Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Do okładki dzisiejszego odcinka „Płanetnik” i UFO, latające spodki. Znak to, że będzie dzisiaj niezły kosmos, proszę państwa. Rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Minęły święta, minął Sylwester, jesteśmy w nowym roku. To już dzisiaj audycja prawie w normalnych wymiarach. Tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj różne wydawnictwa. Termin wydania mniej więcej podobny, około połowy stycznia. Pierwsza pozycja, którą chciałbym państwu zarekomendować, została wydana przez wydawnictwo Albatros. Premiera 15 stycznia. Tytuł „Gdy tylko cię ujrzałam”. Autorka?
No właśnie. I mam problem, jak to przeczytać. Paige? Chyba Paige. Paige Toon. Zobaczmy, co pisze wydawca. Zwrócić na siebie czyjąś uwagę to nic wielkiego, ale zakochać się to może być wyczyn. Kiedy Hannah spotyka Sonny'ego, nie może się oprzeć sile jego przyciągania. Jest seksowny i pewny siebie. I przyjechał tu tylko na wakacje.
A dla Hannah, która nie bawi się w długodystansowe związki, to najlepsza opcja. Na szczęście dla niego także. Zanim jednak tych dwoje zdąży się choćby pocałować, chłopak otrzymuje szokującą wiadomość, która zmienia w jego życiu wszystko i sprawia, że nie będzie w nim miejsca nawet na przelotny romans. A skoro ta możliwość nie wchodzi w grę, Hannah i Sonny postanawiają zostać przyjaciółmi. Ich uczucia stają się jednak gorętsze z każdym dniem lata i oboje zaczynają się zastanawiać, czy jest sens stawiać sobie ograniczenia. Tylko czy jeśli zdecydują się zburzyć mur, który między sobą wznieśli, spodoba im się to, co zobaczą po drugiej stronie? To, proszę państwa, była polecanka książki Paige Toon „Gdy tylko cię ujrzałam”. Przypomnę wydawnictwo Albatros, a książka pojawi się na rynku 15 stycznia tego roku. Kolejna książka to książka dla bibliofili. Tak, bez wątpienia dla ludzi, którzy lubią piękne wydania książek w twardej oprawie i nie tylko.
Takie, które naprawdę zachwycają jako przedmioty. Nie tylko swoją treścią, ale są po prostu pięknie wykonanymi przedmiotami. Jaka to książka? A znacie ją pewno państwo przynajmniej w sporej większości. To książka Stephena Kinga „Miasteczko Salem”. Książka w sztywnej oprawie z barwionymi brzegami, które niejako przechodzą płynnie z okładki. Naprawdę ta książka jest przepiękna. Zajrzyjcie państwo do internetu, chociażby na stronę Prószyński Media albo na stronę Empiku. Tam państwo tę książkę będziecie mogli zobaczyć. Ta książka pojawi się na rynku 14 stycznia tego roku.
No i wierzcie mi państwo, mnie ona zachwyca. Samą książkę Stephena Kinga oczywiście lubię, ale czytałem ją już bardzo dawno w takiej wersji bardzo prostej. Natomiast ta wersja naprawdę rzecz dla bibliofili. Pewno państwo, tak jak powiedziałem, znacie „Miasteczko Salem”, ale dla porządku oczywiście przeczytam rekomendację wydawcy. Specjalne wydanie bestsellerowego horroru „Miasteczko Salem”, który w 2025 roku obchodzi 50. rocznicę publikacji. W oprawie zintegrowanej i z barwionymi brzegami. Po śmierci żony Ben wraca do Jerusalem w stanie Maine, gdzie spędził kilka lat jako dziecko. W drodze do miasteczka zatrzymuje się na chwilę w starym domu Mastenów. Ben przeżył tam coś przerażającego, ale nigdy do końca nie zrozumiał, co się wtedy stało.
Miejsce wygląda tak samo, jak mężczyzna zapamiętał. Ben rozważa nawet wynajęcie domu, pomimo że budynek jest brudną ruiną. Uważa, że w ten sposób zamknie niedokończone sprawy. No i chce napisać naprawdę przerażający horror. A gdzie łatwiej będzie się wczuć w straszliwą atmosferę? Niestety rezydencja została niedawno sprzedana, więc Ben wynajmuje pokój w pensjonacie. Z biegiem czasu w miasteczku zaczynają się dziać złe rzeczy. Dzieci i dorośli znikają bądź umierają w dziwnych okolicznościach. Jedna śmierć pociąga za sobą drugą. Czyżby Salem było nawiedzone przez złe moce?
Ludzi ogarnia strach. Jedynie Susan, przyjaciółka Bena, twierdzi, że opowieści o wampirach to bajki. Problem w tym, że racjonalne podejście zawodzi ją na całej linii i dziewczyna sama staje się żądnym krwi monstrum. W konsekwencji Ben musi stanąć do walki nie tylko z niedawną sojuszniczką, ale i całą armią wampirów. Przypomnę, to był opis książki Stephena Kinga „Miasteczko Salem”. Opis przy okazji wydania specjalnego, bestsellerowego, super, hiper Najfajniejszego na świecie wydania książki z barwionymi brzegami, twardą oprawą i w ogóle. Trochę się zaczynam motać, ale naprawdę zerknijcie państwo jak to wygląda. Moim zdaniem naprawdę sympatycznie. A przypomnę premiera 14 stycznia. Tradycyjna trzecia propozycja.
Data premiery 15 stycznia, wydawnictwo Ale. Tytuł angielski „This is forever”. Autorka Jennifer Armentrout. Zerknijmy, co na temat tej pozycji pisze wydawca. „Gdy serce wybiera raz, to wybór na zawsze. Zamknięci w czterech ścianach muszą się zmierzyć ze swoimi uczuciami. Sydney od zawsze kocha Taylora, swojego najlepszego przyjaciela i notorycznego łamacza serc. Mimo że ich przyjaźń trwa od lat, Sydney nigdy nie odważyła się mu tego wyznać, obawiając się, że może go stracić. Z kolei Taylor, choć darzy Sydney głębokim uczuciem, trzyma to w ukryciu przekonany, że nigdy nie będzie dla niej wystarczająco dobry. Kiedy para przyjaciół niespodziewanie zostaje odcięta od świata w domku w górach, ich wzajemne emocje zyskują nowe oblicze i rozgrzewają lodowate otoczenie.
Ale nadciąga także coś o wiele bardziej złowieszczego niż burza śnieżna. Czy Sydney i Taylor znajdą odwagę, by postawić wszystko na jedną kartę?” To była książka „This is forever”, Jennifer Armentrout, wydawnictwo Ale! Ale z wykrzyknikiem. Ta książka pojawi się na rynku 15 stycznia. I to, proszę państwa, wszystkie polecanki na dzisiaj. Jak państwo zapewne zauważyli, dwie z tych pozycji to takie pozycje o miłości, o wielkim uczuciu. Ta druga z wątkiem sensacyjnym. I trzecia to klasyka horroru. A teraz już tradycyjnie rozpoczynamy korepetycje filozoficzne. Może zacznę od takiego cytatu.
„Jeśli chodzi o nowoczesność, nie mamy lepszej alternatywy niż przyjęcie naukowego obrazu świata”. To jest zdanie z wywiadu z Wojciechem Sadym. Ten wywiad z Wojciechem Sadym to wywiad, który tradycyjnie zaczerpnąłem z dwumiesięcznika „Filozofuj”. A Wojciech Sady to jeden z najwybitniejszych polskich filozofów nauki. Cóż jeszcze muszę dodać? Dodać muszę, że wywiad ukazał się, tak jak powiedziałem, w dwumiesięczniku „Filozofuj” w zeszłym roku w numerze trzecim. Tekst tradycyjnie jest dostępny na licencji uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska, więc nie od rzeczy jest powtarzanie, że zaciągnięty prosto z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Wojciech Sady ukończył w 1977 roku fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, natomiast doktorat, habilitację oraz tytuł profesorski uzyskał na podstawie prac z filozofii nauki. Od 2001 roku jest profesorem nauk humanistycznych. Obecnie pracuje w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Śląskiego.
Studiuje historię fizyki i stara się na tej podstawie zrozumieć, jak i dlaczego rozwija się wiedza naukowa. Napisał też cztery tomy z serii „Dzieje religii, filozofii i nauki”. Obecnie pracuje nad piątym, obejmującym okres od 1650 do 1750 roku. Od 2022 roku swoje wykłady umieszcza na YouTube, gdy może wędruje z namiotem po Beskidach i innych miejscach, najlepiej odludnych. A zatem zapraszam państwa raz jeszcze na korepetycje filozoficzne, na wywiad z Wojciechem Sadym, jednym z najwybitniejszych polskich filozofów nauki. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w numerze trzecim z zeszłego roku. Powtarzam to tak natrętnie, ale w końcu ta licencja uznanie autorstwa do czegoś zobowiązuje. Ja nie ukrywam, proszę państwa, że trochę wahałem się przed zaprezentowaniem państwu tego wywiadu, bo poglądy, które prezentuje pan profesor są mi obce. Są mi obce, ponieważ troszeczkę inaczej spoglądam na racjonalność i troszeczkę inaczej spoglądam na pewne problemy tego świata, państwo się zorientujecie w trakcie czytania, o co tak naprawdę chodzi. Pan profesor reprezentuje pewien ogląd świata, który jak powiedziałem, nie do końca jest mi z nim po drodze.
Myślę, że sporej części z państwa również. Pan profesor przytacza tam różne przykłady, między innymi pisze coś o paranormalności, o tym, że pewnych rzeczy naukowy światopogląd nie może zaakceptować. Trochę się dziwię, ale każdy ma prawo do swojego poglądu i myślę, że dobrze jest od czasu do czasu wysłuchać takich tekstów, żeby zobaczyć, na własnej skórze przekonać się, jak myślą ludzie myślący od nas inaczej. To jest zawsze ciekawe doświadczenie. Nie musicie się państwo zachwycać wszystkimi poglądami pana profesora, ale noblesse oblige. Pan profesor ma taką wiedzę, że stać go na to, żeby dokonać wyboru. Dokonał takiego, a nie innego. Niektóre podawane przez pana profesora przykłady wydają mi się co najmniej zastanawiające albo co najmniej kontrowersyjne. Ale jeszcze raz namawiam państwa do tego, że jeśli nawet państwo z profesorem Sadym się nie zgadzacie, to posłuchajcie, bo tak myślą ludzie którzy inaczej patrzą na świat. I lepiej posłuchać spokojnego wywodu pana profesora niż wrzasków, że wszyscy, którzy na przykład nie wyznają jakiegoś poglądu albo nie wyznają tego, że należy sobie robić auć w rączkę, to są wariaci.
Nie. Posłuchajmy spokojnie. Pan profesor argumentuje. Niekoniecznie z tą argumentacją się trzeba zgadzać, ale przynajmniej robi to w sposób spokojny i nie wrzeszczy na nas, co już jest pewnym osiągnięciem. Jeszcze raz zapraszam państwa do lektury w moim wykonaniu, do lektury artykułu, a właściwie wywiadu z panem profesorem Wojciechem Sadę. A teraz już przechodzimy do wywiadu. Pytanie: racjonalność poznawcza to ważna kategoria epistemologiczna. Nierzadko przyjmuje się, że jej kryteria kształtowały się w ramach refleksji nad nauką. Czy rzeczywiście nauka dostarcza paradygmatycznego wzorca racjonalności? Wojciech Sady: słowa racjonalność używa się na wiele różnych, choć spokrewnionych ze sobą sposobów.
Można któryś z nich wybrać jako podstawowy, nie jako ten, który oddawałby domniemaną istotę racjonalności, ale jako ten, który dla prowadzonych rozważań będzie wyznaczał układ odniesienia. Naszym życiem kierują pewne pragnienia i lęki. Z jednymi przyszliśmy na świat, inne są wynikiem procesu socjalizacji i tego, co nam się dotąd wydarzyło. Z jednej strony chcemy coś osiągnąć, z drugiej uniknąć zagrożeń, a w jakimś stopniu od naszych starań zależy, w jakiej mierze uda nam się i jedno, i drugie. Trzeba podjąć pewne decyzje, wybrać sposoby postępowania i to można uczynić mądrze bądź głupio, a inaczej mówiąc, być w wyborze środków racjonalną, racjonalnym bądź nieracjonalną, nieracjonalnym. Wybieramy spośród sposobów postępowania dostępnych w danym czasie na rynku idei. Sporadycznie tylko się zdarza, że ktoś odkrywa nowy sposób. Rozważmy prosty przykład. Niegdyś w Europie podczas burzy, aby chronić się przed uderzeniem pioruna, bito w dzwony kościelne, zapalano w domach gromnice i tak dalej. Niczego innego nie dało się wymyślić.
W 1750 roku pojawiły się wieści o badaniach Benjamina Franklina nad elektrycznością i wynalezionym przez niego piorunochronie. Odtąd można było wybierać, czy zgodnie z wierzeniami oraz zwyczajami przodków uważać pioruny za przejaw gniewu Bożego i szukać zabezpieczenia w modlitwie, czy uznać je za wyładowania elektryczne i zabezpieczyć domy żelaznym drutem, który rozciągniemy nad dachem, a jeden z końców zakopiemy w ziemi. Badania Franklina umożliwiły to, że kilkadziesiąt lat wcześniej narodziła się fizyka nowożytna. Wzorzec przekonań, które ostatecznie określono mianem naukowych. Ten przełom znalazł swoją kontynuację. W pierwszej połowie XVIII wieku do zakresu udanych zastosowań fizyki włączono elektryczność. W drugiej połowie XVIII wieku narodziła się chemia, a w XIX wieku geologia, termodynamika, elektrodynamika, a wreszcie biologia. Pomijam w tym zestawieniu matematykę, absolutnie podstawowy składnik naukowych stylów myślowych, która sama nie dostarcza wiedzy o przyrodzie. Do XVIII wieku wynalazki w technice, rolnictwie i medycynie powstawały na podstawie wiedzy potocznej, jaką w trakcie praktyki zawodowej zyskują wytwórcy. Od XIX wieku nie dokonano bodaj ani jednego ważnego wynalazku, który nie byłby udanym zastosowaniem zgromadzonej wcześniej wiedzy, wiedzy naukowej.
Wielki przełom nastąpił w ciągu 40 lat poprzedzających wybuch I wojny światowej, gdy zbudowano pierwsze elektrownie i silniki benzynowe. Bakteryjna teoria chorób zakaźnych doprowadziła do wynalezienia pierwszych szczepionek. Odkrycie promieni X umożliwiło między innymi podjęcie walki z gruźlicą. Odkrycia Fritza Habera pozwoliły zaś na uzyskanie nawozów azotowych. Postępy nauki skutkujące kolejnymi wynalazkami trwają do dziś. Rezultaty są uderzające. W 1900 roku średnia długość życia ludzkiego wynosiła 32 lata. Prawie połowa dzieci umierała, a niewielu dorosłych dożywało sześćdziesiątki. Dziś wynosi 73 lata. Żyło nas wtedy 1,6 miliarda, a większość głodowała.
Dziś jest nas 8 miliardów, a żywności mamy więcej, niż potrzebujemy. Ponad połowa ludzkości żyje w krajach mniej lub bardziej demokratycznych. Drastycznie zmniejszył się procent tych, którzy są ofiarami wojen. Najcięższe prace fizyczne wykonują za nas maszyny. Mamy płatne urlopy i wolne soboty. Przynajmniej jeśli chodzi o nasze pragnienia doczesne i unikanie doczesnych zagrożeń nie mamy zatem lepszej alternatywy niż przyjęcie naukowego obrazu świata. W tym sensie racjonalność naukowa jest wzorcem wszelkiej racjonalności. Gdy konkurują ze sobą przekonania na pewien temat, racjonalnie jest wybrać te, które spełniają kryteria naukowości, a w praktyce, które głoszą naukowcy zatrudnieni na najlepszych uniwersytetach. Gdy naukowych przekonań na dany temat brak, racjonalne jest wspieranie tych, którzy prowadzą stosowne badania Pytanie: czy model racjonalności poznawczej właściwy dla nauki daje się bez korekt, niekiedy istotnych, stosować w innych dziedzinach? Wojciech Sady.
Poza tym, że chcemy żyć dostatnio, długo, bezpiecznie i tak dalej, musimy dokonywać wielu innych wyborów. Czy zawrzeć związek małżeński? A jeśli tak, to z kim? Jaką partię polityczną poprzeć? A może samemu włączyć się w jej działalność? I tak dalej. Tu nauki przyrodnicze nam nie pomogą, a psychologia i socjologia nadal nie zyskały statusu naukowego. Czy jeśli zyskają, pomogą nam w dokonywaniu racjonalnych wyborów osobistych lub politycznych? Nie sposób tego przewidzieć. Tu rodzi się koszmarna wizja ludzi sprowadzonych do rangi automatów naukowo sterowanych przez grupę cwaniaków.
Uleganie na co dzień naszym pragnieniom i lękom wiedzie nas do zachowań, które mamy skłonność uznawać za irracjonalne. Czy można uczynić się bardziej racjonalnymi na podstawie wiedzy potocznej? A może czegoś, co nazywa się mądrością życiową? Zarówno znana nam, bo naukowo zbadana historia ludzkości, jak i refleksja nad obecnym stanem świata ludzkiego nie pozwalają nam na optymizm pod tym względem. Pytanie: do jakich sfer poza wymienionymi w pana pracy spór o racjonalność naukową od Poincarégo do Laudana dałoby się stosować tę kategorię? Wojciech Sady. Nie wiemy, czy na faktach doczesnych sprawy się kończą. Religie zapewniają nas, że jest coś więcej i tylko dla tego czegoś warto żyć. Ale czy możemy w racjonalny sposób wybrać któreś z wierzeń religijnych? Argumenty Blaise'a Pascala odwołujące się do spełnionych proroctw i do cudów nie wytrzymują konfrontacji z badaniami naukowymi.
Pozostaje zakład Pascala. Jeśli uwierzysz, masz szansę zyskać nawet nieskończenie wiele, a jeśli się przy tym pomylisz, to niewiele stracisz, bo na przykład doczesne przyjemności, z których katolicyzm każe ci zrezygnować, są w gruncie rzeczy bezwartościowe. Ale rachunek zysków i strat, jaki Pascal prowadzi, opiera się na całej serii wątpliwych założeń. Na przykład, że Bóg, jeśli jest, to zabawia tych, którzy w niego uwierzyli. Codzienne doświadczenia aż nadto dobitnie świadczą o tym, że niemal wszyscy ludzie uważający się za religijnych są tacy dlatego, że jako dzieci przyzwyczaili się do uczestniczenia w obrzędach religijnych. Takich, w jakich uczestniczyli ich rodzice czy wychowawcy. Takie przyzwyczajenie nie ma nic wspólnego z jakkolwiek pojętą racjonalnością. Badania naukowe, na przykład nad historycznością opowieści biblijnych, rozwiały wiele złudzeń, które niegdyś uchodziły za ważne składniki doktryn religijnych. W takich sytuacjach racjonalna jest rezygnacja z tych wierzeń i albo odrzucenie danej religii, albo jej modyfikacja tak, aby uzgodnić doktrynę z wiedzą naukową. Pytanie.
Można przyjąć, że dysponujemy rozmaitymi modelami racjonalności. Nie znaczy to jednak, że kategorię racjonalności da się zastosować do każdej dziedziny kultury działania ludzkiego. Jaki jest pogląd pana profesora w tej kwestii? Wojciech Sady. Częścią naszego życia bywa sztuka. Tworzenie dzieł literackich, malarskich czy muzycznych, bądź obcowanie z tymi, które stworzyli inni. Chciałbym utrzymać rozróżnienie na sztukę wysoką i niską, ale tak czy inaczej nie sądzę, aby wybory artystyczne mogły mieć coś wspólnego z jakkolwiek pojętą racjonalnością. Pytanie. W dyskusji nad nauką występuje nierzadko kategoria pseudonauki. Czy w przypadku domen określonych tym mianem, na przykład astrologia, parapsychologia, można zasadnie mówić o stosowaniu w nich kategorii racjonalności?
Wojciech Sady. Nadal na rynku idei krążą poglądy pseudonaukowe. Na półkach księgarskich jest pełno książek z zakresu parapsychologii, magii, okultyzmu i tym podobnych. Żywienie takich poglądów zaspokaja psychiczne potrzeby wielu ludzi. Natury tych potrzeb nadal nie udało się naukowo zrozumieć, ale wszystko wskazuje na to, że pseudonaukowe style myślowe będą się utrzymywać. Tym zaś, którzy myślą naukowo, pozostaje życzliwie się z tym pogodzić. Jednocześnie należy uświadamiać, komu się da, że poglądy pseudonaukowe są z punktu widzenia naukowego obrazu świata głęboko nieracjonalne, a z utilitrastycznego punktu widzenia bywają szkodliwe. Na przykład ruchy antyszczepionkowe. Pytanie. Historia jest sferą, w ramach której zajmujemy się poznaniem i działaniem.
Ta domena wymaga swoistego modelu racjonalności poznawczej i praktycznej. Dodatkowa trudność w przypadku filozofii wiąże się z tym, że w jej obrębie notorycznie mamy do czynienia z odmiennymi opcjami metafilozoficznymi. Czy w takiej sytuacji można by budować model uniwersalny racjonalności? Wojciech Sady: poza tym, że ludzie prowadzą badania naukowe, obcują ze sztuką, uczestniczą w praktykach religijnych czy w życiu politycznym, niekiedy też filozofują. Systemy filozoficzne, jakie powstały i powstają, są tak różne, że nie ma sensu pytać o racjonalność filozoficzną. Można pytać o racjonalność na przykład badań fenomenologicznych, ale też z ograniczeniami, bo nie ma jednej fenomenologii, ale cała rodzina poglądów i metod obejmowanych tą nazwą z uwagi na rozmaite pokrewieństwa między nimi. Pytanie, czy wybór między odmiennymi modelami racjonalności musi być arbitralną opcją, czy też może być jakoś motywowany? Wojciech Sady: racjonalność uniwersalna, ona sama w swojej istocie niepowstająca i nieginąca, nierozwijająca się i niewiędnąca, a wszystko, co w jakiejkolwiek dziedzinie racjonalnie uczestniczy w niej jakoś tak, że choć nasze sposoby życia i kultura wciąż podlegają zmianom, to tej racjonalności żadna zmiana nie dotyka. Wykorzystałem tu opowieść o pięknie z platońskiej „Uczty”. Oto marzenie senne filozofów.
Podobnie jak inne tego rodzaju marzenia, nigdy się ono nie ziści, a wszystko, co nam pozostaje, to po wittgensteinowsku się leczyć ze skłonności do takich marzeń. I to, proszę państwa, był wywiad z profesorem Wojciechem Sady. Proszę państwa, to po problemach filozoficznych skupmy się troszeczkę na problemach, tak mi się zrymowało, ufologicznych. A właściwie może nie do końca ufologicznych. Ja zapraszam państwa dzisiaj na podróż w przeszłość, na coś, co można by nazwać słowiańskim UFO. Na pewno zastanawiacie się państwo, ja również się nad tym zastanawiam, czy jakieś ślady kontaktów albo możliwych kontaktów dotarły do nas z przeszłości. Jakieś relacje, jakieś poszlaki tego, że nasi przodkowie, odlegli czasami, mieli kontakty z obcymi. Ja tego oczywiście nie wiem, ale jeśli się przegląda książki z dziedziny, nazwijmy ją demonologią ludową, to da się natrafić na pewne ciekawe obrazy, na pewne ciekawe sugestie, na pewne ciekawe postacie, które pojawiają się w demonologii ludowej. No to cóż, proszę państwa, zapraszam na podróż w przeszłość. Zapraszam na płanetników.
Zapraszam na historię o latawcach. No i mam wrażenie, że jeśli mówimy o różnych demonach powietrznych, to gdzieś blisko, bardzo blisko jest też UFO. Posłuchajmy zatem. Ta audycja pochodzi z mojego kanału Wehikuł Wyobraźni, na który nieustająco serdecznie zapraszam. Tam materiałów jest sporo dotyczących UFO, dotyczących innych, mam nadzieję, ciekawych zjawisk naszego i nie tylko naszego świata. Więc jeszcze raz serdecznie zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. A teraz już płanetnicy, latawce i UFO. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. We współczesnym świecie jesteśmy przyzwyczajeni do mnogości doniesień na temat UFO oraz kontaktów z załogantami owych wehikułów. Można te doniesienia traktować poważnie, można wkładać je między baśnie.
Niemniej jednak pewne jest to, że jest ich sporo. W takiej sytuacji warto zadać sobie pytanie: od jak dawna to wszystko właściwie trwa? To wszystko, czyli powtarzające się doniesienia o dziwnych obiektach i istotach przybywających z nieba. A wnioski, które nasuną się w wyniku poszukiwań odpowiedzi, mogą być naprawdę ciekawe. Zapraszam na kolejną audycję, w której przyjrzymy się śladom, jakie być może pozostawiły owe kontakty z obcymi w folklorze i demonologii ludowej na terenach Polski. Zanim jednak przejdę do tematu, przypomnę o opcjach wspierania, lajkowania, dzwoneczkowania i czego tam jeszcze. Wdzięczny będę również za udostępnianie audycji oraz informowanie ludzi zainteresowanych poruszaną tu tematyką o istnieniu kanału Wehikuł Wyobraźni. Zaczynamy. Czy wiecie państwo, czym była Magonia? Otóż Magonia to nazwa królestwa chmur, z którego mieli przybywać żeglarze powietrzni.
To były w średniowieczu wierzenia powszechne, ale ich powszechność nie sprawiała, że były akceptowane przez Kościół. W polemicznym traktacie karoliński biskup Agobard z Lyonu w 815 roku argumentował przeciwko magii pogody i królestwu chmur. Ten traktat nosił tytuł „O gradobiciu i grzmotach”. W swoim traktacie Agobard skarży się, że w jego regionie panuje powszechne przekonanie, iż istnieje kraina zwana Magonią, której mieszkańcy podróżują po chmurach na statkach i współpracują z Frankami, czytajmy burzycielami lub magami pogody, aby kraść zboże z pól podczas magicznie wzbudzanych burz. Agobard potępia takie wierzenia jako ignoranckie i obala je wieloma cytatami z Pisma Świętego, aby udowodnić, że tylko Bóg powoduje grad i grzmoty.
[30:27] - Zerknijmy, co pisał: „Widzieliśmy jednak i słyszeliśmy o wielu ludziach, którzy są owładnięci taką głupotą, doprowadzeni do szaleństwa przez taką głupotę, że wierzą i mówią, iż istnieje pewna okolica, która nazywa się Magonia, a z której nadlatują statki w chmurach. Na tych statkach plony, które spadły z powodu gradu i zostały utracone podczas burz, są transportowane. Jest oczywiste, że ci powietrzni żeglarze płacą za burze i zabierają zboże oraz inne plony. Wśród tych, którzy są tak zaślepieni głęboką głupotą, że wierzą, iż takie rzeczy mogą się zdarzyć, widzieliśmy wielu ludzi na swego rodzaju spotkaniu, pokazujących czterech jeńców, trzech mężczyzn i jedną kobietę, jak gdyby spadli z tych samych statków. Jak już powiedziałem, pokazali tych czterech, którzy byli skuci łańcuchami przez kilka dni, a zebranie takie w końcu zebrało się w naszej obecności, jak gdyby ci jeńcy mieli być ukamienowani. Wiele, wiele wieków później Charles Godfrey Leland, amerykański folklorysta, w swojej książce przytacza pewne opowieści o pochodzeniu Magonii i jej niewolnikach. Cytuję: Na niebie są bowiem miasta zbudowane przez czarownice i czarodziejów, którzy kiedyś zostali wygnani z raju lub opuścili ten świat, a stworzyli dla siebie inny świat w niebie. Ale nawet w niebie zachowują te złe uczucia, które miały i dlatego wybierają najgorszą pogodę, aby wyrządzić ludziom wiele złego. A potem wchodzą na statek i ładują go gradem. A wszystkie chmury, które widzimy, nie są chmurami powietrznymi, ale łodziami.
Później Charles Godfrey Leland pisał jeszcze: Lekkie, małe chmury, które przemykają w słońcu przy pięknej pogodzie, to małe łodzie, w których znajdują się dziewczęta i dzieci, które czarownice porwały i trzymają jako jeńców. Koniec cytatu. W folklorze i wierzeniach z innych części świata również odnajdziemy zaskakujące podobieństwa do współczesnych relacji o UFO. Są one nieprzypadkowe, mówi doktor Jacques Vallée, informatyk, astronom i jeden z najsłynniejszych ufologów. Jego zdaniem ludzie od zawsze spotykali się z latającymi talerzami, choć dawniej opisywano je jako boskie rydwany albo inne cuda na niebie. Również w polskim folklorze istnieje wiele wątków nasuwających otwarte skojarzenia z przybyszami z kosmosu. Interesujące w kontekście związków ze zjawiskami UFO są opowieści o latawcach, czyli demonach powietrznych, które nocami lądowały na ziemi pod postacią jasnych gwiazd, po czym zabierały upatrzonych sobie ludzi. Czy czegoś to państwu nie przypomina? W dodatku opowieści o latawcach bardzo często przywoływane były w kontekstach, że tak powiem, seksualnych, których nie brakuje przecież we współczesnych doniesieniach o UFO. Wystarczy wpisać w Google UFO kontakty seksualne, a wyskoczy państwu cała lista rozmaitych, mniej lub bardziej wiarygodnych przypadków.
Nie inaczej było we wcześniejszych wiekach. W pracy Podania polskie, ruskie i litewskie Lucjan Siemieński podaje następującą historię. Cytuję: Parobek, mając latawca, ożenił się i młodą pojął żonę. Żona kochała go, ale nie będąc kochaną nawzajem. Bolała na to, lecz smutek swój sama w sobie kryła. Pewnego razu poszła ze zbożem do młyna, ale we młynie było zawoźno. Musiała czekać długo. Na koniec młynarz ujęty grzecznymi słowy hożej młodcy pospieszył z mlewem i młodica, choć późno w noc wróciła do domu. Wchodzi do izby, a mąż na łóżku, a przy nim latawiec cudnej urody. Oboje całują i pieszczą się, chociaż mąż spał widocznie.
Żona, nic nie mówiąc, po cichu zdjęła prześcieradło i nakryła oboje, a sama legła na przypiecku. Wtem się schwyci latawiec i rzecze: Gospodaruj już sama. Ja nie będę ci więcej męża bałamucić. Pocałowawszy kochanka odeszła i nie wróciła nigdy więcej. Koniec cytatu. W tej samej pracy Lucjana Siemieńskiego czytamy o jeszcze innym przypadku związanym z tak zwanym latawcem. Jechał sobie po sprawunki wdowiec jakiś w góry, aż pod jedną wsią spotkał góralkę, co się podkasała wyżej kolan. Ucieszony podróżny rzecze: Czy nie poszłabyś do mnie na służbę? Dziewczyna odpowiedziała: Ja tam przyjdę do was. Woźnica zaciął konia, a podróżny na śmierć zapomniał o przyrzeczeniu góralki.
Porobiwszy swoje sprawunki, późno w noc wraca do domu. Wchodzi do izby, każe zapalić świecę i widzi góralkę na pościeli leżącą obok jego parobka. Rozgniewany więc krzyknął: Ty bezwstydniku, co obok ciebie robi dziewka? Parobek na to: Co się wam dzieje? Przy mnie nie ma nikogo. Pan idzie do świetlicy, dziewka za nim. Kładzie się na łóżku, ona koło niego. Żegna się, modli. Widziadło nie znika i ścigało go tak dalece, że w dzień nikogo nie widział. Za to wieczór, gdzie tylko się ruszył, ona za nim.
W takim ciężkim razie zasięgnął rady bab. Kadzono go różnymi ziołami, by to smarowano. Dopiero kiedy się okadził świńskim gnojem, widziadło znikło na zawsze. Koniec cytatu. Charakterystyczne dla demonologii ludowej były wszelkiego rodzaju demony powietrzne. Zwracam uwagę, że kolejne trzy historie, oprócz warstwy fantastycznej, niekoniecznie związanej z działaniami obcych, choć i tego nie można wykluczyć, zawierają nawiązania do wirów powietrznych, odlatywania, unoszenia się w tumanie kurzu, w słupie kurzawy. W pracy Kazimierza Władysława Wójcickiego „Klechdy. Starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi" czytamy: „Kiedy wicher kręci w kółko i suchym zamiata piaskiem, jest to taniec złego ducha. Zamykaj wszystkie wyględy w chacie, bo złe ci naruszy kości. A jeśliś odważniejszy i chcesz skarbu ze zgubą duszy, weź nóż nowy, poświęcony i w pośrodek tego wiru rzuć nim celnie i z zamachem.
Zuchwały młody parobczak, gdy mu szczyt stodoły bies w postaci wiru zerwał, gniewny utkwił nóż błyszczący, poświęcony w pośrodku tego wiru. I zaraz ujrzał, jak w kornej postaci bies stanął przy nim krzywy i drżący i pytał, co mu rozkaże. Napraw stodołę! — zawołał wieśniak, pałając cały od gniewu. Dół od kartofli napełnij złotem, przynieś do izby baryłę wódki, trzy duże połacie słoniny. Spełnię to wszystko. Wyjm nóż utkwiony, który mnie srodze dolega. Nie — krzyknął wieśniak. Zrób to najpierwej, co żądam. Bies dopełnił rozkaz cały, lecz wkrótce, kiedy z choroby umierał młody parobczak, wieśniacy obecni w chacie widzieli, jak stał przy głowie, czatując na jego duszę.
Wszyscy żałowali, a stary chrzestny rzekł z cicha: gdyby zamiast tych pieniędzy wystrzelił lepiej do biesa srebrnym guzikiem z prawego oka, byłby żył długo, poczciwie i nie stracił świętej duszy". W materiałach archiwalnych Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej czytamy taką oto ciekawą historię: We wsi była piękna panna. O jej rękę starało się wielu kawalerów, jednak ona za żadnego nie chciała wyjść. Pewnego razu pod jej dom zajechał czterokonnym wozem kawaler elegancko ubrany. Zapukał w bramę. Ojciec panny bramę otworzył. On zapytał: Czy mogę wejść? Gospodarz na to: Proszę bardzo. I zajechał pod dom. Furman strzelił z bata, a konie na dwóch nogach stanęły do góry.
Panna wyleciała i ukłoniła się. Gościu zapytał: Czy mogę się oświadczyć? Dlaczego nie? — odpowiedziała mu panna. A ojciec jej stwierdził, że nie są przygotowani na taką wizytę. Na co on powiedział: Nie trzeba nic, ja mam wszystko swoje do wypicia i zjedzenia. Tylko niech pani zaprosi jak najwięcej gości. I gospodarz wraz z córką zajęli się zapraszaniem gości, a gdy ci się zebrali, kawaler zapytał tylko: Czy to już wszyscy? Gdy uzyskał potwierdzenie, nakazał furmanowi znosić do izby napoje i jadło. Gospodarz sadowi wszystkich przy suto zastawionym stole i zaczynają się gościć.
Kawaler jest przystojny, posiada czarną, lśniącą czuprynę i czarne zakręcone wąsiska, a także ubrany jest w czarny garnitur. Wszyscy zazdroszczą pannie takiego kawalera. Goszczą się już długo i północka dawno już minęła. Wtem ozwało się pianie koguta. Kawaler zerwał się od stołu, żegna gości i wychodzi. Ci go proszą o pozostanie i pytają, dlaczego tak nagle musi odjeżdżać. Ten zawołał tylko: Żegnam. I wsiadł na wóz. Gospodarz otworzył bramę i zobaczył, że kawaler ujechał tylko kawałek. Następnie zsiadł z wozu i stanął na kamieniu.
Wtedy zerwał się silny wicher i nad kamieniem uniósł się wirujący słup kurzawy, który pochłonął dziwnego gościa. Gospodarz wrócił do domu, usiadł na ławie i myśli co się stało. Nie mówi nic i tylko duma. Goście pytają: Co wam się stało, że tacy jesteście smutni? A on na to: Wypiłem trochę za dużo i głowa mnie boli. Goście rozeszli się do domów, a on opowiedział całe zdarzenie żonie i córce. Wszyscy domownicy poszli spać. Kiedy wstali, to zobaczyli, że na stole zamiast wódki były w butelkach końskie siuchy, a na talerzach zamiast jadła leżało bydlęce łajno. Wtedy gospodarz rzekł do córki: Przebierałaś, aż wybrałaś se diabła. Więcej przebierać nie będziesz.
Jaki pierwszy kawaler przyjdzie do domu, to za niego idź. Przyszedł ślepy na jedno oko i ona za niego wyszła. Zaś diabelski kawaler więcej już się nie pokazał. W pracy Anny Szyfer poświęconej folklorowi mazurskiemu czytamy z kolei: Pewnego razu jeden chłop sobie trochę popił i wracał przez łąkę do domu. W pewnym momencie zerwał się straszny wiatr, aż siano zaczęło latać po łące. Chłop, że to był pijany, złapał kij i zaczął bić kopę siana, mówiąc przy tym: Raz, dwa, raz, dwa. Z kopy siana odezwał się głos: Mów trzy. A chłop na to: Nasram ci. Wtedy głos z kopy siana powiedział: Twoje szczęście. I wszystko ucichło, bo to był diabeł.
Właściwie w każdej z przytoczonych opowieści pojawia się silny wiatr. Przypomnę, że przy wielu relacjach o UFO wiatr silny, niespodziewany, gwałtowny również się pojawia. Kolejnymi podejrzanymi postaciami z folkloru ziem polskich są tak zwani płanetnicy lub chmurnicy. Demony kontrolujące pogodę i sterujące chmurami. Płanetników, którzy czasem spadali z nieba, wyobrażano sobie na różne sposoby, na przykład jako wątłe istoty o głowach starców i ciałach dzieci. W zalinkowanym pod podcastem artykule Piotra Cielebiasia czytamy: „Płanetnicy zwykle przybierają postać szpetnego człowieka z wielką głową, wyłpiastymi oczami, ciągle zerkającego w niebo, z czarną skórą, wydętym brzuchem” — pisała o nich Barbara Ogrodowska. Niektórym opis ten nasunie podobieństwo do wielkogłowych, wielkookich kosmitów. Zdarzały się przypadki, kiedy to owi goście z chmur zabierali ze sobą ludzi, jak dziś czynią to rzekomi przybysze z kosmosu. Bardzo sugestywną relację o pannie, która zniknęła w dziwnych okolicznościach znajdziemy w kronice mieszczanina krakowskiego z XVI wieku. Cytuję: „W roku 1577, dnia 22 miesiąca czerwca, w wigilię św.
Piotra z Pawłem, panna wzięta w deszczu łyskaniu z ciałem i duszą, córka czarnego Pawła z Olkusza, która była u pani Mączyńskiej aptekarki na wychowaniu. Tak zginęła, jako w czym chodziła. Dnia ostatniego zasię ją przywróciło tę pannę także w łyskaniu, trzaskaniu, w deszczu bardzo wielkim. W tym wszystkim, jak ją wzięło, tak ją zasię nazad przywróciło. O czym była bardzo wielka inkwizycja przez ludzie zacne, przy czym był jego mość ksiądz biskup kamieniecki białobrzeski Stanisław”. U Oskara Kolberga czytamy natomiast taką opowieść o płanetnikach. Opowieść pochodzącą z okolic Krakowa. „W dzień święta Wielkiej Nocy poszedł chłop do lasu i narwał gałązek liszkowych z leszczyny na wici do pługa. Drugi chłop, który był w lesie, gdy zobaczył, co on robi, mówi: Ojciec, nie boicie się to kary boskiej, ażeby robić wici w tak wielkie święto? Ej, co tam — odpowiedział tamten.
Nie powiadajcie o tym nikomu. I odszedł. Gdy pierwszy odszedł, drugi chłop, który został w lesie, spogląda, a tu na granicy spuścił się z chmury płanetnik, czarny jak Murzyn. Zły bardzo i idzie ku niemu. Chłop ten chciał uciec, ale nie mógł. Płanetnik pyta go się: Człowieczku, czy i ty robisz wici? Oj, nie czyń tego, co tamten uczynił, bo grzech wielki. On zgrzeszył. Będzie ukarany. Idź zaraz na twoje pola, zatknij gałązki z palmy święconej w granicach twoich, bo tu źle się będzie działo.
Poszedł więc chłop czym prędzej wykonał rozkaz płanetnika, to jest palmy powtykał w granice swoje. Obydwóch tych chłopów pola razem graniczyły. Temu, co wici robił w lesie w dzień Wielkiej Nocy grad wytłukł zboże. Natomiast drugiemu, co gałązki powtykał święcone, nie upadła na pole ani jedna kropla deszczu, ani jedna krupka gradu”. No i kolejna opowieść z dzieł Kolberga. „Był jeden chłop, co orał na polu. Wtem zobaczywszy, że się jeden płanetnik mocuje z bardzo ciężką chmurą, nie mogąc jej wyciągnąć na lasy, na góry. Więc on poszedł na góry i pomagał płanetnikowi, ciągnąc ciężką gradową chmurę. Daleko się obadwaj zapędzili. Dopiero dziękując chłopu za pomoc daną, ten płanetnik pokazuje mu Morze Czarne i powiada: stąd deszcze nabieram.
Pokazuje mu morze lodowate i powiada: tutaj grad zrobię. Idź, powiedz ludziom, niechaj się pilnują, bom już chmurę wyładował, a na granicach twego pola zatknij święcone palmy, to będziesz ocalony. Chłop powróciwszy mówił o tym ludziom we wsi. Ludzie niewiele sobie robili z jego przestrogi. Wbił więc gałązki z palmy święconej w swoje granice i ochroniony został od strasznej ulewy gradowej, która pola jego sąsiadów zniszczyła. Na tego chłopa ludzie źli byli we wsi i powiedzieli, że jest guślarz i powtarzali to, dopóki nie poszedł do kościoła i nie wyspowiadał się”. U Oskara Kolberga odnajdujemy również taką opowieść: „Za mojej pamięci — mówił Danyło, jeden z juchasów bieszczadzkich — chmurnik z Tarnawy. Piróg stary słynął na całą Werchowinę i z daleka z Węgier nawet szli ludzie do niego, niosąc dary bogate, a on za to brał ich dobytek w opiekę. Był to człowiek bogobojny i szanowany od wszystkich. Przed każdą burzą wychodził on na jakąś wysoką górę, zwracał się ku stronie, skąd burza nadchodziła, a modląc się, krzyczał z całej siły.
Szamotał się i walczył przeciw mocarzom nieczystym. Najczęściej zażegnywał burzę i odganiał złego ducha, który ją prowadził. „Dawno, to już dawno bardzo być musiało” — prawi stary Danyła — „bo to starzy rozpowiadają ludzie, a i oni od ojców słyszeli, jak w naszej wsi był chmurnik rozumny, który miał od Boga moc odwracania nieszczęść i tucz wszelakich. W moc jego nie tylko nasze sioło wierzyło i za Bieszczadami znali go ludzie. Pan dziedzic tylko nie wierzył, a nawet gdy się dowiedział, że mu ludzie płacą, pozazdrościł mu tego. Przywołał chmarnika do siebie i zhańbił go i zbezcześcił. Chmarnik rozgniewany nie bronił odtąd pól pańskich. Wkrótce zaś nadeszła tucza i zniszczyła łany pańskie, podczas gdy we wsi tylko drobny deszczyk padał. Pan zdziwiony wezwał do siebie chmarnika i znowu zhańbił, że mu tuczę sprowadził. Wówczas chmarnik powiedział, że tuczy nie sprowadził, tylko nie bronił pańskiego mienia od złego.
Jeśli chcecie i pozwolicie panie — mówił — to ja drugą tuczę odwrócę od was, bo wkrótce łan drugi ma wam burza zniszczyć. Za dni kilka zahuczało strasznie w chmurach. Niebo zaczerniło się nad pańskimi polami. Pan przestraszony posłał znowu po chmarnika i poszli razem naprzeciw chmury. Wtedy ten mądry człowiek uczynił panu, że zobaczył tego, który chmury prowadzi i widział, jak z nim walczył chmarnik i jak go odpędził, a za nim burzę i grzmoty. Odtąd pan wierzył i nie przeszkadzał już chmarnikowi wypełniać Bożą wolę”. Kolejna historia przytaczana przez Kolberga w kontekście płanetników pochodzi z okolic Kielc. „W pewnej wsi za dawnych bardzo czasów żył chłopek poczciwy, podczas gdy wszyscy inni byli bardzo złymi i bezbożnymi. Do kościoła nie chodzywali i spędzali czas tylko na pijatykach i bojkach. Poczciwy ten chłopek zawsze sam chodził do kościoła i prosił Boga, aby się jego sąsiedzi poprawili.
Koło kościoła był ogromny staw, który latem i zimą był zamarznięty. Raz w niedzielę szedł sobie nasz chłopek, jak to zwykle czynił do domu z kościoła i widzi, że wiele ludzi rąbie lód na stawie, a każdy wyrąbany kawałek lodu unosi się ku niebu. Zdziwiony tą pracą pyta się rąbiących, co to ma znaczyć. Oni mu mówią, że ten lód będzie spadał na ziemię i zboża złych, bezbożnych ludzi wytłucze. On zaś, jeśli chce tego nieszczęścia uniknąć, niech zakopie na rogach swego pola Ewangelię, a grad jego pole ominie. Tylko niech tej tajemnicy nikomu nie wyjawi. Ludzie ci znikli, a nasz chłopek zrobił, jak mu przykazano. Jednemu tylko dziedzicowi swemu wydał ten sekret, bo mu się go żal zrobiło, aby szkody w swoim polu nie poniósł. Na drugi dzień spadł ogromny grad i wytłukł w polu zboże wszystkich chłopów, tylko tego pobożnego chłopka i dziedzica pole wolne było od gradu. Od tego czasu grad spada na ziemię, a tylko ci, którzy zakopują Ewangelię, są wolni od tej klęski”.
W tomie poświęconym folklorowi okolic Tarnowa i Rzeszowa czytamy u Kolberga taką oto historię: „Chadzali dawniej po ziemi płanetnicy. Zlatywali oni na nią z chmur. Przebywali wśród ludzi przez czas jaki i później znów podczas zawieruchy unosili się w chmury — pierwotną ojczyznę i zwykłą siedzibę swoją. Wyglądali zupełnie tak jak inni ludzie. Wspólne z nimi miewali potrzeby na ziemi przebywając, w przyjaznych zostawali z nimi stosunkach. A przecież złowrogie i wielce złowrogie dla nas to istoty. Oni to bowiem zamieszkując chmury, gdy otrzymają od starszych przełożonych swych rozkaz, znoszą ogromne grady z powietrza i zawalają nimi okolicę całą. Wszystkie te wiadomości o płanetnikach oni sami opowiadali włościanom naszym. Od nich też, jako niezawodnego źródła dowiedzieli się chłopkowie, iż bardzo częstemu gradobiciu podlegają zwłaszcza pasma pól, w których pochowany jest poroniec. Płótno donoszą.
Od płanetników prawdziwych różnią się ludzie pod nieszczęśliwą urodzeni płanetą. Są to ludzie przyszli na świat w godzinę płanetną, w której planeta jakaś złowroga rządy ma nad ziemią. Ludzie tacy w czynnościach swych nie powodują się rozumem, lecz najdziwniejszymi zachowaniami, z których sprawy zdać nie umieją sobie. Takimi samymi bywają i ich dzieci, choć nie w płanetną godzinę z matki wyszły żywota”. Barbara Bazińska w pracach o folklorze tatrzańskim przywołuje z kolei następującą opowieść Roz kiej juz Bóg świat stworzył i to ty tu na sehale z turniami tu na Podhalu takie pięknie wyzdają i ślicznych ludzi na swoją podobę stworzył. Tiasi nadnieśli diabła. Diaboł nie uwidzioł, jakich cudów narobił Bóg. Okrutno wzięła go zazdrość. Ución się w piersi, jaz mu ogonem myrdło, sumienując się, że to on narobi takich samych ludzi. „Przecie i jo coś kajś umiem” — pedzioł se.
I chycił stworzoć ludzi. Nabrął pełną grzać gliny i lepi celka tak jako i Pan Bóg lepił. Nie bardzo mu to slo, bo glina była już sucho, bo już było chwilę casu po temu, jak Pan Bóg wedle odłącył wód ziemię i zgarnął ją w potoki, a ciepłe słonecko piekło ziem na prok. To i glina nie chciała się dać ulepić. Diaboł już był zły. Prasnął glinę i poseł szukać błota. Ale i błota nie było nika po drogach, bo wtóz by go był narobił. Ludzie ni mieli na cym jeździć. Diaboł rot nie rot wziąl glinę, pluł do niej śliną i ściskół, jaz z iz ręcy parasła. I jako tako zdołał ulepić dziesięciu chłopa.
Poustawiał ik na ziemi i dmuchnął do nik, ale syćkom parę juz ze siebie wydół. A chłop ani jeden nie ozył. Diaboł o zezłoscony kopnął jednego z nik, jaz mu noga odpadła. No bo to było suche. Terazy Pan Bóg się unizył i duchnął w nik swoją gębą parę. No i chłopi syćka pochlipkali. Ino jeden śnik był kulowy. Diaboł się zawstydził i ucik, a chłopami zajął się Pan Bóg. Jednak som nie wiedział, ka ik ino dać, bo dla takich chłopów diabelską ręką robionych ni mioł nicka miejsca. Do piekła ik nie ma za co dać.
Na niebo nie zasłużyli jesce, a na ziemi tyż ni mają co robić bez Bob. Narzekał nad nimi Pan Bóg. Na wielomyślący dał ik na chmury. „Idźcie han” — powiedział im, pokazując rękom. — „Han będziecie z nimi w powietrzu kręcić i zawracać ka trza będzie. Idźcie, idźcie han”. No i posli w obłoki, bo i jakos niekie taki był oskos boski. To i usłucholi. No i ostali płanetnikami. Han siedzą na chmurkach, jedzą, a jak się trafi fajny cas, kie ni ma chmur, nie leje, to złazą na ziem, tłuką się pomiędzy ludzi i pomagają w robocie za łyzkę strawy i dobre słowo.
W Archiwum Etnografii i Etnologii UMCS odnaleźć można historię następującą: Do pewnego majątku w okolicach Skierniawy przyszedł raz młody żebrak, prosząc dziedzica o jałmużnę. Ten rozgniewał się, że taki młody i już żebrze. Nakazał więc służbie wyrzucić go z obejścia. Poturbowany młodzieniec wyszedł na drogę, gdzie ukląkł i wyjął z kieszeni nóż. Nóż, którego ostrze wbił w ziemię. Następnie począł wołać niezrozumiałym językiem w stronę nieba. Wówczas z nieba spuścił się jeździec na białym koniu. Podszedł on do młodzieńca i przez jakiś czas rozmawiali ze sobą w tym niezrozumiałym języku. Następnie jeździec odjechał, a młody żebrak poszedł do wsi. Po pewnym czasie nad pola dziedzica nadciągnęła straszna chmura gradowa i całkowicie zniszczyła znajdujące się na nich uprawy.
Dziedzic przestraszył się, bo zrozumiał, iż była to zemsta płanetnika, który występował pod postacią młodego żebraka. Kazał go więc odszukać i sprowadzić do dworu. Gdy młodzieniec przyszedł, to dziedzic przeprosił go oraz poprosił, aby pozostał u niego i żył po pańsku, jak długo tylko będzie chciał. Młodzieniec pozostał we dworze przez trzy miesiące, a potem odszedł, tłumacząc, że nie może siedzieć w jednym miejscu, ale musi opiekować się ludźmi dobrymi i karać złych na świecie. W pracy Jana Piechoty „Gawędy Iwkowskie” na temat płanetników czytamy: Może nie wiecie, co to są płanetniki, to ja wam wytłumaczę. Płanetniki to są takie, co rządzą i kierują chmurami i pogodą. Oni uchwalają, czy ma być deszcz, czy pogoda, a jak deszcz, to czy mały, czy wielgi, czy ma być pochmurno na świecie, czy słonecznie i pięknie, czy mają być długie słoty, niepogody, burze, pierony albo grady, czy nie daj Boże jakie insze klęski. One zgarniają chmury do kupy, a jak je zawieszą niżej, to wtedy leje, a jak je rozgonią, to wtedy jest pogoda. Moja matuś babczyli przy kobietach i oni mi opiedzili, co im raz się przydarzyło. Szli se raz po ćmaku do chałupy, bo wiecie jak to z tymi porodami różnie bywa, a szle se przez kościółkowy smętarz.
Oni się ta nieboszczyków żadnych nie bali, bo byli przyzwyczajeni do babskich krzyków i dość się tych gwałtów nasłuchali. To im nic nie było dziwne. Ale wtenczas dało im pietra. Byli już na środku cmentarza, kiej raptem nad głową słyszą krzyki: „Puszczaj go, puszczaj!” „Nie puszczaj, nie puszczaj!” Drą się inne głosy. Matuś przezierają ku niebu i co się nie dzieje? Płanetniki dźwigają ogromnego smoka, co ludzi pożerał i już mają go spuścić na Iwkową, bo są takie zmęczone, że se rady dać nie mogą. Smok ukruteczny, ogon miał straśnie długi i zwinięty, ślepia ogniste, jakże spoza chmur łyskało. Paszcza wielga, a w niej długachne kły, cielsko paskudne jakby na dwie łoktusze. Matuś jarze staneny ze strachu i nogi się pod nimi trzęsą. A tu znowu słychać krzyki: „Puść go, puść go!
Ja już nie mogę”. „Dla Boga, co będzie z nami?” Myślał se matuś. Teraz dopiero poznały, że to słabsze płanetniki tak krzyczą. Co będzie z nami, jak one tego smoka puszczą? On będzie ludzi pożerał i co my biedne zrobimy? W tym wielkim strapieniu matuś zaczyni się modlić: „Boże ratuj! A dy co będzie z nami?” Upadły na kolana i wołają do Boga. Widać, wiecie, Pan Bóg wysłuchał ich modlitwy, bo mocniejsze płanetniki wzięły górę nad słabszymi, co chciały już smoka puścić. Cosik zaczęło się w chmurach kiełbasić. Smok ciskał się i zwijał cielsko jak wąż i widziało się, wiecie, że już, już spadnie na wieś, ale wreszcie płanetniki zaniosły go kajsik dalej.
Matuś długo jeszcze stały i pozierały, co się będzie działo. Pozierają, a tu płanetniki niosą smoka i niosą kajsi daleko, daleko. Jakże tamok kaj było wielgie jezioro czy bagno. I wreszcie spuściły go tamok za górami, za lasami. Smok spadł z okrutecznym hałasem, cosik trzaskało i chrupneno. Juże bulgotanie było słychać, a to wiecie, smok zapadał się coraz głębiej w błoto. I tak wiecie, wieś obeszło nieszczęście, a my mamy teraz spokój. I na koniec wróćmy jeszcze do cytowanego już artykułu Piotra Cielebiasia, w którym czytamy: „Doktor Vale, analizując ufologiczne wątki w ludowych wierzeniach, zwracał szczególną uwagę na historie ludzi porywanych przez magiczne istoty, takie jak wróżki oraz elfy z zachodnioeuropejskiego folkloru. Ich ofiary często traciły poczucie czasu i kontakt z rzeczywistością, odnajdując się potem w miejscach odległych od domu. Z obcej krainy wracały jako odmieńcy, często odkrywając w sobie nowe talenty.
Gdy przeanalizujemy opracowania specjalistów od porwań przez UFO, takich jak psychiatra doktor John Mack, okaże się, że dokładnie to samo dzieje się z ludźmi zabieranymi przez obcych”. I to już koniec na dzisiaj. Przypominam o opcjach wspierania kanału i bardzo wdzięczny będę za udostępnianie linków audycji oraz informowanie ludzi zainteresowanych poruszaną tutaj tematyką o istnieniu kanału Wehikuł Wyobraźni. Pięknie Państwu dziękuję. Do usłyszenia. Teraz, proszę Państwa, czas na wizytę Piotra Cielebiasia. Zaczynamy tradycyjnie od Filmotekarium. Dzisiaj film ocierający się również o ufologię. Ale czy na pewno? Dzień dobry wieczór Państwu, zaczynamy Filmotekarium.
Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:04:48] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. A dzisiaj nowość. W dzisiejszym odcinku Filmotekarium będzie film „Johna”, czyli taki horror albo thriller, bo w sumie nie wiadomo co to jest, wypuszczony w ubiegłym roku, ocierający się o problem UFO i obcych oraz abdukcji. Generalnie tam jest więcej wątków, ale o tym za chwilę. Jeżeli chodzi o filmy o UFO, no to zawsze Marku staramy się je traktować priorytetowo, bo wiemy, że wielu naszych słuchaczy jest pasjonatami zjawiska UFO. Za każdym razem, kiedy spotykamy nowy film, no to wierzymy albo się łudzimy, że akurat tym razem to będzie coś ciekawego. Po wielu doświadczeniach z filmami na temat UFO i kosmitów widzimy, jak jesteśmy naiwni i jak trudny i wymagający to jest akurat temat i pole dla filmowców. Ale czy „Johnah” nas oczarował? O tym może za chwilę, za sekundę.
Najpierw trochę o tym opowiemy Marku, bo pozwolę sobie jeszcze chwilę zabrać głos. Johnah to akurat imię jednego z głównych bohaterów filmu. Mówię jednego z głównych, bo wokół niego koncentruje się akcja. Jest to chłopiec, który żyje sobie z matką na odludziu i w scenie otwierającej mamy chyba najciekawszy ufologiczny moment w tym wszystkim. Widzimy, jak Johnah po prostu wychodzi z domu, udaje się do namiotu w lesie, pewnie w celach tak zwanych zabawowych. Potem, jakiś czas później, niedługo jego matka odkrywa, że w okolicy dzieje się coś dziwnego. Pojawiło się dziwne światło. To światło tańczy na niebie. Ruchy wahliwe robi, jak mówił jeden z bohaterów filmu Big Bang Kobieta biegnie w panice do lasu i tutaj się zaczyna. Zaczyna się, bo dowiadujemy się potem, że ona odnajduje swojego syna jakieś trzy mile dalej, sparaliżowanego od pasa w dół.
Lekarze załamują ręce, ale oprócz problemów natury fizycznej, jest pewien problemik z jego świadomością. Otóż on zaczyna twierdzić, że jest przygotowywany, bo przygotowuje się do ewakuacji z Ziemi, że będzie się zabierał z powrotem do domu. I to już się zaczyna robić dziwne.
[01:07:11] - Tak, ale dziwne nie oznacza, że to nie jest ciekawe, tylko film toczy się dalej i w pewnym momencie zaczynamy nabierać podejrzeń, a właściwie zaczynamy się zastanawiać, jak to z tą abdukcją było i czy aby na pewno ona miała miejsce, bo ta matka to też jest dziwna osoba. O czym przekonuje się dwóch mężczyzn, ludzi telewizji, a w każdym razie ludzi, którzy w mass mediach pracują, bo ta matka jest jakaś dziwna. Nie wiem, czy wystarczy tyle powiedzieć, czy może troszeczkę rozwinąć. Jeszcze zanim panowie z mediów przyjeżdżają, my się przekonujemy, że ta matka ma dziwne cechy charakteru. Bardzo lubi kontrolować sytuację, tak to bardzo ogólnie powiem. A później i dużo później przekonujemy się, że matka preferuje kontrolę totalną. Więc jak było z tym wzięciem? Do końca nie mamy pewności. W warstwie wizualnej ten film rzeczywiście na początku dostarcza nam pewnych poszlak, że działo się coś niezwykle dziwnego, ale później nabieramy coraz większych wątpliwości. Nie wiem zresztą, Piotrze, jak ty to odebrałeś, ale ja z tymi wątpliwościami pozostałem do końca i do dzisiaj, do teraz nie wiem, jak mam do tego filmu podejść.
On nie jest tragiczny, ale jeśli za punkt centralny weźmiemy sobie ulubioną przez nas tematykę, czyli UFO, obcy, wzięcia, to już nie jestem pewien, czy jeśli ktoś ma tego rodzaju zagadnienia na celowniku, to będzie tym filmem zachwycony.
[01:09:19] - Dokładnie tak. Z tego też wynika jego dość niska ocena i dość krytyczne głosy. Film "Johnah" wychodzi od klasycznego wzięcia, od klasycznego przypadku i na początku rzeczywiście ja również miałem wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z filmem, może nie bardzo realistycznym o UFO, bo takich to jest mało i ogólnie trudno jest zrobić taką dobrą historię, taką, która przyciągnie widzów, bo zawsze są jakieś dodatkowe wątki w tym wszystkim. A tutaj to się rozwija w historię bardziej psychologiczno-obyczajową, najpierw obyczajową, bo do tego domu przybywają filmowcy, mają udokumentować tą historię. To są filmowcy, którzy się zajmują sprawami dziwnymi. Raczej są o nastawieniu racjonalnym. Brzmi to trochę tak, jakby tu nam się zaczynał taki model, taki scenariusz, że to jest jakiś paradokument. Nie jest tak. To jest film w 100% klasyczny, fabularny. Ci filmowcy przeprowadzają rozmowy z matką, zapisują tą historię, analizują jakiś dziwny krater, który ponoć się pojawił na tej posesji, a przede wszystkim próbują rozwikłać fenomen dziwnego zachowania tego chłopca.
Ciekawe jest również to, że jeden z członków tej dwuosobowej ekipy ma za sobą podobne anomalne doświadczenia. Z jego relacji, z jego opowieści wynika, że też widział coś dziwnego jako dziecko i kiedy opowiedział o tym w szkole, to już nikt się nie chciał z nim kolegować i nazywano go Alien Boy. I powiem tak, bo tutaj się chyba kończy to, co dobre o tym filmie. Wybrałem to, co najciekawsze. Gdzieś tak do jednej trzeciej całości film wygląda obiecująco, bo on się nam, Marku, rozwija. Jakby nie było, przygląda się bardzo ciekawym sprawom. Nie chodzi tylko o UFO, o abdukcje, ale też takie inne kwestie. Nawet trochę na czasie, jeżeli chodzi o internet. Czyli jest taka teoria wielkiego escape'u mówiąca o tym, że ta aktywność UAP-ów, która ma miejsce, to nie jest inwazja, to jest raczej wielka ucieczka. I tutaj ten Jonah opowiada, że on też musi wrócić do domu i tak dalej.
Generalnie sam pomysł nie jest zły, natomiast coś w tym filmie zaczyna szwankować. Ja doszedłem do wniosku, co szwankowało. Wykonanie, czynnik ludzki. Bohaterowie są nudni, aktorzy są źli. Ten Ozzy cały, który jest kierownikiem tego dwuosobowego zespołu. To jest amatorszczyzna, to nawet poziom "Trudnych spraw" czy tych polsatowskich paradokumentów jest czasami wyżej. Tam nie ma żadnej emocji, nie ma żadnej temperatury w tym wszystkim. On jest tak potwornie nijaki, że się nie chce tego chłopa oglądać. Nie wiem co to za aktor, nie znam go. Pozostali aktorzy, a jest ich tam naprawdę niewielu, również wypadają blado.
Czyli gdyby zrealizowano film "Johnah", na przykład w sposób bardziej temperamentny, żeby te postaci były bardziej krwiste, żeby zachowywały się bardziej realistycznie, żeby się pojawiło kilka ciekawych ujęć, może jakichś niedopowiedzeń, dwuznaczności, jump scare'ów nawet. Dałoby się to oglądać, a przynajmniej cieszyłoby, bo to nie jest tak, nie zrozumcie mnie źle, że to jest film klasy C, czy to jest amatorska produkcja, bo wiele razy było na przykład tak, że zabierałem się do oglądania jakiegoś filmu o UFO czy o kosmitach, a potem się okazywało, że to jest produkcja 100% amatorska albo półamatorska na przykład. Tutaj to jest jednak film zrealizowany zgodnie z pewną sztuką, tylko jest dość pretensjonalny. Tam jest wszystko w tym filmie: ładne pejzaże, historia, która się formalnie powinna kleić, wątek psychologiczny mamy, wątek ufologiczny, ale to wszystko trąci taką popeliną i myślę, że stoją za tym ludzie, aktorzy. I byłoby to lepsze, gdyby nie oni. Ja tam sprawdziłem nawet, matka tego Johna, Margaret, bo tak ma na imię w filmie, to nie jest amatorka. To jest aktorka, która się pojawiała w kilku nie wielkich produkcjach, ale na pewno w znanych produkcjach związanych też ze sci-fi. Natomiast wypada tak, jakby grała w jakimś teatrzyku emeryckim w sanatorium. Tak to niestety wygląda i muszę powiedzieć, że generalnie nie mówię, że to jest film do kosza. Jeżeli ktoś jest wygłodniały tej tematyki w kinie, bo nie ma tego dużo, to może "Johnah" obejrzeć i nic mu się nie stanie, bo były filmy gorsze.
Ale zachwyceni to chyba nie będziecie.
[01:14:26] - Jeśli skierujecie swoją uwagę na te wątki ufologiczno-porwaniowe. Natomiast tam się dzieje historia tej matki. Matka jest osobą, szukam słowa, żeby za dużo nie powiedzieć, dziwną, a nawet bardzo dziwną. Ona na początku próbuje się zaprzyjaźnić z ekipą filmowców, nawet wspólnie piją, drinkują i wygląda, że... Ale oni cały czas dostrzegają w niej takie cechy, które budzą nieufność. Na początku to oni oczywiście wypierają, później coraz bardziej się tym interesują. I to powiem, może zainteresować, ale obawiam się, że apetyty rozbudzone początkiem filmu sprawią, że ten wątek może się wydać już nie aż tak ciekawy. Chyba że ktoś będzie miał nastawienie takie, że w ogóle ogląda film bez względu na to, jaka jest jego tematyka. To wówczas ta historia matki ewidentnie przemocowej, ewidentnie manipulującej, a nawet faszerującej czymś swojego syna, to jest taki wątek, który trochę budzi bojaźń i drżenie. W dodatku gdzieś tam się przewija taki motywik zaraz na początku filmu z pożyczką, z tym, że trzeba ją spłacić albo trzeba ją będzie następną spłacać.
O czymś się przekonujemy, a później ta historia staje się naprawdę bardzo mroczna, mało fantastyczna, mało ufologiczna, ale mroczna zdecydowanie. W pewnym momencie dochodzimy już do takiego naprawdę gęstego mroku, to pod koniec filmu zaczyna się naprawdę dziać i to tak na grubo. I ja sam nie wiem tak naprawdę, jak rozumieć na przykład końcówkę filmu. Tak do końca jak ją zrozumieć, to już będziecie musieli państwo sami sobie rozstrzygnąć, bo oczywiście nie powiem, jak ona wygląda, ale z jednej strony owszem, może budzić jakieś tam elementy przydatne do zastanowienia, ale z drugiej strony mnie przynajmniej rozczarowało to jednak.
[01:17:03] - Tutaj też niezależnie od której strony kto podejdzie, jeżeli się ktoś będzie łudził do końca, że to jest film o UFO, a jeżeli ktoś się będzie łudził, że to jest jednak thriller psychologiczny, to bez względu na to, w którą stronę pójdziemy, to czegoś tam brakuje po prostu. Takiego dobrego podkręcenia temperatury, zagadek brakuje. To jest wszystko wyłożone łopatologicznie. W dodatku ci mierni aktorzy sprawiają, że mogło być dużo lepiej. Tylko pomimo wszystko uważam, że to jest na pewno stracony potencjał i zmarnowane pieniądze na realizację tego filmu. On sam w sobie da się obejrzeć. Nie jest to taki gniot jak wiele innych, bo jeżeli chodzi w ogóle o tematykę okołoufologiczną w filmach, to o ile takich produkcji z kosmitami jest pełno, to bardzo mało można znaleźć takiej Takiego realizmu w kinie poświęconym UFO czy kosmitom. Mało jest produkcji klasy premium. Na palcach można policzyć takie filmy, gdzie to UFO jest przedstawione w sposób oparty o relacje albo o literaturę, czyli realistyczny. Można tak powiedzieć.
„John” realistyczny też nie jest w stu procentach, ale przynajmniej się sili na coś. Próbuje korzystać z bogatego dorobku ufologicznego. Szkoda, że znowu nie wyszło, bo to jest kolejny raz, kiedy nie chwalimy filmu o kosmitach albo o UFO. Niestety tak jest. Musimy chyba czekać na kolejne. Co ciekawe, kolejne są na horyzoncie i zobaczymy. Ale szczerze mówiąc, z kronikarskiego obowiązku przedstawiamy wam film „Johna”, nie mówiąc „nie”. Tak jak powiedziałem, mnie się wydaje, że to co prawda nie jest hit, ale widzieliśmy dużo gorsze produkcje z tej półki.
[01:19:07] - Tak. Jestem ciekaw, czy daliście się państwo skusić. Jedziemy dalej. Czas na jeden z odcinków cyklu „Bez tajemnic”. Dzisiaj zapraszam na wywiad z medium Lorine.
[01:19:37] - Zapraszam na fragmenty wywiadu z francuską medium, która, co podkreślam, praktykuje za darmo. To znaczy nie pobiera opłat za swoje usługi mediumiczne. Na waszej wizytówce widziałem, że napisała pani, że uważa się za medium spirytystyczne. Czy może pani powiedzieć coś więcej? Czy to jest pani zawód? Nie. Nie praktykuje pani zawodowo? Nie jestem medium zawodowym. Praktykuję na co dzień albo kilka razy w miesiącu, albo w roku, albo gdy ktoś poprosi. Czym jest medium spirytystyczne?
Najprościej mówiąc, czy to medium spontaniczne, czy nie, jako medium spirytystyczne mam nieustanny kontakt. Dzieją się jakieś rzeczy wokół nas? Dokładnie tak. Dzieje się dużo rzeczy. To znaczy świat niewidzialny jest dla pana niewidzialny, a dla mnie nie. To jest inny świat. Żyję w dwóch równoległych światach. Od kiedy ma pani tę umiejętność? Od czwartego roku życia. Proszę wyjaśnić, jak pani to widzi.
Spotykam kogoś, patrzę na niego i prześwietlam go jak skaner. To może zbyt wiele powiedziane, ale wiem, co może mu dolegać. Jego choroba, słabe punkty, troski. To może być skomplikowane, ale często mówią mi, żebym za bardzo w nich nie grzebała. Można się przestraszyć. Tak, ale to jest też rodzaj humanitaryzmu. Mogę być terapeutką. Mówią o sobie, że jestem terapeutką mediumiczną, ponieważ ktoś, kto do mnie przychodzi, przynosi ze sobą swoje problemy, a ja jestem terapeutką chwili aktualnej. Będę sięgała w głąb tej osoby. Zwykle terapeutka najpierw wysłuchuje pacjenta, a ja widzę wasze życie.
To znaczy, że będę mówiła o waszym dziadku, który już nie żyje. Będę podawała imiona. Nie wiem dlaczego. Wszystko przychodzi mi samo. Mam przebłyski i ktoś mówi: „Ale to jest moja chrzestna. Dlaczego pani mi o tym mówi? A to jest mój syn”. Gdy ktoś jest u mnie, jestem tylko dla tej osoby. I to prawda, że ta strona mediumiczna terapii sięga bardzo głęboko. Dana osoba wychodzi i mówi: „Wow”.
Zawsze tak pani to przeżywała? Tak, zawsze przeżywam mediumizm z moją rodziną, z moją siostrą, zanim zmarła. Widziała pani śmierć swojej siostry? Tak. Uprzedziła ją pani? Nie. A swojej rodzinie pani powiedziała? Powiedziałam mamie. Ona wie, kim jestem. Nikt tak naprawdę nie chce wiedzieć.
Czy to jest dziedziczne? Tak, to jest dziedziczne. Mój dziadek taki był. Ale to jednak przeskoczyło o jedno pokolenie. Niekoniecznie. Moje dzieci mają rozwiniętą intuicję, a córki zaczynam się troszkę obawiać. Czy gdy pani widzi, czy to jest rozmyte, czy to jest bardzo wyraźne? Czy widzi go pani tak, jak widzi pani teraz mnie? Tak jest. To jest bardzo wyraźne.
W kolorze? W kolorze, tak jak teraz pana widzę. Gdy widzi pani umarłych, czy ukazują się tak, jak mają ochotę się ukazać? Tak jak wyglądali za życia, gdy byli w najlepszej formie. Czy zawsze przychodzą po to, by przekazać jakąś wiadomość? Dokładnie tak. To jest wiadomość do przekazania. Czasami zdarza mi się powiedzieć koleżance: „Słuchaj, twój ojciec powiedział mi to”. Ona mi mówi: „A skąd ty to wiesz?”. Tam jest życie.
Ja teraz przez to przechodzę, bo straciłam partnera. Codziennie widzę coś, co mi go przypomina. Czasami można by oszaleć. Na przykład przesuwające się przedmioty. Więc ja to przeżywam. Również z moją córką, która mi mówi: „Mamo, to prawda”. Przykład z życia. Razem z córką gramy na pianinie. Córka zaczęła grać i nagle rozbrzmiały dodatkowe nuty, jakby to była gra na cztery ręce. To było bardzo dziwne, a w dodatku to zarejestrowałyśmy.
No i te dźwięki zupełnie odbiegają od tego, co grała córka. To jest siła i niesamowita energia. Wysiłek dla zmarłego, by się zamanifestować. To nie jest fizyczne, więc tylko dusza tu jest i trzeba szalonej energii, by nacisnąć na klawisze. To tak jak ci, którzy przekazują komunikaty w formie elektronicznej przez transkomunikację. Dokładnie tak. Włączając radio albo słysząc jakiś głos. U mnie to się zdarza na co dzień, więc nie ma w tym logiki. Dzieje się tyle rzeczy. Pani to się wydaje normalne.
Ja żyję z tym od zawsze. Czy idąc ulicą potrafi się pani odciąć? Powiedzieć, że to koniec. Zostawcie mnie trochę w spokoju. Nie chcę niczego widzieć. Czy może pani sobie spokojnie pospacerować? Chciałabym. Nie potrafi pani się odciąć? To jest bardzo trudne. A w tłumie to już musi być okropne.
Moim od dawna problemem jest to, że gdziekolwiek nie pójdę, staram się wmówić sobie, że teraz będę jak inni. Będę żyć, wyjdę do kawiarni. Ale to jest silniejsze ode mnie. Moje spojrzenie prędzej czy później zawiesi się na kimś i ten ktoś przeżywa jakieś troski. Wtedy odpływam w jego kierunku. Ale to są rzeczy codzienne, więc nie sądzę, abym mogła się od tego odsunąć. Ale najgorsze jest to, że widzę też moje sprawy. Zwykle medium nie dostrzega własnego życia, a przynajmniej bardzo rzadko. Ale u mnie to całe moje życie mam przed oczami. Więc dostrzega pani zmarłych członków swojej rodziny?
Tak, dokładnie tak. Udzielają pani rad? Często, ale ja i tak jestem cały czas połączona, więc też nieraz proszę o coś. Nie jesteśmy mediami po nic. Mamy dar, by pomagać. Ja pomagam ludziom od 35 lat. Czy była pani ciekawa, jak to się tam odbywa? We mnie nie ma ciekawości, bo u mnie to wszystko jest zupełnie naturalne. Praktykuje pani pisma automatyczne? Tak.
Jak to się odbywa? Bierze pani długopis? Biorę czystą kartkę, długopis, który ledwo przytrzymuję. Co jest niesamowite, a zauważyli to ludzie. To znaczy osoba, która była obecna. To nie jest twoja twarz. To może wyglądać dziwnie, ale to nie jest moja twarz. Staję się kimś innym. Moja twarz jest inna. Teraz piszę z duchem mojego partnera i to jest jego charakter pisma, a nie mój.
I tak samo jest w przypadku innych komunikatów. Każde pismo różni się od siebie. A budowa zdania? Mój partner był pisarzem. Jego proza jest piękna. Ja nie potrafiłabym tak pisać. On to napisał i podpisał. To jest ten sam podpis. Mogłabym pokazać. I nie ma fałszu.
To jest niemożliwe zrobić coś takiego. A w każdym razie ja nigdy nie podpisywałam się za niego. Gdy to pani robi, czy jest pani w jakimś rodzaju transu? Tak, całkowicie. Nie jestem sobą. Jestem nim. Czy pamięta pani to, co pisze? Niekoniecznie. Czasami nie wiem, jakie będzie kolejne słowo. To naprawdę długopis sam się rusza?
Dokładnie tak. To długopis sam się porusza. A gdy to pani robi, czy widzi pani ducha poruszającego długopisem? Skoro pani widzi i słyszy? Nie, bo wtedy on jest we mnie. Ale później jestem zmęczona, potrzebuję cukru. Muszę się naładować. Jestem kompletnie padnięta, jakbym robiła coś szalonego. Trzeba wierzyć w takie rzeczy. Dużo jest ludzi takich jak ja, posiadających ten wspaniały dar.
To jest piękne. Trzeba go nosić z dumą. Zajmuje się pani także jasnowidzeniem. Tak. Kierują panią duchy zmarłych? Przewodnicy? Przewodnicy duchowi. Mogę używać kart, ale mogę też spojrzeć na czyjąś dłoń bez korzystania z dodatkowych pomocy. Co pani czuje trzymając dłoń? Odczuwam wibracje, energię tej osoby.
Czy jest introwertykiem albo ekstrawertykiem. I potem wszystko samo przychodzi. Ale nie da się tego zrobić ze wszystkimi. Są ludzie, którzy powiedzieli mi: "Nie, to nie tak". To dlatego, że ci ludzie już przybywają źle nastawieni. Są zbyt pewni siebie, są zamknięci w sobie i mówią: "Nie, nie, nie". To dlatego, że nie wierzą. Dokładnie tak. Są zamknięci na to, co zamierzają im się wyłożyć. Jeśli osoba jest zbyt zamknięta, ja wszystko zatrzymuję i mówię, że tego nie zrobimy i w pewnym momencie nie mogę kontynuować.
Pani też słyszy. Mówią do pani, ale jak do pani mówią? Czy to jest jakiś mały głos w głowie? Dokładnie tak. Jakbym miała w głowie nagranie. Wszyscy przychodzą, podają mi informacje. Czasami to mogą być ludzie z drugiego krańca świata. Na przykład kiedyś była u mnie pani portugalskiego pochodzenia. Nie mogłam znać jej rodziny, a ja mówiłam, że jest tu duch jakiegoś Paulo, że nie czuje się najlepiej. Ona, że to tata jej męża.
A ja później już nie wnikam. Najważniejsze jest oddać ludziom dobre samopoczucie. To, co przekazuję innym, wykorzystuję także dla siebie. Równocześnie nie da się zbawić świata. Czasami ktoś mi mówi: "Ale skoro wiedziałaś o twojej siostrze, skoro wiedziałaś o twoim ukochanym, czemu niczego nie zrobiłaś?" Bo jest przeznaczenie. Chciałabym, aby ludzie to dobrze zrozumieli. Możemy powiedzieć: "Uwaga, uważaj na to", ale jeśli ma to wrócić, to wróci. Możemy jedynie odwlec w czasie niektóre sytuacje. Ale czy mimo to wierzy pani w wolną wolę? Tak, ale tu mówię o historii, która ma się powtarzać.
Możemy się od niej odsunąć. Mówię do ludzi: "Dzisiaj nie chcesz podążać tą drogą? Szkoda, ale powrócisz do tego". Ludzie mówią: "To prawda. Odwlekałam sześć miesięcy, ale znowu wróciłam do punktu wyjścia". A poza tym jest przeznaczenie. Śmierć jest już przewidziana? Oczywiście od urodzenia wszyscy mamy wyznaczoną jakąś drogę. Niektórzy będą starzeć się 100 albo dłużej 119 lat, natomiast inni odejdą w sile wieku, w chorobie. Oczywiście jesteśmy zaprogramowani.
Cały wywiad w języku francuskim można obejrzeć na francuskojęzycznym kanale na YouTube. Link zamieszczam w opisie. I chciałem dodać, że ja nie zgadzam się ze wszystkim, co powiedziała ta pani. Niektóre fragmenty wyciąłem, żeby tutaj za bardzo nie mieszać, ale gdyby ktoś się zdecydował obejrzeć po francusku cały wywiad, to też chciałem podkreślić, że pani medium powiedziała, że samobójstwo jest częścią przeznaczenia. Ale to nie jest prawda. To nie jest prawda, ponieważ z literatury spirytystycznej wynika, że duchy samobójców ponoszą przykre konsekwencje swojego czynu, więc nie można mówić, że samobójstwo jest naturalnym sposobem odejścia z tego świata materialnego. Samobójcy cierpią, duchy samobójców cierpią. Nie wiem skąd taka opinia, ponieważ nie pierwszy raz z nią się spotykam, ale jest to zupełnie nielogiczne. W życiu człowieka rzecz, która może być zaplanowana i to może być przeznaczenie, mianowicie okoliczności, które będą sprzyjać samobójstwu, na przykład utrata majątku, utrata rodziny bądź jakieś inne wydarzenie, gdzie człowiek może chcieć rzeczywiście skończyć ze sobą. Ale to jest tylko próba.
Człowiek ma obowiązek przeciwstawić się temu dążeniu do unicestwienia samego siebie i to może być przeznaczenie, ale śmierć sama w sobie tego rodzaju przeznaczeniem nie jest i warto o tym pamiętać. Naprawdę nie wiem, dlaczego niektóre osoby opowiadają takie rzeczy. Albo one się mylą, albo Kardec się mylił. Ja wierzę Kardecowi, więc taka jest moja opinia. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:32:07] - Pewnie dla większości z państwa wolne soboty, weekendy to norma. Nie wiem natomiast, czy państwo wiecie, że był taki czas, że pracowało się w soboty zupełnie normalnie. A potem pojawił się czas cudowny, że raz w miesiącu była wolna sobota. To były lata 70. Tak, w paździerzowym PRL-u pojawiły się wolne soboty. Na początku było fajnie i później było jeszcze fajniej, ale fajniej było dlatego, że pojawiło się Studio 2. Studio 2 to taki całodniowy blok z ciekawymi programami. Bo jak ludzie nie szli do pracy, to trzeba było im zapewnić rozrywkę. I telewizja, ta przaśna, PRL-owska tę rozrywkę zapewniała. Jedną z tych rozrywek był serial, który nie wszedł od początku Studia 2, ale pojawił się dosyć wcześnie.
Ten serial nosił dla mojego pokolenia magiczny tytuł „Kosmos 1999” i o tym serialu dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy w „Sentymentalniku”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzisiaj odcinek „Sentymentalnika”, który muszę się przyznać, wzbudza moje szczególne sentymenty. Tak, czas dzieciństwa, ale z drugiej strony czas wielkiej fascynacji nie tylko fantastyką naukową, ale właśnie serialem, o którym będziemy dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem mówili. Witam Piotrze.
[01:33:47] - Witam. Dzień dobry wieczór wszystkim. Dzisiaj rzeczywiście wyjątkowy materiał, podwójnie sentymentalny, bo Marek opowie o serialu, o którym bardzo często wspominał. Natomiast ja mam takie wrażenie, że jest to produkcja nieco zapomniana. Po pierwsze starsza, niewiele starsza od „Star Treka: Następne pokolenie”, który przyćmił serial, o którym dzisiaj będziemy mówić. Starsza od „Battlestar Galactica”, ale tak naprawdę z drugiej strony jest to starszy brat, przodek tychże seriali. O tym może Marek nam trochę powie. Chodzi o „Kosmos 1999”. On powstał w drugiej połowie lat 70. Był produkcją brytyjską albo koprodukcją brytyjsko-włoską, bo mówi się i pisze się różnie.
Nie wiem, jak Marku do tego podchodzisz, jak to oceniasz. Ja znalazłem takie informacje, że to był na tamte czasy najdroższy serial w historii brytyjskiej telewizji, ale jakiś tam wkład innych krajów też był. Z drugiej strony mamy do czynienia z fenomenem. Był to serial popularny, ale w Europie. Okazuje się, że przede wszystkim w Europie, także w bloku wschodnim. Emitowany był też oczywiście w Polsce, chociaż dla mojego pokolenia „Kosmos 1999” jest serialem zapomnianym albo takim drugorzędnym, ponieważ wspomniany „Star Trek: Następne pokolenie” z Picardem rządził. Był też emitowany przecież w telewizji i myślę, że zepchnął po prostu „Kosmos” z piedestału i wypchnął go z pamięci tych młodszych pokoleń. Także dlatego, że „Kosmos” potem nie był emitowany przez wiodące telewizje w naszym kraju. A potem przyszły kolejne seriale na temat kosmosu, takie space westerny, space opery trochę znane i mniej znane, często kultowe, ale ten „Kosmos” właśnie gdzieś zniknął. Trzeba tak powiedzieć.
Marku, jak to było z jego popularnością w ówczesnej Polsce? Dlaczego on tak został dobrze zapamiętany? Bo o tym, jak się go pamięta, to powiemy na końcu. Nie jesteś jedyną osobą, jak się okazuje, która go ceni. Nie wiem, czy ceni to jest dobre słowo. Na pewno go dobrze wspomina. Co się stało, że on skończył, jak skończył?
[01:36:07] - Cóż, powiem w ten sposób: wówczas w telewizji filmów Fantastycznonaukowych, takich z prawdziwego zdarzenia, z wielkim kosmosem i w ogóle z przygodami, było stosunkowo niewiele. Pojawiały się różne produkcje, czasami ze Związku Radzieckiego, czasami z NRD, ale to nie mogło zastąpić prawdziwej przygody. Jeszcze nie było końcówki lat 70., kiedy naprawdę weszły wielkie hity kinowe. Więc człowiek, jak dostawał w Studiu 2, też kultowej audycji lat 70., dostawał odcinek co miesiąc, bo na początku Studio 2 było co miesiąc, bo wolna sobota była raz w miesiącu. Więc jak dostawał człowiek odcinek „Kosmosu 1999”, to było święto. Muszę jedną rzecz sprostować albo powiedzieć o tym, że ten film był u nas w drugiej połowie lat 70., bo tak naprawdę wystartował nie od razu ze Studiem 2, ale nieco później, a konkretnie w '77 roku, bodajże w styczniu. Ale tu proszę się na mnie nie powoływać. Natomiast on produkowany był — dotarłem do tej informacji — że owszem, ITC produkowało ze strony brytyjskiej pierwszy sezon i podobno w pierwszym sezonie pomagała telewizja RAI z Włoch. W drugim sezonie już nie. Bo właśnie to były dwa sezony tego serialu, każdy po 24 odcinki.
Wtedy sezony trwały jakby dłużej. Razem 48 odcinków. Po drugim sezonie jakoś nie zdecydowano się na kolejne sezony. Serial nie był tani, bo podaje się w różnych źródłach, że kosztował — tylko niestety nie dotarłem do tego, czy to obie serie tyle kosztowały, czy pierwsza seria — ale koło siedmiu milionów funtów. Jak na serial telewizyjny w tamtych czasach to było naprawdę sporo. Ten serial powstał, tak jak powiedziałem, w dwóch seriach. Pierwsza z nich była realizowana od '73 roku do początków roku '75. Druga była stosunkowo szybko nakręcona, bo w '76 roku, od stycznia do grudnia. Troszkę szybciej, ale o tej drugiej serii jeszcze powiem, bo ona się mocno różniła od pierwszej. Pojawiła się nowa bohaterka, która...
Dobrze, o tej bohaterce później. Miała na imię Maya. Powiem teraz jeszcze o tej popularności. Najpierw odrobina wspomnień. Ja pamiętam, jak był piątek bodajże i oczywiście kręciłem się po domu i słyszę w pewnym momencie, że mnie mama woła: „Marek, Marek!” Moja pasja do science fiction była oczywiście ogólnie znana. No to przybiegłem i widzę fajne sceny dziejące się na Księżycu. To była taka zajawka. Po prostu pokazywano, co będzie w Studiu 2 następnego dnia. Mama zawsze dbała o to, żebym był dobrze poinformowany. No to zostałem poinformowany.
Następnego dnia oczywiście czekałem w blokach startowych, żeby film obejrzeć. I proszę państwa, było magicznie. Otóż przenieśliśmy się na stację kosmiczną Alfa, na Księżyc, a konkretnie do krateru Platon. Tam ta stacja miała swoją siedzibę. Tam się znajdowała po prostu. I proszę państwa, to były czasy, przynajmniej według filmu, gdzie na tej tak zwanej ciemnej stronie Księżyca składowano odpady nuklearne z Ziemi. I pech chciał, że 13 września 1999 roku nastąpiła gigantyczna eksplozja nuklearna, która wytrąciła Księżyc nie tylko z orbity. Ona go po prostu wypchnęła właściwie z Układu Słonecznego. On sobie po prostu odleciał i stał się takim ogromnym statkiem kosmicznym, który podróżuje przez wszechświat. To był dobry początek filmu, serialu.
I później w kolejnych odcinkach — każdy był osobną całością z tych odcinków — śledzimy losy załogi. To ponad 300 osób na tym Księżycu, w tej bazie Alfa podróżowało przez wszechświat, napotykając co i rusz różne istoty, mniej lub bardziej człekopodobne, ale na ogół bardziej człekopodobne. Jakoś tak się składało, że widać było taniej i większość z tych istot była podobna do człowieka, ale zachowywała się rasa jedna, druga, trzecia i dziesiąta dosyć groźnie. W większości były to rasy mało sympatyczne, a jeśli się już trafiła jakaś bardziej sympatyczna, to się później okazywało, że ona po prostu coś knuje i tylko udaje taką sympatyczną, bo tak naprawdę wymyśliła sobie owa rasa coś, żeby tu krzywdę małą zrobić tym podróżnikom. Trafiały się oczywiście odcinki, w których nie było humanoidów, tylko na przykład jakieś wielkie kosmiczne organizmy. Wielki kosmiczny mózg na przykład został napotkany, który omal nie zniszczył bazy księżycowej Alfa. Ale wszystko dobrze się skończyło. Cóż, ten serial tak naprawdę, jak wspominam dzisiaj, to wspominam głównie z sentymentem. Po prostu Człowiek już sentymentalny jest, taki się robi w pewnym wieku, ale kiedy patrzę dzisiaj na poszczególne odcinki, to widzę, że to był serial, który mógł się podobać w latach 70. Dzisiaj jednak to, że on trąci myszką, to jest pół biedy.
Wszystko się starzeje. Natomiast on był robiony tak trochę oszczędnościowo. W czarno-białej telewizji nie było widać, że te różne urządzenia, zegary, te lampki, które tam migoczą, to wszystko to jest paździerz mimo wszystko i część z tych urządzeń, które tam miały obsługiwać bazę księżycową Alfa, to jednak lipa jest po prostu. W kolorze to wygląda jeszcze gorzej i to widać, że to paździerz, tak jak powiedziałem. Ale mimo wszystko te przygody wymyślane przyciągały do siebie i były mniej lub bardziej groźne odcinki, o tym już mówiłem. Była jednak jeszcze jedna słabość, charakterystyczna dla wielu seriali. Otóż była stała obsada. To było kilka osób. To był oczywiście Martin Landau, Barbara Bain, Barry Morse. To była trójka taka najbardziej kultowa, kilka jeszcze osób ze stałej obsady.
I co? Gdzieś na początku każdego odcinka wiedzieliście państwo, że jeżeli ktoś w tym odcinku zginie, to będzie ta osoba, którą zobaczyliście państwo zaraz na początku. Bo to taki charakterystyczny element niektórych seriali, że trzeba, żeby ktoś zginął, bo nic tak nie ożywia akcji jak trup w odpowiednim momencie, więc trupy zapewniano w tym serialu. Natomiast bardzo szybko człowiek wiedział, kto w tym odcinku padnie albo poniesie jakąś inną dotkliwą krzywdę. I to takie wspomnienia. Ale serial był naprawdę popularny. Po pierwsze dlatego, że naprawdę było mało filmów i seriali fantastyczno-naukowych. Pewne filmy do nas po prostu nie docierały, bo przecież „Star Trek” — nie ten „Star Trek”, o którym mówił Piotr, tylko te pierwsze sezony „Star Treka”, kultowe, te, które były, proszę państwa, one też były robione dosyć prosto. Czasami ta scenografia malowana bywa zabawna, ale jednak dla pierwszych sezonów „Star Treka”, tego oryginalnego, pisały wielkie nazwiska amerykańskiej fantastyki naukowej. I tam naprawdę można spotkać wielkie nie tylko nazwiska, ale wielkie — produkcje może nie — ale wielkie idee.
Chyba do tego stopnia wielkie, że na przykład jeden z odcinków oryginalnego „Star Treka”, tak mi się wydaje, posłużył chociażby Stephenowi Kingowi do stworzenia „Dzieci kukurydzy”. Bardzo podobny mechanizm pojawia się w jednym z odcinków „Star Treka”, ale nie o „Star Treku” dzisiaj będziemy mówić. W każdym razie te pierwsze odcinki i pierwsze sezony „Star Treka” w ogóle w tamtym czasie do Polski nie docierały. Chyba że ktoś miał, nie wiem, jakiegoś bogatego tatusia, ale wtedy jeszcze nośniki takie poważne nie istniały, więc chyba że ktoś wyjeżdżał na Zachód, to mógł sobie „Star Treka” pooglądać. Natomiast „Kosmos 1999” po pierwsze był rzadko, więc czekało się. Miesiąc się czekało na każdy odcinek, czasami więcej. Tak jak Piotr powiedział, wielu odcinków nie emitowano z różnych czasami — powiedziałem już o tym, że być może powody były takie, że część była nie po linii i nie dociągała do socjalistycznych ideałów. Dlaczego? Bo starano się przekonać ludzi żyjących za żelazną kurtyną, że nie ma nic lepszego niż obcy, że obcy będą na tak wysokim stopniu rozwoju, że oni już dawno komunizm zbudowali i w związku z tym oni nie będą agresywni, nie będą wrodzy, będą mili, sympatyczni. A tymczasem „Kosmos 1999” pokazywał ich gorszą twarz, więc wybierano te mniej gorsze twarze, a te naprawdę złe starano się nam ograniczać.
Po prostu ich nie puszczano, nie puszczano tych odcinków. Mniej więcej tak z każdego sezonu puszczono połowę odcinków. Powody nie były tylko takie, że obcy byli źli. Również czasami wydźwięk całego odcinka wydawał się cenzorom czy też ludziom dmuchającym na zimne w telewizji komunistycznej mógł się wydawać taki znowu niesympatyczny, pokazujący jakieś na przykład procesy społeczne w obcych cywilizacjach, które może niekoniecznie dobre świadectwo wystawiają chociażby teoriom wysnuwanym przez Marksa i Engelsa. Ale to jest wszystko wiedza, którą uzyskałem wiele lat później, kiedy obejrzałem sobie po prostu obie serie „Kosmosu 1999” już odcinek po odcinku. To były takie moje przemyślenia. Sam nie wiem, czy słuszne. Może powody wyciągnięcia, wyrzucenia niektórych odcinków były zupełnie inne. Może owym ludziom wydawało się, że niektóre sceny są zbyt brutalne. Chociaż umówmy się, to był serial o charakterze może nie rodzinnym, ale takim prawie rodzinnym.
W związku z tym jakichś brutalnych, bardzo brutalnych scen po prostu nie było.
[01:49:00] - Jak ktoś jest bardzo ciekawy, to z dużą łatwością może odnaleźć pełne dwa sezony w internecie i przekonać się, jak to z „Kosmosem” było, bo on trochę w odróżnieniu od innych podobnych seriali, można powiedzieć, że nawet na nim wzorowanych, rozgrywał się w przyszłości bliższej, dającej się wyobrazić. Jak powiedziałeś, początkiem kłopotów był Księżyc i tak dalej. Tam się rozpoczyna ich peregrynacja przez kosmos. Potem są zetknięcia z czarnymi dziurami i innymi zjawiskami kosmicznymi, które popychają bohaterów w głąb kosmosu. Pojawia się też tam taki wniosek, który się da wysnuć, że ktoś jednak zainicjował ten ich los. Ktoś sprawił, że z nimi się stało tak, a nie inaczej. Ten tajemniczy incydent nie był tak do końca przypadkowy na Księżycu. Jeżeli chodzi o ten drugi sezon, to wyczytałem, że on został skonstruowany nieco inaczej, bo jakby nie było, to Brytyjczykom nie tak bardzo zależało na popularności tego serialu gdzieś tam za żelazną kurtyną czy w Finlandii. Ich obchodziły inne kraje anglosaskie. Zostało to skonstruowane tak, żeby bardziej przypadło do gustu Amerykanom.
Co jeszcze? Z „Kosmosem 1999” łączy się też taki, nie wiem, czy to był problem. Na pewno natkniemy się na to, kiedy czytamy o tym serialu, że zaczęto oczywiście dyskutować, na ile to sci-fi jest naukowe, na ile to jest fantastyka naukowa, na ile to jest fantastyka po prostu. Padły ponoć słowa krytyki ze strony Isaaca Asimova, który zwrócił uwagę na punkt wyjściowy tego serialu, czyli odlot Księżyca, nie powiedzieć tak było. Czy z twojego punktu widzenia, chociaż tutaj już o paru rzeczach powiedziałeś, były tam jakieś koncepcje godne uwagi i godne ożywienia? I druga ważna sprawa, też już trochę zahaczona, bo powiedziałeś, że tych kosmitów przedstawiano bardzo różnie, w sumie w bardzo podobny sposób, jak chociażby potem w „Star Treku”, że mamy humanoidy, jakby nie patrzeć, albo po prostu ucharakteryzowanych ludzi z takimi, a nie innymi oczami, uszami i nosami. Wiecie, jak to było. Natomiast czy tam były jakieś ciekawsze koncepcje w „Kosmosie 1999”? Jak tam przedstawiono te kosmiczne cywilizacje? Bo mówisz, że tam się nie wszystko dobrze kończyło.
To jak wyglądali ci źli w takim razie? Czy oni byli krwiożerczy, czy chcieli zeżreć bohaterów?
[01:51:42] - Zeżreć to może nie wszyscy, ale zawsze chcieli... Może nie zawsze. Bardzo często chcieli wykorzystać bazę i jej mieszkańców w jakiś sposób do jakichś swoich celów. Czasami nasi bohaterowie wtrącali się po prostu w sprawy, o których nie mieli pojęcia, i niejako ingerowali. Trochę bez sensu, ale jak już się w coś wplątali, to rozpętywały się jakieś wydarzenia. Cóż jeszcze chciałbym powiedzieć? Myślę, Asimov miał troszeczkę racji. Ja już pomijam ten punkt wyjściowy, że Księżyc sobie wyleciał w kosmos. Od czegoś trzeba było zacząć. Ale tam, i to już wspominałem, teraz powiem o tym szerzej, w drugim sezonie pojawia się oficer naukowa Maya.
Ona się nie pojawia tak znikąd, ponieważ na jednej z planet oni ją znajdują i zabierają ze sobą. Niczym się nie różni właściwie od człowieka, od ludzi. Jest nawet atrakcyjną kobietą. Ma tylko jedną cechę, która już zbliża „Kosmos 1999” trochę do fantasy. Pozostaje oczywiście w dekoracjach kosmicznych, ale Maya ma zdolność przemieniania się na przykład w gołębia albo w jakieś inne stwory, które na przykład na tych planetach oni odnajdują. Przepoczwarza się. Troszeczkę to czary przypomina, bo ona coś tak się kurczy i pyk, się zamienia w gołąbka na przykład. Był taki jeden odcinek, gdzie się zamieniała w tego gołębia i groziło jej z tego powodu poważne niebezpieczeństwo. Cóż jeszcze chciałbym o tym serialu powiedzieć? Bo powiedziałeś, Piotrze, że on się dzieje tu i teraz, chociaż z punktu widzenia ludzi żyjących w latach 70.
tu i teraz, 1999, wrzesień, to była jeszcze odległa przyszłość. Ale podczas podróży przez kosmos zdarzył się odcinek, że przez jakiś cudowny przypadek oni łączą się z Ziemią. Tylko że na Ziemi na skutek efektów relatywistycznych upłynęło już ho ho, a może i więcej lat. Ta Ziemia wygląda zupełnie inaczej. Widzimy ją przez chwilę w postaci takich makietek różnych futurystycznych miast. I po prostu nagle się okazuje, że ci nasi podróżnicy nie mają gdzie wracać. Co więcej, jednak dostają zaproszenie, próbują się przetransferować na Ziemię, czyli opuścić bazę kosmiczną Alfa. Wyobraźcie sobie państwo te emocje. Nagle kończy się przygoda z Księżycem, wracają na Ziemię. Ale nic nie jest tak proste, bo kiedy się zaczynają transferować, to okazuje się, że z czasem i z efektami relatywistycznymi nie ma zabawy.
I trafiają do średniowiecza. Taka podróż w czasie. Przygody są oczywiście bardzo niebezpieczne, a potem wracają na Księżyc. Szansa na transfer z powrotem na Ziemię, to się wszystko nie udaje po prostu i oni lecą dalej. Pytałeś, Piotrze, o te inne rasy. W większości, tak jak mówiłem, one są podobne do ludzi. Różnią się tylko krwiożerczością, chociaż bywały odcinki zaskakujące, w których na przykład okazuje się, że na Księżycu pod stosami skał drzemała, spała, przetrwała jakaś kapsuła, zasobnik z przedstawicielami innej cywilizacji. A ponieważ Księżyc zbliżył się do ich macierzystego miejsca we wszechświecie, to oni jakby się budzą. Co więcej, jest taki odcinek, w którym na Księżyc zostaje przysłana taka machina. Przypomina to walec i nagle ta machina zaczyna uwalniać tlen.
Uwalnia go w takim tempie i w takiej ilości, cholera zresztą wie jak, że Księżyc otrzymuje w błyskawicznym tempie atmosferę. Te sceny, w których nasi bohaterowie wychodzą z bazy kosmicznej Alfa i opalają się przed bazą na leżaczkach, to warto obejrzeć, bo to jednak jest szczyt abstrakcji. Ale później się wszystko kończy, bo Księżyc odlatuje z tego miejsca w kosmosie. Tlen wiadomo, trudno utrzymać na Księżycu. I znowu jest szaro, ciemno i dosyć mroźnie. W związku z tym kończą się leżaczki, kończy się opalanie. Ktoś powie, że to, co mówię, to wręcz brzmi jak jakaś groteska albo wręcz jakaś zabawa formą. Tak, ale takich odcinków nie było wiele. Kilka natomiast było takich, które uznałbym jako osobne fabułki za wręcz inspirujące i wybitne. I myślę, że trudno mi w tej chwili podać konkretne tytuły, ale że ten film właśnie bogactwem pomysłów różnych lepszych i gorszych, bo tam się zdarzały ewidentne knoty.
Myślę o całych odcinkach, które widać było, że były zrobione po to, że tych odcinków musi być w sezonie 24. To macie tu jeszcze jeden. Ale były też odcinki, które mogły być niezwykle inspirujące dla pisarzy i dla scenarzystów zajmujących się fantastyką naukową. Ja myślę w ogóle, że „Kosmos 1999” to był serial, który wielu ludzi do fantastyki naukowej przyciągnął. Co więcej, muszę powiedzieć, że owszem, on w Europie był bardzo znany i nie tylko zachodniej, ale i wschodniej. Nawet pamiętam doniesienia polskiej prasy, że gdzieś w NRD, być może w tej części, która odbierała Studio 2, ale w NRD jakaś grupa tamtejszych, nie wiem, czy tam byli pionierzy, czy jak oni się tam w tym NRD nazywali, ale zbudowali pojazdy, które tam funkcjonowały. Orły się nazywały. I sławne powiedzenie, które weszło do języka: „Orzeł 1 do bazy”. To właśnie jest z tego serialu. I ci NRD-owscy pionierzy zbudowali sobie takiego orła.
Bardzo im w sumie zazdrościłem, że mieli takie możliwości. Cóż by tu jeszcze powiedzieć? To był serial, który się w pewnym momencie skończył, bo zabrakło odcinków. W tym sensie, że niektórych nie chciano emitować, a wszystkie te, które chciano, to już wyemitowano i trochę żal było. Do tego stopnia było żal, że ludzie pisali, że chcą dalej fantastyki, to im zaserwowano „Najeźdźców”. O tym serialu kiedyś mówiłem. Ci najeźdźcy byli oglądani, bo jak nie ma fantastyki, to się ogląda wszystko. Ale wszyscy tęsknili. Nie wiem, czy wszyscy, ale spora część z moich informacji tak wynika. Tęskniła za „Kosmosem 1999”.
Mam wrażenie, że to było doświadczenie pokoleniowe. I tu Piotrze nawiązanie do tego, o czym mówiłeś na początku. Doświadczenie pokoleniowe, ponieważ tylko pewna grupa ludzi w określonym wieku wspomina ów serial z taką nostalgią, łezką w oku wręcz. A później rzeczywiście nastąpiło zapomnienie. Ten serial nie był powtarzany w latach 80. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Później był emitowany w różnych początkujących telewizjach. No i cóż, teraz jest dostępny wszędzie po angielsku. Tylko państwo znajdziecie. Są całe kanały na YouTubie, które mają wszystkie 48 odcinków.
Możecie państwo od ręki to sobie obejrzeć. No i cóż, ten serial już dzisiaj nie zachwyca, ale sentyment budzi ewidentny.
[02:00:07] - To jeszcze jedno pytanie: czy on inspirował późniejszych twórców? Bo jak czytamy opinie w internecie, to dochodzimy do takich, które mówią, że niektóre postaci, schematy, wątki w „Star Trek: Następne pokolenie” były inspirowane „Kosmosem 99”. Sam wątek główny jest podobny średnio, ale motyw podróży kosmicznej jest bardzo charakterystyczny dla tego typu produkcji. Kosmosowi, jak powiedziałeś, zarzucano lekką paździerzowatość. Czytałem też opinie, akurat ówczesnych krytyków, mówiące, że serial był trochę naiwny, plastikowy, że te postaci były dość nierealistyczne. Co sądzisz o tym, jak „Kosmos” zainspirował „Star Trek: Następne pokolenie”?
[02:01:07] - Mnie jest w gruncie rzeczy trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo mam wrażenie, że „Kosmos 1999” mocno inspirował się pierwszymi seriami „Star Treka” z lat 60. Sam główny pomysł w gruncie rzeczy jest identyczny. W „Star Treku” przez kosmos podróżuje Enterprise i odwiedzają kolejne planety, przeżywają przygody. Na ogół odcinki są takie, że każdy stanowi osobną całość i wszystko jest okej. Przeżywają, lecą dalej, przeżywają kolejne przygody i jest wszystko super. Tu dokładnie ten sam schemat, zmienia się tylko statek kosmiczny. Tam był Enterprise, potężna jednostka. Tu mamy Księżyc z bazą księżycową Alfa. I to właściwie jest główna różnica. A sam schemat: przeżywanie kolejnych przygód z kolejnymi cywilizacjami, z kolejnymi problemami natury czasami etycznej.
Tam się nawet pojawia odcinek, w którym kobiety rządzą na planecie, zsyłają nieposłusznych mężczyzn na księżyc owej planety. Tam oni bardzo szybko giną, bo tam jest coś bardzo nieprzyjaznego i człowiek ginie. Więc matriarchat swoiście pojęty. Jest tych odcinków naprawdę dużo. Czy inspirowały „Star Trek: Następne pokolenie”? Mam wrażenie, często o tym mówi Wojtek Sedeńko w swoich audycjach, na które zapraszam na kanale Wehikuł Wyobraźni. Mówi bardzo często o książkach z dziedziny fantastyki naukowej i często powtarza jedną rzecz, która wydaje mi się jak najbardziej prawdziwa. Świat zna wiele procesów dotyczących inspiracji zbyt daleko posuniętych, czy po prostu zwykłych plagiatów. Bardzo rzadko coś takiego ma miejsce w fantastyce naukowej, zarówno tej pisanej, jak i tej filmowanej. Tam naprawdę jest tak w tym światku science fiction, poza ewidentnymi przegięciami, które się też zdarzają, ale w światku science fiction jest tak, że jedni inspirują drugich, a ci drudzy trzecich.
I tak trochę międzypokoleniowo to przechodzi. Dzisiaj dlatego jest mi tak trudno powiedzieć jednoznacznie, że serial „Star Trek: Następne pokolenie” inspirował się obrazem „Kosmos 1999”, bo mam naprawdę bardzo daleko posuniętą pewność, że z kolei „Kosmos” inspirował się starym „Star Trekiem”. Pewne podobieństwa u niektórych postaci da się znaleźć, ale mam też wrażenie, że kilka odcinków, mówiłem już to w poprzednim wejściu, „Kosmosu 1999” jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie, może nie filmowo-technicznym, ale myślowym, przemycającym pewne idee, obrazy, problemy. I takich odcinków by się dało znaleźć kilka. To też jest pewna wartość, że może cały serial nie jest wybitny, ale te odcinki zdarzały się naprawdę wielkie. A poza tym, powiedzmy sobie szczerze, dobrze wspominam te główne postacie, które się pojawiały w serialu, czyli Martin Landau, który grał główną rolę. To był naprawdę ktoś. Grał Johna Keniga. Był szefem bazy księżycowej Alfa. Później Barbara Bain to Helena Russell.
Ona była szefową sekcji medycznej. Poza tym to napięcie takie czysto damsko-męskie pomiędzy panią doktor a szefem bazy było delikatnie naszkicowane, ale było. W związku z tym człowiek się zastanawiał, co będzie w następnym odcinku. Nic nie było w następnym odcinku, przynajmniej na tej linii. Oni sympatyzowali po prostu ze sobą. Trochę żal mi było, że w drugiej serii nie występował Barry Morse. Grał doradcę naukowego. Szkoda, nie było. Trochę zastąpiła go Maya, czyli oficer naukowy. Te główne postacie były naprawdę może nie interesujące, szukam słowa, zajmujące, angażujące.
Człowiek sympatyzował po prostu z nimi. Być może, cały czas to podkreślam, dlatego, że to był naprawdę jeden taki rodzynek. W latach 70. nie było drugiego serialu tak intensywnie eksploatowanego w telewizji polskiej, z tyloma odcinkami, przygodami, tak pokazującego wszechświat, kosmos. Myślę, że wtedy zrodziła się fascynacja Wielu osób fantastyką naukową. Ja już byłem zarażony wcześniej, ale i tak śledziłem losy bazy księżycowej Alfa. Da się powiedzieć, że wtedy to z zapartym tchem. Dzisiaj już może bym aż tak emocjonalnie nie reagował, ale wtedy byłem naprawdę młodym człowiekiem. I znowu po linii sentymentalnej, ja naprawdę dobrze wspominam ten serial. Dzisiaj przyszedłem trochę do rozumu, obejrzałem go po raz kolejny.
Sentyment pozostał. Fascynacja nieco osłabła, ale to rzecz normalna. Nawet nie wiem, czy godzi się ją podkreślać.
[02:07:02] - Na koniec dodam taką ogólną uwagę, bo w odcinkach Sentymentalnika, jeżeli to jest oczywiście możliwe, zasięgamy opinii innych, także w internecie. I się okazuje, że pod względem popularności, pod względem wysokich ocen, „Kosmos 1999” radzi sobie znakomicie. Ma bardzo wysokie oceny, zbliżone do współczesnych hitowych produkcji, na przykład na portalu Filmweb. Wspominki, pamięć na pewno wpływają na ocenę, bo widzimy liczne podkreślenie emocji, wspomnień, jakie ten serial wywołuje i tak dalej. Podkreśla się jednak, że na tamte czasy i to trzeba zaznaczyć mocno dużymi literami wypowiedzieć, na tamte czasy. I niektóre wątki rzeczywiście może zasługują na ożywienie, ale jeżeli ktoś tego serialu nie zna, to jest mój wniosek i spróbuje się z nim zderzyć po raz pierwszy, to ocena może być absolutnie inna i wnioski mogą być inne. Także miejmy to na uwadze, iż to jest jeszcze tamta telewizja i nie wszystkim to przypadnie do gustu.
[02:08:14] - Ale jedną rzecz na koniec chciałbym jeszcze powiedzieć, a właściwie dwie. Pamiętam o popularności tego serialu wówczas może świadczyć to, że odbywała się jakaś karnawałowa impreza w szkole. Wiecie państwo, klasa się gromadzi, przychodzimy, mamy tańczyć, dziewczyny pod jedną ścianą, chłopacy pod drugą, wypychają się, śmieją się i nikt tańczyć nie chce, chociaż muzyka z magnetofonu się sączy i nie tylko sączy. Ale wiecie państwo, gdzie tam z babami, nie w ogóle. I taka impreza się odbywała w jakąś sobotę w szkole, a ja wyszedłem z postulatem, że owszem, to zabawa zabawą, bo to karnawał, ale ja chcę obejrzeć kolejny odcinek „Kosmosu 1999”. To był w dodatku już odcinek z drugiej serii z panią Mają. I to był właśnie ten odcinek, w którym ona się zamienia w gołębia, bodajże w gołębia i zostaje zamknięta w klatce. I gdyby wróciła do swojej pierwotnej formy, to by zginęła, bo by ta klatka po prostu ją zabiła, gdyby ona wróciła do tej pierwotnej formy. A był taki haczyk, że ona tą istotą, w którą się zamieniała, mogła być przez jakiś ściśle określony czas. Napięcie rosło.
Wiem, że część moich kolegów, a szczególnie koleżanek była bardzo oburzona, że tutaj zabawa, karnawał, a ja sobie na filmy chodzę, bo pani wychowawczyni znalazła taką salę w szkole, gdzie był telewizor. On co prawda ledwo pracował i obraz był taki dosyć umowny, ale jednak dało się obejrzeć i obejrzałem. Skusiło się jeszcze kilka osób i sama wychowawczyni też się skusiła, obejrzała, nie pilnując w tym czasie młodzieży. Dzisiaj to byłby prokurator przynajmniej. Wtedy była to rzecz jak najbardziej normalna. Druga rzecz, o której myślę, jeszcze warto ją podkreślić to, że ja pamiętam, jak za ciężkie pieniądze jeden z moich kolegów zdobył numer, to był tygodnik. W każdym razie „Bravo” to wtedy wychodziło w Niemczech Zachodnich. Zdobył i to było „Bravo”, w którym były fotosy, zdjęcia właśnie z „Kosmosu 1999”. Powiem tak najbardziej ogólnie. Mój kolega stał się bardzo bogatym człowiekiem.
Oczywiście jak na warunki szkolne, ponieważ te zdjęcia pojedyncze, wycinane z tego „Bravo” on sprzedawał za ciężkie pieniądze i ludzie kupowali w dodatku. Wyobraźcie sobie państwo, kupowali. I jeszcze jedną rzecz warto powiedzieć, że ten serial trafił jednak za ocean. Sprzedano go tam jednak. On oczywiście nie podbił może Stanów Zjednoczonych, ale być może jest ważne to, co Piotr sugerował, że być może zainspirował kolejnych amerykańskich twórców do tworzenia chociażby jednego, drugiego, trzeciego serialu. W każdym razie rozgadałem się dzisiaj strasznie, ale to rzeczywiście widzicie państwo, jak emocjonalnie człowiek czasami reaguje na takie wspomnienia, które wtedy były ważne. Rozgadałem się, bo emocje gdzieś tam we mnie zabuzowały. Pozostajemy w kosmicznych klimatach, bo w dzisiejszym recenzarium Evivy Luiza Dobrzyńska zaprasza na recenzję „Astronautów” Stanisława Lema.
[02:12:16] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Kiedy mówimy o Stanisławie Lemie, mamy na myśli oczywiście wszystkie jego największe powieści. Nie jest Zbyt dużo. Lem był bardzo inteligentnym i naprawdę obdarzonym ogromną wyobraźnią pisarzem, ale powieści science fiction sensu stricte wydał bardzo niewiele. Zwłaszcza jeżeli porówna się go ze współczesnymi autorami, często produkującymi książki raczej niż piszącymi. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami i chociaż w porównaniu z nimi Stanisław Lem napisał, jak już wspomniałam, niewiele książek, to jednak różnica widoczna jest gołym okiem. Różnica w jakości. Jednak początki jego sławy sięgały ustroju, który chwalebny nie był, a nawet wręcz przeciwnie. Dwie powieści, z których sam Lem nie był dumny, a nawet przeciwnie. Można było odnieść wrażenie, że w dalszych latach raczej się ich wstydził, choć może niekoniecznie słusznie.
Jedną z tych powieści jest „Obok Magellana", a drugą, właściwie pierwszą. Pierwszą taką większą powieścią science fiction Lema, która zyskała rozgłos i która niejako zrobiła z niego polskiego pisarza science fiction na miarę światową, jak twierdzono. Zresztą czas pokazał, że rzeczywiście taki jest. Tą powieścią byli „Astronauci". Podobnie jak „Obok Magellana" jest to książka dosłownie napakowana peanami pod adresem komunizmu. Zresztą podejrzewam, że inaczej nie zostałaby w ogóle wydrukowana. Nie wykluczam, że w tych czasach Lem, młody jeszcze pisarz, naprawdę wierzył w przekazywane informacje. Refleksja przyszła dużo później. „Astronautów" z omawianą wcześniej przeze mnie książką dla dzieci „Odyseusz i gwiazdy" łączy jedna rzecz. Mianowicie rok określony jako rok wszelkiej szczęśliwości na Ziemi, harmonii, ładu i w ogóle wszystkiego, co najlepsze.
Jest to rok 2003. Z tym że „Astronauci" powstali znacznie wcześniej, ponieważ w 1951 roku, podczas gdy „Odyseusz i gwiazdy" to lata 70. O co więc chodzi w tej powieści? Lem rysuje świat, w którym pozbyto się kapitalizmu. Podejrzewam, że również i kapitalistów w sposób mało przyjemny, ale to elegancko się pomija. W każdym razie na Ziemi, którą opanował całkowicie komunizm, panuje absolutny raj. Nie ma głodu, nie ma chorób, nie ma walki klas, nie ma żadnego rycia pod sobą dołków, nic zupełnie. Jest tylko postęp, rozwój, istna światłość. No i w tej właśnie światłości pojawia się pewien zgrzyt. Mianowicie naukowcy odnajdują pojemnik, który dawno temu wylądował na Ziemi.
Zawiera on przekaz z planety Wenus. Tak na marginesie, wtedy jeszcze nie wiedziano, że Wenus, którą uważano za bliźniaczkę Ziemi, tak naprawdę jest rozpalonym piekłem. Odczytawszy przekaz, naukowcy orientują się, że jest to dokładny plan inwazji na Ziemię. Ponieważ sprawa wygląda bardzo groźnie, na tę planetę zostaje wysłany statek kosmiczny obsadzony starannie dobraną załogą, oczywiście reprezentującą jedynie słuszne idee. No bo jakżeby inaczej. Statek leci na Wenus, ale ku zaskoczeniu wszystkich nie znajduje tam groźnych istot. Jednak pozostałości potężnej niegdyś cywilizacji unaoczniają astronautom, że zagrożenie rzeczywiście istniało. Dlaczego jednak znikło? Tak, tutaj mamy rozwiązanie oczywiście, które raczej wszyscy czytelnicy science fiction znają i zresztą dość łatwe do przewidzenia. Książka ma wymowę silnie pacyfistyczną, antywojenną.
Chociaż też jednocześnie gloryfikuje Związek Radziecki i uderza w Amerykę, to jednak jej przesłanie mimo wszystko jest słuszne. Bo jeżeli ludzie nie przestaną próbować wziąć górę w sensie jeden naród nad drugim, to naprawdę może nas spotkać los tych nieszczęsnych Wenusjan z powieści Lema. Nawet dzisiaj, jeżeli pozwolimy sobie pomijać całą tą nachalną propagandę, książka jest bardzo interesująca. Moim zdaniem Lem niesłusznie ją nie doceniał, raczej powinien ją przepisać na nowo. Nigdy jednak tego nie zrobił i została jaka jest. I mimo wszystko uważam, że jest cenna. Zainspirowała nawet onegdaj twórców filmowych. Powstał film pod tytułem „Milcząca gwiazda", obecnie uznawany za niezbyt udany, ale według mnie również interesujący pod wieloma względami. Przed „Star Trekiem" pokazał bowiem załogę złożoną z ludzi różnych narodów i różnych ras, a mimo to współpracujących ze sobą harmonijnie dla dobra ludzkości. Cóż można jeszcze powiedzieć?
Lubię „Astronautów". Propaganda zawarta w tej książce odbija się ode mnie. Natomiast widać w niej ten lemowski pazur, który później objawił się dużo mocniej. W każdym razie sądzę, że nie należy tej książki od razu skreślać ze względu na zawarte tam zachwyty nad komunizmem jako ustrojem, który absolutnie wszystkie problemy ludzkości załatwi od ręki, jak tylko pozbędziemy się tych wstrętnych kapitalistów, którzy wyzyskują biedną klasę robotniczą. Niestety wiemy, że komunizm przyniósł światu coś zupełnie innego niż pokój i rozwój. Ale łatwo jest uwierzyć, że w tym czasie Lem o tym nie mógł wiedzieć i że to, co napisał, to napisał ze szczerego serca. Myślę zresztą, że był zbyt inteligentnym człowiekiem, żeby pisać propagandę, wiedząc, że to jest fałszywa propaganda. Tak, sądzę, że raczej w to wierzył. Później wierzyć przestał, sądząc po tym, co napisał w książce „Eden”. Ale to już zupełnie inna historia.
Polecam „Astronautów”. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:19:19] - Był wywiad z jednym, z jedną medium. Chyba to tak by należało powiedzieć. To czas na drugi wywiad, również z medium, z panią Patrycją Dary. A zatem drugi odcinek „Bez tajemnic”. Zapraszam.
[02:19:47] - Patrycja Dary jest francuskim dziennikarzem, ale także medium od 1995 roku, kiedy to dwa miesiące po narodzinach jej syna nagle, bez wcześniejszych zapowiedzi obudziły się w niej zdolności medialne.
[02:20:00] - Kim jest medium? Medium jest ktoś, kto może rozmawiać ze zmarłymi ludźmi. Na przykład ja potrafię nawiązać z nimi kontakt. Nie wywołuję ich. To oni do mnie przychodzą. Natomiast gdy ktoś ma jakieś przeczucie, ciarki, myśli, to nie jest mediumizm, tylko sensytywność. Często ludzie mylą sensytywność z mediumizmem, a to nie jest to samo. Mediumizm jest pośrednictwem pomiędzy dwoma wymiarami, pomiędzy rzeczami widzialnymi i niewidzialnymi. Wiele osób, które uważają się za media, nie są pośrednikami, ponieważ mogą tylko odczuwać. Ale to jest za mało.
Mówią: „Coś czuję”. Ale ja uważam, że potrzeba czegoś więcej. Musi być jakaś manifestacja, potwierdzenie obecności. Gdy odwiedzam jakieś nawiedzone domy, to są przynajmniej dwie osoby, które potwierdzają obecność ducha lub jakieś manifestacje. Natomiast same odczucia są czymś naturalnym, bo na przykład możemy się czegoś bać. Strach powoduje odczucia. Mamy ciarki ze strachu albo działa nasza wyobraźnia. Więc jeśli chodzi o mediumizm, trzeba być bardzo konsekwentnym. Trzeba pamiętać o tym, że nie jest to dziedzina ścisła, że nie da się prowokować zjawisk każdego dnia, że to jest coś, co odbywa się samoistnie. Jeśli stanę przed panem i powiem, że wywołam tego, tego i tamtego, nie za każdym razem to się uda.
Nie można też mylić mediumizmu z mentalizmem, z osobami, które patrząc na pana, będą opowiadały różne rzeczy, ponieważ potrafią obserwować. Reasumując, mediumizm nie jest nauką ścisłą. Mediami są osoby pośredniczące, służące niewidzialnym siłom, które używają ich, aby nawiązać kontakt z siłami widzialnymi. Czym jest połączenie mediumiczne? Jak to się odbywa? Powiem, jak to wygląda u mnie. To bardzo dziwne uczucie. Gdy u mnie to się zdarzyło po raz pierwszy, przeskoczę niektóre etapy dla uproszczenia. Tydzień po tym, jak zaczęłam słyszeć głosy, pismo automatyczne u mnie zaniknęło, a ja zaczęłam widzieć zmarłych. Widziałam umarłych, gdy spacerowałam ulicą, gdy bywałam na bankietach.
Na początku zastanawiałam się, co to jest, co to za postacie. One nie wyglądały tak jak inni. Były dwuwymiarowe, jakby na pocztówkach. Osoby te przemawiały do mnie, choć nie poruszały ustami. To było bardzo dziwne.
[02:22:52] - Nie jestem otwarty na ten niewidzialny świat. Nie jestem podłączony.
[02:22:57] - To dlatego, że pan cały czas analizuje. Mówi pan: „Chcę zobaczyć ducha”, ale tego ducha nie ma. Przemawia przez pana rozum. Gdy próbuje pan nasłuchiwać, obserwować, ma pan kamerę w ręce, ale przemawia przez pana rozum. Żeby czegoś doświadczyć, trzeba udać się do takiego nawiedzonego miejsca, wyciszyć się i pozwolić fenomenom zaistnieć. Trzeba też mieć przy sobie kogoś, kto te fenomeny pobudzi, czyli jakieś medium albo kogoś sensytywnego, kto już raz te konkretne fenomeny obserwował. Nasz rozum odcina nas od fenomenów. Gdy ludzie w jakimś miejscu widzą ducha, to dlatego, że są mediumicznie wrażliwi, podczas gdy ludzie pragmatyczni niczego nie dostrzegają. Dlaczego? Blokuje ich ich własny racjonalizm.
Jeśli blokuje pana rozum, nic z tego nie będzie.
[02:23:49] - Ale ja chcę zobaczyć ducha. Jestem na to otwarty.
[02:23:54] - Pan chce je zobaczyć, ale pozostaje pan pod kontrolą rozumu. Tymczasem mógłby je pan zobaczyć, gdyby pan tego nie oczekiwał. Kilka lat temu malowałam łazienkę, słuchałam radio i nagle poczułam obecność przy drzwiach wejściowych. Pomyślałam, że to dziwne, bo czuję, że ktoś na mnie patrzy, ale nie wiedziałam, czy to jest ktoś żywy, czy umarły. Odwróciłam się w stronę wejścia i zobaczyłam mężczyznę patrzącego na mnie. Ale to nie była współczesna osoba, tylko z przeszłości. Ubrana według dawnych zwyczajów. Miał fryzurę jak Jean Reno w filmie „Goście, goście”. Stałam na drabinie, straciłam głos, nie wiedziałam, co powiedzieć. Dlaczego go zobaczyłam?
Bo niczego nie oczekiwałam, bo byłam zajęta czymś innym. Czyli gdy skupiłam się na jakimś zajęciu, straciłam czujność. Dlaczego właściciele pałaców słyszą głosy? Bo przeprowadzają remont i w ogóle nie myślą o duchach. Tymczasem burząc ściany, uwalniają energię uwięzioną w murach od setek lat. Mury przechowują energię. Więc właściciele tych pałaców nie skupiają się na duchach. Mówiąc duchy mam na myśli dusze zmarłych, które są uwięzione w jakimś miejscu i cyklicznie powtarzają pewne czynności, krążą w kółko. Jedziecie w jakieś miejsce, do jakiegoś zamku. Duch każdego wieczoru będzie wykonywał dokładnie te same czynności.
Czy to dlatego mówi się, że w tym pokoju straszy, albo w tamtym? Czyli te duchy nie mają poczucia czasu i mogą nie wiedzieć, że nie żyją. I mogą być tu zablokowane, ponieważ mają jeszcze coś do zrobienia. Albo są obrażone. Tak, dokładnie tak. Tak. Chodzą, przechodzą ciągle w taki sam sposób i nagle wpadają na nas. Jak pan myśli, co widzą?
[02:26:07] - Myślę, że nas nie postrzegają, nie rozumieją.
[02:26:09] - Gdy nas widzą duchy z XVIII wieku, to nie dostrzegają człowieka z XXI wieku, bo nie da się zajrzeć w przyszłość. Nasz mózg może zobaczyć tylko przeszłość. To, co zostało w nas zapisane. Więc potrafimy rozpoznać duchy z wieków poprzednich, ale ducha z roku 2050 jeszcze zobaczyć nie mogę. Więc jak one nas widzą? Zadałam im to pytanie. Pierwszy raz byłam z grupą osób w pewnym zamku i zobaczyłam ducha z XIV wieku, który zobaczył mnie i się przestraszył. I krzyknął: "Duchu, odejdź, odejdź. Nie chcę cię tutaj". Odpowiedziałam, że nie jestem duchem.
On zaczął się modlić po łacinie i robić znaki krzyża. Byłam jego duchem. Ale jak on mnie widział? Nie mógł zobaczyć ducha kobiety z XXI wieku. Więc zapytałam go, jak mnie widzi. Odparł, że widzi cień. Natomiast inny duch, który mieszkał naprzeciwko mojego domu, duch z XV wieku, pewnego dnia przyszedł do mnie do tego pokoju. Usiadł. Wyjaśnił mi, że przychodzi z domu naprzeciwko. Ale nie z tego, który dzisiaj tam stoi, tylko z innego, który już nie istnieje.
Dawniej stał tam kościół i on przyszedł z tego kościoła. Zapytałam go: "Ale do kogo pan mówi? Gdy pan zwraca się do mnie, do kogo pan się zwraca?" Odparł: "Słyszałem panią w moim śnie, bo teraz śnię". Więc one nas nie widzą. Więc gdy medium mówi, że rozmawiał z duchem, który powiedział, że jesteś piękna i tym podobne, to nie może być prawda, bo duch nie widzi nic poza swoją epoką. Jest jakby zamknięty w swoim czasie. A gdy udaje się do nawiedzonego domu, duch funkcjonuje we własnej dekoracji, nawet gdy w rzeczywistości wszystko się zmieniło. Gdy widzę ducha, widzę go w innym wystroju wnętrz z dawnych czasów, z epoki, gdy żył. W rzeczywistości czas i przestrzeń nie istnieją. Wszystko jest względne.
Każdy tworzy własny czas i przestrzeń i każdy w nich funkcjonuje. Stereotypowego demona, jakiego opisano w Biblii nie spotkałam, chociaż miałam do czynienia z ekstremalnie złymi duchami, perwersyjnymi, oszukańczymi, okropnymi istotami. Nawet kilka razy zostałam uderzona niewidzialnymi ramionami albo próbowali wypchnąć mnie przez poręcz, przez balustradę. Innym razem chwycono mnie za ramię i pchnięto o ścianę przy świadkach. Tak, poważne ataki zdarzają się. Gdy w takiej sytuacji dodatkowo ogarnia nas strach. Dla nich to jest prawdziwa uczta. Moich przewodników nazywam hierarchią. To są jakby moi przełożeni. Czuję ich obecność, ale ich nie widzę.
Myślę, że już od dawna nie posiadają fizyczności. Odbieram ich jako człekokształtne postacie bez twarzy. Mają tylko sylwetkę. Gdy ich słyszę, gdy ich czuję, ta sylwetka rozświetla się. Niemniej uważam, że są to osoby, które albo żyły na Ziemi, albo gdzieś żyją. Gdzieś indziej to znaczy mamy tu Ziemię, a tam mamy inne wymiary. To są istoty żyjące tak jak pan i ja, które są po drugiej stronie i opiekują się nami. Czuwają nad nami. Na początku nie rozumiałam, co mamy robić na Ziemi, a oni odpowiedzieli mi, że trzeba kochać. Łatwo powiedzieć.
Co to znaczy? To trochę głupie. Trzeba kochać bliźniego. Miłość. Miłość. Miłość. Ciągle się o tym mówi, ale tego nigdzie nie widać. Wszyscy się maltretują i wszyscy gadają o miłości. Więc o co konkretnie chodzi? Mam chodzić do ludzi i powtarzać im, że ich kocham?
O Boże, ile mam miłości w sobie! To nieprawda. To nie jest prawda. To tak nie działa. Są ludzie, których nie lubimy. Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że mają do zaoferowania tylko miłość. Nosimy w sobie różne rzeczy: miłość i nienawiść, złość. A oni mi odpowiadają, że to nie jest tak, jak mi się wydaje. Miłość jest siłą napędową. To jest nasza wewnętrzna siła, która ma się wydostać, aby pobudzić nas do działania i pobudzić również innych.
To jest właśnie miłość.
[02:31:33] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:31:52] - Troszkę niesamowitości. To wymieszajmy tę niesamowitość z programem instruktażowym. Dzisiaj kolejny odcinek „Piszącej z fiordami”, a w tym odcinku będzie mowa. Uśmiecham się, bo mowa będzie o mowie zależnej i niezależnej. Zapraszam zatem. Kamila Ciołko-Borkowska z odległej Islandii opowie państwu o tym sposobie różnicowania tekstu oraz przedstawiania czasami bohaterów, a czasami w ogóle rozkładania przed czytelnikiem fabuły. Ale to już lepiej państwu wytłumaczy Kamila Ciołko-Borkowska.
[02:32:39] - Dzień dobry wieczór moi drodzy. Witam was w kolejnym spotkaniu z cyklu „Rozterki pisarza mamone przez pisarki” i od razu przechodzimy do tematu. Nie będziemy tutaj się bawić w żadne wstępy jakiegoś dziwnego typu. Chciałabym dzisiaj poruszyć z wami temat wypowiedzi bohaterów, które umieszczamy w naszych utworach. Czy to są opowieści, czy to są opowiadania. Jakkolwiek by nie pisał autor czy autorka, zawsze musimy zawrzeć jakieś wypowiedzi bohaterów. To nie jest tak, że można napisać opowiadanie bez dialogu. Znaczy można napisać opowiadanie bez dialogu, bez żadnej wypowiedzi bohatera, jak najbardziej. Jest to trudne, ale do zrobienia. Dziś zajmiemy się jednak tymi opowiadaniami czy powieściami czy czymkolwiek, co tam się pisze, które zawierają jakieś wypowiedzi, dialogi, cokolwiek, co robimy paszczą.
I o ile na temat dialogów już się gdzieś tam jakoś wypowiadałam, o tyle dziś chciałabym poruszyć kwestię tak zwanej mowy zależnej i niezależnej. Ja wiem, uczyliśmy się o tym w szkole. To było, klepało się to na pamięć, pisało się wypracowania z tym, żeby wszystko ładnie zaliczyć. My to wszystko mieliśmy, ale wiem po rozmowach z innymi piszącymi, wiem też sama po swoim pisaniu, że to, co miało się kiedyś w szkole, to, co było gdzieś tam na lekcjach, to gdzieś tam nam umyka i niby wiemy, czym jest mowa zależna i niezależna, bo jak zapytać kogokolwiek, kto skończył szkołę, to na pewno powie, że mowa zależna i niezależna w szkole były. Coś tam było. Coś tam wiem, że dzwoni, ale nie do końca wiem, w którym kościele. I ostatnio miałam pewną rozmowę z autorem początkującym dość, ale jednak z autorem, który próbuje swoich sił w pisaniu. Miał on pewien problem, jakąś zapustkę odnośnie tego, jak zapisać to, co powiedzieli bohaterowie, żeby nie wpisywać tego tylko w czysty dialog. Bo na przykład jakaś wypowiedź w dialog się po prostu nie mieści albo wizja tej wypowiedzi do dialogu nie za bardzo autorowi pasuje. Bo nie zawsze wszystko należy przekazywać w dialogu.
Pamiętamy zasadę: pokaż, a tak opisz, a nie napisz. Czy to jakoś tak szło? Już teraz nie pamiętam. Przyznaję się bez bicia, że wyleciało mi z głowy. W każdym razie chodzi o to, żeby emocje wszystkie pokazywać poprzez zachowania naszego bohatera czy bohaterów. Nie wszystkie wypowiedzi, które zawieramy w naszej historii, muszą być zawarte bezpośrednio w dialogu, a ewentualnie, jeśli nawet będą zawarte w dialogu, nie muszą być wypowiedziane przez tego konkretnego bohatera, którego aktualnie chcemy przywołać. Czyli na przykład jeżeli mamy rozmowę między powiedzmy dwie bohaterki. Mamy Anię i Kasię i Ania z Kasią sobie rozmawiają. Kasia chciałaby powiedzieć Ani, że rozmawiała z ich wspólnym znajomym, nazwijmy go na przykład Janek Na jakiś temat, na przykład wyjazdu wspólnego na weekend. Grupa przyjaciół organizuje wspólny wyjazd poza miasto i obydwie, Ania z Kasią, organizują to.
Teraz jedna z nich, czyli Kasia. Mam nadzieję, że to była Kasia i teraz mnie nie zakręciłam. Ale powiedzmy, że Kasia chce powiedzieć Ani, co na ten temat myśli Janek. Teraz mamy możliwość zrobienia to w dwojaki sposób. Za pomocą mowy zależnej i niezależnej. Ustalmy teraz, że podczas tej rozmowy, którą autor opisuje między dwiema naszymi bohaterkami, Janka nie ma. Ale do zorganizowania tego wyjazdu jego opinia jest dość istotna, bo jeżeli nasze bohaterki nie będą wiedziały, czy on chce wziąć udział w tym przedsięwzięciu, to niestety, ale nie będą mogły tego zorganizować. Uznajmy, że podczas tego wyjazdu ma się zdarzyć dość istotne wydarzenie dla naszej fabuły i ten Janek jest dla nas istotny w tej historii, bo na przykład chcemy związać go, połączyć go w relacji intymnej na przykład z Anią. Powiedzmy, że Ania teraz pyta naszą Kasię, czy na przykład Janek przyjedzie. Teraz co powie Kasia?
Kasia może powiedzieć, że Janek zgodził się. Tak po prostu. To jest wtedy normalna wypowiedź w dialogu, że Janek zgodził się. Może też zrobić tak, że powie: „Janek powiedział, że cieszy się z tego wyjazdu. Już nie może się doczekać”. I to jest już mowa zależna. To jest mowa zależna i ją zapisujemy normalnie jak zdanie. Mamy przecinek, mamy „że” i jedziemy dalej bez żadnych tam zbędnych ozdobników, bez niczego, po prostu jak normalne zdanie, które wypowiada nasza bohaterka. Ale mamy też niesamowitą rzecz, czyli mowę niezależną. I w naszej rozmowie cofamy się z powrotem.
Ania pyta Kasię, co Janek myśli na temat wyjazdu. Nasza Kasia mówi: „Janek powiedział” i teraz robimy dwukropek. Otwieramy cudzysłów i wpisujemy: „Już się nie mogę doczekać. Jestem przeszczęśliwy z tego powodu” na przykład. To totalnie zdanie bez czapy, bo ono do dialogu jest po prostu okropne, jest nierealne. Zamykamy. Możemy nawet wykrzyknik postawić. Zamykamy cudzysłów, kropeczka. I tu mamy przykład mowy niezależnej, którą zawsze składamy w cudzysłów. To jest zupełnie logiczne, bo jeden bohater mówi o tym, co powiedział drugi bohater cytując.
Jeżeli wkładamy jakikolwiek cytat do tekstu, to zawsze umieszczamy go w cudzysłowie. Nie ma tak, że któryś z tych sposobów przedstawienia wypowiedzi jest lepszy, któryś gorszy. Zawsze musimy dopasować, bo to nie jest tak, że możemy używać tylko jednego, bo tego będzie za dużo. Czytelnik też lubi, jak jest jakieś urozmaicenie. Wtedy się łatwiej czyta, lepiej czyta, lżej się czyta, łatwiej rozumie. Fabuła płynie bardziej wartko. To jest zdecydowanie łatwiej, jeżeli przeklatamy te sposoby, jeżeli budujemy sposoby komunikacji w różny sposób. To jest tak samo jak w życiu, że my komunikujemy się między sobą na różne sposoby i historie, które piszemy, powinny być jak najbardziej zbliżone do tego, w jaki sposób komunikujemy się na żywo. Bo chcemy, żeby to było bardzo wiarygodne, a żeby było bardzo wiarygodne, musi być bardzo podobne do tego, jak jest w rzeczywistości. Więc możemy ująć wypowiedź innego bohatera, korzystając z mowy zależnej albo niezależnej.
Możemy na przykład to robić naprzemiennie, jak już wspominałam wcześniej. Wiem, że się powtarzam, ale to jest tak, że im bardziej się powtarza coś, im bardziej się przypomina, tym może bardziej to zostaje w głowie. Sama się o tym przekonałam. Tak więc bardzo polecam korzystanie z tych dwóch sposobów. Nie tylko tworzenie takiego zwykłego dialogu, że zawsze i wszędzie muszą być ci bohaterowie podczas rozmowy. Że jak w tym momencie dla przykładu mamy tą Kasię, mamy Anię, mamy Janka i jeżeli chcemy jakiekolwiek informacje przedstawić naszemu czytelnikowi, to musimy całą trójkę zebrać w jednym pomieszczeniu i musi być rozmowa pomiędzy całą trójką. Nie. To może być tak, że rozmawia tylko dwójka, ale wspomina o tej jednej dodatkowej osobie, która jest nam potrzebna, ale której aktualnie nie ma, której nie potrzebujemy w danej scenie. Bo też nie będziemy robić nadmiernego tłoku, żeby czytelnik nie miał takiego poczucia, że się zgubił gdzieś, że jest za tłoczno, że jest za dużo, że nie ogarnia całej sytuacji, która się dzieje, całej akcji, którą mu przedstawiamy. Bo napisanie dobrej sceny też powinno Oscylować na poziomie dobrego smaku.
Jeżeli sytuacja dzieje się w zakłóconym pokoju pomiędzy dziesięciorgiem bohaterów, to może dojść do tego, że czytelnik się pogubi i nie będzie wiedział, kto jest kim. Zrobienie takiej sceny między dziesięciorgiem bohaterów, dla przykładu, jest bardzo trudne i na pewno nie polecam budowania takiej sceny początkującemu autorowi. Jeżeli zaczynamy nasze próby pisania, bo spotykamy się tutaj jako początkujący pisarze, którzy dopiero szkolą swój warsztat, nabywają umiejętności, szkolą się, poprawiają wszystko, co napisali, żeby być lepszym pisarzem. Nie mówię, że ci, którzy mają ileś tam książek na koncie, nie robią tego. Też robią, ale zdecydowanie więcej pracy wkładamy, kiedy zaczynamy nabywać pewne umiejętności. Dlatego odradzałabym poniekąd budowanie wielkich scen z udziałem tłumu, czyli większej ilości osób. Nie mówię, że nie jest to możliwe. To jest jak najbardziej możliwe. Może być bardzo ciekawym doświadczeniem, ale może zacznijmy od czegoś mniej skomplikowanego i mniej absorbującego. Możemy wtedy używać różnych zabiegów, które będą pomagały nam urozmaicić scenę.
Tu się znów powtarzam, nie będę tego ukrywać, ale pamiętajmy o tym, że nie tylko sam dialog, nie tylko wciąganie wszystkich bohaterów, którzy są potrzebni do danej sceny. Bo czasami to jest tak, że ta osoba jest zupełnie zbędna, niepotrzebna w danej scenie, a my ją ciągniemy, stawiamy do rozmowy i ona w sumie nic nie robi, tylko stoi jak kołek. To jest bezsensowne ciąganie bohatera, bezsensowne zagracanie kartek. Scena może być bardziej gęsta, bardziej przejrzysta, bardziej wyrazista w momencie, kiedy będzie mniej bohaterów i ten dialog będzie wyglądał zupełnie inaczej. Tyle powiem w tej kwestii. Co dalej? Poczekajcie, zerknę na swoje magiczne notatki, które mam przygotowane. Mam tutaj kilka suchych reguł, które zazwyczaj zapisujemy w podszkole, jeszcze w zeszytach, notatkach, żeby to wykuć na blachę i potem tego używać. Nie wiem, czy wam to teraz opowiadać, bo to są rzeczy, które są bardzo istotne. Na przykład, jeżeli używamy trybu rozkazującego.
Naszej wspomnianej Ani zależy na tym, żeby Janek był też podczas tego wyjazdu, ale Janek wyraził się dość negatywnie, że on jednak w sumie nie chce, bo ma jakieś plany albo coś, i on nie jest zbytnio zainteresowany takim wyjazdem. Kasia przekazała tą informację i chce też powiedzieć, że Jankowi nie pasuje termin. I mówi tak: „Janek powiedział Mirkowi”, bo jest tam większa grupa osób. Jeżeli używamy trybu rozkazującego, to dobrze, żeby tam było, do kogo się zwrócił. Czyli: „Janek powiedział Mirkowi, żeby”, nie używamy samego „że”, tylko wtedy „żeby”, „aby”, „by”, „porozmawiał z nami o zmianie terminu”. Też mamy mowę niezależną, ale nie używamy samego „że”, tylko „żeby”, „aby”, „by". To w trybie rozkazującym. Wtedy używamy też do kogo powiedzieliśmy. Czyli, że Janek powiedział Mirkowi, żeby poprosił nas o zmianę terminu weekendu, bo na przykład on ma coś podczas tego weekendu, jakiś ważny egzamin albo coś, i nie może. Więc poprosił, bo sam nie może porozmawiać, bo jest bardzo zajęty albo telefon utopił w rzece i nie ma nawet jak napisać.
To jest bardzo istotne. Następnie mamy zdanie pytające, żeby na przykład nie zapominać o tym „czy", że zaczynamy. Mirek spytał, czy możemy zmienić termin. Nie musimy koniecznie używać trybu rozkazującego, ale możemy skorzystać na przykład z trybu pytającego. Z zapytania, że Janek, już tylu mam bohaterów, że sama zaczynam się w nich gubić, że tenże Janek nie może pojawić się na tym spotkaniu weekendowym i zapytał Mirka, czy może zapytać o zmianę terminu, bo sam utopił telefon w rzece i nie ma dostępu do numeru telefonu. To mniej więcej też dość istotne. To było wszystko w szkole i to są rzeczy techniczne, o których musimy pamiętać i o których na pewno pamiętamy, ale dobrze jest je sobie przypomnieć. Mamy ten zaimek „że” na początku, o którym już wspominałam. Mamy „czy”, mamy „aby”. Z tego zawsze musimy korzystać.
To wszystko wiemy, bo to wszystko było w szkole i ja tylko tyle napomykam o tym, że to wszystko mamy, że to jest, to mamy w głowie, jest w naszych zasobach, tylko najprawdopodobniej gdzieś tam uśpione, gdzieś tam schowane. Na pewno warto z tego wszystkiego korzystać, bo to będzie, jak już wspominałam wcześniej chyba ze trzy razy, urozmaicać nam tekst. A o to chodzi, żeby on był urozmaicony, bo to jest jak z bukietem kwiatów. Jeżeli mamy różne sposoby przekazywania informacji czytelnikowi, to on będzie to widział jak piękny, urozmaicony bukiet składający się nie tylko z tych samych kwiatów, czyli z róż na przykład czy bratków, ale to będzie coś, co będzie miało w sobie róże, gipsówki, lilie, takie od czapy kwiaty super ekstra. I tak będzie z naszym opowiadaniem. Tak samo będzie z naszą powieścią, że to będzie coś niesamowitego i czytelnik będzie z wielką ochotą zaglądał do tej książki. Jeżeli zechce ją kontynuować, to zrobi to z taką ochotą, że będzie mu żal tego, że książka się kończy. I tyle. Na samo zakończenie mam w moich magicznych notatkach informację o tym, że powinnam wam wspomnieć o mowie, która jest pozornie zależna. Jest to pewien rodzaj wypowiedzi, zrelacjonowanie tego, co myśli nasz bohater, ale nie jest to pasujące do którejkolwiek reguły, o której wspomniałam wcześniej.
Czyli nie ma tam dwukropka, nie ma tego „żeby”, „by”, „aby” czy coś w tym stylu. Nie ma tego spójnika, ale jest to monolog wewnętrzny. Na pewno zdarza się nam używać tego typu form wypowiedzi, ponieważ na pewno chcemy przekazać czytelnikowi bardzo często, co nasz bohater ma w głowie. Bo nie zawsze wszystko możemy pokazać, co myśli nasz bohater. Czyli na przykład, że nasza Ania przegląda zdjęcie Janka, ale że się pokłócili, więc ona jest na niego zła. Ale nie chcemy tego przekazywać w formie dialogu, tylko na przykład pokazujemy, że rozbija ramkę i drze zdjęcie. I widzimy, że ona jest wściekła i niepotrzebny nam jest monolog. Ale nie wszystko może chcemy, nie wszystko możemy zawsze przekazać w ten sposób i potrzebujemy też czasem monologu wewnętrznego. Jest to poniekąd dość samodzielna wypowiedź. Jest to pewna bezpośrednia wypowiedź, ale też jest to wypowiedź, którą przytaczamy czytelnikowi, bo nie mówi jej bezpośrednio nasz bohater.
To nie jest wypowiedź paszczowa, którą będziemy przedstawiać w formie z myślnikiem, tylko to jest coś, co nasz bohater myśli. Jeżeli o to chodzi, to możemy to przedstawić w formie, bo cudzysłów mamy do wypowiedzi zupełnie innej. Więc tą formę możemy przedstawić na przykład pisane kursywą dla przykładu, bo to może być zupełnie inaczej. Jeżeli nie używacie zbyt dużo cudzysłowu, to może to być też jakoś cudzysłowy pisane albo jakoś inaczej, czy też normalnie jako tekst. Jeżeli to tak ładnie wpiszecie w wypowiedź narratora, to też może być bez niczego, ale to już wymaga pewnego lawirowania, pewnej umiejętności w przekazywaniu myśli. Jeśli będziemy to robić, to wtedy spokojnie możemy przedstawić to, jakie uczucia kierują naszą bohaterką i to, co ona myśli, to co ona ma do przekazania. Tylko to już nie jest paszczowe, więc nie z myślnikiem, nie w ten sposób, o którym już wcześniej mówiłam. Nie z tymi łącznikami, nie z cudzysłowiem takim, że powiedziała „że” albo coś tam w cudzysłowie powiedział „że", czy powiedział dwukropek. Bez dwukropka też. To jest po prostu zwykła wypowiedź, którą wkomponujemy sobie ładnie w to, co mówi narrator.
Jeżeli narrator oczywiście jest trzecioosobowy, bo jeśli piszemy, używając narratora pierwszoosobowego, to taka właśnie wypowiedź będzie po prostu wtrącona. Wypowiedź narratora to będzie po prostu jednym ciągiem, tylko też musimy pamiętać, żeby to miało ręce i nogi, żeby to brzmiało dobrze, żeby to wyglądało dobrze. Więc zawsze musimy pilnować tego tekstu. Jeżeli piszemy narratorem pierwszoosobowym, to Ogólnie wszystkie wypowiedzi narratora będą monologiem, ale jeśli chcemy przedstawić ten monolog wewnętrzny, czyli jakieś rozterki, jakieś zastanowienia, cokolwiek, co robi nasz bohater w związku z fabułą, w związku z sytuacją, która się dzieje w fabule, to możemy zrobić to w ten sposób. W momencie, kiedy robi to narrator pierwszoosobowy, to po prostu lecimy prosto, szczała, że tak powiem. Ładnie wpisujemy to w wypowiedź. A w momencie, kiedy mamy trzecioosobowego, to mamy dwa wyjścia do wyboru. Możemy to wpisać na przykład kursywą, przedstawiając to jakoś tak wcześniej, że na przykład Ania pomyślała coś tam. Albo kursywą napisane i na końcu: pomyślała Ania. Albo całkiem zupełnie bez żadnej kursywy, bez niczego.
To wszystko zależy od tego, w jaki sposób ta fabuła wasza płynie, w jaki sposób to piszecie, w jaki sposób to przedstawiacie. Tylko powtarzam jedną rzecz, która jest najbardziej istotna w całym pisaniu. Konsekwencja. Jeśli robicie to, używając kursywy na przykład, jeśli robicie to, nie używając kursywy, to musicie to robić przez całą książkę, przez całą serię czy przez całe opowiadanie konsekwentnie, w ten sam sposób. To jest trudne. Konsekwencja w pisaniu jest bardzo trudna i niestety, ale to wymaga bardzo często od pisarza wracania do jakichś momentów, cofania się w historii, sprawdzania, pilnowania, zapisywania pewnych rzeczy, żeby to nie uciekło. Bo jeśli czytelnik wyłapie nieścisłości, to możliwe, że on nie będzie chciał wrócić do naszej książki. Możliwe, że nie będzie chciał zapoznawać się z dalszymi losami naszych bohaterów, bo przedstawiliśmy ich jako zupełnie niestabilnych, niekonsekwentnych. Ja wiem, że tak się też zdarza, ale jeżeli nasz bohater jest po uszy konkretny, po uszy konsekwentny i my nagle pokazujemy jego niekonsekwencje, to czytelnik po prostu nie będzie chciał do tej historii wracać. Ja na dziś już skończyłam.
Nasze spotkanie dzisiaj jest trochę krótsze niż zazwyczaj, ale dotyczy tylko małego skrawka naszego pisania, bo to w sumie nie jest nic takiego wielkiego. Nie używamy tego też zbyt często. W każdym razie życzę wam, żeby wasze dialogi, żeby wasze wypowiedzi, żeby wasze teksty były żywe, pełne prawdziwości, realności. Widzimy się, słyszymy się przy następnym razie. Dobranoc wam wszystkim.
[02:58:17] - Czas, proszę państwa, na drugie recenzarium Ewiwy. A w tym odcinku utwór zatytułowany „Odyseusz i gwiazdy”.
[02:58:28] - Witam się z państwem. Luiza Eviva Dobrzyńska. Wielokrotnie sięgałam po literaturę dziecięcą, przygotowując te krótkie omówienia. I teraz też mam przed sobą książkę, która w tej chwili jest chyba zupełnie nieznana współczesnym dzieciom. A szkoda. Powstała ta książka w 1977 roku. Proszę zapamiętać tę datę, albowiem jest ona ważna. Ale dlaczego? Zaraz się dowiecie. Książka nazywa się „Odyseusz i gwiazdy”.
Jest dość cienka. To taka mała opowieść, wyraźnie przeznaczona dla młodszych dzieci. Tak jak powiedziałam, współczesne raczej jej nie znają, a mogłyby się mocno zdziwić. Albowiem cóż tam mamy? Akcja zaczyna się w roku 2003, gdzie już ludzie normalnie latają w kosmos, dostępne są pojazdy powietrzne oraz mnóstwo innych gadżetów. Ba, przygotowują się nawet do kontaktu z obcą cywilizacją. Cóż, mamy rok 2024 i w tej chwili osadzenie przez pisarza akcji futurystycznej książeczki dla dzieci w 2003 może budzić tylko uśmiech politowania. No ale cóż, takie były wtedy prognozy. Ale przejdźmy do samej książki. Michał Kraus, kochany roderu pracy, członek towarzystwa naukowego, zamiast pracować nad ściśle tajnymi projektami, musi pilnować synka.
Dziewięcioletni Misza bowiem wpadł na pomysł naprawdę genialny. Skonstruował sobie skrzydła, skoczył z dachu i oczywiście w wyniku tego trafił do szpitala. Jak sam powiedział, zanim stracił przytomność, źle obliczył siłę nośną. Kraus wie, że ma wyjątkowo bystrego syna, jednak wolałby, żeby ten nie przeprowadzał takich eksperymentów, szczególnie kiedy jego matka znajduje się na orbicie i powróciwszy na pewno zrobi piekielną awanturę i synkowi, że był taki nieostrożny i jego ojcu, że nie dopilnował dziecka. Pilnując chłopca, który obecnie może tylko leżeć i bawić się ze swoim ulubionym kociakiem, Kraus zaczyna mimo woli opowiadać mu o własnej przygodzie z dzieciństwa, albowiem była ona podobna. Również próbował skakać, tyle że nie ze skrzydłami, a na związanych parasolach. I mimo woli przechodzi w swojej opowieści do dziwnej sytuacji, jaka się wydarzyła jemu i jego kolegom. Mianowicie Szukając pod wpływem audycji radiowych kontaktu z Marsjanami znajdują dziwny kamień. Ma on właściwości, których nie potrafią wyjaśnić. Może wpływać na ludzi i na zwierzęta.
Najbardziej podatna na jego emanacje jest pięcioletnia Kasia, siostra Krauzego. Pod wpływem kamienia rysuje mapę, która z czasem okazuje się być mapą układu gwiezdnego i to widzianą sprzed milionów lat. W tym momencie jednak oczywiście o tym nie wiedzą. Starają się dociec, czym tak naprawdę jest ich znalezisko. Kiedy w pewnym momencie kamień zaczyna emitować bardzo silne światło, które zagarnia poszczególne istoty żywe, nie czyniąc im zresztą krzywdy, tylko jakby dokonując pomiarów. Jednym z takich obiektów jest Odyseusz, kot Krauzego. No tak, więc mamy w tej książce coś w rodzaju pierwszego kontaktu, który obejmuje jednak początkowo tylko zwierzęta, ponieważ zasięg działania dziwnego obiektu jest ograniczony. Chłopcy instynktownie przed nim uciekają, natomiast nie udaje się to kotu, ważkom, motylom czy rybkom. Problem jest taki, że właściwie wszystkie te stworzenia umierają po tym, jak dziwna kula dokonuje ich pomiarów. Wyjątkiem jest Odyseusz i nadal nie wiadomo właściwie dlaczego.
Jak możemy się domyślać, syn Krauzego, mały Misza, również po jakimś czasie tego kontaktu doświadcza. Albowiem ktokolwiek wysłał na Ziemię dziwny obiekt, nie jest wrogiem. Chce się tylko czegoś o Ziemi dowiedzieć. Pokazane to wszystko jest z perspektywy małego chłopca, który wiedząc właściwie, z czym ma do czynienia, jest bowiem nieprzeciętnie bystry. Nie wie, jak pomóc obcym przybyszom zrozumieć, że Ziemia nie należy tylko do motyli i do kotów, że są na niej również ludzie. Piękna, poetycka opowieść, pozbawiona właściwie zakończenia, jest książką, którą bardzo chętnie przeczytałabym własnemu dziecku, gdybym takowe posiadała. Na mnie wywarła ona ogromne wrażenie. Dotarła do Polski w 1985 roku, a więc w czasach, kiedy byłam już w liceum, a mimo to przeczytałam ją z prawdziwym zainteresowaniem. Mimo że jak na mój wczesny wiek była trochę naiwna oczywiście, ale wtedy mieliśmy bardzo mało tego typu książek. Naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Jeżeli macie dzieci, poszukajcie w bibliotekach. Jeszcze gdzieś powinna być. Ota Hoffmann. Wtedy jeszcze nie było podziału na Czechy, Słowację, tylko było jedno państwo. A więc Ota Hoffmann. „Odyseusz i gwiazdy”. Książka piękna i bardzo mądra, pokazująca nie tylko perspektywy rozwoju ludzkości, nie tylko kontakt nie na zasadzie my kontra potwory z kosmosu, ale również mówiąca bardzo dużo o więziach międzyludzkich i ludzko-zwierzęcych, jeśli tak można powiedzieć. Naprawdę chciałabym, żeby teraz powstawały takie książki. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:04:25] - Ostatnią pozycją w dzisiejszej audycji będzie audycja Krystyny Śmigielskiej o wierszach. A konkretnie będzie to spotkanie z panem Jarosławem Holdenem Gojtkowskim. Jeśli ktoś poezję lubi albo przynajmniej ją toleruje, to zapraszam. Naprawdę ciekawy odcinek.
[03:04:48] - Dobry wieczór państwu. Dzisiejsza audycja z cyklu „Nie wiem, co to poezja” poświęcona będzie twórczości pana Jarka Holdena Gojtowskiego, dziennikarza, poety, autora wydanego w 2019 roku tomu wierszy „Sztuka obsługi życia”. Zbiór ten to swoisty obraz mężczyzny poszukującego przyczyn nieudanych związków, spowiadającego się ze swoich słabości, popełnionych błędów i starającego się upatrywać dla siebie rozgrzeszenia w przeszłości czy w złym stanie zdrowia. Analizując winy, nie czeka on na rozgrzeszenie, nie bije się w pierś, nie podejmuje postanowienia poprawy. Bohater utworu odczuwa samotność, walczy z myślami samobójczymi albo nadal wierzy, że uda mu się wyprostować dawne relacje lub nawiązać nowe, bardziej udane związki. „Sztuka obsługi życia” jest więc zbiorem wierszy o alienacji, próbie zachowania swojej indywidualności, potrzebie miłości i cielesnym cierpieniu. Serdecznie witam autora tego niezwykłego zbioru, pana Jarka Holdena Gojtowskiego. Dobry wieczór, panie Holdenie. Bardzo miło mi gościć pana w mojej audycji.
[03:06:29] - Witam serdecznie. Chociaż nie cierpię słowa witam, ale rozmawiamy po raz pierwszy w taki sposób, więc witam jest chyba odpowiednie.
[03:06:44] - My również pana witamy i cieszymy się, że możemy dzisiaj z panem porozmawiać. „Sztuka obsługi życia” pana autorstwa ukazała się nakładem Wydawnictwa Font w marcu 2019 roku, a w styczniu 2021 roku wam wydał poradnik pod tym samym tytułem. Wie pan, widziałam już niejednokrotnie książki wydawane z identycznymi okładkami na dzisiejszym rynku wydawniczym. Gdzie tylko był inny tytuł, inne nazwisko autora i oczywiście różne loga wydawnictw. Ale ten sam tytuł to jednak rzadkość. Czy uważa pan, że to nie ma żadnego znaczenia dla autora i dzieła? Czy czuje się pan zdegustowany takim zbiegiem okoliczności i czy może to w jakikolwiek sposób miało wpływ na popularność pana tomiku wierszy?
[03:07:43] - Powiem szczerze, że pisałem książkę rzadko i nie ma to dla mnie żadnego kompletnie znaczenia. Dlatego, że „Sztuka obsługi życia" powstała z potrzeby wydania wierszy, które były w komputerze dla mnie samego i dla kobiety, którą pewnie nadal kocham. Chciałem, żeby te teksty, które powstały czasami 20 lat temu, niektóre tydzień temu, w momencie, kiedy je wydawałem. Natomiast ten tomik był wydany tylko dlatego, że chciałem zebrać coś do kupy i wręczyć ten jeden egzemplarz jednej osobie. I to, że później ktoś wydał książkę pod tym samym tytułem troszkę mnie śmieszyło, a troszkę radowało, bo dzięki temu parę osób zapytało mnie, czy to znowu ja napisałem i nie mam pomysłu na nowy tytuł. Ale widać, że tytuł jest chwytliwy. Ja napisałem zupełnie coś innego, a wam też wyszło zupełnie coś innego.
[03:09:10] - To jednak widzę, że miało to pozytywny wydźwięk. Tak już jest właśnie na dzisiejszym rynku wydawniczym, chociaż sprawa jest bardzo prosta, jeżeli nadajemy tytuł książce. Wystarczy wpisać daną frazę w wyszukiwarkę i już wiemy, czy coś podobnego było, czy nie. Ale widocznie wam nie przyłożył się do swojej pracy i w ten sposób mamy dwie całkiem różne książki o całkiem innej tematyce, nawet można by było powiedzieć w formie całkiem innej pod tym samym tytułem. Pana „Sztuka obsługi życia" rozpoczyna się utworem o narodzinach. Tak jakby pan chciał nam przedstawić bohatera od samego początku, wtedy, kiedy przyszedł na świat. Mnie interesuje, czy już w tamtym momencie znał pan jego charakter. Co ostatecznie ma wpływ na nasze zachowania, nasze losy, człowieczeństwo? Czy to bagaż, z jakim pojawiamy się na tym świecie odgrywa w ogóle jakąś rolę? Bo te 10 punktów w skali Apgar dla pana bohatera właściwie nie miały znaczenia.
[03:10:27] - Nie miały znaczenia, bo wydaje mi się, że ta skala Apgar jest radosna, dlatego, że matka, ojciec cieszą się, że ich dziecko jest zdrowe. Ale wydaje mi się, że 80% dzieci rodzi się właśnie z tą skalą. Natomiast nie ma to żadnego znaczenia jacy jesteśmy potem. Startujemy, dlatego że stajemy się liczbą, dlatego że jesteśmy zdrowi według lekarza, według położnej. A to, co się dzieje z nami potem, ani położna, ani lekarz nie mają na to wpływu. Natomiast na pewno na to mają wpływ rodzice, partnerzy, rodzeństwo, my sami. Jak się rozwijamy, jak wyglądamy, co czytamy, czego słuchamy. I z tym bagażem można zacząć nas oceniać, a nie to, że byliśmy w inkubatorze.
[03:11:48] - Właśnie taką samą mam refleksję, że owszem, przychodzimy na świat z pewnym kodem genetycznym, ale jednak to życie, środowisko ma na nas chyba większy wpływ niż sama genetyka. I to, jak my chcemy to życie dalej swoje układać. Tu się z panem w pełni zgadzam.
[03:12:15] - Jarek Holda. Gdy ma się 50 lat, to przeraża. Szukam opinii klientów mojej młodości. Nie było horyzontu. Gdy pijesz, nie masz kaca. Porzucony język szuka innych ust. Praca doktorska z udawania. Podwójna filozofia smaku. Teoria aktów mowy. Staram się nie zestarzeć, zrewidować tchnienia życia.
Znalazłem maski del arte.
[03:12:56] - Porozmawiajmy więc o nadziei, a konkretnie o pana utworze pod tym tytułem. Bohater najpierw nawiązuje do Mesjasza w „Babce narodu", biorąc 44 tabletki. Potem popija je whisky i snuje marzenia o samobójstwie. I tu pojawia mi się mglisty wojaczek. Przebłyskuje duch bursy, a w końcu bohater pana oczekuje jednak na to, że ktoś mu pomoże w tej sytuacji, mówiąc: „Ktoś musi cię znaleźć”. Ta tytułowa nadzieja według pana polega na umiejętności wycofania się z trudnych, powziętych wcześniej zamiarów?
[03:13:48] - To nie jest tak łatwo ani tak trudno, jeżeli ktoś chce popełnić samobójstwo. Natomiast jeżeli ktoś chce być zauważony, to wówczas używa tego zwrotu, który jest w tym wierszu. Ktoś musi cię znaleźć. Ktoś musi cię zauważyć. Ktoś musi podać ci rękę. Ktoś musi zacząć z tobą rozmawiać. Ktoś musi cię przytulić. To jest wołanie o pomoc. Myślę, że ludzie, którzy decydują się na takie desperackie kroki, w większości nie chcą tego zrobić. Oni chcą nie być sami.
Chcą, żeby ich słowa, ich czyny były zrozumiane. I to nie jest tak, że trzeba rozmawiać o rzeczach wielkich. Czasami wystarczy zapytać: „Jak się czujesz? Czy widziałeś dzisiaj, że pada deszcz? Słyszałeś, że jutro będzie koncert na rynku?”. Że ten ktoś się do ciebie odzywa, że ty wiesz, że ten ktoś istnieje. A jak go nie ma, to wówczas krzyczysz: „Ktoś musi cię znaleźć”.
[03:15:04] - To przejdźmy może do innego wiersza pod tytułem „Kalambury”, bo to jest zabawa znaczeniem, brzmieniem, układem słów. Bohater czy też podmiot liryczny zdaje sobie sprawę ze swojego niełatwego życiowego położenia, ale jakby sobie drwił z tej sytuacji i aby podtrzymać się na duchu, tak mi się wydaje, układa sobie swoistą wyliczankę. Pan przeczyta czy ja mam czytać?
[03:15:36] - Przeczytam to i nie ukrywam, że gdzieś w tle tego, co zaraz przeczytam, jest Miron Białoszewski, bo to jest człowiek, który ciągle bawił się słowem i ja czytając Białoszewskiego za każdym razem odczytuję inne intencje, inne przesłanie. I ta moja próba była napisana bez Białoszewskiego. Natomiast gdzieś rok później, kiedy napisałem ten wiersz, czytałem Białoszewskiego i uznałem, że ja wręcz dokonałem plagiatu. Ale przeczytam. Robię herbatę. Radośnie ścinam rabarbar. Rok. Ścinam rabarbar. Rok. Rak podłości.
Ziemniak. Rak. Rucham właśnie przyszłość, a rura wylewa drobu horoskop moim życiem.
[03:16:46] - To bardzo piękny fragment, muszę panu powiedzieć. Trudny do przeczytania. Jak najbardziej. Trzeba mieć bardzo dobrą dykcję, żeby dobrze go zaintonować. Natomiast zastanawiałam się, czytając ten wiersz, czy to są ważne dla pana wersje nie tylko pod względem zabawy? Czy jest w nich coś w rodzaju mantry, modlitwy, a może wręcz nawet życiowego motta, że chociaż jest tak, a nie inaczej, to ja i tak, i tak w pewnym sensie sobie z tego drwię?
[03:17:25] - Drwię, ale z drugiej strony są tu opisane czynności. Bo ja robię herbatę, bo ja rucham. Ale jest też horoskop. Horoskop, bo możemy się śmiać. Ezoteryka jest dla niektórych zabawna, ale tak naprawdę słowo horoskop jest wskazówką. Wcale nie musimy zaglądać do magazynów i sprawdzać, czy ja jestem spod znaku raka i co ze mną się będzie dzisiaj działo. Czy ja dzisiaj zarobię pieniądze? Czy dzisiaj będę uśmiechnięty? Czy dzisiaj kogoś poznam? Ten horoskop układamy chyba sobie sami.
To jest tak naprawdę wskazówka, która pokazuje, czy nam się uda, czy my chcemy, żeby nam się udało i czy to są ludzie, dla których chcemy ten horoskop tworzyć. Ja dzięki Bogu mam dzieci i w tym horoskopie, który sobie układam codziennie, pamiętam, że są one i nie, że im trzeba coś udowodnić, pokazać. Natomiast ja czytam, słucham i próbuję je zarazić tym i zastanawiam się, czy ich horoskop, który one sobie same będą układały gdzieś tam w tle będzie miał ojca. Nie tylko nazwę, ale ducha ojca, czyli mnie. Bez tego horoskopu po prostu nie istniejemy. Horoskop jest modlitwą. Jest muzyką, dla mnie jazzem. Horoskop jest wierszem, horoskop jest prozą. To jest tak pojemne słowo. Ja mam coś takiego, że przez miesiąc, dwa, pytam się o jakieś słowo i szukam miliona znaczeń.
To może być właśnie herbata, ja na przykład herbaty w ogóle nie piję. Ale jak myślę o herbacie, że jest zielona, jest biała, jest czarna, że ją trzeba zerwać, kto ją zrywa, że ją trzeba suszyć. I dzięki temu można się bawić słowami i one więcej znaczą niż czasami odbiorca myśli. Dlatego w poezji jest ta cała moc, że wiersz czytany raz może oznaczać zwykłą zbitkę kilku słów, a po dniu, tygodniu, roku okazuje się, że to jest wręcz wyznacznik tego, jak my chcemy żyć.
[03:20:33] - Zgadzam się z horoskopem. Zgadzam się ze wszystkim, co pan powiedział. To życie gdzieś musimy mieć, ono gdzieś w nas głęboko tkwi i sami musimy je na zewnątrz sobie wyciągnąć. W zbiorze „Sztuka obsługi życia” przewija się u pana pięć głównych wątków. To jest alkoholizm, samotność, choroba, rozpad rodziny, seks. Podczas lektury tomu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że słucham opowieści cierpiącego, opuszczonego przez najbliższych, chorego człowieka, który stara się nie obwiniać innych, a jednak sam próbuje siebie w jakiś sposób rozgrzeszyć. Jest w tej swoistej spowiedzi bardzo chaotyczny i może mimo woli, ale skupia się właściwie tylko i wyłącznie na sobie, co absolutnie nie jest zarzutem z mojej strony. Czy dobrze odczytuję intencje autora, czy może to tylko moja, uwarunkowana moimi doświadczeniami życiowymi, interpretacja?
[03:21:44] - Wiedząc, że będziemy rozmawiali, szukałem moich znajomych, przyjaciół z czasów studiów i ogólniaka. Szukałem, bo ja wydałem wcześniej, będąc młodym chłopakiem, dwa tomy w wydawnictwie Nasz Głos i dostałem jeden z wierszy, które opublikowałem mając 19 i 20 lat. I te wiersze są podobne, tylko że ja wtedy nie miałem tych problemów, o których ja tu piszę: alkoholizm, samotność, choroba, rozpad rodziny czy seks. Ale coś we mnie jest takiego, że ja chyba zapowiedziałem w tamtych wierszach swoje życie, bo przyznam, że jestem cały czas w ciągłej depresji. Mam stwierdzoną depresję kliniczną, więc oswajam się z nią, żyję z nią. Czasami z pomocą antydepresantów. Natomiast wyznaję, ja przez pewien czas zniknąłem z przestrzeni publicznej. Przestałem pisać o książkach, przestałem pisać wiersze. Nie było mnie na Facebooku, nie było mnie w różnych innych miejscach, ponieważ byłem na bardzo długiej terapii, gdzie próbowałem ratować sam siebie. I myślę, że mimo że jestem po terapii, od trzech lat na przykład nie piję w ogóle alkoholu.
Miałem kiedyś bardzo poważny wypadek i lekarze zaczęli przepisywać mi opiaty i ja się od tych opiatów oczywiście uzależniłem. Więc w jakiś sposób robię teraz coming out. Wiele osób domyśla się, gdzie ja byłem, dlaczego mnie nie było. Ja żyję zupełnie inaczej niż żyłem kilka lat temu i myślę, że tamte wiersze są ważne. Nawet teraz, kiedy piszę coś nowego, to one są podobne, ale w nich jest wreszcie nadzieja. A w tamtych wierszach ja się usprawiedliwiałem, sam sobie wybaczałem, natomiast dalej popełniałem te same grzechy.
[03:24:36] - Czyli ja jednak trafnie odczytałam pana intencje i ten bohater jednak jest w jakiś sposób spójny z panem. Nie będę mówiła, że cały tom jest autobiograficzny, broń Boże, nie pokusiłabym się na takie porównanie, ale jednak wątki biograficzne w jakimś sensie występują w tych wierszach.
[03:25:02] - Ja myślę, że to jest takie bardzo pisane Bukowskim. Charles Bukowski. Wiele osób uważa, że był świetnym prozaikiem, natomiast jego wiersze są takie sobie. A ja uważam odwrotnie, że poezja Bukowskiego jest prawdziwa, nawet kiedy on przez trzy strony opisuje, że kupił butelkę piwa i nie wie, czy ją otworzyć. W tym czasie przychodzi do niego prostytutka i też nie wie, czy ją otworzyć w cudzysłowie. A w puencie patrzy przez okno i idzie chłopiec, jedzie samochód. I teraz jest pytanie, co jest ważniejsze? Czy to, że on będzie otwierał butelkę piwa, otwierał prostytutkę, czy on otworzy nową perspektywę, bo patrzy, że idzie chłopiec i jedzie samochód? I tak naprawdę pisząc to, co jest w „To twór życia”, ja w podobny sposób patrzę na świat. Zastanawiam się, czy albo się zabijamy, albo patrzymy przez to okno i mówimy: „Kurwa, coś tu się dobrego dzieje.
Wyjdź i porozmawiaj z tym chłopcem. Zatrzymaj być może ten samochód. Zrób coś innego niż to, co planowałeś”. I to jest takie bardzo, bardzo, bardzo rozliczanie się z samym sobą, z nieudanymi małżeństwami, nieudanymi relacjami na pewno z ojcem. Bardzo długi incydent z hazardem, krótszy z alkoholem, bo ja pierwszy raz chwyciłem alkohol, mając 29 lat. Później po wypadku incydent z opiatami. Dzięki Bogu to wszystko jest poza mną, ale w tamtym tomie, jeżeli ktoś mnie znał albo domyślał się pewnych rzeczy, to wiedział, że czyta tak naprawdę pewną spowiedź, pewne rozliczenie się z tego, co we mnie siedzi. „Myszy i kruki. Białe myszki, czarne kruki. Gramy w warcaby.
Jestem sędzią. Wszystko trwa zaledwie minutę. Plansza cała we krwi. Łap, łap, łap. Uratowałem jedną mysz.”
[03:27:57] - Przejdźmy teraz w takim razie do sztuki pisania i interesuje mnie przerzutnia, bo właściwie w pana wierszach ta przerzutnia jest stosowana przez pana tak jako zabieg świadomy, prawda? Ale muszę panu powiedzieć, że dużo czytam współczesnej poezji z racji choćby tych moich audycji. I przerzutnia stała się takim środkiem stylistycznym, który jest moim zdaniem trochę nadmiernie wykorzystywany dzisiaj przez poetów. Czy nie uważa pan, że przez tą przerzutnię większość uważa, że już jakby artyzm w wierszu się skończył i już nie trzeba nic innego dodawać? Inne środki artystyczne idą jakby do lamusa. Troszeczkę mnie to niepokoi.
[03:28:54] - Ja mam taki dosyć dziwny stosunek w ogóle do słowa. Ja uważam, że jest świetnie, genialnie, że my się cały czas bawimy słowem, że poznajemy nowe słowa. I nie chodzi mi o pewną akademickość, że ja na przykład bardzo, bardzo, bardzo dużo czytam i mam kilka pędzielików pełnych prac doktorskich i opracowań, które wychodzą we wszystkich polskich uniwersytetach. I powiem tak: prace są dużo lepsze o poezji, o prozie, o eseistyce niż to, co wydajemy później na papierze czy w e-bookach. Jest takie powiedzenie jeżeli nie czytasz codziennie wiersza, to jesteś świnia. Ja nie dlatego tylko, że jestem Żydem, więc nie cierpię wieprzowiny, ale ja dzień zaczynam od wiersza i ten wiersz czasami może być po prostu bardzo zły. Być może ja czasami zaczynam od Lemona, innego dnia od Bukowskiego, później sięgam po Szymborską, ale być może to jest taka mała moja modlitwa. Ale ja na przykład idąc rano z kawą, bo tak zaczynam dzień z kawą i z papierosem i z wierszem. Czasami robię screen i pokazuję go na swojej stronie na Facebooku, nie na stronie, tylko na swoim prywatnym profilu, a czasami zostają tylko dla mnie. Ja nie płaczę nad tym, że wiersz jest zły.
Jak czasami niektórzy poeci przysyłają mi swoje tomy do recenzji i ja decyduję się, że recenzję opublikuję. I kiedy jest ta recenzja według nich zła, ponieważ ja uważam, że to są wiersze szkolne, pisane tylko po to, żeby pokazać się na kolejnym wieczorku literackim, na kolejnym wyjeździe tak zwanych poetów. Ja na przykład Uważam, że ja nie jestem w ogóle poetą. Jestem człowiekiem, który bawi się w słowa, który codziennie poznaje słowa. I tak jak wcześniej o tym rozmawialiśmy drzewo czy horoskop, to weźmy słowo fuck. Angielskie słowo, ale kiedy ono jest wykorzystywane, rozmawiamy nagle. Umówmy się tak, że idziemy do lasu. To mnie uspokaja, kiedy idę. I nagle przypominam sobie, że nie wyłączyłem żelazka, że muszę wrócić do domu. I używam tego słowa fuck, ponieważ jestem zły, ponieważ zapomniałem o prostej czynności.
I przecież to, co ja teraz tu powiedziałem, może być wierszem. Tylko jak te słowa połączymy, złożymy. To jest ważne. Ja na przykład mam duży problem w tym roku z Nike, z nagrodą literacką, ponieważ bardzo chciałbym, żeby tą nagrodę dostał Maciej Płaża za „Golema”. Uważam, że to jest jedna z najlepszych książek, która kiedykolwiek powstała w polskiej literaturze. A z drugiej strony mamy genialną książkę, o której będę pisał w tym tygodniu, Janiewicza. I wyobraźmy sobie, że poezja dostaje Nike. To się zdarzało oczywiście. Natomiast w czasach, kiedy od 24 lutego mamy wojnę na Ukrainie, tak naprawdę mamy tą wojnę także u nas, bo przecież ona nas też dotyczy. Nagle człowiek, który opowiada o codzienności, a robi to w taki sposób, że zaskakuje, że on idzie do tego lasu i on też zapomina o tym, że nie wyłączył żelazka, że widzi drzewa i on może użyć tego fucking good na przykład w taki sposób zaskakujący, że ja tą poezję kocham.
Zaczynam z nią obcować. Ja potrafię cały dzień chodzić z jakimś wierszem, nauczyć się go wręcz na pamięć, ale następnego dnia budzę się i mówię: „Nie, to było takie sobie”. Natomiast ważne, żeby się po prostu cały czas tym słowem zajmować. To nie jest jakaś psychoza. Jeżeli ja piszę praktycznie codziennie o książkach, czytam codziennie jedną książkę, całą czy to jest 200, czy 300, ale czytam codziennie książki. Nie wszystkie te książki recenzuję, natomiast uważam, że można się bawić słowem. Jak mi się coś nie podoba, to mówię, że mi się nie podoba. Natomiast poeci są najbardziej narcystyczną grupą wśród ludzi, którzy cokolwiek tworzą. Nawet muzycy, nawet malarze nie obrażają się tak na krytykę, jak poeci. Ja zdecydowałem gdzieś na początku tego roku, że ja o poezji będę pisał mniej ze względu na to, że ja się będę lepiej później czuł.
Ponieważ napisałem kilka recenzji, które były bardzo krytyczne i nagle się okazuje, że taki poeta wyrzuca mnie ze znajomych, że nie odpisuje na korespondencję, że gdzieś tam na forum pisze, że jestem idiotą. Ja się nie obrażam, bo być może ja jestem idiotą, tylko że on nie mówi o moim wariactwie dlatego, że on to zdiagnozował. Tylko on się obraził, ponieważ ja napisałem, że jego albo jej tomik jest po prostu słaby. Zacząłem grzać silnik. Chcę jechać do myjni, na cmentarz, do zoo, do synagogi w gumowych rękawicach. Splot uczuć i zdrowy rozsądek. Jedzie do psychiatry, do weterynarza. Kończę w miejscowym burdelu. Wypuszczam mysz. Popłoch.
Odpalam, zapalam, wypalam zło do spodu. Nade mną stado kruków i fotograf kwartalnika Życie z idiotą. Wozy strażackie, karetki, wywrotki, orszak żałobny. Myszy polne, leśne, zaroślowe, alkoholowe. Patrzę na auto. Wybili mi reflektory. Czuję smak ziemi. Złość. Popiół. Proch.
Kurewski smok.
[03:36:58] - Chciałam z panem porozmawiać o poezji. Nie mogę sobie tego odmówić, wie pan? Bo w „Sztuce obsługi życia” dotarłam do utworu „Rozmowa”. Porozmawiajmy w takim razie. Czy jest pan pisarzem?
[03:37:17] - Niestety nie.
[03:37:18] - A tak bardzo chciałam poznać pisarza. To kim pan jest?
[03:37:24] - Nie wiem.
[03:37:25] - To pan jest poetą. I to podsumowuje całą naszą dotychczasową rozmowę, wie pan, o poezji i poetach
[03:37:36] - Opowiem pani anegdotę, że jeden wiersz napisałem na skrawku takich małych żółtych karteczek jadąc autobusem z Chojnic do Poznania. I niedaleko mnie siedziała piękna kobieta, ale ja się nie odważyłem z nią rozmawiać. Natomiast wyobraziłem sobie ten dialog i ten wiersz powstał na małej żółtej karteczce, którą wlepiłem sobie w jakąś książkę, którą czytałem i później to przepisałem. I wydawało mi się, że to jest żart, że to jest igraszka, zabawka blaszana. A później uznałem, że to jest dobre.
[03:38:28] - To jest bardzo dobre.
[03:38:29] - Ja jestem przygotowany na krytykę. Ja na przykład w ogóle się nie przejmuję, jeżeli ktoś mówi, że ja nie jestem poetą, że ja piszę tak, jak piszę. To nie jest tak, że ja mam to gdzieś, tylko ja daję prawo do tego, że ktoś może uważać inaczej. Ja się po prostu nie obrażam. Ja natomiast nie dopuszczam, bo tak się niestety niedawno zdarzyło, że ktoś wiedząc o moich incydentach depresyjnych czy o moim alkoholizmie, o moim hazardzie wypisuje to dlatego, że skrytykowałem jego tom. To jest po prostu nie fair.
[03:39:20] - Nawiązaliśmy pięknie do następnego pytania. Chciałam zapytać pana o prowadzone przez pana blogi. Muszę powiedzieć tu państwu, że recenzje pana Holdena są wyjątkowe. W dzisiejszych czasach natłok blogów w social mediach jest tak wielki, że po prostu przerażający. I tutaj, jeżeli chodzi o poziom blogerstwa, jest rozmaity. Ludziom się wydaje, że jeżeli przeczytali książkę, to mogą już głośno ją krytykować bądź też chwalić. Nie zawsze to jednak idzie w parze z ich uprawnieniami do tego. Jeżeli chodzi o pana Holdena, ma wszelkie uprawnienia. Recenzje jego są naprawdę bardzo wnikliwe, bardzo przemyślane, staranne. Tutaj nie ma fuszerki, nie ma podlizywania się, jak pan powiedział.
Jeżeli coś rzeczywiście odbiega od normy, rzeczywiście się nie podoba, jest to w bardzo kulturalny sposób powiedziane. Natomiast muszę powiedzieć, że blogi pana kształtują gusty z tej wyższej półki. Pan bardzo dobrze i trafnie dobiera lektury, co osobiście sobie bardzo cenię. Wie pan, po którą książkę warto sięgnąć, a po którą nie. Nie opowiada pan o książkach mniej wartościowych. Dlatego państwu polecam. Czytajcie blogi pana Holdena, dlatego że będziemy wtedy wszyscy wiedzieć, na co warto zwrócić uwagę. Bardzo proszę, proszę nam opowiedzieć o swoich blogach, o tym, jak to się zaczęło, dlaczego pan te blogi prowadzi. I proszę nam też powiedzieć może o jakichś ciekawostkach, najciekawszych momentach w pana zajęciu blogerskim.
[03:41:28] - Tak. Wszystko i wszyscy, którzy się interesują literaturą, wiedzą, że nazywa się to książki Jarka Holdena albo books z angielska Jarka Holdena. Natomiast kiedy się przejdzie czy to na Patronite, czy na blogera, to jest czytanie, słuchanie. Bo ja nie wyobrażam sobie, może dla kogoś jest to trudność, czytania książki bez muzyki. Dla mnie najważniejszym rodzajem, gatunkiem, chociaż ja słucham bardzo dużo muzyki, ale przede wszystkim słucham jazzu. Kiedy ja czytam, mam zawsze słuchawki na uszach. Nikt mi nie śpiewa o tym, że chce się zakochać, że chce umierać. Bo jazz jest jak pisarstwo, jazz jest jak poezja. Ja się mogę domyślać, ja mogę improwizować. Dlatego ja też raz w tygodniu na swoim blogu, czy na Instagramie, czy na Facebooku też pokazuję muzykę, której słucham.
W weekend daję ludziom odpocząć. Natomiast na moim biurku i w moim czytniku leży tak wiele książek, że ja wiem, że ja to przeczytam. Natomiast muszę zwiększyć tempo, bo wydawało mi się, że rewelacja trzech książek w tygodniu to jest i tak dużo, że to jest przesyt. Natomiast żeby nadążyć, ponieważ praktycznie nie ma wydawnictwa w Polsce, które nie przesyłałoby mi książek, a jeżeli któreś nie przesyła mi, to dlatego, że się na mnie obrazili, dlatego że jakąś książkę skrytykowałem. U mnie Naprawdę bardzo rzadko albo wręcz wcale. Nie ma kryminałów, nie ma tak zwanych obyczajówek, nie ma romansów. Jeżeli to się nazywa książki Arka Holdena, to znaczy, że te książki wybieram ja. Dużo więcej czytam niż piszę. Niektórzy autorzy są zdziwieni, że wysłali mi książkę i to ileś miesięcy temu i do dzisiaj nie ukazała się recenzja i się nie ukaże. Nie dlatego, że się obraziłem, tylko bo mam wewnętrzne prawo do tego przeżywania i czasami nie chcę komuś robić krzywdy, ponieważ uważam, że ktoś popełnił jakieś dzieło, ale on dopiero startuje i moja recenzja może jakoś wpłynąć.
Sama recenzja tekstu, który się ukazuje, później ma wpływ na to, jak ludzie odbierają twórczość, na przykład Jana Kowalskiego. A Jan Kowalski być może za pół roku napisze takie dzieło, że po co ten jego start krytykować i tak dalej. Często krytykuję książki, bo jestem czasami zdziwiony, że wielkie wydawnictwa wydają po prostu gnioty. Uważam, że takie podejście, że piszmy tylko o książkach dobrze, jest idiotyczne.
[03:45:17] - Zgadzam się z panem.
[03:45:21] - Wiem, że poziom czytelnictwa w Polsce jest niski. Niektórzy udowadniają, że jeżeli będziemy pisali o książkach źle, to ten poziom jeszcze spadnie. To jest wierutna, jakieś magiczne myślenie. Kilka książek ukazało się w ostatnim czasie w dobrych wydawnictwach, tak złych, tak fatalnych. A ja wchodzę na tak zwane blogi czy gazetowe recenzje i kolega koleżance napisała, że książka jest niezła.
[03:46:00] - To jest właśnie chyba taka przypadłość, że mam to samo. Czytam książkę, wiem, na jakim jest poziomie i nagle patrzę, że recenzja przewyższa poziom tej książki o kilka dobrych pięter. Ale to jest taka przypadłość dzisiejszych czasów. To też jest to, że tych książek wydawanych teraz jest strasznie dużo i znaleźć tą porządną jest naprawdę trudno. Dlatego państwu polecam blogi pana Holdena. Polecam wchodzić na Patronite, wspierać, bo naprawdę warto. Możemy śmiało korzystać z opinii człowieka, który wie, o czym pisze i pokazuje nam, co warto czytać. Zapraszam na blogi pana Holdena. Wspierajmy na Patronite. Myślę, że będzie pan zadowolony z takiej reklamy, bo to jest reklama płynąca z serca i z tego, że podziwiam poziom przez pana prezentowany.
[03:47:18] - Ość mi. Samo to. Ość utkwiła w gardle. Napatrzyłem się na krew. Z poczuł kaszalota czytałem Winnetou i Doriana. O chłopcu, który chciał wiecznej inklinacji małej trylogii. Ość to samo co szkielet rozłożony wielokrotnie. Odłączanie kawałków żeber, gdzie wyżej pusto, a niżej nijak. Na horyzoncie brak tajemnicy. Osierocone kości.
Samotność jest ślepą źrenicą. Zamknięta droga od światła do obrazu. Samotność to drwiąca polemika z miło, z miłością.
[03:48:28] - Ale jeszcze zapytam się krótko.
[03:48:30] - Natomiast tylko dopowiem jedno słowo, że ja w pewnym momencie i to ze względu na reakcję redaktorów kilku wydawnictw, których cenię, którzy po przeczytaniu moich tekstów napisali, że coraz bardziej idę w stronę eseistyki. I to prawda. Dlatego, że nienawidzę i staram się w ogóle tego nie robić. Nie streszczam książek. Skończyłem liceum 30 lat temu, więc to nie jest tak, że ma być wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Recenzja nie polega na tym. Dlatego staram się, żeby moje teksty były naprawdę inne. Pisząc nawet tak bardzo dużo, jeżeli dzisiaj napisałem o książce wczoraj, to przez trzy dni robiłem sobie na fiszkach. Nie robię wielkich przygotowań do tekstu, ale zbieram sobie prace naukowe, które powstały na temat na przykład ekspresjonizmu, kulturyzmu, dadaizmu i do tych prac wracam. I dopiero później siadam i piszę tekst.
Dlatego, że ja muszę się różnić trochę od tego, co powstaje, ponieważ inaczej ginę w tłumie. Nikt nie będzie chciał czytać o książce, którą wszyscy ocenili. I Holden też napisał. Ja muszę pisać inaczej, bo ja inaczej czuję i odbieram te książki. Pisanie o książkach, żeby zainteresować i żeby ktoś zdecydował się na kupno, na przeczytanie tej książki, nie polega na tym, że ją streścimy i ją opowiemy. To pani, to ja, my mamy prawo ją interpretować, odczuwać. Ja mogę tylko napisać, dlaczego autor poszedł w tą stronę, jak inni autorzy, autorki wcześniej się bawili w taki czy inny sposób. Dlatego ja dziękuję za tę reklamę, natomiast powiem państwu tak, że czytając moje teksty troszkę będziecie zdziwieni, bo to nie jest prosta i łatwa recenzja. Ja nie używam słów „świetna”, „doskonała”, „idźcie kupować”, „fatalna”. To nie są słowa, które mnie spotkacie.
Te teksty są dosyć długie, bo najczęściej to jest minimum 7 tysięcy znaków, a czasami nawet 15 tysięcy znaków. Ale staram się być rzetelny i wiarygodny w tym, co piszę.
[03:51:38] - To jest właśnie najważniejsze. Panie Holdenie, chciałam jeszcze zapytać, ponieważ „Sztuka obsługi życia” została wydana w wydawnictwie Font. Czy należy pan do grupy literycznej Na Krechę?
[03:51:54] - Powiem tak, że oficjalnie należę, bo nawet dostaję jakieś powiadomienia i tak dalej. Tylko że ja mam problem w ogóle z członkostwem tak zwanym.
[03:52:10] - Aha. No to dobrze, pozostańmy na tym. Sprawa jest wyjaśniona. Wiemy, że jest pan członkiem zapisanym do grupy literycznej Na Krechę. To już wiemy. Muszę zadać panu ostatnie pytanie i poproszę o krótką odpowiedź. Wszystkim swoim gościom zadaję to pytanie, bo wspólnie szukamy odpowiedzi. Tu z naszej rozmowy dzisiejszej wynika, że odpowiedzi na to pytanie może być właściwie nieskończenie wiele. Ale chciałam wiedzieć, czym dla pana jest poezja.
[03:52:47] - Muzyką. Nie ma ważniejszej rzeczy na świecie niż dźwięk. Bez muzyki nie byłoby poezji pisanej prozy, nie byłoby miłości, nie byłoby brzasku, nie byłoby wojny, nie byłoby radości. W tym wszystkim zawsze jest dźwięk. A jak z niego skorzystamy, jak go zinterpretujemy, to każdy z nas jest inny i to wykorzystuje. Natomiast prosta odpowiedź, czym jest poezja. Poezja to muzyka.
[03:53:30] - Dziękuję bardzo serdecznie.
[03:53:33] - „Trójkąt”. Poślubiłam mężczyznę poznanego w bramie podczas szybkiego spalania papierosa. Teraz nie starcza nam do pierwszego, bo jaramy się naszymi kochankami. Ja mam, on ma. Dzieci nie mają.
[03:54:03] - Proszę państwa, mieliśmy dzisiaj niezwykłą przyjemność gościć pana Jarka Holdena Gojtkowskiego. Było mi niezwykle miło z panem porozmawiać, wymienić nasze doświadczenia. Mam nadzieję, że państwo doczekali do końca naszej rozmowy i również sprawiła ona wam przyjemność. Jeszcze raz przypomnę, że warto wspierać działalność pana Holdena na Patronite i bardzo serdecznie dziękuję za dzisiejszą rozmowę, a państwu za uwagę. Panie Holdenie, wszystkiego dobrego, dużo zdrowia, dużo wytrwałości i tego, żeby wszystko się w pana życiu jak najlepiej układało. Dziękuję i życzę dobrej, spokojnej nocy.
[03:54:53] - Dziękuję bardzo. A ja zaraz będę słuchał jazzu.
[03:54:58] - Proszę bardzo. Będzie nam miło myśleć o panu. Dobranoc.
[03:55:03] - Dziękuję bardzo. Pozdrawiam jeszcze raz.
[03:55:08] - Cóż, proszę państwa, to jest ten moment, w którym wygłaszam sakramentalne stwierdzenie: i to już wszystko na dzisiaj. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Kolejne „Bibliotekarium 2.0” dopłynęło do końca. Życzę państwu dobrego weekendu. Niech pomimo pogody — ja nie lubię zimy, to już państwo chyba wiecie, ale są tacy, co lubią — bez względu na pogodę cieszcie się państwo wolnymi dniami. Życzę dobrej nocy. I cóż, tradycyjnie zapraszam za tydzień na 120. wydanie „Bibliotekarium 2.0”, a razem z tym poprzednim, normalnym, zwykłym „Bibliotekarium” to jak dobrze liczę, to 270. Niezła liczba. Pięknie jeszcze raz dziękuję.
Do usłyszenia.
[03:56:01] - Mówi do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Ambicje jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.