[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Myślę, że skoro wszyscy pojedzeni i brzuchy pełne, to dzisiaj pasowałoby zapodać coś takiego lekkiego. Co powiecie na kolejną wizytę tajemniczego nieznajomego? Zjawia się u nas tak raz do roku na parę weekendów, a potem znika, ale dzisiaj znów nas odwiedzi. A tymczasem rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:51] - Poświąteczne dzień dobry, wieczór państwu. Tak, święta, święta i po świętach. Wybaczcie, musiałem to powiedzieć. Zawsze było tak, że nienawidziłem tego momentu, kiedy ktoś z rodziny wypowiadał owe słowa. Bo oznaczało to, że już jest naprawdę po świętach i że nie ma zmiłuj się, nadchodzi czas szkoły, a potem czas pracy i nadziei żadnej. Tu jednak jakaś nadzieja się rysuje, bo przypomnę, tak jak co roku, już niedługo jakieś sylwestrowe odloty, posylwestrowe odloty i tak dalej. W każdym razie miłośnicy zabaw wszelkich jeszcze są w natarciu. My może nieco mniej szampańsko, ale również dzisiaj w jakimś stopniu świętujemy. To znaczy nie będzie wykładów, nie będzie sążnistych analiz, które bardzo lubię, ale czasami trzeba sobie po prostu odpuścić. Myślę, że takie międzyświąteczne, nieco na luzie wydanie Bibliotekarium jest jak najbardziej na czasie.
Zaczynamy zatem to poświąteczne i przedsylwestrowe Bibliotekarium. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Dzisiaj te polecanki ułożyłem według dat ukazywania się tych książek, które państwu będę polecał. Pierwsza z tych książek, jak to powiedzieć, właśnie się ukazuje. Jest to książka, która pojawi się na rynku 27 grudnia. Pojawi. Pojawiła. Tak, właśnie się objawiła. Wydawnictwo Niezwykłe. A ta książka to książka Pauli Peky „Nasze zakłamane obietnice”.
Osiemnastoletnia Florence Ladies nie przepadała za hucznymi imprezami, w których tak chętnie uczestniczyli jej rówieśnicy. Wolała założyć puenty i tańczyć, ponieważ tylko balet pomagał jej zapomnieć o wszystkim, co ją otaczało. Jej ukochana mama odeszła, zostawiając po sobie niewyobrażalną pustkę. Na domiar złego, młodsza siostra Florence zachorowała i obie wraz z ojcem musiały przeprowadzić się do Las Vegas, gdzie mała Charlotte mogła otrzymać szansę na skuteczniejsze leczenie. Wtedy też, ze względu na złą sytuację rodzinną, Florence musiała zrezygnować z baletu, mimo że ten tak wiele dla niej znaczył. Gdy tańczyła, mogła poczuć się tak, jakby jej mama znów znalazła się obok. Los jednak sprawił, że dziewczyna przypadkowo trafiła do teatru, gdzie poznała Nicolasa Toretto. Nie miała pojęcia, jak ta znajomość odmieni jej życie i że pozwoli jej poznać gorzki smak zakłamanych obietnic. Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej 16. roku życia.
A przypomnę ta książka to „Nasze zakłamane obietnice”. Autorka Paula Peka, wydawnictwo Niezwykłe. No to sięgnijmy w mroczne czeluście przyszłego roku. Wydawnictwo Filia. 15 stycznia na rynku pojawi się nowa powieść „Uwierz jej”. Autorem jest Max Czornyj. Ta historia uzależnia jak miłość. Zakochacie się w Antonii na zabój. Będziecie chcieli spędzić z nią każdą wolną chwilę. U stóp Antonii leży trup i być może nie ma w tym nic niezwykłego.
Komisarz policji widzi denata na własne oczy. Do tego wiele świadczy, że mężczyzna zmarł nietypową śmiercią. Drzwi były zamknięte od środka, a w pomieszczeniu znajdowały się tylko dwie osoby. On i Antonia. Antonia nie zamierza owijać w bawełnę. Powie, co się wydarzyło, a mimo to jest pewna, że nie trafi za kratki. Najpierw jednak zamierza o coś poprosić komisarza. Niech wysłucha jej opowieści. Potem może zrobić, co tylko zapragnie. Wy również posłuchajcie tej historii.
Prośbom Antonii można odmówić tylko raz, raz w życiu. Czy Antonia i jej kuzyn są bezpieczni? W końcu na wolności nadal grasuje Kosiarz. Okrutny seryjny morderca pozostawiający na swoich ofiarach wyjątkowy podpis. Podpis szaleństwa. Przypomnę, to była książka „Uwierz jej”. Autorem jest Max Chornej. Książka pojawi się na rynku 15 stycznia 2025 roku, a wydawnictwem, które tę książkę Państwu poleca, jest Wydawnictwo Filia. Jeszcze raz sięgniemy po książkę Wydawnictwa NieZwykłego. Ta książka pojawi się 22 stycznia przyszłego roku.
Nosi tytuł „The Golden One”. Autorką jest Veronica Plotta. Bohaterowie znani z bestsellerowej serii „Hellish”. „Jesteś moją złotą chwilą, Aurelia. A ty jesteś moim złotym chłopcem, Isaac.” Aurelia Roosevelt przed rozpoczęciem studiów przyjeżdża na wakacje do dziadków mieszkających w Monterey. Dziewczyna chce, by te chwile różniły się od szarej codzienności. Nie spodziewa się, że jej postanowienie ziści się szybciej, niż zakładała. Na imprezie koleżanki kilka razy wpada na nieznajomego, a wydarzenia przybierają nieoczekiwany obrót, gdy spotyka chłopaka dzień po dniu. Isaac Warren okazuje się tą osobą, która znajduje się niespodziewanie w tych samych miejscach co ona. Aurelia wie, że nie może to być przypadek.
Pewnego wieczoru wymyka się z domu, żeby spotkać się z chłopakiem. Nie przychodzi jej nawet do głowy, że po wspólnie spędzonym wieczorze zapragnie ponownie się z nim zobaczyć. A gdy znów znajdują dla siebie czas, wspólne chwile niosą za sobą pewną obietnicę. Oboje w te wakacje ustalają trzy cele. Zawarta przez nich umowa ma dotyczyć czegoś, co zawsze chcieli zrobić. Czegoś, czego się boją i czegoś, co wydaje im się nieosiągalne. A to przyciągnie ich do siebie bardziej niż myśleli. Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej 16 roku życia, bo ta książka, proszę Państwa, jest typowym dreszczowcem. Przypomnę „The Golden One”, Veronica Plotta, Wydawnictwo NieZwykłe, a książka ukaże się na rynku 22 stycznia 2025 roku. No cóż, proszę Państwa, a teraz zgodnie z zapowiedzią Marka zapraszam na opowieść o lordzie Edwardzie Listerze.
Ale zanim ta opowieść, to kim właściwie jest lord Lister? To, proszę Państwa, jest postać fikcyjnego londyńskiego złodzieja dżentelmena kradnącego oszustom, łotrom i wszelkiego rodzaju aferzystom ich nieuczciwie zdobyte majątki. Ale ten lord Lister to jest także detektyw amator, który broni uciśnionych, krzywdzonych, niewinnych, biednych, wydziedziczonych przez los. To postać, która po raz pierwszy pojawiła się w niemieckim czasopiśmie popularnym typu Pulp Magazine. Tam ten utwór nosił tytuł „Lord Lister”. I tu będzie język niemiecki. „Genannt Raffles der Meisterdieb”. Cokolwiek to znaczy. To opowiadanie, czy też minipowieść, zostało opublikowane w 1908 roku. Autorami byli dwaj niemieccy dżentelmeni, Kurt Tucholsky i Theo, właśnie, jak to po niemiecku przeczytać?
Blank and Sey. W każdym razie był to pseudonim pisarski Matthiasa Blanka. Podaję tych dwóch autorów, ale warto pamiętać o tym, że później postać lorda Listera, pomyłka z firmą produkującą ryby niezamierzona. W każdym razie lord Lister pojawiał się wielokrotnie, kilkaset właściwie. W każdym razie grubo to przekroczyło setkę i wielu różnych autorów ostrzyło swoje pióra na losach tej postaci. Po tym pierwszym wydaniu, o którym wspomniałem z 1908 roku, pojawiło się jeszcze kilka innych utworów. Zatem serię kontynuowano pod nieco zmienionym tytułem. Już nie będę kaleczył języka o język niemiecki, powiem to po polsku. „Lord Lister, znany jako Raffles. Wielki Nieznajomy”.
Tak naprawdę to był tytuł pierwszej powieści z cyklu. I tak już zostało. Ta seria została bardzo dobrze przyjęta. Stała się bardzo popularna, zresztą nie tylko w Niemczech. Ukazała się, tak jak mówiłem, grubo ponad setka cotygodniowych wydań, a ostatnie wydanie w tamtym cyklu zakończyło się małżeństwem lorda Listera. I to było w 1910 roku. Ta seria została przetłumaczona na wiele języków, ale była także kontynuowana. Stąd te moje zacięcia, jeśli chodzi o ilość tytułów, bo najpierw było, tak jak słyszeliście Państwo 110, a później seria zaczęła się rozrastać. To troszeczkę tak, jak z Panem Samochodzikiem. Oryginalny autor napisał, różne są szacunki, bo później dodawano jeszcze powieści, w każdym razie koło 20 powieści.
W tej chwili cykl o Panu Samochodziku gdzieś tak koło 170, to tak lekko licząc. Więc kontynuatorzy robią czasami robotę. I tu było bardzo podobnie. Znalazło się wielu kontynuatorów. I była ta seria wydawana w wielu innych krajach na całym świecie, między innymi w Danii, Francji, Belgii, Holandii, Hiszpanii, we Włoszech, w Polsce, a także w Rosji, Turcji, Argentynie, Brazylii, Malezji i Indonezji. Co ciekawe, jeśli chodzi o wersję angielską, to ona się ukazała bardzo późno. Nie uwierzycie państwo, ale Lord Lister w wersji angielskiej pojawił się dopiero w XXI wieku. Bodajże w 2015 roku została tam jakaś część jego przygód przetłumaczona, co jest samo w sobie dosyć dziwne. Jeśli chodzi o Polskę i o utwór, który za chwilę państwo usłyszycie, to w Polsce przygody Lorda Listera były prezentowane od 1937 roku aż do drugiej połowy września 1939 roku, więc jeszcze w trakcie wojny ukazywały się jakieś zaległe czy wcześniej wydrukowane numery.
[13:18] - Marku, na pewno? Ten ostatni numer, z tego, co widziałem, miał się ukazać w ostatnim tygodniu sierpnia 1939 roku. Nie wiadomo nawet, czy się ukazał.
[13:29] - Powiem tak: różne są na ten temat głosy czy przegłosy. Też to czytałem. Natomiast później trafiłem właśnie na taką informację, że to jeszcze do połowy września. Ale słuszna uwaga. Ja podejrzewam, że te nakłady mogły być drukowane wcześniej i po prostu może nawet nie doszły do dystrybucji, ale gdzieś tam zostały. Warto rzecz sprawdzić. Przyznam, że nie zgłębiałem tego tak do szczętu i do końca. Warto rzecz sprawdzić. W każdym razie gdzieś w okolicach wojny seria o Lordzie Listerze po prostu się zakończyła. My państwu prezentujemy z tamtych przedwojennych wydań kolejne przygody tej tajemniczej postaci.
Kto wie, czy to właśnie na niej Maurice Leblanc nie wzorował swojego dżentelmena włamywacza, czyli Arsène'a Lupina. Tego Arsène'a Lupina, którego mieliśmy okazję oglądać w różnych odsłonach filmowych, ale też tego Arsène'a Lupina, którym — i tu możecie się państwo zdziwić — ale Antoni Słonimski, człowiek, który nie kojarzy się z literaturą popularną, powiedziałbym, że wręcz przeciwnie, on był pasjonatem i człowiekiem, który zachwycał się twórczością Maurice'a Leblanca i przygodami Arsène'a Lupina. Jak tam było? Trudno powiedzieć. Pewno musielibyśmy zapytać badaczy literatury popularnej, kto na kim się wzorował i dlaczego. W każdym razie te postacie, jeśli chodzi o pewien sposób działania, jakoś nawiązują do siebie. I to bardzo dobrze. Cóż, jeśli chodzi o tę przedwojenną serię, to warto pamiętać, że każdy numer takiego 16-stronicowego zeszytu zatytułowanego „Tygodnik przygód sensacyjnych. Lord Lister, tajemniczy nieznajomy” zawierał jedną mikropowieść, też długie opowiadanie, ale każde z tych opowiadań stanowiło oddzielną całość. To ważne, bo człowiek nie musiał czekać na ciąg dalszy.
W Polsce ukazało się ponoć około dziewięćdziesięciu kilku numerów. I tak jak powiedział Marek, przerwała to II wojna światowa. A jeśli chodzi o szczegóły, te, o których wspominaliśmy, to tak naprawdę nie wiem, jak było. I po tym naprawdę, chyba jak na takie świąteczne wydanie przydługim wątku biograficzno-analitycznym zapraszam państwa na przygody Lorda Listera. A dzisiaj „Klub jedwabnej wstęgi”.
[16:34] - Lord Lister. Tajemnicze nieznajome. Klub jedwabnej wstęgi. Policjant White. Policjant White wszedł do Scotland Yardu. Tuż za nim stanęła nieśmiało młoda, przystojna dziewczyna. Policjant dźwięcznym głosem począł składać inspektorowi policji Baxterowi służbowy raport. „Tę oto młodą damę” — rzekł, wskazując na dziewczynę usiłującą ukryć piękną twarz przed natarczliwymi spojrzeniami znajdujących się w gabinecie policjantów — „napastowało kilku mężczyzn. Z największym trudem udało mi się wyrwać ją z rąk tych łobuzów, którym wydaje się, że są panami Londynu.” „Musi pan zmienić ton swoich raportów” — odparł inspektor, marszcząc brwi. Zwrócił się do młodej dziewczyny.
— „Jak się pani nazywa?” — „Ellen Crofton.” — „Dobrze. Gdzie pani mieszka?” — „W Bromley.” Inspektor skinął głową, zanotował nazwisko oraz adres i mruknął: „Nic mi to wszystko razem nie mówi. Co robi pani ojciec?” — zapytał. — „Był oficerem w Indiach, ale od kilku lat opuścił służbę i zajmuje się handlem.” — „Innymi słowy znajduje się pani w nędzy?” — zapytał brutalnie inspektor, wpatrując się ostrym wzrokiem w dziewczynę. Poczerwieniała aż po skronie i skinęła twierdząco głową. Inspektor Baxter zwrócił się z kolei do policjanta: „Cóż się stało takiego?” Kilku kolegów pomagało White'owi w bandażowaniu zranionej ręki. Z dość głębokiej rany płynęła obficie krew, plamiąc w kilku miejscach uniform policjanta. „Szedłem wzdłuż ulicy Saint James, która znajduje się w moim rewirze.” Jedna z najładniejszych naszych ulic. Przerwał mu inspektor, podnosząc głowę z widocznym niepokojem. Co dalej?
Nagle usłyszałem wołanie o pomoc. Ciągnął dalej policjant. Skierowałem się w stronę, skąd głos dochodził. Nagle otwarły się jakieś drzwi i wybiegła z nich półżywa, półmartwa ta oto młoda dama. Za nią biegło około ośmiu panów. Jeśli mężczyzn ścigających kobietę można nazwać panami. Może pan sobie oszczędzić podobnych uwag. Odparł inspektor. St James Street zamieszkują tylko ludzie dystyngowani. Byli to z pewnością członkowie jakiegoś wytwornego klubu.
I ja również byłem tego samego zdania — odparł White. — Ta łobuzeria więc... Zakazuję panu używania podobnych zwrotów w stosunku do mieszkańców ulicy St James — przerwał mu inspektor. Tak czy inaczej, ci przedziwni dżentelmeni przebiegli pędem ulicę, schwycili młodą dziewczynę, która im się wymknęła i przewrócili na ziemię. Starali się ją przemocą wciągnąć do domu. Jeden z nich zatkał jej usta chusteczką. Nadbiegłem natychmiast i rozkazałem im puścić tę młodą damę. Nędznicy... Chciałem powiedzieć, ci panowie odpowiedzieli mi ironicznym śmiechem. Widząc to, odepchnąłem ich silnie, tak, że dwaj z nich potoczyli się na ziemię.
Trzech innych przycisnąłem do muru i oswobodziłem kobietę. Jeden z łowców, chciałem powiedzieć, jeden z tych dżentelmenów zranił mnie nożem w ramię. Niestety nie udało mi się go schwycić. W którym miejscu odbyła się ta scena? Zapytał Baxter, chodząc nerwowo po gabinecie. Przed numerem 39 na St James Street. Inspektor Baxter otworzył książkę telefoniczną i począł szukać w niej kogoś niecierpliwie. Skaranie boskie! Zawołał. W domu tym znajdują się trzy kluby należące do najelegantszych w stolicy.
Jeden z nich liczy pomiędzy swymi członkami księcia angielskiego domu panującego. I w stosunku do tego rodzaju dżentelmenów postąpił pan tak brutalnie, panie White. Wyjaśniłem przecież panu, panie inspektorze, że ci bandyci... Otrzyma pan jeden dzień aresztu — odparł inspektor ze wściekłością. — Czy nie wie pan, że pierwszym obowiązkiem pańskim było zebrać personalia tych osób? Któż może wiedzieć, jakie było tło zajścia? Wtrącił się pan w sprawę, do której policja nie powinna się była mieszać. Kiedy ośmiu mężczyzn napastuje bezbronną kobietę, to to jest sprawa, która powinna interesować policję — odparł White wyniosłym tonem. Inspektor zwrócił się w stronę młodej kobiety, która dotąd słuchała wszystkiego bez słowa. W jaki sposób dostała się pani do klubu?
Nie mam pojęcia. Inspektor zaśmiał się. Tego rodzaju odpowiedzi daleko pani nie zaprowadzą. Proszę mi wyjaśnić szybko i dokładnie, kiedy przybyła pani do tego domu i jakie stosunki łączą panią z owymi dżentelmenami. Tego popołudnia udałam się na spacer do Hyde Parku — zaczęła nieśmiałym tonem, spoglądając lękliwie na inspektora policji i rzucając od czasu do czasu na White'a błagalne spojrzenie. — Zaczynało już szarzeć, gdy nagle uczułam, że słabnę. Dowlokłam się do ławki i straciłam przytomność. Kiedy przyszłam do siebie, spostrzegłam, że jestem w nieznanym domu. Otaczał mnie tłum nieznanych mi mężczyzn czyniących mi obraźliwe propozycje. Odepchnęłam ich i uciekłam.
Resztę opowiedział panu ten policjant. Czy sądzi pani, że uwierzę w tę bajeczkę? To nie bajeczka — odparła młoda dziewczyna, prostując się dumnie. — Jeśli pan nie wierzy, panie inspektorze, pułkownik Crofton, mój ojciec, upomni się o moje prawa. Nie przestraszy mnie pani żadnym pułkownikiem — odparł inspektor z zarozumiałą miną. — Jest pani wolna. Jeśli chce pani usłuchać mojej dobrej rady, niech pani unika w przyszłości stosunków z tymi panami, aby policja nie musiała wglądać w pani prowadzenie. Dziewczyna zbladła śmiertelnie. Zachwiała się na nogach i gdyby nie podtrzymywało jej silne ramię White'a, upadłaby na ziemię. Niech pani lepiej stąd wyjdzie — szepnął jej do ucha.
— W przyszłości niech pani raczej unika przedstawicieli władz bezpieczeństwa. Uścisnęła mu rękę z wdzięcznością. White wyprowadził ją na korytarz. Inspektor Baxter krążył niespokojnie po swym gabinecie. Postępowanie White'a wytrąciło go z równowagi. Gdy tylko policjant wrócił do gabinetu, Baxter natarł nań ostro. Niech pan uważa, panie White. Jest pan zaledwie nowicjuszem mającym tylko 6 miesięcy służby za sobą. Niech pan ma za zasadę na tego rodzaju ulicach jak St James Street, Pall Mall, Regent Street ograniczyć swą działalność do minimum. Czy pan zrozumiał?
W dzielnicach zamieszkałych przez wysokie sfery należy postępować z dużą rezerwą. Jeśli zamierza pan biec wszędzie, gdzie krzyczy jakaś kobieta, w 80 wypadkach na 100 wmiesza się pan w sprawy zupełnie prywatne. Musi pan jeszcze wiele u nas się uczyć. Nieszkodliwe zabawki ludzi bogatych nie powinny nas interesować. Inaczej się rzecz przedstawia, jeśli mamy do czynienia ze zbrodnią. Czy nie jest zbrodnią, gdy kilku zdrowych mężczyzn znęca się nad bezbronną kobietą? Jest pan głupi i naiwny. Dziękuję, inspektorze. A tajemnicza sprawa, o której wspomniała dziewczyna? Czy nie należałoby wyświetlić, w jaki sposób Miss Crofton znalazła się nagle w klubie?
Mamy czas. Przekonajmy się najpierw, czy ojciec jej złoży skargę. Czuję, że za tym się kryje jakaś historia miłosna. Gdybyśmy interweniowali, moglibyśmy okryć śmiesznością Scotland Yard. Policjant White wzruszył ramionami. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Sir Jonathan Woorman żąda opieki policji — rzekł dyżurny policjant, który podszedł do telefonu. Sir Woorman? Ten bogaty obywatel ziemski z Irlandii? — zapytał Baxter.
Udam się natychmiast na miejsce wraz z kilku policjantami. Czy podał przyczynę? Obawia się napadu na jego kasę ogniotrwałą. Tak nagle? Dlaczego? W okolicy spostrzeżono Raffelsa. Raffelsa? Samego Raffelsa? Tą sprawą zajmę się osobiście. Tysiąc funtów szterlingów nagrody otrzyma każdy, kto przyczyni się do ujęcia tajemniczego nieznajomego.
God damn! Ten łotr przyprawia mnie o szaleństwo! Powtarza już to tak często, że w końcu zwariuję naprawdę — szepnął White na stronie. Oprócz White'a, którego cenił za odwagę i zimną krew, Baxter dobrał sobie jeszcze pięciu innych agentów i ruszył wraz z nimi w drogę. Ten Woorman musi mieć wielu nieprzyjaciół — rzekł Baxter po drodze. Już kilka razy okazywał mi listy, w których grożono mu śmiercią. Dwukrotnie usiłowano pozbawić go życia. W gruncie rzeczy to człowiek bardzo elegancki, który może niepotrzebnie przybiera pozę Don Juana. To jeszcze nie zbrodnia — odparł policjant, śmiejąc się. To zależy — odparł White.
Jak to rozumiecie? — zapytał ze zdziwieniem Baxter. Czyżby zabawki bogatego człowieka raziły wasze purytańskie uczucia? Dziwny z was człowiek, White. Myli się pan, panie inspektorze. Moje zasady moralne są tak elastyczne jak guma. Jestem jednak zdania, że wszyscy powinni szukać rozrywek w swoim własnym środowisku. Natomiast ludzie bogaci szukają swoich ofiar wśród biedoty, której nędza i tak już wyrządziła dość złego. Inspektor wybuchnął głośnym śmiechem. Waszym zdaniem ludzie bogaci powinni zabawiać się w gabinetach z córkami lordów?
Straszny z was jeszcze żółtodziób. Ale oto jesteśmy na miejscu. Dochodziła godzina jedenasta wieczorem. Inspektor Baxter wraz ze swymi agentami wszedł do wytwornie urządzonego mieszkania sir Jonathana Woormana. Gospodarz wyszedł im na spotkanie. Dziękuję, że przybył pan na moje wezwanie, panie inspektorze — rzekł ochrypłym głosem, który dziwnie uderzył uszy konstabla White'a. Był to człowiek wysoki, szeroki, w ramionach prawdziwy olbrzym. Nic dziwnego, że cieszył się u kobiet wielkim powodzeniem. Twarz jego o grubych i niemiłych rysach zdradzała irlandzkie pochodzenie. Gdyby nie jego wytworny strój i eleganckie maniery, przyjąć by go można było raczej za zwykłego plebejusza.
Takie przynajmniej zdanie wyrobił sobie o nim policjant White, którego opinia różniła się w wielu wypadkach diametralnie od opinii jego kolegów. Proszę posłuchać, panie inspektorze, jaka przygoda spotkała mnie kilka godzin temu — zawołał Woorman. O godzinie ósmej miałem wyznaczone spotkanie w pewnej małej restauracyjce. Mniejsza o jej nazwę. Wystarcza, że jest tam czysto, zacisznie i przytulnie. Wchodzę, udaję się do gabinetu, w którym czekam na pewną damę. W pięć minut potem wchodzi jakiś jegomość. Wygląda zresztą dość elegancko ten wasz Raffles. Ale co za bezczelność, co za tupet! A więc Raffles zjawił się zamiast oczekiwanej damy?
— zapytał inspektor. Jakże to możliwe? Gdybym to wiedział, byłbym mądrzejszy od pana. Czy jest pan pewien, że był to Raffles, a nie kto inny? Może mi pan wierzyć — odparł sir Woorman. Miał do mnie dość długą przemowę na temat nienadający się do powtórzenia. Jedno jest pewne, że zapowiedział mi swą wizytę dzisiejszej nocy. Oświadczył mi, że zabierze mi pieniądze, ponieważ mam ich za dużo i ponieważ zdobyłem je w sposób nieuczciwy. Cóż pan na to? Odparłem mu, że znam dobry sposób, aby go unieszkodliwić.
Inspektor Baxter szuka cię od dłuższego czasu, mój chłopcze — powiedziałem mu. I cóż on na to? — zapytał inspektor. Odezwał się o panu niesłychanie pogardliwie — odparł sir Woorman. Zdaję się na pana, panie inspektorze, i wierzę, że pokrzyżuje pan plany tego łotra. Mam nadzieję, że nie zawiodę pańskiego zaufania. Natychmiast porozstawiam moich ludzi na schodach i przy wszystkich wejściach. Sam będę pilnował drzwi frontowych, ponieważ Raffles zazwyczaj wchodzi do domu frontowymi drzwiami. Jest to sposób używany przez wszystkich ludzi, z wyjątkiem zwykłych włamywaczy — sprostował inspektor Baxter. Pan zaś, panie Woorman, zechce może pilnować osobiście pokoju, w którym znajduje się kasa ogniotrwała.
Dam panu do pomocy agenta White'a, który odznacza się energią i odwagą. Sir Woorman spojrzał uważnie na policjanta. Hmm, podoba mi się. Wygląda na zdolnego. Niestety jednak nie będę miał czasu. Mam ważne posiedzenie. Pewny jestem, że pański człowiek sam sprosta swemu zadaniu. Jak pan chce, panie Woorman. W każdym razie sam z White'em będę pilnował pokoju, w którym znajduje się kasa. All right — odparł bogacz.
Tym lepiej. Radziłbym panu usiąść w przedpokoju, gdyż stamtąd łatwiej wszystko mieć na oku. Wprowadził obydwóch policjantów do owego pokoju. Pozostali agenci policji poobsadzali schody i przejścia. Kasa ogniotrwała stała w pokoju posiadającym dwoje drzwi. Aby otworzyć jedne z nich, należało przejść przez schody i w rezultacie minąć stojącego tam policjanta White'a. Drugie drzwi prowadziły do gabinetu sir Woormana. Inspektor Baxter i White mogli więc stojąc w korytarzu obserwować jednocześnie obydwa przejścia. „Oto papierosy i cygara” — rzekł sir Woorman na odchodnym. — „Życzę panom powodzenia.
Mam nadzieję, że gdy wrócę jutro rano, będzie już szczęśliwie po niebezpieczeństwie.” „Jeśli diabeł się w to nie wmiesza, Raffles wpadnie w nasze ręce” — odparł inspektor. Spokój zapanował w całym domu. Sir Woorman wyszedł. Baxter i White znajdowali się w gabinecie. Podzielili się swoimi rolami. Stojąc w przedpokoju można było przez oszklone drzwi widzieć to, co się dzieje w pokoju rzęsiście oświetlonym. „Niech mnie diabli porwą, jeśli uda się Rafflesowi wypłatać nam dzisiaj jakiegoś złośliwego figla. Musiałby czarować, gdyby zdołał wykraść w tych warunkach chociażby pensa.” White nic nie odpowiedział. Baxter usiadł przy drzwiach, spoglądając bez przerwy na jasno oświetlony pokój. White tymczasem oddalił się bez szelestu i zawiesiwszy ślepą latarkę u pasa, rozpoczął dokładny przegląd całego domu.
Zauważył wreszcie potężną dębową szafę. Spojrzał na nią okiem znawcy. „Tu musi kryć się prawdziwa kasa” — szepnął. — „Nie ulega kwestii, że tamta kasa jest zupełnie pusta.” Policjant White otworzył z trudem drzwi przy pomocy wytrycha. Zaledwie uczynił to, światło latarki padło na metalową ścianę. „Byłem tego pewny” — mruknął policjant. — „Tutaj więc zacznie się prawdziwa robota.” Wyciągnął z kieszeni skomplikowaną lampę acetylenową. Gaz, który zapalał się, wytwarzał temperaturę wynoszącą przeszło 2000 stopni pod ciśnieniem 16 atmosfer. Siła płomienia pod tak wielkim ciśnieniem była ogromna. Metal topniał i drobne jego płynne cząsteczki rozpryskiwały się dookoła.
Nawet najgrubsza stal nie mogła się ostać. Sposób, który stosował policjant White przy otwieraniu kasy, był metodą wynalezioną i udoskonaloną przez Rafflesa. W ciągu pięciu minut cel został osiągnięty. Kasa ogniotrwała stała otworem. Policjant White wsunął do otworu rękę i opróżnił zawartość kasy. Znajdowało się tam około 5000 funtów szterlingów. Policjant odłożył jedną setkę na miejsce, resztę zaś schował do wewnętrznej kieszeni swego uniformu. W świetle latarki począł badać zawartość portfelu znalezionego pomiędzy papierami. Leżał w nim list pożegnalny jakiejś kochanki Woormana i wycinek z gazety zawierający ogłoszenie podkreślone czerwonym ołówkiem. Ogłoszenie to zawierało następującą treść: „Błagamy osoby litościwe o wsparcie i prosimy ludzi dobrej woli o pomoc w beznadziejnej sytuacji.
Alicja Forrester z synem. Gerrard Street, Londyn N.” Policjant White wzruszył ramionami i schował oba dokumenty do kieszeni. Następnie wrócił spokojnie do gabinetu sir Woormana. „Gdzieście byli?” — zapytał inspektor. „Robiłem przegląd całego domu, aby się przekonać, czy nie ma gdzieś przypadkiem Rafflesa” — odparł White. Zwolnił inspektora z posterunku. Baxter wyciągnął się wygodnie na sofie i w pięć minut później zasnął głębokim snem. White wyciągnął zegarek. „Dochodzi godzina pierwsza” — szepnął. — „Mam jeszcze przed sobą kilka godzin czasu.
Chciałbym pożegnać się z Woormanem osobiście.” Godziny wlokły się powoli. White usiadł za biurkiem sir Woormana i pogrążył się w czytaniu gazet. Nagle lekki szelest zwrócił jego uwagę. Nadstawił uszu. Nie wierzył własnym oczom. W pokoju znajdował się prawdziwy włamywacz. Był to młody chłopak liczący około 17 lat, szczupły i wynędzniały. Złoczyńca manipulował coś przy kasie. Otworzył ją wreszcie i wsunął do środka rękę. Na twarzy jego odmalowało się rozczarowanie.
Kasa była pusta. W tej samej chwili otwarły się drzwi i stanął w nich policjant White. Włamywacz krzyknął i w przerażeniu oparł się plecami o ścianę. Nogi drżały pod nim. W oczach malował się wyraz rozpaczy. „Odwagą nie grzeszysz, bratku” — rzekł White spokojnie. — „Którędyś tu wszedł?” „Ukryłem się w przedpokoju jeszcze po południu” — wyjąkał włamywacz. White zatopił ostre spojrzenie w jego oczach. Miał przed sobą młodzieńca o wyglądzie wzbudzającym litość. Jego wklęsłe policzki świadczyły o długich miesiącach głodowania.
„Co cię skłoniło do kradzieży?” „Jakie to ma znaczenie?” — jęknął. — „Niech mnie pan każe zakuć czym prędzej.” „Nie bądź mnie w gorącej wodzie kąpani” — odparł policjant. — „Odpowiadaj mi szczerze. Jeszcze dotąd nie kradłeś w życiu?” „Nie, proszę pana” — odparł włamywacz. — „To pierwszy raz. Nigdy dotąd nie wyciągnąłem ręki po cudze mienie.” „To widać” — odparł White. — „Dlaczego pozwoliłeś sobie na to dzisiaj?” „Ponieważ matka moja kona. Umrze, jeśli nie będzie miała odpowiedniej opieki. Powiedział mi to lekarz. Oprócz niej nie mam nikogo na świecie.” Policjant spojrzał przez chwilę na młodzieńca.
„Jak się nazywasz?” Harry Forrester. Harry Forrester? Doskonale. Gdzie mieszkasz, mój chłopcze? Na Gerrard Street. Dobrze. Wszystko się dziwnie składa. White sięgnął do kieszeni i wyjął z niej stufuntowy banknot. Masz — rzekł. Będziesz mógł kupić za to jedzenie i wino dla matki.
Czy ci to wystarczy chwilowo? Młody człowiek nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Wzrok jego błądził od policjanta do kasy. Uszczypnął się, aby przekonać, że nie śni. Zejdziesz spokojnie ze schodów — rzekł White, przeprowadziwszy go przez pokój, w którym spał Baxter. Jeśli cię ktoś z policji zobaczy, powiesz, że należysz do tutejszej służby. Młodzieniec skinął głową. Otworzył usta, aby podziękować policjantowi, lecz ten powstrzymał go ruchem ręki. Nagle drzwi się otwarły i stanął w nich sir Woorman. Policjant White szybkim ruchem pchnął swego protegowanego w ciemny kąt pokoju.
Sir Woorman szybkim krokiem wszedł do swego gabinetu. Na widok rozprutej kasy wszczął alarm. Ze wszystkich stron nadbiegli policjanci. Szczupły młodzieniec skorzystał z zamieszania i wymknął się cichaczem. Jestem zrujnowany! — wołał Woorman. Wyjęto mi z kasy 10 000 funtów! I pan, panie inspektorze, czuwał nad całością mego mienia. Gdzie jest złodziej? Gdzie jest łotr, który mi zabrał 10 000?
Gdzie Raffles? Inspektor Baxter zdumiał się. Tego rodzaju sytuacja zdarzyła mu się po raz pierwszy w życiu. Policjant White przecież czuwał i nie spostrzegł Rafflesa. Pozostawała tylko jedna hipoteza, ale policjant White nie pozwolił inspektorowi dokończyć rozpoczętej myśli. Powoli zdjął z głowy czapkę i wspaniale zrobioną perukę, ściągnął z siebie uniform policyjny, pozostając w wytwornym wieczorowym ubraniu. Mam zaszczyt przedstawić się panu — rzekł, mierząc z rewolweru w stronę sir Woormana. Jestem Raffles. Następnie, zwracając się do inspektora Baxtera, dodał uprzejmym tonem: Od początku byłem zdania, że niczego nowego nie nauczę się w Scotland Yardzie. Teraz moja edukacja została zakończona.
Dziękuję panom za trud, jaki włożyliście w nauczenie mnie tajemnic organizacyjnych Scotland Yardu. Jestem wam za to szczerze zobowiązany. Zapanowało głębokie milczenie. Raffles zwrócił się powtórnie do sir Woormana. Jak może pan kłamać tak bezczelnie? W pańskiej kasie nie było ani pensa. Raffles miałby się z pyszna, gdyby do niej się włamał. Na szczęście udało mi się w inny sposób dotrzymać mej obietnicy. Jeśli zechce pan pofatygować się do swej drugiej kasy ognioodpornej, zauważy pan, że... Trzymajcie go!
— zawył sir Woorman. Zwiążcie go! Ratunku! Policja! Rzucił się gwałtownie na Rafflesa, który przewidując ten ruch, przyklęknął na lewe kolano. Opierając się na prawej nodze, ugodził sir Woormana tak silnie głową w brzuch, że ten zachwiał się i runął na ziemię, jęcząc boleśnie. W chwilę potem Raffles przedarł się przez kordon policji, która nie zdołała jeszcze ochłonąć ze swego osłupienia. Rzucił się na korytarz, otworzył drzwi i jak lawina począł pędzić ze schodów. Na nieszczęście zderzył się z dwoma policjantami, którzy zwabieni hałasem postanowili wejść na górę. Raffles zatrzymał się przed nimi i wbiegł po raz drugi po schodach na górę.
Za nim pędziła gromada policjantów. Wdrapał się na strych. W oczach przerażonych swych ekskolegów wychylił się przez okno, uchwycił się piorunochronu i zamknął je za sobą. Zanim policjanci zorientowali się w ciemnościach, lord Lister zniknął jak zjawa. Lord Lister rozejrzał się uważnie po pokoju, w którym się znalazł. Chociaż zdjął z siebie mundur policjanta, był kompletnie ubrany pod spodem. Jego nieskazitelny frak nie zdradzał śladów przebytej przed chwilą walki. Przez chwilę nie zdołał nic rozróżnić w ciemnym pokoju. Panowała tu cisza. Szedł po omacku, trzymając się ściany.
Natrafił na kontakt elektryczny i zapalił światło. Jednocześnie przycisnął się do drzwi, aby w razie potrzeby móc ratować się ucieczką. Nic jednak nie poruszało się. Znajdował się w wytwornie urządzonej sypialni. Wzrok jego zatrzymał się na łóżku, którego jedwabna kołdra zesunęła się na ziemię. Ze zdziwieniem spojrzał na kobietę leżącą na łóżku. Miał wrażenie, że piękna dziewczyna śpi głębokim snem młodości. Nie zbudziło jej nawet zapalenie światła. Złote jej włosy rozsypały się bezładnie po koronkowej poduszce. Lewa jej ręka zwisała z łóżka.
Raffles zbliżył się na czubkach palców. Rozglądając się dookoła, zauważył dziwny nieporządek w pokoju. Tuż obok łóżka leżało na ziemi przewrócone krzesełko. Drzwi szafy otwarte były na roścież. Obraz zdjęto ze ściany. Tajemniczy nieznajomy przyjrzał się uważnie śpiącej. Przerażony cofnął się w tył. Młoda dziewczyna nie żyła. Raffles ostrożnie odsłonił kołdrę. Błękitnawe plamy widniały na szyi kobiety.
Raffles wciągnął głęboko powietrze w płuca. Ach tak — szepnął. Najpierw uśpili ją, a potem udusili. Pierwsze promienie poranka srebrzyły już szyby. Raffles raz jeszcze spojrzał na nieszczęśliwą kobietę, otworzył drzwi i wyszedł z pokoju. W korytarzu wzdrygnął się ze strachu po raz wtóry. Otwierając drzwi spowodował przeciąg. Jakiś ciemny kształt zachwiał się na ścianie. Był to trup służącej ubranej w biały czepeczek i fartuszek. Powieszono ją na ścianie na grubym haku, do którego mordercy przywiązali mocny, jedwabny sznur.
„Zgroza” — szepnął Raffles do siebie. Instynktownie chciał uciec od tego okropnego widoku. Zatrzymał się jednak, aby rozejrzeć się w tej straszliwej, podwójnej zbrodni. Przebiegł kolejno wszystkie pokoje. Mieszkanie składało się z siedmiu apartamentów, a urządzenie oraz cenne obrazy wskazywały na dobry smak i bogactwo jego właścicielki. Raffles nie znalazł nic, co by naprowadzić go mogło na ślad sprawców zbrodni. Dopiero w garderobie znalazł jedwabną wstążkę, na której widniał następujący napis: „Bractwo Jedwabnej Wstęgi”. Podniósł opaskę i schował ją do kieszeni. Bezszelestnie wyślizgnął się z mieszkania. Na drzwiach wejściowych spostrzegł wizytówkę Madame De Valle.
Obojętny na ciekawe spojrzenia dozorczyni wyszedł na ulicę. Niezwłocznie udał się na Gerrard Street. Bez trudu odnalazł dom, w którym mieszkała pani Forrester ze swym synem. Chciał sprawdzić słowa młodego człowieka, który motywował swe włamanie wyjątkową nędzą. Bardziej jednak niż ta okoliczność interesowały go tajemnicze stosunki łączące panią Forrester z sir Woormannem. Lord Lister wszedł na schody i zapukał do drzwi, na których widniała kartka: Alicja Forrester. Nikt nie odpowiedział. Tajemniczy nieznajomy pchnął drzwi i wszedł do środka. Oczom jego przedstawił się smutny widok. Na podłodze w kałuży krwi leżała młoda, mogąca liczyć około 35 lat kobieta.
Krew sączyła się jeszcze z rany na jej szyi. Rana ta zadana widocznie została sztyletem wbitym z ogromną siłą. Raffles zacisnął pięści i chwiejąc się na nogach cofnął się do drzwi. Ten łańcuch zbrodni zdawał wstrząsnąć nerwami nawet tak silnego człowieka jak Raffles. Opanował się jednak. Klęknął obok nieszczęśliwej, sądząc, że może jeszcze żyje. Nadzieje jego okazały się płonne. Badając zmarłą, Raffles poplamił się krwią. Podniósł się z kolan i objął szybkim spojrzeniem ubogi pokoik. Tuż obok znajdowała się druga izdebka, w której sypiał widocznie jej syn.
Umeblowanie tego mieszkanka świadczyło o nędzy jego właścicieli. Jaki powód mieli złoczyńcy, aby zamordować tę nieszczęśliwą kobietę? Daremnie jednak szukał odpowiedzi na to pytanie. W tej samej chwili drzwi się otwarły i stanął w nich ten sam młody chłopiec, którego tajemniczy nieznajomy przechwycił ubiegłej nocy na gorącym uczynku włamania. Młodzieniec dostrzegł trupa swojej matki. Zbladł i utkwił w lordzie pełne rozpaczy spojrzenie. Skoczył w stronę stołu, chwycił rewolwer i przypuszczając, że ma przed sobą zabójcę, rzucił się na tajemniczego nieznajomego. Powstrzymał go jednak widok rewolweru. „Odłóż broń, mój chłopcze” — rzekł lord Lister spokojnie. „Jestem Raffles, a Raffles nie jest mordercą.
Zapamiętaj to sobie raz na zawsze.” W tej samej chwili chłopiec poznał policjanta z ubiegłej nocy. Jakkolwiek nie mógł powiązać ze sobą ostatnich wypadków, czuł, że człowiek ten nie mógł być zabójcą jego matki. Upadł do jego nóg. Lord Lister podniósł go. „Gdzieżeś był tej nocy?” — zapytał. „Byłem w domu” — odparł młody człowiek z załkaniem. „Wyszedłem dziś rano, aby załatwić sprawunki.” „Czy nie wiesz przypadkiem, kto mógł popełnić tę zbrodnię? Czy nie podejrzewasz nikogo?” „Nikogo, panie Raffles” — odparł. Lord Lister przystąpił do otwierania szuflad. Począł szukać czegoś w korespondencji zmarłej, podczas gdy chłopiec w półprzytomny z rozpaczy siedział nieruchomo przy jej łożu.
Nagle lord Lister podniósł oczy sponad stosu listów. „Czy znasz sir Woormanna, mój chłopcze?” „Pracowałem przez pewien czas w jego fabryce” — odparł. „Poza tym nic o nim nie wiem.” Lord Lister pokiwał głową. „Czyż nie było uderzające, że pani Forrester przechowywała paczkę listów miłosnych pisanych do niej przez tego człowieka przed 17 laty?” Z gorzkim uśmiechem na ustach opuścił tajemniczy nieznajomy ubogie mieszkanie. Udał się do najbliższego urzędu pocztowego i połączył telefonicznie z Baxterem, inspektorem policji w Scotland Yardzie. „Halo, czy inspektor Baxter?” „Przy telefonie. Kto mówi?” „Raffles.” „Co takiego?” „Raffles.” „Proszę nie robić głupich kawałów.” „Jak dotychczas kawały, i to głupie, trzymają się pana, drogi Baxterku. Zresztą nie mam zupełnie humoru do żartów. W domu numer 17 przy Gerrard Street znalazłem trupa. Zabito niejaką panią Forrester.
Zapewniam pana inspektorze, że warto by raczej urządzić pościg za nieuchwytnymi mordercami stanowiącymi plagę Londynu, niż tracić czas na daremne poszukiwania tajemniczego nieznajomego.” „Trup, mówi pan? I pan go odnalazł? Co robił pan na Gerrard Street? Gdzie pan teraz jest?” „Jestem w urzędzie pocztowym znajdującym się w pobliżu Gerrard Street.” Zanim pan tu przybędzie, zdąży się ulotnić. Zresztą ma pan jeszcze dzisiaj inne rzeczy do załatwienia. Pod numerem 29 na Palmol Street znajdzie pan dwa trupy pani domu i jej służącej. Żartuje pan chyba, Raffles. Trzy zbrodnie w ciągu jednej nocy? Co w tym dziwnego, inspektorze? Spędza pan swoje noce w mieszkaniach obcych ludzi.
Mówiłem panu niejednokrotnie, że jest pan lichym urzędnikiem i nie spełnia pan swych podstawowych obowiązków. Gdybym ja był inspektorem policji, nie potrafiłby pan być z pewnością Rafflesem. Ponieważ pewny jestem, że sam nie zdoła pan wynaleźć sprawcy zabójstwa pani Forrester, obiecuję przysłać go panu w ciągu 24 godzin. To wszystko. Inspektor Baxter odłożył słuchawkę telefoniczną, przeklinając głośno. Ten Raffles! — zawołał, podnosząc ręce do nieba. — Raffles detektywem. Można pęknąć ze śmiechu. Wyobraża sobie, że zdoła schwytać tych, których nie potrafię wyśledzić ja, Baxter.
A niechaj go wszyscy diabli. Rozkazał trzem policjantom, aby natychmiast wsiedli na motocykle. Sam wziął policyjne auto i otoczony agentami ruszył w stronę urzędu pocztowego znajdującego się w pobliżu Gerald Street. „Czy widział pan Rafflesa?” — zapytał urzędnika obsługującego telefony. Rafflesa? Nie widziałem go. A jednak był on tutaj przed kwadransem. Ma pan na myśli tego eleganckiego młodego człowieka, który telefonował? Wyszedł już dawno. W pięć minut później inspektor policji, niezrażony pierwszym niepowodzeniem, wkraczał do mieszkania pani Forrester.
Na widok policji młody człowiek siedzący przy łożu zmarłej zerwał się i obrzucił przybyłych niechętnym spojrzeniem. „Mamy ptaszka, który popełnił zbrodnię” — zawołał inspektor. — Skąd wracasz? Co tu porabiasz? Odpowiadaj na pytania i nie staraj się ukrywać przede mną prawdy. Co ja tu robię? — powtórzył młody człowiek z ironią. — Czy sądzi pan, że śmierć mojej matki mogła nie uczynić na mnie wrażenia? Śmierć twojej matki? — powtórzył inspektor.
— Ależ to w niczym nie zmienia sytuacji. Gdzieś był dzisiejszej nocy? Nie było mnie tutaj. Trudno mi po prostu bronić się przed tego rodzaju monstrualnym oskarżeniem. Wydaje mi się to głupie. Nie mogłem zabić mojej matki, skoro mnie tutaj nie było. Zgoda — odparł Baxter. — Podaj mi więc swoje alibi. Gdzie byłeś tej nocy? Byłem...
Słowa ugrzęzły mu w gardle. Czyż miał powiedzieć, że dokonał włamania w mieszkaniu sir Woormana? Czyż miał się przyznać, że jedynie dzięki wspaniałomyślności jednego z policjantów udało mu się uniknąć zaaresztowania? Zamilkł. Inspektor Baxter nie certował się z nim dłużej. Kazał go zakuć w kajdany i odprowadzić do komisariatu. Oskarżenie nabierało tym więcej cech prawdopodobieństwa, że znaleziono przy nim banknot stufuntowy, z którego pochodzenia nie potrafił się wytłumaczyć. Raffles dowiedział się o tym aresztowaniu, siedząc w kawiarni. „Kto mógł to przewidzieć?” — szepnął do siebie. Szybko zapłacił rachunek, wybiegł na ulicę i wsiadł do taksówki.
„Na Regent Street do adwokata Smitha.” W 10 minut był już na miejscu. Adwokat był człowiekiem liczącym około 22 lat. W gabinecie jego unosił się lekki zapach perfum. Na zaproszenie adwokata lord Lister usiadł w miękkim fotelu. „Czy pan jest adwokatem sir Woormana?” — zapytał. — Well. Ma pan opinię człowieka wybitnego w swoim zawodzie. Czytał pan prawdopodobnie, że został zaaresztowany młody Forrester pod zarzutem zamordowania swej matki. Na dźwięk tego nazwiska twarz adwokata Smitha powlekła się lekkim rumieńcem. „Well” — odparł, starając się mówić spokojnie.
— Oczywiście czytałem. Zwracam się do pana, aby zechciał się pan podjąć obrony chłopca. Powiem więcej, powinien pan uczynić wszystko, co jest w pańskiej mocy, aby go uwolnić natychmiast. Adwokat spojrzał na swego gościa podejrzliwym wzrokiem. A to dlaczego? Ponieważ jest niewinny. Czy jest pan tego pewny? Tak. Inaczej nie byłbym do pana przyszedł. Znam tego chłopca.
Pracował on przez pewien czas w mojej kancelarii. Nie znoszę go i dlatego nigdy nie podejmę się jego obrony. Raffles uśmiechnął się. — Jest pan przecież adwokatem. Powinien pan bronić słusznej sprawy bez względu na sympatię lub antypatię do oskarżonego. Czy jedynie dlatego, że nie lubi pan tego chłopca, pozwoli pan, aby zgnił w więzieniu? Proszę mi oszczędzić retorycznych zwrotów. Bronię tych, którzy mi płacą. Zgoda — odparł Raffles, wyciągając z kieszeni portfel. — Ile pan chce?
Mister Smith obrzucił portfel chciwym spojrzeniem, lecz pohamował się. — Nie podejmę się tej obrony. Musi więc mieć pan jakieś inne, ukryte względy. Być może. Jest zwłaszcza jeden, który nie przynosi panu honoru. Robi pan na mnie wrażenie, panie Smith, człowieka znajdującego się pod czyjąś kuratelą. Adwokat drgnął. Szybko jak błyskawica wyciągnął rękę w kierunku dzwonka. W tej samej chwili ręka Rafflesa udaremniła ten ruch. „Nie potrzeba nam świadków” — odparł poważnie lord.
„Możemy sprawę załatwić sami. Istnieje pewne podobieństwo między Rafflesem a...” „Raffles!” — zawołał adwokat, blednąc. — „To pan jest Raffles? Na pomoc!” „Ciszej” — rzekł lord Lister energicznym tonem. Cała jego postać uległa nagłej metamorfozie. Stał wyprostowany przed adwokatem i mierzył go ostrym spojrzeniem. Prawnik stał jak zahipnotyzowany i nagle bezsilnie opadł na krzesło. „Bierz pan palto i kapelusz” — rozkazał tajemniczy nieznajomy. Adwokat posłusznie spełnił rozkaz. Lord Lister nie spuszczał z niego ani przez chwilę palącego wzroku.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu uciekał się do drzemiącej w nim potężnej mocy hipnotyzowania. Żelazna wola Rafflesa paraliżowała myśli Smitha i oddawała go całkowicie w moc tajemniczego nieznajomego, który stał przed nim nieruchomo jak posąg. W pół godziny później jakiś wytworny dżentelmen zjawił się w Scotland Yardzie. Oświadczył, że pragnie pomówić z inspektorem Baxterem. „Proszę wejść” — rzekł inspektor. Nieznajomy ukłonił się uprzejmie, nie patrząc na inspektora. Robił dziwne wrażenie. Wchodząc, potknął się i ruchy miał niepewne, jak marionetka pociągana niewidzialną ręką za sznurek. „Czego pan sobie życzy?” — zapytał inspektor Baxter, patrząc nań z niedowierzaniem. „Jestem adwokat Smith.
Posiadam kancelarię przy Regent Street.” Inspektor ukłonił się. „Przypominam sobie teraz, że widziałem pańską fotografię w którymś z pism. Czym mogę panu służyć?” Adwokat usiadł. „Gdzie jest Harry Forrester?” — zapytał. „Jeszcze u nas, w Scotland Yardzie. Znajduje się pod dozorem policji. Czy zechciałby go pan wezwać tutaj?” „Chciałbym go przesłuchać, ponieważ jestem głęboko przeświadczony o jego niewinności.” Inspektor Baxter uśmiechnął się. „Czy ma pan zamiar podjąć się jego obrony, panie Smith?” „Tak, mam zamiar to uczynić.” „Nie uda się panu uniewinnić tego klienta.” „To już moja sprawa, inspektorze. Proszę wezwać tego młodzieńca. Bardzo pana o to proszę.” W pięć minut później Harry Forrester zjawił się w gabinecie.
Policjant, który go wprowadził, stanął po jego prawej stronie. W trakcie wymieniania kilku banalnych zdań z młodym człowiekiem adwokat Smith nie spuszczał wzroku z drzwi. Nagle skoczył. Dwoma silnymi uderzeniami pięści powalił na ziemię policjanta eskortującego więźnia i otwierając drzwi na oścież, krzyknął do Forrestera: „Uciekaj, ile tylko sił w nogach, mój chłopcze!” Harry Forrester, który nie żywił zbyt wielkiego zaufania do władz bezpieczeństwa, nie dał sobie dwa razy powtórzyć. Inspektor Baxter gwizdnął przeciągle, chcąc zaalarmować policję. Jednocześnie sam rzucił się w pogoń za zbiegiem. Smith zagrodził mu drogę. Wywiązała się między nimi walka, w rezultacie której inspektor policji upadł na ziemię. Na pomoc przebiegł mu policjant eskortujący Forrestera. W jednej chwili obezwładniono Smitha i zakuto w kajdany.
Inspektor Baxter obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem. „Ależ to Raffles!” „Od pierwszej chwili uderzyło mnie to podobieństwo” — dodał drugi policjant. „Oszaleliście!” — odparł człowiek w kajdanach. — „Jestem adwokat Smith. Żądam, ażebyście natychmiast zwrócili mi wolność. Złożę na was skargę do Sądu Najwyższego. Nie wiem, w jaki sposób to się stało. Czy nie byłem przypadkiem pijany?” „Nie bujaj, Raffles” — odparł Baxter. — „Nie damy się wziąć na kawał.” „Ale przecież tłumaczę wam, że jestem adwokatem!” — ryknął ze wściekłością więzień. „Zaraz zobaczymy” — odparł spokojnie Baxter, podnosząc słuchawkę telefoniczną.
— „Halo, czy to 97 63? Kancelaria adwokata Smitha? Czy to sam pan mecenas przy telefonie? Tak? Pięknie. Mamy tu u nas jakiegoś osobnika, w którym rozpoznałem Rafflesa, a który podaje się za pana, panie mecenasie. To nieporozumienie? Tak i ja przypuszczałem. All right. Serdecznie dziękuję, mecenasie.” Inspektor Baxter odłożył słuchawkę telefoniczną.
„I cóż, Raffles, jeszcze się upieracie przy swym twierdzeniu? Mecenas Smith powiedział mi przed chwilą telefonicznie, że znajduje się w swojej kancelarii.” „To nie do wiary!” — zawołał więzień. — „Nie mogę być przecież jednocześnie tutaj i w swoim gabinecie.” Nagle twarz jego rozjaśniła się. „Teraz rozumiem wszystko” — rzekł. — „Niech pan biegnie, inspektorze, nie tracąc czasu do mojego biura. Osobnik, który tam się znajduje, jest właśnie Rafflesem.” Inspektor Baxter trzymał się za boki ze śmiechu. „Nie uda ci się wprowadzić mnie w błąd” — rzekł. — „Odprowadzić go do celi. Natychmiast zawiadomię sędziego o naszej nowej zdobyczy.” Pomimo czynnego oporu ze strony więźnia, rozkaz został wykonany. W czasie, kiedy to się działo w Scotland Yardzie, adwokat Smith, a raczej Raffles przebrany za adwokata Smitha, przebywał w biurze na Regent Street.
Zapalił spokojnie papierosa. Co za wspaniały sukces! Dzięki swej władzy hipnotycznej zmusił Smitha, aby udał się do Scotland Yardu i uwolnił Forrestera. Lord Lister udzielił mu szczegółowych instrukcji. Smith miał przewrócić jednego z policjantów, otworzyć drzwi i pomóc w ten sposób Forresterowi do ucieczki. W tej chwili zadzwonił telefon. Lord Lister udzielił inspektorowi Baxterowi żądanych informacji, po czym usiadł za biurkiem i począł myszkować po szufladach. Wszyscy pracownicy biura przyjęli go za szefa, ponieważ nie tylko był do niego podobny, ale i włożył również jego ubranie. Poleciwszy sekretarce przynieść sprawę Woormana, zabrał się do studiowania jej. Po kilku minutach wstał i przeszedł do prywatnych apartamentów adwokata.
Gdy wrócił z powrotem do gabinetu, ukrywał pod marynarką długą, plisowaną togę. Nagle zapukano do drzwi. Do gabinetu wszedł jeden z pracowników. „Sir Woorman pragnie się z panem widzieć.” Skinął głową. „Proszę go wprowadzić.” Sir Woorman wszedł do gabinetu, nie patrząc wcale na adwokata. Zamknął za sobą drzwi starannie i stanął przed biurkiem. „Sądziłem, Smith, że jesteście moim przyjacielem. Dziś widzę, że nie tylko nim nie jesteś, ale zachowujesz się jak łotr i zdrajca. Powinieneś zostać wydalony z Bractwa Jedwabnej Wstęgi.” Raffles udał zdumionego. „Co się stało, sir Woorman?
Czy coś jest nie w porządku?” Irlandczyk zaczerwienił się ze złości. „Powinienem cię zabić na miejscu, nędzniku! Czy nie obiecałeś, że mi pomożesz w tej kompromitującej sprawie pani Forrester? W decydującej chwili zdradzasz mnie i podejmujesz się obrony młodego człowieka, który zawisłby na szubienicy zamiast mnie.” „Skąd pan to wziął?” Rzekł Raffles z uśmiechem. „Z gazet! Żądam, abyś w tej chwili zrezygnował z tej obrony.” Dodał Woorman groźnie. „Nie mam najmniejszego zamiaru.” Odparł Raffles. „Czy nie dałem ci 10 000 funtów za obronę?” „Żądam jeszcze 5000 gotówką.” „Oszalałeś!” Ryknął Woorman. „Chcesz mnie ograbić z pieniędzy? Zapłacę ci jeszcze tysiąc i ani grosza więcej, pod warunkiem, że doprowadzisz do skazania Harry Forrestera.” Rzekomy adwokat wzruszył ramionami.
„Bardzo żałuję, sir Woorman. Żądam 5000 funtów i nie wezmę ani grosza mniej.” Po długich targach Irlandczyk położył żądaną sumę na stole. „To prawie wszystko, co posiadam.” Jęknął. „Kłamstwo. Jestem pewny, że odłożył pan dosyć na boczku.” „5000 i 5000 daje razem 10.” „Mam wrażenie, że warto było zadać sobie trochę trudu.” „Co chcesz przez to powiedzieć?” Zapytał zdumiony Irlandczyk. „Przedwczorajszej nocy wyjąłem z pańskiej kasy 5000 funtów.” Irlandczyk z czerwonego stał się nagle kredowo biały. „Raffles!” Zawołał. „Well, jestem Raffles.” Sir Woorman chciał rzucić się na swego przeciwnika, lecz zatrzymał się na widok wycelowanej ku sobie lufy rewolweru. „Ani kroku dalej. Mam jeszcze kilka rzeczy do omówienia z panem.” Mówiąc to, Lord Lister położył rewolwer na stole.
Sir Woorman, który nie tracił z oczu najmniejszego jego ruchu, rzucił się na broń i wycelował ją przeciw Rafflesowi. „Na kolana, nędzniku! Jesteś moim więźniem.” „Nie nabity.” Zaśmiał się tajemniczy nieznajomy. W tej chwili dał się słyszeć na schodach jakiś hałas. W kancelarii zjawił się nagle inspektor Baxter wraz z kilku policjantami. Raffles odwrócił się w ten sposób, aby móc objąć spojrzeniem zarówno sir Woormana, zajętego sprawdzaniem, czy broń jest nabita oraz ludzi mogących zjawić się przez tylne drzwi. „To on!” Zawołał Baxter. „Zwiążcie go, dzieci!” Prawdziwy adwokat Smith, którego personalia i identyczność ustalone zostały za pośrednictwem sądu, nie posiadał się ze złości. „Jak pan śmiał? Jak się pan mógł odważyć na coś podobnego?” W pierwszej chwili sytuacja Rafflesa wydawała się beznadziejna.
Jak myśleć o ucieczce, kiedy się jest uwięzionym na czwartym piętrze? Nagle tajemniczy nieznajomy zaszył się w jeden róg pokoju, zwiększając w ten sposób dystans pomiędzy sobą a policjantami. W ręku trzymał jakiś przedmiot, którego kształtu nie można było określić. „Cofnąć się!” Zawołał tajemniczy nieznajomy. „Ani kroku naprzód. Kto ośmieli się zbliżyć, zginie.” Policjanci zatrzymali się w osłupieniu. „Przypuszczam, że mnie pan rozumie, inspektorze. Jeśli ktoś się poruszy, wysadzę wszystko w powietrze.” Podniósł do góry rękę. Wszyscy stali jak wykuci z kamienia. „Jest pan moim dłużnikiem, panie Smith.” Rzekł, zwracając się do adwokata.
„Oddałem panu przysługę. Jestem zdania, że łotrzy pańskiego pokroju winni za oddawane przysługi płacić bogato. Żądam uprzejmie, aby wypłacił mi pan natychmiast 3000 funtów szterlingów. To jest tyle, ile ma pan przy sobie.” Smith osłupiał. „Pan oszalał.” Zawołał z pianą w ustach. „Pomówimy jeszcze o tym słowie łotr, mój panie.” I ja mam tę błogą nadzieję — odparł Raffles. — Ani mi się śni dawać panu pieniądze. Naprzód, inspektorze. Czy zamierza pan stać tutaj tak długo, aż ten zbrodniarz... Nie zdążył jednak skończyć rozpoczętego zdania.
Raffles podniósł do góry rękę. Jeszcze jedna chwila wahania, a wszystko zostanie wysadzone w powietrze, rozerwane na tysiące kawałków. Ostrożnie! Zatrzymać się! — zawołał przerażony Smith, któremu milsze było życie niż 3000 funtów. — Przyniosę panu pieniądze. Chwiejąc się na nogach, Smith zrobił kilka kroków naprzód. Z uśmiechem na ustach Raffles zmienił miejsce, aby móc lepiej widzieć pokój, w którym znajdowała się żelazna kasa. Manipulował jednocześnie tak, że w przelocie chwycił leżący na biurku rewolwer Gurmana. — Halo, Smith!
Co takiego? Chciałby pan uciec. Czytam to w pańskich oczach. Nie zgadza się to z naszą umową. Niech pan porzuci swoje plany, gdyż w przeciwnym razie wpakuję panu sześć kul w głowę. Smith usłuchał, drżąc na całym ciele. Tłumaczył sam sobie, że 3000 funtów było dość skromnym okupem w porównaniu z 10 000, które znajdowały się w ogniotrwałej skrytce jego gabinetu. Cóż by było, gdyby Raffles zażądał również i tej sumy? — Połóż pan pieniądze na biurku i nie ruszaj się pan z miejsca — rzekł lord Lister. Adwokat wypełnił rozkaz.
Lord Lister włożył pieniądze do kieszeni, cofnął się do drzwi prowadzących na korytarz i otworzył je. W tej samej chwili inspektor Baxter, rozmyślający z przerażeniem nad ogromem swej kompromitacji, rzucił się w stronę półotwartych drzwi. Tajemniczy nieznajomy zapalił błyskawicznym ruchem zapałkę i zbliżył ją do przedmiotu, który trzymał w ręce. Rezultat okazał się niespodziewany. Król włamywaczy zniknął nagle w obłoku gęstego dymu. W całym pokoju zapanowała gęsta mgła. Z miejsc, gdzie się uprzednio znajdował Raffles, sypnął się w stronę Baxtera deszcz czerwonych i złotych iskier. Z hukiem i hałasem deszcz ten przeobraził się wkrótce w olbrzymi huk ognia, na którego widok policjanci w przerażeniu rozbiegli się we wszystkie strony. Miało się wrażenie, że wkrótce cały dom stanie w płomieniach. Inspektor Baxter upadł na podłogę.
Smith jęczał jak człowiek konający. Nagle deszcz iskier ustał. Dym i para zasłaniały w dalszym ciągu widok. Inspektor Baxter podniósł się wkrótce i rzekł, kręcąc nosem: — Ohydny zapach. Czuć tu nie po ludzku. Mgła poczęła rzednąć. Policjanci oszołomieni zbliżyli się do przedmiotu leżącego na ziemi. Ze wstydem spostrzegli, że była to zwykła świeca dymna w połączeniu z rakietą. — Czy to możliwe, inspektorze? — zawołał Smith.
— Przeląkł się pan dziecinnej rakiety. — Bezczelność! — zawołał Baxter ze złością. — Tylko dzięki pańskiemu przerażeniu i tchórzostwu dałem się wziąć na ten nędzny kawał. — Przeze mnie? A to doskonałe. Przez kilka minut kłócili się ze sobą. Tymczasem tajemniczy nieznajomy nie tracił czasu. Zarzucił na siebie szeroki płaszcz, włożył na głowę szary cylinder adwokata Smitha, nastawił wysoko kołnierz i tak przebrany wrócił do kancelarii. — Panie Brown — rzekł do jednego z urzędników, naśladując do złudzenia głos Smitha.
— Proszę natychmiast otworzyć kasę. Urzędnik przyniósł klucze i otworzył ją. Raffles ujrzał przed sobą 10 000 funtów poukładanych w paczki. Zawahał się przez chwilę. — O ile się nie mylę, jutro przypada pierwszy. Ile potrzeba panu na wypłatę pensji? — 150 funtów, panie mecenasie. — Zgadza się. Ponieważ w ciągu ostatnich czasów spełnialiście wszyscy bez zarzutu swoje obowiązki, wypłacam wam tytułem gratyfikacji sześciomiesięczną pensję. Czy jesteście zadowoleni?
Urzędnik spojrzał na niego takim wzrokiem, jak gdyby chciał sprawdzić, czy szef jego nie zwariował. Raffles położył na stole banknot 1000-funtowy, włożył do kieszeni resztę i wyszedł, odprowadzony wdzięcznymi spojrzeniami urzędników. Gdy następnie adwokat Smith wszedł do biura w towarzystwie Baxtera oraz policjantów, nie zastał w nim nikogo. Wszyscy urzędnicy opuścili je gremialnie w obawie, że patron odbierze im pieniądze, gdy tylko przyjdzie do przytomności. Inspektor Baxter osłupiał na widok otwartej kasy. — Można oszaleć! — zawołał. — Ten Raffles wpędzi mnie do grobu. — Nie mam nic przeciwko temu — odparł Smith ironicznie. — Po przysłudze, którą mi pan dzisiaj oddał, chętnie bym się znalazł na pańskim pogrzebie.
Zbrodniczy związek. Lord Lister siedział rozparty wygodnie w fotelu w swym mieszkaniu na Victoria Street. Czy dowiedziałeś się, jakiego rodzaju klubem jest Bractwo Jedwabnej Księgi? — zapytał Raffles, zwracając się do swego sekretarza. — Początki tego bractwa sięgają XVIII wieku — odparł Charlie Brand. — Zbierałem informacje w sposób dyskretny w najwytworniejszych kołach Londynu. Cieszę się, że będę mógł udzielić ci pewnych danych. Stanowią oni tajne stowarzyszenie. O istnieniu ich policja wie i na sprawki jej członków patrzy przez palce, ponieważ należą do niej członkowie wybitnych rodów. Lord Lister skinął głową.
— Wiem, że policja nie lubi interweniować w takich sprawach — rzekł. — Gdzie jest ich główna kwatera? St James Street numer 39. Jeśli tak, to członkowie tego klubu mieli już raz okazję zapoznać się z uderzeniami moich pięści. Kiedy? Jeszcze w czasie, kiedy jako policjant White odbywałem mą sześciomiesięczną praktykę w Scotland Yardzie. Nie dziwię się wcale, że nasz czcigodny sir Woorman należy do bractwa. Adwokat Smith jest również jednym z jego członków. Dowodem tego jest długa, plisowana szata, którą w jego mieszkaniu znalazłem. Dzięki niej będę miał możność poznać bliżej organizację tego bractwa.
Lord Lister rozłożył przed Charleyem długą, powłóczystą szatę ciemnoczerwonego koloru ze szpiczastym kapturem. „Skąd wiesz, że sir Woorman należy do bractwa?” — zapytał sekretarz. Opowiadałem ci już o tym, jak natknąłem się na St James Street na kilku łotrów napastujących młodą dziewczynę. Nie mogłem zauważyć ich twarzy z powodu ciemności, ale Woormana poznałem po głosie. O ile się nie mylę, wspomniałeś mi, żeś znalazł błękitną wstążkę z napisem w mieszkaniu pani Val. Lord Lister uśmiechnął się. Wiem, co chcesz przez to powiedzieć. Dotąd nie wiadomo, gdzie podział się cały majątek tej pani. Wszyscy zgodnie utrzymują, że była niesłychanie bogata i że utrzymywała bliższe stosunki z Woormanem. Charlie Brand podniósł głowę.
„Czy sądzisz, że i on również był zabójcą pani Forrester?” „To całkiem pewne, Charlie” — rzekł Lister. Twierdzę to na tej zasadzie, że w aktach Smitha znalazłem cały szereg listów od niej żądającej, aby zajął się losem Harry'ego. Harry Forrester jest więc synem sir Woormana. Słyszałem również, że 18 lat temu mąż pani Forrester zmarł nagle w dziwnych okolicznościach. Być może sprawa ta nie była pani Forrester całkiem obca. W obawie przed wydaniem ponurego dekretu, sir Woorman popełnił zbrodnię, inscenizując ją w ten sposób, że podejrzenia skierowane zostały przeciwko jej synowi. Jakaż była rola Smitha? Wiedział o wszystkim i milczał. Zresztą jego pomoc prawną sir Woorman okupywał złotem skradzionym biednej pani de Val. Złocony zegar wybił godzinę 10:00.
Lord Lister zapalił papierosa, otulił się czerwoną szatą i zarzuciwszy na ramiona szeroki płaszcz rzekł: „Czas na mnie. Przyrzekłem inspektorowi Baxterowi dostarczyć w ciągu 24 godzin zabójcę pani Forrester. Wiesz, co masz czynić. Bądź punktualny. Wiesz, ile od tego zależy.” Lord Lister zbiegł szybko ze schodów, wsiadł do auta i pojechał w kierunku St James Street. Klub Jedwabnej Wstęgi znajdował się na trzecim piętrze nieruchomości, w której mieściły się jeszcze dwa inne kluby. Jeden na drugim piętrze, a drugi na czwartym. Punktualnie o godzinie 11 rozpoczynały się zebrania. Każdy z członków miał na sobie długą, powłóczystą szatę, której kaptur osłaniał szczelnie twarz. W ten sposób nie znali się nawzajem.
Służba nosiła na sobie skóry z czarnych wilków. „Bracia” — rozpoczął powitalną orację jeden z członków. „Wzywam was do złożenia przysięgi na wierność bractwu.” Podniósł szpadę. Wszyscy obecni uczynili to samo. Wszyscy Bracia Jedwabnej Wstęgi składają tę przysięgę na wierność i posłuszeństwo prawom naszego klubu. Kto zdradzi naszą tajemnicę, zginie w ogniu lub w wodzie. Mówca, najwidoczniej prezes stowarzyszenia, zasiadł na podwyższeniu. „Wprowadzić oskarżoną” — rozkazał. W otwartych drzwiach ukazała się postać pięknej dziewczyny wleczonej przemocą przez dwóch zamaskowanych służących. Jej jasne włosy rozsypały się na plecach.
Przewodniczący wskazał jej miejsce na ławce. „Nazywa się pani Ellen Crofton?” — padło pytanie. Powiodła dokoła nieprzytomnym wzrokiem. Na dźwięk swego nazwiska padła na kolana, błagając o litość. „Na miłość boską!” — błagała. „Zaprzestańcie tej okrutnej zabawy. Zwróćcie mi wolność.” „Sprawiedliwości musi stać się zadość. Usłuchajmy praw Bractwa Jedwabnej Wstęgi.” W tej samej chwili uchyliły się zasłony wiszące w przejściu i w sali pojawił się jeszcze jeden członek bractwa. Na ramieniu jego lśniła błękitna jedwabna wstęga. Milczenie panowało wśród zgromadzonych.
Było tylko 12 miejsc. Nowo przybyły był trzynasty. Od czasu powstania klubu nie zdarzył się podobny przypadek. Któż to był? Zdrajca? A może jeden z dawnych członków klubu? Przewodniczący odpowiedział ukłonem na powitalny ukłon przybysza, który spokojnie stanął pod ścianą ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. „Czy wie pani, jakie oskarżenie na pani ciąży?” — zapytał przewodniczący, spoglądając na lady Crofton. „Członkowie klubu oskarżają panią o uchybienie dobrym obyczajom przez utrzymywanie bliższych stosunków z człowiekiem o złej sławie.” „Nic nie rozumiem” — odparła zduszonym głosem. „O kim pan mówi?” „O sir Woormanie” — odparł przewodniczący, którego oczy błyszczały ironicznie i złośliwie.
„O sir Woormanie?” — zawołała Ellen Crofton z oburzeniem. „Nienawidzę go! To on nie przestaje mnie prześladować.” „To tylko słowa” — rzekł pogardliwie przewodniczący. „Bractwo Jedwabnej Wstęgi skazuje panią na karę chłosty.” Iskierki triumfu zapaliły się w oczach przewodniczącego. Młoda dziewczyna wyprostowała się dumnie. „Chciałabym zobaczyć tego spośród panów” — zawołała z ogniem — „kto by się ośmielił podnieść na mnie rękę.” Maski obecnych pozostały niewzruszone. Służba chwyciła Ellen brutalnie za ręce. Puszyste dywany i ciężkie zasłony tłumiły krzyki wyrywającej się kobiety. Nagle jeden z członków bractwa zbliżył się do dziewczyny. Silnym ruchem ręki odrzucił obydwóch zamaskowanych służących.
„Spokojnie, bracia moi” — zabrzmiał głos przewodniczącego. Jeden z braci postanowił interweniować na rzecz oskarżonej. „Niech powie głośno, co ma na obronę tej kobiety.” Zapanowało milczenie. „Ta młoda dziewczyna” — odezwał się dźwięczny głos nowo przybyłego — „jest niewinna. Wara łotrom takim jak wy podnieść na nią rękę. Nie uznaję prerogatyw przewodniczącego. Zapomniał o obowiązku noszenia błękitnej wstęgi będącej jedyną oznaką jego władzy.” Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę przewodniczącego. Jedynie on nie miał na swym ramieniu błękitnej wstęgi. Czyżby on był zdrajcą? Znów zapanowało ciężkie milczenie.
„Oto wstęga, którą zgubiłeś, panie przewodniczący” — odezwał się trzynasty członek bractwa. Ku ogólnemu zdumieniu wręczył przewodniczącemu błękitną wstęgę. W tej samej chwili zbliżył się do niego jeden z braci siedzących dotychczas bez słowa i wlepiwszy w niego uporczywe spojrzenie rzekł: „Zostaw tę młodą dziewczynę, którą dla nas przeznaczono i podaj nam swe nazwisko.” Nowo przybyły wzruszył tylko ramionami. Ten, który wezwał go do podania nazwiska, uczynił ręką ruch taki, jak gdyby chciał zerwać z głowy jego kaptur. Nowo przybyły potrząsnął nim tak silnie, że przerażenie ogarnęło obecnych. „To Raffles!” — padł nagle okrzyk. „A pan jest inspektor Baxter. Well, jesteś moim więźniem, Raffles.” „Zachowuj się ciszej. Wątpię, czy ci ktoś przyjdzie z pomocą, Baxter.” „Inspektor policji wśród członków Bractwa Jedwabnej Wstęgi. Mam wrażenie, że żart ten będzie cię drogo kosztował.” Inspektor Baxter zrozumiał wreszcie grożące mu niebezpieczeństwo.
Adwokat Smith spostrzegł brak swej czerwonej szaty. Opowiedział o wszystkim Baxterowi i wyjaśnił mu, że Raffles z pewnością przybędzie na posiedzenie bractwa. Baxter uznał tę wiadomość za dającą mu sposobność schwytania Rafflesa. Nie liczył się ze skutkami, które może wywołać jego pojawienie się na tajnym zebraniu. Inspektor cofnął się. Widział wyraźnie, że Bracia Jedwabnej Wstęgi wolą raczej pozwolić wymknąć się Rafflesowi, niż tolerować na swoim zebraniu obecność szefa policji. „Oświadczam, że fałszywi członkowie klubu nie powinni wyjść stąd żywcem” — zabrzmiał okrzyk. Ellen Crofton krzyknęła przeraźliwie. Dookoła Rafflesa błysnęły sztylety i szpady, ale król włamywaczy wyciągnął błyskawicznym ruchem rewolwer i wycelował go w stronę napastników. „Cofnąć się!” — krzyknął grzmiącym głosem.
Nagle tuż obok niego zjawiła się druga zamaskowana postać. Postać ta również wyciągnęła rewolwer, kierując go w stronę pozostałych członków klubu. „Cofnąć się!” — zawołała tajemnicza postać. „Ten człowiek znajduje się pod moją opieką.” Był to inspektor Baxter, obawiający się, że zdobycz może mu się wymknąć z rąk. Lord Lister uśmiechnął się. „Jak to ładnie, inspektorze” — rzekł — „że nagle stał się pan moim przyjacielem. Nie dłużej niż na pięć minut, Raffles. Po tym czasie będziesz moim więźniem.” Tymczasem członkowie klubu zaopatrzyli się w długie szable wiszące na ścianach. Baxter ocierał pot z czoła. Bał się strzelić w tłum, nie chcąc alarmować dwóch istniejących w tym samym domu klubów.
„Zbliżcie się, tchórze” — zawołał Lord Lister. „Pokażę wam, jak się walczy.” Chwycił szpadę i począł torować sobie drogę poprzez żywy mur. Szpada jego wykonywała błyskawiczne ruchy. Spadała niespodziewanie jak piorun na przeciwników. Nagle za plecami przerażonej służby ukazała się wysoka postać policjanta. „W imieniu prawa!” Słowa te wywołały piorunujący efekt. W jednej chwili członkowie klubu rozsypali się po lokalu i zniknęli w jego tajnych zakamarkach. Tajemniczy nieznajomy chwycił Miss Crofton, o którą nikt się nie troszczył i jak tygrys skoczył ku drzwiom. Znalazł się w małym pokoju. Pod ścianą stała wysoka żelazna kasa.
Na prawo wisiał olbrzymich rozmiarów obraz wyobrażający Ledę z łabędziem. „Przysiągłbym, że ci zbrodniarze ukrywają tutaj swoje tajne statuty” — rzekł do siebie. Za pomocą wytrycha bez trudu otworzył zamek szafy. Drzwi otwarły się i Raffles spiesznie wsunął do kieszeni papiery znajdujące się w jej wnętrzu. W tej samej chwili poczuł, że ktoś stoi za jego plecami. „Nareszcie!” — wykrzyknął Baxter, odsłaniając kaptur. — „Aresztuję cię, Raffles.” „Inspektorze” — odparł Raffles z uśmiechem na ustach. — „Przyrzekłem przecież panu, że w ciągu 24 godzin wskażę mordercę pani Forrester. Musi mi pan pozwolić dotrzymać obietnicy.” Tajemniczy nieznajomy chwycił nagle brzeg powłóczystej szaty Baxtera i wepchnąwszy ją między drzwi szafy zamknął zamek automatyczny. „Bezczelność!” — zawołał Baxter.
Na próżno starał się pogonić za Rafflesem. Poślizgnął się i upadł na twarz. Tymczasem tajemniczy nieznajomy zniknął. Wprawne jego oczy odkryły od razu, że za olbrzymim obrazem mieści się niewątpliwie tajne przejście. Nacisnął na guzik, obraz odskoczył w bok i Raffles zniknął w głębi ściany. Gdy inspektor Baxter zdołał się wreszcie wyzwolić z potrzasku, rzucił się w pogoń za Rafflesem. Daremnie. Na korytarzu natknął się na jednego z policjantów. „Do licha!” — zawołał. — „Pomóżcie mi odnaleźć Rafflesa.
Uciekł na ulicę. Członkowie bractwa są na jego tropie.” Tymczasem Raffles przedostał się do jakiejś ciemnej, sklepionej sali. Nie miała ona żadnego wyjścia. Była to specjalna kryjówka używana przez członków bractwa w razie niebezpieczeństwa. Zapalił elektryczną latarkę. W świetle jej ujrzał postać przewodniczącego, który zdjął kaptur. Raffles poznał twarz sir Woormana. „Nędzny bandyto!” — ryknął przewodniczący na widok swego śmiertelnego wroga. Lord uśmiechnął się. „Jeden z nas musi umrzeć.” — szepnął Woorman.
„Któż to powiedział? Na świecie jest dosyć miejsca dla nas obydwóch.” Woorman westchnął. „Nie stój więc na mojej drodze, Raffles.” „Nie mam zamiaru przeszkadzać ci w życiu.” — odparł Raffles. — „Pragnę tylko oddać cię w ręce sprawiedliwości.” „A więc umieraj!” — ryknął Woorman, rzucając się na Rafflesa ze sztyletem w ręce. W ciasnej salce rozegrała się walka na śmierć i życie. Latarka Rafflesa zgasła. W pewnej chwili udało się tajemniczemu nieznajomemu wyswobodzić się z uścisku przeciwnika. Zręcznym chwytem przerzucił sir Woormana przez głowę, który upadł na ziemię, dysząc ciężko. „Dam ci pieniędzy tyle, ile tylko zechcesz.” — jęknął Woorman. — „Zostaw mnie tylko w spokoju.” Raffles uśmiechnął się.
„Pieniądze sam biorę, ilekroć mi ich potrzeba.” — odparł. Związał leżącego na ziemi Irlandczyka i opuścił salkę sekretnym wyjściem. W pokoju zebrań nie było nikogo. Raffles powrócił raz jeszcze do opuszczonej sali. Zarzucił sobie na plecy sir Woormana jak pusty worek i ułożył go w samym środku pokoju zebrań. Wyciągnął z kieszeni wizytówkę i ołówkiem nakreślił na niej następujące słowa: „Drogi Baxterze, zgodnie z obietnicą przekazuję panu mordercę pani Forrester, madame Duval oraz jej pokojówki. John C. Raffles.” Zdjął z siebie czerwoną szatę i w wieczorowym ubraniu począł schodzić spokojnie ze schodów. Na dole spotkał policjanta, którego ukazanie się wywołało popłoch wśród członków bractwa. Na twarzy policjanta pojawił się wyraz szczerej radości.
„Nie możesz teraz zejść.” — rzekł. — „Wszyscy stoją na dole i czyhają tylko na ciebie.” „Czy dobrze odegrałem swoją rolę?” „Doskonale, Charlie. Wszystko odbyło się tak, jak przewidziałem. A teraz zejdź na dół. Przyłączysz się do inspektora Baxtera, udając, że pomagasz mu w obławie. Gdy tylko ukaże się na dole, odwrócisz jego uwagę ode mnie jakąś głupią anegdotą lub żartem.” „Inni cię mogą poznać.” — odparł sekretarz. — „Zwłaszcza jeżeli wyjdziesz stąd teraz.” „Któż ci to powiedział? Nie ruszę się stąd przed świtem. Wyjdę w towarzystwie członków klubu znajdującego się na drugim piętrze. Nikomu nie przyjdzie na myśl, że w towarzystwie przezacnych lordów i parów Anglii znajduje się poszukiwany przez policję Raffles.” Spokojnie zszedł z półpiętra i udał się do lokalu Jockey Clubu.
Nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, Charlie Brand pobiegł w stronę Baxtera. „Nie widzieliście go przypadkiem?” — zapytał Baxter, czerwony ze zdenerwowania. „Nie, inspektorze. Znikł bez śladu.” „Wpadłem na genialną myśl.” — zawołał Baxter. — „A może Raffles schronił się w którymś z klubów? Natychmiast biegnę do Jockey Clubu.” Inspektor pędem wbiegł na drugie piętro. Charlie Brand smutnie zwiesił głowę. „Do diabła. Sprawa przybiera niedobry obrót.” Królewskie klejnoty. Lord Westminster — zaanonsował lokaj mocnym głosem.
Ukłonił się nisko przed Johnem Rafflesem, udekorowanym Orderem Podwiązki. W salonach Jockey Clubu było rojno i gwarno. Członkowie tego klubu rekrutowali się przeważnie spośród najwyższej arystokracji i obecność lorda Westminstera nie stanowiła w tym gronie zjawiska niezwykłego. Lord Lister wiedział dokładnie, dlaczego przybrał to właśnie nazwisko. Prawdziwy lord Westminster był do niego trochę podobny i był od dwóch lat w podróży. Mimo to sytuacja jego nie należała do łatwych. Gdyby spotkał kogoś z przyjaciół prawdziwego lorda, byłby zgubiony. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, usiadł spokojnie do gry. „Mówię panu, markizie” — zawołał książę Westbury — „że nie sposób nawet rzucić okiem na koronacyjne klejnoty królewskie. Przedstawiają one wartość nie wiem ilu milionów.” Sądzę jednak — odparł markiz — że przy pewnej dozie sprytu i pomysłowości można by się było tam dostać.
Nawet Raffles nie dokonałby tego — rzucił lord Rapsbourne. Raffles? Któż to taki? — zapytał lord Westminster, mieszając się do rozmowy. — Przybywam właśnie z dalekiej podróży i po raz pierwszy słyszę to nazwisko. Członkowie klubu zaśmiali się wesoło. Nie wie pan, kim jest Raffles? Widać, że nie był pan dawno w Londynie. Wystarczy powiedzieć, że nawet Raffles nie mógłby przedostać się do miejsca, gdzie kryją się te klejnoty. Lord Westminster spojrzał na zegarek.
Dobiega północ. Zapewniam panów, że dokonam kradzieży klejnotów królewskich w ciągu 24 godzin. Zapanowało zdumienie. Dziecinne żarty, lordzie — odezwał się książę Westbury. Stawiam 50 000 funtów — odparł lord Westminster. — Kto trzyma zakład? Po chwili zgłosiło się 10 lordów, którzy wspólnie postanowili trzymać zakład przeciwko lordowi Westminster. Zgoda — odparł lord Westminster. — Oświadczam, że w ciągu 24 godzin przyniosę tutaj klejnoty królewskie. Widocznie zapomniał pan najzupełniej o moim istnieniu, lordzie — rzekł jakiś dżentelmen, który siedział przy stole karcianym.
Tajemniczy nieznajomy ujrzał przed sobą zaczerwienioną ze złości twarz Baxtera. Stawiam milion, że nie będzie pan mógł urzeczywistnić swego zakładu — rzekł nowo przybyły. Członkowie klubu spojrzeli nań ze zdumieniem. Inspektor Baxter popełnił niesłychaną nieostrożność, wymieniając lekkomyślnie tak zawrotną sumę. W obecnych wystąpienie Baxtera wywołało niesmak i wzbudziło podejrzenie. Żaden z członków klubu nie wierzył, że nieznany im gość może tak łatwo szastać milionami. Raffles, który na widok Baxtera zrozumiał, że jego sytuacja wisi na włosku, rzekł niedbałym tonem: oczekiwałem tego po panu. Pan jesteś Rafflesem. Słowa te wypowiedział prawdziwy Raffles z zadziwiającym spokojem. Baxter oniemiał ze zdumienia.
Nie dając obecnym ochłonąć, Raffles podjął znowu: najlepiej wezwać tu natychmiast jakiegoś agenta policji. Z całą stanowczością rozpoznaję w tym człowieku Rafflesa. To karygodna zniewaga! — krzyczał Baxter. — W imieniu prawa aresztuję pana! Lord Westminster odsunął go gwałtownym ruchem ręki. W tej samej chwili na sali pojawił się agent policji. Związać go! — zawył Baxter, wskazując na lorda Westminstera. — To Raffles!
Policjant spojrzał kolejno na wyrywającego się Baxtera i na lorda. Wręczcie wskazując na nieszczęsnego inspektora policji, rzekł: jasne, że to ten jest Raffles. Inspektor omal nie upadł rażony apopleksją. Raffles natychmiast z uprzejmym ukłonem zwrócił się w stronę obecnych. Muszę panów pożegnać, bowiem ostatni incydent nadszarpnął mi nerwy. Trzęsę się z oburzenia na myśl o tym, że pierwszy lepszy rabuś ośmiela się zjawić w czasie zebrania klubowego. Proszę nie zapominać o naszym zakładzie. Gdy tylko pomyłka została wyjaśniona, Baxter zgłosił się do ministra skarbu, który sprawował pieczę nad klejnotami królewskimi. Po dłuższej rozmowie Baxter ukrył się w prywatnym gabinecie lorda przylegającym do skarbca. Z rewolwerem w ręce postanowił czekać tu na przybycie Rafflesa.
Aż do godziny 12:00 w południe nie wydarzyło się nic szczególnego. Popołudnie minęło również spokojnie. Zapadła pogodna, jesienna noc. Inspektor stał ukryty za ciężkimi portierami. Za oknami rozciągał się wspaniały ogród. Z dołu do uszu jego dochodził monotonny szum fontanny. Gabinet urządzony był z przepychem. Na biurku stał telefon. Podłogę przykrywał puszysty zielony dywan. Z boku znajdował się malutki guziczek.
Wystarczyło nacisnąć ten guzik, aby klapa ukryta w podłodze otworzyła się, umożliwiając dostęp do królewskich skarbów. Raffles obrał drogę jak najprostszą. O godzinie 11:00 w nocy u ministra skarbu zameldował się minister spraw wewnętrznych. Lokaj otworzył drzwi. Zjawił się w nich dżentelmen ubrany w nieskazitelny frak i cylinder. Ukłonił się i zaczekawszy, aż lokaj zniknie za drzwiami, rzekł: jestem Raffles. Biedny lord zapomniał w osłupieniu wezwać służbę. Chwycił tylko leżący przed nim rewolwer i wycelował w stronę Rafflesa. Tajemniczy nieznajomy uśmiechnął się i spokojnie usiadł na krześle. Zostawmy tę broń, ekscelencjo — rzekł.
— Przywykłem pracować bez broni i jeśli kiedykolwiek posługuję się rewolwerem, jest on nienabity. Minister usiadł za biurkiem. Czym mogę panu służyć? — zapytał machinalnie, zahipnotyzowany jakby spojrzeniem tajemniczego nieznajomego. Chciałem porozmawiać z waszą ekscelencją na temat klejnotów królewskich — odparł z tupetem Raffles. — Czy mogę pana poczęstować papierosem? Mówiąc to, Raffles wyciągnął swą złotą papierośnicę i poczęstował ministra. Lord wziął jednego papierosa, nie spuszczając przerażonego spojrzenia z szarej portiery. Czyżby portiera ta kryła miejsce, w którym znajduje się skarb? — zapytał Raffles.
Na myśl o tym, że Raffles przeniknął jego tajemnicę, minister zadrżał. Myli się pan — rzekł z zakłopotaniem. Chciałbym jednak wiedzieć, czego pan sobie życzy. Lord Lister uśmiechnął się. Pozwoli pan, że najpierw zapalę, ekscelencjo — odparł Raffles, sięgając po zapałki. Minister był do tego stopnia zmieszany i zaskoczony tą dziwną sytuacją, że aby dodać sobie animuszu, zapalił. Dzięki Bogu — rzekł w myśli, spoglądając na zegarek. Inspektor policji musi tu zjawić się lada chwila. Były to ostatnie myśli pana ministra. Ogarnęło go zmęczenie.
Papieros wypadł z jego ust. Zasnął. Raffles podniósł papierosa i wrzucił go do popielniczki. Spełnił swoje zadanie — szepnął. Malutka ilość morfiny w połączeniu z tytoniem stanowi doskonały środek usypiający. Otworzył biurko, wyjął z szuflady klucz od skarbca i skierował się w stronę szarej zasłony. Naciskając na ukrytą sprężynę, otworzył drzwi i znikł w głębi ciemnego korytarza prowadzącego do skarbca. Szedł dobrych pięć minut długim, wąskim korytarzem. Nagle znalazł się w czworokątnej komnacie, w środku której stał okuty metalem kufer zawierający klejnoty królewskie. Tuż obok kufra znajdował się jakiś czerwony guziczek.
Raffles domyślił się od razu, jakie było jego przeznaczenie. Minister skarbu niechętnie widać schodził do podziemia, aby wydobyć ze skarbca klejnoty. Pomiędzy tą komnatą a gabinetem ministra musiała istnieć jakaś kombinacja. Naciskając na guzik można było przesunąć kufer automatycznie aż do gabinetu ministra. Raffles powziął szybką decyzję. Nacisnął nogą guzik. W tej samej chwili otworzyła się klapa znajdująca się w suficie komnaty. Jednocześnie z podłogi podniosła się do góry ruchoma część, unosząc w kierunku sufitu kufer ze skarbem. Raffles zawahał się przez chwilę, po czym szybkim ruchem wskoczył na kufer. W ten sposób przedostał się błyskawicznie do gabinetu ministra, gdzie oczekiwał go już inspektor policji.
Gdy kufer znalazł się w gabinecie, klapa w podłodze zamknęła się automatycznie. Tajemniczy nieznajomy umieścił go w kącie pokoju i przystąpił do jego otworzenia. Udało mu się bez trudu. Przez chwilę stał bez ruchu, patrząc z niemym podziwem na bezcenne klejnoty. Na czarnej wstędze jaśniał wszystkimi kolorami tęczy brylantowy krzyż. Raffles z uśmiechem przypiął go do swej piersi. Tuż obok tego orderu leżały inne, mniejsze. Raffles zawiesił na szyi serbski Order Świętego Sawy, rosyjski Order Świętej Anny, brytyjski Order Świętego Michała i Świętego Jerzego, wreszcie skromny, a wykwintny krzyż francuskiej Legii Honorowej. Z zagadkowym uśmiechem Raffles zamknął wieko kufra. W tej samej chwili oślepiające światło zalało salę.
Jakaś ciemna sylwetka we fraku i białych rękawiczkach stanęła przed Rafflesem. Był to Baxter. Inspektor policji obrzucił tajemniczego nieznajomego pełnym nienawiści spojrzeniem. Nareszcie — rzekł inspektor policji. Komedia skończona. Jesteś moim więźniem, Raffles. Ani kroku dalej. Jeden ruch, a dostaniesz kulą w łeb. Raffles zaśmiał się. Po cóż taka butna mina?
— rzekł. — Wie pan przecież, że nigdy nie osiągnie pan swego celu. Do licha — dodał, spoglądając na zegarek. — Jeśli mam wygrać zakład, muszę być o godzinie wpół do pierwszej w nocy w Jockey Clubie. Nie wygrasz zakładu — odparł inspektor triumfująco. Oświadczam, że wygram. Nigdy! W tej chwili Raffles skoczył jak błyskawica w kierunku biurka. Baxter podniósł rewolwer. Cofnij się, bo strzelam!
Nie cofam się nigdy, inspektorze — zawołał tajemniczy nieznajomy, naciskając na guzik znajdujący się na zielonym dywanie. Klapa w podłodze otwarła się bezszelestnie. Inspektor, który nie wiedział o jej istnieniu, znajdował się akurat w tym miejscu. Z szybkością strzały zapadł się w czarną otchłań. Szczęśliwej podróży, Baxterku! — zaśmiał się John Raffles. Zamknął klapę i usiadł za biurkiem. Do jego ekscelencji, pana ministra skarbu — zaczął pisać. — Obawiając się, aby pobyt pańskiego przyjaciela Baxtera w podziemu skarbca nie przedłużył się ponad miarę, mam zaszczyt prosić pana, panie ministrze, abyś zechciał osobiście wyzwolić inspektora z więzienia. Proszę więc otworzyć przejście do skarbca i zwrócić Baxterowi wolność.
Z prawdziwym szacunkiem, John C. Raffles. Włożył cylinder na głowę i minąwszy park wyszedł na ulicę. Wygrany zakład. Lord Lister skinął na przejeżdżającą taksówkę. Do Jockey Clubu na St James Street — rzucił szoferowi adres. Członkowie klubu, którzy przyjęli wyzwanie lorda Listera, czekali cierpliwie na sali. Na jego widok wśród zgromadzonych dał się słyszeć pełen zdenerwowania pomruk. Raffles. Raffles.
Król włamywaczy ukłonił się z uśmiechem księciu Westbury. Lord Rabsbourne poprawił monokl. Do pioruna! To pan? Czyżby...? Ależ nie, to niemożliwe. Lord Lister zaśmiał się wesoło. Zechcą się panowie przekonać, że wygrałem zakład — rzekł. Zapanowała grobowa cisza. Na piersi Rafflesa błyszczały wszystkie odznaczenia króla Anglii.
„Gdybym nie był człowiekiem nowoczesnym, byłbym skłonny dopatrywać się w tym czarodziejstwa” — rzekł książę Westbury. „Przegraliśmy zakład” — dodał lord Rathsport. Nikt nie oponował. Członkowie Jockey Clubu byli przede wszystkim dżentelmenami. Jakkolwiek wiedzieli, że mają przed sobą Rafflesa, człowieka poszukiwanego przez policję, uznali się za zwyciężonych. Wyciągnęli portfele i bez słowa zapłacili przegraną sumę. „Dziękuję panom” — rzekł Raffles. „Teraz zechcą panowie dyskretnie zwrócić te przedmioty kanclerzowi.” Mówiąc to, lord Lister złożył wszystkie ordery w ręce księcia Westbury i opuścił klub. Wskoczył do taksówki i udał się do domu. Pułkownik Crofton zajmował razem ze swą rodziną małe czteropokojowe mieszkanie.
Był to człowiek jeszcze dość krzepki, mimo swej pięćdziesiątki. Chodząc, opierał się na lasce. W chwili, gdy lord Lister dzwonił do drzwi, do uszu jego doszły następujące słowa: „Oświadczam panu, panie pułkowniku, że sir Woorman nie udzieli panu dłużej kredytu. Choć sam przebywa w więzieniu, upoważnił mnie do złożenia tego oświadczenia. Pozostawiam panu jeden dzień czasu.” „Nie będę mógł do jutra zapłacić mych zobowiązań” — odparł poważny głos. „Sir Woorman wprowadził mnie w błąd swymi obietnicami.” „Istnieje jeszcze jedno wyjście” — podjął znów ten sam nieprzyjemny głos. — „Sir Woorman poszedłby panu na rękę, gdyby zgodził się pan na oddanie pewnej przysługi. Idzie mi o miss Ellen, pańską córkę. Będzie ona jutro przesłuchiwana w charakterze świadka w sprawie sir Woormana. Gdyby zgodziła się przemilczeć prawdę, sprawa sir Woormana byłaby znacznie lepsza.” W tej samej chwili dał się słyszeć dźwięk dzwonka.
Ellen otworzyła drzwi. Na widok Rafflesa krzyknęła radośnie: „Ojcze, to on! To ten sam nieznajomy, który dwukrotnie uratował moje życie i mój honor.” Raffles serdecznie uścisnął rękę pułkownika. W korytarzu stał jakiś człowiek z twarzą buldoga. „Co pan tu robi?” — zapytał go ostro Raffles. „Nazywam się Fred Campbell i jestem pełnomocnikiem sir Woormana.” „Piękne zajęcie” — rzekł lord Lister z ironią. — „Człowiek, który zgadza się zostać pełnomocnikiem zbrodniarza i bandyty, nie jest więcej wart od niego.” „Pan oszalał!” — zawołał Campbell. — „Czy chce pan koniecznie, abym panu rozbił nos?” W tej samej chwili Raffles uderzył fanfrona z taką siłą w podbródek, że zwalił się bez przytomności na ziemię. „Będziesz miał na przyszłość nauczkę, aby nie szantażować ludzi i nie nakłaniać ich do fałszywych zeznań” — rzekł Raffles. — „Miss Crofton wyzna całą prawdę.
Opowie sądowi, że w czasie przechadzki napadnięta została przez młodych rozpustników należących do klubu Jedwabnej Wstęgi i zawleczona aż na Saint James Street.” „Jutro pułkownik Crofton zostanie nędzarzem” — syknął Campbell przez zęby. „Ile wynosi dług pułkownika?” — zapytał Raffles ostro. „200 funtów z ostatniego rachunku, a 475 z poprzedniego.” „Masz 675 funtów i uciekaj!” — zawołał Raffles. Campbell nie dał sobie tego powtarzać dwa razy. „Jakże panu podziękujemy?” — zapytał ojciec z córką. — „Nie znamy nawet nazwiska naszego dobroczyńcy.” „Niech mnie pani nie pyta, kim jestem, miss. Jestem narzędziem i igraszką losu.” Koniec.
[01:47:25] - Mam nadzieję, że się państwu podobało. Cóż, to tak z marszu i dokładnie zaczynamy w tej chwili „Filmotekarium”. Dzisiaj „Filmotekarium Klasyka” — tak to sobie nazwałem — a w nim, na państwa prośbę zresztą, która się objawiła w kilku wpisach, zajmiemy się filmem, który w swoim czasie narobił sporo szumu wśród miłośników science fiction. Ten film to „Dystrykt dziewięć” albo „Dystrykt dziewiąty”. Piotr Cielebiaś już czeka, zatem zaczynamy. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem witamy w świątecznym wydaniu „Filmotekarium”. Czołem Piotrze.
[01:48:15] - Tak, witamy, witamy. Czołem Marku. Dzisiaj kilka słów refleksji nad klasykiem, tak naprawdę, chociaż względnie młodym. Dlaczego o tym filmie mówimy? Dlatego, że za kilka miesięcy będzie jego kontynuacja. Na rok 2025 przewidziana jest premiera filmu pod tytułem „Dystrykt dziesięć” albo „Dystrykt dziesiąty”. Ale my mówimy dzisiaj o Dystrykcie oczko niżej, czyli dziewiątym. To jest film, który ogólnie, tak mi się wydaje, jest dobrze zapamiętany. Zebrał też dość dobre recenzje.
[01:48:53] - Przeskoczyłem jego opinie na jego temat. Zapoznałem się z ratingiem tak zwanym. Jest wysoko, nawet bardzo wysoko. Przez wiele osób on jest dobrze odbierany, dobrze pamiętany. Myślę, że gdyby zapytać wielu naszych słuchaczy, czy na ich liście filmów o de facto inwazji obcych, bo o tym na oko "Dystrykt" jest, gdyby ich zapytać o ulubione filmy o inwazji, to zdaje mi się, że u większości on by był. Dzisiaj zadamy sobie takie pytania: czy ten film dobrze się zestarzał? Czy zawierał jakieś wyjątkowo trafne wnioski, czy coś przewidział? Czy w ogóle był to film sci-fi, czy może jakiś dramat społeczny, który używał środków obrazów w postaci kosmitów? Przypominam jeszcze raz, mówimy dzisiaj o tym filmie dlatego, że za kilka miesięcy krewety prawdopodobnie wrócą.
[01:49:51] - Kiedy ten film pojawił się w kinach, odniósł sukces i ja się wcale nie dziwię. Czas, w którym się pojawił, mówisz, że stosunkowo młody klasyk, ale jednak trochę lat minęło i wtedy kino wyglądało troszeczkę inaczej. Wydaje mi się, bo jestem starym zgredem, że wyglądało lepiej niż to współczesne, ale to jest tak ocenne, że możecie Państwo nie zgodzić się ze mną. Nawet byłbym ciekawy. Cóż jeszcze o "Dystrykcie dziewiątym"? Powiedziałeś, że to jest film o inwazji. Poniekąd tak, ale ja bardziej go postrzegałem od początku jako film o kryzysie humanitarnym. Państwo sobie mogą skojarzyć to sformułowanie z dowolnym miejscem naszego świata, bo takich kryzysów humanitarnych na całym świecie bywało, jest i pewno będzie całkiem sporo. I właściwie, kiedy zasugerowałeś, Piotrze, że kto wie, czy to jest film sci-fi, czy to jest po prostu film o społeczeństwie używający kostiumu sci-fi, to zatarłem rączki, bo to właśnie miała być moja teza. Całkowicie w tym kierunku bym poszedł.
Oczywiście ten film jest również do pewnego stopnia atrakcyjny wizualnie. I tu ugryzę się w język, bo on do końca atrakcyjny w sensie takim, że jest efektowny, to nie jest. On pokazuje biedę, pokazuje slumsy, do których zostali zapędzeni obcy przez ludzi z dalekiego południa Afryki. Bo nie było innego wyjścia. W tym miasteczku, w tych slumsach, to lepsze określenie, jest dosyć paskudnie. Jak ktoś kiedyś mądry powiedział: "Slumsy zawsze wyglądają tak samo i tak samo ohydnie śmierdzą". Film nie dostarczał nam jakichś węchowych atrybutów, ale możemy sobie to wyobrazić. Te slumsy wyglądają naprawdę paskudnie. A te krewety, o których powiedziałeś, czyli przybysze gdzieś z daleka, oni żyją w tych slumsach. Co więcej, wcale się nie zdziwiłem, kiedy zapowiedziałeś "Dystrykt dziesiąty", bo zapowiedź kolejnej części w filmie się znajduje.
Nawet się dziwiłem, że tak długo producenci, pomimo ewidentnego sukcesu, wytrzymali i nie produkowali drugiej części. To pozwala mieć nadzieję, że owa druga część będzie podobnym hitem. Może nie tylko hitem, ale również podobnie będzie mogła zadziwić publiczność jak część pierwsza. Jedno jest dla mnie ważne, bo mówiłeś, Piotrze, o tym, że przejrzałeś sporo recenzji i ja zrobiłem to samo. I owszem, dominują recenzje pozytywne, ale oczywiście znalazły się głosy i muszę je przytoczyć, które da się sprowadzić do tego, że ten film ma owszem, w sobie pewną tajemnicę. Ona jest ukryta, jest tam tylko zamarkowana, zaznaczona, ale jednak tam się stosunkowo mało dzieje. A akcja jest dosyć dynamiczna, ale ona jednak bardziej dotyczy ludzi. Obcy są tylko tłem. Główny bohater, który sobie po ekranie hasa i ma pewne problemy, jednak zajmuje się czym innym, a krewety są tylko dekoracją. Czy to jest słuszna ocena?
Wahałbym się, ale cytuję, ponieważ taki obowiązek ludzi, którzy o filmach rozmawiają.
[01:54:07] - Moim zdaniem to jest słuszna ocena i zaraz to rozwinę, bo jak mówiłem, że film został dobrze zapamiętany, to przez ogół, nie przeze mnie. Tutaj pewnie się narażę wielu osobom i fanom tego "Dystryktu". Ta historia jest znana, nie będziemy tutaj powtarzać, co się działo. Ważnym elementem jest to, że te istoty to są, tak jak mówił jasnowidz Jackowski, nomadzi z kosmosu. Świat się zastanawia, co z nimi zrobić. Budują im to getto w RPA. I tak się zaczyna egzystencja tych krewet na Ziemi. Warto dodać, że w ogóle ten film rozgrywa się w przeszłości. To też warto sobie uświadomić. Mnie to, powiem ci, umknęło.
Ja sobie musiałem odświeżyć dopiero "Dystrykt", bo ja go oglądałem tylko raz i zapamiętałem go tak naprawdę dobrze, ale to jakoś mi Jakoś mi uciekło, ale po drugim seansie coś mnie tutaj uderzyło. To nie jest film o obcych, o inwazji. To jest tylko fasada. Te istoty zwane krewetami, jak powiedziałeś, są tylko pretekstem do nakreślenia pewnych alegorii, pewnych krytycznych wniosków wobec kondycji społeczeństwa i to zarówno tamtego w RPA, bo przecież moglibyśmy tu rozwlec całą historię i odnieść ją do apartheidu na przykład, którego temat wraca, bo Janusz Waluś przyjeżdża do Polski. Ale myślę, że to nie jest coś, czym się powinniśmy zajmować w Filmotekarium w ogóle, dlatego, że często jest tak, i my to powtarzamy, że jak się film nie udaje, to się dorabia do niego gębę, dorabia się ideologię i wtedy reżyser mówi: "A nie, ja nie chciałem tego powiedzieć, bo to jest film o tym". Tutaj akurat wiadomo, o czym ten film jest. Po drugie on wcale nie jest nieudany, bo on jest zrealizowany w 100% poprawnie. Ja po prostu często narzekam na wiele fajnych ponoć rzeczy i muszę powiedzieć, że ja od samego początku, już siedząc w kinie, bo bardzo dobrze to pamiętam, nabrałem pewnego dystansu do "Dystryktu dziewięć" i nabrałem dystansu do reżysera, który się potem potwierdził w kolejnym filmie, który on zrealizował o takim robociku. Potem też było "Elysium". "Elysium", które było nieco bardziej udane, chociaż też bajkowe.
No i "Dystrykt dziewiąty" jest bajkowy. W sumie to nie wiem Marku, czy "Dystrykt dziewiąty", czy "Dystrykt dziewięć", jak oni to nazywają.
[01:56:38] - Nie mam co do tego jasności.
[01:56:41] - I kiedy ja sobie w skali, na mapie moich preferencji staram się umiejscowić ten film albo na mapie skojarzeń, to "Dystrykt" ląduje gdzieś między "Gwiezdnymi wojnami" a ogólnym fantasy. Taka bajka. Uznaję, że to jest film sci-fi gatunkowo, ale to jest raczej coś, co nam prezentuje bardzo moralizatorską historyjkę i że ten film ogólnie, ale to jest tylko moje odczucie, że on gdzieś dryfuje w kierunku kina dla młodzieży tak naprawdę, niż dla starszego widza. Może to jest jakaś zabawa konwencjami i tak dalej. Ja nie kupiłem "Dystryktu". Ja byłem od początku sceptyczny. Dlaczego? Po pierwsze wskutek choroby zawodowej. Ja lubię filmy o UFO. Lubię filmy o inwazjach niekoniecznie, ale UFO lubię, o obcych.
I kiedy "Dystrykt" się zaczął, kiedy zobaczyłem te sceny, że ten obiekt wisi nad tymi slumsami, znaczy nad tym miastem w RPA, które też przecież ładne nie jest, no to mówię: o kurde, ale będzie na co popatrzeć. Ale potem jest tylko gorzej, dlatego że ta historia, która jest tam przedstawiona jest dość specyficzna. Wy sami widzicie, że tym obiektem przylatują istoty przypominające insektoidy, które jednak są bardzo ludzkie. Są bardzo ludzkie, są w potrzebie i mają coś, czego ludzie chcą. Z kolei ludzie mają coś, czego te istoty chcą w postaci kociej karmy na przykład. I nie potrafiłem sobie wtedy odpowiedzieć, co jest zabiegiem humorystycznym, co jest jakąś próbą odwzorowania kontaktu z obcymi, a co jest taką alegorią, co jest odwołaniem do naszej smutnej ziemskiej rzeczywistości. Jest taki film nałożony na tą historię przez reżysera i on jest za bardzo widoczny. Powiem ci, że ja nie wyczekuję wcale z taką wielką ekscytacją "Dystryktu dziesięć", dlatego, że jeżeli to ma być powtórzona ta historia, to nie wiem, czego się spodziewać. Czy fantastyki, sensacji, czy znowu jakiegoś tam moralizowania i alegorii. To już trochę męczy.
Męczy szczególnie, kiedy się wplata science fiction i obietuje się, że się będzie działo coś, co ma z obcymi związek. Może to źle odbieram, ale jak mówię, częściowo przez to, że jest coś takiego we mnie, iż uważam, że historie przedstawione w kinie, kiedy wykorzystują temat obcych, to one nie powinny przesadzać. Mogą nawet nie dopokazać, ale żeby ten dreszczyk wzbudzić, powinny się postarać. A tutaj tego dreszczyku nie było od samego początku i chyba dlatego ten "Dystrykt" zapamiętałem w taki sposób. Ale druga sprawa, nadajemy ten materiał, kiedy nadajemy i to jest taki chyba idealny film na święta. Niezbyt obciążający, też niezbyt straszny, może lekko wprawiający w dobry nastrój, ale to nie jest takie sci-fi o kosmitach, jakiego ja szukam.
[01:59:58] - Ja się w tym momencie zabawię troszeczkę w jasnowidza. No i powiem w ten sposób: spodziewam się, że "Dystrykt dziesiąty" czy też "Dystrykt dziesięć" będzie inny. Dlaczego? Ponieważ w "Dystrykcie dziewiątym" jest zapowiedź, że coś się wydarzy. Ostatecznie jedna z tych krewet, taka całkiem inteligentna, razem ze swoim potomkiem winduje się do tego statku i statek sobie gdzieś tam ma odlecieć. Zatem jest duże prawdopodobieństwo, że kiedy spojrzymy na ekran i zobaczymy tam "Dystrykt dziesiąty", to obcy powrócą. Znaczy powróci statek obcych albo statki obcych i być może dostaniemy znowu moralizm. No i właśnie możemy dostać albo fajne kino sci-fi, albo kolejną moralizatorską historię, że jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, czyli jak doprowadziliście naszych rodaków do upodlenia, zrobiliście z nich wyrzutków, no to teraz my wam zrobimy chociażby kęsim kęsim. Czemu nie?
[02:01:11] - Czemu nie? To niemożliwe, żeby tak było. Ten film byłby zakazany w Europie, bo on by otwarcie nawoływał do buntu i popierałby nawet to, że w Paryżu czasami na przedmieściach to ogniska z samochodów robią.
[02:01:28] - No ale taka jest nasza rzeczywistość. A ponieważ "Dystrykt dziewiąty" odwoływał się również do naszej rzeczywistości, do traktowania najszerzej jak możemy, potraktujmy to słowo, uchodźców. W różnych częściach świata właściwie odbywa się to tak samo, kiedy jacyś ludzie muszą uciekać z miejsca, które dotychczas zamieszkiwali i trafiają do innych krajów traktowani są właściwie wszędzie bardzo podobnie. Najczęściej trafiają do jakichś obozów za drutami, są umieszczani, tam jest ich nowy dom i to zawsze wygląda nie dość, że podobnie, to nigdy nie wygląda optymistycznie. Więc w "Dystrykcie dziewiątym" mamy taką mało optymistyczną historię, gdzie skoro te istoty, być może ich przodkowie, wybudowali tak wielki pojazd, który zawisł nad miastem, to musiała być cywilizacja, która coś tam o życiu, o technologii, technice wiedziała. Tymczasem my ich potomków, być może ich samych, którzy byli w potrzebie, potraktowaliśmy nie najlepiej. Ale to cały czas się na ziemi dzieje i ja nie wiem, zobaczymy jak będzie z tym "Dystryktem dziesiątym", ale przyznam ci Piotrze rację, to jest film, który wielu osobom zostanie w pamięci i ja myślę, że słusznie. Ja nie jestem aż tak krytyczny. Ja mogę się czuć jedynie po części oszukany dekoracjami. To znaczy ja nie do końca wierzę, nie do końca przyjmuję, że "Dystrykt dziewiąty" to jest pełnowymiarowe sci-fi.
Tam są elementy, i to nawet elementy ciekawe kina science fiction, ale jednak to przechylenie w kierunku opowiastki w jakimś sensie moralizatorskiej, mówiącej: "Oj, właśnie, kondycja ludzka nie jest dobra, bo my nie tylko swoim bliźnim, ale też tym przybyszom z odległych miejsc we wszechświecie zgotowaliśmy bardzo podobny los. Nic nas nie obchodzi. Patrzymy, jak ich wykorzystać, jak ich przesiedlić i jak ich nakarmić tą kocią karmą". I znowu zobaczcie państwo, to jest dosyć takie granie na uczuciach, bo jak my widzimy, że kogoś się karmi kocią karmą, to jakiś bunt się w nas podnosi. Naszym mruczkom, kiciom ten pokarm jest okej, ale żeby żywą, rozumną istotę, która przybyła do nas z gwiazd karmić kocią karmą, coś się w nas buntuje. Tylko wyrzucamy ze swojej świadomości to, że przecież ta kocia karma przez owych przybyszów była pożądana. Ona im naprawdę smakowała. Po reakcjach to na filmie było widać. Czyli znowu mamy takie zderzenie. Z jednej strony część ludzi mówi: "O, to takie niemoralne, to takie paskudne", a zrozum, że może i paskudne z naszego punktu widzenia, ale skoro im to smakowało, to chyba ich tak za bardzo nie poniżaliśmy.
Ja myślę, że to jest w gruncie rzeczy akademicka dyskusja, bo każdy z tego filmu wyciągnie to, co będzie chciał z niego wyciągnąć. Ja powtarzam, też podobnie jak Piotr, spodziewałem się takiego kina sci-fiowego, które będzie na pełnej petardzie. Trochę tego kina sci-fiowego jest, bo to, co przeżywa główny bohater, człowiek, ta specyficzna technologia oparta na płynach, która się w filmie pojawia, technologia obcych. Oni za pomocą płynów różne magiczne sztuki wykonują, magiczne weźmy w tym wypadku w cudzysłów. Tam jest zalążek historii science fiction i ja bardzo liczę, że w "Dystrykcie dziewiątym" ten film jednak pójdzie w kierunku takiego sci-fi pełną gębą. Zresztą pamiętacie państwo, jak się kończył "Dystrykt dziewiąty"? Tam podano, że krewety zostały przesiedlone, a ich populacja dosyć szybko zaczęła przyrastać w tym nowym miejscu. Widzicie państwo, już jest zarysowany pewien potencjalny przynajmniej konflikt, bo mamy tuziemców, czyli nas, ludzi i obcych przybyszy, którzy się mnożą i coraz bardziej się czują w tym miejscu na ziemi jak u siebie. Czy my przypadkowo z takimi sytuacjami na świecie, w różnych częściach naszego świata nie mamy do czynienia? Czy tak się nie dzieje?
Czy to nie są tak naprawdę nasze problemy? I znowu wróciłem do tego, o czym obaj mówimy, że to jest kino sci-fi, ale właściwie udaje sci-fi, a tak naprawdę jest o tym, co sami tutaj wyprawiamy na Ziemi.
[02:06:42] - Tak, tutaj można by jeszcze pociągnąć tą dyskusję, gdzie się kryją symbole, co oznacza ten nieprzypadkowy wybór wyglądu tych obcych jako insektów. Też przemawia do wyobraźni, jest bardzo symboliczne pod wieloma względami. Tylko co mi się nie podobało? Ja myślę, że, i to zabrzmi może trochę płytko, ja mówię wprost, oni mogli te krewety trochę lepiej wykonać, żeby one nie wyglądały tak groteskowo. Wtedy sci-fiiczność tego filmu byłaby wyższa. Mielibyśmy chociaż takie wrażenie, że tu rzeczywiście jest coś ciekawszego. Coś niegroteskowego. A tutaj nam się to wszystko tak trochę porozjeżdżało i ja nie wiem, czy ja mam ochotę na kolejne filmy tego typu, dlatego że jakbym sobie chciał moralnie pocierpieć, to włączyłbym jakiś inny film. Ja mam dość umoralniania przez artystów, bo najłatwiej jest dać wyraz buntowi i powiedzieć: "Wy to robita źle ludzie". I wtedy artysta jest czysty, bo on przetrawił problem, ale kto ma ten problem rozwiązać?
I to jest chamstwo ze strony artystów, bo oni po prostu wykonując jakiś dziwaczny taniec dokonują katharsis i mówią: "Jest problem, problem trzeba rozwiązać", tylko nigdy nie dostarczają nam odpowiedzi, jak to zrobić. To jest problem nie tylko artystów, ale też wielu różnych ruchów, które czasami się przyklejają na przykład klejem do asfaltu. Ja to tak widzę.
[02:08:32] - A ja mam cały czas nadzieję, o której już mówiłem, że "Dystrykt 10" przegnie pałkę w drugą stronę, znaczy w stronę SF. Dlaczego? Dlatego, że ileż można katować ludzkość moralnymi wyrzutami? Jeśli to pójdzie w tym kierunku, to rzeczywiście będzie porażka. Mnie zastanawia, co się takiego stało, że czekaliśmy tak długo na kontynuację. I tu tak per analogiam troszeczkę, zobaczcie państwo, ile czekaliśmy na, trudno mówić o kontynuacji, na uzupełnienie "Gladiatora". Był "Gladiator" dawno temu i teraz się pojawił drugi, niemal baśniowy "Gladiator". I cóż, przy okazji omawiania filmu "Gladiator" Tomasz Raczek powiedział, że wcześniej był inny scenariusz do filmu "Gladiator", który był absolutnie bajkowy. Właściwie był taką opowieścią o podróży w czasie, dochodził prawie do czasów nam współczesnych. Ten scenariusz został odrzucony, przeleżał się, a był zrobiony przez osobę wybitną.
Przeleżał się gdzieś tam i już pewno z tej szafy, w której go zamknięto, nie wypełznie. Zrobiono zupełnie inny scenariusz, który poszedł w zupełnie innym kierunku. Zobaczcie państwo, mamy "Gladiatora 1", "Gladiatora 2" i chociaż Tomasz Raczek się tak zachwycał tym filmem dwójką, akurat trudno mi zająć stanowisko, ale to zostawmy. Tak jak Tomasz Raczek mówi, nie ma obiektywnych ocen filmów. Jest takie granie na własnych uczuciach i przekazywanie tego, co się w konfrontacji z filmem przeżyło. Więc zostawmy "Gladiatora". Chodziło mi w tym porównaniu o to, że ta historia mogła być mocno przetrawiona i w rezultacie w "Gladiatorze 2" była zupełnie inna. W inne kierunki poszła, inaczej bawiła widza. Stąd moje nikłe, bo nikłe, ale jednak przekonanie, może bardziej chciejstwo to chyba będzie lepsze określenie, przekonanie, że "Dystrykt 10" może być fajnym filmem SF. Ale proszę państwa, to zobaczymy za jakiś czas.
Teraz proszę państwa na recenzarium Ewiwy. Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza na recenzję o książce "Zaczarowany zamek".
[02:11:18] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy jako dzieci marzyliście o magicznych przygodach? Głupie pytanie. Prawie każde dziecko o tym marzyło. Może z wyjątkiem mojej kuzynki, która już w wieku pięciu lat w odpowiedzi na moje fantazjowanie normalne u dziecka w tym wieku, bo sama była mi rówieśniczką, ze łzami w oczach spytała: "Dlaczego tak kłamiesz?" Niestety, dziecko pozbawione fantazji zdarza się rzadko, ale się zdarza. Większość jednak uwielbia świat, w którym mogą się zanurzyć nawet bez pomocy książek czy filmów. Dzieci fantazjują od zawsze. Oczywiście, kiedy mają do czynienia z filmem czy w późniejszym wieku z książką, to bardzo im to pomaga w wykreowaniu świata, w którym przeżywają przygody nieprawdopodobne. Oczywiście z tej właściwości dzieci żyje wielu pisarzy, takich, którzy obrali sobie ich za target. I trzeba tutaj powiedzieć, że niejeden uważa, iż pisanie książek dla dzieci to w zasadzie drobiazg.
Właściwie taki pisarz jest mniej wart niż ten, co pisze dla dorosłych, co jest nieprawdą, bo napisać dobrą książkę dla dzieci jest diabelnie trudno. Dużo trudniej niż napisać książkę, która zainteresuje dorosłych. Jedną z pisarek wyjątkowo utalentowanych pod tym względem jest trochę dzisiaj zapomniana Edith Nesbit. Jedna z jej książek nosi tytuł "Zaczarowany zamek". Pamiętam, że zaczytywałam się nią dosłownie w dzieciństwie, a kiedy dorosłam, udało mi się kupić na własność i do tej pory mam ją na półce. Oczywiście dawno już wyrosłam z bajek, niestety, ale lubię czasem wziąć ją do ręki i poczytać trochę, odnajdując swoje dawne wzruszenia i pasje. O czym mówi ta książka? Rodzeństwo Kathleen, Gerald i James zostają na święta w internacie. Nie może być inaczej, ponieważ w ich domu jest choroba zakaźna. Obawiając się o dzieci, trzeba je było zostawić w szkole.
Opiekuje się nimi nauczycielka francuskiego. Zostawia im jednak bardzo dużo swobody. Włócząc się po okolicy, dzieciaki odkrywają stary zamek, a w nim spotykają dziewczynkę w swoim wieku Którą biorą początkowo za księżniczkę. Mabel nią nie jest, co prawda. Jednak posiada coś, czego można jej pozazdrościć. Magiczny pierścień. Za jego pomocą można bardzo wiele, ale można też oczywiście napytać sobie biedy. Zachwycone tą zabawką dzieci oczywiście ani myślą być ostrożne, jednak z biegiem czasu używają mocy pierścienia trochę rozważniej. Dzięki temu udaje im się doprowadzić kilka spraw do szczęśliwego finału. Zaczarowany Zamek to książka, która dzisiaj może nie wzbudziłaby aż takiego entuzjazmu u dzieci.
Teraz są wychowywane na Harrym Potterze, który mówiąc szczerze według mnie nie za bardzo się dla dzieci nadaje. Tutaj, w Zaczarowanym Zamku przede wszystkim brak jest wszelkiej brutalności, wszelkiej przemocy. Owszem, jak wiadomo, jeżeli dzieci nie będą ostrożne, może je spotkać coś złego. Udaje im się jednak uniknąć pułapki dzięki rozsądkowi, którym się wykazują. Ale nawet jeżeli dzieje się coś niepomyślnego, jest to ujęte w sposób pozbawiony wszelkiego brutalizmu, którego ostatnio mamy bardzo dużo w książkach, nawet w książkach dla najmłodszych. Jest to piękna, klasyczna opowieść z nutą romansu i przede wszystkim przepojona odniesieniami do tego, co jest w życiu najważniejsze: zaufania, uczciwości, życzliwości wzajemnej, w końcu także miłości. Ale może o tym za dużo mówić nie będę. Uważam, że każdy sam powinien przeczytać i odkryć. Edith Nesbit to pisarka naprawdę wspaniała. Według mnie bardzo niedobrze, że w tej chwili jej książki zostały niejako odsunięte na bok, ponieważ można się z nich było nauczyć bardzo wiele o tym, jak traktować innych i jak traktować świat.
Bardzo też jasno autorka stawiała przed oczy czytelnikowi, że każde nasze działanie ma swoje konsekwencje i że tych konsekwencji nie da się odwrócić pstryknięciem palców. Nawet jeżeli ma się do dyspozycji magiczny pierścień, można się łatwo zapędzić w kozi róg i narobić szkody, której się nie da już naprawić. Myślę, że największym problemem współczesnych bajek jest to, że niwelują te sprawy. No co tam, napsociliśmy, ale to się da łatwo odkręcić, a i tak nic złego się nam nie stanie. Otóż w życiu prawdziwym się stanie i lepiej być na to przygotowanym. Kiedyś bajki właśnie w tym celu powstawały, żeby przygotować dzieci do tego, że cokolwiek zrobią, mogą na tym ucierpieć i że czasami naprawdę lepiej posłuchać ludzi starszych i bardziej doświadczonych. Cóż, teraz, jak wiadomo, jest zupełnie inne podejście do tych spraw i nie jest to dobrze. Ale cóż, czasy się zmieniają. Miejmy tylko nadzieję, że dzieci wychowywane w przekonaniu, że im absolutnie nic nie grozi i nic im się stać nie może, przekonają się o tym, jak świat naprawdę działa, nie nabawiając się najpierw kalectwa albo nie doprowadzając się do czegoś jeszcze gorszego. W każdym razie Zaczarowany Zamek polecam przeczytać.
A jeśli macie dzieci, poczytajcie im. Na pewno będą zadowolone. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:17:23] - Proszę państwa, no i niechybnie pojawić się powinien teraz Sentymentalnik. No to się pojawia. Mamy dzisiaj dla państwa propozycję nietypową, bo ani o książkach, ani o filmach nie będzie. Dzisiaj powiemy o tym, co najczęściej pojawia się między filmami, a czasami niestety również w trakcie filmów. Będziemy mówili o reklamach. O tych reklamach, które pojawiły się jeszcze za czasów PRL-u i o tych, które były charakterystyczne dla początku III Rzeczpospolitej. Ten początek traktujmy bardzo umownie. O tych, które były upierdliwe i o tych, które były zabawne. No cóż, Piotr Cielebiaś i Marek Żelkowski zapraszają na Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór państwu.
Zaczynamy Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:18:26] - Witam, ciebie Marku i wszystkich słuchaczy. A dzisiaj opowiemy sobie o czymś, bez czego trudno wyobrazić sobie dzisiejszą telewizję i rzeczywistość, internet także. O reklamach opowiemy w Sentymentalniku. Trudno jednak powiedzieć, że to jest coś, do czego się tęskni. Ale można dojść do takiego ogólnego wniosku już na samym początku, Marku, i pewnie wiele osób podzieli także wniosek, że kiedyś reklamy były lepsze, tak jak czekolada. Kiedyś były lepsze, tak jak wędliny, tak jak wszystko kiedyś było lepsze. I że kiedy sobie analizujemy to, jak się zmieniały reklamy, to widać, jak się zmieniali odbiorcy, czyli my. Dla niektórych reklama jest nieprzyjemną koniecznością związaną z korzystaniem z mediów, ale jest też elementem popkultury. Jest też elementem sondowania nastrojów społecznych. I powiem ci tak: dzisiaj reklamy są inne, zupełnie inne niż te, które pamiętam z dzieciństwa, czy nawet sprzed kilkunastu lat.
I kiedy zaglądamy sobie do internetu, to widzimy coś zaskakującego, przynajmniej dla mnie, że paradoksalnie wiele osób interesuje się reklamami. Może inaczej, że te reklamy sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu nawet lat wzbudzają sentyment, jakieś reakcje emocjonalne. No i dzisiaj garść uwag na ten temat, ale chciałbym cię zapytać o coś, co mnie niezwykle interesuje, a dotąd jakoś nikogo o to nie pytałem. Czy reklama w dzisiejszym znaczeniu Istniała w PRL-u i czy twoim zdaniem reklama może być dziełem sztuki? Przynajmniej w jakimś sensie.
[02:20:06] - Odpowiem najpierw na ostatnie pytanie. Wydaje mi się, więcej jestem przekonany, że tak, że może być zrobiona nie dość, że perfekcyjnie, to rzeczywiście może ocierać się o dzieło sztuki. A na pytanie, czy reklama była w PRL-u? Odpowiedź jest wbrew pozorom i prosta i skomplikowana. To najpierw jak zwykle odrobina historii. Pamiętam, były lata 70. Ja wiem, dinozaury wtedy hasały po łąkach, ale były lata 70. I kiedy oglądało się filmy takie jak Kojak albo jak filmy z Peterem Falkiem, czyli Colombo, to w pewnych momentach filmu były takie wyciemnienia. Bardzo szybko zorientowałem się, co te wyciemnienia znaczą. To były miejsca, w których w Stanach Zjednoczonych wstawiane były reklamy.
U nas tymczasem było wyciemnienie i później rozjaśnienie i film ciągnął się dalej. I wtedy pamiętam, naiwne dziecko, pacholęcie, pomyślałem sobie: to w sumie fajnie by było, jakby taki film był przerwany reklamą. Możeby się coś ciekawego człowiek sobie obejrzał i tak dalej. To były takie bredzenia umysłu bardzo młodego człowieka. Jak sobie dzisiaj myślę o tych reklamach w jednej z telewizji komercyjnych, które wiecie państwo, jak się zaczyna blok reklamowy, to możecie wsiąść w samochód, pojechać na stację w sąsiednim województwie, wrócić, a ten blok się jeszcze nie skończy. Jest taka telewizja, która przoduje w tego rodzaju puszczaniu reklam. Niby to jest tak, że dzięki temu później ta część filmowa jest dłuższa, bo przez najbliższą godzinę reklam nie ma. Niemniej dwudziestokilkuminutowy blok reklam to jest chyba coś, co może wkurzać. A gdybym był tym dzieciakiem i wiedział, że film można przerwać na 20 minut, to chyba bym aż tak za reklamami nie tęsknił. Ale w tych latach 70.
coś takiego jak reklama w zasadzie nie istniało w telewizji polskiej, a już na pewno nie przerywało filmów. Pojawiała się sporadycznie, pamiętam to, reklama Coca-Coli. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem hasło „Coca-Cola to jest to”. Tylko że ja nie dosłyszałem początku i słyszałem, że „to jest to”. I zadałem pytanie: ale co? Bo właściwie nie wiedziałem, o co chodzi. Reklamy były puszczane pomiędzy programami i to w ilości homeopatycznej. Właściwie nie istniały w polskiej telewizji. W końcu jedna Coca-Cola wiosny nie czyni. Zaczęły się pojawiać reklamy tak już na poważnie albo na poważniej.
W dalszym ciągu w telewizji, tej jedynej wówczas telewizji one nie były, tak jak do dzisiaj zresztą, nie przerywały filmów. One były tylko pomiędzy programami i gdzieś w połowie lat 80., raczej w drugiej połowie lat 80., zaczęły się pojawiać w telewizji pierwsze bloki reklamowe. Już nawet nie pamiętam, jaką one miały czołówkę, ale pamiętam jedną z pierwszych PRL-owskich reklam, reklamę Prusa Kolepu. O, wiecie państwo, one są do dzisiaj do znalezienia, więc proszę państwa, wpiszcie sobie w wyszukiwarkę jedna z pierwszych reklam w PRL-u. Grantpol to się chyba nazywała ta firma, która produkowała Prusa Kolep. No i tam najpierw była, pamiętam melodia La Cucaracha, a później zaczynała się drama z insektami, które gdzieś tam wyłaziły ludziom do kieliszków. No i oczywiście najlepszym na to środkiem był ten wspomniany już przeze mnie Prusa Kolep. To jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza reklama, tak już na poważnie w blokach reklamowych połowa lat 80. To jeśli chodzi o reklamę w PRL-u. Ona się pojawiła późno.
Jak się na te reklamy z lat 80. patrzy, to jednak trudno się Piotrze zgodzić z twoją tezą, że one były lepsze. Były prymitywne do bólu. Ale wiem, co miałeś na myśli. Ty miałeś na myśli swoją młodość. I rzeczywiście był taki czas, że reklamy były wybitne.
[02:24:45] - Ja cię Marku zaskoczę, bo telewizje regionalne nadal produkują takie reklamy i to zarówno nie tylko telewizje, bo stacje radiowe też nadal produkują takie reklamy, którym jest bardzo blisko do takich, które znamy, na przykład które ja pamiętam z lat 90. Czyli taka siermiężność tam się wyłania i pewnie jeżeli ktoś jest widzem takich regionalnych ośrodków telewizyjnych, to wie, o czym mówię. Ale wracamy do dzisiaj tak na szybko. Wiesz, ja jakiś czas temu doszedłem do takiego wniosku, to było już dość dawno, że gdyby ktoś chciał mnie, nie wiem, czy to nie jest zakazane słowo, ale na przykład torturować i na przykład przywiązać mnie do krzesła i zrobić coś, to gdyby mi puścił reklamy, to ja bym bardzo szybko poddał się. Inaczej również mogę powiedzieć, że gdybym oglądał reklamy przez cały dzień, to mnie by postradał zmysły. One są głupie, one są na niesamowitym stopniu głupoty. Coś się stało na przestrzeni niewielu lat, że zrobiły się bardzo nijakie. Zresztą nie jest też tajemnicą, że dzisiaj reklam w TV jest mniej ze względu na ogromny rynek, jakim się stał Internet. W telewizji zostały więc w większości reklamy leków, aut, też ich nie jest w sumie dużo i dyskontów. Niektóre z tych reklam współczesnych się silą na bycie zabawnymi, inne są żenujące, a kiedyś były naprawdę zabawne.
Ale jak nisko upadło wszystko dzisiaj, jeżeli chodzi o kwestie humoru w reklamie, niech świadczy następujący przykład. Chociaż to nie jest śmieszne. Zasadniczo to nie miało być śmieszne, ale jest taka reklama, ja ją znam w wersji radiowej w większości. Ona idzie mniej więcej tak, że przychodzi przyjaciółka do przyjaciółki i ta przyjaciółka, do której ona przychodzi, idzie na randkę. I ta, która przychodzi, mówi tak: „O, idziesz na randkę, pewnie czujesz motyle w brzuchu”. A ta jej odpowiada: „W brzuchu to ja czuję zaparcie”. Marku, na szczęście wjeżdża wtedy reklama produktu, bo aż strach pomyśleć, w którą stronę by się ta dyskusja dwóch przyjaciółek potoczyła. Jakie wyznania jelitowe by tam jeszcze padły. Na szczęście ktoś się zlitował i to wszystko przerwał. Przerwał tą karuzelę.
Jednak nie śmiechu, bo ta reklama nie była do śmiechu, ale wyszło niezręcznie, powiem ci. I wiele reklam współczesnych takich jest. Są głupie, są naiwne. Albo inny przypadek. To jest przypadek akurat z telewizji. Siedzą dwie emerytki i jedna mówi tak: „Słyszałaś? Pogoda ma się zmienić”. I to mówi takim głosem, jakby się co dzień okupacja znowu zaczęła albo meteoryt uderzył. Przykładów można wymieniać bez liku. Nie wiem, jaka jest skuteczność tych reklam, ale z obserwacji osobistych wiem albo dochodzę do wniosku takiego, że najgłupsze reklamy to są reklamy leków jednak popularnych.
Bo wiesz dlaczego mi się wydaje? Te reklamy nie muszą być mądre, nie muszą być fajne. One mogą być byle jakie, bo po prostu lek na zgagę będzie się zawsze sprzedawał, tak samo jak proszek od bólu głowy. Dużo bardziej w przeszłości. W przeszłości, bo wydaje mi się, że teraz po prostu wielu producentów nie stać na reklamy. Musieli się nagimnastykować twórcy reklam innych produktów z innych branż i to pamiętamy. Ja to pamiętam bardzo dobrze, że kiedy telewizja w latach 90. była prężnym medium, internet nie stąpał jej gdzieś tam po piętach, to mieliśmy złoty wiek, złoty okres polskiej reklamy. A teraz? Teraz widzimy, że na przykład jak pijesz takie piwo, jakie pije Baca, to jesteś cool i będziesz miał siłę jak Janosik i tak dalej.
Tak to dzisiaj wygląda. Mizernie, miernie. Te reklamy są jakieś takie... Dla kogo, to nawet nie wiem.
[02:28:49] - Piotrze, te lata 90. da się podzielić na dwie części. Nie wiem, czy równe, ale pierwsza połowa lat 90. tak umownie to były jednak reklamy takie pszennoburaczane. One były proste, ale druga połowa lat 90., może ta druga połowa zaczęła się troszeczkę później, może w '96, '97, ale tam już się zaczynały pojawiać perełki. Niemniej z pewną taką nieśmiałością wysłuchałem tego wszystkiego, co mówiłeś, bo mówiłeś o produktach leczniczych, a to hasło, które wygłosiłem przed chwilą, niektórzy obserwatorzy reklam już doskonale wiedzą, o czym powiem. W 1991 roku pani Anna Patrycy, podpisana na reklamie, wygłosiła to właśnie hasło z pewną taką nieśmiałością. O co chodziło? Chodziło o pierwszą polską reklamę podpasek. I myślę, że pani Anna Patrycy stała się po prostu...
To już zostanie. Nie da się tego wykasować i to już po prostu... Ta reklama była dobra? Nie, ona była bardzo statyczna, ale była pierwsza. I to też się czasami giczy. Te reklamy, które były w pierwszej połowie lat 90. były zawsze produktowe, ale zaczynały być dowcipne. Nie wiem, czy państwo pamiętacie reklamę Polleny 2000 z cyklu „Ojciec prać”, nawiązujące oczywiście do trylogii. To było zabawne na swój sposób. Już nie było takie siermiężne.
Może z punktu widzenia dzisiejszych standardów były bardzo proste, niemniej podszyte jakimś tam dowcipem. Nie wszystkie wówczas, ale szło to naprawdę w dobrym kierunku. Mówiłeś, Piotrze, o dyskontach. Genialne reklamy sieci zwanej owadem pojawiły się późno, w 2006 roku. To były takie reklamy z cyklu produkty tego owada polecają się. Jak państwo wpiszą produkty Biedry, wszystkie reklamy, to znajdziecie państwo w internecie. I tam były na przykład pierogi. „Czy pierogi mnie słyszą? Pierogi naprzód, do garnka marsz. Czy pierogi mnie słyszą?
Ruchy, ruchy, kluchy leniwe”. I to były naprawdę tak dopracowane. Dwa jajka sadzone rozmawiają ze sobą na patelni. I to były dowcipne, lekkie dialogi. Uszy z barszczem rozmawiają na ten temat, dlaczego to one pierwsze na stół muszą wjechać i podnosi się jakiś taki kawałek śledzia i mówi takim nadętym głosem mędrca Dziadersa: „Taka jest odwieczna tradycja”. Pamiętam tę reklamę z tej serii, którą omawiam, gdzie kapusta, kiełbasa, koncentrat wyliczane są po kolei. Śliwki. Gdzie są śliwki? Śliwki wpadły w kompot. No to mamy bigos.
Wiecie państwo, czasami liczy się w reklamie pomysł i te pomysły gdzieś tak w pierwszej połowie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku, ależ to skomplikowane, tamtych pomysłów było sporo. Ja może jeszcze nawiążę do tego, ale wtedy też pojawiła się w reklamach taka tendencja do używania kabaretów. Dzisiaj to jest norma. Kabarety, które same w sobie straciły atrakcyjność, bo wszędzie są kabarety i one są coraz mniej śmieszne, ale wtedy kabarety bywały śmieszne. I był taki kabaret Mumio i reklamował Sieć Plus GSM — tak się wtedy to nazywało. Wierzcie mi państwo, z samej tej reklamy można było czasami się dobrze obśmiać. Reklamom sprzyjało też prawo, czasami absurdalne. Nie wiem, czy państwo pamiętacie, był taki okres w czasach III Rzeczypospolitej, że nie wolno było reklamować piwa w telewizji. W związku z tym rozmnożyły się reklamy piwa bezalkoholowego. Ja kiedyś zrobiłem eksperyment, niespecjalnie oryginalny, bo pewno połowa z państwa taki eksperyment zrobiła.
Usiłowałem dostać to piwo bezalkoholowe reklamowane w telewizji. To było trudne. Powiedziałbym nawet, że było to niemożliwe. Takie piwo w sieci handlowej nie istniało. Istniał jego alkoholowy odpowiednik i to było okej. Natomiast to, co się działo w telewizji z mruganiem, z takim dawaniem do zrozumienia „Wicie? Rozumicie?”, to w gruncie rzeczy rodzaj cenzury, też sprzyjał pewnej finezji reklamowej. No i muszę powiedzieć, że tak, Piotrze, masz rację. Ta druga połowa 90. i pierwsze dziesięciolecie XXI wieku to chyba był ten najbardziej złoty, najbardziej kreatywny czas, kiedy reklamy może nie były dziełem sztuki, ale były takimi filmikami, które czasami było przyjemnie obejrzeć.
[02:34:43] - Były takie reklamy w latach 90. już w tej drugiej połowie, w tej bogatszej, które były takimi nawet mini clipami. Ja na przykład pamiętam, że reklamy z tamtego okresu były nienaturalnie długie niekiedy i one bardzo były wymuskane, czasami pod względem treści, konstrukcji, przekazu, dbałości i tak dalej. Mieliśmy przed laty w Polsce reklamy bardzo ambitne, z silnym przekazem. W ogóle zazwyczaj to te najbardziej artystowskie reklamy dotyczą aut, to zauważyłem. No i tak jak wspomniałeś, te humorystyczne, te, które się zapamiętuje najlepiej. Ja rzeczywiście zapamiętałem jedną reklamę. Ja nie zwracam uwagi za bardzo na tę akurat sferę, ale zapamiętałem jedną właśnie z tymi produktami z dyskontu. I ta reklama została zakazana, z tego, co wiem, została wycofana. Leży sobie krakers koło krakersa i pyta się, gdzie są paluszki, a drugi krakers odpowiada: „W dipie”.
No i oczywiście wiem, że są paluszki w dipie, ale to się już tam komuś nie spodobało. Znaczy, żeby nikt nie pomyślał, o czym ja teraz opowiadam, ale w dipie, w takim sosie. No i ta reklama została cofnięta, została ściągnięta. Tutaj wspomniałeś tą chyba najsłynniejszą reklamę, która wiele zmieniła, najsłynniejszą reklamę w swoim okresie, czyli „Ojciec prać”. Z tego, co ja pamiętam, to było ich chyba więcej, ale mogę się mylić, ale potem gdzieś to wszystko idzie w złą stronę. Po pewnym czasie, w zasadzie po wielu latach mamy na przykład reklamę mówiącą o konarze, który tam płonie, znaczy który w sumie nie chce, ale który można zapalić i to nie przy pomocy zapałek, tylko tam nie powiem czego.
[02:36:39] - Preparatu! Preparatu, preparatu.
[02:36:43] - Wiadra. Jak zmienicie jedną literkę, to będziecie wiedzieć, chociaż chodzi o substytut, że tak powiem. Były też reklamy, które przekraczały delikatne granice, które ryły beret, które konkurowały ze sobą, wybijały się jedna ponad drugą. A dzisiaj? No dzisiaj cóż. Nawiązując do reklamy o motylach w brzuchu i zaparciu, które tam panuje, widzę pewną obstrukcję na tym rynku. Chociaż nie zapominajmy, reklamy dzisiaj to już nie jest tylko telewizja. Wcześniej to było radio, prasa, ale dzisiaj to przede wszystkim internet. Tutaj trzeba szybko tak naprawdę. Jest też przestrzeń publiczna i to jest zupełnie inna dyskusja, Marku, wydaje mi się, dlatego, że czasami te reklamy z przestrzeni publicznej, takie bardzo amatorskie, one niekiedy trafiają do memosfery polskiej.
Ja pamiętam, i to było dla mnie ogromnym zdziwieniem, kiedy przeglądałem sobie reklamy z prasy międzywojennej i tam to były dopiero kurioza, powiem ci. Warto kiedyś do tego sięgnąć, bo tam się zdarzały rzeczy dziwniejsze niż w latach 90. niekiedy. I wspomnę jeszcze jedną rzecz. Otóż jeżeli ktoś jest widzem kanałów regionalnych czy słuchaczem regionalnych rozgłośni, to tam można nadal natrafić na takie reklamy robione w archaicznym stylu. O tym może sobie powiemy W którymś z kolejnych odcinków. Nie wiem Marku, są jeszcze jakieś takie, które tobie zapadły w pamięć szczególnie?
[02:38:18] - Genialna była reklama, sam pomysł i realizacja łódki Bols. Ta reklama świadczyła dla mnie o tym, że nie ma co zbyt wielu zakazów wprowadzać, bo wprowadzono i on funkcjonuje w dalszym ciągu, zakaz reklamy alkoholu. No i co z tego? Firma kupiła jacht, zaczęła tym jachtem pływać i nie reklamowała produktu. Reklamowała łódkę, którą pływa po świecie. Łódka nazywała się Bols i to była, proszę państwa, czysta przyjemność. Jeżeli ktoś z ustawodawców wierzy, że da się zakazać pewnych treści, to chyba nigdy nie przebywał w Polsce. To tak, jak dzisiaj bardzo łatwo jest ominąć algorytm i opowiadać sobie o różnych substytutach, nie wypowiadając słów, których nie chce się wypowiedzieć, bo algorytm natychmiast się przyczepi. Wszyscy się rozumieją, żadne normy nie zostają przekroczone. Jak idioci wychodzą ci wszyscy, którzy próbują dokonywać jakichś zakazów albo próbują cenzurować.
To z góry jest skazane na niepowodzenie. Więc ta łódka Bols to sentyment. Nie wiem, czy do samego produktu, pewno znam lepsze. Natomiast sam pomysł i to chodziło, proszę państwa, w najlepszych czasach reklamowych nie dało się tego zakazać, a próbowano. Nie dało się. Podstawy prawnej nie było, wtedy też nie było zbyt daleko posuniętej interpretacji prawa. W związku z tym reklama, jak to się mówi, chodziła. Ale z reklamami związane jest też zjawisko, które również może śmieszyć, ale mnie akurat wkurzało. Błędy językowe, które w reklamach się pojawiają i one się pojawiają do dzisiaj. Nie będę okrutny, nie będę wymieniał, ale reklamy są pełne naleciałości językowych z całego świata, głupot, niegramatycznych wyrażeń, które nie są mową potoczną, tylko mają mądrze brzmieć, ale są po prostu beznadziejnie głupie.
Ja, żeby tak się poczuć spokojnie, odwołam się do bardzo starych przykładów. Była taka reklama, w której pojawiała się fraza: „To wie się, co się ma”. Za cholerę nikt nie wiedział, o co właściwie chodzi z tym „To wie się, co się ma”. Jak ktoś tak troszeczkę z językami, to będzie wiedział, że to jest po prostu nieudolne tłumaczenie z obcego języka. Ja przypuszczam, że rzecz wyglądała tak, ja miałem okazję trochę bezpośrednio pośledzić speców od reklamy. To są ludzie najmądrzejsi na świecie, wiedzą wszystko najlepiej, znają najlepiej język nie tylko polski, ale wszystkie języki świata. I zwrócenie im uwagi, że coś po prostu nie brzmi, jest nie po polsku, jest grzechem kardynalnym i nie wolno tego robić. I przypuszczam, że ktoś bardzo mądry stwierdził, że to bardzo dobrze brzmi. To wie się, co się ma, to czytelne. No i poszło.
Podobnie była taka firma, Listner. Jedna z pierwszych reklam firmy Listner brzmiała: „Firma Listner robi dobre ryby”. To chyba z niemieckiego macht good fish. W niemieckim to się może jeszcze jakoś by sprzedało. Po polsku to jest idiotyczne. Firma Listner nie robi dobrych ryb. Firma Listner jakoś je przetwarza. Ale ryby to, jakby powiedzieć do głębi, to jedna ryba robi drugą rybę i to do tego można ograniczyć. Natomiast firma Listner pewno dobrze te ryby przetwarza, ale pamiętam i to dobrzy aktorzy grali. Ja przypuszczam, że ci aktorzy musieli lekko cierpieć, bo musieli wygłaszać tekst.
Zakontraktowany mieli, to wygłaszali, ale myślę, że aktorzy nie muszą być wybitni w innych dziedzinach, ale wyczucie języka na ogół mają i myślę, że jak musieli recytować to, co przed chwilą powiedziałem, to się jakoś tak głupio czuli. I żeby nie było, ja już to powiedziałem na początku, podkreślę pod koniec, tych reklam z błędami jest cała masa. Słyszę je w radiu, słyszę je w telewizji. To są beznadziejne głupoty z odmianą. Wiecie państwo, ja nie wiedziałem, że takim problemem może być odmiana przez przypadki. Pojęcia nie miałem. Te błędy typowo szkolne. Jedno jest powiedziane na przykład w jednym przypadku, powinno być powiedziane w zupełnie innym przypadku i nikogo to nie oburza. Nie wiem. Myślę, że kiedyś było troszeczkę inaczej, język był bardziej szanowany.
Dzisiaj są spece od reklamy, którzy wiedzą wszystko najlepiej. Okazuje się, że oni dosyć słabo, przynajmniej niektórzy z nich, władają językiem polskim. Okej, w porządku, ale ja w związku z tym coraz mniej tych reklam słucham i zostaję trochę taki sentymentalny. W końcu Sentymentalnik mamy. Gdzieś tam wspominam, podobnie jak Piotr, te reklamy ze złotego okresu. A dzisiaj, proszę państwa, to są produkty. Tak, te reklamy są produktami. Ani to nie jest zabawne, ani to nie jest zawsze ładne. W dodatku weszła w tej chwili moda kuriozalna, o której ja kiedyś już mówiłem. Kiedyś ładne produkty reklamowały ładne osoby.
I ja wiem, że życie jest niesprawiedliwe. Sam jestem brzydki i wiem, że to tak nie działa, że życie jest piękne i wszyscy muszą być piękni, dobrzy i szlachetni. Nie. Ale piękne produkty albo produkty, które miały być sprzedane, były reklamowane przez piękne, atrakcyjne, inteligentne osoby. Dzisiaj nie. Dzisiaj każdy ma prawo je reklamować, bo każdy jest piękny i obojętnie jak wygląda, to ma prawo, bo nie można go dyskryminować. Pewno to jest bardzo sprawiedliwe. Ja tego wcale nie wykluczam. Zakładam, że to być może jest nowa poprawność i tak powinno być. Ja niekoniecznie się z tym zgadzam, ale być może.
Tylko że niektórych tych produktów reklamowanych przez osoby, które budzą moje wątpliwości estetyczne, ująłem to najbardziej delikatnie, jak potrafiłem, ja po prostu nie mam zamiaru ich kupować. W związku z tym zastanawiam się, czy tego sektora reklamowego nie dotknęła jakaś kompletna głupizna. Bo zadaniem reklamy jest wmówienie potencjalnemu kupującemu, klientowi, że chce ten produkt mieć z jakichś tam powodów. A jeśli pokazujemy mu brzydkie osoby, powtarzam, to nie jest sprawiedliwe, że jedni są ładni, drudzy są brzydcy, ale co na to poradzimy? Tak jest od wieków, zawsze tak było. I te brzydkie osoby reklamują świetne produkty. Ja nie wiem, czy podstawowa idea reklamy nie zostaje gdzieś zachwiana. I powtarzam, ja wszystko rozumiem. Świat jest ogólnie niesprawiedliwy. Tylko dlaczego ja mam te reklamy łykać jak jakaś tam rybka, łykać i się nimi zachwycać, kiedy ja się nimi nie zachwycam?
I tu nawiązanie do literatury jest pełne. Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? I tyle. I cóż, proszę państwa, lajtowe wydanie, więc wydanie krótsze. Mam nadzieję, że na tyle rozrywkowe, że wpisuje się jakoś w okres świąteczno-sylwestrowy. Pięknie państwu dziękuję. Zapraszam za tydzień. Jeszcze też będzie lajtowo, bo to jeszcze człowiek dochodzi do siebie po tych wszystkich świętowaniach, więc też będzie jeszcze lajtowo. Również pojawi się lord Lister. Cały czas się martwiłem, żeby znowu nie zrobić listenera, ale teraz państwo po tych reklamach z trzeciej RP rozumiecie, skąd się wzięła pomyłka w pierwszej części programu.
Ten listener mnie jednak prześladował. A zatem w przyszłym tygodniu lord Lister również będzie na państwa czekał. I stałe punkty programu, czyli na pewno „Filmotekarium” i o jakiejś książce pewno porozmawiamy. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę hucznego Sylwestra tym, którzy obchodzą. Aczkolwiek może rzeczywiście darujmy sobie to hukanie w czasie Sylwestra. To ładnie wygląda na niebie, ale huczy nieprawdopodobnie i myślę, że my jesteśmy w stanie to jeszcze zrozumieć. Ale te wszystkie istoty, które hodujemy w domu, które są naszymi przyjaciółmi, myślę, że jednak ich dręczyć nie ma potrzeby. To taki mój prywatny apel, który możecie państwo zlekceważyć. Ja staram się nigdy nikomu niczego nie narzucać, tak tylko mówię.
Może ktoś z państwa na to zwróci uwagę. Czyli jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Zapraszam za tydzień. Dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrego Sylwestra.
[02:48:19] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.