[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. No to kolejny piątek, weekendu początek. Za oknem coraz chłodniej, ale u nas coraz goręcej z każdym odcinkiem. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, a jeszcze niedawno było lato. Ja mam zawsze problem z tymi jesiennymi dniami, bo w związku z tym, że zrobiły nam się w Polsce dwie pory roku, prawie dwie pory roku, to przejście z lata do pory chłodniejszej, bo trudno nazwać ją zimą, do tej pory chłodniejszej, jest na ogół gwałtowne i takie, że zawsze się czuję zawiedziony, zawsze mi tęskno. To akurat pewno nic oryginalnego. Natomiast, jak dzisiaj nagrywamy w czwartek, w Bydgoszczy była piękna, słoneczna pogoda. Wyszedłem z pracy i wydawało mi się, że będzie tak pięknie. Tymczasem powiało chłodem. Słońce było takie bardzo mocne, ale chłodno było tak, że trzeba było kurteczkę na zamek zapiąć. No cóż, trzeba poczekać do wiosny. Może się jeszcze trafi jakiś ciepły dzień.
Cały czas na niego liczę. Cały czas wspominam taki dzień 1. listopada sprzed kilku lat, kiedy w Bydgoszczy było ponad 20 stopni. Rozmarzyłem się. Proszę państwa, zaczynamy audycję. I tradycyjnie kolejny Bibliotekarium 2.0 zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj wydawnictwo Skarpa Warszawska. Wszystkie polecanki, wszystkie zapowiedzi ukażą się 23 października, a więc niedużo czasu już zostało. Wybrałem tradycyjnie trzy pozycje. Pierwsza z nich to pozycja zatytułowana „Złe miejsce, zły czas”.
Jej autorką jest Małgorzata Rogala, jedna z mistrzyń polskiego kryminału. Miałem kiedyś okazję na początku kariery tej pisarki rozmawiać z nią. To osoba niezwykle skromna, ale też bardzo zdecydowana i bardzo dobrze zorientowana, czego chce od swojego pisania, od tego, co tworzy. Mile wspominam tę rozmowę i tym chętniej państwu polecę jej kolejną książkę. Przypomnę: „Złe miejsce, zły czas”. No to tradycyjnie czytamy polecankę. Co zrobisz, by zdobyć uznanie i popularność? Ze względu na sytuację życiową Urszula Ratajska zmienia miejsce zamieszkania i przenosi swoje dzieci, Alicję i Maćka, do szkoły rejonowej. Ósmoklasistka, w przeciwieństwie do młodszego brata, nie akceptuje zmian. Ratajska pada ofiarą chuligańskiego czynu.
Na ulicy ktoś oblewa farbą jej płaszcz. Po lekcjach, w drodze do domu jeden z uczniów zostaje pobity. Ponieważ nie chce zdradzić, kto za tym stoi, jego rodzice proszą o pomoc pedagog szkolną, Weronikę Nowacką. W tym samym czasie w jednym z mokotowskich bloków zostają znalezione zwłoki kobiety. Śledztwo prowadzą Szymon Pawelec i Krystyna Szuba. Niestety, mimo podjętych czynności utyka ono w martwym punkcie. Alicja odkryła cudze tajemnice. Nie tylko wie, kto napadł na kolegę oraz zniszczył ubranie jej matki. Może też być ważnym świadkiem podczas wyjaśniania okoliczności zabójstwa. Kiedy dziewczyna postanawia ujawnić sekrety, uruchamia lawinę zdarzeń.
Małgorzata Rogala, mistrzyni kryminału, kolejny raz zabiera nas do świata zagmatwanych relacji między nastolatkami a dorosłymi, malując niepokojący obraz rzeczywistości. Przypomnę państwu, to książka „Złe miejsce, zły czas”, której autorką jest Małgorzata Rogala. Ta książka pojawi się na rynku wydawniczym 23 października. Tego samego dnia pojawi się również „Chata pod starym świerkiem” Wioletty Piaseckiej. Wioletta Piasecka w zimowej powieści przenosi nas w malownicze tereny nad Zalewem Wiślanym, snując pełną ciepła historię sióstr poróżnionych przed laty. Jagoda i Malina, dwie siostry, które kochały tego samego mężczyznę. Od tamtych młodzieńczych porywów serca minęło dwadzieścia lat i każda z sióstr ułożyła sobie życie. Ale zadra w sercu obu kobiet pozostała. Po śmierci rodziców ukochany dom pod starym świerkiem, w którym siostry spędziły szczęśliwe dzieciństwo, stoi niezamieszkały. Jagoda jest cenionym lekarzem pediatrą.
Ma kochającego męża i niespełnioną potrzebę macierzyństwa. Namawia męża na adopcję, ale wtedy wychodzi na jaw skrywany przez mężczyznę sekret. Malina, spełniona mama dwójki synów, prowadzi z mężem spore gospodarstwo rolne odziedziczone po rodzicach męża. W wyniku przeinwestowania jedynym ratunkiem na poprawę sytuacji finansowej jest sprzedaż domu po rodzicach. Gdy dochodzi do konfrontacji sióstr, wychodzą na jaw głęboko skrywane tajemnice obu kobiet. Odkrycie prawdy wywróci świat Jagody i Maliny do góry nogami. Przypomnę, to była polecanka książki Wioletty Piaseckiej „Chata pod starym świerkiem”. I kolejna, trzecia pozycja. Ta książka ukaże się również 23 października. Tytuł „Noc cudów”.
Autorką jest Anna Stryjewska. Przejmująca, pełna magii i cudów opowieść o tym, że przeszłość może skrywać największe tajemnice. Małgorzata Skupińska, nauczycielka z długoletnim stażem, oczekuje wizyty jedynaczki. Kariera dziennikarska tak ją pochłonęła, że nie widziały się już od trzech miesięcy. Wszystko jest już prawie przygotowane. Stół zastawiony do kolacji, kiedy dzwoni telefon. Córka Joasia informuje matkę, że nie dotrze na święta, ponieważ zatrzymały ją w Warszawie bardzo ważne sprawy. Rodzicielka nie wierzy własnym uszom i z rezygnacją opada na krzesło, nie wiedząc, co z sobą począć. Wszak Wigilia to jedyny dzień w roku celebrowany wspólnie od lat. Ze stanu otępienia wyrywa ją dopiero natarczywy dźwięk dzwonka.
Otwierając drzwi ma jeszcze nadzieję, że ujrzy w nich Joasię, a tymczasem w progu stoi obca, nieco dziwnie ubrana kobieta. Małgorzata, mając na uwadze dodatkowy talerz dla strudzonego wędrowca, zaprasza ją do środka. Kobieta siada do zastawionego stołu i zaczyna snuć niezwykle barwną opowieść, odkrywając kawałek po kawałku przejmującą historię wielkiej miłości, której Małgorzata jest jej nierozerwalną częścią. Regina Mayer zabiera ją w czas międzywojnia na gwarne, hałaśliwe ulice Łodzi, do wnętrz zagraconych pracowni, a także do eleganckich salonów bogatych mieszczan. Opowiada o wielkich fortunach, przewrotności losu, głodzie, biedzie i walce o przetrwanie. Jedyna taka noc w roku, która sprawia, że wszystko staje się możliwe. Przypomnę, to była polecanka książki „Noc cudów” Anny Stryjewskiej. Tak, proszę państwa, to były polecanki książkowe wydawnictwa Skarpa Warszawska. No i stali słuchacze już na pewno wiedzą, że nadszedł czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj wywiad z profesorem Adamem Grzelińskim, historykiem filozofii nowożytnej.
Tytuł tego wywiadu to taki „Filozoficzny escape room”. Adam Grzeliński jest profesorem nauk humanistycznych, który pracuje w Instytucie Filozofii UMK w Toruniu. Jest autorem i redaktorem kilku monografii poświęconych brytyjskiej filozofii XVII i XVIII wieku oraz ponad dwudziestu tomów przekładów literatury filozoficznej. Jego hobby to wyjazdy rowerowe oraz wizyty w operze. Tekst to taki „Filozoficzny escape room” ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” z tego roku dwa tysiące dwudziestego czwartego, w numerze czwartym, pięćdziesiątym ósmym z kolei. Jest państwu prezentowany na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach trzy zero Polska. A przy okazji wspomnę, że jeśli zechcieliby państwo wesprzeć wydawanie tego jedynego na obszarze europejskim czasopisma popularno-filozoficznego, to zapraszam na stronę tejże, tegoż wydawnictwa stronę filozofuj kropka eu. Tam znajdziecie państwo opcję wsparcia dla dwumiesięcznika. Tak naprawdę wystarczy wpłata dwudziestu złotych i już będziecie państwo sponsorami, no sponsorami filozofii. No tak, ale teraz już zapowiedziany wywiad.
Wywiad z profesorem Adamem Grzelińskim zatytułowany „To taki filozoficzny escape room”. Co właściwie głosi solipsyzm? Czy sprowadza się jedynie do twierdzenia, że istnieje tylko jeden mój umysł? Czy istnieją jakieś warianty tezy solipsystycznej? W najpopularniejszej wersji metafizycznej stanowisko to głosi realne, substancjalne istnienie jedynie własnego ja, podmiotu poznającego. Wszystko inne zostaje sprowadzone do danych mu przedstawień, a więc ma status przypominający treści marzeń sennych czy wyobrażeń. Istnieje także inna wersja tego stanowiska solipsyzm epistemologiczny. Ta wersja głosi niepoznawalność całkowitą lub częściową obiektów niezależnych od naszego umysłu rzeczy, zwierząt czy ludzi. Wynika to z przekonania o bezpośredniej dostępności treści danych jedynie pierwszoosobowo. Mówiąc obrazowo solipsysta twierdzi, że skoro nie można udowodnić różnicy pomiędzy jawą a złudzeniami sennymi, należy przyjąć jedyną z trzech możliwości.
Po pierwsze, można stwierdzić nieistnienie świata realnego. Po drugie, nierozstrzygalność kwestii, czy mamy do czynienia z realnością, czy snem. Po trzecie, że poznanie realnego świata możliwe jest jedynie częściowo, ponieważ obserwacje dają się tylko w niedoskonały sposób uogólniać. Naukowe koncepcje przyrody okazują się zmienne i niekonieczne, a o tym, jak to jest być kimś innym, mamy bardzo niejasne wyobrażenie. Kolejne pytanie. Solipsyzm wydaje się jednym z najbardziej radykalnych stanowisk filozoficznych. Który z filozofów, nawet jeśli nie był solipsystą w sensie ścisłym, mógłby zostać określony jako myśliciel wyznający pogląd zbliżony do solipsyzmu? Czy w takiej roli mógł być obsadzony David Hume? Hume wydaje się dość kiepskim kandydatem na solipsystę, ponieważ odżegnywał się od tradycyjnej metafizyki i nie postulował istnienia substancjalnego podmiotu. Krytykował także twierdzenie o wyróżnionym statusie pierwszoosobowej perspektywy poznawczej.
Jeśli mielibyśmy przeprowadzić konkurs, aby sprawdzić, kto byłby najbliższy solipsyzmowi, palma pierwszeństwa zapewne przypadłaby George'owi Berkeleyowi. Zawartym w umyśle przedstawieniom, ideom przypisywał on jedynie istnienie zależne, co zostało przezeń wyrażone w słynnym sformułowaniu głoszącym, że ich esse jest tożsame z percipi. Bycie z byciem postrzeganym. Odmawiając niezależnego istnienia ciałom będącym tylko zbiorem idei, a także czasowi czy przestrzeni. Berkeley postulował jednak istnienie innych osób, a przede wszystkim Boga, którego akt woli utrzymuje świat w istnieniu. Pewnym szkopułem było jednak to, że taka ucieczka przed solipsystycznymi konsekwencjami tezy immaterialistycznej dokonywała się poza główną ścieżką ówczesnej filozofii wyspiarskiej. Pamiętajmy, że Berkeley był Irlandczykiem. Filozofii wyspiarskiej, jaką był empiryzm. Odwołanie do pojęcia Boga można bowiem traktować albo jako powrót do metafizyki o proweniencji kartezjańskiej, z jej niewzruszonnością ego cogito, albo jako wyraz prywatnego stanowiska światopoglądowego oraz religijnego irlandzkiego filozofa i późniejszego biskupa Cloyne. Chociaż zatem Berkeleya uznaje się za idealistę subiektywnego, który jednak solipsyzmu nie głosił wprost, zaproponowane przezeń wyjście, wyjście z pułapki solipsyzmu bywało nieraz uznawane za niewystarczające.
Pytanie: jakie argumenty można wysunąć na rzecz solipsyzmu? Solipsysta ma za sobą dwa rodzaje argumentów. Pierwszy z nich odwołuje się do codziennego doświadczenia, choćby snucia wyobrażeń, zatapiania się w myślach czy sennych marzeniach. Poddając się nim, tracimy przekonanie o realności otaczającego świata, wskutek czego może pojawić się myśl, że choć zazwyczaj, ale przecież nie zawsze wyraźnie odczuwamy różnicę między jawą i snem, to w gruncie rzeczy bardzo trudno udowodnić realność tego, czego doświadczamy. Możemy zatem stwierdzić, że gdy się budzimy, to być może tylko po to, by z jednego snu przejść do kolejnego, z niego zaś do następnego i jeszcze jednego. I tak bez końca. Ostatecznie zatem może się okazać, że skoro nie ma żadnych zniewalających dowodów na realność doświadczeń, to wszystko pozostaje snem. A tak naprawdę istnieję tylko ja, podmiot śniący, wyobrażający sobie i w ten sposób generujący kolejne treści. Są jednak także argumenty filozoficzne opierające się na pewnych założeniach, chociażby wskazanym już twierdzeniu o substancjalnym istnieniu podmiotu poznającego czy przekonaniu, że doświadczane treści mają przede wszystkim charakter podmiotowy. Gdy poczynimy te dwa założenia, niepostrzeżenie zamkniemy się w solipsystycznym pokoju, z którego potem trudno będzie się wydostać.
To trochę taki filozoficzny escape room. Pytanie, jak można by się upewnić, sprawdzić, że solipsyzm jest prawdziwy? Zawołanego solipsysty, jeśli takiego znajdziemy, zapewne trudno byłoby przekonać, że nie ma racji. To jednak nie dowód. Jak solipsysta traktuje inne osoby? Kim one dla niego są? Czy racjonalne byłoby przekonanie innych do prawdziwości solipsyzmu na przykład za pomocą publikowania tekstu broniącego tego stanowiska? To interesujący paradoks, choć problem jest szerszy i dotyczy źródła doświadczanych treści. Należy uznać, że niektóre z nich, wyobrażenia generuję ja sam, ale przecież nie tworzę ich wszystkich. Nawet geniusze, choć stać ich na oryginalne pomysły, w większości przypadków raczej w nowy sposób zestawiają to, co dane.
Często zaś o nowych treściach dowiadujemy się ze świata, obserwując przyrodę i słuchając innych ludzi. Solipsysta musiałby zapewne założyć istnienie jakiejś solipsystycznej nieświadomości, która wytwarza treści w sposób dla niego nieznany, przez co stanowią dlań zaskoczenie. Inne osoby musiałyby być również jego własnym tworem. Ale możemy zadać pytanie, czy udałoby mu się zaludnić jego świat osobami tak różnymi jak te spotykane na co dzień? Musiałyby być one przecież jakimiś wariacjami tego samego. Zaskoczeni przeczytanym w napotkanej książce solipsystycznym konceptem powinniśmy zatem zapytać o jej autora. Chyba, że na okładce przeczytamy własne nazwisko. Pytanie: jakie są najpoważniejsze zarzuty przeciwko temu stanowisku? Co prawda solipsyzm wydaje się stanowiskiem niewywrotnym i zdecydowanemu solipsyście rzeczywiście nie sposób udowodnić, że nie ma racji, ale można wskazać na szereg argumentów, które znacznie osłabiają moc jego stanowiska. Pierwszy z nich dotyczy innych niż formalny dowód sposobu potwierdzania istnienia świata i zamieszkujących go istot, jak na przykład poprzez odwołanie do naturalnego przeświadczenia o realności otaczających nas rzeczy czy do empatii w stosunku do ludzi i innych zwierząt.
Chociaż nie dostarczają one dowodów w sensie ścisłym, w praktyce jednak całkowicie wystarczają. Po drugie, wątpliwości budzi wyróżniony status nas samych. Poczucie własnego istnienia wcale nie prowadzi do tezy o realnym istnieniu nas samych w bardziej nieodparty sposób niż do tezy o istnieniu innych ludzi. W obu przypadkach mamy do czynienia jedynie z przeświadczeniem i przyjmujemy taką realność za fakt, co najwyżej z powodów praktycznych. Solipsyzm, przynajmniej w wersji metafizycznej, wydaje się wyrastać z ducha kartezjańskiego spiritualizmu, biorącego za początek namysłu nad rzeczywistością kategoryczne przyjęcie tezy o istnieniu ego cogito. Ale czy rzeczywiście? Przecież można wskazywać, że taka tożsamość nie jest czymś danym, a dopiero powstaje i rozwija się w określonych warunkach oraz wymaga relacji z innymi ludźmi. Wiedza o sobie wcale nie ma związku z tym wyróżnionego statusu. Wreszcie można sięgnąć po argument z jałowości. Na pierwszy rzut oka solipsyzm może nas zdumieć swoim wywrotowym, niezdroworozsądkowym charakterem, ale ostatecznie okazuje się, że niewiele z tego wynika.
Pytanie: gdy mowa o argumentach przeciwko solipsyzmowi, to najchętniej sięga się po te wykazujące, że jest to stanowisko, którego przyjęcie rodziłoby trudne do przezwyciężenia konsekwencje praktyczne. Czy po tego rodzaju argumentach można faktycznie spodziewać się, że raz na zawsze pogrzebią solipsyzm? Owe konsekwencje praktycznie dotyczą zobowiązań etycznych w stosunku do innych podmiotów moralnych sprowadzonych do rojeń sennych. Jeśli ostatecznie istnieję ja sam, to czy coś mnie moralnie zobowiązuje do prawego postępowania w stosunku do tworów własnej fantazji? Odpowiedź negatywna stanowiłaby niewątpliwie trudną do przyjęcia konsekwencję praktyczną. Czy jednak owe konsekwencje na zawsze pogrzebią solipsyzm? Z pewnością nie. To zaś z dwóch powodów. Po pierwsze, jest on dość atrakcyjnym intelektualnie konceptem. Któż choć raz nie zwątpił w istnienie świata?
Po drugie, w wersji metafizycznej jako idealizm subiektywny jest zapewne wyrazem specyficznego światopoglądu, w którym na pierwszy plan wysuwa się odczuwanie własnej wolności i sprawczości. Wilhelm Dilthey określił go mianem idealizmu wolności. Tego rodzaju myślenie jest zawsze pewną opcją, opcją światopoglądu. Mimo że przemawiające za solipsyzmem argumenty filozoficzne da się podważyć, zawsze ten pogląd będzie można spotkać, chociaż raczej na poboczu głównych filozoficznych szlaków. Pytanie: czy wierząc w solipsyzm mogę zignorować moralność i postępować jak chcę? Niekoniecznie. Po pierwsze, nawet jeśli zgodzimy się na solipsyzm w wersji radykalnej, możemy argumentować, że celem moralnego postępowania jest doskonalenie mnie samego. W związku z tym oddawanie się okrucieństwu, chociażby tylko w stosunku do wyobrażonych istot, powoduje moje własne moralne zubożenie. Po drugie, można się zastanawiać, czy aby uznać realne istnienie innych istot nie wystarczy poczynić samego założenia ich istnienia bądź przyjąć tej tezy na podstawie argumentacji odmiennej od racjonalnego dowodzenia. Czy zobowiązanie moralne rzeczywiście wymaga założenia substancjalnego podmiotu, któremu należy dowolnie przypisać substancjalną tożsamość?
Wydaje się, że nie. Dlatego nawet jeśli zawiesimy twierdzenie o substancjalnym, trwałym istnieniu, czy to siebie, czy innych, nie unieważniamy moralnego zobowiązania. To, proszę państwa, był wywiad z profesorem Adamem Grzelińskim. Dodam tylko, że tekst został dofinansowany z funduszy środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, środków pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Wiem, że zrobiło się ciężko, bo solipsyzm z jednej strony bywa atrakcyjny, bo tak jak zaznaczono w tekście, któż z nas nie wyobrażał sobie kiedyś, że jak zamknie oczy, to świat znika albo na przykład tego, że istnieję tylko ja, a wszystko inne jest tylko snem. Snem, z którego obudzimy się albo będziemy się budzić w nieskończoność. Czy nie kojarzy się to państwu z pewnym filmem? Bo mnie bardzo. Zostawmy te chwilowo przyciężkawe problemy filozoficzne, solipsystyczne i pójdźmy w kierunku, chciałem powiedzieć lżejszym, ale on wcale lżejszy nie jest, bo za chwilę zaproszę państwa na kanał Wehikuł Wyobraźni. Stamtąd zaczerpnięty jest następny materiał o eksperymentach budzących grozę.
O eksperymentach Lucyfera. Jeśli państwo słyszeli o eksperymencie Milgrama, to już państwo wiedzą, o co chodzi. Zresztą nie tylko o eksperymencie Milgrama będzie mowa. Będzie też mowa o eksperymencie więziennym. Powiedziałem, że to jest materiał zaczerpnięty z kanału youtubowego Wehikuł Wyobraźni, na który państwa bardzo serdecznie zapraszam. Tam tematyka bardzo różna. Od UFO, poprzez właśnie takie tematy filozoficzno-socjologiczne, ale w tym materiale o eksperymentach budzących grozę jest też element, nazwijmy go delikatnie, ufologicznym. Takie moje dywagacje, trochę fantastyczne, bardziej bierze we mnie taką przewagę w moim umyśle natura fantasty, natura człowieka, który różne fantastyczne opowieści tworzy i taką opowieść państwu w tym materiale sugeruje. A zatem zapraszam państwa na opowieść o eksperymentach Zimbardo i Milgrama, o eksperymentach Lucyfera, o eksperymentach, które naprawdę budziły i chyba do dzisiaj budzą grozę. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni.
Dzisiaj porozmawiamy o potencjalnej inwazji obcych. Oczywiście nie wiem, czy ona kiedykolwiek nastąpi. Nie wiem nawet, czy tak naprawdę będzie miał ją kto przeprowadzić, bo przecież to, iż jest ona prawdopodobna, tak naprawdę nie oznacza, że obcy istnieją. Oznacza jedynie, że jeżeli istnieją, to jedną z opcji, moim zdaniem bardzo prawdopodobną, jest inwazja. W każdym razie jakaś forma podporządkowania ziemi władzy aliensów. Nie wiem, jak jest w istocie, ale przecież jesteśmy na kanale Wehikuł Wyobraźni. Popuśćmy zatem wodze owej wyobraźni właśnie i rozważmy pewien, moim zdaniem ciekawy scenariusz. Ciekawy, chociaż może lekko przymrużmy oko. Inwazja obcych kojarzy się najczęściej z produkcjami Hollywood. Jak nie z „Dniem niepodległości”, to przynajmniej z „Wojną światów” lub „Wrogim niebem”.
A jeżeli te skojarzenia nie są dobre? Jeśli czeka nas cicha inwazja? Powiedzmy taka jak, nomen omen, w „Inwazji porywaczy ciał”. Jest jednak jeszcze inna możliwość, którą chciałbym dać państwu pod rozwagę. Na razie powiem tyle. A może my sami uznamy, że obcy górują nad nami moralnie i niegodni jesteśmy miana istot cywilizowanych? Jeśli sami uznamy, że oni są lepsi, wspanialsi, mądrzejsi i są predystynowani do tego, aby mówić nam, jak powinno być, jak powinniśmy działać, rozwijać się, współpracować, po prostu żyć. Jeśli to będą tacy przysłowiowi starsi bracia, których będziemy słuchać, gdyż sami uznamy, że tak właśnie należy robić, to trochę jak w starym, niezbyt wyszukanym dowcipie. Przychodzi facet do lekarza i mówi: „Panie doktorze, moja żona ma kompleks niższości”. Na co lekarz: „Proszę się nie martwić, to się leczy bez problemu”.
„Nie, nie zrozumiał mnie pan" odpowiada facet. „Co robić, żeby jej to nigdy nie przeszło?” Dowcip jednych bawi, drugich niekoniecznie, ale nawet w tym dowcipie zawarta jest pewna prawda, o której nie wolno zapominać. Jaka to prawda? Odpowiem nie wprost. Manipulacja jest znana ludzkości od zarania dziejów. Ponoć już w raju Ewa, a przy jej współudziale Adam zostali zmanipulowani, okłamani To jest ojca kłamstwa, szatana, który przyjąwszy postać węża, jak zostało to obrazowo przedstawione w Księdze Rodzaju, wmanewrował w nieposłuszeństwo pierwszych rodziców. To oczywiście obrazowe przedstawienie sytuacji niekoniecznie rajskiej, a nawet zdecydowanie ludzkiej. Ale zaraz, zaraz. Czy ja przypadkiem nie głoszę właśnie, że ludzie nie są fajnymi istotami? Że są raczej wredni i skłonni do czynienia zła?
Zdaje się, że tak można to odczytać. I trochę o tym będzie dzisiejsza opowieść. Może jesteśmy źli, a może ktoś chce, abyśmy właśnie tak o sobie myśleli? Tę kwestię rozwinę później, a na razie zajmijmy się manipulacją. Manipulacja opiera się na kłamstwie, a także na łamaniu zakazów nazywanych dzisiaj prawami. Ludzie manipulowali sobą, kłamali od zawsze. Po wielu wiekach owa aktywność doczekała się nawet usystematyzowania. Uczynił to jakieś dwa tysiące sześćset lat temu chiński myśliciel i filozof Sun Tzu albo Sun Zi. Obie formy są używane. To on twierdził, iż należy unikać starć, gdy przeciwnik ma wysokie morale, a jego wojsko stoi dumne i wyprostowane w oczekiwaniu na bój.
Zawsze należy szukać wówczas innej przewagi, elementu zaskoczenia lub dystrakcji, czyli elementu przeszkadzającego, rozpraszającego. Obserwując zmagania możnych o władzę nad poddanymi i nieustanne wojny, jakie temu towarzyszą, Sun Tzu doszedł do wniosku, że mniejszym kosztem, bo bez wojen, można osiągnąć lepsze efekty niż przy wyniszczających obie walczące strony konfliktach zbrojnych. Jak to osiągnąć? W tym celu Sun Tzu opracował trzynaście złotych zasad. Ja wymienię tylko cztery, bo się przydadzą w wywodzie, a pozostałe bez trudu odnajdziecie państwo w internecie. Jeden: dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika. Dwa: wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia. Trzy: podrywajcie ich, to znaczy nieprzyjaciół, dobre imię i w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków. Cztery: korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających. Proszę, zapamiętajcie państwo dobrze to, co powiedziałem przed chwilą, bo teraz na jakiś czas zmienimy temat, a do sprawy manipulacji wrócimy w odpowiednim czasie.
Czy słyszeli państwo o eksperymencie więziennym? Myślę, że tak, ponieważ w swoim czasie mówiono o nim wszędzie i co gorsza, wyciągano daleko idące wnioski. Chyba zbyt daleko idące. Ale nie wyprzedzajmy wypadków. Latem tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku profesor Zimbardo zamieścił w lokalnej gazecie ogłoszenie o poszukiwaniu studentów ochotników. Poszukiwał ich do udziału w badaniach dotyczących życia w więzieniu. Mieli otrzymywać zapłatę w wysokości piętnastu dolarów dziennie. Z dwudziestu czterech kandydatów, starannie wyselekcjonowanych i niewykazujących jakichkolwiek odchyleń psychofizycznych, w eksperymencie wzięło udział osiemnastu. Przydzielono ich losowo. Część została strażnikami, część więźniami.
Cele urządzono w podziemiach gmachu wydziału psychologii Uniwersytetu Stanforda. Studenci strażnicy otrzymali mundury, pałki policyjne i ciemne okulary, natomiast więźniom przydzielono długie białe koszule z numerem identyfikacyjnym. Na nogi nałożono łańcuch z kłódką, a na głowę w założeniu upokarzające nakrycie z damskich pończoch. Ponadto opracowany został więzienny regulamin, a za jego naruszenie groziły kary. Strażnicy mieli pilnować przestrzegania owego regulaminu, ale z zastrzeżeniem. Nie wolno było im bić więźniów. Autorzy eksperymentu nie ingerowali w jego przebieg. Stanfordzki eksperyment więzienny zaplanowano na dwa tygodnie, ale został przerwany już po sześciu dniach. W polskiej edycji Scientific American z października dwa tysiące osiemnastego roku w artykule Kazimierza Pytko „Eksperyment Lucyfera” napisano o tej sytuacji następująco: „Jeden z więźniów załamał się psychicznie, inni się zbuntowali, a strażnicy tak wczuli się w role, że zaczęli się znęcać nad podopiecznymi. Wymierzali im coraz bardziej brutalne kary.
Za najdrobniejsze przewinienie kazali czyścić gołymi rękami sedesy i wykonywać wyczerpujące ćwiczenia fizyczne. Nie pozwalali spać, urządzali niekończące się apele, zmuszali do symulowania aktów homoseksualnych. Gdy zobaczyła to psycholożka...” — dodam, że przyszła żona Zimbardo Ostrzegła, że sytuacja staje się niebezpieczna dla zdrowia i psychiki uczestników eksperymentu. Dlatego też go zakończono. Zimbardo w niezliczonych publikacjach przekonywał, że był mocno zaskoczony przebiegiem zdarzeń. Nie spodziewał się, że w ciągu kilku dni zwykli studenci aż tak się zmienią, ponieważ wcześniej nie wykazywali skłonności do okrucieństwa. Przyczyna mogła być tylko jedna. Sytuacja, w której się znaleźli. Zimbardo wymieniał jej elementy. Możliwość przedmiotowego traktowania innych.
Anonimowość ofiar zunifikowanych przez jednolity ubiór i oznakowanych numerami, a także solidarność grupowa strażników wspólnie odpowiadających za dyscyplinę, poczucie władzy i bezkarności gwarantowanej przez autorytet, którym był organizator eksperymentu. W późniejszych pracach Zimbardo nazywał te czynniki efektem Lucyfera, który dobrych ludzi zamienia w złych. I tak o eksperymencie stanfordzkim mówiło się przez niemal pół wieku. Pół wieku wmawiania ludziom, że ten eksperyment udowadnia, że człowiek w odpowiednich warunkach staje się istotą złą, szaloną, niepewną, żeby nie powiedzieć niemal zbrodniczą. Pół wieku, aż do czasu. I tu znowu sięgnijmy po artykuł Kazimierza Pytko „Eksperyment Lucyfera”. Thibault Le Texier, ekonomista i socjolog z Uniwersytetu w Nicei, postanowił nakręcić film dokumentalny o eksperymencie. Zamiast filmu powstała jednak książka zatytułowana „Historia kłamstwa. Dochodzenie w sprawie eksperymentu stanfordzkiego”. Le Texiera zdziwił sam pomysł Zimbardo.
Cytuję: „Jak można było sobie wyobrazić, że w ciągu trwającej dwa tygodnie symulacji z udziałem ochotników, którzy nigdy nie byli skazani, uda się zrozumieć psychikę więźniów? Więźniów spędzających wiele lat za kratkami oraz ich strażników. Wystarczy trochę pomyśleć, by dostrzec niedorzeczność tego projektu”. Le Texier nie tylko pomyślał, ale dotarł do archiwum Uniwersytetu Stanforda. Z materiałów, które w nim odnalazł, wyłonił się inny obraz eksperymentu, niż przedstawiał to jego autor. Zimbardo zapewniał, że ani on, ani jego współpracownicy nie ingerowali w przebieg wydarzeń, a tymczasem okazało się, że jeden ze strażników, student David Jaffe lub Jaffe, był wtajemniczony w projekt i zachęcał kolegów, by byli bardziej twardzi. „Działaj ostrzej, bo ten eksperyment może się przyczynić do reformy wymiaru sprawiedliwości” — pouczał kolegów. Sam Zimbardo nie był neutralnym obserwatorem, czego wymaga eksperyment naukowy, lecz wcielił się w rolę naczelnika i przeprowadzał odprawy dla strażników. Byli jego studentami, więc starali się wykazać gorliwością. Dodam, że pewien brytyjski dziennikarz dotarł do najbardziej bezwzględnego strażnika Dave'a Eshlemana.
Ten wyznał, że odegrał swoje przedstawienie. Cytuję: „Przez pierwszy dzień nie działo się nic, więc postanowiłem trochę rozruszać towarzystwo, by z eksperymentu coś wyszło”. Koniec cytatu. Podobno został za to pochwalony przez Zimbardo. Z kolei pewien bloger i dziennikarz internetowy odnalazł więźnia Douglasa Korpi, który po trzydziestu sześciu godzinach załamał się psychicznie i został odesłany do domu. Ujawnił on, że jego załamanie było udawane. Dlaczego? Po prostu zgłosił się do eksperymentu przeświadczony, że wykorzysta pobyt w celi na przygotowanie się do ważnego egzaminu. Gdy natomiast strażnicy odebrali mu podręcznik i nie dawali chwili spokoju, postanowił się wycofać. Le Texier uznał eksperyment stanfordzki za naukowo bezwartościową mistyfikację.
Według jego oceny powodem coraz brutalniejszego zachowania strażników nie była sytuacja, w której się znaleźli, lecz wpływ naukowców przeprowadzających eksperyment. Studenci po prostu zrobili to, czego, jak sądzili, oczekiwał ich wykładowca. Mimo coraz liczniejszych dowodów deprecjonujących jego życiowy sukces, Philip Zimbardo bronił swej teorii. W wywiadzie dla internetowego magazynu Vox stwierdził, że Korpi kłamał, gdyż wstydził się swej słabości, a strażnik Eshleman łga, gdyż nie chce się przyznać, iż jest sadystą. Zimbardo przyznawał jednak, że był to nie tyle eksperyment naukowy, ile cytuję: „demonstracja psychologicznego fenomenu”. W odróżnieniu od prawdziwego eksperymentu nie było bowiem grupy kontrolnej i nie sprawdzano powtarzalności wyników. W każdym razie naukowiec zdecydowanie odrzucał oskarżenia o oszustwo. Jego zdaniem wydarzenia wykazały, że zachowania ludzi zmieniają się, i to bardziej, niż sądziliśmy pod wpływem sytuacji społecznej. Zarzuty były jednak poważne, a ja przedstawiłem je tutaj bardzo skrótowo, żeby nie powiedzieć pobieżnie. Zatem czy naprawdę Zimbardo miał prawo sformułować wniosek podstawowy ze swego eksperymentu, który brzmiał: „W pewnych okolicznościach dobrzy ludzie czynią zło”?
Okazuje się, że niekoniecznie. Tymczasem od dziesięcioleci na uczelniach całego świata mówi się o eksperymencie stanfordskim jako o czymś pewnym i udowodnionym. Być może dlatego, iż on pasuje do współczesnej narracji, że człowiek to samo zło i najlepiej, żeby wyginął, bo planeta by odetchnęła. Trudno o coś bardziej szalonego, ale niektórzy tak właśnie twierdzą. Człowiek to samo zło. Owszem, znam kilku paskudnych złoli, ale żeby zaraz z tego powodu domagać się radykalnego ograniczenia populacji? To już chyba przesada. Co więcej, badania Zimbardo nie udało się powtórzyć. W grudniu 2001 roku psycholodzy Stephen Reicher i Alexander Haslam we współpracy z BBC próbowali odtworzyć eksperyment więzienny z pewnymi modyfikacjami. Ich trwająca osiem dni procedura wyeliminowała oczekiwania przekazywane nieświadomie uczestnikom przez naukowców.
Jedyną instrukcją, jaką otrzymali strażnicy, było zapewnienie placówce sprawnego funkcjonowania. Wynik okazał się całkowicie sprzeczny z efektami pracy Zimbardo. Po pierwsze więźniowie szybko stworzyli wspólny front. Po drugie po kilku dniach przejęli kwatery strażników. Pytanie o naturę zła wciąż pozostaje więc aktualne. Powtórzę, Zimbardo wiele razy twierdził, że przebieg zdarzeń mocno go zaskoczył. Psycholog nie sądził, że w ciągu kilku dni zwykli studenci zmienią się w ofiary i oprawców. Żaden z nich nie miał wrodzonych skłonności do okrucieństwa. Zimbardo doszedł do wniosku, że winna była sytuacja, w jakiej wszyscy się znaleźli. Jego zdaniem szczególne okoliczności mogą sprawić, że nawet dobrzy ludzie zamienią się w złych.
Jeśli dostają władzę i mają poczucie bezkarności, a ich ofiary pozbawione cech indywidualnych przez jednolity strój i numery stają się anonimowe, to wówczas łatwo może dojść do przemocy i nadużyć. Później Zimbardo nazwał to efektem Lucyfera. Napisał nawet książkę pod tym tytułem, w której przytoczył kilka naprawdę ciekawych obserwacji. Na przykład takich. Coś wyzwoliło w ludziach okrucieństwo i poddańczość. Jeśli chcemy pozostać sobą w zgodzie ze swoimi wartościami, warto zobaczyć, jakie sytuacje szczególnie nam zagrażają. Jedną z tych okoliczności jest, jak łatwo zgadnąć, anonimowość. W eksperymencie uanonimizowani byli i więźniowie, którym zamiast imion dano numery, i strażnicy schowani za mundurem oraz rolą. Podobny mechanizm steruje hejtem w internecie. W internecie, w którym bywamy anonimowi i na przykład pod nickiem Straszliwy Ktoś Tam wdeptujemy kogoś w glebę, bo mieliśmy zły dzień albo dlaczego nie?
Zimbardo w efekcie Lucyfera mówił o jeszcze jednym ciekawym zjawisku. Czujemy się bardziej bezkarni nie tylko wtedy, kiedy zakładamy maskę, ale także wówczas, gdy przez innych jesteśmy traktowani anonimowo, czyli kiedy metaforycznie rzecz ujmując, ktoś inny zakłada nam maskę. Pewien eksperyment cytowany przez Zimbardo pokazuje na przykład, że jeśli osoba badana była znacznie częściej niż inna traktowana przez eksperymentatora źle, co stanowiło oczywiście część eksperymentu, kradła potem zostawione umyślnie na widoku monety i długopisy. Ciekawe. I tyle na temat eksperymentu więziennego. Ciekawe, że zarzuty niefrasobliwości i braku naukowości postawiono również Stanleyowi Milgramowi, psychologowi z Uniwersytetu Yale, który wcześniej niż Zimbardo, bo w roku 1961 przeprowadził inny ważny eksperyment dotyczący zła drzemiącego w człowieku. Wykazał on, że każde dwie osoby na trzy wykonają polecenia skazujące innych na cierpienie. Zrobią to, jeśli wyda owe polecenia człowiek uważany przez owe osoby za godny zaufania autorytet. Uczestnicy doświadczenia mieli według informacji przekazywanych im przez Milgrama pomóc w badaniu wpływu kar na pamięć oraz uczenie się. Biorących udział w eksperymencie dzielono na pary i w wyniku losowania powierzano im rolę ucznia lub nauczyciela.
Następnie nauczyciela sadzano na fotelu Przypominającym krzesło elektryczne. Unieruchamiano i przypinano do rąk elektrody. Nauczyciel otrzymywał na próbę elektrowstrząs o napięciu czterdziestu pięciu woltów, który odczuwał jako dosyć bolesny, a potem zostawał uwolniony i przechodził do pomieszczenia za szybą. Tam zasiadał przy aparaturze rażącej ucznia prądem. Za każdy kolejny błąd miał go karać coraz silniejszym wstrząsem, zaczynając od piętnastu woltów, a kończąc na czterystu pięćdziesięciu. Obserwował też sadzanie i unieruchamianie ucznia na krześle oraz słyszał, jak ten pyta, czy eksperyment jest bezpieczny, gdyż ma problemy z sercem. Musiał więc zdawać sobie sprawę, że aplikując zbyt silny wstrząs, będzie igrał z życiem ucznia. Nauczyciele nie wiedzieli jednak, że wyniki losowania były z góry zmanipulowane, a uczniowie byli w rzeczywistości współpracownikami Milgrama. Ich zadanie polegało na symulowaniu cierpienia, gdyż w rzeczywistości uczeń nie był rażony prądem. W pomieszczeniu nauczyciela przebywał jeszcze jeden aktor.
Udawał on naukowca i gdy uczestnik eksperymentu wahał się, czy zaaplikować kolejny bolesny impuls uczniowi, miał rozwiewać jego obawy. Jak czytamy w przywoływanym już artykule „Eksperyment Lucyfera”. Z opisu samego Milgrama wynika, że przy siedemdziesięciu pięciu woltach uczeń wydawał okrzyki bólu. Przy stu pięćdziesięciu wył i domagał się zakończenia testu. Przy trzystu woltach krzyczał, że ma chore serce i żąda natychmiastowego uwolnienia. Po przekroczeniu czterystu pięciu woltów przestawał reagować. Przed rozpoczęciem eksperymentu Milgram przeprowadził sondaż wśród psychiatrów i psychologów, pytając, jaki odsetek badanych dotrze ich zdaniem do granicy czterystu pięćdziesięciu woltów. Większość odpowiedziała, że około jednego procenta. Tymczasem z czterdziestu uczestników zrobiło to aż dwudziestu sześciu, czyli sześćdziesiąt pięć procent. Stwierdzenie, że istnieją ludzie ślepo posłuszni autorytetom, nie stanowiło żadnej sensacji.
Szokujące było natomiast odkrycie, że jest ich aż tylu. Milgram początkowo zamierzał przeprowadzić swój eksperyment w USA i Niemczech, by ustalić, dlaczego tak wielu Niemców zostało nazistami i posłusznie wykonywało zbrodnicze rozkazy. Zrezygnował z tego, gdyż jak powiedział w telewizyjnym programie „Sześćdziesiąt minut”, jego badanie wykazało, że cytuję: „Gdyby podobny do stworzonego przez nazistów system obozów zagłady powstał w Stanach Zjednoczonych, personel do nich bez trudu dałoby się znaleźć w dowolnym amerykańskim mieście średniej wielkości”. Milgram powtórzył swój eksperyment w dwudziestu czterech różnych wersjach na niemal tysiącu osób. Przyznawał, że większość badanych wykazywała skrupuły i pytała aktora naukowca, czy musi kontynuować maltretowanie ucznia. Opisał chociażby reakcję biznesmena, który wszedł do laboratorium uśmiechnięty, pewny siebie, a po dwudziestu minutach trząsł się, jąkał bez przerwy, wyłamywał sobie palce, a w pewnym momencie pochylił głowę i bijąc w nią pięściami, wyszeptał: „Boże, niech to się wreszcie skończy”. Mimo to wykonywał polecenia do samego końca. Milgram, podobnie jak Zimbardo, zapewniał, że spełnił wszystkie warunki poprawnego przeprowadzenia eksperymentu. Przed jego rozpoczęciem informował uczestników, że niezależnie od tego, co się wydarzy, otrzymają obiecaną zapłatę. Aktor grający eksperta nie wywierał na innych żadnych nacisków, a każdemu udzielał tych samych, precyzyjnie sformułowanych odpowiedzi.
Odpowiedzi na pytanie, czy trzeba dalej coraz surowiej karać ucznia. Jeśli mimo czterokrotnych zapewnień, że uczeń odczuwa ból, ale jego zdrowiu nic nie grozi, nauczyciel dalej się powstrzymywał od naciśnięcia przycisku, test przerywano. Po latach australijska psycholożka oraz pisarka Gina Perry przestudiowała dokumentację eksperymentu Milgrama i znalazła w niej tyle faktów odbiegających od obowiązującej wersji, że napisała o tym książkę. Książkę zatytułowaną „Nieopowiedziana historia słynnego eksperymentu Milgrama”. Z wysłuchanych przez nią taśm wynikało, że autorytet, którym dla uczestników był naukowiec aktor, nie przestrzegał rygorystycznej ponoć procedury i wielokrotnie wywierał nacisk. Wychodził sprawdzić, jak czuje się uczeń i wracał z zapewnieniami, że znakomicie, a potem usilnie namawiał, by kontynuować eksperyment. Tych zarzutów co do rzetelności eksperymentu było zresztą całkiem sporo. Wielu uczestników podejrzewało, iż to, w czym biorą udział, nie dzieje się naprawdę. Dlaczego? Otóż część dostrzegła, że gdy chcąc oszczędzić ofierze cierpień, ukradkiem naciskało przycisk o mniejszym napięciu, nie wpływało to na zachowanie się ofiary.
Wrzeszczała, jęczała jeszcze głośniej, niż robiła to wcześniej. Zastanawiała ich też całkowita obojętność eksperymentatora. Obojętność na los Torturowanego. W efekcie część badanych uznała, że uczestniczą w czymś w rodzaju telewizyjnego programu „Jesteś w ukrytej kamerze” i naciskała guzik do oporu. W czasopiśmie British Journal of Social Psychology inni badacze po przesłuchaniu 117 taśm z eksperymentu stwierdzili, że około 70% badanych nie wierzyło, że uczeń jest naprawdę rażony prądem. Wśród tych, którzy doszli do końca skali, czyli do 450 woltów, 60% zrobiło to nie ze ślepego posłuszeństwa, lecz z chęci pomocy w badaniach. Tylko co dziesiąty uznał, że skoro podpisał umowę, musi się z niej wywiązać i bezrefleksyjnie wykonywał rozkazy. Zacytuję raz jeszcze artykuł „Eksperyment Lucyfera” ze Scientific American, wydanie polskie. Naukowcy zanegowali fundament teorii Milgrama. Odkryli, że wcale nie doszło do prostego podziału na nieposłusznych, którzy odmówili kontynuowania eksperymentu i posłusznych wykonujących ślepo to, co im polecono.
W rzeczywistości protestowali wszyscy, choć w różny sposób. Wyróżniono sześć stosowanych przez nich strategii. Od jawnego sprzeciwu i chęci udzielenia pomocy ofierze, po nerwowe dopytywanie, czy koniecznie trzeba dalej zadawać ból. Autorytatywne stwierdzenie Milgrama, że 65% ludzi jest w stanie zrobić wszystko, co każe im obdarzony autorytetem i zaufaniem przywódca, było więc mocno naciągane. Słusznie czy nie, eksperyment Milgrama wskazał, zwrócił uwagę na kilka ważnych zagadnień dotyczących posłuszeństwa wobec autorytetu. Eksperyment pokazał na przykład, że wiele osób jest skłonnych wykonywać polecenia autorytetu, nawet jeśli oznacza to wyrządzanie krzywdy innej osobie. Eksperyment pokazał również, że kontekst społeczny może mieć istotny wpływ na nasze zachowanie. Wiele osób było gotowych naciskać na przycisk, ponieważ byli przekonani, że jest to wymagane przez eksperymentatora. Ciekawe jest także to, że nasze procesy myślowe, takie chociażby jak nasze przekonania i oczekiwania, mogą mieć wpływ na nasze zachowanie. Wiele osób, które uczestniczyły w eksperymencie, było zaskoczonych tym, że byli gotowi powodować cierpienie innej osoby, a zatem człowiek sam siebie potrafi czasami zaskoczyć.
Eksperyment Milgrama ujawnił, że niektóre osoby są bardziej skłonne do posłuszeństwa wobec autorytetu niż inne i że istnieją granice, po których większość ludzi przestaje być posłuszna. Wniosek z eksperymentu Milgrama jest taki, że posłuszeństwo wobec autorytetu jest silnym i często nieoczekiwanym zjawiskiem, które może mieć wpływ na nasze zachowanie w sytuacjach, w których jesteśmy pod presją autorytetu. Obojętnie jakie wnioski wyciągamy z przytoczonych eksperymentów i czy można je uznać za rzetelnie przeprowadzone, jedno jest chyba oczywiste. Wnioski o tym, że człowiek to istota wredna, żeby nie powiedzieć paskudna, rozpełzły się na cały świat. Do dzisiaj, nawet pomimo zarzutów, które przytoczyłem, spotkacie państwo ludzi powołujących się na doświadczenia Zimbardo i Milgrama. Jesteśmy źli, okrutni, skłonni do przemocy i tak dalej. Ja wcale nie twierdzę, nie mówię, że jesteśmy aniołami, ale czy aby na pewno jest tak źle, jak wynikać miałoby to z eksperymentów Milgrama i Zimbardo? A może po prostu mamy w to uwierzyć? Mamy być przekonani, że ludzkość jest czymś mało fajnym. I czas obecnie na przypomnienie tego, o czym mówiłem na początku dzisiejszego podcastu.
2600 lat temu chiński myśliciel i filozof Sun Tzu stwierdził, iż należy unikać starć, gdy przeciwnik ma wysokie morale, a jego wojsko stoi dumne i wyprostowane w oczekiwaniu na bój. To już państwo słyszeli. I jeszcze przypomnę cztery z trzynastu zasad Sun Tzu. Jeden. Dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika. Dwa. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia. Trzy. Podrywajcie ich, tych nieprzyjaciół, dobre imię i w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków. Cztery.
Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych i najbardziej odrażających. A może na Ziemi od dawna działają obcy agenci wpływu, którzy robią wszystko, aby ludzkość uwierzyła, że jest obrzydliwym i poślednim tworem? I zrozummy się dobrze, ja nie twierdzę, że tymi agentami byli Zimbardo czy Milgram, ale może ktoś podsunął im myśl przeprowadzenia takowych eksperymentów, jakie opisałem. Postarał się o ich zmanipulowanie A następnie zadbał o rozgłos. Głupie? Pewnie tak. Pewnie to materiał na złe opowiadanie science fiction. A jeśli nie? Jeśli od dziesięcioleci jesteśmy mentalnie wciskani w glebę? Jeśli ludzkość ma uwierzyć, że jest zła?
Tylko po co? Kiedy na naszym niebie pojawią się statki obcych z propozycją, że albo się poprawimy, albo oni zrobią tu porządek, to część ludzi uzna, że alieni mają rację, że ludzkość to nic dobrego. W dodatku extraterrestialsi przywieźli nam nową, wyższą kulturę. A jeśli tak będzie, to bez szemrania poddamy się rodzajowi resocjalizacji. Kiedy przyglądam się naszej cywilizacji w XXI wieku, skłonny jestem uwierzyć w taki właśnie scenariusz. Dla aliensów same korzyści. Żadna tam inwazja, walki, okupacja, zniewolenie ludzkości. Sami poddamy się i tylko poprosimy, żeby reedukacja nie była zbyt bolesna. Nie macie państwo wrażenia, że od dziesięcioleci poddawani jesteśmy obróbce ideologicznej negującej naszą kulturę, prawo, życie społeczne? Mamy uwierzyć, że wszystko, co było, było złe, a to, co będzie, co nadciąga, szczególnie w życiu społecznym, to już będzie wyłącznie dobro i cudowna, świetlana przyszłość.
Naprawdę? Nie wiem, czy to robią extraterrestialsi lub ich agenci. Może nie. Może to sami ludzie uwierzyli, że postęp społeczny jest wyłącznie dobry. Tymczasem jest to nieprawda. Ale nie czas i nie miejsce na takie dywagacje. Postęp społeczny bywa dobry, wcale jednak taki być nie musi. Ponieważ jesteśmy na kanale Wehikuł Wyobraźni, pożegnam państwa następującą refleksją. Coś złego dzieje się z ludzkością. Nabiera ona cech samobójcy szukającego sznura na zgrabną pętlę.
A to, czy robi to na warunkach własnego szaleństwa, czy szaleństwa zaindukowanego przez obcych, to już naprawdę nie ma większego znaczenia. A jeśli na nieboskłonie pojawią się statki obcych, to być może nie zaczną od strzelania i bombardowań, tylko od komunikatu: „Witaj ludzkości, przylecieliśmy was zresocjalizować. Sami rozumiecie, że to konieczne”. I część ludzi przyzna owym obcym rację. Powie mniej więcej coś takiego: „Tak, jesteśmy źli i podli. Wyrywamy skrzydełka muszkom, tlujemy naszych bliźnich i używamy brzydkich wyrazów. Zatem kara musi być, bo na nią zasługujemy”. Mówię o tym wszystkim w sposób nieco prześmiewczy, ale mam wrażenie, że coraz częściej jakaś część moich bliźnich tak właśnie myśli. W dodatku oburza się, gdy ktoś śmie mieć inne zdanie. Ostatnio miałem okazję tego zakosztować i wiem, że głosząc tolerancję i akceptację, część ludzi w istocie żąda tolerancji, a nawet akceptacji, ale dla swoich poglądów i absolutnie odmawia tolerancji dla poglądów innych.
Innych niż swoje. Niektórzy nawet wierzą w to, że mają rodzaj radaru, dzięki któremu wyczuwają poglądy słuszne oraz niesłuszne. Boję się takich ludzi, ale to zupełnie inny, nieco filozoficzny temat. Na tym zakończę. Pięknie państwu dziękuję za uwagę. Pozdrawiam. Jeśli zechcecie państwo wesprzeć kanał subikami, komentarzami lub w jakiejś innej formie, to nie ukrywam, że będzie mi bardzo miło. Pozdrawiam i do usłyszenia. A teraz zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omówimy aż trzy filmy.
Trzy filmy, które w jakimś stopniu są kontynuacją różnych serii. Będzie ciekawie, będzie filmowo, ale czy optymistycznie? Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:04:03] - Dzień dobry wieczór Marku, dzień dobry wieczór wszystkim. Witamy w kolejnym „Filmotekarium” w trzecim sezonie.
[01:04:11] - Dzisiaj będzie na bogato, bo aż trzy filmy omówimy. Tylko niestety ilość tym razem jakoś nie przechodzi w jakość.
[01:04:22] - Tak. Na tapet bierzemy trzy filmy. Trzy nowości, można powiedzieć. Trzy głośne nowości, bo to nie są jakieś filmy, co tam pod kamieniem leżały. Łączy je jedno ze sobą. Są kontynuacjami, sequelami, prequelami też dość głośnych filmów. Są kolejnymi częściami po prostu filmów. I tutaj się zastanowiłem przez chwilę Czy lepszych? O tym się dowiecie z treści dzisiejszego odcinka. Marku, tak na chłopski rozum kontynuacja filmu zawsze się kojarzy z czymś gorszym.
Nie zawsze taka musi być, ale z odcinaniem kuponów się kojarzy. Co ty sądzisz o tej stygmatyzacji sequeli i prequeli? Bo one się kojarzą głównie z tym, że skoro raz się udało, raz zażarło, to zrobimy kolejny.
[01:05:09] - Jest jakaś klątwa związana z kontynuacjami, bo one najczęściej zawodzą. Najczęściej wykraczają się. To nie jest reguła. Dlatego tak bardzo podkreślam: najczęściej. Da się znaleźć w historii kina kilka udanych kontynuacji, czasami nawet bardziej udanych niż pierwowzór. To rzadkość, ale się zdarza. Miałbym nawet kłopoty w tej chwili z podaniem konkretnego przykładu. Niemniej to nie jest ten przypadek. Absolutnie. Myślę, Piotrze, że zaczniemy od "Platformy 2".
"Platformę" omawialiśmy w naszym cyklu. I co? Proszę państwa, jest tak samo, ale inaczej. I właśnie bardzo mocno się zastanawiam, czy to inaczej, a właściwie bardziej na bogato. Jeszcze więcej wam powiemy, jeszcze więcej tego samego i jeszcze więcej problemów, i tak dalej. Zastanawiam się, czy to nie jest jeden z elementów, które powodują, że kontynuacje często, tak jak powiedziałem, się wykrzaczają. Ponieważ jak chce się zrobić zbyt dużo, zbyt bogato, to jednocześnie traci się dbałość o szczegóły. A bywa tak, że to szczegóły decydują o tym, czy kino się nam podoba, czy nie. W przypadku "Platformy" na początku byłem optymistą, później, w trakcie seansu ten optymizm ze mnie powoli parował. I na końcu...
To później powiem, co na końcu.
[01:06:59] - Dziwne w "Platformie 2" jest to, że czekano aż tyle lat z nakręceniem części drugiej, dlatego, że "Platforma" pierwsza to był jeden z pierwszych filmów, hitów Netflixa, a "Platforma 2" ukazała się pięć lat później. Niedawno się ukazała i opowiada nam rozszerzoną wersję tamtej opowieści. Rozszerzoną historię mieszkańców tajemniczej struktury, która przypomina połączenie piekła, cube'a i wykwintnej restauracji. I jeszcze więzienia oczywiście. Pierwszej części "Platformy" towarzyszyła tajemnica związana z tym, czym to miejsce jest, jak działa, czym się rządzi, co to w ogóle jest ta platforma, jak to się dzieje, że ona zjeżdża z tym jedzeniem w tak dużej ilości. W "Platformie 2" widzimy już nie tylko, że to jest coś w rodzaju więzienia tak naprawdę bardzo wyrafinowanego, futurystycznego, ale też, że ono żyje swoim życiem, tworząc własne prawa, nawet własne wierzenia, które regulują jakoś jego wewnętrzne funkcjonowanie. A przynajmniej próbują, bo to wszystko jest alegoria, nawiązanie do porządku na świecie. Nie oszukujmy się, to jest jeden z tych filmów, gdzie ta symbolika aż bije po oczach. Główną bohaterką "Platformy 2" jest Perempuane, która zamieszkuje swoją celę. Bo jak pamiętacie pierwszą "Platformę", to tam -- mi się skojarzyło -- wiecie, z jaką platformą i wiecie z kim.
Tam każdy zamieszkuje swoją celę i te cele mają to do siebie, że one się zmieniają. Raz idą w górę, raz idą w dół. Perempuane zamieszkuje celę z wielkim gburem, z Amiatinem chyba, który odsłania jej potem swoją łagodniejszą naturę takiego dobrego Shreka. W każdym razie chodzi o to, że główny problem jest taki, że pożywienie zjeżdża na tej platformie i to są naprawdę frykasy. Tam jest wszystko, co najlepsze i platforma przejeżdża przez wszystkie poziomy od 1 do 333. Nie trzeba mówić, że po pewnym czasie jedzenia zaczyna brakować. A jak mówiłem, żeby było zabawnie, przydział do poziomów się zmienia. Można być jednego dnia na jedynce, a potem można być na samym dnie. "Platforma 2" skupia się na tym, jak ludzie uwięzieni w tym systemie sobie próbują poradzić. W sumie są dwa podejścia.
Przeżyć za wszelką cenę z odrobiną przyjemności, czyli jeżeli się trafi na dobrą półkę, to nażreć się, ile tylko można albo zorganizować to wszystko tak, żeby każdemu według potrzeb, każdemu sprawiedliwie, żeby każdy był syty, tak jak w komunizmie. I dobrze, że nie jestem babiarzem, bo już by mnie platforma załatwiła. Ha, ha, ha. Pożartowaliśmy sobie. Ale tutaj Filmotekarium rządzi się innymi prawami. Druga platforma jest gorsza, Marku, od poprzedniej. Na pewno już nie ma takiego elementu zaskoczenia, nie ma takiej immersji. Tamta grała na ciekawości — co to w ogóle jest, jak to działa? A tutaj przedobrzyli trochę.
[01:09:59] - Bo tutaj mam wrażenie, że napakowano bardzo wiele ukrytych treści. Już zaraz będę mówił, o co mi chodzi, ale zwróćcie państwo uwagę: towarzysz naszej bohaterki nazywa się Zamiatin, a był taki pisarz Jewgienij Zamiatin, który napisał powieść "My". To jest matka wszystkich dystopii. Te wszystkie opowieści Huxleya, te opowieści Orwella, takie antyutopijne, gdzieś tam, nie mówię, że bezpośrednio, ale zakorzenione są w powieści Zamiatina. Czy to przypadek? Być może przypadek. Nie mam żadnych dowodów na to, że świadomie zostało to użyte, ale myślę, że wymowa filmu jest taka, że chyba przypadku nie ma. Powiedziałem, że chciano w tym filmie powiedzieć dużo. Otóż mamy tam próbę przedstawienia z jednej strony takich ustrojów, które właśnie, Piotr to sygnalizował, chcą dać wszystkim po równo i gotowe są pilnować owej równości, łamiąc innym żebra i nie tylko żebra, bo nawet i karki, byle tylko było sprawiedliwie. Chociaż i tak sprawiedliwie nie jest, ale wrogów trzeba eliminować i to bardzo brutalnie.
To z jednej strony, czyli chcemy dobrze, a wychodzi jak zwykle, czyli zamordyzm. Ale jest tam też inny wątek sugerowany, w którym mamy do czynienia z pewną koncepcją, która mówi o tym, że trzeba to wszystko za mordę wziąć. I nie, że każdy sobie rzepkę skrobie, jakiejś sprawiedliwości, tylko trzeba to chwycić za twarz i wtedy będzie dobrze, bo tylko silny człowiek jest w stanie zapanować nad chaosem. Zauważcie państwo, że to są problemy, które nie tylko obecne są w polskim życiu politycznym, ale najwyraźniej obecne są również w życiu politycznym Europy. Cały czas ścierają się te koncepcje, jak należałoby z tym społeczeństwem postępować. Bo ta platforma tytułowa to jest rodzaj alegorii. To w ogóle jest film, który mam wrażenie, jest ogromną, wielką — tu sobie możemy mnożyć przymiotniki — przenośnią, która ma nam pokazać, jak funkcjonuje społeczeństwo, jak to wszystko wygląda. A kiedy dojdziemy do końcowych partii filmu, kiedy zostaje nam pokazane, jak to wszystko działa, jak następuje zamiana pięter, jak działa obsługa tejże platformy. Dobieram słowa, wyraźnie cedzę te słowa, ponieważ za dużo jednak nie chcę powiedzieć, ale dostajemy obraz tego, jak to wszystko działa. Mamy skojarzenie, ja przynajmniej miałem skojarzenie z jakąś wielką strukturą, która może jest w kosmosie nawet.
To dałoby się uzasadnić, jakbym się bardzo postarał, ale chyba nie chcę opowiadać państwu za dużo z tego filmu, bo jednak ten film można zobaczyć pewno po to, żeby się troszeczkę zawieść. Niemniej niektóre wątki bywają w tym filmie ciekawe i tu trzeba rozważyć, czy warto stracić, albo w każdym razie poświęcić ponad półtorej godziny swojego życia na to, żeby z pewnymi wątkami, które sygnalizowałem, się zapoznać, czy też sobie to darować. Bo mówiąc ogólnie zgadzam się z Piotrem, to nie jest dobry film, ale i na pewno jest gorszy od jedynki.
[01:14:01] - Tak. W dodatku jest taka sprawa, że jednak trzeba obejrzeć jedynkę, żeby mieć jakieś pojęcie, bo jakby ktoś tak, że tak powiem, na waleta wskoczył na "Platformę 2", to nie będzie do końca wiedział, z czym to się je. Zorientuje się po pewnym czasie, ale wprowadzenie w postaci tego nie odcinka, tylko pierwszej części, że tak powiem, jest potrzebne. Tutaj mamy bardzo dużo akcji, dużo się dzieje. Plusem jest to, że poznajemy funkcjonowanie tego więzienia szerzej. Więzienia w sumie tak do końca nawet nie wiadomo, co to jest, jak to wszystko działa od spodu, nawet od samego dna. I tutaj mówię dosłownie, ale w tym filmie się coś przedłuża, to znaczy troszkę za szybko się dzieją niektóre rzeczy i te wątki symboliczne mamy tak wymieszane z tymi, chciałoby się powiedzieć, przygodowymi. Wychodzi coś takiego, że to nie jest złe, to można obejrzeć. Mamy natomiast wrażenie pewnego przedobrzenia ideologicznego, które zastąpiło fabułę. W pierwszej platformie też tak może trochę było, ale ta warstwa ideologiczno-filozoficzna jakoś balansowała się po prostu z wciągającą w miarę historią.
I to pamiętam, było dość zaskakujące po pierwszym obejrzeniu. Drugiego niestety już nie było, ale przyjemne wspomnienia z "Platformą" numer jeden są. Także to jest coś, co można. Jak się nie widziało jedynki, to nie trzeba, albo obejrzeć jedynkę i dopiero potem skonfrontować się z tym, co już było. Nawet mam trudności w zaliczeniu tej platformy do jakiegoś konkretnego gatunku. Science fiction psychologiczne raczej chyba, tak bym powiedział. Ale Marku, jeżeli chodzi o kontynuację, to mieliśmy w tym roku podany sok z żuka drugi raz. Tutaj mam pewien problem ja z kolei. Muszę powiedzieć, że przez długo nie byłem fanem pierwszej części. Świat Tima Burtona, jego estetyka mnie koliła.
Uważam jego filmy za lekko nieprzyswajalne dla mnie. Czy nowy "Beetlejuice" zmienił moje podejście? I tak, i nie. A jak jest z tobą w przypadku soku z żuka?
[01:16:24] - Ja również miałem problemy z pierwszą częścią, czy z tym pierwszym filmem. Jedyne co mnie przekonało to pewna zabawa polegająca na tym, że w pierwszym "Beetlejuicie" można wysnuć taką oto historyjkę, że na ogół mamy dom zamieszkiwany przez ludzi, którym straszą duchy, a u Burtona było odwrotnie. W pierwszej części był dom zamieszkiwany przez duchy, którym w pewnym momencie zaczęli straszyć ludzie. To oczywiście bardzo luźne przedstawienie fabuły. W "Beetlejuice Beetlejuice" mamy historię, która wprost odnosi się do tamtej pierwszej części. Mamy podstarzałą już mocno bohaterkę pierwszej części, która ma problemy. Pracuje w mediach, w telewizji, ale ogólnie to jej tam na dobre te przeżycia z dzieciństwa nie wyszły, bo jest niestabilna emocjonalnie i to mocno. Musi się prochami różnymi wspomagać. Ma kontakt z drugą stroną. Sprzedaje to w sposób udany w telewizji.
I w pewnym momencie świat Beetlejuica wraca do niej. Ale to wszystko chyba jest, przynajmniej dla mnie, tu muszę się mocno zastrzec, to nie jest źle. Jeśli ta pierwsza część jeszcze mnie, przynajmniej w tej części, o której wspomniałem, rozbawiła, ale też nie tak żeby mocno, to teraz obejrzałem, ale czas mi się dłużył. A to jest dla mnie, ja myślę, że dla większości z państwa najlepsza wskazówka. Jeśli oglądacie film i nie możecie się nadziwić, że to już koniec, bo już minęło te półtorej godziny czy prawie dwie, to jest dowód na to, że ten film jakoś państwa wciągnął. Może nie jest wybitny, może nie jest wspaniały, ale jakoś wciągnął. Tymczasem ja przy "Beetlejuice Beetlejuice" ciągle spoglądałem na zegarek i dobrze, muszę to obejrzeć. Nawet chcę to obejrzeć, ale niech się to już wreszcie skończy. Nie kupuję do końca tego dowcipu, tych jaj, które tam są robione, bo one jakoś nie do końca mnie bawią. Te sceny ślubu, to wszystko.
Jakoś tak nie wsiąkłem w ten film.
[01:19:03] - Momentami było zabawnie, trzeba powiedzieć. Ja też miałem tak z czasem przy "Beetlejuicie", tylko ja się złapałem na czymś innym. Ja się zorientowałem nagle, że to się skończyło, a tak naprawdę niewiele się tam wydarzyło. Może po prostu z racji tego, że nie jestem wielkim fanem tego uniwersum, tego świata, to może nie zwróciłem uwagi na coś, co było kluczowe, ale to się nagle skończyło i koniec historii. Co się tam rzuca w oczy, to próba przeniesienia starego, zdaniem niektórych dobrego kina z lat 80. i 90. teraz na dzisiejszy grunt. I to się nie zawsze udaje, bo już się dużo rzeczy zmieniło i mody, i oczekiwania ludzi też. Dlaczego mówię, że nie lubię "Beetlejuica"? Bo ja ogólnie nie lubię komediowych horrorów.
Rzadko się udają. Zwykle są amerykańskie i bardzo często są głupie, niestety. Bardzo często jest to kino klasy B albo balansujące na granicy. Minęło dużo czasu od "Soku z żuka", tego starego i nagle się pojawia film, który tak na dobrą sprawę wywodzi się z zapomnianej serii. Widzowie mogli to zapomnieć. Urodziło się nowe pokolenie, które tego nie znało, dla których jest to film starszy. I tutaj się okazuje, że historia jest zmontowana tak ciekawie, że de facto nie musiałeś znać tego wcześniejszego, żeby zrozumieć to, co się dzieje. To jakoś się tak nawet klei. To jest dobry zabieg. To się udało.
Tylko że czy to było jakieś takie wielkie, przełomowe? Czy to był ukłon w stronę odrodzenia tej serii, pociągnięcia jej dalej? Nie wiem. Trudno mi w ogóle "Beetlejuica" tego nowego ocenić. Dodam jednak coś, co się wiąże w ogóle z tą kontynuacjonozą, którą wszędzie widzimy, że od pewnego czasu mamy zatrzęsienie prequeli, sequeli nowych adaptacji od "Znachora" przez "Lalkę", bo ponoć kręcą nową "Lalkę". Nie jestem w stanie w to uwierzyć, że staną jakieś wymoczki zza kamery naprzeciwko wymoczków, pewnie jakichś tam roznerskich, którzy będą grali Wokulskiego. Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić, że mierzą się twórcy filmowi w Polsce i poza nią z legendami. Ale dlaczego się mierzą? Bo albo nie potrafią niczego nowego wymyślić, bo się już niektóre rzeczy źle przyjmują, albo po prostu to jest pójście w kasę, zarabianie na czymś, co już się sprawdziło. Mieliśmy przecież omawiany w Filmotekarium prequel "Omenu".
Mamy prequel "Dziecka Rosemary", mieliśmy prequel "Godzilli", mamy nowe "Uśmiechnij się", czyli "Uśmiechnij się 2". Będziemy mieli nowego "Nosferatu", mieliśmy nowego "Aliena" i wiele innych. W tym były takie filmy, które były kompletnie nieudane. Pamiętasz "Cmentarz dla zwierzaków"? To było obrzydliwe już. Tam grał chyba David Duchovny. Myśmy to bodajże omawiali. Coś to jednak oznacza, że jest tak dużo tych kontynuacji. Są takie serie filmowe, które zawsze zażrą i zawsze gwarantują jakieś zainteresowanie, jakiś ruch. Na przykład "Obcy Alien".
Ale są takie serie, które się zupełnie wypaliły, na przykład "Park Jurajski" i takie, które jeszcze są niewykorzystane, na przykład "Blair Witch", gdzie już też się jakieś ruchy robi, pewnie się coś nowego tam montuje. Te wielkie serie, ten upadek niektórych z nich to jest temat na kolejne odcinki, ale jest to interesujące, że nagle się pojawia tyle sprawdzonych, otrzaskanych schematów, scenariuszy, linii historii i coś to nam mówi o współczesnym kinie, przynajmniej o tym popandemicznym kinie. Nie wiem, czy się zgodzisz tutaj ze mną.
[01:22:51] - Ja powiem tak, że Tim Burton to jest oczywiście fachowiec i on wie, jak robić kino. Problem polega na tym, że ja nie dałem się porwać tej opowieści. Ona mnie rzadko zaskakiwała. Podam państwu przykład. Raz zaskoczyła mnie naprawdę. Nie spodziewałem się, bo jedna z bohaterek odwiedza chłopaka w jego domu i on ją tam przyjmuje. Na miejscu są rodzice. Ojciec ogląda telewizję, matka jest w kuchni. Nie widzimy ich do końca. Oni są do nas plecami odwróceni.
To już powinno wzbudzić moją czujność, ale nie wzbudziło. A później poznajemy historię tego chłopaka, który jest zresztą wredną szują i stara się wkręcić jedną z naszych bohaterek w całkiem niewesołą historię. Na szczęście mu się nie udaje, ale to jest ten jeden moment. Kiedy będziecie państwo oglądać, to uważajcie. To jest moment, który może zaskoczyć, ale to jest trochę mało. I powiem tak, że ja również mam problemy z jednoznaczną oceną tego filmu, bo ja sobie zdaję sprawę, że Burton jest człowiekiem, który nie schrzanił tego filmu, ale trudno uznać samego siebie, trudno, żebym uznał, za porwanego tym filmem. Obejrzałem, może tam wspomniałem sobie pierwowzór, ale jakbym usłyszał, że kręcą "Beetlejuice", to chyba bym uciekł z krzykiem.
[01:24:35] - Na pewno nakręcą. Państwu to powiem. Jeżeli tych filmów nie oglądaliście, żadnego z dzisiejszych omawianych, to one są wszystkie zrealizowane bardzo poprawnie. Tutaj nie ma tak, że to jest jakaś popelina, że to są jakieś złe filmy. Nie, to się da oglądać, to nawet się momentami ogląda przyjemnie i momentami zaskakuje. Jest czasami śmiesznie, czasami strasznie. Tylko że ta klątwa wspomniana drugich części i to niezależnie, czy mówimy o prequelach czy sequelach, działa. Tutaj działa, tak mi się wydaje. "Beetlejuice" był odcinaniem kuponów. Nie wiem od czego, od sentymentu chyba, bo ja nie wiem, jak się tam toczyła akcja, historia tej serii, nie wiem, czy to nazwać uniwersum, czy nie.
Jeżeli macie jakieś informacje, to może mnie poprawcie, ale jest film trzeci "Quiet Place: Day One" i "Quiet Place" z tych serii omawianych i wspominanych to dołuje najbardziej. Ta seria ogólnie "Quiet Place" pokazuje nam dole i niedole cyklów serii filmowych. Zaczęło się od filmu z 2018 roku, a ta historia w zasadzie w każdym z tych obrazów, w dużym skrócie opowiada o inwazji na Ziemię kosmitów, stworów o słuchu idealnym, które jednak nie komponują muzyki, tylko zjadają ludzi. I mamy tam pokazane historie, jak ludzie sobie z tymi stworami radzą. Tylko że to są takie filmy pełne paradoksów. Z jednej strony mamy opowieść o tym, jak sobie ludzie tam żyją, jak uciekają, a z drugiej strony mamy zawsze totalną rozpierduchę ze strony tych potworów, bo one są takie, że jak cię usłyszą, to cię zeżrą. I w zasadzie o tym jest każdy z tych filmów. Tam też zaszły spore roszady. John Krasiński, aktor polskiego pochodzenia z głównego bohatera części pierwszej przekształca się w reżysera części drugiej i trzeciej. Trzeciej będącej de facto pierwszą częścią serii.
I tutaj tak, o ile ta pierwsza część była zjadliwa i była zaskakująca i nawet to wspominam jakoś mile, to te pozostałe dwie, w tym prequel najnowszy, to jest odcinanie kuponów i to takie totalne. Te istoty, jakkolwiek tam nie będą nazywane, czy kosmici, czy aniołowie śmierci, bo ponoć się tak nazywają, zawsze robią to samo i zawsze ludzie robią to samo. Jedni uciekają w popłochu robiąc hałas. To przyciąga potwory. Potem są zżerani, potem kolejni uciekają i tak w kółko. I w zasadzie to tyle co można powiedzieć o tych trzech częściach. Nic nowego w tym prequelu nie uświadczymy. Może poza nowymi okolicznościami, nowymi historiami. Tu poznajemy historię ciężko chorej Sam, która walcząc ze słabościami ciała staje wobec inwazji krwiożerczych obcych. Zasadniczo taka historia powinna nas wciągnąć.
Nie wciąga. Przede wszystkim też Marku, przez tą taką antypatyczną w pieron główną bohaterkę.
[01:27:28] - No tak. A poza tym mój literacki mistrz Wiktor Żwikiewicz często powtarza, że tworzenie literatury, a przypuszczam, że również dałoby się to przełożyć na tworzenie filmu, polega między innymi, to jedna z części tej twórczej ścieżki, na tym, żeby uruchomić wyobraźnię czytelnika, widza. I uruchomienie tej wyobraźni działa cuda, ponieważ w naszej głowie wyświetlają się najlepsze filmy. Ale twórcy "Quiet Place: Day One" nie wzięli sobie tego rodzaju uwag, nie wygłaszanych tylko przez Wiktora Żwikiewicza, przez wielu mistrzów pióra i kamery, nie wzięli sobie tego do serca. I to, co było tylko opowieścią w części pierwszej, jakimś takim przedstawieniem świata, że coś się dzieje O części się domyślamy, o części się dowiadujemy. Tu trzeba nam to pokazać, jak to się zaczęło, jak na tym niebie latały najpierw odrzutowce, później coś spadało, później się pojawili ci kosmici nie kosmici. I to wszystko musimy mieć podane na tacy. Nie ma miejsca na wyobraźnię, nie ma miejsca na to, żebyśmy sobie w naszej głowie wyświetlili film, jak to się zaczęło. Nie, macie państwo zobaczyć, jak to było i macie państwo bohaterkę. Macie jej kota.
Kot jest zresztą najfajniejszy i w sumie kimicowałem temu kotu, ale dosyć złośliwości. Wydaje mi się, że nie tędy droga, że to się oczywiście znowu da obejrzeć, ale już z bólem, przynajmniej w moim wykonaniu. Ale najgorsze jest to, że ta opowiedziana historia, no dobrze, jakaś tam fabuła w tym wszystkim jest. Tylko ja nie wiem, czy ta fabuła warta jest tego, żeby psuć sobie dobre wrażenie po części pierwszej. Ja też uważam ten film z 2018 roku za naprawdę udany. To było coś nowego, zaskakującego. Coś, co mówię sobie: "Kurczę, okej, fajne". Nie, to teraz trzeba było oczywiście zepsuć całą zabawę. Trzeba było wszystko od początku do końca próbować wyjaśnić. Po pierwsze się to nie udało.
Po drugie mam wrażenie, ale to już musicie państwo sami rozstrzygnąć, że ten film, chociaż jest prequelem, ale też w jakimś stopniu kontynuacją, to wiem, paradoks, ale popada w pewne drobne sprzeczności z poprzednimi częściami. Zerknijcie państwo, może to będzie jakaś zabawa, która państwu wynagrodzi, że ten film jest taki, jaki jest. Nie mam dobrego wrażenia, ale kot się uratował.
[01:30:32] - Z "Quiet Place" jest taki podstawowy problem, że mamy krwiożercze potwory i mamy ludzi, którzy przed nimi uciekają. Już jak widzisz po raz 50. w części trzeciej, jak ci ludzie uciekają i jeden się uratuje, drugi się nie uratuje, że tam potwór kogoś zeżre, bo ktoś głośniej będzie tuptał albo na gałązkę nadepnie, to naprawdę już nie ma zaskoczenia. Poza tym my mamy świadomość, że te potwory zżerają ludzkość powoli i ona jest na skraju wyczerpania i może nawet już upadła. I z tego można by zmontować serial, że ludzkość się zmaga z tymi strasznymi potworami. Ale Boże, czy oni to jeszcze przeciągną na część czwartą i piątą? Ile można? Co tam będzie zaskoczeniem? Możemy sobie wyobrazić, że będzie zaskoczeniem odpowiedź ze strony ludzi i powolne pozbywanie się tych stworów. Ale co więcej?
Zresztą tak samo w tym prequelu. Czy ta historia naszej czarnoskórej bohaterki w ogóle coś dodaje do tej historii? Nie bardzo. Czy jej wewnętrzne rozkminy coś dodają? Też nie bardzo. I moje postrzeganie tej serii się nie zmienia. Czy będę chciał obejrzeć kolejne "Quiet Place"? Nie za bardzo. I podkreślam, po raz kolejny, także tutaj wszystko jest zrealizowane nienagannie, estetycznie, zgodnie z wymogami odbiorcy, ale ciężko jest to oglądać. Także podsumowując, odniosłem wrażenie, że odcinanie kuponów to najlepsze określenie tego, co charakteryzuje te omówione dzisiaj przez nas filmy.
Założę się też, że to nie są ostatnie kupony i ostatnie odcinki. Przynajmniej w przypadku "Quiet Place" na pewno zobaczymy coś jeszcze. Czy to są filmy niepolecane te dzisiejsze? Nie, na pewno to nie jest jakaś klasa B. Na pewno to nie są też jakieś straszne potworki, ale jeżeli chodzi o jakąś świeżość czy zaskoczenie, to tego jest brak.
[01:32:28] - Chciałbym coś jeszcze powiedzieć. Otóż całkiem niedawno uczestniczyłem w spotkaniu ludzi zainteresowanych fantastyką naukową, piszących fantastykę naukową, czytających fantastykę naukową. I tam się wypowiedział Wojtek Sadejko, że nie lubi tych ciągnących się w nieskończoność serii mających po 15 tomów. Fantasy w tym przoduje, ale i science fiction również pomyka tą drogą. W dodatku te tomy każdy z nich ma po 800 stron albo 500 przynajmniej. I się nie kończą. To nie są nawet trylogie. To są tomów 15 z opcją na kolejnych jeszcze 15 i tak dalej. Natomiast on powiedział jedną rzecz, że kiedyś powieść miała 100, 150, 200 stron. Na końcu było napisane koniec i autor przystępował do pisania nowej historii, do tworzenia nowego świata.
To było coś, co pociągało ludzi. A teraz nawet autorzy odcinają kupony. I mam wrażenie, że bardzo podobnie jest również w filmotekarium, a w każdym razie w tym- W świecie filmowym tworzy się i tworzy filmy, nie dość, że długie, to czasami właśnie tworzące nieskończony ciąg. Nie skończony, ale potencjalnie nieskończony. O to mi tak naprawdę chodzi. Gdzie każdy koniec jest początkiem czegoś. I to nie jest w gruncie rzeczy dobre, bo ja rozumiem, że każdy z nas ma taką tęsknotę, że chciałby wiedzieć, co było dalej. Ale to tak naprawdę napędza naszą wyobraźnię. Odkładając książkę, chociażby moje ulubione „Non Stop” Briana Aldisa, kiedy tam jest koniec taki, jaki jest. Znowu nie będę opowiadał, ale tak naprawdę człowiek ma sam ochotę wymyślić następną powieść dziejącą się tam.
Ale Aldis nie pokusił się o napisanie drugiej części. To go po prostu już nie interesowało. On chciał tworzyć nowe światy, nowe rzeczywistości. I to jest chyba rola twórcy. Bo jeśli mnożymy ten sam świat, kawałkujemy go, pączkuje, to tak naprawdę nie tworzymy, tylko zaczynamy żerować na tym, co stworzyliśmy. A to już nawet źle brzmi, nie mówiąc już o tym, że bardzo często źle po prostu wygląda. Mam takie przekonanie, że literaturę zostawmy. Jesteśmy w końcu w Filmotekarium, że świat filmu hollywoodzkiego i nie tylko brnie w jakiś taki zaułek zjadania własnego ogona. Czyli będziemy produkować to samo, to samo i jeszcze raz to samo. Nie ma ambicji do tworzenia rzeczy naprawdę nowych, do opowiadania ciekawych historii.
Owszem, tworzy się filmy, które czasami są kompletnie porąbane i mówi nam się: „To taka awangarda filmowa”. Tam jakieś nowości są, ale ja niekoniecznie lubię awangardowe kino. A jeśli chodzi o kino popularne, to właśnie mamy do czynienia ze zżeraniem własnego ogona. Jakby nikomu nie chciało się wymyślać nowych, porywających historii, jakby nikomu nie chciało się myśleć do przodu, tworzyć nowe światy. Trzeba coś nowego wymyślać. A! To weźmiemy sobie starą grę, na przykład „Fallout” i wymyślimy serial. Akurat nie aż taki zły, ale to jednak jest część tego samego zjawiska. Czyli zeżrejmy coś, co było. Nie patrzmy, nie wymyślajmy nic nowego.
To jest moim zdaniem taki sygnał, że coś bardzo złego dzieje się z kulturą. Ja wiem, że takich ludzi, którzy wieszczą koniec kultury, jest bardzo dużo i ja się wpisuję w taki chór dziadersów. Przyjmuję to na klatę. Ale rozważcie państwo tak w skrytości ducha, ile dzieł kina popularnego ostatnio tak naprawdę was zaskoczyło, porwało za sobą i sprawiło, że mówicie sobie: „Wow, rewelacja!”? Ja z pewnym wzruszeniem i pewną łezką w oku wspominam kino nowej przygody. Dzisiaj ono się może wydawać naiwne, te twory lat 80. Ale okej. To było kino, które porywało za sobą widzów. Na ten czas bycia w kinie człowiek odlatywał. Wychodził z kina, czasami się śmiał z tego, co obejrzał, ale w kinie był absolutnie zaczarowany.
Jako stary dziaders mogę sobie trochę ponarzekać, jak te dwa dziady w „Muppet Show”. Więc mogę sobie ponarzekać. I ja mam wrażenie, że dzisiaj takie zjawisko jak w przypadku kina nowej przygody po prostu nie występuje albo występuje bardzo rzadko. To z ostrożności, nazwijmy to procesowej, powiedziałem. Zapraszam na Recenzarium Ewiwy. Dzisiaj historia naturalna smoków. A zatem Luiza Eviva Dobrzyńska i jej recenzja.
[01:38:09] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Wiara w smoki jest czymś uniwersalnym. Praktycznie na każdym kontynencie wierzono w latające, ziejące ogniem jaszczury, z tym że różnie interpretowano ich zachowanie. W naszej kulturze smoki były wrogami. Napadały, porywały bydło, zjadały dziewice i tak dalej. W kulturach rdzennych Amerykanów i w kulturach wschodnich smok z kolei był zwierzęciem raczej przyjaznym, a w każdym razie inteligentnym i mającym swoje plany w związku z ludzkością. Nie tępym gadem o plugawych obyczajach. No dobrze, ale skąd właściwie smoki się wzięły? Dlaczego ludzie upierali się, że jakikolwiek gad lata, zieje ogniem i na dodatek jest takiej wielkości, że... Przecież chyba ludzie wiedzieli doskonale, że takie stworzenia nie istnieją.
Czemu więc uparcie o nich opowiadali? To jest pytanie oczywiście do specjalistów pokroju Dänikena czy jemu podobnych. Bo oni mają na ten temat własne wytłumaczenie. Jednak jakby na to nie patrzeć, smoki są częścią naszej kultury. Naszej w sensie całej ludzkości. Może na Wschodzie, zwłaszcza w Japonii, w Chinach, Korei, Wietnamie oczywiście też inaczej się na nie patrzy, a u nas inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że się w nie wierzy, a przynajmniej, że kiedyś się w nie wierzyło. Opowieści o nich przetrwały do dzisiejszego dnia. Smoki pojawiają się teraz na kartach powieści fantasy. Oczywiście były i u „Wiedźmina”, ale Teraz może zajmijmy się fantasy z innego kraju.
Historia naturalna smoków autorstwa Marie Brennan. Izabela jest córką wielodzietnej szlacheckiej rodziny. Ma sześciu braci i jako jedyna dziewczynka została nieco rozpieszczona, szczególnie przez ojca. Jednak jej pasją bynajmniej nie jest strojenie się, przeglądanie w lustrze i zabawa lalkami w podwieczorek. Izabela ma hobby co najmniej dziwne u małej damy. Nauki przyrodnicze, szczególnie interesują ją smoki, mało poznane przez naukowców jej świata, jednak stanowiące część jego fauny. Kształcenie córki w tym kierunku oczywiście jest poza wszelką dyskusją. Stanowczo sprzeciwia się temu jej matka. Szczególnie, że podczas polowania na wilczego drakena, czyli jednego z odmian smoków, ciekawska dziewczynka zostaje zraniona. Zrozumienie okazuje jej jednak ojciec, który nie mogąc posłać córki na uniwersytet, postanawia chociaż wydać ją za kogoś, kto tak jak ona jest pasjonatem nauki o wielkich gadach.
Dzięki zbiegowi okoliczności poznaje zatwardziałego starego kawalera Jacoba Trenta. Udaje mu się doprowadzić do zaręczyn, następnie ślubu. Przy boku starszego, ale bardzo mądrego i rozumiałego męża Izabela może poświęcić się pracy, która w przyszłości może przynieść jej sławę i uznanie, czyli szeroko pojętej smokologii. Książka Marie Brennan wzorowana jest na pamiętnikach kobiet naukowców. Nosi zresztą podtytuł Pamiętniki Lady Trent. Jest to ciekawa i niebanalna opowieść o różnych gatunkach smoków, przede wszystkim jednak o niepohamowanej żądzy wiedzy u osoby, która przez konwenanse społeczne jest skazana na rolę zwykłej kurty domowej. Ilu takich było w minionych wiekach? Nigdy się nie dowiemy, gdyż rodziny starannie ukrywały nieprzystojne zainteresowania młodych panienek, wbijając im do głowy, że jedynym powołaniem kobiety jest rola żony i matki, ewentualnie klasztor, gdzie wbrew obecnej propagandzie kobiety miały możliwość kształcenia się i rozwoju osobistego. Co prawda tylko w niektórych kierunkach, ale zawsze. Lady Trent jest, ma się rozumieć, bohaterką stworzoną przez autorkę i cały jej świat jest przez nią stworzony, ale mimo to zawiera ona w sobie pragnienia całej rzeszy kobiet, by móc podążać za swoimi zainteresowaniami.
Izabela miała to szczęście, że jej mąż popierał kształcenie dam. No sam był uważany w wyższych sferach za niezłego dziwaka z tego powodu. Czy w świecie rzeczywistym tacy mężowie byli? Być może, ale na pewno nie było ich wielu, zważywszy na to, jak wtedy kobiety traktowano. Jednak mamy przecież do czynienia z powieścią fantasy, a zatem prace Izabeli mają szansę stać się czymś bardzo wysoko cenionym w jej świecie, wręcz spowodować przewrót naukowy i udowodnić, że kobieta może być również naukowcem i to nie mniej dobrym niż mężczyzna. Oczywiście tutaj możemy zabrnąć na tereny feministyczne. Trudno nam z dzisiejszej perspektywy oceniać dawne stosunki społeczne. W każdym razie byłoby to błędem, ponieważ wtedy po prostu inaczej patrzono na świat. Być może nasi dalecy potomkowie na nas będą patrzeć ze zgrozą, ponieważ ich świat będzie zupełnie inny, będzie miał zupełnie inne zasady. Nie zmienia to oczywiście faktu, że historia naturalna smoków to bardzo ciekawa lektura, a poza tym wspaniały przykład na użycie pięknego, eleganckiego stylu i literackiego języka w fantasy, ostatnio zdominowanej przez styl prostacki, wręcz wulgarny, który uważany jest za, nie wiadomo dlaczego, szczególnie pożądany w tego typu powieściach.
Ja się wychowałam na klasykach i dlatego preferuję taki styl. Natomiast wulgaryzmów, szczerze mówiąc bardzo nie lubię. Oczywiście czasami są usprawiedliwione daną sytuacją, ale większość autorów zwyczajnie ich nadużywa, przez co ich książki stają się nieprzyjemne w odbiorze. Marie Brennan napisała jednak swoją powieść takim językiem, że czytanie jej jest prawdziwą rozkoszą. Także polecam ją nie tylko miłośnikom fantasy, ale w ogóle wszystkim, którzy lubią dobrą książkę. Na pewno się nie zawiodą. Żegna się z wami Luiza Eviwa Dobrzyńska.
[01:44:26] - Czas, czas, czas najwyższy na Sentymentalnik. Dzisiaj na tapet bierzemy Lema, Stanisława Lema i jego sztukę, miniaturkę teatralną, a właściwie telewizyjną. Wierny robot. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:44:48] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj takim trochę zmęczonym głosem, ale mam nadzieję, że powalczę.
[01:44:52] - No to walczymy. Sentymentalnik się niniejszym rozpoczyna. No i dzisiaj powieje klasyką, bo dzisiaj zagości u nas mistrz, mistrz Lem konkretnie. A już jeszcze bardziej konkretyzując, przedstawienie w Teatrze Telewizji bardzo już leciwe, z sześćdziesiątego pierwszego roku przedstawienie Wierny Robot.
[01:45:17] - Tak, tak w zasadzie z sześćdziesiątego pierwszego, ale z dwutysięcznego, bo w dwutysięcznym się dzieje akcja. Wierny Robot zrealizowany na podstawie prozy Lema. Jedna z wcześniejszych prób jego ekranizacji, bodajże czwarta w kolejności. Dlaczego prób? Pamiętam, że Marku, omawiając jeden z filmów zrealizowanych na podstawie jego dzieł, tylko nie pamiętam który, doszliśmy do wniosku, jak trudno było ekranizować Lema i jak trudno jest no coś takiego zrobić. Z wielu powodów. O nich albo za chwilę, albo kiedy indziej, bo to jest temat moim zdaniem na dłuższą dyskusję, nie zamykającą się tylko w Sentymentalniku. Ale Marku, zanim słowo o tej inscenizacji, to może coś o literackim oryginale?
[01:46:04] - No jest z tym literackim oryginałem pewien problem, bo Lem napisał to jako właśnie przedstawienie. Już nie pamiętam, czy stricte telewizyjne, czy jako taką jednoaktówkę To można sprawdzić, bo ciekawostką jest, iż najpierw ukazało się to w telewizji w ’61 roku, a pierwsza publikacja prozy ukazała się dwa lata później, w ’63 roku. Mam nadzieję, że nic nie pomyliłem. Ukazał się wówczas zbiór zatytułowany „Noc księżycowa” i tam ta miniaturka teatralna się znalazła. A zatem telewizja wyprzedziła słowo drukowane. Tak było w przypadku „Wiernego robota”. Powiem w ten sposób: „Wiernego robota” fajnie się czyta, pomimo że jest napisany w konwencji scenariusza. A zatem wiecie państwo, jak się czyta sztuki teatralne albo właśnie scenariusze telewizyjne, trzeba troszeczkę zmienić optykę. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że te kwestie są wypowiadane przez bohaterów, a wszystko, co teoretycznie widzimy albo mamy widzieć oczyma wyobraźni, to jest w tak zwanych didaskaliach.
[01:47:31] - O czym ten „Wierny robot” jest? Poznajemy tam historię pisarza Klempnera, granego przez Tadeusza Bartosika. My sobie za chwilę do aktorów przejdziemy, jak to zwykle w sentymentalnikowych produkcjach teatralno-filmowych, bo oni tu odgrywają zawsze bardzo dużą rolę. I ten pisarz pozujący na takiego Amerykana, jak to się mówi, otrzymuje tajemniczą przesyłkę. W środku znajduje się owinięty celofanem robot. Chyba ten celofan użyty w tym przedstawieniu był w tamtych czasach najdroższą częścią, tak mi się wydaje, scenografii. Ten robot, mówiąc bardzo zwięźle i szybko, rozpoczyna u tego Klempnera pracę w roli służącego, pomocnika. Idzie mu tak sobie, bo to jest bardzo specyficzny robot. Jest momentami dość denerwujący, nawet dokuczliwy, można powiedzieć. Ale szybko się okazuje, że to tak naprawdę jest przebiegła sztuka, bo maszyna, która przybywa do Klempnera, to nie jest prezent.
To jest tak naprawdę ktoś owładnięty wizją zbudowania człowieka doskonałego. Ktoś, kto za każdym razem się wymykał policji, pakując się w skrzyni i wysyłając się do nowej ofiary. Zacząłem się wtedy zastanawiać, że jednak takie przesyłki tego gabarytu nie należą do częstych i pewnie wyśledzenie robota przez policję nie należałoby do rzeczy trudnych. Ale to dziś, a tam mamy rok 2000, kiedy się to dzieje. No i cóż, z czasem ten robot zaczyna się brać za czarną robotę i mamy kłopoty u Klempnera, który zostaje, brzydko mówiąc, zastąpiony swoją repliką. W sumie nie wiem, od czego tutaj zacząć, rozmawiając o tym odcinku „Teatru Telewizji”, o tej inscenizacji. Może od tego, że sama historia jest bardzo ciekawa, bardzo fajna tak naprawdę i zacząłem się również zastanawiać nad tym, czy jest przekładalna na współczesne kino. Może nie na pełny metraż, ale na odcinek jakiejś kompilacji, na odcinek jakiegoś sci-fi z uwydatnieniem roli sztucznej inteligencji. Bo po raz kolejny widzimy na przykładzie „Wiernego robota”, że Lem już lata temu krążył wokół zagadnień i problemów, które się dzisiaj stają aktualne. Przede wszystkim takie zagadnienie: a co jeżeli sztuczna inteligencja uzna człowieka za niedoskonałego?
[01:50:01] - To prawda. Jeśli mam wyrazić swoje zdanie, to właśnie moim zdaniem ta sztuka dałaby się po drobnym liftingu odnowić. To znaczy dałoby się ją zrobić po raz kolejny, już w bardziej współczesnych dekoracjach. Pewnie rok trwania akcji należałoby przesunąć, ale nie zestarzało się, przynajmniej w znaczącym stopniu to, co rozważa za pomocą tej sztuki mistrz Lem. Otóż on tam, przypomnę w ’61 roku, rozważa te problemy relacji pomiędzy człowiekiem i jego tworem, czyli robotem, ale czytajmy również sztuczną inteligencją, bo ten robot jest w pełni autonomiczny. On właściwie owszem, pełni rolę służącego, nie do końca jest podmiotem chociażby prawa, niemniej jednak jest jednostką inteligentną. Jednostką nie tylko inteligentną. Wydaje się, że jest jednostką samoświadomą, a zatem mamy te wszystkie problemy, które w dalszym ciągu przez bardzo wielu myślicieli, przez bardzo wielu pisarzy są cały czas wałkowane. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? W tej ekranizacji, w tej sztuce z ’61 roku, moim zdaniem świetną rolę odgrywa właśnie robot grany przez – i tu nazwisko niezwykłe, znaczy nazwisko jak nazwisko, ale imię Saturnin Żurawski.
To taki bardzo charakterystyczny aktor. Ja go pamiętałem ze „Stawki większej niż życie”. On bodajże w tym odcinku o Wolfie grał.
[01:51:57] - Tak. Grał jedną czwartą gruppenführera Wolfa.
[01:52:00] - Tak. Grał jedną czwartą gruppenführera Wolfa, ale w roli robota jest świetny. Chwilami można się zastanawiać, oczywiście z przymrużeniem oka, czy on jest prawdziwym człowiekiem, czy może rzeczywiście jest robotem. Gra- Dosyć przekonująco. Mnie przynajmniej przekonał.
[01:52:24] - Tak. Przy czym trzeba powiedzieć, że to jest ogólnie produkcja humorystyczna, nie wiem jak to określić, humoreska, coś takiego. Wrócę jeszcze do kwestii, które Lem tam porusza. Co zrobić z kwestiami prawnymi, to jest jedna sprawa. Co z buntem maszyn, to druga i próbą udoskonalenia człowieka. A co jeżeli transhumanizm na przykład zostanie wymuszony, że będziemy musieli się poddać, bo AI weźmie nas pod buta, jeżeli będzie miało w ogóle nogę i będzie chciało nas udoskonalać siłowo. A co jeżeli AI, to ogólne, generalne, wejdzie w rolę doskonałego zbrodniarza? Czy z powodu sztucznej inteligencji ziści się wizja zbrodni idealnej, takiej nie do wykrycia? Jak powiedziałem, krążymy tutaj wokół pytań i zagadnień, o których Lem pisał sześć dekad temu. Może nie dokładnie w takiej osnowie, jak się dzisiaj o nich mówi, ale jednak te problemy są serwowane nam do dzisiaj.
Nawet niektóre jeszcze nie są serwowane. Na przykład zbrodnie AI, zbrodnie z użyciem AI. O tym się na pewno mówi, ale nie mówi się jeszcze w tak zwanym mainstreamie. To są dyskusje toczone gdzieś pewnie w środowiskach głęboko insiderskich, ale są na pewno. Przechodzimy do kwestii realizacji „Wiernego robota”. Czy to się podoba? Rzecz gustu. Jesteśmy w sentymentalniku i omawiamy dzieło Teatru Telewizji, czyli to jest inscenizacja. Tutaj mniej się pokazuje, ale bardziej się pokazuje, że sobie pewne rzeczy trzeba dowyobrazić niż w filmie. Mamy ubogą scenografię.
Wiadomo, to jest rok 1961. Żurawski zagrał tego robota idealnie tak naprawdę. On tak się zachowuje, jakby sam był eksponatem. To jest jakiś zamysł w tym Teatrze Telewizji, szczególnie kiedy się bierzemy za sci-fi, bo w ramach pewnej konwencji, nie mając środków na przełożenie sztuki na film, organizujemy właśnie przedstawienie. Tak mogło być. To się udało. Natomiast nie oszukujmy się, że dzisiejszego współczesnego widza, takiego, który nie lubi retro, to tak średnio zaskoczy. Średnio zaskoczy jako rzecz, która ma być atrakcyjna. Ale co ten spektakl ratuje? Wspomniany Saturnin Żurawski.
On jeszcze jest znany z kilku innych ról. Ogólnie przede wszystkim z „Czterdziestolatka”. Tam jest jeszcze druga osoba znana ze „Stawki większej niż życie”. Tadeusz Bartosik to jest aktor, który jest dzisiaj dość zapomniany, dlatego, że w filmach się pojawiał, ale rzadko. Był dyrektorem teatru, był aktorem teatralnym, dyrektorował między innymi w Częstochowie przez kilka lat. On w „Stawce” wystąpił w bardzo słynnym odcinku „Hotelu Excelsior”, gdzie grał dyrektora tego hotelu, który na koniec po walce z Klossem spada z dachu. To jedna z takich chyba bardziej pamiętnych scen, myślę. Jest jeszcze Mieczysław Milecki, mniej znany aktor, zapamiętany z roli w „Nocach i dniach”, gdzie był księdzem. Są też oczywiście inni, ale już tak się raczej przemykają po tym ekranie. Często jest tak, że nawet wybitne kreacje nie pomogą, kiedy coś jest złe.
Tak było w przypadku omawianego przez nas w poprzednim odcinku „Hotelu pod poległym alpinistą”. Akurat tutaj nie odnoszę się do tej pierwszej wersji, tylko tej drugiej z lat 90. Oni tutaj na pewno ratują ten spektakl. Tyle że ja mam pewien problem, bo powiedziałeś, że to się nie zestarzało. Nie zestarzał się Lem, nie zestarzała się wizja Lema, nie zestarzała się ta historia. Natomiast sama ekranizacja, sama inscenizacja jest trochę archaiczna i moim zdaniem nie będzie do końca atrakcyjna dla współczesnego widza. Dlaczego o tym należy pamiętać? Dlatego, że to nam pokazuje, że my tak często narzekamy na to polskie science fiction, że nie było, że nie robiło się nic. A tu okazuje się, że się robiło. Nawet były takie awangardowe projekty, tylko że potem nie poszło to w takim kierunku, jakby wszyscy chcieli.
Zobacz Marku, przecież gdyby tego Lema w sprytny sposób ktoś, brzydko mówiąc, wałkował w polskiej telewizji czy w polskim filmie, takie perły by mogły powstać. Co prawda powstały, tylko one były na użytek wewnętrzny, krajowy, nie na zewnętrzny. Ale przecież te koncepcje, które są zawarte w dziełach Lema, one nie tylko się nie zestarzały, ale one dzisiaj są uważane za— i to mówiliśmy przy omawianiu Pirxa, to mówiliśmy przy omawianiu „Milczącej gwiazdy”, że te koncepcje to dzisiaj są ogólnoświatowe trendy, prawda? A ten Lem jakoś nie miał szczęścia do ekranizacji, ale o tym chyba warto porozmawiać przy innej okazji, bo to długo.
[01:57:26] - Piotrze, ja myślę i tu trochę się uśmiechnę. Prawda czasu, prawda ekranu. Sławna fraza. Natomiast myślę, że w tamtych latach to przedstawienie, zresztą scenografię do tego przedstawienia zrobiła Xymena Zaniewska, gwiazda telewizji, jeśli chodzi o scenografię. Ona współdziałała tam z Ryszardem Zaniewskim. Natomiast tak, rzeczywiście dzisiaj to nie jest atrakcyjne, ale wtedy, kiedy ludzie na to patrzyli, wydaje mi się, że wtedy to się mogło wydawać nowoczesne. Dzisiaj absolutnie nowoczesne już nie jest. I mówiąc, że to może być atrakcyjne, to miałem na myśli właśnie myśl Lema, która jest tam zawarta. Ja miałem to szczęście, że najpierw czytałem i zadziałał teatr wyobraźni. Ja sobie po prostu te sceny poszczególne musiałem wyprodukować w głowie i u mnie to wyglądało chyba atrakcyjniej.
Takie mam przekonanie. Natomiast kiedy to zobaczyłem na ekranie telewizora, to już troszeczkę jakbym w starym kinie oglądał, więc musiałem przymrużyć jedno oko i skupić się na tym, co dobre, bo to, co złe, wiązało się chociażby z tym, że w 1961 roku telewizja właściwie raczkowała. Jak się spojrzy na przykład na programy telewizyjne z tamtych czasów, to one były kilkuwersowe. W ciągu dnia godzin nadawania było kilka, cztery, pięć w porywach. Także w tamtych czasach wyprodukowanie nawet takiego prostego przedstawienia myślę, że było przedsięwzięciem znacznie... Trudno mi to porównywać do dzisiejszych czasów w ogóle. Dzisiaj technika telewizyjna, to wszystko, co mają do dyspozycji realizatorzy telewizyjni, tego się nie da porównać, że w tamtych czasach za pomocą tak prostych środków zrobiono przedstawienie, które w warstwie tej mentalnej jest po prostu zajmujące, a i w warstwie aktorskiej w wielu miejscach należy pochylić z uznaniem głowę, to jest jednak osiągnięcie. Ale generalnie masz rację, to się zestarzało i to znakomicie pasuje do sentymentalnika. A! I miałem powiedzieć coś jeszcze.
Zapomniałem o tym. Tadeusz Bartosik, o którym mówiłeś, mnie kojarzy się jeszcze, ale to muszę sięgnąć do głębokiego dzieciństwa, do końcówki lat 60. Ja nawet nie wiem, jak się ten program nazywał. Wiem, że to była taka audycja, która polecała książki dla dzieci i była skierowana do dzieci, ale pewno przy okazji również do dorosłych, którzy te książki owym dzieciom kupowali. I ja pamiętam, że on był tam prowadzącym, a towarzyszyła mu, tada! Uwaga, towarzyszyła mu gęś. Ona miała ta gęś nawet jakoś na imię. Tylko wybaczcie państwo, kompletnie nie pamiętam. Może państwo pamiętacie, może podzielicie się tą wiedzą. Tu niestety odwołuję się do państwa pamięci.
Ta gęś dialogowała z naszym aktorem. No i ja pamiętam, ta audycja w jakiś tam sposób jednak mocno oddziaływała na wyobraźnię młodego widza, w tamtym czasie moją, bo wiem, że tytuły z tej audycji były później przedmiotem męczenia mojej mamy, żeby mi tę książkę kupiła. Jedną z takich książek, nawet pamiętam tytuł, była książka zatytułowana „Czarodziejski świat”. Tyle pamiętam i tyle mi się kojarzy z tym aktorem. On w tym przedstawieniu lemowskim jest, tak jak powiedziałeś, Piotrze, pisarzem kryminałów. Tu robot też mu pewne rzeczy poleca, aczkolwiek to wszystko jest oczywiście bardzo uproszczone, ale zabawne. Zabawne zarówno w tej warstwie, kiedy widzimy pisarza przy pracy, jak i później pewne sytuacje, które z tego wynikają. Te próby podejmowane przez robota przejęcia inicjatywy, po prostu rodzaj zarządzania domem, wskazywania, w co powinien ubrać się jego pan. Tu charakterystyczne: jego pan. Kombinacje, że powinien ubrać taki a taki garnitur.
Tu od razu zdradzę, ponieważ w międzyczasie robot podprowadzał poszczególne części garderoby swojego pana, bo konstruował idealnego człowieka i ubranie temu idealnemu człowiekowi również było potrzebne.
[02:02:35] - Ja tutaj w tak zwanym międzyczasie wyczytałem, że gęś się nazywała Małgorzata, Małgosia. Takim dziwnym zbiegiem okoliczności nagrywamy to 17 października, kiedy są imieniny Małgorzaty. Także wszystkim Małgorzatom wszystkiego najlepszego, nie tylko tym gęsiom i mojej teściowej też wszystkiego najlepszego, chociaż ona chyba obchodzi kiedy indziej.
[02:02:58] - To się przyłączam do tych życzeń. A jeśli chodzi jeszcze o przedstawienie, co było dla mnie zabawne, ten idealny człowiek, który powstał w wyniku roboczego eksperymentu, bo dobrano, świetnie dobrano aktora. To jest pan Wojciech Skibiński. Tu nie potrafię podać, to jest charakterystyczna twarz, charakterystyczne role w jego wykonaniu, ale niestety nie potrafię podać żadnej innej. Natomiast on w roli tego idealnego człowieka, a właściwie jego karykatury, wypada moim zdaniem świetnie, szczególnie na początku, kiedy jest jeszcze oszołomiony, bo dopiero był stworzony, pobudzony, ożywiony, to wtedy wypada w ogóle bardzo słabo, ale te sceny są zabawne, w jakimś tam stopniu spowodowały, że się uśmiechnąłem. Czas oddać mikrofon Katarzynie Prychacz. Alchemia tworzenia, kwestionowanie i pokora to dzisiejszy temat.
[02:04:11] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Autorem dzisiejszego cytatu przewodniego nie będzie Salvador Dali. Dzisiaj sięgniemy po mojego drugiego mentalnego mistrza. Dzisiejszą inspiracją będzie Leonardo da Vinci, a konkretniej jego słowa: „Artysta nie osiąga nic wybitnego, jeżeli nie wątpi w siebie i czasem się nie zawaha”. No to mamy to. Jak zapewne zauważyliście, dzisiaj porozmawiamy trochę o kwestionowaniu, o pokorze.
Trafiając na ten cytat pomyślałam, że w pierwszej chwili może on nie być motywującym cytatem, tylko wręcz demotywującym. On tutaj nam każe wątpić w siebie. Już to, że wahać się czasem okej, ale zwątpić w siebie? Przecież wszędzie mówią: „Uwierz w siebie, masz siłę, dasz radę, jesteś mocny, jesteś zwycięzcą” i różne tego typu rzeczy. A on tu sugeruje, żeby w siebie zwątpić, bo jeżeli w siebie nie zwątpisz, to nie osiągniesz nic wybitnego. To brzmi, jakby się wykluczało, nie? Zaczęłam się zastanawiać, że paradoks, czy cała magia tego cytatu polega na tym, że koleś miał rację. Czasami w tym natłoku pracy nad sobą, bycia człowiekiem pozytywnym, rozwijania się albo rozwijania swojego talentu, swojego dzieła, bo czasami dobrze, jak jedno i drugie idzie w parze. Natomiast sami pewnie wiecie czy znacie też osoby, które są utalentowane, ale w obyciu nie są zbyt przyjazne. Tak jak szanujecie ich za ich dzieła, może nie tyle, że nie szanujecie ich jako ludzi, bardziej nie lubicie przebywać w ich otoczeniu.
Czy pewnie jakbyście poznali swoich ukochanych autorów, których czytacie, możliwe, że nie każdy, tak jak uwielbiacie spędzać czas z ich książkami, niekoniecznie chcielibyście spędzać czas z nimi. To często nie wynika z samego charakteru, tylko z tego, że ktoś może czegoś sobie nie przepracował. Tak jak świetnie operuje językiem, piórem, słowami, tak niekoniecznie poukładał sobie to, co mógłby poukładać, bo nie musi. Ale gdyby poukładał, to byłby jeszcze przy okazji milszy w obyciu. Nie o tym chciałam dzisiaj mówić. Pamiętajcie, że da Vinci sobie coś takiego powiedział. Ja sobie dalej to po nim powtarzam, ale absolutnie nie musicie się z tym zgadzać. Zachęcam, żebyście popróbowali, zastanowili się nad tym, co mówię, ale równie dobrze nie musicie nic z tego brać. Nie musicie nic. Możecie wszystko.
Co do możenia wszystkiego, to myślę, że trzeba by może oddzielny odcinek, bo to temat paradoksalnie rzeka. Samo kwestionowanie. Bardzo możliwe, że kojarzy wam się to niezbyt pozytywnie. Zresztą pokora też niekoniecznie. Pokora bardziej może taki trochę przeżytek. Natomiast kwestionowanie to dzisiaj, jakby czasami poczytać komentarze niektóre gdzieś w internetach, to mam wrażenie, że niektórzy kwestionują wszystko dla zasady. Ktoś poda argumenty, oni i tak kwestionują, też dają kontraargument. Po to, żeby coś udowodnić. Bardziej nawet chyba sobie niż komuś. I mam wrażenie, że słowo kwestionowania zostało troszeczkę zbrukane.
Zresztą w samym cytacie też mamy o zwątpieniu w siebie. Nie są to w pierwszej chwili przyjemne, przyjazne rzeczy dla nas. Natomiast pomyślałam, że można by to nazwać czymś takim jak zdrowe zwątpienie. Oczywiście możemy sobie zdrowo zwątpić zarówno w siebie samych, jak i w swoje dzieła, w to, co tworzymy. Może właśnie w tekst, nad którym pracujecie. To jest bardzo ważne, żebyście pamiętali, że to nie jest po to, żeby sobie umniejszać, tylko po to, żeby się rozwinąć, żeby pewne rzeczy sobie wynieść na wyższy poziom. To jest trochę tak, jakbyście wyznaczyli sobie jakąś chwilę, jakiś czas, pochylili się nad jakąś rzeczą, czy to nad sobą, czy może nad jakąś cechą, może nad którymś tekstem. I żebyście zostali bezstronnym sędzią. Żebyście zebrali sobie dowody zarówno z jednej strony barykady, jak i drugiej. Oczywiście w poprzednim odcinku wspominałam też trochę o odsuwaniu emocji od takich rzeczy.
Tak że warto sobie dojść do takiego stanu, gdzie nawet jak będziecie smutni, coś was załamie, dajcie sobie czas na te emocje, ale kiedy już sobie one przejdą, wy trochę ochłoniecie, to teraz podejdźcie do tego na chłodno, logicznie, nawet nie musi być logicznie, ale analitycznie. I żebyście zastanowili się nad plusami i minusami danej rzeczy. Mówiłam też chyba w którymś z pierwszych odcinków o takiej teorii, którą lubię sobie wizualizować. Jeżeli chodzi o nasze cechy, czy to będą jakieś wady albo zalety, to nie jest tak, że one są dobre, złe, pożądane, niepożądane, tylko to trochę działa jak suwak na konsolecie DJ-a i sobie tym suwakiem możecie ustawiać co wam jak pasuje kiedy. Oczywiście to może brzmieć abstrakcyjnie, natomiast zapewniam was, że po paru takich autoanalizach czy po zastanowieniu się, jak moglibyście sami takimi suwakami u siebie operować, znajdziecie na to sposób. I tutaj właśnie wam zaznaczam, że faktycznie to zwątpienie w siebie może nieść ryzyko właśnie takie, że popadniecie w jakąś tam melancholię, czy właśnie się jeszcze bardziej zdołujecie. Bo mam wrażenie, że my tak lubimy. My jako nawet nie wiem, czy artyści tylko. Myślę, że po prostu jako gatunek, jako społeczność może tak. W sumie to chyba byłoby najlepsze określenie, że jeżeli coś nam nie wyjdzie, to jeszcze bardziej sobie dokopujemy.
Wiecie, ten taki nasz wewnętrzny krytyk, a wręcz jakiś podkopywacz. Więc pamiętajcie, że jeżeli będziecie chcieli zdrowo zwątpić, to musicie pamiętać, że nie robicie tego po to, żeby sobie dokopać. Czyli macie sobie swoją skalę pewności siebie. I teraz oczywiście, że część z nas ma tę pewność siebie niżej, a część z nas ma ją wręcz czasami aż bardzo, bardzo wysoko. Zachęcam was, jeżeli nie słuchaliście wcześniej odcinka zdaje się numer siedem. Tam mówiłam o ekspertach i omnibusach. W dużej mierze poruszyłam trochę temat ego, ale też właśnie efektu Dunninga-Krugera. Nie będę wam teraz mówić. Zachęcam, buszujcie w internetach, zobaczcie, zresztą w tamtym odcinku też trochę o tym wspominam. Więc musimy pamiętać, że w zależności od tego, w jakim miejscu jesteśmy na tej naszej skali pewności siebie, to dobrze, jakbyśmy ustalili sobie tam taki punkt zero.
Wiecie, taki, że jeżeli na przykład jesteśmy bardzo, bardzo, bardzo pewni siebie, to żebyśmy ustalili punkt, żeby troszeczkę na czas tej analizy tego zdrowego zwątpienia troszeczkę opuścili naszą poprzeczkę. A jeżeli faktycznie jesteśmy tam nisko, nisko, nisko i jeszcze zawsze mamy tendencję, żeby sobie dokopać, to żebyśmy spróbowali bardziej wyrozumiale na siebie spojrzeć i troszeczkę podnieść ten swój suwaczek. To na pewno nam ułatwi zachowanie właśnie takiej neutralności emocjonalnej. Wiecie, że nie będziecie tak naprawdę atakować sami siebie, tylko po prostu na neutralnym gruncie zrobicie sobie taki tutaj... Nie no, proces to jest złe słowo. Bardziej taki konkurs? Może też nie. Wiecie, taką analizę po prostu, gdzie wy sami będziecie patrzeć obiektywnie na jakąś tam daną rzecz, daną cechę, efekt i tak dalej. Czyli właśnie zbierzecie sobie te „dowody”. Czy to będzie wasza cecha, wasza kompetencja, może będzie to jakiś element waszego tekstu, może coś, co dostaliście gdzieś w krytyce, może w jakiejś ocenie.
Może ktoś wam coś powiedział, a zwłaszcza wyłapujcie te rzeczy. Czy na przykład ktoś wam wysłał wasz tekst z uwagami i was coś wkurzyło, zabolało, może wręcz się nie zgodziliście, aż „co on mi tutaj gada, co on mi tu sugeruje?”. Wyłapcie sobie te rzeczy i właśnie później spróbujcie tak troszeczkę zwątpić w tą swoją pewność, że to było dobre i zastanówcie się, czy to na pewno było dobre. Może było, tak? A może nie było. A może mogłoby być jeszcze lepsze, nie? Po to jest właśnie to, żeby trochę ostudzić sobie takie emocje. I właśnie zastanówcie się, patrząc na te wszystkie rzeczy, jak one was wspierają, a jak mogą was wstrzymać. Bo może macie właśnie jakiś nawyk, jakąś tendencję, która będzie was wstrzymywać. I wiecie, mówiłam tutaj właśnie o tym kwestionowaniu.
Kwestionowanie to jest poddawanie w wątpliwość, tak? Ale to nie znaczy, bo uwaga, uwaga, uwaga, to jest bardzo, bardzo ważna rzecz. Czy kwestionowanie, czy zawahanie się gdzieś, czy wątpliwości, zwątpienie i tak dalej, i tak dalej. One nie mają być waszymi wymówkami. Nie mają też was zniechęcać i sprowadzać na dno. Celem tego zarówno zdrowego zwątpienia, jak i kwestionowania jakichś tam swoich rzeczy, jest stworzenie dla was samych takiej sposobności, takiej przestrzeni, żebyście mogli nabrać dystans do siebie czy właśnie do waszego dzieła. Często to jest tożsame akurat. Wiecie, jeżeli uda wam się parę razy przejść przez taki proces i zrobić sobie właśnie, może nawet czasami będziecie mogli od razu sobie wskakiwać w tę bezpieczną przestrzeń, w ten punkt zero, w tą przestrzeń neutralną, żeby spróbować właśnie troszeczkę patrzeć na siebie z innej perspektywy. Może akurat gdzieś dojdziecie też do jakichś tam przełomów, a może właśnie zobaczycie jakąś dziurę w waszym tekście, coś, co warto wypełnić może czymś nowym. I tak właśnie myślę sobie, po co w ogóle to robić?
Bo nie trzeba przecież, tak jak mówiłam, możecie, nie musicie. Możecie to w ogóle olać. Natomiast dlaczego zachęcam, żeby spróbować to zrobić? Wiecie, przede wszystkim dużo łatwiej będzie wam korzystać z ocen i krytyki. I tak jak też w odcinku gdzieś chyba i poprzednio, i w odcinku o ocenach, o hejcie właśnie. Pamiętajcie, że sam ten hejt, nawet jeżeli to jest po prostu czyjś taki upust emocjonalny, on też może wam zasygnalizować ciekawą drogę, ciekawą rzecz, może właśnie ciekawą perspektywę, przez którą moglibyście spróbować spojrzeć na coś, nie? Także jeżeli będziecie umieli wypracować sobie taki neutralny punkt, będziecie mogli dużo łatwiej czy tak przejrzyściej spojrzeć na krytykę, bo te wasze emocje nie będą was blokowały. Bo już przecież daliście czas emocjom. Emocje już ostygły i teraz przechodzicie do tej neutralnej analizy. I wtedy możecie odkryć naprawdę mega złoto.
I czy to będą oceny pozytywne, czy negatywne. Czy krytyka będzie płaska, czy może będzie bardzo konstruktywna. Nawet jeżeli będzie konstruktywna, nie musicie się z nią zgadzać, ale warto zrobić taką stopklatkę, punkt neutralny i zastanowić się, co by było, gdybym faktycznie zastosował to w swoim dziele. Bo krytyka jest super, tylko też pamiętajcie, że nie zawsze osoba krytykująca zna wasz styl, wie, po co jakieś elementy pisaliście. Bo może coś, co jej się wydaje głupie, nielogiczne, niemożliwe, to wy to w jakimś celu tam umieściliście. I wtedy pytanie, czy ta osoba tego nie zrozumiała? I może to jest sygnał, żeby dopisać coś, czasami jedno zdanie, żeby faktycznie zminimalizować ryzyko, że ktoś inny też tego nie zrozumie. Może za mało wyeksponowaliście tą daną rzecz i dlatego ona się komuś wydała nielogiczna. Ale w momencie, kiedy targają wami emocje i to jest rzecz, którą wy naprawdę myśleliście, że to jest jakiś bajer, supersmaczek i wow, a ktoś wam to zjechał w pierwszej kolejności, to jest naturalne, że emocje będą w was buzowały. Bo się staraliście, bo to miało być super, a ten ktoś tego nie zobaczył.
Kolejna rzecz. Dużo łatwiej będzie wam wyłapywać słabsze strony zarówno swoje, jak i w projektach. Jeżeli nabierzecie dystansu, to zobaczycie więcej. To jest w sumie naturalne. Stoicie pod ścianą budynku i patrzycie na architekturę. Zrobicie trzy kroki w tył, upewniając się, że nie ma ulicy i samochodów, i będziecie widzieli troszeczkę więcej tej ściany. Może zobaczycie okno. A zrobicie siedem kroków w tył, to może w ogóle zobaczycie drzwi i pierwsze piętro. Ale jak odejdziecie jeszcze dalej, to zobaczycie cały budynek i wtedy będziecie mogli podziwiać całą kompozycję, całą architekturę, wszystkie smaczki i bajery, które ten autor, architekt wrzucił. A w tym wypadku wy sami.
Bo patrzycie na swoje dzieło, na swoją architekturę. Natomiast w momencie, kiedy nie zrobicie tej płaszczyzny neutralnej, to stoicie pod tą ścianą. Czujecie te wszystkie emocje, ale tak naprawdę nie widzicie szerszego kontekstu. Także zachęcam. Kolejną rzecz, którą tu jeszcze sobie wypisałam z takich plusów, dlaczego warto. Dużo łatwiej będzie wam używać mocnych stron do wzmacniania słabszych. Jak nabieracie dystansu, to oczywiście, że oprócz tych słabych czy jakichś mankamentów będziecie widzieli też te wszystkie perły, bajery i te inne cudowne rzeczy. I jeżeli zapoznacie się z nimi, będziecie wiedzieli, co macie w tych swoich zasobach, co w tej waszej architekturze jest naprawdę mocną stroną, to może da się tą mocną stroną w jakiś sposób, nie że zamieść pod dywan, schować. Oczywiście można czasami odwrócić uwagę, natomiast czasami można się zastanowić, czy w jakiś sposób można czymś wyeksponować czy podnieść troszeczkę tą słabszą rzecz. Na przykład jak macie drzwi, zwykła jakaś drewniana deska, może trochę zdezelowana i właściwie na pierwszy rzut oka to ona wcale nie jest ładna.
Ale może wystarczy poprawić zawiasy i zrobić wyczesaną klamkę i te drzwi nie dość, że nie będą skrzypiały, nie będą się chwiały, to jeszcze przy tym w ogóle będą ładne. Mała rzecz, może jakiś detal, a może zestawienie tej mocnej strony ze słabszą może sprawić, że powstanie wam nowa jakość. I to zarówno w waszym dziele, jak i może w kontekście waszych cech albo może jakichś umiejętności, kompetencji, braków lub nadmiaru warsztatowych. I jeszcze jedną rzecz tu mam, że dużo łatwiej będzie wam otworzyć się na dawanie wartości czytelnikowi. Dużo łatwiej będzie wam zrozumieć potrzeby czytelnika. Bo nawet jeżeli nie dostajecie żadnych uwag, napisaliście jakiś tekst, z którego jesteście dumni, dajcie mu czas i wróćcie do tego tekstu, ale na przykład wtedy czytajcie, jakbyście mieli komuś dać uwagi. I zastanówcie się jeszcze czytając. Czujcie się jak czytelnik, nie jak pisarz. Czyli pomyślcie, że gdybyście kupili w księgarni taką książkę czy sięgnęli na półkę w bibliotece, to co wy byście czuli jako czytelnik? Może nastawiliście się jakoś wobec tej książki, to czy faktycznie te wasze nastawienie zostało wypełnione?
Czy dostajecie to, czego się spodziewaliście? Czy może jesteście zawiedzeni? A może położyło was to na kolana, bo w sumie to się nie spodziewaliście. Może na przykład pierwszy rozdział w ogóle nie pokazywał tego, co może być w kolejnych. I uwaga, to też nie to, że macie wtedy je zmieniać. Chyba że tak postanowicie. Tylko chodzi o to, żeby wtedy się zastanowić, jaką wartość dajecie czytelnikowi zarówno całą historią, całym dziełem, jak i może poszczególnymi tymi bajerami, smaczkami czy tym, na co poświęciliście tyle czasu na przykład, co ten w komentarzach wam zjechał. Także nie zapominajcie o swoich czytelnikach, pisząc. Bo też łatwo popaść w to, że ja jestem pisarzem, ja mam pomysł, to jest moja historia. Ja chcę coś przekazać, ja chcę kogoś czegoś nauczyć, ja chcę pokazać bohatera, chcę pokazać architekturę, chcę pokazać fajne widoki.
Bardzo często myślimy o tym, co my chcemy, a czasami nie poświęcimy nawet chwili, żeby pomyśleć, co taki czytelnik mógłby chcieć. Może po naszej stronie wystarczyłoby dodać jedną rzecz, a może to zmienić świat, zmienić życie czytelnika. Może po prostu sprawić, że ten czytelnik oprócz waszego dzieła polubi was za to, że daliście tę jedną rzecz, ten jeden bajer. Wrócę sobie do tej pokory, bo tak sobie myślałam, że faktycznie, żeby zdrowo zwątpić, to nie obejdzie się bez pokory. Natomiast sama pokora to też jest taka przewrotna potwora. To jest też taka rzecz, nie wiem, jak to było u was, bo dla mnie to nie była fajna rzecz. Zwłaszcza jak ruszyłam w te kierunki rozwoju osobistego i tu zaraz mnie zastrzelili i kazali być pokornym, że muszę być pokorna, bo inaczej nie osiągnę sukcesu, bez pokory się nie da i tak dalej. Natomiast ja ze swoją energią, ze swoją naturą buntownika, tak słucham i sobie myślę: „No jak? Jak ja mam osiągnąć coś dalej, wyżej i jednocześnie mam być pokorna? Jednocześnie mam się potulnie słuchać kogoś, robić to, co ktoś mi mówi?” I tu już taki mój okuń mi się postawił, a ja razem z nim.
Jak? Nie, pokora nie. Ale myślę sobie: „Dobra, tyle osób mi o tym gada. W sumie oni wyglądają na zadowolonych, jakieś tam chyba sukcesy odnieśli. Załóżmy, że mają rację”. Wiecie, jak to ja, sięgnęłam sobie, żeby najpierw znaleźć ten punkt wyjścia, co to w ogóle jest ta pokora. Bo może jakimś cudem ja źle rozumiałam to słowo. Przytoczę wam teraz definicję, a później będę kontynuować. Oczywiście słownik języka polskiego, papierowy, zmurszały, niezmiennie ten sam co w poprzednich odcinkach. Okej, lecimy.
Pokora – stan psychiczny polegający na odczuwaniu własnej małości, niższości, brak zarozumiałości, pychy, brak buntu wobec przeciwności, potulność, uległość, uniżoność. I tak patrzę na tą definicję. Kurde, dobrze ją rozumiałam. To mnie nie zaskoczyło, właśnie tak rozumiałam pokorę. I to mi dalej nie wyjaśniało, jak mam zachować siebie, swoją energię. Ten fakt, że zawsze gdzieś odstawałam. Przecież jakbym była pokorna, jak zacznę być pokorna, zacznę być potulna, zgadzać się na wszystko, to ja przestanę odstawać, bo będę taka jak wszyscy, jak większość, może nie jak wszyscy. Będę szara, neutralna i tak dalej. Oczywiście milion takich rzeczy mi się w głowie generowało, ale myślę: „Nie, poczekaj. To jest coś, co ci umyka.
Na pewno musi być coś, co ci umyka”. Polecam szukać dziury w całym, bo naprawdę czasami można znaleźć zaskakujące rzeczy. I faktycznie, nie wiem, czy to mi umknęło, czy może po prostu na potrzeby szukania tego, co mi umknęło, mój mózg wygenerował rozwiązanie, żeby już przestać szukać tego, co mi umknęło. Pomyślałam sobie o pokorze troszeczkę jak o czymś innym. Wcześniej widziałam to jako brak charakteru. Natomiast zaczęłam się zastanawiać, że w zależności od położenia, punktu widzenia, punktu siedzenia, znaczenie pokory może się nam troszeczkę zmienić. Bo w momencie, kiedy będziemy pokorni wobec władzy, bogów, ludzi innych czy po prostu innych czynników zewnętrznych, to wtedy faktycznie może być tak, że będziemy tracili ten charakter, tracili samych siebie na rzecz przejęcia tych rzeczy z zewnątrz, tych czyichś tam sugestii, rozkazów, insynuacji i tak dalej. Natomiast pomyślałam o tym, że w momencie, kiedy będę pokorna wobec samej siebie, to może nam tutaj troszeczkę na szachownicy poprzestawiać pionków. Pomyślcie nad tym, jak to jest być pokornym wobec samego siebie. Może to dla niektórych brzmieć abstrakcyjnie, ale spróbujcie.
Polecam. To w sumie też bardzo ułatwia nabranie innej perspektywy na siebie, jeżeli samych siebie trochę rozdwoimy na potrzeby takiej myśli. Zaczęłam się zastanawiać, że siebie szanuję. Mam ten swój charakter, mam tego mojego buntownika, ale w momencie, kiedy pomyślałam o tym, że wobec niego na przykład spróbuję być pokorna, to on się uspokoił. Bo nie dopuszczałam czegoś obcego z zewnątrz, tylko to wszystko się dzieje na naszym własnym wewnętrznym terenie. Pomyślałam wtedy, że jak zachowamy tą pokorę wewnętrzną, może tak ją nazwijmy, to ona będzie takim świetnym narzędziem do zrównoważenia ego. Do tego, że tak jak mówiłam, mogą być sytuacje czy jakieś emocje, które będą zarówno wyzwalały nas właśnie na tej naszej skali, na tym suwaku. One będą nam ten suwak przesuwały w dół, że mogą nas zdołować, ale czasami mogą też wystrzelić nam suwak do góry, nawet nie wiecie kiedy. Nawet jakbyście sami nigdy w życiu nie podejrzewali się o to, że może wam wywalić ego poza skalę, to zapewniam was, że może się zdarzyć taka sytuacja, że tak będzie. To jest czasami taki jeden mały wyzwalacz.
Może właśnie jedno słowo, jeden czyjś gest Może właśnie jakaś ocena, opinia, może wygracie jakiś konkurs, może ktoś, jakiś autorytet dla was powie coś miłego o waszym dziele. I oczywiście, że wtedy ten suwak może wystrzelić. Natomiast jeżeli zachowacie tę pokorę wobec siebie, oczywiście nacieszcie się emocjami, nacieszcie się tym suwakiem, jak wam raz na ileś wystrzeli w tę czy w tamtą. Wszystkie emocje są nam przydatne. Natomiast później pomyślcie o tej pokorze, o tym: „Dobra, okej, fajnie pochwalił, ale wróćmy troszeczkę na ziemię i zastanówmy się, jak możemy dalej coś z tego sobie wykuć”. Zwłaszcza jeżeli mamy tendencję do częstego wystrzeliwania suwaka w górę, to taka pokora może być idealnym narzędziem do spuszczenia pary z tego ego. Bo to się może wydawać super, tylko że na dłuższą metę to też będzie nas przemęczało. Bo suwak skrajnie w górę czy w dół, niezależnie od tego, czy to będzie pewność siebie, czy może jakieś inne nasze cechy. Wszystko, co jest od tego punktu neutralnego na maksa oddalone, to jest obciążenie dla nas zarówno emocjonalne, a jak emocjonalne, to i właśnie fizyczne, fizjologiczne wręcz. Pamiętajcie, że mamy taką chemię w nas.
Trochę zaczepiłyśmy te elementy z Klaudią w odcinku o używkach. Także jeżeli macie ochotę, tam rozmawiam z psychodietetykiem i trochę też zahaczamy o tym, że samym naszym ciałem, jedzeniem. Wiecie, że są procesy chemiczne, które też są powiązane z naszymi emocjami. Co prawda ten temat jeszcze będziemy niedługo rozwijać. Wracam do spuszczania pary. Tutaj też warto zaznaczyć, bo faktycznie w odcinku numer siedem mówiłam o ego w kontekście tego suwaka na maksa do góry, tego patrzenia na innych z wyższością. Natomiast zaczęłam dalej myśleć nad tym, że ego to jest właściwie nic innego jak nasza tożsamość. A nasza tożsamość to jest tak naprawdę suma naszych przekonań na nasz własny temat. Jeżeli zaczniemy się zastanawiać, tak jak mówiłam, z tym zdrowym zwątpieniem nad naszymi przekonaniami, czyli na przykład nad tym, że nie umiem pisać dialogów i będę sobie to zawsze mówił, bo przecież tak jest, to jest logiczne, mam na to dowody. Okej, ale spróbuj zwątpić na przykład na chwilę.
Dobra, nieważne. Przecież nic się nie dzieje, nic nie stracisz. Daj sobie 10 minut. Spróbuj zwątpić w to, że nie umiesz pisać dialogów. Może dojdziesz do ciekawych wniosków, a może znajdziesz tę jedną rzecz, jedną malutką szczelinkę, która sprawia, że te dialogi nie są takie, jakbyś chciał. Tylko że w momencie, kiedy cały czas będziesz tkwił w przekonaniu, że nie umiesz ich pisać, to nie dajesz sobie nawet szansy, żeby coś w tym zmienić, bo choćbyś chciał, to nawet nie wiesz, co masz tam zmienić. I możesz pisać, pisać, pisać milion tych dialogów. Może z czasem coś ci kliknie, ale jeżeli chcesz przyspieszyć ten proces, to zrób pauzę. Paradoksalnie nie przyspieszaj, tylko zrób pauzę, przyjrzyj się, nabierz dystansu i lecisz z tematem dalej. Bo to nie chodzi o to, żeby być wyżej niż inni w tym całym naszym ego.
I właściwie w pokorze też. Nie chodzi o to, żeby być wyżej niż inni, tylko chodzi o to... Oczywiście też nie chodzi o to, żeby być niżej niż inni, pamiętajcie. Myślę, że najlepszym podejściem byłoby tutaj sprawienie, żeby inni przy was szli do góry. Nie chodzi mi też o to, żebyście tu sami siebie zaniżali, tylko bardziej chodzi o to, żebyście sami sobą sprawiali innym taką przestrzeń, warunki, atmosferę, jakieś tam wibracje, aurę, energię. Nazwijcie to, jak chcecie. Znajdźcie na to swoje słowo. Ale chodzi mi właśnie o coś takiego, żebyście pozwalali innym też troszeczkę do góry podejść. I wtedy wasza pokora zarówno wobec siebie, jak i wobec innych może też się troszeczkę zmienić. Może wam ułatwić pewne rzeczy, czyli dawanie wartości innym.
Czy to będą wasi znajomi, czy to będą wasi znajomi pisarze ze środowiska, czy to będzie wasz czytelnik, z którym nawiązujecie relacje poprzez wasze treści. Spróbujcie tak pisać treść, żeby oprócz tego, żebyście wy byli z niej dumni, zadowoleni, żebyście wy mogli wzrastać, to żebyście też poprzez tą treść dali jakieś te wszystkie fajne rzeczy wartości waszemu czytelnikowi. Mówiłam też chyba w poprzednim odcinku o atutach i tam mówiłam o szczerości wobec siebie. Bo faktycznie, jeżeli pozwolicie sobie na taką szczerość, ale taką szczerość prawdziwą, bez żadnych owijania w bawełnę, nic. Jesteście, że tak powiem, nadzy mentalnie przed sobą. Pozwoli wam właśnie to dać czytelnikom jeszcze większą wartość. Zarówno czy to będzie przekaz, jakaś lekcja, ale czy może to będzie jakaś świetna przygoda czy wzorzec bohatera na przykład. Jeżeli szczerze zastanowicie się nad tym, czego wy tam chcecie, co wy umiecie, co jest waszymi mocnymi stronami, w czym jesteście dobrzy i jak na przykład możecie tym dać coś, co wasz potencjalny czytelnik może potrzebować. I właśnie tutaj pada mi takie pytanie w głowie: jak być ze sobą prawdziwie szczerym, takim bez ogródek, jeżeli nie będziemy mieć pokory wobec siebie? Nie wiem, czy to w sumie jest oczywiste.
Może jest. Ale jeżeli nie nabierzemy tego dystansu do siebie, takiej pokory To sami przed sobą będziemy pewne rzeczy ukrywać. I okej, to jest wygodne, to jest miłe, tylko czy na dłuższą metę nie będzie to w nas się rozrastało gdzieś w tle, a potem nas obciążało niepotrzebnie? Ta cała pokora czy kwestionowanie to jest po to, żebyście mogli zobaczyć swoją wartość i swoje mocne strony. Bo oprócz tego, że coś zakwestionujecie, że nad czymś zaczniecie się zastanawiać, to tak jak mówiłam wcześniej, możecie znaleźć właśnie te mocne rzeczy, jakieś mocne elementy, które możecie wyeksponować, czy którymi możecie podbić te słabsze. Jeżeli zobaczycie swoje wartości, to nie będziecie się później skupiali na maskowaniu słabości, tylko uda wam się znaleźć taką korelację między nimi. Jak można jedno drugim wzmocnić czy lepiej wzmacniać. Ale czasami trzeba okiełznać suwaczki. Nie chodzi o to, żeby być wysoko, tak jak już mówiłam, ale chodzi o to, żeby być stabilnie. Jeżeli pomyślimy sobie nad ugruntowaniem swoich cech, swoich kompetencji, to faktycznie będą one nas z czasem mniej zaskakiwały.
Tak jak mówiłam o tych wyzwalaczach, że ten suwak nam poleci w górę czy w dół. Im częściej będziemy w punkcie neutralnym, im częściej zapoznamy się z naszym punktem neutralnym, tym szybciej będzie nam i łatwiej do niego wrócić. A z czasem może i nauczymy się sami tym suwakiem przesuwać. Dobra, słuchajcie, ja myślę, że na dzisiaj jakąś myśl mam. Mam nadzieję, że spróbujecie zwątpić. Zdrowo zwątpić. Uważam, że to jest piękne, że nasze teksty, nasze treści, wszystko, co produkujemy. Może „produkujemy” to złe słowo. Wszystko, co tworzymy, może okazać się miejscem, w którym damy coś każdemu, kto tylko odważy się do niego przyjść, kto tylko odważy się sięgnąć po nasze teksty. Też jest jedna rzecz taka, że my zawsze coś dajemy, czy tego chcemy, czy nie.
Zawsze coś przekazujemy, zawsze coś dajemy. Natomiast jeżeli zaczniemy robić to świadomie, to możemy świadomie planować, co chcemy komuś dać, w jaki stan chcemy kogoś wprowadzić. Czy chcemy spełniać potrzeby naszych czytelników, czy nie. W ogóle kim jest nasz czytelnik? Czy piszemy do niszy, czy piszemy do ogółu? Zaczną się pojawiać jakieś takie rzeczy. Sami w sobie będziecie te pytania generować, żeby móc gdzieś komuś coś dać, tak żeby on był zadowolony. Możecie też sami kontrolować takie rzeczy. Jeżeli na przykład pracujecie teraz nad czymś, napisaliście jakiś tekst, to zadajcie sobie pytanie: co czytelnik otrzymał ode mnie w tym tekście? Nie chodzi o to, co on sobie tam wziął, co on sobie wybrał, wymyślił i tak dalej, bo niestety możecie spekulować, możecie próbować przewidzieć, ale prawda jest taka, że każdy jest inny i każdy sobie tam coś innego z tego wyjmie.
Natomiast pomyślcie, co wy ofiarowaliście od siebie w tym tekście. Może też przy okazji coś odkryjecie sami na swój temat. Dobra, słuchajcie, na dzisiaj kończę mój wywód. Tak sobie jeszcze myślę, że oczywiście klasycznie zapraszam was na grupę facebookową i zachęcam, żebyście mi dali jakieś tutaj pytania, opinie. Zachęcam, nie zgódźcie się ze mną w czymś. Podyskutujmy, proszę. Oczywiście na Facebooku Alchemia Tworzenia znajdziecie tą grupkę. Po każdym odcinku wrzucam dwa posty do każdego odcinka, gdzie będzie miejsce zarówno na dyskusję, jak i na podzielenie się efektami zadania. A wiecie, jeszcze zanim tutaj rzucę wam zadanie i zniknę, to sobie pomyślałam, że wiem, że już jest późno. Późno czasowo, bo przecież premiera akurat tego odcinka jest o 20:00, ale dzisiaj jest Dzień Matki, także myślę sobie, że każda mama teraz, która słucha tego, możecie też przekazać swoim mamom.
Życzę wam, żebyście doświadczały w swoim życiu czegoś naprawdę niesamowitego. Życzę wam, żebyście nigdy nie zapominały o tym, jak jesteście wyjątkowe. Wiadomo, różne bywają relacje z pociechami. Sama nie jestem matką, ale jestem córką i wiem, że różnie bywało. Natomiast funkcja matki to jest naprawdę coś niesamowitego. Ciepło, ta dobroć, to wsparcie, które same z siebie dajecie, które dałyście zarówno waszym dzieciom, jak i też innym naokoło. Zawsze jak o tym myślę, to taki szacun. Szacun naprawdę. Ale pamiętajcie, że może bywa różnie, ale jesteście cudowne. To jest niesamowite.
Tak trzymajcie i naprawdę życzę wam serdeczności, dużo światełka, słoneczka, ciepła i czego tylko zapragniecie w waszym dniu. A najlepiej to świętujcie ten dzień przez cały rok same dla siebie. Nie musicie nawet oczekiwać, że ktoś tam coś tam, tylko same sobie oddajcie cześć chociaż tego dnia, bo naprawdę to jest niesamowite, co robicie. I dobra, słuchajcie, tym akcentem ja kończę i tak sobie myślę, że dzisiaj może nie będę was tutaj katować jakimś zadankiem nie wiadomo jakim, tylko może zachęcę was, żebyście wymyślili jakiś ładny wierszyk dla mamy albo o mamie. Czy to będzie wasza mama, czy jakaś wymyślona mama, czy jakaś czyjaś mama przyszywana, jak tam wolicie. Ale myślę, że to jest bardzo inspirujące. Także życzę wam w takim razie dzisiaj poetyckiego natchnienia, takiej weny klasycznej. Dobra, trzymajcie się. Dzięki serdeczne za uwagę i słyszymy się za tydzień. Pa.
[02:41:20] - Powoli nam kończy się materiał w cyklu Bez Tajemnic. Trochę nad tym boleję, ale póki co na kanale, z którego zezwolono nam czerpać, jakiś mały przestój. Być może trzeba będzie odczekać. W każdym razie dzisiaj zapraszam na fragment tekstu Wandy Prątnickiej. Opętani przez duchy.
[02:41:56] - Opętani przez duchy. Wanda Prątnicka. Czyta Agnieszka Krzemień. Dlaczego dusze zostają? Niestety większość dusz, które opuściły ciało fizyczne, nie przeszła na drugą stronę kurtyny śmierci. Co gorsza, stale przybywa dusz, które pozostają zawieszone między niebem a ziemią, które z jakichś powodów nie zdecydowały się pójść do Boga. Przyczyn tego stanu może być wiele. Omówię je po kolei. Najważniejszą jest fakt, że dusze po śmierci często nie wiedzą lub nie wierzą w to, że umarły. Nic się dla nich nie zmienia.
Przeoczyły własną śmierć i sądzą, że nadal żyją. Nie uświadamiają sobie, że mogłyby pójść do światła. Uważają, że jako żywi nadal należą do ziemi. Nawet gdy długo cierpiały w trakcie ciężkiej choroby, myślą, że teraz są już zdrowe. Jeżeli były starszymi czy niedołężnymi ludźmi, nagle czują, że odmłodniały lub przynajmniej nabrały sił i energii. Dzieje się tak tylko w pierwszym momencie po wyjściu z ciała. Nadal widzą świat fizyczny i myślą, że mogą w nim funkcjonować. Nie widzą innych dusz, które są w takiej jak one sytuacji. Takich przebywających obok siebie dusz jest ogromna ilość, lecz najczęściej przez długi okres czasu nie widzą one i nie słyszą się nawzajem. Każda chwila utwierdza je w przekonaniu, że żyją jak dotychczas.
Zauważają, że istnieją, co napawa je przekonaniem, że właściwie nic się nie zmieniło. Są to zastępy zagubionych dusz, nadal żyjących w iluzji życiem na niby. Bardzo często to są nasi najbliżsi. Ojciec, matka, brat, siostra, ukochana babunia, dziadek, przyjaciele, sąsiedzi, koledzy ze szkoły czy pracy. Gdy pytam taką błąkającą się duszę: czy wiesz, że nie żyjesz? Zazwyczaj spotykam się z wielkim zdziwieniem. Nie wiem. A nie żyję? Często przeżywają w tym momencie szok. Skąd mogą wiedzieć?
Nikt im wcześniej nie powiedział, że życie po śmierci jest aż tak realne. Słyszałam to tysiące razy. Słyszę to niemal codziennie. Niestety, w dziedzinie tej panuje wielka ignorancja. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się napisać tę książkę, było pragnienie przekazania wiedzy, która pozwoliłaby zrozumieć tak ważne dla nas wszystkich kwestie. Chodzi o to, żeby czytelnicy mogli przygotować siebie i swoich najbliższych do przejścia na drugą stronę kurtyny śmierci. Wszyscy prędzej czy później będziemy musieli zmierzyć się z problemem własnej śmierci. Dla kultur Wschodu rozmowa o śmierci, o tym, co nas po niej spotka, jest sprawą zupełnie normalną, codzienną. Wiedzą o tym nawet małe dzieci. Taka postawa sprawia, że śmierć ich nie zaskakuje.
Wiedza ta chroni umierających i tych, którzy pozostają przy życiu. Warto przenieść ten zwyczaj do kultury zachodniej. O ile mniej byłoby wtedy samotnych, bezradnie błąkających się duchów, zupełnie niewiedzących, co ze sobą zrobić, nieznajdujących nigdzie ratunku w niezrozumiałej dla nich sytuacji. Jeżeli nie prowadzimy takich rozmów na co dzień, to moment ciężkiej choroby jest najbardziej odpowiedni, żeby ten temat poruszyć. Bardzo ważne jest, aby nakłonić chorego do dyskusji o tym, co zamierza zrobić, jeżeli przytrafi mu się śmierć. Zazwyczaj boimy się z chorym rozmawiać o śmierci. Po pierwsze nie chcemy go przestraszyć. Sądzimy, że nie wypada. Zastanawiamy się, co sobie o nas pomyśli. Być może czekamy na spadek i chcemy być z nim w jak najlepszej komitywie.
Możemy obawiać się, że chory pomyśli sobie, że pragniemy jego śmierci. Kiedy ma on jednak uporządkować swoje sprawy, jak nie wtedy, gdy jest chory? Nie mówię o takiej chorobie jak katar czy przeziębienie, ale o takiej, której mógłby nie przeżyć. Taka rozmowa wcale nie oznacza, że chory zaraz umrze. Chodzi o rozważania prowadzące do odpowiedzi na pytanie, co byłoby, gdyby umarł. Jeżeli jest mu dane umrzeć, to na głębszych pokładach świadomości chory i tak o tym wie. Nawet gdy najbliżsi i lekarze go oszukują, że jest inaczej. Rozmowa o śmierci jest bardzo ważna zarówno dla umierającego, jak i dla pozostających przy życiu, ale o tym w dalszej części. Głównym powodem, dla którego dusze przeoczyły własną śmierć, jest fakt, że nie wiedziały, że aż tak niewiele zmieni się ich egzystencja po śmierci. Gdyby wiedziały, łatwiej byłoby im to zrozumieć, zauważyć.
Umiałyby się skonfrontować ze swoim nowym stanem. Uniknęłyby wielkiego zaskoczenia. W jeszcze trudniejszej sytuacji są ludzie, którzy przed śmiercią nie wierzyli w życie pozagrobowe. Nawet gdy rozpoznają, że umarli, to zupełnie nie wiedzą, co mogliby dalej ze sobą począć. Trudno jest uwierzyć we własną śmierć nawet tym duchom, które długo chorowały czy były w podeszłym wieku. Co w takim razie musi dziać się z duszami, które śmierć zaskoczyła nagle? Po tej stronie kurtyny śmierci istnieje olbrzymia rzesza błąkających się duchów, których śmierć zastała w najlepszym momencie życia. Nigdy dotąd o śmierć nie myśleli. Byli młodzi, zdrowi, a tu bęc! I nie żyją.
Nagły wypadek, brak symptomów, które by na niego wskazywały ani chwili do namysłu. Mówię o nagłych wypadkach samochodowych, lotniczych, górniczych. Takie dusze w ogóle nie chcą słyszeć, że już nie żyją. Pomiędzy ich życiem a śmiercią była tylko chwilka, mgnienie oka, a one jej nie wychwyciły. Gdyby wiedziały o życiu po śmierci, miałyby szansę domyślić się, że już nie żyją. W sytuacji, w której się znajdują, nie wierzą, choćby nie wiadomo kto lub co im o tym mówiło. Dla wielu z nich śmierć to koniec wszystkiego, a nie dalsze życie. Niektóre dusze już na długo przed śmiercią bywają silnie oszołomione. Gdy przez nią przechodzą, nie są zdolne rozpoznać swojego prawdziwego stanu. Należą do nich nieuleczalnie chorzy, którym podawano silne środki przeciwbólowe, narkomani, alkoholicy.
Umysł chorego, który dostaje środki znieczulające, można porównać do umysłu narkomana. Jeszcze długo po śmierci nie jest on w stanie dojść do siebie. Gdy oprzytomnieje, nadal brak mu wiedzy o życiu po śmierci. Konsekwencje takiej niewiedzy opiszę w dalszej części książki. Następnym powodem, dla którego dusze nie idą do światła, jest fakt, że boją się kary za swoje uczynki. Ich grzechy czasami są drobne, ale za życia wierzyły w okrutnego, mściwego i karzącego Boga. Teraz czują się niegodne dostąpić łaski przebaczenia, mimo że w chwili śmierci czeka na nie wspaniała asysta złożona z ich przewodników duchowych i bliskich, którzy zmarli przed nimi oraz miłujące światło. One odwracają się i odmawiają pójścia dalej. Nie wierzą, że Bóg mógłby wybaczyć im grzechy. Wynika z tego, że nie umiały one wybaczać ich samym sobie.
Moment śmierci można porównać do kolejki jadącej do nieba, do której wsiadają tylko ci, którzy mają bilet na przejazd. Bilet otrzymuje darmowo każdy, kto uważa się za godnego wejścia do nieba. Wszyscy inni pozostają na dworcu. Kolejka odjeżdża, a na dworcu pozostaje tłum duchów, które zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Mogli odjechać. Zapraszano ich do środka, ale oni zrezygnowali. Bardzo bali się kary. Przewinieniem, o które się oskarżają, a które nie pozwoliło im jechać, gdyż w ich ocenie wymaga ono kary, mogło być dosłownie wszystko. Niedotrzymane słowo, nieoddana pożyczka, zjedzenie mięsa w piątek, niepójście na mszę w niedzielę. Różnego rodzaju oszustwa, nadużycia, aż po najcięższe grzechy, jak rozboje, zbrodnie, gwałty, morderstwa.
Bali się kary za grzechy i pragną jej uniknąć. Ile jest duchów, tyle różnego rodzaju lęków przed karą. A zatem na dworcu pomiędzy niebem a ziemią przebywają duchy, które mają w sumieniu zarówno drobne przewinienia, jak i wielkie grzechy. Nie wierzą w to, że wystarczyłoby przebaczyć sobie własne grzechy, a wtedy i Bóg by im przebaczył. Dlaczego tak się dzieje? — spytacie. Gdyż Bóg dał nam wolną wolę. Jeżeli pragniemy czuć się winnymi i ciągle karać siebie za swoje uczynki, to możemy tak robić. Bóg nic nie zrobi wbrew naszej woli. Gdybyśmy natomiast uwolnili się od poczucia winy za popełniane grzechy, mielibyśmy szansę w tej samej sekundzie przejść do światła.
Duchy, nie mając tej wiedzy, są zrezygnowane i twierdzą, że dla nich jest już za późno. Spodziewały się surowej kary w postaci czyśćca lub piekła. Chciały jej za wszelką cenę uniknąć. Dlatego pozostały po tej stronie kurtyny śmierci. Nie zdają sobie sprawy, że same zgotowały sobie to, czego tak bardzo się obawiały. Gdyż pozostając, tworzą rzeczywistość, która staje się ich czyśćcem lub piekłem. Dlaczego tak się dzieje, że jedne dusze, mając na sumieniu nawet poważne grzechy, potrafią sobie wybaczyć i przejść do światła, a inne nie? Wszystko zależy od tego, czy dusza za życia kochała siebie, innych, Boga. Jeżeli w sercu człowieka była tylko rozpacz, smutek, brak nadziei, to brakowało tam miejsca na miłość. Miłość jest substancją, która rozświetla mroki w sercu człowieka, daje wielką siłę.
Człowiek, który kocha siebie, nie skrzywdzi siebie ani nikogo innego. Taki człowiek jest też kochany przez otoczenie. Wierzy, że i Bóg go kocha i jako dobry ojciec wybaczy swojemu dziecku. Taki człowiek potrafi wybaczyć sobie i innym. Ktoś, kto nie kocha siebie, nie umie pokochać nikogo innego. Nienawidzi wszystko i wszystkich, włączając w to siebie samego. Nienawidzi też Boga. Czuje się złym człowiekiem. Naokoło widzi tylko zło i czyni zło. Myśli, że ponieważ jest zły, to jego ojciec też jest zły, a taki nie przebacza.
Nie chce i nie potrafi uwierzyć, że mogłoby być inaczej, że Bóg jest miłością, która potrafi wybaczyć wszystko. Jak może uwierzyć w miłość, skoro nie wie, co to jest? Miłość to Bóg. Ale on nie wierzy w Boga. Świat bez miłości i bez Boga nie tylko wydaje się, ale i jest okrutny. Żyjąc w okrutnej rzeczywistości człowiek staje się okrutny dla siebie i dla innych. Nie wybacza, nie współczuje, stosując zasadę oko za oko, ząb za ząb. Obraca się w zaklętym kręgu. Miłość oznacza tam słabość. Cóż za paradoks.
To, co w świecie dobra jest największą siłą, tu oznacza słabość. Kiedyś trzeba ten krąg przerwać. Śmierć jest ku temu doskonałą okazją. Wtedy jest czas na przebaczenie sobie, innym, nawet Bogu. Pozostali przy życiu mają możliwość przebaczenia nam. Bóg także nam przebacza. Nawet gdy człowieka nie ma już wśród nas, możemy mu przebaczyć. Nigdy nie jest na to za późno. W ten sam sposób pomagamy nie tylko umierającemu, ale przede wszystkim sobie. Dlaczego sobie?
Opiszę w dalszej części książki. Następna bardzo duża grupa, która pozostaje w świecie duchów, to dusze, które za życia nie wierzyły w Boga, a zatem nie miały do kogo pójść po śmierci. Myślały, że życie kończy się w grobie, a potem czeka na nie już tylko otchłań, nicość. Jeszcze inne dusze bardzo wierzyły w Boga, ale myślały, że w grobie będą leżeć do dnia sądu ostatecznego i dopiero po zmartwychwstaniu ciała pójdą do nieba. Stały się zatem ofiarami tego, w co wierzyły, a konkretnie tego, w co kazała im wierzyć religia. Czują się teraz oszukane, nie mając co ze sobą począć. Czekać na sąd? Karę? Ale gdzie? W grobie?
Nadal żyją. Nie mogą zatem czekać w zawieszeniu. Uświadomiły to sobie dopiero po śmierci, gdy jest już odrobinę za późno. Spytacie: za późno na co? Na pójście do światła. W chwili śmierci fizycznej powinni byli zdecydować, dokąd pójść. Do tej grupy zaliczają się też ludzie, którzy za życia byli bardzo zapobiegliwi i dokładnie zaplanowali swoje życie po śmierci, sądząc, że będą leżeć w grobie do dnia sądu ostatecznego. To ci wszyscy, którzy za życia budowali sobie i bliskim grobowce, wystawne pomniki, planowali, w co zostaną ubrani do trumny, by jak najlepiej w niej wyglądać. Zastanawiali się, ilu ludzi przyjdzie na pogrzeb, co będą o nich mówić w mowie pogrzebowej. Wszystkim im do istnienia potrzebna jest energia, tak jak ludziom powietrze.
Krążą więc po cmentarzu i kradną ją od przychodzących tam ludzi. To zakrawa na żart, ale żartem nie jest. To o nich są te dowcipy o wstających z grobu nieboszczykach. Członkowie tej grupy silnie utożsamiają się ze swoim ciałem, ale my jako ludzkie istoty nie jesteśmy naszymi ciałami. W ten sposób utknęło na swej drodze bardzo wiele duchów. Gdy po śmierci uświadamiają sobie one, co tak naprawdę zaszło, okazuje się to dla nich wielkim szokiem. Nadal nie wiedzą jednak, co ze sobą począć, gdyż ich czas przejścia na drugą stronę kurtyny śmierci już dawno minął. Nie mają zatem innego wyjścia, jak czerpać energię z ludzi albo wniknąć w kogoś na stałe. Największą chyba grupą dusz pozostających po śmierci w świecie duchów są ci wszyscy, którzy za życia tak bardzo byli przywiązani do ziemskich spraw, że nie są w stanie się od nich uwolnić. Mogą to być rzeczy materialne lub niematerialne.
Może to być dom, samochód lub inne majętności. Każdy zapewne słyszał o nawiedzonych domach i o straszących w nich duchach. Inni za życia za bardzo kochali jeść, pić, brać narkotyki, uprawiać seks lub hazard. Jeszcze inni tak bardzo lubili decydować o sprawach swoich najbliższych, wtrącać się we wszystko, że teraz trudno im z tej władzy zrezygnować. Następnym powodem pozostawania duchów jest chęć skorygowania błędów popełnionych w dotychczasowym życiu. Myślą one, że pozostając po tej stronie, będą mieli możliwość naprawić to, co źle zrobili. Są też duchy, które nie mogą odejść w spokoju, gdyż rzucono na nie klątwę. Złorzeczono im, posłużono się przeciw nim czarną magią. Następną sporą grupę stanowią samobójcy. Niektórym duszom trudno jest opuścić ziemię, gdyż pozostawiły kogoś, kim w ich mniemaniu trzeba się opiekować.
Na przykład rodzice małego dziecka, troskliwe dzieci swoich starych, samotnych rodziców. Dusze wymienione powyżej pozostają na ziemi ze względu na to, że taką podjęły decyzję. Jest jednak wielka grupa dusz, która bardzo chciałaby przejść na drugą stronę, do nieba, ale nie pozwala im na to rozpacz ich najbliższych. Dusze te rozdarte są między dobrem swoim a dobrem tych, których pozostawili. Mogą nawet mieć świadomość, że dla dobra wszystkich lepiej jest, żeby odeszli, ale żywi im na to nie pozwalają. Trzeba zatem pamiętać, żeby w czasie żałoby, pomimo żalu, pomyśleć i o tych, którzy mają prawo odejść. Robimy to, aby w konsekwencji nie skrzywdzić siebie i ich. Wiem, jak to trudne, gdyż sama przez to przechodziłam. Moja mama potrafiła jednakże zażądać, abym jej nie zatrzymywała. Jak wiele dusz to czyni?
Bardzo niewiele. Czy nie jest zadziwiający fakt, że człowiek po śmierci odnajduje siebie w świecie, w którym urzeczywistnia się dokładnie to, w co wierzył za życia? Jeżeli wierzył w niebo, to poszedł do nieba. Jeżeli nie czuł się dostatecznie godny lub bał się kary za swoje przewinienia, to urzeczywistnia piekło dla siebie i swoich najbliższych.
[03:01:04] - Literackie tête-à-tête to cykl tworzony przez Krystynę Śmigielską. Cykl, który naprawdę pozwala poznać, jak myślą, o czym myślą, jak tworzą pisarze, którzy są obecni na rynku od dłuższego czasu, którzy wydali już sporo książek. Dzisiaj gościem Krystyny Śmigielskiej będzie Marta Fox.
[03:01:32] - Dobry wieczór, witam państwa w kolejnej audycji z cyklu Literackie tête-à-tête. Pragnę dziś przedstawić sylwetkę i twórczość pisarki, z którą osobiście miałam przyjemność spotkać się po raz pierwszy jeszcze w zeszłym stuleciu. Miałam zaszczyt gościć panią Martę Fox w prowadzonym przeze mnie dziale Biblioteki Miejskiej i uczestniczyć w spotkaniu autorskim przeznaczonym dla młodzieży. To było bardzo miłe spotkanie i do dnia dzisiejszego wspominam je z sentymentem. Pani Marta Fox zgodziła się porozmawiać ze mną w naszym literackim tête-à-tête. Mam nadzieję, że państwo również będziecie dobrze wspominali ten dzisiejszy wieczór, który postaramy się państwu umilić opowieściami o pisaniu, życiu i fragmentami twórczości Marty Fox. Marta Fox to pisarka, poetka, eseistka związana z Górnym Śląskiem. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. W latach 1974-1995 pracowała jako bibliotekarka, nauczycielka języka polskiego w jednym z liceów. W 1989 roku zadebiutowała opowiadaniem „Gra”.
Dobry wieczór Marto, bardzo mi miło gościć ciebie w naszym literackim tête-à-tête.
[03:02:59] - Dobry wieczór Krysiu. Dobry wieczór państwu. Cieszę się, że po latach się słyszymy i że możemy sobie pogadać jak pisarka z pisarką. Bardzo mi miło. Pamiętam tę wizytę w bibliotece jak najbardziej. Pamiętam, że zachwyciłam się wystawą, którą zrobiłaś z okładek moich książek. Pozbierałaś tam różne rzeczy. Ja byłam taka wzruszona, że zadałaś sobie tyle trudu na to, żeby mnie powitać i żeby młodzieży czy w ogóle czytelnikom pokazać to, co zrobiłam. A to były początki mojej drogi twórczej, prawda? To było dawno.
[03:03:38] - To było dawno, to były początki, ale bardzo dobre początki. Ja tu od razu zaznaczę, ponieważ bardzo mile wspominam odbiór książek przez młodzież. Pierwszych książek, które zachwycały po prostu młode czytelniczki. Portal lubimyczytac.pl podaje, że wydałaś już 55 książek, w tym tylko cztery to są zbiory opowiadań, w których współautorami byli też inni pisarze. Znasz dokładnie liczbę swoich dzieł? Może posiadasz w domu taką gablotkę ze starannie ułożonymi, na przykład wedle kolejności wydania, swoimi literackimi dziećmi?
[03:04:18] - Krysiu, aż tak skrupulatna nie jestem. Natomiast mam taki plik w komputerze, który nazwałam „Marta Fox wszystko” i tam staram się zamieszczać tytuły moich wydanych książek, rok wydania. Jeśli są wznowienia, to także. Tam staram się zamieszczać ważniejsze recenzje i różne inne fakty z mojego życia. Czy spektakle, które zrobiłam, czy napisałam, czy wywiady, które ze mną przeprowadzono. Oczywiście to jest taka moja bibliografia na mój użytek. Oczywiście na pewno niepełna, ale nie mam tego tak ułożonego, jak zasugerowałaś. To znaczy ja mam dwie półki w moim regale, na którym stoją moje książki i czasami zdarza mi się, że na przykład jednego tytułu są trzy egzemplarze, bo to są różne wydania z różnymi okładkami. Ale nie poukładałam tego rocznikami. Poukładałam to raczej tak: książki dla młodzieży Książeczki dla dzieci i powieści, które napisałam dla dorosłych, te obyczajowo-psychologiczne oraz poezja i eseistyka.
Także raczej tematycznie to ułożyłam. I przy okazji powiem ci, że coś bardzo miłego mnie spotkało ostatnio, bo przyszła moja bardzo dorosła córka, która ma już syna studenta. Popatrzyła na te półki i zupełnie o czym innym rozmawiałyśmy. Jak to wtedy, kiedy przychodzi córeczka w odwiedziny na szybko mamusię, bo młodzi się ciągle spieszą. I tak spojrzała na te półki i mówi: „Mama, kiedy ty to wszystko napisałaś? Przecież ty miałaś zawsze dla nas czas”. Jak dzieci, chłopcy byli mali, to nie byłam etatową babcią oczywiście, ale jak trzeba było, to odkładałam swoje zajęcia i pomagałam. Zajmowałam się wnukami zdrowymi, chorymi. W każdym razie zrobiło mi się tak miło, że nagle to do niej dotarło, że ja tyle książek napisałam, bo rzeczywiście jest ich 50. To zależy jeszcze, jak popatrzeć.
Bo jeśli na przykład ja mam taką powieść „Pierwsza miłość”, to jest cykl i tam w skład tej powieści wchodzi sześć minipowieści i ona była wydana w całości, gdzie jest tych sześć. Gruba księga. Potem była wydana w takiej części, gdzie są tylko trzy te minipowieści, a też każda z tych minipowieści została wydana osobno. No więc właściwie czy to jest jedna książka, czy to jest sześć książek?
[03:06:45] - Zupełnie tu jestem pewna. Sześć książek możesz sobie zaliczyć. Wypełniłaś wielką lukę we współczesnej literaturze młodzieżowej, odpowiadając chyba jako pierwsza Polka tak otwarcie na trudne, nurtujące młodzież tematy. Byłaś nauczycielką, profesorką w szkole średniej, ucząc tam języka polskiego. Interesuje mnie, czy decyzja o rozpoczęciu twórczej drogi została podjęta dzięki obserwacjom poczynionym w pracy, czy może wpływ na to miały problemy twoich dorastających wtedy córek?
[03:07:22] - Bardzo fajne pytanie. Wiesz, właściwie wszystko naraz. Bo ja nie podejmowałam świadomej decyzji. Znam problemy młodzieży, bo sama jako matka dotykam, obserwuję je również jako nauczycielka w szkole, jako bibliotekarka, bo też pracowałam jako bibliotekarka najpierw w szkolnej bibliotece, a potem w miejskiej. To nie była taka decyzja. Zaczynam pisać. Po prostu w szkole mi nagle zaczęło czegoś brakować. Ja prowadziłam teatrzyk z młodzieżą. Tam się tyle ciekawych rzeczy działo i było mi bardzo żal jako nauczycielce, że nikt o tym nie wie, że właściwie poza szkolną społeczność to nie wychodzi. I ja dzwoniłam do takiej popołudniówki, która wychodziła w Katowicach, nazywała się „Wieczór” i mówiłam: W naszej szkole zdarzyło się to i to.
I jakiś dziennikarz, który akurat miał dyżur na podstawie mojej relacji pisał sobie artykuł. Któregoś razu, kiedy mój uczeń, absolwent szkoły, już wówczas student, zdobył nagrodę poetycką w Gdańsku. Ja mu pomagałam wybrać wiersze na konkurs, na który wysłał te wiersze. Pojechałam z nim tę nagrodę odebrać. I wtedy sobie pomyślałam właściwie, dlaczego ja mam sama nie napisać tej relacji, takiego minireportażu. I napisałam. Miał on tytuł „Czerwona Róża”, bo to był konkurs Czerwonej Róży. „Czerwona Róża wędruje do Katowic”. I tak się ten reportaż spodobał, że mi zaproponowano w tej gazecie, żebym prowadziła dodatek cotygodniowy, który się nazywał „Kalejdoskop Młodych” i ja tam zaczęłam pisać jako dziennikarka. No ale wiadomo, że pisanie do gazet to jest pisanie użytkowe.
Ja oczywiście zdobywałam potem inne tytuły jako pisząca o kulturze. Tytuły ogólnopolskie również. Pisałam do „Radaru”, do „Poezji”, do różnych czasopism. No i któregoś razu napisałam opowiadanie i to tak zupełnie spontanicznie to wyszło. To znaczy ja myślę, że to opowiadanie miałam od dawna ułożone i ja czekałam na taki katalizator, który to wszystko ze mnie wyzwoli. No i taki moment przyszedł. Było to 31 grudnia. Moje dziewczyny już były nastolatkami, gdzieś tam pofrunęły się bawić. Mój ówczesny mąż powiedział: „Ach, nie ma to jak w domu ciepły kąt”. Tam coś suchy pies, czy odwrotnie.
Moja mama była już starszą osobą, więc oczywiście przyszła sobie do nas na wieczorną kolację i posiedzieć. No i ja jako śląska skrzętna gospodyni zrobiłam kolację, umyłam naczynia, bo wtedy zmywarek jeszcze nie było, przynajmniej w moim domu. Jak weszłam do pokoju przed północą, patrzę, telewizor leci. No może była godzina, ja wiem, dziesiąta, jedenasta. Mój mąż śpi, moja mamusia śpi. No to ja sobie usiadłam przy biurku i napisałam to pierwsze w życiu opowiadanie, które wysłałam na konkurs potem wiosną. Ale też pomyślałam sobie, że muszę dostać główną nagrodę, bo jak nie dostanę, to nie ma się co wygłupiać. W końcu byłam już dojrzałą kobietą, trzydziestochyba siedmioletnią czy nawet więcej. No i tak się stało. Była widocznie gdzieś we mnie taka potrzeba artykułowania swoich myśli, swoich emocji, swoich refleksji, dzielenia się tym, co zobaczyłam w świecie, moimi przemyśleniami.
Ale nigdy nie miałam takich marzeń: O, zostanę pisarką. Wręcz przeciwnie, ja chciałam być nauczycielką i byłam nią przez 23 lata. Jakoś to inaczej to u mnie wszystko przebiegało.
[03:10:37] - Tak jak już tu nadmieniłyśmy, twoje książki dla młodzieży miały naprawdę duże znaczenie dla ówczesnych czytelników. I bardzo mnie nurtuje taka sprawa. Spotkałaś się kiedyś może z taką czytelniczką, która powiedziała: Dzięki pani powieści udało mi się spokojnie przejść przez najtrudniejszy okres mojego życia, bo dobrze znałam losy opisanej przez panią bohaterki. Myślisz, że jako pisarka jesteś w stanie cokolwiek zmienić w losach czytelników? Pokazać im odpowiednie drogi rozwiązywania problemów?
[03:11:13] - Wiesz co, nigdy nie myślałam, że będę miała taką moc. Ale naprawdę, jeśli- O tym mówimy, to ja powiem wprost. Zdarzyło mi się to kilka razy, Krysiu. Zdarzyło mi się, że uratowałam dziewczynę, która napisała: „Uratowała mi pani życie.”
[03:11:28] - Tak myślała.
[03:11:29] - Tak, bo ja pamiętam tą dzielną Magdę. Oczywiście dziewczyna pisała do mnie listy, wpierw na papierze tradycyjnie, potem maile. Potem żeśmy się nawet gdzieś kiedyś spotkały i myślę, że jej bardzo pomogłam. Również w takim emocjonalnym sensie, ale także moimi książkami. Pamiętam, że kilka lat temu pewna dziewczyna napisała do mnie z Syberii. Ona jest teraz znaną osobą i mieszka w Polsce. Nazywa się Jana Karpienko. Ona jest asystentką Olgi Tokarczuk, pracuje z nią w tej fundacji. I wtedy Jana Karpienko napisała do mnie, że ona czyta moje opowiadania gdzieś tam drukowane i czytała mój blog, który prowadziła przez siedem lat. I ona powiedziała: „Na podstawie pani książek nauczyłam się polskiego.” Dla mnie to było coś nieprawdopodobnego.
Także zdarza mi się też, na przykład młodzi ludzie, ale również starsi ludzie, którzy przychodzą, starsi, dojrzali, którzy przychodzą i mówią: „Skąd pani zna moją historię?” Albo na przykład: „Ta książka bardzo mi pomogła, tamta mi pomogła. Przestałam się siebie wstydzić. Dodała mi poczucia wartości. Umiem odzywać się i mówić o sprawach trudnych.” No właśnie, Krysiu, bo ja tego też nie umiałam jako dziecko. I ja też poszukiwałam książek, które by mi pomogły. Ja nie mówię udzielały wskazówek, bo to trzeba sobie samemu znaleźć tą ścieżkę i drogę, ale które by dodały takiej wiary w siebie, bo ja byłam z tego pokolenia, któremu wiecznie mówiono siedź w kącie, a znajdą cię. Miałam takie dosyć małe poczucie wartości siebie samej. Było to nasze pokolenie, któremu zawsze wmawiano, że trzeba pracować dla dobra ogółu, a o sobie nie myśleć. A potem się wszystko odwróciło. Pojawiły się te poradniki, w których mówiono zasługujesz na to, na to, na tamto, prawda?
Dlatego jedna z moich młodzieżowych książek nosiła tytuł „Agaton Gagaton. Jak pięknie być sobą.” No więc mam tego świadomość i powiem ci, że to mnie bardzo buduje.
[03:13:34] - Otworzyłaś pewne drzwi, które były zamknięte, a które były naprawdę bardzo, bardzo potrzebne do tego, żeby przejść przez nie i pokazać młodzieży, że nawet wtedy, kiedy się jest całkiem wydawałoby się bezradnym i bezsilnym, bo się ma te naście lat, wpakowało się niestety w kłopoty, to życie jakoś i te kłopoty rozwiąże i wszystko się jakoś może ułożyć. Najważniejsze, żebyśmy jako my znali właśnie swoją wartość i dążyli do tego, co dla nas jest najlepsze.
[03:14:06] - Krystyna Siesicka, autorka tych powieści wspaniałych, młodzieżowych dla takiego mojego pokolenia, przyszła kiedyś na spotkanie moje autorskie, które miałam w Warszawie i powiedziała: „Boże, jaka pani jest odważna.” A mnie się ona wydawała odważna, bo ona pierwsza traktowała mnie, czytelniczkę, jako nastolatkę, od której się dorośli nie opędzają i nie mówią mi, że dzieci i ryby nie mają głosu i co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Tylko ona swoimi książkami ze mną rozmawiała. No a ja oczywiście młodsza o pokolenie być może byłam jeszcze bardziej odważna, ale ja tego tak nie czułam, że jest we mnie jakaś odwaga. Ja po prostu mówiłam o sprawach tych, o których nikt nie chciał ze mną rozmawiać, kiedy ja miałam naście lat. Więc ja pośrednio pisałam moje powieści dla moich córek, ale i także dla siebie, żeby sobie powiedzieć na głos to wszystko, czego mi nie powiedziano, kiedy byłam dziewczynką, prawda?
[03:14:58] - Ale za tą swoją twórczość otrzymałaś wielokrotnie wyróżnienia i nagrody. Oceniały cię różne gremia. Chciałabym wiedzieć, która z tych nagród czy wyróżnień była dla ciebie najbardziej cenna, którą najmilej wspominasz?
[03:15:15] - Jeśli mówimy o wszystkich nagrodach, no to pierwsza, którą dostałam, która właściwie otworzyła mi drzwi do literatury. Nagroda to był posąg Miedzianego Amora, Grand Prix w konkursie ogólnopolskim na opowiadanie o miłości. A ten konkurs był w kategoriach proza i poezja. Ja w nim brałam dwa razy udział i dwa razy dostałam tego miedzianego Amora. To Grand Prix. Także właściwie jestem chyba jedyną laureatką, która ma podwójnego Amora. Jak już dostałam te nagrody, to oczywiście przestałam wysyłać opowiadania czy wiersze na konkurs. Dostałam dwa razy nagrodę International Board on Books for Young People, nagrodę tej instytucji IBBY. Dostałam taką nagrodę za to „Pierwszą miłość” na pewno. To były honorowe nagrody, ale one były dla mnie bardzo ważne.
Nie wymieniam tych innych. Każda mnie cieszyła, ale te były dla mnie naprawdę ważnymi, istotnymi nagrodami. One jak gdyby tak przyklepywały to, co ja zrobiłam, moją drogę w tym określonym gatunku. Utwierdzały mnie w tym, że moja ścieżka twórcza jest słuszna.
[03:16:26] - Oprócz pracy w szkole, bibliotece i literackiej twórczości posiadasz również inne pasje. Mnie w twoim życiorysie zainteresowała funkcja kierownika literackiego w Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie. Już tu wspominałaś o tym teatrze. Opowiedz nam, na czym polegała ta twoja praca i jakie masz związane z nią wspomnienia.
[03:16:51] - To piękny okres w moim życiu. Przecudny. Ja wtedy już pisałam do gazet, ale jeszcze nie miałam książki wydanej, bo książkę wydałam pierwszą „Kapelusz zawsze zdejmuje ostatni” w 1992 roku, a w teatrze chyba wcześniej już byłam zatrudniona. Ja się tak bardzo ucieszyłam, kiedy mi zaproponowano tę pracę na pół etatu jako kierownik literacki. To była bardzo ważna funkcja. Przede wszystkim miałam nienormowany czas pracy i moje zadanie polegało na tym, że czytałam nadesłane sztuki, pomagałam tworzyć repertuar, dokonywałam pewnych wyborów, uczestniczyłam w próbach, rozmawiałam z reżyserem, aktorami, scenografem. Powiem ci, że jak ja przychodziłam do teatru, to ja w ogóle nie czułam, że ja przychodzę do pracy, bo dla mnie orką to była praca w szkole. A jak ja przychodziłam do teatru, nikt mi nie dzwonił co 45 minut. Nie miałam przerw wyznaczonych 10 minut, pięć minut czy 15. Ja siedziałam w pracy przy biurku, piłam kawę, rozmawiałam z aktorami i jeździłam z nimi po Europie, bo z teatrem po raz pierwszy, Teatrem Dzieci Zagłębia, Teatrem Dormana, imienia Dormana, wyjechałam do Wiednia.
To był mój pierwszy wyjazd na Zachód. W ogóle była dla mnie bajka. Bajka. To była pasja dzika, bo ja uwielbiałam teatr dla dzieci, lalki i aktora. Nie tylko lalki. Także to był jeden z najpiękniejszych, takich emocjonalnie, profesjonalnie etapów mojego życia. Czyli związana byłam i z teatrem, i z pisaniem. A sama wiesz, jak to jest, że jeśli człowiek jest szczęśliwy w życiu, jeśli wszystko, co robi, przynosi mu taką dziką satysfakcję, to w tym momencie rosną skrzydła, rodzą się pomysły, nawiązuje się wiele kontaktów, poznaje się nowych ludzi, wyfruną z głowy opowiadania, wiersze. I tak było wtedy właśnie.
[03:18:43] - To piękne, że tak mówisz, bo właśnie to mnie bardzo zainteresowało, ponieważ sama fascynuję się zawsze owym teatrem dla dzieci. Te wszystkie sprawy dookoła tego teatru mnie interesują. Przedstawia się ciebie jako pisarkę, poetkę. Sama jeszcze jakiś czas temu, prowadząc ten sam program, powiedziałabym, że jesteś pisarką młodzieżową, która kieruje swoje powieści właśnie do tej grupy wiekowej. Obecnie tworzysz również dla dorosłych odbiorców. Co się zmieniło? Skąd ten nowy trend w twojej twórczości?
[03:19:19] - Ja właściwie od tego zaczęłam, że pierwszą moją książkę „Kapelusz zawsze zdejmuje ostatni” to nie była książka dla młodych. To były opowiadania o miłości i to takie ponoć prowokujące, jak pisała krytyka. Były tam też moje wiersze, szczególnie erotyki, więc od tego jak gdyby zaczynałam. Ale wówczas, kiedy wydałam tę pierwszą książkę, to był 1992 rok. Nasza krytyka czy nasi recenzenci w ogóle nie tylko nasi, ale wszyscy bardzo lubią przyklejać takie etykietki twórcom i wkładać ich twórczość do określonych szufladek. Może im tak wygodniej właśnie myśleć. I mnie przyklejono taką etykietkę odważnej pisarki erotycznej. Mnie się to oczywiście bardzo podobało na początku. Tylko że ja sobie pomyślałam: przecież moje opowiadania w tej pierwszej książce nie tylko są opowiadaniami o seksie. Nie tylko zawierają odważne sceny opisane przez kobietę, bo mężczyznom wszystko wolno, prawda?
Tylko to było o samotności. To było o niezrozumieniu. Nikt na to nie zwracał uwagi, tylko każdy mówił: „ Och, jak ona potrafi odważnie pisać”. No i pomyślałam sobie właściwie to krzywdzi ta etykietka trochę. I ja bym chciała pokazać, że ja umiem nie tylko tak, ale i inaczej. No a życie podsuwa najlepsze scenariusze, ponieważ wówczas moje córki były nastolatkami i młodsza była nastolatką, która nie chciała czytać. A wiesz, jaki to ból dla rodziców, którzy są filologami. Mój mąż był teatrologiem. W domu księgozbiory sześć tysięcy egzemplarzy, a córka nie chce „Janka Muzykanta” przeczytać. Ona mi tak powiedziała.
Mówi: „Bo te książki to są takie remoty, które ty mi podsuwasz”. I ja sobie pomyślałam: no dobrze, napisałabym dla niej. Ona mówi: „No dobrze, to napisz, ale coś takiego, co mnie zainteresuje”. I ja wtedy napisałam pierwszą powieść dla młodzieży „Agaton Gagaton”. I ona nosiła tytuł, bo to były trzy części batoniki Always miękkie jak deszczówka. I bohaterem była właśnie taka zbuntowana piętnastolatka, która żyje w domu, w którym są ciągle jakieś problemy, ale się je rozwiązuje poprzez rozmowę, poprzez rozmowę przy stole, przez nieuciekanie, niezamiatanie tematów trudnych pod dywan. No i w ten sposób weszłam w ten nurt literatury młodzieżowej. Potem, kiedy moje wnuki troszkę podrosły, minęło kilkanaście lat. Ja tych powieści młodzieżowych jednak dużo napisałam. I kiedy moje wnuki podrosły, no to wiesz, jak to jest z wnukami.
Jak się do nich przychodzi, odwiedza, to zamiast dzień dobry pierwsze pytanie: Babciu, co masz? Co przyniosłaś dla nas fajnego? Ile można kupić zabawek? I ja kiedyś powiedziałam: Wiecie, kochane dzieci, przyniosłam — chłopcy to byli — przyniosłam wam pierwszy rozdział książki. No miny mieli markotne. Mówię, ale to jest książeczka, którą napisałam dla was. No, usiedli ze mną i zaczęłam czytać. Jak zaczęłam czytać, to mówią: Czytaj dalej. A ja mówię: Dalej nie ma, dalej dopiero napiszę. No i w ten sposób napisałam kilka książeczek dla dzieci, ale to też życie podsunęło scenariusz.
No a Krysiu, teraz moje wnuki są prawie dorosłe. Jeden już jest studentem, dwóch chodzi do średniej szkoły, a ja postanowiłam wreszcie zająć się sobą. I tyle mam w głowie różnych pomysłów, tyle niezrealizowanych planów. Mówię o twórczych planach, bo kiedy pisałam powieści dla młodzieży, to wiesz, jak to było. Jak cię wydawca sapnie, to puścić nie chce. Wydawcy są tacy. Kiedyś mój wydawca tak powiedział. Ja to usłyszałam, bo on to komuś mówił, ale dotarło do mnie. Marta Fox jest na topie. Trzeba z niej wycisnąć co się da.
[03:23:03] - Właśnie. Wycisnąć, a potem odrzucić. Tak czasami bywa.
[03:23:07] - Właśnie. I to było tak, że jak ja bym potrafiła pisać cztery powieści w ciągu roku, to wydawca byłby wniebowzięty, bo one rzeczywiście wszystkie się sprzedawały w ogromnych nakładach. Ale ja się uparłam, że nie będę pisać więcej niż jedną, góra dwie, bo nie chcę zejść poniżej swojego poziomu i nie jestem maszynką do pisania. A teraz przyszedł czas i chociaż człowiek twórczy nigdy na takiej emeryturze bezczynnej nie będzie. Kiedy ja mam więcej czasu dla siebie, jeszcze mam trochę siły, więc realizuję takie swoje, powiedziałabym, dorosłe pomysły.
[03:23:44] - Poprosiłabym cię o zajrzenie głęboko w siebie i udzielenie mi szczerej odpowiedzi na pytanie: kim jesteś bardziej? Poetką czy prozatorką?
[03:23:55] - Marta Fox. „Co nas złączyło”. Z zaciśniętymi pięściami spełniałam twoje marzenia. Oblekałam się w cnotę i oddalałam grzech. Nosiłam granatową spódniczkę. Twarz stroiłam w światło, tylko oczy odwracałam w uchylone drzwi. Mamo, mamo, nie pamiętam, co nas złączyło. Które okno? Jaka ciemność? A może biały kordonek?
Byłam wiernym psem. Brzęczałam kajdanami, zgarniałam pył z twoich stóp, odganiałam muchy. Byłam kotem czarnym, co przebiega drogę i rzuca urok. Płakałam bezgłośnie i tupałam po cichu. Mamo, mamo, nie pamiętam, co nas złączyło. Które okno? Jaka ciemność? A może biały kordonek? I nagle zapragnęłam mieć skrzydła. Ogromne, takie, by nie dosięgnęła ich twoja twarda ręka.
I nagle zapragnęłam poszybować w mroczność albo miód. Poczuć słodycz albo gorycz. Albo sól, albo ból. Tylko mój. Mamo, mamo, nie pamiętam, co nas złączyło. Które okno? Jaka ciemność? A może biały kordonek? Znalazłam miłość. Znalazłam rozkosz.
Odkryłam tylko swoje wyspy. Łanie wyskoczyły z mojego ciała i teraz mogę rozmawiać z tobą jak kobieta z kobietą. Mamo. Jak córka z matką. Mamo, mamo, mamo, nie pamiętam, co nas złączyło. Które okno? Jaka ciemność? A może biały kordonek? Bez zastanowienia powiem, że poetką. Bo ja myślę, że byłam zawsze poetką.
Nawet wówczas, kiedy nie napisałam jeszcze ani jednego wiersza. Ja to mam po babci. Bycie poetą to jest rodzaj wrażliwości. To jest rodzaj patrzenia na świat. To jest cienka skóra, przez którą ten świat do nas dociera i bardziej boli, jeśli się tą skórę ma cienką i nic nie spływa po nas jak woda po przysłowiowej kaczce. Wiesz, ja myślę, że moja babcia była poetką, a ona też nie napisała ani jednego wiersza. Ale pamiętam, że babcia na przykład uczyła mnie, jak się modlić. Zawsze mi mówiła: „To nie chodzi o to, żebyś się nauczyła modlitwy na pamięć i wyklepała ją w kościele. Chodzi o to, żebyś porozmawiała z Bogiem. Żebyś porozmawiała z nim tak, jak z kimś bardzo drogim i bliskim”.
I mówi: „Można rozmawiać w lesie, można rozmawiać pod jabłonką, można rozmawiać, jak się położysz do łóżka. Wcale nie musisz klęczeć”. Tyle pięknych rzeczy mi powiedziała. Przecież ja dopiero w późnym wieku zaczęłam pisać wiersze. One do mnie przyfrunęły. Być może ja potrzebowałam, ja to tak nazywam, nie weny, bo ja w tę wenę za bardzo nie wierzę. Ja potrzebowałam takiego katalizatora, który ze mnie wyzwolił to, co już we mnie było, to co było poukładane. Bo jak to inaczej nazwać, że masz coś, idziesz drogą, siedzisz w autobusie i nagle przychodzi do ciebie wiersz. Rozmawiasz z koleżanką, ona ci o czymś opowiada. Budzisz się w środku nocy i ja łapię za notatnik i zapisuję.
Patrzę rano. Przecież to jest całkiem udane. Poprawiam, wyrzucam zbędne słowa i widzę, że to jest taki poetycki tekst z puentą, relacjonujący jak gdyby to, o czym rozmawiałam z koleżanką. Także poetką jestem przede wszystkim. Z poezją to jest tak, że nie można sobie zaplanować. Usiądę i napiszę wiersz na określony temat. Mogę napisać wiersz rymowany, użytkowy, jakiś kuplecik, owszem, ale ja mówię o takiej poezji, która gdzieś tam wyrasta ze środka naszego, z naszych emocji, trzewi, czy jak to inaczej nazwać. Jeśli chodzi o prozę, to po prostu wymyślam temat, zbieram materiały, układam plan i siadam i piszę. I babcia mi mówiła: „Ty dojdziesz do czegoś w życiu, bo ty masz ołów w tyłku”. To znaczy nie, że mam taki duży tyłek, tylko i taki ciężki w tym sensie, że po prostu jak usiądę, to mnie wołami od tego biurka nie odgonisz, bo ja siedzę i robię swoje.
Powiedziałabym emocjonalnie i z głębi duszy jestem poetką. A zawodowo jestem prozaiczką. Myślę, że wiersze mogłabym powiedzieć, że przyfruwają. Natomiast powieść do mnie nie przyfrunie. Muszę ją wypracować. Natomiast i w powieści staram się przekazać określone wartości moje czy po prostu stworzyć takich bohaterów, o których bym chciała opowiedzieć, bo mnie samą jako osobę piszącą ta historia intryguje.
[03:29:08] - 14 października 2021 roku w Bibliotece Głównej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach odbyła się premiera twojej powieści „Moja ołowianko klęknij na kolanko”. A 8 marca 2023 roku ukazała się powieść autorstwa Magdaleny Majcher „Doktórka od familoków”. Uważasz, że książka Majcher to plagiat, ponieważ opisuje już przez ciebie opisany temat, bazuje na losach tej samej postaci autentycznej? Czy wręcz przeciwnie, cieszysz się, że udało się koleżance po piórze spojrzeć z innej perspektywy na tak ważny społecznie problem?
[03:29:54] - Dobrze, że zapytałaś. W życiu bym nie użyła takiego terminu plagiat. W ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Popatrz, jest temat. Iluś twórców może ten sam temat podjąć i każdy z twórców przedstawi go inaczej, zupełnie inaczej. To tak jak w szkole na przykład daje temat wypracowania i 20 uczniów napisze sztampowe wypracowanie według takiego schematu: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. I wiadomo będzie, że we wstępie będzie napisane, że jeśliby wypracowanie miało być o Janie Kochanowskim, będzie napisane: Jan Kochanowski urodził się w Sycynie koło Zwolenia. A ktoś inny zupełnie inaczej rozpocznie. Także absolutnie nie. Zaczęłam myśleć o pisaniu tej powieści, o tej bohaterskiej lekarce doktor Jolancie Wadowskiej-Król, która w latach 70., 80.
XX wieku leczyła dzieci zatrute ołowiem emitowanym z hut w Szopienicach. Ja zaczęłam pisać pod wpływem reportażu, który przeczytałam w Gazecie Wyborczej. Ania Malinowska napisała reportaż „Dzieci człapią jak bociany” i kiedy ja zaczęłam to czytać, to przypomniałam sobie, że przecież w mojej szkole, na moim podwórku ja takie dzieci spotykałam, które tak człapały jak bociany. One były na pewno chore na ołowicę, chociaż wtedy nikt o tym nie mówił. Ja pod wpływem tego reportażu zaczęłam zgłębiać temat, zbierać materiały i zebrawszy skontaktowałam się z panią doktor Wadowską-Król, która jeszcze wówczas żyła. A ona mi powiedziała tak, że już pan Jędryka pisze książkę o dzieciach chorych na ołowicę. A ja powiedziałam: nie szkodzi. On na pewno pisze ze swojego punktu widzenia. I rzeczywiście on pisał z punktu widzenia dziecka chorego na ołowicę. Też opisywał tę historię.
A ja postanowiłam napisać powieść, która będzie powieścią właśnie dla młodych czytelników. Bardzo chciałam, żeby moja bohaterka siedemnastoletnia odkryła dla siebie tę historię. Bo przecież tak to jest z młodymi, że ciągle poszukują autorytetów, a nie wiedzą, że obok nich może mieszkać babcia, ciotka, która jest bohaterką, a o niej się nie mówi. Właściwie Ania Malinowska z reportażem Wyborczej, pan Jędryka „Ołowiane dzieci”. Potem była moja książka „Moja ołowianko klęknij na kolanko”, a potem powieść Magdy Majcher. Nie czytałam jej książki, ale napisała z zupełnie innego punktu widzenia. I ma świetny tytuł, bo ona ma taki tytuł bezpośredni „Doktórka z familoków” i to rzeczywiście przemawia. Zresztą ona ma grono swoich czytelników. Ja mam grono swoich czytelników. Nie stoimy sobie na przeszkodzie.
Absolutnie.
[03:32:38] - Zapytałam o to właśnie, bo w dzisiejszych czasach tak łatwo jest kogoś oskarżyć o plagiat, prawda?
[03:32:44] - No właśnie.
[03:32:44] - Właściwie wszystkie tematy są w jakiś sposób już wyeksploatowane i teraz tylko bazujemy na tym, jak my podejdziemy do danego tematu, w jaki sposób go przedstawimy czytelnikom, jak poprowadzimy całą fabułę, jakie emocje wyzwolimy. I to jest właściwie chyba w książce dzisiejszej ciekawsze niż sam temat, bo jak widzimy nawet w tej materii — już nie mówię o sprawach takich jak sprawy miłości czy takie sprawy obyczajowe, które się często w książkach przewijają. Tu temat bardzo ciekawy, bardzo istotny, a jednak jak już tutaj zaznaczyłaś, poruszany przez tak dużą ilość osób.
[03:33:24] - Tak. A jeszcze dodam przy okazji, wiesz, na przykład ja w mojej powieści porównałam doktor Wadowską-Król, bo dla mnie to była absolutna bohaterka, bo to jest osoba, która leczyła dzieci w latach głębokiego PRL-u i to było wszystko owiane tajemnicą. Teraz dopiero widać, że właściwie na Śląsku to doszło do ludobójstwa ekologicznego. Ona zresztą napisała doktorat, którego nigdy nie obroniła, bo jej doktorat został zamknięty w sejfie przez rektora Akademii Medycznej i przepadł. Zupełnie zagubił się, przepadł. Jej zostały tylko notatki, bo to jeszcze nie było komputerów. Ona musiała podpisać zobowiązanie, że oddała oryginał i wszystkie kopie. Widocznie nie pomyślała, że ludzie mogą być tak okrutni, a temat może być tak niewygodny dla władz, że nie zostawiła sobie po cichu jakiejś swojej kopii. Miała natomiast wszystkie materiały. To sobie zostawiła.
Ale kiedy zniszczono, kiedy zagubiono celowo ten jej doktorat, no to właściwie ona wówczas zrezygnowała z kariery naukowej. Wszyscy się tak wystraszyli tego, co ona w tym doktoracie, jakie dane pokazała, które dzisiaj już ewidentnie mówi się o tym wprost, że to ludobójstwo ekologiczne na Śląsku. I ja ją w mojej powieści nazwałam Jolantę Wadowską-Król śląską Erin Brockovich. Był kiedyś film z Julią Roberts pod takim właśnie tytułem, o działaczce ekologicznej. O młodej kobiecie, która odkryła, w jaki sposób ludzie są zakażani wodą czy jakimiś chemikaliami. Duża korporacja zbija pieniądze, a ludzie umierają. Ja nazwałam doktor Wadowską-Król śląską Erin Brockovich. Było mi potem trochę przykro, że ten termin podjęła prasa i nawet pisząc o książce Magdy czy o innych, wszyscy pisali: „Śląska Erin Brockovich.» A nikt nie napisał, że jest taka scena w mojej powieści i ja to wymyśliłam, i ja ją nazwałam.
[03:35:27] - U nas się o takich rzeczach bardzo rzadko pamięta.
[03:35:32] - Ale Krysiu, co zrobić? Nic nie robić. Ważniejszy jest temat. Ważniejsze jest to, że ta sprawa wyszła na wierzch. Nie będziemy się przecież tutaj licytować, kto więcej, kto mniej, kto ważniejszy, kto mniej ważny. Każdy jest ważny po swojemu. Nikt nikomu nie zagraża. Ja robię swoje. Pan Jędryka robi swoje. Magda robi swoje i ma swoich czytelników.
I bardzo dobrze, że Uniwersytet Śląski robi swoje, bo Agnieszka Cygan, wnuczka pani Wadowskiej-Król, przecież zrobiła wspaniały spektakl baletowy „Matka Boska Szopienicka” o swojej babci. Świetny spektakl.
[03:36:07] - Chciałam nawiązać do innej rzeczy. Twoja przygoda z doktor Król nie skończyła się na tej książce. Postać doktor Jolanty Wadowskiej-Król fascynuje cię bardzo i dlatego też może powstało słuchowisko „Kanary Kumiera I”. Słuchowisko powstało na bazie twojej powieści. Chciałam się zapytać od strony technicznej. Mnie interesują twoje odczucia, wewnętrzne rozterki, dobór odpowiednich fragmentów, postaci, nacisk na poszczególne problemy, które wypracowałaś w słuchowisku. Rozumiem, że słuchowisko jest jednak krótszą formą niż powieść. Z wielu rzeczy musiałaś zrezygnować, niektóre może troszeczkę zmienić. Interesuje mnie techniczna praca twórcza nad tym słuchowiskiem.
[03:37:02] - To była rzeczywiście kolejna wspaniała przygoda, bo do mnie w tej sprawie zwróciła się pani Maria Brzostyńska, żona Jacka Brzostyńskiego, który jest popularnym lektorem. Czyta w telewizji i w kinie. Czytał Jacek Brzostyński i wszyscy znają ten charakterystyczny głos. Ona się do mnie zwróciła. Mówiła, że przeczytała moją powieść i chciałaby zrobić słuchowisko. Czy ja napiszę scenariusz tego słuchowiska? Ja powiedziałam, że oczywiście i od razu uzgodniłyśmy, że wybierzemy, bo moja powieść ma narrację dwutorową. Jak powiedziałam, jedną bohaterką jest 17-letnia dziewczyna, która ma swoje problemy i przy okazji rozwiązywania tych problemów odkrywa historię doktor Wadowskiej-Król. A druga narracja dotyczy życia doktor Wadowskiej-Król, więc sięga do przeszłości, do lat 70., 80. i pokazuje walkę lekarki o życie ołowiku, która była nazywana Matką Boską Szopienicką, a Szopienice to dzielnica Katowic.
Więc skupiliśmy się tylko na historii doktor Wadowskiej-Król. Ja od razu powiedziałam, że zaczniemy to słuchowisko od takiej sceny, kiedy Dorka, dziewczynka, jedna z chorych ołowiczek z szopińskiego podwórka stoi przy brzozie i ją liże. Dlaczego ona ją liże? Trzeba było się zupełnie przestawić, bo jednak piszesz, to masz wiele słów do swojej dyspozycji i słowami stwarzasz obrazy. A tutaj trzeba było słowa ograniczyć, bo wiadomo było, że dojdzie dźwięk, że dojdzie na przykład dialog mówiony po śląsku. Już będzie wartością samą w sobie. Więc od tej strony ja się musiałam przestawić. To była moja pierwsza praca z teatrem radiowym, bo nigdy nie pisałam słuchowiska. I na przykład Maria Brzostyńska, jak napisałam określoną scenę, brała ją i mówiła: „Za dużo. Jeszcze trzeba wyrzucić kilka słów.» Więc w sumie to była nasza wspólna praca, kiedy ona mnie ciągle dopingowała, że słów jest za dużo, bo tutaj przyjdzie dźwięk, tutaj przyjdzie śpiewający kanarek, jakieś młoty czy inne świsty.
Więc zabawa przednia.
[03:39:31] - Proszę państwa, moim i państwa gościem była pani Marta Fox. Wszechstronna pisarka, poetka, eseistka, nauczycielka, bibliotekarka, autorka słuchowisk, kierowniczka literacka teatru i osoba spełniająca wiele jeszcze innych funkcji w swoim zawodowym życiu. Bardzo serdecznie dziękujemy za wspaniałą opowieść o rozterkach twórczych, o tym, jak należy postępować w twórczej pracy, o warsztacie i o zwykłych, normalnych życiowych wyborach. Państwu polecam wszystkie książki naszego gościa. Nie będę ich teraz wymieniała, bo słyszeliście państwo. Jest ich naprawdę dużo. Odwiedzajcie więc państwo biblioteki, księgarnie i pytajcie o te książki. One są nadal dostępne. Gorąco zachęcam, niezależnie od państwa wieku. Gorąco też zachęcam do odwiedzania stron pani Marty Fox zarówno na Facebooku, Instagramie czy strony autorskiej.
Wszędzie w internecie znajdziecie państwo bardzo dużo ciekawych wiadomości. A jak zdążyliście się państwo zorientować, nasz gość to naprawdę wyjątkowo ciekawa osoba i warto poznać jej pogląd na życie, na świat. Marto, bardzo ci serdecznie dziękuję za odwiedzenie literackiego „Tête-à-tête” i poświęcenie nam swojego cennego czasu. Życzę ci samych wspaniałych książek i najwspanialszych czytelników. Wiele literackich sukcesów i wspaniałego życia prywatnego. Wszystkiego, co najlepsze. Dziękuję ci bardzo.
[03:41:17] - Dziękuję bardzo, Krzysiu, bardzo dziękuję. Naprawdę miło mi się rozmawiało i dziękuję czytelnikom, którzy będą nas słuchać. O, właśnie, słuchać! To przy okazji powiem, że z książki, o której mówiliśmy, „Zołowianki”, nagrałam także audiobook, więc myślę, że w różnych bibliotekach będzie można go wysłuchać, a także może ktoś czyta na Legimi czy słucha audiobooków na Legimi. W każdym razie jestem państwu wdzięczna za to, że państwo swój czas przeznaczacie dla tego programu. Miło mi było, że zostałam do niego zaproszona. Dziękuję.
[03:41:52] - Nam również bardzo miło. Tobie, Marto i państwu życzę spokojnej nocy. Dobranoc.
[03:41:58] - Dobranoc, dziękuję.
[03:42:00] - Na koniec dzisiejszego „Bibliotekarium” zapraszam na „Piszącą z fiordami”. To już 19. odcinek naszej korespondencji z odległej wyspy, z Islandii. Tam bowiem osiadła Kamila Ciołko-Borkowska, która dzieli się z państwem swoimi pisarskimi doświadczeniami. Zaręczam, że każdy, kto o pisaniu myśli mniej lub bardziej poważnie – nie zawsze trzeba owo pisanie uczynić centrum swojego życia, czasami po prostu pisze się, bo w danym momencie ma się taką potrzebę – ale obojętnie jak jest, to z rad Kamili Ciołko-Borkowskiej zdecydowanie warto skorzystać.
[03:42:44] - Dobry wieczór, witam was wszystkich po dłuższej wakacyjnej przerwie. Mam nadzieję, że odpoczęliście. Ja zostałam zmuszona przez wszechświat do głębszego oddechu i całkowitego odpoczynku, ponieważ narzędzie pracy całkiem mi umarło i nie miałam możliwości pracować nad żadnym tekstem. Jednak ciężko pracować nad tekstem na komputerze, który nie działa. Tak więc wracam do was po totalnym odpoczynku, po odmóżdżeniu wakacyjnym, rześka, świeża i wypoczęta. Może trochę przesadzam z tym rześka, świeża i wypoczęta, ale jednak wracamy wszyscy do pracy nad naszym pisaniem. Może akurat ta audycja pomoże mi też się wziąć w garść, ponieważ jak już kiedyś wspominałam, bardzo ciężko jest zacząć pisać po dłuższej przerwie. Mam kilka rozgrzebanych projektów, mam jeden priorytetowy projekt, który muszę skończyć. I nie ukrywam, że naprawdę moja wewnętrzna umiejętność odkładania wszystkiego na później jest bardzo silna i walka z nią jest bardzo ciężka. Dlatego też myślę, że razem, wspólnymi siłami jakoś weźmiemy się w garść.
Mam taką nadzieję. Nie przeczę. Dobra, to zabieramy się do roboty. O czym chciałabym po wakacjach z wami rozmawiać? Mówić do was w sumie, bo taka audycja. Mamy już obcykane wszelkie prace nad tekstem, który tworzymy. Nie przeczę, wrócimy do tego na pewno nie raz i nie dwa, ponieważ praca nad tekstem jest pracą dla autora ciągle aktualną. Doskonalenie warsztatu jest też ciągle aktualną czynnością dla autora. Dlatego na pewno, w miarę jak będę sama edukować się w kwestii pracy nad tekstem i całej otoczki pisarskiej, będę się tym z wami dzielić tu w audycji na bieżąco. Dobra, ale skoro już mamy mniej więcej opracowane sposoby budowania postaci, opisy przyrody, dialogi i tego typu rzeczy, o których już wcześniej mówiliśmy do tej pory, to dzisiaj chciałabym zacząć od czego?
Od tego, jak przygotować tekst, który chcielibyśmy wysłać na przykład do wydawnictwa. Przypuśćmy, że mamy już ukończoną książkę o naszych bohaterach, o których już wcześniej mówiliśmy, przykładowych. I ci nasi bohaterowie są już bardzo ładnie ujęci fabularnie. Stworzyliśmy ich na pięć z plusem i wszystko jest cudownie. I teraz jak przygotować tekst, żeby wysłać do wydawnictwa? Dzisiaj nie będziemy skupiać się na całej paczce, którą będziemy wysyłać do wydawnictwa, tylko konkretnie na pliku tekstowym z naszą książką, z naszą historią, którą będziemy chcieli wysyłać. Reszta to jest temat na inną audycję. Dziś skupimy się tylko na tym tekście, który chcemy wysłać. Boże, jak ja się jąkam! I teraz tak, zaczniemy może od tego, że podstawową sprawą, o której mówię od samego początku, co jest najważniejsze i powinnam od tego zacząć, jest przede wszystkim konsekwencja.
Jeśli budujecie tekst w jakiś sposób, to róbcie to konsekwentnie, a nie Wiedźcie, że wydawca weźmie sobie wasz plik i każdy rozdział będzie zbudowany zupełnie inaczej. Każdy akapit na przykład będzie odmiennej wielkości. Każdy dialog będzie zbudowany zupełnie inaczej. Jeden od wcięcia, drugi bez wcięcia, ten z odstępem, ten bez odstępu, że na przykład myśli będą pisane w jednym rozdziale kursywą, innym tu będzie ujęty cudzysłowiem. Takie najważniejsze primo to konsekwencja. Trzymamy się jednego sposobu pisania przez całą historię, przez całą książkę, przez całą powieść, całą trylogię. Słuchajcie wszystko co macie. Jeżeli chodzi o jedną historię. Trzymacie się jednego sposobu zapisu. Jeśli postanowicie coś zmienić, musicie zmienić to w całej historii od początku do końca.
Bo to nie wygląda profesjonalnie. A jeśli wysyłamy się do wydawnictwa, wysyłamy swoją pracę do wydawnictwa, to chcemy, żeby wydawca patrzył na nas jak na profesjonalistę. Chce nas wydać, bo jesteśmy niesamowici w tym, co robimy, więc musimy też pokazać, że to, co napisaliśmy jest po prostu rewelacyjne. Tak po prostu. Na sześć z plusem, nawet na siedem z plusem. Jeśli mamy skalę jeden-pięć, siedem z plusem to jest w sam raz. Dobra, mamy już wszystko jednakowo, wszystko pięknie, ładnie zrobione. I teraz dobrze jest, od razu już wam powiem, pisać Timesem, bo najczęściej wydawnictwa, zawsze wydawnictwa chcą plik tekstowy w Timesie. Dobrze jest od razu wam powiem też używać rozmiaru czcionki dwunastki. To jest taka optymalna wielkość czcionki.
Nie spotkałam się jeszcze z wydawnictwem, które wymagałoby innej wielkości. To zazwyczaj jest dwunastka. Zazwyczaj jest też interlinia półtora albo jeden piętnaście. Tutaj spotkałam się z różnymi wersjami, bo niektórzy chcą jeden piętnaście, niektórzy chcą półtora. Jednak nawet jeżeli wybierzecie jedną albo drugą wersję, tak jak mówiłam wcześniej, ważna jest konsekwencja. Przy interlinii dość łatwo jest poprawić całość, bo tylko się zaznacza i klika i jest wszystko zrobione. Tak więc w tym przypadku będzie niewiele roboty, ale dobrze jest trzymać się tego konkretnego sposobu pisania i jak się zaczyna pisać, to już tym samym sposobem. Zwłaszcza jeśli piszecie jak ja, że każdy rozdział w oddzielnym pliku i później wszystko razem łączycie, to dobrze jest każdy plik mieć tak samo napisany, potem jak się wkleja, to jednak wychodzą takie wielkie babole, że każdy rozdział wygląda zupełnie inaczej i to jest potem bardzo trudne do poprawiania. Jeżeli chodzi o wielkość czcionki, rodzaj czcionki czy interlinię to zaznacz wszystko i zmień, to nie ma problemu, ale z pozostałymi rzeczami jednak będzie już większy problem. Jeśli robicie tak jak ja, że piszecie każdy rozdział czy epizod, czy scenę w oddzielnym pliku i potem to sklejacie, bo jeżeli piszecie już od samego początku, to bardzo rzadko już się ustawienia w międzyczasie zmieniają.
Chyba, że macie zwariowany komputer. Miałam kiedyś taki komputer, który notabene potrafił mi sam z siebie-- ja nie wiem, co to było, chyba nawiedzony był. Sam z siebie potrafił mi zmienić z Timesa na Ariala czcionkę i okazywało się, że pisałam od któregoś momentu na Arialu. Nie wiem, czy ja coś klikałam, czy on sam. Nie, ja nie wiem. To jakiś musiał być nawiedzony komputer albo ja miałam jakieś tajemnicze zdolności, bo później przy pozostałych już jakichś sprzętach, przy których korzystałam, takie rzeczy mi się nie zdarzały. Tak więc nie ogarniam tego okresu w moim pisarskim życiu. Ale to wtedy jeszcze były czasy, kiedy pisałam prace zaliczeniowe na studia i moje pisanie jeszcze wisiało na kołku odwieszone. Więc to był taki komputer dość buntowniczy. No ale dobra, wracając do naszego tematu, o którym mówiliśmy, czyli konsekwencja.
Już powiedziałam. Powiedziałam o wielkości, powiedziałam o czcionce, powiedziałam o interlinii. I teraz co dalej? Jeśli macie tekst już napisany ciągiem, to nie musicie go sklejać. Nie musicie bawić się w usuwanie podwójnych enterów i takich dupereli, bo jak się skleja tekst z całości, to potem różne dziwne rzeczy wychodzą. Dlatego trzeba potem tego pilnować. Jest taka ikonka specjalna na Wordzie, takie odwrócone P śmieszne i jak się je kliknie, to widać wszystkie jakieś na przykład podwójne entery, które nam się gdzieś tam pojawiły, które trzeba byłoby usunąć, bo one nie są potrzebne. One tylko psują wizualnie efekt naszej powieści. Bo nie oszukujmy się, jeżeli wydawca zobaczy niechlujnie napisany tekst, to on nie będzie chciał go wydawać, bo dla niego to znaczy, że będzie bardzo dużo pracy dla jego zespołu. A im więcej pracy dla zespołu, to tym więcej pieniędzy włożonych w wydanie książki.
A nikt nie chce inwestować więcej w książkę debiutanta na przykład. Podejrzewam, że tej audycji nie słucha żaden z rozchwytywanych autorów, bardziej osoby, które dopiero się uczą pisania. Niechlujny tekst jest jak niechlujne ubranie, nie zachęca do nawiązywania dalszej znajomości. Fakt, że artysta zazwyczaj ma swój styl ubierania i się więcej wybacza artyście nawet ten niechlujny wygląd. Ale jeśli artysta przychodzi na ważne spotkanie z wydawcą i jest niechlujnie ubrany, to ten wydawca nie będzie chciał z nim rozmawiać. Chociaż dzisiaj, nie przeczę, akceptacja tego typu zachowań jest większa. Niechlujny tekst jest jak niechlujne przedstawienie się przyszłemu pracodawcy. To znaczy, że nam nie zależy, a nam bardzo zależy i chcemy to bardzo mocno pokazać. Dlatego staramy się, jeżeli sklejamy tekst z tych elementów składowych, bo jeśli mamy cały folder plików, to dobrze jest nie pomieszać ich przede wszystkim tak, żeby one były wklejone w odpowiedniej kolejności. Bo jeśli wydawca będzie czytał tą książkę, to dobrze, żeby on widział, że to ma sens.
Ręce, nogi i że to jest historia, która jest logicznie połączona w całość. Dlatego ważne jest sprawdzić, jak posklejaliście tą historię, czy to jest wszystko tak, jak powinno być. Dobra, czyli mamy już posklejane, pousuwane mamy podwójne entery. Dalej pracujemy przy użyciu tego odwróconego P. Ponieważ poza podwójnymi enterami ważne jest, żeby sprawdzić, czy nie mamy jakichś podwójnych spacji. To jest bardzo istotne. Ewentualnie czy nie mamy na przykład spacji, kropka, spacji. Bo jak wiemy, nigdy nie stawiamy spacji przed kropką, tylko za kropką. To jest podstawa taka konkretna i broń cię Panie Boże, żeby taki babol się pojawił w tekście. I dobrze jest też zerknąć przy użyciu właśnie tego odwróconego P.
Nie wiem, jak to się profesjonalnie nazywa, bo nie wiem, ale to jest takie odwrócone P. I ono nam pokaże, czy mamy właśnie te podwójne spacje. I teraz musimy kliknąć. Po prawej stronie w Wordzie mamy ikonkę z lornetką – znajdź i musimy sprawdzić. Klikamy sobie te dwa razy spację i znajdujemy w tekście, ile my tych spacji mamy. Jeśli nie mamy żadnej, to oklaski na stojąco ode mnie. Owacja na stojąco, bo ja nie potrafię tak napisać tekstu, żeby nie było ani jednej podwójnej spacji. Jeśli ich nie ma, przechodzicie dalej. Sami sobie klepiecie się po ramionkach z radością, popijacie herbatki i idziecie dalej z poprawkami. Jeśli natomiast jakieś, jeżeli tekst jest długi, to powiedzmy, że będzie ich z 20, 40.
Zamiast szukać ręcznie, klikacie na następną ikonkę pod spodem, czyli zamień. To jest bardzo łatwe. Jest ikonka znajdź, klikamy dwa razy spację pod spodem zamień na jedną spację, zamień wszystko. Pięknie, z automatu zrobi się nam samo. Nie musimy ręcznie przeglądać wszystkich spacji podwójnych. Tak samo robimy, kiedy chcemy sprawdzić, czy mamy gdzieś spację, kropka, spację. Czyli klikamy tak: spacja, kropka, zamień tylko na kropkę i nam się pokaże. Jeżeli też nie macie to ja wam wstanę i poklaszczę naprawdę z radością, bo w moim przypadku zawsze się tego pojawiało naprawdę bardzo dużo. Tak samo jak podwójnych enterów masakryczna, duża ilość i tego typu rzeczy. Bo wiecie, w moim przypadku, jeżeli ja sklejam tekst z drobnych plików, które mam ponumerowanych, bo one są zawsze ponumerowane u mnie w folderach, to zawsze jakaś się tam podwójna, podwójny enter jakiś tam się zawsze załapie albo jakiś podział strony mi się jeszcze też załapie, broń cię Panie Boże.
Nie wysyłamy z podziałem stron też tekstu, ponieważ zrobimy więcej pracy redaktorowi, który będzie pracował na tym tekście, a nie chcemy dawać komuś pracy więcej niż to konieczne. Zresztą jeżeli oddamy tekst z książki, która będzie naprawdę wielką cegłą i w trakcie książki pojawią się dwa, trzy podziały stron, to nie wygląda profesjonalnie. A jak już powiedziałam wcześniej, chcemy wyglądać na profesjonalistów, bo jako autor, nawet jako początkujący chcemy oddać najlepszą wersję naszej pracy, żeby pokazać, że jesteśmy warci. Nasz tekst jest warty tej pracy, którą wydawca włoży w jego wydanie. Dlatego ja jestem za tym, żeby wysyłać wydawcy tekst już dopracowany, poprawiony w najlepszej wersji. Nie zawsze się uda, bo broń cię Panie Boże, autor sam nie jest w stanie wypatrzeć wszystkich baboli, wszystkich podwójnych literek, czegokolwiek. Bo nie wszystko Word podkreśla, nie wszystko wyłapie oko. I ja nie mówię, że trzeba wysyłać idealny tekst. Trzeba wysłać tekst Jak najlepszy, dopracowany przez nas. Tylko też nie do przesady, bo można książkę latami poprawiać i nic z tego naprawdę nie będzie.
Trzeba w końcu powiedzieć sobie dość. To jest jednak najlepsza wersja, bo przedobrzyć też bardzo łatwo. Przedobrzyć bardzo łatwo i wtedy jest jak z takim kiczowatym strojem na przykład, że mamy za dużo wszystkiego na sobie, jakichś błyskotek, cekinów i innych dupereli, frędzli, jakichś kolorów, form i czego tam jeszcze. Tak samo jest z ciastem. Jeśli przedobrzymy z ozdobami, to będzie wyglądał niezbyt atrakcyjnie. Tak samo z makijażem. Jak te dorysowane brwi, kreski jakieś, czy linia bronzera nierozdarta dobrze. Jeżeli przesadzimy ze wszystkim, to nic nie będzie wyglądało poprawnie i profesjonalnie. Dlatego w którymś momencie trzeba powiedzieć stop, wysłać na przykład tekst do beta czytelnika. Jeśli beta czytelnik powie: „To jest dobre”, to już nie poprawiać, chociaż samemu się widzi jakieś babole, wysłać i tyle.
Najpierw poprawić jeszcze zgodnie z wytycznymi od wydawnictwa. O tym właśnie dzisiaj rozmawiamy. Dobra, czyli mamy już kolejne sprawy dotknięte. Nie formatujemy tego tekstu tak, jakbyśmy chcieli na przykład pracę sami wydrukować. Bo jeżeli pamiętamy prace, które się przygotowywało do oddania w szkole, na studiach czy gdziekolwiek indziej, to musiały być już prace pięknie sformatowane. Musieliśmy prace pozbawić wszystkich sierot, wdów, wszystkich tego typu rzeczy, czyli tych pojedynczych literek, które są na końcu, które nie wyglądają dobrze, typu z, i albo coś takiego. Najczęściej się je po prostu usuwało, przesuwając do następnej linijki. Broń cię, Panie Boże, ja zrobiłam ten błąd w „Marysi” dopiero później, w mojej pierwszej książce, którą wysyłałam do wydawnictwa. Chciałam ją dopracować i przepracowałam ją, zmarnowałam masę czasu. Dopiero później trafiłam na jakieś warsztaty.
Już nawet nie pamiętam, co to były za warsztaty. Warsztaty, czy tylko to były jakieś spotkania internetowe. Już teraz nie pamiętam, co to było. W każdym razie jakiś autor, już teraz nie pamiętam też który autor, bo ja tego masę oglądałam, radził właśnie tak jak teraz, jak ma wyglądać tekst gotowy do wysłania. I on tam właśnie też poruszył tę sprawę, żeby nie formatować tego tekstu w taki sam sposób jak tekstu, który chcemy już oddać. Na przykład jak pracę naukową, którą drukujemy, jak pracę magisterską, licencjacką czy coś takiego, czy pracę nawet zaliczeniową jakąś, którą już oddajemy nauczycielowi, żeby on ją sobie sprawdził. Nie. Zostawiamy wszystkie te środki, wszystko to zostawiamy tak, jak jest, ponieważ w momencie, kiedy będziemy nad tekstem jeszcze pracować, to ułożenie tych wszystkich znaków się zmieni, ponieważ tu coś się wyrzuci, tam coś się dopisze, tu coś się zmieni i ten cały wizualny, przez nas ładnie dopracowany ład wizualny ulegnie zakłóceniu. I to, że my chcieliśmy, żeby to ładnie wyglądało, jak wyślemy, to później popsuje masę czasu. Poświęci na to redaktor czy korektor — bardziej redaktor — żeby to poprawić, żeby to potem jakoś wyglądało.
Tak więc jak już mówiłam, nie chcemy na pewno nikomu robić więcej roboty, więcej pracy. I przy okazji my marnujemy masę czasu, bo żeby pousuwać te wszystkie środy, to trzeba Enter, spacja, usuń. To po prostu jest masa roboty. Dlatego oszczędźmy i sobie czasu, i wydawnictwu masę czasu. Zostawmy to, jak jest, bo to się jeszcze wszystko naprawdę pozmienia i bez sensu jest po prostu zmieniać to. Bo to bez sensu. Z własnego doświadczenia wam mówię, że to jest po prostu bez sensu. Drugą książkę wysłałam już tak, jak uznałam. Zobaczyłam, poprawiłam, dostałam poprawki od beta czytelników, nałożyłam poprawki i wysłałam. I to już była wersja bez tego siedzenia godzinami nad tymi sierotami i wdowami, bo już byłam mądrzejsza.
Dlatego nie popełniajcie mojego błędu i zostawcie to, jak jest po prostu. Przejdźcie do następnej rzeczy, która jest na checkliście do przygotowania tekstu do wydawnictwa. I dobrze jest, jeśli ten tekst też jest ciągiem, przynajmniej moim zdaniem. Jeśli to jest ciągiem. Chyba że to są wiersze, bo wiersze na przykład już wysyłam do wydawnictwa, każdy wiersz na oddzielnej stronie, z tym podziałem strony, bo to już jest zupełnie inna bajka. Poezję się wydaje zupełnie inaczej niż prozę i w tym przypadku jeśli Utwór jest krótki i jeśli nie zajmuje całej strony, to wtedy dobrze jest wstawić podział strony, żeby nam się te wiersze nie poplątały, bo to wizualnie ładniej wygląda, jeśli czytelnik może zerknąć jeden wiersz na jednej stronie i sobie okiem objąć jeden krótki utwór. Jeśli natomiast utwór jest dłuższy na dwie strony, to też jest dobrze, żeby je oddzielić. Właśnie z tego samego powodu, żeby było to bardziej czytelne. Jeśli natomiast piszemy prozę, to dobrze jest, jeśli wysyłamy do wydawnictwa już to wszystko ciągiem, bo później wydawca to jakoś sobie uzgodni z nami. Czy chcemy, żeby to było ciągiem, czy chcemy, żeby nowy rozdział zaczynał się od nowej strony.
Zdecydowanie łatwiej tak pracować niż potem usuwać za każdym razem i poprawiać więcej. Ale to mówię, to jest tylko i wyłącznie w tym przypadku moja opinia. Tego nie usłyszałam nigdzie, to sobie sama wydedukowałam z moich własnych prywatnych edukacji warsztatowych. Plik, o tym zapomniałam, powinnam była powiedzieć na samym początku. Wysyłamy plik w Wordzie. O ile czujecie się bezpieczniej wysyłając w PDF, bo to wasz tekst, masa pracy i tak dalej, ale jednak ciężko jest wprowadzać zmiany do pliku w PDF. Ciężko się później pracuje na tym. Bo w pliku Word bardzo łatwo wprowadzić potem uwagi. Z boku jest akapit, na akapicie pojawiają się uwagi, które redaktor nam wpisuje i które są do przedyskutowania z autorem. My też możemy te uwagi wpisywać.
To bardzo ułatwia współpracę i dialog z wydawnictwem, z redaktorem, ale w pliku PDF już takiej łatwości nie ma. Najczęściej wydawcy mają na swoich stronach informację, że proszą o wysyłanie pliku Word, a nie PDF. I ja wam powiem, że dobrze jest już od samego początku wysyłać plik w Wordzie, nie w PDF. Jeśli wydawca byłby na tyle nieuczciwy i by sobie przywłaszczył waszą pracę, to od tego są sądy, bo jest autor, macie udowodnione, to jest wasza praca i nikt nie może wam jej ukraść, ponieważ już jako autor macie prawo, to jest wasze prawo autorskie. Wy jesteście autorami, ale to już też nie na teraz dyskusja. Dla ułatwienia współpracy jednak lepiej wysłać w Wordzie, żeby ta współpraca miała miejsce, lepiej jednak wysłać plik w Wordzie. Dobra, czyli mamy już tak mniej więcej. Zdaje mi się, że to, co chciałam wam powiedzieć, wszystko już zostało tutaj zawarte. Zerknę jeszcze tylko w moje magiczne notatki. Aha, tak.
Jeszcze starajmy się unikać przenoszenia wyrazów. Zostawmy to już automatycznie programowi, w którym piszemy. Niech on automatycznie sam przenosi. Nie przenośmy tak jak się pisze w zeszytach, przez dzielenie wyrazów na sylaby i że część wyrazu jest w jednej linijce, reszta na dole w drugiej linijce. Tego brońcie, Panie Boże, nie róbmy. Tekst wysyłamy w kolorze czarnym. To jest logiczne, ale może komuś przyjdzie do głowy, żeby wysyłać w różowym czy czerwonym. Nie, wysyłamy w kolorze czarnym. Jeśli mamy jakieś uwagi do tekstu, które chcemy wydawcy przekazać, to już w późniejszych etapach współpracy między redaktorem. Ale możemy zostawić jakiś komentarz, jak wcześniej wspominałam, że jest sobie miejsce na komentarze i tam można je umieszczać.
Ale starajmy się tego może nie robić i wyślijmy po prostu ładnie zrobiony tekst wydawcy, a na komentarze będzie miejsce później, podczas współpracy z redaktorem. Unikajmy podkreślania jakichś fragmentów poprzez podkreślenie, poprzez pochylenie, poprzez zmianę koloru czy cokolwiek innego. Tego nie róbmy. Starajmy się tak to wysłać, jakbyśmy chcieli, żeby to już zostało wydane, tylko bez tych wszystkich poprawek, o których wcześniej mówiłam. Tak, żeby to ładnie wizualnie wyglądało. Czy coś jeszcze? Czekajcie, zerknę jeszcze sobie na moją magię. Wszystko już, co miałam powiedzieć, powiedziałam wam. Dlatego teraz mogę wam życzyć powodzenia w poprawkach. Wysyłajcie swoje teksty dopracowane, piękne i idealne.
Wydawajcie swoje książki. Życzę wam też idealnych kontaktów z redaktorami i wydawnictwami, żeby wszystkie chciały wydawać wasze książki. A teraz mówię wam wszystkim już dobranoc i do usłyszenia przy następnym spotkaniu. Dobranoc.
[04:11:41] - I to już, proszę państwa, koniec naszego dzisiejszego spotkania. Kolejne „Bibliotekarium 2.0” dobiega końca. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę miłego weekendu, jesiennego, ale niech będzie wspaniały. Ludzie z fantazją, ludzie czytający książki i oglądający filmy podobno nigdy się nie nudzą. No więc wspaniałego weekendu, wspaniałego tygodnia i mam nadzieję spotykamy się za tydzień w kolejnym „Bibliotekarium”. Pięknie jeszcze raz państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy. Do usłyszenia.
[04:12:17] - A mówi do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.