął od pojawienia się Gruscha, ludzie, o których przed chwilą mówiłem Sheehan, Coulthart, Elizondo przemycają różne sensacje, opowiadają czasem niestworzone rzeczy i to takie rzeczy, które się czasami wzajemnie wykluczają nawet.
Ostatnio Coulthart powiedział, że, i to Coulthart, który wcześniej mówił, że znaleziono takie UFO, które jest tak wielkie, że nie dało się go podnieść i zbudowano na nim jakiś obiekt. I ten sam Coulthart mówi: „A może to wszystko to raczej Bóg jest taka siła, która jest podobna do Boga”. No to co tam obudowano? Co się tam rozbiło? Bóg czy UFO? To się robi już bardzo niebezpieczne, jeżeli chodzi o disclosure. I nawet zaczynam mieć takie wnioski, że to jest operacja taka informacyjno-dezinformacyjna, że ktoś bardzo mocno nad tym wszystkim myśli, wie, jak dawkować informacje. Zauważ Marku, że my nie słyszymy praktycznie wypowiedzi ufologów, których znaliśmy przez lata. Oni czasami coś tam powiedzą w internecie, a jeżeli są krytyczni, to już wiadomo, że internet o nich nie wspomni. Ludzie elokwentni, utytułowani, doświadczeni w mediach zostali w procesie disclosure wywindowani.
Zostali mianowani przez kogoś na ekspertów. Przez kogo? Po części przez media. Dlatego, że ci ludzie mówią rzeczy, które się klikają, na których się zarabia. Tylko że oni doszli do pewnego punktu, takiego krańcowego, kiedy nie wiadomo, co robić, że możemy nawet odnieść momentami wrażenie, że oni zamiast udzielać odpowiedzi, zamiast coś wyjaśniać, to działają w drugą stronę, jakby zwijają temat. Jest coraz więcej pytań, coraz mniej odpowiedzi. Jest coraz więcej znaków zapytania. Zamiast rozwiązywania, wyjaśniania jest gmatwanie. Mało kto już to rozumie. Dlatego, że trzeba mieć świadomość, że media głównego nurtu są skierowane do mas i wiele osób zaczyna wątpić w to disclosure, bo okazuje się z perspektywy czasu, że to wygląda właśnie jak wykreowanie pewnych liderów, liderów opinii, którzy nagle nam sprzedają stare teorie, starą prawdę w trochę nowej odsłonie, może trochę podkręconą, przypudrowaną, ale to jednak w większości są jakieś stare hipotezy i nagle się okazuje, że Jezu, to jest odkrycie!
Czy to takie rzeczy wychodzą na wierzch? Koniec końców nie jest to potwierdzenie. To wszystko jest poruszanie się po tym samym labiryncie co dawniej. Ale na tym przykładzie myślę, że dobrze nasi słuchacze są w stanie sobie zwizualizować to, o czym dzisiaj mówimy, że trzeba mieć dzisiaj, jeżeli się chce w internecie i w mediach liczyć, trzeba mieć rozpoznawalnych, elokwentnych gadaczy. Gadaczy takich, którzy przekonają społeczeństwo, ale czy oni mówią prawdę? Bo to też tutaj moglibyśmy dyskutować o tym do upadłego, ale czy oni wypełniają misję telewizji jako medium, które jest opiniotwórcze? No właśnie opiniotwórcze. Dzisiaj te media, chociaż poprzez takie programy, poprzez pewne kampanie one już nie są opiniotwórcze, bo one narzucają jedno rozumienie sprawy. Nie otrzymujemy zachęty do dyskusji. No, może byśmy pogadali na ten czy inny temat.
Otrzymujemy takie zachęcenie do negowania. Kiedy pada hasło A, to automatycznie ktoś ma na nie odpowiedź i tyle.
[50:37] - Ja pociągnę to, co powiedziałeś, pociągnę nieco dalej, bo mam wrażenie, że owych liderów opinii, których się kreuje, można podzielić przynajmniej na dwie grupy. Jedna z tych grup to są ci powtarzacze. Scharakteryzowałeś ich bardzo dobrze. Ludzie, którzy opowiadają historie kiedyś już opowiedziane, ale teraz przypisane są te historie im właśnie i oni podają to niektórym do wierzenia, niektórym do rozmyślania. Okej, pytanie po co to robią i jaki jest cel ostateczny? Ale mam też wrażenie, że część z kreowanych liderów opinii, głównie w internecie, to są ludzie, którzyKtórzy mają się wybić na szczyt, opowiadając swoją historię, opowiadając, w co wierzą, w co nie wierzą, jak to im się nie wydaje. Oni są bardzo pewni siebie. Oni mówią, jak jest. Oni mówią: w to wierzcie, bo ja wiem, że to jest prawda, bo ja to czuję, że to jest prawda. I otrzymujecie państwo taki przekaz raz, drugi, piąty, pięćdziesiąty i setny.
On jest zresztą chętnie chwytany, bo zdaje się potwierdzać, że wokół nas dzieją się dziwne sprawy. Tylko zastanawiam się, czy część z takich ludzi pewnego dnia nie pojawi się w internecie, a może w telewizji i nie powie: słuchajcie, to był taki bajer. Chciałem dobrze zarobić, to zarobiłem na tym YouTubie czy jeszcze gdzie indziej. Ale wiecie, nie wszystko, co wam mówiłem, jest prawdą, a właściwie nic, co wam mówiłem, nie jest prawdą. I teraz wiecie, poczuliście się oszukani, ale to jest nie moja sprawa. Kłamałem, opowiadałem rzeczy co najmniej nieprawdziwe, wymyślone, trochę z kija wyszły, ale musicie się z tym pogodzić. Nie ma żadnych tajemnic. Nasz świat nie jest tajemniczy. Jest coraz bardziej odkrywany, bo wiecie, rozumicie, nauka nam wszystkie pytania otwiera i w związku z tym, jak otwiera, to później na nie odpowiada i nie ma tajemnic. Ten świat pozbawiony jest tajemnic.
Nie ma. Tajemnic nie ma. I dziękuję państwu bardzo. Do usłyszenia. A w tym czasie inni w takich audycjach typu tępimy fake newsy powiedzą: widzicie, do czego to prowadzi? Powstała jakaś tam sekta, ludzie uwierzyli. Ale to właśnie sekta była. Bo wiecie, my wiemy, jak jest. Mamy swoich fact checkerów. Oni już dawno stwierdzili, że żadnego UFO nie ma, żadnego innego tajemniczego zjawiska, w ogóle nie ma o czym mówić.
I tak dalej. Mam też takie brzydkie skojarzenia, że część z tych liderów opinii hodowana jest właśnie po to, żeby w pewnym momencie zakpić z ludzi, powiedzieć im: widzicie, jacy jesteście łatwowierni? Fakt, włożyłem w to dużo energii, żeby was przekonać. Prawie się w internetowego guru zamieniłem. Ale wierzyliście mi. To już teraz możecie przestać. To jest też zjawisko niebezpieczne, bo jeśli dotyczy małej grupy ludzi, rzeczywiście można je zaniedbać. Ale kiedy ta grupa rozrasta się i to potężnie się rozrasta, to wtedy mamy do czynienia ze zjawiskiem, nazwijmy, masowym. To już ma zupełnie inny wymiar. Poza tym zastanawia mnie coś jeszcze.
Z jednej strony mamy audycje, które mają prostować fake newsy, mają je śledzić, mają je tępić, a z drugiej strony poważne kanały YouTube'owe to poważne, weźcie sobie państwo w duży cudzysłów, ale takie bardzo poważne i bardzo polityczne, nagle startują z audycjami, które są absolutnie niepoważne, przynajmniej z ich punktu widzenia. O jakimś UFO zaczynają mówić, zaczynają mówić o reinkarnacji, o innych wszystkich rzeczach. To zastanawiam się, czy bardziej rządzi tam chęć zysku, czy może znowu jest to jakaś operacja, która ostatecznie ma doprowadzić do tego, żeby to wszystko wyśmiać, wdeptać w podłogę i na jakiś czas zamknąć ludziom... Tu miało paść brzydkie słowo, w każdym razie, żeby się ludzie zamknęli. Mam też takie podejrzenia, że tak właśnie może być.
[55:07] - Ja jeszcze wspomnę o jednej rzeczy, która bardzo mnie dziwi, która jest taką cechą charakterystyczną w ogóle naszych mediów, bo my mamy takie umiłowanie scjentyzmu w Polsce, polskich mediach głównego nurtu. Tylko że mówiąc o mediach głównego nurtu, to jest ten podstawowy pakiet TVP, Polsat, TVN, Onet i tak dalej. To nie są jakieś prywatne portale, które nie są finansowane. To nie są portale, gdzie piszą niezależni, nieznani ludzie, blogerzy. To są, nie muszę chyba, Marku, tłumaczyć, które tytuły prasowe, bo one się trzymają na rynku od bardzo dawna. Do tej grupy jest bardzo trudno wejść. Panuje w tych mediach umiłowanie scjentyzmu. Czyli jeżeli jest mowa o zjawiskach dziwnych, to tam się zwykle zrzuca to potem na karb jakichś tam heheszków i tak dalej. Dlatego ja na przykład nie odwiedzam telewizji, bo parę razy udzielałem jakichś wypowiedzi, a oni tam tną wszystko, na przykład puszczą ci 10 sekund, a na koniec dadzą jakiś dwuznaczny komentarz i wyjdziesz na głupka. Tak to wygląda.
I ten scjentyzm nie idzie jednak w parze w naszych mediach, w żadnej stacji w zasadzie, z jakimiś fajnymi programami naukowymi. To dlatego na przykład jest taka duża tęsknota za sondą w Polsce, tą oryginalną, której nie zapełniła sonda 2. To chyba nie wypaliło. Jakoś nie potrafi się polska telewizja żadna zabrać do produkowania fajnych programów naukowych, popularnonaukowych. To nie wychodzi. I u nas są pewne tematy przemilczane, ale kiedy patrzymy na świat anglosaski, na portale angielskojęzyczne, to widzimy, że tam nawet duże tytuły prasowe podchodzą w sposób nieco bardziej liberalny i głębszy do niektórych zjawisk. Na przykład u nas ludzie mają takie przeświadczenie, że Daily Mail to jest angielski brukowiec. W ogóle tam nic nie ma, to bzdury, celebryci i tak dalej. Ale kiedy sobie klikniecie na Daily Mail i zobaczycie jego publikacje na przykład poświęcone zagadkom nauki, to jest często wyżej niż topowe polskie media. U nas istnieje taki zabawny naukowy dyktat, który się wyraża tym, że się zaprzecza niektórym zdarzeniom, bo się nie mówi, bo nienaukowe i tak dalej, ale z drugiej strony zaniechuje się przekazywania informacji ze świata nauki i czasami coś tam wleci.
To nawet dotyczy takich rzeczy jak kosmos, planety, eksploracja kosmosu. To jest w ogóle zaniechane przez media głównego nurtu, przede wszystkim przez telewizję. Czasami coś tam będzie, ale i tak troszeczkę. Zatem ja tak już podsumuję może: do kogo, drodzy państwo i drodzy twórcy tej kampanii, skierowana jest akcja Stop Trollom? Ja myślę, że ona powinna przede wszystkim być skierowana do serduszek tych, którzy tą akcję stworzyli. Nie popieramy trolli, nie popieramy fake newsów w internecie, ale popieramy zdrową dyskusję. Niestety na przestrzeni lat w Polsce zrobiono wszystko, żeby wprowadzić taki, nie wiem, jak to nazwać nawet, dwubiegunowy układ. Masz rzeczywistość białą albo czarną. Jesteś za PiS-em albo za PO. Jesteś za festiwalem w Opolu albo za festiwalem w Sopocie.
Nie ma dalej świata, nie ma dyskusji. Jesteś za Zenkiem Martyniukiem albo za Szczurem. To się bardzo przekłada, moim zdaniem, na to, jak media u nas funkcjonują, a to jest tylko dowodem na to, że one są strasznie upolitycznione, a niebezpieczne bardzo jest to, że te media, może to będzie kontrowersyjne, co powiem, ale robią jeszcze ludzie albo wychowankowie ludzi, którzy przeszli dobrą sowiecką szkołę propagandy. Tylko kiedy spojrzymy sobie na chociażby Dziennik Telewizyjny w PRL-u, to my widzimy ogromną różnicę między tym, jak wtedy serwowano informacje, nawet jako propagandę, a jak robi się to dzisiaj. Dzisiaj Dziennik Telewizyjny to jest de facto dłuższa reklama, dłuższy teledysk, coś w tym stylu. Ogląda się tylko dla emocji. Tam nie ma dyskusji. Nie ma dyskusji i nawet dawniej był taki format w telewizji, że jak był problem, zapraszało się do programów publicystycznych gości z różnych opcji politycznych. Oni tam dyskutowali i się spierali. Dzisiaj tak naprawdę to jest ring.
Dzisiaj to jest ring, w którym upartyjniony dziennikarz zaprasza najczęściej posłów, najczęściej polityków, którzy reprezentują tylko te opinie, które są wyrażane przez część społeczeństwa. A ci, którzy mieliby czelność powiedzieć coś innego, to nie, tam macie drzwi i tam jest miejsce dla partii, dla szurów, którzy nigdy w telewizji nie będą. Tak to niestety wygląda. Zagonili nas w kozi róg. Wychodzi zatem na to, że są pytania, których zadawać nie wolno i nawet jeżeli są to ważne pytania, to koniec końców zostaniecie nazwani trollem albo onucą. Śmieszne? No nieśmieszne wcale.
[59:32] - Ja tobie, Piotrze, bardzo dziękuję za ten przykład z sondą, bo on sprawił, że otworzyła się w mojej głowie jeszcze jedna klapka. Zwróćcie państwo uwagę, kiedy była sonda numer jeden, ta robiona przez klasyków, to była sonda, która polegała na dyskusji. Ci panowie spierali się ze sobą i nie oddawali pola. Ja wiem, że to częściowo była dyskusja wyreżyserowana, ale jednak pokazywali różne podejścia. Kłócili się, no to weźmy w cudzysłów, ale spierali na pewno na tematy naukowe. Tymczasem odtworzona sonda to była gadająca głowa. Ja nic do pana Rożka nie mam. On rzeczywiście na nauce zna się w sposób naprawdę niezły. Pan doktor Tomasz Rożek to jest człowiek, który reprezentuje naukę na różnych wydarzeniach, chociażby na Śląskim Festiwalu Nauki czy tym podobnych imprezach. Na pewno o współczesnej nauce wie bardzo dużo.
Ale jakżeż inny byłby to program, ta odnowiona sonda, kiedy naprzeciw pana doktora Tomasza Rożka stanąłby inny pan doktor, który również o nauce wie bardzo dużo, ale troszeczkę inaczej na tę naukę patrzy i zacząłby zadawać panu Tomaszowi trudne pytania, na które ten musiałby odpowiedzieć. Co więcej, mógłby się zrewanżować pan Tomasz, zadając równie trudne pytania swojemu adwersarzowi. I tak powinny, przynajmniej moim zdaniem, wyglądać programy, które mają nas czegoś nauczyć, które nie są zwykłym, prymitywnym, wybaczcie państwo to słowo, ale powtórzę, prymitywnym tępieniem trolli i odnajdywaniem fake newsów, bo to jakieś, proszę państwa, takie głupie jest moim zdaniem.
[01:01:32] - Pięknie dziękuję ci, Piotrze, za dzisiejsze spotkanie pełne emocji i pełne chyba mocnych słów.
[01:01:38] - No tak, ale czasami nie da się inaczej. Nikt nas tutaj z roboty nie wyrzuci, prawda?
[01:01:44] - No miejmy nadzieję, miejmy nadzieję, że YouTube się na nas nie obrazi. Dziękuję również pięknie państwu za wysłuchanie tej nieco emocjonalnej, ale chyba potrzebnej audycji. Zapraszam na kolejne wydania Wehikułu Wyobraźni i oczywiście, jeżeli będziecie państwo tak mili i użyjecie łapek, użyjecie innych metod, żeby audycja się niosła, to będę oczywiście bardzo wdzięczny. A jeśli znacie państwo jakieś osoby, które interesuje tematyka poruszana na Wehikule Wyobraźni czy na kanale UFO Historie, no to dajcie po prostu tym osobom znać, że takie miejsca w internecie są. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Do usłyszenia. Tak, myślę, że może nie należy popadać po tych rozważaniach w jakąś depresję, ale rozważyć potencjalne niebezpieczeństwa naprawdę warto. To teraz, żeby troszeczkę mniej ciężko zrobiło się w audycji, żeby te problemy nas nie przytłoczyły, zapraszam na Filmotekarium. A dzisiaj w Filmotekarium wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „Dobry piesek”. To dziwny film, a nawet bardzo dziwny i niejednoznaczny.
Do tego stopnia niejednoznaczny, że są pewne problemy z jego oceną.
[01:03:20] - Dzień dobry wieczór Państwu. Zaczynamy Filmotekarium. A jak Filmotekarium, to Piotr Cielebiaś. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:03:30] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj sobie porozmawiamy o filmie, który jest trudny w ocenie. To jest taki film, gdzie w zasadzie wszystko mamy wyłożone i zasygnalizowane od początku. Widzimy, co się dzieje, może nawet przewidujemy, co się stanie. Ale tak szczerze mówiąc, ja mam takie wrażenie, udaje się przynajmniej do pewnego momentu stworzyć atmosferę takiej zagadkowości, nietypowości, niedopowiedzeń, ogólnej krzywizny tej sytuacji. Chodzi o film „Dobry piesek" z 2022 roku. Jest to film norweski i jeżeli ktoś słyszy o nim po raz pierwszy, to niech się nie do końca sugeruje opiniami na internecie ani fotosami, dlatego że ten materiał ilustracyjny może trochę działać zwodniczo. Dlaczego, zaraz powiem. Jest to tak naprawdę opowieść o człowieku i jego psie. W zasadzie to o człowieku i jego człowieku udającym psa.
W jakich celach? To się wyjaśnia w całej opowieści. Tylko że mówiąc, że facet ma psa, który jest tak naprawdę człowiekiem, to mówimy o dziwnej zależności między właścicielem a mężczyzną w badziewnym kostiumie chyba dalmatyńczyka. I ten mężczyzna w kostiumie się identyfikuje jako pies. My dopiero później się dowiemy, jakie są jego prawdziwe losy, jakie jest jego podejście do sytuacji, ale on tak naprawdę przez dużą część filmu jest psem. Zachowuje się jak pies. Czyli zgodnie z tą nowomową, jak ktoś myśli, że jest psem i jest w kostiumie, to tym psem jest. Zachowuje się tak rzeczywiście jak większość psów domowych. Tę niezwykłą parę poznajemy w momencie, kiedy właściciel człowiekopieska postanawia sobie znaleźć dziewczynę. I znajduje.
I tutaj się zaczyna cały problem, cały dylemat, który nie jest dla wszystkich do strawienia. To znaczy oceniać ten film można, Marku, różnie, bo na pewno powiesz za chwilę o pewnych niedociągnięciach scenariuszowych, a z drugiej strony o pewnym niepokoju, który jest cały czas w tym filmie obecny. Pytanie, które jest chyba najważniejsze: czy my tam oglądamy realne zachowania ludzi w naszych czasach, którzy wolą dać się skrzywdzić, niż naruszyć pewne, nie wiem, czy to jest tabu, granice poprawności politycznej, czy może to jest wszystko jednak taki scenariusz bardzo nierealny i film jest do kosza? Bo ja się spotkałem z bardzo skrajnymi opiniami na temat „Dobrego pieska" i kiedy sobie zajrzycie do opinii na Google, to są takie, które równają ten film z ziemią albo jeszcze gorzej.
[01:06:22] - Równają. Jedna z pierwszych opinii, które przeczytałem, nawet jej nie mogę przytoczyć w pełni, więc trochę złagodzę, że tak popierdzielonego filmu już w tym roku na pewno nie będzie. Bardziej popierdzielonego. Bo też na początku można odnieść takie wrażenie. Ale Piotr w swojej wypowiedzi zwrócił uwagę, moim zdaniem, na jeden z elementów, które mogą zdecydować o ocenie albo zrozumieniu tego filmu, ale też zrozumieniu tego, dlaczego on zyskał takie niskie oceny. Owszem, później powiemy też o pewnych niedociągnięciach, czy to warsztatowych, czy scenariuszowych. To na razie zostawmy, bo mam wrażenie, że rozmawialiśmy z Piotrem, to „że" zawiesiłem. Rozmawialiśmy z Piotrem przed audycją i zwrócił uwagę mi na to, że na ocenę mogło wpłynąć to, co powiedział. Że dzisiaj żyjemy w świecie, w którym jeśli ktoś uważa się za psa, to znaczy, że jest psem. I to mogło strasznie w tym filmie uwierać niektórych ludzi.
Tym bardziej wydźwięk tego, co się pojawia w tym filmie. I to mogło zaboleć i sprawić, że ten film został mocno pociachany w internecie. Tymczasem dostajemy historię, która zaczyna się troszeczkę może nie jak komedia romantyczna, ale jak film romantyczny. Chociaż umówmy się szczerze, umawianie się z dziewczyną na portalu randkowym, które to portale randkowe służą właściwie tylko jednemu celowi, na pewno nie miłości romantycznej. Trudno uznać za jakieś szczególnie romantyczne wątki to umawianie się na portalu randkowym. Zawsze chodzi o jedno i w tym przypadku również kończy się jednym. Ale bohaterka do pewnego momentu wydaje się zadowolona z tej relacji, która pojawia się między nią a głównym bohaterem. W pewnym momencie następuje takie lekkie zważenie się, kiedy okazuje się, że gdzieś tam zza węgła wygląda piesek, a właściwie facet przebrany za pieska. I na pytanie, o co chodzi, dostaje odpowiedź, że to jest piesek głównego bohatera. Na początku, zgodnie z logiką, myślę, że większość ludzi tego rodzaju logiką by się kierowała, lekka panika ją ogarnia i ona znika z tego domu i nie chce już mieć z owym młodym mężczyzną do czynienia.
A koleżanka przekonuje: „Stara, przecież to jest milioner. To jest facet, który ma straszne pieniądze. Podtrzymaj tę relację. I bohaterka daje się namówić i na jakiś czas przyjmuje za dobrą monetę całą sytuację. Gra toczy się dalej, a zatem po mieszkaniu, po wielkim domu głównego bohatera włóczy się facet przebrany za psa, a główna bohaterka z miłością Schneidera nawiązuje coraz bardziej intymne, nie coraz bardziej intymne to one nie są, coraz bardziej głębokie. Bo zaczęło się oczywiście od intymnych relacji, a później są budowane relacje psychologiczne. Są budowane, tylko gdzieś tam cały czas się kręci ten piesek i on się kręci do 45 minuty. Film nie jest długi, a do 45 minuty piesek się kręci i wszyscy udają, że wszystko jest w porządku. Już nawet główna bohaterka też zaczyna udawać, że wszystko jest w porządku i w pewnym momencie piesek mówi do niej, jak to piesek. Pieski głównie zajmują się mówieniem.
Mówi, że coś jest nie w porządku i że może by się trzeba stąd zawinąć. To jest taki moment, w którym mamy bojaźń i drżenie. Bo w ogóle film jest taką mieszanką dreszczowca i horroru, elementów horroru przynajmniej. Film nakręcony myślę, że za małe pieniądze, bo mamy niewielu bohaterów, kilka zaledwie lokacji, ale film, który za te niewielkie pieniądze jest nas w stanie wprowadzić w takie dziwne drżenie. Mamy wrażenie, że naprawdę jest coś nie w porządku i naprawdę stanie się coś, nawet nie wiemy, co tak naprawdę się stanie, ale czujemy, że nadciąga jakaś katastrofa, co się zaczyna w pewnym momencie potwierdzać. I ja mam duży problem z oceną tego filmu, bo z jednej strony widzę jego niedociągnięcia. O nich może jeszcze za chwilę, ale z drugiej strony mam wrażenie, że nie o spójność scenariuszową w tym filmie chodzi i nie o prostą historię, której można zarzucić, że coś tam się nie zgadza, bo za chwilę to i tak zrobię. Ale nie o to w tym chodzi. A kiedy mamy ostatnie sceny w filmie, to człowiek naprawdę zaczyna już dumać. Ma taki wniosek najprostszy z tych wniosków, który przyszedł mi do głowy, że nasz świat jest kompletnie porąbany.
[01:12:05] - Generalnie ta dziewczyna zauważa, że z tym pieskiem coś jest nie tak od samego początku, ale że ten chłopak to milioner, to postanawia wytrwać. To jest moim zdaniem bardzo realistyczne w tym filmie, bo jakby to był jakiś tam, nie wiem, czy mogę użyć słowa gołodupiec, to użyję gołodupiec, to chyba by nie miała takich wątpliwości. To jest bardzo rzeczywiste. Ona się bije z myślami, bo co sobie myśleć o takim osobniku, który ma takiego, i znowu tutaj łamę chyba jakieś albo naruszam jakieś normy politycznej nowomowy, że ma takie zwierzę. Uczucie, ale chyba bardziej korony przyćmiewają jej rozsądek. I to jest najciekawsza część filmu. Od ukazania, że tak powiem, tego przyjaciela przebranego poprzez próbę wiary, że to się nie dzieje normalnie, że to nie jest normalne. To jest dylemat, który się dobrze ogląda. To jest fajne po prostu dla mnie. Powiem tak po podlasku dla mnie się to podobało.
Tymczasem ten piesek generalnie się zachowuje jak zwierzę domowe. Towarzyszy im często w intymnych sytuacjach. I wówczas światło zaczyna robić krzywo, zaczyna się robić dziwnie. Ale powiedzmy, że ta dziewczyna kupuje tą konwencję. Dobrze. Natomiast kulminacja następuje w momencie tego wypadu za miasto, kiedy bogaty Christian ukazuje swoje prawdziwe oblicze. I taki dyskomfort, który nam towarzyszy przez cały film, do tego momentu akurat, do tego momentu może raczej wchodzi w kulminacyjną fazę. A potem to się zaczyna lekka zjazdówka, bo zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z psychopatą. Jeżeli piesek jest przebrany, to musi być do tego jakoś zmuszany i tak dalej. Nie do końca jednak wyjaśniony nam jest status tej osoby, tego psa Franka.
Do tego jeszcze za chwilę przyjdziemy. Natomiast pytanie, czy rzeczywiście jest to film z pewnym podtekstem, o którym wspomniałeś? My tutaj nie lubimy się doszukiwać podtekstów, jakiejś symboliki, jakiegoś drugiego dna, ale tutaj, co zostało wspomniane, mamy kogoś, kto się identyfikuje jako pies, który się tak zachowuje i któremu generalnie jest chyba okej z tym. Ten film jest przeczochrany w internecie. Tylu ocen na jeden dawno nie widziałem, chociaż trzeba powiedzieć, że „Dobry piesek” to jest film zrealizowany absolutnie poprawnie. To się ogląda przyjemnie. To jest tak naprawdę bardzo dobry film, nie ma się do czego przyczepić w warstwie wykonawczej, że tak powiem. I zacząłem się zastanawiać, czy kluczem tutaj nie jest uderzanie w czułe tony zwolenników pewnego ruchu, którzy w tym przebranym człowieku zauważyli jakiś prztyczek, zauważyli jakiś przytyk i postanowili ten film zjechać. Bo jak można takie coś pokazywać? A może ten Frank tak naprawdę czuł się tym psem i może tak naprawdę ludzie, którzy się przebierają za te psy albo za koty, albo za nutrie na przykład, chociaż nie wiem, czy tacy są, to może oni naprawdę identyfikują się Z tą akurat grupą zwierząt i że tutaj nikt ich nie przymusza.
I ja myślę, że to jest klucz do negatywnego stanowiska wobec tego filmu, że jednak twórcy "Dobrego pieska" troszeczkę strollowali pewne środowiska. Tak to wygląda. Bo wróćmy Marku do innego skandynawskiego filmu, który się nazywał "Spik, no Evil". Z tego, co pamiętam. Dlatego że potem się pojawiła wersja amerykańska, która jest zupełnie inna i która jest bardzo naładowana, nie wiem nawet, jak to powiedzieć. Jest oczywiście uidealizowana, ale "Spik, no Evil" to był taki bardzo oryginalny film europejski. To była jakaś koprodukcja, nie pamiętam, w którym scenariusz mówił nam o pewnych dwóch rodzinach. Jedna rodzina była miejska, przeciętna, żyjąca zgodnie z normami, druga rodzina była dysfunkcyjna. Głową tej rodziny był psychopata. Ten film, który omówiliśmy w Filmotekarium dość dawno, bo chyba w tamtym roku, pytał nas o granice tolerancji.
W "Spik, no Evil" widzieliśmy, że zbyt wiele tolerancji, chwila, przypadek, kiedy się komuś na zbyt dużo pozwoli, doprowadza do tego, że ktoś, kto jest manipulatorem, przekracza pewne granice. Ale chyba ważniejszy morał z tego był taki, że w Europie ludzie zostali tak ukształtowani przez system, że sami z siebie pchają się w objęcia złego, bo nie potrafią powiedzieć "nie". I tu wracamy do tego dobrego pieska. "Dobry piesek", "Spik, no Evil". Taka trochę zabawa słowami. Wracamy do tego dobrego pieska. Myślę, że to jest jednak pewne mrugnięcie okiem w stosunku do Zachodu. Nie wiem, czy do Polski. Do Zachodu Europy na pewno z pytaniem, jak się zachować w przypadku, kiedy ktoś ci włazi na łeb ze swoimi poglądami i ze swoim stylem życia. Ja tutaj mówię to absolutnie bez emocji.
To się może tyczyć równie dobrze każdej grupy, każdej ideologii. Ale czy przypadkiem ta polityczna poprawność nie została doprowadzona już do takiego ekstremum, że w zasadzie ludzie pozwalają sobie dawać robić krzywdę? Bo nie można się zbuntować wobec oprawcy tak naprawdę. A często też dochodzimy do takiej sytuacji jak w "Dobrym piesku", że nie wiemy, co powiedzieć. Nie wiemy, co powiedzieć. Bo kto w zasadzie jest tutaj ofiarą? A może oni tak chcieli? A może oni się w coś bawili? I myślę, że ten podtekst tutaj był i on odpowiada za te niskie noty filmu, który uderzył w bardzo polityczne tony.
[01:18:25] - Tak, uderzył. Również dał odpowiedź albo próbował dać odpowiedź, dlaczego to robicie. Dlatego że nam na to pozwalacie. Troszeczkę tak to może wybrzmiewać. Ja byłem zaskoczony, mówiąc szczerze, bo oczywiście zanim zacząłem oglądać film, to poczytałem sobie o filmie w internecie i to była pułapka, bo tak jak Piotr powiedział, ten film w internecie jest zrąbany i to strasznie. To, co przytoczyłem na początku, że już bardziej porąbanego filmu w tym roku nie będzie, nie nastrajało optymistycznie. Tymczasem, kiedy zacząłem ów film oglądać, okazało się, że ten film w jakiś magiczny sposób wciąga. Ta narracja, która się pojawia, wciąga. I to pomimo tego, iż są tam momenty, w których trzeba odrobinę zawiesić swoją niewiarę. Zdarzają się sytuacje, w których mówimy sobie: "Nie, no przecież ona powinna stamtąd spylać i to w podskokach".
Ma do czynienia z psychopatą, to widać na kilometr. I nawet jeśli koleżanka ją przekonała, że to milioner, to podkładanie się pod nóż czy pod pięści psychopaty nie jest warte tych milionów. Tymczasem tam sielanka. Po prostu sielanka. To oczywiście zwodnicze, bo kiedy wyjeżdżają za miasto do domku, większość polskich rodzin nie żyje w takich domkach letnich, znaczy nie żyje w takich domach jak ten milioner miał letni domek. Ale taki już los milionerów, że się muszą w tym luksusie męczyć. Więc w tym domku nagle z psychopaty wychodzi jeszcze większy psychopata, bo nie tylko ma swojego pieska, nie pieska, ale też pojawia się albo uwidacznia się u niego tendencja do kontrolowania rzeczywistości. Wciąga swoją partnerkę w pozbycie się telefonu komórkowego, w inne różne chore akcje. I to już my wiemy, że on jest jeszcze większym psychopatą, niż sądziliśmy na początku, bo na początku pojawiają się jakieś takie myśli, że może tego milionera i tego psa łączy jakaś intymna relacja, może on jest jakimś rodzajem zboczeńca. A w każdym razie teraz słowo zboczeniec to już jest w ogóle passé, więc może on ma jakieś preferencje niecodzienne, związane ze swoją płciowością.
Takie nam myśli chodzą po głowie, ale okazuje się, że nie, że facet jest ewidentnym czubem i człowiekiem o Takim wyrzuconym poza społeczeństwo przez swoją psychikę. Ale nie chodzi wcale o pieska. Piesek jest tylko dodatkiem do tego wszystkiego. I w tym domku pojawiają się, już zapowiadałem, te niedociągnięcia scenariuszowe. Chociaż zdaję sobie sprawę, że może się zapędziłem w ślepą uliczkę, bo może to wcale nie są niedociągnięcia scenariuszowe, tylko danie nam znaku, że nie o to chodzi w tym filmie, żeby wszystko się spajało, zestrajało ze sobą. Że może właśnie te momenty, w których mówimy: „Nie, to niemożliwe, to by było zupełnie inaczej w prawdziwym życiu”. To są może te momenty, przy których ma się pojawić u nas refleksja, że nie o to chodzi, że ten film to nie jest relacja o tym, że milioner dysfunkcjonalny społecznie na pewno, przygruchał sobie jakąś pannę i wciągnął ją w swój świat. Chory świat. Troszeczkę nie do końca o to chodzi. I że ona się dała w niego wciągnąć, w ten świat.
Chyba głębiej trzeba spojrzeć i być może te momenty, w których na przykład dostajemy prosty przekaz. Główna bohaterka wychodzi z pieskiem na spacer. Milioner zostaje w domu. Ona już wcześniej nawiązała, trudno to nazwać dialogiem. Piesek jej powiedział, że trzeba się ewakuować, bo to jest wariat. To teraz wychodzi z nim na spacer daleko od domu. Mogą rozmawiać. Zamieniają kilka słów ze sobą i wracają do domu. Gdyby to była relacja z prawdziwego życia, to ta kobieta przesłuchałaby tego psa na okoliczność, co się właściwie dzieje. Nic takiego nie następuje.
Musimy zawiesić swoją niewiarę, żeby brnąć w tę historię dalej. Powiem tak: moim zdaniem się opłaca, bo dostajemy historię, która jest według mnie sporym ostrzeżeniem. To jest w jakimś sensie film symboliczny, ale nie w taki porypany sposób, że same symbole i trudno je odczytać. Nie, to jest połączenie filmu, w którym jest taka akcja, trudno ją nazwać żywiołową, ale ona się jednak toczy i straszy nas. Jakieś napięcie odczuwamy. Połączenie tego rodzaju filmu z filmem, który mówi do nas poza słowami, niejako z głębi, mówi o tym, że świat jest bardziej skomplikowany, niż się nam wydaje. Na pewno każdy z państwa po obejrzeniu filmu będzie miał swój pogląd, ale właśnie te poglądy mogą być dwa. Albo to jest słaby, drugogatunkowy film zrobiony za tanie pieniądze i w ogóle półamatorski. Albo dojdziemy do wniosku, że to jest film, który wykorzystując nawet pewne słabości związane chociażby z finansowaniem, pokazuje nam pewną rzeczywistość, w której jesteśmy zanurzeni i której czasami nawet nie dostrzegamy. To może być całkiem ciekawe spojrzenie na ten film i końcówka tego filmu, po raz kolejny mówię, że jest ciekawa, aczkolwiek jej nie opowiem.
Ta końcówka filmu może świadczyć o tym, że realizatorzy, twórcy tego filmu starają się nam przekazać coś więcej, niż wynika z akcji.
[01:25:10] - Jest to bardzo możliwe. Zresztą to możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Jak mówiłem, my w Filmotekarium nigdy nie przyzwyczajaliśmy naszych słuchaczy do tego, że rozkminiamy jakieś tematy w sposób nazbyt filozoficzny, bo traktujemy filmy po prostu jak rozrywkę. Ale jak sobie głębiej sięgnąć, głębiej się zastanowić, to, co się dzieje w „Dobrym piesku", to wcale nie jest takie nierzeczywiste, jeżeli chodzi o niektóre zachowania, bo ludzie ogólnie zachowują się czasami irracjonalnie, że istnieją normy społeczne, które każą nam wykonywać pewne czynności, które zasadniczo są głupie. Dam dwa skrajne przykłady. Powiedzmy tak, z prasy. Przykładowo dajmy sobie jakąś patusiarę, jeżeli można użyć takiego słowa, tatuuje sobie na głowie nazwisko swojego ukochanego, imię swojego ukochanego i dedykację miłosną z jednej strony. Jest od niego uzależniona. Z drugiej strony mamy sytuację, kiedy znany projektant Karl Lagerfeld, czy jak się tam nazywał, niech mu ziemia lekką będzie, otrzymuje od innych milionerów pokłony, a otrzymuje tak naprawdę jego kotka, która jest obiektem uwielbienia dla bandy klakierów, którzy tańczą wokół tego Lagerfelda tylko po to, żeby ich tam namaścił i tak dalej. W tym gronie są też Polacy.
Pamiętam taką zabawną sytuację, która mi bardzo utkwiła w pamięci, że jedna z polskich celebrytek kupiła kotce tego Lagerfelda zestaw ręczników na przykład. Mogła jeszcze krem Nivea kupić. Do czego zmierzam? Do tego, że ludzie czasami wobec oprawców, wobec ludzi o wyższym statusie zachowują się irracjonalnie i czasem nie są nawet powiedzieć w stanie dlaczego. Syndrom sztokholmski to jest jeden z przykładów, a w tym- W tym dobrym piesku też nam to pobrzmiewa. Zresztą jakbyśmy się głębiej zastanowili, to przykładów tego są tysiące tak naprawdę. Im ktoś ma wyższy status albo silniejszą psychikę, tym bardziej może kogoś uzależnić. Sekty są tego doskonałym przykładem. I tutaj jest podobnie. Tylko wracam do filmu "Spigno Evil", że jednak wychowanie, albo dobre wychowanie, albo poprawność polityczna zabija zdrowy rozsądek w pewnych momentach.
Ludzi jest bardzo łatwo omamić i to chyba ten film pokazuje, że zaczyna się to wszystko przemieniać w pewną spiralę, spiralę uzależnień od mód, internetu, ideologii, polityki. I na koniec zdrowy rozsądek w tym wszystkim ginie do tego stopnia, że Marku, zauważ, iż bohaterowie nie są w stanie powiedzieć, co jest dla nich kwestią najwyższej wagi. Chodzi po prostu o przetrwanie. Nasi pradziadkowie by się nad tym nie zastanawiali, co z tym Christianem zrobić. Bo gdyby się znaleźli w takiej sytuacji, to pierwsze co by go tam... Nie powiem, bo pewnie nie wolno o takich rzeczach mówić, ale by został, że tak powiem, wyjaśniony dość szybko. A tutaj idzie to inaczej. Tylko najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja jestem w stanie uwierzyć, że takie postawy są realne, że ludzie nie działają racjonalnie, że są w stanie dawać się ogłupić nawet osobom, które nie ukrywają, że kłamią. I to jest chyba morał z filmu "Dobry piesek" według mnie.
[01:28:53] - A ja muszę powiedzieć jeszcze jedną rzecz, bo bardzo często to podkreślam, że ja w kinie cenię akcję i cenię opowieść, która jest snuta. I tu zaskoczenie. To nie jest film, w którym akcja przyspiesza z każdą minutą i w ogóle dużo się dzieje. A mimo to, mimo pewnych przenośni, pewnych symboli to się ogląda. Nie nudzicie się państwo na tym filmie, bo Piotr o tym mówił. Jest wyczuwalne napięcie. Nie wiemy, ku czemu zmierzamy, ale to napięcie jest dojmujące. Czujemy, że tam się musi coś wydarzyć, że pozornie prozaiczne sytuacje, przez które i bohaterka, i bohater oraz piesek brną sobie, to wszystko prowadzi, nie wiem, czy to można określić katastrofą, ale do wydarzeń, które nas zaskoczą, które sprawią, że może być niefajnie. I paradoksalnie ja się na tym filmie nie nudziłem. To nie jest długi film.
On ma godzinę piętnaście, godzinę dwadzieścia. Nie mierzyłem. Zawsze są jeszcze napisy i te rzeczy, więc trudno to tak do końca określić, ale to nie jest długi film. Ale on mi błyskawicznie się skończył. To znaczy, że się nie dłużył. Nie wychodziłem robić sobie herbaty w tym czasie. Jakoś tak nie przelatywałem wzrokiem przez poszczególne sceny. Nie, nie. Byłem skupiony, oglądałem i z zaangażowaniem to oglądałem. To dla mnie samego było zaskoczenie, bo trudno powiedzieć, że ten film toczy się dynamicznie, szybko.
Nie. On się sączy, a mimo wszystko to napięcie, które emanuje z ekranu, sprawia, że ciężko się jest od niego oderwać. I ktoś powie: "Głupoty, jakieś tam pseudointeligenckie gadanie. Wymyślili sobie przenośnie, wymyślili sobie symbole." Być może. Nie będę się kłócił. Być może dałem się po prostu temu filmowi zaczarować. Ale rzeczywiście, moim zdaniem Piotr znalazł klucz do tego filmu. To jest film o naszej rzeczywistości, w której jak ktoś powie, że czuje się orłem i idzie sobie polatać, to powiedzenie mu, że orłem nie jest i nie będzie latał, jest właściwie sprawieniem mu przykrości. Nie. Jest więcej.
Jest odebraniem mu jego tożsamości albo próbą odebrania mu jego tożsamości. I mam takie niejasne wrażenie, że to, co powiedziałem przed chwilą, jest podsumowaniem świata, który jest absolutnie nienormalny. Czy lubicie Państwo twórczość Isaaca Asimova? Tu są dwie szkoły. Jedni uwielbiają, a inni niekoniecznie. To akurat nietrudno było przewidzieć. Natomiast z Isaacem Asimovem jest tak, że on stworzył kilka naprawdę monumentalnych serii w historii science fiction, ale wielu krytyków zarzuca mu, że miał suchy styl, że to wszystko takie bardzo techniczne, mało literackie. Ja tam nie wiem, ja się nie znam, ale dzisiaj zapraszam państwa na recenzarium Evivy, a w tym recenzarium posłuchacie państwo o książce "Roboty i imperium."
[01:32:40] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak wiadomo, każdy rozpoczęty cykl, może za wyjątkiem tych, które pisze George Martin, musi się kiedyś skończyć. Tak i Isaac Asimov postanowił zakończyć swoją opowieść o robotach. Szczerze powiedziawszy mam do niego o to spory żal. No ale cóż, stało się. A tak czy inaczej, wszelkie moje pretensje już twórcy nie dosięgną. W czwartym i ostatnim cyklu pod tytułem "Roboty i imperium" czytelnik Dokonuję dużego przeskoku w czasie. Elijah Bailey nie żyje już od szesnastu dekad, gdyż w świecie przestrzeniowców tak się właśnie określa czas — nie latami, lecz dekadami. Przestrzeniowcy, czyli potomkowie dawnych ziemskich kolonistów, są długowieczni. Zatem Gladia DeMar jeszcze żyje.
Mało tego, jest w bardzo dobrej formie. Wyszła ponownie za mąż i wiedzie ustabilizowane, choć, jak sama uważa, nudne życie. Nieco umilają jej to życie dwa roboty: R. Daniel oraz Giscard. Oba przypominają jej o dawnym przyjacielu, a nawet kochanku, nieżyjącym od bardzo dawna. Jednak to wspomnienie jest już mocno zakarte i nie sprawia bólu. Staje się jednak coś, co wyrywa Gladię z jej ustabilizowanego życia i rozdrapuje dawne rany. Jest to zupełnie niespodziewana wizyta doktora Mandamusa, który ma to nieszczęście, że pracuje pod kierownictwem dawnego oponenta, doktora Falstofa. Amadiro nie tylko był osobistym wrogiem Falstofa i odpowiadał za morderstwo, jeśli można to tak określić, dokonane na robocie Dondero, który należał kiedyś do Gladii. Jest również przedstawicielem czegoś w rodzaju opozycji wśród przestrzeniowców.
Ta opozycja nienawidzi Ziemian i chce zrobić wszystko, aby zostali po prostu wytępieni. Doktor Mandamus odwiedza Gladię w dwóch kwestiach. Pragnie jej zadać przede wszystkim bardzo osobiste pytanie. Podejrzewa, a raczej jest pewny, że jest jej potomkiem, ale wiąże się to również z tym, że może być potomkiem Bailey'a. W każdym razie jest o tym przekonany doktor Amadiro. Od odpowiedzi Gladii zależy dalsza kariera doktora. Amadiro nie zawahia się go zniszczyć, jeżeli jego podejrzenia się potwierdzą. Jednak Gladia nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Nie obchodzi ją, czy jej gość jest jej potomkiem, czy też nie jest, ponieważ zarówno Solarianie, jak i Aurorianie nie przywiązują żadnej wagi do więzów krwi. Jednak jest jeszcze drugi powód, dla którego odwiedza ją Mandamus.
Mianowicie z jednej z ziemskich kolonii przybył ktoś, kto chce rozmawiać bezpośrednio z Gladią. Dziwnym zbiegiem okoliczności ten ktoś ma na nazwisko Bailey. Ta wizyta jest początkiem zdarzeń, które ponownie wciągną Gladię w świat wielkiej polityki. Zakończenie cyklu Asimova jest w zasadzie nie tyle zakończeniem, co otwarciem, albowiem zostawia ogromne pole do dalszych manewrów. Mamy tutaj do czynienia z niewiarygodnie skomplikowaną intrygą, mającą na celu ocalenie Ziemian przed tym odłamem przestrzeniowców, który chce się ich pozbyć, ale również skierowaniem ich na właściwą stronę rozwoju. Nie będę tutaj mówić, kto stoi za, jak by to powiedzieć, manipulacjami mającymi jeden cel: ocalenie ludzkości jako ludzkości. W każdym razie jest to ktoś, kogo byśmy nie podejrzewali. Kiedy doczytałam do końca tę książkę, byłam po prostu wściekła. Spodziewałam się bowiem, że gdzieś znajdę piątą część cyklu, a dowiedziałam się, że nic z tego, bo liczy on tylko cztery. Cóż, nie wszystko można mieć.
„Roboty i imperium" — tak się nazywa ta książka. Asimov w zasadzie nie odróżnia robota od androida. Używa tych słów jakby zamiennie, chociaż oznaczają one tak naprawdę co innego. I to właściwie jedyne, co miałabym mu do zarzucenia, bo poza tym jest to świetna książka, naprawdę świetna i o ile wiem, stanowi też wstęp do innego cyklu Asimova pod tytułem „Imperium". Będę musiała go przeczytać i jeżeli przeczytam, to oczywiście podzielę się z wami swoimi przemyśleniami. Na razie jednak gorąco zachęcam do przeczytania tych czterech książek, o których mówiłam. „Pozytonowy detektyw", „Nagie słońce", „Roboty z planety Świt", „Roboty i imperium". Wspaniały cykl SF w najlepszym stylu. Na pewno będziecie zadowoleni. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:37:58] - Proszę państwa, to teraz pożeglujmy w stronę „Książek z pogranicza". To jasny sygnał, że czas na małpę. A w małpie dzisiaj książka Andreasa von Bülowa. To chyba tak się wymawia. Książka zatytułowana „Nie jesteśmy sami. Sygnały z kosmosu." Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek „Książek z pogranicza". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:38:30] - Dzień dobry wieczór. No dzisiaj książka kolejnego autora importowanego. Jednego z tych, którzy jako młodzi autorzy trafili na nasz rynek. Ale Andreas von Bülow jest trochę innym autorem niż cała reszta. Po pierwsze zajmował się zjawiskami z pogranicza, ale nie tylko, tak jakby na drugim miejscu. Do dzisiaj pozostaje najbardziej znany jako autor książek z zakresu polityki i teorii spiskowych wiecie jakich. Pisał o wielu rzeczach. O 11 września, o Sorosie pisał. I to jest chyba jego najbardziej znana książka w Polsce. „Reptilia." Pisał, że Soros chce zalać Europę wiadomo kim, zdechrystianizować kontynent.
Ta książka wydaje mi się przyniosła mu największy sukces. Ale von Retyi pisał też o UFO, czego dowodem jest publikacja, o której dzisiaj będziemy mówić. Rzecz druga, o której muszę powiedzieć, bo to jest strasznie dziwne, Marku. Trudno jest cokolwiek dzisiaj znaleźć o tym autorze. On tak jakby trochę zniknął z internetu. Jego strona, jego portal nie działa. Na Facebooku go nie ma. To jest człowiek, który przez lata budował wokół siebie pewną kontrowersyjną legendę. Pierwszy element, pierwsza część tej legendy odnosi się do jego nazwiska i korzeni. Otóż on się podaje za potomka węgierskiej arystokracji wywodzącej się z Transylwanii, spokrewnionej z Elżbietą Batory, może nawet z samym Władem Palownikiem.
Czyli dla Retyia Drakula jest jakimś wujkiem w dalszym pokoleniu. Ale chyba bardziej kontrowersyjna sprawa dotyczy tego, że on przez długi czas jako autor znany był z publikacji na temat alternatywnych terapii. On twierdzi, że jako dziecko został wyleczony ze śmiertelnej przypadłości bez udziału medycyny konwencjonalnej. Czyli to był taki enfant terrible literatury, publicystyki niemieckiej. I on w pewnym momencie gdzieś przepadł, gdzieś zniknął. Ale nim to się stało, wydana została książka, o której dzisiaj mówimy, czyli „Nie jesteśmy sami". A wydana została trochę dawno. Oryginał, który sobie przeglądałem, w roku 1994. Nie wiem, kiedy ona wyszła po polsku, ale chyba niedługo później. Z perspektywy ufologii 31 lat to jest szmat czasu.
I kwestią dyskusyjną pozostaje to, kiedy w zasadzie co tydzień mamy jakieś wydarzenia na polu disclosure i różnego rodzaju dziwne przecieki, czy książki wydane przed wystąpieniem Gruscha są aktualne? Czy one w ogóle liczą się dzisiaj? To jest oczywiście żart, dlatego że generalnie są aktualne i myślę, że o tym za chwilę powiesz. To znaczy pytania w nich zadane są aktualne. Bo tak naprawdę, chociaż, jak przed chwilą wspomniałem, niemal co tydzień mamy różnego rodzaju sensacje, przecieki, doniesienia whistleblowerów i tak dalej, to tak naprawdę disclosure nie przyniosło nam nic. Nie przyniosło nam żadnych odpowiedzi, nie przyniosło rozwiązań, przede wszystkim nie zmieniło optyki. Najważniejsze pytanie odnośnie tej książki von Retyia dotyczy tego, czy warto to czytać. Ja tylko jeszcze dodam, że on się nazywa Andreas von Retyi, ale to nie jest jego prawdziwe nazwisko. Z tego, co wyczytałem na jego niefunkcjonującej stronie znajdującej się na WayBack Machine, to jest fragment jego oryginalnego nazwiska. Niestety nie podał, jak się nazywa naprawdę.
[01:42:13] - Cóż, muszę powiedzieć, że ta książka to jest książka, którą trudno jest ocenić, bo troszeczkę wspomniałeś, Piotrze, o tym, że autor pokazał, że odpowiednio zadane pytania, odpowiednio postawione problemy są uniwersalne. I moim zdaniem pod tym kątem książka się broni, jeśli patrzy się pod tym kątem. Natomiast autor oczywiście do pytań i problemów dołożył jeszcze odpowiedzi. I te odpowiedzi, cóż mogę powiedzieć, one dzisiaj chyba się mocno zestarzały. W Polsce ta książka wyszła dwa lata po premierze zagranicznej, czyli w 1996 roku. I to widać, kiedy czyta się odpowiedzi, omówienie poszczególnych zagadnień, to ma się wrażenie, że minęła cała epoka. Dlaczego? Dlatego że przede wszystkim autor przyjął założenie, trudno je nazwać błędnym, ale jednak założenie, które w jakimś stopniu ogranicza pewną refleksję, pewien sposób rozumienia tego, co się dzieje, co obserwuje się w świecie. Bo on ograniczył to wszystko, że zjawisko UFO po prostu musi wiązać się z przybyszami z odległych światów, z gwiazd. I to jest założenie, trudno je eliminować, trudno mówić, że jest fałszywe, ale jednak ograniczające.
I to w treści książki widać. Ta książka jest w jakimś stopniu erudycyjna. Autor odwołuje się do różnych fenomenów, do różnych sytuacji, ale jednak kiedy ma się już wiedzę, a w każdym razie różnych innych autorów Przerobionych, przeczytanych, to dzisiaj odpowiedzi, których udziela autor mogą nie satysfakcjonować. Ja wiem, że posługuję się jakimś paradoksem, ale uwierzcie państwo, co nie znaczy, że nie warto tej książki przeczytać. Ona daje nam pewien wycinkowy obraz, pewne spojrzenie z pierwotnym założeniem. Jeśli przyjmiemy, że autor skupia się na obcych pochodzących z odległych układów planetarnych, innych galaktyk nawet. Jeśli to przyjmiemy i jeśli to jest nam bliskie, to będziecie państwo usatysfakcjonowani. Natomiast jeśli gdzieś tam z tyłu głowy macie inne teorie, inne wytłumaczenia zjawiska UFO odwołujące się do innych wymiarów, innego postrzegania rzeczywistości, mieszkańców Ziemi ukrytych przed nami ludźmi i tak dalej. Tych teorii nie będę wymieniał wszystkich, bo doskonale wszyscy zainteresowani je znają. Ale jeśli patrzycie na problem UFO, UAP nieco szerzej, to książka Andreasa może wydać wam się taka niedopowiedziana, nie do końca odpowiadająca współczesnej refleksji na temat obcych, ale mimo wszystko jest ciekawa.
Myślę, że dowiozłem ten stek paradoksów, ale on jest w gruncie rzeczy prawdziwy, dlatego tak bardzo chciałem go dowieźć.
[01:45:57] - Jak na tamte czasy to była taka książka typowa, bo jednak dominowała interpretacja pozaziemska i generalnie rzecz biorąc książki Jacques'a Vallee nie chcę powiedzieć, że one były traktowane jako kuriozum, ale pamiętajmy, że to jest czas, kiedy będzie powstawało „Archiwum X", może nawet już powstało. Mowa o serialu, kiedy jest dużo produkcji o kosmosie, o kosmitach i generalnie o takich kwestiach jak kryptoziemianie, czy wszystkie teorie alternatywne nie mówi się dlatego, że one nie za dobrze się kojarzą w mainstreamie. Tutaj u Röttgena nie znajdziemy za dużo na ten temat. Jego książka się składa z kilkunastu rozdziałów. Rozpoczyna się rozważaniami nad super cywilizacjami. Kończy na tak zwanym punkcie omega. Nie jest to takie dzieło jednak, które podąża utartymi szlakami, czyli 1947 Roswell, bogowie z kosmosu. Chociaż tych bogów z kosmosu się nie da ominąć i oni się pojawiają. Generalnie to Röttgen skupia się na udowodnieniu, że nie jesteśmy sami w kosmosie. Dlatego dużą część stanowią takie rozważania astrobiologiczne.
Dzisiaj to już powiem ci, że nie wiem, czy powinna się astrobiologia i ufologia składać w jedną całość, żeby podążać ręka w rękę, bo jednak jest duży ładunek jakiejś anomalności w tym zjawisku, o którym mówimy, albo też teorii konspiracji. Także tłumaczenie, czy oni tutaj mogą przylecieć z punktu widzenia nauki. Na to się dzisiaj patrzy szerzej. O tym mówiłeś. Z drugiej strony właśnie te fragmenty poświęcone astrobiologii temu, czy może być życie w kosmosie, zasługują trochę na aktualizację. Dodawszy do tego rozważania o Księżycu, o naturze obcych, otrzymujemy książkę, która kiedyś na pewno była produkcją topową, taką, w której podejście autora do tematu nie jest takie jak w przypadku publikacji amerykańskich, które były często po prostu mega podobne do siebie. Czy ona by mnie zaskoczyła w 1994 roku? Ba, byłbym uhahany, mówiąc szczerze, gdybym ją dostał nawet jeszcze w późniejszych latach, może nawet gdzieś tam do początków, ba, może nawet do późnych lat 2000. Ale dzisiaj moje spojrzenie na literaturę przedmiotu, jeżeli chodzi o UFO, ono też jest takie chyba niemiarodajne, bo trudno mi dogodzić, ale ta książka już jest trochę leciwa. Jednak jakby nie było, wydaje się też momentami lekko chaotyczna.
Zresztą o tym powiedziałeś. Te poszczególne elementy nie są zbalansowane, nie są rozłożone równomiernie. Osobiście nie wiem, czy warto doń wracać. Chyba że jest się koneserem. Chyba że się lubi starocie. Chyba że się lubi ogólnie niemiecką literaturę, dlatego że było kilku dobrych niemieckich pisarzy zajmujących się UFO, którzy zostali wydani na rynku polskim. Na przykład Krassa, na przykład Fibachowie. I oni są lepsi, nie oszukujmy się. Tutaj von Röttgen nam przypomina na przykład o poglądach von Ludwigera lub Mutlara i kilku innych autorów niemieckich. Tego też nie ma jakoś tam nie wiadomo jak dużo.
Na koniec chyba dodam tylko tyle, że autor poświęcił tematowi jeszcze jedną książkę, czyli UFO poświęcił jeszcze jedną książkę. Potem było to o Sorosie, a potem nam znikł. Szczerze mówiąc, nie byłem w stanie trafić na jakieś konkrety na temat obecnych losów Andreasa von Röttgena.
[01:49:37] - Tak to jest jak ktoś igra z ogniem i pisze o Sorosie. To był oczywiście żart, ale muszę jeszcze jedną rzecz powiedzieć, bo ktoś, kto uważnie przeczyta tę książkę, zauważy, że troszkę rozminąłem się z prawdą. Nie do końca, ale troszkę. Bo owszem, autor wspomina o tym na przykład, że istnieje taka teoria. Ten rozdział nazywa się „Labirynty wymiarów, drogi do innych światów". I tam jest trochę mowa o innych alternatywach, o tym, że być może nasz świat nie jest jedyny i tak dalej. Ale to, co mówiłem wcześniej, autor skupia się jednak na kosmicznym wymiarze i na takim: na przykład czy obcy są w naszym układzie planetarnym już obecni? Mamy na przykład niezły przegląd historii marsjańskiej twarzy. Wiecie państwo, ja powiem w ten sposób nie będę aż tak okrutny dla tej książki jak Piotr, chociaż Piotr ma Nieco szersze spojrzenie na to zjawisko, na cały problem UFO. Ja natomiast, jeśli chciałbym poznać faktografię, pewne wycinki związane z kosmiczną możliwością ufonautyczną, to sięgnąłbym po tę książkę, bo trochę faktów, trochę liczb, trochę różnych historycznych wręcz faktów autor przytacza.
I jeśli ktoś skupiony jest na gromadzeniu faktów, na selekcjonowaniu ich, wyciąganiu pewnych przypadków, bo o nich też wspomina autor, to jest to książka, która dostarczy w miarę rzetelnej wiedzy. Tak jak zacząłem, ta książka w warstwie problemów stawianych przez autora nie zestarzała się. Okazuje się, że dobrze postawiony problem sprawia, że równie dobrze z Piotrem moglibyśmy dzisiaj brać niektóre rozdziały z tej książki jako punkt startu do całkiem współczesnych audycji. One byłyby zupełnie inne niż treść rozdziałów książki, o której dzisiaj mówimy, ale to nic. Odpowiadalibyśmy na bardzo podobnie postawione pytania. I to jest zaleta tej książki. Tak jak mówiłem, w warstwie faktograficznej ta książka również się broni, natomiast nie broni się, i podkreślę to już na koniec, nie broni się przy tym dosyć ograniczającym założeniu, że obcy, że załoganci UFO czy jakkolwiek to nazwiemy, to są na pewno przybysze z gwiazd. O tym jest mało w książce. Znaczy o tym jest bardzo dużo, natomiast o alternatywach jest bardzo mało i to jest chyba, ja wiem, czy wada? To jest znacznik epoki, w której powstawała ta książka.
Naprawdę wtedy, w latach 90., dominującym założeniem, taką osią, wokół której skupiali się ludzie interesujący się UFO, było założenie, że obcy przybywają do nas z gwiazd. Że są mali, zieloni albo szarzy, albo jeszcze jacyś inni, ale z gwiazd przybywają. Trochę się to wszystko zmieniło. Po długim milczeniu kanał „Bez Tajemnic”, dostępny na YouTubie, ożywił się. Było tam przez wiele miesięcy cicho, ale kanał, tak jak powiedziałem, wrócił do życia. Ja w związku z tym zapraszam państwa na jedną z niemal premierowych audycji na tym kanale, za zgodą autora przyklejonych do „Bibliotekarium”. Tytuł audycji: „Czy jestem medium?”. Zapraszam zatem na audycję „Bez Tajemnic”.
[01:53:52] - Jeden z moich widzów napisał komentarz pod materiałem wideo: „Szukam w twoich nagraniach informacji, czy rzadkie słyszenie głosów to choroba mózgu, czy może jednak przekaz od jakiegoś bytu. Nie daje mi to spokoju, tym bardziej, że widziałem rzeczy i spotykają mnie sytuacje, że nie wiem, co o tym myśleć”. „Czy jestem medium?” Tego rodzaju pytanie usłyszałem już od wielu osób, nie tylko od moich widzów, ale także od znajomych, którzy interesują się bądź spirytyzmem, bądź szeroko pojmowaną duchowością. Nie ma w tym pytaniu niczego dziwnego i nawet można powiedzieć niczego zaskakującego. Osoby, które posiadają zdolności mediumiczne, można podzielić na dwie kategorie, tak skrótowo. Są to osoby w jednej kategorii, które od dzieciństwa znają tę umiejętność, czyli dorastały z tą umiejętnością, wychowywały się z nią i w zasadzie nie budzi ona u nich żadnych pytań. I druga kategoria osób, które w pewnym momencie swojego życia odkryły tę zdolność. I teraz w tej drugiej kategorii można z kolei wyróżnić też dwie grupy osób, czyli osoby, które żyły z tym mediumizmem, ale nie były go świadome. Czyli gdzieś tam ten mediumizm czasami się pojawiał, ale powiedzmy, że zrzucały odpowiedzialność za fenomeny na przykład na własną wyobraźnię albo jakieś inne rzeczy, co świadczy o zdrowym rozsądku. Natomiast druga kategoria ludzi to są osoby, czyli druga kategoria w tej drugiej kategorii, to są osoby, u których mediumizm pojawił się nagle.
To znaczy mediumizm jest również cechą fizyczną, czyli tam są kwestie duchowości i tak dalej, ale to na razie pomijam. Jest kwestią fizyczną, więc mediumizm jest dziedziczny. I teraz, jeżeli zaczęlibyśmy się zastanawiać, czy posiadamy zdolności medialne, to należy pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, osoby, które są mediami, po prostu to wiedzą. Po prostu to wiedzą i to się czuje. To się czuje, człowiek wie, człowiek odczuwa. Natomiast jeżeli ktoś nigdy wcześniej nie miał u siebie takich zdolności, czy nie zauważył u siebie takiej zdolności, rzecz jasna może podejrzewać chorobę psychiczną, ale pragnę was uspokoić, że spośród pewnie wielu dziesiątek czy kilkudziesięciu osób, z którymi rozmawiałem na ten temat, które zadały mi takie pytanie Tak naprawdę na przestrzeni lat spotkałem się tylko z dwoma przypadkami, kiedy to podejrzewałem chorobę psychiczną u danych osób. Chociaż nie jestem psychiatrą, więc nie mogę jednoznacznie określić, czy ktoś jest chory, czy nie. Mogę natomiast dopasować ich przeżycia do tych wszystkich opisów spirytystycznych, które znajdujemy w literaturze, a także które usłyszałem od osób, które odpowiedziały mi o takich sytuacjach. Więc na spokojnie.
Osoby, które podejrzewałem o chorobę psychiczną, odesłałem do specjalistów. Natomiast cała reszta ludzi, z którymi mogłem sobie na ten temat podyskutować, nie tyle mnie zapewniła, ale uwierzyłem, że mają zdolności mediumiczne. Oczywiście ktoś mógł mnie robić w konia i opowiadać głupoty, ale powiedzmy, że to już nie jest moja sprawa, ponieważ jeżeli ktoś mi zadaje pytania, odpowiadam mu. Nie robię tego dla siebie, tylko ewentualnie, żeby udzielić komuś rady, komuś pomóc. W każdym razie wracając do tematu. Jeżeli zaobserwowaliśmy u siebie zdolności medialne, należy się zastanowić, czy w przeszłości w naszej rodzinie ktoś już kiedyś o czymś takim opowiadał. Rodzice, rodzeństwo, wujkowie, dziadkowie. Jeżeli w naszej rodzinie miały miejsce różnego rodzaju fenomeny spirytystyczne, które nawet były przekazywane w opowieściach w formie takich opowiadań bardziej ludowych przeżyć i tak dalej, na zasadzie: zauważyłem białą damę na drodze albo przyśnił mi się zmarły wujek, to już należy zadać sobie pytanie, czy te historie mogły być prawdziwe. Jeżeli wierzymy, że nasi dziadkowie nie opowiadają bzdur, tylko rzeczywiście mogli coś przeżyć, to już mamy pierwszy sygnał. Zdolności mediumiczne są dziedziczne, więc jeżeli nasi dziadkowie posiadali takie zdolności, takie czy inne.
Może wystarczy, żeby ktoś był sensytywny. Tu nie od razu chodzi o to, żeby bawić się w psychografię czy bawić się tabliczką Ouija. Natomiast jeżeli już nawet ktoś był sensytywny, miał jakieś sny prorocze czy w ogóle widywał w snach, czy na jawie różnego rodzaju sytuacje spirytystyczne, to już jest dla nas sygnał, że my również posiadamy takie umiejętności. Te umiejętności oczywiście mogą się różnić, ponieważ jak to zwykle mawiam, tylu, ile jest mediów, tyle jest różnych zdolności mediumicznych. U każdego wygląda to troszeczkę inaczej, chociaż rzecz jasna można by te wszystkie przypadki też jakoś tam zgrupować, sklasyfikować, wpisać w tabelkę i tak dalej. Ale generalnie każde medium odbiera ten świat mediumiczny, ten świat duchowy w troszeczkę inny sposób. I skoro nasi dziadkowie mieli, to my też mamy, nawet jeżeli do tej pory te zdolności były uśpione. I teraz można sobie zadać pytanie, dlaczego przez całe życie były uśpione i nagle się pojawiły? Tutaj mamy odpowiedź w literaturze spirytystycznej, która podaje przykłady mediów, u których te zdolności pojawiły się w jakimś konkretnym momencie życia. Na przykład w momencie, kiedy ktoś przeszedł na emeryturę albo w momencie, kiedy komuś urodziło się dziecko, albo na przykład zmarło dziecko, albo ktoś przeżył jakąś, można by powiedzieć, traumatyczną sytuację.
Są takie momenty. Natomiast jeżeli coś takiego się pojawi w naszym życiu, czyli taka zdolność się obudzi, też możemy próbować się doszukiwać, dlaczego akurat w tym momencie. Ale to też nie jest takie oczywiste, ponieważ sytuacja, która dla nas w naszym życiu może się wydawać mało istotna, z punktu widzenia duchowego może być punktem zwrotnym w naszej egzystencji cielesnej. Więc to tak troszeczkę może bardziej mówię w formie takiej ciekawostki, jak to po prostu u siebie odczytywać. Kolejna rzecz, nawet jeżeli ktoś posiada wspaniałe zdolności do gry na pianinie, ale nie potrafi na tym pianinie grać, to niczego nie zagra. Dlatego potrzebna jest wiedza, potrzebne są umiejętności praktyczne. Ja tutaj nie namawiam nikogo do wywoływania duchów, natomiast miałem bardzo na myśli sięgnięcie po literaturę. W momencie, kiedy zauważamy u siebie coś dziwnego, coś, co wcześniej nie miało miejsca, sięgnijmy po literaturę spirytystyczną. Cały czas będę namawiał do czytania „Księgi duchów", później „Księgi mediów" Allana Kardeca. W takiej kolejności to jest bardzo ważne, ponieważ w tych książkach znajdziecie wszystkie informacje, które pomogą wam zrozumieć to, co się z wami dzieje.
Później, po tych dwóch pozycjach zalecam także „Opętanie" Allana Kardeca i kolejne pozycje, które chociażby w naszej księgarni spirytystycznej ksiazki-spirytystyczne.pl możecie znaleźć. Więc zachęcam. Czytanie, wiedza to jest klucz tak naprawdę do zrozumienia tego, co się z wami dzieje. Chyba to, co powiedziałem, jest w tym temacie najważniejsze, więc nie będę przedłużał. Zapraszam do sięgania po literaturę i odwagi. Nie obawiajcie się tego, co się z wami dzieje w momencie, kiedy odkryliście w sobie te zdolności. Te zdolności nie pojawiają się przez przypadek. Skoro Skoro taka sytuacja miała miejsce, to znaczy, że ma to wam w jakiś sposób służyć. Więc wykorzystajcie to. Nie bójcie się tych zdolności.
Spróbujcie zrozumieć to, co się z wami dzieje i naprawdę tego rodzaju zdolności zmieniają życie człowieka.
[02:03:27] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale. Proszę państwa, teraz czas na opowiadanie Jacka Fleiszfresera. Opowiadanie zatytułowane „On drapie”. Ja mam takie niejasne przeczucie, a właściwie poczucie, że gdzieś w początkowych audycjach „Bibliotekarium 2.0” to opowiadanie w interpretacji Marka Sęka Ivelliosa było już prezentowane. Ale to nic nie szkodzi. Po pierwsze słuchacze „Bibliotekarium 2.0” zmieniają się, a właściwie, mówię to z satysfakcją, przyrastają. Jest nas coraz więcej i w związku z tym nie będzie dużym faux pas powtórzenie opowiadania, które, jak sięgnę pamięcią, to minimum dwa lata wstecz się ukazało. Chociaż nie jestem pewien, czy przypadkiem nie było to jeszcze w tak zwanym starym „Bibliotekarium”. Nie wiem. Za dużo pracy papierkowej, żebym dzisiaj to odkrył.
Ale powiem państwu jedno: opowiadanie Jacka Fleiszfresera to jest opowiadanie z takiego gatunku, który sprawia, że można go słuchać raz na jakiś czas, że tak sobie to ujmę. Ono ma w sobie dawkę niesamowitości, dawkę humoru trochę absurdalnego, ale jednak humoru. Ogólnie bardzo mi się podoba. Co więcej, jeśli państwo wpiszecie w Internecie w wyszukiwarce nazwisko Jacek Fleiszfreser, fleisz pisane z polska, czyli przez „sz”, Fleiszfreser, to znajdziecie państwo tam minimum dwie książki. Jedna z nich zawiera właśnie to opowiadanie, które za chwilę państwo usłyszycie. No cóż, zapraszam zatem. Jacek Fleiszfreser „On drapie” czyta Marek Sęk Ivellios.
[02:05:49] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW. Antologia „Bibliotekarium. Warsztaty” czyta Marek Sęk Ivellios. Jacek Fleiszfreser „On drapie”. Szur, szur, szur. Obudziłem się, słysząc, jak pies drapie do drzwi. Żona pewnie zapomniała wpuścić go do środka. Zasnęła jak zwykle przed telewizorem. Szur, szur, szur. Kundel nie da spać.
Po ciężkim dniu chciałem odpocząć i zwlokłem się z łóżka, by go wpuścić do środka. Kapcie zgubiły się przy przeprowadzce i od tamtej pory śmigałem na bosaka po zimnych panelach i kafelkach. Można się przyzwyczaić. Sypialnia była po drugiej stronie domu, ale i tak nie zapalałem światła. Szkoda wzroku. Zegar z mikrofali wskazywał 2:05. Przekręciłem gałkę od górnego zamka i uchyliłem drzwi. Chłód otulił moje łydki, aż włoski na nogach się zjeżyły. Pusto. „Pucek!” — krzyknąłem, lecz on nie przychodził.
„Pucek, ty kundlu” — spróbowałem ostatni raz, zanim pozwolę mu nocować poza domem. „Pu—” słowa mi ugrzęzły w gardle, gdyż przypomniał mi się mały, acz znaczący fakt. Pucek zdechł dwa tygodnie temu. Rano wstałem niewyspany, bo nie mogłem usnąć po tym incydencie z omamami. Starzeję się czy co? Może zwariowałem na stare lata. Właśnie dlatego nikomu z familii o tym nie wspomniałem, bo dzieciaki bardzo powoli oswajały się ze stratą. Córka, chociaż skończyła już 10 lat, wciąż zasypia z płaczem. Natomiast o trzy lata starszy syn dosyć szybko wytłumaczył sobie, że psy żyją krócej od ludzi. Oczywiście nie przeszkadzało mu to wołać go, gdy się zapomniał.
Dla mnie to też była strata, bo nawet polubiłem owo brzydactwo z rasowych rodziców. Zresztą to na mnie spadł ten cały cyrk z nocnymi wyjazdami do weterynarza. Wydałem tysiąc na diagnostykę, a ci nawet nie chcieli dać mu czegoś przeciwbólowego, by złagodzić dwudniową agonię. Zapach gorącego kakao wywabił z łóżek dzieciaki. Żonę jak zwykle musiałem napoić gorącą, rozpuszczalną kawą. W zasadzie było to coś kawopodobnego, bo zapach też miało dziwny. Jakiś granulat z dodatkiem cykorii o niskiej zawartości kofeiny. Jak ona to może pić? Zabielam to czymś UHT podającym się za mleko. Dobrze, że przynajmniej nie odtłuszczonym, bo jeszcze byłaby chudsza niż patyk i wredniejsza niż zwykle.
Ja też nie jestem lepszy, gdyż pijam gorzki wywar z pyłu herbacianego. Kiedyś piłem tylko Lipton, ale gdy syn wyczytał, że herbicydy są też w tej droższej marce, to przerzuciłem się na tanią minadkę. „Zaraz sobie palce odkroisz” — rzekła złośliwie małkochana. Co taki jesteś nieprzytomny? Zdążyłem zatrzymać ostrze, gdy zaczęło wgryzać się w paznokieć. A nic. Jakiś kot hałasował w nocy. Nie mogłem zasnąć. Darł mordę, że niosło po dzielnicy. Nigdy nie kłamałem mojej żonie, gdyż należałem do osób prawdomównych, a i ona wykazywała przenikliwość lepszą niż promienie rentgena.
Mówiłem prawdę, no półprawdę, gdyż Pucek z racji rozmiaru i wyglądu przypominał chudego, brzydkiego kota. Nawet córce, utalentowanej plastyczce wciąż na obrazkach wychodził jak kotopies. „Rdolone sierściuchy" przeklęła pod nosem Agata. „Jakbym mogła, to wystrzelałabym każdego, który wejdzie na podwórko." Uśmiechnąłem się, bo przypomniałem sobie, z jaką determinacją ganiała dildo kota paździerzakowej. Pchlarz kiedyś tak podrapał Pucka, że ten o mało co nie stracił oka. Kocur zrobił mu na całym ciele rany, które nie chciały się zagoić. „Uspokój się, dzieci słyszą" — syknąłem. — „Bo ci Bozia język urdoli" — dodałem żartobliwie. „Sam się uspokój" — odbiła piłeczkę. — „Do tej pory nic nie zrobiłeś.
Włażą i srają na moją działkę." Nie chciałem drążyć tematu i podałem jej ukrojony chleb z żółtym serem, żeby się zamknęła. Może kiedyś się zadławi. Nie daj Boże, oczywiście. Spojrzała na mnie z wyrzutem i porwała kanapkę. Moją kromkę przełknąłem z trudem, popijając gorzką letnią lurą bez cytryny. Ucałowałem jeszcze dzieciaki i bez słowa wyszedłem, bo autobus uciekał za 10 minut. W pracy koło południa przeanalizowałem całe nocne zdarzenie i obiecałem sobie, że przebadam uszy. Rozmyślania przerwała kierowniczka. Wtargnęła do mojego pokoju i rzuciła papierami na biurko. Wyzwała od najgorszych, że źle akapity stawiam, że połykam przecinki i wszystko, co najgorsze.
Popatrzyłem na grubą, sfrustrowaną babskę, której brak faceta i narastający alkoholizm szkodziły ponad miarę. Zresztą jej jak jej, ale ona i tak była przegrana. Najbardziej z tego powodu i tak cierpieli jej podwładni, na których to właśnie wyładowywała swoją złą energię. Przełknąłem ślinę, żeby nie powiedzieć jej czegoś w stylu: „Won, ty wredna świnio." Uśmiechnąłem się na siłę i odrzekłem spokojnym, wyćwiczonym, obojętnym głosem: „Tak, pani kierownik, oczywiście poprawię." Zamknęła się na chwilę i jeszcze dodała coś o moim długim stażu i że się nie staram. W końcu wylazła. Przejrzałem jeszcze raz moje straszne dzieło. No rzeczywiście, trzy wyrównania, akapit i brak dwóch przecinków. To doskonały powód, by zmieszać człowieka z błotem. Przekląłem pod nosem i rzuciłem plikiem w ścianę. Wyobraziłem sobie, że trafiłem w czyjś pusty, zapity łeb.
Do pokoju wszedł współwięzień Alojzy Szewc, sympatyczny człek, który myślał, że nikt w zakładzie pracy nie wie o jego romansie z Radkiem Pawlikowskim, głównym księgowym. Obaj mieli żony i dzieci, ale na szkoleniach i wyjazdach integracyjnych nie mogli się od siebie odkleić w znaczeniu przenośnym i dosłownym. „Znowu to była?" Alojzy kopnął pomięty plik. „Jak na nią patrzę, to nawet odechciewa mi się rzygać, a jak słyszę ją, to-", „Wiem, wiem. Nie kończ." Uniknąłem dywagacji nadreferendarza. Mógł tak godzinami rdolić o swojej depresji spowodowanej niską płacą, brakiem snu, bo dzidziuś mu ząbkował. Podejrzewałem, że nie mógł już się doczekać kolejnej delegacji. Reszta dnia i wieczoru minęła znośnie i pełen dobrych myśli o 23:00 padłem na twarz. Szur, szur, szur. Obudziłem się.
Wydawało mi się, że słyszę szuranie. Położyłem się na boku, by znów zasnąć, ale po paru chwilach znów dobiegło mnie drapanie do drzwi wejściowych. Trap, trap. No nie, bez jaj. Złapałem za komórkę. Wyświetliła się 1:06. Po dwóch, może trzech minutach znów usłyszałem uporczywą próbę zniszczenia drzwi w celu wywarcia psychicznego przymusu na właścicielu. Poderwałem się i pobiegłem do drzwi. Przekręciłem zamek i otworzyłem z impetem. Lampa z fotokomórką rozświetliła ganek.
Pustka. Nie było widać śladów na betonie, chociaż padał lekki deszcz. Jedynie mała grudka ziemi z ogródka leżała na gładkiej, oświetlonej powierzchni. To jakaś paranoja. Przekląłem jeszcze kilka razy i wróciłem do łóżka. Znów nie mogłem zasnąć przez godzinę. Będę jutro znów nieprzytomny. Jej gorące wargi delikatnie, acz stanowczo zadały mi rozkosz, jakiej nie doświadczyłem wcześniej. Dała się poderwać w barze, gdzie siedziała samotnie, popijając drinka z parasolką. Wysoka, figura typu fit, muskularne nogi.
Takie dziewczyny lubię najbardziej. Długie włosy, średnie piersi i zgrabny, jędrny tyłek. Musiała w młodości dużo grać w siatkówkę, gdyż łydki miała nieziemskie. Czasami lubiłem z nieznajomymi, ot tak, bez zobowiązań, umilić przerwę w rutynie. Szczytowałem po dwakroć, a ona spiła każdą kropelkę bez narzekania i wymówek. Opadłem na poduszki i jeszcze z rozkoszy było mi tak dziwnie lekko. Spojrzała na mnie spod długich rzęs i oblizała wargi. „Haraszo?” – rzekła moja nowo poznana poliglotka. Usiadła na mnie przodem, a zadarta czerwona kiecka odsłoniła śliczne koronkowe pończochy. Oparła się ręką o poręcz łóżka i jej piersi znalazły się jeszcze bliżej mojej twarzy.
Złapałem za nie, a każda idealnie mieściła się w dłoni. Ścisnąłem, a ona wygięła się z rozkoszy, jęknęła i zaczęła rozpinać dekolt. Trwało to nieskończenie długo, ale warto było czekać, bo pod koronkowym stanikiem kryły się piękne, kształtne, jakby prosto od chirurga perfekcyjne piersi ze sterczącymi sutkami. Chwyciła wargami me usta i całowaliśmy się do utraty tchu. Prawą ręką złapałem ją znów za pośladek i zadarłem całkiem spódnicę. Wsadziłem palce w koronki i mogłem dotknąć jej atłasowej skóry. Nagle swawolnica złapała mnie za rękę i wyjęła ją z majtek. Troszkę mnie to zdziwiło, ale tylko troszkę. „Ty chociesz w żopu?” – zapytała w tym egzotycznym puskinowskim języku, cokolwiek to znaczyło. „Da” – odrzekłem, bo innego słowa nie znałem.
„W pariatkie.” Chwyciła za stanik i założyła mi go na głowę, żeby zasłonić oczy. Zamarłem, czekając na jej ruch. Przez koronki widziałem, jak ściąga czerwoną spódnicę. Została w pasie, pończochach i czarnych jedwabnych majteczkach. Zsunęła mi spodnie, a potem zdjęła majtki. Położyła mi dłoń na ustach. Ugryzłem delikatnie w paluszki. Potem namiętnie je ssałem. Tą samą ręką zasłoniła mi oczy, bym na pewno nie podglądał. Drugą ręką zdjęła sobie majtki i złapała mnie za rękę, prowadząc do jaskini szczęścia.
Już zbliżałem się do niej, gdy chwyciłem jakiś duży, ciepły, naprężony. „Hieronim!” Spojrzałem na żonę. Stała nade mną zdenerwowana. „Czego się nie odzywasz, jak cię wołam?” „Daj spokój. Przerwałaś mi w najlepszym momencie.” Szybko zapisałem dorobek na dysku. „Pająk biegał po kuchni. O! Taki duży.” Żona spojrzała w ekran komputera. „A, znowu w Mastertona od siedmiu boleści się bawisz. Weź ty polszczyzny się naucz.” Nie chciało mi się z nią gadać, bo jakby Einstein słuchał się swoich nauczycieli w dziedzinie fizyki, to byśmy byli dalej w cywilizacyjnej czarnej dupie.
„Nie denerwuj się” – odrzekłem najdelikatniej jak mogłem. – „Wiesz dobrze, że gorące chwile kupią każdy mój tekst.” Spojrzała na mnie drwiąco. „Płacą ci śmieszne grosze. Jeszcze ten pseudonim, jak on leciał? Hieronimus Skurvenson?” Przewróciła oczami. „Lepiej z dziećmi odrób lekcje, pozmywaj, poodkurzaj i wystaw śmiecie, bo jutro odbierają.” „A ty?” Wkurzyłem się nie na żarty. „Dzieci przywiozłam i obiad im odgrzałam. Teraz obejrzę serial Zmutowany anioł.” Odwróciła się na pięcie i wyszła. „O ty podła czarownico” – pomyślałem i usiadłem znów do tekstu. Zupełnie straciłem wątek i zapomniałem, jak miał zareagować inspektor Puchacz, gdy odkryje, że nowo poznana jest seryjnym mordercą o imieniu Andriej.
Wena nie przyszła, więc przeczytałem dwie ostatnie linijki tekstu i wyłączyłem komputer. Do tego wszystkiego dochodziło jeszcze te cholerne drapiące bydle. Muszę się tego pozbyć, bo kolejnej nocy nie zdzierżę. Tym razem padnięty zasnąłem około 21:00. Skończyło się tym, że jak po drugiej to coś mnie obudziło, to już do rana nie mogłem zmrużyć oka. Na przywitanie po pracy znów zdenerwowała mnie ukochana żona. Siedziała przy stole w kuchni. „Zobacz jakiego cudnego psiunia znalazłam. Patrz jaki śliczny kundelek ze schroniska. Prawie york.
Spójrz jaki podobny do Pusia.” Pokazała mi ekran tabletu i ujrzałem pokrakę. Wybałuszone gały, przodozgryz, wielkie uszczyska. Całość brzydoty dopełniała typowa u mieszańców łaciata sierść. Popatrzyłem się na Agatę, potem na pokrakę i znów na żonkę. Skoro nie żartowała, to ja parsknąłem i odrzekłem, że to wcale nie jest śmieszne. Błyskawicznie złapała fochę i wyrwała mi tablet z ręki. Odwróciła się i poszła do salonu oglądać kolejne reality show na TVN-ie w stylu To nie ja albo Kto jest matką mego dziecka. Po obiedzie próbowałem coś bezskutecznie napisać. Wkurzony łyknąłem garść ziołowych pigułek na sen. Szur, szur, szur.
Ja pierdzielę, do dupy te tabletki. Wygramoliłem się z łóżka. Podłoga była strasznie zimna i nie mogłem znaleźć papuci żony. W pomieszczeniu panował straszny mrok. Latarnie nie świeciły tej nocy. Nie wymacałem pstryczka w przedpokoju ani w kuchni. Korytarz ciągnął się w nieskończoność. Trap, trap. O ty mały pokurczu, tym razem cię dopadnę. Chciałem otworzyć górną zasuwę, a ta ani drgnęła.
Po paru sekundach mocowania odkryłem, że jest otwarte. Złapałem za klamkę i naparłem na drzwi tak, żeby bydle zabić jednym uderzeniem. O dziwo, musiałem użyć sporo siły, by je otworzyć, jakby ktoś się o nie opierał albo ważyły kilka ton. Jak zwykle przywitał mnie pusty ganek i przeraźliwe zimno. Latarnie nie świeciły, a i lampa nie zadziałała. Zza grubej warstwy chmur przyświecał chwilami księżyc w pełni. Był wielki, świecił na czerwono i miał jasną fakturę bez charakterystycznej facjaty. Kiedyś oglądałem zdjęcia drugiej strony, ale nic. Później się tym zajmę. Zauważyłem mokre ślady na betonie.
Biegły od drzwi w stronę komórki na rowery. Wytężyłem wzrok i zobaczyłem, że szopa ma uchylone wrota. Usłyszałem szuranie ze środka. „No to po tobie” – pomyślałem. Strasznie opornie mi się szło po mokrej trawie. Lekkie, drewniane drzwi też były cholernie ciężkie. Bydlę siedzące w środku zaczęło warczeć. Złapałem za szpadel, ale i tu spotkała mnie niemiła niespodzianka. Gdy go wreszcie z trudem podniosłem, ujrzałem ciemny kształt za rowerami. Zacząłem się skradać w jego stronę, starając się go nie spłoszyć.
Pies widocznie mnie zauważył, bo zaczął coraz głośniej warczeć. Zatrzymałem się w pół kroku. Ciemny kształt zaczął rosnąć, aż zaczął mi sięgać do pasa. Było ciemno, a ja dalej nie wiedziałem, z jakim zwierzem mam do czynienia. Bulgot przerywany warczeniem ciągle narastał, więc postanowiłem nie czekać i wziąłem nogi za pas. Udało mi się wyjść z szopy dosyć szybko, ale drzwi nie dały się całkiem zamknąć na zasuwkę. Za plecami wściekły warkot przybrał na sile. Od domu dzieliło mnie jakieś 30 kroków, ale przeprawa przez trawnik wyglądała, jakbym ugrzązł w metrowej warstwie mułu. Usłyszałem, że drzwi od szopy się rozlatują. Do ganku miałem już niedaleko, a czułem, jak to coś się do mnie zbliża i dyszy do ucha.
Nagle poczułem uderzenie w plecy, aż zabrakło mi tchu. Obudziłem się w łóżku. Okazało się, że to ukochana tak się wierciła, że oberwałem kolanem w krzyż. Leżałem chwilę łapiąc oddech i próbowałem uspokoić myśli po tym realistycznym koszmarze. Wstałem, zrobiłem siku, napiłem się przegotowanej wody, sprawdziłem, czy drzwi są zamknięte. Nawet wyjrzałem na zewnątrz. Nic. Pusto. Pogasiłem światła i przytuliłem się do tej jedynej. Zamknąłem oczy i poczułem, że tabletki niosą mnie w objęcia Morfeusza.
Ostatnio wymyśliłem sobie, ot tak, żeńską wersję tego bożka. No bo kto normalny chciałby skończyć w objęciach obleśnego starego Greka? Nie zdążyłem jeszcze zasnąć. Szur, szur. Znów upiór się dobijał. „Słyszałaś szuranie?” – miałem szansę podzielić się koszmarem. „Daj mi, do cholery, spać, bo jutro sam je będziesz odwoził do szkoły.” Wciąż jej ta sama idiotyczna śpiewka. „A idź w cholerę” – przekląłem pod nosem i już tym razem bez oporów dotarłem do wyjścia. Zapaliłem światło, przekręciłem górny zamek, drzwi, fotokomórkę, światło na ganku i nic. Zupełnie nic.
Otworzyłem szerzej i też pustka. Już zamykałem, gdy ujrzałem otwartą na oścież komórkę. Cholera! Włamanie. Szybko zarzuciłem kurtkę na plecy i włożyłem stare adidasy. Pewnym krokiem zbliżyłem się do miejsca zbrodni, lecz zamarłem, bo na trawie leżał szpadel ze złamanym trzonkiem. To nie był jakiś tam patyk od szczotki, ale porządny, oszlifowany, gruby kij. Nie podniosłem go, gdyż mogły być tam odciski palców złodzieja. Gdy stanąłem przed szopą, wrota spadły na mnie, bo jak się okazało, górne zawiasy były wyłamane. Drzwi uderzyły mnie boleśnie w głowę.
Oparłem je o ścianę i rozmasowałem guza. Kłódka była cała i wyglądało, jakby ktoś wyłamał drzwi od środka, bo gwoździe i zawiasy były wygięte na zewnątrz. Nagle zaszczekał pies, aż podskoczyłem ze strachu. Na szczęście odgłos dobiegał z daleka. Tak jak podejrzewałem, nic nie zginęło. Spojrzałem na półkę z gratami. Brakowało jednej piłki Pucka. Chociaż może mi się wydawało. Albo upadła. Lub były tam zawsze cztery, a nie pięć.
Może któreś z dzieciaków sobie wzięło. W każdym razie i tak poczułem niemiły dreszcz. Oparłem drzwi o komórkę tak, żeby wyglądały, jakby były zamknięte i wróciłem do łóżka. Poleżałem chwilę, ale usłyszałem wołanie z sypialni najmłodszej. „Pucek, pucek, chodź do mnie, pucek” – wołała Magdusia przez sen. Biedactwo. Zapaliłem w kuchni światło, żeby światło wpadało do jej pokoju. Wszedłem. Siedziała na łóżku z otwartymi oczyma i powtarzała szeptem: „Pucek, pucek.” Przytuliłem się do niej. „Cii, malutka, już dobrze, dobrze.
Śpij, śpij.” Pogłaskałem po główce. „Ale pucek” – dodała jeszcze i położyła się na boku. Pocałowałem ją w czółko. „On był u mnie” – dodała cichutko albo się przesłyszałem. Co Magdusiu? Zaschło mi w gardle. Co powiedziałaś? Nie odpowiedziała, bo spała w najlepsze. Tak to mnie zdenerwowało, że musiałem się uspokoić przed telewizorem. Wstawiłem wodę na herbatę.
Z ostrymi chipsami rozsiadłem się na kanapie. Na kanale Minus TV leciał jakiś dziwny film, gdzie brutale bili kobietę w koronkach, a ona krzyczała wciąż: „Tak, tak”. Wlepiłem gały w bujające się silikony. Obudził mnie skowyt żony. „Zabić nas chciałeś, puściłbyś nas z dymem!” Dzieci przerażone powyskakiwały z łóżek, a ona się darła i darła. O Jezu, herbata! Zrozumiałem przyczynę zamieszania. Ja ci dam herbatę. Wszedłem szybko do kuchni. Zobaczyłem, że na rozgrzanym do czerwoności czajniku plastikowa rączka i trzymadełko do pokrywki zamieniły się w jeden placek.
Termoodporne tworzywo zaczęło już powoli dymić. „Wyłącz gaz” — krzyknąłem do niej, bo stała bliżej źródła problemu. „Pozabijać nas chcesz!” Lecz ona wolała drzeć się wniebogłosy, strasząc dzieci. Madzia się rozpłakała, a czajnik mocniej zaczął kopcić. Ty wariatko! Pomyślałem i szybkim krokiem znalazłem się przy ognisku domowym. Wyłączyłem palnik, założyłem rękawice i widelcem przeniosłem spaleniznę do zlewu. Odkręciłem wodę. Pary i smrodu było co niemiara. Od jej krzyku i erdolenia jeszcze bardziej rozbolała mnie głowa.
Tego poranka kawę i herbatę wypiłem dopiero w pracy. Szef do dwunastej jak najęty gadał mi o nowych obligacjach. Nic z tego nie rozumiałem, ale z jego paplaniny wynikało, że zakupem tych papierów robił interes życia. Pewno tak samo, gdy kiedyś stracił roczne oszczędności na parszywych akcjach jakiejś firmy komputerowej. W czasie jego wywodów obmyśliłem plan, żeby chociaż zobaczyć tego drapichrusta. Ustawię kamerę wideo na ganku i zobaczę, co mnie nęka. Po powrocie do domu naładowałem akumulator, oczyściłem kartę i wyłączyłem zapętlenie. Gdy wszyscy zasnęli, ustawiłem na betonie kamerę. Włączyłem nagrywanie w podczerwieni i poszedłem spać. Obudziłem się, gdy świtało, a zegar wskazywał 4:13.
Bez kapci, w piżamie poleciałem na plan filmowy. Drzwi wydawały się bardziej podrapane niż po śmierci Pucka. Ha! Było i drapało. Zaraz to sobie obejrzę. Kamera leżała w starym bucie, tak jak zostawiłem. Gdy zobaczyłem, że kontrolka się nie świeci, ogarnęły mnie złe przeczucia. No i rzeczywiście sprzęt nie dał się uruchomić. Pogrzechotałem kamerą i zabrzmiała jak rasowy marakas. Przynajmniej karta zachowała się cała i dała się wyjąć.
Zjadłem śniadanie, chociaż po czwartej nie miałem za grosz apetytu. Do szóstej nie mogłem zasnąć. W pracy włożyłem kartę w komputer i puściłem film. Uwieczniłem ganek, drzwi i swoją zarośniętą twarz mówiącą, że dorwę bydlaka. Długo na przeglądzie widać było same drzwi, a potem szum. Jak sprawdziłem, film trwał jakieś trzy godziny, mniej więcej do pierwszej w nocy. Potem się urwał. Może kumpel informatyk z pracy zdoła ją naprawić. Umówiłem się z nim koło dziesiątej w jego ganciapie. Ten pogrzechotał pudełkiem, zrobił wielkie oczy i kazał mi usiąść.
Obejrzał z niedowierzaniem całe oryginalne plomby. Stwierdził, że obiektyw jest w doskonałym stanie, tak jak pudełko. Nówka. W końcu kupiłem to coś w zeszłym roku za pięć stówek. Artur śmiesznym trójkątnym śrubokrętem odkręcił cztery śrubki i delikatnie otworzył wieczko. Na biurko wysypała się sieczka zrobiona z zawartości płyty głównej i innych bebechów. Kabelki były porwane w drobny mak, akumulator zaś miał kilka dziurek z dwóch stron. Patrzyliśmy na to osłupiali przez dłuższą chwilę. Informatyk nie wytrzymał i parsknął śmiechem. „Dobre, dobre.
Przodni żart. Nie wiem, jak ci się udało przykleić fabrycznie nowe plomby, ale rozbawiłem się.” Całkiem zgłupiałem i wydukałem: „Ale to nie ja.” „Ta, jasne. Wiesz co? Nie mam czasu na pierdoły. Bierzesz to, czy mam wyrzucić? Teraz się spieszę. Dyrektor Pojtasik za pięć minut chce mnie widzieć. Pewno znów klawiaturę zalał kawą.” Bezceremonialnie złapał za kosz i zaczął zgarniać. „Wiesz co? Zostawię sobie.” „Jak chcesz” — zdziwił się i pomógł wsypać farfocle do torebki.
Wtedy pękłem. „Artur.” „No co tam?” Przełknąłem ślinę, bo nie wiedziałem, od czego zacząć. „Mam cholerny problem, a nie wiem, z kim o tym pogadać. Ta kamera to tylko część kłopotów.” Artur się zdziwił i zatrzymał. „To nie miał być żart?” „Chodź ze mną na obiad, to ci sprawę wyłożę. Może coś pomożesz albo doradzisz. Jestem w czarnej dupie.” „Ja? Co ja mogę?” Po Arturze było widać, że jest zdumiony, bo nigdy nie chodziliśmy razem na obiady czy piwo. Zasadniczo też nie przyjaźniliśmy się. Ot, taki sympatyczny koleś z pracy.
„Sprawa dziwna i mogę przysiąc, że to nie ja zniszczyłem kamerę.” „Skoro tak, to przyjdź do mnie o 13:30.” Stołówka zakładowa wystrojem przypominała jeszcze czasy PRL-u, ale za to ceny były przystępne. Za 15 złotych można było zjeść niegumowatego schabowego z frytkami i ogrzać żołądek jakąś zjadliwą, lurowatą zupą. Artur na początku sobie żartował i kpił z mojej nielichej sytuacji. Nie dziwiłem się, bo pewno sam bym tak reagował. Uspokoił się dopiero przy zniszczonej bramie, a przy kamerze całkiem zamilkł i zaczął się drapać po swojej czuprynie. „Ile spałeś średnio przez te dwa tygodnie?” – zapytał, kończąc pomidorową. Dotarło do mnie, że jestem tak zmęczony, że nie zauważyłem skrajnego wyczerpania. „Nieprzerwanie? Aha.” – wbił zęby w mielonego. „Daj policzyć.
Raz udało mi się pięć godzin, ale to po prochach. Średnio śpię cztery godziny. Tak więc są dwa wyjścia. A nie, przepraszam, trzy. Zestresowany, niewyspany organizm zaczyna świrować i masz coraz większe omamy pogłębiające się z dnia na dzień. Wynieś się z domu na jakiś czas i się wyśpij. Drugi wariant nie wyklucza, że masz do czynienia z wyjątkowo namolnym i mściwym upiorem. Musisz przebić jego serce osikowym kołkiem, łeb upitolić przy samej dupie, ścierwo spalić, resztki oblać święconą wodą. W horrorach pomagało. Trzeci jest taki, że ci odpierdoliło, a tu nic nie pomogę.
Psychotropy, Prozac lub elektrowstrząsy. Zresztą nie wiem. Jestem tylko informatykiem z doktoratem z filozofii.” „No co ty! Kiedy zrobiłeś?” „10 lat temu, ale nie chcę o tym mówić.” – splunął teatralnie przez lewe ramię. „To co radzisz, doktorku?” Ten przez sekundę spojrzał na mnie gniewnie, dając do zrozumienia, że to nie było śmieszne. Potem się rozchmurzył, rozsiadł się i dokończył kompot. „Tak jak mówiłem, wyśpij się poza domem, bo inaczej oszalejesz. Potem anihiluj drania kołkiem i ogniem jak Stoker czy King radzą.” „To przecież na wampiry.” „Jeden wuj. Upiór to upiór. Nie będziesz chyba czekać, aż się przedrapie i zacznie chłeptać krew.” „Też prawda.” „Sorry, muszę lecieć.
U dyrektora Dziekcia muszę postawić system. Daj znać jak postępy.” „Dzięki, jasne.” Teraz mogłem wziąć się za zimne mięcho. Żułem żylaste żeberka i obmyślałem plan. Gdy skończyłem jeść, wiedziałem, co robić. Motel raczej nie wchodził w rachubę, bo moja luba by mi nie powiem co urwała, gdyby skądś się o tym dowiedziała. A ona zawsze dowiadywała się o moich tajemnicach. Odszukałem w mojej archaicznej Nokii numer do Jacka, kumpla ze starych lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach z geologii. Ja rzuciłem to szaleństwo po trzecim roku. On natomiast obzdurał sobie, że zrobi doktorat z derywatografii pstrych iłów pliocońskich z Zapiedzka Dolnego.
Przed otwarciem przewodu po nieudanym seminarium, gdzie zjechał go docent Rafał Skrobak za nieuwzględnienie poprawki na kolor pobieranego materiału, załamał się permanentnie. Po półrocznym pobycie w wyjątkowej klinice nie pozbierał się do teraz, chociaż minęło już 20 lat. Wciąż był na garnuszku u mamusi i nie był w stanie się przekonać do jakiejś sensownej roboty. W każdym razie był niezrównanym gawędziarzem i świetnym kompanem do picia. „Cześć, stary koniu” – zagadałem, jak tylko odebrał telefon. „No cześć” – odpowiedział. „Co nowego?” – zapytałem, nie spodziewając się sensownej odpowiedzi. „No nic.” W eterze zapanowała cisza, bo kolega wciąż miał w zwyczaju zachowywać się jak warzywo. Żył przeszłością i rzeczywistością z pogranicza fantasy. Czasami łapał idiotyczne fuchy, ale nawet nie szukał normalnej roboty.
Chyba bał się, że zacznie rzucać w ludzi przedmiotami, krzyczeć i robić cyrk, jak to na studiach bywało, gdy się napił. Jak to mi kiedyś przy piwie powiedział, że jest świadomym swych ograniczeń wariatem. „Słuchaj, mam pytanie. Czy masz dzisiaj wolną chatę?” Podejrzewałem, że jego szacowna matka pojechała do swej siostry do Wasilkowa. „Bo z tego co pamiętam miałeś niedawno imieniny, a ja właśnie mam dobrego whiskacza na tą okazję.” „Ty to masz nosa. Matka od ciotki wróci dopiero za tydzień. Wpadaj, zaraz skoczę po zagrychę, bo w lodówce jest tylko żółty ser, margaryna i światło.” Teraz krótki telefon do ukochanej. „Kotku, ty moja najukochańsza z żon.” „Co narozrabiałeś?” – ucięła szybko. „Jacek dzwonił dzisiaj do mnie.” „On do ciebie? To dziwne.
Czego chciał?” „Próbuje CV napisać i mu słabo idzie.” „No dobrze, tylko się za mocno nie schlej. Jutro wieczorem przychodzą do nas rodzice i chciałabym mieć z ciebie pożytek. Wróć przed południem.” „Tylko jedno CV rozwalimy. Obiecuję.” – postanowiłem kończyć. „Pozdrów go ode mnie. Całuski, pa.” Uff. Póki co wszystko szło jak po maśle. Pozostawało jedynie kupić flaszkę. Zjawiłem się równo o 18:00. Przywitał mnie w rozciągniętym podkoszulku i starych dresach z czterema lampasami.
Założyłbym się z każdym o stówę, że miał je na sobie 20 lat wcześniej na kursie studenckim w Górach Świętokrzyskich. Wyjęty z siatki litrowy Jaś Wędrowniczek ucieszył facjatę starego pijusa. Dwa litry coli dopełniło jego imieninowe szczęście. O 21:00 miałem już dosyć wspominania koleżanek, których nie przelecieliśmy oraz kolesiów, którym nie warto było nawet nogi podać. Przez pół godziny wsłuchiwałem się w jego dywagacje na temat konieczności poprawy tolkienowskiego słownika polsko-elfickiego oraz plucie na Sapkowskiego, że całkiem wypaczył sindaryjski dialekt. Omawiane tematy były te same co rok temu i jeszcze wcześniej, przed i po jego załamaniu nerwowym. Dla niego czas się zatrzymał i kolega nie pojmował, że istnieją takie tematy jak praca, dzieci, kredyt, denerwująca żona, gderliwa szefowa, brak szans na awans, zdechły demoniczny kundel. Jak ja mu zazdrościłem. Miał ciszę, spokój. Matka łożyła na jedzenie i mieszkanie.
Dostawał od niej jakieś kieszonkowe, a jak chciał kupić sobie jakieś części do komputera, wtedy tydzień zamiatał ulice. Szczęśliwy człowiek. Dodatkowo, jak jego matce przyjdzie kiedyś przejść do krainy wiecznego księgowania, wtedy on wynajmie lokal na Wawie, a sam wyniesie się do pokoiku w domu w Wasilkowie. Taki farciarz z niego. Znużenie sięgnęło u mnie zenitu i wypiłem duszkiem pół szklanki trunku bez popitki. Gdy Jack coś paplał o potędze nieświadomości i o światach równoległo-prostopadłych, ja rozsiadłem się wygodnie na amerykance. Podparłem głowę o poduszkę. Przymknąłem oczy na chwilę. Obudziło mnie „łup, łup, łup”. „O w mordę!
Pucek i tu po mnie przyszedł” – pomyślałem i otworzyłem oczy. Na szczęście moim oczom ukazała się chuda, owłosiona, blada, jackowa dupa. Opadała raz po raz na sąsiednim łóżku. „O kurwa!” – pomyślałem i ją zobaczyłem. Dzięki Bogu i oszczędności kolegi panował półmrok i tak bardzo się nie przestraszyłem jej wyglądem. Leżała pod Jackiem i udawała, że jęczy. Miała przymknięte oczy i mnie nie zauważyła. Żeby im nie przeszkadzać złapałem za poduszkę i cichcem wyszedłem z jego pokoju. Zdążyłem jeszcze odsunąć stolik, żeby nie walili o niego. Zrobiłem sobie herbatę, przegryzłem kanapkę z pasztetem i pomidorem.
Wlazłem do sypialni jego matki. Przykryłem się narzutą i przez chwilę pogapiłem się bezmyślnie w telewizor. Nic w nim nie było, więc szybko zasnąłem. Słońce przywitało mnie koło dziewiątej. Nie miałem bólu głowy. Szybko wstałem, zrobiłem parę pompek i przysiadów. Gdy wychodziłem z łazienki, wypełzła z pokoju ona. Poczułem się tak samo jak ofiary z filmu „Ring”, kiedy to z ekranu telewizora wyczłapuje na czworaka Samara czy Sadako. Zamiast czarnych, długich włosów tu widziałem rude, krótkie, a w każdym uchu po pięć kolczyków. Zmarszczki wszędzie.
Szminka jak u Jokera. Połamane paznokcie. Obwisłe, wysuszone cycki. Fu! Szukała na podłodze szaro-żółtego stanika. Gacie miała jeszcze opuszczone i wiszące między dwoma chudymi gicołami z dziurawymi pończochami. Szarą, poplamioną spódnicę miała zadartą aż po pępek. Gdy dostrzegłem jej siwe futro, to resztki alkoholu podeszły mi pod gardło. Bałem się ruszyć, gdy na moich oczach doprowadzała się do użyteczności. Zamarłem, gdy przekrwionymi, fornistymi oczami mnie dostrzegła.
Złapała za butelkę z resztą coli, wypiła i beknęła donośnie, a potem rzekła dyszkantem, gdy próbowała zapalić sobie papierosa: „150 się należy. Słucham?”. Nie mogłem uwierzyć, że ten gnojek jej nie zapłacił. Chociaż po paru sekundach dotarło do mnie, że on jest zdolny do wszystkiego. Kobieta pracująca na początku się speszyła, ale za chwilę powtórzyła żądania. „Kakao było? Było. Lodzik był? Był. Cała noc ruchania ekstra.
Taniej nie zejdę. Jak się nie podoba, to zaraz dzwonię Poetka, a ten wam zrobi z dupy jesień średniowiecza czy rokoko. Jebnie cię w oko. Hehehehe”. Podparła się pod boki, rechocząc. Smród jej petów zaczął mnie dławić. „O, murwa. Poetka” – pomyślałem przerażony i szybko wyjąłem portfel. Odliczyłem trzy kazimierze i wręczyłem jej wyciągniętą ręką tak, żeby broń Boże nie zbliżyła się do mnie. Na widok pełnego portfela oczy jej zabłysły i puściła zalotnie oko.
„Ryki tyki tak. Jeśli masz ochotę, daj mi tylko znak”. Potem obciągnęła bluzkę i stanik tak, że zwisy prawie jej górą nie wypadły. Usta wydęła, jak to robią nastolatki na zdjęciach na portalach internetowych. Podszedłem szybko do drzwi i otworzyłem na oścież. „Wypindolaj” – powiedziałem spokojnie i grzecznie, tak żeby zrozumiała. – „W podskokach, proszę”. Ta chwilę postała, mając nadzieję, że zmienię zdanie. Potem narzuciła na plecy jakieś wypłojane futerko i wyszła, drobiąc jak upadła modelka. Szybko zamknąłem na łańcuch i dwa zamki.
„O, urwa.” Usiadłem ciężko na fotelu. Oglądając wiadomości o mocno sfrustrowanych ciężarówkach jeżdżących po chodnikach, dokończyłem zimną herbatę. Zrobiłem sobie lekką jajówę i po pół godzinie wyszedłem. Dotarłem w południe, rześki i wypoczęty. Na szczęście żona z dzieciakami pojechała do swoich rodziców po zastawę na przyjęcie. Obłożyłem się wszelkim srebrem, jakie mieliśmy w domu. W końcu nie darmo Artur mówił o wampirach. Nie chcę być jak ten mądry Polak po szkodzie. Buteleczkę wody święconej zgarnąłem z szafki z dewocjonaliami. Stała koło krucyfiksu.
Gdy wychodziłem na dwór, wróciłem się i zabrałem krzyżyk ze sobą. Wsadziłem go do kieszonki na piersi. Pomyślałem też, że kołek leszczynowy będzie równie dobry jak i osikowy. Wystrugałem sobie ze trzy w sam raz na podgniłą piekielną psinę. Za domem między krzakami agrestu leżał kawałek szarego marmuru z napisem: „Tu leży Pucek. Pies przyjaciel 2010-2017”. Żona się uparła na tą bzdurę i sama zamówiła napisy na kamieniu, który od dawna walał się po podwórku. Zabawne, ileż to razy Pucek musiał wcześniej zadrzeć na niego nogę i oddać mocz. Założyłem gumowane rękawice i przeniosłem go obok. Po paru ruchach szpadlem odsłoniłem pudełko po butach.
Przeżegnałem się i je otworzyłem. Zamarłem przerażony, gdyż koło truchła leżała piłeczka tenisowa. Nie przypominałem sobie, żebym tam ją wsadzał w czasie pochówku. Z trudem łapałem powietrze przez ściśniętą krtań. Czyżby upiorne bydle włamało się do szopy i sobie wzięło jedną? Uspokoiłem oddech. Może w ostatniej chwili, kiedy przynosiłem nagrobek, Krzyś ją wrzucił. Nawet jeśli to upiór, to właśnie po to tu jestem, żeby temu zaradzić. Spojrzałem pobieżnie na zwłoki. Futro nieprędko się rozłoży.
Na widok paru wijących robali zrobiło mi się niedobrze. Na szczęście miałem pusty żołądek. Z ciekawości spojrzałem na łapki i miał je troszkę brudne, więc dobrze, że zrobię to, co zrobię. Przeżegnałem się ponownie, co było zasadniczo niesamowite jak na niepraktykującego katolika. Szybkim ruchem szpadla obciąłem mu łeb. Poszło łatwiej niż się spodziewałem. Żadnego zaklinowania, żadnej reakcji obronnej potwora. Po prostu nic. Łepetynę przeturlałem w okolice ogona. Dla pewności rozdzieliłem korpus na dwie części.
Teraz będą mnie straszyć dwa bydlaki, a czaszka będzie lewitować. O czym ja myślę? Czyżby whisky jeszcze nie wyparowała? Cholera, jakiś robal przykleił się do szpadla. Z obrzydzeniem wytarłem o trawę. Oblałem ścierwo rozpuszczalnikiem butylowym i od jednej zapałki odpaliłem też sobie papierosa. Przy drugim fajku dalej walił gęsty dym. „Dzień dobry sąsiedzie, co tam palicie?” Z zadumy wyrwała mnie wścibska sąsiadka Leokadia Paździerzakowa. „A, papierosa” odpowiedziałem na odczepnego. „Kłęby śmierdzące lecą.
— podniosła głos — Po straż miejską zadzwonię.” „Przecież nie leci w pani stronę.” „Tam mi tam pan pierdoli. Smród taki, że dusi.” Jeszcze sekundę, a sąsiadka zadławiłaby się własną żółcią i jadem. „Już, już, daj pani spokój, gaszę już.” — ryknąłem, bo puściły mnie nerwy. Złapałem za łopatę i przysypałem piaskiem. Zgasiłem za pierwszym zamachem, ale dalej się dymiło. Nadpalony Pucek wyglądał jeszcze gorzej niż poprzednio. „A co pan tam palił?” Upierdliwość jej nie miała końca. „Śmierdziało prawie jak w 44., kiedy nas do Pruszkowa prowadzili.” „Jak w zimę palicie byle czym, aż w oczy szczypie to jest okej, a teraz pary gałganów nie mogę spalić.” — dodałem pod nosem tak, żeby usłyszała. Odwróciłem się plecami do niej, zasłaniając pogrzelisko. Pierwszy kołek wcisnąłem w oczodół, drugi w żebra, aż żebra strzeliły.
Ostatni zbiłem w miednicę. Sąsiadka odpuściła i poszła do swego domu, by wieść dalej bezsensowną egzystencję. Upierdliwy i złośliwy babiszon. Zaraza ludzkości. Potem, zgodnie z zaleceniami wielkich pisarzy, woda święcona. Wylałem całą buteleczkę. Żadnego skwierczenia ani ognia piekielnego. Wstałem, przeżegnałem się i zmówiłem: „Racz im dać, Panie.” Kiedy już chciałem przesunąć płytę na miejsce, ujrzałem piłeczkę. Znów złapałem za łopatę, by odrzucić ziemię. Wtedy mnie olśniło, że bydle może wychodzić po pozostałe.
Pobiegłem do szopy, złapałem resztę i wrzuciłem je na trupka. Gdy skończyłem, miałem już dosyć tego dnia, chociaż dochodziła dopiero 13:00. Schowałem narzędzia, zdjąłem rękawice i zapaliłem papierosa. Wreszcie wolny, bez piekielnego bydlaka. Nie zdążyłem wypalić połowy, gdy przyjechała rodzinka. Otworzyłem im bramę. „Tatusiu.” — pierwsza z samochodu wybiegła córka. „Tato, zobacz co mamy.” — dodał radośnie syn. Ich nadmierna euforia wywołała u mnie złe przeczucia. Zaciągnąłem się mocno papierosem, jakby to miał być mój ostatni.
Zamknąłem bramę. Ukochana wyszła z samochodu. Była dumna i blada. Trzymała w rękach szarobrązowe coś. Przełknąłem ślinę, bo ujrzałem pokraka. Tego samego co ze zdjęcia na tablecie. „Za jakie grzechy?” — rzekłem sam do siebie i spojrzałem na Agatę. Miałem ochotę złapać kundla za ogon i zatłuc ją na amen za to, że nie zapytała mnie o zdanie. Puszek! Puszek!
Dzieciaki piszczały i skakały przy kundelku stawiającym pierwsze kroki po podwórku. Dopadła mnie córka i zaczęła szarpać za nogawkę. „Tatusiu, czy może być Puszek?” – szczebiotała cała w skowronkach. Dobrze, że chociaż ona się zapytała. „Zobacz jaki słodki jak cukierek” – uśmiechnąłem się najsłodziej jak potrafiłem, żeby nie rzucać murawi. „Ze schroniska w Celestynowie wzięliśmy” – dodał Krzysio. Ale mi niespodziankę zrobiliście. Pies się zgarbił i zrobił kupę na świeżo skoszoną trawę. „Rzeczywiście jest słodki jak cukierek” – dodałem. – „Niech będzie Puszek”.
„Hura!” – krzyknęła Rebata. „Puszek postawił kloca, postawił kloca” – krzyczały i skakały dookoła. „Posprzątaj” – ukochana rzuciła krótko. Podszedłem do niej bliżej i wycedziłem między zębami: „Twój kundel, twoje gówno”. Ta się cofnęła i wykrzywiła. „Ale śmierdzisz wódą”. Przemilczałem kpinę, bo wódki w ustach nie miałem od ponad pół roku. „Prosiłem, żebyś nie palił” – dodała najmądrzejsza. – „Co u Jacka? Ma już dziewczynę?” Uniosłem brew i dotarło do mnie, że ten nieudacznik, dziwak i dziwkarz ma bardziej udane życie seksualne ode mnie.
Raczej się na to nie zanosi. Powiedziałem to, co chciał usłyszeć. Puszek tymczasem przy asyście dzieci obsikiwał każdy zakątek działki, łącznie z pamiątkowym marmurem. „Brzydszego nie mogłeś?” – „Malcontent” – odpowiedziała prawie inteligentnie i poszła do domu. Odwróciłem się na pięcie i wdepnąłem centralnie w świeże gówno. Zachciało mi się wyć. Tak jak się spodziewałem, moje egzorcyzmy nic nie dały. Nowe, jeszcze głupsze bydlę nawet się nie budziło, gdy jego poprzednik dobijał się do domu. W nocy po drapaniu szedłem prawie lunatykując do drzwi. Otwierałem je, patrzyłem na ganek, zamykałem i szedłem spać.
Większości nocnych pobudek nie pamiętałem, a część zarejestrowałem jako sen. Tak funkcjonowałem ponad dwa tygodnie, przysypiając w pracy i popołudniami. Śpiąc w weekendy nie mogłem mieć pretensji do dzieci, że jak się bawią z Pokrakiem, to ten ciągle szczeka, szczeka i szczeka. Oszaleć można. Nawet za bardzo się nie zirytowałem, gdy wieczorem, gdy oglądałem rządówkę, ten przylazł i zaczął jeździć mi na nodze. Bez słowa i ostrzeżenia machnąłem gwałtowną w stronę ściany. Niewyżyty poszybował lotem koszącym i walnął głucho w mur. Potem bezwładnie pacnął na kafelki. Nawet się przestraszyłem, że zabiłem bydle w tak głupi sposób. Usłyszałem żonę zbliżającą się do salonu, a ten dalej leżał jak nieżywy.
Na moje szczęście Pokrak poderwał się i wybiegł na podwórko, zataczając się. „Co on tak krzywo biegł?” – „A bo ja wiem?” Żeby się nie roześmiać z udawanym zaciekawieniem wpatrywałem się w informacje dotyczące nowego programu Rodzina na cudzym, który to zakładał szczególną ochronę życia niepoczętego. Kupiłaś Pokraka, to masz. W rewanżu zalała mnie bełkotem i pretensjami, że za mało zarabiam i nic z tym nie robię. A potem przełączyła na telewizję niemiecką, w skrócie NTV i z uśmiechem wpatrywała się w gadające głowy. Cholera, to musi być jakiś koszmar senny. Walę go kijem, a jemu nic się nie dzieje. Trzonek od szpadla jest gruby, a jemu nic. Szczerzy kły, szczeka, ujada i chwyta za nogawki. Kundel zaorał cały ogródek, wykopał na środku wielką dziurę z dziesięć metrów i dalej przebiera łapkami.
Nagle coś chwyciło mnie za bark i wytrąciło kij. „Wstawaj i poszukaj go” – żona, budząc mnie, ciągnęła za piżamę. „A co? Nie ma go?” – odpowiedziałem, gdy uświadomiłem sobie, że to był tylko głupi sen. „Tak mi mówiłeś godzinę temu, jak go poszedłeś szukać” – „Że co?” Nie pamiętałem tego faktu. Spojrzałem na zegarek. Było koło pierwszej. „Sama go nie będę po nocy w ogrodzie szukać.” Małżonka nie odpuszczała. „Już, już.” Noc była chłodna, więc po wyjściu z łóżka założyłem kurtkę. Na prawą nogę rozedrganego Adidasa, a na lewą z braku tego pierwszego sandał.
Wziąłem latarkę. Może wlazł do samochodu i nie może teraz wyjść. Wiał silny wiatr. Co chwilę zacinało deszczem. „Pucek, Pucek” – ugryzłem się w język, bo lepiej nie wzywać upiora po północy. Poświeciłem w stronę krzaku agrestu i ujrzałem wybałuszone gały Puszka. „Tu jesteś” – cmoknąłem. – „Do nogi, bydlaku.” Ten jednak nie zareagował i patrzył się na mnie z wyrzutem. Pierdzielony niewdzięczny, skundlony yorkshire terrier. Może się, kuźwa, zaplątał w kolce i biedactwo nie może wyjść.
Nadepnąłem na coś mokrego i śliskiego. O mało co nie wywinąłem orła. Kopnąłem worek, który okazał się jakimś kudłatym ścierwem. Dostrzegłem wypływające jelita. Oż ty mordo! Chciałem pochwalić kundla, że mimo małego rozmiaru i braku rozumu ma niesamowity instynkt łowiecki. Powiał silniejszy wiatr i z krzaka na ziemię spadła głowa Puszka. Przekleństwo zamarło mi w gardle. Co za potwór mógł tak zmasakrować Pokraka? Co ja powiem żonie?
Jak wytłumaczę dzieciakom, że straciłem drugiego psa w ciągu dwóch miesięcy? Następnego nagrobka nie przeżyję. Może uciekł? Tak, to jedyne sensowne wyjście. Znalazł dziurę w płocie i uciekł. Zakopać? Nie, znów będzie przełaził i straszył. Spalić? Nie ma gdzie. Poza tym mokro.
Na szczęście jutro odbierają zmieszane i biodegradowalne. To jedyne wyjście. W szopie znalazłem jedynie pusty zielony worek na szkło. Gdy wrzucałem urwane kończyny, to zwymiotowałem do worka. Potem z pustym żołądkiem łatwiej mi było zebrać porozrzucane wnętrzności. Czterokilowy worek z Puszkiem wrzuciłem do zmieszanych i przykryłem śmieciami z całego tygodnia. Może śmieciarze nie będą sprawdzać, czy dobrze segregujemy śmieci. Wziąłem wąż ogrodowy i obficie polałem miejsce zbrodni. Buty też opłukałem. Co za psychopatyczna bestia go zabiła z takim okrucieństwem.
Może biedny nie cierpiał, jak od razu stracił głowę. W gorączce sprzątania zapomniałem, że nie mogłem znaleźć jego ogona. Chciałem wyjąć z kieszeni spodni latarkę, a wyjąłem kudłate coś. Z obrzydzeniem odrzuciłem to na ziemię. Czy byłem aż tak nieprzytomny, że tak się zapomniałem? Przecież latarkę trzymałem cały czas przy sobie. Następnego ranka oznajmiliśmy dzieciakom, że Puszek uciekł i w nocy go szukałem, ale mi się nie udało. Oczywiście żona stwierdziła, że to moja wina, że uciekł, więc wziąłem urlop na żądanie i z dzieciakami na rowerach zwiedzałem okolicę. O 8:30 razem ze śmieciarzami Puszek na zawsze opuścił naszą dzielnicę. Dzieci zaś desperacko wołały, aż mi się serce łamało, że przeżywają kolejną traumę.
Może jakiś dziki ryś albo allochtoniczną pumę go rozdarła na strzępy. Wściekły wilk, który przeskoczył ogrodzenie albo morderczy jenot się podkopał. Trzeba będzie poczytać w necie o grasujących ostatnio ksenodrapieżnikach. Po południu zaliczyliśmy tą samą trasę, rozklejając plakaty. Przy kolacji, gdy żona przy stole prowadziła monolog odnośnie przyszłorocznej pierwszej komunii Krzysia, olśniło mnie, gdy stwierdziła, że będę musiał się wyspowiadać. Może rzeczywiście tędy idzie droga do wolności sumienia. Może jak dostanę rozgrzeszenie, to zjawa sobie odpuści i mi wybaczy. Pod pretekstem zakupów wyrwałem się późnym popołudniem na mszę o 18:00. W konfesjonale siedział młody wikariusz. Formułka z trudem wyszła mi z gardła, ale potem jakoś się rozkręciłem.
Opowiedziałem, jak to nie trafiłem do kosza siatką z kośćmi i odpadami po kurczaku, że zle listwa nie posprzątałem rozdartej torby. Potem głupi pies zjadł to wszystko, a krawędzie pustych gnatów poharatały mu trzewia. Potem wykrwawił się na amen. O sprzątnięciu ścierwa po kraka i okłamaniu rodziny nie wspomniałem, bo przecież w tym nie było nic złego. Ksiądz przemyślał chwilę. Rzekł coś, że zwierzęta też są istotami boskimi i trzeba dbać o nie jak o ludzi. Prawie wyszedłem z konfesjonału, słysząc takie farmazony. Kazał mi odmówić litanię do Najświętszego Serca Maryi i trzy zdrowaśki. Odpukał i z Bogiem. Jak ksiądz nakazał, po trzykroć odmówiłem litanii i zdrowaśkom i połknąłem opłatek rozdawany przez księdza pod koniec mszy.
Alleluja, jestem święty! Chciało mi się krzyczeć z radości. Pełen dobrych myśli wróciłem do domu. Przed snem dotarło do mnie, że odmówienie nie polega na wyrzucenie z siebie „nie, dziękuję, odmawiam”, więc przez pół godziny szukałem starej książeczki do nabożeństwa. W którymś momencie zrozumiałem, na czym polega moc pokutnicza litanii. Może dlatego, że były takie długie i bezsensowne, stanowiły doskonałą karę. W nocy z przykrością stwierdziłem, że drapanie znów mnie obudziło. Wstałem jak automat, otworzyłem drzwi. Pusto. Poszedłem spać.
Przez parę nocy zdawało mi się, że nie drapał w nocy, ale rano stwierdzałem, że drzwi są otwarte lub buty poprzestawiane. Może i dobrze, że nie pamiętam. Dzięki temu czułem się w miarę wyspany, nie licząc uporczywego bólu głowy. Siedziałem w robocie od godziny nad aktualizacją kart ryzyka rezydualnego i nie mogłem się skupić. Obraz się zamazywał i wirował. Zamknąłem oczy i przycisnąłem ręce do skroni. Może pomoże. Lecz nic z tego. Nad prawym okiem migrena pulsowała ze zmienną amplitudą. Musiałem łyknąć aspirynę i od razu zrobiło się lepiej, nie licząc krwotoku z nosa.
Zadzwonił telefon z wewnętrznej linii. Kalinowski. Słucham. Półminister. Usłyszałem czyjś skądś znajomy, wściekły głos. Już od godziny czekam na notatkę. No cześć, Łosiu — odpowiedziałem i zaśrobałem słuchawkę herbatą. Możesz mnie cmoknąć w trąbkę. No cześć. Skąd wiedziałeś?
Artur miał zabójcze poczucie humoru. Mam nowy aparat i wyświetlają się numery. Hehe, i co, nadaje się? Jak każdy nieudacznik — rzekłem z przekąsem do zielonego ścierwa u żłobu. Nie chwaliłeś się jak się udało, bo mnie strasznie sprawa zaintrygowała. Mam dla ciebie jeszcze kilka pomysłów. Średnio. Ale w tym momencie zadzwoniła komórka od żony. Wiesz co? Przyjdę do ciebie za kwadrans.
To opowiem. Spoko, mam wolne do 12:00. Wpadnij, zrobię kawę. Równiutko za 15 minut zapukałem do jego pokoju na siódmym piętrze. Ciemny korytarz świecił pustkami jak w horrorze. „Wejść” — usłyszałem ze środka. Uścisnęliśmy sobie ręce i wskazał wolne krzesło przy biurku. Słabo wyglądasz. Częstuj się. Z cukrem i mlekiem?
Nawet nie zdążyłem złapać za filiżankę, gdy zadzwonił mu telefon. Przepraszam, z pierwszego piętra. I odebrał go. Tak, panie ministrze? Przewrócił oczami. Myszka wpadła do herbaty? Już nie świeci? Pani Joli nie ma? Tak bywa. Zaraz przyniosę nową.
Tak, będzie świecić. Tak, też na czerwono. Zaczął robić do mnie głupie miny i wsadzać sobie palec do gardła, udając, że chce mu się wymiotować na rozmówcę. Na zielono? Nie, panie ministrze, nie ma takich dostępnych na rynku. Tak, jestem pewien, że nie ma myszek świecących na zielono. Tak, to bardzo dobry pomysł. Zamówię zielone z wygrawerowaną koniczyną. Zaraz przyjdę. Tak.
Na jednej nodze. Poczekaj minutkę. Rozgość się. Złapał za pudełko z myszką i wybiegł. Wziąłem filiżankę i podszedłem do okna, które wychodziło na betonowy dziedziniec. Chociaż było lekko uchylone, to jednak było czuć zimny, nieprzyjemny wiatr. Łyknąłem wrzątek i usiadłem przy laptopie kolegi. Wpatrzyłem się w jego wygaszacz. Generował śmieszne, wirujące parasolki. Śmieszne, wirujące para-- Ocknąłem się z zadumy.
Laptop był zamknięty, a okno otwarte na oścież. Zmarzłem, kuźwa, i na dodatek rozbolała mnie szczęka. Kawa Artura była rozlana na całym blacie, a moja, dziwne, wystygła cała. Z trudem, gdy rozprostowałem dłoń, poczułem dziwny ból, jakbym uderzył kolcami o ścianę. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła 12:00. Gdzie ten gałgan poleciał? Nie miałem czasu na niepoważne zachowania. Złapałem za filiżankę. Odgrzeję sobie w mikrofali.
Szkoda wyrzucać dobrą arabikę. Jadłem akurat ogrzane w mikrofali tymbaliki drobiowe, gdy zza okna doleciał do mnie sygnał syreny policyjnej. Równocześnie do pokoju wpadł dziwnie podniecony szewc i zaczął drzeć ryja o ton za głośno. Na dziedzińcu leży trup! Właśnie gliny po niego przyjechały. Tknęło mnie złe przeczucie odnośnie Artura i jego niepoważnego zachowania. Tego dnia wróciłem jak zwykle z pracy przed 18:00 i znów zobaczyłem migające koguty policyjne na działce Paździerzakowej. Na ulicy stało trzech sąsiadów i z ponurymi minami plotkowali. Przywitałem się grzecznie i zapytałem się, za co ją aresztowali. Sąsiad Marian, dziwnie zdenerwowany, przeżegnał się i mówiąc co drugie słowo „Jezus” albo „urwa”, oznajmił, że sąsiadkę zamordowano w bestialski sposób.
Potem się rozpłakał i Anzelm, nasz sąsiad, wziął go pod pachę i odprowadził do domu. Ostatni ze zbiegowiska dodał, że to właśnie Marian znalazł zwłoki swojej ciotki, bo chciał pożyczyć od niej na flaszkę. Na miękkich nogach doszedłem do domu. W łazience zmieniłem plaster na przedramieniu, bo boleśnie się zadrapałem o coś i teraz rana znów mocno krwawiła. Usiadłem ciężko przy stole i gorącą herbatą poparzyłem sobie usta. Co za bestia mogła zaszlachtować tą staruszkę. Była tępa, wścibska i złośliwa. Nie cierpiałem tego babsztyla, ale nigdy nie życzyłem jej śmierci. O Boże, jaka tragedia! W weekend odwiedził nas dzielnicowy, starszy sierżant Antek Sowa, kolega Agaty z podstawówki.
Ponoć chodzili ze sobą przez długie lata. Teraz byli dobrymi znajomymi, a mi pozostało go tolerować, bo był dość bystry jak na glinę i miał niezłe poczucie humoru. Posiedział u nas pół godziny, spisał protokół i powspominaliśmy stare czasy. Gdy wychodził z działki, przypomniał mi się drobny, acz jak się później okazało, znaczący fakt dla śledztwa. Antek. Byliśmy od dawna na ty. Nie wiem, czy to ważne, ale ostatnio widziałem na końcu ulicy, w tym piętrowym domku z białym sidingiem jakichś obcych. Wsadziłem pod koszulę pięść, udając, że coś mi chce wyjść na zewnątrz. Dzielnicowy uśmiechnął się, gdyż też jak ja w dzieciństwie kochał Sigourney Weaver i mi zasalutował. Policja uprzejmie dziękuje za obywatelski donos.
Odsalutowałem i stanąłem prawie na baczność. Przeszczęśliwy Antek ruszył z buta w stronę domniemanych złoczyńców, zmieniając plany, bo wspominał, że chciał odwiedzić każdego z najbliższych sąsiadów. Spocząłem ciężko na ławeczce przy ganku. Cała ta wizyta dziwnie mnie spięła. Ramiona aż bolały od napięcia. Musiałem się rozluźnić, bo inaczej bym zwariował. Było cieplutko. Cirrusy zasłoniły błękitne niebo. Oparłem się o ściankę werandy. Już prawie zasypiałem, gdy obudziła mnie odpalona gdzieś petarda.
Potem jeszcze dwie. Cholerni gówniarze. Nie są w stanie uszanować niedzieli. Oparłem głowę o mur, by przyciąć komara. Obudziły mnie syreny policyjne mknące po mojej ulicy. Była gruntowa i wzniecili tabuny kurzu. Kurwa, czy oni oszaleli? Chyba nie, bo zaraz za nimi mknęła na sygnale karetka. Zaciekawiłem się, aż wstałem i wyjrzałem na ulicę. Byłem zbyt zmęczony, by śledzić, dokąd pędzi lekki wóz strażacki.
Tydzień minął spokojnie. Sąsiedzi przekazali nam, że cała ta akcja to był nalot na nielegalnych imigrantów, co mieszkali na końcu ulicy. Wszystkich deportowano. W sobotę rano zadzwonił Antek i spytał się, czy może wpaść wieczorem. Zgodziłem się, bo jak każdy normalny człowiek chciałem dowiedzieć się, jak to było z tą strzelaniną. Zjawił się punktualnie o 18.00. Małżonce wręczył bukiet jej ulubionych róż, a ja zgłupiałem, gdy podarował mi złotego wędrowniczka. „A czemuż to?” – zapytała obłożona różami. Dzielnicowy wyprężył się, stuknął obcasami i rzekł: „Chciałem wam podziękować za pomoc i wypić za mój awans na młodszego aspiranta. Stary podniósł mnie aż o dwa stopnie”.
Pogratulowaliśmy mu, a z Agatą się wycałował. Trudno. Zanim usiedliśmy w salonie, ja skoczyłem po lód, a żona podała koreczki. Antek machnął ręką, gdy zobaczył moją dezaprobatę na to, że Agata do złotego trunku wlewa colę. Gdy się napiliśmy, on jeszcze raz podziękował, że wskazałem mordercę Paździerzakowej. „Co?” Żona aż się zakrztusiła, bo uważała, że do niczego się nie nadaje, a w szczególności do tropienia przestępców. No i zaczął opowiadać, że zgodnie z moją sugestią poszedł od razu na wskazaną posesję. „Patrzę, a tam kopie w ogródku.” Tu Antek rozłożył szeroko ręce. „O taki wielki chłop, morda zakazana, łapy jak bochny. No i mówię do niego jak do człowieka po polsku, rosyjsku, a ten nic.
Nagle podejrzany rzucił we mnie szpadlem, aż siatkę wygięło i zaczął uciekać. Wyciągam broń i krzyczę stój, policja, będę strzelał. Nie zatrzymał się, więc oddałem dwa strzały w powietrze, a trzecim celowałem w nogi. Pech chciał, że przechodził wtedy przez bramę z wielkimi kolcami. Postrzelona noga ześlizgnęła się i nadział się szczęką na wielki szpic, którego czubek chyba musiał mu przez jamę ustną wbić się do mózgu, bo dostał drgawek. Ci z pogotowia razem z moimi kolegami nie dali rady go zdjąć z ogrodzenia. Drgawki miał tak straszne, że jednym uderzeniem ręki powalił doktora, który chciał go zbadać. Strażacy też nie pomogli, bo jakby chcieli kątówką ściąć bolec, to mogliby zahaczyć o gardło. No to sanitariusz zaproponował zastrzyk z Pavulonu, żeby ranny nie miotał się jak szalony. Po minucie Stiepan, bo tak denat miał na imię, był gotowy i się rozluźnił.
Bezładnie zawisł całym ciałem na bramie i wreszcie się uspokoił. Na zawsze. Troszkę lekarz się zmartwił, gdy usłyszeliśmy chlupnięcie przebijanej czaszki”. Agata wypiła duszkiem whisky, a ja z Antkiem też osuszyliśmy szklanki. „A jaki to ma związek z Paździerzakową?” Niecierpliwość Agaty powinna być karalna co najmniej chłostą. Dolałem trunku i zagryzłem kabanosem. „Gdy go pakowali do worka, to zauważyłem wystającą z ziemi obrączkę. Przypomniało mi się, że bestia po poćwiartowaniu też ograbiła sąsiadkę”. Agatę jakby ścięło. Złapała się za usta i pobiegła do łazienki.
Mieliśmy nieprzyjemność słuchania, jak wymiotuje. „O, przepraszam”. Antek poczuł się głupio, bo zapomniał, że Aga miała bogatą wyobraźnię i słaby żołądek. Tyle dobrej whisky. Starałem się rozluźnić atmosferę. „Zrobię ci, kochanie, herbaty”. Była zielona, jak wróciła z łazienki. Antek jeszcze przez minutę przepraszał pro forma. Potem kontynuował. „Zauważyłem na biżuterii zaschnięte ślady krwi.
Nieopodal leżał szpadel. Ten, co prawie dostałem nim w twarz. Zaciekawiła mnie ruda plama na trzonku. Powąchałem i potwierdziłem swe obawy. Nie znaleźliśmy jeszcze narzędzia zbrodni, którym dokonano morderstwa, a płaska, słabo naostrzona klinga szpadla mogła nim być. Zabezpieczyłem ślady i pokazałem je komendantowi, który przyjechał na miejsce incydentu”. Jak Antek wspomniał o swoim szefie, ja przypomniałem sobie o kierowniczce, której od tygodnia nie było w pracy. Dzwoniliśmy na jej komórkę, ale nie odbierała. Dziwna sprawa. „Niesamowite.
I co ustaliliście?” Agata przerwała sączyć herbatę. Antek przez to stracił wątek, więc napił się i ciągnął opowieść. „Zgodnie z moimi podejrzeniami i twoimi” – tu stuknął się ze mną szkłem – „dzięki szybkiej analizie DNA plamy okazały się krwią sąsiadki. Komendant Sałata złożył wniosek o awans. To jakieś siedemset zeta brutto więcej. Jestem ci dozgonnie wdzięczny. Za jednym zamachem złapałem mordercę Paździerzakowej i unieszkodliwiłem szajkę nielegalów”. „A ten Stiepan to kto to był?” „Jakiś drobny złodziejaszek i przemytnik. Miał pseudonim Pantera, więc pewno chciał jak ona chyłkiem czmychnąć”. „Nosiła pantera razy kinga” – rzekłem.
„Ponieśli i panterę” – skończył dzielnicowy. „Tylko...” Zamilkł, widocznie zafrasowany. „Tak?” zapytałem, rozlewając ostatnie krople trunku. „Kilka rzeczy nie daje mi spokoju. Nie znaleźliśmy serdecznego palca denatki.” Nagle to dziwne zadrapanie zaczęło mnie cholernie piec i spod koszuli wyciekła strużka krwi. Schowałem rękę do tyłu, żeby nie obrzydzać towarzystwa. Na szpadlu znaleziono też odciski palców innej osoby. Innej niż ta, która tam mieszkała. Nie możemy zidentyfikować, bo nie ma ich w bazie. Musielibyście zeskanować tysiące obywateli, nawet i mnie.
Wyciągnąłem ręce do nałożenia kajdanek. Antek uśmiechnął się półgębkiem. „Może sprzedawcy?” wtrąciła Agata. „Na twoim miejscu ja bym się nie przejmowała. Macie zbrodniarza, narzędzie, odciski, fanty z kradzieży.” Podniosła szklankę z herbatą do toastu. „Zawsze w ciebie wierzyłam Antek. Zdrowie komisarza!” Poklepałem go po ramieniu. „Zasłużyłeś na awans. Twoje zdrowie.” Chciał już iść, ale wyciągnąłem czarną etykietę i miło spędziliśmy czas do północy. Gość był w stanie jeszcze chodzić i odprowadziliśmy go do domu.
Po powrocie nie miałem siły się wykąpać. Muszę jechać do ogrodniczego. Narzędzia tak szybko się wykruszają, myślę. Spoglądam przez okno na księżyc w pełni. Boję się zasnąć. Wiem, że pucek znów będzie drapał.
[03:19:50] - Była spora dawka literatury. Opowiadanie, które myślę, że zostaje w pamięci bez względu na to, czy się podobało, czy nie. Ono ma w sobie coś takiego, że z nami zostaje, przynajmniej na jakiś czas. Literatura już była. Teraz czas przyjrzeć się temu, jak pisze się literaturę. A to widomy znak, że podróżujemy w myślach na daleką Islandię. Tam Kamila Ciołko-Borkowska i „Pisząca z fiordami”. Dzisiaj odcinek bardzo znaczący, zatytułowany „Początek pisania”. Zapraszam.
[03:20:33] - Dobry wieczór na kolejnym spotkaniu u „Piszącej z fiordami”. Mam nadzieję, że macie przygotowaną herbatę. Na kawę trochę może już przypóźno. Chciałabym dzisiaj skupić się na pewnej rzeczy, która nie jest po raz kolejny stricte związana z warsztatem jako takim, ale jednak jest dość istotna. To jest tak, że zajmujemy się naszym pisaniem, szkolimy sobie nasz warsztat, pracujemy nad naszym tekstem, poprawiamy, ulepszamy. Przy okazji poprawiamy swoje umiejętności, ulepszamy swój warsztat siebie samych. A tak przy okazji to wybaczcie, ale mój głos jest lekko nadgryziony przeziębieniem, więc będzie dzisiaj możliwe, że troszkę chrypłej. Wracając do tematu. Poza tym naszym warsztatem istnieje też jeszcze szereg innych czynników, które wpływają na to, jak piszemy, w jaki sposób nam to wychodzi, jak tworzymy i jak nasze teksty wyglądają. Ponieważ nie tylko od samych umiejętności zależy nasze pisanie, ale też od tego, jak przyjmujemy całą tą okołopisarstwową rzeczywistość, jak nam to wychodzi, jak reagujemy na to wszystko.
To wszystko ma odzwierciedlenie w naszych tekstach. Nasz światopogląd, nasze przyjmowanie rzeczywistości, wszystko po kolei, na co mamy wpływ Na co mamy my wpływ, co ma wpływ na nas, odbija się na tym, w jaki sposób te teksty piszemy, jak one wyglądają i jak nam idzie to pisanie. Bo to nie tylko chodzi o to, jak wygląda to, co napisaliśmy, ale też jak nam idzie to pisanie, w jaki sposób do tego się zabieramy. Wszystko jest dość istotne. Dlatego dziś chciałabym poruszyć pewną kwestię, która mi się zrodziła z pewnej rozmowy w poprzednim tygodniu i pojawiło się to zupełnie przez przypadek. Przybliżając wam mniej więcej historię tej rozmowy, żebyśmy wszyscy byli w kontekście. Zaczęłam pisać kolejną książkę, ale niestety utknęłam na samym początkowym etapie. Pewien znajomy przyszedł mi z pomocą, proponując swój sposób pracy. Jego pomysł dotyczył samego początku, czyli wymyślania, rozpisywania i innych rzeczy. Ta cała rozmowa, ona nie jest aż tak bardzo istotna.
Chodzi o to, że ta cała rozmowa pokazała mi, że część rzeczy robimy faktycznie jako pisarze podobnie, a część zupełnie odmiennie. Musimy się do tego ustosunkować. Musimy pamiętać o tym, że każdy z nas robi pewne rzeczy zupełnie inaczej i musimy to zaakceptować. Bo nie może być tak, że będziemy narzucać swój sposób pisania, jakieś swoje protipy na pisanie innym pisarzom, którym będzie trudniej funkcjonować z tym, co my im zaproponowaliśmy, co im na siłę wcisnęliśmy. Ale wracając. Zacznę może od tego, że zawsze na początek, kiedy zaczynamy bawić się w pisanie, dobrze jest kopiować. Jeżeli trenujemy tylko i uczymy się tego warsztatu, uczymy pisania, zawsze możemy na przykład coś zapożyczyć z cudzego pisania. Nie mówię, że mamy to potem publikować, mamy to potem poświadczać swoim nazwiskiem, bo to już jest brzydko. To się nazywa plagiat, to jest kradzież i tak nie wolno. Ale w celach edukacyjnych jak najbardziej jest to możliwe.
Jest to nawet wskazane, ponieważ na podstawie tego, co my tutaj stworzymy z tych zapożyczeń, możemy stworzyć coś zupełnie nowego, coś zupełnie swojego. A dlaczego o tym mówię? Dlatego, że każdy piszący powinien mieć swój indywidualny styl pracy i pisania. Amen. I tyle w temacie. Ale skąd możemy się tego nauczyć? To jest już trochę warsztatowe. Skąd możemy to wziąć? Skąd się możemy tego nauczyć? Skąd możemy to wyciągnąć?
Stąd właśnie, że będziemy korzystać z gotowców, z pewnych rzeczy, które już są. Z pewnych rozwiązań, które mamy już podane na talerzu. Z pewnych rzeczy, które już na pewno są w obiegu i które możemy wykorzystać. Tylko też musimy pamiętać, że nie możemy spisywać kropka w kropkę. Na początek jest to jak najbardziej wskazane, jeśli trenujemy, jeśli budujemy swoje pierwsze opowiadania czy coś takiego, czy jakieś próbki mamy. Na czymś trzeba się szkolić, na czymś trzeba się edukować. Jeśli budujemy jakąś pierwszą książkę, to też musimy pamiętać, że jeśli korzystamy z gotowych szablonów, które mamy gdzieś w rzeczywistości dookoła, to trzeba z tym podchodzić bardzo ostrożnie. Chyba że jest to książka, która będzie tylko i wyłącznie siedziała w naszej szufladzie, to wtedy jak najbardziej owszem. Ale musimy pamiętać, żeby nie chwalić się, że to jest nasze, skoro nie jest. Jeśli na przykład edukujemy się i piszemy te krótkie wprawki, które gdzieś później będą szły do oceny, czy nawet nie do oceny, a tylko do szuflady, ale chcemy sobie podszkolić nasz warsztat, to jak najbardziej możemy korzystać.
To jest tylko i wyłącznie moje zdanie. Broń cię Panie Boże, nie możecie używać tego jako ogólnego argumentu, który gdzieś tam jest powszechny. To tylko moje zdanie i mój sposób na naukę, mój sposób na ogarnięcie tego pisania, bo ja mniej więcej w ten sposób zaczynałam. Pewne gotowe schematy, z których korzystałam w opowiadaniu. Jest pewien pogląd, który mówi, że wszystko już było i my tylko odgrzewamy kotlety. Aczkolwiek ja twierdzę, że możliwe faktycznie, że wszystko już było, ale jednak dalej będziemy to robić i opakowywać to w zupełnie inne papierki, dodawać inne przyprawy, malować to w zupełnie inny sposób i będzie to miało inny smak, inny wygląd i inaczej będziemy to odbierać. Ponieważ jeżeli chodzi o relacje, które możemy zawrzeć w swojej książce, to faktycznie pewne relacje międzyludzkie to jest zamknięta baza czynników i tego się nie da jakoś bardziej rozpisać, bo nawet jeśli mamy relacje w rodzinie, to przecież tego nie ma zbyt wiele, żeby gdzieś tam rozpisać na wiele sposobów. Ale możemy to rozpisać na przykład W różnych gatunkach, w różnych odcieniach. Naprawdę w bardzo dużo sposobów, bo na przykład inaczej rozpiszemy relacje między rodzicami a dziećmi, które są dysfunkcyjne w dramacie, inaczej rozpiszemy w horrorze, inaczej rozpiszemy na przykład w fantastyce, inaczej w obyczaju. Wszystko to jest bardzo istotne i różne, bo nie oszukujmy się, ale do każdego gatunku należy podchodzić zupełnie inaczej i każdy gatunek literacki rządzi się swoimi własnymi prawami podczas tworzenia, podczas pisania.
Są rzeczy, które są zupełnie uniwersalne, ale są też rzeczy, które należą tylko do tego gatunku i nie możemy z tym za bardzo zaszaleć, tylko się musimy z tym pogodzić. Dobra, to tyle mniej więcej tytułem wstępu odnośnie tego. Następną sprawą jest to, że właśnie jak wspominałam wcześniej, to co działa u jednego pisarza, nie będzie działało na przykład u innego pisarza. Bo jeśli na przykład Ania, nasza Ania jakaś, hipotetyczna zupełnie. Hipotetyczna Ania jest pisarką i ona musi wszystko sobie ładnie rozpisywać. Czyli zanim ona usiądzie do książki, to ona najpierw rozpisze sobie plan. Ona najpierw rozpisze sobie mapę świata. Ona najpierw rozpisze sobie bohaterów, rozpisze relacje między nimi. Początek, rozwinięcie, zakończenie. Następnie przejdzie do tego, żeby plan bardziej rozpisać, bardziej szczegółowo, czyli rozdziałami na przykład.
I cały ten proces pisania będzie bardzo taki absorbujący, ponieważ tam jest dużo tego wklepywania, dużo rozpisywania i to jest już jakiś sposób. Ale mamy na przykład Kasię i Kasia idzie na żywioł. Kasia po prostu wymyśliła sobie pomysł i siada i pisze i pozwala swoim bohaterom na to, żeby oni sami sobą rządzili, sami decydowali co i jak. I ona w sumie poza tym, że ma jakiś zalążek pomysłu, jakiś plan, który gdzieś tam w głowie trzyma, to na papierze nic sobie nie robi. Nic nie zapisuje, po prostu siada i pisze jak jej wena, że tak powiem, przyjdzie. Bo jak się mówi, wena powinna zastać pisarza przy pracy. Z tym się też zgodzę. Na temat weny i innych rzeczy spotkanie już było. Możecie sobie się cofnąć w naszych podcastach, popatrzeć i posłuchać. Ale wracając do dzisiejszego tematu, to powiedzmy, że mamy trzeciego pisarza.
Mamy Tomka i Tomek na przykład ma specjalnie ściągnięty program komputerowy. Wszystko w nim sobie ładnie zapisuje. Gdzieś kiedyś widziałam, chyba nawet robiłam jakieś spotkanie albo coś. Wiem, że coś wspominałam o tym, że są jakieś programy przydatne do pisania. Chyba nawet w jednym podcaście kilka słów na ten temat wspominałam. Wracając znowu do tematu, bo zaraz znowu się rozgadam zupełnie nie na temat. Wracając do tego, co już wcześniej wspominałam. Mamy sobie Tomka, który ma program w komputerze. Wszystko pięknie w tym programie rozpisane, wszystkie uwagi, wszystkie opisy bohaterów, plan, wszystko w tym ma wpisane, czyli na przykład w plikach w komputerze ma wszystko rozpisane i na przykład ma folder przygotowany do książki i tam ma dodatkowo jakieś na przykład pliki z bohaterami. Każdy bohater ma swój plik, wszystko ładnie rozpisane.
I teraz jeśli cała ta trójka spotka się i będzie chciała wymienić się swoimi sposobami na pisanie, to zdecydowanie każdy z nich powie coś zupełnie innego i najprawdopodobniej sposób tworzenia książki i sposób tworzenia historii nie będzie akceptowalny, że tak powiem, ponieważ ten sposób, o którym mówię teraz, ten sposób tworzenia dla każdego z nich jest inny. I o ile robimy jedną rzecz tak samo, czyli tworzymy historię, siadamy i piszemy, o tyle samo przygotowanie się do pisania jest u każdego z nas zupełnie inne. I możemy próbować. Właśnie na tym to polega, że każdy z piszących powinien wypróbować kilka sposobów. To jest tak samo jak właśnie z tym stylem, o którym wcześniej mówiłam. Sposób pisania jest też tak samo do wypracowania. Styl jest do dopracowania, styl jest do stworzenia i styl jest do wprawienia się też przy okazji. Musimy się wprawić w tym, żeby mieć jakiś swój własny styl, ponieważ nie ma nawet takiej możliwości, żebyśmy przez cały czas pisania kopiowali czyjś styl, kopiowali czyjąś pisarską drogę, bo to nie na tym polega. Mamy tworzyć coś zupełnie nowego i ten styl jest czymś właśnie takim, czymś zupełnie nowym. Więc o ile korzystając z mojej poprzedniej uwagi będziemy na początku swoich treningów kopiować pewne jakieś pomysły, jakieś pewne rzeczy, to o tyle później przy tworzeniu stylu także możemy korzystać z pewnych schematów, z pewnych gotowych już wzorców, ale musimy pamiętać, że musimy stworzyć coś zupełnie swojego, coś zupełnie nowego.
I musimy dążyć do tego, żeby ten styl był indywidualny. To bardzo ważne słowo: indywidualny i musimy to zapamiętać. Nie ma tak, że będziemy kopiować czyjś styl i czytelnicy będą do nas przychodzić. Nie ma tak, ponieważ czytelnik nie jest głupi. Czytelnik szybko wyłapie, kogo udajemy. Czytelnik szybko wyłapie, na kim się wzorowaliśmy i nie będzie chciał czytać, bo dla niego będziemy tylko ubogą wersją konkretnego pisarza. A nie o to chodzi w pisaniu, żeby być ubogą wersją kogoś innego. Mamy być indywidualni, mamy być niesamowici i mamy być niepowtarzalni, że tak powiem, bo tylko to przyciąga czytelnika. Tylko to, że mamy swój własny styl powoduje, że czytelnik do nas przybiegnie w podskokach i będzie chciał z nami zostać. Będzie chciał zostać ze mną jako z pisarzem, jako z twórcą.
Będzie chciał czytać mnie dalej, czy ciebie i będzie chciał ze mną, czy z tobą, czy z nami zostać. Tak więc trzeba zawsze pamiętać, że trzeba opracować metodę, sposób i styl. I nie ma, że boli. To jest podstawa i od tego trzeba zacząć. To nie jest tak, że my się tylko na tym skupimy. To się buduje poprzez ciągłe ćwiczenie. To się buduje poprzez ciągłe pisanie. To się buduje poprzez ciągłe próby tworzenia jakichś światów, jakichś relacji między naszymi bohaterami, tworzenia bohaterów. To wszystko ewoluuje w trakcie ćwiczeń. To nie jest tak, że ja sobie usiądę, pomyślę nad tym i wymyślę i rozpiszę i to będzie już gotowe po 15 minutach.
Broń cię Panie Boże! Nie. To jest proces wolny, to jest proces zajmujący, to jest proces czasem długotrwały, bo nie każdy jest w stanie znaleźć swój styl, swój sposób, swoje metody w dość szybkim czasie. Czasem potrzeba długich miesięcy, żeby autor, pisarz znalazł swoją drogę, znalazł swój styl, znalazł swoje metody. I nie ma w tym nic złego. Nie należy też się jakoś niecierpliwić, nie należy się złościć, nie należy się poganiać, bo im bardziej będziemy się poganiać, tym gorzej na tym wyjdziemy, bo to wszystko będzie sztuczne, to wszystko będzie nieprawdziwe. A czytelnik to wyczuje, ponieważ tylko autentyczne podejście do czytelnika widać. To wszystko widać. Czytelnik, jak już wspominałam, głupi nie jest i wyłapie, jeżeli są jakieś sztuczności w naszym podejściu do pisania i tyle. Dobra, następne.
Biorąc pod uwagę to, że ja już wiem, w jaki sposób jest dobrze mi pisać, że ja na przykład muszę mieć zeszyt, muszę mieć plik w dokumencie, muszę iść na żywioł, muszę rozpisać sobie na kartce, muszę mieć wydruk. Są różne drogi, są różne pomysły. Naprawdę macie swoją drogę do tego pisania. Ale jeśli już mamy to mniej więcej i ja już wiem, że to mi pomaga i ja już wiem, że na przykład dobrze mi się pisze w ten sposób, mam już mniej więcej jakiś styl, jakieś zalążki stylu zrobione, to w momencie, kiedy ja piszę, muszę sobie teraz odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie: kiedy mi się najlepiej pisze? Kiedyś wspominałam w którymś podcaście o szkoleniach, o poradnikach i innych tego typu rzeczach. Dobrze sobie czasem z nich skorzystać, dobrze zerknąć. Ja nie mówię, że zaraz musimy czytać całą od dechy do dechy. Możemy wziąć taki poradnik, zobaczyć: „Aha, tu jest rozdział, który mnie interesuje. Ja go sobie teraz przeczytam”. Książka ląduje z powrotem na półce, a ja będę do niej wracać, bo ona ma kilka fajnych rzeczy, z których chcę skorzystać, fajnych rozdziałów.
Nie musimy czytać całości, broń cię Panie Boże, możemy wybrać tylko to, co nas w danym momencie interesuje. To nie jest tak, że cała reszta jest mało istotna. To jest tak, że w danym momencie to nas nie interesuje, nie jest nam potrzebne. Ale wrócimy do tego. Ja bardzo polecam poradnik Kinga. Mam sama, korzystam. Znaczy polecam. Mam sam, korzystam. Czytałam i jest tam kilka rzeczy, z których można skorzystać jak najbardziej. Jedną z tych rzeczy jest fakt, że trzeba sobie przygotować miejsce do pracy, trzeba sobie przygotować siebie samego do pracy i on tam daje jakieś konkretne rozwiązania, ale ja wychodzę z założenia, że każdy powinien dopasować je do siebie.
Bo King tam pisze, żeby ustawić biurko w taki a taki sposób, żeby nic nie rozpraszało, takie rzeczy. To są konkrety, które na niego naprawdę bardzo fajnie działają, ale nie muszą działać na każdego. Czasem niektórzy potrzebują całkowitej ciszy, niektórzy potrzebują muzyki, niektórzy potrzebują widoku z okna, żeby raz na jakiś czas oderwać oczy od tekstu, odprężyć, wrócić. Niektórzy potrzebują zdjęcia rodziny, niektórzy potrzebują pluszaka, niektórzy potrzebują szklaneczki whisky obok. Nie mówię, że to jest złe, dobre czy coś. Nie polecam, ale ja na przykład bardzo lubię mieć kawę, herbatę albo wodę zawsze pod ręką. Podczas pisania, bo lubię mieć i to też mi czasem pomaga, jeżeli oderwę się od tego pisania, skupię się na czymś innym i wracam z powrotem. Jak najbardziej musimy znaleźć też rzeczy, które nam pomagają się skupić i mieć je. Czyli na przykład, jeśli mamy miejsce do pisania i bardzo pasuje nam porządek taki całkowity, czyli nic na tym biurku ma nie stać, to korzystajmy z tego. Nic na biurku niech nie stoi.
Jeśli nie przeszkadza nam to, a nawet czujemy się bardziej zmotywowani, jeśli na biurku walają się książki i jest to nasze środowisko naturalne, czyli wszędzie coś jest, coś leży i my się w tym orientujemy, to jak najbardziej jest to dobre i należy z tego też korzystać. Nie należy na siłę sprzątać całego biurka, bo Ania pisarka ma na biurku piękny porządek i jej to zawsze pomaga się skupić. Nie. Jeśli na przykład dobrze wam pisać z rana, to proponuję najlepiej pisać z rana. Powiedzmy chwilę sobie znaleźć na to pisanie. Ja już kiedyś też o tym pisałam, mówiłam na temat tego pisania. To nie musi być stricte pisanie, to może być na przykład planowanie, rozmyślanie o książce, to może być zupełnie co innego, ale związanego właśnie z pisaniem. I to nie musi być tylko stricte klikanie w klawiaturę, stukanie, stukanie, stukanie godzinami. Ale pamiętajmy też, że bardzo istotne jest, żeby znaleźć czas, który jest najbardziej optymalny dla naszego pisania. Jeśli więc jesteśmy najbardziej owocni, nasze pisanie jest najbardziej owocne z rana, to musimy sobie to wszystko rozpracować, żeby ten czas na pisanie znajdować z rana, nie wieczorem.
Bo jeśli wieczorem się męczymy, ten tekst będzie słaby. Ten tekst będzie wymęczony, będzie na siłę, a nie o to nam chodzi. Jeśli natomiast jesteśmy lepsi wieczorem i pisanie idzie nam zdecydowanie łatwiej wieczorem, to dobrze jest skupiać się na tym pisaniu właśnie wieczorem. Jeśli jest to na przykład środek dnia i mamy wtedy pracę, to wtedy skupić się bardziej w weekendy, jeśli możemy. To wszystko jest dość skomplikowane na samym początku, w momencie, kiedy poznajemy sami siebie z naszą pisarską stroną, taką naszą warsztatową podszewkę. Bo później, kiedy już mniej więcej będziemy wiedzieć, to będzie nam już troszkę łatwiej. Najtrudniej jednak znaleźć to, co trzeba próbować. To jest proces, jak wspomniałam. To wszystko zajmuje czas i też nie może być tak, że się będziemy spieszyć. To należy trenować, należy sprawdzać.
A co będzie, jeśli na przykład będę wstawać pół godziny wcześniej i pisać z rana? A co będzie, jeśli na przykład dzieci położę spać i usiądę na te 20-30 minut, by popisać? Bo ja wiem, że to nie jest tak, że każdy ma czas na pisanie i nieobca jest nam praca zawodowa, szkoła, egzaminy i tego typu sprawy. To wszystko jest związane i czasami znalezienie takiego optymalnego czasu do pisania jest bardzo trudne, bardzo skomplikowane i ja to jak najbardziej rozumiem. Dlatego mówię, że ten proces może być bardzo czasochłonny, może być bardzo zajmujący, ale uwierzcie mi, że warto. Bo ja na przykład miałam kiedyś, u mnie się trochę pozmieniało, bo to nie jest tak, że to będzie przez cały czas na przykład, bo to się może też zmienić. To nie jest tak, że to będzie kamieniem przypięte, gwoździem do ściany. Nie, to też się może zmienić, że nam pewnego dnia przestaną pasować poranne godziny, a będziemy lepiej pisać w godzinach wieczornych. Ja najczęściej znajduję czas na pisanie w godzinach porannych, ale najlepiej pisze mi się wieczorami. Ale wtedy mam problem z pobudką z rana.
To wszystko jest dość skomplikowane, ale jeśli macie możliwość pisania w czasie, kiedy jesteście najbardziej optymalni, najlepiej wam się pisze, jesteście najlepsi, to bardzo dobrze jest korzystać z tego czasu. Naprawdę to będzie najlepszy tekst, jaki napiszecie, bo to jest czas, który powoduje, że jesteście niesamowici, że tak powiem. To jest czas, kiedy macie ten flow pisarski najlepszy i na to należy sobie pozwolić. Jeśli macie możliwość, bo to nie jest tak, że zaraz wszyscy będą się rzucać, tylko pisać w tym czasie, w którym są najlepsi i będą rzucać całe życie rodzinne, domowe, pracę i wszystko tylko po to, żeby pisać. Wszystko jest dość skomplikowane. Jak już kiedyś wspomniałam w którymś podcaście, należy zaakceptować fakt, że nie zawsze będzie nam szło super ekstra. Nie zawsze po prostu będziemy efektywni w 110%. Czasem to będzie 10%, czasem mniej, a czasem w ogóle przez kilka miesięcy nie będziemy nic tukli w klawiaturę, nie będziemy nic myśleć nad tekstem, bo po prostu nie będzie pomysłu, nie będzie ochoty, nie będzie nic, nie będzie siły, bo są gorsze dni, jest gorszy czas, jest lepszy czas. Fortuna kołem się toczy i takie tam bla, bla, bla. Ale to wszystko trzeba też zaakceptować.
To też jest zajmujące. Akceptacja tego typu rzeczy też jest ciężka. Ciężkim jest też zaakceptowanie tego, że nasz tekst jest słaby. Tak. Napiszemy coś, co według nas jest dobre, ale okaże się słabe jak herbata zaparzona dziesiąty raz z tej samej torebki. I w sumie wszystko tam jest złe, wszystko tam jest słabe, wszystko tam jest do niczego. Wydawało nam się, że to jest dobry tekst, ale po przeczytaniu, na przykład beta przeczytała ten tekst i mówi: „Boże, jakie to jest straszne, ty to w ogóle spal i nikomu nie pokazuj”. To jest tak jak z żałobą na przykład. W pierwszej chwili nie chcemy w to uwierzyć, że my napisaliśmy, ja napisałam słaby tekst. No jak ja słaby tekst napisałam?
Nigdy w życiu! Ale zdarza się. Przyjmuję na klatę. Trzeba się tego nauczyć. To też proces zajmujący, długotrwały, ciężki. Bardzo ciężki. Zaakceptowanie tego, że robimy coś nie super, nie ekstra, nie w stu procentach wow, też jest dość ciężkie, dość bolesne. Bardzo bolesne dla niektórych, ale też musimy się tego nauczyć. Dlatego mówię, że proces początków, początki pisania to jest proces, kiedy uczymy się naprawdę bardzo dużo i nie tylko rzeczy warsztatowych, nie tylko samego pisania, ale też rzeczy, które są bardzo ważne później, też rzeczy, które są bardzo istotne i które też są bardzo ważne przy pisaniu, które też są życiem pisarza. I o nich też nie możemy zapamiętać.
Zdarza się, że pisarze, którzy piszą już jakiś czas, mają kilka książek na koncie, nie umieją zaakceptować tego, że to, co napisali, jest słabe. Zdarza się. I to nie dotyczy tylko początkujących jak my, jak wy, jak ja, bo ja co to tam mam, tylko raptem parę stron napisanych i kilka stron wydanych. Więc ja też się ciągle uczę, ja też ciągle się szkolę, też ciągle próbuję i też chcę być ciągle lepsza. I z tym was zostawię. Na tyle będzie dzisiaj. Z tym was zostawię, żebyśmy wszyscy próbowali być lepszymi w tym, co robimy. To nie tylko chodzi o pisanie, bo to dotyczy wszystkich, każdego hobby i każdej pasji, jaką mamy. Weźmy pod uwagę to, co powiedziałam. Zastanówmy się, jak to wygląda u nas, u mnie.
Znaczy ja nad sobą, wy nad sobą. Żeby nad tym popracować. Czy nasz styl już jest dopracowany w stu procentach? Guzik. Nie jest. Na pewno nie jest, bo styl się ciągle tworzy, styl ciągle ewoluuje, styl ciągle się zmienia i to też musimy zaakceptować. Wiem, nie zaczynamy od więc, ale tak więc zostawię was teraz z tą myślą końcową, że robimy wszystko, żeby być jak najlepsi. Brzmi bardzo fajnie. Też się z tym zostawię. Też będę nad tym się zastanawiać, pracować.
I teraz życzę wam udanego wieczoru. Ja wracam do mojego pisania. Wy wrócicie do swojego pisania i spotkamy się przy następnej audycji. Życzę wam wszystkim udanego pisania. Dobranoc.
[03:51:04] - Na koniec audycji „Bibliotekarium 2.0” zostawiłem sobie spotkanie z Agnieszką Krizel. Spotkanie prowadzone przez Krystynę Śmigielską. Spotkanie pod znakiem poezji. A zatem „Nie wiem, co to poezja”.
[03:51:26] - Dobry wieczór państwu. Naszym dzisiejszym gościem jest pani Agnieszka Krizel, mieszkająca w Borach Tucholskich blogerka, poetka, korektorka oraz działaczka kultury. Jej wiersze ukazywały się w licznych antologiach zarówno w Polsce, jak i za granicą. Pani Agnieszka często bywa jurorem w przeglądach i konkursach regionalnych. Prowadzi blog literacki „Recenzje Agi”, na którym szczególnie promuje polską literaturę i to dla czytelników w każdym wieku. Jej recenzje możecie przeczytać państwo na Facebooku i na Instagramie. Obecnie współpracuje z wydawnictwem Anagram jako korektorka i redaktorka tekstów. Dobry wieczór, pani Agnieszko. Bardzo nam miło panią dzisiaj gościć.
[03:52:23] - Dobry wieczór, witam państwa bardzo serdecznie. Mnie również jest bardzo przyjemnie.
[03:52:29] - Pani Agnieszko, zanim zaczniemy rozmawiać o poezji, bo to przecież program o poezji, musimy wspomnieć o innych pani literackich poczynaniach. Chodzi mi tu przede wszystkim o antologię „O matko”, której była pani koordynatorką projektu, oraz pozycję „Twórcy Ludowi Gminy Kęsowo”, której była pani współautorem. Zacznijmy może od antologii. „O matko!” to antologia trzynastu opowiadań, która ukazała się w 2019 roku nakładem wydawnictwa ebookowo.pl. Zamieściła pani w niej swoje opowiadanie „Moja matka”. To historia o trudnym dzieciństwie, dojrzewaniu i trudnym macierzyństwie. Czytając ją, zastanawiałam się nad postawami obu kobiet. Przedstawiła pani matkę jako osobę z gruntu złą, ale i postawa córki, zwłaszcza po latach, kiedy już odsunęła się od życia rodzinnego, pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia. Oczywiście to tylko moje bardzo subiektywne odczucie. Myślę jednak, że w literaturze, tak jak w życiu, nikt nie powinien być skazany na brak możliwości dokonania tej psychologicznej przemiany.
Tu widziałam jedynie powielanie błędów bohaterki. Tych, które wyniosła z domu. Czy pani zdaniem relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi, stosowane wzorce postępowań mają w rzeczywistości tak kolosalny wpływ na nasze dorosłe życie?
[03:54:13] - Jak najbardziej uważam, że mają wpływ. Co więcej, ja nieraz nawet łapię się na tym, że dostrzegam u siebie pewne zachowania, które widziałam u swojej mamy czy u taty.
[03:54:30] - Ja słyszałam kiedyś o takich badaniach prowadzonych przez angielskich naukowców, którzy właśnie w patologicznych rodzinach pytali dzieci, jakie postępowania rodziców się im nie podobają. Po latach jednak okazało się, że większość tych złych zachowań rodziców była powielana przez dzieci. To jest bardzo trudny temat. Zachęcam więc Państwa do przeczytania opowiadania „Moja matka” i wyrobienia sobie własnej opinii na ten temat. „Twórcy ludowi gminy Kęsowo” to jest bardzo ciekawa publikacja. Promowanie rodzinnych artystów powinno być odgórnym obowiązkiem każdej podstawowej jednostki terytorialnej. Niestety wcale tak nie jest. Rzadko spotykamy włodarzy gmin zwracających uwagę na talenty lokalnych mieszkańców, a już o pomaganiu im czy promowaniu przeważnie nie ma mowy. Pani Agnieszko, proszę opowiedzieć nam, skąd pomysł na taką książkę i skąd na nią pieniądze. Czy czytając ją poznamy sylwetki pani i pana Marka Sasa, współautora?
Czy to państwo przedstawiacie nam uzdolnionych mieszkańców gminy Kęsowo?
[03:55:55] - Tak. Bardzo dziękuję za wyróżnienie właśnie tej publikacji na antenie programu. Podpisuję się pod tym, co pani powiedziała. My jesteśmy winni tym naszym lokalnym twórcom ludowym takie i podobne publikacje. Winni jesteśmy ukoronowanie ich pracy. Ta publikacja powstała dzięki dofinansowaniu, które uzyskała nasza gminna biblioteka. Koleżanki z biblioteki napisały projekt. Otrzymał ten projekt pieniążki na tę publikację. Wspólnie z Markiem Sasem. Marek Sas to historyk, nauczyciel, ale też i poeta.
Znaliśmy się wcześniej. Marek też wspomniał, że jeżeli taka publikacja miałaby powstać pod jego imieniem i nazwiskiem, to chciałby do pomocy przy jej tworzeniu, przy pracy też osobę z naszej gminy. I akurat myśmy się znali wcześniej, więc tak poszło, że wspólnie zaczęliśmy działać. To też nie było tak, że myśmy wiedzieli, jak ta publikacja powstanie od A do Z. Przed zbieraniem materiału, przed objeżdżaniem po naszych twórcach ludowych, myśmy się kilka razy spotykali i w bibliotece z dziewczynami obgadywaliśmy różne kwestie. Obgadywaliśmy też kwestie techniczne, bo to nie jest tylko tak, żeby się skoordynować czasowo, terytorialnie i z naszymi twórcami, tak żeby wygospodarowali również czas dla nas, żeby z nami porozmawiać.
[03:58:04] - W każdym razie przepraszam, że przerwę. Tę pozycję można jeszcze w gminie, choćby w bibliotece, prawda, zobaczyć, przeczytać, zapoznać się z tymi ciekawymi osobami.
[03:58:18] - Tak, tę pozycję, ale tylko i wyłącznie w naszych gminnych bibliotekach, bo nasza biblioteka ma też swoje oddziały i tylko w bibliotekach się ją znajdzie, bo to nie jest publikacja przeznaczona do sprzedaży. Nie ma jej w dystrybucji, ona nie jest ogólnie dostępna. To jest tylko taka nasza wizytówka naszej gminy.
[03:58:43] - Jak najbardziej. Ja naprawdę jestem zwolenniczką takich sytuacji, gdzie ci rodzimi twórcy są bardzo szeroko prezentowani. Przejdźmy w takim razie pani Agnieszko, już teraz może do tego, co nas najbardziej interesuje. Czyli do pani tomika poezji. Ukazał się on w 2020 roku nakładem wydawnictwa Anagram. Nosi tytuł „Iluzja życia". Przetłumaczyłam sobie ten tytuł tomiku na własny użytek, bo tak naprawdę, proszę państwa, tomik nosi tytuł „Illusion de vie". To jest francuska nazwa, a ja niestety z językiem francuskim niewiele miałam wspólnego w życiu. Pani Agnieszko, proszę nam powiedzieć, to pierwsza pani samodzielna publikacja?
[03:59:39] - Nie. To jest druga moja publikacja, ale to jest pierwsza bardzo poważna, powiedziałabym. I publikacja, która znajduje się w dystrybucji.
[03:59:54] - I ten tomik jest dalej dostępny, prawda?
[03:59:58] - Tak, jest dostępny. Można go zakupić w księgarniach internetowych.
[04:00:03] - Bardzo to mnie cieszy, ponieważ na mnie zrobił naprawdę bardzo dobre wrażenie. Jest wyjątkowo atrakcyjny, udany. Wiersze są naprawdę bardzo piękne. Tomik podzielony jest na dwie części. Pierwsza nosi tytuł „Iluzja", druga „Życie". Taki podział jest dla pani ważny? Czy to, co nieuchwytne, majaczące gdzieś w oddali, stawia pani w kontraście z codziennością?
[04:00:34] - „Natchnienie. Zmieniam zasady gry. Rozkładam czyste karty. Zaostrzam stalówkę pióra. Urywam zwyczajność po kawałku. W tle czaruje muzyka. Odsuwa się w zmienności pojedynczych kadrów. Hoduję autentyczne zdarzenia, by na grządkach wersów rozpisać ich fotografie." Jak najbardziej ten podział jest ważny i to jest taki podział świadomie przeze mnie dokonany. Te wiersze z pierwszego rozdziału „Iluzja" to są wiersze, które przeszły bardzo solidną redakcję z tego pierwszego mojego tomiku. Tylko że ten tomik już nie jest dostępny.
On po prostu był takim wydaniem kolekcjonerskim, tak bym powiedziała i takim moim spełnieniem marzenia właśnie o wydaniu swojego tomiku. Natomiast tak jak wspomniałam, właśnie te wiersze z pierwszego rozdziału „Iluzja" to są te wiersze, które przeszły tą bardzo solidną korektę i redakcję wydawnictwa Anagram.
[04:01:58] - W dzisiejszych czasach niestety na korekty i na redakcje powinno się kłaść wyjątkowy nacisk, ponieważ jak wiemy, gdzieś w naszych polskich książkach to ostatnio, zwłaszcza w tych mniejszych wydawnictwach, troszeczkę kuleje. Bardzo się cieszę w takim razie, że potrafiła pani włożyć nowe życie w teksty już kiedyś opublikowane. Myślę, że pytanie dlaczego i od kiedy pani pisze w naszej rozmowie musi paść. Odpowiedź na nie zainteresuje na pewno naszych słuchaczy, a ja dowiem się czegoś więcej w ten sposób o pani. Proszę nam powiedzieć, dlaczego i od kiedy chwyta pani za pióro?
[04:02:45] - Za pióro, tak powiedziałabym-
[04:02:49] - Oczywiście pióro. Użyjmy to symbolicznie, prawda? W dzisiejszych czasach.
[04:02:53] - Tak, wiem, rozumiem. Symbolicznie. Ja bym powiedziała, że ja nawet nie mam takiej odwagi nazywać siebie poetką, bo uważam, że do poetki to mi bardzo daleko, bo żeby być poetką, to ja muszę napisać jeszcze więcej i więcej, i więcej wierszy i tyle samo wydać tomików i gdzieś tam być dostrzeżonym przez czytelników. Ale to jest takie moje prywatne odczucie, moje prywatne zdanie.
[04:03:26] - Tak, każdy ma właśnie jakiś taki pułap, do którego musi dojść, żeby stwierdzić, że teraz już rzeczywiście mam prawo nazywać siebie w ten czy w inny sposób. To się zgadzam. Też mam taki swój pułap. Także w tym jesteśmy, że tak powiem, podobne do siebie. Przepraszam, teraz wchodzimy.
[04:03:51] - I tak myślę, że żeby też określać się czy poetą, czy pisarzem, to trzeba, tak jak pani wspomniała, dojrzeć do pewnych właśnie wniosków. Od kiedy zaczęłam? Myślę, że takim pierwszym moim gdzieś tam pisaniem były takie artykuliki do szkolnej gazetki. Ta gazetka nazywała się „Kleks". To była szkolna gazetka, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły podstawowej, więc to są lata wstecz. Gdzieś te pierwsze moje takie teksty, artykuliki się tam oczywiście pokazywały. Później, kiedy byłam w szkole średniej, gdzieś tam zaczęłam popełniać jakieś pierwsze wiersze. No ale wiadomo, że z perspektywy czasu, jak tak człowiek przypomina sobie, no to powiedziałabym-
[04:05:02] - Te pierwsze to były przeważnie-
[04:05:04] - Pozostawiały wiele do życzenia. Ale to wiadomo Trzeba dużo pisać i czytać. Ja swoje pierwsze wiersze podsunęłam kiedyś, pamiętam, w szkole średniej naszej polonistce i ona powiedziała, że owszem, pod kątem błędów może mi je sprawdzić, ale niestety nie powie swojej opinii, bo ona się nie zna na poezji. Ja pisanie tych wierszy gdzieś tam zarzuciłam na długie lata. Później pamiętam, że przyszedł taki czas w moim życiu, kiedy zostałam mamą, kiedy macierzyństwo całkowicie zawładnęło moim życiem emocjonalnym i duchowym, tym wewnętrznym. I w pewnym momencie doszłam do takiej ściany, że zaczęłam dostrzegać, że nie potrafię wypowiadać prostych zdań. I powiedziałam sobie sama do siebie: „Dziewczyno, weź się w garść, bo to nie prowadzi do niczego dobrego”. I wróciłam do książek, do czytania książek, bo czytanie książek gdzieś po drodze się zagubiło, zostało przeze mnie zarzucone. Wróciłam do czytania książek. Wróciłam też do jakiegoś pisania sobie czegokolwiek.
To nie były konkretne teksty na konkretne tematy. I właśnie po tych wielu latach zaczęły się znowu pojawiać wiersze.
[04:06:49] - Widzę, że jednak macierzyństwo potrafi kobietom całkowicie zawładnąć. To też jest mi znane uczucie. Ale dobrze, że jednak pani całkowicie pisania nie zarzuciła. Chciałam zapytać w takim razie, skąd francuskie tytuły wierszy? To fascynacja obcym językiem, czy może chęć kamuflażu, schowania się za tarczą słów, aby nie do końca ujawnić czytelnikowi swoje prawdziwe wnętrze?
[04:07:23] - Ja myślę, że jedno i drugie, ale przede wszystkim na pierwszym miejscu stawiam fascynację obcym językiem. Po prostu podoba mi się język francuski, a że niestety nie jestem poliglotą i nie mam absolutnie żadnych predyspozycji do nauki języków obcych, więc pomyślałam, dlaczego nie wykorzystać tego właśnie przy tytule tomiku czy przy tytułach wierszy. Ale też taki kamuflaż i taki pstryczek w stronę odbiorcy, czytelnika, aby zechciał jednak odkryć, co ja chciałam tym wierszem danym przekazać.
[04:08:05] - Ja muszę powiedzieć, że jeżeli chodzi o język francuski, sprawia mi pewne kłopoty, więc nie będę próbowała nawet czytać poprawnie. Po prostu będę używała polskich nazw. Moją uwagę zwrócił wiersz „Bo ja, proszę pana”, dedykowany Krzysztofowi Pieczyńskiemu. „Bo ja, proszę pana”. Krzysiowi Pieczyńskiemu, odpowiedź na jego „Bo ja, proszę pani”. „Bo ja, proszę pana, w koszyku niosę tuzin kolorów. Niech pan powie drugie słowo. Pierwszemu dam uśmiech, trzeciemu serce na zakręcie. Bo ja, proszę pana, jestem w słońcu, w opadzie, w locie ptaków pod niebem, w radości, smutku, spojrzeniu wiatru. Bo ja, proszę pana, dam światu i pana, i siebie”.
To taka swoista polemika bądź deklaracja. Proszę o kilka słów opisania nam, w jakich warunkach, w jakiej sytuacji powstał ten utwór.
[04:09:32] - Zdecydowanie jest to polemika z panem Krzysztofem Pieczyńskim. Pan Krzysztof Pieczyński to znany aktor polski. Otrzymałam od znajomego poety jego dwa tomiki. Nie pamiętam tytułów, bo ja te tomiki już puściłam dalej w świat. Ale pamiętam, że jego wiersz „Bo ja, proszę pani”, wywarł na mnie takie dosyć osobliwe, nie wiem dlaczego, poczułam jakąś osobliwą więź z tym wierszem i postanowiłam napisać mu odpowiedź. I to jest właśnie odpowiedź na jego wiersz „Bo ja, proszę pani”.
[04:10:12] - Bardzo ładna odpowiedź, bardzo mi się podobała. Ale zapytam jeszcze o inne fascynacje literackie w takim razie, bo przeczytałam również wiersz „Być jak Leopold Staff”.
[04:10:24] - „Być jak Leopold Staff. Zaglądać motylom w oczy, rozmawiać z biedronkami, cykać ze świerszczami, tańczyć na wiatru nosie. Skakać po kwiatów kielichach, zbierać słodycz nektaru, upijać się miodem o zmierzchu, kołysząc księżycem do snu. Poznać deszczu zapach, w strugach kąpać nadzieję, tęczę założyć na niebo, na szyję korale z pereł. Samotnie czekać pod drzewem, wiewiórkom łupać orzechy, ptakom opowiadać historie i fruwać”. Szepcząc trzepotem.
[04:11:20] - To piękny, wręcz sielankowy obraz przyrody z nutką nostalgii towarzyszącej nam często samotności. Na ile próbuje pani dorównać swoim mistrzom? Rozumiem, że jednym z nich jest właśnie przytoczony w tytule Leopold Staff.
[04:11:41] - Tak. Jestem bardzo wielką miłośniczką poezji Leopolda Staffa, ale myślę, że to wynika z tego, że ta poezja Staffa jest bliska właśnie mojemu codziennemu światu. Myślę tutaj o mojej wsi, w której się urodziłam, żyję i raczej nie zamierzam jej opuszczać. Po prostu ta nasza polska wieś przepełniona zapachami, kolorami jest chyba najlepszą inspiracją do pisania wierszy. Nie zamierzam w ogóle nawet porównywać się z żadnym z moich tak zwanych mistrzów poezji, bo po prostu nie mogę się porównywać. Nie mam takiego prawa, żeby się porównywać. Dlatego napisałam wiersz „Być jak Leopold Staff”, bo bardzo bym chciała być jak Leopold Staff.
[04:12:37] - Ja tego bardzo życzę. A Państwu przypomnę, że pani Agnieszka mieszka rzeczywiście w cudownym miejscu, w Borach Tucholskich. Jest tam naprawdę co podziwiać. Maj to chyba jeden z najbardziej ukochanych miesięcy poetów. Jego urokowi nie oparła się również i pani. Nie będę siliła się tutaj na analizę wiersza. Po prostu poproszę panią autorkę o kilka refleksji związanych z tym majowym opisem świata.
[04:13:12] - „Maj. W alejkach kwitną kasztany. Bzy otwierają swe bystre oczy. Koniczyna czterolistna z kroplą rosy. Jak na obrazie impresjonisty. Brzęczą pszczoły w sadach. Spod filiżanek kwitną jabłonie. Lekko przysiada ważka. W wazonach niezapominajki. Na strychu opadłym kurzem wciera się ciepły promień.
Na stare, pożółkłe pamiętniki. Albumy wypchane wspomnieniami. Akordeon, co stoi w kącie. Niedaleko drogi chylą się ku polom drzewa. Na skraju lasu gromada saren. W konarach siedzi gawron. Od jezior wiatr niesie kłapanie głuszca. Rzepaków mdły zapach. Zachód słońca. Maj zalotnie spogląda na odkryte ramiona.
Kolana spod krótkich spódnic i zwiewne w swej lekkości suknie. Plastyczność form i kolorów”. Oj maj. Maj to jest tak jak właśnie w wierszu. Brzęczą pszczoły w sadach, zaczynają kwitnąć kasztany. Ten taki symbol polskich matur. Ale maj to także miesiąc moich urodzin.
[04:14:56] - To teraz się wszystko wyjaśnia.
[04:14:59] - Właśnie. Teraz już się wszystko w ogóle posypało.
[04:15:04] - W każdym razie rozumiem, że jest to miesiąc przez panią bardzo lubiany.
[04:15:11] - Bardzo lubiany. Ja myślę, że chyba ukochany albo nawet i najukochańszy, bo ten kwiecień to jest dopiero takie rozbudzanie się przyrody, a maj to już jest takie rozbuchanie się tej przyrody. Ale w wierszu zawarłam też takie właśnie dla mnie ważne słowa „albumy wypchane wspomnieniami”.
[04:15:39] - O, właśnie.
[04:15:39] - „Akordeon co stoi w kącie”. Tak, bo nie wiem dlaczego, ale-
[04:15:46] - Piękne metaforę.
[04:15:47] - Moja rodzina cała jest właśnie związana z wsią. I to są moje wspomnienia, też te z dzieciństwa. Tej naszej polskiej prostej, zwykłej, ale niesamowicie magicznej wsi. I ten akordeon, który zawsze dziadek brał i nam przygrywał przy różnych spotkaniach. Dziadek, potem mój tata.
[04:16:11] - Zrobiło się nam tak nastrojowo, nostalgicznie, magicznie wręcz. W takim razie zapytam o inny wiersz. Z nieukrywaną przyjemnością odniosę się do pani wiersza „W lustrze”. Tu również jest francuski tytuł, ale ja już sobie przetłumaczyłam i nazywam ten wiersz po prostu „W lustrze”. To srebrna tafla, która tworzy w naszych umysłach niesamowite obrazy. Zastanawiam się, co też możemy odnaleźć, zaglądając w głąb lustra. Proszę nam opowiedzieć, co pani dojrzała w magicznym zwierciadle.
[04:16:52] - „Dans le miroir. W lustrze. Odbicie rysów naszkicowanych węglem. Delikatne zamyślenie zbiera z równej tafli rozmyte cienie minionej nocy. W lustrze prościej zdobywa się świat. Gra role, nakłada maski. W lustrze widać wyraziściej”. Codzienność uchyla magię tańczących z pozytywek baletnic. Znajome kształty, dalekie ideały. Stojąc na krawędzi optycznych złudzeń.
W tym magicznym zwierciadle dostrzegłam przede wszystkim tę dwulicowość naszych, niestety niezmiernie trudnych czasów. Tę naszą trudną rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Stąd właśnie też wiersz „W lustrze”. To, że w lustrze możemy odgrywać różne role, przywdziewać różne maski, odgrywać niesamowicie dla nas fantastyczne, z pogranicza jawy i snu sceny. Co kryje się w naszych lustrach?
[04:18:26] - Niby stojąc przed lustrem widzimy siebie, ale nie widzimy swojego wnętrza, a chcielibyśmy się przejrzeć aż na wylot. Wróćmy w takim razie do przyrody. Pory roku to temat ograny, opisany na tysiące sposobów, a jednak udało się pani tknąć w wizję wiosny czy jesieni własny, niepowtarzalny klimat. Którą porę roku uważa pani za najbardziej sprzyjającą poetom, dającą im możliwość wykazania się lirycznym kunsztem?
[04:19:03] - „Jesienne myśli”. W moich jesiennych myślach papierowe motyle rozgrywają teatralne sceny. Radość ucieka zdrobnieniom, a nostalgia chowa się za puchowym płaszczem, zgrabnie roztrząsając intymność chłodu. Przez myśli jesiennych poranków przedziera się zapach wrzosów tkanych na wzór obrazów impresjonisty, gdzie szelest liści zagłusza echo odbijanych od ścian kroków. W jesienne myśli układa się spokój nowych dni. Krzątać się będą jak stara gospodyni. Ja myślę, że każda pora roku niesie ze sobą jakieś takie pierwiastki magiczne, że pozwalają nam się zainspirować. Chociaż moja, tak jak wspomniałam, jest właśnie wiosna, lato. To są te pory, w których jakoś bardziej to na mnie odgrywa ważniejszą dla mnie rolę i jest głębszą inspiracją do tworzenia.
[04:20:27] - Czyli jesień to już jest taka schyłkowa część roku, prawda?
[04:20:32] - To już jest taka bardziej nostalgia.
[04:20:35] - Tak.
[04:20:35] - Chowanie się pod tymi ciepłymi kocami i myślę, że chyba też najwięcej takich wierszy przytłaczających, może nawet i tragicznych w tym czasie powstaje.
[04:20:55] - To jest może i prawda. Chociaż powstają też niektóre piękne, jak „O szyby deszcz dzwoni”, „Deszcz dzwoni” jesienny. Też bywa pięknie. W pierwszej części tomiku zatytułowanego „Iluzja” poruszamy się w takim przyjaznym środowisku. Jest tam las, łąka, rzeka, pola, pszczoły i cisza. Tylko gdzieniegdzie natkniemy się na relacje międzyludzkie, jakieś wzmianki o bliskości, uczuciach. Wyjątkiem są wiersze dedykowane Romie Ligockiej. Proszę mi powiedzieć, czy stało się tak za sprawą przedstawianych w jej powieściach tematów, czy też może istnieje inny powód, dla którego składa pani takie wyrazy sympatii, dedykując autorce, pisarce, malarce aż dwa wiersze?
[04:21:56] - Nie ukrywam tego, że bardzo, ale to bardzo i najczęściej inspiruje mnie właśnie proza Romy Ligockiej. Pisarki niezwykle emocjonalnej, która niby jakoś nadzwyczajnie nie pisze, nie posługuje się jakimś wysublimowanym językiem, ale w tej narracji jest tyle emocji. Nie da się ukryć też jej przeżycia, jej wspomnienia. To, co przeszła w przeszłości jako dziecko i to, co opisała, ma na mnie niesamowity wpływ i najczęściej właśnie inspirują mnie jej książki. Bo wystarczy, że gdzieś w jakimś jej opowiadaniu, prawie wszystkie książki przeczytałam Romy Ligockiej, pojawi się jakieś zdanie, jakaś fraza i ja już po prostu gdzieś dostaję jakąś iskierkę i już siadam i piszę.
[04:23:10] - Czyli jest to pisarka, osoba, osobowość dla pani bardzo ważna w życiu. Tak?
[04:23:17] - Bardzo ważna.
[04:23:18] - To bardzo dobrze, że mamy takie wzorce, do których lgniemy, które podziwiamy. Zauroczyła mnie metafora Intensywność świata nie ma dla mnie znaczenia. W wierszu z listu odsłania pani niewielki, ledwie dostrzegalny strzępek własnych uczuć. W tym utworze po raz pierwszy mówi pani o osobie, która jest pani bliska. Myślę, że to ważna dla pani postać. Czyli liczy się tylko najbliższy krąg, w którym pani się obraca. A o świat się pani nie martwi?
[04:24:01] - Powiedziałabym, że o świat się martwię, ale trochę. A jednak ważne i najważniejsze jest dla mnie rodzina. Moi najbliżsi. Tu właśnie w listu przywołuję obraz i wspomnienia związane z moją babcią, która już nie żyje i do dzisiejszego dnia nie mogę sobie darować tego, że nie zdążyłam się po prostu z nią pożegnać, kiedy odchodziła. I stąd właśnie ten wiersz.
[04:24:31] - Bardzo piękny hołd. Również muszę przyznać.
[04:24:37] - Lunatycy. Żyjemy ciągle z przypisami. Doczepioną maleńką gwiazdką w górnym prawym rogu, z niedopitą kawą, niedoczytaną książką, chybotliwym poczuciem bezpieczeństwa. Żyjemy ciągle po omacku, z niekompletnymi instrukcjami obsługi, pozornie przepływającymi przez palce systemami względności. Na chwilę rozmyci. Żyjemy ciągle po coś, bez umiejętności głębszych wdechów. Umieramy ciągle niedokończeni.
[04:25:23] - W drugiej części zbioru wierszy zaczyna się jakoś jakby zaludniać, co zresztą jest chyba zgodne z tytułem „Życie”. Poznajemy emocje podmiotu lirycznego. Jest przeżywanie pragnienia, codzienność. Uważa pani, że bez opisu ludzkich emocji trudno jest komunikować się z czytelnikiem?
[04:25:51] - Tuż obok byłeś. Trzynastego maja zgubiłam zegarek. Zimno było jak diabli. Pamiętam dokładnie. Odzyskałam poczucie czasu, gdy przez mozaikę kolorowych szkiełek dostrzegłam brzemienną jabłoń rosnącą tuż obok. Pobiegłam rozsmakować się w soczystym miąższu zatrzymanych sekwencji. Próbuję dostrzec twoje szczęście w chaosie krzyków. Wyciągasz tylko ręce i niemym wzrokiem budujesz ciągnące się oczekiwania. Zamknęłam ten rozdział na dobre. Chcę zapomnieć ciebie tuż obok.
Myślę, że tak. I to nie tylko na gruncie poezji, ale i prozy. Chociaż gdyby tak to też zestawić z innymi gatunkami, to myślę, że w każdym jednym gatunku literackim najważniejsze są emocje do komunikowania, do tego dyskursu z czytelnikiem, z odbiorcą naszych treści.
[04:27:06] - Bo właśnie w pierwszej części jest więcej takiej pochwały najbliższego środowiska, ja bym to powiedziała. Zresztą bardzo pięknej pochwały. A już w drugim widzę, że pojawiają się te takie nasze zwykłe, codzienne emocje i sprawy związane już choćby nawet z najbliższymi naszymi. Od piętnastu lat prowadzi pani blog Recenzje Agi. Proszę krótko opowiedzieć nam o tej pani działalności.
[04:27:40] - Od ośmiu lat prowadzę.
[04:27:42] - Ja się przejęzyczyłam. Przepraszam.
[04:27:44] - Tak, od ośmiu lat. W styczniu miałam taki właśnie mały jubileusz, ośmiolecie mojego bloga. Aczkolwiek teraz już też odchodzę od tego tradycyjnego formatu bloga. Bardziej skupiam się na social mediach, czyli na Facebooku i na Instagramie. To jest miejsce, w którym przynajmniej staram się jak najlepiej tylko umiem i jak najlepiej pozwalają mi na to i mój czas i jakieś tam moje środki na promowanie literatury, szczególnie z naciskiem na literaturę polską, naszych rodzimych pisarzy.
[04:28:36] - Rzeczywiście recenzji pani ukazuje się dosyć dużo i sama śledząc blog zauważyłam, że zmieniła się jego konwencja. Większy jest nacisk na obraz, na krótkie fragmenty, cytaty niż na wyrażanie pani opinii. Jest to z samej rzeczy dosyć ciekawe.
[04:29:03] - Tak, bo zmieniają się odbiorcy naszych treści. Dlatego bardzo dużo teraz przenosi się do Facebooka, do Instagrama. Te takie tradycyjne blogi właśnie powoli odchodzą już do lamusa.
[04:29:22] - No właśnie, a czy nie uważa pani, że jest to może też troszeczkę, powiedzmy sobie, idące w złym kierunku, ponieważ my jakbyśmy się cofali. Zaczynamy hołdować kulturze obrazkowej. Szybko, krótko. I z taką dynamiką. A przecież nie wszystko możemy załatwić szybko, krótko i dynamicznie. Nie mamy czasu wtedy na zastanowienie się, na pomyślenie, głębszą analizę. Ja osobiście uważam, że chociaż wiersz jest krótką formą, ale o dużym ładunku emocjonalnym, to uważam, że jednak za mocno hołdujemy tej skrótowości w dzisiejszych czasach.
[04:30:12] - Tak, to prawda, ale ja myślę, że niestety to chyba raczej się już nie zmieni. Z tego, co widzę w ostatnim czasie, w ogóle ostatnie lato, czyli ten okres dla nas, ten czas bardzo ciężki, ten pandemiczny, gdzie cała promocja literatury czy czegokolwiek przeniosła się do sieci. To są właśnie treści krótkie, zwięzłe, na temat. I tak jak pani wspomniała, kultura obrazkowa niestety, ale zaczyna rozkwitać.
[04:30:51] - No właśnie, jest to jakieś wtórne. Ale zobaczymy, może rzeczywiście będzie to dobry kierunek świata. Pani Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę, za piękne przeczytanie swoich utworów. Mam nadzieję, że zachęciliśmy naszych słuchaczy do sięgnięcia po pani zbiór poezji „Illusion de vie”. Anagram jeszcze dostępny. Można szukać. Ja zachęcam do nabywania, czytania, poznawania. Naprawdę warto. Zachęcam też do odwiedzania na Facebooku i na Instagramie Recenzji Agi. Życzę pani wielu sukcesów i wszystkiego dobrego.
Dziękuję. Do widzenia.
[04:31:46] - Bardzo dziękuję również za zaproszenie i życzę wszystkim przede wszystkim zdrowia i siły do tego, żeby tworzyć, cokolwiek to nie jest i w jakim kierunku, ale żeby się rozwijać. Życzę wszystkim wszystkiego dobrego.
[04:32:05] - Dziękujemy jeszcze raz i żegnamy naszych słuchaczy. Dobranoc.
[04:32:11] - Dobranoc.
[04:32:16] - Tak, proszę państwa, to już koniec na dzisiaj. Pięknie państwu dziękuję. Udało mi się dotrwać do końca, nie rozciachawszy sobie języka na kilka części o własny ząb notabene. Jutro się wszystko zmieni. Jutro pójdę do dentysty. Dawno nie było tak, żebym marzył o wizycie, ale nie pozostaje mi nic innego, więc marzę o tej wizycie. Udało się jakoś przetrwać. Mam nadzieję, że mówiłem na tyle wyraźnie, że mnie państwo rozumieli.
[04:32:47] - A swoją drogą Marku, zobacz, jak dużo rzeczy się zmienia. Za młodego trzeba człowieka ciągnąć do dentysty. Mnie na przykład musiał ciągnąć cały punkt wojska. A w pewnym momencie następuje takie „pstryk” w głowie i człowiek nie dość, że sam z własnej nieprzemuszonej woli zaczyna tam chodzić, to jeszcze sam sobie za to wszystko płaci.
[04:33:09] - Tak, a w dodatku zaczyna pojawiać się taka myśl, że każdy ząb na wagę złota. Ale do tego akurat jak do whisky trzeba dojrzeć. Cóż, proszę państwa, pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję, za towarzystwo. Życzę wspaniałego weekendu. Życzę wszystkiego dobrego. I cóż, dobrej nocy i do spotkania w przyszłym tygodniu na kolejnym Bibliotekarium 2.0.
[04:33:38] - A mówił do słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.