[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Jakoś tego śniegu nie widać, ale za to widać na horyzoncie dużo ciekawych książek, jakiś fajny film, i całkiem ciekawych, obiecujących gości. Czyli jak zwykle w piątek po 20.00 zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AFW, Marek Żelkowski. Halo, Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór z Bydgoszczy. Śniegu nie widać. Ja się cieszę, że nie widać. Nie jestem fanem śniegu. Może on dobrze wygląda zza okna, ale i tak nie jestem fanem. Rzecz gustu. Wiem, że przynajmniej część z państwa śnieg uwielbia i wszystkie sporty związane ze śniegiem. Ja jakoś nie za bardzo. Tyle o gustach.
Przechodzimy zatem do Bibliotekarium 2.0 od razu z grubej rury, czyli polecanki książkowe. Polecanki dzisiaj z dwóch wydawnictw. Pierwsze z nich to Rebis. Na początek premiera, która pojawi się na rynku 28 stycznia przyszłego roku, a zatem trochę czasu zostało, ale też dzieło jest to pokaźne. Chciałem powiedzieć opasłe. Też opasłe, ale przede wszystkim okazałe jest ze względu na ciężar gatunkowy, a nie ciężar objętościowy, czy jakkolwiek to określimy. Ta książka to książka Eckharda Framma „Asyria: powstanie i upadek pierwszego imperium w historii świata”. Co pisze na temat tej książki wydawca? „Pasjonujący wykład z historii cywilizacji, pozwalający lepiej zrozumieć dzień dzisiejszy. Imperium Asyrii u szczytu swej potęgi rozciągało się od Morza Śródziemnego do Zatoki Perskiej.
Asyryjskie podboje są dobrze znane między innymi z Biblii i dzieł greckich historyków, lecz blisko 200 lat badań archeologicznych pozwala nam spojrzeć na Asyrię szerzej. Z obszernych bibliotek, monumentalnych rzeźb, korespondencji i dokumentów zachowanych na glinianych tabliczkach wyłaniają się barwne obrazy Asyryjczyków, ich państwa, kultury i codziennego życia. Framm, czerpiąc z tych źródeł, kreśli żywe postaci władców, następców tronu, egzorcystów, buntowników i wasali wraz z ich pełnymi przepychu pałacami, obleganymi miastami i rozległymi peryferiami imperium. Dowiadujemy się wiele o niezwykle sprawnym systemie łączności i ogromnej sieci handlowej, ważnej roli kobiet z rodów królewskich, a także o wpływie epidemii i zmian klimatycznych na kondycję państwa. Imperium asyryjskie upadło pod koniec VII wieku p.n.e., lecz jego spuścizna i tradycja zapoczątkowały tworzenie wielkich, wieloetnicznych struktur państwowych, co wykorzystali później Babilończycy, Persowie i Rzymianie”. To, proszę państwa, jest zapowiedź książki, która tak jak mówiłem, ukaże się dopiero w styczniu przyszłego roku, pod koniec stycznia. Książka zatytułowana „Asyria: powstanie i upadek pierwszego imperium w historii świata”, autor Eckhard Framm. Druga książka z wydawnictwa Rebis. Pierwsza też była z Rebisu, nawet nie wiem, czy powiedziałem, więc jeśli nie powiedziałem, to naprawiam ten błąd. Druga książka również z Rebisu.
Ta książka jest już na rynku, nosi tytuł „Krótka historia sztuki”. Autorka to Charlotte Mullins. Dlaczego nasi przodkowie tworzyli sztukę? Co dla nich znaczyła i co znaczy dzisiaj? Dlaczego w ogóle sztuka jest ważna? Ta krótka historia zabiera nas w fascynującą podróż przez 100 000 lat ludzkiej kreatywności. Charlotte Mullins zaczyna od znaków zostawionych przez ludzi prehistorycznych i pokazuje nam pierwsze arcydzieła, między innymi malowane amfory i terakotową armię. Pasjonująco opowiada dzieje renesansu, zapoznając nas z Giottem i Donatellem, van Eyckiem i Michałem Aniołem. Przemierzając burzliwy wiek XX tropi grupy artystyczne, ich powstanie i rozpad oraz przygląda się pionierom, między innymi Fridzie Kahlo, Jacobowi Lawrence'owi i Georgii O'Keeffe. Wreszcie przybliża współczesnych artystów, takich jak Ai Weiwei, Shirin Neshat, rzucając światło na sztukę tworzoną w odpowiedzi na problemy, przed którymi stoi społeczeństwo.
Ta nowa, pulsująca życiem historia wędruje od Japonii i Indii po Amerykę Południową i Bliski Wschód. Prezentuje mnóstwo marginalizowanych artystów i artystek, wskazując na niepodważalną rolę sztuki w rozumieniu naszej wspólnej kultury. To, proszę państwa, była książka „Krótka historia sztuki” Charlotte Mullins. Przypomnę to wydawnictwo Rebis. A na koniec mały przeskok do innego wydawnictwa, do wydawnictwa Stalker Books. Tu całkiem niedawno ukazała się książka zatytułowana „Król miasta”. Autorem jest Kate Laumer. Obszerny wybór opowiadań klasyka amerykańskiej science fiction ze złotego okresu Johna Кита Laumera. Ten amerykański pisarz, twórca wielu znanych serii, chociażby takiej jak Bolo. Tak notabene Bolo to nazwa cyklu powieści i opowiadań o inteligentnych czołgach.
Wymyślił je właśnie Kate Laumer w 1960 roku. Pisał opowiadania na ich temat, a potem ten pomysł podchwycili inni autorzy, tacy jak David Weber, Mercedes Lackey, William Keith, David Drake, John Ringo. Zanim John Kate Laumer został pisarzem na pełny etat, był oficerem marynarki wojennej w USA, a także pracował w amerykańskiej dyplomacji. To również jeden z tych pisarzy, których publikował Harlan Ellison w „Niebezpiecznych wizjach”. Zbiór „Król miasta” zawiera najlepsze, najbardziej znane opowiadania tego autora. Bardzo państwu ten zbiór polecam, bo po prostu wiem, co polecam. To są naprawdę dobre opowiadania. Oczywiście, jeśli ktoś lubi klasyczną science fiction. I to już, proszę państwa, była ostatnia polecanka. Przypomnę Kate Laumer „Król miasta”, wydawnictwo Stalker Books.
To były polecanki książkowe. A teraz czas najwyższy na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł Anny Chęćki „Percepcja piękna. Estetyczne pomieszanie zmysłów”. Ten tekst ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2018 roku i jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Anna Chęćka, doktor habilitowany, profesor nadzwyczajny, Zakład Estetyki i Filozofii Kultury Uniwersytetu Gdańskiego. Tam badawczo zajmuje się filozofią muzyki i estetyką. Jest także pianistką, absolwentką Akademii Muzycznej w Gdańsku i Konserwatorium w Paryżu. Gdy nie czyta książek ani nie gra na fortepianie, fotografuje, biega, gotuje albo wącha perfumy. Zajrzyjmy zatem do artykułu Anny Chęćki „Percepcja piękna.
Estetyczne pomieszanie zmysłów”. Neuroestetyka jest jedną z prężnie rozwijających się dzisiaj dziedzin. Pozwala wyjaśnić, jak mózg kategoryzuje rzeczywistość zmysłową. Spekulujący filozof może do tych objaśnień sięgać, aby pogłębić rozumienie takich kategorii estetycznych jak piękno, twórczość czy przeżycie estetyczne. Neuroestetyka korzysta z wyników badań neurobiologii, psychologii poznawczej, kognitywistyki. Opiera się także na faktach, jakich dostarczają jej współczesne techniki neuroobrazowania, pozytonowa tomografia emisyjna, rezonans magnetyczny. Jednak nawet wobec faktów dotyczących funkcjonowania ludzkiego układu nerwowego warto zachować poznawczy dystans. Kontakt ze sztuką uczy pokory. Wobec tajemnicy piękna metoda szkiełka i oka nie jest wystarczająca. Współczesny amerykański filozof Arnold Berleant uważa, że nauczono nas kategoryzować doświadczenia zmysłowe.
Szlachetniejsze płyną ze zmysłów, wzroku i słuchu, zaś bardziej prymitywne wiążą się z doznaniami dotykowymi, smakowymi i zapachowymi. Wędrując do źródeł tego podziału, docieramy do metafizyki Platona, bezwzględnie umiejscawiającej to, co fizyczne i materialne w niższej sferze. Dotyk, smak i węch zakładają bliskość, bezpośredni kontakt zmysłowy, więc arystokratyczna kultura grecka traktowała je ostrożnie. Zbyt jawne powiązanie zmysłów kontaktu z cielesnością naruszało spokój umysłu kontemplacyjnego. Estetyka długo podążała tropem wyznaczonym przez Platona w „Hipiaszu większym”. Doświadczenie piękna ograniczono tam do doznań słuchowych i wzrokowych poddanych kontroli rozumu. W rozważaniach Arnolda Berleanta rozróżnieniu na zmysły dystansu, wzrok i słuch oraz kontrastu, dotyk, węch, smak odpowiada podział na to, co sensualne i zmysłowe. Sensualne dopuszczalne jest jedynie wówczas, gdy jest bezpieczne, czyli postrzegane przez zmysły słuchu oraz wzroku, podczas gdy zmysł smaku, węchu, a zwłaszcza dotyku nieodparcie sugeruje to, co zmysłowe. W czasach nowożytnych pogląd ten stał się w estetyce wiodący dzięki pojęciom dystansu psychicznego oraz bezinteresowności. Jedynie gdy to, co zmysłowe, zostanie zdepersonalizowane, pozbawione bliskości i uduchowione, można je zaakceptować z estetycznego punktu widzenia.
Uproszczenie, które irytuje Berleanta, dotyczy klasyfikowania sztuk na podstawie zmysłu, dzięki któremu dana sztuka jest postrzegana jak w przypadku nazwania muzyki sztuką dla słuchu, a malarstwa sztuką wizualną. Przedstawiono przekonujące argumenty, że rzeźba, dziedzina sztuki w założeniu wizualna, nie odwołuje się w pierwszym rzędzie do wzroku, ale do dotyku. Do zmysłu dotyku w znacznym stopniu odwołuje się także wiele przykładów sztuki graficznej, chociaż nie bezpośrednio, lecz poprzez zwrócenie uwagi na takie cechy dzieła jak faktura oraz powierzchnia. Wielomodalność doświadczenia. Możemy w tym miejscu porzucić spekulacje i przywołać empiryczne przykłady synestezji. Tę właściwość percepcyjną nazywa się żartobliwie estetycznym pomieszaniem zmysłów, choć w rzeczywistości może być ona traktowana jako przywilej i dar. Neurobiolodzy głoszą, że każdy z nas doświadcza sensual bouillabaisse na etapie niemowlęcym aż do czwartego miesiąca życia. Bouillabaisse, tak na marginesie, to francuska zupa rybna z różnego rodzaju ryb. Stąd to porównanie. Za sensual bouillabaisse odpowiada nie do końca rozwinięta kora mózgowa.
Dopiero później, kiedy mózg się rozwija, a kora specjalizuje, doznania zmysłowe stają się odrębne. Być może u części ludzi ten proces specjalizacji nie zostaje ukończony i dlatego zachowują zdolność do barwnego słyszenia lub pachnącego postrzegania. Jeżeli synestezja dotyczy artysty, może przyczyniać się do wzbogacenia twórczości. Kompozytor wiąże wtedy dźwięki z kolorami czy zapachami. Pisarz widzi wielobarwne słowa, a malarz kojarzy barwę z dźwiękiem instrumentów. Dla wielu artystów cynober brzmiał jak tuba. W wyobraźni Nabokova litery pachniały i mieniły się kolorami, zaś Skriabin skomponował poemat symfoniczny, do wykonywania którego niezbędny był fortepian emitujący kolory. Synestezja dotyczy około 3% populacji. Najczęściej występuje w postaci powiązania znaku graficznego z kolorem. Litera, cyfra wywołują wrażenia barwne, choć pojawia się także jako dużo bardziej złożone, wielomodalne doświadczenie.
Dźwięki wiążą się z zapachem, kolorem, wyobrażeniami dotykowymi. Lecz poza świadectwami synestetyków, którzy spontanicznie wiążą grzmienie dźwięku z kolorem czy ze smakiem albo jak Kandinsky, widząc kolor, słyszą dźwięki, można mnożyć przykłady szczególnej, niejako wyuczonej wielomodalności doświadczenia. Mam tutaj na myśli powszechną w praktyce sytuację, w której muzyk opisuje brzmienie jako świetliste, kuliste albo ciemne, chropowate, albo też aksamitne. Mówi o odległości między dźwiękami, o ich temperaturze. Chłodne, ciepłe. Claude Debussy jest wyrazistym, choć nieodosobnionym przykładem kompozytora, który kieruje do wykonawcy uwagi mające taki właśnie wielomodalny i synestezyjny charakter i sugeruje na przykład, by grając w dynamice pianissimo, uzyskać brzmienie podobne do fioletowej mgły. Halina Poświatowska staje się mistrzynią wielozmysłowej poezji, gdy w erotyku „O Tobie” pisze: „Jesteś wieczorem brązowy. Jesteś wieczorem zielony. Pachniesz cierpko jak rozdarty liść akacji. Wokół jest miękko od liści szałwii i liści rumianka.” Jak pisze badaczka tej liryki Zuzanna Kozłowska, zakorzenienie w dźwiękach metafory u Poświatowskiej angażują dotyk, dłoń, ucisz czy wizję.
Promyk wiosenny w liściach zaszeleścił, zaś zapachy są często przedstawiane przestrzennie. Pustynia z kwitnącego zapachu. Zapewne każdy pilny uczeń liceum przypomni sobie w tym kontekście „Melodię mgieł nocnych” Tetmajera, która pozwala poczuć zapach czarnego stawu gąsienicowego, a czytelnik Nabokova przywoła kasztanową, brązową woń włosów bohaterki Lolity i Czarodzieja. Te wszystkie przypadki zakładają jednak szczególną wrażliwość twórców, których imaginarium było samo w sobie synestezyjne. A co z nami, zwykłymi zjadaczami chleba? Przekroczenie estetyki. Neuroestetyka i psychologia proponują nam kuszącą hipotezę, sugerując wielozmysłowość doświadczenia piękna. Zamyka się ona w koncepcji doświadczania protomentalnego. Dotyczy ono każdego odbiorcy sztuki, choć zapewne niewielu z nas wie o tym, że mu ulega. Tizio Brugiéri opisuje protomentalne doświadczanie malarstwa, ale ta sama kategoria doskonale sprowadza się w odniesieniu do muzyki czy literatury.
Zdaniem włoskiego badacza, gdy patrzymy na obraz, nasz mózg rejestruje szereg reakcji cielesnych na to, co widzimy. Zanim zaczniemy zdawać sobie sprawę z treści czy urody przedstawień. Rytm, harmonia i kompozycja obrazu pobudzają nieświadomą odpowiedź naszego ciała, a ściślej zmysłu propriocepcji, który odpowiada za napięcie mięśniowe i czucie głębokie. Zmiany w napięciu mięśniowym płyną do mózgu jako informacja zwrotna, która przyczynia się do emocjonalnego zabarwienia się bodźca. Tak powstaje osobista konotacja wzrokowa, która określa indywidualną, emocjonalną odpowiedź patrzącego na obraz malarski czy fotografię. Można zatem w ogromnym uproszczeniu powiedzieć, że obraz podoba nam się, zanim zdamy sobie z tego sprawę, bo to nasze ciało reaguje wcześniej, niż powstaje refleksja estetyczna w naszym umyśle. Malarzem, którego obrazy pobudzają nasz zmysł propriocepcji, jest zdaniem badaczy Piet Mondrian. Choć sam nie był synestetykiem, to jednak świadomie dążył do przekroczenia syntaktyczności dzieła malarskiego poprzez rytmizowanie jego struktury. Przykładem obrazu, który nawiązuje do muzycznego rytmu i pobudza ciało do tańca, może być Broadway Boogie Woogie z 1943 roku. Niesłusznie byłoby jednak ograniczać koncepcję doświadczenia protomentalnego do percepcji wzrokowej.
Gdy słuchamy muzyki, nasze ciała zostają w dosłownym sensie poruszone przez rytm, melodię, harmonię. Nie tylko u muzyków uruchamia się wówczas doświadczanie wielomodalne. Dźwięki mają swoją strukturę, kształt, kolor. Pojawiają się na pierwszym planie. Są figurą główną bądź tylko tłem. Wykonawcy muzyki klasycznej porozumiewają się ze sobą, używając kategorii przestrzennych, odwołując się do kształtów, kolorów, faktury dźwięku. Literatura maluje obrazy, rzeźbi kształty, ale czyni to nie tylko poprzez graficzne znaki, w których koduje opowieści o zmyślonym bądź rzeczywistym świecie wizualnym. Korzysta także z warstwy brzmień, tworów językowych, jak powiedziałby Roman Ingarden. I na tym brzmieniowym poziomie literatura, a zwłaszcza poezja, zbliża się do muzyki i gra, a my jako odbiorcy doznajemy zupełnie niegroźnego pomieszania zmysłów. W takich sytuacjach unieważniamy albo przynajmniej bierzemy w nawias podział na zmysły kontaktu i dystansu.
Takim tropem podąża Arnold Berleant, gdy traktuje koncepcję dystansu i izolacji jako sztuczne, anachroniczne i oderwane od zaangażowanego doświadczenia sztuki. Diagnozuje zwężanie estetycznego pola widzenia. Niepokoi go intelektualizowanie, skupianie się na problemach konceptualnych, ogólnych pytaniach o naturę sztuki, kryteriach sądu estetycznego. Wiele z tych spraw to interesujące, a nawet ważne zagadnienia, przyznaję. Ale jeśli tracą zakorzenienie w doświadczeniu, które jest podstawą estetycznej teorii, zaczyna im brakować treści. W rezultacie stają się pustymi pajęczynami logiki. Z tego właśnie powodu własności poszczególnych sztuk są tak istotne. Wiodą nas z powrotem ku doświadczeniu w całej jego nieprzewidywalności, specyfice i efemeryczności. Praktyka artystyczna i estetyczna percepcja nie są jedynie niezbędnym równaniem filozoficznego uogólnienia, lecz, w co głęboko wierzę, jego właściwym źródłem. Dla estetyki jednakowo ważne są dzieje sztuki oraz jej najnowsze odkrycia.
Neuroestetyka jako młodsza, bo rozwijająca się dopiero od 2000 roku siostra estetyki, demokratycznie interesując się i twórcą, i odbiorcą sztuki, próbuje też odkrywać, czym różni się odpowiedź naszego umysłu na sztukę od jego odpowiedzi na codzienną rzeczywistość. Wydaje się, że realizuje tym samym jeden z postulatów Arnolda Berleanta, który przekraczając estetykę, powraca do jej XVIII-wiecznych postulatów. Ojciec estetyki, Baumgarten, poszukując wiedzy na temat zmysłowego postrzegania, traktował sztukę jako synonim wyrafinowanej, sensorycznej świadomości, lecz poza sztuką interesowało go szeroko rozumiane doświadczenie percepcyjne. To doświadczenie zajmuje dzisiaj estetyków zorientowanych fenomenologicznie, lecz pozostaje zasadniczo poza zasięgiem zainteresowań estetyki analitycznej. Tymczasem neuroestetyka zaprasza filozofów do wejścia na neurobiologiczną i ewolucyjną ścieżkę wyjaśniania, aby pogłębić rozumienie świata i samych siebie. To, proszę państwa, był artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”, artykuł Anny Chęćki. Percepcja piękna. Estetyczne pomieszanie zmysłów. Cóż, a teraz odpalamy Bibliotekarium 2.0 na Word 3, 4, może 5. Zapraszam państwa do wysłuchania kolejnej opowieści Wojtka Sedeńki o książkach i o autorach.
To cykl, który ukazuje się na kanale Wehikuł Wyobraźni. Tam Wojtek Sedeńko pracowicie opowiada o autorach science fiction i fantasy. Od literki A na pewno dojedziemy do Z, jak rzeczywistość pozwoli. Na razie jesteśmy przy literce A. Z tajnych archiwów wiem, że nagrane są już cztery odcinki, a dwa kolejne są planowane Ja zabiorę państwa dzisiaj w świat „Diuny” oraz świat „Bila, bohatera Galaktyki”. Pierwszy świat to świat stworzony przez Herberta. Drugi świat „Bila, bohatera Galaktyki” to świat stworzony przez Harry'ego Harrisona. A zatem Frank Herbert i Harry Harrison w opowieściach Wojtka Sedeńki o książkach i autorach, a wszystkich zainteresowanych całym cyklem i innymi autorami zapraszam na kanał „Wehikuł Wyobraźni”. Dzień dobry wieczór Państwu. Dzień dobry wieczór Tobie Wojtku.
[25:01] - Dobry wieczór.
[25:02] - Zgodnie z obietnicą przystępujemy do dalszej eksploatacji literki H w fantastyce. To, jak zapowiedziałem, nie będzie krótka eksploatacja. Nie mówię tylko o tej dzisiejszej, ale w ogóle o literce H. Tak się jakoś złożyło, że autorów na tę właśnie literę obrodziło. Nie zwlekając zatem, przejdźmy do rzeczy.
[25:29] - Tak. Myślę, że powinniśmy zacząć po Heinleinie, który był w poprzednim odcinku. Powinniśmy zacząć dzisiaj od innej wielkiej postaci science fiction, autorze bardzo znanym, czyli o Franku Herbercie. Znany dzisiaj naprawdę na całym świecie. Jego „Diuna” jest powieścią jedną z pierwszych obok heinleinowskiego „Obcego w obcym kraju”, które weszły do list bestsellerów ogólnoliterackich. Były przez krytykę bardzo poważane, więc Frank Herbert zrobił pewien wyłom w światku fantastyki. Wyłamał bramę do getta razem z Heinleinem i to są na pewno dwaj autorzy, którym fantastyka bardzo wiele zawdzięcza. Herbert urodził się w 1920 roku, zmarł w 1986, mając 66 lat. Jest zdobywcą nagród Nebula i Hugo. Obie otrzymał za swoją drugą powieść opublikowaną, czyli właśnie „Diunę”.
Herbert nie był takim typowym pisarzem SF. On od samego początku w swoich utworach skupiał się na zagadnieniach może nie naukowych, raczej skupiał się na ekologii, na filozofii, na teologii, psychologii, ekonomii. Tego w fantastyce do jego czasów nie było. Koncentrował się na naturze człowieka, na jego możliwościach, niebezpieczeństwach, jakie grożą człowiekowi ze strony wymykającej się spod kontroli techniki. To jest jeden z motywów całego cyklu kronik „Diuny”. Pisał o systemach totalitarnych, o narkotykach zmieniających stan świadomości. Inspirowały go religie. On sam był wyznawcą buddyzmu, interesował się także islamem, co bardzo w „Diunie” jest widoczne. Całe to pisarstwo Herberta skupiało się bardziej na przyszłości samego człowieka niż technologii, więc był pisarzem w swoich czasach, w latach 60., kiedy zaczynał zdobywać wielką popularność, był po prostu stosunkowo nietypowy w fantastyce. On miał dosyć ciekawy życiorys.
Za młodu, mając 18 lat, uciekł z domu. Przeniósł się do Oregonu, gdzie mieszkał wujostwa. Tam ukończył liceum. Skłamawszy o ile ma lat, zaczął pracę w miejscowej gazecie Oregon Statesman. Później zajął się fotografią. W czasie II wojny światowej również jako fotograf pracował w jednostce pomocniczej marynarki amerykańskiej. Tam poznał swoją żonę Florę Parkinson. Z tego związku urodziła się córka Penelope Merit. W 1945 się rozwiódł. Zaraz po wojnie zaczął uczęszczać na uniwersytet w Seattle, gdzie poznał na zajęciach z kreatywnego pisania swoją drugą żonę, Beverly Ann Stuart, z którą miał dwóch synów.
Jednym z nich jest Brian Herbert, który kontynuuje dzieło ojca, pisząc razem z Kevinem Andersonem niekończące się tomy z całego wszechświata „Diuny” i studiując podjął pracę w czasopismach. Jednocześnie zaczęli razem z żoną publikować swoje opowiadania. Nie były to opowiadania science fiction, raczej opowieści kryminalne. Jego pierwsze opowiadanie ukazało się w 1945, a w prasie fantastyczno-naukowej zaczął publikować w 1952 roku w czasopiśmie Starling Stories Pulp Magazine, nie odnosząc jednak wielkich sukcesów. I dopiero po wydaniu swojej pierwszej powieści „Dragon in the Sea” w 1956, którą określono jako fantastyczno-naukowy kryminał ze skomplikowanym śledztwem psychologicznym, zdobył pewną rozpoznawalność. Ale już druga jego książka to była „Diuna”. Ona była początkowo drukowana w Analog Science Fiction w latach 1963-1965, a wydania książkowego doczekała się w 1965, zdobywając natychmiastowe uznanie czytelników i, co się rzadko zdarza, bo jednocześnie i krytyki amerykańskiej. Zachęcony tym sukcesem Herbert stworzył całą serię powieści „Kroniki Diuny”, które rozgrywały się w pewnym takim określonym uniwersum, które było bardzo przygotowane. To znaczy widać było, że sam pomysł napisania „Diuny” istniał w głowie Herberta dosyć długo, bo wiele wątków jest naprawdę bardzo dobrze przygotowanych i tę powieść się czyta tak, jakby była to opowieść o faktach. To znaczy tam są umieszczone w rozdziałach jakieś cytaty z nieistniejących dzieł, nawiązania do historii, do przeszłości ludzkości, rasy ludzkiej.
Co to był dżihad butleryjański? Dlaczego w „Diunie” właściwie nie stosuje się komputerów? One są zabronione. Dlaczego nie ma maszyn? Niby ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, a- W tym uniwersum nie wolno używać, poza statkami kosmicznymi, na które istnieją narzucone reguły, nie wolno posługiwać się złożonymi technologiami. Istnieje broń atomowa, ale istnieje jednocześnie memorandum, żeby jej nie używać i tak dalej. Te wszystkie zakony, które on opisał w „Diunie”, czy jest to zakon Bene Gesserit, Mentatów, Zakon Miecza i tak dalej, to są wszystko rzeczy bardzo przemyślane i widać było, że powieść, zanim zaczęła powstawać, już była mocno dopracowana w szczegółach. Sama powieść „Diuna” jest opowieścią o wszechświecie, w którym, jak wspomniałem, człowiek się rozprzestrzenił po wielu światach, ale tylko na jednym świecie istnieje substancja, która pozwala przewidywać przyszłość, jednocześnie pozwala pilotom, nawigatorom gildii, która ma patent na podróże międzygwiezdne, unikać katastrof, wyznaczać kursy i tak dalej. Jest to jedyna planeta posiadająca tę substancję i sam proces powstania melanżu, sama planeta, którą opisuje, planeta Arrakis czy Diuna, jest naprawdę czymś wyjątkowym w fantastyce naukowej, światowej. I ta powieść natychmiast zdobyła miliony czytelników na całym świecie.
Może jednocześnie i dlatego, że bardzo dużo jest w niej wątków mesjanistycznych, jest bardzo dużo wątków ekologicznych. Te wątki ekologiczne, na przykład w filmie, zarówno w filmie Lyncha z 1985 czy w obecnej edycji, czy w serialu, one nie są tak dobrze zaznaczane. Ja nawet bym powiedział, że są zupełnie spłycone. Mnie w tej powieści natychmiast zaskoczyło to, że na planecie Arrakis ludzie mogą żyć, a przecież potrzebują do życia tlenu. Tymczasem planeta w całości jest pokryta piaskami, pustynią. Nie ma na niej roślin, więc w jaki sposób ludzie, wdychając tlen i wydychając CO2, skąd się bierze tlen na tej planecie? Jest to wyjaśnione tylko i wyłącznie w książce, a filmowi twórcy z tego wątku zupełnie zrezygnowali. A to jest jeden z tych mocniejszych punktów „Diuny”, dlatego, że ona powstawała w czasie, kiedy rodziły się na całym świecie partie zielonych ekologów, kiedy zaczęto się zastanawiać nad ekologiczną przyszłością Ziemi i kiedy powstawały pierwsze plany ratowania naszej planety. I tutaj tego wątku filmowcy sobie odpuścili. Herbert zaczął pisać „Kroniki Diuny” i właściwie w latach 70., na początku lat 70.
poświęcił się zupełnie pisaniu. Odnosił coraz większe sukcesy. Te książki miały coraz większe nakłady. Pojawił się sukces finansowy, ale spotkała go pewna tragedia. To znaczy zachorowała jego żona Beverly i zmarła w 1984 roku. Herbert jeszcze po raz trzeci ożenił się po kilku latach. On w tym czasie prowadził takie podwójne życie. On był w stanie Waszyngton i na Hawajach i rozwijał taki swój pokazowy projekt ekologiczny, starając się, by jego domostwo było całkowicie samowystarczalne absolutnie we wszystkich zakresach i energetycznym, i żywnościowym, i tak dalej. I w jego powieściach, także kolejnych, można wątki ekologiczne i filozoficzne odnaleźć.
[33:35] - Natomiast ja pamiętam, kiedy „Diuna” po raz pierwszy w latach 80. pojawiła się w Polsce w dwutomowym wydaniu i był na tę książkę mały szał w księgarniach. Zresztą to nic nowego. W fantastyce w tamtych czasach fantastyka była rozdrapywana w księgarniach, więc i „Diuna” takoż była rozdrapana. I muszę powiedzieć, że ona się przyjęła przynajmniej w moim środowisku. Ja później zrobiłem mały research. Nawet nie wiedziałem wtedy, że to się research nazywa, ale zrobiłem ten research w latach 80. i ta książka, „Diuna”, była przyjęta bardzo różnie. Byli tacy, którzy się nią zachwycili. Oczarowała ich tak jak sporą część ludzi na świecie.
Ale byli też tacy, którzy się krzywili, którzy mówili, że jest nudna, że tam się akcja wolno toczy, że właściwie prawie się nie toczy chwilami, że masa szczegółów, masa różnych detali ich, tych czytelników, przygniotła. Ja powiem tak, że miałem z tą książką na początku problemy z jej czytaniem, bo rzeczywiście to nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, chociaż jak się dobrze zastanowić, to trochę jest, ale trzeba wejść w pewien rytm, pewną poetykę i wtedy ta książka Cudzysłów czyta się. Jeśli natomiast nie przejdziemy pewnego progu, to ona rzeczywiście będzie nas nudziła. Jeśli nie damy się oczarować bogactwu tego świata, temu, o czym mówiłeś, czyli tym cytatom, tym nieznanym dziełom, tym meandrom pewnej obyczajowości, ale także pewnych zasad, które tam panują, to jeśli to nas nie wciągnie, to rzeczywiście będziemy w gronie tych, którzy od „Diuny” się odbili. Znam takie osoby, miłośników fantastyki, którzy o „Diunie” wyrażają się z dużym dystansem. Proponuję tym wszystkim, którzy jeszcze tego nie sprawdzili, żeby spróbowali. To nie jest tak, że da się coś zadekretować, że dobre jest i że Herbert wielkim pisarzem był i już. Dla jednych pewno był, dla drugich nie był. Ja w każdym razie uważam, że warto po tę książkę sięgnąć, zachwycić się jej bogactwem. Ale to już od państwa zależy.
A jeśli chodzi o ekranizację, nie zachwyciła mnie ekranizacja Lyncha, chociaż dzisiaj to pewno bym powiedział inaczej. Ale pamiętam swoją reakcję, bo byłem już po lekturze książki i spodziewałem się, naiwnie przyznaję, ale ja wtedy byłem naprawdę młodym człowiekiem i naiwność przynależała mi troszeczkę, więc spodziewałem się, że film odda bogactwo książki. Nie oddał. Nadszedł czas dużo, dużo lat później, kiedy pojawiła się w kinach kolejna odsłona tego tytułu „Diuna” w dwóch częściach. I znowu mnie się podobało, ale ja nie wiem, czy to państwa akurat najbardziej interesuje, co mi się podobało, a co mi się nie podobało. Warto natomiast na ten film spojrzeć znowu troszeczkę inaczej. Jeśli spodziewacie się państwo „Gwiezdnych wojen”, to tam nie ma na tym filmie „Gwiezdnych wojen”. Tam jest bogactwo wizualne. To może państwa zdziwić, może nie, ale ja szczególnie zachwyciłem się drugą częścią. Ona wizualnie, obrazy, które tam się przedstawia, ja się dałem temu po prostu porwać i polecam państwu.
Jeśli nawet nie wciągnie was historia taka mesjanistyczna, związana z posłannictwem, z tym, co Muad'Dib miał wykonać, czy co mu było przeznaczone, to jeśli nawet to państwa nie wciągnie, to może wciągnie państwa po prostu piękno tej planety, pokazane oczywiście w odpowiedni sposób. Ja wiem, że będzie ktoś narzekał na to, że tam te wszystkie green screeny i w ogóle CGI, to po prostu tam jedno na drugim prawie siedzi, ale efekt jest naprawdę warty tego, żeby oko na filmie zawiesić.
[37:50] - Moja przygoda z „Diuną” wyglądała tak, że oczywiście przeczytałem te dwa tomy w „Iskrach”. One miały nakład 50 tysięcy i były nie do dostania. Zresztą rozpadający się szary papier to są książki dzisiaj w stanie rozpaczliwym wręcz. Kolejne wydania to był Phantom Press, następnie Zysk i Spółka. Obecnie całą serię wydaje Dom Wydawniczy Rebis w wydaniu pięknym, w twardej oprawie, z obwolutą, z ilustracjami Wojtka Siudmaka. Oprócz kronik oczywiście cały ten świat bardzo złożony, powieści Briana Herberta i Kevina Andersona. Do tego wydaje to w tej chwili również w wydaniach pocketbookowych, dlatego, że filmowcy wyczaili, że „Diuna” to jest jednak worek z pomysłami i można seriale kręcić. Mamy uruchomiony właśnie serial „Zgromadzenie żeńskie z Diuny”, czyli historia zakonu Bene Gesserit. To jest taka trylogia wielkich domów „Diuny”, którą wspomniani współautorzy napisali. I ja tę książkę przeczytałem w ’85 i bardzo szybko obejrzałem film.
Miało to miejsce na Polconie w ’85 roku w Błażejewku w październiku. Pamiętam tę projekcję, bo nie można było się dostać na niewielką salę, gdzie z 16 milimetrów był puszczany film. Tłumaczył na żywo Wiktor Bukato, który książkę nie znał, a film organizatorzy ściągnęli od ambasady amerykańskiej. Ja sam zresztą przywoziłem do klubu czy do DGF-u warszawskiego te filmy. W ten sposób attaché kulturalny i ambasada amerykańska pokazywała różnym środowiskom, stowarzyszeniom amerykańskie filmy, które nie zostały zakupione na polskie ekrany. I był to taki trochę drugi obieg filmowy, absolutnie legalny, ale nie miały te filmy list dialogowych, więc musieliśmy to sobie tłumaczyć albo właśnie oczekiwać, że zrobią za nas to zawodowi tłumacze. Chociaż dla Wiktora to było dosyć straszne, ale my mu chórkiem pomagaliśmy, bo już wszyscy znali ten język z książki. Film Lyncha zrobił na mnie wrażenie, dlatego, że ja sobie wyobrażałem ten świat właśnie tak jak Lynch, czyli barokowe budowle, barokowe urządzenia, barokowe meble. Dlatego, że to jest świat, w którym wszelkie urządzenia technologiczne nie są ogólnie dostępne, jak dzisiaj idziemy do sklepu i kupujemy sobie, co tylko chcemy, w zależności od tego, ile pieniędzy mamy w portfelu. To był świat, gdzie urządzenia były czymś wyjątkowym, więc one miały u Lyncha w filmie właśnie taką otokę i wygląd rzeczy bardzo drogocennych.
To mi się bardzo podobało. Oczywiście dzisiejsza „Diuna” ze wspomnianymi przez ciebie efektami komputerowymi była dużo łatwiejsza do zrealizowania niż w ’85 roku, gdzie dopiero pecety właściwie powstawały i nie było żadnych efektów komputerowych. Wszystko to były jakieś drobne animacje, a zostało to naprawdę dobrze wykonane. No i zakończenie „Diuny” u Lyncha jest takie jak w samej książce. Ta dwuczęściowa ekranizacja teraz ma wielki plus wizualny, ale oprócz tego odchodzi trochę od litery „Diuny”, co mi się już nie podobało. Właśnie też ze względu na wątki ekologiczne, o których wspomniałem. I wizualnie tak na szóstkę, ale pozostałe rzeczy jednak mniej mi się podobały niż w filmie Lyncha, gdzie była wersja taka reżyserska i było również odejście od pewnej prawdziwej historii „Diuny”, ale to zmierzało klamrą do końca takiego, jaki być powinien. Tutaj niestety niektórzy aktorzy absolutnie się nie sprawdzili w rolach, w które obsadzono. A czy sama wizualizacja „Diuny” mi wystarcza? No nie wiem.
Ja oczywiście byłem pod wrażeniem wielkich obrazów i wspaniałych wizji, ale czy to wystarczy na dobry film? Nie. Oczywiście ekranizacja „Diuny” nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć, ponieważ znam książkę, więc oglądam po prostu dobrze znany film, oczekując tylko jakichś zachwytów estetycznych.
[41:55] - Tak Wojtku. Zresztą jeśli mówimy o tej nowej ekranizacji, cóż, tam chyba dużą rolę odgrywa to, że koniecznie trzeba nakręcić kolejne części i stąd może ta próba odejścia od kanonicznego, herbertowskiego ujęcia tego tematu. Ale ja mam do tej nowej ekranizacji pretensje na przykład o to, że takie odniosłem wrażenie, że jeśli ktoś znałby tylko ten film, to nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w owym świecie nie ma maszyn, nie ma sztucznej inteligencji. Wydaje mi się, że nie. A przecież to wszystko tak bardzo łączy się z planetą, z melanżem, z przyprawą. To jest po prostu istota tego świata. Obawiam się, że to może umknąć oglądającym tę nową ekranizację.
[42:52] - O tym właśnie mówiłem. Obraz nie pokaże głębi książki dlatego, że nie jest w stanie. Musielibyśmy iść jak w „17 mgnieniach wiosny” i z panem Sztyrlicem opowiadać jego myśli, opowiadać tło i potrzebny byłby narrator, który by w to wprowadzał. W „Diunie” Lyncha zresztą jest narrator na początku i on się pojawia i pewne rzeczy wyjaśnia. Po prostu jest to niemożliwe. Znam osoby, które przy mnie oglądały „Diunę”, obie wersje i obie były znudzone. O co chodzi w tym filmie? Nie znając książki miały bardzo utrudniony odbiór tego filmu. Jest to film zrealizowany tylko i wyłącznie dla, tak mam wrażenie, tych, którzy książkę przeczytali, ale są ich miliony, więc sukces gwarantowany. Oczywiście tak się dzisiaj te filmy robi.
Akurat ten reżyser z takich fajnych wizji przyszłości, wizualizacji filmowych jest znany.
[43:47] - Czyli w jednym się Wojtku zgadzamy, nawet przy rozbieżnym podejściu do filmografii, to w jednym się zgadzamy. Czytajcie państwo książkę, to wtedy filmy staną się dla was bardziej klarowne.
[44:01] - Zgadza się. Niewiele jest filmów, które przerosły oryginał, pierwowzór literacki, ale o tym może przy jakiejś innej okazji. Frank Herbert nie napisał tylko „Diuny”. Napisał jeszcze parę książek i myślę, że warto kilka z nich wskazać. One się ukazywały w Polsce w różnych okresach. One się ukazywały w Polsce nakładem różnych wydawców. Nie było wielkiego planu na wydawanie Herberta i były czasami wydawane w dosyć dziwny, niezrozumiały sposób. Jest taki cykl „Pandora” Herberta, który został w Polsce opublikowany od drugiego tomu. Opublikowano drugi i trzeci tom, a czwartego nie. Jedno opowiadanie z tego cyklu się ukazało w antologii „Opowiadania zebrane” w Rebisie.
Jest to historia, której tom pierwszy „Destination Void”, który się nie ukazał w Polsce, opowiada historię załogi statku kosmicznego, który jest prowadzony przez sztuczną inteligencję. Nic nowego w fantastyce. Ale ta sztuczna inteligencja przejmuje władzę nad statkiem, kontrolę i ogłasza się Bogiem. Statek podejmuje decyzję, że ludzie powinni skolonizować taką a taką planetę Pandora, gdzie będą składały cześć statkowi, który pozostanie na orbicie. W tej książce powstaje taki test, żeby ludzie znaleźli sposób, jak będą oddawać cześć Bogu na orbicie i tak dalej. Na Pandorze zostają założone kolonie. Walczą o przetrwanie z dzikimi zwierzętami i z jakimiś morszczynami, o ile dobrze pamiętam, o pewnych cechach samoświadomości. Poza tym okazuje się, że na Pandorze jest jeszcze coś takiego jak wspólna świadomość zwana Awata. I to jest bardzo ciekawe, bo jeżeli pomyślimy o filmie „Avatar” i o wspólnej świadomości, to natychmiast dzwoneczki się w głowie odzywają. Czy przypadkiem pan James Cameron nie wzorował się jakimiś elementami na cyklu „Pandora”?
Sama nazwa Pandora też coś nam mówi. Są tu ewidentnie paralele między cyklem „Pandora” Herberta a filmem „Avatar”, którego podobno scenariusz napisał Cameron. Ukazała się jeszcze trzecia część tego cyklu, gdzie niedobitki ludzkości są podzielone na dwie grupy, ale muszą się zjednoczyć, ponieważ pierwotny właściciel Pandory, Awata, jest wrogiem bardzo trudnym do pokonania. Nie znam niestety kończącej cykl powieści, więc mamy taki ciekawy cykl. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na powieść Ruy Hjelma. Ona się ukazała w tej dosyć dobrej serii, wielokrotnie tu omawianej i wspominanej w Rebisie. Jest to historia żywego intelektu. Książka zdobyła w '78 roku nagrodę Prix Tour Apollo. Ten Hjelm to jest znany ekolog, entomolog, autor filmów dokumentalnych, wykładowca, a przy tym człowiek o sporych koneksjach politycznych. Przyciąga uwagę władz, bowiem podczas obserwacji jego siedziby w Oregonie ginie jeden z agentów rządowych.
Jedna z tajnych agent amerykańskich zaniepokojona jest przechwyconymi dokumentami, które ewidentnie wskazują na to, że Helson pracował nad budową tajnej broni. Więc wysyła kolejny zespół. I tak toczy się ta historia, po trosze sensacyjna, kryminalna, a jednocześnie opowiada o państwie amerykańskim, które jest w powieści państwem policyjnym. Inspiracją dla tej powieści Herberta była „Kronika” Hellstroma, która dostała Oscara dla najlepszego filmu dokumentalnego pełnometrażowego. Co jeszcze? W Polsce się ukazywało sporo książek Herberta w tak zwanych klubówkach, czyli w wydaniach klubowych, samizdatowych, w niewielkich nakładach odbijanych na ksero, później drukowanych na offsecie, ale matryce były robione z maszynopisów robionych na maszynach zwykłych do pisania. Ukazała się też taka powieść „Pochodzenie w linii prostej”. Powieść, którą opublikował Śląski Klub Fantastyki w magazynie „Fikcje”. To jest taka powieść krótka dosyć, która powstała na bazie opowiadania „Pekra Planet” z 1954 roku i rozgrywa się w galaktycznym bibliotece. Ziemia zostaje wydrążona i staje się właściwie jednym wielkim magazynem informacji.
I pojawiają się na Ziemi najeźdźcy chcący wykorzystać znajdującą się tam wiedzę do osiągnięcia władzy w galaktyce, a pokojowo nastawieni archiwisty muszą stawić im czoło. Jest to także dosyć ciekawy pomysł. Inna powieść, którą chyba Alkazar wydał, wydawnictwo Wiktora Bukaty, to „Twórcy bogu”. Książka powstała z rozwinięcia czterech opowiadań, które były opublikowane w „Standing Science Fiction” i „Fantastic Science Fiction Stories” w latach między 1958 a 1960. Jest to powieść o człowieku, który jest obdarzony wielkim osobistym magnetyzmem i zostaje wysłany na planetę odległą w celu wykrycia przejawów agresji wśród ludności na krańcach galaktyki, gdzie toczy się od wielu lat wojna. I w trakcie tych przygód bohater nasz przekonuje się, że jego zdolności psi są wręcz nieograniczone i zostaje zaproszony do organizacji bogów galaktyki. Więc bardzo taka poświęcona siłą paranormalnym powieść rozpięta w panoramie galaktycznej, więc myślę, że warto zwrócić uwagę. Jak widać każdy z tytułów Herberta zajmuje się innymi tematami czy pomysłami science fiction i je rozwija. „W oczach Heisenberga” to jest książka wydana przez Amber, a była też w klubówce. Władcami Ziemi od milionów lat są nieśmiertelni nadludzie, którzy są wymodelowani genetycznie i dzięki temu sprawują pełną kontrolę nad całą zniewoloną masą, czyli milionami ludzi.
Wynikiem tych niekończących się eksperymentów demiurgów są cyborgi, ludzie-maszyny. Obracają się one przeciwko swoim stwórcom, chcą ich za wszelką cenę unicestwić. Także kolejna taka zupełnie szalona powieść Herberta. Jakie jeszcze można byłoby powieści Franka Herberta wymienić? „Władcy niebios” może. O wszechświecie również nieśmiertelnych władców galaktyki. „Zielony mózg”, gdzie ludzkość toczy zażartą walkę ze zmutowanymi owadami, które opanowały części obu Ameryk. Więc są to powieści cały czas penetrujące te same tematy, którymi interesowała się science fiction od samych swoich początków.
[50:45] - Jeszcze bym dołożył powieść, która miała dziwny dla mnie tytuł: „Gwiazda Chłosty”. Potem się okazało, że to kwestia tłumaczenia, że można również ją tłumaczyć jako „Ubiczowaną gwiazdę”. Tak, też dziwny. Więc nie wiem, jaki tytuł powinien właściwie funkcjonować. To książka wydana w Polsce też na początku lat 90. W 1992 roku bodajże. I na tym, jeśli chodzi o tytuły Franka Herberta, moja wiedza się już kończy. Większej ilości tytułów nie potrafię wymienić.
[51:21] - W Polsce się prawie wszystkie książki jego ukazały. Szkoda, że nie ta pierwsza „The Dragon in the Sea”, a ta powieść „Ubiczowana gwiazda” nosi tytuł oryginalny „Whipping Star”. Została napisana w 1970 roku. No i tak nam minęło 30 minut dzisiejszego odcinka podcastu, więc nie wiem, czy uda nam się zrealizować cały plan, bo miała być mowa o trzech pisarzach. Ale została nam kolejna wielka gwiazda science fiction, aczkolwiek fantastyki lekkiej, łatwiej przyjemnej, czyli Harry Harrison, który cieszy się niezwykłą zupełnie popularnością w Polsce. Był taki moment pod koniec XX wieku, że dzięki tłumaczowi Jarkowi Kotarskiemu i wydawnictwu Rebis właściwie wszystko, co Harrison napisał, trafiało do polskich domów i tego było strasznie dużo. I to jest też taki trochę przykład, że można Zarżnąć autora, dlatego że kiedy książki Harrisona zaczęły się w Polsce ukazywać jedna za drugą, zwykle były króciutkie powieści, kilka zbiorów opowiadań, cykle niekończące się. To tak jak w przypadku Henry'ego Kuttnera, genialnego autora kilku świetnych cykli opowiadań, ale niestety niespełnionego w wielu dziedzinach fantastyki. Lepszą autorką od niego była jego żona, Catherine Moore. Kuttner też został przez wydawnictwo Białowieża i Rex tak samo zarżnięty, publikując wszystkie jego nieudane powieści, zalewając nas twórczością Kuttnera.
Tak samo zrobił Kuba Regist, zalewając nas razem z Amberem twórczością Harrisona, bo jest to autor, który miewał dobre książki i miewał bardzo dużo średniaków, produkcyjniaków pisanych wręcz na kolanie. Oczywiście były to książki napisane z wielką werwą i tutaj będę może przytaczał takie rzeczy. On miał dosyć prosty pomysł na tworzenie historii. Według niego opowiadanie musi być w miarę krótkie, musi się dobrze czytać, musi opowiedzieć zajmującą historię, skończyć się jakąś zaskakującą, nawet niekoniecznie logiczną puentą. I to jest pomysł na to, żeby zaskoczyć czytelnika i mu się spodobać. Już sam pierwszy utwór Harry'ego Harrisona, „Skalny nurek”, opublikowany w 51. roku, to był jego debiut literacki, w Polsce znany z antologii „Kroki w nieznane”, a także z paru takich antologii późniejszych, podsumowujących twórczość amerykańskiej fantastyki. Jest to opowieścią o możliwości przechodzenia, przenikania przez skały. Skalny nurek to jest człowiek, który poszukuje w ten sposób żył złota, minerałów i tak dalej. Wokół tego toczy się bardzo króciutka historia konkurencji, która skalnego nurka chce załatwić i w jakiś sposób ów skalny nurek potrafi z tych opresji wyjść.
Opowiadanie dosłownie dziesięciostronicowe, ale pokazuje skalę talentu Harrisona.
[54:17] - I pokazuje coś jeszcze. Pokazuje to, o czym powiedziałeś przed chwilą. Otóż rozwiązanie, oczywiście nie będę spoilerował, ale rozwiązanie pewnej dramatycznej sytuacji wiąże się z bardzo prostym pomysłem, a ten pomysł związany jest z bronią, z pewną tajemnicą. Nawet trudno to nazwać tajemnicą. Ze sposobem obsługi tej broni albo ze sposobem działania owej broni. I tak ten moment dramatyczny się rozstrzyga w tym opowiadaniu. A zatem ten przepis, który Wojtku podałeś, że to musi być szybkie, dosyć proste i zaskakujące rozwiązanie. Tu to zaskakujące rozwiązanie właśnie wiąże się z bronią, z jej obsługą. To jest właśnie, tak jak powiedziałeś, przepis Harry'ego Harrisona na dobre, nośne, szybkie opowiadanie.
[55:10] - Parę słów o samym autorze. Miałem okazję go spotkać w Kijowie w 2006 roku na EuroConie. Harrison tak naprawdę nazywał się Harry Maxwell Dempsey. Urodził się w 25. roku i ta jego popularność w Polsce, o czym już wspomniałem, jest naprawdę niezwykła. Jego pierwszą książką na naszym rynku była „Planeta śmierci”. Byłem młodym człowiekiem i kiedy ukazała się ona w serii z Kosmonautą prowadzonej przez Lecha Jęczmyka, kiedy ją przeczytałem: „O Boże, to fantastyka taka może być?” Od pierwszych stron właściwie akcja rwie do przodu. Poznajemy głównego bohatera, który jest szulerem. Zarabia w różnych szulerniach galaktyki pieniądze. Musi uciekać często.
Jest człowiekiem dosyć sprytnym, inteligentnym. I trafia kosa na kamień, bo trafia na ludzi, którzy wchodzą do jego pokoju już na pierwszych stronach i chcą go wynająć. On się chce bronić. Uważa się za świetnego strzelca i rewolwerowca i okazuje się, że właściwie patrzy śmierci w oczy, bo są to ludzie dużo szybsi od niego. Proponują mu robotę na planecie, która ma pewne kłopoty. Kłopoty polegają na tym, że zwykła kolonia, która żyła z wydobycia minerałów i tak jak wiele kolonii w galaktyce ludzie próbują przeżyć na odległych planetach. Nagle natura planety stanęła przeciwko nim. Im więcej zabiją roślin, zwierząt i tak dalej, to i tak są otoczeni kordonem, który powoduje, że populacja planety coraz bardziej się zmniejsza. Ta populacja jest już tak wyspecjalizowana w zabijaniu wszelkich zwierząt tej planety, że już bardziej być nie może, ale i tak nie chcą zrezygnować i opuścić kolonii. Trafia tam nasz bohater, który dokonuje pewnych odkryć.
Okazuje się, że świadomość roślin i zwierząt, czyli świata natury, jest przeciwko ludziom dlatego, że ludzie dokonali pewnych rzeczy, których nie powinni byli robić. Można temu przeciwdziałać, bowiem poza tą kolonią na planecie da się spokojnie żyć. To jest oczywiście tylko początek operacji. Chodzi głównie w „Planecie śmierci” o pokazanie kapitalnej postaci bohatera, szulera, przestępcę, jednocześnie człowieka o dobrym sercu, który potrafi pomóc bliźnim. Sam Harrison napisał trylogię „Deathworld. Planeta śmierci”. Kontynuacja przygód z pierwszego tomu rozgrywa się w trzecim, a „Planeta śmierci 2” to są przygody tego samego bohatera. Ale taki wątek poboczny. Chyba Harrison nie bardzo wiedział, jak to rozegrać dalej. Co ciekawe, Harry Harrison zgodził się na kontynuowanie tego swojego cyklu przez autora zza żelaznej kurtyny.
To znaczy pan Skalandis pisał i Amber wydał w Polsce tomy „Planety śmierci 4, 5 i 6”. Było to pisane po rosyjsku. Ant Skalandis to jest pseudonim Antona Mołczanowa, który urodził się w Moskwie w 1960 roku. On się dogadał z Harrisonem na to, żeby napisać kontynuację. One się nazywały po rosyjsku. W Polsce były jako „Planeta śmierci 4, 5, 6”, ale się nazywało „Powrót na planetę śmierci” i tak dalej. I to jest ciekawa rzecz, bo Harrison i kilku jeszcze autorów amerykańskich było zapraszanych na konwenty do Rosji i oni tam tworzyli czasami takie projekty. W Rosji powstało na przykład mnóstwo kontynuacji, chyba w świecie Conana Howardowskiego. To jest jakaś przerażająca liczba tytułów, bo idąca w setki bodajże. Więc takie tego typu projekty istniały.
[58:59] - Ja muszę powiedzieć, że jedynka, bardzo podobnie do ciebie, kupiłem. W dodatku tego samego dnia brałem udział w manifestacji antykomunistycznej w Bydgoszczy z tą książką pod pachą, jeszcze nie znając jej treści. Gdzieś tam sobie spacerowałem i podziwiałem milicję z drugiej strony. Takie to były dziwne czasy. Ale chciałem powiedzieć, że „Planeta śmierci 2” wyszła w klubówce i ja tę klubówkę oczywiście zdobyłem. I rzeczywiście zdziwiłem się, bo to była książka. Ja wtedy miałem małego hopla na punkcie historii i to mi zresztą zostało, ale ta książka jest oparta, garściami czerpał autor z historii plemion koczowniczych z dalekiej Azji. Tam jakieś echa najeźdźców z serca Azji się pojawiają. Dzisiaj oczywiście tego nie potrafię już przytoczyć, ale tam dało się znaleźć odnośniki do autentycznych wydarzeń, które znałem z historii. Harry Harrison zupełnie się nie krępował, co zresztą- Ta książka dała się czytać.
W przeciwieństwie do niektórych Światów Śmierci, na które trafiłem później, które czytało mi się słabo. I do dzisiaj nie wiem, czy była to wina marnego tłumaczenia, bo trafiałem też na takie dosyć proste tłumaczenia, a nawet można by je nazwać chyba niedorobionymi tłumaczeniami. Być może to była wina właśnie tłumaczenia, że te inne Światy Śmierci, Planety Śmierci nie przypadły mi do gustu. Dwójka jeszcze tak. Może przez sentyment do tej klubówki.
[01:00:40] - Ja już nie czytałem tych kolejnych książek. Pomyślałem, że Rosjanin pisze kontynuację Planety Śmierci. Na pewno nie będzie to nic ciekawego. Ja jeszcze tutaj do tego wątku ze „Skalnego nurka.” Harrison debiutował w 1951. W latach 50. było strasznie trudno się przebić młodemu, nowemu autorowi do magazynów pulpowych, które wtedy się ukazywały, bowiem kilku redaktorów wyspecjalizowało się. Ja to czytałem w artykule, eseju, który napisał Harrison i moja wiedza na temat tego, jak wyglądała pierwsza strona opowiadania wysyłanego do magazynu. Oczywiście według zaleceń redaktora naczelnego. Wyglądało to tak, że na pierwszej stronie było zaledwie osiem wersów tekstu. Pozostała część strony była zajęta na autora i adres zwrotny, tytuł, informację o liczbie znaków i tak dalej.
I w tych ośmiu wersach tekstu autor musiał naprawdę się napocić, żeby wydawcę zadowolić. Bowiem bardzo często, jeżeli nie spodobało się redaktorowi naczelnemu te osiem pierwszych wersów, które musiały go jakoś zaskoczyć lub wciągnąć, trudna sztuka, to nie przewracał już kolejnej strony. Jeszcze czasami zerknął na koniec i to było wszystko. Oczywiście są autorzy, którzy zaprzeczają wersji Harrisona, bo i z takimi zdaniami się spotykałem, ale coś w tym musi być, bo kilku autorów wspominało o tym, że musieli się napocić, żeby na kilku wersach zainteresować swojego wydawcę, żeby opublikował i kupił za te kilka dolarów ich opowiadanie. Bo to dosłownie było kilka dolarów. Płacono wtedy pół centa, jeden cent. Najlepsze magazyny dwa centy za słowo. A nie można było pisać opowiadań długich, bo te dłuższe nowele, które się ukazywały w pulp magazynach, one szły na zamówienie. Generalnie średnia długość opowiadania w pulp magazynie to było między 15 a 20 stron naszego maszynopisu. Publikując antologię tych opowiadań, ja to widzę, że one mają dosyć regularną, powtarzającą się objętość.
Czyli jest coś na rzeczy. Kolejny taki cykl Harrisona po Planecie Śmierci, który przyniósł mu dużą popularność, to był Bill, bohater Galaktyki. On nie miał zamiaru tworzyć cykli, jak napisał w artykule. On po prostu napisał powieść, która miała być parodią Żołnierzy Kosmosu. Wspomnieliśmy o tym w poprzednim odcinku. „Żołnierze kosmosu” Heinleina. Powieści, która była militarystyczna, pokazywała całą Ziemię zmobilizowaną, walczącą z obcą cywilizacją robali, a w Billu, bohaterze Galaktyki, w parodii Heinleina, Harrison naprawdę na wyżyny się wspiął i pokazał po prostu zwykłego chłopaka, który trafia do wojskowej szkoły, ma zostać supermenem, a tak naprawdę produkcją w koszarach. Jest produkcją odmóżdżonych robotów, takiej masy, która pójdzie na śmierć i nie będzie zadawała pytań. Heinlein igra w jakiś sposób z ideą nadczłowieka, nieśmiertelnością i tak dalej. Harrison zupełnie nie ma wątpliwości, że żołnierz przyszłości będzie raczej szkodliwy i odmóżdżony.
I jest to historia takiego chłopaka, który przechodzi różne etapy szkolenia i w końcu zostaje bohaterem Galaktyki. Ale za jaką cenę? Musicie się o tym państwo sami przekonać. Książka ukazała się w serii rebisowskiej. Ostatnie wznowienie. Poprzednio ukazała się w Polsce w 1986 w Fantastyce. Kilka lat potem wydał jeszcze Rebis. Jeszcze przed rozpadem na dwa wydawnictwa Rebis i Zyski i Spółka. To jest tyle o Billu, bohaterze Galaktyki. Tychże powieści było kilka.
Trzeba wymienić „Planetę robotów.” Później przyłączył się do Harrisona Robert Sheckley, który jest również znany z dużego poczucia humoru i napisał razem z Harrisonem „Na planecie zabutelkowanych mózgów.” W kolejnej powieści „Na planecie niesmacznej przyjemności.” Same tytuły mówią, że jest to po prostu fantastyka prześmiewcza. Harrison współpracował z Davidem Bischoffem. Kolejne tomy, które już się w Polsce nie ukazały, powstały we współpracy z Jackiem Haldemanem i również z Davidem Bischoffem. Chyba powstało ich łącznie sześć.
[01:04:49] - Ja powiem tak, że najbardziej rozbawiło mnie, kiedy w końcu czytelnik dowiaduje się, jak straszliwy jest ów przeciwnik, a to się w dodatku okazuje chyba znowu prześmiewczo. Kiedy wspomniałeś Wojtku o głowach, o praniu mózgu, to ta historia z obcym też ma coś wspólnego z głową. Jeśli państwo sięgniecie po tę książkę, to chwilami będziecie się naprawdę śmiali. Ale o jednym warto pamiętać. To nie jest książka na poważnie. Nie spodziewajcie się państwo tam space operowego zadęcia, jakichś takich elementów, które w fantastyce, czy to takiej militarnej, czy space operowej często się pojawiają. Tu jednak Harry Harrison często puszcza do nas oko.
[01:05:40] - Tak, to jest powieść prześmiewcza, to jest powieść pełna żartów słownych. Cały cykl złożony z różnych skeczów, wręcz z nawiązaniami do historii. Jak wspomniałeś, puszczania oka do czytelnika. Słuchajcie, tu się bawię w to i w to. Jeżeli to czytaliście, to super. Jeśli nie, no to jesteście głupcami. To jest cały Harrison. Zanim przejdziemy do tej jego takiej skromnej, ale jednak poważnej twórczości, jeszcze jeden cykl, który również jest na wesoło, czyli najbardziej kultowy chyba w Polsce obok Planety Śmierci. To cykl Stalowy szczur.
[01:06:13] - O! Znam kilku zagorzałych wyznawców tego cyklu.
[01:06:16] - Tak. „Stalowy szczur” w Polsce miał ileś wydań. Były wydania w Wydawnictwie Poznańskim, później Amber wydał cały cykl. Teraz pierwsze tomy wznowił Vesper, ale to są tomy, żeby było śmieszniej, prequelowe, napisane dużo później niż ta klasyczna opowieść o Stalowym Szczurze. W „Stalowym szczurze” mamy do czynienia z bohaterem, tomów jest łącznie jedenaście plus tom opowiadań. Jest to bohater, który zajmuje się, krótko mówiąc, rabowaniem banków, łapaniem kasy, gdzie się tylko da i robieniem sobie żartów i jaj z różnych ochroniarzy, agencji ochroniarskich. Przemierza galaktykę, okrada co się tylko da i dobrze się przy tym bawi, bo rabowanie banków sprawia mu zwyczajnie przyjemność. Jest przy tym dosyć genialnym facetem. Nie używa broni, nie zabija ludzi, co najwyżej ich ogłusza, ochroniarzy. I to jest taki bohater pozytywny.
Oczywiście w jakimś sensie jest to taki Arsène Lupin, tylko tyle, że brakuje mu tej ogłady. Ale jest to bohater, z którym bardzo wielu czytelników się utożsamia, bo jest to bohater zdecydowanie pozytywny, zwłaszcza gdy po jakimś czasie wpada w ręce jednak policji i musi przejść na stronę, z którą do tej pory walczył albo spędzić resztę życia w kolonii karnej. Więc oczywiście, mimo kilku prób ucieczki, ostatecznie staje się bohaterem tropiących innych bandytów. I to już jest druga część cyklu. Przy okazji trafia mu się jeszcze żona, która z kolei jest równie inteligentna, równie wysportowana i równie genialna, jeśli chodzi o zbrodnie. Tylko że lubi zabijać. Więc powstaje w ten sposób para bohaterów. Dochodzą później jeszcze ich dzieci, które również są oczywiście świetnie wyszkolone w swoim fachu. I w ten sposób z tą rodzinką przestępczą czy rodzinką ścigającą przestępców, trudno się tutaj połapać, bowiem Stalowy Szczur cały czas na boku jednak robi jakieś numery, które puszcza mu jego przełożony płazem. No i wędrujemy przez planety galaktyki, poznajemy różne opcje społeczne i tak dalej.
Jest to cykl lekki, łatwy i przyjemny, mało spójny, jeśli chodzi o historię i logikę, ale tu nie o to chodzi. Co tu dużo mówić, „Stalowy szczur” powstał po to, żeby bawić czytelnika i na to po prostu trzeba się zgodzić.
[01:08:40] - No i „Stalowy szczur” wychodził również w klubówkach. Wiem, bo nabyłem i to prawie doszło do bijatyki, ponieważ jednocześnie z pewnym osobnikiem chwyciliśmy tę samą książkę i trzeba było rozstrzygnąć, kto ją chwycił pierwszy. Wygrałem nie siłą mięśni, tylko zmęczeniem. Byłem nieustępliwy, byłem upierdliwy i w końcu tego „Stalowego szczura” zdobyłem. Jeszcze jedna ciekawostka. Wśród tych książek o Stalowym Szczurze jest też gra paragrafowa. To jest tytuł: „I ty możesz zostać Stalowym Szczurem”. Przeszedłem tę grę, bo powiedziałem sobie, że muszę. Rzeczywiście wariantów jest kilka. To taka ciekawostka.
Okazuje się, że również tego rodzaju działalność, tworzenie takich książek, które można przeczytać wiele razy, również Harrisona pociągało.
[01:09:37] - No i chyba przejdźmy w takim razie do rzeczy, które robił na poważnie, bo robił na poważnie. Tak sobie pomyślałem w tej chwili, że takim trochę odpowiednikiem Harry Harrisona w Polsce jest Eugeniusz Dębski, który pisuje książki właśnie takie lekkie, łatwe do czytania, z bohaterami w stylu bohaterów Harrisona, czyli czy to przestępcami, czy ścigającymi przestępców, ale generalnie bardzo pozytywnymi. I tutaj widzę pewne zbieżności, ale obaj autorzy też pisali poważną fantastykę. W przypadku Harry Harrisona jest to chyba tylko jedna powieść i kilka, które trzymają jakiś poziom. Ale tą najważniejszą powieścią Harrisona jest zdecydowanie „Przestrzeń i przestrzeń”. Tytuł oryginalny: „Make Room! Make Room!”. Jest to powieść o przeludnionej ziemi. Co prawda w książce ta przeludniona ziemia, na której dosłownie jeden na drugim stoi, liczy sobie zaledwie pięć miliardów. Myśmy ten wynik osiągnęli wiele lat temu.
Powieść się w ten sposób zestarzała. Powieść powstała blisko pięćdziesiąt lat temu czy siedemdziesiąt już prawie. Wtedy wydawało się Harrisonowi, że pięć miliardów ludzi to będzie jakiś nieprawdopodobny wynik. Dzisiaj ten wynik jest przekroczony prawie już dwukrotnie. Powieść się dzieje w ostatnim roku XX wieku, w 1999, w Nowym Jorku, który wówczas ma liczyć trzydzieści pięć milionów mieszkańców. Tu akurat przesadził Harrison. Ci ludzie gnieżdżą się na stacjach metro, na ulicach, mieszkają we wrakach samochodów. Całe Stany Zjednoczone to właściwie jest państwo ogarnięte taką totalną anarchią. Kto wie, czy to nie są sceny prorocze, widząc, co dzisiaj dzieje się na ulicach miast amerykańskich. Ale to, co się dzieje w Nowym Jorku, rozgrywa się też na całym świecie.
Są kraje, które odseparowały się od reszty świata. U Harrisona jest to na przykład Dania. I strzelają do ludzi, którzy próbują się do nich dostać, przekroczyć granicę. Kontrola narodzin jest zakazana. Ludzie się mają rozmnażać i koniec. I u podstaw tego harrisonowego krachu leży jednak nie przyrost naturalny, a niewystarczający przyrost żywności. I według niego dla tak licznej ludzkości pięciomiliardowej zabraknie dosłownie wszystkiego: wody, żywności, energii. I bohater policjant próbuje dociec przyczyny chaosu. Powstał całkiem przyzwoity film „Soylent Green” na podstawie tej powieści. Film otrzymał zresztą nagrodę Nebula dla najlepszej prezentacji dramatycznej.
W głównej krytyce przeszedł raczej bez echa, ale myślę, że jest to powieść bardzo przyzwoita, z dobrym aktorem w roli głównej. I ja sobie przypominam od czasu do czasu ten film.
[01:12:26] - Jeśli chodzi o ten film, to pamiętam, kiedy Zygmunt Kałużyński i Raczek prezentowali to w swoim cyklu „Perły z lamusa” i obaj wypowiadali się o tym filmie z atencją. Mieli oczywiście różne zdanie, bo taka była formuła programu, ale obaj mówili w superlatywach. Ten film jest niepokojący troszeczkę, a nawet mocno troszeczkę odbiega od książki. W książce jednak skupiamy się na losach głównego bohatera, policjanta, jego relacjach z sąsiadami, z współlokatorami, z pewną kobietą. Soylent Green jest troszeczkę inny, ale chyba jeszcze bardziej niepokojący niż książka.
[01:13:13] - Tak, to jest rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Jeżeli państwo mają możliwość obejrzenia Soylent Green to bardzo polecam. No i przeczytać Przestrzeni w przestrzeni. Raz, że Harrison jest znakomitym warsztatowcem, potrafi budować postaci, napięcie. To jednocześnie daje tam pewien obraz Ameryki, jak powiedziałeś niepokojący, bowiem patrząc na sceny znarkotyzowanych ulic miast amerykańskich i pewnego chaosu w tym kraju, który miał być oazą demokracji, nie należy się dziwić, że ta wizja kto wie, czy się nie urzeczywistni. Jeszcze jest jedna powieść, na którą chciałbym zwrócić uwagę państwa. Ona została wydana najpierw w odcinkach w Fantastyce, potem wydał ją Amber. Myślę, że powinien jeszcze wydawca polski się zastanowić nad wznowieniem, bo jest to bardzo ciekawa opowieść o możliwościach podróży w czasie. Mówię o powieści filmowej Wehikuł czasu. Jest to też przezabawna opowieść o tym, że bankrutująca wytwórnia filmowa, dysponująca całkiem niezłym scenariuszem, niezłymi aktorami, ale niemająca pieniędzy, a przede wszystkim ścigająca się z czasem, korzysta z wynalazku podróży w czasie, aby nakręcić film o odkryciu przez Wikingów Ameryki i zrobić ten film wielką, wspaniałą epopeją historyczną.
Na to potrzeba kasy. Na to potrzeba przede wszystkim czasu, a studio na to czasu nie ma. Więc wykorzystuje pierwszy eksperymentalny wehikuł czasu do tego, aby wysłać scenarzystę gdzieś na jakieś zadupie, powiedzmy w erze mezozoicznej, aby gdzieś tam wybudował sobie namiot i w tym namiocie miał nie wiadomo ile chce czasu, aby stworzyć super scenariusz. A wraca wehikułem czasu praktycznie parę minut po swoim wyjechaniu w tęże przestrzeń. Tak powstaje scenariusz. Teraz po co kręcić, wynajmować studio, robić jakieś atelier wielkie i tak dalej? Przenieśmy aktorów po prostu w czasy, kiedy Wikingowie przybyli do Ameryki. I tak powstaje opowieść o kręceniu filmu, który kręci się ileś miesięcy, a praktycznie jest gotowy w naszej rzeczywistości w ciągu jednej doby. Oczywiście odnosi sukces, ale bohaterowie przeżywają moc niesamowitych przygód. Wikingowie w dodatku mordują faktycznie.
Te sceny są w filmie strasznie realistyczne. Wielka supergwiazda Sexbomba zakochuje się oczywiście w wielkim wodzu Wikingów, więc mnóstwo śmiechu. A jednocześnie bardzo sprytnie pomyślana powieść, trzymająca w napięciu i pokazująca, że Harrison miał rękę do pióra i do tworzenia ciekawych fabuł. On zresztą do podróży w czasie jeszcze wrócił w takiej książce Rebelia w czasie czy Pogoń w czasie w Klubówce. Rebelia w czasie — opowieść o wojnie secesyjnej, gdzie przeciwnicy konfederacji mają możliwość otrzymania broni automatycznej strażniczości, co oczywiście natychmiast by odmieniło bieg historii. Tu się zaczyna ten pościg w czasie właśnie, gdzie trzeba przeciwdziałać tym próbom zmienienia historii Stanów Zjednoczonych i odwrócenia prawdziwej wojny domowej, wojny secesyjnej. To pokazuje ta powieść również spory talent Harrisona. Oczywiście on w Polsce miał całe mnóstwo, jak powiedziałem, wydanych jeszcze książek. Był Uwięziony wszechświat, był Tunel transatlantycki, była Kapsuła ratunkowa, była Inwazja. Upadek z nieba, był Stonehenge.
Zagłada Atlantydy. Widać, że po prostu rozrzut tytułów tylko mówi. Był cykl Ku gwiazdom, była dylogia Brionne Brandt. Planeta przeklętych i Planeta bez powrotu.
[01:17:04] - No to ja jeszcze powiem o jednej serii, która jest mi bliska i to jest seria Eden, w której pojawiają się inteligentne jaszczury. Dlaczego się pojawiają? No bo historia była nieco inna niż ta, którą znamy i w pewnym momencie gady nie wyginęły, a w każdym razie nie wyginęły na tyle skutecznie. No i stworzyły cywilizację. Ludzie się też pojawili, ale oni byli jacyś tacy jednak niedorobieni. I tu mamy cykl trzytomowy. Przyzwoita książka, ale on jest mi bliski z zupełnie innych powodów. Jest mi bliski, ponieważ w jakiejś tam części mojej twórczości również gadziny, czyli takie inteligentne jaszczury się pojawiają. I nie będę wcale ukrywał, że jakąś inspiracją do tego był właśnie Harry Harrison. To była lekka inspiracja, niemniej jednak pojawiła się i dlatego jakimś sentymentem, sporym sentymentem ten cykl Eden darzę.
[01:18:12] - Czyli widać, że fantastyka aż iskrzy od inspiracji, zapożyczeń, których absolutnie nikt w fantastyce nie nazywa plagiatem, a nawet zapożyczeniem. Jest to rzecz po prostu w fantastyce naukowej normalna. Niestety nie przejdziemy do trzeciej zaplanowanej postaci. Właśnie dwóch braci Joe i Jacka Haldemanów. Odwiedzimy ich, porozmawiamy o nich w następnym odcinku. Myślę, że na tych dwóch wielkich literach H, czyli na Herbercie i Harrisonie dzisiaj zakończymy.
[01:18:41] - Pięknie ci Wojtku dziękuję. To był długi, nafaszerowany tytułami odcinek. No ale chyba dobrze, że takie odcinki się pojawiają.
[01:18:52] - Mam nadzieję, że notujecie.
[01:18:53] - Jeszcze raz wielkie dzięki.
[01:18:55] - Dziękuję.
[01:18:56] - Teraz zapraszam na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a my dzisiaj będziemy rozmawiali o filmie Heretic to ciekawy film. Powiem państwu szczerze, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie zacząć notować. Co miałem notować? Otóż to kopalnia pomysłów do kolejnych odcinków zarówno Bibliotekarium 2.0, jak i Wehikułu Wyobraźni. Posłuchajcie państwo, co tam w Hereticu piszczy. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:19:49] - Witam wszystkich. Marku, ciebie też. W dzisiejszym odcinku pochylimy się nad filmem, który nazywany był, okrzyknięty był chyba warto powiedzieć i to słowo okrzyknięty wymówić dużymi literami, jednym z najbardziej zaskakujących horrorów 2024 roku, przynajmniej końcówki. Od razu powiem na samym początku, wbrew sobie trochę polemizuję, będę polemizował i to mocno. Chodzi o film Heretic, dzieło tandemu Scott Beck i Bryan Woods, którzy mają na koncie kilka horrorów. O nich też za chwilę będzie mowa. Najbardziej znane ich dzieło to jest Quiet Place, czyli ta seria filmowa o istotach z kosmosu, które słyszą każdy ruch człowieka i potem biegną, żeby go zjeść. Oni byli twórcami scenariusza tej pierwszej części. Natomiast Heretic, cóż, dużo się człowiek nasłuchał, dużo się człowiek naczytał. Heretic był wyświetlany w kinach.
Pewnie jeszcze jest w momencie, kiedy to nagrywamy, co w erze streamingu nadaje mu dodatkowej rangi. Tyle, Marku, że ja sobie szybko zacząłem zadawać pytanie, czy to jest film, na który się chodzi do kina, czy raczej powinni z tego zrobić sztukę?
[01:21:11] - Zdecydowanie nie jest to film, szukam słowa, żeby nikogo za bardzo nie obrazić. To nie jest film widowiskowy, to nie jest film pełen akcji i pełen zwrotów akcji. To jest rzeczywiście film i to celna niezwykle uwaga, który świetnie nadałby się, gdyby go rozpisać na sceny teatralne i zrobić z tego teatr telewizji. Ponieważ tam się gada, gada, gada i ja nie mówię, że to są gadki bezsensowne i nawet będę miał kilka uwag na temat owych gadek. Natomiast tak en masse biorąc cały film, to tam głównie się gada, trochę chodzą, trochę schodzą po schodach, trochę chodzą na schody, ale rzecz jest dosyć kameralna. Rzecz jest dosyć taka, chwilami wydaje się, szczególnie na początku, jakby filozoficzno-teologiczna. To błędne patrzenie, moim zdaniem oczywiście, ale tak się wydaje do pewnego momentu. Powiem tak, że dlaczego mówię o tej gadce, że ona czasami nawet ma sens? Bo jak się państwo dobrze wsłuchacie w te dialogi, to tam są tytuły oraz tematy właściwie dla wielu odcinków Wehikułu Wyobraźni, a i dla UFO Historii coś by się znalazło. Tak dużo jest tam różnych zagadnień.
Ja myślę, że spokojnie dałoby się kilka miesięcy obskoczyć samymi tematami sygnalizowanymi przez Hugh Granta, który tam eroruje na różne tematy, bardzo tajemnicze i takie bardzo raz wzniosłe, a raz takie po prostu sięgające głęboko czy to ludzkiej świadomości, czy filozofii, czy teologii i tak dalej. Tego tam jest naprawdę dużo. Można zadać pytanie: co z tego, kiedy otrzymujemy pewną historię, która, muszę to przyznać przy całym dystansie do tego filmu, do pewnego momentu jest intrygująca. Intrygująca, chociaż męcząca przez tą swoją dialogowość i brak akcji, ale ja jednak starałem się dać temu dziełu szansę. To znaczy dobra, może nie biegają, może nie strzelają, może potwory tam nie biegają, ale w gruncie rzeczy mówią o ciekawych sprawach. Ciekawe zagadnienia są poruszane. Dobra, to dajmy szansę. Tylko że ten film nie dał szansy mnie, bo końcówka jest kompletnie, moim zdaniem, od czapy, jakby z innego filmu przyklejona, jakby za wszelką cenę starano się wtłoczyć ten film w hollywoodzkie standardy. I to, co wydaje się ciekawe, to co wydaje się niestandardowe, jakieś takie tajemnicze, nagle zostaje sprowadzone na ziemię. Nie wiem, nawet pod ziemię, bo to jest tak oklepany schemat, którym kończy się ten film, że aż wstyd o tym mówić po prostu.
To na razie tyle.
[01:24:47] - Nie tylko jest doklejona końcówka, ale początek też, dlatego, że on nas wprowadza w błąd, że się będzie coś działo. Zacznę od tego. Często jest tak, że kiedy mówimy o filmach jakichś tam hołubionych i tak dalej w necie i na Filmwebie, to nasze opinie są nieco inne. Historia jest kameralna, jest to horror psychologiczny. Wiadomo, że nie będzie się może działo za dużo, ale jakieś zaskoczenie by się przydało. Większość rozgrywa się w jednej lokalizacji domu pana Rida. W tej roli dawno niewidziany Hugh Grant, dobrze się prezentujący I to w zasadzie tyle o nim można powiedzieć. Mężczyzna, bohater tego filmu znajduje się na liście mormońskich misjonarzy jako potencjalny konwertyta, jako ktoś, kto się interesuje ich przekazem. Jak to jest, że on się znalazł na tej liście, też do końca nie wiemy, ale zadanie odwiedzenia go w domu i wręczenia mu broszurki przypada dwóm młodym misjonarkom, dziewczynom, siostrom Barnes i Paxton, które mają średnie szczęście w zachęcaniu innych do głoszenia słowa Bożego. Powiem wprost, bez ogródek: łażą po tym mieście i się starają, jak jehowcy nakłonić ludzi do tego, żeby z nimi porozmawiali.
Ale że jakoś tak nie za bardzo wychodzi, to idą do Rida jako do tego, który kiedyś wyraził chęć porozmawiania z nimi o Bogu. I przypadkiem, kiedy wchodzą, to rozpętuje się burza. Wchodzą te dziewczyny i się wszystko zaczyna. Ja w pewnym momencie, już w połowie tego filmu zacząłem się zastanawiać, kogo ten film ma przerażać. Czy widza, czy w naszym przypadku polskim Świadków Jehowy, którzy sobie wchodzą tu i ówdzie, do mieszkania takiego i innego. Ja kiedyś miałem taką śmieszną historię, Marku, ze Świadkami Jehowy, kiedy sobie pietruszkę przesadzałem i nie zauważyłem, kiedy mnie nadeszły dwie panie. I od słowa do słowa. Ja mówię: "Nie, ja nie będę gadał, bo nie chce mi się akurat o Bogu w tym momencie". A one mnie zaczęły wtedy Armagedonem straszyć. I to tak powiem ci naprawdę, na serio zacząłem się nawet bać.
Ten film ogólnie budzi mieszane uczucia. Bardzo. Dlatego, że mamy wrażenie, iż coś się wydarzy, a jak śpiewał Grzegorz Turnau naprawdę nie dzieje się nic. One wchodzą do tego domu i powiem ci, że nawet ta seria zaskoczeń, która się tam niby dzieje, to jest wszystko słabe. Film jest psychologiczny, film jest trzeci raz to mówię kameralny. Wiadomo, że on będzie przegadany już mniej więcej od pierwszego kwadransa, że tak już będzie i tak to się skończy. Możemy, znając amerykańską kinematografię, liczyć na dwie rzeczy: że oni pogadają, a na końcu będziemy mieli taką galopkę, galopadę, gonitwę i na końcu diabła jakiegoś pokazanego. Albo będzie zaskakująco. Niestety zaskakująco nie jest. Błąd tego filmu polega na tym, że mamy od razu zarysowaną doskonale charakterystykę postaci z widocznym złoczyńcą.
Twórcy filmu tego nie ukrywają ani Hugh Grant tego nie ukrywa na samym początku, że on toczy grę. Odkąd się pojawia, to toczy grę i nawet tam jest taka scena, kiedy one praktycznie po wejściu do tego domu się orientują, że wprowadzane są w błąd. Bohaterki oczywiście się szybko orientują, że trafiły pod dach świra, takiego z religijnym zacięciem. To też biorąc pod uwagę to wszystko, co powiedziałem, ja nie rozumiem zachwytów nad tym filmem wielu osób na Filmwebie, do którego znowu się odnoszę. I tutaj ciekawa rzecz: Tomasz Raczek, który często wyraża się pochlebnie o wielu nudnych filmach, tutaj stawia sprawę jasno. Mówi, że "Heretyk" jest nudny, jest nużący. Zgadzam się. Ja absolutnie nie rozumiem zachwytów nad tym filmem osób, które obejrzały w życiu więcej niż jeden film z gatunku isolation horror, bo to się do tego zalicza. Takich filmów było mnóstwo. Kiedy ktoś trafia pod dach osoby, która okazuje się, mówiąc brzydko, mieć kuku na muniu.
I muszę z przykrością stwierdzić, że "Heretyk" się niczym nie wyróżnia, absolutnie niczym. Nawet powiem ci te tajemnice, które Rid skrywa, one są nijakie. Nawet te heretyckie niekiedy poglądy, które on wygłasza, to też nie jest nic, co w epoce internetu człowieka by jakoś raziło. Każdy człowiek, który wejdzie na Facebooka, na Reddita, na Wykop może sobie poczytać dużo bardziej szokujące opinie na przykład na temat Kościoła, na temat religii, na temat analizy porównawczej między różnymi religiami. Także film jak jeden z wielu. Moim zdaniem. Powiem ci, że męczący był. Był bardzo męczący. Czekałem, aż się skończy.
[01:30:18] - Ja powiem, odpowiadając troszeczkę na twoje wątpliwości i zgadzając się z nimi, że być może niektórych ludzi przyciąga pewna pseudospójność tych poglądów głoszonych przez bohatera odgrywanego przez Hugh Granta. Otóż tam, jak się bardzo postarać, trzeba się wytężyć, ale jak się postarać, to można odszukać pewną historię, którą on stara się opowiedzieć, pewną historię tajemnicy, jak skonstruowany jest nasz świat, a być może to, co uważamy za nasz świat, może rodzaj symulacji i tak dalej. Przez jakiś czas można mieć wrażenie, że to, co opowiada bohater tym biednym, coraz bardziej przestraszonym dziewczynom, że to jest historia taka, którą można by opisać: nic nie wiecie, ale ja wiem wszystko i wam właśnie o tym wszystkim opowiem. Opowiem wam, jak jest. Ponieważ zajmujemy się i ty, i ja dziwnymi sprawami tego świata, to jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że bardzo wiele osób, które spotykamy, chce nam opowiedzieć o tym, jak wygląda świat, jak jest skonstruowany, ponieważ my Nie wiemy, a ta osoba przeważnie wie, wygłaszając tego rodzaju stwierdzenia: wy nic nie wiecie, nie macie pojęcia, o czym mówicie, ja wiem. Troszeczkę tak Hugh Grant się zachowuje. On nie wypowiada tych słów, natomiast jego postawa jest mniej więcej taka: co wy tam dziewczątka o tym Bogu mówicie, pokazujecie Biblię Mormona i uważacie, że coś wiecie. Tak naprawdę to ja wiem, jak jest. I zaczyna opowiadać, jak jest. Zaczyna budzić wątpliwości.
Zaczyna pokazywać, że może nasz świat nie jest taki, jak nam się wydaje. Może w ogóle wszystko wygląda inaczej. I to tworzy jakiś klimat. Ale powtarzam, ten klimat jest przez chwilę, bo zostaje przygnieciony przez gadulstwo. Momentami można mieć takie przekonanie, że pójdzie dobrze, to będzie okej, ale nie idzie okej. Gadanie, gadanie, gadanie. Bardzo szybko przechodzimy od takiego zainteresowania: o, ciekawe, mówi ciekawe rzeczy, do znużenia, po prostu. On gada, gada, gada, coraz dziwniejsze rzeczy gada, coraz mniej się to łączy, coraz mniej spójną opowieść dostajemy. W końcu przystępuje do czynów. Te czyny, umówmy się, że one nie są jakoś specjalnie porywające czy nie jest to jakiś film akcji w tym momencie, wręcz przeciwnie.
To też ma nam pokazywać, że świat nie jest tym, czym się wydaje. Jakieś tam są rzuty kamery na pewną makietkę, że tak się wyrażę, na jakieś takie elementy dziwnościowe, jakkolwiek to zabrzmi, ale to nie tworzy ani nastroju grozy, ani nastroju zainteresowania. I Piotr słusznie mówi o tym, że człowiek w pewnym momencie zaczyna czekać, żeby to się wreszcie skończyło, bo nieodparte wrażenie się pojawia, że ktoś nas usiłuje za wszelką cenę przytrzymać przed ekranem jak najdłużej. Nie mogę, po raz drugi to powiem. A to, co jest doklejone na końcu, to się, proszę państwa, miałem jakieś takie powiedzenie, które by algorytm zakwestionował, więc sobie daruję. Nie trzyma pionu to zupełnie. Jakaś żenada się we mnie wzbudziła, kiedy zobaczyłem, że ten film idzie w kierunku człowieka, który usiłuje molestować. Głupie to jest po prostu. A już rozwikłanie tej sytuacji, to, co dostajemy naprawdę w finale filmu, teoretycznie wydaje się, że to wszystko wynika z całej akcji, ale w ogóle z tego nie wynika i słowo, którego używaliśmy wspólnie z Piotrem, że jest to doklejone, jest adekwatne. Co więcej, ja mam wrażenie, nie wiem, jak było, ale mam wrażenie, że takie, a nie inne zakończenie wymusił producent.
Że chodziło o to, żeby temu filmowi, skoro już jest taki przegadany, taki rozlazły i taki wtłaczający różnego rodzaju opowieści do głów, ale w bardzo takim statycznym wydaniu, żeby chociaż odrobinę dynamizmu dodać na koniec. Po pierwsze ten dynamizm to jest taki, wiecie państwo, nazwijmy go umownym, więc ten dynamizm jest bardzo umowny, a samo rozwiązanie to, wiecie państwo, do każdego filmu można takie zakończenie dodać. Trochę z czapy, trochę deus ex machina. Nie wiem, z czego wynika tak naprawdę. Nie, ja tego filmu nie kupuję, chociaż przyznaję, że był taki moment, był taki czas tego filmu, w którym on zainteresował mnie, ale to się szybko skończyło.
[01:36:01] - Tak, za szybko. Powiem ci tak, usłyszałem o tym filmie, że to jest jeden z najlepszych horrorów tego roku. Nie czytałem o nim nic. Postanowiłem sam siebie zaskoczyć. Oczywiście niemiło się zaskoczyłem, ale ponieważ nie wiedziałem, o czym on jest, to gdzieś tak około 15, 20, 30 minut moja wyobraźnia zaczęła działać. Pojąłem, o czym to będzie, ponieważ to miał być horror. Żeby czymś widza zaskoczyć, to sobie, już tak jak doszło po jakimś czasie do tej teorii symulacji, pojawiła się w moim umyśle taka koncepcja. Może tam wpadnie takie rozwiązanie, które dotąd nie było pokazane. On tam wyciągnie kwity jakieś na przykład albo zdjęcie, jakąś księgę pokaże, albo film, które będą dowodem na tą symulację na przykład, albo na coś, co wyrzuci mnie z butów, z pantofli. Nic takiego się nie stało.
To zostało przegadane, przeciągnięte. Ja tutaj przypomniałem sobie automatycznie taki film, który był równie nudny. Niestety nie pamiętam tytułu, bo przypomniałem go sobie teraz. Był kiedyś taki film, taki horror. Polegał na tym, że pewien facet odziedziczył po matce dom. No i okazało się, że ta matka miała jakieś tam religijne inklinacje, była członkiem jakiejś sekty. W tym filmie nic nie mówiono. Kończył się on tym, że to była jakaś sekta czcząca anioły. Na końcu facet znajduje albo odkrywa chyba to, że figura anioła się porusza. No i to była scena, która rekompensowała, chociaż słabo, ale jednak cały ten nudny bardzo film.
A w Heretiku tego brakło. Brakło elementu zaskoczenia. Wiesz, tytuł jest przede wszystkim nieadekwatny, bo jeżeli te jego opinie na temat religii są w stanie kogoś sczochrać, to chyba właśnie takie dwie dziewczyny, które się wychowały w sekcie i tak dalej. Nie jest to ani gorące, ani kontrowersyjne. Tak jak wspomniałeś, dla nas to jest codzienność. Takie tematy dla nas to jest codzienność. My się po tym poruszamy, ale nie zapominajmy, że skończyły się czasy, kiedy religia była trzymana pod kloszem i heretyckości w "Heretyku" jest tyle, co trucizny w zapałce, jak to mówił Wokulski. Powrócę do pytania, kogo ten film jest w stanie wystraszyć? Chyba najbardziej właśnie Świadków Jehowy, bo pokazuje, co się może stać, kiedy wejdzie się ze strażnicą nie do tego domu, co potrzeba. Natomiast cała reszta to są kalki mniejsze albo większe z innych filmów z tego podgatunku.
Podgatunku, który nigdy nie był też moim ulubionym, bo isolation horror to jest coś takiego, kiedy wiecie, jak to będzie przebiegało. I tutaj jest podobnie. My około kwadransa, my około pół godziny to już jesteśmy pewni, że Hugh Grant, coś mu tam nie za bardzo z nim jest. Czy to jest film zły? Nie jest zły, jest poprawny. Ogląda się, to tylko nie dostarcza emocji. On by był dużo lepszy, wydaje mi się Marku, jako przedstawienie, jako teatr telewizji, gdzie mielibyśmy odpowiednio większą dawkę ekspresji wśród aktorów i na pewno by to inaczej przebiegło. Ja nie chcę powiedzieć, że ta sfera związana z aktorstwem jest zła, bo jest wszystko okej, nawet bardzo okej. Ja mówię, to jest poprawne, tylko nie ma w tym emocji. Ja tutaj nawiążę jeszcze na koniec do poprzedniego filmu twórców "Heretyka".
Co ciekawe, z tą samą aktorką, którą widzimy w "Heretyku", czyli Sophie Thatcher. To jest ta, którą pamiętamy Marku z serialu "Yellowjackets" i ten poprzedni film, a chodzi o horror "Boogie Man" z ubiegłego roku. On był równie nudny i przewidywalny, taki do zapomnienia w ogóle. Ja nie wiem, jak oni to zrobili, że ten film trafił do kin i zyskał taką opinię, jaką zyskał. Dla mnie to nie jest produkcja, to nie jest obraz, do którego chciałbym wrócić. To leży gdzieś tam obok tego strasznie złego filmu "Immaculate", który żeśmy omawiali. To jest tylko trochę bardziej tak naprawdę aspirujące od tych wszystkich innych okołoreligijnych horrorów, tylko dlatego, że jest dodana do tego warstwa filozoficzna, ale z czymś takim jak przyjemność z oglądania to nie ma absolutnie żadnego związku. Także ja powiem tak: oglądacie na własne ryzyko, bo to będzie przeprawa tak naprawdę. Przeprawa, szczególnie jeżeli jesteście wyjadaczami starymi na polu horrorów i tej tematyki.
[01:41:07] - A jednak coś dobrego na koniec powiem. Otóż w mojej wyobraźni, w moim umyśle Hugh Grant to był taki aktor od komedii romantycznych. Ja przypuszczam, że nie jestem tutaj oryginalny specjalnie i większości z państwa Hugh Grant tak właśnie się kojarzy. Muszę przyznać, że to będzie banalne porównanie, że on jest jak wino. Mówię o Hugh Grantcie. Im starszy, tym się chyba robi lepszy, bo przy wszystkich zarzutach, które się pojawiły, nie żebym był jakimś koneserem gry aktorskiej, ale jego gra aktorska, abstrahujmy to wszystko od historii, od tego wszystkiego, co powiedzieliśmy wcześniej, to moim zdaniem gra Hugh Granta jest super. Nie wiedziałem, że ten gość ma w sobie tyle talentu, tyle takiej ekspresji aktorskiej. Nie mylić z ekspresją filmową. Natomiast on wydał mi się naprawdę interesującą postacią, którą odgrywa. To chylę czoła, mówiąc szczerze, bo jeżeli coś może w tym filmie tak naprawdę do głębi zainteresować, to właśnie śledzenie takich mikro przepoczwarzeń, które się pojawiają, czy to na twarzy, czy w ogóle w sylwetce tego bohatera.
I to jest interesujące. To naprawdę pokazuje, że czasami człowiek zupełnie niesłusznie klasyfikuje jakąś postać jakiegoś aktora, wrzuca go do szufladki z napisem komedie romantyczne i nic więcej. A tu się nagle okazuje, że to jest aktor, który naprawdę umie grać. To była jedyna emocja, która się przy tym filmie u mnie pojawiła. Niedużo, ale coś. Teraz czas na odrobinę klasyki. W Recenzarium Evivy Luiza Eviva Dobrzyńska przedstawi państwu dzisiaj "Wehikuł czasu" Herberta George'a Wellsa. Ktoś powie: "Łe, takie starocie". Może i starocie, ale jakoś zadziwiająco intrygująca jest to książka. Do tego stopnia intrygująca, że jakiś czas temu Stephen Baxter napisał kontynuację zatytułowaną "Statki czasu".
Ale to powiedzmy pikuś. Dla mnie o wiele ważniejsze jest to, że Tak naprawdę Herbert George Wells wszystko na to wskazuje, że wymyślił podróże w czasie. Ktoś powie: „Nie, tak aż to nie. Przecież wcześniej bohaterowie literaccy przemieszczali się w czasie”. Owszem, zdarzało się, ale robili to w inny sposób. Do najchętniej stosowanych takich trików należało wysłanie bohatera w jakąś odległą podróż i on wracał. Albo wcześniej najpierw zaginął, później wracał nie wiadomo skąd i czas jakby się go nie imał, więc wracał po kilkudziesięciu latach zupełnie niezmieniony. To pierwsza wersja. Były też wersje takie, że bohater zapadał w głęboki sen, budził się po kilkudziesięciu latach i też specjalnie się nie zmieniał. To były wszystko wytrychy.
Dopiero Herbert George Wells zastosował klucz do czasu. Tym kluczem był tytułowy wehikuł czasu.
[01:45:02] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Herbert Wells był jednym z pierwszych prawdziwych pisarzy fantasy i fantastyki. Jego książki do dzisiejszego dnia urzekają niezwykłym spojrzeniem na świat nie tylko w przyszłość, ale również właściwie przede wszystkim na teraźniejszość. Ten pisarz jak mało który miał świadomość, że przyszłość właśnie z teraźniejszości wyrasta. W związku z tym za to, co będzie w niej złe, nieprawidłowe, odpowiadamy my. To, do czego dopuściliśmy, to, co zbudowaliśmy i to, co zburzyliśmy, w przyszłości zaowocuje. Bardzo ostrym przykładem tego jest „Wehikuł czasu”. Dość krótka nowela, wielokrotnie ekranizowana, ale chyba żadna z ekranizacji nie oddała tego, o czym rzeczywiście ona mówi. Ponieważ „Wehikuł czasu” jest ostrzeżeniem, ostrzeżeniem bardzo wyraźnym przed podziałami, które tworzymy. Podróżnik w czasie, którego imienia na kartach powieści nie poznajemy, za pomocą swojej machiny idzie naprzód.
To znaczy podróżuje w przyszłość, bardzo daleką przyszłość. Ma nadzieję zastać cywilizację bardzo wysoko rozwiniętą, ale zamiast tego widzi grupę ludzi skarłowaciałych fizycznie i umysłowo. Plemię Elojów, które przypomina gromadkę dzieci bawiących się w słońcu, nie myślących ani o przyszłości, ani o teraźniejszości, ani w ogóle o niczym konkretnym. Narrator zatrzymuje się wśród nich wbrew swej woli, ponieważ kiedy na chwilę opuszcza swoją machinę, zostaje ona skradziona. Chce, aby Elojowie pomogli mu ją odszukać, ale ciężko mu się z nimi dogadać. Szybko zauważa, że ich umysły są właśnie na miarę dzieci, a nawet jeszcze gorzej. Mimo to udaje mu się w końcu jakoś namierzyć swój wehikuł i chce go odzyskać. Łudzi się, że Weena uratowana przez niego z rzeki pomoże mu. Ale dziewczyna bardziej zainteresowana jest wszelkimi przyjemnościami tego świata i zabawą niż czymś konkretnym. I chyba nie do końca też rozumie, po co właściwie jest mu ten wehikuł.
Mimo to nawiązuje on z nią pewną więź i kiedy wskutek spotkania z mroczną, krwiożerczą rasą dziewczyna ginie, czuje się winny. Jednak jego głębsze badania, mające na celu zrozumienie, z czym ma do czynienia, prowadzą do naprawdę przerażającego wniosku. Otóż zarówno Elojowie, jak i potworni Morlockowie wywodzą się od nas. Są ludźmi takimi samymi jak my. Tylko kiedyś tam nastąpił podział. Zbyt głęboki podział na tych, którzy wykonują czarną robotę i na tych, którzy korzystają z jej owoców. Morlockowie wyewoluowali z robotników spychanych coraz bardziej na margines społeczeństwa, a Elojowie z klasy posiadającej, która z biegiem lat nie musiała już w końcu żadnej pracy się imać, żeby móc korzystać z wszelkich przyjemności życiowych. To oczywiście grube uproszczenie, ale mimo to dość celne, ponieważ w momencie, kiedy dzielimy ludzi na takich, którzy w zasadzie nie mają prawa do niczego poza pracą i na takich, którzy mają prawo do wszystkiego, to w końcu musi dojść do jakiegoś nieszczęścia. Tymi nieszczęściami w historii ludzkości były rewolucje, które wiadomo, jak przebiegały i wiadomo, jak się kończyły. Oczywiście nikt z nas nie bierze na serio możliwości, że robotnicy zamienią się w jakichś Morlocków, którzy będą hodować potomków swoich dawnych panów jak bydło na rzeź.
Ale jednak to rozwarstwienie społeczne, które mamy dzisiaj też nie jest prawidłowe, ponieważ nie chcę tutaj zabrzmieć jak rasowy komunista, ale jeżeli godzimy się na to, żeby jakaś część ludzkości wyłącznie się bogaciła, podczas kiedy reszta będzie biedniała, to jest naprawdę proszenie się o nieszczęście, ponieważ w pewnym momencie ci ludzie, którzy są zgadzani na los niemalże niewolniczy, dochodzą do wniosku, że to oni stanowią siłę, ponieważ jest ich zwyczajnie dużo więcej. I jeżeli znajdzie się człowiek odpowiednio sprytny i odpowiednio bezwzględny, taki jak Robespierre, Stalin, Mao, Hitler, wtedy mamy masakrę. W przenośni i dosłownie. Wells to doskonale widział. Zresztą na temat społecznych efektów tego rodzaju myślenia wypowiadał się też w innych swoich powieściach, chociażby w „Pokarmie bogów” czy „Śpiący przebudzony”. Niestety trudno oczekiwać, żeby to przyniosło jakiś skutek, ponieważ nierówności, podziały są na świecie i będą, i tego się nie da uniknąć. Może jednak udałoby się, chociaż w części te nierówności zniwelować. Nie chodzi mi tu o niwelowanie w sensie zabieramy bogatym, żeby dać biednym, ponieważ jak wiadomo z tego nic dobrego nie wyniknie. Ale na pewno istnieją inne sposoby, jak chociażby uczciwe wynagradzanie ludzi za ich pracę, niekierowanie się tym, żeby cały zysk praktycznie przypadał właścicielom spółki, prezesom i tak dalej. Bo naprawdę to prowadzi tylko do pogłębienia tego, co już mamy na niekorzyść przyszłych pokoleń, które zbiorą tego owoce i to niekoniecznie miłe.
Mimo wszystko Elojowie pozostali ludźmi, a Morlokowie nie, ale z winy przodków Elojów. No właśnie, o tym naprawdę warto pomyśleć. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:51:36] - Czas na jeden z tych cyklów, które, a może cykli? Proszę państwa, nie sprawdziłem przed audycją. Jak znam język polski, to jest poboczność, chociaż cholera wie. W każdym razie takim cyklem, który państwo lubią, jest cykl Bez Tajemnic. Dzisiaj „Tybetańska Księga Umarłych a spirytyzm”.
[01:52:13] - Dzisiaj zmierzymy się z tematem zaproponowanym przez jednego z widzów. Mianowicie „Tybetańska Księga Umarłych a spirytyzm”. Buddystom nie trzeba wyjaśniać, czym jest „Tybetańska Księga Umarłych”. Natomiast spirytyści mam nadzieję, że przynajmniej ogólnie orientują się, o czym ten tekst jest, co ten tekst zawiera. Jednak dla osób, które nie zapoznały się z tym tekstem nigdy, bądź po prostu już nie pamiętają, o co chodzi. Tak krótko tylko nadmienię. „Tybetańska Księga Umarłych” jest poradnikiem dla ludzi po to, aby w chwili, gdy umrą, wiedzieli, jak zachować się po drugiej stronie. Ponieważ według buddystów dusza człowieka wędruje przez sześć stanów bardo i są to stany, które charakteryzują się różnymi obserwowalnymi dla umierającego zjawiskami. Tam się zmienia kolorystyka. Pojawiają się różne stwory, potwory, z którymi, że tak powiem, umierający musi się w pewnym sensie zmierzyć, a także pojawiają się bóstwa, do których ten umierający powinien się modlić w ściśle można powiedzieć wskazany w „Księdze Umarłych” sposób.
I te sześć stanów bardo to jest taki etap pomiędzy śmiercią a nową, kolejną inkarnacją. Przy czym to zmaganie się z tymi różnymi elementami, które umierający w tych stanach doświadcza, polega bardziej na walce z własnymi słabościami. Jest kładziony bardzo duży nacisk na to, aby właśnie człowiek nie przyzwyczajał się do rzeczy materialnych, aby człowiek nie bał się tego, co widzi w tych stanach bardo, ponieważ wszystko to, czego doświadcza, jest tworem jego mózgu. To jest fikcja. I teraz chodzi o to, żeby po prostu człowiek, przechodząc przez te stany, żeby on tak jakby pozbył się tych więzów ze światem materialnym. Więc używając takiego języka spirytystycznego, byśmy powiedzieli w tym momencie, to w „Tybetańskiej Księdze Umarłych” poucza się człowieka, aby nie uległ tym tworom myślowym. Następnie ten etap właśnie tej śmierci, tego przejścia ze śmierci do nowej inkarnacji kończy się tak jakby chęcią właśnie inkarnowania się. I teraz człowiek musi, ten duch musi po prostu tak jakby oprzeć się tej chęci wejścia w nowe ciało po to, aby dokonać odpowiedniego wyboru. Ponieważ jeżeli człowiek podejmie zbyt pochopną decyzję, może inkarnować się na przykład w demona albo po prostu jakiekolwiek zwierzę. Oczywiście sam nie może decydować tak do końca o tym, w co zostanie inkarnowany, ponieważ jest też prawo karmy, które ma bardzo duży wpływ na to, co z takim duchem później się stanie.
Zapomniałem dodać, że w spirytyzmie również funkcjonuje prawo karmy i teraz duchy, które są na odpowiednim poziomie rozwoju, mogą same zadecydować O tym, jak będzie wyglądała ich kolejna inkarnacja. Ale to oczywiście pod warunkiem, że są świadome własnych potrzeb. Natomiast jeśli chodzi o duchy słabo rozwinięte, kolejne inkarnacje są im narzucone. Według spirytyzmu dusza może zacząć oddzielać się od ciała człowieka już w trakcie na przykład długotrwałej choroby. Jeżeli dusza zostanie oderwana od ciała śmiercią, nagłą śmiercią, jakąś śmiercią tragiczną, dusza odczuwa zaburzenia. Dusza odczuwa zaburzenia, które mogą trwać od kilku godzin nawet do kilku dni. I to jest taki etap przejściowy, którego ten duch potrzebuje, żeby przejść z tego stanu funkcjonowania w ciele materialnym do tego stanu duchowego. Są przypadki, gdzie te zaburzenia są bardzo krótkie, do tego stopnia, że umierający nawet nie był w stanie zorientować się, że nagle przeszedł z jednego stanu do drugiego. I tu wielkie zaskoczenie. Bądź ten stan może trwać znacznie dłużej, jeżeli na przykład człowiek popełnił samobójstwo.
Kolejne etapy śmierci według spirytyzmu już mogą wyglądać różnie. Z literatury spirytystycznej wynika, że dusza może trafić na przykład do jakiegoś świata duchowego i te światy duchowe mogą się od siebie różnić. Znaczy nie mogą, one się różnią. Może na przykład taki duch trafić do, powiedzmy w cudzysłowie, takiej kliniki, takiej kliniki duchowej, takiego miasta duchowego, gdzie on przechodzi jakieś duchowe leczenie, bądź ma czas, żeby przemyśleć sobie pewne sprawy. Kiedy dusza cnotliwa, zwalczywszy namiętności, porzuca nędzne ciało, narzędzie bólu i chwały, wówczas ulatuje w przestworza, by połączyć się z siostrami za świata. Unoszona nieprzeciętną siłą przebywa sfery pełne harmonii i rozkoszy. To, co dostrzega, nie da się opisać ludzkim językiem. Bądź może trafić na przykład do świata, który przypomina takie, chciałoby się powiedzieć, chrześcijańskie piekło nazwane na przykład umbralem. I tutaj muszę przyznać, że czytając „Tybetańską księgę umarłych” i czytając o tych stworach, potworach, które tam się pojawiają w tych wizjach umierającego, ponieważ chyba w ten sposób trzeba to nazwać. Ten etap przejścia skojarzył mi się z umbralem, gdzie też umierający trafia na różnego rodzaju stworzenia, które są przerażające.
I to też jest taki etap modlitwy. Taki etap, można powiedzieć, upokorzenia. Duch nie pozostaje w tym miejscu na wieczność. W momencie, kiedy nastąpi w nim jakaś przemiana, zostaje z tego tak jakby wyciągnięty przez dobre duchy. Dobre duchy, które też tutaj skojarzyły mi się z bóstwami pojawiającymi się na tych różnych etapach Bardo w „Tybetańskiej księdze umarłych”. I to można powiedzieć, że to są takie elementy może nie spójne, ale takie podobne. Więc skoro „Tybetańska księga umarłych” została spisana na podstawie jakichś opowiadań, przeżyć ludzi, którzy umarli, a którzy wrócili, to te elementy gdzieś tam muszą się pojawiać. W końcu spirytyzm nie wymyślił tego wszystkiego. Spirytyzm po prostu jest kolejną odsłoną rzeczy, które już są ludziom bardzo dobrze znane, choć były opisywane innym językiem. Buddyści uważają, że człowiek najczęściej reinkarnuje się w ciele zwierzęcia, a już niekoniecznie w ciele człowieka.
Człowiek według spirytyzmu nie może reinkarnować się w ciele zwierzęcia, ponieważ przeczyłoby to prawu ewolucji, według którego każdy człowiek, każdy duch może się rozwijać tylko do przodu. Takie masło maślane. Nie może się cofnąć. Jeżeli duch osiągnie już jakiś etap, nie może zostać zdegradowany. Gdyby, według spirytyzmu, duch człowieka reinkarnował się w zwierzęciu, byłby zbyt ograniczony i nie mógłby wykorzystywać swoich umiejętności, które nabył dotychczas. Więc człowiek inkarnuje się tylko w człowieku. Zwierzę owszem, po wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu reinkarnacjach może stać się istotą inteligentną i w przyszłości również stanie się człowiekiem, ale to jest taka droga przed nim. W tym miejscu należy doprecyzować, iż celem ostatecznym obu tych filozofii jest doprowadzenie do braku reinkarnacji, co duch może osiągnąć poprzez zerwanie więzów z materią. Tutaj tak na marginesie tylko dopowiem, iż według filozofii duchów człowiek może reinkarnować się w innym świecie niż Ziemia. Buddyzm nie neguje istnienia wielu wszechświatów, więc można założyć, że według buddyzmu duch również może inkarnować się Gdzieś indziej, poza planetą, poza Ziemią.
Zmarły ma możliwość wyboru kontynentu, na którym będzie się reinkarnował. Tutaj jest mowa o czterech kontynentach i jest również wyjaśnione, dlaczego powinien wybrać jeden, a nie inny. I teraz jeszcze jeden element, o którym należy koniecznie wspomnieć. Czym jest duch? Ponieważ to nie jest takie oczywiste. Czym jest duch? Dla spirytystów duch jest elementem, który po śmierci ciała zachowuje swoją indywidualność. Więc duch, który jest w zaświatach, jest dokładnie tą samą osobą, którą był za życia, ale bez ciała. U buddystów wygląda to troszeczkę inaczej, ponieważ buddyści podkreślają, że duch nie zachowuje własnego ja, ale równocześnie jest jakiś element duszy, który trwa, który się reinkarnuje. Niektórzy porównują to na przykład do rzeki, która płynie, albo do wodospadu, który płynie, który jest, ale równocześnie ulega ciągłym zmianom.
I tak jak ja to rozumiem, na te zmiany wpływa między innymi prawo karmy bądź jeszcze jakieś inne elementy, inne bodźce. Bądź niektórzy porównują na przykład do ciała, które na przestrzeni lat się zmienia. I z jednej strony jestem sobą, ale z drugiej strony dzisiaj nie jestem tą samą osobą, którą byłem mając 10 lat. Tak więc u buddystów nie reinkarnuje się ja człowieka, tylko tak zwany strumień świadomości, który nazywają także umysłem. Według mnie można ten umysł, o którym mówią buddyści, śmiało porównać do duszy według spirytyzmu. Tej spirytystycznej duszy. Tylko podkreślę, że dusza według spirytystów to jest ten element, ta świadomość, która tak jakby jest tym dyskiem twardym, która zapisuje wszystkie informacje. A duch to jest właśnie dusza obleczona ciałem duchowym, a ciało duchowe to już jest element materialny, można powiedzieć taki półmaterialny. Najważniejsza jest dusza i to w duszy zapisane są wszystkie informacje i to w duszy zachowuje się świadomość człowieka. I to też ta dusza przechodzi z jednego ciała do drugiego.
Więc wydaje mi się, że ten strumień świadomości to jest właśnie ta spirytystyczna dusza. Poza tym, jeśli chodzi o samego ducha, który według buddystów ulega ciągłej zmianie, mogę pokusić się na stwierdzenie, że podobnie jest, w pewnym sensie, u spirytystów, ponieważ to właśnie dusza jest tym elementem, który zapisuje wszystkie dane. A ten element półmaterialny, czyli to ciało duchowe, ono przecież ulega zmianie. W spirytyzmie mówimy o oczyszczaniu się ducha, więc ten duch z każdego wcielenia jest coraz czystszy. Oczywiście, jeżeli człowiek nad sobą chociażby odrobinę pracuje. Niektórzy ludzie działają na to ciało duchowe niszcząco. Co prawda jest powiedziane, że człowiek nie może się cofnąć w swojej ewolucji, niemniej w wyniku na przykład samobójstwa ciało duchowe zostaje troszeczkę zdegradowane. To ciało duchowe człowieka, podobnie jak w przypadku buddyzmu, też z inkarnacji na inkarnację nie jest tak do końca takie samo. Ono cały czas również ulega jakimś zmianom, jakimś transformacjom. Wydaje mi się, że wymieniłem wszystkie najważniejsze elementy, jeśli chodzi o tę tematykę.
Jeżeli kogoś interesuje poszerzenie tematu, to już tutaj trzeba sobie sięgnąć do literatury. „Tybetańska Księga Umarłych” jest dostępna także w wersji audio na YouTube. Literatura spirytystyczna. Zapraszam na portal revile.pl, a także zachęcam do sięgnięcia po moją książkę pod tytułem „Mój kartezjański spirytualizm”, gdzie sporo napisałem na temat tworów myślowych i myślę, że tutaj wiele elementów rozjaśni się czytelnikowi, także w odniesieniu do filozofii, do buddyzmu, do filozofii właśnie buddystów. Więc zapraszam do subskrybowania kanału i zapraszam na kolejny odcinek. Dziękuję.
[02:07:42] - Proszę państwa, w tak zwanym międzyczasie, kiedy państwo słuchali cyklu „Bez Tajemnic”, to ja sobie sprawdziłem i według Słownika Języka Polskiego, taką miałem intuicję, obie formy są dopuszczalne. Kamień z serca, a my jedziemy dalej. Bibliotekarium, teraz Sentymentalnik. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem będziemy wspominać. Tak, to dobre słowo wspominać, bo film już ma swoją historię Film zatytułowany „Wiedźmin", ale ten „Wiedźmin" z Michałem Żebrowskim, Zbigniewem Zamachowskim, Anną Dymną, Andrzejem Chyrą, Maciejem Kozłowskim, Ryszardem Kotysem i wielu innymi aktorami. Ten film ma już ponad 20 lat. Opowiemy państwu o tym, jak był przyjmowany dawno temu i jak jest przyjmowany dzisiaj. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:08:55] - Dzień dobry wieczór. Tradycyjnie witam wszystkich w Sentymentalniku, dzisiaj takim trochę nietypowym, bo niektórzy zapytają: jak to, przecież to było tak względnie niedawno, pamiętam to. Jak to możliwe, że to już jest w Sentymentalniku? A chodzi o film „Wiedźmin". I tutaj Marku podkreślamy, że chodzi o film.
[02:09:19] - Tak, ale tak do końca się nie da rozdzielić, bo serial „Wiedźmin", nie wiem na podstawie czego jest zrobiony. Co było pierwsze, co było drugie. Bo czasami odnoszę wrażenie, że film kinowy „Wiedźmin" z Żebrowskim wydaje się zmontowany z tego, co było w serialu i to zmontowany w taki sposób, że czasami człowieka korci, żeby jednak serial obejrzeć, bo niektóre sceny, niektóre efekty montażu bywają dosyć zastanawiające, żeby nie powiedzieć budzące wątpliwości.
[02:10:05] - Formalnie to było tak, jak zacząłem zgłębiać historię polskiego „Wiedźmina", że rzeczywiście na konferencji prasowej twórcy filmu powiedzieli, że on wychodzi tylko po to, żeby ludzie obejrzeli serial. Ale to może też była taka trochę asekuracja, bo wiedzieli, jakie to jest. Tylko że tak, może kiedyś, w jakimś odległym momencie w przyszłości wrócimy do „Wiedźmina", do serialu i poświęcimy temu trochę więcej uwagi. Natomiast to było w roku 2001, ten film wszedł do kin. Przypominam to sobie dość dobrze. Wywołał niemałe zamieszanie. I dzisiaj wracamy do tego „Wiedźmina" z kilku powodów, oczywiście abstrahując od sukcesu gry i od serialu Netflixa, którego losy też się okazały bardzo burzliwe. Wracamy więc do tego polskiego „Wiedźmina" w wersji kinowej z okazji wydania „Rozdroża kruków", aby zadać pytanie, czy na pewno to był film tak zły i nieudany, jak dziś jest przedstawiany i może wtrącenie go gdzieś w tą sferę sentymentów trochę podniesie jego, że tak powiem, rating. Ale Marku, zanim przejdziemy do wrażeń z filmu — do wrażeń, bo przecież opisywać go nie będziemy — to kilka takich refleksji. Jest początek wieku.
Jaki był wtedy status Sapkowskiego? Jaka była pozycja „Wiedźmina" na rynku w naszej literaturze fantastycznej? Czy to rzeczywiście wtedy był top polskiego fantasy? Czy dopiero budowała się marka tego bohatera? Czy sam byłeś fanem Geralta?
[02:11:51] - O, dużo pytań. Zdecydowanie „Wiedźmin" to już była topka. To już było coś, o czym się nie tylko mówiło, ale co pobudzało wyobraźnię. I Sapkowski to był gość. Tym bardziej że on nie pisał tylko i wyłącznie samego „Wiedźmina", czyli opowieści o wiedźminie. Mam na myśli opowiadania, ale także zaczął się krystalizować dłuższy cykl książkowy. To zaczynało być poważne przedsięwzięcie. Nie do końca mi było z nim po drodze, ale to są moje prywatne odczucia. Wolałem „Wiedźmina" w opowiadaniach niż później „Wiedźmina" w tym wieloksięgu, który został zaprezentowany. Ale to rzecz gustu.
Na pewno będą tacy, którzy będą mieli dokładnie odwrotne zdanie. Chodzi o to, że Sapkowski był już wtedy postacią naprawdę ekskluzywną, jeśli chodzi o polskie fantasy. Oczywiście zawsze będą ludzie, którzy powiedzą: „Pff, tam Sapkowski". Życzę powodzenia, natomiast to zdecydowanie jest świetny autor. Natomiast jeśli chodzi o film, to pewnie dlatego, że Sapkowski był już wtedy człowiekiem liczącym się w literaturze fantasy, być może dlatego recepcja tego filmu była taka sobie. Ludzie dopatrywali się raczej tego, czego w tym filmie nie ma albo co ich zawiodło, co nie zgadza się z ich wyobrażeniami. To było ważniejsze od tego, jak naprawdę można by ten film ocenić. Dlaczego tak ważę słowa, co pewno państwo czują? Dlatego, że ja całkiem niedawno dla potrzeb naszej rozmowy odświeżyłem sobie film i muszę powiedzieć, że chociaż wówczas sam należałem do ludzi, którzy mocno ten film krytykowali, to muszę powiedzieć, że po latach ten film wydaje się lepszy, niż to wtedy byłem skłonny przyznać. Co nie znaczy, że to jest dobry film.
Od razu o tym warto powiedzieć. On pobudza wyobraźnię, w niektórych momentach naprawdę bywa ciekawy. Niemniej jednak to, co już zacząłem mówić, to do czego ty, Piotrze, nawiązałeś. Czuje się, że ten film jest posklejany z kawałków większej całości i po prostu on i tak trwa ponad dwie godziny. Ma się wrażenie, że więcej w tym filmie brakuje niż w nim jest tak naprawdę. Mówię trochę na okrągło, ale o to tak naprawdę chodzi, że być może to jest największa słabość filmu, że jeśli ktoś zna prozę Sapkowskiego, to jest w stanie połączyć różne wydarzenia, które się tam pojawiają z określonymi opowiadaniami. Z jakiego opowiadania to pochodzi, do czego to nawiązuje? Okej, to warto. Natomiast myślę, że film kinowy powinien mieć ambicje, żeby pociągać również widza, który z Sapkowskim, z jego twórczością ma do czynienia po raz pierwszy. I ja nie jestem pewien, a nie mówię tego złośliwie, tylko z całym przekonaniem.
Nie jestem pewien, czy ten film jest w stanie przyciągnąć ludzi, którzy twórczości Sapkowskiego ze szczególnym uwzględnieniem „Wiedźmina” po prostu nie znają.
[02:15:50] - No tak, dla nich to będzie dziwadło na pewno. Jeżeli w ogóle ktoś nie wie, co to fantasy, to będzie to dla niego nie wiadomo co. Ja tutaj taką uwagę bym wygłosił, że wiesz co, może wcale po latach ten „Wiedźmin” nie wydaje się lepszy, tylko to, co nam się oferuje dzisiaj, jest gorsze. I to moim zdaniem jest trafna uwaga. Sam się połechtałem trochę teraz, ale dochodzę do bardzo podobnego wniosku. Teraz chwila zwierzeń z mojej strony. Ja muszę powiedzieć, że na mnie jako na nastolatku wtedy ta książkowa seria o „Wiedźminie” oczywiście robiła na mnie dość duże wrażenie. Rzeczywiście też było tak, że jakoś lepiej wspominam po latach te opowiadania. Mógłbym się wtedy nazwać jakimś tam krótkotrwałym fanem, ale dzisiaj szczerze powiem wprost, że z tego wyrosłem i to bez powrotu na 100%. Jakoś to do mnie nie przemawia.
Nie tylko „Wiedźmina”, ale i fantasy jakoś tak mało. Nadal szanuję pomimo to Tolkiena za to, że to wszystko, szczerze mówiąc, wymyślił tak naprawdę za to, że wytyczył pewną drogę dla innych autorów. Natomiast ja dzisiaj mam takie wrażenie w ogóle, że świat „Wiedźmina” jest cholernie odtwórczy. I tam mamy takie pomieszanie styli i wątków, które chociaż nie raziło wtedy w latach 90., początek 2000, to dzisiaj nie bardzo podchodzi. Z wielu rzeczy się wyrasta, wiadomo, ale wtedy mi się to podobało. Jedną z rzeczy, która mnie w ogóle jakoś tak zniechęciła do „Wiedźmina”, to były nie tylko książki innych autorów, ale przede wszystkim gry komputerowe, z których wiele było osadzonych w świecie fantasy albo gdzieś na krawędzi. One były po prostu lepsze. „Wiedźmin” w konfrontacji z innymi rzeczami wydaje się właśnie odtwórczy albo taki jakiś właśnie. Jeżeli chodzi o film, to ja pamiętam, że byliśmy na nim w szkole. Pamiętam, że tam były jakieś momenty.
To było nawet dziwne, że nas wtedy tam puścili i pamiętam to, że on był chaotyczny. Jedno z moich niewielu wspomnień z tego filmu to oczywiście Żebrowski, który wypadł równie źle co dobrze, bo on się przede wszystkim, i to też było mocno akcentowane wtedy kojarzył się ze Skrzetuskim, a „Ogniem i mieczem” to jest rok chyba 1999 i to był ogromny hit i jego się nie dało zapomnieć. Kojarzył się też z „Panem Tadeuszem”, a potem mamy go w roli Geralta, ale on nadawał się do tego. Nie powiem, że nie. Jego się dobrze oglądało, tylko że ten Skrzetuski się za nim jakoś tak ciągnął. Ciągnął i się nie dało po prostu nie widzieć go we „Wiedźminie”. Druga rzecz, którą zapamiętałem i która się pojawia w bardzo wielu może nie wspomnieniach, ale nawet recenzjach z tamtego okresu, to jest śmiech na sali. Ja go akurat zapamiętałem w momencie pojawienia się smoka, bo to było poczytywane troszeczkę jako nieudolność polskiego kina w sferze efektów specjalnych. Także to dobrze pamiętam. Ale jeszcze jedna rzecz mi, Marku przychodzi do głowy, bo „Wiedźmin” był, jak obaj przyznaliśmy, filmem chaotycznym i on się tym bardzo wpisywał w charakterystykę kina III RP.
Nie wiem, czy pamiętasz, ale omawialiśmy dawno temu tego nowego „Pana Kleksa” i tam było podobnie. Jeżeli ktoś nie wie, o czym to jest, to z filmu się nie dowie. Kiedy jednak sięgnąłem do zapisków z tamtego okresu, z początku wieku, to ujawniło się kilka rzeczy. Już powiedziałem o tym, że na konferencji prasowej twórcy filmu powiedzieli, że on jest zrobiony tylko po to, żeby ludzie obejrzeli serial. To było takie dziwne tłumaczenie w tamtych czasach, co nie? Ten serial gdzie można było zdobyć? Można sobie go było chyba kupić na płytach DVD. Nie wiem, czy było DVD wtedy. Można go było kupić, ale przecież nie było streamingu. Można go było zobaczyć jeszcze w telewizji albo na kasecie.
W PRL-u też sklejano filmy z seriali albo na odwrót i I też to jakoś wychodziło. Nie ma, przepraszam, nie sklejano seriali z filmów. Takiego czegoś nie było. Ale bardziej mnie zaskoczyła jedna rzecz jeszcze. Otóż wyobraź sobie, że doczytałem tam, że scenarzysta „Wiedźmina” wycofał swoje nazwisko z napisów końcowych. Czyli coś tam było na rzeczy. „Wiedźmin” też wzbudzał ogromne emocje przed powstaniem. Tego na przykład ja, Marku, nie pamiętam, bo nie śledziłem tego aż tak bardzo. Czytałem, że poddawano krytyce dobór obsady. I tutaj bym się zapytał o tą obsadę, bo jak się czyta o „Wiedźminie”, to często pada takie stwierdzenie, że właśnie ta sfera aktorska najlepsza z tego filmu jest.
Rzeczywiście można powiedzieć po latach, że to prawda. Mamy tam wielu wybitnych aktorów w rolach oczywiście drugoplanowych, epizodycznych również. I on po latach, ten film, kiedy się go sobie odświeży, to ma coś w sobie. Zobacz, jaki to jest paradoks, że został zjechany i on potem został zjechany drugi raz, o czym za chwilę powiem. Ale kiedy się go ogląda teraz, to on rzeczywiście ma jakąś wartość. I ta wartość wynika po pierwsze z doborowej obsady. Wynika też moim zdaniem z pracy scenografów, ze scenografii, dlatego że tam był jakiś pomysł i ten „Wiedźmin” jest inny. Jest po prostu bardzo charakterystyczny. Nie jest to taka kalka, nie jest to takie skopiowane fantasy z produkcji amerykańskich. To może wygląda biednie, ale jest jakieś.
Nie jest takie wymuskane jak ten „Wiedźmin” netflixowy, ale jest. To myślę, że jest duża wartość tej produkcji. Pozwolisz, że jeszcze zabiorę głos. Problem w tym jest jednak taki, że coś się tam nie spięło. W Polsce fantasy paradoksalnie było produkowane albo coś zbliżonego do fantasy, bo mieliśmy przecież „Przygody wesołego diabła”. Od czapy można to zaliczyć właśnie do tego gatunku. Mieliśmy „Alchemika” czy „Sendiviusa”. Taki bardzo zapomniany serial z Olgierdem Łukasiewiczem. Mieliśmy też takie kręcone w latach 90. filmy, często na pograniczu sci-fi, fantasy, baśni filmowej.
One często były realizowane w koprodukcji polsko-niemieckiej. Także Polacy, jakby nie było, robili już takie filmy. A kiedy się zmierzyli z „Wiedźminem”, który oferował pewne otwarte rozwiązania zarówno dla serialu, jak i dla filmu, to coś nie wypaliło.
[02:23:08] - To aż dziwne, że nie wypaliło, bo film, tak jak powiedziałeś, gwiazdorski. Zanim o gwiazdorach, to muzykę do filmu komponował Grzegorz Ciechowski. A teraz przydługa lista, ale warto takiej wymienianki dokonać. Michał Żebrowski, Zbigniew Zamachowski, Anna Dymna, Andrzej Chyra, Maciej Kozłowski, Ryszard Kotys, Wojciech Duriasz, Mirosław Zbrojewicz, Jarosław Boberek, Marek Walczewski, Olgierd Łukaszewicz, Ewa Wiśniewska, Janusz Chabior, Grażyna Wolszczak, Michał Milowicz, Agata Buzek, Maria Peszek. To i tak jeszcze nie wszyscy. W każdym razie warto sobie uświadomić, że to plejada polskiego aktorstwa i całkiem nieźle grająca. Ale moim zdaniem kluczem do niepowodzenia filmu, do jego w sumie wyśmiania, bo bardzo wiele takich kąśliwych recenzji się wówczas pojawiło. Ta scena ze smokiem nie była darowana. Bardzo wiele osób wyśmiewało to. Jak się dzisiaj, niedawno przyjrzałem tej scenie, to powiem tak, że widziałem gorsze i to w wykonaniu zachodnich produkcji.
Może dlatego, że zbyt często oglądam słabe filmy klasy B albo jeszcze gorsze i być może przywykłem do słabych efektów specjalnych, ale też pamiętam, że wtedy ten smok jednak szokował swoją nieporadnością na tle tego, co było prezentowane w kinie światowym. I powtarzam ta niespójność filmu, ona robiła bardzo złą robotę, bo powtarzam, jeśli ktoś znał twórczość Sapkowskiego, znał opowiadania, na podstawie których został film nakręcony, to było wszystko w porządku, a tych opowiadań wcale zresztą tak dużo nie było. Trzy czy cztery. Zaraz, poszukajmy. „Mniejsze zło”, „Kwestia ceny”, „Granica możliwości”. Chyba więcej tam w tym filmie nie ma. Jeśli coś pominąłem, to przepraszam. Natomiast te trzy przychodzą mi do głowy i cóż, jak się wie, o co chodzi, to jest dobrze, to powtarzam. A jeśli nie, ja się w ogóle zastanawiam. Powtórzę to po raz kolejny.
Ja się w ogóle zastanawiam, czy ktoś, kto nie zna twórczości Sapkowskiego, jest w stanie ogarnąć fabułę. Że jest ciekawie, że walczą, że ciekawe postacie. To wszystko prawda. Ale jakby miał później ktoś po wyjściu z kina opowiedzieć, o czym jest ten film, scena po scenie, to obawiam się, że w pewnym momencie pojawiłyby się problemy, bo czasami pewne wydarzenia trudno jest ze sobą połączyć. Naprawdę trudno. I to chyba była przyczyna tego, że ten film nie zaiskrzył, nie stał się hitem zarówno w Polsce, jak i na świecie. A była na to chyba szansa. Wtedy Wiedźmin zaczynał naprawdę światową karierę i gdyby się rzecz powiodła, to nie wiem, jak by było. Tak się zastanawiam jeszcze, skoro film miał być zachętą do obejrzenia serialu, to dlaczegóż to serial nie zrobił światowej kariery, skoro film był tylko zachętą do obejrzenia czegoś lepszego, czyli serialu. Serial również nie zrobił kariery na świecie.
Tu się już zastanawiam dlaczego. Być może nasze osławione zdolności do promowania wszystkiego, co wyprodukowane zostało w Polsce, są tylko osławione, a nie rzeczywiste i tak naprawdę nie potrafimy tego robić, nie potrafimy sprzedać swojej produkcji. Tu już by trzeba rozważyć to nieco głębiej i zająć się serialem, ale nie o tym dzisiaj mówimy. Mówimy o filmie i ja jeszcze sięgnę do pokładów swojej pamięci. Powiem, że na pewno ten film wzbudził emocje. Ja pamiętam, jak dyskutowano o nim w gronach zainteresowanych fantastyką szeroko pojętą. Dyskutowano bardzo emocjonalnie. Byli tacy, którzy bronili tego filmu. Ale znowu muszę to powiedzieć: to byli ludzie, którzy świetnie znali twórczość Sapkowskiego. Im się ten film podobał.
A ludzie, którzy liznęli trochę, nie kupowali tego. Takie jest moje wspomnienie z czasów, kiedy ten film trafił na ekrany kin.
[02:28:37] - Tak, tutaj słowa producentów prawdopodobnie wynikały z tego, że gdzieś tam na pokazie przedpremierowym usłyszeli tego rodzaju słowa od krytyków, że: „Panie, ja to w ogóle nie wiem, o co chodzi”. Powiedzieli, że: „Tak, to jest, jakie jest, ale to sobie obejrzyjcie w serialu”. I tak to wyglądało, podejrzewam. Czyli można było dojść do wniosku, że wtedy ten Wiedźmin został puszczony do kin jako taka dwugodzinna reklama innej produkcji. W rzeczywistości starano się chyba skapitalizować zainteresowanie polskim fantasy w obliczu burzy na świecie, jaką miał wywołać „Władca Pierścieni”. Oczywiście ten polski Wiedźmin nie był taki iskrzący, bajeczny, epicki przede wszystkim, ale też nikt nie powiedział, że to takie musi być. Myślę, że na tej fali sentymentalnej on sobie tam jakoś funkcjonuje. Ja tylko chcę dodać jeszcze jedno, bo Wiedźmin dostał dwa razy baty. Pierwszy raz w roku 2001, a drugi raz, kiedy wszedł Wiedźmin netflixowy. Myślę, że ci, którzy go batożyli po raz drugi te lata później, to nie za bardzo powinni to robić, dlatego że to jest po prostu nie do porównania.
I to są dwie różne rzeczywistości, jeżeli chodzi o produkcję tego dzieła, jeżeli chodzi o ekranizację. Ale rzeczywiście, jak sobie spojrzycie na recenzje i wypowiedzi na Filmwebie przede wszystkim, to rzeczywiście osoby, które się zachłysnęły na początku tym Wiedźminem netflixowym, to miażdżyły tego polskiego. Myślę, że nie do końca sprawiedliwie. Jak mówię, to nie są produkcje, które można porównać. To tak, jakby porównać Znachora z lat 30. na przykład i tego Znachora z Jerzym Bińczyckim. Przepaść jest duża. Oczywiście rodzi się takie pytanie: po co takie coś robić, skoro się nie ma budżetu, nie ma się pojęcia, jak robić efekty specjalne? Były też inne kwestie, o których już napomniałeś, związane przede wszystkim z opiniami fanów Sapkowskiego, którzy mieli oddzielną opinię zupełnie od tak zwanych profanów, od amatorów, którzy przyszli zobaczyć film, o którym się tak dużo mówi. Nie wiem, jak jest według was.
Czy ten polski Wiedźmin zwany pieszczotliwie Wieśkiem zasłużył na wymazanie z pamięci polskiej kinematografii? Bo marką w ogóle i co trzeba powiedzieć, ma bardzo niską ocenę na Filmwebie. Filmweb to jest taka nasza przestrzeń odniesienia zawsze, bo jednak żyjemy w Polsce, obracamy się wśród polskich widzów, nagrywamy tutaj dla widzów z naszego kraju i chcemy zobaczyć, jak oceniają to ludzie, którzy żyją w podobnych warunkach. I on tutaj rzeczywiście nisko stoi. Tylko czy zasłużenie? Czy warto go było batożyć drugi raz? A może to osrebrzenie, okurzenie go trochę, wtrącenie go w te ramy sentymentalne jednak mu nadaje trochę wartości. Nie wiem. Jestem ciekaw waszych opinii.
[02:31:59] - Ja muszę jeszcze coś na koniec powiedzieć, bo wspomniałeś o tym drugim życiu Wiedźmina w postaci serialu, który zaistniał. Na początku był zachwyt, a później ten zachwyt, obserwowałem, gasł. Ale obserwowałem jeszcze jedno zjawisko. Im bardziej gasł zachwyt nad nowym Wiedźminem, tym częściej pojawiało się takie sentymentalne nomen omen stwierdzenie: ten polski Wiedźmin nie był taki zły, jak się wydawało nam kiedyś. Okazuje się, że można zrobić coś, co również nam się nie podoba. Specjalnie ujmuję to nieco złośliwie, bo zastanawiam się, czy tego rodzaju twórczość, jak twórczość Sapkowskiego, skrząca się pewną egzotyką, zarówno taką wprost pojmowaną, czyli miejsca, które są naprawdę odległe w czasie, przestrzeni, ale przede wszystkim w kulturze. Bo coś takiego mamy w filmie „Wiedźmin”. Ale warto też pamiętać, że to, co przedstawia Sapkowski, wymyka się chyba możliwościom współczesnego kina. Nie da się, moim zdaniem, zrobić tak pełnego świata, jak to czyni Sapkowski. Literatura ma jednak tę przewagę, że jest grą wyobraźni czytelnika.
I nawet film na podstawie „Władcy Pierścieni” Tolkiena, który rzeczywiście był epicki. Proszę państwa, to jednak jak człowiek przypomni sobie, co przeżywał, kiedy czytał tę trylogię Tolkiena, która tak naprawdę nie jest trylogią, ale to zupełnie inna sprawa. Więc kiedy czytał tę opowieść Tolkiena, to to, co się pojawiało w wyobraźni, moim zdaniem było o wiele razy lepsze od tego, co widzieliśmy na ekranie. Fantasy w ogóle ma tego rodzaju wymiar, że trudno jest to oddać na ekranie. I kiedy w polskim filmie widzieliśmy mniej lub bardziej, ale znane ruiny zamków, które sobie możemy pojechać zobaczyć, czasami do sąsiedniego, a czasami do bardziej odległego miasta, to tej egzotyki tam nie było. Być może to też ludzi odrzucało, że te zamki jakieś takie nasze były i w związku z tym trudno było uwierzyć, że Geralt podróżuje po krainie, która jest pełna potworów, pełna dziwów i właściwie nie wiadomo, gdzie się znajduje i dlaczego się właściwie pojawiła. To jest osobne zagadnienie, na ile nasza wyobraźnia jest ciągle jeszcze takim miejscem, które produkuje najlepsze filmy. Proszę państwa, Piotra Witolda Lecha znacie państwo zarówno z Bibliotekarium 2.0, jak i z kanału Wehikuł Wyobraźni. Na Wehikule Wyobraźni z Piotrem Witoldem Lechem rozmawiałem o różnych takich ezoteryczno-tajemniczych sprawach. Natomiast w Bibliotekarium 2.0 pojawiły się w swoim czasie utwory Piotra Witolda Lecha w postaci audiobooków.
Było tego dosyć sporo, jeśli są państwo ciekawi, bo to fantastyka naukowa i to taka międzygatunkowa, bo mówiąca między innymi o miłości pomiędzy przedstawicielami różnych ras czy też gatunków. Tak notabene często pojawiają się w przestrzeni internetowej ludzie, którzy mówią: „Nie, nie wolno mówić, że to jest inna rasa, to jest inny gatunek”. Albo odwrotnie mówią. Proszę państwa, ja tylko zwracam nieśmiało uwagę, że gdybyśmy byli biologami i mówili w sensie biologicznym, to rzeczywiście tego rodzaju uwagi byłyby zasadne. Natomiast należy w takim przypadku brać pod uwagę również to, że słowa takie jak rasa, gatunek mają również konotacje kulturowe związane z zupełnie innymi obszarami niż biologia. I wtedy przybysze z gwiazd mogą być rasą, niekoniecznie gatunkiem albo mogą być gatunkiem. Nic to tak naprawdę nie zmienia, wszyscy wiedzą, o co chodzi, a w dodatku nie przeciwstawia się to pewnej przyjętej tradycji usankcjonowanej niejako przez kulturę współczesną. Rozgadałem się, a tak naprawdę najważniejsza informacja dla państwa to taka, że Krystyna Śmigielska w literackim tête-à-tête rozmawiać będzie z Piotrem Witoldem Lechem.
[02:37:20] - W dzisiejszym literackim tête-à-tête goszczę krakowianina, historyka, pisarza, a jednocześnie zapalonego wędkarza. Chcąc jednak przedstawić mojego rozmówcę, mam wielki problem, bo przechadzając się po internetowych stronach napotykałam różne wersje jego nazwiska. W literackim tête-à-tête przepytywać dziś będę pana Piotra Witolda Lecha. Dobry wieczór, panie Piotrze. Czy w dobrej kolejności wymieniłam człony pana nazwiska?
[02:37:52] - Dobry wieczór, pani Krystyno. Dobry wieczór wszystkim. Jak najbardziej w dobrej kolejności. Muszę powiedzieć, że z tym moim nazwiskiem związana jest zabawna historia. Kiedy zaczynałem pisać, zastanawiałem się, jak mógłbym się podpisywać, bo myślałem nawet o pseudonimie. Mój kolega powiedział: „Ale o co ci chodzi? Przecież ty jesteś człowiekiem o dwóch imionach, a ty nie masz nazwiska”. A ja sobie pomyślałem: „No to w takim razie będę człowiekiem o trzech imionach”. I tak powstał Piotr Witold Lech.
[02:38:21] - Czyli to prawie pseudonim artystyczny. Czy Witold rzeczywiście jest gdzieś zapisany?
[02:38:27] - Tak, bo Witold to jest moje drugie imię, które otrzymałem po dziadku. Z góry zaznaczam, Piotr to imię.
[02:38:33] - W takim razie, panie Piotrze, chcę zachować chronologię i zacznę od historii. Proszę nam powiedzieć, czy historia to był wymarzony pana kierunek studiów? Czy łączył pan z nią swoją przyszłość, dorosłe życie już jako młody chłopak?
[02:38:49] - Z historią byłem związany od dziecka.
[02:38:51] - Tak się złożyło, że mój tata był wieloletnim zasłużonym przewodnikiem po Krakowie, wielkim miłośnikiem historii. Dziadek z kolei był kombatantem, bohaterem II wojny światowej. Był odznaczony Krzyżem Virtuti Militari za obronę Warszawy. W moim domu dużo rozmawiało się o historii. Przesiąkłem tą atmosferą. Pamiętam, że jako dziecko, gdy mama musiała iść do pracy, a tata miał akurat wycieczkę do oprowadzania, to brał mnie ze sobą. Ja taki berbeć tam tuptałem z tymi ludźmi po Wawelu. Potem już rozśmieszałem wszystkich, bo znałem nazwy niektórych zabytków, więc wtrącałem się tacie. Potem ta fascynacja rosła. Pamiętam, że kiedy chodziłem do piątej czy szóstej klasy, już od deski do deski miałem „Trylogię” przeczytaną.
W ósmej klasie miałem przeczytanego Sienkiewicza całego. Mówię o opowieściach historycznych Sienkiewicza po kilka razy. A w siódmej klasie zadziwiłem historyka naszego, bo zadanie takie mieliśmy, żeby opowiedzieć na bazie Henryka Sienkiewicza o potopie szwedzkim. Ja mówiłem bitą godzinę i siłą rzeczy, naturalną konsekwencją dla taty też to właściwie było zupełnie oczywiste, że pójdę do klasy humanistycznej. I tak się stało do liceum, a następnie na studia historyczne. I wszystko było fajnie do momentu liceum i okresu dojrzewania, kiedy w głowie człowieka dzieją się różne dziwne rzeczy. Ja też wcześniej troszeczkę zajmowałem się muzyką, jakiś talent do tego przejawiałem, więc zabrałem się za granie. Najpierw gitara, potem gitara basowa, zespoły jeden, drugi, trzeci. Tak się skończyło, że na te studia historyczne dopiero trafiłem kilka lat po ukończeniu liceum. To już okazało się troszeczkę za późno, bo już przegrywałem.
Miałem w planach pozostanie na uczelni i pójście na doktorat, ale już przegrywałem w przebiegach z młodszymi, a w międzyczasie jeszcze ożeniłem się, więc doszło do tego życie rodzinne. Tak się złożyło, że jedyną zawodową sprawą związaną z tym są trzy książki historyczne, które popełniłem w międzyczasie.
[02:41:03] - Czyli można by było powiedzieć, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
[02:41:12] - Oczywiście stare przysłowia są mądre, aczkolwiek jeszcze myślę, że opowiemy sobie o historii parę słów, bo w tej chwili mam nieco inne spojrzenie na historię.
[02:41:22] - W czasie naszego życia nasze spojrzenie na wiele spraw się zmienia. Rozpoczynając literacką twórczość, wyraźnie postawił pan na opowiadania. Dlaczego? Czy była to młodzieńcza niecierpliwość, dążenie do tego, aby jak najszybciej poznać efekty swojego talentu? Czy może respekt przed wielowątkową fabułą, która wymaga większego nakładu pracy, a jej finał następuje czasem po miesiącach, a czasem nawet po latach?
[02:41:54] - Myślę, że tutaj przede wszystkim była to ta młodzieńcza niecierpliwość i dążenie do poznania efektów swojej pracy. Wynikało to z różnych rzeczy, z takiego dużego niedowartościowania, frustracji spowodowanej tym, że z tymi zespołami właśnie nie udaje się za bardzo. A było tam bardzo dużo chęci, bardzo dużo zapału i bardzo mało warsztatu. Ale była taka świadomość, bo wtedy nawet na lekcjach języka polskiego wszyscy mieliśmy wtłaczane bardzo mądrą zasadę, że żeby dobrze pisać powieści, trzeba najpierw nauczyć się pisać opowiadania. To też miało swoje znaczenie. Był ten respekt przed powieścią i świadomość tego, że trzeba się jednak czegoś nauczyć, żeby porwać się na powieść. Choć z perspektywy czasu uważam, że dobre opowiadanie czasem trudniej napisać od kiepskiej powieści.
[02:42:48] - Prawda. Wie pan, opowiadanie to bardzo trudna forma. Jeżeli chcemy, żeby było rzeczywiście udane, należy się do niego bardzo przyłożyć.
[02:42:58] - Piotr Witold Lech. Fragment niepublikowanego tekstu, wciąż powstającego. Dwuosobowy skuter inwalidzki zatrzymał się tuż przy starych wagonach kolejowych. „Boże, ale nas wyczepało” — śmiała się kobieta z tyłu. „Ma słabe resory, fakt” — odparł mężczyzna. Kobieta uniosła podłokietnik fotela i jak na swój wiek całkiem sprawnie opuściła pojazd. Mężczyzna guzdrał się dłużej. Postawił nogi na ziemi, wciąż trzymając się kierownicy skutera. Następnie sięgnął do uchwytu, w którym tkwiła laska inwalidzka i dopiero wtedy, wspierając się laską, odważniej zrobił dwa kroki. „No, jesteśmy.” Kobieta rozejrzała się.
„Ciekawe miejsce. Pamiętam je. Jak przez mgłę, ale pamiętam.” Stali na starej drodze. Dziury, jakie wyrwał w niej czas, stanowiły wyzwanie dla każdego pojazdu. Niektóre z tych dziur wiodły już odrębny żywot. Napełniały się podczas deszczów, tworząc małe stawy, które nie wysychały przez wiele dni. Od dwóch tygodni nie spadł porządny deszcz, więc teraz zamieniły się w głębokie do kolan leje. Ukazywały mokrą ziemię pod gruchatanym asfaltem macierzystej jezdni. Z obu stron drogi ciągnęły się tory. Stały przy nich stare wagony pasażerskie z powybijanymi szybami okien i bokami zamalowanymi graffiti autorstwa młodocianych sprejowych artystów.
W oddali, z prawej strony torów widniał wysoki budynek w kształcie baszty przykrytej czarnym stożkowym dachem. „Zawsze zastanawiałam się, co to jest” — powiedziała kobieta. „To wieża ciśnień wybudowana jeszcze przez Niemców podczas II wojny światowej.” „Nie wiedziałam, że jest taka stara.” „Jest dużo starsza niż my.” „To już ją lubię.” „Mało kto wie, że to zabytek. Można ją nawet zwiedzać, ale nigdy nie byłem w środku.” Przywiozłeś mnie tutaj po to, żeby pokazać mi starą wieżę ciśnień? Nie, to wyszło przy okazji. Chciałem ci pokazać miejsce, w którym najczęściej myślałem o tobie, kiedy wyjechaliście. Myślałeś o mnie, stojąc pośrodku złomowiska wagonów pasażerskich z wieżą ciśnień w tle? Wtedy jeszcze jeździłem na rowerze. Po prostu jechałem pomiędzy tymi wagonami, słuchałem muzyki i myślałem. A gdzie prowadzi ta droga?
Można nią dojechać do stacji Kraków Bieżanów, a potem jeszcze dalej, aż na Złocień. To jedźmy. Ale już nie da się jechać skuterem inwalidzkim, szczególnie w naszym wieku. Dziury nas pokonają. Mięczak. Roześmiali się, a potem chwilę patrzyli sobie w oczy. Nie powiesz sadystka? Nie, już nie. Podeszła do niego i położyła żylastą dłoń na jego policzku, ale szybko ją cofnęła. Przepraszam.
Przecież wiesz, że nie potrafię się na ciebie gniewać. Nadal? Zawsze. Wracajmy. Gdzie chcesz jechać? Na ile wystarczy energii w tej twojej supermaszynie. Hola, hola, proszę nie obrażać. To bardzo porządny, dziesięcioletni skuter inwalidzki. Włoski. I akumulatory wymieniłem niedawno.
A, to przepraszam. Uśmiech nie znikał z jej twarzy. Dojedziemy zatem do Rynku Podgórskiego? Dojedziemy. To jedźmy. Wsiedli na foteliki skutera. Kobieta sprawnie, mężczyzna z trudem. Zaszumiał silnik elektryczny i pojazd ruszył w drogę powrotną. Na Bagry tędy dojedziemy? Zapytała kobieta, nachylając się do ucha mężczyzny.
Nie, musielibyśmy jechać dookoła. Czyli nadal nie zrobili tego przejazdu. Wciąż tylko kładka dla pieszych ponad torami. Położyli tam jakieś szyny dla rowerów, ale skuter inwalidzki po nich nie wjedzie. Ta kładka będzie miała już z pół wieku. Jak nie lepiej. Wyjechali z podziurawionej drogi wewnętrznej należącej do PKP na gładką, odnowioną szosę publiczną. Tutaj przynajmniej się postarali. Kobieta nadal pochylała się nad mężczyzną. Musieli, bo po deszczu pod wiaduktami nie dało się nawet przejść.
Wiktor. Co? Muszę do toalety. Teraz? Tak. Nie wytrzymasz? Nie zadawaj głupich pytań. Dlaczego głupich? Mam 79 lat. Czyli jesteś jeszcze całkiem młoda.
Nie denerwuj mnie. Podjedziemy do Parku Jerzmanowskich. Tam jest ogólnodostępna toaleta. Śpiesz się. To już maksymalna prędkość. O rany! Przejechali skrzyżowanie z ruchliwą drogą główną i skuter z mozolem wspiął się na wzniesienie, za którym znajdowało się wejście do parku. Jeszcze chwileczkę. Poinformował Wiktor. Milczała, więc zapytał: Wytrzymasz, Sara?
Jedź. Usłyszał cierpienie. Wjechali do malowniczego parku pełnego dębów, wierzb, kasztanowców, klonów i brzóz. Główną alejką dotarli do publicznej toalety. Żwawo zeskoczyła z fotelika i fruktem podbiegła do rozsuwanych drzwi. Drzwi nie drgnęły. Zamknięta! Zawołała. Jest płatna. Gramolił się z fotelika.
Chyba dwa złote. Masz drobne? Mam. To pożycz. Poczekaj. Pogrzebał w kieszeni. Szybko. Wyciągnął garść monet. Zaraz, zaraz, bo nie widzę. Mam tylko okulary dla krótkowidzów.
Pokaż. Sara zsunęła z czoła swoje okulary i przejrzała monety na dłoni Wiktora. Jest! Zawołała triumfalnie. Tutaj musisz wrzucić. Wiem. Wrzuciła monetę i drzwi rozsunęły się, ukazując schludne wnętrze toalety. Sara wbiegła do środka, a drzwi zasunęły się za nią.
[02:48:34] - Ukończył pan wydział historyczny na Uniwersytecie Jagiellońskim i wydawać by się mogło, że wtedy właśnie zacznie pan zgłębiać dzieje ludzkości i będzie to widoczne w pana tekstach. A tymczasem stało się zupełnie inaczej. Skąd fantasy, science fiction?
[02:48:56] - Fantasy to można powiedzieć, że jest w jakiś sposób związana z historią, bo akurat to fantasy, które ja próbowałem pisać, było mocno osadzone w realiach średniowiecznych czy też starożytno-średniowiecznych. Więc tutaj ta historia, ponieważ ja na historii specjalizowałem się w mediewistyce, więc w historii średniowiecza, pomogła mi. Natomiast zaskakujące może być rzeczywiście science fiction, ale science fiction wynikało z tego, że ja byłem młodym człowiekiem, który czyta wszystko. Zresztą do tej pory mi to zostało, że nie dzielę literatury na gatunki, tylko dzielę na taką, która jest dobra albo zła. Mogę przeczytać horror, fantasy, science fiction, powieść obyczajową czy reportaż. Nie ma znaczenia. Ważne jest, żeby mnie to porwało. Przy tych moich zainteresowaniach historycznych jednocześnie byłem zafascynowany fantastyką i science fiction, bo dla nas fantastyka, dla mojego pokolenia to była nowość, taki zakazany owoc, bo za czasów PRL-u na fantastykę patrzono niechętnie, więc te książki, których było mało, podawaliśmy sobie z rąk do rąk. A potem, kiedy weszły takie magazyny jak Młody Technik, a później Fantastyka, która publikowała już zachodnie powieści w formie takich wkładek, które się wyrywało stamtąd i kompletowało w powieść, to już w ogóle był szał. W ten sposób poznałem takich autorów jak Żelazny, Silverberg, Heinlein, Harrison, wielu wybitnych pisarzy zachodnich.
Także fantastyka tutaj jako czasopismo odgrywała niesamowitą rolę. Poza tym filmy, które wtedy weszły, które o dziwo przedostały się przez żelazną kurtynę. Mianowicie mówię tutaj o Gwiezdnych Wojnach, Conanie z Arnoldem Schwarzeneggerem, później o Obcym. To były filmy, które niesamowite wrażenie wywierały na nas. I stąd brała się też fascynacja tymi światami kosmicznymi. Lub światami przyszłości. A kiedy trafiły do moich rąk pierwsze książki Philipa Dicka, to właściwie oszalałem, jak kiedyś na punkcie Henryka Sienkiewicza czy jeszcze w międzyczasie Ernesta Hemingwaya. Stanisława Lema czytaliśmy wszyscy. Jeszcze do twórczości Stanisława Lema był jakiś dostęp, bo można było stosunkowo najłatwiej jego książki dostać czy wypożyczyć w bibliotece. Gorzej już było z Seiglem i z Adamem Wiśnińskim Snerkiem, czy potem Parowskim, o Ramusem.
[02:51:30] - Już nam pan tutaj mówił o swoich rockowych poczynaniach. Opublikował pan niedawno na swojej stronie facebookowej zdjęcie zespołu rockowego z lat 80., zdradzając, że był pan członkiem takiego bandu. Zapytam, czy pana rockowa dusza poddała się upływowi czasu, czy może muzyczny talent nadal daje o sobie znać?
[02:51:56] - Muzyczna miłość. Ja grałem w wielu zespołach, aż dotarłem do takiego etapu, gdzie wydawało się, że coś z tego będzie, bo miałem okazję grać naprawdę z wybitnymi muzykami, którzy później zrobili kariery w znanych zespołach. Nie chcę wymieniać ich nazwisk ani nazw tych zespołów, bo nie wiem, czy by sobie tego życzyli. Są to ludzie popularni w tej chwili. I na tym etapie właściwie to nie wypaliło. Mieliśmy taki zespół, nazywał się Patchwork. Czułem jakiś taki wewnętrzny dysonans. Coś mi mówiło, cały czas być może ten Piotrek humanista mówił: „Słuchaj, ale co ty robisz? Ty przecież miałeś być historykiem albo miałeś pisać”. Bo jeszcze nie pochwaliłem się, że pierwszą rzecz zacząłem pod wpływem Sienkiewicza pisać w szóstej klasie.
Oczywiście było to opowiadanie z Polski sarmackiej. Zaczynało się jakąś bijatyką. I w pewnym momencie rzuciłem to tak definitywnie. Definitywnie, bo zrozumiałem, że jeżeli tego nie zrobię w taki sposób brutalny, definitywny, to nic z tego nie będzie. Pamiętam, że w jednym tygodniu ściąłem włosy, bo miałem włosy do pasa. Sprzedałem gitarę, sprzedałem wzmacniacz i zapisałem się na studia. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że żałuję trochę, bo teraz na starość bardzo chętnie bym sobie pograł. Spotykam czasem kolegów, z którymi grywałem z tych różnych zespołów. Nie mówię o tych najsłabszych, którzy też albo grają sobie dalej gdzieś tam w domu. Ale trudno.
Wtedy była taka potrzeba, żeby to rzucić, żeby zmienić swoje życie. I tak się stało. Natomiast miłość do muzyki została jak najbardziej i muzyka mnie inspiruje nawet podczas pisania.
[02:53:34] - Słucha pan określonych utworów?
[02:53:36] - Tak. Ja nawet w klubie Murakamiego po każdym opowiadaniu dopisywałem utwory, które mnie zainspirowały czy które mi pomagały w pisaniu tego opowiadania. Także zawsze jest jakiś utwór albo staram się znaleźć taki utwór, który by mnie poprowadził, poprowadził moją wyobraźnię. W tym sensie muzyka jest nadal ważna w moim życiu, ale już nie jako wykonawca, tylko jako odbiorca. Inspirują nas nie tylko utwory muzyczne, ale też obrazy. Pamiętam, że wiele lat zafascynowany byłem Beksińskim, ale już mi trochę przeszło. Piotr Witold Lech, „Świat jest żaden”. Fragment niepublikowanej powieści. Poczułem zimno. Włączyłem kaloryfer olejowy, który pożyczyła mi Patrycja.
Spojrzałem w wyświetlacz Samsunga. Telefon był na tyle stary, że komórnik odpuścił. Właściwie niewiele miał do zabrania. Stary telewizor i kilka książek. Nie obłowił się. To pewne. Nie było wiadomości od Natalii. Widocznie miała urwanie głowy w pracy. A potem zastanowiłem się, jaki mamy dzień. Wtorek, a więc będzie opiekować się swoją chorą mamą.
W poniedziałki i środy chodziła na siłownię. Nie przewidując kolejnych wizyt szpicli od wierzycieli ani nalotów stróżów praw bogaczy, postanowiłem popisać. Zszedłem do garażu należącego do Krystyny, mojej eksmałżonki. Wślizgnąłem się przez wiecznie niedomknięte drzwi spod sterty starych ubrań, które od kilku lat czekały na utylizację, bo już raczej nie na drugie życie. Wyjąłem futerał z laptopem. Kiedy wracałem na poddasze, poczułem ukłucie w klatce piersiowej. To był sygnał ostrzegawczy, którego nie mogłem zignorować. Natychmiast więc po wejściu do mieszkania sięgnąłem po fiolki z propranololem i Acardem. Betablokery i kwas acetylosalicylowy musiałem brać regularnie, ale tego dnia przez wystrzyżonego zapomniałem. Czyli wystrzyżony był dobry pomyślałem po raz kolejny.
Musieli w kooperacji z leniwą sądową mendą wykończyć niejednego zawałowca. Podłączyłem laptopa i czekając, aż załadują się wszystkie programy, co za każdym razem trwało dłużej, rozsiadłem się na starej wersalce. Zamknąłem oczy, ponownie starając się zastosować medytację oddechową. Tym razem dzięki sekwencji 30 oddechów i dwóch bezdechów, a więc zaledwie jednej trzeciej całego ćwiczenia zalecanego przez Wima Hofa, udało mi się uspokoić. Otworzyłem oczy i spojrzałem w brudną szybę okna. Miło cię wreszcie zobaczyć. Ile to już minęło? Dokładnie rok i dwa miesiące. Faktycznie ostatnio widzieliśmy się w grudniu 2022. Byliśmy wtedy na koncercie Mosdżera w Cieszynie.
Tak, nadal świetnie wyglądasz. Ty też wyglądasz dobrze. Patrycja uśmiechnęła się i odkroiła łyżeczką kawałek tortu bezowego. W kawiarni o tej porze prawie nie było ludzi. Przy odległym barze barman rozmawiał z kelnerką. Pokazywali sobie coś na ekranach telefonów i głośno się śmiali. Co ty robisz, że nadal nie masz zmarszczek? Patrzyłem w ładną twarz o szarych oczach, okoloną długimi blond włosami. Trochę mam. Znam tylko jedną kobietę przed pięćdziesiątką z podobną cerą.
Natalię — przytaknąłem. Co u niej? Po staremu zakochana w swoim Janku. Tym prezesie? Tak, ale utrzymuję z nią kontakt. Przyjaźnimy się. Wiem. Patrycja pokiwała głową. A ty masz kogoś? Wydawała się zawahać, ale trwało to zbyt krótko, żebym nabrał pewności.
Tak. Odważnie spojrzała mi w oczy. Powiedz. Starałem się mówić swobodnie. Jeśli oczywiście chcesz — dodałem. Cóż tu opowiadać. Wzruszyła ramionami. Jak ma na imię? Marek. Jest młodszy?
Skąd wiesz? Kiedyś żartowałaś, że znajdziesz sobie młodszego. Uśmiechnąłem się. Nie pamiętam. Ale masz rację. Marek jest młodszy o sześć lat. Wyglądasz na szczęśliwą. No i chyba jestem. Zadzięczał sygnał jej telefonu. Sprawdziła, kto dzwoni.
Szybko odebrała. No jestem, jestem — powiedziała ożywionym głosem. Tak. Siedzę tu z panem pisarzem. Zerknęła na mnie. Rozmawiamy sobie i dostałam książkę z autografem. Jeszcze chwilę posiedzimy. Tak. Oczywiście. Spotykamy się w tamtym miejscu.
Pa, pa. Odłożyła telefon. Kim jest z zawodu? — zapytałem. Informatykiem. To wreszcie masz ogarnięte sprawy z komputerami. Tak. Roześmiała się. Jak wiesz, to moja pięta achillesa. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
Przyjrzała mi się. Naprawdę? Tak — potwierdziłem. I naprawdę tak czułem. Potem, po spotkaniu, kiedy samotnie spacerowałem bulwarami Wisły, zrozumiałem, że jestem już starym, schorowanym mężczyzną. Nie czułem żalu do Patrycji, nie czułem żalu do nikogo.
[02:58:35] - Moim zdaniem jedną z najtrudniejszych form literackich jest chyba scenariusz komiksowy. Pan opublikował dwa komiksy. Proszę nam opowiedzieć, jak wyglądało zmaganie się pana z komiksowymi chmurkami.
[02:58:52] - To była taka w sumie zabawa. Tych komiksów zrobiliśmy z Jackiem Ceraden. A Jacek Ceraden to jest rysownik dość znany w środowisku komiksiarzy. Zrobiliśmy bodajże dwa. Jeden była krótka forma do jednego opowiadania, a drugi dłuższa forma. To właściwie już taka na zeszyt, która nigdy się nie ukazała. Ukazał się tylko jej fragment w Kłęcie i Akuku. A jak to robiliśmy? Oczywiście nie umiałem pisać scenariuszy do komiksów, więc sobie wymyśliłem. To znaczy z Jackiem porozmawiałem, jak to właściwie on robi, bo on rysował komiksy.
Sam też był scenarzystą tych komiksów. No to jest łatwiej. Więc robiłem jakiś taki zarys scenariusza. Spotkaliśmy się, pamiętam, w kawiarni Literacka w Krakowie. Bardzo fajna kawiarnia z tradycjami na ulicy Kanoniczej. Tam, siedząc sobie przy szklance piwa, mieliśmy taką burzę mózgów. Ja mu przedstawiałem ten scenariusz. On zastanawiał się nad scenami, czasem coś zmieniał, czasem poprawiał. Robił taki szkic jakby. No i później rozjeżdżaliśmy się.
On robił jakąś tam partię, stronę, dwie, trzy i spotykaliśmy się znowu. Tak to wyglądało. Także trudno mówić tutaj o jakimś profesjonalizmie.
[03:00:07] - Czyli nie uważa pan, że dla pisarza, który czasem ma bardzo dużo do powiedzenia, to jest naprawdę taka katorga zmieścić się w jednym zdaniu?
[03:00:18] - No pewnie tak. To zależy, bo ja też pisząc widzę obrazy. No chyba każdy. Nie wiem, ale tak mi się wydaje, więc mogłem sobie to jakby przełożyć. Tym bardziej że nie były to opowiadania jakieś skomplikowane. To były proste opowiadania z pierwszej mojej książki i w gruncie rzeczy te komiksy były lepsze niż te opowiadania.
[03:00:42] - Jest pan również autorem pozycji popularnonaukowych. Wspomnę książki Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343 oraz Wędkarze Krajowego Towarzystwa Rybackiego w Krakowie 1879-1950. Proszę nam powiedzieć, patrząc jedynie od strony warsztatowej, co takiego szczególnego zauważył pan podczas pracy nad tymi książkami, czego nie zauważył pan wcześniej jako pisarz fikcji literackiej?
[03:01:20] - Wcześniej wydawało mi się, że różnic jest więcej, ale teraz już jestem ostrożniejszy, ponieważ pisarz piszący nawet fikcję literacką, chcąc zrobić to dobrze, też musi zrobić niezłą przygotówkę. Niemniej historyk jest tutaj zobligowany do tego, bo mówię tutaj akurat o pracy historycznej, ale myślę, że dotyczy to wszystkich prac naukowych. Trzeba trzymać się żelaznych faktów, trzeba te fakty zebrać, trzeba sięgnąć po literaturę. Więc myślę, że pisarz historyk więcej czasu spędza w bibliotekach. Ja tak przynajmniej miałem. Więcej czasu musi poświęcić na zebranie materiału źródłowego, a jednocześnie jest bardziej ograniczony tym wszystkim. Nie może sobie za bardzo popuścić wodzy fantazji. No, chyba na tym polega ta główna różnica. Ale z drugiej strony też nie ma prawdopodobnie tak wielkiej wyobraźni jak pisarz tworzący fikcyjne opowieści, bo to są już zupełnie inne sprawy. Tutaj trzeba lawirować.
Pisarz tworzący fikcyjne opowieści czasem znajduje się zupełnie nie w tym świecie czy też nie w tej rzeczywistości, nie z tymi bohaterami. To są inne stany przeżywania. W pracy naukowej, w pracy historycznej ważna jest dyscyplina. W pracy oczywiście nad powieścią literatury pięknej także ważna jest dyscyplina, ale bardziej dozwolone jest fantazjowanie. Tutaj widzę tą zasadniczą różnicę.
[03:02:45] - A woli pan jako pisarz fantazjować, czy raczej trzymać się faktów?
[03:02:51] - Ja bardzo lubię fantazjować. Nawet do tego stopnia, że poskramiam sam siebie, żeby za bardzo nie fantazjować. Dlatego staram się znaleźć tutaj jakiś konsensus. Lubię fantazjować. Zawsze fantazjowałem, bo też jako dziecko byłem często szercowany przez mamę. Gdzie ty tak bujasz w obłokach cały czas? No i To mi zostało.
[03:03:15] - Musi pan mi się wytłumaczyć z „Poliamorii”. Czy tytuł ten jest tylko trikiem reklamowym budzącym ciekawość czytelników, jak to będzie ze związkami damsko-męskimi i układami erotycznymi? A może cel nazwy cyklu był zupełnie inny?
[03:03:35] - Z „Poliamorią” jest taka ciekawa sprawa. Zastanawiałem się już jakiś czas temu i to nawet powiem, że w młodości nad takim fenomenem. Czy można rzeczywiście kochać jednocześnie dwie osoby? Mówię o dwóch kobietach czy dwóch dziewczynach i jednocześnie naraz, i tak samo, taką samą miłością. Czy być zakochanym? I potem, po latach uzyskałem odpowiedź, bo rzeczywiście spotkała mnie taka sytuacja. Potem zacząłem się interesować bardziej tym tematem. Jak to właściwie jest? Co to jest ta poliamoria? W ogóle ludzie bardzo często mylnie utożsamiają z bujnym życiem erotycznym czy seksualnym z wieloma partnerami.
To nie jest prawda, bo poliamoria, aczkolwiek należy do technik konsensualnych związków niemonogamicznych, jak to się ładnie w psychologii nazywa. Natomiast jest jedyną chyba formą, gdzie ważniejsza zdecydowanie od tych spraw kontaktu fizycznego jest sprawa uczuciowa. Więc może istnieć poliamoria taka, gdzie osoby uczestniczące w tym układzie wcale ze sobą seksu nie uprawiają, a jednak mimo wszystko się kochają. To jest bardzo ciekawa, bardzo dziwna i bardzo fajna w sumie forma, ale bardzo rzadko spotykana w takiej czystej formie. Tak jak mówię, najczęściej jest utożsamiana z możliwością kontaktów seksualnych z wieloma partnerami. To jest błędne. To jest jedna sprawa. Druga sprawa, tak sobie pomyślałem, że skoro interesuję się tym, zapoznałem się trochę z literaturą. Przecież w polskim języku nie ma zbyt wielu publikacji na ten temat. Są, zdaje się, dwie jedynie.
Taka biblia poliamorystów „Puszczalscy z zasadami" Dossie Easton i Janet W. Hardy i Deborah Anapol „Poliamoria". Jest trochę prac psychologów, szczególnie z SWPS-u, którzy się zajmują takimi związkami właśnie otwartymi. Szczególnie pani doktor Katarzyna Grund-Meyer, która bardzo ładnie o tym opowiada, chociażby na internecie, ale też wydała sporo prac na ten temat. I skoro już poznałem trochę tą poliamorię, sobie pomyślałem jako fantasta, bo zawsze ten fantasta gdzieś tam wyłazi ze mnie, że ale by tak chwyca była, jakbym zrobił taką poliamorię z obcymi. No ale żeby zrobić poliamorię z obcymi, no to oni by musieli być jednak trochę do nas podobni. No bo już takie wyobrażanie sobie gdzieś tam poliamorii z tworem przypominającym pająka czy ślimaka, czy jednego gluta, no to już zahacza o pastisz. Aczkolwiek tego nie uniknąłem. Już potem napisałem takie śmieszne opowiadanie. Wysłałem to Wojciechowi Chmielarzowi do Nowej Fantastyki.
On tego wprawdzie nie przyjął, ale wywiązała się między nami taka ciekawa dyskusja na temat tych postaci, które tam są. Ja sobie pomyślałem, że czemu nie zrobić takiej powieści krótkiej, bo krótkiej, ale bardziej dla żartu. I tak powstała ta pierwsza część „Poliamoria. Ta historia", a dalsze to już poszły z rozpędu. Aczkolwiek straciłem do nich zapał tuż przed ostatnią częścią.
[03:06:50] - Jeżeli chodzi o samą poliamorię, myślę, że w tej chwili jest ona troszeczkę bardziej rozpoznawalna, znana.
[03:06:58] - Piotr Witold Lech „Mężczyzna na wydmach". Wydawnictwo Bibliotekarium. Rozdział pierwszy. Audrey i Dunuty. Jechała trasą rowerową wzdłuż ruchliwej ulicy. Wokół wyrastały kamienice o jasno i ciemno ceglastych ścianach i białych oknach osadzonych w czworograniastych wykuszach. Na krótkim odcinku ścieżka łączyła się z chodnikiem, musiała więc zachować większą ostrożność. Minęła najlepszą w tej części Amsterdamu piekarnię Le Fournil sprzedającą chleby domowego wypieku. Zwolniła, balansując pomiędzy tłumem ludzi ustawionych w długiej kolejce. Kilka razy kciukiem nacisnęła dzwonek, który wybrzmiał głośno ponad odgłosem przejeżdżających samochodów.
Ludzie rozstąpili się posłusznie, więc przyspieszyła. Znów jechała równym tempem wzdłuż rozświetlonych witryn sklepów i kawiarni. Holenderska damka bez przerzutek znakomicie radziła sobie na prostych, pozbawionych wzniesień trasach. Zatrzymała się przy światłach, przepuściła samochody, a kiedy zaświeciło się zielone, przejechała na drugą stronę. Skręciła i ponownie stanęła na światłach. Przejechała przez ulicę łączącą się z główną ulicą i przystanęła. Zsiadła z roweru i prowadząc go za kierownicę podeszła do stojaka, przy którym piętrzył się stos rowerów rzuconych w pozornym bezładzie. Schyliła się, znajdując fragment poręczy stojaka. Następnie długim łańcuchem owinęła poręcz i przednie koło damki. Zatrzasnęła kłódkę, a rower wsunęła na stos innych.
Dopiero wtedy wyjęła z przewieszonej przez ramię torby składaną laseczkę. Z cichym kliknięciem wysunęły się trzy kolejne części, stając się dziewięćdziesięciopięcioipółcentymetrowym kijkiem o okrągłej rękojeści. Drobna dłoń o długich palcach objęła złotą kulę, a nogi przyzwyczajone do rowerowego ruchu przez chwilę nie potrafiły chwycić odpowiedniego rytmu. Na szczęście trwało to zaledwie kilka sekund. Drobne, chude ciało rozluźniło się, spastyczność mięśni ustąpiła i swobodniej mogła ruszyć w kierunku drzwi pączkarni. „Dzień dobry" przywitała się z siedzącą za ladą dziewczyną. „Dzień dobry.” – ekspedientka uśmiechnęła się. „Świetnie dziś wyglądasz, Audrey.” Jak na 45-letnią inwalidkę, zapomniałaś dodać. „Nie wyglądasz na inwalidkę.” „Jesteś bardzo miła, Laverne.” „Naprawdę uważam, że jesteś piękną kobietą. Wprawdzie mało niderlandzką, ale piękną.
W sumie to jesteś trochę podobna do Audrey Hepburn.” „Gdzie mi tam do Audrey Hepburn.” „Naprawdę jesteś podobna. To niesamowite, że rodzice nadali ci to samo imię. Przecież kiedy byłaś małym, czerwonym i wrzeszczącym bobasem, nikt nie mógł przewidzieć, że będziesz podobna do jednej z najpiękniejszych aktorek Hollywood.” „Tata uwielbiał Audrey Hepburn. Zawsze powtarzał, że nigdy nie powinna wyjeżdżać z Holandii.” „Ale wtedy nie zrobiłaby tak wielkiej kariery.” „Pewnie tak. Co dzisiaj zjesz?” „Dwa donuty.” „Dwa?” „Tak.” „Na miejscu?” „O ile mój stolik jest wolny.” „Oczywiście.” – uśmiech nie znikał z twarzy Laverne. – „Wybierzesz?” – wskazała na automat. Audrey podeszła do elektronicznej tablicy z menu. Wystukała dwa donuty, zamówiła i wróciła do Laverne, by zapłacić kartą. Młoda ekspedientka wyjęła zza gabloty zamówione pączki, położyła na talerzyku i przysunęła do Audrey. „Smacznego.” „Dziękuję.” Audrey wzięła talerzyk do lewej ręki i niespiesznie, lekko wspierając się laską, ruszyła w głąb pączkarni.
Obeszła dookoła kilka okrągłych stolików i wysoką półkę z ozdobnymi kubkami przedzielającą pomieszczenie na dwie części. Stolik, do którego zmierzała, ustawiono w samym rogu sali, tuż za rozłożystym fikusem. Podeszła do niego, na blacie postawiła talerzyk, laseczkę oparła o trzecie krzesło. Usiadła i uśmiechnęła się. „No jestem.” „Zmęczyłaś się.” „Nie, skądże.” „Widzę przecież.” „Szybko jechałam.” „Wiem.” „Śpieszyłam się, bo obawiam się, że po południu może padać, a chciałam zjeść z tobą te donuty. Tak bardzo o nie prosiłeś.” „Naszło mnie wspomnienie.” „Odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu chciałeś o czymś opowiedzieć.” „To prawda.” „I dlatego odezwałeś się wreszcie, tak?” „Mówiłem wcześniej, ale nie słuchałaś. Dopiero tej nocy coś się zmieniło.” „To prawda. Zrozumiałam, że nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje, a ty naprawdę chcesz opowiedzieć mi jakąś bardzo ważną historię.” „Chciałbym opowiedzieć ci książkę, którą zacząłem pisać, ale której nie skończyłem.” „Jesteś pisarzem?” „Zgadza się.”
[03:11:58] - W 2024 roku nakładem wydawnictwa Bibliotekarium ukazał się zbiór pana siedmiu opowiadań „Klub Murakamiego". Użył pan w tytule nazwiska popularnego autora, dając w ten sposób czytelnikom swoisty sygnał, wskazówkę, jaki rodzaj tekstów dostali oni do swoich rąk?
[03:12:20] - Haruki Murakami jest dla mnie obecnie jednym z najważniejszych pisarzy. Mam takich autorów niewielu, zaledwie kilku. Należą do nich między innymi Ernest Hemingway, Philip Kindred Dick, Ursula Le Guin. Ostatnio także dołączył Jon Fossell, który zachwyca mnie swoją septologią. Ale dlaczego Murakami? Japoński mistrz mówi jakby tymi emocjami, ale o wiele trafniejszymi słowami. Ustawia obiektyw kamery, jak ja to nazywam, tej samej sceny, o jakiej ja często myślę, ale w innym i często zaskakującym mnie bardzo mile ujęciu. Potrafi z taką nieprawdopodobną celnością komentować rzeczywistość, często wręcz sentencjonalnie, dlatego łatwo się go cytuje. Dochodzi do tego ta znakomita charakterystyka, moim zdaniem znakomita charakterystyka postaci, a przede wszystkim właśnie pogubionych mężczyzn, pragnących często poprzez miłość do kobiety odnaleźć samego siebie. Oczywiście Murakami pisze o wielu innych sprawach.
Jego powieści są wielowątkowe. Pisał o II wojnie światowej. Niemniej to, o czym mówię, zawsze mocno przewija się w jego twórczości i najłatwiej dostrzec to w krótszej formie. Dlatego to właśnie zbiór opowiadań „Mężczyźni bez kobiet" stał się główną inspiracją dla mnie do napisania „Klubu Murakamiego". Nie tyle chodzi tutaj o formę fabularną opowieści, ale o pewien charakterystyczny klimat. Stąd też cytaty z twórczości Murakamiego, które zamieściłem w każdym z opowiadań w „Klubie Murakamiego". Można powiedzieć, że duch jego twórczości unosił się nad każdym moim tekstem z tego zbioru i podczas prac redakcyjnych zauważyła to Marta Sobiecka. I w trakcie takiej burzy mózgów w redakcji wymyślono, żebym może spiął wszystkie moje opowiadania klamrą opisującą funkcjonowanie małego domowego klubu miłośników twórczości Murakamiego. Mnie się ten pomysł bardzo spodobał. Szybko, jeszcze podczas prac redakcyjnych dopisałem fragment opisujący właśnie taki klub mały, literacki.
Wtedy też należało zmienić tytuł zbioru, ponieważ początkowo zatytułowany był „Minus pięć w południe" od otwierającej zbiór noweli. Piotr Witold Lech „Klub Murakamiego", wydawnictwo Bibliotekarium. Opowiadanie „Terminal Eindhoven". Dlaczego nie pamiętamy poprzednich wcieleń? To jest część planu systemu. To znaczy? Gdybyśmy pamiętali, z łatwością moglibyśmy zrealizować plan duszy, a przez to wzrosnąć na tyle, żeby móc się uwolnić. System nie jest zainteresowany w uwalnianiu nas. Cykl wcieleń to dla niego recykling. Recykling?
Blokując pamięć duszy może bezkarnie umieszczać ją w kolejnych ciałach i dzięki temu zyskiwać kolejną emocjonalną bateryjkę, którą z łatwością daje się wprowadzać w niskie wibracje: lęk, smutek, gniew, żal, zazdrość, nienawiść i tym podobne emocje stanowiące jego podstawowy pokarm. Dla duszy to więzienie, z którego właśnie poprzez brak pamięci poprzednich inkarnacji nie potrafi się wyrwać. Wciąż kręci się w kółko, zamiast wzrastać. Czyli nie ma dla nas ratunku? Asia stanęła przed wąskim, wygiętym w łuk mostkiem, ponieważ z drugiej strony wkraczały na niego dwie starsze kobiety. Filip także się zatrzymał. Ratunkiem jest żmudny proces dochodzenia do świadomości. Samorozwój? Tak, ale dostajemy też inne wskazówki. Wskazówki?
Jakie? Na przykład sny. Starsze kobiety schodziły powoli ze szczytu mostka. Jedna miała całkiem siwe włosy, druga ufarbowane na kasztanowo. Obie podpierały się lekkimi spacerowymi laskami o ozdobnych rękojeściach. Guten tag! Pozdrowiła je po niderlandzku Asia. Hoi! Odparła kobieta z kasztanowymi włosami. Kiedy starsze panie przeszły, Asia zamierzała wejść na mostek, ale Filip chwycił ją za ramię.
Poczekaj. Po co? Spójrz teraz wprost przed siebie. Co widzisz? Trzy kolejne mostki przerzucone przez trzy kanały. Popatrz uważniej. To są trzy mostki w pięknej linii prostej, a na końcu widoczny nawet z tej odległości biały, duży dom, a w oddali jakaś postać, która zbliża się do nas. Wygląda na chłopca. Tego jeszcze nie wiemy. No i co to ma oznaczać?
Zapamiętaj ten obraz. Zechciej teraz całą siłą woli utrwalić go w pamięci, ale nie na poziomie mózgu, ale głębiej, w sercu. Wciąż nie rozumiem. A teraz wyobraź sobie, że kiedyś, w następnym wcieleniu będziesz mieć taki sen. Obudzisz się i nie będziesz wiedzieć, co oznaczał. Będziesz zastanawiać się nad nim, ponieważ ukaże ci się on bardzo realistycznie. Nie widząc mnie, ponieważ stoję za tobą, będziesz snuć domysły, że chodzi o drogę, o przeszkody albo o tamtego człowieka, który się zbliża. Będziesz myśleć, że może to niebezpieczeństwo albo dziwne spotkanie, a tymczasem... A tymczasem? A tymczasem będzie to spacer z bratem z tego wcielenia.
Roześmiała się. Nieźle. Teraz dopiero zauważyli, że jedna ze starszych kobiet, ta z kasztanowymi włosami, przystanęła i zdawała się z uśmiechem przysłuchiwać ich dialogowi. Pokiwała głową, patrząc na Filipa, po czym dość dziarsko, stukając laseczką o asfalt ścieżki, ruszyła za swoją towarzyszką. Myślisz, że nas rozumiała? Zapytał Filip. Nie wiem. Może to Polka. Wyszli na mostek. Będąc na szczycie jego łuku, Filip zatrzymał się na chwilę.
Spojrzał na brzeg kanału porośnięty pałką wodną i wysoką, teraz całkowicie obumarłą trawą. Obserwował chwilę stado dzikich kaczek zanurzających szyje w wodzie i starających się wynaleźć na dnie jakieś smakołyki. Asia czekała na niego po drugiej stronie. Nie rozmawiajmy już o śmierci — powiedziała. Jakoś nie mam nastroju. Przecież rozmawiamy o życiu, nie o śmierci. Wiem, ale zanim nastąpi kolejne wcielenie, będzie jeszcze starość i śmierć. Wszystko jest kwestią postrzegania. Spacerowicz idący z naprzeciwka zbliżył się już znacznie. To chyba jednak jakiś nastolatek — powiedziała Asia.
Na dodatek nieśmiały, bo na nasz widok zaczyna patrzeć w dół i wkładać ręce do kieszeni. Wciąż jeszcze tego nie wiemy. Na drugim mostku minęli się. Hoi! Guten tag! Okazało się, że to starszy, bardzo wychudzony mężczyzna. No i widzisz, jak z czasem, im bliżej siebie byliśmy, zmieniała się prawda o tym człowieku. Początkowo wydawał się chłopcem, potem nieśmiałym nastolatkiem, a okazał się być starszym, najprawdopodobniej schorowanym mężczyzną, którego zadumę nad własnym losem wzięliśmy za nieśmiałość przed nami. Jesteś świetnym pisarzem. Szkoda, że wydawcy o tym nie wiedzą.
[03:19:35] - Następna pana powieść, edytowana również przez Bibliotekarium w 2024 roku, nosi tytuł „Mężczyzna na wydmach”. Książkę tę należy zaliczyć do literatury obyczajowej z elementami mistycznymi. Czy to tylko próba sprawdzenia się w innym gatunku, trafienia do szerszej rzeszy czytelników? Czy może uznał pan, że historia i fantastyka, czyli to, co było i co będzie, nie jest tak interesujące jak teraźniejszość i nasze człowieczeństwo?
[03:20:08] - Muszę powiedzieć, że nurt główny towarzyszył mi zawsze. Ja już chyba wspominałem, że należę do ludzi czytających każdy gatunek literacki pod warunkiem, że książka mnie wciągnie. Dlatego z taką samą przyjemnością czytywałem Marka Twaina, Jacka Londona, czy Ernesta Hemingwaya, czy pisarzy iberoamerykańskich Márqueza, czy Borgesa, jak i Alistaira Macleana czy Ursulę Le Guin, czy Philipa Kindreda Dicka. Dla mnie nie miało to znaczenia. To, że akurat zacząłem pisywać, a potem publikować utwory fantastyczne, wynikało z jednej strony faktycznie z takiego przekonania, że do nurtu głównego trzeba dojrzeć i to trzeba dojrzeć zarówno literacko i po prostu wiekowo. Takie miałem zawsze przekonanie. Nabrać takiego życiowego doświadczenia czy dystansu do rzeczywistości. Ale z drugiej strony jako młodego człowieka fascynowała mnie umiejętność tworzenia wartkich akcji i takich bohaterów rysowanych mocną kreską, chociaż zawsze pod spodem musiały być emocje. To jest widoczne nawet w tych pierwszych próbach fantasy. Teraz to się zmieniło.
Teraz spoglądam na życie z perspektywy mężczyzny, który niebawem dobije sześćdziesiątki. I to moje emocje, właśnie obecne, stały się głównym paliwem twórczości. A warsztat, jaki mam nadzieję, że przez te lata udało mi się wypracować, pozwala już na zmierzenie się z literaturą obyczajową. Chociaż muszę powiedzieć, że ten niesforny fantasta zawsze gdzieś wyskakuje mi zza kołnierza i podszeptuje takie różne dziwne pomysły. Poza tym historia. Muszę powiedzieć, jako historyk przeżywam chyba głęboki kryzys wiary w ludzkość jako taką, bo to właśnie historia, kiedy spojrzymy na nią kompleksowo Najlepiej ukazuje, że człowiek, pomimo iż stworzył niezliczone cuda techniki, piękne dzieła sztuki, niczego tak naprawdę się nie nauczył. Wciąż powielane są kartki tych samych konfliktów, zachowań między narodami. Wciąż istnieją te same problemy, wojny, wyzysk, niesprawiedliwość, jakaś znieczulica, brak większej globalnej empatii dla naszych braci, których z różnych powodów nie widzi się na ziemi. Cele też się nie zmieniły. Właściwie one nadal są te same.
To są takie cele, ja je nazywam rodem ze średniowiecza, na przykład nabytki terytorialne, czego jaskrawym dowodem jest wojna na Ukrainie. Może dlatego historia przestała mnie interesować w skali globalnej, natomiast o wiele bardziej interesuje mnie to, co dzieje się na małej przestrzeni pomiędzy ludźmi. A co zaś tyczy się fantastyki, to chociaż nieco odwróciłem od niej głowę, nie spuszczam jej całkiem z oka. Piotr Witold Lech, „Mężczyzna na wydmach”, rozdział drugi: Początek końca. Doktor Maciej Tabisz ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu przyglądał mi się uważnie. Widziałem w jego oczach mieszaninę niepewności, rozbawienia i przestrachu. Z całą pewnością zadawał sobie pytanie, w jakim stopniu jestem wariatem i czy w ogóle warto prowadzić ze mną dalszą rozmowę. Gdyby nie fakt, że byłem przyjacielem Stanisława, zostałbym wyprowadzony przez ochronę z dożywotnim zakazem przekraczania progów kliniki. „I naprawdę Stanisław się zgodził?” — zapytał po raz trzeci od momentu, kiedy wyjaśniłem mu sprawę. Zapewne do tej pory traktował wcześniejszą rozmowę ze Stanisławem jako dość mroczną lekarską anegdotę.
Nie spodziewał się, że ktoś taki jak ja naprawdę pojawi się w jego gabinecie i złoży mu kontrowersyjną propozycję. „Nie powiedziałbym, żeby się zgodził” — powtórzyłem swoją kwestię. — „Raczej się poddał”. „Proszę zaczekać tutaj na mnie”. Tabisz zerwał się z miejsca i wyszedł. Wiedziałem, że udał się gdzieś, gdzie będzie mógł spokojnie, bez świadków, jeszcze raz porozmawiać przez telefon ze Stanisławem. Czekałem cierpliwie. Domyślałem się, co powie mu mój wieloletni przyjaciel urolog. To samo, co miesiąc temu powiedział mnie, gdy byliśmy razem na rybach. „Paweł, zrozum, nie możesz podejmować takich decyzji”.
„Dlaczego?” — zapytałem. Siedzieliśmy w niewielkiej zielonej łódce pośrodku Jeziora Czorsztyńskiego. Wokół nas piętrzyły się góry, od północy Gorce, od wschodu Pieniny, a od południa malownicze Zielone Skałki stanowiące otulinę Pienińskiego Parku Narodowego. Liście na drzewach mieniły się mieszaniną rdzawej czerwieni, zmęczonej zieleni i świetlistej złotej żółci. Słoneczny październikowy dzień sprzyjał połowom sandaczy, ale ryby były innego zdania i wcale nie zamierzały atakować naszych przynęt. „Po pierwsze to samobójstwo, a po drugie ważniejsze, bo realniejsze, jesteś chory. To chyba wystarczające powody, dla których absolutnie nie chcę o tym słyszeć”. „Nie jestem chory”. „Jesteś!” „Tylko neurologicznie”. „Nie opowiadaj głupot.
Masz raka i depresję”. „Czy wyglądam na kogoś, kto ma depresję?” „Masz depresję wysokofunkcjonującą. Nie zapominaj, że jestem twoim lekarzem. Wiem wszystko o twoich wizytach w ośrodku leczenia nerwic”. „Szpicel”. „Przestań, proszę. Ta depresja jest wredna, ponieważ pozornie funkcjonujesz na wysokich obrotach. Piszesz, pracujesz, jeździsz ze mną na ryby, ale założę się, że każdego dnia, kiedy rano wstajesz, myślisz o samobójstwie. Raczej o niej. O kobiecie innego faceta.
Supersprawa dla kogoś z depresją.”
[03:25:34] - Problem samotności, odchodzenia, tego, co po nas zostanie, często jest omawiany we współczesnej literaturze. Mnie jednak w „Mężczyźnie na wydmach” interesuje sprawa medyczna. Czy omawiał pan z lekarzami metody przeszczepu serca? Czy medycznie i prawnie zgłębiał pan tę sprawę? Krótko mówiąc, chodzi mi o konsultantów, z których pomocy pan korzystał przy pisaniu tej powieści.
[03:26:04] - Oczywiście zgłębiałem. Przygotowanie teoretyczne to przecież także podstawa napisania dobrej beletrystyki obyczajowej. Tak się składa, że mam przyjaciela lekarza, wprawdzie o innej specjalizacji, ale który skontaktował mnie z ludźmi zajmującymi się przeszczepami. Stąd wiem, że sprawa wcale nie jest taka prosta. Procedury bywają skomplikowane. Jest cały szereg warunków zarówno medycznych, jak i prawnych, które należy spełnić. Był to spory problem dla mnie podczas pracy nad „Mężczyzną na wydmach” i pewne rzeczy, chcąc nie chcąc, musiały pozostać w sferze licentia poetica. Pocieszam się, że wszystko ma tam swoje logiczne uzasadnienie, bo powieść opowiada o mężczyźnie oszalałym z miłości, bardzo niebezpiecznej depresji, za jaką uchodzi depresja wysokofunkcjonująca. Człowiekowi w takim stanie często wydaje się, że myśli racjonalnie. Wpływ może mieć na to fakt, iż potrafi funkcjonować w społeczeństwie na pozór normalnie.
Tymczasem nawet najbliżsi nie zdają sobie sprawy z tego, co dzieje się w głowie chorego na ten rodzaj depresji. Tej choroby po prostu nie widać na pierwszy rzut oka. Mało tego, taki człowiek może nawet wydawać się otoczeniu niezwykle ciepły i zabawny. Tutaj od razu nasuwa mi się przykład Robina Williamsa. Taki ktoś może snuć fantastyczne plany, nie przyjmując do wiadomości, że są to plany na pograniczu realności. I o takim właśnie mężczyźnie jest moja powieść. Ale jest tam coś jeszcze. Jest tam ostrzeżenie, że nasze pragnienia lubią się spełniać w zupełnie dla nas nieoczekiwanym momencie, a najczęściej życie się układa tak, że jest to moment niepożądany, ponieważ akurat nasza sytuacja się zmieniła i teraz chcielibyśmy inaczej. To bodajże Edgar Allan Poe powiedział, że wszystkie nasze marzenia spełniają się, ale w sposób tak wynaturzony, że ich nie rozpoznajemy. Piotr Witold Lech, „Mężczyzna na wydmach”, rozdział Amsterdam.
Fragment. „Poświęcam ci tyle czasu, ile mogę. Wierz mi, nikogo z moich znajomych tak nie traktuję. Jesteś wyjątkowy. Godzinne spotkania przy kawie raz w miesiącu nazywasz dużą ilością czasu? Godzinne spotkania w tajemnicy przed moim mężczyzną zapomniałeś dodać. Ta rozmowa miała miejsce kilka miesięcy po tym, jak wyznałem jej miłość. Znów siedzieliśmy w naszej kawiarni i znów zanosiło się na kłótnię, ale tym razem skończyło się nieoczekiwanie. Zgoda, doceniam to, jednak znając moje uczucia, mogłabyś się bardziej postarać. A to co to jest?
Wskazała na stolik i na nas. No co? Nie rozumiem. Przecież to schadzka, Pawle. Nie rozumiesz? Mamy pełzający romans. No, ja bym tego romansem nie nazywał. A jak? Dość dziwną znajomością, które każde postrzega inaczej, ale romansem na pewno nie. Dlaczego?
Powiem ci dlaczego. Dlatego, że on ma cię codziennie, każdego dnia. Może co rano patrzeć, jak wstajesz zaspana, jak się myjesz, ubierasz i malujesz, jak wychodzisz do pracy i jak z niej wracasz. A każdego popołudnia może wspólnie z tobą zjeść posiłek, który mu przygotujesz albo który wspólnie zamówicie w restauracji. Może wdychać zapach twoich perfum albo twojego rozespania. Może patrzeć, jak czytasz książkę albo razem z tobą oglądać mecze siatkówki. Może iść z tobą na spacer, trzymać cię za rękę i mówić ci czułe słowa. Może cię przytulać i całować. Może z tobą spędzać wszystkie święta, patrzeć, jak dekorujesz dom, sprzątać z tobą i robić zakupy, które mu zlecisz. Może wypić z tobą szampana w Sylwestra.
Może z tobą odwiedzać rodzinę i kupować ci kwiaty, opiekować się dziećmi twojej siostry, kiedy o to poprosi. Może jeździć z tobą na wakacje w góry, nad morze, a nawet podróżować po świecie, mieszkać z tobą w hotelach, mieć cię obok w samochodzie, rozmawiać, śmiać się, nawet kłócić. Że o seksie już nie wspominam. Codziennie Alicjo, każdego dnia. Kiedy mówiłem, czułem narastające rozżalenie, jakby wymienianie przeze mnie wszystkich tych rzeczy uświadamiało mi w pełni, gdzie właściwie jestem w tej relacji. A ja co mam? Jedną godzinę w miesiącu przy ciastku i kawie. Nawet na zwykłym spacerze byliśmy tylko raz przez te trzy lata. Raz pozwoliłaś trzymać się za rękę i raz delikatnie przez sekundę pocałować w usta. A kiedy ośmielam się mówić wprost o swoich uczuciach, zamieniasz tę jedną, jedyną godzinę w piekło.
Nie chciałem płakać, ale łzy same, jak wówczas po spotkaniu u Sylwii, wytoczyły się z moich oczu i spłynęły na usta. Alicja patrzyła na mnie uważnie. Gniew zniknął z jej twarzy. Chabrowe oczy zwilgotniały. Nagle wstała od stolika i wyciągnęła do mnie ręce. Chodź. Proszę? Nie zrozumiałem. Pocałujmy się. Wstałem, a ona podeszła i objęła mnie.
Nie wiedziałem, jaki pocałunek ma na myśli, więc pocałowałem ją w policzek. Ale wtedy chwyciła w palce moją twarz, odwróciła i przysunęła usta do moich ust. To był najpiękniejszy pocałunek w moim życiu.
[03:31:10] - Tak się ostatnio utarło, że powieści obyczajowe powinny pisać kobiety, a przedstawiony w nich mężczyzna bardziej ma przypominać manekin z przylepioną piękną cukierkową twarzą niż żywą postać z krwi i kości. A tymczasem pana mężczyzna jest... Proszę nam go scharakteryzować, opisać tak, jakby pan chciał, żeby był odbierany przez czytelników.
[03:31:39] - Nie wiem doprawdy, dlaczego kobiety zdominowały rynek powieści obyczajowej. Może to jakiś znak czasów. Ja myślę, że mężczyźni wciąż boją się mówić o swoich emocjach. Wolą je ukrywać pod dekoracjami fantastycznych światów, szczególnie takich twardych światów science fiction. A jaki jest mój mężczyzna? Mój mężczyzna to mężczyzna skomplikowany, bo z jednej strony wrażliwy, poszukujący kobiecego ciepła i zrozumienia, z drugiej jednak potrafiący cierpieć, kiedy trzeba być też twardym i wcale nie oskarżający kobiet, bo spotkałem się z takim zarzutem w jednej z recenzji. Wręcz przeciwnie, starający się je rozumieć. To jest taki mężczyzna, w którego postawie nie tyle widać oskarżenie płci przeciwnej, ile raczej losu, życia jako takiego albo wręcz samego siebie, że coś tu nie gra albo że coś nie wychodzi, że nie ma sensu. To także jest mężczyzna potrafiący słuchać i wczuwać się w to, co kobieta do niego mówi. A że czasem wczuwa się za bardzo albo zbyt wiele rzeczy sobie dopowiada czy bierze na serio, cóż, wydaje mi się, że na tym polega wrażliwość właśnie.
Może nadwrażliwość. Myślę, że dobrze można cechy moich mężczyzn prześledzić właśnie w opowiadaniach z klubu Murakamiego, bo jest tam męska rozrywka i wiążące się z nią niebezpieczeństwo. Jest też wzięcie winy na przysłowiową klatę, winy za jakieś przeszłe sprawy, związane z wzięciem winy na siebie emocjonalne cierpienie. Jest próba analizy kobiecej psychiki, jest w końcu zazdrość płynąca z szalonej miłości. Tacy są właśnie moi mężczyźni. Wrażliwi i twardzi jednocześnie, choć pogubieni.
[03:33:26] - Co pan obecnie pisze? Nad czym pan pracuje?
[03:33:29] - W tej chwili Bibliotekarium jest już zatwierdzona. Ona powinna się ukazać w pierwszym kwartale 2025 roku. Powieść Świat jest żaden to jest trzecia część tryptyku samotności. Ja to tak sobie wewnętrznie nazywam, a może to się przyjmie. To jest właśnie Klub Murakamiego, Mężczyzna na wydmach i Świat jest żaden. I powieść jest powieścią obyczajową, ale z bardzo mocnym wątkiem science fiction z hipotezą symulacji w tle, więc Markowi Zielkowskiemu przypadło to do gustu. Nie mogłem się oprzeć. I tutaj właśnie ta fantastyka wychodzi. Natomiast piszę formę Ale nie wiem, czy to będzie powieść. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Myślę, że powieść. Nie mam tytułu tej pracy. To będzie powieść o dwojgu bardzo starych ludzi, którzy spotykają się po latach, którzy przez całe życie coś do siebie czuli, ale życie im się tak układało, że właściwie nigdy nie byli ze sobą. Pod koniec życia praktycznie dopiero się spotykają i zobaczymy, co z tego wyniknie.
[03:34:38] - My trzymamy kciuki. Proszę państwa, w „Literackim Tête-à-Tête” gościliśmy pana Piotra Witolda Lecha, pisarza, który rozpoczął swoją twórczość, próbując sił jako autor fantasy, fantastyki, ale przez lata ewoluował i obecnie proponuje nam wspaniałe powieści obyczajowe, pełne ciepła i głębokiej zadumy. Gorąco polecam państwu dwie najnowsze książki pana Piotra Witolda Lecha. To wyjątkowa lektura pozwalająca nam zajrzeć głęboko w duszę mężczyzny i zrozumieć, czym dla niego jest miłość, samotność i odchodzenie. Państwo już wiecie, że należy poszukać pozycji, o których rozmawialiśmy i śledzić internetowe strony naszego gościa. O tym już państwu nie muszę mówić. Panie Piotrze, dziękuję za wspólne spędzenie czasu, za wspaniałą opowieść o swojej twórczości. Życzę wielu kolejnych cudownych książek, a przede wszystkim wspaniałych, zadowolonych czytelników.
[03:35:45] - Dziękuję bardzo. Dziękuję bardzo, pani Krystyno.
[03:35:48] - Mam nadzieję, że literatura obyczajowa stanie się teraz dla pana ulubionym gatunkiem.
[03:35:54] - Jest od dawna, równolegle z fantastyką. Może na koniec opowiem taką anegdotyczną historię, ale rzeczywiście tak było. To można zapytać mojej eksmałżonki, że kiedy ukazała się po raz pierwszy powieść Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy”, ja natychmiast nabyłem tą powieść i czytałem ją przez cały dzień i całą noc. I wszedłem nad ranem do sypialni. Żona się obudziła i mówi: „A co ty robiłeś aż do rana?” Ja mówię: „Wiesz co? Przeczytałem książkę pisarki, która kiedyś dostanie Nagrodę Nobla”. Przysięgam, że tak powiedziałem.
[03:36:30] - Okazuje się, że pan jest dobrym prorokiem. W takim razie, żeby takie proroctwa dotyczyły pana, bardzo bym tutaj życzyła tej Nagrody Nobla. Życzymy panu z całego serca.
[03:36:44] - Dziękuję bardzo.
[03:36:45] - Proszę państwa, rozmawiałam z panem Piotrem Witoldem Lechem w „Literackim Tête-à-Tête”. Dziękuję, panie Piotrze. Życzę spokojnej nocy. Dziękuję państwu. Dobranoc.
[03:36:57] - Dobranoc.
[03:37:03] - A teraz zapraszam państwa na „Poradnik literacki”. „Poradnik literacki” w wykonaniu Kamili Ciołko-Borkowskiej. Dzisiaj odcinek pod groźnie brzmiącym tytułem: „Poniewieranie bohatera”. Jak państwo pamiętacie, w poprzednim odcinku Kamila Ciołko-Borkowska sporo mówiła o bohaterze, którego twórca kreuje. Dzisiaj mamy kontynuację i to taką kontynuację, powiedzmy, po bandzie jadącą, ponieważ jak poniewieramy swojego bohatera, to musi, a przynajmniej powinno to czemuś służyć. Jeżeli tak się dzieje, że poniewieramy bohaterem ot tak sobie, bo taki mamy humor, to to nie jest najlepsze wyjście. Ale nie rozgaduję się. Ja mam taką tendencję, żeby od razu głosić i głosić różne swoje przemyślenia. Oddajmy głos Kamili Ciołko-Borkowskiej.
[03:38:10] - Dzień dobry, wieczór. W zależności od tego, kiedy się słyszymy. Słuchajcie, dzisiaj przychodzę do was z pewnym tematem, który mnie osobiście dręczy, może bardziej warsztatowo jakoś tak ugniata w pisaniu. Chciałabym właśnie ten temat z wami obgadać, żebyśmy sobie mniej więcej ładnie ułożyli całą wiedzę, żebym ja sobie też przy okazji tą wiedzę ładnie w głowie ułożyła, żebyśmy sobie co nieco usystematyzowali i żebyście wy z tego wyszli bogatsi i ja też, żebym z tego wyszła bogatsza i szczęśliwsza. Bo temat jest dość istotny. Temat jest dość ważny, jeżeli chodzi o kwestie związane z naszym bohaterem czy bohaterami, w zależności od tego, ilu ich jest, czy jeden, czy więcej. Chodzi tutaj o głównego bohatera i chodzi mi o takie męczenie, umęczanie tego naszego bohatera, że tak powiem potocznie, bo w sumie inaczej tego nie nazwę. To jest tak, że kiedy piszemy naszą opowieść, na pewno mamy już jakieś opowieści na koncie. Czy to są opowieści w głowie, czy opowieści w szufladzie, czy opowieści w internecie na jakiejś platformie, czy opowieści u wydawcy, czy opowieści już na półce z książkami jakieś wydrukowane. Jakieś opowieści gdzieś tam na pewno na koncie mamy i w moim przypadku temat, który dzisiaj poruszymy, najprawdopodobniej przyda mi się, nawet nie najprawdopodobniej, to na pewno przyda mi się przy pisaniu następnej książki.
I ja zawsze myślę, że to będzie krótki odcinek. To będzie tylko takie parę minut gadania i znów wychodzi nam 20 minut rozgrzebywania jakiegoś tematu. Nie wiem, zobaczymy, jak wyjdzie tym razem. W każdym razie, o czym chciałam powiedzieć? O tym, że temat dotyczyć będzie bohatera, jego umęczania. To jest tak, że kiedy piszemy sobie historię, kiedy spisujemy to, co mieliśmy w głowie, to najczęściej jest to jakaś linia prosta. Pewna historia, która ma swoje apogeum i potem dąży ku rozwiązaniu. I to jest koniec. To jest nasza historia. To jest nasza opowieść, która siedziała nam w głowie, którą spisaliśmy.
Ale nic nie jest nigdy takie proste, zawsze jest jakieś „ale”. I powinniśmy się do tego przyzwyczaić, bo nawet w pisaniu, które wydaje się niektórym być mega proste, mamy zawsze coś, co nam to wszystko jakoś komplikuje, utrudnia, ale i dodaje też tego pierwiastka zabawy i funu tak zwanego. O czym ja tu mówię? Ogólnie historia właśnie tak powinna wyglądać, że zaczyna się, rozwija. Mamy takie pójście ku górze, rozwinięcie tej historii, to apogeum, o którym mówiłam i dążenie ku górze, ku końcowi, ku dołowi, tak ładnie liniowo sobie opada. Ale z tego, co zaobserwowałam, wyczytałam, bo ciągle człowiek stara się wygrzebywać jakieś informacje, które gdzieś tam pomogą w doszkoleniu tego warsztatu, czy na przykład jakieś szkolenia, czy jakieś teksty edukacyjne, czy nawet jakiś blog. Czy jak teraz mamy nasze spotkanie tutaj z „Piszącej światami” dotyczące bolączek pisarzy i bolączek związanych ze stworzeniem tekstów. Zawsze jest problem z powiedzeniem czegoś, jak już mamy jakąś myśl, która gdzieś tam nam przebiegła przez myśl i gdzieś uciekła. Ale w każdym razie to jest poprawna, liniowa funkcja naszej historii. Ona jest poprawna, ona jest na poziomie dostatecznym, że tak powiem.
Ale z tego, co się człowiek uczy, z czego to się orientuje, z tego, co się dowiedziałam, najlepiej, gdyby ta historia wyglądała, powiedzmy, jak garby wielbłąda, które mają wzniesienie, opad, wzniesienie. A jeszcze lepiej, gdyby wyglądała jak na przykład wykres. Kiedy mamy na przykład trzęsienie ziemi i widzieliście na pewno i najczęściej chyba na filmach, takie wykresy sejsmograficzne związane z trzęsieniami, to mniej więcej nasza historia powinna, w środku oczywiście, wyglądać tak jak ten wykres. Ona powinna skakać ku górze, ku dołowi, ku górze, ku dołowi. Też bez przesady, bo wtedy czytelnik straci rachubę, zgubi się, a nie o to nam chodzi, żeby nam się czytelnik zgubił i żeby stracił rozeznanie w naszej historii. Ale o sens mi chodzi, że nasza historia powinna mieć takich wzniesień i opadnięć, tych upadków naszej historii, wątku trochę więcej. Powinniśmy według kilku teorii, z jakimi spotkałam się w czasie swojego doszkalania warsztatu, bo mój warsztat nie jest idealny, on ciągle się doszkala, ja ciągle próbuję pracować z nim i to jest praca na cały czas. To nie jest tylko tak, że popracuję sobie nad warsztatem dwa miesiące i ja już umiem pisać i ja już mogę pisać sobie bestsellery. Nie, tak nie ma. Uczymy się całe życie, uczymy się cały czas, doszkalamy warsztat, dopracowujemy styl, dopracowujemy nasze umiejętności i robimy to cały czas.
Niestety albo stety, bo to jest normalne, kiedy bierzemy książkę naszą, powiedzmy pierwszą. Ja tak mam ze swoim pierwszym tomikiem wierszy i kiedy na niego patrzę, to ja czuję się z niego dumna, bo to był naprawdę ogrom pracy. Jednak kiedy zaglądam do środka, to widzę, że to, co jest w środku, dzisiaj napisałabym już zupełnie inaczej. Zdecydowanie inaczej. I mam takie poczucie, że to jest jednak nie to, co bym teraz na przykład wydała. Ale wiem, że na tamten moment, kiedy to pisałam, kiedy to dopracowywałam, kiedy to wydawałam, to było najlepsze, co potrafiłam. Najlepsze, co mogłam z siebie, że tak powiem, wykrzesać. Najlepsze, co mogłam dać czytelnikowi. I dzisiaj muszę to zaakceptować, bo przecież tego nie zmienię i muszę to zrozumieć, że jednak na tamtą chwilę to byłam najlepsza ja. Ale mój warsztat, moje umiejętności rozwinęły się i dzisiaj mogę już zrobić coś zupełnie inaczej, coś zupełnie odmiennego.
Pójść w zupełnie innym kierunku. I tak samo jest z prozą. Tak à propos właśnie tego tematu też, że zawsze staramy się robić wszystko tak zgodnie z tym, czego się nauczyliśmy, jaką wiedzę posiedliśmy, jakie umiejętności mamy. Jak to się mówi: krawiec kraje, jak mu materii staje. Więc piszemy, tworzymy zgodnie z tym, co posiadamy. Nigdy nie będzie tak, że napiszemy więcej, niż umiemy, bo to jest fizycznie niemożliwe. Ale wracając do tematu, bo trochę już odbiegłam od naszego pierwotnego tematu, ale tylko troszeczkę, bo to się wszystko ciągle ze sobą wiąże. Ja w swojej pierwszej książce, to była historia, która w sumie miała dwa wątki. Jeden nie został do końca opowiedziany, ale będzie zakończony w następnej historii, o ile się napisze, bo wiecie, różnie z tym bywa. Ale jest plan, jest wszystko, więc może się w końcu coś ruszy.
Ale w tej następnej książce zakończę ten wątek z pierwszej książki. To jest odnośnie kończenia tych wątków, który już się nam tutaj też przewinął niejednokrotnie w naszych spotkaniach i tego musimy też pilnować. Ale wracając do tematu męczenia bohatera. To jest tak, że powinniśmy mu dowalić i pomimo naszej całej sympatii dla naszego bohatera powinniśmy mu utrudniać życie. Powinniśmy mu komplikować jego dojście do celu. Powinniśmy mu wrzucać takie kłody pod nogi, żeby się przewracał, żeby się turlał w tej historii i żeby miał ciągle pod górkę. A jak z górki, to żeby gdzieś tam się poślizgnął, żeby spadł. To jest trudne. To nie jest łatwe, bo jeżeli wymyślamy jakąś historię, to mamy najczęściej jeden jakiś wątek i bardzo rzadko nam się pojawiają jakieś tam opcje pośrednie, jakieś tam historie, wątki, które będą nam tutaj rozpraszać naszego bohatera, będą jakieś kłopoty prowokować. To wszystko jest dość skomplikowane do wymyślenia.
Jest to do zrobienia. Czytając książki innych autorów widzę, że jest to do zrobienia. Jednak to jest ciągle do wypracowania. To jest nadzieja przed nami piszącymi, bo to wszystko jest do wypracowania. I teraz, jeżeli mamy naszą historię, którą sobie wymyśliliśmy na razie dość pobieżnie, bo mamy tylko ten początek, rozwinięcie, zakończenie i na przykład nie piszemy z planem, tylko dajemy sobie wolną rękę, taką wolną amerykankę, że tak powiem i pozwalamy naszemu umysłowi dążyć od A do Z i stworzyć tę historię, to musimy pamiętać, że ten nasz umysł musi zahaczyć o jakieś komplikacje, bo im bardziej skomplikowana historia, nie przesadzajmy, bo w drugą stronę też nie jest za dobrze, jeśli przedobrzymy, bo wtedy czytelnik się po prostu zniechęci. A jak już mówiłam, motywacje są różne, ale najczęściej autor pisze dla czytelnika. Bardzo często też pisze dla siebie. To ja tego nie mówię. Nie mówię, że tak nie jest, bo bardzo często autor też pisze dla siebie, ale w zdecydowanej większości, nawet jeśli powie, że pisze dla siebie, bo to faktycznie jest też duża motywacja, to większe grono autorów pisze dla czytelnika. I jeżeli zaprezentujemy czytelnikowi przerost formy nad treścią, czyli przerost tego, że my chłoszczemy tego naszego bohatera sytuacjami pobocznymi i problemami i nie widzi nasz bohater wyjścia z tej sytuacji w ogóle przez większość książki, to czytelnik też w końcu rezygnuje.
Musi być jakieś światełko w tunelu, musi być jakaś perspektywa tego, że będzie lepiej. Ja wiem, że bardzo ważne jest też, żeby nam się bohater załamał, zrezygnował, bo to też jest bardzo istotne, ale nie może to trwać zbyt długo, ponieważ wtedy czytelnik się po prostu zniecierpliwi, że tak powiem, bo on to ma na co dzień. On ma takie rezygnacje, takie problemy na co dzień i on nie chce tego oglądać. On chce zobaczyć, że nasz bohater on się podnosi, on daje radę, on otrzepuje się z tego kurzu zwątpienia, tak patetycznie powiedziawszy i idzie dalej. Po prostu kask na głowę i takim taranem jedzie przez rzeczywistość. Ale musimy mu zafundować, czytelnikowi i naszemu bohaterowi, którego notabene bardzo lubimy, ponieważ im bardziej my go polubimy, tym możliwe, że bardziej polubi go nasz czytelnik. I im bardziej go polubimy, tym bardziej podobno powinniśmy mu dawać po palcach. Powinniśmy dać mu po garach. Z każdej strony zgadzam się z tym, ponieważ historia, która liniowo idzie od początku do końca, bez żadnych wzlotów i upadków, ona jest nudna, ona jest jałowa, ona jest nieciekawa i zdecydowanie nieinteresująca dla czytelnika. W momencie, kiedy dodajemy jakiegoś smaczku, jakiejś pikanterii poprzez te wzloty i upadki, czyli to takie wznoszenie i opadanie jak w radiografii przy trzęsieniu ziemi.
Wtedy zaczyna się robić ciekawie. Ja wiem po sobie, że czasami ciężko jest do naszej historii dorzucić takich smaczków w momencie, kiedy mamy jakiś plan i nie chcemy, żeby nam się wszystko przez te smaczki zawaliło. Albo żeby te smaczki przejęły całą historię, a główny wątek zniknął gdzieś w tym całym tłoku drobnych pobocznych problemów i problemików, których autor nawrzucał głównemu bohaterowi do kieszeni i on nie może iść dalej, bo nie da rady, bo nie ogarnia tego, co się wokół niego dzieje. To jak ma zająć się głównym wątkiem, który gdzieś tam się pojawił na początku? To jest na sucho, to wszystko jest trudne się wydaje, ale w momencie, kiedy już sobie wypracujemy, czy mam taką nadzieję, że jak już sobie to wypracujemy, to będzie nam trochę lżej z tym wszystkim, ze stworzeniem tych smaczków, tych umęczeń naszego głównego bohatera. Bo to dodaje pewnego zaciekawienia, wcześniej nawet powiedziałam, tego smaczku naszej historii. Ponieważ czytelnik lubi jak coś się dzieje, nie lubi książkowej historii, która leci po prostu na tej samej linii ciągle tak samo, bez żadnych emocji. To nie jest historia, bo nasz bohater powinien się zmienić wewnętrznie podczas opowiadanej historii. Powinien przejść jakieś zmiany. Niekoniecznie musi się zmienić na plus.
Fakt, że większość książek kończy się dobrze, większość bohaterów książek jest pozytywna, większość bohaterów przechodzi przez te wszystkie wahania opowieści obronną ręką i kończy się na pozytywnych zmianach w jego osobowości. Ale nie musimy się na tym opierać, nie musimy się tym kierować aż tak bardzo. Nasz bohater może skończyć jako ten złodupiec tak zwany. Podejrzewam, że czytelnik trochę się zszokuje, ale lubi tego bohatera. Będzie czekał na przykład na drugą część, żeby zobaczyć co i jak, i dlaczego, i w ogóle o co chodzi. Zmiany mogą pójść w zupełnie innym kierunku niż oczekiwane pierwotnie, bo życie jest różne. Życie jest skomplikowane, że tak powiem, nawet to w książkach, nawet to wyimaginowane życie. Tym razem jestem bez mojej magicznej karteczki i mówię zupełnie z głowy i nie wiem, czy ja wszystko powiedziałam, co chciałam powiedzieć, ponieważ w sumie to był tylko jeden temat. Miało być krótko, a już mamy 17 minut. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo powinniśmy go sponiewierać, tego bohatera, to musimy też pamiętać, że powinno to być robione z umiarem i powinniśmy brać pod uwagę jego wytrzymałość emocjonalną, psychiczną, fizyczną, o której wspominamy gdzieś tam w międzyczasie.
Ponieważ tego bohatera, jak wcześniej już wspominaliśmy na naszych spotkaniach, musimy przedstawić czytelnikowi. Nie może być tak, że on będzie niespójny, że powiemy, że on jest słaby psychicznie, a później będzie latał z nożem i mordował psychopatów na mieście. To tak być nie może. Ale jeżeli mamy na przykład naszą bohaterkę czy naszego bohatera, który jest po prostu zwykły, przeciętny i nagle się okazuje, że musi rozwiązać sprawę jakąś kryminalną, powiedzmy, że morderstwa na osiedlu i on po prostu nie może spać, nie może jeść, bo musi tę sprawę rozwiązać, bo to jest coś dla niego bardzo ważne. Musimy pamiętać, że to jest zwykły człowiek i nie możemy mu dać noża do ręki czy pistoletu, bo on nie będzie strzelał, nie będzie mordował z zimną krwią, bo to jest zwykły człowiek. Ale możemy mu dać inne jakieś trudności. Na przykład możemy wpisać, że nasz bohater zauważa, że jest śledzony. Nasz bohater zostaje porwany. Nasz bohater zostaje postawiony oko w oko z jakimś nieciekawym typkiem, który zadaje mu nieciekawe pytania i na przykład sponiewierał go fizycznie, czyli na przykład otłukł mordę za przeproszeniem i nasz bohater musi z tego jakoś wyjść. To mamy już kilka możliwości.
One mogą następować jedne po drugich. Na przykład są dwie szajki złoduchów, które walczą przeciwko sobie i w międzyczasie komuś stało mocno po garach, że została dokonana zbrodnia. I nasz bohater próbuje znaleźć rozwiązanie, ale nie jest z żadnej z tych szajek złoduchów, ale jest pomiędzy. I teraz mamy dwie szajki złoduchów, które myślą, że nasz bohater należy do tej przeciwnej szajki. I co? Powiedzmy jedna banda próbuje zrobić mu krzywdę, druga banda próbuje mu zrobić krzywdę, a on biedny musi temu jakoś zapobiec. Oczywiście nie możemy zapominać, że bije mu serce, pocą mu się dłonie, że ma ochotę płakać, że jest roztrzęsiony, że jest po prostu zwykłym człowiekiem, ma zwykłe emocje. I na przykład, kiedy chowa się, kiedy ukrywa się, kiedy ucieka, wali mu serce, ciekną mu łzy z oczu. Ma mokre czoło od potu. Koszulka mu się przykleja do upoconych pleców.
Tego wszystkiego nie możemy zapomnieć, bo to jest zwykły człowiek. To nie jest maszyna. To nie jest jakiś super ekstra terminator, któremu niestraszne jest stanięcie na dachu bloku i strzelanie do złodziejów z obu grup. Nie. To jest zwykły człowiek, który będzie się ukrywał. A jak stłucze, da po mordzie któremuś ze złodziejów, to będą go bolały ręce, będą go bolały mięśnie i będzie bił się z myślami, że zrobił coś nie tak. Zrobił coś za mocno, bo on nigdy za przemocą, czy ona nigdy za przemocą nie był, nie była. Ale na przykład trenuje karate, kyokushin czy tam jakie inne. Nie wiem, jakie tam są jeszcze takie sztuki walki, które polegają na takim tłuczeniu. No ale w każdym razie coś tam trenuje.
Obronić się potrafi, więc jeżeli sponiewiera jednego z tych złodziejów, to na pewno zrobi to skutecznie. Tylko też musimy pamiętać, że jeżeli będzie tych złodziejów w jednej grupie więcej, to nasz bohater nie będzie w stanie. To nie jest jakiś bohater chińskiego kina walki, który potrafi potargać dziesięcioro przeciwników. To jest zwykły nasz Janek czy zwykła Janka, który faktycznie może i chodzi na jakieś zajęcia sportowe i potrafi przywalić z półobrotu, z pięty w nos, ale jest to jednak zwykły człowiek, który może walczyć jeden na jeden, może się obronić jeden na jeden, ale nie potrafi walczyć z dziesięciorgiem wrogów naraz. Wtedy na pewno go złapią. Musimy o tym pamiętać, że go złapią, że go gdzieś tam będą przetrzymywać. Możemy pomóc mu uciec, ale to też tylko zgodnie z jego umiejętnościami. Ponieważ dla przykładu kiedyś napisałam opowiadanie. Mam do niego bardzo duży sentyment i jest to opowiadanie, w którym moja bohaterka ogólnie jest sprytna fizycznie. Jest złodziejką i kiedy wysłałam to opowiadanie do przejrzenia, to została mi zwrócona pewna uwaga, że w sumie ona jest złodziejką, jest sprytna, może posługiwać się nożem, ale już posługiwanie się na przykład perfekcyjnie łukiem czy innymi narzędziami może być ponad jej siły.
No bo przecież ona w sumie jako złodziejka nie posługiwała się nigdy łukiem czy inną bronią poza nożem na przykład. I w sumie robienie z niej takiego bohatera jest trochę bez sensu. No i kiedy zastanowić się nad takimi drobiazgami, to jak powiedziałam wcześniej, może uratować nam historię. No bo nie możemy zrobić z naszego bohatera prawdziwego heroesa, który potrafi wszystko, umie wszystko i wiecie, bije złodziejów z półobrotu, strzela z pistoletu, strzela z łuku, jeszcze nożami, a delikatny jest jak piórko i potrafi być też jak misio. Taki człowiek nie istnieje naprawdę, bo musimy pamiętać, że nasz bohater musi być też realistyczny. Mamy udać po garach, ale bez przegięcia. Możemy pokazać, że nasz bohater wzmocnił się. Nasz bohater stał się bardziej odporny na pewne rzeczy. No bo na tym polega historia. Nasz bohater dokonuje pewnych wewnętrznych czy też zewnętrznych zmian.
To znaczy nie on dokonuje, tylko te zmiany dokonują się w nim poprzez daną historię. No ale musimy pamiętać o tym, że te zmiany dokonują się i możemy jak najbardziej pokazać, że się może stać w końcu takim bohaterem, który staje na szczycie bloku i strzela do tych złodziejów z pistoletu. Ale to jest proces, którym musimy pokazać w naszej historii, bo to nie może być tak, że on najpierw był zwykłym Jasiem, Jankiem z osiedla i po prostu chodził do pracy, płacił rachunki i podatki i nagle staje na dachu i bez mrugnięcia okiem strzela sobie do złodziejów. Nie. To jest proces, który my musimy pokazać. Musimy dać mu po garach w naszej historii tak bardzo, w taki sposób, żeby te gary, żeby to, jak bardzo żeśmy mu nacisnęli na odcisk, żeby to się odbiło w jego zachowaniu i w jego działaniach. Bo wszystko musi być logiczne. Jeżeli mamy jakąś- związek przyczynowo-skutkowy na pewno musi być zachowany. Mamy przyczynę, mamy skutek. Dostał po garach.
Ganiał, uciekał przed złodziejami. Musiał ich tłuc po mordach. Musiał robić im krzywdę. No więc zmienił się. Dostał gacha. Gacha? Jakiego gacha? No nie wiem. Pistolet dostał. Dostał pistolet, poszedł strzelać z dachu i powiedzmy za pierwszym razem.
No dobra, jak strzelił, zrobiło mu się niedobrze. Zymiotował, ale za drugim razem już zupełnie co innego, bo na przykład stało się coś, co spowodowało na przykład, nie wiem, no zginęła druga osoba. No to już jest taki scenariusz na naprawdę mocną książkę. Zginęła druga osoba, powiedzmy jego najlepszy przyjaciel czy najlepsza przyjaciółka. I nasz Janek czy nasza Janka po prostu się uodpornili. Są już tak wściekli, że mogą strzelać do tych złodziejów całkiem, zupełnie bez poczucia winy. Bez tego wymiotowania, bez tego, że serce im skacze do gardła, bez tego tłuczenia sercem. Słuchajcie, bez tego przerażenia. Po prostu z obojętnością poniekąd. To chyba tyle, jeśli chodzi o kwestię poniewierania bohatera.
Myślałam, że odcinek będzie krótszy. Mamy już 26 minut. Mam wrażenie, że mogłabym jeszcze coś powiedzieć, ale to byłoby powtarzanie tego, co już powiedziałam. Jedyne, co mogę wam teraz powiedzieć na zakończenie naszego spotkania, to nie bójcie się wrzucać bohatera w problemy, komplikacje. Ja osobiście sama zaczęłam rozumieć, że trzeba jednak troszkę więcej. To też zależy, jaka jest historia. Jeżeli historia jest zupełnie spokojna i dotyczy na przykład zwykłych relacji międzyludzkich, to poniewieranie może być związane z emocjami. Ja zazwyczaj kładę nacisk na emocje, na relacje międzyludzkie, więc to poniewieranie będzie zupełnie inne niż to, o którym wspomniałam tutaj. To ze strzelaniem, biciem się, z półobrotami i z tym wszystkim. Moje poniewieranie bohatera będzie zupełnie inne.
Będzie to poniewieranie bardziej na zasadzie emocji, zawirowań międzyludzkich. Tego typu rzeczy. Zwykłe przypadki, które zdarzają się nam na co dzień, ale też będą problematyczne dla bohatera. Bo to nie musi być tak, że zaraz ma spaść bomba atomowa i nasz bohater ma przeżyć i to ma być traumatyczne. To mogą być rzeczy, które ogólnie są mało ciekawe, ale namieszają w życiu bohatera w sposób dość znaczny. Nie musi to zaraz być strzelanie, kopanie, bicie, bieganie, ale mogą to być rzeczy, które są związane zupełnie tylko z emocjami. Tego nie powiedziałam, a warto byłoby też nadmienić. Bo to nie tylko chodzi o to, żeby ciągle coś się w książce działo, bo w moich książkach na przykład dzieje się zazwyczaj średnio, ale kładę nacisk na emocje, na relacje, na przeżycia wewnętrzne, na zmiany, które zachodzą, na opisywanie tych zmian, które właśnie zachodzą. Jeśli nasz bohater będzie tylko siedział i patrzył w okno, to żadnych zmian nie będzie. Musimy pokazać, że na przykład nasz bohater siedzi i rozmyśla nad swoim życiem i wyciąga wnioski, bo jakaś sytuacja go do tego zmusiła.
Nie wiem, czy czytaliście książki, gdzie główny bohater w sumie tylko siedzi i rozmyśla, i nad tym się zastanawia. Chyba takie są. A może tylko opowiadanie takie czytałam. Już teraz nawet nie pamiętam. W każdym razie, jeżeli mamy naszego bohatera i pokazujemy go, że siedzi w fotelu, zastanawia się nad swoim życiem, patrzy w okno i ma taki czas zadumy, to musimy pokazać, co spowodowało ten czas zadumy, co przyprowadziło go do tego fotela, nad czym się zastanawia. Jeżeli to siedzenie w fotelu spowoduje pewne zmiany, modyfikacje w jego zachowaniu, w jego nastawieniu do życia, w jego motywacji do zachowań różnych, wtedy musimy pokazać, jakie to wspomnienia, jakie to rozmyślania spowodowały ten stan rzeczy. Dlatego wtedy musimy wejść w głowę naszego bohatera i czytelnikowi ładnie pokazać, co się w tej głowie dzieje. I tam już na przykład nie ma ganiających złodziejów i ofiar, i tego typu rzeczy, ale mamy już bardziej emocje, bardziej stan psychiczny naszego bohatera, bardziej wspomnienia, bardziej relacje. Możliwe, że jest jakieś ganianie związane ze złodziejami, ale musimy to ładnie wtedy pokazać czytelnikowi także. Wydaje mi się, że w tym momencie już wyczerpałam temat, który chciałam sobie i wam mniej więcej uporządkować.
Mam nadzieję, że wy coś z tego wyciągnęliście i że ja coś z tego w końcu wyciągnę i przy następnej książce moją Marysię postanowię sponiewierać bardziej niż do tej pory. W pierwszej części sponiewierała się tylko troszeczkę. Jak wspomniałam, bardziej emocjonalnie, bo tam chodziło bardziej o relacje z rodzicami, bardziej o nastawienie do utraty córki, która pojawiła się w historii. W drugiej części mamy już troszkę więcej działania, troszkę więcej akcji, mamy trochę więcej upoconych dłoni, strachu, lęku. Tu już mamy trochę tego więcej. A w trzeciej części, mam nadzieję, pojawi się tego poniewierania głównym bohaterem troszkę więcej, ale nie wiem, jak wyjdzie, bo jak wspomniałam, będę pisać to i edukować się w tej kwestii trochę bardziej. Musimy zaakceptować, że nie robimy tego idealnie. Robimy to na takim etapie, na jakim jesteśmy, warsztatowym, pisarskim. Może za 10 lat, jak zetniemy tę książkę, to po prostu załamiemy ręce i powiemy: „O mój Boże, co ja wtedy napisałem?”. Ale musimy zaakceptować fakt, że wtedy pisaliśmy tak, a nie inaczej, posiadając taką, a nie inną wiedzę, umiejętności i tyle w temacie.
Dobra, to z mojej strony to będzie już tyle. Życzę wam wszystkim udanego wieczoru albo dnia, w zależności od tego, kiedy mnie słuchacie. I co? Życzę wam powodzenia w waszych staraniach pisarskich, w waszych próbach poniewierania bohaterem. Jeśli macie jakieś pomysły co do tematów, które powinniśmy poruszyć na antenie, to serdecznie zapraszam do kontaktu. Można mnie bardzo łatwo znaleźć na Facebooku czy na Instagramie. Dajcie znać, a ja gdzieś tam pokopię w internetach, zrobię research i na pewno się do tematu odniosę. W tym momencie uważam, że temat poniewierania bohatera został przeze mnie wyczerpany. Jeśli kiedyś, jeszcze kiedyś, dotrę do jakiejś magicznej wiedzy, którą uznam za bardzo istotną, która zmieni to, co tutaj teraz powiedziałam, albo wprowadzi jakieś naprawdę rewelacyjne rzeczy, jakieś rozwiązania, to na pewno zrobię jakiś odcinek na ten temat. A na dzisiaj mówię wam do zobaczenia przy następnej audycji.
Dobranoc albo po prostu do widzenia.
[04:11:36] - Proszę państwa, była dzisiaj klasyka literatury science fiction, czyli „Wehikuł czasu” Herberta George'a Wellsa. To na koniec zaproponuję państwu również recenzarium Evivy. Dzisiaj w tej drugiej części nasza redaktorka Luiza Eviva Dobrzyńska opowie państwu o nowym science fiction. Tytuł powieści „W sercu otchłani”.
[04:12:07] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Temat eksploracji kosmosu jest czymś, można powiedzieć, podstawowym dla literatury science fiction. I nie tylko, bo oczywiście mamy też seriale, mamy filmy na czele ze „Star Trekiem”, który jak wiadomo już w 1966 roku zabrał serialowo ludzi w kosmos. Jednak większość tych zarówno książek, jak i filmowych opowieści mało ma wspólnego z nauką. Bardzo wiele z nich skupia się na agresywnej stronie człowieka, na walce z kosmitami, którzy oczywiście są tymi złymi. Nie jest to coś, co mnie zachwyca. Mówiąc szczerze, w ogóle tego nie znoszę. Militarna SF jest dla mnie jedną wielką pomyłką, a już książki typu „Gra Endera” budzą we mnie odruch wymiotny. Dosłownie. Jednak jest też inny nurt, bardzo słabo obsadzony, jeśli można tak powiedzieć.
Jest to próba opisu podróży kosmicznej w sposób niemilitarny, a bardziej naukowy. Mieliśmy to u Lema w „Obok Magellana” i we wspaniałej książce „Nieustraszony”. Ale mówiąc szczerze, niewielu autorów podejmuje próbę, jakby to powiedzieć, psychologicznej analizy człowieka w obliczu katastrofy naturalnej, z którą stykają się, będąc z dala od Ziemi. Przeważnie mamy tutaj do czynienia albo z jakimiś straszliwymi potworami, albo ze straszliwymi przedstawicielami obcej cywilizacji. Ale przecież podróże kosmiczne to przede wszystkim my, ludzie. Na tym właśnie skupił się Henryk Tur w swojej książce noszącej tytuł „W sercu otchłani”. Jest to książka naprawdę niezwykła. Przede wszystkim jest całkowicie oryginalna. Nie przypominam sobie nic podobnego, a i jako recenzentka, i jako czytelniczka naprawdę stykałam się z bardzo wieloma powieściami z nurtu science fiction. O cóż więc w tej książce chodzi?
W czasach, kiedy ludzkość podróżuje w kosmos, z Ziemi wyrusza statek Gandhi sterowany przez wielofunkcyjny komputer Avatar. Statek leci w kierunku odległego układu gwiezdnego. Ponieważ przyspieszenie pozwalające na w miarę szybkie osiągnięcie punktu docelowego nie istnieje, załoga hibernuje. Ma się obudzić dopiero po 40 latach. Dzieje się jednak tak, że zostaje obudzona dużo wcześniej. Gandhi, powiem, znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Znalazł się w polu przyciągania czarnej dziury. Wybudzona 14-osobowa załoga ma niewiele ponad 30 godzin, by coś wymyślić albo pożegnać się z życiem. Ludzie postanawiają, że chcą wrócić do hibernacyjnego snu. Jednak nie jest to od razu możliwe, a z biegiem czasu coraz więcej z nich nie ma na to ochoty.
Chociaż obawiają się okropnej śmierci, chcą spojrzeć jej w oczy. Czy istnieje cokolwiek, co spowoduje, że przetrwają zetknięcie z czarną dziurą? Książka Henryka Tura jest to przede wszystkim analiza psychologiczna ludzi, którzy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Ale oprócz tego jest też bardzo inteligentnie skonstruowanym science fiction, przede wszystkim pozbawionym tych wszystkich skrótów, które się na ogół stosuje. No powiedzmy przyszłość. Nauka bardzo wysoce rozwinięta. No to mamy aparaty, mamy napęd. To nam pozwala, powiedzmy, śmignąć w jednej chwili z Ziemi do Układu Placciona. No nie, to nie jest po prostu fizycznie możliwe. Możemy oczywiście spierać się z tym, czy fizyka w tym kształcie, w jakim jest teraz, jest już na tyle rozwinięta, by orzec ze stuprocentową pewnością, że czegoś nie możemy albo że coś możemy.
Jednak te prawa, które do tej pory poznaliśmy, niestety wykluczają napęd nadświetlny, a nawet napęd bliski prędkości światła jest absolutnie niemożliwy do osiągnięcia przez materię ożywioną. To znaczy może nie, może jest możliwy, ale z tej materii ożywionej niewiele by zostało. I tego też się trzyma Henryk Tur. U niego wszystko jest bardzo ładnie naukowo opisane, tak że właściwie nie ma się do czego przyczepić. Może poza samym obrazem czarnej dziury, ale tutaj, ponieważ tak naprawdę nawet naukowcy nie są do końca pewni, jakie tam panują warunki, autor zdecydowanie mógł sobie pozwolić na pewne fantazje. A poza tym jest to książka bardzo interesująca. Według mnie sam Lem by się takiej nie powstydził. Dlatego wszystkich was zachęcam, żebyście po nią sięgnęli. Na pewno nie pożałujecie. Żegna się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:17:38] - Proszę państwa, proszę państwa i tu już dobrnęliśmy do końca Bibliotekarium 2.0 wydanie odcinek sto piętnasty. Chciałoby się, już tak mnie korci, żeby powiedzieć, że znowu jakiś tam okrągły, ale dobrze, daruję to państwu. Moja skłonność do obchodzenia kolejnych rocznic jest już chyba dosyć znana. Zmilczę zatem, chociaż i tak powiedziałem. Pięknie państwu dziękuję za to, że towarzyszyliście mi dzisiaj. Zapraszam na przyszły tydzień. Będzie ciekawie, ponieważ będziemy mieli wielu gości albo wiele gościń. To taki modern polish. Ja niekoniecznie gustuję, więc powiem tak: pojawią się w audycji autorki, które współtworzyły antologię opowiadań grozy. Opowiadań grozy, których motywem przewodnim był prąd elektryczny.
To jest jakieś tak... Prąd elektryczny. Ciekawa antologia. Muszę państwu powiedzieć, że w kilku miejscach zadziwiła mnie po prostu błyskotliwość pomysłów i pewna migotliwość, jak z jednego tematu można wykrzesać wiele różnych ciekawych opowieści. No ale to za tydzień. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu. Pozdrawiam. Do usłyszenia.
[04:19:07] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.