Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Panie i panowie, mamy awarię prądu, ale i tak nas dzisiaj bardzo zelektryzuje. A co, a raczej kto nas zelektryzuje, dowiemy się w trakcie dzisiejszego Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:40] - Dzień dobry wieczór państwu. Kłaniam się. Czas świąteczny się zbliża. Jedni te święta lubią, drudzy ich nie lubią. Tych, co ich nie lubią, to jest mniejszość, ale jak mawia mój kolega: „Święta, święta i zaraz będzie po świętach”. W związku z tym, biorąc taką optykę, to pamiętajcie państwo, za tydzień kolejne Bibliotekarium 2.0, takie świąteczne. Ale póki co, dzisiaj jedziemy prawie według normalnego rozkładu. Pocieszę państwa tych, którzy nie znoszą filozofii, że dzisiaj korepetycji filozoficznych nie będzie. Jak to słusznie podkreślił Marek w rozmowie przed audycją, nie godzi się ludzi katować przed świętami. Rzeczywiście mamy już czas różnego rodzaju godzin rektorskich oraz dni rektorskich i dziekańskich.
Także może rzeczywiście dzisiaj sobie filozofię, korepetycje darujmy. Będą za to polecanki. Polecanki muszą być i polecanki są dzisiaj wielowydawnicze. Tak sobie zajrzałem do propozycji różnych wydawnictw i doszedłem do wniosku, że czas zrobić takie multiwydawnicze polecanki. Zaczynamy od premiery, która na rynku wydawniczym pojawi się 26 lutego przyszłego roku. Jak państwo widzicie, termin wydaje się odległy, ale nic tak szybko nie biegnie jak czas. Taki sobie mały banał przedświąteczny. Tego 26 lutego pojawi się na rynku książka Sally Rooney „Intermezzo”. Ta książka wydana będzie przez wydawnictwo W.A.B. Posłuchajmy, co o „Intermezzo” pisze wydawca.
Autorka bestsellerowych „Normalnych ludzi” przedstawia niezwykle poruszającą opowieść o żałobie, miłości i rodzinie. Peter i Ivan Koubekowie są braćmi, ale poza tym faktem łączy ich niewiele. Peter jest trzydziestokilkuletnim prawnikiem z Dublina, przebojowym, kompetentnym i pozornie niezwyciężonym. Jednak po śmierci ojca nie może zasnąć bez leków i z trudem podtrzymuje relacje z dwiema bardzo różnymi kobietami: Sylwią, swoją niegasnącą pierwszą miłością i Naomi, studentką, dla której życie to jeden wielki żart. Ivan z kolei to 22-letni mistrz szachowy. Zawsze uważał siebie za towarzysko nieporadnego samotnika. Przeciwieństwo wyrobionego starszego brata. Teraz, w pierwszych tygodniach żałoby poznaje Margaret, starszą od siebie kobietę po przejściach. I ich losy szybko i intensywnie się splatają. Dla dwóch pogrążonych w żałobie braci i ludzi, których kochają, nadchodzi nowe interludium, czas pożądania, rozpaczy i nowych możliwości.
Szansa, by się przekonać, ile jest w stanie pomieścić jedno życie, nie rozpadając się na kawałki. Przypomnę, mówiłem przed chwilą o książce Sally Rooney „Intermezzo”. Wydawnictwo W.A.B., a książka pojawi się na rynku wydawniczym 26 lutego przyszłego roku. Sięgajmy zatem dalej. Tego samego dnia Wydawnictwo Literackie wypuści na rynek książkę Jacka Bartosiaka. Tak, tego Jacka Bartosiaka, który jednych przeraża swoimi geopolitycznymi wizjami, innych skłania do tego, żeby go nie lubili, ponieważ te wizje są takie, że nie zawsze dadzą się lubić. W każdym razie Jacek Bartosiak, jak to się teraz modnie mówi, osoba kontrowersyjna i Wydawnictwo Literackie będzie publikowało w lutym przyszłego roku jego książkę zatytułowaną „Oczy szeroko otwarte”. Ale ważniejszy jest w tym wypadku podtytuł: „Polska strategia na czas wojny światowej”. No tak. I tak się zrobiło, wiecie państwo, mało optymistycznie.
Zobaczmy, co o książce pisze wydawca. Między mocarstwami trwa wojna systemowa o kształt przyszłego świata. Polska pilnie potrzebuje więc odpowiedniej strategii, by sobie w nowej epoce poradzić. Jacek Bartosiak, czołowy polski ekspert od geopolityki, analizuje aktualną sytuację globalną i rozpisuje w kilku wariantach strategię dla naszego kraju na najbliższe kilkanaście lat. Jakie są najbardziej prawdopodobne scenariusze eskalacji konfliktu Chin ze Stanami Zjednoczonymi? Co z agresywną Rosją? Jaki kierunek musi przyjąć Unia Europejska i co się stanie, jeśli tego nie zrobi? Czy Polska powinna się kierować swoim interesem, czy niejasno określonym interesem światowym? Jaką pozycję powinniśmy zająć w przypadku wybuchu otwartego konfliktu między supermocarstwami? Czy można w ogóle rozwiązać polską kwadraturę koła, czyli poprawić nasze położenie wobec Rosji i Niemiec, zmienić układ peryferyjny wobec państw starej Unii, uzyskać większą niezależność decyzyjną od USA, ale zachować amerykański wpływ na bezpieczeństwo Europy?
Nie nastąpił koniec historii. Jak mamy przetrwać w nowym średniowieczu? Nigdy nie dopłyniemy do końca historii, nie weźmiemy się za ręce w geście wiecznego pokoju i nie będziemy mogli żyć bez rywalizacji — pisze Bartosiak. Świat znalazł się na krawędzi wielkiej wojny, ale póki ta jeszcze nie wybuchła, polska klasa polityczna powinna przetrzeć oczy, przystąpić do działania, zawrzeć ze społeczeństwem nowy kontrakt społeczny, aby nie ucierpieć w starciu supermocarstw. Jak to uczynić? O tym właśnie jest książka Jacka Bartosiaka, napisana z rozmachem i polotem, a przede wszystkim z wiarą, że Polak nie musi być mądry dopiero po szkodzie. Przypomnę, to była notka wydawnicza dotycząca książki Jacka Bartosiaka „Oczy szeroko otwarte. Polska strategia na czas wojny światowej”. Książka wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego pojawi się na rynku 26 lutego 2025 roku. I wreszcie trzecia propozycja.
Ta jest nieco bliższa, ale też przyszłoroczna. 14 stycznia przyszłego roku wydawnictwo Prószyński Media zaoferuje czytelnikom książkę Artura Nowaka „Zakrystia. Dlaczego ludzie powołani przez Boga chcą ze sobą skończyć?”. Czy porównywanie zasad działania Kościoła do mafii jest naprawdę przesądzone? Kim są kobiety mieszkające na co dzień z księżmi? Jak wygląda prawda o życiu zakonnic? „Zakrystia” to odzierająca ze złudzeń książka na temat prawdziwego życia mieszkańców kurii i plebanii. Jeśli ktoś myślał, że o księżach wie już wszystko, na pewno się zdziwi. Szantażowani przez kochanki i chłopaków na godziny, mobbingowani przez przełożonych duchowni odbierają sobie życie w Kościele albo na plebanii. O swoich pragnieniach i drugim życiu nie mogą nikomu powiedzieć, przez co wikłają się w coraz większe kłopoty.
Opisane tu historie to gotowy scenariusz na trzymający w napięciu thriller o namiętnościach, chciwości i fasadowości życia kasty kapłańskiej. Jeśli czytałeś już „Plebanię”, koniecznie zajrzyj do „Zakrystii”. Przypomnę, książka zatytułowana „Zakrystia” autorstwa Artura Nowaka, wydawca Prószyński Media. Proszę państwa, to jeszcze nie koniec polecanek na dzisiaj. Czas bowiem, aby omówić kolejny, przyszłoroczny już numer Nieznanego Świata. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[09:49] - Witam wszystkich.
[09:51] - Zaczynamy. U nas już nowy rok, proszę państwa. Omawiamy bowiem pierwszy numer z 2025 roku, pierwszy numer Nieznanego Świata. Cóż tam ciekawego, Piotrze, w tym numerze? Ja mam kilka swoich typów, ale tak jakbyś miał powiedzieć najbardziej ogólnie, to na co się mają czytelnicy nastawić?
[10:16] - Zawsze jak mówimy o tych nowych numerach, to ja zaczynam od tego, gdzie dostać Nieznany Świat. Zgodnie z tradycją przypomnę, że najlepiej w prenumeracie, szczególnie, że mamy pierwszy numer. O prenumeracie się dowiecie z linku poniżej. Pamiętajcie też o wydaniu elektronicznym, a numeru w papierze szukajcie w marketach popularnych sieci i na stanowiskach z prasą, bo kiosków, jak wiemy, już nie ma. Zwykle też mówię to, że każdy numer ma jakąś tam swoją specyfikę i jak się można domyślić, numer noworoczny, styczniowy często dotyka tematu proroctw, przepowiedni, a także wizji dotyczących tego, co ma nastąpić. Wizji takich bardzo konkretnych. I w tym numerze tak właśnie jest. Oczywiście w numerze styczniowym zawsze mamy też prognozę astrologiczną doktora Piotrowskiego.
[11:11] - Tak sobie zerkam i pierwszy artykuł, który wpada mi w oko, który dotyczy roku 2025, to artykuł Macieja Wojewódki „Rok 2025. Zbieżność spojrzeń”. Zaczyna się intrygująco. Wraz z powrotem do pełnienia funkcji prezydenta USA przez Donalda Trumpa, podpartej większością Partii Republikańskiej w Kongresie i wypowiedziami ludzi mających objąć w jego ekipie wysokie stanowiska, obecny rok może okazać się przełomowy dla Europy, w tym dla naszego kraju. Chociaż skutki tych zmian oczywiście nie muszą nastąpić od razu. Tyle tytułem wstępu. A co wewnątrz?
[11:59] - Maciej Wojewódka jest ekspertem od tak zwanej historii matematycznej. To jest bardzo ciekawa dziedzina. Nawet mieliśmy w internecie ostatnio taką aferkę Trochę innego typu, ale pokrewną. Kilka tygodni temu pojawiła się taka komputerowa przepowiednia niejakiego Clive'a Haya, który na podstawie przewidywań swojego programu komputerowego, takiego dość leciwego programu, ustalił, że ma dojść na świecie do incydentów związanych z UFO. O dziwo, potem mieliśmy tą falę dronów i masę spekulacji, ale to inna sprawa. Przepowiednie z komputera, nie mylić tutaj ze wskazaniami AI, to jest coś trochę podobnego do historii matematycznej. Tyle że tam się analizuje różne wzorce w tych modelach komputerowych. Natomiast historia matematyczna, ona się skupia przede wszystkim na pewnych cyklach, często długich i dotyczy głównie gospodarki oraz wojen, konfliktów. W naszym kraju mamy kilku specjalistów ogólnie od historii matematycznej, między innymi profesora Dróżdża. Ale jeżeli mam być konkretny, to powiem tak: z analiz ekspertów na tym polu wynika, że rok 2025 ma być końcem spokoju.
To już Maciej Wojewódka prognozował we wcześniejszych artykułach na ten temat, publikowanych ho ho ho, a może i wcześniej, jak to się mówi. 2025 ma być końcem spokoju, a 2024 wcale spokojny nie był. Także ja tutaj mam nadzieję, że te wskazania się nie sprawdzą i że jednak nie zobaczymy tych efektów.
[13:44] - To wertuję dalej Nieznany Świat i dalej tematyka przyszłego roku. „Rok 2025. Rok wolności czy ciąg dalszy zniewolenia?” To jest z kolei artykuł doktora Roberta Kościelnego.
[14:01] - Tak, ten artykuł koncentruje się wokół tematu wykorzystania najnowszych technologii do zaciskania pętli wokół obywateli. Nowy porządek świata nie obejdzie się bez środków przymusu, także elektronicznego. Pomocna w analizie dużych zbiorów danych, które są zbierane chyba od każdego z nas jest albo będzie sztuczna inteligencja i tak naprawdę tematy związane z tym cyfrowym totalitaryzmem, z tym szpiegostwem elektronicznym, oczywiście w cudzysłowie, ale tak to wygląda, są bardzo rzadko poruszane w mediach głównego nurtu. Mało kto wie, jak wiele informacji się zbiera na temat każdego obywatela i do czego one są później wykorzystywane. My słyszymy w mediach słowo, termin Pegasus, a sprawa jest jeszcze mroczniejsza. Wiele osób nie ma świadomości istnienia takiego problemu. I pytanie, gdzie to wszystko zmierza? Na czym się to zakończy? Oczywiście są też tematy pokrewne, takie jak cenzurowanie internetu, cenzurowanie wypowiedzi. I tutaj doktor Kościelny pyta, czy 2025 przyniesie zmianę tego kursu, czy jego kontynuację.
A kontynuacja oznacza po prostu nowy porządek rzeczywistości.
[15:30] - Jak się słucha tych przepowiedni, to się człowiekowi chwilami robi niezbyt przyjemnie. Zaczynają mu ciarki po krzyżu przebiegać. Zostawmy zatem te przewidywania. Ja myślę, że państwo uzupełnią lekturę. Natomiast przejdźmy do tematu, który ciebie, Piotrze, fascynuje. „Polscy piloci kontra NOL”. To jest artykuł Marcina Gibasa.
[15:57] - Tak, artykuł i temat jest niezwykle interesujący. Dotyczy, jak sam tytuł mówi, spotkań z UFO, jakich dokonali polscy piloci. I były to zaskakujące, często bardzo tajemnicze incydenty, dużo bardziej spektakularne i zagadkowe od tych dronów czy tic taców, którymi się wszyscy tak podniecają za oceanem. Opisy niektórych zdarzeń, jakich świadkami byli polscy piloci, są wstrząsające po prostu. Autor, Marcin Gibas, który sam marzył, żeby zostać pilotem. Ale on nie tylko marzył, jak wielu chłopców, on dokonał na tym polu bardzo ważnych postępów. Przeszedł długą drogę. Był zaledwie o krok tak naprawdę od zostania pilotem. Obserwując to środowisko bardzo hermetyczne, pyta, czy nadal zbierane są relacje na temat UFO od polskich pilotów. Zapewne tak.
Tylko czy prowadzone są w naszym kraju jakieś badania na ten temat? Tutaj zdania są podzielone. Na pewno przed 2000 rokiem, przed wejściem do NATO było inaczej. Inaczej było także w PRL-u, ale z drugiej strony na tak zwany chłopski rozum wydaje się, że każde państwo po prostu prowadzi badania nad takimi incydentami w powietrzu nierozpoznanymi. Pewnie nie inaczej jest w Polsce. I jak pisze Marcin, w PRL-u było nieco inaczej. Ówcześni piloci niekiedy decydowali się o czymś opowiedzieć. Teraz to środowisko stało się bardzo hermetyczne, nieco oddalone od reszty opinii publicznej. Ale może kiedyś takie incydenty, takie relacje się pojawią po prostu, kiedy ci piloci przejdą na emeryturę.
[17:39] - Kolejny tekst na pewno zainteresuje wszystkich, którzy lubią czytać o ojcu Klimuszko. Igor Witkowski podejmuje ten temat i podejmuje go w sposób taki brawurowy, powiedziałbym, bowiem poznajemy nieznane wizje ojca Klimuszki.
[18:00] - Tak, w zasadzie to poznajemy informację o tym, że one kiedyś były. Igor Witkowski natknął się na pewien trop. Ten trop pochodzi od rodziny słynnego jasnowidzącego. Ojciec Klimuszko był też psychometrą oraz zielarzem, ale najbardziej był znany właśnie z umiejętności psychometrycznych, chociaż zapamiętany do dziś jest ze swoich proroctw i przepowiedni, na przykład na temat inwazji, która ma się dokonać w Europie. Te jego przepowiednie dotyczą być może naszych czasów. Niestety tych przepowiedni Klimuszki jest mało. On twierdził, że nie lubi o tym mówić i tak dalej. Ale jak wynika z relacji jego krewnego, to tuż przed śmiercią słynny zakonnik miał wygłosić więcej takich przepowiedni dla Polski, dla świata. Co ciekawe, to wszystko zostało nagrane. Kaseta istniała.
Słyszeli to nagranie pielgrzymi zgromadzeni na Jasnej Górze gdzieś w latach 80. Ale potem ten materiał w zagadkowy sposób zaginął. Odnalezienie go dzisiaj miałoby niebywałą wartość historyczną, ale też medialną. To by była sensacja. Na razie jednak, przynajmniej na tą chwilę, nic więcej nie wiemy. A w numerze styczniowym także nieznane oblicze wody. Bardzo ciekawy wywiad, który przeprowadził na konferencji w Poznaniu Damian Trela. Chociaż Damian jest zwykle kojarzony z tematem UFO. Mamy też słowo o kontrowersjach wokół tak zwanych technosygnatur, o tym, że wykryto w kosmosie ślady działania obcych. W tym numerze również doktor Mira Czarnowska pisze o terapii z udziałem osoby zmarłej.
Nie jest to tym, czym się wydaje na pierwszy rzut ucha. No i oczywiście jest też prognoza astrologiczna doktora Piotrowskiego, który prognozuje, niestety coś podobnego co historia matematyczna, że czeka nas kolejny rok zmian, turbulencji i tak dalej. Ja przypominam też o opcjach prenumeraty na 2025 rok. Możecie się o niej dowiedzieć więcej ze strony www.nieznane.pl. Tam też można znaleźć numery archiwalne. Można nabyć numer bieżący. Pamiętajcie również o wydaniu elektronicznym. Wszystkie potrzebne linki znajdziecie w opisie. Proszę Państwa, a teraz czas na awarię. Czas na awarię prądu.
Zapraszam na spotkanie z czterema autorkami: Dagmarą Adwentowską, Aleksandrą Bednarską, Pauliną Stępień i Klaudią Zacharską. Będziemy rozmawiać o tomiku opowiadań, o antologii opowiadań zatytułowanej "Awaria prądu". Dzisiaj w naszym podcaście gościmy cztery autorki, panią Dagmarę Adwentowską.
[20:57] - Dobry wieczór.
[20:58] - Panią Aleksandrę Bednarską.
[21:00] - Dobry wieczór. Bardzo mi miło.
[21:02] - Panią Paulinę Stępień.
[21:04] - Dobry wieczór.
[21:05] - I panią Klaudię Zacharską.
[21:08] - I dobry wieczór.
[21:09] - Powód do spotkania jest, że się tak wyrażę, znakomity, ponieważ we wrześniu tego roku ukazała się antologia zatytułowana "Awaria prądu". W tej antologii znajduje się 17 opowiadań 17 autorek, w tym czterech, które gościmy dzisiaj w naszej audycji. Motywem łączącym wszystkie opowiadania jest ten tytułowy prąd, energia elektryczna. Te opowiadania są bardzo różne, co zgodnie podkreślają czytelnicy, bo one dotykają różnych obszarów fantastyki. Mamy takie, które żeglują w kierunku grozy. Mamy też takie, którym bliżej jest do takiej twardej fantastyki naukowej. Tak jak powiedziałem, cztery panie, które wymieniłem na początku, to zaledwie reprezentacja 17 autorek. Zacznijmy od pytania rozgrzewkowego. Skąd się wziął pomysł na taką antologię? No i pytanie dodatkowe, jak panie trafiły do antologii?
Jak to się stało, że napisały panie do niej opowiadania?
[22:15] - Dla mnie awaria prądu jest tak naprawdę kontynuacją pierwszego projektu literackiego, który prowadziłam. To była antologia horroru industrialnego Maszyna. I gdzieś tak po publikacji tego pierwszego zbioru wpadłam na pomysł, że byłoby naprawdę ciekawie napisać coś o elektryczności i miałam różne wizje tego, jak ten temat ogryźć. Ostatecznie skończyło się na zbiorze właśnie napisanym przez kobiety, które w większości zaprosiłam po prostu do tworzenia wspólnego projektu. A potem sprawę przejęło wydawnictwo Mięta.
[22:56] - Pozwolę sobie jeszcze dopytać panią Dagmarę, czyli jeśli dobrze to odczytuję, pani była tym jądrem krystalizacji, zaczynem całego projektu.
[23:08] - Można tak powiedzieć.
[23:10] - Poproszę następną panią.
[23:12] - No więc w moim wypadku było tak, że oczywiście zostałam zaproszona przez Dagmarę i właściwie pomysł krystalizował się przez dość długi czas, aż w końcu natrafiłam na pewną historię true crime i zaczęłam ją sobie przerabiać po swojemu w głowie. I tak właściwie powstał mój tekst.
[23:32] - Pani Paulino?
[23:33] - Ja też zostałam zaproszona przez Dagmarę, więc w zasadzie zgadzam się w pełni, że jest inicjatorką tego pomysłu. Ale rzeczywiście trzeba przyznać, że długo myślałam nad tematem, bo elektryczność w grozie to jest coś raczej mało poruszanego. W zasadzie spotkałam się do tej pory chyba tylko raz z motywem elektryczności w grozie. Oczywiście pomijając Frankensteina w takiej współczesnej grozie, tylko w „Przebudzeniu” Stephena Kinga. Dlatego ciężko mi było znaleźć coś, czego się można uczepić. Ale w końcu się udało. Opowiadanie powstało i cieszę się, że zdążyłam je wysłać przed deadlinem określonym przez Dagmarę. I jeszcze raz dziękuję za zaproszenie mnie do tej antologii.
[24:12] - Pani Klaudio?
[24:14] - Tak, Dagmara zdecydowanie werbowała w grupie ZgrozoTY, czyli właśnie grupie zrzeszającej kobiety piszące grozę. Ja akurat mam kilka grozowych powieści na koncie, dlatego w tej grupie jestem. Kiedy Dagmara wspomniała właśnie o tej propozycji, o tym temacie, mi się on bardzo spodobał i chociaż rzadko kiedy piszę opowiadania, to stwierdziłam, że w tej zabawie zdecydowanie muszę wziąć udział.
[24:40] - To teraz pytanie niedotyczące stricte samej antologii, ale pytanie wynikające z uważnej lektury portalu Lubimy Czytać. Pod tą częścią, która poświęcona jest antologii „Awaria prądu”, w bardzo wielu miejscach można przeczytać, że opowiadania to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli czytelnicy i że ktoś tam pisze, że wolałby jednak, żeby to były dłuższe utwory. Ja oczywiście nie polemizuję i nie dyskutuję z tego rodzaju poglądami. Natomiast chciałbym się od pań dowiedzieć, jak to się stało, dla mnie w sposób, mówiąc szczerze, mało zauważalny, że opowiadanie stało się czymś niszowym na rynku czytelniczym. Wydawnictwa nie chcą wydawać zbiorów opowiadań, czego akurat wydawnictwo Mięta jest zaprzeczeniem. Ale jeśli chodzi tak ogólnie, to rzeczywiście wydawnictwa unikają zbiorów opowiadań. Czytelnicy krzywią się. Tymczasem opowiadania to kiedyś była sól literatury. Od tego się tak naprawdę zaczynało, od tego następowało niejako wyjście do form dłuższych. Czy jakieś refleksje na ten temat panie mają?
[25:57] - To, co na pewno należałoby tutaj powiedzieć, to to, że większość z nas zgromadzonych tutaj w tym zbiorze wyszła jednak z grozy, a polska groza jest bardzo otwarta na opowiadania. Tych antologii ukazuje się dosyć sporo i choć faktycznie akurat w fantastyce nie, natomiast w horrorze antologie cieszą się dosyć dużym zainteresowaniem i opowiadania jako platforma literacka znajdują uznanie wśród czytelników. Moje osobiste zdanie jeszcze jest takie, że o wiele trudniej napisać jest opowiadanie. O wiele trudniej jest dopiąć wątki i zbudować wiarygodną postać w opowiadaniu. Tak naprawdę jest miejscem, w którym można pokazać swój warsztat. Ja bardzo lubię opowiadania.
[26:47] - Ja również jak najbardziej cenię sobie tę formę i uważam, że źle się dzieje, że czytelnicy, przynajmniej niektórzy czytelnicy uważają, że opowiadania to jest coś gorszego i że dopiero w jakiejś dłuższej formie powieści, noweli, ale to takiej rozbudowanej, dopiero tam człowiek jest w stanie przesiąknąć klimatem, który chce mu autor zaserwować. Myślę, że to nie do końca jest tak. Pani Aleksandro?
[27:17] - Ja tu się na pewno z panem zgodzę i z tym, co powiedziała Dagmara, że zamknięcie pewnej historii w krótkich ramach opowiadania jest zdecydowanie czymś bardziej wymagającym umiejętności i samodyscypliny. Ale staram się też spojrzeć z punktu widzenia tych czytelników, którzy są niezadowoleni, więc prawdopodobnie oni są niezadowoleni z tego, że w opowiadaniach trudno jest zażądać tego, żeby wszystkie teksty były tej samej długości. Więc jeżeli na przykład moją ulubioną autorką jest akurat ta autorka, która napisała najkrótszy tekst, mogę się w pewien sposób czuć poszkodowana, bo oczekiwałabym czegoś więcej, a czytałam już jej książki. Myślę, że to może być też powód. A z drugiej strony wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach opowiadanie jest formą troszkę bardziej przystającą do naszego trybu życia, bo czasu niestety mamy coraz mniej. Skupienie też często cierpi na tym, że jesteśmy tacy przepracowani i zabiegani, więc opowiadanie jest taką formą, którą jesteśmy w stanie zamknąć, czytając je w ciągu jednego wieczora. Czyli nie musimy się skupiać na tym, żeby zapamiętać wszystkie wątki i potem wiedzieć, w którym momencie zaczynamy czytać. Generalnie jest to troszkę mniejsze obciążenie dla nas, jeżeli jesteśmy osobami bardzo zabieganymi. Więc dlatego myślę, że to jest tak, jak każdy problem troszkę ma dwie strony i cieszę się z drugiej strony, że są też tacy, którzy są bardziej zwolennikami opowiadań, bo ja też osobiście do nich należę.
[28:52] - Pani Paulino?
[28:54] - W kwestii technicznej zgadzam się z Dagmarą i z Olą, że opowiadania są trudne. Są trudne do napisania, na pewno trudniejsze. Tak samo jak poezja, bo trzeba mieć naprawdę dużo talentu i takiej spójności, żeby zawrzeć taką myśl, jaką można by było zawrzeć na, powiedzmy, dwustu stronach, na kilku stronach i streścić się do spójnych, zwartych zdań, a jednocześnie przekazać całą tę myśl, którą chce się przekazać. A jeszcze do tego, jeśli potrafi się w tak spójnej formie tworzyć klimat, to naprawdę trzeba być utalentowanym. I też moim zdaniem osoby, które piszą opowiadania, szczególnie te krótkie, są naprawdę utalentowane. Natomiast niestety ja tym razem stanę po stronie większości odbiorców, bo ja zarówno jako czytelnik, jak i jako autorka wolę jednak te dłuższe formy.
[29:45] - Te dużo dłuższe, bo do opowiadań mam czasami takie podejście, że nie chce mi się nawet zaczynać, bo mam świadomość, że zaraz będę musiała wyjść z tego świata, że nic mnie tam nie zatrzyma na dłużej i nie zdążę w niego wsiąknąć. Dlatego to mnie właśnie w opowiadaniach może nie tyle odrzuca, co po prostu zniechęca, że ja nie mogę się z tymi opowiadaniami zżyć. Nie mogę do nich wracać, nie mogę sobie o nich pomyśleć, tęsknić za nimi dlatego, że one są tak krótkie i tak wymykają się z rąk. Więc czysto technicznie uważam, że opowiadania wymagają więcej wysiłku. Paradoksalnie, choć pisze się je szybciej, ale tak emocjonalnie jednak jestem za tymi dłuższymi formami.
[30:28] - Pani Klaudio.
[30:29] - Tak, ja tutaj też jestem po tej samej stronie barykady co Paulina. Tak samo jak właśnie ona, jako czytelniczka i jako autorka wolę dłuższe historie z tej przyczyny, że lubię się przywiązywać do bohaterów. Czy też o nich czytam, czy też o nich piszę. Ja się do nich przywiązuję, obserwuję, jak dorastają, jak się zmieniają, zakochuję się w nich. Myślę, że tak jak właśnie wielu czytelników w opowiadaniach na te emocje jest dużo mniej miejsca, dużo mniej czasu, ponieważ są one z oczywistych powodów nieco bardziej skondensowane. W powieściach mamy więcej miejsca na ekspozycję bohaterów, ich historii, ich przeżyć, wszystkiego, co się dzieje, a także ekspozycję świata. Dlatego osobiście również jestem fanką dłuższych historii.
[31:12] - Ja sobie teraz pozwolę na krótki cytat z notki wydawniczej. „Siedemnaście autorek, siedemnaście opowiadań grozy. Wszystkie łączy prąd i elektryczność. Możemy znaleźć go w gniazdkach czy urządzeniach codziennego użytku. Natura też jest go pełna, co widać w wyładowaniach atmosferycznych, a także neuronach przewodzących za jego pomocą informacje. Czy prądu można się bać? Czy może straszniejszy jest moment, kiedy znika i światło gaśnie? Czy prąd może celowo zrobić ci krzywdę? Pamiętaj jeśli zobaczysz błysk, uciekaj”. To był wstęp do takiego mojego niecnego planu, aby zachęcić panie do przedstawienia swoich utworów, które znalazły się w antologii.
Oczywiście nie chodzi o to, żeby je opowiadać, bo to już jest zadanie dla czytelników, żeby ten świat poznać. Natomiast poprosiłbym panie o wprowadzenie. Pani Dagmara jest autorką opowiadania „Moja nadzieja”.
[32:16] - Ja bardzo lubię osadzać fabułę w realiach historycznych i moment, w którym się to dzieje, jest to tak naprawdę początek badań i początek rozwoju i zainteresowania elektrycznością. Całkiem niedawno ukazały się prace Galwaniego i Volty i w tych realiach pewien naukowiec podejmuje podróż do również zajmującego się badaniem tak zwanej elektryczności powietrznej, czyli po naszemu piorunów, arystokraty mieszkającego w Górach Izerskich. Pan z tej posiadłości zostaje poddany, nazwijmy to, próbie. Zostaje skuszony możliwością uzdrowienia swojego ciała i przedłużenia swojego życia. Jest to bardzo duża pokusa, ponieważ jest już człowiekiem starym i schorowanym. Tak naprawdę ten tekst jest o moralności i trudnych wyborach i tego, jak daleko ludzie są w stanie się posunąć dla czegoś, co nazywają wyższym dobrem.
[33:25] - Pani Aleksandra Bednarska to autorka, która napisała opowiadanie „Nowy blask”.
[33:32] - Moje opowiadanie to właściwie jest taka historia dość uniwersalna. Na pewno z kobiecego punktu widzenia jest uniwersalna, bo jest dużo takich emocji, które są tylko i wyłącznie, jeśli następuje jakiś toksyczny związek pomiędzy matką i córką. Mamy tutaj córkę, która w młodym wieku uległa wypadkowi i przez to, mimo że jest już dorosła, musi żyć zdana na matkę. I ta zależność coraz bardziej jej dokucza. Zwłaszcza że jej matka jest osobą taką dość, której wszędzie pełno, jest inwazyjną, ingerującą w każdy aspekt jej życia i co tam się dzieje dalej, żeby za dużo nie zdradzić. W pewnym momencie okazuje się, że uniemożliwiała swojej córce leczenie, mimo że sama wierzy bardzo w takie uzdrowienie duchowe właśnie, zachęcając tę córkę, żeby oglądała z nią wspólnie programy, które można powiedzieć, są takie troszeczkę inspirowane Kaszpirowskim, aczkolwiek w rzeczywistości, w której ja to umieściłam, czyli w Chinach, jest to oparte na filozofii chińskiej i medycynie chińskiej. Czyli chodzi o to uzdrowienie siebie, zaczynając od ducha, bo ciało nie jest inaczej w stanie na tym zadziałać. No i później jest pokazane właściwie, ile ta córka i matka są w stanie zrobić dla tego, żeby odzyskać swój blask.
[35:00] - Pani Paulina Stępień opowiadanie „Reflektory”.
[35:04] - Mój bohater po strasznym wypadku, który przekreślił jego karierę, przyjmuje posadę stróża nocnego w katowickiej korporacji i wchodząc w to elektryczne ciało korporacyjnych podziemi, trochę nieświadomie poszukuje ukojenia dla swoich traum i swoich bolączek. I niestety znajduje je w świetle. Właściwie na tym można skończyć. Tak można podsumować.
[35:29] - Pani Klaudia Zacharska. „Kieszonkowy potwór”.
[35:33] - Ja zdecydowałam się na napisanie czegoś nietypowego, takiego lekkiego animal horror. Nietypowego o tyle, że jako głównego bohatera umieściłam chomika o imieniu Pikuś. I chociaż ten gryzoń jest uroczy, to opowiadanie zupełnie nie, bo piszę w nim o brutalnych eksperymentach, o krzywdzie i bezradności. Ja postawiłam na emocje i opisanie ich tak, żeby czytelnik dobrze wiedział, co przeżywa ten biedny chomik, który początkowo jest taki bezbronny i bezradny, ale potem się zmienia i zaczyna się dosyć brutalna zemsta.
[36:09] - Chciałbym panie namówić teraz, aż się boję zadać to pytanie, ale jednak spróbuję. Chciałbym namówić na wybranie jednego, dwóch, może trzech opowiadań ze zbioru, oczywiście poza swoim opowiadaniem, które jakoś tak bardzo chciałyby panie polecić potencjalnym czytelnikom.
[36:33] - Muszę się chwilę zastanowić. Myślę, że tekstem, który mnie bardzo zauroczył, był tekst Moniki Kowalskiej „Schron”. Przede wszystkim przez bardzo piękny język, w którym ten tekst jest napisany, przez osadzenie na Dolnym Śląsku, co mnie z racji tego, że jestem gorącą patriotką lokalną, zawsze mnie trochę zdobywa, ale przede wszystkim dlatego, że mam wrażenie, że ten tekst jest bardzo prawdziwy i mówi też o rzeczach, które mnie bardzo osobiście poruszają. Nie chciałabym mówić więcej szczegółów, żeby po prostu nie spoilerować. No i oczywiście jestem fanką Pikusia, ponieważ wszyscy jesteśmy fanami Komika. Komik jest po prostu niepowtarzalny.
[37:22] - Pani Aleksandro?
[37:23] - Dla mnie może takimi najciekawszymi opowiadaniami były te, które może nie zawsze były oryginalne, ale coś gdzieś we mnie poruszyły, czyli na przykład „Paskudna sprawa Agnieszki Biskup”. Tam mamy do czynienia z paskudnym, okropnym śledztwem i na poziomie emocjonalnym to opowiadanie było dla mnie mocne. Dodałabym też, że opowiadanie Flory Woźnicy „Moc oceanu” było dość ciekawe, chociaż ja w sumie bym z chęcią to zobaczyła w szerszej formie, bo tam mamy też animal horror, zemstę płaszczek, które porażają wyglądem. Bardzo ciekawy pomysł. A z pozostałych to powiem szczerze, że nie wiem, bo we wszystkich było coś. Powiedziałabym, że nie ma jakiegoś takiego jednego tekstu, o którym bym powiedziała, że nie ma w nim nic. Dagmara rzeczywiście dokonała wyboru tych tekstów, który z pewnością był niełatwy, ale efekt końcowy naprawdę wyszedł świetnie.
[38:28] - Pani Paulino?
[38:30] - Ja nie mogę być obiektywna w tej kwestii, bo w tym zbiorze publikuje moja przyjaciółka. Ja jestem największą fanką jej twórczości od 17. roku życia, więc ciężko mi zachować jakąkolwiek obiektywność. To jest oczywiście Magdalena Sobota, czyli „Kształt prądu”. Taki pełnokrwisty kryminał, bardzo mroczny, bardzo smutny, właściwie też dość brutalny, więc polecam serdecznie, bo jest napisany przepięknym językiem. No i oczywiście „Pikuś”, który też zdobył moje serce. „Kieszonkowy potwór” Klaudii. Świetne opowiadanie, chociaż przyznam, że nie rozbawiło mnie. Chyba początkowo miało, ale nie rozbawiło mnie, bardziej mnie wzruszyło. Było mi bardzo przykro, kiedy Pikusia zabrano jego małemu właścicielowi.
Również polecam.
[39:17] - Pani Klaudio.
[39:18] - Ja akurat na to pytanie w tej chwili nie mogę odpowiedzieć, ale dziękuję dziewczynom, że wspominają o „Pikusiu”.
[39:24] - Teraz chciałbym zadać pytanie, które zostało zadane mnie. Nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Myślę, że panie uczynią to w znacznie bardziej pełny sposób i bardziej kompetentnie. Pytanie to, które mi zadano, brzmiało w ten sposób: dlaczego jednym z kluczy do antologii był dobór poprzez płeć? Czy to ma sens i czy to w jakiś sposób nie zawęża, nie ogranicza takiej antologii? Udało mi się mniej więcej powtórzyć pytanie, zatem oddaję paniom głos.
[39:57] - Tak naprawdę kluczem tutaj było to, że zawsze łezknu już działa jako grupa pisarek z grozu i propozycję chciałam złożyć najpierw dziewczynom z tej racji, że jak myślałam o tym temacie, kładałam go sobie w głowie. Nie chciałam tworzyć grupy mieszanej damsko-męskiej, ponieważ obawiałam się tego, żeby to nie poszło w stronę takiego bardzo twardego science fiction. Miałam właśnie obawy, że panowie pójdą bardzo mocno w tę stronę. Zależało mi bardziej na takim kulturowym podejściu do prądu jako zjawiska, do czegoś, co istnieje w naszym życiu, nie do technicznego rozbierania tego, czym prąd jest.
[40:45] - Pani Aleksandro?
[40:46] - Powiem szczerze, że dla mnie mówienie, że kryterium czegoś jest czyjaś płeć, czy jakaś, nazwijmy to drugorzędna cecha, której on sam sobie nie wybrał, jest troszkę takie ograniczające. Z pewnością to, co mówiła Dagmara, ma sens, że często teksty męskie związane z pewnymi takimi zjawiskami, które mają podstawy techniczne, idą często w tę stronę, a kobiece są może i bardziej emotywne, ale wydaje mi się, że niektóre z naszych koleżanek też zrobiły tutaj całkiem solidny research, choć może zostało to podane w takiej formie bardziej soft i osobiście uważam to za bardziej przystępne. Natomiast uważam, że gdyby powstała jako odpowiedź na to antologia z samymi męskimi autorami na temat prądu, chyba nikt nie zadałby sobie takiego pytania nawet.
[41:43] - Pani Paulino?
[41:45] - Ja od początku miałam wrażenie, że to jest antologia tworzona przez osoby chętne, ale w ramach grupy, o której wspominałyśmy na samym początku, czyli w ramach ZgrozoT. Nie zastanawiałam się szczególnie nad kwestią płci autorów. Wydawało mi się, że to jest wspólny projekt właśnie w ramach ochotników spośród tej grupy.
[42:07] - Pani Klaudio?
[42:08] - Ja myślę też, że wybór autorów do jakiejkolwiek antologii, dla której nie prowadzi się otwartego naboru, jest zawsze trochę subiektywny, a trochę ograniczający. Kiedy w jakimś kręgu zaczyna się jakiś projekt, to nikogo nie dziwi to, że uczestniczą w nim członkowie tego właśnie kręgu. Tutaj akurat ten projekt zaczął się w grupie kobiecej, dlatego też uczestniczą w nim kobiety. Dla mnie to po prostu był oczywisty skutek takiego, a nie innego początku.
[42:36] - Porozmawiajmy zatem o grupie, którą panie tworzą. Porozmawiajmy o tym, co było, bo przed antologią „Awaria prądu” był jeszcze jeden projekt, o którym już była mowa, ale podejrzewam, że gdzieś na horyzoncie jawią się jakieś plany. Czy coś na ten temat mogłyby panie powiedzieć?
[42:56] - Ja tutaj dodam, że tak naprawdę były dwa projekty. Obydwa zainicjowała Magdalena Palus z Grozowni, która swą prozą jest kobietą. Pierwszym był antologii „Zawadki”, a drugim zbiór „Kosa”, który ukazał się jako wydanie specjalne magazynu Histeria. Natomiast czy będzie coś nowego? Tak naprawdę nie jesteśmy jakąś zamkniętą grupą i możemy nawet nie wiedzieć, co niektóre z nas skrzętnie tworzą i nurtują w swoich szufladach. Być może coś się ukaże.
[43:31] - Szanowne panie, chciałbym teraz zapytać tak bardzo indywidualnie o plany każdej z pań na najbliższy czas. Oczywiście mam na myśli plany literackie, plany pisarskie. Co tam panie ukrywają, czy też co się w najbliższym czasie objawi światu?
[43:50] - W tej chwili najbardziej ukrywam tworzoną z mozołem powieść dla młodzieży. Przygotowuję też samowyst比ór opowiadań. Mam nadzieję wysłać go niedługo jako pozycję wydawniczą, a w dalszej perspektywie może trochę odejdę od grozy i spróbuję jakiejś innej konwencji.
[44:11] - A będzie nietaktem, jeśli zapytam, w jakim kierunku planuje pani pożeglować?
[44:16] - Planuję zainteresować się bliżej kryminałem.
[44:20] - Pani Aleksandro?
[44:21] - Ja też jestem w trakcie redakcji mojej premiery wiosennej, przyszłorocznej, która z pewnością będzie jakimś nawiązaniem do tego, co było już w „Brudnych sprawkach” Bujaszka Hana, ale z zastrzykiem świeżości i na pewno do coś bliższego polskim realiom. W międzyczasie kończę nową powieść, planuję kolejną i chyba też troszkę odejdę od pisania fikcji, bo myślę, że taką naturalną konsekwencją pewnych zdarzeń w moim życiu będzie to, że pójdę też w stronę non-fiction i reportażu.
[44:57] - Pani Paulino?
[44:59] - Na razie jeszcze za dużo nie mogę mówić, ale tak, w 2025 roku coś się pojawi pod koniec roku i też zdradzę tylko, że oddyryfuję od grozy we wszystkich przyszłych projektach, bo niestety groza ma to do siebie, że bardzo ciężko się w niej przebić i łatwiej jest się zaczepić w innym gatunku. Niestety naprawdę ciężko w tym momencie wydać grozę. Więc tak, coś się pojawi i jak tylko będę mogła, to będę ogłaszać.
[45:32] - Pani Klaudio.
[45:33] - Dla mnie 2025 zacznie się z przytupem, ponieważ już w styczniu ukaże się moja nowa powieść grozy. Ja trzymam się jak na razie wciąż grozy. Ukaże się powieść pod tytułem „Po drugiej stronie”. Natomiast na wiosnę skręcam w trochę nowym kierunku, a konkretnie planuję grozę dla młodzieży tym razem.
[45:56] - Szanowne panie, chciałbym też zapytać nie tylko o indywidualne plany pisarskie, ale też, trochę już panie o tym powiedziały, ale właśnie o rynek grozy. Może rynek interesuje mnie mniej, ale o stan, o kondycję polskiej literatury grozy. Jak to z nią jest? Bo jako człowiek obserwujący tę literaturę troszeczkę z boku, aczkolwiek zainteresowany jak najbardziej, mam takie przesłuchy bardzo wykluczające się. Jedni twierdzą, że nie, nie, to w ogóle jest ślepa uliczka, tam się już więcej zrobić nie da. I to są, nazwijmy, pesymiści. Optymiści natomiast mówią, że polska groza nie tylko nie powiedziała ostatniego słowa. Polska groza tak naprawdę jest dopiero przed swoistą eksplozją. To jak to jest z tą grozą tak naprawdę?
[46:53] - Bardzo chciałabym wierzyć, że przed polskim horrorem będą jakieś złote lata i że one przyjdą jak najszybciej. Natomiast na razie myślę, że zaliczam się raczej do pesymistów i tym pesymizmem napawa mnie zniknięcie wielu małych wydawnictw, bo po prostu żeby ta konwencja się rozwijała, to musimy mieć gdzie publikować. Nie tylko ci, którzy już powiedzmy, mają jakąś renomę, ale także debiutanci, ci, którzy dopiero zaczynają, bo jeżeli nie mają gdzie zacząć, nie mają gdzie się pokazać, to tak naprawdę przez cały czas będziemy czytać te same osoby. A to jakby nie o to chodzi.
[47:42] - Pani Aleksandro?
[47:43] - Ja niestety muszę się przychylić do tego, co powiedziała Dagmara. Ze względu na to, że w polskiej grozie mamy troszkę przypadłość pod tytułem „cudze chwalicie swego nie znacie”. Może nie w polskiej grozie, ale jeśli chodzi o świat zagraniczny, mam wrażenie, że gdyby na przykład któraś z nas chciała publikować pod zagranicznym pseudonimem Od razu startowałaby z wyższego pułapu, bo ci autorzy, którzy pochodzą z innych kręgów kulturowych, nawet już nie mówię o takich kolosach jak King, po prostu zostańmy przy tym Kingu, mają bardzo małą siłę przebicia. Nie wiem, z czego to wynika, bo pisanie grozy może się wydawać powtarzalne, bo pewne elementy muszą się tam pojawić koniecznie. Aczkolwiek z drugiej strony jest wiele odcieni grozy. Na przykład bardzo ciekawym odcieniem grozy jest weird, tudzież różne mieszanki gatunkowe z thrillerem czy nawet z powieściami obyczajowymi, które zdecydowanie mogą się spodobać komuś, kto nawet nie jest wielkim fanem grozy. Kwestią jest tylko to, że na polskim rynku wydawniczym lubimy albo obgrzewać to, co już dobrze znamy, czyli same klasyki powieści gotyckiej, tudzież kolejne wydanie Grabińskiego albo rzeczy z importu. Ubolewam nad tym, że te mniejsze wydawnictwa, które inwestują w nas, czyli w polskich autorów, albo upadają, albo coraz mniej są przekonane nawet do tego, by iść w kierunku grozy.
[49:26] - Pani Paulino?
[49:27] - Ja wierzę, że polska groza ma ten złoty okres jeszcze przed sobą. Naprawdę w to wierzę. Myślę, że czekamy na takiego polskiego Stephena Kinga, który przekona wydawnictwa, że warto w tę grozę inwestować. Warto ją rozwijać, warto ją reklamować, warto zrobić z niej rzecz, która przyciągnie czytelników. A jak tylko komuś uda się przekonać wydawnictwa, żeby rzeczywiście uwierzyły w grozę, to potem już pójdzie. Znajdą się autorzy, a do autorów znajdą się też czytelnicy, którzy będą czekać na ich książki. Tak jak na przykład fenomenem jest w tym momencie Sager w wydawnictwie Mowa, którego książki przyciągają tysiące czytelników właśnie konkretnie do niego i każda kolejna przyciąga bardzo duże zainteresowanie. Tak wierzę, że będą polscy autorzy, którzy będą przyciągać takie samo zainteresowanie swoją grozą i tak samo będzie się czekać na ich książki. Naprawdę chcę, żeby to było jeszcze przed nami, żeby jeszcze udało nam się na to załapać. Myślę, że to się uda, że to jest możliwe.
[50:33] - Pani Klaudio?
[50:34] - Ja znowu staję po stronie Pauliny i jestem optymistką. Jestem pełna nadziei w życiu zawsze i też wierzę, że przyjdzie taki moment, że jednak nasz rynek czytelniczy przekona się do grozy, ponieważ polska groza ma moim zdaniem bardzo dużo do zaoferowania. Mamy mnóstwo wspaniałych autorów i autorek, którzy tworzą we wszystkich gałęziach grozy, jakie tylko możemy sobie wymyślić. Dlatego mam nadzieję, wierzę, że pewnego dnia groza przestanie być totalnie niszowym gatunkiem i może nie stanie na samych szczytach bestsellerów, ale myślę, że będzie lepiej.
[51:12] - Teraz chciałbym panie namówić do takiego eksperymentu. On jest robiony, że się wyrażę, na żywca, ale chciałbym namówić do takiego ad hoc sporządzenia blurba. Może nie blurba, może zachęcajki. Gdyby miały panie zachęcić potencjalnego czytelnika, który trzyma książkę w księgarni, trzyma ją w dłoni i nie wie, kupić, nie kupić, to co by panie takiemu potencjalnemu czytelnikowi powiedziały, żeby jednak tę książkę kupił? Pani Aleksandro?
[51:46] - To ja może nie zacznę hasłem, ale zapytam się tej osoby, czy chciałaby mieć próbkę 17 różnych stylów pisania i zobaczyć po tych krótszych opowieściach, czy zainteresuje ją dłuższa forma. Bo jednak w tej krótszej jesteśmy już w stanie zobaczyć, czy nam się podoba dany sposób prowadzenia fabuły, język, czy w ogóle jesteśmy tym zainteresowani. A to jest dobry sposób, żeby poznać autorów, z którymi nie mieliśmy do tej pory do czynienia.
[52:16] - Pani Paulino?
[52:17] - Powiedziałabym: „Hej, zobacz jaka jest piękna! Te barwione brzegi, ten błękit. Nawet gdyby ci się nie spodobała, a marne szanse, żeby się nie spodobała, ale nawet gdyby zawartość się nie spodobała, to przynajmniej będzie przepięknie wyglądać na półce i każdy to chyba przyzna”.
[52:33] - Pani Klaudio?
[52:34] - Na ile sposobów można odpowiedzieć na wyzwanie „Napisz opowiadanie grozy z motywem prądu i elektryczności”? Przynajmniej na 17.
[52:43] - Szanowne panie, zawsze jest tak w czasie wywiadów, w czasie rozmów, że najważniejsze wydają się te pytania, które nie padły. Czy jest jakieś takie pytanie, na które chciałyby panie odpowiedzieć, a którego po prostu nie zadałem? Pani Dagmaro?
[53:02] - Myślę. Ja bym chciała zapytać koleżanki, czy byłyby w stanie rozwinąć swoje pomysły, swoją powieść do pełnowymiarowej powieści. Czy w ogóle to widzą?
[53:17] - A jak brzmiałaby odpowiedź?
[53:18] - W moim przypadku nie widzę potrzeby powracania do tego tekstu, ponieważ on dla mnie jest zamkniętą całością. To, co najważniejsze tam już padło i zakończenie jest ostateczne.
[53:35] - Pani Aleksandro?
[53:36] - Zapytałabym koleżanki, czy powtórzyłyby to doświadczenie, ale z jakimś zupełnie innym motywem, nawet nie grozowym, ale w podobnym gronie.
[53:47] - Czy odpowiedź na to pytanie z pani strony jest domyślna na tak czy na nie?
[53:53] - Myślę, że z mojej strony jest raczej domyślna na tak, bo w większości wypadków raczej podobają mi się takie inicjatywy.
[54:01] - Pani Paulino?
[54:02] - Ja nie mam swojego pytania, ale chętnie odpowiem na pytania koleżanek. Jeśli chodzi o pytanie Dagmary, ja fizycznie byłabym w stanie rozwinąć to opowiadanie do powieści Z tym, że to byłoby straszne grzebanie się w psychologicznym bagnie, bo jest to motyw traumy. Z tego opowiadania bije straszna samotność. Brak umiejętności poradzenia sobie ze swoim własnym problemem, więc byłoby to męczące i nie chciałabym tego robić. Nie bawiłabym się przy tym dobrze. Na pewno byłoby to satysfakcjonujące, bo to jest jednak eksplorowanie czyjejś psychiki, ale wolałabym tego nie robić. Natomiast jeśli chodzi o pytanie Oli, to bardzo chętnie, bo teamwork zawsze jest w cenie. Bardzo mi się podobała taka inicjatywa i dobrze się przy tym bawiłam. Nawet pomimo tego, że opowiadania to nie jest moja rzecz, to chętnie bym powtórzyła. Natomiast swojego pytania, tak jak już mówiłam, nie mam.
[55:01] - Pani Klaudio?
[55:02] - Ja bym spytała koleżanki, jak długo myślały nad pomysłem na opowiadanie i czy musiały wybierać spośród kilku, które się pojawiły, czy też pojawił się tylko jeden konkretny, który je zaczarował i już nie było dyskusji na temat żadnych innych.
[55:19] - A jak pani by odpowiedziała na to pytanie?
[55:22] - Ja miałam kilka pomysłów. Długo myślałam. Ostatecznie miałam kilka pomysłów, ale tylko jeden uznałam za naprawdę godny uwagi.
[55:31] - Czy któraś z pań zechciałaby też odpowiedzieć na pytanie pani Klaudii?
[55:36] - Bardzo chętnie, bo to jest fantastyczne pytanie. W moim przypadku pomysł miałam jeden, natomiast już po publikacji całego zbioru trafiłam na niesamowitą wystawę dotyczącą elektryczności w kopalni i stwierdziłam, że to było to opowiadanie. To był ten temat, który należało drążyć, ale dowiedziałam się o tym już po konkursie.
[56:01] - Pani Aleksandro?
[56:02] - Niestety był to jedyny pomysł, bo długo go szukałam i powiem szczerze, miałam też momenty zwątpienia, że już nie znajdę tego motywu elektryczności, bo bardzo mi się podobał, ale z drugiej strony był trudny do dodania w fabule, która by mnie satysfakcjonowała. Więc niestety to było to.
[56:22] - Pani Paulino?
[56:24] - W moim przypadku to też był jedyny pomysł i do tej pory jeszcze żaden inny nie wpadł, więc pozostanę przy swoim opowiadaniu.
[56:31] - Ja paniom pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Przypomnę naszym słuchaczom, w naszym podcaście gościliśmy dzisiaj cztery autorki: panią Dagmarę Adwentowską, panią Aleksandrę Bednarską, panią Paulinę Stępień i panią Klaudię Zacharską. To autorki, które uczestniczyły w antologii, która nosi tytuł „Awaria prądu”. Znajdziecie państwo tę antologię bez trudu, chociażby w Internecie. Pięknie paniom dziękuję. Do usłyszenia. Proszę państwa, ja powiem tak. Oczywiście będę podejrzewany o brak obiektywizmu, bo w końcu przeprowadzałem wywiad i wiadomo, że Internet karmi się różnymi teoriami spiskowymi, ale i tak powiem, co mam do powiedzenia. Ja już jestem po lekturze 17 opowiadań zawartych w tomie „Awaria prądu” i powiem państwu, to są naprawdę niezłe teksty. Oczywiście nie są równe.
Są teksty lepsze, są gorsze. Tak zawsze jest w antologiach. Nie ma się czemu dziwić, nie ma co mędrkować, ale jako całość to jest naprawdę bardzo dobra antologia. Ja ją szczerze państwu polecam. Nie jest trudno nabyć ją drogą kupna, że tak się wyrażę, a jeszcze pod choinką może się znaleźć. Bardzo polecam. A teraz, proszę państwa, czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj po zaskoczeniu. Tak, moim zaskoczeniu, bo kiedy zasiadałem, aby obejrzeć film „Bezel”, to nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań. Tymczasem...
Dzień dobry wieczór, Piotrze. Zaczynamy „Filmotekarium”.
[58:27] - Zaczynamy „Filmotekarium”. Odcinek dość dziwny, dość nietypowy, bo dzisiaj opowiemy o filmie „Bezel”. I już na wstępie trzeba zaznaczyć, że to nie jest arcydzieło, bo mógł to ktoś oglądać i powie: „Zgłupieliście absolutnie. Będziecie opowiadać o filmie klasy B?” Nie jest z nim tak źle, jak się może wydawać na tle tej posuchy, która ma miejsce w środowisku horrorowym i tak dalej, to mamy coś świeżego, przynajmniej mamy świeży pomysł.
[59:01] - Całkowicie się zgadzam. Powiem ci nawet, że miałem przygotowaną taką glosę na twój temat, że ty potrafisz jednak człowieka zaskoczyć, bo czasami serwujesz film, który wydaje się, że będzie super, no i później to rozczarowanie. Tym razem ja podchodziłem do twojej propozycji i do tonu, w którym podawałeś tę propozycję, wnioskowałem, że to będzie jakiś gniot. A tymczasem, podtrzymując to, co powiedziałeś, że to jest film, który trudno nazwać arcydziełem, to jednak doznałem takiego pozytywnego rozczarowania. Dlaczego? Bo „Bezel” to jest film, który fanów takiego tradycyjnego horroru z całą pewnością ucztą. Ten film absolutnie nie próbuje wymyślać na nowo gatunku, nie próbuje jakoś udziwniać go, kombinować. On sięga właściwie do korzeni takich krwawych historii, które są jakoś tam nacechowane ludzkimi emocjami. Mówię o emocjach ludzi oglądających. To taki rodzaj filmu, który rozwija się dzięki różnym skokom, obrazom, czasami nawet groteskowym obrazom, ale rozwija się jak taka taśma i potrafi budować napięcie.
To może się wydać zaskakujące, że film, który podejrzewamy nawet o bycie filmem klasy B, nagle uzyskuje ode mnie tego rodzaju rekomendacje. Ten film ma jeszcze większe, moim zdaniem, zalety, bo wie cała ekipa, która go tworzyła, jak budować napięcie. I ja nie twierdzę, że ono jest jakoś subtelnie budowane, czasami wręcz przeciwnie, ale jednak to napięcie występuje. Dalej. Dużą zaletą tego filmu jest jednak stosunkowo mała obsada. Człowiek się nie gubi w poszczególnych postaciach. W sumie kameralna sceneria i to napięcie jest dobrze rozmieszczone w całym filmie. To poczucie klaustrofobii w związku z dekoracjami, bo mamy do czynienia z domkiem gdzieś na uboczu. Zmieniają się ekipy w tym domku, ekipy to mam na myśli mieszkańców, ale jednak domek pozostaje. Pozostaje w nim też pewna dziwna lokatorka.
Może na razie tyle.
[01:01:44] - Dokładnie to samo chciałem powiedzieć. Nie, że jest dziwna lokatorka, ale że ten film jest zaskakujący. On może nie jest zrobiony, i tutaj są pewne kontrowersje, bo ja myślałem, że on jest taki trochę półamatorski. Nie jest półamatorski, on jest zrobiony w miarę profesjonalnie, natomiast trochę do poprawy byłaby tam kwestia na przykład budowania napięcia, bo ono jest, natomiast jak powiedziałeś, ono nie jest subtelne. "Bizzle" może się wydawać miejscami kiczowaty. Niektórzy zauważą, że on czerpie z tradycji starszych horrorów. Może to jest zresztą umyślnie zrobione, żeby on taki był, bo to jest ukłon w stronę po prostu tego, jak horrory były kręcone, jak były odgrywane jeszcze względnie niedawno, ale jest w tym jakiś taki pomysł na ogólny czas posuchy, jaki panuje w kinie, przynajmniej w tym kinie, gdzie znajduje się horror. Ja mam takie wrażenie, że troszeczkę gdzieś to wszystko przysiadło. Albo nie ma pomysłów, albo wszystkie filmy lepsze zostały wykupione przez streamingi i będą puszczane potem przez kolejne lata czy miesiące. Generalnie to film "Bizzle" opowiada o, i tu mamy, można powiedzieć bohatera zbiorowego, ale tak naprawdę przez większość czasu głównym bohaterem jest pewien mężczyzna i jego żona.
Byłem problem w ogóle z ustaleniem, kto jest bohaterem tym głównym, kto drugoplanowym. Powiedzmy, że to małżeństwo. Facet odziedziczył dom po zmarłej matce. I tutaj jest pewna kwestia związana z tym, że on nie do końca wie, co tam jest, bo on w tym domu nie mieszkał. Mieszkała jego matka, a pierwotnie dom należał do pewnego faceta, który kiedyś, dawno temu wynajął sobie w zasadzie takiego kamerzystę, który miał nakręcić o nim film. Film o życiu tego pierwotnego właściciela, który był ojczymem naszego późniejszego głównego bohatera. I od tego się film zaczyna. Czyli film "Bizzle" otwiera nam taka trochę retrospekcja. I powiem ci Marku tak, że gdybym był reżyserem tego filmu, to ja bym został przy tym pierwotnym koncepcie, bo gdyby on został pociągnięty, gdyby został fajnie rozegrany, czyli wiesz, mamy czarnoskórego kamerzystę, który zostaje wynajęty po prostu na jakąś fuchę przez mężczyznę, który się okazuje ekscentrykiem i który chowa nie tylko krwawą tajemnicę, która szybko wychodzi na jaw, ale chowa też w piwnicy coś dużo bardziej paranormalnego. Tylko że ten wątek, który jest nieco podobny do filmu "Freak", który może kiedyś omówimy, bo teraz się pojawił serial oparty na tym filmie.
Wrócę do tego głównego wątku. Po prostu mnie się wydawało i mnie się bardzo podobała ta pierwsza sekwencja, która nam potem przechodzi w główną historię. Ale powiem ci, że byłem trochę zawiedziony, że to się skończyło, że ta historia z kamerzystą to był tylko wstęp do opowiedzenia innej, może nie tak bardzo złej, ale ja tutaj widziałem na początku większy potencjał.
[01:04:57] - Piotrze, na początku to my w ogóle widzimy scenę, która takiego nieprzygotowanego widza może wpędzić naprawdę w dreszcze. Bo okazuje się, zacząłem o tym mówić, że w owym domu mieszka, nie wiem, jak je określić, bardzo stara osoba, a konkretnie czarownica. Mieszka pod domem. Ona jest niewidoma, ślepa. Ona jest w dodatku taka źle nastawiona do ludzi. Specjalnie dobieram słowa trochę absurdalne, ale ona im robi krzywdę zdecydowanie. I my w pierwszych scenach to widzimy, kiedy dziecko spogląda sobie pod podłogę, tam w kuchni to się bodajże dzieje. I ta czarownica tak sobie tam do niego mówi, że jest głodna i żeby ją nakarmił. I dzieciak wiadomo, jest dzieckiem, które jest dobrze nastawione do ludzi. I to jest ta pierwsza scena.
Już nie będę jej rozbudowywał w tej chwili, sami państwo zobaczcie, ale ona dobrze mnie nastroiła do tego filmu, bo już wiedziałem, że będziemy się poruszać w pewnej estetyce, która mnie akurat w horrorze odpowiada. Dlatego mówiłem na początku, że polubiłem ten film. To nie znaczy, że się nim bezgranicznie zachwycam, ale polubiłem ten film dlatego, że on Nie stara się udowodnić, że twórcy wymyślili właśnie gatunek zwany horrorem. Oni odwołują się do tradycji, oni odwołują się do klasyków. Może to są klasyki kina B, może to są klasyki kina może niespecjalnie cenionego, niemniej jednak odwołują się do czegoś i to odwołują się w sposób, który chwilami budzi dreszcze. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie tak, że siedziałem, zagryzając pazury, ale mimo wszystko ten film, kiedy się kończył, budził moje pozytywne emocje. Nawet pomimo tego, o czym Piotr już zresztą wspominał, że tam się pojawiają długie sekwencje w pewnym momencie, takie kręcone z ręki. Taka kamera pracująca w kamerze, czyli film w filmie to nie jest to, co lubię najbardziej, ja to zawsze muszę podkreślić. Niemniej jednak nawet to aż tak bardzo mi nie przeszkadzało w filmie "Bezel".
[01:07:50] - Gdyby za "Bezel" wziął się jakiś Shyamalan na przykład i to skręcił po swojemu, to by był hit. Ale jeszcze kilka słów, co się tam dzieje, bo historia się nie kończy na tym reporterze. Jak wspomniałem przed chwilą, pojawia się nowy właściciel, który dziedziczy ten dom po ojczymie. Wprowadza się tam z żoną tymczasowo, chce ten dom sprzedać, ale nie może. Nie ma chętnych. To nie jest też jakaś willa. To jest zwykły dom, taki na przedmieściach, który się cieszy złą sławą jako dom czarownicy, ale też dom, gdzie doszło do różnych dziwnych rzeczy.
[01:08:23] - A w ogóle dorzucę, że jesteśmy w Nowej Anglii.
[01:08:27] - Tak. Żona bohatera ma ogólnie inny plan i z czasem zaczyna się w dziwny sposób z tym domem dogadywać. To ma oczywiście fatalne konsekwencje. I w toku rozwoju akcji widzimy, że ten film mógł być zrealizowany lepiej, przede wszystkim pod względem gry, bo aktorzy nie są jacyś topowi. Sama koncepcja jest jednak ciekawa. To znaczy ona jest poskładana z wątków, które występowały w horrorach pewnie milion razy, ale to się wszystko jakoś zabawnie składa w całkiem niezłą, w całkiem prostą, pewnie niektórzy powiedzą wyświechtaną opowieść, ale jednak się składa. Coś jest w piwnicy, coś tajemniczego. Było takich horrorów mnóstwo, nawet żeśmy omawiali chyba w Filmotekarium ze dwa, ze trzy, a tutaj jednak pomysł jest. Jakie jest wykonanie sami zobaczycie. Plusem też jest to moim zdaniem, że my nie od razu się dowiadujemy, jak wygląda coś, co tam siedzi i czym jest ów stwór.
Bo zazwyczaj jest tak, że w momencie pełnej ekspozycji tego monstrum to emocje szybko opadają i widzimy, że kostiumy w kinie nie zawsze jeszcze są takie bardzo realistyczne i że to czasami wygląda kiepsko, kiczowato. Gdyby za "Bezel" zabrali się sprawniejsi filmowcy, udałoby się zrobić kawał horroru. Teraz jest kawałeczek. Mamy jakieś tam braki, ale braki związane z subtelnością i z detalami. To nie jest, proszę pamiętać, film toporny. To nie jest film pokroju "The Room", za który się zabrali amatorzy. Tam po prostu jeszcze czegoś brakuje. To nie jest kompletna amatorszczyzna, ale jest jeszcze szczebel wyżej, inny świat filmowy i inne środki wyrazu. Zresztą powiem ci Marku, że w serwisach angielskojęzycznych "Bezel" zbiera dużo lepsze noty niż w Polsce, ale to nam uwidacznia pewne subtelne różnice między takimi masowymi, zbiorowymi gustami, jeżeli idzie o gatunek, jakim jest horror między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Także podsumowując, chociaż to jest film niższej kategorii, zrealizowany budżetowo, to widać ciekawy zamysł.
Ciekawy, widać posklejanie starych wątków w fajną opowieść. Interesujące jest to, co by było albo może co będzie, kiedy się weźmie za taką historię ktoś, kto dopatrzy się w tym perspektywy zarobku tak naprawdę. Czy "Bezel" to jest mój ulubiony horror 2024 roku? Oczywiście, że nie, ale widziałem dużo gorsze, dużo głupsze i dużo droższe. Z horrorami zresztą w 2024 jest tak jakoś słabiej. Może, jak wspomniałem, te najlepsze zostały podkupione przez streamingi i dopiero nas zaskoczą i okaże się, że ten 2024 taki zły nie był.
[01:11:26] - Coś jeszcze chciałem powiedzieć. Myślę, że coś, co muszę wyrzucić z siebie. Otóż wydaje mi się, że ten film ma jakiś taki złowieszczy wydźwięk. To znaczy, to też jest zaleta tego filmu, że on pracuje na kilku poziomach nad widzem. Otóż my bardzo szybko wiemy, podkreślam, wiemy, że ten dom jest zły, że nie ma tam miejsca na zmiłuj się. On jest, ten dom, wypełniony jakimiś takimi niepokojącymi skrzypieniami. Gdzieś tam się pojawiają ciemne zakamarki, pojawia się atmosfera. A poza tym warto sobie zdać sprawę, że my tam śledzimy historię na przestrzeni kilkudziesięciu lat. No, nie tak dokładnie, ale ona nawiązuje do tych kilkudziesięciu lat. Zatem nie mogę nic złego powiedzieć na temat tego, jak owe linie czasowe łączą się w pewną spójną historię I tu wielki szacun, bo mogłoby się wydawać, że film po kilkudziesięciu latach będzie się rozłaził w szwach.
Nie będzie grało to wszystko. A tymczasem zaskoczenie. Moim zdaniem te linie czasowe, tak jak powiedziałem, się splatają i ta historia dzięki temu jest spójna, może jest nawet groźniejsza niż mogłaby być. To moim zdaniem jak na film, który i Piotr, i ja podejrzewaliśmy o klasę B, to rzeczywiście jest duża zaleta. Właściwie cała grupa zalet. I tak jak Piotr powiedział, w tym roku, który właśnie mija, było bardzo wiele zapowiedzi wspaniałych filmów, które okazywały się, jak to delikatnie powiedzieć, kitami po prostu. A tymczasem film wyskakujący troszeczkę z pudełka jak Diesel urasta do czegoś, co warto obejrzeć. I tak jak Piotr mówił, to może nie jest arcydzieło, ale obejrzeć warto. I chyba państwo zapamiętacie ten film. Czas, proszę państwa, na recenzarium Ewiwy.
Dzisiaj tytuł: „Zaczarowany zamek”.
[01:14:01] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy jako dzieci marzyliście o magicznych przygodach? Głupie pytanie. Prawie każde dziecko o tym marzyło. Może z wyjątkiem mojej kuzynki, która już w wieku pięciu lat w odpowiedzi na moje fantazjowanie, normalne u dziecka w tym wieku, bo sama byłam jej rówieśniczką, ze łzami w oczach spytała: „Dlaczego tak kłamiesz?” Niestety, dziecko pozbawione fantazji zdarza się rzadko, ale się zdarza. Większość jednak uwielbia świat, w którym mogą się zanurzyć nawet bez pomocy książek czy filmów. Dzieci fantazjują od zawsze. Oczywiście, kiedy mają do czynienia z filmem czy w późniejszym wieku z książką, to bardzo im to pomaga w wykreowaniu świata, w którym przeżywają przygody nieprawdopodobne. Oczywiście z tej właściwości dzieci żyje wielu pisarzy. Takich, którzy obrali sobie ich za target.
I trzeba tutaj powiedzieć, że niejeden uważa, iż pisanie książek dla dzieci to w zasadzie drobiazg. Właściwie taki pisarz jest mniej wart niż ten, co pisze dla dorosłych, co jest nieprawdą. Bo napisać dobrą książkę dla dzieci jest diabelnie trudno. Dużo trudniej niż napisać książkę, która zainteresuje dorosłych. Jedną z pisarek wyjątkowo utalentowanych pod tym względem jest trochę dzisiaj zapomniana Edith Nesbit. Jedna z jej książek nosi tytuł: „Zaczarowany zamek”. Pamiętam, że zaczytywałam się nią dosłownie w dzieciństwie, a kiedy dorosłam, udało mi się kupić na własność i do tej pory mam ją na półce. Oczywiście dawno już wyrosłam z bajek, niestety, ale lubię czasem wziąć ją do ręki i poczytać trochę, odnajdując swoje dawne wzruszenia i pasje. O czym mówi ta książka? Rodzeństwo: Kathleen, Gerald i James zostają na święta w internacie.
Nie może być inaczej, ponieważ w ich domu jest choroba zakaźna. Obawiając się o dzieci, trzeba je było zostawić w szkole. Opiekuje się nimi nauczycielka francuskiego. Zostawia im jednak bardzo dużo swobody. Włócząc się po okolicy, dzieciaki odkrywają stary zamek, a w nim spotykają dziewczynkę w swoim wieku, którą biorą początkowo za księżniczkę. Mabel nią nie jest, co prawda, jednak posiada coś, czego można jej pozazdrościć. Magiczny pierścień. Za jego pomocą można bardzo wiele, ale można też oczywiście napytać sobie biedy. Zachwycone tą zabawką dzieci oczywiście nie myślą być ostrożne, jednak z biegiem czasu używają mocy pierścienia trochę rozważniej. Dzięki temu udaje im się doprowadzić kilka spraw do szczęśliwego finału.
„Zaczarowany zamek” to książka, która dzisiaj może nie wzbudziłaby aż takiego entuzjazmu u dzieci. Teraz są wychowywane na Harrym Potterze, który mówiąc szczerze, według mnie nie za bardzo się dla dzieci nadaje. W „Zaczarowanym zamku” przede wszystkim brak jest wszelkiej brutalności, wszelkiej przemocy. Owszem, jak wiadomo, jeżeli dzieci nie będą ostrożne, może je spotkać coś złego. Udaje im się jednak uniknąć pułapki dzięki rozsądkowi, którym się wykazują. Ale nawet jeżeli dzieje się coś niepomyślnego, jest to ujęte w sposób pozbawiony wszelkiego brutalizmu, którego ostatnio mamy bardzo dużo w książkach, nawet w książkach dla najmłodszych. Jest to piękna, klasyczna opowieść z nutą romansu i przede wszystkim przepojona odniesieniami do tego, co jest w życiu najważniejsze: zaufania, uczciwości, życzliwości wzajemnej, w końcu także miłości. Ale może o tym za dużo mówić nie będę. Uważam, że każdy sam powinien przeczytać i odkryć. Edith Nesbit to pisarka naprawdę wspaniała.
Według mnie bardzo niedobrze, że w tej chwili jej książki zostały niejako odsunięte na bok, ponieważ można się z nich było nauczyć bardzo wiele o tym, jak traktować innych i jak traktować świat. Bardzo też jasno autorka stawiała przed oczy czytelnikowi, że każde nasze działanie ma swoje konsekwencje i że tych konsekwencji nie da się odwrócić pstryknięciem palców. Nawet jeżeli ma się do dyspozycji magiczny pierścień, można się łatwo zapędzić w kozi róg i narobić szkody, której się nie da już naprawić. Myślę, że największym problemem współczesnych bajek jest to, że niwelują te sprawy. No co tam, napsociliśmy, ale to się da łatwo odkręcić. Tak nic złego się nam nie stanie. Otóż w życiu prawdziwym się stanie i lepiej być na to przygotowanym. Kiedyś bajki właśnie w tym celu powstawały, żeby przygotować dzieci do tego, że cokolwiek zrobią, mogą na tym ucierpieć. I że czasami naprawdę lepiej posłuchać ludzi starszych i bardziej doświadczonych. Cóż, teraz, jak wiadomo, jest zupełnie inne podejście do tych spraw i nie jest to dobrze.
Ale czasy się zmieniają. Miejmy tylko nadzieję, że dzieci wychowywane w przekonaniu, że im absolutnie nic nie grozi i nic im się stać nie może, przekonają się o tym, jak świat naprawdę działa, nie nabawiając się najpierw kalectwa albo nie doprowadzając się do czegoś jeszcze gorszego. W każdym razie „Zaczarowany zamek” polecam przeczytać. A jeśli macie dzieci, poczytajcie im. Na pewno będą zadowolone. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:20:08] - Małpa. Małpa. Wiecie państwo, tak się zastanawiam, ile książek z pogranicza tak naprawdę jeszcze stoi na mojej półce. I tak zerkam sobie w tej chwili, bo mam przegląd. Wierzcie mi państwo, stoi ich jeszcze całkiem sporo. A dzisiaj będziemy mówić z Piotrem Cielebiasiem o książce mocno stareńkiej, bo z roku 1976. Książka jest stareńka, ale moim zdaniem w zadziwiający sposób nie straciła na aktualności. Co więcej, w zadziwiający sposób ona jest niesamowicie, naprawdę, dobieram słowa, żeby w taki entuzjazm zbyt mocny nie popaść, ale ona jest niesamowicie wciągająca i niesamowicie aktualna. Pomyślcie państwo, książka sprzed prawie 50 lat. Dzień dobry wieczór państwu.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:21:17] - Dzień dobry wieczór, witamy w kolejnym przeglądzie książkowym. A dzisiaj porozmawiamy sobie o książce mniejszego formatu, ale takiej, która mocno daje do myślenia nie tylko swoją zawartością, ale przede wszystkim stylem. Wydana została w 1976 roku w serii „Szczęśliwa Siódemka” i nie byłoby w tym nic dziwnego, ale poziom tej książki jest znacznie wyższy niż wielu dzisiejszych publikacji, także internetowych. Ale dziwne tak naprawdę jest to i zabawne jest to, że ta seria była adresowana do młodych ludzi, do uczniów tak naprawdę. A kiedy zajrzymy do książki, którą dzisiaj omawiamy, czyli „Rozdroża nauki”, to się okazuje, że poziom wtedy był bardzo wysoki. Stąd Marku moje pytanie, czy to jest jakiś błąd autorów, którzy napisali taką mądrą książkę dla młodzieży? A może po prostu wtedy się tak pisało dla młodych ludzi, nie dając im taryfy ulgowej? Pamiętasz w ogóle tą serię? Bo to jest bardzo ciekawa rzecz.
[01:22:25] - Tak, pamiętam. Ja tę serię zbierałem. Nie wszystkie tomy jednakowo mnie zachwycały, bo tam był podział w zależności od koloru obwódki okładkowej. To były albo tomiki poświęcone nauce, naukom ścisłym, tak jak właśnie ta książka, o której dzisiaj mówimy. To był kolor zielony. Były też książki z ramką niebieską. To były reportaże z różnych stron świata. One były właśnie moim zdaniem najsłabsze, bo takie czasami podszyte ideologią. Wiecie państwo, komunizm, postępowość. Było trochę egzotyki w tych reportażach, bo to były reportaże, tak jak powiedziałem, z różnych stron świata, ale tam jednak trochę tej nachalnej propagandy było, więc niebieską podserię zostawmy sobie.
Była też podseria brązowa. Ta mówiła bardzo często o różnych sprawach związanych z historią, z historią sztuki, z historią taką twardą i tak dalej. To były niezwykle interesujące tomy. Była też seria, nazwijmy ją literacka. Ta brązowa to była historyczna, była literacka, czerwona. Tam między innymi ukazało się kilka zbiorków prozy fantastycznonaukowej, ale nie tylko. Była też groza wydana, kilka naprawdę bardzo ciekawych i do dzisiaj pamiętanych tomików. Ale co jeszcze ważne, wszystkie te tomiki wychodziły w ogromnych nakładach. Dzisiaj w ogóle takie nakłady są nie do pomyślenia. Przeciętnie taki tomik miał 90 tysięcy nakładu.
Był w każdym kiosku. Notabene kiosków nie ma, ale wtedy kioski były na każdym rogu i w każdym kiosku była seria Siódemki. Co więcej, poziom, tak jak już to Piotr podkreślił i zaraz ja to zrobię, był naprawdę zaskakujący. Tam nie było taryfy ulgowej. To były książki przeznaczone dla późniejszych nastolatków. Co oznacza późniejszy nastolatek? Taki, powiedzmy, na granicy szkoły średniej. I powiedziałem, że nie było taryfy ulgowej, bo poruszano w tych tomach, bez względu na to, czego dotyczyły, czy historii, czy nauk ścisłych, czy literatury, czy chociażby tego reportażu, poruszano problemy na poziomie takim, że jak ktoś czegoś nie wiedział, to sobie Musiał doczytać, jeśli nie znalazł wyjaśnienia w danym tomie. To nie były opowiastki dla grzecznych nastolatków. To były opowieści dla ludzi, którzy chcieli się czegoś o świecie dowiedzieć.
I muszę przyznać, że kiedy trafiłem na tom, o którym dzisiaj rozmawiamy, przypomnę „Rozdroża nauki” autorstwa Zbigniewa Yetona i Krystyny Nowickiej, to byłem zadziwiony poziomem i do dzisiaj się nie mogę otrząsnąć, bo proszę państwa, w spisie treści znajdujemy takie zagadnienia jak: dziwne przygody medycyny, joga, akupunktura, choroba osamotnienia, hipnoza, telepatia, dar jasnowidzenia. Tak, proszę państwa, w socjalistycznym kraju o takich rzeczach pisano. Z jednej strony pisano, że pewne zjawiska, które wymieniłem przed chwilą są niemożliwe, a z drugiej strony pokazuje się tomik dla młodzieży, w którym te zjawiska są rozpatrywane od strony bardzo naukowej, ale od strony takiej, że się nie zatrzaskujemy na nie. To znaczy nie mówimy: to niemożliwe, to nauki socjalistyczne czegoś takiego nie dopuszczają. Jest wręcz przeciwnie. Mowa jest o wielu eksperymentach, o wielu obserwacjach, które zdają się pewne elementy wymienionych zjawisk potwierdzać. To nie są tępe, ideologiczne broszury. To są książki, które takiego młodego człowieka otwierały na świat i otwierały go, dając mu konkretną wiedzę do ręki. Konkretne nazwiska, konkretne przypadki, konkretne wydarzenia. Moim zdaniem tak, jak powiedziałeś, zacząłeś to Piotrze mówić, dzisiaj takie książki nie zawsze się spotyka.
Czasem książki dla bardzo dorosłych ludzi nie mają takiej siły w sobie jak książka „Rozdroża nauki”.
[01:27:19] - Tak, bo z jednej strony to jest taki troszeczkę esej, troszeczkę nie wiem, jak to nazwać, broszurka, troszeczkę podręcznik. Ogólnie literatura popularnonaukowa w PRL-u moim zdaniem stała na wysokim poziomie, jak na tamte czasy. Przede wszystkim może to też wynikało z faktu, że ja jeszcze pamiętam takie czasy, kiedy trzeba się było natrudzić, żeby dotrzeć do ciekawostek na jakiś temat. Szczególnie kiedy się interesowałeś takimi zjawiskami, które są ogólnie rzecz biorąc dziwne, ale okazuje się, że pisano o wielu sprawach i to w taki bardzo przystępny sposób. Książka, o której dzisiaj mówimy, zahacza o tematykę, po której się poruszamy z Markiem, czyli zagadnienia niezwykłe, ale zahacza to też jest dobre słowo, bo tam mamy też dużo na temat terapii alternatywnych, na temat jogi. Jest też telepatia i jasnowidzenie. Dla mnie to jest miks, muszę powiedzieć szczerze, niezbyt udany. Pomimo całej sympatii dla tej książki uważam, że rozmieszczenie telepatii obok wspomnianej jogi czy akupunktury nie do końca jest dobrym pomysłem. To są dwie zupełnie skrajne dziedziny. Czyli z jednej strony mamy coś w rodzaju tradycji medyczno-mistycznych, filozoficznych, połączonych oczywiście z ćwiczeniami, a z drugiej strony mamy parapsychologię, czyli telepatię, jasnowidzenie i tak dalej.
To jest zupełnie inna działka. Może to wynika z tego, że autorem był ceniony lekarz, wszystko więc wrzucił do worka z napisem pseudonauka, ale też nie do końca. Ta książka nie jest tak bardzo stronnicza, jak by się mogło wydawać. To znaczy otrzymujemy dość szeroki rys historyczny, na przykład w przypadku niektórych omawianych tematów, a z drugiej strony nie ma tam takiego teszkowania, takiego śmieszkowania, jak to ma miejsce dzisiaj na przykład w niektórych publikacjach. Czyli jest to w miarę, nie wiem, czy obiektywne. Na pewno jest to dobrze napisane. To już któryś raz zauważamy na przykładzie książek pisanych w PRL-u, nawet takim jeszcze wczesnym PRL-u, że wiedziano, jak to robić. Dzisiaj czegoś takiego nie ma. Druga sprawa to jest książka, jak powiedziałeś, dla takiej średniej młodzieży i nie wiem, czy średnia młodzież by dzisiaj kupiła taką narrację, taki styl, który w tej książce jest. Nie wiem, jak było z innymi, ale jeżeli porównamy książkę Yetona i Nowickiej do chociażby publicystyki internetowej, to jest wysoko.
Dzisiaj powiem ci, że to pasuje do tygodników opinii tak naprawdę, do bardzo poważnych publikacji. A wtedy zobacz, rzucona książka do kiosków, w sumie dla dzieci. Edukacyjna, bo edukacyjna, ale stawiano wysokie wymagania, pomimo że to była literatura popularna, ktoś nawet powie złośliwie, że wagonowa.
[01:30:28] - Piotrze, powiedziałeś o tym miksie, który w tej książce zastajemy, że różne zjawiska, ale muszę sam sobie wypomnieć wiek, ponieważ ja dobrze pamiętam tamte lata i uwierz albo nie uwierz, sprawdź, w tamtych czasach zjawisko takie jak akupunktura i jasnowidzenie przez tak zwaną poważną socjalistyczną naukę było ustawiane mniej więcej na tym samym poziomie. Na poziomie jakichś tam jednak opowieści bajkowych, baśniowych. Nie ma żadnej przecież tam akupunktury, przecież to nie działa. Ja pamiętam programy Wandy Konarzewskiej, która robiła programy O różnych rzeczach, między innymi o akupunkturze, aby pokazać ludziom, że może to jednak nie są jakieś czary-mary, tylko że to działa. O takich rzeczach trzeba było ludzi przekonywać. Mnie w związku z tym aż tak bardzo nie szokuje to zestawienie jogi, jasnowidzenia i na przykład telepatii. Nie, to były zjawiska ustawiane, tak jak powiedziałem, na tym samym poziomie. A zatem kiedy wypowiada się specjalista od człowieka, za takiego można uznać lekarza, w każdym razie od tego, jak ten człowiek na poziomie fizycznym funkcjonuje, to zaczyna być ciekawe. A w dodatku, tak jak powiedziałeś, jak ja o tym wspominałem, nie ma tam takiej nachalnej propagandy. Tu są odwołania do różnych badań i to nawet do badań, być może to był nawet obowiązek, na temat jasnowidzenia jest mowa o badaniach, o zainteresowaniu ze strony uczonych radzieckich i to w latach 40.
A zatem to już jest grubo, bo jak się w socjalizmie, w PRL-u odwoływało do uczonych radzieckich, to to już miało swoją wagę. Oczywiście są też badania z drugiej strony oceanu, traktowane równie poważnie. W ogóle ta książka ma dużą zaletę polegającą na tym, ty to nazwałeś heheszkowaniem, ale to prawda, nie ma tego heheszkowania, ale jest podejmowanie wyzwania. To znaczy nie wrzucamy młodym ludziom ideologii, tylko mówimy, co wiemy na ten temat. To nie zawsze jest rzecz, która spodobałaby się zwolennikom różnego rodzaju aktywności człowieka, takiej jak hipnoza chociażby. Niemniej jednak trudno odmówić tym esejom pewnego zakotwiczenia w faktach i tego, że po lekturze człowiek ma wrażenie, że ten nasz świat naprawdę jest dziwny i naprawdę nauka nie powiedziała ostatniego słowa i że jeszcze wielokrotnie nas świat zaskoczy. Ja myślę, że ta książka w ogóle ma taką unikalną już dzisiaj cechę, że zachęca do samodzielnego myślenia, zachęca do tego, żeby poszukiwać, ale też analizować fakty. Proszę państwa, jak na tak cienki tomik, jak na tomik, który pyta wiele srok za ogon naraz, to naprawdę chyba są słowa entuzjastyczne z mojej strony.
[01:34:07] - Chociaż też trzeba powiedzieć, że nie jest to miejsce w książce, że tak powiem, zarezerwowane po równo dla wszystkich zagadnień. Ale ciekawe jest to, że pomimo iż książka została wydana w 1976 roku, to w wielu przypadkach nie straciła na aktualności. Może poza tym, że dzisiaj patrzy się zupełnie inaczej na niektóre kwestie i niektóre z nich, chociażby akupunktura, są wykorzystywane w tak zwanej medycynie holistycznej. Podejście do hipnozy też się mocno zmieniło. Hipnoza jest dzisiaj terapią ogólnodostępną, jakby nie patrzeć. Akupunktura i joga są bardzo popularne, ta druga bardziej. Tyle że jak powiedziałeś, pokazuje nam to sposób myślenia kiedyś o tych tematach, które były może po prostu troszeczkę jeszcze zbyt odległe dla nas, dla Polaków i dopiero stopniowe ich oswajanie pozwoliło sprawić, że troszeczkę je odczarowano, przynajmniej niektóre z tych zjawisk opisanych w książce. Niestety nie sprawdziłem, czy jeszcze funkcjonuje nasz autor, ale pewnie by się zdziwił, gdyby miał wehikuł czasu i w 1976 roku spojrzał w przyszłość, to zobaczyłby, że niektóre z tych rzeczy, które gdzieś tam wtedy znajdowały się dla niego na obrzeżach nauki, one dzisiaj są częścią, może nie w 100% medycyny tradycyjnej, ale jednak tej holistycznej tak.
[01:35:50] - Bez tajemnic. Bez tajemnic to cykl, który cieszy się nieustającym powodzeniem. No to idźmy za ciosem. Oddzielenie ducha od ciała.
[01:36:04] - Panujące aktualnie okoliczności przyrody zmusiły mnie do nakręcenia tego odcinka, chociaż tak naprawdę wolałbym go zrealizować w innym terminie. Kto z nas nie słyszał nigdy opinii, że ktoś tam miał dobrą śmierć, bo szybko zginął? I mówiąc to, tak naprawdę zazdrościmy jakiejś tam osobie, jakiemuś denatowi braku cierpienia. Ktoś umarł i nie cierpiał, ale nie bierzemy pod uwagę tego, co się dzieje później. A przecież w naszym kręgu kulturowym teoretycznie wielu wierzy w życie pozagrobowe. Więc pytanie, czy szybka śmierć jest czymś fajnym? Tak, wiem. Fajny może być nowy komputer, samochód, ale niekoniecznie śmierć. Ale dobra, dajcie spokój. Kto chce pluć, to niech sobie pluje w komentarzach.
Ja lecę dalej. Okazuje się, że szybka śmierć wcale nie jest na czujka niczym dobrym. To znaczy ja nie mówię o bolesnej śmierci, tylko szybkiej. Chociaż ból w chwili śmierci może czasami wynikać z obciążającej człowieka karmy. Ale temat bólu pozostawmy na boku, ponieważ tutaj skupiamy się na czasie trwania zgonu. W momencie, kiedy człowiek dotarł już do kresu drogi materialnego życia, jego dusza zaczyna powoli odłączać się od ciała. Trzeba podkreślić, że śmierć nie jest oderwaniem się duszy od ciała materialnego. To nie jest tak jak ptaszek, który nagle wylatuje z klatki, tylko to są bardziej takie więzy, które się powoli rozluźniają między duchem a ciałem materialnym i w którymś momencie one zupełnie pękają, rozchodzą się. I wówczas dopiero duch odzyskuje swoją wolność. Uwolnienie się ducha od ciała materialnego może trwać chwilę, kilka minut, kilka godzin, a nawet kilka tygodni.
Jest to uzależnione od stopnia przywiązania ducha do materii. Więc jeżeli człowiek był uduchowiony, jeżeli nie koncentrował się tylko na tym życiu materialnym, na dobrach doczesnych, jest duża szansa, że jego duch w chwili śmierci szybciej odłączy się od ciała materialnego, od materii, która tak naprawdę przez całe życie go obciążała. Ten pierwszy etap powrotu ducha do świata niewidzialnego tak naprawdę nie ma zbyt wiele wspólnego ze śmiercią ciała materialnego jako tako. A to dlatego, że ciało człowieka jest biologiczną maszynerią, która może funkcjonować bez udziału ducha. Dowodem na to są badania, eksperymenty w stylu doktora Frankensteina, które były prowadzone w Europie już przynajmniej od XIII wieku, dowodzące, że ciało biologiczne nawet po tak zwanej śmierci nadal może funkcjonować jako mechaniczny, biologiczny robot. W XIX wieku, kiedy pojęcie elektryczności nie było już tajemnicą, podłączano zwłoki do prądu i wprawiano je w ruch. Podobnie w czasach rewolucji francuskiej sprawdzano, czy w ściętych głowach tli się jeszcze jakieś życie. W tamtym czasie było także przeprowadzone pewne doświadczenie spirytystyczne, telepatyczne, gdzie medium łączyło się z człowiekiem, który został dopiero co ścięty. Tym sposobem mogliśmy się dowiedzieć nie tylko, jak zachowuje się ścięta głowa w chwili agonii, ale również co czuje duch jeszcze związany z tą głową. Ale tę historię z medium traktujcie raczej jak ciekawostkę.
W każdym razie faktem jest, że człowiek w chwili śmierci nie umiera od razu, a nawet, że ciało biologiczne może funkcjonować bez udziału ducha. W chwili odłączenia się ducha od ciała w niefajnej sytuacji znajdują się na przykład duchy samobójców, które mogą odczuwać przerażenie związane właśnie z tą sytuacją, z tym faktem. Ale na to przerażenie mogą się składać okoliczności ich śmierci. To znaczy zdają sobie sprawę z tego, że samobójstwo, które popełnili, nie odcięło ich od odczuwania bólu. I na przykład ktoś, kto skoczył z wysokiego piętra, może w chwili upadku odczuwać ból łamiących się kości i rozrywanych mięśni. Generalnie pomijam tutaj szczegółowe obrazy. Można sobie obejrzeć w internecie. W każdym razie mamy tutaj przykład sytuacji, gdzie duch, mimo iż gwałtownie został wyrwany z ciała, nadal utrzymuje więzy z ciałem materialnym. Gwałtowna śmierć zaskakuje ducha. Duch może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że umarł.
Może dziwić się, dlaczego inni nagle przestali na niego reagować. Dlaczego, gdy wrócił do domu, żona do niego nie odpowiada, dzieci go ignorują. Co się w ogóle dzieje? Idzie do pracy. Tam również nikt nie zwraca na niego uwagi. Próbuje wykonywać jakieś codzienne czynności. Przedmioty przenikają mu przez ręce. Nie wie, co się dzieje. Jest zdezorientowany. Ja już nawet pomijam sytuację, gdzie na przykład jakiś duch za życia był ateistą i w ogóle nie wierzył w życie pozagrobowe.
Nakręciłem kiedyś taką krótką scenkę. Możecie sobie obejrzeć. Oczywiście człowiek, który zginął gwałtownie, ale sam nie zadał sobie śmierci, nie odczuwał bólu i tego można pozazdrościć. Ale żeby było śmieszniej, wpada później w tak zwane zaburzenia spirytystyczne, które dopadają wszystkie duchy przenoszące się do świata niewidzialnego. Ale o tych zaburzeniach powiem za moment, ponieważ jeszcze nie poruszyłem tematu powolnej śmierci. I tu nawiązuję do aktualnych okoliczności przyrody, gdzie ktoś leży w łóżku i powoli dusi się, umiera, schodzi z tego świata. Dobrze, że Friedrich dał nam morfinę. Oczywiście śmierć człowieka, szczególnie kogoś bliskiego, jest tematem poważnym. Ja tego nie neguję, ale człowiek zdający sobie sprawę z tego, że umrze, ma czas mentalnie przygotować się do śmierci, do przejścia na drugą stronę. Oczywiście, jeżeli ktoś przez całe życie nie wierzył, że po drugiej stronie coś istnieje, bądź zbyt łapczywie otaczał się sprawami materialnymi, pogonią za karierą i tak dalej, w ostatnich chwilach swojego życia może dysponować zbyt małą ilością czasu, aby nad sobą popracować.
Niemniej sytuacja, w której człowiek ma szansę przynajmniej przez nawet kilka dni, bądź może nawet kilka tygodni, kilka miesięcy oswoić się z myślą, że odejdzie z tego świata, będzie mu służyć korzystnie w momencie, kiedy już rzeczywiście do tego zgonu dojdzie. Podczas powolnej śmierci w chorobie, niezależnie od tego, czy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znajduje, więzy jego ducha z ciałem materialnym powoli się rozluźniają i w chwili agonii te więzy już są bardzo lekkie i duchowi łatwiej jest je zerwać. Chciałem uniknąć tego słowa, ale łatwiej jest mu odejść z tego świata materialnego. W każdym razie, gdy już denat kopnie w kalendarz, wpada w sidła zaburzeń spirytystycznych. Ale to nie jest tak, że odłączenie się ducha od ciała i zaburzenia spirytystyczne to są dwie różne rzeczy. Nie. To jest powiązane i zaburzenia wynikają w dużej mierze z przekonań denata, ducha, który się odrywa i z jego usposobienia, z tego, jakie życie prowadził. Czy był bardzo przywiązany do materii. Zaburzenia spirytystyczne mogą trwać bardzo krótko. Duchy, które na przykład prowadziły prawe życie, pełne wysokiej moralności, które były uduchowione, które nie koncentrowały się tylko na materii.
Takie duchy uwalniają się z życia materialnego prawie natychmiast. Te zaburzenia spirytystyczne są bardzo krótkie, ale zanim rozwieję temat, czym są te zaburzenia spirytystyczne, to jest troszeczkę tak, jak człowiek, który nagle zostaje obudzony w obcym miejscu po imprezie na przykład i nagle nie wie, gdzie jest i potrzebuje chwilkę, żeby się zorientować. Zaraz, u kogo dzisiaj spałem? Trochę podobnie jest z duchami, które tak jakby były wyrwane ze snu i nagle próbują się zorientować. Jeżeli ktoś na przykład ostro zabalował, może potrzebować więcej czasu, a jeżeli ktoś bawił się bardzo grzecznie, to w zasadzie obudzi się i od razu wie, co jest grane. Dobry przykład przyszedł mi do głowy teraz w trakcie kręcenia i uważam, że trafiłem w sedno sprawy. Także brawo ja! Dziękuję. W każdym razie Camille Flammarion, znany francuski spirytysta, właściciel wydawnictwa literackiego. Wydawnictwo nadal funkcjonuje, chociaż jego założyciel już dawno zasilił kwiatki od spodu.
Wydał książkę, w której opisał bardzo dużo historii nadesłanych przez czytelników dotyczących manifestacji duchów zmarłych tuż po śmierci bądź jakiś czas po śmierci. Nie chcę teraz przytaczać konkretnych historii, ponieważ było tego wiele, a przecież każdy z nas słyszał gdzieś rodzinne historie, gdzie na przykład ktoś zmarł o godzinie 17, rodzina o tym nie wiedziała, ale dokładnie w tym momencie na przykład garnki posypały się z mebli kuchennych, po czym okazało się, że w kuchni wszystko jest w porządku i wiadomość o śmierci kogoś bliskiego przybyła na przykład godzinę później albo na przykład tydzień później. Zależy od okoliczności. Na ten temat również nakręciłem kiedyś materiał wideo „Znaki z zaświatów”. Proszę sobie obejrzeć. Już za czasów Allana Kardeca spirytystom udało się wywołać ducha człowieka, który dopiero co został pochowany. I podczas seansu okazało się, że ów duch był świadomy swojej sytuacji już znacznie wcześniej. To znaczy, że zaburzenia spirytystyczne trwały bardzo krótko. W przypadku śmierci naturalnej, na przykład ze starości, chociaż wiadomo, że ze starości się nie umiera, ale w wyniku jakiejś choroby te zaburzenia spirytystyczne następują, jeszcze zanim nastąpi zgon. To znaczy, jest moment, kiedy duch tak jakby traci przytomność i duch, o ile nie jest obciążony karmicznie, nigdy nie jest świadkiem swojego, jak to się mówi, ostatniego tchnienia.
Duch jest wtedy nieświadomy i te zaburzenia spirytystyczne już trwają. A na koniec podkreślę, że zaburzenia spirytystyczne nie są nieprzyjemne dla osób, które były dobre za życia, które nie były egoistami, które myślały o innych. Więc jeżeli ktoś boi się tego, co może go spotkać, a co na pewno go spotka, to miejmy nadzieję, że przynajmniej niektórzy z was mają jeszcze troszeczkę czasu, aby nad sobą popracować, aby przemyśleć sobie pewne rzeczy. Allan Kardec napisał w „Księdze duchów”, że znajomość filozofii spirytystycznej bardzo ułatwia przejście na drugą stronę, ponieważ duch w bardzo krótkim czasie odnajduje siebie, odnajduje się w nowej sytuacji. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:47:50] - Czas, proszę państwa, na odrobinę poezji. Krystyna Śmigielska zaprasza na spotkanie z Radosławem Marcinem Barcem.
[01:48:03] - Dobry wieczór państwu. Wakacje się już skończyły i po długim odpoczynku powracamy do rozmów z poetami, ich wydawcami oraz czytelnikami. Zapraszając gości do audycji „Nie wiem, co to poezja”, staram się zaprezentować państwu osoby, dla których słowo posiada niezwykłą wartość i z tej racji składają mu pokłon, traktując je jako tworzywo, za pomocą którego opisują świat oraz własne jego widzenie. Dzisiejszą naszą audycję poświęcimy sylwetce poety niezwykle interesującego, znakomitego obserwatora naszej rzeczywistości, twórcy poszukującego i nietuzinkowego. Pan Radosław Marcin Barc sam siebie nazywa pseudo intelektualistą amatorem. Ale nie jest chyba tak do końca. Jako swoje główne zajęcie, zamiłowanie podaje funkcję męża i ojca. Nie są to jednak jego jedyne zajęcia, bo oprócz tego jest on pracownikiem korporacji. To właśnie on stworzył nieregularnik „Z małej litery”. Redagował miesięcznik „Bezkres” i pełnił funkcję redaktora naczelnego kwartalnika „Period”.
W 2020 roku nakładem wydawnictwa Sowelo ukazał się debiutancki tom wierszy naszego gościa zatytułowany „Monodram”. Dobry wieczór, panie Radosławie.
[01:49:49] - Dobry wieczór pani. Dobry wieczór państwu.
[01:49:52] - Monodram to moja ulubiona forma sceniczna, dlatego bardzo zainteresowana, wręcz zaintrygowana usiadłam do lektury pana zbioru wierszy pod tym właśnie tytułem. W miniaturze będącej wstępem do tomu pisze pan: „Niby w sercu tętniącego życiem miasta, a jednak całkiem sam. Obcy ludzie w pracy, obcy na ulicy, obcy w domu”. Proszę powiedzieć, czy uważa pan, że samotność jest przypisana człowiekowi i chociaż każdy z nas na własną rękę próbuje toczyć z nią walkę, przeważnie ją przegrywamy. Czy my wszyscy jesteśmy wyalienowani?
[01:50:40] - Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że ktoś na świecie jest jeszcze szczęśliwy. Uważam, że aby być szczęśliwym z drugą osobą lub w grupie, należy najpierw nauczyć się żyć w samotności ze sobą samym. Wówczas docenia się starania innych osób w naszym otoczeniu, ponieważ mamy świadomość, ile wysiłku daną osobę to kosztowało, aby wykonać jakąkolwiek rzecz dla nas czy zaakceptować to, jakimi jesteśmy. Także mam nadzieję, że nie.
[01:51:19] - Ja też mam taką nadzieję, że jednak w tej alienacji potrafimy jeszcze znaleźć drugiego człowieka, a jeżeli na niego trafimy, to jest prawdziwe nasze szczęście. W zbiorze monodram zdecydowana większość wierszy opatrzona jest pana dedykacją. Zazwyczaj dedykacji tej dokonuje się na początku tomiku. Czy pana zdaniem pojedyncze utwory, które są dedykowane w pana przypadku nie tylko osobom, ale też i rzeczom, zjawiskom, są bardziej interesujące, kiedy wskazany jest albo główny odbiorca, albo też inspiracja, z jakiej skorzystał autor, aby stworzyć dany wiersz.
[01:52:12] - Jako autor ja nie chcę narzucać interpretacji konkretnych wierszy, natomiast dedykacje w nich często są wskazówką do możliwej takiej interpretacji, czasem dopowiedzeniem, bez którego wiersz miałby nieco inny wydźwięk, nieco inne znaczenie. Także niektóre wiersze dedykowane są osobom, przedmiotom, kolejne miejscom czy wydarzeniom i właśnie w ten sposób dokonuję czegoś może przewrotnego, gdy dedykacja powinna być umieszczona w sumie na końcu, pod każdym tekstem. Czasem nawet sam tytuł danego wiersza jest podpowiedzią lub może w pewien sposób zbija z tropu. Tak samo te dedykacje. One pełnią pewną funkcję klamry do tytułu.
[01:53:08] - Mi się podobała jedna dedykacja, gdzie pan napisał, że miała być, ale pan już zapomniał jaka i dla kogo. To było bardzo ciekawe i bardzo interesujące, twórcze. „Do przyjaciela” to również wiersz ze zbioru monodram. Z pozoru cyniczny, przedstawiający jednego z bohaterów w niezbyt dobrym świetle. Pozwolę sobie zacytować: „Facet bogaty i mówił zawsze: mam pomysł na życie. A ty?”. A jednak ten utwór niesie w sobie taką prawdę, próbę stworzenia jakiejś hierarchii wartości, zastanowienie, czym powinniśmy się właściwie w życiu kierować. Pobrzmiewa też w nim pytanie o fatum, siłę sprawującą władzę nad naszymi losami. Tekst nie jest nikomu poświęcony. Czy w tym wypadku brak dedykacji możemy odczytywać jako świadome pana skierowanie utworu do szerszego grona odbiorców?
Czy jest on może czymś w rodzaju wiersza ideowego, sztandarowego?
[01:54:29] - Obie odpowiedzi są prawidłowe. Cały monodram kierowany jest do odbiorców w szerokim przedziale wiekowym, z nastawieniem może na pierwszą połowę życia, gdy człowiek jest jeszcze zagubiony w wielkim świecie albo w wielkim mieście i nie może sobie poradzić z otaczającą rzeczywistością. Coraz bardziej zatraca siebie przez to. Także tak. Natomiast dodam też, że wiersz kończący cały zbiór, cały monodram odwołuje się do kilku wcześniejszych, między innymi też do „Przyjaciela”. Więc jest to swego rodzaju idea towarzysząca bohaterowi tego tomu i myślę, że nie tylko jemu, bo w monodramie raczej wielu czytelników odnajdzie chociaż fragment siebie.
[01:55:20] - Ja myślę, że to jest taki właśnie zbiór pokazujący poszukiwanie własnego miejsca w świecie dorosłym, gdzie jeszcze ideały są w nas bardzo głęboko zakrzewione, a jednak już widzimy, że ten dorosły świat nie za bardzo tak wygląda, jak wydawał nam się w młodzieńczych naszych pierwszych marzeniach. To jest takie zetknięcie i szukanie własnej drogi.
[01:55:59] - W subiektywnym rankingu podziałów prowadzi ten, co dzieli ludzi na tych, którzy to i tych, którzy tamto. Na przykład pomidorowa z ryżem i pomidorowa z makaronem. Odwieczny konflikt, ta sama zupa.
[01:56:20] - Czytając monodram czułam się tak, jakbym dotarła do niepublikowanych jeszcze nigdzie wierszy Andrzeja Bursy. Bo on również, tak jak pan, odczuwał taką alienację, takie poszukiwanie, nie odnajdując się w świecie norm, przepisów, wzajemnych uzależnień. Nie potrafił jednak się im przeciwstawić. Stał gdzieś z boku i przyglądał się zjawiskom, przedstawiając je ze swojego punktu widzenia. Proszę mi powiedzieć, czy ma pan swoich poetyckich mentorów, do których pan stara się dorównać, bądź których idee bardzo panu odpowiadają?
[01:57:14] - Powiem szczerze, że z Bursą trafiła pani w dziesiątkę. Paręnaście lat temu, gdy pierwszy raz zetknąłem się z tym autorem, praktycznie od razu go polubiłem. Głównie za bezpośredniość i dosadność wypowiedzi, dosadność treści. Niemniej dużo czytam poezji współczesnej i poezji wcześniejszej, więc naturalną konsekwencją jest, że i mój styl stale ewoluuje, stale się zmienia, ulega wpływom. To jest zupełnie normalna sprawa i nie wstydzę się o tym mówić wprost, że czerpię od innych poetów, których czytuję.
[01:57:54] - Chyba też o to chodzi, żebyśmy jednak poznawali literaturę i to, co nam wydaje się najbliższe, w jakiś sposób kontynuowali. Nie uważa pan?
[01:58:09] - Jak najbardziej. Mi się wydaje generalnie, że jeżeli rozmawiamy o poezji, o poetach i mam do czynienia osobiście z poetami, którzy nie czytają poezji innych autorów, to osobiście się zrażam do takich ludzi, ponieważ wydaje mi się, że bardzo wąsko patrzą na świat, na to, co robią i raczej się już nie rozwijają.
[01:58:40] - Ja tylko chciałam powiedzieć, że czytając jeden z pana wierszy, w głowie mi zabrzmiało o tych małych miasteczkach, gdzie poeta miał je. Nie będziemy może mówić.
[01:58:54] - Tak, to obok ciebie.
[01:58:56] - To mi tak zabrzmiała identycznie fraza, bardzo zbieżna. I pomyślałam sobie: rzeczywiście, w pana wierszach jest podobnie. Bohater bywa rzeczywiście chwilami bardzo podobny. Oczywiście to są tylko zbieżności. Nie mówię, broń Boże, o jakimś dużym naśladownictwie, prawda? Ale gdzieś pobrzmiewa ta nutka, co mnie ujęło, bo ja również jestem wielbicielką Bursy. Trochę dłużej może niż pan, ale od lat rzeczywiście te wiersze z przyjemnością czytam.
[01:59:32] - Powiem szczerze, że tutaj nawiązanie do Bursy było celowe, zamierzone i z premedytacją wykorzystane właśnie w taki sposób.
[01:59:42] - Tak właśnie pomyślałam, że celowo pan tu nawiązuje. Dlatego mówię o tej kontynuacji, prawda? Bo właśnie o to chodzi. Teraz porozmawiajmy o wierszu, który z kolei mnie bardzo rozbawił. Wiersz poświęcony wenie, zatytułowany „Stojąc w korku”. Oparty na takich powtórzeniach prawie całej frazy. Można powiedzieć, że budowa wiersza bardzo ciekawa. Z jednym tylko rymem i to dosłownym: nie-nie. Mimo wszystko bardzo intrygujący jest to utwór, przywołujący na myśl moje własne doświadczenia i myślę, że nie tylko moje i pana, ale wielu innych twórców. I nie tylko może twórców.
Czy powstał on w chwili zwątpienia, takiej twórczej słabości? Czy jest on może oznaką dobrego humoru autora, takiej po prostu słownej zabawy?
[02:00:42] - „Nie mam weny na pisanie. Nie mam weny na słuchanie. Nie mam weny na czytanie. Nie mam weny. Weny nie mam też na spanie. Weny nie mam na oddychanie. Brak mi weny na rozmawianie. I tak stoję w pustostanie.” Powiem szczerze, że zdecydowanie powstał w przestoju między jednym a drugim wierszem, gdy patrząc za okno nawet nie byłem w stanie odnaleźć jakiegokolwiek światełka inspiracji. Chyba każdego dopada zresztą taka niemoc twórcza, albo prawie każdego. Zal głoszczę tym, których nie.
Nawet podmiot liryczny całego monodramu też cierpi na tę przypadłość. Dlatego postanowiłem napisać o tym krótki, humorystyczny tekst, również na rozładowanie klimatu panującego w samym monodramie. Ale właśnie lubię czasem pisać o procesie pisania. Także pisząc o pisaniu, dlaczego miałbym nie napisać o niepisaniu?
[02:01:53] - Oczywiście, jak najbardziej. I to jest właśnie takie podejście bardzo interesujące, że nawet trudne chwile można w jakiś sposób rozładować, a traktując je z humorem od razu jest nam jakoś lżej na duszy. Ja polecam wszystkim twórcom. Tak na pamięć można się tego wierszyka nauczyć, bo on jest dosyć krótki, a za to jest bardzo pomocny. Może być stosowany-
[02:02:22] - No i dedykacja.
[02:02:23] - Tak, jako takie remedium powtarzające się. Bardzo interesujące.
[02:02:30] - Ja tę dedykację pamiętam, jeśli mogę.
[02:02:33] - Proszę. Jak najbardziej.
[02:02:35] - Bo sam tekst pamiętam na pamięć, właśnie bo powiedziała pani, że łatwo się go nauczyć, ale dedykowany on był Wenie, co najwidoczniej w korku utknęła, wracając z późnych wakacji.
[02:02:46] - I to jest właśnie to, że ta Wena gdzieś czasem nam się zagubi. Ale pan ją znalazł i to jest najważniejsze. Jak już się odnalazła, to na kanale YouTube w cyklu „Front dla Ukrainy” czyta pan swój wiersz dotyczący ni mniej, ni więcej, tylko zwykłych pierogów. Od wielu lat krąży po kraju dowcip, a pan go przedstawił, jakby ubrał w nowe słowa, chyba bardziej zrozumiałe dla współczesnej młodzieży. Czy uważa pan, że są takie obiegowe żarty, powiedzenia, opisy sytuacji, które powinny właśnie w taki sposób być pielęgnowane przez nas, aby uchronić je od zapomnienia? Czy pana zdaniem mieszczą się one w tak zwanym kulturowym kodzie?
[02:03:48] - Ciekawe pytanie. Takie powiedziałbym głębokie mocno i nie wiem, czy w odpowiedzi zejdę aż tak głęboko. Natomiast wiersz ten powstał niedługo po wypowiedzeniu wojny przeciwko Ukrainie. To jest kontekst tego wiersza. Natomiast osobiście uważam, że nie ma potrzeby pielęgnowania i powtarzania bez końca dowcipów z minionych lat. Każdy dowcip śmieszny jest w sumie tylko raz. Czasem, gdy sytuacja sprzyja lub na to pozwoli, tak jak niestety w tym przypadku, można taką historię powtórzyć we współczesnym tonie, ubierając właśnie w bardziej zrozumiałą formę, by pokazać, że kiedyś już tam byliśmy, już przerabialiśmy coś takiego, przechodziliśmy przez taką sytuację. Ale sam osobiście jestem zwolennikiem teorii, może stwierdzenia, że warto pamiętać o przeszłości, ponieważ ona nas kształtuje. Jednak to nie jest kierunek, w którym powinniśmy patrzeć, w którym powinniśmy iść, bo idziemy do przodu.
[02:05:06] - To mi się bardzo podoba, że pan mówi, że idziemy do przodu, chociaż kiedy obejrzałam filmik na YouTube, powiem panu, że to było dla mnie bardzo miłe też wrażenie. Ja pamiętam ten dowcip. Może tu słuchaczom przybliżymy. Chodziło o to, kto prosił Ruskich. Ruskie nikt, sami przyszli. Tak to kiedyś funkcjonowało i wydaje mi się, że właśnie w tej sytuacji, kiedy znowu jest tak, że historia jakby nam się powtórzyła, prawda? Warto jednak wyciągać już sprawdzone dawniej też działa. Te, które już wiadomo, że są skuteczne. Bo jeżeli ten dowcip przetrwał tyle lat, to znaczy, że jednak skuteczność jego była dosyć duża. Czasem warto się jednak obrócić za siebie, spojrzeć, jak było kiedyś i wyciągnąć wnioski.
Dlatego pytałam o ten kod kulturowy, żeby pewnych rzeczy jednak nie zapominać, bo może warto je zachować w pamięci ku przestrodze, ku lepszemu jutru. Tak bym się wyraziła.
[02:06:32] - No to przytoczę teraz sytuację, ponieważ ja ten dowcip słyszałem kiedyś. Jednak tych kilka lat już mam życia za sobą i ten dowcip kiedyś słyszałem, natomiast totalnie o nim zapomniałem. Ale gdy wybuchła wojna, ten dowcip zresztą powstał w lutym jeszcze, pod koniec lutego. Natomiast gdy wybuchła ta wojna w lutym właśnie dwudziestego bodajże czwartego, to niedługo po tym usłyszałem ten dowcip w sklepie, właśnie patrząc za siebie, ponieważ dwie starsze panie opowiadały go sobie.
[02:07:08] - No i widzi pan, jednak-
[02:07:10] - Spojrzałem za siebie, usłyszałem go ponownie, przypomniało mi się i napiszę o tym.
[02:07:16] - Jednak to zadziałało. Bardzo to trafnie tutaj zadziałało. A jeszcze chciałam powiedzieć, że w ogóle pomysł napisania wiersza do tego dowcipu wydaje mi się niezwykle trafny i niezwykle interesujący. I to jest właśnie taka jakby kontynuacja. Gdzieś to jednak dalej zostaje i jest utrwalone. Za to serdecznie dziękuję.
[02:07:46] - Ten wiersz w jednej z antologii charytatywnej, których bardzo dużo powstało właśnie na pomoc Ukrainie, uchodźcom z Ukrainy. Także ten wiersz przeszedł przez etap eliminacji i znalazł się w jednej z antologii właśnie charytatywnych na taki cel. Także widocznie jest trafny i
[02:08:10] - Tak. Jak najbardziej. A jeszcze forma żartu przeniesiona do sztuki, do poezji. To jest bardzo ciekawy, interesujący zabieg.
[02:08:31] - Rzecz działa się pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat temu. Wszyscy mieli to samo. Nikt nie miał nic. Takie były czasy. Knajpa studencka przy uniwersytecie. Biedni studenci tam dojadzali. Za pół darmo pani wydawała posiłki. Na ladzie zostały pierogi. Nikt ich nie odebrał. Wszyscy wiosłowali w zupie, przejęci smakiem schabu z kością.
Pierogi wystygły i nadal czekały. Pani patrząc na leżące na ladzie, krzyknęła: „Kto prosił ruskie?”. Na co jeden student oderwał się od talerza. Odpowiedział: „Nikt nie prosił. Same przyszli”.
[02:09:16] - To też eksperyment twórczy, bo stale należy się rozwijać. Ja cały czas szukam swojego konkretnego stylu. Może też go po prostu nie mam, a stale zmieniam. Może to jest ten styl, że on się stale zmienia.
[02:09:35] - Ja bym miała taki pogląd, że styl pan już ma. Tylko oczywiście należy szukać swojej drogi twórczej i się cały czas rozwijać, bo jak się zatrzymamy, to i styl nam nie pomoże. Tu właśnie chciałam pana zapytać, jak to jest, bo w drugim, jak rozumiem, obecnie szykowanym do wydania zbiorze. Rozmawialiśmy wcześniej i pan informował mnie, że zbiór ten powinien ukazać się jesienią bądź zimą tego roku. Twórczość pana wygląda zupełnie inaczej. Widać przebytą drogę dojrzewania twórczego. W „Monodramie” przyglądał się pan otaczającej nas rzeczywistości, a w „To jeszcze nie jest wielki świat pięknych rzeczy”, taki tytuł nosi zbiór, pokazuje pan czytelnikom nasze ludzkie brudy, braki, jakieś ułomności. W tym zbiorze człowiek przeważnie jest bezdomny. On znajduje się gdzieś na ulicy, przeważnie tam leży, czasem pije wódkę w piwnicy, wpada pod pociąg, a kiedy już przychodzi z lepszego środowiska, przekracza tą barierę, zostaje na tej ulicy brutalnie pobity. Wiodącym motywem utworów w tym zbiorze jest szeroko rozumiana droga.
Bohaterowie ciągle są w ruchu, gdzieś się śpieszą, ale czasem również oglądają się za siebie. To, o czym przed chwilą mówiliśmy. Wracają myślą do tego, co było, co odeszło i za tym tęsknią. Czy rzeczywiście uważa pan, że ludzkość jest w coraz gorszej kondycji? Że, zacytuję tu znowu pana wiersz: „Po człowieczeństwie pozostały jedynie wydmuszki”.
[02:11:44] - 16%. Tyle pozostało człowieczeństwa pośród ludzi. Bodajże tak jest dalej w tym tekście, w tym wierszu. Generalnie odnośnie dojrzewania twórczego między „Monodramem” a nowym zbiorem, nowym tomem „To jeszcze nie jest wielki świat pięknych rzeczy”. To jest tytuł roboczy. Być może pozostanie, ponieważ jest to dość ważna fraza w moim życiu. Ona jest zresztą też wytłumaczona na samym końcu tego zbioru. Natomiast ta przebyta droga między jednym podmiotem lirycznym, który towarzyszył w „Monodramie” nam przez cały tom, tutaj podmiotów lirycznych jest całe mnóstwo. Właśnie te 16%. Jeden wiersz nawet z tego tomu odpowiadać będzie na pytanie o kondycję społeczeństwa.
Ja osobiście w życiu przechodziłem przez wiele różnych kręgów kulturowych i warstw społecznych, i może też za dużo czasu spędzam w piwnicznych barach bez alkoholu, ale jednak w barach, w oparach unoszącego się alkoholu i tytoniu. Już może nie, bo od paru lat nie wolno palić. Niemniej wiem, gdzie to robią, rozmawiając z podchmielonymi ludźmi. Jednak to, co często słyszę lub obserwuję, nie napawa optymizmem. To jest właśnie tych 16%. Również media w tych czasach nadużywane są na przykład do fotografowania posiłków, a nikt nie pomyśli o tym, jakie mają szczęście, że mogą sobie na taki posiłek pozwolić w tej chwili, gdy wielu ludzi dookoła nie ma takiego przywileju. Ludzie są zbyt skupieni współcześnie, mam wrażenie, na sobie, na swoich problemach, na swoim małym światku i otoczeniu. Natomiast nie biorą pod uwagę skali makro.
[02:14:01] - Zamykamy się we własnych komputerach, we własnych komórkach. Zamykamy się. Już przed telewizorami może mniej znacznie.
[02:14:12] - Dużo mniej. Właśnie przy małych okienkach, które każdy nosi w kieszeni.
[02:14:17] - Tak. To jest ten świat taki Ja to obserwuję bardzo często. Gdzie mogę, obserwuję. I rzeczywiście te telefony są już naszym dyskiem zewnętrznym. My bez tego nie potrafilibyśmy funkcjonować, normalnie żyć. Dla mnie telefon jest dalej narzędziem pracy. Jeżeli potrzebuję, to z niego korzystam. I z komputera również. Natomiast nie widzę potrzeby takiego obcowania cały czas z tymi narzędziami. Raczej wolę dalej obcować z człowiekiem.
Dobrze, że w swoim środowisku mam ludzi, z którymi mogę obcować, ale jest to rzeczywiście dzisiaj bardzo trudne, jak obserwuję to zjawisko. I dlatego pytam o to, bo sama się martwię, czy te 16% da radę przetrwać dalej.
[02:15:19] - 16% to jest taka liczba wymyślona, podana przeze mnie. Oczywiście to nie jest badanie naukowe.
[02:15:27] - Tak, odnoszę się do tej liczby, prawda?
[02:15:30] - Tak. Właśnie próbowałem sobie uzmysłowić, ile czasu ludzie spędzają na swoim własnym ja, na swoim ego, a ile poświęcają otoczeniu. I gdy tak właśnie patrzę chociażby na przystanku autobusowym, czekając, aż przyjedzie środek komunikacji i widzę, że obok mnie stoi jakaś osoba i sprawdza rozkład jazdy w telefonie, chociaż za plecami też go ma, to dla mnie jest to niepojęte.
[02:16:03] - No tak.
[02:16:03] - Ja tego nie rozumiem.
[02:16:06] - Tracimy to.
[02:16:08] - Ja na przykład, gdy gdzieś wyjeżdżam, sprawdzam na mapie. Oczywiście w internecie też, bo w internecie są mapy różnych miejsc, różnych miast, ale sprawdzam to miejsce, sprawdzam jak tam dojechać, patrzę na punkty orientacyjne, które są w okolicy i próbuję to zapamiętać, a nie chodzić wszędzie z telefonem w ręce i nawet sobie zainstalować aplikację kompasu, który notabene nie zawsze działa.
[02:16:34] - Ja panu powiem tak: moja babcia kiedyś leciała do Ameryki, powiedzmy sobie w latach 70. I bardzo martwiliśmy się o nią, bo była już osobą w podeszłym wieku. I mówimy: „Jak ty sobie, babciu, tam poradzisz?”. A babcia powiedziała dumnie wtedy, nie znając w ogóle języka angielskiego: „Wezmę za przewodnika koniec języka”. I uważała, że porozumie się. I rzeczywiście udało jej się. Dzisiaj nikt nie pyta o drogę, nikt nie pyta o godzinę, bo każdy wyciąga swoją komórkę. I nawet takie uliczne jakieś kontakty szybkie, niezobowiązujące przestały właściwie istnieć. Tak jak pan powiedział, coraz mniej słuchamy siebie. Znaczy coraz więcej słuchamy siebie, coraz mniej słuchamy innych.
[02:17:30] - Otoczenia, tak. Powiem szczerze, czasem bardzo się boję. Może nie to, że się bardzo boję, bo nie, bo należę jednak do tych odważniejszych ludzi. Natomiast zauważyłem, że mijając ludzi na ulicy, na przejściu dla pieszych, patrzę na nich, oni odwracają wzrok.
[02:17:50] - No tak, bo my się zaczynamy coraz bardziej siebie bać, ponieważ siebie nie znamy, a boimy się tego, co jest nieznane.
[02:17:58] - Nieco inna sytuacja jest w przypadku rowerzystów, bo gdy jadę na rowerze i widzę rowerzystów jadących z naprzeciwka, to wszyscy się do siebie pogodnie uśmiechają. Także to jest fajne. Piramidy naszych czasów wznoszą się pod niebiosa. Grobowce z wielkiej płyty otoczone szkłem. Biurowce z widokiem. Żeromski się w grobie przewraca. Zapomniane osiedla wypchane szarym mięsem. Pośrodku współczesny faraon, błazem pochylony nad straconym światem.
[02:18:34] - „Poezja w słowach i obrazach” to taka antologia, o której pan już wcześniej mówił, internetowej grupy poetyckiej o tej samej nazwie. Zamieścił w niej pan swój utwór o wiktuałach znajdujących się w lodówce. Kończy go pan słowami, i tu mam nadzieję, że to jednak nie jest proroctwo. Brzmi to mniej więcej tak: „Nie pozostało już nic do jedzenia”. Jest pan też członkiem grupy literycznej „Na krechę”. Dzięki temu też poznaliśmy się. Proszę mi powiedzieć, czy pana zdaniem uczestnictwo w tego typu zrzeszeniach pomaga, czy utrudnia indywidualny rozwój twórczy?
[02:19:28] - To może od początku. Wspomniana antologia „Poezja w słowach i obrazach”, która znajduje się aktualnie przede mną, patrzę na nią, zawiera po osiem tekstów każdego uczestnika, który wziął w niej udział. Ja do tej antologii napisałem osiem tekstów, które zostały opublikowane tylko w niej. I każdy odnosi się do posiłku, do zawartości lodówki. Bodajże ostatni z tych wierszy kończy się wspomnianą frazą właśnie, że nie pozostało już nic do jedzenia, nawet światła w lodówce. Z tego, co pamiętam. A w lodówce dzisiaj serek wiejski, jak to miasto i ten kraj także wiejski Natomiast odnośnie grupy literackiej Na krechę czy innych tego typu zrzeszeń, powiem szczerze, to bardzo pomaga. Chodzi przede wszystkim o wspomniany wcześniej rozwój, czyli jeżeli chcemy szlifować nasz warsztat, nasz talent, ewentualnie gdzieś zaczerpnąć inspiracji, to przecież dookoła jest mnóstwo ludzi, którzy mają nieco inny punkt widzenia. Tyle punktów widzenia, ilu ludzi na świecie. Tak że od wielu ludzi można się wiele rzeczy nauczyć, podpatrzeć, może stwierdzić, że ja bym to inaczej, ja bym to może lepiej.
Oczywiście w osobistym mniemaniu. Może gorzej nieco, ale tak, uczestnictwo w tego typu przedsięwzięciach w grupach pomaga. Bardzo pomaga, bardzo pozytywnie wpływa na indywidualny rozwój czy progres rozwoju twórczego każdej osoby. Chyba że się jest zamkniętym tylko na swoją twórczość i znajduje się w tych pozostałych procentach społeczeństwa.
[02:21:53] - Proszę mi jeszcze powiedzieć, bo wiem, że jest pan organizatorem spotkań autorskich, poetyckich. Z jakimi pan boryka się przeszkodami przy organizacji takich spotkań? A z kolei jakie czynności w czasie przygotowań sprawiają panu największą radość?
[02:22:19] - Może zacznę od końca, czyli co sprawia największą radość. Jest to kontakt z moimi gośćmi, ale też przede wszystkim forma, w jakiej ja prowadzę te spotkania autorskie. Czyli jest poetka, poeta, prezentuje swój wiersz i po każdym wierszu następuje dialog między poetą, między publicznością, między prowadzącym. Zadajemy pytania, bombardujemy autora pytaniami o to, jak to interpretować, o poszczególne frazy, o to, o czym dokładnie jest ten tekst albo co spowodowało, że ten tekst powstał. Tak że to jest dla mnie ogromna radość, gdy nawiązuje się ten dialog. Właśnie to mi sprawia niesamowitą radość i też to, w jaki sposób zaproszeni goście odpowiadają na te pytania i później przychodzą i mówią, że wow, że czegoś takiego się nie spodziewali i że fantastyczne, i że ten kontakt z żywą publicznością był najlepszy. A nie siedzenie na krześle, prezentowanie swoich tekstów, odpowiadanie na pytania i na samym końcu pytanie rzucone do sali: „Czy ktoś ma jakieś pytania?”, bo zostały ostatnie dwie minuty. Tak że to jest to, co sprawia mi największą radość. A trudności to na dobrą sprawę szukanie autorów, ponieważ ja staram się szukać autorów takich, jakim sam kiedyś byłem, bo byłem jednym z tych autorów, którzy nie dostali się nigdy. Ja nie wiedziałem w ogóle, że coś takiego jak spotkania autorskie są organizowane.
Nie wiedziałem, do kogo się odezwać, nie wiedziałem, jak się odezwać. Wiedziałem, że mam wiersze. I to jest tyle, co wiedziałem. Natomiast żeby inni autorzy nie mieli takiego kłopotu, to ja sam się zgłaszam, sam ogłaszam na grupach literackich czy w grupie Na krechę też za każdym razem, że organizuję takie spotkania autorskie, że chętnie przyjmę ludzi, którzy są przed debiutem albo świeżo po debiucie, którzy nie mieli kontaktu z szerszą publicznością i są gotowi na dialog. Są w stanie obronić swoje wiersze, bo za każdym razem podkreślam, że będą musieli bronić swoich treści. I jeżeli ktoś chętny się znajdzie, to jak najbardziej takie wydarzenie organizujemy. Ja z daną osobą i Centrum Kultury, często jeszcze grupa Na krechę. Pod ich patronatem działam od jakiegoś czasu, tak że też są w gronie organizatorów. Tak że znalezienie takich autorów jest trudnością. No i za każdym razem to, że...
To może nie jest trudność, to jest taka moja podstawowa bolączka, czyli po zrealizowaniu, jeszcze w trakcie trwania takiego wieczoru autorskiego danego autora, autorki zadaję sobie pytanie: dlaczego przyszło tyle osób? Czy zmieściłoby się jeszcze więcej? Albo jakie pytanie teraz może paść? Albo najważniejsze: kogo zaprosić na następne spotkanie i kiedy je zrobić?
[02:25:45] - Czy w takim razie możemy tu zaapelować do młodych poetów, którzy chcą zaprezentować się szerszemu gronu słuchaczy, że mogą się zgłaszać do pana i wspólnie z panem mogą ustalać, czy ewentualnie takie spotkanie autorskie mógłby pan im zaproponować?
[02:26:08] - Jak najbardziej. Zapraszam do kontaktu.
[02:26:11] - To ja też powiem, że można pana znaleźć również na Facebooku i przez Facebook również można się z panem skontaktować. Dobrze mówię?
[02:26:22] - Jak najbardziej. Na mój profil imienny bądź profil mojej strony facebookowej, gdzie publikuję swoje wiersze. Wystarczy w wyszukiwarkę na Facebooku wpisać „Życie imituje sztukę”.
[02:26:32] - Proszę to zapamiętać.
[02:26:35] - I to będzie pierwsza strona, która się podpowie.
[02:26:38] - Proszę państwa, życie imituje sztukę. Proszę to zapamiętać i proszę korzystać, bo rzeczywiście forma spotkania autorskiego to jest chyba jedyna sensowna promocja sztuki literackiej. Bezpośredni kontakt z odbiorcą, możliwość poznania, w jaki sposób oddziałowujemy na naszych słuchaczy jest wprost bezcenna. Pan Radosław napisał o tym bardzo dobry wiersz i ja tutaj fragment państwu przeczytam. „Mikrofon na stole, obok puste krzesła, okna zabite deskami. Kultura dawno już stąd wyszła na mały ekran.” Nie pozwólmy na to. Szukajmy tej kultury obok siebie, sami w niej starajmy się uczestniczyć. Pan Radosław jest w stanie państwu pomóc zaprezentować się szerszemu gronu słuchaczy.
[02:27:40] - Jak nie mogę zasnąć, czytam poezję dobrą i częściej tę złą. Głosy podzielone demokratycznie na dwa. Enterem, kranówką popite i spłukane. Mózg ściśnięty imadłem emocji wszystkich autorów. Zasypiam.
[02:28:01] - Panie Radosławie, z wielką przykrością muszę stwierdzić, że zostało mi jeszcze tylko jedno pytanie do pana, ale za to pytanie, które ja osobiście bardzo sobie cenię i lubię. W naszych programach zawsze pytamy gości, czym dla nich jest poezja. Zadajemy je wszystkim rozmówcom, bo przecież wspólnie szukamy na nie odpowiedzi. W takim razie i pana zapytam, panie Radosławie, czym dla pana jest poezja?
[02:28:37] - Z tym pytaniem spotkałem się już nie raz. Tak, to pytanie bardzo często pada i wcale się nie dziwię, że zadaje je pani też pozostałym uczestnikom, ponieważ definicja jest z jednej strony prosta, a z drugiej strony bardzo trudna, bo indywidualna w zależności od poety. W takim razie jeszcze wyjdę z pytaniem pomocniczym, dodatkowym: kim zatem jest poeta? Bo ja osobiście nie jestem poetą. Jestem, jak pani wspomniała na początku, mężem i ojcem. Przez osiem godzin dziennie jestem menadżerem w korporacji. Gdy trzeba, jestem kucharzem albo niańką. Odprowadzam dziecko wcześniej do przedszkola, teraz do szkoły. Jestem sprzątaczem, jestem kociarą, jestem organizatorem spotkań. Także poetą jestem, gdy jest taka potrzeba.
A gdy już taka potrzeba zajdzie i tworzę tę poezję, to poezja jest dla mnie przekazem, środkiem do wyrażania myśli, emocji, spostrzeżeń. Tym samym, czym obraz dla malarza, a muzyka dla muzyka. Jakkolwiek to nie brzmi.
[02:30:02] - Brzmi to bardzo dobrze, ale ja słyszałam, że pan stworzył wiersz, przedstawiając swoją własną odpowiedź na to pytanie.
[02:30:15] - Tak. I mogę go teraz przytoczyć.
[02:30:17] - Bardzo prosimy.
[02:30:21] - Także bodajże tytuł „Być poetą”. I tak brzmi: „Ach, poetą być poetą. Malować słowem, malować słowa, a gdy wyblakną, zacząć od nowa. Ach, poetą być poetą. Pisać wiersze, tworzyć pieśni na brzegu kartki w cieniu wiśni. Ach, poetą być poetą. Wyrażać emocje, otwierać serca, wskazywać drogę. I tak bez końca. Ach, poetą być poetą. Szukać natchnienia w każdym calu, pojemności sześciennej, rozwiązłości nektaru.”
[02:31:02] - Bardzo piękny. Serdecznie dziękuję. To wspaniała odpowiedź na nasze pytanie i myślę, że wzbogaci naszą książkę „Czym jest poezja?”. Serdecznie dziękuję.
[02:31:16] - Mam nadzieję.
[02:31:17] - Serdecznie dziękuję panu, panie Radosławie. Naszym dzisiejszym gościem był pan Radosław Marcin Barc z bardzo miłą rozmową i opowieścią o swojej twórczości. Było nam naprawdę miło pana gościć i życzymy panu wielu, wielu wspaniałych sukcesów zarówno w tym życiu rodzinnym, które jak widzę ma dla pana bardzo duże znaczenie i to jest piękne, jak i sukcesów poetyckich oraz sukcesów w promowaniu poezji, bo to jest piękne, wspaniałe i godne pochylenia się działanie. Moim i państwa gościem był poeta, promotor związany z grupą literyczną Na Krechę, mieszkaniec Poznania pan Radosław Marcin Barc. Dziękuję panu za rozmowę, a państwu za uwagę. Życzę spokojnej, miłej nocy. Dobranoc, panie Radosławie.
[02:32:23] - Dobrej nocy. Dziękuję bardzo.
[02:32:26] - Dobranoc państwu.
[02:32:30] - To już nie będzie niespodzianka, bo jak coś się powtarza dosyć regularnie, to przestaje być niespodzianką. Ale Zgodnie z krótką, ale treściwą tradycją zapraszam na drugi odcinek w tej audycji, odcinek recenzarium Evivy. Tym razem Luiza Eviva Dobrzyńska opowie o książce Isaaca Asimova „Roboty z planety Świt”.
[02:32:58] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Trzecia książka Asimova z cyklu „Roboty” nosi tytuł „Roboty z planety Świt”. Asimov napisał cztery książki z tego cyklu, chociaż jest on też powiązany z innymi jego seriami. Właściwie szkoda, ale rozumiem, że w tych czterech książkach zawarł już wszystko, co chciał napisać. W każdym razie na ten konkretny temat. Trzecia książka przenosi nas nieco w czasie, konkretnie o dwa lata. Albowiem dwa lata właśnie minęły, odkąd detektyw Elijah Baley wrócił z Solarii. Od tej pory stara się skupiać wyłącznie na tym, co się dzieje na Ziemi. Kieruje pracami na otwartej przestrzeni poza miastem. Nie wszyscy są zachwyceni tym projektem, ale Elijah ma swoją wizję.
Uważa, że ludzie powinni umieć uprawiać ziemię po to, żeby kiedyś, w przyszłości wyruszyć ku kolejnym koloniom. Jak wiadomo, te, które już powstały, nie chcą przyjmować dalszych ludzi z Ziemi, a zatem należy założyć nową. Jednak ponownie jest zmuszony zmierzyć się z problemami natury kryminalnej. Zostaje znowu wezwany na Solarię. Tym razem doktor Falstaf, twórca androida R. Danila, zostaje oskarżony o morderstwo. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że na całej Solarii nie ma nikogo, kto mógłby rozwikłać tę zagadkę. Zatem ściągają w tym celu już wypróbowanego detektywa. Ponownie będzie mu towarzyszył R. Daniel, jego partner i, jeżeli można to tak określić, przyjaciel.
Albowiem ich wzajemny stosunek bardzo przypomina właśnie przyjaźń, mimo że Daniel jest robotem, właściwie androidem. Jednak Asimov określa je wszystkie mianem robotów. Chociaż są obdarzone zdolnością niezawisłego myślenia, ograniczają je tak zwane prawa robotyki, czyli że nie są wolne. Baley zdaje sobie z tego sprawę. Jednak jego rolą nie jest podważanie obowiązującego w tym zakresie systemu, tylko ma rozwiązać zagadkę morderstwa i, o ile to będzie możliwe, oczyścić doktora Falstaffa. I musi na dodatek się spieszyć, ponieważ sam Falstaff też nie jest bezpieczny. Jeżeli komuś zachciało się wrobić go w morderstwo, może posunąć się dalej. Oczywiście na Solarii mieszka też Gladia Delmarre. Czy Baleyowi uda się uniknąć ponownego z nią spotkania i czy w ogóle będzie chciał tego uniknąć? To wielkie pytanie.
Na pewno martwi to bardzo jego żonę. Jednak pewne rzeczy są nie do przeniknięcia ludzkim umysłem, nie do zahamowania. Istnieje w końcu coś takiego jak przeznaczenie. No właśnie. „Roboty z planety Świt” to kolejna książka będąca połączeniem science fiction oraz kryminału. Przy czym trzeba przypomnieć, że Asimov bardzo dobrze sobie radził właśnie jako pisarz kryminałów. Dlatego też jego książki często zawierają właśnie elementy śledztwa, elementy detektywistyczne. Tutaj razem z typowymi, można powiedzieć, didaskaliami science fiction mamy też dużo dobrej psychologii. Dużo właśnie tego, co powinien zawierać dobry kryminał. Ale nie tylko, ponieważ perspektywa jest znacznie szersza.
Powoli tutaj zaczyna być jasne, że kwestia Falstaffa, kwestia Solarii, kwestia Ziemi to są tylko elementy w układance, że tu chodzi o coś więcej. Tak zwani kosmici, będący w istocie potomkami Ziemian, którzy skolonizowali planety zewnętrzne, tak się je nazywa, mają mnóstwo uprzedzeń w stosunku do tych ludzi, którzy nadal mieszkają na Ziemi. Uważają ich za prostackich, zacofanych, a przede wszystkim obawiają się chorób, które mogą oni przenieść ze sobą na nowe planety. Dlatego są zainteresowani utrzymaniem Ziemian na ich ojczystej planecie. Ale czy wszyscy? Otóż okazuje się, że nie. Jest pewna frakcja, która właśnie w emigracji upatruje szansy dla ludzkości. Taka część, która uważa Ziemię za coś, co ludzie powinni już dawno zostawić za sobą. Na razie jednak nie wdrażają jakiegoś bardziej konkretnego planu. Jak pamiętamy, w „Pozytonowym detektywie” był to plan przede wszystkim zdestabilizowania gospodarczego Ziemi przez wprowadzenie do systemu pracy robotów.
Częściowo to się udało, a częściowo nie, bo Ziemianie tak naprawdę bardzo są do swojego globu przywiązani. I właśnie dlatego Baley dość niechętnie patrzy na machinacje kosmitów. To jednak nie znaczy, że odmówiłby im pomocy, kiedy jest taka konieczność. Mała spotkanie z mechanicznym przyjacielem i z kobietą, która wywarła na nim aż takie wrażenie, też swoje robią. O tym, kto naprawdę jest mordercą oraz dlaczego w ogóle popełniono morderstwo, dlaczego ktoś chce się pozbyć doktora Falstaffa, dowiemy się z trzeciej części cyklu „Roboty z planety Świt” i ludzie, którzy czytają uważnie, wypatrzą wskazówki co do tego, o co-
[02:38:42] - O tym będzie traktowała ostatnia część, a jest ona co najmniej równie ciekawa. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:38:52] - Ja wiem, proszę państwa, że czas jest świąteczny, że już człowiek nie myśli o nauce, ale osoby piszące mają świadomość tego, że człowiek uczy się rzemiosła literacko-pisarskiego właściwie przez cały czas. Postanowiłem państwu to ułatwić. Kolejny odcinek „Piszącej z fiordami”, odcinek zatytułowany: „Po wydaniu”.
[02:39:20] - Dobry wieczór. Na wstępie może przeproszę za tę chwilę milczenia. Spowodowana była tym, że na północnej Islandii dalej mamy, ale mieliśmy w ciągu ostatnich dwóch tygodni cudowną pogodę. Było nawet 23 stopnie, a to oznacza naprawdę rewelacyjną okazję do tego, żeby korzystać z pobytu na zewnątrz. Tak więc korzystałam z tego, że było tak pięknie i niestety jakoś tak wyszło, że nie było na nic czasu poza pobytem na świeżym powietrzu. Teraz nie żeby było jakoś brzydko, ale wyrwałam odrobinę czasu, żeby tu dla was trochę poględzić, pogadać. I już przechodzę do meritum dzisiejszego spotkania. Nie będzie to jakieś długie spotkanie. Nasze wszystkie spotkania zazwyczaj są dość krótkie, odpowiedniej długości, żeby można było na spokojnie sobie posłuchać, może nawet w międzyczasie, żeby jakoś nie męczyć się strasznie i żeby nie marnować zbyt dużo czasu. Kondensujemy wiedzę.
O czym to ja chciałam dzisiaj wam powiedzieć? Ano o tym, że jako że wydawnictwo wydało, ja tylko partycypowałam trochę w tym wydaniu, włożyłam sporo pracy, ale wydała się moja książka. O tym, jak już pewnie wiecie, wspominałam, a jak nie, to teraz wspomnę sobie. Wydało się moje nowe książkątko i dzisiejsze spotkanie nie będzie stricte o tym, jak pisać, co pisać i w jaki sposób i jak nad tym pracować. To spotkanie będzie dotyczyło, ogólnie rzecz biorąc, spraw około wydaniowych autora, bo to też jest dość istotne. Wiem, że większość osób, która zapewne mnie słucha, jest jeszcze na etapie pracy nad swoim warsztatem, ale kiedyś w przyszłości na pewno te książki się wydadzą, autorzy będą mieli ten etap już za sobą i przyda się to, co teraz powiem. Nawet jeżeli książki te będą wydane nakładem wydawnictwa i wydawnictwo będzie zajmowało się, powiedzmy, marketingiem, to rzeczy, o których teraz wspomnę, przydadzą się też autorowi z tej prostej przyczyny, żeby autor wiedział, co, jak, gdzie i kiedy, i żeby się uczył na wskazówkach, na przykład moich. Czasem lżej jest skorzystać z rad kogoś, kto już zorganizował sobie to i owo i może zaproponować pewne rozwiązania. Więc w tym miejscu, gdzie jestem... Nie, może zacznę inaczej.
Zacznę inaczej, będzie zdecydowanie łatwiej to wszystko przyswoić. Uznajmy, że napisaliście książkę. Macie sobie książkę już gotową, przygotowaną, ładnie dopracowaną, poprawioną już kilka razy, ona sobie leżakowała. Wszystko zgodnie z tym, o czym już wcześniej mówiliśmy. Co mówiłam, jest ważne i istotne. To wszystko już jest zrobione. Wszystko jest ładnie zaklepane, wyklepane, uładzone, wszystko jest cud mi od Pana. I wysłaliście tę książkę do wydawnictwa. Wydawnictwo zachwyciło się tą książką i napisało do ciebie, odpisało maila, że są jak najbardziej zainteresowani wydaniem książki. Czy nie zmieniłeś, czy nie zmieniłaś zdania?
I ty odpisujesz, że nie, jak najbardziej wydajmy tą książkę, bierzmy się za robotę. I ruszyła machina. Ruszyła machina i cały proces się zaczął. Więc zakasujemy rękawy, bierzemy się za robotę, o czym już też wcześniej mówiłam. To wszystko jest gdzieś w którychś tam poprzednich naszych spotkaniach, poprzednich naszych podcastach, audycjach. O tym wszystkim już mówiliśmy. Tego już nie będę dzisiaj nawet poruszać, bo nie o to mi w tym momencie chodzi. Chodzi mi teraz o to, że mamy już książkę. Piękna książka, cudowna okładka, zawartość jeszcze wspanialsza, a wasze nazwisko wisienka na torcie. Twoje nazwisko.
Twoje nazwisko wisienka na torcie tej pięknej książki. Dostałaś powieść, tomik wierszy, zbiór opowiadań. Cokolwiek piszesz, przyszło to do ciebie Zachwycasz się tym i chciałbyś coś zrobić. Czasem jest tak, że wydawnictwo, wszystko zależy od tego, jakie jest wydawnictwo, jaki ma plan działania. To wszystko jest naprawdę bardzo indywidualne, ale dobrze jest też skontaktować się, bo właśnie to jest też istotna sprawa. Bardzo ważny jest kontakt z wydawnictwem. Jeśli coś wam nie pasuje, jeśli coś was intryguje, jeśli macie jakieś niepewności, jakąś niepewność, jakąś jedną albo ich więcej jest, to też zawsze dobrze jest to zrobić. Skontaktować się z wydawnictwem, zapytać, wysłać jedno pytanie czy listę zapytań, które macie w trakcie pracy nad książką, w trakcie kontaktów, jeżeli jeszcze nie zaczęła się praca. A jeśli już jest praca na wykończeniu i dalej macie jakieś wątpliwości, znaczy nie wątpliwości, tylko jakieś niepewności są, to jak najbardziej należy o to pytać. Należy rozmawiać, należy zadawać pytania, żeby potem nie było tak, że przyszła do was książka, a wy nie zadaliście żadnego pytania i macie pretensje do wydawnictwa, że coś zrobiło nie tak jak trzeba.
To nie na tym cały wid polega. Nie na tym polega cała zabawa, bo to wszystko polega na dialogu. Nie ma tak, że wydawnictwo zrobi wszystko. Zrobi wszystko, ale zrobi po swojemu. Zrobi zgodnie ze swoją wizją, jeśli się nie odezwiecie. Bo to jest tak, że jeżeli robimy razem jakiś projekt, nieważne z wydawnictwem, nieważne, czy to jest jakaś duża grupa, mała grupa, jakikolwiek projekt robimy. I nawet jeżeli robią to tylko dwie osoby, to na pewno cały projekt będzie zdecydowanie lepiej wyglądał, jeśli te dwie osoby będą ze sobą rozmawiać. Jeśli nie będą ze sobą rozmawiać i każda będzie robić ten projekt według swojego własnego widzimisię, według swojej własnej wizji, bez uzgadniania tego, jak ma to wyglądać, to projekt w najlepszym wypadku skończy się katastrofą. W najlepszym. Bo nic z tego nie będzie.
W najgorszym to będzie po prostu totalna masakra piłą mechaniczną, bo to nawet nie ma szans, żeby skończyło się dobrze. Dlatego też bardzo ważne jest utrzymywanie kontaktu z wydawnictwem. Bo jeśli wydawnictwo wydaje twoją książkę, ja w tym momencie mówię tylko o wydawaniu z wydawnictwem. Nie mówię o self-publishingu, bo to już zupełnie inna bajka. Może na tym też się kiedyś skupię, ale nie dzisiaj. Dlatego też bardzo ważne jest, żeby utrzymywać jakiś kontakt. Jeśli mam pytanie, to piszę. Jeśli mam wątpliwość, to piszę. Jeśli pojawiła się jakaś myśl, którą należy przedyskutować, to nie dyskutuję jej tylko sama ze sobą i nie obrażam się na wydawnictwo, że nie odpowiedziało, tylko po prostu piszę maila, piszę wiadomość na Messengerze, SMS-em dzwonię, cokolwiek. Wysyłam gołębia pocztowego, ale żeby ten kontakt był nawiązany i żeby wydawca miał szansę na pytanie czy na wątpliwość odpowiedzieć i żeby wydawca miał szansę zobaczyć, jaka jest moja wizja, znaczy twoja w tym momencie, bo o tobie mówimy.
To się nie powiedzie, jeżeli nie będziemy przedstawiać tego, co myślimy, tego, co gdzieś tam w głowie nam się kołuje, krąży. I to jest pierwsza rzecz bardzo ważna, którą chciałabym podkreślić, bo ja nie pamiętam, czy ja o tym wspominałam. Jeśli nie, to pamiętajcie, że rozmawiamy. Tak samo, jak wcześniej wspominałam, żeby ten kontakt na przykład z redaktorem był taki fajny, żeby on opierał się na dialogu, bo to jest istotne. Jeżeli redaktor nam wysłał jakieś propozycje zmian w uwagach, to my się do nich ustosunkowujemy i odpowiadamy na nie. Tak samo jest w kontakcie z wydawnictwem. To nie jest tylko tak, że ja będę rozmawiać tylko z redaktorem czy korektorem, który zrobi nam redakcję, korektę i tylko tyle, ale z wydawnictwem też należy jakiś kontakt utrzymywać. I jest dobrze, jeśli ten kontakt będzie utrzymywany. Te relacje będą na takim poziomie, że tak powiem, teraz uwaga, zrobię taki cudzysłów palcami, na stopie przyjacielskiej. To powinno być takie sympatyczne.
Sympatyczne też źle powiedziane. Ten kontakt powinien być pozytywny. Bo współpracujemy przy jednej książce, współpracujemy z tej samej linii startowej. Chcemy, żeby ta książka odniosła sukces. I ja, czyli ty, pisarzu, pisarko, i wydawnictwo. Zależy nam na tym samym. Na tym, żeby ta książka sprzedała się jak najlepiej. Na niczym innym nam nie zależy. Wydawnictwu może bardziej zależy tylko na sprzedaży. Nam zależy na tym, żeby nasza idea piękna w świat wyszła do ludzi, żeby zaczęli czytać, zachwycać się, żebyśmy stali się poczytnym pisarzem i takie tam.
Mamy miliony motywacji, miliony aspiracji. Ja już w to nie wnikam, każdy ma swoje. Ale jakby nie patrzeć, strzelamy z wydawcą do tej samej bramki. I jeśli strzelamy do tej samej bramki, to powinniśmy jakąś nić porozumienia zawrzeć. To tyle, jeśli chodzi o kontakt z wydawnictwem. Następna sprawa to kontakt z blogerami. Jest tak, że bardzo często to wydawnictwo zajmuje się kontaktem z blogerami. Może mieć jakąś bazę blogerów, z którymi się kontaktuje. Może nie mieć takiej bazy i wtedy Wchodzicie wy cali na biało oczywiście, z pochodnią. Może nie z pochodnią, bo to się zaraz z igłami kojarzy, ale z taką, mówię cię, kagankiem, światłem.
Nie, to też taki żarcik. Ale wchodzicie wy, bo macie na przykład jakichś tam znajomych, bo w sumie ten światek pisarski, blogerski to taki jest na internecie dość, nieograniczony, ale taki dość łatwy do znalezienia. Zwłaszcza że mamy teraz Facebooka pod ręką, więc zdecydowanie naprawdę jest ułatwiona praca. W sensie poszukiwanie blogerów na przykład, którzy zajmują się redakcją, krytyką książek na przykład. I jeśli mamy taką listę, możemy ją zaproponować wydawcy. Jeśli oczywiście wydawca wykaże zainteresowanie wysłaniem książki do blogerów, którzy się tym zajmują, którzy napiszą nam recenzję, recenzentów. Bo to też dobrze jest przejrzeć, bo wiecie, to jest tak, że na przykład recenzenci też mają swoją jakąś tam listę oczekujących, więc jeżeli mamy jakichś znajomych, którzy mają gdzieś tam jakieś miejsce w najbliższym czasie, to jak najbardziej możemy to zaproponować wydawcy. Ale też wydawca nie musi się na to zgodzić, bo jeśli nie ma tego na przykład w planach albo nie ma tego w założeniach wydawniczych, to niekoniecznie może się na to zgodzić. Ale jeśli wydawca wykaże zainteresowanie, to jak najbardziej możecie z tego skorzystać. Dlatego póki możecie, ja tego nie zrobiłam odpowiednio wcześniej i dlatego wam to polecam z całego mojego serducha pisarskiego.
Nawiązywać relacje z blogerami już wcześniej, zanim wyślemy naszą książkę. Zanim wyślemy naszą książkę gdzieś tam daleko do wydawcy, to dobrze jest nawiązać jakieś relacje. To tak zwany biznes. A słuchajcie, biznes jest biznes i dobrze jest mieć jakichś znajomych blogerów, którzy gdzieś tam później zgodzą się na napisanie recenzji naszej książki. I to jest tak, że możecie też wysyłać sami, na przykład z własnych egzemplarzy do blogerów, ale zdecydowanie ja polecam kontakt z wydawnictwem, żeby później nie było, że się nie dogadaliście z wydawnictwem. Na przykład wydawnictwo też wysłało i wy wysłaliście i potem wiecie, na przykład się zdublowało, bo macie tego samego blogera na liście. Dlatego polecam ten dialog z wydawnictwem, żeby potem nie było jakichś nieporozumień, nie wyszły jakieś afery, fochy i tego typu rzeczy. Bo różni są ludzie. Przecież nie ma co tutaj mówić, że tak nie jest. Jesteśmy różni, nawet jako pisarze reagujemy różnie, działamy różnie, więc dobrze jest zawsze porozmawiać i zapytać: „Hello, wydawco, czy wysyłamy na przykład pięć sztuk, cztery sztuki, dwie sztuki czy jedną sztukę do blogera, który zajmuje się wystawianiem recenzji?” No i wydawca napisze, że nie, nie wysyłamy albo tak, wyślemy dwie sztuki, tak, ale nie teraz.
Może być naprawdę bardzo dużo odpowiedzi i zawsze dobrze jest się ustosunkować. Powiedzieć na przykład: „Aha, dobrze, dziękuję za wiadomość, bla bla bla”. Coś takiego. Żeby to nie było tak, że potem wy nawet nie rozmawiacie. Książka została wydana, a wy z tym wydawcą nawet nie zamieniacie jednego słowa i czekacie, aż manna wam zacznie z nieba spadać. Bo poza tym, że wydaliśmy książkę, wydawnictwo wydało książkę, my też włożyliśmy w to sporo pracy. No ale wydawnictwo wydało książkę. No i autor sobie usiądzie i będzie czekał, aż manna mu zacznie spadać z nieba i nic nie będzie robił. To tak nie ma, bo po wydaniu książki też trzeba co nieco robić. Trzeba też jakąś energię wkładać później w reklamowanie tej książki, bo jak już wcześniej wspomniałam, razem z wydawnictwem strzelamy do tej samej bramki.
O, tyle. I tak. Co jeszcze? Jeśli wyślemy blogerom, to na pewno widzieliście takie na internecie przygotowane paczki dla blogerów. Nie zawsze tak się robi. Czasem wystarczy po prostu napisać ładną kartkę dla blogera, że to jest książka recenzencka. Bardzo ładnie, proszę cię recenzencie, przeczytaj, wystaw opinię. Byłoby miło, gdyby to była na blogu i na przykład na Lubimy Czytać, bo nie oszukujmy się, Lubimy Czytać jest teraz dość mocno opiniotwórcze i dobrze jest mieć. Fakt, że tam było trochę afer w związku z tym Lubimy Czytać. To się zdarza.
Już nie będę teraz o tym szerzej się rozwodzić, bo nie o to tutaj chodzi. No ale wszak jakby nie patrzeć Lubimy Czytać jest dość opiniotwórcze, więc dobrze, jeśli zmobilizujecie. Trudne słowo. Zmobilizujecie nie tylko tych blogerów, o których wcześniej mówiłam, nie tylko recenzentów, ale też swoich czytelników czy znajomych, którzy by po przeczytaniu waszej książki wystawili wam na przykład opinię, czy tam wstawili punktację, jaka tam jest możliwa do wstawienia na Lubimy Czytać. Bo później autor też może, wy jako autor, ty jako autor możesz spokojnie skorzystać z tego i zareklamować się, że na Lubimy Czytać masz tyle i tyle opinii, takie i takie opinie. I są też jakieś tam punkty Od czytelników. I jeśli dostaniecie jakąś negatywną opinię, to też o tym było już wcześniej. Należy się tym nie przejmować. I tyle w temacie. Jeszcze chciałam wam powiedzieć, że dobrze jest, to już będzie wasza prywatna sprawa, nie wydawca.
To też możecie wydawcy powiedzieć, że taką rzecz będziecie robić, to na przykład wydawca może to umieścić na swojej stronie, na swoim wallu na Facebooku, ale nie ma takiej konieczności. Jak najbardziej możecie tym się sami chwalić jako autorzy. Możecie wysyłać swoje książki na book toury. To jest bardzo fajny pomysł. Najtrudniej znaleźć jest kogoś, kto taki book tour organizuje. Dlatego tak jak już wcześniej powiedziałam, korzystajcie z moich błędów, moich baboli, moich potyczek. Nie, porażek. Potyczek? Nie, to taka nie porażka, takie bardziej potknięcie pisarskie. I nawiązujcie takie relacje wcześniej.
Orientujcie się wcześniej, kto book toury organizuje. Tylko to też jest z tym problem, ponieważ czasami jest tak, że ktoś, kto organizował book tour waszej pierwszej książki, tak jak w moim przypadku, nie organizuje ich dalej. Są różne motywacje: stan zdrowia, stan rodziny, problemy rodzinne, zmiana zainteresowań. Książki przestały być hobby, ktoś zaczął malować ściany w salonie. Różne są motywacje. I tak w moim przypadku, dla przykładu, została mi polecona inna pani, inna blogerka, która wysyła książki na book tour. Okazało się, że pani owa nie ma już miejsc. Po prostu nie ma szans na to, żeby wcisnąć moją książkę w najbliższym czasie. I mówi mi, że przykro mi bardzo, ale życzy powodzenia. Zdarza się, nie ma co rozpaczać, nie ma co szarczeć, bo to wszystko jest zwyczajnie normalne.
Zdarza się, trzeba nad tym przejść do porządku dziennego. Nie rzucać sosu jego w kąt, tylko szukać dalej. Należy po prostu rozglądać się za book tourami, które już zostały zorganizowane i idzie się wtedy po takim sznureczku. Kto bierze udział w tym book tourze i kto go zorganizował? Można napisać na przykład: „Dzień dobry, tak się nazywam, Jan Kowalski. Jestem pisarzem. Napisałem to i to. Widzę, że twoja książka...”. Nie wiem, czy mogę tak zacząć w pisaniu, że jestem pisarzem. Ale dobra.
„Jan Kowalski. Napisałem taką i taką książkę. Chciałbym skorzystać z book touru. Widzę, że twoja książka wędruje. Czy mógłbym zapytać, kto organizuje book tour?” W ogóle nie ma co się tym przejmować, to nie ma wstydu. Wstyd to tylko kraść, jak to mawiała moja babcia. Kiedy dowiemy się już, kto ten book tour organizował, warto spytać. Jeśli nie dostaniecie odpowiedzi, to trudno. To nie jest tak, że na każdą waszą wiadomość dostaniecie odpowiedź. To jest tak samo, jak z wydawnictwami.
Bardzo niewielka grupa wydawnictw odpowiada na maile z wysłaną propozycją, a ogólnie nawet na jakiekolwiek pytania. Bardzo często dostajecie w odpowiedzi milczenie i po prostu należy szukać. Jeśli wam zależy na tym, bo powiem wam, że takie book toury to też jest bardzo fajna sprawa, ponieważ każdy z tych czytelników, którzy biorą udział w takim book tourze, mają swoich znajomych i umieszczając opinię o waszej książce, poszerzacie grono osób, które o tej książce się dowiadują. Tak jak na przykład z blogerami, kiedy oni też mają swoją grupę odbiorców, to jest tak, że to nie będzie zaraz, że dostaniecie miliony pytań o waszą książkę i nagle w księgarniach internetowych zabraknie waszych książek i po prostu będą działy się cuda na kiju. Nie. Sprzeda się może niewielka ilość tych książek i nie ma co się oszukiwać, że to nie będą jakieś wielkie ilości, ale zawsze warto zainwestować, ponieważ tak jak ja to mówię, pierwsze książki, które się pisze, to jest głównie inwestowanie w swoją markę. Nie wszyscy od razu zaraz będą tak poczytni jak Mróz czy jak Bonda. Najpierw trzeba popracować troszkę i zdobyć jakieś grono czytelników. I też nie ma tak, że zaraz wszyscy piszą w takim tempie jak Mróz na przykład, bo są ludzie, którzy piszą w wolniejszym tempie. To też jest zupełnie normalne, ale pierwsze książki to jest taka orka na ugorze, że tak powiem, bo często nawet nie widać efektów.
W sumie nawet nie wiadomo, z której strony zacząć tę pracę nad tym marketingiem, nad tym wszystkim. Z której strony się wziąć za reklamowanie, za sprzedawanie. I nawet jeśli współpracujecie z wydawnictwem, to nie będzie tak, że usiądziecie i zaraz wszyscy będą waszą książkę kupować. I to, że na przykład nie kupują ludzie waszej książki w ilościach hurtowych, to wcale nie znaczy, że książka jest zła. To po prostu znaczy, że możliwe, że może źle została określona grupa czytelnicza. Nie wiem, ja się za bardzo na tym nie znam. Mogę wam tylko powiedzieć, jak myślę, jak uważam. Ale to jest też tak, że Polacy niewiele czytają książek. Nie, poczekajcie, zdanie jest źle skonstruowane. Polacy czytają niewiele książek, ewentualnie niewielu Polaków czyta książki.
To też tak jest. Nie wolno też się poddawać, że tak powiem. Należy robić swoją robotę, próbować i tyle. I coś robić zawsze z tym pisaniem. Jeśli chcecie pisać, to nie ma co się poddawać. I oczywiście współpracować. Kończąc dzisiejsze spotkanie, bo jak zwykle patrzę, mamy dość normalny czas, nie krótszy. Kończąc te moje wywody dzisiejsze, mogę wam powiedzieć, że jedynym wnioskiem, jaki dzisiaj jest, to nawiązujcie kontakty, korzystajcie z kontaktów i nie zapominajcie o tym, że trzeba rozmawiać. Tak samo z wydawnictwem, z redaktorem, z blogerami, z czytelnikami, ze wszystkimi. Dialog podstawą jest i kropka.
Tylko pamiętajcie, że te dialogi muszą być dobrze zbudowane. Ale to już wiecie, bo przecież o tym już nie raz rozmawialiśmy na naszych spotkaniach. Czy ja chciałam coś jeszcze? Bo teraz to nie pamiętam. Nie, chciałam na pewno tylko o tych sprawach marketingowych, które w sumie jeszcze nie do końca ogarniam. Bo mówię, ja jestem na etapie dwóch książek i próbuję wkładać jak najwięcej energii, chociaż to jest dość ciężkie. Próbuję wkładać jak najwięcej energii w to, żeby coś budować, coś robić. I oczywiście nie zapominajmy o tym, że mamy swoje własne kanały marketingowe, czyli nasz własny Facebook, Instagram czy cokolwiek innego. Gdziekolwiek się zakręcicie, mamy teraz media społecznościowe, mamy niesamowite możliwości. Wiem, że to jest zalewane niezliczoną ilością danych w każdej sekundzie, ale korzystajmy z tego, co mamy.
Korzystajmy z tego Facebooka, korzystajmy z Instagrama. Zawsze jak czytelnicy nam się pojawią, zachęcajmy, róbmy zdjęcia. To wszystko takie podstawy, które są podstawą. Takie masło maślane, ale taka jest prawda. To są rzeczy, które możemy zrobić za niewielkie pieniądze. Grafiki. Korzystajmy z Canvy. Canva jest niesamowicie przydatna i polecam z całego serca do tworzenia grafik reklamowych, do tworzenia grafik na Instagram, na Facebooka, do tworzenia reklamy. Ma niesamowite możliwości. Ja korzystam, polecam, jak już wspomniałam wcześniej.
I nawet jeżeli będziecie coś robić z reklamą waszej książki, to coś tam zawsze się ruszy. Może jedna książka się sprzeda albo dwie. Chyba że traficie akurat w miejsce z zapotrzebowaniem akurat na waszą książkę i się sprzeda naprawdę dużo. Tak więc tego wam życzę, za to trzymam kciuki. Ale co najważniejsze, pamiętajcie, żeby być zawsze w kontakcie i z wydawnictwem, z czytelnikami, ze wszystkimi. Po prostu tak trzeba. Tak trzeba, żeby było dobrze. I tyle wam powiem. I chyba tylko na tym skończę. Do usłyszenia następnym razem.
Trzymajcie się, dobrego wieczoru.
[03:07:02] - No i na koniec jeszcze raz bez tajemnic. Tym razem egzorcyzm spirytystyczny.
[03:07:11] - Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu w pewnej amerykańskiej popularnej serii telewizyjnej o duchach znalazłem historię spirytystyczną ze spirytystycznym egzorcyzmem w tle i postanowiłem ją skomentować.
[03:07:36] - W 1986 roku wybudowałem dom, ożeniłem się i założyłem rodzinę.
[03:07:43] - Mamy tutaj zwykłą amerykańską rodzinę, która sobie żyje szczęśliwie w ich własnym domu. W rodzinie tej jest między innymi córka, która ma kolegę, z którym dorastała. Wszystko jest fajnie. Chłopak zrobił prawo jazdy. Tutaj możemy się zastanawiać, co to się stanie.
[03:08:06] - Zobaczyłam starszego mężczyznę w czapce z daszkiem. Nie mam pojęcia, skąd wiedziałam, że to ojciec Stephena.
[03:08:15] - Dziewczyna nigdy go nie spotkała. Zmarł wiele lat wcześniej. Na razie nie wiadomo, o co chodzi. Można domniemywać, że dziewczyna ma zdolności medialne, ale te zdolności medialne pozwalające na ujawnienie się tego ducha, na zamanifestowanie się tego ducha mogły pochodzić także od jakiejś innej osoby, bo w końcu są na imprezie. Nie wiem, dlaczego ten duch ma taką zniekształconą twarz. Może ten mężczyzna zmarł w wyniku choroby. Ten duch przedstawił się dziewczynie. Nie musiał nic mówić, tylko po prostu przekazał jej tak jakby telepatycznie swoje myśli, swoje uczucia, swój stan emocjonalny. Dziewczyna po prostu domyśliła się. I od razu tutaj uprzedzam fakty.
Tego ducha nigdy więcej w tym materiale nie zobaczymy. On w ogóle tutaj tak naprawdę nie gra żadnej innej roli poza tą domniemaną, gdzie według mnie ten duch miał przygotować tę młodą dziewczynę do kolejnych manifestacji. Ponieważ główne skrzypce w tej historii rozegrają inne duchy.
[03:09:28] - Ten samochód należał do twojego taty? Tak. A co? Nosił czapkę z naszywką z głową konia? Skąd wiesz?
[03:09:49] - Duch zidentyfikował się dzięki tej czapce, którą miał na głowie z tym emblematem, znaczkiem. Ponieważ duch wiedział, że jego syn żyjący, kolega tej dziewczyny, potwierdzi jego tożsamość. Duchy mają możliwość tworzenia wizualizacji przedmiotów. W „Księdze Mediów” jest poświęcony temu jeden niedługi rozdział, który bardzo fajnie wyjaśnia, że duchy poprzez swoje myśli mogą stworzyć wzór przedmiotu. To nie są oczywiście autentyczne przedmioty, ponieważ duchy nie są materialne i przedmioty te również nie są materialne. Dlatego na przykład ktoś we śnie albo na jawie może zobaczyć babcię w jej ulubionej sukni. To nie muszą być tylko przedmioty wizualne, to może być też dźwięk, zapach, tego rodzaju rzeczy.
[03:10:43] - Kiedy byłam mała, czułam obecność babci. Teraz jest inaczej. Dostrzegam wiele duchów.
[03:10:56] - Dziewczyna była medium sensytywnym, ale jej zdolności z jakiegoś powodu uległy zmianie. To nie jest ewolucja, nie należy tego mylić. Po prostu w jednym momencie potrzebowała zdolności A, a teraz potrzebuje zdolności B. To jest tak, jakby po prostu zmieniła narzędzie. Te nowe zdolności były w niej uśpione. Posiadała je od urodzenia.
[03:11:54] - To tylko sen.
[03:11:57] - Tutaj nad tym należałoby się zastanowić, ponieważ jeżeli ktoś budzi się z takimi emocjami, to znaczy, że sytuacja, którą we śnie przeżył, gdzieś na tym poziomie spiritualnym była autentyczna. Jej duch rzeczywiście coś przeżył. To nie był wytwór wyobraźni. Spokojnie, ten duch nie może jej skrzywdzić, przynajmniej w sensie fizycznym. Dziewczyna usłyszała po prostu jakieś hałasy, postanowiła uciec. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłaby modlitwa. Mówię to zupełnie poważnie i warto o tym pamiętać.
[03:12:45] - Duchy wróciły.
[03:12:48] - Dziewczyna od wczesnego dzieciństwa opowiadała rodzicom o tym, że widzi duchy, ale oni okazali się osobami o tak zawężonych horyzontach, że po prostu szkoda mówić. A szczególną głupotą wykazał się ojciec dziewczyny, który jak się później, pod koniec materiału filmowego dowiemy, którego matka i babka również były mediami i odbierały te wiadomości. Wszyscy o tym mówili, tylko że facet nie dopuszczał do siebie myśli, że jego córka również może posiadać takie zdolności. O tym już wielokrotnie mówiłem w różnych materiałach, że zdolności medialne są dziedziczone, ponieważ zależą także od budowy ciała fizycznego. Jeśli chodzi o małe dzieci, to należy wiedzieć, że dzieci tak do 10. roku życia są bardziej czułe, bardziej podatne na odbiór bodźców z zaświatów. I takie dzieci rzeczywiście mogą opowiadać różne historie. Zresztą jest rzeczą w miarę powszechną, że dziecko bawi się samo w pokoju z jakimś niewidzialnym przyjacielem, ale oczywiście najczęściej, podkreślam, najczęściej to jest wytwór wyobraźni. Niemniej, jeżeli jakieś dziecko, wasze dziecko przychodzi do was i zaczyna coś opowiadać, warto tych historii tak od razu nie bagatelizować, ponieważ czasami możemy być zaskoczeni. Zdolność mediumiczna u dzieci jest bardziej powszechna niż u dorosłych.
Po 10. roku życia ta zdolność zanika. W każdym razie, jeżeli wasze dziecko zaczyna opowiadać jakieś historie, warto się wsłuchać, ponieważ czasami może opowiadać jakieś fakty historyczne, o których teoretycznie nie ma powodu, żeby wiedzieć. Warto takie rzeczy sobie gdzieś na boku zanotować, wypytać dziecko, nie sugerując odpowiedzi, żeby to dziecko podało jeszcze więcej szczegółów.
[03:15:07] - Poczułam obecność ducha dziecka.
[03:15:12] - Tutaj dziewczyna czuła obecność tego ducha. To nie jest tak, że ona słyszała te dźwięki, te śmiechy i tak dalej. Ona po prostu siedziała w pokoju, chyba oglądała telewizję i czuła ducha tej dziewczynki.
[03:15:26] - Mój miś zniknął. Nigdzie go nie było.
[03:15:30] - Nie wiadomo tak naprawdę, co się stało z tym misiem, ponieważ tutaj padają jedynie sugestie. Ta dziewczyna nie patrzyła w to miejsce, gdzie ten miś upadł, gdzie ona tego misia rzuciła i ona nie wiedziała, czy ten miś się rozpłynął, zdematerializował, czy sobie odfrunął. Ten miś po prostu zniknął. Popatrzyła, nie było. Był, teraz nie ma. Teoretycznie są trzy możliwości. Po pierwsze to, co zostało zasugerowane w filmie, czyli dematerializacja, czyli duchy rzeczywiście mogą wpłynąć na jakiś przedmiot i rozbić go na elementy podstawowe po to, aby na przykład później gdzieś ten przedmiot z powrotem złożyć. Ale przedmioty w ten sposób skonstruowane nie są trwałe. To jest tylko iluzja przedmiotu. Duch po tym, gdy rozbije przedmiot na elementy podstawowe, nie jest w stanie go później z powrotem poskładać.
Jedna rzecz. Druga rzecz — zjawisko, które nazywa się przeniesienie. Ja o tym zjawisku już wiele razy mówiłem. Kto ogląda moje materiały regularnie, to już wie, o co chodzi. Duch, tak obrazując, obleka sobą tak jakby przedmiot. Oczywiście w pobliżu musi być medium. Obleka ten przedmiot i ten przedmiot tak jakby znika i ten duch wtedy może ten przedmiot przenieść do innego pomieszczenia, ale nie może tego przedmiotu przenieść do pomieszczenia hermetycznie zamkniętego, ponieważ musi być odpowiednia przestrzeń, aby ten przedmiot przeszedł, ponieważ ten przedmiot, chociaż jest niewidoczny dla ludzkiego oka, to nadal istnieje. Więc tak to opisują duchy i tak to jest przedstawione w Księdze Mediów Allana Kardeca. Więc to jest druga możliwość i te dwie sytuacje wymagają szczególnych zdolności medium. I ostatnia rzecz, najbardziej prawdopodobna — ten duch mógł po prostu przenieść ten przedmiot, czyli go unieść i go przetransportować gdzieś kawałek dalej.
Co się stało z tym misiem? Nie wiadomo. Film tego później nie pokazuje. Znaczy nie. Film pokazuje, że ten duch dziewczynki bawi się tym misiem, ale to jest bzdura, ponieważ duch nie mógłby tego misia przenieść sobie do zaświatów. Ten duch bawił się wizualizacją misia, ale miś fizyczny gdzieś tam w pobliżu tego domu musiał pozostać. No, chyba że został zdematerializowany. No w końcu powiedziałem, że teoretycznie to jest możliwe.
[03:17:52] - Jej zachowanie się zmieniło. Stała się nerwowa, nie czuła się pewnie. Nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Z roku na rok przybierało to na sile.
[03:18:05] - Jak już wcześniej powiedziałem, dziewczyna nie miała oparcia w rodzicach.
[03:18:09] - Markie robiła wszystko, żeby uciec przed wizjami. Jednak duchy wydawały się podążać za nią.
[03:18:16] - Nie ma w tym niczego dziwnego. Duchy podążają za medium jak ćma za latarnią. To znaczy duchy widzą w medium światło, które je przyciąga. I ta rzecz została wyjaśniona w tym amerykańskim serialu, ale akurat wyciąłem to, skoro ja o tym mówię. Fakt, że tutaj te duchy podążają za tą dziewczyną, nie jest niczym strasznym. To jest normalne. I ta cała historia też nie wygląda jak jakieś takie zwykłe opętanie. W sensie duchy chcą przestraszyć rodzinę i chcą, żeby oni sobie odeszli, ponieważ gdyby taka sytuacja miała mieć miejsce, podejrzewam, że te duchy ujawniłyby się dużo wcześniej, a nic takiego nie zostało w tym programie powiedziane. A rodzina ta wybudowała ten dom, więc oni w tym domu mieszkają od początku, więc nawet nie było tam żadnego morderstwa, nie było wcześniejszego właściciela, który zmarł i który nie chce tego domu opuścić. Nikt tam nie popełnił samobójstwa, nie jest powiedziane, że dom powstał na indiańskim cmentarzu i tak dalej.
Nie. Oni tam po prostu postawili ten dom, mieszkają i nagle te duchy się ujawniły. Ale oglądając ten materiał pierwszy raz czułem, że w tej historii jest jeszcze coś, co nie zostało do końca dopowiedziane. Coś reżyser przed nami jeszcze ukrywa.
[03:19:42] - Wszystko będzie dobrze.
[03:19:51] - Ta wizja kilkakrotnie powraca w tym materiale. Jest to moment, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością. Chwilkę później dziewczyna wyraziła swoje obawy, twierdząc, iż nie podoba jej się, że duch może ją dotknąć, a ona nie jest w stanie nic z tym zrobić, ponieważ nie widzi tego ducha. Tutaj duch przekazuje medium swoje odczucia, swoje jakieś lęki, ale nie wiadomo, czy to jest duch tego mężczyzny z sierpem, czy to jest może duch tej dziewczynki, która tam tańczyła sobie w polu. W każdym razie ta scena jest pełna dwuznaczności i trudno tak jednoznacznie ocenić, o co chodzi.
[03:20:35] - Tego lata do Davida przyjechali kuzyni z Anglii. Mężczyzna nie wspomniał im o problemach córki.
[03:20:46] - To jest moment, w którym dowiadujemy się, że kuzyni protagonistki również posiadają zdolności mediumiczne i za moment kuzynka, która przyjechała również będzie miała wizję. Musiałem to wszystko trochę poprzycinać, żeby nie było zbyt długo, ale w tym serialu widzimy, że kuzynka protagonistki posiada zdolności medialne i jest tych zdolności świadoma. Potrafi je wykorzystać, wie, do czego służą i skąd się biorą.
[03:21:20] - Ona mówi prawdę. W tym domu są duchy. Wyczuwam ich energię.
[03:21:28] - Uwierzyli dopiero kuzynce. Standard. Myślę, że widzimy to w wielu polskich rodzinach, gdzie nie docenia się własnych, a chwali się obcych. W każdym razie uwierzyli dopiero kuzynce i tak naprawdę to przyjazd tych kuzynów sprawił, że ta cała historia z tymi duchami mogła dalej ruszyć, mogła dalej się rozwijać, ponieważ ten przyjazd tych kuzynów sprawił, że rodzice inaczej spojrzeli na umiejętności mediumiczne swojej córki. Tym razem to kuzynka przestraszyła się ducha, ale nie sądzę, aby duch miał to właśnie na celu. Wydaje mi się, że tutaj kuzynka po prostu odebrała emocje ducha. Te emocje, które także odbierała wcześniej protagonistka, ponieważ podejrzewam, tak mi się wydaje, że kuzynka może mieć takie same zdolności jak protagonistka, czyli może być po prostu osobą sensytywną.
[03:22:36] - Świadomość, że dzielę swoje zdolności z wieloma krewnymi była niesamowita. Julia doskonale wiedziała, co czuję. Zrobiło mi się lżej na sercu. Przestałam myśleć, że jestem stuknięta.
[03:22:52] - No i fajnie, ale niestety najczęściej ludzie z takimi problemami nie posiadają kuzynów, którzy są spirytystami i otwarcie mówią o mediumizmie i o duchach. Ludzie jednak boją się tych tematów. Ale co robić w takiej sytuacji? Należy sięgnąć po literaturę. „Księga duchów”, „Księga mediów” Alana Kardeca. W tych książkach można znaleźć wszystkie najważniejsze informacje potrzebne osobom, które odkryły w sobie mediumizm. A poza tym najważniejszy jest kontakt z ludźmi, więc warto jest poszperać, poszukać jakieś osoby, które gdzieś czymś takim się interesują, które mają jakieś odczucia, które mają jakieś sny. Niekoniecznie trzeba od razu szukać wokół siebie jakiegoś Divaldo Franco, ale po prostu Opatrzność gdzieś tam nakieruje nas na jakieś osoby, które mają taki dar. I takich osób sensytywnych naprawdę jest dużo wokół nas i zorientujemy się o tym w momencie, kiedy zaczniemy szukać. I to wam gwarantuję.
[03:23:51] - David poprosił o pomoc badaczy zjawisk paranormalnych.
[03:23:55] - Czyli inne media.
[03:23:57] - To są Sherry i Sara.
[03:24:00] - Streszczam sytuację. Przyjechały do nich trzy media, dwa doświadczone, jedna dziewczyna, która dopiero uczy się zawodu. Bez wcześniejszej konsultacji z domownikami będą chodziły po domu i będą próbowały coś odczuć.
[03:24:14] - Rozpoczynając dochodzenie idziemy w dane miejsce, badamy je, a potem dzielimy się naszymi odczuciami.
[03:24:24] - Chcę podkreślić, że to nie musi tak wyglądać. Za czasów Alana Kardeca była taka historia, gdzie grupka spirytystycznych mediów usytuowała się w budynku sąsiadującym z opętanym domem i tam przez trzy wieczory media te wywoływały ducha opętującego, po czym przekonały tego ducha, że należy ofiarę, którą tam dręczył, pozostawić w spokoju i odejść. Tam była modlitwa i tak dalej. W każdym razie, jeśli ktoś jest zainteresowany, to można sobie poczytać. W literaturze spirytystycznej jest dużo takich historii. Chyba nawet w książce „Opętanie” Alana Kardeca, ale tego akurat nie jestem pewien. W każdym razie egzorcyzm można przeprowadzić na odległość. Dlaczego tutaj, w tej konkretnej sytuacji media nie postąpiły w taki sposób? Nie wiem. Może nie wiedziały, że można to zrobić na odległość, ale wątpię.
A może po prostu jako że są mediami sensytywnymi, bo nic nie wskazuje, aby ich zdolności wykraczały poza tę umiejętność. Jeżeli są mediami sensytywnymi, może chcą, że tak powiem, dotknąć, poczuć namacalnie. Chcą się przekonać, czy rzeczywiście tam jest jakiś problem, czy może to nie są żyły wodne. Nie wiem, dlaczego te media tak się zachowują, ale chciałem tylko powiedzieć, że to nie musi tak wyglądać.
[03:25:47] - Także Sara miała podobne doznania. Pamiętam swój strach i bezsilność, jakby coś przejęło nade mną kontrolę. Co się stało? Energia jest zbyt silna. Zabierzmy ją na powietrze.
[03:26:17] - Dziwne, jeżeli porównamy te reakcje z tą.
[03:26:28] - Co się stało?
[03:26:30] - Widzimy tutaj dużą dysproporcję w okazywaniu emocji i to mnie gryzie, ponieważ jak już wielokrotnie powiedziałem, nie mamy tutaj do czynienia z takim zwykłym opętaniem, gdzie duchy chcą po prostu przegonić domowników, więc nie ma powodu, aby ta dziewczyna, to medium, które tam przyjechało, to młode medium, bo to jest właśnie ta dziewczyna, która jest tą uczącą się dopiero zawodu. Nie ma powodu, aby ta dziewczyna odczuła coś gorszego niż to, co już widzieliśmy w materiale.
[03:26:57] - Wyczułem obecność mężczyzny. Był smutny, przepełniał go ból, strach i ogromne poczucie winy.
[03:27:12] - No i co powiedziałem? W tej historii nie było nic strasznego, ale tak naprawdę gdyby reżyser nakręcił ten materiał tak, jak on powinien być pokazany, to pewnie większość widzów powiedziałaby, że to są jakieś flaki z olejem. Nikt nie chciałby tego oglądać. Te wszystkie emocje, dźwięki i tak dalej to jest język filmu, więc to musiało się w tym materiale pojawić. W każdym razie okazało się, że mamy do czynienia z taką zwykłą, prostą w pewnym sensie historią spirytystyczną. Nie chcę nawet powiedzieć, że to jest przyjemna historia, bo jednak tych emocji negatywnych troszeczkę było. I teraz dowiadujemy się, co się stało. I tak naprawdę ta wizja pokazująca tę łąkę opowiadała historię, gdzie dziewczynka bawiła się na łące, ojciec obok sierpem kosił trawę, pasł się koń i ten koń nie wiadomo, czy się zdenerwował, czy się spłoszył. W każdym razie pobiegł wprost na dziewczynkę. Dziewczynka go zobaczyła, krzyknęła.
Koń nią poturbował, uciekł. Ojciec również krzyczał, był w końcu zdenerwowany. Podleciał do dziewczynki, sierp wbił w ziemię. Chwycił dziewczynkę w ręce, w swoje ramiona. Zaczął ją głaskać, mówić do niej, że wszystko będzie w porządku. I ta dziewczynka mu zmarła na tych rękach. Tragiczna sytuacja. W każdym razie ojciec żył z poczuciem winy. Widocznie obawiał się, że to z jego powodu ten koń nie został upilnowany. Nie wiadomo, co tam się stało.
W każdym razie, gdy zmarł, wrócił po tę dziewczynkę, ponieważ duch tej dziewczynki nie chciał odejść do światła, nie chciał odejść w zaświaty. Ten duch się błąkał i ten ojciec po prostu przyszedł do tego domu, aby poprosić medium, naszą protagonistkę, o pomoc. A ponieważ ta protagonistka jest medium sensytywnym, to jedynie swoimi emocjami mógł nakłonić ją do jakiegoś działania. Jedynie kuzynka potem mogła potwierdzić, że rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce. I to są sytuacje, które są bardzo częste. I teraz zobaczycie, na czym polega prawdziwy spirytystyczny egzorcyzm.
[03:29:21] - Musiałam pomóc jej zrozumieć, czym ono jest. Pokazać, co jest po drugiej stronie. Skupiłam całą uwagę na dziecku. Powiedziałam, że ojciec na nią czeka. Nie bój się. Tata już tam jest.
[03:29:39] - A później wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Jest jeszcze jeden aspekt, który nie został do końca wyjaśniony w tym amerykańskim serialu. Mianowicie dziewczyna zaakceptowała swój dar. Być może ona rozwinęła swoją medialność, na pewno swoją wiedzę odnośnie zaświatów i spirytyzmu. I być może ta historia, którą dzisiaj skomentowałem, jest początkiem pięknej przygody. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:30:44] - Proszę państwa, i tak dobrnęliśmy do końca dzisiejszej audycji. Bibliotekarium 2.0, odcinek 116 niniejszym uważam za zakończony i powtórzę: zapraszam w przyszłym tygodniu, w czasie poświątecznym na krótsze, na takie nieco lajtowe i bardziej literackie wydanie Bibliotekarium 2.0. Tam dla państwa Marek Sęk "Ivellios" przeczyta tradycyjnie już opowieść o pewnym detektywie. Trudno to nazwać. Właściwie to nie tylko detektyw. Skojarzenie z dżentelmenem włamywaczem jest chyba bardziej adekwatne. W każdym razie trzeci rok z rzędu będziemy interesowali się postacią z popularnej literatury niemieckiej, literatury przedwojennej w dodatku. Myślę, że historia będzie ciekawa, ale to oczywiście nie będzie wszystko. Pojawią się również inne punkty programu. Na pewno będzie Filmotekarium z bardzo ciekawym, może nie do końca aktualnym, ale ciekawym filmem.
Dobrze, już powiem. Nie wytrzymam. Będziemy mówili o Dystrykcie Dziewiątym, ale to nie tak bez przyczyny, bo nie wiem, czy państwo wiedzą: w zbliżającym się roku 2025 ma się pojawić w kinach kontynuacja Dystrykt Dziesięć albo Dystrykt Dziesiąty. W związku z tym ta nasza rozmowa będzie bardzo à propos. A w dodatku za tydzień również Sentymentalnik. Myślę, że państwa zaskoczymy. Pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę fajnego przedświątecznego weekendu. Życzę fajnych świąt. Ja wiem, powinienem złożyć życzenia, ale jakkolwiek bym je złożył, to się zawsze komuś narażę.
W związku z tym niech te święta upłyną państwu tak, jak państwo sobie wymarzyli. Niech one będą takie, jakie są w waszych marzeniach. I to, myślę, będzie najważniejsze. A ja już państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy i do usłyszenia za tydzień.
[03:33:03] - Mówi do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.