[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Wchodzę sobie dzisiaj na pewien portal społecznościowy i taka informacja niezwykle ciekawa z mojej okolicy mi wyskoczyła. Otóż w Katowicach na Trzech Stawach ma stanąć uwaga, uwaga! Toaleta za osiem milionów złotych. Czytam to i tak sobie myślę, że taniej byłoby kupić sobie jakąś książkę albo film sobie obejrzeć. A już całkiem bezpłatnie można przecież posłuchać sobie Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. I właśnie to robisz, drogi słuchaczu, droga słuchaczko. Zapraszamy! Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski.
Halo, halo Bydgoszcz.
[01:01] - Dzień dobry, wieczór państwu. Kiedy w zeszłym tygodniu żegnałem się z państwem po kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0 i życzyłem miłego, spokojnego weekendu, nie miałem świadomości, że te życzenia nie mają szansy się spełnić, przynajmniej w części kraju. No i stało się to, co się stało. Nie będę oczywiście dzisiaj w audycji tego wszystkiego roztrząsał. Sami państwo wiecie najlepiej, jak jest i że wesoło nie jest. Co więcej, jest właściwie dramatycznie, tragicznie. No cóż, myślę, że dzisiaj zamiast tradycyjnego przeglądu nowości, przeglądu zapowiedzi wydawniczych, zaproszę państwa na krótką rozmowę z Jakubem Ćwiekiem. Rozmowę, którą przeprowadziła Krystyna Śmigielska. Ponieważ Jakub Ćwiek zgłosił się z bardzo ciekawą inicjatywą, która zyskuje coraz większe grono zwolenników, ludzi popierających tę inicjatywę. No to posłuchajcie państwo, bo inicjatywa nie tylko ciekawa, ale i zacna i taka, która przywraca wiarę w człowieka.
Zapraszam państwa na rozmowę z pisarzem Jakubem Ćwiekiem.
[02:29] - Dzień dobry państwu. Spotykamy się dzisiaj w bardzo wyjątkowym programie. Bezradność, rozpacz, utrata nadziei, że życie znów będzie wyglądało normalnie, a domy, mieszkania będą naszym bezpiecznym schronieniem. Depresja, stany lękowe, stres to uczucia osób, które w jednej chwili straciły dach nad głową, dobytek, dorobek całego życia. Tym, którzy zmagają się z powodzią i jej skutkami, nie trzeba tłumaczyć, jaką traumę przeżywają ich bliscy i sąsiedzi. Czego im brakuje, o czym teraz myślą? Co jest dla nich w tej strasznej rzeczywistości najistotniejsze? Istnieje jednak niewidzialna nić, prawie irracjonalne przyciąganie. Potrzeba serca tak wielka, że nie pozwala nam spokojnie siedzieć w oddalonych od zalanych terenów domach. Niezidentyfikowana siła pcha nas wprost na miejsce kataklizmu, bo tam mieszkają nasi znajomi.
Jeździliśmy tam kiedyś na wakacje. Znamy te piękne rejony z cudnych pocztówek. Chcemy sami się sprawdzić, wypróbować swoją moc. Nieważne dlaczego. Ważne, że coś nas ciągnie. Każe pomagać. Chwytać za łopatę, szczotkę, taczkę, aby zatrzeć ślady zbrodni, jaką spiętrzona woda dokonała na ciągle żywym organizmie miasta. Nie wszyscy jednak możemy być na miejscu i siłą własnych rąk wyrazić naszą solidarność z powodzianami. Na szczęście możliwości pomocy jest nieskończona ilość. Jeżeli nie wiemy, co jest najbardziej potrzebne powodzianom, sięgnijmy po uniwersalny środek, jakim są pieniądze.
One zawsze spełnią swoją rolę. Pomóżmy, jak trafimy najlepiej. Tym, którzy pomagają, podarujmy też coś od siebie. Coś, co jest dla nich cenne, a czym chętnie się podzielimy. Zróbmy tak, jak zrobił pan Jakub Ćwiek, głuchołazianin, który ruszył odgruzowywać swoje miasto, ale na tym nie poprzestał. Na co dzień pisarz tworzący literacką fikcję postanowił zebrać dla mieszkańców miasta potrzebne środki finansowe. Ofiarodawcom w zamian za pomoc podarował swoją książkę o jakże aktualnym tytule „Topiel”. Poprosiłam pana Jakuba Ćwieka o krótką rozmowę, wykorzystując chwilę, którą przeznaczył na odpoczynek od fizycznej pracy przy porządkowaniu Głuchołaz. Dzień dobry panie Jakubie. Dziękuję, że znalazł pan tę odrobinę czasu, aby z nami porozmawiać.
Urodził się pan w Głuchołazach? Bo ja tak.
[05:19] - W Głuchołazach. Urodziłem się w Opolu, ale właściwie mój tata urodził się w Głuchołazach i ja większość swojego młodego życia spędziłem właśnie tutaj. Tutaj chodziłem do szkoły, do przedszkola, tutaj chodziłem do liceum, no i tutaj zamieszkałem także po studiach, więc jest to najważniejsze miejsce w moim życiu.
[05:37] - Teraz pan mieszka w Głuchołazach?
[05:39] - Nie, w tej chwili nie mieszkam w Głuchołazach. Natomiast duża część mojej rodziny tutaj właśnie mieszka. No ja tutaj bywam bardzo, bardzo często i nadal czuję to jako swoje miejsce.
[05:48] - Jako podarunek dla ofiarodawców akcji zbierania funduszy dla powodzian wybrał pan ze sporej już kolekcji swoich książek powieść „Topiel”. Czym oprócz tytułu książka będzie mogła przypominać czytelnikom tę straszną tragedię, z którą obecnie zmagamy się i dlaczego właśnie „Topiel”?
[06:08] - No bo „Topiel” jest opowieścią o powodzi w ’97 roku. Przy tej powodzi byłem wolontariuszem i pomagałem. Natomiast są to wydarzenia, które to miasto i mieszkańcy tego miasta dobrze pamiętają i refleksje związane z tamtymi czasami na pewno się teraz w głowach pojawiają. No i także pewne obawy Związane z tym, co było wtedy, ale i pewne nadzieje, że tym razem również będziemy mieli taki, a nie inny zryw.
[06:33] - A jak pan uważa, czy w tamtych czasach więcej było ludzi chętnych do takiego zrywu, czy teraz jest ta sytuacja jakby lepsza?
[06:43] - Nie umiem tego powiedzieć w ten sposób. Jest inny troszeczkę model komunikacji. To znaczy możemy się mocniej komunikować, możemy się mocniej wspierać, możemy szybciej porządkować akcje, które chcemy zrobić. W związku z tym wydaje się, że skoordynowanie może być teraz trochę lepsze. Natomiast i wtedy, i teraz jest bardzo duży zryw, więc pod tym względem akurat dość mocno się społecznie sprawdzamy.
[07:08] - Swoją akcją zainteresował pan wydawnictwa-
[07:11] - Palguk.
[07:12] - I Wydawnictwo Marginesy. Chciałabym wiedzieć, na czym polega wkład w tę słuszną sprawę wydawnictw.
[07:19] - Po pierwsze wydawnictwo Palguk, o którym tutaj mówimy, jest moim wydawnictwem. Jestem jego współtwórcą i współwłaścicielem. Natomiast z Wydawnictwem Marginesy współpracowałem już wcześniej, bo Wydawnictwo Marginesy było pierwszym wydawcą tej powieści. Wciąż dysponuje prawami autorskimi, licencją na publikowanie tej książki jeszcze przez półtora roku, czyli ich obecność w tym projekcie była absolutnie niezbędna, żebyśmy to mogli zrobić legalnie. I to jest wydawnictwo, które rezygnuje ze swoich zysków na rzecz powodzian. Bo z jednej strony rezygnuję ja jako autor, ale z drugiej strony rezygnuje także wydawca. To jest fantastyczne i wspaniałe, że tutaj w ogóle nie mieliśmy dyskusji i świetnie się udało. Natomiast wydawnictwo Palguk to jest zespół, który składa się właśnie na firmę, którą współtworzę. I to są ludzie, którzy powiedzmy to nie jest jakoś specjalnie tutaj wyolbrzymienie, w pocie czoła faktycznie i nie śpiąc w ciągu czterdziestu ośmiu godzin przygotowali, a następnie koordynują akcję, która jest ogromną akcją. Akcję wydawniczą, okołowydawniczą akcję okołopromocyjną tego wydarzenia, tego wszystkiego, co tutaj robimy.
I cały czas się angażują, żeby to mogło działać, żeby to mogło być sprawne, żeby ta książka faktycznie się pojawiła, żeby powstała okładka. Przecież ta okładka, która wygląda fantastycznie, nowa okładka nowego wydania powstała bardzo szybko z potrzeby serducha, ale i z talentu Piotrka Sokołowskiego. Więc mamy świetny zespół, który to wszystko koordynuje. To jest ogromny wkład ludzi. Ja gdybym miał być sam, to nawet bym tego nie zaczął robić. A tutaj mamy wszystkie narzędzia, wszystkich fantastycznych ludzi, którzy pomagają to zrealizować.
[08:57] - Proszę nam w takim razie powiedzieć, co należy zrobić, aby tę książkę otrzymać.
[09:03] - Trzeba przede wszystkim wejść na nasz sklep palguk.pl/sklep i tam znaleźć akcję „Płać, ile chcesz” i wybrać sobie, czy chcemy kupić audiobook, e-book czy wersję papierową. Po czym wskazać cenę, ile chcemy za tę książkę zapłacić. Bo to jest decyzja czytelnika, czy chce zapłacić za to jakieś drobne grosze, czy chce za to zapłacić duże pieniądze. Widzimy w tej chwili, jeśli chodzi o naszą akcję, że rzeczywiście ludzie tutaj nie oszczędzają i wpłacają duże kwoty i to wszystko idzie na powodzian. To wszystko idzie na gminę Głuchołazy, na odbudowę tej gminy, więc jest to szczytny cel. I wtedy trzeba to zatwierdzić. Potem poczekać, ponieważ to jest też bardzo ważna rzecz. Nasza akcja jest formą przedsprzedażową, to znaczy e-booki i audiobooki pojawią się lada dzień. Natomiast na książkę trzeba będzie poczekać, ponieważ będzie to limitowane wydanie wydrukowane tylko w takim nakładzie, jaki wziął udział w akcji. Znaczy inaczej tej książki niż przez naszą akcję, tego wydania konkretnego nie będzie można kupić.
[10:03] - Odezwa na tę propozycję jest ogromna. Ja śledzę tutaj media społecznościowe i wiele osób zgłasza chęć nabycia książki, już deklaruje nawet wpłaty. Proszę mi w takim razie powiedzieć, czy już wiadomo, na co konkretnie pójdą zgromadzone w ten sposób środki?
[10:21] - Nie mamy pojęcia tak naprawdę, ponieważ tym będą mogli decydować kompetentni ludzie w Urzędzie Miasta w Głuchołazach, bo oni wiedzą najlepiej, co jest potrzebne. Naszym zadaniem jest zgromadzenie środków dla gminy, zgromadzenie środków dla najbardziej potrzebujących i wtedy oni będą decydować. My te środki przekażemy i oni będą mogli rozdysponowywać dla najbardziej potrzebujących. Takie jest założenie, że tutaj oni znają dokładnie zapotrzebowanie miasta, a my gromadzimy tylko te środki. Nie chcemy być tutaj sędziami, w żaden sposób nie chcemy o niczym rozstrzygać, chcemy tylko pomóc.
[10:53] - Pana powieść „Popiel” to książka opowiadająca o powodzi z 1997 roku. Czy uważa pan, że w jakimś sensie może ona spełnić funkcję tak bardzo teraz przecież też potrzebną instruktażowo-terapeutyczną?
[11:11] - Na pewno jest w stanie zwrócić uwagę na pewne problemy. Instruktażową raczej nie, ponieważ my już jesteśmy dzisiaj po tym wydarzeniu tak naprawdę. Zarówno po 1997 roku, jak i powódź ta teraz w samym akcie wielkiej wody trwa krótko. Nie ma tu jakiegoś instruktażu. Natomiast jeśli chodzi o działanie okołoterapeutyczne czy zwrócenie uwagi na pewne społeczne problemy, to jak najbardziej, ponieważ ona odnosi się do tego, co ludzie czują w obliczu tragedii i jak się zachowują w obliczu tragedii. Tak naprawdę mówią także o kruchości psychiki młodego człowieka. Więc to są rzeczy, na które warto zwracać uwagę w obliczu takiego kryzysu, w obliczu straty wszystkiego, że tak naprawdę wydaje nam się, że straciliśmy wszystko, ale wciąż mamy często, przynajmniej większość z nas ma bliskich, z którymi warto coś odbudowywać i warto żyć.
[12:01] - Po tamtej powodzi jakoś miasto się podniosło, prawda? Także trzeba liczyć na to, że i teraz się to w jakiś sposób uda.
[12:10] - Przekonany, że się uda. Tak naprawdę to już widać w tej chwili. Ja w tym momencie, kiedy z panią rozmawiam, idę ulicą Jana Pawła II, która jeszcze wczoraj była w zasadzie nie do przejścia, a teraz? Teraz idę tutaj już oczyszczoną w miarę drogą, bo służby działają przez cały czas i naprawdę robią kawał fantastycznej roboty. Ludzie też po domach robią mnóstwo świetnych rzeczy, pomagają sobie nawzajem. Wyrzucają to wszystko z domów, co tam w tej chwili zalega zalane wodą i robią wielkie porządki, więc miasto nie wygląda nam w tej chwili fantastycznie.
[12:44] - Proszę nam jeszcze powiedzieć, jak wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o instytucje kulturalne w mieście. Czy one również ucierpiały i będzie potrzebna jakaś pomoc? Mam tu na myśli przede wszystkim dom kultury, bibliotekę. Czy ocalał księgozbiór?
[13:03] - Mam wrażenie, że księgozbiór ocalał, a przynajmniej ocalała ta część księgozbioru dla dorosłych, bo ona była na piętrze. Nie wiem, jaki jest stan w tym momencie tej części biblioteki dla dzieci, która znajdowała się na parterze. Wiem, że tam na pewno problemy z podłogą były. Tam skala tych zniszczeń – jest mi ciężko powiedzieć. Większość księgozbioru dla dorosłych powinna swobodnie ocaleć ze względu na to, że znajdowała się wysoko.
[13:32] - Pan oprócz tej akcji „Topiel” bierze jeszcze czynny udział w porządkowaniu miasta. Proszę powiedzieć, co konkretnie pan tam robi. Do czego są jeszcze potrzebne ręce do pracy?
[13:44] - Na przykład rąbałem meble. Walnie było potrzebne do tego, żeby swobodnie je wynieść z domu. Mówię tutaj o meblach nabrzmiałych wodą, które zalegały w mieszkaniach, więc najpierw trzeba je było porąbać, potem wyrzucić przed dom. To jest pierwsza rzecz. Druga rzecz to jest odkopywanie różnych przestrzeni, więc zasypanie z łopatą. Trzecia to jest wyciąganie, sprzątanie piwnic zalanych wodą, gdzie tam chodzi się dosyć wysoko w wodzie, wyciągać to wszystko, a potem odciągać to wszystko pompami. To są rzeczy, które robiłem dzisiaj. Jest ze mną tutaj Adam Szaja ze „Smaku książki”. Bloger ze „Smaku książki”. Jest ze mną także Agnieszka Kołodziejska z Radia ZET.
Działamy tutaj bardzo dużo, także po pierwsze pomagając faktycznie fizycznie, a po drugie także nagłaśniając wszystko, co się tutaj dzieje i próbując pomóc przy pomocy nagromadzonych gdzieś wcześniej kontaktów móc skierować pomoc we właściwe miejsce.
[14:34] - I pytanie dla mnie bardzo istotne: czy uważa się pan za bohatera?
[14:39] - Nie, inaczej. Tu w ogóle nie rozmawiamy o bohaterstwie, bo ja nie robię niczego heroicznego i uważam, że wszyscy tutaj po prostu walczymy o swoje, walczymy o ludzi, walczymy o naszą wspólnotę wokoło, wzajemnie się wspierając. Osoba, którą nazywamy bohaterem, to ktoś, kto rzuca na szalę coś bardzo cennego i tak naprawdę kosztuje go to jakiś poważny wysiłek w zamian za jakieś cechy społeczne. Natomiast my tutaj po prostu mamy trudne nasze miasto, mamy ludzi, którzy są naszymi sąsiadami, którzy są w tym momencie w potrzebie i im pomagamy. Więc nie uważam tego za akt bohaterstwa. Uważam to za akt przyzwoitości.
[15:21] - Już pan tu powiedział, że wygląd Głuchołaz powoli się zmienia. Widać już, że nastąpiły jakieś intensywne prace porządkowe. Czy pana zdaniem napływająca pomoc jest wystarczająca?
[15:34] - Nie umiem tego powiedzieć. To jest bardzo trudne pytanie. Kody i potrzeby będziemy w stanie oszacować dopiero za jakiś czas. Na razie jest to pomoc doraźna i z tą pomocą doraźną sobie radzimy.
[15:47] - Panie Jakubie, nie chcę panu zabierać więcej czasu. Pozwoli pan, że w imieniu swoim, BookRadia.pl, Bibliotekarium i myślę tysięcy Polaków podziękuję panu za zaangażowanie, z jakim pan przystąpił do przywracania Głuchołaz normalnemu funkcjonowaniu.
[16:07] - Bardzo mi miło i pozwoli pani, że przekażę te podziękowania także ludziom, których tutaj mam wokoło i wszystkim fantastycznym mieszkańcom, którzy naprawdę wzięli się do pracy i działają, bo wszystkim tutaj, którzy pomagają na co dzień, należą się takie same podziękowania.
[16:21] - Ja też tak myślę i jesteśmy naprawdę, chociażby tak psychicznie z wami. Trzymamy kciuki, żeby ten trud nie poszedł na marne. Państwu przypominam, że aby wesprzeć akcję pomocy dla powodzian, możecie Państwo już teraz kupić „Topiel” autorstwa pana Jakuba Ćwieka za cenę, jaką sami Państwo sobie ustalicie, a mieszkańcy Głuchołaz z całą pewnością będą wam wdzięczni nie tylko za ofiarowane pieniądze w ten sposób, ale też przede wszystkim za okazane serce i taką zwykłą ludzką solidarność. Przypomnę, książka jest dostępna w trzech formatach: e-booku, audiobooku, papierze. W jaki sposób można ją kupić? Już tutaj autor nam opowiedział. Ja jeszcze powiem, że możecie Państwo sobie znaleźć informacje na ten temat na stronach instagramowych pana Jakuba Ćwieka lub na stronie facebookowej Jakub Ćwiek. Dosłownie. Tyle czoła, panie Jakubie i mam nadzieję, że kiedyś uda nam się jeszcze spokojnie porozmawiać nie o powodzi, nie o udzielaniu pomocy, lecz o pana literackiej twórczości w moim programie „Literackie tête-à-tête.”
[17:38] - Bardzo dziękuję za zaproszenie i na pewno się kiedyś uda.
[17:41] - Proszę na siebie uważać i odpoczywać, bo czytelnicy z całą pewnością niecierpliwie czekają na pana kolejną powieść.
[17:49] - Bardzo się postaram. Dziękuję bardzo.
[17:51] - Głuchołazom ze swojej strony życzę przede wszystkim tego, żeby wszystkie kataklizmy omijały to wspaniałe, piękne miasto. Kupujmy „Topiel”, proszę Państwa. A teraz życzę dobrej i przede wszystkim spokojnej nocy. Dobranoc, panie Jakubie.
[18:09] - Dobranoc.
[18:10] - Dobranoc Państwu.
[18:13] - Tak, proszę Państwa, jeśli tylko zechcecie choćby niewielką wpłatę na ten w sumie niezwykle szlachetny cel gdzieś tam przesłać, to myślę, że warto. Ciężko o tym wszystkim mówić, bo od kilku dni właściwie kiedy tylko mogę, oglądam różne telewizje informacyjne i te obrazy Jakoś tak zostają w człowieku. To nie jest tak, że one mogą spowszednieć, kiedy widzi się ogrom zniszczenia. Ale wiecie państwo, zniszczenia mają to do siebie, że można je szybciej bądź wolniej, ale usunąć. Natomiast ogrom tej tragedii, ludzkiej tragedii, która tam się odbywa, zwierzęcej tragedii, która tam się odbywa, jest porażający, absolutnie porażający. I stąd tak, jak państwo to słyszycie, trochę ciężko mi mówić, trochę może nawet mówię nieskładnie. Cóż, ruszamy z taką normalną już częścią audycji. Myślę, że na początek zaproszę państwa na audycję: „Czy medycyna brnie w ślepy zaułek?” To niejako tradycyjnie jest zaproszenie do kanału Wehikuł Wyobraźni. Stamtąd pochodzi ten podcast, stąd też pewne przywitania, pewne skierowania są takie, a nie inne. Na Wehikule Wyobraźni możecie państwo spotkać nie tylko tego rodzaju rozważania, ale również inne, dotyczące innych ciekawych spraw tego świata.
Natomiast jeśli chodzi o dzisiejszą audycję, „Czy medycyna brnie w ślepy zaułek?”, to jest relacja, pewna próba przybliżenia filmu, który obecny jest w sieci. Bez trudu państwo znajdziecie ten film po tytule. Ja w tym podcaście staram się państwa zachęcić do obejrzenia, ale bez właściwego obejrzenia się nie obejdzie. To jest film, który zostawia nas, kiedy śledzimy napisy końcowe, z pytaniem, jak to właściwie jest i co my naprawdę wiemy o człowieku, o jego zdrowiu i tym wszystkim, co się wiąże z owym zdrowiem. Przywykliśmy traktować człowieka jak maszynę. Zresztą historia filozofii odnotowuje takie przypadki. Sławne dzieło „Człowiek maszyna”. Ale to zostawmy, dzisiaj nie o filozofii. Zatem przywykliśmy traktować człowieka jako maszynę. Tymczasem, przynajmniej z tego, co państwo usłyszycie, to chyba nie do końca jest tak, że człowiek to taka bardziej skomplikowana, biologiczna w swojej naturze, ale maszyna.
Że jest wejście, jest wyjście, tu wystarczy przycisnąć, żeby w innym miejscu coś się naprawiło. To nie do końca tak i chyba trzeba sięgnąć głębiej w wiedzę z różnych dziedzin, żeby tak naprawdę zacząć leczyć człowieka. Ale tak za dużo mówię na początek. Zapraszam państwa na ten podcast: „Czy medycyna brnie w ślepy zaułek?” Czy myśleli państwo, czym jest ludzkie zdrowie? Czy myśleli państwo o współczesnej medycynie? Pewno każdy z nas o niej myślał i owoce tych przemyśleń są pewnie bardzo różne. Różne mamy doświadczenia, bardzo często nie najlepsze. Medycyna wydaje się czasem bezduszna, odhumanizowana, niezwracająca uwagi na to, że ma leczyć człowieka, żywą, rozumną istotę, która myśli i czuje. W niektórych szpitalach można odnieść wrażenie, że to są kombinaty przetwórcze, gdzie z jednej strony wrzucamy chorego człowieka, a z drugiej wychodzi człowiek zdrowy albo nie, albo nieżywy. Ja państwu proponuję inne spojrzenie na medycynę.
Nie wiem, czy ono jest właściwe, czy to jest dobry kierunek. Tego nie wiem, ale na pewno jest ciekawe. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Światopogląd naukowy. Światopogląd naukowy to jest jedno z tych pojęć, które na stałe zagościły we współczesnej kulturze. I wszystko jest w porządku, jeśli nie używa się owego pojęcia w sposób wartościujący. To znaczy według klucza brzmiącego mniej więcej tak: ja mam światopogląd naukowy, więc jestem lepszym, mądrzejszym ludkiem, a ty uważasz, że współczesna nauka nie wyjaśnia nam wszystkiego, więc jesteś gorszym, znacznie gorszym ludkiem. To zdecydowanie wydaje mi się nadużyciem. Liczni przedstawiciele tak zwanych ścisłych dziedzin wiedzy często uzurpują sobie prawo do decydowania o tym, co jest prawdą, a co fałszem. Udało im się również wmówić sporej części społeczeństwa, że wszystko, co nie mieści się w obowiązującym paradygmacie naukowym, należy wyrzucić do śmietnika z napisem: „Ciemnota i zabobon”.
O tym, że taka postawa jest intelektualnie miałka i prowadzi na manowce, można przekonać się bardzo dobitnie podczas oglądania filmu Grega Beckera „The Living Matrix”, który w polskiej wersji językowej nosi tytuł „Nauka uzdrawiania”. Można też spotkać inną wersję tytułu: „Zdrowie. Żyjąca matryca”. Olbrzymią wartością tego obrazu jest jego intelektualna spójność oraz konsekwencja w przedstawianiu zagadnień związanych z funkcjonowaniem ludzkiego organizmu. Dla słuchaczy kanału Wehikuł Wyobraźni poznanie wspomnianego filmu będzie z całą pewnością ważnym wydarzeniem. Ale co ciekawe, „The Living Matrix” Może również zainteresować osoby deklarujące wręcz ideologiczną formę światopoglądu naukowego. Warty podkreślenia jest bowiem spokojny, logiczny ton narracji, który odwołuje się do realnych zjawisk i realnych odkryć naukowych. A po zakończeniu seansu widz uświadamia sobie, że to, co do tej pory skłonny był uznawać za cud, jest w istocie tą częścią rzeczywistości, którą nauka zaczyna dopiero odkrywać. Zapraszam państwa na omówienie najważniejszych zagadnień przedstawionych w filmie „The Living Matrix. Nauka uzdrawiania”.
A ponieważ często będę cytował ścieżkę dźwiękową z tego filmu, dodam, że tłumaczyła ją Elżbieta Frontczak-Nowotny. Media co jakiś czas donoszą o zadziwiających uzdrowieniach, których tradycyjna medycyna alopatyczna nie potrafi wytłumaczyć. Olbrzymia wiedza medyczna współczesnego człowieka nie jest jednak wiedzą absolutną i czasami proste pytania sprawiają lekarzom spore problemy. Marilyn Schlitz z Institute of Noetic Sciences ujmuje to w sposób następujący: „Tak do końca nie rozumiemy nawet, dlaczego zwykła ranka potrafi się tak szybko zagoić. Znamy wprawdzie mechanizm, ale często nie wiemy, na jakiej zasadzie dochodzi do jego uruchomienia. Być może zmiany, które w ostatnim czasie zachodzą w rozumieniu przez nas wszechświata, pozwolą nam odpowiedzieć na to oraz całą masę innych pytań.” Lynne McTaggart, autorka głośnej książki „Pole/The Field”, stwierdza: „Właściwie wszystkie kultury postrzegały wszechświat jako jedność, koło. Człowiek zajmował w nim centralną pozycję. Dopiero odkrycia Newtona i Kartezjusza pozwoliły stworzyć nowy model wszechświata na wzór wielkiego zegara. Umysł został oddzielony od ciała. Ta idea odrębności stała się podstawą zachodniego myślenia.
Newton opisał wszechświat odrębnych rzeczy istniejących w czasie i przestrzeni zgodnie z ustalonymi prawami. Przedstawił ciało jako sprawną maszynę, której siłą napędową są mózg i serce. Całością zaś zawiaduje nasze DNA. Poszczególne procesy życiowe kojarzymy z konkretnymi częściami naszego ciała. Tylko że to nie jest prawda. Nasze ciało jest zdecentralizowane. Nie ma jednego ośrodka sterowania. Mózg przypomina bardziej antenę. Jest rodzajem przekaźnika informacji. Pobiera je i przekazuje, ale nie pełni roli składnicy.” Profesor Bruce Lipton, biolog komórkowy dodaje: „Przyjęliśmy Newtonowskie widzenie świata.
Historia nauki to przede wszystkim rzeczywistość mechaniczna. Mniej uwagi poświęcamy biologii czy polom energii. Newton skupił się na materii. Reszta była nieważna. Teraz jednak zaczyna docierać do nas, że mózg tak naprawdę jest polem energetycznym. Pokazuje to elektroencefalografia, czyli badanie EEG. Jeszcze bardziej interesujące jest badanie MEG – magnetoecefalografia. Badanie EEG przeprowadza się, przyczepiając kabelki do skóry głowy. Badanie MEG odbywa się całkowicie z zewnątrz. Pozwala nam zbadać aktywność mózgu bez dotykania głowy.
A to oznacza, że mózg wytwarza specjalne pole.” Peter Fraser, szef organizacji NS Health, podkreśla, że na przełomie XIX i XX stulecia nastąpił olbrzymi rozwój w dziedzinie biochemii. Wówczas pojawił się pogląd, że człowiek to w istocie nic innego jak tygiel, w którym zachodzą reakcje chemiczne. Stąd był już tylko krok do sformułowania tezy, iż wystarczy zapewnić ciału odpowiednie substancje, a chory człowiek bardzo szybko poczuje się lepiej. Codzienne obserwacje mogą potwierdzać taki tok myślenia, gdyż jest on do pewnego stopnia prawdziwy. Ale tylko do pewnego stopnia, gdyż w przypadku chorób chronicznych bywa już zupełnie inaczej. Przełom XIX i XX wieku to również okres, w którym doszło do zasadniczego podziału wśród fizyków. Zwolennicy systemu Newtonowskiego byli wprawdzie nadal silni, ale na arenę nauki światowej wkroczyli wówczas fizycy kwantowi. Twierdzili oni, że świat wygląda inaczej, niż dotąd sądzono, a w fizyce występują zjawiska, których nie można wytłumaczyć w sposób zaproponowany przez odkrywcę prawa powszechnego ciążenia. Wizja mechanicznego wszechświata, gdzie wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, musiała więc ustąpić. Profesor Rupert Sheldrake, biolog z Uniwersytetu Cambridge, ujmuje ten problem następująco: „Fizyka kwantowa zmieniła nasze postrzeganie rzeczywistości już dobre 80 lat temu.
Dziwi zatem fakt, że nowy obraz wszechświata nie został uwzględniony w obowiązującym modelu biologicznym. Stary model ma charakter redukcjonistyczny i mechaniczny. Próbuje tłumaczyć wszystko w sposób cząstkowy, głównie za pomocą zjawiska, jakim jest oddziaływanie na siebie cząsteczek, molekuł. Człowiek jest traktowany w tym modelu jak maszyna, której działanie opiera się na fizyce i chemii. Nauka uznała, że najważniejsze dla funkcjonowania organizmu są reakcje cząsteczek. Według aktualnie obowiązujących teorii Dochodzi do nich w wyniku zderzania się molekuł. Lynne McTaggart proponuje, aby dla lepszego zobrazowania tego procesu wyobrazić sobie komórkę ludzkiego ciała jako basen wypełniony wodą. Zachowując proporcje, cząsteczki wchodzące w reakcję musiałyby mieć wielkość piłeczek tenisowych. Autorka książki „Pole” stwierdza: zgodnie ze wspomnianą wcześniej teorią, taka piłeczka musiałaby najpierw w owej wielkiej masie wody znaleźć inną piłeczkę, aby następnie, zderzając się z nią, dać początek łańcuszkowi milionów zderzeń zachodzących bez przerwy w naszym organizmie. To niedorzeczne.
Traktujemy naukę jako zapisaną raz na zawsze prawdę absolutną. Tymczasem w rzeczywistości ta historia jest ciągle jeszcze pisana. Zdarza się zatem, że nowy rozdział burzy bądź redefiniuje poprzedni. Niejako w uzupełnieniu powyższego stwierdzenia Peter Fraser uzupełnia: medycyna zakłada, że organizm człowieka jest kontrolowany przez enzymy i hormony, a nie przez świadomość czy emocje. Jednak trudno jest w ten sposób wytłumaczyć całość ludzkich zachowań oraz niedomagań organizmu. Intelektualne wahadło przesuwa się obecnie w stronę holizmu. Ważny jest system jako taki. Tymczasem lekarze wolą badać każdą pojedynczą komórkę. Robią to już od 100 lat. Nie wiedzą natomiast, jak komórki porozumiewają się między sobą i co robią z informacjami, które otrzymują.
Wola, wiara. Czy te czynniki mogą mieć wpływ na proces zdrowienia? Herman König z organizacji Medipoint stwierdza: jeśli człowiek będzie sądził, że jest nieuleczalnie chory, to tak będzie. Jeśli natomiast uwierzy, że chorobę można uleczyć, to też tak będzie. Wszystko zależy od naszych przekonań. Wola. Jakie ma znaczenie dla procesu zdrowienia? Jak myśli i emocje wpływają na nasz system odpornościowy i hormonalny? Wiemy, że ten wpływ istnieje. Kiedy człowiek przeżywa duży stres, jego odporność zmniejsza się.
Uzupełnia Marilyn Schlitz z Institute of Noetic Sciences: prowadziliśmy badania z udziałem par, w których jedna z osób była chora na raka. Zdrowy partner brał udział w eksperymencie, który miał na celu uczenie współodczuwania. Chodziło o to, aby otworzyć się na drugą osobę, ale także nauczyć się medytować. Po zakończeniu kursu uczestnicy eksperymentu wracali do domu, gdzie przez osiem tygodni kontynuowali ćwiczenia. Potem pary wracały do instytutu. W jednym pokoju umieszczaliśmy pacjenta, który przez cały czas był monitorowany. Pomieszczenie było szczelnie zamknięte, żeby wykluczyć jakiekolwiek pole elektromagnetyczne i możliwość porozumiewania się przez radio czy telefon komórkowy. W tym samym czasie partnerzy chorych przebywali w odrębnym pomieszczeniu. Na ekranach monitorów widzieli twarze swoich bliskich. Co jakiś czas prosiliśmy, aby pomyśleli o chorej osobie.
Chcieliśmy sprawdzić, czy emocje partnera wywołują u chorego istotną fizjologiczną reakcję. Okazało się, że tak. Można z tego wyciągnąć wniosek, że intencje człowieka mogą być w jakiś sposób przekazywane drugiej osobie. Nie jesteśmy tego w stanie wytłumaczyć w oparciu o tradycyjny newtonowski model świata. Partner chorej osoby nie szeptał jej przecież do ucha: bądź spokojny. Osoby te były od siebie oddzielone, a jednak informacje docierały i wywoływały określone reakcje. Arielle Essex, neurolingwistka, nie ma wątpliwości, że to nasze myśli tworzą nasze ciało. Pozytywne myśli uwalniają chemiczne substancje. Negatywne myśli także, tylko inne, te niekorzystne. Wszystkie one wpływają na komórki organizmu, na to, jak wykorzystuje on składniki odżywcze.
Lynne McTaggart również podkreśla, że dla procesu zdrowienia najważniejsza jest wiara w skuteczność stosowanej terapii oraz optymizm. Na dowód przytacza historię eksperymentu ze szpitala w Houston. U połowy pacjentów, którzy cierpieli na artretyzm i mieli być poddani operacji stawu kolanowego, został przeprowadzony właściwy zabieg, a u drugiej połowy jedynie go pozorowano. Po trzech latach żaden z pacjentów nie miał dolegliwości bólowych. Tradycyjna medycyna zachodnia przypisuje efektowi placebo bardzo wiele tak zwanych cudownych uzdrowień. Czym naprawdę jest efekt placebo? Profesor Bruce Lipton odpowiada na to pytanie w następujący sposób: wiara człowieka może przezwyciężyć biologię. Nauka przyznaje, że co najmniej jedna trzecia wszystkich wyleczeń nie ma związku z konkretną terapią, operacją czy podawanymi lekami. Jest natomiast efektem placebo. Chory wierzy, że zostanie wyleczony i jego organizm leczy się sam.
Nawet jeśli podany lek był jedynie cukierkiem. Tak więc w jednej trzeciej przypadków wyleczenie następuje w wyniku pozytywnego myślenia. Jako biolog i były profesor akademii medycznej nie rozumiem, dlaczego tak ważnemu zjawisku poświęcamy podczas studiów zaledwie kwadrans. Generalnie zaś w ogóle nie zajmujemy się znaczeniem psychiki w leczeniu. To znaczy, że lekarze nie potrafią skutecznie korzystać z efektu placebo, a mogłoby to zmniejszyć nasze wydatki na leczenie dokładnie o jedną trzecią. Merilyn Schlitz twierdzi, iż nadeszła wreszcie pora, aby zastanowić się nad tym, jak to jest możliwe, że chory przyjmuje substancję, która jest obojętna dla jego zdrowia, a mimo to wywołuje ona w jego organizmie wyraźne zmiany fizjologiczne i uruchamia cały proces reakcji. Jednym z największych odkryć fizyki kwantowej jest tak zwane pole punktu zerowego. Chodzi o wymianę energii pomiędzy cząsteczkami subatomowymi. Wszystkie one uczestniczą w rodzaju tańca, wysyłając i przyjmując energię. W czasie tej wymiany energii powstaje wirtualna cząsteczka, która istnieje zaledwie chwilę.
Nie ma więc mowy o jakichś istotnych wartościach energetycznych, ale jeśli pomnożymy je przez wszystkie cząsteczki subatomowe uczestniczące w takim procesie na obszarze całego wszechświata, otrzymamy niewyobrażalną ilość energii, która tkwi gdzieś tam w pustej przestrzeni na zewnątrz – podkreśla Lynne McTaggart. Profesor Bruce Lipton dodaje: „Biologia konwencjonalna skupia się na stymulacji materialnej. Fizyka kwantowa pokazuje, że niewidoczna stymulacja jest znacznie ważniejsza”. W tym kontekście można zacytować Einsteina, który powiedział, że pole jest jedynym ośrodkiem rządzącym cząsteczką. Fizyka kwantowa mówi, że charakter materii jest określany przez pole. Doktor Eric Pearl, bioenergoterapeuta, charakteryzuje owo pole w następujący sposób: jest ono raz bardziej gęste, raz mniej. To się zmienia. Niektórzy twierdzą, że dzieje się tak w zależności od naszej formy fizycznej. Ludzi można przyrównać do bąbelków tkwiących w polu energii, światła, informacji. Cały czas z niego czerpiemy.
Dietmar Zimbal, kosmobiolog, uzupełnia ten wywód: każdy z nas obserwował kiedyś stado ptaków w locie. Widział, jak wiele osobników jednocześnie zmienia kierunek, jakby kierował nim jakiś nadrzędny ptasi mózg. Jest to możliwe właśnie dzięki istnieniu pól. Pól, które pozwalają na przekazywanie takich informacji dokładnie i bez żadnej zwłoki. Wszyscy jesteśmy częścią tego ogromnego pola – podkreśla Lynne McTaggart. Jesteśmy ze sobą połączeni we wszechświecie. Wejdźcie do starej katedry w Stanach, w Europie, gdziekolwiek. Co wtedy czujemy? Nastrój skupienia, powagę, spokój. To bardzo namacalne uczucie.
Dlaczego? Bo od wieków ludzie zostawiali tu swoje dobre emocje, których energię wchłonęły mury katedry i teraz oddają ją kolejnym ludziom, którzy przychodzą do świątyni. Stąd też wszechogarniająca atmosfera spokoju, powagi i skupienia – zauważa Edgar Mitchell, były astronauta, uczestnik misji Apollo 14 i szósty człowiek na powierzchni Księżyca. Przytacza też historię swojego uzdrowienia, dzięki której łatwiej jest zrozumieć ideę pola. Rezonans magnetyczny wykazał, że mam zmiany w nerkach. Lekarze stwierdzili, że konieczna jest operacja, ale ja się nie zgodziłem. Poznałem wówczas Adama, młodego mężczyznę z Vancouver, który był uzdrowicielem. Zgodził się pracować ze mną raz w tygodniu przez miesiąc. Mając do dyspozycji jedynie zdjęcie, Adam jest w stanie wyczuć pole ciała danej osoby. Widzi miejsca, w których przepływ energii jest zablokowany, co wskazuje na chorobę.
Dzięki woli uzdrowienia jest w stanie w taki sposób pokierować energią, że blokady znikają i ciało zostaje uleczone. Miesiąc po postawieniu diagnozy poddałem się kolejnemu badaniu rezonansem. Po obejrzeniu wyników radiolog powiedział: „Cokolwiek pan robi, proszę robić to dalej. Zmiany wyraźnie się zmniejszyły”. Po trzech miesiącach znów powtórzyłem badania. Okazało się, że pół roku od diagnozy byłem zdrowy. Zmiany zniknęły. Wszystkie seanse uzdrowicielskie odbywały się na odległość, ale najwyraźniej nie miało to żadnego znaczenia, co sugeruje, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem energii kwantowej. Uzdrowiciel był w Vancouver, ja na Florydzie. Dzieliły nas całe Stany Zjednoczone.
Potem jeszcze wiele razy korzystałem z podobnych seansów i z różnymi uzdrowicielami. Mechanizm zawsze był ten sam. Następowało przekazanie informacji, a potem przekaz energii. Wyraźnie to czułem. Wydaje się, że nasze ciała połączone są z polem. Warto jednak zadać sobie pytanie, jaki jest mechanizm owej komunikacji. Niektóre badania sugerują, że może się ona odbywać poprzez biofotony pochodzące ze światła emitowanego przez komórki wszystkich żywych organizmów. Zjawisko to odkrył biofizyk, profesor Fritz-Albert Popp. Aby tego dokonać, użył niezwykle czułego urządzenia wzmacniającego. O jego mocy świadczyć może fakt, że umożliwiałoby ono dostrzeżenie płomienia świecy z odległości 20 kilometrów.
Jeżeli umieści się przed takim detektorem jakikolwiek żywy organizm, wówczas za każdym razem można zaobserwować wyraźny strumień emitowanego światła. Profesor Fritz-Albert Popp uznał, że być może to właśnie biofotony kontrolują ludzki metabolizm. Cząsteczki nie mają własnych systemów regulacji. Do tego jest im potrzebne pole. Być może to biofotony przekazują informacje, dzięki którym regulowana jest ludzka przemiana materii. Stwierdza naukowiec. Biofotony tworzą w naszych ciałach dynamiczną, spójną siatkę światła. Nasze ciała bez przerwy je emitują. Czy właśnie one tworzą system kontrolny naszego organizmu? Czy może ta funkcja przypada naszemu DNA?
Profesor Bruce Lipton nie ma wątpliwości. Geny nie kontrolują naszej biologii. Gdy w rodzinie występują pewne choroby, na przykład rak, natychmiast patrzymy wstecz i powołując się na genetykę twierdzimy, że to skłonność dziedziczna. Ale co ciekawe, jeśli rodzina, w której często występują nowotwory, adoptuje dziecko, to ryzyko, że dziecko to zachoruje kiedyś na raka jest dokładnie takie samo, jak u dziecka naturalnego. A przecież pochodzenie genetyczne jest inne. Tak więc już samo wejście do rodziny, przejęcie jej wzorców zachowań, sposobu bycia jest ważne, a nie podłoże genetyczne. Epigenetyka, czyli dziedziczność pozagenowa, to nowa dziedzina wiedzy. Bada ona wpływ czynników zewnętrznych na genetykę. Naukowcy odkryli, że informacje decydujące o tym, jak funkcjonuje komórka, nie są zawarte w jej wnętrzu. Wszystko wskazuje natomiast na to, że znajdują się one w otaczającym ją środowisku.
Pochodzą zatem z zewnątrz. „Geny są tylko pewnym wzorcem, według którego powstaje cząsteczka białka” – stwierdza profesor Bruce Lipton. Natomiast białka, a jest ich ponad 100 000, to cegiełki, z których zbudowany jest nasz organizm. Istnieje pewien wzorzec genu. Jeszcze 10 lat temu uważano, że taki wzorzec jest konkretną informacją, według której powstają konkretne cegiełki – białka. Nowa wiedza wprowadziła sporo zamieszania. Pokazała bowiem, że wpływ mechanizmów epigenetycznych sprawia, iż według każdego wzorca może powstać wiele różnych cegiełek. To zasadnicza zmiana, która oznacza, że geny niczego nie determinują. One dają tylko potencjał. Profesor Rupert Sheldrake stwierdza: „Badania ludzkiego genomu pokazały, że mamy około 25 000 genów, znacznie mniej niż pierwotnie sądzono.
To mniej więcej tyle, ile mają szympansy, co wykazały badania genomu tych małp. Oba genomy są niemal identyczne, zbudowane z tego samego rodzaju budulca. Ale przecież różnica jest oczywista. Jak więc ją wytłumaczyć? Moim zdaniem odpowiedź tkwi w morfogenetyce. Podobnie jak z takich samych cegieł, na podstawie dwóch różnych planów można zbudować dwa różne domy, tak samo mogą powstać dwa różne organizmy o różnych polach, nawet jeśli są zbudowane z podobnych do siebie cząsteczek, jak to ma miejsce w przypadku ludzi i szympansów.” System energetyczny ludzkiego organizmu od dawna budzi zainteresowanie. Istnieje teoria, według której ciało posiada własne pole energetyczne, tak zwane pole morfogeniczne. Istnieje ponadto hierarchia pól związanych z ciałem. „Oprócz pola całego ciała, organy także mają swoje pola, podobnie jak tkanki i komórki” – stwierdza profesor Rupert Sheldrake. Pole ciała znajduje się wewnątrz, jak i na zewnątrz nas.
Jest jedno ogólne pole i wiele mniejszych. Wszystkie one tworzą całość. Warto przytoczyć taki oto przykład. Z pola grawitacyjnego nie można odłączyć kawałka. Natomiast jeśli potniemy płazińca na części, to z każdego z nich wyrośnie nowy osobnik. Jak to możliwe? Jeśli pocięlibyśmy na kawałki maszynę, efektem byłaby po prostu popsuta maszyna. Ale jeśli potniemy na kawałki magnes, każdy z kawałków nadal będzie wytwarzał własne pole magnetyczne. Właśnie ta analogia zasugerowała biologom istnienie pola morfogenicznego. Były lata 20.
XX wieku. Dzisiaj to pojęcie odgrywa kluczową rolę w biologii rozwoju. Bez niego trudno zrozumieć rozwój organizmów. Ludzkie życie zaczyna się od pojedynczej komórki. Następnie w wyniku podziału i wzrostu powstają różne organy oraz części ciała. Ważne pytanie, które od dawna nurtowało naukowców, brzmi: skąd poszczególne komórki wiedzą, czym mają się stać? Odpowiedzi może udzielić właśnie koncepcja współistnienia wielu pól. Wiemy, że występują różne pola odpowiadające za mięśnie, tkankę łączną, za mózg czy system nerwowy. Jeszcze inne odpowiadają za pole morfogeniczne, które łączy się z DNA i zawiera informację genetyczną ciała. Teoria ta ma wiele punktów wspólnych z medycyną.
„Tyle że pojęciowo idzie nieco dalej” – mówi Peter Fraser. Pola energetyczne mogą dostarczać informacje, które są konieczne do kontrolowania ciała. Skąd organizm wie, jaką ma utrzymywać temperaturę, czy też jakie ciśnienie krwi jest właściwe dla danej osoby? Według holistycznej wizji świata decyduje o tym nasze pole. Profesor Rupert Sheldrake mówi: „Pola morfogenetyczne stanowią system kontrolny na poziomie ponadcząsteczkowym czy biochemicznym. To one organizują pracę naszego organizmu, decydują o jego rozwoju. Podobnie dzieje się z roślinami i zwierzętami. To właśnie te pola utrzymują ciała w charakterystycznej dla danego organizmu formie. Wspomagają też leczenie oraz regenerację. Pole energetyczne organizmu jest wypełnione informacjami.
Wszystkie części ciała generują ponadto własne pola. Jest jednak jeden organ, który wyróżnia się na tle innych. Jego pole ma znaczenie dla całego ciała. Volker Meisner, lekarz medycyny holistycznej, podkreśla: „Serce rządzi całym systemem. Wątroba i inne organy mają swoje zadania, natomiast serce panuje nad nimi wszystkimi.” James Oschman, biofizyk, biolog komórkowy dodaje: „W tak zwanej medycynie energetycznej mówi się o energii kardiologicznej. Wszystkie sygnały pochodzące z serca mają właściwości regulujące. Serce bije, wysyła fale ciepła, światła, sygnały elektryczne, magnetyczne i elektromagnetyczne. Sygnały te trafiają do wszystkich komórek, ale w różnym czasie, ponieważ dzieje się to za pośrednictwem układu krążenia. Serce emituje najsilniejszy, rytmiczny sygnał elektromagnetyczny.” – mówi Rollin McCraty, dyrektor Institute of HeartMath. Pole elektromagnetyczne to rodzaj fali przekaźnikowej pełnej różnych informacji i emocji.
Badania laboratoryjne pokazały, że pole to zmienia się zasadniczo. Jest inne, gdy czujemy złość bądź jesteśmy sfrustrowani. Inne, gdy czujemy troskę, miłość lub gdy chcemy okazać komuś współczucie. Serce bije według pewnego wzoru, rytmicznie bądź nie. Ma to ścisły związek z naszymi emocjami. Deborah Rozman, prezes organizacji Quantum Intech podkreśla, że kiedy serce bije równo, to ów miarowy rytm wpływa także na rytmiczną pracę mózgu, systemu nerwowego i gruczołów. Części organizmu działają wówczas harmonijnie. Pozytywne emocje, takie jak miłość, troska, poczucie wdzięczności sprawiają, że serce pracuje w sposób rytmiczny, natomiast emocje negatywne zaburzają działanie serca. Istnieje też inny rodzaj pozytywnych emocji. Kiedy na przykład zachwycamy się zachodem słońca, wówczas serce wpada w łagodny rytm sinusoidalny i taki właśnie sygnał jest przekazywany do mózgu.
Stan ów nazywany jest koherencją serca. Bije ono wówczas rytmicznie, a to wpływa na pracę pozostałych organów, mózgu, systemu nerwowego i tak dalej. Cały proces zaczyna się jednak od serca. Sprawdzając puls tak naprawdę kontrolujemy ciśnienie wytworzone przez bijące serce. „Nie przepływ krwi, tylko ciśnienie.” – mówi Rollin McCraty. Każde uderzenie serca sprawia, że przez nasze ciało przechodzi fala ciśnienia. Docierając do mózgu synchronizuje ona pracę neuronów. Gdyby nie ten sygnał, mózg nie wiedziałby, co robić. Stan koherencji umożliwia na przykład naukę, ale wzmacnia także naturalne zdolności regeneracyjne organizmu. Serce ma własny, skomplikowany system nerwowy, dlatego czuje, zapamiętuje i przetwarza informacje niezależnie od mózgu.
Przez długi czas uważano, że wszystkie dane docierają wyłącznie do centralnego ośrodka nerwowego. Okazuje się jednak, że pewne informacje najpierw docierają do serca, dopiero potem trafiają do mózgu. „Eksperymenty pokazały, że serce reaguje szybciej niż mózg na sygnały z zewnątrz.” – podkreśla Rollin McCraty. Ostatnio prowadziliśmy badania nad tak zwaną intuicją elektrofizjologiczną. Już wcześniej mieliśmy dowody, że ciało potrafi przewidzieć, co się wydarzy, jeśli owo wydarzenie było dla danej osoby emocjonalnie istotne. Uczestnicy eksperymentu zostali podłączeni do czujników rejestrujących aktywność mózgu, serca oraz interakcje pomiędzy sercem a mózgiem. Badany siedział przed komputerem, wciskał klawisz i wówczas zapisywane były dane fizjologiczne. Następnie po kilku sekundach na ekranie pokazywało się zdjęcie. Obrazy były dobrane w taki sposób, aby wzbudzały skrajne emocje. Pokazywano drastyczne zdjęcia wypadków samochodowych, atakującego węża, a także piękne obrazy przedstawiające kwiaty, zachody słońca.
Obrazy pokazywane były w przypadkowej kolejności. Komputer wybierał zdjęcia po zapisaniu danych fizjologicznych. Badany nie miał pojęcia, co za chwilę pokaże się na ekranie. Nawet komputer tego nie wiedział. Wyniki były zaskakujące. Organizm reagował na zdjęcie, zanim jeszcze pokazało się ono na monitorze. Okazało się, że badani nie tylko reagują na rodzaj zdjęcia, zanim je zobaczyli, ale że to właśnie serce reaguje jako pierwsze. Sygnał wysyłany przez nie do mózgu różnił się w zależności od emocjonalnej treści zdjęcia. Wyniki pokazują, że serce wysyłało różne wiadomości w zależności od charakteru spodziewanego zdjęcia. Potem następowała reakcja mózgu i reakcja ciała.
Przepływ tej intuicyjnej informacji był zatem następujący: z serca do mózgu i z mózgu do ciała. Czy te eksperymenty zmieniają sposób, w jaki postrzegamy działanie ludzkiego organizmu? Wydaje się, że zarówno serce, jak i mózg mają dostęp do pola informacji, które nie jest powiązane ani z czasem, ani z przestrzenią. Jeśli tak właśnie jest, to fizyka kwantowa ma więcej wspólnego z funkcjonowaniem naszych organizmów, niż ktokolwiek śmiałby do niedawna przypuszczać. Dean Radin stwierdza: „Myślimy o ciele jako o dynamicznie zmieniającym się systemie zarówno w sferze materialnej, jak i energetycznej.” Tak rzeczywiście jest. Rocznie pochłaniamy około tony jedzenia. Większość zostaje wydalona. Nasz organizm przetwarza substancje, chociaż przez lata właściwie się nie zmieniamy. Nawet po czterdziestu latach ludzie się rozpoznają. A przecież atomy, z których składa się nasze ciało, uległy wymianie.
To bardzo dynamiczny proces, ale ja pozostaję niemal taki sam. Powstaje pytanie, jak to się dzieje? Musi istnieć jakiś wzór, który trzyma wszystko razem. Lynne McTaggart mówi: „Są naukowcy, którzy twierdzą, że człowiek stanowi system informacyjny. System ten nie jest w całości zlokalizowany w naszym ciele. Czerpiemy również informacje z jego pola.” Volker Meisner dodaje: „Wydaje się, że ciało bez przerwy czerpie informacje z zewnątrz i z wewnątrz. Poszukuje systemów koherentnych. Wymiana informacji następuje pomiędzy wszystkimi komórkami. Każda wie, co się dzieje. Niektórzy twierdzą, że choroba rozwija się wtedy, kiedy w systemie następuje wyrwa.
Uważam, że mają rację.” Edgar Mitchell dodaje: „Materia to sprężona energia, a informacja stanowi pewien wzór energetyczny. W naszym ciele dokonuje się przegląd informacji, którego nie rozumiemy. Starożytni Chińczycy nazywali to systemem akupunktury.” Oddajmy głos Peterowi Fraserowi. Mówimy o systemie, kiedy mamy do czynienia z pewną strukturą, ale żeby móc mówić o systemie, trzeba ją uporządkować. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku odkryto, że akupunktura wydaje się być właśnie systemem zorganizowanym. Czymś więcej niż tylko zbiorem przypadkowych punktów. Prowadzone badania wykazały, że punkty te tworzą pewien porządek, że komunikują się ze sobą w ustalony sposób. Titmar Symbol stwierdza: „Pole pełni funkcję regulacyjną wobec ciała. Kontroluje aktywność komórek. Fale pola dostarczają każdej komórce niezbędne jej informacje.
Ilość koniecznych informacji jest ogromna.” Peter Fraser: „Według Einsteina i nie tylko, energia oraz informacja są wymieniane, czyli informacja staje się rodzajem energii, bo taki jest porządek rzeczy. Ale z drugiej strony, co dzieje się, kiedy otrzymujemy falę energii, w której zapisane są informacje? Kontroli nad naszymi organizmami nie sprawują zatem geny lub chemia. Odpowiada za nią informacja, która jest dostępna w polu energetycznym ciała. Czy dodając nowe informacje, można wpływać na procesy uzdrawiania organizmu? Naukowcy podejmują takie próby. Wiemy, jak przeciwdziałać zniekształceniu informacji, co ma miejsce w przypadku różnych chorób. Takie naprawy udają się. Fizjologia organizmu podejmuje pracę, chemia wraca do normy i odnotowujemy kolejne cudowne uzdrowienie, bo skorygowaliśmy uszkodzenie informacji w polu energetycznym ciała” - stwierdza Peter Fraser. Lynne McTaggart dodaje: „Choroba to w pewnym sensie uszkodzony przekaz informacyjny.
Trzeba go naprawić. To właśnie jest celem terapii energetycznej.” Według Petera Frisera ludzkość stoi u progu wielkiej zmiany. Zaczyna bowiem rozumieć mechanizm powstawania chorób oraz sposoby czerpania informacji i poprawiania jej przepływu w żywym organizmie. A to może sprawić, że już niedługo będzie można leczyć schorzenia, które dotąd uznawane były za nieuleczalne. „Jeden z niezwykle interesujących przypadków z dziedziny medycyny informacyjnej, o jakich ostatnio słyszałam, ma związek z psychologią energetyczną, która ma wpływać na negatywne myśli” - wspomina Lynne McTaggart. Według niektórych oplatają nas one swoją pajęczyną i wpływają na nasze ciała. Tego rodzaju metodę zastosowano w Kosowie w terapii ofiar wojny w byłej Jugosławii. Mieszkające tam rodziny przeżyły wielką traumę. Polityka czystek etnicznych nakazywała zabijać połowę członków każdej rodziny. Miało to prowadzić do demoralizacji tych, którzy przeżyli.
Terapeuci pracowali z ludźmi głęboko skrzywdzonymi. Zwykła terapia trwałaby latami i wymagałaby długiego leczenia farmakologicznego. W tym przypadku poddano ludzi terapii wykorzystującej wiedzę o polu i okazało się, że u wszystkich leczonych zanotowano znaczną poprawę nastroju. Ludzie znów się uśmiechali, żartowali. Zostali całkowicie uleczeni z traumy. Nawet terapeuci byli zdumieni. A to tylko jeden z przykładów na skuteczność tego rodzaju metod. „Najważniejsze, aby ludzie poczuli się odpowiedzialni za swoje zdrowie” - podkreśla Ariel Essex. Żeby zrozumieli, że ich zdrowie zależy od nich. Muszą zacząć wybierać swoje myśli, dbać o kondycję umysłu.
Ona jest decydująca dla procesu leczenia. Według Lynne McTaggart jedną z zasadniczych rzeczy, która musi zmienić się w medycynie, jest zrozumienie, że geny ani nie tłumaczą, ani nie rozwiązują wszystkiego. Dla ludzkiego zdrowia Znacznie ważniejszy jest zewnętrzny system informacji analizowany przez epigenetyków i to na nim nauka powinna skupić się w najbliższych latach. James Oschman mówi: "Możemy wydać wojnę nowotworowi, próbować go zniszczyć. To wojujący model walki z chorobą. Tyle, że nasze ciało nie chce wojny." Profesor Rupert Sheldrake dodaje: "Musimy uczyć się od innych kultur, czerpać z innych tradycji, obserwować działania uzdrowicieli, wziąć co najlepsze ze współczesnej nauki i połączyć z całą resztą." Marilyn Schlitz mówi: "Potrzebna jest rewolucja, która zmieni nasz sposób myślenia. Zamiast koncentrować się na chorobie, powinniśmy skupić się na leczeniu. Wtedy staniemy się wrażliwsi na sygnały, które mogą wspomóc naturalny proces leczenia." Peter Fraser dodaje: "Rewolucja już się zaczęła. I nie mówię jedynie w swoim imieniu. Wielu naukowców na świecie myśli podobnie, a prowadzone badania zdają się potwierdzać nasze przemyślenia na temat pól energetycznych.
Powstała nowa teoria pokazująca, jak nasze ciało przechowuje informacje i skąd je czerpie. Medycynę czekają rewolucyjne zmiany." To, proszę państwa, było omówienie filmu "The Living Matrix". Myślę, że wielu z państwa sięgnie po ten film. Film, który jest dostępny w internecie. Wystarczy tylko uważnie poszukać. Starałem się wybrać dla państwa najbardziej ciekawe momenty z tego obrazu, ale zdaję sobie sprawę, że tylko dotknąłem tematu. Dotknąłem go po to, aby zachęcić państwa do obejrzenia całości. Pięknie państwu dziękuję za spotkanie i do usłyszenia. Proszę państwa, najwyraźniej nadszedł czas, abyśmy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiali o perłach Filmotekarium. Dzisiaj klasyk, absolutny klasyk.
Film z Harrisonem Fordem "Łowca androidów". Ten polski tytuł jest taki sobie, ale też dokładne przetłumaczenie angielskiego tytułu nie sprawiłoby nam wszystkim radości. Więc niech będzie ten "Łowca androidów" albo angielska wersja "Blade Runner". Niech on zostanie w naszej pamięci pod takim właśnie brzmieniem. Piotr Cielebiaś już czeka, zatem zaczynamy Filmotekarium, a właściwie Perły Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[01:04:32] - Witam tradycyjnie.
[01:04:35] - Perły Filmotekarium. Dzisiaj przystępuję do audycji z lekkim sercem, bo film "Łowca androidów" to tytuł polski. To jest film, przy którym ja zamieram, w dalszym ciągu zamieram. Obejrzałem po raz pierwszy ów film w połowie lat 80. na tajnym pokazie, bo wiecie państwo, jak się odbywały giełdy fantastyki w Bydgoszczy, to kończyły te giełdy, pokazy filmów na jakimś marnym VHS-ie, magnetowidzie VHS. Odtwarzano mniej lub bardziej widoczne kopie na ekranie telewizora. I tam po raz pierwszy zobaczyłem "Blade Runnera". I ten film mnie oczarował już wtedy. A im więcej razy ten film oglądałem, tym bardziej byłem wrośnięty w ziemię albo wrastałem w ziemię, kiedy go oglądałem. Tam moim zdaniem pasuje wszystko.
Muzyka, która tworzy nastrój, obraz, który jest nieprawdopodobny. Aż do dzisiaj zastanawiam się, jak można było w dobie bardzo, umówmy się, prymitywnych efektów specjalnych stworzyć tak niesamowitą i realistyczną panoramę miasta. Od tego się film zresztą zaczyna. Ja na pewno dzisiaj, proszę państwa, nie będę człowiekiem obiektywnym. To jest film, który tak jak powiedziałem, ja nie mogę o nim mówić spokojnie i na pewno będę przeginał pałkę, ponieważ ja jestem tym filmem zachwycony.
[01:06:19] - Sama audycja Perły Filmotekarium wskazuje, że ona nie jest za bardzo obiektywna, bo trafić do pereł, to wiesz... Są filmy, które dla miłośników sci-fi, ja zacznę tak, mają szczególne znaczenie. Takowymi są na przykład "2001: Odyseja kosmiczna", "Obcy: Ósmy pasażer Nostromo", no i właśnie "Łowca androidów". "Blade Runner", film z 1982 to dla wielu klasyk, między innymi dla Marka. No i klasa sama w sobie. Jeszcze inne podsumowanie, od jakiego mogę zacząć, bo zaczynam od podsumowania dzisiaj, to zawiera się w tym, że to był, Marku, jeszcze film z czasów, kiedy filmy były takie masło maślane, ale pełnokrwistymi filmami. Czy "Blade Runner" się zestarzał dobrze czy źle? Czy stał się modelową dystopią? Czy ukształtował postrzeganie sztucznej inteligencji w późniejszym kinie? Dzisiaj sobie nieco o tym opowiemy i dzisiaj przemienię się raczej w zadającego pytania, aniżeli w oceniającego.
Dlaczego? To może na końcu powiem. Zacznijmy, Marku, od literackiego pierwowzoru, bo tutaj też warto na parę rzeczy zwrócić uwagę. Cudowny tytuł pierwowzoru, chociaż może nie za bardzo nadający się na film. A w centrum oczywiście Philip Dick i jego szalone pomysły, w tym przypadku równie chwalone, co ganione przez Stanisława Lema. Nie wiem, czy to jest taka anegdota, czy to jest prawda, ale ponoć Dick uważał, że Lem to jest w ogóle fikcyjna postać. Zaraz ci oddam głos. Może nam to To wyjaśnisz. Marku, jak pierwowzór literacki ma się do ekranizacji? I kto był większym wizjonerem w tym przypadku Dick czy Ridley Scott?
[01:08:16] - Powiem tak, że pierwowzór literacki, który tak jak powiedziałeś, nosi piękny tytuł "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" bardzo luźno związany jest z filmem. Nawet w filmie zaznacza się, że film powstał na motywach powieści Philipa Dicka pod tytułem, który zacytowałem. To są osobne dzieła. Książka jest interesująca, ale już samo użycie słowa interesująca wskazuje, że ja jednak wolę film. W tym przypadku, nie mówię, że zawsze tak było, bo Dick był wielkim wizjonerem fantastyki. Ja przypomnę, że wielki tłumacz i człowiek, który fantastyką żył i udostępniał fantastykę przez dziesiątki lat polskiemu czytelnikowi, mówił o Dicku w ten sposób, że jest to Dostojewski fantastyki naukowej. Tą postacią, która tak nazywała Dicka, był Lech Jęczmyk. Znakomity, perfekcyjny tłumacz. Nie tylko zresztą dzieł spod znaku science fiction, ale też tych głównonurtowych. Wracając do tego, kto był wizjonerem.
Dick był wizjonerem, ale chyba miał bardziej udane książki. À propos tej anegdoty, to jest anegdota jak najbardziej prawdziwa, ponieważ Lem może nie cenił wszystkich książek Dicka, ale część z nich poważał. Na przykład dzięki Lemowi ukazała się książka w latach 70. Książka "Ubik", świetna książka. Tak się fantastyki w bloku radzieckim nie pisało, a tymczasem to jest książka, którą warto przeczytać. Ale kiedy była korespondencja pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską dotycząca wydania książki w Polsce, to Lem podpisywał się Lem. Dick w pewnym momencie doszedł do wniosku, a było to zapewne wspomagane tym, czym wspomagał się Dick. Znowu ciotka YouTube'a nie lubi pewnych rzeczy, więc Dick z pasjami używał środków zmieniających świadomość. I to nie tylko tych, nazwijmy to proszkowych, ale również jak najbardziej używał alkoholu. To troszeczkę wiązało się z ogromem pracy.
Jeśli państwo spojrzycie na to, co Dick w życiu napisał, to on naprawdę potrafił pisać po kilka powieści rocznie. W związku z tym, tego się nie dało osiągnąć bez wspomagania. Dick wspomaganie stosował, to nigdy nie pozostaje bez wpływu. A jeśli ktoś ma tendencję do tego, żeby ulegać tym środkom zmieniającym świadomość, to się kończy tak, że pewnego dnia ponoć Dicka w środek czoła trafił różowy promień, że widział na niebie maskę, twarz, która do niego mówiła. To są klasyczne objawy. To, że on jakby lekko oszalał, nie zmieniało klasy jego prozy, bo umówmy się, im później wchodzimy w jego literackie osiągnięcia, późniejszą datę mają owe osiągnięcia, tym są one lepsze. Na przykład jest taki cykl "Waliz" i to jest naprawdę jazda bez trzymanki, ale gdzieś tam dużo wcześniej powstał chociażby "Człowiek z Wysokiego Zamku". Ale ja się tu rozgaduję zupełnie o twórczości Dicka. Nie o tym dzisiaj rozmawiamy. Wróćmy do filmu Ridleya Scotta.
I to też nie jest łatwe, bo ten film, kiedy trafił do kin, nie był sukcesem kasowym. Zarobił, był na plusie, ale był na tym plusie bardzo minimalnie. Po czym jak już film z kin zszedł, nastała era w Stanach Zjednoczonych, a później w innych częściach świata magnetowidów. I kiedy ten film trafił do dystrybucji magnetowidowej, publiczność oszalała. Absolutnie oszalała i ten film zaczął wykręcać jakieś nieprawdopodobne wyniki. Podobno, ale tego nie mam do końca sprawdzonego, podobno do tego stopnia kręcił dobre wyniki, że dystrybutor odważył się wprowadzić go ponownie do kin. To się rzadko zdarza. To się zdarzyło po kilku latach od premiery, a zatem było w tym filmie coś, co było niesamowite. Ja wspomniałem o muzyce. Muzykę zjawiskową, absolutnie zjawiskową skomponował Vangelis.
Muzyka zawsze gra, ale tak ona współgra z obrazem. Czujecie państwo, ja jestem po prostu tym filmem absolutnie zachwycony. Jest pewien dyskomfort, o którym pewno jeszcze dzisiaj będziemy mówić. Otóż ten film ma kilka wersji. Tacy puryści obliczyli, że ponoć siedem. Ja skupię się na dwóch najważniejszych, a właściwie trzech, bo jest wersja kinowa, jest wersja reżyserska i jeszcze bardziej reżyserska. To tak trochę żartując. One się różnią między sobą drobiazgami, ale bardzo istotnymi. Ja o nich jeszcze wspomnę dzisiaj. Różnią się też kolorystyką.
Do wersji reżyserskiej zmieniono trochę barwy tego filmu, wprowadzono taki czynnik zielony, bardziej zielone to wszystko było. Czy to coś zmienia? Akurat ta barwa jednym bardziej pasuje, drugim mniej. Nieco istotniejsze były zmiany koncepcyjne, o których powiedział reżyser i moim zdaniem jednym to film przybliżyło, innym natomiast niekoniecznie, bo Ridley Scott powiedział coś o tym filmie, ja specjalnie nie mówię jeszcze co, bo będzie na to czas, powiedział coś o tym filmie, co mnie na przykład zepsuło zabawę. Może nie do końca, bo dalej jest to wizyjny film, ale koncepcja Ridleya Scotta po pierwsze jest niezgodna z pierwowzorem książkowym, ale w tym filmie dużo niezgodności z tym pierwowzorem książkowym jest. Natomiast sama koncepcja Ridleya Scotta dużo zmienia, chociaż jeśli mierzyć by to czasem scen dodanych albo zmienionych, to nie jest długi czas, ale zdarza się tak czasami, że niewielkie zmiany powodują wielkie zmiany w postrzeganiu dzieła, w tym wypadku dzieła filmowego.
[01:15:39] - Niektórzy mówią, że „Blade Runner” to jest film neo-noir. Z drugiej strony on wskazuje, to akurat wiadomo, pewną wizję przyszłości, która zyskała popularność w późniejszych filmach, w późniejszych grach. Chodzi o dystopię, ale mamy też odniesienia do sztucznej inteligencji. A ponieważ jesteśmy w Perłach, to powiedz proszę, jak w okresie, gdy „Blade Runner” wszedł na ekrany, interpretowano problem replikantów? Pod kątem oczywiście sztucznej inteligencji, bo we wszystkich filmach, które podałem na początku jako te klasyki ulubione przez miłośników fantastyki, to zagadnienie AI czy SI jest wyeksponowane. A który element w „Blade Runnerze” byś uznał za wizjonerski? Albo za taki wizjonerski, albo jednocześnie niedoceniony, taki, który może na przykład się kiedyś, w sumie już niedługo, stać prawdą. Bo to, co się dzieje w „Blade Runnerze”, to przecież jakby nie patrzeć, powinny być nasze czasy.
[01:16:46] - One już minęły. Czas, w którym odbywała się akcja filmu „Łowca androidów” już minął. Już ten rok jest za nami, a jakoś inny świat mamy. Natomiast wracając do filmu, to jest bardzo prosta opowieść i bardzo trudno jest wytłumaczyć wizyjność tego filmu, jeśli opowiada się jego treść. Bo mamy sytuację, że ludzkość produkuje takich sztucznych ludzi, androidy, które gdzieś tam w odległych gwiezdnych koloniach wykonują różne, mniej lub bardziej ciekawe czynności, zajęcia, po prostu ciężko pracują. I w dodatku pewnym ograniczeniem, ponieważ oni są właściwie jak ludzie, czasami bohaterowie to zauważają, to jest tam nałożone pewne ograniczenie. Znaczy czy są jak ludzie? Podobno oni nie mają uczuć. O tym też warto będzie powiedzieć, jak to jest z tymi uczuciami. Podobno nie mają uczuć, są zimni, a w związku z tym, kiedy się buntują, kiedy stają się mordercami, to są zimnymi mordercami.
I jakaś grupa replikantów wraca na ziemię, a główny bohater, którego gra Harrison Ford, jest takim gliną, który specjalizuje się w wyłapywaniu tych zbuntowanych androidów i wysyłaniu ich na emeryturę. To jest takie łagodne określenie tego, co z nimi robi, czyli po prostu ich unicestwia. To było wysyłanie na emeryturę. A zatem mamy prostą historię detektywa, który ma wyśledzić złych, unicestwić i załatwić sprawę. Mam wrażenie, że wizyjność filmu polega nie na historii, która sami państwo zauważycie, że jest prosta, ale dekoracje tego filmu są olśniewające. Mamy miasto, w którym ciągle pada deszcz. Właściwie za każdym razem, kiedy pojawiają się sceny na zewnątrz, to pada deszcz. Ludzie chodzą z parasolami, takimi dziwnymi, którym rączki świecą i w ogóle jest trochę inaczej, ale nie za bardzo. Widok miasta, już mówiłem o tym, widok miasta widzianego z perspektywy ptaka jest oszałamiający. Taki gigantopolis, potężne budowle i ludzkie mrowisko.
Ludzkie mrowisko ludzi takich jak my właściwie. Owszem, korzystają z gadżetów rozmaitych, ale w gruncie rzeczy ani są lepsi, ani gorsi od nas wszystkich. Oni po prostu są. Jest coś takiego, być może to podkręca, ten obraz, o którym mówię, podkręca jeszcze muzyka Vangelisa, ale to robi piorunujące wrażenie, przynajmniej na mnie. Tam się czasami ogląda sceny, gdzie bohater idzie ulicą i już właściwie człowieka zatyka nie z powodu tego, co będzie, tylko jak to jest niezwykłe, jak niezwykły jest obraz tego świata, który Ridley Scott nam pokazuje. Czujecie państwo, że ja dzisiaj absolutnie odpływam, kiedy mówię o tym filmie, ale to jest dla mnie film absolutnie wizyjny.
[01:20:13] - Pamiętasz, Marku, jak rozmawialiśmy o takim filmie „Creator” — twórca? On nam pokazywał, nie chcę powiedzieć, że on był przedłużeniem Blade Runnera, ale w jakimś sensie tak. On nam przenosił bardzo podobny problem, bardzo podobną dyskusję na temat natury replikantów, androidów, jak sobie cokolwiek nazwiemy, sztucznej inteligencji, już w taką epokę wake. Pamiętasz, co się tam działo w tym filmie? Tam niby też zezłomowane androidy, ale potem też była taka cukierkowa historia, której po pewnym czasie nie dało się oglądać. Z Blade Runnerem jest tak, że rzeczywiście film był wizyjny, ale ja się tak zastanawiam. Nie chcę tutaj jakoś złą atmosferę wprowadzać, ale dla mnie film jest lekko przyciężki. On oczywiście służy jako przeciwwaga dla naiwnych i cukierkowych obrazów, wtedy dla cukierkowego świata Gwiezdnych Wojen. I pokazuje nam taką pełnokrwistą fantastykę. Ale jak wspominałeś, ta ambicja, to ambitne science fiction nie wyszło dobrze początkowo w konfrontacji z popkulturą.
Okazało się jednak, że nazwisko reżysera, pewna wizja sprawiły, że Blade Runner wrócił, stał się filmem kultowym, jakby nie było, jak kilka innych filmów, które po słabym starcie miały bardzo dobrą kontynuację w postaci VHS-ów. Jak mówiłeś, Łowca androidów nie był sukcesem kasowym. I tutaj trudne pytanie: jak myślisz, dlaczego na samym początku nie wystartował dobrze? Co doceniasz też w jego sferze artystycznej oprócz tego, co powiedziałeś? Może inaczej, bo powiedziałeś o świecie przedstawionym, powiedziałeś o tym, jak się różnymi rzeczami gra w tym filmie. To może coś o grze aktorskiej. Czy Harrison Ford wypada w tym filmie przekonująco dla ciebie? Bo dla mnie nie.
[01:22:14] - Dla mnie wypada przekonująco, ale nie bardzo się stara. To paradoks, bo powiedziałeś, nawiązałeś przynajmniej do kryminału takiego noir. Coś w tym filmie z tego noir jest, bo to jest taki samotny jeździec trochę ten Harrison Ford, taki Marlowe, tylko przeniesiony w przyszłość. I on szuka, dosyć drobiazgowo, jest trochę zgorzkniały, jest samotny. Trochę mu się tam w życiu narypało, nie do końca wiemy co, ale widzimy, że nie jest fajnie. On tak sobie egzystuje w tym świecie, wypełnia swoje zadania. Świat jest dosyć paskudny. To, że on jest wizyjny i nam się podoba, to jeszcze nie znaczy, że chciałbym w tym świecie zamieszkać. Więc on sobie w tym świecie egzystuje. Powiedziałem, że nie bardzo się stara, jeśli chodzi o grę aktorską, bo też nie musi.
On tam po prostu jest. Minimum jakiejś ekspresji. Czasami człowiek myśli sobie, żeby chociaż miał ten kapelusz z Indiany Jonesa, to może coś, ale nie, nie ma. I w gruncie rzeczy to chyba nie było wielkie wyzwanie aktorskie, ale udało się. Myślę, że ta oszczędność gry bardzo dobrze się sprawdza. Może to jest geniusz reżysera, że czasami do określonych ról trzeba dobrać określonego aktora. Nie musi być wybitny, byle po prostu pasował. Nawet jego ekspresja, jego umiejętności aktorskie pasowały do tego właśnie obrazu, a nie innego. I moim zdaniem Harrison Ford jest świetnie dobrany. On ma być oszczędny w gestach, w mimice, w tym wszystkim, co przeżywa.
To na niego wpływa, ale tak wpływa, że my tego wpływu aż tak bardzo, czy na jego twarzy, czy w jego zachowaniach, w jego mimice jakoś tak go nie dostrzegamy. A mimo wszystko mamy obraz, chcemy tam po prostu być. I powiem tak: dla mnie Harrison Ford sprawdza się w tej roli. Tu mamy protokół rozbieżności. Powiem tak, że w ogóle Łowca androidów ma takie szczęście do aktorów. Zauważcie państwo, kiedy mamy jeden z tych androidów, jeden z tych replikantów, którego gra Rutger Hauer, chyba to dobrze wymówiłem, mam nadzieję przynajmniej. Znowu mamy scenę, która się dzieje gdzieś na dachu, niemal na dachu jednego z budynków, kiedy replikant tak naprawdę ratuje głównego bohatera. I później mamy tę sławną scenę tuż po śmierci aktora Hauera. Ona była często przywoływana. Scenę, którą on zmienił, ponieważ w scenariuszu była przegadana, rozbudowana, a on ją skrócił i skrócił ją genialnie.
I jeszcze później ta scena z ptakiem, z gołębiem i to powiedzenie, że wszystko to zniknie jak łza w deszczu, to naprawdę są takie momenty. Ja wiem, to patos, gdzieś to patosem trąci, ale ten patos nie jest w tym filmie nachalny i dlatego ja go dobrze znosiłem. A znowu Rutger Hauer nie miał wielkiej roli do odegrania. Poza tą sceną, którą jakoś tam naszkicowałem, to on w gruncie rzeczy jest uciekinierem. Znowu nie ma gdzie zagrać, bo nie ma takiej potrzeby. Jest androidem, jest uciekinierem i cóż tu grać za wiele? A jednak ta jedna scena robi bardzo dużo. Dlatego powiem tak, że nie jest trudno ocenić grę aktorską, ponieważ jeśli nawet ona nie jest wybitna, to ona znakomicie pasuje do tego obrazu. Tak bym o tym powiedział.
[01:26:44] - To może jeszcze na koniec słowo o tych wersjach. Jak to z nimi jest? Dlaczego ich jest tak dużo i która jest taka, którą byś polecił?
[01:26:52] - A to jest problem, ale zaraz się z niego wytłumaczę, dlaczego to jest problem. Otóż ja lubię wersję tę pierwotną, kinową. Dlaczego? Dlatego, że ona ma hollywoodzkie zakończenie, czyli całkiem nieźle się kończy. Główny bohater Cóż może znaleźć bohater w hollywoodzkim filmie? Zapewne miłość. I coś takiego się pojawia. Jest takie zakończenie, które w tym ponurym dosyć świecie napawa pewną otuchą, ale to widocznie Ridleyowi Scottowi nie pasowało. Podobno to producent wymusił na nim takie, a nie inne zakończenie i pojawiła się wersja reżyserska. Już tam nie wchodźmy w szczegóły, bo to nie o to chodzi, bo tylko zaciemnię obraz.
W późniejszej wersji dodano pewne sceny. Tu jednorożec jest ważny. Tu rzucę państwu hasło, żeby już tak zupełnie nie spoilerować. Jednorożec w wersji dosłownej, który pojawia się we śnie. Główny bohater coś ma wspólnego z pianinem, że tak powiem, gdzieś tam przydrzemał sobie na klawiaturze i ma pewien sen, pewną wizję jednorożca. A później w jednej z dalszych scen znajduje origami. I to origami to jest jednorożec. Znowu, nie wchodząc głęboko w treść filmu, to jest pewna sugestia. Sami to państwo zobaczcie, że być może główny bohater, który ściga replikantów, sam jest replikantem. I to zresztą potwierdził reżyser Ridley Scott o tym powiedział.
I cóż, ja się przychylam do tego, że to jest bez sensu. To jest bez sensu, bo zabija pewne sceny z filmu, chociażby taką, że kiedy ten replikant ratuje głównego bohatera, znienawidzonego detektywa, który ma go zabić i jest człowiekiem, to to ma inny wymiar niż jak replikant ratuje replikanta. Być może się czepiam, być może poszedłem na lep jakiejś tam propagandzie, ale ja tę wersję reżyserską lubię mniej. Ona ma zresztą inne zakończenie, może mniej hollywoodzkie, a wcale nie wiem, czy to dobrze robi temu filmowi, ale już sam fakt, że on, mówię o reżyserze, robi z głównego bohatera replikanta, moim zdaniem psuje trochę koncepcję filmu, koncepcję postaci w ogóle tego wszystkiego, co się w filmie dzieje. Poza tym bardzo często krytycy tej wersji odwołują się do obrazu stworzonego przez Dicka. Dick ani przez sekundę nie sugerował, że główny bohater jest replikantem. No ale Ridley Scott ma prawo do swojej wizji i okej, ale ponieważ miałem odpowiedzieć na pytanie, to odpowiadam. Ja wolę wersję producencką. To się nieczęsto zdarza. W gruncie rzeczy producenci są po to, żeby, powiem tak ogólnie i to oczywiście jest niesprawiedliwe i pewno złośliwe.
Producenci są po to, żeby psuć dobre filmy, ale w tym wypadku moim zdaniem ingerencja producenta zrobiła dobrze filmowi. A wersja reżyserska jest do dyskusji. Nie mówię, że ją należy skreślić. Być może nie uwzględniam jakiegoś elementu, który należałoby uwzględnić. Ten element otworzyłby jakąś klapkę w mojej głowie i powiedziałbym: „Och, faktycznie nie uwzględniałem tego”. Ten film w wersji reżyserskiej również jest genialny. Poza tym ja cały czas podkreślam te różnice pomiędzy wersją producencką a reżyserską są naprawdę minimalne. Ale uwierzcie mi państwo, to w minutarżu filmu pewne sceny są przedłużone. To jest inna sprawa w tej wersji reżyserskiej są po prostu pociągnięte, ale same sceny zostają. Natomiast to, co się zmienia poza kolorem, to, co się zmienia, naprawdę nie trwa długo.
Naprawdę jest taką delikatną ingerencją. Ale ta delikatna ingerencja zmienia wszystko. Zmienia wszystko w wymowie filmu. I teraz albo to kupujemy, albo nie. Ja akurat nie kupiłem, ale wcale nie będę czuł się jakoś specjalnie lepiej albo gorzej, albo nie będę oceniał, że ktoś wybierze wersję reżyserską. To jest kwestia tego, jak odbieramy dzieło i w pełni zaakceptuję czyjś inny wybór. Ja natomiast opowiadam się za wersją pierwotną.
[01:31:40] - To ja teraz parę słów od siebie. Nie lubię Blade Runnera, nie lubię Philipa Dicka. Nie czaruje mnie to. Ja rozumiem, że do niektórych to przemawia, ale to nie jest mój typ literatury. Po prostu ja w to nie wchodzę. Ja nie wsiąkam w ten świat. Ja wiem, że film nie ma nic prawie wspólnego z opowiadaniem, ale Dick to jego sobie zostawmy na kiedy indziej. Jeżeli chodzi o Blade Runnera nie umiem tam wsiąknąć. To znaczy to też jest tak, że różni nas, dzieli nas pokolenie. No i automatycznie ja na ten film trafiłem później, bo też wiesz, jak byłem mały, to on mnie tam za bardzo nie interesował.
Nie oszukujmy się, nie jest to coś, co by porwało widza tak jak horror na przykład albo nie wiem, jak jakaś Godzilla, albo jak Park Jurajski, kiedy ja miałem tam kilka lat, to Blade Runner wydawał się filmem nudnym po prostu. I niestety wracając do niego po latach stwierdzam to samo, że jest filmem nudnym, ciężkim przede wszystkim. Jego poetyka nie przemawia do mnie. Po prostu ja się na tym filmie nudzę ze wszystkimi jego plusami, z tym światem przedstawionym okej, natomiast nie jestem w stanie tam wsiąknąć, nie wiem czemu. Estetyka mnie odrzuca. Ja mam tak często z filmami z tamtego okresu, że może to jest taka choroba też związana z tym, że Blade Runner i podobne filmy wytoczyły pewne trendy i dla mnie ten świat, który tam był pokazany, ta dystopijna przyszłość, to już nie było takie porywające, bo ja już miałem to w innych formach. Miałem to już przybliżone w innych postaciach. I ten Blade Runner wydawał się taką historią, kiedy się pierwszy raz z nim zetknąłem, słabą. Ale jak mówię, trzeba docenić jego wkład, bo to są perły. I nie mówimy o filmie, który jest w kinach teraz albo który był w kinach, który robi niesamowite wyniki na streamingu, tylko o filmie, który okazał się pewnym fenomenem kulturowym.
Bez względu na to, czy on mi się podoba, czy nie, uważam, że jest to jednak solidny kandydat. Nie kandydat, solidna produkcja i coś, co zasługuje na to, żeby być uwzględnione w kanonie science fiction z tego samego powodu, że filmów z tego gatunku mamy mało, a Blade Runner był w stanie zrobić coś, co w sumie udało się niewielu filmom poza tymi, które wymieniłem na samym początku, czyli wedrzeć się jakoś do tego mainstreamu, do publicznej wyobraźni, zagrać na tej wyobraźni. I to mu oddaję, to się udało, ale on mnie nie kupuje. On mnie nie wciąga, ja tego gdzieś nie potrafię kupić. Może to też, Marku, wynika z faktu, że ja za bardzo nie jestem fanem Harrisona Forda i on w tym filmie dla mnie jest takim ziemniakiem nie do strawienia. Po prostu nie wiem, na czym to polega. Wiem, że wielu osobom się pewnie narażę. Jestem też ciekaw jednej rzeczy. Nie wiem, jak się ty do tego odniesiesz. Czy Blade Runner byłby przekładalny na dzisiejsze gusta widzów?
Bo moim zdaniem, gdyby Blade Runner, bo ja nie wsiąkłem w to uniwersum, także nie wiem, co tam powstało, bo tam są jakieś odnogi z tego, co się orientuję. Ja nie wiem, czy ta historia w takiej formie, jak jest przeniesiona jeszcze raz na ekran, powtórzyłaby sukces czy klapę.
[01:35:26] - Trudno mi powiedzieć. Ciekawe jest to, że przecież została nakręcona kontynuacja. Po wielu latach pojawił się film. Przypomnę Blade Runner to jest film z roku... Teraz się wkopałem. Bodajże '82. To duże faux pas, ale mam nadzieję, że pamięć mnie nie zawiodła. W każdym razie z '82. Tak, jestem prawie pewien. No i powstał przecież Blade Runner 2049.
Czy to jest kontynuacja? Nie do końca. W pewnym sensie tak, ale dobrze. Taka umowna kontynuacja to jest film z 2017 roku. Tu jestem akurat pewien i odpowiem jeszcze w ten sposób: ja nie oczekuję. Różne są oczekiwania, jeśli chodzi o aktorów i jeśli chodzi o Harrisona Forda. Natomiast powiem, odwołując się do literatury, czy Philip Marlowe, gdy sobie go wyobrażamy, to jakoś widzimy jego mimikę twarzy specjalną? Raczej są to kamienne rysy. Philip Marlowe był człowiekiem, który wchodził w fajne dialogi i potrafił niekiedy kogoś zupełnie zagiąć, bo miał takiego gadanego niezłego. Poza tym miał szereg złotych myśli.
Jak ktoś czyta jego powieści, nie Philipa Marlowe'a, tylko Raymonda Chandlera, ale czyta powieści z Philipem Marlowe'em, to nagle zdaje sobie sprawę, że ten facet nieustannie sypie złotymi myślami, tylko takimi trochę zawoalowanymi, gdzieś tak one się przemykają. Ale ten facet mówi mądre rzeczy. Czy Harrison Ford w filmie Blade Runner mówi mądre rzeczy? To nie jest takie pewne. Natomiast jego postać, która nas wprowadza w ten świat, jest postacią absolutnie dobrze dobraną. I znowu nie odwołuję się do gry aktorskiej, tylko do postaci jako postaci. Mam też wrażenie, że z mojej strony to jest najwyższa forma pochwały, ponieważ wiecie państwo dokładnie, że ja lubię filmy akcji. Czy Blade Runner jest filmem akcji? Nie, nie jest. Tam kilka scen związanych z akcją, z konfrontacją z replikantami jest, ale umówmy się, że to nie jest film akcji.
To jest film trochę detektywistyczny, trochę taki pokazujący świat. Świat dodajmy, w którym coś takiego jak żywe zwierzę prawie nie występuje. A ponieważ ludzie chcą mieć kontakt z czymś, co żywe przypomina, no to Tworzone są sztuczne zwierzęta, też androidowe takie trochę, bo posiadanie żywego zwierzęcia to jest rozrywka dla milionerów. Zwykły człowiek może mieć tylko namiastkę zwierzęcia, taką, która ma w środku różne mechaniczne i elektroniczne podzespoły. W takim świecie to wszystko żyje, bo ten świat, z różnych innych źródeł dowiadujemy się, że to jest świat po wojnach atomowych, a zatem i klimat został naruszony i pewno te deszcze w związku z tym nieustające w owym mieście upiornym, ale właśnie przez to pięknym. Mieście, które kiedy się przyjrzymy, ono jest takie nowoczesne, kiedy widzimy je z panoramy, a później okazuje się, że jest mieszanką nowoczesności i starości. I tak dalej, i tak dalej. Ja bym o tym filmie mógł mówić bardzo, bardzo długo, ale zacząłem mówić o tym, że ja, wielbiciel filmów akcji, mimo wszystko tym filmem jestem zachwycony. W przeciwieństwie do Piotra i nie wiem, na czym polega magia tego kina. Stąd też może moje nieco przydługie wywody, ale to Państwo dokładnie wyczuwacie, że jak jest magia, to człowiek nie do końca potrafi określić, co jest źródłem tej magii.
Ja po prostu wiem, że jestem wiernym fanem tego kina, tego tytułu i nawet tego Harrisona Forda. A Rutger Hauer, który gra replikanta, to naprawdę jest wielka rola. I to też takie dziwne. Muszę się z tym Państwem podzielić. Kiedy ja oglądałem po raz pierwszy ten film, przypomnę po Giełdzie Fantastyki, ja już wtedy zwróciłem na tę scenę uwagę. Nie wiedziałem, dlaczego ona mi się podoba. Umówmy się, ja w ogóle nie jestem jakimś wielkim znawcą kina, ale ta scena mnie przykuła. Kiedy oni ze sobą rozmawiają. Kiedy Rutger Hauer mówi o tym, co widziały te oczy i że to zaraz zniknie. Nie będzie tego.
To ta scena mnie przymurowała. Po prostu mówię sobie wow, cudowne. A później musiało minąć wiele, naprawdę wiele lat, żebym, mam nadzieję, zrozumiał tę scenę do końca. I mam nadzieję, że Państwo chociażby dla tej sceny ów film zobaczycie, jeśli go już nie widzieliście. Teraz to chyba jest dobry czas na kolejne Recenzarium Evivy. Tym razem będziemy mówić... Nie, to Eviva będzie mówić o polskim autorze. To się tak często nie zdarza w tym cyklu. Autor ciekawy. Chyba Eviva również doszła do wniosku, że ciekawy, bo dzisiejsza audycja trwa nieco dłużej niż średnia w tym cyklu.
Zatem sporo do powiedzenia Luiza miała. No cóż, proszę państwa. Zapraszam zatem na kolejny odcinek Recenzarium Evivy.
[01:41:42] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Dziś będzie trochę nietypowo. Zamiast książki mamy bowiem sztukę. Dlaczego? Nie omawiam tutaj przecież ani filmów, ani sztuk teatralnych. Jednak mamy do czynienia z dramatopisarzem wyjątkowym. Jest nim Stanisław Ignacy Witkiewicz. Przyznam szczerze, widziałam wiele sztuk opartych na jego utworach i żadna mnie nie zachwyciła. Jego sztuki najlepiej czytać, nie oglądać w teatrze czy na ekranie telewizora, ale czytać. Dopiero wtedy można je w pełni zrozumieć, a naprawdę jest w co się zagłębiać.
Może nam się wydawać, że sztuka postapo narodziła się razem z Ostatnim Brzegiem Nevila Shuta, ale to błąd, bowiem w tym duchu tworzył właśnie Witkacy. Niestety zbyt mało znany w Polsce, co dopiero na świecie, ale według mnie nazwanie go ojcem postapo nie byłoby jakąś wielką przesadą. Weźmy choćby na warsztat sztukę Gü Ballva Hasar, czyli Na przełęczach nonsensu. Jest to tak zaangażowana dystopia, że ze świecą takiej szukać w powieściach całego świata. O czymże jest mowa w tej sztuce? Jej treść jest zarówno przerażająca, jak i przewrotna. Bo oto mamy bezimienne państwo sześciowymiarowego kontinuum, cokolwiek to oznacza. Ludzie podlegli są władzy w sposób absolutnie bezwzględny. O wszystkim decyduje genialny, choć w widoczny sposób obłąkany Gü Ballva Hasar oraz jego współpracownicy, z których każdy ma własne plany i ma Dzień jak co dzień. W tłumie ludzi zgromadzonych przed salą audiencyjną czeka Donna Scabroza Makabresku razem ze swoją córką, dziesięcioletnią Świntusią.
Według panującego prawa każdy obywatel, kim by nie był, może osobiście wręczyć swą prośbę panującemu dyktatorowi i liczyć na to, że zostanie ona rozpatrzona. Inna rzecz, że ryzykuje przy tym życie. Świntusia Makabresku pragnie zostać damą dworu. Żeby tak się stało, jej matka musi przystać na całkowitą separację z córką. Zgodnie z nowym planem państwowego wychowania dziewczynek. Donna Scabroza nie bez powodu godzi się na ten warunek. Dobrze zna Wahazara. Zna jego przeszłość, o której poza nią nie wie nikt. Tymczasem dyktator nie widzi, że otaczający go pozornie wierni ludzie tylko czekają na odpowiednią chwilę, by uderzyć. A gdyby nawet to widział, też by go to nie obeszło.
Oto w skrótowym zarysie punkt wyjścia akcji. Podobnie jak w innych sztukach, a nawet powieściach, Witkacy nadaje swoim bohaterom dziwaczne, wymyślne imiona, przez co jego utwór może być brany za farsę przez ludzi powierzchownych. Tymczasem „Gubal Wahazar" jest to ostra, dystopijna satyra społeczna. Nakreślony przez Witkacego model totalnie zniewolonego społeczeństwa, które akceptuje swą niewolę i wręcz kocha tyrana, stanowi jedynie odbicie tego, co znamy z podręczników historii. Obłąkany dyktator, którego władza jest tak naprawdę pozorna, gdyż manipulują nim inni, to aluzja aż nadto przejrzysta. Medyczne kombinacje w tle stanowią jakby proroctwo tego, co mamy dzisiaj, gdyż przy pomocy chirurgów każdy może stać się kim innym niż jest. Mężczyzna kobietą, kobieta mężczyzną albo kimś bez określonej płci, a nawet wedle życzenia — w każdym razie zewnętrznie — psem lub kotem. Byle mieć dość pieniędzy. Tyle że nie jest to odgórnie narzucane, ale kto tam wie, co nas czeka w przyszłości. Bardzo jest ciekawy kierunek, w którym oscyluje społeczeństwo w sztuce.
Naprawdę bardziej niż Orwellem pobrzmiewa tu panią Atwood, której autor nie mógł przecież znać. Urodziła się po jego śmierci. A dochodzą tego inne sprawy, które przedtem chyba nikomu nie przeszły przez myśl. Przyjrzyjmy się choćby kwestii tego, że po raz pierwszy w dziejach literatury płeć przestaje być wartością constans. Szalony dyktator dzieli bowiem kobiety na dwie kategorie: te prawdziwe oraz kobietony, czyli takie, które wykazują pewne cechy męskie. Te pierwsze zostają mechanicznymi matkami przeznaczonymi wyłącznie do rodzenia. Kilkadziesiąt lat przed Margaret Atwood i jej „Opowieścią podręcznej". Należy to podkreślić. Los drugich też nie jest godny pozazdroszczenia. Za pomocą zabiegów medycznych zostają przekształcone w mężczyzn albo w coś bardzo do nich podobnego.
Przykładem jest tu jeden z katów, Morbidetto. Wahazar nienawidzi bowiem zwyczajnych kobiet. Takich, które mogą być partnerkami na równych zasadach albo nie daj Boże kimś lepszym od mężczyzn. Być może boi się ich potencjału. Obawia się tego, co przepowiada mu Donna Rubrica, przyjaciółka Skabiozy. Mówi ona: „Tworzysz społeczeństwo, w którym samice będą pożerały swych mężów, jak czynią to pewne owady. Staniecie się trutniami, które będziemy wyrzynać, gdy staną się zbyteczne". Ciekawy jest odnośnik autora. W przypisie powiada on: „Tak ma być". No, nie byłabym zdziwiona, ale czyżby było to odbiciem lęków samego Witkacego, który przez całe życie miał kłopoty z nawiązaniem normalnych, zdrowych relacji damsko-męskich?
W końcu strach przed silnymi kobietami to cecha wspólna wielu dominujących samców. A takim ów genialny artysta na pewno był. Sam Wahazar też się ich boi, a może raczej nie przyjmuje do wiadomości ich istnienia. Według niego prawdziwa kobieta nie może być silna, ba, nie może być nawet mądra. W końcu kryterium, według którego jego komisja doboru nadnaturalnego wybiera kandydatki do zmiany płci, jest właśnie inteligencja. Samica zbyt mądra jest dla Wahazara po prostu zakamuflowanym mężczyzną, pomyłką natury, którą należy naprawić. Ale kimże jest ten dyktator? Skąd się wziął? Wie o tym Donna Skabioza oraz ojciec Urgenty. Jest on postacią z wcześniejszej sztuki „Maciej Korbona i Bellatrix", co stanowi klucz do zrozumienia jego szaleństwa.
Już w tamtej sztuce był niestabilnym emocjonalnie okrutnikiem. Zyskanie władzy tylko pogorszyło sprawę. Skazuje na śmierć bez zastanowienia, pod wpływem chwilowego kaprysu i nikt nie śmie mu się przeciwstawić. Jest samotnikiem. Jedynymi osobami do pewnego stopnia mu bliskimi są doktor Ryppman dbający o jego zdrowie oraz wspomniany już Morbidetto, okrutnik i podlec, ale też nieszczęsna ofiara socjologicznego eksperymentu. Później taką osobą staje się też Świntusia, bodaj jedyna istota ludzka, która nie boi się go i która widzi, że ten uważany za wielkiego człowiek jest w istocie bardzo mały. To otaczający go ludzie postanowili, że będzie kimś wielkim, po to, by zgarnąć dla siebie część władzy i jednocześnie uniknąć wszelkiej odpowiedzialności. Nie pierwszy taki przypadek w dziejach. Świntusia ma dziesięć lat i raczej przeczuwa, iż logicznie dedukuje właściwe proporcje rzeczy. Obce jej są naukowe rozważania, obca polityka.
Działa z dziecięcą szczerością, jak to dziecko, które u Andersena zawołało: „Król jest nagi". Jest urocza, słodka, prostolinijna, a jednocześnie ma drugie oblicze, mroczne i przerażające, niczym Wednesday z „Rodziny Addamsów". Nic nie wiemy o jej dotychczasowym życiu, poza tym, że Donna Skabioza wychowywała ją samotnie. Być może ma ona zupełnie niewłaściwe wyobrażenie o rodzicielstwie, spowodowane tym, że była dzieckiem nieślubnym. Jej szczere uczucie do Gubala kończy się z chwilą, gdy odkrywa prawdę o ich wzajemnych więzach. Ale właściwie dlaczego? Czyżby sama idea ojcostwa budziła w niej wstręt? Nie byłby to pierwszy raz, gdy w twórczości Witkacego ojciec staje się kimś na kształt obcego, istotą groźną- Niezrozumiałą i odstręczającą przez sam fakt bycia ojcem. Dużo to mówi o samym autorze i o jego traumach z dzieciństwa. Oprócz córki Donny Makabresku w sztuce występuje też chłopiec, ośmioletni Przyjemniaczek, syn Donny Lubriki.
I dzięki jego obecności dowiadujemy się, że nie wypracowano jeszcze państwowego planu wychowania chłopców, ale istnieje za to coś zastępczego: tajemniczy Blok Męski, do którego Przyjemniaczek należy. Co to dokładnie jest? Nie wiadomo i nie dowiadujemy się tego, co się jednak daje do myślenia. W ostatniej scenie sztuki chłopiec wyrzeka się Bloku Męskiego po to, by móc być blisko Świntusi, która zresztą być może jest jego przyrodnią siostrą. Jego ostatnie w sztuce słowa są bardzo znamienne i można tu sobie pozwolić na najdalej idące interpretacje. Ta para dzieciaków to prawdziwy majstersztyk kreacji dramatycznej i przeżyłam niemałe rozczarowanie, gdy w Teatrze Telewizji ujrzałam w tych rolach dorosłych aktorów. To było pójście na łatwiznę w najgorszym wydaniu. Od biedy zrozumiałe na tradycyjnej scenie, ale nie w Teatrze Telewizji, który ma większe możliwości. Być może okolicznością łagodzącą jest tu fakt, że sztuki Witkacego są niezmiernie trudne do prawidłowej interpretacji i to pomimo niezwykle starannie opracowanych didaskaliów, które nam zostawił, opisując nie tylko dekoracje, ale też szczegółowy wygląd swych bohaterów, a nawet wrażenie, jakie mają robić na widzach. Przypominał w tym raczej twórcę filmowego, awangardowego twórcę niż kogoś, kto pisze dla teatru.
Zresztą według słów Magdaleny Samozwaniec Witkacy zachowywał się tak, jakby nie zależało mu na przyjęciu sztuki przez jakiegokolwiek dyrektora. I rzeczywiście chyba żaden współczesny mu teatr nie chciał wystawiać jego sztuk. Wspomniane dziwaczne imiona Lubrika, czyli wilgotna i kojarzy się jednoznacznie. Skabioza, czyli kwiat driakwi po łacinie, a Świntusia i Przyjemniaczek nie wymagają chyba tłumaczenia. Surrealistyczna akcja czy neologizmy językowe, jak słynne „dziandzia wasza glani” z „Szewców". To wszystko skutecznie zniechęcało ludzi odpowiedzialnych za to, żeby teatr zarabiał jakoś na siebie. Nie było jeszcze wtedy państwowych dotacji, a typowa publiczność teatralna nie akceptowała pewnych form. Co tu zresztą mówić o przedwojennych widzach. Nawet dzisiaj niewielu ludzi rozumie te sztuki. Większość ogląda je i zachwyca się nimi z czystego snobizmu.
O czytaniu nie ma mowy. A właśnie to powinni robić. No ale cóż, wstyd nie znać takiego skarbu polskiej literatury. Ale gdyby tak ich spytać, co zrozumieli, nie umieliby odpowiedzieć. Ot, pośmieją się, gdy padnie dwuznaczne słowo lub ktoś da komuś w pysk. Witkacy jako dramatopisarz nie był wesołkiem. Ani trochę. Rzeczy, o których pisał, są śmiertelnie poważne, choć ubierał je w formy zbyt dziwaczne, by każdy mógł to zrozumieć. Warto wspomnieć na zakończenie o czymś jeszcze. Niektórzy dopatrują się w postaci Wahazara karykatury Hitlera, choć raczej nie mają racji.
Witkacy był aż do wybuchu wojny wręcz zafascynowany Hitlerem. Jak pisał, jest to jedyny przywódca z jajami w Europie i oczekiwał, że ten człowiek zaprowadzi nowy porządek. No i zaprowadził, niech nas ręka Boska broni. Ale to już nie wina Witkacego. Pomylił się. Mimo całego swego talentu nie był jasnowidzem, a niemiecka agresja na Polskę wstrząsnęła nim mocno. Jego wyjazd z Warszawy na Polesie nie był spowodowany tchórzostwem, jak się niekiedy mówi. Po prostu ze względu na stan zdrowia nie został zakwalifikowany do Wojska Polskiego, o co się starał i nie widział już żadnych perspektyw. Ostatecznym powodem targnięcia się na życie była wiadomość o zajęciu przez wojska radzieckie ziem położonych na Kresach. Znał dobrze Rosjan, co czasami można znaleźć w jego sztukach.
Na przykład wspomnienie dawnego oficera armii radzieckiej, właściwie gwardii, jak to określił: „mordowaliśmy małe dziewczynki z Plewców w sposób niesłychanie okrutny". On to słyszał. Słyszał od autentycznego oficera na jakimś przyjęciu. Umieścił potem w sztuce. Tak dobrze wiedział, na co stać Rosjan. Postawiony między nimi a Niemcami wybrał trzecie wyjście, jedyne, jakie uznał za właściwe. Nie nam go oceniać, ale kto wie, czy rysując portret Wahazara, raczej nie inspirował się Stalinem. Mnie by to wcale nie zdziwiło. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:53:34] - I tradycyjnie, skoro było Recenzarium, a wcześniej było Filmotekarium, to widomy znak, że w dzisiejszej audycji pojawi się ponownie Piotr Cielebiaś. Dzisiaj cykl sentymentalnikowy, a w tym cyklu sentymentalnikowym film, a właściwie dwa filmy, a właściwie dwie części filmu produkcji radzieckiej z pierwszej połowy lat 70. o Kasjopei, o wyprawie, podróży na Kasjopeę, a później o spotkaniu na Kasjopei. Kto z Państwa jeszcze pamięta tamte kosmiczne przygody? I ja pamiętam. Piotr też pamięta. No to porozmawiamy. Dzień dobry, wieczór Państwu. Zaczynamy kolejne wydanie Sentymentalnika. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:54:30] - Witam, witam. A dzisiaj sobie polecimy. Polecimy na Kasjopeję.
[01:54:36] - Na Alfę, na Alfę Kasjopei.
[01:54:38] - Tak. To może pociągnę już, co powiedziałem. Dzisiaj opowiemy sobie o filmie produkcji radzieckiej, który zaczyna się mniej więcej tak— znaczy fabuła się zaczyna tak, że jesteśmy sobie na zebraniu pionierów i emocje tam jak na roratach, tylko czekać, aż ktoś złoży samokrytykę albo zostanie skrytykowany za bycie bikiniarzem. Znaczy tam się mówi na to sztyljaga akurat. Czyli pewnie sprawdzali im skarpetki, jakie kto ma. Ale poznajemy tam pewnego chłopaka. Już od razu wiemy, że to jest geniusz, który jeżeli dobrze pamiętam, zwraca uwagę na to, że sygnały odbierane z pewnego miejsca w kosmosie mogły zostać nadane przez inteligencję pozaziemską. No same z siebie, no są pozaziemskie. No że tam są jakieś myślące istoty i jeśli się dobierze odpowiednio młodą załogę, to może ona się zdoła spotkać z tymi kosmitami, bo przetrwa tą długą podróż po prostu przez przestrzeń kosmiczną I tak się zaczyna zuchwały projekt przedstawiony w filmie, którego pierwsza część nosi oryginalny tytuł "Moskwa-Kasjopeja". Jest to dzieło Ryszarda Wiktorowa, uhonorowane wieloma nagrodami w Związku Radzieckim, ale okazuje się, że nie tylko, ale w większości w Związku Radzieckim.
Film ten miał premierę zaledwie trzy lata przed "Nową nadzieją", ale do tego jeszcze wrócimy. Ktoś złośliwy może powiedzieć, Marku, że to jest opowieść o dziecięcej krucjacie w kosmos, takiej większo-dziecięcej, w której uczestnicy kierują się ideami, jakimi się powinien kierować każdy radziecki obywatel, taki wzorowy. Ale kiedy sobie przejrzałem opinie o tym filmie na portalu Filmweb, nie będę ukrywał, to są dość wysokie. To jest zaskakujące. Widać też, że przez sporo osób ten film jest jakoś dobrze zapamiętany. A ty jak go zapamiętałeś? Jak on był w ogóle przyjmowany w tamtych latach? Ja tylko dodam, że tutaj oryginalny tytuł to "Moskwa-Kasjopeja", natomiast polski tytuł pierwszej części to "W drodze na Kasjopeę". Dzisiaj my mówimy o dwóch częściach. Ale dobrze Marku, wróćmy do tego, jak ten film był przyjęty.
Jak zapamiętałeś dzieło Ryszarda?
[01:56:58] - Zapamiętałem dobrze i zaraz to rozwinę. Natomiast kiedy całkiem niedawno obejrzałem, to mi się trochę to wszystko poprzestawiało w głowie. To na razie to zawieśmy i do pierwotnej percepcji. Otóż ja tego filmu nie widziałem w kinie. Widział natomiast mój serdeczny kolega z tamtych czasów, z którym bawiłem się w wyprawy kosmiczne, bo to w takim wieku byłem mniej więcej. Wyprawy kosmiczne, przeżywaliśmy na innych planetach różne przygody i w ogóle mieliśmy małego hopla na punkcie takim kosmiczno-wyprawowym. I on mi opowiedział pierwszą część tego filmu właśnie "Moskwa-Kasjopeja". Co za tytuł. No dobra, ale opowiedział. Ja mam wrażenie, że wtedy ten tytuł był trochę inny.
Nie "W drodze na Kasjopeę", tylko "Wyprawa na Kasjopeę", ale tu być może zawodzi mnie pamięć. Później został oczywiście zmieniony w "Drodze na Kasjopeę". I ja przez długi czas marzyłem, żeby ten film zobaczyć. Szczególnie, że mój kolega narysował mi, jak ten statek wyglądał. I tak sobie pomyślałem już wtedy w swoim dziecięcym sercu... Nie, to w sercu się nie myśli. W umyśle swoim dziecięcym pomyślałem: ale zajebisty statek, super. I tak dalej sobie myślałem. I w końcu kiedyś, w czasie jakiejś teleferii został wyemitowany. Został wyemitowany, tylko problem polegał na tym, że potraktowano tę pierwszą część jako samodzielny film.
Zresztą w kinach też to leciało jako samodzielny film. I on się kończy tak powiedzmy sobie... Zawieszone to wszystko jest, bo oni gdzieś tam prawie dolatują, a w ogóle przekraczają prędkość światła, na co mamy swoje uzasadnienie, takie filmowe. Ale co dalej? Dowiedziałem się później, że istnieje druga część i że to jest spotkanie na Kasjopei, i oczywiście dalej niespełnione marzenie i dalej chciałem to oglądać. Więc podsumowując, bardzo się nakręciłem i na pierwszą, i na drugą część i kiedy oglądałem je jeszcze jako dzieciak, to nie dostrzegałem, moim zdaniem, sporych mankamentów tego filmu. Pomijam już te zebrania pionierów i pewne naiwności, bo wtedy ich nie dostrzegałem. Trudno się zresztą dziwić. Natomiast myślę, właśnie zastanawiam się, skąd się biorą te wysokie oceny, bo ten film, kiedy go obejrzałem, tak jak to już podkreślałem, całkiem niedawno, nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak zrobił w latach 70. Wtedy to było coś.
[02:00:00] - Z czego się te opinie biorą? Pewnie z tego, co w większości się biorą dobre opinie w sentymentalniku, czyli z sentymentu właśnie. Ja też do tego filmu wróciłem. Muszę przyznać, że ja go oglądałem gdzieś w okresie dziecięcym. On gdzieś mi tam śmignął, że tak powiem. Był wtedy już dla mnie na tle innych produkcji absolutnie taki przestarzały. Nie było to nic godnego uwagi. Szczerze mówiąc "Moskwa-Kasjopeja" to dla dzisiejszego widza jest film pełen paradoksów. Tylko że tak: czy my mówimy z perspektywy dzisiejszego widza, który łaknie w filmie tego, czego jeszcze nie widział, czy mówimy z perspektywy widza sentymentalnego? Z tego drugiego, to możemy powiedzieć tak, że film jest ogólnie rzecz biorąc dość nudny, jeżeli chodzi o pierwszą część.
Ta druga trochę to rozwija, ale wcale lepiej nie jest. Natomiast są czary sentymentalne i one sprawiają, że jest tam takie coś nie do końca wytłumaczalnego, co sprawia, że to się dzisiaj nazywa guilty pleasure, że to tak jakby się oglądało. Jak już się puści, to niech się ogląda. Ten film jest ogólnie zły. To jest film z czasów, które już nie wrócą i z kina, które nie wróci. Jest patetyczny, jak na dzieło sowieckie przystało i na te wątki związane z sci-fi to tak naprawdę trzeba tam trochę poczekać. Oni tam się najpierw gotują na tą wyprawę i to naprawdę są wielkie emocje. Jest też wątek miłosny, który pominę, ale on chyba bardzo rajcował wtedy ludzi, bo on jest tam dość wyszczególniony. Ogólnie to ci powiem też, że pod pewnymi względami ten film "Moskwa - Kasjopea", który odnosi się do nazwy połączenia kolejowego, może przypominać takie młodzieżowe sci-fi pod tytułem "Voyagers" z roku 2021 z Collinem Farrellem i córką Johnego Deppa w roli głównej. Nie pamiętam, jak ona się tam nazywa.
I ten film "Voyagers" oczywiście jest o czymś innym, ale on ma pewne punkty styczne. Jest fatalny, jest przegadany, płaski, zły do szpiku po prostu. I na jego tle to radzieckie sci-fi się wydaje jakieś takie świeże nawet, chociaż produkowane po taniości, to odsłania pewne atuty, które kino radzieckie miało. Nie oszukujmy się, miało pewne atuty. Jakie? O tym za chwilę. Tylko broń Boże nie pomyślicie, że ja uważam, że "Moskwa - Kasjopea" to jest arcydzieło. W tym samym bloku, w którym emitowany jest "Sentymentalnik" z dziełem Richarda, omawiamy "Blade Runnera", który mi się nie podobał. Powiedzieć, że "Moskwa - Kasjopea" mi się podobała, to tak jakbym się przyznał do jakiejś ułomności umysłowej. Natomiast to jest "Sentymentalnik", tu rządzą inne prawa.
Czy ja namawiam do tego, żeby to obejrzeć? Nie. Ale ponieważ jesteśmy na kanale, w paśmie, który zajmuje się między innymi historią fantastyki, historią tego, jak postrzegano pewne rzeczy, to warto na to zwrócić uwagę. Dlaczego? Bo my, Marku, musimy sobie kiedyś zrobić taką pogadankę, ostatnio na to wpadłem, dotyczącą rzeczy, o której żeśmy nie mówili. Jest wiele osób, które uważa, że nie było czegoś takiego w bloku wschodnim, w kulturze bloku wschodniego, jak kosmici. Oni byli i myśmy udowadniali w "Sentymentalniku", że byli, że pokazywały się różne, chociaż skąpe, chociaż oszczędne w przekazie, ale były produkcje, które nam pokazywały istnienie inteligencji pozaziemskiej. No i właśnie "Moskwa - Kasjopea" jest jednym z takich filmów. Oczywiście sci-fi rzutowało potem na wiele innych sfer, na wyobrażenia związane z życiem pozaziemskim. I dlatego, tak tłumacząc powód powstania tego odcinka i dlaczego od samego początku mówimy, żeby tego filmu czy nie oglądać, nie wiem, ale właśnie dlatego o nim dzisiaj mówimy, że to jest pewien element przedstawiania w popkulturze bloku wschodniego czegoś takiego jak kosmici.
Po prostu kosmici.
[02:04:25] - A ja nawiążę do tego, o czym już kilka razy w "Sentymentalniku" mówiłem, że może czasami warto pielęgnować wspomnienia, ale nie konfrontować ich z rzeczywistością. Gdybym nie obejrzał ponownie obu części filmu, to w mojej głowie funkcjonowałby zupełnie inny obraz wyprawy na Kasjopeę. Tymczasem ja obejrzałem i zabiłem w sobie wspomnienia. One gdzieś tam są, ale one już nie są takie żywe, bo w moich wspomnieniach obie części filmu funkcjonowały jako takie całkiem przyzwoite science fiction. No nie, to jest science fiction takie trochę w wydaniu radzieckim i to może właśnie, na co zwrócił uwagę Piotr, po taniości robione. W dodatku to jest młodzieżowe science fiction. Tam duży nacisk położony jest na młodzieżowość, na dowcipy młodzieżowe, na miłości młodzieżowe. Oczywiście w dosyć serioznym Związku Radzieckim to troszkę tam nawet miłość inaczej wyglądała, w każdym razie ta deklarowana i ogłaszana. Więc to tam wygląda tak dosyć poważnie, aczkolwiek sposób sprawdzania, kto napisał list niemalże miłosny do głównego bohatera, umówmy się, to nawet w filmach młodzieżowych PRL-owskich by nie przeszło. Jest naiwne po prostu.
A później rozwiązanie zagadki z punktu widzenia sci-fi jest ciekawe, ale sposób, w jaki jedna z bohaterek oszukała głównego bohatera naprawdę urąga jednak inteligencji. Zresztą w drugiej części zagadka zadawana istotom mieszkającym na planecie, którą odwiedzają nasi bohaterowie, to są istoty, właściwie to są roboty i żeby wykończyć taką podrzędną klasę, nazwijmy to strażników, to wystarczy zadać im bardzo prostą zagadkę Która mówiąc szczerze chyba nawet nie bawi. Nie wiem, czy dzisiaj rozbawiłaby siedmiolatka, a wtedy jakoś przechodziło to wszystko. Ten film jest dla mnie pewnym zadziwieniem jednak, że tak to się wszystko zmienia. Tak się zmienia postrzeganie świata przez tego samego człowieka. Tylko raz miał lat naście i to takie młodsze naście, a później już się mocno zestarzał. I to są dwa zupełnie inne obrazy. Ktoś powie: "No tak, doświadczenie". Ale najgorsze jest to, że ja mam tę przypadłość, że ja słabo pamiętam obrazy, a bardzo dobrze pamiętam dialogi. I ja pamiętałem te dialogi, tylko jakoś tak wydźwięk w mojej głowie trochę inny.
A okazało się, że te dialogi jednak są dosyć płaskie. Obrazy to zupełnie różniły się od tego, co zapamiętałem, ale do tego się już przyzwyczaiłem. Ja po prostu zapamiętuję, a właściwie mój mózg zapamiętuje te obrazy na ogół inaczej niż one później się jawią na ekranie. I to broń Boże nie jest dowód na występowanie efektu Mandeli, raczej na to, że nasz mózg ma pewne specyficzne właściwości, które... Nie czas i nie miejsce, żeby dzisiaj o nich mówić. Natomiast jeśli chodzi o film, to powtarzam, jest tam kilka momentów zabawnych, ale takich wyszukiwanych trochę na siłę, kiedy podczas zwiedzania statku jeden z bohaterów ma coś powiedzieć, żeby wypróbować takiego uniwersalnego tłumacza. I on coś mówi, a potem się to sprowadza do jednego czy dwóch wyrazów. Albo jest taki motyw, że jest na statku kosmicznym, którym podróżują nasi bohaterowie. Jest ich szóstka, a właściwie siódemka, ale dlaczego to sobie państwo ewentualnie zobaczcie. Jest taka kabina, w której wchodzi się od lat 16.
Ja już pamiętam, najdziksze fantazje się pojawiały, co tam w tej kabinie jest. I jeden z bohaterów, dodam od razu, że siódmy z nich, wchodzi do tej kabiny, po czym chwila dosłownie i wyjeżdża na takiej wielkiej łapie. Czyli zakładaliśmy wszyscy, że to o moralność chodziło, w tym wypadku socjalistyczną. I dopiero po szesnastce pewne rzeczy były dostępne. Chociaż tak jak Piotr to sygnalizował, ci młodzi ludzie, czternastolatkowie, oni tak na dobrą sprawę każdy w każdym jest pozakochiwany. I to w dodatku się tak fajnie rozkłada, że nie ma żadnych trójkątów w sensie uczuciowym, że każdy wie, w kim się ma zakochać. To takie dobre, uporządkowane i w gruncie rzeczy mocno radzieckie. Kpię trochę, to państwo wyczuwacie, ale rzeczywiście ten film się zestarzał jakoś dziwnie. Nawet trudno powiedzieć, że brzydko, bo jest pewna zabawność oraz pewna powłóczystość, że sobie pozwolę użyć takiego słowa w tym filmie. Powłóczystość polegająca na tym, że właśnie to, co Piotr sygnalizował, jak się już zapuści ten film, to się go ogląda.
Z jakichś dziwnych powodów jednak się go ogląda. Oni lecą, później się coś dzieje. Zresztą powód, dla którego oni przekraczają barierę prędkości światła jest znowu tak banalny i tak niewyszukany, że państwo będziecie zdziwieni, jeśli nie pamiętacie, a jeśli sobie przypomnicie, to też się zdziwicie. Ale oni dzięki temu dolatują, będąc jeszcze młodzieżą, dziećmi, dobrze starszą taką młodzieżą, w każdym razie dolatują do Alfa Kasjopei, do układu planetarnego. Tam jest planeta. Ona ma swoje problemy, bo są ludzie i są roboty i jakoś one tak ze sobą nie do końca chcą żyć, bo roboty chcą ludzi uszczęśliwić. I powiem tak, ta druga część ma w sobie jakiś zalążek, jakieś jądro krystalizacji, które mówi o pewnym problemie, ale paradoksalnie jest to problem samego Związku Radzieckiego, który też chciał uszczęśliwić wszystkich ludzi. Ja się nawet zacząłem zastanawiać, czy twórcy filmu nie byli jakimiś zawoalowanymi kryptoopozycjonistami, bo owszem, tam w układzie Alfa Kasjopei działają roboty, które chcą uszczęśliwiać ludzi. A od razu dodam, że to uszczęśliwianie to wiecie państwo, tak jakby państwu ktoś rękę w tryby włożył. To mniej więcej takie szczęście czekało ewentualnych uszczęśliwionych.
Niemniej jednak mamy takie niejasne przeświadczenie, że tu jakiś element tego, że może człowiek niekoniecznie musi być uszczęśliwiany, żeby być szczęśliwy. Może nadinterpretuję, może doszukuję się rzeczy, których tam nie ma, ale to w końcu też jest dopuszczalne.
[02:12:12] - Tak, bo jeszcze musimy powiedzieć, jak wyglądała ta najlepsza część tego filmu. Znaczy się najlepsza, taka, na którą czekałeś i pewnie wielu też czekało, czyli jak wygląda rzeczywistość pozaziemska. Ale dwie rzeczy: co tam mogło być w tym pokoju, do którego się miało wstęp od lat 16? Można się zastanawiać. Znając jednak radzieckie warunki, to chyba wszystkie dzieła zebrane Lenina tam musiały być. A jeżeli chodzi o tą zagadkę, od której robotom z mózgu kopciło, to była zagadka typu dwie kulki armatka albo czarne po czerwonym, zielone po zielonym. To taka głupia zagadka była. Strasznie to było, powiem ci, rozwiązane i to takie było w tym filmie lekko żenujące. To było coś, jakieś gałęzi, to było złe. Ale wróćmy do ogólnych wniosków, bo to był film pokazujący nam po pierwsze radziecką specyfikę kina sci-fi.
W Związku Radzieckim filmów fantastycznych powstało dużo, nie za wiele, ale jednak sporo. Większość jest nieznana. Może nawet kiedyś powrócimy do kilku wybranych, bo chyba warto. Ale gdybym miał powiedzieć, czym wiele z tych filmów się cechowało, to chodziło o taki wewnętrzny, wrodzony ciężar. Ciężar gatunkowy, który im dodawał uroku albo je totalnie psuł. Sowieci, trzeba powiedzieć, eksperymentowali z różnym sci-fi, z klasykami w postaci "Stalkera", ale nawet z jakimiś przygodówkami. To jest też ciekawe, bo o ile na Zachodzie twórcy filmów sci-fi prześcigali się jednak w zabiegach mających przyciągnąć widzów do kin, żeby odnieść sukces, zarobić, żeby mieć dobrą prasę, zdobyć sławę i w ogóle, to w Związku Radzieckim filmy były finansowane przez państwo, przez tak zwane Goskino, czyli Państwowy Komitet do Spraw Kinematografii. I reżyser, zanim film powstał, to musiał przedłożyć projekt scenariusza, żeby finansowanie otrzymać. No i oczywiście pewnie w międzyczasie dostawał też wytyczne, których się należało trzymać, jak ten film ma wyglądać. I to moim zdaniem, Marku, pewnie odpowiada na pytanie, dlaczego te radzieckie filmy są takie niekiedy, sci-fi oczywiście, takie przyciężkie, takie liryczne, takie jakby się oglądało jakiś dramat nie wiadomo jaki.
Wiesz, kino radzieckie operuje tym samym, czym operuje często tragikomedia. Jest w tym sporo teatralności, jest sporo poetyki, ale jeżeli ktoś pamięta tamte czasy, jeżeli ktoś pamięta tamtą, nie wiem, jak to powiedzieć, poetykę, tamtą kulturę, to go to nie będzie tak raziło. Natomiast dla dzisiejszych pokoleń, które nie pamiętają tego, to będzie niestrawne zupełnie, tak mi się wydaje. Na koniec warto też powiedzieć o rzeczy, która chyba się trochę wiąże z tym finansowaniem, a mianowicie o efektach specjalnych. No bo tak, "Moskwa - Kasjopea" miała premierę trzy lata przed premierą "Nowej nadziei". Różnice w efektach i w scenografii oczywiście są. Porównajcie sobie, jeżeli to będziecie w ogóle oglądać, roboty. Jak wygląda robot przedstawiony w tej drugiej serii na przykład. Te różnice są ogromne. O ile te sceny, Marku, które się dzieją w kosmosie, które dotyczą tego statku, o którym tak marzyłeś jako dziecko, są do przełknięcia, bo to jest jednak jakaś tam określona stylistyka, to przedstawienie tego, co mamy na innej planecie, to już jest kiepsko.
No cóż, sami się musicie przekonać. Nie będę wam opowiadał. To jest taka sama stylistyka właśnie wyrastająca z tego samego korzenia, co w "Klątwie doliny węży" i w "Panu Kleksie w kosmosie".
[02:16:07] - O dwóch rzeczach chciałbym jeszcze powiedzieć. Pierwsza z nich to, że specyfiką radzieckiego kina, a kto wie, czy nie rosyjskiego, jest to, że oni muszą sobie pośpiewać. I tu też w tym filmie oczywiście musieli sobie pośpiewać. Tak trochę od czapy, ale sobie pośpiewali i to może szokować albo może zadziwiać, bo to nie bardzo właściwie, cholera wie po co. Ale jest inna rzecz, która już naprawdę zadziwia. Otóż mamy w tym filmie dziwnego narratora. W dodatku można powziąć w pewnym momencie przekonanie, że on ma jakieś zdolności paranormalne, bo on się pojawia gdzieś na początku filmu, ale pojawia się na końcu drugiej części i jest taką istotą trwającą poza czasem i przestrzenią, bo jest zarówno na Ziemi, jak i wśród młodzieżowych bohaterów. Nie ma dla niego bariery tej, która oddziela Ziemię i Kasjopeę. On pojawia się po prostu i nie do końca wiem, jak to interpretować. To z punktu widzenia narracyjnego, czyli sposobu, w jaki przedstawiamy świat, przedstawiamy to, co się w tym świecie dzieje, jest bardzo takim prostym, ale efektywnym zabiegiem.
Natomiast z punktu widzenia tego, jakbyśmy mieli opisać, co się tam tak naprawdę dzieje i dlaczego się dzieje i dlaczego ten ktuś się pojawia, to ten ktuś, to nie wiem, zupełnie niezgodny z radzieckim światopoglądem, z pismami Lenina, Marksa i Engelsa, z dialektyką, z materializmem i tak dalej, i tak dalej. On właściwie ma wszelkie cechy ducha, wszelkie cechy, nie wiem, innowymiarowca. No cholera wie tak naprawdę. To jest dosyć dziwne i w dodatku kompletnie nie jest wyjaśnione. On po prostu jest. On po prostu pomyka po poszczególnych częściach, po poszczególnych fragmentach tego filmu, się po prostu pojawia. Co więcej, nawet podkreślone jest to w takiej scenie, kiedy na Ziemi obchodzone są czterdzieste urodziny głównego bohatera, który, bo jest daleko gdzieś tam w tym Alfa Kasjopei układzie To powinien mieć lat 40, ale on tak naprawdę z racji przyspieszenia i tej prędkości... Przyspieszenia prędkości. No dobrze, to się czasami zdarza. W każdym razie przyspieszenia, które przeżyli główni bohaterowie.
On tak naprawdę dalej ma 14 lat z pokładem, ale na Ziemi obchodzi się jego 40. urodziny i na tych urodzinach zjawia się ten dziwny jegomość, który pełni rolę narratora, ale też istoty, która pewne rzeczy w tym świecie przyspiesza, a może nimi nawet steruje. I wręcz to jest podkreślone, że on raz siedzi przy jednym, w jednej części stołu, za chwilę wbrew logice, fizyce i materializmowi dialektycznemu przenosi się w sposób niezauważalny dla wszystkich w inny kąt pokoju i później znowu i znowu. To jest, proszę pana, nie do wytłumaczenia. Czyżby to moje podejrzenie, że tam jacyś opozycjoniści kręcili ten film? Żart to jest oczywiście, ale chętnie bym zapytał, skąd to się wzięło.
[02:19:59] - To był duch czasów. To była prawda ekranu. Nie wiem. W każdym razie to jest jedna z zagadek tego filmu. I tak myślę, jaką klamrą by to wszystko spiąć. Po pierwsze tak, literacko science fiction bloku wschodniego, mówię tu o Związku Radzieckim i o Polsce na przykład, Czechosłowacji, wypadało dużo lepiej niż „Filmosfera”. Po drugie jednak nigdzie nie jest powiedziane, że sci-fi musi ociekać efektami jak „Gwiezdne wojny”. Jest wiele filmów, które są fajne mimo minimalnych efektów. Z drugiej jednak strony, kiedy tych efektów nie ma, albo kiedy są kiepskie i nacisk jest kładziony na jakąś poetykę, to też dobrze nie jest. Kasjopea jest gdzieś tutaj na tym tle osadzona, niestety.
To jest rodzaj kina, który jak powiedziałem, już nie wróci w tej części świata, w której mieszkamy. Filmy rosyjskie współczesne są bardzo specyficzne. Nie wiem, czy myśmy omawiali, Marku, w „Filmotekarium” rosyjskie filmy, natomiast warto by kiedyś wrócić do współczesnego sci-fi, bo ono, co ciekawe, czerpie często z bardzo dobrych wzorców, robiąc bardzo złe filmy. Rosja jest przecięciem granic cywilizacyjnych i tak jak powiedziałeś o tym, że oni sobie czasem muszą pośpiewać, co nam się automatycznie kojarzy z Bollywood, to kiedy sobie spojrzymy na współczesne rosyjskie kino, ale takie blockbustery, takie kino robione pod masowego widza, to widzimy szereg wpływów z Zachodu, z Chin i też z Południa, czyli z takiej hinduskiej, azjatyckiej naiwności kinowej, która występuje. W „Kasjopei” tego jednak nie widać. „Kasjopea” to jest jednak twór radziecki, poważniejszy jednak, jakby nie było, mocno indoktrynowany, nudny, tak naprawdę nudny, potrafiący niekiedy zaskoczyć, ale rzadko. Oczywiście są inne radzieckie filmy, które bardziej zaskakują i może ta „Kasjopea” nie dorównuje dziełom z bogatych krajów, ale jakoś potrafiła się postawić. Postanowili twórcy się postawić, pokazać, że oni też potrafią. I z jednej strony można się śmiać z tego filmu, mówić, że on się źle zestarzał, bo się źle zestarzał i to już jest historia kina. Ale z drugiej to jest element jednak tej historii.
To jest coś, co było, co poruszyło pewnie wiele umysłów, wiele serc, ale dzisiaj już takie coś jest nie do kupienia przez współczesnego widza. Co by tu jeszcze dodać? Wspomniałem o tej stylistyce, że ta „Kasjopea” trochę jest tak właśnie jak ten pan Kleks w kosmosie, jak te inne radzieckie filmy z efektami specjalnymi. Ciekawi mnie to, gdzie by to wszystko poszło, gdyby Związek Radziecki przetrwał, prawda? Jakie mielibyśmy wtedy kino? I to chyba tyle. Czy to oglądać? Nie wiem. Jeżeli tego nie pamiętacie, to można obejrzeć chyba w celach edukacyjnych albo sobie przynajmniej poprzesuwać i obejrzeć fragmenty. A jeżeli pamiętacie, to tak jak Marek powiedział, chyba sobie nie psujcie wspomnień.
[02:23:32] - Proszę państwa, proszę państwa, czas na stały cykl. W wakacyjnym wydaniu „Bibliotekarium”, a i w zwykłym „Bibliotekarium” wszystko odbywa się cyklicznie, ale to tak dobrze brzmi na początek, więc czas na stały cykl. Tym cyklem jest "Alchemia tworzenia" Katarzyny Prychacz. Dzisiaj w tej serii, która tak jak często to podkreślam, jest nietypowa, bo to pierwsza odsłona owej serii, jest nietypowa, a w tej nietypowej serii jeszcze jest nietypowy odcinek. Nosi on tytuł: „Używki i jedzenie”. Pierwszy człon już jest ciekawy, przyznacie państwo. Jedzenie też jest okej. To posłuchajmy o związkach używek i jedzenia z pisaniem prozy.
[02:24:26] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać.
[02:24:50] - Alchemia tworzenia. Na wstępie chciałabym ogłosić wielkie klap klask zarówno dla mnie, jak i dla Was, ponieważ dotrwaliśmy do jubileuszu. Rozpoczynamy dzisiejszy dziesiąty odcinek. Temat wypadł całkiem ciekawy, całkiem do świętowania. Żeby tradycji stało się zadość oczywiście dzisiaj również Salvador Dali wjedzie. Natomiast skoro jubileusz, to pozwoliłam sobie na dosyć długi cytat. Właściwie jest to bardziej opinia Dalego w kwestii różnych substancji wyskokowych. Zapraszam. „Jestem przeciwko środkom pobudzającym, wywołują bowiem nieokreślone stany, zgoła romantyczne. Początkujący geniusze powinni wiedzieć, że natchnienie spływa ni stąd, ni zowąd w chwilach, gdy umysł z wyostrzoną uwagą, nagle skoncentrowany na tematach i związkach niewidocznych dla zwykłych śmiertelników i dalekich od wzniosłości, sam dla siebie staje się stymulantem i afrodyzjakiem”.
Żeby nie było, zanim przejdę do sedna, chciałabym zaznaczyć, że ten odcinek absolutnie nie powstał po to, żeby was umoralniać czy zniechęcać, jeżeli chodzi o używki. Nie ukrywam, że byłaby to trochę hipokryzja z mojej strony, ale będziemy mówić o używkach. Dlatego chciałabym od razu przywołać definicję słowa używka. Oczywiście, że prosto ze zmurszałego, starego słownika języka polskiego w wersji papierowej. Zatem zapraszam. Używka — produkt spożywczy, zwykle bez wartości odżywczej, w większej ilości działa szkodliwie, pobudza system nerwowy i działalność serca, kawa, herbata i tak dalej. Podnosi smak potraw, niektóre przyprawy kuchenne. Moi drodzy, co do mojej hipokryzji, oczywiście, że u mnie raz dziennie wjeżdża kawka. A że uwielbiam aromatyzowane, to przecież tak samo raz na ileś bourbonu i wina się nie odmawia, tak samo i glutenu się nie odmawia. Jakbyśmy się rozejrzeli, to jednak jesteśmy otoczeni używkami.
Oczywiście, że zachęcam do redukowania ich czy ograniczania, czy wręcz uczynienia z nich czegoś odświętnego, może rodzaju rytuału. Sami wiecie, co dla was jest najlepsze. Natomiast chciałabym troszkę odnieść się do tych słów Dalego, jeżeli chodzi o część, w której wspomina, że umysł sam staje się dla siebie stymulantem i afrodyzjakiem. Długo się zmagałam z różnego typu poszukiwaniami, jeżeli chodzi o natchnienie i o jego źródła. Może nie sięgałam jednak po dużo grubsze tematy, ale faktycznie sięgałam po emocje, które swojego rodzaju też mogą być używką nieodpowiednio użyte. I z perspektywy czasu wiem, że można było tego uniknąć. Można było pójść naokoło i przyspieszyć te procesy, jeżeli chodzi o natchnienie wewnętrzne. Oczywiście o tym natchnieniu też będzie niedługo odcineczek. W poprzednim mówiłam o inspiracjach zewnętrznych, także też zachęcam. To jest dobra droga, żeby powoli zacząć pracować nad wewnętrznym natchnieniem.
Wpadł mi ten cytat, ta wypowiedź i pomyślałam, że nie wiem, na ile to jest stan faktyczny, bo przyznaję się, nie robiłam badań, nie robiłam ankiet. Jak macie ochotę, to dajcie znać na naszej grupie na przykład, czy napiszcie do mnie, jak to było w waszej sytuacji, jeżeli chodzi o stosowanie używek w celach pobudzenia natchnienia. Natomiast wiem, że jest to rodzaj stereotypu, że jak się sięga po używki czy inne substancje, to ma się jazdy, wizje, odpały i wtedy można to spisać i świetne rzeczy wychodzą. Pewnie tak. Pewnie te rzeczy są zdecydowanie wyjątkowe i inne, ale pytanie, czy faktycznie są spójne z wami? Czy faktycznie to jest coś, co chcielibyście zawsze mieć i żeby wasza twórczość była właśnie w ten sposób postrzegana? Bo zapewniam was, że różne odpałowe i niecodzienne wizje można też mieć na trzeźwo i możemy je wygenerować sami z siebie. Natomiast żeby taki stan osiągnąć, trzeba włączyć w swoje życie trochę więcej świadomości, jeżeli chodzi o różne substancje, które dostarczamy swojemu ciału. A wiadomo, jak i ciało, to i umysł. Wpadłam na pomysł, że dzisiaj to nie tak, że ja będę wam swoje historie z życia ględzić i opowiadać.
Pewnie trochę też. Zresztą już to było. Natomiast pomyślałam, że dzisiaj, skoro mamy odcinek jubileuszowy, to zaproszę kogoś, kto zdecydowanie więcej wie w tym temacie, a konkretniej w temacie czym karmić swoje ciało, żeby i nasza głowa, nasz umysł na tym zyskał. Dlatego już za chwilę razem z nami tutaj na łączach będzie Klaudia Piechanowska. Czym zajmuje się Klaudia? Myślę, że na to pytanie za chwileczkę udzieli nam odpowiedzi sama. Dlatego zapraszam. Klaudia, witam cię serdecznie tutaj w naszej alchemii tworzenia. Opowiedz nam pokrótce, czym się zajmujesz, ale przede wszystkim dlaczego zechciałaś podzielić się z nami swoją wiedzą?
[02:30:31] - Cześć, bardzo mi miło. Nazywam się Klaudia Piechanowska i jestem profilaktykiem zdrowia oraz psychodietetykiem. Na co dzień zajmuję się tym, żeby uczyć jak budować nawyki krok po kroku. I też tworzę firmę, która nazywa się Nawyki Profilaktyki. Uważam, że nawyki są tak naprawdę podstawą każdego działania każdego dnia, a że zajmuję się bardzo mocno dziedziną psychologii i dietetyki, dlatego stwierdziłam Kasiu, że dzisiaj opowiem ci trochę na temat, który cię tak bardzo fascynował
[02:31:01] - No właśnie, słuchajcie moi drodzy, wiecie już, o jakim temacie dziś będziemy rozmawiać. Niemniej myślę, że do nawyków jeszcze wrócimy, skoro mamy eksperta pod ręką. Ale nie dziś.
[02:31:13] - Ale jeszcze nie.
[02:31:15] - Dzisiaj skupiamy się na używkach. I teraz, zanim przejdziemy do takich farszowych pytań, które ci przygotowałam, to chciałam cię zapytać, bo słyszałaś wcześniej, powoływałam się trochę na tę definicję ze Słownika Języka Polskiego. Powiedz mi, czy coś byś dodała może, czym te używki są tak same w sobie? Używka jako używka. Jak byś to zdefiniowała?
[02:31:37] - Ja osobiście używkę zdefiniowałabym jako właśnie jeden z takich naszych nawyków, który nie zawsze służy naszemu zdrowiu. Używką tak naprawdę może być wszystko i zaczynając od tych znanych nam wszystkim alkoholu, narkotyków i innych tego typu rzeczy, idąc przez komputer, telewizor. Tak naprawdę wszystkie rzeczy, które w jakimś stopniu zmieniają środowisko w naszym organizmie, wpływają jako używka, która nie zawsze może być zdrowa czy bezpieczna dla naszego organizmu.
[02:32:13] - Okej, widzę, że tutaj na bogato. Nie tylko widzę produkty spożywcze.
[02:32:19] - Nie tylko, bo tak naprawdę produkty spożywcze to są... Wiadomo, jedzenie jest czymś, z czym nie jesteśmy w stanie się rozdzielić, bo mimo wszystko możemy mieć dłuższe przerwy w jedzeniu, ale jedzenie zawsze jest obecne w naszym życiu. Z używkami jest raczej bardziej jako z dodatkiem do naszego jedzenia, tak naprawdę do naszego funkcjonowania w codzienności.
[02:32:42] - To jest ciekawy temat. Myślę, że wrócimy sobie do tego funkcjonowania. Natomiast mam jeszcze takie pytanie. Z tego, co udało mi się w ciągu mojego już niekrótkiego życia zaobserwować, że im bardziej jest ta używka wyskokowa i im dłużej jest ona stosowana w naszym życiu, to tym bardziej i na dłużej nas zamula. „Zamula”. I tu chciałam cię zapytać, czy może byś nam przybliżyła, w jaki sposób taka używka zamula nasz umysł czy naszą percepcję? Co tam się dzieje chemicznie, że czasami pod wpływem używek różnych jesteśmy tacy troszeczkę, nie wiem, jak to powiedzieć, taka mgła na umyśle się robi czy czasami jesteśmy nie w pełni swojego potencjału?
[02:33:30] - To przede wszystkim z używkami problem może jest taki, że one bardzo mocno oddziałują na nasze neuroprzekaźniki. Czemu te używki w ogóle są dla nas takie popularne i tak chętnie po nie sięgamy i czemu one właściwie uzależniają? Tutaj odpowiedzią jest to, że ten neuroprzekaźnik, który wszyscy bardzo lubimy, czyli dopamina, odpowiedzialna między innymi za układ nagrody, sprawia, że odczuwamy przyjemność. I czym więcej razy sięgamy po daną używkę, czym więcej razy tę używkę stosujemy, tym bardziej chcemy z tego korzystać więcej i więcej. Tylko należy pamiętać o tym, że każda używka zaczyna być adaptowana przez nasz organizm. Kiedyś usłyszałam nawet taki zwrot, że niewielka ilość arszeniku podawana przez dłuższy czas sprawia, że mamy większą tolerancję na to. Więc widać, że nawet rzeczy, które są tak naprawdę dla nas śmiertelne, po pewnym czasie, pewnej ilości zostają adaptowane przez nasz organizm i zaczynamy się odprężać. Więc w momencie, kiedy przestajemy dostarczać tej używki w takiej ilości, jak do tej pory była, albo nasz organizm coraz bardziej chce więcej i więcej, wtedy zaczyna pojawiać się większe pragnienie. A czym większa ilość tej używki, którą stosujemy, tym ona mocniej wpływa tak naprawdę na pozostałe neuroprzekaźniki. A czemu ona tak zamula?
Czemu się pojawia tak zwany brain fog? Przede wszystkim dlatego, że nasz mózg to też struktura, która składa się z komórek. Każda komórka składa się z kilku makroelementów, te w mózgu szczególnie składają się z tłuszczy. I tłuszcze mają to do siebie, że bardzo mocno absorbują różne substancje. Czym więcej substancji, które są nie do końca dla naszego mózgu odpowiednie, tym one się bardziej w tym mózgu, mówiąc delikatnie, zamykają. Więc cały proces myśleniowy, który wiąże się chociażby właśnie z tymi neuroprzekaźnikami, sprawia, że po pewnym czasie coraz trudniej zaczynamy kojarzyć poszczególne rzeczy, też trudniej zaczynamy funkcjonować. I nasz mózg zaczyna tracić poszczególne komórki, które niestety w pewnym momencie nie namnażają się w wystarczający sposób. Bo nie wiem, czy wiecie, ale teraz na całe szczęście wiemy, że nasze neurony są w stanie się mnożyć do końca życia, bo jakiś czas temu była informacja o tym, że mamy określoną ilość, która jest na dany okres naszego życia i że nam tylko niestety zostaje degeneracja tych wszystkich neuronów. Ale na całe szczęście, jeżeli dbamy odpowiednio o nasz mózg, jesteśmy w stanie namnażać te komórki. I pytanie właśnie, w jaki sposób dbać o te wszystkie nasze neurony tak, żeby one się namnażały?
[02:36:29] - Poczekaj. Przepraszam, że ci przerywam, bo to jest w ogóle coś bardzo ciekawego, co mówisz. Czyli jeżeli nawet ktoś jest już w jakimś tam dosyć sędziwym wieku, to cały czas może mieć w pełni sprawny umysł, tak? Jeżeli o siebie zadba.
[02:36:46] - Tak. Więc jeżeli dbamy o odpowiednią dietę, o odpowiednią aktywność mózgu, tak naprawdę mamy bardzo dużą szansę na to, że jako osoby w sędziwym wieku cały czas będziemy mieć klarowność umysłu, cały czas będziemy w stanie samodzielnie funkcjonować i będziemy mogli tak naprawdę być rozmówcą na równi nawet z dwudziestolatkiem.
[02:37:10] - Mhm. Wow! Odzyskuję nadzieję normalnie. Czyli rozumiem, że od dzisiaj wiek wcale nie powinien być tutaj wymówką, jeżeli ktoś zamula?
[02:37:23] - Zdecydowanie. Wiek moim zdaniem to jest tylko liczba, a wiek naszego ciała określa to, jak o niego dbamy.
[02:37:32] - Super. Zanim przejdziemy, jak już chciałaś naturalnie przejść, jak sobie pomagać, się wspierać, to ja tu miałam jeszcze przygotowane pytanie: czy istnieje coś takiego jak zdrowa używka?
[02:37:46] - Zaskoczę cię, ponieważ o używce często mówi się na przykład jako o kawie. I na samym początku też wspominałaś o tym, że znienawidziłaś pić kawę. A ja ci powiem Kasiu, że mam dobrą wiadomość, ponieważ kawa jako używka jest tak naprawdę dobrą używką z racji tego, że mimo tego, że kawa jest obrośnięta w mity, że jest niekorzystna dla naszego zdrowia, to muszę tutaj zaznaczyć kilka rzeczy, że na przykład mówiło się przez długi czas, że kawa wypłukuje magnez. A to nie jest prawda, ponieważ filiżanka parzonej albo rozpuszczalnej kawy o pojemności 200 mililitrów dostarcza nam aż osiem miligramów magnezu, co jest zaskakujące dla większości osób. Czy niektórzy nazywają używką czekoladę, a dostarczanie czekolady, o czym też później jeszcze mam nadzieję wspomnę, tak mniej więcej ilości około od 10 do 30 gram czekolady, która ma mniej więcej 70% zawartości masy kakaowej, sprawia, że nasz mózg funkcjonuje lepiej, że jest bardziej sprawny, że jesteśmy bardziej klarowni w myśleniu i nie mamy zjazdów energetycznych. A kawa przez to, że ma kofeinę, sprawia, że nasz organizm dużo lepiej radzi sobie z adaptacją do wielu rzeczy. I tak swoją drogą, jeżeli chodzi o kawę, to kawa często przeciwdziała chociażby powstawaniu choroby cukrzycy typu drugiego, czy to nawet marskości wątroby, czy niealkoholowemu stłuszczeniu wątroby, a nawet otyłości. I w późniejszym wieku, tak jak już rozmawiałyśmy o tym, że kawa nie jest zła też dla osób starszych, może przeciwdziałać chorobie Alzheimera. Więc kawa jest bardzo fajna z racji tego, że ma polifenole, a polifenole są takie nasze wspomagacze dla naszego mózgu, serca, układu krwionośnego. Tak naprawdę dla naszych neuronów w każdym calu, bo te komórki zostają ochronione.
[02:39:50] - Powiedzmy tu chyba coś jeszcze, bo nie ukrywam, że miałam ochotę pobiec po kolejną kawę. Może też warto by powiedzieć jednak, bo mówiłaś, że 200 mililitrów, tak? Filiżanka?
[02:40:03] - Tak. Kawy, która jest bez zawartości cukru i bez zawartości mleka, czyli takiej czystej esencji kawy.
[02:40:10] - Okej, i wtedy na przykład, jeżeli nie pijesz z cukrem, z mlekiem, to właśnie te 200 mililitrów i lepiej tego nie przekraczać? Czy wtedy możesz pić ile potrzebujesz, chcesz, dopóki nie biegasz po suficie?
[02:40:24] - Nie, niestety to nie jest aż takie bezkolizyjne z naszym samopoczuciem, bo tak jak wiemy, kofeina też podnosi ciśnienie, co jest dobre i złe w zależności od danej sytuacji. Ale niestety tutaj problemem jest to, że zbyt duże spożycie kofeiny może prowadzić do problemów z sercem albo z układem krążenia, więc tutaj też nie możemy za bardzo przesadzać. I było takie badanie jakiś czas temu przeprowadzone, już zaraz ci powiem nawet gdzie, że osoby właśnie w Japonii, które piły kawę żyły dużo dłużej i w lepszym zdrowiu, bez pojawienia się takich chorób jak wylewy, udary, zawały czy choroby układu krążenia. I co ciekawe, to badanie trwało 13 lat na podstawie kart chorób, aktów zgonu. Naukowcy sprawdzali, jak to wygląda, jeżeli chodzi o osoby, które żyją w Japonii i te osoby to był przedział wiekowy od 45 do 74 lat. Jeżeli chodzi o początek tego całego eksperymentu.
[02:41:32] - Okej, dużo ciekawego info. Czyli taka co jedna kawa dziennie jest na plus?
[02:41:40] - Tak, jak najbardziej. Jedna kawa dziennie jest jak najbardziej na plus i tak naprawdę rodzaj kawy to też zależy, jaką kawę lubimy i pijemy. Zawartość kofeiny w tej kawie jest różna, bo jeżeli chodzi o te kawy nasze takie standardowe, które gdzieś tam pijemy, to na przykład w latte mamy 63 do 126 miligramów kofeiny.
[02:42:05] - Poczekaj, ale tam mamy mleko.
[02:42:07] - Tak, mamy tam mleko.
[02:42:08] - A mówiłaś, że mleko niekoniecznie.
[02:42:12] - Tak, niekoniecznie, ale większość osób jednak pije kawę z mlekiem. Od razu mówię.
[02:42:17] - Poczekaj, jeszcze zaznaczmy jedno. Przepraszam, że ci przerywam. Zaraz jeszcze raz nam powiesz tutaj fajne zestawienie. Natomiast chcę tylko doprecyzować. Czyli nawet jeżeli doleję tego mleka do kawy, to ja nie zepsuję jej właściwości?
[02:42:32] - Ilość kofeiny wtedy się nie zmieni, tylko zmieni się jej pojemność. Ale jeżeli chodzi o właściwości tej kawy, to zmieni nam się to, że dostarczamy dodatkowo chociażby białka mleka. W zależności od tego, czy ktoś toleruje, czy nie toleruje, ale to też są dodatkowe kalorie. Tutaj sprawę trzeba bardzo indywidualnie rozważyć. Nie zmieni to właściwości kofeiny, ale na pewno jeżeli chodzi o takie odczucia organizmu, to tutaj może być jakaś nietolerancja. Jeżeli ktoś ma problemy, chociażby z nietolerancją laktozy czy galaktozy, która znajduje się w mleku.
[02:43:09] - Lub kazeiny pewnie.
[02:43:11] - Lub kazeiny. Zdecydowanie.
[02:43:14] - Wiem to z autopsji. Dobra, super. Czyli w razie czego widzicie, jak ktoś nie lubi czarnej, to od biedy to mleko go bardzo nie zniszczy, o ile nie ma nietolerancji.
[02:43:28] - Zgadza się. Jako ciekawostkę jeszcze powiem, że espresso ma w sobie 75 miligramów kofeiny, a czarna herbata ma od 25 do 48 miligramów, a zielona herbata ma 25. Latte ma od 63 do 126 miligramów w zależności od pojemności, a cappuccino ma 75 miligramów kofeiny w środku.
[02:43:54] - Okej, dobrze. To już cyferki za nami.
[02:43:57] - Jeszcze dopowiem, że tak jak zapytałaś mnie wcześniej o pojemność kawy, to w Japonii jest 180 mililitrów jako taka typowa pojemność filiżanki. Myślę, że spożywanie chociaż jednej takiej esencji czarnej kawy, jeżeli ktoś lubi, to jak najbardziej polecam. Fajną alternatywą dla pobudzenia organizmu jest yerba mate, która ma niesamowicie dużo pozytywnych właściwości i o tym tak naprawdę można bardzo dużo mówić. Ale jeżeli ktoś nie lubi kawy albo nie jest fanem herbaty, polecam wtedy yerba mate, bo jest naprawdę świetną rzeczą, jeżeli chodzi o pobudzenie i na całe szczęście działa rozwijająco na nasz mózg, więc powiedzmy, że jest tą pozytywną używką.
[02:44:45] - O ile nie ma problemów w wątrobie. Wiem to z autopsji.
[02:44:50] - Zdecydowanie. Tutaj też wiadomo, tak jak we wszystkim, jak w kawie, w herbacie są wskazania i przeciwwskazania, ale to trzeba indywidualnie rozpatrzeć, czy ktoś to toleruje, czy nie toleruje, czy się dobrze czuje. Bo jeżeli się źle po czymś czujemy, to najlepiej to wykluczyć z menu, żebyśmy tego nie spożywali.
[02:45:09] - Tak jest. Mądrze prawi. Dobra, skoro już jesteśmy w spożywaniu różnych rzeczy lepszych, gorszych, to tak sobie pomyślałam. Są dobre używki, wiadomo, możemy też oddziaływać odpowiednim jedzeniem na siebie. I tak pomyślałam: jeżeli na przykład cierpimy na duże spadki energii albo budzimy się zmęczeni, to powiedz, jakim jedzeniem warto byłoby się wspierać? Czy co dołączyć do swojej diety, żeby może jakoś sobie tej energii dodawać?
[02:45:43] - Przede wszystkim jeżeli chodzi o energię, to patrzymy w całość organizmu. Ale chciałam wrócić jeszcze do naszego mózgu, bo tak jak wspominałam na początku, nasz mózg to jest 60% mniej więcej tłuszczu. Większość osób ten tłuszcz ogólnie wyklucza ze swojej diety, bo uważa, że jest wysokokaloryczny albo że tuczy, co jeszcze gorszym jest określeniem. Osobiście uważam, że autor tego stwierdzenia miał na myśli skrót myślowy, bo każda substancja ma wartość energetyczną w sobie, jak białko, tłuszcze, węglowodany. I akurat tłuszcz ma ich najwięcej w jednym gramie, więc myślę, że to dlatego. Nie warto się bać tłuszczy. A jeżeli już sięgamy po tłuszcze, to warto wybierać tłuszcze dobrej jakości. Przede wszystkim warto dbać o tłuszcze, które dostarczają nam chociażby omega 3, omega 6, omega 9, bo są to bardzo wartościowe kwasy dla naszego mózgu, żebyśmy nie zamulali, żeby nasz mózg prawidłowo pracował, a przede wszystkim, żebyśmy nie mieli spadków energii. Też ważną rzeczą, o której myślę, że dużo osób wie, ale być może nie zdaje sobie z tego sprawy albo w ogóle nie łączy faktów. Ja mówię to na podstawie swoich pacjentów, że bardzo częstym problemem jest to, że ludzie zapominają o tym, żeby pić odpowiednią ilość wody w ciągu dnia.
I często jest to kwestia, która na samym początku wymaga bardzo dużo pracy, żeby zacząć pić odpowiednią ilość wody w ciągu dnia. Tutaj ważną kwestią jest to, żeby wspomnieć, że picie wody, ilość płynów w ciągu dnia zbiera nam się z różnych rzeczy, nie tylko z picia wody czy herbaty, czy kawy. Większość osób uważa, że chociażby kawa działa odwadniająco. Owszem, działa odwadniająco, ale jeżeli się przekroczy pewien próg. Tak naprawdę ze wszystkim – jeżeli spożywamy czegoś za dużo, to działa to niekorzystnie dla naszego organizmu. Ale liczy się woda chociażby ze spożywanego jedzenia, z zupy. Jeżeli ktoś ma w swojej diecie dużo zup, to myślę, że z nawodnieniem nie ma większego problemu. Ale jest to bardzo ważna kwestia, bo tak jak powiedziałam, mózg to jest tłuszcz i woda, więc jeżeli zabraknie któregoś z tych składników w naszej diecie, to nasz mózg sobie tuże bożej radzi, przez co niestety czuje się bardziej zmęczony, zamulony i są spadki energii. Druga rzecz jest taka, że większość osób zapomina o tym, żeby jeść też odżywczo, a odżywczo oznacza to, że dostarczamy do naszego organizmu rzeczy, których organizm potrzebuje. Każdy z makroelementów pełni jakąś funkcję w naszym organizmie.
Są różne diety i tak naprawdę dietę należy dobrać do samego siebie. Też wtrącę taką dygresję, że dieta to jest sposób żywienia od urodzenia. Czyli w momencie, kiedy zaczynamy pić mleko mamy albo zaczynamy pić mleko z butelki, tak naprawdę jesteśmy już na diecie, więc każdy z nas już od samego początku na diecie jest. Tylko pytanie, jaką dietę wybierać w swoim dorosłym życiu i co ta dieta dostarcza? Jeżeli chodzi o tłuszcze, to warto skupić się na tłustych rybach. Taką chyba najbardziej znaną rybą w Polsce jest chociażby makrela. Wędzona makrela jest świetna, jeżeli chodzi o tłuszcze, jest bardzo odżywcza. Bardzo fajną rybą też jest dorsz. Fajnie też korzystać z antyoksydantów, które są takimi Żołnierzami, które łapią te resztki, które są z naszej przemiany materii i pozbywają się wolnych rodników, które niestety mają bardzo duże znaczenie dla naszego zdrowia fizycznego, ale też psychicznego, bo wolne rodniki po pierwsze też hamują działanie mózgu, a po drugie bardzo mocno wpływają na to, że pojawiają się różnego rodzaju mutacje w organizmie. Do takich antyoksydantów możemy zaliczyć warzywa i owoce.
Najlepiej wybierać owoce i warzywa, które są czerwone, ciemne i które mają niski indeks glikemiczny. Czyli borówki, jagody, maliny, truskawki. Wszystkie jagodowe rzeczy są świetnym rozwiązaniem dla naszego zdrowia i pozbycia się wolnych rodników.
[02:49:54] - Okej, żebyśmy to podsumowali. Jeżeli chcemy wspierać swoją energię, to oczywiście, że warto byłoby prześledzić swój codzienny rytuał żywieniowy. Natomiast czy są jakieś szybsze rozwiązania? Może niezależnie od diety albo od czego warto byłoby zacząć, jeżeli nie jestem pewna, co w mojej diecie nie jest dobre?
[02:50:18] - Przede wszystkim warto obserwować swój organizm. Ja osobiście uważam, że organizm bardzo nam tłumaczy, co chce i czego potrzebuje. Często też nasze zachcianki informują nas o tym, czego nam brakuje w organizmie. Chociażby wielka ochota na słodycze świadczy o tym, że brakuje w naszym organizmie chromu. Być może jemy za mało warzyw, owoców, być może dostarczamy za mało żelaza, które znajduje się na przykład w mięsie. Ale oczywiście są różne źródła, więc w zależności od tego, czy jemy rekreacyjnie, czy tradycyjnie, czy jesteśmy wegetarianami, czy weganami, to zależy od naszego sposobu żywienia i gdzie sięgamy po źródła poszczególnych składników.
[02:51:08] - Czyli byłoby to takim dobrym tropem, że jeżeli chce mi się czegoś, to diagnozuję. Na przykład chce mi się czegoś słodkiego. Może spróbuję doprecyzować, jakiego konkretnie słodycza, a potem warto byłoby się zastanowić, co w tym słodyczu jest, jaka substancja.
[02:51:26] - Tak.
[02:51:27] - Którą bym wtedy mogła na przykład dołożyć sobie do jedzenia. Na przykład zamiast sięgać po czekoladę, to mogę sięgnąć po coś innego, co ma magnez, załóżmy?
[02:51:41] - Można tak robić. Niestety nasz mózg nie jest aż tak sprytny, żeby wyświetlić nam wizję tego, czego nam akurat brakuje, tylko podpowiada nam rzeczy, w których coś może się znajdować.
[02:51:55] - To, co znamy.
[02:51:55] - Tak. Najczęściej wiąże się to z tym, że nie są to rzeczy, które są uznawane jako te najzdrowsze dla nas. Jeżeli chodzi chociażby o spadki energii, to tutaj często pojawia się ochota na słodkie. Ochota na słodkie pojawia się często dlatego, że nie dostarczamy odpowiedniej ilości energii do organizmu i nasz organizm potrzebuje dostarczenia szybkiego źródła energii, więc sięgamy po to, co daje nam to źródło. Takim ekstra źródłem energii jest coś, co zawiera tłuszcz i cukier. Coś, czego nasz organizm jako pierwotny człowiek tak naprawdę nie dostawał. Takim ukoronowaniem tego rodzaju jest pączek, który jest i tłuściutki i słodki. Dlatego tak dużo osób bardzo chętnie sięga po pączki, bo one dostarczają bardzo szybko dużej ilości energii do organizmu.
[02:52:46] - Tak. Jeszcze gluten i to pewnie trochę dłużej się to w żołądku utrzyma.
[02:52:51] - Tak, zdecydowanie. Tylko że większość osób... To zależy tak naprawdę od organizmu. To chyba ulubione też zwrot w mojej pracy, że to zależy. To zależy od tego, jak osoba toleruje gluten. Można jeść pączki i można chudnąć. Oczywiście, bo tutaj deficyt kaloryczny tak naprawdę odpowiada za chudnięcie. Tylko pytanie, czy robimy to w zdrowy sposób, czy uczymy się tego przy zmianie naszych nawyków żywieniowych, czy w ogóle zmieniamy nawyki żywieniowe, czy po prostu sięgamy po to, co lubimy i tak naprawdę nie zastanawiamy się nad tym, co z tego wyniknie. Czy w długoterminowym działaniu to nie będzie miało większego wpływu na nasze zdrowie.
[02:53:33] - Tak. Okej. Kolejnym moim pytaniem było to, jakim jadłem sobie wspierać koncentrację.
[02:53:41] - Powiem ci jako ciekawostkę, że warto tutaj sobie wdrożyć jedzenie gorzkiej czekolady, która tak jak już wspominałam wcześniej, jeżeli ma wysoką zawartość miazgi kakaowej, czyli powyżej 70%, to badania udowodniły, że jedzenie od 10 do 30 gram dziennie sprawia, że po pierwsze dostarczamy odpowiedniej ilości tego magnezu, ale bardziej chodzi o to, że poziom sytości jest zaspokojony, że nie mamy takiej wielkiej ochoty na jedzenie słodyczy, że mamy dostarczoną odpowiednią ilość zdrowego tłuszczu dla naszego organizmu, że czujemy się bardziej skoncentrowani i poziom tej energii jest w miarę stabilny dzięki temu. Tak naprawdę tutaj fajną wiadomością jest to, że jedzenie czekolady, ale gorzkiej, czyli tej o wysokiej zawartości kakao, sprawia, że ona wspiera działanie naszego mózgu.
[02:54:36] - Na bogato. Dobra, kolejna sprawa, bo często nas pisarzy czy ogólnie artystów spotyka. Są takie czasami stany melancholii, że po prostu nam spada troszeczkę nastrój, a przez to też ciężej się ... ciężej wzniecić jakieś natchnienie i tak dalej. I pytanie, czy jesteśmy w stanie jakimś jedzeniem poprawić sobie nastrój?
[02:55:02] - Rozumiem, że masz na myśli tutaj, żeby nam się tryptofan wytworzył, który pomoże nam stworzyć serotoninę. To przede wszystkim takie jedzenie, które może jako ciekawostka będzie dla większości osób. Ale dlaczego nabiał tak bardzo nas uzależnia? Właśnie dlatego, że zawiera tryptofan, który jest jednym z elementów tworzenia się serotoniny. A serotonina, jak wiemy, od razu pojawia się uśmiech na twarzy. Jest to dobry, sympatyczny hormon, który sprawia, że jesteśmy zadowoleni. Pojawiają się później endorfiny, więc w ogóle jesteśmy przeszczęśliwi. Nabiał jest właśnie taką rzeczą, po którą bardzo chętnie ludzie sięgają z racji tego, że bardzo szybko zmienia nastrój. Druga rzecz, która poprawia samopoczucie, to chociażby orzechy włoskie, które są świetnym źródłem oleju, ale też kwasów omega 3, które są bardzo wartościowe, czy mielone siemię lniane. Być może to nie brzmi bardzo atrakcyjnie i smacznie, jak teraz o tym mówię, ale warto sobie używać wtedy jakichś kruszonych orzechów dodanych do czekolady albo uzupełnić to jako formę deseru.
Na przykład z budyniem można coś takiego sobie podać. Budyń z orzechami i z czekoladą. Jest to już bardzo wartościowe, jeżeli chodzi o jedzenie, a jednocześnie też poprawia nasze samopoczucie. Tak naprawdę tutaj dużą rolę odgrywają preferencje smakowe, bo znam osoby, które tej czekolady nie lubią, więc z tymi osobami trzeba popracować nad tym, jakie predyspozycje, jeżeli chodzi o smyki, mają. W jaki sposób ty, Kasiu, pomagasz sobie, jeżeli chodzi o lepszy nastrój, jeżeli chodzi o jedzenie?
[02:56:48] - Ja to zawsze skomplikowany przypadek, bo już samo to, że ja jeden posiłek dziennie jem, a dzień zaczynam od jakichś orzechów, bakalii i tak dalej. Ciągle jestem na pełnych obrotach i też nie śpię za długo. Prawdę mówiąc ja rzadko kiedy miewam jakiś słaby nastrój. Ja chyba cały czas jestem w dobrym nastroju po prostu. Ale faktycznie to są lata pracy nad szukaniem jedzenia dla siebie dobrego. Zwłaszcza że ja akurat mam troszeczkę nietolerancji różnych ze sobą pokrzyżowanych, więc nie za dużo różnorodnych rzeczy mogę jeść. Natomiast faktycznie czasami szybciej spada mi koncentracja. Ale jeżeli chodzi o nastrój, to chyba mi trudne pytanie zadałaś. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam słaby nastrój.
[02:57:44] - Widzisz, ty mi zadajesz tyle trudnych pytań, to ja też musiałam się jednym podzielić. Ale w takich niejedzeniowych kwestiach to ja osobiście polecam kilka innych rzeczy. Chociażby to, żeby nauczyć się relaksacji. Jeżeli mamy obniżony nastrój, to często wynika to z tego, że jesteśmy najzwyczajniej w świecie przebodźcowani. Jeżeli mamy dużą ilość zadań, z którymi sobie nie jesteśmy w stanie poradzić albo nie radzimy sobie wystarczająco tak, jak byśmy chcieli. To jest chyba ważne zdanie dla osób, które są perfekcjonistami. W tym momencie często dopada nas rodzaj takiej presji, która bardzo mocno nas bodźcuje, przez co jesteśmy bardzo szybko przemęczeni. A jak jesteśmy zmęczeni, to obniżenie koncentracji jest dużo większe i obniżenie samopoczucia niestety też. Nie wiem, czy znasz pojęcie osób wysoko wrażliwych, ale osoby wysoko wrażliwe mają tendencję do tego, że bardzo szybko zostają przebodźcowane i często takie rzeczy, które wydają się normalne, bardzo mocno wpływają na samopoczucie. Tutaj warto się zastanowić, co jest przyczyną tego gorszego samopoczucia, skąd ono wynika, co się stało, jakie emocje nam towarzyszą, o czym mówią nam te emocje.
Jak w ogóle nazwać tą konkretną emocję? Bo to też jest rzecz, z którą większość osób sobie nie do końca radzi. Więc warto tutaj poznać cały wachlarz emocji, który się znajduje, bo każda osoba jest inna.
[02:59:10] - Do emocji to też myślę, że na pewno trzeba będzie wrócić. Zwłaszcza że mam wrażenie, że często właśnie te emocje też powodują, że sięgamy po używki różnego typu.
[02:59:19] - Tak.
[02:59:21] - Więc tutaj trochę cię stopuję, bo ja wiem, że już byś nam chciała wszystko opowiedzieć, a jednak mamy trochę czas ograniczony.
[02:59:29] - To fakt.
[02:59:30] - Więc sugeruję, że tutaj w emocje wejdziemy. Nie ukrywam, że miałam takie magiczne pytanie dla ciebie na koniec: czy emocje same w sobie mogą być używką?
[02:59:40] - Tak, emocje mogą być same w sobie używką. Emocje są nieodzowną częścią każdego człowieka i każdy z nas jest w stanie panować nad swoimi emocjami w większym lub mniejszym stopniu. Oczywiście wymaga to też pracy nad sobą i nie jest to takie łatwe zadanie, jak by się mogło wydawać, ale to większość rzeczy, które gdzieś się pojawia w naszym życiu, jest sterowane pod wpływem emocji. Jeżeli jesteśmy w stanie sami tworzyć emocje w danym czasie, nawet jeżeli nie jest nam w tym momencie super dobrze, to jeżeli nauczymy się takiego kotwiczenia swoich emocji w danej rzeczy, to dużo łatwiej nam jest wrócić do tego dobrego samopoczucia i dużo łatwiej jest nam później funkcjonować. Więc tak, uważam, że emocje mogą być same w sobie używką i często nas to – à propos używek powszechnie znanych – też uzależnia, że tak naprawdę my chcemy doświadczać tej przyjemności, która wiąże się z daną używką. Więc doświadczanie przyjemności z emocji myślę, że jest jak najlepszą używką chyba w kontekście, jaki dzisiaj poruszyłyśmy.
[03:00:44] - O ile mówimy o dobrych emocjach.
[03:00:46] - Tak, o ile mówimy o dobrych emocjach. Oczywiście.
[03:00:48] - W sensie może nie tyle dobrych, ale tych na naszą korzyść.
[03:00:52] - Pozytywnych, które sprawiają, że czujemy się lepiej. Zdecydowanie.
[03:00:56] - Chciałam jeszcze wrócić do tej dopaminy, serotoniny, ale to w sumie jest chyba ściśle powiązane trochę też z emocjami czy z tym, jak się czujemy.
[03:01:08] - Oczywiście tak naprawdę te wszystkie nasze neuroprzekaźniki, każdy z nich ma swoje działanie, a to jest tak naprawdę temat rzeka i też mogłabym z tobą rozmawiać o tym następne godziny, bo każdy z tych neuroprzekaźników odpowiada za konkretne samopoczucie, działanie. Chociażby GABA, która jest wyciszająca, bardziej melancholijna, która sprawia, że jesteśmy bardziej ospali troszeczkę i ona wytwarza się na przykład w nocy. Ale też chociażby wspomniana dopamina czy serotonina to są chyba dwa najbardziej znane neuroprzekaźniki, które kojarzą się ze szczęściem. Są przecież też endorfiny, które są wytwarzane przez ruch, przez jedzenie. Ale ja osobiście, szczerze mówiąc, jako psychodietetyk uważam, że nagradzanie siebie jedzeniem wiąże się z tym, że możemy w sobie niechcący wbudować różnego rodzaju zaburzenia jedzenia, z których dosyć trudno później wyjść, bo nagradzamy się chociażby jedzeniem, co nie do końca jest dobre. Więc ja osobiście staram się też uczyć takich zastępstw nagradzania w niejedzeniowy sposób, żeby później łatwo było taką nagrodę sobie zafundować, chociażby w taki bardzo prosty i przyjemny sposób, jak wyjście na dłuższy spacer, na jakąś aktywność, która sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. I mówiąc o aktywności fizycznej nie mam wcale na myśli tutaj tylko i wyłącznie na przykład treningu siłowego, ale chociażby taniec, zabawę i rzeczy, które sprawiają po prostu, że jesteśmy szczęśliwi.
[03:02:47] - A czasami warto po prostu posiedzieć w miejscu i pogapić się w ścianę, nie?
[03:02:52] - Tak, ale takie rzeczy też są ważne i nawet powiem szczerze, że dużo osób nie potrafi tego zrobić. I teraz coraz bardziej popularna staje się medytacja, chociażby właśnie dlatego, żeby koncentrować się na tej obecności tu i teraz, na danej chwili. Bo mamy niestety tą tendencję, że uciekamy albo do przodu, albo do tyłu, a nie jesteśmy teraz.
[03:03:12] - Kurczę, chciałam prosić cię o podsumowanie, chociaż to bardzo ładne zdanie wybrzmiało przed chwileczką, ale spróbujmy to zebrać teraz troszeczkę może do kupy. Czyli warto byłoby przede wszystkim prześledzić swoje codzienne nawyki żywieniowe?
[03:03:28] - Przede wszystkim warto zobaczyć, jak czujemy się po danym jedzeniu. Jeżeli czujemy się źle po danym jedzeniu, to już może być dla nas informacja, że nasz organizm mówi: „Halo, nie tak. Tutaj zobacz, coś albo nie lubię, albo jak mnie burczy, albo coś mi się przelewa”. To znaczy, że organizm mówi: „To tak nie do końca mi tutaj pasuje”. Więc warto wtedy bardziej zacząć obserwować swoje samopoczucie, to, czy nie mam na przykład spadków energii, bo często nawet te spadki energii wynikają z tego, że mamy insulinooporność, o której nie wiemy. To też jest zaburzenie metaboliczne, które sprawia, że mamy i chociażby tą mgłę mózgową, i mamy gorszą koncentrację, trudniej nam się skupić. Więc warto tutaj też skupić się na tym, żeby zrobić badania profilaktyczne, sprawdzić swój poziom na przykład glukozy na czczo. A jeżeli wiemy, że wszystko jest okej po badaniach i konsultacji z lekarzem, to warto zastanowić się, co jest nie tak w naszym jedzeniu, dlaczego się tak czujemy, co sprawia, że czujemy się gorzej i dlaczego nie mamy przypływu energii po tym, co teoretycznie powinno tą energię nam dawać.
[03:04:31] - Okej, dobra. Możemy sprawiać wrażenie, że trochę odpłynęłyśmy, bo jednak tutaj o używkach było dzisiaj mówione, a skończyłyśmy na diecie. Mówisz tutaj o tym, żeby obserwować, jak się czujemy po danym jedzeniu. Czyli teoretycznie można byłoby może to przełożyć też tak, jak się czujemy po danej używce, po którą lubimy na przykład sięgać.
[03:04:56] - Dokładnie, bo tak naprawdę używką może być nawet jedzenie słodyczy czy jedzenie chrupaczy, ja nazywam akurat przekąski słone chrupaczami, bo to są takie do podchrupywania i one też są dla nas używką i one też mogą działać w niekorzystny sposób na nasz organizm i możemy mieć nietolerancję, możemy mieć złe samopoczucie i tak naprawdę w konsekwencji tutaj cała ta gama psychologicznych konsekwencji nam się pojawia.
[03:05:20] - Okej, to co? Myślę, że chyba do tych emocjonalno-psychologicznych rzeczy coś czuję, że trzeba będzie jednak wrócić na oddzielny, pełnoprawny odcinek. Natomiast dzisiaj chyba już wiem te podstawowe rzeczy od ciebie. Mam nadzieję, że słuchacze też wiedzą. Czyli warto mieć gdzieś na podorędziu w razie czego wędzoną makrelę, jakieś orzeszki, czekoladę gorzką powyżej 70%. U mnie 90–95% jest w domu akurat.
[03:05:52] - Podziwiam cię, bo ja już przy takiej ilości kakao to już nie jestem w stanie zjeść czekolady.
[03:05:58] - Znaczy wiesz co? Ja po prostu jestem fanem słonych rzeczy, a nie słodkich, także ja miałam łatwiej.
[03:06:04] - No to fakt.
[03:06:05] - Okej, i co? Tutaj też mówiłaś właśnie o tym, żeby gdzieś może jakiś ruch, przewietrzyć się, zrelaksować się. Myślę, że to chyba takie podpowiedzi.
[03:06:14] - Tak, tutaj też myślę, żeby wspomnieć o tym, bo w sumie chyba nie powiedziałam o tym, że jeżeli chodzi o jedzenie, to warto też wrzucić sobie fajnej jakości tłuszcze. Nawet często takie, które dodaje się tak po prostu do jedzenia, czyli do smażenia oliwa z oliwek czy właśnie tak jak już mówiłam wcześniej, chociaż te ciemne owoce, które gdzieś tam są, to też jest fajna forma i odżywcza dla naszego organizmu i na pewno lepsza dla naszego mózgu. Więc tutaj są takie kwestie, które wiążą się bardziej z naszymi odczuciami psychosomatycznymi, czy to właśnie po ruchu, czy to po jedzeniu, czy to po medytacji, relaksacji. Tych metod jest bardzo dużo i tak naprawdę o tych metodach mogłabym ci, Kasiu, opowiadać ho ho ho jeszcze trochę, ale to tak jak mówisz, przy następnej okazji.
[03:07:02] - Tak, myślę, że chyba muszę już nas tutaj jednak zastopować, bo ja też mam tutaj dużo rzeczy, dużo pytań się lęgnie w mojej głowie. To co? Chyba mamy to. Coś więcej o tych używkach wiemy od strony jedzeniowej i trochę emocjonalnej. Jakbyśmy miały podsumować: używka, bo tutaj słownik języka polskiego nam sugerował produkty spożywcze, ale w trakcie wyszło, że mogą to być też emocje i oglądanie telewizji i tak dalej. Teraz tak sobie myślę, nie wiem sama, czy warto się skupiać na tym, żeby nie sięgać po używki, czy żeby sięgać po używki? W jakim kierunku powinniśmy iść teraz? Tak myślę jako konsumenci używek. O czym warto pamiętać, żeby nie zabrnąć może za daleko?
[03:07:57] - Ja myślę, żeby tutaj zerknąć na to, czy te używki wnoszą coś dobrego do naszego życia i czy te używki w dłuższym czasie sprawiają, że jesteśmy zdrowsi i silniejsi. I jakie wartości tak naprawdę te używki wnoszą w nasze życie i czy te używki są czymś, co potrzebujemy.
[03:08:16] - Okej, ja jeszcze od siebie dodam tutaj jako trener wymyślania kreatywności, że warto też zestawiać działanie używek na to, czy faktycznie później jesteśmy kreatywni, czy może przypadkiem nie dostajemy bardzo szybko mgły umysłowej i czy czegoś takiego, że trudniej nam się myśli lub wpadamy w zły nastrój. Bo to też może być taki chwilowy strzał i później spadek. Tak jak przypomina mi się wykres działania kawy a działania herbaty zielonej na pobudzanie.
[03:08:46] - Tak, ale tutaj warto się zastanowić, czy takie szybkie strzały są dla nas wystarczająco wartościowe, czy lepiej utrzymać stabilny poziom dobrego samopoczucia bardziej stabilnymi substancjami.
[03:09:02] - Okej, i to jest myślę ładne na zakończenie. Także ja serdecznie ci dziękuję za te wszystkie wartościowe informacje. Powiem szczerze, że sama później jeszcze porobię notatki z naszej rozmowy, bo to dużo nowości.
[03:09:15] - Bardzo się cieszę i bardzo dziękuję, że mnie zaprosiłaś. Bardzo miło było mi być twoją gościnną, więc dziękuję serdecznie za zaproszenie.
[03:09:25] - Proszę bardzo, polecam się na przyszłość i pamiętajmy, za emocje też cię musimy zabrać.
[03:09:32] - Zdecydowanie.
[03:09:33] - Jak sami słyszeliście używki to temat rzeka i z pewnością jeszcze tutaj do tego wrócimy. Natomiast myślę, że tak na zakończenie, już wracając do tego cytatu z początku, sami widzicie, jak istotnym jest, będąc takim początkującym geniuszem, żeby zadbać najpierw o siebie, żeby stać się samym dla siebie stymulatorem i afrodyzjakiem. Myślę, że z naszej dzisiejszej rozmowy chociaż troszeczkę nowości i podpowiedzi sobie wybierzecie. I tak jak obiecywałyśmy, myślę, że za jakiś czas wrócimy jeszcze do używek, ale od strony troszeczkę bardziej psychologicznej i emocjonalnej. Także serdecznie zapraszam was na grupę Alchemia Tworzenia na Facebooku i zachęcam was też do poszukania informacji na temat Klaudii i jej nawyków profilaktyki. Jak najbardziej linki do jej fanpage'a i innych socjalków znajdziecie pod postem dotyczącym tego odcinka na grupie. A tymczasem nie przedłużam. Raz jeszcze dzięki za uwagę. I co? Przygotujcie jakiś dobry truneczek i leci zadanko.
Gdybyś mógł stworzyć używkę idealną, to jaką postać by ona przyjęła? Jaki by miała smak i jakie dawałaby efekty?
[03:10:54] - Wzmocnieni używkami i jedzeniem ruszamy dalej. Brniemy albo też pomykamy przez „Bibliotekarium 2.0” i niniejszym doszliśmy do punktu zatytułowanego „Bez tajemnic”. A w tym odcinku zapraszam na omówienie brytyjskich mediów spirytystycznych. Przygotowując niniejszy odcinek videobloga bazowałem głównie na książce pod tytułem „Opowieści spirytystyczne” Przemysława Grzybowskiego. Poruszony dzisiaj temat potraktowałem dosyć pobieżnie, ale mam nadzieję, że tym odcinkiem zachęcę moich widzów do sięgnięcia po książkę naszego kolegi spirytysty. Z Wielkiej Brytanii wywodzi się przynajmniej kilka znanych mediów. Najbardziej rozpoznawalnym jest chyba Daniel Douglas Home, specjalizujący się w manifestacjach fizycznych. O tym człowieku należałoby przygotować zupełnie osobny odcinek, ale życie pokaże. Daniel Douglas Home urodził się w Szkocji w 1833 roku i żył 53 lata, więc zmarł trzy lata przed narodzinami Adolfa Hitlera. Był bardzo pewny swoich zdolności.
Pozwalał niejakiemu Williamowi Crookesowi obserwować wspierane przez siebie fenomeny spirytystyczne i zachęcał badacza do daleko posuniętego sceptycyzmu. William Crookes był zresztą bardzo znanym i szanowanym fizykiem i chemikiem. I o nim to może już tyle wystarczy. Kolejne medium to Rosemary Brown. Nie no, bez jaj. Jeszcze o Home nic nie powiedziałem, więc wracamy do Home'a. Daniel Douglas Home zawsze wymagał, aby wszystkie seanse odbywały się przy pełnym oświetleniu. Dzięki temu łatwiej by było wykryć jakąkolwiek próbę oszustwa. Równocześnie dbając o możliwie dobre warunki obserwacji, medium mogło liczyć na ciekawe wnioski badaczy, którzy starali się opisać zjawiska mediumiczne. William Crookes był przekonany, że Home rzeczywiście posiada dar, a zjawiska spirytystyczne z jego udziałem są autentyczne.
Jego umiejętności medialne ujawniły się już w dzieciństwie. Jako nastolatek opowiedział, że widzi ducha swojego przyjaciela, który miał nie żyć od trzech dni. Początkowo dorośli wyśmiali młodego Daniela, ale wkrótce okazało się, że śmierć chłopaka rzeczywiście nastąpiła. Historii tego rodzaju było w życiu medium przynajmniej kilka, więc przeskakujemy o parę lat. I oto znajdujemy się w roku 1852, kiedy to Home zasłynął w pierwszej publicznej lewitacji na kongresie spirytystycznym w USA. Brytyjczyk opanował również zjawisko telekinezy. Potrafił na odległość przemieścić przedmioty, co medium wielokrotnie demonstrowało w obecności najróżniejszych osobistości, których nie będę tutaj wymieniał, może z wyjątkiem Napoleona III. W cesarskich komnatach Home wprawił w lewitację obrus leżący na oddalonym o kilka metrów stole. Cesarz wynajął nawet grupę kuglarzy, którzy mieli zdemaskować sztuczki medium, ale żadnego oszustwa nie wykryli. Home dużo podróżował, brał udział w seansach spirytystycznych w całej Europie.
Znane są fenomeny, gdzie medium wprawiało w ruch instrumenty muzyczne umieszczone w specjalnych klatkach tak, aby nie mogło ich dotknąć. Instrumenty odgrywały różne melodie, ale najczęściej muzykę piosenki pod tytułem „Home Sweet Home”. Pewnego razu uwolniony z klatki grający instrument zaczął fruwać po całym pomieszczeniu i grać jakąś melodię. Została również opisana pewna lewitacja angielskiego medium, podczas której Home w pozycji horyzontalnej wyleciał przez okno pokoju na zewnątrz budynku i powrócił przez sąsiednie okno. Daniel Douglas Home utrzymywał, że podczas lewitacji unoszą go duchy. A wspomniawszy o tym, dodam jedynie, że w obecności tego medium wielokrotnie zaobserwowano również częściowe materializacje. Badacz tych fenomenów, William Crookes obliczył, że w sumie ponad 100 osób było świadkami lewitacji Home'a i wygląda na to, że tego medium nigdy nie złapano na oszustwie. A to jest rzecz, której niestety nie możemy powiedzieć o wielu autentycznych mediach. Kolejnym brytyjskim medium, o którym wam opowiem, jest Eilean Garrett, która zmarła w 1970 roku, przeżywszy 77 lat. Jej zdolności ujawniły się już we wczesnym dzieciństwie, kiedy to zaczęła postrzegać duchy.
Była również jasnowidzem. W transie ujrzała na przykład między innymi swojego męża poranionego w okopach I wojny światowej i zobaczyła również głośną katastrofę sterowca R101 w północnej Francji w 1930 roku, w której zginęło 48 osób. Śmierć poniosła większość członków załogi. Po tym wydarzeniu Eilean Garrett przez długi czas otrzymywała od ducha kierującego sterowcem, porucznika Carmichaela Irvina komunikaty, których wiarygodność potwierdzili między innymi Harry Price i major Olivier Willers z brytyjskiego Ministerstwa Lotnictwa Cywilnego. Major Olivier mimo początkowego sceptycyzmu przekonał się do spirytyzmu, a w dodatku na jego prośbę niedługo po katastrofie zorganizowano seans spirytystyczny, podczas którego przeprowadzono rozmowę z wieloma uczestnikami fatalnego lotu. Podczas dyskusji stosowano specjalistyczne słownictwo, którego medium, przynajmniej w teorii, nie mogło znać. Dochodzenie dziennikarskie przeprowadzone po latach dla prestiżowego pisma The Pacific News wykazało, że pani Garrett nie miała najmniejszej wiedzy o lotnictwie. Umiejętności medium były weryfikowane. Badacze przeprowadzili z nią rozmaite eksperymenty. Seanse z panią Eilean przyczyniły się do odszukania wielu zaginionych osób, oczywiście w innych sprawach i przekonały licznych sceptyków o istnieniu życia po śmierci.
Kolejna kobieta, której nie może zabraknąć w niniejszym odcinku wideobloga jest oczywiście Rosemary Brown. Zmarła w 2001 roku, więc w telewizji zobaczyła nawet ataki na World Trade Center w Nowym Jorku. W chwili śmierci miała 85 lat. Zanim opuściła nasz świat materialny, dała się poznać jako medium kontaktujące się z duchami znanych kompozytorów, takich jak na przykład Jana Sebastiana Bacha, Ludwiga van Beethovena czy naszego rodzimego Fryderyka Chopina. Tych kompozytorów jest znacznie więcej, ale tutaj można sobie poczytać o nich w książce Przemysława Grzybowskiego. Utwory muzyczne według tych krytyków skomponowane i wykonane przez medium inspirowane brzmią autentycznie oraz posiadają cechy charakterystyczne dla tych konkretnych kompozytorów, którzy podpisywali się pod tymi pracami. Początkowo zdolności medialne pani Brown polegały głównie na widzeniu i słyszeniu duchów. Kontakty z duchami kompozytorów rozpoczęły się troszeczkę później. Pierwszy raz zobaczyła jednego z nich, gdy miała siedem lat. I to był, zdaje się, Liszt.
Niektóre duchy przychodziły do niej dosyć często, jak na przykład Chopin czy wymieniony już przeze mnie Liszt. Podczas pracy medialnej przy instrumencie, w zależności od manifestującego się kompozytora, medium zachowywało się inaczej przy instrumencie, przybierając odpowiednie pozy i w różny sposób układając dłonie na klawiaturze pianina. Również tworzenie poszczególnych utworów różniło się w każdym przypadku. Na przykład Brahms bez trudu mógł pozostawać w kontakcie przez dwie albo trzy godziny, doprowadzając medium do skrajnego zmęczenia. Natomiast Chopin również był bardzo pracowity, czy jest nadal bardzo pracowity, potrafił pracować bardzo szybko, więc prace mediumiczne z duchem tego właśnie naszego polskiego kompozytora nie musiały trwać zbyt długo. Według ekspertów bardzo słaba wiedza muzyczna posiadana przez panią Brown nie umożliwiała jej dokonania fałszerstwa. Samo opracowanie różnych stylów muzycznych tylu kompozytorów wymagałoby od niej wielu lat nauki i ćwiczeń, więc specjaliści wykluczają oszustwo. Oczywiście można by tutaj mówić o oddziaływaniu podświadomości, ale wydaje mi się to mało autentyczne, aby w ten sposób można było stworzyć dzieło, o którym tak naprawdę ma się znikome pojęcie bądź nie ma się nawet żadnego pojęcia. W każdym razie jeszcze jako ciekawostkę dodam, iż według Rosemary Brown duch Fryderyka Chopina, gdy do niej przychodził, lubił oglądać telewizję. Kilka słów należy powiedzieć o angielskim medium Matthew Manningu, urodzonym w 1955 roku.
Jeszcze żyje. Potrafi wywoływać różne zjawiska spirytystyczne. Już w dzieciństwie zaobserwowano w jego obecności przypadki ruchów przedmiotów, które następnie nasilały się, przybierając postać wręcz natrętną. Matthew był nawet wyrzucany z łóżka. Światła w jego obecności same się zapalały. Na ścianach pojawiały się dziwne napisy. Dopiero eksperymenty spirytystyczne pozwoliły mu na kontrolowanie zjawisk. Okazało się, że potrafi wysyłać swoje ciało duchowe na odległość. Ale dzisiaj, wziąwszy pod uwagę, że zjawisko OOBE jest aktualnie powszechnie znane i można założyć, że ta konkretna zdolność nie jest niczym szczególnym na tle innych rodzajów mediumizmu. Brytyjczyk odnosi największe sukcesy malując, rysując, pisząc w sposób automatyczny.
Sceptycy oglądający jego prace mediumiczne twierdzą, że są one jedynie kopiami istniejących dzieł znanych malarzy, ale nie brakuje też przeciwnych opinii. W 1973 roku przyznał, że potrafi zgiąć siłą woli metalowe przedmioty, wpływać na sprzęt elektryczny, poruszać igłami kompasu i stawiać diagnozy medyczne. To zresztą w tej ostatniej dziedzinie Manning odnosi największe sukcesy. Aktualnie działa jako medium leczące. W Wielkiej Brytanii do 1987 roku udzielała się mediumicznie Doris Fisher Stokes. Po tej dacie niczego już nie zrobiła, ponieważ zmarła, mając 67 lat. Będąc dzieckiem widziała duchy towarzyszące ciału zmarłego, ale spirytyzmem zajęła się na poważnie dopiero w dorosłości, po drugiej wojnie światowej. Była medium słyszącym, bardzo znanym. Do przeprowadzenia seansu pani Fisher nie potrzebowała żadnych pomocniczych rekwizytów, a także miała pracować przy pełnym świetle. Z uczestnikami eksperymentów, jak i z duchami rozmawiała bardzo swobodnie.
Przyznała się do pewnego drobnego oszustwa. Drobnego. Drobny czy niedrobny, punkt widzenia. W każdym razie przyznała się do pewnego oszustwa polegającego na wplataniu do komunikatów informacji zasłyszanych u publiczności, ale miała czynić to jedynie w pierwszym okresie publicznych seansów. Później jej duch opiekun miał jej tego zakazać. Na koniec trzeba powiedzieć przynajmniej cokolwiek o angielskiej medium rysującym pani Coral Polge, urodzonej w 1924 roku. Wygląda na to, że jeszcze się nie odinkarnowała, ale ma na to całe swoje życie, więc wszystko przed nią. Jej rysunki portretowe duchów są bardzo znane. Wykonała półautomatycznie kilkadziesiąt tysięcy szkiców. Obserwując wykonane przez siebie obrazki, potrafi wyczytać z nich dodatkowe komunikaty.
Jej najczęstszym duchowym pomocnikiem miałby być Maurice de La Tour, znany francuski artysta portretu pastelowego. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:25:36] - Była już Katarzyna Prychacz. Jeśli chodzi o meandry i tajniki pisania Czas przywołać daleką Islandię. Tam nasza korespondentka Kamila Ciołko-Borkowska tworzy dla Państwa cykl „Pisząca z fiordami”. Zapraszam na piętnasty odcinek.
[03:26:00] - Dobry wieczór, zapraszam na kolejne spotkanie z serii „Piszącej z fiordami” i dzisiaj sobie podyskutujemy. To znaczy ja pogadam, a wy posłuchacie. Tak dość krótko. Mój temat nie będzie jakoś tak bardzo rozbudowany, a ja się też jakoś nie za bardzo jeszcze wykurowałam po moim covidzie, który ostatnio do mnie zawitał i nie wiem, czy dam radę te trzydzieści minut wytrzymać bez kasłania do was. Tak więc zaczynamy nasze spotkanie. Tyle tytułem wstępu. Mogę jeszcze tak niekoniecznie z ładem i składem do was mówić, ale postaramy się jakoś to ogarnąć wszystko. O czym będziemy dzisiaj rozmawiać? Słuchajcie, to jest tak: jeśli mamy artystów różnego rodzaju, nie tylko pisarzy, ale artyści są różni i wszelacy. Mamy malarzy, mamy rzeźbiarzy, mamy muzyków, wszystkich.
To nie jest tak, że oni się rodzą ze swoją umiejętnością i nie muszą jej wcale doszkalać, nie muszą jej poprawiać, nie muszą nad nią pracować. Bo nie ma nikogo, kto dostał w prezencie talent i ten talent jest w stopniu idealnym wręcz. Nie, tak nie ma. Ja nie spotkałam się jeszcze. Zresztą ja nie spotkałam się jeszcze nigdy z czymś takim. Znaczy są osoby, które myślą, że faktycznie dostały ten talent i nic z nim robić nie muszą, bo to już oszlifowany diament jest. Ale złudne to jest, bardzo złudne. I niestety nieprawdziwe. Tak więc dzisiejsze spotkanie poświęcimy różnego rodzaju kursom, warsztatom, poradnikom i tego typu rzeczom, które mają pisarzom pomóc w opanowaniu warsztatu, w poprawieniu warsztatu, w dopracowaniu umiejętności. Doszlifowaniu tego pięknego diamentu, jakim jest talent pisarski.
Tyle. Bo to wiecie, to też nie jest tak, że siedząc sobie przed komputerem, pisarz klikając w klawiaturę... Wyobraźcie sobie: siedzi sobie człowiek przed komputerem na takim krzesełeczku wygodnym i tylko macha tymi rękami tak w sposób nieskładny, klika w klawiaturę i powstaje mu arcydzieło. Nie, tak to nie jest. To jest tak najczęściej, że się pisarz pochyla nad klawiaturą i najczęściej jest tak, że wali głową w klawiaturę z rozpaczy. Potem to kasuje, bo wychodzą bzdety. Pisarz ma o tyle problem, że bardzo często ciężko mu to tak opisać, żeby to wyglądało tak jak to, co ma w głowie. Na pewno kojarzycie ten obrazek. W internecie często taki mem krążył swojego czasu. To, co pisarz widzi w głowie, a to, co w rzeczywistości mu wychodzi.
I na pierwszym obrazku piękny, pięknie wykonany obraz, a na drugim taki maziaj dziecka z przedszkola. To mniej więcej tak wygląda, bo opisanie tego, co pisarz dostał w prezencie od muzy czy to, co mu się zrodziło w wyobraźni, a przedstawienie tego dla czytelnika na papierze to są zupełnie dwie różne rzeczy. To jest zupełnie co innego i bardzo często jest tak, że to jest bardzo ciężki, żmudny i bardzo często taki niewykonalny proces. Bo jeśli mamy zbyt małe umiejętności, a chcemy napisać coś naprawdę dobrego, to powiem wam, że nie wyjdzie. Po prostu nie wyjdzie. Ale nie należy się poddawać, ponieważ po pierwsze to, co jest najważniejsze dla pisarza, o czym już nie raz wspominałam. Przepraszam najmocniej. Takie przerwy na reklamę. O czym to ja wspominałam? Najważniejsze dla pisarza to jest to, żeby pisarz czytał.
Czytanie poszerza znajomość słów, poszerza jego wiedzę na różne tematy. Bo nie oszukujmy się, czytając książki, bardzo często też się uczymy. Poprawia wiedzę pisarza na temat formułowania zdań, opisów, dialogów, wszystkiego. Nawet jeśli pisarz czyta słabą książkę, kiepsko napisaną, to powiem wam, że też się czegoś uczy. On widzi, jak tego nie robić. Widzi, jak nie tworzyć danej sceny, dialogu, opisu czy czegokolwiek. Bo on widzi, że to jest złe i zamiast robić to złe u siebie, on to widzi u kogoś innego i on tego nie zrobi u siebie. To też go uczy. Tylko ja wiem, że czytanie słabej książki jest ciężkie. Jest holendralnie ciężkie, naprawdę.
Ojejku. Bo to męczy. Ale czasem to też jest bardzo potrzebne. Ja nie mówię, żeby zaraz całą książkę czytać, bo szkoda marnować życie na całą książkę, która jest zła. Można popatrzeć sobie w celach edukacyjnych na to, co jest w środku i potem się na tym oprzeć przy pisaniu swoich własnych historii. Tak więc to jest podstawa, jeśli chodzi o edukację Czytanie. O ile można czytać nie pisząc, o tyle nie można pisać nie czytając. To jest bezsens, bo nie wiem, jak można nie czerpać z innych źródeł, nie wysysać z tych źródeł jakichś informacji i tworzyć coś zupełnie nowego. To jakoś nie wychodzi. Aczkolwiek mogą być zarzuty, że jak się czyta, to się wszystko potem robi odtwórczo.
Ale jeśli zaczynamy odtwórczo, to po jakimś czasie, kiedy już nabierzemy tego rozpędu pisarskiego, to w końcu nam wyjdzie coś swojego, naprawdę dobrego. Bo pisząc, ucząc się na innych książkach, na innych źródłach, poznając różnego rodzaju style, tworzymy swój własny. To jest dość istotne. Ja mówię po sobie. Najpierw czerpiemy jakieś fragmenty ze stylów pisarzy, których czytamy, a później na podstawie tego tworzymy swój własny styl. I ja nie mówię, że ja już mam swój wypracowany styl, bo ja ciągle nad tym stylem pracuję, jak każdy z nas piszących. Jednak powiem wam, że jak już się popisze trochę, to czytelnik wyłapuje, mówi: „Aha, ja wiem, że to twoje, bo to twój styl pisania. To jest twoje. Tego nie da się oszukać”. Dlatego czytanie i pisanie to jest podstawa, jaką każdy pisarz powinien robić.
Czyli czytam i piszę, bo bez tego nawet nie ma trenowania warsztatu pisarskiego. Ja mam teraz aktualnie taki lekki zastój, bo co chwilę coś wyskakuje. Albo ja chora, albo dziecko chore, albo coś tam. Więc mam zastój pisarski i ciężko mi się zabrać z powrotem. Każdy wie, jak to wygląda. Jednak jeśli nie piszemy, nie używamy naszych umiejętności, to jest tak samo jak z treningami fizycznymi. Te pewne mięśnie, które odpowiadają, zastygają i później jest ciężko z powrotem usiąść do tego. Ciężko jest zacząć od nowa, jeśli ta przerwa była dość długa. Dlatego jeżeli chodzi o trenowanie warsztatu pisarskiego, to bardzo ważne jest, moi drodzy, aby robić to systematycznie. Rewelacyjne jest, jeśli możecie codziennie usiąść i sobie poklikać trochę w tę klawiaturę, stworzyć coś, napisać czy nawet tylko poprawić coś starego.
Jednak nie oszukujmy się, praca na etat, dzieci i masa innych rzeczy, dom do ogarnięcia, zakupy, samochód i te wszystkie duperele dnia codziennego. Tego jest tak dużo, że ciężko jest czasami wyrwać chociaż chwilę na to, żeby usiąść i popisać. Ja ze swojego przykładu powiem wam, że mam jeden taki dzień, kiedy nawet nie mam kiedy usiąść, bo jak wracam do domu, to jestem już tak wypompowana emocjonalnie i fizycznie, że już nawet nie mam siły kliknąć w klawiaturę. Ponieważ najpierw jest praca, potem jadę z dzieckiem na zajęcia dodatkowe, potem wracamy z tych zajęć dodatkowych, zjemy jakąś kolację i już jest godzina 19.00. I po godzinie 19.00 w piątek, bo to akurat właśnie jest piątek, ja już nie mam siły, bo cały tydzień mnie tak wypompował, że nawet jakbym chciała usiąść coś napisać, to powiem wam, że mój mózg odmawia posłuszeństwa. Tak więc ja nie będę żadnemu pisarzowi kiwać palcem, że to jest złe, że on nie siada codziennie i nie pisze po 100 000 znaków, bo powinien. Ja wiem, że powinien. Ja też powinnam, bo to poprawia moje umiejętności pisarskie. A dobrze jest pracować nad swoimi umiejętnościami pisarskimi, ale nie zawsze mam czas, nie zawsze mam siłę. Tak więc nie oszukujmy się, dobrze jest, ale to nie zawsze jest możliwe.
Dlatego jeśli gdzieś tam wyłapiecie jakąś chwilkę nawet na poprawienie czegoś, co już macie zrobione, czy nawet na pomyślenie o tym, co na przykład aktualnie piszecie, czy będziecie pisać o fabule, czy o opisach, czy o postaci, to już jest dobra rzecz nad tym, żeby popracować nad swoim warsztatem pisarskim. Ponieważ tworzenie rzeczywistości to też praca pisarska. Fakt, że nie stricte warsztatowa, nie stricte klikanie w klawiaturę, ale jednak jakoś to wychodzi. Coś tam się zawsze stworzy, potem się dopracuje. To tyle, jeśli chodzi o podstawę pisarza. Później pojawiają się – na pewno siedząc przed komputerem i na przykład korzystając z Facebooka czy nawet otwierając maila, bo ja na przykład bardzo często dostaję na maila – masę propozycji szkoleń i warsztatów pisarskich. I powiem wam, że nie polecam. To znaczy nie to, że nie polecam szkoleń i warsztatów, bo jak najbardziej polecam. Jednak nie możemy bez rozmyślenia nad tą kwestią przyjmować, brać do siebie wszystkich po kolei szkoleń, fundować sobie wszystkich warsztatów. Bo po pierwsze nasza kieszeń tego nie wytrzyma.
Bo ja wiem, że pracując na etacie, mając rodzinę, a nawet pracując tylko dla siebie, mając życie codzienne, ma się masę innych dodatkowych wydatków i na przykład wydanie 2000 na kurs, na szkolenie To jest jednakowo dość bolesne dla kieszeni i szkoda mi waszej i swojej kieszeni na początek, żeby tak po prostu płacić za każdy kurs, za każde szkolenie. Należy na pewno rozejrzeć się za tym, jakie są opinie na temat tego szkolenia. Część może być opinii niekoniecznie rzetelnych. To jest jak ze wszystkim w internecie. Trzeba być bardzo ostrożnym. Internet to bardzo fajne narzędzie, jednak należy być bardzo ostrożnym w internecie. To coraz częściej widać. Ale ja nie o tym. Ja o tym, że należy najpierw sprawdzić, kto prowadzi kurs, co to za kurs, na czym polega, jak jest zbudowany, co się po nim ma. Wiecie, kiedy wysyłamy do szkoły własne dziecko na przykład, to chcemy, żeby to była dobra szkoła, żeby nasze dziecko coś z tej szkoły wyciągnęło, żeby się nauczyło, żeby osiągnęło jakieś umiejętności.
Żeby to było coś. Bo my inwestujemy w przyszłość naszego dziecka. I tak samo jest, kiedy szukamy jakiegoś szkolenia, jakiegoś warsztatu, który ma doszkolić nasze umiejętności, poprawić nasze umiejętności pisarskie. Ponieważ my chcemy zainwestować, tylko w tym przypadku w siebie i chcemy, przynajmniej ja mam takie wrażenie, że chcielibyśmy, żeby te szkolenie, te warsztaty dało nam jakieś konkretne umiejętności, a nie że weźmiemy wszystko i zapłacimy za wszystko. Weźmiemy cały pakiet szkoleniowy i potem się okaże, że w sumie tak właściwie to my nie dość, że nic nowego nie wyciągnęliśmy z tego szkolenia, zmarnowaliśmy czas i zmarnowaliśmy pieniądze, bo w sumie to dlaczego nie? Ja nie mówię, że kto bogatemu zabroni, że nie można marnować swoich pieniędzy. To są wasze pieniądze. Róbcie z nimi, co chcecie. Jednak warto byłoby zainwestować w dobre szkolenia, w dobre warsztaty. Powiem wam tak z mojego własnego doświadczenia, z mojego własnego podwórka, bo na tym polega ta audycja, że się dzielę swoimi doświadczeniami w tej kwestii.
Kilka razy wzięłam udział w takich darmowych warsztatach, które organizuje babeczka. Nie wiem, czy mogę tutaj podawać nazwiska tych osób, podawać nazwy tych szkoleń, tych warsztatów, bo to będzie trochę taka reklama, a to nie o to chodzi. W każdym razie poszukajcie sobie na internecie, bo można znaleźć naprawdę fajne szkolenia, fajne warsztaty i kilka razy brałam udział w darmowych warsztatach prowadzonych przez pewną kobitkę. I były to darmowe warsztaty, które później ona ogłaszała jako-- to była taka łysa formuła, taka podstawa, kilkudniowe warsztaty bla bla bla bla. Fakt, że ja to wszystko wiedziałam, co na tych warsztatach darmowych było. Jednak to uporządkowało moją wiedzę. Dzięki temu wiedziałam mniej więcej, jak uszyć z problemem. Bo ja to wszystko wiem, ale czasem potrzeba po prostu uporządkować tę wiedzę, odłożyć na odpowiednie półeczki to, co mamy. To jest jak z układaniem książek. Jeśli ułożymy je w odpowiedniej kolejności, to któregoś dnia zobaczymy, że to jest jakiś klucz.
Jakiś klucz kierował nami przy kupowaniu książek. I tak samo jest z odkładaniem wiedzy. Jeśli wszystko leży na biurku porozwalane, to ciężko nam bardzo często. Chyba że to jest twórczy nieład, który ogarniamy. Ale zazwyczaj jeśli mamy bajzel na biurku i wszystko leży razem, to ciężko nam na tym biurku pracować. Ale jeśli poukładamy wszystko i każdą wiedzę, każdy kawałek wiedzy odłożymy w odpowiednią półeczkę, do odpowiedniej szufladki, to zdecydowanie będzie nam łatwiej ogarnąć to, co już wiemy. Ogarnąć to pisanie, wykorzystać tą wiedzę, ponieważ tylko sięgniemy na odpowiednią półeczkę do odpowiedniej szufladki i mamy to już napisane. I już. Dlatego to może wydawać się trochę trudne, ale dobrze jest, jeśli macie, już kiedyś to chyba też wspominałam o tym, też to kiedyś chyba mówiłam. Dobrze jest, jeśli mamy jakąś grupę znajomych osób piszących, znajomych pisarzy, którzy gdzieś tam w jakichś szkoleniach brali udział i mogą nam coś polecić.
To jest naprawdę rewelacja, bo wtedy wiemy, że dane warsztaty, dane szkolenia są na przykład dobre. Dają jakiś zastrzyk wiedzy, coś porządkują, coś uklepują, jakąś konkretną informację w naszej głowie. Ponieważ powiem wam, że kiedyś byłam też na szkoleniu w pracy, to jest zupełnie niezwiązane z pisaniem i to jeszcze w Polsce było, pamiętam. I w sumie nie dowiedziałam się niczego nowego, ale to szkolenie uporządkowało moją wiedzę. Dzięki temu mogłam zacząć robić rzeczy bardziej wydajnie, ponieważ wiedziałam już, jak wykorzystać wiedzę, którą już mam. Dlatego teraz szkolenia, bo czasami są szkolenia zupełnie bezpłatne, na przykład w radiu są czasem warsztaty pisarskie, w których też brałam udział. Mamy tu akurat w Book Radiu mamy czasem ABW. Zapraszam jak najbardziej. To jest bardzo fajna rzecz, żeby podszkolić swój warsztat pisania. Zwłaszcza że tutaj pracujemy na tekstach konkretnych, czyli wysyłamy tekst i dostajemy feedback, dostajemy ocenę, wiemy nad czym popracować.
To jest bardzo fajne. Możemy też popracować na tekstach, które już są innych pisarzy, które usłyszeliśmy, które już też są napisane. Wtedy słuchamy i uczymy się Jakichś też nowych rzeczy. Kiedy na przykład czytamy o tym, jak pisać w internecie, to też jest dobra rzecz. I wiecie, dobrze jest korzystać z rzeczy darmowych, bo to nie jest tak, że rzeczy darmowe są bez sensu. Rzeczy darmowe są jak najbardziej często też dobre, ale musimy przefiltrować i sprawdzić, czy to jest coś dla nas. Ja nie mówię, że to wszystko jest dla każdego. Należy sprawdzić najpierw, bo kurs z pisania może być dla jednego pisarza objawieniem, a dla drugiego pisarza może być stratą czasu. To samo jest ze studiami. Nie trzeba kończyć wprawdzie w Polsce studiów, żeby być pisarzem, ale są studia pisarskie z kreatywnego pisania bodajże.
Nie wiem, nie dam sobie ręki uciąć, ale jest chyba kreatywne pisanie i można na te studia iść. Można się szkolić na tym kierunku, jak najbardziej. Ja nie mówię, że nie. Tylko to też dla niektórych może być stratą czasu, bo na przykład nie tego szukają, nie tego oczekują. Więc można korzystać z kursów, można korzystać ze szkoleń. I teraz powiem wam jeszcze jedną rzecz, że na przykład ostatnio słuchałam sobie w jednym portalu. Mam aplikację, w której sobie wykupiłam abonament i sobie słucham książek. Bardzo fajna rzecz, nie podam nazwy. Pobrałam z półeczki sobie na swoją własną półeczkę poradnik pisania. Jeden, drugi.
Jeden poradnik od razu wyrzuciłam, bo po dwóch rozdziałach miałam ochotę rozszarpać autora, ponieważ stwierdziłam, że to jest totalna strata czasu. Traktuje pisarza, czyli swojego czytelnika, odbiorcę jak imbecyla, totalnego imbecyla. I szkoda mi się zrobiło odbiorcy, szkoda mi się zrobiło mnie samej i po prostu wyrzuciłam tę książkę ze swojej półki w tej aplikacji. Bo to było marnowanie czasu. Następnie sięgnęłam po poradnik naszego polskiego pisarza. Nie będę podawać nazwiska. W każdym razie był to już lepiej napisany poradnik. Fakt, że jeszcze go nie dokończyłam, bo ciężko mi się skupić na audiobookach ogólnie. Wolę książkę pisaną. Aczkolwiek był to już poradnik zupełnie inaczej napisany.
Mam też kupione dwa poradniki, które aktualnie sobie teraz przerabiam. Jeden był wydany bodajże w Novae Res, dotyczy pisania kryminałów, a drugi jest poradnikiem napisanym przez amerykańskiego pisarza, dość poczytnego i jest bardzo fajnie napisany. I to jest tak, że też należy przejrzeć, bo szkoda wydawać na przykład 30 czy 40 złotych, czy nawet 50, bo te większe poradniki są droższe. Należy przejrzeć, zobaczyć jak to wygląda, ponieważ jeżeli kupimy sobie tak jak z tym audiobookiem, kupimy sobie coś, co nam się nie spodoba, co do nas nie będzie w ogóle przemawiało, to szkoda. Szkoda tych 50 złotych, bo lepiej je zainwestować w coś zupełnie lepszego. I powiem wam, że to nie jest też tak, że z każdej strony wyciągniecie jakąś informację z tego poradnika. Ja sobie zaznaczam takimi małymi fiszkami, ale to jest tak, że coś tam wpadnie wam jakaś informacja. Takie poradniki książkowe one są głównie po to, żeby właśnie uporządkować to, co już wiecie. Bo bardzo często to są rzeczy, które wy już wiecie, które my już wiemy, które po prostu wystarczy gdzieś tam wygrzebać, żeby lepiej pisać. Tak jak tutaj na przykład ten bardzo poczytny amerykański pisarz napisał tak, że zdanie w sumie składa się z rzeczowników i czasowników.
To, kurka, już wiemy wszyscy. Ale nie wolno o tym zapominać, bo o ile podmiot może być domyślny, nie musimy pisać on, ona, bo w Stanach trzeba już pisać, bo to tak się buduje zdania. Ale w języku polskim, o ile podmiot może być domyślny i możemy go nie podpisywać, o tyle czasownik w zdaniu musi być. To są rzeczy, które wszyscy wiedzą, bo to wszystko wyciągamy ze szkoły podstawowej, to wszystko wynosimy ze szkoły. To są podstawy, których się musimy nauczyć, żeby skończyć podstawówkę. Ale o tym zapominamy, bo bardzo często też pisząc nie myślimy. A to jest błąd, bo pisanie musi być świadomym procesem. To nie jest tak, że my usiądziemy i będziemy klikać w klawiaturę i bezsensowne zdania składać w całość. Nie. To wszystko musi być przemyślany proces.
Dlatego te wszystkie szkolenia, dlatego te wszystkie warsztaty, te wszystkie poradniki, wszystko to, co ma nam pomóc dopracować warsztat pisarski do perfekcji, do tego oszlifowanego diamentu, to wszystko jest dobre. Z tego wszystkiego trzeba korzystać, tylko też z umiarem. Dlatego też, jeśli widzimy jakieś poradniki, to nie tak, że my kupujemy wszystkie poradniki, bo na przykład my odnajdujemy się w pisaniu komedii romantycznych albo w samych romansach. To nie będziemy kupować sobie poradnika pisania kryminałów, bo nam się to nie przyda do niczego. Chyba że w przyszłości chcemy napisać kryminał. Mamy jakąś taką, wiecie, na przykład wewnętrzną potrzebę napisania kryminału, to wtedy możemy sobie kupić, żeby się doedukować. To jest bardzo dobre. Dlatego też nie skreślajmy żadnej książki, która niekoniecznie zawsze zgadza się z profilem naszych zainteresowań, bo może akurat ta książka przyda nam się do researchu, do napisania czegoś. Może się nam przydać do czegoś, zupełnie czego się nie spodziewamy. Dlaczego nie?
Życie zaskakuje. Dlatego dobrze jest być otwartym na różne podręczniki pisania, ale należy je przyjmować z pewną rezerwą. To jak ze wszystkim. I tyle. Jeżeli chodzi o te wszystkie szkolenia i poradniki, to ja wyczerpałam temat, który chciałam poruszyć. Najważniejsze to rozglądać się, pytać, eksperymentować i nie bać się. Jeśli możecie tylko pożyczyć poradnik pisania, to zróbcie to. Teraz można w dość niewielkich kwotach wykupić sobie abonament w aplikacji, która oferuje e-booki, audiobooki i można z tego skorzystać. Można czytać fragmenty danego poradnika na stronach księgarni internetowych czy w księgarni. Chociaż też nie zawsze, bo część książek jest zafoliowanych.
Wtedy nie zerknięcie do środka. Nie bójcie się czytać fragmentów, słuchać fragmentów danych poradników, zobaczyć, czy to do was przemawia. Jak w przykładzie tego jednego poradnika. Już teraz nawet nie pamiętam, kto go napisał, ale to chyba jakiś amerykański pisarz był. W każdym razie ten poradnik nie polecam nikomu i bardzo mi żal było tych 20 minut słuchania. Naprawdę, bo ja tylko 20 minut przesłuchałam i powiedziałam, że to nie jest dla mnie. Dlatego wy też się nie bójcie sprawdzać, oceniać, bo to wasze pisanie, wasz warsztat, wasz czas, wasze pieniądze. Dlaczego macie to wszystko marnować? Dbajcie o to, bo to jest wasze. To jest wasza inwestycja w przyszłość.
Im lepiej zainwestujecie czas, pieniądze, zainteresowania, tym lepsze książki będzie tworzyć, tym lepsze opowieści będą spod waszych palców wychodzić. Dlatego nie bójcie się pytać. Nie bójcie się sprawdzać, nie bójcie się tych wszystkich warsztatów i poradników, bo to nie jest nic złego. To nie jest czarownica stojąca za rogiem. To są wszystko pomoce naukowe, pomoce dydaktyczne, które mają pomóc nam przy doskonaleniu się. Jak podręczniki w szkole, jak szkolenia zwykłe. A z tego przecież korzystamy. Sprawdzamy rzetelnie, kto prowadzi, jak prowadzi, jakie certyfikaty nam dają. Więc dlaczego, jeśli mówimy o pisaniu, nie mamy robić tak samo? To jest też nasze życie, nasza pasja.
Pisanie jest naszą pasją, więc powinniśmy bardziej się skupić na tym, jak dopracować to, żeby wyglądało jak najlepiej. Dobrze, to ja skończyłam. Już nie będę więcej ględzić, bo czuję, że zaraz będę kasłać, a to nie jest najlepszy pomysł. Dziękuję wam za dzisiejsze spotkanie i do zobaczenia następnym razem. Dobranoc wszystkim. Do usłyszenia.
[03:53:37] - Krystynę Śmigielską już dzisiaj państwo słyszeli w rozmowie z Jakubem Ćwiekiem. Przypominam o inicjatywie pisarza Jakuba Ćwieka, który wypuszcza do ludzi książkę, której okładkę znajdziecie państwo na miniaturce naszej dzisiejszej audycji. Warunek jest jeden. Płaćcie państwo coś dla powodzian. Szczegóły znajdziecie państwo, jeśli tylko ruszycie do internetu. To naprawdę nie wymaga wiele trudu. Podane są linki, wszelkie namiary. To naprawdę nie sprawi problemu. Przypominam o tej inicjatywie. Krystyna Śmigielska przygotowała na dzisiaj również tak zwaną regularną audycję.
W tej regularnej audycji pani Krystyna porozmawia z Zuzanną Arczyńską.
[03:54:38] - Dobry wieczór państwu. Nasze literackie tête-à-tête odwiedziła Zuzanna Arczyńska, osoba nietuzinkowa, o niezwykłym temperamencie i poczuciu humoru, którą śmiało można by było określić kobietą pracującą polskiej literatury. Dlaczego tak mówię? Mam nadzieję, że dowiecie się państwo w trakcie naszego programu. Dobry wieczór, Zuzanno Joanno.
[03:55:05] - Dobry wieczór, Krysiu.
[03:55:07] - Jesteś autorką kilku książek pisanych z myślą o dorosłych czytelnikach. Podpisujesz się zawsze pseudonimem Zuzanna Arczyńska. Prywatnie wiem, że masz na imię Joanna, ale prawdę mówiąc, tak już przywykłam do twojego pseudonimu, że trudno mi jest zwracać się do ciebie inaczej. Dlatego pozwól, że będę do ciebie mówiła per Zuzanno. Dlaczego taki pseudonim i jak on powstał?
[03:55:39] - Będzie mi bardzo miło. Mów tak, jak jest ci wygodnie. Pseudonim. Kiedy wydawałam pierwszą książkę, był rok 2015. Moja starsza córka miała 10 lat. Mieszkałam w niewielkiej miejscowości i mniej więcej jakoś w tym czasie była u nas bardzo nieprzyjemna afera na gruncie, powiedziałabym, odrobinę seksualnym. Pewni państwo prowadzili sobie blog erotyczny w internecie. Osobno pan, osobno pani, oboje za swoją wiedzą na jakiejś platformie i z tego powodu w szkole bardzo prześladowano ich dziecko. Ja wtedy miałam w planie wydać pierwszą powieść i powiem szczerze, że ta sytuacja mnie przestraszyła, bo pomyślałam sobie Co prawda w tej mojej pierwszej powieści nie było bardzo zaawansowanej erotyki, ale jeżeli ktoś z powodu mojej pracy zacznie dokuczać moim dzieciom, to ja tego po prostu nie przeżyję. Wczułam się bardzo i uznałam, że tak będzie lepiej.
I swoją pierwszą powieść, a potem każdą kolejną wydawałam pod pseudonimem Zuzanna Arczyńska. A zrobiłam go sobie w bardzo prosty sposób. Ponieważ mam spory szacunek do własnej historii i do historii swojej rodziny. Jedna moja babcia miała na imię Zuzanna, a panieńskie nazwisko mojej drugiej babci brzmiało Arczyńska, więc sobie je zmontowałam. Z jednej babci wzięłam imię Zuza, z drugiej babci wzięłam nazwisko Arczyńska i w ten sposób sobie stworzyłam pseudonim. To raczej oczywiste, że tak się nie nazywam. Nazywam się Joanna Tokaj-Dominiczak i generalnie gdybym w tej chwili zaczynała pisać, pewnie byłoby mi wszystko jedno, jakiego nazwiska będę używać. Ale mam świadomość, że niepopularne jest w Polsce nazwisko, które zawiera polskie znaki. Na przykład już na Instagramie to nasze polskie „ń” w nazwisku Arczyńska ucieka zupełnie. I wiem, że teraz dziewczyny szykując sobie jakieś pseudonimy unikają polskich znaków.
Zresztą często unikają w ogóle polskich nazwisk, bo wychodzą z założenia, że zagraniczne nazwiska lepiej się sprzedają. Od kilku miesięcy pracuję w bibliotece i wcześniej myślałam, że te historie o tym, że przychodzą do biblioteki panie i mówią: „Tylko nie polskie autorki, nie będę ich czytać”, że to są przesadzone historie. A w tej chwili mam świadomość, że mnóstwo pań czyta polskie autorki pod warunkiem, że mają zagraniczne pseudonimy.
[03:58:29] - W takim razie muszę pomyśleć o zmianie swojego nazwiska, ponieważ niestety zaczyna się na Ś.
[03:58:37] - Dziękuję.
[03:58:39] - Już nam tutaj zdradziłaś, że pełnisz bardzo poważną funkcję. Kierujesz biblioteką. To kolejny zawód, w którym starasz się odnaleźć. Profesja, która bardzo ci odpowiada. Niewątpliwie można porównać cię do kobiety pracującej, która właściwie każdy fach przyjmuje jako swój. Czy taka życiowa droga pomaga ci w tworzeniu fabuły, czy też przeszkadza?
[03:59:07] - Myślę, że pomaga i to bardzo. Dlatego, że mając duże i różnorodne doświadczenie zawodowe, jestem w stanie wykreować postacie, które są dużo bardziej prawdziwe. Ponieważ każda kolejna praca, którą wykonywałam w życiu albo o której się czegoś dowiadywałam, sprawiała, że zyskiwałam jakieś doświadczenie, które można zawsze przełożyć doskonale z gruntu pracy zawodowej na literaturę i sprawić, że postacie, które stwarzam są ciekawsze, bo są bardziej prawdziwe. Wydaje mi się, że to cenne.
[03:59:48] - Też tak myślę, bo doświadczenia w naszym życiu są bardzo ważne i właściwie przez ich pryzmat swoje życie potem oglądamy, przeglądamy, a w ten sposób możemy tworzyć swoich bohaterów. Poświęćmy jednak chwilę twojej pierwszej książce, o której już tu wspomniałaś, zatytułowanej „Jak spadek”. Została ona wydana w 2015 roku. Czy można zaliczyć ją jako twój debiut? Książka została wydana i bardzo interesują mnie twoje refleksje po tych kilku latach. Jak patrzysz na to dzieło? Budzi ono w tobie sentyment, czy z kolei już mając większe literackie doświadczenie, chciałabyś coś tam zmienić, poprawić?
[04:00:35] - Na pewno był to dość ciekawy debiut, natomiast był to debiut wydany w dość niedbały sposób poprzez wydawnictwo, które było jak spadająca gwiazda. Zaistniało i zaraz zginęło. W związku z tym, że to było wydawnictwo, które miało bardzo krótki staż i mało doświadczenia, książka była wydana w tak straszny sposób, że ja się w tej chwili wstydzę tego, jak wygląda ten PDF. Ponieważ ten debiut to był tylko i wyłącznie debiut elektroniczny. I właśnie z tego powodu, że wtedy nie powstał papier, kiedy wydawałam drugą książkę w wydawnictwie Szara Godzina, została ona ogłoszona jako mój debiut. A jeszcze w międzyczasie pomiędzy tym jednym a drugim wydarzeniem udało mi się, nie wiem, czy wiesz, to się pochwalę, zdobyć trzecią nagrodę w konkursie Nowa RS na debiut roku. I wtedy tytuł, który tam złożyłam właśnie w Nowa RS na ten konkurs, o czym nawet można przeczytać w Wikipedii. Raz się trafiam w Wikipedii właśnie pod tym hasłem. Ta książka miała taki roboczy tytuł „Foka”. To jest książka, którą darzę dużym sentymentem.
Uważam, że jest napisana dość poprawnie, ale wiem, że odrobinę się zdezaktualizowała, więc wymyśliłam, że ja wydam tę książkę jeszcze raz. Wydam ją z pewnością na papierze, ale najpierw naniosę w niej drobne zmiany. Ona wymaga korekty, która wynika z tego, że minęło tyle czasu. Na przykład z tego, że zmieniły się nam przepisy o ruchu drogowym i już opisywany przeze mnie fragment wtedy dotyczący tego, jak się robiło prawo jazdy kategorii A lub A1, już w tej chwili ma inne zastosowanie. Ona jest fajna ta powieść, ciepła, rodzinna. Ja lubię patchworkowe rodziny. U mnie w książkach jest dużo takich patchworkowych rodzin, bo żyjemy w takich czasach- Kiedy patchworkowe rodziny stają się normą i są bardzo potrzebne. Łatwiej jest wychowywać dzieci łącząc małżeństwa, niż pozostawiać je w rozbitych rodzinach. Choć pewnie jest to dość indywidualna sprawa i pewnie mnóstwo ludzi się ze mną nie zgodzi. Niemniej jednak to jeden z takich moich ulubionych tematów.
Patchworkowe rodziny, rodziny, do których każdy coś wnosi i budujemy coś wspólnie i razem. Powieść jak spade zaczynała się w takim momencie, że do biura pewnego pana prawnika, a właściwie nawet nie prawnika. Do biura pana urzędnika przyjeżdża nagle dwoje dzieci i pani sekretarka otwiera drzwi i mówi: „Przyszły jakieś dzieci i mówią, że są pańskie.” Mam nadzieję, że uda mi się ją tak dość szybko poprawić i znaleźć wydawcę, który będzie chciał wydać tę powieść na papierze. Dziękuję serdecznie.
[04:03:33] - Trzymamy za to kciuki w takim razie mam nadzieję, że jeżeli książka się ukaże, czytelnicy chętnie po nią sięgną. Przejdźmy do kolejnej książki, której tytuł brzmi: „Odzyskane dzieciństwo”. Została wydana przez Szarą Godzinę w 2018 roku. Jedna z czytelniczek na portalu Lubimy Czytać pisze: „Autorka zdaje się mieć niewielkie pojęcie na temat spraw, które postanowiła opowiedzieć, a także na temat relacji międzyludzkich w ogóle.” Jak byś odpowiedziała teraz na taki zarzut?
[04:04:11] - Kiedy pisałam powieść, jednym z głównych źródeł informacji na temat różnych przeżyć różnych ludzi, a trzeba wziąć pod uwagę, że jest to historia, która w dużej mierze opowiada o losach dzieci, które trafiły do bidula. W powieści one trafiają do rodziny zastępczej i dowiadujemy się, jakie były ich wcześniejsze losy. Źródłem informacji jest osoba, która pracowała wtedy w domu dziecka i która opowiedziała mi mnóstwo tak szokujących historii o swoich podopiecznych. Historii tak strasznych, że kiedy pisałam tą powieść, musiałam je bardzo mocno wygładzić. Jeśli całe życie mieszkasz w ogromnym mieście, nie wiesz, jak wygląda życie na maleńkiej wiosce. Jeżeli całe życie masz szczęśliwą, pełną rodzinę, nie wiesz, jak realnie wygląda życie kogoś, kto wylądował w bidulu. Tylko myślę sobie to nie jest konstruktywna krytyka. Konstruktywna krytyka pokazuje tu jest źle, taki jest błąd. To tak nie wygląda. W tej książce to zakończenie jest oderwane od całości.
„Odzyskane dzieciństwo” jest zbudowane poprawnie. Opowiada dużo różnych historii, ma zastraszająco dużą liczbę bohaterów. W związku z tym jest napisane w sposób dość realistyczny. I ja oczywiście przyjmuję tę krytykę jak każdą inną, ale nie zamierzam się przejmować. Po prostu wiem, ile rzeczy, które opisałam w tej książce, wydarzyło się naprawdę. Zuzanna Arczyńska, „Dziewczyna bez makijażu”, rozdział trzydziesty czwarty. „Karina była wściekła. Nie odzywała się do nikogo. Kręciła się w kuchni jak kołowrotek i za cokolwiek się wzięła, wszystko leciało jej z rąk. W końcu jej zdenerwowanie wzięło górę.
Coś jej spadło i się potłukło. Nic ważnego. Jakiś słoik, w dodatku pusty. Hałas sprawił, że zlecieli się domownicy, by sprawdzić, co się dzieje, a ona ze łzami w oczach oświadczyła, że ma dość i musi odpocząć. Wyszła i zamknęła się w swoim pokoju. Arek zamówił cztery pizze i jakieś surówki. Chciał, żeby miała spokojną głowę. Przez zamknięte drzwi powiedział jej, że obiad zaraz będzie i nie ma się co przejmować. Nim wrócił na dół, zawołała go do siebie Angelika. Opowiadaj rzuciła, gdy sadowił się w kremowym fotelu.
Nie ma o czym. Próbował ją zbyć. Arek, skończ chrzanić i mów, co się wydarzyło. Nigdy nie widziałam mamy takiej jak dziś. Jest niedziela, a ona wróciła z kościoła zaraz po tym, jak do niego pojechała. Nie obrażaj mojej inteligencji, dobrze? Może sama ją zapytaj. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Oj, bo nie wiem, czy matka sobie życzy, żeby ci o tym opowiadać dodał. Garuj.
Kiedy pytałeś o szpachelkę, nie miałam takich skrupułów. No dobra, pojechaliśmy do kościoła, bo chciała. Ja w sumie unikam takich imprez, ale poprosiła. To, co mi zależy. Przed mszą weszliśmy do zakrystii, bo Karina wymyśliła sobie, że musi zapytać o numer konta. Po co? To samo pytanie zadał ksiądz. Odpowiedziała, że jeśli będzie miała potwierdzenie wpłat pieniędzy, to zgodnie z prawem odliczy sobie od podatku darowiznę na cele kultu religijnego i całe te pieniądze do niej wrócą, a wtedy będzie mogła je wypłacić, wpłacić kolejny raz. Świetny pomysł, skoro można dwa razy. Fajne prawo.
Nie wiedziałam. Prawda? Też tak pomyślałem. Wiesz, cała ta sytuacja była trochę dziwna. On, ten ksiądz, stale zwracał się do mnie. Kompletnie ignorował twoją matkę. Mnie pytał, a ona odpowiadała. A gdy mu już to wyjaśniła, zamiast być z tego zadowolony, zaczął mieć do niej pretensje. No co ty, żartujesz? Gadał, że powinna rozważyć, czy ma czyste intencje.
Bo skoro daje, a potem chce odzyskać, to co nią kieruje? I czy przypadkiem nie chciwość, którą Kościół zdecydowanie potępia. Potem zaczął coś- Do mnie sapać i bredzić, że to nie moja żona powinna decydować o finansach naszej rodziny. Więc mu grzecznie powiedziałem, że ja tu jestem ochroniarzem, a nie mężem. I wtedy to on się poważnie zagotował.
[04:08:56] - Dlaczego?
[04:08:57] - Nie wiem, ale czystego sumienia ten gość nie ma. Mówił, że to skandal, żeby zabierać ochronę na spotkanie ze swoim pasterzem. Następnie dołożył, że on nikogo nie molestował i że te wszystkie plotki to bzdury rozpowszechniane przez niewierzących. Zakończył tym, że jej żadnego konta nie poda, ale jeśli Karina chce, to może dać mu od ręki kasę na nowe ławki po trzy i pół tysiąca za sztukę, a on jej nazwisko wyczyta w niedzielę z ambony. Potem z nieuzasadnioną pretensją dodał, że Kościół potrzebuje bezwarunkowych darczyńców, a nie takich, co mają węża w kieszeni, a ona gadkiem może udowodnić, że ma szczere intencje, bo skoro jest zamożna, to ma moralny obowiązek się podzielić. Bredził, nie zastanawiając się, co mówi. Nie wierzyłem w to, co słyszałem. Jak można być takim ćwokiem? Wyglądało, jakby chciał ją poniżyć, jakby była dla niego kimś gorszej kategorii. Normalnie aż mnie kusiło, by mu przypieprzyć.
Facet widocznie nie lubi kobiet. Karina po prostu chciała mu dać tę sumę dwa razy.
[04:10:06] - A mama?
[04:10:08] - Wtedy już nie wytrzymała. Powiedziała, że w takim razie on jako ten zamożny miał moralny obowiązek wspierać ją i jej rodzinę przez te wszystkie lata, gdy była niedożywiona razem z dziećmi i zastraszana przez męża pijaka. A wtedy nie doczekała się nawet kolędy, bo po co pasterz miałby pójść do kogoś, kto groszem nie śmierdzi. Wyglądała jak furiatka. Trzęsła się z gniewu. Potem powiedziała mu, że gdyby Jezus przyszedł teraz na ziemię, brzydziłby się własnego Kościoła pełnego hipokryzji, w którym ocenia się ludzkie serce bez krzty miłosierdzia i przypisuje się niskie pobudki komuś, kto chce wyłącznie dawać, nie biorąc nic w zamian.
[04:10:52] - „Dziewczyna bez makijażu” to książka, która na portalu Lubimy Czytać umieszczona jest aż dwa razy. Pierwsza wersja tej opowieści ukazała się w 2019 roku nakładem Szarej Godziny. Drugie wydanie jest prezentowane jako Pracownia Artystyczna Intuicja Zuzanna Arczyńska w 2024 roku. Wersje różnią się liczbą stron, opisem. Nowa wersja posiada podtytuł „Papierowe małżeństwo. Tom pierwszy”. Przyznam, trudno mi się zorientować, a przynajmniej mieć pewność, że moje domysły są słuszne. Co właściwie tu się dzieje? O co chodzi z tym tytułem?
[04:11:48] - Nie chodzi o to, że mamy drugi tytuł. Chodzi o to, że ta powieść od samego początku, od samego założenia miała być co najmniej dylogią, ale Szara Godzina zrezygnowała z wydania drugiego tomu. W związku z tym, że czytelnicy czekają na niego bardzo długo, a umowa z poprzednim wydawcą wygasła, wydałam tę powieść ja jako ja pod szyldem mojej firmy. Zostały zrobione nowe pliki. Dlatego też jest różnica stron. Książka nie różni się treścią od tej, która była wydana początkowo. Różni się jedynie rodzajem składu. Teraz składała ją inna firma, składała ją inna osoba. Jest ona wydana tylko i wyłącznie w formie elektronicznej, żeby było wygodnie. Czcionka jest zrobiona duża, żeby było po prostu przejrzyście, czytelnie.
Skoro nie wydajemy papieru, to ta ilość stron nie jest tak istotna, bo nie przelicza się wtedy objętości książki na ilość stron. Po prostu PDF czy MOBI, czy e-book będą kosztowały dokładnie tak samo, a wydaję ją ponownie dlatego, że postanowiłam w końcu zadbać o moich czytelników. Tych wszystkich, którzy czekają na ten drugi tom i czekają od 2019 roku. Powiem tylko tyle, ponieważ już to ogłaszam w internecie i nie jest to żadna tajemnica, że premiera będzie jeszcze w sierpniu i to dokładnie w moje 48. urodziny.
[04:13:25] - O, to taki piękny urodzinowy prezent. Mam nadzieję, że przyniesie ci bardzo dużo radości. A ja chciałam porozmawiać z tobą teraz o „Niani lekkich obyczajów” i „Ambitnej Emilce”. Książki komediowe. Prywatnie jesteś osobą bardzo pozytywną, dobrze nastawioną do życia, wesołą, chociaż jak chyba wszystkim życie często kładzie kłody pod nogi. W książkach natomiast często przedstawiasz ciemne strony ludzkiej egzystencji. Skąd ten komediowy akcent w twojej twórczości?
[04:14:04] - To może zacznę od „Niani lekkich obyczajów”. Zuzanna Arczyńska, „Niania lekkich obyczajów”. „— Halo? — jego głos zabrzmiał oschle i bezosobowo. — Tu Iza. Zajęty jesteś? — zaszczebiotała i pociągnęła nosem. Jej zdaniem powinien już rozpoznać, że płakała i zacząć ją pocieszać. W końcu od tego ma się męża, prawda? — To zależy — mówł — o co chodzi?
Łagodny ton męża nie uspokajał jej wcale. Właściwie przyszło jej do głowy, by strzelić focha i się rozłączyć, ale obawiała się, że skoro ją zostawił, uzna ten telefon za nieważny. Musiała w końcu coś powiedzieć. — Chodzi o dzieci. Nie zabrałbyś ich na weekend? Muszę od nich odpocząć. Iza przygotowywała sobie wstęp przed zalewem lamentu. „Interesujące” – mruknął Miłosz, a Izie przypomniało się, jak lubiła to mruczenie, zwłaszcza wtedy, gdy powodowało wibracje gdzieś w okolicy jej ucha. Włoski na jej rękach i karku podniosły się na samą myśl o tym. „Dlaczego chcesz odpocząć od własnych dzieci?” – nie pomagał jej.
„Bo nie przestają się kłócić, bić, poniewierać i obrażać, a do tego zachowują się w stosunku do mnie jak opętane potwory” – wyrzuciła z siebie i miała nadzieję na rychłą interwencję. „Nie przesadzaj. To w końcu tylko dzieci. Poradzisz sobie. Jesteś dorosła i jesteś ich matką”. Tyle było z mruczenia. Zamieniło się w suchą, logiczną instrukcję obsługi. Szkoda tylko, że w jakimś eskimoskim języku. „Czyli nie weźmiesz ich na weekend? Mam im powiedzieć, że ich nie chcesz?” – zagrała nieczysto.
„Nie potrzebujesz ich? Już cię nie interesują?” – próbowała z innej strony. „Nie histeryzuj i nie wyolbrzymiaj. To mądre nastolatki. Nie pozwolą się zmanipulować. Ja tym bardziej. Prócz tego codziennie rozmawiamy. Jestem na bieżąco. Zrozum, nie mam gdzie położyć spać tej dwójki, bo po godzinach remontuje mamie dom. Mamy wszędzie kurz.
To bez sensu. Twój pomysł jest zły. Poza tym naraża mamę. I jeszcze jedna sprawa: szkoła. Iza, czy ty wiesz, że Mati i Kaś muszą się uczyć? Czy na nasze dzieci też już masz tak jak na mnie wyjebane?” „No wiesz!” – oburzyła się. – „Ty jak coś wymyślisz. O tym też chciałam pogadać”. „No to mów. Słucham”.
„Bo wiesz, Gośka i Patrycja tak się ustawiły cwaniary, że wysyłają swoje dzieci na górę do tej, no wiesz...” – wymruczała końcówkę niezadowolonym tonem. „Do ślicznej? Hm” – mruknął. – „No i co z tego dla nas wynika? Albo dla naszych dzieci? Bo ani Patrycja, ani Gośka moich dzieci nie wychowują, jeśli pamiętasz”. „Jak ty możesz?” – Iza zagotowała się, wściekła na to, że jej osobisty mąż, chociaż czasowo zawieszony w czynnościach, ma czelność zwracać uwagę na inną babkę. „Od faktów jeszcze nikt nie umarł” – skwitował. – „Nawet ty. Do rzeczy, Bella.
Co dla nas z tego wynika?” „Ewelina prowadzi punkt interwencji kryzysowej dla dzieci sąsiadów. Gocha i Pat jej płacą. Mają w nosie szkołę. To ona ma im to wszystko ogarnąć. Jakąś korespondencję z nauczycielami czy co oni tam jeszcze chcą. Zaproponowała mi, żeby Kaśkę i Matiego też wysłać do niej, bo inaczej zdemolują mieszkanie, tak się tłuką”. „Drogo?” – zapytał konkretnie, zamiast rozwodzić się nad jej historią. „Podobno nie. Nie wiem, nie pytałam. Wiesz, oni są w ósmej klasie, będą mieli egzamin.
Nie mogą nic nie robić. A tak będzie, jeśli zostawimy je bez nadzoru. My pracujemy. Kto ich przypilnuje? Może to nie jest taki zły pomysł” – tłumaczyła. „Mateusz będzie szczęśliwy. Ślini się na jej widok, odkąd się wprowadziła” – skomentował ciepłym głosem, jakby przeżywał sercowe rozterki swojego syna. Iza, zaskoczona wiadomością, głośno wciągnęła powietrze. „A jeśli ona go wykorzysta?” – rzuciła teatralnym szeptem do słuchawki. Miłosz się roześmiał.
„Zastanów się, co ty gadasz, Bella. Ile mu dajesz kieszonkowego?” – zapytał, jakby nie wiedział. „No stówę. Jak ustaliliśmy” – przypomniała na wypadek, gdyby pomyślał, że to się zmieniło za jego plecami. „Wiesz, ile lat Mati by musiał na nią oszczędzać? Uwierz mi, nie stać go. Miałem niedawno takiego klienta, który sprzedawał u mnie furę i mówił, że Sweet Star to najgorętsza suka w mieście. Ale go nie stać. Brał za to auto sporo kasy. Nie biedował.
Niech lepiej Mateusz zostanie przy swoich fantazjach i szczenięcym zauroczeniu. Ona nie robi nikomu przysług i grzeczności. To jej praca” – wyjaśnił. – „Natomiast Mati na pewno będzie się bardzo starał, żeby jej zaimponować, więc da z siebie wszystko. Dlatego to dobry pomysł. Kaś zaś powinna jak zawsze poddać się rywalizacji. Młody będzie zakupał dla szpanu, a młoda nie będzie chciała zostać w tyle. Prześlij mi numer telefonu do tej Eweliny, to ja sam załatwię wszystko, łącznie z finansami”. „Nie mam”. Wcale nie chciała mu dawać tego numeru, więc ucieszyła się, że go nie ma.
„No to nie. Poproszę Gochę albo Patrycję” – uśmiechnął się. Ta książka wcale nie jest komediowa. Ona zaczyna się w zabawny sposób. Zawiera dużo zabawnych elementów, niemniej jednak dotyka naprawdę poważnych tematów. To był taki trochę szalony pomysł, na który wpadłam jeszcze z moim obecnie byłym mężem, żeby zrobić coś takiego radosnego, bo mamy COVID. Po pierwsze dotyka tematu tego, jak kobiety sobie pomagają, czyli takiej naszej babskiej samopomocy, na którą byłoby cudownie, gdybyśmy mogli liczyć, ale różnie to bywa. Wymyśliliśmy sobie wtedy, że zabawnie byłoby, gdyby te wszystkie panie, a to jest książka napisana w COVID-zie i opowiada o COVID-zie, te wszystkie panie „ą”, że tak powiem, nagle zostały poniekąd skazane na skorzystanie z pomocy prostytutki przy zajmowaniu się dziećmi. Wydało się nam to tak zabawne, ale trzeba było to zrobić dobrze, po to, żeby, tak jak powiedziałaś, ująć trochę tych takich mrocznych elementów naszej natury, a także tego, że nie zawsze jesteśmy dobrzy, nawet gdybyśmy tego chcieli. I stąd niania lekkich obyczajów, czyli dziewczyna, która zajmuje się prostytucją, która proponuje swoim bardzo zdesperowanym sąsiadkom, że przecież ona teraz nie pracuje, bo jest COVID i ona może zorganizować u siebie w domu szkołę dla tych małych dzieci, które tak naprawdę Jeśli ich mamy pójdą do pracy, a są to samotne matki, bo w tej kamienicy mieszkają samotne matki, samotne z różnych przyczyn, z dziećmi, które po prostu naprawdę nie mają co zrobić z tymi dzieciakami.
Bo tak, przysługuje im jakieś wolne na dzieci, ale kiedy one mają wolne, to nie zarabiają pieniędzy albo zarabiają ich znacznie mniej, a życie nie zrobiło się przez to tańsze. Dlatego wydało mi się, że sam pomysł jest dość interesujący i ta powieść wyszła fajnie. Ona zaczyna się zabawnie. Ona ma mnóstwo zabawnych i lekkich akcentów. Ale to nie jest komedia. To z pewnością jest powieść obyczajowa. Powiedziałabym, że momentami nawet taka trochę psychologiczna, ale tylko momentami. A druga powieść, „Ambitna Emilka”, została napisana właśnie z zamysłem, żeby była komediowa. Pomysł na nią powstał zupełnie inaczej. Otóż zdarzyło mi się kiedyś w karierze zawodowej, o której powiedziałaś już, że ja to jestem taka kobieta pracująca, przez sześć lat sprzątać osiedla.
Przez te sześć lat sprzątając osiedla, pisałam również książki, że tak powiem, pracując tam wtedy w komórce zimą napisałam „Mimozowe pole”. Wracając do „Ambitnej Emilki” ja się naoglądałam na tych osiedlach takiej patologii, że chciałam to wyśmiać. Chciałam pokazać ludziom, jacy oni są. To nie jest tak, że rodzina „Ambitnej Emilki” to jest opis jakiejś konkretnej rodziny, bo nikt nie może być aż tak przerysowany i przejaskrawiony. W tej rodzinie zbierają się wady nas, Polaków, powiedzmy mieszkańców dwóch osiedli plus jeszcze kilka innych dodatków. Ona pokazuje ta powieść nie jacy jesteśmy, tylko jacy bywamy czasami okropni. I to właśnie to jest zabawne w tej powieści. Zwykle na spotkaniach autorskich opowiadam taką anegdotkę, którą opowiem i teraz, że kiedy sprzątałam osiedle, kiedy trójka była jeszcze trójką, napisałam kiedyś wiadomość SMS do radia, bodajże do piątkowej audycji porannej, w której napisałam: „Z pamiętnika sprzątaczki. 15 lipca. Mam nadzieję, że ta choinka, którą dziś sprzątam spod balkonów, to już jest ostatnia tego roku”.
I panowie na antenie tego radia bardzo się z tego śmiali. Dokładnie miesiąc później, 15 sierpnia sprzątałam spod balkonów kolejną choinkę. Także jesteśmy niezwykle kreatywnym narodem, jeśli o to chodzi. Pisząc „Emilkę” chciałam właśnie pokazać te wszystkie takie rzeczy, które czasami nawet nie wydają nam się śmieszne, dopóki nie przejrzymy się w krzywym zwierciadle.
[04:23:34] - Kierujmy nasze kroki teraz do kryminału. W książce bardzo ważna jest erotyka. Co ciekawe, seks jest przedstawiony w dużej mierze z perspektywy kobiety i nie jest narzędziem do osiągnięcia określonych celów, ale po prostu częścią życia. Jest po to, żeby się tym życiem cieszyć. To znów fragment recenzji z Lubimy Czytać. O dziwo, książka, o której mowa, to nie romans czy opowieść obyczajowa, lecz kryminał. Podasz nam jej tytuł i wyjaśnisz, skąd w niej seks.
[04:24:13] - Gdybym miała strzelać, powiedziałabym, że ten opis pasuje zarówno do „Mimozowego pola”, jak i do „Wroniego szeptu”, ale jednak stawiałabym na „Wroni szept”.
[04:24:25] - Zgadza się, to jest z „Wroniego szeptu”.
[04:24:28] - Tak. I powiem, dlaczego stawiałabym na „Wroni szept”. Bo seks, który jest opisany w „Mimozowym polu” to seks osoby straumatyzowanej i pogubionej w tej dziedzinie. Dlatego nie byłoby mowy o radości. Natomiast we „Wronim szepcie” rzeczywiście seks bohaterów jest po prostu elementem książki, ale chciałabym zauważyć, że pomimo tego, że wydawca reklamował „Wroni szept” i „Mimozowe pole” jako kryminały, to ja się nigdy nie wypowiadam, że to są kryminały. Ja zawsze mówię, że to są książki obyczajowe tylko o życiu policjantów i wydaje mi się, że one nawet w takiej kategorii w obyczajach są wpisane w Lubimy Czytać. Nie jestem tego pewna, bo nie pamiętam. Dla mnie to zawsze będą obyczaje o policjantach, a nie kryminały, bo te historie kryminalne, które tam się toczą, one toczą się w tle. A clou tych książek jest to, co dzieje się z bohaterami, ich przeżycia wewnętrzne, ich codzienność, ich osobowość, to, z czym oni się muszą zmagać. No a erotyka?
Cieszę się, że taka fajna jest ta opinia. Nie powiem, że się nie starałam. Starałam się bardzo, bo napisać książkę z dobrą erotyką w momencie, gdzie w literaturze króluje pornografia, wydaje mi się, że to jest wyzwanie.
[04:25:53] - Dobrze opisać scenę erotyczną, żeby nie okazała się w jakiś sposób wulgarna, jest rzeczywiście bardzo trudno, biorąc pod uwagę to, że dużo tych opisów jest jednak dosyć drastycznych.
[04:26:08] - Zuzanna Arczyńska, „Wroni szept”: „Marek szykował jajecznicę dla dwóch osób. Patelnia była mała, jajek dużo, więc trochę to trwało. W tym czasie Beata brała kąpiel w wannie. Zamknęła się w środku i za nic nie chciała otworzyć. Obiecywał, że tylko umyje jej plecy, lecz drzwi zostały zamknięte. Zastanawiał się, co ona tam tak długo robi. W końcu postanowił wywabić ją ze środka kolacją. Herbata już stała na stole. Posmarował chleb margaryną i właśnie posypywał jajecznicę szczypiorkiem, kiedy usłyszał otwierające się drzwi łazienki. Boże, już nie pamiętam, kiedy mogłam po prostu poleżeć w wannie.
Pewnie to było w dzieciństwie. Serio.” Beata usiadła przy stole w zwykłym białym podkoszulku na ramiączkach i bladoróżowych spodenkach. Miała bose stopy i kapało jej z rozczesanych, ciemnych włosów. Ludzie z oszczędności montują wszędzie natryski. To szybkie rozwiązanie, tańsze, eko i takie tam. A ja latami marzyłam o leniwym leżeniu w wannie. I jak było? Zapytał, stawiając przed nią talerz z parującą potrawą. Na początku fajnie. Włożyła widelec do ust i zamruczała.
Po tym jakiś osioł się dobijał, że niby specjalista od mycia placków, a ja nie miałam żadnych placków do mycia, to go zignorowałam. Plecków! Poprawił ją Marek, a ona wystawiła mu język. A na koniec zrobiło się nudno, bo do wanny to trzeba wchodzić we dwoje. Nic się nie znasz Czarna. Nic a nic. Dobra, dobra — mruknęła. Robisz dobrą jajecznicę. Bardzo dobrą. Uśmiechnęła się.
Dziękuję. Robię też rewelacyjne sałatki — pochwalił się Marek. Właściwie powiem nieskromnie świetne do granic. Wow! Aleś mi pan zaimponował. Uniosła lekko brwi, ale nie przestała jeść ani na chwilę. A skąd takie hobby? Lubię sałatki. Zwykle jem je na kolację, ale chciałaś jajka, to się nie upierałem. Potrafię iść na kompromis właściwie w każdej sytuacji, pod warunkiem, że jest rozsądny.
Zrobię jutro śniadanie, jak dziś — ustalała. Obiad zjemy w jakiejś knajpie. Jutro na kolację chcę sałatkę. Mogę? Możesz, bo ładnie prosisz. Uśmiechnął się i patrząc jej w twarz dodał: Lubię słyszeć, jak prosisz. To jest takie seksowne.
[04:28:36] - Obecnie na polskim rynku wydawniczym ukazuje się też wiele książek mniej lub bardziej powiązanych z niemieckimi obozami koncentracyjnymi, gettami czy ogólnie okresem II wojny światowej. W twojej twórczości znajdziemy również ślad tej mody, czyli opowieść „Blizna w kształcie koniczyny”. Książka ukazała się w 2022 roku nakładem wydawnictwa Dlaczego. Skąd pomysł na fabułę i czy dla ciebie jako autorki ważniejsze były losy współczesnych nam bohaterów czy losy ludzi, którzy już dzisiaj właściwie odchodzą w niepamięć?
[04:29:21] - To taka specyficzna powieść i musiałabym zacząć od tego, że kiedyś ktoś mnie zapytał, czego nigdy nie napiszę. Powiedziałam szczerze na tamten czas, że nigdy nie napiszę niczego związanego z tematyką II wojny światowej. I ja byłam przekonana, że naprawdę tak będzie, że ja naprawdę nigdy nic takiego nie napiszę, bo nie będę w stanie oddać czegoś, co jest tak dalekie od moich doświadczeń życiowych. No ale miałam babcię, a moja babcia była w Niemczech na przykład na robotach podczas wojny i w związku z tym opowiadała różne historie nie mi, ale na przykład moim siostrom ciotecznym. I ja od mojej siostry ciotecznej usłyszałam kilka takich historii, które snuła moja babcia. Ale książka „Blizna w kształcie koniczyny” nie powstawała z myślą o tym, żeby w jakikolwiek sposób nawiązywać do wątku obozowego. To była powieść, którą zaczęłam pisać, będąc w pracy w Niemczech jako opiekunka medyczna. Kiedy tam po raz któryś kolejny pojechałam do Niemiec do pracy i było mi tam bardzo źle i wiedziałam, że muszę wytrzymać. To, co się wtedy działo w mojej głowie i to, jak ja widziałam, że oni traktują ludzi i traktują jeńców, to było po prostu momentami okropne. I pomyślałam sobie, że tak naprawdę nigdy nie spotkałam na polskim rynku książki, która opowiadałaby o opiekunach medycznych w Niemczech.
Przecież ta grupa jest gigantyczna. Kobiet, które pracują w tej chwili w Niemczech i z tamtej pracy utrzymują całe rodziny zostawione tu, jest mnóstwo. Kiedyś nawet sprawdzałam, dziś już nie pamiętam. Trudno jest to ustalić, dlatego, że my możemy się dowiedzieć, ile takich osób zatrudniają polskie firmy, a niemieckie firmy zatrudniają ich drugi tyle. Polskie opiekunki medyczne to jest doskonały, że tak powiem brzydko, towar eksportowy. Tak jak kiedyś polskim towarem eksportowym byli księża, tak teraz są to bez wątpienia opiekunki medyczne. Bardzo często są to osoby doskonale przygotowane do wykonywania takiej pracy. Pracowałam w Niemczech jako opiekunka medyczna nie jeden raz. Miałam przeróżne przeżycia, a ten jeden wyjazd był dla mnie wyjątkowo traumatyczny i zaczęłam pisać tę powieść, jeszcze tam będąc i ukończyłam ją w ciągu miesiąca od powrotu, więc ona nie powstawała dwa miesiące, ale w międzyczasie pisząc ją, rozwinęłam tę właśnie fabułę o taki dość solidny research dotyczący pufów, dotyczący tego, że było coś takiego jak domy publiczne w obozach koncentracyjnych jako forma nagrody dla więźniów, oczywiście mężczyzn. Było to dla mnie tak okropne, a ja jednak lubię pisać o tej ciemnej stronie człowieczeństwa, że postanowiłam to w tej powieści wykorzystać.
Wątek obozowy po to, żeby to nie była tylko i wyłącznie powieść o życiu opiekunów medycznych, ale żeby ona nam pokazywała taką prostą prawdę, że tak naprawdę nie ma złych Niemców i dobrych Polaków, że to jest po prostu tak, że wszyscy jesteśmy ludźmi i bywamy bardzo różni. Zuzanna Arczyńska „Blizna w kształcie koniczyny”. Co chcesz przez to powiedzieć? Nie rozumiał jej dziwnego wywodu. Że jesteśmy tacy jednostronni. Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo, bo ono nie oddaje wszystkiego. Myślisz, Kostek, że ci młodzi niemieccy chłopcy chcieli iść się bić za ideały Hitlera? Wszyscy? Ja w to nie wierzę. Wyobrażam sobie, że wielu z nich w nosie miało politykę.
To byli zwykli ludzie. Mieli swoje dziewczyny, marzenia, plany. Chcieli normalnie żyć. Tymczasem rzeczywistość bardzo mocno odbiegała od tego, co zwyczajne. Być może zostawiali starych rodziców bez opieki, bo nagle bezsensowny rozkaz rzucał ich do obcego kraju podczas zimy. Do tego w cienkich butach i byle jakim płaszczu. Front wschodni był dla nich koszmarem, w którym oczekiwano od nich heroizmu, a na niego nie było ich stać. Wojna jest po prostu smutna, Kostek. A do tego my, Polacy, zawsze uważamy, że jesteśmy wyjątkowo bohaterskim narodem. Absurdalnie uważamy, że to my wygraliśmy tę wojnę z szabelką na kasztanku galopującym pomiędzy czołgami.
Nie zrozum mnie źle. Wiesz, jak się na mnie wkurzył własny syn, dorosły zresztą, gdy powiedziałam, że Niemcy to nie jest zły naród i że zostali zmanipulowani przez fachowców od propagandy. Konstanty przyglądał się Jance z ciekawością. Zbyt rzadko z nią rozmawiał, by wiedzieć, jakie ma poglądy, by poznać ją choć odrobinę lepiej niż fizycznie, więc z uwagą śledził odkrycie, że kobieta posiada rozum i ma własne zdanie. Nauka naszej historii wygląda coraz dziwniej. Nie masz dzieci i pewnie zanim będziesz je miał i pójdą do szkoły, dużo wody w rzekach upłynie. Pewnie teraz nie myślisz o tym, ale w końcu cię to dopadnie. Będziesz musiał wytłumaczyć im, dlaczego Polacy wydawali hitlerowcom żydowskie rodziny albo kim naprawdę byli cudowni żołnierze wyklęci. Może opowiesz im, jak mordowali bez skrupułów, kogo im się tam tylko podobało, dlatego że mieli taką fanaberię, a nawet z jakiego powodu teraz grupa świrów robi z nich bohaterów. To nie są łatwe tematy.
Myślę, że dużo czasu musi minąć, żeby nasz naród zrozumiał, że nie jest w żaden sposób wyjątkowy, a zwyczajny, taki sam jak wszystkie inne. I jeszcze, że nie ma w tym niczego złego. Mówimy głupki o Amerykanach, a nasi zachowują się podobnie. Byłoby dobrze, gdyby Polacy przestali się unosić, udawać bohaterów, mieć się za zbawców świata i ewangelizatorów Europy pod szczególną opieką Boga. Mogliby przestać się ośmieszać i obnosić z tym wiejskim katolicyzmem, który nie ma nic wspólnego z wiarą i jest jedynie fasadą, polityczną grą, która nie daje niczego nikomu prócz chciwych klechów. Nie wstydzisz się, gdy słyszysz, że minister zdrowia zawierza ochronę Jasnogórskiej Królowej Niebios? Dla mnie mógłby zawierzyć ją potworowi spaghetti, byleby robił to prywatnie, a nie w imieniu 40-milionowego narodu. Nie chcemy wszyscy być postrzegani jako fanatyczne, nawiedzone, ciemne świry, niemające pojęcia o otaczającej nas rzeczywistości. Im więcej czytasz Kostek i rozmyślasz, tym bardziej zachowujesz równowagę, ale stajesz się wrogiem zapyziałego rządu ciemniaków, którzy na siłę z klasy robotniczej próbują wychować nową inteligencję, ale bez elementarnej znajomości historii lub chociaż na kogoś, kto będzie ich udawał. Wychodzą z tego takie rzeczy, jakie widzimy w telewizji.
Ci młodzi niedouczeni ledwo magistrowie pouczają profesorów. Ciemniaki, pieniacze, kłamcy, dorobkiewicze. A łajba to nie.
[04:36:49] - „Blizna w kształcie koniczyny” to bardzo interesująca powieść. Ukazanie kata i jego ofiary. Sprawiedliwości, losu lub jej braku. Zadośćuczynienia. Czy łatwo było ci przejść przez pisanie o współczesnych bohaterach, dylematach, wyborach, problemach wtedy, kiedy ty już wiedziałaś, miałaś z tyłu głowy, z jakim problemem będą oni musieli się zmierzyć?
[04:37:18] - To nie było takie łatwe, dlatego, że ja do samego końca nie wiedziałam, jak ja tę książkę będę chciała zakończyć. A jeszcze w międzyczasie zmieniałam fabułę. Okazało się, że ten początkowy pomysł nie był tak dobry, jak mógłby być, więc poprawiając ją, nanosiłam dodatkowe zmiany i do samego końca nie byłam pewna, jak mam zakończyć tę powieść tak, żebym była z niej zadowolona. Bo jednak chciałam, żeby to człowieczeństwo wygrało w tej książce, żeby nie było tak, że ona ukaże nas tylko i wyłącznie jako tych złych. Wydaje mi się, że mi się udało.
[04:38:01] - Ja też tak myślę. To naprawdę jest ciekawa książka, biorąc pod uwagę inne, które wychodzą o podobnej fabule. Znaczy podobnej. Chodzi mi o czasy i całą tę otoczkę wojenną. To jest mocna powieść. Polecam ją gorąco czytelnikom właśnie z racji tego, że tu ludzie są po prostu ludźmi z ich wadami, z ich dobrem i złem, które zmienia się też w czasie naszego życia. To wszystko jest jednak w ruchu. Powiedz mi, Zuzanna, jak ty to robisz, że rozpowszechniasz swoje książki w tej chwili w różnych formach, choćby w formie e-booków w internecie, bo wiem, że to robisz. Gdzie czytelnicy mogą szukać twoich powieści? Jak mogą na nie trafić?
[04:38:54] - Z całą pewnością książki, jeśli chodzi o które jestem jeszcze związana umową z wydawnictwem Dlaczemu Są w Legimi i są w Empiku. Z wyjątkiem „Wroniego szeptu” są nawet wydane w formie MP3 do odsłuchania. Natomiast jeśli chodzi o książki, co do których moja umowa z Szarą Godziną już się zakończyła, te książki można przeczytać i odsłuchać w platformie Legimi. Jest taka możliwość, że autor, który odzyskał prawa do swoich materiałów, do swojej pracy, może je sobie tam opublikować jako wydawca czy jako samowydawca. Tak właśnie zrobiłam i w związku z tym, chociażby „Dziewczyna bez makijażu” jest ponownie dostępna w formatach elektronicznych, co jest dla wielu osób bardzo wygodne.
[04:39:47] - Coraz więcej czytelników sięga właśnie po tą formę. Wiem, że są też audiobooki z twoich książek, prawda?
[04:39:55] - Tak, oczywiście.
[04:39:56] - I one też są jeszcze dostępne na rynku?
[04:39:59] - Tak, na pewno do wielu książek można kupić płyty, a do tych, do których nie można kupić płyt, na pewno można kupić lub odsłuchać w ramach abonamentu MP3 właśnie w Legimi i w Empiku. „Blizna w kształcie koniczyny” z całą pewnością jest w Empiku, bo nawet ostatnio wyświetliła mi się w abonamencie premium.
[04:40:21] - Ja myślę, że państwo z wielką przyjemnością sięgniecie po książki naszej dzisiejszej gościni. Bardzo mi miło było z tobą porozmawiać i dowiedzieć się trochę więcej o twojej twórczości. Chociaż znamy się już dość dobrze, ale zawsze coś jeszcze ciekawego mogłam usłyszeć. Polecam wszystkie książki. Szukajcie państwo, bo naprawdę warto. Zuzanna Arczyńska to bardzo interesująca postać na naszym rynku wydawniczym i myślę, że czytelnicy będą zadowoleni sięgając po jej książki. Dziękuję ci bardzo Zuzanno za poświęcenie czasu. Mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie i mam nadzieję, że fragmenty książek, które państwo usłyszeli, zachęcą was do sięgnięcia po całe zbiory. Dziękuję i życzę miłego, spokojnego wieczoru.
[04:41:13] - Dziękuję i również życzę spokojnego wieczoru. Było mi bardzo miło.
[04:41:17] - Dziękujemy. Dobranoc państwu.
[04:41:19] - Dobranoc.
[04:41:22] - Nie da się ukryć, proszę państwa, że niniejszym dowędrowaliśmy do końca dzisiejszego Bibliotekarium 2.0. Westchnę sobie, bo ja nawet nie wiem, czy powinienem dzisiaj składać państwu jakieś takie życzenia pomyślnego, fajnego, słonecznego i w ogóle sympatycznego weekendu, skoro poprzednie się nie sprawdziły. No ale dobrze, nie uciekajmy się do jakiejś dziwnej magii. Mimo wszystko, mimo tych doświadczeń z zeszłego tygodnia życzę państwu wszystkiego dobrego. Niech ten weekend jeszcze taki częściowo letni, już niby jesienny, ale jednak trochę słoneczka, trochę tej letniej atmosfery jeszcze jest, więc niech to będzie fajny, wspaniały weekend, zanim nastaną ponure, jesienne dni. Musiała być ta łyżka dziegciu. A zatem wszystkiego dobrego życzę. Zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. A teraz już piękne dobranoc.
[04:42:28] - Mówił do siebie, do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.