Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Głucho wszędzie, ciemno wszędzie. Co to będzie? Co to będzie? A no będzie! Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Właśnie tutaj, właśnie teraz będzie. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Pewno państwa nie zdziwi, że jestem podekscytowany, no ale to odcinek 110. A zatem ci wszyscy z państwa, którzy wiedzą, jak bardzo podekscytowany czuję się, kiedy jest jakiś okrągły odcinek, to już wiedzą, że rodzaj podekscytowania czuję. Ale zaczniemy klasycznie od nowości książkowych. Dzisiaj wziąłem na tapet nowości wydawnictwa Stalker Books. Zaczniemy od książki, która już jest na rynku. Ukazała się 15 października. To powieść prawdziwego klasyka gatunku science fiction Moraya Leinstera. Tytuł: „Wędrująca asteroida”.
Cóż to za powieść? To historia, która wpisuje się w szereg teorii o pozaziemskim pochodzeniu człowieka. Otóż w Układzie Słonecznym zostaje wykryty silny sygnał, który pochodzi z pasa asteroid. Tak naprawdę z bardzo niewielkiego kawałka skały. Joe Breck, inżynier i naukowiec, od dzieciństwa cierpiał na koszmary i powtarzające się niefajne sny. Sygnał z kosmosu emitowany przez wszystkie stacje radiowe na świecie to sygnał, który powtarzał się w jego snach. Od tej chwili bohater obsesyjnie próbuje rozszyfrować wiadomość. Wiadomość, która od początku wydaje mu się sygnałem ostrzegawczym, ewentualnie wołaniem o pomoc. Zajmuje się również schematem nieznanego urządzenia, które postanawia wraz z przyjaciółmi zbudować. Skąd ten schemat?
Właśnie z tego sygnału. I tak, wyprzedzając rządy wszystkich światowych mocarstw, nasz bohater buduje statek kosmiczny i odnajduje asteroidę, a na niej bazę obcych. Odkrycia, jakich dokonują nasi bohaterowie na asteroidzie, zdecydowanie odmienią losy ludzkości. Już po tym skrócie, właściwie takim rewolwerowym streszczeniu, aczkolwiek to, co najlepsze zostawiłem zasłonięte i oczywiście o tym państwu nie powiedziałem, ale już po tym, co zrelacjonowałem, zorientowali się państwo, że to naprawdę klasyka. Klasyka gatunku. Tak się już dzisiaj nie pisze, ale to jest na tyle dobra klasyka, że warto po nią sięgnąć. Warto zobaczyć, jak robiono to kiedyś, a wierzcie mi państwo, robiono to naprawdę dobrze. Przypomnę: książka wydana przez Stalker Books, funkcjonująca na rynku od 15 października – „Wędrująca asteroida”, Murray Leinster. No to rzucajmy okiem i przyjrzyjmy się kolejnej pozycji. Tym razem rzecz, która jest w planie.
Ostatnio przy okazji polecanych książkowych mówiłem o klasyce gatunku, czyli o „Kocie Olbrzymim” Rosnego Starszego. A dzisiaj również polecę książkę tego autora. Tym razem to klasyk nad klasyki: „Walka o ogień”. Zarówno „Kot Olbrzymi”, jak i „Walka o ogień” będą dostępne w styczniu 2025 roku. Wtedy wydawnictwo Stalker Book planuje tę książkę puścić do czytelników. Powiedziałem, że to książka znana. „Walka o ogień” – w latach 80. na początku pojawił się film na podstawie tej książki. Film, który dobrze wspominam. W dodatku był to film tani w przystosowaniu do warunków polskich, ponieważ na tym filmie nie pada ani jedno zrozumiałe słowo.
Nie trzeba było zatem zatrudniać tłumacza. Ma ten film swoją specyfikę, ale i swój urok. Książka również. Akcja powieści „Walka o ogień” toczy się niejako na tle dzikiej i bujnej przyrody. W olbrzymich gajach i na rozległych sawannach żyją gromadki pierwotnych ludzi. Ludzi, którym w każdej chwili, a szczególnie w nocy, zagrażają rozmaite niebezpieczeństwa, a szczególnie te niebezpieczeństwa zagrażają ze strony potężnych dzikich zwierząt, takich jak mamuty, tygrysy, lwy czy niedźwiedzie jaskiniowe. Głównym motywem powieści zatytułowanej „Walka o ogień” jest miłość między dwojgiem młodych ludzi. Ludzi pierw-Czerwotnych oczywiście. Gamlow i Naom. To ta miłość popycha głównego bohatera do wielkich czynów.
Czynów zmierzających do zdobycia utraconego przez plemię ognia. Wierzcie mi państwo, może ta treść nie jest porywająca, kiedy się ją streszcza, ale książka pomimo słusznego wieku naprawdę czyta się całkiem dobrze. Szczególnie, że ten przekład został przejrzany, został dostosowany do naszych czasów. I wreszcie trzecia pozycja. A właściwie zanim będzie trzecia, to przypomnę, mówiłem o książce „Walka o ogień”. Książce autorstwa Rossnego Starszego. Książce, która będzie miała szansę odwiedzić państwa w domach w styczniu 2025 roku. Looknijmy na pozycję trzecią. Jeszcze w grudniu tego roku dostępna będzie w Stalker Books kolejna, trzecia już antologia z opowiadaniami amerykańskich klasyków gatunku, ale z opowiadaniami z tak zwanych pulp magazines. Pierwsze dwie ukazały się w połowie tego roku, trzecia właśnie w grudniu.
Ten trzeci tom to będzie odsłona, która zrekapituluje, podsumuje dokonania magazynu Planet Stories. Planet Stories to był, proszę państwa, jeden z najbardziej popularnych amerykańskich magazynów pulpowych. Ten magazyn powstał w roku 1939 i ukazywał się do 1955 roku. Początkowo był zaplanowany jako kwartalnik, ale przez kilka lat wychodził jako dwumiesięcznik. To chyba dobrze świadczy o atrakcyjnych treściach, które ukazywały się w magazynie. Ludzie chcieli po prostu kupować Planet Stories. Łącznie ukazało się 71 numerów. Publikowali w tym magazynie tacy pisarze jak Paul Anderson, Ray Bradbury, Leigh Brackett, Philip Dick, William Tenn. Jeszcze wiele innych nazwisk można by przytoczyć. Ten zbiór wydany jest niezwykle starannie.
Twarda oprawa, grubaśne to to. I wierzcie mi państwo, absolutna śmietanka z magazynu Planet Stories. Wielkie nazwiska. Wymienię kilka, bo bym musiał wielką listę wygłosić, ale Paul Anderson, Leigh Brackett to już mówiłem. William Tenn, Ray Bradbury, Frederick Pohl to wielkie nazwisko. Frederick Brown, James Schmitz i tak dalej. Świetne opowiadania. Przypomnę, ta pozycja będzie dostępna już w grudniu i podkreślę, wydanie jest ekskluzywne, w grubej oprawie, szyte. Znakomicie prezentuje się na półce. Ja jestem już radosnym posiadaczem dwóch pierwszych tomów.
Trzecim na pewno się państwu pochwalę, kiedy już wreszcie stanie na mojej półce. Tak, proszę państwa, to wszystkie polecanki książkowe na dzisiaj, przynajmniej w moim wykonaniu. A teraz państwa zaskoczę, bo powiem tak, że zamiast spodziewanej przez państwa pozycji, czyli korepetycji filozoficznych, zapraszam na recenzarium Ewiwy, a konkretnie na omówienie mniej znanej powieści Isaaca Asimova „Równi bogom”. Dodam tylko, iż to, że teraz wystąpi Luiza Eviva Dobrzyńska, to wcale nie oznacza, że korepetycji filozoficznych nie będzie. Powiem, że wręcz przeciwnie. A zatem Isaac Asimov i „Równi bogom”.
[10:12] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Kiedy padnie nazwisko Isaac Asimov, to już każdy wie, że mowa o jednym z najważniejszych pisarzy nurtu science fiction. Nie tylko najważniejszych, również jednym z najlepszych warsztatowo. Czy jednak wszystkie jego książki są równie udane? Można by dyskutować. Na przykład książka „Równi bogom” trafiła do moich rąk w ramach egzemplarzy recenzenckich. Jak można się domyślać, będąc wielbicielką twórczości Asimova, zabrałam się za nią w pierwszej kolejności i niestety czekało mnie rozczarowanie. Właściwie dlaczego? To pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć, ponieważ tak naprawdę ciężko tej książce coś zarzucić. O czym traktuje książka „Równi bogom”?
Otóż ukazuje Ziemię w okresie jej najbujniejszego rozkwitu. Za sprawą urządzenia zwanego pompą elektronową każdy Ziemianin ma dostęp do energii w nieograniczonej ilości. Pompa elektronowa to wynalazek, który niejako przywędrował do nas z innego wymiaru i jest naprawdę bardzo skuteczna. Jednak nie wszyscy są przekonani co do tego, że jest to wynalazek bezpieczny. Doktor Peter Lamont próbuje walczyć o uświadomienie ludzkości niebezpieczeństwa, bo wzajemne oddziaływanie dzięki pompie naszego wszechświata oraz wszechświata równoległego może doprowadzić do nieodwracalnych skutków Jednak nie chce go słuchać. Człowiek zwany ojcem pompy elektronowej uważa go za zagrożenie dla swej pozycji. Politycy tym bardziej nie chcą mu pomóc. Mało kto go słucha. Tymczasem w równoległym wszechświecie rozgrywa się taka sama batalia o to, by uświadomić wszystkim, z jakim niebezpieczeństwem się borykają oraz o to, żeby zdążyć, zanim będzie za późno. Co w tym wszystkim ma wspólnego kolonia na Księżycu oraz urodzona tam kobieta?
Ano, żeby się tego dowiedzieć, trzeba po prostu sięgnąć po książkę i przebrnąć przez nią. Doprawdy nie wiem, czemu to przypisać, ale „Równi bogom” to lektura ciężka. Nie ma w sobie typowej dla Asimova lekkości i polotu. Owszem, tak samo jak inne książki operuje terminami naukowymi albo pseudonaukowymi. Mamy tam wejrzenie w świat obcych. Mamy nawet, nieco ubocznie, romans, a mimo to całość trudno strawić. Czytając, odniosłam wrażenie, że Asimov znacznie więcej miłości włożył w opis świata równoległego oraz obcych, ich zwyczajów, ich problemów. Tak jakby właśnie ta część książki była mu dużo bliższa. Ten opisywany przez niego wymiar przywodzi na myśl inną słynną książkę pod tytułem „Flatlandia” Edwina Abbota. Asimov stworzył zupełnie inny świat niejako od podstaw.
Przy czym często różnice między ludźmi i obcymi podkreślają to, co ich łączy. To brzmi paradoksalnie, ale tak właśnie jest. Gdyby „Równi bogom” było książką napisaną wyłącznie z perspektywy obcych, prawdopodobnie byłaby to powieść dużo ciekawsza. A tymczasem wyszło, jak wyszło. Wyszła książka, która jest po prostu sucha. Ma się wrażenie pewnej beznamiętności w narracji. Także czytelnik nie jest w stanie związać się emocjonalnie z żadnym z przedstawionych bohaterów. Trudno mi krytykować pisarza, którego uważam za geniusza, ale jednak uważam, że ta książka nie do końca mu się udała. Nie do końca, ponieważ te części poświęcone innemu wymiarowi oraz zamieszkującym je istotom są dużo bardziej interesujące niż opisy tego, co działo się na Ziemi czy na Księżycu nawet. Nie pomaga tu postać żeńska, ogromnie stereotypowa i po prostu nieciekawa.
W ogóle Asimov nie miał zbyt dobrej ręki do postaci żeńskich, chociaż w cyklu o robotach wyszło mu to już dużo lepiej. Być może tutaj na niekorzyść grał po prostu czas, w którym on tworzył. Ten czas nie sprzyjał przedstawianiu kobiet w inny sposób niż niejako przez kalkę. Było kilka ogólnych szablonów i te się wklejało do książki. Innych kobiet być nie mogło. Prawdopodobnie dzisiaj troszeczkę inaczej by to poprowadził. Chociaż dzisiaj tak naprawdę mamy przesyt kobietami silnymi do tego stopnia, że w ogóle kobietami być przestają. Także mamy przegięcie w drugą stronę. Poza tym cóż, również kobieta opisywana w szablonowy sposób może być ciekawa jak najbardziej. Wszystko zależy od pisarza, od tego, ile serca włoży on w konstruowaną postać.
I tutaj znowu obca jest u niego dużo ciekawsza niż ziemianka, bo przecież mamy i obcą w części poświęconej innemu wymiarowi. Mimo wszystko sądzę, że miłośnicy Asimova z przyjemnością kupią tę książkę i włączą ją do swego księgozbioru, chociażby jako ciekawostkę. Zresztą została pięknie wydana w cyklu Wehikuł Czasu przez wydawnictwo Rebis. Tak jak jednak powiedziałam, nie uważam jej za pozycję, która powinna być w jakiś sposób uznawana za wybitne osiągnięcie Asimova. Naprawdę pisał lepsze książki. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[16:14] - Odgrażałem się, że korepetycje filozoficzne będą. No to właśnie się zaczynają. Dzisiaj zajmiemy się tekstem Nataszy Szuty „Przetrwają najżyczliwsi”. To właściwie nie jest tekst, tylko recenzja pewnej ważnej książki, ale myślę, że warto posłuchać i samą książką również warto się zainteresować. Ten tekst ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku Filozofuj w 2023 roku w numerze czwartym. Tekst — ta formułka jest bardzo ważna — tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autorka artykułu, autorka recenzji Natasza Szuta jest doktorem habilitowanym filozofii, profesorem Uniwersytetu Gdańskiego. Pracuje w Instytucie Filozofii tegoż uniwersytetu. Specjalizuje się w etyce, metaetyce i psychologii moralności. Jej pasje to literatura, muzyka, góry i nade wszystko własne dzieci.
Natasza Szuta „Przetrwają najżyczliwsi” Brian Hare i Vanessa Woods w książce pod tytułem „Przetrwają najżyczliwsi. Jak ewolucja wyjaśnia istotę człowieczeństwa” piszą, że wbrew powszechnym opiniom na temat ewolucyjnego przystosowania przeżyją nie ci najsilniejsi, lecz ci najbardziej otwarci na przyjaźń i współpracę, dzięki której rozwija się cała wspólnota. Agresja połączona z pragnieniem bycia najsilniejszym i największym wcale nie popłaca. Przeciwnie, wiąże się z ogromnym stresem, który bardzo osłabia układ odpornościowy i może negatywnie wpływać na liczbę potomstwa. nadto wystawia na niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia. Naszą ludzką supermocą jest umiejętność komunikacji, dzięki której potrafimy korzystać z wiedzy poprzednich pokoleń. Jest ona fundamentem wszelkich form kultury i nauki. Z jednej strony wyewoluował z niej wyrafinowany język, z drugiej zaawansowane technologie. Dzięki komunikacji, która umożliwia współpracę, homo sapiens byli w stanie rozwijać się w obszarach niedostępnych dla innych inteligentnych gatunków. Chodzi tu o komunikację zarówno werbalną, jak i niewerbalną, która obejmuje wzajemne odczytywanie swoich emocji, co z kolei umożliwia rozumienie bardzo złożonych sytuacji społecznych, a w konsekwencji unikatowy poziom współpracy.
To przyjazne nastawienie do siebie nawzajem autorzy nazywają formą udomowienia, które ma także swoje mroczne wymiary. Przyjazne nastawienie wobec członków swojej grupy społecznej w sytuacji zagrożenia może powodować dehumanizację obcych, wzmagać strach i agresję wobec nich oraz wywoływać zachowania ksenofobiczne. Doskonałym potwierdzeniem występowania tego zjawiska są akty ludobójstwa, które miały miejsce między innymi w Rwandzie, Kongu, a obecnie dzieją się na Ukrainie. Wieloletnie badania pozwalają na sformułowanie wniosku, że człowiek ma ogromny potencjał do bycia przyjaznym, okazywania współczucia i pomocy członkom swojej grupy społecznej oraz okrucieństwa i przemocy wobec obcych. Ważnym buforem pomiędzy pojawieniem się jakiejś negatywnej myśli a działaniem jest samokontrola. Dzięki niej potrafimy hamować nasze niepożądane reakcje emocjonalne, a wielkość i budowa mózgu człowieka pozwalają nam na znaczne zwiększenie jej zasobów. Książka Briana Hare i Vanessy Woods może zainspirować do wielu ciekawych dyskusji w obszarze zarówno psychologii i filozofii. Ja przypomnę, ta książka Briana Hare i Vanessy Woods nosi tytuł „Przetrwają najżyczliwsi. Jak ewolucja wyjaśnia istotę człowieczeństwa”. Książka ukazała się w Copernicus Center Press w Krakowie w roku 2022.
A ja przypomnę, słuchaliście Państwo w „Korepetycjach filozoficznych” artykułu Nataszy Szuty „Przetrwają najżyczliwsi”. Krótkie dzisiaj te „Korepetycje filozoficzne”, ale myślę, że treściwe. Książki naprawdę warto poszukać. A teraz już, proszę państwa, powieje grozą. Zapraszam bowiem na kolejny odcinek zaciągnięty z mojego kanału „Wehikuł Wyobraźni”. Jakieś pół roku temu pojawił się tam podcast o zabójcach z kosmosu. Ale oczywiście to nie są zabójcy biegający z jakąś wyrafinowaną, przynajmniej technologicznie bronią. Raczej będzie mowa o wielkich skałach, które znienacka mogą zrobić kuku chociażby naszej planecie. Ale wierzcie mi państwo, taką mam przynajmniej nadzieję, ta opowieść jest wciągająca. Ja wiem, każda pliszka swój ogonek chwali, to ja też chwalę, ale kiedy czytałem komentarze, kiedy mówiono o tym, co było fajne w tym podcaście, to doszedłem do wniosku, że udało mi się stworzyć opowieść, która nie tylko jest rodzajem przestrogi, ale chwilami może być wciągająca.
Sami państwo ocenicie, bo za chwilę tę opowieść państwu zaprezentuję. A ja tradycyjnie zapraszam na kanał „Wehikuł Wyobraźni”, a przy okazji zapraszam również na kanały Piotra Cielebiasia „UFO Historie”, na kanał „Nieznanego Świata” też warto tam zajrzeć, i oczywiście na kanał, którego państwo w tej chwili słuchacie, czyli na kanał Radia Paranormalium. Jeszcze raz zapraszam na podcast „Zabójca przybędzie z kosmosu”. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Ostatnio natrafiłem w sieci na materiał, którego tytuł krzyczał, że katastrofalne uderzenie w Ziemię obiektu pochodzącego z kosmosu może zdarzyć się w każdej chwili oraz że zapewnienia niektórych ośrodków badawczych, że mają wszystko, w tym wypadku czytajmy to jako otoczenie Ziemi pod kontrolą, to są wyłącznie bujdy mające uspokoić ludzi. Tymczasem my, ludzie, w każdej chwili możemy skończyć jak dinozaury. Mówiąc szczerze, nie wiem jak jest. Nie wiem, jaka jest prawda, ale postanowiłem podzielić się z państwem częścią informacji, które zdołałem przez lata zgromadzić. Informacji na temat potencjalnych kosmicznych katastrof. A jest to wiedza niewygodna w użyciu, ponieważ ma wiele składowych pochodzących z różnych dziedzin wiedzy.
W dodatku to, co 10 lat temu było niewzruszoną prawdą, dzisiaj bywa często dosyć stanowczo kwestionowane. I mówiąc szczerze, jest z ową wiedzą trochę jak z miałkim piaskiem na plaży. Im bardziej staramy się go ściskać w garści, tym szybciej ucieka z naszej zaciśniętej pięści. Fakty i mity miksują się niczym kolorowe kryształki w kalejdoskopie. W 1994 roku Kosmiczny Teleskop Hubble'a zarejestrował niezwykłe wydarzenie. Grupa odłamków z komety Shoemaker-Levy 9, rozpędzona do 200 000 kilometrów na godzinę, trafiła w gazowego giganta, w Jowisza. Energia uderzenia największego kawałka wyniosła sześć milionów megaton trotylu. W ciągu siedmiu godzin w Jowisza uderzyło 20 głównych fragmentów i z komety nic nie zostało. Po upadku przez długi czas pozostawały na Jowiszu ślady. Swoista pamiątka po potężnej kolizji.
Uderzenie komety Shoemaker-Levy 9 uświadomiło naukowcom oraz zwykłym zjadaczom chleba, że kosmiczne kolizje nie są tylko scenografią do filmów SF oraz że wyzwalają ogromne, nieprawdopodobne wręcz ilości energii. Gdyby fragmenty Shoemaker-Levy 9 uderzyły w Ziemię, wybiłyby w niej kratery, z których największy miałby 60 kilometrów średnicy, a rozdrobniony materiał skalny wyniesiony do atmosfery zasłoniłby niebo na wiele miesięcy, jeśli nie lat. Na szczęście jest Jowisz. Ta masywna planeta, masywniejsza niż wszystkie pozostałe razem wzięte, przyjmuje na siebie wiele uderzeń i pełni rolę bramkarza przechwytującego niebezpieczne piłki. Ale nawet najlepszy bramkarz nie ma stuprocentowej skuteczności. Wiele planetoid oraz tak zwanych rodzin planetoid, powiem o nich w swoim czasie, powstało prawdopodobnie w najbardziej burzliwym okresie historii Układu Słonecznego. Zderzenia były wówczas na porządku dziennym. Formowały się bowiem główne planety obiegające gwiazdę Sol. To było około 4,5 miliarda lat temu. Po tym okresie intensywnych zderzeń nastąpił okres wyciszenia, ale około pół miliarda lat później proces ów znów się nasilił.
Nazwano go Wielkim Bombardowaniem. Zabłąkane skały zbyt małe, aby mogły stać się planetami, odbijały się od innych skał dosłownie niczym kule bilardowe. Na podstawie śladów widocznych na Księżycu, satelicie Ziemi, naukowcy szacują, że na Ziemię mogły spadać obiekty o średnicy przekraczającej 10 kilometrów, a pod koniec okresu Wielkiego Bombardowania mogły uderzać asteroidy o średnicy nawet kilkuset kilometrów. Około 3,8 miliarda lat temu wszystko się ponoć skończyło, a obiekty, które nie sformowały planet, oddaliły się na kosmiczne cmentarze i krążą obecnie w Pasie Kuipera, w zewnętrznej części Układu Słonecznego lub w pasie planetoid między orbitami Marsa i Jowisza. Dochodziło tam i dochodzi do zderzeń wielkich i małych obiektów, a w wyniku takich kolizji powstają gromady odłamków, które towarzyszą obiektom, z których zostały wyrwane. I takie odłamki skalne tworzą rodziny planetoid. Obiekty należące do rodziny planetoidy okrążają Słońce po podobnych torach i podobnej orbicie, ponieważ oderwały się od tego samego obiektu pierwotnego. Oczywiste jest również, że takie ciała niebieskie mają ten sam skład. Jeśli chodzi o podobieństwo toru, po jakim się poruszają, to za fakt, iż obiekty trzymają się razem, odpowiada to samo zjawisko, które występuje w przypadku strzelania do rzutków. Kiedy strzelec strzela do obiektu wyrzuconego przez automat, wówczas w wyniku trafienia rozpada się on na szereg drobnych elementów, ale mimo to wszystkie one zachowują podobny tor lotu i spadają w niewielkiej odległości od siebie.
Rodziny planetoid zachowują się podobnie. Te tak zwane rodziny planetoid odkryto zarówno w Pasie Kuipera, w zewnętrznej części Układu Słonecznego, jak i w pasie planetoid między orbitami Marsa i Jowisza. Astronomów interesowała od dawna grupa planetoidy Baptistina z pasa głównego planetoid okrążającego Słońce w ciągu trzech lat i 149 dni w średniej odległości 2,26 jednostki astronomicznej. Planetoida Baptistina została odkryta 9 września 1890 roku w obserwatorium w Nicei. Analizy z pierwszego dziesięciolecia XX wieku sugerowały, że obiekt lub obiekty, które uderzyły w Ziemię 65,5 miliona lat temu, mogły pochodzić ze zderzenia w pasie planetoid Które nastąpiło około 160 milionów lat temu, a które utworzyło rodzinę planetoidy Baptistina. Mniejsze fragmenty macierzystego ciała zostały wyrzucone na orbity przecinające się z orbitą Ziemi, a następnie zderzyły się z nią, a także utworzyły krater Tycho na Księżycu. Piękna teoria, ale późniejsze analizy obserwacji teleskopu kosmicznego WISE wskazały, że rozpad macierzystego ciała Baptistiny nastąpił zaledwie 80 milionów lat temu, co znacznie zmniejsza prawdopodobieństwo, że jego fragmenty uderzyły w Ziemię pod koniec kredy. Ale pofantazjujmy, wszak to Wehikuł Wyobraźni. Pofantazjujmy chociażby dlatego, że naukowcy początkowo szacowali, iż prawdopodobieństwo, że kolizja, która utworzyła rodzinę Baptistiny, spowodowała na Ziemi katastrofę 65 milionów lat temu, wynosi 90%. Astronomom w kolejnych dziesięcioleciach może się jeszcze odmienić.
Szczególnie, że czasami wyraźnie wróżą z fusów. A poza tym coś ostatecznie w tę Ziemię walnęło. A czy to była rodzinka Baptistiny, czy inny kosmiczny gruz, to nie do końca sprawa najważniejsza. 65 milionów lat temu świat był zupełnie inny. Żyły wówczas na Ziemi niezliczone gatunki gadów. Klimat był ciepły i w ogóle było jakoś tak luksusowo. Przynajmniej dla gadów. To jednak zupełnie inna historia i pewnie kiedyś wrócimy do niej w Wehikule Wyobraźni. Katastrofa kosmiczna starła ów świat z powierzchni Ziemi. Ogromny obiekt spadł w okolicach półwyspu Jukatan.
Miał średnicę 10 kilometrów i pędził z prędkością 20 kilometrów na sekundę. Siła uderzenia wynosiła około 65 milionów megaton trotylu. Nie ma pomyłki. To jakby przez 140 lat co sekundę wybuchała bomba jądrowa znad Hiroszimy. Dla porządku przytoczę też dane innych ośrodków badawczych. Według nich krater powstał na skutek upadku komety lub dużej planetoidy, a uderzenie wyzwoliło energię równoważną eksplozji około 100 teraton trotylu. Taki efekt mogło mieć uderzenie planetoidy o średnicy 10 kilometrów i masie biliona ton przy prędkości 20 kilometrów na sekundę. Przynajmniej co do tego badacze są zgodni. Ale ponieważ asekuracyjnie zakładają, że mogła to być również kometa, to stwierdzają, że wówczas miałaby mniejszą masę, ale poruszałaby się ze znacznie większą prędkością. Warto jednak dodać, że istnieją silne przesłanki przemawiające za tym, że była to jednak planetoida.
O tych przesłankach za chwilę. Symulacje komputerowe przeprowadzone przez zespół Imperial College London w 2020 roku jako najbardziej prawdopodobne wykazały uderzenie z kierunku północno-wschodniego pod kątem około 60 stopni. Uważa się, że ta asteroida doprowadziła do wyginięcia trzech czwartych gatunków zamieszkujących ówczesną Ziemię. Przypuszcza się również, że kolizja spowodowała wyniesienie do atmosfery ogromnych ilości pyłu, a to spowodowało wieloletnie ciemności. Było to jednoznaczne ze śmiercią przeważającej liczby roślin, a w konsekwencji zwierząt. To apokaliptyczne zjawisko nazwano wymieraniem kredowym. Przez długi, długi czas kosmiczna geneza wymierania kredowego była traktowana, a jakże, przez środowisko naukowe zaledwie jako ciekawostka i w dodatku mało prawdopodobna. Wszystko zmieniło się w chwili dogłębnego zbadania krateru Barringera. Czym jest ów krater? Meteor o średnicy około 50 metrów uderzył w ziemię w dzisiejszej północnej Arizonie około 50 000 lat temu.
Uderzył i eksplodował siłą 2,5 miliona ton trotylu. Powstały krater ma szerokość 1200 metrów oraz głębokość około 170 metrów. Dziś uważa się go za najlepiej zachowany krater meteorytowy na świecie. Sprzyja temu pustynny klimat. Ze względu na bardzo skąpe opady erozja wodna w niewielkim stopniu przyczynia się do jego degradacji. Krater został nazwany na cześć Daniela Moreau Barringera, inżyniera górnictwa w Filadelfii, który dowiódł, że lej powstał w wyniku uderzenia wielkiego meteorytu w Ziemię. Barringer, geolog-samouk, spędził kilka lat, badając krater i dostarczając dowodów na przyczynę jego powstania. Chociaż nigdy nie znalazł fortuny w postaci żelaza meteorytowego, które ponoć miało leżeć pod dnem krateru, to teoria o pochodzeniu owego krateru została ostatecznie potwierdzona i zaakceptowana przez naukowców. Ocenia się, że krater Barringera powstał w wyniku uderzenia meteorytu żelaznego o masie 300 000 ton Poruszającego się z prędkością dwunastu kilometrów na sekundę. Wyrzucił on tysiąc sto siedemdziesiąt pięć milionów ton skał.
Na dnie krateru badacze odkryli przetopione krzemionki. Takie szkliwo tworzy się jedynie wskutek nagłego działania bardzo wysokiej temperatury i ciśnienia. Problem z katastroficzną meteorytową przyczyną wymierania kredowego polegał na tym, że do lat osiemdziesiątych XX wieku naukowcy nie potrafili znaleźć żadnego krateru, który można byłoby połączyć logicznie z katastrofą sprzed sześćdziesięciu pięciu milionów lat. Istniała natomiast silna poszlaka. Na granicy oddzielającej osady kredowe od osadów trzeciorzędowych odkryto bowiem duże ilości irydu, pierwiastka rzadko występującego w ziemskich skałach. Natomiast w asteroidach, o tam iryd występuje bardzo często, aczkolwiek nie jest to reguła. Pomimo silnego irydowego tropu, aż do lat dziewięćdziesiątych wielu przedstawicieli świata nauki nie wierzyło, że to asteroida spowodowała wymieranie kredowe. Przełomu nie wywołał żaden ośrodek badawczy czy akademicki, ale meksykańska spółka naftowa, która prowadziła podwodne odwierty w pobliżu półwyspu Jukatan. Owa spółka natknęła się tam na ślady krateru o średnicy prawie dwustu kilometrów. Szczegóły za momencik.
Ślady katastrofy przykryte były kilometrową warstwą wapienia. Analiza geologiczna potwierdziła kosmiczne pochodzenie krateru. Podobnie jak w przypadku młodszego krateru z Arizony, znaleziono tam również ślady zeszklivionej krzemionki. Odkryty krater uderzeniowy nazwano Chicxulub. Częściowo jest on pogrzebany pod warstwą osadów na półwyspie Jukatan, a częściowo na dnie Zatoki Meksykańskiej. Centrum krateru znajduje się w pobliżu miejscowości Chicxulub i od niej przyjął swoją nazwę. Krater ma około stu pięćdziesięciu kilometrów średnicy, a jego zewnętrzny pierścień aż dwieście czterdzieści kilometrów. Warto pamiętać, iż starsze szacowania podają inne, mniejsze wartości. Początkowa głębokość krateru wynosiła około trzydziestu kilometrów. Badane warstwy osadowe zdają się świadczyć o tym, że w okolicach Jukatanu spadł chondryt węglisty.
Chondryty węgliste to grupa meteorytów kamiennych o symbolu ogólnym C. Charakteryzują się one bardzo kruchą budową i dlatego przeważnie rozpadają się w trakcie przelotu przez ziemską atmosferę. Oczywiście nie jest to reguła. Chondryty węglisty zawierają dużo węgla, do około czterech procent oraz dużo wody, do około dwudziestu procent. Poza tym zawierają jeszcze krzemiany z grupą wodorotlenową OH oraz magnetyt nawet do dwudziestu pięciu procent. Z takich właśnie elementów składają się planetoidy rodziny Baptistina. Dla wielu uczonych ten fakt wystarczył, żeby uznać ową rodzinę za sprawcę wymierania kredowego i wyginięcia dinozaurów. Dla porządku dodajmy jednak, że nie wszyscy naukowcy ten pogląd podzielają. Grupa Baptistiny stanowi potencjalne zagrożenie dla Ziemi nawet w dzisiejszych czasach. Krąży bowiem w tej strefie pasa planetoid, w której zaobserwowano przynajmniej dwie grawitacyjne niestabilności.
Ponoć nawet mały bodziec z tych rejonów może wyrzucić planetoidy z orbit, a wytrącone ze swego toru mogą ruszyć w kierunku centrum Układu Słonecznego i zagrozić Ziemi. A gdyby planetoida lub któryś z jej towarzyszy uderzyły w naszą planetę, zniszczyłyby ludzką cywilizację. Gdyby nawet niedobitki ludzkości przetrwały w jakichś schronach, przechowalniach, podziemnych miastach, to z całą pewnością groziłby im głód, chaos i brak możliwości szybkiego powrotu do poziomu życia, chociażby zbliżonego do tego, do jakiego przywykliśmy na początku XXI wieku. Owo zjawisko, które miliony lat temu sprawiło, że ssaki zyskały szansę rozwojową, gdyż wyginęły dinozaury, które były znaczącym konkurentem. Owo zjawisko, powtarzając się, mogłoby skasować erę człowieka. A los bywa naprawdę złośliwy. Warto bowiem pamiętać, że gady też pojawiły się na Ziemi po masowym wymieraniu, a było to wymieranie permskie, zwane również Wielkim Wymieraniem. Mówiąc krótko, natura zakpiła z dinozaurów. Katastrofa kosmiczna wyniosła je najpierw na szczyt, a potem strąciła w dół drabiny ewolucyjnej. Nikt, naprawdę nikt nie zagwarantuje, że z ssakami nie stanie się podobnie.
Dwieście pięćdziesiąt milionów lat temu, na długo przed erą dinozaurów w Permie Ziemię zamieszkiwały małe zwierzęta i ogromne rośliny. Z niewyjaśnionych do końca powodów cały tamten świat wymarł. To było największe wymieranie w dziejach. Naukowcy znaleźli sporo dowodów i twierdzą, że podobnie jak katastrofa sprzed 65 milionów lat zabiła dinozaury, tak inna kolizja, wcześniejsza o 185 milionów lat, spowodowała wymieranie permskie. Ziemia składała się wówczas z jednego superkontynentu Pangei oraz z wszechocenu Pantalassy. Według badaczy 250 milionów lat temu planetoida o średnicy 11 kilometrów uderzyła w ocean w pobliżu południowego krańca superkontynentu. Miejsce to znajduje się obecnie na północny zachód od Australii. Chmury pyłu zasłoniły niebo i zablokowały dostęp promieni słonecznych. Większość łańcuchów pokarmowych została przerwana. Ówczesna katastrofa zgładziła większość żyjących gatunków, 90%.
A to, tak jak już mówiłem, utorowało drogę dinozaurom. Twardych dowodów na tamtą permską kolizję w postaci śladów geologicznych pozostało bardzo niewiele. Ruchy tektoniczne zatarły większość z nich. Ostatecznie minęło ćwierć miliarda lat. Mimo to część badaczy twierdzi, że znalazła ślady krateru uderzeniowego w północno-zachodniej Australii. Odkryli oni prawdopodobny ślad impaktu ukryty pod warstwą osadów. Krater jest mocno zniszczony i nosi ślady długich procesów geologicznych. Stracił też kulisty kształt i nie widać wyraźnego centrum. Większość skał permskich zniknęła. Uległa subdukcji, wepchnięciu w głębsze warstwy skorupy ziemskiej lub erozji.
Dowody na kosmiczną katastrofę w Permie nie są zatem mocne i wzbudzają liczne kontrowersje. Nie wszyscy naukowcy dali wiarę, że ów ślad katastrofy w ogóle istnieje. Tak jak powiedziałem, brakuje mocnych dowodów, ale badacze odkryli w Antarktyce, Australii, Afryce i Japonii, tam, gdzie znajdują się najstarsze ziemskie skały, odkryli tam ponoć kilkadziesiąt miejsc uderzeń towarzyszących głównemu impaktowi. W warstwach skał z okresu permu i triasu odkryto minerały pochodzenia pozaziemskiego. Nie odkryto jednak wspomnianego wcześniej irydu. Nie wykryto go, ale to nie jest jeszcze dowód obalający hipotezę kolizji permskiej. Najwyżej materiał pozwalający stwierdzić, że różne ciała niebieskie mają różny skład. Na przykład w materii wielu komet również nie występuje iryd. W skałach z Antarktydy z okresu permu odkryto jednak ślady chromu. Ten pierwiastek również dosyć rzadko występuje na Ziemi, natomiast bardzo często w meteorytach.
Warto w tym momencie podkreślić, że 250 milionów lat temu ziemskiej florze oraz faunie i tak groziło wymarcie. Przyczyniały się do tego zjawiska wulkaniczne. Jest bardzo prawdopodobne, że być może wielki syberyjski wulkan usadowiony na gigantycznych złożach węgla wydzielił do atmosfery tak dużo gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla i metanu, że spowodowało to gwałtowne ocieplenie klimatu i wymarcie wielu gatunków organizmów morskich. Naukowcy skłonni są jednak twierdzić, że same tylko zjawiska wulkaniczne nie mogły spowodować wielkiego wymierania permskiego. Kosmiczne kolizje to jedne z najbardziej dramatycznych wydarzeń, które są w stanie zmienić, a nawet unicestwić kwitnące życie. Grawitacja, która wprawia w ruch ciała niebieskie, doprowadza od czasu do czasu do ich zderzeń. Owe kolizje mają różną skalę. Od małych kosmicznych stłuczek po prawdziwe kosmiczne katastrofy. Zderzenia, o których mówię, wyzwalają olbrzymie ilości energii. Są zjawiskami gwałtownymi i niszczycielskimi.
To prawda, ale jak już Państwo wiecie, homo sapiens nie powinien akurat narzekać na kolizje kosmicznych obiektów, gdyż wszystko wskazuje na to, iż to właśnie owym kolizjom zawdzięcza swoją obecną pozycję na Ziemi. Dawno, dawno temu, czas mierzony w tym przypadku w miliardach lat, daleko, daleko stąd, za orbitą Neptuna, być może w okolicach Pasa Kuipera, ale co do tego astronomowie zaczęli mieć w pewnym momencie wątpliwości, doszło do kolizji dwóch ciał niebieskich. Większe z nich miało rozmiar Plutona. Efektem zderzenia był kosmiczny obiekt, który został nazwany przez ludzi Haumea. Odkrycie planety karłowatej Haumea ogłoszono w połowie 2005 roku. Tyle prostym językiem komunikatu naukowego, ale nic w tym odkryciu proste nie było. Otóż odkrycie ogłoszono 29 lipca 2005 roku, ale Haumea została sfotografowana już w roku 1955 i odnaleziona pół wieku później Na kliszach z Obserwatorium Palomar. Odkrycie zostało zgłoszone przez grupę José Ortiza z Obserwatorium Sierra Nevada w Hiszpanii, chociaż obiekt był obserwowany niezależnie przez grupę Mike'a Browna z Caltech w Stanach Zjednoczonych. Początkowo Brown uznał pierwszeństwo Ortiza, lecz sprawa stała się kontrowersyjna, kiedy pojawiły się wątpliwości, czy Ortiz nie wykorzystywał przypadkiem danych zebranych wcześniej przez grupę z Caltechu. Nie wiem, jak było, ale to zdaje się potwierdzać fakt, iż również naukowcy grywają od czasu do czasu nie fair.
Proszę, proszę, kto by to pomyślał? To było oczywiście tak zwane lokowanie sarkazmu. Jak czytamy w miesięczniku „Urania”, planeta karłowata Haumea kształtem przypomina zaokrąglone cygaro. Dłuższa średnica jest w przybliżeniu taka jak średnica Plutona, ale planeta jest znacznie chudsza. Obraca się bardzo szybko. Jeden obrót trwa około czterech godzin. Ta gwałtowna rotacja może tłumaczyć dziwny kształt obiektu. Planeta uległa wydłużeniu w wyniku szybkiego wirowania. Haumea należy do obiektów transneptunowych, to znaczy obiegających Słońce za orbitą Neptuna. Obecnie znajduje się około 50 razy dalej od Słońca niż Ziemia, a w czasie największego zbliżenia tylko albo aż o 35 razy dalej.
Obserwowana jasność gwiazdowa wynosi 17,5 mag. Gołym okiem widzimy do sześciu mag. Haumea jest postacią z mitologii hawajskiej, boginią porodu i płodności. Planeta karłowata ma budowę skalistą, a powierzchnię pokrywa skorupa lodu. Haumea ma dwa księżyce, które powstały prawdopodobnie w wyniku zderzenia innego obiektu z planetoidą. Oderwane fragmenty uformowały dwa księżyce: Hi'iaka oraz Namaka. W mitologii Hi'iaka to bogini urodzona z ust Haumei, a Namaka to duch wody powstały z ciała bogini Haumei. Dzięki tym księżycom można było wyznaczyć masę planety. Wynosi ona 32% masy Plutona. Ocenia się, że około 10% obiektów w pasie Kuipera posiada satelitę, ale aż do naszych czasów nie znano obiektów w tym obszarze, które mają więcej niż jeden księżyc.
Wyjątkiem jest tu oczywiście Pluton. Haumea, jak już wspomniałem, powstała w wyniku kolizji, a w takim przypadku nie podróżuje przez wszechświat samotnie. To już wiemy. Oprócz księżyców towarzyszą jej inne obiekty, czytaj: odłamki skalne, które tworzą rodzinę planetoidy. Obiekty należące do rodziny planetoidy okrążają Słońce po podobnych torach i podobnej orbicie, ponieważ oderwały się od tego samego obiektu pierwotnego. Haumea oraz jej rodzinka krążą w pobliżu pasa Kuipera, swoistego składowiska obiektów, które nie zostały włączone w strukturę planet Układu Słonecznego. Powtórzmy. Miliardy lat temu skała pokryta lodem o średnicy 2000 kilometrów pędziła w pobliżu wspomnianego pasa Kuipera z prędkością 5000 kilometrów na sekundę, aż natrafiła na inną, mniej więcej o połowę mniejszą planetoidę. Zderzenie wyzwoliło energię odpowiadającą 10 miliardom bomb atomowych znad Hiroszimy. W wyniku tego powstały wielkie bryły o średnicy nawet 400 kilometrów.
Stworzona została w ten sposób rodzina planetoid, a Haumea jest największym jej członkiem. Obecnie obrót Haumei wokół własnej osi zajmuje jej cztery godziny. Uderzenie nadało jej tak szybki ruch obrotowy, że planetoida rozciągnęła się i przypomina niedopompowaną piłkę do rugby. Warto też dodać, że Haumea jest najszybciej wirującym obiektem, jaki został odkryty w Układzie Słonecznym. A skoro już mowa o osiągnięciach, to jest to najjaśniejszy obiekt w tamtej okolicy. Planetoida jest duża, ale przede wszystkim jest jasna i lśniąca, ponieważ jej powierzchnię pokrywa cienka warstwa lodu. Uczeni skłonni są sądzić, że kolizja, w wyniku której powstała Haumea, była jedną z największych katastrof w zewnętrznej części Układu Słonecznego. Warto przy tej okazji podkreślić, że Haumea jest sto razy większa od pozostałych swoich krewnych, a mimo to wszystkie ciała utrzymują zbliżone orbity wokółsłoneczne. Obiekty trzymają się razem. W tym przypadku warto przypomnieć wspominaną już przeze mnie analogię do rzutków.
Kiedy strzelec strzela do obiektu wyrzuconego przez automat, to chociaż w wyniku trafienia rozpada się on na szereg drobnych elementów, wszystkie one zachowują podobny tor lotu. Najbardziej pasjonującą kwestią dla naukowców jest to, czy Haumea zderzy się z jakimś innym obiektem. Ostatecznie porusza się w okolicy, w której orbituje cała masa kosmicznych skał. Owe rozważania nie są jedynie próbą zaspokojenia naukowej ciekawości. Mają jak najbardziej praktyczne znaczenie. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że zderzenie zakłóci orbitę Haumei A to może mieć naprawdę niebezpieczne skutki. Istnieje możliwość, iż w wyniku kolizji planetoida zostanie wyrzucona do wnętrza Układu Słonecznego. Podobnie może się stać, gdy przetnie orbitę Neptuna, a wielka planeta znajdzie się akurat w pobliżu. Podróż w kierunku Słońca to oczywiście jeden z wielu możliwych wariantów. Co jakiś czas obiekty transneptunowe są wyrzucane w kierunku Słońca, a wówczas bardzo często owe oblodzone skały w drodze do Słońca ciągną za sobą długie warkocze gazu.
Haumea może zbliżyć się do Jowisza, ale jeśli nie trafi w planetę, nie zostanie przez nią ściągnięta, to poszybuje w nieznanym kierunku, być może w kierunku Ziemi. Prawdopodobieństwo, że trafi akurat w naszą planetę jest minimalne, ale po pierwsze niczego nie można wykluczyć, a po drugie takich potencjalnych planetoid killerów jest całkiem sporo. I stąd wniosek najprostszy z możliwych. Proponuję astronomom, aby częściej spoglądali w niebo i może warto to robić z naprawdę dużym zaangażowaniem. Ostatecznie wszystkie sprawy tak szalenie ważne dla naszego świata: giełdy, polityczne targi, dążenie do dominacji i panowania czy rozumienie, czym naprawdę jest demokracja. To ponowne lokowanie sarkazmu, mogą skończyć się, kiedy na ziemskim niebie pojawi się wielka planetoida sunąca ku powierzchni naszej planety. Cóż, wymieranie nie może być procesem przyjemnym. Zdecydowanie nie może. I ponownie państwa zaskoczę. Ja wiem, to takie małe zaskoczenia.
Zresztą umówmy się, jeśli audycja powstaje co tydzień i jest w miarę regularnie emitowana, to trudno o jakieś wielkie zaskoczenie. No ale dzisiaj przynajmniej staram się i za chwilę zaproszę Państwa na kolejne wydanie, kolejną odsłonę Recenzarium Evivy. Tym razem Luiza Eviva Dobrzyńska zaprezentuje omówienie książki „Olśnienie”. Hmm, jakby tu zrobić wprowadzenie? No powiedzmy tak: to kilka słów o apokalipsie, ale takiej niebiblijnej, o apokalipsie, a właściwie może o postapo? Posłuchajmy.
[57:27] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie da się ukryć, wielu czytelników lubi w literaturze temat apokalipsy, a nawet niekoniecznie samej apokalipsy, tylko tego, co dzieje się później. Nawet taka literatura doczekała się własnego nurtu. Jednak i opis samej katastrofy też jest wdzięcznym tematem na książkę. Tylko czy to musi być katastrofa sensu stricte? Bywa różnie. Bywa tak, że jest to coś, co ściągamy sami na siebie, albo coś, co przychodzi z zewnątrz, a czasem jedno i drugie. O czymś takim napisał Paul Anderson w książce „Olśnienie” i muszę powiedzieć, że wziął się za bary z tematem dość interesującym. Nie był w tym pierwszy, ponieważ przed nim Aldous Huxley w swej kultowej książce „Nowy wspaniały świat” opisał coś podobnego. Nazywało się to eksperyment cypryjski.
W jego przebiegu zaludniono wyspę społeczeństwem złożonym z samych ludzi o najwyższym potencjale inteligencji. Efekt był jednak dość nieoczekiwany. Okazało się, że jest absolutnie niemożliwe, by mogło działać społeczeństwo, w którym wszyscy ludzie są tak samo inteligentni. Paul Anderson rozwinął tę myśl. Jego książka „Olśnienie” traktuje o takiej właśnie sytuacji. Wskutek uaktywnienia szczególnego rodzaju pola wszystkie istoty zamieszkujące Ziemię doświadczają nagłego skoku inteligencji. Inteligencji na swoją miarę, co prawda, ale jednak. Efekt jest taki, że jeśli chodzi o zwierzęta, drapieżniki mogą lepiej polować, natomiast ich ofiary stają się dużo sprytniejsze i łatwiej im unikać ataku. Natomiast jeśli chodzi o ludzi, kwestia staje się dużo bardziej złożona. Okazuje się, że sytuacja, w której każdy, nawet najzwyklejszy, najbardziej prosty robotnik uzyskuje inteligencję naukowca, skutkuje całkowitym rozprzężeniem gospodarki i wręcz zniszczeniem cywilizacji jako takiej.
Nikt już nie chce wykonywać podrzędnych prac, bez których nie może istnieć żadna cywilizacja. Dobrze to ujął właśnie Huxley, mówiąc ustami jednej ze swych bohaterek: „Nie moglibyśmy istnieć, gdyby nie epsylony”. To prawda. Tylko na co dzień tego nie widzimy albo nie chcemy widzieć. Lekceważymy ludzi prostych, niewykształconych, niewykwalifikowanych, wykonujących najcięższe prace. Ale co gdybyśmy to my musieli je wszystkie wykonywać? Nie dlatego, że tak chcemy, ale dlatego, że musimy, ponieważ nie ma nikogo, kto byłby mniej wykwalifikowany niż my. No właśnie. Właśnie taką Ziemię przedstawia Anderson. Nie tylko oczywiście problem jest wśród ludzi, ponieważ część bydła hodowlanego na przykład zwraca się przeciwko swoim właścicielom.
Ale z powodu różnic w budowie mózgu zwierzęta nie są w stanie ludziom zagrozić. Natomiast ludzie zagrażają samym sobie. Nie mija wiele czasu, kiedy cała cywilizacja znajduje się w rozsypce. Okazuje się, że przetrwać mogą jedynie niewielkie rolnicze enklawy, które zwracają się do tak zwanej pracy u podstaw i resztę odkładają na bok. No właśnie o to chodzi. Żeby istniała stabilność społeczna, tych najinteligentniejszych musi być relatywnie mało. To brzmi tak, jakby istniała jakaś inżynieria inteligencji. Biorąc pod uwagę rozkład IQ wśród ludzi, można dojść do takiego wniosku. Ale skąd by się to nie brało, pozostaje rzeczą jasną: możemy funkcjonować jako społeczeństwo dlatego, bo bardzo mało z nas jest wybitnie inteligentnych. Niewielu jest bardzo inteligentnych i mało jest średnio inteligentnych.
Największy procent ludzkości stanowią ci z IQ poniżej średniej. I właśnie dzięki temu może istnieć cywilizacja. To udowadnia Anderson. Przedstawia globalną katastrofę ekonomiczną i społeczną spowodowaną tym, że nagle wszyscy stali się zbyt mądrzy. I nie chodzi tu o to, że zaczęli nagle na wyścigi wymyślać nowe narzędzia zagłady. Nie. Chodzi o coś zupełnie innego. O to, że praca poniżej własnych kwalifikacji jest dla człowieka czymś, co destabilizuje jego psychikę. Właśnie o tym pisał Huxley. Alfę można w pełni socjalizować, ale tylko pod warunkiem, że da mu się pracę alfy.
Na Ziemi złożonej z samych alf nie byłoby żadnej cywilizacji, tylko jedna wielka wojna. Wszystkim polecam przeczytanie "Olśnienia". Jest to nie tylko bardzo mądrze skonstruowana powieść science fiction, ale też powieść psychologiczna, która rozkłada niejako na cząstki wzorzec psychologiczny jednostki ludzkiej oraz to, co nazywamy więzami społecznymi. Okazuje się, że potrzeba bardzo niewiele, aby przestały one istnieć lub zmieniły się we własną karykaturę. Czy "Olśnienie" przed czymś ostrzega? No nie, raczej nie. Wiadomo, przed tym, żebyśmy nie manipulowali dokonaniami naukowymi i tak dalej, ale to tak z boku. Jest to raczej próba przedstawienia pewnej historii niż próba nauczenia czegoś czytelników. I trzeba przyznać, że Paul Anderson zrobił to ogromnie zgrabnie. Także wszystkim polecam "Olśnienie", które ukazało się w cyklu Wehikuł Czasu wydawanym przez Rebis.
Na pewno nie pożałujecie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:03:14] - Proszę państwa, proszę państwa, wszystkich zaniepokojonych tym, czy będzie dzisiaj „Filmotekarium” niniejszym informuję, że będzie i to już za chwilę. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o filmie noszącym tytuł: „O człowieku, który kochał UFO”. Produkcja egzotyczna. No ale o tym wszystkim za chwilę. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:03:43] - Witam, witam. A dzisiaj chyba trochę mówimy o filmie o mnie i o tobie też, bo to film pod tytułem: „Człowiek, który kochał UFO”. To taki żart na sam początek, ale jak już zacząłem, to pociągnę. Jak pewnie wiecie, „Filmotekarium” skupia się na pewnym wąskim wycinku kinematografii światowej pod tytułem horror i sci-fi. Czasami jednak wkracza na inne gatunki, kiedy ta tematyka jest łączona z dwoma poprzednimi. I na przykład horror jest osadzany w komedii czy dramacie albo sci-fi i tak dalej. I tak jest troszeczkę w przypadku filmu „Człowiek, który kochał UFO”. Dlaczego o nim mówimy i dlaczego to niby taki rodzynek, że poświęcamy mu cały odcinek? Ano to również film o UFO, a te traktujemy zawsze w „Filmotekarium” w jakiś sposób priorytetowo. Jeżeli dodamy do tego fakt, że jest to nowość, która niedawno zagościła na platformie Netflix, gdzieś tam na tle innych produkcji, głównie dokumentalnych na temat UFO, no to macie odpowiedź, dlaczego ten film dzisiaj będziemy omawiać, a za chwilę się dowiecie, czy go polecamy, czy nie.
[01:04:56] - No to może ja od razu rozwieję wątpliwości. Ja go niekoniecznie polecam jako film, który państwa rozerwie. Cokolwiek miałoby to znaczyć. To jest film, który można analizować pod zupełnie innym kątem. Jeśli państwo oczekujecie po filmach rozrywki, to tu ta rozrywka będzie dyskusyjna. Tak to sobie określmy, bo film rzeczywiście opowiada o UFO. Pojawia się tam jakieś UFO, jakieś światła na niebie się pojawiają, ale tak naprawdę ten film, oparty zresztą na prawdziwych wydarzeniach, odwołujący się do prawdziwej postaci z lat 80. dziennikarza argentyńskiego José Déser. To jest film, który opowiada jego historię, dziwną historię. Ale musimy mieć też świadomość, że kiedy mówimy o UFO, czy według nowych standardów o UAP, to niejako nierozłącznym elementem tych historii są próby oszustwa, wprowadzenia w błąd, jakichś takich zabiegów, dziwnej treści, niemal magicznych, które mają przyciągnąć ludzi.
Mają przyciągnąć gawiedź, która mówi: „Łoł, ciekawe”. Chyba nie o to w tym wszystkim, mam na myśli UFO, chodzi. Ale niektórym wydaje się, a już środkom masowego przekazu to już na pewno się wydaje, że najważniejsze jest robienie szumu. I o takim robieniu szumu jest tak naprawdę ten film „Człowiek, który kochał UFO".
[01:06:51] - Film powstał w Argentynie. Opowiada nam historię wspomnianego dziennikarza José De Sery. Nam się zero kojarzy z czymś negatywnym, szczególnie w kontekście tego, co kiedyś powiedział Leszek Miller. Tutaj to jest trochę dwuznaczne, oni oczywiście o tym nie wiedzieli. Trochę śmieszkuję. José De Sere specjalizuje się w tematach rozrywkowych. To się wszystko dzieje gdzieś w latach 80., kiedy telewizja dyktuje trendy, kiedy telewizja tworzy coś, co my dzisiaj określamy viralami. José żyje sobie w świecie pełnym napięć. Pewnego razu zupełnie nieoczekiwanie obserwuje UFO, które go poraża. I to nie, że go poraża, że jest zszokowany, tylko go poraża.
Pada na ziemię jak martwy, jak ścięty, a kiedy się budzi w szpitalu, to przychodzą do niego niespodziewani goście. To nie są szaraki, to nie są kosmici, to są ludzie. I ci ludzie mu mówią, że przybywają gdzieś z prowincji, z podupadającego miasta, które musi się przestawić z przemysłu na turystykę i potrzebuje punktu zaczepienia, bo tam w zasadzie nic nie ma. Trzeba się zaczepić o UFO, o kosmitów. José De Sere ma im w tym wszystkim pomóc. Wyrusza więc do tej prowincji ze swoim wiernym kamerzystą Chango i podążają na górę za miastem i tam znajdują spektakularne wypalenisko, okrągłe ślady po lądowaniu UFO. Historia tutaj nawet jest jako taka. Muszę powiedzieć, że gdyby nie fakt, że to jest niby oparte o rzeczywiste wydarzenia, że José De Sere istniał naprawdę, to uznałbym, że to jest strasznie miałkie i w ogóle nieciekawe, że niektóre sceny, które tam oglądamy, nie wiadomo, po co są. Ale warto powiedzieć coś jeszcze ważnego dla recepcji tego filmu. Otóż jak mówimy, jest on oparty na faktach.
José De Sere i Chango istnieli naprawdę. Zasadniczo robili coś podobnego, co w tym filmie, poszukiwali sensacji, kręcili reportaże o UFO i tak dalej. To nam dodaje pewnego sensu, ale film jest ogólnie rzecz biorąc mdły.
[01:09:06] - I nudny.
[01:09:09] - Zrealizowany jest poprawnie, profesjonalnie. Jeżeli trzeba by się było czepiać, no to nie ma czego. Dobrze się go ogląda, ale czegoś brakuje. Brakuje jakiejś temperatury, dlatego, że od samego początku mamy sprawę postawioną jasno, że to nie jest na poważnie, że tam UFO jest dla jaj, tam nie ma żadnej tajemnicy i to jest wielkie kłamstwo. Pewnie tutaj już odbieramy wam wszelką nadzieję i w ogóle sens i radość z oglądania tego filmu. Może świadomość tego, że to się działo naprawdę, że to jest jakieś studium tragedii tego bohatera, nawiązanie do tego, jak się robi telewizję i tak dalej, pomaga w dotrwaniu do końca. Ale i tak jest ciężko. W ogóle nie rozumiem Netflixa, powiem ci. Po co w ogóle robić taki film? Po co go puszczać w Europie?
Dla świata poza Argentyną José De Sere jest postacią nieznaną. Nic nam nie mówi nazwisko, nic nam nie mówi jego dorobek, nie kojarzy się z niczym. Jakby zrobili film o Bernatowiczu, to okej, oglądany by był, pewnie przez starsze panie głównie, ale José De Sere co to komu mówi? Nic. Pewnie nawet większość widzów nie sprawdzi, czy on istniał naprawdę, czy nie. W tym filmie nie ma temperatury żadnej, nie ma zaciekawienia, nie ma punktu zaczepienia. Może jak się jest Argentyńczykiem, który pamięta lata 80., to będzie to interesujące, ale myślę, że to będzie tak interesujące, jakby ktoś zrobił u nas program o — z całym szacunkiem oczywiście — nie wiem, jak realizowano „Piórkiem i Węglem” albo coś w tym stylu. Chociaż to nie jest ta liga. Dodam też, Marku, takie moje wrażenie osobiste, że momentami ma się przekonanie, że to jest film o Nietzsche, szczególnie na samym początku. Na Boga, co mnie obchodzą historie z życia człowieka, który udaje się na wieś i robi jakiś hoax, robi jakąś mistyfikację.
To się nie trzyma kupy w ogóle.
[01:11:13] - Piotrze, ty już dobrze wyjaśniłeś tę pozorną sprzeczność, która się pojawiła między naszymi zdaniami, bo z jednej strony ty mówiłeś, że film jest poprawnie zrealizowany, ja mówiłem, że jest nudny. Nie ma sprzeczności. Rzeczywiście on jest pod względem takiej przynajmniej rozumianej przez odbiorcę sztuki filmowej zrealizowany poprawnie. Tam się nie ma do czego przyczepić, ale z drugiej strony jest nudny, proszę państwa, jest strasznie nudny. Muszę powiedzieć, że gdybyśmy chcieli dorobić filozofię do „Kawałka ciała”, to da się tę filozofię dorobić. Otóż Piotr to już sygnalizował: drapieżność telewizji w tamtym czasie, ale myślę, że to do dzisiaj zostało. Pewna bezwzględność, eksploatacja, pewne nastawienie się na to, że trzeba widza zszokować, trzeba go po prostu porazić. Bardzo dobrze przebija z tego filmu, ale to nie jest, proszę państwa, coś Co was przykuje do ekranu. Ja przyznam, że gdybym tego filmu nie musiał obejrzeć, to bym go nie obejrzał do końca. Absolutnie.
[01:12:26] - Nie jest tak, że myśmy go musieli oglądać. Myśmy zostali zwabieni przez tytuł.
[01:12:31] - Tak jest.
[01:12:32] - Jak powiedziałem, filmy z UFO mają u nas pierwszeństwo. I druga sprawa to jest, Marku, niezgodność produktu z opisem. Bo ja miałem wrażenie, że to będzie coś głębszego, że nam pokażą coś, co nami wstrząśnie. A tutaj nic. Tak jak mówię, niech sobie by trafiło na jakiś streaming do Argentyńczyków, niech oni to oglądają, ale mnie to ani mierzi, ani parzy. To dla mnie jest absolutnie nieudane. To nie jest film o UFO przede wszystkim. To jest film o tym, jak się robi telewizję. I równie dobrze można by nakręcić film, biografię Kamila Durczoka na przykład i puścić ją Argentyńczykom i zapytać o opinię. Mniej więcej byłyby chyba takie same jak nasze.
[01:13:16] - Tak, ale próbując przynajmniej ratować sens obejrzenia tej produkcji, zacząłem sobie myśleć o tym, że UFO jest niemal nierozłączne z próbami oszustwa. Bo z tym tu mamy do czynienia. Bo po tym pierwszym widoku wypalonego skrawka ziemi, wypalonego na okrągło, a zatem na pewno UFO lądowało, w głowie naszego bohatera pojawia się myśl, że da się połączyć promocję regionu tego miasta z UFO, a w dodatku z własną karierą. To też jest pokazane w tym filmie, jak on tę karierę robi, jednocześnie robiąc telewizję, promocję miasta i pewne show, które widzów przyciągało. Musiało przyciągać, skoro je robił. To mogłoby być ciekawe, gdyby zostało nakręcone z pewnym pazurem, z pewną drapieżnością. Ale ten film, proszę państwa, toczy się jak korona królów, czyli dosyć powoli i tak nieśpiesznie i z zerową porcją emocji. To nie jest przepis na film. Moim zdaniem, gdyby za tę historię wziął się scenarzysta z pazurem, to zrobiłby film, który by się, cudzysłów, oglądało. I on rzeczywiście nie byłby o UFO, ale byłby na przykład filmem o tym, jak się ludzi robi w trąbę.
Jak się ich oszukuje, jak im się sprzedaje pseudofakty i w dodatku emocje. Bo tam w pewnym momencie, kiedy główny bohater zagłębia się w jaskiniach, podąża, już mamy wrażenie, że za chwilę zobaczymy jakiegoś szaraka, a w każdym razie on stara się wywołać wśród swoich widzów takie właśnie wrażenie, to widać, że tam emocje odgrywały w tych 80. latach rolę. Tylko my tych emocji nie czujemy zupełnie. Ten film pozbawiony jakichkolwiek emocji jest i to jest duża słabość tej produkcji. Szkoda, bo powtarzam, gdyby wziął się za tę historię jakiś zdolny scenarzysta, który potrafiłby wyciągnąć owe emocje, to mielibyśmy produkcję, która przynajmniej wywołałaby dyskusję o tym temacie, który sygnalizowałem. Czyli, że UFO i oszustwo blisko siebie stoją, że przez cały czas tematowi poważnemu tego, co się pojawia na niebie, towarzyszyło od początku niemalże oszustwo. Próby oszustwa, próby wmówienia ludziom, że coś się wie, ale się na przykład nie może zdradzić albo nie może do końca powiedzieć, bo... I tu następowała cała lista różnych przyczyn. Tego w tym filmie nie ma.
W tym filmie jest zupełnie coś innego i to nie porywa.
[01:16:44] - Ja bym tutaj dodał pomiędzy to UFO i oszustwo jeszcze media, dlatego, że media zazwyczaj odpowiadały za nagłaśnianie tych wszystkich fejków i to media często produkowały te fejki. Co tu mógłbym jeszcze powiedzieć w kwestii tego, jaki ten film jest. Było dużo filmów o tym, jak się robi telewizję. „Człowiek z żelaza", czy ostatnio omawiany przez nas, może nie tak ostatnio, ale parę miesięcy temu, „Late Night with the Devil". To była taka opowieść, taki horror o talk show. Pamiętacie może.
[01:17:19] - Przerwę ci, Piotrze. Znakomity film notabene, znakomity pod kątem właśnie tego patrzenia, jak się robi telewizyjne show.
[01:17:30] - A tutaj w przypadku „Człowiek, który kochał UFO" to tak przeleciało. Nie wiadomo, o czym to było. Był chłop, coś tam robił i niewiele nas to powinno obchodzić, bo i niewiele obchodzi. Ale jak mówiłeś o tym dorabianiu ideologii do kawałka ciała, to oczywiście zaraz się pojawiły głosy i to ma być film o tym, że telewizja kłamie. Ale przecież my wiemy, że telewizja kłamie. Doszło nawet do takiej sytuacji, że reżyser „Człowieka, który kochał UFO" zaczął tłumaczyć, o co tam chodzi. Powiedział, że wierzenia górują nad rozumem, bez względu na to, czy się wierzy w Boga, czy w kosmitów. Ja myślę, że nie do końca. Film jest o tym, jak media kreowały i kreują rzeczywistość i że o tym należy pamiętać w naszych czasach również. Dlaczego?
My jesteśmy już Kilkadziesiąt lat dalej niż Jose De Mester, który nie żyje niestety i nam się dzisiaj wydaje, że też widzieliśmy wszystko. Internet i telewizja biją się ciągle o uwagę, o widza i w tym nawale treści czasami rzeczy wartościowe przegrywają pod względem oglądalności z bzdurami absolutnymi. Powiem wam taką opowiastkę z życia wziętą. Zresztą to jest tak naprawdę zbiór kilku opowiastek. Otóż na przestrzeni lat, ale to było dobrych kilkanaście lat temu, wielokrotnie kontaktowali się ze mną dziennikarze telewizyjni, często topowi, związani najczęściej z TVN, z różnymi stacjami. Ja potem przestałem się z nimi kontaktować, przestało mnie to interesować. Zazwyczaj się odzywali wtedy, kiedy przygotowywali materiały o UFO. Czasami się odzywali sami, ale najczęściej przez swoich researcherów czy też pomocników. I to wyglądało zazwyczaj tak, że początkowo oni byli zawsze bardzo uprzejmi, obiecywali nie wiadomo co, jakie tam formy promocji. To się nigdy nie sprawdzało, zawsze kłamali.
Ale też kiedy te TVN, te wszystkie, mógłbym ich wymienić z nazwiska w sumie, ale po co? Kiedy oni przygotowywali te materiały o UFO, to traktowali ciebie tak, że ty mówisz poważnie na przykład. A potem, kiedy się oglądałeś w telewizji, to byłeś tak powycinany, że wychodziłeś na zupełnego idiotę, jakiegoś szura, jakiegoś mistyfikatora na przykład. I dlatego mi się odechciało. A już najbardziej to mi się odechciało, kiedy pojechałem z fotoreporterem, tam był też Grzegorz Tarczyński i jeszcze jedna osoba. Nie wiem, ten fotoreporter gazety na F się do nas przyczepił wtedy jakoś i pojechaliśmy odwiedzić miejsce, taką szkołę nawiedzaną przez ducha. I w pewnym momencie ten pan z gazety na F zapytał nas, ponieważ on był u nich na kontrakcie i miał wszystko spisane, to zapytał nas: „No dobrze panowie, my tutaj pitu pitu, ale który się z was za ducha przebiera?”. Bo jemu się spieszy. Ja już wtedy straciłem rezon. Przestałem się kontaktować z telewizjami, chociaż oni ciągle wydzwaniają, natomiast ja mam ich w nosie tak naprawdę.
Telewizji prawda nie interesuje. Telewizji prawda nie interesowała nigdy. Chodzi o to, żeby skręcić materiał, skręcić jakiegoś shorta, setkę, jak sobie kto tam to nazwie, tak nazwie, zaprezentować różne punkty widzenia, a tak naprawdę urywki odpowiedzi, fragmenty większej całości. I tak to wygląda. Internet jest pod tym względem lepszy, bo pozwala każdemu się wypowiedzieć, pozwala się wytłumaczyć. I może o tym jest ten film, że ludzie zbytnio wierzyli telewizji, że nadawali jej zbyt duże znaczenie, że za bardzo się zachłystywali mediami, tym, co powiedział ładny pan z ekranu. Tak to można ocenić, ale to tego filmu jego wartości rozrywkowych w żaden sposób nie usprawiedliwia. Bo jak mówię, to, że telewizja kłamie, to my wiemy nie od dziś. To było mdłe. Ten film nas oszukał.
Netflix nas oszukał znowu chciałoby się powiedzieć. To nie jest film dla Europy ogólnie. Powiem ci, że oni teraz z tego, co słyszałem, przygotowują taki serial to ma być chyba, gdzieś tam oparty trochę o Emilcin, związany z tematami UFO, tajne służby PRL. Ja jestem strasznie ciekawy, a z drugiej strony pełen obaw, co im z tego wyjdzie, bo jeżeli to będzie utrzymane w takim samym duchu jak to, to aż mi skóra cierpnie, co tutaj będziemy mieli. Natomiast jest jeszcze jedna sprawa. Te mistyfikacje, o których wspominałeś, bo jest ich mnóstwo rzeczywiście. Obok Zdanów chociażby mamy słynny film z autopsją obcego. To jest chyba najsłynniejsza fikcja, najsłynniejsza mistyfikacja telewizyjno-dokumentalna związana z obcymi. Przypominam, że w połowie lat 90. pewien pan stwierdził, że ma dostęp do filmu, który przedstawia sekcję zwłok kosmity.
I tutaj Marku jest dziwna rzecz, dlatego że minęło tak naprawdę 30 lat prawie, a może już minęło. To wszystko zostało opisane, zdemaskowane dziesiątki razy, kłamstwo zostało wywleczone na wierzch. A tak naprawdę, kiedy wchodzimy do internetu, kiedy szukamy zdjęć, kiedy sobie przeglądamy TikToki czy filmy na YouTubie, to raz za razem trafiamy na to samo. Trafiamy na ten film z autopsją obcego. To nadal żyje. Humbug raz puszczony w eter żyje wiecznie i jeżeli ktoś nie zna kontekstu, jeżeli ktoś nie zna historii, to się na to złapie. I to mnie trochę niepokoi. I tutaj to sobie warto przypomnieć w kontekście tego filmu, bo kiedy my zaglądamy do internetu, jak mówię na TikToki, na YouTube'a, to widzimy dziesiątki filmów, grafik, jakichś tam manipulacji cyfrowych związanych z obcymi. I to cały czas jest. Tego jest mnóstwo też z przeszłości.
O tym warto pamiętać. Tylko że ten film nie sprawia, że my się zaczynamy nad tym zastanawiać. Ten film sprawia, że chcemy się ululać albo go szybko skończyć, albo go wyłączyć po prostu.
[01:24:01] - Piotrze, wymieniłeś nazwę miejscowości mazurskiej i mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że w tej chwili część ludzi już wyłącza pracowicie ten podcast, a część ludzi strzyże ucho: „To ciekawe”. Bo tak działają media w ogóle ... że polaryzują, starają się to polaryzować i z jednej strony słyszymy, że ktoś w coś bardzo wierzy i to jest w związku z tym prawda, bo ktoś w coś wierzy. Z drugiej strony próba jakiejś weryfikacji powoduje wręcz agresywne wypowiedzi, bo przecież jak weryfikować coś, co jest prawdą? Sprzeczność logiczna, ale dobrze, zostawmy to. Dlaczego to przywołałem? Dlatego, że tu znowu możemy przenieść to na film, który omawiamy. „Człowiek, który kochał UFO”. Otóż macie państwo tam obrazy, które każą wam wierzyć. Dostajecie obrazy obcych albo gdzieś blisko obcych i macie w to wierzyć.
I kwestia wiary albo wiedzy to jest kwestia bardzo ważna i warto rozróżniać te dwie kategorie. Wiara to bywa rzecz niezwykle cenna, ale ona pozostaje w sferze prywatnej. To my w coś wierzymy. Próba narzucenia tego innym to jest zawsze wątpliwe, nie tylko moralnie, ale też logicznie. Wiedza to jest coś, co bardzo trudno osiągnąć i w związku z tym czasami jest też trudne do przekazania. Bo żeby wiedzę przekazać, to trzeba trafić na człowieka, który jest w stanie zrozumieć przekaz. To, co do niego mówimy, jest w stanie połączyć kropki, kreski, wysunąć pomiędzy tymi kropkami i tak dalej. Tym się to mniej więcej różni. I my w filmie „Człowiek, który kochał UFO” mamy do czynienia z próbą narzucenia nam albo z próbą narzucenia telewidzom wiary. Wierzcie w to, bo ja opowiadam wam historię niesamowitą.
Ileż razy widzieliście państwo w różnych przekaziorach tego rodzaju sugestie? Powiem wam, jak jest. I co więcej, z erą telewizji, która minęła, mija, to się nie skończyło. Dzisiaj to samo spotykacie państwo w internecie. Macie państwo kanały, które mówią wam: może jest tak, może jest tak, nie wiemy. I one nie cieszą się popularnością, ponieważ zasiewają wątpliwość. Mówią o tym: a może jest inaczej? A jakie kanały cieszą się niezaprzeczalną dominacją? Takie, które mówią: ja wiem, jak jest. Ja wam powiem, jak jest.
Mnie słuchajcie. I co wam to przypomina? Bo mnie to przypomina sektę. To jest głosiciele prawdy. Tylko czy aby na pewno?
[01:27:14] - Jeżeli chodzi o tą śmierć telewizji, to z jednej strony można ją odtrąbić, ale też zauważam coś takiego, że ona się przedłuża ta śmierć. To chyba jeszcze nie następuje. To chyba jeszcze nie jest ten czas. O co mi chodzi? W Polsce na przykład telewizja nadal rządzi umysłami pewnych pokoleń. Ja myślę, że najmłodsze z tych generacji, one w ogóle telewizji nie oglądają. Ale jeżeli chodzi o poziom realizacji treści, to telewizje jednak, szczególnie te duże, te połączone w jakieś korporacje, one jednak mogą więcej. Kiedy popatrzę na internet, chociażby na YouTube'a, to jest pewien problem, bo żeby coś wyprodukować, żeby ci się zwróciło, to się trzeba nawysilać. Jednak te produkcje internetowe są proste. Albo to są gadające głowy, albo to są jakieś mniej lub bardziej amatorskie produkcje.
Ale jednak jeżeli chodzi o te kwestie związane z rozmachem, że tak powiem, z widowiskowością, to telewizja jednak króluje nadal, mimo wszystko. Ale wróćmy do tego filmu, o którym mówimy. To, co zrobił José De Zer wokół góry Cerro Uritorco, chyba tak to się nazywało, wobec tego, co wyczyniają dzisiaj telewizje, kiedy telewizje w Polsce, nie oszukujmy się, kłamią. Kłamią dla zysku politycznego. To, co on zrobił, się wydaje niewinne, ale przyczynił się do powstania pewnej legendy, że wokół tej góry dzieją się zjawiska niezwykłe, że tam są obcy i tak dalej. Także z perspektywy kogoś, kto tą historię zna, kto jest lokalsem, kto jest Argentyńczykiem pamiętającym José De Zera, to okej, wszystko jest fajnie, ale dla mnie na przykład ta historia nie ma temperamentu, nie jest wciągająca. Jeżeli jej nie obejrzę, to nic się nie stanie. Nawet te wszystkie przemyślenia związane z tym, że media kłamią, jakoś też nie zmienią wartości w moich oczach. Nawet się zastanawiam, czy polecić ten film osobom, którym się nudzi, które nie wiedzą, co obejrzeć. Czy można?
Musicie się kilka razy zastanowić, dlatego że to jest film tego typu, kiedy na samym początku już mówią nam, o co w nim chodzi.
[01:29:39] - Ja powiem tak, proszę państwa, jeśli macie oglądać film, który opowie wam coś, co doskonale wiecie, z czym zetknęliście się już nie raz, to chyba szkoda czasu. Powiem tak: ten film, o którym za chwilę powiem, nie pojawi się w serii „Filmotekarium”, bo już się zestarzał. On ma już kilka lat, ale z pewną fascynacją obejrzałem bardzo nudny francuski film pod tytułem, który zgubi się w przestrzeni internetowej, bo jest powtarzalny. Nosi tytuł „Astronauta”. I to był film, który tak jak powiedziałem, był może nudny, ale miał w sobie przynajmniej jakiś walor artystyczny. Pewno bym się do niego mocno przyczepił w wielu miejscach, ale przynajmniej było tam jakieś napięcie. To nie był film sensacyjny, nie był film przygodowy, ale niósł jakieś przesłanie. Dlaczego wspominam o filmie, o którym dzisiaj nie powinniśmy mówić? Dlatego, że nie znajduję minimalnego przesłania w filmie „Człowiek, który kochał UFO” i uważam, że czas poświęcony tej produkcji był, nie chcę patetycznie zabrzmieć, ale to był zmarnowany czas. Ani to historia, która była przedstawiona ciekawie, ani to historia, która zburzy państwa światopogląd.
To jest historia, właściwie nie wiem jaka. Można to obejrzeć, tylko rodzi się pytanie: po co?
[01:31:16] - Także dzisiaj śmiało możemy powiedzieć, że obejrzeliśmy ten film dlatego, żebyście wy nie musieli, a pewnie też byśmy go nie oglądali, gdyby się nie pojawił w obrocie międzynarodowym na wiadomej platformie. Cóż, do usłyszenia. Trzymajcie się.
[01:31:34] - To teraz czas na „Alchemię tworzenia”. „Alchemia tworzenia” Katarzyny Prychacz. Dzisiaj odcinek „Aparaty i natchnienia”. Będzie ciekawie. Jak zwykle zresztą.
[01:31:50] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. „Alchemia tworzenia”. Gotowi? To lecimy z cytatem. Oczywiście Salvador Dali: „Zawsze mam przy sobie cenny aparat, dzięki któremu realizuję większość swoich obrazów. Przypomina on bardziej malutki, delikatny, kolorowy telewizor niż paskudny, odrażający, mechaniczny aparat fotograficzny. Co najdziwniejsze jednak, jest kompletnie miękki.
Tak, tak, to oko.” Mamy klasycznego Dalego, on i jego zamiłowanie do miękkich, opływowych form. Słuchajcie, czemu ten cytat? Przede wszystkim myślę, że dlatego, że oko jest poniekąd taką trochę soczewką, aparatem i właściwie myślę, że oko jest nawet jeszcze lepsze niż smartfon, który zwykle mamy ze sobą, bo się nie rozładowuje. Oczywiście, że może się przemęczać, wiadomka. Jak zapewne widzieliście, dzisiaj porozmawiamy o aparatach i natchnieniach. Oczywiście, że te tytułowe aparaty to właśnie są te aparaty Dalego. Natomiast będę chciała troszeczkę w ten temat jeszcze dalej pójść. Ale słuchajcie, trafiając na ten cytat, ja go sobie tak zrozumiałam, że warto po prostu używać tego oka do robienia tych zdjęć, do zapamiętywania tych wszystkich rzeczy, które spotykamy, które możemy zobaczyć, które nas otaczają, które się pojawiają i tak dalej. I tak myśląc o tych rzeczach, które możemy zobaczyć, przypomniał mi się odcinek numer dziewięć. Jeżeli jeszcze nie słuchaliście, to zachęcam.
Tam mówię o inspiracji. Tylko że właśnie o takiej inspiracji stricte zewnętrznej. Więc jak najbardziej zachęcam. Dodatkowo myślę, że faktycznie taki miękki aparat jest idealny właśnie do pozyskiwania tych inspiracji zewnętrznych. Natomiast skoro ostatnio, już te parę odcinków temu mówiliśmy właśnie o tej inspiracji, to dziś pomyślałam, że może skupimy się na inspiracji takiej bardziej wewnętrznej, a konkretniej pomówimy dziś o natchnieniu. Zaznaczałam w tamtym odcinku, jeżeli chodzi właśnie o definicję, że jest różnica między inspiracją a natchnieniem. Dzisiaj nie będę przytaczać definicji inspiracji. Możecie sobie tam właśnie odsłuchać. Natomiast faktycznie, zanim przejdziemy dalej, klasycznie papierowy słownik języka polskiego i lecimy. Cóż to jest według tego słownika natchnienie?
Natchnienie. Znaczenie pierwsze: stan duchowego napięcia, ożywienia twórczego, poryw twórczy. Znaczenie drugie: myśl, pobudka, podnieta zaczerpnięte skądś, pobudzające kogoś do działania, twórczości i tym podobnych. Więc już z samej definicji możemy wywnioskować, że natchnienie jest jednak czymś głębszym niż inspiracja. Że to nie jest takie coś chwilowe, tylko coś à la przeżycie duchowe. Natomiast oczywiście, że nie chcę się bardzo skupiać tutaj na duchowości, tylko bardziej chodzi mi o samą różnicę, sam ten proces. To takie ożywienie twórcze czy duchowe napięcie, ja bym to po prostu odwołała do takiego właśnie napięcia emocjonalnego, tylko takiego pogłębionego. Gdzieś nawet znalazłam w sumie porównania, że sam proces natchnienia, właśnie tego głębokiego natchnienia, tej muzy, weny i tak dalej, że jest to na podobnym poziomie abstrakcyjności jak właśnie uczucie miłości. Że w dużej mierze mamy na to jakąś definicję i każdy niby wie, o co chodzi. Natomiast jakbyśmy spróbowali to jednak bardziej naukowo wytłumaczyć, to nie jest to już takie łatwe do wytłumaczenia.
Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę oczywiście wszystkie procesy chemiczne, z tym że właśnie procesy chemiczne będą nam tłumaczyły zakochanie. Natomiast ciężko zrobić badania naukowe, które będą nam właśnie tłumaczyły samą miłość, samą w sobie na przykład. Bo po prostu jest to, myślę, takie combo wielu różnych czynników. I też wiadomo, że samej miłości mamy różne odmiany. Tak w tym wypadku zapewne jakbyśmy się dobrze skupili, pewnie i tej właśnie weny, muzy byśmy znaleźli Odmiany czy może warianty. Myślę, że to są kwestie bardzo indywidualne. Natomiast myślę też, że zgodzicie się ze mną. Jeżeli nie, to zachęcam do dyskusji, bo może brakuje mi jakiejś perspektywy, którą wy macie. Natomiast to, jak ja czuję, to faktycznie jest to coś bardziej takiego już wiecie, taki grubszy kaliber natchnienia, grubszy kaliber inspiracyjny. No dobra, ale nie o tym.
Skoro już mamy tą definicję przytoczoną i myślę, że wiecie, w jakim kierunku będę zmierzać z tym. Myślę sobie, że można by to tak porównać, że natchnienie nie jest jakimś tam ładnym obrazkiem, który właśnie nas zainspirował, tylko jest to przeżycie. Nie jest to pojedynczy event, pojedyncze wydarzenie, tylko już jest coś, co trwa trochę dłużej, głębiej na poziomie emocjonalnym i też zostawia w nas coś więcej. Czyli na przykład nie tylko uczucie ekscytacji, motywacji i tak dalej, tylko jest to już rodzaj jakiegoś czegoś, co mogłoby zakrawać o przemianę. I to najczęściej. Jakbyście się zastanowili, ile razy mieliście taki stan, jakie rzeczy pisaliście będąc w takim stanie natchnienia głębokiego, a na przykład takiego zwykłego, zwykłej, szybkiej inspiracji. Czy może usłyszeliście jakąś świetną piosenkę i w przypływie takiej inspiracji napisaliście wiersz? A może ktoś powiedział jakieś świetne zdanie, które wmontowaliście w dialogi waszych bohaterów no i byliście z tego dumni. Ale zauważcie, że zupełnie inaczej będzie, jeżeli traficie na tą scenę w waszym czymś, w waszym projekcie, którą właśnie pisaliście pod wpływem natchnienia. Nawet z ciekawości moglibyście sobie to wydobyć i sobie to podzielić.
Chyba że faktycznie całe dzieło piszecie pod wpływem tego głębokiego natchnienia, na przykład czekacie na nie i tak dalej. Czyli wiecie, piszecie sobie to na spokojnie, na raty, nie na czas i na terminy. I pomyślałam właśnie o tych miękkich aparatach. Okej, Dali tutaj sugerował, że oko. Natomiast ja sobie pomyślałam, że właśnie to oko będzie idealne do tych szybkich, krótkich inspiracji. Natomiast myślę, że spokojnie znaleźlibyśmy w naszym ciele jeszcze inne miękkie aparaty, które mogłyby dać nam właśnie ten głębszy proces inspiracyjny, czyli właśnie natchnienie. No i tak przykładowo słuchajcie, sam mózg. No niepodważalnie jest on miękki, a generuje nam różnego rodzaju na przykład myśli czy wizje, co myślę, że też może być samo w sobie dla nas inspirujące. Nie wiem, czy już wam się zdarzyło, czy może zdarza się wam regularnie, ale jak najbardziej czasami sami siebie możemy inspirować. Czy może właśnie nam przyjść do głowy jakaś taka wiecie, oświecona myśl albo na przykład właśnie jakieś super zdanie, od którego zaczniemy pisać tekst piosenki, czy nawet później zrobimy z tego muzykę i tak dalej.
Czy tutaj, tak jak mówię, wizje, czyli wyobrazimy sobie piękną polanę i aż zobaczymy, nie wiem, poczujemy zapach kwiatów, usłyszymy śpiew ptaków, może zobaczymy gdzieś w oddali jakiś las albo strumień. Wiecie, sama wizja też może sobie do nas przyjść. I nie chodzi mi tu o jakieś tam, wiecie, wizje zaświatów czy inne rzeczy duchowe, tylko właśnie o takie po prostu ładne obrazy, które generuje nasz mózg. Czasami po prostu są to myśli w formie obrazów. Kolejnym takim aparatem, myślę, że całkiem istotnym jest nasze serce, też niepodważalnie miękkie. I słuchajcie, tutaj myślę, że moglibyśmy tak sobie przypasować do tego na przykład właśnie takie coś jak emocje czy definicje uczuć. I okej, samo słowo definicje mogłoby sugerować właśnie, że to jednak by bardziej pasowało do mózgu, który jest racjonalny bardzo często. Natomiast chodzi mi tutaj o to, że innym czymś będą emocje, które no po prostu coś się wydarza i my czujemy te emocje, a na przykład inne emocje będą, jeżeli na przykład będziemy chcieli komuś pomóc. I oprócz tego, że będziemy czuli swoje własne emocje, to oczywiście, że w zależności od poziomu naszej empatii, tej, którą mamy, no to będziemy przywoływać tak, no nie dosłownie, że będziecie sobie otwierali w głowie wirtualny słownik emocji i szukali. Chyba że tak lubicie, to polecam.
Proszę bardzo. Natomiast wiadomo, że to jest szybki proces, tak? Że od razu poczujecie, jak potencjalnie ten człowiek może się czuć. Albo jeżeli ten człowiek powie, że jest smutny, no to wy to sobie jakby przełożycie na tą waszą definicję smutku. Jeżeli na przykład nie wejdziecie w głębszą dyskusję z tym człowiekiem. To o takie definicje mi chodzi. Nie tam właśnie o spłycanie emocji czy coś takiego. Czyli taką bazę emocji, które już znacie na przykład i do których możecie się odnieść. I trzecim takim miękkim aparatem ja sobie tu wypisałam dłonie. I oczywiście, że one już nie będą tak miękkie jak mózg czy serce, bo jednak mają ten rusztowanie z kości.
Natomiast faktycznie mogą być miękkie, mogą być twarde, mogą być chropowate, napięte, rozluźnione. Wiecie, milion różnych epitetów na pewno znajdziemy na te dłonie. Natomiast faktycznie myślę, że jest to jeden z tych aparatów, który pozwala nam w pewnym sensie łączyć obrazy czy informacje z pozostałych aparatów, tych bardziej miękkich, właśnie typu mózg, serce, oko czy jakieś tam inne. Może ktoś ma ochotę wymienić z jakiegoś powodu na przykład swoją wątrobę? W sumie powinnam wymienić woreczek żółciowy, bo ostatnio dużo mi dawał inspiracji. Inspiracji i myśli. No ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi. Ja sobie wybrałam takie myślę najbardziej po prostu oczywiste. Zaraz wam powiem, po co to zrobiłam i dokąd zmierzam. Natomiast same dłonie tutaj wypisałam, że one byłyby takim aparatem odpowiedzialnym właśnie za odczucia I wypisałam sobie tutaj coś takiego jak energia.
Tylko znowu nie chcę wchodzić w jakieś rzeczy duchowe i iść w tym kierunku. Nie o taką energię mi chodzi. Bardziej chodzi mi o odczucie rękami, że coś jest na przykład zimne, ciepłe, chropowate. Ale czasami sam dotyk czegoś też nam może kierować sygnały gdzieś dalej, czyli na przykład czy chcę być w tym miejscu, albo czy chcę dotknąć tej rzeczy. A może coś wygląda tak, jest na przykład śliczne, że chcę to dotknąć. Albo ta ściana budynku ma taką fakturę, że aż muszę sprawdzić, czy ona na przykład jest twarda, bo wygląda jakby była miękka. Na przykład możecie sobie zajrzeć, był taki architekt Gaudi w Barcelonie. Koleś robił piękne, takie miękkie budynki, że faktycznie powiem szczerze, będąc tam to się chciało dotykać różnych ścian, ławek, bo tam w tym stylu jest pełno różnych rzeczy też w mieście. A swoją drogą chyba oni też współpracowali z Dalim. Tak teraz mam jakiś flashback ze studiów.
Natomiast chodzi mi o to, że faktycznie ta architektura była tak miękka, cudzysłów, wizualnie, że aż po prostu się chciało jeszcze rękami sprawdzić, czy to na pewno jest jakiś beton, kamień i tak dalej, czy to może przypadkiem nie jest jakaś nakładka ze styropianu. Także chodzi mi o taki rodzaj energii. Może źle to ujęłam, może to bardziej taka relacja z daną dotykaną rzeczą. Wiecie, ta relacja czy coś takiego jak miks odczuć tych fizycznych z emocjami, czyli właśnie z jakąś chęcią na coś, czy z jakimś poczuciem, uczuciem, które to wywołało. I wymieniłam sobie, wypisałam sobie te aparaty w kontekście właśnie tej inspiracji, głębszej natchnienia, bo tak sobie pomyślałam, że w sumie to głębsze natchnienie to jest nic innego jak combo tych wszystkich pomniejszych. Czyli właśnie mamy tę zewnętrzną inspirację wizualną, to co nas otacza. Natomiast poprzez mózg, serce i dłonie możemy zdefiniować sobie rzeczy, które mamy w środku, te w nas, czyli właśnie nasze przemyślenia, nasze emocje, nasze doświadczenia, wszystko, co tam w sobie gromadzimy na poziomie psychologicznym, na poziomie emocjonalnym i też właśnie na poziomie takim relacyjnym z otoczeniem, czyli właśnie poprzez te dłonie łączymy to, co widzimy z tym, co myślimy. To taki skrót. Myślę sobie o tym, że natchnienie nie jest po prostu uczuciem. Tak jak właściwie inspiracja jest uczuciem takim chwilowym, że coś mi się spodobało, coś jest piękne.
Zapiszę w kajeciku swoje odczucia, ale wiecie, to było jakieś jedno odczucie, jeden impuls, który wywołał we mnie coś więcej. Na czym tym czymś więcej, jak to zapamiętam, zanotuję, mogę coś tam wyrzeźbić dalej. Natomiast natchnienie jest stanem, czyli wiecie, takim właśnie efektem połączenia tych uczuć, myśli i odczuć, tych rzeczy z tych wszystkich aparatów, o których mówiłam. I teraz wiecie, od razu myśląc o takim stanie właśnie nie wiem, czy duchowym, czy jak on tam był nazwany, ożywienie twórcze. Myśląc o tym oczywiście, że już też dzisiaj o tym gdzieś po drodze wspomniałam, przecież nie obyłoby się bez wspomnienia o mitologicznej Wenie. Ja jeszcze wrócę do niej, bo nie ukrywam, że coś mi dzwoniło jeszcze ze studiów. Pamiętam z zajęć z mitologii starożytnej Grecji i Rzymu, bo to w sumie było w takiej korelacji, ale przede wszystkim Grecja. Coś mi dzwoniło z tą mitologią i z Weną, ale przyznaję się, że nie szłam do piwnicy po moje notatki ze studiów, a w internetach niestety nie mogłam znaleźć nic na ten temat. Powiem szczerze, trochę mnie to zaskoczyło, bo jestem przekonana, że w czasach studenckich, szukając różnych rzeczy, robiąc różne notatki, korzystałam na przykład z porad cioci Wikipedii i jestem przekonana, że były tam te informacje. Natomiast teraz już ich nie ma.
Chyba że nie wiem, może miałam taki rzeczywisty sen. Nie wiem, ale to akurat wyszło mi na dobre. Przez moment byłam taka skołowana emocjonalnie. Natomiast pod koniec wam wspomnę, dlaczego mi to wyszło na dobre i myślę, że może to będzie taki ciekawy kierunek też dla was. Ale na co jeszcze trafiłam? Co prawda też było mało informacji, ale jeżeli chodzi o Wenę, to ona okazuje się, nie jest tak do końca mitologiczna. Oczywiście, że w mitologii mieliśmy właśnie przede wszystkim muzy. Było dziewięć muz, o ile dobrze pamiętam. Każda odpowiadała za swoją kategorię, za różną dziedzinę sztuki i wspierała artystę. Więc patrząc na mitologię, wiecie, tak troszeczkę z perspektywy społecznej, czy może bardziej analitycznej, jako że mitologia też przede wszystkim jest próbą wyjaśnienia zjawisk niezrozumiałych w świecie.
Czyli właściwie w religiach też mamy często te aspekty, właśnie podejście do nich od strony duchowej, tak właśnie w mitologii też to działało. Więc jak najbardziej. Powiem szczerze szacun, że ktoś wymyślił te dziewięć muz, bo przecież było wiele różnych dziedzin sztuki. Natomiast wiecie, chodzi o system, czyli o to, że był sobie artysta i właśnie spływało na niego coś zewnętrznego, coś boskiego. Czyli właśnie przychodziła ta muza i ona go natychała i on robił właśnie jakieś swoje arcydzieło. I taką mechanikę właśnie wiązania twórczości czy samego natchnienia z czymś takim bardziej mistycznym, można powiedzieć, takim mistycznym chyba to jest najlepsze słowo. To właśnie był filozof Platon i on właśnie w ten sposób podchodził do natchnienia. On nawet mówił o czymś takim jak szał twórczy. To nie wiem, to był furor poeticus, czy jakoś tak z łaciny to było. I właśnie ten szał polegał na tym, że artysta został wprowadzony właśnie w taki stan poprzez wejście w niego, czy w ogóle wejście w jego psychikę, bóstwa demona, czy po prostu jakiegoś ducha.
No i stąd właśnie mniej więcej powstała Wena. Co prawda dalej nie mogę znaleźć źródła samego tego słowa, tej nazwy. Jakby ktoś z was miał informację, może na waszych studiach też o tym mówiliście. Może ktoś ma jakieś stare notatki. Na pewno będę wdzięczna, bo to mi da trochę spokoju wewnętrznego, bo jestem przekonana, że ja jeszcze pamiętam, że to była bogini właśnie jeszcze inna w mitologii greckiej i ona właśnie chyba też była nazywana Wenerą. Natomiast teraz też trafiłam na źródła, że akurat Wenerą była nazywana Wenus. Natomiast pamiętam właśnie, że sama Wena miała coś wspólnego z Wenus, tylko cholerka, nie pamiętam co. I niestety, internety i książki, które mam w domu nie przyszły mi z pomocą. No ale nic, co się odwlecze, to nie uciecze podobno. Wracając do tematu.
Więc właśnie sam Platon miał podejście i stąd się wzięło właśnie to natchnienie jako coś zewnętrznego, coś takiego prawie boskiego, coś takiego, właśnie iluminacja. To też jest poniekąd takie natchnienie prosto od Boga. I tak jak wspominałam, jest to faktycznie związane z tymi muzami, które przychodziły do artystów. Ale wiecie, już abstrahując od tego, czy na ile mitologia jest mitologią, a na ile była naprawdę i czy te muzy przychodziły, czy nie, może dalej przychodzą, kto wie? No ale sami wiecie, że właśnie to natchnienie takie à la muza à la wena. Zresztą nie na darmo się chyba utarło u nas, że nie mam weny, nie zrobię czegoś, nie dam rady. Czekam na wenę, czekam na natchnienie. No i oczywiście, że te stany są super, kiedy ona już przychodzi. Natomiast faktycznie, jeżeli chcemy aktywnie działać w branży artystycznej, no to czasami jednak mamy różnego rodzaju terminy i zobowiązania, i umowy, i tak dalej, i tak dalej. No i czasami wręcz nie ma czasu, żeby czekać na wenę.
No i tak wiecie, zadałam sobie pytanie, jak wchodzić w natchnienie? Wiecie jak wywołać tą czy przywołać tą wenę tu i teraz? No i powiem wam szczerze od razu na dzień dobry, że nie dam wam złotej zasady, złotej reguły jak to zrobić, ponieważ jest to kwestia bardzo, bardzo indywidualna i tu ewentualnie może dałoby się wypracować właśnie jakiś taki indywidualny system na daną osobę, ale to już by wymagało właśnie indywidualnej pracy. Oczywiście jak ktoś ma ochotę to zapraszam do siebie na konsultacje. Myślę, że razem jesteśmy w stanie wypracować coś ciekawego. Natomiast to takie ogólne co mogłabym Wam podpowiedzieć, no to w sumie myślałam o czymś takim, że no mamy tutaj takie trzy warianty. Trzy, pewnie byśmy naliczyli cztery, jak nie więcej. Natomiast co moglibyśmy zrobić? Jak wejść w to natchnienie? No to oczywiście punkt pierwszy.
No, po prostu możemy czekać, aż ono samo przyjdzie i korzystać z niego wtedy, kiedy jest i wtedy korzystamy na maksa. Możemy też podejść do tego trochę od strony analitycznej, czyli to dalej będzie wymagało tego, że będziemy musieli czekać na nadejście tego stanu, ale gdzieś w tle, oprócz tego, żebyśmy korzystali sobie z tego natchnienia. Chyba że faktycznie chcemy poświęcić te parę razów na porządną analizę. Bo chodzi o to, żeby na przykład zastanowić się, jak już dostępujecie tej weny, to żeby zastanowić się, jaka była sekwencja działań zanim ona przyszła. Czyli właściwie co robiliście tego dnia? Dalej. Jaki był wasz stan emocjonalny? Czy byliście wzburzeni? Może byliście spokojni? Może się wydarzyło coś, co wywołało w was jakieś emocje, a po chwili pojawiła się wena.
Wiecie, im więcej rzeczy z tego zakresu, tym lepiej. Oczywiście wszystkie te rzeczy zapisujcie. Nie wiem. Zróbcie sobie tabelkę albo drzewko, jakąś mapę, albo piszcie sobie referaty czy w słupkach jak tam wolicie. Dalej, jak już ustalicie działania i emocje, możecie też się zastanowić nad stanem waszych myśli. Bardziej chodzi mi tutaj o właśnie rodzaj tych myśli i o treści. Czy na przykład byliście właśnie w procesie twórczym? Coś robiliście tak wiecie, tak po prostu czy jakąś wprawkę, czy bawiliście się, nie wiem, jakieś tam zabawy kreatywne sobie robiliście, czy może zmywaliście naczynia, a może pisaliście jakąś pracę naukową? Nie wiem. Oglądaliście serial?
Wiecie, cokolwiek. I tak jak mówię, w punkcie pierwszym ustalicie działania, to też będzie wam łatwiej dobrać, co się działo w waszej głowie wtedy. Czyli czy to były faktycznie myśli na temat waszego życia? Czy to były myśli na temat tego, żeby dobrze opłukać naczynia z mydła, albo żeby nie marnować wody? Czy może to po prostu był brak myśli? Są osoby, które na przykład uwielbiają prasować, bo skupiają się, ręce sobie prasują, a oni sobie chillują w głowie. Wiecie, jeszcze sobie muzyczka leci, także nie myślą o niczym. Po prostu sobie prasują na przykład. Nie? Więc zastanówcie się właśnie i przeanalizujcie, co było w waszej głowie, zanim wystąpił ten stan weny.
I tak jak sobie zrobicie taki cykl około pięć, sześć razów. Czyli chodzi mi o to, że nadeszła wena. Tak? No to sobie przeanalizujcie potem. To jest jeden cykl. Potem przyjdzie wam drugi raz wena. Może innego dnia, może za parę dni, może za miesiąc i tak dalej. Też sobie przeanalizujcie. I tak w momencie, kiedy będziecie mieli tych notatek pięć, sześć, to dopiero wtedy będziecie mogli sobie porównać i zrobić właśnie te, wyłapać zależności i moglibyście wtedy podjąć próbę, bo okaże się najprawdopodobniej, że są jakieś rzeczy, które właśnie w was wyzwalają taki stan czy wprowadzają was w ten stan. I spokojnie moglibyście sobie te rzeczy wyłapać zależności, żeby potem podjąć próbę już świadomego wprowadzania się w ten stan.
I teraz oczywiście, że ten podpunkt może się wydawać absurdalny, abstrakcyjny i przede wszystkim jest bardzo czasochłonny, pracochłonny i w ogóle. Ale z drugiej strony pomyślcie sobie, jaka mogła być korzyść z tego, kiedy nauczylibyście się dzięki temu świadomie wchodzić w ten stan głębokiego natchnienia. Natomiast to jest wiadomo dla takich ludzi wybitnie i wyjątkowo cierpliwych. Także polecam, dobry quest. Może też zwłaszcza jak ktoś jednak dosyć często w takie stany wpada, to myślę, że też dużo pewnie łatwiej byłoby mu się motywować, żeby robić tę analizę. Wiecie, i taka trzecia rzecz, to pomyślałam o czymś takim, że może po prostu zwyczajnie. Oczywiście jak stan przychodzi, to sobie z niego korzystajmy, ale można by na przykład spróbować zwiększyć częstotliwość występowania tego stanu czy w ogóle szansę, żeby on się pojawił, utrzymując się w takim stanie tej inspiracji, tej płytszej, tej zewnętrznej. Jeżeli będziecie sobie dawali bardzo dużo bodźców, tych inspiracyjnych, to bardzo możliwe, że też właśnie przyzwyczaicie wasz mózg czy wasze ciało do takiego stanu właśnie takiej pobudzonej kreatywności i dzięki temu będzie wam łatwiej właśnie wchodzić w te głębsze procesy. Może będzie też tak, że one przyjdą częściej, ale nawet jeżeli przyjdą raz na ileś, to skorzystacie z nich jeszcze bardziej, bo jakby cały czas wiecie, będziecie na takim hype'ie. Będziecie na takim, no, na gazie, takim może emocjonalnym nie, ale na gazie takim inspiracyjnym.
No i teraz jak sobie dostarczać tych bodźców inspiracyjnych, żeby też sobie nie zaburzać codzienności? No bo wiadomo, że mamy swoje życie też towarzyskie, mamy życie zawodowe, mamy różne zobowiązania. Natomiast oczywiście, że wiecie, ja się zajmuję trenowaniem kreatywności, także nie byłabym sobą, gdybym nie podpowiadała właśnie tego typu rzeczy. Ale faktycznie moglibyście sobie to po prostu delikatnie wprowadzić w swoją codzienność, że faktycznie na przykład każdego dnia moglibyście zrobić chociaż jedną rzecz, która was zainspiruje. Albo właśnie też gdzieś chyba w którymś odcinku kiedyś polecałam coś takiego jak dziennik inspiracji, czyli właśnie założyć sobie tam, nie wiem, dokument w telefonie. Najlepiej zachęcam do papierowych rzeczy, papierowy notes i nosić ze sobą. No ale jeżeli ktoś woli oczywiście można też na komputerze różnego rodzaju foldery i tak dalej. I chodzi o to, że żebyście wprowadzili sobie właśnie taki nawyk, że cokolwiek wam się spodoba, cokolwiek was zainspiruje, może będzie to właśnie obudzicie się i był jakiś świetny sen, a może jakaś jedna rzecz w tym śnie po prostu była mega i wiecie, że moglibyście użyć jej w swoim tekście. To zapiszcie to od razu i na świeżo, jak tylko o tym pomyślicie. Bo jeżeli później dobra, wstanę na spokojnie albo pójdę jeszcze raz spać, czy zasnę znowu, no to już może wam to zniknąć, tak?
Odpłynąć. Także różnego rodzaju dzienniki. Słuchajcie, nawet może być tak, że nie wiem. Scrollujecie sobie jakieś media społecznościowe, czytacie sobie jakieś tam dyskusje, jakieś komentarze i może ktoś tam napisał jakieś złoto w komentarzu. Wiecie, albo to jakaś mądrość, albo jakaś nietuzinkowa obelga na przykład, albo jakaś tam wiecie, taka absurdalna wizja, którą warto byłoby na przykład zanotować razem z kontekstem, w jakim to było wypowiedziane. Także to od was zależy, co tam napiszecie. Natomiast pamiętajcie, że zwłaszcza jeżeli chodzi o pisanie opowiadań czy powieści, no to im więcej takich rzeczy będziecie sobie zbierać, no to tylko na plus. Bo czasami właśnie tak jak tam mówiłam też będziemy mieli słabsze dni. No to właśnie na te słabsze dni możemy mieć takie zajawki. I właśnie jeżeli już mamy taki dziennik, to samo przeglądanie zawartości tego dziennika już będzie właśnie takim bodźcem inspiracyjnym, czyli na początku samo zapisywanie, ale potem na przykład, kiedy jest ten dzień, że no nie chce wam się, nie czujecie tematu, nie widzi się tych inspiracji, no to weźcie i sobie to przejrzyjcie.
Zobaczycie, że im więcej będziecie mieć rzeczy zapisanych, tym fajniej będzie przeglądać te stare rzeczy. Bo oprócz tego, że będziecie mieli te wspomnienia związane z momentem zapisania, to dodatkowo może właśnie też ta rzecz gdzieś wam podpasuje tego dnia i na przykład zechcecie ją rozwinąć, nie? Czy może właśnie wyjąć z notesu i użyć już w waszym dziele, tak? Dalej to, co może nas właśnie inspirować, no to przeglądanie różnych różnego rodzaju folderów czy jakichś galerii internetowych zdjęć, nie wiem, może na jakimś Pinterestcie czy nawet w sumie na samym Instagramie można też czasami zabłądzić w fajne miejsca, ale wiecie, chodzi właśnie o te różne obrazy czy ciekawe właśnie jakieś ilustracje. Nie wiem, może macie w domu jakiegoś różnego rodzaju albumy. Nie chodzi mi nie tylko ze zdjęć rodzinnych, ale chodzi mi na przykład o takie właśnie wiecie, różnego rodzaju miejsca czy nie wiem, jakieś cuda natury i tak dalej, i tak dalej. Może coś takiego. Nie wiem jak wy. No ja na przykład mam też taki nawyk, że uwielbiam sobie gromadzić różnego rodzaju leksykony, właśnie jakieś książki związane z mitologią, z filozofią, z różnymi religiami. Ale mam też na przykład historię prostytucji, jakąś nie wiem, rozpiskę na przykład odnośnie motywu wisielca w sztuce czy motywy krwi.
Ale dobra, same mam takie mroczne. No ale mam też na przykład różnego rodzaju rzeczy związane z symbolami, tak? Nie chodzi tu właśnie o jakieś mroczne symbole, tylko na przykład mam świetną książkę, która opisuje różnego rodzaju symbole. Zarówno nie wiem, co oznaczają kwiaty, co oznaczają kolory, skąd się wzięły na przykład znaki zodiaku albo wiecie, takie różne jakieś rzeczy. W sumie to mam też i przecież atlasy jakieś ryb, ptaków. Natomiast wiecie, zmierzam do tego, że wszelkiego rodzaju nawet kurczę, jak macie atlas grzybów, to weźcie sobie go uruchomcie i zobaczcie jak różne dziwne grzyby mogą być, tak? Chodzi po prostu o to, żeby zobaczyć coś, jakiś obiekt nowy, tak? Coś, co może nie rośnie u was na podłodze w salonie na przykład Ale coś, co już może w was wzbudzić coś więcej, może poddać wam nową myśl czy jakiś pomysł. Oczywiście, że zawsze i to też polecam, można pójść na spacer. Nie dość, że się wywietrzycie, trochę ruchu, to dodatkowo jeszcze różne fajne, niespodziewane bardzo często obrazki.
Nawet jeżeli chodzicie codziennie do tego samego lasu, to sami wiecie, że tam można codziennie zobaczyć coś nowego. I nie mówię tu o śmieciach. Dalej, słuchajcie. Różnego rodzaju wyzwania kreatywne w takiej codzienności, czyli coś, o czym tutaj już też nieraz wspominałam. Czasami wam daję różnego rodzaju zadanka na koniec ćwiczonka. Najprostsze wyzwanie kreatywne, które możecie sobie zrobić, to zadajcie sobie pytanie: jaka jest kanapa? I minimum 10 odpowiedzi. Jeżeli 10 będzie wam przychodziło łatwo, to sobie podnieście poprzeczkę i zróbcie 15, 20 określeń. Bo tutaj ćwiczymy tą mnogość skojarzeniową, która z automatu też nam będzie się przekładała na ulepszenie czy przyspieszenie procesu tego natchnienia. Bo wchodzenie w taki stan często jest spowodowane jakimś wyzwalaczem.
Dlatego też mówiłam o tych analizach wcześniej. Jak najbardziej im więcej będziemy mieli takich wykreowanych w głowie, już prześledzonych szlaków skojarzeniowych, tym lepiej dla nas, bo łatwiej nam będzie złapać taki wyzwalacz często. Może któregoś dnia obudzicie się z ochotą na wyprawę poprzez morza i oceany, piraci i te klimaty. A może będziecie chcieli się zgubić w ciemnym lesie. To też może nam pomóc się nakręcić czy nawet nakierować. Jeżeli już wejdziemy w ten stan naszego natchnienia, to nie ono będzie nami sterowało, tylko my będziemy łatwiej mogli przejąć kontrolę nad kierunkiem tego natchnienia. Tutaj jeszcze też myślę o czymś takim, co już jest z tych bardziej może pracochłonnych i czasochłonnych rzeczy na początku zwłaszcza, ale myślę, że to dużo łatwiej będzie nas motywowało, jeżeli chodzi o pracę z danym tekstem na przykład, czy z czymś dłuższym, co już robimy. Zmierzam tutaj do takiego systemu. Nie wiem, jak to nazwać lepiej, ale żeby też nie było tak twardo. Chodzi mi o stworzenie czegoś takiego jak kamienie milowe.
W rozwoju osobistym, ale myślę, że kamienie milowe to chyba większość z was jest w stanie sobie nawet już wymyślić, o co chodzi. Natomiast w rozwoju osobistym to bardzo często są takie ważne punkty na drodze waszego rozwoju, które musicie po kolei osiągnąć, żeby osiągnąć dany cel. Ja bym to nazwała, jeżeli chodzi o taką nomenklaturę związaną z grami, to mamy tutaj checkpointy. Czyli mamy sobie jakąś misję, jakąś część fabuły i ona ma poszczególne małe queściki, te główne, które nam budują tą główną oś. Chodzi mi tutaj o to, że oczywiście możecie sobie tą fabułę projektować, jak chcecie fabułę waszej powieści. W to teraz się nie zagłębiam. Zmierzam do tego, że sam proces pisania danego tekstu, weźmy na przykład daną powieść waszą, możecie sobie podzielić na takie kamienie milowe. Mogą to być rozdziały, mogą to być jakieś sekcje, może to być jakiś etap powieści czy przemiany bohatera waszego. Ale super, jakbyście to wypisali i do tego wprowadzili sobie system gratyfikacyjny. System nagród.
Oczywiście jak macie ochotę nagradzać się na zasadzie takiej, że zmęczę to, napiszę pierwszy rozdział i pójdę na piwo. Okej, to będzie u większości też z nas działało. Natomiast chodzi mi też o taki rodzaj nagród związanych ściśle z fabułą, bo z pewnością macie w swojej fabule momenty, których wam się nie chce za bardzo pisać, ale wiecie, że je trzeba napisać, bo bez nich to nie będzie się trzymało kupy. A macie momenty, na które sami czekacie, bo może tam jest jakiś taki twist fabularny, że zaskoczymy czytelnika. A może tam pojawia się postać, z którą się zżyliście, mimo że ona nie jest głównym bohaterem, ale jak ja już chcę, żeby ta postać była, chcę ją opisywać i tak dalej. Oczywiście możecie skakać i pisać nie po kolei. Natomiast jeżeli piszecie po kolei, to warto sobie stosować ten system kamieni milowych. I to jest bardzo dobra rzecz. Tu jeszcze jak się nagradzać fabularnie, to można sobie zastosować ten system kamieni milowych, bo dzięki temu, nawet jeżeli nie do końca będziecie w tym stanie tego pełnego natchnienia, to też nie będziecie podchodzili do tego pisania jak do jeża. To jest taka trochę umowa wewnętrzna.
Sami ze sobą się na coś umawiamy. Możecie sobie zrobić jakiś ładny plakat, gdzie będziecie po skończonym etapie brali wielki marker i odhaczali z dumą na przykład. I losowali nagrodę z półki ze słodyczami. Nie, dobra, słuchajcie, słodycze to wcale nie jest akurat dobry system nagród. Ja na przykład bym pewnie losowała z półki z kabanosami i serem. To są moje słodycze. Natomiast jak najbardziej możecie sobie stworzyć taki słoik z rzeczami, które lubicie robić albo z filmami, które uwielbiacie oglądać. Czy może samo obejrzenie serialu, czy przeczytanie książki, pójście do wanny. Wiecie, z pianką i ze wszystkim, z całym wypasem. Co tam was będzie cieszyło wewnętrznie?
Bo wiadomo, że każdy będzie miał inaczej. Przede wszystkim podsumowując, chodzi mi tutaj o takie podejście, żeby cały czas utrzymywać się w stanie zarówno zainspirowania, jak i dbania o swój komfort. Ja wiem, że to nie jest łatwe, zwłaszcza jak mamy dużo różnych zadań i zobowiązań, ale też nie jest niemożliwe. Więc jak najbardziej warto zadbać o tego typu rzeczy. Ja już myślę, że będę się zbliżać do końca, ale miałam wam powiedzieć, co dobrego wyszło z tego, że nie mogłam znaleźć tych informacji o wenie, których szukałam. Już w desperacji zaczęłam szukać w różnych innych, jak wspominałam wcześniej, książkach, słownikach i tak dalej. I wiecie co? Postanowiłam sięgnąć po kolejny słownik PWN-u, nawet chyba starszy niż ten, który mam, a mianowicie jest to słownik łacińsko-polski. Oczywiście, że znalazłam tutaj wenę. Wiadomo, że tutaj będzie ona w innym kontekście, aczkolwiek uważam, że ona tu ma też rozpisane znaczenie ogólne i dwa pomniejsze.
Ale powiem wam szczerze, że cieszę się, że nie znalazłam tych informacji mitologicznych, które chciałam znaleźć, bo te z tego słownika mam wrażenie, że pokazują nam wenę właśnie jako nie coś boskiego, co przychodzi właśnie z zewnątrz, tylko właściwie rodzaj narzędzia. Ale dobra, najpierw przeczytam wam, co w tym słowniku wyczytałam. Wena, ogólnie: żyła, tętnica. Znaczenie pierwsze, podznaczenie A: żyła wodna, kanał. Podznaczenie B: słoje w drzewie. Podznaczenie C: żyła kruszcowa. Podznaczenie D: rysa, szpara. I teraz mamy znaczenie drugie. Podznaczenie A: wnętrze, serce, charakter. Podznaczenie B: zdolność, talent, żyłka poetyczna.
I powiem wam szczerze, że to pozamiatało system. Jakby nie patrzeć, czy sobie wyobrazimy, że ta właśnie magiczna, mitologiczna, mityczna i w ogóle wena, która przychodzi do nas, że właściwie to ona jest taką żyłą, że jakbyśmy tak sobie popatrzyli na siebie. Zresztą w sumie tutaj mieliśmy oprócz tej żyły, to mieliśmy też właśnie świetne znaczenie: wnętrze, serce, charakter. Myślę, że nie będzie kłamstwem ani też bardzo nieprawdziwą rzeczą czy odbiegającą od logicznych wniosków, jeżeli popatrzymy sobie na to, że mówiłam o tych „aparatach”, z cyklu serce, oczy, mózg i tak dalej, to wyobraźcie sobie, jeżeli je wszystkie połączymy, w sensie połączymy informacje czy te zdjęcia, które z nich pochodzą, to one by mogły być takim swego rodzaju źródłem natchnienia. Natomiast tym sercem dla tej żyły, sercem dla tej naszej weny, dla tego czegoś mistycznego bardziej, jesteśmy my sami. To nie jest tak, że my jesteśmy zależni od weny, tylko że wena jest zależna od nas, bo to my tak naprawdę pompujemy tą krew, a ona umożliwia tylko przepływ tej krwi. Umożliwia właśnie nasz artystyczny, twórczy flow, to nasze szaleństwo. Więc ona ułatwia. Wiadomo, jakbyśmy z systemu krwionośnego wyjęli żyły, to mimo wszystko serce będzie dalej pompować. Oczywiście, że skutki nie będą za fajne, ale będzie pompować.
Więc w momencie, kiedy nauczymy się przywoływać tą żyłę czy używać tej naszej żyły, która jest w nas, tylko nie zawsze jesteśmy świadomi, że ona jest, że ta wena jest w nas, to na pewno dużo łatwiej będzie nam tym zarządzać. Może nie tyle kontrolować, aczkolwiek czemu nie? Skoro jest w nas, to możemy to kontrolować. Ale zmierzam do tego, że jeżeli przyjmiemy właśnie takie założenie, że to my jesteśmy sercem tego wszystkiego, my to napędzamy, to oczywistym dla mnie przynajmniej jest, że im bardziej zadbamy o siebie, o swój komfort fizyczny, o swój komfort psychiczny, tym lepsze będziemy mieli natchnienie. Zdrowsze będziemy mieli te żyły twórczości. Także mam nadzieję, że te odcinki, to wszystko, o czym tutaj mówię, w jakiś sposób wpływa na wasz komfort psychiczny. Wiem, że czasami może sprawiać, że jest niewygodnie. Jeżeli chcecie, faktycznie podejmujecie próbę i próbujecie różnych tych moich podpowiedzi. Natomiast też wiem, że jeżeli zrobiliście krok w tym kierunku, to też sami wy czujecie, że jest lepiej. Że ta chwilowa niewygoda doprowadziła was do nowszej wygody, lepszej.
Dobra, słuchajcie, ja serdecznie dziękuję wam za uwagę. Myślę, że powoli zbliżamy się do końca drugiego sezonu. Raptem parę odcineczków, a później wakacje i od września wracamy z nową energią. Natomiast myślałam też nad tym dzisiejszym zadaniem i ono nie będzie aż takie wyskokowe jak zawsze, aczkolwiek myślę, że przydatne dla was, jeżeli będziecie chcieli spróbować sobie znaleźć swoją drogę do tego, jak się wprowadzać w te natchnienia. Także ja się żegnam. Życzę wam bardzo dużo inspiracji i właśnie takiej
[02:13:22] - Takiego spokoju ducha. Myślę, że to jest dobre, nawet jeżeli jesteście zmęczeni, a w środku jesteście spokojni, to na pewno dużo jest w życiu przyjemniej. Także trzymajcie się serdecznie. Za chwilę leci zadanko, a ja się żegnam. Pa. Przypomnij sobie swoją ulubioną rzecz, którą stworzyłeś z pomocą legendarnej weny. Czas, proszę państwa, najwyższy czas na MAUP, a dzisiaj klasyk nad klasyki. Pozycja, przy której wychowywały się całe pokolenia ludzi w naszym kraju. Pozycja już leciwa, ale pozycja w dalszym ciągu fascynująca. O tym dlaczego, to powiemy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem.
A zatem Zenon Kosidowski „Gdy słońce było bogiem”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:14:18] - Witam, witam.
[02:14:19] - Zaczynamy kolejną odsłonę cyklu „Książki z pogranicza”. Dzisiaj książka nieoczywista w tym cyklu, ale myślę, że jak się troszeczkę postaramy, to oczywistość tej pozycji w naszym cyklu stanie się bardziej zrozumiała.
[02:14:41] - Ja może zacznę od przytoczenia ciekawego komentarza na temat tej książki, który znalazłem w internecie. Gdzieś tam wygrzebałem na jednym z portali. Jeden z czytelników pisze tak mniej więcej, że w czasach, kiedy on tą książkę czytał, a mniemam, że to był PRL, to multum ludzi się interesowało starożytnością, antykiem, bo współczesność cóż była nudna i niezbyt chlubna. A mój drugi wniosek jest taki, raczej takie westchnięcie sobie to będzie, że w PRL-u to jednak bywali sprawni pisarze, bardzo sprawnie się posługujący piórem i dzisiaj takich bym chciał więcej. Nie chcę tutaj być oczywiście źle zrozumiany. Dzisiaj mamy wiedzę na wyciągnięcie ręki, a ja chwalę książkę z lat 50. Ale myślę, że zarówno osoby, które znają „Gdy słońce było bogiem”, jak i ci, którzy posłuchają naszej dzisiejszej audycji, to zauważą pewne subtelne różnice między tym, czego można było się dowiedzieć z takich popularnonaukowych książek napisanych dziesiątki lat temu, a tym, czego się można dowiedzieć dzisiaj, teraz z internetu albo ze współczesnych dokumentów filmowych będących raczej paradokumentami. A książka, którą się dzisiaj zajmujemy „Gdy słońce było bogiem”, prowadzi nas przez dzieje wielkich cywilizacji tropem wielkich odkryć archeologicznych po obu stronach Atlantyku. Ale nim powiemy więcej o samej książce, to równie ciekawa jest postać samego autora. Zenon Kosidowski, Marku.
Historykiem nie był, ale napisał książkę, która angażuje wyobraźnię. Jak podkreślałem, to pisarz bardzo sprawny. Powiedzielibyśmy dzisiaj, że chyba jakiś taki popularyzator nauki. Ale czy popularnym twórcą, autorem w PRL-u był?
[02:16:37] - Oj był, był. Ale to się nie wzięło znikąd, bo Zenon Kosidowski już przed wojną był rozpoznawalnym, użyjmy tego słowa, literatem oraz człowiekiem pracującym w radio, więc miał pewne zadatki, ćwiczył pióro i to rzeczywiście widać. Kiedy w ‘56 roku ukazała się książka „Gdy słońce było bogiem”, to był, proszę państwa, strzał w dziesiątkę. On tak podkręcił, mówię o Zenonie Kosidowskim, wyobraźnię ludzi w PRL-u, ale o tym pewno jeszcze powiemy. To się nie da opisać, ale spróbujemy przynajmniej. Wróćmy jeszcze do postaci. Wrócił do Polski w 1951 roku i wtedy już odnalazł się jako człowiek piszący książki historyczne. To wiecie państwo, tak nie do końca. On tak naprawdę zrobił ogromną karierę, kiedy się pokazała książka „Gdy słońce było bogiem”. Ona nie tylko była wydawana bez przerwy w PRL-u, ale też była tłumaczona na wiele języków i ukazała się w wielu krajach bloku socjalistycznego.
Odrobina prywaty. Kiedy byłem małym chłopcem i to nie jest cytat z piosenki, moja mama podsunęła mi tę książkę „Gdy słońce było bogiem” z takim: „No spróbuj”. Byłem jeszcze za mały, ale moja mama zawsze mi stawiała ambitne wyzwania i spróbowałem. I za pierwszym razem nie do końca mi to podeszło, ale to jest dowód na to, jak szybko rozwija się dziecko. Mniej więcej rok, może niecały rok później połknąłem tę książkę. Nagle ona mnie zaczarowała, bo po pierwsze jest świetnie napisana i ja wiem, że dzisiaj w świetle współczesnej wiedzy szereg faktów przytaczanych przez autora nie oparło się, po prostu padło. Ale i tak jest to opowieść, która porywa człowieka. Ja nie wiem, czy to jest opowieść historyczna, czy to jest bardziej opowieść literacka. Ja w każdym razie do dzisiaj traktuję tę książkę jako, to oczywiście weźmy w cudzysłów, ale jako powieść, jako rodzaj powieści o charakterze historycznym, może faktograficznym. I tak chyba na to należy patrzeć.
W każdym razie troszeczkę odradzam czy- Powoływanie się na wszystkie fakty przytaczane przez Zenona Kosidowskiego. Warto te fakty sprawdzić w świetle współczesnej wiedzy, ale sama opowieść, sama magia tej opowieści to jest coś niesamowitego. To jest książka, która hipnotyzuje. Ona miała bardzo wiele wydań i muszę powiedzieć, wracając do początku tej wypowiedzi, że ta propozycja mojej mamy to była naprawdę super propozycja, bo kiedy później sięgnąłem po książki dotyczące na przykład UFO, bo i takie się przecież w PRL-u ukazywały, to ja już coś na temat tych cywilizacji wiedziałem, a byłem przecież wczesnym nastolatkiem, który właściwie nie powinien mieć takiej wiedzy, a ja już ją miałem. Co, nie ukrywam, bardzo mnie cieszyło, że ja już się orientuję, że ja już wiem. Warto też dodać, że Zenon Kosidowski to był też autor, który naraził się władzom kościelnym, bo wydał jeszcze kilka innych książek, na przykład „Opowieści ewangelistów”, które też były fascynującą opowieścią, ale już opowieścią, która wchodziła w konflikt z nauczaniem, z pewnymi przekazami głoszonymi przez Kościół. I tu już była wojna. To już był autor przez niektórych księży wyklinany wręcz. Może był wyklinany. To jednak był autorem, który naprawdę zabierał swoich czytelników w podróż magiczną, absolutnie magiczną.
[02:21:04] - Tu jeszcze można dodać, że Kosidowski miał bardzo bogaty życiorys, dlatego że walczył pod Verdun. Tego się dowiadujemy z jego biografii. Wykładał w Stanach Zjednoczonych na uniwersytecie, bodajże w Los Angeles, kulturę polską. Także to też nie był facet, który się urwał z choinki, ale wspomniałeś tutaj właśnie o tych opowieściach biblijnych. To były bardziej znane publikacje z jego teki.
[02:21:29] - Przerwę ci, Piotrze. Nie do końca. W latach 70. Kosidowski, z tego, jak ja to pamiętam, ja nie jestem alfą i omegą, ale jak ja to pamiętam, to Kosidowski znany był właśnie z tej pozycji, którą dzisiaj omawiamy, „Gdy słońce było bogiem”. Owszem, gdzieś w tle była ta inna książka, ale jednak chyba bardziej zafascynowała ludzi ta, o której dzisiaj mówimy: „Gdy słońce było bogiem”.
[02:21:58] - Dodajmy, że Kosidowski zmarł w roku 1978, a książka, o której dzisiaj opowiadamy, prowadzi nas przez dzieje wielkich cywilizacji, od Sumeru, przez jego następców, Egipt, Mykeny, sięga nawet Ameryki prekolumbijskiej.
[02:22:15] - Krotowej.
[02:22:16] - Tak. Gdzieś w toku narracji nam się zdarzają wzmianki o wielkich tajemnicach, ale żeby nie było tak, że to jest książka jakaś z pogranicza, nie. To jest książka o historii archeologii, jakby nie było, z literackim zacięciem. Te wzmianki o tajemnicach bywają na przykład o zagadce sumeryjskiej astronomii, o tym, że oni tam znali planety, chociaż nie mieli prawa ich znać. Tylko że kiedy się przyjrzymy bliżej, to nie jest podróż przez wielkie cywilizacje widziana przez pryzmat władców, wojen do roku cywilizacyjnego, nie. Tutaj chodzi raczej o odkrycia archeologiczne, o odkodowywanie tego, jak ta starożytność wyglądała. I to się udało. I z tego też powodu, Marku, mnie się wydaje, że ponieważ Kosidowski się odwołuje bardzo często do tego, co gdzie kto odkrył, znalazł, czego dokonał, to przynajmniej tutaj, bo to jest jednak historia archeologii, to się tak bardzo nie zestarzało. Owszem, niektóre elementy, to jest 56. rok, kupa czasu.
Wiedza się wzbogaciła, szczególnie w zakresie początków cywilizacji. Dzisiaj wiemy, że już dyskurs jest zupełnie inny, że dokonano odkryć miejsc, które pewnie rzuciłyby zupełnie nowe światło na książkę Kosidowskiego, gdyby on o tym wiedział. Chodzi mi na przykład o Göbekli Tepe, Karahan Tepe i tak dalej. Ale mimo wszystko, tak jak powiedziałem, ponieważ on opisuje historię wielkich odkryć, na podstawie których wysnuto pewne wnioski na temat tego, jak funkcjonowały cywilizacje starożytnego Wschodu czy te prekolumbijskie, to nie jest tak zaśniedziała książka, jak można by przypuszczać. Druga sprawa, że przecież było tak, iż mieliśmy na przykład książkę na temat Sumeru, mieliśmy książki wybitnych polskich historyków poświęconych starożytności, z których jeszcze ja się uczyłem. To był na przykład Józef Wolski, był podręcznik do starożytności. Szereg tych publikacji, także odnośnie późniejszej historii, Żywczyński, te wszystkie klasyki. To się z jednej strony pod kątem nauki historycznej zestarzało, z drugiej strony nie do końca. Fakty, odkrycia pozostają faktami. Przypominam, że Kosidowski pisze o odkryciach archeologicznych, o historii.
Czyli tutaj też nie można niczego nowego dodać. Jeżeli ktoś coś wtedy odkrył, to możemy co najwyżej na nowo odczytać znaczenie jego odkrycia, ale nie napiszemy historii samego odkrycia od nowa. Także pewien kontekst i interpretacje się zmieniły, natomiast część jednak nadal jest aktualna z tego wszystkiego. I ja bym chciał jeszcze dodać coś takiego. Na nas to dzisiaj może nie robi wrażenia, że taka książka powstała, ale w latach 50. takie informacje, 50., a Marku Ty mówisz o okresie późniejszym również. Takie informacje, szczególnie o Ameryce chyba i o Mezopotamii. To było coś. Jest też taka rzecz, którą osobiście pochwalę. Otóż mam wrażenie, że kiedy się dzisiaj słucha o starożytności, o dawnych cywilizacjach, to nam się robi straszny rozgardiasz.
To znaczy się bez względu na to, czy czytamy, czy słuchamy. Ja tutaj mówię oczywiście o internecie, o jakichś dokumentach i tak dalej. To nam się robi rozgardiasz, dlatego że na przykład Egipt jest bardzo trudno spiąć jedną klamrą. Tak samo Grecję, tak samo inne cywilizacje. A tutaj Kosidowski dokonuje sprytnego zabiegu. On nie opisuje nam całości tych cywilizacji, nie mówi kto, gdzie, co, kiedy, żebyśmy to wszystko zapamiętali. To nie jest książka historyczna, to nie jest podręcznik do historii, ale poruszając się po tej fali odkryć, przyswajamy informacje, które są ważne, myślę. I to jest ogromny plus.
[02:26:25] - Ja powiem jeszcze tak, że powiedziałeś o tym, że Zenon Kosidowski pisał o odkryciach archeologicznych i tak, ale fascynujące jest w jego książce to, że on relacjonuje nam odkrycia XIX-wieczne. I to jest absolutnie to, co się po pierwsze nie zestarzało, a po drugie widać ten literacki pazur, kiedy on stara się wejść w umysł owych odkrywców, którzy gdzieś tam odkrywają kolejne ruiny, czy to wchodzą do starożytnych grobowców. I to jest absolutnie fascynujące, kiedy nagle widzimy świat oczyma owych archeologów, tych pierwszych archeologów, to, drodzy państwo, trzeba przeżyć. Warto to przeżyć dzisiaj, bo powtarzam pewne szczegóły warto sprawdzić dzisiaj w świetle współczesnej wiedzy, ale to nie zmienia faktu, że opowieść Kosidowskiego jest porywająca. Jest absolutnie porywająca. Mówiłeś, Piotrze, o innych książkach. Taką naprawdę jeszcze inną książką, która była przebojem PRL-owskim, były „Opowieści biblijne”. To była książka, która też podzieliła wielu ludzi, bo z jednej strony opowieści biblijne opowiadały o tym wszystkim, co większość Polaków świetnie znała. Ale Kosidowski naświetlał to z innej strony. Opowieści ewangelistów to już było „przegięcie” w tym sensie, że za bardzo dotykało już chrześcijaństwa i w związku z tym te jego utarczki z klerem.
Ale opowieści biblijne oczywiście też wywołały różne reperkusje i różne takie napięcia ze strony hierarchii kościelnej. Ale to była opowieść fascynująca, bo odwołująca się z jednej strony do wiedzy ludzi, bo przecież w jakimś mniejszym bądź większym stopniu Pismo Święte było znane. I nagle Kosidowski pokazuje pewne tropy, z czym co można powiązać, jak to wygląda w świetle historii. Znakomita rzecz. Ale wróćmy do pozycji omawianej dzisiaj, bo ona sięga głębiej w historię. W każdym razie równie głęboko co na przykład Stary Testament i te opowieści. Ja nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć, żeby państwu za bardzo książki nie opowiadać, ale wierzcie mi państwo, ten sznyt literacki, przedwojenny, ta umiejętność tworzenia historii, opowiadania historii to jest walor książki, która umówmy się, powstała ponad 60 lat temu, a do dzisiaj jest książką, która jest w stanie porwać czytelnika i absolutnie go zaczarować. Nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć. Czytajcie państwo Kosidowskiego. Czytajcie państwo „Gdy słońce było bogiem” chociażby z tego względu.
Ten tytuł pokazuje Kosidowski różne kręgi kulturowe, a ten tytuł jest bardzo ważny w tym kontekście. Czy tęsknicie państwo za baśniami, za światami wykreowanych bóstw, wykreowanych smoków i opowieści z klimatami fantasy? To nie jesteście jedyni. Zapraszam na trzecie już dzisiaj recenzarium Evivy dotyczące książki „Fałszywy pocałunek”. A cała reszta? Cała reszta w podcaście Luizy Evivy Dobrzyńskiej.
[02:30:30] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Kocham opowieści o księżniczkach i rycerzach, ale takie w dawnym stylu, kiedy księżniczka była delikatną dziewczyną, a rycerz silnym, honorowym facetem. Wiem, że to wszystko bajki, ale w końcu czymże jest cała literatura, jak nie jednym wielkim straganem z bajkami? Były kiedyś czasy, że damy były słodkie, delikatne i wierne, a ich adoratorzy szaleńczo przystojni, dzielni i zawsze dotrzymywali słowa bez względu na konsekwencje. Oczywiście działo się tak tylko w budujących opowiastkach, ale przyjemnie o tym poczytać. I przyznaję szczerze, lubię ten schemat. Naprawdę zdecydowanie wolę go niż taki, w którym księżniczka klnie jak szewc, kleje jak stary wozak i wali pałą po głowie innych.
[02:31:22] - Jak również, niestety wybaczcie wszyscy zwolennicy nowoczesności, nie podobają mi się mężczyźni, którzy zachowują się jak... Nie powiem tego słowa, bo w tej chwili jest niepolityczne. Po prostu tacy mężczyźni mi się nie podobają. Nic na to nie poradzę. Jak widać jestem zwolenniczką raczej starego porządku. Damy zachowujące się jak mężczyzna i to mężczyzna gorszego sortu naprawdę mnie nie przekonują ani też nie fascynują. Cóż, w tej chwili w literaturze jest ich pełno. Właściwie ciężko znaleźć książkę, w której bohaterką, zwłaszcza pozytywną, byłaby kobieta po prostu kobieca, delikatna, niechętna przemocy, zajęta sprawami domowymi. Uważa się, że takie są kompletnie nieinteresujące i nic ciekawego się im nie przytrafia. I mamy to, co mamy.
Książki pełne babochłopów. Dlatego też z niechęcią zabrałam się do lektury powieści pod tytułem „Fałszywy pocałunek”. Spotkało mnie jednak przyjemne zaskoczenie. O czymże więc mówi ta książka, której autorem jest Mary Pearson? W dniu swojego ślubu zaaranżowanego z wielkim nakładem sił dyplomatycznych przez dwa zwaśnione od dawna królestwa, księżniczka Arabella ucieka razem z zaufaną służącą, a zarazem przyjaciółką. Księżniczka pragnie dotrzeć do Terravin, rodzinnej wioski swej służącej, aby zamieszkać tam i żyć z pracy własnych rąk. Jej decyzja nie jest efektem nagłego impulsu, a wynikiem bardzo długich rozmyślań. Arabella, zwana przez bliskich Lią, zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo zrani rodziców i do czego w ogóle doprowadzi. Nie chce jednak zostać podarowana komuś, kogo nigdy nie widziała, jak kanarek w klatce. W dodatku żywi przekonanie, że jej narzeczony jest obleśnym starcem.
Nie wie, że książę jest w rzeczywistości przystojnym i młodym rycerzem, równie niechętnym wobec małżeństwa jak ona, jednak bardziej zdyscyplinowanym. Po ucieczce narzeczonej w obliczu wojny między królestwami książę wyrusza, by ją odnaleźć i przede wszystkim, żeby poznać przyczyny jej zachowania, których nie rozumie. Jednak nie tylko on szuka Lii. Jej śladem podąża też bezwzględny płatny zabójca. Trudno oprzeć się wrażeniu, że fantasy stało się aż nadto poprawne politycznie. Silne kobiety, w których nie pozostała ani źdźbło kobiecości i mężczyźni, którzy właśnie jakby dla kontrastu stają się fajtłapowatymi niezgułami. Jednak księżniczka Arabella jest inna. Nie jest wojowniczką, ale będąc zdrowa i silna daje sobie radę z przeciwnościami lepiej niż niejeden mężczyzna. Można to zaakceptować. Ucieczka sprzed ołtarza jest niewątpliwie dla niej czynem nieprzemyślanym, w dodatku egoistycznym, bo w końcu może zaowocować wojną między dwoma królestwami i można jej to mieć za złe.
Trzeba przyznać, że jednak Arabella budzi sympatię. Jest rozpieszczoną nastoletnią dziewczyną. Nie potrafi myśleć perspektywicznie, a wszystkie wątpliwości kwituje stałym powiedzeniem, że jakoś to będzie. Nie różni się tym od innych młodych dziewczyn. Jednak nie jest przeciętną dziewczyną. Jest przecież królewną. Można by od niej oczekiwać, że rozumie trochę więcej, że wie, co jest stawką. I wie, ale wiedzieć nie chce. Wiemy dobrze, że w toku historii księżniczki i królewny były jedynie kartą przetargową w układach między królestwami, klaczami rozpłodowymi dla swoich mężów. Nie miały prawa głosu w żadnej sprawie.
Ich podstawowym obowiązkiem było wyjście za mąż, urodzenie dzieci. Najlepiej synów, bo dziewczynki były źle widziane. Czasami trafiał im się człowiek dwu-, trzykrotnie, a nawet czterokrotnie starszy niż one. To była dla nich prawdziwa tragedia. Naprawdę w tamtych czasach lepiej się było urodzić dziewczyną z niższych warstw ludności niż księżniczką. Cóż, decyzja Lii jest w zasadzie zrozumiała. Nie potrafiła zaakceptować losu, który ułożyli dla niej rodzice. Może nie do końca miała rację, ale można jej wybaczyć to, co zrobiła. A co z księciem? Cóż, ten nie był, jak oczekiwała, obrzydliwcem, tylko prawdziwym księciem z bajki.
Ale też będzie musiał dokonać niełatwych wyborów, szukając swojej księżniczki i nauczyć się o świecie wiele więcej, niż wiedział. Radzi sobie lepiej niż Lia, ponieważ jest zaprawiony do niewygód i pracy fizycznej. Jego ojciec o to zadbał. Ma przy tym szansę pokazać jej, co jest wart i spróbować po prostu zdobyć jej serce. Tak, to jest piękne w tej książce. Pokazuje ona Lię jako dziewczynę owszem silną, zdrową, radzącą sobie, ale kobiecą, właściwie dziewczęcą, bo ona jest jeszcze dziewczyną. Natomiast jej adorator jest taką kwintesencją rycerskich cnót. Wiem, że mało prawdopodobną do spotkania w życiu codziennym, ale jakże miło o kimś takim poczytać. Mary Pearson stworzyła barwną opowieść, dzięki której można podziwiać krajobrazy stworzonego przez nią świata i ekscytować się losami bohaterów. Książkę czyta się wyjątkowo gładko i przyjemnie.
Na pewno jest warta swojej ceny. Możecie ją przecież równie dobrze wypożyczyć z biblioteki. Jeżeli chcecie poczytać o księżniczce i księciu w dawnym stylu, sięgnijcie po „Fałszywy pocałunek”. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:37:02] - A teraz zapraszam państwa na audycję „Bez Tajemnic”. Cały czas fascynuje mnie to, jakim powodzeniem cieszy się ten cykl. Dzisiaj mowa będzie o „Tybetańskiej Księdze Umarłych", a właściwie o związkach pomiędzy „Tybetańską Księgą Umarłych” a spirytyzmem. Zapraszam.
[02:37:35] - Dzisiaj zmierzymy się z tematem zaproponowanym przez jednego z widzów, mianowicie: „Tybetańska Księga Umarłych a spirytyzm”. Buddystom nie trzeba wyjaśniać, czym jest „Tybetańska Księga Umarłych”. Natomiast spirytyści, mam nadzieję, że przynajmniej ogólnie orientują się, czym ten tekst jest, co zawiera. Jednak dla osób, które nigdy nie zapoznały się z tym tekstem bądź po prostu już nie pamiętają, o co chodzi, tak krótko tylko nadmienię. „Tybetańska Księga Umarłych” jest poradnikiem dla ludzi po to, aby w chwili, gdy umrą, wiedzieli, jak zachować się po drugiej stronie. Ponieważ według buddystów dusza człowieka wędruje przez sześć stanów bardo i są to stany, które charakteryzują się różnymi obserwowalnymi dla umierającego zjawiskami. Tam się zmienia kolorystyka, pojawiają się różne stwory, potwory, z którymi, umierający musi się w pewnym sensie zmierzyć, a także pojawiają się bóstwa, do których ten umierający powinien się modlić w ściśle wskazany w „Księdze Umarłych” sposób. Te sześć stanów bardo to jest taki etap pomiędzy śmiercią a nową, kolejną inkarnacją. Przy czym to zmaganie się z różnymi elementami, których umierający w tych stanach doświadcza, polega bardziej na walce z własnymi słabościami. Jest kładziony bardzo duży nacisk na to, aby człowiek nie przyzwyczajał się do rzeczy materialnych, aby człowiek nie bał się tego, co widzi w tych stanach bardo, ponieważ wszystko to, czego doświadcza, jest tworem jego mózgu.
To jest fikcja. I teraz chodzi o to, żeby człowiek, przechodząc przez te stany, pozbył się tych więzów ze światem materialnym. Używając języka spirytystycznego, byśmy powiedzieli w tym momencie, to w „Tybetańskiej Księdze Umarłych” poucza się człowieka, aby nie uległ tym tworom myślowym. Następnie etap śmierci, przejścia ze śmierci do nowej inkarnacji kończy się chęcią inkarnowania się. I teraz duch musi oprzeć się chęci wejścia w nowe ciało po to, aby dokonać odpowiedniego wyboru. Ponieważ jeżeli człowiek podejmie zbyt pochopną decyzję, może inkarnować się na przykład w demona albo po prostu jakiekolwiek zwierzę. Oczywiście sam nie może decydować tak do końca o tym, w co zostanie inkarnowany, ponieważ jest też prawo karmy, które ma bardzo duży wpływ na to, co z takim duchem później się stanie. Zapomniałem dodać, że w spirytyzmie również funkcjonuje prawo karmy. Duchy, które są na odpowiednim poziomie rozwoju, mogą same zadecydować o tym, jak będzie wyglądała ich kolejna inkarnacja. Ale to oczywiście pod warunkiem, że są świadome własnych potrzeb.
Natomiast jeśli chodzi o duchy słabo rozwinięte, kolejne inkarnacje są im narzucone. Według spirytyzmu dusza może zacząć oddzielać się od ciała człowieka już w trakcie na przykład długotrwałej choroby. Jeżeli dusza zostanie oderwana od ciała śmiercią nagłą, śmiercią tragiczną, dusza odczuwa zaburzenia, które mogą trwać od kilku godzin nawet do kilku dni. I to jest taki etap przejściowy, którego ten duch potrzebuje, żeby przejść z stanu funkcjonowania w ciele materialnym do stanu duchowego. Są przypadki, gdzie te zaburzenia są bardzo krótkie, do tego stopnia, że umierający nawet nie był w stanie zorientować się, że nagle przeszedł z jednego stanu do drugiego. I tu wielkie zaskoczenie. Bądź ten stan może trwać znacznie dłużej jeżeli na przykład człowiek popełnił samobójstwo. Kolejne etapy śmierci według spirytyzmu już mogą wyglądać różnie. Z literatury spirytystycznej wynika, że dusza może trafić na przykład do jakiegoś świata duchowego i te światy duchowe mogą się od siebie różnić. One się różnią.
Może na przykład taki duch trafić do, powiedzmy w cudzysłowie, takiej kliniki duchowej, takiego miasta duchowego, gdzie on przechodzi jakieś duchowe leczenie, bądź ma czas, żeby przemyśleć sobie pewne sprawy. „Kiedy dusza cnotliwa, zwalczywszy namiętności, porzuca nędzne ciało, narzędzie bólu i chwały, wówczas ulatuje w przestworza, by połączyć się z siostrami za świata. Unoszona nieprzeciętną siłą przebywa sfery pełne harmonii i rozkoszy. To, co dostrzega, nie da się opisać ludzkim językiem”. Bądź może trafić na przykład do świata, który przypomina takie, chciałoby się powiedzieć, chrześcijańskie piekło nazwane na przykład umbralem. I tutaj muszę przyznać, że czytając „Tybetańską księgę umarłych” i czytając o tych stworach, potworach, które tam się pojawiają w tych wizjach umierającego, ponieważ chyba w ten sposób trzeba to nazwać. Ten etap przejścia skojarzył mi się z Umralem, gdzie też umierający trafia na różnego rodzaju stworzenia, które są przerażające. I to też jest taki etap modlitwy, etap, można powiedzieć, upokorzenia. Duch nie pozostaje w tym miejscu na wieczność. W momencie, kiedy nastąpi w nim jakaś przemiana, zostaje z tego tak jakby wyciągnięty przez dobre duchy.
Dobre duchy, które też tutaj skojarzyły mi się z bóstwami pojawiającymi się na tych różnych etapach bardo w „Tybetańskiej księdze umarłych”. I można powiedzieć, że to są takie elementy, może nie spójne, ale podobne. Więc skoro „Tybetańska księga umarłych” została spisana na podstawie jakichś opowiadań, przeżyć ludzi, którzy umarli, a którzy wrócili, to te elementy gdzieś tam muszą się pojawiać. W końcu spirytyzm nie wymyślił tego wszystkiego. Spirytyzm po prostu jest kolejną odsłoną rzeczy, które już są ludziom bardzo dobrze znane, choć były opisywane innym językiem. Buddyści uważają, że człowiek najczęściej reinkarnuje się w ciele zwierzęcia, a już niekoniecznie w ciele człowieka. Człowiek według spirytyzmu nie może reinkarnować się w ciele zwierzęcia, ponieważ przeczyłoby to prawu ewolucji, według którego każdy człowiek, każdy duch może się rozwijać tylko do przodu. Takie masło maślane. Nie może się cofnąć. Jeżeli duch osiągnie już jakiś etap, nie może zostać zdegradowany.
Według spirytyzmu, gdyby duch człowieka reinkarnował się w zwierzęciu, byłby zbyt ograniczony i nie mógłby wykorzystywać swoich umiejętności, które nabył dotychczas. Więc człowiek inkarnuje się tylko w człowieku. Zwierzę owszem, po wielu, wielu reinkarnacjach może stać się istotą inteligentną i w przyszłości również stanie się człowiekiem, ale to jest taka droga przed nim. W tym miejscu należy doprecyzować, iż celem ostatecznym obu tych filozofii jest doprowadzenie do braku reinkarnacji, co duch może osiągnąć poprzez zerwanie więzów z materią. Tutaj tak na marginesie tylko dopowiem, iż według filozofii duchów człowiek może reinkarnować się w innym świecie niż Ziemia. Buddyzm nie neguje istnienia wielu wszechświatów, więc można założyć, że według buddyzmu duch również może inkarnować się gdzieś indziej, poza planetą, poza Ziemią. Zmarły ma możliwość wyboru kontynentu, na którym będzie się reinkarnował. Tutaj jest mowa o czterech kontynentach i jest również wyjaśnione, dlaczego powinien wybrać jeden, a nie inny. I teraz jeszcze jeden element, o którym należy koniecznie wspomnieć: czym jest duch? Ponieważ to nie jest takie oczywiste.
Czym jest duch? Dla spirytystów duch jest takim elementem, który po śmierci ciała zachowuje swoją indywidualność. Więc duch, który jest w zaświatach, jest dokładnie tą samą osobą, którą był za życia, ale bez ciała. U buddystów wygląda to troszeczkę inaczej, ponieważ buddyści podkreślają, że duch nie zachowuje własnego ja, ale równocześnie jest jakiś element duszy, który trwa, który się reinkarnuje. Niektórzy porównują to na przykład do rzeki, która płynie, albo do wodospadu, który płynie, który jest, ale równocześnie ulega ciągłym zmianom. I tak jak ja to rozumiem, na te zmiany wpływa między innymi prawo karmy bądź jeszcze jakieś inne elementy, inne bodźce. Bądź niektórzy porównują na przykład do ciała, które na przestrzeni lat się zmienia. I z jednej strony jestem sobą, ale z drugiej strony dzisiaj nie jestem tą samą osobą, którą byłem, mając 10 lat. Tak więc u buddystów nie reinkarnuje się ja człowieka, tylko tak zwany strumień świadomości, który nazywają także umysłem. Według mnie można ten umysł, o którym mówią buddyści, śmiało porównać do duszy według spirytyzmu, tej spirytystycznej duszy.
Ponieważ tylko podkreślę, że dusza według spirytystów to jest ten element, ta świadomość, która tak jakby jest tym dyskiem twardym, która zapisuje wszystkie informacje, a duch to jest właśnie dusza obleczona ciałem duchowym. A ciało duchowe to już jest jakiś taki element materialny, można powiedzieć taki półmaterialny. Najważniejsza jest dusza i to w duszy zapisane są wszystkie informacje i to w duszy zachowuje się świadomość człowieka. I to też ta dusza przechodzi z jednego ciała do drugiego. Więc wydaje mi się, że ten strumień świadomości to jest właśnie ta spirytystyczna dusza. Poza tym, jeśli chodzi o samego ducha, który według buddystów ulega ciągłej zmianie, mogę pokusić się na stwierdzenie, że podobnie jest, w pewnym sensie, u spirytystów. Ponieważ to właśnie dusza jest tym elementem, który zapisuje wszystkie dane. A ten element półmaterialny, czyli to ciało duchowe, ono przecież ulega zmianie. W spirytyzmie mówimy o oczyszczaniu się ducha, więc ten duch z każdego wcielenia jest coraz czystszy. Oczywiście, jeżeli człowiek nad sobą chociażby odrobinę pracuje.
Niektórzy ludzie działają na to ciało duchowe niszcząco. Co prawda jest powiedziane, że człowiek nie może się cofnąć w swojej ewolucji, niemniej w wyniku na przykład samobójstwa ciało duchowe zostaje troszeczkę zdegradowane. To ciało duchowe człowieka, podobnie jak w przypadku buddyzmu, też z inkarnacji na inkarnację nie jest tak do końca takie samo. Ono cały czas również ulega jakimś zmianom, jakimś transformacjom. Wydaje mi się, że wymieniłem wszystkie najważniejsze elementy, jeśli chodzi o tę tematykę. Jeżeli kogoś interesuje poszerzenie tematu, to już tutaj trzeba sobie sięgnąć do literatury. „Tybetańska Księga Umarłych” jest dostępna także w wersji audio na YouTube. Literatura spirytystyczna. Zapraszam na portal rewail.pl, a także zachęcam do sięgnięcia po moją książkę pod tytułem „Mój kartezjański spirytualizm”, gdzie sporo napisałem na temat tworów myślowych i myślę, że tutaj wiele elementów rozjaśni się czytelnikowi, także w odniesieniu do filozofii, do buddyzmu, do filozofii właśnie buddystów. Więc zapraszam do subskrybowania kanału i zapraszam na kolejny odcinek.
Dziękuję.
[02:53:04] - Teraz czas, proszę państwa, na odrobinę poezji. Krystyna Śmigielska zaprasza na spotkanie z Pawłem Ślusarczykiem.
[02:53:16] - Dzień dobry. Zapraszam państwa na nowy cykl programów, któremu nadałam wspólny tytuł „Nie wiem, co to poezja”. Celowo posłużyłam się cytatem z wiersza „Robotnik z Radomia” autorstwa Władysława Broniewskiego, bo z poezją, proszę państwa, w naszym kraju jest tak jak ze sportem czy pandemią. Wszyscy się na niej znają, ale tak naprawdę mało kto wie, czym jest i po co właściwie istnieje. Broniewski ujął to w prosty sposób: „Nie wiem, co to poezja. Nie wiem, po co i na co. Wiem, że czasami ludzie czytają wiersze i płaczą, a potem sami piszą. Mozolnie i udolnie, by od dławiącej ciszy łkające serce uwolnić”. Zgadzam się z taką definicją. Poezja opisuje nasze emocje, pozwala nam je rozładować, uwolnić, przekazać dalej.
A forma to krótka, łatwa do opanowania. Tak się przynajmniej wydaje. Kiedy wiersz jest jeszcze nieregularny, nierymowany, można by powiedzieć bułka z masłem. Nic, tylko siadać i pisać. Bo przecież jak mówił Bursa: „Fajnie jest być poetą. Ja chciałbym być poetą, bo dobrze jest poecie. Bo u poety nowy sweter, zamszowe buty, piesek setter i dobrze żyć na świecie. Ja chciałbym być poetą, bo byczą u poety, bo u poety cztery żony, a z każdą dawno rozwiedziony. A ja lubię kobiety”. Mamy wszechobecne komputery, telefony, internet.
Ten postęp technologiczny wbrew oczekiwaniom nie zabija w nas człowieczeństwa. Może być wręcz przydatny do propagowania naszych myśli i uczuć. Teraz rzeczywiście każdy z nas może stać się poetą. I to nie wszystko. Nie tylko może tworzyć, ale tę swoją twórczość ma możliwość udostępniać innym, dzielić się nią, a nie jak dawniej chować gdzieś tam w zakamarkach starych szuflad. I taką poezją chcemy się z państwem dzielić. Nie tę już uznaną, nagradzaną, wydawaną w tomikach poetyckich i antologiach z twórczością uznanych poetów, lecz tą cichą, nieśmiałą, wypuszczoną na światło dzienne, a czasem będącą naprawdę wartościową, zmuszającą nas nie tylko do refleksji, lecz skłaniającą do sięgnięcia po więcej i po więcej. Okazuje się, że lubimy i umiemy bawić się rymowankami, opisywać świat przy pomocy metafor, wzruszeń i uśmiechu. Nie jestem znawcą literatury, a tym bardziej poezji. Zwykły ze mnie odbiorca.
Chcę być pośrednikiem między wierszem a państwem, naszymi słuchaczami. Postaram się wyłuskać perełki z portali internetowych, tomików wierszy, antologii, zapraszać twórców i rozmawiając z nimi na antenie, przybliżać państwu ich sylwetki. Będziemy radzić, jak pisać, żeby wasze wiersze nabrały szlachetniejszego wyrazu. Po prostu będziemy rozmawiać o poezji, bo ona jest taka, jak czuć ją i mówić o niej potrafi tylko Broniewski. „Ty przychodzisz jak noc majowa, biała noc, noc uśpiona w jaśminie i jaśminem pachną twe słowa i księżycem sen srebrny płynie”. Żeby nie przedłużać, chciałam zakończyć nasz wstęp dalszą częścią wiersza „Robotnik z Radomia”. „Nie wiem, co to poezja. Jest w niej coś z laski Mojżesza. Strumień dowędzie ze skały. Umie zabijać i wskrzeszać.” Dobry wieczór.
[02:58:17] - Dobry wieczór.
[02:58:17] - Naszym dzisiejszym gościem jest pan Paweł Ślusarczyk, z czego bardzo się cieszę. Zakopiański bloger, pisarz, poeta, którego wiersze pozbawione są zbędnego petosu, ale trafnymi metaforami opisują naszą rzeczywistość, otwierając nam okna, nasze oczy nie na wielki, daleki świat, lecz na pobliskie podwórka, na stojącą nieopodal kapliczkę i zapraszając nas na spacer między możliwościami a marzeniami. Pozwala nam twórczość Pawła Ślusarczyka przeżywać kolejne pory dnia, celebrować je zgodnie z tradycją oraz naszymi emocjami. Bywa jednak, że nas rzeczywistość spogląda ironicznie, demaskując nasze intencje, pokazując wykrzywione twarze, zniekształcone maski odbite w zwierciadle.
[02:59:25] - „Tramwaj. Jechali ściśnięci krakowskim tramwajem. Jednemu znienacka odbiło się jajem. Śmierdzące zjawisko w połowie podróży udanej niedzieli na pewno nie wróży. Katolik morderstwo przywołał w pamięci. Nieważne, że jaja co roku sam święcił. Twarz jego najczystszą nienawiść wyraża, bo przecież w tramwaju nie mają ołtarza. Sadysta po trochu się cieszy i smuci. Sam chciałby ciut czadu wypuścić do ludzi i myśli mrowisko po głowie mu goni, że dzisiaj wyprzedził go jakiś anonim. Patolog się zbudził, choć kiwnął w przelocie, powoli poznając, że jest już w robocie i aż się przestraszył, gdy podniósł swą szyję, nie wierząc, że tylu wokoło wciąż żyje.
Morderca powoli szykował swe dłonie, złoczyńcy szukając po całym wagonie, by podróż mógł nazwać ostatnią podróżą, lecz zwątpił, bo świadków tu było za dużo. Laleczka też chciała twarz skrzywić z odrazą, lecz razem z botoksem trzymają swój fason. I niechże nie pęknie nadęta jej duma, ukryta jak co dzień w tych samych perfumach. Filozof żył sznury napina naprędce, chcąc myśli wyhaczyć jak rybę na wędce i gotów jest chłostać jak ruską hajką, by wiedzieć, czy była wpierw kura czy jajko. Poeta chciał bardzo to wszystko opisać, a potem dramatem się chwalić w kulisach. Lecz problem banalny wystąpił. Niestety w tym czasie w tramwaju nie było poety.”
[03:01:35] - Paweł Ślusarczyk, poeta mówiący prawdę o sobie i o nas. Przyjrzyjmy się jego twórczości i sylwetce. Dobry wieczór, panie Pawle.
[03:01:48] - Dobry wieczór.
[03:01:49] - Chciałabym wiedzieć, kiedy i w jakich okolicznościach zauważył pan potrzebę przelania swoich emocji i obserwacji na papier. Czy zrobił to pan z wiary, że w ten sposób będzie mógł pan przekazać czytelnikom swoje uczucia i przemyślenia? Czy też traktował pan tę formę twórczości trochę jako terapię?
[03:02:17] - Zaczęło się w liceum, prawdę mówiąc, w wieku 16, 17 lat. Nie była to ani terapia, ani nic wielkiego. W zasadzie można było z perspektywy czasu powiedzieć, że to było takie pisanie nawet nie do szuflady, tylko najpierw dla zabawy. Następnie w Zakopanem działał klub literacki, do którego niby do tej pory należę, ale on już nie funkcjonuje. Wtedy się to trochę rozszerzyło u mnie. Pisałem wtedy tylko wiersze. Następnie zafascynowany wtedy twórczością Kaczmarskiego i pewnym nutą poezji śpiewanej, głównie takie rymowane pisałem jako teksty piosenek. A później nastąpił rozwój. Dwa lata temu skończyłem szkołę pisarzy, tak zwaną krakowską. Po drodze napisałem jeszcze jeden kryminał, który wydałem.
Dwa są napisane w komputerze. I ta twórczość dosyć różnorodna, bo to nie tylko wiersze. Także dramat był, proza, z tego proza poetycka.
[03:03:50] - Poprosiłabym o tytuł tej wydanej książki, żeby nasi czytelnicy mogli ją odnaleźć.
[03:03:56] - „Mroczna tajemnica Bieszczad”.
[03:03:59] - Mieszka pan blisko Tatr, właściwie w Tatrach, można powiedzieć. A książka o Bieszczadach. Bardzo ciekawe zestawienie. W takim razie, skoro mówimy o górach, to ja powiem panu, że pierwsze zetknięcie z pana poezją wywołało we mnie prawdziwy zachwyt. Nie będę zgłębiała i analizowała dokładnie wiersza po wierszu, ale chciałam powiedzieć, że czytając je, szybko w głowie skojarzyła mi się pana twórczość z twórczością Tadeusza Nowaka. Nie wiem, może to bliskość gór, ta wrażliwa nuta poruszona, od tych gór idąca. Proszę mi powiedzieć, jak to jest. Górale to przecież silni mężczyźni, przystosowani do życia w trudnych warunkach. Skąd więc u pana taka miękkość, wrażliwość?
[03:04:48] - Po pierwsze góralem się jest od siódmego pokolenia ponoć, jak to głosi legenda. Ja jestem, można powiedzieć, półtora.
[03:04:56] - Aha, to jeszcze nie góral.
[03:04:58] - Nie. Mama z Zakopanego była, tata z Krakowa. A jeżeli chodzi o tą wrażliwość, też nieostrość. Takie ostrzejsze rzeczy pisałem na początku, jako nastolatek czy dwudziestolatek. Wtedy były. Ojciec mówił, że ja protestsongi tylko piszę.
[03:05:17] - Tak, błąd młodzieńczy, prawda? To można tak podciągnąć.
[03:05:21] - Trzeba powiedzieć, nawet kiedyś później pisałem, że mi się pióro stępiło. To już nie jest takie ostre. Patrzy się na inne sprawy.
[03:05:30] - Życie wszystko nam układa w głowach inaczej, prawda, niż sobie wyobrażamy. To tak jest, niestety. Ale wrażliwość piękna. Naprawdę bardzo tu pana podziwiam, jeżeli chodzi o postrzeganie rzeczywistości. Rzeczywiście pana poezja jest wyjątkowa w tej materii. Obserwuje pan codzienność. Tej codzienności w pana wierszach jest naprawdę bardzo dużo. Właściwie one się całe obracają w dzisiejszym naszym dniu.
[03:06:04] - „Nieobecność. Zapisuje się w starych meblach, gdzie kornik stępił dłuto i pleśń uplotła kilimy na wilgotnych krosnach. Buty chodzą ciszej, nieogrzewane skórą, z której odeszło mrowisko i zostały puste tunele po planach dalekich i realnych. Nieobecność czuje jedna trzecia pralki, w której brakuje śniadania przyniesionego na koszulce i błota w nogawkach. Kos przytula się całym ciałem do prześcieradła. Czeka na skrzypnięcie łóżka, cichego jak oddech ryby pod mostem westchnień. Plama na obrusie nieprzykryta talerzem już nie liczy na okruchy chleba, którymi karmiła się między toastem a kłótnią. Wigilijny opłatek, któremu nie połamano gnatów, może odejść o własnych siłach wśród nocnej ciszy. Lewy płat karpia wciąż pływa w wannie, nucąc „Wieczne odpoczywanie”. Człowiek żyje, dopóki jest nieobecny.”
[03:07:27] - Jak panu się wydaje, czy ta codzienność bywa nudna, czy ona jest fascynująca jednak?
[03:07:33] - Dla poety wszystko powinno być fascynujące. Nawet nuda.
[03:07:38] - O, właśnie. Pięknie powiedziane. A co najbardziej pan lubi obserwować w takim razie? Może ufasynuje bardziej, ponieważ ma pan bliskość jednak do tych gór, więc obcowanie z przyrodą, mieszkając w Zakopanem chyba nie jest trudne. Czy woli pan obserwować właśnie przyrodę, naturę, czy może fascynuje pana bardziej sam człowiek?
[03:08:03] - Z literackiego punktu widzenia czy z punktu widzenia mnie jako osoby piszącej, przede wszystkim uważam, że pisanie o górach jest rzeczą bardzo trudną. Podobnie jak pisanie o miłości na przykład. A fascynuje mnie raczej człowiek. Jednak to jest To jeszcze niezgłębiony podmiot.
[03:08:29] - Niby się wydaje, że już wszystko o sobie wiemy, a jednak ciągle nas ten człowiek zaskakuje.
[03:08:35] - Tak.
[03:08:36] - Mam podobne obserwacje jak pan.
[03:08:38] - Halny nas raczej nie zaskakuje. Robi spustoszenia i tyle. A człowiek jest nieprzewidywalny.
[03:08:46] - To się zgadza. Pięknie pan to powiedział. Jest pan człowiekiem w sile wieku, tak to nazwijmy. Ja bym powiedziała młody, bo w wieku moich dzieci, ale już pan pewne doświadczenia życiowe musi posiadać. A opisuje pan świat z wielką dbałością o słowo. W pana pokoleniu to jest raczej trochę dziwne, bo ja zauważam, że im młodsi ludzie, tym to słowo traktują bardziej pobieżnie. Słowo traci na swoim znaczeniu. W pana wierszach jednak to słowo znaczenie posiada. Czy robi pan tak dlatego, że hołduje pan wszystkim regułom, normom językowym, czy też dlatego, że uważa pan, że dobrze napisane zgodnie z regułami teksty będą mogły być prawidłowo odczytane przez naszych potomnych i w ten sposób będziemy mogli przekazać zarówno nasze uczucia, nasze postawy, opowiedzieć o naszym życiu?
[03:09:51] - Myślę, że to jest poniekąd mój rozruch, który się tu przez lata myślę wykształcił. I warsztat. Wcześniej pisałem troszkę inaczej, trochę bardziej obszernie. Powiem jeszcze może taką rzecz, że inaczej się pisze wiersze rymowane, które pisałem głównie, a wiersze wolne, nie mylić z białymi, jak to często ludzie robią. Wiersze wolne piszę od jakichś pięciu lat, do których się przykładam i traktuję, że one mają jakąś wartość. Bo wcześniej też pisałem, ale to było takie, raz, że rzadko pisałem, a dwa, że uważałem, że wiersz powinien mieć rym. Nie wiem, dlaczego tak uważałem. Teraz znam pewne reguły. Jednak dwa lata studiów literacko-artystycznych myślę, że nie poszły na marne. Z zajęć z poezji nie jestem do końca zadowolony.
Więcej się, prawdę mówiąc, nauczyłem tam w zakresie prozy, ale pewne rzeczy mi tam jednak powiedzieli, że na przykład metafory dopełniaczowej nie powinno się stosować czy innych takich rzeczy. Więc ta dbałość o słowo, to są ostatnie lata. „Tylko Pompeje. Miasto, w którym piłem wino prosto z butelki, odeszło. Spakowało twarze kolegów i usta dziewczyn. Nawet zegar na kościelnej wieży założył buty zamszowe i podpierając się wskazówkami, zniknął w mroku, gdzie marzenia kroiliśmy spadającymi gwiazdami, a ławki w parku smakowały bez chleba. Odeszło powietrze, w które wgryzaliśmy procesją i kreślili na nim mapy. Nasze brzydkie zabawy zostały ukarane. Odeszło miasto, w którym pisałem wiersze. Jeszcze Kościół Mariacki wystaje z kieszeni, ale jest już daleko, za ostatnią pętlą tramwajową, powoli zaciskającą się na jego szyi.
Za granicą dotyku, żeby już nie łamać na nim paznokci i rymów. Miasto, w którym teraz jestem, odejdzie. Tylko Pompeje przyspawano do mapy.”
[03:12:35] - Czytając teksty młodych ludzi teraz bardzo często zauważam, że tej dbałości o słowo w ogóle nie ma. I jest to przerażające, bo czasem nawet te teksty stają się przez to mało zrozumiałe. Ale mam nadzieję, że pana teksty dotrą do następnych pokoleń i będą bardzo dobrze odbierane. Muszę zapytać o pana fascynacje literackie, o autorów, na których dziełach pan się wychował i którzy może nadal mają wpływ zarówno na pana twórczość, jak i na życie. Czy pan się inspiruje w jakiś sposób twórczością innych poetów?
[03:13:18] - Na pewno. Zaczęło się, tak jak mówiłem, w liceum. Wtedy to był Mickiewicz. Jak wspomniałem już, pisałem wcześniej głównie teksty rymowane, czy w zasadzie prawie tylko rymowane. Takim autorytetem przez wiele lat był Jacek Kaczmarski, związany z nim poniekąd Zbigniew Herbert. Herbert wiadomo, nie pisał rymowanych, ale pisał zaangażowane i mnie ta twórczość zaangażowana fascynowała. Jednego, jak i drugiego poety, czy też barda można powiedzieć o Kaczmarskim. To było dwóch takich głównych poetów, na których się wzorowałem. Obecnie wiadomo, że świat idzie do przodu, poezja się rozwija. Z takich współczesnych Roman Honet, z którym miałem zajęcia niestety bardzo krótko, bo po pierwszym semestrze on zrezygnował.
Chyba się więcej nauczyłem, czytając jego wiersze niż nawet na tych zajęciach z nim. To był człowiek, który wygrał parę lat temu Nagrodę Szymborskiej za jakiś swój tomik. I powiedzmy, że czytając jego wiersze czegoś się uczyłem, o gęstości na przykład. On pisze gęste utwory. Z ostatnich też Bronka Nowicka, poetka, która też coś tam wygrała, napisała „Świętym tom i nakarmić kamień”. Pod jej wpływem, można powiedzieć, napisałem cały cykl wierszy pod tytułem „Dom z widokiem na pokolenia”.
[03:15:08] - I to jednak te inspiracje są bardzo duże, jak ja widzę. A proszę mi powiedzieć, czy w ogóle twórczość poetycka ma jakiś wpływ na pana życie? Takie zwykłe, codzienne.
[03:15:22] - Chyba nie.
[03:15:23] - Chyba nie. Oddziela pan to całkowicie.
[03:15:25] - Tak.
[03:15:26] - A proszę mi jeszcze powiedzieć taką rzecz. W dzisiejszych czasach, pan wymienił tu nazwiska, ale muszę powiedzieć, że tych poetów, pisarzy jest naprawdę bardzo dużo. Dzieje się to chyba dzięki temu, że technika pozwala nam szybko trafić do odbiorcy, dużo szybciej niż kiedyś. I co za tym idzie, weryfikacja tekstów przesyłanych jest mniejsza. Mamy różne możliwości, żeby szybko porozumieć się z czytelnikiem. Możemy pisać swoje teksty i drukować je na różnych portalach internetowych. Możemy uczestniczyć w różnych grupach literackich, pismach internetowych. Czy pan również wykorzystuje te możliwości w swojej twórczości? I w ogóle jak pan ocenia obecny, nazwijmy to, rynek poetycki, czyli stosunki, jakie są między pisarzami, poetami a ich odbiorcami?
[03:16:31] - To temat dosyć szeroki. Obecnie wszystkiego jest dużo. Nawet nie mówię tutaj o sferze literackiej. W obecnych czasach podaż przewyższa popyt praktycznie wszędzie, może poza rynkiem pracy. Poetów jest masa. Internet daje wielkie możliwości i to jest i dobre, i to jest złe. Jeżeli chodzi o samą literaturę, na przykład można nielegalnie ebooki pobierać. Są takie strony. Kiedyś zauważyłem. Myślę, że tu jest mniejsze niebezpieczeństwo niż w zakresie muzyki.
Dobrze, a wracajmy do pytania. Można publikować i na Facebooku, czy na stronach internetowych, czy gdziekolwiek na blogach. Tylko trzeba się zastanowić, jaki jest odbiór tego. Bo jak pani zauważyła słusznie, poetów jest mnóstwo lepszych i gorszych. Wydać tomik poetycki czy książkę to też nie jest problem. Trzeba po prostu zapłacić. Takie są teraz czasy.
[03:17:36] - Tak, tylko mówi pan zapłacić. To jest jeszcze jedna sprawa, prawda? Samwydanie. Ale to chodzi o to, żeby ta twórczość dotarła jednak do odbiorcy. Bo jeżeli pan nawet wyda tomik poetycki i sam pan sfinansuje jego wydanie, to wtedy okazuje się, że dostaje pan ten tomik do ręki i nie ma go jak rozprowadzić. A jednak przez internet szybciej można tego odbiorcę odnaleźć, prawda? W ten sposób myślę. Jeszcze się zapytam w takim razie, czy jeżeli pan jakieś swoje ewentualne utwory zamieszcza na stronach internetowych, czy zdarza się panu, że jakiś czytelnik komentuje te teksty?
[03:18:22] - Zdarzyło się. Tych grup na Facebooku, bo o tym rozmawiamy głównie, jest dużo. Jaki tam jest odbiór? Czasem mi komentowali. Jednak pozapisywałem się i potem się szybko wypisywałem z tych grup. Jak to wygląda tam? Ktoś wrzuca sobie swój wiersz. Ma tam kilku znajomych, którzy też są w tej grupie. Piszą, że super napisany, świetny wiersz, emocje takie, popłakałam się, popłakałem się. Głównie dziewczyny piszą, że się popłakały.
A ja to czytam, mając jakąś teoretyczną wiedzę i to się czasem ociera o grafomanię.
[03:19:05] - Tak, zgadzam się. Wydaje mi się, że brakuje tej weryfikacji, żeby teksty, które są zamieszczane, było wiadomo, że posiadają jakiś poziom literacki, prawda? A to wszystko teraz też często działa na zasadzie takiego poetyckiego, ja bym to nazwała, disco polo. Często też czytamy takie teksty. I właśnie ta audycja, wie pan, jest między innymi po to, żeby z tych wszystkich tekstów, których naprawdę jest bardzo dużo zamieszczanych dzisiaj gdziekolwiek, wyłuskać te osoby, które rzeczywiście potrafią ciekawie opowiadać nam o swoich przeżyciach, potrafią nam otwierać oczy na pewne sytuacje, mają bardzo ciekawe przemyślenia.
[03:19:52] - Ja bym był bardzo zadowolony, jakby mi ktoś napisał na forum, po prostu mi wysłał moje błędy. Jak to się powinno robić. Ja jestem w tym wieku, że mnie nie urażą, że to jest złe, to w ogóle bez sensu. Raz mi tak napisali. Może jako ciekawostkę dość humorystyczną powiem. Napisałem, że ktoś tam ubierał buty i mi napisali, że butów się nie ubiera, tylko się zakłada. Ja poczytałem o tym, a w tym roku przeczytałem, dlaczego ja to tak napisałem, nie wiedząc o tym. Otóż okazuje się, że u nas w Małopolsce, chyba to jest mniej więcej ten obszar geograficzny, wychodzi się na pole, a nie na dwór i buty się nie zakłada, tylko buty się ubiera i ubranie też się ubiera.
[03:20:42] - Tak. To jest właśnie to, że ten język jest ciągle żywy i my ciągle musimy sami siebie pilnować, ale nie zawsze musimy w tym przesadzać, bo pewne rzeczy też należy zachować. Właśnie te, które są już jakimś uzusem, tradycją. Ja też miałam kiedyś taką sytuację, że zamieszczę jakieś wiersze. Oczywiście ja to traktuję w formach tylko zabawowych na swojej stronie internetowej i jeden ze znajomych, poetów też, zwrócił mi uwagę, że owszem, bardzo mu się podoba, tylko tutaj to trochę za dużo dałaś. Tu byś zobaczyła, może tak czy inaczej. I muszę powiedzieć, że byłam bardzo zadowolona z podpowiedzi, bo wtedy, kiedy dokonałam poprawek, okazało się, że jak najbardziej kolega miał rację. Warto czasem posłuchać. Ja sobie to bagatelizowałam, ale okazuje się, że jednak ludzie zwracają też uwagę na to, co zamieszczamy. Trzeba się przykładać, pilnować, żeby zawsze być jak najbardziej correct.
[03:21:49] - „Gwiezdne wojny według George'a Lucasa. Niebo równo rozświetlane mknące statki obserwuje. Galaktyce lepszą zmianę Imperator proponuje. Ład, porządek w jednej ręce trzymającej gwiezdne lejce. Drży rebelia pochowana w polepiankach i systemach. Już ich przecież nie ochrania wyniszczony zakon Jedi. Tak nastały czasy mroczne, które mają swą wyrocznię. Gwiazda Śmierci rośnie w siłę, jakiej dotąd nikt nie widział. Jej wrogowie już za chwilę otrzymają pierwszy przydział. W jednej chwili ciał ochłapy i planeta znikną z mapy.
Kenobiego siwe skronie czują Mocy zaburzenie. Czy znów rękę pchnie do broni i odeprze zagrożenie? I czy ktoś po tylu latach zechce znów słuchać wariata? W R2D2 chowaleja tajne plany Gwiazdy Śmierci. Nowa rodzi się nadzieja, co w reaktor pocisk wkręci. Jednak wcześniej musi wolą jej przysłużyć się Han Solo. Siła kryje w sobie władzę. Ciemna strona mocy kusi i Lord Vader tkwi w niej, zatem szefa racji bronić musi. Może im się nawet uda. Razem idą wszak po trupach.
Czas odpalać już maszyny, wrogom patrzeć prosto w oczy. Lecz czy słowa wcielą w czyny? Czy zdołają się zjednoczyć? Czy Skywalker celnie strzeli i zło zginie wśród płomieni? Czy Skywalker celnie strzeli?”
[03:23:54] - Proszę mi jeszcze, panie Pawle, powiedzieć o swoim blogu. Bo że pan blog prowadzi, to jeszcze nie rozmawialiśmy. Tam pan zamieszcza recenzje książek. To wiemy, bo już kiedyś miałam okazję nawet spotkać się z panem i tam się poznaliśmy właściwie w ten sposób. I proszę mi powiedzieć w ogóle o swoich osiągnięciach twórczych. Czy udało się panu kiedyś doznać jakiegoś takiego spektakularnego sukcesu?
[03:24:21] - Zacznę może od strony internetowej, która po części jest blogiem. Adres: pawelsustarczyk.eu. Ponieważ Internet nie lubi polskich liter. Faktycznie zamieszczam tam recenzje książek. Oczywiście nie wszystkich, które przeczytałem, bo bym nie zdążył, tylko niektórych. Też tam są moje wiersze. Jest oczywiście informacja o mojej książce „Morska tajemnica Bieszczad”, która ostatnio została wydana w formie audiobooka. Tak, jest wydana pod koniec tamtego roku i bardzo się z tego cieszę. Oczywiście, że nie tylko można ją przeczytać, ale także posłuchać. Nie jestem zwolennikiem słuchania książek, tylko czytania.
Dobrze, może do drugiej części pytania. Moje sukcesy. Takich spektakularnych to jeszcze nie odniosłem. Czekam na nie. Miałem jakieś wyróżnienia czy jakieś tam nagrody. Nigdy nie była to pierwsza nagroda, ale jakieś tam były w konkursach literackich różnych ogólnopolskich. Dwa razy byłem finalistą konkursu imienia Różewicza w Radomsku. To był konkurs na wydanie tomiku poetyckiego. Wygląda tak, że najpierw się wysyła pięć utworów, potem finaliści. Różna ilość jest tych finalistów.
Najpierw było nas chyba siedmioro, w drugiej edycji była nas trójka. No i wtedy się dostaje cały tomik. Niestety dwa razy poległem. Może jeszcze w tym roku spróbuję, jeżeli będzie ogłoszony. „Droga do miasta. Krawiec przyszył drogę do małej dziewczynki, by miała bliżej do sklepu. Na ladzie leżał chleb i możliwości o oczach niepewnych jak most ze skrzydeł ważki przerzuconych nad rzeką. W mieście skupisko ludzi. Stali na dwóch nogach. Ofiary ewolucji i systemu podatkowego.
Ręce mieli większe od twarzy z liniami życia wysmaganymi batem. Pływały w nich opanierowane ryby. Wzrok nabity, zawsze gotowy do wystrzału. Ofiara musi znać swoje miejsce. Wiedziały o tym hieny wykładające na Katedrze Stosunków Międzygatunkowych. Dziewczynka nigdy nie studiowała. Kiedy postanowiła pobiec do miasta, zaplątała się w siwe włosy na nogach.
[03:27:16] - Panie Pawle, bardzo miło mi się z panem rozmawiało i tak jak mówię, będę wracała do pana twórczości i będę obserwowała dalsze pana poczynania w tym kierunku. Życzę naprawdę wielu sukcesów. Cieszę się, że mogłam zaprezentować pana naszym słuchaczom i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Proszę przypomnieć jeszcze raz swoją stronę internetową, bo mam nadzieję, że słuchacze będą chcieli zajrzeć do pana i sprawdzić, co też się dzieje w pana twórczości.
[03:27:48] - PawelLustrzyk.eu.
[03:27:52] - Dziękuję bardzo serdecznie. Życzę panu i państwu miłego wieczoru. Do usłyszenia.
[03:27:58] - Dziękuję, do usłyszenia.
[03:28:01] - Na koniec zapraszam na spotkanie z naszą korespondentką z dalekiej Islandii. Tak, kolejny odcinek „Piszącej z fiordami” i Kamila Ciołko-Borkowska zaprasza państwa do świata swoich pisarskich doświadczeń. Wierzcie mi państwo, że doświadczenia, którymi się dzieli, są inspirujące. Są takie, że czasami również chętnie słucham, chociaż tych książek kilka w życiu popełniłem, to wiecie państwo, nigdy nie jest tak, że wie się już wszystko. Od Kamili Ciołko-Borkowskiej kilku rzeczy się nauczyłem, kilka rzeczy dzięki niej miałem okazję wypróbować. Zapraszam zatem.
[03:28:49] - Dzień dobry wieczór w kolejnej audycji „Pisząca z fiordami.” Dziś, zgodnie z obietnicą, będę sobie marudzić o hejcie i o krytyce. To takie dość istotne. Będzie to takie pewnie spotkanie pełne moich westchnień i głębokich chwytań powietrza, gdyż po raz kolejny w tym roku przechodziłam COVID. Najmocniej przepraszam za takie wtrącenia. Będą może trochę przeszkadzać, ale niestety są aktualnie niezbędne. Jak zaczęło się rok COVID-em, tak trzeba go skończyć. I niestety tradycji musi stać się zadość. To najwyraźniej taka nowa świecka tradycja u pani autorki. Tak to przybywa. Nagrywam też ten odcinek w nieco odmiennych okolicznościach, albowiem przeprowadziłam się.
Nie wiem, czy słychać różnicę w tle. Miejsce do nagrywania mam takie dość przyjemne, więc mam nadzieję, że będzie się wam słuchało o wiele lepiej niż dotychczas. Dobra, to słuchajcie, bierzemy się do dyskusji. Znaczy do mojego gadania, bo w sumie niewiele macie do powiedzenia podczas tego spotkania. Zacznę od tego, że zastanawiałam się nad tą audycją już jakiś czas wcześniej. Wspominałam o tym, że będzie ona miała miejsce już dwa tygodnie temu. To chyba były dwa tygodnie temu, nie wiem. Czas dla pani autorki płynie zupełnie jakoś inaczej i z boku. W międzyczasie wypłynęła pewna dość niesympatyczna rzecz. Jako że głowę miałam zajętą przeprowadzką i moim nieszczęsnym COVID-em, to z sytuacji jestem raczej słabo obeznana.
Jednak mniej więcej znam zarysy. Nie czytałam, nie widziałam, jednak wiem, że sytuacja miała miejsce i była dość nieprzyjemna. Otóż pani autorka jedna, nie będę teraz wspominać nazwisk, bo nie o to chodzi. Środowisko pisarskie jest małe, każdy wie, o kogo chodzi, a jeśli nie wie, o kogo chodzi, to mało istotne, bo nie chodzi o to, żeby komuś popsuć opinię w tym momencie. Będzie to tak mniej więcej opowieść z morałem. Dobrze. Pani autorka, która notabene już debiut ma za sobą, publikowała swojego czasu coś, chociaż nie wiem, czy publikowała. Wiem, że cała afera rozpoczęła się właśnie na Wattpadzie. Wspominałam o nim. Mówiłam, że trzeba ostrożnie, ponieważ mnie nie zachwyca.
Bardzo dużo afer związanych właśnie z wszelakim hejtem, o którym będziemy zaraz rozmawiać, miało swój początek właśnie tam. To jest dość może niebezpieczne, ponieważ są autorzy, którzy mają grono swoich czytelników i ci czytelnicy są niejako wyznawcami tego pisarza albo początkującego, albo nie wiem, jak go nazwać, ponieważ jeżeli ktoś tylko publikuje na Wattpadzie i to są na przykład fanfiki albo swoje próbki literackie, to jest to osoba, która aspiruje do bycia pisarzem. Według mnie przynajmniej. Nie rzucajcie kamieniami, ale jeżeli tylko szkolę się i publikuję swoje próbki swojej twórczości To jestem adeptem sztuki. To jest dość niebezpieczne, bo jeśli taki adept sztuki ma swoje grono fascynatów, to jeszcze nie jest niebezpieczny. Ale jeśli są to fanatycy, a fanatyzm jest naprawdę niebezpieczny, to w momencie, kiedy pojawia się osoba, która, i teraz uwaga, używam cudzysłowia, macham palcami przy okazji używając tego słowa, będzie zagrażać pozycji tego autora, to może zrobić się niebezpiecznie i może zacząć się jakaś drama, że tak powiem, też w cudzysłowie i może być nieciekawie. Otóż pewna pisarka mająca już debiut za sobą usłyszała, nawet nie usłyszała, tylko przeczytała, że jej książka jest plagiatem opowiadania, które zostało opublikowane na Wattpadzie. Takie rzeczy bardzo często można bardzo szybko udowodnić, ponieważ jeżeli mamy na przykład jakieś dowody na to, że wysyłaliśmy nasz tekst komuś i mamy datę, mamy maila, mamy wiadomości na Messengerze, mamy cokolwiek, udowodnimy to bardzo szybciutko, że na przykład nasze opowiadanie czy nasza powieść była wcześniej. Tak jak wspominałam, to będzie trochę nam przeszkadzać takie wzdychanie podczas trwania tej audycji, ale trudno. O czym to ja mówiłam?
Jeżeli mamy jakieś takie dane, które bardzo łatwo pomogą nam w udowodnieniu, to raz, dwa, trzy drukujemy, przedstawiamy i możemy iść z tym do sądu. Bo jeśli, tak jak w tej sytuacji miało miejsce oczernianie, miało miejsce brzydkie wyrażanie się. Nie czytałam tych opinii, nie wiem jakie one były. Słyszałam tylko od osób trzecich, że było bardzo nieprzyjemnie. Było bardzo brudno, że tak powiem, emocjonalnie. Było pełno brzydkich określeń. Naprawdę było bardzo nieprzyjemnie i może i lepiej, że ja tego nie czytałam, bo ja się zawsze bardzo mocno przejmuję, bo nie powinno mieć miejsca takie zdarzenie, że inne pisarki oczerniają kogoś, kto notabene jest niewinny. Bardzo często jest tak, że ta grupka fanatycznych czytelników z Wattpada atakuje Bogu ducha winną autorkę czy autora, którzy napisali coś swojego. Jeżeli chodzi o plagiat, to bardzo dobrze jest, ale o tym może też kiedyś porozmawiamy później. Bardzo dobrze jest przedyskutować tę sprawę najpierw prywatnie, a później dopiero wyjść z oskarżeniami, ponieważ masa tematów, masa motywów, naprawdę bardzo wiele wizji i bohaterów, na przykład opisów jest wtórna.
Żyjemy już tyle lat, że praktycznie, jak to mówi tytuł mojego tomiku, wszystko już było i teraz zależy od nas, jak my to pociągniemy dalej, opiszemy, rozbudujemy. To wszystko jest do przerobienia. Ale pisanie komuś, że jego wielomiesięczna praca jest plagiatem opowiadania i nie mieć na to dowodów. Bo autorka miała dowody w postaci maili wysyłanych do wydawnictwa i z wydawnictwa już wcześniej odnośnie wydania tej książki. Dopiero później pojawiło się opowiadanie na Wattpadzie. Tak więc dobrze jest najpierw przedyskutować tę sprawę, bo nie wiem, jakie były motywy autorki z Wattpada, która skierowała oskarżenia względem autorki, która napisała książkę. Nie wiem, bo może po prostu jakieś to były indywidualne, prywatne sprawy, ale tego też się nie powinno robić. To jest nie halo, to jest nie w porządku. Jeżeli będziemy tak wysnuwać ten hejt wszem wobec, publicznie, to zszargamy dobre imię pisarza. Fakt, że to jest małe środowisko, ale już gdzieś tam zostanie taka drzazga.
„Aha, oskarżyli ją o plagiat. Trzeba ostrożnie”. I to jest takie nieprzyjemne. Hejt ogólnie jest nieprzyjemny. Jest bardzo nieprofesjonalny. Powiem, że jest bardzo nieprofesjonalny. To jest tak, że podcinamy skrzydła osobie, której ten hejt wyrządzamy. Ja wiem, że ja teraz nie mówię do osób, które ten hejt produkują, bo mówię do pisarzy, chociaż pisarze bardzo często też hejtują innych pisarzy i to jest bardzo przykre. To jest bardzo przykre, bo zamiast wspierać się, podcinamy sobie wzajemnie skrzydła, a to nie powinno mieć miejsca. Przynajmniej to jest moje zdanie prywatne i to jest małe środowisko i lepiej, byśmy wszyscy na tym wyszli wspierając siebie nawzajem.
Bo to nie jest tak, że jesteśmy dla siebie konkurencją, bo najczęściej jest tak, że piszemy zupełnie inne rzeczy kierowane do zupełnie innych ludzi. Dlaczego na przykład ktoś, kto pisze bajki dla dzieci, ma mi przeszkadzać? Ja nie umiem pisać bajek dla dzieci. Ja nie piszę bajek dla dzieci i nie oszukujmy się, taka osoba będzie zupełnie dla mnie nieszkodliwa. Uwaga! Znów używam czterech palców, robiąc cudzysłów. Przedstawić konkretną rzecz, która nie leży w tekście, wytknąć pewne niedociągnięcia. Spoko, to jest krytyka. Musimy nauczyć się z tym funkcjonować. O tym już kiedyś wspominałam, o tym już kiedyś mówiłam.
I też mówiłam o tym, że należy uzbroić się w pewną ilość pokory, kiwnąć głową, nie kłócić się, bo część, nie wszystkie, uwag odnośnie naszego tekstu jest w 100% prawdą. Jeżeli są to konkretne rzeczy, to należy się nad tym skupić, nad tym pochylić i nad tym popracować. Bardzo dobrze jest mieć grupę ludzi, która powie: „Słuchaj, ale tu i tu to jest źle napisane. Popraw to. To jest badziew literacki, to jest źle napisane, to nie pasuje. To jest wszystko źle”. I to jest poprawnie skonstruowana krytyka. Natomiast komentarz typu: „Tekst jest do bani, a twoje nogi śmierdzą”, to już jest hejt i tym się człowiek nie powinien przejmować. Pisarz czy pisarka. Nie powinniśmy tym się przejmować.
Nie powinniśmy brać do siebie opinii, które odnoszą się do nas samych. Spersonalizowanych. Broń cię Panie Boże! Tak samo jak w przypadku plagiatu. To są przytyki skierowane personalnie, a takich opinii ad persona po prostu się w tym przypadku brać do siebie nie powinno. Powinno się stanąć obok i powiedzieć: „Spoko, ale bądź już cicho”, bo zupełnie nie o tym rozmawiamy. Możesz krytykować moją literaturę, możesz krytykować mój warsztat, możesz krytykować fabułę, możesz krytykować zbudowanie postaci czy opisy przyrody. Proszę cię bardzo, krytykuj, ale nie krytykuj tego, jakim jestem człowiekiem. To jest hejt. Tym się nie przejmujemy.
Ja wiem, że jest ciężko i bardzo często to siedzi gdzieś w głowie. Jest przykro. Jest bardzo przykro. Nawet wszystkie krytyczne komentarze odnośnie naszego tworzenia są... Nie oszukujmy się, jesteśmy ludźmi i wszystkie komentarze negatywne są dla nas bardzo przykre. Takie masło maślane, ale czujemy się z nimi źle i nie będziemy nikomu tutaj bajek wciskać, że czujemy się z tym dobrze, jak dostaniemy krytyczną ocenę naszego pisania. Nie. Tak nie jest i każda krytyka boli. Każda krytyka, nawet ta najbardziej zasłużona. Jednak musimy nauczyć się, że ta zasłużona krytyka, ta prawdziwa, ta konkretna, na miejscu ma prawo zaistnieć.
Ma prawo być pokazana. Przynajmniej nam, bo nie, że ja będę pokazywać wszystkim to, co moi betaczytelnicy napisali o tym, co im przesłałam. Nie. To jest tylko dla mnie. Ale mam prawo czuć się z tym źle. Mam prawo czuć się niekomfortowo i mam prawo przeżywać to. Ale pamiętajmy, że należy to zrobić przez krótką chwilę. Zrobić: „O mój Boże, ale mi jest źle i smutno” i koniec. Możemy zjeść kawałek czekolady, popić kakao i koniec. Nie rozpamiętywać tego, bo to się skończy źle.
Bo przyjdą następne teksty i będziemy o nich też rozmawiać z innymi i też przyjdą komentarze krytyczne, bo one przychodzą do każdego pisarza. To nie jest tak, że jeżeli ja mam napisane dwie, trzy, osiem, dziesięć książek, to później przychodzą same peany na cześć mojej pracy. Nie. Też przychodzą komentarze krytyczne. Mam takie wrażenie, bo ja mam mało książek na koncie, tylko dopiero rozpoczynam, ale mam wrażenie, że to nie jest tak, że nie robię błędów w pewnym momencie i cudownie nauczyłem się pisać. Nie. Też robię babole. Wielcy pisarze też robią babole, też potrzebują swoich betaczytelników. Ale spójrzcie, oni na pewno musieli nauczyć się jakoś funkcjonować z tymi krytycznymi uwagami. Jeśli wydają tyle książek, sprzedają tyle książek i dalej funkcjonują.
Nie można zasklepić się w tym, że ktoś mi wysłał informację, że coś jest źle napisane. A broń cię Panie Boże. Rozpoczynamy przez chwilę. Kończymy, zamykamy ten rozdział i idziemy dalej. Idziemy pisać coś nowego, poprawiać tamten tekst. Proszę bardzo. Ja wam powiem, że jak przeczytałam kiedyś komentarz odnośnie mojej „Marysi”, był negatywny, to wzruszyłam ramionami. Trudno. Nie każdemu się będzie podobać to, co napisałam, bo ktoś napisał, że to w sumie takie ble ble o niebie i nic nowego nie wnosi. Trudno.
Nie wczytał się. To nie dla niego jest książka, po prostu nie trafiła w gusta. Zdarza się Ale gdyby ktoś mi napisał, że książka mu się nie podoba, a autorka po prostu ma kuku na muniu, to już by było mi przykro. To już byłby hejt. To już byłoby bardzo nieprzyjemne i na pewno należy uważać na tego typu komentarze. Wracając do tej historii, o której opowiadałam wcześniej, która miała miejsce niedawno, to wiem, że wydawnictwo, które wydaje autorkę, które prezentuje autorkę, zebrało wszelkie dowody i skierowało sprawę do sądu. Można. Jak najbardziej, a nawet powinno się, ponieważ należy pokazywać hejterom w internecie, że nie są bezkarni. To nie jest tak, że oni usiądą za klawiaturą i mogą napisać cokolwiek, wszystko po kolei i mają do tego prawo. Mają prawo wyrazić zdanie.
Każdy ma prawo wyrazić zdanie. Każdy ma prawo wyrazić swoją opinię. Jednak nie powinniśmy wyrażać tej opinii w sposób krzywdzący dla innych. I tyle. O tym należy pamiętać, bo to jest najważniejsze. Gdzieś kiedyś spotkałam się z tym, w razie gdybyście wy kiedyś mieli możliwość wyrażenia swojej opinii i byłaby to opinia ocierająca się o hejt, to proponuję zastanowić się — i tu spotkałam się z takim sposobem pisania komentarzy już kilkakrotnie — czy gdybyście mieli skierować ten komentarz do swojej mamy, przyjaciółki, siostry czy brata, ten, o którym myślicie, który już napisaliście i prawie trzymacie palec nad enterem. Czy ten komentarz wysłalibyście komuś bliskiemu? Jeśli tak, wciskajcie enter. Jeśli nie wysłalibyście tego komentarza, nie wpisalibyście tego komentarza osobie bliskiej, to go usuńcie. I na tym powinien właśnie opierać się sposób myślenia.
Jeżeli chodzi o te komentarze hejterskie, bo bardzo często osoby, które je piszą, myślą, że są bezkarne, mogą obrażać, bo są po drugiej stronie klawiatury i w sumie są, nie wiem, jak to powiedzieć. One są niewidoczne? Nie wiem. Wiem, że jest ciężko z tym hejtem, wiem, że się pojawia. Wiem, że to bardzo boli. Wiem, że robi też dużo problemów, bo jeżeli hejtujemy autora, jeżeli bruździmy mu, że tak powiem, znów używam czterech palców do zrobienia cudzysłowu. Jeżeli bruździmy mu w tym środowisku bardzo mocno, to możemy się liczyć z tym, że kiedyś w końcu jakiś autor, na przykład ten, po którym tak brzydko mówiąc w cudzysłowiu znowu jedziemy, skieruje sprawę do sądu. Bo to nie jest tak, że jesteśmy anonimowi w internecie. Mamy imię, mamy nazwisko, bardzo łatwo nas znaleźć. I taka zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje zwykłą ludzką przyzwoitość względem innych autorów, a nawet nieautorów, po prostu wszystkich ludzi.
No dobra. Skoro już mniej więcej przytoczyłam tamtą historię, bo głównie chodziło o to, żeby rozróżniać hejt od krytyki. To nie jest tak, że powinniśmy każdą krytykę przyjmować z radością, oklaskami i cieszyć się, że ją mamy. Nie. Mamy prawo do tego, żeby czuć się z nią smutno, żeby czuć się źle, żeby czuć się smutnym, bo ta krytyka zawsze dotyka nas osobiście. Boli. Proszę bardzo. Ale krytyka konstruktywna pomaga nam się rozwijać, bo jeśli widzimy, że coś napisaliśmy źle, coś skiepsiliśmy, to mamy prawo, mamy czas, żeby to naprawić. Tylko to jest ta krytyka konstruktywna. I dobrze jest, jeśli już wyrażamy jakąś opinię, jeśli to jest opinia całościowa i na przykład wyrażamy tylko swoje wrażenia.
Nie wpisujemy komentarzy do tekstu, tylko wyrażamy swoją opinię ogólnie o tekście. Więc dobrze jest, jeśli zrobimy to w formie tak zwanej kanapki. To jest rewelacyjna rzecz. Swojego czasu nauczyłam się tego. Ja jestem przy okazji administratorem na grupie warsztatowej dla pisarzy, trochę zaniedbanej ostatnimi czasy, bo niestety życie ma swoje plany, swoje zawirowania. I przez ostatnie tygodnie trochę nie miałam czasu na współpracę w tej grupie, ale ogólnie nauczyłam się tam metody kanapki. Ponieważ już wracam do tematu, bo trochę odjechałam. Metoda kanapki polega na tym, że przekazujemy swoją opinię, zaczynając od czegoś dobrego. Następnie Wszystko co jest nie tak w tym, co przeczytaliśmy, wszystkie nieprawidłowości, braki, to wszystko wpisujemy tutaj i kończymy czymś dobrym. To takie dobre, mniej dobre, słabe i dobre.
I to bardzo ułatwia przełknięcie tego, co jest nie halo. Taki sposób przekazywania krytyki. Bo to nie jest tak, że pisarz będzie tylko pisał. Jeżeli mamy znajomych piszących, to też wyrażamy swoje opinie o tekstach i to jest nieuniknione. Dlatego dobrze jest wiedzieć, żeby zaczynać zawsze od tego, co jest dobre, słabe albo bardzo złe i kończyć na tym, co jest dobre. I powiedzieć, czy to ma potencjał, że jest to ogólnie bardzo dobry pomysł, że dobrze się czytało albo takie fajne rzeczy, które temu autorowi poprawią przełknięcie złych informacji. Bo nie oszukujmy się, przełykanie złych informacji jest jak przełykanie niezbyt smacznej piguły. Do tego wielkiej i ciężkiej do przełknięcia. Jest to trudne trochę. Jeżeli mamy do czynienia z hejtem, to zawsze będą to informacje dotykające nas osobiście, wyolbrzymione, przekręcone i na pewno niepomagające.
To nie będzie rozwijające. Hejt nigdy nie jest rozwijający i nie możemy zgadzać się na to, żeby ktoś nas ciągle hejtował. Jeżeli mamy do czynienia ciągle z takim hejtem, to powinniśmy zgłosić się do odpowiednich organów. Jeśli to jest na przykład na Facebooku, to zgłosić taką osobę. A jeśli to już naprawdę bardzo mocno zatacza o nasze poczucie własnej wartości, to zawsze dotyka poczucia własnej wartości. Ale jeśli to już naprawdę przesada, to należy to zgłosić do odpowiednich organów, ponieważ takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Co tu jeszcze mogę powiedzieć odnośnie hejtu i krytyki? Tylko tyle, że spotkacie się z jednym i z drugim, bo niestety, ale internet pełen jest użytkowników, którzy hejtowanie traktują jako sposób relaksacji. To jest zaburzenie najwyraźniej i z tym należy ostrożnie. Ale mamy też pełno użytkowników, którzy wyrażą konkretną krytykę i za to należy być im wdzięcznym.
W sumie ten odcinek, to spotkanie jest dość krótkie, bo na tym zakończę, bo chyba nic więcej w tej kwestii powiedzieć nie dam rady. Jeśli jest coś, to dajcie znać, bo wtedy się uaktualni odcinek i dopowiem coś jeszcze. Ponieważ już mam pustkę w głowie i nie wiem, co więcej mogłabym powiedzieć, a magiczna lista nic więcej nie mówi. W takim razie dziękuję wam wszystkim za obecność dzisiaj. Życzę udanego wieczoru. Dobranoc i do spotkania następnym razem. Dobranoc.
[03:55:44] - Cóż, proszę państwa, tak jak to powtarzam właściwie pod koniec każdej audycji, jak to szybko zleciało. Kolejny odcinek 110. „Bibliotekarium 2.0” niniejszym uważam za zamknięty. Pięknie państwu dziękuję za spędzenie tego wieczoru z propozycjami „Bibliotekarium 2.0”. Mam nadzieję, że nie było nudno. Mam też nadzieję, że za tydzień wrócicie państwo na odcinek 111. Będzie ciekawie. Postaram się, żeby było jeszcze ciekawiej niż dzisiaj. Czy się uda, to już państwo sami ocenią. A teraz już pięknie państwu dziękuję.
Życzę dobrej nocy, fajnego, długiego weekendu i dobranoc.
[03:56:31] - Ja jeszcze tylko dodam, że jedenastka to jest liczba mistrzowska, a 111 to są aż trzy jedynki jedna obok drugiej. Ciekawe jaka to liczba będzie. Przekonamy się o tym już za tydzień. Mówił do państwa przed chwilą Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.