[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w ten piątkowy wieczór. Zimno się zrobiło za oknem, ale u nas oczywiście jak zwykle będzie bardzo gorąco. Będą spotkania z ciekawymi książkami, filmami i ciekawymi gośćmi. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry, wieczór państwu. Jakby to państwu powiedzieć? Pyk, pyk i już mamy połowę listopada. Kiedyż to się stało? Ledwo to zauważyłem. Mówię o tym, bo całkiem niedawno nagrywaliśmy z Piotrem Cielebiasiem audycję o tym, czy może się tak stało, że czas niespodziewanie dla wszystkich przyspieszył. Jest taka teoria nazywana spiskową, chociaż podkreślam, ja nie do końca się identyfikuję z tą nazwą, więc jest taka teoria, że coś z tym czasem dzieje się ostatnio dziwnego. Jeśli państwo zainteresowani jesteście naszą rozmową dotyczącą tego tematu, to zapraszam na kanał Piotra Cielebiasia w najbliższą niedzielę. Tam ta rozmowa o czasie i o jego tajemnicach pojawi się i myślę, że będzie całkiem ciekawie. Ale my dzisiaj, w tym momencie ruszamy z kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0.
Dzisiejszy odcinek nosi numer 111. Jeden. Jeden. Jeden. Podkreślam tę numerację dlatego, że ona nam się w toku dzisiejszej audycji jeszcze przyda. Wierzcie mi państwo, przyda się i to bardzo. Chociaż przyznacie, że samo ustawienie tych cyfr jeden, jeden, jeden jest frapujące. Tak jak lubię okrągłe liczby, to ta liczba też budzi jakieś zastanowienie, przynajmniej zastanowienie. Więcej szczegółów w dalszej części audycji, a my tradycyjnie zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj nie tyle zapowiedzi, co książki, które wyszły bardzo niedawno.
Na tapet bierzemy wydawnictwo SQN. Pierwsza polecanka to książka, która ukazała się 13 listopada, więc jak to się mówi – na dniach. Książka nosi tytuł „Czas żniw”. Jest to wersja autorska tej książki. Książkę napisała Samantha Shannon. Tłumaczył na język polski Maciej Pawlak. Zaserwuję państwu teraz króciutki fragment tejże książki: „Może nie wiesz, ale żniwa nazywane są też dobrymi zbiorami. Wciąż mówią tak na ulicach. Dobre żniwa, zbiory obfitości. Rozumieją to jako odbieranie nagrody.
Podstawowy warunek ich negocjacji z Sayonem. Ludzie oczywiście postrzegają je inaczej. Dla nich są symbolem nieszczęścia. Oznaczają głód, śmierć. Dlatego nazywają nas kosiarzami, ponieważ pomagamy prowadzić ludzi na śmierć”. To koniec cytatu, koniec fragmentu, ale jeszcze co nieco o książce państwu przeczytam. Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sayonu, Londyn. Jej szefem jest Jackson Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest śniącym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.
Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu, tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od długiego czasu utrzymywane jest w sekrecie. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa refajtów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego naczelnika. Staje się on jej panem i trenerem, a zarazem jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć. Katherine Webber, autorka bestsellerowej książki „Bliźniacze korony”, napisała o książce, którą omawiamy w następujący sposób: „Oryginalna wersja „Czasu żniw” była znakomita, ale nowa edycja jest niezwykła. Samantha Shannon to mistrzyni narracji i słowa, a staranność, z jaką dokonała rewizji, jest widoczna na każdej stronie. To niezwykle satysfakcjonujące doświadczenie czytelnicze”. Przypomnę, opowiadałem Państwu o książce wydanej przez wydawnictwo SQN, książce „Czas żniw.
Wersja autorska”, a autorką jest Samantha Shannon. Druga książka wydawnictwa SQN, która również wydana była 13 listopada tego roku, nosi tytuł „UFO”, a podtytuł „Rząd USA, CIA i Pentagon, NASA i SETI. Archiwalne, odtajnione dokumenty. Historia i teraźniejszość”. Autorem tej książki jest Gareth M. Graff. Tłumaczył tę książkę na język polski Grzegorz Gajek. Cóż czytamy u wydawcy na temat tej pozycji? Książka Garetha Graffa to fascynująca podróż przez dekady badań nad UFO, które były ukrywane za murami tajnych agencji. Od Roswell po Rendlesham Forest autor zgłębia polowania rządu USA na niezidentyfikowane zjawiska powietrzne, odkrywając przed czytelnikami kulisy działań CIA, Pentagonu, NASA i innych kluczowych instytucji.
To lektura, która na nowo ożywia historię o latających spodkach, demaskując mity i oddzielając fakty od teorii spiskowych. Graff nie ogranicza się tylko do przeszłości. Sięga także po opinie największych autorytetów naukowych, które poświęciły życie poszukiwaniom pozaziemskiej inteligencji. Przedstawia historię astronomów, takich jak Hynek, Drake czy Sagan, którzy wbrew panującemu sceptycyzmowi i mimo zimnowojennej paranoi otworzyli przed ludzkością nowe perspektywy badań nad kosmosem. Książka łączy naukę z tajemnicą, tworząc obraz świata pełnego nieodkrytych możliwości. Opierając się na odtajnionych dokumentach, wywiadach z kluczowymi postaciami z kręgów wojskowych i wywiadowczych oraz badaniach archiwalnych, Graff zabiera nas w podróż przez historię, która kształtuje naszą przyszłość. Jeśli fascynuje cię pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie i chcesz poznać odpowiedzi, które przez dekady ukrywały przed nami rządy oraz naukowcy, ta książka jest dla ciebie. Przypomnę ta książka to „UFO. Rząd USA, CIA i Pentagon, NASA i SETI. Archiwalne, odtajnione dokumenty.
Historia i teraźniejszość”. Autorem jest Gareth M. Graff. No i czas na tradycyjną trzecią książkę. Ta książka ukazała się wcześniej, 6 listopada, ale przyznacie Państwo, to również niedawno. Nosi tytuł „Cienie z Dunllonu”. Autorką jest Magdalena Kubasiewicz. Dunluo jest pełen magii, mgły i cieni, a Ava Carey włada tymi ostatnimi. Nawet magia cieni może jednak nie wystarczyć, gdy w magicznym mieście coraz częściej pojawiają się anomalie. W Avallen, dunlońskiej szkole ginie jeden z uczniów, a nauczycielka i zarazem przyjaciółka Avy przepada bez śladu.
Dunluo skrywa wiele tajemnic i największą z nich są źródła tutejszej magii związane z ośmioma dunlońskimi budynkami. Jeden z tych sekretów skrywa się w Avallen, a zaginięcie Malory, koszmary uczniów i ich dziwne zachowania mogą być z nim związane. Carey, zatrudniona w dunlońskim Scotland Yardzie ma za zadanie odkryć, co dzieje się w szkole, czego nie ułatwiają ani zła reputacja dyrektora, ani młody geniusz William Doe, zdecydowany dotrzeć do prawdy na własną rękę. To była zapowiedź książki Magdaleny Kubasiewicz „Cienie z Dunluo”. Tak. I to już są wszystkie polecanki na dzisiaj i idąc stałym tropem naszych audycji czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj temat, który mnie fascynuje. Myślę, że wielu z Państwa również fascynuje, tylko czasami nie zdajemy sobie po prostu z tego sprawy. Żyjemy w świecie, w którym tolerancja, akceptacja to są słowa podniesione na piedestał. Czasami ich używamy, ale zdarza się, że nie do końca wiemy, o czym mówimy.
Myślę, że ten tekst z dwumiesięcznika „Filozofuj” dobitnie o tym świadczy. Może przyznacie Państwo rację autorowi, a może nie. Autorem artykułu jest Damian Leszczyński. Tytuł: „Zabobon tolerancji”. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2020 roku, w numerze szóstym, trzydziestym szóstym z kolei i ten tekst dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor Damian Leszczyński jest profesorem filozofii, kierownikiem Zakładu Epistemologii i Filozofii Umysłu w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego. Ostatnio publikowane książki to „Polityczna eschatologia”, 2018 rok oraz „Demon zwodziciel. Badania filozoficzne”, 2015 rok. Zaczynamy zatem lekturę. Damian Leszczyński, „Zabobon tolerancji”.
W nakręconej w połowie lat 70. komedii „Żywot Briana” jest scena W której jeden z bohaterów oświadcza, że chce być kobietą i mieć dzieci. Na uwagę kolegi, że jako mężczyzna nie może być kobietą i urodzić dzieci, z oburzeniem stwierdza: „Nie prześladuj mnie”. Fakt, że to, co pół wieku temu było motywem absurdalnego żartu, dziś stało się kulturową normą, pokazuje, jak głęboko zdewastowało się nasze myślenie, między innymi wskutek zabobonnego traktowania hasła tolerancji. Tolerancja jako cnota. W tradycyjnym i podkreślmy normalnym sensie tolerancja jest równoznaczna z cierpliwym znoszeniem obcych nam poglądów bądź zachowań. Być tolerancyjnym oznacza dać przyzwolenie na istnienie poglądów i postaw, których otwarcie nie akceptujemy, którym jesteśmy niechętni. Wynika stąd, że tolerancyjnym można być jedynie wobec tego, czego się nie akceptuje, gdyż jeśli ktoś zgadza się z czymś bądź lubi to, automatycznie znika powód postawy cierpliwego znoszenia tego właśnie. W normalnym sensie wezwanie „toleruj” nie oznacza zgódź się czy polub, a jedynie pozwól żyć. Weźmy prosty przykład.
Są ludzie, którzy nie lubią się myć. Tolerancyjnym w odniesieniu do tej przypadłości nazwiemy kogoś, kto nie akceptując takiego podejścia, a nawet czując do niego odrazę, mimo wszystko cierpliwie znosi w swoim otoczeniu brudasów i wszelkie związane z tym niedogodności. Z jednej strony nie ukrywa swoich preferencji, z drugiej jednak nie domaga się poddania tych ludzi przymusowym kąpielom. Szanując czyjąś indywidualną wolność do bycia brudnym, korzysta zarazem ze swojej wolności. Wolności wyrażania własnych uczuć i upodobań. Nie narzuca swojego poglądu, ale też nie dopuszcza do tego, aby ktoś inny narzucał mu swój system wartości. Cnota tolerancji w tradycyjnym sensie jest trudną cnotą. Tolerancja jako cierpliwe znoszenie tego, czego się nie akceptuje, wymaga wzajemności. Jeśli chcesz, bym cię tolerował mimo mojego braku akceptacji, ty również toleruj mnie wraz z moim brakiem akceptacji. Postawę taką odnoszono zazwyczaj nie tyle do zachowań, ile przede wszystkim do poglądów, zwłaszcza religijnych i filozoficznych, a więc dotyczących kwestii fundamentalnych: celu i sensu życia, natury duszy, istnienia i natury Boga i tak dalej.
Zakładano, że nie istnieje jakaś wyższa racja pozwalająca zakazywać ludziom wyznawania i głoszenia choćby najbardziej dziwacznych prywatnych opinii i narzucania im swoich. Oczywiście pod warunkiem, że i oni nie będą dążyć do narzucania swoich innym. O tym, jak trudno cnotę tę realizować, łatwo przekonać się przeprowadzając eksperyment polegający na wygłoszeniu w tak zwanym dobrym towarzystwie treści niezgodnych z aktualnie przyjętym zestawem oczywistych oczywistości, ot choćby negując wartości demokracji, wątpiąc w teorię ewolucji, będąc sceptykiem wobec równouprawnienia kobiet lub podkreślając pedagogiczną skuteczność kar cielesnych. I chodzi tylko o wygłoszenie takich poglądów, a nie o przekonywanie do nich innych czy też ich narzucanie. Łatwo przekonamy się, że w naszych dumnych ze swej postępowości czasach zwykła tolerancja, a więc cierpliwe znoszenie cudzych opinii, z którymi się nie zgadzamy, przychodzi ludziom z dużym trudem i znajdzie się wielu takich, którzy uznają, że poglądy niezgodne z powszechnymi mniemaniami powinny być zakazane, a głosząca je osoba wykluczona z życia społecznego. Tolerancja jako zabobon. Temu procesowi zanikania cnoty tolerancji w tradycyjnej formie towarzyszy terror tolerancji jako zabobonu. Kiedy tolerancja staje się zabobonem? Wtedy, gdy utożsamia się ją z akceptacją i wymaga od ludzi, aby nie tylko znosili obce im poglądy, ale aby otwarcie się z nimi zgodzili, zaprzestając wszelkich krytyki. Zgodnie z taką wykładnią tolerancja przestaje mieć charakter bierny i nie jest już tylko obojętnością wobec cudzych dziwactw, ale ma stać się czynnie wyrażaną sympatią połączoną ze zrozumieniem.
Z punktu widzenia zdroworozsądkowych intuicji nie ma to sensu, gdyż skutkowałoby to osobliwym zmuszaniem się do akceptacji. Człowiekiem tolerancyjnym byłby ten, kto aby zadowolić osobę o odmiennych poglądach, zadawałby samemu sobie gwałt Przyjmując jej poglądy z sympatią, choć w głębi duszy odrzucałby je. Skutkiem byłoby to, z czym mamy do czynienia dziś. Hasło tolerancji staje się bronią przeciwko odmiennym poglądom, bronią służącą ograniczaniu wolności wypowiedzi i kontroli myśli. W jaki sposób się to dokonuje? Otóż utożsamianie postawy tolerancji dla czegoś z nakazem akceptacji tego czegoś prowadzi do uznania braku owej akceptacji za wyraz postawy nietolerancyjnej, którą zgodnie z obowiązującą dziś retoryką, retoryką przesady określa się mianem dyskryminacji, prześladowania bądź wykluczania. Wystarczy wówczas, że ktoś nie będzie podzielał pewnych poglądów, otwarcie o tym mówiąc, aby automatycznie uznać jego zachowanie za niemal zbrodnię, ustawiając go w rzędzie dyżurnych potworów współczesnej ludzkości, a więc faszyzmu, inkwizycji czy sowinizmu. Tolerancja przeciwko wolności. Takie zabobonne rozumienie tolerancji prowadzi do kolejnych patologii, które naznaczają współczesne społeczeństwa zachodnie. Jedną z nich jest tropienie tego, co Orwell określał jako myślozbrodnie, a więc poglądów, które naruszają zestaw prawd wiary przyjmowany przez liberalno-demokratyczny establishment.
Podobnie jak w systemie komunistycznym czy nazistowskim, krytyka postaw i poglądów uznawanych za kanoniczne często piętnowana jest jako zło. Zło wymagające interwencji ze strony władzy. W rezultacie tworzy się narzędzia polityczne, za których pomocą próbuje się zmienić prawo tak, aby możliwość swobodnego wyrażania pewnych opinii została wykluczona. Oczywiście w imię walki z dyskryminacją. Innym sposobem uciszania wrogów tolerancji jest ich medykalizacja każąca traktować ich jako jednostki chore. Tak jak w systemie sowieckim ktoś, kto podważa oficjalnie propagowane trendy, na przykład krytycznie wyraża się o roszczeniach osób preferujących pewien sposób zaspakajania popędów, traktowany jest jako nienormalny, a to z kolei wymaga podciągnięcia go pod jakąś nową jednostkę chorobową, na przykład omofobię. Prowadzona dzięki mediom tresura ludzi w duchu zabobonu tolerancji prowadzi ostatecznie do tego, że nie tylko przestają oni głośno wyrażać swe poglądy w obawie przed środowiskowym napiętnowaniem, a tak zwane środowisko zwykle jest konformistyczne i posłuszne aktualnej władzy, ale ostatecznie nawet w głębi serca i duszy starają się myśleć poprawnie, stosując autocenzurę. W ten sposób kolejne dekady szerzenia tego zabobonu prowadzą do powstania społeczeństwa zastraszonych, uległych i łatwych do sterowania osobników, którzy nie potrafią samodzielnie myśleć w obawie przed rzuceniem na nich jednej z najstraszniejszych świeckich klątw, a więc oskarżenia o szerzenie mowy nienawiści. Tyrania przewrażliwionych. Jakie są źródła tego zabobonu?
Brakuje tu miejsca, aby zajmować się politycznymi i ideologicznymi przyczynami tego zjawiska, jednego z wielu, które od środka niszczą zachodnią cywilizację. Warto jednak wskazać tu choćby jeden, dosyć trywialny powód psychologiczny, jakim jest wszechobecne dziś przewrażliwienie na własnym punkcie, związane z chorobliwym egocentryzmem i słabością charakteru. „Ludzie, którzy nie potrafią kontrolować własnych emocji, próbują kontrolować zachowania innych ludzi” powiedział John Cleese, współautor wspomnianego na początku „Żywotu Briana”, odnosząc się do jednego ze skutków zabobonnej tolerancji, jakim jest polityczna poprawność. Ta lakoniczna wypowiedź bardzo wiele mówi na temat stanu duchowego współczesnego człowieka. U zarania naszej cywilizacji w starożytnej Sparcie jednym z istotnych elementów wychowania była nauka sztuki znoszenia złych opinii na własny temat. Młodzi ludzie specjalnie byli narażani na drwiny czy wyśmianie, aby wyrobili w sobie odpowiedni rodzaj twardości charakteru i odporności na poglądy innych, nawet takie, które ich oburzają i osobiście dotykają. Tego rodzaju twardość charakteru, rozwijana przez kolejne wieki w Grecji, Rzymie i chrześcijańskiej Europie, była jednym z warunków tradycyjnej cnoty tolerancji. Człowiek stabilny emocjonalnie i pewny siebie nie ma problemu z tym, że ktoś inny myśli coś innego, a zwłaszcza umie sobie radzić z negatywnymi ocenami własnej osoby i własnego postępowania. Nie obraża się, nie pędzi na skargę, nie płacze, ale cierpliwie znosi, a więc toleruje je. Aby być tolerancyjnym, trzeba zatem być człowiekiem pewnym swoich racji, odpornym, mieć silny charakter i poczucie godności.
Z tej perspektywy patrząc, nie ma dziś już ludzi tolerancyjnych. Są jedynie ludzie zastraszeni, terroryzowani przez ludzi przewrażliwionych. To, proszę państwa, był artykuł Damiana Leszczyńskiego „Zabobon tolerancji”. Artykuł, który przeczytałem dla państwa z miesięcznika „Filozofuj”, dwumiesięcznika „Filozofuj” z 2020 roku. Cóż, proszę państwa, biegniemy dalej, jeśli chodzi o Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj pozaziemski ocean i inne dziwy. To jest, proszę państwa, podcast, który pochodzi z Wehikułu Wyobraźni, na który państwa nieustannie zapraszam. Tam pojawiają się audycje dotyczące różnych tematów. Dzisiaj taki cykl, który nazwałem Kosmos. Popularny przegląd, a właściwie przegląd popularnonaukowy.
Tam omawiam dla Państwa w tym cyklu, w tej playliście różne odkrycia dotyczące kosmosu, dotyczące szerzej może nawet wszechświata, ale sięgam również po odkrycia z dziedziny fizyki, bo ta zawsze w jakiejś komitywie z odkryciami natury kosmicznej pozostaje. Prezentuję Państwu dzisiaj odcinek pierwszy na tej playliście. Tym bardziej, że ostatnimi czasy ruszyłem z odcinkami kolejnymi. Od środy w tym tygodniu jest dostępny odcinek trzeci. Zatem troszeczkę słuchania będzie. To nie są długie odcinki. To nie są odcinki, które jakoś bardzo mocno wgryzają się w tematykę. Raczej sygnalizują pewne odkrycia, pewne zjawiska, pewne budzące u niektórych zachwyt, a u niektórych zastanowienie. Uśmiecham się, kiedy to mówię, ale miałem okazję poczytać komentarze, więc stąd ten mój uśmiech. Zapraszam Państwa bardzo serdecznie, bo te audycje powstają na podstawie w miarę świeżych doniesień.
To nie są jakieś wykopaliska archeologiczne z wiedzy naukowej. Wręcz przeciwnie, staram się, żeby to były informacje w miarę świeże. No cóż, żeby nie przedłużać, zapraszam na Pozaziemski Ocean i inne Dziwy. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. W czasach, w których jesteśmy bombardowani wszelakimi informacjami, również tymi popularnonaukowymi, postanowiłem uruchomić na kanale nieregularny i subiektywny przegląd. Przegląd popularnonaukowy, w którym prezentował będę to, co internety pokazały ostatnio na temat kosmosu, fizyki i innych nauk wszelakich. A ponieważ informacji jest naprawdę dużo, więc dokonywał będę ostrej selekcji, stąd subiektywność w tytule serii. Zapraszam na pierwszy odcinek w nowej playliście i przypominam o subskrypcji kanału, komentarzach i ewentualnych łapkach w górę. Zaczynamy. Pozaziemski ocean.
W czasach, gdy pracują kosmiczne teleskopy orbitalne, przeszukując odległe rejony wszechświata, wielkie odkrycia w Układzie Słonecznym są ogromnym zaskoczeniem. A tu proszę niespodzianka. Na początku roku 2024 odkryto kolejny wielki ocean. Gdzie? W pobliżu Saturna. Mimas to siódmy pod względem wielkości księżyc Saturna. Jest najmniejszym znanym ciałem zdolnym utrzymać kształt bliski kulistemu dzięki własnej grawitacji. Mimas został odkryty wraz z Enceladusem w 1789 roku przez Williama Herschela, odkrywcę Urana. Nastąpiło to 105 lat po odkryciu Tetydy i Dione. Nazwa wywodzi się z mitologii greckiej.
Mimas był jednym z gigantów i brał udział w gigantomachii. Do niedawna uważano, że mała gęstość Mimasa wskazuje na to, że jest księżycem lodowym składającym się głównie z lodu wodnego z niewielką domieszką skał. Do tej sprawy jeszcze wrócimy, gdyż wszystko wskazuje na to, iż jest zupełnie inaczej. Powierzchnia Mimasa pokryta jest kraterami uderzeniowymi, z których największy Herschel ma średnicę 130 kilometrów z sześciokilometrowej wysokości wzniesieniem centralnym. Ten krater sprawia, że Mimas przypomina Gwiazdę Śmierci z Gwiezdnych Wojen. Pozostałe kratery mają rozmiar rzędu 40 kilometrów, z wyjątkiem rejonów bieguna południowego, gdzie zazwyczaj nie przekraczają 20 kilometrów. Mimas krąży stosunkowo blisko Saturna w obszarze pierścieni. Jest odpowiedzialny za istnienie przerwy Cassiniego pomiędzy pierścieniami A i B. Jeśli chodzi o badania Mimasa, to w roku 1980 Voyager 1 wykonał pierwsze bliskie zdjęcia księżyca. 16 stycznia 2005 roku nastąpił przelot sondy Cassini w odległości 213 000 kilometrów.
2 sierpnia 2005 roku miał miejsce kolejny przelot tejże sondy w odległości 48 842 kilometrów. 13 lutego roku 2010 kolejny przelot sondy Cassini odbył się w odległości 9520 kilometrów. Ostatnio naukowcy ogłosili, iż tuż pod lodową skorupą Mimasa znajduje się globalny ocean ciekłej wody. Mamy zatem do czynienia z kolejnym obok Enceladusa oceanem w otoczeniu Saturna. Badacze wskazują, że za powstanie oceanu na Mimasie odpowiada zapewne orbita księżyca, a właściwie fakt, że
[29:11] - Iż zmienia się ona stopniowo z eliptycznej w kołową. Księżyc oddalający się, a następnie zbliżający do Saturna, narażony jest na zmienne przyciąganie grawitacyjne ze strony macierzystej planety. Te zmiany prowokują naprzemiennie rozciąganie i ściskanie lodowego wnętrza księżyca, a to z kolei sprawia, iż jest ono ogrzewane, a w konsekwencji zachodzi proces topnienia lodu. Na przestrzeni milionów lat doprowadziło to do stopniowego zmniejszania się eliptyczności orbity. Ogrzewanie będzie trwało aż do momentu, w którym orbita stanie się całkowicie kołowa. Wówczas proces wpływowego podnoszenia temperatury wnętrza księżyca ustanie. Według naukowców ocean powstał we wnętrzu Mimasa stosunkowo niedawno, zaledwie od 2 do maksymalnie 25 milionów lat temu. Obecnie skorupa lodowa przykrywająca ocean ma prawdopodobnie grubość od 20 do 30 kilometrów. Pod nią znajdować się ma ocean o głębokości około 40-45 kilometrów. Jakiś czas temu lodowa skorupa musiała być znacznie grubsza niż obecnie.
Wskazuje na to dobitnie ukształtowanie i struktura wspomnianego krateru Herschel. Tego, który czyni księżyc podobnym do Gwiazdy Śmierci. Aby taki krater uderzeniowy nie zniknął wskutek wydostania się na powierzchnię wody z oceanu, skorupa lodowa musiała mieć minimum 55 kilometrów grubości. Szacuje się, że krater powstał około 4,1 miliarda lat temu. Analiza orbity Mimasa oraz wahań rotacji sugerują, że był on całkowicie zamarznięty jeszcze 10 do 25 milionów lat temu. Mimas dołącza zatem do elitarnego klubu ciał niebieskich w Układzie Słonecznym, na których znajduje się woda w stanie ciekłym. Wśród nich znajdują się jeszcze takie małe globy jak Europa, Enceladus, Tytan i Ganimedes. Wenus, piekielna planeta. Nowych informacji na temat Wenus dostarczyła analiza danych napływających z sondy BepiColombo, która dokonała przelotu blisko drugiej planety Układu Słonecznego i zbadała jej atmosferę w 2021 roku. Uwagę naukowców zwróciły emisje atomów tlenu i węgla uciekających z wenusjańskiej atmosfery.
Okazuje się także, że planeta traci wodór. Naukowcy nie do końca mogą wyjaśnić istotę tego, co wykryli. Oczywiście taka ucieczka atmosferyczna nie jest niczym niezwykłym. Ziemia każdego dnia traci około 90 ton materii. Badacze uważają, że tego typu emisje mogą dostarczać informacji na temat tego, jak Wenus wyglądała w przeszłości i jakich transformacji doświadczyła. Druga planeta od Słońca bywa nazywana bliźniaczką Ziemi. Nie chodzi jednak o warunki panujące tam obecnie, ale głównie o parametry fizyczne, które sprawiają, że jest ona bardzo podobna do naszej planety. Jeśli zaś chodzi o koszmarny wenusjański klimat, to niewykluczone, iż dawniej był on znacznie bardziej podobny do ziemskiego. W pewnym momencie nasilił się jednak efekt cieplarniany, który zmienił Wenus w coś, co można porównać do szklarni. Gruba atmosfera działa niczym koc zatrzymujący promieniowanie cieplne, promieniowanie docierające ze Słońca.
W wyniku tego na Wenus panują iście piekielne warunki. Temperatura sięgająca setek stopni Celsjusza, chmury dwutlenku węgla oraz dwutlenku siarki. Na łamach „Nature Astronomy” czytamy, że pole magnetyczne Wenus najprawdopodobniej jest generowane za pośrednictwem interakcji między naładowanymi cząsteczkami w górnych warstwach atmosfery a polami magnetycznymi i poruszającymi się jonami wiatru słonecznego. Sonda BepiColombo przeleciała między tak zwaną magnetopauzą a magnetosferą, wykrywając tlen i węgiel. Atomy tych pierwiastków zostały przyspieszone do tego stopnia, że pokonały grawitację Wenus. Jest to o tyle dziwne, że są to ciężkie jony, które poruszają się zazwyczaj bardzo powoli. W myśl jednej z hipotez elektrostatyczne podmuchy rozpędzają owe atomy, zapewniając im możliwość ucieczki atmosferycznej. Jednym z najważniejszych pytań dotyczących Wenus jest kwestia istnienia tam życia. Uczeni przypuszczają, że jeśli w ogóle istniałoby tam życie, to mogłoby występować w postaci mikroorganizmów unoszących się w chmurach, gdzie temperatury w niektórych miejscach są niskie, porównywalne do ziemskich i co ważniejsze, nie występują tam opady kwaśnych deszczy. Ciemna materia i czarne dziury.
Ciemna materia wciąż stanowi zagadkę. Wszyscy o niej mówią, ale nikt nie ma pewności, czym naprawdę jest. Wszystkie próby zidentyfikowania cząstek tworzących ponoć 85% materii wszechświata okazały się, mówiąc delikatnie, mało udane. Jednak ostatnio naukowcy sięgnęli ponownie po jedną z teorii odrzuconych wcześniej. Problem z ciemną materią spowodowany jest tym, że jej cząstki nie oddziałują z promieniowaniem elektromagnetycznym. Z tego powodu są dla badaczy niewidzialne. Z drugiej strony ich wpływ grawitacyjny na zwykłą materię jest obserwowany dosyć powszechnie. Widzimy, że coś ewidentnie oddziałuje grawitacyjnie na materię widzialną. Nie jesteśmy jednak w stanie dostrzec, co to takiego. Jedna z teorii próbujących wyjaśnić naturę ciemnej materii twierdzi, że wcale nie składa się ona z nowych, nieznanych nam cząstek.
Składa się natomiast z pierwotnych czarnych dziur, które powstały zaledwie ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu. Jak wspomniałem, nie jest to idea nowa. Wcześniej jednak naukowcy odrzucali ją. Założyli bowiem, że małe czarne dziury powstałe niemal 14 miliardów lat temu do dzisiaj już by po prostu wyparowały. Nie mogłyby zatem tworzyć ciemnej materii. Teoria pierwotnych czarnych dziur stała się jednak ponownie modna w świecie naukowym. Związane jest to z faktem odkrycia Giorgia Dvali, fizyka teoretycznego z Uniwersytetu w Monachium, odkrycia wskazującego, że proces wyparowywania małych czarnych dziur może wyhamować. Obiekty takie mogą stać się stabilne i istnieć o wiele dłużej, niż się wcześniej wydawało. Mogłyby zatem stanowić składnik podstawowy ciemnej materii. Warto zauważyć, że mowa o naprawdę mikroskopijnych czarnych dziurach.
Ich masa mogłaby wynosić maksymalnie 1000 ton. Takie czarne dziury byłyby mniejsze od średnicy protonu, a to naprawdę niewiele. Naukowcy wskazują, że odpowiednio małe czarne dziury mogłyby teoretycznie zachowywać się tak, jak zachowują się potencjalne cząstki ciemnej materii. Przykładem niech będzie to, iż przyjmuje się, że cząstki owej ciemnej materii nie zderzają się ze sobą. Nie wyklucza to jednak możliwości wiązania się w grupy, które łącznie mogłyby tworzyć większą masę, wywierającą wpływ grawitacyjny na otoczenie. Jeśli ciemna materia faktycznie składałaby się z pierwotnych czarnych dziur, to nie byłoby potrzeby wychodzenia poza tak zwany model standardowy, który doskonale opisuje oddziaływania cząstek we wszechświecie. Teorię pierwotnych mikro czarnych dziur będzie jednak niezwykle trudno zweryfikować. Obiekty te ze względu na swoją małą masę, wyjątkowo małe rozmiary oraz fakt, że pochłaniają całe promieniowanie, są praktycznie niewykrywalne i nawet jeżeli dostrzeżemy wpływ grawitacyjny grupy takich obiektów, to nie będziemy w stanie ustalić, czy pochodzi on od grupy, czy też od jednej masywniejszej czarnej dziury. Szybszy od światła, czyli ciemna materia po raz drugi. Według wiedzy trzeciego dziesięciolecia XXI wieku żadna cząstka nie jest w stanie poruszać się z prędkością większą od prędkości światła.
Dwójka naukowców postanowiła jednak sprawdzić, co by było, gdyby takie cząstki jednak istniały. Opisali oni badania nad właściwościami oraz możliwymi wpływami na wszechświat hipotetycznych cząstek poruszających się zawsze z prędkościami większymi od prędkości światła. Cząstek, które nazywamy tachionami. Spora część naukowców twierdzi, że istnienie takich cząstek można z góry odrzucić, gdyż ich istnienie podważałoby podstawowe elementy wiedzy o naturze rzeczywistości. Są jednak na szczęście uczeni, którzy uznają, że warto wziąć pod uwagę, iż nasza wiedza jest, powiedzmy to delikatnie, bardzo niepełna. Badacze zainteresowani tachionami wskazują, że hipotetyczne cząstki mogą być cząstkami, z których składa się ciemna materia. Pomysł na pierwszy rzut oka szalony, ale uczeni przekonują, że gdyby tak właśnie było, to oddziaływanie tachionów mogłoby tłumaczyć nie tylko istnienie ciemnej materii, ale także przyspieszającą ekspansję Wszechświata. Najciekawszym elementem artykułu traktującego o tachionach jest próba zastosowania modelu tachionowej ciemnej materii do obserwacji supernowych typu 1A, czyli zjawiska wykorzystywanego do mierzenia odległości we Wszechświecie. W toku badań okazało się bowiem, że dane z obserwacji takich supernowych zgadzają się z modelem tachionowym równie dobrze, co z powszechnie przyjmowanym modelem kosmologicznym zawierającym ciemną materię i ciemną energię. W żaden sposób nie dowodzi to oczywiście istnienia tachionów, aczkolwiek z pewnością wskazuje, że model ten warto nadal poddawać próbom zmęczeniowym.
Mówiąc krótko testować. Komentatorzy uważają, że szansa na to, iż model tachionowy będzie także zgadzał się z innymi danymi opisującymi wszechświat, jest niewielka.
[41:21] - Proszę państwa, to było pierwsze wydanie subiektywnego przeglądu popularnonaukowego. Pięknie państwu dziękuję i zapraszam na kolejny odcinek. Myślę, że już całkiem niedługo. To, proszę państwa, była podróż w odległy i nieodległy wszechświat. A teraz, proszę państwa, Filmotekarium. Za chwilę będzie Filmotekarium i państwo wiecie, Filmotekarium to na ogół nowości filmowe. Czasami trafi się jakiś klasyk, czasami w wakacje szczególnie rozmawiamy z Piotrem Cielebiasiem o serialach, ale dzisiaj klucz doboru filmu był nieco inny. Wspomniałem na początku audycji, że mamy 111. wydanie. Ta liczba jest intrygująca, niepokojąca niektórych.
A w dodatku jakoś tak się dziwnie złożyło, że całkiem niedawno, bo przecież w poniedziałek mieliśmy 11 listopada, 11. dzień 11. miesiąca. W dodatku w niejakim Toto w zeszłym tygodniu liczby ułożyły się bardzo zadziwiająco. Tak zadziwiająco, że niektórzy mówią nawet w związku z tym, że to Matrix się zawiesił, zaciął. Nie wiem. Piotr o tym powie troszkę więcej w audycji. Nie wiem, jak jest, ale my z Piotrem popatrzymy, jak tę ludzką fascynację różnymi liczbami wykorzystuje film. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[43:15] - Witam.
[43:16] - Szanowni państwo, dzisiaj zrobi się dziwnie. Ja przyznaję, że troszeczkę poczułem się niekomfortowo, kiedy uświadomiłem sobie, że liczby rządzą naszym życiem. A później palnąłem się w głowę i przypomniałem sobie pitagorejczyków. Przecież oni to odkryli w starożytności. No dobrze, ale mówię tak troszeczkę tajemniczo. Piotrze, od czego zaczniemy naszą fascynację liczbami?
[43:52] - Może od tego, jak to wypada w życiu realnym, bo tak naprawdę my sobie tak mówimy: „Liczby rządzą światem. Wszystko można opisać matematycznie”. A jeżeli sobie spojrzycie na losowanie Lotto z dnia 7 listopada tego roku i też na losowanie Lotto Plus, które wcale nie było mniej dziwne, dojdziecie do wniosku, że czasami się ten Matrix potrafi zaciąć. Kiedy rzucicie okiem, to okaże się, że jakimś cudownym zbiegiem okoliczności, Marku, mieliśmy tam bardzo specyficzne liczby. Żeby było śmieszniej, to choć tam była mała pula na wygraną, to trafiło, z tego, co pamiętam, 11 osób. Ale klucz w tym, że w tym losowaniu z każdej dziesiątki padła liczba zakończona jedynką, jak by nie było. W tym jedna liczba lustrzana 22. Ten Matrix się tam chyba zupełnie zaciął. Gdyby kontynuowano losowanie siódemki, ósemki, wiemy, że to jest niemożliwe w Lotto, to jakby wypadło 32, 42, to byśmy widzieli, że jednak coś się tam dzieje. Powiem ci, że dało mi to do myślenia.
Tym bardziej że jak sobie poszukamy na stronach fanów loterii liczbowych różnego rodzaju dziwnych przypadków, to też zobaczymy, że to się wcale nie dzieje tak rzadko, że są zdarzenia lustrzane, że są pary lustrzane, że jedna liczba lubi wypaść w zupełnie przypadkowym losowaniu, gdzie nie ma prawa się to zdarzyć, ale jedna liczba lubi wypaść częściej niż druga. Czasami są nawet parki i tak dalej. Jeżeli dodamy do tego fakt, że niektórzy ludzie twierdzą, że liczby odgrywają w ich życiu szczególną rolę, pojawiają się często na przykład gdzieś tam na cyferblacie czy na rozkładzie jazdy, czy gdzie indziej, to dochodzimy do wniosku, że albo to jest totalna paranoja, albo rzeczywiście ten Matrix jest rządzony cyfrowo, że tak powiem. Tak jak pitagorejczycy możemy dojść do wniosku, że liczba, cyfra, matematyka jest czymś, co rządzi naszą rzeczywistością. Ale skoro rządzi, to ktoś chyba musiał to zaprojektować. Nie wiem. Powiem ci, że filmy, o których dzisiaj opowiemy, są tak naprawdę dwoma z bardzo dużej grupy, bo skupiamy się dzisiaj na tej magii liczb lustrzanych, ale też na magii 11:11. Jest bardzo dużo filmów, bardzo dużo produkcji, bardzo dużo teorii różnego rodzaju, skupiających się na przykład na 11:11 albo pokrewnej jej godzinie 23:23. To od naprawdę długiego czasu inspirowało twórców literatury, kina. Na tej kanwie powstawały różnego rodzaju historie, tak jak na przykład poważny film z Jimem Carreyem, o którym dzisiaj będziemy mówić.
Ale zanim do tego przejdziemy, to może słówko o tych pitagorejczykach. Czy to w ogóle ma sens? Czy złapałeś się kiedyś na tym, bo ja parę razy tak, że na przykład spoglądałem na zegarek i była ta 11:11, a potem dochodziłem do wniosku, że o Boże, jakie to głupie, przecież to tylko na zegarku cyfrowym jest możliwe. Dawniej tego fenomenu nie było.
[47:26] - Uśmiecham się, bo trafiłeś, jak to mawiano w pewnym sławnym filmie, w sedno tarczy. Otóż ja mam wrażenie, od dawna mam takie wrażenie, że prześladuje mnie liczba, nie liczba, godzina 22:22. A zegarki o charakterze cyfrowym towarzyszą nam, mnie przynajmniej, od połowy lat 80. Uznacie mnie państwo za krzywiciela teorii spiskowych albo za wariata, jak już państwo chcecie, ale nie ma tygodnia od bardzo wielu lat, żebym kilka razy w tym tygodniu nie natknął się na godzinę 22:22. Myślę, że wielu z państwa ma tego rodzaju doświadczenia. Myślę, że w ostatnich dziesięcioleciach nie było tygodnia, żebym tej godziny nie spotkał wzrokiem przynajmniej raz w tygodniu. Na ogół częściej. Do dzisiaj mi się to trafia. Jak to tłumaczyć? Można rozmaicie, nie tylko magią liczb, ale to mnie prześladuje.
Rzeczywiście, 22:22. Jeszcze pamiętam, jak słuchałem BBC z Londynu i w tym czasie trwała audycja z Londynu i bardzo często trafiałem na swoim wtedy jakże nowoczesnym zegarku z wyświetlaczem trafiałem tę 22:22. Wariactwo. Ale jeśli pytałeś o pitagorejczyków, to przede wszystkim zapraszam na kanał „Wehikuł Wyobraźni”. Tam o pitagorejczykach nawijam przez blisko godzinę, bo rzeczywiście stworzony przez nich obraz świata jest niezwykle ciekawy. Ja go oczywiście państwu nie streszczę, bo nie sposób, ale oni zakładali, że światem rządzi liczba i oni nawet patrzyli na świat w specyficzny sposób. Otóż kiedy innym filozofom pokazało się jabłko, to oni na pytanie: co widzicie?, odpowiadano: jabłko. Pitagorejczyk odpowiedziałby, że widzi jedność, jedno jabłko albo jedno. Ale kiedy tego pierwszego filozofa spytaliby państwo po ugryzieniu jabłka, co widzi, powiedziałby dalej, że jabłko. A pitagorejczyk nie, bo to już nie byłaby jedność.
Nie byłoby to jedno jabłko, bo czegoś by mu brakowało. To jest zaledwie wstęp do dosyć głębokiej i takiej filozofii, która opisuje nasz świat. Wydawać by się mogło z takiej bezdusznej perspektywy liczby. Ale to nie tak wygląda. Jeśli państwo kojarzycie pitagorejczyków jako ludzi, którzy opisywali świat cyfrowo, nieadekwatne pojęcie, ale opisywali świat cyframi, liczbami, to nie do końca tak. Oni po prostu starali się w owych liczbach uchwycić pewien porządek tego świata i kto wie, chociażby w świetle tego, co za chwilę powiemy o treści filmów, kto wie, czy w jakimś stopniu nie zbliżali się do tej ukrytej rzeczywistości, która naszym światem rządzi, albo przynajmniej może rządzić. A ta godzina 22:22 jest rodzajem mojej obsesji, tak jak na przykład godzina już nie lustrzana 3:15 w nocy. Ale to zupełnie inna historia.
[51:28] - Pamiętam, że piosenkę na temat 11:11 napisał Grzegorz Turnau. Ja jej teraz nie przytoczę, ale tam było, że tam coś światła mi nie gaście. 11:11. Wiesz, to jest powszechna obsesja, jakby nie było. Bo jak się widzi takie powtarzające się liczby, to coś musi być na rzeczy. Statysty powiedzą: „Dobra, jest 11:11, 22:22, nawet 23:23, 44:44 nie ma”. To prędzej czy później, ponieważ tak jest świat urządzony, a zegar jest, jaki jest, to zobaczysz te godziny i tyle. A poza tym, jak mówiłem, na normalnym cyferblacie, takim analogowym, to nie ma bata, żebyś tam to zobaczył. To się wszystko zaczęło, kiedy się pojawiły wyświetlacze cyfrowe, jakby nie było. Ale dobra, może tak jest, może coś tutaj zadziałało, zabanglało, jak to się mówi.
Dzisiaj się skupiamy na dwóch filmach, które łączy obsesja związana z liczbami, związana właśnie z tym, o czym przed chwilą powiedzieliśmy. Przy czym jest jeszcze jeden wątek wspólny. Są to filmy, gdzie takim łącznikiem jest książka, ewentualnie postać pisarza. I pierwszym filmem, o którym warto wspomnieć, kiedy się mówi o tych liczbach mistrzowskich, prześladujących i tak dalej, jest „Nr 23”. Jest to film zrealizowany przed laty przez Joela Schumachera. To znaczy się tak, jeszcze jedna rzecz, o której zapomniałem. Tych filmów jest ogólnie dużo, nawet bardzo dużo i kiedy sobie wpiszecie w odpowiednim miejscu w internecie, to się okaże, że są też filmy nowsze, na przykład niż „Nr 23”, ale są albo nie tak łatwo dostępne, albo są po prostu kiepskie. Ten „Nr 23” jest ciekawy z kilku względów. To jest, Marku, w ogóle produkcja z czasów, kiedy filmy kręcono trochę inaczej niż dzisiaj. On nie jest taki stary wbrew wszystkiemu, ale to był czas, kiedy filmom Nadawano pewne znaczenie.
To znaczy, jeżeli był scenariusz, to on nie był taki, że film przeleciał i nie wiadomo, o co chodzi, tylko próbowano jakąś historię opowiedzieć. Czasami to wychodziło, czasami nie. Jest to też godne uwagi, dlatego, że Jim Carrey, który się kojarzy zazwyczaj z produkcjami komediowymi, tam gra główną rolę. Czy mu to wychodzi? Czy mu to nie wychodzi? To sami ocenicie. Moim zdaniem mu to nie wychodzi, ale on się tam wciela w postać Waltera Sparrowa, który sobie pracuje, nie oszukujmy się, jako hycel, odławiacz zwierząt i wiedzie takie zwyczajne życie z rodziną gdzieś tam w Ameryczce. I na urodziny dostaje książkę. Książkę, która nie jest bestsellerem. To jest książka, która jest wyciągnięta gdzieś z dna antykwariatu, która jest wymięta, brzydka.
Ale okazuje się, że w tym wszystkim jest pewien głębszy sens. W tym wszystkim jest pewna głębsza filozofia, bo to nie jest tak, że on otrzymuje książkę na urodziny. Nie, nie, nie. Jego zaczynają prześladować pewne sceny, pewne schematy, pewne liczby. I okazuje się, że w tej książce jest podobnie.
[54:54] - Tak, proszę państwa, Jim Carrey to nie jest Jim Carrey na przykład z „Maski” albo z „Głupiego i głupszego”, obojętnie czy tej starszej, czy nowszej wersji. To nie jest Jim Carrey z „Truman Show”. To w ogóle nie jest ten Carrey, do którego państwo przywikli, chociażby na przykład film „Kłamca, kłamca”, gdzie humor może nie jest wyszukany, ale jest taki totalny, czyli w ogóle wszystko zabija śmiechem. Zależy kto się z czego śmieje. Tu, tak jak Piotr powiedział, gra na poważnie. Gra. No dobrze, przyjmijmy, że gra. I tak jak Piotr powiedział, na urodziny otrzymuje książkę. I smaczkiem jest to, że otrzymuje na 32. urodziny.
Zatem tytułowa liczba 23 jest gdzieś blisko 32.
[55:49] - Ja tylko dodam, że on wcale nie wygląda na 32.
[55:53] - To już inna sprawa. W każdym razie ów hycel, a właściwie pracownik Departamentu Ochrony Zwierząt. Widzicie państwo, wszystko można nazwać w taki sposób, że się kojarzy lepiej. Nie tylko natrafia na książkę, która właściwie ma charakter maszynopisu po części, ale też prześladują go dziwne wydarzenia. Pojawia się pies. Właściwie to jest początek filmu. Pies, który nie dość, że go scapił za rękę, to jeszcze później pojawia się na cmentarzu i prześladuje we śnie. I w ogóle dziwne jest to zwierzę, ale też od momentu, kiedy nasz bohater otrzymuje książkę od żony, to tak jak Piotr powiedział, liczba 23. On dostaje po prostu, mówiąc krótko, szumergla na tym punkcie i my przez długi czas nie wiemy, czy ta obsesja to jest absolutne fiksum dyrdum bohatera, czy też jest w tym pewne jądro krystalizacji, jądro prawdy, jądro tego, że on rzeczywiście uwikłany jest, nie tylko opętany, ale i uwikłany w sytuacje związane z liczbą 23. Ta obsesja na punkcie liczby 23 sprawia, że on zaczyna interesować się sprawą zabójstwa, które zrelacjonowane jest w książce, którą otrzymał.
Zabójstwa, które miało miejsce już naście lat temu. To dodatkowo sprawia, że my się przyklejamy do tego filmu. Ja przyznaję, że ta opowieść „Numer 23” mnie wciągnęła. Ona mnie nie wciągnęła do końca, bo tu będzie pewno postscriptum do tego, co powiem, ale przez długi czas byłem tym filmem bardzo zainteresowany. Mocno mnie przyciągnął. Niestety to jest moje zdanie, nie wiem, co Piotr powie. Końcówka twórcom filmu nie do końca wyszła. Ja się poczułem przez tę końcówkę nieco obrażony. Dlaczego? Po prostu zostałem potraktowany jak przygłup, któremu trzeba łopatologiczne pewnie pewne rzeczy do głowy włożyć, bo inaczej to odejdzie od ekranu nieusatysfakcjonowany.
I to troszeczkę popsuło mi zabawę, ale skłoniło do pomyślenia, jak to czasami liczby rządzą naszym życiem. I nie chodzi mi o żadne mistyczne oddziaływania, raczej na pewne powtarzalności, które się w życiu chyba każdego człowieka pojawiają. Ja nie mówię, że jest to związane z jakimś działaniem Matrixu, z działaniem specyficznym rzeczywistości, z odwołaniem się do pitagorejczyków czy czegokolwiek. Ale fakt jest faktem. Wielu z nas zauważa, że pewne liczby prześladują nas jakby albo w każdym razie nieco częściej pojawiają się niż inne.
[59:19] - Tak, tutaj jest pewien problem z filmem „Numer 23”, dlatego, że to jest jeden z tych filmów, kiedy mamy opowieść o życiu człowieka, który nie zdaje sobie sprawy, że żył wcześniej zupełnie innym życiem, że był kimś innym. Mieliśmy mnóstwo podobnych filmów, nie wiem, „Dom snów”. Mieliśmy też taki film całkiem niedawno o rodzeństwie, które mieszkało na pewnej farmie. Nie pamiętam tytułu, ale to jest dość często powtarzający się wątek. Tutaj masz rację, że ta końcówka została troszeczkę, ja myślę, że nadużyto trochę cierpliwości widzów. To nie jest coś, czego się nie da obejrzeć. Jak mówię, to był okres, kiedy filmy kręcono zupełnie inaczej i to mogło skręcić w jakąś ciekawą stronę. Ale ja też mam takie wrażenie, że Jim Carrey nie pasuje ogólnie do takich filmów. Kiedy się go widzi, to tak jakby się widziało Ferdka Kiepskiego zawsze w jakiejś innej roli i mamy wrażenie, że to nie jest do końca na poważnie. I w tym filmie, kiedy jest on obcięty na grzybka i cierpi te swoje katusze, to też mamy zawsze takie wrażenie, że on to robi dla jaj w jakimś stopniu i to nie jest do końca poważnie.
To jest chyba przekleństwo aktorów komediowych. Tak chyba jest. Nie jest to arcydzieło, natomiast jest to opowieść o czymś. Opowieść o czymś w sumie bardzo prostym. O 11.11, tylko w zupełnie innej wersji, 23.23. Film się kończy rozczarowująco, nieco. Film pewnie chciałby nawiązywać do zupełnie innych produkcji. Może silił się na coś innego, na coś większego, ale pomimo wszystko powiem ci, że jest cały czas pamiętany jako ten, który w bardzo nie tylko symboliczny, ale też znaczący sposób nawiązuje do tego numerologicznego wątku. 11.11, 23.23. Także ja nie wiem, czy ja bym go nie polecał.
On jest jednak w miarę poprawny na tle tych innych wszystkich filmów, w których żeśmy się doszukiwali kodów liczbowych, bo im dalej żeśmy szli, tym było gorzej tak naprawdę. Po pewnym czasie trafiliśmy na film. Nie wiem, jak odczytywać, Marku, jego tytuł. 11:11:11.
[01:01:45] - Poczekaj, Piotrze, bo jeszcze zanim o tej 11:11:11, to jeszcze uzupełnienie, a właściwie potwierdzenie twoich słów. Tak, proszę państwa, to, że końcówka, tak jak powiedziałem, obraziła mnie w jakiś sposób, to jednak nie zmienia ogólnego wydźwięku tego filmu. Ten film skłania do pomyślenia o tym, jak to jest z tymi liczbami. To już mówiłem. On jest zresztą, to Piotr mówił, ale ja to tylko potwierdzę, żeby nie było, że jest jakaś rozbieżność pomiędzy nami. W tym wypadku akurat nie ma. Ten film warto obejrzeć z tym nastawieniem, że na koniec państwa potraktują tak, że trzeba wam wyjaśnić rzeczy oczywiste, ale to dobrze wpisane w los oglądacza filmów. Natomiast ten film skłania do pomyślenia, skłania do pewnych refleksji. Jim Carrey gra, jak gra. Na koniec państwu rzucę kilka ciekawostek wyczytanych z internetu, na które nie wpadłem sam.
Otóż Amerykanie oczywiście zaplanowali premierę filmu na 23. dzień miesiąca, bo trzeba było wykorzystać. Ale ciekawsze jest jeszcze coś innego, bo polska premiera miała miejsce 8 czerwca 2007 roku i jak się doda 862007, to również pojawia się liczba 23. A zatem jak państwo widzicie, marketing górą. Trzeba zawsze jakąś tajemnicę ulokować nawet w marketingu, żeby wszystko grało.
[01:03:29] - Tak. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy oni odeszli od tej liczby 11, bo tak naprawdę chyba 11.11 powinno tam odgrywać główną rolę, ale może to było za wcześnie, po prostu po 9.11 i może by ktoś się zaczął dopatrywać jakichś krzywych akcji w tym wszystkim. Ale ja jeszcze pamiętam, że czytałem coś takiego, że to też jest taka bajera typowa dla promocji, że kiedy się zwrócili twórcy filmu do Jima Carrey'a, że on ma zagrać tam, to on akurat czytał książkę o Psalmie 23. Dobra, niech ci będzie, Jimie Carrey'u, ale powiem tak: końcówka tego filmu jest naiwna. Bardzo. Nawet bym powiedział, że nam psuje ogląd całości. Ale to chyba jest jednak jeden z lepszych filmów, gdzie te liczby, gdzie te kody liczbowe odgrywają główną rolę. My o tych kodach liczbowych też mówimy nie bez przypadku, dlatego, że mamy drugą okrągłą rocznicę ukazania się Filmotekarium. To też jest ciekawe. Też nie jest bez przyczyny, bo z tego, co pamiętam, właśnie pierwsze Filmotekarium ukazało się 11.11.
[01:04:47] - Wow! A właśnie 11.11 i 11. Właśnie 11 dzień listopada odgrywa ważną rolę w następnym filmie, który już sygnalizowaliśmy. 11:11:11.
[01:05:04] - Tak, te filmy dwa łączą w sobie nie tylko czar liczb, nie tylko tą symbolikę, ale też wątek pisarsko-książkowy. Tak jak po obejrzeniu sobie „Numeru 23" zobaczycie, jak to tam wyglądało z tą powieścią i przełożeniem jej na życie głównego bohatera, tak tutaj mamy to trochę wyłożone zupełnie inaczej. Bohaterem „11:11:11", który też trafił do kin, co ciekawe, w 2011 roku, chyba nawet w dniu listopadowym, bliskim 11., temu dniu, wykorzystując tą całą magię daty i tak dalej. Tylko że to było chyba jedyne, co mogło przyciągnąć widzów na seans. Dlatego, że ten film, chociaż wykorzystuje tą tematykę, to tu jest zupełnie inaczej. Widzimy pewien regres. To znaczy, jeżeli ten film z Jimem Carreyem, nawet jeżeli nie był doskonały i może nawet był tylko pół ciekawy, tak tutaj widzimy, że to wszystko poszło gdzieś w złą stronę. W filmie „11:11:11" bohater główny jest cierpiącym pisarzem. Chyba go tak można nazwać, Marku, który cierpi po stracie rodzinnej. To jest Joseph Crown.
Tak się nazywa. Chłop się budzi w pokoju hotelowym o godzinie 11:11 dnia 7 listopada 2011 roku. Oczywiście, jak możecie się domyślić, cały czas będziemy zmierzać do 11 listopada. Tylko że on wtedy nie pójdzie na marsz, bo ten Joseph, chociaż cierpi, to on nie powinien cierpieć, dlatego, że on jest wziętym pisarzem, odnosi sukcesy i w międzyczasie otrzymuje zaproszenie do Barcelony, gdzie mieszka jego brat i ciężko chory ojciec, de facto umierający. Joseph jedzie się z nim pożegnać. I tam się rozgrywa cała skomplikowana, koronkowa historia. Powiem ci, że trudno było mi doczekać do końca. O ile film z Jimem Carreyem był naciągany może, ale jednak strawny, tak tutaj, jak mówię, widzimy pewien regres, który się wkradł w kino, które eksploruje takie tematy związane ze zjawiskami psi, z horrorem i tak dalej. Coś tutaj nie zagrało. Coś nas nie wciąga.
Nie wiem, tak było w moim przypadku. Jak jest w twoim?
[01:07:35] - W twoim. Oj nie wciąga, nie wciąga, bo mamy do czynienia, tak jak powiedziałeś, z wziętym pisarzem książek kryminalno-sensacyjnych, a przy okazji cierpiącym mężem i ojcem, bo jego żona i dziecko zginęli w wypadku. On chodzi na grupę wsparcia. Tam się pojawia pewna kobieta. Ona też odgrywa swoją rolę w tej opowieści. I tak jak powiedziałeś, zostaje wezwany. Ważna rzecz: on jest ateistą i to takim zdeklarowanym. Natomiast jego brat i jego ojciec są bardzo mocno związani z wiarą, z chrześcijaństwem. To też jest pewien problem, przynajmniej dla głównego bohatera. Ja nie będę dalej streszczał fabuły, ale my tak sobie żeglujemy z taką fabułą, która wciąga nas średnio, aczkolwiek jeszcze przez jakiś czas można to zdzierżyć.
To się jakoś sunie do przodu. Tak jak Piotr to powiedział, niespecjalnie śpiesznie, ale dobrze, niech będzie. Też odkrywamy magię liczb. Zbliżamy się do 11 listopada 2011 roku. Oni w ogóle nie wiedzą, że to nasze święto, więc okej. Tam się też pojawia 11:11 oczywiście i w ogóle ta jedenastka, bo o 11:11, ale wieczorem, żebyśmy byli precyzyjni. Tam się coś pojawia paranormalnego, co odnotowują kamery i tam jest bardzo groźnie. Trochę kpię, ale groźnie jest, trzeba przyznać. I to się rozwija. Coś tu chce przejść z innego wymiaru.
A może to są anioły? A może demony? Muszę to państwu powiedzieć. Dojeżdżamy do końca, kiedy pominąwszy wszystkie szczegóły, widzimy owe istoty. Tu ja już, proszę państwa, nie wytrzymałem. Jak zobaczyłem te istoty, oczywiście zrobione w niewyraźnym kadrze, trochę ciemno, trochę straszno i w związku z tym nie widać dokładnie. Ale ja się przyjrzałem i te skrzydła, to wszystko... Nie, to po prostu się nie da od pewnego momentu oglądać, bo to już jest kicz. Po prostu ewidentny kicz. Chyba ta końcówka najbardziej mnie sponiewierała, bo tam jest pewna dosłowność.
Oczywiście tam się próbuje różnych zabiegów, żeby ta dosłowność za bardzo nas nie zabiła. Tam się próbuje pewnych odjazdów związanych ze zdjęciami, z pewną próbą odejścia od tych bezpośrednich scen. To się nie udaje, proszę państwa, to się nie mogło udać po prostu. Ja uzmysłowiłem sobie, że gdyby ten film został napisany, gdyby to była książka napisana przez sprawnego pisarza, może nie tego z tego filmu, ale na przykład Grahama Mastertona, to ona jako książka by się obroniła. To by się obroniło. Natomiast w warstwie wizyjnej ten film się nie broni, szczególnie w drugiej części, a szczególnie pod koniec, ponieważ tam wkraczamy w sferę, moim zdaniem, idiotyzmu wizualnego. Kompletnego idiotyzmu, który oczywiście ma swoje uzasadnienie w fabule filmu, ale to jest chyba za mało, żeby znosić te obrazy.
[01:11:23] - Przyglądając się temu filmowi i innym, ja się zacząłem zastanawiać, czy przypadkiem to nie jest tematyka, która jest nieco archaiczna już. To znaczy, że nie da się tego przedstawić w taki sposób, żeby on był przyciągający dla współczesnego widza. Bo 11:11, 23:23, inne liczby, inne godziny. Co w tym dziwnego? Ktoś dostanie szajby i tyle. Ale ten film, o którym mówimy, który nam wpadł trochę przypadkiem do naszych rozważań, nie wciąga, ale on pokazuje coś jeszcze. Pokazuje, że choć tam jest skonstruowana jakaś opowieść, mamy jakąś historię, to na tym przykładzie widzimy coś takiego, że czasami mówimy w Filmotekarium o filmach, które opowiadają bardzo proste sprawy, proste opowieści. Natomiast tutaj mamy opowieść bardzo koronkową, która nie wciąga, która jest odpychająca wręcz. Dochodzimy do wniosku, co tu nie zagrało. Pokazuje nam to banalną moim zdaniem sprawę, że nie pieniądze, nie scenariusz zawsze się liczą.
Liczy się sposób, w jaki się tą historię opowiada. Czyli zdolni aktorzy, zdolni scenarzyści i czasami pójście w stronę niepokazania wszystkiego. W tym filmie, o którym mówimy, czyli "11:11:11" nie ma zbytniej temperatury. W sumie nie ma żadnej. Bohater jest byle jaki. Powiem ci, Marku, że on tam cierpi i wcale nie mam do tego żadnych pretensji. W ogóle mnie to nie rusza. Sam film jest zrealizowany nie tylko budżetowo, ale też w formie telewizyjnej. To chyba nam pokazuje, że czasami, kiedy ktoś kręci jakiś film nawet oparty o sprawdzone wzorce, takie, które powinny ruszyć, powinny zadziałać, to się nie dzieje, to nie ma miejsca. Odrobinka talentu, odrobina suspensu, odrobina niedopowiedzeń i nawet najprostsza historia potrafi być ciekawa.
A tutaj mamy coś niezwykle rozbudowanego, coś, co mogłoby konkurować z niejedną epopeją filmową, a jest w ogóle pozbawione jakiejkolwiek temperatury, jakiegokolwiek przyciągania. Nawet jeżeli są te zagadki liczbowe, przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Także jeżeli chodzi o te wątki liczbowe w horrorach, w thrillerach, mamy je w "Cubie", mamy w filmie "Pi", mamy w wielu innych produkcjach, gdzie ta liczba, godzina na przykład, która się pojawia, jest jakoś szczególnie znacząca. Natomiast powiem ci, Marku, że kiedy tak się temu wszystkiemu przyjrzałem, dochodzę do wniosku, że to chyba wszystko jest tematyka trochę już archaiczna. Nie da się zrobić fajnych filmów. Albo inaczej, nie da się zrobić zaskakujących filmów wykorzystując wątki, które są przestarzałe. Można pójść w jakimś zaskakującym kierunku, ale tutaj w obu przypadkach tak się nie stało. I wydaje mi się, że to doprowadziło do sytuacji, że nie widzimy już podobnych filmów, że jest to coraz mniej eksploatowane, że te wątki liczbowe są nie tylko skomplikowane. Ale też tak jak w "Cubie" na przykład było, że kiedy oni rozwiązywali te równania, które tam były, to czasami widz nie nadążał z ich interpretacją, z ich rozumowaniem. To chyba nie jest coś, co będzie wciągało współczesnego widza, tak mi się wydaje.
Aczkolwiek ta pitagorejska zasada, że liczba jest zasadą wszechrzeczy, może jest do wykorzystania, ale w jakichś bardziej koronkowych scenariuszach, w jakichś motywach, w czymś, co jest kierowane do widza bardziej wysublimowanego, na pewno nie masowego.
[01:15:42] - A ja jeszcze dodam, że oczywiście polscy dystrybutorzy do oryginalnego tytułu "11:11:11" musieli dodać jeszcze to, że to jest liczba przeznaczenia, bo już państwo poczuli, że to jest dramatyczne i straszne. A tymczasem ja muszę się jeszcze przyczepić do tego, że aktorstwo w tym filmie, ja się rzadko czepiam aktorstwa. Ja jestem naprawdę wyrozumiałym człowiekiem. Zdaję sobie sprawę, że zawód aktora nie jest zawodem łatwym. No ale z drugiej strony nie przesadzajmy. Nie każda produkcja musi być od razu uważana za produkcję aktorską. Moim skromnym albo nawet nieskromnym zdaniem aktorstwo jest tutaj tak złe, że zastanawiam się, co wyeksponować. Czy pewną bezradność scenariuszową w tymże filmie, czy właśnie to złe aktorstwo. Tych postaci się nie zapamiętuje. One nie zostają w państwa pamięci jako postacie dramatu, który się rozgrywa na ekranie, bo to sam w sobie dramat rozgrywa się średni.
No ale dobrze, zostawmy to. Nie zapamiętujecie państwo tych postaci, nie zapamiętujecie ich cech. Tam oczywiście się dramaty straszliwe, apokalipsa się zbliża o tej 11:11 w dniu 11 listopada 2011 roku. No szaleństwo liczbowe. I co z tego, kiedy to jest film mało porywający. Mało porywający to jest mało powiedziane. Nie zostaje on z państwem. Tymczasem dałoby się, moim zdaniem, pożeglować w inną stronę, ale by trzeba mniej łopatologicznie to wszystko robić. Sam motyw liczby. Wiecie państwo, w swoim czasie nasz rodak próbował robić "Dziewiąte wrota" i ta liczba gdzieś się pojawia.
Piotr miał nadzieję, że się nie pojawiają takie filmy. Ale Piotrze, przypomnę ci, że próbowaliśmy oglądać kilka filmów znacznie nowszych, które były tak złe, że po prostu je odpuściliśmy, żeby zlitować się nad państwem i naprawdę nie opowiadać o filmach, które nie są tego warte. Jeden z tych filmów nawet miał tytuł "11:11", czyli o jedną jedenastkę mniej. Naprawdę próby są podejmowane. Tymczasem nikt nie podejmuje rzeczywistej tajemnicy, która może się kryć w liczbach. Wszyscy to sprowadzają do takiej łopatologicznej, wybaczcie państwo to słowo, ducho- albo demonologii. Czyli jak będzie 11:11:11 i jeszcze kilka tych jedenastek, to natychmiast wylezą jakieś demony i nas wszystkich zgładzą. I macie się państwo bać. No to chyba nie te czasy, nie ta wrażliwość, nie te strachy. To chyba nie tak.
Z tego 11:11:11 dałoby się wykrzesać historię, która jeżyłaby włos na głowie, jak ktoś ma. Ja akurat mam mało włosów na głowie, to w każdym razie czułoby się ciarki. Ale nie, to nie ten film. Kiedy natomiast naprawdę liczba stałaby się bohaterką jak bohaterką, ale takim motywem, który prowadzi nas do tajemnicy, to mogłoby być ciekawie. Ale po co? Lepiej zrobić film o kolejnej apokalipsie związanej z kolejną datą. Można i tak, ale to był eksperyment nieudany i z tych dwóch filmów Które dzisiaj państwu relacjonujemy. Być może po to, abyście państwo nie musieli ich oglądać. Chociaż zrobię to samo zastrzeżenie, które zrobił Piotr. Z tych dwóch filmów ten pierwszy o liczbie 23 jest godny uwagi.
Warto go obejrzeć chociażby po to, żeby go skrytykować, ale przynajmniej jakaś historia, taka zwarta i taka godna może rozwinięcia, może przepoczwarzenia. Ale jest. Ale film "11.11.11. Liczba przeznaczenia" to jest knot i to wyjątkowy.
[01:20:33] - Tak, najgorsze jest w tym wszystkim to, że takich filmów jak "Liczba przeznaczenia" mamy mnóstwo. To się wiąże z tym, że w pewnym momencie zaczęto kręcić takie gnioty, dlatego, że zauważono, że na przykład film, który się dzieje dwie godziny w jednym pomieszczeniu, zostanie tak czy tak obejrzany albo zostanie tak czy tak kupiony przez jakiś tam streaming. Ja myślę, że w tym wszystkim najciekawsze jest to, że nawet najbanalniejsza historia, że nawet najbardziej badziewna historia albo taka, która jest otrzaskana, była ekranizowana milion razy, ona jest oglądalna, jeżeli jest fajnie zrobiona. Co to znaczy fajnie zrobiona? Jeżeli się zbiega lekki suspens, zaskoczenie oczywiście, dobra gra przede wszystkim i brak kiczu. "11.11.11" to jest film typowo telewizyjny z aktorami telewizyjnymi, którzy mają tyle temperatury co zimny Vifon na przykład i są tak samo smaczni. Mniej więcej. Okropne to jest, tak? Tylko że takich filmów jest naprawdę dużo i my wam je czasami odpuszczamy. Nie mówimy o nich.
Dzisiaj jest taki odcinek, kiedy z różnych racji nawiązujemy do tej magii liczb i tak dalej, ale ku mojemu przerażeniu pojawia się coraz więcej takich produkcji. O dziwo, Marku, powiem ci, że czasami tego typu filmy, nawet jeżeli mają pewne błędy, nawet jeżeli są momentami nieciekawe, to pamiętasz na przykład taki film omawialiśmy, kiedy się parka zagubiła nad jeziorem. To było całkiem niedawno. To był film absolutnie klasy B albo C, ale jednak coś w nim było. Nawet mieliśmy tam aktorów absolutnie nieznanych. Sceny, które były czasami wyjęte rodem z lat 80. na przykład. Ale jednak coś w tym było. Był pomysł. I myślę, że ten pomysł, tak jak w dawnym science fiction, jeżeli jest dobry pomysł, to on się zawsze obroni, nawet jeżeli jest zeksploatowany pomysł, a dobrze opowiedziana historia, to też zawsze to jakoś przejdzie.
Natomiast kiedy się robi coś na zasadzie, że kolejny odcinek serialu, no to nie, to nie ma sensu. Niestety jesteśmy zawaleni tego rodzaju produkcjami. Mam nadzieję, że będzie tego coraz mniej. Ale przypominam i mówię to jeszcze raz: czasami nawet wśród tego chłamu potencjalnego można znaleźć coś ciekawego i zachęcamy was do poszukiwań. Zachęcamy was też do sugerowania nam pomysłów i tak dalej. Także chyba tyle.
[01:23:35] - Ja sobie jeszcze nie odpuszczę i ostrzegę państwa, że nie mogło być inaczej. I oczywiście jest też w dystrybucji ogólnoświatowej film "12.12.12". I oczywiście on się pojawił w 2012 roku i dotyczy 12 grudnia 2012 roku. Oczywiście. Ale to nie wszystko, bo oczywiście jest też film "13.13.13". Zapytacie państwo jakie 13? Przynajmniej nie ma 13. miesiąca. Otóż mylicie się państwo, bo od tysiąca lat w kalendarzu jest dodawany jeden dzień co cztery lata. W związku z tym, odwołując się do kalendarza Majów, ja relacjonuję streszczenie tego filmu, więc się państwu niczemu nie dziwcie.
To w kalendarzu Majów pojawia się 13. miesiąc w 2013 roku. I macie państwo te trzy trzynastki. Więc ja tylko to mówię po to, żeby uświadomić, że ta magia liczb, postawmy cudzysłów, jest bezwzględnie eksploatowana przez, tu znowu potraktujmy to jako pewną przenośnię, przez Hollywood, a w każdym razie wyroby hollywoodopodobne i myślę, że będzie dalej eksploatowana w najgorszy możliwy sposób, bo wiecie państwo, trudno jest napisać scenariusz, który wciąga. Takie mam wrażenie, że liczba nawet powtórzona, a nawet trzykrotnie powtórzona, stwarza możliwość. Co więcej, według mnie stwarza nawet pokusę do napisania fajnego filmu, fajnego scenariusza. No ale trzeba się trochę wysilić. Obawiam się, że w tych produkcjach, które wymieniłem przed chwilą i które wspólnie dzisiaj z Piotrem omówiliśmy, nie traficie państwo na jakąś taką tajemnicę, która byłaby warta poświęcenia czasu.
[01:25:48] - Tak, my czekamy tymczasem na 25.25 albo na 21.37. Zobaczymy.
[01:25:58] - A teraz zapraszam państwa na recenzarium Ewiwy. Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza na omówienie „Czasu zaślepionych”.
[01:26:10] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Można powiedzieć, że literatura fantasy oraz fantastyka nie na dłużej, czasami za rozwojem nauki i techniki. Czasem jednak wręcz je wyprzedza, niejako intensyfikując to, co już mamy. Pokazuje, co może się stać, jeśli nadal będziemy szli tą drogą, którą idziemy dzisiaj. Chwilami jest to typowa literatura futurystyczna, a czasami przeniesienie do innego świata stworzonego przez autora problemów, które nie tyle są typowo nasze, co stanowią ich odbicie. Albowiem w każdym ze światów stworzonych przez pisarzy ludzie właściwie pozostają ludźmi z ich zaletami i ich przywarami. Nie inaczej jest też w książce Marcina Halskiego „Czas zaślepionych”. Mamy tam do czynienia ze społeczeństwem, w którym ludzie praktycznie są tacy sami jak my. Jednak straszliwe fatum, które nad nimi ciąży, powoduje, że na pewne uczucia zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić. Otóż ludzie w tym świecie rzadko kiedy dożywają czterdziestki.
Czasem nawet dużo wcześniej dopada ich tak zwane zaślepienie. Jest to stan, w którym człowiek w ciągu trzech dni zamienia się w żądne krwi monstrum. Ludzie musieli nauczyć się z tym żyć, zaakceptować to, że kiedyś będą musieli członków swoich rodzin wydać w ręce strażników, którzy zamkną ich w odosobnionych przybytkach na śmierć głodową. To okrutne. Jednak alternatywą jest po prostu zabicie tych osób, a na to często nikt nie potrafi się zdobyć. Podobna tragedia dotyka też głównego bohatera Dana. Zaślepieniem umiera jego ciężarna żona i choć udaje mu się uratować nowo narodzonego synka, jego ukochana kobieta jest stracona. Dan musi uciekać razem z dzieckiem, ponieważ urodziło się ono częściowo zaślepione i zostałoby natychmiast zabite przez strażników, gdyby to się wydało. Jednak takie częściowe, wrodzone zaślepienie okazuje się czymś w rodzaju szczepionki. Dotknięci nim ludzie zdradzają co prawda fizyczne objawy swego stanu, jednak nadal pozostają ludźmi i nie ulegają dalszej przemianie.
Powoli wieść zaczyna się roznosić po całym ich świecie, że coś takiego jest możliwe. Ludzie sprawujący najwyższą władzę postanawiają doprowadzić do tego, żeby zależni od nich naukowcy znaleźli sposób na zaślepienie. Sposoby, jakich się imają, często są naprawdę okrutne i niehumanitarne, ale nie kieruje nimi żadna perfidia, tylko po prostu wyższa konieczność. Zaślepienie dotyka bowiem ludzi w coraz młodszym wieku i stanowi bardzo poważne zagrożenie dla całej ludzkiej populacji. Książka Marcina Halskiego jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim została napisana w sposób, który teraz rzadko się pojawia. Językiem klasycznym, pięknym, literackim. Akcja toczy się wartko, bez niepotrzebnych przestojów. Trudno też zarzucić autorowi, że kimś się inspirował, ewentualnie od kogoś coś zapożyczył. Jego autorski świat jest właściwie całkowicie oryginalny.
Opisani przez niego bohaterowie nie dzielą się w zasadzie na złych i dobrych. Wszyscy stoją bowiem przed obliczem tej samej konieczności, żeby przeżyć. Częściowo zaślepieni kryjący się w lasach muszą bronić się przed strażnikami, a strażnicy muszą bronić ludności miast przed zaślepionymi, którzy jeżeli się ich przeoczy, dokonują istnej rzezi wśród mieszkańców. W tej sytuacji trudno winić kogokolwiek. Nie ma tutaj tak, że mamy do czynienia z jasną stroną mocy i ciemną. Jest to bardzo ciekawe naświetlenie tego, co zazwyczaj mamy po prostu w życiu. Wszyscy gramy takimi kartami, jakimi los nam cisnął w ręce. Bardzo rzadko, wbrew temu, co się mówi, mamy na coś wpływ. Tak samo nie mają go mieszkańcy świata stworzonego przez Halskiego. Nie mogą sobie pozwolić na zbytnią miłość w stosunku do rodziców na przykład, ponieważ wiadomo, że ich szybko stracą.
Nie mogą sobie pozwolić na empatię wobec zaślepionych, choćby to byli ludzie im najbliżsi. Mimo to starają się po prostu jakoś żyć tak jak zawsze, bo w każdej sytuacji ludzie po prostu starają się budować swój mały świat, niezależnie od tego, co im zagraża. To samo mamy w „Czasie zaślepionych”. Jednak ci na wpół zaślepieni hybrydy walczą też o życie z naukowcami, którzy pragną ich badać, ze strażnikami, którzy pragną ich zabijać oraz z zaślepionymi, nad którymi bardzo trudno jest zapanować, chociaż jest to możliwe przynajmniej do pewnego stopnia. Kto wygra w tej walce, która właściwie dotyczy wszystkich? Tego jeszcze nie wiemy, ponieważ „Czas zaślepionych” to dopiero pierwszy tom opowieści. Trzeba jednak przyznać, że kiedy człowiek dociera do ostatniej kartki, to jest wściekły, że nie ma jednocześnie pod ręką tomu drugiego. Czekamy na niego z niecierpliwieniem, a wszystkich, którzy mnie w tej chwili słuchają, zachęcam gorąco do lektury książki Marcina Halskiego „Czas zaślepionych”. Na pewno nie uznacie tego czasu za stracony. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:31:44] - Podejrzewacie już państwo, że czas na sentymentalnik i nie mylicie się. Sentymentalnik czas zacząć. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o grach planszowych Nie tylko o grach planszowych, grach fabularnych, różnie to nazywano. Po szczegóły zachęcam, żeby sięgnąć do audycji. Jedno muszę powiedzieć, to co Piotr zresztą w audycji podkreśla, nie będziemy rozmawiać o grze „Człowieku nie irytuj się”, czy też o grzybobraniu. Zupełnie inne gry interesowały zarówno Piotra, jak i mnie. Na pewno jedną z nich był „Labirynt śmierci”, który ukazał się w połowie lat 80. XX wieku. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze, zaczynamy sentymentalnik.
[01:32:41] - Tak, w dzisiejszym sentymentalniku będzie o grach. O grach, jak to niektórzy mówią, bez prądu, czyli o planszówkach. Planszówki to nie jest temat, który minął. Także niektórzy się mogą zdziwić, dlaczego to gości w sentymentalniku. Tym bardziej że niektóre tytuły, o których dzisiaj powiemy, nie tylko są ogrywane nadal, ale niekiedy są nadal wydawane albo będą wydawane. Planszówki według niektórych ludzi albo miały swoje najlepsze czasy w Polsce, albo nadal je mają, o czym świadczy rozwój tej sceny, tego rynku ogólnie. My chyba Marku, nie jesteśmy mega ekspertami od tego. Jeżeli chcecie posłuchać o nowościach, o planszówkach, to ja osobiście polecam wam kanał GameTrollTV. Możecie zajrzeć też do Borsuka, który chociaż się skupia na grach wideo, to o tych planszowych też coś czasami powie, bo też się zna. A my dzisiaj w sentymentalniku opowiemy o planszówkach sprzed lat, z którymi jakoś się skrzyżowały nasze drogi, a w moim przypadku to było dość często.
Natomiast to się wszystko rozminęło. Ale co jeszcze warto dodać i o czym musicie pamiętać? Ten odcinek nie będzie o grach typu „Człowieku nie irytuj się” czy o grzybobraniu. Nie. My opowiemy o grach fabularnych osadzonych w świecie fantasy, sci-fi albo też w świecie horroru. Ale dyskusja będzie złożona, bo rynek planszówek w PRL-u był dość rozwinięty. Także na początku lat 90., kiedy nastał prawdziwy boom. Nie było wtedy gier wideo w PRL-u, więc gry planszowe zapełniały tę lukę. Organizowano nawet plebiscyty na grę roku. Także podejdziemy dzisiaj do tego od strony bardzo subiektywnej, ale i sentymentalnej.
[01:34:38] - Ja nie ukrywam, że do gier fabularnych przyciągnęło mnie dzięki uwielbieniu fantastyki naukowej, fantasy. Fantasy w 80. latach dopiero raczkowała, przynajmniej w Polsce oczywiście. I co mnie przyciągnęło? Przyciągnęła mnie gra, która została wydana w 84. roku. Pamięć bywa zawodna, ale tu akurat myślę, że pamiętam nieźle. W 84. roku ukazała się w Polsce gra pod, przyznajmy to, kiczowatym tytułem „Labirynt śmierci”, ale jak na tamte czasy jej grafika, która dzisiaj może się wydawać dosyć toporna, a nawet kiczowata, jednak ta grafika w pierwszej połowie lat 80. pobudzała wyobraźnię.
A ponieważ fantasy dopiero wtedy raczkowało, ja to cały czas podkreślam, miesięcznik „Fantastyka” ukazywał się od niedawna. To on tak naprawdę zaczął nas wprowadzać w klimaty fantasy. To się tym chętnie sięgnęło po taką grę, która się pojawiła na rynku za sprawą firmy Encore. Tak to się chyba czyta. To była gra, która była elegancką zrzynką z gry, która wyszła na Zachodzie. Trwają spory w internecie, ale spory, które przez wielu są rozstrzygane na korzyść takiej oto opcji, że gra „Labirynt śmierci” była wersją piracką. W PRL-u nie uzyskiwano żadnej licencji, żadnej zgody. Po prostu wydano. To była firma półprywatna. Wydano tę grę i zaczęto kosić kasiorę, bo takich zapaleńców, którzy fascynowali się fantastyką szeroko pojętą, było całkiem sporo.
A jaka jest historia tej gry? Otóż w 79. roku wydawnictwo Simulation Publication Incorporation, tak to się nazywało, wydało grę „Death Maze”. I ona później ewoluowała w grę „Citadel of Blood”. Same nazwy, widzicie państwo, są naznaczone pewną podniosłością, ale chyba źle rozumianą. W każdym razie to była taka gra, która łączy w sobie gry typu RPG z planszówką. Ja zaraz to wytłumaczę, o co chodzi. Gra RPG z mistrzem gry. Tu nie ma mistrza gry. Niejako system jest pewnym mistrzem gry.
Zapytacie państwo, jaki system, skoro nie ma prądu w tych grach? Za chwilę postaram się o tym powiedzieć. W każdym razie ta gra pokazała się w pierwszej połowie lat 80., jak powiedziałem, w Polsce i z mojego punktu widzenia była absolutnym hitem, bo Nie miała planszy. Planszę budowało się w trakcie gry. W związku z tym ona za każdym razem była inna. Raz była łatwiejsza, raz trudniejsza, bo tam się wydzierało pracowicie takie kwadraciki. Z tych kwadracików układało się labirynt, losując poszczególne elementy. Przyznam państwu, że to było na tyle fascynujące, że jak zaczęliśmy z moim kolegą grać w tę grę, to godziny płynęły same, nie wiadomo kiedy. W dodatku jeden z moich kolegów, innych, nie ten, z którym grałem, miał tego pecha, że odwiedził mnie podczas takiej rozgrywki i później mi zrelacjonował, że wyglądaliśmy z tym moim kolegą, z którym grałem, jak dwóch kompletnie pozbawionych rozumu ludzi, którzy byli tak skupieni na tej grze, że odwiedziny tego kolegi właściwie nam przeszkadzały. On jakoś nie poczuł magii tej gry.
W związku z tym pogadaliśmy, pogadaliśmy. My cały czas spoglądaliśmy, że przerwał nam rozgrywkę. To nie wpłynęło dobrze na kontakty interpersonalne. Ja później, kiedy otrzeźwiałem z tego szału growego, mocno przepraszałem tego kolegę. Widzicie państwo co się robi z mózgiem, nawet jeśli to nie jest komórka albo komputer. Również potrafi człowieka wprawić w taki stan prawie odmiennej świadomości. Tak jak powiedziałem, firma Encor wydała tę grę. Ona była wydana dosyć topornie, ale jednak budziła fascynację. Mówiłem o tym systemie. Otóż to jest tak naprawdę gra, w którą można było grać nawet samemu.
Używało się kostki, losowało się elementy labiryntu, trzy poziomy. Kiedy się trafiło na schody, schodziło się niżej. Im niżej, tym było trudniej. Z mojego punktu widzenia układanie tego labiryntu to było coś. Takich gier wcześniej nie było. Tak jak Piotr powiedział, wcześniej to gry planszowe kojarzyły się z „Człowieku nie irytuj się", z młynkiem, ewentualnie z grzybobraniem. To rzeczywiście gry mojego dzieciństwa. Ja jeszcze miałem grę, nie pamiętam jej tytułu. Chodziło o wyścig samochodowy. Nawet pionki były w kształcie małych samochodzików.
Pamiętam jak wyłem jako dzieciak, jak przegrywałem w tę grę, bo wychodziło mi... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ja powinienem w nią wygrywać, a nie zawsze wygrywałem. Jeszcze nie rozumiałem wtedy losowości i jak działa kostka. W każdym razie kiedy przegrywałem, to ja chyba nie umiałem przegrywać wtedy, więc wyłem w niebogłosy. A mój wujek to jest człowiek do dzisiaj, nie wiem, jak jest dzisiaj z jego chęcią wygrywania, ale to był człowiek, który nie odpuszczał mnie początkującemu graczowi i grał ze mną na poważnie, co z punktu widzenia takiego psychologicznego jedni ocenią jako znęcanie się nad dzieckiem, a drudzy jako przystosowywanie gówniarza do tego, że w życiu nie zawsze się wygrywa. To takie pobocza. Natomiast wróćmy do „Labiryntu śmierci". To była rozgrywka, która trwała różnie. Na początku trwała dłużej, bo człowiek musiał opanować różnego rodzaju tabelki i to było coś, co mnie troszeczkę zniechęcało. Ale w miarę upływu czasu te tabelki opanowywało się coraz lepiej.
Właśnie, ponieważ poza labiryntem, układaniem tego labiryntu, tam były jeszcze postacie, które się wybierało. Jeżeli dobrze pamiętam, były trzy postacie główne. Mogło być trzech graczy w związku z tym, a właściwie sześciu, bo były jeszcze miejsca na trzy postacie uczniów. I tak się wędrowało przez ten labirynt. Ta drużyna mogła być obsługiwana przez szóstkę graczy. Można było zupełnie spokojnie grać samemu. Czasami to robiłem, bo to był ten system. Ta gra grała się sama. Wystarczyło rzucać kostką i losować elementy labiryntu. A potem pojawiały się te koszmarne tabelki i trzeba było szukać co z daną postacią, jakie ona ma właściwości, jakie jej cechy są bardziej rozbudowane, jakie mniej.
I przyznam się, że na początku to był drobny koszmar. Wszystko da się, proszę państwa, opanować. Kiedy się to opanowało, a przynajmniej tak intuicyjnie opanowało, wiedziało się, gdzie szukać poszczególnych cech, to zaczynała ta rozgrywka być pasjonująca i ciężko się było od niej oderwać. I rzeczywiście rozgrywki góra dwie godziny. Powtarzam, nie dotyczy to początku, bo na początku to trwało znacznie dłużej, ale to była taka gra mniej więcej na dwie godziny i kończyła się różnie. To była gra, w której nie zawsze się wygrywało. To niby normalne przy grach, ale też mi się było z tym ciężko pogodzić. Coś z tej cechy młodego człowieka, który lubił wygrywać wyścigi samochodowe, widocznie we mnie zostało do lat 80. Ja też nie lubiłem przegrywać w Labiryncie śmierci.
[01:43:31] - Gry wydawane w tamtych czasach możemy podzielić na te proste, kupowane niekiedy w zestawach. To znaczy był zestaw plansz, czyli kilka plansz zadrukowanych podwójnie albo też rozkładane plansze, na których się znajdowało kilka prostych gier. Były to proste gry typu Chińczyk albo polskie wersje Chińczyka. Czasami, żeby podkręcić trochę zainteresowanie taką grą, bardzo prostą, nadawano jej jakąś nazwę. Na przykład Barbakan. Była taka gra, żeby człowiek odniósł wrażenie, że to jest bardziej skomplikowane niż się wydaje. Mieliśmy, Marku, też takie coś jak gry paragrafowe i to jest rzecz, o której się mało pamięta. Pamiętają chyba dinozaury o tym. Nie wiem, może powiesz na ten temat pary słów, ale jeżeli mowa o grach, bo nam się też tutaj wdziera pewien chaos, bo ja na przykład nie jestem w stanie powiedzieć, jak wyglądały gry planszowe w PRL-u w tych wcześniejszych latach. 60., 70.
na przykład, jak to wszystko funkcjonowało. Natomiast potem lata 80., 90. to była też taka sytuacja, że mieliśmy te gry zachodnie. Tylko kilka było wydanych na licencji, a większość była wydana na pałę, na rympał, piracko. Marku, powiedziałeś nam o jednej ze swoich ulubionych gier, ale może taka ogólna refleksja. Jak wyglądał ten rynek planszówek wtedy? Co ci utkwiło w pamięci, jeżeli idzie o rzucanie kostką w tamtych czasach? Bo to jest bardzo rozbudowana sprawa, trochę może zapomniana. Cieszy może to, że te planszówki sobie tak dobrze w Polsce obecnie radzą. Natomiast jeszcze te gry paragrafowe, bo to było coś, co było charakterystycznym elementem tamtych czasów.
[01:45:29] - Tak jak podkreśliłeś, Piotrze, obaj nie jesteśmy znawcami tego tematu gier różnego rodzaju. Jesteśmy raczej użytkownikami. W swoim czasie obaj graliśmy w te gry, w to, co popadło. Mnie akurat popadł jako pierwszy Labirynt śmierci. Mam wrażenie, że gry paragrafowe, o których zaraz powiem, pojawiły się nieco później, na przełomie lat 80. i 90. Gdyby ktoś z państwa miał wrażenie albo miał przekonanie, że pojawiły się wcześniej, to ja bardzo chętnie poczytam o tym w komentarzach. Ja w każdym razie kojarzę gry paragrafowe z późniejszym okresem. One się zaczęły pojawiać, przynajmniej według mojej percepcji, gdzieś, tak jak powiedziałem, na przełomie lat 80. i 90.
w postaci książeczek, bo ta gra mniej więcej wygląda w ten sposób. Przeczytacie państwo taką książeczkę i w pewnym momencie dochodzicie do miejsca, w którym jest przykładowo napisane: a teraz idziecie w prawo, idziecie w lewo albo idziecie prosto. Jeśli idziecie w lewo, to idźcie do strony takiej i takiej. Jeśli prosto — takiej i takiej. Jeśli w prawo, to takiej i takiej. Przechodzicie na tę stronę i czytacie, co was spotkało, kiedy poszliście w określonym kierunku. I tak dalej. To oczywiście akcja jest rozbudowana. Pojawiły się takie książki, wiem, że one taką srebrzystą okładkę miały. To się bodajże Wehikuł czasu nazywało i one były też zbudowane na schemacie fantastyki i fantastyki naukowej.
Ja to chętnie czytałem, ale umówmy się, to jest rozrywka na kilka razy, bo rzeczywiście jak jest gra paragrafowa dobrze zrobiona, to ilość wariantów się mnoży. Bo wiecie państwo, to, że dojdziecie w lewo, w prawo czy prosto, to rodzi konsekwencje później i później, i później. Tylko znowu umówmy się, że część autorów szła na łatwiznę i czasami gdzie byście nie poszli, to i tak dojdziecie w jedno miejsce. To są tak zwane złe gry paragrafowe. Są też dobre, które rozbudowują te światy. Notabene dodam, że nawet bohaterowie literaccy. Kojarzę taką grę zrobioną na podstawie postaci stworzonej przez Harry Harrisona, postaci Stalowego szczura. Jest też w dorobku Harrisona gra paragrafowa w postaci książki, przez którą można wędrować na tej zasadzie, którą opisałem wcześniej. Z moich doświadczeń wynika, że gry paragrafowe w postaci opowieści czytanej nie zniknęły. Sam w tym roku, na początku tego roku brałem udział jako juror w konkursie na napisanie takiej gry paragrafowej.
To był konkurs imienia Mirosława Gołuńskiego, znanego recenzenta i człowieka, który kochał fantastykę i fantastykę naukową. Był też literaturoznawcą, człowiekiem bywałym i świetnie oczytanym, który dobrze, że patronuje temu konkursowi. I przyznam się państwu, że byłem zdziwiony, jak wielka kreatywność i wielka pomysłowość wśród współczesnego pokolenia młodych ludzi właściwie nastawionych tylko i wyłącznie, tak mi się wydawało przynajmniej, na gry komputerowe, zaistniała w tym konkursie. Okazuje się, że gry paragrafowe funkcjonują i mają się całkiem dobrze. Miałem tam scenariusze i fantastycznonaukowe i dużo scenariuszy fantasy. Były też nawet antyutopie, dystopie. Ciekawie. Było bardzo ciekawie, ale te gry paragrafowe pojawiły się według mnie nieco później. Nie mogę nie wspomnieć jeszcze, skoro mówiłem o grze „Labirynt śmierci”, to ta sama firma na podobnej zasadzie, czyli pirackiej, wydała też grę „Gwiezdny kupiec”. Chyba się nie mylę, Piotrze, to taki był tytuł.
Ja zapamiętałem z tej gry kilka rzeczy. Po pierwsze była zbyt trudna, aby mi się chciało opanowywać cały system. Ona była skomplikowana, bo rzeczywiście wcielaliśmy się w postać kupca, który handlował różnymi surowcami. To była gra wprowadzająca troszeczkę w kapitalistyczne niuanse. Trzeba było handlować, trzeba było bankrutować, oczywiście innych najlepiej. W każdym razie ja nie opanowałem tej gry. Kupiłem ją oczywiście, ale kiedy przeczytałem instrukcję, to wymiękłem. Natomiast co było ciekawe w tej grze, to że dołączony był do niej taki aneks. Nie, to nie aneks, to właściwie wprowadzenie w postaci opowiadania Marka Baranieckiego. Jeśli państwo nie kojarzycie tego nazwiska, to jest autor świetnej książki „Głowa Kasandry”.
Poszukajcie państwo, między innymi w „Opowieściach o książkach i autorach” Wojtka Sadeńki znajdziecie państwo postać Marka Baranieckiego, bo to naprawdę wielki pisarz. „Głowa Kasandry”, „Kalgoro, godzina…” o Jezu, zapomniałem. 17 albo 18. Wybaczcie państwo. Świetne opowiadanie, do dzisiaj mógłbym je opowiedzieć, ale tytuł mi gdzieś wyparował. Autor świetny i to opowiadanie stanowiło świetne wprowadzenie do samej gry. Do gry, w którą w rezultacie nie zagrałem. Firma Encore zresztą funkcjonowała przez dłuższy czas. Ona wygasła w mniej lub bardziej naturalny sposób w połowie lat 90. Nie wiem, czy do końca piraciła gry, ale te z lat 80.
były ewidentnie, moim zdaniem, piracone. Tak jak powiedziałem wcześniej, do dzisiaj w internecie trwają na ten temat spory.
[01:51:53] - Tutaj wspomniałeś o tym, że te gry, kiedy się było w nieodpowiednim wieku, były zbyt trudne. Ja niestety też mam takie doświadczenia. Był taki czas, kiedy miałem poważny problem, bo z jednej strony miałeś planszówki takie, jakie były na szkolnej świetlicy każdej, plus miałeś może w chałupie jakiś polski klon Monopolu. Monopoly, przepraszam, po polsku był Monopol. W wieku nastu lat, tych wczesnych oczywiście, koło tych gier dla dzieci zauważyłem coś, co strasznie przyciągnęło moją uwagę. To były właśnie te gry fabularne. Tylko że ja miałem wtedy może 12, 13 lat. Byłem zbyt mały, żeby w to móc grać początkowo, bo te gry, o których zaraz powiem, były po prostu zbyt trudne. Nie było też za bardzo z kim grać, bo koledzy albo woleli ten Monopol na przykład, albo woleli już sobie pograć w jakiegoś Pegasusa. Ale są gry dwie planszowe, które bardzo głęboko zapadły mi w pamięć, które wspominam bardzo dobrze.
Wspominam je chyba bardzo dobrze dlatego, że miały bardzo miłą oprawę graficzną. I to jest oczywiście „Wampir” oraz „Magia i Miecz”. Obie niezwykle popularne w Polsce. I nie będę tutaj oryginalny, kiedy powiem, że mi się po prostu bardzo podobały. Tylko że najpierw jak do nich podchodziłem, bo je otrzymałem w spadku po kimś, to one mi się bardziej podobały jako gadżety. Tam było mnóstwo różnego rodzaju stworów, potworów i tak dalej. Natomiast sama gra... skomplikowane to było, niestety, nie oszukujmy się. W przypadku Magii i Miecza szczególnie ta oprawa graficzna była bardzo interesująca. Jeżeli chodzi o Wampira z kolei, to z tego, co pamiętam, gra polegała na współpracy, że ktoś się tam wcielał w tego stwora, inni się wcielali w łowców i tak dalej.
Nie będziemy wam omawiać zasad, bo od tego są wyspecjalizowane kanały. W Magii i Mieczu eksplorowaliśmy niezwykłą krainę. Z tego, co pamiętam, ona była podzielona na różne części. Warto jeszcze wspomnieć, że Magia i Miecz w wydaniu polskim posiadała niezwykłe rysunki Grzegorza Komorowskiego, znanego plastyka, który nadał specyficznego ducha tej grze, który mi się bardzo podobał. To cieszyło oko wtedy i powiem ci, że do tej pory cieszy. Dodatkowo popularność tej gry sprawiła, że przez lata było wydawane pismo pod tym samym tytułem, czyli Magia i Miecz poświęcone grom fabularnym. To było pismo, które wygasło w chyba 2002 roku, potem zostało wznowione w drugiej dekadzie wieku obecnego. Ale to jeszcze nie było wszystko, Marku, bo te gry nagle się zaczęły pojawiać, zaczęły konkurować, chyba na nierównym stopniu wtedy z grami wideo, już w latach 90. I tych gier fantasy, horror, sci-fi było dużo. Warto wymienić grę Obcy.
To jest ciekawe, że pod koniec PRL-u pojawia się gra planszowa w Polsce oparta o „Obcego. Decydujące starcie”. Jest też gra Monstrum, też osadzona w świecie fantasy. Mamy też wiele innych, takich totalnie zapomnianych. Chyba więcej tych zapomnianych mamy spośród gier dla dzieci, takich zwykłych, o prostej mechanice. Ta polska scena planszówkowa, to też jest interesujące, ona się rozwija. Przez lata bardzo dobrze się rozwija. Mamy mnóstwo tytułów i ten jej rozwój nadal trwa, chociaż niektórzy wieszczą tam tąpnięcie albo kryzys. Jak mówię, nie znam się na tym tak dobrze, żeby być tutaj ekspertem. Zapraszam na Game Trolla.
Tam możecie posłuchać, zobaczyć w ogóle, jak te planszówki współczesne wyglądają, bo to się wszystko mocno pozmieniało. Powiem ci, Marku, wprost, ja nie gram teraz, ale się planszówkami interesuję. Często sobie oglądam Game Trolla, jak Piotr ze szwagrami gra. Dlaczego się interesuję, a nie gram? Bo nie mam z kim grać, nie mam czasu przede wszystkim, żeby grać. Ale bardzo mi się podoba, że dużo, nie to, że większość, ale dużo z tych gier, o których jest głośno na rynku, wykorzystuje albo opiera się o tematy, po których my się poruszamy. To właśnie tak jest z Magią i Mieczem, która przecież miała wiele wydań w Polsce. Chyba była znana jako Talizman z tego, co pamiętam.
[01:56:38] - Tak. Oryginalnie ta gra gdzieś tam na Zachodzie nazywała się właśnie Talisman. A z ciekawostek to oryginalne, te jeszcze PRL-owskie, bo ona po raz pierwszy też była wydana w PRL-u. Ja na nią nie trafiłem, nie bawiłem się nią, ale wierzcie mi państwo, te oryginalne wydania dzisiaj kosztują na Allegro dwa i pół tysiąca.
[01:57:00] - Tak się czasami zastanawiam, bo też sprawdzałem dla potrzeb naszej dzisiejszej audycji, czy można znaleźć na przykład takie Monstrum. Niektórzy twierdzą, że mają pełne. Rzeczywistość to weryfikuje. Natomiast do czego tutaj jeszcze bym zmierzał? Te gry z tamtych czasów to nie jest to, co mamy dzisiaj, bo wtedy mieliśmy karty, wiadomo, ale nie mieliśmy figurek. Na przykład były podstawki do wsadzania kart i tak dalej. Dzisiaj mamy figurki, wiemy, jak to wygląda. Sukcesem rynku planszówkowego jest to, że wyprodukowanie takiej gry kosztuje względnie niewiele. To jest trochę papieru, trochę plastiku. Natomiast ceny są czasami wysokie, nawet bardzo.
Oprócz takich dodatków typu figurki, mamy też dodatki w sensie rozszerzenia gry. Chyba co najważniejsze z perspektywy naszych czasów, że dzisiaj te gry są wyposażane w dodatki elektroniczne, aplikacje i tak dalej, że nie musisz mieć już notesików, nie musisz mieć kartek. Tak to wygląda. Ale to jest taka fajna rzecz, która nas trochę łączy z tą przeszłością. Ja nie mówię, że wszystkie gry planszowe są passe, są przestarzałe. Nie, to się wszystko mocno zmieniło i możecie się sami o tym przekonać. Natomiast fajne, nostalgiczne wspomnienie o niektórych z nich, tak mi się wydaje. Coś, co można sobie odświeżyć czasami, bo jak powiedziałeś, niekiedy te gry kosztują krocie, ale okazuje się, że one czasami wracały. Czasami nie wracały na przykład pod swoim tytułem, wracały pod zmienionym tytułem, wracały w innej odsłonie, w zupełnie innej mechanice, ale to jednak było coś podobnego. Tak się zastanawiam, Marku, co w tych planszówkach było najlepsze?
Czy taka immersja, że mogłeś wejść w to dużo głębiej tak naprawdę niż w niektórych przypadkach w grę wideo? Przecież te gry wideo w tamtych czasach to były wiadomo jakie, ale też interakcje z graczami, z ludźmi. Tak to wyglądało chyba. Myślę, że wielu z naszych słuchaczy pamięta te gry. Niektóre przynajmniej, może nawet ma swoich czempionów. Może zetknęliście się z takimi grami, które się opierają o fantasy, o sci-fi, o których my dzisiaj nie powiedzieliśmy. Piszcie w komentarzach. Jesteśmy bardzo ciekawi, bo tego swego czasu naprawdę było multum.
[01:59:42] - Wspomniałeś, Piotrze, o Magii i Mieczu. To wersja Talizmana, ale tak jak wspomniałeś, również pojawiło się czasopismo o tym tytule Magia i Miecz. Ono zaczęło się ukazywać w 1993 roku. Ja dokładnie pamiętam, kiedy po raz pierwszy na nie trafiłem. Byłem wtedy na dziennikarskiej delegacji w mieście Mikołów. Pozdrawiam. Tam trafiłem na dwa pierwsze numery. Fantastyczna okładka, w tamtych czasach wydawała mi się po prostu genialna. Dzisiaj może już nie, ale wtedy mocno przykuła moją uwagę. „Magia i Miecz” to było czasopismo, które lansowało od pierwszego numeru grę innego rodzaju.
Już nie grę planszową, tylko grę fabularną, grę RPG. Ona została stworzona przez Artura Schindlera. Redakcja „Magii i Miecza” brała w tym czynny udział. To była gra, tak jak powiedziałem, innego rodzaju. Gra z mistrzem gry, który musiał mieć opanowane te wszystkie tabelki, te wszystkie elementy systemu, które były ważne. I to była gra wyobraźni, bo mistrz gry grał z graczami. On był bogiem tej gry i on decydował, co się w tej grze dzieje. Trochę głupio państwu opisuję, jak działają gry RPG, bo państwo pewno świetnie to wiecie. Natomiast ta gra, „Kryształy Czasu” to pierwszy polski system RPG-owy. To było fascynujące, kiedy się czytało.
Ja czytałem w „Magii i Mieczu” opisy dla mistrzów gry i przyznam się państwu, że byłem gościem. Nigdy nie grałem w RPG-a takiego typowego, ale byłem gościem na tego rodzaju rozgrywkach i wierzcie mi państwo, wkręcałem się, bo gracze grali, tworzyli drużynę, tworzyli na przykład drużynę przeciwną, bo to w zależności od systemu growego, tego RPG-owego, to różnie się w to grało i to było fascynujące. Ludzie, dorośli ludzie bardzo często niesamowicie się ekscytowali rozgrywką, która była tylko w świecie słów. Mistrz gry reagował czasami słowem, czasami rzutem kostką. Notabene wtedy kostki przestały być sześcienne, stały się wielościenne, wielo-wielościenne. Dzisiaj to państwo znowu świetnie znacie. Kostek jest wiele rodzajów, ale wtedy się to zaczęło pojawiać i to było fascynujące zarówno dla graczy, jak i dla obserwatorów. Ja byłem zafascynowany poziomem zaangażowania graczy i uznałem, że to jest zjawisko, którego ja już nie ogarnę. To znaczy, nie można zajmować się wszystkim. Można dużo czytać, można różne inne aktywności wykazywać, ale już na gry RPG nie starczy mi czasu.
Nie rozdwoję się. I bardzo tego żałowałem. Bardzo, bo nawet kolekcjonowałem nie tylko „Magię i Miecz”, ale tam się pokazywały od czasu do czasu różne inne, niemal książkowe wydania kwartalników, nie kwartalników, które dotyczyły różnych systemów związanych z grami RPG. Mówię, to już mnie ominęło, ale znakomicie rozumiem fascynację tych wszystkich, którzy w te RPG-owe systemy grali.
[02:03:18] - Tak. Także jeżeli mieliście swoje ulubione gry z tamtego okresu, szczególnie takie bardziej rozbudowane, takie, które zahaczały o sci-fi i fantasy, czasami horror, tak jak „Wampir”, który też chyba tego nie dodałem, był kopią gry zachodniej. To piszcie. No i też piszcie, jaki macie stosunek do planszówek dzisiaj. Czy tak jak nas zjada was lekka zazdrość w stosunku do tych, którzy mają czas i drużynę, żeby grać? No bo jednak to chyba jest taki największy problem, jeżeli chodzi o tego typu gry, które też są upraszczane. Nie oszukujmy się, że dzisiaj twórcy nam oferują gry dla jednej osoby, dla dwóch osób, takie szybkie rozgrywki. Ale myślę, że jednak te wielkie światy w grach, o których dzisiaj mówiliśmy, strasznie wciągały. Strasznie wciągały. Dużo bardziej nawet niż ówczesne czy późniejsze gry wideo.
[02:04:19] - Cóż, zdecydowanie postanowiłem, że pomysł z kilkoma odcinkami recenzarium w jednej audycji to nie jest zły pomysł. Ja nie mówię, że będę go pielęgnował i nieustannie on będzie na antenie obecny. Mówię o pomyśle, ale dzisiaj postanowiłem zaserwować państwu jeszcze jedno recenzarium. Recenzarium Ewiwy oczywiście. Luiza Eviva Dobrzyńska opowie o „Żniwiarzu”.
[02:04:53] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Cokolwiek byśmy nie myśleli o Rosjanach, trzeba przyznać, że mają świetną fantastykę, naprawdę znakomitą. Naturalnie nie mówię tutaj o wszystkich książkach zza wschodniej granicy, ale generalnie to, co do nas dociera, naprawdę jest godne uwagi. Może nie zawsze, jak powiedziałam i nie do końca. Na przykład cykl Oksany Pankiejewej „Kroniki Dziwnego Królestwa”. Pierwszy tom, przekraczając granicę, mnie zachwycił. Pozostałe zanurkowały w dół i poszorowały brzuchem po dnie, że się tak wyrażę. Jednak nie wszyscy mają ten problem. Taki na przykład Paweł Korniejew znany jest głównie wielbicielom „Opowieści z Zony”, ale pisał też inne książki i na przykład cykl „Egzorcysta” jest absolutnie znakomity, przynajmniej na taki się zapowiada. Nie znoszę fantastyki bitewnej.
Nie cierpię powieści George'a Martina na przykład. Nigdy więc nie oglądałam „Gry o tron”, mimo że generalnie lubię fantasy, ale nie znoszę rzezi, bitew, gwałtów ani tym podobnych rzeczy. Natomiast książka Pawła Korniewa rozpoczynająca cykl „Egzorcysta” pod tytułem „Żniwiarz” dała mi właśnie to, co w fantasy najbardziej cenię. Z jednej strony przygody, intrygi, magia oczywiście, a z drugiej lekki styl, czasami traktujący sprawy z przymrużeniem oka. O co więc tam chodzi? Najemnik Sebastian Mart dostaje zlecenie, które wygląda na bardzo łatwe. Ma tylko coś przewieźć. Niestety okazuje się, że z powierzonej mu paczki znikają bezcenne artefakty. Zleceniodawca Marta jest na niego tak wściekły, że zamyka go w lochu. Porażka jest bardzo dotkliwa nie tylko finansowo, ale i wizerunkowo.
Jednak książę Mor, który stoi za dziwnym zleceniem, postanawia jeszcze raz zaufać najemnikowi. Uwalnia go. Ma wytropić złodzieja. W sytuacji, gdy dwa państwa otwarcie toczą ze sobą konwencjonalną wojnę polityczną, zaś po cichu idzie walka o prymat jednej religii nad drugą, a nad wszystkimi uczestnikami wydarzeń ciąży cień tajemniczego Żniwiarza, który objawił się po latach, żeby odzyskać utraconą własność. Sebastian Mart spełnia wszystkie warunki, by zostać bohaterem na miarę Wiedźmina. Co prawda cykl „Egzorcysta” obejmuje tylko cztery tomy, ale to niczemu nie przeszkadza. Przecież można pisać dalej. Jego przygody zapowiadają się niezwykle ciekawie, a Paweł Korniew umie doskonale skonstruować ciekawe postacie. Nie chodzi tylko o samego Marta. Są tam inne, jak na przykład Mroczny Setnik, Raul Luringa czy Richard York.
Czasami też nadaje swoim bohaterom imiona, które są zabawnymi aluzjami. Na przykład przyjaciele, którzy się nazywają Joel i Gray, czy ktoś o imieniu Lokis. Tu już trzeba być bardziej oczytanym, żeby wiedzieć, o co chodzi. Sagę osadzono w rzeczywistości alternatywnej. Takiej, w której diabły, demony, magia, wszystko jest rzeczą jak najbardziej realną i bardzo groźną. Żeby zostać egzorcystą, trzeba mieć nie tylko predyspozycje, ale i determinację. Można bowiem doprowadzić do tego, że człowiek, który usiłuje pomóc opętanym, sam stanie się marionetką diabła. Sebastian Mart jednak jest zbyt silny, żeby nawet w takiej sytuacji poddać się. Nie. On ma zamiar dominować zawsze, nawet wtedy, gdy konwencjonalnie rzecz biorąc, zostanie opętany.
Ogromnie ciekawe naświetlenie sprawy. Tak więc nawet ci z was, którzy z przyczyn światopoglądowych, politycznych czy innych unikają rosyjskiej literatury, po tę książkę powinni sięgnąć. Zapewniam, że się nie rozczarują. Przygody Sebastiana Marta to coś, z czym powinien zapoznać się każdy miłośnik fantasy. Dobrej fantasy. Takiej, która ma do zaoferowania coś więcej niż hektolitry krwi i różne ponure wydarzenia. Tak, ja wiem, że historia świata w ogóle obfituje w to, czego bardzo nie lubię czytać. Właśnie: wojny, rzezie, morderstwa, gwałty. No i właśnie dlatego wolę tego nie mieć w książkach fantasy. One mają mnie jakoś oderwać od tego świata, a nie sprzedawać to, co już było, co znam z podręcznika, tylko dodając do tego magiczną otoczkę.
To mnie w ogóle nie ciekawi. Wręcz przeciwnie, jest dla mnie odrażające, i właśnie dlatego nie lubię prozy Martina. Natomiast proza Korniewa... No cóż, nie mogę powiedzieć, że stanie się moją ulubioną, ale może do takiej kandydować. Myślę, że i wam się spodoba. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:10:30] - Alchemia tworzenia to jest taki format, taka audycja, która towarzyszy nam od bardzo, bardzo dawna. Towarzyszy nam i niestety patrzę na zapas i jest on coraz mniejszy. Zbliżamy się do wyczerpania zapasu, a nasza autorka jakoś chyba nie jest gotowa na czwarty sezon. Zobaczymy. Katarzyna Prychacz lubi zaskakiwać, więc może i tym razem nas zaskoczy. A ja zapraszam na Alchemię tworzenia na odcinek zatytułowany: Odpady i kostnice.
[02:11:15] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Dzisiejsza dalijska inspiracja brzmi następująco: uważajmy na współczesne odpadki. Odzyskujmy. Są bowiem szanse, że wyrzucamy doskonałość.
[02:11:56] - Jak zapewne widzieliście, dzisiejszy tytuł może brzmieć nieco mrocznie, aczkolwiek wcale tak nie będzie. Owe odpady z tytułu to nawiązanie do tego cytatu, do tych odpadków w postaci doskonałości. Zdaje się, że w odcinku numer pięć, tym o błędach i dziełach przypadku, już trochę wspominałam o kwestii wyrzucania tego, co stworzyliśmy. Także zachęcam, zerknijcie. W dzisiejszym odcinku pochylimy się nieco bardziej nad tą kwestią. I podstawowa rzecz, od której warto byłoby zacząć, jeżeli planujemy coś wyrzucić, to przede wszystkim, żebyśmy się zastanowili, czy wyrzucamy z powodu naszego warsztatu, czy wyrzucamy z powodu naszego pomysłu. Bo tu będzie troszeczkę różnica w dalszym postępowaniu, czy ogólnie w samym podejściu do tego tematu. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie rzuciła teraz wam mądrego pytania, takiego trochę na rozwój, rozkminkę. O, w sumie pytanie RR, rozwój i rozkminka. Może to jest pomysł na jakiś dział, blok.
Kończymy niedługo sezon, także pomyślę. Nowa formuła po wakacjach, może coś wprowadzimy. A tymczasem pytanie: co myślę, kiedy wyrzucam? Możecie oczywiście sobie to rozszerzyć na zasadzie: co myślę, kiedy mam zamiar wyrzucić swój produkt, czy to, co napisałem, czy stworzyłem. Tak jak mówiłam, jeżeli chodzi o warsztat, czyli na przykład wyrzucamy, bo uważamy, że zdania, które skonstruowaliśmy, są słabe, nie podobają nam się, to wtedy co myślimy? W jakim kierunku idą nasze myśli? Tak samo pomysł, że jednak stwierdziliśmy, że to się kupy nie trzyma. To jest bez sensu, albo jest nudne, albo nie ma szans, albo już było i tak dalej. Chodzi o to, żebyście prześledzili, kiedy już zdiagnozujecie sobie w tym punkcie pierwszym co wyrzucacie, to dalej, w jakim kierunku myślicie. Jeżeli na przykład wyrzucam pomysł, to wtedy warto, żebym się zastanowiła, czy wyrzucam ten pomysł, ponieważ nie umiałam go opisać i to jest kwestia techniczna, czy to jest kwestia logiczna, czy po prostu innowacyjna, czy związana z innowacyjnością tego pomysłu na rynku pisarskim.
A może wyrzucam, ponieważ uważam, że jestem do chrzanu, że nie powinnam pisać, że się nie nadaję. A może ktoś mi to powiedział? Są różne kierunki. Najczęściej te trzy, czyli rzeczy dotyczące technikaliów, dotyczące inspiracji, pomysłów, wyobraźni. I trzecia grupa, czyli rzeczy związane z naszą samooceną czy z naszym aktualnym nastrojem na przykład. Bo może pisaliśmy coś świetnego i nagle coś się wydarzyło w naszym życiu prywatnym, co sprawiło, że spadły nam morale czy nastrój i właściwie oceniamy nasze dzieło poprzez pryzmat tych nie za fajnych emocji, które teraz w nas są. Jeżeli to sobie wszystko poukładacie czy sobie zdiagnozujecie zarówno rodzaj, jak i kierunek myśli, to już jesteście o parę kroków do przodu, jeżeli chodzi o takie odcedzanie, żeby tej doskonałości nie wyrzucić. Ja tak wam tutaj gadam, już tam oczywiście jakieś rzucam pomysły, pytanka i tak dalej. A może warto byłoby zadać inne pytanie, czyli pytanie: dlaczego w ogóle to robimy? Dlaczego wyrzucamy?
Pomyślcie też sami, jeżeli wam się faktycznie zdarza coś usuwać, rzucać za trzy punkty czy za 10 punktów kartką papieru do kosza na śmieci. Ale właśnie dlaczego? Dlaczego nie chcemy tego przepracować, nie chcemy tego rozczłonkować, tylko po prostu „nieważne, do chrzanu, wywalam. Zacznę od nowa albo może kiedyś do tego wrócę”. I próbowałam znaleźć odpowiedź na to pytanie, chociażby na podstawie tego, jak kiedyś mi się jeszcze na początku drogi pisarskiej zdarzało próbować coś wyrzucić i na podstawie przede wszystkim rozmów z naszą pisarską bracią. Podzieliłam sobie te rzeczy na trzy grupy. Pierwsza grupa to są rzeczy związane z naszym warsztatem, że tutaj powodem może być to, że wydaje nam się, że nasz warsztat jest zły. I teraz tutaj z kolei na to, że coś nam nie pasuje, to może wpływać też coś takiego jak brak śledzenia postępów w rozwoju warsztatu. Bo może być tak, że cały czas piszemy, a jednocześnie cały czas uważamy, że to jest zbyt słabe, że to się nie nadaje i tak dalej. Na przykład jeszcze tego komuś nie pokazywaliśmy, tylko na razie sami sobie to wszystko oglądamy z każdej strony.
To może się okazać, że jeżeli nie będziemy mieli systemu wewnętrznego do śledzenia swoich postępów, chociażby pisania tej samej sceny na różne sposoby albo porównywania konstrukcji zdań na przykład z czegoś, co napisaliśmy rok temu, to może się okazać, że nasz warsztat będzie się rozwijał i będziemy robili postępy, tylko my ich nie zauważymy. Dlatego warto, zanim się potępimy, zanim będziemy mieli do siebie pretensje, że coś jest nie halo z naszym warsztatem albo że tyle piszemy, a nic się nie dzieje, to warto się zastanowić, czy faktycznie spróbowaliśmy porównać, prześledzić nasz postęp. Oprócz samego postępu warto poddać nasz warsztat czy jego rozwój analizie. Jeżeli już mamy jakąś swoją przeszłość pisarską, to faktycznie porównajmy to, oceńmy co mi się podoba, co mi się nie podoba. Zastanówmy się dlaczego. Bo może będzie sytuacja, że stwierdzicie, że to sprzed roku jest lepsze niż to, co teraz piszecie. Tak też może być. Dlatego warto analizować rzeczy, zestawiać, porównywać. Ale przede wszystkim szukajcie sobie zawsze odpowiedzi na pytania dlaczego. Jest też takie ćwiczenie w rozwoju osobistym, ale ja osobiście używam właściwie tego do wszystkiego.
To jest coś takiego jak pięć razy dlaczego. W oryginale zadawało się pytanie na przykład, że chcę zostać pisarzem. To jest moje marzenie, mój plan na moją karierę i ja mówię, że chcę zostać pisarzem. I mam zadać sobie pytanie dlaczego? I kiedy odpowiem na to pytanie, to mam sobie zadać po raz kolejny pytanie do tej nowej odpowiedzi dlaczego? I tak minimum pięć razy. Chodzi o to, żeby znaleźć pogłębioną esencję naszej odpowiedzi. Dlatego polecam stosować to na wszystko, a zwłaszcza jeżeli chodzi o pracę nad naszym warsztatem czy nad naszymi fabułami. Właściwie nawet czasami w samej powieści może nam się to przydać do konstruowania wątków czy na przykład budowania profilu psychologicznego postaci. I tutaj mamy te najważniejsze główne powody związane z warsztatem.
Drugą grupą są rzeczy związane z fabułą, z konstruowaniem naszych pomysłów i tak dalej. Czyli te wszystkie rzeczy związane z całą otoczką wokół konceptu ogólnego. I tutaj jedna z rzeczy, myślę, dosyć ważna. Zdarza się, że jak już się odważymy, to dajemy nasze opowiadania do czytania komuś. Czasami na początku drogi cieszy nas ktokolwiek. Najczęściej są to nasi znajomi, a potem może gdzieś się odważymy, wrzucamy gdzieś coś w internet na przykład. Super! To jest oczywiście jak najbardziej super. Trzeba się odważyć i trzeba się jednak czasami posłuchać nowych uwag, nowej perspektywy. Natomiast mam wrażenie, że czasami zadowalamy się kimkolwiek.
Nie zrozumcie mnie źle i absolutnie tutaj nie umniejszam nikomu. Natomiast zupełnie inaczej będzie nas oceniał nasz znajomy, który nie jest na przykład pisarzem. Uwielbia czytać książki, ale jest naszym znajomym, na przykład naszym bliskim kumplem. A inaczej nas będzie oceniał fan książek, czytelnik gdzieś w internecie. Inaczej nas będzie oceniał pisarz. I teraz uwaga inaczej nas będzie oceniał początkujący pisarz, inaczej nas będzie oceniał pisarz, który z niejednego pieca jadł już chleb. Warto zacząć się zastanawiać, komu wysyłamy nasze treści i jakiego rodzaju czy w jakim podcelu, czyli jakie potencjalne uwagi może ta osoba nam dać. Bo na przykład inne uwagi nam da pisarz, a inne uwagi da nam czytelnik. To będą zupełnie inne perspektywy. Oczywiście w samym środowisku pisarskim będziemy mieli też różne grupy, bo będziemy mieli pisarzy, którzy będą się skupiali tylko na rzeczach związanych na przykład z warsztatem, a będziemy mieli pisarzy, którzy właściwie nie będą patrzyli na warsztat czy na błędy, tylko będą was punktowali na przykład na zasadzie logiki czy tego, czy fabuła się klei, czy nie.
A jeszcze inni będą właściwie patrzyli tylko na postaci. Jeszcze inni na jakieś inne rzeczy. Bardzo wiele jest tutaj czynników i dlatego warto myśleć nad tym, jakich uwag potrzebujemy na przykład w tym momencie. Nie że ogólnie, tylko na przykład podzielmy sobie to na tury. Na przykład teraz mam trzech, czterech pisarzy. Do nich wysyłam albo dostałem uwagi, to na razie ich nie otwieram, bo teraz skupię się na uwagach od typowego czytelnika, czy na przykład od grupy potencjalnych czytelników, do których chcę trafić. Uwaga, bo to właśnie jest ta rzecz. Ja tutaj to określiłam sobie jako źle dobrane beta. Ten beta reader, czyli ten ktoś, kto przedziera szlaki w naszych pierwotnych wersjach tekstów. Jeżeli go źle dobierzemy, to może być sytuacja taka, że albo tak nas objedzie, że będziemy mieli taki trochę dołek pisarski, albo tak nas poklepie po ramieniu, że utwierdzimy się w błędnym przekonaniu, że już nic nie musimy zmieniać, albo że wszystko jest super.
Po czym dostaniemy kubeł zimnej wody, kiedy nasza treść napotka zupełnie innych czytelników. To często ma miejsce, jeżeli nasi znajomi, którzy nas uwielbiają, oceniają nas na przykład poprzez pryzmat tego, że po prostu nas lubią. Wiedzą, jakimi jesteśmy ludźmi. Lubią nas. Może gdzieś w tych historiach próbują odnaleźć siebie albo innych waszych znajomych i oni będą zupełnie inaczej podchodzili do tego. Natomiast zwykle zdarza się tak, że czytelnik nie zna autora, więc też w zupełnie inny sposób podchodzi do tej treści, z którą zaczyna obcować. Źle dobrane beta przechodzi w kolejny problem, w kolejne źródło prowokujące wyrzucanie. Jest to zbyt osobiste traktowanie krytyki. Ja tutaj nie będę się nad tym rozwodzić, ponieważ odeślę was przede wszystkim do odcinka numer dwa tego podcastu naszej alchemii. Tam mówiłam o hejtach i o ocenach oraz do odcinka numer 12, gdzie mówiłam o kwestii zmiany.
O tym, jak ten proces mniej więcej przebiega i jak warto do tego się ustosunkować. To by mogło wam ułatwić sprawę, jeżeli chodzi o radzenie sobie z wybuchem emocji. Wiadomo, że krytyka czy oceny nie jest to łatwa rzecz, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie praktycznie jesteśmy bombardowani i narażeni, nastawieni na ciągłe komentarze i oceny. Ale jest to bardzo potrzebne i uważam, że wręcz przydatne, nawet nie tyle potrzebne, bo możemy bardzo dużo na kanwie ocen i krytyki zrobić. Natomiast jeżeli potraktujemy to zbyt osobiście, dopuścimy te emocje. Oczywiście, że mamy prawo to zrobić, natomiast musimy też pamiętać o tym, że później dać sobie szansę podejść do tego trochę mniej emocjonalnie, żebyśmy byli w stanie faktycznie skorzystać z tych uwag. Ale w tamtych odcinkach mówię jeszcze więcej na ten temat, więc zachęcam. I tutaj jeszcze w tym sektorze związanym z naszymi fabułami, to wyrzucanie może wynikać z tego, że nie umiemy łączyć naszych pomysłów. Ja do tego jeszcze przejdę pod koniec dzisiejszego odcinka. Natomiast w dużym skrócie to jest ten moment, kiedy patrzymy na tą fabułę i stwierdzamy: „To się nie klei, to nie ma sensu” i to wyrzucamy i zaczynamy od nowa albo w ogóle rezygnujemy z tego.
Jest to oczywiście jak najbardziej rozwiązanie. Natomiast na koniec postaram się wam podpowiedzieć coś, co mogłoby wam pomóc w tej sytuacji, jak to sobie fajnie spróbować chociaż łączyć. I słuchajcie, trzeci blok. Trzeci blok związany z podejściem nas samych do siebie. I tutaj najczęściej lekką ręką wyrzucamy nasze rzeczy, ponieważ nie dostrzegamy swojego potencjału. Tutaj też nie chcę się rozwodzić. Prawdę mówiąc, mam wrażenie, że dzisiejszy odcinek będzie taką klamrą, odnośnikiem do pozostałych odcinków, bo faktycznie wybrałam temat, który bardzo ładnie będzie się zazębiał i myślę, że możecie go sobie nawet na spokojnie w przerwie wakacyjnej od alchemii spróbować ten materiał troszeczkę rozszerzać wtedy o te odcinki, o których mówię. I tutaj jeżeli chodzi o dostrzeganie swojego potencjału, myślę, że ciekawe rzeczy możecie wyjąć z odcinka numer 6, gdzie mówiłam o kopiowaniu i cudzych butach, ale przede wszystkim o inspirowaniu się, o swoich autorytetach w kwestii pisania czy tworzenia. Więc to z pewnością się przyda, jeżeli chodzi o odkrywanie siebie i swojego potencjału, a także odcinek numer 13, gdzie mówiłam o darach i atutach. W dużej mierze chodziło też o poszukiwanie atutów w tym, co robimy i w nas samych.
Bo to jest tak, że każdy z nas ma potencjał i to nie jest jakieś duchowe pierdolono, tylko z tego, co pamiętam, to chyba pierwszy raz o tym dowiedziałam się na lekcji fizyki. Nie no, okej, dobra, nie będę mówić o energii elektrycznej, ale ją mamy i się nie możemy wyprzeć. Śmieszkuje, ale chodzi mi też o to, że każdy z nas jest w stanie napisać coś dobrego. Tylko to jest kwestia podejścia, kwestia ćwiczeń, czasami kwestia przerobienia swoich blokad. Blokad podejść, problemów, samo nagromadzenie problemów osobistych. Też myślę, że zdarzało wam się doświadczyć poprzez takie coś blokady twórczej, że działo się tak niefajnie i nawet nie mogliśmy dobrze uciekać w te nasze światy, na przykład w nasze uniwersa, bo nie szło nam pisanie. Także myślę, że jesteście świadomi tego, że jednak warto czasami zajrzeć sobie trochę w głowę, że jednak nie chodzi o sam warsztat. A jeżeli nie, to mam nadzieję, że może któryś odcinek wam coś gdzieś uświadomi w tym kierunku lub może spróbujecie zrobić jakąś jedną małą rzecz i sami stwierdzicie, czy wam to jest potrzebne, czy nie. I druga rzecz związana z tymi kwestiami dotyczącymi nas, które mogą nas tutaj zachęcać do wyrzucania, to jest niska samoocena. Natomiast ja sobie to tak zanotowałam.
To brzmi jak najbardziej kliszowy banał związany z rozwojem osobistym, ale on jest. Nie wyprzemy się tego problemu. I też bardzo często, nie tylko już w kwestii pisania, ogólnie w kwestii tworzenia czy w kwestii życia codziennego, zdarzało mi się prowadzić jakieś sesje, rozmowy czy treningi z ludźmi, którzy uważali, że wszystko im się sypie, a tak naprawdę wystarczyło, że spróbowali chociaż na chwilę spojrzeć na siebie trochę łagodniejszym okiem i nagle się okazywało, że wcale nie jest tak źle, jak myśleli. Tutaj odsyłam was do odcinka numer 4 związanego z perfekcjonizmem. „Perfekcyjni doskonali” to był temat, taki tytuł, bo czasami ten nasz perfekcjonizm może nas prowadzić w jedną albo w drugą stronę i ta nasza samoocena może się wahać. I oczywiście też odcinek numer 14, gdzie mówiłam o kwestionowaniu i pokorze. Tam chodziło mi bardziej o takie zdrowe zwątpienie zarówno w siebie, jak i w swoje dzieła. Oczywiście, że to nie na pierwszy ogień odcinek, ale na pewno przesłuchajcie, bo w każdym z nich podpowiadam też jakieś czasami ciekawe pytania, jakieś rozwiązania, jak samego siebie okiełznać w tych kwestiach. Myślę, że to mniej więcej dlaczego już wiemy. Mam nadzieję, że też uda wam się coś poszerzyć.
Oczywiście, jeżeli uważacie, że warto jeszcze tutaj jakieś inne rzeczy dodać, to niezmiennie będę wdzięczna za komentarze na naszej facebookowej grupie Alchemia Tworzenia. Jeżeli nie macie ochoty, nie lubicie korzystać z grup, namierzcie mnie na Facebooku, napiszcie mi na Messengerze. To nie ma najmniejszego problemu. Pewnie gdzieś tam też znajdziecie jakieś maile związane ze stronami moich projektów. Także jak będziecie mieli ochotę, to myślę, że bez problemu znajdziecie jakiś namiar na mnie, żebyście mogli podesłać może jakieś swoje propozycje, problemy. Może po prostu chcecie przegadać coś prywatnie, a nie na forum tego całego podcastu. Także jak najbardziej. Ja jestem otwarta. Czekam na wasze informacje, pytania i tak dalej. Uwagi zwłaszcza.
A teraz dalej. Kolejne pytanie moje tutaj, właściwie pytanie moje do mnie: jak mądrze wyrzucać wspomniane wcześniej przez Dalego odpadki, potencjalne doskonałości? Myślę, że tutaj nie odkryję żadnych nowych lądów, jeżeli powiem, że zanim coś wyrzucimy, to zastanówmy się w kwestii na przykład warsztatu. Jeżeli stwierdzamy, że to warsztat jest nie halo i chcemy to wyrzucić, to wypiszmy, co jest do poprawy. Co w tym tekście zaważyło na tym, że stwierdziliście, że to jest do chrzanu i po prostu zgnietliście kartkę i ją wyrzuciliście? Jak trzeba, to się przejdźcie z powrotem do tego kosza i wyjmijcie kartkę i zajrzyjcie tam jeszcze raz. Gwarantuję wam, że wypisanie tych rzeczy pomoże wam w przyszłości jeszcze lepiej sobie ten wasz warsztat ogarniać. Natomiast jeżeli oczywiście powodem do wyrzucenia był pomysł, to tak samo wypiszcie gdzieś samą esencję pomysłu. Czyli mimo że teraz może wam się to wydaje jakieś słabe albo że to już było i tak dalej, to pomyślcie nad tym. Jeżeli faktycznie musielibyście zrobić notatkę z tego pomysłu, to wypiszcie te najważniejsze rzeczy.
Bo wiecie, czasami może być tak, że sam rdzeń tego pomysłu jest super, ale przez to, że wybraliście jakieś elementy zbyt zwykłe, zbyt banalne czy zbyt powtarzalne, to wam się wydaje, że cały pomysł jest do wyrzucenia. A może czasami sama konstrukcja tego pomysłu będzie super, a tylko będzie to kwestia wymiany elementów, na przykład zmiany bohatera. A może do tego bohatera trzeba będzie po prostu dorzucić jakiś jego problem życiowy czy może jakiś nawyk albo jakąś cechę wyglądu, cokolwiek. Także zanim wyrzucicie, wyjmujcie esencję. Czy to będą uwagi wasze własne do waszego warsztatu, czy to będą esencje tych waszych pomysłów. I teraz dalej. Jak upewnić się, że odcedziliśmy te doskonałości, zanim wyrzucimy? Tutaj pomyślałam, że na mocy prawa cytatu przeczytam wam fragment z książki. O tej książce wspominam również w odcinku numer sześć, właśnie tam, gdzie mamy kopiowanie i cudze buty. A mianowicie jest to książka „Twórcza kradzież", a konkretniej „Twórcza kradzież.
Dziesięć przykazań kreatywności". Autorem jest Austin Kleon. I tutaj wybrałam sobie jeden taki krótki rozdzialik. Bardzo krótki, bo to jest malutka książeczka. Także zaraz wam przeczytam. Natomiast co do tego odcinka numer sześć, to tam troszeczkę wspominam o tym, jak taką twórczą kradzież można mądrze zastosować, jeżeli chodzi o korzystanie z naszych autorytetów. Okej, a tymczasem przechodzimy do fragmentu i za chwilę powiem wam właśnie o tym odcedzaniu. „Odłóż swoje łupy na później. Zawsze noś ze sobą notatnik i długopis. Wyrób w sobie zwyczaj wyciągania ich, by zapisywać swoje refleksje i spostrzeżenia.
Przepisuj do notatnika swoje ulubione cytaty z książek. Zapisuj zasłyszane rozmowy. Kreśl w nim bazgroły, kiedy rozmawiasz przez telefon. Za wszelką cenę miej przy sobie jakąś kartkę. Artysta David Hockney dopasował wszystkie wewnętrzne kieszenie swoich marynarek tak, by można w nich było trzymać notesy. Muzyk Arthur Russell lubił nosić koszule z dwiema kieszeniami przed nimi, w których mógł trzymać strzępki partytur. Załóż teczkę na łupy. Tak, dobrze widzisz. Teczkę z tym, co zwędziłeś innym. Może być wirtualna lub prawdziwa.
Forma nie jest ważna, o ile będzie działać jak należy. Możesz założyć album z wycinankami albo po prostu robić zdjęcia komórką. Widzisz coś, co warto ukraść? Zamieść to w teczce na łupy. Potrzebujesz inspiracji? Zajrzyj do teczki. Anglojęzyczni dziennikarze nazywają ją kostnicą. Ta nazwa podoba mi się jeszcze bardziej. W kostnicy trzymasz martwe zasoby, które później ożywiasz w swoich dziełach. Lepiej wziąć coś, co do ciebie nie należy, zamiast pozwolić, by leżało zaniedbane.
Mark Twain.” Okej, takim cytatem twinowskim zakończyliśmy. Tutaj oczywiście macie też trochę rzeczy, o których nieraz wam wspominam, jeżeli chodzi o dzienniki inspiracji i spisywanie tych rzeczy. Ale przede wszystkim teczka. Teczka na łupy. Oczywiście ja całym serduszkiem, jak to ja, okazuje się, że podzielam też zdanie autora książki. Kostnica jest moim zdaniem super metaforą na takie rzeczy. Jeżeli chodzi o to odcedzanie, pomyślałam sobie, że bardzo ciekawą sprawą byłoby stworzenie sobie albo dwóch notesów, albo jakichś tabel, czegokolwiek. Ponieważ podczas procesów twórczych będzie się zdarzało tak, że będziemy mieli różne przypadki do odcedzenia w momencie, kiedy postanowimy coś wyrzucić. Oczywiście, że mogą to być rzeczy, które były zbyt słabe. To, co mówiłam wcześniej, ale czasami może być tak, że pisząc jedno, wpadnie nam do głowy coś drugiego albo jakiś świetny pomysł.
Zainspirujemy sami siebie. Dlatego zachęcałabym was do stworzenia sobie takich dwóch oddzielnych bytów i jeden będący tą teczką czy taką kostnicą. Myślę, że kostnica jest naprawdę dużo lepszą, trafniejszą nazwą. A druga z kolei mogłaby być czymś takim jak bank pomysłów czy bank inspiracji. Nazwijcie sobie to tak, jak czujecie. Może to będzie jakiś inny budynek. Jak tu mamy kostnicę, to może coś jeszcze innego, związanego z medycyną czy kryminalnymi rzeczami wymyślicie. Natomiast co w tych różnych bytach powinno się znaleźć? Oczywiście w banku pomysłów będziemy mieli coś takiego jak wyniki inspiracji. I teraz mam tu na myśli inspirację zewnętrzną.
Odsyłam was też do odcinka numer dziewięć, gdzie mówiłam o uważności inspiracji i tam chodziło mi o te wszystkie natchnienia mniejsze, czyli rzeczy, które dotykają nas na zewnątrz. Tam też zachęcam, podpowiadam, jeżeli chodzi o zapisywanie różnych rzeczy. Także w takim banku pomysłów na pewno będą te wszystkie super rzeczy, które nas otaczają. Oczywiście, że złotem nieraz będzie, jeżeli oprócz pisania lubicie bawić się konwencją, robić jakieś ćwiczenia kreatywne czy robić ćwiczenia pisarskie, to z pewnością nieraz wymyślicie tam coś naprawdę przełomowego. Dlatego też warto takie rzeczy sobie zanotować. Odnośnie ćwiczeń kreatywnych zdaje się wspominałam troszeczkę w odcinku numer 11. Tam mówiłam o wyobraźni jako takiej, o fantazjach, o tym, jak sobie to rozwijać, jak do tego w ogóle podejść. Także zachęcam. I trzeci punkt w tym banku pomysłów to są takie nieużytki z głębszego natchnienia, czyli tego natchnienia. Odcinek 17.
Tam mówiłam o wenie, o takim natchnieniu, które wychodzi z nas, a nie przychodzi do nas. Także bardzo często też sami siebie możemy zainspirować. I tutaj jak najbardziej w takim banku warto wszystko notować, zanim nam to uleci. Natomiast jeżeli chodzi o kostnicę, to tam jak najbardziej jest to idealne miejsce na wkładanie martwych projektów, bo tutaj okej, zaczęłam o wyrzucaniu danego fragmentu tekstu, nad którym pracujemy, ale może być sytuacja taka, że nawet napisaliśmy 80 stron jakiegoś projektu i stwierdziliśmy, że znudził nam się, nie mamy czasu, nie chce nam się. My się zmieniliśmy i to już nam nie pasuje i tak dalej. Milion takich rzeczy. Tego nie wyrzucajmy. Zamroźmy go, włóżmy go do tej naszej kostnicy, do naszej lodóweczki i niech on tam sobie jest, bo nigdy nie wiecie, co się wydarzy. Może być tak, że za pięć lat zaczniecie robić nowy projekt. Przypomni wam się ten stary projekt i kurczę, ja go przerobię.
Tylko że jak go wyrzucisz, to nie będziesz miał tej pierwotnej esencji tego projektu. A tak sobie wracasz do swojej kostnicy, otwierasz lodóweczkę i jak znalazł masz swojego starego zamrożonego przyjaciela. Dalsza rzecz, jeżeli chodzi o rzeczy do trzymania w kostnicy. Te wszystkie odcedzone esencje, czyli właśnie tutaj mówimy o procesie odcedzania, ale też to mogą być jakieś takie te esencje, o których wspominałam wcześniej, jeżeli chodzi o wasz pomysł, czyli sama ta albo struktura pomysłu, albo jakiś bohater, albo coś jednego. Coś, co wy piszecie, zanim wyrzucicie, to umieszczajcie sobie w takiej kostnicy, nawet jeżeli uważacie, że to jest słabe, powtarzalne i tak dalej. Bo tak jak mówiłam, może być sytuacja, że za pięć lat wejdziecie, a może połączycie dwa ze sobą. Zresztą o łączeniu za chwileczkę. I jeszcze jedna rzecz. Ciekawe fragmenty bez połączenia, czyli faktycznie nawet nie sama struktura, esencja, tylko po prostu może to wam się nie podobało, ale podobało wam się, że bohater miał zieloną kurtkę. To wypiszcie, bo to potencjalnie może się wydawać takie w ogóle bez sensu.
Ale z drugiej strony już to gdzieś w waszej głowie zakiełkowało i niewykluczone, że będzie się odzywało. Więc jeżeli już widzieliście tego bohatera w jakiejś takiej, mówiąc kolokwialnie, oczojebnej kurteczce, takiej zieleni, że aż w mózg boli, no to czemu tego nie użyć gdzieś indziej? A może tu mieliście bohatera i on wam nie podszedł, a później pojawi się idealna bohaterka do tej kurteczki? Także zapisujcie. Nad bankiem pomysłów więcej nie będę się rozwijać. Natomiast teraz zastanówmy się nad tym, jak używać tej kostnicy, bo w sumie dzisiaj bardziej o niej mowa. Jak już mamy sobie coś zebrane w tej kostnicy, rozpoczęliśmy ten nasz proces. Samą kostnicę też możecie sobie podzielić na różne kategorie. Może będzie to w formie wielkiej księgi, w którą będziecie wklejać karteczki w danym kolorze na przykład. Albo to będą foldery gdzieś w laptopie, na dysku, w komputerze, w telefonie.
Co tam wolicie. Jeżeli już to macie, to zachęcam, żebyście sobie to przeglądali regularnie. Ustawcie sobie albo jakkolwiek, byle raz w tygodniu, albo ustalcie sobie może jakiś dzień tygodnia. Może macie jakieś inne swoje pisarskie rytuały, z którymi możecie to sobie jakoś połączyć. Natomiast oczywiście, jak nie macie ochoty, to nie róbcie. Pamiętajcie, nic na siłę. Natomiast czasami warto sobie przejrzeć jedną stronę, dwie. Może to też jest metoda. Jeżeli będziecie mieli dużo tego w tej kostnicy, to może przeglądajcie raz na miesiąc, a może po stronie przez tydzień. Jak wolicie.
Natomiast warto tam nawet czasami kartkować, zaglądać. Można nawet nie czytać, tylko pogapić się na literki. I co tam jeszcze macie? Może macie szkice? Niektórzy z nas też tutaj umieją w rysowanie, więc może akurat jakiś wasz szkic was zainspiruje do czegoś innego. Dalej. Przeglądać przy kreatywnej nudzie. Ja sobie tak to nazwałam: „kreatywna nuda”. Tutaj mam na myśli taki moment, kiedy niby macie na przykład duży projekt do napisania i piszecie go. I niby macie tę energię, że „kurczę, chce mi się pisać”, ale siadacie do waszego projektu i jest zastój.
Wtedy warto sobie zorganizować jakieś małe wyzwanie, jakieś wyrwanie z tej rutyny, a przede wszystkim takie trochę otrząśnięcie się z tej autopresji, że „kurczę, mam dobry nastrój, świetny dzień, wolny czas, wolną godzinę i chcę się zmusić do kontynuowania, a coś w środku mnie zatrzymuje”. Szkoda byłoby zaprzepaścić te wszystkie okoliczności, więc wtedy może warto sobie sięgnąć po jakiś taki zmurszały pomysł czy jakiś element i nawet nad nim pomyśleć. To nie znaczy, że macie go teraz rozwijać i zaczynać nowy projekt, ale może po prostu pomyśleć albo zastanowić się, jak go ulepszyć, albo co moglibyście z niego jeszcze sobie na przykład wycisnąć. Tutaj jeszcze ważna rzecz. Myślę, żeby sobie zapamiętać, że nie trzeba się bać, że coś do siebie nie pasuje. Zapewniam was, że w tej naszej kostnicy będą sobie leżały różne elementy, różne części. Czasami nie zachowuje się całego ciała, całej konstrukcji, tylko jakieś tam elementy. Niech one sobie będą. A może właśnie taki jeden element stanie się dla was najzwyczajniej w świecie jakimś ćwiczeniem kreatywnym. I dalej jeszcze jedna rzecz: nie generować w sobie takiej presji wewnętrznej, że wszystko z tej waszej kostnicy musi zostać użyte, bo absolutnie nie.
Mogą być rzeczy, których nigdy nie użyjecie, a mogą być rzeczy właśnie tak, jak wspominałam, do których wrócicie za ileś, ileśnaście lat. Po prostu chodzi o samo wykształcenie nawyku analizy swoich tekstów, zanim je wyrzucimy i umieszczania różnych elementów, które poniekąd też są zapisem nas samych, jakichś emocji czy jakiegoś toku myślenia, który mieliśmy w tym momencie. I czasami może właśnie nie sam pomysł nam się spodoba, co po prostu przypomni nam się ten tok myślenia, który użyjemy gdzieś indziej. Dlatego jak najbardziej może będziemy w taką kostnicę musieli poświęcić trochę czasu, ale z pewnością to nam zaowocuje wieloma aspektami. Przede wszystkim poćwiczymy szare komórki. Możemy właśnie zapamiętać, zapisać sobie rzeczy, które naprawdę kiedyś mogą być przełomowe w naszym warsztacie czy w naszych pomysłach. I tutaj właśnie wspominałam jeszcze o tym łączeniu czy tym lęku, czy problemie, że mamy jakieś elementy, a nie umiemy ich połączyć. Myślę, że spokojnie moglibyśmy pewnie zrobić o tym oddzielny odcinek. Wiadomo, każdy temat można rozbić, rozwinąć. Natomiast pomyślałam, że tutaj powiem wam o takiej esencji.
Myślę, że to jest oczywiste, aczkolwiek może nie zawsze nad tym myślimy, że głównym czynnikiem związanym z łączeniem czegokolwiek, jeżeli chodzi o te rzeczy związane z konceptami, z pomysłami, z myślami, to są skojarzenia. Mamy jakieś jedno słowo i właściwie wymawiając to słowo my już w głowie mamy jakieś doświadczenia, jakieś obrazy, może dźwięki, może inne słowa i tak dalej. Mamy całą ścieżkę, jak nie sieć ścieżek skojarzeniowych, które jeszcze możemy dowolnie ze sobą mieszać. Możemy sobie między jedną a drugą przeskakiwać. Jeżeli będziemy sobie ćwiczyć, zapisywać różne rzeczy, nawet sami sobie zadawać jakieś pytania, wyzwania czy podejmować próbę łączenia elementów, które z pozoru nam się wydają niemożliwe do połączenia, to zapewniam was, że z czasem to po prostu będzie automat i będzie wam dużo łatwiej łączyć takie rzeczy. Właściwie nasz mózg robi to nieustannie. Jak byśmy się zastanowili, to wszystko, co robimy, wszystko, co widzimy, mimo wszystko wpada do naszego mózgu, musi zostać poddane analizie. Jest łączone, przelewane przez pryzmat naszych doświadczeń, przez pryzmat naszej wiedzy, przez pryzmat naszej niewiedzy i wielu innych czynników. Natomiast cokolwiek nie robimy, to zwykle jest to jakimś rodzajem skojarzenia. Myślę, że po prostu pisanie, wiadomo, bez skojarzeń to trochę by nie pykło.
Ale spójrzcie na przykład na to, w jaki sposób rozmawiacie z ludźmi. Z kimś rozmawiacie albo z kimś, z kim uwielbiacie rozmawiać. Popatrzcie, czy na przykład żartujecie, a może macie jakieś wspólne historie z kiedyś. Jak zaczniecie się zastanawiać, skąd to się wzięło albo zaczęliśmy rozmawiać o wodzie, a skończyliśmy na kostnicy na przykład. Kurczę, jak my tam dotarliśmy? Jestem przekonana, że macie gdzieś w swoim otoczeniu takie osoby. Nawet jeżeli wy sami nie jesteście osobami, które uwielbiają mówić, że na przykład wolicie raczej słuchać, to na pewno nie raz słyszeliście tego typu rozmowy albo uczestniczyliście po prostu w nich. Więc zachęcam. Na rozmowach najłatwiej się nauczyć. Też czasami można fajne, takie à la gry słowne porobić, a też przy okazji poćwiczyć.
Dlatego zmierzałam do tego, że jeżeli nasz mózg robi to nieustannie, to spokojnie możemy mu w tej kwestii zaufać. Po prostu warto, jak go podkarmimy, damy mu jakieś punkty zaczepienia, jakieś skojarzenia, jakieś elementy, a on potem niech robi całą robotę. Tylko fajnie, jakbyśmy byli obecni w tym procesie i właśnie przyglądali mu się, patrzyli jak on pracuje i może wtedy też podłapiemy sobie jakieś fajne patenty na siebie. No i skoro o patentach mowa, to tutaj jeszcze pod koniec. Nie byłabym sobą jako trener kreatywności, gdybym wam nie podpowiedziała, jak można ćwiczyć taką płynność skojarzeniową. Ćwiczenie, które wam zaproponuję, pewnie już o nim tu wspominałam. Na pewno mówiłam też na swoim kanale youtubowym. Jak nie zapomnę to podlinkuję wam na grupie w tym poście dedykowanym do tego odcinka. I teraz tak oprócz płynności skojarzeniowej zmierzamy też do tego, że w tym ćwiczeniu w sumie możemy też sobie poszerzyć swój zasób słów. Ale to przy okazji.
Myślę, że skojarzenia tu są najważniejsze. No i to jest nic innego jak pytania. Takie kreatywne pytania. Takie ćwiczenie, które polega na tym, że zadajemy proste pytanie. Podam wam zaraz jakiś przykład. I naszym zadaniem jest znalezienie minimum dziesięciu odpowiedzi na to pytanie. I w tym ćwiczeniu nie chodzi o jakość, tylko chodzi o ilość. Chodzi o takie rozbudzenie swojego umysłu i rozbudzenie właśnie tych wszystkich ścieżek skojarzeniowych. Bo nawet jak później przeanalizujecie sobie po wykonaniu tego ćwiczenia wasze odpowiedzi, to zauważycie, jakimi ścieżkami podążały wasze skojarzenia, skąd się wzięło, jak jedno inspirowało drugie i tak dalej. Dodatkowo tutaj, jeżeli chodzi o kreatywność, to może być też taka sytuacja, że dojedziecie do pięciu i będzie już wymyślanko, będzie już trochę ciężej, ale wtedy zobaczycie jeszcze lepsze, po prostu czasami takie ścieżki skojarzeniowe, że byście nawet się nie spodziewali, że macie je w głowie.
Także prosta rzecz tutaj. No przykład. Czyli wiecie, tutaj mamy proste ćwiczenie na po prostu taką ogólną płynność, tak? Ogólnie ćwiczymy sobie wszystkie skojarzenia, czyli właśnie zadajemy sobie jakieś pytanie jaka jest woda? I lecimy. Tak, dziesięć odpowiedzi, że jest mokra, zimna, ciepła, brudna, czysta i tak dalej. Co wam tylko przyjdzie do głowy. I tym możecie się bawić. Możecie sami sobie zadawać jakiekolwiek pytania. Polecam bardzo proste pytania, właśnie takie otwarte, żebyście mogli się tutaj nie hamować nawet, tylko po prostu lecieć z tematem.
Oczywiście to jest minimum dziesięć odpowiedzi. Jak macie ochotę, możecie znaleźć ich więcej. Jednym przyjdzie łatwiej, drugim ciężej. Natomiast jeszcze jest jedno ćwiczenie. Właściwie to samo ćwiczenie, tylko troszeczkę zmodyfikowane. I to pozwoli właśnie już ćwiczyć te skojarzenia, takie liniowe, czyli ogólne, to będziecie mogli sobie po prostu czerpać ze wszystkiego. To nie musi mieć sensu, to nie musi się łączyć, po prostu jedno będzie sobie tam zapętlało, inspirowało drugie. Natomiast w skojarzeniach liniowych chodzi o to, żeby one były w jakiś sposób prowadzone. To ma być jakiś jeden wyznacznik, jedna wykładnia. No to czyli na przykład tutaj mamy jaka jest woda w kontekście zgubionego buta.
I teraz mamy się skupić na tym, że wiecie, jest sobie sytuacja, ktoś zgubił but. Tak, to jest dosyć istotne, ale my jeszcze przy tym mamy wypisywać, jaka jest woda. Czyli no nie wiem, mogłaby być na przykład dokuczliwa. Tak? Bo zgubiliśmy but, idziemy bez buta, idziemy mokradłami. Mogłaby być niebezpieczna, mogłaby być trująca, nie wiem, wywołująca chorobę i tak dalej. Tutaj jest to trudniejsze ćwiczenie. Natomiast faktycznie to ćwiczenie też uczy takiego pilnowania się i właśnie szukania połączeń w danym kontekście, co uważam jest idealną sprawą, jeżeli chodzi o pisanie, o tworzenie fabuł, treści i tak dalej. I wiecie co? Ja dzisiaj już dobrnęłam do końca i pomyślałam sobie, że dzisiejszym ćwiczeniem właśnie będzie takie ćwiczenie liniowe.
Także zadam wam na koniec pytanie. Oczywiście tą wodę też możecie sobie przerobić, ale zadam wam jeszcze inne tego typu pytanie, żebyście mogli się tak na świeżo zacząć po tym, nie? A tymczasem jak zawsze serdecznie dziękuję za waszą uwagę, za wasz czas. Zachęcam do zajrzenia w inne odcinki, zwłaszcza że będą teraz wakacje, więc mam nadzieję, że będziecie mieli trochę może ciut więcej czasu. Oczywiście niezmiennie dużo zdróweczka i mocy inspiracji, żeby wam się tutaj zacne jakieś arcydzieła pisały. Trzymajcie się ciepło. Pa. Leci ćwiczonko. Jaki jest ogień w kontekście opuszczonej budowy?
[02:54:31] - Bez tajemnic. To jest też mały hit Na antenie Bibliotekarium 2.0, na antenie Radia Paranormalium. Takie przynajmniej mam przesłuchy. Dzisiaj wyjście z ciała OOBE i duchy.
[02:55:03] - Pytanie od widza: „Witaj Piotrze, chciałbym poznać Twoją opinię na temat eksterioryzacji Out of Body Experience. Jak odnosisz się do badaczy niefizycznych światów jak Robert Monroeeeeeee, Bruce Moen lub Robert Bruce, którzy w swoich książkach sporo napisali na temat duchów i światów, w którym przebywają? Pozdrawiam”. Na to pytanie odpowiem, podając kilka przykładów z literatury spirytystycznej, ale zanim to uczynię, przeczytam fragment książki Roberta Monroe „Najdalsza podróż” dla tych, którzy nie znają. Ale i to zanim uczynię, należy powiedzieć kilka słów na temat tego, czym jest Out of Body Experience. Tutaj mówimy o opuszczaniu ciała przez duszę. Czyli w momencie, kiedy człowiek wpada w jakiś trans bądź zasypia, jego dusza uchodzi z ciała i podróżuje po światach niewidzialnych bądź po świecie materialnym, w którym żyjemy. Część tych wojaży, można powiedzieć, tych duchowych wojaży, po przebudzeniu pozostaje w świadomości człowieka i wtedy człowiek może o tym opowiedzieć, może to przekazać. Chciałem tylko dodać, że spirytyści już za czasów Allana Kardeca udowodnili, że można wywołać ducha żywego człowieka. A to oznacza, że skoro duch żywego człowieka może przyjść na seans spirytystyczny, to znaczy, że ten duch rzeczywiście może opuścić ciało bez jakichś negatywnych konsekwencji dla tego ciała biologicznego.
Autor książki „Najdalsza podróż” Robert Monroeeeeeee opisuje tego rodzaju sytuacje i tutaj fragment przeczytam. „Po opuszczeniu ciała możecie udać się dokądkolwiek na Ziemi, do jej wnętrza, a nawet poza nią. Możecie spenetrować Księżyc czy najdalsze zakątki Systemu Słonecznego. Jest to piękne i zarazem wzbudzające grozę, ale po pewnym czasie może stać się monotonne. W taki sposób ujrzeliśmy i poznaliśmy na przykład odwrotną stronę Księżyca, zanim jeszcze próbniki NASA wykonały jej zdjęcia. To samo było z Marsem, gdzie szukaliśmy przedmiotów i struktur, które mogły być wykonane przez inteligentne istoty. Powrót nie był problemem. Badacz skoncentrował się po prostu na swoim ciele fizycznym. Prędkość światła nie jest żadnym ograniczeniem. Podczas podróży odniosłem wrażenie ruchu.
Słyszałem dźwięk jakby opływającego moje ciało powietrza. Przed sobą, dookoła siebie ujrzałem widok, wielobarwne wieże z chmur. Tylko że nie były to chmury płynące w odcieniach jaśniejących kolorów, w każdym kolorze, jaki kiedykolwiek widziałem i w kilku, które jedynie pamiętam, ale nie potrafię nazwać. Pozwólcie mi zatrzymać się w chmurze i obserwować, czuć, nie wiedzieć, ale odczuwać. A oto i muzyka. Tysiące instrumentów, tysiące głosów, melodia przenikająca melodię, doskonały kontrapunkt, schematy harmoniczne znane mi tak dobrze. Po prostu wyciągnąć się i pozwolić, by chmury mnie otulały, a muzyka była wszędzie dookoła, we mnie. Tysiąc lat to chwila, tylko chwila, taka odprężająca i absorbująca. Jak cudownie będzie, gdy powrócę tu na zawsze. Znajdowaliśmy się jakieś tysiąc stóp ponad szeroką kotliną, mającą może od ośmiu do dziesięciu mil długości i około pięciu szerokości.
Z trzech stron otaczały ją góry, których szczyty pokryte były białymi szczapami śniegu. Po stronie wolnej od gór widniały ciągnące się aż po horyzont lasy i pola. Bezpośrednio pod nami widniało coś, co przypominało dużą osadę rozciągającą się prawie aż do podstawy gór. Była tam cała masa drzew o różnorakich kształtach i rozmiarach, których liście pyszniły się wszelkimi możliwymi odcieniami zieleni. Nie widziałem jednak żadnych domostw czy budynków, żadnego dymu. Powietrze było absolutnie czyste. Zwróciłem się do Inspeka, mojego przewodnika: żadnych domów, żadnych budynków? To jest miejsce z przeszłości, takiej jak ty pojmujesz. Przeszłości? Ależ w waszej historii nie ma niczego takiego, co choćby odlegle przypominałoby to miejsce.
Musi być bardzo oddalone w czasie. Bo jest. Prawie milion twoich lat. Ci mieszkańcy. Czy oni są ludźmi takimi jak ja? Różnią się odrobinę, ale zdecydowanie są ludźmi. W naszą stronę szybkim krokiem zmierzały cztery osoby. Wszystkie miały około pięciu stóp wzrostu, lecz różniły się pomiędzy sobą odcieniem włosów i skóry. Długość ich włosów była taka sama tuż poniżej uszu. Biorąc pod uwagę wygląd twarzy i ciał, stanowili wzór aktywnych, dbających o formę fizyczną trzydziestolatków, jednakże bez nadmiernie rozwiniętych mięśni.
Było dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Mogłem to stwierdzić z łatwością, ponieważ nie nosili ubrań”. Ten fragment książki Roberta Monroe chciałbym teraz porównać do innych fragmentów, które akurat wykorzystałem w mojej książce. Innych fragmentów literatury spirytystycznej, które zostały spisane pismem automatycznym między innymi przez Chico Xavier. „Jesteśmy w sferach duchowych sąsiadujących z Ziemią, a słońce, które nas oświetla w tej chwili, jest tym samym słońcem, które dawało życie naszemu fizycznemu ciału. Tutaj jednakże nasze postrzeganie wzrokowe jest dużo bogatsze. Gwiazda, którą Stwórca umieścił, by wspomagała nas w ziemskich pracach, jest piękniejsza i cenniejsza, aniżeli nam się wydawało w czasie ziemskiej egzystencji. Chwiejąc się na nogach, dotarłem do olbrzymiej sali, w której licznie zebrani ludzie medytowali w ciszy i w głębokim skupieniu. Z jaśniejącego światłem sklepienia zwisały delikatne i ukwiecone girlandy ciągnące się od sufitu aż do ziemi i tworzące promieniste symbole wyższego świata duchowego. Rozkoszowałem się teraz rozległymi horyzontami i spędzałem czas, wyglądając przez przestronne okna.
Zadziwiały mnie przede wszystkim aspekty tutejszej natury. Prawie wszystko było ulepszoną kopią Ziemi. Bardziej harmonijne kolory, delikatniejsze substancje. Gleba pokryta była roślinnością. Otaczały mnie duże drzewa, sady pełne owoców i cudne ogrody. Na końcu równiny, na której znajdowała się kolonia, rysowały się górskie szczyty otoczone światłem. I jeszcze tylko jeden fragment z książki „Błękitna wyspa” podyktowany przez ducha Williama Steada, który zginął na Titanicu. Wyglądało to zupełnie, jakbym po prostu dotarł do obcego kraju i spotkał przyjaciela, który wszędzie mnie zaprowadzi. Takie dominowało we mnie wrażenie. Scena, którą niedawno opuściliśmy, przeszła już do przeszłości.
Gdy zaakceptowaliśmy zmianę, którą przyniosła śmierć, cały strach związany z ostatnim doświadczeniem minął. Byłem ubrany dokładnie tak jak wcześniej i wydawało mi się trochę dziwne, że przywiozłem ze sobą moje ubranie. Wszystko i wszyscy wyglądali całkiem normalnie, zupełnie jak na Ziemi. Kolejną rzeczą, która mnie uderzyła, były barwy tego miejsca. Bezwzględnie dominował błękit, jasny odcień niebieskiego. Nie mówię, że ludzie, drzewa, domy i tym podobne były wszystkie błękitne, a raczej chcę powiedzieć, że miałem ogólne wrażenie, iż znajduję się w błękitnym miejscu. Przeczytane przeze mnie fragmenty uzmysławiają nam, że zaświaty są bardzo urozmaicone. To nie jest jeden świat gdzieś tam w chmurach, że tak powiem i ten świat zawsze wygląda tak samo. Nie jest prawdą, że tylko jeden opis jednego świata jest autentyczny, a wszystkie inne są złe. Jak widać, wszystko jest bardzo indywidualne.
Różne duchy mogą trafiać do różnych światów. Te światy się przenikają. Właśnie spirytyzm mówi też o tym, że jest coś takiego jak wielość światów. W jednym miejscu, chciałoby się powiedzieć fizycznym, mogą funkcjonować różne światy, które przeplatają się tak jak fale radiowe. W jednej książce znajdujemy opis świata, który został przedstawiony przez żyjącą osobę, która opuściła swoje ciało, a także tutaj mamy przedstawione światy, które zostały opisane przez duchy, więc osoby zmarłe. Nie można powiedzieć, że na przykład świat opisywany przez pana Monroe jest nieautentyczny albo zmyślony. Tak naprawdę to trudno się do tego odnieść, ponieważ ktoś, kto ma odrobinę wyobraźni, może to wszystko wymyślić. Ale jeżeli zakładamy, że jego doświadczenia są prawdziwe, to rzeczywiście taki świat może istnieć. Czemu by nie? Szczególnie że odnosi się on do marzeń sennych.
W „Księdze duchów” jest nawet taki fragment, tutaj już sobie zaznaczyłem, gdzie Allan Kardec wyjaśnia, czym są marzenia senne. Marzenie senne natomiast jest wspomnieniem tego, co wasz duch widział w czasie snu. Zwróćcie jednak uwagę, że nie zawsze śnicie w ten sam sposób, bo przecież nie zawsze przypominacie sobie wszystko, co widzieliście lub czy w ogóle coś widzieliście. Nie wszystko w pełni zachowuje się w pamięci duszy. I właśnie chodzi o to, że w wielu przypadkach my tego po prostu nie pamiętamy. Nie pamiętamy tego, ale z jakichś powodów są ludzie, którzy zachowują tę świadomość. Patrycja Darré, francuskie medium, w swojej książce „Nie bójcie się życia”, ta książka niestety nie została przetłumaczona na język polski, opisuje takie dwie sytuacje, gdzie spotkała ducha człowieka, który żył na naszej planecie w przeszłości, który także był medium. I życie tego człowieka w przeszłości łączyło się z naszą teraźniejszością, z jej teraźniejszością konkretnie. I tamten duch odbierał Patrycję Darré jako ducha. Tak jakby ona została wywołana przez kogoś, kto żył gdzieś tam w innym świecie.
I druga sytuacja bardzo podobna, gdzie również została wywołana i duchy myślały, że to ona jest duchem, a ona przecież żyje. Poczucie czasu, takiego linearnego, jakim my się posługujemy na co dzień, jest charakterystyczne przede wszystkim dla nas, a te wszystkie światy niematerialne potrafią się łączyć i mieszać, niezależnie od tego, w jaki sposób ten czas w tych konkretnych światach płynie. Moja opinia na temat out of body experience jest taka, że tak jak można badać świat duchowy poprzez kontakt z mediami, z duchami, poprzez własne odczucia, jakąś sensytywność, można także w ten sposób. Jeżeli ktoś jest przekonany, że te doświadczenia są autentyczne i może przynieść jakąś formę dowodu, że tak powiem, dowodu może troszeczkę w cudzysłowie, ale może wykazać, że rzeczywiście były to autentyczne doznania, a nie jakaś fantazja. To czemu by nie? Moje wątpliwości budzi jedynie fakt, że niektóre osoby po to, aby uzyskać ten stan świadomego wyjścia z ciała, używają jakichś używek, narkotyków, które zabijają szare komórki. I potem można sobie zadać pytanie, czy wizje, które mają w trakcie wyjścia z ciała są autentyczne, czy może są efektem upojenia narkotykowego. Dlatego podchodzę do tego z dystansem. Więc gdy słyszę, że ktoś wziął jakiś narkotyk i fruwał pod sufitem, to do tego podchodzę z bardzo dużym dystansem i raczej nie jestem skłonny, aby opowieści takich osób traktować poważnie. Oczywiście można też wspomnieć o osobach, które na przykład w trakcie operacji w szpitalu opuściły swoje ciało, a później mogły lekarzom opowiedzieć, co robili albo co działo się w sąsiedniej sali.
I takie osoby, które przeżyły tego rodzaju sytuacje, często wracają do swojego ciała. Ich duchy wracają do swojego ciała i te osoby później są odmienione. One są bardziej uduchowione. Więc jeżeli są takie sytuacje, to też trudno to negować. Była kiedyś taka książka „Życie po życiu”. Ja tę książkę przeczytałem bardzo dawno temu i to długo jeszcze zanim wstąpiłem na drogę spirytyzmu, w której tego rodzaju przypadki były opisane. Myślę, że na tym będzie trzeba skończyć. Mam nadzieję, że udało mi się w miarę sensownie odpowiedzieć na pytanie mojego telewidza. Jeżeli macie państwo jakieś pytania, proszę zadawać w komentarzach, a ja postaram się na nie odpowiedzieć. Wszechwiedzący nie jestem, ale może coś komuś uda mi się wyjaśnić.
Zapraszam do subskrybowania konta i do oglądania kanału. Dziękuję.
[03:09:32] - Literackie tête-à-tête. Ten cykl Krystyny Śmigielskiej też potrafi zaskakiwać. Dlaczego? Ponieważ pani Krystyna ściąga autorów naprawdę interesujących, niezwykle interesujących. Dzisiaj kolejna taka autorka Joanna Jodełka. Na pewno państwo słyszeli. Na pewno. Jeśli nawet teraz państwo sobie nie przypominacie, to ja państwu gwarantuję, że tak. Cóż, nie pozostaje mi nic więcej, jak zaprosić na audycję z panią Joanną. Będzie ciekawie.
[03:10:12] - Dobry wieczór. Rozpoczynamy kolejne literackie tête-à-tête, w którym porozmawiam z pisarką, poetką, autorką tekstów piosenek, na co dzień związaną z Poznaniem, panią Joanną Jodełką. Dobry wieczór, pani Joanno. Bardzo mi miło gościć panią w naszym literackim tête-à-tête.
[03:10:31] - Dobry wieczór. Uważam, że powiedzenie poetką i autorką tekstów jest nadużyciem. Nie podpisuję się pod tym, ponieważ popełniłam kilka tekścików dawno temu.
[03:10:42] - Posiada pani wspaniałe wykształcenie. Bo cóż może być wznioślejszego, rozwijającego, uwrażliwiającego, wzbogacającego naszą duszę niż historia sztuki, której jest pani absolwentką? Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że mając za sobą lata studiów najwspanialszych dzieł kultury, staje się pani autorką kryminału. Czy może ma to związek z tym, że historia człowieka to dzieje wojen, bólu, bezsensownego przelewu krwi?
[03:11:16] - Bym powiedziała, że historia sztuki to nie tylko podziwianie czy zgłębianie dzieł, które powstają, ale też okoliczności, w których powstają. Można równie dobrze tłumaczyć historię sztuki jako historię propagandy, ponieważ na dzieła sztuki, budynki, obrazy z reguły mogli sobie pozwolić bardzo bogaci ludzie, którzy kształtowali rzeczywistość albo zamawiali dzieła na swoje zapotrzebowanie. Próbując przekonać innych do czasami wielkości, fundując różne obrazy. Więc historię sztuki można zgłębiać na bardzo wiele sposobów. Najbardziej mnie interesuje ta społeczna część. Nie tylko sama wirtuozeria.
[03:12:01] - Coś jest w tym, że nasza historia i tym samym historia sztuki, to nie jest tą piękną, wzniosłą, lecz bardziej przyjemną.
[03:12:12] - Jasne, ale to jest tylko kwestia tego, kto jakim zagadnieniem się zajmuje, ponieważ mogą być to zagadnienia bardzo ciekawe. Rozwój myśli filozoficznej czy jakiejkolwiek innej jest bardzo ciekawy. A patrzenie na sztukę czy na historię to naprawdę nie można w jednym worku powiedzieć. Mogą być miłośnicy kultury i wojskowości, a mogą być miłośnicy rozwoju i myśli filozoficznej czy religijnej i zupełnie inaczej dane wydarzenie postrzegać. Zależy, kto tę historię studiuje i co go interesuje. Identycznie jest ze sztuką, bo to też jest tak rozległa dziedzina, że ktoś, kto zawodowo jako historyk sztuki zajmuje się sztuką współczesną, naprawdę ma niewiele do kogoś, kto się zajmuje Średniowieczną architekturą na przykład. To są tak różne dziedziny i każdy tam sobie może znaleźć coś, co lubi i co go interesuje. Tak uważam.
[03:13:05] - Szykując się do naszej rozmowy, troszkę szperałam w internecie i natrafiłam na informację, że prowadzi pani hotel, restaurację. Wynioskowałam, a raczej powiem wydedukowałam, bo w dzisiejszym programie takiej nomenklatury powinno chyba użyć, że nie samą zbrodnią pani żyje. Czym oprócz literatury zajmuje się pani i co sprawia pani wielką przyjemność w życiu? A co jest takim ciągle jak przykrym obowiązkiem?
[03:13:35] - Mam pięćdziesiąt lat, więc zajmowałam się bardzo, bardzo różnymi rzeczami, a wpływu na Wikipedię nie mam, w którym jest informacja o tym, że zajmowałam się hotelem i restauracją, co było już dawno temu, dwadzieścia lat temu, ale cały czas ten wpis jest. Zbytnio się tym nie przejmuję, więc nic tam nie zmieniam. Robiłam bardzo różne rzeczy, tak jak z reguły każda osoba, która ma ileś lat, więc zajmowała się różnymi rzeczami. Pisać zaczęłam bardzo późno, czyli tak myślę, że późno. Znam osoby, które później, ale dopiero pierwszą książkę napisałam, a wcześniej nie podejmowałam żadnych prób pisarskich, jak miałam trzydzieści pięć lat. Do tego czasu rzeczywiście pracowałam w tym hotelu, zorganizowałam dużo wesel. Od tamtej pory zajmuję się już pisaniem przede wszystkim. Tylko że bardzo różnym, w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie tylko kryminałami czy powieściami historycznymi, ale też właśnie kończę drugą część przewodnika po Wielkopolsce, po zabytkach na zlecenie Departamentu Kultury.
[03:14:32] - Debiutowała pani w dwa tysiące dziewiątym roku powieścią Polichromia. Co skłoniło panią właśnie do takiej aktywności i czy nie obawiała się pani, że jako kobieta pisząca kryminały może czuć się pani troszeczkę nieswojo, troszeczkę zagubiona? Mało kobiet zajmowało się tą właśnie dziedziną literatury. Jakie uczucia towarzyszyły pani debiutowi? Czego się pani obawiała, a czego oczekiwała po śledztwie prowadzonym przez Macieja Bartola?
[03:15:04] - To pytanie o kobietę w literaturze kryminalnej i o początki to należałoby kierować do Agaty Christie, nie do mnie albo do Joanny Chmielewskiej. Naprawdę nie byłam pierwsza i do głowy mi nie przyszło, że jest to wyłącznie męski gatunek. Jako wielbicielka zdecydowana i Agaty Christie, i Joanny Chmielewskiej drożej zaczytywałam w liceum. W ogóle mi to nie przyszło do głowy, że jest to jakaś dziedzina, która jest zarezerwowana dla mężczyzn. Akurat taka sytuacja była, że tych kryminałów nie powstawało dużo, więc w ogóle nie był to nie tyle, że męski, tylko niepopularny gatunek w ogóle w literaturze popularnej. Przede mną była Gaja Grzegorzewska. Ona pierwsza napisała kryminał, a potem zaraz ja. I nie zastanawiałam się, czy to jest męski świat, czy niemęski. Po prostu chciałam napisać książkę i zastanawiałam się, jaką tę książkę chcę napisać, jako że uważałam, że nie mam zbyt wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o kondycję człowieka we współczesnym świecie na przykład. A kryminał jest jakąś formą, taką znacznie prostszą, znacznie mniej zobowiązującą.
Więc spróbuję od tego. I to był dobry wybór, ponieważ ja po prostu lubię mieć ramy. Mi pasuje taki sposób organizowania w głowie fabuły, która ma zdecydowanie początek, rozwinięcie i zakończenie, więc to był naturalny wybór. A dlaczego zaczęłam pisać? Zupełnie to mnie zaskoczyło. Zaskoczyłam sama siebie. Bardzo się sobą zdziwiłam, ponieważ była to szybka myśl, która mi przyszła do głowy po przeczytaniu takiego zbioru opowiadań Trupy polskie, które się ukazało chwilę wcześniej. I tam różni autorzy kryminałów bądź nie, pewnie pół na pół, napisali opowiadania i to mnie jakby ośmieliło. Pomyślałam, że skoro oni mogą, to może ja też spróbuję. I to był taki pierwszy impuls do napisania kryminału.
Bardzo jestem za to wdzięczna losowi, ponieważ ja tę książkę napisałam. Moja koleżanka tę książkę wydała. Ona niczego więcej nie wydała, ja niczego więcej nie napisałam, a pojawiłyśmy się we Wrocławiu i jakby zgarnęłyśmy główną nagrodę. Było to naprawdę przemiłe, przesympatyczne. Do tej pory wzruszam się chodząc po wrocławskim Rynku, przypominając sobie ten czas i ten moment.
[03:17:23] - Mówi pani o Nagrodzie Wielkiego Kolibra?
[03:17:26] - Tak.
[03:17:27] - To ja powiem tak jest pani jednak pierwszą kobietą, która została tą nagrodą w Polsce uhonorowana. Proszę nam bliżej właśnie opowiedzieć o niej. Za co ta nagroda jest przyznawana? Dla kogo i dlaczego jest tak ważna dla polskich, ja w cudzysłowie powiem kryminalistów.
[03:17:45] - Absolutnie jest ważna, dlatego że była ważna już wtedy. Festiwal, który początkowo zrodził się z takiej grupy osób, wielbicieli kryminałów Ireny Szogrina, Marcina Świetlickiego i kilku osób w Krakowie, właściwie przeniósł się do Wrocławia, gdzie dofinansowany przez miasto nieprawdopodobnie rozrósł się do wielkiej rangi. Przyznawano już wtedy wysoką nagrodę, której wielkość się chyba nie zmieniła, bo to było dwadzieścia pięć tysięcy. To dziesięć lat temu, czy więcej czternaście przepraszam, no to było bardzo, bardzo pokaźną sumą, znaczącą sumą. Dalej jest, ale była jeszcze większa. Więc oprócz tego była to i jest duża impreza, która się toczy przez tydzień. Jest pełno wykładów, przyjeżdża dużo ludzi, dużo pisarzy, dużo osób związanych z pisarstwem, ale także na przykład z medycyną sądową, więc jest to świetny festiwal. Przyjeżdżają również goście z zagranicy. Ja dostawałam nagrodę za swój debiut. W tym samym czasie nagrodę za całokształt odebrał Ionesco, więc miałam doskonałe towarzystwo.
Nawet sobie chyba z tego wtedy sprawy nie zdawałam, jak doskonałe. Do tej pory siła tego festiwalu, tego, jak on został poprowadzony i tego, że pojawił się w tak dobrym jakimś momencie dla powieści popularnej. To muszę powiedzieć, że dlatego do Wrocławia się przeniósł, że kryminałem rozsławił to miasto Marek Krajewski. Więc z tego powodu między innymi w tym mieście bardzo przemyślnie władze uznały, że taką imprezę trzeba organizować dokładnie tam. I wszystko się potoczyło bardzo dobrze dla tego gatunku, ponieważ z roku na rok tych pisarzy kryminałów jest więcej i z tego, co się dowiedziałam na Festiwalu Granta, który z młodszym festiwalem obchodził dziesiątą rocznicę teraz powstania w Poznaniu, to ukazało się ponad sześćset kryminałów w zeszłym roku w Polsce. Czyli to świadczy o niebywałej popularności.
[03:19:48] - Rzeczywiście jest to bardzo duża ilość. Pani należy do czołówki. Także tutaj akurat ja nie mam żadnych wątpliwości, że rozmawiam z odpowiednią osobą.
[03:19:59] - „Córka nieboszczyka”. Starszy pan w czarnym fartuchu z napisem memento pogładził wierzchem dłoni delikatne główki niebieskich kwiatków. Myosotis — szepnął pod nosem. Dosłownie mysie uszka. Grecka nazwa jest zabawna. Może i rzeczywiście drobne płatki przypominają małe uszy polnych gryzoni, ale nigdy jej nie używał. Wiadomo, niezapominajka to niezapominajka. Doskonale błękitne kwiecie, niepozorne, ale bujne, wiotkie, choć trwałe, maleńkie, a znaczące. Słowem wyjątkowe kwiaty. Ale jednak — westchnął głęboko.
Trudny materiał, rzadko wykorzystywany, szczególnie we florystyce pogrzebowej — myślał, przecierając zmarszczone czoło. Choć też wyzwanie — powiedział sam do siebie, patrząc na ścianę. Wisiało tam kilkanaście mniejszych i większych ramek, a w nich dyplomy i wyróżnienia. Za bukiet, za wieniec, za wiązankę kondolencyjną, za kompozycję ad memoriam, za dekorację trumny, za ozdobę urny i ogólnie za mistrzostwo we florystyce funeralnej. Znał się na tym, choć wiedział, że teraz czeka go kolejny sprawdzian umiejętności. Zamówienie przyszło wieczorem. Szarfę z napisem dostarczy kurier. Klient nie miał wymagań co do samego wieńca, podkładu czy nawet kształtu. Życzył sobie tylko czegoś oryginalnego, z mocnym akcentem w postaci niezapominajek. To był warunek.
Sama zaś kompozycja miała być dedykowana mężczyźnie. W sumie nie powinien się temu wyborowi tak bardzo dziwić. Przecież rzadko który kwiat aż tak mocno odwołuje się do pamięci, rzadko który symbolizuje niezapomnienie tak dosłownie. Ale prawdą też było, że nigdy go nie wykorzystywał. Nie mógł spać pół nocy, rozmyślając, co ułożyć, w czym zatopić, jak wyeksponować pukiel filigranowych łebków tak, aby nie znikły i pasowały do kompozycji. Kompozycji, której nadał już nazwę: błękitny obłok wspomnień. Tak, tak ją zatytułuję — postanowił. Potem zrobię kilka zdjęć i tak ją właśnie podpiszę — rozmyślał, przycinając liście i dobierając pojedyncze gałązki. A to eukaliptusa, a to filodendrona. Tak się w tym zapamiętał, że ledwo skinął na kuriera, który dostarczył nadrukowaną już szarfę żałobną.
Zostawił tylko miejsce na wstęgę. Po prawej stronie będą słowa pożegnania, po lewej informacja, kto się żegna ze zmarłym. Zadecydował zgodnie ze zwyczajem. Pracował dobrą godzinę, nim rozwinął szarfę i ułożył ją na wieńcu. Kolejne dwie godziny patrzył na litery, które układały się w napis. Po prawej stronie było: obyś przewracał się w grobie. Po lewej: bez żalu. Córka nieboszczyka. Zrobił kilka zdjęć.
[03:22:31] - Większość wydanych pani dzieł to są kryminały. Będę dociekała jak śledcza czy może prokurator i zapytam, jaki ma pani kontakt z profesjonalnymi służbami. Czy otrzymuje pani od nich cynk o ciekawych śledztwach, prowadzonych sprawach? Czy posiada pani może stałych konsultantów? I czy jest jakiś mentor kryminalny, z którym pani współpracuje?
[03:23:00] - Nie, dlatego, że nie zajmuję się sensu stricto sprawami kryminalnymi, więc w mojej książce prokurator czy policjant nie jest głównym bohaterem. Tak się wydarzyło tylko i wyłącznie w pierwszej książce i tam nie miałam jeszcze żadnego konsultanta, ale za to zakupiłam bardzo grube tomy kryminologii i kryminalistyki Brunona Hołysta i bazowałam na tym, czego się dowiedziałam. Aczkolwiek właściwie w większości moich książek kryminalnych wątki wiodące to są zagadnienia związane ze sztuką oprócz kilku innych, więc tu się skupiam najbardziej, a nie na śledztwie. Więc ja tej konsultacji nie potrzebuję, aczkolwiek jak chciałam zobaczyć areszt śledczy w Poznaniu, to zadzwoniłam i mnie oprowadzono po całym areszcie. Właściwie oprowadzał mnie sam pan naczelnik, co było bardzo ciekawe. Mam też znajomego byłego policjanta i pisarza Roberta Ziółkowskiego. Mogę zawsze do niego zadzwonić, a że jest pisarzem, w ogóle nie muszę mu tłumaczyć, o co chodzi. A oprócz tego ludzie są bardzo zawsze pomocni. Nigdy nie spotkałam się z odmową, ponieważ konsultacji potrzebuję bardzo często. Jeśli w „Wariatce”, który nie jest kryminałem, a jest thrillerem takim psychologicznym.
Jeśli moja bohaterka cierpiała na depresję maniakalno-dwubiegunową, to zadzwoniłam do ordynatora szpitala psychiatrycznego i umówiłam się na spotkanie. I bardzo chętnie mi opowiadał i odpowiadał na moje pytania. Nie inaczej było, gdy potrzebowałam z historii ginekologii w przypadku kryminału „Rektorski czerń” na zamówienie uniwersytetu na stulecie uniwersytetu. Taki kryminał popełniłam. Mieszam tam wątki współczesne z wątkami historycznymi. Jako że pierwszy rektor był bardzo wziętym ginekologiem, więc potrzebowałam konsultacji z historii ginekologii i po prostu zadzwoniłam i od razu się umówiłam na wizytę. Myślę, że bardzo ciężko by mi było się umówić na wizytę lekarską w takim tempie, jak chętnie ludzie chyba odrywają się od pracy i swoich zajęć i chcą porozmawiać. O książkach. I to ludzie z każdej dziedziny. Potrzebuję zupełnie innych konsultacji, czy jak w przypadku pisania „Dwóch milionów za Grunwald", gdzie to jest powieść sensacyjna, historyczna, oparta na faktach.
Potrzebowałam konsultacji, ale związanych z życiem Matejki albo z konserwacją obrazu „Bitwa pod Grunwaldem", którą uzyskałam w Muzeum Narodowym albo historię miasta Lublina w czasie wojny. Ponieważ książka ta dotyczy ukrywania obrazu „Bitwa pod Grunwaldem" w czasie II wojny światowej, uzyskiwałam informacje od rzeczywiście fachowców. Ale te wątki sensu stricte dotyczące samego śledztwa nie są dla mnie najważniejsze. Omijam je. Ostatni cykl to taki dosyć zabawny, lekkich kryminałów o siostrach Wright. Właściwie są to śledztwa amatorskie, które mogłyby przeprowadzić każdy, więc policjant tam też nie jest potrzebny.
[03:26:02] - Drążmy dalej. Teraz zapytam o warsztat. Od czego zaczyna pani właściwie swoją powieść? Jak w pani przypadku wygląda kwerenda? Kiedyś to się zbierało tak materiały. Teraz jest zupełnie inaczej. Research robi się dosyć szybko. Rozpisuje pani fabułę czy pozwala jej toczyć się własnym torem? Czy bohaterowie, których możemy poznać w pani lekturach, to ludzie z krwi i kości, tacy, których gdzieś tam pani spotkała w swoim życiu, znała, choćby wzięła pani od nich jakieś cechy? Czy to wszystko gdzieś tam się wiąże z codziennym życiem?
[03:26:43] - Mi research zajmuje bardzo dużo czasu i jest to ulubiona część mojej pracy. Dużo trudniej mi usiąść do samego pisania niż do zbierania informacji. Zbieranie informacji jest to moja pasja, z reguły związana z historiami. Zajmuje mi to bardzo dużo czasu. Najwięcej czasu zajęło zbieranie informacji do książki, o której przed chwilą mówiłam, czyli do tych „Dwóch milionów za Grunwald", bo dzieje ukrywania tego obrazu są naprawdę fascynujące. Amerykanie zrobiliby już z tego co najmniej trzy filmy i jeden musical. U nas są prawie nieznane, aczkolwiek żaden obraz znany mi na świecie nie ma tak dramatycznej historii. Żaden obraz o takiej randze oczywiście, bo przecież wszystkiego nie wiem. I tutaj potrzebowałam bardzo dużo pracy. Bardzo dużo przeczytałam o czasach wojennych i o samym zagadnieniu grabienia dzieł sztuki w czasie II wojny światowej.
Myślę, że przygotowywałam się do tego tematu co najmniej dwa lata. Mniej ten rektorski czek, ale też postać, umieścić ich w formie oczywiście w literaturze popularnej, ale w jednym i w drugim przypadku bardzo zależało mi na rzetelności, na tym, żeby podkreślić zasługi tych osób, które się pojawiają, na czym mi bardzo zależało. To wymagało wymyślenia, przeczytania. Pisząc ten kryminał na zamówienie uniwersytetu z okazji stulecia, cofnęłam się o sto lat i to było już czytanie gazet z tamtego okresu, wszystkich publikacji czy odwiedzanie archiwum uniwersyteckiego, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o studentach tych pierwszych lat i móc to jakoś powiązać ze współczesnością. To mi zajęło bardzo dużo czasu. Troszkę mniej te kryminały lżejsze. Ostatnie te zabawne siostry Wright. Tak zabawne, takie lekkie kryminały to są, ale w każdym przypadku, w każdej z trzech części jest bardzo ważny wątek historyczno-sztuczny albo historyczny, więc też wymagało to dużo czasu. Bo w „Córce nieboszczyka" tematem są oczywiście przyrodnie siostry, które się spotykają na pogrzebie ojca. Ale ten ojciec był pracownikiem Biblioteki Zbiorów Masońskich w Poznaniu, które są jednymi z największych zbiorów masońskich.
Taka niezwykła kolekcja masoników, która została zbierana przez Himmlera. Znaczy zbierana to za duży eufemizm, bo gdzie się pojawiali Niemcy, tam zostały okradane biblioteki i między innymi część tych zbiorów znajduje się u nas. Zależało mi, żeby o tym opowiedzieć. Czy jak w drugiej części o XVII-wiecznym pamiętnikarzu, Józefie Boruwłaskim, niezwykle ciekawej postaci, bo człowieku, który miał 99 centymetrów wzrostu, żył również prawie 99 lat, poznał wszystkie koronowane głowy. I te pamiętniki są u nas bardzo mało znane, a były bestsellerami, kiedy się ukazały na przełomie XVIII i XIX wieku. Więc to świetna literatura. To się stało tematem i też to wymagało jakiegoś przygotowania. W trzeciej części o „Żonach gniewu" pojawiają się listy Marysieńki i Sobieskiego. I to też była taka przyjemność czytania i tych listów i zajmowania się tą historią. Aczkolwiek to się też również dzieje współcześnie.
W Gniewie kręci się tylko film opowiadający o losach Marysieńki, o wielkim romansie zakończonym małżeństwem. Ale jednak musiałam się dowiedzieć jak najwięcej, żeby przekazać najciekawsze informacje, które się zdarzyły naprawdę. Bo tak mnie zawsze interesuje. Nawet w najbardziej popularnej literaturze interesuje mnie coś, czego mogę się dowiedzieć bardziej i więcej przy okazji czytania jakiejś rozrywkowej i pochłaniającej mnie książki. Więc lubię to drugie dno i staram się zawsze, aby było. I po tym długim researchu, który przeciąga mi się dużo dłużej, niż planuję prawie zawsze, siadam do pisania. A pisać nie lubię. To jest ta część, która jest męcząca, bo po prostu trzeba siedzieć osiem godzin, najlepiej dzień w dzień przy biurku albo w jakimś miejscu, ale pisać. Ja piszę bardzo wolno, więc swoje muszę wysiedzieć. Boli kręgosłup Mózg nie chce takiego wysiłku.
Wolę Pograbić w ogródku niż pisać, ale inaczej się nie da. Literka po literce, literka po literce. Tak sobie mówię. Strona po stronie i dopiero się to zbierze. Zawsze jestem w połowie przerażona, że jestem w połowie dopiero i zawsze gdzieś dopada mnie kryzys, że miało to wyglądać inaczej, a wyszło inaczej. Czy wychodzi inaczej, że to jest słabe, złe i w ogóle najlepiej to bym to zostawiła i napisała coś zupełnie innego. Ale z reguły żal mi tej pracy, która już została popełniona, więc jakoś zmierzam do celu. Gdy już napiszę, to jest drugi, kolejny fajny czas, bo bardzo czekam na to, żeby się ukazało. Bo pisanie jest bardzo samotnym zajęciem. Ja tę samotność lubię, ale też bardzo lubię ludzi i spotkania, więc najbardziej z tego pisania lubię i przygotowywanie się, potem festiwale i spotkania w bibliotekach.
To bardzo chętnie jeżdżę.
[03:32:10] - „Kryminalistka” i „Wariatka” to tytuły powieści, w których główną bohaterką jest pisarka o imieniu Joanna. W czym jest ona podobna do Joanny Jodełki, a czym się od niej różni? Czy uważa pani, że pisząc przekazujemy w kreowanych przez nas postaciach jakąś cząstkę samych siebie?
[03:32:30] - Oczywiście, że tak. Każda książka jest sposobem patrzenia autora na świat. Inaczej się nie da. To jest wszystko filtrowane przez to, co zobaczymy, usłyszymy, o czym pomyślimy i przelejemy na papier. Nie da się inaczej. Nawet jeślibym miała pisać za kogoś, to i tak to będzie mój sposób patrzenia na daną rzeczywistość. W przypadku „Kryminalistki” i „Wariatki” był to zabieg bardziej formalny niż realny. Mam nadzieję, że nigdy nie zabiję swojego męża, co się wydarzyło w „Kryminalistce.” Bardziej chodziło mi o to, że chciałam, by przestępcą była osoba zwyczajna jak najbardziej, która popełnia jakieś przestępstwo i pragnie uniknąć odpowiedzialności za nie. Więc próbuje zatrzeć ślady i zastanawiałam się, kto może próbować zacierać ślady, ale na tyle nieumiejętnie, żeby nie było to przedmiotem samego śledztwa. I także zastanawiam, jaka to może być osoba.
Nie chodziło mi o osobę policjantki, która by miała znacznie większą wiedzę, tylko bardziej o osobę, której się wydaje, że coś wie. I wtedy pomyślałam, że pisarka kryminałów pasuje do czegoś takiego. To była taka pierwsza myśl, ponieważ wydaje się, że coś wie, bo słucha czy jest wyczulona na opowieści o zbieraniu dowodów, czy oskarżeniu, czy o prowadzonym śledztwie. I pomyślałam, że to jest bardzo fajny pomysł. Wymyśliłam, żeby nadać tej bohaterce kryminału moje imię, mój wygląd, ale tylko na początkowej stronie to jest. Chodziło mi o taką zabawę formalną, bardziej o wciągnięcie czytelnika w opowieść, to znaczy mówienie, że to ja opowiadam dosłownie, że ja opowiadam i ja się tłumaczę i ja chcę wytłumaczyć tę historię. Nie zdradzam tutaj oczywiście fabuły, ponieważ ta postać od razu mówi, że zabiła męża i jest teraz, i opowie, jak to było. I chciałam wciągnąć czytelnika, żeby bardziej próbował zrozumieć, pójść śladami, utożsamić się. A oprócz tego naprawdę nie ma tam nic ze mnie. To była taka zabawa.
Samo mnie to rozbawiło, chociaż te książki nie są śmieszne w ogóle. To są takie bardziej kryminały noir, powiedziałabym kobiece, takie noir psychologiczne. Takie dziedziny, ponieważ tak się bardzo fajnie jakiś krytyk napisał, że jedyne, co można powiedzieć o mojej książce, to że jestem konsekwentnie niekonsekwentna. I coś w tym jest. Nie umiem powiedzieć dlaczego. Właściwie takim prawdziwym kryminałem jest pierwsza moja książka. Później „Chamyt” na przykład jest powieścią sensacyjną, thrillerem obyczajowym. Potem „Kryminalistka” i „Wariatka” to są właśnie kryminały psychologiczne zdecydowanie. A „Dwa miliony za Grunwald” to jest sensacja historyczna oparta na faktach. I ostatni ten cykl to są bardzo zabawne, lekkie kryminały, więc piszę bardzo różne rzeczy, w bardzo różnych konwencjach.
Zdecydowanie lepiej dla pisarstwa, pewnie i dla kariery byłoby pisanie książek takich samych, które czytelnik wiedziałby się czegoś spodziewać po kolejnej powieści, ale nie wiem, dlaczego tak robię. Tak przychodzą mi pomysły do głowy i tak chcą. Tak w różnych etapach życia piszę te powieści, gdzie sama interesuję się zupełnie innymi rzeczami i co innego mnie ciekawi albo co innego bym chciała pisać. I wtedy piszę. Ktoś, kto czytał „Wariatkę”, nie wiem, czy dobrze się czuje, czytając potem „Siostry Raj”. Nie wiem. No ale tak już mam.
[03:36:00] - Różne rzeczy pani pisze i ja uważam, że to prawie jest dobre, że nie poruszamy się ciągle w tym samym kręgu tematycznym, bo to w pewnym sensie potem by było powielanie i troszeczkę praca pachnąca nudą. W 2017 roku napisała pani przewodnik po wielkopolskich kościołach i pałacach zatytułowany „Na ratunek aniołom, diabłom, świętym i grzesznikom.” Książka została wydana przez Wydawnictwo Poznańskie. Jak pani ocenia pracę nad pozycją? Co panią w niej fascynowało?
[03:36:37] - Może tak od razu powiem, że był to przewodnik napisany na zamówienie Departamentu Kultury Urzędu Marszałkowskiego, a został współwydany później przez Wydawnictwo Poznańskie. Pomysłodawcą był Urząd Marszałkowski, gdzie zaproszono mnie. Zupełnie nikogo nie znałam. Zaproszono mnie do takiej współpracy, chcąc opowiedzieć o obiektach, które są dotowane przez Urząd Marszałkowski i opowiedzieć o nich troszkę inaczej. Uznano, że ja jako pisarz kryminalny, a jednocześnie historyk sztuki mogę próbować do tego podejść. Miałam bardzo wolną wolę co do tego, jak chcę opisywać te obiekty. Nie chodziło o to, by zaznaczyć, że pieniądze poszły na dach. Priefiltrowałam to przez własną ciekawość i z tych wszystkich kościołów, pałaców, drewnianych kościółków najpierw wybrałam obiekty, które są, a potem opisywałam, co można tam ciekawego zobaczyć. Dołączyłam opowieści o świętych, o symbolice chrześcijańskiej. W sensie to, co widzimy.
O diabłach, które są wymalowane w różnych kontekstach, o aniołach różnie przedstawianych w różnych okresach sztuki. Czy choćby o samej randze aniołów, archaniołów, całych zastępach anielskich. Bardzo to ciekawe, bardzo to lubię. Sprawiło mi to wielką radość i wielką przyjemność, ponieważ ja uwielbiam jeździć po takich miejscowościach, do których najprawdopodobniej nigdy bym nie trafiła i tam oglądać rzeczy, których się nie spodziewam i patrzeć, co jest tam ciekawego, o czym można fajnym opowiedzieć. Sprawia mi to dużą przyjemność i dużą frajdę. Jestem dumna z tej książeczki. A teraz jestem bardzo szczęśliwa, bo właśnie miałam dzisiaj napisać wstęp do drugiej części już zakończonej, która się składa i może jeszcze się dzisiaj zabiorę. Jeśli nie, to jutro. Ukaże się jeszcze w tym roku druga część tego przewodnika, więc zwiedziłam kolejnych następców. Większość to są kościoły bardzo różnej rangi.
Od katedr po malutkie, maluteńkie kościoły drewniane gdzieś w ślepych dróżkach. Też kilka obiektów, nawet dwa szpitale się trafiły historyczne, takie, o których historię opowiedziałam. Oczywiście w Poznaniu albo w Wielkopolsce. I bardzo jestem z tej książki dumna i lubię ją. Przepiękne zdjęcia tam robiła Magdalena Adamczewska. Przepiękny skład jest zrobiony i projekty graficzne stron przez Marka Czechowskiego. Mam wielki sentyment. Wielu osobom się bardzo podobała. Dziś wraca i wiem, że nie zestarzeje się tak szybko jak kryminał.
[03:39:21] - Ja myślę, że jako fachowiec zrobiła to pani po prostu w niezwykle atrakcyjny sposób dla odbiorców.
[03:39:29] - „Dwa miliony za Grunwald". Akcja zaczyna się w 1878 roku, kiedy to obraz Jana Matejki powstawał. I szybko przenosi się do czasów II wojny światowej, kiedy dzieło Jana Matejki „Bitwa pod Grunwaldem" było poszukiwane, zagrożone. To opowieść sensacyjna, ale oparta na prawdziwych wydarzeniach. Zapraszam. „60 lat wcześniej. Wrzesień 1878 roku. Krawiec spojrzał w górę. Pan pozwoli, że tak zapytam, po której stronie nosi pan szabelkę? Dawid Rosenblum, bankier z ulicy Długiej w Warszawie, popatrzył na człowieka, który klęczał przy jego nogach.
Kiwnął głową na prawo i wrócił do liczenia. Dodawał w myślach rządki cyfr, lekko tylko poruszając ustami. Wszystko już niemal zdążyło się zsumować, gdy z ulicy dobiegł jakiś krzyk. Podirytowany machnął ręką w kierunku swego kuzyna. Młody Kamil Faber zareagował natychmiast i ruszył w kierunku okna. Odgarnął ostrożnie liście wielkiej palmy i odsłonił zasłonkę. Co tam się dzieje? – zapytał zniecierpliwiony Dawid Rosenblum. Sam nie mógł się ruszyć, bo owijał go ponakłuwany szpilkami rozcięty kawał prążkowanego materiału. Na odpowiedź czekał również krawiec, który zastygł z rządkiem trzymanych w ustach szpilek.
Gwar nasilał się z każdą sekundą. Nie wiem. Coś jak karnawał – powiedział Faber, widząc odświętnie ubrane kobiety z kwiatami w rękach i dzieci w marynarskich mundurkach. We wrześniu? – zdziwił się bankier. No to może jakaś wojna – powiedział kuzyn. – Cieszą się – dodał, a Dawid Rosenblum mocno zmarszczył łyse czoło. Nie szył mundurów dla wojska, powstań też nie lubił i nie był tym zainteresowany. Kamil Faber otworzył okno i mocno się wychylił. Krzyki były coraz głośniejsze, choć ciągle niewyraźne.
Obdzierają kogoś ze skóry? – niecierpliwił się krawiec. Raczej konie kradną – odpowiedział mu Faber i roześmiał się. I co w tym śmiesznego? – wzburzony bankier pokręcił głową. Miał wystarczająco dużo powodów do niezadowolenia. Zawiewało zimnym powietrzem, drętwiała mu noga, a z ubogiego kuzyna zdawało się nie będzie żadnego większego pożytku. Chłopak rozłożył ręce. Bo konie z powozu wyprzężone i ludzie dyszle ciągną. Krawiec nie wytrzymał.
Zostawił stojącego w rozkoku bankiera i podbiegł do okna. Ktoś sławny przyjechał – wysyczał półgębkiem, przytrzymując zębami upychane w ustach szpilki. Kwiaty pod koła rzucają. W hałaśliwym tłumie dał się rozpoznać jeden tubalny okrzyk. Mistrzu, mistrzu, my cię na rękach zaniesiemy, choćby na pole samo. Bankier szczerze się zdziwił. Ale po co chcą jeszcze w pole wywlec? Konie już przecież zabrali. To Matejko, to Matejko! – krzyknął krawiec już na całe gardło, nie zwracając uwagi na wypadające z ust szpilki.
Matejko – dodał, składając ręce jak do modlitwy. Błagalnym wzrokiem spojrzał na bankiera i też chciał zbiec na dół. Prawie ruszył w kierunku drzwi, ale powstrzymał go karcący wzrok klienta. Dość tego. Zamknij okno, bo zimno. Dawid Rosenblum nie zamierzał już dłużej sterczeć na środku gabinetu ponakłuwany niczym jeż. Kamil Faber wrócił na fotel przy biurku. Wziął do ręki niedawno odłożone gazety. A ten Matejko to kto? – zapytał bankier po chwili.
Malarz przecież – odpowiedział krawiec. Dawid Rosenblum pokiwał z wahaniem głową. Zdawało mu się, że słyszał to nazwisko, ale sztuka go jednak niezbyt interesowała. Polak? – upewnił się. Polak! – wykrzyknął krawiec z entuzjazmem. Wielki Polak – dodał, wkładając z powrotem szpilki do ust. Syn Czecha i Niemki z domu Rosberg – sprostował Kamil Faber, a wuj po raz pierwszy popatrzył na niego z uznaniem. Ciekawe to.
– Pokiwał głową. Tak, tak. – Kamil Faber szybko wziął gazety do ręki. Wszyscy o nim piszą. Wszyscy. I „Echo", i „Nowiny", i „Kurier Warszawski" na pół strony. Czytaj – rozkazał wuj. Już w czwartek gruchnęła wieść, że mistrz Jan Matejko projektuje podróż do Prus Królewskich. Wybiera się na pola Grunwaldu, gdzie pragnie uwiecznić na płótnie sławne zwycięstwo Jagiełły nad Krzyżakami. Podróżuje wraz z małżonką i córką.
[03:43:47] - Literackie życie, już pani o tym wspomniała, jest bardzo trudne, bo pisanie jest mozolne, długotrwałe i wymaga odosobnienia, żeby kotłujące się myśli w głowie nam gdzieś nie uciekły, nie rozpraszały się. To również obowiązki, ponieważ pisarz powinien promować swoje dzieła, bywać, pokazywać się, brać udział w spotkaniach autorskich, w różnych grupach, gronach, na festiwalach. Niedawno odbył się poznański Festiwal Kryminału Granda, w którym, jak wiem, uczestniczyła pani. Poproszę o kilka refleksji na temat tej imprezy.
[03:44:26] - Bardzo lubię festiwal Granda. Bardzo kibicuję dziewczynom, które go wymyśliły i co roku organizują. Teraz była dziesiąta edycja. Poznałam organizatorki jeszcze przed pierwszą edycją tego festiwalu. Zaprosiły mnie na spotkanie, żeby opowiadać, jak one widzą, co zamierzają zrobić. Wiedziałam, czy to im wyjdzie te 10 lat temu, czy to jest taka jednorazowa akcja, czy będą chciały to kontynuować. Już po pierwszej edycji wiedziałam, że są bardzo dobre w tym, co robią. Chociaż pierwsza była tak dziwnie umieszczona w starym budynku Dworca Poznańskiego, to w kolejnym roku lokalizacja już była dużo lepsza. A ta impreza cały czas przyciąga czytelników. Wiele osób przychodzi i naprawdę bardzo się cieszę, że w Poznaniu coś takiego się odbywa.
Jako że w zeszłym roku nie napisałam żadnej książki kryminalnej, żadna się nie ukazała, ale zostałam poproszona o poprowadzenie gali na zakończenie razem z Marcelem Woźniakiem i Robertem Małeckim. To było niezwykłe przeżycie. Przygotowywaliśmy się, byliśmy stremowani, ponieważ piszemy książki, nie zawsze jesteśmy prezenterami, a była to praca taka prezenterska. Zależało nam, żeby jak najwięcej osób zaprosić na scenę, ale też żeby nie było nudno, więc nie było to łatwe, bo na festiwalu było bardzo dużo bardzo świetnych pisarzy i chcieliśmy uhonorować i pisarzy, i organizatorów, i sponsorów, i wszystkich. Więc mieliśmy taką pracę. Ale było super. Wyszło fajnie, wzruszająco, zabawnie. Naprawdę świetny filmik został przygotowany przez chłopaków. Taka sonda kryminalno-uliczna była doskonała. Wszyscy się świetnie przy tym bawili.
Potem byłam bardzo stremowana, bo jednak światła świeciły w oczy i trzeba było tę imprezę poprowadzić, a z jakimś tempem i żeby nikogo nie pominąć i o każdego zapytać. Bardzo się śmiałam z siebie samej, ponieważ jedną z bardzo tytułowanych osób jest Wincenty Sowerski, którego znam osobiście. Prywatnie się bardzo lubimy i jego prawie ze sceny wyrzuciłam. W sensie takim, że sprawdzałam czas i wiedziałam, że mamy już niewiele czasu i usłyszałam tylko od niego kilka zdań i potem powiedziałam: „To już dziękujemy”. Potem Wincenty przepraszał mnie, że jako że go znam bardzo dobrze, no to pogoniłam go troszkę. To taka zabawna anegdota z tego festiwalu, że jedna z tytułowanych osób właściwie dała mi najmniej powiedzieć. Ale była to bardzo fajna impreza i naprawdę cieszę się, że takie imprezy są. Uwielbiam w nich uczestniczyć. To bardzo fajne, bo przychodzą i czytelnicy, i pisarze, i wydawcy i możemy sobie wymienić jakieś doświadczenia. I blogerzy również jak najbardziej.
Cała grupa przyjeżdża, więc można pokazać, wymienić się jakimiś doświadczeniami, troszkę ponarzekać w sensie takim zwyczajnym, ludzkim. Co u ciebie? Z czym się męczysz? Co zamierzasz? Może na pewno nie ze wszystkimi, bo tych pisarzy kryminalnych jest bardzo dużo teraz, ale z tymi, powiedzmy starszymi. Wielu znam osobiście i bardzo lubię, więc bardzo lubię jeździć na targi. Bardzo lubię jeździć na festiwale. Zawsze jestem, jeśli ktoś mnie zaprosi. A wybitnie uwielbiam jeździć do bibliotek. Naprawdę sprawia mi to dużą przyjemność.
Wszystko mi jedno, czy przyjdzie pięć osób, czy 50. Nie ma to dla mnie znaczenia. Cieszę się, że gdzieś jadę. Cieszę się, że będą ludzie, którzy czytają, że się chce bibliotekarzom organizować takie spotkania, że chce się czytelnikom przychodzić i że jest to naprawdę dla mnie wielka frajda. Wróciłam wczoraj z biblioteki w Tychach i bardzo to było fajne. Oprócz tego, że już na wejściu na dworcu PKP przywitał mnie książkomat. Pierwszy raz widziałam taką bibliotekę 24h samoobsługową, gdzie w odpowiednich skrzynkach przeszklonych były widoczne książki, do których można było przez kartę biblioteczną wejść. Książki zamówione i wypuszczane. Bardzo to fajne. Oprócz tego zrobiłam sobie spacer na dworcu PKP.
Szło się ulicą Biblioteczną, co też bardzo mnie ucieszyło, bo było fajne spotkanie. Na to spotkanie przyszedł pan z plecakiem dosyć pokaźnym i jak się okazało w tym plecaku były wszystkie moje książki. Wszystkie. Pierwszy raz zobaczyłam kogokolwiek w bibliotece. Wszystkich książek nie ma, a ten pan miał wszystkie w plecaku. Śmiałam się, że moja mama ma wszystkie, bo jej daję. Ale ten pan kupuje książki. Powiedział, że ma bardzo duży dom, a czyta- Co najmniej dziesięć książek miesięcznie, jeśli nie więcej. Kupuje wszystko. Byłam zaskoczona, ale przemiło i wzruszona tym, że taki ciężar raz, że zakupił, a dwa, że przydźwigał.
Zawsze są jakieś miłe oceny, bo uwielbiam te spotkania. To też jest takie święto dla mnie. Jeśli jest dla ludzi również, że wychodzimy z domu, żeby sobie porozmawiać o książkach, o pisaniu, o fascynacjach. Bardzo fajne. Zawsze chętnie jeżdżę i zawsze przyjeżdżam. Jeśli ktoś mnie zaprosi, zawsze przyjeżdżam. Już w czwartek gruchnęła wieść, że mistrz Jan Matejko projektuje podróż do Prus Królewskich. Wybiera się na pola grunwaldzkie, gdyż pragnie uwiecznić na płótnie sławne zwycięstwo Jagiełły nad Krzyżakami. Podróżuje wraz z małżonką i córką. W Warszawie zatrzyma się na kilka dni i już wiadomo, że odbędzie kilka proszonych obiadów.
Zasiądzie przy jednym stole z Jej Wysokością księżną Małgorzatą z Orlanu Czartoryską i Wysokością księżniczką Bianką, księciem Adamem z synami Pawłem i Iwoną, hrabiną Krasińską, hrabiną- Figura — przerwał Rozenblum. Dwa medale złote na wystawie w Paryżu za Rejtana, za Kazanie Skargi — dopowiedział Kamil Faber. Już nie czytał tego z gazety. I Legia Honorowa francuska za całokształt — ciągnął dalej. Jego obrazy zjeździły całą Europę. Sam cesarz Austrii Franciszek kupił jego dzieła. Za ile? — Przerwał mu wuj. Tego nie wiem, ale wiem, że Maurycy Potocki dał tylko dziesięć tysięcy złotych reńskich za Skargę, a to było parę lat temu, jeszcze przed tymi medalami. Teraz to co najmniej potroiłem wartość.
A jeszcze dochód z biletów w Wiedniu, Peszcie, Petersburgu był wystawiany. Co ty powiesz? Dawid Rozenblum sam nie wiedział, co go zdziwiło bardziej. To, że chłopak się na czymś jednak zna, czy tak szybki wzrost wartości. Co najmniej potroji — podkreślił Kamil Faber z dublem w głosie. Chciał jeszcze coś dodać, ale wuj tylko skinął ręką na znak, że nie chce go słuchać dalej. Chłopak karnie opuścił głowę i wrócił do przeglądania gazet, zakreślając informacje sprzedażowe. Zajmiesz się tym — znienacka rozkazał Dawid Rozenblum. Sprawdzę, ile ten będzie. Co?
Ten obraz za ile będzie? Machnął ręką w kierunku okna. Jaki obraz? — Zapytał Kamil Faber. Ta bitwa — wyjaśnił Dawid Rozenblum i zasyczał z bólu. Pod Grunwaldem — dodał, wyjmując z uda szpilkę wbitą przez oniemiałego krawca. Niecały miesiąc później Dawid Rozenblum w towarzystwie kuzyna był już w Krakowie przy ulicy Floriańskiej w pracowni mistrza Jana.
[03:52:12] - Rozmawiałyśmy już tutaj trochę o poezji. Pani mówiła, że raczej z tą poezją to niewiele ma do czynienia. Ja jednak chciałam się zapytać o ten blog, który kiedyś pani prowadziła, bo podejrzewam, że w tej chwili on już jest trochę zapomniany, z tekstami piosenek. Jakieś może wiersze do wydania w tomiku już pani zbiera?
[03:52:37] - Nie, zupełnie nie. Ja założyłam tego bloga dwanaście lat temu i prowadziłam go przez miesiąc, ale zapomniałam, jak go usunąć. Nie wiem, jak to się robi i zapomniałam już o tym zupełnie. Kolega, który zaczął grać muzykę, poprosił mnie o jakiś tekst, żebym napisała. I miałam taki wysyp różnych mniejszych lub większych rymowanek, bądź też tekstów poważniejszych. Jakoś tak przez miesiąc tyle nadchodziłam. Zamieściłam na tym blogu i ta historia dalej się już skończyła. Jeden tekst wziął i śpiewał i tyle właściwie z tego było. Więc gdzieś tylko to wykorzystałam, bo w Wrocławiu zostałam zaproszona na taki slam, więc kilka z tych bardzo krótkich, nie w technice haiku, ale w tym stylu krótkich rzeczy zaprezentowałam. Ale to była bardziej taka zabawa poetycka.
Ale nie nazwę się nigdy. Szybciej bym się nazwała wierszokletą niż poetą. Potrafię rymować. Okazało się. Też nie wiedziałam. Bardzo mi to łatwo przychodzi, jeśli zechcę, ale nie mam powodu, więc nie rymuję.
[03:53:50] - Na portalu Urzędu Marszałkowskiego pod nazwą Kultura u podstaw zamieszcza pani też swoje teksty. Ja bym chciała, żeby nam pani powiedziała, jaka forma jest tych tekstów i właściwie czego z tych tekstów mogą się dowiedzieć czytelnicy.
[03:54:07] - Bardzo fajna współpraca. To jest takie portal kulturalne. Zgłaszam tylko, o czym bym chciała pisać i sobie piszę. I mam z tego również olbrzymią przyjemność, ponieważ zamieszczam różne teksty. Bardzo wiele tam można znaleźć o Wielkopolankach różnych bardzo ciekawych kobietach z przeszłości, ale z terenu Wielkopolski, które się czymś zasłużyły. Od pierwszych feministek po Białą Damę albo kogokolwiek takiego z Kórnika. To jest jeden taki cykl o słynnych kobietach z naszego regionu, historycznych postaciach. A drugi cykl, który prowadzę i teraz aktualnie właściwie się skupiłam na tych tekstach, to jest odnośnie bibliotek i archiwów Wielkopolski. I piszę różne o bibliotekach, o ich zbiorach. Od bibliotek takich jak Biblioteka Kórnicka, w którym miałam przyjemność oglądać rękopis Mickiewicza Dziadów i wiele tym podobnych dzieł, czy Biblioteka Raczyńskich, gdzie miałam w ręku książki pergaminowe liczące osiemset lat.
Jedna chyba nawet jeszcze starsza. Więc o takich skarbach w naszych bibliotekach, ale też o Bibliotece Uniwersyteckiej, powiedzmy również o skarbach, o Archiwum Państwowym, czyli o bardzo starych książkach, ale również ich zbiorach. I przeszły i współczesny. Piszę również o bibliotekach. Nazwałam sobie ten cykl Biblioteki niezwykłe, więc piszę o bardzo różnych bibliotekach, które zwiedziłam, zobaczyłam i które jakoś mi się w pamięć wpisały. Na przykład teraz ostatnio, które wysłałam o Bibliotece Ratuszowej w Lesznie, która znajduje się w ratuszu, która jest jednocześnie biblioteką, kawiarnią, klubem jazzowym, miejscem spotkań z pisarzami, ale też miejscem koncertowym. Świetne połączenie i niezwykła formuła. Pisałam również o bibliotece w Owińskach dla osób niewidomych i słabowidzących, czyli bibliotece brajlowskiej, ale też o aromatece, takiej zrobionej bibliotece zapachów, która również znajduje się w owińskiej szkole. Cykl Biblioteki niezwykłe, to znaczy takie, w których się dzieją bardzo ciekawe rzeczy, a bardzo dużo się dzieje. Nie omieszkałam też napisać o maleńkiej bibliotece we wsi, która jest największym, właściwie tam najciekawszym budynkiem, która skupia całe życie małej społeczności i jest przeuroczą biblioteką.
Więc mam wielką przyjemność i tylko zobaczę jakąś fajną, ciekawą bibliotekę, to zaraz tam jadę i chcę o nich pisać. Im więcej ciekawszych rzeczy robią, a naprawdę bardzo dużo robią panie w małych miejscowościach, panowie również oczywiście, ale czy w małych miejscowościach, czy dużych naprawdę fajni ludzie pracują w większości tych placówek i potrafią organizować to życie społeczne i im się świetnie, niektórym się to naprawdę bardzo dobrze udaje. I jestem bardzo dumna, ponieważ tak powinno być. Tak powinno być, że biblioteka za moich czasów biblioteka była miejscem z reguły gdzieś w jakimś zatęchłym pomieszczeniu, gdzie nie było zbytnio fajnie. Kojarzą mi się z dzieciństwa jakieś stare, trzeszczące regały, chociaż i tak uwielbiałam do bibliotek chodzić. Nic nie zmieniało, ale naprawdę te nowoczesne budynki, mówię również w małych miejscowościach, gdzie ludzie przychodzą, gdzie organizują się i warsztaty, i spotkania, i spotkania społeczności i to się wszystko odbywa w atmosferze książek. Uważam, że jest wspaniałe. Nie tylko konsoliduje społeczność, ale też kulturę czytania czy przebywania wokół takiego przedmiotu, który swego czasu uważam, że był tak bardzo po macoszemu traktowany. Pamiętam, jak jeszcze taką ankietę robiłam, ile się w telewizji mówi o książkach i wychodziło, że siedem minut tygodniowo maksymalnie w jakichś takich programach „Pytanie na śniadanie”. Więc mówię również o literaturze kulinarnej.
Książka jako w ogóle przedmiot pojawiała się na przykład w rękach babci w jakimś serialu, która zasnęła. Politycy nie lubili się fotografować na tle książek. Na szczęście trochę to pandemia zmieniła, że fajnie występować na tle książek, więc ten przedmiot się trochę zmienił w oglądzie i w odbiorze. Jeśli biblioteka jest takim prężnie działającym miejscem, to jest to tylko plus i dla ludzi, i dla czytania, ponieważ uważam, że czytanie jest bardzo ważne, bo jest to jedyny sposób, by móc patrzeć na świat oczami innego człowieka. I wiele badań przeprowadzonych, które czytałam szwedzkich z reguły i angielskich, wskazuje na to, że społeczeństwa lepiej żyją, lepiej się komunikują, jeśli więcej czytają książek.
[03:59:27] - U nas jakoś ten przekaz jest bardzo jednak ciągle słaby. Dobrze pani mówi. Pandemia pokazała nam, że ludzie mają jednak w domu książki i te książki do czegoś jednak mogą posłużyć. Myślę, że to miało wpływ w pewnym sensie na widzów, jak najbardziej. Natomiast uważam, że biblioteki rzeczywiście wyglądają teraz zupełnie inaczej i to, że pani pisze o nich, że przedstawia te biblioteki, to jest nie tylko chluba dla danego środowiska, ale myślę, że też inni chętnie dowiedzą się i będą mogli czerpać jakieś dobre wzory do swojego rozwoju.
[04:00:05] - Są to osoby, które mało są komplementowane za swoją ciężką pracę i rzadko się na nich światło rzuca, żeby opowiadać właśnie o ludziach, którzy robią wielkie rzeczy na przykład w małych miejscowościach. I bardzo się cieszę, że ja sobie tak pojadę i podowiaduję się, a potem opiszę. Sprawię trochę radości, a też tego, że ktoś poczuje, że jego praca jest doceniona.
[04:00:34] - Ja Państwu bardzo polecam zaglądanie na stronę Urzędu Marszałkowskiego Kultura u podstaw. Tam Państwo znajdziecie właśnie felietony pani Joanny Jodełki nie tylko o bibliotekach, ale o nich również bardzo dużo ciekawych wiadomości. Pani Joanno, urodziła się pani w Siedlcach. Od czasów studiów jest pani związana z Poznaniem, prawda?
[04:01:01] - Dokładnie tak.
[04:01:01] - Muszę zrobić pani teraz krótki test. Czy jest pani już prawdziwą poznanianką, czy nie? Ja zapytam co to takiego jest bimba?
[04:01:11] - Bimba to tramwaj.
[04:01:13] - Bardzo dobrze. A sznek z glancem?
[04:01:16] - Taka słodka bułka z cukrem.
[04:01:18] - Bardzo dobrze. Uwielbiam szneki z glancem. A może pani wie co to jest osztyćko?
[04:01:26] - Oszczytko. Podejrzewałabym oszczytko. Nie, nie będę zgadywać. Nie spotkałam.
[04:01:34] - Oszczytko to jest nic innego jak temperówka. Mówię o tym, bo moje wnuki bardzo chętnie używają właśnie tej nomenklatury między sobą. Zawsze chodzi im o oszczytko, a nie o temperówkę. Proszę państwa, bardzo serdecznie w państwa imieniu i swoim dziękuję naszemu dzisiejszemu gościowi, pani Joannie Jodełce, która tak pięknie opowiadała nam o swojej twórczości, o pracy nad swoimi książkami tudzież innymi tekstami, o sprawach związanych z życiem literata. Mam nadzieję, że z dużą przyjemnością wysłuchaliście państwo literackiego tet-a-tet. Gorąco polecam wszystkie książki pani Joanny Jodełki. Są one ogólnie dostępne zarówno w księgarniach, jak i w bibliotekach. Znajdziecie je państwo w formie papierowej, znajdziecie je w formie audiobooków czy e-booków. Można z nich szeroko korzystać, a ja polecam też śledzenie stron naszej autorki, żeby wiedzieć, co ciekawego ukazało się ostatnio spod pióra pani Joanny Jodełki. Pani Joanno, bardzo serdecznie dziękuję.
Było mi niezwykle miło gościć panią w naszym literackim tet-a-tet. Nie porozmawiałyśmy jeszcze o książkach dla dzieci. Powiem, że też pani poczyniła taką książkę, ale może to innym razem. Może to nie było nasze ostatnie spotkanie.
[04:03:03] - Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie. Bardzo pani Krystyno dziękuję. Bardzo miło się rozmawiało i również gratuluję pomysłu i konsekwencji w prowadzeniu tych rozmów. Bardzo podziwiam i dziękuję za zaproszenie.
[04:03:21] - Bardzo mi miło, dziękuję również. Dziękuję pani, dziękuję państwu. Życzę dobrej, spokojnej nocy. Dobranoc.
[04:03:29] - Dobranoc.
[04:03:34] - A dla tych wszystkich, którzy pielęgnują w sobie cnotę. Nie, to może nie cnota od razu. W każdym razie pielęgnują w sobie chęć pisania. Co więcej, czasami ją nawet realizują. Chce się posłuchać naszej korespondentki z dalekiej Islandii. Tak, proszę państwa. Kamila Ciołko-Borkowska i kolejny odcinek „Piszącej z fiordami”.
[04:04:06] - Dobry wieczór, zapraszam na kolejne spotkanie z warsztatem. Chociaż niekoniecznie teraz rozmawiamy o warsztacie. Zapraszam na kolejne pisarskie spotkanie. Tak będzie lepiej, ponieważ teraz rozmawiamy o rzeczach zupełnie innych niż warsztat pisarski. Rozmawiamy teraz o rzeczach takich zupełnie okołopisarskich, ponieważ to nie jest tak, że jesteśmy wyspą na morzu, na oceanie i że jesteśmy samowystarczalni. O ile samo klikanie w klawiaturę, tworzenie jest procesem pełnym samotności, to jest proces samotny, o tyle cała reszta to już są kontakty z ludźmi. Nabieranie pomysłów to głównie kontakty z ludźmi, obserwacje. Później mamy poprawki, redakcje, beta czytelnicy. To są ludzie. To wszystko są ludzie, z którymi nawiązujemy relacje, kontaktujemy się.
I nie może być tak, że zamykamy się w czterech ścianach. Zamykamy się w naszym własnym prywatnym, pisarskim świecie i nie nawiązujemy żadnych relacji. Nie kontaktujemy się z nikim i w ogóle jesteśmy sami sobie statkiem, sterem, okrętem, wodą, oceanem, wszystkim po kolei. Nie, to nie tak. To jest zupełnie nie tak. Dla przykładu powiem wam, że byłam ostatnio na południu Islandii. Zacznę od tego, że nasze spotkanie dzisiejsze będzie bardzo krótkie, bo w dzisiejszym temacie nie mam co tutaj za bardzo gadać. Mogę gadać, ale samo gadanie nic wam nie da, więc przekażę tylko kilka pewnych informacji, które są dość istotne i na tym skończę. Ponieważ dzisiaj, jak już zauważyliście, będzie o tych relacjach. Ja już kiedyś o tym wspominałam, to już na pewno też się przewija od samego początku.
Jednak dziś pokierowana właściwie tym spotkaniem, które miało miejsce na południu Islandii, postanowiłam powiedzieć wam kilka słów dzisiaj, które najpewniej wam też może trochę pomogą, bo to nie jest tak, że wy tego nie wiecie. Wy na pewno to wszystko wiecie, ale dobrze jest czasem sobie uporządkować pewną wiedzę. To jest tak, że ja mam pewną wiedzę nabytą, książkową wiedzę. Miałam kiedyś takie szkolenie, które w sumie nie przyniosło mi żadnej nowej wiedzy, ale uporządkowało to wszystko, co już wiedziałam. Czyli miałam wiedzę książkową, bo przeczytałam, nauczyłam się, ale to szkolenie pokazało mi to w zupełnie innym świetle, ponieważ mieliśmy podczas tego szkolenia pogadanki, scenki, pracę w grupach, produkowanie jakichś plakatów. Taką zupełnie pracę, która polegała na wykorzystaniu wiedzy, którą już mieliśmy Żeby to wszystko uporządkować. Takie szkolenia też są bardzo ważne, bo to nie jest tak, że będziemy jeździć na szkolenia, zdobywać wiedzę warsztatową tylko w ramach tego, czego jeszcze nie wiemy. Ponieważ dobrze jest czasem uporządkować to, co wiemy, żebyśmy mogli z większą świadomością funkcjonować, tworzyć, pisać. Robić to, co zawsze robimy. Po prostu mieć większą świadomość.
I ja wiem, że ja czasem gadam zupełnie bez sensu. Z jednego końca na drugi biegam. Jednak dzisiaj chciałabym z wami porozmawiać, pogadać wam trochę, pomarudzić o relacjach. O tym, dlaczego polecam nawiązywać relacje z innymi pisarzami. W miniony weekend byłam na targach. Były to targi w ramach Dni Polskich na południu Islandii, w okolicy stolicy, w okolicy Reykjaviku, na których pojawili się Polacy, którzy wykonywali cuda na kiju. Naprawdę niesamowite rzeczy. Było nie tylko jedzenie, było rękodzieło, była bielizna, były kubki, były różne rzeczy, były kosmetyki. Nawet chyba coś z komputerami było. Nie pamiętam, bo naprawdę to była masa ludzi.
Jak na małą Islandię było bardzo dużo chętnych do oglądania, do kupowania, do rozmawiania. I powiem wam, że stoisk związanych z pisaniem było niewiele, bo tylko trzy. Byłam ja, jeszcze jedna dziewczyna, która pisała i polska księgarnia, która funkcjonuje na Islandii. Można sobie kupić polskie książki jak najbardziej na Islandii. To nie jest problem. Fakt, że wychodzi trochę drożej, ale to nie jest problem. Ale do brzegu. Co mi dały takie targi? Targi dały mi nawiązanie nowych relacji. Targi dały mi nowe znajomości.
A jeśli będziemy na targach stricte literackich, na których mamy tylko i wyłącznie stoiska książkowe, to poza zdobytymi relacjami, nowymi znajomościami, zdobędziemy też wiedzę. Bo na pewno nasze rozmowy zejdą na tematy pisarskie, tematy związane z tworzeniem, ale nie tylko tym warsztatowym. Jak tworzyć, gdzie tworzyć, jakie mamy pomysły na zastoje, jakie mamy problemy. I nagle się okaże, że ja mam takie same problemy jak inni piszący. O rety, oni mnie rozumieją. Oni wiedzą, przez co ja przechodzę i niektórzy mają na to jakieś sposoby. I mogę spróbować poradzić sobie z tym w jakiś sposób, który mi został zaproponowany. To jest naprawdę rewelacyjna rzecz, ponieważ naprawdę bardzo dobrze jest zobaczyć, że są osoby takie same jak my, które mają te same zainteresowania, czyli pisarze. Którzy mają takie same problemy, czyli pisarze. Takie same bolączki, takie same radości.
Bo mamy bardzo podobne zainteresowania i mamy bardzo podobny, zawężony, bo jeżeli mamy podobne zainteresowania, to mamy zawężone spojrzenie na cały świat, bo patrzymy pod kątem pisarskim. To nie jest tak, że cały czas, ale w tym momencie. Mówię, że podczas tego tworzenia. Bo możemy mieć bardzo szerokie horyzonty. Ja nie mówię, że pisarze mają wąskie horyzonty. Nigdy, broń cię Panie Boże. Jednak chodzi mi teraz o to spojrzenie na tworzenie, na pisanie, na życie. Takie tylko pisanie. I jeżeli nawiążemy pewne relacje, to pomogą nam one przy tworzeniu, pisaniu, redakcji, wszystkim. Bo jeżeli na przykład dostaniemy kilka dobrych rad, to możemy z nich skorzystać.
A dlaczego by nie? Jeżeli dostaniemy jakieś wskazówki, jeżeli ktoś nas przestrzeże przed czymś, powie czego nie robić, to jak najbardziej. Później, podczas na przykład, kiedy nawiążemy relacje i zostaniemy znajomymi i będziemy na przykład spotykać się częściej i możemy wymieniać się doświadczeniami, opiniami, relacjami. Możemy wymieniać się pomysłami, możemy udzielać sobie jakichś wskazówek, porad, przestróg. Bardziej chyba tak. Coś takiego. W każdym razie nie możemy zamykać się, bo jak już wspominałam, nie jesteśmy tylko i wyłącznie wyspą na oceanie, tylko jesteśmy elementami tkanki, która funkcjonuje razem. Może spotkaliśmy pisarza, który pisze zupełnie coś innego, więc on nie jest dla nas konkurencją, bo jego czytelnicy nie będą zainteresowani naszym tworem. Owocem naszej pracy, bo to jest zupełnie inny odbiorca. Piszemy o czymś innym, ale żyjemy w tej samej rzeczywistości i część bolączek, część problemów mamy bardzo podobnych.
Czyli wybór wydawnictwa, problemy z wydawnictwem, problemy z redaktorem. Ja nie mówię, że teraz każdy ma problemy z wydawnictwem, każdy ma problemy z redaktorem. Dla przykładu, nie możemy dogadać się z naszym beta czytelnikiem i nie wiemy, czy to jest normalne, bo wcześniej przecież nie mieliśmy takiego beta czytelnika i nie wiemy, czy jego jakieś pretensje, roszczenia są zupełnie normalne i na przykład sposób wymiany opinii, który nam zupełnie nie leży, to tak powinno być. To nie jest tak, że wszystko pójdzie jak po maśle, kiedy wydam pierwszą książkę albo napiszę pierwsze opowiadanie. Nie, nie zdobędziemy tej wiedzy od razu hop siup. Musimy zdobywać doświadczenie, a zdobywa się doświadczenie powoli. Czasem na błędach, ale nie tylko swoich. Możemy też zdobywać doświadczenie na błędach cudzych. Jeśli ktoś nas przestrzega przed czymś na przykład: „Nie, słuchaj, takie zachowanie beta czytelnika nie jest normalne. Podziękuj mu.
Poszukamy kogoś innego”. To nie jest tak, że ja jako pisarz mam się umartwiać i ciężko, z mozołem wysłuchiwać tego, co każdy beta czytelnik ma do powiedzenia, nawet w sposób, który mi nie odpowiada. Bo to nie jest tak, że będziemy dogadywać się z każdym. Nie pasuje nam ta relacja z beta czytelnikiem. Podziękujmy i nie wysyłajmy następnych swoich propozycji. Możemy zgłosić się gdzieś indziej, powiedzieć na przykład: „Dziękuję najmocniej, dziękuję za współpracę przy tej książce” i koniec. Nie musimy się tłumaczyć. To nie jest tak, że musimy zaraz cały elaborat pisać dla tej osoby, dlaczego rezygnujemy ze współpracy z nią. Broń cię Panie Boże. To nie tak, że wy się macie tłumaczyć beta czytelnikowi, dlaczego rezygnujecie ze współpracy.
Po prostu nie wysyłacie. Jeżeli słucha mnie moja Marysia, beta czytelniczka, to ja nie rezygnuję. Po prostu na razie nie mam nic nowego. Najmocniej przepraszam. To wszystko jest tak, że gdzieś tam są te relacje, o których właśnie mówię. Rozmowa jest najważniejsza. Dialog. Dialogi piszemy, uczymy się pisać je tak, żeby były rewelacyjne. Więc używajmy tych wiadomości, tej wiedzy. Używajmy i korzystajmy z niej rozmawiając, nawiązując relacje z innymi pisarzami, czy też z innymi osobami, które są związane z pisarstwem.
Ponieważ powiem wam tak, jeżeli mamy znajomych pisarzy i siadamy sobie i rozmawiamy na różne tematy, to nie muszą być tematy związane z pisaniem, bo możemy sobie rozmawiać na temat dnia poprzedniego i tego, co się nam zdarzyło wczoraj w urzędzie którymś tam, kiedy poszliśmy realizować jakąś tam sprawę, którą poszliśmy. To w momencie, kiedy zaczniemy rozmawiać tak na spokojnie, tak towarzysko, po prostu przyjacielsko, to gdzieś tam w międzyczasie mogą pojawić się pomysły na fabułę. Naprawdę. To jest naprawdę fajny sposób na to, żeby wena nam się pojawiła. Gdzieś tam jakieś pomysły się pojawiły i jeśli zaraz sięgniemy po zeszyt i po długopis, żeby zapisać pomysł, to ta druga osoba nie popuka się w czoło, tylko będzie wiedziała, że to jest ten moment, kiedy drugi pisarz wpadł na jakiś pomysł i go sobie zapisze, żeby nie zapomnieć. I jeżeli na przykład będziemy rozmawiać z jakimś pisarzem, to on będzie rozumiał to na przykład, że mamy jeszcze masę zajęć i piszemy na przykład w międzyczasie albo na przykład, że mamy ten okres przystopowania i że nie piszemy, bo jest nam ciężko, jest nam źle z tym wszystkim i na przykład nie możemy skupić się na pisaniu. To on czasami poklepie tylko po ramieniu i powie: „No rozumiem stary”. Nic więcej nam nie potrzeba, bo to już pomoże. Naprawdę. Jest nam już lepiej i możliwe, że wtedy przestaniemy mieć do siebie pretensje, że na przykład przez ostatni tydzień, miesiąc, pół roku nie napisaliśmy nic.
Bo do tej pory mieliśmy o siebie pretensje, cisnęliśmy się sami. Taką presję na siebie wywieraliśmy, że nic nie napisaliśmy, że było nam źle, że było mi źle. A tu pisarz drugi usiadł i mówi: „Nie, spoko, to jest normalne, naprawdę. Ty się tym nie przejmuj, to minie”. I wtedy to powietrze tak nagle schodzi i może coś ruszyć. Ja nie mówię, że musi, ale może coś się pojawić. Powoli. Nie od razu, nie hop siup. Dlatego tak ważne jest, żeby te relacje z innymi pisarzami były zawierane, żebyśmy mieli jakieś wsparcie. Bo to, że my nawiążemy te relacje, to właśnie wszystko się będzie wiązało ze wsparciem.
Bo wsparcie jest zawsze potrzebne. Wsparcie jest niezbędne do tego, żeby móc tworzyć. A jeśli nie mamy go na przykład w domu, to potrzebujemy znaleźć go w tej grupie szerszej znajomych. A jeśli nie mamy znajomych pisarzy, to oni nie będą nas rozumieć. „No co ty, przestań! Przecież pisać możesz wieczorami." Jak może pisać wieczorami, jeżeli na przykład wraca z pracy zmęczony, ma dwójkę dzieci, które trzeba ogarnąć i jeszcze na przykład jest sam, bo druga połowa pracuje na drugą zmianę i trzeba jeszcze zakupy i kanapki do szkoły, i obiad, i posprzątać, i ugotować, i z psem wyjść. I o matko bosko, już jest noc, a nie wieczór. Czasem ogarnięcie tego wszystkiego wymaga od nas znalezienia kogoś, kto to wszystko będzie rozumiał i kto poklepie nas po tym ramieniu. Bo on nie musi robić wiele. On poklepie nas po ramieniu i powie: „Spoko, rozumiem.
Bez presji. Bez paniki. Bez jakiegoś tam naciskania. Odpocznij. Na przykład później popiszesz albo odpuść sobie coś tam, co możesz odpuścić, czego nie rób." Możecie wspólnie stworzyć jakiś sposób. On ci może podrzucić jakieś pomysły, czy ona, bo ja nie mówię, że to tylko on, ale ona może, ta druga osoba może jakiś pomysł wam podrzucić, w jaki sposób ułożyć sobie to wszystko, żeby ułatwić, znaleźć chociaż te 10–15 minut na popisanie, na znalezienie czasu tylko dla siebie, żeby usiąść przed tą klawiaturą i przynajmniej zacząć się oswajać. Bo jeżeli nie pisaliśmy przez dłuższy czas, to potrzebujemy tego ponownego oswojenia się z klawiaturą, z Wordem. Bo to nie jest tak, że pisarz usiądzie i od razu napisze całą epopeję. Nie. Po dłuższym niepisaniu jest tak samo jak po dłuższym niećwiczeniu.
Mięśnie zastygają, głowa zastyga. Znaczy głowa zastyga. Wyobraźnia zastyga poniekąd. I ponowne rozpisanie się wymaga pewnego treningu. Dlatego dobrze jest na przykład, jeśli ktoś nam piszący powie: „Spoko, też tak miałem. Zacznij od tego i tego. Usiądź sobie przed klawiaturą." Bo ja na przykład tak siadałam. Potrafiłam siedzieć tak przez chwilę i po prostu zamykać plik, z Wordem odchodzić od pustego pliku, bo w sumie nic nie napisałam poza jedną spacją. Ale też nie za długo. Też nie za długo, bo jeżeli zaczniemy długo siedzieć przed komputerem, to tylko zmarnujemy czas, a nic i tak nowego nie przyjdzie.
Więc przez tą chwilę oswoić się można z tą klawiaturą, usiąść, nawet napisać jedno, dwa zdania, zamknąć plik, nie zapisywać i iść robić swoje. Dlatego mówię, bardzo dobrze jest mieć kogoś, do kogo napiszemy wiadomość: „Jest! Ja! Super. Napisałam dwa zdania. No to super. Mam się z kim dzielić radościami, smutkami, ten ktoś zrozumie. Ta osoba zrozumie moją radość z tych dwóch zdań. Bo jeżeli mam współmałżonka, który w sumie nie rozumie mojej pasji pisania, bo on na przykład ma zupełnie co innego na swojej tapecie zainteresowań i powiem mu, że napisałam dwa zdania, to spojrzy na mnie, powiedzmy z zadka wy, pokiwa głową i nic nie powie. Bo dla niego to będzie nic.
On tego nie zrozumie. Ale jeżeli powiem osobie, która też zajmuje się pisaniem: „Słuchaj, wczoraj napisałam, napisałem dwa zdania. Fakt, że skasowałam, ale dwa zdania już były. One miały sens. Były jakoś sklejone razem. Mogły być początkiem czegoś fajnego." No to super. Ta osoba powie, że gratuluje. Oby tak dalej. Trzymam kciuki. I to może pójść dalej.
Naprawdę. To jest tak, że od wsparcia bardzo dużo zależy. Bo jeśli nie mamy wsparcia, jeśli nie mamy tego zrozumienia, no to bardzo mi przykro, ale z pisaniem będzie bardzo ciężko, bardzo krucho. Bo jeśli będziemy tylko słuchać tego, że mamy zrobić swoje w domu, a pisać możemy później, bo pisanie to może być gdzieś tam w międzyczasie, to tak daleko nie zajdziemy. Ale jeśli mamy wsparcie i kogoś, kto nam pomoże gdzieś, jak mówiłam, znaleźć te chwile na popisanie, to już jest zupełnie inaczej. Jeżeli ktoś nam napisze: „Brawo ty, będzie dobrze, będzie lepiej” albo coś takiego, to już nas to motywuje do tego, żeby coś z tym pisaniem robić, żeby się rozkręcać, żeby to nie było tylko takie, że ja chcę pisać i nic więcej. No bo to trzeba się z każdym zainteresowaniem. Trzeba się próbować rozwijać, trzeba próbować pisać, malować, rzeźbić, cokolwiek. To już trzeba poświęcić temu czas. To nie jest tak, że jak usiądę, to będę pisać wspaniale, cudownie i od razu napiszę wszystko, całą książkę.
No nie, tak to nie ma. Dobra, słuchajcie, bo więcej to już jeśli zacznę teraz się rozgadywać, to już będzie za długo i ja będę się powtarzać i to już będzie paplanie bez sensu. Dzisiaj bardzo krótko, bo i temat taki nie do rozgadywania się. A już jak wspominałam, na pewno to wszystko wiecie. Na pewno to wiecie. Tylko dobrze czasem usłyszeć to jeszcze raz na spokojnie. I to tyle, jeśli chodzi o mnie. Dziękuję za to spotkanie. Zapraszam najpewniej za dwa tygodnie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. A teraz życzę wam wszystkim miłego wieczora.
Tak? Wieczora miłego. Ponieważ nagrywam jeszcze w dzień, to ja powiem śmigłego dnia, ale to będzie puszczane wieczorem, więc życzę wam wszystkim miłego wieczora. Wieczoru? Wieczoru chyba bardziej wieczoru poprawnie, proszę bardzo. Tak, na tym polega pisanie. Poprawność przede wszystkim. Dobrze. Miłego wam życzę wieczoru i dobranoc. Do następnego posłuchania.
[04:26:30] - Zawsze sobie muszę westchnąć na koniec Bibliotekarium. Szybko poszło. Szybko to wszystko upłynęło, chociaż minęło kilka godzin. Bardzo państwu dziękuję za kolejne spotkanie w Bibliotekarium 2.0. Życzę fajnego weekendu. Fakt, że listopad trudno jest nazwać fajnym miesiącem, nawet jeśli człowiek ma w sobie niemal niewyczerpane pokłady optymizmu, to listopad, umówmy się fajnym miesiącem nie jest. No chyba, że ktoś zakochany, to zupełnie nie zwraca na to uwagi. A to tak nie à propos. Pięknie państwu jeszcze raz dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Już tradycyjnie zapraszam na kolejne 112.
odcinek Bibliotekarium 2.0. Jak zwykle postaram się, żeby było ciekawie. Dobrej nocy życzę i do usłyszenia.
[04:27:26] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.