Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc witamy wszystkich molni książkowych, filmowych i nie tylko w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Witam w kolejnej odsłonie Bibliotekarium 2.0. Zaczynamy tradycyjnie. Zaczynamy od polecanek, a właściwie zapowiedzi książkowych Domu Wydawniczego Rebis. Pierwsza z tych pozycji, którą chciałbym dzisiaj państwu polecić, ukaże się za miesiąc. Dokładnie to 12 listopada 2024 roku na rynku pojawi się książka Mary, to będzie pewno lepiej, Mary Beard „Cesarz Rzymu”. Książka w przekładzie Magdaleny Hermanowskiej i Tomasza Chwałka. Cóż pisze na temat tej książki wydawca? „Jak wyglądała władza w Rzymie z perspektywy rządzących i rządzonych? »Cesarz Rzymu« zgłębia fakty i mity o tych, którzy sprawowali władzę i stawia pytania, co robili, w jakim celu i dlaczego ich historie tak często opowiadano w konwencji przesady i sensacji.
Autorka porusza kwestie władzy, korupcji, dworskich intryg, ale też przybliża szczegóły dotyczące życia codziennego cesarzy. Jak i gdzie się żywili, z kim sypiali, jak podróżowali, czy byli równi bogom? Poznajemy również barwną galerię postaci, dzięki którym system ten mógł funkcjonować: arystokraci, niewolnicy, wyzwoleńcy, żołnierze, kupcy, rzemieślnicy, lekarze. Cesarstwo Rzymskie jako ustrój nie przetrwałoby, gdyby rządzili nim sami obłąkani autokraci. Autorka bada, skąd brały się historie przypisujące im szaleństwo, jak w rzeczywistości zarządzano imperium, a także obawy Rzymian, że władza cesarzy jest nie tyle krwawa, czego się akurat spodziewano, ile że stanowi niepokojącą dystopię zbudowaną na fundamencie oszustwa i podstępu”. To była rekomendacja książki „Cesarz Rzymu” Mary Beard w przekładzie Magdaleny Hermanowskiej i Tomasza Chwałka. Druga pozycja ukaże się nieco bliżej naszego dzisiejszego spotkania, bo 23 października. Jej autorzy to Kevin J. Anderson i Brian Herbert. To nazwisko powinno już państwu coś powiedzieć, bo tytuł tej książki to „Diuna: Ród Harkonnenów”.
Ta książka ukazała się w przekładzie Marka Michowskiego. „Autorzy tej książki podejmują wątki z Domu Atrydów, wzbogacając uniwersum »Diuny« o kolejną pozycję, obok której nie można przejść obojętnie. Dom wydawniczy Rebis oddaje czytelnikom nowe, poprawione wydanie trylogii – preludium do »Diuny«, którą tworzą: »Ród Atrydów«, »Ród Harkonnenów« i »Ród Corinów«. Kilkanaście lat po objęciu tronu Shaddam IV Corrino nadal umacnia swą władzę. Pełnymi garściami czerpie melanż z zarządzanej przez Harkonnenów Arrakis, a zarazem naciska na Tleilaxan, którzy na opanowanym Ixie starają się wyprodukować sztuczną przyprawę. Do największych graczy w galaktyce – Imperatora, Gildii Kosmicznej i CHOAM – dołączają niepostrzeżenie Bene Gesserit. Podsuwając siostry członkom wysokich rodów, w tym samemu padyszachowi Imperatorowi, gromadzą bezcenne informacje i wpływają na politykę, same zaś kontynuują z uporem swój tajny plan eugeniczny. Im wszystkim jednak, w tym Leto Atrydzie na spokojnym Caladanie, zagraża coraz bardziej baron Vladimir Harkonnen, chorobliwie ambitny i pragnący zemsty przywódca rodu Harkonnenów”. Ja wiem, że jeśli ktoś nie orientuje się w uniwersum „Diuny”, to co przeczytałem przed chwilą wyda mu się przynajmniej dziwne, żeby nie używać słów gorszych. W każdym razie, jeśli ktoś lubi uniwersum „Diuny”, to ta książka jest lekturą obowiązkową.
Przypomnę: „Diuna: Ród Harkonnenów” w przekładzie Marka Michowskiego. Autorzy Kevin J. Anderson i Brian Herbert. I wreszcie trzecia propozycja na dzisiaj. Ta książka ukaże się 16 października tego roku. Nosi tytuł „Światłość”. Jej autorką jest Sanya Mara. Książka w przekładzie Macieja Szymańskiego. Czegoż dowiadujemy się z notki wydawniczej? „Vesper poświęciła wszystko, by ocalić swoje miasto przed zagarniającą je burzą.
Po tym, jak stała się naczyniem Wielkiej Królowej, spędziła trzy lata zawieszona między życiem a śmiercią. Gdy się przebudziła, okazało się, że jej ukochanemu miastu zagraża coś potężniejszego i straszniejszego od burzy. Wdziera się do niego złowroga moc. Światło wielkiego króla, które poraża mieszkańców, pozbawiając ich wolnej woli. Oczy wszystkich znowu zwracają się ku niej. Ludzie pogromczyni burzy upatrują jedynej nadziei. Vesper, przytłoczona coraz większą presją, zdana na pomoc księcia, przed którym wzbrania się jej serce, musi znowu dokonać niemożliwego: zmierzyć się z nieokiełznaną siłą, boginią w sobie. Przypomnę, to książka nosząca tytuł „Światłość”. Jej autorką jest Sanya Mara. Książka ukazuje się w przekładzie Macieja Szymańskiego.
I to, proszę państwa, są moje dzisiejsze propozycje, właściwie zapowiedzi wydawnicze Domu Wydawniczego Rebis. A teraz tradycyjnie zapraszam państwa na spotkanie z filozofią, a konkretnie na korepetycje filozoficzne. A zatem korepetycje filozoficzne. Nigdy nie ukrywałem, że moją fascynacją, przynajmniej w ostatnich latach, jest problem transhumanizmu, sztucznej inteligencji, sztucznej świadomości. Czy to w ogóle możliwe, zapytacie państwo. Od razu odpowiem, że nie wiem. Pewne rzeczy wydają mi się wątpliwe. Pewne rzeczy wydają mi się możliwe, ale niebezpieczne. W każdym razie fascynuje mnie świat sztucznej inteligencji. To żadne odkrycie, nic specjalnie oryginalnego, ale już świat sztucznej świadomości to jest coś, co zaprząta głowę wielu ludziom, wielu myślicielom, wielu filozofom.
I dzisiaj przygotowałem dla państwa artykuł Roberta Poczobuta „Czy sztuczna świadomość jest możliwa?” Tradycyjnie już to jest tekst, który ukazał się w czasopiśmie „Filozofuj” w 2024 roku. A zatem nówka nie rdzewka. W numerze pierwszym tegorocznym, a w ogóle 55. z kolei. Ten tekst dostępny jest dla państwa na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Od razu chylę czoła w tym miejscu przed czasopismem „Filozofuj”. Czasopismem, które jest unikatem na skalę światową. Przybliża problemy filozoficzne w sposób bardzo przystępny, w sposób niekojarzący się ludziom, którzy z filozofią nie obcują na co dzień właśnie z filozofią, bo filozofia wielu ludziom wydaje się czymś bardzo skomplikowanym, wydumanym, takim wiecie państwo, dzielenie włosa na czworo, a może nawet na więcej. Nie, wbrew pozorom filozofia jest bardzo intuicyjna i tak naprawdę odpowiada na bardzo proste pytania. To tylko niektórzy filozofowie sprawiają, że te pytania wydają się bardzo trudne.
A zatem taki mam apel do państwa: jeśli myślicie państwo o filozofii, to nie kojarzcie ją z bełkotaniem, z opowiadaniem różnych farmazonów, tylko raczej z prostymi pytaniami, bo ci najwięksi filozofowie zadawali właśnie bardzo proste pytania. Odpowiedzi nie były już proste, ale na tym, przynajmniej według mnie, polega piękno filozofii. Zagłębmy się zatem w tym tekście. A może zanim się zagłębimy w tekście, to przedstawię państwu autora. Robert Poczobut to jest profesor Uniwersytetu Białostockiego, kierownik Zakładu Epistemologii i Kognitywistyki w Instytucie Filozofii na Uniwersytecie Białostockim. Jest też autorem czterech książek, przeszło 70 artykułów naukowych, redaktorem licznych prac zbiorowych. Interesuje się pograniczem filozofii umysłu i kognitywistyki, a w szczególności naturą jaźni, relacją między świadomymi i nieświadomymi procesami poznawczymi, a także interesuje się neurofilozofią oraz hybrydowymi systemami poznawczymi. Hobby Roberta Poczobuta to podróże, muzyka, malarstwo i gry logiczne. A zatem wyruszamy w podróż. Dzisiejsza podróż nosi tytuł „Czy sztuczna świadomość jest możliwa?” Autorem tekstu, przypomnę, jest Robert Poczobut.
W filozofii sztucznej inteligencji stawiamy pytanie o możliwość istnienia umysłów niebiologicznych, zbudowanych na bazie innego substratu, budulca innego niż struktury węglowo-białkowe. Chcielibyśmy wiedzieć, czy świadomość u swych podstaw musi być organiczna, czy też jej istnienie jest w jakimś sensie niezależne od substratu. Możliwości i wartości. Dotychczas nikt nie wykazał, że istnienie sztucznej świadomości jest niemożliwe. Nie przedstawiono dowodu, że jest to pojęcie wewnętrznie sprzeczne. Nie wykazano, że świadomość maszynową wykluczają prawa przyrody. Dopóki takie dowody nie zostaną podane, możemy racjonalnie wierzyć w możliwość istnienia świadomej sztucznej inteligencji. Tym bardziej że istnieją przesłanki, które taką możliwość uwiarygadniają. Postęp w dziedzinie sztucznej inteligencji stopniowo, ale względnie szybko w porównaniu z ewolucją biologiczną, obejmuje coraz bardziej wyrafinowane funkcje poznawcze. Zgodnie z metaforą Hansa Moraveca, krajobraz ludzkich kompetencji jest stopniowo zatapiany przez szybko podnoszącą się wodę, która symbolizuje ekspansję sztucznej inteligencji.
Kolejne zdolności poznawcze, jeszcze niedawno zarezerwowane wyłącznie dla ludzi, stają się udziałem maszyn. Możliwe, że w niedalekiej przyszłości zostaną zatopione również kompetencje związane ze świadomością. Gdyby rzeczywiście sprawy szły w tym kierunku, a wydaje się, że tak właśnie jest, moglibyśmy pytać, czy warto dążyć do wytworzenia świadomych maszyn, czy do realizacji ludzkich potrzeb nie wystarczą inteligentne narzędzia pracujące w trybie zombie bez świadomości. Powstanie świadomych maszyn wiązałoby się z nadaniem im statusu moralnego i prawnego. Nie traktowalibyśmy ich jak narzędzi, lecz uznalibyśmy za osoby. Niektórych taka perspektywa przeraża, innych mobilizuje do eksploracji wciąż niezrealizowanych możliwości. Niewykluczone, że wraz z powstaniem sztucznej świadomości maszyny rozwiną także jakąś formę emocji. W swoich decyzjach będą zaś kierować się zaszczepioną lub rozwiniętą hierarchią wartości. Wówczas różnica między inteligencją naturalną a sztuczną przestanie być wyraźna. Jak twierdzi Frank Wilczek, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, cytuję: „Wszelka inteligencja jest maszynowa, a inteligencję naturalną od sztucznej odróżnia nie to, czym są, ale jak są zrobione”.
Dwa oblicza świadomości: funkcjonalne i fenomenalne. Niektórzy, mówiąc o świadomości, mają na uwadze zdolność do automonitoringu, samodzielnego kontrolowania swego stanu. Dysponują nią organizmy biologiczne i maszyny o hierarchicznych architekturach z mechanizmem informacyjnych sprzężeń zwrotnych. Działanie takich maszyn wiąże się z dostępem do informacji o ich stanach wewnętrznych. Nie ulega wątpliwości, że niektóre z istniejących maszyn dysponują zdolnością do automonitoringu i kontroli zachowania. Filozofowie nazywają takie zdolności świadomością funkcjonalną lub świadomością dostępu. Jednak słusznie zwraca się uwagę, że nie uwzględniają one istotnych cech świadomości biologicznej, jak doznawanie wrażeń i przeżywanie stanów wewnętrznych. Maszyny z wbudowanym systemem automonitoringu i kontroli zachowania, lecz pozbawione przeżyć świadomych, są systemami typu zombie. W dyskusjach na temat świadomości wyróżnia się też pojęcie świadomości fenomenalnej. Polega ona na zdolności do posiadania subiektywnych przeżyć.
Mogą to być proste doznania zmysłowe, jak odczucie bólu czy doznanie zieleni, lub złożone przeżycia świadomie towarzyszące emocjom, myśleniu czy aktywności twórczej. Powstaje pytanie, czy maszyny mogą mieć przeżycia świadome, choćby w postaci prostych doznań zmysłowych? Opinie filozofów i naukowców są w tej kwestii podzielone. Aby konkluzywnie odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy wiedzieć, na mocy jakich mechanizmów w organizmach biologicznych powstają przeżycia świadome i czy takie mechanizmy można odtworzyć w systemach sztucznych. Substrat świadomości i organizacja funkcjonalna. Wszystkie systemy, którym przypisujemy przeżycia świadome, są organizmami biologicznymi. Z tego powodu świadomość fenomenalna wydaje się nam szczególnie mocno związana z substratem biochemicznym. Inne procesy poznawcze, jak uczenie się czy pamięć, skłonni jesteśmy traktować jako niezależne od substratu. Można je zrealizować w różnych substrukturach fizycznych. Zdaniem Maxa Tegmarka do realizacji procesu poznawczego konieczny jest nie określony rodzaj materii, lecz jej organizacja funkcjonalna.
Pamięć, obliczanie, uczenie się i inteligencja są niezależne od fizycznych szczegółów substratu, dzięki czemu możliwe jest istnienie systemów SI i maszyn realizujących procesy poznawcze. Jak pisze Tegmark, cytuję: „Sprzęt jest materiał, a oprogramowanie wzorcem. Niezależność obliczeń od substratu oznacza, że możliwe jest istnienie sztucznej inteligencji. Inteligencja nie wymaga ciała, krwi ani atomów. Atomów węgla. Czy podobnie jest ze świadomością fenomenalną?” Koniec cytatu. David Chalmers, zastanawiając się, w jaki sposób systemy fizyczne wywołują świadomość fenomenalną, również zwraca uwagę, że kluczowa jest ich organizacja funkcjonalna, a nie substrat, z którego są zrobione. Dotyczy to także przeżyć świadomych wytwarzanych przez nasze mózgi. To, że mózgi wytwarzają świadomość, nie jest dziwniejsze od tego, że mogłyby ją wytwarzać układy sztuczne. Jak pisze Chalmers, cytuję: „Dowolny system o organizacji funkcjonalnej odpowiedniego rodzaju jest świadomy bez względu na to, z czego się składa”.
Zdaniem funkcjonalistów fizyczna implementacja odpowiedniej architektury obliczeniowej wystarcza do osiągnięcia organizacji funkcjonalnej umożliwiającej wytworzenie świadomości fenomenalnej. Systemy świadome są układami fizycznymi o strukturze Przyczynowej odzwierciedlających formalną strukturę obliczeń. Sama formalna struktura obliczeń, czyli oprogramowanie jako obiekt abstrakcyjny, nie wystarcza do powstania świadomości. Dopiero jej fizyczna implementacja w postaci układu konkretnych procesów fizycznych powiązanych przyczynowo umożliwia powstanie świadomości fenomenalnej. Innymi słowy, to organizacja funkcjonalna układu określa podstawowy mechanizm świadomości fenomenalnej. Zadaniem neuroobliczeniowej teorii świadomości jest odkrycie organizacji funkcjonalnej mózgu, która odpowiada za wytwarzanie świadomości. Zadaniem mocnej wersji sztucznej inteligencji zakładającej jej świadomość fenomenalną jest odtworzenie tej organizacji w systemach sztucznych. Pytania bez odpowiedzi. W dalszym ciągu nie wiemy w szczegółach, jaka organizacja funkcjonalna umożliwia powstanie świadomości fenomenalnej w mózgu. Nie wiemy również, czy organizacja funkcjonalna mózgu jest możliwa do odtworzenia w środowisku sztucznym.
W odróżnieniu od funkcjonalistów, zwolennicy podejścia substratowego utrzymują, że tylko układy biologiczne zbudowane na bazie chemii organicznej, ostatecznie zaś na bazie związków węgla, odznaczają się taką plastycznością i dynamiką, które umożliwiają wytworzenie świadomości. Organizacja funkcjonalna układu świadomego nie jest niezależna od tego substratu. Związki krzemu lub innych pierwiastków nie mają odpowiednich cech strukturalnych umożliwiających wytworzenie świadomych umysłów. Funkcjonaliści uznają świadomość za cechę emergentną, odpowiednio złożonych układów fizycznych, cechę niezależną od szczegółowych własności jej substratu. Wiążąc świadomość z organizacją funkcjonalną, pozostawiają otwartą możliwość istnienia sztucznej świadomości. Współcześnie stanowisko to ma wpływowych przedstawicieli wśród filozofów i naukowców, między innymi wspomniany Chalmers i Tegmark, a także Tononi i Dehaene. Jak pisze Tegmark: „Świadomość jest zjawiskiem fizycznym, odczuwanym niefizycznie, ponieważ ma taki sam charakter jak fale i obliczenia. Ma własności niezależne od swojego konkretnego podłoża fizycznego. Wynika to logicznie z koncepcji świadomości jako informacji. Jeśli świadomość to sposób, w jaki odczuwa się informację, gdy jest ona przetwarzana w określony sposób, to musi być niezależna od podłoża.
Liczy się struktura przetwarzania informacji, a nie struktura materii dokonującej tego przetwarzania. Innymi słowy, świadomość jest podwójnie niezależna od podłoża”. I to już, proszę państwa, koniec tego tekstu. Tradycyjnie przypomnę, że po pierwszym przesłuchaniu to może się wydać państwu bardzo niejasne. Przy drugim będzie lepiej, a przy trzecim to już w ogóle wszystko będzie jasne. Trochę żartuję, trochę się uśmiecham, ale tak to jest z tymi tekstami filozoficznymi. One nie zawsze trafiają do nas za pierwszym razem. Ja wiem. Pewno będziecie państwo podejrzewać, że ja tutaj namawiam, żebyście przewijali i słuchali jeszcze raz i jeszcze raz. Nie, to nie o algorytm YouTube'a chodzi.
To chodzi tak naprawdę, że tekst filozoficzny ma tyle poziomów, że czasami po prostu warto wysłuchać go po raz drugi i trzeci. Sami państwo zdecydujecie. Ja tylko przypomnę, że przed chwilą słuchaliście państwo tekstu z czasopisma „Filozofuj” z tego roku. To jest numer pierwszy z 2024 roku. Tekst zatytułowany „Czy sztuczna świadomość jest możliwa?”. Jego autorem był Robert Poczobut. I przypomnę, że tekst jest dostępny dla państwa na licencji Uznanie Autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Niniejszym ogłaszam, że katowanie państwa filozofią zakończyło się. Teraz już podążamy w kolejne punkty programu „Bibliotekarium 2.0”. Jako pierwszy punkt programu zaplanowałem podróż literacko-fantastyczno-psychiatryczną.
Nie rozumiecie państwo, o co chodzi i brzmi to dziwnie, a co najmniej prowokacyjnie? Tak miało właśnie zabrzmieć. Zapraszam państwa na spotkanie z pisarzem, który w latach 40. i 50. narobił sporo zamieszania na amerykańskim rynku fantastyki naukowej. Ale nie o fantastykę naukową chodzi. Gdyby to była fantastyka naukowa, by się tylko liczyła, to nie byłoby o czym mówić. Ten pisarz narobił... Pisarz albo nie pisarz. To jeszcze państwo usłyszycie o tym.
W każdym razie ten pisarz narobił sporo zamieszania. Zyskał grono, szukam słowa, ale to jest najlepsze. Wyznawców. Tym autorem był Richard Shaver, a ja zapraszam państwa na audycję, która była pierwotnie wyemitowana na kanale Wehikuł Wyobraźni. To audycja, którą zatytułowałem w „Bibliotekarium 2.0” „Zapomniana wroga cywilizacja”. I wierzcie mi państwo, kiedy skończy się ta audycja, to w dalszym ciągu nie będziecie państwo pewni, czy mieliście do czynienia z opisem
[24:42] - Szaleńca? Zdolnego pisarza wymyślającego fikcję? Czy może całkiem niezłego marketingowca, który potrafił sprzedać produkt, który wytwarzał? Zapraszam Państwa zatem na audycję Zapomniana Wroga Cywilizacja. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj proponuję podróż do USA, w dodatku podróż w czasie w lata 30., 40., 50. i 60. Będzie trochę o obcych. Tych złych obcych przede wszystkim. Ale chociaż będę sporo mówił o podziemnych miastach, dyskoidalnych pojazdach, tajemniczej technologii i okrutnych praktykach, to chciałbym zwrócić Państwa uwagę głównie na to, jak zachowuje się społeczeństwo amerykańskie.
A zachowuje się dziwnie. No właśnie. Czy aby na pewno dziwnie? I czy nasze polskie społeczeństwo zachowywałoby się inaczej? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Jednak moim zdaniem w Polsce takie numery jak te, które opiszę, nie przeszłyby w żadnym wypadku. Najwyraźniej społeczność amerykańska jest bardziej skłonna do wiary w opowieści, powiedzmy, dziwne opowieści. A co z tego wynika? Sugerowałbym, że przede wszystkim to, iż powinniśmy bardzo, bardzo ostrożnie podchodzić do historii nadsyłanych zza oceanu. Wszak to stamtąd otrzymujemy sporą część doniesień o obcych i o UFO.
Tam powstają publikacje mające nam powiedzieć, jak jest. Czasami te publikacje nawet usiłują coś powiedzieć. Tylko nie mam przekonania, że ich autorzy tak do końca wiedzą, co piszą. Częściej podejrzewam, że ich autorzy tworzą historie dla ludu, żeby ów lud czymś zająć. Wiem, wiem. To, co mówię, jest na razie niejasne. Sądzę jednak, że stanie się bardziej klarowne pod koniec tej audycji. Zacznijmy zatem opowieść. Na początku lat 30. pewien pracownik fabryki, a konkretnie Richard Shupe Shaver, zorientował się, że z jego stanowiskiem pracy dzieje się coś dziwnego.
Jak relacjonował literaturoznawca Bruce Lanear Wright, Shaver zaczął zauważać, że jeden z pistoletów spawalniczych w jego miejscu pracy, na skutek jakiegoś dziwnego dostrojenia, pozwalał mu słyszeć myśli mężczyzn pracujących wokół niego. Jeszcze bardziej przerażające było to, że w pewnym momencie Shaver otrzymał telepatyczny zapis sesji tortur prowadzonej przez wrogie ludziom istoty w jaskiniach głęboko pod ziemią. A właściwie nie tyle w jaskiniach, co w podziemnych miastach. Według amerykańskiego nauczyciela akademickiego Mitchella Berkuna, Shaver przedstawiał raczej niespójne relacje na temat tego, jak po raz pierwszy dowiedział się o ukrytym świecie jaskiń, ale historia z linii montażowej była wersją najczęstszą. Ten sam Richard Shaver w roku 1943, a więc jedenaście lat później, napisał do magazynu pulpowego z opowiadaniami zatytułowanego Amazing Stories. Shaver nie zaczął jednak od obcych. Nie opisał tej dziwnej sytuacji, kiedy na linii montażowej stał się telepatą. Twierdził natomiast, że odkrył starożytny język, który nazwał Mantong. Miał to być rodzaj języka protoludzkiego. Języka, który był źródłem wszystkich ziemskich języków.
W Mantong każdy dźwięk miał ukryte znaczenie, a stosując tę formułę do dowolnego słowa w dowolnym języku, można było rozszyfrować sekretne znaczenie owego słowa, imienia, nazwy, a nawet całej frazy. Na przykład literka A oznaczała coś zwierzęcego. B, zgodnie z językiem angielskim, be, istnieć. C to see, widzieć. E, energy. G, wytwarzać, produkować. I tak dalej. Kto jest zresztą ciekawy, może odnaleźć tłumaczenia liter według alfabetu Mantong. Jest to dostępne w internecie zarówno w języku polskim, jak i w języku angielskim. Ten dziwny list z dziwną informacją trafił do redaktora Raya Palmera, który pracował w Amazing.
Raymond Palmer zastosował formułę Mantonga do kilku słów i stwierdził, że Shaver Wydawało mu się, że Shaver ma rację i że w dobrze znanym języku ukryte są naprawdę jakieś tajemne treści. Palmer poczuł się zaciekawiony do tego stopnia, że postanowił wydrukować list Shavera na łamach Amazing. Stało się to w roku 1943. W dodatku informację uzupełnił całym alfabetem, którego fragmenty, a właściwie fragmenty znaczeń owego alfabetu przed chwilą państwu przedstawiłem. List rozpoczynał się od następujących słów: „Prezentujemy pewien interesujący list dotyczący starodawnego języka. Prezentujemy go bez komentarza, jedynie z informacją, że podstawiliśmy pojęcia pod poszczególne litery wielu dawnych etymonów i nazw własnych i otrzymaliśmy z nich zdumiewające znaczenia. Być może, jeśli zainteresowani czytelnicy zastosują ten wzór do większej liczby podobnych rdzeni wyrazowych, będziemy w stanie stwierdzić, czy wzór się sprawdza.” I ku zdziwieniu Palmera ta grudniowa publikacja spowodowała, że setki osób napisało listy do Amazing Stories z zapewnieniami, że alfabet Mantong istotnie ujawnił ukryte znaczenia słów. Zachęcony takim odzewem Palmer napisał do Shavera z prośbą o więcej informacji na temat języka Mantong. Zapytał też, jak to się stało, że Shaver ten język rozumie. Shaver odpowiedział listem zawierającym około 10 tysięcy słów.
Listem, który zatytułowany był „Ostrzeżenie dla przyszłego człowieka”. Znalazła się tam między innymi znana już państwu historia o automacie spawalniczym. Shaver napisał również o niezwykle zaawansowanych prehistorycznych rasach, które zbudowały miasta wewnątrz skorupy ziemskiej. Zrobiły to, zanim opuściły Ziemię i przeniosły się na inną planetę. Zrobiły to z powodu niszczącego promieniowania słonecznego. Starożytni porzucili na Ziemi część swego potomstwa. Potomstwa, z którego mniejszość pozostała szlachetna i ludzka w zachowaniach. To byli Terros. Niestety większość zdegenerowała się i z czasem przemieniła w populację upośledzonych umysłowo sadystów znanych jako Deros. Był to skrót od nazwy „szkodliwe roboty”.
Owe roboty Shavera nie były mechanicznymi konstrukcjami, ale ich podobieństwo do robotów brało się z bezdusznego zachowania. Według Shavera Deros żyli nadal w miastach jaskiniowych, porywając co roku tysiące ludzi mieszkających na powierzchni, porywając w celu spożywania ich mięsa, a czasami tortur zadawanych ot tak, po prostu dla zabawy. Za pomocą wyrafinowanej maszynerii promieniowej, którą pozostawiły po sobie wielkie starożytne rasy, które kiedyś zamieszkiwały Lemurię, Atlantydę. Więc za pomocą tych starożytnych urządzeń Derosi szpiegowali ludzi i wyświetlali dręczące ich myśli i głosy w ich własnych umysłach. To w objawach przypominało nieco schizofrenię. Deros mogli być obwiniani za prawie wszystkie nieszczęścia. Od drobnych przypadkowych obrażeń, które ludzie odnoszą, ponieważ żyją i są aktywni, po choroby, a nawet katastrofy lotnicze, a także klęski żywiołowe. Szczególna rola przypadała w relacji Shavera kobietom. Były one bowiem ofiarami szczególnie brutalnego traktowania oraz regularnych gwałtów. Mike Dash, który jest walijskim pisarzem, historykiem i badaczem, autorem książek oraz artykułów poświęconych dramatycznym epizodom ludzkiej historii.
Więc ten Mike Dash zauważył, że sadomasochizm był jednym z głównych tematów opowieści Shavera. Chociaż Derosowie byli zazwyczaj zamknięci w swoich jaskiniach, to Shaver twierdził, że czasami podróżowali statkami kosmicznymi lub rakietami. Odwiedzali swych stwórców, ale podobno najczęściej mieli do czynienia z równie złymi jak oni sami istotami pozaziemskimi. Shaver twierdził, że ma wiedzę z pierwszej ręki o Derosach oraz ich jaskiniach, ponieważ był ich więźniem przez wiele lat. Palmer był do tego stopnia zaintrygowany, że zredagował i przeredagował rękopis, zwiększając całkowitą liczbę słów z 10 tysięcy do 31 tysięcy. Taka przeciętna długość noweli zamieszczanych w Amazing Stories. Co ważne, Palmer zawsze podkreślał, że nie zmienił głównych elementów historii Shavera, a jedynie dodał ekscytującą fabułę, aby historia nie czytała się jak nudna recytacja. To był cytat. Palmer zmienił też tytuł opowieści, nazywając ją Pamiętam Lemurię. Tekst został opublikowany w marcu 1945 roku w czasopiśmie Amazing Stories.
Nakład pisma został wyprzedany. W dodatku historia Shavera spotkała się z dużym odzewem. Pomiędzy rokiem 1945 a 1949 nadeszły do redakcji dziesiątki tysięcy listów. Listów potwierdzających prawdziwość twierdzeń Shavera. Korespondenci twierdzili, że oni również słyszeli dziwne głosy lub spotykali mieszkańców Pustej Ziemi. Jeden z listów do Amazing Stories pochodził od kobiety, która twierdziła, że dostała się do głębokich podziemi dzięki ukrytej windzie w jednym z budynków w Paryżu. Jej historia nie była optymistyczna, chociaż zakończyła się dobrze, bo po miesiącach gwałtów oraz innych tortur kobieta została uwolniona przez życzliwego Teros. W wielu innych listach ich autorzy przyznawali, iż zdarzały się im epizody z Derosami. Jeden z takich listów pochodził od Freda Crismana. W 1946 roku Crisman twierdził, że podczas II wojny światowej walczył z nie-ludźmi w jaskiniach głęboko pod powierzchnią ziemi.
W następnym roku Crisman próbował przekonać dwóch świadków, którzy widzieli ponoć latające spodki, iż fragmenty skał wulkanicznych były odłamkami zrzuconymi z latającego talerza. To jednak zupełnie inna historia, chociaż ciekawa. A sama postać Crismana jeszcze kilka razy pojawiła się w historii Stanów Zjednoczonych. Najbardziej interesujące, przynajmniej moim zdaniem, jest to, że w kilku miastach powstały stowarzyszenia nazywane Shaver Mystery Club. To dlatego, że Palmer reklamował opowieść Shavera oraz jej kontynuację jako Shaver Mystery. Zjawisko zostało zauważone w prasie głównego nurtu, między innymi w magazynie Life z 1951 roku. Ale nie tylko. Spora część amerykańskich tytułów odnotowała, iż powstał ruch społeczny, którego przedstawiciele wierzyli, iż jesteśmy inwigilowani i prześladowani przez przedstawicieli podziemnej cywilizacji. I tu nastąpiło takie sprzężenie zwrotne. Wyznawcy Shavera uznali, że skoro prasa głównonurtowa pisze o nich, to znaczy, że uznane zostało, iż Shaver mówi prawdę.
Chyba nie do końca tak było, bowiem magazyn Life i jemu podobne tytuły raczej odnotowywały zjawisko społeczne, niż przyklepywały opowieści Shavera. Wspominany już naczelny Amazing Stories, Palmer twierdził, że magazyn odnotował znaczący wzrost nakładu i to właśnie z powodu zamieszczania historii Shaver Mystery. Do dzisiaj nie ma zgody co do dokładnych liczb owego wzrostu, ale uznaje się za wiarygodne doniesienia, które mówią o piku miesięcznego nakładu z około 135 tysięcy do 185. Badacze literatury zauważają, że od 1945 do 1948 roku około 75% numerów Amazing Stories zawierało treści tak zwanego Shaver Mystery, czasami nawet z pominięciem jakiegokolwiek innego tematu. Z kolei Mike Dash twierdzi, że opowieści Shavera były jednymi z najdzikszych, jakie kiedykolwiek powstały na łamach pulpowych magazynów science fiction z tamtego okresu. Historie Shavera ukazywały się w Amazing również wówczas, kiedy Palmer odszedł na inne stanowisko, a jego miejsce zajął Howard Browne. Wkrótce jednak Amazing nie było już jedynym pismem, w którym historie Richarda Shavera były publikowane. Jego opowieści ukazywały się na przykład w Other Worlds. Chociażby taka historia, która nosiła tytuł Upadek Lemurii. Przywoływany już Mike Dash napisał, że krytycy Shaver Mystery szybko zwrócili uwagę na to, że autor owych historii cierpiał na kilka klasycznych objawów schizofrenii paranoidalnej oraz że wiele listów napływających do Amazing, opisujących osobiste doświadczenia, które wspierały historię autora, że spora część tych listów ewidentnie pochodziła od ludzi, którzy w innych okolicznościach spędzaliby czas twierdząc, że są prześladowani przez niewidzialne głosy albo psa sąsiada.
W 1948 roku wydawnictwo Amazing Stories zaprzestało publikowania opowiadań Shavera. Palmer twierdził później, że magazyn był naciskany przez, oczywiście, złowrogie siły zewnętrzne, aby dokonać tej zmiany. Fani science fiction przypisywali zniknięcie Shavera z łamów czasopisma raczej bojkotowi i kampaniom pisania listów, które organizowane były przez pisarzy science fiction nienależących do nurtu Shaver Mystery. Właściciele magazynu jakiś czas później stwierdzali natomiast, że boom na Shaver Mystery po prostu się skończył, a sprzedaż pisma zaczęła maleć. Warto przypomnieć jednak, że nawet po tym, jak opowieści Shavera popadły w niełaskę czytelników Amazing, Ray Palmer kontynuował ich publikowanie w innych magazynach gatunkowych, a w 1958 roku ukazało się specjalne wydanie czasopisma Fantastic poświęcone Shaver Mystery. Ale tu już wybiegamy daleko w przód. Warto tymczasem wspomnieć, że po bojkocie przez Amazing Stories inne magazyny pulpowe chętnie sięgały po opowieści Shavera. Sam Shaver próbował utrzymać zainteresowanie czytelników dzięki takiemu periodykowi jak The Hidden World, a jakiś czas później Shaver i jego żona przez kilka lat nieregularnie, ale wydawali Shaver Mystery Magazine. To jednak był już koniec historii Shaver Mystery, ale nie koniec działalności Shavera. Zanim jednak o niej powiem, muszę wrócić o kilka lat.
24 czerwca 1947 roku niejaki Kenneth Albert Arnold zgłosił pierwszą, szeroko później komentowaną obserwację współczesnego, niezidentyfikowanego obiektu latającego w Stanach Zjednoczonych. Kenneth Arnold twierdził, że widział dziewięć niezwykłych obiektów lecących jednocześnie w pobliżu Mount Rainer w stanie Waszyngton. Po tej obserwacji Arnold badał rozmaite doniesienia o UFO, pisząc i wypowiadając się na ten temat przez wiele lat. Palmer szybko stwierdził, że latające spodki potwierdzają opowieści Shavera. Zauważył bowiem, że przez kilka poprzednich lat Shaver wspominał o rzekomych statkach kosmicznych Deros. Pisarz John Keel w artykule z 1983 roku stwierdził: „Palmer wyznaczył artystów do wykonania szkiców obiektów opisywanych przez czytelników, a maszyny latające w kształcie dysku pojawiły się na okładkach jego czasopisma na długo przed czerwcem 1947 roku. Możemy więc zauważyć, że znaczna liczba ludzi, miliony, zetknęła się z koncepcją latającego spodka, zanim krajowe media w ogóle zdały sobie z tego sprawę. Każdy, kto rzucił okiem na czasopismo w kiosku i rzucił okiem na okładkę Amazing Stories ozdobioną spodkiem, miał ten obraz wszczepiony głęboko w podświadomość.” To jedno muszę przyznać. Rzeczywiście mam w tej chwili przed sobą okładkę Amazing Stories z bardzo pięknymi latającymi talerzami, a na okładce wbita jest data znacznie wcześniejsza od obserwacji Kennetha Arnolda. Jak było naprawdę?
Tego dzisiaj już chyba nie jesteśmy w stanie stwierdzić. Jedno jest pewne. Lata 50. to był czas, kiedy historie Shavera zostały odsunięte w kąt. Pojawiło się wówczas sporo tak zwanych kontaktowców. Oni również mieli swoje historie i opowieści o podziemnych miastach i wrogiej nam cywilizacji stały się mniej atrakcyjne. Nie zapomniano o nich, bo jeśli skojarzymy fakt, iż w dalszym ciągu motyw podziemnych miast, podziemnych korytarzy, pustej ziemi, złych, wrogich istot, które pastwią się nad człowiekiem, to są motywy, które spotykamy bardzo często. Niemniej jednak interes, a w każdym razie możliwość zarobienia na opowieściach Shaver Mystery skończyła się. Skończyła się definitywnie. W latach 60.
i 70. Shaver, żyjąc właściwie w zapomnieniu, poszukiwał fizycznych dowodów na istnienie dawnych prehistorycznych ras. Co więcej, twierdził, że znalazł owe dowody w pewnym rodzaju skał, które określał mianem ksiąg skalnych. Miały być one stworzone przez wielkich starożytnych, przez owe istoty, które wyemigrowały z Ziemi. Shaver przez lata pisał o księgach skalnych, fotografował je i malował obrazy. Robił to wszystko po to, aby pokazać historyczne znaczenie owych przekazów. Na rynku dostępne są nawet książki, w których pokazane są fragmenty skał i rzekome obrazy, które są w nich zawarte. Bardzo często ta skała to był po prostu agat. Agat po przecięciu ma taką naturę, że wydaje się, że coś tam widać, jakieś kształty, jakieś zarysy. To bardzo pobudza wyobraźnię.
Shaver doprowadził to wszystko do momentu, w którym zaczął prowadzić wypożyczalnię książek skalnych. Jak to się odbywało? Za pośrednictwem poczty wysyłał kawałki wypolerowanych agatów ze szczegółowym opisem, jakie informacje, rysunki i fotografie zostały na tym fragmencie zarchiwizowane przez Atlantydów. Zarchiwizowane za pomocą urządzeń przypominających laser. Książki skalne to był właściwie schyłek społecznej aktywności Shavera. Zainteresowanie Shaver Mystery już nie powróciło. Ono właściwie powraca teraz i trudno powiedzieć, czy bardziej jest to tęsknota do dawnych czasów, do dawnej literatury, czy też wraca zainteresowanie podziemnymi miastami, złymi istotami, które są naszym przekleństwem i które gotowe są dręczyć ludzkość ot tak, po prostu dla zabawy. Tak jak powiedziałem na początku, chciałbym zwrócić państwa uwagę na coś zupełnie innego niż opowieści Shavera. Na to, że chyba nie ma takiej opowieści, która w społeczeństwie amerykańskim nie znalazłaby większego lub mniejszego grona wyznawców. Tak, słowa wyznawcy używam całkiem świadomie, bo to bardzo często są historie niepoparte żadnymi dowodami.
Tworzy się bardziej wspólnota odczuć. Coś na zasadzie: „O, ja też o czymś takim myślałem. Zatem ten gość, który to mówi, ma rację”. I tego rodzaju opowieści dosyć często w USA stają się czymś w rodzaju jądra krystalizacji ruchów społecznych. Wokół tego rodzaju historii zaczynają gromadzić się ludzie, zaczynają powstawać organizacje. Nabiera to cech instytucjonalnych. Dlatego nie wiem, jak to powiedzieć. Historie made in USA traktowałbym zawsze z dużym dystansem. Nawet te, które są potwierdzone przez instytucje. Umówmy się, powiem trochę złośliwie, wszystko, co jest napisane po angielsku, co ma nazwy po angielsku, w Polsce bardzo często bywa odbierane jako coś lepszego, bardziej poważnego, bardziej podbudowanego faktami.
Tymczasem nie zawsze tak jest i historia Shaver Mystery zdaje się to potwierdzać. I nawet jeśli okaże się, że gdzieś tam pod ziemią żyją Terros i Deros, to ja w dalszym ciągu będę się zastanawiał, czy Richard Sharp Shaver był szaleńcem, schizofrenikiem, czy może jednak miał jakiś kontakt z tamtą wrogą cywilizacją. I to już, proszę państwa, wszystko. Myślę, że ta prosta historia, historia opowieści z magazynów pulp fiction, może nas sporo nauczyć. Fajne historie, historie, których aż chce się słuchać, chce się je poznawać, to jeszcze za mało, aby traktować owe opowieści jako źródło. Jako źródło wiarygodne. Źródło, na którym możemy opierać swoje analizy zjawiska. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i zapraszam na kolejny odcinek „Wehikułu Wyobraźni”. Tak, było dziwnie.
To chyba musicie państwo przyznać. Ja tylko przypomnę, że ta audycja pochodziła z kanału „Wehikuł Wyobraźni”, na który państwa bardzo serdecznie zapraszam, bo takich audycji, takich filmików, takich podcastów dotyczących różnych tajemnic świata jest na tym kanale całkiem sporo. Wiem, co mówię, bo to mój kanał, proszę państwa. W związku z tym to była właśnie chwila autoreklamy. A teraz już zostawmy za sobą opowieści o Richardzie Shaverze i zapraszam państwa na „Filmotekarium”. A dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówili o filmie w miarę nowym, tegorocznym. Ale czy udanym? Proszę państwa, dzień dobry wieczór. Zaczynamy „Filmotekarium”. „Filmotekarium” o jednej z nowych nowości.
To sarkastyczne podkreślenie, ale może dopełnijmy obowiązków gospodarza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[54:18] - Witam. To ja przejdę do rzeczy. W kolejnym odcinku, czyli dzisiejszym, pełnoprawnego „Filmotekarium” — to już chyba jest nasz trzeci sezon, Marku — omówimy nowość filmową. A dlaczego nowość filmową? Bo to jest tak, że w tych odcinkach, które ukazują się w tak zwanym roku akademickim, omawiamy filmy nowe najczęściej. Poza sezonem, w wakacje omawiamy seriale. Robiliśmy przed tym rokiem akademickim różne przymiarki, czy omawiać zbiorczo, czy pojedynczo, ale chyba będziemy eksperymentować. Czyli raz będą filmy omawiane pojedynczo, innym razem będziemy omawiać filmy po kilka razem, dlatego że tutaj słyszeliśmy wasze narzekania, iż niektóre z tych obrazów niewarte są pojedynczego ujęcia. A dzisiaj film pod tytułem "Watchers". Dlaczego?
Tydzień temu omawialiśmy "Trap" w reżyserii Shyamalana. Dzisiaj pozostajemy w rodzinie, w tym samym kręgu, bo M. Night Shyamalan znany jest z thrillerów i horrorów trzymających w napięciu pełnych zwrotów akcji. I ten indyjsko-amerykański twórca postanowił, jak się wydaje, przygotować grunt swoim pociechom w show-biznesie. W filmie "Trap" poznaliśmy jedną z jego córek, piosenkarkę, która się wcieliła w jedną z głównych ról, też piosenkarki. Natomiast film "Watchers" wyreżyserowała jego starsza córka Ishana. Jest to jej debiut, jeżeli idzie o filmy pełnometrażowe. Z jednej strony, kiedy się pojawiły zapowiedzi "Watchers" i kiedy nie wiedziałem, kto będzie reżyserem, reżyserką, byłem bardzo zaciekawiony. Z jakiego powodu, to za chwilę. Kiedy się okazało, kto reżyseruje, kto produkuje, pojawiły się duże wymagania, jeszcze większe wymagania i pojawiły się głosy krytyki.
Ogólnie rzecz biorąc, w Stanach Zjednoczonych, ja tam nie jestem wielkim miłośnikiem świata celebrytów, tych plotek i tak dalej, ale tam istnieje termin nepo, mówiący po prostu o nepotyzmie. Spadła fala krytyki na tą Ishanę za to, iż po prostu jej tatuś pomaga, a jej reakcje były bardzo różne. Raz, że nie, raz że cóż, przecież nie powie, że jej nie pomaga. Oczywiście, że jej pomaga. Stąd też z dużym zaciekawieniem ten film obejrzałem. Z jeszcze większym dlatego, że dotykał zagadnienia, które mnie bardzo interesuje, czyli tak zwanego żywego folkloru. Ten horror miał premierę w lipcu 2024. Był w Polsce w kinach emitowany, z tego, co pamiętam. Ja się mocno napaliłem, kiedy zobaczyłem zapowiedzi. Tam były wątki inne też, które bardzo lubię, czyli ciemny, wielki las, klimacik, który się pojawia między innymi przy "Blair Witch", i ten żywy folklor.
Te dziwne istoty, te stworzenia mityczne. To jest film dotyczący stworzeń mitycznych. Tyle że ja mam, Marku, wielki problem z Watchersami. Niektórzy, jak pamiętam jeszcze, w ogóle myśleli, że będzie to film poświęcony tym Watchersom, tym obserwującym z Księgi Henocha. Nie, to jest coś zupełnie innego, ale mój problem z zakwalifikowaniem tego filmu polega na tym, że ja nie wiem, czy to jest horror, czy to jest thriller, czy to jest fantasy, czy to jest baśń filmowa, bo tak naprawdę po części z każdego z tych gatunków tam znajdziemy, jakby nie było. A jeżeli dodamy ciekawą rzecz w ogóle, że to się rozgrywa w Europie, pomimo tego, że to jest film Shyamalana, to z jednej strony mamy przepis na spektakularny, potencjalny sukces albo na totalną klapę.
[58:20] - Westnę sobie może jakoś tak teatralnie. No tak, tylko w każdym filmie poza reżyserem, reżyserką ważny jest scenariusz i scenariusz albo jest dobry, albo jest zły. Ktoś może powiedzieć, że to jest oczywiście kwestia bardzo subiektywna. A jeśli jesteśmy przy subiektywizmie, ostatnio śmiałem się długo i głośno, kiedy przeczytałem pod naszym Filmotekarium, że ktoś autorytatywnie wypowiedział się, że słaby ten "Trap", że to pięć na 10 najwyżej, że w ogóle kicha i to najprawdopodobniej miało nam uświadomić, jak jesteśmy niekompetentni. To ja tylko powiem jedną rzecz. Ocenianie filmów ze swej natury jest działalnością bardzo subiektywną. Ja oczywiście wierzę, że nasz słuchacz napisał to, żeby podkreślić, jakim jest znawcą. To proszę przyjąć do wiadomości, że jestem takim samym znawcą. Czyli właściwie odbieram filmy i przeżywam te filmy i równie jak nasz słuchacz oceniam je, ale subiektywnie. Co więcej, muszę państwa zmartwić tych, którzy uważają, że da się dzieło filmowe, literackie, jakiekolwiek inne ocenić w sposób obiektywny, tak jak ocenia się na przykład teorię fizyczną, chemiczną czy jakąkolwiek inną.
Nie da się. To zawsze będzie subiektywne i jeśli mi państwo nie wierzycie, bo jestem małym misiem To posłuchajcie Dużego Misia. Bardzo pięknie mówi Raczek na swoim kanale. Mówi o ostatnim filmie związanym z uniwersum DC, czyli o tym filmie, który podobno nie zrobił wielkiej kasy, ale jednak stał się filmem, na który wszyscy zwrócili uwagę. Mówię oczywiście o Jokerze, o kolejnej odsłonie Jokera. Tam macie państwo wykład, omówienie tego, na czym polega ocenianie, czy też próba podejścia do oceny filmu. To nigdy nie jest obiektywne. Przepraszam za ten może przydługi, ale myślę, że ważny fragment, bo to nie chodzi o to, że my państwu wytłumaczymy, że film jest dobry albo zły, albo że my wszystko wiemy najlepiej. Nie, my tylko chcemy państwa nakłonić do polemiki, ale oczekujemy polemiki, która jest merytoryczna. Nie taka: ja uważam, że jest inaczej i już.
My tu się nagadamy, a ktoś napisze: a ja uważam, że jest inaczej i dobrze, to zostawmy. Jedna strona to namawianie do polemiki, a druga do tego, żeby spojrzeć na filmy właśnie tak wieloaspektowo, wielopoziomowo. Dlaczego to podkreślam? Bo właśnie na film, który omawiamy dzisiaj, trzeba w taki sposób właśnie spojrzeć. Mówiłem o scenariuszu. Mówiłem o tym, że wcale nie jestem przekonany, czy to jest wina tego, że reżyserka była taka, jaka była, czy może jednak scenariusz był taki, jaki był. Coś w tym filmie nie zatrybiło, chociaż teoretycznie było w nim dużo tych elementów, które powinny sprawić, iż film się ogląda. A może tych elementów było po prostu za dużo?
[01:02:10] - Ja tylko bym chciał dodać jedną rzecz, zanim przejdziemy do batożenia scenarzystów, bo ten film oparty jest na książce, na horrorze pewnego irlandzkiego pisarza. Szukam jego nazwiska. Niestety nie pamiętam.
[01:02:25] - To ja się wetnę w tym momencie, bo to jest ważna rzecz, o której mówisz. To niestety nie wygląda, proszę państwa tak, i wierzcie mi państwo, analizowałem bardzo praktycznie, że da się na przykład bardzo dobrą książkę przełożyć na bardzo dobry film. To tak nie działa. Język filmu i język literacki działają zupełnie inaczej. Inaczej operują obrazem, inaczej operują dialogiem, w ogóle inaczej wszystkim operują. I dlatego to nie jest tak, że dobra książka przełoży się na dobry film. Czasami może być zupełnie odwrotnie. Bardzo słaba książka może się przełożyć na bardzo dobry film. Proste jest to, aż zastanawiam się, czy to tłumaczyć. To są inne języki i warto o tym pamiętać po prostu.
[01:03:21] - Z tego, co sobie tam grzebałem w internecie, to książka pana A.M. Shine’a pod tytułem „Watchers” to był też jego debiut. Ona jest oceniana bardzo różnie. Zresztą nie czytałem, nie będę tutaj nic mówił. Jeżeli film jest wiernym odwzorowaniem przynajmniej zarysu fabuły, to jest klipa. Ale dobra, przejdźmy do tej fabuły, bo pewnie wiele osób jest ciekawych, skoro zajrzało na Filmotekarium, gdzie omawiamy „Watchers”, to są szanse, że to są ludzie, którzy filmu nie oglądali. Opowieść się zaczyna od tego zasadniczo, że jest dziewczyna, Mina i ona pracuje w sklepie zoologicznym w Galway, w Irlandii. I ona się nudzi w tym sklepie. Nie wiem dlaczego. Nie wiem dlaczego.
Ja bardzo lubię rybki akwariowe. Siedziałbym i bym patrzył, jeszcze jakby mi ktoś płacił. I ona zostaje poproszona przez pracodawcę o dostarczenie do klienta pewnej papugi. Nie chodzi tu o adwokata czy prawnika. Nie, chodzi o papugę. Ptaszka. Droga do tego klienta wiedzie w pobliżu lasu. A ten las to jest taki, że się dowiadujemy z pierwszych scen prologu, że tak powiem, że nie ma z tego lasu wyjścia. To jest las, gdzie są punkty, po przekroczeniu których się nie wraca. To jest las, który pożera ludzi.
Może nie dosłownie, ale raczej tam nie należy wchodzić. I to jest najgłupszy element tego filmu, Marku. Mina jedzie. Zresztą dzień wcześniej flirtuje sobie tam z jakimiś Irlandczykami w barze, rozmyśla o swojej trudnej sytuacji rodzinnej i wjeżdża w ten las.
[01:05:04] - A to jest dosyć ważne, te flirty, bo to nie są takie zwykłe flirty. To może troszeczkę wpłynąć na odbiór filmu, bo to dziewczątko nie występuje pod własnym szyldem, czyli nie występuje ona jako ona, tylko ubiera perukę, w ogóle się zamienia w inną dziewczynę i opowiada takie bajery tym randkowiczom, tym facetom, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. A zatem udaje, nie jest sobą i warto to zapamiętać, jeśli się film ogląda, bo to może być pole, ale nie musi, od razu to podkreślam, do jakiejś tam jednak interpretacji. Przepraszam, że się wciąłem i już milknę.
[01:05:55] - Tak, ja tutaj tylko dodam jedną rzecz. Początek tego filmu jest strasznie kiepski. A gdybym był Shyamalanem, to bym powiedział reżyserce: "Córce, weź to zrób trochę inaczej, bo jest cienko". Historia, że mamy dziewczynę, o której nie wiemy za dużo, która też nas jakoś nie powala charyzmą i ona wjeżdża do lasu i ma tam jakieś problemy. Chcemy więcej po tego rodzaju filmach. Ona wjeżdża w ten las. Po jakiego grzyba w ogóle wjeżdża w ten las? Widziałeś, jaką drogę ją prowadzi? Jaką drogę ją GPS prowadzi? Oczywiście w drodze pada jej telefon, psuje się też samochód.
Ptaszek jednak wciąż żyje. Ona się postanawia rozejrzeć po tym lesie stumilowym. I napotyka tabliczkę z napisem, że to jest punkt bez odwrotu. Okazuje się, że rzeczywiście jest, ale w tym lesie żyją tajemniczy ludzie i tajemnicze stwory. Ci ludzie jej ratują życie. I tutaj w zasadzie zaczyna się nasza akcja.
[01:07:00] - Zaczyna albo nie zaczyna, bo my przez jakiś czas nie do końca kumamy, o co chodzi. Bo nasze dziewczę napotyka w tym lesie innych ludzi. Ale jest od razu dziwnie. Ja już skrócę to, bo nie wiem, jak to złośliwie albo mniej złośliwie powiedzieć. Bo się nagle okazuje, że głównym zadaniem naszego dziewczątka oraz tych innych ludzi jest występowanie w oknie wystawowym. Nic państwo nie rozumiecie. Ja się wcale nie dziwię, bo ja też nie do końca rozumiałem. Mamy do czynienia z czymś w rodzaju bunkra, jakiejś takiej budowli. Jej cechą charakterystyczną jest to, że jest tam wielkie okno i kiedy zapada zmrok, trzeba stanąć przed tym oknem, a jakieś istoty, nie wiadomo, ale raczej należy podejrzewać, że niesympatyczne, oglądają sobie tych ludzi, w tym naszą bohaterkę. No właśnie oglądają.
Czasami gdzieś tam porykują, coś tam chrząkają i w ogóle jakoś tak czasami nawet walną w tę szybę. Ale po co oni ich oglądają? Tego oczywiście nie mamy wiedzieć. To wszystko ma być tajemnica. I tak trochę ekshibicjonistycznie jest w tym filmie, przynajmniej w tej części. Potem jest niestety dziwniej.
[01:08:35] - Czy gorzej? To tam za chwilę powiemy. Zaciekawił mnie, powiem ci, ten moment, kiedy te istoty tam ekscytują się na jej widok jako nowej osoby w tej twierdzy, w tym bunkrze. I teraz tak, musimy wam powiedzieć, kim są te stwory, które tam mieszkają. One generalnie są niedobitkami pewnej wojny. Tak to chyba wygląda na samym końcu, jaką ludzie ongiś stoczyli z magicznymi stworzeniami, sferis, które teraz biorą odwet na człowieku. Schronem, takim jedynym bezpiecznym bastionem w lesie dowodzi Madeleine, charyzmatyczna skrywająca. I to wiemy na pierwszy rzut oka. Patrzymy na tą kobietę i wiemy, że ona skrywa jakiś sekret. Jest to starsza pani, ta, która jest weteranką tego lasu.
[01:09:27] - I ma coś wrednego w gębie. Przepraszam za słownictwo, ale tak mi się samo nasunęło.
[01:09:35] - Tak. I to jest, powiem ci, druga rzecz, która w tym filmie kłuje w oczy od początku, ale o tym za chwilę. Mamy tą Madeleine. I oczywiście, jak w każdym filmie takim trochę dla nastolatków, trochę dla starszych nastolatków, z czasem zaczyna dochodzić do niesnasek. I poznajemy wreszcie wielką tajemnicę tego miejsca, wielką tajemnicę Miny. Co się tam w ogóle w tym lesie dzieje? Dlaczego on zabija po zmroku? Jak każdy straszny las w filmach i tak dalej. Mamy więc w "Watchers" miszmasz stylowy i miszmasz wątkowy. Niby taki typowy horror folklorystyczny, który się zaczyna dość kiepsko, ale jednak do innych mu daleko.
Dlatego powiedziałem na samym początku, że mi jest ciężko zakwalifikować ten obraz do któregokolwiek z gatunków, bo to jest zarówno trochę film dla młodzieży, trochę film fantasy, trochę jakiś tam horror folkowy, ale momentami to też wkracza w taką marką sferę baśniową jak u jakiegoś Tolkiena. I tu już moja cierpliwość się troszeczkę zaczęła wyczerpywać. Zaczęło być tego wszystkiego za dużo, jak na takim źle dobranym, źle skomponowanym szaszłyku.
[01:10:50] - Tak, a jeszcze musieliśmy się dowiedzieć, że te istoty, które obserwują przez to okno wystawowe, wybaczcie państwo tę kpinę, ale ja nie mogę się powstrzymać. W dodatku te istoty mają skrzydła, a właściwie ich nie mają, bo je utraciły. I to wszystko, wiecie państwo, dostajemy taki... To określenie miszmasz jest bardzo pasujące, bo nie wiemy, czy te istoty są dobre, czy złe. Chyba złe, jak tak ryczą i w ogóle tam więżą, uwięziły tych naszych bohaterów. Przyglądają im się, ale w nocy nie wolno wychodzić, bo to śmierć pewna. I w ogóle jakoś tak dziwnie jest. A jednocześnie dostajemy informację, że kiedyś te istoty żyły niejako obok nas. Piotr wspomniał o tym, że doszło w pewnym momencie do konfliktu, ale wcześniej nie tylko nie dochodziło do konfliktu, ale nawet ludzie z tymi istotami się krzyżowali i jakieś powstawały mieszanki. Naprawdę za dużo tego jest.
Po prostu za dużo, bo z jednej strony mamy utrzymać tajemnicę, ma być groźnie, niedopowiedzenia się mają pojawić, a z drugiej strony wali nam się informacja po informacji i chce się nas wypełnić. To było tak albo śmak, albo owak. To nie jest dobra metoda na tworzenie napięcia. I jeśli ktoś z państwa już w tej chwili uśmiecha się i mówi: "A ciekawe, jak ty byś zrobił to napięcie?" Wybaczcie państwo, jak się zajmuję swoimi opowiadaniami, to ja się tam zajmuję tworzeniem napięcia. Jak się tworzy napięcie w filmie? Nie wiem. Ja tylko potrafię odbierać, czy reżyser wytworzył to napięcie i ja się czuję napięty, czy też nie. W tym wypadku nie. I mówię to z pewnym żalem, bo ja już na początku, jak usłyszałem tytuł, mówię: "To może być ciekawe". A później musiałem porzucić wszelką nadzieję.
Chociaż ten film rozpada się na dwie części. Ta część leśna, która zapewne fascynowała Piotra. Ja się zresztą nie dziwię. Las też we mnie wyzwala fascynację i to taką groźną fascynację, więc się wcale nie dziwię temu, że Piotr nastawiał się na te leśne klimaty, ale paradoksalnie groźniej robi się, kiedy nasi bohaterowie opuszczają las.
[01:13:37] - I teraz może kilka słów o tym, dlaczego żeśmy się zdecydowali na poruszenie tego filmu. Pierwsza rzecz: Marek powiedział, że nie potrafi powiedzieć, jak zbudować napięcie w tego rodzaju filmie. Ale mamy do czynienia ze specjalistami, z profesjonalistami. Shyamalan niejeden film zrobił, niejeden film też zepsuł. Porywanie się w debiucie, rzekomym debiucie, bo nie wiemy, ile tam jest tej Ishany inwencji, na film folkowy związany z tym, co my sobie w Polsce nazywamy żywym folklorem, jest tak naprawdę cholernie trudnym zadaniem. Po pierwsze ta Ishana Shyamalan opowiada historię, którą łączy bardzo wiele z innymi filmami i z serialami. Chociażby z serialem "From", także z "Blair Witch Project", także z "Osadą jej ojca". Film się nazywa "Osada" jej ojca, bo Shyamalan reżyserował. Jest oczywiście wiele innych filmów, które się dzieją gdzieś tam z lasem w tle i których tytułów zapomniałem, bo po prostu były słabe i były głupie. Jest ich naprawdę mnóstwo ostatnio, także na przykład niemieckich, także innych europejskich.
Także jeżeli macie chęć, to polecam. Ale żeby stworzyć klimat taki jak chociażby w filmie "Witch", który opowiadał o wiedźmie z Nowej Anglii, żeby stworzyć taki klimat jak w "Blair Witch Project", trzeba się mocno natrudzić. To są filmy ewenementy. A tutaj, jeżeli mamy taki patchwork złożony z jakichś takich nockliwych historii z jednej strony, z drugiej czegoś, co nas powinno przerażać, bo gdzieś się sprawdziło, to wypróbujmy to tutaj. To nie jest ta droga. Musi być mrok w takim filmie. Tu jest mrok, ale tylko wizualny. Musi być coś. Musi być klimat, taka surowość, tajemnica od samego początku, a tu tego nie ma. Mamy Mimozę, tą dziewczynę, główną bohaterkę ze sklepu zoologicznego i parę ludzi aspirujących do miana oryginałów.
Przez co mamy momentami wrażenie, że te takie silne, bardzo czarno-białe tak naprawdę charaktery przywodzą nam na myśl bohaterów filmów dla młodzieży. Jesteś taki albo jesteś taki. Od początku jesteś przypisany do jednej roli. Pomimo to książka, oryginał literacki pana Shane'a to jest ponoć dzieło dla dorosłych. I zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście ten jego debiut był równie kiepski jak ten film. Zdecydowana krytyka pod względem tego filmu wiązała się też ze wspomnianym nepotyzmem. Wsparciem przecież przy produkcji i promocji był, nie wiem, czy mistrz horroru, ale poważny producent horrorowy. Ishana Shyamalan tego nie kryła niekiedy. Niemniej nie wyszło tak, jak sobie wszyscy, łącznie chyba z całą rodziną, życzyli. Kiedy przypomnimy sobie inne folk horrory, czyli te horrory, które się opierają o wątki ludowe, jakieś mityczne postacie, ale nie minotaury, tylko na przykład feris, przychodzą nam na myśl inne tytuły, takie mniej popularne.
Tego jest naprawdę mnóstwo. Chociażby "Rytuał" z Netflixa, chociażby "Nisser" z tej samej platformy. Zauważcie, że to są produkcje bardzo często przeznaczone dla określonego widza i uderzenie z tym do kina musiałoby wyrwać masowego odbiorcę z butów, zaskoczyć na samym początku. A tutaj na samym początku co mamy? Rzeczoną Mimozę, papużkę żółtą i las. I to jest jeszcze taki las, o którym od początku wiemy, że tam się nie wchodzi. To jak bohaterka już na samym początku wchodzi do lasu, do którego nie wolno, to gdzie tu te shyamalanowskie zaskoczenia mają nastąpić? Znalazły się tam potem, Marku?
[01:17:31] - Oj Piotrze, przede wszystkim jesteś niesprawiedliwy, bo przecież jej samochód zniknął. Ona tak się odwróciła i pyk! Zniknął samochód, więc musiała wleźć do lasu. Jeśli chodzi o zaskoczenia, to mówiłem o tym, że w drugiej części jest lepiej. To nie znaczy dobrze, ale lepiej. Może bardzo chciałem, a może rzeczywiście wyczułem jednak pewne napięcie. Motyw tego, że istota w jakiś sposób jednak niesympatyczna i nieżycząca dobrze ludziom przeniknęła do naszego świata na skutek ucieczki z lasu, ucieczki tych naszych bohaterów i ona zaczyna się rozpychać w tym naszym świecie. To jest motyw, który można było pociągnąć, można go było nawet wyeksploatować. Ale cóż poradzić? On jest wyeksploatowany słabo.
Jakoś tak specjalnie znowu napięty się nie poczułem. Bardziej ekscytowała mnie moja własna wyobraźnia, kiedy wyobrażałem sobie, jak można by pociągnąć w sposób taki czysto horrorowy ten motyw, że obca istota przeniknęła do naszego świata. To mi się wydawało potencjalnie do wygrania, do zrobienia, proszę państwa, może niekoniecznie teksańskiej masakry piłą łańcuchową, ale czegoś naprawdę groźnego. Ale czy dostaliśmy coś groźnego w drugiej części? Potencjalnie tak, a praktycznie moim zdaniem nie.
[01:19:19] - Wrócę tutaj do jej ojca, do M. Nighta Shyamalana, który ma na koncie filmy dobre. Znaczy czy dobre? Wciągające i ma filmy złe na koncie. Tak, one nie są do końca dobre. Tutaj was odsyłam do odcinka o filmie "Trap". Je się dobrze ogląda dla rozrywki, dobrze się ogląda na przykład "Znaki". Bardzo fajny jest też "Split", ale czy to są filmy dobre? Nie wiem. To zostawiam waszej ocenie.
Często dochodzi w filmach Shyamalana do przedobrzenia. Nie bądźmy dla niego tacy znowu łaskawi też, bo on ma na koncie wiele gniotów. Na przykład taki okropny, głupi film pod tytułem "Zdarzenie" z równie okropnym Markiem Wahlbergiem. To Shyamalan wyreżyserował okropne "Tysiąc lat po Ziemi" z Willem Smithem. Jeden z najgłupszych filmów, jakie oglądałem z tego gatunku, czyli science fiction. To on wyreżyserował tego "Last Airbendera", który był gigantyczną klapą. To Shyamalan wyreżyserował niezbyt dobrze przyjęty film horror "Old". Oglądałem go, akurat tu nie było tak źle. Czy on jest mistrzem horroru? Nie bardzo.
[01:20:33] - Oj nie bardzo.
[01:20:36] - Ale niektóre filmy, jak wspomniany tydzień temu "Trap", jak ten film, już widzisz, nie pamiętam, co dwaj — to jest zakazane słowo — zostali uwięzieni w tym domku z przedstawicielami takiej sekty apokaliptycznej. To było dobre, to było wciągające.
[01:20:54] - Tak, to prawda. To był fajny film.
[01:20:57] - Ale tutaj tego czegoś zabrakło. Ta ojcowska ręka nie zadziałała. Tu jednak "Watchers", pomimo ubicia ogromnej warstwy piany, bo naprawdę byłem pełen nadziei, że wreszcie będzie dobry horror, okazał się gniotem. Tutaj zamykamy chyba na jakiś czas temat filmów Shyamalanów, bo też pytaliście o to, jak je oceniamy. Są te starsze, jest na przykład "Split", "Znaki", to chyba tutaj nie trzeba nic mówić. To jest film, o którym pewnie jeszcze kiedyś powiemy. On ma zresztą wielu fanów, ale na koniec przypomnijcie sobie, jak się „Znaki" zakończyły. Też jest rozczarowanie, jakby nie było. „Tysiąc lat po Ziemi" to nawet nie będę komentował.
[01:21:43] - To jest straszny film. Po prostu to jest na plucie w twarz wszystkim miłośnikom science fiction. Ale „Osadę" lubię.
[01:21:52] - Tak. I tutaj właśnie do tej „Osady" warto wrócić, bo te wszystkie filmy typu folk horror, łącznie z serialem „From", jakby nie było, bo on też się gdzieś wpasowuje w te klimaty, one są jednak jakoś do siebie podobne. Też trzeba specyficznego odbiorcy, żeby to docenił, żeby się w to wczuł. „Osada" zła nie była. Na pewno nie była zła, ale też moim ulubionym filmem nie jest. Zmierzam tylko do tego, że w tym sezonie „Filmotekarium" będziemy się starali spinać pewną klamrą różne dzieła. Chodzi nam po głowie taki cykl „Zmierzch wielkich serii". I teraz pytanie, Marku, czy to, co widzimy, co się dzieje z Shyamalanami na przestrzeni lat, mówię z nimi, bo to już jest rodzina show-biznesowa, czy to, co się dzieje z nimi na przestrzeni lat, już pokazuje, że gonią w piętkę, że to się wyczerpało, że tutaj trzeba naprawdę dobrych historii, żeby powtórzyć sukces. Oni tak naprawdę niektóre sukcesy mają poczynione całkiem niedawno, ale żeby zyskać sobie ten status mistrzów horroru, rodziny mistrzów zaskoczenia, suspensu, wartkiej akcji i tak dalej. Wydaje mi się, że coś tutaj nie gra zawsze w tych filmach.
Wspomniałem o tym przedobrzeniu i u Shyamalana często jest tak, że w niektórych filmach otrzymujemy bardzo dużo napięcia, które jest zapowiadane, że my się spodziewamy wielkiego rozwiązania, że my się spodziewamy, że nastąpi zaraz coś, co nam zawróci w głowie, a potem jest pyk i No i nic. "Watchers" nam pokazują, jak trudno jest zrobić dobry folk horror, ale też monster horror, czyli film z potworami, bo tutaj wiele rzeczy już było. Trzeba stanąć na głowie, filmowcy muszą stanąć na głowie. I teraz wracam do twoich słów: "A skoro, Piotr, wiesz, jak to robić, to czemu nie jedziesz do Hollywood? Tam na ciebie czekają." Ja nie wiem, jak to zrobić, ale przecież tam są dziesiątki specjalistów od tego, prawda? Czasami jest tak, że niektóre filmy chwalę, ale tutaj niestety nie mogę tego zrobić, pomimo że ma on tak wiele elementów, które lubię. Czy go nie polecam? Nie, bo to nadal jest poprawny film, pod wieloma względami nawet lepszy od innych, często nawet niezależnych produkcji. Wracamy do tego nepotyzmu, który jest taką osią niezgody w filmie "Watchers", bo można powiedzieć, że tutaj się pastwicie, a tu dziewczyna chciała dobrze, bo ona jest debiutantką, ona zadebiutowała i autor pierwowzoru literackiego też jest debiutantem, a wy się czepiacie. Chyba nie do końca.
Tutaj nie tacy ludzie nad tym filmem czuwali i nie wyszło. Dziwne.
[01:24:54] - A ja na koniec mam dla państwa historię, którą możecie uznać, że jest trochę od czapy. A może ona się dobrze wpisuje w to wszystko, o czym dzisiaj mówiliśmy. Jestem akurat w trakcie pisania opowiadania, które ma się ukazać w pewnym dosyć znanym periodyku. I ja lubię, kiedy mam już ułożony plan opowiadania, główne węzły tego opowiadania, zadzwonić do Wiktora Żwikiewicza, żeby sobie z nim przedyskutować, czy aby to, co wymyśliłem, na pewno jest takie genialne, jak myślę sobie, kiedy to wymyślam. Bo nie oszukujmy się, kiedy autor coś tam sobie ubzdura w głowie, to mu się wydaje, że to arcydzieło. Więc ja lubię zweryfikować u człowieka, który zęby zjadł na pisaniu, czy aby na pewno to jest takie genialne. Udało mi się, że Wiktor za bardzo nie pojechał po tym opowiadaniu, które wymyśliłem, ale kiedy mówiliśmy o końcówce, żeby państwu tego za bardzo nie opowiadać, tam jest taka scena, w której rozgrywa się bardzo ważne dla całości wydarzenie. I wtedy Wiktor zaczął krzyczeć, zanim zacząłem kończyć: "Tylko nie mów tego wprost, tylko pokaż, że tam jakiś cień jest. Nie opowiadaj, co się tam dzieje. W ogóle zapomnij.
Wspomnij o cieniu. Wspomnij o tym, że coś tam może widać albo może się wydaje, że widać i resztę zostaw twojemu czytelnikowi. Niech on się przestraszy sam. Ty mu daj tylko do ręki to, żeby mógł się przestraszyć, to zagwarantuję ci, że będzie lepiej, niż gdy będziesz go próbował przestraszyć swoimi własnymi zdaniami. On w swojej głowie przestraszy się bardziej." I to myślę, byłoby takie zdanie czy taka wypowiedź, którą bym, jeśli byłaby przetłumaczona, dedykował rodzinie Shyamalanów. Teraz zapraszam państwa na spotkanie z Katarzyną Prychacz. "Alchemia tworzenia", a dzisiejszy jej odcinek nosi tytuł: "Dary i atuty".
[01:27:27] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z "Alchemii tworzenia". Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. "Alchemia tworzenia". Dzisiaj 13. odcinek. To taki myślę szczęśliwy. Ot, dalijskie słowa niezmiennie na sam początek: "Uważam się za bardzo złego malarza, bardzo złego pisarza, a nawet bardzo złego artystę. Ważny jest tylko mój archanielski dar kosmogoni".
Okej, dzisiaj tak nieoczywiście. Co do daru kosmogoni, może warto tutaj to słowo ostatnie chociaż przetłumaczyć. Oczywiście nie będę wnikać, co Salvador Dali miał na myśli, bo myślę, że tylko on wiedział. Natomiast kosmogonia, jakby ktoś nie wiedział, jest to wyobrażenie o powstaniu świata czy opowieść o własnych korzeniach, coś takiego. Także archanielski dar kosmogoni. Rozumcie sobie to, jak chcecie. Natomiast na razie zostawiam was z tym niecodziennym cytatem i przejdę, jak zapewne widzieliście, do tematu atutów i darów. Może jeszcze też pokrótce dlaczego. Oczywiście, że to dlaczego warto szukać atutów, do tego przejdziemy pod koniec dzisiejszej audycji. Natomiast pomyślałam, że bardzo często my artyści mamy taką tendencję, zwłaszcza na początku swojej drogi, takiego, jak to teraz się mówi, dissowania, ale właśnie dissowania samych siebie, czyli umniejszania sobie.
Oczywiście jest też ta grupa, która od razu wie, że to, co robi, jest dobre i idzie na tej fali. Natomiast część na początku potrzebuje zbudować sobie Takie poczucie własnej wartości czy też poczucie wartości swojego dzieła, tego co robi czy w ogóle warsztatu. Pomyślałam, że szukanie takich atutów, niezależnie od tego, czy jesteście na początku drogi, czy może już coś wydaliście, może regularnie wydajecie, to wtedy wam nie zaszkodzi. Natomiast na początku drogi myślę, że też może sporo pomóc i dać dużo informacji. Dlatego dzisiejszy odcinek poświęcam poszukiwaniu tych naszych ukrytych mniej lub bardziej wartości. I słuchajcie, co mam tutaj na myśli pod hasłem atuty? Oprócz tego, że są to jakieś wszystkie mocne strony czy mocne punkty, jeżeli chodzi o wasz warsztat, nawet na początku drogi będziecie mieli już jakieś fragmenty tekstów. Sami będziecie wiedzieli, co tam poszło, co nie poszło, co wam się podoba, co nie. Zresztą do tego zaraz też przejdziemy. A więc jeżeli chodzi o te aspekty, które dzisiaj będziemy poruszać, to atutów można szukać w naszym warsztacie.
Można szukać w elementach zarówno fabularnych, jak i technicznych, w poszczególnych rzeczach. Na przykład może nie cały tekst będzie super atutem i w ogóle będzie cudowny, ale może będzie dominowało w nim coś po prostu takiego wow. Oczywiście możemy też tego doszukiwać się w, jak to określić, w takim rytuale. W tym, w jaki sposób siadacie czy podchodzicie w ogóle do pisania, czy w jaki sposób piszecie. Może wymyśliliście na siebie jakiś patent po wielu latach. Może macie jakąś technikę relaksacyjną, czy może odkryliście jakieś świetne oprogramowanie. To się może wydawać, że jak to? Przecież to nie mój atut. To oprogramowanie każdy może znaleźć. Okej, ale czy każdy używa?
Czy każdy szukał? To też są atuty tego, że poświęciliście czas, żeby zrobić research, żeby spróbować na przykład pięć programów i dojść do tego, że jednak ten trzeci był najlepszy. To wszystko to jest wasz czas, wasza energia, wasze podejście do tematu. I to też może być atutem, bo wy będziecie buszowali po internetach czy gdzieś tam indziej i szukali jakichś rozwiązań. Natomiast będą pisarze, którzy po prostu wezmą to, co mają, siądą i będą nad tym pracować. I niewykluczone, że gdyby zrobili to co wy, to może by znaleźli program, który jeszcze ułatwiłby im ten proces, czy przyspieszył, czy może dodał więcej jakości. Więc chciałabym, żebyście też podczas dzisiejszej audycji myśleli troszeczkę tak, ten proces w tle zapuśćcie i pomyślcie też o sobie i o swojej twórczości jako o takim całokształcie. Pomyślcie od momentu samego rytuału czy zasiadania do tego procesu poprzez jego jakieś elementy. Może macie jakiś konkretny system, w jakim to robicie, a może macie to uzależnione od dni. Wszystko, co się wokół tego kręci, poprzez sam proces składania fabuły czy wymyślania elementów fabuły czy postaci i tak dalej.
Dobra, to lecimy dalej. Myślę, że to jest takie pytanie, które się tu wręcz samo nasuwa. Jak w ogóle szukać tych atutów? Już myślę, że coś w głowie wam się pojawiło z tego, co wymieniłam. Natomiast warto jak zawsze, będę to podkreślać, zadawać sobie pytania. Jeżeli potrzebujecie kogoś, kto wam zadaje te pytania, to sobie róbcie notatki w trakcie audycji lub zanotujcie te pytania i poproście, żeby ktoś wam je zadał. A najlepiej sami je sobie nagrajcie i odsłuchajcie. Chodzi o to, żeby znaleźć na nie odpowiedzi i zanotować jak zawsze. Nie musicie notować. Polecam.
Pierwsze pytanko: co mi się podoba i dlaczego? Jeżeli chodzi o cudzy warsztat, cudze dzieła. Tutaj troszeczkę przewrotnie nie zaczynamy od siebie, tylko od kogoś, bo z pewnością nieraz mieliście przyjemność mniejszą lub większą w czytaniu cudzych dzieł czy oglądaniu filmów, seriali, sztuk teatralnych. Gdziekolwiek jest fabuła i wiecie, dlaczego do kogoś wrócicie, a do kogoś nie. Dlaczego czyjąś serię czytacie, a czyjąś nie. I warto, żebyście najlepiej skupili się na tych rzeczach, tych na plus, tych, co wam się podoba i żebyście też przede wszystkim zastanowili się właśnie dlaczego. Dlaczego sięgam po tą serię? Czy chodzi o bohatera? Czy chodzi o historię? Czy może właściwie to chodzi o to, jak ten pisarz czy reżyser, czy ktokolwiek w jakiś sposób na przykład konstruuje dialogi albo jak robi opisy sytuacji czy opisy przestrzeni?
A może robi świetnych bohaterów i chcielibyście się tego nauczyć? Tutaj już trochę zaspoilerowałam, ale chodzi o to, że jeżeli sobie to wypiszecie, to też już z automatu będziecie troszeczkę to na siebie przekładali, trochę tak weryfikowali i myśleli, że może chcecie się tego nauczyć albo nie chcecie się tego nauczyć. Zapewne mogą też przyjść wam do głowy takie klasyczne myśli, że on to jest geniusz, a ja nie dam rady. Może tak być. Może tak być, że nie dasz rady. Ale może zastanów się, co musiałoby się zadziać, żebyś dał radę. Czego potrzebujesz, żeby zrobić coś nawet nie musi takie samo, na takim samym poziomie, ale żeby chociaż zrobić krok w tym kierunku, żeby podobny poziom czy podobną rzecz, jakość, system, żeby sobie to zabrać do siebie w jakiś sposób. Zresztą też wspominam o twórczej kradzieży w którymś z pierwszych odcinków, także trochę to pod to podchodzi. Drugie pytanie z tych głównych. Teraz wracamy do siebie, czyli co mi się podoba u mnie?
Oczywiście, że wiadomo, jeżeli jesteśmy na początku drogi i jeszcze należymy do tej grupy, która się tutaj sobie sama umniejsza Może się nam pojawić taka w pierwszej chwili odpowiedź, że nic albo mało, albo nie ma takiej rzeczy, albo wszystko po równo. Słuchajcie, zapewniam was, że jest na pewno jakaś rzecz, jakaś jedna, z której jesteście dumni. Może to jest coś, co wam wychodzi. Któryś z tych elementów. Może używacie jakichś słów, może wpadliście na jakieś przełomowe zdanie z jakąś lekcją, a może powiedzonko u bohatera. To wszystko może wydawać się, że to jest drobiazg, ale zanotujcie to. Oczywiście też sobie warto wtedy pogłębić dlaczego. Możecie się zastanowić, jak prześledzić taki proces, jak wpadliście na to powiedzonko, czy skąd to się wzięło. Może właśnie na podstawie tego uda wam się znaleźć w sobie czy nawet na przyszłość spisać sobie taki rodzaj schematu systemu, czy nawet takich podpowiedzi, jak mógłbym wpaść na drugie przełomowe zdanie czy taką wypowiedź i tak dalej. W dużej mierze to, co nam się podoba u siebie, co czasami nawet jakbyśmy tego nie zauważali, to często wychodzi z tego, że to jest coś dla nas naturalnego.
Oczywiście, że możemy mówić, że to jest jakiś talent, że to jest jakiś dar. Możemy. Moim zdaniem to może być bardziej jakaś predyspozycja czy jakaś cecha, która wspiera w nas to, co robimy. Natomiast łatwo ją przegapić, ponieważ ona wypływa gdzieś z naszych jakichś otchłani, z naszego wnętrza, z tych poziomów pierwotnych i może nam się wydawać, że wszyscy tak mają, że wszyscy robią tak samo. Natomiast zapewniam was, że bardzo często zdarza się, że coś, co jest dla nas naturalne, dla kogoś to jest jakiś przełom w życiu, że w ogóle tak można, że tak się da. Także pomyślcie nad tym. Myślę sobie, jakie tu przykłady. U mnie to właśnie taki przykład. Też wam chyba już kiedyś wspominałam o takim pytaniu, które było dla mnie przełomowe. Budzą was w środku nocy i jaka jest taka pierwsza rzecz, że moglibyście się ubrać, iść i to wykonywać?
Jakby ktoś was poprosił: „Ej, jesteś potrzebny. Zrób to”. Co to by było? Powiem wam, jak to u mnie było, bo właśnie to były takie rzeczy, odpowiedzi, które mi od razu przyszły do głowy, ale stwierdziłam: to śmieszne, to płaskie i tak dalej. I to pominęłam i próbowałam kombinować, myśleć i szukać nie wiadomo gdzie. Natomiast tą odpowiedzią, którą zignorowałam za pierwszym podejściem do tego pytania, to była właśnie odpowiedź: gadanie. Obudź mnie w środku nocy, posadź gdziekolwiek, mogę gadać. Zawsze znajdę jakiś temat, zawsze znajdę powód i tak dalej. I owszem, gadanie czy w ogóle słowa same w sobie są w moim życiu bardzo ważne. Nie tylko w kontekście pisania, ale myślę, że jest to dla mnie bardzo ważna i wręcz dziedzina, która mnie popycha do innych dziedzin i do analizy.
Zresztą pewnie zauważyliście te moje sięganie po słownik języka polskiego. No jak? Przecież to jest książka ze słowami. Nie byłabym sobą, gdybym po nią nie sięgała. Natomiast zaczęłam myśleć później dalej w kontekście ogólnie tego, co mogłabym robić w życiu, co jest takim moim naturalnym zadaniem, taką funkcją, do której nawet bardzo bym się nie musiała uczyć czy robić jakichś kursów. Co to by mogło być? I tak po nitce do kłębka. Dotarłam do tego, że wymyślanie. Ja jestem z tych pisarzy, że w samym procesie pisania najbardziej mnie jara ta pierwsza część. Wymyślanie, rozpracowywanie, spisywanie, a potem muszę bardzo się skupiać i nad sobą pracować, żeby to spisać.
Natomiast myślę, że wy też macie jakieś takie rzeczy. I uwaga, to też nie jest tak, że jeżeli jesteście pisarzami, to musicie odpowiadać, że słowa, bo nie. Może właśnie to będzie spawanie, budowanie, lepienie z plasteliny. Nie wiem, co jeszcze może być. Wstawanie w środku nocy. Nie ignorujcie tych pierwszych odpowiedzi. Nawet je sobie zanotujcie. Myślcie sobie dalej, szukajcie głębiej. Natomiast później wróćcie do tej pierwszej odpowiedzi i popatrzcie na nią tak na zasadzie: kurczę, jakbym tego mógł użyć? W jaki sposób to coś, ta głupia odpowiedź pierwsza, która mi przyszła do głowy, w jakiś sposób mogłaby wspierać mnie w tym, co robię?
Może odkryjecie właśnie jakiś fajny smaczek, może coś, z czego wasz warsztat będzie rozpoznawalny. A może wasze fabuły będą słynęły z tego czegoś, z zastosowania tego czegoś? A może zawsze będziecie mieli bohatera, który będzie coś robił, czy gdzieś będziecie takie easter eggi, takie smaczki przemycali gdzieś w treściach? I kolejne pytanie. Jak już wiecie, co wam się podoba u kogoś, wiecie, co wam się podoba u was, to teraz warto byłoby jeszcze się dowiedzieć, co podoba się u mnie innym. U mnie tutaj mam na myśli, skupiamy się na waszych tekstach, na treściach, które produkujecie. I oczywiście, słuchajcie, to nie musi być też tak, bo nie każdy pisarz chce i potrzebuje szukać tych całych beta readerów. Oczywiście, że warto wysłać to w różne środowiska, nie tylko na przykład swoim najlepszym kumplom czy rodzicom, czy w ogóle bliskim, czy partnerowi, partnerce. Warto też poszukać kogoś, kto na przykład jest dla nas zupełnie obcy, kto w ogóle nie zna na przykład uniwersum, w którym piszemy i tak dalej. Natomiast nie trzeba, ale warto to dać przynajmniej jednej osobie takiej, że wiecie, że naprawdę da wam porządne uwagi, a nie że będzie was tylko głaskała po główce, żeby wam było lepiej.
Bo okej, to jest miłe, jak ktoś nas chwali i nas tutaj głaszcze i w ogóle poklepuje po pleckach. Ale niestety, jeżeli chcemy poprawiać nasz warsztat, to bardzo często to nas może właśnie od tego jednak oddalić, a nie przybliżyć do tego. I teraz wiecie, to nawet czasami wystarczą dwie osoby. Może właśnie ktoś dalszy z waszych znajomych. Też oczywiście macie pełno grup pisarskich, gdzie można poprosić, czy ktoś może miałby ochotę zerknąć. Możecie po prostu wrzucić tekst czy tam nawiar na wasz tekst. Możecie też na różnych portalach pisarskich zakładać swoje konta i tam wrzucać. Tam też będziecie mieli obcych ludzi i komentarze. Tu mówię wam ogólnie, bo nie ukrywam, że to jest kwestia bardzo indywidualna, ale faktycznie pomaga. Zwłaszcza jeżeli później troszeczkę podejdziecie do tego tak na chillu.
Trochę mniej emocji. Zaraz jeszcze też o tym powiem. Tutaj, jeżeli chodzi o ten punkt, to też jak myślę sobie nad przykładem. Jakiś czas temu napisałam krótkie opowiadanko na cztery strony i tak jakoś wyszło. Ja ogólnie jestem zadowolona z tego, co piszę. Nie mam z tym problemu. Natomiast jakoś tak nie planowałam go jeszcze publikować. Jeszcze myślę, że coś od strony bardziej wizualnej. Z tekstem już nic nie będę robić. Natomiast faktycznie wysłałam to opowiadanie do moich dwóch znajomych w kontekście zupełnie innym, ale żeby sobie zajrzały.
I właśnie dało mi to do myślenia, bo myślałam, że mocne strony tego opowiadania są inne, że faktycznie może tam będzie świetna metafora, może ciekawe jakieś wypowiedzi, może coś przełomowego. A od jednej i od drugiej znajomej, które nawet nie wiedziały, że czytały to opowiadanie razem, jednocześnie. One mi obie odpisały, że brakuje im słów, że są wzruszone i że to było coś naprawdę pięknego. I potem też jeszcze niezależnie od siebie, po paru dniach jedna i druga wspomniały, że jeszcze wróciły do tego opowiadania i że parę razy czytały. Ja mówię, skupiłam się na rzeczach technicznych, na rzeczach warsztatowych. Myślałam, że to są te atuty. Natomiast tutaj dostałam feedback, który wręcz wskazywał na to, że chyba dobrze ograłam tam emocje. I ta historia faktycznie była tak napisana, że wywołała emocje wzruszenia. Oczywiście to było niesamowite. W sensie super, że napisałam coś, co jeszcze tak zadziałało.
Natomiast zwracam tutaj waszą uwagę na to, że wy będziecie widzieli inne atuty i możliwe, że feedback, czyli właśnie odpowiedzi, które dostaniecie, będą wskazywały wam inne atuty. I tutaj macie wtedy pole do popisu, do manewru. Można sobie zrobić takie zestawienia. Naprawdę zachęcam was do zapisywania. Jeżeli nie lubicie ręcznie, macie różnego rodzaju aplikacje do organizowania myśli. Możecie robić mapy myśli, takie schematy połączone linijkami. Możecie po prostu zrobić sobie gdzieś tabelkę w Excelu czy Wordzie, gdziekolwiek tam wam pasuje. Ale naprawdę zachęcam, żeby to wyjąć z głowy, włożyć gdzieś i potem się temu przyjrzeć. To jest też dobre narzędzie, żeby troszeczkę izolować się od emocji. Bo okej, tutaj podałam wam przykład.
Super. To jest coś świeżego, ale to był pozytywny feedback. Natomiast może być tak, że dostaniecie negatywny feedback, czy to właśnie na jakiejś grupie, czy gdzieś. To okej, wiadomo. Jeżeli ktoś się nie uczył nigdy wcześniej tego, to nie będzie umiał panować nad emocjami czy ich gdzieś wyciszać i tak dalej. Więc pozwólcie sobie na te emocje, dajcie sobie czas na emocje, a potem wróćcie do tego już tak na racjonalu. Dobra, ale do tego jeszcze też za chwileczkę. I tutaj ostatnie z tych pytań jeszcze takich głównych. A nie, przedostatnie, bo tu już pobawimy się teraz w gdybanie, czyli co bym chciał, żeby mi się podobało u siebie? To też jest dobra rzecz jeżeli dopiero właśnie zaczynacie pisanie, zaczynacie się zastanawiać czy poniekąd konstruować w głowie wizję siebie jako pisarza, taką markę osobistą.
Może właśnie jesteście zainspirowani jakimś pisarzem, który po prostu zrzucił was na kolana i to było super. To wyszukajcie, co was na te kolana zrzuciło i zastanówcie się, co wy byście chcieli robić. Bo nie ukrywam, że już podałam ten swój przykład. Okej, ja i mój perfekcjonista wewnętrzny. Wiadomo, ja piszę bardzo dokładnie i skupiam się często na jakichś takich właśnie rzeczach, żeby te opisy były dokładne, żeby skupiać się na esencjach, na najważniejszych rzeczach, żeby czegoś nie rozwlekać, żeby nie marnować czasu czytelnika. Nie mówię, że tak jest, tylko w mojej głowie tak to się nazywa. Natomiast właśnie zawsze chciałam oddziaływać na emocje czytelników i nie ukrywam, że mimo że skupiłam się na swoich rzeczach, to super, że udało mi się wywołać te emocje i to, żeby właśnie czytelnik takie coś odbierał, żeby ten mój tekst był jakimś rodzajem dla niego przełomu. Nie mówię, że to ma być od razu przełom życiowy, ale właśnie taki emocjonalny. Czy może rodzaj takiego oczyszczenia, jak tutaj padło wzruszenie. Także pomyślcie, jakie właśnie reakcje wy chcielibyście generować w swoich odbiorcach jako pisarze.
Wypiszcie i później oczywiście klasycznie zastanówcie się, jak moglibyście tego dokonać, poprzez co moglibyście to robić. I też jeżeli nawet będziecie prosili później o feedback, to po otrzymaniu feedbacku uczulam, żeby nie mówić przed, bo już będziecie troszeczkę zaszczepiali komuś w głowie. Tylko na przykład po pierwszym feedbacku możecie zadać też komuś pytanie: „A jakie czułeś emocje?” Załóżmy, że chcecie właśnie tak oddziaływać, wzruszać ludzi. Jakie czułeś emocje? Albo zapytać nawet wprost: „Słuchaj, bo nie wzruszyłeś się, a tam miałem taką scenę wzruszającą. A powiedz mi, gdybyś może miał coś dorzucić od siebie, co ciebie wzrusza? Co tam w tej scenie musiałoby się wydarzyć, żebyś na przykład ty się wzruszył?” Taka odpowiedź może wam podpowiedzieć, że skupiliście się na wizualnej części tej sceny. Na przykład wzięliście, że jakiś bohater umiera i opisaliście sposób, w jaki on umiera, a nie opisaliście, jak zareagowało na tę śmierć otoczenie, ludzie, którzy tam byli zebrani. A może co ten bohater przeżywał w trakcie śmierci, czy jak reagowali jego bliscy na to. Zachęcam, zadawajcie też, ale po feedbacku, bo jeżeli poprosicie przed, to bardzo możliwe, że możecie zaszczepić w głowie odbiorcy rodzaj wizji czy tego, że on zamiast skupić się na całości tekstu, będzie leciał tylko do tej sceny wzruszającej, będzie na nią czekał, żeby ją skomentować, żeby zacząć czego jej brakuje.
Ale może się okazać, że to, czego jemu się będzie wydawało, że brakuje, to było wcześniej, tylko w tym czasie, kiedy on się nie skupiał, bo chciał dojść do tej sceny. Dlatego jeżeli chcecie pytać o tego typu konkrety, to naprawdę po pierwszym czytaniu wstrzymajcie się z pytaniami i dopiero później, po pierwszym czytaniu poprzez odbiorcę, po pierwszym feedbacku. Kolejne pytanie: co warto, żebym zrobił, żeby ulepszyć pozostałe lub najsłabsze elementy u siebie? Oczywiście mamy te atuty, ale jednak będą też te słabsze elementy, które zarówno sami będziemy wiedzieli, że są słabsze, jak i otrzymamy je w różnego rodzaju feedbacku. Tutaj też wspominam, bo dzisiaj popularny hejt. W razie czego był odcinek. Zachęcam, możecie wrócić. Mówię tam troszkę o innym podejściu też między innymi do hejtu. Hejt to też jest feedback. Co to jest feedback?
Bo może jak ktoś się nie obracał w kręgach rozwoju osobistego, to może nie wiedzieć. Feedback to jest coś takiego jak odpowiedź z zewnątrz. Można powiedzieć czyjaś opinia, komentarz, krytyka i tak dalej. Ale chciałabym, żebyśmy w feedbacku widzieli ogólną reakcję z zewnątrz, jakąś odpowiedź na to, co my robimy. Patrząc na to w ten sposób, czy to będzie krytyka zwykła, czy to będzie krytyka konstruktywna, czy to będzie hejt, czy to będą jakieś pochwały i tak dalej, to patrzcie na to wszystko, że to jest jakieś, użyję tego słowa, dobro. Dobro w sensie taki dar, który otrzymaliście od innych. Oczywiście, że pewnie tu się już ktoś zbulwersował, że jak hejter może czynić dobro. Oczywiście, że hejter sobie wchodzi po to, żeby sobie ulżyć, żeby sprowokować ludzi tak naprawdę i w momencie, kiedy damy się sprowokować, to on się cieszy. Natomiast w tym odcinku o hejcie, między innymi o ocenach i o hejcie mówię o tym, że często to tak naprawdę świadczy nie o was, tylko o tym człowieku, który wam to pisze. Natomiast jeżeli otrzymujecie hejt dotyczący was samych, na przykład, że macie brzydką twarz czy macie bardzo mały intelekt, to sami wiecie jak macie.
To bardzo często może być osoba, która nawet was nie poznała, nie widziała, więc w ogóle nie ma co się tym przejmować. Natomiast oczywiście, jeżeli otrzymacie opinię, że to, co piszecie jest do chrzanu, okej, miał prawo to napisać. Mimo że wszystkie inne komentarze ludzie się jarają, a tu ktoś napisał, że do chrzanu, to spróbujcie na swój tekst popatrzeć tak, jakby miał rację. I nie chodzi mi tutaj o to, żebyście się z tym zgadzali, czy jak macie niską samoocenę, to żebyście jeszcze się spychali niżej, bo hejter ma rację, tylko żebyście spróbowali spojrzeć tak troszeczkę odsuwając emocje. Czyli tak jak mówiłam, zapewne po takim hejcie czy po negatywnej ocenie, czy nawet konstruktywnej krytyce spora część z nas, z was będzie miała emocje, niefajne emocje, będzie się z tym źle czuła. Dajcie sobie chwilę, a później podejdźcie do tego: dobra, dali mi te oceny, dali mi te hejty i tak dalej. To ja teraz popatrzę na swój tekst bardziej obiektywnie i zastanowię się, co by było, gdyby mieli rację. Bo jeżeli będzie konstruktywna krytyka z cyklu: piszesz drewniane dialogi, to jest w ogóle złota krytyka, uważam. To jest coś, co naprawdę może wam dużo dać. Możecie oczywiście dopytać też osobę, która taki komentarz daje, co to znaczy, co przez to rozumie i wtedy też będziecie pewnie mogli znaleźć rozwiązanie na to.
Natomiast jeżeli dostajecie po prostu takie zwykłe do chrzanu, to pomyślcie, co według was mogło być w tym tekście do chrzanu. Ale tak naprawdę nie że wy wiecie, że tam gdzieś kulejecie, bo jak ktoś kuleje, to da się to trochę zrehabilitować, trochę poprawić. Natomiast faktycznie czasami w trakcie pisania sami na siebie narzucamy jakąś presję, jakiś pośpiech. Może piszemy coś na jakiś konkurs, gdzie jest termin, a niedobrze rozplanowaliśmy pracę, czy w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się wziąć udział i czasami przyspieszamy. Czasami traktujemy jakieś sceny czy bohaterów po macoszemu. Zapewniam was, że będziecie wiedzieli, gdzie sobie troszeczkę popłynęliście. Właśnie pomyślcie wtedy: okej, jeżeli to było do chrzanu, może dla tej osoby ten bohater był do chrzanu. Co bym mógł zrobić, żeby to poprawić? Albo po prostu trudno. Był konkurs, wysłaliście.
Jest jak jest. Niezależnie od tego, czy wygracie, czy nie, możecie zawsze zrobić wersję poprawioną, wersję ulepszoną. Możecie po prostu rozszerzyć jakąś scenę. Także naprawdę warto słuchać tych wszystkich feedbacków z zewnątrz i pochylić się nad nimi. Jeżeli chodzi o to pochylanie się, to polecałabym zrobić coś takiego. Będzie taka dogłębna analiza komentarzy. Oczywiście to na wasze własne potrzeby, więc nie musicie stosować technik nie wiadomo jakich, ale na przykład, żebyście czytali te komentarze i sobie zestawiali, nawet grupowali. Czy one dotyczą waszego warsztatu? Czy może dotyczą fabuły? Czy samego pomysłu?
Może to chodzi o bohaterów, a może jeszcze o jakieś inne rzeczy. Jeżeli sobie zrobicie na przykład pięć takich kategorii tego, co wymieniłam, możecie nawet sobie później zapisywać, na przykład: mam 10 negatywnych komentarzy. I te 10. Zaznaczacie sobie, ile było komentarzy dotyczących warsztatu, ile fabuły, ile pomysłu i tak dalej. Po takiej analizie, po takim rozpisaniu tego czy oznaczeniu w jakiś sposób będziecie wiedzieli, gdzie faktycznie może najbardziej według odbiorcy kulejecie. Może wam się wydawać, że macie super warsztat, ale na przykład z tą fabułą wam nie poszło. Natomiast po otrzymaniu feedbacku okaże się, że właśnie ludzie jarają się fabułą, ale z tym warsztatem coś nie tak. Jeżeli tak na to popatrzycie, to może faktycznie macie jakiś jeden mały nawet problem w warsztacie, który później rzutuje według was na fabułę. Wam się wydaje, że wy nie opisujecie dobrze fabuły, a może to właśnie jest rzecz związana z warsztatem, czy na przykład może właśnie zwyczajnie. Mam wrażenie, że to chyba najczęściej się zdarza z bohaterem.
Jeżeli zrobimy takiego drewnianego, jednostronnego, bacianego bohatera, to nawet najbardziej epicka historia będzie po prostu płaska. Nie będziemy mieli emocji, nie będziemy mieli origin story czy backstory, czyli takiej historii bohatera. Będzie tego brakowało. To nie będzie w 3D. Także zachęcam, żebyście sobie patrzyli na te treści w takich kategoriach. Może właśnie to też pozwoli wam trochę to pogrupować, żeby nie doszło do takiego momentu, że na przykład dostaniecie serię negatywnych komentarzy, na przykład tylko negatywnych i się załamiecie. Wam się coś podobało, tu was objechali i uznajecie, że napisaliście kupę i że się nie nadajecie. A może się okazać, że te wszystkie komentarze wcale nie dotyczyły jednej rzeczy, tylko na przykład komuś się po prostu nie spodobał pomysł. Może to nie był czyjś klimat, może chodzi tylko o bohatera, że może tak naprawdę nie musicie wbrew pozorom rezygnować z tego pomysłu czy go wywalać w ogóle do śmieci, bo może wystarczy przepisać go jeszcze raz, ale wcześniej planując bohatera. Także spokojnie, bez paniki.
Nawet jak lecą same negatywy, nawet jak polecą same hejty. Na spokojnie dajcie sobie chwilę na emocje, odsapnijcie i wracacie już z oczyszczoną, racjonalną głową. Przynajmniej starajcie się. Dobra i co dalej tu mam? To, co wspomniałam wcześniej. Jeżeli chodzi o podchodzenie do hejtu, to próba podjęcia szukania argumentu na potwierdzenie tego hejtu. Ale tak jak zaznaczałam, nie dołujcie się, tylko tu chodzi o uruchomienie kreatywności i tak naprawdę ulepszenie czy danie nowej jakości temu, co robicie. Oczywiście nie musicie w ogóle tego robić. Myślę, że jak macie inne komentarze, to po prostu się na nich skupcie. Dlaczego warto w ogóle oglądać swoje atuty?
Tak jak wspominałam też w odcinku, jeżeli chodzi o taką świadomość czy świadome projektowanie, to naprawdę im więcej wiecie na swój temat, im więcej wiecie na temat waszego warsztatu czy w ogóle was jako pisarzy, tym więcej rzeczy możecie zrobić. Tym więcej rzeczy możecie poprawić. Możecie wymyślić jakieś nowe rzeczy, czy może jakieś nowe rejony. I z automatu też tutaj w wypadku poszukiwania atutów będziecie mieli świadomość wartości waszych treści czy was jako autorów. Jeżeli sobie wypiszecie te mocne strony, te najfajniejsze rzeczy, to czym wy się jaracie w trakcie pisania, to czym się jarają wasi odbiorcy, to z automatu będzie wasze poczucie własnej wartości czy poczucie wartości tego, co robicie, rosło, wzrastało. I jeżeli będziecie mieli to zapisane, to z automatu kolejnym plusem tych atutów będzie wasze mentalne wsparcie. Kiedy dotrą do was jakieś słabsze dni, czy kiedy właśnie się wyleje na was fala hejtu czy innych rzeczy, wtedy wracacie i: dobra, oni mnie zjechali, ale tu wcześniej już zrobiłem analizę. Tu mam takie plusy i teraz mogę zestawić, czy ta fala hejtu jest po prostu hejtem, czy może jednak mogę coś z niej wycisnąć, żeby być jeszcze lepszym. Lub po prostu może nie ty sam musisz być lepszy, tylko ulepszenie waszego warsztatu. Natomiast świadomość waszej wartości i wartości tego, co robicie, ona się właściwie cały czas poszerza, cały czas buduje takie poczucie.
Także zachęcam, żeby też sobie zbierać te najbardziej kultowe pochwały, komentarze. Może gdzieś obok tych waszych atutów sobie nawet dopisywać taką listę, że: a na słabszy dzień. Dalej, jeżeli chodzi o te atuty, tutaj też świetnie będziecie przygotowywali sobie filar pod marketing. Oczywiście, że możecie też mieć później ludzi od tego, czy jeżeli będziecie współpracowali z wydawnictwem, to wydawnictwo będzie miało ludzi od tego. Natomiast oczywiście też nie zaszkodzi, jak będziecie mieli coś od siebie. Możecie zaproponować czy możecie po prostu sami później też. Wydawnictwo robi swoje. Wy możecie sobie troszeczkę też, jeżeli umowa wam na to pozwala, możecie też sobie robić taki mały marketing. I tutaj w atutach to chodzi o tą moc, którą macie, którą ma wasz produkt. W tym wypadku na przykład książka, czy zbiór opowiadań, cokolwiek.
Moc, czyli właśnie te atuty. To, z czego może właśnie wy jesteście znani czy po czym się rozpoznaje wasz warsztat, czy wasze uniwersum i tak dalej. A oprócz tego właśnie moc, ale i ta rozpoznawalność. Czyli może właśnie ktoś nie będzie pamiętał waszego nazwiska, ale będzie pamiętał coś z waszej historii. Może właśnie jakiegoś bohatera, może jakiś tam totalnie epizodyczny bohater, który zawsze w każdej waszej powieści będzie taki sam. I może nawet ktoś po iluś latach dotrze do tego, że czytał jakieś dwie książki kiedyś i potem nagle się okaże, że to był ten sam autor i że wow, że nawet się nie spodziewał, że można coś takiego robić. Czy może w pierwszej chwili pomyśli, że to jakiś plagiat, że ktoś ukradł bohatera, po czym nagle: o kurczę! Także wiecie, oczywiście, jeżeli to też dobrze ogracie sobie gdzieś, nie wiem, czy na waszych stronach, czy może podczas wywiadów, czy gdzieś, to właśnie możecie też sobie robić taki właśnie trochę marketing, który w pierwszej chwili ktoś będzie myślał, że plagiatujecie kogoś, po czym się okaże, że plagiatujecie sami siebie. To też jest świetna historia. Dzisiaj storytelling to podstawa, także im więcej macie takich anegdotek, tym lepiej.
A właśnie atuty też mogą być źródłem takiej anegdotki czy samo poszukiwanie atutu, czy tego, jak w ogóle na niego wpadliście to już też może być świetna historia. Dalej, jeżeli chodzi o kolejne jeszcze plusy tych atutów, to właśnie kierunek rozwoju pozostałych elementów. Czyli jeżeli wyszukaliście atuty, to z automatu też będziecie wiedzieli, gdzie kulejecie. I wtedy, skoro coś jest waszym atutem, to na razie może zostać, jak jest. Nie musicie bardzo tego poprawiać, rozwijać. Może w ogóle nie musicie. I dzięki temu ten czas możecie zainwestować właśnie w popracowanie czy przepracowanie innych aspektów waszego pisania. I też z automatu, jeżeli będziecie regularnie sobie tę listę atutów rozszerzać czy coś tam dopisywać, to też będziecie mogli właśnie sobie śledzić swój postęp czy w ogóle rozwój waszego warsztatu, czy was jako autorów. Także myślę, że warto, ale to też oczywiście od was zależy. I jeszcze też właśnie tutaj taka ważna rzecz.
Pamiętajcie, że atuty są zawsze, nawet jeżeli jesteście na początku drogi, nawet jeżeli po prostu ktoś was totalnie zjechał. Oczywiście zachęcam do pokory, ale tak jak mówiłam, jak przeanalizujecie na spokojnie, bez emocji komentarze, to też będziecie mieli dobry kierunek. Ale pamiętajcie, że atut jesteście zawsze w stanie gdzieś znaleźć. To, co jest dla was naturalne, czy może właśnie też to, z czego jesteście dumni. Więc atut jest, tylko czasami trzeba poświęcić troszeczkę czasu na analizę właśnie taką bez emocji. I tutaj nawiązując trochę do tego cytatu, gdzie Dali wspominał, że uważa się za bardzo złego i malarza, i pisarza, i że ogólnie artystę, no to tak sami wiecie, że często na samym początku zwłaszcza możemy takie mieć uczucia wobec siebie. Natomiast najważniejsze, myślę, jest to ostatnie, to najbardziej wykręcone zdanie w tym cytacie: „Ważny jest tylko mój archanielski dar kosmogoni”. Słuchajcie, nieważne, co to oznacza. Ważne, żebyście może spróbowali znaleźć taki swój osobisty, archanielski dar kosmogoni. Oczywiście znajdźcie sobie coś, możecie to nawet właśnie nazwać w jakiś taki niecodzienny sposób.
I tak jak mówiłam, kolejna anegdota może być z tego, ale też właśnie będziecie wiedzieli po prostu, czego się trzymać. Gdzie jest wasz taki trochę rdzeń może. Coś takiego właśnie w was mocnego. Jeżeli chodzi właśnie o takie podchodzenie bez emocji, to tutaj mam dla was trochę takich nie wiem, czy porad. Myślę, że to są oczywiste oczywistości. Niekiedy może trudne do zrobienia, ale nie niemożliwe. Przede wszystkim bądźcie dla siebie wyrozumiali. Więc niezależnie od tego, czy czujecie się bogami pisania, czy właśnie czujecie się do niczego, bądźcie wyrozumiali. Bierzcie pod uwagę to, że czasami może właśnie nas ta duma wywindować za bardzo do góry. Czasami właśnie możemy sami się ściągać na dno.
Podejdźcie do siebie jak do człowieka. Też macie przecież prawo popełniać błędy. Macie prawo mieć słabsze dni i spróbujcie na spokojnie poradzić sobie tak, dać czas na te emocje i pójść dalej. Kolejna rzecz. Bądźcie ze sobą szczerzy. Pamiętajcie, że wszystkie te rzeczy na takie analizy robicie to sami dla siebie i sami ze sobą, że tak powiem. Więc absolutnie nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Nikomu nie musicie o tym mówić, co oznacza, że możecie być totalnie do bólu szczerzy ze sobą, nawet jeżeli ta szczerość jest niewygodna i ta prawda gdzieś tam w środku was jest, tylko baliście się ją przyznać sami przed sobą. Warto. Zachęcam.
Mimo że właśnie jest to jedną z tych trudniejszych rzeczy. Oczywiście dajcie sobie czas zarówno właśnie na te emocje. To też nie jest tak, że musicie te wszystkie komentarze robić w przeciągu godziny czy jednego dnia. Rozłóżcie sobie to na tydzień może. Albo ustalcie, że jeden weekend w miesiącu będziecie poświęcali na dogłębną analizę komentarzy, ale na spokojnie. Pamiętajcie, że emocje w trakcie konstruowania naszych scen, w trakcie pisania jak najbardziej jest to złoto, natomiast niekoniecznie nas to będzie wspierało w trakcie czytania komentarzy czy później opinii na ten temat czy na temat naszych treści. I tutaj jeszcze kolejna rzecz. Bądźcie dla siebie cierpliwi, bo pamiętajcie, że jakościowe rzeczy one nie powstają w pięć sekund. One bardzo często wymagają żmudnej pracy, wymagają czasu, wymagają właśnie tej takiej niewygody, dyskomfortu. Także na spokojnie.
I wiadomo, że jeżeli jesteście na początku drogi, to też przecież pierwsze teksty nie muszą być idealne. A każdy następny, jeżeli będziecie stosowali się do komentarzy czy zastanawiali się nad sobą, to zapewniam was, że każdy następny wasz tekst będzie jeszcze lepszy i będzie dużo szybciej lepszy, niż jakbyście się nie skupiali, tylko sobie coś pisali. Wtedy przy takim pisaniu i nieskupianiu się na błędach czy na źródle pewnych rzeczy, to może was czasami zniechęcić, bo się okaże, że niby tyle robicie pracy, tyle piszecie, a właściwie za dużo się nie zmienia. Także pamiętajcie, zawsze bombardujcie się pytaniami. Dobra, na dzisiaj koniec. Tradycyjnie zapraszam was na grupę na Facebooku Alchemia Tworzenia. Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli tam przyjdziecie i dacie mi jakieś oceny, jakąś krytykę. To naprawdę będzie dla mnie złoto. Może macie jakieś pytania, może macie jakieś pomysły. Zachęcam.
Oczywiście każdy odcinek ma tam swój oddzielny przewodnik. Do każdego odcinka robię dwa posty, więc zarówno będzie tam miejsce na zadanko i miejsce na wasze przemyślenia czy uwagi. To na tyle. Serdecznie dziękuję za uwagę. Słyszymy się za tydzień, a tymczasem, borem, lasem leci zadanko. Wymień minimum 10 atutów, jakie może posiadać płyta chodnikowa.
[02:07:52] - Państwo już wiecie bardzo dobrze, że jeśli w audycji pojawia się Piotr Cielebiaś, to już w blokach startowych czeka i nie odpuszczamy po pierwszej audycji, po pierwszej odsłonie naszych dialogów. Czas na drugą odsłonę tychże dialogów. Dzisiaj MAUPA, czyli polecanki książkowe, „Książki z pogranicza”. Dzisiaj pojawi się tytuł „UFO nad nami”. Jego autorem jest nestor polskiej ufologii. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze, zaczynamy rozmawiać o książkach, a właściwie książce z pogranicza.
[02:08:39] - Tak, my sobie tutaj rozmawiamy, a UFO nad nami krąży. „UFO nad nami” to tytuł dzisiejszej książki autorstwa jednej z najbarwniejszych postaci w polskiej ufologii, Kazimierza Bzowskiego. Był to zmarły w 2005 roku chemik, ufolog oczywiście, ale też powstaniec warszawski ze skłonnością do poszukiwania i nagłaśniania historii niezwykłych, sensacyjnych, stąd też często był krytykowany. Jeżeli dobrze pamiętam, to Zbigniew Blania-Bolnar, ten facet od Emilcina, porównał Bzowskiego do małpy, zarzucając mu wiarę w paranaukę, powiedzmy tak oględnie. Bzowski nie stronił też od telewizji. Ba, oglądając odcinki talk show na każdy temat, gdzie się pojawiał z jego udziałem, można dojść do wniosku, że on się czuł przed kamerą jak w swoim żywiole. Chociaż szczerze, w niektóre jego opowieści trudno jest uwierzyć. Bzowski też publikował w prasie, ale do dzisiaj najlepiej jest pamiętany dzięki swoim książkom. Nie było ich wiele, ale „UFO nad nami”, o którym dzisiaj mówimy, pozostaje tą, przynajmniej przeze mnie, najlepiej zapamiętaną. Po pierwsze dlatego, że się odnosi w dużej mierze do Polski, po drugie dlatego, że jest w miarę przystępna i pewnie też dlatego, że przez długie lata była udostępniana za darmo.
[02:10:05] - Piotrze, miałem taki przygotowany wic mówiący o tym, że dzisiaj, panie, to się już tak książek nie pisze i szkoda, że się tak nie pisze, bo ja nie wiem, czy Bzowski był zwierzęciem telewizyjnym, medialnym, ale dla mnie z całą pewnością był zwierzęciem książkowym. On wiedział, jak te książki pisać, żeby z jednej strony nie popadać w sensację. W tę sensację dzisiaj bardzo często książki popadają. Właściwie ich autorzy popadają, idą na lep sensacji i to w związku z tym zamienia się wówczas w coś takiego ciężkostrawnego. Ja nie lubię takich książek, które epatują: „Widzicie panie, tam UFO spadło, ślady są do dzisiaj” na przykład. I tak dalej. Bzowski robi to inaczej. Odwołuje się do zdarzeń, które są w jakimś stopniu przynajmniej udokumentowane. Tu myśląc o dokumentach, mam bardziej na myśli na przykład przekazy prasowe i tym podobne. Poza tym nie ma w tej książce, o której dzisiaj mówimy, sensacji źle pojętej.
Jest pewna relacja. My w nią możemy wierzyć, nie musimy, ale jednak to jest relacja dosyć spokojna. W tej książce nie ma rozbuchanych emocji, takich, jakie często pojawiają się na przykład w programach telewizyjnych, w filmach odcinkowych o UFO i tak dalej. Ja bardziej porównuję książkę „UFO nad nami” do analizy popularnonaukowej. Trudno mówić o książce naukowej w tym wypadku, ale popularnonaukowej, to znaczy przybliżającej pewne fakty, a w każdym razie mówiącej o pewnych wydarzeniach w taki sposób, że nie ma się poczucia, że autor za wszelką cenę chce nas zarzucić sensacją, która nas powali. My tutaj mamy, zresztą zaraz na początku książki, wymienionych bodajże 15 różnych przypadków, które są omówione szerzej. Tu mamy na przykład taki przypadek UFO nad gettem warszawskim z 1943 roku. Mamy też lądowanie UFO na wprost człowieka. To chodzi konkretnie o konkretne zdarzenie, ale mamy UFO nad Krakowem, UFO nad Warszawą, mamy wreszcie UFO w chałupach na Helu i tak dalej. Mamy 15 przypadków, nazwijmy to dużych i jeszcze wspominki o kilku innych wydarzeniach związanych z UFO.
Ta książka zresztą zauważ, Piotrze, ona jest dosyć krótka, zwarta. Tam nie ma setek stron. Chyba jest poniżej setki, bo ja mam takie wydanie elektroniczne, ale coś koło 70 stron i wszystko wystarczy. Wcale nie trzeba produkować kilkuset stron, żeby potencjalnego czytelnika zaciekawić, bo ta książka ma tę właśnie zaletę dla mnie najważniejszą. Ona zaciekawia i myślę, że wtedy, kiedy powstała, zaciekawiała jeszcze bardziej.
[02:13:39] - Tutaj parę uwag. Do tego, czy Bzowski tam czasami lubił sobie dodać coś od siebie, to przejdę za chwilę. Tylko że w tej książce rzeczywiście tego nie widać. Bo jak ma być widać? To jest książka. A dopiero później się pewne rzeczy okazały. Zgadzam się z tym wnioskiem, że to jest po prostu ciekawe. Porównajcie sobie z książką Bzowskiego publikacje Znicza. Suche, dużo informacji zza granicy. Tylko że Bzowski niektóre z tych spraw, o których pisze, dokumentował osobiście.
Znicz przepisywał sprawy z gazet i tak dalej. Sprytnie i skrupulatnie oczywiście, ale to jednak były informacje z nie wiadomo jakiego kraju, nie wiadomo jak przekazane. Bzowski często był na miejscu. Czy robił tą małpią robotę, jak mówił Blania-Bolnar to już inna sprawa. Ale to się dobrze czyta. Dlaczego się dobrze czyta? Dlaczego to ciekawi? Bo to jest stąd. Bo to są sprawy nasze. Bo to są często zdjęcia.
To są często historie niezwykłe. Tylko że „UFO nad nami” to jest oczywiście jedna z kilku publikacji Bzowskiego, chyba najlepsza, bo mamy jeszcze „Siły Ziemi tu i teraz”, które da się czytać i mamy „Sieć Wilka”, która dla czytelnika amatora, powiedzmy profana, jest niestrawna absolutnie, ale jest też dużo publikacji Bzowskiego prasowych. O tym warto pamiętać. Jak powiedziałeś, w „UFO nad nami” znajdziemy bardzo wiele relacji o obserwacjach NOLi i bliskich spotkaniach z naszego kraju przede wszystkim. To nie tak, że tam się nie wspomina innych incydentów, bo coś tam wspomina. Ale te opisane historie z Polski są bardzo różne. Są takie, którym towarzyszą zdjęcia, ale mamy też historie opatrzone bardzo oryginalnymi tytułami. „UFO nad polem kapusty” na przykład. Jest tam też wiele historii klasycznych z dzisiejszego punktu widzenia i nawet z punktu widzenia internetu, czyli to lądowanie UFO w Chałupach czy te wydarzenia z Warszawy. Należy pamiętać, że właśnie w warszawskiej UFOstrefie Bzowski i koledzy, bo o tych kolegach należy pamiętać, oni nie zawsze występują pod swoimi nazwiskami.
Oni w sumie razem poświęcili mnóstwo miejsca właśnie tej strefie stołecznej, bo był taki czas pod koniec PRL-u, że UFO widywane było nad Warszawą, powiedzmy notorycznie. Nie tylko nad Warszawą samą, ale też nad przyległymi okolicznymi miastami. Było tam wiele dziwnych zdarzeń. Jeżeli chcecie o nich posłuchać, to zachęcam do poszukania sobie na kanale Radia Paranormalium naszych debat na temat UFO nad Warszawą. I takim jeszcze, Marku, nieodłącznym elementem, który się z Bzowskim kojarzy, jest sieć Wilka. Takie hasło bardzo tajemnicze tak naprawdę. Mowa o radiestezyjnej siatce oplatającej ziemię, której zapętlenia, tak zwane oczka, mają być miejscami, gdzie manifestuje się UFO częściej niż gdzie indziej. Nieco o tej sieci Wilka w omawianej przez nas książce jest, ale niedużo, a wspominam tylko dlatego o tym, że Bzowski, w przeciwieństwie do wielu innych badaczy UFO i do wielu innych publicystów, pisarzy, nie tylko rejestrował zdarzenia, które miały miejsce, ale też szukał. Szukał miejsc, gdzie UFO się dopiero pojawi. I to właśnie w oparciu o sieć Wilka.
Tutaj mówiliśmy o sieci Wilka także w tych naszych audycjach poświęconych Warszawie. Odkrywcą tej sieci był Miłosław Wilk, radiesteta między innymi, ale także pracownik naukowy jednego z instytutów, który w ten sposób próbował wykminić, gdzie po prostu UFO się pojawi. Także to, jakby nie było, Marku, wyróżniało Bzowskiego na tle innych polskich ufologów.
[02:17:35] - Ja pamiętam z prasy, kiedy Bzowski pisywał o UFO w okolicach Jeziorka Czerniakowskiego. Chyba nic nie pomyliłem, jeśli chodzi o nazwę. W każdym razie Mokotów warszawski. Mam nadzieję, że nie mylę dzielnic, bo ja tę Warszawę, proszę państwa, znam, ale tak nie do końca. Tak mi się przynajmniej wydaje, że to Mokotów. W każdym razie ja czytałem o tym w prasie i to było fascynujące. Tu też mamy te relacje, ale mamy też relacje na przykład z lądowania. W każdym razie kiedy myślimy o UFO, to w Polsce najbardziej nam się kojarzy człowiek, który UFO spotkał i nawet kontaktował się z tymi ufitami, czyli Wolski. I o Wolskim też w tej książce jest. To dla mnie jest może nie dowód, ale taka wskazówka, że Bzowski starał się ogarnąć temat.
Nie brał wszystkiego, ale pokazywał takie momenty, które jeśli są prawdziwe oczywiście, to są dla ludzi zainteresowanych UFO ważne. Są nie tylko ciekawe, ale są ważne. I to dla mnie też jest ta przeglądowość krótkiej książki, jak podkreślam. To też jest ważne, bo znowu ja bardzo praktycznie podchodzę i jeśli ktoś chce sobie zrobić krótki przegląd tego, jak UFO zachowywało się w Polsce, tu na naszych ziemiach, to ta książka Bzowskiego jest znakomitym materiałem. Po przeczytaniu tych kilkudziesięciu stron macie państwo w małym palcu te najważniejsze przypadki. Nie mówię, że wszystko. Nigdy nie jest wszystko, ale nie mówię, że będziecie ekspertami, ale orientację będziecie mieli już całkiem dobrą. I to z mojego punktu widzenia ta praktyczność tej książki również jest ważna.
[02:19:48] - Mamy tam oczywiście mnóstwo historii opisanych i moglibyśmy wam je streścić, ale ponieważ książka jest łatwo dostępna, to nie będziemy tego robić. Może kiedyś się o to jeszcze pokusimy w innych programach, bo chodzi mi taki po głowie właśnie na temat ... Kazimierza Bzowskiego. O Kazimierzu Bzowskim dużo ma do powiedzenia Arek Miazga, który poświęcił mu osobną część swojej książki „UFO nad Podkarpaciem". To znaczy tych wcześniejszych wydań, bo musicie wiedzieć, że „UFO nad Podkarpaciem" szykuje się do nowej wersji i będzie nowa wersja. Niestety już bez tej części poświęconej Bzowskiemu, ale w tych wcześniejszych, jeżeli macie i jeżeli chcecie sobie to przypomnieć, to zajrzyjcie bodajże gdzieś na koniec i tam Arek mówi o swoich kontaktach z Bzowskim. Znamienne jest to, co powiedziałem, że Bzowski nie tylko śledził UFO, ale też szukał go tam, gdzie się miało pojawić i pojawiało się czasami w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. W miejscach, gdzie na przykład potem dochodziło do katastrof. To pewnie wiecie, o czym mówię. Jeżeli chodzi o te swoje koncepcje ufologiczne, Bzowski gdzieś się poruszał na polu tej wysokiej dziwności.
Bo mamy w jego archiwum różnego rodzaju historie mówiące na przykład o tym, że był wtedy jakiś hydraulik z Warszawy. Znaczy nie jakiś, bo znamy tego pana z imienia i nazwiska i powiem wam więcej, on prawdopodobnie gości na naszych kanałach. Mówię tu o Radiu Paranormalium, o Wehikule i o UFO Historiach. I ten pan został wciągnięty potem do tego obiektu. Mamy też inne historie, na przykład o tym wspomnianym Helu. O tym artyście, który zobaczył istoty bardzo przypominające te z Emilcina. Ale są historie, które dają mocno do myślenia. Słynny maluch rozwalony przez, nie wiadomo przez co, przez jakąś dziwną siłę, przez dziwny, niewidoczny obiekt. To mi się u Bzowskiego jakoś podobało. Ja po prostu lubię takie historie, bo przyznam się bez bicia.
Przyznam się szczerze, kiedy czytam dziesiąty raz o jakichś światłach na niebie, Bzowski też o tym pisał bardzo dużo, ale kiedy czytam o tych światłach na niebie, to moja wyobraźnia już jakoś tak się nie pobudza. Ale kiedy czytam o takich dziwnych sprawach, pamiętając, że było nie było, to jest miła odskocznia. To nie jest książka dokumentacyjna. Ja bym ją potraktował trochę bardziej jako książkę reporterską. Oczywiście Bzowski może nie ma takiego bardzo reporterskiego zacięcia do tego wszystkiego, ale jednak czyta się to dobrze. Trzeba jeszcze zwrócić uwagę, Marku, na jedną rzecz. To nie był facet z wykształceniem humanistycznym, to był facet z wykształceniem ścisłym. To nie był pisarz. I zobacz, jaką dobrą książkę, znaczy dobrą, dającą się przeczytać książkę stworzył. Ja myślę, że niewiele osób w dzisiejszych czasach byłoby w stanie coś takiego zrobić, bo to jednak jest duży intelektualny wysiłek.
On coś takiego uczynił i pamiętajmy, że to było bardzo dawno, jak Kazimierz Bzowski zmarł prawie 20 lat temu. A teraz łyżka musztardy lub dziegciu. Powiedziałbym, że Bzowski lubiał czasami, jak to się mówi, zalać. Lubiał przefarmazonić. Lubiał coś dodać do tych swoich historii, żeby się ich lepiej słuchało, ewentualnie to tak podkręcić, żeby było atrakcyjniejsze dla słuchacza czy czytelnika. I w „UFO nad nami" mamy opisany taki przypadek z odbiciem dłoni na przykład rzekomego kosmity na szybie. Po latach wiemy, że ta sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Ba, w ogóle się wydarzyła gdzie indziej. Jadło się ją z czymś innym. To w ogóle jest nie tak, jak on to opisuje.
Wiemy to między innymi dzięki ustaleniom Arka Miazgi, który zresztą też przyznaje, że Bzowski lubiał czasami sobie coś podkolorować. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jako wyjście do szerokiej krytyki Bzowskiego, ale kiedy czytamy tytuł „UFO nad polem kapusty", to jest nic. Tam mamy inne historie. Facet przyklejony do UFO, który leci gdzieś z nim chyba do Szwecji. Mamy gadające UFO. To jest takie, które emituje dźwięki przypominające ludzką mowę. Mamy potwora ze studni. Mamy wreszcie takie historie, kiedy jakiś emeryt albo emerytka, bo teraz nie pamiętam, wyrzucają szaraka za okno. Nie czepiam się. Sam przed chwilą powiedziałem, że lubię takie przypadki z samego skraju dziwności.
Pytanie jednak, ile w tych historiach zostało dodane? Ile jest upiększenia w tym wszystkim? Sprawa numer dwa. Nie jest tajemnicą po latach, że niektóre z relacji opisanych przez Bzowskiego to są jego własne doświadczenia. On się przyznaje, przynajmniej w tej sprawie z getta, kiedy się pojawia ta kolorowa kula, że on był świadkiem, ale nie przyznaje się już do tego, że był świadkiem wielu innych zdarzeń, dużo dziwniejszych. I wiemy to po latach, wiemy to od innych ludzi, że tak było, że to był jednak on. I to też powiem ci, stawia nam postać autora w takim świetle, w takim półcieniu. Bzowski po latach nie jest postacią, którą jest łatwo określić, tym bardziej że jego archiwum gdzieś zaginęło. Jedni mówią, że wyrzuciła je jego żona do kosza. Ja pamiętam, że jak miałem prelekcję kiedyś, dawno temu w „Nieznanym Świecie", to przyszedł Robert Bernatowicz i stanął w drugim końcu sali i powiedział, że on je ma, to archiwum.
Pomimo bezskutecznych kilkuletnich prób przeprowadzonych przez jednego z naszych kolegów, nie wiem, czy on chce być wymieniany z nazwiska, a polegały te próby na dotarciu do tego, co miał mieć Bernatowicz od Bzowskiego, to spełzło na niczym. Nie wiemy więc, czy to archiwum wpadło do kosza, czy gdzieś wpadło w bezkresną toń mitomanii Roberta Bernatowicza. Przepraszam, jeżeli ktoś się czuje urażony, ale jak mówimy o tej sprawie, to musimy ją pociągnąć do końca. Także może byśmy się czegoś dowiedzieli, jeżeli to archiwum by wypłynęło. Dodatkowa sprawa. Są ludzie, którzy pracowali z Bzowskim, tak można powiedzieć, nad tymi jego sprawami i też by mogli tutaj dużo powiedzieć. Niektórzy z tych ludzi byli aktywni, mieli kontakt na przykład z Arkiem Miazgą przed paru laty i nie wiem, jak jest dzisiaj z nimi. Może by chcieli coś dopowiedzieć. Ważne jest to, nie wszyscy współpracownicy Bzowskiego z tamtych lat nawet wtedy występowali pod własnymi personaliami. Także powracając do takiego podsumowania, to będą ostatnie słowa z mojej strony.
Bzowski jest postacią dziwną. Nie jest to żaden agent, moim zdaniem nie jest to żaden mistyfikator, który miał zasiać ziarno niepewności w polskiej ufologii. Był to człowiek, który interesował się po prostu czasami sprawami naprawdę niezwykłymi. I teraz najważniejsze pytanie, czy te dziwne historie, dziwne zdarzenia, których on doświadczył i do których się nie przyznawał, pobudziły go właśnie do tego, do tych poszukiwań. Nie tylko latających świateł, nie tylko bliskich spotkań, ale też tej bardzo wysokiej dziwności, tego trickstera, który tak lubi wprowadzać ludzi w błąd. Dla mnie Bzowski zawsze będzie kojarzył się z człowiekiem zafascynowanym tematyką UFO i to widać i w sposobie pisania, i w sposobie, w jaki podaje informacje. Na przykład znajdziecie w książce
[02:27:14] - O której dzisiaj mówimy. Mapki. Może mapki to za duże słowo. Szkice sytuacyjne dotyczące dziur w lodzie, które się pojawiły dokładnie w metrach wymierzone. To wszystko jest. Jeszcze kilka innych szkiców sytuacyjnych. Czyli taka dążność do pokazania, że coś w przestrzeni rzeczywiście zaistniało. To nie było tak, że coś się komuś gdzieś wydawało, tylko pokazywane są sytuacje wręcz z wymiarami, z ukształtowaniem terenu, a w każdym razie z usytuowaniem geograficznym to może za duże słowo. W każdym razie takie plany sytuacyjne. To moim zdaniem też jest poszlaka przemawiająca za tym, że nie chodziło tylko i wyłącznie o czystą fascynację, którą Bzowski wykazywał, ale również taką chęć dokumentowania.
Zafascynowała mnie na przykład w tych przekazach taka relacja o rakiecie stojącej w miejscu, sfotografowanej na niebie, która jakby znajdowała się poza czasem. To nie jest specjalnie szeroko opisane, ale mój umysł takiego człowieka, który śledzi rzeczy ciekawe, nie zawsze prawdziwe, nie zawsze może jakieś takie dające się prosto wytłumaczyć, ale ciekawe, po prostu ciekawe i żadnego innego przymiotnika nie będę dodawał. To opowieść o tej rakiecie stojącej poza czasem była ciekawa, bo ta książka, proszę państwa, jest ciekawa, a przy okazji spełnia jakąś tam rolę edukacyjną, jeśli chodzi o przypadki. Natomiast jak oceniać samą postać i czy Bzowski koloryzował, czy nie koloryzował? Koloryzuje się zawsze coś, to znaczy jakieś myślę jądro krystalizacji, jakiś schemat jest. Być może Bzowski te schematy trochę koloryzował, ale najważniejsze są te schematy i myślę, że to jest duża wartość tej książki. A teraz? Teraz zrobi się tajemniczo. Bo zaczynamy tę część, która w „Bibliotekarium 2.0” nosi tytuł „Bez Tajemnic”. Dzisiejszy odcinek ma taki niepokojący tytuł: „Czy będzie W?”.
Wiecie państwo, algorytmy, te rzeczy, II światowa, III światowa, te rzeczy. Jak algorytm słyszy słowo właściwe, to dostaje szału. To ja tego słowa nie wypowiem, ale czy będzie, czy nie będzie? Tak. Przepowiednie jasnowidzów były różne w historii. Dzisiaj w audycji „Bez Tajemnic” troszeczkę na ten temat. Jakiś czas temu zawahałbym się, czy tę audycję emitować, ale dzisiaj, kiedy świat wygląda tak, jak wygląda, to myślę, że temat jest na czasie. Tylko drobna korekta, drobna uwaga. Ta audycja była nagrana już jakiś czas temu i tam jest odwołanie do iluś tam lat, kiedy ukazał się pewien artykuł. To dodajcie państwo przynajmniej pięć lat do tego i wtedy wszystko będzie się zgadzało.
I to jedyna z mojej strony poprawka, czy też jedyne uzupełnienie, które chciałem państwu przekazać. Zapraszam. „Czy będzie W.? Przepowiednie jasnowidzów”.
[02:31:11] - Dokładnie 10 lat temu, we wrześniu opublikowaliśmy w naszej gazecie spirytystycznej artykuł pod tytułem „Czy będzie wojna?”. Jest to przedruk artykułu z gazety „Hejnał” ze stycznia 1939 roku, w którym to autorzy, opierając się na opiniach różnych jasnowidzów, próbowali przewidzieć, czy w 1939 roku, znaczy czy w najbliższym czasie, wiadomo, że ja to oceniam z naszej aktualnej perspektywy, ale wtedy próbowali przewidzieć, czy w najbliższym czasie wybuchnie kolejna wojna światowa. Artykuł ten jest interesujący, ponieważ ku mojemu zaskoczeniu, jak i 10 lat temu, kiedy ten artykuł pojawił się w naszej gazecie, jak i dzisiaj uważam, że wiele tych informacji, które zostały przepowiedziane, wiele przepowiedzianych informacji przepowiedzianych przez tych jasnowidzów było bardzo trafnych. Oczywiście oni wtedy nie mogli tego wiedzieć, aczkolwiek w artykule umieścili też pewien margines, zawarli też pewien margines błędu, bo tam na przykład planety mogą się troszeczkę inaczej, te obliczenia mogły się tam troszeczkę inaczej jakoś tam poskładać i tak dalej, że tam mogą być jakieś przesunięcia w czasie, ale naprawdę artykuł był bardzo ciekawy i z wyjątkiem kilku tam drobiazgów, które rzeczywiście z naszej perspektywy mogą wyglądać na zabawne, artykuł jest rzeczywiście bardzo trafny. I teraz we wstępie do tego artykułu napisałem, że z punktu widzenia spirytyzmu tego rodzaju przewidywania są niedorzeczne. Skoro im się udało w jakimś stopniu, to dlatego, że w moim odczuciu jest to po prostu odrobina szczęścia, jakiś zbieg okoliczności. Dlaczego spirytyzm odrzuca tego rodzaju przepowiednie? Ponieważ ostatecznie to właśnie człowiek podjął decyzję i ta decyzja niekoniecznie musiała być przewidywalna. Wszystko zależało od tej konkretnej osoby. Człowiek ma wolną wolę i przewódca niemiecki, który podjął decyzję o zaatakowaniu Polski, wcale nie musiał tej decyzji podejmować i cała historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Poza tym, jeżeli założymy, że wojna to jest rzecz tak ważna, że ona była zaplanowana i ona musiała się wydarzyć bez względu na okoliczności, nie moglibyśmy obwiniać niemieckiego wodza za wybuch tej wojny. On byłby tylko czystym narzędziem. Nie moglibyśmy mieć do niego pretensji. Ale skoro te pretensje mamy i skoro te pretensje oczywiście są uzasadnione, ponieważ podjął tę decyzję, to znaczy, że do tej wojny dojść nie musiało. Ale skoro doszło, to zerknijmy, co tam napisali. Nie będę czytał całego artykułu, ponieważ jest on dosyć długi. Przeczytam wam najciekawszy fragment, a link do artykułu postaram się umieścić gdzieś w opisie, żebyście mogli sobie cały ten artykuł przeczytać. Co jest tutaj szczególnie ciekawe? Na przykład: sławny Paracelsus mówi: „Wojna przyjdzie wkrótce po upadku ostatniego państwa austriackiego”. Oczywiście ten artykuł został już opublikowany po anschlussie Austrii, więc trudno przewidzieć, w którym momencie ten fragment został dopisany.
Ale powiedzmy, że jasnowidz tak przewidział długo przed anschlussem. I teraz tak. „Wojna przyjdzie wkrótce po upadku ostatniego państwa austriackiego. Z chwilą zaboru Austrii przez Niemcy wypełniła się już pierwsza część tego proroctwa”. To jest dopisek autora artykułu. „Święta Anna Katarzyna z Emmerich, która żyła do 1824 roku, przepowiedziała jako epokę najbliższej wojny okres między 1940 a 1950 rokiem”. Tutaj kawałek przeskoczę. „Badając konstelacje lat najbliższych, znajdujemy konstelacje Saturna i Urana w znaku Byka w ciągu lat 1940–1942, potem w Bliźniętach aż do 1943. Aż do kwietnia 1944 wojownicza planeta Mars weźmie również udział w tym koncercie gwiazd. Tak więc na przykład na początku roku 1940 osiem planet, dokładnie jak w czasie morderstwa w Sarajewie” chodzi tu oczywiście o morderstwo Franciszka Ferdynanda, które zapoczątkowało wybuch pierwszej wojny światowej.
„Znajdzie się w jednym sektorze 74 stopni”. Tutaj troszeczkę dalej przeskakuję. „W czerwcowym numerze »Damie« Bruksela gdzie indziej mówi o rewolucji solarnej 4 września 1939 roku,” więc to też jest bardzo ważna data, szczególnie dla Francji i Wielkiej Brytanii. „Ważnej dla 1939 i 1940 roku, którą uważa za bardzo niebezpieczną dla Francji”. No właśnie. „Angielski przegląd »The Weekly Horoscope« z 9 kwietnia 1933 roku mówi: jeśli Europa przetrwa rok 1940 bez wybuchu wojny, uniknie się niebezpieczeństwa takiej katastrofy na wiele lat. W numerze z 30 kwietnia 1938 roku nadmienia to samo pismo: jeśli Anglia w roku 1940 nie zostanie wplątana w wojnę, może być wszystko dobrze”. Jak wiemy, rok 1940 to była bitwa o Anglię, więc Anglia została wciągnięta. I tak dalej. Tu jest jeszcze kilka innych różnego rodzaju treści mówiących na przykład o tym, że Niemcy mogą przejść przez Belgię.
Przeszli przez Belgię, ale również przez Szwajcarię. Tutaj akurat jasnowidzowie całkiem się pomylili, ponieważ jak wiemy, Szwajcaria pozostała neutralna przez cały okres wojny i Hitlerowi w ogóle nie było na myśli, aby przynajmniej w tamtych czasach Szwajcarię atakować, ponieważ Szwajcaria miała bardzo duży wpływ ekonomiczny na przebieg wojny. I niektórzy twierdzą, że bez Szwajcarii prowadzenie wojny przez Herr Adolfa w ogóle byłoby niemożliwe. Nie wnikam. W każdym razie artykuł bardzo interesujący i dlatego pojawił się w naszej gazecie. Polecam, jeżeli ktoś ma ochotę zapoznać się z tymże artykułem. Tutaj koledzy mieli do mnie pretensje, że umieściłem czarną wronę na pierwszej stronie, ale należało przyciągnąć uwagę czytelnika i myślę, że mi się to udało. Mam taką nadzieję. W każdym razie to taki temacik na dzisiaj. Miły temat.
Kolejna rocznica. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:39:24] - A teraz w literackiej bądź co bądź audycji Bibliotekarium 2.0 zapraszam państwa na Literackie tête-à-tête. Audycja Krystyny Śmigielskiej. To już jest znana dobra marka. Dzisiaj spotkanie z Robertem Jasiakiem.
[02:39:44] - Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy program z cyklu Literackie tête-à-tête będzie niezwykły, ponieważ zaprosiłam do rozmowy nie twórcę, a promotora literatury. Aby nie trzymać państwa w niepewności, zdradzę, że podczas audycji poznacie państwo faceta od książek. Tego, któremu kartkowanie rąk nie brudzi, a jego życiowe credo podpowiada nam wszystkim: wspieraj kulturę. Moim i państwa gościem będzie dzisiaj częstochowianin, pan Robert Jasiak, obecnie naczelnik Wydziału Kultury i Sportu w Urzędzie Miasta Częstochowa. Dobry wieczór, panie Robercie.
[02:40:27] - Dobry wieczór pani redaktor. Bardzo dziękuję za takie miłe przywitanie i przedstawienie. Czuję się trochę zakłopotany, ale bardzo mi miło i dziękuję. Jestem promotorem czytelnictwa i to oczywiście się zgadza, ale jestem również twórcą cyfrowym, z tym rzemiosłem mam kontakt na co dzień.
[02:40:42] - To jest trochę inna twórczość, ale zawsze w dzisiejszych czasach bardzo pożądana. Jak najbardziej. Ukończył pan administrację publiczną, prawda?
[02:40:52] - Tak, to było bardzo, bardzo dawno, ale wszystko się zgadza. Z wykształcenia jestem urzędnikiem, jestem pracownikiem administracji publicznej.
[02:40:58] - Ale wie pan, ja się zastanawiałam, bo gdybym tak miała określić pana zawód, obserwując tylko pana działania w internecie, bez namysłu powiedziałabym, że jest pan animatorem kultury z naciskiem na literaturę. Dlaczego więc administracja publiczna, a nie kulturoznawstwo?
[02:41:17] - Człowiek, który ma 18 czy 19 lat, wybierając swój przyszły zawód, myślę, że nie jest jeszcze na to przygotowany. Nie wie, co chce robić tak naprawdę w życiu. To jest jeszcze taki wiek, gdzie poznajemy siebie. Poznajemy siebie przez całe życie, ale myślę, że w tym wieku nie możemy wyznaczyć swojego kierunku. Znaczy ja nie mogłem podjąć takiej decyzji. Ja zawsze było tak, że chciałem pomagać, chciałem zmieniać świat. Do tej pory tak jest. Chciałem ratować i zawsze uważałem, że w urzędzie czy to miasta, czy gminy przyda się świeża krew i zupełnie inne spojrzenie, bo moje życie było skomplikowane, trudne i zmagam się z wieloma rzeczami. Po prostu chciałem zmieniać otaczający nas świat i teraz się udaje, już od ponad dziewięciu lat pracuję dla Urzędu Miasta Częstochowy i zmieniam ten świat w swojej dziedzinie na lepsze razem z moim wspaniałym zespołem. Wcześniej jako dyrektor Ośrodka Promocji Kultury Gaude Mater, a teraz jako naczelnik Wydziału Kultury i Sportu.
I teraz to jest jedna z tych rzeczy. Druga rzecz jest taka, że zawsze, może rok przed maturą, pokochałem czytać książki i chciałem się dostać na filozofię, ale to się nie udało. I drugim wyborem była właśnie administracja.
[02:42:26] - To jednak była ta filozofia gdzieś tam w zamyśle.
[02:42:30] - Znaczy filozofia z tego względu, żeby po prostu mieć cały czas kontakt z literaturą i czytać, czytać, czytać. Kolega wtedy powiedział mi, że jak pójdziesz na filozofię, to będziesz tylko czytał. Ja mówię: „To super, idę”. Ale niestety mi się nie udało. Oczywiście z plusem dla mnie, a z minusem dla uczelni, na którą się dostałem, a tutaj mianowicie był Uniwersytet Wrocławski i Wydział Nakłoszyjowy.
[02:42:49] - Zacznijmy teraz rozmawiać o bibliotekach. Wiem, że ich funkcjonowanie nie jest panu obojętne. Czy uważa pan, że w dzisiejszych czasach, kiedy właściwie każdą literacką pozycję możemy bez żadnego problemu odnaleźć w sieci, nie wychodząc z domu, przejrzeć ją, przeczytać, przesłuchać, biblioteki mają nadal rację bytu? Czemu obecnie mają one służyć i czy rzeczywiście spełniają tą nową swoją funkcję?
[02:43:17] - Ja tutaj nie podejmowałbym w ogóle dyskusji nad tym, jaka jest nowa funkcja bibliotek. Funkcje bibliotek od zarania dziejów są takie same, czyli żeby zaspokajać potrzeby literackie, czytelnicze mieszkańców danego regionu. Po pierwsze jest to, teraz powiem, u nas nie jest to napisane w ustawie, że biblioteki muszą być w gminach i tego nie da się zrobić, chyba że rząd zmieni ustawy, no to wtedy dobra, zamykamy. Ale myślę, że to nigdy się nie wydarzy, bo od zarania dziejów wiemy, że biblioteki istniały i istnieć będą. Czy będziemy chcieli z nich korzystać jako mieszkańcy? Czy wybierzemy sobie internet? Czy wybierzemy sobie czytniki? To jest wszystko kwestia ludzi, którzy z tego korzystają, czyli czytelników i czytelniczek. Bardzo lubię biblioteki. Czy często z nich korzystam?
Tak, ale może nie wypożyczając książki, a biorąc udział w spotkaniach autorskich. To jest coś niesamowitego w instytucjach kultury, i tutaj mam na myśli bibliotekę, że cały ten pęd miasta i ta szybkość, która jest też w Częstochowie, można wejść i na chwilę się zatrzymać z tego szybkiego pędu naszego życia. To jest trochę tak, jakbyśmy nurkowali, a w tej bibliotece możemy złapać trochę oddech. Każdy z nas, kto kocha literaturę, inaczej będzie odczuwał inne emocje. Ja mam akurat takie i nawet nie wypożyczając książek, czasem chcę po prostu tam wejść, bo to są magiczne miejsca. No i dzięki tym, co znajduje się na regałach, przenoszą nas do zupełnie innego świata. Kolejna rzecz jest taka, że to, o czym pani powiedziała, w internecie można znaleźć wszystko. Ja kocham internet i media społecznościowe, ale uważam, że nie wszystkie książki można znaleźć w internecie. Niedawno czytałem książkę, nigdzie indziej nie potrafiłem znaleźć tej książki na żadnych portalach aukcyjnych, a w Bibliotece Częstochowskiej była, z czego bardzo się cieszę i myślę, że wiele osób również, chcąc pogłębić swoją wiedzę na tematy różne, na różne tytuły, o różnych odsłonach. Także myślę, że tutaj biblioteki to jest też ten plus, że kształcą po prostu społeczeństwo.
Trzeba się otworzyć i po prostu do tej biblioteki wejść. Także one również przechodzą transformację, ale myślę, że powinny też trzymać ten główny trzon. On musi zostać niezmienny. Można to kształtować i tutaj myśleć o jakimś takim darwinizmie bibliotecznym, ale mimo wszystko trzeba kochać i mówić o tych miejscach po prostu ciepło.
[02:45:32] - W akcji Wspieram Kulturę na pewno pan się stykał z twórcami Częstochowy, a teraz jako naczelnik Wydziału Kultury i Sportu Urzędu Miasta Częstochowa na pewno pan dobrze zna ... obywateli wybitnie uzdolnionych artystycznie. Mógłby pan tak szybciutko kilka słów o jednej, dwóch, trzech osobach powiedzieć?
[02:45:53] - Tutaj pierwsze nazwiska, które przychodzą mi na myśl: Aleksander Bierny, mój poprzednik, naczelnik Wydziału Kultury i Sportu Urzędu Miasta Częstochowy. Prozaik i poeta. Osoba, z którą można rozmawiać o literaturze i w swoich wierszach pokazuje to, jakim jest człowiekiem, jak ta poezja się zmienia. Następną osobą jest Łukasz Suskiewicz. Na co dzień mecenas prawny, ale również wybitny prozaik, którego teksty zarówno mnie, jak i moją małżonkę dojmują do głębi. Są naprawdę na bardzo wysokim poziomie. I również poeta Sławomir Domański. Dzięki tym dwóm osobom, mam na myśli Aleksandra i Sławka. To są osoby, dzięki którym mam zupełnie inne spojrzenie na poezję niż taką, którą przerabiałem w czasach licealnych. Zachęcam do tego, żeby znaleźć te teksty i po prostu usiąść, i się na chwilę nimi pochylić.
[02:46:45] - Pięknie, że pan jednak te nazwiska szybciutko potrafił wymienić, bo nie zawsze
[02:46:49] - Jeśliby pani redaktor miała ochotę, to byśmy mogli już mówić do końca tej audycji o twórcach i twórczyniach z Częstochowy, zarówno literackich, czy działających na pograniczu tworzenia literatury, ale również w obrazie, w liternictwie. Częstochowa ma obecnie około 200 000 mieszkańców, to porównując to z innymi miastami o większym zagęszczeniu ludności, myślę, że mamy naprawdę bardzo wielu wybitnych twórców. I to jest wspaniałe, bo zarówno jako naczelnik, gdyż wcześniej jako osoba, która stworzyła projekt „Wspieraj kulturę”, po prostu miałem przyjemność ich poznać. To są jednak podobne środowiska. Często się widujemy i to też myślę, że jest wspaniałe w rzeczy czytania, że tworzymy społeczności, które nie są zamknięte i takie też nie powinny być.
[02:47:29] - Ja jeszcze zapytam, bo o tych bibliotekach rozmawialiśmy, że od 30, 40 właściwie lat trwa też taka dyskusja o tym, co dalej z książką. Czy książka przetrwa w takiej formie jak teraz, czy może jej papierowa wersja w ogóle zaginie i zostanie zastąpiona różnymi nośnikami? Tutaj mamy teraz bogate możliwości, jeżeli o to chodzi, bo audiobooki, e-booki, podcasty, filmiki, wszystko, co tylko chcemy. Tak bym powiedziała, że obecnie nie powinniśmy się zastanawiać nad formą książki, ale mamy inny problem. Co stanie się z literaturą, kiedy sztuczna inteligencja szturmem wtargnie na jej pole? Kim w tym nowym literackim świecie będzie pisarz?
[02:48:13] - Pytanie jest dość prosto złożone. Po pierwsze, czy książka przetrwa w takiej formie, w jakiej jest? Tak, przetrwa. To jest moja odpowiedź. Dla mnie przetrwa, bo pokazuje takie historie, że biblioteki były spalane, straciliśmy wiele dzieł. Papier że przetrwa. No, chyba że tutaj będziemy się zastanawiać nad kryzysem ciepłownianym, skąd pozyskać papier. I może będzie dużo droższa i stanie się bardziej elitarna jak kiedyś. Druga rzecz, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, ja jestem fanem nowych technologii i to, co się dzieje ze sztuczną inteligencją, to jest coś wspaniałego. Nie jestem specjalistą i nie jestem największym fanem, ale tę wiedzę podstawową mam.
Jak wchodziły samochody, również ludzie się ich bali. W historii jest wiele takich przykładów, że ludzie tego, czego nie znają, to się bardzo boją. To wynika w dużej mierze z niewiedzy. Dyskusja, tak jak pani wspomniała, 30 lat rozmawiają o tym, czy książka przetrwa. Nie wiem, czy doszli do jakiegoś konsensusu. Ja szybko potrafię odpowiedzieć na pytanie. Tak, przetrwa. Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, znakomicie, że ona się pojawia. Kto pierwszy nauczy się wykorzystywać to w swojej pracy, będzie tylko na plus dla tej osoby. Reszta nadal będzie żyła w strachu i dyskutowała przez kolejne 30 lat.
Nowe technologie na pewno pomogą nam w życiu. I tutaj myślę, że ci ludzie małej wiary po prostu snują czarne wizje niczym z „Terminatora” z Arnoldem Schwarzeneggerem. A ja uważam, że to jest doskonały skok i kamień milowy dla naszej epoki, w której żyjemy. I to będzie tylko na plus.
[02:49:46] - Czyli uważa pan, że sztuczna inteligencja jest po prostu kolejnym narzędziem, które w mądry sposób możemy wykorzystać i ona ma nam tylko pomagać, a broń Boże ma zastąpić nas, ludzi we wszystkich czynnościach.
[02:50:01] - Tak, ale zastępowanie ludzi w różnych czynnościach oczywiście miało miejsce też w biografii, w historii. Tylko czy jesteśmy na tyle rozwinięci, że będziemy potrafili się dopasować? Myślę, że wiele osób oczywiście może stracić pracę, mieć z tym kłopot, ale ja przez swoje prawie 40-letnie życie pracowałem w różnych zawodach. Kończąc studia nie zostałem od razu urzędnikiem. Dążyłem do tego, żeby pokonać konkurencję na konkursach, czymś innym się wyróżniać. Studia nie dały mi takiej możliwości, że od razu podjąłem pracę. Także to niesie ze sobą jakieś zagrożenia, ale nie znaczy, że dzięki temu nie będzie funkcjonować nasz świat.
[02:50:40] - Od lat prowadzi pan różnego rodzaju akcje, zwłaszcza właśnie akcje czytelnicze. Chciałam się dowiedzieć, czy uważa się pan za reportera, wnikliwego czytelnika, czy propagatora czytelnictwa? I chciałam jeszcze wiedzieć, które z działań, które pan podejmował, uważa pan za najbardziej trafione? Takie, które przyniosły widoczne rezultaty, a które za mniej dostrzeżone przez odbiorców.
[02:51:11] - Znów złożone pytanie. Ta moja praca trwa tak naprawdę od roku 2012, czyli ma już 11 lat. Ona po jakichś dopiero myślę, 10, 11 latach takich, że tę pracę w Urzędzie Miasta w Częstochowie, bo jeszcze tutaj mam na myśli prezydenta resortowego od kultury w Częstochowie dostrzegł we mnie potencjał. Nie bał się tego zająć do powiedzenia, tak jak nie możemy się bać nowych technologii. To jest pierwsza rzecz, że trzeba ryzykować, ale te efekty, które dostrzegam również ja, to one są po 11 latach pracy. Ale ostatnie dwa lata, jeśli chodzi o moje działania ... codziennie wykonuję bardzo ciężką i trudną pracę. Te filmy, które oglądają tutaj słuchacze i słuchaczki tej audycji, czasem muszę zrobić kilkanaście podejść, żeby to nagrać. Później trzeba to zmontować, trzeba do tego dołożyć napisy, trzeba mieć kontakt ze swoimi odbiorcami, ale mimo wszystko to jest nadal cały czas ciężka praca i ta euforia, którą teraz zbieram z tego, że kogoś przekonałem do czytania, to jest clou czy ta rzecz, która mnie do tego motywuje, żeby zachęcać coraz więcej ludzi do czytania, bo ja uważam, że jeśli ludzie będą czytać książki, będą się rozwijać, to świat będzie lepszy, będzie im łatwiej zrozumieć pewne rzeczy. To jest też mimo wszystko doskonała rozrywka na trudne czasy, na trudne dni, na trudne chwile.
Ale też są książki, które powodują, że potrafimy się rozwijać, potrafimy się lepiej komunikować. Ten wachlarz tej gałęzi po prostu dla mnie na tą chwilę jest niemierzalny, jest tak ogromny i to jest wspaniałe i magiczne w książkach.
[02:52:54] - Czy nie uważa pan, że sukces akcji Wspieraj Kulturę, właściwie ta akcja ciągle trwa, prawda? Ona się ciągle gdzieś przewija, ona nadal gdzieś żyje. Czy uważa pan, że to jest taki ewenement?
[02:53:08] - Nie, to jest po prostu ciężka praca.
[02:53:10] - Trzeba pracować. Tu pan Robert nam to bardzo ładnie właśnie teraz przedstawił. A jeżeli chodzi o promowanie czytelnictwa, to jest naprawdę bardzo trudna, ale powiem panu też chwilami miła praca, bo te efekty teraz pan przecież widzi, ponieważ stał się pan taką niekwestionowaną ikoną promowania czytelnictwa. Chciałam się dowiedzieć, czy nie odnosi pan czasem takiego wrażenia, że najlepiej wypromował pan samego siebie? Jest pan rozpoznawalny. Czy obecnie łatwiej jest panu przekonać opornych, aby sięgnęli po książkę? Jest pan już nieanonimowym propagatorem literatury, ale osobą publiczną.
[02:53:51] - Zgoda. Zgadzam się z tym, że ta rozpoznawalność pojawia się w jakimś momencie, ale to tak jak mówię, to nadal jest ciężka praca, a mimo wszystko ten termin. Amerykanie go ładnie nazywają, to jest personal brand, to jest po prostu marka własna i nie da się tego oddzielić. Projekt Wspieraj Kulturę od Roberta Jasiaka. To jestem ja. To jest moja rodzina, która w tym uczestniczy, też mnie w tym mocno supportuje, bo inaczej to by się nie udało. Nie być marką projektu, którego się tworzyło od zera. My jesteśmy jeszcze przekonani o tym, że trzeba mieć firmę, że w Polsce jeśli ktoś jest prezesem firmy, to wtedy ona się nazywa i wtedy pan Kowalski jest prezesem tej firmy. Projekt Wspieraj Kulturę jest marką własną. Ja jako Robert Jasiak mówię tak czy tak, zajmuję stanowiska w niektórych tematach nie do końca związanych z literaturą.
Powiedziała pani takie coś, że ja promuję siebie. Mówię o tym, co kocham najbardziej oprócz mojej rodziny, w życiu, czyli literaturę. I ona jest jednym z elementów tego, że mam wspaniałą żonę, że mój syn się urodził, że rozmawiam z panią, że jestem w najbardziej popularnej telewizji śniadaniowej. Ale to wszystko tym elementem cały czas jest literatura. Nie da się tego oddzielić, że ja promuję siebie czy promuję literaturę. Mówię sobą o tym, co mnie boli, jakbym chciał, żeby to wyglądało. Czasem muszę iść na kompromisy, czasem muszę iść trzy kroki do tyłu. Jestem chłopakiem z ławki i wiem, że trzeba tak postępować. Tak uważam.
[02:55:19] - Muszę powiedzieć, panie Robercie, że u nas bardzo mało jest takich osobowości. Pan jest łączony ze swoimi akcjami, tak jak pan powiedział. Pana pojawienie się to nie jest „O, pojawił się pan Robert”, tylko „O, Wspieram Kulturę”, „O, kartkowanie rąk nie brudzi”, prawda? Bądź facet od literatury albo człowiek od książek. Pana osoba stała się publiczna przez to. Chciałam w ten sposób troszeczkę pana zmusić do tego, żeby pan nam to powiedział sam, że to pan jest właśnie tą postacią i dzięki temu ma pan chyba ułatwiony kontakt z czytelnikami, z tymi, z którymi pan rozmawia na tych rolkach Literackie Ulice. Jeżeli chodzi o Literackie Ulice bardzo ciekawy projekt. Oglądam z zaciekawieniem te rolki. Ciągle czekam, że ktoś wymieni mojego bohatera książkowego, ale niestety jeszcze się nie doczekałam.
[02:56:12] - To muszę panią po prostu o to zapytać, kiedy się spotkamy. Nawet często jest tak, że jeśli teraz całkiem niedawno celebrowaliśmy Światowy Dzień Deskorolki i osoby, z którymi tam byłem, koniecznie związane ze światem literatury. Siedzimy i rozmawiamy. Ja w pewnym momencie wyciągam ten telefon i pytam jako zaskoczenie. To mam nadzieję, że tutaj z panią redaktor tutaj od razu wyjaśnię cały temat. Jeśli chodzi o Literacką Ulicę, pojawił się zupełnie przypadkowo w postaci pewnej emocji. Wymyśliłem sobie takie zdanie po prostu. Jaki jest twój ulubiony bohater literacki bądź bohaterka? Z tego względu, że ulubiona książka to może być no zbyt prosty i rozbudowany, ale chodziło mi, żeby ta forma też była krótka, żeby ona się nadawała do dzisiejszych czasów. Możemy się teraz zgadzać lub nie.
Czy ten film powinien trwać godzinę, czy on powinien trwać 15 sekund? Na tamten czas, czyli w roku ubiegłym, to był najlepszy format do tego, pokazanie, że ludzie czytają i to jest dla nich rozrywka, jak są to oglądni. Do tej pory to funkcjonuje, ale żeby pani redaktor i tutaj słuchacze i słuchaczki miały jasność. Czasem jest tak, że z moim synem czy z żoną, jeśli jesteśmy na spacerze, zapytam 10, 12 osób i nie udaje mi się tego nagrać. Ja nie jestem dziennikarzem czy reporterem, aby cały dzień stać na mieście czy chodzić, pytać o to, bo wiele swoich obowiązków, ale mimo wszystko staram się pracować nad tym, żeby Po prostu również pokazywać, że wiele osób czyta z różnych środowisk, że to nie jest tylko dla jakichś specjalnych grup społecznych, bo ja jestem ogólnie człowiekiem, który uważa, że te wszystkie podziały, które powstały czy przy literaturze, czy w społeczeństwie, one są sztuczne. Nie wiem, co ludziom dają, ale na pewno nie dają nic dobrego.
[02:57:50] - Powiedziałam już, że pracowałam długo w bibliotece i muszę powiedzieć, że był taki okres, że naprawdę, jeżeli chodzi o literaturę dziecięcą i młodzieżową, mogłam powiedzieć, że poznaję twórców, rozpoznaję utwory. Jak to jest dzisiaj? Pyta pan młodych ludzi, a ja nie wiem, o jakich książkach oni mówią. Czy ma pan takie czasem wrażenie, że pan kogoś pyta i jest pan wkręcany? Ktoś mówi tak, taka i taka książka i taki a taki bohater, a pan tego bohatera nie zna. Czy miał pan taką sytuację, że przyszedł pan do domu i mówił: „Muszę sprawdzić, czy coś takiego w ogóle zostało napisane”.
[02:58:27] - Kilkakrotnie padały imiona bohaterów, których nie znałem z błędami w pisowni. To jest tylko i wyłącznie moja wina, oczywiście nie jestem w stanie śledzić tego rynku wydawniczego w taki sposób, jakbym chciał. To, co się dzieje teraz w przeciągu ostatnich trzech lat, jeśli chodzi o rynek wydawniczy i tutaj gatunek, który jest nazywany jako young adult, czyli młodzi dorośli, to jest coś niesamowitego i myślę, że wielu wydawców podchodzi do tego tak jak do tematu sztucznej inteligencji, że nie potrafią go za bardzo zrozumieć. Bo ja na targi książki jeżdżę od 10-15 lat na pewno. W swojej kolekcji miałem książkę z autografem Jerzego Pilcha i stałem w kolejce dwie godziny. A teraz do pisarzy i pisarek właśnie tych gatunków młodzieżowych, young adult, są kolejki po 15 godzin. Czy to jest literatura, która zmieni ich życie? Odpowiedź moja jest również twierdząca. Tak, bo oni zarówno mogą się rozwijać z tą osobą, która pisze ich ulubione książki, ale będą też z wiekiem sięgać po inne książki. I to jest nieuniknione.
To jest udowodnione, że człowiek przebywa ewolucję i po prostu albo będą dorastać ze swoim twórcą, z takim jak dorastała pani czy ja. Ale ja już nie czytam tych autorów, których czytałem 10 czy 15 lat temu, bo po prostu dla mnie wyczerpał się ten temat i ja potrzebuję czegoś innego i czegoś innego potrzebuję od literatury. I to jest wspaniałe. To, że ja nie znam tych bohaterów, to jest moja wina, ale tak wiele młodych osób, nie wiem, jaki to jest wiek między 13 a 21 albo młodsze osoby, 12-21 naprawdę czyta. I tego nie zrobiłem ja. To zrobili autorzy i ludzie, którzy pisali jakieś swoje opowiadania na platformach w internecie i oni gromadzili społeczność i znają swoich czytelników. I to jest wspaniałość. To nie jest ktoś, kto siada przy biurku i napisze taką czy inną książkę. To była stworzona społeczność i to jest dla mnie niesamowite i mega kibicuję tym młodym osobom, które czytają te książki, których postaci nie znają. I to jest dla mnie też magia literatury.
To, co się teraz wydarzyło w przeciągu ostatnich trzech, czterech lat. Moda często też przemija, a tutaj to jest po prostu fala takich czytelników, zupełnie inne otwarcie niż nawet człowiek, który urodził się w '85 roku i jest naznaczony jakimś takim lękiem i strachem, takim jednak oddechem tego ustroju poprzedniego. To, co teraz się dzieje na rynku literackim, to jest dla mnie wspaniała rzecz i myśląc o tym, jestem dumny z tego, co ci pisarze i wydawcy, mimo wszystko zarabiając na tym pieniądze, zrobili. I to jest super.
[03:01:01] - W takim razie należy tylko kibicować, żeby to czytelnictwo właśnie rozwinęło się. Ci czytelnicy potem zajrzeli jeszcze do innych, może troszeczkę odmiennych pozycji.
[03:01:13] - Też chciałbym zaznaczyć, że nie muszą.
[03:01:16] - Oczywiście.
[03:01:17] - To jest ich święto, niech robią tak, jak bym chciał, żeby czytali Steinbecka, którego pokochałem też kilka lat wcześniej i mogę mieć do siebie pretensje, że dopiero teraz. Ale dzisiaj, będąc na spacerze tutaj w centrum miasta, spotkałem młodą dziewczynę, która niosła trzy książki „Małe życie", „Szklany klosz” Sylvii Plath i Fiodora Dostojewskiego „Zbrodnię i karę”. I ja tak patrzę, mówię: „Naprawdę chcesz czytać te wszystkie smutne książki?” „Tak”. „Zabieram je na wakacje”.
[03:01:40] - Obecnie wciąż trwa jednak akcja „100 dni promowania literatury na balkonie, na ulicy, w miejscach do tego oczywistych i nieoczywistych”. Uważa pan, że należy wyjść do czytelnika, stanąć z nim twarzą w twarz i w cztery oczy opowiadać, ja bym to tak nazwała, o potrzebie obcowania z literaturą, o korzyściach płynących z faktu czytania.
[03:02:06] - Tak uważam. Stąd ten pomysł na to. Jak wiadomo, są lepsze i gorsze dni z moim wymyślaniem tych rzeczy, bo na co dzień też muszę funkcjonować zarówno w pracy i w domu, żeby tutaj starać się nie zaniedbać niczego, co jest bardzo ważne w moim życiu. Ale myślę, że tak, że po prostu teraz technologia i to, co się dzieje na świecie, mamy ogromne możliwości mówienia o swoich pasjach. Każdy z nas ma w kieszeni taki sprzęt i taką dobrą aptekę, że może coś udostępniać i nagrywać. A jeśli komuś się to nie podoba, no cóż, takie jest życie, prawda? Ja też się spotykam z hejtem w internecie, ale od dłuższego czasu śmieję się myśląc o tym. Ja nie wiem, czemu ludzie budują swoje życie na żalu i na goryczy. To mówię o tym z tego względu, że tak, można o swoich pasjach i jeśli udało się przekonać kogoś do czytania albo stworzyłem dzięki temu z kimś relację, to nie ma większej inwestycji w życiu niż relacje z drugim człowiekiem. To jest najistotniejsze i chyba też fundamentalne w funkcjonowaniu ludzi na całym świecie.
I myślę, że o tym zapomnieliśmy. A teraz okazuje się, że dzięki właśnie nowym technologiom zaczyna się to zmieniać i to jest wspaniałe. Myślę, że trzeba po prostu robić to, co się czuje i pokazywać to innym osobom. Ja naprawdę dzięki tym działaniom, które robię w internecie, poznałem Wielu wspaniałych ludzi. I wielu wspaniałym ludziom też udało mi się pomóc. To działa w dwie strony i nikt nie oczekuje niczego w zamian. I to jest wspaniałe, ale trzeba potrafić i nie bać się z tego korzystać. Dużo też było rozmów na temat tego, czy krytyka literacka jeszcze istnieje. Pytanie złożone. Ja często staram się na nie odpowiedzieć, ale co ja w swoim życiu zrobiłem, żeby kogoś, kto napisał książkę ukarać albo napisać mu coś niedobrego?
Ja mówię: „Stary, super, że napisałeś. Cieszę się”. O tym często zapominamy, ale ja wiem, że media społecznościowe pomimo tego, że mówi się dużo o narracji nienawiści w internecie i tutaj chodzi też o literaturę czy o to, jak się pisze o książkach, że to zacznie się zmieniać. Ci ludzie, którzy są przepełnieni tą goryczą, oni przestaną funkcjonować, bo świat ich nie zaakceptuje. I do tego też są te moje filmy, w których staram się przekazać jak najwięcej pozytywnej energii i życzliwości. Chociaż oczywiście czasem też się łapię na tym, że nie jestem dobrym człowiekiem, ale przynajmniej mam już tą czerwoną lampkę, która mi się zapala. Także czy to jest internet, czy to jest kontakt na ulicy, czy to jest rozmowa o literaturze, to jest, myślę, nieocenione. Uważam, że książka jest też najlepszym prezentem. Nawet jeśli to nie będzie taki autor, który by się pani redaktor spodobał, czy komuś, komu ja polecam tę książkę, to ona zawsze może iść gdzieś dalej. Zrezygnować w ogóle z kupowania w prezencie, sama pani wie czego.
Napojów wyskokowych. Zarówno księgarnia, jak i ten monopolowy znajduje się w zasięgu naszej ręki i myślę, że to zawsze na plus wyjdzie i dla zdrowia, i dla umysłu osoby obdarowanej, i tego, który daje ten prezent.
[03:05:17] - A ja chciałam się jeszcze zapytać, bo mówił pan o krytyce. Wie pan, dzisiaj właściwie każdy może być krytykiem, prawda? Każdy uważa, że ma prawo oceniać. Tak jak pan powiedział, potem niektórzy mają pretensje, że nie tak ocenione, jak należy. Czy odpłatne promowanie literatury sprawia, że w tej masie, która się ukazuje, jest taka szansa i czasem niestety nieodwracalna, że książki wartościowe, bo jednak takich dużo w dzisiejszych czasach nadal powstaje, one gdzieś giną w tym natłoku. Małe wydawnictwa nie mają dużych nakładów na reklamę i dlatego też książki wychodzące z tych oficyn pokazują się, żyją tydzień, dwa, trzy i potem giną. W dzisiejszych czasach to ja myślę, że jednak nie ma takich szans, żeby się samo obroniło to dobre dzieło.
[03:06:11] - Pierwsze pytanie, kiedy tak było, że to dobre, to się samo obroni? Moja odpowiedź jest taka, że nigdy. Znaczy tych współczesnych pisarzy?
[03:06:22] - Tak. W ogóle współczesnych pisarzy, wie pan.
[03:06:30] - To też bardzo złożony problem, bo tutaj pani wspomniała, że nie mają pieniędzy na promocję czy na jakieś rzeczy, żeby to pokazać w taki sposób, w jaki chcą. Ale też pokazuje, że mam na myśli platformę TikTok i pana, który marzył o tym, żeby wydać książkę. Jednak to się udało. Takie rzeczy się dzieją, ale to jest, znowu powtórzę, ciężka praca. To, że autorowi się wydaje, że to jest dobre i to się samo powinno bronić albo komuś z jego bliskiego otoczenia, to jest element tylko dużego fragmentu gry. Jest wydawnictwo Cyranka, które wydaje świetne książki. To jest mała oficyna i dają sobie radę. Może nie jeżdżą Lamborghini, ale mimo wszystko wypracują i potrafią to znaleźć. Wiadomo, że brakuje takich ludzi, którzy Donin Wasowicz, Zlampy, który znalazł Orbitowskiego, Masłowską. Ale czy możemy to w jakiś sposób zatrzymać?
Myślę, że nie, ale myślę, że też pisarze i pisarki za mało przykładają pracy do tego, co robią. Świat jest szybki i konkurencja jest ogromna. I to jest problem, że oni nie potrafią sobie radzić z konkurencją w taki czy inny sposób. Książka zostanie wydana. Nie daj Boże, żeby była wydana przez jakieś komercyjne już wydawnictwo i wtedy nie będzie sukcesu. To często jest tak, że wina jest wszystkich, tylko nie autora. Ja widzę dziewczyny na TikToku czy młodych chłopaków, którzy mówią o książkach w taki sposób, że trudno ich nie kupić. Nikt nie dostaje za to pieniędzy. Jeśli po prostu książka jest zła, ja wiem, że ich jest wiele, także jak do tej osoby trafić? Ale autor, jeśli nie ma pieniędzy na promocję, zawsze może do mnie napisać: „Przepraszam, czy pan to przeczyta?
Nie mam czasu, ale to nie jest zupełnie mój gatunek, ale może napiszę do tego gościa, może jemu to się spodoba”. Wydaje mi się, że autorzy mają znakomite możliwości, tylko ja wiem, że pracują, że powinni napisać, ale mogą też pracować nad swoją marką. Ja mam kolegę serdecznego, który jest pisarzem, Przemek Corso. I on mówi: „Stary, jeżeli ja mam jechać do miejscowości X, gdzie jest 200 mieszkańców, to ja po prostu wsiadam w pociąg i ja tam jadę. Będę mówić o swojej literaturze, bo ktoś mnie zaprosił”. A często jest tak: „Może byśmy zapłacili panu tysiąc złotych honorarium, jakby chciał, hotelu, taksówkę”. To jest cały czas gra o swoje nazwisko i swoje dzieło. Robią to ludzie tacy jak ja, którzy mogą pomóc zarówno komercyjnie czy niekomercyjnie. I to zawsze też z takim dziełem, z którym się zgadzam i mogę się z nim utożsamiać. Ale to trzeba wykonywać ciężką pracę.
Ja codziennie wstaję po godzinie 6:30, odwożę mojego syna do szkoły, idę do pracy. Pracuję tam osiem godzin, czasem pracuję i dwanaście, i piętnaście, jeśli jest taka potrzeba. Nagrywam codziennie film o tym, jakie są wartości po przeczytaniu książek. Staram się jeszcze dobrać coś innego. Dzisiaj montowaliśmy podcast z moimi kolegami tutaj u mnie w domu. Nikomu nie jest łatwo. Na przykład bardzo się cieszę, że występuję teraz drugi raz w telewizji śniadaniowej, gdzie mówię o literaturze. Ale też jest często tak, że książki, które proponuję czy do telewizji, czy do radia Nie zawsze się spotykają z przychylnością osoby, która jest odpowiedzialna za publikację tego programu. To czy ja mam się gniewać, bo ja bym chciał mówić o young adult. Polecam tutaj słuchaczom, jeśli to się uda zmienić.
Jest znakomita osoba, która zajmuje się marketingiem, motywowaniem do działania Gary Vee i to są rzeczy, które on mówi. One są dla nas na początku może niezrozumiałe i trochę trudne. Ciężka praca, hard work. Chcesz wspierać ją, musisz pracować. A czasem możesz pracować 10 lat i z tego też nic nie będzie. W samym projekcie takim, o którym rozmawiamy Wspieraj kulturę, bo to jest projekt, to on się nie składa tylko z tego, że ja napiszę recenzję, że ja polecę książkę. To jest mnóstwo działań dodatkowych i wtedy to daje efekt. Ja tak uważam. To jest moje zdanie, to jest moja recepta. Może się ktoś z tym zgadzać albo nie.
Ja myślę, że ten, kto tego nie robi, to traci swoją szansę. Po pierwsze ciężka praca, a po drugie systematyczność.
[03:10:41] - Teraz takie modne są szybkie pytania i odpowiedzi, więc zabawmy się też w ten sposób.
[03:10:46] - Bardzo proszę.
[03:10:47] - Kiedy ostatnio przeczytał pan książkę tylko i wyłącznie dla swojej własnej przyjemności?
[03:10:53] - Wczoraj.
[03:10:55] - A jaka to była książka? Możemy wiedzieć.
[03:10:56] - Jakub Małek „Sąsiedni kolory”.
[03:10:58] - Którego z polskich pisarzy wymieniłby pan jako pierwszego, gdyby miał pan wskazać najwartościowszego twórcę naszych czasów?
[03:11:08] - Jakub Żulczyk.
[03:11:09] - Jaki rodzaj literatury preferuje Robert Jasiak?
[03:11:13] - To zależy od mojego nastroju. Teraz kończąc rozmowę miałbym chyba ochotę na jakiś ciepły, wakacyjny romans.
[03:11:19] - I pytanie, które muszę zadać, choć wiem, że to tak troszeczkę trąci myszką i to jest lekki obciach, ale nie mogę się oprzeć. Panie Robercie, książka na bezludną wyspę to?
[03:11:32] - To nie jest proste pytanie. Wziąłbym sobie Johna Steinbecka „Grona gniewu”.
[03:11:37] - Państwa i moim gościem był pan Robert Jasiak, niezwykły promotor kultury, a w szczególności literatury, inicjator i pomysłodawca wielu akcji związanych z czytelnictwem, że wymienię tutaj jedynie Kartkowanie rąk nie brudzi, Literackie ulice. Cieszę się, że w literackim tête-à-tête mogliśmy poznać tak wspaniałego promotora, który w dzisiejszych czasach pełni bardzo ważną rolę, pomagając czytelnikom w doborze odpowiedniej lektury. Szukajcie państwo w internecie rolek, podcastów, filmów autorstwa naszego gościa. Te filmy, które nagrywa są na tyle wartościowe, że każdy z państwa będzie mógł skorzystać z podpowiedzi naszego dzisiejszego gościa i myślę, że książki, które państwu poleci będą w państwu wyzwalały wspaniałe wrażenia, emocje, przeżycia estetyczne. Panie Robercie, serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas i życzę, aby pana akcje spotykały się z jak najlepszym odzewem. Tak górnolotnie troszeczkę zakończyłam, ale i idee, które pan propaguje i cele są naprawdę bardzo ważne. Bardzo dobrze, że jest taki facet od literatury, który pomaga ludziom w odnalezieniu tego, co jest chyba nam bardzo potrzebne, czyli więzi przekazywanej za pomocą pisma. Gościem moim i państwa był pan Robert Jasiak. Dziękuję jeszcze raz. Dobranoc panu.
[03:13:14] - Bardzo dziękuję za tą rozmowę, było wspaniale. Dobranoc.
[03:13:16] - Dziękuję bardzo.
[03:13:17] - Pamiętać kartkowanie rąk nie brudzi.
[03:13:19] - Na pewno. I wspierajmy wszyscy literaturę. Dziękuję bardzo. Dobranoc państwu.
[03:13:27] - Czy czegoś państwu w dzisiejszej audycji nie zabrakło? Odpowiedź brzmi tak. Nie było jeszcze recenzarium Ewiwy. To jakoś tak było, że ja w większości audycji recenzarium puszczam gdzieś mocno z przodu. Dzisiaj tak się złożyło, że jesteśmy pod koniec Bibliotekarium, a wjeżdża dopiero recenzarium Ewiwy. Za to tytuł szedni „Noc skorpiona”.
[03:13:58] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Na pewno każdy z was zna Mastertona, jeśli nawet nie z lektury, to ze słyszenia. Jest to niekwestionowany król swoiście pojmowanego horroru, albowiem osadzonego najczęściej w świecie mitów, mitów i legend różnych narodów. Coś, co na początku wydawało się absolutnie wspaniałe, nowatorskie i bardzo ciekawe, z biegiem czasu zaczęło być nieco irytujące. Odwołam się tu już do najlepiej znanej powieści Mastertona „Manitu”, z którego pierwsza część była świetna, druga taka sobie, a pozostałe były po prostu już tylko męznymi popłuczynami. Mimo to Masterton nadal korzysta z tego myku, że tak powiem. To znaczy wykorzystuje odwołania do wierzeń różnych ludów, najchętniej do ludów Ameryki i to niezależnie od części tej Ameryki. Nie inaczej jest w „Nocy skorpiona”. To jego najnowsza książka. Powstała już po wielkiej panice covidowej, co można łatwo poznać po tekście, gdzie są wyraźne wspomnienia o covidzie i zawiera właściwie wszystko, do czego Masterton nas przyzwyczaił.
Tym mimo to jest to powieść w jakiś sposób dobra. Trudno powiedzieć. Może dlatego, że nie ma w niej w sumie nic nowego, a poza tym pozostawia po sobie bardzo nieprzyjemny posmak.
[03:15:39] - Niestety nie można tego inaczej określić. O czymże jest ta książka? Trinity Fox ma bardzo ciężkie życie. Nie ma czasu na realizowanie swoich marzeń, swoich pasji. Od śmierci matki musi opiekować się młodszym rodzeństwem oraz ojcem alkoholikiem, który ma jak najlepsze chęci, ale niestety wszystko topi w alkoholu. Trinity pracuje dla pokątnej firmy sprzątającej, starając się związać jakoś koniec z końcem i w odpowiedni sposób zatroszczyć się o rodzeństwo: zbuntowaną nastolatkę Rosie oraz Brandona będącego w spektrum autyzmu, a więc bardzo trudnego do prowadzenia. Pewnego dnia otrzymuje telefon od przyjaciółki Margo, która zniknęła jej z oczu jakiś czas temu. Spotkanie, o które prosiła dziewczyna, nie dochodzi jednak do skutku, a raczej dochodzi, ale w makabrycznych okolicznościach, bowiem w restauracji Trinity zastaje swoją przyjaciółkę płonącą i już nieżywą. Policja, ku jej zdziwieniu, bagatelizuje sprawę, przypisując Margo samobójstwo. Trinity w to nie wierzy.
Znajduje wsparcie w prywatnym detektywie Nemo Frisbim, byłym policjancie. On również nie wierzy w samobójstwo Margo, a utwierdza go w tym fakt, że koledzy z policji wyraźnie dają mu do zrozumienia, żeby nie wtykał nosa w tę sprawę. Trop prowadzi do rezydencji hollywoodzkiego gwiazdora, gdzie odbywają się huczne zabawy, zamknięte oczywiście dla osób postronnych. Dzieje się tam coś niezwykłego i bardzo niedobrego. Trinity postanawia sprawdzić, czując, że śmierć Margo ma coś wspólnego z tym miejscem. Tam też zostaje zwabiona kelnerka z McDonalda i młoda imigrantka Zuzanna. Złudzona wizją hollywoodzkiej kariery daje się wciągnąć w grę, która nie może skończyć się dobrze ani dla niej, ani też dla wielu innych. „Noc Skorpiona” zawiera właściwie wszystko, co znamy z innych powieści Mastertona. Krew, seks, indiańskich bogów, różne makabry. Mimo to jest po prostu raczej nieprzyjemna niż przerażająca.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy dzisiaj w indiańskiego bożka ożywającego na zlecenie hollywoodzkich gwiazdorów. Natomiast wszyscy dobrze wiemy, że ten świat jest bardzo niebezpieczny dla młodych ludzi, którzy próbują wejść w niego, nie posiadając przy tym żadnych morznych opiekunów. Oczywiście to, co spotyka bohaterów „Nocy Skorpiona” to jest czysta fikcja, ale Hollywood zawiera mnóstwo innych niebezpieczeństw. I właśnie przed nimi Masterton w ten zawoalowany sposób ostrzega. Młodziutkie dziewczęta, prawie dzieci, znalazłszy się w Hollywood, są narażone na wszystko, co najgorsze. Może nie na to, co mamy w „Nocy Skorpiona”, ale na rzeczy naprawdę nie mniej przerażające. To nie jest pierwsza książka, w której Masterton o tym pisze. Widocznie jest bardzo zaangażowany w tę kwestię, być może ze względów osobistych. I warto po prostu o tym pamiętać. Nie tylko tutaj chodzi zresztą o Hollywood.
Każde środowisko gwiazdorskie, w każdym kraju czuje się bezkarne. O ile przestępstwa wobec dzieci dokonywane na przykład przez księży są mocno nagłaśniane i często nawet wyolbrzymiane, o tyle o tych, które się dzieją w środowisku artystycznym, mamy bardzo słabe pojęcie tak naprawdę. A nawet jeżeli coś się przedostaje do opinii publicznej, jest bagatelizowane. Oczywiście nie sądzę, żeby stał za tym jakikolwiek indiański demon. Jednak jest to rzecz bardzo niepokojąca. Tego być nie powinno. Przypadki pedofilii powinny być traktowane z równą surowością, niezależnie od tego, w jakim środowisku się znajduje. Niestety ani się śni, żeby tak było. „Noc Skorpiona” jako literatura jest zaledwie poprawna. Tak to można powiedzieć.
Masterton pisał o wiele lepsze książki. Jeśli idzie o samo wydanie, również można mieć do niego wiele zastrzeżeń. Przede wszystkim bardzo niedbała redakcja. W tekście jest wiele blisko następujących powtórzeń i innych niezręczności. Pewnie redaktorzy doszli do wniosku, że Masterton obroni się sam i wykonali swoją robotę niedbale, na odwal się. Także wiem, że miłośnicy Mastertona oczywiście przeczytają tę książkę. Radziłabym im jednak wypożyczyć ją z biblioteki, bo naprawdę szkoda na nią pieniędzy. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:20:15] - No i na koniec Bibliotekarium 2.0. Czas na audycję o charakterze warsztatowym. Chociaż ja mam zawsze wątpliwości, czy to tak do końca warsztatowe. Raczej są to wspomnienia albo też taki pamiętnik młodej pisarki. Nawiązanie do „Młodej lekarki” jak najbardziej okej. Chodzi o to, że Kamila Ciołko-Borkowska to jest autorka młoda, stażem literackim oraz życiowym. Autorka młoda, która już zdołała nabrać sporo doświadczenia. Ja jestem szczególnie związany z tym doświadczeniem, bo miałem okazję śledzić, niejako na moich oczach rodziła się pisarka, prawdziwa pisarka. I tym chętniej słucham jej audycji wysyłanych z dalekiej Islandii. To wiecie już Państwo, że niniejszym ogłaszam, iż kolejny odcinek „Piszącej z fiordami” właśnie wjeżdża na antenę.
[03:21:25] - Dobry wieczór wszystkim. Zapraszam na kolejne spotkanie z pisarskimi trudnościami i rozterkami. Chciałabym wrócić dziś do tematu, który już wprawdzie przerabialiśmy, ale jest to temat dość istotny i można go wałkować i wałkować bez końca. Otóż wrócimy do samego początku. Może nie do samego początku, bo na samym początku jest pomysł, jest idea, jest wielki szał, show. Chcę napisać, wiem, co będę pisać i po prostu nie ma zmiłuj. Dopiero później przychodzi lekkie ochłonięcie i przejście do następnego kroku, czyli to, o czym teraz chcę z wami porozmawiać. Planowanie. Jak już ustaliliśmy wcześniej, nie raz, nie dwa. Czy trzeba planować?
Można, ale nie trzeba. To jest sprawa zupełnie indywidualna. To jest temat, na który dyskutują wszyscy pisarze, bo każdy z nich ma swoją wersję, odpowiedź na to pytanie i każdy będzie się tego trzymał. I to jest dość dyskusyjny temat. Ja chciałabym z wami dzisiaj porozmawiać o tym, jak zasiąść do planowania. Bo jeśli nie planujemy, to nie trzeba o tym rozmawiać. Po prostu siadamy i piszemy. Chociaż można się troszkę pogubić, jeśli mamy kilka wątków i to leci na żywioł, bez planowania. To wszystko jest dość trudne i skomplikowane. Ale jeśli tak ktoś robi, to przecież ma prawo, nie będziemy mu tego bronić.
Dlatego wrócimy teraz do tych osób, które chciałyby popracować trochę nad tą powieścią, zaplanować ją trochę. Bo to jest, wiecie, jak ze wszystkim w życiu. Jeżeli zaczynamy coś robić i to ma być większe przedsięwzięcie, to dobrze jest je sobie zaplanować, usiąść, rozpisać, gdzie zaczniemy, jakie mamy zasoby, co musimy zdobyć, gdzie to zdobędziemy, jakie musimy poczynić kroki, aby zrealizować poszczególne etapy naszej zaplanowanej aktywności. Na te pytania, o których teraz będę mówić, można odpowiedzieć pisząc z jakimś planem, ale należy na te pytania odpowiedzieć nie pisząc według planu, idąc na tak zwany żywioł. Jeśli planujemy, to dobrze jest usiąść sobie na przykład z kartką i długopisem i sobie zapisać na kartce pytanie i sobie na to pytanie odpowiedzieć. Dobrze jest, jeśli to sobie zapiszemy, bo pisanie książki to nie jest jedno popołudnie. To jest rozwlekły czas, bardzo często długi, bo znam osoby, które piszą książkę na przykład w trzy miesiące. Znam osoby, które piszą kilka lat książkę i to jest wszystko w porządku, bo to nie jest konkurs na to, kto szybciej i kto więcej. Chodzi o to, żeby ta książka miała ręce i nogi. Więc jeśli potrzebujemy więcej czasu, dajmy go sobie i nie poganiajmy się, bo to nie o to chodzi.
Najpierw to pierwsze pytanie. Pierwsze pytanie to: o czym to będzie historia? Co ja chcę w ogóle napisać? Czego będzie dotyczyła ta historia? Taki ogólny zarys. Co to w ogóle będzie za opowieść? Można napisać to tylko jednym zdaniem, bardzo ogólnikowo, ponieważ to jest dopiero początek pracy nad powieścią, nad naszą historią. Bo przy pisaniu opowiadania takie szczegółowe planowanie nie jest aż tak bardzo potrzebne, ponieważ opowiadanie to jest krótka forma pisarska. W krótkiej formie pisarskiej musimy zawrzeć wszystkie elementy tak, żeby to też miało ręce i nogi. Ale w opowiadaniu zawsze łatwiej wyłapać jakieś nieścisłości i błędy.
Więc tutaj jest już więcej pracy autora przy redakcji i przy zastanawianiu się nad tym, ale takie planowanie w szerszym kontekście to już bardziej chyba nie do opowiadania, bo tutaj nie będziemy zastanawiać się tak bardzo nad relacjami i wszystkim tym. W opowiadaniu wystarczy nam tylko pomyśleć, jak to chcemy rozegrać. Przy powieści lepiej jest to sobie rozpisać, bo pisanie powieści jest to czynność, którą rozwlekamy w czasie i dobrze jest mieć coś, do czego będziemy wracać w razie, kiedy coś nam umknie, jakiś taki babol, żeby później nie było, że my tego babola będziemy powielać i będzie, że na przykład na początku nasza bohaterka miała znamię na prawym policzku. Dla przykładu, nie mówię, że to konieczne jest, ale później o tym zapominamy i na przykład to znamię przemieszcza się na ramię. Tak więc dobrze jest pewne szczegóły, które będą według nas istotne, zaplanować już na tym pierwszym etapie, ponieważ im bardziej wiemy, o czym chcemy napisać, im bardziej wiemy, co chcemy napisać, co chcemy przekazać i kim są nasi bohaterowie, co przeszli, co przeżyli, tym bardziej przejrzysta będzie historia, którą napiszemy. Dlatego dobrze jest najpierw poznać tę historię samemu. To jest jak z poznaniem człowieka Im bardziej poznajemy tę drugą osobę, im bardziej poznajemy jego życie, jego zachowania, jakieś zasady, którymi się kieruje w życiu, tym bardziej nawiązujemy z nim wewnętrzną relację albo ewentualnie odsuwamy się od niego, ponieważ jest nam nie po drodze z tym, co on robi, myśli albo coś tam. I podobnie jest z książką, którą piszemy. Jeśli stwierdzimy, że nam po drodze z tym, co chcemy przekazać, z tym, jacy są bohaterowie, jeśli nie wywalamy tego bohatera, domyślamy sobie innego bohatera, to wszystko musi być już, proponuję, żeby to wszystko było już na tym etapie gotowe, bo to jest stawianie fundamentów domu. To jest bardzo istotne, wiedzieć, o czym chcemy napisać.
Myśląc o tym i tworząc ten plan, to jest taki szkic, taki pierwotny, który i tak potem na pewno się zmieni, ponieważ to jest jak w życiu. Planujemy coś tam, ale modyfikujemy ten plan. Modyfikujemy to, co sobie zaplanowaliśmy, ponieważ wiemy, że na przykład dana czynność nie będzie mogła być zrealizowana w danym momencie, ponieważ są jakieś okoliczności, które temu przeszkadzają, które temu nie sprzyjają. Tak samo jest w książce. Cały plan może ulec zmianie i to jest zupełnie normalne. Nie należy panikować, nie należy rozpaczać, że coś jest nie w porządku. Jeśli mamy już to jedno pierwsze zdanie dotyczące tego, co my właściwie chcemy napisać, to tak krótko, czyli na przykład chcę napisać historię o kobiecie, która spotkała miłość swojego życia. Czyli już wiem, że to będzie, powiedzmy, obyczaj. Nie będę patrzeć na to, czy to będzie z jakimiś dodatkami czegoś tam, czy tylko sam obyczaj, czy to będzie romans. Ale powiedzmy, to będzie opowieść o kobiecie, która spotyka swoją miłość.
Dobra, w porządku, idziemy dalej. Następnie musimy mniej więcej wiedzieć, co my chcemy napisać. Tak jak wcześniej powiedziałam, co chcemy zawrzeć w naszej historii, bo to jest dość istotne. Samo blablanie dla blablania to jest mało fajne i żaden czytelnik nie będzie chciał tego czytać, ponieważ jak już wcześniej kiedyś wspominałam kilkukrotnie, nie może być tak, że mamy w książce jakieś jałowe gadanie. Nie ma w książce jałowego blablania. W naszej historii wszystko musi być po coś. Jeśli wspominamy o tym, że nasza bohaterka lubi zupę pomidorową, to to musi być dość istotne, bo to musi nam się przydać na przykład później. Bo powiedzmy, że nasz bohater, ten drugi, ten poboczny, czyli mężczyzna, którego spotkała kobieta, zaprosił ją na obiad do siebie i kupił jej serce tym, że ugotował tą pomidorową taką, jak ona lubi. To była dość istotna informacja na samym początku, którą zawarliśmy i której użyliśmy gdzieś tam w środku, podczas tego spotkania naszych bohaterów. Tak więc nie ma możliwości o tym, że będziemy blableć sobie przez pół rozdziału o czymś i to się zupełnie do niczego nie przyda.
Ale ja już zupełnie odbiegłam od tematu, nad którym miałam dzisiaj sobie rozważać. Skoro już mamy to jedno zdanie, mamy już teraz opis tego, jak to będzie wyglądało tak pi razy oko, tak jak mówiłam, co chcemy zawrzeć w tej historii. Czyli na przykład nasza bohaterka ma lat powiedzmy 55. Jest wdową i postanowiła sobie, że już nigdy nikogo nie pokocha. To jest bardzo częste w życiu. Nie mówię, że nie. Zdarza się. I na przykład ta nasza bohaterka, nazwijmy ją Jola. Jola została wdową, rzuciła wszystko, przeprowadziła się do innego miasta i teraz postanowiła, że ogarnie sobie życie, będzie sama. I teraz co?
W naszym planie mamy taki podpunkt, w którym nasza bohaterka poznaje sąsiadów. Bla, bla, bla. Oczywiście to żadne „bla, bla, bla” nie będzie jałowe. Każde „bla, bla” jest bardzo istotne, czyli jej nawiązywanie relacji. To całe „bla, bla, bla”, o którym teraz mówię, to jest nawiązywanie relacji z otoczeniem, czyli poznawanie nowych ludzi. Nowa praca i takie wszystkie rzeczy, które są normalne podczas rozpoczynania nowego rozdziału w życiu. I poznanie tego mężczyzny, którego pozna, będzie jej sąsiadem. I co następnie? Poczekajcie, niech ja pomyślę dalej, bo to tak w sumie trochę na żywioł idę z tą naszą Jolą. Powiedzmy, że na początku Jola przedstawia się, nawiązują jakąś tam relację i na początku są znajomymi.
Znajomość ta przeradza się później w jakąś tam przyjaźń. Powiedzmy, że bardzo dobrze się ze sobą rozmawia. Jola jednak nie kryje tego, że nie ma ochoty na żadne związki i jest wszystko w porządku. Mamy początek fabuły. Nie ma problemu. Musimy, słuchajcie, bo to jest bardzo ważne. Musimy obmyśleć, kim są nasi bohaterowie. Skoro już mamy mniej więcej wiedzę o tym, kim jest nasza Jola. Już wiemy, jest kobietą po pięćdziesiątce, jest wdową. W sumie nie wiemy, jak wyglądało jej małżeństwo.
Dobrze byłoby tak mniej więcej, przynajmniej w dwóch zdaniach sobie to opracować. Ale skoro nie chce kolejnego związku, nie chce wchodzić w kolejne małżeństwo, to podejrzewam, że tamto małżeństwo było bardzo udane i po prostu kobieta przeżywa aktualnie ciężki okres. Przeżywa żałobę. I co dalej? Czekajcie, niech ja dalej pomyślę co dalej. Musimy w następnym kroku obmyśleć tego sąsiada. Bo to nie będzie tak, że my go tak postawimy przed tą naszą Jolą i cyk, ona się w nim zakocha. Nie, on też musi mieć ręce i nogi. Jego życie, jego cała postać musi być stworzona tak, żeby ich relacja nie miała dziur fabularnych. Ponieważ jeśli napiszemy, że po prostu dogadują się bardzo dobrze, a gdzieś tam w trakcie wyjdzie, że mają zgrzyty.
Zgrzyty są normalne, jak najbardziej. O tych zgrzytach za moment też powiem, ale jeśli w fabule wyjdą zgrzyty, niespójności w jego życiorysie, to czytelnik to wyłapie. Dlatego dobrze jest przynajmniej tak powierzchownie zaplanować sobie przynajmniej to życie dotychczasowe naszych bohaterów, tych głównych, takich główniejszych. Czyli tego głównego bohatera i pobocznych, którzy mają bezpośredni wpływ na naszego bohatera. Bo ci poboczni bohaterowie, którzy wpływ mają na historię niewielki i oni są po to, żeby historia mogła się toczyć dalej, żebyśmy mogli ją jakoś popchnąć, to ich życiorys nie jest aż tak istotny. Możemy sobie mniej więcej go rozplanować, żeby nam było łatwiej pisać, bo jak powiedziałam, im bardziej znamy naszych bohaterów, tym łatwiej jest nam napisać historię. Dla przykładu nazwijmy tego mężczyznę Władkiem. Niech będzie Władek. Jola i Władysław. I dla przykładu powiedzmy, że Władysław też jest wdowcem.
Czemu nie? Władysław na przykład wdowcem jest od 10 lat. Jola, powiedzmy od pół roku. Władysław od 10 lat. Napiszmy, że obydwoje zgadzają się na to, że ich relacja nie przekroczy tego progu przyjaźni. Naprawdę nie wiem, dlaczego akurat teraz wpadł mi do głowy ten przykład z tą obyczajówką, z wątkiem romansowym. Romansowym chyba tak poprawnie będzie. To tak samo przyszło, bo nawet nie miałam żadnego pomysłu podczas planowania tej audycji. Ale niech będzie. Może tak całkiem łatwiej będzie nam nad tym popracować.
To dobrze pokazuje się na relacjach międzyludzkich. To planowanie powieści łatwiej zdecydowanie pokazywać na relacjach międzyludzkich, ponieważ fabuła się kręci dodatkowo, przy okazji. Skoro mamy już naszych bohaterów, mniej więcej mamy rozplanowany ich życiorys, jak wyglądało ich życie wcześniej, dopóki się nie spotkali. Bo to jest dość istotne. Spotykamy ich sobie, bam! Mamy spotkanie, nawiązanie jakiejś relacji, rozkwitnięcie tej relacji. Najpierw jako znajomi, później jako przyjaciele. Bla, bla, bla. Takie z sensem bla, bla, bla. Nie żeby bez sensu.
Przypominam, żeby to nie było bla, bla nie bez sensu. Musimy zaplanować. To jest też dość istotne, ponieważ gdybyśmy tylko napisali, że się spotkali, że wszystko się ładnie rozwinęło i bez żadnych problemów, to czytelnik by tego nie czytał. Musimy dać czytelnikom krew, pot, łzy, trudności, jakieś schodki, drabinę nawet, żeby był jakiś problem, jakiś zgrzyt. Coś, co będzie mocno mierzwiło naszego bohatera czy naszych bohaterów. Jakiś kryzys, jakiś problem, dramat, cokolwiek. Coś, co spowoduje załamanie się naszej sielankowej narracji. To będzie pierwsza taka granica. To bardzo częste jest w romansach, jak zwróciłam uwagę. Jest pięknie, ładnie, pięknie, ładnie, nagle bam!
I się rozstają. To jest taka sztampa. Sztampy się nie bójmy, bo to nie jest tak, że należy unikać jakiejkolwiek sztampy. Nie. Sztampy się nie bójmy, nie bójmy się kalek podczas zajęć, ćwiczeń warsztatowych. Korzystajmy z tego. Ja nie mówię, że nie wolno. Tylko nie możemy zatrzymywać się na tym, że będziemy tego używać cały czas. Musimy to rozwijać, bo jeśli zaczniemy od sztampy, od kalek, od takich rzeczy, które są przewidywalne, od wszystkiego tego, co jest w innych powieściach, w innych historiach. Bo my się musimy tego nauczyć.
Musimy wiedzieć, jak to działa, żeby później móc na podstawie tego zbudować coś zupełnie nowego, coś swojego. Dlatego tego się nie bójmy, tylko nie wysyłajmy tego jako propozycję wydawniczą, bo najprawdopodobniej nikt tego nie zechce wydać, bo to już było tysiące razy. Chyba że zaczniemy sztampę tak samo, ale skończymy to zupełnie inaczej. Proszę bardzo, próbujmy. Ja nie mówię, że nie. Można próbować? Można jak najbardziej. Tylko trzeba się odważyć zrobić na przykład po swojemu, a nie lecieć jak tysiące innych autorów i robić taką samą opowieść. Na czym stanęłam? Aha, tak.
Mamy ten kryzys pierwszy. Pierwszy kryzys mamy przygotowany. Powiedzmy, że co tam się stało między naszą Jolą a jej nowym przyjacielem. Jak on tam się w ogóle nazywał? Czekajcie, muszę sprawdzić, jak on się nazywał, bo zapomniałam. Ja w ogóle mam słabą pamięć do imion i jak sobie nie zapiszę... Właśnie, to jest bardzo ważne. Dla przykładu wam powiem. Pisałam kiedyś opowiadanie i to opowiadanie bodajże w którejś antologii się znalazło. I na początku wszystko w porządku.
Bohaterka ma imię. Bohaterka ma imię jedno i jest jedną postacią, konkretną. W trakcie opowiadania bohaterka zmienia imię i zmienia się jakiś drobny szczegół. Ja to opowiadanie pisałam bodajże przez tydzień chyba, bo ja ogólnie powolno piszę i bardzo dużo rozmyślam nad tym, co piszę. Tak więc opowiadanie leżało sobie na dysku rozebrane i ja wracałam do niego i pisałam. I w międzyczasie, jeśli sobie nie zapiszecie, to skończycie jak ja. Bo jak wysłałam opowiadanie do beta czytelnika mojego, to on mnie zapytał w ogóle, o co chodzi. Dlaczego w ogóle piszę o dwóch różnych kobietach? Bo czytelnik nie załapał, gdzie jest w ogóle jakieś przejście, kto jest bohaterem. Dlatego dobrze jest sobie zapisywać pewne szczegóły, dość istotne, w tym imiona bohaterów, bo jak usiądziecie któregoś razu do pisania po jakiejś dłuższej przerwie, to wam to ucieknie.
A to było tylko krótkie opowiadanie. Short do pięciu tysięcy znaków czy do dziesięciu. I ja się pogubiłam. Dlatego, żeby uczyć się na moich błędach, radzę wam zapisywać gdzieś sobie na przykład na karteczce. Mieć sobie zeszyt jakiś konkretny, tytuł opowiadania czy powieści i bohaterowie, kilka szczegółów o nich. Bo później, o ile to jest tylko opowiadanie, to bardzo łatwo usiąść i poprawić. Ale jeśli to będzie powieść i w międzyczasie się okaże, że wy dla jednej bohaterki daliście trzy różne imiona i ta bohaterka z trzema imionami będzie się przewijać i te imiona się będą plątać, to jest tylko przykład z imieniem, ale jeśli będzie tych baboli więcej, to wy się nie wygrzebiecie spod poprawek. To będzie za duża robota. Dlatego dobrze jest mieć porządek w swoich notatkach czy w tym, jak piszemy. Aczkolwiek jeśli chodzi o porządek, to dla każdego brzmi zupełnie inaczej, bo każdy ma inny system pisania.
Ale porządek należy mieć i należy sobie wszystko tak układać, żeby było dla nas czytelne i żebyśmy mieli zawsze pod ręką dane, które są niezbędne dla nas. To z własnego doświadczenia wam mówię, bo tak jak powiedziałam, przy opowiadaniu jest zdecydowanie łatwiej poprawić babole, bo to jest krótka forma. To zawsze usiądziesz i od deski do deski przeczytasz i każdy babol jest do poprawienia. Przy powieści też każdy babol jest do poprawienia, ale zdecydowanie trudniej poprawiać te babole, kiedy mamy bałagan, bo wtedy nam się wszystko będzie plątać. Tak samo jak imiona czy cechy charakteru, czy cokolwiek innego. Dlatego warto sobie zapisywać gdzieś tam. Kiedyś czytałam takie opowiadanie i autorka, bodajże to była autorka, już teraz nie pamiętam. To było takie większe opowiadanie i autorka wspomniała, że jest tam bohaterka poboczna. To była przyjaciółka głównej bohaterki, która bardzo często używała powiedzonek, które przeinaczała. Przekształcała, łączyła jakieś dwa przysłowia w jedno czy przekręcała znaczenie.
To wszystko było okej przez pierwsze trzy strony, a później jakby nagle ta bohaterka zapomniała o tym i w ogóle tego nie używała. A jeśli już używała jakichś powiedzonek, to były one prawidłowo sformułowane. I to już był błąd. To już był spory błąd, ponieważ jeśli tworzymy bohatera, to powinniśmy to zrobić konsekwentnie od początku do końca. Czyli nie tylko przez trzy strony korzystamy z tego, ale przez całą opowieść. Dlatego jeśli dla przykładu mamy mojego Mariana, który pojawia się w pierwszej części „Przezwykłych przygód nieboszczki Marysi” i w drugiej części, którą aktualnie będziemy wydawać z wydawnictwem, czyli „Gdzie diabeł nie może”. Mamy tam Mariana. No i w pierwszej części moja bohaterka wspominała, że bardzo często Marian używał powiedzonka, że jest już po ptokach. Więc jeśli jej mąż pojawia się w drugiej części, to też powinnam przynajmniej ze trzy razy. Zależy, w jakiej częstotliwości ten mąż się później pojawi w drugiej części.
Ale jeśli on się pojawi tylko pod koniec, to dobrze, żebym ja trzy razy albo przynajmniej dwa użyła tego powiedzenia, żeby to, co ona powiedziała w pierwszej części, było konsekwentne z tym, co pojawia się w drugiej części. Ponieważ nie ma nic gorszego dla czytelnika niż niekonsekwencja w prowadzeniu bohatera. Bo jeśli napiszemy, że był to bohater bardzo strachliwy i nie wychodził nigdy z domu, a w naszej książce pod koniec ratuje świat i ratuje ten świat bez żadnego zastanowienia, bez żadnych wewnętrznych dylematów, bez bijącego serca, bez mokrych dłoni, bez nóg miękkich, drżących kolan. To jest zupełnie niekonsekwentne, ponieważ musimy pokazać to, jak on bardzo się boi, jak on bardzo walczy ze sobą ratując ten świat, wychodząc ze swojego pokoju. Dlatego tak ważna jest ta konsekwencja i trochę ona nam tutaj, ta konsekwencja w tworzeniu daje po łapach bardzo często przy pisaniu książki. Dlatego jest tak bardzo ważne, żeby stworzyć podczas już tego planowania, stworzyć bohatera, który będzie klarowny, jego życie będzie przemyślane, jego życiorys będzie też konsekwentny. Dlatego tak bardzo ważne jest, żeby poznać tego bohatera i żeby wiedzieć, kim on w ogóle jest. Dobra, to skoro już mamy mniej więcej to, o czym chcemy napisać, poznaliśmy bohaterów. Mamy już pierwszy zgrzyt, czyli jakąś na przykład kłótnię o coś tam. Niech to będzie kłótnia, na przykład o kwiatki w ogrodzie.
I tak, pokłócili się i nie będą się odzywać do siebie, bo coś im nie pasowało. Na przykład nasza Jola kupiła psa, bo bardzo chciała mieć przez całe życie psa, ale mąż był alergikiem. Ona przykład. A jej sąsiad, nasz bohater poboczny uważa, że posiadanie psa jest na przykład lekkomyślnością. I się pokłócili. To jest pierwsza taka katastrofa w tych relacjach i musimy jakoś ją rozgryźć. Pokazać, jak to będzie wyglądało. I musimy sobie mniej więcej zaplanować, bo to nie ma sensu planowanie konkretnie każdego rozdziału. Możemy sobie tylko, jeśli ktoś potrzebuje, to proszę bardzo. Ja nie mówię, że nie, ale możemy sobie po prostu zaplanować tylko te katastrofy.
Powiedzmy, że potrzebujemy w książce mieć trzy katastrofy. Trzy jakieś takie schodki, które pokonamy podczas tworzenia fabuły. Ponieważ nic tak nie interesuje czytelnika jak kryzys w historii. Ponieważ on widzi wtedy, co robią bohaterowie, żeby z tym kryzysem coś zrobić, żeby go zażegnać albo go po prostu zostawić i po prostu schować się. Bo ludzie reagują w ten sposób, że się chowają i na przykład życie później w jakiś sposób każe im wychylić się z tej kryjówki. Możemy to też tak pokazać, że na przykład każde z nich postanowiło nie kontynuować tej znajomości po którymś tam kryzysie, po jakiejś tam kłótni czy po czymś tam, ale życie ich ze sobą spotkało przez czysty przypadek, bo na przykład organizowali jakieś spotkanie osiedlowe i zostali oddelegowani jako organizatorzy. Tak dla przykładu. Ja nie mówię, że to tak musi być, ale powiedzmy, że coś takiego. Więc musieli zacząć współpracować razem, chcąc nie chcąc. Powiedzmy, że tam jakoś się wszystkie jakieś czynniki poplątały tak, że nie ma możliwości rezygnowania z prowadzenia tej imprezy.
Dlatego zaplanujmy sobie te kryzysy nawet bez tego, gdzie, w którym momencie konkretnie one muszą mieć miejsce. Raz, dwa, trzy. Taka, taka, taka katastrofa. Jakie są okoliczności i jak je potem mniej więcej rozgryźć, żeby się historia dalej potoczyła? Czyli to wtedy jest takie rozwinięcie fabuły. Bo nic tak nie zagęszcza historii jak kryzys, jak katastrofa. A jeśli to jest historia obyczajowa, to te katastrofy powinny, przynajmniej moim zdaniem mieć charakter, otoczkę z emocji. One powinny działać czytelnikowi na emocjach, żeby ten czytelnik czytał to wszystko z wypiekami na twarzy i żeby czuł, że on uczestniczy w czymś, co jest naprawdę, w czymś, co dzieje się rzeczywiście. Dlatego musimy mu zaserwować konkrety, takie mięcho z masą dodatków. Tylko nie przesadzajmy z tymi dodatkami, bo nic nie może być bezsensowne.
Bo jak zalejemy to mięcho sosem i nic nie będzie widać, to nikt tego nie będzie jadł. Dlatego warto to zrobić. I później jak już mamy te punkty, nie wiem, czy chcecie mieć trzy katastrofy, cztery katastrofy. Za dużo też nie przesadzajmy. Dwie mogą czasem wystarczyć, jeśli będą duże na przykład. I później planujemy zakończenie, czyli w jaki sposób orientują się, że jednak ta przyjaźń to jest za mało i oni chcieliby jednak- Nie wiem, przeżyć resztę życia razem. I to nic, że jedno i drugie miało inne postanowienia, ale dadzą sobie szansę. Może nie ma zbytniego nacisku na to, żeby rozpisywać to na pół zeszytu, czy robić z tego oddzielną książkę. Grunt, żebyście wiedzieli, co z czym się je i gdzie ma wszystko się stykać, żeby tworzyło jedną spójną całość i żeby dało się to później jakoś modyfikować. Bo jeśli ciurkiem spiszemy wszystko po kolei od A do B, od A do Z na przykład, bo to już A, B to niewielka różnica, ale od A do Z spiszemy sobie wszystko ciurkiem, to będziemy mieli później problem ze zmianami w tym planie.
Dlatego warto sobie wszystko wypunktować, rozpisać czytelnie. To jest tylko i wyłącznie moja propozycja. Możecie to sobie zmodyfikować, zmienić albo zupełnie inaczej pójść, w zupełnie inną stronę. W każdym razie dobrze jest wiedzieć, w jakim kierunku to pójdzie. Mniej więcej zaplanować, jak to będzie wyglądało, jakie będą po kolei kroki, którymi będą szły dokonania, którą będą szły relacje i jak będzie wyglądała cała historia. Czy coś jeszcze? Powiedziałam, że warto znać bohaterów i w sumie chyba na tym możemy już skończyć. Jeśli już mamy to, co powiedziałam, jeśli już znamy bohaterów, znamy okoliczności, znamy ich dotychczasowe życie, ich dokonania, ich postawy. Wiemy o nich wszystko. Wiemy wszystko, w jakich okolicznościach się spotkali.
Znamy ich zasady, jakimi się kierują w życiu. Wiemy, w jakim momencie historii będzie miała miejsce jakaś mała katastrofa. Jakimi działaniami będziemy walczyć, żeby wyprowadzić naszych bohaterów z tych kryzysów i w jaki sposób zakończymy, to już w tym momencie możemy postawić kropkę i zabrać się za pisanie. Dobrze jest tak to sobie opisać, żeby móc za każdym razem wrócić do tego. Ja na przykład do każdej mojej książki, mam ich niewiele w sumie, ale do każdej większej historii, którą chcę sobie rozpisać, którą już będę chciała pisać. Bo to w sumie jest tak: planowanie i początek pisania to jest dopiero pierwszy krok. Czasami jest tak, że zaczynamy i później stwierdzamy, że historia jest do niczego i nie kontynuujemy jej. Ewentualnie czekamy na to, aż wpadnie nam do głowy zupełnie inne rozwinięcie czy zupełnie inne zakończenie. I to jest naprawdę dobre. To nie jest najgorsze.
Jeśli nie brniemy później w tę historię. Bo ja do takich historii biorę zeszyt i rozpisuję sobie. Rozpisuję bohaterów, kim są, zostawiam im trochę miejsca później, żeby w razie czego, jak w trakcie pisania wpadną mi do głowy jakieś nowe rzeczy, żeby zostawić miejsce i mieć miejsce na dopisywanie informacji, które będą ważne później w życiu. Czyli jak ma na imię, w jakim jest wieku, jak wyglądało dzieciństwo. Takie rzeczy, które będą istotne później w naszej historii. I mam tych bohaterów, tyle tych kartek mam zostawionych, ilu planuję mieć bohaterów ważniejszych. Tego głównego i tych pobocznych, którzy będą bezpośrednio działać na mojego głównego bohatera. I później, tak jak wspomniałam wcześniej, na każdy z tych elementów, o których wspomniałam, mam oddzielne miejsce w tym zeszycie. Czyli na przykład kilka kartek zostawiam na plan, który ulegnie zmianie, bo on zawsze będzie ulegał mniejszym lub większym modyfikacjom. I to jest jak najbardziej w porządku, bo to nie jest tak, że my przez całe życie idziemy według konkretnego planu, który stworzyliśmy, mając lat 12.
Wszystko ulega zmianom, wszystko ulega modyfikacjom, ponieważ pojawiają się pewne czynniki, które wspomagają te zmiany. To samo jest w pisaniu. Wpadamy na jakiś pomysł, który zupełnie nam modyfikuje albo zmienia plan, który został stworzony. Czyli na przykład później modyfikujemy, zmieniamy plan, jego podpunkty czy nawet miejsca konfliktów, bo na przykład mamy trzy konflikty, ale ten trzeci, który miał być ostatnim, w sumie bardziej pasowałby jako pierwszy konflikt, bo jest najbardziej delikatny, najmniej drastyczny, więc przesuwamy go jako pierwszy. I te pierwsze bum będzie takie delikatne, żeby wzmacniać akcję, wzmacniać i na końcu, żeby było takie największe łubu dubu. To tutaj. I później jeszcze dobrze jest mieć tę akcję mniej więcej sobie rozpisaną. Te podpunkty kryzysowe. Tak pi razy oko. Ja zazwyczaj rozpisuję po jednym, dwoma zdaniami.
Też niedużo. Zostawiam trochę miejsca, żeby potem w razie czego je zmodyfikować. Możemy te sytuacje kryzysowe wywalić A wstawić zupełnie nowe. To też zupełnie wskazane, jak najbardziej możliwe, ponieważ to, co teraz powiem, jest najważniejsze. To jest wasza historia i to jest twoja historia i możesz z nią zrobić wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Jeśli uznasz, że to poprawi jakość, wzbogaci to, w jaki sposób będzie ona wyglądała. Wzbogaci jej działanie na czytelnika. Dlatego nie bój się eksperymentować, nie bój się modyfikować tej książki swojej, tej opowieści. Nie bój się modyfikować planu. Nie bój się sprawdzać, jak będzie wyglądało coś innego.
Powiem ci, że moja książka jest pisana w narracji pierwszoosobowej, ale żeby sprawdzić, jak to będzie wyglądało, pierwszy rozdział pisałam też w narracji trzecioosobowej, przez narratora wszechwiedzącego. I w sumie zdecydowanie lepiej wyglądała ta historia pisana-- bo o tym też trzeba zdecydować na samym początku, czy będziesz pisać w pierwszej osobie, czy będziesz używał narratora wszechwiedzącego. Bo to jest wszystko bardzo istotne i to będzie rzutowało na to, jak ta historia, jak ta opowieść będzie wyglądała później. Ja próbowałam napisać pierwszy rozdział w dwóch wersjach i zdecydowanie wersja z narratorem pierwszoosobowym, czyli że moja bohaterka opowiadała, jak to wyglądało, zdecydowanie poprawiła odbiór tej historii. Nie wiem, jak będzie z drugą częścią. Mam nadzieję, że też się spodoba i że będzie to nie najgorsza książka. Mi się podoba, ale ja jestem autorem, to mi się musi podobać. Dobra, tak patrzę, ile my tu mamy czasu, to ja będę kończyć, bo w sumie nagadałam się o tym planowaniu i myślę, że wyczerpałam już chyba temat. Będziemy mogli skupić się na czymś zupełnie innym. I podziękuję teraz wam za tą obecność, za wspólne rozmyślania na temat planowania powieści i do usłyszenia następnym razem.
Dobranoc.
[04:01:16] - Otóż, proszę państwa, tak jest co tydzień. Bywam zaskoczony, że to już koniec audycji. Podobnie dzisiaj też jestem zaskoczony. Państwo, myślę nie, bo ona już trochę trwa. No tak, ale to dzisiaj koniec. Zdecydowanie koniec. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi podczas spotkania na antenie Radia Paranormalium, czy też na antenie Book Radia. Jestem państwu bardzo zobowiązany, nawet tym wszystkim, którzy byli łaskawi wypisywać różne dziwne rzeczy pod ostatnią audycją. A! Zostawmy ten temat.
Sami państwo wiecie, jak to się działo w zeszłym tygodniu i dlaczego się działo. Dlaczego to ja nie mam pojęcia, mówiąc szczerze. Ale przyjmuję do wiadomości, co nie znaczy, że się z tym zgadzam albo zamierzam się podporządkować.
[04:02:10] - Marku, ja pozwolę sobie zadać, postawić pytanie też takie z gatunku dlaczego. Dlaczego niektórzy komentują materiały, z którymi nie mają zamiaru się zapoznawać?
[04:02:20] - Nie, Marku, jak to mawiali w pewnym filmie, strzeliłeś w sedno tarczy. Bo to jest, proszę państwa, tak: ja zawsze uważałem, że „Bibliotekarium 2.0” to jest audycja dla ludzi o otwartych umysłach, dla ludzi, którzy nie muszą się ze wszystkim zgadzać. Ja też mam szereg rzeczy, z którymi się nie zgadzam, ale naprawdę dawno mi się nie zdarzyło, żebym zabierał głos, obrażał innych ludzi tylko dlatego, że tak chcę i dlatego albo pomimo tego, że nie mam zamiaru zapoznać się albo wysłuchać ich argumentów. To jest, proszę państwa, dla mnie postawa tak idiotyczna, tak piramidalnie głupia, że ja pozwolę sobie nie komentować tego dalej, ponieważ będę się nakręcał i będę wyrzucał z siebie słowa coraz gorsze, coraz mniej parlamentarne. Ja po prostu, wybaczcie państwo, to jest upośledzenie umysłowe zapewne. Nie rozumiem ludzi, którzy polemizują, dyskutują z rzeczami, o których nie mają pojęcia. Bo mówienie, że coś jest głupie w sytuacji, w której nie wie się, czym owo coś jest, pozwólcie państwo, że nie skomentuję albo nie podsumuję, bo to musiałoby być na grubo, a w końcu jest późna godzina, nikt nie chce wysłuchiwać grubych komentarzy. Ja państwu pięknie dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Zapraszam tradycyjnie za tydzień w piątek na kolejne „Bibliotekarium 2.0”. Życzę udanego weekendu, dobrej nocy i do usłyszenia.
[04:04:10] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.