Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Dobry wieczór wszystkim. Mamy nadzieję, że nikogo z państwa nie wywiało, bo smutno było troszkę samemu siedzieć nam dwóm i robić tę audycję w momencie, gdyby nikt nie słuchał. Także mamy nadzieję, że nie dajecie się wiatrom, nie dajecie się deszczom. Jesteście z nami. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:50] - Dzień dobry wieczór państwu. Rzeczywiście okoliczności są bardzo paranormalne. Mamy dzisiaj pierwszy dzień listopada. W każdym razie jest to święto, które w jednych budzi sentymentalne refleksje, sprawia, że człowiek przystaje i duma o tym, co było, co jest i co będzie. Ale dla niektórych to zupełnie inny wymiar. To rzecz, która nawet nie podlega dyskusji. Różne są spojrzenia na to, co się dzieje. My tradycyjnie rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj tytuł mówiący albo sugerujący, że obcy już do nas lecą, a może warto postawić znak zapytania. Obcy już do nas lecą?
Lecą, może nie lecą. O tym później. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Dzisiaj zrobiłem miks wydawnictw, bo się pojawiły maile, w których trudno to uznać za zarzut, ale mówi się: „A dlaczego tylko jedno wydawnictwo w jednym tygodniu, a nie...”. Dobrze, dzisiaj będzie miks. Zaczynamy od wydawnictwa MAG. Tytuł: „Ciosy zagłady”. Autor: Ry Nailer. Tłumaczenie: Wojciech Pruchniewicz. Cóż czytamy o tej książce?
Gdy wskrzesza się dawno wymarły gatunek, do sukcesu potrzeba nie tylko DNA. Moskwa wskrzesiła mamuty, ale teraz ktoś musi je nauczyć, jak być mamutami. Inaczej są znów skazane na zagładę. Doktor Damira, ekspertka od zachowań słoni, została brutalnie zamordowana, kiedy próbowała ochronić ostatnie z nich przed brutalnym kłusownictwem. Teraz jej cyfrową świadomość przygrano do umysłu mamuta. Czy uda jej się w roli nowej przewodniczki stada uniknąć kłusowników na tyle długo, by gatunek rozkwitnął? Czy też jej własne upiory oraz prawdziwy powód wskrzeszenia mamutów przez Moskwę skażą je na ponowne wymarcie? Pełen napięcia dreszczowiec science fiction autorstwa nowego mistrza gatunku. Przypomnę: „Ciosy zagłady”, Ry Nailer. To teraz pożeglujemy w kierunku wydawnictwa Vesper.
Nie powiedziałem jednej ważnej rzeczy. Cóż, faux pas. Ta książka, „Ciosy zagłady”, dostępna będzie na rynku od 15 listopada tego roku. A teraz zacząłem o wydawnictwie Vesper. W najbliższym czasie. Dlaczego tak? Dlatego, że wydawnictwo Vesper nie było łaskawe podać daty, kiedy książka się ukaże. Na kilku stronach zauważyłem, że jeszcze w ofercie stron dystrybuujących książki tej pozycji nie ma. W związku z tym mogę sobie pozwolić na sformułowanie: w najbliższym czasie ukaże się reedycja książki Adriana Czajkowskiego „Dzieci czasu”. Ja w swoim czasie wspominałem w Bibliotekarium 2.0 o tej książce.
Ta książka w wydawnictwie Vesper wychodzi w twardej oprawie. To jest coś, co warto uwzględnić. Poprzednio książka Adriana Czajkowskiego ukazała się w oprawie oczywiście miękkiej, ale i tak była ciekawa. Ja tylko wspomnę, ten Adrian Czajkowski jest pisany z angielska przez TCH na początku, Czajkowski i V w środku i Y na końcu. Nieważne. Czajkowski, „Dzieci czasu”. Ta książka w tłumaczeniu Roberta Lipskiego zrobiła na mnie duże wrażenie. Ja nie wiem, czy państwa to interesuje, czy to jest ważne, ale to podkreślę. Dla mnie to była super pozycja z gatunku science fiction. Cóż pisze o niej Vesper?
Ziemia umarła. Ludzkość została osierocona, chociaż sama przyczyniła się do śmierci rodzicielki. Ostatnie setki tysięcy przedstawicieli gatunku wyruszają w nieznane, by śladem swoich starożytnych poprzedników odnaleźć planety, które staną się dla nich nowym domem. Jednak pasażerowie olbrzymich krążowników dysponują jedynie strzępkiem wiedzy, która pozwoliła starożytnym terraformować obce planety, przystosować je do warunków niezbędnych człowiekowi. Wciąż dostępne są częściowo rozszyfrowane mapy gwiezdne wskazujące, gdzie należy rozpocząć poszukiwania. Niepowodzenie oznaczać może jednak powolną śmierć wśród gwiazd. U celu swojej podróży pasażerowie statku Gilgamesz odkrywają największy skarb dawnych wieków. Świat idealny, pełen lasów i mórz. Ale nie wszystko w świecie Kern jest takim, jak przypuszczają nowi osadnicy. W orbitującej wokół planety stacji badawczej wciąż tkwi zamknięty w komputerach zespolony ze sztuczną inteligencją duch doktor Arvany Kern, osoby odpowiedzialnej za przemiany na planecie.
Naukowczyni. Cóż za dziwne sformułowanie. Ale dobrze, czytajmy dalej tekst Vespera. Naukowczyni, która pod żadnym pozorem nie pozwoli na zakłócenie jej biologicznego eksperymentu. Świat Kern okazuje się być zamieszkały. Co więcej, rozwinęła się tutaj zaawansowana społecznie i kulturowo cywilizacja. Cywilizacja stworzona przez gatunek, który od zarania dziejów budził w ludziach atawistyczny lęk. Dwie cywilizacje zmierzają w stronę nieuniknionej konfrontacji. Konfrontacji, która wyłoni prawowitych dziedziców Nowej Ziemi. Adrian Czajkowski to wybitny pisarz science fiction i fantasy.
Laureat wielu nagród branżowych, w tym Arthur C. Clarke Award za "Dzieci czasu" oraz BSFA Award za najlepszą powieść "Dzieci ruiny." W trylogii, na którą składają się powieści "Dzieci czasu," "Dzieci ruiny" oraz "Dzieci pamięci" stworzył wyjątkowy świat, w którym ewolucja i adaptacja mają kluczowe znaczenie dla przetrwania. Proszę państwa, tu zanim powiem o kolejnej książce, małe wyjaśnienie. Zawahałem się przy słowie naukowczyni i to u niektórych z państwa mogło wzbudzić poważne wątpliwości, czy jestem zdrowy psychicznie. Nie wiem, czy jestem zdrowy, ale powiem w ten sposób: nie bardzo lubię tę formę naukowczyni, dlatego, że równie dobrą wydaje mi się forma pani naukowiec. Ale ja już jestem dziadersem i tak to państwo potraktujcie. Jeżeli lubicie naukowczynie, to też dobrze. Kolejna książka w polecankach została wydana, a właściwie zostanie wydana, bo ona też już, jak to się mówi, na dniach ujrzy światło dzienne. Została wydana przez wydawnictwo Stalker Books. To książka, która ma już swoje lata.
Książka, która święciła triumfy w pierwszej połowie XX wieku. Tytuł: "Kot olbrzymi." Autorzy. Autor to J. H. Rosny Starszy. Ta powieść to jest klasyka francuskiej science fiction, właśnie autorstwa Rosnego Starszego. O tym starszy, młodszy Rosny J. H. ja to za chwilę powiem. Najpierw zajmijmy się treścią owej powieści.
Otóż poznajemy losy następnego pokolenia Noa, wodza plemienia Ulhamurmów, bohatera pierwszej części cyklu. Jego syn Aun w poszukiwaniu nowych terenów łowieckich przekracza nieprzebyte dotąd pasma górskie. Zdobywa nową ziemię. Spotyka tam nieznane mu dotychczas zwierzęta, roślinność, ludzi. Przeżywa wraz z przyjacielem Zurem z plemienia ludzi bez ramion niezliczone przygody, niebezpieczeństwa, także chwile wzruszeń i szczęścia, by wreszcie osiągnąć swój cel. A teraz chwila o autorze. J. H. Rosny to jest pseudonim literacki, którego używali dwaj bracia, dwaj pisarze belgijscy piszący po francusku. Joseph Henri Honoré Boex, chyba tak to się czyta.
Żyjący w latach 1856-1940 oraz Séraphin Justin François Boex, żyjący w latach 1859-1948. Obaj bracia urodzili się w Brukseli i w latach między rokiem 1886 a 1909 publikowali wiele powieści oraz opowiadań z gatunku fantasy, takiej fantasy prehistorycznej. W 1909 roku bracia zakończyli swoją literacką współpracę i po tym roku Joseph Boex używał pseudonimu J. H. Rosny, czyli i Rosny Starszy, a jego brat Séraphin J. H. Rosny Młodszy. I to jest tajemnica tego nazwiska. Pamiętajmy zatem, że książki sprzed 1909 roku to są książki pisane w tandemie. Później już trzeba patrzeć na dodatek Starszy i Młodszy.
I to są, proszę państwa, na dzisiaj wszystkie polecanki. I jedziemy dalej. Jedziemy dalej, a dalej oznacza korepetycje filozoficzne. Dzisiaj Krzysztof Bielawski, "Granice racjonalności." Tak, proszę państwa, jakoś tak się złożyło, że w naszym świecie racjonalność Rozszyfrujmy. Posługiwanie się rozumem, rozważanie wszystkiego zyskało status kultowy. Mamy nawet stronę racjonalista.pl, ciekawą bardzo stronę. Bywam tam często. Nie, żebym się zgadzał i żebym łapczywie chwytał wszystkie zrodzone tam treści, ale ja wychodzę z założenia, że czytać można nawet o diable, byle to było rozsądnie i w miarę przejrzyście napisane. To też często bywam na stronie racjonalista.pl, ale to dygresja. Wrócę do artykułu.
Tekst Krzysztofa Bielawskiego „Granice racjonalności” ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj”, to oczywiste, w numerze z 2024 roku, w numerze trzecim. I ten artykuł dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Kilka słów o autorze. Krzysztof Bielawski to jest pracownik Instytutu Filologii Klasycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest też wykładowcą Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, pszczelarzem. Ostatnie publikacje: „Delficki trójnóg. Sentencje delfickie. Opracowanie, przekład, komentarz”. Kraków Bergamo 2017. „Ofiara krwawa w Grecji starożytnej w świetle danych filologicznych.
Tragedia attycka”. Warszawa 2017 rok. To cóż, proszę państwa, ruszajmy zatem z lekturą. Przypomnę. Krzysztof Bielawski „Granice racjonalności”. „Zaiste życie mi miłe i nie zamierzam na szwank go narażać, podejmując wobec filozoficznej publiczności wielkie pytanie o racjonalność i jej granice. Zwłaszcza że osobiście jedno i drugie postrzegam wyjątkowo nieostro. Za punkt wspólny z filozofami upatrzę sobie natomiast arystotelesowskie zdziwienie, podziw dla słowa i języka, które stały się instrumentem rozumu i znalazły drogę do oddziaływania na ludzi”. Te słowa wypowiedział Jean-Pierre Vernant, francuski historyk i antropolog. Filologiczną metodą poszukiwania znaczeniowego jądra terminów jest wskazywanie na najbardziej precyzyjne ich antonimy.
W przypadku racjonalności na myśl przychodzi od razu irracjonalność i to właśnie te pojęcia wzywają do podziwu. Jest to jednak podziw niełatwy, ponieważ stajemy przed nim świadomi tego, jak wielkie wojny między nimi wywołano, w jak wielu wrogich obozach i przez jak długie lata były zakładnikami, wieszane na sztandarach kolejnych rewolt i ideologicznych wzmożeń. Wszystkie dobre tytuły dla tego eseju zostały już w drukowanym słowie zagospodarowane i prawa do nich są zajęte. „Grecy i irracjonalność”, „Grecy i racjonalność. Odkrycie umysłu, ducha” to te tytuły stanowią w filologii klasycznej kamienie milowe poszukiwania granic racjonalności u Greków. I to na nich skupię swoją uwagę, niechętnie pozostawiając ogólnikowy nagłówek. Filologia versus filozofia. Patrząc na same nazwy dyscyplin w ich starożytnych gramatycznych strukturach, jasno widzimy, że filolog jest miłośnikiem słowa, filozof zaś mądrości. Kłopot zaczyna się, kiedy z właściwą sobie miłością dla słów filolog wgryzie się głębiej w te pojęcia, ponieważ wcale nie jest oczywiste ani czym jest logos, ani tym bardziej czym jest sophia. Pierre Hadot zwraca uwagę na niedostrzegalny dziś paradoks, mianowicie na to, że kiedy ten złożony rzeczownik filozofia staje się uchwytny w dziejach greckiej literatury i języka, nie istnieje jeszcze żadna uchwytna naukowa, a zwłaszcza filozoficzna definicja mądrości — sophia.
Co gorsza, konkretny filozof i abstrakcyjna filozofia wchodzą na scenę stosunkowo późno. Najpewniej nie znali ich tak zwani presokratycy. Pojawiły się dopiero w Atenach Peryklesa w drugiej połowie V wieku. Taka zatem mądrość, jakiej poszukiwać i jaką miłować powinni z definicji ci, którzy poświęcają się myśleniu i używają rozumu, po łacinie zwanego ratio, skąd już krok tylko do tytułowej racjonalności, w swoim początku i w swojej istocie nam się wymyka. Zupełnie tak samo, jak zdaniem Brunona Snella wymyka się nam właściwe zrozumienie powstania greckiego myślenia. Tak czy inaczej u Homera w „Iliadzie” mądrość, sophia posiada cieśla budujący statki. U Solona — poeta, a dla Teognisa w VI wieku oznacza ona zręczność. Dla mędrców, a więc ludzi dysponujących mądrością dawna tradycja znana już Herodotowi i Platonowi Uznawała siedmiu myślicieli, których sentencjonalne myśli zachowały się u doxografów od Demetriosa po Diogenesa Laertiosa. Jeden, zarazem pierwszy z siedmiu mędrców, Tales miał już posiadać mądrość w wielu dziedzinach: astronomii, polityce i obronności, geografii i inżynierii. Wielu mędrcom przypisywano talenty poetyckie i oratorskie, a także wysoki autorytet moralny i autorstwo etycznych rad i nakazów.
Sophia z epoki archaicznej i klasycznej najpewniej jest terminem, który opisuje zarówno pojedyncze umiejętności czy zdolności, jak i najróżniejsze konfiguracje zbiorów i kombinacji tych talentów. Oznacza i wiedzę, i umiejętność, i łączenie, i rozłączanie. Tym, co przychodzi później i zdaje się decydujące dla naszego rozumienia, jest struktura, systematyka i wzajemne powiązania. Z filologiem i filologią tylko pozornie sprawa jest prostsza. Nawet gimnazjalny nauczyciel polskiego kończył kiedyś filologię polską, a większość ludzi wie doskonale, że słowo, które było na początku i stało się ciałem w prologu Ewangelii Janowej, to właśnie grecki logos. Intrygujące, że gdyby poszukać w języku starogreckim słów na oznaczenie przeciwieństwa racjonalności, jedynym możliwym wyborem jest alogos, alogia. Tak podaje słownik starogrecko-angielski. Są to słowa utworzone za pomocą funkcjonalnego prefiksu A zwanego alpha privatum, który zmienia prefiksowany wyraz na jego przeciwieństwo. Natomiast rozumny według tego samego słownika to logon echon, taki, który ma logos. Jednak filologia także jest dosyć późnym wynalazkiem, mniej więcej współczesnym filozofii i oznacza skłonność do uczonego sporu, argumentacji i rozumowania.
To między innymi znajdziecie państwo u Platona. Ewentualnie w ogóle do prowadzenia uczonej debaty. W tym sensie niewiele różni się od filozofii. Filolog, filologos z kolei to w pierwszej kolejności po prostu gaduła, a dopiero w dalszej miłośnik merytorycznej, rozumnej debaty, literatury książek. Domeną obydwu tych dyscyplin, filologii i filozofii u ich zarania jest to samo: krytyczne myślenie oparte na precyzji słowa, racjonalne versus nieracjonalne. Najpiękniejszą bodaj i wśród filologów niezwykle cenioną książką o narodzinach greckiej racjonalności jest przywołane już powyżej „Odkrycie ducha” Brunona Snella. Nazwisko autora budzi respekt. Był on wydawcą Pindara i fragmentów tragików monumentalnych filologicznych edycji. Pierwotne wydanie ukazało się w roku 1948, a pierwsze jej zdanie głosi: „Nasze europejskie myślenie zrodziło się u Greków i uchodzi odtąd za jedyną formę myślenia jako takiego”. Ledwie rok po pierwszym wydaniu książki Snella Eric Robertson z Oxfordu został zaproszony do wygłoszenia w Berkeley serii prestiżowych wykładów w ramach Sather Classical Lectures.
Dwa lata później, w roku 1951 wykłady te ukazały się drukiem pod tytułem „Grecy i irracjonalność”. Publikacja stała się jedną z najbardziej wpływowych książek humanistycznych XX wieku. Jej fundamentalnym celem nie jest apologia irracjonalizmu w greckiej kulturze starożytności, ale wprost przeciwnie — wskazanie, że cechą niezbywalną, stałą i konstytutywną dla tego, co wyobrażamy sobie w naszym pokartezjańskim świecie jako racjonalizm, jest właśnie irracjonalność i że pojęcia te są niesprzeczne. Że obecność bogów, ich bezpośrednie interwencje i zsyłanie szaleństwa czy zaślepienia, waga losu i konieczność grecką racjonalność definiują i stanowią jej treść, a nie przeciwieństwo. 70 lat po Ericu Doddosie w 2019 roku prestiżowe wykłady w ramach Sather Classical Lectures w Berkeley objął Josiah Ober z Uniwersytetu Stanforda. Wykłady, a później ich drukowana wersja zostały opatrzone tytułem „Grecy i racjonalność. Odkrycie praktycznego rozumu”. Autor w swoich badaniach skupia się na teoriach politycznych, etycznych i społecznych, co sprawia, że jego książka o Grekach jest nie tylko hołdem dla wielkich poprzedników, ale także ich Twórczą kontynuacją, której metodą i treścią nie jest polemika, lecz dialog. Snell pozostaje filologiem i badaczem słowa. Dodds dodaje do tego psychologię i antropologię, a Ober przerzuca most do politycznej i społecznej praktyki w przekonaniu, że odkrywanie ducha stanowi nieprzerwany proces zapoczątkowany w Grecji, którego także my jesteśmy równoprawnymi podmiotami i sami definiujemy granice racjonalności na podstawie ciągle nowych danych wynikających z historycznego momentum.
W tym procesie nie jesteśmy jednak osamotnieni. Stoimy na barkach gigantów, skąd rozciąga się rozległa panorama od Homera do Obera. Autor dodaje na końcu artykułu teksty, z którymi warto się zapoznać, które warto doczytać. Pierwsza z książek jest autorstwa Pierre Hadota „Czym jest filozofia starożytna?" w tłumaczeniu Piotra Domańskiego. Ta książka została wydana w roku 2000. Druga pozycja to Brunon Snell „Odkrycie ducha. Studia o greckich korzeniach europejskiego myślenia" w tłumaczeniu Agny Onysymow, wydana w 2009 roku. I wreszcie trzecia pozycja autorstwa Jean-Pierre Vernanta „Źródła myśli greckiej" w tłumaczeniu Jerzego Szackiego. To pozycja starsza z roku 1996. Tak, proszę państwa, z pewnymi zacięciami, za które przepraszam, przeszliśmy przez artykuł, który starał się nam przybliżyć istotę tego, czym jest racjonalność.
Myślę, że my bardzo często w tak zwanej codziennej gonitwie trochę spłycamy to pojęcie, trochę je zawężamy, ograniczamy je tylko do rozumności. Ja myślę, że to spojrzenie zaprezentowane w artykule, w którym racjonalność i irracjonalność to nie tylko światło i ciemność, czyli zaprzeczenie, ale również rodzaj takich pojęć, które ze sobą współgrają, współpracują, które nie zaprzeczają sobie. To jest pewne spojrzenie, które warto sobie przyswoić. Tym bardziej że ono nie jest powszechne. Przypomnę, jeśli państwo szukaliby tego tekstu, żeby jeszcze raz się z nim zapoznać już w formie pisanej, to znajdziecie go państwo na stronie dwumiesięcznika „Filozofuj". To tekst Krzysztofa Bielawskiego „Granice racjonalności". A teraz zapraszam państwa na kolejną pozycję „Bibliotekarium 2.0". Zaczynamy od tematu, który bardzo wiele osób pobudza, który bardzo wiele osób ekscytuje. Przyznaję się, że mnie również ten temat ekscytuje. Jaki to temat?
To temat obcych. Obcych, którzy być może kiedyś dawno odwiedzili Ziemię. Być może tę Ziemię odwiedzają, a być może dopiero mają zamiar odwiedzić. Z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o obcych, którzy być może do nas lecą. Dzień dobry wieczór państwu. Witam na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj mamy gościa Piotr Cielebiaś, a rozmawiać będziemy o tym, czy przypadkiem coś nie zbliża się do Ziemi. Coś z głębokiego kosmosu. Coś, co nie wiadomo, co nam przyniesie. Witaj Piotrze.
[27:29] - Witam, witam. No tak, coś się zbliża i jeżeli dobrze pójdzie to za kilka lat powinno to coś być widać.
[27:37] - No tak, tylko tak sobie od razu przypomniałem. Czasami dobra pamięć to jest przekleństwo, że tak w latach nastych, ale powiedzmy 11, 12, 13 rok była podobna jazda. Oczywiście nie tak nagłośniona w internecie, że jakieś trzy wielkie obiekty zbliżają się do Ziemi. To było nawet do złapania w internecie. Ostatnio próbowałem, ale mi się już nie udało, więc gdzieś tam pomimo tego, że w internecie nic nie ginie, to jednak czasami dobrze się zamaskuje. Ja tylko przypomnę, że te obiekty, o których mówię, one miały różne kształty, były ogromne i ja widziałem takie zrzuty ekranowe, w których widać było zarówno sektor nieba, w którym te obiekty się znajdują, ale też olbrzymie powiększenia. Stąd było widać, że one mają takie nietypowe kształty jak na statki kosmiczne, nawet obcoplanetarne, niemniej miały kształty dosyć regularne. Co to tak naprawdę było? Tego wybaczcie państwo, ale nie wyśledziłem. Wtedy to była sensacja.
Sensacja, którą pasjonowało się sporo osób. No a ta sensacja zniknęła. No to minęło jakieś dziesięć lat i mamy kolejną sensację, teraz już na miarę współczesnego internetu, a zatem całkiem nieźle nagłośnioną. Znowu zbliża się do Ziemi w perspektywie kilku lat i tam też było w perspektywie kilku lat, więc sytuacja się nieco powtarza, ale tym razem rzecz jest mocniej nagłośniona. Co więcej, chyba jest bardziej ciekawie podawana. Ciekawie z punktu widzenia internetu, bo z różnych stron dochodzą te głosy. Czasami mieszają się różne wątki, czasami informacje, które dochodzą trzeba sobie zestawiać, jakby budować z klocków albo z puzzli jakiś całościowy obraz. Internauci to lubią.
[29:53] - Tajemnice i te wszystkie rzeczy, które w internecie dobrze się klikają. Też lubią tego rodzaju zabiegi. No to Piotrze, rozmawiamy o tym, czy coś zbliża się do Ziemi i co to jest, i czy przypadkiem nie są to obcy, którzy nam coś przywiozą. Pytanie co?
[30:14] - Właśnie. Ta sprawa jest podejrzana. Dlaczego? O tym za chwilę opowiem. Wydaje mi się, że to nie do końca jest tak, że to się po prostu w umyśle internautów coś pozajączkowało i poskładali elementy różnych historii. Możliwe, że to jest celowa prowokacja. Ewentualnie to jest po prostu prawda. Jesteśmy w wehikule wyobraźni, możemy różne założenia robić. A co jeżeli na przykład te trzy obiekty, które wtedy leciały, to jest zasadniczo ta sama sprawa, tylko teraz otrzymujemy update? Kto wie.
Ale zacznę od początku, żeby się to nam nie pomieszało dodatkowo, bo to jest rzecz mocno skomplikowana. To, co my podajemy, to jest esencja tego wszystkiego. I to wygląda tak, że we wrześniu 2024 roku rozgorzała dyskusja związana z ukrywanymi odkryciami astronomów. Te odkrycia są oczywiście związane z obcymi. Równolegle do kilku publicystów, ufologów, youtuberów dotarły informacje od tak zwanych anonimowych źródeł, informatorów na temat tego, że po pierwsze do Ziemi się zbliża jakiś nieznany obiekt, obiekt nieznanego pochodzenia i ta informacja jest zatajana przed opinią publiczną. Za to raporty na ten temat mają regularnie otrzymywać amerykańscy parlamentarzyści. Zapytany o to, czy są jakieś sekretne briefingi na temat odkryć z teleskopu Webba, bo to on ma być dostawcą tych informacji, pewien znany tutaj deputowany Carson odmówił komentarza. Komentarza w tej sprawie odmówił też Luis Elizondo, który tak ostentacyjnie jak oparzony zareagował na pytanie, co wie o nadchodzącym evencie. W ogóle to zdarzenie, to przybycie do Ziemi czegoś zaczyna być określane jako event w internecie. Elizondo, o którym też realizowaliśmy razem audycję, powiedział, że on wie, jest świadom, ale mówić o tym nie może, bo nawet chyba nie jest odpowiednią osobą.
Internautom nie trzeba było wiele, żeby zaczęli te kropki łączyć. Pojawiły się przeróżne spekulacje. Jedni pytali na przykład, czy teleskop kosmiczny Webba w ogóle jest w stanie śledzić lot takich niewielkich obiektów. Chyba że te obiekty są na przykład duże. Inni powątpiewali. Ale kiedy spojrzymy na to z boku, zauważymy, że po pierwsze informacje o tym trafiły do różnych ludzi i oni to przyznają. Na przykład ten youtuber Matt Ford, który rozmawiał z Elizondo, utrzymywał, że ten event, że to zdarzenie, które nadciąga, będzie albo przylotem czegoś, albo katastrofą naturalną, albo jednym i drugim. Bo jak coś dużego przyleci, to może wyzwolić niszczycielskie zjawiska na Ziemi. Niejaki Pavel Ibarra Meda z kanału Psicoactivo powiedział w sumie najwięcej na ten temat, mówiąc, że o tym sobie możecie posłuchać u mnie na kanale „UFO Historie”, że dostarczają mu informacje bardzo różni ludzie. O niejawnych odkryciach wokół teleskopu Webba się mówi, ale to jest jedna informacja, a jest jeszcze druga informacja, która jest wplątana i jest zrobione z tego jedno.
Otóż że coś leci do Ziemi, to jest jedna historia. Natomiast jest historia numer dwa, która mówi, że teleskop Webba odkrył też mówiąc kolokwialnie światło na innych planetach. Niekiedy są to światła na innych planetach, coś, co wygląda jak miasto. Mówi się tutaj o planecie w układzie Proximy Centauri, ale niedawno jako kolejna zgłosiła się Linda Moulton Howe, znana badaczka UFO, kiedyś w ogóle miss, która powiedziała, że to sztuczne światło odkryto według jej informatora na sześciu planetach całkiem niedaleko Ziemi. Na egzoplanetach całkiem niedaleko Ziemi. To wszystko podchwycił słynny Ross Coulthart, którego się prawie zawsze wymienia, kiedy mowa o disclosure. I narodziła się nam taka ogromna historia. Marku, co jest w tym wszystkim bardzo interesujące, oprócz tego, że są tajni informatorzy, którzy docierają do kolejnych youtuberów, to jest fakt, że ta informacja nie krąży w oficjalnym obiegu. To jest wszystko pociągnięcie tych tajnych, anonimowych donosów. To wszystko się rozchodzi drogą for, drogą portali typu Reddit, drogą Facebooka, grup i YouTube'a.
I to jest moim zdaniem w pewnym sensie podejrzane, bo wygląda jak po prostu zarzucona przynęta. Na co ta przynęta jest zarzucona? To za chwilę powiem.
[34:36] - Ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że taki sposób podawania tych informacji, taki sposób komunikowania o odkryciach, o tym, że coś się zbliża, to głównym celem takiego, a nie innego działania jest podkręcenie ciekawości, podkręcenie emocji wśród odbiorców. Bo jak się człowiek uważniej przyjrzy na przykład tym Odkryciom świateł na innych planetach, tych odległych, pozasłonecznych. To się okazuje, że to może jednak nie miasto, a może bardziej jednak wykryto, że tam podczerwień się pojawia, a właściwie pełne są te komunikaty, bo ja się tym w swoim czasie interesowałem. Pełne są te komunikaty takich niedopowiedzeń. To znaczy, że jakieś światło, ale właściwie nie światło, tylko jakieś sygnatury, które mogą świadczyć o tym, że tam światło jest. A może to, a może tamto. Odnoszę wrażenie, jestem człowiekiem naiwnym i kiedy przeglądam internet, to ja się łapię na clickbaity i po prostu klikam oczywiście, bo taki jest cel, a potem w większości przypadków jestem rozczarowany, bo to, co jest w środku, to nijak nie odpowiada tytułowi. Taki w końcu cel wysmażenia podobnych tytułów. Więc jeśli chodzi o te światła na odległych, pozasłonecznych planetach, to ja jestem sceptyczny, bo kiedy zacząłem skrobać temat, to się okazało, że to wszystko jednak troszeczkę nie tak. Co ciekawe, można dorzucić jeszcze, że ostatnimi czasy wraca temat megakonstrukcji wokół różnych planet.
Przywołuje się gwiazdę Tabby, czyli tę sławną gwiazdę KIC czy Kik o długim później numerze, gdzie podejrzewano, że to mogło być jakieś miejsce, w którym podobna megakonstrukcja była tworzona. To w swoim czasie narobiło sporo szumu. Mówi się w tej chwili, że znowu takich układów planetarnych wokół innych gwiazd namierzono też kilka. Takich układów, które podejrzewa się o to, że mogą być właśnie otaczane. One są w trakcie budowy te megakonstrukcje, więc znowu kolejny kamyczek do ogródka i jednocześnie w tym samym czasie wrzucana jest sprawa tej wyprawy, która być może ku nam podąża. To już w tej chwili interpretuję oczywiście, bo coś podobno leci, ale co to jest? Znowu padają w pewnych momentach informacje o tym, że to jest ogromny statek, taka mała planeta właściwie, która tutaj zmierza, a więc całkiem poważna wyprawa. Pytanie, czy wojenna, czy może oni to lekarstwo na raka nam wiozą, o którym wszyscy marzymy. Znowu jesteśmy w mgle informacyjnej. Ja w ogóle mam wrażenie, że nasze czasy specjalizują się w owej mgle.
I jedno jest dla mnie pewne: ta mgła skutecznie przykrywa istotę tego wszystkiego i z chęcią posłucham, co ty, Piotrze, masz do powiedzenia, jeśli chodzi o cel wypuszczania tej mgły, mówienia nam o tym, że coś leci, ale nie powiemy co, bo to jeszcze nie dla was maluczcy, maluczcy właściwie informacja.
[38:15] - Ja jeszcze raz to powiem. To jest skomplikowana sprawa. Mamy dwa newsy, grupę informatorów anonimowych i ci informatorzy twierdzą, że naukowcy ukrywają odkrycie inteligencji pozaziemskiej, bo nakazał im to ONZ, że w sprawę mają być zaangażowani uczeni z Europy, jeżeli idzie o te światła. Te światła są, szczerze mówiąc, chyba tą mniej ciekawą częścią. Natomiast jeżeli chodzi o ten obiekt lecący do Ziemi, to miał go odkryć zespół amerykańsko-kanadyjski. I tutaj embargo na informacje jest nałożone, ale przecieki są, bo ogólnie to nie jest tajne, jak twierdzą różnego rodzaju vlogerzy. To nie jest tajne. Jest tylko prośba o dyskrecję, bo ludzie mogą spanikować. Niestety nie ma więcej szczegółów. Ciekawe jest, czy one będą wychodzić.
Zanim przejdę do tego, po co to może być konstruowane, to dodam coś, co chyba większości z was przyszło na myśl. To, co się dzieje teraz, mocno przypomina sprawę z Nibiru z roku 2012. Też przed 2012 mieliśmy przecieki. Wtedy internet funkcjonował trochę inaczej. Wtedy wielu osobom wydawało się, że to, co się pojawia w internecie drogą przecieków, to jest poważniejsze. Dzisiaj żeśmy się już nauczyli, podrośliśmy i przecież też mieliśmy przed 2012 przecieki, doniesienia od astronomów nawet, wszystko tajne przez poufne. Tyle że tak: o ile w sprawie Nibiru to była taka typowa teoria spiskowa wynikająca z nałożenia na siebie warstw różnych tematów i różnych koncepcji, tak tutaj nie wiem. W sumie są dwie drogi: albo to wszystko z tym lecącym do nas obiektem i z tym ukrywaniem informacji o światłach na innych planetach to jest prawda, albo prowokacja i totalny pic. Jeżeli to jest prawda i tutaj zaraz cię Marku poproszę o komentarz, no to tak, może mamy odpowiedź, dlaczego zamykano niektóre obserwatoria. Bo były takie przypadki.
Słyszeliśmy o zhackowaniu obserwatoriów, o ich nagłym zamykaniu. Odsyłam was na mój kanał. Albo dlaczego w trybie przyspieszonym zaczęto mówić o inteligencji pozaziemskiej, o obcych. Przecież Marku, w ostatnich 14 miesiącach pojawiło się tyle informacji, tyle koncepcji, przełamano tyle lodów i barier informacyjnych, że tak naprawdę nigdy coś takiego nie miało wcześniej miejsca. Ile razy sam powtarzałem w różnego rodzaju audycjach, że nie spodziewałem się, że będzie się o czymś mówić i gdyby mi ktoś powiedział dwa, trzy lata temu, że tak będzie, to bym za Chiny nie uwierzył. Więc może przygotowuje się ludzi mentalnie, że poszła taka informacja do różnych grup. Słuchajcie, jest taka potrzeba mówienia o pewnych sprawach, bo w końcu przylecą, tak? Natomiast też, jeżeli jest prawdziwa teoria, iż Hollywood, filmy, blockbustery przygotowują ludzi na pewne zdarzenia w jakiś sposób, to zobacz, ile mieliśmy ostatnio podobnych wątków w kinie. „Problem trzech ciał” — lecą obcy. „Nie patrz w górę” Akurat tutaj leci asteroida.
Ludzie czekają, ale koniec jest wiadomo jaki. „Zostaw świat za sobą”. Pamiętasz, omawialiśmy te wszystkie filmy i seriale na Filmotekarium. W tym filmie, który jest wyprodukowany przez Obamę, mamy jakąś krzywą akcję, jakąś prowokację. Później jest ten marokański film, gdzie przylatują dziwni obcy. To jest wszystko bardzo podejrzane. A zobacz, przez ten czas disclosure filmu nie nakręcili. Kręcą film o tym evencie, o różnych jego scenariuszach. Ja tylko dodam: niektórzy mogą pomyśleć, że ten event związany jest z przylotem asteroidy Apophis. Otóż nie.
Zaprzeczono temu, aby to była asteroida, aby to była kosmiczna katastrofa naturalna. To ma być coś innego. Marku, trzy słowa komentarza. Co jeżeli to wszystko jednak prawda? Czy my przypadkiem nie zmierzamy właśnie w stronę takiego głaskania społeczeństwa i mówienia: „Posłuchajcie, bo w każdej bajce jest ziarnko prawdy”.
[42:17] - Pewnie jakieś ziarnko jest. Tylko kiedy pochylam się nad tym przypadkiem, o którym dzisiaj mówimy, to jednak kilka rzeczy mi się nie zgadza. Albo musimy rozszerzyć warianty, albo się jednak nie zgadza. Bo jeśli coś leci w naszym kierunku, to jakby nie były przenikliwe nasze ziemskie władze i nawet jeśli one są lepsze niż te, których mamy okazję doświadczać tu u nas nad Wisłą, tylko to są lepsze, bo amerykańskie na przykład. Mam nadzieję, że państwo rozumiecie, że nie mówię tego poważnie, ale że są lepsze, bo amerykańskie. To skąd one niby mają wiedzieć, w jakim celu to coś tutaj leci? Bo możemy założyć, że rzeczywiście wiozą nam szczęście w kapsułkach albo w granulkach i będziemy strasznie zadowoleni jak przylecą. Ale skąd oni to tak naprawdę wiedzą? A może wiozą nam zagładę? Równie dobrze nie da się tego wykluczyć.
I teraz przychodzi mi na myśl, że skoro nie mamy jakiegoś pospolitego ruszenia tu na Ziemi, nie produkuje się jakichś środków zagłady. Ludzkość generalnie produkuje środki zagłady, ale jakichś takich wymierzonych w niebo, specjalnych, ekstra super to chyba jakoś nie. To zastanawiam się, czy może jest to ten etap, który został gdzieś wcześniej ugadany. I znowu puśćmy wodze fantazji. Może rzeczywiście było tak, że oni się gdzieś w latach 50. na coś dogadali z obcymi, z tymi formacjami, które tu przybyły na zasadzie zwiadu. Dogadali się i teraz odpowiednie władze wiedzą, że oni tu lecą i wiedzą, po co tu lecą. W związku z tym nie ma pospolitego ruszenia, tylko te władze wiedzą, albo przynajmniej wydaje im się, że wiedzą, że oto obcy wiozą nam szczęście. Tylko tu znowu nadmierna ilość książek science fiction w mojej głowie podpowiada mi, że możemy być ofiarami zwiedzenia, ale takiego innego zwiedzenia. Zwiedzenia polegającego na tym, że obcy nam powiedzieli: „Tak, my tu przylecimy i przywieziemy wam różne kosze ze smakołykami i dobroć wszelaką”.
A może oni tu się tak naprawdę wybierają po to, żeby zerwać te układy z lat 50. i chwycić za twarz? Nie wiem, czego potrzebują tak naprawdę. Nie wiem, czy ta cywilizacja wymaga, żeby nas za twarz chwycić. Może nas trzeba po prostu gdzieś tam wypikać, czyli po prostu unicestwić, bo trzeba jakiejś przestrzeni życiowej. Może jest milion innych celów, nie wiem tego. Ale odnoszę wrażenie, że zachowanie naszych ziemskich władz zdaje się świadczyć o tym, że jeżeli coś leci, to te władze wiedzą, co leci. W przeciwnym razie widzielibyśmy jednak jakieś nerwowe ruchy. A zatem wysnuwam, może nieco na wyrost, ale wniosek taki, że znowu zostaliśmy zrobieni w trąbkę. My ludzie, ci szarzy ludzie, bo ktoś nad naszymi głowami się dogadał, ugadał, nie wiem, może nas nawet sprzedał.
Ja nie mam na to żadnej gwarancji. Ale mówię to tak lekko, a w gruncie rzeczy, jeśli tak się stało, to przynajmniej częściowo, w jakimś procencie powinniśmy się zacząć niepokoić. Ja się właściwie już zaczynam niepokoić.
[46:00] - Wiesz, jest też pewna różnica między rokiem 2012 a dzisiejszymi czasami. Polega ona na tym, że wtedy jeszcze może niektórzy wierzyli, że świat polityki oczywiście jest bardziej racjonalny, jest bardziej szlachetny, że się kieruje pewnymi ideami, dobrem ludzkości, racją stanu i tak dalej. Dzisiaj jesteśmy odarci z tych iluzji. Widzieliśmy wirusa celebrytę, co tam się wyprawiało, jakie są wały możliwe na Ziemi i dzisiaj już ludzi nic nie zdziwi. Są też bardziej otwarci oczywiście na pewne rzeczy, ale jest opcja numer dwa pod tytułem pic na wodę jest to wszystko. I to może być tak. Nie jest przypadkiem, że grono ludzi dostaje przecieki. Grono ludzi może dostać przecieki z dwóch powodów: albo w ramach tego, że po prostu nadciąga coś strasznego i ludzie, którzy o tym wiedzą, a wiedzą, że mówić nie mogą, wysyłają informację, bo czują, że to jest niemoralne, żeby jednak społeczeństwo nie wiedziało. Ale też druga opcja jest taka, że tu po prostu chodzi o prowokację. Prowokacja w ufologii to jest niestety coś na porządku dziennym.
Przecież o tym, że coś się ma tam wydarzyć, że obcy tam coś niby mogą odpalić i tak dalej pisze Elizondo w swojej książce, którą żeśmy niedawno omawiali. Zobacz Marku, że ta sprawa staje się tematem bardzo głośnym w zasadzie kilka tygodni po publikacji książki Luisa Elizondo. Dziwne bardzo. Sam Elizondo mówi, że coś wie. I mówi to w taki sposób, ostentacyjnie nie mówi. Tak to powiem. Nie chce się chwalić, ale moje wnioski na temat Elizondo jako rozsadnika teorii szumnych i porywających okazują się chyba prawdą. Skoro tyle osób dostaje cynk, może to też być akcja dezinformacyjna. A po co? Wymierzona w ufologię jako taką, żeby ludzie przestali się tym interesować.
I tutaj nie chodzi wcale o to, że to wszystko są pierdoły. Nie. Chodzi o to, że nie są. Właśnie. Tylko ludzie powinni się przestać za bardzo tym przejmować. Powinni wyciszyć dyskusję. I tą dyskusję się właśnie wycisza. Wycisza się przez to, co robi na przykład Elizondo. Co Elizondo powiedział? Przypomniał, że według wielu UFO to demony i możliwe, że to demony.
Przecież on tak pisze. Czyli opinia publiczna, taka szeroka, dostaje wiadomość, że ci UFO entuzjaści to są szury. Wierzą w demony, które tu przylatują. Panie, daj pan spokój, jak powiedział kiedyś bohater znanej reklamy. Ale tutaj z tą sprawą przylotu pokazuje nam się coś jeszcze, że UFO entuzjaści to tak naprawdę niebezpieczni ludzie. Sekciarze, zwolennicy apokaliptycznej sekty, że oczekują na coś, co tutaj leci. Przecież pamiętacie Heaven's Gate na przykład. Co oni tam zrobili? I to jest taki sygnał dla opinii publicznej, że stara się ośmieszyć temat, bo za dużo zostało powiedziane. I ja myślę, że jednak w tym, co mówią ludzie związani z disclosure, w grach i tak dalej, nawet jeżeli to wszystko nie jest prawdą w całości, to pewne elementy mogą być.
Robi się wszystko, żeby ludzie przestali o tym myśleć na poważnie, żeby po prostu każdy, kto powie UAPy, UFO, ukrywane informacje, inżynieria wsteczna był z gruntu traktowany jako szur, żeby zajął to miejsce, które zajmował do tej pory w przestrzeni medialnej. I możliwe, że właśnie ta historia o tym czymś, co do nas leci, właśnie dlatego się pojawia. Pytanie jeszcze jedno bardzo ważne moim zdaniem, czy ta bardzo koronkowa, skomplikowana teoria mogła powstać samoistnie? Mogła się narodzić w umyśle internautów po prostu jako taka kula śniegowa, że tu jedna informacja, tu druga informacja i tak dalej. Na swoim kanale mówię, że mogła. Po pierwsze tak: Oumuamua. Istnieje teoria spiskowa, że Oumuamua wraca. Potem mamy obiekt, który bardzo przypomina ten obiekt, o którym mówi się w tej teorii, o której dzisiaj rozmawiamy. Obiekt, który porusza się przez Drogę Mleczną z prędkością miliona kilometrów na godzinę. I on pędzi.
Nic go nie jest w stanie zatrzymać. Jest wielki, prawdopodobnie masywny. Brzmi to bardzo podobnie, prawda? Potem mamy kolejne doniesienie na temat dziewiątej planety. Powiedział ostatnio jeden z astronomów, że dzięki teleskopowi imienia Viery Rubin możliwe będzie odkrycie dziewiątej planety, utożsamianej przecież błędnie z Nibiru w ciągu kilkunastu miesięcy. Dodaj do tego te pogłoski ze środowiska naukowego z początku roku, które mówiły, że odkrycie życia pozaziemskiego jest tuż, tuż. I to były pogłoski ze środowiska. To nie były takie historie z Reddita. Wiesz, kiedy się to wszystko zgmatwa, kiedy się pomiesza ze sobą, może powstać taka teoria, która to wszystko jakoś łączy. Kogo to jest wina?
Przede wszystkim naukowców i publicystów naukowych. Doszliśmy do takiego punktu w dziejach. Nie wiem, Marku, pamiętasz dawniej, my tych czasów nie pamiętamy, ale w XIX, XX wieku istniała instytucja polihistora albo polimata. To był ktoś, kto wszystko wiedział. To był ktoś, kto syntezował w sobie wiedzę. A teraz mamy w nauce straszną specjalizację. Czyli jeżeli się ktoś zajmuje dziedziną A, to może wie coś o dziedzinie B i C, ale do dziedziny Z mu daleko. I zauważam bardzo często, że naukowcy oraz publicyści naukowi, nawet autorzy zajmujący się popularyzacją nauki, nie są w stanie często odpowiedzieć na stawiane im pytania. Dodajmy do tego dziesiątki odkryć każdego roku i mamy taki chaos informacyjny odnośnie wielu dziedzin nauki, że nikt tego nie jest w stanie ogarnąć. Chyba że sztuczna inteligencja, że z pomocą sztucznej inteligencji, najnowszych wyszukiwań jesteśmy w stanie powiedzieć, jaki jest stan wiedzy na przykład na ten dany temat.
I być może jest też tak, że ta historia o tym czymś, co leci, narodziła się w ten sposób. Ale czy to absolutnie nam przekreśla możliwość, że jednak coś na rzeczy jest, że nas się przygotowuje od pewnego czasu na pewną prawdę w rzeczywistości?
[52:05] - Piotrze, ja mam wrażenie, że może to wymyślili internauci, a może po prostu skorzystali z podpowiedzi ludzi, którzy zajmują się wymyślaniem historii w sposób zawodowy. Ja wspomnę tylko książkę niejakiego Petera Wattsa „Ślepowidzenie”. Tam mamy sytuację taką, że przybywa do Układu Słonecznego, a właściwie nad płaszczyzną ekliptyki zawisa ogromny statek. Już nie będę państwa wprowadzał w treść, bo to nie jest przedmiotem dzisiejszej naszej rozmowy, więc tam się oczywiście udaje wyprawa. Ten statek jest badany. Statek jest ogromny, ma kilka niespodzianek przygotowanych dla ludzi. No i co? I to właściwie jest gotowy scenariusz. Tam u Wattsa to się odbywa bodajże w latach 80. XXI wieku, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi.
Więc takich opowieści o przybyciu tutaj obcych w wielkich statkach, jeśliby dobrze poskrobać, poszukać w fantastyce naukowej jest całkiem sporo, więc nawet wymyślać nie trzeba. Trzeba po prostu zestrzelić kilka historii ze sobą i oto mamy Zajmujący temat, zajmującą historię. Już nawet o tym mówiłeś, tylko po co? Po co ta historia jest stworzona? Czemu ona tak naprawdę służy? Do czego będzie wykorzystana? Czy do załatwienia naszych ziemskich różnych interesów, porachunków i to po prostu posłuży jako zasłona dymna, czy też rzeczywiście coś jest na rzeczy, coś leci i też znowu ktoś załatwia jakieś interesy. Bo ja nie mam złudzeń. Powtórzę to, ale myślę, że warto to powtarzać. Skoro politycy zachowują się tak spokojnie, chociaż szepczą, że gdzieś tam cicho coś leci, to znaczy, że albo już nas przehandlowali, albo wiedzą znacznie więcej, niż w ogóle nam się wydaje, niż dopuszczamy to w ogóle.
Może oni są już przygotowani. Nie wiem. Już mają takie chorągiewki powitalne przygotowane, ci wszyscy ze sfer rządowych i oni już są ugadani. Przypomnę tylko, uznacie to za moją obsesję, ale ja naprawdę w stosunku do polityków wszelkiej maści nie mam złudzeń. To są ludzie, którzy jeśli mogli nas zwykłych szaraków sprzedać, to nas sprzedali. Jeśli mieli z tego duże korzyści, to tym lepiej, a nam jeszcze będą starali się wmówić, że to tak naprawdę dla naszego dobra. Aż się boję w tej chwili wyciągać wnioski, bo przesłanki są marne czy nikłe. Boję się pomyśleć, do czego nas sprzedali i jaką rolę będziemy ewentualnie pełnili w tym przyszłym porządku, w którym będą nasi politycy i przybysze z gwiazd. Gdzieś tam są dwie grupy, jeśli chodzi o science fiction. Ludzie, którzy wierzą, że obcy bracia w rozumie są dobrzy i oni tu przylecą po to, żeby nas oświecić, żeby dobrze nam zrobić.
Ale są też tacy, którzy uważają, że spotkanie z obcymi nie może skończyć się dobrze, nawet jeśli na początku padną deklaracje, że tak, my tu przybywamy w pokoju, a my z kolei zadeklarujemy, że chcemy kontaktować się w pokoju, to znając ludzką naturę i nie znając natury obcych, zastanawiam się, czy to się może dobrze skończyć. Czy kontakt dwóch całkiem inteligentnych ras, z których jedna ma przewagę technologiczną, tak wielką przewagę technologiczną, czy to się może skończyć dobrze? Dobrze to rozumiem, czy nie zostaniemy zdominowani, czy nie zostaniemy, jakkolwiek to zabrzmi, wykorzystani. Proszę państwa, póki Piotr jeszcze nie uciekł od mikrofonu, to szybciutko zapowiem i zaproszę na Filmotekarium. Dzisiaj rozmawiamy o filmowej nowości. O filmie "Substancja". Dzień dobry wieczór Piotrze.
[56:35] - Witam w kolejnym odcinku Filmotekarium, już takiego Filmotekarium skupionego na nowościach, a dzisiaj odcinek o jednym filmie, a to oznacza, że jest o czym rozmawiać.
[56:51] - Oj jest, bo film "Substancja" nie mylić z filmem sprzed wielu lat, który nosił również taki tytuł, chociaż w oryginale brzmiało trochę inaczej, który był o cysternie i o tym, że w tej cysternie przewożono jakąś tam substancję, która była dosyć paskudna. Nie, to nie ten film. To jest film z poważną aktorką, zasłużoną dla mainstreamu i nie tylko mainstreamu, a w każdym razie fajnie się oglądało filmy z Demi Moore, bo to jest, proszę państwa, film z tą właśnie aktorką. I tak sobie myślę, Piotrze, to jest typowy body horror.
[57:42] - Tak, to jest typowy body horror, chociaż spotkałem się z takimi opisami, że to jest film grozy, gdzieś w polskim internecie. Nie powiem gdzie, bo to zasługuje tylko na uśmiech. A dzisiaj opowieść o tym, jak Hyde zabija Jekylla, jak portret zabija Doriana Graya, czyli coś o jednym z najgłośniejszych horrorów tego roku, czyli wspomnianej Substancji, "Substance" z Demi Moore w roli głównej, ale tam jako młodsza jej wersja. Chociaż tutaj można dyskutować, czy to jest młodsza jej wersja. Występuje niejaka Margaret Qualley, czyli córka innej znanej aktorki z tamtych czasów, Andie MacDowell. Ale o kreacjach aktorskich przyjdzie nam jeszcze coś powiedzieć. Film, który jest, jak powiedziałeś, body horrorem, w którym jest mnóstwo gołości, reżyserowała Caroline Fargeat, o której dzięki temu usłyszano. Ona się tam pojawiła na ściankach. Bo rzeczywiście "Substance" dostało takiego kopniaka w mediach. Mówiono o tym, że tam ludzie wymiotowali na seansach, że uciekali z kin.
Przyznam, że tak mi się za bardzo nie chce w to wierzyć. Kilka razy już to słyszałem, kiedy dyskutowaliśmy o różnych filmach, właśnie głównie body horrorach, ale takie hasełka to uważam za antyreklamę. Ogólnie, o ile jeszcze na musze jakiś tam człowiek, który się urodził kilkadziesiąt lat temu mógł puścić pawia oglądając te sceny, to wydaje mi się, że dzisiaj ludzie są przyzwyczajeni do takiej rzeczy. Pamiętam, że omawialiśmy taki horror "Raw" o takiej dziewczynie, która miała chęć na mięso takie zakazane i tam też niby ludzie uciekali. Ja jakoś nie mogę się przekonać do tego, że ludzie są niegotowi na takie widoki. Ja tam na te wszystkie widoki, które tam się pojawiły, ja byłem absolutnie gotowy, chociaż niektórymi może nie tyle, że byłem zniesmaczony, tylko że a! To wyjdzie w praniu. Zanim przejdziemy do wyrażenia naszych opinii, to może słówko o czym ten film jest. Nie ukrywam, że chyba dzisiaj będzie spoilerowato. Także jeżeli ktoś "Substance" nie widział, to niech wróci do tego odcinka później i sobie obejrzy film, bo będziemy mówić o czym to jest.
Zasadniczo o tym, jak sobie człowiek nie radzi ze starzeniem się. I tutaj się zastanawiam również, czy dobór Demi Moore i pewne sceny, które żeśmy widzieli, że tu wisi coś, tu już się zmarszczyło. Jak się bliżej spojrzy i kamerą najedzie, to nie ma takiego uroku. Czy to jest przypadek, że akurat mamy Demi Moore w tej roli, że ta fobia starzenia istnieje. Czy ona nie jest jakimś jej ucieleśnieniem? Czy ta rola nie jest łabędzim śpiewem w jej przypadku? Ale to jest również film o show-biznesie, o byciu na szczycie, o sukcesie i o świadku tego show-biznesu. To jest kolejny film po "Maxine", niedawnej produkcji ukazujący to środowisko właśnie w takim jakimś krzywym zwierciadle. Trzeba jeszcze podkreślić jedno: "Substance" ma w sobie dość duży ładunek groteski i dystansu. To tyle na początku Marku, nie wiem, czy się zgodzisz z moim wnioskiem, że Demi Moore nie zaangażowano przypadkowo.
[01:01:18] - Pewnie nie, bo jak ktoś pamięta Demi Moore, może tu nie będę klasyczny, ale chociażby z "G.I. Jane", to jest zupełnie inna Demi Moore. Ale ja mam jeszcze takie wątpliwości, bo powiedziałeś, o czym między innymi jest ten film i absolutnie się pod tym podpisuję, ale chciałbym coś jeszcze dorzucić. To jest też film o tym, jak bardzo nasze zachodnie społeczeństwa rozminęły się z pewną tradycją, która głosiła, że ludzie w podeszłym wieku, a w każdym razie starsi, są pewną ostoją, pewnym wsparciem dla ludzi młodych. I pewien szacunek dla ludzi starszych z tego się między innymi bierze, że starsi są taką intelektualną podporą. W tym filmie mamy obraz bardzo prawdziwy. Dzisiaj ilość lat nie ma żadnego znaczenia. Ludzie starsi to są głupcy, debile, którzy nie rozumieją współczesnego świata. Ludzie, których najlepiej byłoby wykasować, ale jeszcze system prawny tak nie funkcjonuje, żeby się dało. W związku z tym trzeba ich zmarginalizować.
I troszeczkę o tym jest również ten film, bo inkarnacja głównej bohaterki, niejaka Sue, to jest dziewczyna wystrzałowa. Większość mężczyzn patrzy pożądliwie na ekran, a jednocześnie jest to dziewczyna, która ma, i tu algorytm YouTube'a oszaleje albo nie, ma w dupie, generalnie ma swoją tak naprawdę kreatorkę, stworzycielkę, bo Demi Moore powołała ją do życia. Dzięki niej Sue zaistniała. Dzięki niej Sue mogła robić karierę. Dzięki niej stało się to wszystko możliwe. Ale to nie jest, proszę państwa, żadna zasługa. Trzeba maksymalnie wykorzystać starzejącą się gwiazdę, tak jak ją wcześniej wykorzystywał show-biznes, tak teraz Sue, czyli ta młoda dziewczyna. Dziewczyna zawsze jest młoda. Dobra, często się wikłam we własne słowa. W każdym razie ta dziewczyna postanawia w pewnym momencie, że co tam ta stara raszpla będzie jej tu dyktować warunki.
Chociaż to nie ona, a pewien system, pewien kreator, pewien eksperymentator kreuje te warunki. Ale co ona tam będzie się podporządkowywała. Ona ominie te warunki i dosyć szybko widzi, że konsekwencje są mordercze dla głównej bohaterki granej przez Demi Moore. Ale to ją nic nie obchodzi. Ona się chce realizować. I proszę państwa, to z mojej strony zarysowanie problematyki filmu, ale powiem jeszcze o jednej rzeczy, bo film jest interesujący, ale jakbym teraz nie wypowiedział swoich pretensji pod względem tego filmu, to bym nie był sobą. Źle bym się czuł. Moim zdaniem podstawową bolączką tego filmu jest zderzenie dwóch różnych opcji filmowych. Bo z jednej strony, kiedy oglądamy ten film, podążamy za minutażem, to mamy na początku wrażenie, że to jest film realistyczny, w którym coś się dzieje, jest akcja. To takie science fiction, ale bardzo nastawione na oddanie akcji, na oddanie tego, co się dzieje na ekranie.
Tymczasem ja sobie ten film obejrzałem dwa razy i mam wrażenie, że od początku ten film miał być jedną wielką przenośnią. Co zresztą widać bardzo mocno pod koniec filmu Jednym wielkim wzięciem w nawias tego wszystkiego, o czym państwo mają okazję dowiedzieć się z ekranu, obejrzeć. To może nie jest najważniejsze. Ważne jest pewne przesłanie i to bardzo dobrze widać pod koniec filmu. Zderzenie tych dwóch poetyk, czyli wielkiej, monumentalnej wręcz przenośni i kina realistycznego, moim zdaniem to nie do końca zagrało. To się da obejrzeć. Na pewno nie wyjdziecie z seansu obojętni. Albo ten film znienawidzicie, albo ten film pokochacie, albo tak jak ja na przykład pozostaniecie lekko zdystansowani, ale łykniecie przesłanie owego filmu. Nie bardzo budujące przesłanie, jeśli chodzi o ludzką kondycję, naszą kondycję moralną.
[01:06:47] - Moralną i nie tylko. Dobrze, będzie teraz to spoilerande, o którym mówiłem, które obiecałem. W filmie poznajemy 50-letnią Elizabeth Sparkle, gwiazdę aerobiku, która ćwiczy na antenie.
[01:07:03] - Ale i kina. Przepraszam, muszę wtrącić. Jakżeby była audycja, kiedy ja bym się nie wtrącił? Ona też miała swoją gwiazdę i ona grała w filmach.
[01:07:13] - Tak. I tam mamy taką sugestywną, otwierającą scenę, kiedy jej gwiazda jest na chodniku. Zobaczycie. W naszych czasach to ćwiczenie na ekranie to jest formuła trochę zaśniedziała. Czasem może są pokazy ćwiczeń w śniadaniówkach, ale to już tak nikogo nie rajcuje. Ale był taki czas, kiedy to było bardzo popularne. Ona jest popularna nadal. Jakoś się utrzymała na rynku, na antenie. Niestety aż do 50. urodzin, kiedy jej szef, grany przez Dennisa Quaida, postanawia ją zamienić na lepszy model, jak kiedyś śpiewała jakaś polska piosenkarka.
I za bardzo się ten szef z tym nie kryje, bo podsłuchawszy go w toalecie-
[01:07:57] - O, to jest fajna scena, dobrze zrealizowana.
[01:08:01] - Też bym tak chciał wchodzić do toalety jak Dennis Quaid. Ale tak, podczas wizyty w tej toalecie ona go podsłuchuje, że on ją chce zamienić. I dochodzi do takiej sytuacji, że Elizabeth w wyniku przykrego zbiegu okoliczności trafia do szpitala, w którym pewien lekarz rozpoznaje jej rozterki i wręcza jej karteczkę zawierającą kontakt do tajemniczej instytucji, która prowadzi dziwny, można rzecz ująć, makabryczny eksperyment, projekt. Biorący w nim udział ludzie cotygodniowo otrzymują paczki zawierające przyrządy i środki potrzebne do — i tutaj jest pewien problem zasadniczy — mógłbym powiedzieć, Marku, że do wygenerowania nowej wersji siebie. I tak, i nie, bo Elizabeth Sparkle generuje, oj generuje. Tylko że to nie jest ona. To jest ktoś, kto, jak się dowiemy z dalszej części filmu, przypomina ją niektórymi cechami charakteru, natomiast nie do końca cechami fizycznymi. I ta fizyczność tam jest bardzo mocno zakreślona, dlatego że to wygląda tak, iż ten eksperyment można zrealizować, ale co siedem dni musi się macierz, czyli oryginał, zamienić miejscem z nową wersją. I tutaj właśnie jest cały problem.
[01:09:35] - Tak, problem polega między innymi na tym, że ja nie do końca rozumiem motywację głównej bohaterki. Cóż ona właściwie zyskała, powołując do życia Sue? Okazuje się niemal od początku, że tak naprawdę niewiele. To pewno jeszcze przedyskutujemy, ale to jest pierwszy moment, ten moment kreacji, chociaż my to tak ubieramy w słowa, tak naprawdę dosyć body horrorowy moment, kiedy rodzi się Sue, jakby to ująć delikatnie, z kręgosłupa prawie jej wyłazi. „Jej” mam na myśli Demi Moore. W łazience w dodatku. I to jest jakieś puszczenie oka, bo to pod względem biologicznym, jakby ktoś próbował sztukać, co tam się naprawdę wydarzyło, to nie kupi tego. To jest tak absolutnie abiologiczne, aantropologiczne. Ale jest, zaistniało na ekranie. Pojawiła się Sue, wylazła z kręgosłupa Demi Moore, a później film się toczy.
I ten moment pojawienia się Sue to jest dla mnie taki pierwszy moment w filmie, kiedy zrozumiałem, że to nie jest do końca na poważnie, że to nie jest science fiction, że to jest film z przesłaniem. W tym momencie jeszcze nie wiemy, z jakim przesłaniem, ale dla mnie stało się jasne, że mniej więcej w tych scenach science fiction skończyło się. Zaczął się zupełnie inny film.
[01:11:30] - Tak, ale da się to oglądać.
[01:11:32] - Tak, absolutnie tak.
[01:11:35] - Da się to oglądać, bo pomimo tego, że w pewnym momencie orientujemy się, jaka to jest koncepcja, jaki to jest zamysł, to nie jesteśmy rozczarowani. Ja na przykład nie byłem rozczarowany jeszcze wtedy. Potem było inaczej. Ale pójdźmy dalej. Wyłania się, proszę państwa, ta Sue ze swojej macierzy, wychodzi z kręgosłupa i film jest zrealizowany na tyle dobrze, że gdyby to się stało w jakiejś innej produkcji, to ja bym sobie dał spokój zupełnie. Ale tutaj dobra, idziemy dalej. Jestem kupiony. Macierz. Macierz to jest oryginał człowieka, w tym przypadku Demi Moore, ale Sue nie jest jej bezpośrednią kopią fizyczną, nie jest jej klonem. Tak można powiedzieć.
Ona zachowuje autonomię i kiedy zaczyna karierę jako specjalistka od fitnessu, już nie aerobiku, tylko od fitnessu w telewizji, czyli robi to samo, to ona zaczyna łamać warunki umowy mówiące, że co tydzień się trzeba zamieniać, bo będzie źle. Panie też zaczynają sobie lekko dokuczać. W końcu okazuje się, że jedna jest dla drugiej jakimś problemem, jakąś zawadą i pomimo zgłoszeń do twórców eksperymentu Elizabeth nie decyduje się na jego przerwanie. Dlaczego się nie decyduje? Myślę, że to jest trochę tak, wiesz... My się zazwyczaj nie lubimy babrać z tymi wszystkimi symbolikami, alegoriami, analogiami, ale wydaje mi się, że to jest trochę tak, jak z tymi operacjami plastycznymi u niektórych ludzi, że stanowią przedłużenie młodości, mimo że wyglądasz jak wiadro, tak naprawdę. Masz taką głowę jak wiadro, masz wary jak nie powiem co.
[01:13:24] - Glonojad.
[01:13:26] - Ale jednak uważasz, że jesteś młodszy i to chyba przez to, tak mi się wydaje. Dochodzimy do punktu, kiedy ta kariera Sue się rozwija, w tej samej telewizji warto powiedzieć, ale każdy dzień ponad miarę, każde pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego od macierzy, który gwarantuje stabilizację nowej wersji w tej rzeczywistości, powoduje przyspieszone starzenie się oryginału, w tym przypadku Demi Moore. Tutaj same problemy się rodzą, bo sukces Sue sprawia, że otrzymuje ona niesamowitą propozycję zawodową. To jednak oznacza, że ona się musi rozprawić ze swoją żywicielką, a w dodatku angażuje ją takie codzienne życie. Demi Moore rozumie po czasie, że wykopała sobie sama dołek i prawdopodobnie to będzie, jeżeli tego nie zatrzyma, jej koniec na tym padole.
[01:14:27] - Ja mimo wszystko nie do końca rozumiem, co tak naprawdę zyskała Demi Moore. Nie widzę tych benefitów, które niby miały na nią spłynąć. Nie bardzo.
[01:14:44] - Przerwę ci. I to jest prawda, drodzy państwo, bo gdyby to był normalny film ludzki, to na przykład ta Demi Moore by powiedziała: "Dobra, ja przechodzę teraz na emeryturę, ale ja się wszystkiego nauczę. Ty idziesz do tej telewizji i tam robisz show, ale na przykład 30% z tego". A tutaj ta Demi tak naprawdę nie wiadomo z czego żyje, nie wiadomo jak żyje. Pałęta się po tym swoim mieszkaniu i w dodatku ma jeszcze megakonkurencję. I ten element realizmu w tej historii, coś, co sobie każdy uzmysłowi, pytanie, które sobie każdy zada, jest w pewnym momencie mocnym elementem obciążającym. I powiem ci, że to była mniej więcej połowa filmu, kiedy się zorientowałem, że to płynie w stronę wielkiej katastrofy.
[01:15:35] - Ja ci powiem, że jeszcze był jeden moment. Nie wiem, Piotrze, jak ty, ale ja miałem dużą ochotę po tym filmie zacząć obstukiwać ściany w swoim domu w nadziei, że może znajdę jakieś dodatkowe pomieszczenia, które będę mógł zagospodarować. Bo wyobraźcie sobie państwo, że żyjecie w apartamentowcu z sąsiadami, w każdym razie w budynku wielorodzinnym, w którym ni stąd, ni zowąd odkrywacie puste przestrzenie, które ktoś tam kiedyś gdzieś zostawił. Cholera wie po co. I one się teraz państwu bardzo przydadzą do tego, żeby realizować swój plan. I pukacie, i nagle za ścianą łazienki odkrywacie pustkę, całkiem zgrabną, wielometrową, jeśli chodzi o metry kwadratowe, która się da znakomicie wykorzystać. Powiem szczerze, że już zacząłem opukiwać ściany, czy gdzieś czegoś nie znajdę, ale się powstrzymałem. To była kolejna rzecz, kolejny element tego filmu, który mnie przede wszystkim rozśmieszył, ale później przyjąłem do wiadomości i obserwowałem, co będzie działo się dalej. Mówisz, Piotrze, że ku katastrofie. Chyba przyznam ci rację, chociaż coś będę musiał jeszcze później dopowiedzieć.
[01:17:10] - Tak. Musicie wiedzieć, drodzy państwo, że "Substance" o ile wciąga do pewnego momentu, jest nawet całkiem spoko i ogląda się dobrze, to przestajemy kupować tą konwencję. To znaczy się następuje takie niemiłe przejście, które jest w niektórych filmach od realizmu do groteski. Myślę, że dotarliśmy do momentu w opowiadaniu fabuły kluczowego. To znaczy w pewnym momencie to się wszystko robi mocno bajkowe, mocno symboliczne również. I końcówka sama przypomina w jakimś stopniu "Muchę". Zarówno pod względem tego potwora, który się pojawia, ale też wielkiego finału, który się zbliża. Czy ten finał jest udany? Bohaterka bowiem wskutek tego, że jej żywicielka, że jej nowa wersja korzysta bez umiaru z tego płynu, przemienia się w monstrum. I tutaj pewna uwaga.
Pomimo dość prostego pomysłu, "Substance" ogląda się do pewnego momentu bardzo przyjemnie. Ale to zakończenie łączące style monster, horror i gore jakoś mnie nie przekonało. Wiesz co mnie bardzo nie przekonuje w tym filmie? To oprócz tych dziur w scenariuszu, to jest charakteryzacja. Bo bardzo często jest tak, że nawet w przypadku wysokobudżetowych filmów, kiedy się próbuje kogoś na siłę postarzyć, to wychodzi źle albo bardzo źle. I tutaj jest właśnie tak samo. Podobnie było w "Prometeuszu". Pamiętacie, kiedy próbowano postarzyć tego pana Weylanda bodajże? To wyglądało to śmiesznie, po prostu śmiesznie. I tutaj w przypadku "Substance", kiedy mamy tą Demi Moore, która się starzeje w niesamowitym tempie i przypomina taką trochę czarownicę, trochę nie wiem, jakiegoś tam stwora, to wygląda źle, wygląda marnie.
I to jest ten moment, kiedy film traci bardzo dużo traci i niestety brnie w kierunku zakończenia, które jest równie symboliczne, co dla mnie absurdalne, dla mnie nie do końca do kupienia. I to sprawia, że nie do końca traktuję film "Substance" na poważnie. Ja bym się chciał gdzieś zatrzymać w tej drugiej połowie i podążyć w zupełnie innym kierunku, ale takim, który ma w sobie chociaż nutkę może nie realizmu, ale czegoś więcej. Bo tutaj to, co nam oferują twórcy, jest, nie chcę powiedzieć mocno naciągane, znaczy naciągane też jest na pewno, ale to już jest pewna przesada. Pewna przesada, która sprawia, że tego się ani nie ogląda dobrze, ani się nie czerpie z tego większych wartości intelektualnych. No przynajmniej ja.
[01:20:15] - Ja pójdę w kierunku takiego banału. Pamiętacie państwo Ferdydurkę i dlaczego Słowacki wielkim poetą był? Mniej więcej o coś takiego. To tutaj macie państwo pod koniec filmu takie przesłanie, poniekąd prawdziwe, o którym już mówiłem, sygnalizowałem, że na przykład to jest jedno z tych przesłań, że świat ludzi młodych i starych dzisiaj to są światy, które istnieją osobno. Kiedyś było tak, że jedno pokolenie zastępowało drugie i była pewna łączność. Zawsze było pomiędzy nimi napięcie. Zawsze ci młodzi to byli jacyś tacy, wiecie panie, to upadek kompletny i groza. Niemniej to był stały punkt programu. Zawsze starzy narzekali na młodych, a młodzi na starych, że są głupi. Niemniej młodzi czerpali z doświadczenia starszych i to była normalna kolej rzeczy.
Tymczasem dzisiaj dochodzimy do cywilizacji, która ma kompletnie w nosie to, co osiągnęły poprzednie pokolenia, czego się dorobiły intelektualnie, materialnie i tak dalej. Oni wiedzą swoje, oni wiedzą lepiej, oni są mistrzami stworzenia i mistrzami zrozumienia przede wszystkim tego świata. I to jest w tym filmie prawdziwe. Tylko ja nie wiem, czy sposób przekazu, który się pojawia, robi temu przekazowi dobrze, bo teza postawiona jest prawdziwa. Takie odnoszę wrażenie. Natomiast ona jest podana w sposób taki bajkowo-horrorowy czy bajkowo-grozowy, czy bajkowo cholera wie jaki. W każdym razie dostajemy obraz właściwie groteskowy pod koniec i my nie wiemy o co, znaczy nie, wiemy o co chodzi, tylko nie wiemy, o co reżyserowi ce chodzi. Reżyserowi, reżyserce chodzi, bo to nie jest jasny przekaz. Tak, fajna była ta Demi Moore, ale ta Sue też była fajna. Wszyscy byli fajni i wszyscy źle skończyli.
[01:22:41] - To wiesz, to można by równie dobrze podciągnąć pod to, że jak się rodzisz, to już włosienicę powinieneś założyć i już powinieneś burkę jakąś założyć, ukrywać swoje wszystkie przymioty. No bo to jest złe, bo ktoś cię tam ocenia. I ja tutaj zauważyłem pewien taki przekaz, też związany z tą współczesną kulturą, co mi się nie podoba powiem ci. To jest kolejny film, gdzie mówi się o tym, jak to aktorzy, jak to celebryci, jak to ci, którzy na świeczniku są, cierpią, bo muszą albo spać ze starymi dziadami, jak w "Maxine", albo w innych filmach, albo się starzeją i nikt ich nie chce oglądać. Ale czy to jest problem widza? Czy to jest problem mój, twój, kogoś innego, że kogoś się już nie chce oglądać? Nas też nie będą kiedyś słuchać. No i co z tego? No to ja mam się teraz, nie wiem, poem a do tym napisać? To mi się nie podoba, że tam są jakieś takie wiesz, widać, że to było ukierunkowane przez Demi Moore, że ona ma pewne jakieś tam refleksje z tym związane, że już może nie tak wygląda, jak kiedyś wyglądała, że może ją nie chcą zatrudniać, że ona się teraz przeistacza w tego potwora.
Ja myślę, że to jest trochę za dużo. Prawdziwy talent to się broni sam. Ile mamy aktorek, które kontynuowały swoją karierę na przestrzeni kilkudziesięciu lat? To ja mam nie wiem, cierpieć filozoficznie za to, że Demi Moore opierała swoją karierę tylko na urodzie? No drodzy państwo, na co inni mają powiedzieć, którzy są bardziej niewyjściowi tak jak my na przykład, bo nas słyszycie, a nie widzicie. To mi się nie podobało. Nie podobało mi się w dość znaczącym stopniu muszę ci powiedzieć. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o scenariusz "Substance", to nie jest najgorzej. Bo zobacz, to jest tak prosta historia, tak banalna historia, a jednak do pewnego momentu wciąga. Nie jest najgorzej.
Oczywiście są tacy, którzy uwielbiają tego typu tematy. Uwielbiają tą polityczną poprawność, te wszystkie tematy związane z kultem ciała i tak dalej, którzy powiedzą: tak, to jest świetne, to jest super zobrazowane. A jeżeli ktoś pokazuje tą d. całe życie, a potem tej d. ktoś nie chce oglądać, no to czyj to jest problem? D.? Właściciela D.? Czy widza?
[01:25:00] - Ale Piotrze, dokładnie to ująłeś. Bo wiecie państwo, jeśli zdarza wam się oglądać telewizję, mnie się to zdarza coraz rzadziej, ale w telewizji głównie ogląda się reklamy. To żart, ale boleśnie prawdziwy. I powiedzcie państwo, że to niesprawiedliwe, co za chwilę powiem, nie wiem, może YouTube zwariuje jak to usłyszy, ale ja mam dosyć oglądania poprawnych politycznie reklam, w których niezwykle puszyste modelki reklamują mi różne rzeczy, podczas gdy wcześniej reklamowały mi to fajne dziewczyny. I ja wiem, że to jest cholernie niesprawiedliwe, bo życie jest, kuźwa, niesprawiedliwe. Najpierw jesteśmy piękni i młodzi, a niektórzy są tylko młodzi, ale później przychodzi taki wiek, który niekoniecznie jest cudowny. I co w związku z tym? Mamy wmawiać sobie, że jak się pojawia 150-tonowa albo kilogramowa modelka, która jeździ na łyżwach, bo się realizuje, to to jest świetna reklama? Nie, proszę państwa, to nie jest świetna reklama. To jest reklama robiona absolutnie sprzecznie z zasadami reklam.
Bo reklama ma nas przyciągnąć, a nie odtupać, odstraszyć. I ja wiem, że to, co ja mówię w tej chwili jest straszne i jest niepoprawne i proszę państwa, jakie to jest w ogóle, nie wiem, powinna jakaś policja myśli tu wjechać i powiedzieć mi, dlaczego powinienem skończyć w obozie reedukacyjnym. Ale proszę państwa, kiedy przychodzimy na ten świat, nikt nam nie obiecuje, że życie będzie sprawiedliwe, że będą nas spotykać wyłącznie przyjemności. A jak realizujemy z Piotrem jakieś materiały na YouTubie, to wyłącznie pochwały nas będą spotykać. Nie. Zawsze się pojawi jakiś internetowy troll, który nieważne, czy będzie powód do tego, czy nie, chce to to zrobi. I podobnie jest w życiu. I oczekiwanie, że w związku z tym świat zamieni się w coś takiego, że wszyscy będą podziwiać wszystkich, nawet wówczas, kiedy nie będzie za co podziwiać, to jest jakaś utopia, kompletne wariactwo. Ja wiem. Przypomnijcie sobie państwo taki stary serial, bardzo stary, „Świat według Bundych” i przypomnijcie sobie państwo Ala Bundego.
[01:27:49] - Który mówił, kto wszedł do sklepu.
[01:27:52] - Tak jest. Już nie będziemy tego cytować, ale dokładnie. Kto wszedł do sklepu? Sklepu z butami dodajmy. Ale w ogóle jego obraz świata dzisiaj to jest absolutnie do wykasowania. Jeślibyśmy przywołali rok 1984 Orwella, to do grobu w pamięci trzeba by wrzucić ten serial, ponieważ jego ogląd świata jest absolutnie straszny z punktu widzenia dzisiejszego świata. On mówi, że są ludzie tacy i śmacy, są ludzie ładni i brzydcy. I to nie jest tak, proszę państwa, że jak widzimy kogoś brzydkiego, to musimy powiedzieć, że on jest ładny inaczej. Nie. On jest brzydki, proszę państwa i warto sobie to uświadomić.
I to jest oczywiście niesprawiedliwe i świat powinien wyglądać inaczej. Powinien być cudowny. No ale kuźwa, nie jest taki. I troszeczkę ten film, o którym dzisiaj mówimy, on się wpisuje w takie wycie współczesności na temat tego, że człowiek się starzeje, człowiek umiera. Człowiek w ogóle się gdzieś tak w drugiej połowie życia robi mniej atrakcyjny. A przecież wszyscy powinni podziwiać tego mniej atrakcyjnego, bo on kiedyś wielkim aktorem był i nawet jak mu, i tu wybaczcie państwo, chodzi o pewną dosadność, ale adekwatną w stosunku do filmu, który omawiamy, jak mu cycki opadną i tyłek uwiędnie, to on i tak jest piękny. No nie jest. I bardzo dobrze ten kontrapunkt pomiędzy główną bohaterką graną przez Demi Moore a tą Sue bardzo dobrze pokazuje, kto jest w tym filmie atrakcyjny fizycznie. Podkreślmy to, fizycznie. No Sue.
Demi Moore to już jest przebrzmiała pieśń. I co w związku z tym? Powinniśmy to wszystko wyrównać i mówić, że Demi Moore albo grana przez nią postać piękna jest, ponieważ ona była piękna, to do końca życia musi pozostać piękna. No nie, tak właśnie wygląda życie. Ja mówię banały. Mam wrażenie, że mówię banały, rzeczy oczywiste. Raz jest pięknie, szczególnie na początku, a później jest brzydko. I co to jest za odkrycie? Żadne.
[01:30:24] - Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ani jedna z tych bohaterek nie ma wielkich walorów intelektualnych. One są tylko atrakcyjne fizycznie, więc tak naprawdę reżyserka chcąc nam uzmysłowić, że piękno to jest takie zawsze i wszędzie, i że ten, który obserwuje, bo tam mamy na końcu taką scenę, kiedy z oka potwora wypada coś i że niesprawiedliwe jest to oko. Nie, oko zawsze będzie okiem. Niesprawiedliwe jest gadanie. Niesprawiedliwe jest, jak powiedziałeś, robienie pewnych- Pewnych takich puls. Ja dam inny przykład. Dzisiaj stara się wmawiać wielu osobom, na przykład wybranym z pewnej grupy, że ty jesteś wyjątkowy, że masz wyjątkowy głos. Jesteś wyjątkowym człowiekiem, bo pokonujesz swoje ograniczenia cielesne. Możesz zdobyć wszystko, bo masz fajny profil na Instagramie, ponieważ jesteś na przykład celebrytą, jesteś obserwowany przez tyle, a tyle osób, masz możliwość zdobycia świata. Tylko że to jest jedna osoba na kilkaset tysięcy, może na kilkaset milionów.
To jest fałszywe. To jest bardzo fałszywe. Ja tutaj nie chcę się odwoływać do pewnego celebryty z Polski, który starał się sprzedawać swoje życie prywatne, a cierpiał na pewną nieuleczalną chorobę. Ma teraz problem. Pewnie wiecie, o kim mówię. Natomiast on w pewnym momencie zrobił coś takiego, że mówił, że został zatrudniony jako specjalista do spraw walki z tym, a tym w pewnym banku. Tylko zobacz Marku, on został. On jako jeden z wielu osiągnął sukces. A co z milionami, którzy muszą się zmagać z codziennością? I tak naprawdę powiem ci, że te rozterki, które ma Demi Moore w tym filmie, mnie tak naprawdę niewiele obchodzą.
Co mnie to obchodzi? Każdy się starzeje, że ona chciała wykreować drugą młodość. Mogła sobie wykreować od 35. roku życia, kiedy zaczęłaby grać w bardziej dramatycznych produkcjach. Są tacy aktorzy, którzy się przerzucili. A są tacy, którzy zginęli. Aktorzy, przepraszam, to też jest niepoprawne. Aktorki. Z chłopami to jest różnie. Nie oszukujmy się, niektóre aktorki opierały swoją karierę o walory ciała.
Kto dzisiaj pamięta, będę teraz chamem, kto dzisiaj pamięta o Katarzynie Figurze? Kto pamięta o Renacie Dancewicz? Pamięta mnie z ról sprzed lat. Ale czy to jest moja wina? Czy to jest wina świata, do którego one weszły? I to jest chyba podstawowe pytanie, które nam stawia film „Substance”. Tylko po pewnym zastanowieniu, bo tam reżyserka zrzuca na nas odpowiedzialność, bo my lubimy sobie na to czy na owo popatrzeć. To jest nasza wina. To nie jest wina środowiska, w którym ona siedzi, to nie jest wina tego przemysłu w ogóle. I to moim zdaniem jest główne kłamstwo tego filmu.
Ale dodam jeszcze jedną rzecz, bardzo pozytywną w pewnym sensie, bo jest tam pewna ciekawa postać Dennis Quaid, szef Demi Moore, właściciel stacji telewizyjnej. Jest to upadła gwiazda tak naprawdę w życiu realnym. To jest facet, który był kiedyś naprawdę bardzo popularnym aktorem. Myśmy o nim mówili, wspominając kilka produkcji horrorowo science fiction, ale Dennis Quaid wskutek pewnych problemów odpłynął w niebyt, a tutaj wrócił i wrócił w taki sposób, że to on jest gwiazdą według mnie w tym filmie. W tej lekko groteskowej historii wypada bardzo dobrze i jego się dobrze ogląda. On nie balansuje na krawędzi kitu ani abstrakcji. Jest tym, kim powinien być. Także jakbym miał podsumować „Substance”, to według mnie jest jednak bardzo ciekawy film. Jest film, który się dobrze ogląda do pewnego momentu, ale który jest mocno zakłamany. Mocno zakłamany, bo przerzuca na nas pewną odpowiedzialność.
Odpowiedzialność za coś, co samo środowisko filmowe wyprodukowało, co wyhodowało, a nagle okazuje się, że to jest złe, że my nie powinniśmy niektórych rzeczy oglądać. Powinniśmy zrewidować nasze sądy, nasze kanony piękna przede wszystkim, bo jest inaczej niż to środowisko nas uczyło przez kilkadziesiąt lat.
[01:35:16] - To prawda. I dlatego, wiecie państwo, to może nie jest film, który mam teraz nie na myśli ten film, który dzisiaj omawiamy, tylko ten film, który przywołałem w pewnym momencie, „G.I. Jane”. To nie jest film dla ludzi myślących, to nie jest film jakoś specjalnie ambitny, ale on dobrze obrazuje to, w czym Demi Moore brała udział, czyli sprzedawanie własnego ciała. Nie dosłownie, ale jednak za jakimś tam pośrednictwem taśmy filmowej czy powiedzmy kamery. Ja wiem, że Demi Moore w filmie odgrywa pewną rolę, ale to, co sugeruje Piotr, jest zadziwiająco prawdziwe. Mam wrażenie, że Demi Moore grając w filmie „Substancja” jednocześnie gra, odwzorowuje siebie i swoje problemy, i problemy wielu innych gwiazd, które mówiąc krótko albo zarabiały tyłkiem, albo zarabiały twarzą w Hollywood, a teraz mają pretensje, że współcześni widzowie chcą, i tu znowu ja wiem, to, co mówię, jest brutalnie szczere, ci współcześni widzowie chcą oglądać inne tyłki i inne twarze, w obu wypadkach młodsze. I to jest dramat. Dramat, bo przecież ktoś się przyzwyczaił do tego, że to on jest number one. I co teraz?
Dramat. I powiem tak, że film, o którym dzisiaj rozmawiamy, miał wiele momentów, w których mógł skręcić, odjechać w zupełnie inną stronę i byłby to film, który budziłby przynajmniej zastanowienie, jeśli nie poważną refleksję, nawet natury filozoficznej. Tymczasem dostaliśmy przedstawienie z przesłaniem i to jest chyba najlepsze podsumowanie. Przesłaniem takim wiecie państwo, jak to często w rozprawkach szkolnych mamy tezę i później ją udowadniamy, i na koniec wygłaszamy jakiś taki glut. Ja to tak nazywałem jeszcze w czasach liceum. Kiedy trzeba było coś bardzo mądrego powiedzieć, wstawiało się najrozmaitsze głupoty. Ja już wtedy wiedziałem, że to są głupoty, ale trzeba było wstawić, bo polonista bardzo czekał, żebyśmy coś mądrego, ogólnego, fajnego powiedzieli. To oczywiście mówiłem. I trochę jest tak z filmem „Substancja”. Na koniec jest coś takiego powiedziane: „Wiecie państwo, nie tylko przecież ciało się liczy, liczy się też wszystko inne.
A w ogóle tę gwiazdę, która jest na chodniku, trzeba wysprzątać i może jakaś pamięć zostanie”. Ten film miał, moim zdaniem, duży potencjał i po raz kolejny, jeśli chodzi o produkcję hollywoodzką, mam wrażenie, że ten potencjał został zmarnowany. Teraz zapraszam na recenzarium Evivy. Luiza Dobrzyńska opowie dzisiaj o „Trzech grubasach”. I ja nie wiem, proszę państwa, naprawdę nie wiem, czy algorytm nie zaprotestuje. YouTube'owy algorytm oczywiście. Bo algorytm, umówmy się, głupi jest i nie rozróżnia, czy to życie, czy literatura. Dla niego ważna jest tylko mowa nienawiści. Parsknięcie, którym państwo być może skwitowali te moje słowa, jest jak najbardziej zasadne.
[01:39:21] - Marku, licz się. Czarna, tfu, przepraszam, niebiała lista słówek.
[01:39:28] - Rozumiem. W każdym razie ja się nie zdziwię, kiedy wielu naszych słuchaczy parsknęło, kiedy to powiedziałem. Bo wiecie państwo, czym jest tak naprawdę mowa nienawiści? Tu moglibyśmy zrobić osobną audycję. Ja mam wrażenie, że mowa nienawiści to jest to, co mówią ci, z którymi się nie zgadzamy. Ja to przynajmniej, kiedy śledzę rozważania, trudno to nazwać rozważaniami, może te wytwory umysłowe, które produkują politycy w Polsce, to takie mam wrażenie, że mowa nienawiści to jest to, co mówią tamci. Bo my to zawsze z miłością. Zostawmy, bo to tak naprawdę nie do końca jest problem. Powiem tak: według algorytmu, jak się używa słowa „grubas”, to na pewno się używa go w formie nienawistnej, z całym sercem nienawistnej. Takie rozdumowanie mało rozumne, algorytmowe.
A i tak byłem, myślę, delikatny, kiedy to starałem się podsumować. Krótko, recenzarium Evivy. Luiza Dobrzyńska opowie o „Trzech grubasach”.
[01:40:45] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Niejeden raz już wspominałam, że chociaż można potępiać ZSRR jako całość, a Rosję jako państwo, które w rozwoju społecznym nie posunęło się poza wiek XVIII w najlepszym razie, to jednak literatura fantastycznonaukowa właśnie stamtąd jest najwyższej próby. I było tak zawsze. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że rzeczywistość pisarzom wydawała się zbyt straszna i usiłowali z niej uciec w którąkolwiek stronę. Duża część tej literatury została przeznaczona dla dzieci i młodzieży. I niestety to była nie tyle może gorsza pod względem literackim część, co bardzo skażona ideami. Ideami, które usiłowano młodym ludziom wpoić wszystkimi dostępnymi sposobami. A cóż jest lepszego, jak wpleść jedynie słuszne poglądy w bajkę dla dzieci? Dzieci to łykną, zwłaszcza jeżeli bajka będzie interesująca.
I tak to szło. Nie tylko w filmie, bo i cały dział filmowy na to pracował, ale też w literaturze. Sztandarowym przykładem jest tutaj książka Jurija Oleszy „Trzech grubasów”. Jak łatwo się domyślić po tytule, jest to książka o paskudnych, obżartych tyranach dręczących biednych proletariuszy. Tak, to jest właśnie książka na ten temat. Ale nie tylko. O czymże ona jest? Otóż w pewnym kraju rządzi ex aequo trzech władców. Nie jest powiedziane, kim dla siebie są. Czy są braćmi, czy kuzynami, czy przypadkowymi ludźmi, którzy tworzą triumwirat.
Ważne, że jest ich trzech. Nazywają ich Trzema Grubasami, co symbolizuje, że tak powiem, soki wyssane z ludu. Trzech Grubasów ma jednak pewien problem. Mianowicie nie mają dziedzica. Dlaczego żaden z nich się nie ożenił i nie postarał się o dziecko tą drogą? Na ten temat opowieść milczy. Domyślać się można wiele, ale może nie przesadzajmy. W każdym razie decydują się po prostu kupić sobie dziecko i wychować. Ich wybór padł na małego chłopca o imieniu Tutti. Był tylko jeden problem.
Chłopiec miał siostrę, bliźniaczkę. Zachodziła obawa, że będzie ją pamiętał. W związku z tym polecono wykonanie lalki, która będzie we wszystkim podobna do dziewczynki, a nie będzie zawadzała Trzem Grubasom. Oczywiście nie miała to być zwykła lalka. I nie była. Umiała nie tylko chodzić, tańczyć, uśmiechać się, a nawet mówić kilka słów. Również rosła. Rosła razem z małym księciem. I wszystko było dobrze aż do czasu, kiedy w państwie wybuchła rewolucja. Przewodził jej gimnastyk z podrzędnego cyrku o imieniu Tibul oraz rusznikarz Prospero.
Wojska Trzech Grubasów szybko rewolucję stłumiły, a przynajmniej tak by się mogło wydawać. Jednak w trakcie buntu jeden z gwardzistów, którzy przyłączyli się do powstania, uszkodził bezcenną lalkę. Rozpacz księcia nie miała granic. Chłopiec nie rozumiał nic z sytuacji, nie wiedział, co się dzieje na zewnątrz pałacu. Był wychowywany na następcę tronu i ... o tym, w jak ciężkich warunkach żyją jego poddani. Ma się rozumieć poza arystokracją. Jednak nie mając kogo kochać, bardzo kochał swoją lalkę. Trzech grubasów postanowiło, że musi ona zostać naprawiona i w tym celu wezwało do pałacu doktora Gaspara Arnerii, specjalistę od mechanizmów. Jednak naprawa lalki okazała się czymś bardzo trudnym.
Była ona ogromnie skomplikowana. Przypadek zetknął doktora z gimnastyczką z tego samego cyrku, z którego pochodził Gymnastic Tibul. Gimnastyczką podobną do lalki jak dwie krople wody. W umyśle uczonego, który sprzyjał rewolucji, zrodził się natychmiast pewien plan. Tak. Myślę, że domyślacie się, co było dalej, więc nie warto mówić. Dlaczego jednak postanowiłam opowiedzieć o tej książce? Mamy tam przepiękny przykład androida. Androida będącego towarzyszem dla Małego Księcia. Bo czymże w końcu jest ta lalka?
No jasne! Poznajemy ją jako już beznadziejnie zniszczoną, ale przez te wszystkie lata towarzyszyła chłopcu. Była jego jedynym przyjacielem. Do tego stopnia, że nie chciał bez niej żyć. Zatem zdecydowanie nie mogła być zwyczajną lalką. To wplecenie wątku wyższej techniki do całej opowieści jest czymś, co sprawia, że nawet jeszcze dzisiaj dobrze się ją czyta. Chociaż widzimy tutaj, że sprawy mechanizmów społecznych zostały przez autora mocno uproszczone na potrzeby podbudowania ideologicznego młodych czytelników. Żeby wiedzieli, że arystokraci są źli, że tylko uciskają biedny naród, że są nieczuli. Tutaj przykład bogatej staruchy, która nakazuje swoim lokajom pobić małą tancerkę za to, że ta ją przedrzeźnia. No jasne!
Można przedstawić wszystko w taki sposób, można w inny. Może nas to dzisiaj oburzyć. Idee Robespierre'a, Marksa, Lenina przedstawiane dzieciom jako coś pożądanego. Dobrze wiemy, co z nich wynikło. Z drugiej jednak strony, jeżeli przyjrzeć się temu bezstronnie, to widać, że taki sposób zarządzania ludźmi prędzej czy później musi doprowadzić do wybuchu niezadowolenia oraz do czynów, których lepiej nie oglądać na własne oczy. Tak, rewolucje nie wybuchają ot tak sobie. To prawda, że najczęściej są sterowane przez ludzi, którzy tak jak Robespierre na przykład, wcale nie należą do proletariatu, natomiast mają swoje plany z nim związane. Jednak coś przygotowuje grunt pod te rewolucje. Dobrze jest o tym pomyśleć. Szczególnie jeżeli ktoś ma za ambicję bycie na samej górze, rządzenie narodem, a nawet rządzenie niewielką firmą.
Trzeba wiedzieć, że ci niżej, właśnie ci niżej wypracowują twój dochód. I że nie są maszynami, tylko ludźmi. I że może w końcu dojść do tego, że się zbuntują. A wtedy marny los tego na górze. I nie tylko jego, ponieważ rewolucja jest ślepa i uderza we wszystkich dookoła. Oczywiście o tym już autor nie pisze, jednak przemyca jedną drobną prawdę, której zresztą nie trzymali się ani wojownicy Robespierre'a, ani Dekabryści, ani też ci z rewolucji październikowej. Mianowicie, że dzieci, nawet dzieci arystokratów, nie są niczemu winne. Kreśli obraz córki bogatej damy, która płacze na wieść o uwięzieniu Prospera. Chcę w ten sposób pokazać, że wszystkiemu winni są dorośli, nie dzieci. Tak samo niewinny jest książę Tutti, który został wychowany przez trzech grubasów.
Jak dobrze wiemy, w czasie rewolucji oczywiście nikt tak nie myśli. Dobrze wiemy, co spotkało rodzinę Romanowów, co spotkało dzieci Marii Antoniny. Dlatego właśnie ta książka mimo wszystko broni się jeszcze dzisiaj. Możecie ją dać swoim dzieciom. Myślę, że złych wniosków nie wyciągną. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:48:13] - Przypomniała mi się, proszę państwa, anegdota, kiedy to znany stand-uper Lotek Lodkowski opowiadał, że dostał tak zwanego żółtego dolara na YouTubie za to, że naśmiewał się z grubasów. Kto kojarzy postać owego stand-upera, no to wie, że zarzut, że on nabijał się z grubasów jest absurdalny. Może podsumowaniem będzie cytat z tego Lotka Lodkowskiego, kiedy powiedział: „Proszę państwa, przez ostatni rok schudłem trzydzieści kilo i dalej jestem gruby.” To tak à propos tego, czy Lotek mógł się nabijać z grubasów. Przejdźmy do kolejnej części Bibliotekarium. Zapraszam państwa na sentymentalnik. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o filmie „Mistrz tańca”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:49:16] - Dzień dobry wieczór, witam wszystkich.
[01:49:19] - Zaczynamy sentymentalnik i zrobi się tanecznie. Duża przesada. „Mistrz tańca” to w gruncie rzeczy horror. Mówię starym nazewnictwem. Dzisiaj pewno powiedziano by groza. No ale jednak film, który nazwijmy, pójdźmy taką ścieżką najłagodniejszą. Film z dreszczykiem.
[01:49:46] - Tak. Mnie osobiście bardziej przeraża „Taniec z gwiazdami”, a z „Mistrzów tańca” to za bardzo nie kojarzę. Przychodzi mi na myśl tylko jakiś tam maserak na przykład. Natomiast dzisiaj będzie tanecznie, ale też z racji tego, że kręcimy to w zasadzie w tak zwany Halloween, no to będzie też strasznie i będzie trochę o śmierci. „Mistrz tańca" to jest nowelka filmowa wchodząca w skład cyklu „Opowieści niezwykłe" i nam przyszło mówić już o tym cyklu w ramach Sentymentalnika. Mówiliśmy o tym cyklu także, kiedy poruszaliśmy temat polskich horrorów, czy też raczej polskich filmów grozy. O tym za chwilę powiemy, gdzie ta cienka granica przebiega i dlaczego robimy to odróżnienie. Przypomnę tak pokrótce, że chociaż polska kinematografia nie jest kojarzona z takim gatunkiem jak horror, to pod koniec lat 60. mocno z tym eksperymentowano. I kto wie, może gdyby koleje losów się potoczyły inaczej, gdyby może recepcja była inna albo przychylność niektórych instytucji była inna, mielibyśmy tych horrorów w Polsce więcej ponad „Wilczycę", ponad „Lokisa" i kilka innych.
Chociaż tych kilka innych leży tam gdzieś głęboko zakamuflowanych i nie przychodzą jako pierwsze na myśl, gdy się o polskim kinie grozy mówi. Takim elementem łączącym cały cykl pod tytułem „Opowieści niezwykłe", ale dzisiaj nie omawiamy go w całości, jest postać Kazimierza Rudzkiego, który tam gra literata. Rudzki to jest aktor dla mnie na przykład bardzo sympatyczny. Zawsze go kojarzyłem z bardzo charakterystycznych ról i on w tym cyklu się wciela w rolę pisarza, którego odwiedzają postaci snujące mu opowieści niezwykłe. Taki drugi łącznik, który spaja te wszystkie historie opowiedziane w tym cyklu, dotyczy inspiracji wczesną literaturą grozy. Nie wiem, Marku, jak to do końca powiedzieć, bo my o tych nowelkach mówimy horrory, natomiast one bardziej swoim stylem, swoją charakterystyką pasują do literatury nieco zamierzchlejszej, prawda?
[01:52:18] - To prawda. W ogóle warto się pochylić nad tym, skąd się owe filmy, owa seria wzięła. I tu państwa, przynajmniej niektórych z państwa, być może zaskoczę, ale wszystkiemu jest winien Julian Tuwim. Chwila milczenia, żeby wybrzmiało. No i już mówię. W latach 40., pod koniec lat 40., w '49 roku dokładnie, nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazała się książka zatytułowana „Polska nowela fantastyczna". Wyboru opowiadań do tej publikacji dokonał właśnie Julian Tuwim. Tam się znalazły, dzisiaj byśmy powiedzieli takie ramotki, takie starocie. Wymienię nazwiska: Henryk Rzewuski. Kto dzisiaj pamięta to nazwisko?
A to jest autor nowelki „Jagorę", o której pewno w tym cyklu kiedyś jeszcze powiemy. Lucjan Siemieński, Jan Barszczewski, Karol Libelt, Józef Korzeniowski, Włodzimierz Zagórski. Ten Korzeniowski, to o nim tak naprawdę dzisiaj będziemy mówili, bo on napisał nowelkę „Narożna kamienica", która stała się kanwą do powstania scenariusza filmu „Mistrz tańca". Wrócę jeszcze do opowieści o Julianie Tuwimie. Julian Tuwim powtórzył wydanie polskiej noweli fantastycznej w latach 50. O ile dobrze pamiętam, w '52, ewentualnie '53 roku, ale chyba '52 została wydana „Polska nowela fantastyczna", tym razem w dwóch tomach. Julian Tuwim wycofał jedno opowiadanie, za to dodał wiele innych nowych i w ten sposób powstała dwutomowa edycja polskiej noweli fantastycznej. To opowiadanie „Narożna kamienica" również się w tym wydaniu znalazło. Po raz kolejny na scenę polska nowela fantastyczna wkroczyła w latach 70. To było takie wydanie, nazwijmy to kanoniczne.
Natomiast w latach 80. wydawnictwo Alfa opublikowało owe dwa tomy w wyborze Juliana Tuwima, ale pojawił się człowiek, który postanowił owo wydanie rozszerzyć o kolejne cztery tomy i rzeczywiście to była edycja sześciotomowa. Te nowe cztery tomy były w wyborze i pod redakcją Stefana Otcetena. To takiej znanej postaci w świecie fantastyki naukowej i w ogóle wszystkich tych opowieści, które ja na przykład bardzo lubię. I to takie monumentalne dzieło sięgające nie tylko tych nowelek, które wybierał Julian Tuwim, ale troszeczkę nowszych. Tam się na przykład pojawiły takie nowele bardziej sięgające w stronę może nie grozy, a bardziej fantastyki naukowej, chociaż groza tam również była. To może tyle, jeśli chodzi o te inspiracje literackie. One są według mnie dosyć ważne, bo nie jest przypadkiem, że rzeczywiście tworząc serię filmów grozy korzystano właśnie z wyboru Juliana Tuwima. On miał po prostu dobre ucho do literatury. To są naprawdę opowieści, które mogą, a może mogły straszyć One są zupełnie inne niż te filmy.
Nowelka, o której wspomniałem, „Ja gorę” w wydaniu literackim nie jest tak zabawna. Ta nowelka, o której dzisiaj będziemy mówili, Józef Korzeniowski, ona jest też nie do końca taka jak to, co widzimy na ekranie, ale jedno i drugie warte jest przyswojenia.
[01:56:35] - Tak. Warto dodać, że Julian Tuwim interesował się bardzo wieloma rzeczami, w tym ciekawostkami oraz nie wiem, czy okultyzmem, ale czymś, co my dzisiaj nazywamy anomalistyką, żywym folklorem. Polecam biografię Tuwima. Wróćmy do opowieści niezwykłych. Śmierć, duchy są elementem obecnym w tym zbiorze filmowym oczywiście, ale nie są elementem dominującym. Mamy tam, jak powiedziałeś, mieszaninę stylów. Kolejne odcinki nie są traktowane śmiertelnie poważnie, ale „Mistrz tańca” jest, ma pewne zadęcie poprzez wcielającego się w jedną z dwóch głównych ról. Bo tutaj chyba Rudzkiego, chociaż de facto jest głównym bohaterem, możemy nie traktować jako stuprocentowego, pierwszoplanowego bohatera, bo raczej chodzi o nowelki. Tu mamy Bronisława Pawlika, który się porusza po XIX-wiecznej Warszawie, co nam daje takie mylne wrażenie, że oglądamy „Lalkę” serialową. Rzeczywiście atmosfera jest bardzo podobna.
Trudno nawet momentami się oprzeć wrażeniu, że to Rzecki chodzi po Warszawie, a nie nasz bohater Józef. Józef, który się wybiera na wieczorową przechadzkę, szukając towarzystwa, spotyka tajemniczą postać i w tej roli Andrzej Łapicki, który co ciekawe też grał w „Lalce”, tylko że już w wersji filmowej. I co się tam, Marku, dzieje? Bo to też jest bardzo interesujące. Ja bym powiedział więcej. To jest jak „Opowieść wigilijna” jest traktowana albo była traktowana przez niektórych jako taki sztandarowy element kina, literatury, teatru w okresie bożonarodzeniowym, tak „Mistrz tańca” jest utrzymany w bardzo podobnej stylistyce. Jest takim wręcz bym powiedział napomnieniem dla nas wszystkich.
[01:58:36] - Tak, to napomnienie tam wprost pada z ekranu. Słyszymy memento mori, pamiętaj o śmierci. Te słowa wypowiada owa tajemnicza postać, którą spotyka Józef. I Józef niespecjalnie jest zadowolony z tego spotkania. Próbuje się oddalić, próbuje się wymiksować, jednak nie udaje mu się. Rusza w podróż, tu postawmy cudzysłów, ale w podróż z tym towarzyszem nieco niepokojącym jednak, tytułowym mistrzem tańca. Wchodzą do pewnej kamienicy, a właściwie do lokalu, który jest na parterze owej kamienicy i tam przede wszystkim spotykają jakiegoś nawiedzonego poetę, który poza tym, że pisze wiersze, to ma wielkie mniemanie o sobie. To dosyć charakterystyczne dla poetów. I wygłasza tam różne nadęte manifesty dotyczące wielkości, dotyczące poetyckości, literackości i tak dalej. Młodzież spija z ust owego człowieka każde słowo, są nim zafascynowani.
Ja tu mam cytat przygotowany, więc się muszę wykazać: „Na stu domach wypiszę moje imię. Nim połysieje moje czoło, nim posiwieją moje włosy”. Plany poety są, przyznacie państwo, wiekopomne, a w każdym razie bardzo rozbudowane. Okazuje się jednak, że spojrzenie w oczy mistrza tańca, czyli pana Łapickiego, powoduje, że poeta pada rażony, wydawałoby się, że gromem. Nie. Pada rażony, jakaś apopleksja go dotyka. W każdym razie pyk i umiera. I już nie ma wielkiego poety. Wszystko to marność nad marnościami, okazuje się. Ale to nie jest koniec przygody, bo ktoś powie: „Przypadek”.
Nieco przeraża ten przypadek naszego głównego bohatera, w każdym razie jednego z dwóch głównych bohaterów, czyli Józefa i próbuje spierdzielić stamtąd po prostu, ale drzwi zatrzaskują mu się przed nosem głośno i dosyć wymownie. Zatem tak. Jeszcze jest fajny obrazek, kiedy spogląda na zegarek, bo zegarek, tak zwana cebula, kieszonkowy zegarek nie ma wskazówek, nie ma czasu. A zatem rusza w podróż z mistrzem tańca. No cóż. I kolejne piętra albo kolejne miejsca, które odwiedzają w jednej kamienicy, stąd tytuł nowelki, o której wspominałem, „Narożna kamienica”. Kolejne miejsce to jest, o ile dobrze pamiętam, sklep.
[02:01:53] - Tak. Tutaj trzeba powiedzieć, że ofiary mistrza tańca, który jak się na końcu okaże, jest śmiercią, nie oszukujmy się, nie są takie oczywiste. Nie zawsze umiera ten, który ma umrzeć. Albo ten, który chce. To nam mówi o starej prawdzie, że nie znamy dnia ani godziny. "Mistrz tańca" wyrasta nam, co już zostało powiedziane, z dość archaicznej literatury grozy, z naszego punktu widzenia oczywiście. Może nawet takiej lekko gotyckiej, bo elementy powieści gotyckiej w tej nowelce mamy jednak. Film też niestety jest troszeczkę archaiczny. To znaczy nacisk jest kładziony na kreowanie pewnej wizji aniżeli przeżyć głównego bohatera. Chociaż powiem ci, rzeczywiście, jak sobie dokonuję pewnej retrospekcji, to może jednak nie mam racji, że pan Józef boi się, wie, co go czeka, ale jednak jest nad nim coś, co jest od niego większe.
Pewna idea, pewna koncepcja. Ta archaiczność się pojawia w kulminacyjnej scenie, gdy on widzi śmierć. Niemniej jednak w tym filmie, w zasadzie to w filmiku, jest coś miłego, coś eleganckiego. Ja się może po prostu dałem kupić, bo bardzo lubię powieść Lalka, bardzo lubię obie ekranizacje, bardzo lubię Pawlika, bardzo lubię aktorów z tamtego okresu i to mnie może urzekło w jakimś stopniu. Metraż jest krótki, forma jest oszczędna, toteż nie można za bardzo uważać "Mistrza tańca" za dzieło kinematografii, ale chyba z racji tego, że to jest coś tak niezobowiązującego, że jest troszeczkę dłuższe od prognozy pogody, to można sobie to obejrzeć i zobaczyć, że jednak pewien potencjał w polskim kinie grozy był. O "Mistrzu tańca" mówimy nie tylko z tej racji, że mamy niedługo Święto Zmarłych. Kręcimy to przed Świętem Zmarłych. Jeżeli ktoś będzie słuchał tego potem, to niech to pamięta. Ale "Mistrz tańca" nam przypomina, że śmierć to jest wielki wyrównywacz. My w dzisiejszych czasach zapomnieliśmy o tym, że jeszcze kilka pokoleń wstecz śmierć była traktowana jednak bardziej swojsko.
To już padało w naszych wcześniejszych audycjach. To nam pokazuje również "Mistrz tańca", że starano się śmierć, nawet jeżeli była przerażająca, oswoić. Także ja osobiście polecam, bardzo polecam nie tylko cały cykl, ale też z racji okresu, w którym to kręcimy, polecam "Mistrza tańca". On nie tylko ma wydźwięk filozoficzny, ale nam pokazuje coś, o czym już mówiłem na samym początku, że mogła zaistnieć polska szkoła horroru, że nawet próbowano to robić, ale jakoś to nie poszło w dłuższe formaty i w regularność. Tutaj można by się spierać, bo potem też przecież mieliśmy próby zaszczepiania horroru na polski grunt. Zarówno takiego horroru klasy B, patrz "Wilczyca", którą bardzo lubię, ale mieliśmy też takie artystowskie, nie chcę mówić artystyczne, formy horroru, jak na przykład "Golem", jak na przykład "Diabeł", które były filmami bardzo ciężkimi i szczerze mówiąc, trudno je przypisać do jakiejkolwiek kategorii. Może kiedyś o nich powiemy. Zatem ja to podsumuję w ten sposób: niektórzy oglądają na święta tego pierońskiego Kevina samego w domu. Warto może zatem raz na jakiś czas albo po raz pierwszy, jeżeli nie widzieliście dotąd "Mistrza tańca", rzucić okiem w Zaduszki, w Dziady na te nasze polskie horrorki i oddać się zadumie nad tym, czego się właściwie boją dzisiaj Polacy. Poza oczywiście rzeczywistością, która ich otacza.
[02:06:09] - Moje podsumowanie będzie nieco dłuższe, bo tak mi przyszło do głowy, że czasy, w których powstawały te nowelki filmowe, to były czasy, co się będziemy oszukiwać, komuny. A komuna patrzyła na wszystkie rzeczy paranormalne w sposób materialistyczno-dialektyczny. W związku z tym tego nie ma. Można to puścić ludziom, bo się na tym będą nieźle bawić albo będą się śmiali, albo będą przerażeni, ale to dla gawiedzi, proszę państwa. A tymczasem my oczywiście promujemy absolutny ateizm, materializm i tak dalej. W związku z tym to kino było robione trudno powiedzieć na pół gwizdka, bo warto pamiętać, że reżyserem obrazu, o którym dzisiaj mówimy, jest nie kto inny, a Jerzy Gruza. Może właśnie z jednej strony reżyser, który wie, o co chodzi w kręceniu filmów, ale raczej żeglował w kierunku komedii niż poważnego filmu. Może to i dobrze, ale tak naprawdę polska szkoła kina grozy nie rozwinęła się dlatego, że komuna temu nie sprzyjała. Traktowała to kino jako kino klasy B, C, a może Z. Owszem, ludziom trzeba coś rzucić, ale wiecie panie, my tu prawdziwe kino kręcimy zupełnie gdzie indziej.
To jest jedna refleksja, o której warto pamiętać. Dlaczego ta szkoła horroru filmowego polskiego się nie pojawiła, chociaż dysponowała materiałem do przetrawienia naprawdę świetnym, bo Julian Tuwim dał naprawdę bardzo dobry podkład. I to mogły powstać nie cztery filmy, a mogło ich powstać Kilkanaście nowelek dawałoby się w tym cyklu zrealizować. Nie powstały. Trudno. Może kiedyś sztuczna inteligencja wytworzy kolejnych ileś tam odcinków w podobnym klimacie, ożywi aktorów, ożywi pewną specyficzną atmosferę, a może pewien nastrój nawet. Nie wiem. To pieśń przyszłości. Nie wiem, czy tak się stanie. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie tym eksperymentem zainteresowany.
Warto jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy, że to, co państwo widzicie na ekranie, ta kreacja, która powstała pod koniec lat 60., jak na tamten czas była w gruncie rzeczy mistrzowsko i zagrana, i zrealizowana. Tam są pewne zabiegi, nazwijmy to, filmowe. Nie jestem ekspertem od tego rodzaju zabaw filmowych, ale da się tam dostrzec ówczesne nowoczesne kino. Tam jest pewien skrót, pewne niedopowiedzenie, a jednocześnie pewne przesłanie, bo nie skończyłem. Później Mistrz Tańca razem z Józefem trafiają do sklepu buławatnego. Tam jest kobieta, która rujnuje męża, bo ciągle robi zakupy. Skąd my to znamy? W każdym razie umiera się jej. Później trafiają na kolejne piętro. Tam jest wielki bal i pewna kobieta traci życie.
Coś z tymi kobietami charakterystyczne, bo to już druga kobieta. Jeszcze trzecia kobieta traci życie na jeszcze wyższym piętrze. Kobieta, staruszka, która czeka na śmierć swojego męża i się nie doczekała. To wszystko oraz pewien sposób filmowania sprawia, że ten film dzisiaj pewno nie wydaje się groźny, ale mam tutaj odwołanie się do historii. ów film oglądałem w latach 70. i to we wczesnych latach 70. Mogłem być w drugiej, trzeciej, góra w czwartej klasie. Ten film był emitowany gdzieś w godzinach popołudniowych, żadnych nocnych. Moja mama pozwoliła mi ten film obejrzeć, bo go znała i wiedziała, że nie zacznę się jąkać po tym filmie i że wszystko będzie w porządku. A mimo to ten film w tym małym Marku wzbudził autentyczną grozę.
Wiem, że dzieci na kino reagują zupełnie inaczej. Mam pełną świadomość, ale to pokazuje, że jakiś potencjał w tym obrazie naprawdę był. Do dzisiaj pamiętam tę scenę, kiedy tam się pojawia coś w rodzaju kościotrupa. W pewnym momencie taki przebłysk widzimy i to absolutnie wprawiło mnie prawie w histerię. Z jednej strony chciałem uciekać z pokoju, w którym stał telewizor, ale coś mnie ciągnęło, żeby zobaczyć to wszystko do końca. I ten koniec, wiecie państwo, z jednej strony ktoś powie: „Ale on jest banalny. Cóż to za wielka myśl, że śmierć to jest taki taniec, który muszą zatańczyć wszyscy. Nikt się z tego nie wywinie”. „Banał” ktoś powie. Być może tak, ale można na to spojrzeć zupełnie inaczej, bo my dzisiaj w naszej kulturze bardzo często nie chcemy zauważać, że śmierć jest tuż obok nas.
Tak jak Piotr powiedział, ona towarzyszy nam wszystkim i dopadnie nas po prostu. My w naszej kulturze europejskiej stwarzamy takie wrażenie, że śmierci nie ma. Owszem, czytamy o kolejnych aktorach, ludziach kultury, sztuki, nauki, polityki, którzy gdzieś tam odchodzą. Czytamy na jednym, drugim, dziesiątym portalu: „Szkoda, fajny był”, ale zachowujemy się tak, jakby to był świat na zewnątrz niedotyczący nas zupełnie. Kultura śmierci, świadomość tego, że śmierć jest obok nas, odeszła. Odpychamy ją. Nie chcemy o tym wiedzieć. Nie dopuszczamy tej myśli. Kiedy ktoś by nam dzisiaj powiedział „Memento mori”, to go potraktujemy jak jakiegoś upierdliwego głupka, który nam burzy spokój, burzy nam pewien sielski obraz świata. Nie, proszę państwa, w tej nowelce jest pewna prawda, którą warto sobie uświadomić.
Choćbyśmy nie wiem jak odsuwali to od siebie, a część z nas to robi po prostu, to nic to nie da. Ten taniec będzie musiał zatańczyć każdy.
[02:13:32] - A ja tylko dodam, że o jakości czy poziomie tej produkcji niech świadczy to, że rozmawialiśmy o niej chyba tyle albo nieco dłużej, niż ona trwa.
[02:13:45] - Teraz zapraszam na, jak to mawiał Ferdek Kiepski w filmie, w sitcomie o Ferdku Kiepskim mawiał, że coś jest ulubiene, to ulubiona państwa audycja „Bez Tajemnic”. Mam wrażenie, że kiedyś gdzieś tam na początku ten odcinek już szedł, już powędrował do państwa. Wiecie państwo, jak się korzysta z sił zewnętrznych, z researcherów, to tak czasami jest, że podrzucają coś, co ja mam wrażenie, że było. Ale podsumuję to w ten sposób. Znacie państwo? To posłuchajcie. Bez Tajemnic. Allan Kardec, kodyfikator spirytyzmu.
[02:14:36] - Kim był Allan Kardec? Czyta Agnieszka Krzemień. Léon Denis Ard Hipolyte Rivail, lepiej znany pod swoim pseudonimem Allan Kardec, urodził się w Lyonie 4 października 1804 roku w rodzinie pochodzącej z Bourg-en-Bresse, która przez wiele pokoleń zdobyła szacunek w tamtejszym sądzie i adwokaturze. Jego ojciec, podobnie jak dziadek, był liczącym się adwokatem o silnym charakterze. Jego matka, wyjątkowo piękna, elegancka i sympatyczna, była dla niego obiektem uczucia graniczącego z uwielbieniem, które trwało przez całe życie. Wychowywany w Instytucie Pestalozziego w Yverdons-Cantons-de-Vaud, już jako młody chłopiec wykształcił w sobie zwyczaj poszukiwań i wolnego myślenia, których miał dać tak znakomity przykład w późniejszym okresie swojego życia. Obdarzony z natury pasją do pracy nauczycielskiej, w wieku 14 lat poświęcił się pomaganiu w nauce swoim szkolnym kolegom, którzy radzili sobie gorzej niż on. Był tak zafascynowany botaniką, że często spędzał cały dzień w górach, wędrując z torbą na plecach 30 do 40 kilometrów w poszukiwaniu okazów do swojego zielnika. Urodził się w kraju katolickim, ale zdobył edukację w państwie protestanckim i już od najmłodszych lat zaczął zastanawiać się nad sposobem zaprowadzenia jedności w wierze różnych chrześcijańskich odłamów. Podjął projekt przygotowania religijnej reformy, nad którym pracował w ciszy przez wiele lat, ale bez sukcesu, ponieważ nie miał wówczas do dyspozycji informacji, które pozwoliłyby na znalezienie skutecznego rozwiązania.
Skończywszy studia w Yverdons w Szwajcarii, powrócił w 1824 roku do Lyonu, zamierzając poświęcić się prawu. Jednakże akty religijnej nietolerancji, których sam stał się niespodziewanie ofiarą, odwiodły go od pomysłu zostania adwokatem. Skłoniły go do przeniesienia się do Paryża, gdzie zajął się przez jakiś czas tłumaczeniem na język niemiecki „Telemacha” i innych klasycznych dzieł francuskiej literatury. Podjąwszy w końcu decyzję co do swojej kariery, nabył w 1828 roku wielki i prężnie działający instytut kształcący chłopców, po czym poświęcił się pracy nauczycielskiej, do której ze względu na swoje zamiłowanie i wiedzę doskonale się nadawał. W 1830 roku wynajął z własnych funduszy wielką aulę na rue de Sèvres, by prowadzić tam darmowe kursy z chemii, fizyki, anatomii i astronomii. Wykłady te, prowadzone przez 10 lat, odniosły duży sukces i wzięło w nich udział ponad 500 osób ze wszystkich grup społecznych. Wiele z nich zresztą zasłużyło się potem w świecie nauki. Pragnąc uczynić proces uczenia się atrakcyjnym, a zarazem skutecznym, Rivail wynalazł pomysłowy sposób wykonywania działań matematycznych i stworzył mnemotechniczną tabelę francuskiej historii, pozwalającą studentom zapamiętać najważniejsze wydarzenia i odkrycia, które miały miejsce za panowania każdego z królów. Z wielu dzieł edukacyjnych, które opublikował, warto wspomnieć: plan udoskonalenia powszechnego kształcenia wysłany przez niego w 1828 roku do Francuskiej Izby Legislacyjnej, przez którą został pochwalony, choć nigdy nie wprowadzono go w życie. Kurs praktycznej i teoretycznej arytmetyki w oparciu o system Pestalozziego do użytku przez nauczycieli i matki w 1829.
Klasyczną gramatykę języka francuskiego w 1831. Podręcznik dla kandydatów przystępujących do egzaminów do państwowych szkół zawierający szczegółowe rozwiązania zadań z arytmetyki i geometrii w 1848. Dyktanda do egzaminów do ratusza i na Sorbonę ze specjalnym uwzględnieniem trudności ortograficznych w 1849. Dzieła te, wysoko cenione za czasu ich publikacji, były długo używane w wielu francuskich szkołach. Sam autor wznawiał niektóre z nich aż do swojej śmierci. Rivail był człowiekiem wielu towarzystw naukowych, między innymi Towarzystwa Naukowego w Arras, które w 1831 roku odznaczyło go honorową nagrodą za niezwykły esej na temat: jaki system edukacyjny odpowiada najbardziej wymaganiom współczesnych czasów. Był przez wiele lat sekretarzem Paryskiego Towarzystwa Frenologicznego i brał aktywny udział w pracach Towarzystwa Magnetycznego, poświęcając dużą ilość swojego czasu badaniom somnambulizmu, transu, jasnowidzenia i wielu innych zjawisk powiązanych z oddziaływaniem sił odkrytych przez Mesmera. To krótkie streszczenie jego prac wystarcza, by pokazać, jak aktywnie działał na niwie intelektualnej oraz jak różnorodna była jego wiedza, praktyczne spojrzenie na świat i ciągłe starania, by przysłużyć się innym ludziom. Kiedy około 1850 roku temat wirujących stolików znalazł się w centrum uwagi Europejczyków i zapoczątkował serię kolejnych zjawisk, które nazywano od tej pory spirytystycznymi, Rivail szybko odkrył, jaka była ich prawdziwa natura, wynikająca z istnienia pewnego rodzaju powiązań, do tamtej pory bardziej domniemywanych niż znanych, zwłaszcza tych, które dotyczą więzów łączących świat widzialny z niewidzialnym. Przewidując wielką wagę, którą takie rozszerzenia horyzontów postrzegania świata mogło mieć dla nauki i religii, rozpoczął ostrożnie doświadczenia mające na celu zbadanie nowego zjawiska.
Jego przyjaciel miał dwie córki będące mediami, jak dziś byśmy je nazwali. Były to radosne, pełne życia, sympatyczne dziewczęta, lubiące ludzi, tańce i rozrywkę. Zazwyczaj więc otrzymywały w czasie seansów prowadzonych w swoim gronie lub wśród rówieśników przekazy, które odpowiadały charakterem ich rozrywkowemu i w pewnym sensie frywolnemu spojrzeniu na świat. Jednakże, ku zdziwieniu wszystkich zainteresowanych odkryto, że za każdym razem, gdy Rivail był obecny na seansie, przekazy otrzymywane za pośrednictwem tych młodych dziewcząt miały poważny charakter. Zapytawszy się niewidzialnych istot o przyczynę tej zmiany, uzyskał on odpowiedź, że duchy dużo wyższego rzędu niż te, które zazwyczaj się komunikowały poprzez młode media, przybyły specjalnie dla niego i będą dalej to robić, by umożliwić mu wypełnienie ważnej misji. Zdziwiony tą zapowiedzią postanowił poddać duchy testom prawdomówności i przygotował serię pytań wynikających jedne z drugich, a dotyczących różnych problemów życia ludzkiego i wszechświata. Gdy przekazał je swoim niewidzialnym rozmówcom, otrzymał odpowiedzi za pośrednictwem owych dwóch młodych mediów, które zgodziły się poświęcić kilka wieczorów tygodniowo na tego typu spotkania. Poprzez stukanie stołów i pisma automatyczne, do którego używano wtedy jeszcze specjalnej deseczki, uzyskano wyjaśnienia, które miały stanowić podstawę teorii spirytystycznej, a których owe młode dziewczęta nie potrafiły docenić, a tym bardziej same wymyślić. Pewnego dnia, niemal po dwóch latach od pierwszego z tego typu dialogów z zaświatami, stwierdził w rozmowie z żoną, nawiązując do informacji, jakie uzyskał w czasie seansów, a które jego małżonka śledziła z sympatią: „To zadziwiające. Moje rozmowy z niewidzialnymi istotami inteligentnymi zrewolucjonizowały moje idee i przekonania.
Nauki, które mi przekazano, stanowią zupełnie nową teorię ludzkiego życia, obowiązków i przeznaczenia. Wydają mi się całkowicie racjonalne i spójne, zadziwiająco błyskotliwe, pocieszające i bardzo interesujące. Zastanawiam się nad tym, czy by tych rozmów nie opublikować w formie książki. Wydaje mi się, że to, co mnie tak głęboko zainteresowało, z dużym prawdopodobieństwem zaciekawi również innych”. Ponieważ jego żona ciepło przyjęła ten pomysł, przedstawił go swoim niewidzialnym rozmówcom, którzy odpowiedzieli mu, jak czynili to zazwyczaj, że to oni sami zainspirowali go do działania oraz że ich przekazy były przeznaczone nie tylko dla niego, ale dla świata, jak sam to właśnie zaproponował. Dodali, że przyszedł wreszcie czas na wcielenie tego planu w życie. „Dzieło, w którym umieścisz przekazane przez nas informacje” — mówiły komunikujące się istoty — „zaprezentujesz innym bardziej jako dzieło naszego niż twojego autorstwa. Nadasz mu tytuł Księga duchów. Opublikujesz je nie pod swoim własnym nazwiskiem, ale używając pseudonimu Allan Kardec. Zachowaj swoje własne nazwisko Rivail dla książek wydanych do tej pory, ale używaj pseudonimu, który właśnie ci przekazaliśmy w tych, które opublikujesz na naszą prośbę oraz we wszystkich pracach, które związane będą z wypełnianiem misji powierzonej tobie, jak ci już przekazaliśmy przez Opatrzność.
Stopniowo będzie ci ona wyjawiana, w miarę jak będziesz ją wykonywał pod naszą opieką”. Książka została więc przygotowana i wydana. Nakład rozszedł się bardzo szybko, a ludzie stawali się sympatykami nowej teorii i to nie tylko we Francji, ale w całej Europie, a nazwisko Allan Kardec zyskało ogromną popularność. Ludzie zaczęli go używać, gdy z nim rozmawiali. Wyjątkiem byli tu dawni przyjaciele, którzy podobnie jak jego żona zwracali się do niego, posługując się jego prawdziwym imieniem. Niedługo po publikacji Księgi duchów założył Paryskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych, któremu przewodniczył aż do śmierci. Jego członkowie spotykali się co piątek w jego domu, by otrzymać od duchów komunikujących się poprzez media piszące informacje i wyjaśnienia na temat otaczającego nas świata i naszych obowiązków. Założył również i wydawał aż do śmierci miesięcznik zatytułowany Przegląd Spirytystyczny. Czasopismo studiów psychologicznych poświęcony krzewieniu wiedzy zawartej w Księdze duchów. Podobne stowarzyszenia zaczęły bardzo szybko powstawać na całym świecie.
Wiele z nich wydało również mniej lub bardziej znaczące periodyki wspierające nową filozofię. Wszystkie przekazywały paryskiemu towarzystwu najcenniejsze z przekazów otrzymanych przez nie od duchów. Ogromna liczba informacji z zaświatów, wyjątkowa zarówno pod względem ilości, jak i różnorodności źródeł, z których je otrzymano, trafiła w ręce Allana Kardeca, a ten z ogromnym zapałem i oddaniem przeglądał, porównywał i porządkował je przez 15 lat. Na podstawie materiałów, jakie mu dostarczono z każdego zakątka świata, poszerzył i uzupełnił Księgę duchów, korzystając ze wskazówek opiekunów z zaświatów, którym zawdzięczał jej pierwszą wersję. Uzupełniona wersja dzieła, które ukazało się po raz pierwszy w 1857 roku, stała się prawdziwym podręcznikiem szkoły filozofii spirytystycznej, którą w sposób oczywisty połączono z jego nazwiskiem. Bazując na tych samych materiałach przygotował kolejne cztery dzieła, czyli: „Księgę mediów. Praktyczny traktat o medialności i wywołaniach” w 1861. „Ewangelię według spirytyzmu. Wykład zasad moralnych widzianych ze spirytystycznego punktu widzenia” w 1864. „Niebo i piekło.
Potwierdzenie boskiej sprawiedliwości wobec ludzi” w 1865 oraz „Genezę” pokazującą zdolność teorii spirytystycznej z odkryciami współczesnej nauki i z przesłaniem płynącym z zapisów biblijnych. To 1867 rok. Opublikował również dwie skromne broszury zatytułowane: „Czym jest spirytyzm?” oraz „Spirytyzm w najprostszym ujęciu”. Warto zauważyć w nawiązaniu do wymienionych tytułów, że Allan Kardec sam nie był medium i musiał przez to polegać na medialności innych, by otrzymywać przekazy, które złożyły się na te dzieła. Teoria życia i obowiązku, od początku kojarzona z jego nazwiskiem i pracą, często jest uznawana za wytwór pojedynczego umysłu albo duchów, które były bezpośrednio z nim powiązane. Jest ona jednak w dużo mniejszym stopniu wyrazem osobistej czy indywidualnej opinii niż wiele innych teorii spirytualistycznych, które do tej pory prezentowano. Podstawy filozofii, którą odnaleźć można w dziełach Kardeca, nie były wytworem jego własnej inteligencji, ale jak wiedzieli to sam i jego czytelnicy, zostały skompilowane przez niego na podstawie wypowiedzi całego legionu duchów, które komunikowały się poprzez tysiące mediów nieznających się nawzajem, pochodzących z różnych krajów i należących do rozmaitych grup społecznych. Allan Kardec był raczej niskiego wzrostu. Jako osoba dobrze zbudowana, o dużej, okrągłej i masywnej głowie, wyrazistych rysach twarzy i jasnych szarych oczach wyglądał bardziej na Niemca niż Francuza. Był pełen energii i wytrwałości, ale charakteryzował się raczej spokojnym charakterem, ostrożnością.
Zdawał się być pozbawiony fantazji. Sceptyczny z natury i ze względu na swoje wykształcenie. Logicznie rozumował. Był bardzo praktyczny w swoich zamiarach i czynach. Nie można było w nim znaleźć jakiegokolwiek mistycyzmu czy entuzjazmu. Nie miał chorych ambicji i był obojętny na luksusy oraz ekstrawagancję. Toteż jego nieduża pensja nauczycielska i pieniądze ze sprzedaży dzieł pedagogicznych pozwoliły mu na skromne życie i umożliwiały przeznaczenie wszystkich zysków zdobytych dzięki dystrybucji książek spirytystycznych i przeglądu spirytystycznego na rozwój ruchu, który sam zapoczątkował. Jego wspaniała żona uwolniła go od domowych i przyziemnych obowiązków, dzięki czemu mógł poświęcić się całkowicie dziełu, do którego, jak sam wierzył, został wezwany i które wykonywał z pełnym oddaniem, rezygnując z innych zajęć, zainteresowań i spotkań od czasu, gdy zaczął się nim zajmować aż do chwili swojej śmierci. Nie odwiedzał nikogo poza kręgiem najbliższych przyjaciół i rzadko wyjeżdżał z Paryża, spędzając zimę w sercu miasta, w pomieszczeniach, w których wydawał przegląd spirytystyczny, a lato w Villa Segur, w zbudowanym przez niego małym, niemalże rustykalnym domku, który miał być dla niego i jego żony miejscem odpoczynku na starość. Znajdował się pod miastem, niedaleko Pól Marsowych, dziś poprzecinanych szerokimi alejami, wokół których powstają kolejne domy.
Choć za jego czasów mało kto się tym miejscem interesował i mogło uchodzić ono za teren wiejski. Allan Kardec wyglądał na osobę poważną. Mówił powoli i miał nienaganne maniery, choć nie brak mu było pewnej cichej godności wynikającej z powagi i determinacji, które charakteryzowały jego sposób bycia. Nie zabiegał o dyskusje, ale też ich nie unikał. Nigdy nie odmawiał rozmowy na temat, któremu poświęcił życie, więc przyjmował z radością niezliczonych gości ze wszystkich stron świata, przybywających rozprawiać z nim o kwestiach, w których uznawano go za eksperta. Odpowiadał na pytania i zarzuty, wyjaśniał trudności i udzielał informacji poważnym badaczom, z którymi rozmawiał otwarcie i z werwą. Na jego twarzy raz na jakiś czas promieniał uśmiech sympatii, choć trzeba przyznać, że nikt nie widział, by kiedykolwiek głośno się śmiał. Pośród tysięcy osób, które go odwiedzały, znaleźć można było przedstawicieli wyższych sfer, literatów, artystów i naukowców. Sam cesarz Napoleon III, którego zainteresowanie spirytyzmem nie stanowiło tajemnicy, zapraszał go wielokrotnie i prowadził z nim długie rozmowy na temat zasad filozoficznych zebranych w Księdze duchów. Allan Kardec cierpiał przez wiele lat na serce, więc przygotował w 1869 roku plan utworzenia organizacji spirytystycznej, która miała kontynuować dzieło propagowania spirytyzmu po jego śmierci Aby zapewnić jej byt, zaproponował, by otrzymała prawny i handlowy status pozwalający jej działać na zasadzie spółki akcyjnej z ograniczoną odpowiedzialnością, publikującej i wydającej książki.
Miała być ona utworzona na 99 lat i mieć możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, emitowania akcji, otrzymywania dotacji, darowizn. Spółce, którą miał nazwać Akcyjną Spółką Kontynuującą Dzieło Allana Kardeca, miał zamiar przekazać prawa autorskie do swoich spirytystycznych książek i do Przeglądu Spirytystycznego. Ale Allanowi Kardecowi nie dane było doczekać realizacji tego projektu, którym był tak żywo zainteresowany, a którym po jego śmierci zajęła się żona. 31 marca 1869 roku, skończywszy właśnie zarys statusu i regulaminu spółki, która miała zająć po nim miejsce, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że niedługo odejdzie, usiadł jak zwykle na krześle przy swoim biurku w pokoju przy ulicy Świętej Anny i zaczął porządkować stertę papierów. Jednakże jego zapracowane życie dobiegło końca. Pękł mu tętniak, na którego cierpiał już od dłuższego czasu. Jego przejście do świata duchów, z którym był tak blisko związany, trwało krótką chwilę i było bezbolesne. Nie wywołało w nim żadnego wstrząsu. Po prostu zasnął i się nie obudził, kończąc piękne swoje życie. Jego szczątki pochowano na cmentarzu na Montmartre w obecności wielu przyjaciół, spośród których setki spotykają się co roku w rocznicę jego śmierci, by go wspomnieć i pozostawić na jego grobie kwiaty i wieńce, jak to zwykle się czyni w Europie.
Nie da się określić dokładnie, ile osób przyjęło filozofię, której rozwijaniem zajmował się Allan Kardec. Sami zwolennicy twierdzą, że są ich miliony i bez wątpienia ich liczba jest ogromna. Czasopism propagujących teorię spirytystyczną jest w różnych krajach ponad 40, a wciąż powstają nowe. Śmierć Allana Kardeca nie zmniejszyła zainteresowania filozofią, którą propagował, postrzeganą przez jego zwolenników jako podstawa do rozwoju prawd religijnych zapowiedzianych przez Chrystusa. Jest to początek przepowiedzianego objawienia nowych rzeczy, które były ukrywane od początku świata. Wiedzy, na której przyjęcie ludzie nie byli jeszcze gotowi, gdy została zapowiedziana. Fragment wstępu Anny Blackwell do jej angielskiego tłumaczenia „Księgi duchów” z 1875 roku.
[02:35:24] - Teraz zapraszam na Alchemię Tworzenia. Ja myślę, że prowadząca ten program Katarzyna Prychacz jest państwu na tyle znana, że już się państwo uśmiechacie, bo to są audycje, które obojętnie czy w tej wersji twórczej, kiedy Katarzyna Prychacz na państwa oczach, czy właściwie na uszach, chociaż to dziwne sformułowanie, tworzyła opowiadania, czy to tamta wersja, czy ta, w której omawia pewne elementy ważne dla osoby piszącej, to w obu tych wydaniach Katarzyna Prychacz jest mistrzynią słowa i mistrzynią przymrużania oka i dowcipu sytuacyjnego i nie tylko sytuacyjnego. Zapraszam zatem na Alchemię Tworzenia. „Prawdziwi i autentyczni” to tytuł.
[02:36:20] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii Tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia Tworzenia. W dzisiejszym odcinku wracamy do naszej pierwotnej tradycji. Oczywiście naszym dzisiaj takim mindsetem, inspiracją będą słowa Salvadora Dalego: „Wokół Dalego wszystko jest prawdziwe, z wyjątkiem mnie”. Oczywiście to nie chodziło o mnie, tylko chodziło o Dalego. Zdarzało mu się mówić do siebie, właściwie o sobie w trzeciej osobie. Nie wiem, jak mówił do siebie.
A szkoda. No nic. Niestety zeszło mu się zanim ja się pojawiłam, ale było bardzo blisko. Natomiast nie o Dalim dzisiaj. Słuchajcie trochę o prawdziwości. Jak zapewne już widzieliście w tytule: prawdziwi i autentyczni. I oczywiście, że aż by się tu prosiło o swojego czasu modnym autentyzmie. Nie wiem, na ile jesteście w branży rozwoju osobistego, natomiast faktycznie swojego czasu to był taki wysyp mówienia wszędzie o tym, że trzeba być autentycznym i że to się sprzedaje. Oczywiście, że tak. Oczywiście, że zachęcam do tego, bo czemu nie?
Niepodważalnie jest to bardzo ważna sprawa i myślę, że w większości, jak nie w każdym odcinku tego podcastu zachęcam was do chociaż nawet częściowego poznawania siebie, właśnie odkrywania tej autentyczności, czasami wyciągania jej na wierzch. Więc jak najbardziej. Tak jak też wspominałam w poprzednich odcinkach odnośnie tego, żeby być wyrozumiałym wobec siebie, żeby też w którymś odcinku mówiliśmy o błędach czy dziełach przypadku, więc warto też wyciągać lekcje z tego typu różnych wyzwań. No i wiecie, też mówiłam o atutach Czy o wypisywaniu swoich zasobów. Jak najbardziej te wszystkie rzeczy po prostu wam ułatwią znalezienie swojej drogi. Nie powiem, że siebie, bo w sumie to byłabym hipokrytą. Sama uważam, że jeszcze siebie nie odnalazłam. Natomiast każdego dnia odkrywam coś nowego i myślę, że chyba o to chodzi. Nie wiem, czy w waszych życiach, w moim to chyba o to chodzi. Przynajmniej taki proces mi się podoba, że to nie jest tak, że ja jestem jakaś tam zakodowana od samego początku i koniec.
Tylko że każdego dnia mogę odkryć coś nowego i w jakiś sposób to sobie użyć, rozpatrzeć, gdzieś raz schować, raz wyjąć. Myślę, że to w nas jest piękne, że jesteśmy różnorodni i tak jak jesteśmy różnorodni wobec siebie, siebie naokoło, tak myślę, że też bywamy różnorodni wobec siebie samych. Więc zachęcam was do przyjrzenia się sobie. Natomiast dzisiaj nie chciałam mówić o tej autentyczności nas jako autorów, mimo że polecam jak najbardziej. To niezależnie od tego, o czym mówimy, to zawsze będzie na plus. Przede wszystkim, jeżeli nawet nie interesuje was rozwój osobisty i jakieś tego typu inne klimaty, to zapewniam was, że mimo wszystko przyglądanie się samemu sobie będzie jak najbardziej wpływało na podniesienie jakości czy właśnie na te plusy dla waszej twórczości. A później przyda się to też z pewnością do budowania społeczności wokół waszej twórczości. Także nic nie tracicie, a możecie zyskać całkiem sporo ciekawych rzeczy, anegdotek, jakichś tam smaczków marketingowych i tak dalej. Dziś jednak pomyślałam sobie, że porozmawiamy o bohaterach, o prawdzie i tej autentyczności postaci, które tworzymy w swoich treściach. Nie ukrywam, że dużą inspiracją, oprócz klasycznie cytatu, była kwestia tego, że już od jakiegoś czasu zdarza mi się zaglądać w cudzesy, zaglądać w teksty innych pisarzy, którzy właśnie są dopiero na początku swojej wydawniczej drogi i gdzieś tam są żądni wszelkich uwag, opinii, porad.
Im więcej, tym lepiej. I tak po zapoznaniu się z tymi treściami niektóre czytam od razu, niektóre czytam na raty. Często zadaję sobie właśnie pytanie... O! Może zacznę inaczej. Jeżeli mam jakąś książkę i wiadomo, że często te książki mają więcej niż 10 stron, już takie papierowe, wydrukowane czy w czytnikach. I nie sposób jest niekiedy siąść i za jednym zamachem przeczytać wszystko, więc wiadomo, że sobie to dawkujemy. Ja mam taki rytuał. Ja uwielbiam czytać w wannie, a że nie chodzę codziennie do wanny, to faktycznie mam te przerwy w treści. I są książki, o których nie myślę, a są książki, o których mimo że czekam od na przykład jednej wanny do drugiej albo gdzieś wtedy już po prostu faktycznie biorę tą książkę i nie tylko czytam ją w wannie, bo po prostu tak się nie mogę doczekać, co tam się dalej dzieje.
Zaczęłam właśnie sobie zadawać pytania po tych różnych treściach, które czytam, tych właśnie jeszcze niewydanych. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy o nich myślę albo jeżeli myślę, to w jaki sposób. To różnie bywa, w zależności od treści, wiadomo, w zależności też od klimatu. Każdy z nas ma jakieś swoje preferencje, więc wiadomo, że nie wszystko nam podejdzie. Ale w przypadku, kiedy nie myślałam o jakiejś treści czytanej na raty, to właśnie zaczęłam sobie zadawać pytanie, dlaczego akurat nie myślę o tej konkretnej treści. I bardzo często doszłam do wniosku, że chodziło o bohatera. Że na przykład jak próbowałam sobie przypomnieć, to pamiętałam całą fabułę, jakieś problemy, może właśnie to, co mnie tam zaskoczyło czy zaintrygowało. Ale nie myślałam o tej fabule, ponieważ nie wczułam się w bohatera. I nie zrozumcie mnie tutaj, że sugeruję, że główny bohater powinien być tak napisany, że każdy czytelnik będzie się w niego wczuwał, bo tak nie będzie. Natomiast oprócz głównego bohatera mamy innych bohaterów, którzy też są w stanie odcisnąć piętno na czytelniku.
Takie pozytywne piętno, że też będzie się chciało na przykład dowiedzieć, co dalej, czy ta postać gdzieś jeszcze będzie, czy coś z nią będzie, czy ona się rozwinie. Jeżeli chodzi o te poboczne. Oczywiście super. Jeżeli mamy głównego bohatera, który porywa większość naszych czytelników, to jest wtedy wow. Trochę już mówiłam o takim świadomym projektowaniu, także zachęcam, żebyście sobie zerknęli w bodajże ósmy odcinek. To było ożywianie i projektowanie. Tam mówiłam tak ogólnie nie tylko o tworzeniu postaci, ale tak, na co warto zwrócić uwagę i jak podejść na przykład do tworzenia poszczególnych elementów. Tam też wspominałam o czymś takim jak archetypy osobowości. Tutaj nie będę drugi raz o tym mówić, bo to bez sensu. Chcecie, to sobie tam przesłuchajcie.
Zachęcam was też, jeżeli byście zerknęli na tą naszą facebookową grupę Alchemia Tworzenia i właśnie na post dedykowany temu odcinkowi numer osiem, to tam podrzuciłam wam linki, bo też o archetypach ciut więcej mówiłam na kanale swoim na YouTubie i tam też podsyłam wam link do moich autorskich kart pracy, które też pozwolą zerknąć trochę głębiej w bohatera. Zresztą dzisiaj troszeczkę też się do nich odwołam. Ale nie chcę też powielać treści. Natomiast jeżeli chodzi o same archetypy, to jeżeli nie chce wam się słuchać tego, co ja mówię, to jak najbardziej znajdziecie o tym informacje w internecie. Archetypy osobowości przede wszystkim jest to narzędzie do rozwoju osobistego. To nie jest narzędzie pisarskie, tylko na podstawie mitów, legend, baśni, trochę snów zostały opracowane takie typy osobowości i na podstawie tych typów można też sobie z kimś pracować. Serdecznie wam polecam, poczytajcie sobie, nawet sami się zastanówcie, w jakim jesteście archetypie. Mniej lub bardziej, bo oczywiście każdy archetyp mamy w sobie. Tylko jak już tu parokrotnie wspominałam, konsoleta suwaczki, to z archetypami też jest dokładnie w ten sposób. Także do archetypów za chwilę też podejdę, ale na konkretnym przykładzie.
Nie będę wam tu wszystkich przybliżać. Także szurajcie po internetach sobie, niech wam się tutaj ładnie to sprawdza i działa. Co z tymi wspomnieniami z czytanych treści? Doszłam do wniosku, że postaci, które tam były, nie miały litej struktury. Dobra, nie bójmy się tych słów. Były dziurawe. Ale oczywiście to nie o to chodzi, że to jest złe, bo czasami nawet takie dziury w postaci, jeżeli dobrze je sobie zaplanujemy, to mogą być naprawdę świetną furtką w fabule. Ale to konkretne przypadki. Natomiast tutaj faktycznie też po rozmowie później z autorami wychodziło, że faktycznie przyłapałam kogoś na tym, że czegoś tam nie zaplanował albo potraktował po macoszemu, albo nawet nie był świadomy, czy nie zwrócił uwagi na coś tam, albo że ten mały szczegół może mieć aż taki wpływ na odbiór na przykład. Ale zaczęłam zadawać sobie pytanie, jak to najlepiej połatać.
Jeżeli na przykład teraz siądziecie do pisania czegoś nowego, to co mogłabym wam podpowiedzieć? Jak moglibyście podejść faktycznie do budowania tej litej struktury postaci, ale też żebyście nie musieli nie wiadomo ile tego wypisywać. Chociaż ja wychodzę z założenia, że im więcej sobie wypiszemy, tym większy później mamy wybór, więcej możliwości. Natomiast oczywiście, że rozumiem też to, że nie każdy ma takie potrzeby. Także postaram się tutaj podrzucić wam kilka tropów i co wybierzecie to będzie wasze. Ale myślę, że już będzie lepiej właśnie na te tropy zwrócić uwagę, niż olać temat zupełnie. Żeby to wszystko połatać, to pierwsze co mi przyszło do głowy, to wiadomo, trzeba by wejść w psychologię tej postaci. Zajrzeć, co ona ma tam w głowie, o co chodzi, dlaczego robi tak, a nie inaczej. I z automatu wyszło mi, że trzeba by po prostu najzwyczajniej w świecie stworzyć profil psychologiczny tej postaci. Tak jak wspominałam o archetypach w ogóle.
One robią robotę, bo jak po to sięgniecie, to zauważycie, że macie tam tak naprawdę przekrój różnego typu postaci. Nawet na jednym archetypie spokojnie moglibyście postawić jedną postać jako funkcję. Może żeby podać przykład. Pracuję teraz nad jedną nowelką i właśnie tutaj stawiam sobie postaci na archetypach. To wam powiem o głównym bohaterze, bo ja sobie przyjęłam zasadę w tej powieści. Mam właściwie takie trzy główne postaci, które najwięcej... To nie powieść. Mocne słowo. A może prorocze. Zobaczymy.
Mam tutaj trzy główne postaci, czyli mam głównego bohatera i potem jeszcze dwie niby nie główne, ale główne. I każda z tych postaci, ja sobie uznałam, postanowiłam, że będzie miała trzy archetypy. Że do każdej wybiorę sobie te trzy archetypy i później postaram się też w treści właśnie się tego trzymać i to rozwinąć. Dzisiaj wam powiem o głównym bohaterze. Nie będę wam też czytać charakterystyk tych archetypów, tylko wam powiem, co wybrałam w danym archetypie. Tu jeszcze wspomnę, że wymyśliłam sobie trzy kategorie i one będą reprezentowane w tym profilu psychologicznym przez dany archetyp. I na przykład mamy tutaj kategorię taką napęd, ale w kontekście właśnie motywacji, tego co nas pcha. Nie nas, tylko w tym wypadku mojego bohatera. I tu wybrałam archetyp odkrywcy. Przeważnie nazywa się odkrywca albo coś w ten deseń, bo to zależy też od opracowania.
Ja korzystam z opracowania Gabrieli Borowczyk, więc na pewno też znajdziecie informacje w internecie o tym. W razie czego na YouTubie właśnie to opracowanie omawiam. I tutaj jako ten napęd wybrałam właśnie to, że mój bohater będzie ciągle czegoś szukał. Będzie przeważała w nim taka ciekawość świata i właściwie to te cuda świata, które on będzie odkrywał na każdym kroku, one będą ważniejsze niż wszystko. Co z automatu właśnie będzie też się przekładało na taką skłonność do brawury. Więc on nie będzie na przykład dbał o to, co wypada, co nie, czy na przykład coś jest niebezpieczne, czy nie, bo ważniejsze dla niego będzie-- on po prostu musi wiedzieć, on musi sprawdzić i on musi to odkryć. Taka główna oś, po której ten mój bohater będzie jechał jak taki taran. Natomiast oprócz tego pędzenia w przód pomyślałam właśnie o kategorii działania, czyli to właściwie, co on będzie robił. Poszczególne rzeczy, na czym one się będą opierały, co w nich będzie dominowało czy jakie one będą przybierały Rodzaj działań na przykład, jaki to będzie. I tu wybrałam opiekun, taki archetyp.
I z tego właśnie skupiam się na tym, że cokolwiek mój bohater będzie robił, to będzie uważny na innych. Będzie potrafił na przykład poświęcić siebie czy jakąś swoją wygodę dla kogoś. Oczywiście, jeżeli będzie to spójne z jego wartościami. On nie będzie robił czegoś wbrew sobie, ale jeżeli faktycznie poczuje taką spójność, to nawet się nie będzie wahał, żeby poświęcić nawet życie w czyjejś obronie czy w obronie jakiejś idei. I jeszcze mamy kolejny taki, moim zdaniem bardzo ważny tor główny, czyli emocje. Czyli to wszystko, jak już mamy ten nasz wagonik i sobie nim pędzimy i będą się działy jakieś rzeczy, działania, interakcje, to będą jeszcze emocje, które będą gdzieś wirowały i oddziaływały na naszego bohatera. I tutaj mój wybór padł na archetyp niewinny. Wiecie co? Nie będę strzelać. Ja nie pamiętam.
On jest czasami jako taki ziomek z sąsiedztwa. Dobra, nie będę, bo jest też towarzysz. Czasami są bardzo mieszane archetypy. Tutaj z opracowania tego mam niewinnego i jeżeli chodzi o kierunek emocji, to tutaj postawiłam na taką naiwność bohatera, ale w taki dziecięcy sposób, taki nieprzejmujący się zasadami. On po prostu sobie będzie wierzył w dobro ludzi. Tu wypisałam sobie, że będzie wierzył właśnie w miłość i przyjaźń, że to będą te bardzo ważne dla niego relacje. Może takie trochę świętości. I tu też wypisałam sobie właśnie, że on nie będzie miał uprzedzeń. Właśnie trochę mi o taką naiwność dziecięcą chodzi. Czyli wiecie, dziecko podchodzi, ono się nie zastanawia, czy ktoś jest dobry, czy ktoś jest zły, czy ktoś jest miły, czy nie, czy ładny, czy brzydki.
Dziecko po prostu chce coś, podchodzi, idzie, mówi albo coś to dziecko właśnie zaciekawi. Ono się nie zatrzyma, bo jemu się coś wydaje, bo uważa, że ktoś go odpycha na przykład wyglądem czy słowami, które mówi. Także mieszanka ciekawa. Zobaczymy jak mi to wyjdzie. Ja lubię wyzwania, także faktycznie ta nowelka jest dla mnie wyzwaniem, bo tutaj naprawdę chcę się nie ogólnie, tylko bardzo tak szczegółowo trzymać archetypów. Natomiast myślę, że po takie trzy archetypy czy na samym początku jakbyście chcieli po to sięgać, to nawet wybierzcie sobie jeden i spróbujcie zbudować na tym postać. Zaraz przejdę do innych aspektów, jak można fajnie te archetypy ograć. Natomiast możecie właśnie myśleć o takich tych trzech filarach. Chciałam powiedzieć o rdzeniu bohatera, ale tu właściwie to byłby rdzeń, który składa się z trzech. Czyli tak jak mówiłam, ten napęd, coś, co po prostu sprawia, że wasz bohater wstaje z łóżka, dlatego właśnie wstaje.
Dalej działania, czyli właściwie charakterystyka, jakich będzie się podejmował zadań, jakie będzie podejmował decyzje i tak dalej. Do tego też za chwilę. I oczywiście ten kierunek emocji, czy ta pula, z której będziemy wyciągać emocje. Ale to mówię, to jest moja propozycja, to ja sobie teraz będę testowała w boju. Natomiast tak jak mówiłam, jak sięgniecie po archetypy, to zobaczycie, że tu wcale nie trzeba dużej rozkminy, jeżeli chodzi o ten profil. I też dzięki temu będzie wam łatwiej później się pilnować w trakcie pisania. Ale wiadomka, może wam się nie chcieć po to sięgać. I tak sobie pomyślałam, bo mam te moje karty pracy, o których wspominałam. Oczywiście będziecie mieli też tam, tak jak wspominałam, link, więc możecie sobie też upolować te karty. Także zachęcam, jak wejdziecie na YouTube'a i ja o czymś mówię, pokazuję jakieś narzędzie, to zerknijcie w opis, bo tam można znaleźć coś, co z pewnością wam się opłaci.
I wiecie co? Tak patrzę w te karty, bo nie będziemy teraz omawiać wszystkich, bo tu jest dziewięć bardzo rozbudowanych kart. Natomiast na pewno chciałam wam przybliżyć i tu faktycznie przeczytam wam polecenie, opis tej karty. Natomiast karta dotycząca kotwicy wizerunkowej. I oczywiście, że ona w dużej mierze dotyczy tego, jak bohater wygląda, ale zahacza właśnie też o inne rzeczy, które mogłyby wam się przydać w profilu psychologicznym. Bo musicie pamiętać, że to, co się dzieje u nas w głowie, to, z czym się zmagamy, czy tam nasi bohaterowie, bo przyjmijmy, że to właściwie jest podobny temat, to bardzo często mam wrażenie, że zapominamy o tym, że to też widać w naszym ciele. I nieważne, jak byśmy super wymyślili archetypy bohatera, to jeżeli nie opiszemy, gdzieś nie przemycimy nawet jakichś właśnie tych kotwic wizerunkowych typu budowa ciała, sposób poruszania i tak dalej, w ogóle mowa ciała, to może to być właśnie nie do końca spójne. Ale dobra, słuchajcie, zaraz, bo tak lecę ze wszystkim. Chcę wam wszystko od razu naraz, a tak na spokojnie, po kolei. Pozwolę sobie przeczytać wam to polecenie, które właśnie przy kotwicy wizerunkowej mam w karcie, bo tutaj właśnie też sporo tłumaczę, o co tutaj chodzi w tym kierunku, w tym podejściu.
Według Lovecrafta wystarczy jeden właściwie użyty szczegół, który określi w całości czyjś typ i charakter. Oczywiście, że wszystko uzależnione jest od całości kompozycji i pozostałych elementów uniwersum i fabuły, ale z pewnością jest to dobry kierunek, żeby zbudować rdzeń twojego bohatera. Chodzi tutaj o jakąś cechę z rodzaju: patrzę i wiem. Czyli sytuacja, kiedy nie jest potrzebne imię bohatera w akapicie, żeby dokładnie wiedzieć, o kim mowa. To rodzaj kotwicy wizerunkowej, która będzie przywodziła na myśl czytelnikowi konkretny obraz. Taką cechą może być ubiór, cecha wyglądu, jakaś konkretna, wyjątkowe proporcje ciała, osobliwa właściwość, wada wymowy, powiedzonko czy cokolwiek innego, co sprawi, że bohater stanie się wyraźny i łatwy do błyskawicznego odróżnienia od pozostałych postaci. Taka kotwica wizerunkowa będzie tym silniejsza, im bardziej zasugeruje czytelnikowi zależności i właściwości umysłu bohatera. Oczywiście, jak już wspominałam, to zależy od roli bohatera w danej fabule oraz jego korelacji z pozostałymi elementami. Wyobraź sobie, że spotykasz tego bohatera. Jakie są twoje pierwsze odczucia?
Na co najpierw zwróciłeś uwagę? Co najbardziej zapamiętałeś? Co jako pierwsze wspomnisz, opowiadając o nim komuś innemu? Taką cechą może być dosłownie wszystko. No właśnie, słuchajcie, tutaj mogę wam jeszcze zdradzić, że tu mam właśnie sposób poruszania się, nieświadomy nawyk. To też może być fajne, bo my sami nie jesteśmy świadomi wszystkiego, co robimy. A zdarza się, że ktoś bliski nam zwróci na coś uwagę. Albo może powtarzamy któreś słowo w kółko. Może mamy sezonowo jakieś słowo. Ja mam tak często.
Zresztą część wycinam stąd, ale z pewnością nadużywam: wiecie, no to, słuchajcie. Coś pewnie jeszcze byście znaleźli sami. I słuchajcie, tu też było-- o, właśnie. Teraz sama będę się łapać na tym „słuchajcie”. Było też trochę o tej właściwości umysłu. Chwyciłam jakieś te karty pracy. Mam tutaj na przykład właściwość tej mojej innej bohaterki, że ona czyta w ludziach jak w książkach i zachowuje zimną krew. Więc tu mam wypisane sobie dwie takie cechy. Natomiast możecie pomyśleć, bo jeżeli to na przykład będzie osoba, która nie panikuje i zawsze zachowuje zimną krew, to zauważcie, że już mając taką właściwość umysłu, to będzie się przekładało na to, jak ta osoba będzie reagowała później w treści na różne sytuacje, z którymi ją zestawicie. Także samo wypisanie nawet takich rzeczy może w pierwszej chwili wydawać wam się zbędne, że po co aż tak się w to tam zagłębiać.
Natomiast niewykluczone, że kiedy zaczniecie to wypisywać, to może po drodze wpadniecie na jakieś nowe, fajne kierunki. A może wypiszecie tego siedem, ale któraś jedna rzecz tak wam się spodoba, że będziecie wiedzieli, że to jest to i bez żadnych tam archetypów, cudów, wianków po prostu na tym postawicie postać. Bo wiecie, już nawet na tym, że ta postać zachowuje zawsze zimną krew, to zobaczcie, jak wiele już wam to mówi. Oczywiście, że sposób mówienia, język wypowiedzi to są też bardzo istotne rzeczy. Jeszcze tam o nich wspomnę za chwileczkę. W swoich kartach wpadłam jeszcze na taki pomysł, żeby przygotować wam miejsce. Ale to mówię, bez kart możecie spokojnie sobie po prostu siąść i też to wypisać czy przemyśleć. Coś takiego jak przeszłość waszego bohatera. Chodzi mi o ten moment takiego trochę może jak backstory czy origin story, czyli coś, czego faktycznie nie musi być w waszej powieści. Czyli ja jako czytelnik nie będę mieć o tym pojęcia.
Może się nigdy nie dowiem, może dowiem się w piątej części waszej sagi. Natomiast jeżeli wy wypiszecie sobie różnego rodzaju rzeczy związane z przeszłością bohatera, to może się okazać, że dużo łatwiej będzie wam skupić się na teraźniejszości, czyli właśnie na tym momencie, w którym ja, czytelnik, otwierając waszą powieść, spotykam się z waszym bohaterem. I wiecie, w takiej przeszłości mogą być jakieś ważne wspomnienia, może jakieś traumy, może w ogóle wykształcenie bohatera. Może to nie było tak, że skończył jedną szkołę, może skończył wiele tych szkół. To wszystko zależy, w jakim wieku, w jakim uniwersum jest i tak dalej. Może odbył po prostu jakąś jedną wielką lekcję życiową, a może miał przodka, który walnął mu taki morał, że to nim wstrząsnęło. Zresztą możliwe, że to był morał na przykład z dziada na pradziada i każdy w ich rodzinie reprezentował na przykład rodzinę pod takim szyldem. Czy to było takie motto, czy główne jakieś wartości, które każdy członek tej rodziny musiał reprezentować na przykład. I wiecie, z pozoru, skoro nie używacie tego w powieści, no to po co to robić? Natomiast kiedy zaczniecie to wypisywać, to stworzycie sobie już taką małą bazę, z której możecie później czerpać i na przykład czasami ubarwiać czy ulepszać, dekorować jakieś sceny.
Właśnie może o jakąś retrospekcję, może o jakąś ciekawostkę z życia bohatera. A może czasami będziecie potrzebowali w jakiejś scenie, na przykład wasz bohater zrobił coś nie do końca spójnego z jego profilem, archetypem i tak dalej. Ale to nie było tak, że wy popełniliście błąd, zapomnieliście, tylko faktycznie chcieliście wprowadzić taką celową niespójność, którą warto później właśnie usprawiedliwić w jakiś sposób. Więc może właśnie w tej przeszłości bohater miał kontuzję kolana i właśnie w tej scenie mu się przypomniała. Czy może właśnie to motto, może zrobił coś, a dopiero po fakcie przypomniało mu się, co mu dziadek zawsze powtarzał i bohater już wiedział, że popełnił błąd. A za chwilę domino się posypie fabularnie, kiedy wy wejdziecie w akcję. Oczywiście, jeżeli mówimy o przeszłości, wspomniałam już o teraźniejszości bohatera. Natomiast w samej teraźniejszości, jeżeli robicie plany waszej fabuły powieści, to siłą rzeczy będzie gdzieś ta teraźniejszość, aczkolwiek może nie tak szczegółowa, bo w takiej teraźniejszości możecie też sobie na przykład zanotować jakieś zwyczaje bohatera, może jakieś talenty, osiągnięcia czy jego hobby, które może wam się gdzieś przydadzą do jakiejś śmiesznej sceny czy do śmiesznienia czegoś, czy może właśnie wyjaśnienia, tak jak wspominałam w przeszłości. Ale bardzo istotne jest, żeby pomyśleć o tej relacji czy korelacji przeszłości z teraźniejszością, bo jednak mówimy o profilu psychologicznym, więc sama teraźniejszość, przeszłość oddzielnie to są, tak jak mówiłam, baza informacji. Natomiast dopiero relacja między jednym a drugim będzie wam już pokazywała jakąś zmianę w bohaterze, czyli coś, co wpływa na jego psychikę.
Że może to, jaki on jest dzisiaj, w tej teraźniejszości, to może właśnie coś się zdarzyło kiedyś, że on jest taki dzisiaj. I może taka zależność też okazać się dla was fajnym tropem na wprowadzenie jakiejś właściwości umysłu czy jakiejś innej rzeczy, czy może głównego toru działania waszego bohatera. Oczywiście jak już grzebiemy w tych różnych ciekawostkach na temat waszych bohaterów, to też świetnym tropem może być sekret bohatera. Nie wiem, czy to będzie jakiś nałóg, ukryta słabość, może największy lęk czy jakiś powód do wstydu. Może właśnie to będzie jego rodzajem motywacji czy czegoś, co będzie go charakteryzowało. Może było takim trochę filtrem, nakładką, a może dla was wyzwaniem, żeby trzymać się czegoś, czy żeby pokazywać to na przykład w różnych odsłonach. Może jeżeli to będzie jakiś lęk, to może podczas całej waszej fabuły, którą dla niego stworzycie, może on właśnie z tym lękiem będzie się zmagał i może oprócz przekazu, który zaplanowaliście, czy tego, co chcecie pokazać w historii, może przy okazji uda wam się przejść z tym bohaterem przez jakąś zmianę, że może na końcu tej historii on już tego lęku nie będzie miał. A może ten lęk się nasili. To zawsze pamiętajcie, może iść w dwie strony, a to wy trzymacie kierownicę i to wy zarządzacie. Oczywiście oprócz sekretów może też być coś takiego jak motywacja.
To trochę jak wspominałam o tym napędzie wcześniej. Takie źródło siły, coś, co tego bohatera będzie pchało. Czy też ciekawą rzeczą jest błąd w myśleniu. I może ten błąd oczywiście się pogłębić w trakcie fabuły, może się skorygować, a może nic się z nim nie zadziać. To wy decydujecie. Natomiast sam ten błąd będzie się przekładał na postrzeganie świata. Będzie też sprawiał, że bohater na przykład będzie używał innych swoich cech, umiejętności czy zasobów. A gdyby nie był w tym błędzie, to może zupełnie łatwiej czy prościej doszedłby do jakichś rzeczy albo nawet nie musiałby iść tak naokoło. Oczywiście, że archetypy w pewnym sensie, jeżeli po nie sięgniecie, będą wam sugerowały takie rzeczy czy inspirowały do poszczególnych sekretów, błędów i tak dalej. Ale tak jak wspomniałam o tej kotwicy, czasami wystarczy jedna cecha.
Może właśnie tą cechą będzie sekret bohatera, który będzie go definiował w jakiś sposób. Czy klasyka rodzaju, że mamy sobie wampira wśród ludzi czy wilkołaka i on się będzie musiał ukrywać. A może nie będzie się musiał ukrywać, ale już gdzieś ten sekret będzie na niego jakoś oddziaływał. Także dobre tropy. Czerpcie sobie, bawcie się konwencją. To wszystko, co mówię i parę innych rzeczy dodatkowych jest na tych kartach pracy. Natomiast spokojnie, tak jak mówiłam, już z tego, co tutaj mówię, jak zrobicie notatki, to już też będziecie mieli dużo rzeczy do rozpisania. Natomiast myślałam też jeszcze o tym, co więcej, co dalej, co może też być ciekawym tropem, to na przykład jeżeli sięgniecie po archetypy, to z każdej charakterystyki każdy archetyp oczywiście, że będzie miał mocne, słabe strony. A tutaj możemy pomyśleć o czymś takim jak szanse i zagrożenia. Więc jeżeli ja sobie tutaj wzięłam tego odkrywcę na przykład, o którym wam mówiłam, ten archetyp, to oczywiście, że to odkrywanie, ciekawość świata, takie pobudzenie energetyczne, wieczna ciekawość świata, ale też właśnie wspominam o tym, że ta skłonność do brawury to jest coś, co może bardzo łatwo doprowadzić do tego, że bohater zawikła się w jakąś niebezpieczną sytuację.
A może właśnie zginie, a może okaleczy się. Czy nie przewidzi zagrożenia i stanie się tragedia. Więc każdy archetyp spokojnie moglibyśmy rozważyć w kontekście szans i zagrożenia. W sumie tak teraz myślę, że każdą cechę, którą sobie wybierzecie jako tą taką dominantę czy tą właśnie kotwicę, bo nawet jakiś sekret, o którym wspominałam, czy lęk. Wszystko ma szanse i zagrożenia. Bo na przykład jeżeli bohater jest w jakimś lęku, panicznie boi się pająków, to oczywiście, że w chwili, kiedy zobaczy pająka, to będą te minusy, bo dostanie paraliżu, dostanie zawału, ucieknie, będzie biegł na oślep. Może stworzyć dla siebie zagrożenie czy dla innych. Ale z drugiej strony, jeżeli ma ten lęk, to w momencie, kiedy trafi do miejsca, gdzie się spodziewa, że mogą być pająki, on będzie odruchowo unikał tych miejsc. Będzie starał się unikać sytuacji, w których może tego pająka spotkać. Może właśnie to też wam się przyda w fabule, że może właśnie ten lęk przed pająkami będzie w jakiś sposób prowadził tego bohatera czy sprawiał, że on uniknie jakichś konsekwencji.
Także starajcie się patrzeć tak, jest na to jakieś mądre słowo, ale od jednej i od drugiej strony. Od plusów i od minusów. Kolejna rzecz, która też może okazać się ciekawym tropem, to właściwie relacja głównego bohatera z tym negatywnym bohaterem, z antagonistą. Wiadomo, nie w każdej treści, nie w każdej historii musi być taki bezpośredni antagonista, ale zwykle jest jakieś zagrożenie, jakiś problem. Więc jeżeli tym problemem nie jest jakaś postać, która kopie dołki pod naszym głównym bohaterem, to może właśnie jest ten rodzaj zagrożenia czy jakiegoś wyzwania. Czegoś, czemu nasz bohater musi stawić czoło. On zawsze będzie w jakiejś relacji, nawet jeżeli jeszcze się z tym nie zna, to wy jako autorzy już będziecie wiedzieli, jak to wszystko się zakończy czy w jakim kierunku będzie szło. Więc jesteście w stanie wymyślić sobie taką relację, jak to będzie działało. I może właśnie ta relacja też będzie sprawiała, że w jakiś sposób wam określi bohatera czy jego stan psychiczny. Tu jeszcze na koniec sobie wypisałam taką misję życiową bohatera.
Ale uwaga, bo nie chodzi mi tutaj o misję fabularną, którą my jako autorzy mu dajemy, że ten bohater jest po to, żeby przejść tą historię tak i tak, i żeby osiągnąć to. Tylko wyobraźcie sobie, jakby on był prawdziwy, że my sami jesteśmy bohaterami w naszym życiu i gdzieś coś robimy. Ale oprócz tego, oprócz na przykład zadań czy zobowiązań, czy rzeczy, które wybieramy, kierunków. Nawet wybieramy, że chcemy poszerzyć swoje kompetencje, idziemy na jakieś studia. Wiadomo, że część rzeczy będzie nam się podobała, część może niekoniecznie. Będą jakieś wyzwania, trudności. Ale zauważcie, że mimo wszystko będziemy szli tą drogą, tą właśnie naszą misją fabularną, bo mamy w środku jakąś tam naszą misję wewnętrzną. Czyli właśnie wiemy, że teraz musimy się przemęczyć, zacisnąć zęby, ale w momencie, kiedy będziemy mieli dyplom, czy będziemy mieli tą kompetencję daną, tą umiejętność, będziemy mogli zrobić coś więcej, spójnego. Coś dla ludzi czy dla naszych bliskich, czy zmienić świat. I tak samo nasz bohater.
Więc może wymyślcie mu jakąś misję, która w ogóle będzie absolutnie niezwiązana z tym, co on robi, czy w ogóle oderwana od rzeczywistości waszego uniwersum. Ale może właśnie będzie na tyle ciekawa, że będzie sprawiała, że ten bohater się stanie taki ludzki, prawdziwy. Ludzki może niekoniecznie jest dobrym słowem, jeżeli będziecie chcieli właśnie jakieś wilkołaki robić czy inne cuda. Ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi. O takie nasze emocje. Myślę, że w większości wasi czytelnicy to ludzie, więc dobrze jest się odwoływać do nich. Tu właśnie już wspominałam. Niezależnie od tego, co sobie wybierzecie z tych rzeczy, które wymieniłam, to warto pilnować później tej spójności zachowań. Żeby nie było sytuacji takiej, że postanowiliście na przykład zrobić waszego bohatera jako takiego władcę, który będzie zdystansowany do świata. Będą wszyscy go szanowali tak na dystans, że to będzie taki twardy, zimny władca.
Może właśnie będzie mówił językiem bardzo kulturalnym, poważnym, oficjalnym. Po czym w jakimś dialogu robicie jakąś wypowiedź, gdzie ten władca będzie używał słowa, które mu nie przystoi. I teraz, jeżeli to będzie słowo takie wieśniackie jakieś, z niższych klas i żaden inny bohater czy wy niczym, nikim w fabule nie zareagujecie. Po prostu wam się tak pomyślało, że to słowo będzie spoko. To będziecie wybijali czytelnika z takiej wizualizacji z czytania, bo to po prostu będzie niespójne. Natomiast jeżeli chcecie, żeby ten wasz władca, taki dystyngowany władca, użył słowa rodem z najniższych klas społecznych, to warto wtedy usprawiedliwić, cudzysłów usprawiedliwić czy obronić to słowo. Na przykład reakcją jakiegoś jego doradcy, asystenta czy nawet takim przemyśleniem, że ten patriarcha na przykład był rozdrażniony. Czy patriarcha. Patrzę na archetypy. Ten wasz władca na przykład był rozdrażniony czymś innym, a tutaj ktoś mu zawraca głowę i on tak powiedział to słowo, a dopiero po fakcie.
Wy piszecie w fabule, że po fakcie sobie pomyślał, że nie przystoi mu używanie takich słów. Na szczęście nikt nie zauważył. Coś w ten deseń. Także wszelkiego rodzaju reakcje waszych bohaterów. Słowa. Super, jeżeli będziecie zwracali uwagę na mowę ciała. Zróbcie sobie research, poszukajcie o takich rzeczach. Ale to czasami nie trzeba robić researchu. Myślę, że przebywacie czasami wśród ludzi, że może jednak my, pisarze, wcale nie siedzimy zamknięci gdzieś tam w piwnicach. Czasami wychodzimy do ludzi.
Głęboko w to wierzę. Stosuję w życiu. Ale sami wiecie, że czasami nawet nie trzeba odpowiadać słowem. Wystarczy zrobić jakiś gest, może przechylić głowę na bok, zaśmiać się w jakiś konkretny sposób, chrząknąć, cokolwiek. To wszystko już jest jakiś rodzaj mowy ciała, rodzaj reakcji. Który będzie w dużej mierze zależał od dominującej cechy czy profilu waszego bohatera. Tak samo, jak mówiłam, używane słowa, sposób mówienia. Samo to, że ktoś był wściekły i cedził pojedyncze słowa przez zaciśnięte zęby. Mówił i cedził, bo był wściekły. Jeden detal to jest dwa, trzy słowa, które wy dopiszecie, a czytelnik, który kiedykolwiek słyszał, jak ktoś cedzi przez zęby, będzie miał od razu obraz.
Będzie wiedział, jak wygląda twarz tego bohatera. I tak jak wspominałam, decyzje czy wybory bohatera. To oczywiście będą uzależnione od profilu. Ale słuchajcie, jest jeszcze coś takiego jak zmiany w wyglądzie. Jak chcecie na waszych konkretnych przypadkach, to wiecie, jak mnie znaleźć. Możemy sobie przegadać, omówić, jak dobrać zmiany w wyglądzie do profilu czy do zmiany bohatera. Ale mam tutaj na myśli to, że może być jakaś wojna i może stracić nogę. Dobra. Nie poradzimy. Tak zaplanowaliście w fabule.
Natomiast czasami może być tak, że bohater wpadł w melancholię i przestał się golić. A może włosy mu urosły, a może wręcz ogolił się na łyso. A może ściął warkocz, który nosił i ten warkocz oznaczał jakąś siłę i tak dalej, a on sobie ściął. Są czasami takie reakcje. I oczywiście, nie dość, że tu mamy świetne poletko, żeby opisać scenę przeżyć wewnętrznych, silnych wręcz, to dodatkowo zmieniamy wygląd naszego bohatera. Może to też ciekawy trop, ale podkreślam, pamiętajcie o spójności. Tutaj jeszcze mam w notatkach coś takiego jak infiltracja bohatera. I tutaj nie mam nic innego na myśli jak wasze podejście. Super, jakbyście starali się podejść świadomie do tego projektowania, zarówno do samej fabuły, poszczególnych elementów, lokacji czy całego uniwersum, ale w tym wypadku do bohatera i do jego psychologii. Bo oczywiście, że można to zrobić później.
Wszystko się da. Natomiast będzie to dużo trudniejsze i będziecie mieli dużo więcej zmian w samej treści, bo może okazać się, że dopiero po fakcie wymyślicie jakąś fajną cechę bohatera. To będzie wow, ale okaże się, że przez to będziecie musieli zmieniać każdą jego wypowiedź. Może będzie parę scen, w których będziecie musieli zmienić jego reakcje, żeby to faktycznie było spójne, żeby oddać jak najlepiej w treści daną cechę, którą sobie wymyśliliście. Dlatego naprawdę szczerze zachęcam was, żebyście zanim zaczniecie pisać, przysiedli do swoich bohaterów i pomyśleli. Główny bohater super, wiadomo, podstawa, ale zachęcam też, żebyście przyjrzeli się bohaterom zarówno epizodycznym, jak i drugoplanowym. Bo czasami może być tak, że super jak wprowadzicie jakąś postać drugoplanową, bo ona będzie pozwalała na wyeksponowanie danej wybranej cechy waszego głównego bohatera. Tak samo postać epizodyczna. Może wręcz dopiszecie malutką, krótką scenkę rodzajową z małym epizodem, w sensie postacią epizodyczną, żeby pokazać jakąś właściwość umysłu czy zachowania głównego bohatera. To trochę jak w rozprawie sądowej zbiera się dowody.
Trzeba coś obronić. Tak dobrze jest tutaj się ubezpieczyć, żeby dać czytelnikowi później momenty do odkrywania tego bohatera w różnych jego odsłonach. Ogranicza was tylko wasza wyobraźnia, tak że szalejcie. Jestem przekonana, że zaskoczycie samych siebie nie raz. Miło mi będzie, jak mnie będziecie chcieli zaskoczyć, dzieląc się jakimś efektem. Może któregoś bohatera sobie podrasowaliście. Będzie mi bardzo miło, jak będę mogła się zapoznać z tymi treściami. I słuchajcie, jeszcze ostatni punkt, to też jest coś, co zapisałam z wykrzyknikami nawet. Konsekwencja w projektowaniu. Już trochę o tym wspominałam, o tej spójności.
Jeżeli powiecie A, to pamiętajcie o B. Bo czasami samo napisanie, że nasz bohater miał taki nawyk, że jak był hałas, to on go zagłuszał i zaczynał śpiewać. To co z tego? Natomiast jeżeli o tym wspomnimy, sam bohater będzie na to narzekał, a później będzie jakaś kulminacyjna scena. Może będą wystrzały z armat, a on zamiast uciekać, zatrzyma się, zatka uszy i będzie śpiewał. Z jednej strony mamy scenę humorystyczną, ale może i tragiczną. Ale przy okazji ta cecha faktycznie udowodnimy czytelnikowi, że to nie był przypadek, tylko że faktycznie w takich sytuacjach kryzysowych nasz bohater po prostu... To jest mechanizm, to jest silniejsze od niego na przykład. A może on nawet nie będzie świadomy i dopiero postać drugoplanowa będzie musiała go zagarnąć i: „Stary, co ty robisz?”. To są niby detale, niby smaczki, ale to jest coś, co może wam naprawdę zrobić grubą robotę.
Załóżmy, że się wam przydarzy małe potknięcie w fabule czy może mały błąd logiczny. Ale jeżeli skupicie uwagę czytelnika na postaci, to wręcz nawet będzie wam Będzie patrzył na was przychylniej. Z pewnością wybaczy wam jakieś potknięcia, bo postać była taka świetna, taka w 3D, taka prawdziwa, autentyczna, że on będzie zajarany postacią. Będzie kupiony. W sumie to w dużej mierze trochę jest jak w sprzedaży. Zatoczyłam koło od tej autentyczności, bo faktycznie ta autentyczność w sprzedaży polega na tym, że ludzie jeżeli nie kupią was, nie kupią waszego produktu. To nie produkt ma się sprzedać, tylko wy macie się sprzedać i dzięki temu wasz produkt sprzeda się lepiej w tej autentyczności. Tutaj jest tak samo. Jeżeli wasz bohater będzie tak autentyczny, że aż prawdziwy, że może nawet czytelnik będzie przekonany, że opisywaliście prawdziwą osobę, kogoś, kogo kiedyś spotkaliście na przykład, to zżyje się bardziej emocjonalnie z waszym tekstem, z waszą powieścią, może z waszym uniwersum, może z waszą sagą. Wtedy też zyskujecie orędownika marki.
Przecież będzie polecał taką świetną historię. Myślę, że na dziś mamy to. Sporo rzeczy, na które warto zerknąć. Warto się pobawić konwencją. Także ja kończę. Niezmiennie zapraszam na grupę. Może akurat coś tam będziecie chcieli przepracować, przegadać. Także tylko na plus. Za chwilę poleci zadanieczko. Oczywiście, że związane z autentycznością.
Ja się żegnam. Życzę wam bardzo dużo inspiracji i uważności na świat. I żeby wasi bohaterowie byli 3D. Nawet żeby byli, kurczę, w 5D. Żebym po przeczytaniu mogła ich nawet gdzieś spotkać, zobaczyć. A może ktoś zrobi na przykład grę na podstawie waszej powieści? To w każdym kontekście życzę wam tego. A tymczasem leci zadanko. Idź na spacer, popatrz na ludzi, których mijasz. Znajdź odpowiedź na pytanie: co sprawia, że napotkani ludzie są w twoim mniemaniu prawdziwi?
[03:23:43] - Czas, proszę państwa, na literackie tête-à-tête. Krystyna Śmigielska rozmawiać dzisiaj będzie z Hanką V. Mody.
[03:23:55] - Dobry wieczór państwu. Spotkania w literackim tête-à-tête dają nam możliwość, mnie i państwu, poznania współczesnych literackich twórców. Rozmawiamy o warsztacie, o literackich fascynacjach, o życiu. W pisarskiej rodzinie znajdujemy miejsce dla ludzi pióra, niezależnie od ich wieku, wykształcenia, uzyskanego stopnia czy rangi. Jest dziś z nami pani Hanna versus Mody. Zanim zadam naszemu gościowi pytania, powiem państwu w sekrecie, że Hanna versus Mody to pseudonim, a Hania ma swoją rangę.
[03:24:36] - Dobry wieczór państwu. Dobry wieczór, Krystyno. Bardzo mi miło. Mówiąc rangę, masz na myśli stopień służbowy, którym ja akurat nie lubię się chwalić, ponieważ uważam, że ani stopnie, ani tytuły nas nie definiują, nie definiują naszego człowieczeństwa, naszych umiejętności, możliwości i wiedzy. Dlatego pozwól, że zostawię dla siebie.
[03:25:01] - Niech tak zostanie. Znamy się już od kilku lat. To taka facebookowa zażyłość, która zaczęła się od jednego z twoich opowiadań. Przeczytałam zamieszczony na Facebooku twój tekst i poprosiłam o więcej, bo odnalazłam w nim świeżość, prawdę, dobry, rzetelny warsztat. Nie pamiętam, który to był rok, ale całkiem możliwe, że 2013. Czy jako pierwsze drukiem wydane przez ciebie dzieło można uznać opowiadanie „Niewinność”? To był twój literacki debiut?
[03:25:39] - Wiesz co, tak się zastanawiam. Ja już wszystkiego nie pamiętam, ale myślę, że tak, że to był mój literacki debiut, który się ukazał drukiem na papierze w antologii, w zbiorze opowiadań.
[03:25:54] - A tytuł tej antologii pamiętasz może?
[03:25:56] - Tak. To było „Lato moralnego niepokoju” .
[03:26:00] - Trochę nawiązujący do kabaretu Moralnego Niepokoju.
[03:26:06] - Trochę tak, ale opowiadania z tego, co pamiętam, bo to już jednak 11 lat, miały być właśnie o lecie, wokół lata i o tym, co się tam może wydarzać.
[03:26:20] - A co się wydarzyło w twoim opowiadaniu „Niewinność”?
[03:26:24] - W „Niewinności”, jak to zazwyczaj u mnie, spotkało się dwoje ludzi. Dwoje obcych sobie tak naprawdę ludzi, którzy postanowili na chwilę złączyć drogi swojego życia. Dosłownie i w przenośni, ponieważ oni spotykają się w podróży i przez chwilę razem jadą drogą. Jadą i idą, oglądając świat, rozmawiają i zbliżając się do siebie. Nie wiem, czy zdradzać, jaka jest końcówka, czy nie, ale generalnie tak. To jest o kawałku życia wyrwanego trochę ich światów. Kawałku życia tych ludzi.
[03:27:04] - To tak jak w większości twoich opowiadań. Myślę, że to jest to opowiadanie, które przeczytałam po raz pierwszy, bo nie pamiętam jego tytułu, ale pamiętam właśnie to, że było to opowiadanie o krótkiej znajomości właśnie w drodze.
[03:27:20] - Dwukrotnie brałaś udział w projektach Wykup Słowo. W literackim tête-à-tête rozmawiałam już o tym z goszczącą u nas panią Katarzyną Kowalewską. Przypominam w skrócie, na czym polegały te akcje i które z twoich opowiadań znalazły się w zbiorach, antologiach po projektach. Projekt to był tak naprawdę eksperyment literacki, który wymyśliła Katja Tomczyk, sama fantastyczna pisarka. To był pierwszy projekt. Wykup Słowo był projektem crowdfundingowym i ludzie mogli wykupić słowa, frazy, imiona bohaterów za odpowiednią sumę. Autorki i autorzy biorący udział w tym projekcie musieli użyć tych słów w swoich opowiadaniach. Nie wszystkich. Niektóre były ze wskazaniem, że ktoś chciałby, żeby konkretna autorka czy autor użyli słowa czy frazy, a resztę mogliśmy sobie wybrać. W pierwszym projekcie antologia nosiła tytuł „Autostopy”.
Tytuł trochę przewrotny. Zresztą okładkę do tej antologii robił mój dobry przyjaciel Mariusz Słoniewicz. Uważam ją za genialną. Moje opowiadanie to było opowiadanie „Między stopami”. Chciałam nawiązać do tytułu antologii. Natomiast drugi projekt Wykup Słowo wydawało nam wydawnictwo, którego niestety sobie nie przypomnę w tej chwili. Czwarta Strona bodajże, ale nie chcę tutaj rzucać, bo mogę coś przekręcić. Wydawało nam wydawnictwo, natomiast cały dochód został przekazany na chłopaka w śpiączce. Tytuł zresztą też nawiązuje do tego, bo tytuł jest „Nikomu się nie śniło”, a moje opowiadanie to „Sztuka chodzenia po linie”. Bardzo szczytny cel.
Bardzo ładne tytuły. Trafne, jeżeli chodzi o taką akcję. Posiadam pierwszy zbiór opowiadań. Czytałam. Byłam naprawdę pod wrażeniem. Miło mi bardzo. „Sztuka chodzenia po linie”. Anna umieranie zaczyna od nowa każdego ranka. Czułeś kiedyś ból? Kiwasz głową.
Potwierdzasz. Wiesz, o czym będę mówił. Tak ci się wydaje. Anna ból czuje codziennie. Jedynie noc jest ukojeniem, ale jeszcze się nie zdecydowała na sen ostateczny. Jeszcze czeka, aż cierpienie ją pokona. Jeszcze szuka sposobu. Jeszcze ma nadzieję. Anna umieranie zaczyna od nowa każdego ranka, gdy musi walczyć o oddech. Wyobraź sobie, że ktoś zakłada ci plastikową torbę na głowę.
Chwilowo jej nie zaciska, ale ty już czujesz panikę. Torba przy każdym wdechu lepi się do ust. Ten ktoś, kto w tej chwili jest panem twojego życia, łapie cię za szyję i sytuacja robi się przerażająca. Odcina ci tlen. Kilka sekund i tracisz przytomność. Obręcz wokół klatki piersiowej się zmniejsza i wtedy ktoś robi dziurę w torbie. Przestaje trzymać twoje gardło. Możesz zaczerpnąć powietrza, ale to nie jest pełny oddech. Próbujesz się uspokoić, lecz lęk zostanie z tobą. Oddychasz łaczywie, celebrując każde tchnienie.
Jeśli masz klaustrofobię, wyobraź sobie tylko, że ktoś zamyka cię w trumnie i żywcem zakopuje pod ziemią jak Beatrix Kiddo. Anna czuje się tak każdego dnia. Chce wrócić do snu, ale nie jest to możliwe. Myśli wwiercają się w jej powracającą świadomość i kłębią niespokojnie. Anna zamyka powieki, dłonie zwija w pięści, paznokcie wbija w skórę. „Opanuj się, opanuj” powtarza, a jej oddech zaczyna się uspokajać, choć serce wciąż tłucze się o żebra. Otwiera oczy i każdego ranka przesuwa wzrok po wszystkich bliznach i zadrapaniach na skórze. Zaczynają się na łydkach. Te mniejsze, pojedyncze, punktowe. Na udach jest gorzej.
Tam są rozległe, czerwone, wypukłe. Brzuch to cienkie, blade linie. Dotyka ich, gładzi. Pamięta wszystkie. Te na ramionach także. Tylko piersi są niepyknięte, idealnie gładkie, sterczące z różowymi sutkami. Każda okrągła, mieszcząca się w jednej dłoni. Na białym kuchennym parapecie stoją poziomki w doniczce. Odmiana Yellow Wonder. Wyobraź sobie czerwoną doniczkę, a w niej żółte poziomki.
Jedyny kolorowy akcent w szaro-białej rzeczywistości mieszkania. Smakują tak samo jak czerwone, ale są żółte. Anna wypatrzyła sadzonki na jakimś bazarku i od razu zapragnęła je mieć. Anna nie posiada w domu żadnych roślin. Nie posiada też zwierząt. Nie chce się przywiązywać. Poziomki były jednorazowym wybrykiem, nieodpowiedzialną fanaberią. Teraz co rano Anna wyskakuje z łóżka i nie zważając na zimno szarych kafli pod stopami, biegnie boso do kuchni. Wyobraź sobie nagą, szczupłą, żeby nie powiedzieć chudą kobietę. Zmierzwione blond włosy opadają jej na ramiona, gdy pochyla się nad poziomkami w doniczce, sprawdzając, czy roślinka wciąż żyje.
Żyje. Od trzech lat żyje. Kwitnie późną wiosną, by od czerwca do sierpnia rodzić owoce. Anna dba o swoją roślinkę. Dwa razy w tygodniu podlewa ją kupioną specjalnie do tego celu szarą konewką. Anna pracuje. Ból, nawet ten największy, nie może być przeszkodą. Jeszcze zanim się umyje i ubierze w spodnie i bluzkę z długimi rękawami, nie zapomni o swojej dawce fluoksetyny. Wieczorem weźmie jeszcze hydroksyzynę i popije ją kieliszkiem wina albo dwoma, albo trzema. Albo...
Nieważne, byle szybciej zasnąć. Anna nie lubi patrzeć w lustro, dlatego nie opowiem ci o jej twarzy. Nie powiem ci też, jakiego koloru są jej oczy. Może są niebieskie, zmieniające odcień, przechodzące od rozmytego błękitu do ciemnego granatu? Albo brązowe, prawie czarne, intrygująco kontrastujące z kolorem włosów. Albo może zielone, jak oczy kota twoich sąsiadów. Mogą być też zwyczajne, szare po prostu. Wyobraź sobie, że jej nos jest mały i pękaty lub zgrabny i prosty, albo lekko skrzywiony. Usta to cienkie kreski. A może jednak są pełne, mięsiste, stworzone do...
Powiem ci tylko, że Anna jest ładna, a ty wyobraź sobie ją jak chcesz. Dołóż jej dołeczki w policzkach albo rumieniec, choć pewnie z powodu bólu jej cera jest blada lub nawet szara. Krzyczę.
[03:34:01] - W 2018 roku po raz pierwszy odważyłaś się na samodzielne wydanie swoich opowiadań i zrobiłaś to pod tytułem, który od razu przypadł mi do gustu. „Chciałbym, żebyś mnie napisała”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Ebookowo. Według jakiego klucza dobierałaś utwory do tego zbioru?
[03:34:26] - Trudne pytanie. Przede wszystkim „Chciałbym, żebyś mnie napisała” to jest zarówno tytuł całego zbioru, jak i jednego z opowiadań. Wiesz co? Nie było klucza. Kluczem było to, co już było napisane i co czułam, że można pokazać szerszemu odbiorcy.
[03:34:47] - Byłam wdzięczna, bo też posiadam ten zbiór twoich opowiadań. Byłam wdzięczna za kilka opowiadań, które już znałam wcześniej, a zostały umieszczone w tym zbiorze. Bardzo państwu polecam, bo to również jest wyjątkowo interesujący zbiór opowiadań. Może nie wszystkie są erotykami, ale są bardzo przemyślane i naprawdę warte poznania.
[03:35:12] - Zresztą podtytuł jest „Opowiadania nie tylko erotyczne”, żeby właśnie ktoś, kto szuka tylko erotyki, się nie zawiódł.
[03:35:20] - No właśnie. Opowiadania to jakby jedna twoja pasja z życia, ale jest też i poezja. Jak wyglądała twoja przygoda, twoja fascynacja liryką? Ja tylko chciałam nadmienić, że prowadziłaś też stronę Nowe Myśli, na której umieszczałaś wiersze, opowiadania innych autorów. Moje również, za co jestem serdecznie wdzięczna i dziękuję.
[03:35:46] - Uważam, że poezja to nie jest moja mocna strona i że o ile lubię i lubię poezję innych, i czytuję, i mam sporo, i też właśnie nie tylko znanych już starych poetów, ale także czytuję nową poezję polskich zazwyczaj autorów, ale nie tylko. Także mam sporo tego. Bardzo im zazdroszczę, jak oni umiejętnie potrafią zawrzeć w kilku wersach emocje i ja bym chciała się tego nauczyć. I dopiero tak naprawdę kilka wierszy w swoim życiu napisałam i wcale nie w szkole, tylko już teraz, będąc dorosłą. I ostatnio też kilka. Konsultuję je z moją dobrą znajomą, która pisze świetne erotyki. Może coś z tego będzie, ale myślę, że daleka droga. Chciałabym wziąć udział w jakichś warsztatach literackich, właśnie poetyckich. I to tyle. Po prostu z tej poezji to jest tak, że coś tam ze mnie wypłynęło kilka razy i nawet się to okazało warte też umieszczenia i pokazania jakiejś tam właśnie większej liczbie osób.
Ale to tylko tyle. To nie jest moja mocna strona. Natomiast w Nowych Myślach rzeczywiście publikowaliśmy, bo to było moje i też Mariusza Słoniewicza, którego wspominałam od okładki, tam prozę i poezję i felietony pokazywaliśmy. Ta strona jeszcze istnieje, ale my już tam nie działamy. W każdym razie dlatego też między innymi dlatego, że ja lubię poezję. Ona tam była. Natomiast działem poezji zajmowała się Danuta Bartoszuk, która się zdecydowanie bardziej zna ode mnie. Ja po prostu lubię.
[03:37:36] - Mówią, że poetą się nie jest, poetą się bywa. Jeszcze życie pokaże, czy coś z ciebie interesującego w tej dziedzinie wypłynie. Ja trzymam kciuki. Myślę, że jesteś na dobrej drodze.
[03:37:48] - Dziękuję.
[03:37:49] - Tak naprawdę to ukazałaś swoją moc twórczą dopiero w 2022 roku, kiedy to Empik Go opublikował twoją pierwszą powieść zatytułowaną „Ona”. W opisach fabuły pojawiają się słowa takie jak romans, erotyka. Nie chcę poplątać, pomieszać postaci, namiętności, uczuć zawartych w tej opowieści. Poproszę cię więc o przybliżenie nam tematyki, żebyśmy lepiej mogli wczuć się w klimat i psychologię tej książki.
[03:38:23] - Właśnie. Cieszę się, że użyłaś słowa psychologia, bo ona jest dla mnie bardzo ważna. Ważniejsza w pisaniu niż erotyka, która się oczywiście pojawia. Natomiast uważam, że erotyka nie może być oderwana od kontekstu, od człowieka, od emocji, bo ona z czegoś wynika. Ona nie jest sama w sobie. I pisanie erotyki dla erotyki to jest chyba już ocieranie się o porno, a ja staram się daleko być jednak od tego. Natomiast uważam, że erotyka jest w naszym życiu i to jest bardzo ważna część naszego życia. Dlatego staram się pisać o życiu, emocjach ludzi i dlatego jest też tam erotyka. I tak wracając do poprzedniej naszej rozmowy, to w ogóle staram się, żeby ta moja proza była poetycka. Właśnie à propos poezji to bardziej w tę stronę niż stricte sama poezja.
I o czym jest powieść? O zawiłościach ludzkich uczuć i emocji. I znowuż o relacjach, bo to jest bardzo ważne dla mnie temat. O tym, co siedzi w człowieku. O tym, czy można kochać więcej niż jedną osobę. Tam zadaję takie pytanie. Więc trochę dotykamy kwestii poliamorycznej, chociaż tak naprawdę tam jest zdrada. Ale bohaterka się pyta, co by było gdyby. Czy mogłaby kochać jednocześnie kilka osób i być szczera z nimi? Życie ludzi.
W okolicach czterdziestki wchodzi młoda dziewczyna, dwudziestokilkuletnia. No i robi zamieszanie. Tak w skrócie można powiedzieć, że o tym jest powieść „Ona”.
[03:40:05] - My w każdym razie zachęcamy, myślę, że i żeńską, i męską część naszych słuchaczy do sięgnięcia po twoją pierwszą powieść „Ona"
[03:40:17] - A ty byś sobie radziła dobrze? Podniosła kieliszek i wzięła dużego łyka wina. Szczerze? Oblizałam suche wargi. Anna skinęła nieznacznie głową. Szczerze, to kurwa nie wiem, jak bym sobie radziła. I nieraz wraca do mnie myśl, że kiedy Krzysztofa może zabraknąć, bo umówmy się, jest spore prawdopodobieństwo, że on umrze pierwszy i wtedy chyba mi serce pęknie. Nie wiem, jak będę sobie radziła i czy w ogóle. Zachciało mi się palić, ale u Anny w domu się nie paliło, a ja ograniczałam ten proceder. Widzisz, ale zostaniesz ze świadomością, że cię kochał.
Annie trzęsła się dłoń z kieliszkiem i bałam się, że za chwilę wybuchnie płaczem. I to przeze mnie. A ty możesz wykorzystać nienawiść, złość, odkochać się i olać- powiedziałam z mocą. Mogę. Pewnie, że mogę. Myślisz, że nie jestem zła? Jestem wściekła. Pewnie też się kiedyś odkocham, chociaż teraz wydaje mi się, że to niemożliwe. Ale życie takie jest i miłość też taka jest. Nietrwała.
Bo może to nie jest miłość? - wtrąciłam. Może. Może to są zwykłe uzależnienia. Tym lepiej. Z uzależnień się wychodzi. Najpierw kurwa skoboli, a później się już z tym żyje i wcale tego człowiekowi nie brak. Więc jest dla mnie nadzieja. Ale nie mogę olać ojca moich dzieci i nie chcę go też nienawidzić, bo wtedy zrobię krzywdę im, a nie jemu. Im i sobie żyjąc z tą nienawiścią.
Wiesz co? Po tym, co mówisz, nie mam wątpliwości, że sobie poradzisz. Wyciągnęłam rękę i pogładziłam ją po ramieniu. To dobrze, że chociaż ty nie masz tych wątpliwości. Ja wątpię codziennie, milion razy dziennie. Ale to, jak bardzo jesteś świadoma swoich emocji, swoich uczuć i tego, że nie chcesz robić krzywdy swoim dzieciom mimo krzywdy wyrządzonej tobie, to jest, to jest- szukałam odpowiedniego słowa. To jest po prostu doskonałe. Tak, to jest doskonałość. Daleko mi do doskonałości. - prychnęła.
Pierdzielisz kobieto. Zawsze w przeciwieństwie do mnie, mimo całego swojego ciepła, całej swojej dobroci, potrafiłaś się odciąć od swoich emocji i nie dać się im prowadzić. Ty pierdolisz koleżanko. Nie wiesz, ile razy płaczę i staram się, by dzieci nie widziały moich załamań. Nie wiesz, jak chujowo czuje się kobieta zdradzona i zostawiona dla innej, młodszej. Może i nie wiem, ale jestem w stanie sobie to wyobrazić. I wiem, jak jest źle. Kurwa źle. Dobra, wiem jak jest kurwa źle, ale wiem też, że to nie nasza wina. Nie moja, nie twoja, nie jakiejś tam kobiety.
Wiesz co? To nawet nie ich wina. To wina jakichś jebanych hormonów. No muszę przyznać, że nasz ostatni seks nie obfitował w fajerwerki, ale było fajnie mimo wszystko. Tak mi się przynajmniej wydawało. To nie tak. To zawsze chodzi o nowość. Zawsze. Nowe jest bardziej pociągające. Kwestia tylko tego, żeby mieć odpowiednie priorytety i postawić sobie granicę.
Zatrzymać się. Złapałam się na tym, że powinnam powiedzieć to też sobie. Miałam żal do Karola, a sama byłam jak on. Nie postawiłam granic, nie zatrzymałam się, a najgorsze, że nie chciałam się zatrzymać. Narkotyk już krążył w krwiobiegu. Potrzebowałam jej. Potrzebowałam adrenaliny, by poczuć, że jestem tu i teraz, jak kiedyś. Chujowe to wszystko- dokończyłam. Żebyś wiedziała. Anna chwyciła za butelkę i rozlała nam do kieliszków kończące się wino.
Nie zapytała, czy ją poznałam. Nie pytała, jaka jest. Jak zwykle wykazała się taktem. Inaczej musiałabym kłamać i lawirować. I znów rozpamiętywać jej delikatną twarz i wpatrzone we mnie oczy.
[03:44:03] - Powiedz mi tylko jeszcze, czy trudniej pisało się powieść niż opowiadania?
[03:44:09] - Wiesz co? Tak trudniej. Chociaż ludzie twierdzą, że to opowiadania się trudno pisze. Ja uważam odwrotnie, że opowiadania są zdecydowanie łatwiejszą formą. Można zawrzeć tam esencję i nie zawsze w opowiadaniach trzeba domykać wszystkie wątki, co w powieści już nie przechodzi. Powieść ma wiele nitek. No ja się uczyłam tak naprawdę pisać na tej powieści „Ona" powieści i zobaczyłam dopiero, jakie to jest trudne i jak wiele jest nitek, które trzeba później połączyć, że początki są fajne i miłe i ciekawie się je pisze. Natomiast później mówię, później trzeba to wszystko połączyć, połatać i to już jest praca. Praca ciekawa, ale dla mnie trudniejsza, bo już nie wystarczy ten strumień świadomości, który wystarczy w opowiadaniu i ta wena, która wystarczy do napisania opowiadania. Tu już trzeba się naprawdę wysilić.
Także uważam, że, że jest trudniej.
[03:45:12] - Rok później również Empik Go wydał drugą twoją powieść pod trochę mylącym tytułem „Dziewczyny z agencji". Kiedy usłyszałam ten tytuł, pomyślałam sobie, że pisząc erotyki na pewno napisałaś o agencji towarzyskiej. Proszę państwa, nic bardziej mylnego. To bardzo poważna pozycja o życiu, zmaganiu się z codziennością, walce z namiętnościami, ale też o przyjaźni, a przede wszystkim o pracy, która pochłania i o której nie wolno rozmawiać z osobami postronnymi. Czy służba rzeczywiście wpływa na prywatne życie i czy w każdych warunkach przyjaźń jest w ogóle możliwa? A może to właśnie ona sprawia, że człowiek jest w stanie przejść przez przysłowiowe piekło?
[03:46:08] - Tak naprawdę zadałaś mi dwa pytania. Dobrze, spróbuję na pierwsze odpowiedzieć. Czy służba wpływa na nasze życie? Tak, bardzo wpływa. I jeszcze tylko nawiążę do tytułu „Dziewczyny z agencji", żeby wyjaśnić słuchaczom. Trochę zrobiłam to przewrotnie, natomiast okładka myślę, że pokazuje dobitnie, że nie jest to agencja ta, o której pomyślałaś i o której mogą pomyśleć inni. „Dziewczyny z agencji" jest powieścią o dziewczynach, o kobietach z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Przy czym to nie jest książka stricte o ich pracy, tylko o ich życiu poza agencją. Jak się zmagają z tym życiem, ale jak się zmagają, mając w tle właśnie taką, a nie inną pracę, która rzeczywiście ma duży wpływ na nasze życie codzienne. Przede wszystkim sprawia dużo ograniczeń, mocno wchodzi butami w nasze życie.
Jesteśmy ciągle prześwietlani, ciągle w stresie, ciągle też w gotowości, bo wiele razy było tak, że siadałam właśnie do jakiejś miłej kolacji, a zadzwonił telefon i musiałam jechać do pracy. Pamiętam, jak fryzjerce uciekłam z fotela, która właśnie miała za chwilę nakładać mi farbę, ale praca okazała się ważniejsza i to niezależnie od świąt, tego, czy jest dzień, czy jest noc. Ciężko było sobie cokolwiek zaplanować. Zależy też, w jakiej pracy, bo ja w kilku różnych działach pracowałam. Natomiast samo to, że nie wszystkie zachowania licują z powagą służby, czyli na przykład bycie erotyczną pisarką czy pisarką erotyków, może tak, ma duży na nas wpływ. Plus sprawdzanie tego, z kim się spotykamy, co robimy, gdzie wyjeżdżamy, z kim wyjeżdżamy, na co wydajemy pieniądze. To jest w pewien sposób traumatogenne.
[03:48:12] - Ograniczenia na pewno źle na nas wpływają, a tak jak mówisz, niestety w pewnych zawodach musimy się liczyć z tym, że to nie tylko obejmuje czas naszej pracy. Nasze zachowanie musi być też odpowiednie poza nią.
[03:48:25] - À propos jeszcze tej przyjaźni, o którą zahaczyłaś. W takich służbach przyjaźń i zaufanie są bardzo ważne. Na pewno nie można mieć zaufania do wszystkich, ale to chyba wszędzie. Natomiast ja poznałam wiele wspaniałych osób, pracując tam, gdzie pracowałam. Mam kilka ważnych i bliskich znajomości. Jedną szczególnie bliską i mogę powiedzieć, że jest to przyjaźń. Właśnie jako pozostałość po służbach uważam, że przyjaźń w życiu jest bardzo ważna. To jest coś, co pozwala nam wstawać rano, uśmiechać się. Świadomość, że mamy wokół siebie ludzi, którzy nam dobrze życzą, na których możemy liczyć, którzy mogą też liczyć na nas. Myślę, że daje szczęście.
Po prostu. Jest ważniejsze niż miłość. Chociaż ja uważam, że przyjaciół też się kocha, ale mówię o tej romantycznej miłości, że to są też trwalsze relacje, oparte tak naprawdę na wielu latach doświadczeń, przeżyć. Ja nie szafuję słowem przyjaźń, nie nazywam każdego przyjacielem. Żebym ja powiedziała o kimś przyjaciel, to musi naprawdę wiele lat upłynąć i wiele sytuacji minąć, żebym wiedziała, że mogę na tego kogoś liczyć. Robię sobie ostatnio rozliczenie z życiem. Nie dlatego, że gdzieś się wybieram, ale może to akurat tak czuję, że jestem gdzieś w połowie życia i człowiek tak się przygląda wstecz. Okazuje się, że mam naprawdę wokół siebie wielu wspaniałych, cudownych, oddanych ludzi i to jest mój naprawdę zasób. Przyjaźń każdemu polecam.
[03:50:06] - Czyli przyjaźń, kapitał na życie bym to tak określiła.
[03:50:10] - Tak, myślę, że zdecydowanie tak.
[03:50:12] - W tym roku ukazał się zbiór opowiadań „Chcę kochać moją kobietę". Czy erotyka w nim odgrywa główną rolę? Czy może bardziej chciałaś uzmysłowić czytelniczkom i czytelnikom, że wszyscy potrafimy kochać i mamy do tego pełne prawo? A to, co z naszych uczuć okaże się wartościowe, co zabójcze, w dużej mierze zależy od nas.
[03:50:37] - No właśnie, wręcz odwrotnie. To jest chyba najmniej erotyczna proza z mojej dotychczasowej. Natomiast ja wiem, że na przodzie okładki jest napisane Sex Stories, bo moje wydawnictwo Empik Go akurat stworzyło taki imprint i z jakichś powodów ta książka im pasowała do tego Sex Stories. Chociaż ja się nie do końca z tym zgadzam, bo tu jest bardzo mało erotyki. Tu jest znów dużo emocji, dużo uczuć, dużo psychologicznych rozterek, bo mnie bardziej interesuje głowa bohaterów, to co tam siedzi, co nimi powoduje, dlaczego dokonują takich, a nie innych wyborów, a nie seks. Ogólnie erotyka i ciało jest nierozerwalnie złączone z nami. Jesteśmy całością. Ja podchodzę do człowieka, widzę w nim duszę i widzę w nim mózg i widzę w nim ciało. I też o tym chciałam napisać. Tak, chciałam pokazać typowo zbiór kobiecy o kobietach biseksualnych, o lesbijkach, o tym- Z czym się mierzą, z jakimi rozterkami.
Chciałam napisać o tym, jak się czują, gdy chcą mieć dzieci. Jedna z partnerek, która była biologiczną matką, umiera. I co ma zrobić ta druga? I się okazuje, że to jest bardzo trudne w naszym kraju. Chciałam pokazać, jak się czują kobiety, gdy chcą wziąć ślub w naszym kraju, gdy chcą żyć tak jak inni. To oczywiście przekłada się też na inne związki, nieheteronormatywne. Ale ja piszę o kobietach, bo jest mi to bliższe. Ale tak, chciałam pokazać, że miłość nie ma płci, nie ma wieku i miłość to po prostu miłość, i każdy powinien do niej mieć prawo i że my wszyscy czujemy tak samo.
[03:52:28] - Jak już mówimy o tej erotyce, to żeby zamknąć ten temat, zapytam. Bo pomiędzy erotyką a grafomanią oraz, mówiąc dosadniej, pornografią jest bardzo cienka granica. Jaki masz patent, aby jej nie przekroczyć? Czy twoim zdaniem o seksie i erotycznych potrzebach człowieka można rozmawiać wprost, zachowując jednak to, co w naszych doznaniach bywa piękne, wzniosłe? Czy język polski tak barwny, pełen niuansów, słów pokrewnych, bliskoznacznych, umożliwia nam rozmowę, w której nie epatujemy wulgarnością, opowiadamy o najbardziej intymnych stronach naszego życia?
[03:53:10] - Wiesz co, ja myślę, że trzeba rozmawiać wprost. Ja mam taką misję, żeby nauczyć ludzi rozmawiać i żeby to nie było śmieszne, żeby to nie było karykaturalne, nie było wulgarne. Pytanie też, gdzie są granice. Każdy ma swoje granice i dla mnie coś może być wulgarne, a dla ciebie nie. Ale chciałabym też, żeby ta dobra erotyka zaistniała w świadomości ludzi, bo mam wrażenie, że ocieramy się dość mocno ostatnio o kicz. Nie że o pornografię. Bo pisać o erotyce trzeba dobrze. W ogóle literatura powinna być dobrze napisana, więc trzeba pisać dobrze o wszystkim. Czy będę pisać o spacerze z psem, o obiedzie, czy o erotyce, to musi być dobrze napisane. Po prostu.
Czy nasz język jest bogaty, jeśli chodzi o tę sferę? Mógłby być zapewne bogatszy, ale na pewno da radę napisać erotykę tak, żeby nie była śmieszna. Może być dosadna. W tej dosadności wcale nie musi być wulgarności, chociaż wulgarność też jest okej, jeśli akurat wynika z kontekstu. Jeśli taka jest potrzeba użycia tej wulgarności. Natomiast uważam, że epatowanie wulgarnością dla wulgarności nie jest dobre. Infantylizm też oczywiście nie jest wskazany, bo to wtedy się robi śmiesznie, ale warto dbać o jakość literatury, a więc też jakość erotyki w tej literaturze. Tak sobie myślę i tak uważam.
[03:54:45] - Obojętnie o czym piszemy, powinniśmy przede wszystkim pisać dobrze i konwencja tego naszego pisania musi zależeć też od treści, które chcemy przekazać. Jak najbardziej też uważam, że należy mówić, pisać, rozmawiać o życiu intymnym, bo to jest jedna z ważniejszych sfer naszego życia. A pomijanie tego, udawanie, że nie ma, że się wstydzimy, że my tego nie robimy, jest chyba jednak wielkim błędem. Chcę kochać moją kobietę.
[03:55:20] - Wyrwane z kontekstu. Nie mamy nic poza sobą, czyli mamy wszystko. Alicja wiesza ozdoby na malutkiej choince, którą kupiła godzinę temu w Auchan. Wcześniej przez sześć godzin jechała w nocy autobusem z Warszawy. Drżę, ponieważ świat jest szary i oblepiony lodem. Za ścianą płacz dziecka. Nie mojego. Moje już nie płacze. Zostało z ojcem. Pojechali do babci na święta.
W wynajętym mieszkaniu nawet kubki są czyjeś. Tylko Alicja jest moja. Stwarzamy sobie normalność. Dotykam jej brązowych włosów, sprawdzając, czy jest prawdziwa. I jest. Wiele lat na nią czekałam, ale nie spieszyła się. A ja nie wiedziałam, że czekam. Pewnie nie byłam gotowa. Przyrządzałam obiady dla męża i syna. Ten drugi już tak bardzo mnie nie potrzebuje, choć ma dopiero 15 lat.
Ten pierwszy nie radzi sobie z nową rzeczywistością, która się stała, bym mogła być całością. Moje szczęście przyprószone jest wyrzutami sumienia. Matylda musi zostać w pracy. Artur, mój mąż, tak powiedział mojej mamie, gdy pytała, czemu mnie nie będzie z nimi na święta. Lubię Teresę. Była dla mnie dobra przez te wszystkie lata. Kupiłam jej ręcznie robionego białego anioła. Cieszyła się i postawiła obok innych. Tak mi powiedziała, kiedy rozmawiałyśmy przez telefon. Do moich rodziców też dzwoniłam.
Byli smutni, że nie zobaczą wnuka. Każdemu coś odbieram, by dać sobie. Tak można? Nie wiem, ale to robię, bo już inaczej nie umiem. Szukając siebie, tracimy innych po drodze. Mogę sobie tłumaczyć na różne sposoby, że całe życie dawałam im siebie, więc teraz czas na mnie. Ale to tak nie działa. Czy ja nic nie dostawałam? W dawaniu nie może być symetrii. Wcale jej nie potrzeba, więc nie mogę się tak głupio tłumaczyć.
A jednak próbuję we własnych oczach zasłużyć na to, gdzie teraz jestem. Stawiam wodę na herbatę i wyjmuję dwa obce kubki. Są nawet takie świąteczne. Mikołaje. Wybieram je więc. Wrzucam torebki z czarną herbatą, którą po zaparzeniu posłodzę miodem i dołożę tam plasterki cytryny. Robimy taką samą. Dużo rzeczy mamy wspólnych. Na przykład ona, jak ja, prasuje majtki i pościel i kocha nieoczywiste zakończenia w książkach. No właśnie.
Nie lubię prostych historii, więc nie powinnam się dziwić, że i moja taka nie jest. A jednak nasza miłość jest książkowa. Spektakularna wręcz. Nie mogłam nie zakochać się w jej górze włosów spływających na lekko wystające łopatki. Miała wtedy wcięcie w sukni takie, że prawie widać było jej pośladki. Ja od razu zapragnęłam zobaczyć, czy są równie kuszące jak pod opinającą jej czarną suknią. „Dolać ci szampana?” Podeszła do mnie, gdy stałam wciśnięta w róg wielkiej sali z pustym kieliszkiem w ręku. Byłam znudzona służbowym spotkaniem świątecznym w centrali dla najlepszych projektantów ze wszystkich biur terenowych. Chciałam się wyspać we własnym łóżku, a nie w bezosobowym hotelowym pokoju. Ale pojechałam tam, choć cały czas myślałam o tym, że nie jestem na swoim miejscu.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak te myśli będą prorocze i że nie tylko o pracę będzie chodzić. Jej oczy, szare jak chmurne niebo, sprawiły, że coś we mnie drgnęło i zasypiałam w obcym łóżku, myśląc tylko o niej. Daleko tak, daleko, daleko tak. Jej oczy za daleko. Wciąż w milionach zdjęć w okienku telefonu. Rozmawiamy ukradkiem. Piszemy do siebie. Tęsknimy tak, że boli skóra. Nie ma jej na wyciągnięcie ręki. Świat skurczył się do tej tęsknoty, do bezdotyku.
Przepełniona pragnieniem balansuję na granicy krain, starając się nie zdradzić z tym, że się zakochałam. Tak, to jest właśnie to słowo. Miłość. Wybucha we mnie i zalewa potrzebą kochania tej istoty, tak nierealnej, a jednak tak prawdziwej. Ambiwalencja. Miłość. Musiała czekać, ukryta tak mocno, że nawet o niej nie wiedziałam. Seksualność to spektrum mówili.
[03:59:14] - „Dotknąć życia” to roboczy tytuł, nad którym obecnie pracujesz. Tak mi zdradziłaś. Prosiłabym, abyś uchyliła rąbka tajemnicy i chociaż w kilku słowach zdradziła nam fabułę swojej najnowszej powieści.
[03:59:29] - I znów to samo. Relacje, relacje. Fabuła jest taka, że kobieta po przejściach, po tym, jak porzuciła swoją pracę przez to, że jest nieszczęśliwa w swoim małżeństwie, bo mąż przestał ją już dawno zauważać. Zdradza go. On się o tym dowiaduje, więc robi się niemiła atmosfera. I w tym momencie przychodzi możliwość wyjechania na wieś, żeby pomóc przyjaciółce. Ona jedzie na mazurską wieś. Bierze udział też przypadkiem w kursie masażu lomi lomi nui. Poznaje tam ludzi. Spotyka mężczyznę z przeszłości.
Spotyka też nowo poznanego mężczyznę, który z pewnych powodów przeniósł się także na tą wieś. Spotyka tajemniczą kobietę. Na to wszystko pojawia się także jej były mąż i się dzieje. I sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie, bo też nie wiem jeszcze.
[04:00:31] - Tu już mamy nie trójkąty, tylko jakieś takie szersze widzę relacje, tak?
[04:00:37] - Nie, nie idziemy w jakieś szersze relacje. Bardziej jej zagubienie, poplątanie. Ona się miota między jedną osobą a drugą. W każdym razie pojawiają się różne osoby w jej życiu, które wnoszą różne treści i wartości.
[04:00:56] - Myślałam, że tutaj będzie jakaś inna akcja, taka mało spotykana, a widzę, że jednak tak jak w życiu borykamy się z tymi swoimi uczuciami i same staramy się znaleźć odpowiednie dla nich ulokowanie.
[04:01:12] - Punktem takim dość mocno kulminacyjnym wiem, że będzie ognisko, gdzie spotkają się ci różni ludzie. Kto wie, co z tego wyniknie.
[04:01:21] - Tak, na ognisku różnie się może zdarzyć. To prawda. To już państwo musicie sami sobie pofantazjować. My już tutaj zasłonę zamykamy, nic już więcej nie powiemy. Tym bardziej że ja wiem, że nasza gościni jest już, proszę państwa, emerytką. Brzmi to tak troszeczkę nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę, że przecież Hanka jest ciągle młodą kobietą. Dlaczego zdecydowałaś się na tak wczesny odpoczynek? Czy bycie agentką zmęczyło cię, wypaliło? Czy może znalazłaś nowy, ciekawszy dla siebie sposób na zarabianie pieniędzy i na spokojniejsze życie?
[04:02:01] - Wiesz co? Złożyło się na to kilka rzeczy. Ja mówię, że życie przyszło i zapukało. A ponieważ to życie już któryś raz z kolei zapukało, to postanowiłam otworzyć mu drzwi. Otóż przyszła do mnie propozycja napisania właśnie tej powieści „Ona”. W momencie, kiedy ja wiedziałam, że żeby pisać powieść jeszcze zahaczającą o erotykę, może tak, nie tyle erotyczną. I żeby się też promować. Jak się napisze powieść, to chciałoby się chodzić na spotkania autorskie, promować się, rozmawiać z ludźmi. A to trochę jakby nie współgra z pracą w służbach, gdzie powinno się być anonimowym bardziej i nie wychodzić przed szereg. No i wiedziałam, że będę musiała pisać z prośbą o pozwolenie, że to będą procedury.
Natomiast tutaj, jak ktoś do mnie przychodzi z taką propozycją, to ja muszę podpisać umowę i też będę miała jakieś ograniczenia czasowe, deadline'y i że to będzie trudne do zgrania, a raczej niemożliwe. A taką propozycję już dostałam pięć lat wcześniej od innego wydawnictwa, ale wtedy nie byłam na to gotowa. To było za wcześnie i zrezygnowałam. No i mówię drugi raz życie zapukało, że słuchaj, może trzeba w końcu się zabrać za to pisanie poważniej. Zastanawiałam się, z czego będę żyć. No wiadomo, z emerytury, ale z czegoś jeszcze by trzeba. I na to życie dało mi jakby koło ratunkowe. Przyszła propozycja z innej strony pisania opowiadań za pieniądze. Erotycznych właśnie. Tak stanęłam i mówię dobra, czy to jest koincydencja?
Czy nie ma w życiu przypadków? Stanęłam przed wyborem, czy pracować dalej bezpiecznie w pracy, gdzie Już się wypaliłam, tak jak powiedziałaś. Byłam naprawdę tym zmęczona i już nie chciałam, żeby to było moje życie. Chciałam rzeczywiście otworzyć te drzwi, otworzyć nowe możliwości i sobie powiedzieć: sprawdzam. I sprawdziłam. Powiedziałam, że skoro ktoś chce, żebym ja pisała powieść, a ktoś inny chce mi płacić za moje pisanie, to może to jest ten moment. I skoczyłam na głęboką wodę i oto jestem.
[04:04:11] - Nie skończyłaś na tym, bo wiem też, że zakładasz wydawnictwo. Dlaczego je zakładasz? Jak wyobrażasz sobie jego funkcjonowanie na polskim rynku wydawniczym? Opowiedz nam krótko o tym projekcie.
[04:04:24] - To w ogóle różne rzeczy się zadziały, odkąd odeszłam z pracy, bo otworzyły się różne nowe przestrzenie. Tak to jest w życiu, że jak się zamyka jedno, to się otwiera coś innego. Zanim przejdziemy do wydawnictwa, może zdradzę, skąd ten pomysł na tę nową książkę. Między innymi skończyłam kurs Lomi Lomi u Agnieszki Kawuli. Wstałam po prostu kiedyś od niej ze stołu i stwierdziłam, że chcę to robić. I okazuje się, że uwielbiam to robić. Uwielbiam masować ludzi, bo dla mnie zarówno słowa, jak i masowanie ciała jest o dotykaniu. Słowem potrafimy dotykać ludzi i dłońmi tak samo. To mi się bardzo dobrze splata z tym, jak ja widzę człowieka. Sama o sobie mówię masarka, masująca pisarka i to mi się wszystko splata.
Trochę splata mi się też z tym wydawnictwem, bo to też był przypadek. To nie było specjalnie planowane. Natomiast propozycja przyszła z zewnątrz od dwóch osób. Jedna z nich jest pisarką, druga jest redaktorką z naprawdę bardzo dużym doświadczeniem i wiedzą. One zapytały, czy nie chcę z nimi tworzyć wydawnictwa. Powiedziałam: zróbmy to. Dlaczego nie? I rzeczywiście dzieje się. Robimy to już od jakiegoś czasu. W grudniu wyjdzie nasza antologia, która będzie wizytówką naszego wydawnictwa.
Ona będzie pokazywać, o czym chcemy pisać, jak chcemy pisać, będzie przedstawiać autorki. Co zapewne ciebie nie zdziwi, chcemy przedstawiać literaturę kobiecą, pisać o cielesności, o seksualności, mówić o fantazjach i potrzebach ludzi. Chcemy w końcu pokazać wysokiej jakości literaturę erotyczną, bo naprawdę kiedyś ta literatura erotyczna miała jakość. Na przestrzeni ostatnich lat zepsuła się bardzo i za każdym razem, kiedy ktoś mnie pyta, co ja piszę, to wstydzę się powiedzieć, że literaturę erotyczną, bo będzie to zaklasyfikowane w jednym schemacie. A ja naprawdę wychodzę poza schemat i są autorki, które wychodzą poza ten schemat, tylko trzeba je pokazać, wyciągnąć, pokazać ludziom, że można dobrze pisać o erotyce, że to nie musi być tak, jak wcześniej rozmawiałyśmy, karykaturalne, śmieszne, ocierające się o porno. To może być naprawdę dobra, wysoka literatura zasaczająca też o poetykę. Że to nie będzie tylko dubu dubu, ale to będzie coś, co ma szerszy kontekst, z czego wynika ta erotyka, że ona nie jest sama w sobie tylko po to, żeby była, tylko wynika z pewnych zdarzeń, które następują. Dlatego właśnie powstało to wydawnictwo, bo nie chciałyśmy, żeby ktoś nam pokazywał kierunek, tylko my chcemy pokazywać kierunek. My chcemy wybierać, co będziemy pisać, jak będziemy pisać, jakie będziemy miały do tego okładki. Chcemy też trochę tworzyć gusta czytelnicze na nowo i sprawić, żeby to był nowy wymiar erotyki i żeby nie było wstyd powiedzieć, że się pisze literaturę erotyczną.
[04:07:56] - A ja bym jeszcze chciała poznać nazwę tego wydawnictwa.
[04:08:01] - Wydawnictwo nazywa się EOS i to jest skrót od Age of Sanity.
[04:08:06] - To taki ładny wydźwięk ma, że tak powiem. Można by było powiedzieć erotyczny.
[04:08:12] - Erotyczny, dokładnie. Naszym hasłem jest nowy wymiar erotyki. Mamy już swojego Instagrama, mamy Facebooka, pracujemy nad pierwszą antologią i w przyszłym roku będziemy wydawać między innymi tą jedną moją powieść, powieść współtwórczyni wydawnictwa Natalii Dziadury. Mamy też kolejną już autorkę, która świetnie koresponduje z nami swoim stylem. Także powoli do przodu. Oprócz tego chcemy też zaistnieć w świadomości ludzi, prowadząc różne warsztaty, szkolenia, między innymi z pisarstwa, z redagowania, opowiadając o tym, jak można pisać o seksie.
[04:08:54] - Bardzo mnie to cieszy, że nareszcie będziemy mieli na naszym rynku poważne wydawnictwo, które w bardzo profesjonalny sposób będzie prowadziło jakąś jednak edukację seksualną. Jaskółka.
[04:09:07] - „Milcz do mnie” — krzyczę i krzyk ten niesie się po pustych korytarzach. Tak pustych jak ja w tej chwili. Spogląda i o dziwo słucha. Odwraca się i odchodzi. Po prostu odchodzi. Jego kroki niosą się echem, a ja wpatruję się w szerokie plecy mężczyzny, aż znikną za zakrętem. Kawa. Myślę, że muszę się napić. Czarna, gorąca i słodka. Taka byłaby najlepsza.
Ja już nie jestem chyba ani słodka, ani gorąca. Została mi czarna dusza, którą karmię okruchami wrażeń. I może jeszcze rozpacz. Pasuje, by być czarna. Ale czy ja wiem? Czy jest we mnie coś takiego? Było kiedyś. I teraz na chwilę wraca. Mam nadzieję, że tylko na chwilę. A przecież już dawno mogłam żyć jak chciałam, a żyłam jak powinnam.
Jak wydawało mi się, że powinnam. Tyle tylko, że ja nigdy nie byłam dobra w powinności. Dlatego pewnie mi nie wyszło. Długo wierzyłam, że się uda. Wiara. Nadzieja. Beznadzieja. Kawa smakuje wyśmienicie. Wykawiście i wykurwiście. Rozsmakowuję się w doznaniu, które tworzy na moim języku.
Zaglądam w aplikację, gdzie w powietrzu unosi się odór desperacji. Stworzyłam ogłoszenie. Zróbmy sobie emocje. Nie chcę przecinków. Bądź kropką. Po niej wszystko zaczyna się wielką literą. Bez scen o wyłączność, bez związku ze związkiem, ale z sensem w bezsensie. Porusz mnie, dotknij słowami. Szukam treści. Dla mnie wszystko jest jasne, ale i tak pytają.
Na przykład czy się z nimi prześpię. Mogłabym, ale niech mnie najpierw wzruszą, poruszą, zaczarują moją rzeczywistość. Chociaż nie. To nie jest fair oczekiwać od zwykłych ludzi, że raptem zamienią się w czarodzieja. A jednak oczekiwałam. Całe lata oczekiwałam, ale też pytałam, czy to musi być właśnie tak. I chyba na pytanie jak się kończyło. W odpowiedzi dostawałam puste uśmiechy i żadnych konkretów, więc nie poszłam szukać swojej drogi, tylko szłam tą wytyczoną przez innych. Krok za krokiem, trochę rozglądając się na boki, czasem na te boki skręcając. Ale zawsze wracałam.
Inaczej nie umiałam. Strach trzymał mnie w garści, a gdy odważyłam się, skręcałam, to zawsze się znalazł ktoś, kto za mną zawołał. I wracałam w stare koleiny, schematy, objęcia.
[04:11:48] - Proszę państwa, czas bardzo szybko mija. Wspaniale się rozmawia z Hanką, która jak państwo widzicie ma bardzo ciekawe pomysły na swoje powieści, na swoje opowiadania. Ja państwa zapraszam do sięgnięcia zarówno po zbiory opowiadań, jak i po powieści naszego dzisiejszego gościa, ponieważ to jest rzeczywiście bardzo interesująca i niesztampowa lektura, a to w dzisiejszych czasach trudno jest na rynku wydawniczym znaleźć. W „Literackim tête-à-tête” każdy ma prawo się wypowiedzieć, każdy ma prawo opowiadać o swoich fascynacjach. Jak państwo widzieli, dzisiaj mieliśmy program taki troszeczkę erotyczny, ale myślę, że każdy z nas po nim będzie mógł zastanowić się również nad swoją własną erotyką. Bo rzadko to robimy. Ja uważam, że stosunkowo za rzadko. Także życzę państwu przyjemnego wieczora z rozmyślaniami, a może i nie tylko. Haniu, bardzo ci dziękuję za wizytę w „Literackim tête-à-tête”. Było mi niezwykle miło z tobą porozmawiać.
Kciuki trzymam za wydawnictwo, za twoje książki. Dobrze wiesz, że masz we mnie taką stałą czytelniczkę, która chętnie sięga i zaczytuje się właściwie wszystkimi twoimi tekstami. Życząc wszystkiego dobrego, życzę również spokojnej, miłej nocy Tobie i Państwu. Dziękuję za uwagę.
[04:13:22] - I ja dziękuję bardzo Tobie za piękne słowa i za to, że mogłyśmy tutaj porozmawiać. I dziękuję Państwu, że zechcieli wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.
[04:13:32] - Dziękujemy. Dobranoc.
[04:13:35] - Dobranoc.
[04:13:39] - Ja nie wiem jak państwo, bo są tacy ludzie, którzy tęsknią za zimą. Nie jestem w tej grupie, ale wiem, że tacy są i ja to nawet rozumiem. To znaczy argumenty są trudne do zbicia. Argumenty przedstawiane przez miłośników zimy. Trudne do zbicia, bo takie, nazwijmy to, mają charakter rozrywkowy. Na nartach można pojeździć, pobiegać można na nartach, jak ktoś nie lubi, to na sankach i w ogóle na łyżwach. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Zima ponoć ma swoje uroki. Przyznaję, że dostrzegam je w stopniu umiarkowanym, bo jak ktoś musi na przykład-- kiedy zima kojarzy mu się głównie z odśnieżaniem, zapierdzielaniem, żeby bez zwały białego puchu, jak to poetycko brzmi, a tak naprawdę niektórzy mówią o tym białe g-- algorytm. Państwo rozumiecie.
Więc to różnie bywa. I dlaczego mówię o tej zimie? Bo zdajmy sobie sprawę, że my narzekamy, że jesień taka paskudna, że się listopad właśnie zaczyna i będzie chłodno i ciemno i w ogóle ponuro. No, w tym momencie zdajmy sobie sprawę, że na dalekiej Islandii to już, proszę państwa, zima, że ho ho! Wiecie państwo, temperatury to tam na Islandii minus to jest norma w tej chwili. Może czasami tam wchodzi troszkę na plus, ale to tak niewiele. Tam już, proszę państwa, zima, zima, zima. I z dalekiej Islandii nasza korespondentka przysyła nam kolejną audycję „Pisząca z fiordami”. A zatem już państwo wiecie. Kamila Ciołko-Borkowska.
[04:15:32] - Dobry wieczór, witam was wszystkich w kolejnym odcinku „Piszącej z fiordami” i zgodnie z moją magiczną rozpiską pomarudzę wam dzisiaj troszeczkę o publikowaniu w internecie, w sieci. O tym, jak to może wyglądać, jak powinno wyglądać, o tym jak to jest z tym feedbackiem, czyli takimi odpowiedziami od czytelników. To o tym wszystkim postaram się dzisiaj wam pomarudzić. I od razu powiem, że wrócimy jeszcze do kwestii warsztatowych, kiedy zrealizuję moją magiczną rozpiskę, tą aktualną, nad którą teraz pracuję. Ponieważ tak jak wcześniej mówiłam, to o czym mówię podczas naszych spotkań jest bezpośrednio związane z tym, co robię, że tak powiem, aktualnie. W tym momencie też publikuję cały czas, odkąd zaczęłam przygodę z pisaniem, to publikuję to wszystko, co napisałam, więc pomyślałam, że tym też mogłabym się z wami podzielić, ponieważ na pewno gdzieś tam są, na pewno! To jest na 100%, nawet na 110% pewne, że są gdzieś tam osoby, które dopiero zaczynają i są totalnie zielone w kwestiach pisarskich. I jeśli gdzieś tam już słuchają jakichkolwiek podcastów o pisaniu, czytają jakiekolwiek poradniki o pisaniu, to jakieś podstawy warsztatowe gdzieś tam zdobywają. Ale są rzeczy, o których pewne poradniki, podcasty, warsztaty, o tym się najczęściej nie mówi. Czyli o takich rzeczach, które w sumie nie są bezpośrednio związane z pisaniem, ale dotyczą życia pisarskiego.
Bo nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach życie toczy się w dużej mierze w internecie i jeżeli ominiemy ten aspekt naszego życia i nie będziemy brać udziału w nim, to zdecydowanie przepadniemy z kretesem i nic z tego nie będzie, bo bardzo duży procent czytelników, czy też osób, z którymi możemy współpracować w jakikolwiek sposób na różnych etapach naszej pracy, funkcjonuje w internecie i nasze relacje mogą być nawiązywane przez internet. I teraz, żeby nie być gołosłowną, ja podam przykład. I to nie jakiś wyszukany przykład gdzieś tam z książek, z internetu czy skądś tam. To jest przykład z mojego własnego podwórka. Mój własny przykład. Jak wiecie, jak sam tytuł audycji wam pokazuje, mieszkam na Islandii. Mieszkam na islandzkiej wsi. Mam tu kilkoro Polaków faktycznie. Jednak nie będę ukrywać, moi rodacy nie są zbytnio zainteresowani literaturą, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim ja w tym momencie tego potrzebuję. Ponieważ przydałby mi się ktoś, kto by przeczytał moją twórczość.
Był beta czytelnikiem, zrobił mi jakieś poprawki, wprowadził uwagi. Takie sprawy typowo, że tak powiem, współpisarskie. Nie mam nikogo w mojej wsi, a nawet w miasteczku oddalonym 15 kilometrów od nas nie mam takiej osoby. Są takie osoby w stolicy. Wiem, że są tam osoby, które zajmują się pisaniem, natomiast ciężko by mi było za każdym razem jechać na kawę sześć godzin samolotem, czy też trochę szybciej będzie samolotem, ale to jest dość drogi interes, żeby lecieć na kawę, na pogadankę z beta czytelnikiem czy z redaktorem. Na temat współpracy już kiedyś rozmawialiśmy. Jednak w tym momencie internet jest dla mnie naprawdę wybawieniem. I też się nie bójcie korzystać z internetu. Nie bójcie się tych relacji nawiązywanych przez internet, bo o ile ja rozumiem, że internet może być czymś złym, złym narzędziem, ale to jest tak ze wszystkim. Jeżeli korzystamy z czegoś w sposób nieprawidłowy, mając jakieś złe pobudki, to wszystko będzie złe.
Ale jeśli korzystamy z internetu czy z czegokolwiek innego tylko po to, żeby na przykład rozwijać swój warsztat, nawiązywać relacje, poprawiać się, edukować, to wszystko jest jak najbardziej w porządku, ponieważ świat nie jest czarno-biały i ocena sytuacji zależy od tego, jak my wykorzystujemy daną rzecz. I to tytułem wstępu niech będzie. Jak widzę, to i tak prawie sześć minut wstępu do samego gadania. I teraz tak. Dzisiejsze spotkanie, jak już wspominałam, dotyczyć będzie publikowania w internecie. Zacznę może od tego, że wszystko, co opublikujecie, nie tylko jako forma drukowana w książkach, artykuł w czasopiśmie, cokolwiek, także w internecie. Jeśli opublikujecie zdjęcie, grafikę, wiersz, opowiadanie, rozdział waszej powieści Gdziekolwiek. Jeżeli to zostało opublikowane, macie niezbywalne prawa autorskie do tego. To jest wasze. Wy jesteście autorem i nikt nie ma prawa udostępniać tego bez waszej zgody, ewentualnie bez napisania, że to wy jesteście autorami tego, co zostało opublikowane przez tą osobę.
Dla przykładu, jeśli ktoś zrobił kopiuj i wklej albo na przykład opublikował fragment waszego fragmentu powieści, który opublikowaliście gdzieś tam, o tym za chwilę i nie podał, że to wy jesteście autorami, to złamał prawo. Ponieważ część czytelników może pomyśleć, że to on jest autorem, a powinien zaznaczyć, że przykładowo Jan Kowalski jest autorem tego fragmentu i na przykład to jest fragment opublikowany na stronie www.jankowalski.pl. I tyle. Nie musi wcale więcej, chociaż miło by było, żeby była podana wasza jakaś strona, z której korzystacie najczęściej. I należy pamiętać, że wszystkie udostępniania, czy tam na przykład publikowanie waszej twórczości, nieważne co to jest, bez podania autora źródła jest przestępstwem i to nie powinno mieć miejsca. Dlatego mówię, według prawa wszystko, co opublikowaliście jest wasze, macie do tego prawo i nikt nie ma prawa wam tego zabrać, opublikować pod swoim własnym nazwiskiem. To jest przestępstwo i możecie z tym iść do sądu. Dobra, to tyle jeżeli chodzi o wprowadzenie po wprowadzeniu. Gdzie możecie publikować? W sumie powiem wam, że możecie publikować wszędzie.
Naprawdę. Są różne portale pisarskie, które zajmują się udostępnianiem miejsca dla osób, które są zainteresowane publikowaniem w sieci. To wystarczy nawet chyba tylko wpisać. Ja kiedyś publikowałam, o Panie Boże, jak się nazywała ta strona? Czekajcie, zrobię teraz bardzo skomplikowany proces myślowy i powiem wam, gdzie publikowałam sto lat temu. Już nawet chyba nie pamiętam loginu ani hasła. I to się nazywało opowiadania.pl. Tak, publikowałam tam trochę poezji, trochę prozy. To było sto lat temu naprawdę. Tak, to było dawno temu.
Jeszcze jakoś tak pod koniec chyba studiów. W sumie to było w czasach, kiedy nie za dużo pisałam. Publikowałam głównie to, co miałam już przygotowane. Trafiłam na ten portal zupełnie przez przypadek, ale polecam. Jeżeli ktoś, podejrzewam, byłby bardziej aktywny na tej stronie, udzielałby się trochę, to może i feedback, ten odzew czytelniczy byłby trochę większy. Fakt, że dostałam tam kilka dość konkretnych opinii, uwag na temat tego, co napisałam, każe mi myśleć, że jest to całkiem, nie wiem jak teraz jest, ale był to kiedyś całkiem fajny portal, na którym można było uzyskać bardzo konkretne odpowiedzi. Bardzo konkretny feedback. W sumie ja tam tylko publikowałam. Nie byłam jakoś zbytnio zainteresowana czytaniem cudzych treści, bo bardzo dobrze jest, jeżeli publikujemy na takich portalach typu Wattpad. Wattpad?
Jak to się w ogóle wymawia? W sumie to ja nie publikuję tam i tak średnio wiem, jak to się wymawia, ale na Wattpadzie też można publikować. Tam też należy uważać, bo czasem jest tak, że opinie, recenzje są zupełnie wyjęte z kapelusza i w ogóle nie na temat. Ale nawet jeżeli publikujemy na jakimkolwiek portalu, w jakimkolwiek miejscu, które zbiera pisarzy czy poetów tworzących, czy nawet eseistów, kogokolwiek, kogoś, kto się para słowem, to należy pamiętać, że bardzo dobrym pomysłem jest tak zwany feedback za feedback. Czyli ktoś skomentuje mi, więc ja też się udzielę i skomentuję. Udzielę jakiejś opinii, porady, nie wiem, czegokolwiek. Przeczytam kogoś tam innego, kto też oczekuje reakcji od czytelników. To jest dobrze, jeśli możemy sobie pozwolić na chwilę przeczytania czyjegoś utworu i wydania jakiejś opinii. I nie będę wam kłamać, że to jest bardzo dobry sposób na rozwinięcie warsztatu. Należy jednak uważać na tak zwany hejt, ale na temat hejtu będziemy rozmawiać za dwa tygodnie.
Będę sobie ględzić na temat tego zagadnienia za dwa tygodnie, bo to jest też dość problematyczny temat i bardzo powiązany z tym, co dzisiaj wam tutaj marudzę. I Jeżeli publikujemy w takich miejscach, to najczęściej to są opinie dotyczące całości. Czyli wstawiamy na przykład jeden rozdział powieści, wstawiamy krótkie opowiadanie i feedback polega głównie na tym, że dostajemy opinie odnośnie całokształtu. Czyli na przykład: „Słuchaj, spoko, fabuła dobra, dialogi czyta się lekko, bohaterowie zbudowani z sensem, jest okej”. To jest w porządku. Może właśnie tyle nam wystarczy. Jeżeli potrzebujemy tylko takich reakcji, spoko, nie ma problemu, możemy publikować w takich miejscach. Tylko też musimy uważać na te komentarze, bo tak jak wcześniej kiedyś wspominałam, komentarze mogą być różne. Mogą być to komentarze pobieżne, komentarze jakieś gruntowne komentarze zupełnie od czapy, że wam nogi śmierdzą. Mogą być komentarze tylko takie, że nudne albo coś tam.
I tyle. Żadnych konkretów. W sumie czytelnik ma prawo wyrazić się tak samo jak autor ma prawo napisać cokolwiek. Jeśli natomiast chcemy tego feedbacku bardziej konkretnego, bardziej warsztatowego, to wtedy radzę znaleźć jakieś grupy na Facebooku związane z rozwojem warsztatowym. Są takowe. Ja sama zaczynałam w jednej. To są takie grupy warsztatowe właśnie dla pisarzy i można je znaleźć bardzo łatwo. Jeżeli wejdzie się do jakiejś jednej grupy, to zawsze można zapytać, czy są jakieś inne grupy. Najczęściej osoby, które uczestniczą w tych grupach, nie są tylko w jednej grupie, a uczestniczą w większej ilości społeczności. Trochę bez sensu powiedziane, no ale dobra.
Te osoby najczęściej są w wielu zgrupowaniach warsztatowych w internecie, na Facebooku, ponieważ im więcej miejsc odwiedzimy, im w więcej miejsc wciśniemy swój tekst, zaproponujemy go czytelnikom, tym więcej osób najprawdopodobniej zerknie, przeczyta, poda uwagi. I teraz powiem wam tak: na grupach facebookowych, warsztatowych, czytelniczych, pisarskich, autorskich, różnych, przeróżnych, wszelakich, bo tego jest naprawdę masa. Nawet nie spodziewałam się, że Facebook ma taką ilość grup dla fascynatów pisania. To jest niesamowite, to jest rewelacyjne, to jest po prostu cudo. I możemy zaproponować na tych grupach naszą propozycję, nasz rozdział jeden, nasze opowiadanie, fragment opowiadania i zapytać, czy ktoś nie byłby zainteresowany udzieleniem konkretnych uwag. I w tym momencie możemy dostać albo konkretne uwagi pod tym tekstem, albo ktoś pobierze i wyśle nam prywatnie w odpowiedzi cały plik z masą uwag. I to jest bardzo dobre warsztatowo i dla osoby, która te uwagi wprowadziła, i dla osoby, która te uwagi odebrała. Ponieważ nic tak nie poprawia warsztatu jak praca nad warsztatem. Takie masło maślane. Ale jeśli weźmiemy tekst osoby, która tak jak my zajmuje się pisaniem i prosi o uwagi, prosi o feedback i będziemy zwracać uwagę na to, jakie babole ona zrobiła i będziemy wpisywać w pliku wordowskim uwagi na marginesie dla tej osoby, to będziemy przy okazji pracować też nad naszym warsztatem, ponieważ będziemy widzieć, gdzie znajduje się babol.
I w momencie, kiedy ja wstawiam Janowi Kowalskiemu uwagi do pliku tekstowego i piszę: Janek, tu i tu masz babola takiego, takiego. Ja bym proponowała zrobić to tak, tak i tak. To kiedy ja będę pisała, to najprawdopodobniej też na to zwrócę uwagę. To nie jest tak, że jak ja będę poprawiać miliony prac innych piszących, to ja w końcu będę pisać idealnie i będę pisać wspaniale i będę pisać bezbłędnie. Guzik, prawda? Nie ma takiej możliwości. Po prostu zniweluję pewne babole, które kiedyś tam na pewno pojawiały się, ale pojawią się nowe, pojawią się inne, pojawią się rzeczy, których nie zauważę, bo piszę na przykład, kiedy jestem zmęczona, bo piszę, kiedy jestem lekko rozkojarzona, bo piszę na takim pisarskim flow i tego po prostu nie widzę, takich pewnych baboli i nie zwracam na to uwagi. Bo najtrudniej poprawiać jest jednak swój własny tekst. Naprawdę. Nawet jeżeli on poleżakuje i później patrzymy na ten tekst, jakby go napisała zupełnie inna osoba, to i tak pewnych baboli nie poprawimy, bo ja wiem, co ja chciałem przekazać, a nie widzę tego, co przekazałem faktycznie.
Tyle. I jeżeli czekamy na ten feedback, udostępniliśmy naszą pracę, opowiadanie na przykład czy rozdział powieści na grupie facebookowej. Ktoś wziął i na tym naszym wytworze twórczym napisał same głupoty, że tu nie, tu nie, tamto nie, to nie, to w ogóle wszystko jest do bani. To na ten temat będziemy rozmawiać za dwa tygodnie. Ten hejt to trzeba z tym uważać. Ewentualnie należy wziąć pod uwagę fakt, że faktycznie nasze opowiadanie jest całkowicie do bani. Mam takie jedno opowiadanie. Zaczyna się bardzo sensownie, bardzo ładnie, ale pod koniec to już jest w sumie niezjadliwa papka. Po prostu masakra i ja to widzę sama. Kiedyś poprawię, ale na pewno nie teraz.
Jeszcze nie dorosłam do tego. Na pewno kiedyś poprawię. Póki co widziała to tylko jedna osoba i obydwoje stwierdziliśmy, że to po prostu jest nie do strawienia i to dalej nie pójdzie. Czasem jest dobrze mieć taką osobę. A właśnie, jeżeli zaczniemy publikować w internecie, to a nuż widelec, łyżka. Znajdziemy sobie takiego beta czytelnika od serca, który po przeczytaniu naszego opowiadania czy rozdziału powieści, czy czegokolwiek powie: „Ja jestem twoim największym fanem. Ja chcę poprawiać twoje opowiadania czy twoje powieści do końca życia i nic więcej nie chcę robić poza własnym pisaniem”. To jak najbardziej bierzemy z otwartym sercem takiego beta czytelnika, przytulamy i nie puszczamy nigdzie, bo ciężko jest trafić na dobrego beta czytelnika. Jak to się nazywa po polsku? Powiedzcie mi gdzieś kiedyś, jak mnie złapiecie w internecie, jak po polsku nazwać beta czytelnika?
Bo w sumie teraz się zaczęłam zastanawiać, jak go nazwać. O ile przy feedbacku jest łatwiej, bo wiem, że to są uwagi zwrotne czy coś takiego, o tyle z beta czytelnikiem jest trochę gorzej. Ale w sumie jeżeli trafimy na kogoś, kto jest zainteresowany poprawianiem naszych baboli i powie, że może to robić dłużej niż tylko jednorazowo, to bierzemy i się nie pytamy o nic. Po prostu bierzemy i karmimy czekoladkami i kawą, jeśli mamy kontakt osobisty. Jeśli nie, jak w moim przypadku, to wykazujemy wdzięczność jedynie słownie i pisemnie. I wychwalamy pod niebiosa i tyle w temacie. Dobra, czekajcie, niech ja zerknę w moje magiczne notatki. Czy ja coś jeszcze chciałam wam powiedzieć? Bo patrzę, że będę tak ględzić niekoniecznie na temat. Już zerkam i wiem.
Poza tymi dwiema opcjami, które wam już zaproponowałam, czyli te miejsca w internecie specjalnie przeznaczone do publikowania twórczości. Takie jakieś fora internetowe, portale internetowe. Facebook jest też takim fajnym miejscem do publikowania swoich prac. Na największy feedback, ten odzew możemy liczyć głównie na Facebooku i na pewnych portalach, które są stricte warsztatowe. Możemy je znaleźć. Polecam bardzo. Rewelacyjna rzecz. Gdzie jeszcze możemy publikować? Możemy założyć własną stronę internetową. Miałam, ale mi się nie sprawdziło.
W sumie nie potrafiłam ogarnąć. Może kiedyś jeszcze zrobię jedno podejście do strony internetowej, bo strona internetowa jest o tyle fajna, bo nie trzeba jej zbyt często aktualizować. Strona to tylko strona z jakimiś tam konkretami. Czyli na przykład gdzie można nas znaleźć poza tym, gdzie na przykład publikujemy. Jeżeli na przykład jesteśmy malarzami, to gdzie wystawiamy, gdzie sprzedajemy nasze książki, jeżeli jesteśmy pisarzami. Następnie jakie są nasze publikacje, które do tej pory można znaleźć gdzieś tam. Gdzie można je znaleźć najlepiej? To są rzeczy, których nie aktualizujemy zbyt często. I to jest taka jakby nasza wizytówka w internecie. Ktoś tam wchodzi, patrzy: „Aha, ten autor napisał to.
Można to kupić tu. Spoko, super. To ja sobie tu zamówię, bo tego jeszcze nie mam”. Taka wizytówka też może się przydać. Tylko to już się wiąże z pewnymi opłatami, z pewnym ogarnięciem w sferach technologicznych, czego siedząca po tej stronie nie posiada. Tych umiejętności nie posiada. Brak w ogóle. Sorry. Niestety. Może kiedyś.
Nie mówię nie. Co mamy tam jeszcze? W sumie możemy prowadzić bloga. Ja mam bloga. Mam bloga z poezją. Blog jest o tyle fajny, że będzie żył, jeśli będziemy publikować dość często. Ja musiałam niestety ograniczyć swoją aktywność na blogu, ponieważ niestety życie okazało się zbyt zajmujące i jak kiedyś publikowałam trzy razy w tygodniu, to miałam takie zasięgi, miałam takie liczby, które mi się naprawdę bardzo podobały. Ale niestety musiałam zaakceptować spadek aktywności na blogu, spadek ilości odwiedzin, ponieważ teraz publikuję tylko raz w tygodniu. Jeżeli mi się uda, ponieważ życie okazało się zbyt zajmujące. Nie zawsze mam ten wiersz, żeby go opublikować, bo nawet napisanie wiersza to jest czas, który trzeba poświęcić, na którym trzeba się skupić.
A w ostatnim roku po tym nieszczęsnym covidzie dość ciężko było mi się zabrać za myślenie, naprawdę. Tak więc polecam bloga, jeśli możemy też systematycznie publikować i reklamować go na przykład na Facebooku, bo to powinno się wszystko razem przeplatać, żeby czytelnicy mogli wiedzieć, że ten pisarz, ten poeta, ta pisarka, ta poetka ma bloga, publikuje, można czytać za darmo. I to jest też przy okazji reklama naszej twórczości. I jak kiedyś uda nam się coś wydać, to czytelnicy będą: „Ona coś wydała. Fajne jest to, to ja kupię w sumie. Dlaczego mam nie kupić? Jeżeli mi się podoba to, co jest za darmo, to może to, co jest za pieniądze też jest fajne, też można przeczytać”. Niektórzy doceniają to, że coś jest za darmo i można potem coś kupić. Jeżeli taka próbka jest darmowa, to można potem coś kupić pełnowymiarowego za jakąś kwotę i wynagrodzić tego pisarza. Możemy prowadzić na przykład kanał na YouTubie.
Jeśli piszemy poezję, to możemy prowadzić kanał, na którym czytamy naszą poezję. To też jest sposób na otrzymywanie odpowiedzi zwrotnej od czytelników. Aczkolwiek tu będzie bardzo często odpowiedź w stylu: „E! Czytane za szybko, dykcja zła”, coś tego typu. Czytałam opinie mojej Marysi na Storytelu i muszę wam powiedzieć, że większość tych opinii dotyczy nie tego, co jest w opowieści, nie fabuły, nie bohaterów, nie dialogów, tylko tego, że lektor jest na przykład tragiczny albo świetny, albo lektor jest bogler do bani i po prostu czyta okropnie. Naprawdę to się dzieje. Ale świat należy do was. Możecie próbować też YouTube'a. Nie jesteście gdzieś tam przyklejeni. Możecie rozpocząć współpracę z innym pisarzem, na przykład nagrywać jakieś wspólne filmiki na YouTubie do profilu literackiego.
Jeżeli piszecie recenzje, to jak najbardziej profil na YouTubie może wam się przydać, bo to jest rewelacyjna rzecz. Jeżeli wam to nie podejdzie, to możecie albo usunąć konto, albo zarchiwizować albo cokolwiek. Nikt wam nie może powiedzieć, że czegoś nie można. Jest tyle możliwości, których możecie próbować, z których możecie korzystać do rozwijania swojej własnej twórczości. Możecie tak samo jak na przykład ja mam w tym momencie nagrywać podcasty, publikować je gdzieś tam, wysłać do Book Radia z własną propozycją audycji, bo dlaczego by nie? Jeżeli macie taką potrzebę i czujecie, że to wam pomoże przy rozwijaniu, przy ruszeniu do przodu z pisaniem, dlaczego by nie? Możecie też na przykład wysyłać swoją propozycję twórczości. Jeżeli na przykład piszecie powieść w odcinkach. Kiedyś publikowało się powieści w gazetach, w odcinkach i na przykład kupowało się Kuriera Polskiego i w Kurierze Polskim co tydzień był odcinek jakiejś tam powieści pisanej w odcinkach. Tak dzisiaj na przykład możecie zebrać chętnych i wysyłać im swoją powieść w newsletterze.
Boże, jaką ja mam kiepską dykcję! Ale możecie wysyłać. W tym przypadku odpowiedź zwrotna będzie bardzo niewielka, ale możecie tutaj poszerzyć zakres swoich czytelników. Na pewno ta lista osób, które zapiszą się jako czytelnicy, będzie stale, powoli rosła. Dlatego też, kiedy na przykład wydacie jakąś książkę zupełnie inną i wyślecie do nich informację, że jest do nabycia książka i podobało się im to, co wysyłaliście do tej pory, to jak najbardziej część z nich zakupi waszą książkę. I tyle w temacie. Ta forma nie jest nastawiona bardziej na feedback, na odpowiedź zwrotną, ale bardziej na kontakt z czytelnikiem, na reklamę, bo kontakt też taki bardzo ograniczony, tak szczerze mówiąc. Ja na przykład jeszcze publikuję na Instagramie, ale to tylko poezja, bo tam się zmieści na zdjęciu tylko niewielki fragment naszej twórczości. Więc ja w formie zdjęcia publikuję grafiki z bloga. Tam oznaczam hashtagi i publikuję.
Czytelników nie mam zbyt wielu, bo jak mówiłam, technologia nie jest moją mocną stroną i średnio mi to idzie z tym Instagramem, ale coś tam się powoli gdzieś tam giba. I muszę wam powiedzieć, że to też się może sprawdzić, bo na przykład jeżeli nagrywamy jakieś story czy coś tam, to też możemy mówić, zapraszać do siebie, do swoich social mediów, do swoich miejsc w sieci, gdzie tam funkcjonujemy. Blogi, nie blogi, wszystko po kolei i możemy się sami reklamować na przykład w opisie pod filmikiem czy pod zdjęciem. To też bardziej reklamowo, bardziej do nawiązywania kontaktu z czytelnikiem, który należy rozwijać już na etapie przed wydaniem książki. Ale o tym też kiedyś tam jeszcze powiemy, bo to jest też taki dość szeroki temat do obgadania. I nie będę ukrywać, dość istotny temat. Nawet jeżeli nie stricte warsztatowy, to jest to temat, który należy poruszyć wśród osób, które planują kiedyś wydawać coś, publikować coś, budować swoją własną markę pisarską. Bo o tym też się w sumie bardzo niewiele mówi na takich spotkaniach warsztatowych, bo te spotkania warsztatowe najczęściej poruszają tematykę bardzo podstawową. Tak jak w przypadku naszych audycji, naszych spotkań. Na początku rozmawialiśmy o tym, co jest podstawą, czyli jak budować dialogi, postać, fabułę, opisy, relacje, rzeczy, które są podstawowe.
Dopiero później, kiedy obgadamy już to, co należy zrobić warsztatowo, dopiero wtedy możemy przejść stopień dalej. Taką drabinkę zrobić. Dopiero wtedy możemy przejść sobie wyżej i pogadać na te tematy, które teraz obgadujemy, dotyczące publikowania swojej twórczości, wysyłania gdzieś swojej twórczości czy wydawania swojej twórczości, relacji z innymi pisarzami, redaktorami, korektorami. To wszystko należy robić z sensem, z głową. Tak samo jak z uczeniem się. Najpierw uczymy się mówić, chodzić, biegać, potem idziemy do szkoły, uczymy się czytać, pisać. Potem uczymy się trochę matematyki, środowiska, chemii. Wszystko to ma sens, ponieważ nabywamy wiedzę, która jest coraz bardziej obszerna, dotyczy coraz szerszego zakresu wiedzy. To jak z rzucaniem kamyków, tych kaczek takich na wodzie. Najpierw jest taka jedna drobna kropelka, czyli taki ten warsztat.
To jest ten impuls. Rzucimy kamykiem i pierwszy taki chlup to jest ten impuls, który nas pokierował do tego, żeby zacząć pisać. Następnie jest troszeczkę szerszy krąg. Siadamy do komputera, odpalamy plik i zaczynamy pisać. Następny szerszy krąg to jest czytanie tego, jak powinniśmy pisać. Czyli najpierw są te zasady ortografii, interpunkcji. To są podstawy, które powinniśmy znać, żeby pisać poprawnie. Później następny krąg to jest budowanie na przykład fabuły, postaci, te wszystkie rzeczy, o których rozmawialiśmy. Następny krąg to są kontakty z innymi pisarzami. To wszystko robi się coraz szersze, coraz szersze, coraz szersze, aż w końcu bum!
Mamy całe jezioro i wydaną książkę. I z tym was teraz zostawię. Zastanówcie się nad tym wszystkim. Rozejrzyjcie w internecie, bo to jest naprawdę szeroka nie pustynia, bo na pustyni nic nie ma, ale to jest taka szeroka łąka. Gdzieś tam w tle jest drzewo, masa jakichś krzaków, piękne miejsca do pikników, naprawdę z masą niesamowitych możliwości, bo gdzieś tam w tle jest bardzo fajne miejsce do zabawy z huśtawkami, zjeżdżalniami i takimi fajnymi bajerami, gdzie nauczymy się równowagi pisarskiej. Dlatego rozejrzyjcie się po internecie, znajdźcie swoje własne miejsca, publikujcie, czekajcie na odpowiedzi. Bo to nie będzie tak, że wy opublikujecie coś i czytelnicy będą zachwyceni. Nie, nie, nie. Ale o tym już za dwa tygodnie. A teraz życzę wam powodzenia w znalezieniu swojego miejsca w sieci, bo na razie dzisiaj było tylko o sieci, bo są miejsca, gdzie można publikować też stacjonarnie, w formie drukowanej, ale o tym może następnym razem.
Zdecydowanie łatwiej jest znaleźć coś i publikować w internecie. Teraz wam wszystkim dziękuję. Dobranoc i do usłyszenia za dwa tygodnie.
[04:51:22] - Cóż, proszę państwa, jakby to nie owijać w bawełnę, to muszę powiedzieć, że właśnie dotarliśmy do końca kolejnego wydania Bibliotekarium 2.0. Niniejszym ogłaszam, że dzisiejszy odcinek pierwszolistopadowy właśnie się skończył. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze odsłuchanie. Dziękuję za to, że byliście, że towarzyszyliście różnym autorom, różnym wypowiedziom, różnym tematykom. Myślę, że to jest coś, za co lubię audycję, którą tworzę. W dalszym ciągu mam do niej dużo pasji. A za tydzień 110. wydanie Bibliotekarium 2.0. Ja wiem, to już pewno państwo pokładają się ze śmiechu. Ta moja obsesja na punkcie okrągłych wydań audycji Bibliotekarium to już, zdaje się, jest powszechnie znana.
Ja tylko czyham, żeby kolejne 10 pękło i mamy właśnie za tydzień 110. audycję. Ja nie wiem, czy to jest oznaka dobrego czy złego i czy w ogóle jest co obchodzić. To niewalne. Ważne, że powód jest. Troszeczkę przypomina mi się dowcip stary, z brodą, faceta, który siedzi przed telewizorem i ogląda mecz i podsumowuje w ten sposób: czy wygramy, czy przegramy i tak się urżnę. Ja nawet nie wiem, co oznacza to słowo urżnę. Dobrej nocy państwu życzę, dobrego weekendu.
[04:53:01] - A mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.