Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to co? Startujemy z kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:33] - Dzień dobry, wieczór państwu. Zastanawiałem się jak zacząć. No to zacznę od tego, co mnie najbardziej boli. A boli mnie gardło. To pierwsze jesienne przeziębienie. Witajcie. Witajcie jesienią. No cóż, mam nadzieję, że nie brzmię zbyt basowo, bo ilekroć ja mam coś z gardłem, to mi się tak głos mocno obniża, a później słuchacze mówią, że jakichś filtrów używam. Nie, nie, proszę państwa, to jest filtr naturalny, jak najbardziej biologiczny. Po prostu coś tam się do gardła dostało.
[01:09] - Ale Marku, ja ci powiem, że podobno — z tego, co przynajmniej ja słyszałem — to pewna grupa społeczna słuchaczy, a konkretnie kobiety, bardzo lubi niskie głosy.
[01:20] - Niech będzie. Jestem za i nawet nie jestem przeciw. Także wszystko okej. Jedziemy z sto czwartym odcinkiem Bibliotekarium 2.0. Dzisiaj czeka nas kawał naprawdę dobrej prozy. Prozy, o której już państwo słyszeli. Ale dzisiaj, proszę państwa, będzie odsłona, nazwijmy to, audiobookowa. Szczegóły za chwilę. Zacznijmy bardzo tradycyjnie od polecanych. Dzisiaj wydawnictwo Czwarta Strona i zapowiedzi wydawnicze.
Dziesiątego października tego roku ukaże się nowa powieść Przemysława Żarskiego. Tytuł tej powieści „Pogorzelisko”. Cóż możemy przeczytać w notce wydawniczej? Nad ranem na dziedzińcu kamienicy za klubem ginie Grzegorz Ignaczak. Biorąc pod uwagę trudną przeszłość mężczyzny, lista jego wrogów jest długa. Który z nich zdecydował się pociągnąć za spust? No i dlaczego to zrobił? Podkomisarz Aleksandra Lazar zjawia się na miejscu zdarzenia, by zmierzyć się z kolejną sprawą. Jednocześnie myślami krąży wokół dramatycznej historii własnej rodziny. Noc, która zmieniła jej życie, wciąż kryje w sobie wiele tajemnic.
Czy po latach uda się rozwiązać tę zagadkę? A może bezpieczniej nie rozgrzebywać przeszłości i pozwolić jej na zawsze pozostać w ukryciu? „Pogorzelisko” to historia pełna niepokoju i trudnych wyborów, opowieść o ludzkich słabościach, poczuciu odrzucenia i relacjach, które poddawane próbom kruszą się i obumierają bezpowrotnie. No tak, proszę państwa, to jest pierwsza z dzisiejszych polecanek. Książka Przemysława Żarskiego „Pogorzelisko”. Przypomnę, że ukaże się dziewiątego października. Tego samego dnia na rynku wydawniczym pojawi się książka zatytułowana „Księgi zapomnianych żyć”. Autorką tej pozycji jest Bridget Collins, a przełożyła ją na język polski Joanna Wołyńska. Zapowiedź jest dosyć krótka, ale treściwa. Wyobraź sobie świat, w którym książki są zakazane, a ich czytanie jest uważane za zbrodnię.
Wyobraź sobie świat, w którym każde złe wspomnienie i nawet największa rozpacz mogą zostać całkowicie wymazane z pamięci. Wyobraź sobie świat, w którym możesz ukryć każdą krzywdę i niegodziwość, jakich kiedykolwiek się dopuściłeś. Te światy są ze sobą nierozerwalnie połączone. Wszystko przez oprawców. To, proszę państwa, intrygująca zapowiedź książki Bridget Collins „Księgi zapomnianych żyć”. Przypomnę w przekładzie Joanny Wołyńskiej. A teraz, proszę państwa, tak, bo to już koniec propozycji Czwartej Strony, propozycji wydawniczych, ale nie koniec propozycji lekturowych. Zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. No bo do kiosków... Czy teraz są kioski, proszę państwa?
Znikają. Po prostu znikają. Więc do miejsc, w których dystrybuowana jest prasa trafił bowiem nowy numer państwa, mam nadzieję, ulubionego miesięcznika Nieznany Świat. Zapraszam. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[04:57] - Witam, witam.
[04:59] - Zaczynamy omówienie kolejnego numeru Nieznanego Świata. Tak niedawno było lato, a tu już numer październikowy i tradycyjnie w Wśród nowości niezwykle ciekawe rzeczy. Jedną z tych ciekawych, chociaż, dobrze, powiem o co chodzi. Jedną z tych ciekawych rzeczy jest język cudów i cud komunikacji między gatunkami. To jest rozmowa z Amelią. Jak się wymawia to nazwisko, Piotrze?
[05:33] - Po mojemu to Kinkaid. I chyba przy tym zostaniemy. Rzeczywiście jest to taki gwóźdź numeru, ale zanim do tego przejdziemy, to ja powiem tylko tyle, że Nieznany Świat dostępny jest także w wersji elektronicznej. Link do niej znajdziecie w opisie. Możecie go na papierze dostać na stanowiskach z prasą, w marketach na przykład, ale też w salonikach prasowych. Zawsze też istnieje możliwość zamówienia numeru i nowego, i archiwalnych na www.nieznany.pl. Ale wspomniałeś o tej Amelii Kinkaid. To jest pisarka, specjalistka od porozumiewania się ze zwierzętami, ale nie tylko z psami i kotami. Ogólnie ze wszystkimi zwierzętami. Oprócz tego zajmuje się ona działalnością ekologiczną oraz psychotroniczną, mediumiczną.
I w tym kompleksowym wywiadzie przeprowadzonym przez Annę Ostrzycką dowiadujemy się wiele o metodach pracy pani Amelii, o istocie komunikacji ze zwierzętami, także tymi dzikimi, i to bardzo dzikimi. I na przykład o tym, czy każdy ma do tego predyspozycje.
[06:42] - Kolejnym ciekawym materiałem jest materiał w dziale Kronika Akashy.
[06:49] - Tak, tutaj mamy wspomnienie bardzo ciekawej sprawy, która rozgrzała, że tak powiem, internet i blogosferę. Chodzi o śmierć Amy Eskrich. To była córka byłego inżyniera NASA, który przepracował kilkadziesiąt lat w Amerykańskiej Agencji Kosmicznej i ona założyła sobie w mieście Huntsville w Alabamie Instytut Nauk Egzotycznych. To była taka organizacja, która się skupiała na najnowszych technologiach. Tych, które są ukrywane przed ludźmi, które są realizowane, rozbudowywane czasem w ramach tajnych, czarnych projektów, tak zwanych. Ta Amy Eskrich zmarła dwa lata temu w bardzo dziwnych okolicznościach. Możliwe, że zaszła za skórę wielu zbyt wpływowym osobom i organizacjom, mówiąc wprost o ukrywaniu niektórych technologii i odkryć, które tak naprawdę, gdyby były dostępne dla wszystkich, to popchnęłyby nas w rozwoju albo też zlikwidowały wiele problemów, z jakimi się nasza cywilizacja musi mierzyć. Co ciekawe, nie była to jedyna osoba z tego miasta, z Huntsville, tego samego miasta, gdzie po wojnie osadzono niemieckich inżynierów i nie była to jedyna osoba z tego miasta, która zginęła w dziwnych okolicznościach, wcześniej zajmując się tematyką nowoczesnych, często tajnych technologii.
[08:09] - Niezwykle zainteresował mnie artykuł Igora Witkowskiego. On wychodzi od zjawiska, które w Polsce jest jednak nieznane, a w każdym razie marginalne, czyli to, co w Stanach Zjednoczonych jest z kolei na porządku dziennym, czyli telekaznodzieje. I jeden z tych telekaznodziei przywidział, miał przynajmniej przywidzieć zamach na Donalda Trumpa. I temu zjawisku, temu wydarzeniu przygląda się Igor Witkowski.
[08:43] - Powiem ci, że nie wiem, czy zjawisko telekaznodziejów nie jest w Polsce znane. U nas są już internetowi kaznodzieje, bo mówimy o denominacjach protestanckich. Natomiast Igor Witkowski w swoim artykule analizuje rzekomo trafne przepowiednie wygłoszone przez protrumpowskiego, trumpistycznego, nawet nie wiem, jak to powiedzieć, telepastora Brandona Briggsa, który miał ponoć z dużą trafnością przewidzieć zamach na Donalda Trumpa. Pamiętamy, co się wtedy wydarzyło. Briggs przepowiedział nie tylko to. Dodał, że Trump zostanie wybrany na drugą kadencję, ale bardzo szybko będzie musiał zmierzyć się z potężnym załamaniem gospodarczym, jeszcze większym niż wielki kryzys. To przewiduje Brandon Briggs. Pastor powiedział, że w tej swojej wizji widział Trumpa szlochającego w gabinecie w Białym Domu. Cóż, czy Briggs mówi prawdę, czy się myli? Wolałbym, żeby się mylił, ale mniej więcej za kilka tygodni się o tym wszystkim przekonamy.
Dodam tylko, że to, co mówi Briggs na temat Trumpa, to nie jest najdziwniejsza forma wypowiedzi czy wsparcia duchowego, jakiego udzielają temu politykowi amerykańscy protestanccy duchowni.
[10:06] - A ja państwu proponuję w tej chwili krótką podróż w czasie. Mamy rok 1988. Grupa pracowników z Zakładu Chirurgii Drzew w Prudniku pod kierownictwem Andrzeja Skupa przeprowadziła wtedy prace pielęgnacyjno-konserwatorskie na grupie starych dębów, bodajże 16, które rosły na wzgórzu w miejscowym parku pałacowym. I to jest początek historii Która bardzo pobudziła miejscowych i nie tylko miejscowych.
[10:48] - Tak, to jest kolejny artykuł pana Piotra Bajko o tajemnicach Białowieży, szczególnie w tym wypadku Parku Pałacowego. To niezwykle ciekawa sprawa, kolejna związana z tym miejscem. Opowieść zaczyna się tak, jak wspomniałeś, ale potem mamy ciąg dalszy, bardzo specyficzny. Pojawia się bowiem cudowny, jak niektórzy myśleli, wizerunek na ściętym konarze tego dębu. Sprawa jednak szybko posuwa się znacznie dalej. Otóż na miejsce ściągają radiesteści, jasnowidze. Przeprowadza się eksperymenty z udziałem sensytwów. Okazuje się, że to miejsce wcale nie jest takie dobroczynne, że jest tam cmentarz. Działa to wszystko na sensytwów nie do końca pozytywnie. Media i ekstrasensi, którzy się tam pojawiają, twierdzą, że to miejsce jakby opanowuje, przejmuje ich psychikę, próbuje nimi zawładnąć.
Nie chcą nawet powtarzać eksperymentów, nie chcą brać w tym udziału. Skąd te dziwne zjawiska się tam brały? Z czym się mogły wiązać? O tym przeczytacie we wspomnianym artykule. Ja tylko dodam, że w październikowym numerze „Nieznanego Świata” także fascynujący artykuł na temat pogody na innych planetach, z podkreśleniem ekstremalnych przypadków i przykładów. W numerze również dr Kościelny pisze o obłędzie rewolucji, dr Mira Czarnowska o pułapkach nieintencjonalnej hipnozy. To oczywiście jedne z wielu tematów. Jeżeli jesteście zainteresowani numerem, szukajcie go na stanowiskach z prasą, ale przypominam też o opcji zakupu wydania elektronicznego. Musicie sięgnąć do opisu audycji. Tam będzie link, który was przekieruje.
W sprzedaży są też dostępne wydania archiwalne w papierze, jak i część wydań archiwalnych w formacie E.
[12:46] - Proszę państwa, nadszedł czas na literaturę. Jakiś czas temu gościliśmy w audycji Bogusława Raca. Mówiliśmy o książce „Przypadki Grenziego Bardocka”. Dzisiaj mam dla państwa niespodziankę: audiobookową wersję tej książki. Niecałą oczywiście, 45 minut, ale naprawdę we wspaniałym wykonaniu, brawurowym. Aktor Eugeniusz Żyski to jest człowiek o magicznym głosie. Ja z państwem za chwilę poplotkuję, jak magiczny jest to głos. W każdym razie muszę powiedzieć, że kiedy mój szef usłyszał ten głos, to skojarzył mu się on z mistrzami audiobookowego rzemiosła. I coś na rzeczy jest. A teraz obiecana ploteczka.
Kiedyś miałem spotkanie autorskie i doszedłem do wniosku, że dobrze by było, gdyby fragmenty prozy na tym spotkaniu ktoś przeczytał. Ale organizator rozłożył ręce, że niestety nikogo takiego nie ma. I wtedy podjąłem decyzję, jak to się mówi, rewolwerową. Zrzekłem się połowy swojego honorarium autorskiego za spotkanie, byleby tylko za tę połowę ściągnięto pana Eugeniusza Żyskiego i żeby fragmenty mojej prozy przeczytał. Zaręczam państwu, że było warto. Publiczność, ludzie zgromadzeni na spotkaniu byli oczarowani i ja nie wiem, czy oni byli oczarowani moją prozą, ale interpretacją Eugeniusza Żyskiego oczarowani byli z całą pewnością. Zapraszam, bo nie ma nic gorszego niż zagadywać dobrą literaturę. Więc zapraszam na „Przypadki Grenziego Bardocka” autorstwa Bogusława Raca.
[14:56] - Bogusław Rac. „Przypadki Grenziego Bardocka”. Profesor Vanabe był postacią nietuzinkową, można by nawet rzec osobliwą. Niezwykły był też oddźwięk jego działań i to, jak mocno potrafił inspirować ludzi wokół siebie. Nie dotyczyło to wyłącznie osób z jego bliskiego otoczenia. Kult, o którym mówiło się głośno przez wiele lat, powstał na skutek jego wizjonerskich teorii oraz naukowych dokonań. Prześledzenie historii życia profesora Vanabe i jego sukcesów na polu neurochirurgii eksperymentalnej połączonej z zagadnieniami techniki cyfrowej to fascynujące doświadczenie, które może wiele wyjaśniać na temat mechanizmów powstawania kultów religijnych oraz podwalin wszelkich sekt. Zaczęło się dość banalnie. Do małej miejscowości położonej niedaleko Gertalt przybył człowiek nazwany przez miejscowych „ten zza góry”. Niepozornej postury, w nieodłącznym kapeluszu z dużym rondem, w ubraniu, które nie mieściło się w żadnym kanonie obowiązującej aktualnie mody, wyróżniał się na tle tej nudnej okolicy oraz jej pospolitych mieszkańców.
Przez pierwszych kilka miesięcy od osiedlenia się w rejonie zwanym później Wannabe Church nie rzucał się w oczy. Spotykano go w zasadzie wyłącznie podczas cotygodniowych zakupów w jedynym miejscowym sklepie. Sytuacja prowokowała do snucia domysłów i teorii na temat tego, kim jest, skąd przybył i czym się zajmuje w swojej samotni za górą. Taki stan tajemniczości i zawieszenia trwał aż do pamiętnej zimy stulecia. Kilka tygodni po nadejściu niezwykle niskich temperatur oraz katastrofalnych opadów śniegu wydarzyło się coś, co miało mieć kluczowe znaczenie dla Wannabe Church i nie tylko. Tajemniczy mieszkaniec samotni nie był widziany w sklepie już od ponad miesiąca. Ludzie zaczęli szeptać między sobą, prześcigając się w domysłach na temat tego, co się z nim stało. Doszli do wniosku, że trzeba wysłać kogoś, aby sprawdził, czy wszystko u niego w porządku. Nie było łatwo o chętnego do wykonania tego zadania. Ludzie z prowincji są z natury nieufni i zabobonni, a w tym przypadku wiele wskazywało na to, że sytuacja nie jest całkowicie normalna.
Dodatkowo samotnika oraz jego posiadłość otaczała aura niesamowitości. W tego typu społecznościach, jak w soczewce skupiały się różne przywary, a jedną z nich była potrzeba posiadania bohaterów i ofiar. Można by powiedzieć, że potrzebowali do życia zarówno świata realnego, jak i jakiejś tajemniczej historii lub postaci. Ta sytuacja idealnie odpowiadała na ów imperatyw. Dlatego straszono przybyszem niegrzeczne dzieciaki lub obarczano go winą za wszelkie nieszczęścia spadające na mieszkańców. Traktowano go jak średniowieczną czarownicę. „Jako przedstawiciel starszyzny wioski oświadczam, że nie możemy pozostawić tej sprawy bez wyjaśnienia.” Wysoki, barczysty mężczyzna o ogorzałej twarzy przemawiał do ludzi zgromadzonych w świetlicy. „Kto jest chętny, aby zbadać, co dzieje się u przybysza zza gór?” Zapadło milczenie, jak to bywa na większości zebrań w momencie poszukiwania ochotników. „Czy nikt nie chce przysłużyć się naszej wiosce?” „Ja pójdę.” Podróż nie trwała długo. Szli pieszo całkowicie zasypaną polną drogą, zostawiając za sobą ślady po rakietach śnieżnych.
Obydwaj mężczyźni byli w podeszłym wieku, wędrowali więc powoli, można by rzec z pewną powagą, jakby uczestniczyli w procesji. W połowie drogi minęli zapomniany i zaniedbany cmentarz, który składał się z kilkunastu nieoznaczonych grobów. Nikt nigdy nie dochodził, skąd się tutaj wzięły i czyje są to miejsca pochówku, gdyż wieś miała swój cmentarz przy dawnym kościele. Po blisko dwóch godzinach wędrówki ich oczom ukazała się nieduża chata oraz jeszcze mniejsze zabudowania gospodarcze. W oknach było ciemno, a śnieg wokół zabudowań wyglądał na nienaruszony. Nie było też widać zwałów świadczących o tym, że ktokolwiek w ostatnim czasie tu odśnieżał. Prawdopodobnie nikt nie wychodził z chaty od co najmniej kilkunastu dni. Zanim dobrze przeanalizowali sytuację, znaleźli się tuż przed drzwiami wejściowymi. Mardel zapukał lekko. „Hej!
Jest tam kto?” Gdy nikt mu nie odpowiedział, ponowił pukanie, ale tym razem znacznie mocniej. „Halo, proszę się odezwać.” Mardel nie ustępował, ale w jego głosie nie było słychać wiary w to, że uzyska jakąkolwiek odpowiedź. Stali w milczeniu przed zamkniętymi drzwiami, nie wiedząc, co robić. Śnieg przestał padać, zerwał się lekki wiatr, a mroźne powietrze było teraz bardziej dokuczliwe i potęgowało ich zniecierpliwienie. Spojrzeli po sobie pytająco. „Źle to wygląda” — odezwał się Mardel. „Może leży tam w środku i potrzebuje pomocy?” — zasugerował Jerdelu. Mardel pokiwał głową. „Obejdźmy chatę w koło” — zakomenderował. Podeszli do pierwszego okna po prawej stronie drzwi.
Było całkowicie zasłonięte. Przeszli więc do następnego. To samo. Kolejne również nie pozwoliło zajrzeć im do środka. Wreszcie trafili na takie, w którym zasłony nie były do końca dociągnięte i pozostała szczelina. Jerdelu skierował tam snop światła. Mniej więcej na środku pomieszczenia stał duży drewniany stół z metalowymi okuciami, a na nim leżały jakieś skrzynki z wyświetlaczami przypominające przyrządy pomiarowe. Brakowało tylko probówek i innych naczyń do eksperymentów chemicznych, a byłby to kompletny obraz laboratorium. Zamiast nich kłębiło się mnóstwo przewodów i połączonych ze sobą układów, jakby żywcem powyjmowanych z nowoczesnych komputerów, tylko w kilkukrotnie większej skali. Jerdelu i Mardel nie mieli pojęcia, co tak naprawdę zobaczyli.
Mimo wszystko wydawało im się to dziwne i niepokojące. Postanowili wejść do środka, wyważając drzwi albo wybijając szybę w jednym z okien. Wszystko jedno jak. Ale teraz już nie mogli się wysuwać. Sforsowanie okna, przez które zerkali do wewnątrz, nie sprawiło im większego problemu i po chwili znaleźli się w środku. Światło latarki wyraźnie oświetlało kontury przedmiotów, a ten sposób oświetlenia dodawał grozy temu, co zobaczyli. Nieopodal stołu spostrzegli ludzką głowę z otwartą od góry czaszką. Przez dłuższą chwilę stali w ciszy absolutnie nieruchomo. Kiedy Mardel skierował latarkę w to samo miejsce, spojrzeli na siebie porozumiewawczo i zaczęli z wolna zbliżać się do głowy zamocowanej na czymś w rodzaju statywu. Co to, u licha Chryste Panie?
Mardel odezwał się pierwszy, wyrzucając z siebie część napięcia. Nie wiem, ale nie podoba mi się to. Chodźmy stąd. Cofnij się i uspokój. Mardel podszedł na odległość kroku. Światło latarki przemieszczało się po obserwowanym obiekcie to w górę, to w dół. To nie jest prawdziwa głowa. To plastik albo jakieś inne cholerstwo. Ale co się strachu najadłem, to moje. Zamknij się choć na chwilę.
Poszukaj lepiej włącznika. Trzeba przeszukać pozostałe pomieszczenia. A z latarką to nie robota. Jest włącznik, ale nie działa. Cholera jasna. W pomieszczeniu znajdowały się półki zapełnione książkami. Przy łóżku stała lampa. W samym centrum znajdował się duży stół. Światła latarki przesuwały się po blacie, błądząc po obudowach ustawionych na nim przyrządów. Niektóre łączyły się ze sobą przewodami o różnych kolorach oraz grubościach, jednak większość stała swobodnie.
Promień światła padł na ścianę, na której widniał duży napis. Białe litery stylizowane na gotyk kontrastowały z ciemną ścianą. Nie masz duszy. Jesteś duszą. Masz ciało. Przybysze spojrzeli pobieżnie na napis, ale nie rozumiejąc jego sensu, wrócili do przeszukiwania pomieszczenia. Ich uwagę przykuła znacznej grubości książka, która leżała na blacie pomiędzy obudowami urządzeń. Pierwszy zauważył ją Mardel i przeczuwając, że może być ważnym ogniwem tej dziwnie zapowiadającej się historii, sięgnął po nią niepewnie. Na skórzanej, wytartej okładce widniał identyczny napis, jak ten na ścianie. Nie masz duszy.
Jesteś duszą. Masz ciało. Autor Ichiro Vanabe. Spojrzał na litery na ścianie i porównał oba teksty. W międzyczasie Jerdelu przeszukiwał regał z jakimiś elementami, kablami, rupieciami, nie wiedząc do czego mogłyby służyć i czym tak naprawdę są. Szybko się zniechęcił i podszedł do Mardela stojącego z otwartą książką w rękach. Ten nagle zatrzasnął okładkę i spojrzał na kompana. Zabieramy to i znikamy stąd. Mam przeczucie, że to coś ważnego. Tym razem wyszli przez drzwi wcześniej zamykając okno z wybitą szybą.
Otwór zapchali ręcznikiem znalezionym na oparciu jednego z krzeseł w świętym laboratorium, bo od tego dnia tak nazywano to miejsce. Niestety, panie Bardok. Grom z jasnego nieba. Tak, to było coś w tym rodzaju. Niepokój wymieszany z dziwnym, chłodnym lękiem narastał. Dlaczego ja? Dlaczego właśnie teraz? Czy to prawda? Przecież wydawało się, że wszystko jest w porządku. Trzeba to usunąć jak najszybciej.
Łagodny głos doktora Zry wcale nie działał kojąco. Czy to jest to, o czym myślę, doktorze? Bardzo możliwe. Trzeba usunąć i zbadać. Podam panu kontakt do chirurga. Dziwne uczucie chłodu, lęku i izolacji od świata zewnętrznego. Twarz Zry wydawała się jedynie tłem w tej scenie zbyt surrealistyczna, aby być prawdziwą. A jednak. Co mam robić? Kogoś powiadomić?
Ale kogo, skoro od dawna tak naprawdę żyję sam? No prawie sam. A moje plany? Wszystko się skończy? Jak to? Zdziwiła mnie tak szybka reakcja mózgu na złe informacje. Jakiś automat błyskawicznie zmienił moją pozycję wobec świata i było to silniejsze od mej woli. Próbowałem wyrwać się z bieżącego nurtu i myśleć pozytywnie, ale bez skutku. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Doktor Zry pożegnał mnie uściskiem dłoni.
Prywatna opieka lekarska ma kilka zalet. Jedną z ważniejszych jest to, że pacjent bywa klientem, a nie tylko petentem, który zawraca głowę. Wychodząc z budynku przychodni poczułem wilgotny, chłodny podmuch wiatru. Jeden, a potem drugi. Nie zwracałem uwagi na krople deszczu, które zaczęły bombardować mnie, padając prawie poziomo. Nie był to zwykły szpital miejski. Widok, który zobaczyłem po przebudzeniu sprawiał dość dziwne wrażenie. Wirtualny panel sterowania przykrywał ogromny podłużny monitor niczym zmyślna pajęczyna. Ekran owego monitora wyświetlacza rozciągał się na długości całej ściany. Architektura wnętrza była minimalistyczna, a przy tym niezwykle dopracowana.
Żadnych niepotrzebnych elementów, okien, uskoków czy wnęk. Na powierzchni gładkiej, jakby szklanej białej ściany ujrzałem swoje odbicie. Półleżałem na czymś w rodzaju ogromnego futurystycznego fotela dentystycznego. Obraz powoli wyostrzał się i do mych uszu zaczynały docierać pierwsze dźwięki otoczenia. Przebijały się z trudem, jakby przez gęstą mgłę. Zgadza się pan na transmisję? Słyszy mnie pan? To był Zry. Nie mogłem się odnaleźć w czasie i przestrzeni. Fajnie tutaj, ale co ja tu właściwie robię?
Widziałem sylwetki kilku postaci stojących wzdłuż mojego łoża. Rozpoznałem wśród nich doktora Zry. Na transmisję? No, pytam pana ostatni raz w pana starej powłoce, że tak się wyrażę. Chodzi o transmisję, o której rozmawialiśmy. Zapomniał pan, co pan tu robi i dlaczego się z panem spotykamy w tych okolicznościach? Nieokreślony, dziwny chłód powrócił. Tak, to o to chodzi. Nadal czułem się nieswojo, jakby oddalony i wyobcowany. No i ta wszechobecna technika oraz dziwnie umundurowani ludzie z doktorem Zry na czele.
Przypomniałem sobie o ostatniej woli. Spisałem ją w końcu, czy nie, do cholery? Ktoś kiedyś stwierdził, że człowiek nie jest ciałem i ma duszę, lecz jest duszą i ma ciało. A jakież to wygodne! W pewnym sensie uwalnia od najgorszych lęków i jest jakimś pocieszeniem nawet dla mnie, agnostyka. W mojej sytuacji aż prosiło się o szukanie jakiegokolwiek oparcia w zjawiskach niewidzialnych, magicznych i pozanaukowych. Celowo nie używam określenia paranormalnych, ponieważ słowo to kojarzy mi się niezmiennie z bandą idiotów lub oszustów, którzy zbijają kapitał na ludzkich słabościach intelektualnych czy życiowych potrzebach. W gruncie rzeczy, czy to ważne, co będzie ze mną po śmierci? Mam nadzieję, że nic. Jeśli okaże się, że istnieje piekło i mnie tam skazano, to jednak będzie niewesoło.
A niebo? Nie chcę śpiewać w anielskim chórze przez całą wieczność. Co za bzdury. Co się ze mną dzieje? Czyżby zaaplikowano mi jakieś psychotropy? Zbyt dużo pytań, a odpowiedzi nie widać na horyzoncie. Muszę się wyrwać z tej matni i z widów. Muszę. Czekamy tylko na pańską zgodę na zabieg. Jeżeli zgadza się pan, to proszę intensywnie pomyśleć: zgadzam się, a system to odczyta i zapamięta.
Będzie to równoznaczne z podpisem. Zry wydawał się lekko zaniepokojony ciągłym zawieszeniem mojej decyzji. Transmisja. Transmisja. Tak! Przecież sam o to zabiegałem, gdy okazało się, że to jedyna droga do przedłużenia mojego ja. Trudno coś takiego nazwać zwykłym kontynuowaniem żywota przez człowieka, ale Zrobiłem. Czy jest to już w systemie? Upewniłem się. Tak, dziękujemy.
Na jutro planujemy transmisję. Dawca, a właściwie biorca już jest. W tej chwili kończy się operacja wszczepienia L-Braina biorcy. Po sformatowaniu będzie gotowy na przyjęcie danych z pańskiego mózgu. L-Brain? Co to takiego, doktorze? To pana nowy mózg. To znaczy komputer, który przejmie wszystkie dane stanowiące o pana tożsamości oraz całym istnieniu. Od jutra będzie funkcjonował jako nowy mózg. Ciekawa nazwa L-Brain.
Choć niezbyt wyszukana, to na jej brzmienie momentalnie wyobraziłem sobie minikomputer w kształcie ludzkiego mózgu i przypomniałem sobie fragmenty opowieści Zry na temat tego kluczowego organu i całego przedsięwzięcia medyczno-informatycznego. Doktor wraz z profesorem Crankiem rozwodzili się nad technicznymi i medycznymi aspektami zabiegu. Crank był światowej sławy specjalistą w dziedzinie informatyki humanoidalnej. Rozpływali się nad nowatorskimi rozwiązaniami, które pozwolą na wykonanie milowego kroku na drodze do nieśmiertelności człowieka. Crank opisywał dwa sposoby na przedłużenie ludzkiego życia. Pierwszy to transmisja danych z mózgu umierającego do wersji L-Braina będącego poza ciałem. Nazywał to żartobliwie człowiek-serwer. Słuchałem tego z zaciekawieniem, ale i lekkim zażenowaniem, ponieważ wywody profesora wydawały mi się zbyt odhumanizowane, a sposób wyrażania myśli mógł świadczyć o pewnych skłonnościach do wpadania w obsesje. Człowiek-serwer był pozbawiony ciała w ludzkim rozumieniu. Żył jako mózg wypełniony świadomością czasu przeszłego.
Jego czas jakby się zatrzymał. Odczuwał istnienie jako bagaż przebytych doświadczeń, wspomnień, uczuć i bólu. Nie było już dla niego czasu teraźniejszego ani przyszłego. Trwał w stanie zawieszenia, a może pewnego rodzaju nirwany. Nie odczuwał żadnych potrzeb, więc nie miał uczucia ich niespełnienia. Można by pomyśleć, że w takim razie męczyły go koszmary z przeszłości, takie jak ból, choroby, śmierć bliskich czy porażki miłosne i fakt, że niczego już nie mógł naprawić. Nic z tych rzeczy. Dzięki staraniom zespołu naukowców pod kierownictwem profesora Cranka problem ten w zasadzie całkowicie wyeliminowano. Wykorzystano znany mechanizm psychologiczny polegający na stopniowym wymazywaniu złych wspomnień z pamięci człowieka. Ten mechanizm obronny został jednak wzmocniony poprzez modyfikację systemu operacyjnego oraz selektywny dobór parametrów wartościowania pamięci.
W zrozumieniu istoty działania opisywanych systemów pomagała mi wiedza nabyta w pracy zawodowej. Nie wiem tylko, czy dla mnie to lepiej, czy jednak gorzej. Drugi wariant nieśmiertelności polegał na istotnym, nazwijmy to, rozwinięciu opisanej powyżej metody. I tutaj włączał się do całego przedsięwzięcia doktor Zry. Otóż komputer z zainstalowanym systemem operacyjnym oraz danymi skopiowanymi z mózgu, obudowany w bryłę przypominającą kształtem ludzki mózg, instalowany był w czaszce osobnika znajdującego się w stanie śmierci klinicznej. Żywe, zdrowe ciało z uszkodzonym lub prawie obumarłym mózgiem wykorzystywano do ponownego uruchomienia z zainstalowanym L-Brainem. Szczegółowe aspekty projektu owiane były tajemnicą. Myliłby się ten, kto myślałby, że to operacja dostępna dla każdego śmiertelnika znajdującego się w podobnej sytuacji jak moja. Naukowcy oraz lekarze opuścili pomieszczenie, w którym znajdowało się moje łoże à la fotel dentystyczny. Wyłączony monitor oraz pozostałe części systemu przestały robić wrażenie dziwnej instalacji elektronicznej i stały się elementem wystroju wnętrza.
Pozostawiony sam sobie pogrążyłem się w rozmyślaniach. Za kilka dni przeniosę się do nowego ciała. Nie miałem pojęcia, jak wygląda moja nowa powłoka, moje nowe ja. Był to element umowy związanej z projektem transmisji. Chodziło o to, abym nie uprzedzał się do nowego ciała, w którym miałem spędzić być może kolejne kilkadziesiąt lat. Dzięki osiągnięciom nauki przewidywanie daty śmierci w przypadkach ostatniej fazy życia osób nieuleczalnie chorych stało się niezwykle precyzyjne. Moja miała nastąpić jutro o 19:45. Dlatego pozostało niewiele czasu na transmisję. A co z moim obecnym ja, tym cielesnym? Zrobiło mi się jakoś dziwnie.
Przypomniały mi się słowa Zry. Utylizacja. Obrzydliwe słowo, nie ma co. Doktor Zry wypowiedział je równie lekko, jak na przykład modernizacja czy publikacja. Dla mnie utylizacja znaczy po prostu unicestwienie i to w sposób absolutnie odhumanizowany, który można porównać do pozbycia się starej, niepotrzebnej lodówki. A przecież to moje ciało, to ja. W długim, wąskim, dobrze oświetlonym korytarzu słychać było pośpieszne kroki. Zry wyłonił się zza zakrętu i zdecydowanym ruchem otworzył pierwsze drzwi po prawej stronie. W pomieszczeniu, do którego wszedł, znajdowało się kilka osób znanych mu z projektu L Brain Transmission. On żyje - powiedział Zry, prawie krzycząc.
Kto? Bardock II. Wiem, że transmisja się udała - odparł Krank, uśmiechając się z nieukrywaną satysfakcją. Pierwszy też żyje - powiedział gwałtownie Zry. Nastała absolutna cisza, jakby ktoś jednym ruchem wyłączył zasilanie w najgorszym z możliwych momentów. Twórcza atmosfera oraz aura sukcesu, które jeszcze przed chwilą unosiły się nad zebranym gremium, znikły, a ich miejsce zajęła konsternacja, powoli przechodząca w grozę. Jak to? Żyje? Niemożliwe. Program analizujący określił datę i godzinę przyszłego zgonu.
Jeszcze nigdy nie wykonał błędnych wskazań. Jak to możliwe? - zastanawiał się na głos Krank. Właśnie wracam z sali odejść w bloku utylizacyjnym centrum E.T. - Zry uspokajał się, a wzburzenie ustępowało przerażeniu. Transmisja oraz wszczepienie mózgu udały się, a pierwszy nie umarł. To znaczy, że jest ich dwóch? - upewnił się Ichiru Wanabe. Wanabe pracował przy projekcie od samego początku i był uznawany za autora generalnej koncepcji E.T. W niektórych kręgach uważany za wielkiego uczonego, w innych wręcz szarlatana.
Krążyły plotki, że gdzieś założono sektę, w której postać wzorowana na jego osobie była przedmiotem mistycznego kultu. Nikt jednak do tej pory nie potwierdził tego faktu. O jakichkolwiek dowodach nie wspominając. Wanabe od dawna myślał o podobnym projekcie, a raczej metodzie przedłużenia życia w nieskończoność. Jak sam stwierdził w jednym z wywiadów dla International Science Magazine, pierwszym impulsem była sentencja, którą usłyszał od pewnego mistyka, przypisywana zresztą później niejakiemu Louisowi. Sentencje mają często wielu autorów i nie wiadomo, czy wynika to z nieuczciwości niektórych mędrców, czy też pewni ludzie tak bardzo utożsamiają się z zasłyszalnymi mądrościami, iż z czasem uznają je za własne. Myśl ta brzmiała tak: You don't have a soul. You are the soul. You have a body. Wanabe nie był osobą, na której mistyka i zjawiska paranormalne robiły większe wrażenie.
W młodości uczestniczył w kościelnych nabożeństwach, ale traktował to raczej jako kontynuację narodowej czy też rodzinnej tradycji. W wieku 33 lat zaprzestał uczestnictwa w tego typu rytuałach. Ważne wydarzenia rodzinne były jedyną okazją, przy jakiej odwiedzał przybytki kultu religijnego i były to najczęściej cmentarze. Wtedy, kiedy usłyszał słowa o byciu duszą i posiadaniu ciała, w jego głowie zaiskrzyła idea, że to może być wskazówka do znalezienia drogi ku nieśmiertelności. Nie chodziło mu o nieśmiertelność duszy zmierzającej do nieba czy też w inne zaświaty. Obce mu były również wyobrażenia o duchach krążących wokół żywych i dających jakieś sygnały czy nie daj Boże straszących dzieci i stare panny po nocach. Chodziło mu o nieśmiertelność realną, fizyczną. W końcu podobno komórki ciała człowieka wymieniają się co siedem lat. To dlaczego by nie wymienić całego ciała w jednym momencie? Krawędź zbliżała się z każdym krokiem.
Szedł spokojnie, powoli stawiając stopy na pylistym gruncie, a zmniejszone ciążenie sprawiało, że niemal płynął nad powierzchnią. Korzenie okolicznych drzew wiły się ku niebu niczym splątane ze sobą węże. Wiedział, że od pewnego czasu wszystko, co go otacza, jest odwrotnością. Myśli, które jeszcze przed chwilą rodziły się w jego skołatanej głowie, znikały, a jego postrzeganie szło wstecz. Nawet drzewa rosły korzeniami w górę, a gałęzie z liśćmi tkwiły głęboko w gruncie. Nie wiedział, dlaczego to wszystko dzieje się w ten sposób, ale czuł, że jeszcze niedawno było inaczej. Czarne słońce kontrastowało ze złocistym, rozświetlonym niebem, niebo zaś, niczym ogromny rozgrzany promiennik, otaczało wszystko intensywnym światłem. Dziwił się, że nie czuje się oślepiony. Nigdzie nie dało się dostrzec wzgórz, tylko na równinie widniały zacienione miejsca. Przecież nic nie rzuca cienia.
Tak, nie ma gór, ale za to są rozpadliny i olbrzymie wąwozy. Pewnie wodospady płyną tam do góry. Nawet nie wydało mu się to specjalnie dziwne. W końcu życie w odwrotności nie jest takie skomplikowane. Panie Bardock nadal nie reaguje na impulsacje. Skąd u człowieka takie silne pragnienie poznania absolutu? Czy Bóg jest czy nie? Czy istnieje życie po? I tym podobne zagadnienia dla młodzieżowych klubów fantastyki i futurologii. Zasłyszał lub wyczytał prawdopodobnie wiele lat temu pewne wyjaśnienie tej nieposkromionej chęci uzyskania jednoznacznych odpowiedzi na temat wszystkich nieogarnialnych prawd i zasad funkcjonowania wszechświata i wszechrzeczy.
Prawdopodobnie to nieodparte pragnienie wyjaśnienia otaczających człowieka zjawisk wywodzi się z czasów troglodytów, kiedy to nasi praprzodkowie w chwilach zagrożeń potrzebowali niezwłocznej odpowiedzi na wszelkie sygnały pochodzące z otoczenia, co miało im pozwalać na dobór i zastosowanie odpowiednich mechanizmów obronnych. Jakaś logika w tym jest, ale czy to znowu nie nieposkromiona i niepokorna potrzeba wyjaśnienia wszechrzeczy jest powodem jej powstania? Błędne koło. Weźmy choćby na warsztat Najwyższego. Od zawsze część ludzi otwarcie, a niektórzy w skrótowości zadają fundamentalne pytania typu: jak Bóg mógł pozwolić na takie zło? Czy to możliwe, że On istnieje, skoro na świecie jest tak-- nie kończę, bo to śmieszne wręcz i do zrzygania nudne. Może sprawa jest banalnie prosta, a tylko my ludzie tak ją komplikujemy. W założeniu religii monoteistycznych, takich jak judaizm czy chrześcijaństwo, Najwyższy przedstawiony jest jako twór o nieograniczonych możliwościach, nieśmiertelny oraz nieskończenie dobry. Wystarczy nieco zmodyfikować te podstawowe założenia i wszystko zaczyna nabierać większego sensu. Gdyby na przykład nie był wcale dobry wobec nas, ludzi, a jego celem byłoby zupełnie coś innego niż zbawienie i zapewnienie życia wiecznego człowiekowi.
A może Bóg w ogóle nie ma celu i na tym polega jego absolut? Lepiej, prawda? Może robi wokół nas gnój i obserwuje, jak się mordujemy, chorujemy, a dzieci umierają z głodu. Drugi przypadek jest łagodniejszy dla niego. Wystarczy wyobrazić sobie, że Stwórca nie jest lub nie był doskonały. Tak jak człowiek, będąc twórcą czegokolwiek, nie jest doskonały z założenia, a więc i jego wytwór może mieć wady. Prawdopodobnie wpadłem właśnie w pułapkę potrzeby wyjaśnienia wszechrzeczy. Błędne koło. Dość tego. Przechodzimy do fazy awaryjnej.
Przerwać wybudzanie. Zastosujemy wariant trzeci. Słabe punktowe światło gwałtownie się powiększyło, więc mocniej zacisnął powieki. Nie pomogło. Światło było jak sztylet przebijający pancerz. Bardock nie wiedział, że jest tym, którego już teoretycznie nie ma, a w zasadzie miał nie być. Wbrew prognozom nie umarł. „Dzień dobry” — usłyszał. Autorem powitania była najprawdopodobniej postać pochylona nad jego łóżkiem. Wyglądała trochę jak zjawa.
Postać wyprostowała się, zanim zdążył zareagować. „Witam pana wśród Żywych, drogi panie. Jak się czujemy?
[53:11] - My?
[53:13] - Kolejny dowód dobrego zdrowia. Poczucie humoru to naprawdę świetny prognostyk. Profesor Wanabe uśmiechnął się lekko. Nie krył zadowolenia z reakcji niedoszłego nieboszczyka. Nie powiedział tego głośno, lecz zaistniała sytuacja niezwykle go nakręcała, a wręcz podniecała i jego instynkt naukowca zaczynał wygrywać z racjonalnym myśleniem. Wiedział, że z tego musi wyniknąć coś niezwykłego, czego nie dokonał do tej pory nikt, nawet doktor Frankenstein. Ambicje wręcz pożerały go od środka. Nie znosił ograniczeń, nawet takich jak możliwości technologiczne czy bariery finansowe. O wątpliwościach moralnych nie wspominając. Co go to wszystko obchodzi, skoro od naukowca i nauki w ogóle oczekuje się odkryć i dążenia do poznawania lub tworzenia rzeczy nowych.
Funkcje życiowe pana organizmu, ale i samopoczucie wskazują, że doszło do niezrozumiałego dla nauki cofnięcia choroby — referował Zry. — Wszystkie jej symptomy zniknęły w ciągu zaledwie dwóch godzin od rozpoczęcia. Proszę odpoczywać. Pielęgniarka zaopiekuje się panem, a gdy nabierze pan sił, to wrócimy do naszej rozmowy. Do zobaczenia niebawem. Bardock został sam. Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu kamer. Nie było tu niczego poza ogromnych rozmiarów wyświetlaczem zawieszonym w polu widzenia leżącego na łóżku pacjenta. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy i z jakiego powodu znalazł się w szpitalu. O jakiej oni mówili śmiertelnej chorobie?
Tak naprawdę to nie wiadomo, co z tym wszystkim zrobić, drodzy panowie. Krank mówił spokojnie, głosem człowieka ważącego każde słowo. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji przemawiał, rozglądając się po twarzach zebranych naukowców. Profesorze Wanabe, czy mógłby pan na początek zreferować sytuację tak, jak pan to widzi z perspektywy twórcy programu L-Brain Transmission? Niemal jednocześnie sześć par oczu skierowało się na wywołanego przez Kranka naukowca. Napięcie udzieliło się wszystkim, z wyjątkiem profesora Wanabe, sprawiającego wrażenie zadowolonego z faktu, iż znalazł się nagle w centrum zainteresowania. Niełatwo w świecie tak wykształconych ludzi wybić się ponad ogół, ale jemu najwyraźniej się to udawało. Nie była to tym razem jego bezpośrednia zasługa, lecz wynik niekontrolowanego przebiegu procesu nowatorskiej transmisji danych z ludzkiego mózgu. Dobre i to, pomyślał. Szanowni koledzy, stało się coś nieoczekiwanego dla nas wszystkich i sytuacja jest nadzwyczajna.
To zapewne będzie wymagało również nadzwyczajnych decyzji i zupełnie nowej procedury postępowania — zaczął Wanabe. Proszę bez zbędnych wstępów, profesorze, nie mamy czasu na kurtuazję — przerwał Krank. Wszedł mi pan w słowo w momencie, kiedy przechodziłem do konkretów — rzekł Wanabe, kierując wzrok na prowadzącego spotkanie. Powiem najbardziej dobitnie i ściśle na temat zaistniałej sytuacji. Tak. Otóż jest dwóch Bardocków z tą samą zawartością mózgów, ale w różnych ciałach. Wiem, że stajemy w obliczu poważnych dylematów etycznych, ale spójrzmy na to z naukowego punktu widzenia. Wszak jesteśmy przedstawicielami nauki właśnie. Czyż to nie jest fascynujące? Obserwujemy początek istnienia dwóch mózgów z tą samą zawartością początkową, o tych samych dotychczasowych doświadczeniach życiowych, zasobie wiedzy, uczuciach, nieszczęśliwych przeżyciach oraz tych, które pozostawiły przyjemne, a nawet i wzniosłe wspomnienia.
Profesorze Wanabe, czy pan oderwał się na chwilę od rzeczywistości? Jak może pan pomijać kwestie etyczne? Jak? Tak, wiem. Jako ludzie nauki i zarazem lekarze jesteśmy ograniczeni pewnymi zasadami moralnymi w postępowaniu wobec pacjenta. Ale- Nie ma ale, profesorze, jakie znowu ale? — zaprotestował gwałtownie doktor Zry. W takim razie czekam na panów opinie. Ja powiedziałem, co miałem do powiedzenia. Pozwolę sobie zapytać, czy mamy jednego z nich utylizować, czy może-- Nie dokończył, ponieważ drzwi sali konferencyjnej gwałtownie się otworzyły i ujrzeli w nich pracownika ochrony, którego twarz nie pozostawiała złudzeń.
Wydarzyło się coś niedobrego. Nie ma go. Nie ma pacjenta z sali 548 76 23. Nazywa się Bardock. Grenzie Bardock — powiedział drżącym głosem. — Wszystko wskazuje na to, że oddalił się, a detektory namierzające nie działają, jakby je coś odłączyło lub ktoś. Zapadła cisza, którą zakłócał jedynie delikatny szum pochodzący z wszechobecnych instalacji.
[59:57] - Były to przypadki Grenziego Bardocka. Autor Bogusław Rac. Książka ukazała się w wydawnictwie Bibliotekarium w 2022 roku. Interpretacja Eugeniusz Żyski. Audiobook nagrano w sierpniu 2024 roku. Muzyka i dźwięki: autor. Wykorzystano fragmenty kompozycji Heavens and Hell według koncepcji Mirosława Rogali. Wykonanie Bogusław Rac gitara oraz Jennifer Guo Beimay mezzosopran. Rejestracja lektora, miks całości oraz mastering Mirosław Worobiej.
[01:00:52] - I jak się państwu podobało? Ja w dalszym ciągu uważam, że głos Eugeniusza Żyskiego jest magiczny. Ale my podążajmy dalej. Przed nami Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj rozmawiamy o serialu Mroczna materia. Dzień dobry wieczór Piotrze. Zaczynamy Filmotekarium. Filmotekarium serialowe.
[01:01:21] - Tak, chyba ostatnie w tym sezonie. Ostatnie w te, jakby nie było wakacje. Jakby to zacząć? To jest serial, który mi poleciłeś, żeby go obejrzeć, bo jest dobry. I się nie myliłeś. Co za serial, powiem. Rzadko się zdarza i przychodzi mi się wypowiadać w tej materii tak entuzjastycznie. Wiecie dlaczego? Nie będę się powtarzał, ale Dark Matter, czyli Ciemna materia, serial stworzony przez Blake'a Croucha na podstawie jego powieści, to jest coś, co warto zobaczyć. Warto zobaczyć, chociaż oczywiście nie jest tak, że nie ma mankamentów.
Do nich przejdziemy. To jest produkcja science fiction skupiona wokół skrzyni, tajemniczego wynalazku opracowanego przez genialnego fizyka Jasona Dissena. Ale to jest dopiero jeden z wątków tej historii, bo głównym bohaterem jest co prawda Jason, ale inny. Jason z innej rzeczywistości. Taki, jakby to ująć, szafandułowaty nauczyciel, który wiedzie sobie spokojne życie w Chicago u boku żony i syna. Ten spokój zostaje przerwany, gdy okazuje się, że jest porwany. Zostaje uprowadzony do obskurnej hali gdzieś w dzielnicy przemysłowej. No i właśnie wszystko się zaczyna. Jason się budzi. Ten nasz Jason, nauczyciel szafanduła, się budzi w świecie, którego nie poznaje, ale jego tam poznają.
To jest ciekawe. Jest tam w dodatku kimś ważnym, ale on się strasznie miota. Szybko się okazuje, że jest kimś, kto skądś wrócił, na kogo czekano i że bierze udział w eksperymencie ze skrzynią.
[01:03:02] - Ja wykorzystam okazję i zaproszę państwa do poszperania na kanale Wehikuł Wyobraźni i próbę znalezienia filmu, podcastu zatytułowanego Wszechświaty Everetta. To jest dobry punkt wyjścia do oglądania serialu, o którym dzisiaj będziemy rozmawiać. Więcej po prostu będziecie państwo rozumieli. Oczywiście można nie skorzystać z tej propozycji i też będziecie państwo rozumieli. Po prostu będzie łatwiej z tą podbudową o wszechświatach Everetta. W tym serialu Everetta nie wymienia się, ale garściami czerpie się z dorobku Everetta i z tego, o czym on mówił, bo on mówił o czymś takim... Trzeba by rozpocząć wykład z fizyki. To nie, to ja rezygnuję. Chodzi o to, że pojawia się w tym serialu pojęcie superpozycji. To jest taki stan w świecie mikro, w świecie kwantowym, w którym dana cząsteczka może być jednocześnie tu i tam, może być jednocześnie szybka i wolna.
I to tak naprawdę przeczy zdrowemu rozsądkowi. To przeczy naszemu doświadczeniu ze świata makro i w ogóle człowiek ma wtedy wrażenie, kiedy wypowiada nawet te rzeczy, że coś jest szybkie i wolne jednocześnie, że to jest jednak szaleństwo. Okazuje się, że ta superpozycja odnoszona do stanów mikro, do stanów kwantowych, nikt ze współczesnych fizyków nie wyobraża sobie, żeby to przenieść na świat makro. W świecie dużym, takim, w którym my się poruszamy i dosyć dobrze orientujemy, moneta spada albo na orła, albo na reszkę. Nie może spaść jednocześnie na orła i na reszkę. To tak, żeby wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. W serialu, o którym dzisiaj rozmawiamy, pojawia się tajemnicza skrzynia, o której wspomniał Piotr. To jest miejsce, gdzie ciało ludzkie, a więc obiekt makro, może wpaść w stan superpozycji. A jakie jest znaczenie tego stanu? Otóż Everett mówił, że w momencie, kiedy cząsteczka jest w stanie superpozycji, to kiedy zaczynamamy wprowadzać obserwatora, zaczynamy patrzeć, co tam się właściwie zdarzyło, to w tym momencie świat się rozdwaja albo roztraja, albo dzieli na tyle różnych wersji, ile potrzeba, żeby zaistniały wszystkie możliwości, które mogą zaistnieć.
A zatem każde działanie powoduje pączkowanie wszechświatów. To jest dobry punkt wyjścia w tym wielkim pudle, w tym wielkim czymś, co jest ustawione w hali gdzieś na obrzeżach Chicago. Tam się dzieją cuda. Te cuda z tym, że nagle można być w wielu światach jednocześnie, że superpozycja jest możliwa. Ja państwa przepraszam za ten dosyć przydługi wykład i tak lepiej on wypadnie we wspomnianym podcaście o wszechświatach Everetta. Ale teraz mamy niezłą podbudowę, żeby troszeczkę państwu pospoilerować o serialu.
[01:06:30] - Tak. Ja myślę, że możemy się dzisiaj pokusić o to, żeby coś powiedzieć, bo nie da się mówić o tym serialu bez spoilerów. Dobrze, że wspomniałeś o tym Everetcie, bo rzeczywiście nie pada nam wzmianka o nim, ale na tym ten serial polega, że czerpie się z koncepcji, którą stworzył. To pączkowanie wszechświatów widzimy, Jasonowanie wszechświatów, zaraz o tym powiemy. Zakończyłem na tym, że główny bohater, jeden z głównych bohaterów, bo tak naprawdę bohater jest jeden, tylko są jego różne wersje główne, budzi się w tym innym świecie. Ten Safanduła trafia do świata, gdzie jest bogaty, gdzie jest ceniony. Czego chcieć więcej? Okazuje się jednak, że chce życia rodzinnego, które zostawił i oni tam w tym świecie alternatywnym wiedzą, w sumie orientują się po pewnym czasie, że on nie jest tym, kim być powinien. Dzięki pomocy swojej partnerki z innej rzeczywistości, Jason nauczyciel wyrusza na poszukiwanie swojej prawdziwej rzeczywistości. Przy czym okazuje się to bardzo niełatwe, a nawet prawie niemożliwe, bo kiedy wychodzi się ze skrzyni i nie ma się szczęścia, można utknąć w którymś z równoległych światów.
Tutaj mamy kilka myków zastosowanych, bo to nie jest tak, że skrzynia Marku jest superurządzeniem. Do tego jest potrzebny jeszcze pewien specyfik, który dostraja świadomość ludzką w taki sposób, że ona jest sobie w stanie istniejące wszędzie obok miliony wersji naszej rzeczywistości wyobrazić, uzmysłowić. I czyni to w ten sposób, że człowiek przebywający w skrzyni doznaje nagle czegoś w rodzaju, chyba można tak powiedzieć, wizji, w czasie której otwiera drzwi do różnych wariantów swojego życia również. Przy czym są one bardzo różne i co się okaże, w tym serialu można modulować w pewien sposób to, co za tymi drzwiami się znajdzie.
[01:08:37] - Po zażyciu specyfiku widzi się niekończący, dosłownie niekończący się korytarz po obu stronach drzwi. Uchylenie tych drzwi to jest właśnie droga do kolejnego świata. Zaraz na początku okazuje się, że uchylenie tych drzwi czasami może okazać się bardzo niebezpieczne. Doświadczają tego bohaterowie. Wychodzą z tego w miarę bez szwanku, ale to nam pięknie pokazuje, jak różne mogą być rzeczywistości, które wychodzą z tego samego punktu początkowego. Tak, mogą być różne, ale w pewnym momencie bohaterowie odkrywają, że nie są skazani tylko i wyłącznie na ślepe otwieranie drzwi i szukanie owych rzeczywistości. To jest o tyle dobre dla nich, że ten preparat, kapsułki, te zasobniki z tym preparatem, jest ich ograniczona ilość, a drzwi jest nieskończona ilość. Widać w perspektywie ten korytarz się nie kończy ani w jedną, ani w drugą stronę. Szanse na znalezienie tej jednej jedynej rzeczywistości, o którą chodzi, nie są za duże. I w pewnym momencie bohaterowie odkrywają, jak to należy zrobić.
To wbrew pozorom nie jest takie proste, bo odkrycie sposobu nie jest jednoznaczne z tym, że natychmiast jest sukces. Trzeba się również tego nauczyć, ale powoli się ci bohaterowie uczą. A poza tym fajne jest to w tym serialu, że przeplatane są relacje tego, jak nazwałeś nauczyciela Safanduły, relacje o nim i relacje o jego alter ego, które przejęło jego życie. Warto powiedzieć, dlaczego je przejęło. Otóż tam jest bardzo prosta historia wyjściowa, o której musimy powiedzieć. Otóż ten Safanduła nauczyciel ma żonę, która była dobrze zapowiadającą się artystką, plastyczką, ale oboje z czegoś w życiu zrezygnowali i tworzą kochającą się rodzinę. Taką rodzinę, która może nie opływa w dostatki, może nie jest tak, że mogą sobie pozwolić na wszystko, ale są szczęśliwi. Są ze sobą i kochają się. I nagle ten Safanduła, ten nauczyciel zostaje tego pozbawiony. Przychodzi inny facet, równie zafascynowany.
Niby ten sam, ale nie ten sam. Równie zafascynowany swoją żoną, a nawet bardziej zafascynowany, bo w swoim świecie to małżeństwo nigdy nie zaistniało. Ten przebojowy gość wybrał naukę i mówiąc szczerze i brutalnie, olał swoją narzeczoną, doprowadzając do tego, że ich wspólne dziecko w ogóle się nie urodziło, a właściwie dzieci. Wiecie państwo, jak to relacjonuję, to brzmi jak jakiś melodramat. To nie jest melodramat, to jest wszystko opowiedziane przy okazji. Akcja się tu toczy naprawdę bardzo dynamicznie. To jest tylko punkt wyjścia. I wierzcie mi państwo, szybkość tej akcji, to jest to, co przecież bardzo lubię, jest imponująca. To jest wszystko dobrze zgrane ze sobą, nie daje oddechu, chwilami naprawdę nie daje oddechu. I bardzo dobrze.
Pomysły tego przebojowca, tego, który ukradł życie naszemu głównemu bohaterowi, bo będę się upierał, że jednak głównym bohaterem tego serialu jest ten nasz poczciwy nauczyciel Safin Duh, ukradł mu to życie i korzysta z niego, bo osiągnął sukces w życiu. A teraz jeszcze wrócił do kobiety, którą w pewnym momencie porzucił, ale doszedł do wniosku, że chyba zrobił błąd i czerpie z życia garściami. Ma zarówno sukces naukowy, jak i kobietę, którą zostawił właśnie żeby ów sukces naukowy osiągnąć. Tylko coś takiego jest niepokojącego, że my się orientujemy, a właściwie my za sprawą owej żony orientujemy się, że ona wyczuwa po prostu, że coś się zmieniło, że to nie jest jej ukochany mąż, że on jest inny. Niby ten sam, ale inny. I to jest fascynujące na swój sposób. Uważam, że to jest serial, który działa na odbiorcę na wielu płaszczyznach.
[01:13:30] - Zobacz, że to jest serial, w którym nie ma obowiązkowych wątków netflixowych związanych z obyczajowością. Udało się? Udało się. Da się nakręcić coś fajnego bez wplątania polityki poprawności. Da się. Jeżeli ktoś tego serialu nie widział, to słuchając nas może odnieść wrażenie, że pomysł jest banalny. Chłop podróżuje między różnymi wersjami rzeczywistości, bo ten prawdziwy Jason, i to się przeplata do samego końca i daje o sobie znać, jest bardzo przywiązany do swojej rodziny. Cały czas jak Sztyrc myśli o żonie, szuka jej i tak dalej. On jest taki cnotliwy. Nie wiadomo, jakie by mu tam pokusy w tych multiwszechświatach dać, to on i tak będzie wracał.
Pomysł z multiwszechświatem i maszynką przenoszącą w czasie i przestrzeni to jest coś, co wiele razy było w różnego rodzaju sci-fi. Tutaj jednak udało się przykuć widza przynajmniej do... Nie będę tego zdradzał, pewnie i tak ocenicie, ale do prawie samego końca udało się tego widza zaskoczyć tymi rozwiązaniami. Jest po prostu ciekawie. Nawet te poboczne wątki, my często na to się skarżymy, ale zobacz, że te poboczne wątki obyczajowo-uczuciowe w „Dark Matter” nie są nudne, pomimo tego, że on jest takim facetem, jakim jest, ale to nie jest przesłodzone, to się da obejrzeć. Oczywiście jak w wielu serialach nie da się uniknąć momentów, które wydają się niepotrzebne, ale tu nie ma ich wiele, a jeżeli są, to na samym końcu. Jest to też serial, i to mnie Marku zadziwia, w którym nie ma duryzm. A dlaczego? Bo bohaterowie przez pewien czas skakają po światach równoległych, szukając tego swojego. Ale oczywiście każdy z tych światów ma i im, i widzom coś do zaoferowania.
Tylko to też nie jest tak, jak wielu z was może pomyśleć, że nakręcono serial, iż główni bohaterowie utknęli w jakiejś rzeczywistości, która się mocno różni od ich rzeczywistości. Jest taka sama, ale inna. Nie. Fascynujące w tej historii, może nie w tej historii, w opowiedzeniu tej historii jest to, że my tych światów równoległych widzimy może niewiele, ale mamy je po prostu pokazane trochę na chwilę, jak to wszystko wygląda. A to i tak rusza, to i tak fascynuje. Warto też dodać, ale może to rozwinę za chwilę, że oni tam też nie przesadzają z wizjami tych światów. To nie jest tak, że otwierają drzwi, a tam zamiast na przykład ptaków, to ryby są na przykład. Nie, to wszystko jest w miarę uporządkowane, chociaż poruszające.
[01:16:24] - No tak, kilka wizji robi wrażenie. Chociażby taka wizja, w której pojawiają się organizmy, które chyba wytłukły ludzi, a w każdym razie ich większość. Pojawia się taki świat, który w jakimś stopniu nawiązuje do tego, co przeżyliśmy z wirusem celebrytą. Luźno nawiązuje, ale brutalnie. Mamy światy dotknięte katastrofą, chciałoby się powiedzieć klimatyczną, ale właśnie nie o to chodzi. Nawet tu Netflix odpuścił i to nie chodzi o tak rozumianą, jak to teraz dzisiaj się o tym mówi, katastrofa i planeta nam się pali. Nie.
[01:17:11] - Rzadko się wcinam, ale Apple jest producentem. Netflix tego nie robi. Także wiesz, oni to wytną potem. Ja powiedziałem, że odpuszczono, ale jednak producentem jest Apple. To nie jest serial Netflixa.
[01:17:25] - Okej, mówiąc szczerze, to jest ostatnia rzecz, na którą zwracam uwagę, kto jest producentem. Dla mnie to jednak liczy się to, co widzę na ekranie. Ale to nawet niewiele zmienia, bo obecna moda jest taka, żeby pokazywać, że planeta nam się pali. Ja nie wiem, czy ona się pali, czy się nie pali. Tutaj mamy troszeczkę inne spojrzenie na to wszystko, bo w jednym z tych światów może ona się pali, w drugim się z kolei mrozi i tak dalej. To w gruncie rzeczy owszem, jest fascynujące, kiedy pokazuje się nam te alternatywy. Nie zawsze one są tak brutalne, czasami są znacznie prostsze. Mnie fascynowały tam takie mikro zabawy scenarzystów, bo zanim oni opanowali metodę znajdowania świata, o który chodzi, nagle podziwiamy takie sytuacje, w której główny bohater dostaje się do kolejnego świata i sprawdza, czy jest we właściwym, patrząc chociażby na Szyld swojej ulubionej knajpy, bo on w jednym ze światów jest niby taki sam, ale w innym kolorze. Z kolei w jeszcze innym świecie jest trochę podobny, ale zupełnie inny. Bawię się słowami, ale w gruncie rzeczy o to chodzi, że na podstawie tego szyldu usiłuje ustalić, w jakim świecie właściwie jest.
Bo gdyby patrzył na zewnętrzności, to niektóre z tych światów są niemal identyczne z naszym światem. Ale on nie szuka świata niemal identycznego. On szuka świata tego jedynego konkretnego, z którego go wyrzucono i chce ten świat znaleźć, bo tam jest jego jedyna wersja żony, kobiety, którą kocha. To się może wydawać banalne, ale to siedzi. To jest przekonujące i ten świat, który nam jest zarysowany i ta metoda działania i to, że on tak do tego dąży, to jest przekonujące. Dostajemy obraz, w którym na przykład mówiłem o zabawach scenarzystów. Otóż z kolei gorsza wersja naszego nauczyciela, która zabrała mu jego życie, znajduje na przykład świetny sposób na pozbycie się faceta, który mu bruździ. To jest ich znajomy, ale w pewnym momencie zaczyna mu robić koło pióra i on się go pozbywa. Ale pada na niego takie niewypowiedziane do końca podejrzenie morderstwa, bo facet znika. Od razu powiem państwu, że jego oryginalną wersję porzucił w jednym ze światów i nie ma już szans, żeby się stamtąd wydostał.
Ale pada podejrzenie morderstwa. Jak sobie radzi? Najprościej na świecie. W jakimś innym zupełnie świecie wyszukuje wersję znajomego, którego wcześniej usunął. W tym innym świecie on już nie jest tym, kim jest w świecie, z którego się go pozbył. Jest jakimś mechanikiem samochodowym. Ściąga go do świata, który zajął i robi z niego wariata. Bo facet, który wcześniej był naukowcem, człowiekiem bardzo uporządkowanym, nagle zaczyna opowiadać rzeczy niesamowite, a głównie o samochodach mówi. To wariat oczywiście. I wiecie państwo, miałem czasami takie wrażenie, że jeśli ten serial oglądają miłośnicy różnego rodzaju teorii, na przykład efektu Mandeli, różnych zawirowań związanych z „Jestem tu, ale to nie jest mój świat", pod takim hasłem, to może być ten serial dużym natchnieniem do wyjaśnienia, co się tak naprawdę zdarza takim ludziom, którzy tego rodzaju wrażenia odnoszą.
Ja jestem pod dużym wrażeniem, podobnie jak Piotr, bo rzadko ogląda się serial, który tak dobrze jest dostosowany do widza. Nie nudzi, przyciąga akcją, nie jest banalny, co jest w gruncie rzeczy jakimś majstersztykiem. Bo owszem, wszystko już na świecie było, ale ułożenie treści wciągającej i przykuwającej widza do ekranu z elementów, z klocków, które już gdzieś były, ile razy to wszystko miało miejsce i zrobienie tego w taki sposób, że naprawdę, wierzcie mi państwo, trudno jest porzucić ten serial. To jest naprawdę trudne. I ja wiem, to tak zawsze przecież jest, że znajdą się ludzie, którzy powiedzą: „Nie, to głupie, nie będę tego oglądał". Biorę to pod uwagę. Mówię o swoich wrażeniach. Dla mnie to jest: od dawna nie widziałem tak dobrego serialu.
[01:22:36] - Moją ulubioną częścią jest to, kiedy oni szukają drzwi do równoległych rzeczywistości. Chociaż nie tylko oni tych drzwi szukają, bo inni bohaterowie też. I trafiają do różnych wersji rzeczywistości swojej. Tylko trzeba pamiętać o jednej rzeczy: oni nie mogą wylądować na przykład na Jowiszu. Jak tłumaczy pod koniec serialu Jason, rzeczywistość, w jakiej się znajdziesz, przechodząc przez te drzwi, musi jakoś przylegać do twojej rzeczywistości. Czyli odwiedzają sobie oni różne miejsca i takie, jak Marek powiedział, spalone i takie zatopione i takie futurystyczne, takie, gdzie ludzie wymarli albo wymierają. Tyle że to też nie jest całość historii, bo mamy wyraźnie zarysowany wątek tego złodupca, Jasona z innej rzeczywistości, tego bogatego naukowca, który hołduje w zasadzie „po trupach do celu", dopuszcza się różnego rodzaju nadużyć w swoim nowym życiu, manipuluje rzeczywistością i swoimi bliskimi przy użyciu skrzyni, zmienia życie swojej rodziny. Znaczy tej rodziny Jasona innego i tak dalej. On mu w życiu sporo nabruździł, jak się pod koniec okaże. Jest w tym filmie, Marku, kilka rzeczy do przedyskutowania.
Pada tam taki ciekawy termin: bezświatowcy. Rzeczywiście, jeżeli oni są w tym tunelu, jeżeli oni odwiedzają rzeczywistości równoległe, to mają szczęście tylko wtedy, i to się pojawia w tym serialu, kiedy trafiają do takiej, w której na przykład na chwilę zaginęli. Więc kiedy powrócą do swojej rzeczywistości z innej rzeczywistości, nie ma przypału. Mają tożsamość, mają numery dokumentów i tak dalej. Problem się pojawia wtedy, kiedy trafiasz do rzeczywistości, gdzie już jesteś. Musisz albo siebie usunąć, jak robi to Jason złodupiec, albo... właśnie. I tu nam się kłania finał tego serialu. Finał, który nie do wszystkich przemówi. I tutaj dzwonimy naszym dzwoneczkiem spoilerowym dość głośno, bo nagle okazuje się, że — jak nie chcecie słuchać, to nie słuchajcie — Jason Safanduła nauczyciel z zupełnym fuksem wraca do swojego świata, do swojej rzeczywistości.
Tylko jest jeden problem i powiem ci Marku, bo to jest naprawdę już końcówka tego serialu. Zaraz powiemy, czy on się skończył, czy nie, bo tego do końca nie wiadomo, ale dla mnie ta część niestety jest częścią najsłabszą. Ta multiplikacja Jasonów, do której dochodzi, wprowadza pewien zamęt. Musimy się trzymać tego filmu kurczowo, żeby nam się Jasonowie nie pomylili. Plus jest taki, że ten serial jest prosty i jest tak dobrze skonstruowany, że nawet jak masz kilku podobnych do siebie facetów, to się nie zgubisz. Natomiast kiedy masz ich około stu, bo na końcu mamy taką sytuację i tu spoilerujemy znowu, że jest nawet czat dla Jasonów alternatywnych w rzeczywistości, bo oni się tu namnożyli. Namnożyli się jak owady w innej rzeczywistości i sprawiają problemy. Nie wiem, jak ty to odczytałeś Marku, czy też cię to troszeczkę, nie chcę powiedzieć rozczarowało, bo ten serial i tak jest dobry, ale czy ta końcówka nie wydaje ci się nieco przyciągnięta? A może to jest końcówka, która nam zapowiada zupełnego fikołka w ewentualnym drugim sezonie?
[01:26:35] - Nie wiem, czy będzie drugi sezon. O tym za chwilę porozmawiamy. Natomiast powiem o swoich odczuciach, bo właściwie dzisiaj tylko o swoich odczuciach mówię. Ja nawet nie silę się na próby obiektywizmu czy próby takiego: "Wiecie państwo, od razu wam powiem o serialu". Nie, ja ten serial emocjonalnie przeżyłem. Nie żeby jakoś głęboko, ale po prostu podążałem za scenarzystami, podążałem za aktorami i to się świetnie oglądało. I kiedy oglądałem i zbliżyłem się do momentu, o którym powiedziałeś, do tej multiplikacji, to w samym serialu wydało mi się to po prostu absurdalne. Ale później sobie o tym trochę pomyślałem. Skoro oni się namnożyli w tych innych rzeczywistościach, to namnożyła się ta safandułowata wersja. I kiedy ona się pojawia w rzeczywistości, ma różne wersje, więc jeden jest bardziej brutalny, drugi mniej.
Ale tam jest jeden dosyć kluczowy moment, kiedy bohaterka, ta ukochana żona głównego bohatera, pisze im, że już wybrała tego jednego jedynego i z nim chce być i on jest najważniejszy. I chociaż im jest ciężko się z tym pogodzić, to w pewnym momencie dochodzi do przełomu. Jak oglądałem serial nie bardzo w to wierzyłem, ale jak sobie głębiej pomyślałem, to rzeczywiście mogło tak być, że oni wszyscy buntują się przeciwko temu, bo każdy z nich się przecież czuł tym właściwym. Nikt sobie nie mówił: "Nie, ja jestem ten inny". Nie, każdy z nich był wersją w swoim przekonaniu oryginalną. Myślę, że to kluczowy moment, kiedy ona napisała, że dokonała wyboru i jest ten jeden najważniejszy, to mogło do nich trafić. To nie trafiłoby do tego złola, który spowodował całe zamieszanie, chociaż i on wykazuje pewne lepsze cechy pod koniec, ale do nich, tych safandułów albo klonów Safanduły to trafia i dlatego oni ich przepuszczają w pewnym momencie, kiedy wydaje się, że nie ma wyjścia, że to po prostu nie może się dobrze skończyć. Więc mam dwojakie wrażenie. W czasie oglądania filmu trochę mnie to odrzucało. Po przemyśleniu jestem gotowy to zaakceptować, aczkolwiek nawet jeśli to akceptuję, to jednak nie jest najlepszy moment tego filmu, kiedy jest w tej hali dziesiątki, jeśli nie setki tych Jasonów, którzy blokują przejście do tego sześcianu, który ma być drogą ucieczki, a później się rozstępują i pozwalają im uciec, naszym bohaterom.
To była rzecz, która jakoś nie do końca siedziała. Powtarzam, po przemyśleniu do przyjęcia, ale trochę odstaje. I teraz doszliśmy Piotrze do końcówki filmu, bo trzeba by się zastanowić, do czego ona nas prowadzi. Czy do tego, że serial się skończył i bardzo dobrze, że się skończył, czy też nie skończył się i będzie sezon drugi?
[01:29:58] - Tutaj nie wiem. Zanim do tego przejdę, to powiem jedną rzecz. W przeciwieństwie na przykład do serialu "Buddies", gdzie się pojawia trochę podobna historia, trochę podobny scenariusz, ale który jest tak skomplikowany, że momentami już się nie chce, to w tym przypadku nie musimy za bardzo uważać, żeby nam wyjaśniono mechanizm rzeczywistości, mechanizm fizyki, która rządzi światem Jasonów. Także nie trzeba się mocno zastanawiać, nie trzeba oglądać tego 10 razy, żeby to zrozumieć. To jest ogromny plus, muszę powiedzieć. Czy będzie drugi sezon? Według mnie zatrzymali to w takim miejscu, które jest idealne, aby jedna i druga sytuacja, kiedy się wypełni, nie była rozczarowująca. To znaczy tak, jeżeli to się na tym zakończy, to dobrze. Każdy serial dobry musi się szybko kończyć. Według mnie najlepiej po jednym sezonie.
Będzie nie do końca, moim zdaniem, dobrym rozwiązaniem przeciągnięcie tego na sezon drugi. Dlaczego? Bo tak naprawdę otrzymaliśmy dużo odpowiedzi. I co by się tam mogło wydarzyć? Jasony goniące Jasona, życie w innej rzeczywistości. To wszystko już w pierwszym sezonie było, także nie jestem pewien, czy będzie ta druga odsłona, drugi sezon. Więc kolejny spoiler. Uwaga, uwaga! Na samym końcu bohaterowie nam wchodzą w drzwi, uciekają przed Jasonami z naszego świata do świata równoległego. Tylko nam się nie pokazuje do jakiego.
To jest kwestia otwarta. Na tym się to może zakończyć, absolutnie. Tylko że niektórzy mogą odnieść wrażenie, że to zakończenie jest niedopełnione, bo to zakończenie jest niedorysowane. Budowano całą akcję tylko po to, żeby nam na końcu pokazać wejście do drzwi, a potem działa wyobraźnia. Ale po drodze pojawiło się wiele innych pytań, na przykład: a co jeżeli oni wejdą do świata, w którym już są? Przecież to ich całe szczęście jest bez sensu wtedy. Nie da się być kopią siebie samego w racjonalnie funkcjonującym świecie, a w tym serialu te rzeczywistości równoległe funkcjonują jednak w sposób racjonalny. Musisz mieć tożsamość, musisz mieć dokumenty. To kim będziesz w tej alternatywnej rzeczywistości? Duplikatem?
To też jest kwestia, na które oni mogą próbować odpowiedzieć. Tylko moim zdaniem to już nie będzie tak porywające.
[01:32:49] - Piotrze, oni zawsze mogą sobie na przykład jak Arthur C. Clarke posiąść na Cejlonie i mieć wszystko w przysłowiowej pompie, ten swój świat amerykański i żyć gdzieś po prostu szczęśliwie. Ja w dodatku-
[01:33:06] - Ale muszą mieć pieniądze. A w tym serialu jest dokładnie powiedziane, jak to jest z pieniędzmi, bo to mi się nawet podobało. Bo pierwsza rzecz, o której się myśli, kiedy się ma maszynkę do podróży w innych wszechświatach, to jest coś, co mówi jeden z bohaterów: teraz możesz obrabować bank w innej rzeczywistości i tu wrócić. Okazuje się, że nie. Dlatego, że w innej rzeczywistości są inne pieniądze i inne numery seryjne banknotów. Także to wszystko nie jest takie łatwe, jak się wydaje.
[01:33:37] - Ale wbrew pozorom mamy szereg możliwości, bo przecież oni uciekają z naszego świata nie do końca przed kopiami Jasonowymi, tylko bardziej przed całym tym zamieszaniem, które powstało, bo Jasonowie w większości jednak odpuścili. Przepuszczają ich, pozwalają im odejść z tego świata. To się wydaje dosyć optymistyczne. Ja mam pomysł na zrobienie tego serialu. Nie sądzę, żeby producenci amerykańscy zwrócili się akurat do mnie, ale myślę, że niezłym wyjściem dla tego serialu byłoby porzucenie wątku Jasona i jego żony. Oni poszli do tego dziwnego świata, którego nie poznajemy. Ale przecież w tym serialu jest postać, która jest wymarzona do drugiego sezonu. To jest człowiek bardzo bogaty, któremu ten złodziej rzeczywistości, złodziej tożsamości sprzedaje ów preparat i pokazuje, jak można podróżować po tym multiświecie. I ten człowiek zaczyna podróżować. I ten wątek nie jest skończony.
Oczywiście ten Jason zdobywa dzięki temu pieniądze, bo tam miliony wchodzą w grę, więc ma pieniądze, a tamten podróżuje. Przecież to jest otwarta księga, z której można zrobić drugi sezon. A nawiązanie do Jasonów czy do Jasona, jego żony i syna w drugim sezonie może być takie czysto przyczynkowe. On gdzieś po prostu ich spotyka, gdzie oni żyją szczęśliwie, bo się jakoś tam urządzili. To w ogóle nie musi dotyczyć tego, czego dotyczył pierwszy sezon. Da się zrobić drugi sezon pod warunkiem, że nie będzie ciągnięty pierwotny wątek. Jeśli będzie, to wróżę temu serialowi klapę kompletną. Jeśli natomiast użyje się tego multiwersum do tego, żeby opowiedzieć zupełnie nową historię, a potencjał jest, ta postać podróżnika po multiwersum jest naprawdę dobrze rokująca. Trzeba fajną intrygę wymyślić i może powstać równie fascynujący obraz. Powtarzam: mnożenie czy też powielanie tego, co już było, to nie jest dobra droga, ale stworzenie czegoś nowego na bazie wiedzy, którą oglądający ten serial już mają po pierwszym sezonie to byłoby dobre wyjście.
[01:36:17] - Tam jest nie tylko jedna osoba, która wypuszcza się w multiwersum. Nie tylko ten bogacz, ale też jego alternatywna wersja. Ale oprócz tego się dowiadujemy, że przed Jasonem byli inni ochotnicy. Znaczy przed tym Jasonem nie-fandułą byli inni ochotnicy, którzy się udali w taką podróż i jedną z tych osób również poznajemy. I może to będzie właśnie druga część, kanwa drugiego sezonu. Jedyne, na co bym chciał poznać odpowiedź, to co się stało z Jasonami w naszym świecie, o ile to był nasz świat. Co z nimi zrobiono? Jak masz stu facetów, którzy tak samo wyglądają, to pasowałoby ich jakoś zagospodarować. Natomiast gdy idzie o pewne elementy tego serialu, które na początku mogą się wydawać odstręczające- To zazwyczaj jest tak, że kiedy mamy pierwsze odcinki, to one napędzają dopiero całość. Pierwsze dwa odcinki serialu "Dark Matter" mogą się wydawać mało interesujące.
I tutaj wydaje mi się, że pewne zarzuty mogą się pojawić wobec głównego bohatera i aktora, który odgrywa jego rolę. Jest taki ciapowaty, lekko mało dynamiczny jak na człowieka w swoim wieku. Mamy wrażenie, że oglądamy jakiegoś zagubionego emeryta. On się potem rozkręca, jest coraz lepiej. Z czasem nawet zaczynamy doceniać to, że widać wyraźne różnice między Jasonami wynikające chociażby z zachowania, z gestykulacji, z podejścia. I tutaj widzimy warsztat tego aktora, który się wciela w naszego zmultiplikowanego Jasona. Z czasem oczywiście będziemy mieli zadżasonowanie w "Dark Matter", które może was doprowadzić do różnego rodzaju wniosków, ale i tak ten serial zaskakuje do prawie samego końca. Z odcinka na odcinek sobie zadajemy pytania, a zakończenie, tak jak w wielu serialach, ocenić musicie sami. Jakkolwiek Marku jest, bardzo się cieszę, że mi poleciłeś "Dark Matter", bo ten serial jakoś mi umknął z radaru. Jest to moim zdaniem najlepszy obok "From" serial z poruszanych przez nas dziedzin, czyli horror i sci-fi, jaki omawialiśmy w ciągu dwóch ostatnich lat.
Jeżeli macie okazję, żeby go obejrzeć, serdecznie polecam. Nie będziecie zawiedzeni, nie będziecie znudzeni ani zażenowani. I co jeszcze? Życzyłbym sobie takich seriali więcej. Nie wiem natomiast, czy życzyłbym sobie kontynuacji wątku Jasona w drugim sezonie.
[01:39:10] - Tak fajnie zakończyłeś. Ja jeszcze coś muszę powiedzieć. Powiedziałeś, że to, co się działo w serialu, podkreśliłeś kunszt głównego aktora. To w ogóle jest fajnie psychologicznie zrobione, bo przecież kiedy następuje zamiana i pojawia się ten nowy Jason, to jego żona, którą ten pierwotny Safanduła przecież bardzo kochał, ale jednak weszła proza życia. I ta żona, jak się zmienia, chociaż ona o tym nie wie, zmienia się jej mąż, to ona na początku jest zafascynowana, bo on okazuje jej zainteresowanie, i to na każdym polu, seksualnym włącznie. Ona w pewnym momencie nawet mówi do swojej koleżanki, że coś się z nim porobiło, bo on nieustannie chce uprawiać seks, co wcześniejsza wersja może jakoś tak nie eksploatowała tej aktywności. I jej się to na początku podoba, jak każda zmiana, która następuje, ale dosyć szybko ona orientuje się, że coś jest nie tak, że on jest inny, że owszem, te sprawy łóżkowe ważne, ale coś w jego osobowości, w jego zachowaniu, w jego podejściu, w jego relacji z nią i z synem jest coś innego. Coś, co niby nie jest złe, ale w jakiś sposób ona wyczuwa pewną toksyczność. My oczywiście wiemy, o co w tej toksyczności chodzi. Ona ją wyczuwa i z odcinka na odcinek wyczuwa ją bardziej.
Fascynujące jest to, kiedy pojawia się ten jej prawdziwy mąż, ten Safanduła, jak on z nią dogaduje się, jak jej udowadnia, że jest tym, za kogo się podaje, że to nie jest fantazja. Tego państwu nie opowiem, niech jakaś tajemnica zostanie, ale ona mu wierzy. On jest na tyle przekonujący, potrafi jej udowodnić, że tak, to jestem ja. Jestem tym Jasonem, którego kochasz. I on jej to udowadnia. Co więcej, przyciąga ją na swoją stronę, umawiają hasło. Wiecie państwo, to są szczegóły, bo ten serial pracuje również na szczegółach. Ja sobie pod tym kątem scenariusz śledziłem i wierzcie mi państwo, ten scenariusz jest dopracowany w szczegółach, a to jest czasami bardzo ważne, bo spora część seriali przyzwyczaiła nas do tego, że szczegóły olać, fujda z nimi. Ważne jest, żeby szło do przodu. Otóż nie do końca.
Okazuje się, że szczegóły czasami robią cały serial. I tak jest w tym przypadku. Na pewno będę musiał drugi raz obejrzeć, ale nie złapałem scenarzystów na większych błędach. Dobrze, to takie wiecie państwo, asekuruję się. Tak naprawdę oglądając pierwszy raz nie złapałem ich na żadnych błędach. Oczywiście pewne rzeczy są dyskusyjne, jak zawsze, ale nie złapałem ich na żadnych błędach. Powiecie państwo: nie, to jest niemożliwe. Zapewne tak. I pewno dlatego jako złośliwiec obejrzę ten serial drugi raz, skrzętnie ewentualne potencjalne błędy wynotowując. Ale wierzcie mi państwo, jeśli traktujecie oglądanie seriali jako rozrywkę, to w tym wypadku będzie to rozrywka na bardzo wysokim poziomie rozrywkowości właśnie.
Teraz najlepszy moment, proszę państwa, na Recenzarium Evivy. A dzisiaj klasyk, a właściwie klasyk klasyków. Nie wiem, czy to jeszcze mogę dalej ciągnąć. Może nie, bo się zaplączę w słowach. W każdym razie dzisiaj Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska omawia książkę „Frankenstein”. Czy muszę coś dodawać?
[01:43:20] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Kiedy mówimy o początkach literatury grozy, przychodzi na myśl kilka nazwisk. Jednym z nich jest bez wątpienia nazwisko Mary Shelley, autorki książki „Frankenstein albo nowoczesny Prometeusz", ponieważ tak brzmi pełen tytuł. Właściwie zna ją każdy, tyle że albo z ekranizacji, albo ze wzmianek, albo ze słyszenia. Mało kto czytał. Dlaczego? Z prostego powodu. Książka, która w swoim czasie była czymś absolutnie niezwykłym, czymś odmiennym niż wszystko, co ludzie znali, obecnie jest dziełem, przez które trudno przebrnąć. Jest napisana w niezwykle archaiczny sposób, rozwlekła i po prostu ciężka do strawienia. Nie zmienia to faktu, że stała się kamieniem milowym w literaturze.
O czymże mówi ta książka? Jest ostrzeżeniem, które eksploatuje się do tej pory. Ostrzeżeniem przed zabawą w Boga. Wiktor Frankenstein jest zafascynowany od najmłodszych lat alchemią. Dorastając, staje się naukowcem. Jego obsesją jest stworzenie życia w laboratorium. Doprowadza do tego, konstruując monstrum z kawałków ciał ludzi zmarłych z różnych przyczyn. Jak sam mówi, starał się tak dobierać fragmenty ciała, żeby jego twór był piękny, ale nie udaje mu się to. Stworzone i ożywione monstrum jest po prostu brzydkie. Mało tego, jest przerażające.
Wiktor, przestraszony wynikami swojego eksperymentu, zamyka ożywionego stwora w laboratorium i ucieka. Spotkawszy po drodze przyjaciela, postanawia mu się zwierzyć. Zabiera go ze sobą do pracowni, ale okazuje się, że stwór już zniknął. Przyjaciel mu nie wierzy. Wielkie wzburzenie doprowadza do tego, że Wiktor zapada na jakąś chorobę i przez kilka miesięcy nie jest w stanie normalnie myśleć. Nikt mu oczywiście nie wierzy w to, że z kawałków ciał stworzył istotę ożywioną. Tymczasem wokół niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim zostaje zamordowany jego młodszy brat, a o tę zbrodnię oskarżona jego opiekunka. Później ginie przyjaciel Wiktora. Młody naukowiec orientuje się, że za wszystko odpowiada stworzenie, które obdarzył życiem i postanawia je odnaleźć.
Nie jest to jednak takie proste. Bezimienny stwór jest bowiem bardzo inteligentny. To jest to, co w swoich projektach Wiktor przeoczył. Będąc istotą inteligentną, działa według własnego planu, a tym planem jest zemsta. Zemsta za ten okropny wygląd, którym go obdarzono, za to, że ludzie go nienawidzą i że się go boją. Za całą nędzę swego istnienia. Książka Mary Shelley jest skonstruowana w sposób, można powiedzieć, szufladkowy, bo opowieści poszczególnych bohaterów przeplatają się z listami, które wymieniają między sobą. Język użyty przez pisarkę powoduje, że dzisiaj czyta się to bardzo trudno i szczerze mówiąc, dla dzisiejszego czytelnika ta książka jest po prostu nudna. Natomiast dobrze pisarka oddała tutaj zagubienie istoty, która została obdarzona życiem, a następnie pozostawiona sama sobie. Jest to też niejako zakamuflowane oskarżenie pod adresem ojców, którzy zostawiają swoje dzieci.
Zwykle ludzie skupiają się tylko na postaci potwora, który nawet od nazwiska swego twórcy zyskał miano Frankensteina. Co jest błędem, ale przyjęło się. Natomiast rzadko kiedy zwracają uwagę na to, że mamy do czynienia nie z bezmyślnym mordercą, nie z czymś w rodzaju zombie, tylko z istotą myślącą, spragnioną miłości i akceptacji. Wszystkie zbrodnie, jakich dopuszcza się potwór, wynikły właśnie z tego, ponieważ mając inteligencję, nie miał norm moralnych. Nie zostały mu one dane. Próbuje się zaprzyjaźnić z ludźmi, co robi niezdarnie i ludzie źle to sobie tłumaczą. W książce pomaga biednej rodzinie, ukrywając się przed nią, ale gdy przypadkiem zostaje odkryty, rodzina po prostu przed nim ucieka, ponieważ się go boi. Ratuje z rzeki tonącą dziewczynkę, ale jej ojciec go rani. Myśli bowiem, że stwór chce ją skrzywdzić. To jest za wiele.
On po prostu nie może tego znieść. Zabija go samotność. To dlatego zwraca się do swego twórcy z prośbą o stworzenie dla niego kobiety, z którą mógłby mieć normalną rodzinę. Początkowo Wiktor na to się zgadza, ale później niszczy własny stwór, jeszcze zanim obdarza go życiem. Uważa bowiem, że razem z podobną sobie kobietą jego stwór mógłby zainicjować rasę potworów, która zagrażałaby ludzkości. Wiktor nie rozumie sposobu, w jaki myśli stworzenie, które powołał do życia. Nie rozumie jego cierpienia. Nawet więcej, jest mu ono całkowicie obojętne. Wiktor skupia się na własnych problemach, które są naprawdę poważne, albowiem opętany żądzą zemsty potwór morduje jego narzeczoną. Mimo wszystko trudnoJest potępić w jakiś sposób owo monstrum, albowiem widzimy w nim po prostu człowieka odtrąconego przez społeczeństwo z powodu wyglądu.
Jakkolwiek byłby on dobry, nawet gołębiego serca, to nikogo nie obejdzie. Jakkolwiek byłby inteligentny, to również ludziom zwisa, że tak powiem. Obchodzi ich tylko jego wygląd. Fakt, że się go boją i że czują do niego wstręt, dlatego go odpychają, próbują zabić. To jest bodajże pierwszy utwór literacki, który tak podszedł do sprawy. W wielu innych bowiem, właściwie we wszystkich, osoba szpetna, obdarzona jakimś kalectwem z góry była przeznaczona na antagonistę, na kogoś złego. Często się wtedy zdarzało, że karły, osoby garbate albo w jakikolwiek inny sposób okaleczone naprawdę stawały się złe, ale wskutek paskudnego traktowania, jakiego doświadczały. Także to była samonakręcająca się spirala. Mary Shelley poszła w inną stronę. Ukazała destrukcyjną rolę nastawienia społecznego w stosunku do kogoś, kto w swojej istocie miał dobre cechy i starał się być pomocny.
Tak czy inaczej, jak powiedziałam, dla dzisiejszego czytelnika jest to książka nudna i trudna do przebrnięcia. Mimo to warto się z nią zapoznać i głęboko przeanalizować. Zobaczymy wtedy, że bardzo młoda, bo ledwie osiemnastoletnia dziewczyna dokonała czegoś, co uważano za niemożliwe. Ukazała bowiem, że istota człowieczeństwa nie leży w wyglądzie. Nikt tego przed nią nie zrobił. A jeśli mi nie wierzycie, sięgnijcie po książkę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:51:24] - Proszę państwa. Małpa. Małpa. Czy ktoś z państwa jeszcze pamięta, od czego to jest skrót? Zróbmy mały konkurs. Proszę napisać w komentarzach pod filmikiem, jak rozwinąć ten skrót „małpa”. Ciekawy jestem, czy ktoś jeszcze pamięta. Ale przejdźmy do rzeczy. Dzisiaj w książkach, które są z pogranicza z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówić o książce Stevena Sora, tak się chyba czyta to nazwisko, „Zaginiona kolonia templariuszy”. Proszę państwa, zaczynamy kolejną odsłonę audycji o książkach z pogranicza.
Dzisiaj temat, który fascynuje sporą rzeszę czytelników, a mianowicie templariuszy, a konkretnie zaginiona kolonia templariuszy.
[01:52:24] - Autorem jest Steven Sora, amerykański pisarz zmarły w 2021 roku, autor książek, w których poruszał głównie zagadnienie historii, zagadek historii tajnych stowarzyszeń. Zapamiętany został najbardziej w naszym kraju przynajmniej z książek poświęconych templariuszom, a także z koncepcji mówiącej, że dzieła Homera to de facto reinterpretacja mitów celtyckich. Dzisiaj sobie opowiemy tak naprawdę o dwóch jego książkach: „Zaginionej kolonii templariuszy”, której nie można rozpatrywać bez odniesienia do „Zaginionego skarbu templariuszy”, którego jest kontynuacją. I te książki w oryginale ukazały się gdzieś na przełomie wieków, kiedy temat templariuszy, Graala i tak dalej święcił triumfy. Dzisiaj moim zdaniem zainteresowanie tym trochę przygasło, osłabło, natomiast trwa saga związana z Wyspą Dębów, o której Sora też pisze. Pisze o niej dużo. Wiemy, że Wyspie Dębów poświęcono taki, nie wiem, jak to nawet nazwać. Czy to jest dokument jeszcze, czy to już jest paradokument. Chyba powstała jego nowa seria. Oni tam chodzą wokół tej Wyspy Dębów, grzebią, szukają.
Oczywiście zawsze pod koniec odcinka okazuje się, że wielkie odkrycie, którego mieli dokonać, jakoś im się wymyka z rąk. I tak już kilka lat. „Zaginiony skarb templariuszy” odnosi się do Wyspy Dębów właśnie. To jest sprawa, która muszę przyznać, bardzo mnie kiedyś interesowała. Teraz może właśnie przez ten program na History interesuje mnie trochę mniej. Widać po prostu, jak to wszystko jest skapitalizowane, jak się niekiedy naciąga ludzi na tą sprawę, ale to nadal fascynuje. Kto mógł stworzyć tą strukturę, którą- Tam znaleziono. No i po co przede wszystkim? Czy to jest miejsce ukrycia skarbu? Czy to jest jakaś struktura przynajmniej w części naturalna?
Nie wiem, Marku, jak się ty do tego odnosisz, ale ta sprawa Wyspy Dębów mocno eksplorowana, eksponowana też przez Sorę mówi nam często o bzdurnych zupełnie teoriach. Na przykład dość popularny jest wątek, który wiąże tak zwany money pit, czyli tą dziurę, tą tajemniczą wykopaną strukturę z Szekspirem na przykład. To już dla mnie jest absolutna bzdura.
[01:54:55] - Ja, mówiąc szczerze, nie znam osoby, która interesowałaby się historią, która chociażby na krótko nie wsiąkła w tajemnicę Wyspy Dębów. To jest taka historia, tak wielowątkowa. Sam proces odkrywania czy rozkopywania może bardziej tej dziury i tego, co tam znaleziono wokół, to jest historia fascynująca sama w sobie. Czy tam rzeczywiście ukryty jest skarb templariuszy? To oczywiście każdy chciałby wiedzieć, ale sama ta historia jest niezwykle, nie waham się powiedzieć, literacka. To jest gotowy scenariusz na jakąś powieść. Gdyby ktoś to dobrze opracował, to myślę, że by bestseller zrobił. Zresztą na templariuszach można zrobić całkiem niezłe bestsellery, co udowodniono i to wielokrotnie. Takim typowym przykładem był chociażby Dan Brown, który na templariuszach właściwie wypłynął, a może umocnił swoją pozycję. Co ciekawe, druga z tych książek, o których mówimy, już ta nie poświęcona Wyspie Dębów.
Nie wiem jak z pierwszą, ale druga z tych książek, „Zaginiona kolonia templariuszy” została przełożona przez mistrza, a mianowicie przez Jerzego Prokopiuka. To też jest w jakimś stopniu przynajmniej niezła rekomendacja dla książki. Bo książka oczywiście, jak to w dziele historycznym, a właściwie popularnonaukowym, ale jednak mającym ambicje, najpierw opowiada historię, jak to z tymi templariuszami było, skąd oni się wzięli. A nie, właściwie to jeszcze wcześniej opowiada o kilku innych sprawach, które później z templariuszami się wiążą, czyli o całej otoczce kulturowej, o całej otoczce mitologicznej, a w każdym razie kulturowej to najlepiej. My nagle dostajemy informację o tym, że to, iż pojawił się taki zakon niezwykle tajemniczy, to to się nie wzięło znikąd. To nie było tak, że w pewnym momencie ktoś sobie siedział na kamieniu i wymyślił: a to teraz sobie zrobię taki tajny zakon, żeby później historycy mieli o czym pisać. Troszeczkę to inaczej wyglądało i autor, Sora, pokazuje to moim zdaniem bardzo dobrze. Później przechodzimy w „Zaginionej kolonii templariuszy” do historii fascynującej. Wcześniej widzieliśmy, że oni gdzieś tam przepłynęli może Atlantyk, gdzieś tam właśnie na Wyspie Dębów schowali swój skarb, ale okazuje się, że oni założyli kolonię jeszcze długo przed Kolumbem. Założyli pierwszą kolonię w Ameryce.
Co więcej, wskazywane są ślady, że z tamtych czasów kolonii templariuszy pozostały, nieliczne co prawda, ale budowle. Namacalne dowody tego, że oni rzeczywiście tam byli, że przepłynęli. Wskazywać na to może chociażby sam styl, sam sposób, w jaki zbudowano te budowle. I one nie są gdzieś tam wykopane z ziemi albo w jakimś zapadłym, odległym miejscu. Nie, jedna z tych budowli jest po prostu w mieście, w którym można ją podziwiać. Oczywiście spory, kiedy ta budowla powstała, trwają i trwać pewno będą bardzo długo. Niemniej jednak można pojechać i zobaczyć. Czyli wyobraźnia została pobudzona. Ja nie wiem, jak było z zaginioną kolonią templariuszy. Specyfika tego rodzaju książek właśnie taka jest, że po wnikliwej lekturze zostajemy z całą masą pytań.
Ale to jest książka, która naprawdę pobudza wyobraźnię, która stawia szereg pytań, ale też pewnych zagadnień i właściwie zmusza człowieka, żeby zacząć wertować inne książki. A to jest zawsze, takie jest moje zdanie, dobry punkt wyjścia do ciekawej, intelektualnej przygody.
[01:59:26] - Powiem ci tak: dla mnie osobiście bardziej przekonująca, może nie przekonująca, bardziej moją wyobraźnię porwała, bardziej na nią oddziałuje książka numer jeden. Z jakiego powodu? „Zaginiona kolonia” jest mocno spekulatywna moim zdaniem. Bo ta wieża w Newport, która ma przypominać baptysterium i tak dalej. Słynny podróżnik, on wcale nie jest taki słynny, który wyrusza do Chin, ale tak naprawdę okazuje się, że jego celem jest zaginiona kolonia templariuszy tytułowa. Ten podróżnik to Giovanni da Verrazzano. I ta jego misja okazuje się mieć ciąg dalszy w postaci ujawnienia wielu innych sekretów. Tutaj myślę, że Sora już trochę przesadza. To znaczy się, o ile można sobie koronkowo historię układać i pewne rzeczy rekonstruować, tak powiem, to w tym przypadku nie jestem do końca przekonany. Z jakiego powodu?
Sora w pewnych momentach, w pewnych elementach swojej narracji posługuje się taką jakąś dziwną metodologią. Jeżeli czegoś nie można wyjaśnić, jeżeli coś jest tajemnicą, to muszą stać za tym templariusze, zakulisowe rozgrywki, a najlepiej to tajne stowarzyszenia. Nie ukrywam, że na niektórych szczeblach to pewnie jest prawda, bo te tajne stowarzyszenia, zwykłe po prostu czasem kliki, które się popierają i to w niejednym pokoleniu działają, istnieją i dobrze o tym wiemy. Natomiast tutaj to wszystko jest otoczone jeszcze taką mgłą tajemnicy dodatkową, że te stowarzyszenia są tajne, że one tam działają, kryją jakieś niezwykłe sekrety i być może to trwa do dzisiaj. Książka numer jeden pokazuje nam, że trwa do dzisiaj, bo przecież mamy księdza Saunière, mamy Kaplicę w Rosslyn. Ksiądz Saunière to był taki proboszcz z południa Francji, który miał taką zapierdzianą, przepraszam, parafię, ale okazało się, że nagle stał się strasznie bogaty. I tak: albo odkrył skarb templariuszy, albo odkrył informację o czymś, za co Kościół mu sowicie zapłacił. Tutaj możemy się domyślić, za co mógł mu zapłacić. Może chodziło o potomków Jezusa na przykład? I historia księdza Saunière też nam tutaj mocno w tym wszystkim rezonuje.
Ale z perspektywy, kiedy przebrniemy przez te dwie książki, kiedy już tak usiądziemy sobie i pomyślimy, to wszystko jest bardzo wielowątkowe. Oczywiście to dobrze, że jest wielowątkowe, tylko sprawia nam mylne wrażenie, że to jest rekonstrukcja historii. Nie jest. To jest tworzenie pewnej, nie wiem, jak to, takiej symulacji tej historii. Rysowanie pewnego scenariusza, który może mieć elementy prawdziwe, a może nie mieć elementów prawdziwych. To jest książkowa wersja paradokumentu, po prostu. Tylko że wprowadzająca w błąd. Odpowiedzią na niektóre, nie mówię, że wszystkie, ale niektóre procesy dziejowe według Sorra są właśnie tajne stowarzyszenia, te różnego rodzaju kliki i tak dalej. Na pewno jeżeli rekonstruujemy historię, to wpływa na decyzje jednostek, nie wiem, władców, polityków, bo nie tylko sytuacja, ale też osobiste przekonania. Tylko to są rzeczy, których się musimy domyślać.
Opieramy się na domysłach. To nie jest prawda. Tak mogło być, tak nie musiało być. Natomiast ta wersja, którą przedstawia Sorra, jest, jak mówię, niezwykle koronkowa. Tylko koniec końców ona może być prawdziwa w bardzo niewielkim punkcie. To na pewno nie jest obiektywne, co on nam niekiedy przedstawia, bo kiedy się prezentuje, że ktoś daje zupełnie jeden z wielu przykładów: jest bohater, który wyrusza na misję, ale jego misja ma tak naprawdę inny cel niż ten przedstawiony, niż ten historyczny. Możemy w to wierzyć, ale to nie musiała być prawda. Może był taki cel, którego nawet Sorra nie znał. I tak się kręcimy w kółko. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla którego ta tematyka okołotemplariuszowska trochę się przejadła.
Dlatego, że tyle napisano, tyle powiedziano, a koniec końców jakoś tak tych fajerwerków brak.
[02:03:59] - Oj Piotrze, jak ty niszczysz moje takie zafascynowanie, trochę udawane, ale jednak ja bym chciał wierzyć w pewne historie. Ale teraz już poważnie. Powiedziałem państwu, Piotr zdradził, o jakie miasto chodzi, o Newport. Tam są fragmenty wieży, którą przypisuje się, przynajmniej niektórzy, między innymi Sorra, przypisuje właśnie templariuszom, że to zostało zbudowane, jak oni się przenieśli do Nowego Świata, uciekli z Europy, to właśnie zbudowali tę wieżę. Jakoś tak nie do końca to znajduje potwierdzenie. W historii, znowu to, o czym powiedział Piotr, w historii, którą przedstawia Sorra, wszystko pasuje. Puzzle są poukładane bardzo dokładnie i dostajecie państwo opowieść, która pobudza wyobraźnię. Ja już to podkreślałem. Pobudza fantazję i dostajemy pewną historię, która jest gotowym scenariuszem, znaczy może bardziej gotowymi dekoracjami dla jakiejś historii beletrystycznej. Tylko pamiętajmy o jednej rzeczy: te ruiny przypisywane templariuszom, które są w Newport, warto pamiętać, że jedni twierdzą, że to są tak naprawdę ruiny XVII-wiecznego młyna, że wcale to nic wspólnego z templariuszami nie miało.
Inni z kolei, a to już jest bardziej takie spiskowe, a w każdym razie może niekoniecznie odpowiadające jakimś takim poważnym dziełom naukowym, historycznym. Inni twierdzą, że być może ta wieża to jest ślad penetracji kontynentu amerykańskiego przez Chińczyków, że wyprawa chińska, też dosyć mityczna, ale powiedzmy, że taka wyprawa się odbyła, że ta budowla przypomina latarnię morską albo obserwatorium. W każdym razie podobno wyprawa chińska z kolei dotarła do przyszłych Stanów Zjednoczonych, czyli do Ameryki Północnej w XV wieku i tak dalej. Mnie się bardzo w tym wszystkim podoba to, że dostajemy wiele wątków i musimy, co już sygnalizowałem, musimy, jak musimy. Warto w każdym razie wyjść od książki Sorra, a później później szukać dalej samemu, szukać różnych innych ciekawych wątków. Lubię książkę „Zaginiona kolonia templariuszy”. Może trochę bezrozumnie, może mniej we mnie już wtedy jest tego badacza albo w każdym razie pochłaniacza wiedzy o różnego rodzaju dziwnych rzeczach, które w świecie się wydarzyły, a bardziej przechodzę na stronę człowieka, który lubi literaturę z dużą porcją fantastyki w tle. Książka „Zaginiona kolonia templariuszy”, chociaż, to, co cały czas podkreślam, daje niezłą podbudowę kulturową, niezłą podbudowę faktograficzną, to w warstwie interpretacyjnej, w warstwie, w której Sora układa już puzzle, dopasowuje je do siebie, wiele osób będzie miało problemy, żeby uwierzyć w to, o czym pisze Sora. To jest taka lektura, która sprawia, że albo w nią uwierzymy od początku do końca, ale wtedy staniemy się niewolnikiem wizji autora, albo się jej przeciwstawimy i zaczniemy drążyć temat. Nie wiem, czy jasno wyrażam, ale wbrew pozorom, może to tak nie zabrzmiało, to jest duża zaleta tej książki, bo odnoszę wrażenie, że książka, która przedstawia suche fakty i zostawia nas z tymi faktami, nie budzi emocji, a książka Sory będzie wzbudzała emocje.
Jedni powiedzą: „Bzdury, bzdury”. Drudzy powiedzą: „Coś w tym jest, trzeba rzecz zbadać”. I to jest tak naprawdę największa zaleta tej książki. Nie wiem, czy templariusze zbudowali, stworzyli kolonię w Nowym Świecie. Państwo też nie będziecie do końca wiedzieli nawet po lekturze tej książki, czy oni to zrobili, czy nie. Możecie w to uwierzyć. To jest inna sprawa. Ale jeśli chodzi o faktografię, to wiedzieć do końca nie będziecie. Ale to będzie początek przygody. Podkreślam, to jest książka, która stanowi dobry punkt wyjścia do zainteresowania się jakimś historycznym wątkiem.
I to jest największy plus tej książki. „Bez tajemnic”. Ten cykl robi dobrą robotę. Dzisiaj kolejny odcinek, którego bohaterką jest Stanisława Tomczykówna.
[02:09:30] - Ludwik Szczepański. „Stanisława Tomczykówna i różne nieznane rodzaje energii”. Fragment dzieła „Mediumizm współczesny i wielkie media polskie”. Kraków 1936. Czyta Agnieszka Krzemień. W toku badań Julian Ochorowicz stwierdził, że media zdolne są wytwarzać różne nieznane rodzaje energii. W latach 1909–1912 eksperymentował Ochorowicz u siebie w Wiśle i w Warszawie z młodą panną Stanisławą Tomczykówną, która okazała się jednym z najwybitniejszych mediów naszych czasów. Doświadczenia te Ochorowicza, głośne w całym świecie, są po dziś dzień niezrównane pod względem metodycznym. Ochorowicz był pierwszym w świecie badaczem, któremu udało się zjawisko telekinezy z mroków bezwładnego seansu przenieść na stół laboratoryjny, powtarzać je w świetle dowolnie i badać systematycznie. Co zaś do realności zjawisk, nie istnieje żadna wątpliwość.
Wszystkie zjawiska zostały wielokrotnie powtórzone i sprawdzone przez licznych badaczy, przez komisję ośmiu rzeczoznawców fotograficznych w Warszawie 6 listopada 1909 roku, przez grono przyrodników, którzy dwukrotnie odbyli seanse z Tomczykówną w sali Muzeum Przemysłu w Warszawie, przez Richeta w Paryżu, przez profesora Flournoy w Genewie, przez doktor Schrenck-Notzinga w Warszawie, Monachium i innych. Ochorowiczowi udało się wykształcić to młode medium tak, że produkowało zjawiska nie w sposób chaotyczny i dowolny, ale na życzenie eksperymentatora i po uprzednim zapowiedzeniu, co ułatwiło kontrolę, a także nie w ciemności, lecz w świetle lampy czerwonej, a nawet w świetle dnia. Wyniki swych niezmiernie żmudnych doświadczeń złożył Ochorowicz w szeregu opisów i rozpraw drukowanych w „Annales de sciences psychiques” w rocznikach 1909–1912, a ilustrowanych mnóstwem fotografii. Kto chce eksperymentować w dziedzinie metapsychiki, winien poznać te prace niezmiernie ciekawe, aby nauczyć się, jak należy umiejętnie postępować z mediami i umieć korzystać z pomocy wtórnych osobowości mediumicznych dwojników, z którymi Ochorowicz przeprowadzał za pośrednictwem uśpionego medium dłuższe konwersacje. Za przykładem Ochorowicza poszedł 10 lat później profesor Crawford. Panna Stanisława Tomczykówna podobno w roku 1905 znalazła się w tłumie osób aresztowanych na ulicy Warszawskiej, a krótki pobyt w areszcie wywołał u niej wstrząs nerwowy, który przejawił się objawami telekinetycznymi. I tak na przykład, gdy lekarz zapisywał jej receptę, kałamarz na stole począł się ruszać i stukać. Ochorowicz poznał młodą pannę dzięki Lebiedzińskiemu, który z nią pierwszy eksperymentował i zaprosił ją do siebie do Wisły. W numerze pierwszym „Annales de sciences psychiques” z 16 stycznia 1909 roku pisze Ochorowicz: „Tym medium o działaniu fizycznym, o którym będzie mowa poniżej, jest młoda panna z Warszawy. Ładna, prosta, skromna, inteligentna, jakkolwiek bez wykształcenia i nadzwyczajnie uzdolniona pod względem mediumicznym.
Przebywa od dwóch miesięcy w mojej willi w Wiśle, gdzie staram się o poprawę stanu jej wątłego zdrowia i kieruję rozwojem jej zdolności medialnych. W tych warunkach, usuwając od niej wszelkie sugestie spirytystyczne lub antyspirytystyczne, spodziewam się urobić z niej medium prawdziwie użyteczne dla nauki. Zadanie mam ułatwione dzięki trzem okolicznościom. Panna Tomczykówna jest osobą z natury prawdomówną, która umie opanować wrodzoną większości mediów skłonność do bezwładnego oszustwa. Nie jest spirytystką i nie ma żadnego wyrobionego samoistnie czy sugerowanego zdania o naturze zjawisk, które produkuje. Wreszcie, ulegając bardzo łatwo hipnozie, nie jest wrażliwa na sugestie. Doświadczenia nie odbywają się nigdy w ciemności. Kontrola jest zawsze ścisła i medium bywa rewidowane za każdym razem bezpośrednio przed zapowiadanym zjawiskiem. Zjawiska niezapowiedziane nie wchodzą w rachubę. Dzięki temu, że udało mi się od pewnego czasu zupełnie usunąć trans samorzutny, który zbyt męczył medium i uczestników seansu, wszystkie doświadczenia odbywają się w stanie hipnozy wywołanej przeze mnie.
W doświadczeniach uczestniczą najwyżej dwie osoby. Ochorowicz pisze dalej: panna Stanisława przypisuje produkcję zjawisk pewnej personifikacji fluidycznej, nazywanej przez nią Małą Stasią, która jest podobna do niej, ale znacznie mniejsza, bo wzrostu tylko około 55 centymetrów. Na moje pytanie, zadane jej zaraz po pierwszym seansie, medium odpowiedziało: „To mój sobowtór”. Ochorowicz stwierdził u swego medium trzy różne osobowości. W stanie normalnym medium było Stanisławą. W stanie somnambulicznym, tak zwanym uśpieniu hipnotycznym, występowała druga albo Stasia, a sobowtór fluidyczny był małą Stasią, dla krótkości zwanym Małą. Niestety — pisze Ochorowicz — wzajemna niezależność tych trzech osobowości, większa niż zazwyczaj spotyka się u trzech osób, utrudniała badanie przyczyn zjawisk i nieraz trzeba uciekać się do fortelów, aby skłonić małą Stasię do wyjawienia sekretów. Wystąpiła u Tomczykówny później jeszcze czwarta sztuczna osobowość — Wojtek. Ten Wojtek był zdaniem medium tym czynnikiem, który poruszał ciężkie przedmioty i okazywał wielką siłę. Mała Stasia, która była personifikacją dziecięcych, podświadomych wspomnień medium, nie mogła oczywiście rozwijać takiej siły.
Zresztą pod wpływem Ochorowicza w toku seansów zarówno mała Stasia, która była stworem złośliwym i skłonnym do oszustwa, jak i brutalny Wojtek znikli i medium w somnabulizmie obchodziło się bez tych sztucznych personifikacji. W toku doświadczeń Ochorowicz stwierdził wpierw, że Tomczykówna posiada duże zdolności telekinetyczne, to jest zdolności poruszania przedmiotów bez dotyku, nieraz w pełnym świetle dnia. Potrafiła za zbliżeniem rąk podnosić i utrzymywać w powietrzu różne lekkie przedmioty. Mogła wpływać na toczącą się kulkę rulety, aby wpadła do oznaczonej przegródki. Potrafiła w biały dzień zatrzymać z odległości wahadło ściennego zegara. Przy czym doktor Ochorowicz trzymał jej obie ręce. Ochorowicz metodycznie zmieniał warunki doświadczeń, aby zbadać mechanizm tych niewytłumaczonych lewitacji i poruszeń. I oto spostrzegł, że niekiedy z palców medium wyłania się jakaś substancja, która przybierała postać nitek fluidalnych. Ta substancja, później nazwano ją ektoplazmą, bywała czasem widzialna, zwykle jednak niewidzialna. Ochorowicz i inni zauważyli zresztą takie nitki u Euzapi Paladino w roku 1893 i wówczas wzbudziły one podejrzenie, że Euzapia pomaga sobie włosem lub nitką jedwabną.
Ochorowicz nazwał tę substancję promieniami sztywnymi. Pisze o niej: jest to prąd lub emanacja z końców palców medium, zachowująca się jak włókna i pasma jakiejś substancji niewidzialnej, zdolnej wywoływać skutki mechaniczne poza granicami ciała. Posiadają one pewną spoistość, są elastyczne, ale dość sztywne, aby wywoływać nacisk. Ochorowicz zdawał sobie sprawę, że dawanie tej substancji nazwy promieni nie zgadza się z tym, co zwykle nazywamy promieniami. To prawda — pisze Ochorowicz — ale lepszego wyrazu nie ma, a nie chcąc tworzyć nowego, przyjąłem stary, najmniej nieodpowiedni. Można zaś nazwać je warunkowo promieniami, bo się rozchodzą po liniach przeważnie, choć nie wyłącznie prostych. Bo nie mogą skupiać w jednym punkcie, bo wreszcie przedstawiają pewne analogie z promieniami katodowymi rurki Crookesa. Zarazem trzeba było nazwać owe quasi promienie sztywnymi, skoro mogą działać niby druty popychające drobne przedmioty w kierunku prądu. Główną własnością promieni sztywnych jest właśnie ich działanie mechaniczne. Wywierając nacisk, mogą też pozornie zmieniać wagę ciał, jako zaś obdarzone pewną konsystencją mogą podtrzymywać ciała lekkie, a nawet unosić je w powietrzu.
Ochorowicz sporządził mnóstwo zdjęć fotograficznych, które potwierdzają fakty osobliwej lewitacji przedmiotów. Istnienie tych promieni można stwierdzić, jak pisze Ochorowicz, wzrokiem. Niekiedy bowiem stają się widzialne. Dotykiem. Stawiają bowiem lekki opór przy dotknięciu, jakby pajęczyna lub nitka subtelna. Skutkami mechanicznymi, ponieważ przesuwają i unoszą lekkie przedmioty. Fotografią, ponieważ niekiedy stają się widzialnymi na kliszy jako nitka fluidyczna, jasna na ciemnym tle, ciemna na jasnym. Radiografią bezpośrednią w ciemności, bo towarzyszą im częstokroć zjawiska świetlne, choć niewidzialne dla oka, ale działające na kliszę. Te promienie sztywne, czyli nitki fluidalne, ektoplastyczne, są oporne na ogień. Ochorowicz sporządził cylinder z drutu, okręcił go knotem napojonym spirytusem metylowym i zapalił lont, a medium Stanisława Tomczykówna mimo to mogła, zbliżając rękę, unosić w górę i przewracać ustawiony na stole, płomieniami otoczony przedmiot.
Ochorowicz sfotografował także, a raczej zradiografował, to znaczy uzyskał odbicie na kliszy w kasetce bezpośrednio bez użycia aparatu fotograficznego promienie sztywne, czyli nitki fluidalne. Fotografia przedstawia linie o strukturze jakby ziarnistej, przerywanej albo wiązki linii. Te promienie sztywne mogą przenikać przez wąskie, minimalne szczeliny. Kierunek ich badał Ochorowicz, umieszczając na płycie szklanej kilka kropli różnokolorowych płynów, przez które to krople promienie przejść miały. Punkt wejścia i wyjścia promieni zaznaczał się zabarwioną kreską na płycie.
[02:20:18] - Proszę państwa, to teraz czas na równie tajemnicze klimaty. Czas na alchemię tworzenia. Dzisiaj Katarzyna Prychacz powie o fantazjach i wyobraźniach. Dlaczego liczba mnoga? Posłuchajcie państwo. Zapraszam.
[02:20:39] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem, to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. A oto dzisiejsza dalijska myśl przewodnia: „Nie mogę zrozumieć, że ludzie są niezdolni do fantazji, że kierowcy autobusów nie nachodzi od czasu do czasu ochota, aby wjechać w okno wystawowe sklepu sieci Prisunik i zagarnąć po drodze prezenty dla rodziny”. Jak zapewne widzieliście, dzisiaj porozmawiamy o fantazjach i wyobraźni. No i co? Żeby zacząć od jakichś punktów wyjścia i konkretów, to lecimy z definicją słowa wyobraźnia. Oczywiście słownik języka polskiego, wersja papierowa.
Wyobraźnia — zdolność przedstawiania sobie zgodnie z własną wolą sytuacji osób, przedmiotów, zjawisk i tym podobnych, niewidzianych dotąd. Fantazja. Okej, mamy bardzo ciekawy punkt wyjścia. Powiem szczerze, troszeczkę mnie zaskoczył, jak postanowiłam go sprawdzić przed naszą dzisiejszą audycją, a konkretniej ten punkt zgodnie z własną wolą. Myślę, że już nie raz o tym mówiłam tutaj na audycji gdzieś, ale przypomnę. Pamiętajcie, że to wy decydujecie, którymi tropami i wykładniami układacie myśli. Możecie przejąć nad tym kontrolę. I oczywiście, że ten cały proces przebiega nieświadomie, ale tylko do momentu, w którym sobie nie uświadomicie, że taki proces jest. I też oczywiście później to zależy od tej decyzji, którą podejmiecie, czy po prostu niech sobie to leci i było dobrze i nic nie zmieniam, czy może pewne rzeczy zaczniecie sobie świadomie kontrolować. Wiecie, żeby nie być tak gołosłownym, Arystoteles, pewnie kojarzycie gościa, gdzieś tam się pewnie przewijał w szkole jednej, drugiej albo na jakichś uczelniach, a jak nie, to zachęcam do googlowania.
Taki tam filozof. On twierdził, że wyobrażenie możemy kierować, w pewnym sensie nadzorować, ale i też łączyć ze sobą poprzez między innymi takie aspekty jak styczność, podobieństwo czy kontrast. Żeby może trochę to rozjaśnić. Styczność to tutaj chodziło o takie punkty wspólne. Jakbyśmy wzięli dwa zbiory, na przykład skojarzeń, to one będą miały punkt wspólny. Mogą nie mieć punktów wspólnych, ale być podobne w jakiś sposób, te podobieństwa albo właśnie mogą być kontrastowe i ta kontrastowość też będzie jak najbardziej łącznikiem między nimi. Ponadto twierdził, że tego typu wyobrażenia możemy też sobie utrwalać za pośrednictwem emocji, których doświadczamy, czy to w trakcie wyłapywania tych poszczególnych elementów, tych wyobrażeń, czy w ogóle podczas kreowania samych w sobie wyobrażeń. Bardzo często te nasze wyobrażenia są w jakimś takim układzie, który jest powiązany konkretną zasadą. Ja czasami wspominam o tym w kontekście, właściwie używając frazy ciągi skojarzeniowe. Możliwe, że tutaj na audycji też już o tym mówiłam.
Z pewnością wspominałam o tym na YouTubie gdzieś w swoich różnych wywodach innych. Jeżeli chodzi o ciągi skojarzeniowe, to jest nic innego jak żyjemy sobie, doświadczamy różnych rzeczy i gdzieś też z automatu nasz umysł to w pewnym stopniu sobie zapamiętuje, zapisuje i grupuje. I potem sami właściwie te podgrupy, oczywiście, że one są tak jak wszystkie inne procesy, one sobie są gdzieś tam nieświadomie. Natomiast jeżeli byśmy zaczęli się nad tym zastanawiać, moglibyśmy też sami sobie układać tego typu rzeczy. Nawet jest też świetna taka technika, jeżeli chodzi o ćwiczenie pamięci. Zdaje się, że to był pałac pamięci albo myśli. W dużym skrócie wizualizujecie sobie jakieś miejsce I w tym miejscu umieszczacie jakieś rzeczy, które chcecie zapamiętać, czy jakieś wspomnienia, czy jeżeli się czegoś uczycie, to na przykład jakieś elementy. Na przykład bierzemy sobie pokój z kominkiem i na tym kominku ustawiamy statuetkę konia, która będzie symbolizowała coś tam, statuetkę orła coś tam. Sami pod siebie ustalacie coś takiego. Później, żeby przywołać te konkretne informacje, które macie zakodowane w tych statuetkach, to zwyczajnie przywołujecie sobie w głowie wizualizację tego pomieszczenia, tego kominka i tak dalej.
Te ciągi to nic innego jak jedno coś uruchamia drugie i jedno za drugim idzie. Bardzo często tak to wygląda w procesie twórczym, że zaczynamy coś wymyślać i zaczyna się od jednej rzeczy, może jakiejś inspiracji, czy może czegoś, co stoi obok, czy czegoś, co możecie gdzieś znaleźć i później to prowadzi za sobą taką kaskadę. Trochę też jak taki efekt domina, jakby nie patrzeć. Uderzacie w jeden i zaraz spada drugi, pojawia się trzeci i tak dalej. Możemy sobie tutaj metafory różne do tego szykować i serwować. Wracając jeszcze do Arystotelesa. On ogólnie uważał, że nasz umysł może zdobywać wiedzę jedynie poprzez doświadczanie. Z kolei Platon uważał, że rodzimy się z całą tą wiedzą, ona jest w nas wrodzona i my po prostu ją odkrywamy. I wiecie co? Nieważne.
Pewnie znaleźlibyśmy jeszcze więcej teorii na ten temat, jak to wszystko działa. Natomiast ja was zachęcam. Tak czy tak, warto zbierać różne doświadczenia, różne obrazy, wizje. Jak idziecie drogą, się rozglądacie. Niezależnie od tego, czy dzięki temu zdobędziecie jakąś nową wiedzę, czy może sobie przypomnicie tą wrodzoną, czy jeszcze coś innego. Wspominałam trochę o czymś takim, zdaje się w odcinku numer dziewięć. Tam mówiłam o inspiracjach i o takiej uważności na świat. Zachęcam, żebyście sobie posłuchali, bo to właściwie o to się rozbija. Im więcej rzeczy takich sobie będziecie kolekcjonować, tym więcej później będziecie mieli punktów odniesienia w waszym mózgu, umyśle czy świadomości, jak byśmy to nazywali. Spotkałam się też z takimi teoriami czy twierdzeniami wręcz, że wyobraźnia ta nasza pisarska i artystyczna brać, ta nasza wyobraźnia twórcza czy właściwie artystyczna, różnie jest nazywana, że ona jest takim specjalnym rodzajem tej wyobraźni, że to jest coś innego.
Czyli mamy sobie standardową wyobraźnię, którą każdy człowiek posiada, niezależnie od branży, w której działa. Natomiast jeżeli wchodzimy w branżę artystyczną, czy kierujemy się bardziej w te klimaty, zaczynamy to rozwijać, ćwiczyć czy po prostu zaczynamy rzeczy pisać, kreować i tak dalej, to zaczynamy tą podstawową wyobraźnię rozbudowywać. Na taki wyższy level ją wkładamy. I tutaj wpadłam na jeszcze jedno znalezisko ciekawe, bo oczywiście przygotowując się do odcinka stwierdziłam, że jak wyobraźnia, to w sumie taki trochę synonim fantazja. Więc chciałabym wam teraz przedstawić definicję fantazji, bo to był dla mnie w sumie taki wow, zaskok. I zaraz wrócimy jeszcze na chwilę do tej naszej twórczej. Dobra definicja. Fantazja — zdolność wyobrażania sobie czegoś, wyobraźnia, urojenie, zmyślenie. Znaczenie drugie. Potocznie: kaprys, dziwactwo, wybryk, zachcianka.
Znaczenie trzecie. Pewność siebie, zuchwałość, werwa, rezon, animusz, odwaga. No właśnie. Nie wiem jak was, mnie zaskoczyło to znaczenie numer trzy. I tak sobie pomyślałam, że w sumie super, że ono jest. Wiecie, zaczęłam się zastanawiać właśnie nad nami, pisarzami, artystami, że kurczę, my musimy być odważni, że ta nasza wyobraźnia, to wszystko, co kreujemy. Myślę, że jeżeli ktoś nie miałby takich cudzysłów jaj, odwagi, to nie odważyłby się powiedzieć o niektórych rzeczach zapewne, które każdy z was gdzieś już wymyślił czy napisał. Oczywiście wszystko zależy od gatunku, w którym działamy. Na przykład ja uwielbiam fantastykę czy gdzieś tam rzeczy z pogranicza fantastyki. Uwielbiam też absurd.
I teraz w tych dwóch kierunkach naprawdę na początku mojej drogi twórczej nie było to dla mnie łatwe. Właśnie często gdzieś padała taka głupota. Może ja mam też taką jakąś bardziej osobowość, że po prostu może nie ośmieszało mnie to nie wiadomo jak, ale ludzie bardzo często brali to jak po prostu jakiś kawał, jakiś żart, wiecie, dobry tekst i tak dalej. Natomiast okej, fajnie, że kogoś to rozbawiło, ale to, co ja w środku gdzieś czułam, wymyślając to, to właśnie nie był żart, tylko to była jakaś gruba rozkmina, jakaś myśl, jakaś metafora, coś już takie z wyższych piedestałów, z wyższej hierarchii, a nie taki tam po prostu żarcik. Ale z czasem nauczyłam się, że wszystko dobre. Jeżeli ktoś to uważa za żart — super. Jeżeli ktoś chwyci tą grubszą rozkminę, czy pójdzie dalej po sznurku tego absurdu, to też na plus. Ale faktycznie trochę musiałam pracę wykonać nad sobą też, żeby na przykład o takich rzeczach mówić głośniej. Wiecie, to trochę też jak z pisaniem rzeczy do szuflady czy później publikowaniem ich. Też mówiliśmy trochę o tym w chyba którymś tam z pierwszych odcinków, jeżeli chodzi o te szuflady.
Natomiast wiecie, fajna sprawa. Ja od dzisiaj będę myśleć o sobie jako o takim super odważnym kozaku, jeżeli chodzi o wyobraźnię, chociaż wiele ludzi już stwierdza, że mój dobór fryzury czy kolorów, które noszę na głowie, że to już jest odwaga. Może tak. A może to właśnie jest ta fantazja? Miałam fantazję, zrobiłam sobie takie, a nie inne kolory, a oczywiście, że mogłam do tego całą ideologię dobudować. Teraz słuchajcie, wiemy mniej więcej już sobie o tej wyobraźni, o tej fantazji. Mamy definicję, wiemy, o co kaman z tym wszystkim. I warto sobie zadać pytanie. Tak myślę, że warto. Ja sobie je zadałam.
Gdzie w ogóle ta wyobraźnia jest? W nas, w środku, w mózgu. Oczywiście możemy mówić o rzeczach takich bardziej może nie tyle metafizycznych, ale takich może niezbadanych do końca, typu jakaś świadomość, jakaś dusza, jakieś tam nasze wyższe ja i tak dalej. To pewnie jest albo tego nie ma. Wszystko zależy od tego, jak to postrzegamy. Natomiast zadałam sobie pytanie, czy może gdzieś ktoś już kiedyś zastanawiał się, badał mózg może pod tym kątem? No i okazało się, że tak. Znalazłam właśnie informacje takie, że to chyba jedna z takich mniej współczesnych teorii, to że właśnie ta nasza prawa półkula, o ile ktoś nie ma odwrotnie, ale standardowo prawa półkula działa właśnie tak, że ona odpowiada za te nasze rzeczy kreatywne i wyobrażeniowe. W sumie to też pamiętam gdzieś ze szkoły, kiedyś z którychś studiów nawet. Natomiast kopiąc dalej znalazłam świetny artykuł, jak najbardziej na grupie naszej Alchemia Tworzenia na Facebooku pod postem dedykowanym do dzisiejszego odcinka.
Wrzucę wam link, żebyście sobie przeczytali cały artykuł. Ja nie chcę tutaj bardzo się wymądrzać, bo tam jest to napisane dużo lepiej. Natomiast w dużym skrócie w tamtym artykule była właśnie przedstawiona taka teoria, czy właśnie to były wyniki też badań. Także tam jak najbardziej przeczytacie, jakiego typu badania były robione i na jakiej grupie. Że artyści czy osoby związane z branżą kreatywną mogą rozciągać tą swoją podstawową wyobraźnię, że ta wyobraźnia to jest sieć. Ona się rozkłada nie tylko, że w prawa półkula, tylko tam będziecie mieli opisane które płaty. Ja nie chcę wchodzić bardzo w te medyczne nazwy, ale które tam płaty w mózgu odpowiadają za tą taką wyjściową wyobraźnię. No i okazuje się, że właśnie artyści poddani tym badaniom, oni oprócz tego, tych podstawowych rzeczy rozciągają tą swoją sieć trochę dalej. Czy uruchamiają w ogóle inne obszary mózgu, które na przykład nigdy u takich cudzysłów przeciętniaków właśnie jak to tam było w artykule, te obszary się w trakcie wymyślenia na przykład nigdy nie uruchamiały, natomiast u osób właśnie związanych z branżą kreatywną właściwie od razu. Zresztą nieraz powtarzałam wam też przy tych ćwiczeniach na kreatywność, że nasza wyobraźnia, nasza kreatywność jest jak mięsień i też możemy sobie to rozwijać, ćwiczyć i tak dalej.
Także jak najbardziej do artykułu link znajdziecie. Dla mnie nowa, świeża wiedza. I teraz pytanie, czy według Arystotelesa doświadczona, czy według Platona odkryta na nowo, bo gdzieś już we mnie była? Tego nie wiem. Cieszę się, że ją mam i mogę się z wami tym podzielić. A tak w ogóle jakby ktoś wam zadał pytanie gdzie jest wasza wyobraźnia, to jak byście odpowiedzieli? Myśleliście kiedyś nad tym? Jakbyście mieli pokazać palcem, gdzie w waszym ciele znajduje się wasza wyobraźnia? Nawet konkretne miejsce. Nie że na przykład tylko załóżmy, że stwierdziliście, że stopa, no to nie, że w całej, chyba że tak czujecie, tylko właśnie na przykład, że w małym palcu lewej stopy.
Tak podrzucam wam taką rozkminkę albo popytajcie swoich znajomych, może dojdziecie do ciekawych wniosków, zgoła czasami pewnie absurdalnych, a może właśnie i genialnych. Jakiś czas temu też sobie zadałam to pytanie. Dzisiaj w innym kontekście do naszego odcinka, ale tamtego dnia właśnie tak się zastanawiałam, to, co was zapytałam przed chwilą. Nie będę wam może spoilerować albo dobra, zaspoileruję. Mi się wydaje, że gdzieś z przodu w głowie. Przynajmniej u mnie tak to działa, że gdzieś tam tak trochę nad oczami, ale nawet tak bliżej brzegu tej głowy, a nie że gdzieś tam w centrum, nie? I żeby było śmieszniej, oczywiście błądziłam sobie gdzieś w różnych odmętach internetu. Nie chcę dzisiaj bardzo wchodzić. Zresztą w ogóle na tym naszym podcaście raczej trzymam się ziemi, jeżeli tutaj wam coś opowiadam. Natomiast właśnie co do tego jeszcze pytania gdzie jest wyobraźnia, natrafiłam na takie bardziej właśnie z pogranicza właśnie może tej metafizyki czy duchowości.
Taka teoria. Nie wiem, dużo jest różnych tutaj określeń związanych właśnie z tym, co generuje w naszej głowie różne wizje i wyobrażenia. Między innymi trafiłam na coś takiego jak taką teorię trzeciego oka. Tak to ujmijmy. Nie chcę wchodzić w to, czy to jest jakaś abstrakcja, jakaś teoria, nie wiem, nawet chyba trudno mówić o teorii spiskowej, bo tu nie ma spisku akurat. No ale to często leży gdzieś tam na półkach internetów, gdzieś tam głęboko. Nieważne. Chciałam po prostu wam przedstawić tutaj doszłam do bardzo ciekawych właśnie takich wniosków tam przedstawianych. Tak sobie pomyślałam, że kurczę, fajnie jakby tak było. W sensie to byłoby takie dla mnie prostsze czy bardziej wyjaśniające.
I teraz dobra, słuchajcie, o czym ja w ogóle mówię? Tym całym mitycznym trzecim okiem, gdzie do tamtego momentu myślałam, że to takie naprawdę było takie oko jak nasze, takie lewe czy prawe, tylko że to takie jakieś niewidzialne. Natomiast okazuje się, że to chodzi o to niby takie oko umieszczone właśnie gdzieś w tamtych rejonach, w sensie nad naszymi oczami w mózgu. No i podejrzewa się, że takim trzecim okiem jest nasza szyszynka. Poguglujcie sobie co to jest. Tam będziecie mieli dużo fajnych medycznych rzeczy. W dużym skrócie to chyba gruczoł jest z tego, co kojarzę, z tego, co pamiętam. Ale chodzi o to, że to gromadzi te wszystkie magiczne rzeczy, które odpowiadają za nasz sen. Także oczywiście też zarządza hormonami i tak dalej, ale tam jest właśnie to, najczęściej największe związki to ma związane z naszym śnieniem, a konkretnie właśnie z tymi wizjami sennymi. U ryb, płazów, gadów światło ogólnie dociera poprzez czaszkę bezpośrednio.
Są takie tam szczeliny specjalne w czaszce i do mózgu to światło dociera. Natomiast właśnie u ludzi dociera przez oczy. I tutaj właśnie dochodzimy do tego, że ta nasza szyszynka, ona jest podatna właśnie na ten cały cykl dobowy, na światło. Więc jeżeli oczywiście mamy świateł za dużo, pewnie słyszeliście o tym, że na przykład jak siedzimy wieczorami, mamy te ekrany monitorów, telefonów, telewizorów i tak dalej, że to takie, zwłaszcza to niebieskie światło, że ono może nam zaburzać właśnie nasz sen. Możemy właśnie cierpieć na bezsenność, możemy nie wpadać jakby w fazę tą REM, czyli nie będziemy się regenerować podczas snu i tak dalej. No i właśnie tu chodzi o tą szyszynkę, że te nadmierne światła, zwłaszcza jak już ten cykl dobowy jest, że się ściemnia i my mamy bardzo dużo świateł wtedy, no to może to zaburzać właśnie jej działanie. Tam jeszcze dużo innych rzeczy może to wszystko zaburzać. Natomiast właśnie chodziło o to, że to było to takie mityczne trzecie oko i że według tych teorii, jeżeli dobrze zadbamy o tą naszą szyszynkę, czy ją tam odżywimy, bo są też jakieś rzeczy, pewnie te, co odżywiają ogólnie mózg, ale są różne jakieś tam właśnie czy suplementy, czy jakieś właśnie składniki odżywcze i tak dalej, które mogą nam pomóc tą szyszynkę sobie troszeczkę, no zadbać o nią. Ja wam powiem, nie wiem jak wy. Ja uwielbiam sny.
Bardzo często śnią mi się tak logiczne, tak świetne fabuły, że nieraz sobie z nich czerpię do swoich tam pisarskich rzeczy. Więc pomyślałam, że czemu nie? Zacznę troszeczkę może świadomiej z tymi światłami wieczorem działać, z ekranami. Powiem Wam szczerze, że zaczęłam po prostu ściemniać wieczorem ekran, zwłaszcza jak piszę. Pewnie też tego doświadczyliście. Pewnie też nieraz pisaliście wieczorami, więc zwykle mam jakąś jedną lampkę, jakąś dużą świeczkę, ekran praktycznie na maksa ściemniony. I wiecie, zauważyłam, że mniej mnie boli głowa, gdzie do tej pory nawet nie wiedziałam, że mnie głowa boli w trakcie pisania wieczorowego zwłaszcza, czy nocnego jak mi się zdarza. Także coś chyba w tym jest. A może po prostu oczy się mniej męczą? Zapewne tak to działa, ale warto spróbować zawsze, nie?
Co do tej szyszynki, to też jeszcze taka ciekawostka, że trafiłam właśnie na te takie stare jakieś tam teorie i zapisy, że podobno właśnie tam osadza się nasza dusza. Także to już tak wiecie, wchodzimy na grubo, ale powiem szczerze, że ciekawe, ciekawe. Nie wiem, czy w ogóle zastanawialiście się, czy wierzycie w coś takiego jak dusza, czy nie, czy tego ducha, czy może nazywacie to inaczej. No ale w sumie to też takie odpałowe trochę, nie? Jeżeli faktycznie to jest i tak jak przedstawiają, że to sobie jakiś duch, który sobie gdzieś tam lata i wchodzi w nasze ciało i później jest ta nasza świadomość, no to ej, no to ma to sens, że to takie wiecie, wizje generuje, nie? Jak w tych snach. No i kolejna rzecz to już wracamy na ziemię, już wracamy do chemikaliów, do takiej naszej biochemii naturalnej. Nie wiem, czy słyszeliście o takim rytuale ayahuasca. Też sobie poguglujcie. Taki rytuał.
Zdaje się, że chyba do tego się robi napar z korzenia, ale nie jestem pewna właśnie. To chyba się pije, nie pali, ale nie wiem. Nie byłam, nie uczestniczyłam w takim rytuale. Natomiast to ogólnie jest właśnie bardzo duchowy rytuał, że niby tam można doświadczyć boskości i tak dalej. No ale nie o tym rytuale. Chodzi o to, że w tym korzeniu, z którego robią to, to coś, ta niesamowita roślina, ona zawiera takie właśnie psychoaktywne substancje. No, w dużym skrócie ta substancja się nazywa DMT. Jak zaczniecie szukać o szyszynce, to właśnie tam też możecie trafić na taką właśnie nazwę. Nie będę przywoływać chemicznej nazwy, bo wiecie jak to chemiczne nazwy. Dużo literek, dużo słów.
Nie chcę nic pomylić. I właśnie w tej teorii, że niby ta dusza się osadza w szyszynce, to, że ta właśnie substancja DMT, że to jest molekuła duszy. Natomiast wracając na ziemię w biochemii ta substancja powoduje właśnie te wizje, które mamy, jak na przykład zasypiamy, tak? Te wszystkie obrazy, te sny, te dźwięki, wszystko, co czujemy. Ta substancja właśnie jest w naszej szyszynce i to dzięki temu my sami wiecie, trochę było ostatnio o używkach. To jest jedna z tych rzeczy, że faktycznie sami możemy stanowić swoją własną używkę, jak o siebie zadbamy, chociażby czerpiąc właśnie przez te wizje. Oczywiście dalej też wchodząc znalazłam takie zapisy. Nie próbowałam jeszcze. Jakby ktoś z Was próbował to dajcie znać, ale tam jest gdzieś tak, że chyba to mnisi buddyjscy zdaje się. Nie wiem jak to się nazywało, ale jest coś takiego, że wchodzi się do zupełnie ciemnego pomieszczenia i funkcjonuje się tam osiem dni.
Oczywiście tam chyba ma się dostarczone jedzenie, wodę i tak dalej. Natomiast chodzi o to, że się siedzi totalnie w ciemni i są nawet chyba trzy fazy, co tam się dzieje w naszym mózgu, że zaczynamy widzieć rzeczy czy czuć inaczej. Wiecie, tak jakby nasz mózg dostosowuje się do tej ciemności i zaczynamy wbrew pozorom widzieć w tej ciemności, ale nie oczami, tylko innymi zmysłami. Ciekawa rzecz, tylko ciężko by mi było to zrealizować, chyba żebym się zabunkrowała w łazience u siebie, bo tam nie mam okien. Natomiast chodzi o to, że właśnie taka ciemność wyzwala tą substancję, te DMT. Ale ja nie badałam, więc nie wiem. Dzielę się z Wami tylko tym, na co trafiłam. Ale dobra do brzegu. Dlaczego w ogóle wspominam tutaj o tej teorii? Ta cała teoria trzeciego oka mówiła jeszcze o czymś takim, że szyszynka jest rodzajem takiego pryzmatu dwustronnego.
Że to chodzi o to, jak postrzegamy rzeczywistość. Czyli patrzymy sobie na przykład no co ja mam tu przed sobą lampę, taką tam mam. Opiszę wam czarny trzonek, taki klasyczny, trójkątny, tam ścięty abażur i tam sobie naciapałam jakieś czarno-czerwone Kształty. Nieważne. Chodzi o to, że ja tą lampę widzę i według tej teorii to jest sobie jakiś obiekt w tej rzeczywistości. On wpada oczami do naszej głowy, do tej naszej świadomości. I chodzi o to, że on zanim wpadnie dalej do naszego umysłu, to trafia na tą szyszynkę, która właśnie jest takim pryzmatem. I ona bierze ten obraz, wrzuca nam do naszego mózgu i ten obraz tam w tym mózgu się, mówiąc kolokwialnie, mieli, czyli sięga do naszych doświadczeń, do naszych poglądów na dany temat, na przykład na temat tej lampy czy kolorów, czy kształtów i tak dalej. Zbiera te wszystkie informacje i potem wypuszcza w pewnym sensie ten obraz na zewnątrz. W sensie, że my widzimy go wtedy takim, jakim jest.
Dobra, może to trochę skomplikowane, ale wyobraźcie sobie, że tak jak światło wpada do tego pryzmatu i się rozgałęzia na te różne kolory, takie tęczowe, to mniej więcej tak to działa. Czyli ta lampa byłaby tu takim jednym promieniem i on później w naszym mózgu się rozgałęzia w tyle miejsc. A potem jest taki odwrócony proces, że tak jakby synteza tych wszystkich kolorowych promieni w tym pryzmacie jakby. I to oddziałuje na to, jak my widzimy ten pierwszy promień, który wpadł. I tutaj myślałam sobie właśnie o tym, że w sumie to jakby nie patrzeć, to nasz proces twórczy tak działa, że jeżeli uruchomimy sobie właśnie te nasze zbadane obszary kreatywności, w sensie obszary, w których jest wyobraźnia, to się może okazać, że my tak samo możemy sobie odwracać ten proces, czyli patrząc sobie na tą lampę na zewnątrz, możemy oczywiście świadomie wpuścić te wszystkie promienie do naszego mózgu i na podstawie tego zatrzymać w głowie jakiś nowy obraz, wykreować coś. Taka luźna myśl z tym procesem twórczym. Natomiast dobra, wracajmy już tak bardziej na ziemię i może kierujmy się ku końcowi. Natomiast jeżeli chodzi właśnie o tą wyobraźnię, to sami tutaj możecie wybrać, która teoria wam będzie bardziej pasowała. A może właśnie zróbcie syntezę z jednej i z drugiej. A może doczytajcie o tej szyszynce.
Z pewnością traficie na coś więcej. Ja już jakiś czas temu o tym czytałam, także zachęcam, bo zawsze można coś fajnego wyczytać. I teraz jeżeli chodzi o takie ćwiczenia, jakbyśmy mogli zadbać o tą naszą wyobraźnię, to nie ukrywam, że ja tak staram się trochę pomagać wam w tym od samego początku i dbać też o to. Mianowicie podrzucając te wszystkie radosne ćwiczenia na sam koniec odcinka każdego. Właściwie może dzisiaj podrzucimy to w trochę luźnej formie bardziej. Natomiast jak najbardziej każdy z tych ćwiczeń działa na nasz mózg i będzie stymulowało różne części naszego mózgu czy naszej wyobraźni. Także zachęcam, żebyście sobie przejrzeli czy popróbowali nawet te ćwiczenia tak o sobie gdzieś porobić. Znajdźcie pięć minut i podziałajcie. Oczywiście zapraszam was na grupę ponownie Alchemia Tworzenia na Facebooku, bo tam też po każdym odcinku wrzucam oddzielny post, zarówno ten na przemyślenia, gdzie też wrzucam jakieś ciekawe linki, artykuły i tak dalej, jak i drugi post dotyczący właśnie ćwiczenia, o którym mówię na koniec. Więc jeżeli macie ochotę też podzielić się wrażeniami czy waszymi wynikami z tych ćwiczeń, to jak najbardziej możecie to właśnie pod tym postem w komentarzu podzielić się tym.
A może właśnie też wzniecimy jakąś fajną dyskusję w tym temacie. I tak myślałam sobie, jakie ćwiczenie mogłoby tak najlepiej, najszybciej być takim rozrusznikiem dla naszej wyobraźni. No to myślę, że takie wszystkie pytania z cyklu: co by było gdyby? Albo na przykład: a gdyby tak coś tam zrobiło coś? Czyli na przykład gdyby tak lampa ta, która tu jest przede mną z kablem w prądzie zaczęła świecić bez prądu pod wodą. Co by było wtedy? I w ramach ćwiczenia właśnie to jest też super, bo pewnie jak już zaczęłam mówić, obstawiam, że część, jak nie większość z was już miała jakieś tutaj dla mnie fajne odpowiedzi. Poszukajcie takich właśnie odpowiedzi. Rozglądajcie się. Idziecie na spacer, jedziecie autobusem, stoicie w korku w samochodzie jak prowadzicie albo stoicie w kolejce do sklepu czy tam w sklepie.
A po prostu może wyjdźcie i wyjrzyjcie przez okno czy wyjdźcie na klatkę i się rozejrzyjcie. Chodzi o to, że namierzcie sobie jakąś jedną rzecz i spróbujcie zadać do niej pytanie. Nawet czasami takie z goła absurdalne. A co by było gdyby? I znajdźcie minimum trzy historie albo stwórzcie jakąś jedną taką turbo rozbudowaną teorię, co by mogło się wydarzyć, gdyby tak się zadziało coś. Polecam, to jest świetne ćwiczenie dla mózgu, świetne ćwiczenie na wyobraźnię, a co więcej, może stworzycie właśnie jakąś teorię czy jakiś fajny absurdzik, który będziecie mogli umieścić najzwyczajniej w świecie gdzieś w waszym uniwersum czy w waszym nowym opowiadaniu, w powieści. Może piszecie teksty jakieś copywriterskie, może tam się wam to przyda. Może coś dla klienta dzięki temu stworzycie. Także zachęcam. I teraz właśnie słuchajcie, dlaczego warto?
Dlaczego warto? Przede wszystkim będziecie mieli, tak jak mówiłam, inspirację. Będziecie mieli rozrywkę. Może to też być swojego rodzaju relaks. Takie coś wiecie, jak też wspominałam w którymś odcinku o takim ćwiczeniu 15 minut dla świata. No to właśnie to jest coś takiego, że taka chwila wytchnienia. Bo zwykle mamy jakieś swoje różne domowe czy, że tak powiem, służbowe obowiązki. Mamy może jakieś czasami problemy, zdarzają się nam jakieś prywatne, a może zmagamy się z jakimiś innymi problemami. No to czasami warto właśnie takie wyrwane z kontekstu rzeczy sobie wziąć na chwilę na tapet, żeby po prostu nasz mózg mógł się tak w pewnym sensie troszeczkę zresetować. A przy tym nie tak typowo, jak właśnie w jakimś odmóżdżającym na przykład serialu czy filmie, bo tam po prostu sobie oglądamy, a tutaj jeszcze oprócz tego będziemy sobie ćwiczyli.
Także takie wiecie, win-win, przyjemne z produktywnym. Ćwiczenie z gdybaniem pozwala nam poćwiczyć wchodzenie w różne perspektywy, więc może się nam później to przydać czy ułatwić, jeżeli opisujemy jakiegoś bohatera, jakąś postać i na przykład jest to totalnie archetyp czy totalnie typ psychologiczny, który w ogóle nie jest nami. A dzięki ćwiczeniu wyobraźni będzie nam łatwiej się postawić w roli tej osoby. Czy znaleźć różnego rodzaju zależności między elementami fabularnymi, między postaciami. Może nawet elementy, których nie planowaliście wcześniej, ale w trakcie pisania wydarzy się taka, że tak powiem, fabularna okazja, że w sumie czemu nie? Połączmy tych dwoje na przykład nie węzłem małżeńskim, tylko węzłem zdarzeń czy jakimś artefaktem, a może niech się o coś pokłócą, mimo że wcześniej mieli się przyjaźnić, czy to miała być idealna, wręcz piękna miłość, a tu będzie jakiś fight wielki, który doprowadzi do czegoś dalej. Tak samo tymi ćwiczeniami możemy też rozwijać nasze ciągi skojarzeniowe czy nawet przejmować trochę kontrolę. Czyli na przykład jak zaczynamy myśleć o tej lampie, która miałaby świecić bez prądu pod wodą, to już w waszych głowach pewnie pojawiły się jakieś szufladki, jakieś skojarzenia. Ja na przykład od razu pomyślałam: co świeci pod wodą? Ryby głębinowe.
I dalej, jaka by to mogła być technologia? A może w tej lampie byłaby żarówka zabrana z takiej ryby? A może ta lampa byłaby rybą głębinową? Jak się zatrzymacie, wymyślcie sobie to, a potem wróćcie do tej teorii i prześledźcie to od strony technicznej. Czyli co sprawiło, że wpadłam na pomysł ryby głębinowej? Dalej, jak bym wymyśliła tą technologię świecenia, czy może bym zrobiła research, żeby sprawdzić dlaczego, jak ta ryba świeci, jak to działa. Dalej, dlaczego zrobiłam ten research? Co mną motywowało? Albo jeżeli wymyśliłam tą technologię, to jak na to wpadłam. Możecie po nitce do kłębka dotrzeć do waszych boksów, pudełeczek ze skojarzeniami.
Polecam! Ciekawa sprawa, bo sami możecie sobie uświadomić, jak fajnie pewne rzeczy wyzwalają w was, bo zapewne też pojawią się emocje, pojawią się jakieś wspomnienia, te doświadczenia. Ja na przykład byłam w oceanarium, ale nie widziałam ryb głębinowych. To nie takie oceanarium było, ale widziałam różne inne dziwne podwodne stworki. Jeden to, drodzy państwo, zabrudziłam zbroję prawie jak to się zbliżało takie wielkie szybą. I nie był to żaden rekin. Nie wiem, jak to po polsku się nazywa. To chyba jakieś sunfish było. Ale mówię wam, to wyglądało, jakby z Czarnobyla wypłynęło. Także polecam takie doświadczenia.
Myślę, że rozważając tą lampę... Najśmieszniejsze jest to, że ja podałam tą lampę jako pierwszy lepszy przykład, ale ja już ją widzę. Ja widzę całą scenę, jak ona pięknie stoi pod wodą, tak na samym dnie i świeci w tych głębinach. Ja tak nie za bardzo głębiny lubię w ogóle, więc od razu mi się zaczęły wszystkie inne stworzonka przypominać. Ale to, co wam teraz mówię, to poniekąd są takie ciągi skojarzeniowe. Tu miałam jakieś doświadczenie, tu mam jakiś może lęk, tu mam jakieś wspomnienia, tu mam jakąś już fajną wizję na tą lampę. I im dłużej o tym myślę, to trudno mi się skupić na tym, co do was mówię, bo ja już głową najchętniej bym tą lampę osadziła gdzieś w czymś ładnym, co może jeszcze nie napisałam, a może warto. Chyba powiedziałam to, co najważniejsze. W ramach ćwiczenia naprawdę zachęcam was, weźcie sobie jakieś najprostsze obiekty, które was otaczają, cokolwiek i poćwiczcie sobie. Dzisiaj wam nie będę rzucać całej treści zadania, tylko bardziej zachęcam, żebyście spróbowali poćwiczyć sobie w ten sposób.
Żeby zostawić was z czymś ładnym i mądrym, to myślę, że warto byłoby sobie wrócić zarówno w tym cytacie Dalego, gdzie on się dziwił, czemu ci kierowcy na przykład nie dają się porywać fantazji, a później, jak już wiecie, fantazja to też jest taka zuchwałość i odwaga. Zachęcam was, żebyście się odważyli i zaszaleli i żebyście byli zuchwali w waszych wyobrażeniach. Nawet chociażby w tym ćwiczeniu, które dzisiaj możecie zrobić. Więc ja pomyślę, jak jeszcze odważniej zrobić tą lampę. Już wiem. Może będzie mieczem moim podwodnym, żeby odstraszać te wszystkie straszne ryby. Dobra. Serdecznie dziękuję za uwagę. Jak zawsze życzę wam inspiracji, cudowności i słyszymy się za tydzień. Pa!
[02:54:16] - Jeśli w dalszym ciągu mało państwu porad natury pisarskiej, porad dotyczących tego, jak pisać, jak się do tego zabierać, jak organizować proces tworzenia, to mam dla państwa kolejną audycję w tym klimacie. „Pisząca z fiordami”. Kolejny odcinek, odcinek 16. Kamila Ciołko-Borkowska dzieli się swoimi doświadczeniami. Zapraszam.
[02:54:47] - Dobry wieczór. Dziś chciałabym tylko powiedzieć, że nie będę gadać za dużo, ponieważ zasapię się, zanim przejdę do meritum, ponieważ niestety złapałam zapalenie płuc po cudownym covidzie i z mówieniem jest delikatny problem, co u mnie ogólnie jest problemem. Ja dużo gadam, bardzo lubię mówić dużo, a teraz niestety nie mogę. Więc dziś skupię się na takim temacie, o którym za dużo mówić nie trzeba, a który jest czasami dość istotny przy pisaniu. Nie dotyczy on stricte umiejętności pisania, warsztatu pisania. Jednak jest czasami dość Dość ważną kwestią. Powiem wam tak: najłatwiej i najlepiej jest pisać o czymś, w czym się orientujemy, co znamy, co jest dla nas łatwe do opisania. Dlaczego? Dlatego, że czytelnik zawsze wyłapie jakieś błędy. Czytelnik zawsze wyłapie jakieś babole, jeśli będą.
I powiem wam, że bardzo łatwo wyłapać fakt, że autor nie zna się na temacie, o którym pisze. Nikt nie będzie czytał autora, który bajdurzy, a nie pisze o tym, że będzie bajdurzył. Historia ma mieć jakieś korzenie, realia rzeczywistości, ale w sumie nic tam się kupy nie trzyma i nic nie jest zgodne z prawdą, bo niby rzecz się dzieje na Ziemi, a prawa fizyki nie obowiązują, a część praw przyrody jest tylko wybiórcza, a autor nie napisał wcześniej, że świat jest zupełnie inny, jakiś taki niekonsekwentny. Dlatego bardzo często robi się tak zwany research. To jest bardzo ciężka rzecz, czasami bardzo trudna, jednak bardzo często bardzo potrzebna. Ponieważ jeśli nie do końca orientujemy się w temacie, to warto zgłębić temat, warto zrobić badania, rozeznanie. To nie musi być zaraz czytanie 50 pozycji literackich, notatki na trzy zeszyty, 125 stron i w twardej okładce, żeby było zabawniej. I jakieś jeszcze sympozja i tego typu rzeczy. Studia magisterskie dodatkowe czy doktoranckie. Nie, to tak nie musi być.
Bardzo dużo ułatwia nam teraz internet. To jest niesamowite źródło informacji. Tylko trzeba pamiętać o tym, że internet ma też bardzo dużo fałszywych informacji i trzeba je bardzo często skonsultować z kimś, kto się zna. Dobrze jest czasem podpytać kogoś, jeśli znamy. Dla przykładu: piszemy sobie książkę, w której naszym bohaterem jest lekarz, który podejmuje jakieś bardzo ważne dla naszej fabuły decyzje. Jeśli jest głównym bohaterem, to jego decyzje zawsze będą ważne dla fabuły. Ale powiedzmy, że mamy te decyzje, które on podejmuje, które wiążą się niejednokrotnie z zawodem, który wykonuje. Z jego zawodem, w tym przypadku lekarza. Ale jedyny kontakt z lekarzem, jaki mieliśmy, to kontakt pacjent-lekarz i w sumie nawet nie wiemy, jak wygląda praca lekarza, bo skąd mamy wiedzieć, jeśli widzieliśmy lekarza tylko, który przemyka między pacjentami w korytarzu albo w gabinecie siedząc naprzeciwko nas? Dobrze jest wtedy podpytać, poczytać, popatrzeć.
Nie oglądać, broń cię Panie Boże, seriali typu „Chirurdzy” czy tam jak był ten polski serial o tym szpitalu w tej górze. Panie, nie pamiętam. W każdym razie nie kierować się takimi serialami, bo one bardzo często mają fałszywy obraz pracy lekarza. Ogólnie te seriale bardzo często zakłamują rzeczywistość. Mam siostrę, która jest pielęgniarką i powiem wam, że sama kiedyś mi mówiła, że załamuje ręce, widząc, co robią lekarze i pielęgniarki w tych serialach medycznych. To bardzo często są zupełnie rzeczy oderwane od rzeczywistości. Tak więc, tak jak mówiłam, jeśli szukamy jakichś informacji, dobrze jest je skonsultować z jakimś dodatkowym źródłem. Nie opierać się tylko na jednym źródle, bo czytelnik bardzo szybko i bardzo łatwo wytknie nam błędy, które popełniliśmy w budowaniu fabuły. Czytelnik nie jest głupi. Nie możemy nigdy traktować czytelnika jako jakiegoś półgłówka, który nie załapie jakichś żartów czy zawiłości w fabule.
Nie. Czytelnik jest bardzo mądry. Czytelnik ogarnie jakieś nieścisłości. Czytelnik zrozumie więcej, niż my sobie zdajemy z tego sprawę. Fakt, że nie zrozumie może zawsze tak fabuły, jak tego chcemy. Bo to, co ja chcę przekazać, jak to napiszę, co mam w głowie, to jest inna bajka. A czytelnik odbiera wszystko to, co jest napisane przez swój własny pryzmat, swoją rzeczywistość, swoje moce poznawcze. Swoje moce przerobowe, że tak powiem brzydko. I to jest odbierane zupełnie inaczej. Ale to już jest zupełnie inna kwestia.
Wracamy do naszego researchu. Skoro już wiemy, że jest on nam potrzebny bardzo często, bo nie zawsze udaje nam się pisać o rzeczach, na których się znamy. Dla przykładu, robiąc taki lekki wyskok z tematu. W mojej książce pisałam o sytuacji głównej bohaterki, która myślała, że jej dziecko po urodzeniu zmarło. W sumie ja nie za bardzo orientuję się, jak wyglądała sytuacja w szpitalach te 20 lat temu czy 15. Ja tak tylko pi razy oko określiłam, w jakim to było odstępie czasowym. Nie określiłam też czasu, w jakim akcja się w książce dzieje. Jednak Musiałam podpytać kilkoro ludzi, jak wyglądała praca w szpitalu te 15, 20 lat temu, żeby wiedzieć mniej więcej, czy to, co wymyśliłam, czyli kradzież, porwanie dziecka ze szpitala było wtedy możliwe i ten, kto się tego podjął, mógłby być bezkarny. Żeby nasza bohaterka myślała, że to dziecko umarło, bo tak jej powiedzieli w szpitalu, ale w rzeczywistości to dziecko dalej żyło. I dopiero kiedy przeprowadziłam kilka rozmów i dowiedziałam się, że taka sytuacja mogła mieć miejsce.
To nie było tak, że wszyscy tak mogli robić, ale jeżeli ktoś dobrze zaplanował, to nie było problemu. To nie dzisiaj. To wszystko jest skomputeryzowane i bardzo ciężko byłoby taką sytuację zorganizować. Jednak te 15, 20 lat temu sytuacja wyglądała w Polsce zupełnie inaczej. I dopiero wtedy mogłam się wziąć za pisanie tego fragmentu książki, w którym pisałam o tej córce. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że to już właśnie był research. Takie podpytywanie kogoś. Jeśli na przykład piszemy książkę, która będzie historią rodziny i będzie na przykład z okresu wojennego, to dobrze byłoby podpytać, poczytać trochę. Tylko teraz też trzeba by było uważać, ponieważ jest bardzo dużo książek, które zakłamują rzeczywistość z tamtego okresu.
Bardzo ją uromantyczniają. Wiem, że takiego słowa nie ma. Wiem, że nie istnieje takie słowo, ale oni właśnie to robią. Oni to teraz bardzo ugładzają rzeczywistość tamtych czasów i bardzo ciężko jest czasami wygrzebać prawdziwość z tych historii. Dlatego researchem będzie już na przykład rozmowa z babcią sąsiadki, która w tamtych czasach żyła i może nam opowiedzieć, jak to wyglądało. Z tego źródła najlepiej czerpać, z bezpośredniego źródła najlepiej czerpać informacje, które nam będą potrzebne do pisania naszej historii. Dobrze jest przynajmniej porozmawiać. Ja nie mówię, że w każdej możliwej kategorii będziemy mogli porozmawiać. Bo jeśli na przykład piszemy science fiction, to może być lekki problem z tą rozmową, bo nie zawsze mamy dostęp do naukowców, do osób, które się zajmują jakimiś konkretnymi rzeczami. Ale tak jak mówiłam, mamy internet, mamy niesamowite źródło, którego nie mieli nasi poprzednicy, nasi przodkowie.
Jeżeli chodzi o research i jeśli piszemy na przykład o rzeczach, w których niekoniecznie się orientujemy, bierzemy sobie kartki, bierzemy sobie długopis. Bo właśnie teraz jest ten moment, w którym powiem, jak przeprowadzać research. Bierzemy kartki, bierzemy długopis. Bierzemy sobie nawet kubek z kawą, siadamy i wklikujemy w internet potrzebne nam informacje. Czyli hasła, które nas notabene interesują. I próbujemy w różnych konfiguracjach, ponieważ jak już wiemy, hasła, które wpisujemy w internet w różnych konfiguracjach dają różne efekty, różne dane wyszukiwania. Dlatego wpisujemy wszystko, co nam przychodzi do głowy, co może być powiązane z tematem, którego szukamy. I następnie, kiedy wyskoczą nam odpowiednie hasła, odpowiednie linki, nawet grafiki czasami się przydają. Ponieważ grafiki pokazują na przykład rzeczy, które będziemy musieli opisywać. Więc dobrze jest, jeśli sobie obejrzymy jakieś przedmioty, bo jeśli na przykład piszemy historię o chłopcu, który znalazł pięknie oszlifowany ametyst na złotym łańcuszku, który działa cuda na przykład i spełnia jego życzenia.
A pisarz nie wie nawet, jak ametyst wygląda. To musi znaleźć w internecie jakiś przykładowy ametyst, który będzie jakimś wisiorkiem na łańcuszku złotym. Może obejrzeć sobie ich kilka i dopiero wtedy, kiedy je sobie obejrzy, będzie mógł napisać, jak wyglądał ten artefakt, który ten nasz bohater znalazł. Ponieważ jeśli napisze, że na przykład jego zielony połysk bla bla bla. Ale ametyst. Jak wygląda ametyst? Nie oszukujmy się, ametysty są takie fioletowe, takie lilijowe, często nawet takie mleczne. Nie może autor napisać, że zielony połysk ametystu, bo to już nie jest ametyst. Dlatego jeśli nie mamy pewności albo nawet zdaje nam się, że zasiewa nam się jakieś ziarnko niepewności, takie chociażby malutkie, dobrze jest sprawdzić. Internet nie gryzie.
Internet ma bardzo dużo fajnych rzeczy, które mogą nam pomóc. Jednak nawet te grafiki obejrzeć sobie, wszystkie grafiki, które wyskakują nam po wpisaniu tego hasła. Bo wtedy, jeśli wiemy, jak coś wygląda, łatwiej jest nam opisać, łatwiej jest to umiejscowić w tekście. Tak napisać, żeby czytelnik to zobaczył, żeby bohater rzeczywiście wziął w rękę to coś. Czy ujął, czy dotknął, potknął się o to. Zdecydowanie łatwiej się pracuje z rzeczami, o których mamy jakiekolwiek pojęcie. Dlatego warto poświęcić trochę czasu, poczytać troszkę, nie rwać się do tego, bo jeśli zrobimy to byle jak, to czytelnik to na pewno wyłapie i jeśli zrobimy to na pół gwizdka, to nie będzie efektu wow. A nie chcemy, żeby nie było efektu wow. Chcemy, żeby efekt wow był i to taki, że czytelnikowi kapcie spadną. I powiem wam, że dobrze jest tak to zrobić, żeby wiedzieć jak najwięcej.
Ja nie mówię, że wszystko, bo nie zawsze wszystko się wie, ale żeby przynajmniej jakaś wiedza o tym była, żeby zrozumieć. A jeśli nie potrafimy ogarnąć danej rzeczy, danej tematyki, to radzę wtedy zrezygnować na jakiś czas, zgłębić temat bardziej i wtedy się wziąć za robotę i poświęcić sobie trochę czasu. Lepiej napisać coś później. Lepiej pisać coś wolniej, niż napisać byle jak i później oddać byle jak. Byle jakości mamy tyle, że możemy nią owijać nogi i wkładać w buty, żeby nam cieplej było. Jednak efektu wow brakuje czytelnikowi. Znaczy nie brakuje. Mamy bardzo dużo ciekawej literatury, jednak czytelnik woli, sami powiedzcie. Lepiej jest poczytać książkę z efektem wow niż byle jaką, napisaną na odwal. Dlatego ten research jest bardzo ważny i można też powiedzieć, że na przykład poszukując jakichś informacji o tym, bo research się bardzo mocno wiąże też z poszukiwaniem na przykład jakiejś informacji odnośnie pisania.
Czyli na przykład, jeśli chcemy spróbować pisać. Zawsze pisaliśmy na przykład obyczaj. Pisaliśmy wszystko w obyczaju, ale chcemy spróbować sobie fantastykę. Więc researchem będzie w tym przypadku także kupienie podręcznika. Dla przykładu, ja nie mówię, że koniecznie to trzeba zrobić. Researchem będzie kupienie podręcznika, jak pisać książki fantastyczne, jak pisać na przykład kryminały albo jak pisać fantastykę science fiction. To tak dla przykładu. To już jest też research, ponieważ w sumie to my nie wiemy, nigdy tego nie robiliśmy, więc dla nas będzie to zupełna nowość. Więc research jak najbardziej. Researchem będzie też na przykład czytanie książek innych autorów.
Jeśli ktoś napisał coś i zna się na tym, to już jest research. Ja powiem wam, że swojego czasu chciałam napisać książkę. Miałam nawet taki pomysł, ale zrezygnowałam z niej na razie. Ja to kiedyś napiszę jeszcze, będzie taki czas, że ja to napiszę, ale jeszcze nie teraz, bo nie czuję się na siłach. Kupiłam sobie książki i zaczęłam czytać. Przeglądałam trochę informacji w internecie. Głównym bohaterem miał być człowiek normalny, zwykły. Jednak miała to być książka o psychopacie. Tak powiedzmy pi razy oko. Miałam mniej więcej opracowaną fabułę.
Jednak w momencie, kiedy zaczęłam czytać, kiedy zaczęłam robić research, zaczęłam mieć coraz większy bałagan w głowie, coraz więcej wątpliwości i stwierdziłam, że ja sobie z tym tematem poczekam. Ja sobie jeszcze poczytam, ułożę w głowie to wszystko, a historia mi nie ucieknie. A nawet jak zapomnę, to nic się nie stanie, ponieważ jeśli mam tyle wątpliwości co do fabuły, co do bohatera, którego stworzyłam, jeśli nie wiem, z której strony złapać to wszystko, żeby tak to skleić, tak udziergać, żeby miało piękną całość, to lepiej z tym tematem poczekać. Lepiej napisać coś innego, co ogarniam, niż brać się za coś, czego nie do końca rozumiem. Ponieważ o ile miałam trochę psychologii na studiach, o ile miałam trochę psychopatologii na studiach, o ile czytałam co nieco o zaburzeniach, o ile miałam też trochę zajęć o zaburzeniach na studiach i w szkole policealnej, w której się uczyłam. Trochę tego tematu liznęłam, tak potocznie się mówi o tym. Jednak dalej nie czuję się na siłach, żeby wziąć się za pisanie czegoś, ponieważ nie chcę napisać potworka, który będzie straszył innych nierzetelnością. Bo tego też powinniśmy pilnować, bo najgorsze, co pisarz może zrobić, to powiedzieć, że napisał na przykład rzecz prawdziwą, a w swojej pozycji książkowej umieścić tyle bzdur, tyle kłamstw, że to po prostu będzie się wylewało z każdej strony i aż będzie niesmaczne. Tego starajmy się najbardziej unikać. Jeśli piszemy, że to będzie jakaś fantastyka i nie ukrywamy tego, to wtedy łatwiej będzie czytelnikowi przebrnąć przez to, co napisaliśmy, bo on będzie do tego podchodził zupełnie inaczej.
Jeśli napiszemy, że nasza książka jest w 100% prawdziwa, a w środku będą zupełne kłamstwa odnośnie tego, jak wygląda na przykład w naszym przypadku ten chłopiec z kamieniem czy lekarz, który musi podjąć bardzo ważną decyzję i czytelnik wyłapie, że tam jest tyle bzdur popisanych, bo ten ametyst jest zielony, bo chłopiec nawet nie czuje ciężaru tego kamyczka, który ma sześć centymetrów. Nie oszukujmy się, to wszystko na pewno czytelnik wyłapie. Dlatego tak bardzo ważny jest research. Jeśli piszemy historię o chłopcu, który znalazł kamień, ten ametyst na złotym łańcuszku i napiszemy, że był to kamień wielkości powiedzmy sześciu czy 10 centymetrów, to wyjdźmy na podwórko z linijką, sprawdźmy wielkościowo, jak wygląda dany kamień w danej wielkości. Podnieśmy go i zobaczmy, czy ten chłopiec, o którym piszemy, który ma na przykład osiem, 10 czy 12 lat, da radę biegać z takim kamieniem na szyi i nie zrobi sobie odcisków czy otarć na karku od łańcuszka. To też jest research. To też jest sprawdzenie rzeczywistości, czy to wszystko będzie się zgadzało. Bo jeśli napiszemy, że ten kamień miał 10 centymetrów, był na złotym, grubym łańcuchu i ten chłopiec przez całą książkę biega z tym kamieniem na szyi, to czytelnik będzie się zastanawiał, jakim cudem on sobie karku nie złamał, nie otarł tego karku, ran nie miał pięciocentymetrowych. Dla przykładu, dzieci uczą się gry na instrumentach i są to instrumenty dęte, które nosi się na takich paskach na karku, żeby było łatwiej, bo to są ciężkie instrumenty, na przykład saksofon. Ja wiem, że to jest ciężki instrument.
Mój syn uczy się w podstawówce. Początek podstawówki. Chodzi na lekcje gry na saksofonie i ja widzę, że ten saksofon jest ciężki i widzę, jakim problemem jest utrzymać ten saksofon na grubym pasku, który jest materiałowy, pięknie wykonany, żeby było wygodnie, żeby się nie wżynał. Ale to jest jednak ciężkie. Więc jeśli ten chłopiec, który ma te 10, 12 lat, znalazł tak wielki kamień i przez całą książkę, przez 500 stron biega z tym kamieniem na szyi i jemu nic się nie dzieje, to coś jest nie halo. Dlatego tak ważny jest ten research. Tak ważne jest zorientowanie się w temacie, żeby sprawdzić. Jeśli czegoś nie wiemy, możemy nawet sprawdzić w kuchni. Jeśli piszemy na przykład o gotującej kobiecie, że coś robi w kuchni i coś jej wybuchło, to musimy najpierw sprawdzić, czy to faktycznie wybucha. Bo na przykład jest początkującą kucharką i wlała ocet, a do tego octu nasypała proszku do pieczenia czy sody.
To wszystko zrobi bum faktycznie, ale jeżeli tego nie wiemy, to musimy to sprawdzić, bo nie możemy pisać jakichś bzdur, bo przecież każda kobieta, która powiedzmy piekła ciasto w rzeczywistości kiedyś tam, ona będzie wiedziała, że teraz wpychamy ją w takie kłamstwa, że to się po prostu w głowie nie mieści. I ona może tą książkę rzucić, nawet nie skończyć. I nawet więcej nie kupi książek tego autora. Bo jeśli kłamie, jeśli bajdurzy, a nie powinien, to sorry, ona więcej nie kupi książek tego autora i będzie nawet odradzała innym, bo po co czytać bzdury? Dobra, słuchajcie, ja na dziś kończę, bo ja się już umęczyłam samym gadaniem. Jeszcze kiedyś może do tematu researchu wrócimy, bo to jest jednak temat rzeka, tak samo jak wszystko inne. Dziękuję za to dzisiejsze spotkanie i do zobaczenia następnym razem za dwa tygodnie. Dobranoc.
[03:18:20] - No i na zakończenie dzisiejszego bloku audycji zapraszam państwa na audycję Krystyny Śmigielskiej. Dzisiaj w literackim tête-à-tête rozmowa z Martą Nowik.
[03:18:35] - Dobry wieczór państwu. Spotykamy się w kolejnym programie „Literackie tête-à-tête”. Nazywam się Krystyna Śmigielska, a rozmawiać będę z pisarką o imponującym, wszechstronnym wykształceniu, której sprawy literatury czy wychowania nie są obce. Pani Marta Nowik posiada dyplom magisterski filologii polskiej, pedagogiki resocjalizacyjnej i teologii. Ukończyła także studia podyplomowe na kierunkach relacje interpersonalne, profilaktyka uzależnień, edukacja wczesnoszkolna i przedszkolna, bibliotekoznawstwo i informacja naukowa, autyzm, oligofrenopedagogika. Autorka pochodząca z Podlasia związała całe swoje życie z Białymstokiem. Dobry wieczór, pani Marto.
[03:19:26] - Dobry wieczór. Witam wszystkich bardzo serdecznie i gorąco z pięknego Podlasia.
[03:19:31] - W takim razie zanim zaczniemy rozmawiać o pani twórczości, chciałabym zapytać panią o związki z Podlasiem. Jest pani z wykształcenia polonistką, czyli osobą, tak sądzę, bardzo wyczuloną na niuanse językowe. Czy czytelnicy biorąc do ręki którąkolwiek z pani książek, będą mogli obcować z piękną podlaską gwarą?
[03:19:55] - Starałam się pisać swoje powieści poprawną polszczyzną, aby w każdym zakątku Polski czytelnik mógł zrozumieć mój przekaz. W samym Białymstoku, gdzie mieszkam od 45 lat, takiej gwary raczej nie usłyszymy. Natomiast jak pojedziemy dalej, w głębsze zakamarki Podlasia, w przepiękne, urokliwe wioseczki, tam już można usłyszeć. Mało tego, powiem, że w zależności od tego, jaka to będzie część Podlasia, starsi ludzie będą mówić nieco inaczej. My, młodsze pokolenie, które się przeprowadziło i całe życie mieszka w Białymstoku, już tak mówić nie potrafimy. Owszem, rozumiemy to i owo, ale nie popiszemy się pięknem podlaskiej gwary. W moich książkach jej nie będzie, aczkolwiek można będzie odnaleźć różne miejsca związane z Podlasiem. To tylko tyle mogę powiedzieć na ten temat.
[03:20:53] - Może kiedyś jednak pani się pokusi i gdzieś tę gwarę podlaską, choćby tak dla okrasy, w swoich utworach umieści, a czytelnicy myślę, że będą się wtedy rozkoszować, czytając takie teksty. Zadebiutowała pani w kwietniu 2022 roku powieścią wydaną przez Novae Res „Marzenia spełniają się jesienią”. Piękny tytuł. Jesień się zbliża, marzenia powinny się spełniać. Doświadczona blogerka Anna Sikorska tak podsumowała swoją recenzję pani książki: „Powieść Marty Nowik to przede wszystkim historia dająca nadzieję, uświadamiająca, że zawsze jest czas na zmiany, układanie życia od nowa i miłość oraz szczęście. Ciekawa, lekka i wciągająca lektura”. To bardzo dobra recenzja jak na debiut. Proszę mi powiedzieć, czy rzeczywiście uważa pani, że zawsze jest czas na zmiany?
[03:21:58] - Tak, jak najbardziej. Nigdy nie jest za późno na miłość oraz zawsze jest za wcześnie na samotność. W tej książce chciałam pokazać, że każda zmiana może prowadzić do czegoś dobrego. „Marzenia spełniają się jesienią” — tytuł może być odrobinę przewrotny. Jesień jest nie tylko porą roku, kiedy piękne, kolorowe liście szeleszczą pod naszymi stopami. Tutaj jest drugie dno. Jest to również jesień ludzkiego życia. Chciałam pokazać, że osoby w godnym, solidnym wieku też mają szansę na to, aby ułożyć sobie życie. Ludzkie drogi tak się różnie przeplatają, różnie się układają i ci, którzy są nieco starsi, też mają szansę na spełnienie swoich marzeń. Tutaj też jest taka ukryta jesień ludzkiego życia.
[03:22:48] - Marta Nowik „Marzenia spełniają się jesienią”. Rozdział pierwszy: Joanna rytmicznym krokiem szła przez park do pracy. Ze zdziwieniem spostrzegła połyskujące w słońcu kolorowe liście. „To już naprawdę nadeszła jesień” — westchnęła cicho. Upływ czasu często ją przytłaczał. Przyłapywała się nieraz na tym, że smutno wzdycha do swojego odbicia w lustrze, widząc, jak wydarzenia tych ostatnich kilku lat odbiły się na jej, jakże nieskazitelnej kiedyś, urodzie. Dziś miała tylko trzech pacjentów do odwiedzenia: Krzyś, Igor i mała Hania. Trzy iskierki, trzy malutkie istotki, tak ciężko doświadczone przez ból i cierpienie. Joanna była pełna nadziei na dobre spotkania. Cieszyła się na samo wspomnienie niebieskich oczu Krzysia, w których można było dostrzec błękit nieba.
Uśmiech Igora zawsze napawał ją optymizmem, nawet wtedy, gdy przewidywania lekarzy zakładały najczarniejszy scenariusz. I Hania, najpiękniejsza dziewczynka, jaką kiedykolwiek widziała, o twarzy i delikatnym uśmiechu anioła. Tak, Joanna kochała te dzieci. Kochała swoją pracę pomimo bólu, jaki odczuwała za każdym razem, gdy odchodził jej kolejny mały pacjent. Do domu wróciła dopiero wieczorem. Zmęczona przeżyciami dzisiejszego dnia włączyła spokojną muzykę, która miała ukoić burzę myśli. Psy radośnie wybiegły jej na powitanie. „Dzień dobry” — przywitała się z nimi z uśmiechem. „Zaraz idziemy na spacer” — powiedziała cicho, głaszcząc Funię za uchem tak, jak lubiła jej starsza suczka. Plusia z radości kręciła kółka, pokazując tym, że nie może doczekać się założenia jej czerwonych szeleczek.
„Jeszcze chwilka” — uśmiechnęła się do swoich pupili, dopijając w pośpiechu łyk zimnej porannej herbaty. Interesuje mnie pani warsztat pisarski. Pani bohaterowie często chorują. Dlatego chciałabym zapytać, skąd bierze pani wiedzę o opisywanych chorobach czy zaburzeniach, takich jak na przykład w odżywianiu? Z jakich źródeł pani korzysta?
[03:25:37] - Tylko i wyłącznie z życia. To, co dane mi było w życiu spotkać, poznać, jakie osoby podzieliły się ze mną swoimi autentycznymi historiami, to można znaleźć w moich książkach. Nie są to źródła internetowe. Są to źródła, które daje mi samo życie. Może nie wszyscy bohaterowie chorują, ale owszem, zdarza się też choroba, ból i cierpienie. Miałam okazję w swoim życiu przez kilka lat pracować w hospicjum dziecięcym. Byłam tam wprawdzie redaktorem i spisywałam historie rodzin, aby później, gdy to dzieciątko odejdzie już z tego świata, ta rodzina aby miała na pamiątkę taką historię tej konkretnej rodziny. Dlatego w tej książce „Marzenia spełniają się jesienią" główna bohaterka Joanna jest pracownicą hospicjum, jest pielęgniarką. Owszem, tak jest bulimia. Jest Sandra, która ma problemy z odżywianiem, ale w tej książce też dowiadujemy się, z czego to wynika.
Z czego wynika jej brak akceptacji siebie. Ta wysoko postawiona przez rodziców poprzeczka, której ona niekoniecznie chciała albo nawet nie dała rady przeskoczyć. Jedna z bohaterek, Laura, ma nowotwór. Widzimy ją tutaj w takiej scenie, kiedy oczywiście poznaje miłość swojego życia, kiedy jest już też schyłek tego życia, jesień, a jednocześnie chciałaby jeszcze być panną młodą. Chciałaby poślubić mężczyznę, którego kocha, ale nie ma już włosów, jest po chemioterapii. Razem z córką szukają peruki, bo jak każda kobieta chciałaby wyglądać pięknie również w sukni ślubnej. Także może i chorują ci bohaterowie, ale są to takie prawdziwe przypadki, bardzo konkretne, które gdzieś kiedyś się wydarzyły, aczkolwiek opisane w taki sposób, aby nie zostały te osoby rozpoznane.
[03:27:29] - Jakieś pierwowzory pani postaci jednak są. Nie są to całkowicie fikcyjni bohaterowie.
[03:27:37] - Ja zakładam, że są, ponieważ robię taką kompilację różnych osób. To nie są pojedyncze osoby, które spotykam na przykład z chorobą nowotworową czy w tym hospicjum, gdzie pracowałam. Taką robię kompilację, że trochę coś zaczerpnę od jednej osoby, coś od drugiej, coś od trzeciej, tak żeby ta osoba mogła mieć komfort, że jej życie nie zostało zdemaskowane i mogła tak się czuć dobrze i swobodnie, nie martwiąc się, że ktoś kiedyś ją rozpozna czy będzie wytykał palcami. Ale na pewno inspiruje mnie samo życie.
[03:28:09] - „Kiedy czasu już dla nas nie będzie" to następna pani powieść. Ona również została wydana przez Novae Res w 2022 roku. Tutaj pani umieściła akcję w domu spokojnej starości. Czy zrobiła to pani pod wpływem mody, czy tak wewnętrznie pani potrzebowała jednak kontynuować swoją drogę z ludźmi starszymi, pokazywać ludzi w podeszłym wieku?
[03:28:41] - Tę książkę napisałam dlatego, że miałam taką potrzebę w swoim sercu, aby opisać historie starszych osób. Dane mi było w moim życiu przez pięć lat pracować w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie. Miałam możliwość i okazję przez te pięć lat odwiedzać różne rodziny i ubogie i z takimi trudnymi ścieżkami życiowymi. I większość tych osób, które odwiedzałam, byli to seniorzy, nieraz samotni seniorzy, którzy czekali na każde moje odwiedziny, na każde moje przyjście. I bardzo często poza takimi służbowymi obowiązkami, które musiałam dopełnić jako pracownik, zostawałam później na herbacie i miałam możliwość usłyszeć takie prawdziwe historie, historie ich życia, niesamowite historie, nieraz pełne bólu, pełne łez, pełne cierpienia. Nie napisałam tej książki, bo była moda na seniorów czy domy spokojnej starości, ale napisałam ją dlatego, że te wszystkie historie były bardzo głęboko ukryte w moim sercu i w pewnym momencie poczułam potrzebę, aby dać jakoś ujście temu, co się tak nagromadziło przez lata. Taki hołd, taka cześć oddana tym staruszkom, których dane mi było poznać wiele lat temu tutaj w Białymstoku. Marta Nowik. „Kiedy czasu już dla nas nie będzie." Rozdział pierwszy. Nina i Stefka.
Nina kręciła się nerwowo na krześle, raz po raz zerkając na wielkie wskazówki starego zegara. Zastanawiała się, czy przyjdą, jak obiecali. Obiecali pół roku temu, w maju, pospiesznie ją tu zostawiając. Wizyty miały być raz w tygodniu. Wspólny obiad, spacer, gra w pokera czy Scrabble. Nina rano wzięła kąpiel i włożyła czystą sukienkę na spotkanie z bliskimi. Była świadoma, że oszukuje samą siebie. Czy nadal byli to jej bliscy? Jak można wrzucić kogoś do zaprzątnego ośrodka umieralni dla starych i niepotrzebnych osób, zupełnie jak starą, niepotrzebną rzecz do zsypu na odpady. Sprawnie załatwili wymagane dokumenty, podpis lekarza oraz inne ślizgi.
Uwinęli się z tym w niespełna miesiąc. To im wyszło bardzo dobrze. Nina z zadziwieniem obserwowała, gdy zgodnie jak nigdy dotąd szeptali po kątach, snując plany co do jej przyszłości. Czytała już wcześniej o takich miejscach, jak to uśmiechnięty personel, życzliwa rodzinna atmosfera, oddzielne pokoje, zajęcia rekreacyjne i edukacyjne dla seniorów. Niczego takiego tu nie zastała. Nie było sielankowej, pogodnej starości. To miejsce było gorsze niż zabite dechami schronisko dla bezdomnych zwierząt. Tu już naprawdę nie chciało się nawet żyć. Pomimo to Nina przetrwała tu wiele długich, cholernie samotnych dni. W czwartowe popołudnia paliła papierosy, słuchając opowieści współtowarzyszy niedoli.
Czwartek to był dobry dzień. Jej dzień. Od obiadu do późnego wieczora prawie nikt się nimi nie zajmował. Większość pracowników miała wtedy wychodne, a podopieczni głęboko oddychali wolnością i swobodą.
[03:32:20] - Po roku od ukazania się „Kiedy czasu już dla nas nie będzie” Novae Res wydała „Noc spadających gwiazd”. Tytuł bardzo piękny. Mogłoby się wydawać, że pod takim tytułem znajdziemy tylko i wyłącznie cudowny romans. Jednak myślę, że ta książka należy do innego rodzaju. To opowieść o tym, co wydarzyło się pewnej nocy w cichym na co dzień, sennym miasteczku. Wszystko zaczęło się od imprezy firmowej. Jak pani widzi miejsce kobiet we współczesnym świecie? Czy nadal musimy walczyć o swoją godność, o swoje prawa?
[03:33:02] - Mogę powiedzieć o sobie i od siebie. Ja jako Marta Nowik, 45-letnia kobieta, wydaje mi się, że nie muszę już walczyć. Mam godność sama w sobie. Przysługują mi wszystkie możliwe prawa. Mogę wybierać pracę, w której chcę pracować. Mogę wybierać, z kim chcę być. Mogę wybierać, gdzie chcę się udać, gdzie chcę pojechać, wyjechać na wakacje. Myślę, że kobiety w Polsce przynajmniej mają dobre życie, jeżeli tylko tego chcą. Ta godność naprawdę wypływa z nas samych. My jesteśmy zarządcami tej godności.
„Noc spadających gwiazd” nie jest tanim romansem. Jest to wbrew pozorom bardzo trudna książka, również ma podwójne dno. Noc spadających gwiazd to nie tylko noc romantycznych kochanków trzymających się za dłonie, spacerujących gdzieś ciemnymi uliczkami. W tej książce noc spadających gwiazd została ukazana jako noc spadających rosyjskich rakiet na ukraińskie miasta. Jest taki rozdział w środku tej powieści, kiedy przerażeni ludzie są schowani w ukraińskim schronie gdzieś blisko stolicy i bardzo się boją o to, czy obudzą się jutro rano, czy przeżyją, czy będą mieli co jeść, czy zobaczą jeszcze swoich bliskich. Także „Noc spadających gwiazd” to jest właśnie taki podwójny tytuł. Ta książka dosyć trudna, ale powiem, że skończy się w miarę dobrze.
[03:34:29] - Tutaj widać wyraźnie właśnie, że tuż przy naszych granicach gdzieś toczy się wojna i my w jakiś sposób w tej wojnie jednak uczestniczymy. Wojna odbija się na losach pani bohaterów. Dobrze rozumiem?
[03:34:44] - Tak, jest w tej książce nawiązanie, jest ten wątek wojny.
[03:34:48] - A oprócz tego jeszcze trochę o tej książce nam pani opowie?
[03:34:52] - Jeden wieczór zmienia życie dwóch mieszkanek spokojnego dotąd miasteczka. Dwie przyjaciółki idą na imprezę. Mają trudny czas, mają trudny dzień. Potrzebują odreagować. I ten jeden wieczór jest w stanie zwrócić do góry nogami całe ich życie. Nie ma mowy o rutynie, o nudzie, o jakiejś przeciętności. Nie mogę za dużo zdradzić moim czytelnikom, którzy jeszcze nie znają tej powieści, ale od tego się wszystko zacznie. Jest tutaj też jedna z pań, bardzo mi dziękowała, czytelniczek. Utwór pleciony starego, dobrego małżeństwa pod tytułem „Szczęście”. Pani Maria napisała do mnie wiadomość i bardzo podziękowała za ten właśnie utwór.
Powiedziała, że lubi ten zespół, ten wiersz. Lubi też wspominać swoją którąś tam rocznicę ślubu z tą piosenką. Trzeba przeczytać, żeby się przekonać. Na pewno jest też przepiękna historia starego Franciszka, który po wielu latach wraca do miejscowości Zalesiany. To miejscowość prawdziwa, która znajduje się na Podlasiu. Często przemierzam okolice tej miejscowości. Część akcji się dzieje właśnie w Zalesianach. I ten Franciszek ma jakąś taką tajemniczą historię. Część osób w miasteczku może się czegoś domyślać. Są jakieś plotki, spekulacje na jego temat i w pewnym momencie dowiadujemy się, że on postanawia odnaleźć swoją ukochaną sprzed wielu lat.
Poszukuje Klary, która gdzieś się wymknęła, która gdzieś zaginęła i którą stracił, może w młodzieńczy, nierozsądny sposób wiele, wiele lat temu. Jest to naprawdę przepiękna, wzruszająca historia, ale nie jest lekka, łatwa i przyjemna, jak sugeruje być może tytuł.
[03:36:36] - To właśnie tytuł sugeruje zupełnie co innego. Ale jak w życiu bywa, nie wszystkie historie są niestety łatwe, lekkie i przyjemne. Przeważnie niesiemy ze sobą bagaż trudnych doświadczeń. No i też czytelnikom o tych doświadczeniach należy opowiadać.
[03:36:53] - Marta Nowik „Noc spadających gwiazd”. Prolog. Aleksandra tańczyła boso w zwiewnej, przezroczystej sukience. W świetle pochylonych latarni wyglądała zjawiskowo. Ciepłe krople wiosennego deszczu dodawały jej piękna i niezwykłości. Każdy jej ruch w połączeniu ze światłem lśniącego na niebie księżyca pełen był magii. Stary most, na którym odważnie wyginała swoje gibkie i piękne ciało, wydawał się idealną sceną na tego typu nocny występ. Nie była jednak sama. W oddali czaił się ubrany na ciemno Karol. Próbował nagrać taniec pijanej dziewczyny.
Jak się okazało, nie było to takie proste. Jego telefon ciągle gubił ostrość i nie mógł wyraźnie uchwycić nocnej tancerki. Z wściekłością kopnął stojącą obok ławkę, aby rozładować narastającą w nim frustrację. Zanim rozmasował obolałą nogę, tajemnicza dziewczyna zniknęła. Rozdział pierwszy. Zalesiany. Świtało. Zalesiany powoli budziły się do życia. W niektórych oknach można było dostrzec zapalone lampy. Ktoś wyprowadzał psa na poranny szybki spacer.
Przed piekarnią ustawiła się kolejka po świeże, cieplutkie pieczywo. Zaspani mieszkańcy wymieniali się nowymi ploteczkami. Każda informacja wydawała się na wagę złota. Nic nie umknęło ich czujnym oczom i uszom. Dzień bez obgadywania kogoś był zdecydowanie dniem straconym.
[03:38:48] - W najnowszej książce zatytułowanej „Nowe życie Klary” opowiada pani historię dzieci z domu dziecka. Znowu lektura nie jest łatwa w odbiorze. Na Lubimy Czytać z kolei przeczytałam w nocie książki, że pracowała kiedyś pani z takimi dziećmi. Bardzo ciekawa jestem pani spostrzeżeń dotyczących trudnego dzieciństwa oraz tego, jaki wpływ ma ono potem na dorosłe życie podopiecznych placówek opiekuńczych.
[03:39:21] - „Nowe życie Kariny” jest książką, w której główna bohaterka Karina opisuje swoją historię, opisuje swój los. Jest to taki swojego rodzaju pamiętnik z bidula. Wiadomo, placówki opiekuńczo-wychowawcze nie kojarzą się najlepiej ani dzieciom, ani dorosłym. Jednak ci, którzy w tych placówkach musieli spędzić swoje dzieciństwo, mają swoje trudne historie. I ja, pracując tam przez kilka lat, mogłam zobaczyć, mogłam usłyszeć wiele takich trudnych, nieraz bolesnych, dramatycznych, traumatycznych historii. Przez wiele lat w moim sercu pracowały te wydarzenia. Często jak spotykałam absolwentów domu dziecka gdzieś w mieście, w Białymstoku, na ulicy, chciałam usłyszeć, jak im się potoczyły dalsze losy, jak ułożyli sobie życie, co im się udało, co im się nie udało. No i przyszło takie pragnienie, aby napisać książkę. Jest to opowieść o dziewczynie, która ma cały czas pod górkę. Cały czas różne trudności, kłody pod nogi.
Nie ma za wielu przyjaciół. Jest rodzina, ale się nią w ogóle nie interesuje. Spędza ten czas najpiękniejszych lat w placówce. Tuż przed osiągnięciem pełnoletniości wydarza się coś takiego, że znajduje się ona w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu. Zostaje posądzona o coś, czego nie zrobiła i niestety karnie zostaje umieszczona w ośrodku opiekuńczo-wychowawczym. Później mamy taki przeskok, akcja się przenosi osiem lat później. Karina jest już dorosłą kobietą. Spełnia swoje marzenie z przeszłości. Otwiera wraz z przyjaciółką Pauliną księgarnię. Kochają książki.
I takie różne perypetie. Dalsze losy tych obu dziewczyn możemy poznać. Książka ma dosyć dobre recenzje. Tak jak widzimy na LubimyCzytać.pl ma najwyższe noty z tych wszystkich moich powieści. Napisały do mnie panie, które wprawdzie nie były w domu dziecka, ale podzieliły się taką swoją osobistą historią, że też miały ciężkie dzieciństwo, że też miały bardzo trudno w swoim rodzinnym domu. Chociaż nie była to placówka, a rodzinny dom. Wyszły z tego domu poranione, bardzo poranione, bardzo skrzywdzone. I jakże trudno im było układać sobie nowe życie, dorosłe życie, nieraz będąc w związkach, w małżeństwie, będąc matkami. Także te panie do mnie pisały o swoich wrażeniach z tej powieści. Jak wielkie książka zmiany poczyniła w ich sercu.
Doznały takiego wstrząsu. Zobaczyły swoje odbicie lustrzane. Ale też właśnie jakby punktem tej książki jest nadzieja. Nadzieja, która zawieść nie może. „Nowe życie Kariny”. Dzieciom, które miały w życiu pod górkę. Rozdział pierwszy. To ja, Karo. Macie czasami wrażenie, że to, co się dzieje dookoła, jest od was zupełnie niezależne? I chociaż dotyczy bezpośrednio waszej codzienności, nie możecie zrobić zupełnie nic, by cokolwiek zmienić?
Ja już dawno przestałam ogarniać własne życie. Nie rozumiałam absolutnie nic z tego, co się w nim działo. Przestałam się nad tym głębiej zastanawiać, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem tylko pionkiem w toczącej się grze. Zdecydowanie nie miałam szans na wygraną. Nazywam się Karina. Dla przyjaciół Karo. Mam siedemnaście lat i mieszkam w domu dziecka. Spędziłam tu dzieciństwo. Nie znam innego życia. Gdy słyszę pytania, czy nie wolałabym trafić do rodziny zastępczej, wzruszam tylko ramionami.
Bo czego mam żałować? Odkąd pamiętam, byłam brzydka i wredna. Nie prezentowałam się dobrze i pomimo próśb i błagań moich wychowawczyń z placówki, podczas każdej kolejnej wizyty zaprzyjaźnionych z bidulem osób wypadałam coraz gorzej. Miałam tam niewielki, w miarę przyzwoicie urządzony pokój. Bywało, że dzieliłam go z jedną lub dwiema dziewczynami, które wcześniej czy później odchodziły do nowej cioci. Czasami cioci towarzyszył wujek. Nie cierpiałam, gdy kazali nam tak nazywać zupełnie obce osoby, które nas odwiedzały. Dla mnie byli to ludzie, którzy zaspokajając swoje zbyt wybujałe ego, chcieli się lepiej poczuć.
[03:44:15] - „Nowe życie Kariny” ukazało się w połowie kwietnia tego roku nakładem wydawnictwa Emocje. Czy ze zmianą edytora wiąże pani jakieś plany?
[03:44:26] - Obecnie rynek wydawniczy wygląda tak, że pisarz wydaje książki w różnych wydawnictwach. Przeważnie nasze pisarki polskie nie trzymają się kurczowo rękami i nogami jednego wydawcy, ale wysyłają swoje teksty do różnych możliwych wydawnictw. Także zobaczymy, jak to będzie. Ja jestem dobrej myśli. Na pewno mogę zdradzić, że w październiku tego roku ukaże się druga część „Nocy spadających gwiazd”. Taka przepiękna świąteczna, zimowa, bożonarodzeniowa opowieść, też nakładem wydawnictwa Novae Res. Także w październiku moja najbliższa premiera, ale w przyszłym roku też będą na pewno jakieś dwie niespodzianki, ale jeszcze o tym nie mogę mówić.
[03:45:11] - Czyli już w październiku „Noc wigilijnych cudów” będzie można znaleźć w księgarniach. I mam nadzieję, że też niedługo w bibliotekach. W opisach pani książek oraz w recenzjach czytelników przewija się właściwie wszędzie i zawsze jedno tylko słowo: nadzieja. Proszę mi powiedzieć, czym dla pani jest nadzieja?
[03:45:38] - Pewno wiarą w lepsze jutro. Czasami są takie dni, pewnie każdy doświadcza podobnie czegoś takiego, że wydaje się, że same czarne chmury kunują się nad nami. Czarne chmury, czyli jakieś trudne wydarzenia, odejście kogoś bliskiego, strata kogoś lub czegoś. Wtedy taki jeden promyczek światła, czyli ta nadzieja może naprawdę uratować nam życie. Nadzieja jest dla mnie tym, czego wypatruję, gdy jest mi ciężko. Nadzieja jest tym, na co czekam, kiedy ten dzień jest zbyt szary i pochmurny. Wiem, że nadzieja zawieść nie może. Także nadzieja na lepsze jutro, na to, że wstanie następnego dnia i będzie lepiej.
[03:46:20] - Chciałabym, żeby nasi słuchacze lepiej panią poznali, zaznajomili się lepiej z pani osobowością. Dlatego chciałam zaproponować zabawę. Krótkie pytania, krótkie odpowiedzi. To też jest taka moda dzisiaj, żeby w ten sposób przepytywać jeden drugiego. Czy wyraża pani zgodę na taką zabawę?
[03:46:43] - Bawmy się dobrze.
[03:46:45] - W takim razie zapytam: kawa czy herbata?
[03:46:49] - Kawa.
[03:46:50] - Pies czy kot?
[03:46:53] - Pies.
[03:46:54] - Zima czy lato?
[03:46:56] - Lato.
[03:46:58] - Góry czy morze?
[03:47:00] - Morze.
[03:47:02] - Wypoczynek w kraju czy za granicą?
[03:47:06] - W kraju.
[03:47:07] - Książka czy film?
[03:47:10] - Książka.
[03:47:11] - Książka czy audiobook?
[03:47:14] - Książka.
[03:47:16] - Samochód czy rower?
[03:47:19] - Samochód.
[03:47:21] - Schabowy czy dorsz?
[03:47:23] - Schabowy.
[03:47:25] - Bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że przez te pytania nasi czytelnicy bliżej panią poznają. Ja wiem, że pies, a to jest najważniejsze, bo chyba łączy nas miłość do tej samej rasy psów, najpiękniejszych i najwspanialszych psów na świecie, ale nie powiemy jakiej, żeby inni wielbiciele psów tutaj się nie obrazili. W każdym razie gdybym miała odpowiedzieć na to pytanie, z całą pewnością też bym wybrała psa. Serdecznie dziękuję za spędzony z nami czas. W „Literackim tête-à-tête” miałam przyjemność gościć pisarkę rodem z Podlasia, panią Martę Novik. Pani Marta prezentuje się również na stronach Facebooka i Instagrama, do którego państwa bardzo serdecznie zapraszamy. Myślę, że wszyscy nasi słuchacze łatwo odnajdą odpowiednie strony. Znajdziecie tam państwo nie tylko wiadomości na temat książek, ale również inne ciekawostki z życia naszego dzisiejszego gościa. Pani Marto, było mi niezwykle miło panią gościć.
Czekamy na następne książki.
[03:48:37] - W październiku tego roku będę świętować premierę „Nocy wigilijnych cudów”. Przepiękna opowieść w zimowej, świątecznej, bożonarodzeniowej aurze. Będzie to druga część „Nocy spadających gwiazd”. Także serdecznie polecam. Wszystkie informacje już niedługo będą umieszczone na mojej stronie internetowej martanovik.pl. Także można tam też zaglądać po jakieś nowości i aktualizacje.
[03:49:04] - Przez kogo to będzie wydana książka?
[03:49:06] - Wydawnictwo Novae Res.
[03:49:08] - Państwo teraz już wiecie wszystko. Jak szukać, gdzie szukać, jakich wiadomości i na jakich stronach również. Dziękuję pani Marto bardzo za rozmowę. Było mi niezwykle miło panią poznać i gościć w naszym „Literackim tête-à-tête”. Państwu dziękuję za cierpliwość i wysłuchanie nas do końca. Życzę miłej, spokojnej nocy. Dobranoc pani. Dobranoc państwu.
[03:49:34] - Dobranoc. Jeszcze raz dziękuję za obecność. Wszystkiego dobrego. Niech się spełnią wasze marzenia.
[03:49:41] - I miejmy nadzieję. O, ja tak na koniec jeszcze powiem. Dziękuję bardzo. Dobranoc.
[03:49:49] - No i proszę państwa, tak się doturlaliśmy do końca audycji „Bibliotekarium 2.0”. Tradycyjnie zapraszam państwa na przyszły tydzień i od razu podkreślę, bo nie wytrzymam, nie mogę wszystkiego w tajemnicy trzymać, chociaż odrobinę tajemnicy sobie zostawię. Naprawdę w przyszłym tygodniu warto, zawsze warto, ale w przyszłym tygodniu to już szczególnie warto włączyć „Bibliotekarium 2.0”. Będziemy mieli niezwykłego gościa, naprawdę niezwykłego. I nie będziecie państwo żałować, jeśli się w „Bibliotekarium 2.0” pojawicie. Kto to będzie? Pozwólcie państwo, że jednak odrobinę tajemnicy zachowam. W każdym razie w przyszłym tygodniu „Bibliotekarium 2.0” tradycyjnie melduje się w piątek o 20:00. A teraz pięknie państwu dziękuję. Życzę fajnego weekendu.
Życzę dobrej nocy. Do usłyszenia.
[03:50:51] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.