Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowne słuchiwatki, dzisiaj szykuje się bardzo gorący wieczór, bo będzie bardzo gorący wywiad z ciekawym gościem. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Witam państwa pięknie w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Niespodziewanie, jak dla kogo, zrobił się październik. A jak październik, to już definitywnie koniec wakacji. Dzisiejsze Bibliotekarium 2.0 już nie będzie wakacyjne. To znaczy, że się pojawią takie punkty programu, które w wakacje się nie pojawiały. Ale zaczniemy bardzo spokojnie od tradycyjnych polecanek. Dzisiaj wydawnictwo Znak i Wydawnictwo Otwarte. Pierwsza książka, którą chciałem państwu polecić, to „Dom z liści” Marka Z. Danielewskiego. Niech państwa nie zmyli polskobrzmiące nazwisko, bo Mark Z.
Danielewski to jest człowiek anglojęzyczny żyjący za wielką wodą. Ta książka ukazała się w tłumaczeniu Wojciecha Szypuły. To jest książka, chciałoby się powiedzieć cegła. Liczy blisko 800 stron, 792 dokładnie. The Washington Post napisał o tej książce: „To literacka bestia. Olśniewająca”. Zajrzyjmy, cóż to za arcydzieło. Co łączy nagradzanego fotografa, szalonego starca żyjącego w odosobnieniu i byłego pracownika salonu tatuażu? Jeden dom, który ich opętał. Gdy fotograf, Will Navidson, wprowadza się z rodziną do nowego domu, odkrywa dziwną anomalię.
Dom jest większy w środku niż na zewnątrz. Ukryte w ścianach pomieszczenia, kręte korytarze i znikające przejścia nie dają fotografowi spokoju. Szalony starzec, Zampano, tworzy chaotyczną opowieść o tym, co spotkało rodzinę Navidsonów. Stopniowo izoluje się od reszty świata, coraz bardziej pochłonięty swoją narracją. Niebawem umiera. Zostawia jednak po sobie swój literacki labirynt. Odurzony narkotykami Johnny odnajduje notatki zmarłego. Bada tajemnicę Navidsona i domu, który kryje w sobie otchłań. Coraz częściej odnosi wrażenie, że żyje na granicy jawy i snu, opętany przez coś, co czai się w ciemności. To ja jeszcze państwu dorzucę krótki biogram Marka Z.
Danielewskiego. Urodził się w Nowym Jorku. Ze względu na pracę swojego ojca, Tadda Danielewskiego, awangardowego reżysera polskiego pochodzenia, przyszły pisarz mieszkał na prawie wszystkich kontynentach. Gdy ukończył studia na Uniwersytecie Yale, przeprowadził się do Los Angeles, gdzie pracował przy produkcji filmu dokumentalnego o Jacques'u Derridie. Echa tych doświadczeń wybrzmiewają w „Domu z liści”, debiutanckiej powieści Danielewskiego. Pomysł na nią wykiełkował z koncepcji domu, który jest większy w środku niż na zewnątrz. Ukończenie książki zajęło autorowi aż 10 lat. Książki Danielewskiego zostały przetłumaczone na wiele języków. New York Times ogłosił go najważniejszym magiem literackim Ameryki. To, proszę państwa, była pierwsza polecanka, pierwsza książka – „Dom z liści”.
Jej autorem Mark Z. Danielewski, tłumaczył Wojciech Szypuła. Druga książka to „Krzyże z popiołu”. Jej autorem jest Antoine, i tu będą kłopoty z nazwiskiem, Sinoué. Chyba to tak Sinoué. Jakoś tak. Z francuskim zawsze miałem problemy. Tłumaczyła tę książkę Monika Szewc-Osiecka. Le Monde napisał o tej powieści, że łączy w sobie historyczną erudycję, kryminalną fabułę i wspaniałą atmosferę. Ta książka to finalista Nagrody Goncourtów za 2023 rok.
Laureat Polskiej Nagrody Goncourtów 2023. Określa się tę książkę spowiedzią, która wstrząśnie posadami Kościoła. Zobaczmy, co mamy w zapowiedziach. Luty roku pańskiego 1367. Spustoszona czarną śmiercią Francja odradza się do życia, a wraz z nią budzą się dawne demony. Wracają polityczne intrygi i walka o władzę. Przeor klasztoru dominikanów wysyła mnichów Antonina i Roberta po velin – wyjątkowy pergamin, na którym spisać ma swoją spowiedź. Tego bowiem, czego był świadkiem, zwykły papier nie przyjmie. Zaraz po przestąpieniu bram Tuluzy dominikanie wpadają jednak w ręce inkwizytora. Ten stawia Antoninowi ultimatum: albo dostarczy inkwizycji manuskrypt starego zakonnika, albo Robert spłonie na stosie.
Tak rozpoczyna się pojedynek między przeorem a inkwizytorem. Pojedynek, którego stawką jest przyszłość Kościoła. Uwikłany w ich rozgrywkę Antonin spisuje wspomnienia przełożonego. Strona po stronie poznaje historię oblężonej Kaffy, franciszkańskich intryg, polowania na heretyków, niemieckich beginarzy i toczącej Europę plagi. A w sercu tych wszystkich wydarzeń przewija się tajemniczy mistrz Eckhart. To była zapowiedź książki „Krzyże z popiołu”. Czas na książkę trzecią. Tym razem już nie wydawnictwo Znak, Wydawnictwo Otwarte. Autorka Diana Brzezińska. Tytuł „Artystka”.
Nad Szczecinem ponownie zawisły czarne chmury. Miasto zmaga się z kolejnym seryjnym mordercą, który na zawsze pragnie stać się jego częścią. Dobrze wie, co robi, a każdy swój ruch dokładnie planuje. Jest bezlitosny i przekonany, że tworzy prawdziwe dzieła sztuki. Kompozycje składające się z ogromnych murali i zwłok z oskórowanymi czaszkami. Artysta pragnie zostawić po sobie nieśmiertelną sztukę. Chce zostać zapamiętany i zapisać się w historii. Pije sobie z policji, podrzucając ciała ofiar niemal pod same drzwi komisariatu. Do akcji wkraczają doktor Aleksander Lewis i komisarz Agata Skibińska, którzy muszą wykorzystywać całą swoją wiedzę, aby zrozumieć umysł artysty i powstrzymać go, nim stworzy swoje kolejne dzieło. Jednocześnie będą musieli walczyć z narastającą między nimi namiętnością i tajemnicami, które rzucają się cieniem na ich relacje.
Jaką mroczną przeszłość skrywa Aleksander i co łączy go z artystą? To, proszę państwa, była zapowiedź książki Wydawnictwa Otwartego, książki zatytułowanej „Artysta”. Jej autorką jest Diana Brzezińska. To koniec zapowiedzi. A ponieważ minęły wakacje, czas na przez niektórych ulubioną część programu, a przez niektórych niekoniecznie. Zdaję sobie z tego sprawę. Ta część programu to korepetycje filozoficzne. Wracają korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł Adama Groblera „Cała prawda i tylko prawda”. Adam Grobler to profesor, dyrektor Instytutu Filozofii Uniwersytetu Opolskiego i wiceprzewodniczący Komitetu Nauk Filozoficznych Polskiej Akademii Nauk.
Zajmuje się metodologią nauki, teorią poznania, filozofią analityczną i dydaktyką filozofii. W wolnym czasie gra w brydża sportowego. Wdowiec po wtórnym związku, ojciec czwórki dzieci i dziadek, jak na razie pięciorga wnucząt. Mieszka w Krakowie. Tekst „Cała prawda i tylko prawda” ukazał się w czasopiśmie „Filozofuj” w 2016 roku w numerze trzecim dziewiątym. Tekst jest oczywiście dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Dzięki czasopismu „Filozofuj” poznajemy kolejne teksty, które dotykają filozofii, ale jednocześnie są w miarę proste, w miarę przyswajalne przez ludzi, którzy na co dzień filozofią się nie zajmują. Zaczynamy zatem lekturę. Do rabina przyszło dwóch Żydów, aby rozsądził ich spór. Wysłuchał rabin jednego i rzekł: „Masz rację”.
Wysłuchał drugiego i rzekł: „Masz rację”. Wtrącił się trzeci: „Rebe, nie może być tak, że jeden i drugi ma rację”. „Ty też masz rację” – rzekł rabin. Relatywizm kontra absolutyzm. Przyznając rację obu stronom sporu, rabin stanął na stanowisku relatywizmu. Głosi ono, że to, co jest dla jednego prawdą lub dobrem, dla drugiego może być fałszem lub złem i na odwrót. Kwestie dobra i zła zostawmy na boku. Zajmijmy się prawdą. Relatywizm ma ten urok, że nikomu nie wytyka błędów. Każdemu przyznaje nieomylny rozum.
Niemniej, kiedy wszyscy są jednakowo kompetentni, nie ma komu rozstrzygnąć ewentualnej różnicy zdań, a przynajmniej rozsądzić na gruncie rozumu. Gdy zaś argumenty nie mają swej siły, pozostaje nam jedynie siła pięści. Niechętny bijatyce świadek rozprawy przed rabinem opowiada się po stronie absolutyzmu. Prawda jest jedna, leży zatem co najwyżej po jednej stronie. Absolutysta często atakuje relatywizm ulubioną bronią filozofów – sprowadzaniem stanowiska przeciwnika do absurdu. Skoro głosi on, że nie ma prawdy absolutnej, to i jego pogląd nie jest absolutnie prawdziwy. Pogląd przeciwny zaś jest równie prawdziwy. Wbrew przeważającej opinii uważam, że to rozumowanie nie jest skuteczne. Relatywista bowiem, na przykład Peter Unger, chętnie się zgodzi z remisowym rozstrzygnięciem kontrowersji. Według niego relatywizm w starciu z absolutyzmem gra na remis, czemu zresztą nasz rabin przytaknął.
Prawda. Absolutyzm potrzebuje zatem mocniej okopać się na swoich pozycjach. Czyni to zazwyczaj rozwijając określoną teorię prawdy. Weźmy pod uwagę najbardziej klasyczną z nich, z braku miejsca pomijając pozostałe. Tak zwana korespondencyjna teoria prawdy głosi, że zdanie jest prawdziwe, jeśli koresponduje z rzeczywistością, czyli po prostu jej odpowiada. Znaczy to mniej więcej tyle, że rzeczy, o których zdanie mówi, mają takie własności i wchodzą między sobą w takie relacje, jakie im ono przypisuje. Na przykład: Adam jest łysy. To zdanie jest prawdziwe, jeśli rzecz nazwana Adamem ma własność nazwaną przymiotnikiem łysy, zaś Adam jest ojcem Barbary jest prawdziwe, jeśli między rzeczą nazwaną Adamem a rzeczą nazwaną Barbarą zachodzi relacja nazywana ojcostwem. Zdefiniowanie prawdziwości zdań złożonych jest bardziej skomplikowane, ale dzięki biegłości w logice można sobie z nimi nieźle poradzić. Szczegóły znowu pominę.
W takim ujęciu zdanie dla kogoś prawdziwe może być dla kogoś innego fałszywe tylko wtedy, gdy ten inny inaczej posługuje się wrażeniami języka. Na przykład gdy łysym nazywa rudego, a ojcem szwagierkę. Można wręcz- Wtedy powiedzieć, że mówi innym językiem, choć używa tego samego słownictwa. Natomiast w ramach określonej wspólnoty językowej zdania mają dla wszystkich jednakową wartość logiczną. Niestety takie podejście zakłada koncepcję języka, której Ludwig Wittgenstein nadał miano augustyńskiej. Adam dał nazwy wszelkiemu bydłu, ptakom powietrznym i wszelkiemu zwierzęciu polnemu. To był cytat. Dziś wiemy wszakże, że w świecie wciąż odkrywamy nowe rzeczy i sami wciąż nowe rzeczy wytwarzamy. Dlatego na przekór idei korespondencji słowa nie mogą być na stałe przywiązane do rzeczy, a język niekoniecznie jest dopasowany do rzeczywistości. Co więcej, nawet gdyby język nie musiał nadążać za zmienną rzeczywistością, będąc sztywny nie spełniałby swoich zadań.
Ile przedmiotów leży na moim biurku? Butelka z dziubkiem to jeden przedmiot czy dwa? Czy liczyć okruszki ciasteczka? Bokser przed walką zrzucił pięć kilogramów. Czy przed śniadaniem zrzuciłem 300 gramów? Kulę można wpisać w stożek. A jeśli jest to kula bilardowa? Objazd skrzyżowania w przebudowie przedłużył drogę o dwa kilometry. Czy objazd nieprawidłowo zaparkowanego samochodu przedłużył mi drogę o pół metra? Dojeżdżający robotnik w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” śniadanie je na kolację, dzięki czemu rano może zjeść obiad w stołówce i prosto po pracy wracać do domu.
Ilustracje odkrytej przez Hilarego Putnama tezy o względności pojęciowej można zatem mnożyć. Zgodnie z tą tezą fakty są po części ukonstytuowane przez decyzje dotyczące sposobu posługiwania się pojęciami. Zdania zatem nie mogą być absolutnie prawdziwe lub fałszywe. Są prawdziwe lub fałszywe ze względu na określony system pojęć. Choć prawda nie jest już absolutna, nie znaczy to, że jest względna w rozumieniu relatywizmu. Przy ustalonym systemie pojęć o tym, co jest prawdą, decyduje rzeczywistość. Wybór systemu pojęć zależy zaś od potrzeb. Mogę o ułamek sekundy przegrać wyścig, ale nie mogę o ułamek sekundy spóźnić się na wykład. W filmie „Człowiek z M3” Barbara Lasoń była dla doktora Piechockiego przypadkiem medycznym, zanim pomyślał o niej jako o kandydatce na narzeczoną. I tak dalej.
Okazuje się zatem, że w sporze o to, czy prawda jest absolutna, czy względna, prawda to paradoks leży pośrodku. Ciekawe, co na to powiedziałby rabin. To już koniec tego tekstu. Ja tylko przypomnę, że lekturowaliśmy dzisiaj tekst „Cała prawda i tylko prawda” Adama Groblera. Tekst ukazał się w czasopiśmie „Filozofuj” w 2016 roku w numerze trzecim dziewiątym. Tekst był dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Proszę państwa, a teraz czas na niezwykłego gościa. Dzisiejszym gościem w Bibliotekarium 2.0 będzie jasnowidz z Człuchowa. Tak, proszę państwa. Tak, jasnowidz z Człuchowa, Krzysztof Jackowski.
Zanim wysłuchacie państwo wywiadu, ja tylko spieszę z informacją. Wydawca zobowiązał mnie do informacji. Wydawca książki o Krzysztofie Jackowskim. Będzie zresztą o tej książce mowa w samym wywiadzie. Otóż wydawca powiedział mi tak, że do końca roku każdy, kto zakupi książkę z hasłem, które za chwilę podam, będzie miał zniżkę 10 złotych, czyli zapłaci o 10 złotych mniej za książkę. Ta procedura wygląda następująco. Wchodzicie państwo na stronę księgarni internetowej. Podaję adres: ksiazki.bibliotekarium.pl. Te książki oczywiście bez polskich znaków, czyli ksiazki.bibliotekarium.pl. Tam znajdziecie państwo rzeczony tytuł, czyli „Umysł na wolności”.
Klikacie państwo, wchodzicie na stronę do zamówień książki i przy wirtualnym przycisku „Dodaj do koszyka” wpisujecie państwo ilość zamawianych książek. Jedna, dwie, ile państwo sobie wymarzycie. Następnie klikacie państwo drugi przycisk na górze strony. Ten, na którym jest podana cena przed rabatem. Jeszcze tego rabatu nie ma. Pokazuje się okienko, na którym jedna z opcji brzmi „Zobacz koszyk”. Wówczas klikacie państwo w ten przycisk i wchodzicie na nową stronę. Przy przycisku „Dodaj kupon” wpisujecie państwo hasło JASNOWIDZZCZLUCHOWA, najlepiej samymi dużymi wersalikami. Same duże litery. JASNOWIDZZCZLUCHOWA.
Klikacie państwo przycisk i niniejszym zniżka została naliczona, a dalej to już kupujecie według normalnych zasad. Płacicie albo deklarujecie przelew albo płatność i tak dalej. To już wszystko jest tak jak w każdym innym miejscu internetowym, w którym kupuje się książki. Ja tę instrukcję pewno jeszcze państwu powtórzę po wywiadzie. Wiem, że ona jest nudna, ale tym wszystkim, którzy książkę z rabatem chcieliby zakupić, pewno ten mały wykład się przyda. Dlatego teraz już nie nudzę i zapraszam na spotkanie z Krzysztofem Jackowskim. Dzień dobry wieczór państwu. Bibliotekarium 2.0, Book Radio i Radio Paranormalium mają dzisiaj niezwykłego gościa. Tym gościem jest jasnowidz z Człuchowa Krzysztof Jackowski. Dzień dobry wieczór, panie Krzysztofie.
[20:05] - Dzień dobry wieczór.
[20:07] - Panie Krzysztofie, okazja do spotkania jest przednia, ponieważ właśnie ukazała się książka „Umysł na wolności”. Nie ukrywajmy, jest pan głównym bohaterem tej książki. Oczywiście pojawiają się inne nazwiska, ale od razu przypominam sobie moją pierwszą rozmowę ze współautorem tej książki, Krzysztofem Janoszką, kiedy chciałem być kurtuazyjny i powiedziałem, że bardzo gratuluję, że przedstawiciel policji ma taki otwarty umysł i że się interesuje tego rodzaju sprawami. Na co usłyszałem, żebym nie przesadzał, że on tak naprawdę ufa jednemu jasnowidzowi i tym jasnowidzem, który wymyka się wszelkim statystykom, który jest na topie i jest number one i żaden inny mu nie dorównuje, jest właśnie Krzysztof Jackowski.
[21:02] - Daleko posunięte zdania o mnie.
[21:06] - Tak, ale ja chciałbym zapytać. Ta książka narodziła się między innymi dlatego, że jej współautor, a powiem, że jest dwóch autorów, pani Zofia Weaver i pan Krzysztof Janoszka, przedstawiciel policji. I ta książka wzięła się stąd, że w pewnym momencie Krzysztof Janoszka nie mógł znieść takiego dosyć nachalnego najeżdżania policji na to, że „nie, nie, ta współpraca z panem Krzysztofem to ona w ogóle nie miała miejsca i w ogóle to wszystko była rzecz niebyła”, że tak się wyrażę. Otóż pan Krzysztof był przekonany, że to tak nie wygląda, że pana działania, jeśli chodzi o odnajdywanie zaginionych, miały pierwszorzędne znaczenie, jeśli chodzi o niektóre z tych przypadków. Jakby pan to skomentował? Szczególnie tę jakąś taką niechęć policji w pewnym momencie do tego, żeby przyznać, iż rzeczywiście coś na rzeczy jest. Z jednej strony gdzieś tam na szczytach, a z drugiej strony policja bardzo chętnie korzystała z pana usług.
[22:14] - Ja chcę serdecznie najpierw podziękować panu Krzysztofowi Janoszce, też pani Zofii Weaver za tyle trudu. Ja trzymam tą książkę w ręku i jestem pod wrażeniem, bo jej nie czytałem. Wiedziałem, że taka książka się ukazała w Wielkiej Brytanii. Zaraz odpowiem ściśle na to pytanie. Pan Krzysztof Janoszka to jest odważny człowiek, jest policjantem. Wydaje mi się, że nawet na samym początku, kiedy uczył się w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie, to on chyba poniósł pewną karę za dochodzenie do prawdy, ponieważ były pewne sytuacje, o których nie chcę mówić, bo to jeżeli ma mówić, to może mówić pan Krzysztof Janoszka o tym, bo to jego dotyczyło. Ja mu nawet odradzałem swego czasu. Mówiłem: „Panie Krzysztofie, niech pan da sobie spokój”. A on mówi: „Policjant nie może omijać prawdy. Jeżeli widzi jakieś kłamstwo, to jeśli on ominie prawdę, to nie może być policjantem”.
Taka niezwykła prostolinijność tego człowieka mnie zaskoczyła i jego postawa. Jestem zaskoczony, że człowiek potrafił się wyprzeć pewnego swojego spokoju, żeby sprzeciwić się w instytucji, do której należy, pewnym słowom, które uznał za nieprawdziwe i które są nieprawdziwe. Oto ja odpowiem na to pytanie panu. To nieprawda, że policja odżegnuje się, że policja nie chce. W okresie dwudziestolecia, czyli od 1990 roku właściwie do 2010 roku policjantów u mnie w domu było mnóstwo z terenu całej Polski i niektórym nie byłem w stanie pomóc. Niektórym pomogłem. Ale zacząłem policjantów, śledczych, bo widzi pan urzędnik państwowy, policjant, a śledczy, a ktoś, kto prowadzi śledztwo, to są różne osoby. Policjant, który tak jak pan Janoszka nie godzi się z tym, że prowadzi jakąś sprawę i on utknął w tej sprawie. Praca policji to jest praca z niewiadomą. Policjant bazuje na pewnych faktach, ale potem już musi brnąć też w domysłach, żeby wyjaśnić zagadkę.
Coś, co nie jest wiadome, on musi wyjaśnić. I policjant, taki śledczy, który czuje swój zawód i odpowiedzialność tego pójdzie do samego diabła, żeby spróbować tą sprawę wyjaśnić. Może to jest właśnie do samego diabła, ale będzie próbował wszystkiego. Natomiast urzędnik państwowy, policjant musi dbać o dobre imię policji. Wydaje mi się, tu się właśnie zamyka cały proces ten ja a policja. Dlaczego? Dlatego że oczywiście gdybym ja był rzecznikiem prasowym policji w Polsce, no i by jakiś redaktor mnie zapytał, czy istnieją albo czy są jakieś ślady współpracy policji z jasnowidzem. No wie pan co? Gdyby policjant powiedział: „Tak, istnieją takie ślady i istnieją takie dowody”, no to byłoby to jakąś sensacją, ale też było to motywem do ośmiewania policji. Na zasadzie policjant nie potrafi, idzie do wróżki, idzie do jasnowidza.
I tu się koło zamyka. Ja nie mam osobiście pretensji do rzeczników prasowych Komendy Głównej, którzy tak się wypowiadali, że oni tak mówili. Natomiast był czas, kiedy policja wystawiała mi dokumenty, które są zresztą częściowo w tej książce zawarte. I to są dokumenty nie o jakimś tam spotkaniu, dziękujemy za spotkanie, tylko za jakieś wymierne rzeczy, które zrobiłem. I to nie była taka, że- Kiedy gazety zaczęły dopytywać się po latach o mnie policji, wtedy powstał problem, ponieważ policja zaczęła się od tego odżegnywać. Wtedy, wiem to od pracownika Komendy Głównej Policji w Warszawie, który jest moim serdecznym przyjacielem. Wiem, że taki ostry konflikt był, bo ja broniłem swojej osoby, a byłem atakowany, bo policja potrafiła, urzędnicy policyjni potrafili mówić, że ktoś taki jak Jackowski nie istnieje dla nich, że nieznane jest to nazwisko, a wszystko, co Jackowski przedstawia, to jest kłamstwo. To jest nieprawda. Wtedy musiałem siebie bronić, bo jak to? Ja przecież mam dokumenty.
To jest współpraca. To wtedy był nawet zakaz. Dokument policji wysłał zakaz pokwitowywania mi spraw, jakie wyjaśniłem. Dlatego dokumentacja policyjna jest tylko do pewnego okresu. Później legitymuję się tylko materiałami prasowymi, gdzie na przykład w Złotkowie jakieś sprawy wyjaśniłem i jak prasa o tym pisała, to to jest mój dokument, bo policja już nie mogła mi wystawiać takich zaświadczeń. Ale ta współpraca de facto istniała od początku 1990 roku do teraz. Także tutaj się na tym polu nic nie zmieniło.
[27:16] - A to wyjątkowe postępowanie, kiedy policja w dalszym ciągu korzysta z pana usług, ale już nie kwituje. To rzeczywiście powiem, majstersztyk, taki PR-owy troszeczkę ze strony policji.
[27:32] - Proszę pana, to, co mogę powiedzieć z pełną godnością i dumą, to nigdy od policji nie wziąłem pieniędzy za to, co im robiłem. Dlatego, że uważałem, że to jest zaszczyt. Jeżeli policja dawała mi szansę wykazać się w tym jasnowidzeniu i jakoś sprawę pomóc im wyjaśnić albo naprowadzić na jakiś konkretny kierunek, to już uważałem to za wielką satysfakcję, za wielką rzecz, że potraktowano mnie poważnie i te właściwości. Także tutaj, jeżeli ktoś by chciał powiedzieć: „Tak, z naszych podatków policja jasnowidza opłacała”, to nie. Pamiętam sytuację, gdzie byłem zaproszony przez krakowskie Archiwum X i prokuraturę w Krakowie do sprawy skóry oskórowanej studentki, sprawy sprzed ponad 20 lat. Dwie doby to robiłem, to nawet kosztów podróży nie pokrywałem. Wykonywałem tą wizję w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Krakowie na najwyższym piętrze. Tam wtedy miała swoją siedzibę krakowskie Archiwum X. Robiłem to na własny koszt i zawsze miałem satysfakcję, że mogę policji pomóc, że mogę. Chodziło o zjawisko, że zwrócili się do mnie, czyli uznali, że jest sens ze mną rozmawiać.
Przygoda moja, kupę lat, ponad 30 lat i nawet taka książka, takie zwieńczenie tej książki, gdzie książka tutaj mówi o jakichś przypadkach, które są dość szczegółowo opisane. To wiem, bo wiem, że Krzysztof Janoszka był w tych miejscach, rozmawiał z policjantami. Policjanci zechcieli mówić. I nie wiem, jako już stary facet uważam, że warto było to robić i warto było przejść tą drogę. Ona może też otworzy oczy ludziom, bo tutaj, drodzy państwo, tu się do słuchaczy zwracam. Tu nie chodzi, żebyście wy uwierzyli w Jackowskiego czy kogoś innego. Wy właśnie musicie być pod względem parapsychologii bardzo ostrożni, bo ja zawsze mówię tak: jasnowidzem się nie jest, jasnowidzem się bywa. Są momenty, które są spektakularne, ale większość życia mojego w tym jasnowidzeniu to jest cały czas zwątpienie, czy ja to mam, czy to jeszcze mam, czy jeszcze potrafię to robić. Cały czas niepewność. Wydaje mi się, że gdybym był pewny, to nie miałbym już tych właściwości.
To jest cały czas próba dotknięcia pajęczyny tak delikatnie, żeby jej nie zerwać. Ale ważne jest, żebyście wy nie oddali się w ręce wróżek, jasnowidzów, bo ich jest mnóstwo. Wiele osób mówi o jakichś anielskich rzeczach. Trudno udowodnić, zweryfikować. I ci ludzie dobrze sobie z tego żyją. Bo ludzie, którzy szukają w jakimś swoim nieszczęściu jakiejś inności, pójdą do takich ludzi. A ja mówię o rzeczywistej parapsychologii, o rzeczywistym postrzeganiu pozazmysłowym, które jest często brutalne, które szarga mną, które powoduje, że człowiek nie jest sobą. Taki przykład, drodzy państwo, przykład podam państwu, czym jest wizja. Bo jeżeli wy będziecie słuchać wróżki, wróża, jasnowidza, jasnowidzki, która nie osiągnęła nic spektakularnego w sensie dokumentacji rzeczywistej swojej pracy i ona będzie tak rozmawiała z panem teraz w radiu: „Tak, panie redaktorze, jestem wróżką. Wróżę, aury widuję, anioły przywołuję, piorę dusze.
Nie wiem, inne tam rzeczy robię”. To nie ma nic wspólnego z parapsychologią. Parapsychologia, jasnowidzenie to jest obraz taki. To jest autentyczna historia z mojego życia. I drogi słuchaczu, weź pod uwagę aspekt psychologiczny i w pewnym sensie w cudzysłowie nieludzki w stosunku do mnie, jaki zaraz opowiem. Jest sobie wieczór. Tego dnia miałem dużo pracy. Siedziałem przy biurku, odpisywałem na maile. Znużony, gdzieś godzina 18:00. Pomyślałem sobie: koniec na dzisiaj.
Jadę do wnuczki. Jadę do wnuczki do pobliskich Konic. Pogadam z wnuczką, rzadko ją odwiedzam. No i wstałem od biurka. Do żony powiedziałem, że jadę i nagle telefon. Odbieram, a tam odzywa się kobieta w średnim wieku i mówi: „Proszę pana, dzwonię z miejscowości Tryńcza, podkarpackie. Panie Jackowski” — to był okres między świętami, już po świętach Bożego Narodzenia, a te kilka dni do Sylwestra. I to właśnie w tej przerwie między świętami a Sylwestrem. „Panie Jackowski, moja córka wraz z dwiema siostrami od sąsiadów, w tym jedna jest nieletnia, uciekły, bo one chciały na jakiś koncert noworoczny do dużego miasta pojechać. Panie Jackowski, jest zimno, boimy się.
Pełno chuliganów. To młode dziewczyny. Nie wiemy, gdzie pojechały. Chcemy ich szukać, ale nie wiemy gdzie. Czy do Warszawy, czy do Krakowa, czy do Zakopanego, czy może gdzie indziej”. Ja mówię: „Wie pani co? Niech pani przyśle mi na maila szybko zdjęcie córki”. „Dobrze”. No i mówię: „Tyle z wyjazdu mojego do wnuczki”. Dobra.
Po jakichś 10 minutach mail doszedł. Otworzyłem na komputerze maila, patrzę trzy dziewczyny są. Akurat było zdjęcie, gdzie te dwie koleżanki były i ta dziewczyna, córka jej. I tak popatrzyłem na to zdjęcie i myślę sobie: „A jak ja bym w ich wieku, spieprzył z domu, to co bym zrobił? Warszawa”. Dlaczego? Bo tam najlepsze zespoły przyjeżdżają do Warszawy. Dobra, jak one żyją i uciekły, to ja jutro to zrobię. Jadę do wnuczki. Zamknąłem ten komputer.
W sensie proces jasnowidzenia to jest właśnie to coś, że zobaczcie, nie skupiałem się, tylko pomyślałem, gdzie ja bym spieprzył w ich wieku. Do Warszawy, bo tam najlepsze zespoły. Wstałem od biurka, zrobiłem dwa, trzy kroki, doszedłem do stołu i pa, pa, pa. Ja pierdzielę. O co? Jakieś poplątanie, poplątania ciał. Włoski samochód w rzece, ale jechały mostem i od razu jak przejechały most, skręciły w bok drogą polną, która idzie wzdłuż rzeki i zaraz jak wjechali przy tym moście wpadli w poślizg i do rzeki wpadł samochód. Nie żyją. I drogi słuchaczu, od tego momentu zaczyna się dramat, bo to fajnie tak słuchać. Ale teraz się zastanów nad jedną kwestią.
Ty jesteś jasnowidzem. Masz jakąś swoją renomę, ale raptem nie wiesz, czy to jest prawda, czy nie. Bo nawet się nie skupiałeś. Starałeś przy stole i coś takiego się skojarzyło. I teraz uważaj. Masz telefon do matki. Matka oczywiście czeka na informację, w jakim mieście balują ich dzieci. A ty masz powiedzieć, że coś takiego widziałeś. Odważysz się? To graniczy nie z odpowiedzialnością.
To graniczy z szaleństwem. Za każdym razem tak jest, że jak ja mam powiedzieć coś takiego, bo rodzicom to jest koszmar. Ale to jeszcze nie jest największy koszmar. Największy koszmar się dopiero zacznie. Dzwonię. Odbiera kobieta. No i ile dzwonię? Po 20 minutach mniej więcej od pierwszej rozmowy. „I co, panie Jackowski? Coś pan wie?” „Wie pani co?
Ja mam złe przeczucia”. „Poczeka pan. Podam męża”. Ona już nie chciała ze mną rozmawiać. Podała męża. Odezwał się głos bardzo stanowczego faceta. To mnie zbiło z pantałyku, bo no jak to? No ja mam facetowi konkretnemu gdzieś po pierwszych słowach powiedzieć rzecz, której nie jestem pewny i jeszcze rzecz tak tragiczną. I mówię mu: „Wie pan co? Ja zaraz wyślę wam mailem rysunek, jak to widzę.
One z kimś w samochodzie były. To jest mały samochodzik. I one nie żyją. One zjechały z mostu. Wjechały w taką drogę wzdłuż rzeki. Ona jest polna.” A on mówi: „Tak, u nas w Tryńczy jest tak, że jest boczna i ona idzie wzdłuż rzeki do drugiego mostu.” I ja mówię: „I tam na samym początku on wpadł do tej wody.” „Niech pan wyśle mi tą mapę. Co my mamy z tym zrobić?” Ja mówię: „Proszę pana, iść jutro na policję.” Ja zaznaczam, ja nie jestem pewny, mówię. „Dobrze, dobrze, niech pan to wyśle.” Narysowałem to, wysłałem mailem. No i mówię 19:00, jadę jeszcze do wnuczki. Pojechałem.
Pojechałem do wnuczki. Przestałem o tym myśleć. Tam pogadałem z wnuczką. No i wracam do domu. Jest koło 22:00. Ciemno, bo to zima. Z Chojnic do Człuchowa jest 14 kilometrów. Wjeżdżam już do Człuchowa. Tak, wjeżdżam do Człuchowa i telefon. Odbieram.
Znów ta matka się odzywa tej dziewczynki: „Panie Jackowski, my tu z sąsiadami chodzimy. Przy tym ośrodku nic nie widać.” A ja mówię: „Pani, nie chodźcie tam. Jest noc, to nic nie da. Wy idźcie z tym rano na policję.” „No dobrze, dobrze, bo tu nic nie widzimy, nie?” I się rozłączyliśmy. I ja nagle doznałem szoku. Zjechałem na taką wysepkę poboczną, jak autobusy miejskie stają. Zjechałem tam, stanąłem samochodem i dosłownie myślę tak: „Kurwa, coś ty im powiedział? Co ty, kurwa, powiedziałeś? Ty zmieciłeś trzy dziewczyny, a jeszcze może kogoś, bo mówiłeś, że z kimś samochodem jechał. Co ty zrobiłeś?” Dopiero wtedy zrozumiałem wagę odpowiedzialności słów, które powiedziałem tym ludziom.
Dobrze, uspokoiłem się. Dalej dojechałem do domu, postawiłem samochód, wypiłem herbatę, poszedłem spać. To jest właśnie to, że nie da się o jasnowidzeniu mówić: „No i wtedy miałem doznanie. Przyszedł do mnie anioł i poczułam, że to jest anioł miłości.” To nie tak wygląda. Zanim zasnąłem, myśli moje były takie: „One muszą nie żyć. Ja nie mogłem się mylić. One muszą nie żyć.” Ale nie to, że ja im śmierci życzę. Ja się stałem w tym momencie zakładnikiem poczucia przy stole. To, co poczułem, musiałem im powiedzieć. A jak im powiedziałem, stałem się odpowiedzialny za to, co poczułem.
Wizja zrobiła ze mnie zakładnika, złodzieja, bandytę, kłamcę. Tak daleko się bałem, że przed snem myślałem: „Nie, one muszą nie żyć, bo tak mi się pokazało.” Wiecie, jakie to jest straszne? I to nie jest nieludzkie. Ja stałem między wizją a swoją realnością. Na drugi dzień, jak się obudziłem, już byłem spokojniejszy. Gdzieś koło godziny 10:00 rano dzwoni matka tej dziewczynki. Odbieram słuchawkę. „Panie Jackowski, policja nie chciała z nami jechać, ale Wójt Tryńczy był z nami, bo zgłosiliśmy się najpierw do wójta i wójt, pan Ryszard Jędruch pamiętam nazywał się, nazywa się. I wójt Tryńczy z nimi pojechał na komisariat. Tam policja mówiła, że raczej oni mają informację, że one żyją, gdzieś tam są w Polsce.
No ale tu była ta matka i wójt Tryńczy powiedział, że jednak on chce, żeby policja pojechała tam, a jak nie, to on zbierze ludzi z Tryńczy i ludzie tam pójdą. No to policja się tym zgodziła. I właśnie pani dzwoniła do mnie, jak jechała w busie policyjnym z policjantami w to miejsce. I ona mówi: „Panie Jackowski, no jedziemy tam sprawdzić, nie?” I w tym momencie słyszę, że ten policjant mówi: „Pani z tym jasnowidzem rozmawia?” Policjant mówi. Ona mówi tak: „Daj mi pani słuchawkę do niego”. I ona dała. A on mówi: „Pan Jackowski?” Mówi: „Pewny pan jest z tego, co pan tam narysował, czy nie?” Ja mówię: „Proszę pana, nie mam pewności, ale tak poczułem”. A on dokładnie tak w żartach i nie ze złością, ale tak w żartach mówi do mnie: „No, panie Jackowski, jutro ostatni dzień roku. Jak pan nam spierdzieli ten czas przed końcem roku, to ja panu spieprzę czas” — on tak zażartował — „w same Sylwestra, nie?” Ja mówię: „Proszę pana, wolałbym panu spierdzielić ten czas, jak to, żeby miało się to potwierdzić, bo by nie żyły osoby, nie?” No dobrze, tak to mnie uspokoiło. Rozłączyliśmy się.
No i potem minęło następne pół godziny i kobieta dzwoni: „Odgrodzili teren, bo jak tylko pojechaliśmy, widać było darń wyrwaną i widać było, że samochód dachował. Już odgrodzili nas, odsunęli na bok i jakaś tam policja z jakiejś miejscowości ma przyjechać”. Potem oczywiście bardzo głośno, bo to prasa się rozpisywała, Bendygini w telewizji. Ogólnie było pięć ofiar w małym seicento samochodzie. Chłopak bez uprawnień, pijany, młody chłopak z kolegą swoim. Poderwali te dziewczyny sobie w tej Tryńczy. One nigdzie nie uciekły. No i on bez prawa jazdy i lekko podpity, chcąc uniknąć, bo on we wsi obok mieszkał, chcąc uniknąć jakiejś przypadkowej kontroli na drodze, zjechał i bokiem chciał na skróty pojechać do tej wsi. No i niestety wpadł w poślizg tym samochodem. Wpadli do wody i utonęli.
Pięć osób, pięć ciał. Nawet telewizja relacjonowała cały pogrzeb, bo to była bardzo głośna sprawa. Ale to nie koniec koszmaru Jackowskiego. Jackowski w tym momencie triumfował. Moja wizja tak bezsensowna była sensowna. Dwa dni później gazety podają, że rzecznik prasowa, nie pamiętam nazwiska, ale to była pani, kobieta, rzecznik prasowa Komendy Województwa Podkarpackiego zaproponowała, żeby policja korzystała z jakiegokolwiek jasnowidza. Ja najcholera narysowałem, pojechali tam, wyciągnęli zwłoki. I teraz zaprzecza. Niech pan teraz zrozumie, czym to jest i jak na to patrzeć. Na stronie gminy wójt szybkie podziękowania, na przykład: „Szanowni Państwo, w związku z tragicznym zdarzeniem, jakie miało miejsce na terenie naszej gminy, w imieniu własnym oraz rodzin tragicznie zmarłych składam serdeczne podziękowania za zaangażowanie i profesjonalizm podczas niezwykle trudnej akcji poszukiwawczo-wydobywczej.
Podziękowania kieruję do zastępcy podkarpackiego komendanta wojewódzkiego brygadiera” i tutaj wymienia wszystkich. Wdraża do sołtysa też. „Dziękuję służbom medycznym Pogotowia Ratunkowego LCK z Przeworska za nadzór medyczny oraz Stowarzyszeniu Przeworsk Powiat Bezpieczny. Podziękowania kieruję także do Krzysztofa Jackowskiego za udostępnienie mapy, która w dużej mierze przyczyniła się do odnalezienia zaginionych”. To jedynie pan wójt był honorowy i podziękował za to, co on właśnie od samego początku pilotował tą sprawę. To jest ten obraz właśnie, jak to wygląda, jak to wygląda i jak to jest, tak?
[42:03] - Panie Krzysztofie, ja bardzo często spotykam się z takim oto stwierdzeniem: jasnowidzenie jest niemożliwe. Niemożliwe, bo przeszłości już nie ma, przyszłości jeszcze nie ma, jest tylko teraz. A zatem nie można jej przewidywać. Nie można sięgać swoim umysłem gdzieś w przyszłość. To najczęściej mówią tacy racjonaliści tak zwani, którzy sami sobie nadali ten-
[42:32] - Proszę, proszę. A skąd ci ludzie, którzy twierdzą, że przeszłości już nie ma? Skąd oni mają rację? Skąd oni są pewni? Albo skąd oni wiedzą, czym w ogóle jest przyszłość? Ja wychodzę z założenia, że żyję na świecie, gdzie żyło przede mną mnóstwo ludzi wybitnie mądrych, bo w każdym pokoleniu zdarzają się jednostki wybitnie mądre i jakoś te jednostki wybitnie mądre nie są w stanie zrozumieć i wytłumaczyć wszystkim mniej mądrym, dlaczego w ogóle jesteśmy, co to jest nasz byt, nasze jestestwo, nasza jaźń. My mamy to oparte na dogmatach religijnych i na obserwacji nauki, a głównie natury. Ale czy ja mam wierzyć ludziom, że jasnowidzenie jest niemożliwe? To podobnie, jakby usiadł teraz człowiek koło mnie i powiedział: „Panie Jackowski, istnieją tylko te dźwięki w naturze, które słyszymy”. Otóż nieprawda.
Jest to stwierdzone naukowo, że istnieje potężna gama dźwięków, których my nigdy nie usłyszymy w tej formie, jakiej słyszymy. Więc pytanie, czy ja mam głupcowi wierzyć? Proszę pana, nasza egzystencja opiera się na doznaniach uczuciowych i czuciowych. Przecież podstawa naszej cywilizacyjnej egzystencji to miłość. Nie kopulacja, a miłość. Czyli ludzie najczęściej decydują się na dziecko wtedy, kiedy powstaje w nich uczucie miłości. Ale gdyby pan zapytał, nie wiem, psychologa czy takiego właśnie sceptyka, który mówi, że nie istnieje nic oprócz tego, że on jest teraz, czymże jest miłość, to by panu powiedział Miłość to jest taki stan lekkiej nienormalności. Jest sobie facet, wszystko miał pod kontrolą. Zakochał się i traci kontrolę nad rzeczywistością, bo jest szczęśliwy. „Ale to mi się wydaje” – powie nam jeszcze, bo doznał endorfin dodatkowo, oszalał.
Nie, on nie oszalał. Tak jesteśmy zbudowani, żeby czuć. A po co my tworzymy? Po co pan zajmuje się ambitną pracą twórczą? Wydaje pan książki, prowadzi pan radio, inne rzeczy. A po to, proszę pana, że pan w coś wierzy, że pan porusza jakieś tematy i że pan by chciał, żeby też inni coś więcej sobie wyobrażali, żeby ktoś inny usiadł nad zagadnieniem i się nad tym zastanowił. Jeżeli życie jest takie proste, to my powinniśmy się nie zastanawiać i nie marnować w tym krótkim czasie czasu na to, tylko żyć po prostu. Żyć, jak najwięcej wykorzystać z tego życia i koniec. Ale tak nie jest. Żyjemy w jakiejś głębi.
Mnie się coraz częściej wydaje, że żyję, i że właśnie tu żyję w pewnej fikcji, a tak naprawdę przyszedłem tu z rzeczywistości jakiejś genialnej i wrócę do tej rzeczywistości. Dla mnie jest to bardziej sensowne, jak to, że tu mam widzieć głęboki sens tego istnienia. Nie, ten świat jest światem zakłamania. Zobaczcie, drodzy państwo, ja do was mówię i nazywam się jasnowidz, ale ja usprawiedliwiłem swoje jasnowidzenie tym, co zrobiłem. Ja dla was jestem dyskusyjny, ale przyjdzie gwiazda. Na przykład, nikogo się nie czepiam. Pierwszy zgrzyt, który mi na myśl przyszedł. Celebryta, który się nazywa na przykład pan Piróg. Jest taki celebryta. Zajmuje się stylizacją, muzyką i inną rzeczą.
Stał się taki głośny wtedy, jak powiedział w mediach, że jest gejem i Żydem, jakby kogoś miało to boleć. Większość z nas jest ludźmi tolerancyjnymi i każdy człowiek ma prawo być tym, kim chce. Natomiast ci ludzie pokazują nam zewnętrzność i my to w nich celebrujemy. My, podobnie politycy, każdy, bo my mamy w naturze, że każdy z nas chce zasłynąć i każdy z nas chce być zauważony. I to jest cecha naturalna. To jest cecha rozwoju. Tylko głębia. Jaką głębię przedstawiają te osoby? Jaki sens nam dają? Co nam przynoszą?
Okazuje się, że wkroczyliśmy już dawno w świat, gdzie trzeba mieć markowe buty, markowe ubranie, drogie rzeczy. To jest ocena naszego sukcesu. A gdzie głębia? A gdzie twoje wnętrze, twój świat, twoja filozofia? Gdzie na to miejsce? Na to już nie mamy czasu. Wolny czas. Młodzi ludzie penetrują internet, szukają sensacji, szukają pustki często. Nie ma czasu na ich świat, na ich głębię, na zastanowienie się, po cholerę tu jestem. Co będzie, jak mnie tu nie będzie?
Nie ma czasu. Trzeba pędzić. Absolutnie. I to jest moja odpowiedź na pana pytanie. Absolutnie nie interesuje mnie. Nie interesują mnie słowa ludzi, którzy mówią, że czegoś nie ma. Nie interesuje mnie ich płytkość myślenia. Ja mówię to na podstawie tego, że przez ponad 30 lat udowodniłem wielokrotnie, że coś jest. Więc dlaczego mam dyskutować z gościem, który sobie łatwo mówi nic nie ma i idzie na schabowego z kartoflami i z surówką i jest zadowolony z życia? Mnie zdanie takiego człowieka nie interesuje, nawet jeżeli będzie profesorem.
[48:21] - Z tego, co pan mówi, wynika, że zjawisko jasnowidzenia jest czymś naturalnym, czymś, co może nauka tego jeszcze nie zbadała, ale być może kiedyś zbada, a być może nie. W każdym razie, że jest to zjawisko naturalne. Prosząc o potwierdzenie, jednocześnie zapytam, czy szary człowiek ma szansę przynajmniej dotknąć tego zjawiska?
[48:48] - Na pewno tak. Ja mam kontakt z ludźmi. Bardzo często ludzie lgną do mnie. Drodzy państwo, żyjemy w świecie, gdzie nawet słowo „dusza” większość z nas przywłaszczyło sobie. Żyjemy w naturze wcale niepokornie, bo w naszej abstrakcji myślenia potrafimy uduchowić siebie. Wielu z nas wierzy, że mamy duszę. Ale uwaga, my umieramy. Zwierzę zdycha. A jak możemy dać duszę zwierzęciu? Niektóre gatunki z nich zjadamy.
Oczywiście nie nazywamy tego: „Synku, może spróbujesz kawałek świńskiej nogi?” Nie. Mówimy: „Kawałek szyneczki spróbujesz? A może baloniku?” To inaczej się nazywa tylko. Oczywiście świnia nie może mieć duszy według większości ludzi, bo my ją zjadamy. Jak możemy zabijać kogoś, kto ma duszę? To sobie też zawłaszczyliśmy. Wszystko, co żyje, ma duszę. Wszystko, co żyje, jest zdolne odczuwać. To zależy, ile pobudzimy tego odczuwania. Mój pies rozumie wszystko.
Ja z nim gadam. Czy ktoś jest, czy nie ma, ja z Albertem gadam. My jak gdzieś z żoną wyjeżdżamy na pół dnia, a nie chcemy go brać, bo jest za gorąco, żeby się nie męczył, to my musimy grypsem do siebie gadać, bo jak on słyszy, że jedziemy, to muszę z nim wyjść na dwór, żeby się wysusiał. To on już nie idzie. On siada pod samochodem i opór robi i nie chce nigdzie iść. On to wszystko rozumie. Wczoraj byli u nas goście, ja mówię: „Będą goście”. To siedział dwie godziny, jak żona szykowała obiad przy drzwiach, nawąchiwał się. Goście przyszli, to on zawsze głośno szczeka, bo pokazuje, że jest. I zaraz potem powiedział: „Dawo!” i to jest jeszcze zabaweczka, którą wczoraj wziął, bo na samym dole była i przeniósł i koło nich położył.
Pokazuje: „To jest moja zabaweczka, zobaczcie”. On ma umysł małego dziecka, ale on ma czucie. On czuje tęsknotę, czuje przywiązanie, czuje miłość. Wszyscy czujemy. A co ja mam słuchać celebryty albo suchego naukowca, który będzie mówił regułki? Świat polega na tym, żeby szanować te reguły, bo to jest nauka, ale żeby je też zarazem omijać, bo na wiele rzeczy nie mamy odpowiedzi. I co już panu powiem? Nieważne, jak mnie ktoś ocenia. Ważne, że jak ja kiedyś umrę, to zostawiam pewien dylemat. Po to tu i wy między innymi jesteście, bo jestem jakimś dylematem.
Gdybym przez ponad 30 lat mówił głupoty, to byście tu nie byli. Nie zdarzyłoby się wiele innych rzeczy. Janowska by nie napisała książki. Jakaś pani Weaver też by nie napisała książki. Przynajmniej mnie nie ujęła w niej. A tych książek jest dużo. Ja mam pełno książek o mnie napisanych. To nie jest jakaś moja pycha. Ja nawet nie mam czasu się tym szczycić i komu się szczycić. Tylko to jest piękna rzecz, że stałem się inspiracją dla różnych ludzi.
Kiedyś siedzę sobie w domu tak jak dziś i ktoś puka. Przyszły do mnie cztery osoby. Solistka zespołu Hey, Katarzyna Nosowska. Pozdrawiam panią Katarzynę Nosowską. Pani Katarzyna Nosowska wraz ze swoją koleżanką, która śpiewała piosenkę „Bo ten pan i pani są w sobie zakochani”, a też słynny Jaro. On śpiewał taką piosenkę: „Uła, rowery dwa” i jeszcze jeden pan. Oni przyjechali do mnie, chcieli chwilę tu przy tym stole usiąść i ze mną porozmawiać. Czy to nie jest piękne, że osoby, które ambitną muzykę tworzyły i tworzą, przyjechały do mnie? Naprawdę. Czy nie jest piękną rzeczą, że znana pisarka Katarzyna Bonda, która pisze książki kryminalne, uznana, przyjechała tu, pisząc książkę „Czerwony pająk”?
Siedziała tu na tym krześle. Jeżeli pani kiedykolwiek będzie to słyszała, to parasolkę pani zostawiła u nas i ona do dzisiaj jest. Czeka na panią. Cały dzień siedziała i rozmawiała ze mną, bo w tej książce przewija się jasnowidz i ona chciała zrozumieć, jaki jest jasnowidz. Ta kobieta powiedziała tak: „Proszę pana, jadąc tu, miałam różne wyobrażenia, ale nie wiedziałam, że jasnowidz to taki wariat”. Oczywiście poza innym tego znaczeniem. Nawet w książce „Czerwony pająk” w końcówce książki napisała tak: „Krzysztofowi Jackowskiemu wraz z jego piękną małżonką za niesamowite spotkanie. Niech wam się darzy i moc będzie z wami”. To jest satysfakcja. To jest coś pięknego.
A jeszcze jedno. Niech pan zobaczy. To jest książka Izy Michalkiewicz „Zbrodnie prawie doskonałe”. Jeden z głównych w tamtym czasie przedstawicieli krakowskiego Archiwum X mówi w tej książce tak: „Po odejściu Sudera” — Suder to był taki znany policjant w Krakowie, legendarny policjant. „Po odejściu Sudera na emeryturę w 2004 roku z Jackowskim będzie się kontaktował Bogdan Michalec. Byliśmy zaciekawieni jego osobowością, przyznaje policjant. Mieliśmy kontakt bezpośredni przy filmie »Eksperyment jasnowidz« w sprawie Joanny M., która do dziś na stronach Komendy Wojewódzkiej w Tarnowie figuruje jako osoba zaginiona. Profet powąchał jej rzeczy i w jednym momencie pokazał osobowość tych sprawców, co do których ja nie miałem wątpliwości, ale mi to zajęło rok. Zaznaczę, że zawsze na trzy przypadki w jednym może się mylić, że czasem włącza mu się ludzkie przeżywanie, a nie wizja. Jest w tym wszystkim autentyczny i nikogo nie udaje.
Bardzo go cenię” — i teraz proszę ułożyć to zdanie — „Bardzo go cenię. Śledzę jego losy. Czasem czytam o nim nowości i obok Kazika Staszewskiego z Kultu to dla mnie jeden z ciekawszych ludzi żyjących w Polsce”. Czy to nie jest piękne? Kazik, uwielbiam go. Byłem na jego koncercie i mnie człowiek przyrównał do Kazika. Oczywiście w zupełnie innej demonstracji, ale to jest piękne, że ludzie dostrzegli te chaotyczne rzeczy, które dokonałem w życiu, że ludzie to widzą, że widzi to piosenkarz, że widzi to policjant, że widzi to naukowiec. Proszę pana, właśnie teraz, na dniach przyjechał do mnie student z najnowszą pracą. Jest to praca dyplomowa. Wyższa Szkoła Europejska imienia księdza Józefa Tischnera w Krakowie.
Leśniak Rafał, numer albumu K8912. „Psychologiczne dylematy w praktykowaniu jasnowidzenia. Studium przypadku Krzysztofa Jackowskiego, znanego polskiego jasnowidza”. Praca licencjacka na kierunku psychologia coachingu. Praca przygotowana pod kierunkiem doktora Krzysztofa Wrocławka. Kraków, czerwiec 2024 rok. I to jest cała ta praca. Tu jest jakaś część dokumentacji. Praca została wyróżniona dyplomem, który podpisał dziekan Wyższej Szkoły Europejskiej imienia księdza Józefa Tischnera, doktor Anna Treska-Ziwon i rektor Wyższej Szkoły Europejskiej imienia księdza Józefa Tischnera, profesor doktor habilitowany Edward Lęska. Dyplom gratulacyjny.
Składamy serdeczne gratulacje panu Rafałowi Leśniakowi z okazji obrony wyróżniającej się pracy dyplomowej studiów licencjackich w kierunku psychologia w Wyższej Szkole Europejskiej imienia księdza Tischnera. Wierzymy, że pozostanie pan dobrym ambasadorem WSE. Życzymy dalszych sukcesów akademickich, zawodowych i osobistych. Czy to nie jest piękne, że wielu takich studentów pochyliło się nad tym? Wpadło w ogóle na pomysł. Młody człowiek! On mi mówił, jak z nim rozmawiałem tu przy tym stole, że jak zaczął pisać tą pracę i jego profesor, pod którym on to robił, mówił, że to jest bardzo ryzykowne, że zaczął taką tematykę. Ale powiedział, że później, jak była ocena tej pracy, to wszyscy byli zaskoczeni. Nie wiedzieli, że w ogóle to zjawisko ma jakieś dowody. To są rzeczy niezwykłe i ja się cieszę, bo w wieku 61 lat mogę powiedzieć: „Chłopie, dokonałeś czegoś w życiu”.
Nie to, że masz tyle osiągnięć, ale jeszcze to, że zostawiłeś komuś dylemat, że ten ktoś może się zastanawiać, czy jeszcze ciebie nie będzie nad tym. To jest ważne.
[57:24] - Mówi pan o zjawisku jasnowidzenia jako o zjawisku naturalnym. Jedni to mają szczególnie wyeksponowane, tak jak pan, inni w nieco mniejszym stopniu. Moje pytanie dotyczy tego, czy da się wzmocnić w człowieku te uczucia, odczucia jasnowidzenia?
[57:44] - Da się nauczyć tego człowieka, przynajmniej tych podstawowych rzeczy. Natomiast co jest ważne w jasnowidzeniu? Kilka rzeczy, bardzo ważne. Bycie dobrym, ale nie dobrym, bo chcę się uczyć jasnowidzenia i będę dobry. Tylko ta dobroć musi wychodzić z człowieka w sposób naturalny. To znaczy, ja nie oceniam ludzi. Mamy różną gamę znajomych, od ludzi wręcz upadłych, po ludzi wykształconych albo zamożnych. Każdego traktuję tak samo. Uważam, że każdy ma prawo do swojego życia, nawet jeżeli to jest człowiek upadły, poddał się jakiemuś nałogowi i ten nałóg go zżera, niszczy, upada. To dla mnie to jest człowiek i to jest serdeczny mój kolega.
Mam akurat kilku takich kolegów, z którymi rozmawiam nie o ich upadłości, tylko z którymi rozmawiam o ich życiu. Traktuję, że oni mają prawo do takiego życia, bo nie mają z czego się podnieść. Zwierzę, koty na podwórku, mój pies czy inne zwierzaki. Zresztą uczę człowo-ga, jakbym z panem rozmawiał, czy ze swoim synem, czy córką, czy wnuczką, czy wnukiem. Po prostu ja to traktuję wszystko jako jedno. Bo widzi pan, to jest dziwna rzecz. My uważamy, że my jesteśmy najdoskonalsi. Kiedyś, tu jest garaż za oknem na podwórzu, jak zostawimy mu jakieś resztki, czy to chleba, czegoś tam, to z żoną wrzucamy to na ten dach i tam się zlatują ptaki. W ogóle dla mnie to jest zagadkowe, bo jak rzucę kawałek mięsa, to tu są rybitwy. Ptaki nie latają.
Rzucę to mięso, rybitwy, ja nie wiem, z daleka skądś, nie dość, że na tym dachu i jest ich zaraz cała chmara. Kiedyś moja żona do mnie mówi tak: „Wiesz co? Zobacz na te ptaki. Jeżeli jakiś wymiar nieba istnieje, to chyba te ptaki są bardziej w niebie jak my”. I ja jej mówię: „Wiesz co? Muszę ci przyznać rację. One są szczęśliwsze. One się budzą rano i są wolne. Nie ma PIT-u skarbowego, ZUS-u, policji, prawa, polityki wojen. Nic takiego nie ma.
Po prostu żyją, budzą się i są”. A to my. My mamy naturę tego, co wiąże wszystko. Wszystko musi być ułożone, poukładane i związane. Jeżeli jakiegoś gatunku jest za dużo, to trzeba je odstrzelić. To my strzyżemy tą ziemię, tą naturę i stajemy się panami na włościach. Oby sprawiedliwymi, a takimi nie jesteśmy. A czego oczekujemy od ludzi, od młodych ludzi, którzy niedługo, za jakiś czas będą nami w naszym wieku? Niech pan zobaczy internet. To jest nieprawdopodobny wynalazek.
Internet. Ale to jest bardzo niebezpieczny wynalazek. Internet żyje dlatego, że musi być w nim informacja. Im drastyczniejsza albo im mocniejsza, tym bardziej opłatna. Ci, którzy tworzą informację albo którzy żonglują tymi informacjami, szukają informacji chwytliwych. Chwytliwy musi być tytuł. Już sama informacja mniej. To tytuł jest powodem do otworzenia danej strony, a to powoduje zarobek. No właśnie, ale odbiorca też chwyta się za tytuł i nie ocenia głębi najczęściej. I teraz proszę zobaczyć.
I taki młody człowiek czyta informacje takie na przykład z dzisiaj, że gdzieś tam na Alasce jakaś sarna zaprzyjaźniła się z człowiekiem i żyją jak brat z bratem. I tam jest coś opisane na ten temat. A obok jest artykuł, że Izrael zaatakował Liban i wczoraj zginęło, to jest akurat prawdziwa informacja, pół tysiąca ludzi w Libanie, w tym wielu cywili i chyba tam trzydzieści kilka dzieci. Mówię sobie to przed swoimi, a co mnie to obchodzi, jak tam? Co mnie to obchodzi, czy to jest 500 osób, czy to będzie 1500, czy 700 osób? Nie ma to znaczenia. Zachowujemy się tak, jakby nie ustali. Zabójstwo dwóch osób to jest zabójstwo, a zabójstwo tysiąca osób to jest statystyka nic nieznacząca. Tylko my wszystko w życiu odbieramy już jako taką statystykę. Jesteśmy nieczuli, jesteśmy skurwysynami pod tym względem, bo nie szanujemy.
Nawet mało tego, dajemy się nie szanować przez przekaz informacji. Nas nie obchodzi wnętrze. Mało kto z nas szuka wnętrza. Każdy z nas szuka powierzchownego sukcesu. Breakthrough uznania. Nam się wydaje, że jeżeli zostaniemy dostrzeżeni, uznani, to już jest sukces. Jest dla kogoś, kto zrobił coś latami wartościowego. Ale jeżeli ktoś rano wstanie i powie: „Dobra, koniec, mam 34 lata, jestem Żydem i gejem, no i co mi zrobicie?” I on się staje przez to sławny, to oznacza wagę tej sławy. Jaka jest różnica? A gdzie w tym internecie są rozmowy zamiast z Jackowskim, to z profesorem habilitowanym od fizyki, od medycyny, od astronomii, od różnych rzeczy.
Gdzie oni są? Oni się nie klikają, a wiedzą dużo. Ale ludzie to mają w dupę. Tylko to nie jest wina ludzi. To jest wina was, redaktorów, bo ich odurzyliście tego.
[01:03:17] - To ja konsekwentnie zmierzając do celu. Mówił pan o tym, że żeby wzmocnić takie zdolności jasnowidzenia w człowieku, trzeba być dobrym człowiekiem i definicję takiego dobrego człowieka pan już-
[01:03:30] - Dobrym człowiekiem.
[01:03:31] - Podał.
[01:03:32] - Powiem, dlaczego dobrym człowiekiem. Bo po pierwsze, podchodząc do jakiejkolwiek wizji, musi być człowiek wyzbyty ocen. Jeżeli ja wykonywałem niejednokrotnie sprawy na temat morderstwa, to ja nie podchodziłem do zagadnienia w ten sposób, że tu są rzeczy ofiary, a tu są mordercy, morderca zły, ofiara biedna. Nie. Ja to traktowałem jako interakcję. To się wydarzyło. Prawa oceny nie mają znaczenia. Ja muszę odkryć rzeczywistość i zamiany. I teraz uwaga! Żeby poczuć sprawcę, muszę poczuć jego zew.
Zew dowodu. Zew jego morderstwa. A w nim on jest usprawiedliwiony, dlatego, że on musi to jakoś usprawiedliwić, bo inaczej by zwariował z tym czynem, tak? Że go dokonał. Więc każdy z nas wszystko sobie układa. Jest taki specyficzny teraz przykład społeczny. W Stanach Zjednoczonych został skazany na śmierć przystojny mężczyzna. On miał takie tatuaże tutaj buzi, tu końca miał wytatuowanego. On zabił dwie kobiety, które znał. Wpadł.
Był sądzony. Człowiek, który jak psychopata zabił te, bo jedną z tych dziewczyn zabił. Nie tylko, że ją zabił, to jeszcze pojeździł nią, jej własnym autem. Został osądzony na karę śmierci. To emitowała amerykańska telewizja. I teraz jest bardzo wiele filmików, że kobiety nazywają go nieprzyzwoicie przystojnym, bo urodziwy facet, ładny, że się w nim kochają. Są filmiki, sztuczna inteligencja pokazuje, że kobieta robi sobie z nim filmik, że to jest fikcyjny filmik, że ona jest przy nim, że ona go w policzek całuje, że ona go kocha. I jest teraz takie ciekawe społeczne zachowanie i że ludzie nie oceniają tego, co on zrobił i za co został skazany. Tylko za to, że jest nietypową twarzową wytatuowaną, jest przystojny i jest godny pożałowania. Nie liczą się, nie liczy się powód ten rzeczywisty.
Liczy się ta interakcja, która jest w tej chwili. My po prostu przechodzimy w fikcyjny świat, a żeby być jasnowidzem, trzeba zacząć żyć tu, realnie, w tym świecie, w tej rzeczywistości. To nie znaczy, że innych nie ma. Bardzo ciekawa rzecz się dzieje z internetem, bo ja uważam, że jeżeli nic temu nie przeszkodzi, to tworzymy następny świat. Nasz świat zaniknie, ale przeistoczy się w ten świat. Znaczy podstawą cywilizacyjną jest mimo wszystko wiara. Możemy mówić, że o, jesteśmy materialistami. To jest kupy prawda. Ktoś głęboko w sobie wierzy. Dajemy sobie jakąś alternatywę i jest zawsze ten Bóg.
Ale uwaga! Sztuczna inteligencja to jest przyszły Bóg. Tylko uwaga, to jest Bóg, z którym będziesz mógł gadać. Rzeczywistość tam, tam, w tym internecie może być o wiele doskonalszym jak tutaj, bo wszystko, co sobie wymyślimy, możemy tam zrealizować. My już, większość już z nas życie spędza tak: „Aha, mój avatar tam i muszę zapierdalać od rana robić, żeby był atrakcyjny, żeby go wszyscy kochali. A ja się nie liczę. To, że ja na rower nie wsiądę się, bo cały dzień avatara karmię. To kim ja jestem? Nim czy sobą?” To jest strasznie niebezpieczne dla nas. Ludzie niedługo nie będą się zastanawiali, czy istnieje jasnowidzenie, czy istnieje to czy tamto.
Ludzie niedługo będą chcieli tam żyć. Avatar. Jackowskie skody. Tam avatar sobie zrobiłem i mieszkam w innym kraju. Fajnym. A co tutaj ja? No ale dobrze, ja tam w innym to co mam to tutaj idę rano wstaję i wieczorem idę spać, a tu żyję avatarem. Żeby nie ogłupieć w tych czasach trzeba coraz częściej wchodzić w siebie, własną świadomość marzeń czy własnej wyobraźni. Nie możemy zamykać, tylko nią żyć. My mamy genialne instrumenty, żeby stworzyć też takie avatary, jakie tu tworzymy w komputerze, tylko we własnej głowie.
Różnica jest tylko jedna. Tu tworzymy to po to, żeby inni widzieli, a tu tworzymy we własnej głowie to po to, żebyśmy my czuli swoją wartość. Ale ważniejsze jest to, żebyśmy my czuli swoją wartość, bo jeżeli będziemy czuli swoją wartość, to będzie nas stać na genialne rzeczy. I to jest odpowiedź co do jasnowidzenia. Ja jako młody chłopak często się zastanawiałem, czym jest śmierć. I ułożyłem sobie taką regułkę. Ułożyłem tak: gdyby śmierć można było sobie wyobrazić, obliczyć lub jakkolwiek opisać, już by stanowiła coś. Więc śmierć jest paradoksem. Powiem, że inaczej. Nicość.
Nicość jest paradoksem. Jeżeli stwierdzamy, że ona jest, to ona już jest czymś, więc nicości nie może być. Po latach jednak zweryfikowałem tą tezę swoją i uważam, że nicość jak najbardziej może istnieć, bo nawet w naszym wszechświecie, na naszej ziemi nicość może zaistnieć w tym momencie, jeżeli nie będzie żadnego obserwatora. Jeżeli nikt tego nie stwierdzi, to tego nie ma, mimo że jest. Więc uznałem, że ważniejszym jestem ja Jak cała ta ziemia i wszechświat. Bo to ja stwierdzam, że to jest. Jeżeli mnie nie ma, to tego nie ma. Więc natura, kosmos, nieważne, jaki on jest duży, wszystko czerpie ze mnie korzyść, bo ja mówię, że to jest, mimo że tych otchłani nie jestem w stanie zrozumieć, ale ja wiem, że to jest. W świadomości obserwator jest ważniejszy jak rzeczywistość, która nas otacza, bo ja analizuję, ja obserwuję, ja stwierdzam. Bóg.
Bóg ma bardzo ważną korzyść z nas. Gdyby był sam i żył wiecznie, to by się chyba zapłakał, bo by się nic nie działo, żadna interakcja. Gdyby nawet kuleczki z siebie powyrzucał uniwersalne, to on by się pomylił. On byłby sam przez jakiś czas. Ale jeżeli on weźmie kuleczkę energii uniwersalnej, zlepi z gliny pana ciało i wrzuci w głowę swoją energię, to ty się wykształcisz jako osobowość, bo będziesz miał pokusy seksualne, bytowe, materialne, inne. Się wybruzdzisz, wytarzasz, trochę udoskonalisz i jak odejdziesz, to będziesz tą energię boską, ale ty będziesz Waldek, a nie cząstka czystego Boga. Będziesz osobowością. Dlatego jeżeli komuś przychodzi na myśl, że istniejemy dlatego, że natura w bardzo dziwny sposób stworzyła tak skomplikowane organizmy jak organizmy zwierzęce i ludzkie i one mają świadomość, jak daleko posuniętą? Taką, że my możemy w materii tworzyć pamięć, świadomość rzeczy, które przeżywamy. Jeżeli komuś przyjdzie na myśl, że to jest wszystko przypadkowa ewolucja, to gratuluję takiej pomysłowości takiemu komuś i współczuję tak płaskiemu myśleniu.
My jesteśmy twórcami. Świat jest taki, jaki ty jesteś. Wielu ludzi może mieć świat płaski. Mój świat jest światem głębokim i daje możliwość istnienia wszystkiemu, co sensownie pomyślę sobie w głowie.
[01:10:53] - Panie Krzysztofie, pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę.
[01:10:56] - Dziękuję.
[01:10:56] - Przypomnę naszym słuchaczom, że takim punktem wyjścia do tej rozmowy była książka Zofii Weaver i Krzysztofa Janoszki.
[01:11:06] - Zofia Weaver i Krzysztof Janoszka. „Umysł na wolności. Jasnowidzenie. Jasnowidze, policjanci i życie po śmierci”. I drodzy Państwo, ja nawet mnie ręka nie zabolała. Jest mnóstwo egzemplarzy podpisane u mnie w mieszkaniu moim długopisem, część piórem, część długopisem, ale to są moje narzędzia, którymi zapisywałem przez wiele lat wizje i dzisiaj podpisałem się pod tymi książkami. Polecam lekturę. Sam jej nie czytałem, ale na pewno szybko przeczytam. Polecam. Dlaczego?
Dlatego, że pani Zofia Weaver, ja widziałem jeden wywiad z nią, więc nie znam pani pisarki, ale znam Krzysztofa Janoszkę i wiem, że jest to człowiek uczciwy, z zasadami i bezwzględny, jeżeli chodzi o faktografię i prawdę. Dlatego polecam przeczytanie, bo to jest na pewno lektura odmienna od wielu książek z dziedziny parapsychologii, ponieważ ona jest pisana zdroworozsądkowo i właśnie pod kątem, nie boję się użyć tego słowa, naukowym, bo tu są oparte rzeczywiste zdarzenia i są dowody w tej książce w postaci fotografii, dokumentacji ukazane, więc warto jest to przeczytanie, ale też przemyślenia, bo świat nie jest taki prosty, jak się nam wydaje. Dopóki jesteśmy zdrowi, w miarę młodzi, to on jest prosty. Ale uwierzcie mi, każdego człowieka życiu to się potem komplikuje, bo jak zaczyna nas już siły opadać w nas i wiemy i w szoku dochodzimy: „Aha, to już sześćdziesiąt jeden lat. O Boże, to nawet nie półmetek, to dalej”. To wtedy budzą się w nas odwieczne pytania ja, gdzie, po co i co dalej? Czy w ogóle coś dalej? To są pytania zasadnicze, od których nie uciekniemy. Tak jak nie uciekniemy od śmierci.
[01:13:01] - Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:13:03] - Dziękuję.
[01:13:06] - Proszę państwa, obiecałem przed wywiadem, no to wypełnię jeszcze raz tę swoją powinność, czyli podam państwu, jak zdobyć książkę „Umysł na wolności” z dziesięciozłotowym rabatem. Cóż, proszę państwa, wchodzicie państwo na stronę księgarni Bibliotekarium. Już podaję ten adres. Adres brzmi: książki, bez polskich znaków, czyli ksiazki.bibliotekarium.pl. Tam znajdujecie państwo tytuł „Umysł na wolności” i używacie państwo, wchodzicie na stronę, w której książka jest sprzedawana. Tam się pojawia przycisk, wirtualny oczywiście przycisk „Dodaj do koszyka”. Tam wpisujecie państwo ilość zamawianych książek. Jedna, dwie, ile państwo chcecie. Na każdą z nich rabat obowiązuje. Kiedy już państwo wybierzecie ilość książek, klikacie na przycisk, że tyle książek ma być i wchodzicie troszeczkę wyżej.
Na tej samej stronie jest podana, na górze strony jest przycisk, wirtualny znowu, z ceną przed rabatem. Pokazuje się to okienko. Jak naciskacie państwo na tę cenę przed rabatem pojawiają się opcje. Jedna z tych opcji to jest „Zobacz koszyk”. Klikacie państwo w ten przycisk, przenosi państwa na nową stronę. Tam jest takie okienko „Dodaj kupon”. Tam wpisujecie państwo wielkimi literami „JASNOWIDZ Z CZŁUCHOWA” i klikacie przycisk obok. W tym momencie zniżka zostaje naliczona. No, a dalej już państwo dokonujecie zakupu normalnym trybem, tak jak w każdej normalnej księgarni internetowej. Już więcej nie nudzę.
Wiem, że te szczegóły bywają czasami zabójcze, przynajmniej intelektualnie zabójcze. Ale gdybyście państwo zdecydowali się na zakup książki o jasnowidzu z Człuchowa, to ta instrukcja może się państwu przydać. Cóż, to teraz odetchnijmy troszeczkę po tej nudnej instrukcji. Zapraszam państwa na Filmotekarium. A w Filmotekarium, proszę państwa, film, który ja państwu bardzo polecam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:15:32] - Witam, witam. I od razu na samym początku, Marku, wpadamy w pułapkę.
[01:15:37] - Niestety nie da się ukryć, ale ja w tę pułapkę wpadam z dziką i miłą chęcią, ponieważ drugą audycję z rzędu, ja przynajmniej, będę chwalił amerykańskie kino, dlatego że w postaci pułapki dostajemy kino nie silące się na specjalne wielkie odsłony, wielkie obrazy. Dostajemy, moim zdaniem, dobre, rozrywkowe kino, które potrafi trzymać w napięciu. Myślałem, że w kilku miejscach złapałem scenarzystów na ewidentnych niedociągnięciach. I jakież było moje rozczarowanie, kiedy pod koniec filmu okazało się, że mogę sobie w buty wsadzić te swoje przemyślenia, bo scenarzyści przewidzieli, że jest taki zwredny zgred, który się będzie czepiał. I niestety moje ładunki wybuchowe podłożone pod ten film rozbroili jeden po drugim. Kiedy dostaję coś takiego na ekranie, to chociaż z lekką zawiścią, że rozszyfrowali mnie, to jednak jestem zadowolony.
[01:17:03] - Filmem, o którym mówimy, jak się pewnie domyślacie, jest "Trap. Pułapka" po polsku. Film pana Shyamalana. Jak zwał, jak wymawiał, tak wymawiał. Film, w którym wzorem wielu reżyserów i on się pojawia, i to jeszcze z córką się pojawia. Pierwotnie ten film był źródłem bardzo wielu kontrowersji. Jedni powiedzieli, że pójdą na niego z przyjemnością, inni, kiedy się dowiedzieli, o czym on jest, zaczęli troszeczkę mruczeć, zaczęli krytykować. Zaraz powiem, o co chodzi. Pierwotnie to było tak, że "Pułapka. Trap" miał być częścią składanki filmowej w nowej serii Filmotekarium, bo przecież dzisiaj pierwsza odsłona nowej serii.
Wracamy do starszego formatu, że się będą pojawiać odcinki z nowymi, podkreślam, z nowymi filmami, w których będziemy omawiać przynajmniej trzy filmy naraz. Jeżeli to będzie możliwe. Jeżeli nie znajdziemy, to dwa. To będą takie filmy nowe, które się ze sobą jakoś tematycznie łączą. Tematycznie albo w jakiś tam sposób zawsze znajdziemy. Ale kiedy Marek zobaczył "Trap", zobaczył ten film, to mówi: "Zróbmy go oddzielnie". Marku, co cię przekonało do tego, żeby to zrobić? Czym cię ta historia tak bardzo urzekła?
[01:18:24] - Opowieść. Ja to podkreślam od początku istnienia Filmotekarium. Najbardziej w obrazach filmowych panuję i czekam na to. Czekam na opowieść. Na zwartą, logiczną, nieudziwnioną opowieść, w której mamy jasno zarysowanych bohaterów taką kreską, która nie pozostawia wątpliwości, kim kto jest. A w dodatku w tym filmie mamy sytuację dla mnie absurdalną, ale jednak, kiedy w pewnym momencie już orientujemy się, kim jest główny bohater, co tam nawywijał, to w jakimś stopniu, przynajmniej ja, może ja jestem taki paskudny, w jakimś stopniu przynajmniej kibicowałem mu. Tam jest dosyć skomplikowana ta sytuacja. Nie wiem, jak głęboko będziemy państwu ją opowiadać, ale był taki moment, że mu kibicowałem. Oczywiście później to się troszeczkę zmienia, ale powiem tak: kiedy zobaczyłem na minutaż filmu, on nie jest krótki. Ten film trwa prawie dwie godziny, godzina 40 kilka minut.
Mówię sobie: "Rany, to będzie cały czas w tym obiekcie, w tej hali, w której odbywa się koncert jakieś tam gwiazdeczki, to będzie cały czas się tu działo?" I w pewnym momencie mówię sobie: "Tak, chyba tak to będzie. Czy da się utrzymać tempo?" Powiem tak: przewidywania moje nie do końca się sprawdziły, a tempo udaje się utrzymać, praktycznie rzecz biorąc do końca. Są momenty zwolnienia, ale one są niezbędne, bo gdyby cały czas robić kino na takim najwyższym poziomie emocji, to by chyba nie zadziałało. Trzeba te momenty zwolnienia zrobić, a potem jeszcze i jeszcze dołożyć widzowi, żeby nie miał czasu odetchnąć. I powtórzę to, będę to powtarzał jakoś tak maniakalnie dzisiaj. Miałem wrażenie, że scenarzyści i reżyser czytają mi w myślach. To znaczy, kiedy ich łapałem na błędach, według mnie to były błędy, to zaraz, ileś minut później dostawałem odpowiedź i to było troszeczkę tak, jakbym dostał fangę w nos. To znaczy: myślałeś, że jesteśmy naiwni? Nie jesteśmy. I bach!
Żelkowski dostaje, bo mu się wydawało. I ja taką grę z widzem Szpanuje, kiedy scenarzysta trochę bawi się widzem, trochę wkuwa się w jego psychikę. W to, jak śledzi się kino. Taki się mały poczułem, ale to dobrze, to tylko podkręciło mi zabawę.
[01:21:21] - Dobrze, to teraz chyba nieco spoilerowania, bo wydaje mi się Marku, że o tym filmie nie można mówić bez opowiedzenia przynajmniej znacznej części. Także jeżeli ktoś nie chce słuchać, to niech na chwilę zatka uszy, ewentualnie niech wróci do tego odcinka Filmotekarium za jakiś czas, kiedy obejrzy sobie "Trap". Tutaj musimy sobie wymyślić jakąś magiczną muzykę, którą będziemy puszczali w momencie spoilerowania. Czekamy na wasze propozycje, jaki to dźwięk by mógł być. Możliwości są różne, prawda? Od dźwięku przyzywania Zorda przez "Power Rangers", po barkę na przykład albo coś w tym stylu. Piszcie co by wam się podobało, bo myśmy jeszcze nie wymyślili. Ale tak teraz będę spoilerował. Cooper, główny bohater filmu jest seryjnym mordercą, który jest poszukiwany od dawna przez policję. Jest geniuszem zła i zbrodni i szczerze mówiąc to trochę widać już na samym początku, że z tym facetem jest coś nie tak.
[01:22:25] - Ale warto też powiedzieć, że widać, ale nie widać. Już się tłumaczę z tej małej bzdurki, bo zastajemy głównego bohatera, kiedy jedzie z córką na koncert i jest takim tatuśkiem, który się z jednej strony, takie odnosimy wrażenie, usiłuje wkupić w łaski nastolatki, stara się używać jej języka, ona się śmieje z niego. Bo umówmy się, facet, który usiłuje mówić językiem nastolatki, to wypada tak, jak wypada po prostu. Więc mamy z jednej strony takie poczucie, że coś z nim nie w porządku, ale z drugiej strony to jest taki fajny gość, taki fajny tatusiek. I to się po raz pierwszy pojawia w tym filmie i nie ostatni zresztą. Dysonans poznawczy. Już się zamykam.
[01:23:18] - Tak. I my wam ten dysonans popsujemy teraz, bo policja się dowiaduje, że morderca będzie na koncercie. Obstawia więc ten koncert w taki sposób, żeby go wyłowić z tłumu. On się oczywiście orientuje, bo policjanci się zaczynają pojawiać wszędzie i próbuje się z tej hali w jakiś sposób, w zasadzie to za wszelką cenę wydostać i wpada tutaj na szereg niezwykłych pomysłów. Ten film Marku, ja mam takie wrażenie i chyba wielu z was będzie miało podobnie, składa się tak naprawdę z dwóch części. Znaczy ona się nie składa z dwóch części, ale widać, że to są takie dwie odrębne partie. Ta pierwsza część obejmuje właśnie te próby wydostania się z oblężenia. Czyli ten morderca, niczym bohaterowie „Ogniem i mieczem" przedziera się z oblężonego przez policjantów miejsca. Przy czym to nie jest wszystko takie łatwe i takie proste i takie oczywiste. Ostatecznie mu się udaje, ale w jaki sposób?
To już jest robota Shyamalana. Tylko tak. Potem do gry wkracza ta gwiazda pop Lady Raven, prywatnie córka reżysera i rzeczywista, nie wiem, czy gwiazda muzyki, rzeczywista piosenkarka. Tutaj pojawia się pewna sprawa związana z tym, że zaczęto zarzucać Shyamalanowi to, że on w zasadzie mocno tą córkę wypromował, zrobił z niej gwiazdę. W zasadzie pokazał, że ona się na tą gwiazdę nadaje raczej. Tylko że tak. Ona pojawia nam się w drugiej części filmu, kiedy wskutek intryg głównego bohatera trafia do jego domu i tam poznawszy wcześniej prawdę o nim, postanawia interweniować w całą historię i stawia ją na głowie. Tam nam się Marku akcja przenosi do domu mordercy, gdzie na tle życia rodzinnego i tej żony, która też ewidentnie chyba ma z tym Abbotem problem, bo nasz bohater się nazywa Cooper Abbott albo Abbott Cooper, już nie pamiętam. Następuje na tle tego życia rodzinnego, na oczach żony, dzieci wielkie obnażenie tego seryjnego, genialnego mordercy. Ujawnienie, disclosure chciałoby się powiedzieć.
Czy ty też miałeś takie wrażenie, że ten film składa się z dwóch części trochę nierównych pod względem atrakcyjności? Bo najpierw zjadamy tą dobrą część związaną z oblężeniem, a potem zjadamy to mięsko, a potem musimy ziemniaczki dokończyć.
[01:25:54] - Oj mam inne zdanie w tym temacie, jak mawiają niektórzy. Otóż ta druga część ona się może wydawać mniej atrakcyjna, bo jest nieco mniej konfrontacyjna, jeśli chodzi o, w tej pierwszej części próby wydostania się z hali. Wierzcie mi państwo, czasami to jest Meisterstück, jeśli chodzi o scenariusz i realizację. Natomiast druga część może się wydawać mniej atrakcyjna. Natomiast to jest ta część Piotrze, w której scenarzyści załatwiają sprawę tych niedociągnięć scenariuszowych. Bo ja od początku zastanawiałem się, jak to się stało, że ta policja, ja wiem, była pani profilerka, taka doświadczona, która świetnie typowała i tak dalej, ale w jaki sposób ta policja domyśliła się, że on tam będzie na tej hali? To mi się wydawało dęte i trochę głupie, mówiąc szczerze. A my się w drugiej części dowiadujemy, że to się nie odbyło tak prosto, że żona trochę maczała w tym palce. Co więcej, jest jeszcze kilka innych momentów, żeby nie spoilerować do końca, to ich nie będę zdradzał, jest jeszcze w tej drugiej części kilka innych momentów, w których dowiadujemy się, że jeśli nam się wydawało, że w scenariuszu są niedociągnięcia, to nam się wydawało. Dlatego ja nie mam takiego wrażenia, że ta druga część bardzo mocno odstaje.
Ona jest inna w nastroju, nieco bardziej kameralna, bo też wnętrza są takie. Wchodzimy do domu głównego bohatera, a jednocześnie próbujemy dostać się do wnętrza jego umysłu. Dlaczego? Dlatego, że druga część przypomina taki dreszczowiec psychologiczny. Ta rozgrywka pomiędzy gwiazdą pop, którą my na początku, umówmy się, dobrze, nie będę stosował liczby mnogiej, ja traktowałem jako takie głupie dziewczątko, które śpiewa i w ogóle taka jest gwiazda Lady Raven i dobra. Okazuje się, że ta dziewczyna jest inteligentna, a w każdym razie ma tę inteligencję emocjonalną. Jest niezłym, amatorskim, ale jednak psychologiem. Dobrze rozgryza głównego bohatera, co więcej, w sposób dla niego zaskakujący potrafi rozegrać sytuację, wybrnąć z trudnej sytuacji. I to dla mnie było przynajmniej równie emocjonujące, co te wszystkie sceny, powiem państwu, majstersztyk, te sceny w hali, ale ta druga część wydaje mi się, tak jak już tu powiedziałem, inna w nastroju. Dekoracje oczywiste, ale inna troszeczkę w tempie, ale moim zdaniem równie atrakcyjna.
Ja dlatego byłem tak oczarowany tym filmem. Umówmy się, to nie jest film, w którym jakieś głębokie wartości zostaną państwu przekazane. Nie, absolutnie nie. I może i dobrze, że nie. Natomiast jest to film naprawdę z dobrym tempem, z dobrze opowiedzianą historią, spójną historią i nieidącą w takie, wiecie państwo, kino lubi czasami wybrnąć z jakiejś trudnej sytuacji na tej zasadzie: jakoś to się stało tak, że się stało. Tu troszeczkę inaczej rzecz wygląda. Może poza samą końcówką.
[01:29:42] - Ja myślę, że musimy wprowadzić trochę nowości do kolejnego sezonu Filmotekarium, dlatego co jakiś czas będziemy się może odnosić do tego, co ludzie pokroju recenzentów na Filmwebie chcą zobaczyć w filmach, a czego tam tak naprawdę możemy nie znajdować. Ja tutaj się zabawię w takiego interpretatora. Wydaje mi się, że on tutaj trochę pogrywa Shyamalan z nami, bo prezentuje nam tą Lady Raven jako taki wytwór popkultury podobny do tej, co w Polsce była, jak ona się nazywa? Taylor Swift. Pokazuje nam, jak to wygląda, że ona jest taką zimną tak naprawdę artystką, która liczy tylko na hajs, bo oprócz tego, że śpiewa te badziewne piosenki i organizuje sobie jakieś tam skandale, którymi żyją tabloidy, to jeszcze sprzedaje dosłownie wszystko tym nastolatkom. A tutaj nam Shyamalan pokazuje, że ona jednak mądrzejsza jest, że to nie jest takie wszystko proste, że za tym wszystkim stoi też czasami intelekt. A przypadkiem to jest jego córka zupełnie, tak że tak to wygląda. Kolejna rzecz, o której troszeczkę zapomniałem, mówiąc o tej pierwszej części filmu, kiedy on się próbuje wydostać z hali, to mi się Marku podobało, że tam w pewnym momencie zaczynamy z nim naprawdę, z facetem, który jest zły, ale my nie wiemy tak do końca, co on zrobił. Dopiero potem poznajemy jego mroczną stronę. My się tam nawet trochę zaczynamy nie tyle utożsamiać, co myśleć, jak byśmy zwiali z takiego miejsca.
I zobacz, że to wszystko, chociaż wydaje się absolutnie momentami absurdalne, to tak naprawdę człowiek w sposób tak bardzo przyparty do muru jak on chwytałby się dosłownie wszystkiego. I to, jak on załatwia te sprawy, jak on próbuje się wyślizgnąć z miejsca, z którego nie ma ucieczki, to jest tak naprawdę trochę rzeczywiste. Bo jeżeli nie możesz skądś uciec, jeżeli nie możesz skłamać, jeżeli się nie możesz wyłgać, jeżeli nie możesz się przecisnąć gdzieś, to się uciekasz tak naprawdę do ostatniej deski ratunku, nawet najbardziej absurdalnej, ale jednak takiej, która może się okazać tą, jaka cię wyciągnie z tej nieszczęsnej sytuacji, w której się znalazłeś. Trap, jak to bywa z wieloma filmami Shyamalana, jest bardzo atrakcyjny. Wartki, przynajmniej momentami, ale jednak porywa. Nie jest to oczywiście, jak Marek powiedział, dzieło bardzo głębokie. Służy przede wszystkim rozrywce, ale też nie takiej pustej. To nie jest jakaś tam badziewna komedia. Widza się tam zaskakuje. Trzyma się tego widza w napięciu w zasadzie do samego końca, bo koniec też jest otwarty.
Zakończenie jest otwarte. Nie jest to kino artystyczne. Zapomnijcie o tym. I chyba nie pamiętali też o tym ci, którzy pisali, że to takie jakieś dziadostwo jest, że Shyamalan to inne rzeczy kręci i tak dalej. To się dobrze ogląda. Na tyle dobrze, że ewentualne refleksje nam przychodzą dopiero potem, a może nawet po paru dniach. Czy w tym filmie są jakieś minusy? Pewnie jakby tak na upartego, jakby się trzy razy obejrzało, to by pewnie znalazł te minusy. Mojej żonie się ten film bardzo podobał i mówi, że chętnie by go obejrzała. To jak będzie oglądać, to ja rzucę okiem i powiem może kiedyś, czy takie minusy znalazłem, bo Shyamalana filmy pewnie nam się jeszcze w Filmotekarium pojawią.
Ale wspomniałeś o tym braku logiki czy niedociągnięciach w scenariuszu. W jego filmach jest tak, że Element zaskoczenia czy niesamowitości danej sytuacji często może być brany właśnie za brak ciągłości w scenariuszu. Tutaj niektóre elementy, szczególnie o czym wspomniałem przed chwilą, te kiedy Abbott oszukuje, byle się tylko wydostać, mogą się wydawać naiwne, ale myślę, że to jest taka poetyka tego filmu. Druga sprawa, pamiętajmy, to nie jest kryminał. To nie jest kryminał. To jest film o mordercy, ale to nie jest kryminał. To też nie jest komedia. To też nie jest horror wbrew wszystkiemu, jak się ten film często klasyfikuje. Natomiast jakbym miał się czepiać, nie do końca mi się podobały te przedłużone sceny muzyczne, bo tam dużą część tej pierwszej części, jakby nie powiedzieć, stanowi występ artystki. On nie jest elementem filmu, nie dzieje się gdzieś obok.
To nie jest tak, że oglądamy jej koncert, koncert wyimaginowanej gwiazdy, ale jednak. Stąd pewnie się pojawiło tak wiele komentarzy, że ten film to jest promocja córki Shyamalana, która jest aspirującą dopiero piosenkarką i tak dalej. Czy tak jest? Nie wiem, jak to odebrałeś Marku, bo ja jej nie znałem wcześniej i tak naprawdę przez jakiś czas myślałem, dopóki tego nie przeczytałem, że to jest jakaś aktorka, może trochę podobna do niego, ale nie ma z nim nic wspólnego. Czy to zmienia coś w moim odbiorze tego filmu? Chyba niewiele.
[01:34:47] - Ja powiem tak, że artystka nie przeszkadzała mi w odbiorze filmu, bo owszem, te sceny, kiedy ona tam sobie występuje i gdzieś tam piszczy na tej scenie, owszem, one się toczą, ale jednocześnie warto zwrócić uwagę, że one są w tle, bo w tym samym czasie główny bohater podejmuje różnego rodzaju działania. I znowu ktoś może powiedzieć, że te działania ocierają się o próg niemożliwości, ale ja sobie przypomniałem, że ja znam przynajmniej dwóch takich ludzi jak główny bohater. Nie sądzę, żeby ci moi znajomi byli seryjnymi mordercami. Natomiast co tych moich znajomych zbliża do głównej postaci? Mianowicie to, że działania, które podejmują w życiu, czasami ryzykowne, dotyczące, że coś załatwią, że coś im się uda i im się to udaje. Ktoś by powiedział: "Nie, tego się nie da załatwić". On to oczywiście załatwia, bo główny bohater, warto to powiedzieć, ma w sobie i to nawet jest zauważone przez kilka postaci filmowych, ma w sobie coś takiego na pierwszy rzut oka fajnego, że on kiedy tam pomaga, bo się coś złego stało. To jest taki równy gość, który jak trzeba to pomoże. W ogóle warto powiedzieć, że nasz bohater jest strażakiem, człowiekiem, który nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w ogóle na świecie ten zawód, ta misja to jest misja, która jest szanowana i on wpisuje się w ten obraz. To jest równy gość, który pomaga ludziom, który jednocześnie potrafi tak manipulować innymi, że jego córka zostaje zaproszona na scenę, bo mu na tym zależy.
On to załatwia. Załatwia rzecz, wydawałoby się, niemożliwą do załatwienia, ale on wie, jak to zrobić. Ktoś powie: "To bardzo wydumane". I tak, i nie. Wierzcie mi państwo, że kiedy oglądałem ten film, to ja przywoływałem sobie obrazy tych moich dwóch znajomych i byłem przekonany, że oni coś takiego również by załatwili. Nie wiem, czy wymyśliliby podobną historię, nie wiem, czy w taki sposób, ale oni by też to załatwili, jakby im bardzo zależało. A tu głównemu bohaterowi bardzo zależy, bo wie, że musi się ratować. Trochę posługuje się tą swoją córką, ale jednocześnie nie przekracza pewnych granic. On się nią posługuje. On nawet mówi jednemu z członków ekipy owej gwiazdy obecnemu na sali, a jednocześnie spokrewnionego z tą gwiazdą, mówi o tym, że córka jest ciężko chora.
Nie jest ciężko chora, ale to już odpowiednio działa. I to wszystko te mechanizmy bardzo mi się podobały, mechanizmy manipulacji, którą stosuje główny bohater, bo on ewidentnie przez długi czas udaje mu się manipulować różnymi osobami. Czy to jest sprzedawca koszulek, czy to są nawet ludzie, którzy pilnują dachu owej hali, żeby nikt nie uciekł. On jest przygotowany. On wkraczając na dach wie, że musi znać hasło. Tak, jest hasło dostępowe, musi mieć dokumenty. Tu akurat jest łut szczęścia, ale się udaje i tak dalej. Reżyser potrafi przemykać się tą taką wąską ścieżką pomiędzy możliwe, a kompletnie niemożliwe. I on nas tą ścieżką tak prowadzi za sobą i robi to wiarygodnie. Ja nie wiem, czy gdybym tak sobie usiadł i zaczął analizować, ile w tym filmie jest takiego Przypadku albo niemożliwego przypadku, albo to się nie mogło wydarzyć, bo...
Do jakich wniosków bym doszedł? I to jest w gruncie rzeczy nieważne, bo jesteśmy na seansie. Jesteśmy w magii pewnej magii, tego kina sensacyjnego i reżyser robi to wiarygodnie i nie obchodzi nas w tym momencie, czy to jak wyjdziemy z kina, to jak bardzo wyda nam się to wiarygodne. On w tym momencie robi to wiarygodnie. Muszę przyznać, że nawet po wyjściu z seansu, czyli po prostu wyłączeniu telewizora, dalej mi się to w niektórych momentach wiarygodne wydaje. Nie we wszystkich, ale w większości tak. Czyli dostajemy kino, które chcemy oglądać, do którego się przywiązujemy. Ja tylko powiem, że na tle wielu innych filmów sensacyjnych, w których aż wrzeszczy to, że nielogiczne to jest, to się nie mogło udać, to głupie jest po prostu, to ten film unika tych pułapek. I reżyser prowadząc nas tą wąską ścieżką, o której wspomniałem, robi to w sposób taki, że chcemy za nim iść i wierzymy mu, że to się mogło wydarzyć. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć, ale ja państwu ten film bardzo polecam.
I tak jak powiedział Piotr, tak jak mówiłem wcześniej, nie spodziewajcie się państwo głębokiego kina. I bardzo dobrze. Czasami trzeba iść do kina, włączyć telewizor i zobaczyć coś, co nie jest głębokie, nie jest specjalnie intelektualne, ale jest po prostu dobrą rozrywką. Dobrą, czyli taką, która nie daje nam erzaców, nie daje nam półproduktów, daje nam rozrywkę na pełen gwizdek.
[01:40:38] - Dodam tylko tyle, że to jest tak dobry film odmóżdżająco-rozrywkowy, że warto go sobie przeznaczyć na jakąś lepszą okazję. Nie skonsumować go tak od razu, bo na szybko on chyba się nie wyda tak dobry. Przyczyną, podkreślamy jeszcze raz, to nie jest kino głębokie, to nie jest kino moralnego niepokoju, to nie jest kino artystyczne. Kino w tym wypadku ma bawić i zaskakiwać. I jakie sobie powzięło tutaj zamierzenia, takie robi. Shyamalan wywiązuje się z obowiązków, chociaż muszę powiedzieć, że nie zawsze jego filmy jakoś do mnie trafiają. Pewnie jeszcze będziemy o tym twórcy mówić nieraz, tak mi się wydaje, dlatego że on ma na koncie bardzo wiele różnego rodzaju obrazów. Do niektórych się przyczynił i jeżeli macie jakieś filmy tego twórcy ulubione, jeżeli macie z nim związane jakieś dobre wspomnienia, to oczywiście piszcie, dlatego, że nasi słuchacze też czytają komentarze i wasze polecajki są równie ważne, co nasze.
[01:41:50] - Ja jeszcze jedną krótką uwagę na koniec. Trochę mnie zaniepokoiła końcówka. Ona zdaje się sugerować, że przynajmniej scenarzysta miał ochotę, ma ochotę na kontynuację. Ja mam nadzieję, że ta kontynuacja się nie ziści, bo to nie ma szans zagrać. Chyba, to taka moja ulubiona fraza ostatnio. Chyba, że wszystko będzie zupełnie inaczej. Bo wiecie państwo, jak był John Wick, to każdy z tych filmów, kolejnych części to było to samo. To samo, tylko trochę inaczej. W gruncie rzeczy trzeba palnąć gościa z pistoletu w głowę, to już nie będzie żył na pewno. I trzeba to robić w różnych układach, w różnych sytuacjach.
I będzie super. No właśnie nie będzie super. I podobnie tutaj. Ja mam nadzieję, że nie powstanie klon tego filmu, tylko jeśli już ktoś poważy się na kontynuację, to zrobi ją w zupełnie innych, absolutnie innych dekoracjach. Bo przecież znamy bohatera. Bo tu nowością jest to, że ten fajny strażak z córką nastolatką na koncercie okazuje się potworem, ale bardzo sprawnym, w gruncie rzeczy sympatycznym fizjonomicznie potworem, który umie sobie poradzić. To nie jest patent na drugą część, ale jak to będzie dalej zobaczymy. Mam nadzieję, że sobie odpuszczą. To teraz czas na Recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka Szamana.
[01:43:38] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Bywa czasem tak, że pisarz, który coś osiągnął w danym gatunku, w pewnym momencie przerzuca się na coś zupełnie innego. Czy to jest źle? Czy to jest dobrze? Weryfikują czytelnicy. Jednak rzadko kiedy zdarza się taki autor, który się równie dobrze czuje w każdym gatunku literackim. Przeważnie ogranicza się do jednego, dwóch. Jeżeli zaś próbuje tworzyć w innym, wychodzi mu to, powiedzmy średnio. Chociaż oczywiście nie zawsze, bo przecież różnie to w życiu bywa. Był taki czas, kiedy Emma Popik była w Polsce bardzo znana, głównie z tego powodu, że jako bodajże jedyna kobieta tworzyła w nurcie science fiction.
To były czasy bardzo patriarchalne, jeśli chodzi o literaturę tego typu. Za czasów PRL-u wybiło się sporo pisarzy mężczyzn, którzy tworzyli SF i robili to dobrze. Naturalnie na czele z Lemem, ale przecież nie tylko Lem wtedy pisał. Było ich sporo, niektórzy napisali jedną książkę i ginęli gdzieś. Tylko milkli na jakiś czas i potem znowu się pokazywali. Emma Popik przerwała w pewnym momencie swoją twórczość i później wróciła do niej, pisząc już zupełnie inną literaturę. Kryminały i powieści, powiedziałabym obyczajowo-awanturnicze. Nie twierdzę, że robiła to źle. Przeciwnie! Są to bardzo ciekawe książki, które zyskały szeroką rzeszę czytelników.
Choćby „Złota ćma” czy „Królowa Salwadora” to naprawdę świetne książki, ponieważ Emma Popik jest bardzo dobrą pisarką, tragicznie wprost niedocenioną, ale bardzo dobrą. Tak się złożyło, że wydawnictwo Odyswa postanowiło namówić ją, aby wróciła do swoich korzeni, żeby znowu zaczęła pisać w nurcie science fiction. Takim, jaki zawsze był dla niej najlepszy. Mroczny, surrealistyczny, postapo. Trudno to naprawdę w tej chwili dokładnie nazwać, ponieważ to, jak tworzy Emma Popik, wymyka się sztywnym definicjom. Pierwszą z książek, które Odyswa wydała, jest antologia osobista, zbiór opowiadań pod tytułem „Szaman”. Tylko pierwsze z nich było już drukowane w zbiorze „Tylko Ziemia”. Reszta to są opowiadania nowe i czytając je człowiek widzi, jak dalece Emma Popik czuje się pewnie na swoim gruncie. W fantastyce, fantastyce mrocznej, niezwykłej, pesymistycznej. To jest jej dziedzina.
Jest tam królową. Zbiór zawiera nie tylko opowiadania i to opowiadania bardzo intrygujące, takie jak „Palimpsest”, „Gwiazdeczka”, „Igłą w serce”. Wszystkie te opowiadania przekazują obraz ludzkości, która dopiero nastąpi. Ludzkości zdegenerowanej, w której ukazują się jednostki szlachetniejsze, wrażliwsze, często od razu przez to skazane na zagładę. Trudno mi tutaj odnieść się bezpośrednio do każdego opowiadania. Mogę tylko powiedzieć, że kiedy człowiek zaczyna je czytać, to nie może już przestać i kiedy skończy, to się złości, że było ich tak mało. Są naprawdę znakomite, ale tom uzupełniają też artykuły napisane przez Emmę Popik, wywiady z Michaelem Cremo, twórcą książki „Zakazana archeologia”, a także wiersze. Wiersze absolutnie niezwykłe. Powiedziałabym, że w jakimś sensie Emma Popik jako poetka przypomina Halinę Poświatowską. Jej wiersze mają podobny rytm, podobny wydźwięk, ale trzeba je przeczytać, żeby się zorientować, o czym mówię.
Są absolutnie niezwykłe. Mamy tam też fragment jej najnowszej książki pod tytułem „Cyklop”. Jest to książka, która ukaże się w serii Postwa. Książka z gatunku postapo, niezwykle mroczna i poruszająca tematy, które dla wielu osób są ogromnie trudne. A jej głównym tematem jest to, dokąd zmierza ludzkość jako taka. Kim będziemy kiedyś? Czy zdołamy zachować chociaż cień naszej etyki? Bo w końcu ta etyka sprawia, że jesteśmy ludźmi, a nie tylko zwierzętami obdarzonymi artykułowaną mową. „Szaman” jest tomem całkowicie nowym. Tak jak mówiłam, oprócz pierwszego opowiadania.
Jest to powrót Emmy Popik do tego, w czym czuje się najlepiej. Niedługo ukaże się następny tom jej antologii osobistej pod tytułem „Szamanka”. Jakby dla równowagi. A później wspomniany „Cyklop”. Serdecznie zachęcam do czytania tych książek, do przypomnienia sobie, kim tak naprawdę jest Emma Popik, jakim jest skarbem narodowym, bo zdaje się, że ludzie teraz trochę o tym zapomnieli. Mam nadzieję jednak, że dzięki pomocy tych książek przypomną sobie. Tak jak powiedziałam, zachęcam z całego serca do przeczytania tych opowiadań i do zastanowienia się nad nimi, ponieważ to też jest istotne. Każde z nich ma swoje przesłanie, ma drugie dno i to wszystko musi odkryć czytelnik. Oczywiście tak samo zachęcam do przeczytania reszty tomu. To znaczy nie tylko opowiadań, ale też publicystyki oraz wierszy, ponieważ dzięki nim możemy poznać tę wspaniałą pisarkę, dowiedzieć się, jakim jest człowiekiem.
Zachęcam do tego z całego serca. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:50:10] - Proszę państwa, czas na sentymentalnik. Dzisiaj Teatr Sensacji z lat 70. A konkretnie przedstawienie zatytułowane „Hotel pod poległym alpinistą”. To jest sztuka zrealizowana na podstawie powieści radzieckich pisarzy Arkadija i Borysa Strugackich. Ta powieść ukazała się w serii z kluczykiem, przynajmniej po raz pierwszy i to mnie jako nastolatka zmyliło. Ale szczegóły już w sentymentalniku. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry, wieczór Piotrze. Zaczynamy Sentymentalnik.
[01:50:58] - Tak, zaczynamy odcinek dla mnie trochę wyjątkowy, bo opowiemy o polskich ekranizacjach "Hotelu pod poległym alpinistą". W zasadzie to ekranizacjach powieści, która się u nas nazywała "Sprawa zabójstwa" i to jest powieść braci Strugackich, mistrzów radzieckiej fantastyki. Tyle że oryginał się właśnie nazywa "Hotel pod poległym alpinistą", tylko nazwę polskiego tłumaczenia zmieniono. Tyle z takich rzeczy skomplikowanych na wstępie. Ale dlaczego to jest taki odcinek szczególny dla mnie? Przede wszystkim dzięki braciom Strugackim, to po pierwsze, ale po drugie przez fakt, że to dzieło na pograniczu fantastyki i kryminału opowiada w jakiejś części o obcych. Ludzie przebywający w odciętym od świata hotelu mieszkają pod jednym dachem z przybyszami z innej planety. I to są bardzo specyficzni przybysze. Wywiązuje się pewna intryga, w wyniku której cała sprawa wychodzi na jaw. Ale zanim sobie o tym porozmawiamy, zanim powiemy o tych dwóch ekranizacjach, bo są dwie według mnie skrajnie się różniące, to jeszcze jedna rzecz.
Wielu osobom może się wydawać, że w literaturze czy filmie PRL-u, czyli w tak zwanym ówczesnym mainstreamie, o obcych, o kosmitach nie mówiono, że to się pojawiło dopiero później, że to był temat tabu. Owszem, mówiono, chociaż może nie w taki sposób, może Marek mnie tutaj poprawi, nie w taki sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni dzisiaj. Ujawnił się ten wątek kosmitów w kilku produkcjach, o których już mówiliśmy tutaj. Na przykład "Wielka, większa i największa" i pewnie jeszcze pojawi się takich kilka. Mówię o tym, by uzmysłowić istnienie pewnego tabu oraz przekonania, szczególnie wśród młodych pokoleń, że w PRL-u temat obcych w kulturze popularnej nie istniał. Istniał, tylko na swoich zasadach, na takich warunkach, jakie dyktowała rzeczywistość. I mam nadzieję, że stworzymy sobie taki mikrocykl w ramach Sentymentalnika, gdzie będziemy pokazywać, jak właśnie w PRL-u pokazywano, wyobrażano sobie kosmitów. Ale Marku, zanim przejdziemy do tych ekranizacji, może słowo o pierwowzorze literackim i dwa słowa, jako że mieliśmy do czynienia z braćmi, o autorach.
[01:53:30] - To może na początek anegdota. Ja przyznam, że padłem ofiarą jako taki wczesny nastolatek, bo już wtedy buszowałem po antykwariatach bydgoskich. Padłem ofiarą zmienionego tytułu oraz serii wydawniczej. Ja, tak jak powiedziałem, buszowałem po bydgoskich antykwariatach. Tam kosiłem książki science fiction i pewnego dnia natrafiłem na książkę "Sprawa zabójstwa". Ta książka wyszła w serii kryminałów, w serii z kluczykiem. Dokładnie było takich serii w PRL-u kilka. Seria z kluczykiem, seria z jamnikiem, jeszcze kilka innych. Mówię: kurczę, autorów znam, Strugackich kojarzę, to science fiction, ale tu "Sprawa zabójstwa" i seria kryminalna. Nie no, kupić, nie kupić?
Wtedy jako wczesny nastolatek każdą złotówkę obracałem trzy razy, ale też książki kupowałem namiętnie i w końcu pękłem. Kupiłem tę książkę i przez długi czas czytając, miałem wrażenie, że to jednak był zły wybór, że to kryminał jest po prostu. Dopiero w pewnym momencie zaczyna się rzecz troszeczkę klarować. Ja w dodatku mam głębokie podejrzenie, że twórcy Teatru Sensacji, a właściwie Teatru Kobra, tak się to nazywało, tam był Teatr Sensacji, to nie na dzisiaj. Ten podział jest trochę mało klarowny. W każdym razie czwartkowe seanse teatralne to były właśnie przedstawienia telewizyjne, sensacyjne i kryminalne. I ja podejrzewam, że twórcy owych przedstawień zasugerowali się początkiem książki, który jest właściwie klasycznym kryminałem. Policjant przybywa do tego hotelu, zostaje odcięty od świata na skutek lawiny. I tam się dzieją w tym hotelu rzeczy różne. Nawet pojawia się coś na kształt zabójstwa.
To musicie państwo wybaczyć mi to sformułowanie, coś na kształt zabójstwa, ale to się wiąże z narracją tej powieści. W każdym razie, tak jak powiedziałem, nie żałowałem, że kupiłem książkę, ale jest to też książka nie do końca taka typowa dla braci Strugackich. Ja wolę jednak inne ich dokonania, takie bardziej science fictionowe. Tu oczywiście fantastyka naukowa się pojawia, tylko ona się pojawia tak bardzo w tle i tak bardzo delikatnie. Ale coś takiego było, że przynajmniej część twórców w bloku socjalistycznym nie wychodziła przed szereg, jeśli chodzi o obcych. Zdarzali się autorzy, na przykład Siergiej Siegow. U niego jest pełno obcych i pełno istot, które są bardzo różne niż człowiek, ale co do zasady za dużo tych obcych nie było. Ja więcej państwu powiem. Coś takiego się działo, że w PRL-u niektóre powieści, które ewidentnie były powieściami science fiction, ukazywały się na rynku właśnie w seriach kryminalnych. Być może wiązało się to z tym, że autorzy raz popełniali kryminał, a raz popełniali coś science fictionowego.
Tak było z Bohdanem Peteckim. Bohdan Petecki pod pseudonimem wypuścił bodajże dwa albo trzy kryminały, a potem pod własnym nazwiskiem ukazała się w serii z jamnikiem taka jego książka „W połowie drogi”. I tam też pojawiają się obcy. Też może nie tak nachalnie. To jest opowieść związana z Marsem, z drugą wojną światową i tak dalej. Więc dziwny był ten PRL, bo on czasami mieszał gatunki, mieszał książki, mieszał autorów. Ale wracając jeszcze do pytania, Arkadij i Borys Strugaccy. Ja nie wiem, czy trzeba ich przedstawiać. To autorzy, którzy przez długi czas pisali w tandemie, dopóki jeden z nich nie zmarł. Może rzucę tytułami.
„Piknik na skraju drogi” to klasyk. I to taki z naprawdę głęboką wymową tego wszystkiego, co się tam dzieje. Ale kolejny tytuł „Koniec akcji”, „Arka”, dalej „Przenicowany świat”, „Drugi najazd Marsjan”. Cóż tam jeszcze? „Żuk w mrowisku” to już chyba mówiłem. „Trudno być bogiem”, „W krainie purpurowych obłoków”. To byli autorzy, naprawdę... „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” chyba to tak się nazywało. Naprawdę autorzy, którzy z jednej strony czuli fantastykę naukową, z drugiej strony czuli też pewien dowcip, pewną niejednoznaczność i wiedzieli, że czasami lepiej obrócić pewne tematy w żart albo w mrugnięcie okiem do czytelnika, niż za wszelką cenę forsować prawdę i tylko prawdę. Moim zdaniem znakomici autorzy.
Naprawdę, jeśli już nie lubicie państwo czytać, to polecam ekranizacje. Tych ekranizacji, jeśli chodzi o Strugackich trochę było, przynajmniej jeśli chodzi o kino rosyjskie, radzieckie. Więc autorzy przedni i to chyba widać w tej sztuce teatralnej. Piotr powiedział już, że były dwie adaptacje i tak jak powiedział, one były różne i to się rzadko zdarza, że to powiemy, ale chyba mogę. Chyba się, Piotrze zgodzisz. Ta starsza z lat 70. jest po prostu lepsza, ta z lat 90. nie porywa, natomiast ta czarno-biała, wydawałoby się siermiężna, jest aktorsko i w ogóle po prostu lepsza.
[01:59:56] - Tych ekranizacji „Hotelu” było więcej. Może kiedyś wrócimy do tych innych, do tej radzieckiej, do tych zachodnioeuropejskich. Ale „Hotel pod poległym alpinistą” to jest sztuka Teatru Telewizji, tak to nazwijmy, bo tak to funkcjonuje dzisiaj, z roku 1976, w reżyserii Stanisława Wohla. I poznajemy tam historię rzeczonego hotelu, którego nazwa wzięła się od tegoż alpinisty, zagadkowego alpinisty, który w tamtym rejonie zginął. Nie dowiadujemy się niestety z tej wersji z roku 1976, o co w ogóle chodziło, ani w zasadzie dlaczego się do tego alpinisty przykłada taką wagę. I tutaj nam trochę więcej wyjaśnia ta druga wersja z roku 1992 w reżyserii Michała Kwiecińskiego. Ona jest, szczerze mówiąc, zła. Nie polecam tego. Dlaczego? O tym za chwilę.
Zresztą był taki okres w historii polskiego kina i telewizji i w ogóle początek lat 90., kiedy próbowano doganiać Zachód na siłę i wychodziły z tego straszne fikołki i klocki. To jest brzydkie. Nie polecam, ale trochę tam się wyjaśnia więcej, jeżeli się komuś nie chce czytać. I tam w tej wersji z 1992 się mówi, że ten poległy alpinista to jest upiór, chochlik, poltergeist odpowiadający za wiele dziwnych zdarzeń w tym miejscu. Jeszcze raz wrócę do początku tej historii. W obu ekranizacjach przedstawia nam się trochę inne wersje. Skupmy się na tej pierwszej. Trafia nam do hotelu pod poległym alpinistą, który prowadzi Alex Senever, grany przez Augusta Kowalczyka, świetnego aktora. W ogóle powiem ci, że to jest jeden z moich ulubionych aktorów w PRL-u. Niezwykła postać zresztą też, jeżeli chodzi o życie prywatne.
Uciekinier z Oświęcimia. Przecież to jest facet, który grał wójta w „Chłopach”. To jest bardzo charakterystyczna postać ze „Stawki większej niż życie”. Kawał historii polskiego kina i teatru tak naprawdę. Poza tym człowiek bardzo charakterystyczny, często się wcielający jednak w czarne charaktery, a tutaj gra osobę jednak pozytywną, jakby nie było. I do tego hotelu przyjeżdża Peter Glebski, grany przez Ryszarda Pietruskiego. I to jest, Marku, bardzo ciekawy aktor, bo on jest zazwyczaj kojarzony z rolami nie do końca poważnymi. Jest to policjant, który zostaje tam na noc. Okazuje się, że ktoś w ogóle wezwał policję. Oficjalnie nikt się do tego nie przyznaje, więc Glebski tam zostaje po prostu.
Za państwowe pieniądze może sobie spędzić noc. Okazuje się, że spędzi więcej, bo schodzi lawina, która odcina hotel od świata. I tam, w tymże pensjonacie Glebski poznaje szereg osobistości, gości, oryginałów, ekscentryków, którzy w tym hotelu mieszkają. Przewaga wersji czarno-białej nad tą z 1992 polega między innymi na tym, że jest ona utrzymana w takiej dynamicznej konwencji. W takim nowoczesnym na tamte czasy stylu inspirowanym serialami amerykańskimi. Kiedy oglądamy Pietruskiego, to mamy wrażenie, nie wiem, czy dobrze kombinuję, Marku, ale mam takie wrażenie, jakbym oglądał jakiegoś amerykańskiego detektywa prywatnego, który tam przybywa. Jeszcze kiedy się pojawia, to mamy taką charakterystyczną muzykę i tak dalej. I on tam spotyka bardzo wielu ludzi. Jest tam fizyk, alpinista grany przez Jana Englerta. Jest tam brat i córka tego alpinisty, który poległ.
Jest pewien Gruźlik, nie Gruzin, tylko Gruźlik imieniem Hinkus i Kwiczoł z Janosika. Oczywiście nie Kwiczoł, tylko Bogusz Bilewski, który się wciela w postać bardzo tajemniczą, w zasadzie kluczową. Tym ludziom w hotelu się przydarzają dziwne rzeczy, o których dyrektor nie chce mówić. I wreszcie dochodzi do morderstwa Kwiczoła. Ginie postać, w którą się wciela Bogusz Bilewski. Zostaje przy tej osobie znaleziona dziwna walizka, w której bohaterowie się dopatrują dzieła obcej cywilizacji. I tutaj wkraczamy na pole czystego sci-fi. Chociaż muszę powiedzieć, że tam od początku się nam daje takie znaki mówiące o tym, że tutaj się dziwne rzeczy dzieją, tutaj jakieś obce cywilizacje i tak dalej. Tylko że tak, jak się przygotowujecie na potwory z innej planety, które zjedzą ich wszystkich i że Ryszard Pietruski będzie do nich strzelał, to nie. To są bardziej istoty nieludzkie, ale z drugiej strony bardzo ludzkie.
Nie wiem, czy się Marku zgodzisz. Ci kosmici są przedstawieni w sposób bardzo charakterystyczny, bardzo staromodny, można powiedzieć.
[02:05:17] - Jeśli dodam, że jednego z kosmitów gra Kazimierz Wichniarz. Jeśli państwo nie kojarzycie, to jedno z wcieleń Zagłoby. No cóż, za to nosi ciemne okulary. W ogóle ci obcy są tutaj tacy bardzo domyślni. My bardzo szybko domyślamy się, o co chodzi. Natomiast ten Pietruski, czyli pan policjant, detektyw, on słabo jarzy, muszą mu to tłumaczyć. I przez to, że tak mu muszą długo tłumaczyć, w rezultacie rzecz się kończy tak sobie, a właściwie kończy się niedobrze. Ja jeszcze tylko dodam, Piotr powiedział o tym teatrze telewizji, bo z tym teatrem telewizji, proszę państwa, ja mówiłem wcześniej o "Kobrze", to jest tak, że teatr telewizji, ten prawdziwy, poważny i nie sensacyjny ani fantastyczny, to zawsze odbywał się w poniedziałki. W poniedziałki po "Dzienniku Telewizyjnym" był teatr telewizji, a w czwartki był teatr sensacji albo kobra tak zwana. Teatr sensacji to częściej o szpiegostwie.
Miał w takiej swojej czołówce pająka, a kobra to była kobra. Wiadomo, jak wygląda kobra i to najczęściej były takie klasyczne kryminały. I to przedstawienie, o którym dzisiaj mówimy, ono właśnie ukazało się w lutym, 19 lutego, ja właśnie sprawdziłem. Dokładnie to był czwartek '76 roku. Więc najprawdopodobniej kobra. W tych wersjach, które dostępne są w internecie za free, to od razu dodam, nie ma tej czołówki, więc trudno powiedzieć, czy to był teatr sensacji, czy to była ta klasyczna kobra. Stawiam bardziej na kobrę, bo właśnie mówiłem o tym i powtórzę. Zdaje się, że scenarzyści wykorzystali to, iż bracia Strugaccy po części przynajmniej napisali coś w rodzaju klasycznego kryminału. Oczywiście, tak jak to bywa u pisarzy science fiction, nie wytrzymali konwencji i musieli tych obcych wstawić. Zaraz mi się przypomina, jak Paweł Majka, znany pisarz od science fiction, tłumaczył kiedyś, że wymyślił sobie, iż zacznie pisać romanse.
Zacznie pisać harlekiny, bo to prosta konwencja. Powiedzmy on kocha ją, ona kocha jego, ale pojawiają się trudności. Trzeba trudności pokonać i już jest gotowy harlekin. I mówi, że napisał trzy rozdziały i to było wszystko bardzo piękne, ale potem nie wytrzymał i z piwnicy wyszły potwory i ich wszystkich pozabijały. I tak się skończyła jego kariera związana z pisaniem romansów. Trochę chyba tak było tutaj również u braci Strugackich. Wychodził im kryminał, ale nie wytrzymali i zrobili to tak, jak to im wychodziło najlepiej. Czyli pojawia się wątek obcych. On nie jest głupi i nie jest przyszyty na siłę. Rzeczywiście sytuacja, w której obcy chcą odlecieć, chcą się stąd ewakuować, ale weszli w pewne kontakty, weszli w pewne układy ze złymi ludźmi.
A jak się wchodzi w układy ze złymi ludźmi, to się bardzo często źle kończy. I tu się kończy nie najlepiej po prostu. Ale to wierzcie mi państwo, pomimo upływu tylu lat, po tylu latach wróciłem dzięki Piotrowi do tego przedstawienia, w dalszym ciągu ogląda się dobrze. Ja wiem, ząb czasu troszeczkę już nadkruszył tę wizję, ale mimo wszystko aktorstwo na niezłym poziomie, plus całkiem niezła reżyseria sprawia, że nawet ten czarno-biały obraz, taka była wtedy telewizja, bywała kolorowa już wtedy, ale przedstawienie akurat było czarno-białe, bo to taniej. I to się dobrze ogląda, naprawdę dobrze ogląda.
[02:09:26] - Tutaj mi się przypomniała, jak nawiązałeś do tego harlekina, taka historia z "Kiepskich", gdzie też postanowili jako Maria Chodubska napisać nie kryminał, harlequina pod tytułem "Ogrody męskości", ale w ich przypadku poszło to wszystko w spektakularny sukces. Muszę powiedzieć, że to mnie rozbawiło jako jeden z niewielu odcinków "Kiepskich", który dobrze wspominam. Ale wróćmy do "Hotelu pod Poległym Alpinistą". W tej wersji Wola ma on pewną przewagę nad tym późniejszym. Jak powiedziałeś, są to aktorzy, ci wymienieni Pietruski, Kowalczyk. Wspaniałe talenty. Nie ma takich ludzi dzisiaj. Nie wiem, z czego się to bierze. Nie wiem, czemu i ja, i inni się tak rozpływają nad aktorami starszej daty, ale to po prostu jest tak, że to byli ludzie często charakterystyczni, obdarzeni pewnymi walorami i też reżyserzy starali się jakoś wyciągnąć te walory z nich i ich się po prostu dobrze ogląda. Natomiast dzisiaj to jest wszystko strasznie nudne.
Ja sobie nie wyobrażam, nawet gdyby dzisiaj obsadzić współczesnymi aktorami, takimi pierwszoplanowymi, podobny film. Mamy tam Jana Englerta, który jak zwykle gra siebie samego. Tyle że Jan Englert to jest aktor teatralny przede wszystkim, także on się w takim quasi filmie sprawdza bardzo dobrze. Mówi wyraźnie, jest barwny, jest ekscentryczny, widzi się go. Mamy Wiśniarza Zagłobę, o którym powiedziałeś. Mamy tego Hinkusa, tego gruźlika. Postać bardzo dwuznaczną. Wciela się w nią Zygmunt Chobot, który jest w tej roli bardzo ciekawy. Powiem ci, że zdumiałem się, że on nie zrobił jakiejś wielkiej kariery w telewizji, w filmie, natomiast tutaj wypadł bardzo dobrze. Pamiętać należy, oglądając "Hotel pod Poległym Alpinistą" w obu wersjach, że to jest Teatr Telewizji.
To nie jest film. Tam jest nieco szybsza akcja niż w filmie i w serialu. Tam są postaci zarysowane wyraźniej niż w filmie. Jeżeli się ktoś nastawi, że to film, może doprowadzić do takiej sytuacji, że będzie się miało wrażenie, że jest to naiwne, że to jest jakaś popelina. Nie. Trzeba się wdrożyć do tej nieco chyba zapomnianej już koncepcji Teatru Telewizji. To nie jest format taki, o jakim wielu myśli. Czyli trzeba się dać uprowadzić tej konwencji. Tam się mniej dba o detale, Marku. Tam, co mnie zaskoczyło, to ci powiem, że oni się często mylili w kwestiach i to poszło, chyba też z powodu taniości albo szybkości produkcji, że tam nie za bardzo się dbało o to, żeby to było wszystko perfekcyjne.
To ma swoją charakterystykę, która przypomina nieco komediodramat. I jak mówię, dzisiaj nie każdy to kupi, jeżeli nie wie, z czym się to je. I to jest odnośnie tej wersji z 1976 roku przede wszystkim powiedziane. Natomiast mamy też tą późniejszą i tutaj może też nie jest tak bardzo źle pod tym kątem aktorskim, bo jest i mój ulubiony Leon Niemczyk, jest też Jerzy Bończak. Problem w tym, że ten drugi "Hotel" to jest wersja bardzo ciężkostrawna. Jest co prawda kilka drobnych różnic w scenariuszu, tylko jest taka dziwna estetyka lat 90. Mnie to się zawsze kojarzyło, Marku... Pamiętam końcówkę lat 80. jak przez mgłę, ale jak dzisiaj sobie oglądam na przykład w telewizji, jak lecą powtórki festiwali w Opolu czy w Sopocie, tam widać bidę. I tutaj, w tej ekranizacji z 1992 roku też widać bidę.
Pod względem artystycznym też. Niestety to jest ciężkie, to jest odpychające. Nie polecam tej drugiej wersji, pomimo tego, że mamy tam ciekawych aktorów i tak dalej. Ciężko mi było przez to przebrnąć. Uważam wręcz, że to jest nieudane. Te wszystkie mankamenty sprawiają, że to jest niezjadliwe w ogóle. Natomiast w tej wersji starszej plusem jest również to, że nie od początku wiemy, kto jest w tym hotelu kosmitą. To się w zasadzie okazuje gdzieś tam na samym końcu. W tej wersji z roku 1992 poprzez zachowanie aktora wiemy to od samego początku. Minusem natomiast tego przedstawienia z roku 1976 jest to, że tam chyba zrobiono pewien błąd, o którym wspomniałeś, że ktoś pomyślał, że to jest jednak klasyczny kryminał.
Wyszło, że to jest sci-fi i mamy takie pomieszanie, które nagle się urywa. Tak, to jest przedstawienie urwane. Kosmici nagle odlatują, nie wiadomo do końca, o co chodziło. Całość, jeżeli mam być szczery, pomimo tych wszystkich ciepłych słów, które powiedziałem o tej ekranizacji, jest mocno chaotyczna. Nie wiem, Marku, z czego to wynika. Bo jeżeli ktoś Strugackich nie zna, jeżeli się ktoś nie interesuje tego typu literaturą, to może odnieść wrażenie, że "Hotel pod Poległym Alpinistą" to jest jakaś grafomania totalna, coś, co nie miało prawa zaistnieć. Najwybitniejsze dzieło to nie jest, chyba też najprostsze do przeniesienia na ekran też. Jest pewien ciekawy klimacik w tej wersji z lat 70. i przy tym chyba pozostanę. To nam pokazuje w pewnym stopniu, jak wyobrażano sobie obcych jeszcze wtedy.
To były zaledwie dwa lata przed "Emilcinem". Zobaczcie, co się stało potem. Najpierw sobie wyobrażano jeszcze w tym tak zwanym mainstreamie, w popkulturze obcych na wzór tych obcych widywanych pod koniec XIX wieku, na przykład w Stanach Zjednoczonych jako tych pilotów statków powietrznych. Czyli to byli ludzie, którzy tutaj przybywali w jakichś swoich celach i tak dalej, a potem nagle nam się to wszystko zmienia. Pojawia się "Emilcin". Ta wyobraźnia też dryfuje w innym kierunku. Jeszcze dodam, że chyba fakt, że mamy do czynienia z czarno-białym materiałem dodaje temu przedstawieniu pewnej archaiczności. To nie jest wcale takie stare, jak możemy odnieść wrażenie oglądając tą oryginalną wersję dzisiaj.
[02:16:23] - O dwóch rzeczach chciałbym jeszcze powiedzieć. Sprowokowany trochę przez Piotra spojrzałem jeszcze na listę obsady i ze zdumieniem odkryłem, że jedną z postaci grała Dorota Stalińska W ogóle jej nie rozpoznałem. Absolutnie jej nie rozpoznałem. W dodatku, jeśli wierzyć zapiskom w internecie, to była jej pierwsza rola w Teatrze Telewizji. Ona grała w teatrze, grała jeszcze w filmach, ale jeśli chodzi o Teatr Telewizji, to była jej pierwsza rola. To pierwsza sprawa. Natomiast Piotrze, powiedz mi jedną rzecz: czy ty czytałeś, to dla mnie ważne pytanie, czy ty czytałeś tę książkę?
[02:17:13] - Muszę powiedzieć, że tak. Natomiast to było tak dawno, że się prawie wszystko zatarło w mojej pamięci. Ja największym sentymentem darzę tak naprawdę "Piknik" w wydaniu braci Strugackich. I co ciekawe, nie zachęcam do oglądania ekranizacji, bo oglądałem wszystkie ekranizacje, także te starsze i te nowsze ich dzieł. W przypadku "Pikniku" polecam absolutnie tylko wersję czytaną.
[02:17:43] - Dlaczego pytałem o to, czy czytałeś? Zapomniałeś, bo tu jest rzeczywiście rzecz pod koniec przedstawienia niejasna i powiedziałeś, że to przedstawienie jest urwane. Bo za mało jest wyeksponowane to, że ci kosmici wcale nie odlecieli. Oni zostali zastrzeleni przez tych złych ludzi, tych przestępców, z którymi współpracowali, bo mieli pecha. Po prostu trafili na Ziemi, ci obcy, na przedstawicieli świata gangstersko-podziemnego i zawiązali z nimi współpracę. A jak się, tak jak już powiedziałem, nawiązuje współpracę ze złolami, to się dobrze nie kończy. I rzeczywiście ja odniosłem bardzo podobne wrażenie, dlatego pytałem o lekturę, bo gdybym nie znał tej książki, to umknęłoby mi to, że tam się na koniec rozlegają strzały. I to są strzały skierowane właśnie przeciwko obcym. Oni nie zdążyli się ewakuować.
[02:18:51] - Ja też zrobiłem błąd, bo można odnieść takie wrażenie, że oni przygotowują się do odlotu, ale oni w ostatniej minucie tego filmu, pada tam jakaś informacja, że zostali zabici. Także tutaj to też tak było. Przypomniałem sobie, ta pokojówka wpada w tej wersji z '76 i chyba mówi, że zostali tam unicestwieni. Także tak to było, ale mimo wszystko wydaje mi się, że nacisk nie jest równomiernie rozłożony.
[02:19:23] - Tak, ja o tym właśnie mówię, że to jest za mało wyeksponowane. Dobrze to podkreśliłeś właśnie. To się odbywa w ciągu minuty. To może umknąć. Właściwie nie wiadomo. A to jest clue, jeśli chodzi o książkę, to jest clue tego wszystkiego, że na skutek różnych działań mniej lub bardziej mądrych i tego inspektora, nie wiem, czy on jest inspektorem, tego policjanta i na skutek różnych innych zbiegów okoliczności ci kosmici po prostu giną. W tym przedstawieniu, o którym dzisiaj mówimy z '76 roku, jest to tak naszkicowane i uwierzcie państwo, to jest ostatnia minuta tego przedstawienia. Ma się to prawo nie przebić po prostu. Albo można na to nie zwrócić uwagi. Dlatego mnie to tak bardzo zainteresowało, bo powiem tak, Piotrze, ty jesteś przyzwyczajony do tego, żeby fabuły śledzić.
I z fantastyką jesteś za pan brat. Natomiast tutaj, jeśli oglądali to widzowie, którzy oglądali kryminał, bo w czwartki leciał kryminał, to ta końcówka wyda im się absolutnie niejasna. I to jest, jeśli mówimy o pewnych słabościach, to może być słabość tej adaptacji.
[02:20:40] - Tak, oczywiście tych słabości jest pewnie więcej, bo jak mówię, te naciski nie są równomiernie rozłożone i nie wiemy, co oglądamy. Gdyby tam się zdecydowano wprowadzić więcej elementów fantastycznych, no to okej. A tak naprawdę to jest taka jakaś tragikomedia momentami. Tylko że to się da oglądać. W przeciwieństwie do tej wersji z roku '92, która jest absolutnie, moim zdaniem, nieudana, chociaż na pierwszy rzut oka zrealizowana poprawnie. To, co nam się może podobać w wersji starszej, w tej wersji nowszej będzie jednak dużym obciążeniem. Tylko tak jak mówię, trzeba pamiętać, że mamy do czynienia nie z filmami, nie z serialami, tylko z Teatrem Telewizji. I będziemy to przypominać też w kolejnych odcinkach Sentymentalnika, gdzie będzie mowa o tych produkcjach, bo tam się zdarzały też na przykład dzieła lemowskie, tam się zdarzały dzieła grozy i tak dalej. Nie wiem, jak to jest dzisiaj, Marku, z Teatrem Telewizji. Ja wiem, że on kiedyś leciał, teraz jest TVP Kultura i tak dalej.
Ale przecież ten Teatr Telewizji to był przecież sztandarowy format tak naprawdę. Co poniedziałek mieliśmy głośne nawet niekiedy premiery. Teraz chyba z tego zrezygnowano, jeżeli dobrze pamiętam. Także młodsi, ale ci naprawdę bardzo młodzi słuchacze mogą już tego nie pamiętać.
[02:22:14] - Niniejszym ogłaszam, że czas na alchemię tworzenia. Dzisiaj Katarzyna Prychacz opowie państwu o zmianach i przemianach. Zapraszam.
[02:22:28] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Sponsorem dzisiejszego odcinka jest Salvador Dali oraz jego słowa: „Wszystko mnie modyfikuje, ale nic nie zmienia”. Kochani, widzicie, mamy tutaj zacny cytat. Powiem szczerze, bardzo go lubię. Cieszę się, że na niego trafiłam. Dzisiaj, jak widzieliście, porozmawiamy sobie o zmianach i przemianach.
W świecie rozwoju osobistego bardzo dużo mówi się o zmianach czy o zmianie jako takiej, o samym procesie zmiany i o tym, że jest dobra, naturalna i ogólnie jest potrzebna i trzeba się zmieniać. Zanim przejdę do farszu i powiem wam, czy się z tym zgadzam, czy się nie zgadzam i jak ja widzę cały ten proces, to niezmiennie sięgnijmy do słownika języka polskiego, żebyśmy doprecyzowali, czym jest zmiana. Zmiana, znaczenie pierwsze: dokonywanie się lub dokonanie się przeobrażeń zmieniających charakter, istotę czegoś, przekształcenie się czegoś, wynik przeobrażenia. Znaczenie drugie: zamienienie, wymiana czegoś na coś tego samego rodzaju, zastąpienie czegoś albo kogoś czymś albo kimś. Skoro już wiemy o tej zmianie i o tym, na czym polega i o co z nią chodzi, to może trzeba się zastanowić nad jeszcze taką rzeczą. Nie wiem, jak to jest u was, jeżeli chodzi o jakiekolwiek zmiany. Treści wszystkich moich odcinków można by wrzucić do worka „zmiana”, ponieważ często mówię o czymś nowym, może nie nowym, może potrzebnym, może niepotrzebnym. Często też zachęcam do zastanawiania się nad sobą, co właściwie mogłoby prowadzić, nie daj Boże, do zmiany. Nie wiem, jakie wy macie zdanie, czy korzystacie z tego, czy nie, więc odwołam się do tego, co mnie gdzieś w życiu spotkało nie raz, zwłaszcza kiedy trafiłam do środowiska rozwoju osobistego na różne konferencje, szkolenia i tam wszyscy krzyczeli, że trzeba się zmieniać i że muszę zmienić to, muszę zrobić tamto, że to dla mojego dobra, że na początku mogę nie widzieć w tym sensu, ale jak zacznę, to zacznę widzieć ten sens i wszystkie takie rzeczy. Zanim zaczęłam cokolwiek robić czy się zastanawiać w ogóle nad tym, czy to robić, to nie było mi łatwo.
Odczułam taką niechęć. Coś takiego, że właściwie przecież było dobrze, jak jest. Jest jak jest. Po co mam to robić? Bo ktoś mi to kazał? Oczywiście później sobie gdzieś w głowie układałam, że ten człowiek już coś osiągnął, więc pewnie wie, co mówi i pewnie też nie zgadzał się z czymś, a się zmusił i coś zrobił, i się zmienił. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego my nie lubimy zmian. Bo to nie jest tylko jakiś mój przypadek. Też często rozmawiam z ludźmi, którzy na przykład dopiero zaczynają swoją drogę, jeżeli chodzi o rozwój osobisty albo właściwie zrobili coś, zatrzymali się w jakimś miejscu i nie ruszyli dalej. Na myśl o tym, że mieliby wrócić do procesu zmian czy zacząć od nowa, czy w ogóle zacząć coś nowego teraz robić, „grzebać" w swojej głowie, to aż ich skręca w środku.
Nie, nie chce mi się, szkoda czasu, nie ma sensu, już za późno i tak dalej. Szereg wymówek. Ja też miałam swoje wymówki, nie będę się wybielać. Każdy z nas ma. To jest naturalne. Natomiast czy potrzebne, to już inna rzecz. Może też temat na inny odcinek, skąd się te wymówki biorą, bo często wobec swojego własnego pisania mam milion wymówek, żeby nie pisać. Dobra, do tematu. Często chodzi o to, że jakiekolwiek czynności, które podejmujemy w pracy nad sobą, wymagają niestety chwilowej niewygody. Jest coś takiego jak legendarna strefa komfortu, gdzie w środowisku rozwoju osobistego pierwsze, co usłyszycie najczęściej, to: „Musisz wyjść ze strefy komfortu” i tak dalej.
Nie chcę tutaj rozwijać tego tematu pod kątem strefy komfortu, jeżeli chodzi o rozwój osobisty. Ona sobie jest, każdy ją ma i okej. Natomiast bardzo często nie jest to nam przekładane na prosty język, zwłaszcza jak ktoś jest na początku, tylko to faktycznie brzmi jak jakaś mityczna strefa, którą nie każdy przekroczy i tak dalej. Z automatu jak ktoś ma może słabszą motywację, może nie jest do końca jeszcze przekonany, czy chce coś robić, to może się zniechęcić, bo strefa komfortu i perspektywa wychodzenia z niej oznacza, że będzie niewygodnie, nie? A przecież mało kto lubi niewygodę. Jednak wolimy, jak nam jest milusio, cieplusio, przyjemnie i tak dalej. Myślę, że zaoszczędziłabym parę lat swojego życia, gdyby ktoś mi tak na chłopski rozum powiedział w ogóle, o co w tym procesie chodzi. W procesie wychodzenia z tej strefy komfortu, a nie kazał mi to robić i już. I mówił o milionie ćwiczeń i czytania miliarda książek i tak dalej. Oczywiście nie neguję tego i każde ćwiczenie, każda książka ma jakąś wartość i po prostu zaglądajcie w nie i sprawdzajcie, czy wam to pasuje i czy chcecie to zastosować.
Natomiast chodzi o to, że książka czy jakiś wykład, czy różne ćwiczenia to są narzędzia. Może ja trafiłam gdzieś tam nagle od końca zamiast od początku, natomiast mi zabrakło prostej teorii, definicji w ogóle, po co z tej strefy wychodzić i o co chodzi. Nie mówię tu o motywacjach, korzyściach. Wyobraźmy sobie, że chcemy obejrzeć odcinek swojego ulubionego serialu. Przygotowujemy sobie laptopka, uruchamiamy wszystkie te magiczne strony. Chyba że w telewizji oglądacie czy w telewizorze. To zależy. Wszystko już jest ustawione. Jest też chwila relaksu, czas dla nas. Mamy pyszną herbatkę czy inny trunek ciepły, zimny, co kto lubi.
Może mamy jakieś przekąski. Wszystko jest w zasięgu ręki, wszystko jest ready. Laptop stoi sobie na stole. Telewizor macie na szafce, na ścianie. Siadacie sobie, ale zanim siądziecie, wciskacie play, żeby było wygodniej. Do telewizora może macie pilot, ale na przykład do laptopa nie każdy ma pilot, nie każdy go używa. Więc wciskacie sobie play. Siedzicie, wszystko się ładuje. Jest fajnie. Serial się zaczyna.
I co nagle? Nagle mamy na przykład jakieś spowolnienie internetu, błąd na stronie, może chwilowe zakłócenia w telewizji, może coś z anteną nie tak, a może jakieś problemy techniczne, może telewizor się zepsuł. Cokolwiek. Natomiast faktycznie ta usterka, ta dysfunkcja chwilowa w waszym pięknym, wygodnym relaksie wymaga tego, że musicie wstać z waszego ukochanego fotela, a już byliście zakryci kocykiem swoim ulubionym i było tak milusio i cieplusio. Och! Ale trzeba wstać. Czy trzeba? Trzeba odświeżyć stronę. Trzeba może uruchomić ponownie laptopa. Może trzeba uruchomić ponownie router, może trzeba poprawić kabel od anteny.
Cokolwiek, żeby dalej serial mógł trwać, żebyście mogli dokończyć ten odcinek. Są takie opcje, bo już było wam wygodnie, tak? A teraz zrobiło się coś, co powoduje już powoli jakieś preludium do tej niewygody. Macie średnio trzy opcje. Wymienię trzy. Pewnie byśmy znaleźli więcej. Oczywiście, że możecie po prostu sobie siedzieć w tym fotelu i czekać. Może akurat internet przyspieszy. Może to chwilowa blokada, może usterka zaraz przejdzie, bo może to faktycznie było w nadawaniu w telewizorze, a nie, że musicie fizycznie poprawiać kabel. Możecie chwilę poczekać, posiedzieć krótszą, dłuższą chwilę w ciszy, pomyśleć nad sobą i po prostu czekać.
Oczywiście, jeżeli nie mieszkacie sami, możecie zawołać któregoś z domowników, żeby może on wcisnął play. Może on odświeżył stronę, może on poruszał kablem od anteny. Jeżeli macie zwierzaki, to może być trudniej. Chyba że wasz zwierzak wie, gdzie jest na przykład klawisz F5 na klawiaturze. Trzecią opcją jest to, że po prostu możecie wstać. Będzie wam znowu zimno, bo zdjęliście kocyk. Będzie wam niewygodnie. Jesteście niezadowoleni, że ten serial się zatrzymał. Ale żeby przyspieszyć powrót serialu, możecie właśnie wcisnąć F5, zresetować router i tak dalej. I to jest moim zdaniem najlepsza, dobra metafora, jeżeli chodzi o wychodzenie ze strefy komfortu.
To nie jest jakieś wielkie wydarzenie, jakaś wiedza tajemna, jakaś magia. To po prostu jest zastanowienie się nad sytuacją, prześledzenie konsekwencji i podjęcie decyzji. I wtedy czy to będzie ta decyzja, która nie pozbawia mnie komfortu, czyli na przykład siedzę sobie pod tym kocykiem i czekam, czy na przykład posyłam po kogoś, czyjąś ręką naprawiam to, co mi się zepsuło, co też sprawia, że ja nie muszę wstawać. Jest mi wygodnie. Albo po prostu biorę sprawy w swoje ręce i muszę wstać z tego fotela na chwilę, pozbawić się tego komfortu, żeby za chwilę wrócić i żeby było wow, komfortowo. Bo na chwilę może będzie mi zimno, będzie mi niewygodnie, ale już jak zrobię te F5, uruchomię wszystko ponownie, wtedy już tylko siedzę i celebruję. Serial śmiga. Ja sobie tutaj cieszę się swoją herbatką, kocykiem i się relaksuję. I to nie jest jakaś wielka filozofia. I okej, jasne, że łatwiej jest wstać z tego fotela niż podjąć jakieś decyzje odnośnie swojego charakteru czy jakichś cech, czy umiejętności, ale słuchajcie, tak czy siak to jest ten sam proces i to jest wręcz ta sama ranga.
Bo czy to będzie potrzeba naszej rozrywki tutaj w przypadku serialu, czyli coś nam się zaburzyło i my chcemy wypełnić tą naszą potrzebę, czy to będzie właśnie potrzeba naszego rozwoju, samorealizacji, czy może właśnie potrzeba jakiejś przynależności. Wszystko zależy od tego, czym się zajmujecie w życiu i czego potrzebujecie tak naprawdę. I chodzi o to, żeby nikt nie zrozumiał źle tego, bo na przykład ta opcja, że siedzisz i czekasz, to nie jest zła opcja. Tak samo posłanie po kogoś, żeby czyimiś rękami coś zrealizować, to też nie jest zła opcja, bo suma summarum efekt będziecie mieli taki jak chcieliście. Będzie i serial i nie będziecie musieli rezygnować z kocyka. Tak samo, jeżeli wstaniecie i na chwilę zrezygnujecie ze swojego komfortu, to też nie jest zła opcja. Po prostu chodzi o to, że wszystkie opcje są dobre, bo każde dają jakiś efekt końcowy. Natomiast to wy podejmujecie decyzję, jakie konsekwencje jesteście w stanie ponieść tutaj. Czyli na przykład żeby przyspieszyć powrót serialu, to dobra, na chwilę będzie mi zimno, ale to zrobię. Czyli wiedzieliście, że konsekwencją jest to, że będzie wam niewygodnie przez chwilę.
Ale wiedzieliście też, że dzięki temu, że przez chwilę wam będzie niewygodnie, dużo szybciej wrócicie do tego, żeby było komfortowo, tak jak zaplanowaliście, tak jak chcieliście. Natomiast z drugiej strony tak samo siedzenie i czekanie. Może to potrwa dłużej i może będziecie się nudzić przez tą chwilę Ale niewykluczone, że to się zaraz wszystko samo naprawi, tak jak się samo zepsuło. Tylko po prostu może będzie trwało dłużej. Wszystko zależy od was i od tego, co wam bardziej pasuje, co jest bliższe temu, co chcecie robić czy czego pragniecie. Druga rzecz, która sprawia, że tych zmian nie lubimy, oprócz takiego chwilowego braku komfortu czy w ogóle niekomfortu, czy niewygody, to też jest strach przed nieznanym. A ten strach z kolei, mam wrażenie, często wynika właśnie z tego, że z procesu zmiany czy wychodzenia ze strefy komfortu robi się jakąś nie wiadomo jaką wiedzę tajemną dla wybranych. Nie, ona nie jest tajemna, wręcz jest bez tajemna. To jest coś dla nas naturalnego. Tylko że to od nas zależy, czy chcemy w tamtą stronę iść, czy chcemy takimi drogami podążać, tymi mniej wygodnymi.
I teraz uwaga, bo oczywiście, że nieznane jest czymś, co z definicji, skoro jest nieznane, to nie wiemy, czego się spodziewać, co może w nas generować strach czy jakieś stresy, czy lęki i tak dalej. I to też jest okej. I wtedy podejmujecie decyzję, czy chcecie iść w kierunku nieznanym mimo tego strachu, lęku. Jakoś to będzie. Dam radę. A czy po prostu chcecie zostać tu, gdzie jesteście i nie narażać się na ten strach, lęk i tak dalej. To wszystko dalej zależy od tego, na co jesteście gotowi, czy też jak się zastanowicie nad potencjalnymi korzyściami z tego, jakie będziecie mieli korzyści z tego, że zostaliście tu, gdzie jesteście, a jakie możecie mieć korzyści, jeżeli pójdziecie w nieznane. I oczywiście czy to nieznane będzie dobre dla was, czy może będzie wyzwaniem dla was, czy może będzie trudne dla was. Też możecie sobie takie konsekwencje czy jakieś korzyści zwizualizować, zastanowić się nad nimi. I to nieznane wcale nie musi być czymś złym, co też mam wrażenie czasami od razu automatycznie ustalamy, że jak coś jest nieznane, to jest złe.
Nie, to jest neutralne. A to, jakie będzie, czy to będzie dobre, czy to będzie złe, to dalej czy to będzie dobre czy złe dla was, to zależy od was, od waszego nastawienia i od tego, co dalej z tym zrobicie, kiedy już to dostaniecie. Więc naprawdę na luziku. Jak ktoś chce sobie zarabiać na tym, że to jest jakaś wiedza tajemna i tak dalej okej. Natomiast pamiętajcie, że to jest oczywiste, naturalne. Oczywiście, że trener może wam zawsze pomóc przejść przez to, podpowiedzieć i tak dalej. Więc korzystajcie z tego. Korzystajcie z książek, tak jak mówiłam, czy ze szkoleń. Natomiast równie dobrze możecie sami zadać sobie pytania i się zastanowić, od czego zacząć. Czy ja to chcę robić i tak dalej.
I teraz taka jeszcze bardzo ważna rzecz, która też czasami może umknąć, zwłaszcza jak się wpadnie właśnie w wir rozwoju osobistego i tak dalej, to pamiętajcie, że nie trzeba się zmieniać. Można. To są niby tylko słowa, ale zobaczcie jaką to robi różnicę w zdaniu i zobaczcie jak inaczej odbiera się takie zdanie. Jak na zasadzie takiej, że musisz się zmienić, a ej, słuchaj, możesz się zmienić. To nawet w wymowie jest inne i warto, żebyście o tym pamiętali. Na jakiekolwiek pójdziecie szkolenie, cokolwiek zaczniecie robić w kierunku rozwijania się i tak dalej, nawet w kierunku rozwijania umiejętności czy warsztatu. Pamiętajcie, że robicie to dla siebie i to ma dla was działać, a nie bo ktoś powiedział, że to musi działać i że musicie to zrobić, bo bez tego nie dacie rady. Nie. Może właśnie znajdziecie sposób, jak bez tego dać radę. Może to obejdziecie.
Może tak jak z tym czekaniem na fotelu zajmie to wam dłużej, ale może w trakcie tego czekania wpadniecie na jakieś inne pomysły czy inne rozwiązania. Wiecie, jeżeli chodzi o zmiany, kiedy już się trochę otrząsnęłam z tego zarzucenia mnie legendami i wiedzą tajemną na samym początku mojej drogi, to stwierdziłam, że nie będę się do niczego zmuszać, nie będę robić czegoś wbrew sobie. Po prostu potraktuję to jak dobrą przygodę. Wiecie, ja lubię questy, lubię wyzwania, więc sobie od razu wyobraziłam takiego rycerza. Jak quest, to wiadomo. Ja po prostu przesiąknięta jestem fantastyką, więc ja od razu widzę zamki, smoki, rycerze, turnieje rycerskie i różne wyprawy. Zmierzam do tego, że ja lubię o zmianie myśleć jak o podróży bohatera. Zapewne się styknęliście już z tym tematem. Jeżeli nie, to zachęcam. I wiecie, tak sobie pomyślałam, przygotowując się do odcinka, że w sumie to ten schemat podróży bohatera to przecież jest nic innego jak schemat właśnie zmiany.
I wiecie, ja sobie korzystam, mam schemat, który uwielbiam i on jest od Voglera, a nie od Campbella. Natomiast oczywiście jest na podstawie Campbella i on ma 12 punktów. Chyba u Campbella też tyle było, a może 14 u Campbella. Nieważne. Przejdziemy sobie przez te punkty, te 12 punktów od Voglera. Natomiast chciałabym ten schemat przeczytać właśnie nie w kontekście budowania fabuły czy tworzenia bohatera i tak dalej, a tylko właśnie w kontekście takiej waszej codziennej zmiany. Bo pamiętajcie, że jakieś te różne nowe decyzje w życiu czy nowe jakieś kierunki, które obieracie, to nie musi być wcale nic dużego. Wiecie, to wystarczy zmiana jakiegoś małego nawyku, który codziennie robicie. Czy może postanowiliście na przykład jeść mniej słodyczy albo jeść na przykład w innych godzinach? Co ja z tym jedzeniem?
Może chcecie zacząć ćwiczyć? Wiecie wszystkie nowe decyzje. Może chcecie nauczyć się czegoś, może robić jakiś kurs? Może stwierdziliście, że od dzisiaj będziecie systematyczni, jeżeli chodzi o uczenie się na zajęcia? Cokolwiek bierzecie sobie na tapet nowego, to jest właściwie taka nowa przygoda w kierunku właśnie jakiejś zmiany. I słuchajcie, przechodząc już do tego schematu, to punkt pierwszy to jest zwyczajny świat. To jest nic innego jak ten moment, w którym wszystko jest jak jest. Jest okej, jesteście zadowoleni i nie czujecie żadnej potrzeby wstawania z tego fotela. Jest miło, jest fajnie. Drugim punktem jest wezwanie do wyprawy.
Tutaj zaczyna się cała magia. Myślę, że to jest najważniejszy punkt w całym schemacie podróży bohatera, niezależnie od kontekstu. Gdyby nie to wyzwanie, to nic by się nie zaczęło i niczego by nie było. Jeżeli jesteście w tym fajnym, wygodnym świecie, to wyzwanie do wyprawy nie musi być tak, że ktoś wam na szkoleniu każe coś robić czy przeczytaliście jakąś książkę, czy ktoś wam coś nagadał. Po prostu stwierdzacie, siedząc w tym fotelu, że może jednak wstanę i wcisnę ten F5. Wystarczy, że pojawi się wam w głowie myśl, że coś byście chcieli zrobić. To poniekąd jest wezwanie do waszej wyprawy, do nowej przygody. Nawet wyprawa z fotela po pilota też już jest wyprawą. Często wezwanie do wyprawy wiąże się z tym, że pozbawia was pełnego komfortu. Niestety, jeżeli chcecie podjąć to wyzwanie, to musicie zrobić coś, co sprawi, że przez chwilę nie będzie wam wygodnie.
Dalej trzeci punkt: sprzeciwianie się wyzwaniu. Ja chyba nie muszę bardzo się tu rozwodzić, bo jak się zastanowimy albo nawet z ciekawości kiedyś prześledźcie sobie przy następnej okazji, jeżeli czegoś wam się nie będzie chciało zrobić, to weźcie dla zabawy kartkę i wypiszcie wszystkie wymówki, które wam przychodzą do głowy. Dlaczego mam tego nie zrobić? To nie o to chodzi, że musicie jak w podróży bohatera, w kontekście fabularnym bohater by protestował, nie chciałby czegoś zrobić. Natomiast u nas, w sensie w psychice gatunku ludzkiego, w naszych umysłach bardzo często nasz mózg chce o nas zadbać. On chce naszego dobra, chce najwyższego komfortu dla nas. Więc z urzędu będzie nam podrzucał wszystkie nowe powody, żeby czegoś nie zrobić. To jest to sprzeciwianie się, że „kurczę, nie będę wstawał, już mi jest ciepło pod tym kocykiem, właśnie się zagrzałem. Cały dzień wymarzłem i teraz jest mi tak dobrze”. Będzie się to w głowie tliło.
Dalej od was zależy, czy idziecie dalej, czy nie. To nie jest tak, że jak już podjęliście wyzwanie, to musicie to robić. Nie. Pytanie tylko, w jakim miejscu chcecie się znaleźć i jakie są wasze korzyści i konsekwencje. Możecie olać to wyzwanie, ale możecie się też zacząć sprzeciwiać, aż w końcu jednak dotrze do was, że „dobra, wstanę, pójdę”. W punkcie czwartym mamy spotkanie z mentorem. Tutaj mentorem oczywiście, że może być ktoś, czyli na przykład jakieś szkolenie. Może obejrzycie coś w internetach, może jakieś wideo was zainspiruje, może znajomy podeśle wam jakiś fajny memik, ciekawy artykuł i tak dalej. A może wy sami wewnętrznie zatrzymacie się na chwilę i stwierdzicie „dobra, kurczę, stary, weź choć wstańmy z tego fotela, bo to będzie dla nas dobre. Szybciej uruchomimy serial ponownie i szybciej obejrzymy i będzie super”.
To nie musi być nikt z zewnątrz. To może być wasz wewnętrzny monolog, wewnętrzny dialog. Zależy jakie macie struktury w środku. Mentor może się objawiać w różnych rzeczach. To może być coś zewnętrznego jak książka, wideo, szkolenie, jakaś konferencja i tak dalej. To może też być wewnętrzne. To może być uświadomienie sobie, że ja naprawdę tego potrzebuję i naprawdę chcę tam pójść i to się opłaca. Spotkanie z mentorem to jest coś takiego jak źródło wiedzy, ale to jeszcze nie musi być wiedza ekspercka. Oczywiście może. Natomiast bardziej chodzi o takie, zależy czy korzystacie z archetypów, czy z konkretnych funkcji dla bohaterów w fabule.
Mentor oprócz tego, że daje jakieś lekcje, wiedzę, mądre zdania, on bardzo często daje wsparcie. Takie poklepanie po ramieniu i pchnięcie „idź naprzód, dasz radę”. Sami dla siebie możecie być mentorem, dobrym dziadkiem i tak dalej. Mędrcem, waszym nauczycielem, mistrzem, który będzie wam pokazywał jak iść, ale przede wszystkim po co iść i przede wszystkim mówił wam, że tak czy siak dacie radę, bo to wasza podróż. Idziecie dla siebie, a nie dla kogoś. Zresztą do tego też jeszcze wrócimy. Piąty punkt: przekroczenie pierwszego progu. Słuchajcie, tutaj będziemy mieli pierwszy najtrudniejszy próg, który może być trochę przekleństwem. To może być coś takiego, że zobaczycie sukces, zobaczycie zmianę nawyku i z pewnością się ucieszycie. Natomiast tutaj bardzo trzeba uważać, żeby nie osiąść na laurach.
Bo kiedy mamy sukces, to można się trochę upić tym sukcesem i stwierdzić „dobra, to ja już jestem pewniak, to ja już nie muszę nic robić dalej. Nie muszę iść. Dobra, jest fajnie”. Oczywiście możecie zostać w tym miejscu, nie musicie nic dalej robić, ale jeżeli chcecie przejść ten cały proces, ugruntować to nowe coś, po co idziecie, to warto ostrożnie pójść. Oczywiście świętować swój sukces, ale później jednak idziemy dalej. Kolejny krok to są sprawdziany, sprzymierzeńcy, wrogowie. Tutaj mamy wyzwania i trudności. Zapewniam was, że jak podejmiecie decyzję o tej chwilowej niewygodzie, to ta niewygoda może się przez moment zrobić dużo bardziej niewygodna. Może być trudno. Może złapać was słabszy dzień, że jednego dnia mieliście na skali wystrzał do góry, że sukces, jestem mocny, a drugiego dnia zaczyna ta energia spadać.
Ta motywacja spada i wam się nie chce. Nie dlatego, bo spoczęliście na laurach, tylko dlatego, że przestaje się widzieć w tym sens i cel. Może brakuje wam mentora, może brakuje sprzymierzeńca. Dlatego warto też zadbać w takim procesie, jeżeli sięgacie po coś z wyższej półki niż klawisz F5 czy pilot od telewizora, warto zadbać sobie o osobę, która będzie wam życzliwa. Oczywiście, że macie różne grupy czy fora dyskusyjne w internetach, także może warto czasami się gdzieś zaczepić. Nie oczekujcie, że ktoś sam do was przyjdzie i was będzie wspierał. Jeżeli faktycznie potrzebujecie wsparcia, to o nie poproście. Nawet wprost. Oczywiście jak ktoś was wyśmieje, to o nim świadczy, nie o was. Waszą potrzebą jest wsparcie.
Chcecie wyjść z tego małego dołeczka, żeby dalej lecieć w górę. Po prostu poproście o to wsparcie. Zachęcam też, żebyście poprosili sami siebie oprócz osób z zewnątrz. Warto też ugruntować w sobie tego mędrca, o którym wspominałam wcześniej. Kolejny punkt: zbliżenie do najgłębszej groty. Tutaj będziecie czuli im dalej w waszej podróży, że zbliżacie się do czegoś ważnego. To będzie w was emocjonalnie narastało. Może to być lekkim stresem. Dużo zależy od tego, co wzięliście na tapet. Natomiast warto w tym momencie pilnować też czegoś takiego jak własne zasoby, żebyśmy się zastanowili, czym dysponujemy, co mamy, czego nie mamy, czego potrzebujemy.
Przygotowujemy się do tej grande finale, do największej próby. Dlatego warto być przygotowanym, bo różnie może ta próba się potoczyć. Kolejny punkt to główna próba. Tu chyba nic więcej nie trzeba dodawać. Tutaj mamy nową sytuację. Może po raz pierwszy będziemy mieli okazję, żeby zastosować naszą nową cechę, umiejętność gdzieś w terenie, może publicznie, może po raz pierwszy coś gdzieś przedstawimy, może pokażemy swoje dzieło komuś. Dlatego przede wszystkim pamiętajcie, zachowajcie spokój. Tylko spokój może nas uratować. Ale jedna rzecz jest też taka, żebyście sami zastanowili się nad swoją strategią zwycięstwa. Bardziej chodzi mi o plan.
Żebyście pomyśleli, jak już przyjdzie wam się zmierzyć z tą próbą, żebyście nawet sobie napisali mały konspekt albo może zdania, które będą was wspierać. Na przykład będziecie mieli przemówienie publiczne i będziecie zestresowani albo będziecie przekonani, że wam się nie uda, że się zająkniecie, to napiszcie sami do siebie jakiś list czy jakieś podpunkty. Może cytaty fajne, które was motywują, wspierają. A może poproście kogoś życzliwego z zewnątrz, żeby napisał wam parę pokrzepiających zdań. To nie musi być konkretna strategia zwycięstwa, tylko coś, co pozwoli wam wzmocnić się. Taki ukryty as w rękawie, że nie polegniecie na czymś, co już najprawdopodobniej wiecie, że może się wydarzyć. Albo przewidujecie, albo wiecie, że to jest wasz słaby punkt. Dziewiąty punkt to jest nagroda. Tutaj jest pula do zgarnięcia. Dobrze, żebyście taką potencjalną pulę napisali sobie gdzieś na samym początku.
W tych momentach jak będziecie się zastanawiali, dlaczego warto, żebyście wiedzieli, po co idziecie, czego potrzebujecie, co chcecie, co was zadowoli, co was ucieszy. Oczywiście to też niewykluczone, że oprócz rzeczy, które tam wypisaliście, możecie dostać coś dodatkowego, a może dostaniecie coś zupełnie innego, co okaże się dla was jeszcze bardziej fajne, przyjemne, miłe, przełomowe i tak dalej. Także o nagrodzie dobrze sobie pomyśleć wcześniej. Zresztą ta nagroda też może was wspierać w tych dołkach, gdzie będą jakieś sprawdziany, jacyś wrogowie, czy może sprzeciwianie się wyzwaniu. Wszystko, co będzie powodowało, że wam będzie spadała chęć, to tutaj możecie wspierać się wizją czy listą, czy jakkolwiek to sobie będziecie chcieli nagrać. Może nagrajcie wideo na samym początku sami do siebie, które będziecie włączali za każdym razem, kiedy będziecie chcieli zawrócić. Zbliżamy się ku końcowi. Punkt dziesiąty: droga powrotna. Droga powrotna w przypadku naszego procesu zmiany może być trochę jak podsumowanie, bo już jesteście po tej głównej próbie. Macie już nagrodę mniejszą lub większą, ale macie.
Tu jest moment, żeby się zastanowić, co wyszło. Co może nie tyle nie wyszło, co może fajnie byłoby gdzieś poprawić, ulepszyć, wrzucić na wyższy poziom. To już od was zależy, ale fajnie, jakbyście pomyśleli nad takim podsumowaniem, żeby ta próba główna nie przepadła, żebyście faktycznie ją sobie ugruntowali i wiedzieli, na czym stoicie, w jakim jesteście etapie tego wszystkiego. Kolejny punkt: odrodzenie. To jest też moment, kiedy możecie się na chwilę zatrzymać i zobaczyć, jak się zmieniliście. Czy w ogóle się zmieniliście? Może zaszło coś innego, może spróbowaliście czegoś nowego. Żeby się zastanowić, czy warto było. Jeżeli tak, to wypiszcie sobie dlaczego. Jeżeli nie, to też wypiszcie dlaczego.
Lepiej wypisać niż nie wypisać, bo zawsze później macie odwołanie. Ludzie mówią, że Okej, papier przyjmie wszystko, ale z drugiej strony, jak coś jest zapisane, to już ma moc prawną i tak dalej. Prawo przyciągania, różne tego typu rzeczy są. Natomiast ja dużo rzeczy zapisuję i widzę w tym wszystkim, że to może nie tyle, że się czuję zobowiązana, bo coś zapisałam, tylko bardziej wyrzucam coś z głowy. Wypisuję swoje myśli, a potem, kiedy to czytam drugi raz, to mój mózg już nie musi myśleć o tym, co jest na kartce, tylko myśli sobie od innej strony, zmienia perspektywę. Troszeczkę inaczej na to wszystko patrzę. Często też z dystansem. Uczyłam się trochę izolować emocjonalnie od pewnych sytuacji w życiu. Widzę to jak w „Harrym Potterze” myślodsiewnia, coś takiego. Myśloosiewnia.
Wyciągali myśli z głowy i wkładali w taką misę i sobie w tej misie oglądali. Potem te myśli trzymali w fiolkach. To tym jest dla mnie zapisywanie notatek. Może wy znajdziecie dla siebie coś innego. Może będziecie nagrywali vlogi wewnętrzne sami dla siebie. Może będziecie rozmawiali przed lustrem do siebie. Pomyślcie nad tym. Ja lubię nośnik ręka, długopis czy jakieś narzędzie inne i wrzucam wszystko na papier, bo to taki mój rytuał wyrzucania z głowy. Ostatni punkt to jest powrót z eliksirem. Niezależnie od tego, czy ta podróż wam się podobała, czy nie, czy wam się opłacała, czy nie, to będziecie mieli ze sobą jakiś eliksir.
To coś bardzo ważnego. To jest ważniejsze niż nagroda, bo to jest esencja czegoś. Chociażby taka, że wiecie, że drugi raz tego nie zrobicie. Wiecie, że tego nie chcecie. A może wiecie, że było super i chce to kontynuować? Jeżeli chcę to kontynuować, to zaczynamy kolejną wyprawę, kolejny quest. Jeżeli nie chcę tego kontynuować, to warto pomyśleć w takim razie, co chcę zrobić. Albo jeżeli ten kierunek mi się nie podoba, to jaki jest nowy kierunek. I dalej kolejny quest. Widzicie, schemat moim zdaniem dobry na wszystko.
Ja już od wielu lat tkwię w jednej wielkiej podróży bohatera i powiem szczerze, ja to się tam, kolokwialnie mówiąc, jaram na każdy dzień, bo wiem, że to będzie nowa przygoda i zawsze coś nowego znajdę. U mnie poszłam tak daleko, że każdy dzień jest nowym questem. Oprócz tego idą też te grube questy. Jak w grach macie quest główny i są też questy poboczne, to każdy dzień jest takim pobocznym. Jeżeli chodzi o zmiany, to warto też na nie spojrzeć w ten sposób, że zmiana nie tyle daje nam nowe życie, że to stare się nie liczy i coś jest już nowego i od nowa, nowy start, nowy początek, a bardziej daje nam nową jakość w życiu. Tak jak Dali powiedział, że ta zmiana modyfikuje nasze doczesne życie. Nie zmienia go, nie wymienia, nie podmienia, tylko robi je trochę innym, czymś nowym, czymś świeższym. Ale to nie znaczy, że to, co było do tej pory, się nie liczy. Bo pamiętajcie, że to są wasze doświadczenia, wasze przeżycia, wasze emocje, wasz rdzeń, do którego możecie się odwoływać. To jest bardzo ważne, co było do tej pory, a nie, że teraz to się nie liczy i zaczynam wszystko od nowa.
Oczywiście możecie tak robić, iść od nowa, natomiast nie zdziwcie się, jak później dostaniecie nie wiadomo skąd takie uderzenie z tego starego życia, bo jego się nie da anulować. Tego się nie da delete'em na klawiaturze wcisnąć i usunąć czy wyrzucić do kosza. Warto sobie takie rzeczy tuningować. Nie zmieniać, tylko modyfikować. Przygotowując się do tego odcinka, myślałam sobie nad słowem „zmiana”. Owszem, przytoczyłam wam definicję, natomiast zmiana często wiąże się z czymś zupełnie nowym, świeżym i podważa to, co do tej pory mieliśmy. Wręcz kwestionuje czy może nawet z automatu uznaje, że to jest złe i dlatego trzeba to zmienić. Ja lubię myśleć może nie tyle w kontekście samej w sobie zmiany, co bardziej o czymś takim jak przemiana. Znowu możecie się śmiać ze mnie, że to przecież jest synonim i tak dalej. Natomiast przeczytam wam definicję mimo wszystko, żebyście wiedzieli, że to nie jest do końca synonim.
Zaraz wrócę, dlaczego o tym w ten sposób myślę. Przemiana: stanie się innym niż poprzednio, przekształcenie się z jednej formy w inną, przeobrażenie się, zmiana. Przemiany mogą być duchowe, społeczne, polityczne i tak dalej. Możemy to podsumować, że zmiana to jest przekształcenie się, przeobrażenie, wymiana czegoś na coś. Natomiast przemiana to jest stanie się innym niż poprzednio, z jednej formy w inną. Oczywiście definicje są bardzo zbliżone, natomiast tak jak mówiłam, wymiana czegoś na coś w przypadku zmiany może sugerować, że coś jest złe, coś jest niedobre, coś jest bezużyteczne i trzeba to wymienić. Natomiast przemiana już nawet w skojarzeniowym brzmieniu wygląda jak modyfikowanie czegoś, że było sobie coś i się przemieniło w coś innego. Co nie znaczy, że to stare jest nieważne, bo jakby nie patrzył, gdyby to stare się nie przemieniło, to nie byłoby nowego. Czyli jest tak samo istotne jak to, co jest nowe. Dlatego w stosunku do siebie nie lubię nawet myśleć o tym, że się zmieniam, tylko bardziej, że przemieniam się, modyfikuję czy zawsze coś ulepszam.
Lubię mówić o tym, że po prostu wynoszę coś na nowy poziom jakości. Polepszanie jakości to jest chyba moja zmiana. Przemiana jest niczym innym jak okazją, nie koniecznością. Zresztą zmiana tak samo. Natomiast przemiana to jest coś, co możecie, tak jak na samym początku mówiłam, po to sięgnąć, ale nie musicie i możecie się zmodyfikować w jakimś kierunku. Czy o jakieś umiejętności, czy nowe doświadczenia i tak dalej. Jakiekolwiek szkolenia, tak jak mówiłam, pamiętajcie, nie dajcie sobie wmówić, że musicie się zmienić i czy to będzie szkolenie, czy może jakaś książka, jakiś poradnik, może jakaś konferencja, a może ktoś z najbliższego otoczenia, czy to będzie kumpel, czy ktoś z rodziny, nieistotne. Może macie w swoim otoczeniu osobę, która ciągle wam gada, sugeruje i tak dalej. Nie. To ma być wasze.
To nie, że ktoś wam kazał. Jeżeli jednak ktoś zasugeruje wam zmianę, z którą wy się nie zgadzacie, czy wam to nie pasuje, a ktoś wam ględzi o tym cały czas, to mimo wszystko poświęćcie chociaż parę sekund i pomyślcie, czy może zwyczajnie taka zmiana wam się nie opłaci. I nie chodzi o taką motywację, żeby ktoś przestał ględzić, tylko bardziej zastanówcie się, że może jakimś cudem, może gdzieś jakiś jeden ułamek w tym czyimś ględzeniu, ale faktycznie może się okazać, że coś wam się spodoba. Może nie obierzecie tego kierunku, który ktoś wam sugeruje, ale myślenie nad nim może sprawić, że odnajdziecie wasz kierunek właściwy, który faktycznie stwierdzicie, że może spróbuję, może warto. Oczywiście wtedy wypiszcie sobie korzyści i pomyślcie, czy to będzie was wspierać, będzie was rozwijać, czy może nie. Może to będzie was zwijać i szkoda waszego czasu. Lepiej ten czas zainwestować w jakiś inny kierunek. To jest bardzo istotne, że każda zmiana, przemiana, modyfikacja, jakkolwiek byście tego nie nazwali, to ma być tylko i wyłącznie wasza decyzja. To nie mogą być czyjeś sugestie, wymuszenia, rozkazy, ble, ble, ble. To wy w środku macie czuć, że chcecie to zrobić, że widzicie w tym sens, widzicie w tym cel, widzicie w tym korzyści i tak dalej.
Prawda jest taka, że jeżeli wy w środku nie podejmiecie decyzji, a będziecie sobie coś robili na pół gwizdka, to nic z tego. Faktycznie ten czas nie będzie zainwestowany, tylko stracony, bo nie zrobicie tego tak, jakbyście mogli to zrobić. Nie zrobicie tego najlepiej, jak potraficie, bo po prostu nie będziecie mieli motywacji, nie będziecie tego robili dla siebie, tylko dla kogoś. To już lepiej chyba w tym czasie po prostu sobie posiedzieć i pooglądać serial, a nie na siłę. Zawsze najpierw pytajcie siebie, tego swojego wewnętrznego mentora. Panie mentor wewnętrzny czy pani mentor, czy to faktycznie podejmujemy decyzję, czy warto, czy nie, czy jest decyzja, czy nie. A nie, że ktoś wam zasugerował, dobra, idę, zrobię. Bardzo często z takim nastawieniem idziecie i zrobicie. Mam jeszcze zdanie podsumowania, że to ma być wasza podróż bohatera. To wy jesteście bohaterem i tylko wy możecie odbyć tę podróż.
I czy to będzie każdego dnia, czy to będzie raz na rok, czy to będzie raz na pięć lat, czy to będzie parę questów naraz. To wszystko od was zależy, od waszych możliwości i waszej chęci przede wszystkim. Pamiętajcie, odpowiadacie sami za siebie i sami dla siebie jesteście w stanie zrobić naprawdę magiczne rzeczy. Dobrnęliśmy do końca. Mam nadzieję, że temat coś rozjaśnił, może zainspirował do czegoś. Mam nadzieję, że nie musieliście wstawać spod kocyka, żeby odświeżać stronę. Oczywiście przypominam, mamy na Facebooku grupę Alchemia Tworzenia. Tam po każdym odcinku umożliwiam wam w takich przewodnikach, to się chyba teraz nazywa, do każdego odcinka robię oddzielną kategorię. Tam będzie zarówno post, gdzie możecie napisać swoje pytania, przemyślenia, jakieś uwagi do mnie czy do tego, co mówię. Może macie ochotę się z czymś nie zgodzić.
To wszystko jest tam dla was, macie miejsce na to. Jak zawsze na sam koniec będzie zadanko i do tego zadanka będzie dedykowany post. Co oznacza, że oczywiście możecie napisać swoje uwagi co do tego zadania, może jakieś przemyślenia, może chcecie podzielić się wynikiem tego ćwiczenia. Cokolwiek będziecie mieli ochotę napisać, to piszcie. To co? Ja się żegnam. Serdecznie dziękuję za uwagę. Trzymajcie się i leci zadanko. Średniowieczni alchemicy chcieli odkryć metodę przemiany ołowiu w złoto. Daj się ponieść wyobraźni i zaproponuj, jak mogła przebiegać taka metoda.
[03:04:41] - Seria „Bez Tajemnic” ma to do siebie, że raz pojawiają się odcinki takie lżejsze. Trudno o nich mówić, że lekkie, łatwe i przyjemne, ale takie leciutkie. Wydawać by się mogło, że przemykają łagodnie, a czasami pojawiają się odcinki ciężkie. Dzisiaj właśnie taki ciężki odcinek, bo w cyklu „Bez Tajemnic” pojawia się tytuł „Toksyczny krewny. Czy akceptować patologię?”.
[03:05:24] - Akceptować trudnych krewnych w oparciu o hojność i zrozumienie, mając pewność, że prawa Boże nie wiążą nas ze sobą bez uzasadnionej przyczyny.
[03:05:34] - Post o takiej treści pojawił się na naszym spirytystycznym Facebooku. Pod niniejszym postem wywiązała się krótka dyskusja, więc pomyślałem sobie: a co, wezmę to na warsztat i przedstawię wam moją opinię na ten temat. Czy należy akceptować toksycznych krewnych, gdy których nie ma, jesteśmy raczej zadowoleni i raczej nie marzymy o tym, aby pojawili się w naszych okolicach, w naszym pobliżu. Więc pytanie, czy należy akceptować wszystkich krewnych sądząc, że skoro Bóg tak chciał, to tak musi być? Nie, to nie jest do końca tak. Ktoś na naszym forum facebookowym zapytał, o co chodzi z tą hojnością i z tym zrozumieniem. Jeżeli ten post został dobrze przetłumaczony, jeżeli, to według mnie mówimy tutaj bardziej taką podstawową formą akceptacji. Jeżeli jakiś krewny, który jest toksyczny, ale potrzebuje pomocy, my powinniśmy mu tej pomocy, na przykład materialnej, udzielić. A jeśli chodzi o to zrozumienie, też musimy mieć na uwadze jego okoliczności, jego sytuację, dlaczego taki jest. A może on wcale nie chce być zły, ale po prostu jest taki roztrzepany i cokolwiek nie dotknie, to popsuje.
Nie wiadomo. Generalnie wydaje mi się, że o to właśnie chodzi. Więc według tego postu mamy tych krewnych akceptować przynajmniej na takim minimalnym poziomie, żeby z głodu nie umarli, jeżeli akurat mają taki charakter, że nie potrafią utrzymać w rękach jakiejś pracy na przykład. Ale już tak, żeby nie wnikać za bardzo. Ja nie do końca z tym się zgadzam. To znaczy, jeżeli mamy do czynienia z krewnym, którego wolelibyśmy unikać, trzeba mieć na uwadze, że po pierwsze życie wbrew sobie doprowadza do patologii. Jeżeli będę próbował na przykład akceptować rzeczy, które całkowicie nie są zgodne z moją naturą, moim usposobieniem, wtedy siłą rzeczy po latach odbije się to na moim zdrowiu. Jeżeli mam dbać o siebie, o moje własne ciało, powinienem również unikać sytuacji, które mogą przyczynić się do jakichś wewnętrznych zaburzeń. Choroba jest złem w takiej sytuacji, więc należy starać się jej unikać. Skoro mamy dbać o nasze ciało, nie wolno nam popełnić samobójstwa, nie wolno nam palić, nie wolno nam zażywać jakichś używek, narkotyków i tak dalej.
Generalnie mamy dbać o to ciało. To jest nasz taki duchowy obowiązek. Do tego obowiązku powinno się zaliczać unikanie kontaktów patologicznych, które mają na nas zły wpływ. To po pierwsze. Po drugie, nie wiadomo, jaki był nasz życiowy plan. Nawiązując do treści tego posta, jeżeli mówimy o tym, że Opatrzność uwiązała nas w relacji z kimś, to nie jest do końca tak, ponieważ może się okazać, że na przykład mamy obowiązek wytrwać przez jakiś czas. Dajmy na to 21 lat, dopóki się uniezależnimy, mamy obowiązek wytrwać w tej rodzinie. Nie możemy się z tego wyrwać, bo jednak to rodzice nas utrzymywali i tak dalej. Jeżeli ktoś miał toksyczną matkę, toksycznego ojca albo toksyczne rodzeństwo, do tej pełnoletności przynajmniej nie mógł nic zrobić. Musiał się z nimi użerać.
Tutaj rzeczywiście moglibyśmy powiedzieć, że Opatrzność nas uwiązała do danej sytuacji, do danych osób. Ale później, w momencie, kiedy człowiek dojrzewa i może się wyrwać w świat, to droga wolna. Prawda jest taka, że jeżeli naszym dozgonnym obowiązkiem w niniejszej aktualnej inkarnacji będzie opiekowanie się jakimś członkiem rodziny w taki czynny sposób, Opatrzność stworzy okoliczności, wrzuci nas w okoliczności, które w żaden sposób nie pozwolą nam się uwolnić od tego krewnego. Na przykład dziecko opiekujące się chorym rodzicem. Rodzic może być paskudnie wredny dla tego dziecka, ale dziecko tym rodzicem się opiekuje, ponieważ musi, ponieważ takie są okoliczności, ponieważ nie ma innego wyjścia. Tutaj możemy mówić, że jest sytuacja taka typowa, która sprawia, że dziecko i rodzic nie mogą się od siebie odłączyć. Ale to nie musi być rodzic, to może być jakaś babcia, jakiś dziadek, jakiś wujek, rodzeństwo, ktokolwiek. Trzeba to brać pod uwagę. Ciąg dalszy. Nie możemy zakładać, że nie wolno nam się wyrwać z danej sytuacji, ponieważ w takim przypadku w ogóle bylibyśmy skazani na bierność.
Skoro jestem w takiej sytuacji, skoro Bóg tak chciał, mu się nie będę sprzeciwiał. Nie. Człowiek musi walczyć o swoje. Człowiek musi w jakimś stopniu myśleć o własnych potrzebach, ponieważ każdy człowiek przychodzący na ziemię, każda dusza inkarnująca się na ziemi, przychodzi tutaj z jakimiś własnymi potrzebami, które mogą być odmienne od potrzeb członków naszej rodziny. Poza tym, gdyby miało się okazać, że jesteśmy zmuszeni opiekować się jakimś członkiem rodziny, to nawet jeżeli spróbujemy się wyrwać, to i tak jakieś okoliczności sprawią, że do tego członka rodziny wrócimy i w pewnym sensie znajdziemy się w punkcie wyjścia. Kolejna rzecz. Mamy prawo chcieć uciec od patologicznej sytuacji, ponieważ nie tylko w jednej inkarnacji możemy realizować nasze cele. Jeżeli moim obowiązkiem z jakiegoś powodu jest opiekować się daną osobą, ale jednak wyrwę się w jakiś sposób i postanowię nie realizować tego planu, to będzie kolejna inkarnacja, w której być może będę miał obowiązek znowu zanurzyć się w podobnych okolicznościach. Może nawet wtedy pojawią się jeszcze jakieś inne okoliczności, sytuacje, które jeszcze bardziej przyszpilą mnie i zmuszą do opiekowania się danym osobnikiem w innej roli. Może teraz jestem bratem bądź siostrą danej osoby, a w kolejnym wcieleniu mogę być dzieckiem czy kimś innym, jeszcze bardziej bliskim.
Chociaż rodzeństwo to już wydaje mi się dosyć bliska relacja. To generalnie tyle. Wcale nie musimy się do niczego zmuszać. Jeżeli czegoś nie będziemy w stanie zrobić, to po prostu tego nie zrobimy. Ale nie wolno zakładać pod żadnym względem, że jesteśmy skazani na jakąś sytuację, a tym bardziej na relacje patologiczne z członkami rodziny, których sobie nie życzymy. Ten post, od którego zacząłem dzisiejszy mój wywód, to jest tak naprawdę bardzo duży skrót myślowy. Pamiętajmy o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie ma przypadków w tym, co dzieje się w naszym życiu. Myślę tutaj o ważnych rzeczach. Nie o tym, że poszedłem do sklepu i kupiłem, a akurat siadłem na mleko, bo było przeterminowane.
Mówię tutaj o czymś ważnym, o punktach zwrotnych, które rzeczywiście wpływają na nasze całe życie i na to, jakimi ludźmi stajemy się na przestrzeni kolejnych lat. Jeżeli macie w swoim otoczeniu jakichś krewnych, od których chcielibyście się odsunąć, to oczywiście możecie próbować. Czy wam się uda, czy wam się nie uda, to już jest inna sprawa. Ale naprawdę nie wolno skazywać się na porażkę. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:14:50] - Czas, proszę państwa, na literackie tête-à-tête. Dzisiaj z Ewą Formellą tradycyjnie rozmawia Krystyna Śmigielska.
[03:15:02] - Dobry wieczór państwu. W naszym dzisiejszym literackim tête-à-tête gościmy autorkę 17 powieści, blogerkę, wydawniczynię, mieszkankę Trójmiasta, panią Ewę Formellę. Witam cię Ewo serdecznie i bardzo się cieszę, że możemy ze sobą porozmawiać.
[03:15:21] - Dzień dobry, właściwie dobry wieczór. Ja się też bardzo cieszę, bo jestem rozgadaną osobą, więc mam nadzieję, że nikogo nie zanudzę, a powiem coś ciekawego.
[03:15:31] - W nocy biograficznej umieszczonej na portalu Lubimy Czytać piszesz, że jesteś bibliofilką, bibliomanką oraz o tym, że swoją twórczą przygodę rozpoczęłaś w 2010 roku. Czy twoje wcześniejsze poczynania zawodowe były w jakiś sposób związane z literaturą i czy pomogły ci w czasie tworzenia własnych powieści i prowadzenia bloga?
[03:15:58] - Nie, to było zupełnie spontaniczne. Do tej pory, zanim zaczęłam pisać książki, to tylko czytałam. A potem zdarzyło się coś takiego, że zwolniłam się z jednej pracy. Nie musiałam wstawać o piątej rano do pociągu, żeby dojechać do Gdyni. W związku z tym chodziłam bardzo późno spać. A że mało oglądam telewizję, to mi w głowie zaczęły kiełkować różne historie i zabrałam się za pisanie. W nocy napisałam moją pierwszą książkę, „Leśniczówkę”. Właściwie zupełnie spontanicznie. Chciałam coś z siebie wyrzucić. Miałam w głowie pomysły i to moim zdaniem troszkę poszło, a potem te pomysły zaczęły się mnożyć.
Trudno było je tylko mieć w głowie. Trzeba było je też przenieść troszeczkę na papier.
[03:16:50] - Jeszcze raz się odwołam do portalu Lubimy Czytać. Określono tam twoją twórczość jako literatura obyczajowa, romanse, literatura piękna, powieści historyczne, biografie, autobiografie, pamiętniki. Czy zgadzasz się z takim zaszeregowaniem twoich dzieł? Bardzo interesują mnie tutaj powieści historyczne, biografie, autobiografie i pamiętniki. Czy rzeczywiście w swojej twórczości odnosisz się właśnie do tych form?
[03:17:22] - Nie do końca bym się zgodziła z powieściami historycznymi, bo moje powieści to nie są powieści historyczne. To są powieści z historią w tle. Mają one niewiele wspólnego z konkretną historią. Są tam na pewno jakieś fakty. Za każdym razem powtarzam: moje książki nie są książkami historycznymi, bo do książek historycznych trzeba mieć naprawdę ogromną wiedzę. A to, co ja umieściłam w książkach, to jedynie skromny research albo wspomnienia innych osób. To samo dotyczy również autobiografii czy biografii. Autobiograficznej książki nie napisałam, a jeśli chodzi o książki biograficzne, to są to książki głównie ze szkatułki wspomnień. Ten cykl pięciu książek na razie, w których opisuję Wspomnienia moich byłych podopiecznych. Kiedyś pracowałam jako opiekun osób starszych i niepełnosprawnych i między innymi do moich obowiązków należało dotrzymywanie towarzystwa starszym osobom.
A wiadomo, że ludzie starsi bardzo lubią opowiadać i wspominać. Dzięki temu, że otwierali się przede mną, powstały moje książki, bo niektóre historie są naprawdę tak piękne i tak wzruszające, że trudno pomyśleć o tym, żeby nikt o nich nie usłyszał. Myślę, że troszeczkę jest przekłamane na tym Lubimy Czytać, bo powieści obyczajowe, owszem, powieści z historią w tle, ale autobiografia i powieści historyczne to już niekoniecznie.
[03:18:54] - W takim razie powiedz mi, którą z twoich książek pisało ci się najtrudniej, a która w trakcie tworzenia sprawiała ci największą radość?
[03:19:05] - Z pewnością najtrudniejszą książką do napisania były dla mnie „Listy do Duszki”. To jest pierwsza z serii „Szkatułka wspomnień”, ponieważ chodziłam do tej pani i codziennie wysłuchiwałam jej wspomnień. Czytałam jej fragmenty, które napisałam w domu i bardzo przeżywałam razem z nią to, co ona przeżywała w czasie II wojny światowej. To bardzo emocjonalnie na mnie zadziałało. Zresztą wszystkie książki ze „Szkatułki wspomnień” to są książki, które bardzo dużo emocji mi zabierają i myślę, że nawet osoby, które je czytają, jeżeli uronią w czasie czytania łezkę, to znaczy, że tę książkę dobrze napisałam. To znaczy, że przekazałam te emocje, które chciałam przekazać. Bardzo polecam te książki, chociaż wiem, że nie każdy lubi czytać książki wojenne, ale pokazuję wojnę w bardzo łagodny sposób. Nie jest ona zbyt drastyczna, bardzo ciężka do odbioru. Myślę, że jest lekturą lekką. Może nie łatwą i przyjemną.
[03:20:13] - Ewa Formela, „Listy do Duszki”. Prolog: „Gdańsk, wiosna, rok 1939. Niebo nad Gdańskiem najpierw rozświetliła błyskawica, a dwie sekundy po niej miastem wstrząsnął potężny grzmot. W wielu domach ludzie przytulali się do siebie, jedni modląc się żarliwie, inni płacząc, a jeszcze inni kuląc ze strachu. Burza trwała już od kilkunastu minut, zalewając ulice wodospadem deszczu, rozświetlając błyskawicami i strasząc grzmotami. Doktor Becker siedział w swoim ulubionym fotelu i pozornie spokojnie pykając fajkę, starał się skupić na trzymanej na kolanach lekturze. Jego żona Eleonor głośno odmawiała modlitwę, mocno ściskając w dłoniach figurkę jakiegoś polskiego świętego. Sąsiadki Polki często mówiły, że ich święci zawsze nad nimi czuwają. Tym razem sama postanowiła zawierzyć tym, którzy są jej obcy. Szyby okienne przypominały rwące potoki.
Hałas deszczu, wyjącego wiatru i gromów zagłuszał wszystko. W pewnym momencie doktor Becker odłożył książkę na mały, okrągły stoliczek i zaczął nasłuchiwać. Wydawało mu się, że oprócz odgłosów burzy słyszy pukanie i czyjś płacz. Zerwał się z fotela i podbiegł do drzwi. Tak, teraz już wyraźnie dochodził do niego odgłos uderzania dłonią w drewno i wołanie o pomoc. Otworzył drzwi i zamarł. Na klatce schodowej stał około 10-letni chłopiec. Mokry od deszczu. Kił w kałuży wody spływającej z o kilka numerów za dużego płaszcza i z włosów, które mokrymi kosmykami opadały na zapłakaną twarz. »Hilfe!
Pomocy! Herr Doktor! Steffi. Kind. Blut. Krew. Dużo blut.« Chłopiec złapał doktora za rękę i pociągnął w stronę schodów. »Spokojnie, chłopcze, uspokój się i powiedz dokładnie, o co chodzi. Czy ktoś umiera? Zdarzył się jakiś wypadek?« Słowa niemieckiego doktora wypowiedziane czystą polszczyzną, spokojnym i opanowanym głosem w pierwszej chwili zaskoczyły chłopca.
»Jak masz na imię i kto to jest Steffi?« »Jest dużo krwi. Moja siostra. Ona dziecko. Ona umiera. Jest dużo krwi. Błagam, niech pan doktor pomoże. Ona nie może umrzeć!« Chłopiec rozszlochał się i klęknąwszy zaczął całować doktora po rękach. »Wstań natychmiast. Idę po moją torbę lekarską i zaraz zaprowadzisz mnie do twojej siostry.« Doktor Becker szybkim krokiem przeszedł do jednego z pokojów i w pośpiechu złapał swoją skórzaną torbę.”
[03:23:07] - Biorąc pod uwagę drugą część twojego pytania, to najzabawniejszą książką i najlżejszą dla mnie do pisania była moja pierwsza powieść świąteczna pod tytułem „Dziewczynka z ciasteczkami”. Bardzo zżyłam się z tą moją dziewczynką z ciasteczkami i przyznam się szczerze, że bardzo dużo w tej dziewczynce jest mojej wnuczki Zuzi, która wówczas była też bardzo rozgadaną dziewuszką. Myślę, że jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Podejrzewam, że taka typowa dla relaksu.
[03:23:44] - Coś z własnych przeżyć, z własnego życia przenosisz do tych powieści. Jeżeli gdzieś tam portretujesz swoją wnuczkę, to są również i twoje wewnętrzne przeżycia i spostrzeżenia, prawda? Czyli tak całkiem od tych dzieł się nie możesz jako od biograficznych odżegnać.
[03:24:06] - Dobrze, przyznaję rację.
[03:24:08] - Pierwsze swoje książki wydałaś własnym sumptem we własnym wydawnictwie. Kolejne powierzyłaś już innym edytorom. Co spowodowało, że zrezygnowałaś z samowydawania?
[03:24:21] - To było sześć książek, które wydałam Jako self-publishing, a wydałam je sama, ponieważ nikt mi ich nie chciał wydać. Pisałam, wysyłałam teksty do różnych wydawnictw i albo nie otrzymywałam żadnej wiadomości, albo po prostu: „Przykro mi bardzo, ale my nie wydamy pani książki”. I dopiero książka „Listy do Duszki”, którą wysłałam do wielu wydawnictw, ale jako pierwsze odezwało się wydawnictwo Replika, któremu jestem naprawdę bardzo wdzięczna, ponieważ dzięki nim zaistniałam szerzej na rynku. Nie wiem, czy ktoś sobie zdaje sprawę z tego, ale wydawanie książek samemu, nie pod nazwą wydawnictwa, bo kiedy ja wydawałam, to jeszcze nie było modne samo wydawnictwo, był raczej self-publishing tylko. Było to o tyle może nie trudne, ale takie, że nie było dobrej dystrybucji książek. Książki wydawane przez profesjonalne wydawnictwa albo przez wydawnictwo założone przez danego autora czy autorkę mają już większe możliwości. Trafiają do wielu księgarń, chociażby internetowych. A tu, kiedy wydawałam książki sama jako self, były one jedynie dostępne w sprzedaży przez Empik.
[03:25:36] - To uważasz, że w procesie wydawniczym najważniejsza jest jednak dystrybucja?
[03:25:41] - Tak, bo książka dzięki dystrybucji trafia do wielu czytelników. Oczywiście jak ktoś już ma mocne nazwisko, ma swoich czytelników w tysiącach, może sobie pozwolić na to, żeby założyć własne wydawnictwo i samemu się tym zajmować. Ale jak ktoś jest osobą początkującą na rynku i ma raptem za sobą dwie, trzy, cztery książki i jego nazwisko nie jest jeszcze znane wśród czytelników, to raczej trudno mu jest się przebić wśród tysięcy tytułów, które się pojawiają. Nie ukrywajmy, każdego miesiąca wychodzi kilkadziesiąt nowych tytułów, kilkadziesiąt nowych książek. I teraz przebij się przez to. Przebij się przez ten mur, gdzie są znane i mocne nazwiska, a ty jesteś taką panią Formelą, która sobie pisze i chciałaby, żeby ją czytali.
[03:26:33] - W takim razie zapytam jeszcze o promocję książek. Ty prowadzisz swój blog „Książki Idy”. Na tym blogu zamieszczasz recenzje książek oczywiście innych autorów. Chciałabym wiedzieć, czy uważasz, że takie promowanie książek jest skuteczne? I jeszcze jedno pytanie: czy miałaś kiedyś taką sytuację, że przeczytałaś daną pozycję, która nie za bardzo przypadła ci do gustu, ale z kolei bardzo lubiłaś autora i nie potrafiłaś oddzielić swojej sympatii od tego, co chciałaś powiedzieć o danej pozycji książkowej?
[03:27:13] - Zabierając się za pisanie recenzji, staram się nie myśleć o tym, jakie relacje łączą mnie z autorem, bo faktycznie masz rację. Jest sporo autorów, których ja bardzo lubię i bardzo ich cenię jako ludzi, ale ich książki niekoniecznie do mnie trafiają i niekoniecznie są takimi, które chciałabym czytać. Jeżeli dostaję książkę z wydawnictwa, a książka mi się nie spodoba, to staram się nie wstawiać negatywnej opinii o tej książce, tylko piszę uczciwie do wydawnictwa, ponieważ nie chcę zaszkodzić danemu autorowi, a wiem, że znajdzie się ktoś, komu te książki będą bardzo się podobały. Każdy ma swój gust. Mam jedną koleżankę, nie zdradzę nazwiska, ale lubimy się bardzo. Spotykamy się często na kawie i rozmawiamy o książkach. Pisarkę, która mi mówi wprost: Ewa, moje książki ci się nie spodobają. Nie twój gatunek do czytania. Ja wiem, jakie ty czytasz, jakie ty lubisz. I ja przeczytałam jej może dwie albo trzy książki.
Faktycznie nie zachwyciły mnie. Powiedziałam jej to wprost. Wzięła to pod uwagę, bo mówi: Wiesz, nie każdy lubi czytać na przykład erotyki. Są osoby, które się w erotykach zaczytują. Ja niekoniecznie. Owszem, o jakiejś pięknej miłości to ja mogę poczytać, ale erotyki to niekoniecznie. To samo jest na przykład z horrorami. Ja nie czytuję w ogóle horrorów, choćby nie wiem jak mi zachwalano taką książkę, ja jej do ręki nie wezmę, bo ja po prostu nie lubię horrorów. Kryminały owszem, obyczajowe owszem, chociaż z tymi obyczajowymi też mam pewien problem, bo niektóre są takie, brzydko powiem, sztampowe, pisane na ilość, a nie na jakość. A ja bardzo cenię sobie autorów, którzy nie wydają rocznie pięciu, sześciu książek, ale jak wydadzą jedną, to od tej książki nie można się oderwać, bo ona ma w sobie takie pokłady emocji, że czytasz, czytasz i w końcu jesteś na ostatniej kartce i mówisz: Co, już koniec?
Więc to jest bardzo ważne moim zdaniem. Niestety, powiedzmy sobie uczciwie, dużo wydawnictw idzie w tej chwili na ilość, nie na jakość. Ważne, że jest znane nazwisko, że ta pani ma kilka tysięcy followersów na Instagramie, Facebooku czy gdzieś tam.
[03:29:36] - Właśnie chciałam o to zapytać, bo ta moda dzisiaj powoduje to, że książki ukazują się, ale większość z nich to właściwie są jakby te same fabuły. One się nawet stylem między sobą nie za bardzo różnią, czyli jakby pokazano tam fragmenty z kilku książek, trudno by było dopasować te fragmenty do poszczególnych autorów, bo one są tak podporządkowane fabule. Czy uważasz, że to dobrze wpłynie na literaturę? Czy literatura się obroni i jednak wyzwoli z takich ogólnie panujących mód i stanie się znowu czymś, co jest wartościowe, co zmusza czytelnika do przemyśleń, co przynosi przeżycia emocjonalne, poważne przeżycia tu mam na myśli?
[03:30:24] - Skoro te książki są wydawane i są wydawane w dużych ilościach, to widocznie jest na nie popyt. Na pewno znajdą się książki, które bardziej zaszkodzą temu rynkowi książkowemu, literaturze zaszkodzą, niż podniosą ją. Ale są ludzie, którzy lubią czytać książki lekkie, łatwe i przyjemne. Na początku już wiadomo, kto kogo zabije albo kto kogo kocha i z kim się spotka. Nie popieram tego, żeby były tak wydawane, ale skoro są czytelniczki czy czytelnicy, którzy po te książki sięgają i jest to jakiś dochód zarówno dla wydawnictwa, jak i dla autora, niech je sprzedają. Kilka takich książek przeczytałam i wręcz byłam zszokowana historią, jaką wpleciono w te książki. Nie neguję tego, że ktoś chciał napisać dobrze i powiedział, że napisze książkę o miłości w Auschwitz, o tatuażyście, o czymkolwiek. Ale dodajmy też trochę tej prawdy. Dlatego ja zawsze powtarzam, że moje książki to nie są książki historyczne, ale są z historią w tle. Ja staram się robić dobry research, ale niestety niektóre książki są pozbawione tego researchu całkowicie.
Ktoś pisze książkę, konkretny temat, bo takie dostał zamówienie. Bierze się za pisanie, nie zgłębiając dokładnie tematu. Przytoczę tutaj jedną z moich ostatnich książek, którą wydałam właśnie ze Szkatułki Wspomnień, „Pamięć dla Heleny”. To jest książka o problemie wojennym, o którym mało słyszeliśmy. Mało kto słyszał o Lebensborn, o stajniach rozpłodowych, w których młode kobiety rodziły młodych nazistów, teoretycznie mówiąc. Ale ja zabierając się za tę książkę, bo ja tylko usłyszałam historię pewnej pani, która była właśnie taką młodą dziewczyną zmuszoną do urodzenia niemieckich dzieci niemieckiemu oficerowi. Ale ja zanim tę książkę napisałam, ja przeczytałam chyba z 15 książek o Lebensbornie, żeby wczuć się w ten temat, żeby wiedzieć, o co chodzi, przekazać jakiekolwiek emocje w książce. Nie ukrywajmy, w wielu książkach, tak jak wspomniałaś, tych emocji brakuje. Czytasz, przeczytasz, a na drugi dzień w ogóle nie wiesz, o czym ta książka była. Czy takie książki powinny być wydawane?
[03:32:43] - Właśnie. Kiedyś, ja zawsze to powtarzam, romanse, kryminały były uważane za takie książki drugiej kategorii. One w ogóle w księgarniach były gdzieś tam z boku wystawione, włącznie z książkami pornograficznymi nawet stały często, bo takie też dawniej przecież wydawano. Wydaje mi się, że w tej całej gamie tych książek, powiedzmy sobie, mało wartościowych gdzieś giną perełki. W tym natłoku można znaleźć naprawdę wartościowe dzieła dzisiaj tworzone. I to jest takie troszeczkę bolące, zwłaszcza dla ludzi, którzy rzeczywiście w literaturze szukają czegoś więcej niż tylko rozrywki. Ta literatura jakby B owładnęła teraz rynkiem i jest chyba wyżej nawet ceniona niż literatura wartościowa, bo łatwiej ją wydać. Wydawca liczy przede wszystkim, ile może na danej książce zarobić.
[03:33:47] - Ewa Formela, „Carpe diem”. Rozdział trzeci: Wanda. Coś wyrwało Alinę z pięknego, głębokiego snu i spowodowało, że gwałtownie usiadła na łóżku, rozglądając się po pokoju. W jednej sekundzie zapomniała, o czym śniła. Zdezorientowana nie mogła sobie uzmysłowić, gdzie się znajduje. Tętent setek par końskich kopyt w jej głowie wywołał taki ból, że z trudem łapała powietrze. „Łup, łup, łup!” Łupanie, a właściwie odgłos basów dochodziło z zewnątrz, najprawdopodobniej z ogrodu. Spojrzała w stronę drzwi tarasowych, ale zasłonięte skutecznie uniemożliwiały jej dostrzeżenie czegokolwiek. Wyskoczyła spod kołdry i szybkim ruchem podniosła rolety. Wyjątkowo oślepiający blask porannego słońca zmusił ją do cofnięcia się w głąb pokoju.
Kiedy wreszcie oczy przyzwyczaiły się do światła, ponownie podeszła w stronę tarasu i otworzyła drzwi, wpuszczając do środka rześkie morskie powietrze i niezidentyfikowany hałas. „Łup, łup, łup!” Basy zabrzmiały jeszcze donośniej, a w głowie groźnie zahuczało. Na małym wiklinowym stoliku stojącym na trawie przed domem stało jakieś urządzenie grające, z którego siłą kilkunastu decybeli wydobywała się ostra muzyka techno. „Jezu, co to jest?” zawołała, próbując opanować ból głowy. „Wanda, ścisz to diabelstwo!” Z okna na piętrze Alina usłyszała głos pani Teresy. „Wanda, słyszysz? Letnicy jeszcze śpią.” „Co śpią? Co śpią? Nie śpią, mamuś, bo już są w ogrodzie” odkrzyknął rozłożony na leżaku ktoś z głową zakrytą dużym słomkowym kapeluszem. Alina zaczęła przyglądać się osobie, która postanowiła zrobić pobudkę całemu miastu, ale oprócz zgrabnych, umięśnionych, opalonych na czekoladowy brąz nóg wychylających się z czerwonego kostiumu oraz rąk zakończonych długimi, również kwisto czerwonymi paznokciami nie zobaczyła nic więcej.
„Oho, chyba córeńka przyjechała na urlop.” Andrzej stanął na ich wspólnym tarasie i podał Alinie wysoką szklankę soku pomarańczowego. „Masz, to ci pomoże. Mnie też jeszcze trochę dudni w głowie.” Kobieta z wdzięcznością przyjęła napój. Wypiła go tak szybko, że nawet nie zauważyła, kiedy szklanka została opróżniona. „Słuchaj, chyba wczoraj za dużo było tego wina. – spojrzała na mężczyznę z niewinnym wyrazem twarzy. – Ale przyznam uczciwie, że bawiłam się świetnie i gdyby nie perspektywa bólu głowy, chętnie bym to powtórzyła.”
[03:36:26] - Andrzej uśmiechnął się. Ja też miło spędziłem wieczór. Szarmancko skłonił się w stronę oszołomionej letniczki. Ale teraz to dopiero zobaczysz, co się będzie działo — powiedział znacząco, spoglądając w stronę kobiety leżącej pośrodku ogrodu. Wanda, ścisz to słyszysz, bo przyjdę z młotkiem i rozwalę ten magnetofon. Pani Teresa nadal próbowała wpłynąć na niereagującą na jej słowa córkę. Pisanie to jest dla ciebie forma spędzenia wolnego czasu, coś, co płynie głęboko z twojej duszy, czy może właśnie jest to też praca zarobkowa, z której po prostu czerpiesz korzyści?
[03:37:08] - Przyznam szczerze, że każdy grosz w życiu się liczy, ale ja nie muszę pisać książek dla kupienia chleba. Mam już w tej chwili stały dochód. Jestem na emeryturze. Cieszę się pewnie z każdych tantiem. Cieszę, bo to zawsze jest jakiś dodatkowy grosz do budżetu i zawsze mogę sobie na moje przyjemności przynajmniej pozwolić. Piszę wtedy, kiedy mam pomysł w głowie i wiem, że ten pomysł wypali. Nie staram się nigdy pisać na siłę, ponieważ jeżeli nie mam w głowie konkretnej fabuły, nie mam w głowie konkretnych emocji i nie mam w głowie tego, co chcę przekazać czytelnikowi, to ja się w ogóle nie zabieram za pisanie. I czasami jest tak, że kilka miesięcy ja w ogóle nic nie piszę. Nie piszę żadnej książki, bo ona dopiero dojrzewa i się coś tam w głowie ułoży. Robię sobie jakąś notatkę gdzieś na boczku, robię sobie research.
Jeżeli chodzi o książki z historią wojenną w tle i nie tylko, bo na przykład w książkach świątecznych mam bardzo dużo legend trójmiejskich i szczególnie gdańskich, więc też musiał być ten research zrobiony porządnie. To nie mogłam zrobić czegoś takiego hops i już jest. Wiem, że są autorzy, autorki, które i którzy piszą dla zarobku. To jest ich zawód, oni to wykonują i nie pracują nigdzie indziej, tylko zajmują się pisaniem książek i muszą na tych książkach zarabiać. Ja piszę wtedy, kiedy mam coś do przekazania. Nie piszę na siłę, bo uważam, że aby napisać byle co, to może mi tego nikt nie wydać. Albo powiedzą: pani, co tam za bzdury pani napisałaś. Więc nie czuję się jeszcze na tyle silna na rynku literackim, żeby pisać wszystko o wszystkim, że każdą moją książkę wezmą i kupią. Staram się podchodzić do pisania emocjonalnie.
[03:38:54] - Książka musi być przemyślana. Ona musi być przeżyta, jak ja mówię.
[03:38:57] - Tak.
[03:38:58] - Powiedziałaś. Zdradziłaś nam tutaj taką sytuację, że jedna z postaci twoich książek bliźniaczo jest podobna do twojej wnuczki. Ja bym chciała wiedzieć, czy masz takie swoje ukochane literackie dziecko, gdzie książka już została dawno skończona, żyje już swoim własnym życiem, a ty gdzieś ciągle myślami wracasz do tej postaci, jakbyś martwiła się o to, czy radzi sobie jako już taki skończony twór.
[03:39:28] - Chodzi o książkę napisaną przeze mnie?
[03:39:31] - Tak, tak, oczywiście.
[03:39:33] - Z całą pewnością bardzo, bardzo często wracam do książki Listy do Duszki, ponieważ z panią, o której piszę w tej książce, łączyła mnie przyjaźń. To, że ja byłam jej opiekunką, to było tylko po prostu formalnie. Ale byłyśmy bardzo ze sobą zaprzyjaźnione. No niestety, pani nie dożyła premiery książki, ale bardzo się ucieszyła, kiedy dowiedziała się, że znalazło się wydawnictwo, które chce tą książkę wydać. I czasami przechodząc w Gdańsku obok domu, w którym ta pani mieszkała, to tak mam taką wewnętrzną chęć wejścia, zapukania, powiedzenia: o, dzień dobry pani. Może wpadłabym na kawkę. Wiem, że jej już nie ma i wiem, że to są po prostu takie marzenia. Bardzo często myślę o tej pani, ponieważ ze względów emocjonalnych i to, co nas łączyło, ta przyjaźń, która nas łączyła, była na tyle silna, że ja bardzo często do niej wracam. Po skończeniu książki, nawet jeżeli piszą mi czytelniczki: o, przydałby się dalszy ciąg. Myślę o napisaniu kontynuacji.
Nie. Jedyną rzeczą, jedyną książką, którą zgodziłam się po naciskach moich czytelniczek, to była właśnie powieść świąteczna Dziewczynka z ciasteczkami. Tak czytelniczki pokochały tą moją Zosię, że powiedziały: no nie, no to się nie może tak skończyć, to musi być dalej. Ta Zosia musi dalej, ona musi być. I w sumie powiem szczerze, że pisałam tą drugą część. Napisałam ją dosyć szybko. Kamienica pełna marzeń. I kiedy dalej wydawnictwo, czytelniczki zaproponowały, żebym jeszcze dalej na tym pisała, napisałam tą trzecią część, ale niestety pisanie tej trzeciej części już mi szło bardzo ciężko, bo ja już w jakiś sposób tą historię skończyłam i takie wyciąganie na siłę i pisanie na siłę kolejnych losów troszeczkę mnie zmęczyło. Powiem szczerze, ale napisałam. Zobaczymy co z tego będzie, bo prawdopodobnie książka dopiero się ukaże jesienią tego roku.
Ta trzecia część, ale zobaczymy. Ale podejrzewam, że nie zostanie już tak entuzjastycznie przyjęta jak Dziewczynka z ciasteczkami, chociaż bardzo bym tego chciała. Nie wiem, czy odpowiedziałam dokładnie na Twoje pytanie, ale nie, nie wiążę się tak bardzo emocjonalnie z moimi bohaterami, aby chcieć ich ciągnąć dalej.
[03:41:52] - Ewa Formella. Dziewczynka z ciasteczkami. Rozdział trzeci. Zosia wróciła ze szkoły z humorem, jakiego nikt nie mógł jej pozazdrościć. Koleżanki na wszystkich przerwach opowiadały, gdzie były i co robiły przez te dwa dni wolne od nauki. A kiedy ona chciała pochwalić się pieczeniem ciasteczek, to zbywały ją i odpychały. Nawet Julka, która czasami bawiła się z nią na podwórku, powiedziała, że nikogo nie obchodzi, co ona robiła i żeby się zamknęła. Zosi zrobiło się smutno, bo chciała przynieść do szkoły kilka ciasteczek i poczęstować nimi koleżanki, ale skoro one nie chciały słuchać o tym, jak je piekła i z kim, to nie będą też ich jadły. Zaczęła przetrząsać plecak w poszukiwaniu kluczy do mieszkania. Wysypała całą zawartość na podłogę, ale kluczy nie znalazła.
Przypomniała sobie, że rano, kiedy wychodziła do szkoły, drzwi za nią zamknęła mama, mówiąc, że ma dzisiaj wolne, więc będzie w domu, gdy Zosia wróci. Niestety mama pewnie musiała wyjść. Niewiele się zastanawiając, dziewczynka pozbierała zeszyty i książki, wepchnęła wszystko do plecaka i zeszła na parter do babci Krysi. Ale sąsiadki również nie było w domu. Zasmucona usiadła na schodach pod drzwiami swojego mieszkania i zaczęła czytać książkę wypożyczoną z biblioteki szkolnej. „A co ona tu robi na tej zimnej posadzce? Chce dostać wilka?” Zanim dotarł do Zosi tubalny męski głos, poczuła na ramieniu lekkie uderzenie. Podniosła głowę znad książki i przestraszyła się, widząc nad sobą groźną twarz sąsiada z drugiego piętra. „Dzień dobry panu.” Skłoniła się grzecznie i przesunęła bliżej ściany, żeby sąsiad mógł swobodnie przejść schodami obok niej. „Nie wiem, czy dobry.
Zależy dla kogo. Dla niej chyba nie. Pytam, co ona tu robi?” Zosia rozejrzała się po korytarzu, ale oprócz niej i pana sąsiada nie zauważyła nikogo, więc domyśliła się, że starszy pan cały czas mówi do niej. „Wilka dostanie i tyle będzie. Wstaje z tych zimnych schodów, ale już!” zagrzmiał donośny głos, a mężczyzna dodatkowo szturchnął Zosię swoją drewnianą laską. „Bardzo przepraszam, ale mama nie chce się zgodzić nawet na małego pieska, a co dopiero jakby się miała dowiedzieć, że dostanie od kogoś wilka.” Zosia uśmiechnęła się przymilnie i wstała, aby nie patrzeć na sąsiada cały czas z uniesioną głową. „Co ona tu robi? Pytam po raz kolejny.” Mężczyzna nie odwzajemnił uśmiechu, ale na jego twarzy widać było bardziej zaniepokojenie niż złość. Zosia nie mogła zrozumieć, dlaczego starszy pan mówi do niej „ona”, ale pomyślała, że to pewnie taka forma grzecznościowa. „Ona czeka na mamę albo na babcię Krysię.” „Że co?
Na kogo i dlaczego?” „Zapomniałam kluczy do mieszkania. Ale tak właściwie to mama miała mieć dzisiaj wolne i mówiła, że jak wrócę ze szkoły, to będzie w domu. Ale widocznie musiała pójść do sklepu albo w inne ważne miejsce. A pani Krysia z parteru, która do niedawna była tylko panią Krysią, a teraz jest moją babcią, pozwala mi czasami u niej być, jak mamy nie ma w domu. Ale jej też teraz nie ma, bo pewnie musiała pójść do sklepu albo w inne ważne miejsce i dlatego ona musi poczekać albo na mamę, albo na babcię Krysię na schodach, bo na dworze jest zimno i-„ „Stop, stop, stop!” zawołał mężczyzna. „Nakręciła ją jakaś maszyna, że tak terkocze? Jeszcze raz, ale powoli, bo prawie niczego z tego, co ona powiedziała, nie zrozumiałem.” To, co powiedziałaś, jest prawdą. Pierwsza część przeważnie sprzedaje się dobrze. Z kolejnymi już jest troszeczkę gorzej. Powiedz mi w takim razie, czy masz swoich beta czytaczy i czy są oni twoim zdaniem potrzebni w ogóle w naszej pracy?
Czy masz do nich zaufanie i czy korzystasz z rad takich beta czytaczy, czy raczej starasz się te rady pomijać milczeniem?
[03:45:43] - Mam dwie właściwie beta czytaczki. Jedną taką już stałą, do której wysyłam każdy mój pierwszy tekst napisanej książki i ona mi tam robi różne uwagi. Jedną z tych beta czytaczek jest moja siostra, która ostatnio chyba się zbuntowała, bo już nie chce dostawać ode mnie książek w pierwszej, jak to powiedzmy, w dziewiczym wydaniu. Woli dostać już książkę wydaną na papierze. Uwagi mi tam spisywała na boku i zwracałam na to uwagę. A drugą i taką stałą moją beta czytaczką jest Agnieszka mieszkająca w Inowrocławiu, której wysyłam każdy tekst. I Agnieszka bardzo profesjonalnie podchodzi do tego i pisze mi. Zawsze mi podkreśla moje błędy, zarówno merytoryczne, jak i językowe. Zawsze staram się przemyśleć. Jeżeli ona mi tam napisze: „Słuchaj, to bym wykreśliła, bo to tam jest mało ważne” albo coś takiego.
Zawsze albo staram się to przedyskutować, albo staram się to przemyśleć, bo faktycznie czasami wrzucamy w tekst jakieś bzdury, które są do niczego. Ani nie wnoszą nic w fabułę, ani nie mają żadnego emocjonalnego przekazu. A to, że my je napiszemy, to gdzieś tam z nas wypadło. Więc staram się nie wysyłać tekstu do wielu osób ze względu na to, że wiem, jak to jest. Musiałabym wysłać go do osób obcych, które mnie nie znają. Przekonałam się już niejednokrotnie, że przyjaciele czy znajomi, dobrzy znajomi nie powiedzą mi prawdy po przeczytaniu mojej książki. Każdy będzie chwalił i każdy będzie mówił: „Ach, och” i „cudownie”, bo on mnie zna, bo nie chce mnie urazić. A to nie o to chodzi. Ważna jest krytyka. Ja na przykład po „Listach do duszki” dostałam bardzo taki ostry, powiedzmy, mail od pana, który również jest autorem książek, który mi tam zarzucił kilka błędów, takich właśnie mocnych.
Znaczy mocnych, niemocnych. Błędów historycznych. Ja mu bardzo grzecznie odpisałam. Podziękowałam mu za wszystkie uwagi, które ten pan mi napisał, ale ja mu napisałam wprost: „Wie pan co? To nie jest książka historyczna, to jest książka z historią w tle. Ja piszę na podstawie wspomnień, przekazuję jakąkolwiek emocję.” No i wyobraź sobie, że ja z tym panem zaczęłam korespondować. Wymieniliśmy ze sobą bardzo dużo maili na różne tematy. Do tego stopnia doszło, że pan, pisząc swoją kolejną powieść, również z historią wojenną w tle, wysłał mi tekst z prośbą o to, żebym zerknęła własnym okiem, okiem kobiety, ponieważ on tam miał bohaterkę i bohatera i chciał, żebym mu zaopiniowała tą książkę jako kobieta czy ja Tę kobietę odebrałam tak, jak on chciał przekazać ją czytelnikom. I w tej chwili jesteśmy na bardzo dobrej stopie. Może nie przyjacielskiej, ale bardzo miłej.
Wymieniamy między sobą różne uwagi, maile. Jak piszemy jakąś książkę z historią w tle, to próbujemy się konsultować ze sobą. I to jest miłe. To nie jest beta czytelnik, ale ktoś, kto popatrzy na moją fabułę okiem może nie znawcy, chociaż ten pan na pewno więcej wie o wojnie niż ja. To jest miłe.
[03:49:06] - Tak, z takiej właśnie sytuacji mogą urodzić się długotrwałe przyjaźnie, znajomości. A najważniejsze to jest to, żeby uwagi umieć rozgraniczyć i te mądre jednak zastosować w dalszej swojej pracy. Chociaż nie wszyscy w ten sposób podchodzą do dobrych rad. Powiedz mi w takim razie, jakiej książki byś nigdy nie napisała?
[03:49:31] - Z pewnością nie napisałabym erotyku, chociaż moja książka, kiedy wydawałam ją sama, miała tytuł „Lawenda”, a później po wielkim boom pani Lipińskiej wydawnictwo Replika zdecydowało, że wyda tę książkę pod innym tytułem. Tytułem bardzo erotycznym, ponieważ „Dziewczyny z ogrodu rozkoszy” i na okładce jest bardzo rozkoszna muszelka sugerująca wiadomo co. Nie jest to książka erotyczna. Nawet jedna dziewczyna, czytelniczka mieszkająca w Szwecji, która czytała moją „Lawendę” w pierwszej wersji, to powiedziała mi— bo to jest książka w ogóle o prostytutkach. Ale buchwa powiedziała do mnie: „Wiesz co, jeszcze tak subtelnie opisanego seksu to ja w żadnej książce nie spotkałam”. Jest to książka o kobietach zarabiających ciałem, ale to nie jest erotyk, chociaż ówczesny tytuł i okładka to sugerują. Na pewno nie napisałabym erotyku, bo nie umiem pisać erotyków. Jeżeli mam pisać o doznaniach seksualnych, to raczej ubieram je w emocje, a nie w jakieś brutalne. Nie ukrywajmy, w niektórych książkach seks jest tak podkreślony, że czytając masz ochotę zamknąć książkę i wyrzucić ją do śmietnika. Jest to wulgarne i nieprzyjemne w czytaniu, więc na pewno bym nie napisała.
Wiem, że nigdy nie napiszę kryminału, bo nie mam głowy kryminalisty i chociaż mam ochotę czasami kogoś zabić, to nie potrafiłabym napisać takiego typowego kryminału. Powiedzmy sobie uczciwie, kryminały od kryminałów się różnią i są takie kryminały, które od pierwszej do ostatniej strony trzymają nas w napięciu, a są takie, w których jest więcej obyczaju niż kryminału. Thrillera chyba też bym nigdy nie napisała, bo nie umiem takich rzeczy pisać. Ale myślę o tym. Na razie to mi kiełkuje w głowie, bo marzy mi się napisanie książki dla dzieci. Wiem, że jak czegoś bardzo chcę, to tego dokonam. Tak jak było z powieścią świąteczną. Marzyło mi się napisanie takiej typowej powieści świątecznej. I napisałam „Dziewczynkę z ciasteczkami”, która odniosła ogromny sukces. Wydaje mi się, że tę bajkę dla dzieci też kiedyś napiszę.
[03:52:02] - Trzymam kciuki, na pewno będzie bardzo udana. Ale chciałam się jeszcze dowiedzieć, czy miałaś kiedyś takie wydarzenie, że przeczytałaś książkę innego autora i kiedy już ją skończyłaś, kiedy zamknęłaś, westchnęłaś głęboko i pomyślałaś: „Jak ja bym chciała kiedyś tak pisać”. Czy zdarzyła ci się taka przygoda literacka?
[03:52:28] - Tak, z pewnością. Ja bardzo cenię dobrych autorów i dobre autorki, bo faktycznie czasami biorąc pod uwagę, jak są napisane niektóre książki, sama wiesz, że czasami jest książka, tak jak wspomniałam wcześniej, przeczytasz ją, skończysz, a na drugi dzień nie wiesz, o czym jest ta książka. Ale jeżeli przeczytasz jakąś książkę i jej fabuła siedzi w twojej głowie miesiąc, dwa, rok, to chyba o czymś świadczy. Ja na przykład mam taką książkę. W zasadzie najpierw to była dylogia, potem trylogia pana Stanisława Goszczurnego, „Mewy” i „Skrawek nieba”.
[03:53:07] - Żartujesz? Przepraszam, że w czym przerwę. To wspaniale, bo ja tę książkę, właściwie te książki czytałam lata temu. 30, może nawet i więcej lat temu. I muszę ci powiedzieć, że do dzisiaj bardzo miło je wspominam.
[03:53:24] - Pierwszy raz przeczytałam „Mewy” i „Skrawek nieba”, jak byłam szesnastolatką chyba. Tak się zafascynowałam tym językiem, bo wiadomo, że pan Goszczurny pisał, świętej pamięci pan Goszczurny pisał zupełnie innym językiem, niż jaki teraz czytamy w książkach. Potrafił takie emocje wbić w te historie, które opisywał, że czytając tę książkę ponad 50, 40 parę lat temu, cały czas pamiętam, o czym były. Oczywiście mam na swojej półce. Kilkakrotnie do nich wracam, chociaż dobrze wiem, o co chodzi i wiem, jak się skończy każda z tych historii. Wydaje mi się, że chciałabym umieć tak pisać, tak, żeby ktoś po 20, 30 latach powiedział: „Boże, ale ona napisała fajną książkę”. Chyba każdy z autorów marzy o tym.
[03:54:23] - Cieszę się, że nasze literackie gusty się pokrywają. Z wielką sympatią darzę lektury Goszczurnego. Piękne jest to, że jednak został tak dostrzeżony, że po tylu latach z taką przyjemnością o nim rozmawiamy. Bardzo dziękuję za to wspaniałe spotkanie. Było mi bardzo miło z tobą porozmawiać. Tym bardziej, że w wielu sprawach mamy podobne podejście do literatury, do życia. Państwu przypominam, rozmawiałam z panią Ewą Formelą. A jeszcze muszę zapytać na koniec, czy Formela to jest prawdziwe nazwisko czy pseudonim artystyczny?
[03:55:01] - To jest prawdziwe nazwisko.
[03:55:03] - Zapraszam na strony pani Ewy. Zapraszam również do śledzenia bloga „Książki Idy” i oczywiście na stronę facebookową naszego dzisiejszego gościa. Bardzo serdecznie dziękuję ci za to spotkanie. Państwu życzę miłej, spokojnej nocy. Dobranoc, Ewo. Dobranoc państwu.
[03:55:25] - Dobranoc. Dziękuję.
[03:55:28] - Na koniec naszego dzisiejszego spotkania zostawiłem naszą korespondentkę z Islandii. Kamila Ciołko-Borkowska zaprasza na „Piszącą z fiordami”. Kolejna porcja porad młodej pisarki. Ja państwu bardzo ten cykl polecam i zapraszam.
[03:55:49] - Dobry wieczór, moi fascynaci słowa. Dziś chciałabym zrobić trochę luźniejszy odcinek. To spotkanie też pewnie będzie trochę krótsze niż zazwyczaj, ponieważ nie będzie tutaj żadnych konkretów, żadnych warsztatowych ochłapków mięsnych, które będzie można pogryźć i wykorzystać do swoich własnych trudów związanych z walką z weną. Chociaż nie wiem, czy można to nazwać walką. Może. W każdym razie dzisiaj będzie trochę luźniej, jak na lekcji z zastępstwem. Tak spokojniej troszeczkę. Chciałabym poruszyć dzisiaj kilka kwestii. To będzie taka seria mniej związanych rzeczy z warsztatem, a bardziej z podejściem do pisania, bardziej z psychiką autora. Bo to też jest dość istotne.
Podejście do tego, nastawienie się do samego pisania. Bo to nie jest tak, że usiądziemy i będziemy na oślep klikać palcami w klawiaturę i wyjdzie z tego jakieś arcydzieło. To jest dość skomplikowany proces, dość trudny czasami proces, który zaczyna się już gdzieś tam z dala od klawiatury, który zaczyna się już w głowie, a nawet jeszcze poza głową. Ponieważ zanim autor wpadnie na pomysł tego, żeby coś napisać, to sobie żyje jako jego inspiracja gdzieś obok. I tu się zaczyna to wszystko. Autor trafia na tą inspirację, trafia na to źródło, łyknie sobie z tego źródła, wpadnie na pomysł. Trochę poetycko wyszło, ale wiecie, czasami tak jest. Wpada na to źródło, łyka z niego, wpada na pomysł i tu już machina ruszyła. Już coś się zaczęło dziać. Kamienie mielą ten pomysł.
Coś przekręca się, coś się układa. Mózg działa niesamowicie, a mózg autora, mózg pisarza jest pod tym względem tym bardziej niesamowity, ponieważ tworzy tak wspaniałe rzeczy, tak cudowne kombinacje. Co ja będę wam mówić? Czytacie książki, wiecie jak wygląda efekt końcowy, więc wiecie co dzieje się w mózgu. Jeśli piszecie, to wiecie, co dzieje się w mózgu pisarza przed stworzeniem tego efektu końcowego, podczas tej całej pracy. Ta cała praca pisarska to nie tylko walenie w klawiaturę, to nie tylko budowanie fabuły, to nie tylko budowanie dialogów, tworzenie postaci, o czym wcześniej mówiliśmy. To też dbanie o siebie. Ja wam powiem, że ja nie tknęłam pisania od kilku miesięcy. Może od dwóch, ponieważ warunki atmosferyczne. Nie, żartuję trochę.
Życie troszkę mi poplątało moje kontakty z panną weną. Chociaż nie wiem. Dajcie znać, czy u was jest panna wena czy pan wena, bo u każdego to działa trochę inaczej. U mnie jest panna wena i relacje z panną weną miałam w ostatnim czasie lekko skomplikowane. Najpierw było trochę ciężko, bo samopoczucie psychiczne nie za bardzo funkcjonowało jakoś pozytywnie, kiedy było ciemno, zimno i wiało. A to jest tak, że żeby usiąść do pisania, to głowa musi być czysta i spokojna. Czasami jest tak, że jak coś się robi, to głowa się uspokaja. To emocje się jakoś uspokajają. Tak jest na przykład przy rękodziele. Wiem to sama i sama sprawdzałam, że kiedy robimy coś i zajmujemy ręce, to emocje się wyciszają, głowa się uspokaja.
To, co dzieje się w głowie, gdzieś tam się jakoś układa zupełnie inaczej i na przykład część rzeczy można sobie później na spokojnie poukładać w głowie, kiedy już opadnie ta cała atmosfera nerwowości. A jednak do pisania dobrze jest siadać, kiedy jesteśmy spokojni, kiedy jesteśmy wyciszeni, kiedy nie mamy jakichś nerwów, jakichś stresów, ponieważ nie oszukujmy się Życie codzienne, wszystkie problemy, które się nawarstwiają, rachunki do opłacenia, jakieś konflikty swoje, dzieci, problemy w pracy. To wszystko powoduje, że mamy pewne blokady, problemy do tego, żeby usiąść, pisać. To jest zupełnie normalne. To nie jest tak, że jesteście jedynymi osobami, które mają z tym problem i nikt wam nie pomoże. Nie. Trzeba mieć kogoś. Dobrze jest mieć kogoś, z kim możecie pogadać na ten temat. Ja już kiedyś o tym wspominałam, że dobrze jest mieć osoby w swoim otoczeniu, które też piszą, do których możemy zwrócić się po pomoc, po poradę. Bo nie jesteśmy sami.
Nigdy nie jesteśmy sami. Fakt, jesteśmy sami podczas tego procesu tworzenia, bo wtedy potrzebujemy samotności. Wtedy osoby postronne typu rodzina, znajomi nam przeszkadzają. Ale w momencie, kiedy już nie tworzymy, kiedy piszemy i zmagamy się z tym wszystkim, co nam przeszkadza, żeby usiąść do pisania, to naprawdę potrzebny jest ktoś, kto zrozumie, kto wysłucha, kto poradzi, kto powie: „Ty słuchaj, wiesz, ja miałem taki problem, ale poradziłem sobie z nim tak, siak, owak. Spróbuj. Jeśli nie, poszukasz czegoś innego”. Na moim przykładzie, bo powiem wam, że przez jakiś czas nie pisałam. Tak się udało. Teraz się jąkam faktycznie, przepraszam, ale próbuję ogarnąć, jak to wyglądało. Przez pewien czas robiłam sobie research, o którym też już wcześniej rozmawiałam z wami.
Robiłam research do najnowszej książki. Był on mi potrzebny, ponieważ planuję zrobić coś w podobie poradnika, który będzie połączony z historią obyczajową. Tam nie będzie żadnej fantastyki, tam nie będzie żadnych wybuchów. Tam będzie po prostu zwykłe życie, takie codzienne, z elementami edukacyjnymi. Mam nadzieję, że mi to wyjdzie. Jednak potrzebowałam trochę czasu, żeby skupić się na tej tematyce, której będzie dotyczyła książka. Więc samego klikania w klawiaturę było niewiele, bo musiałam trochę poszperać. Fakt, że powiem wam tak: nadmiar informacji spowodował, że czuję się jeszcze bardziej skołowana. Te wszystkie informacje próbuję jakoś ogarnąć i próbuję je wcisnąć w fabułę. To wydaje mi się skomplikowane.
Myślę, że to też działa na moją niekorzyść, jeśli chodzi o to, żeby usiąść do pisania. Ale to był ten okres, kiedy faktycznie nie pisałam, bo skupiałam się na tym, jak zagrać, jak rozegrać tę historię, jak w nią wkleić, bo przecież nie wpiszę, wkleić te elementy edukacyjne. Bardzo mi zależy na tym, żeby tam były pewne elementy edukacyjne w tej historii, żeby to była nie tylko pusta historia, ale żeby jednak coś wnosiła. I później pojawił się w moim przypadku covid, zapalenie płuc i przez miesiąc byłam wyłączona. Ja nawet nie miałam siły, żeby myśleć o pisaniu. Na moim Facebooku, na fanpage'u związanym z poezją, jak i prozą od ponad miesiąca wieje pustką, bo ja naprawdę dalej mam trudności z tym, żeby wziąć się za to, żeby ruszyć, bo ja ciągle jeszcze jestem zmęczona po tym covidzie i po zapaleniu płuc, tym pocovidowym. Więc jeśli są jakieś czynniki, które wam nie pozwalają pisać, to wy się tym nie zadręczajcie, bo szkoda was, szkoda waszych emocji, szkoda waszego talentu. Bo uwierzcie mi, że im bardziej będziecie się nakręcać, tym większą blokadę będziecie w sobie wzbudzać. Dlatego w momencie, kiedy wiecie, że sobie nie dacie rady, żeby usiąść i na spokojnie popisać, odpuśćcie. Przestańcie się tym martwić.
Przyjdzie czas, usiądziecie z powrotem. Wiem, że będzie trudno, żeby usiąść z powrotem do pisania, bo dość ciężko jest potem usiąść i znowu znaleźć w sobie tą siłę, żeby zacząć pisać. Ale to wszystko jest tego warte. Naprawdę. Bo jak usiądziecie i przypomnicie sobie, jaką radość daje pisanie, to z powrotem wrócicie na te tory. Tylko nie zadręczać się za bardzo, bo im bardziej będziemy to robić, tym bardziej to po prostu nam nie wyjdzie. To taka odwieczna prawda, niestety, ale bardzo realna, bardzo prawdziwa. Odwieczna, tak. Dobra, to jest jedna rzecz, bo to, co dzieje się z nami, ze mną, z wami, to dotyczy praktycznie każdego pisarza. To nie jest tak, że mamy tylko swoje problemy związane z pisaniem, z życiem.
Nie. To jest tak, że każdy ma bardzo podobne. Tam się różnimy jakimiś elementami drobnymi, ale wielu pisarzy ma bardzo podobne dylematy, ma bardzo podobne problemy i możemy podczas rozmowy takiej zwykłej, tak jak teraz ja sobie gadam albo jak sobie piszemy gdzieś tam na jakichś forach internetowych albo rozmawiamy. Bo nie zawsze jest tak, że mamy osobę, która pisze pod ręką i możemy z nią pogadać przy kawie. Czasem jest tak, że mamy znajomych pisarzy tylko wirtualnie. Ja tak mam, bo mieszkając Mieszkając tu, gdzie mieszkam na Islandii, mam dość ograniczone możliwości, jeśli chodzi o znajomych pisarzy czy poetów. Dlatego większość, praktycznie wszyscy moi znajomi pisarze to ludzie, z którymi kontaktuję się poprzez internet. To jest wspaniała rzecz, naprawdę. Dlatego nie krępujcie się, jeżeli macie jakiś problem, macie jakichś znajomych, to korzystajcie z tego internetu. Dlaczego by nie korzystać?
No dobra, ale ja tu gadu, gadu, a nam tu ucieka temat. Wracając teraz do tego wszystkiego, chciałabym wam powiedzieć jeszcze, że dobrze jest... Ja aktualnie niekoniecznie mam czas na to, bo przy nauce języka strasznie ciężko znaleźć czas na cokolwiek innego, bo islandzki jest dość wymagającym językiem. Ale dobrze jest mieć jakieś inne hobby. Jak już wcześniej wspominałam, w momencie, kiedy robimy coś innego, wyciszamy tą głowę, uspokajamy myśli. Bo czasami ta gonitwa myśli, którą mamy, tak skutecznie przeszkadza skupić się na pisaniu, że nie ruszymy z miejsca wcale, chociaż byśmy chcieli naprawdę bardzo mocno. Nic z tego nie wyjdzie. Dlatego dobrze jest mieć cokolwiek innego, co pozwoli nam odwrócić uwagę od negatywnych myśli. To jest naprawdę bardzo fajna rzecz i mogę powiedzieć na własnym przykładzie, patrząc na siebie, że naprawdę działa. Kiedy robimy coś, skupiamy się na pewnej rzeczy.
To nawet może być dla przykładu gotowanie. Ja bardzo lubię sobie pogotować w wolnym czasie i wychodzą mi fajne rzeczy. Naprawdę eksperymentuję z zamiennikami bezglutenowymi, bezlaktozowymi, czasami nawet bezmięsnymi. I powiem wam, że skupiam się na tym i ja już od dłuższego czasu nie piszę, ale w momencie, kiedy siadam do pisania, mam już tak spokojne myśli, tak to wszystko się ułożyło, że mogę sobie spokojnie usiąść i popisać. Ponieważ ważne jest, że jak siadamy i piszemy, to myślimy tylko o naszej fabule, o naszych bohaterach, o ich historii, o tym, jak się wszystko potoczy, o tym, jak wyglądała ich przeszłość. O wszystkim, co związane jest z naszą historią. Niewskazane jest łączenie tego, co robimy z rozmyślaniem o tym, jak opłacić rachunki, gdzie kupić buty dla dziecka albo co zrobić, bo zapomniało się kupić makaronu. To wszystko powinno zostać. Nie wiem, gdzie piszecie, ale to jest tak, że jeśli wchodzicie do pokoju, do pomieszczenia, w którym piszecie, to wszystkie kłopoty, którymi zaprzątacie sobie głowę, powinny zostać za drzwiami. Ja wiem, to tak się łatwo mówi, łatwo mi powiedzieć.
Ja sama wiem, że to nie jest takie łatwe w wykonaniu, bo przecież też normalnie prowadzę swoje życie, też normalnie piszę. A nawet jak człowiek zajmuje się tylko i wyłącznie pisaniem, to ma takie same problemy. Tak więc to nie jest tylko przypadłość, że tak powiem, ludzi, którzy pracują na etacie i książki piszą w wolnym czasie. Ale to jest problem każdego człowieka, także pisarza, który ma te same kłopoty, co zwykły śmiertelnik, bo on też jest zwykłym śmiertelnikiem, który tylko i wyłącznie zajmuje się pisaniem. Tylko tym wyłącznie różni się od zwykłego śmiertelnika, że on tworzy historie i robi rzeczy naprawdę fascynujące. I to już jest druga rzecz. Czyli poza tym, że dajmy sobie możliwość tego, żeby nie pisać, bo jak to się mówi z niewolnika nie ma pracownika. Jeśli będziemy siadać na siłę i będziemy pisać, chociaż nie mamy możliwości, nie mamy fizycznych predyspozycji do tego, żeby to zrobić. Dla przykładu, jak ja, kiedy przez dwa tygodnie próbowałam łapać oddech, przecież ja bym nie stworzyła żadnej historii, a wiersz jakbym napisała, to byłby po prostu zlepkiem słów bezsensownych. Ja wiem, że czasem to się nazywa poezją, ale to nie dla mnie.
I przyznam się wam, że trzeba dać sobie czas na to, żeby warunki fizyczne, którymi dysponujemy, także mogły funkcjonować dobrze. Bo poza tym, że mamy głowę, emocje, to mamy też swoje możliwości fizyczne, które też są dość istotne. Bardzo istotne. Bo jeśli nam, powiedzmy, złamie się ręka i nie możemy pisać, bo na przykład pogruchotała nam się dłoń prawa i jest w gipsie. To jak będziemy pisać? Nijak pisać. Lewą ręką, ale to strasznie wolno wychodzi. Można spróbować, ale trzeba dać sobie prawo do tego, żeby odpuścić na jakiś czas pisanie. Można w tym czasie robić różne inne rzeczy. Można skupić się na researchu, można skupić się na czytaniu, na zbieraniu pomysłów, na wszystkim innym.
To też są prace pisarskie, jak najbardziej, a można sobie po prostu dać czas i odpocząć, bo to też jest istotne. Bo jeśli pracujemy na etacie i pracujemy na etacie przez 12 miesięcy w roku I skupiamy się tylko na tej pracy zawodowej, to w końcu się wypalimy. Tak samo jest z pisaniem. Jeśli będziemy żyć pisaniem dwadzieścia cztery godziny na dobę przez dwanaście miesięcy w roku, przez dziesięć lat powiedzmy, to my się w końcu wypalimy i nic z nas nie będzie. Dlatego należy sobie dać czas, taką chwilę na odpoczynek. Dać sobie możliwość zresetowania tego wszystkiego fizycznie i psychicznie. Bo wiecie, takie siedzenie na fotelu też nie jest zdrowe. Też nie jest dobre dla organizmu, bo siadają plecy, kości, stawy. To wszystko musi też jakoś odpocząć. Dlatego dobrze jest zrobić sobie trochę wolnego, wyjść na spacer, zrobić taki selfcare, opiekę dla siebie, dla swojego ciała i swoich emocji.
Bo jesteśmy całością zbudowaną z emocji i ciała i to wszystko funkcjonuje razem przy pisaniu książek. Bo to nie jest tak, że tylko siadamy i piszemy. Tak jak mówiłam, to dzisiejsze spotkanie nie będzie czysto warsztatowe, a będziemy bardziej dyskutować na temat naszych zasobów, tego, co mamy, jak o to dbać. Trzeba pić wodę, półtora litra wody przynajmniej dziennie, żeby się nie odwodnić, żeby głowa nie bolała, żeby narządy wewnętrzne nie miały problemów. Nerki czy nawet skóra. Tak samo jest z pisarzami. Oni też muszą dbać o siebie, bo nie wolno zapominać o tym, że jesteśmy zwykłym człowiekiem, który potrzebuje łykać witaminy, popijać to wodą i systematycznie jeść. Bo poza tym, że musimy dbać o siebie, to powinniśmy dawać sobie też odrobinę ciepła i pamiętać o tym, że jeśli zadbamy o swoje ciało, to będziemy mogli lepiej, wydajniej pisać i czerpać radość z tego wszystkiego, co robimy. To mamy dwie rzeczy, o których powiedziałam. Coś jeszcze?
Na pewno coś jeszcze, ale zapomniałam. Muszę zerknąć w swoje czarodziejskie notatki. Już zerknęłam, mniej więcej to napisałam, bo nad tym spotkaniem dzisiejszym zastanawiałam się przez dłuższy czas. Czy ono powinno być tylko i wyłącznie warsztatowe, czy właśnie powinnam skupić się na takiej opiece nad samym sobą. Ale ja sama jestem aktualnie na etapie doprowadzania siebie do porządku, dbania o siebie i pilnowania, żebym piła wodę i żebym robiła ćwiczenia oddechowe. Dlatego dzisiejsza audycja jest też o tym, co jest dla mnie ważne. Bo w końcu „Pisząca Fiodami” jest też o mnie. To spotkania dotyczące tego, jak ja odbieram pisanie i jak pisanie działa na moje życie. Dlatego dzisiaj, skoro ja sama daję sobie czas i opiekę, to dziś właśnie o tym sobie porozmawiamy, bo to jest dla mnie aktualnie dość istotne. Dlatego też pamiętajmy, że piszemy głównie najpierw dla siebie.
Wiem, że czytelnicy są bardzo ważni. Bardzo istotna jest relacja autor-czytelnik, ale na pierwszym miejscu zawsze powinniśmy postawić siebie. Tak samo w życiu prywatnym, tak samo i w tym pisarskim. Na pierwszym miejscu jest autor. Jestem ja, osoba pisząca. Bo jeśli ja będę w złej kondycji, jeśli ja będę czuć się słabo, jeśli ja będę czuć się źle, to ja napiszę słabą historię. Ja napiszę to źle, ja napiszę to z błędami. Już nie mówię o ortograficznych, ale na pewno będą błędy fabularne. Będą babole, które popsują całą historię. Bo jeśli ja się nie skupię na tekście, to ja napiszę na przykład, że moja bohaterka pije kawę, trzyma filiżankę w ręce i wszystko byłoby w porządku, bo ona rozmawia na przykład z drugim bohaterem i trzyma tą filiżankę w ręce.
Ale za moment napiszę, że ona tymi rękoma macha, że gestykuluje bardzo mocno i bardzo żywo. Ale jak ona może gestykulować, kiedy nie napisałam, że odstawiła filiżankę na stół, czy na blat, czy na cokolwiek? Macha rękami, w których trzyma filiżankę, czyli kawę rozlewa. Wyobraźcie sobie, że trzymacie filiżankę i nagle gestykulujecie rękami. Albo filiżanka wisi w powietrzu, albo rozlewacie kawę. Dlatego musicie pamiętać o tym, że to wy jesteście jako autorzy. Ty jako pisarz, ty jako pisarka jesteś najważniejsza w tym momencie. Twoje dobre samopoczucie psychiczne i fizyczne jest w tym momencie najważniejsze. Więc jeśli nie czujesz się dobrze, odpuść sobie na chwilę. Wrócisz z taką podwójną energią, z lepszym nastawieniem i napiszesz tą scenę czy dwie, czy pół książki, czy rozdział.
Na pewno napiszesz lepiej niż jakbyś robiła to spięta, napięta, chora czy cokolwiek. Smarkająca czy ledwo oddychająca jak ja. I co jeszcze? I to jest tak, że musicie też pamiętać o tym, że jeśli napiszecie coś źle i słabo, to czytelnik do was potem nie wróci. Więc dając sobie czas, możliwość odpoczęcia, to zainwestujecie w tę relację. To nie jest tak, że wy musicie pisać książkę za książką, bestseller za bestsellerem, trzaskać to wszystko. Nie. Musicie znaleźć swoje tempo. Jeśli to będzie jedna książka na dwa lata, jeśli to będzie jedna książka na rok, jedna książka na miesiąc, nie wiem. To jest wasze tempo i nie porównujcie się nigdy, ale to nigdy!
Nie porównujcie się do innych pisarzy. Tych z wyższych półek książkowych w Empiku, że oni piszą na przykład w ciągu roku osiem książek, a wy jesteście w stanie zrobić tylko jedną. To jest wasze tempo, to jest wasza książka, to jest twoja książka. I bardzo dobrze, że napisałeś jedną książkę, czy napisałaś jedną książkę w ciągu roku i nie wolno, ale to nigdy porównywać się do innych pisarzy. Nie dość, że każdy pisze po swojemu. Ja piszę na przykład fantastykę, ty piszesz obyczaj, a Kasia z Anią piszą romanse. To każdy z nas pisze swoim tempem. Każdy z nas pisze zupełnie inaczej. Bo wiecie, są książki, które mają same dialogi. To się pisze szybko.
Są książki, które mają bardzo dużo opisów. Nie przeginajmy z tymi opisami, ale wiecie. I nie można porównywać książki do książki, bo każda jest inna. I jeśli ja piszę 500 stron, a ktoś inny napisze 300. Ja jestem raczej z tych, co piszą cieńsze książki, ale wolniej. Aktualnie w ogóle jest ciężko z tym pisaniem w moim przypadku, jak już wspominałam, ale będę się do tego zabierać. Będę się brać za siebie w najbliższym czasie, bo już czuję się zdecydowanie lepiej. Dlatego biorąc ze mnie przykład, słuchajcie, jeśli czujecie się nie najlepiej, zróbcie sobie przerwę. Dobre samopoczucie wróci. Psychiczne, fizyczne to wiecie, to działa tak samo.
Działa bardzo podobnie. I pamiętajcie, że jeśli pojawią się jakieś krytyki w waszym kierunku, że: „E, bo nie piszesz. E szybciej, bo chciałabym twoją książkę przeczytać. Dawaj, dawaj, pisz, pisz, pisz.” Nie. Jeśli nie czujecie się na siłach, zróbcie sobie przerwę, bo jak już wspominałam, źle napisana książka, słabo napisana książka, książka napisana po łebkach nie wzbudzi zachwytu czytelników i oni po prostu sobie odpuszczą nasze książki, bo powiedzą: „E, ta była słaba”. Wiecie, żeby dostać kolejną szansę od czytelnika, to jest dość trudno, bo jeśli czytelnik przeczyta jedną słabą książkę naszą, to bardzo często jest tak, a nie jesteśmy poczytnym. Ja na przykład czy ty nie jesteśmy poczytnymi pisarzami, to czytelnik nie będzie chciał wracać do naszych książek. No bo po co? Jeśli się o nas nie mówi, jeśli nie sprzedajemy milionów egzemplarzy. To tak wiecie, tak przy okazji zupełnie.
Dlatego wszelkie krytyki, jakie pojawiają się, że nie piszemy, odpuściliśmy sobie. Wracaj do roboty leniu jeden. Możemy sobie odpuścić. To taka moja dobra rada. Wziąć głęboki oddech, z czym mam ja osobiście jeszcze kłopoty czasami, ale wziąć głęboki oddech i pomyśleć sobie, że będzie lepiej, że po prostu to jest czas, żeby sobie dać taki wiecie, czas na głębszy oddech, na przerwę. Jak zwykle wyszło mi masło maślane. Zdarza się najlepszym, ale unikajcie tego. Unikajmy. Unikajmy tego w pisaniu. Tak.
Co jeszcze? Coś jeszcze. Zdaje mi się, że o takim wiecie, tym pisarskim selfcare powiedziałam wystarczająco dużo jak na pierwsze spotkanie. Jeśli wpadnie mi coś więcej do głowy, to na pewno podzielę się tym z wami. A myślę, że na dziś to będzie wszystko. Tak jak mówiłam, to spotkanie będzie nieco krótsze, ponieważ jeszcze nie doszłam do siebie i takie wiecie, gadanie i nawijanie bez przerwy jest trochę dla mnie jeszcze męczące. W każdym razie słuchajcie, dziękuję wam za to dzisiejsze spotkanie. Dbajcie o siebie i do napisania. Do naczytania, że tak powiem. Dobranoc.
[04:23:31] - I to już, proszę państwa, koniec dzisiejszej audycji. Mam nadzieję, że spotkanie z Krzysztofem Jackowskim było dla państwa ciekawe. Dla mnie było ciekawe z całą pewnością. Po raz pierwszy miałem okazję obserwować tak wielkie emocje u jasnowidza z Człuchowa, bo państwo są przyzwyczajeni do tego, że Krzysztof Jackowski opowiada o tym, co nas spotka w bliższej i dalszej przyszłości. Jedni to bardzo lubią, drudzy niekoniecznie. Jesteście państwo też przyzwyczajeni do takich analiz rzeczywistości, którą Krzysztof Jackowski często wykonuje na kanale wideo. Prezentacje za Torem to zupełnie inne klimaty. Jestem szczęśliwy, że udało mi się porozmawiać z Krzysztofem Jackowskim o tym, co robi naprawdę. O tym, co jest tak naprawdę treścią jego życia. I okazało się, że to w dalszym ciągu jasnowidzu z Człuchowa budzi emocje.
I to, jak mieli państwo okazję zauważyć wielkie emocje. Bardzo się cieszę, że miałem okazję tę rozmowę przeprowadzić, bo czasami warto skonfrontować się z emocjami, nawet jeśli są to emocje drugiego człowieka, bo przez to, takie mam przynajmniej wrażenie, tego drugiego człowieka poznaje się lepiej. Ja w każdym razie zamierzam do rozmów z Krzysztofem Jackowskim powrócić. Mam nadzieję, że jasnowidz z Człuchowa będzie również takimi rozmowami zainteresowany. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość, a już na pewno polecam kolejne Bibliotekarium 2.0 za tydzień. Zapraszam w przyszły piątek. A teraz już spokojnego weekendu, dobrego weekendu i do usłyszenia. Dobranoc.
[04:25:31] - A mówi to do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.