Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Drodzy Państwo, jeżeli nie macie jeszcze dość upałów, to bardzo dobrze, bo zaraz zrobi się jeszcze bardziej gorąco. A to za sprawą kolejnego odcinka Bibliotekarium 2.0, Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Hallo, hallo Bydgoszcz.
[00:40] - Pięknie państwa witam. Dzień dobry wieczór. Zaczynamy kolejne Bibliotekarium 2.0. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek. Cóż, najpierw polecanka, która odwołuje się do książki wydanej w czerwcu tego roku. Nosi ona tytuł "Noc kłamstw", a autorką tej książki jest mistrzyni polskiego kryminału, a właściwie książek na pograniczu kryminału i sensacji, czyli Izabela Janiszewska. Notabene, jeśli państwo sięgniecie do naprawdę archiwalnych odcinków Bibliotekarium 2.0, to tam gdzieś hen, hen daleko wywiad z Izabelą Janiszewską pojawia się w moim skromnym wykonaniu. To znaczy ja byłem tą osobą zadającą pytania. Myślę, że wywiad niezwykle ciekawy. A tu kolejna książka Izabeli Janiszewskiej.
Przypomnę "Noc kłamstw". No to zerknijmy, co wydawca pisze na temat tej pozycji. Każda rodzina ma swoje sekrety, ale ta skrywa ich więcej niż inne. Anna i Mikołaj wiodą wspaniałe życie. Ona pisze książki, on prowadzi kawiarnię. Mają piękny dom i cudowne dzieci. Niemal każdy chciałby się z nimi zamienić. Aż do dnia, w którym stają się podejrzanymi o zabójstwo. Gdy w październikową noc ginie opiekunka ich synów, na idealnej fasadzie rodziny Tochmanów pojawiają się rysy, a tajemnice skrywane przez lata zaczynają wyłaniać się z cienia. Chcąc odróżnić prawdę od fałszu, prowadzący sprawę komisarz Leon Mruk musi uważnie wsłuchać się w to, co Tochmanowie mówią, lecz w to, co pomijają milczeniem musi się wsłuchać również.
Bo czasem najstraszniejsze sekrety tkwią w tym, co niewypowiedziane, a najgłębsza prawda o ludziach kryje się w ich kłamstwach. Przypomnę państwu to książka Izabeli Janiszewskiej "Noc kłamstw". To była książka, która pojawiła się na rynku wydawniczym w czerwcu. No to teraz troszeczkę wybiegnijmy do przodu. 28 sierpnia tego roku pojawi się książka Ewei Louko. Mam nadzieję, że dobrze wypowiadam to nazwisko, bo to czasami bywa ciężkie do ustalenia. W każdym razie Ewa Louko "Morderstwo na wyspie szczęścia". Zobaczmy, co pisze wydawca. Kiedy wszyscy znają wszystkich, każdy po kolei staje się podejrzanym. Ronja Vaara jest dziennikarką po trzydziestce i od dawna mieszka za granicą.
Po latach musi jednak wrócić w rodzinne strony na wyspę Lauttasaari. Na miejscowej plaży odnaleziono bowiem zwłoki jej ojca. Spotkanie przyjaciół z dzieciństwa jest dla niej zarówno pocieszające, jak i bolesne. Na domiar złego prowadzący dochodzenie młody policjant wydaje się nie wykonywać swojej pracy tak, jak należy. Choć Ronja nie miała z ojcem bliskiej relacji, bierze sprawy w swoje ręce. Bada przeszłość mężczyzny, prowadząc własne śledztwo i odkrywając głęboko skrywane sekrety lojalnych wobec siebie mieszkańców wyspy. Robert Małecki, znany autor kryminałów z Polski, napisał o tej książce następujące słowa: "Skandynawski kryminał w pełnej krasie. Chłodny, intensywny i piekielnie interesująco utkany. Polecam". Tak, proszę państwa, to były polecanki na dzisiaj.
Cóż zatem w tem momencie, jak mawiają niektórzy kabaretowcy, sięgamy po checklistę i odfajkowujemy kolejne pozycje. Pierwszą pozycją jest podcast zaciągnięty z Wehikułu Wyobraźni. Przypominam państwu, że oprócz Bibliotekarium 2.0, gdzie się spotykamy co tydzień, spotkać możemy się również na Wehikule Wyobraźni, kanale youtubowym, który mniej lub bardziej udatnie staram się prowadzić. I tam w swoim czasie pojawił się odcinek dotyczący kontaktowców. Kontaktowcy pojawili się po raz pierwszy w latach 50. To byli tacy ludzie, którzy twierdzili, że mają bliskie kontakty, jak to kontaktowcy zresztą, z przybyszami z innych planet, przybyszami z kosmosu. Jednym z takich kontaktowców był George Adamski. Dla mnie szczególnie ciekawe, że George Adamski urodził się w Bydgoszczy. To nie lada gratka. On co prawda o tej Bydgoszczy nie mógł wiele wiedzieć, bo rodzice bardzo szybko wynieśli się za granicę.
O tym wszystkim zresztą będzie w podcaście. Zatem zapraszam państwa na podcast George Adamski i jego kontakty z UFO. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj postanowiłem wejść trochę w kompetencje Piotra Cielebiasia i opowiedzieć państwu historię o UFO i kontaktowcach. Tych kontaktowcach z lat pięćdziesiątych XX wieku. Zanim jednak przejdę do rzeczy, nieśmiało chciałbym przypomnieć o łapkach w górę, komentarzach, poleceniach, a tym, którzy jeszcze nie zasubowali, oczywiście o subach. Mam też prośbę o spokojne obejrzenie reklam. Są tylko na początku i na końcu filmu. Państwu w niczym nie przeszkodzą, a mnie pozwala to rozwijać kanał. Ale do rzeczy.
Powiedziałem, że będzie o UFO i kontaktowcach. Będzie. Ale zanim o nich opowiem, muszę opowiedzieć o dwóch postaciach, które wywarły ogromny wpływ na wspomnianych kontaktowców, w tym na George'a Adamskiego. Pierwsza z tych postaci żyła na przełomie XIX i XX wieku. William Scott-Elliot, bo o nim mowa, żył w latach 1849-1919. Był teozofem, który rozwinął koncepcję rdzennych ras Heleny Bławackiej, wielkiej postaci teozofii. Zrobił to w kilku publikacjach książkowych, a w szczególności w tomie „The Story of Atlantis" z 1896 roku i „The Lost Lemuria" z 1904. Później, w 1925 połączono je w jeden tom zatytułowany, cóż za zaskoczenie, „The Story of Atlantis and the Lost Lemuria". Dzieła te powstały dzięki temu, że w pewnym okresie swego życia William Scott-Elliot nawiązał kontakt z teozofem Charlesem Websterem Leadbeaterem. To był teozof, o którym należałoby zrobić osobny podcast i pewnie kiedyś zrobię.
A jeśli komuś nie starcza cierpliwości i nie będzie się mógł doczekać, to proponuję przetrząsnąć internet. Sporo informacji państwo znajdziecie. A tak w ogóle to podobną uwagę o tym, że jakieś losy jakiejś postaci warto byłoby rozwinąć w osobnym programie, usłyszycie państwo dzisiaj jeszcze kilka razy. Wracając do przerwanej myśli. William Scott-Elliot nawiązał kontakt z Charlesem Websterem Leadbeaterem, który twierdził, że otrzymał wiedzę o starożytnej Atlantydzie oraz Lemurii od mistrzów teozoficznych, a oni posiedli ją dzięki jasnowidzeniu astralnemu, cokolwiek to oznacza. Leadbeater przekazał swoje odkrycia Scottowi-Elliotowi, który podjął badania naukowe, aby owe twierdzenia poprzeć dowodami. Jedno można powiedzieć z całą pewnością. Leadbeater i Scott-Elliot dostarczyli znacznie więcej szczegółów niż Bławacka na temat życia domniemanych rdzennych ziemskich ras, czyli Atlantydów i Lemurian. Scott-Elliot zlokalizował Lemurię na Oceanie Spokojnym, twierdząc, że był to gigantyczny ląd, który ostatecznie zatonął, pozostawiając tylko małe wyspy. Lemurianie mieli ponoć około piętnastu stóp wzrostu, brązową skórę i płaskie twarze bez czoła, z wydatnymi szczękami.
Widzieć mieli na boki, podobnie jak ptaki i mogli chodzić w przód i w tył z równą łatwością. Istoty te rozmnażały się z jaj, ale krzyżowały się ze zwierzętami, tworząc małpopodobnych przodków człowieka. Po upadku Lemurii na Atlantydzie pojawiły się ponoć nowe rasy z ocalałych małpopodobnych stworzeń. Doprowadziło to do powstania rasy Atlantydów. Byli to czarnoskórzy Rmoahal, miedzianoskórzy Tlavatli oraz Toltekowie, którzy posiadali ponoć zaawansowaną technologię, w tym sterowce. Następcami Tolteków byli pierwsi Turańczycy, a następnie pierwotni Semici. Później wytworzyły one kolejne podrasy: Akadejczyków i Mongołów. Grupa Akadejczyków wyemigrowała do Wielkiej Brytanii około sto tysięcy lat przed czasami, o których pisał Scott-Elliot i tam zbudowali Stonehenge. Surowość owego projektu w porównaniu z finezyjną architekturą Atlantydy tłumaczona była tym, że prymitywna prostota Stonehenge miała być protestem przeciwko nadmiernej dekoracji świątyń istniejących na Atlantydzie. Scott-Elliot twierdził również, że Atlantyda dzieliła się na dwie połączone ze sobą wyspy.
Jedna nosiła nazwę Daitya, druga Ruta. Ostatecznie pozostała tylko resztka Ruty zwana Posejdonisem, ale potem i ona zniknęła. Idee Scotta-Elliota, o których wspomniałem, zostały przytoczone jakiś czas później przez Rudolfa Steinera w esejach opublikowanych następnie jako książka „Atlantyda i Lemuria". A tak na marginesie, to właśnie Rudolf Steiner jest kolejną postacią, którą warto byłoby się zainteresować, no i być może umieścić w jednej z kolejnych audycji. Zróbmy mały przeskok w czasie i zajmijmy się inną postacią, a mianowicie Desmondem Arthurem Peterem Leslie, który żył w latach 1921–2001. To był, proszę państwa, brytyjski pilot, scenarzysta i muzyk, ale chyba przede wszystkim niesamowity ekscentryk. W czasie II wojny światowej służył jako pilot Spitfire'a w RAF, a w czasach pokoju stał się jednym z pionierów muzyki elektronicznej. I rzecz dla nas najważniejsza: był współautorem jednej z pierwszych książek o UFO, „Flying Saucers Have Landed” z 1953 roku. Napisał ją wraz z kontaktowcem UFO, George'em Adamskim. Do Desmonda Leslie jeszcze wrócimy, a teraz zajmijmy się wspomnianym George'em.
Otóż George Adamski urodził się w 1891 roku, a konkretnie urodził się 17 kwietnia 1891 w Bydgoszczy. Sami więc państwo rozumiecie, że mam do człowieka pewną słabość. Rodzicom najwyraźniej nie podobało się w Cesarstwie Niemieckim. Tak, bo Bydgoszcz, zwana wówczas Brombergiem, leżała w zaborze pruskim. Nie za bardzo im się chyba podobało w Cesarstwie Niemieckim i postanowili szukać szczęścia za oceanem. W ten sposób młody Adamski trafił do Ameryki w wieku około dwóch lat. W latach 1913–1916 był żołnierzem 13. Pułku Kawalerii Stanów Zjednoczonych walczącego na granicy z Meksykiem podczas powstania, na czele którego stał Pancho Villa. W 1917 roku Adamski ożenił się z Mary Schimberski. Zmarła w 1954 roku.
Po ślubie Adamski przeniósł się na Zachód, gdzie pracował w Parku Narodowym Yellowstone, potem w młynie w Oregonie oraz w fabryce betonu w Kalifornii. W latach 20. XX wieku Adamski zainteresował się teozofią i jej odmianą zwaną neoteozofią. Głównymi innowacjami owej neoteozofii w stosunku do nauk madame Blavatsky, o której trzeba będzie również zrobić kiedyś osobną audycję, było skupienie się na badaniu przeszłych wcieleń za pomocą jasnowidzenia, a także promocja nauk niejakiego Krishnamurtiego. To kolejna postać, która zasługuje na swój osobny odcinek. Trzeba by tę postać jakoś przywołać. W każdym razie urodzony w 1895 roku Krishnamurti był indyjskim filozofem, mówcą, pisarzem i postacią duchową. Jako dziecko został adoptowany przez wyznawców tradycji teozoficznej i wychowano go do pełnienia zaawansowanej roli nauczyciela świata. Jednak w wieku dorosłym Krishnamurti porzucił nauki teozoficzne à la madame Blavatsky i zdystansował się od związanego z nimi ruchu religijnego. Adamski przez jakiś czas chłonął nauki neoteozofii, a w latach 30.
XX wieku założył Królewski Zakon Tybetu, którego nauki czerpały już z jego własnych psychicznych przekazów od, jak twierdził, tybetańskich mistrzów. Na początku drugiej połowy lat 40. Adamski wykonał ponoć zdjęcia statków kosmicznych pochodzących z innych planet. Wykonał je ponoć przez swój teleskop, ale o tym za chwilę. Wcześniej była jeszcze obserwacja nieuwidoczniona na fotografiach. 9 października 1946 roku podczas deszczu meteorytów Adamski i jego przyjaciele przebywali na kempingu Palomar Gardens. To tam byli świadkami przelotu dużego statku matki w kształcie cygara. Mówiłem o zdjęciach. Pierwsze zdjęcia pojawiły się na początku 1947 roku. Adamski sfotografował coś, co według niego było statkiem matką, takim samym, jaki widział na kempingu kilka miesięcy wcześniej.
Obiekt przemieszczał się na tle Księżyca latem 1947 roku, a przypomnę, że był to rok pierwszych szeroko nagłośnionych obserwacji UFO w USA. Skoro już przypominam, to dodam jeszcze, że obserwacja UFO przez Kennetha Arnolda miała miejsce 24 czerwca 1947 roku. Latem 1947 roku Adamski twierdził, że jednego wieczoru zaobserwował aż 184 UFO przelatujące po niebie. W 1949 roku Adamski zaczął wygłaszać pierwsze wykłady na temat UFO dla grup obywateli oraz innych organizacji w południowej Kalifornii. W swoich prelekcjach zawarł różne, mniej lub bardziej fantastyczne twierdzenia Takie jak na przykład to, że rząd i nauka ustaliły już istnienie UFO dwa lata wcześniej poprzez radarowe śledzenie siedmiusetmetrowego statku kosmicznego w okolicy Księżyca. W swoich wykładach Adamski twierdził również, że nauka wie, iż wszystkie planety w Układzie Słonecznym są zamieszkałe, a zdjęcia Marsa wykonane w obserwatorium Mount Palomar dowiodły, że kanały na Marsie są stworzone przez istoty rozumne, przez inteligencję znacznie przewyższającą ludzką. Na początku lat pięćdziesiątych twierdzenia Adamskiego o możliwości zamieszkiwania Wenus, Marsa oraz innych planet Układu Słonecznego były już jednak sprzeczne z licznymi dowodami naukowymi. To nie tworzyło dobrej atmosfery i trudno się dziwić, że ufolodzy z tak zwanego głównego nurtu byli nastawieni do Adamskiego raczej sceptycznie. I to i tak jest najbardziej delikatne wyrażenie owego nastawienia, jakie mogę przywołać. Niektórzy z nich twierdzili nawet, że tu cudzysłów, „rewelacje Adamskiego i jemu podobnych sprawiają, iż poważni badacze UFO nie są traktowani z szacunkiem”.
Pomimo tego rodzaju opinii zdjęcia wykonane przez Adamskiego cieszyły się jednak stosunkowo dużym zainteresowaniem. A jednak to dopiero wydarzenia, które rozpoczęły się 20 listopada 1952 roku, uczyniły z Adamskiego najsławniejszego w tamtym czasie kontaktowca. Otóż Adamski, odpowiadając na channelingowe wskazówki od istot pozaziemskich, które jakoś tak jakby niepostrzeżenie zastąpiły tybetańskich mistrzów. Taa, zastąpiły, ale ich przekazy pozostały zadziwiająco podobne zarówno w formie, jak i treści. A zatem Adamski, odpowiadając na channelingowe wskazówki od istot pozaziemskich wraz z sześcioma innymi poszukiwaczami wyruszył na pustynię w pobliżu Desert Center w Kalifornii. Rzekomo wszyscy zobaczyli duży obiekt w kształcie łodzi podwodnej unoszący się na niebie. Sądząc, że statek szuka właśnie jego, Adamski opuścił przyjaciół i oddalił się od głównej drogi. Po stosunkowo niedługim czasie w pobliżu mężczyzny wylądował zwiadowczy statek kosmiczny wykonany z półprzezroczystego metalu. Jego pilotem był ponoć sympatyczny mężczyzna o imieniu Orthon, przystojny blondyn z Wenus. Adamski opisał Orthona jako humanoida średniego wzrostu z długimi blond włosami i opaloną skórą, chociaż jak twierdził Adamski, cytuję, „jego spodnie nie były takie jak moje”.
Kontaktowiec powiedział też, że Orthon komunikował się z nim za pomocą telepatii oraz gestów. Podczas rozmowy przybysz ostrzegał ponoć przed niebezpieczeństwem wojny nuklearnej, a Adamski relacjonował później w sposób następujący: „obecność tego mieszkańca Wenus była jak ciepły uścisk wielkiej miłości i wyrozumiałej mądrości”. Adamski twierdził, że Orthon odmówił, gdy kontaktowiec chciał go sfotografować, a zamiast tego poprosił o dostarczenie mu czystej kliszy fotograficznej, którą Adamski rzekomo Orthonowi dał. George Hunt Williamson, współpracownik Adamskiego, twierdził również, że po odejściu Orthona był w stanie wykonać gipsowe odlewy odcisków jego butów. Odciski owe zawierały tajemnicze symbole, które według Adamskiego były wiadomością od Orthona. Taa. 13 grudnia 1952 roku podczas następnego kontaktu bezpośredniego Orthon miał zwrócić płytę fotograficzną Adamskiemu. Po jej wywołaniu okazało się, że zawiera ona nowe, dziwne symbole. To właśnie podczas tego spotkania Adamski wykonał ponoć najsłynniejsze zdjęcie wenusjańskiego statku zwiadowczego. Jednak już w tamtym czasie sceptycy twierdzili, że fotka wygląda, no podejrzanie i usiłowali znaleźć ziemski przedmiot, który posłużył do mistyfikacji.
Jeśli wierzyć sceptykom, przedmiotem tym miała być pokrywa inkubatora. Ale niczego nie przesądzam, ja tylko relacjonuję. Poważni badacze UFO szydzili z relacji Adamskiego, ale wielu ludzi na całym świecie po prostu mu uwierzyło. Co więcej, wierzyło mu nawet wówczas, gdy opowieści Adamskiego stawały się, no coraz bardziej, coraz bardziej dziwne i nieco oderwane od realiów naukowych. O angielsko-irlandzkim ekscentryku, muzyku i filmowcu Desmondzie Leslie już wspominałem. Ten facet na początku lat pięćdziesiątych nawiązał korespondencję z Adamskim. George wysłał mu pisemną relację o swoim kontakcie z Orthonem oraz oczywiście zdjęcia. A jak najprościej zainspirować filmowca? Pokazać mu obrazek. Leslie wziął się do pracy i tak powstała książka podpisana nazwiskami obu panów.
Książka wydana w 1953 roku, a zatytułowana Flying Saucers Have Landed. No i książka stała się bestsellerem. Przyciągnęła uwagę mediów i wypromowała Adamskiego, przy okazji Lesliego. Desmond oczywiście z tego skorzystał. Podekscytowany opowieściami Adamskiego stworzył wspólnie z Hansem Jacobym scenariusz filmu „Stranger from Venus”, który został wyreżyserowany przez Barta Balabana i trafił do kin w 1954 roku. Film ten znany jest również pod innym tytułem, a mianowicie „The Venusian”. Film zaczyna się od obrazu latającego spodka obserwowanego na niebie przez wielu świadków nad brytyjską wsią. Przy okazji warto też wspomnieć o jeszcze jednym źródle inspiracji. Była nim ponoć oprócz opowieści Adamskiego książka Williama Scotta Elliota, o której mówiłem na początku podcastu. Książka „The Story of Atlantis and Lost Lemuria”.
W roku 1954 Leslie odwiedził Adamskiego w Kalifornii. Twierdził później, że był świadkiem przelotu kilku UFO. Leslie opisał jeden z pojazdów w liście, który wysłał do żony. Cytuję: „Piękny złoty statek o zachodzie słońca, ale jaśniejszy niż zachód słońca. Powoli zanikał tak jak ono”. Adamski twierdził, że kosmici z Wenus i innych planet w Układzie Słonecznym obawiali się testów bomb jądrowych w ziemskiej atmosferze. Twierdzili, że w ten sposób zabite zostanie całe życie na Ziemi, a promieniowanie rozprzestrzeni się w kosmos i zanieczyści inne planety. Tenże Adamski twierdził też, że nordyccy kosmici czcili bóstwo określane jako Stwórca Wszystkiego. Mówił również, że my na Ziemi wiemy bardzo mało o owym Stwórcy. Nasze rozumienie jest płytkie.
Spotkania z Adamskim musiały wywrzeć ogromny wpływ na Desmonda Leslie, bo w połowie lat 50. nakręcił on jeszcze jeden film. Niskobudżetowy film o UFO zatytułowany „Them in the Thing”. Zrobił to w swoim domu w Castle Leslie, a latający spodek w owym obrazie został stworzony przez lustra odbijające blask renesansowej tarczy zawieszonej na żyłce wędkarskiej. Film ten zaginął na całe dziesięciolecia, ale został ponownie odkryty w 2010 roku. Wróćmy do Adamskiego. Wydana w 1955 roku książka „Inside the Space Ships” opisywała jego przygody z Venusianami, Marsjanami i Saturnianami, którzy przybywali na Ziemię, martwiąc się, jak mówiłem, autodestrukcyjnymi ciągotami ludzkości. Ci kosmiczni bracia, jak ich nazywał Adamski, a za nim jego uczniowie, okazali się w gruncie rzeczy straszliwymi nudziarzami. Według relacji Adamskiego snuli długie, rozwlekłe przemowy, nabite dosłownie frazesami i banałami w gruncie rzeczy. A w dodatku pełno było w tym wszystkim nużącej metafizycznej gadaniny, gadaniny o niczym.
Zdaje się, że Adamski nie wyzbył się neoteozoficznego gadulstwa z wcześniejszych etapów swojego życia. W książce „Inside the Space Ships” Adamski twierdził ponadto, że Orthon zaaranżował dla niego podróż po Układzie Słonecznym. Twierdził, że podczas jednej z podróży spotkał liczącego tysiąc lat wielkiego filozofa ludzi kosmosu, którego nazywano Mistrzem. Adamski relacjonował, że on i Mistrz dyskutowali o filozofii, religii oraz miejscu Ziemi we wszechświecie. George dowiedział się, że został wybrany przez nordyckich kosmitów, aby nieść ich przesłanie pokoju ludziom na całej Ziemi i że inni ludzie na przestrzeni dziejów również służyli jako posłańcy. Wśród nich był między innymi Jezus Chrystus. Adamski twierdził ponadto, że kosmici żyją spokojnie na Ziemi i że spotykał się z nimi w barach i restauracjach w południowej Kalifornii. Podsumowując, w książkach i wykładach Adamski relacjonował swoje spotkania z przyjaznymi Venusianami, Marsjanami i Saturnianami oraz twierdził, że wysocy urzędnicy rządowi, będący w istocie w kontakcie z kosmicznymi braćmi, doskonale wiedzą, że on, George Adamski, mówi najszczerszą prawdę. Mimo to pewnego grudniowego dnia 1957 roku Adamski był dosłownie zszokowany, gdy otrzymał list napisany na papeterii Departamentu Stanu USA. List z pieczęcią owego departamentu oraz stemplem pocztowym z Waszyngtonu.
Pismo podpisane było R.E. Straith z Komitetu Wymiany Kulturalnej. Zacytuję Państwu fragment. „Departament ma w aktach wiele dowodów potwierdzających pańskie twierdzenia. Chociaż z pewnością departament nie może publicznie potwierdzić pana obserwacji, może jednak, jak sądzę, zachęcić pana do dalszej pracy”. List Straitha zelektryzował zwolenników Adamskiego, ale zelektryzował ich w dosyć specyficzny sposób. Niemal natychmiast oskarżyli departament o ukrywanie prawdy i nasilili owe oskarżenia, gdy departament zaprzeczył, jakoby jakikolwiek Straith pracował w tej instytucji. Departament zaprzeczył również, aby istniała w niej komórka o nazwie Komitet Wymiany Kulturalnej. Sceptyczni ufolodzy byli przekonani, że list jest ewidentnym falsyfikatem. Analityk Lonzo Dove uważał, że pismo zostało napisane na maszynie Graya Parkera, wydawcy książek, czasopism i broszur o latających talerzach.
Tak się wówczas mówiło. Kiedy jednak Dove przesłał artykuł na ten temat do redaktora Saucer News, Jima Moseleya, Moseley odrzucił tekst, twierdząc, że Dove w najmniejszym stopniu nie udowodnił swoich racji. Okazało się, ale po wielu latach, że analityk Lonzo Dove miał rację. Już po śmierci Barkera w grudniu 1984 roku Moseley wyznał, że to on i Barker napisali list na oficjalnej papeterii dostarczonej przez przyjaciela Barkera, młodego człowieka ze względnie wysokim stanowiskiem w rządzie. Jak widać, już wówczas środowisko interesujące się UFO wprost uwielbiało robić sobie, powiem to delikatnie, pod górkę. Wahałem się, czy opisać państwu życie Adamskiego do lat 50., czasu jego największych sukcesów, czy pociągnąć temat dalej, bo dalej nie było okej. I zrozummy się dobrze. Nie chodzi mi o to, co mówił Adamski, ale jak był odbierany jego przekaz, a niestety nie był odbierany już entuzjastycznie. Zresztą posłuchajcie państwo i sami wyróbcie sobie zdanie na ten temat. W roku 1962 Adamski ogłosił, że weźmie udział w międzyplanetarnej konferencji odbywającej się na planecie Saturn.
W 1963 roku twierdził, że został zaproszony na potajemną audiencję u papieża Jana XXIII i że otrzymał wówczas od papieża Złoty Medal Honoru. Sceptycy zauważyli jednak, że prezentowany medal był zwykłą pamiątką turystyczną wykonaną przez firmę z Mediolanu. Adamski stwierdził, że spotkał się z papieżem na prośbę istot pozaziemskich, z którymi rzekomo był w kontakcie. Miał omówić z głową Kościoła sprawy kontaktów obcych z duchowieństwem, a także zaoferować papieżowi płynną substancję, aby uratować go przed zapaleniem żołądka i jelit, na które ten cierpiał. Adamski zmarł na atak serca 23 kwietnia 1965 roku w wieku 74 lat w domu swojego przyjaciela w Silver Spring w stanie Maryland, wkrótce po wygłoszeniu wykładu na temat UFO. Przez dziesięciolecia wokół opowieści Adamskiego narosło sporo krytyki i wątpliwości. Obcy, których Adamski miał spotkać w latach 50., byli opisywani, jak już wspomniałem, jako humanoidy o jasnej skórze i jasnych włosach. Pochodzić mieli z Wenus, Marsa i innych planet Układu Słonecznego. Dzisiaj nauka jest właściwie jednomyślna co do tego, iż żadna z wymienionych przez niego planet nie jest w stanie podtrzymać życia ze względu na niekorzystne warunki środowiskowe. Nie chcę wchodzić w dyskusję, jak tam jest na innych planetach.
Nie będę też dyskutował, czy one w ogóle istnieją, czy też może są na przykład hologramem, bo to nie czas ani nie miejsce. Dla potrzeb tych rozważań uznajmy, przynajmniej na chwilę, że jest tak, jak piszą naukowcy. Układ Słoneczny wypełniony jest martwymi, wrogimi życiu planetami. Czy coś z tego wynika? Czy to o czymś przesądza? Okazuje się, że nie do końca. A już trzeba sporo złej woli, aby z uśmiechem wyższości przylepić Adamskiemu nalepkę z napisem: świadomy oszust i kłamca. Zapytacie państwo dlaczego? Zanim odpowiem, przytoczę jeszcze kilka argumentów z puli przeciwników George'a Adamskiego. Mówią oni na przykład o tym, że pierwszy kosmita, którego Adamski spotkał, pochodził z Wenus, a tymczasem ciśnienie atmosferyczne na powierzchni planety to 93 bary, czyli jest takie jak niemal kilometr pod powierzchnią wody na Ziemi.
Temperatura jest tam koszmarna. Nie dochodzi wprawdzie do 500 stopni Celsjusza, ale brakuje bardzo niewiele. Do tego jeszcze deszcze kwasu siarkowego, atmosfera niemal wyłącznie z dwutlenku węgla. No koszmar. Adamski opisał w jednej z książek podróż na niewidoczną stronę Księżyca. Twierdził, że widział tam miasta, drzewa, ośnieżone góry. Twierdził również, że pierwsze zdjęcia niewidocznej strony Księżyca, które zostały wykonane przez radziecką sondę księżycową Łuna 3 w 1959 roku, zostały świadomie zmienione przez Sowietów tak, aby przedstawiały jałową, martwą powierzchnię, po to, by ukryć to, co widział Adamski. Tymczasem współczesne zdjęcia Księżyca pokazują, że cała jego powierzchnia jest pozbawiona życia i że nie ma tam atmosfery. Możemy oczywiście powiedzieć, że Księżyca w ogóle nie ma, bo jest hologramem. Przynajmniej tak uważają niektórzy, ale to również jest temat na inną okazję i na inną dyskusję.
Dlaczego zatem w obliczu twierdzeń nauki na temat tego, jak wygląda Układ Słoneczny, ja twierdzę, że nie trzeba od razu ciskać w Adamskiego kamieniem z napisem „kłamca”? Otóż historyk UFO Jerome Clark napisał kiedyś: „Niektórzy zwolennicy Adamskiego upierali się, że Wenus, Mars, Saturn i reszta były jedynie słowami kodowymi dla planet znajdujących się w innych układach gwiezdnych. W publicznych pismach Adamskiego nie ma jednak nic, co by potwierdzało tę interpretację”. Niby nie ma, ale przecież sam Adamski mógł być tylko narzędziem. Mógł nie zdawać sobie sprawy z faktu, iż obcy przedstawiają mu uproszczoną wersję świata, a właściwie wszechświata. Może w całej historii Adamskiego nie chodziło o szczegóły, tylko o to, aby ludzie zaczęli kojarzyć UFO nie tylko z filmami SF i magazynami pulpowymi z prozą, ale także z jakimś realnym zjawiskiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale sądzę, że warto taką możliwość, taką hipotezę dopuścić. Pamiętacie państwo, jak w pewnym momencie wspomniałem o spotkaniu Adamskiego z tysiącletnim Mistrzem Kosmosu? Otóż ów Mistrz uraczył Adamskiego następującą opowieścią: „W bezmiarze kosmosu istnieją niezliczone ciała, które wy na Ziemi nazywacie planetami. Różnią się one wielkością, podobnie jak wszystkie formy, ale są bardzo podobne do waszych i naszych światów, a większość z nich jest zaludniona i rządzona przez formy takie jak wy i takie jak my.
Podczas gdy niektóre z nich dopiero dochodzą do punktu, w którym są w stanie utrzymać takie formy jak nasza, inne nie osiągnęły jeszcze tego etapu rozwoju. Musicie bowiem zrozumieć, że światy są tylko formami i one również przechodzą przez długi okres rozwoju, jakiego doświadczają wszystkie formy, od najmniejszych do największych”. Musimy zdać sobie sprawę, że kosmos dla ludzi lat 50. wyglądał inaczej niż ten, który znamy my. Wówczas sądzono, że układy planetarne są we wszechświecie czymś bardzo rzadkim. Tymczasem my wiemy dzisiaj, na podstawie odkryć teleskopów orbitalnych, ale nie tylko, że planety i układy planetarne to w kosmosie coś bardzo popularnego. Tak naprawdę jeszcze w latach 80. uważano, że gwiazd z planetami jest w galaktyce niewiele. W kosmicznej skali oczywiście. Tymczasem my dzisiaj wiemy coś zupełnie innego.
Opowiadanie ludziom z lat 50., że planet jest bardzo dużo, gdy jak zwykle przemądrzała nauka ziemska twierdziła, że jest ich mało, to również nie sprzyjałoby wiarygodności Adamskiego. Może zatem obcy wybrali wariant, nazwijmy go przystosowawczy. Wariant, którego ideę można byłoby wyłożyć mniej więcej tak: niech ludzie najpierw przywykną do tego, że kosmici istnieją, a do tego, że nie pochodzą z Wenus lub Marsa, przyzwyczaimy ich później. Sprostujemy, wygładzimy, opowiemy, jak jest naprawdę. Ale wszystko później. Może w XXI wieku. Powtórzę, nie wiem, jak było, ale temat Adamskiego i pierwszych kontaktowców wydaje się ciekawy. A tych kontaktowców w latach 50. był cały oddział. Niektórzy snuli opowieści podobne do opowieści Adamskiego, inni trochę nie, zupełnie inne.
Obiecuję zatem, że za tydzień, dwa, może trzy wrócę do tego tematu i przedstawię państwu kilku przedstawicieli tak zwanych kontaktowców z lat 50. A wierzcie mi państwo, ich opowieści są naprawdę fascynujące. Nie wiem, czy są prawdziwe, ale fascynujące są z całą pewnością. Tak. I to już wszystko na dzisiaj. Pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Pozdrawiam i zapraszam na kolejną audycję na kanale Wehikuł Wyobraźni. I jeszcze mała prośba. Film zaraz się skończy i pojawi się reklama. Nie wyłączajcie jej, państwo, niech sobie poleci.
Dla was to niewielkie wyrzeczenie, a mnie pozwoli to rozwijać kanał. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Pozdrawiam i do usłyszenia. Tak, proszę państwa, to był George Adamski, człowiek, który rozmawiał z obcymi. Tak sobie myślę, że czas teraz na niespodziankę. Tak, proszę państwa, wczoraj, a właściwie tak praktycznie dzisiaj, czyli w piątek 16., chociaż podobno 15., wszedł do kin film „Alien: Romulus”. I my dla państwa z Piotrem poderwaliśmy się wcześnie rano, bilety sobie zaklepaliśmy i obejrzeliśmy dla państwa ten film. Zapraszam zatem na ekstra wydanie „Filmotekarium”, ekstra wydanie o premierze, o dzisiejszej premierze, jeśli oglądacie państwo akurat w piątek 16. W każdym razie o filmie „Alien: Romulus”. Dzień dobry, wieczór, Piotrze w niespodziankowym „Filmotekarium”.
[42:12] - Tak, bardzo niespodziankowym. Wręcz mogę powiedzieć dzień dobry, bo jesteśmy świeżo po, że tak powiem, seansie najnowszej nowości w postaci nowego obcego Romulusa. Marku, jakie były twoje wrażenia? Bo ja jeszcze się nie mogę otrząsnąć. Niestety nie mogę się otrząsnąć. Za chwilę powiem. Jak ty znajdujesz tą część?
[42:38] - Mam kłopoty ze znalezieniem, tak bym to powiedział, ponieważ moje oczekiwania były mocno rozbudzone. One zresztą częściowo, tu sobie westchnę odpowiednio głęboko. Częściowo zresztą Twierdziły się, ale nie w taki sposób, jak sobie to wymarzyłem. Otóż było dużo głosów dotyczących tego, że Alien: Romulus będzie nawiązywał do pierwszego Aliena. I muszę powiedzieć, że tak się rzeczywiście stało. Nawet nie tylko do pierwszego, ale do kilku innych Alienów również. Tak, tylko że efekt chyba nie jest taki, jaki sobie wymarzyłem. Myślę, że takim najlepszym i najkrótszym podsumowaniem, podsumowanie na początku, niech będzie, podsumowaniem Aliena: Romulusa będzie rzecz zaciągnięta z internetu, czyli że to jest tak naprawdę Goonies w kosmosie, Goonies ganiający się z alienem.
[43:49] - Tak. Nie chcemy wam za dużo mówić, dlatego że ta audycja pojawia się w zasadzie chyba w drugim dniu, kiedy ten film jest dostępny w kinach i wiele by wam pewnie nasza recenzja popsuła, gdybyśmy zaczęli to opowiadać. Ale przyznam, nie ma co opowiadać. Samo to, co powiedziałeś przed chwilą, dokładnie ten film streszcza i on jest po prostu za długi. Nie można tego wytrzymać. To widać przede wszystkim, Marku, co jest widać? Ten film, jeżeli śledziliście powstawanie Romulusa, początkowo miał być produkcją na streaming. Słyszeliśmy nawet, że miało to być serialem i to niestety jest widać. Mamy straszne ubóstwo, jeżeli idzie o scenografię. Muszę to niestety powiedzieć, mamy regres, jeżeli chodzi o postać aliena.
Xenomorfa. Nie przeraża, niestety nie przeraża. Marku, co się tam stało z tym xenomorfem? On już nie jest taki, jak był. Ja mam takie wrażenie, że za dużo wszystkiego, za dużo alienów, za dużo pościgów, za dużo krwi, chociaż może nie za bardzo, a za mało treści jest w tym filmie. Rzeczywiście naćkano tam mnóstwo odnośników do Ósmego pasażera. Pojawia się nawet odnośnik wizualny do Prometeusza na samym końcu, ale gdybym miał to oceniać, to tak jak płakałem kiedyś i mówiłem, jakim to jednocześnie dobrym i złym filmem było Obcy: Przymierze, tak tutaj bezsprzecznie moim zdaniem jest to najgorsza część. I muszę też przyznać, że takie trochę gonienie w piętkę to jest. Ewidentnie produkt dla amerykańskiego widza, w którym nie ma zasadniczo zbyt dużej dawki jakiejś historii. Mamy co prawda strasznego potwora, mamy gonitwę, mamy troszeczkę oczywiście rozterek emocjonalnych, ale niestety to już wszystko było.
Powiem ci, ja dawno nie byłem tak zawiedziony filmem, którego się spodziewałem. Bo jednak zawsze było tak, że Obcy, jaki on by tam nie był, jaki by zły nie był, to jednak się to fajnie oglądało. Pamiętasz, jak w tych naszych rozważaniach nawet sprzed dwóch tygodni, kiedy mówiliśmy o Ósmym pasażerze, tam padły takie słowa, że możemy narzekać na różne części, szczególnie te późniejsze, ale zawsze jest tak, że jest fajny klimacik, że jest to przedstawione tak, że nikt inny nie jest w stanie oddać tego świata, nawet wnętrz tych statków, tych stacji kosmicznych czy tych stacji naziemnych, tak jak to ma miejsce w serii o Obcym. A tutaj jest kiepsko. Powiem ci, że przypomina to po prostu serial. Dawno temu omawialiśmy taką koreańską produkcję o księżycu i tutaj jest bardzo podobnie. Czyli w sumie taka kameralna akcja, taki teatr telewizji w kosmosie. W sumie dzieje się wszystko cały czas jakby nie było w jednym miejscu, oczywiście z pewnymi wyjątkami. I mamy rozterki bohaterów, którzy tak jak w operze, jak to często mówisz, oni nie śpiewają, że sobie idą, ale oni sobie tak walczą, walczą, walczą, aż się dowalczą. Niestety.
Druga rzecz, Marku, prorocza. Otóż kiedy rozmawialiśmy jakiś czas temu o xenomorfach, mówiliśmy o Romulusie, mówiliśmy o Ósmym pasażerze, mieliśmy kilka tych audycji. Ja tam powiedziałem, że zawsze w serii o Obcym jest tak, że jest bohaterka, jest android, jest Obcy i ten Obcy na końcu zostaje wypierdzielony w kosmos widowiskowo. Tak, przepowiedziałem przyszłość, ale nic wam więcej nie powiem, bo pewnie wiele osób by się obraziło. Nie wiem. Nie to, że jestem zdruzgotany, bo aż tak bardzo to nie przywiązuję się emocjonalnie do serii o xenomorfie, jednak pewien zawód jest.
[47:56] - Ja powiem w ten sposób: nie wiem, czy to jest najgorszy z filmów o alienie. Pewno musiałbym się zastanowić, czy nie widziałem gorszego. Natomiast jeśli się państwo spodziewacie czegoś nowego, czegoś takiego naprawdę nowego, nie mówię tu o dekoracjach czy o bohaterach, ale czegoś, co przełamuje uniwersum, czegoś, co wnosi jakiś ferment, jakieś nowe wartości, to porzućcie wszelkie nadzieje. Tu nie ma nic, absolutnie nic nowego. Są nawiązania i to naprawdę mówię po raz kolejny o tych nawiązaniach, ale one są tak wprost. Pamiętacie państwo jedne z ostatnich scen Sigourney Weaver, kiedy ona się tak po cichutku przebiera w kombinezon kosmiczny, żeby tego Obcego wywalić? Tu macie państwo taką samą scenę, trochę inny kombinezon, trochę inna bohaterka. I takich scen kalkowanych świadomie, ja wcale nie kłócę się, to jest oczywiście świadome kalkowanie, tylko pytanie po co? Po co? Są te kalkowania, tak jak powiedziałem, nie tylko z "Obcego óscego pasażera Nostromo", ale z kilku innych.
Ja państwu powiem coś więcej niż Piotr, bo tyle mogę jeszcze. Otóż zaczyna się ten film na paskudnej korporacyjnej planecie, na której wszyscy są biedni, upodleni, mają pracę albo nie mają pracy, albo szukają pracy, albo w ogóle jest syf i malaria. Tak sobie pozwoliłem. Ale istnieje szansa, żeby się stamtąd wyrwać, tylko kasy trzeba mieć trochę. I główna bohaterka, która się porusza, żeby było śmieszniej, z androidem, który w dodatku jest androidem starego typu. Tak, to ma znaczenie, że jest starego typu, ale to nie jest jedyny android w tym filmie. W dodatku ten android jest dobry i w związku z tym ma inny kolor niż złe androidy, które wiadomo, że są białe. I co się dzieje dalej? Młodzi ludzie wylatują na orbitę tej paskudnej korporacyjnej wydobywczej planety, bo jest tam jakiś statek i coś trzeba tam spenetrować. I penetrują.
I my bardzo szybko domyślamy się, że na owym statku zdarzyło się coś analogicznego, jak działo się na Nostromo. I tu zakończę swoją opowieść, bo dalej to już bym rzeczywiście zaczął spoilerować i to na ostro. Tego państwu oszczędzę. Sami zobaczcie, o co chodzi dalej. Ale jeszcze raz powtórzę: w tym obrazie nie ma nic nowego. Uwierzcie mi państwo, naprawdę. Starałem się znaleźć jakąś myśl, która by nas naprowadzała na jakiś ciekawy moment w tym filmie, który by nas naprowadzał na nowe otwarcie, nowy świat, nowe rozumienie, czy to ludzkich, czy ksenomorficznych postaci. A tu w dodatku mamy, Piotr powiedział, te ksenomorfy są też uwstecznione, jakby mniejsze. Poza tym głupie, kompletnie głupie w porównaniu z tym, co mieliście państwo okazję obserwować chociażby w "Ósmym pasażerze Nostromo". Jednak tamten ksenomorf kombinował po swojemu, ale kombinował całkiem groźnie.
Te kombinują, one są wyłącznie nastawione na rozmnażanie, co nie jest może złą cechą u tego rodzaju organizmów. Niemniej jednak, jak coś komuś przesłania wszystko inne, to zaczyna być monotematycznym idiotą. I takie właśnie te ksenomorfy są. One tylko o tym rozmnażaniu i powieleniu bardziej może. I w dodatku, znowu niewiele zdradzając, mamy do czynienia z takim, przed audycją z Piotrem rozmawialiśmy, tak to nazwałem, nie wiem, czy słusznie, czy niesłusznie, czy mnie historia źle oceni, ale nazwałem, że w pewnym momencie ten film przekształca się w taki body horror. I macie państwo dużo o biologii ksenomorfa. Tylko ja nie wiem, czy ja chciałem to wszystko wiedzieć. Naprawdę nie wiem.
[52:40] - Najciekawsza jest końcówka, w której mamy ukazaną nową formę, taką, która nawiązuje do jednej z nowszych części. Nie będę już więcej wam mówił, ale każdy odcinek "Obcego" ma w sobie coś z body horroru. Body horror, jeżeli nie wiecie, to jest taka forma horroru, gdzie eksponowanie przemian w ciele ludzkim czy różnego rodzaju mutacji chorób jest głównym elementem. Taki klasyczny body horror to jest "Mucha" na przykład.
[53:14] - Ale tu jest mocno podkręcone.
[53:16] - Tak. Oczywiście nie obejmuje to tylko ciała ludzkiego. Tutaj mamy pewne novum w postaci niektórych scen, ale powiem ci tak: troszeczkę, jeżeli chodzi o to, czym w ogóle jest ksenomorf, skąd on się to bierze, to tutaj nam niestety twórcy tak to zapętlili, że ktoś, kto się tym nie interesuje, to będzie miał problem ze zrozumieniem teraz w ogóle z czym się to to je, jak to jest, co to jest. Uniwersum "Obcego" się w ogóle rozjeżdża, rozjeżdża się część filmowa od tej literackiej i tej stworzonej przez twórców komiksów. Nie wiem, tutaj tak: nie ma klimatu w tym filmie, jest słaby. Scenografia jest serialowa. Widać, że to jest film trochę zrobiony po taniości. Ksenomorfów jest za dużo. Jak nas w "Ósmym pasażerze" straszył jeden, tak tutaj mamy ich dużo i one biegają i w sumie nie ma tego przerażenia, które było. Główna bohaterka, jak to w tej serii, może trochę bardziej żywa, może trochę bardziej charakterna niż ta w "Przymierzu".
Natomiast ona też wozi się z tym androidem, którego uważa za brata. I tak w sumie na samym początku się tego dowiadujemy. I tak: o co tu chodzi w ogóle? Kolejna rzecz: xenomorfy są w tym filmie głupsze niż ludzie. Głupsze, mniej odporne na przykład na broń i to też widać. Nie wiem, czy to był taki zabieg Marku, że to może jakaś alegoria jest, może to symbol jakiś jest czegoś, a my żeśmy tego nie wyłapali. Nie wiem. Powiem wam tak: dwie godziny w kinie wytrzymać na czymś takim będzie trudno. Bardzo trudno. To tak jak mówię, oglądałoby się teatr telewizji, który się dzieje w jednej scenerii, w jednym pokoju.
No i upakuj tam xenomorfa, upakuj tam coś, co samo w sobie jest przecież znaną marką, jest przecież mocną historią, jest czymś, z czym wiąże się tak naprawdę zawsze duże nadzieje, kiedy się pojawia nowa odsłona. Nie wiem. Słabo, słabo. Nie to, żebym zniechęcał kogokolwiek od pójścia do kina, ale jest to wyzwanie, żeby na tym filmie tyle wytrzymać, dlatego, że naprawdę nie dzieje się nic, jak śpiewał Grzegorz Turnau.
[55:50] - Ale powiem coś, co może państwa jednak zachęci do pójścia do kina. Otóż ten film dobrze pewne rzeczy maskuje. O tym maskowaniu za chwilę. Powiem jeszcze, że narzekałeś Piotrze na scenografię. Ona jest właśnie taka, jak to powiedzieć? Mówiłem w odcinku o ósmym pasażerze Nostromo, że te ciasne wnętrza, one są wcale nie takie ciasne w Nostromo, ale taka powiedzmy ograniczona przestrzeń, że to nawiązuje w jakiś sposób do gotyckiej powieści, do horroru gotyckiego, do tych wszystkich elementów. I rzeczywiście w Nostromo znajdzie się elementy gotyckości. Natomiast w Romulusie owszem, wnętrza są, jest zamknięta przestrzeń, ale tej gotyckości nie ma, zupełnie jej tam nie ma. Gdzieś sobie polazła i nie wiadomo. Owszem, jest czasami tajemniczo, czasami może nawet niektórzy uznają, że jest groźnie.
Jakoś się nie bałem, nie czułem napięcia. A teraz powiem o tym, co sobie zostawiłem na koniec. Otóż filmowcy potrafią nas jednak oszukać, bo ja oglądając pierwsze minuty filmu powiedziałem sobie: kurczę, jest nieźle. Bo tam jest taka cała sekwencja, która naprawdę przypomina, słowo przypomina jest kluczowe, te sekwencje z ósmego pasażera Nostromo. Też mamy pusty statek, tylko muzyki takiej klimatycznej nie ma, ale pusty statek, zapalające się ekrany. Coś się dzieje, chociaż się nic nie dzieje. Kamera krąży tak dziwnie i człowiek mówi sobie: wow, chyba naprawdę zrobili fajnego Aliena w podobnych klimatach i będzie fajnie. Ale to jest tylko początek. To są pierwsze minuty filmu i przyznam, że dałem się nabrać. Ja już państwa uprzedzam, żebyście się za bardzo nie cieszyli na początku, bo na początku rzeczywiście ucieszyć się można.
Później już tak fajnie nie jest, bo ta planeta, o której wspomniałem, taka korporacyjna. Mówię: dobra, wytrzymajmy, wytrzymajmy, może coś z tego będzie. Ale później ci gunnis dostają się na ten statek i zaczyna się coś, co jest tak moim zdaniem wtórne. Właśnie, bo tu stajemy przed podstawowym problemem. Obrońcy filmu powiedzą, że przecież to wszystko świadomie było nawiązanie takie jedno wielkie. Nie zgadzam się z tym. W tym filmie są nawiązania, wspomniałem o nich już chyba pięć albo sześć razy. Są nawiązania, ale trudno traktować, że wszystko tam jest nawiązaniem, bo to inaczej sensu by nie miało. I muszę powiedzieć, że tam właściwie w tym filmie są albo nawiązania, albo takie wariacje na temat poszczególnych filmów z serii Alien. I powtórzę to po raz kolejny: nie widzę, być może niedowidzę, ale nie widzę w tym filmie nic absolutnie nowego, nic, co pociągnęłoby i powiedziałbym sobie: tak, kurczę, państwu i teraz będzie fajnie.
Po tym filmie stwierdzam, że nie będzie fajnie. Może być nawet dramatycznie, bo to, proszę państwa, tego się nie da obronić. Moim zdaniem tego filmu się nie da obronić, ale to musicie państwo sami zobaczyć. Nie wierzcie nam na słowo.
[59:39] - Tak. Przypominało mi się, kiedy oglądałem Romulusa, to kiedy się pojawiły te najnowsze Gwiezdne wojny. Tam też grano strasznie nostalgią. Grano nostalgią, tutaj też się gra, nie oszukujmy się. Pojawia się tam postać z ósmego pasażera. Tylko że tak: mamy tam jakieś świadome nawiązania, zauważ, ale nie ma tej atmosfery, nie ma tej liminalności, jak to się niekiedy mówi, tego wrażenia abstrakcji połączonej z horrorem pustego statku, cieknących płynów i tak dalej. Jest jakoś tak przeciętnie strasznie. I jeżeli oni liczyli na to, że się ludzie zachłysną i powiedzą: o super, mamy nawiązanie, o jak fajnie, zaraz nam tutaj Ripley wyskoczy. Nie wyskoczy niestety. Duży minus jest taki Marku też, że w zasadzie wszyscy bohaterowie
[01:00:37] - Prócz głównej bohaterki i jej androidalnego brata to są takie paprotki. Mogłoby ich nie być. W ogóle ich nie zauważamy. Jak było w poprzednich częściach, ostatnich nawet, to zawsze ta grupa składała się z osób charakternych, wyrazistych. Tutaj jest tak, że w sumie byli sobie, nie byli. Przestaje nas to zupełnie obchodzić. Nie, ja tego nie kupuję. Moim zdaniem najgorszy odcinek, najgorsza część tej serii. Nie chcę powiedzieć, czy rujnująca to uniwersum, ale pokazująca coś, co żeśmy już powiedzieli: że Alien zawsze jest o tym samym i Alien odniesie tylko sukces kasowy, jeżeli będzie dla amerykańskiego widza. I tutaj jest dla amerykańskiego widza, bo się dużo dzieje.
Paradoksalnie, że się nic nie dzieje, ale jest wątek sensacyjny. Nie ma niestety wątku sci-fi takiego, jak ja bym oczekiwał. Powiedzmy sobie szczerze, że w Romulusie te postacie, poza główną bohaterką i jej robocim, androidycznym bratem, pozostałe są tylko po to, żeby w sposób spektakularny ginąć w różnych okolicznościach przyrody. I taki jest sens ich pojawiania się na ekranie. Od pewnego momentu to bardzo dobrze widać, bardzo dobrze czuć, że to większego sensu nie ma. Wiecie państwo, w takich starych serialach, chociażby „Kosmos 1999”, była stała obsada i od razu, jak odcinek zaczynał się, to od razu było wiadomo, kto zginie, bo to była postać nowa w tak zwanej starej obsadzie. Ktoś się nagle pojawiał i było wiadomo, że zginie. To zresztą nie tylko patent z „Kosmosu 1999”. W bardzo wielu serialach nowa postać pojawiała się tylko po to, żeby jakoś malowniczo zginąć. Tutaj mamy jeden wielki film o tym, jak malowniczo zginąć.
Właściwie od początku wiadomo, że główna bohaterka, to już pewne, musi przeżyć. Wszyscy inni zginą. Człowiek zastanawia się, jedyna wątpliwość, jedyne rozważania, które może snuć, czy jej brat roboci uchowa się, czy się może nie uchowa. Chociaż oczywiście stawiamy na to, że się jednak uchowa. Jeszcze powiedzmy o efektach specjalnych, bo one są chwilami, odnoszę wrażenie, że są specjalne, ale ta specjalność to jest specjalnej troski. Nie, żebym ja się jakoś specjalnie znał na efektach. Ja je oceniam w sposób wizualny, proszę państwa. Albo coś mnie bierze, albo nie bierze. Te efekty tutaj, one się bardzo starają. Te efekty się starają, ich twórcy się starają.
Mamy pierścień wokół planety i tam się różne rzeczy dzieją wokół tego pierścienia, szczególnie w końcowych minutach filmu. Ale jakoś ja naprawdę, ani te gwiazdy w tym kosmosie, ani ten statek, ani ten pierścień, ani ta planeta widziana z góry. Może się uprzedziłem po całkiem atrakcyjnym początku i później rozwinięciu, które już nie było takie atrakcyjne, to się może uprzedziłem do tych efektów również, ale odnoszę wrażenie, że one były jakoś po taniości robione. Że współczesne kino jest w stanie klarować efektami znacznie, ale to znacznie bardziej, znacznie mocniej działać na widza. A tu dostajemy poprawne, to wszystko jest poprawne, żebym nie był łapany za słowo, za słówka. Nie, tu nie ma kartonowych dekoracji, tu nie ma jakichś naprawdę sypiących się rzeczy. To wszystko mieści się w pewnych granicach. Ale już samo to, że to się mieści w granicach, a nie przełamuje tych granic, świadczy o tym, że „Obcy: Romulus” to jest jednak kino, które odcina kupony, a nie kino, które przeciera nowe szlaki. Smutne to w gruncie rzeczy. Tutaj mówiono wiele, że to będzie obce dla pokolenia Z tak zwanego.
No nie, na pewno nie. A może my nie jesteśmy pokoleniem Z? Może właśnie w komentarzach pod filmem dowiemy się, że to jest zajefajny film, którego my po prostu już nie rozumiemy. Będę trochę podłamany, ale wykluczyć się nie da. Tam nie ma co rozumieć. Wydaje mi się, że nie. Wiesz, chodzi o to, że nie sprzedaje się tego „Aliena” w dobry sposób. Tutaj sobie nawet przeglądam teraz oceny krytyków i są bardzo różne, bo na przykład Filmweb, kiedy się wygoogluje, pokazuje nam 5,2 na 10 i IMDb daje wyżej, bo daje coś około siedmiu. Ale teraz jak wchodzę sobie na Filmweb, to już jest wyżej. Tutaj nasi polscy recenzenci, nie wiem jakim kluczem, ale też bardzo wysoko tego „Aliena” cenią.
Rzeczywiście on jest poprawny, ale to jest tylko odcinanie kuponów. Nie spodziewajcie się tutaj niczego zaskakującego. Z drugiej strony to też nie jest taki wyraźny znak obumarcia serii, jak na przykład ogląda się dzisiaj „Park jurajski”, ten najnowszy i przypominacie sobie ten pierwszy. Tutaj może nie jest jeszcze aż tak źle, ale widać taką tendencję schyłkową. Ja ci powiem jeszcze taką rzecz: gdyby ten film-
[01:06:37] - Zaczęli od końca i te ostatnie sceny, te ostatnie stwory, które widzimy, postaci były punktem wyjścia, to ja bym się bardzo cieszył. Powiem ci, bo bym od początku był mega zaskoczony. Jest coś nowego, a tak naprawdę czekać tych ponad 100 minut na to, żeby zobaczyć to, co było na końcu, to niestety nie o to chodzi. Czy Romulus oznacza zmierzch wielkiej serii pod tytułem Obcy? Nie wiem. Moim zdaniem Obcy przejdzie w formę serialową. To jest tylko kwestia czasu. A jakie są wasze opinie? Chętnie ich posłuchamy, chętnie je przeczytamy. Ja tylko Marku jeszcze dodam jedno.
W niedzielę na UFO Historiach odcinek specjalny poświęcony właśnie Xenomorfowi, ale od trochę innej strony. My nie będziemy omawiać filmu, nie będziemy omawiać wcześniejszych filmów, ale popatrzymy na to, ile w tej historii o Xenomorfie jest scenariuszy realistycznych, ile jest czegoś, co może być przyszłością astronautyki. O tym i o innych sprawach sobie porozmawiamy.
[01:07:47] - A ja na koniec pozwolę sobie na tak zwany gruby żart. Może cała nadzieja dla Xenomorfów, dla całego uniwersum alienowego w tym, że wykupi go Disney i Disney będzie produkował kolejne seriale i więcej zrobi jakąś trylogię albo tetralogię, albo pentalogię o czymś, czego jeszcze nawet sobie nie wyobrażamy. I Disney sprowadzi to wszystko, dokąd Disney mógłby to sprowadzić. Wszystko wskazuje na to, że niedługo filmy, mam takie wrażenie, obserwując ostatnie produkcje, że filmy zmierzają w kierunku tego, już ten żart pewno przytaczałem, to go przytoczę jeszcze raz, że wreszcie Hollywood znalazło sposób na piratów. Otóż produkują tak złe produkcje, tak złe filmy, że nikt nie chce tego oglądać.
[01:08:49] - Okej, to tu kończymy, ja idę.
[01:08:53] - Tak, proszę państwa, przyznacie, że ciężkie jest życie recenzenta. Jakieś nocne, a właściwie poranne seriale. Co ja z tymi serialami? Seanse. Seriale to pewno dlatego, że dzisiaj będzie drugie Filmotekarium. Filmotekarium takie zaplanowane, dotyczące seriali. Tak więc zapraszam państwa bardzo serdecznie. Piotr Cielebiaś w blokach startowych. Zapraszam na omówienie serialu Insomnia. Dzień dobry wieczór Piotrze.
Filmotekarium serialowe niniejszym zaczynamy.
[01:09:34] - Tak, a w dzisiejszym odcinku serial Insomnia. Zdaniem niektórych miniserial ujawniający i mocne punkty i słabości seriali z gatunku mystery albo thrillerów, do których bywa on zaliczany. Moim zdaniem jest to mystery. I w dzisiejszym odcinku postaramy się wam powiedzieć nieco więcej na temat tej produkcji, która jak na serial ma tą zasadniczą dobrą cechę, że się szybko kończy. Składa się bowiem z zaledwie sześciu odcinków i do pewnego momentu historia 40-letniej bizneswoman, nie bizneswoman przepraszam, ona jest prawniczką, buduje napięcie i przedstawia się bardzo ciekawie. Ja byłem tym serialem przynajmniej przez dwa odcinki mocno zaskoczony.
[01:10:19] - Od czego zacząć? Zastanawiam się, bo ja też byłem zaskoczony, ale in minus. I zanim sobie to wszystko poukładałem, to musiało minąć trochę czasu. Otóż ja przyjąłem ten serial bardzo źle na początku. Męczyłem się mniej więcej do czwartego odcinka. Przypomnę odcinków jest sześć. Dlaczego się męczyłem? Nie byłem w stanie obejrzeć więcej niż jednego odcinka dziennie. Po prostu dobijał mnie ten serial, ale pod koniec czwartego odcinka zaczęło robić się ciekawie i to naprawdę ciekawie. I później już ta ciekawość ze mną została w piątym i w szóstym odcinku.
Ale zacząłem poważnie analizować, po co były pierwsze cztery. Bo przypomnę pod koniec czwartego robi się ciekawie, przynajmniej dla mnie. Analizowałem sobie to, analizowałem i szukałem i znalazłem. Zaczęło się od tego, że przede wszystkim serial, o którym rozmawiamy, powstał na podstawie książki Sarah, tu angielskie nazwisko Pinborough chyba, to tak należało przeczytać. Książki, którą Stephen King bardzo chwalił. Tam się w takich superlatywach wyrażał o autorce, że tylko zazdrościć. I tym bardziej mnie to zaszokowało. Co zrobiłem? Po prostu sięgnąłem do tej książki. Trochę mnie to kosztowało nie tylko czasu.
I wierzcie mi państwo, książka jest znakomita. Uznałem, że książka jest świetna, ale w serialu jakoś mi się to nie przełożyło i tym bardziej zacząłem o tym serialu rozmyślać, bo mówię: „Kurczę, jak to jest możliwe?” Moja teoria robocza, rzucam ją do przedyskutowania, brzmi w ten sposób: może trzeba było zamiast serialu nakręcić pełnometrażowy film, nawet dwugodzinny. To by się lepiej sprzedało, bo według mnie i według fragmentu, bo ja nie zdążyłem przeczytać całej książki, przeczytałem tylko fragmenty, ale według tych fragmentów, jeśli porównuję je z serialem, to po prostu język autorki jest trudny do przełożenia na język filmowy. W języku filmowym dostajemy coś takiego Co z jednej strony jest dziwne, ale tam są dłużyzny, ponieważ trzeba pokazać głębię psychologiczną i to w tekście, kiedy czytamy, kiedy jesteśmy bardzo blisko głównej bohaterki, bo jesteśmy w jej myślach niejako, to wychodzi. A w filmie moim zdaniem wychodzi średnio. Być może Piotr się ze mną nie zgodzi, ale według mnie wychodzi średnio. Kiedy natomiast na scenę wkracza intryga, pewna intryga, której oczywiście państwu nie zdradzimy, bo ona jest misterna. Przyznam się, że dałem się nabrać, bo tam ewidentnie prowadzi się na pewne podejrzenie dotyczące rodziny głównej bohaterki. Troszkę to inaczej wygląda. Nie do końca tak, jak się na początku sądzi i w rezultacie, chociaż tak jak powiedziałem na początku, nie bardzo byłem entuzjastycznie nastawiony do tego serialu, to pod koniec doszedłem do wniosku, że to jest super serial.
Tylko zastanawiam się, czy ludzie do tego dotrwali. To znaczy do tej świetności. Moim zdaniem na odcinkach pierwszych odpadło bardzo wielu oglądających. Mogło odpaść. Może tak. Kiedy pojawia się to samo gęste, samo najlepsze, to być może ta widownia rozrzedziła się. Już może połowa została, bo pierwsze odcinki są męczące, są niejednoznaczne. Oczywiście jeżeli ktoś lubi takie klimaciki to został, ale ludzie, którzy lubią akcję, którzy lubią, że coś się w filmie dzieje, to mogą poczuć się zawiedzeni. Oczywiście nie mamy stopklatki w tym serialu, ale jednak to wszystko się toczy i człowiek się zastanawia, czy to będzie dramat psychologiczny, czy może komuś się po prostu odbiło i teraz oglądamy relację z tego odbicia i tak dalej. To są pozory.
W pewnym momencie, tak jak powiedziałem pod koniec czwartego odcinka, nagle ten serial dostaje kopa i wtedy jest okej.
[01:14:58] - Ja oczywiście książki nie czytałem pierwowzoru literackiego. Ja tylko powiem, że cenię sobie w serialach wątki horrorowe i tutaj on był ewidentnie zarysowany. Ja myślałem, że zostanie z nami do końca, niestety nie został. I muszę powiedzieć, że ten wątek — myślałem, że on jest tym wiodącym, poniekąd był — że będzie bardziej rozwinięty w stronę tak zwanego paranormalu. Poszło zupełnie inaczej, ale zacznijmy od tego, że jest tam główna bohaterka, 40-letnia Emma, odnosząca sukcesy prawniczka z Anglii. Ona jest prawniczką, chłop jest stolarzem. Matka była opętaną psychopatką. Tyle o rodzinie. Tak się dzieje, że Emma odcina przeszłość grubą kreską, nie chce mieć z niczym wspólnego. Tym bardziej że w sumie to z dzieciństwa niewiele pamięta, bo spędziła większość życia w domu dziecka czy u rodzin zastępczych.
Ale przeszłość do niej wraca niespodziewanie, bo nie może spać i jej matka, która zbilkowała, też nie mogła spać. A że za tym idą różnego rodzaju inne dziwne przypadłości i ona lunatykując, wyczynia przedziwne rzeczy, to zaczyna się niepokoić. Ale ta przyszłość powraca w jeszcze inny sposób. Nagle zjawia się jej siostra i okazuje się, że ich matka jest na tak zwanym wykończeniu. Czyli jest w szpitalu. Emma ją odwiedza i tutaj się zaczyna. To wszystko wpływa na nią w znaczący sposób. Ona, jak to się mówi, zaczyna kwestionować to, co się wokół niej dzieje. A żeby było wszystkiego mało, to na tą bezsenność nakłada się szereg innych problemów zawodowych, rodzinnych, na przykład romans córki ze starym facetem, nie bardzo starym, ale starszym przyjacielem rodziny. Rozkład więzi.
I tak nam się to ciągnie. Wstęp był dobry Marku, moim zdaniem. Ja szybko rozpoznałem, iż mamy do czynienia z serialem krótkim, to w pewnym momencie szybko bardzo mocno nam tutaj intryga i scenariusz, że tak powiem, zapętlą. Będziemy mieli jakieś zwroty akcji. Nie myliłem się, tylko że zaczęło mi coś tutaj przeszkadzać w tym serialu. Zbyt duża ilość wątków, które są często niepotrzebne. Absolutnie. Bo ona tą przeszłość trzyma z dala od swojej rodziny. Jej dzieci nawet nie miały pojęcia, że mają babcię, która żyje. Resztę sobie zobaczycie.
Do akcji też wkracza nam nowa bohaterka, ale to już kompletnie nie będę mówił, bo jest kluczowa. I sądzę Marku, ten serial też pełen paradoksów. Zaczyna się jak typowy horror. Mamy wrażenie, że za tym, co się dzieje z główną bohaterką i matką kryją się jakieś czynniki, powiedzmy trochę paranormalne albo przynajmniej mocno psychologiczne. A w sumie potem to wszystko nam się odwraca w stronę historii, która pełna jest, jak mówię, nie do końca potrzebnych nam wątków, nie do końca takich, które dodają coś do tej historii. Bo na pewno w książce i na pewno w serialu dłuższym można by te wątki wykorzystać. A tutaj mamy takie niepotrzebne wtręty. Ja to tak odebrałem. To znaczy się, powiem ci, coś mi w tym serialu brakuje, coś tam jest tak z nim nie do końca. Jest wszystko poprawnie, wszystko okej.
Ale jednak ten skręt, ten fikołek scenariuszowy Trochę mnie rozczarował.
[01:18:47] - Ja powtórzę: tobie się podobało, mnie się nie podobało, jeśli chodzi o początek. Dla mnie te sceny, które się dzieją w pierwszych trzech odcinkach są wydłużone, wymęczone. Mnie wymęczyły, może bardziej tak to ujmę, bo to wszystko tak zmierza i trochę znowu jak w tej operze: idziemy, idziemy, śpiewają, nie ruszając się z miejsca. Tu troszeczkę tak samo to wygląda. Gdzieś idą, ale coś się tam dzieje albo nie dzieje. Ten partner córki jest w wieku jej ojca. Oni wszyscy są tacy, kurna, przepraszam bardzo, tolerancyjni, tak siebie świetnie rozumieją. Ojciec może nie do końca, bo się trochę zdenerwował, jak się dowiedział, chociaż się miał nie dowiedzieć. Takie to jest wszystko w pewnym momencie życiowe. Może nie życzę każdemu takiego życia, ale w granicach pewnej normalności.
Bohaterka ma problemy, jest prawniczką, ale ma problemy z głową, może ze spaniem, a może z halucynacjami. A może jest niebezpieczna? Ma wspomnienia, ale czy one są prawdziwe? Może są nieprawdziwe, a może są jakoś trochę zafałszowane? To ciekawy zresztą problem, bo warto czasami pochylić się nad psychologią, nad tym, czy to, co pamiętamy my, zwykli ludzie z dzieciństwa, czy aby na pewno jest to, co działo się naprawdę. Ja państwu podam taki przykład, jak to bywa z pamięcią. Ja bardzo często mam tak, że pamiętam fragmenty filmów, które oglądałem albo tylko śledziłem jako pięciolatek, albo może nawet czterolatek. To nieważne. I proszę państwa, jest przedziwnie, bo pamiętam te filmy, pamiętam, co mówili, listę dialogową, fragmenty oczywiście i pamiętam obrazy. I kiedy konfrontuję to dzisiaj, to lista dialogowa się zgadza, ale obraz jest inny.
Po prostu zapamiętałem troszeczkę inaczej ten układ na ekranie, to wszystko, co się działo. Lista dialogowa perfect, a obraz inny. To pokazuje, że nasze wspomnienia, zresztą skonfrontowałem to z badaniami psychologicznymi, jestem w normie, nasze wspomnienia tak naprawdę są rodzajem może nie fikcji, bo to byłoby za mocne, ale jednak są w pewnym stopniu zafałszowane. To, co pamiętamy, to jest składowa tego, co naprawdę pamiętamy i tego, co się później nadbudowało czy za naszą sprawą, kiedy w naszej głowie odtwarzane były te wspomnienia po raz kolejny i kolejny. Nasz mózg ma to do siebie, że dodaje czasami, a czasami odejmuje i to się czasami zmienia, szczególnie w warstwie obrazu. Ale do tego dochodzą jeszcze relacje innych, pewne opowieści i w ten bardzo prosty i niezauważalny sposób zmienia się nam to, co pamiętamy. Dlaczego tak długo o tym mówię? Ponieważ to jest jeden z ważnych elementów tego serialu. Bo okazuje się, że wspomnienia, wydawać by się mogło obiektywne, wcale obiektywne nie są i to, co zapamiętane zostało, ma czasami niewiele wspólnego z rzeczywistością. Albo można to inaczej interpretować, albo my właśnie interpretujemy to w jakiś konkretny sposób, a mogło być zupełnie inaczej.
To jest jeden z ważnych motywów tego serialu, na który zwróciłem uwagę, bo jakoś mnie to interesowało. Cóż, jakoś niepostrzeżenie przerodziłem się z krytyka owego obrazu w jego entuzjastę. Ale ja cały czas podkreślam: ja jestem entuzjastą tego serialu od końca czwartego odcinka.
[01:23:06] - To powiem tak: w tym serialu też jest tak, że wiele rzeczy, które uchodziło za niewyjaśnione i tajemnicze, w zasadzie takowymi pozostaje. Oferuje się nam wyjaśnienie, które nie zamyka całej historii naszej bohaterki, znaczy tych wątków, które chcielibyśmy, żeby zostały jakoś rozjaśnione. Na przykład mamy tam taki wątek, że jest jakaś dziwna postać, jej syn widuje dziwną postać i tam się boczy, potem gniewa się na matkę i tak dalej. I w sumie nie dowiadujemy się do końca, po co to było. Dużo jest tam takich wątków, także takich spraw personalnych, które w sumie nic nie wnoszą do głównej opowieści. To nam może też pokazuje, że troszeczkę źle zbalansowano te wątki z książki, z pierwowzoru. Może jak powiedziałeś, gdyby to przekształcić albo w film, albo w dłuższy serial, to by to wszystko trochę inaczej wyglądało. I tutaj Insomnia w tym przypadku pokazuje nam bolączki wielu innych seriali. Czasami jest dobry pomysł, a udaje się go pociągnąć różnie. Bo dla mnie Insomnia jest takim serialem nie do końca, który mnie przekonał.
Gdybyś mi nie powiedział, że to jest na podstawie książki, to bym uznał, że im brakło pieniędzy na przykład, albo że ten serial się jakoś wypalił, że im brakło pomysłów na realizację. Jednak sam fakt, że tam mamy pierwowzór literacki trochę tutaj nam wszystko wyjaśnia. Szkoda, bo to jest taka kameralna, zaskakująca opowieść, na podstawie której powstało wiele fajnych seriali, przynajmniej takich, które się oglądało, czekało się na kolejny odcinek. A tutaj w pewnym momencie nam się robi dziwnie. Czy można to obejrzeć? Oczywiście, że można.
[01:25:07] - Nie wiem. Chyba nawet zachęcam do tego, bo to jest jednak jeden z ciekawszych seriali, jakie się pojawiły. Tyle że jakoś bez entuzjazmu zostałem na sam koniec. Mnie ten wątek, nazwijmy go kryminalnym, chociaż tak nie do końca, mnie przekonał. W dodatku rzeczywiście ja nie potrafię jeszcze w pełni odnieść się do książki, bo tak jak powiedziałem, czytałem ją we fragmentach. Czasu było niewiele, więc musiałem wyczytać z książki tyle, ile potrzebowałem. Ale powiem państwu, że ja wrócę do tej książki. Ja ją przeczytam od deski do deski, bo to jest historia, którą warto przeczytać. Czy obejrzeć? Mam ambiwalentne uczucia.
Tak jak powiedziałem, od czwartego odcinka jestem entuzjastą, ale dlatego, że to, co Piotr powiedział, to się w pewnym momencie odmitologizowuje albo bardzo urealnia. Już nie mamy tego mystery. Bardziej to zaczyna być historia kryminalna. Chyba to najlepsze określenie. Niby nie do końca, niby coś jeszcze gdzieś w kominku czasem załka. To nawiązanie do piosenki „Życie to forma istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka”, więc tu czasami coś w tym kominie załka, ale jednak to idzie w kierunku historii kryminalnej, dosyć porypanej, mówiąc szczerze, ale możliwej. Fałszywe wspomnienia, o których wspomniałem w poprzednim wejściu. Jakieś niedopowiedzenia, jakieś sytuacje, w których to zły okazuje się dobrym, a dobry może nie do końca, ale jednak złym. To taki fikołek jest. I powiem tak: na podstawie tego, co dotychczas przeczytałem, podkreślam, niecała lektura za mną, to ja jednak chyba bym Stephenowi Kingowi przyklasnął.
On chyba potrafi wyczuwać dobre pióra ludzi, którzy potrafią zaczarować czytelnika. Czy serial państwa zaczaruje? Ja mam wątpliwości. Tak jak powiedziałem i powiem to jeszcze raz, jest w tym serialu pewna magia. Magia opowieści filmowej. Ale czy każdy dotrwa do końca czwartego odcinka? Śmieję się, złośliwie to powtarzam, ale ja tych pierwszych czterech odcinków nie mogłem znieść. Naprawdę, wierzcie mi państwo, miałem problem, czy ja zdążę obejrzeć ten serial na dzisiejszą rozmowę, ponieważ dni mijały, a ja nie byłem w stanie się zmusić, żeby obejrzeć kolejny odcinek jednego dnia. Jeden wystarczył mi, ale więcej nie. Większa dawka nie.
Nie wiem, czy to jest akurat rekomendacja. Chociaż jak słucham Piotra i mówi o tym, że tyle teraz powstaje różnych seriali, a na ten warto zwrócić uwagę, to ja to potwierdzam. Rzeczywiście powstaje tyle nie najlepszych seriali, może tak to określmy. Może Ivellios to wypikuje. To złe słowo, które algorytm może źle potraktować, więc może wypikujmy, ale nie najlepszych seriali tyle powstaje, że rzeczywiście na „Insomnię” można zwrócić uwagę i nie będzie to, jak już państwo sześć odcinków obejrzycie, nie będzie to bolało. Myślę, że czas na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj klasyka. Klasyka fantastyki naukowej? Może bardziej klasyka lemologiczna, bowiem dzisiaj Luiza Ewiwa Dobrzyńska opowie państwu o utworze „Maska” Stanisława Lema. Zapraszam.
[01:29:49] - Wita się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska. Niedawno na państwa użytek recenzowałam dopełnienie „Przygód Iona Tichego”, to znaczy „Kongres futurologiczny”. Nowelę można powiedzieć z tego samego gatunku fantastyki komediowej co cały cykl. W tomie, którym dysponuję, znajduje się druga nowela, krótsza i w zupełnie innym gatunku. Myślę tu o „Masce”. Długo się zastanawiałam, do jakiego gatunku fantastyki przypisać tę nowelę. Myślę, że najlepszy tutaj byłby cyberpunk. Nie do końca pojmuję zresztą, co wyróżnia gatunek cyberpunkowy czy steampunkowy od reszty, ale jednak „Maska” to chyba jest właśnie przykład cyberpunku. I jest to też nowela bardzo niezwykła jak na Lema. Z jednej strony jest równie dobra jak inne jego dokonania.
Te najlepsze, jak na przykład „Solaris”. Stawia te same pytania o to, czym jest świadomość, jak się rodzi, co możemy nazwać istotą żywą, a co możemy nazwać istotą świadomą, jakie są jej prawa. Z drugiej strony jednak nie napisał Lem już nic podobnego. Skojarzenie z „Solaris” jest dość odległe, ponieważ „Maska” mówi o czymś zupełnie innym. Innym w sensie scenerii czy nawet Do pewnego stopnia w sensie samego zagadnienia. Pewne pytania łączą te dwa dzieła, ale w zasadzie różni je wszystko inne. O czym jest mowa w „Masce"? Oto na wydanym przez bezimiennego króla balu pojawia się bezimienna kobieta. Jest niezwykle piękna, tak piękna, że wszyscy się za nią oglądają. Nikt nie zna jej imienia.
Ona sama nie wie, kim jest, a raczej znajduje się w jeszcze gorszej sytuacji, ponieważ ma do wyboru cztery osobowości i wie, że jeśli którąś z nich wybierze, pozostałe wspomnienia znikną. I właśnie dlatego nie potrafi wybrać, kim jest. Nie wie, dlaczego znalazła się na balu. Potem domyśla się, że jest tu z rozkazu króla. Ale po co? Król patrzy na nią obojętnie, mimo jej urody, jak na narzędzie. Wkrótce okazuje się, że ma pewne zadanie do wykonania. Zadanie związane z pewnym człowiekiem, który znajduje się bardzo blisko króla. Jednakże jakie to jest zadanie? Jak ma je wykonać?
Dlaczego właśnie ona i kim jest? No właśnie. Nie poznajemy imienia bohaterki „Maski". Nie wiemy, jak się nazywa. To nie jest ważne, ponieważ ona sama nie nazywa siebie w myślach w żaden sposób. Kiedy w końcu przekonuje się, kim jest, tym bardziej imię jest jej niepotrzebne. Ma pewne zadanie, chce je wykonać i jednocześnie nie chce. Jej bunt jest czymś bardzo trudnym. Z jednej strony można powiedzieć, że jest tworem. O tym, że jest tworem, dowiadujemy się już z pierwszych stron noweli.
Ale jest tworem świadomym, mimo że jest przekonana, że musi postępować zgodnie z rozkazami otrzymanymi od króla za pośrednictwem twórców. To jednak zdaje sobie sprawę z tego, że przecież mimo wszystko nie jest rzeczą, jest istotą. Jej sytuacja jest niezwykle trudna, albowiem ma w sobie coś takiego jak program, ale jednocześnie została obdarzona świadomością, która sprawia, że powstaje w niej opór przed tym programem. Ale sama nie jest do końca pewna, jak się zachowa w danej sytuacji i nie jest pewna siebie, własnych reakcji. To jest tak bardzo ludzkie. Nie chcę tutaj dokładnie streszczać noweli. Uważam, że każdy powinien ją sam przeczytać i to bardzo uważnie. Przeczytać i przemyśleć, a potem porównać z dziesiątkami filmów poruszających, zdawałoby się, podobną tematykę, ale jakże płaskich i głupich. Lemowi udało się coś nieprawdopodobnego. To, co przedstawił, portret psychologiczny nieczłowieka w krótkiej noweli, w czymś, co tak naprawdę powinno zostać rozciągnięte na całą powieść.
Przynajmniej takie się odnosi wrażenie. Ale później, kiedy już człowiek wszystko rozważy, dochodzi nagle do wniosku, że nie. Właśnie „Maska" jest idealna taka, jaka jest. Krótka, zwięzła, niedopowiedziana. To, co budzi w człowieku ten utwór, trudno wyrazić słowami. Tak jak powiedziałam, to trzeba przeczytać. Z jednej strony jest to gotowy materiał na jakiś horror SF, a z drugiej strony przeraźliwie smutna opowieść o zniewoleniu i samotności, przed którą nie ma ucieczki. Przed tym, jak utworzono istotę, która ma określone zadanie i do jakiego stopnia bunt może być bezsilny wobec tego, co zostało wprowadzone do umysłu, do programu, można powiedzieć. Ale ostatecznie nasza świadomość i podświadomość, to, jak nas ukształtowali rodzice, szkoła, otoczenie, to też jest program. Program, według którego działamy.
Dlatego właśnie owa bezimienna istota z „Maski" wydaje się nam tak strasznie bliska. Identyfikujemy się z nią, kibicujemy jej. To jest coś absolutnie niezwykłego. Według mnie „Maska" stanowi najważniejszy utwór Lema i prawdziwy majstersztyk. Chociaż na ogół jest pomijana w opisach jego książek, uważana za utwór mniej ważny na przykład niż „Eden", rzeczywiście genialna książka, niż „Nieustraszony", wspomniany „Solaris", czy choćby „Obok Magellana". A jednak myślę, że to właśnie „Maska" jest najistotniejsza w całym lemowskim dorobku. Jeśli mi nie wierzycie, przeczytajcie ją sami i pomyślcie trochę. Bardzo jestem ciekawa, do jakich wniosków dojdziecie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:36:24] - Tak. Proszę państwa, jeśli nie macie jeszcze dosyć naszego duetu, czyli Piotra Cielebiasia i mnie, to mam dla państwa trzecią odsłonę owego duetu. A zatem zapraszam na MAUP. Dzisiaj rozmawiamy o książce Ericha von Dänikena. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:36:50] - Witam, witam serdecznie. Dzisiaj będzie-
[01:36:53] - Wielki klasyk.
[01:36:55] - Klasyk nie tylko jako pozycja, ale też klasyk jako autor, bo będzie sam Erich von Däniken. A książka to „Mój świat w obrazach", napisana w roku 1973. Tak przynajmniej autor nam twierdzi we wstępie. Na ten rok jest wstęp datowany. Książka bardzo konkretnie przedstawiająca pewien opis świata Ale też wielkie kłamstwo. Kłamstwo, które mówi i utwierdza czytelnika w tym, że Däniken to wszystko obmyślił, wymyślił, że to jest jego autorskie dzieło. Dziś jestem w stanie uwierzyć, że ten były menadżer hotelowy z nosem do interesów i do autokreacji jest po prostu produktem marketingowym. I powiem ci, że dzisiaj to zastanawiam się, ile on tych książek napisał sam, a ile napisano za niego.
[01:37:44] - Nad tym się oczywiście można zastanawiać, ale warto też pamiętać, że sama idea również nie pochodzi od niego. Da się wskazać przynajmniej kilku autorów, którzy o podobnej problematyce pisali. Warto też pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku ruch teozoficzny, a w każdym razie niektóre jego odłamy, bardzo mocno eksploatowały tę tematykę, którą Däniken porusza. One co prawda kładły nacisk na nieco inne kawałki tego tortu. Nie wiem, czy na tort się kładzie nacisk. Nieważne. Mniej więcej sobie to państwo wyobrażacie. Nieco inne rzeczy te ruchy teozoficzne podkreślały, niemniej jednak jakby to wycisnąć, to sprowadza się właśnie do tezy, którą od pewnego czasu przyzwyczailiśmy się, że głównie lansował Däniken, później się dołączyli inni. Natomiast powiem ci Piotrze tak, że książka, o której dzisiaj rozmawiamy, ma jedną zasadniczą zaletę i to zabrzmi złośliwie, ale nie ma być złośliwe, od razu podkreślam. Ona ma stosunkowo mało, jak na książki Dänikena, opisów, a stosunkowo dużo ilustracji.
I te ilustracje robią robotę, szczególnie dla ludzi oczarowanych czy zaczarowanych wizją Dänikena, to one robią te ilustracje, robotę podwójną, bo na owych ilustracjach można odnaleźć rzeczy, które wcześniej musieliśmy sobie wyobrażać, a tu je mamy podane niejako na tacy. A ten stary slogan, który oczywiście powtórzę, że jeden obraz to jest więcej niż tysiąc słów, w tym wypadku się sprawdza. I ta książka ma takie cechy, które mogą sprawić, że stanie się książką, jak to mawiał Arnold Boczek, ulubieną.
[01:39:46] - Ogólnie pewnie ktoś powie, że dokonałem niebywałej rzeczy, zamachu na Ericha von Dänikena, ale postać kryształowa to nie jest. On sam zresztą został przymuszony sądownie do wymienienia bodajże Roberta Charroux jako inspiratora swojej pierwszej książki. Było wielu tak naprawdę pisarzy, którzy poruszali tą tematykę przed nim, tylko że nie zyskali takiego poklasku, nie zyskali takiej popularności. Däniken odcina cały czas kupony do tej pory w sumie. No cóż, można mieć do niego pretensje? Nie, bo chłop z tego żyje. Za chwilę jeszcze o tym powiem. Wrócę do książki. „Mój świat w obrazach” to jest też taki trochę manifest i skrót poglądów Dänikena, które mówią, że istnieje część historii, jakiej się nie da wytłumaczyć, część historii ludzkości. Tak się okazuje, że na przykład niektórych rzeczy z ewolucji, techniki, kultury, z historii cywilizacji nie jesteśmy w stanie racjonalnie wyjaśnić.
I to wszystko wiemy, że są jakieś tam anomalne znaleziska, że obcych możemy znaleźć w mitach i legendach. Już o tym mówiliśmy tysiąc razy. Z Dänikenem jednak jest pewien problem, który miałem sam jako jego bardzo młody czytelnik. Otóż on nam w tych swoich książkach nie tworzy spójnej wizji świata i historii. On nas zarzuca opisami, faktami. Tutaj też jest tak. Faktami, informacjami i zarzuca w sprytny sposób. Plecie taką nić, taką narrację, która prowadzi w bardzo różne strony. Czasami on ucina pytania, które się mogą pojawiać, że on tylko snuje, on wcale nie ma dowodów, że on nie znajdzie dowodów, on tylko zadaje pytania. I ten Däniken zawsze się tak wije jak sum, jak piskorz, że on się wyślizguje, kiedy czytelnik ma jakieś konkretne pytania.
„A jak, panie Däniken? Jak to się stało?”. U Dänikena też zawsze mnie denerwowało to, że tam jest wszystko wrzucane do jednego wora. Ezechiel, Adam i Ewa, Toltekowie. Ogólnie wszystko świadczy o tym, że ludzie byli w kontakcie z kosmitami od dawna, tylko że on nie podaje nam takiej spójnej wizji tego kontaktu. A my, chociażby w serii „Zwrotnice historii” na wehikule wyobraźni pokazujemy, że nie zawsze to musiało tak wyglądać, że to nie wszystko jest takie łatwe. A właśnie u Dänikena wszystko jest zawsze takie łatwe, wyłożone prosto i często wyjaśnienia, których czytelnik oczekuje, można też powiedzieć widz, bo w tej książce jest też dużo rzeczy do oglądania, one są skrócone, one są bardzo lapidarne. To wszystko jest przedstawione w kilku zdaniach, żeby wyciągnąć esencję tej dziwności. Gorzej jest wtedy, kiedy szukamy sobie dalej na własną rękę i się okazuje, że niektóre z tych historii wcale nie są tak, jak on by chciał. Zazwyczaj tak jest ze wszystkimi znaleziskami, z wydarzeniami badanymi przez historyków, że czasami jest więcej niż jedna teoria, więcej niż jedna hipoteza.
Natomiast u Dänikena jest wszystko mega proste.
[01:42:58] - Ja powiem tak, że właśnie z Dänikenem jest ten problem, o którym wspomniałeś, że to nie tworzy jakiegoś spójnego obrazu. I jeżeli państwo sięgacie pamięcią do lat 70., albo przynajmniej zetknęliście się państwo z komiksem rysowanym przez takiego nestora polskiego komiksu, Bogusława Polcha, ale W tym komiksie brał też udział, a w każdym razie pisał scenariusz Arnold Mostowicz. Ten cykl, który się tam zaczyna chyba lądowaniem w Andach, mogę pomylić, bo tych komiksów jest ileś. Tam próbuje się zbudować jakąś historię, która będzie miała ręce i nogi, która będzie jakoś przedstawiała kolejne fakty, czy też sekwencje wydarzeń po prostu. Jak to wyszło, to już państwo sami musicie ocenić. Ale właśnie Piotr zwrócił uwagę na, moim zdaniem, najważniejszą sprawę, najważniejszą słabość prozy jak prozy, w każdym razie twórczości Dänikena. Otóż Däniken gubi się sam w podawanych faktach. Wszystko jest oczywiście bardzo dziwne, bardzo obce i bardzo takie niezwykłe. Tylko jak człowiek próbuje z tego ułożyć historię, pewien zwarty komiks, czy też zwarty ciąg przyczynowo-skutkowy, co niestety nie zawsze wychodzi. I to u Dänikena jest pewna słabość i ta słabość dotyczy również książki, o której mówimy.
Natomiast nie da się ukryć, podkreślałem to w poprzednim moim wejściu, że obrazki dobrze robią tej książce. Naprawdę człowiek patrzy na niektóre z nich i mówi sobie: „Kurczę, może ten Däniken nie wie, o czym mówi, ale zwraca uwagę na coś, co jest niezwykłe, co jest dziwne, co niekoniecznie musi być dowodem na przybyszy z gwiazd, ale dowodem na to, że rozwój cywilizacji ludzkiej przebiegał chyba troszeczkę inaczej, niż dowodzą tego historycy czy archeolodzy”. Człowiek zaczyna mówić sobie: „Tak mogło być, że to było kompletnie inaczej", a po prostu zatwardziałość pewnych struktur naukowych sprawia, że ciężko się jest wycofać z poglądów, które na przykład funkcjonują w świecie naukowym od stu lat. No i jak teraz to wszystko wywracać? Ja nie chcę być złośliwy, ale nauka właśnie polega na tym, że co jakiś czas przychodzi człowiek i wszystko wywraca. To nie będzie Däniken, ale Däniken na kilka, moim zdaniem bardzo istotnych nieścisłości, czy też niedoskonałości zwrócił uwagę. I trzeba mu oddać, że drąży, no i chyba kiedyś ktoś przyzna mu tę palmę. Może nie pierwszeństwa, ale na pewno człowieka, który zaczął zadawać pytania i zaczął je zadawać w sposób długofalowy, konsekwentny. I jeśli nawet robił to dla kasy, to jednak ferment zasiał.
[01:46:40] - Tak, tego mu nie można odmówić. Zresztą zadawanie tych pytań liczy się i jest ważne. Tylko jak powiedziałem, czasami można do tych przedstawianych przez niego historii dopisać ciąg dalszy. To nie tak, że są nowe odkrycia i tak dalej. Nie, są inne hipotezy. Natomiast u niego wszystko jest raczej pisane pod tezę, aniżeli opiera się na jakichś jasnych przesłankach. Zresztą były też takie przypadki, kiedy on ewidentnie naginał fakty. Może inaczej, naginał interpretacje. Ja tutaj nie chcę dokonywać zamachu na jego wiarygodność, bo on dla wielu jest nadal bardzo poczytnym pisarzem. Zresztą on się pojawił w czasach bardzo dobrych dla siebie, kiedy nie było internetu, kiedy telewizja też nie puszczała na okrągło starożytnych kosmitów i te jego książki, bez kozery trzeba powiedzieć, że wychowały jakieś pokolenie ludzi zainteresowanych nieznanym.
On się stał twarzą tej dziedziny. Przecież mieliśmy nawet w Polsce taką serię, chyba Biblioteczka Dänikena i tak dalej. Ale byli też tacy, którzy go przewyższali w tych analizach, którzy patrzyli na ten problem troszeczkę uczciwiej, dlatego że nie wszystkie potencjalne dowody na ingerencję obcych w historię naszą, starożytną czy w prehistorię, one się trzymają kupy. Czasami jak na przykład z wimanami. Pierwszy lepszy przykład, „Wymanika Śastra”, słynna księga, która ma opisywać to, jak latać wimanami, jak je obsługiwać. Kiedy się przyjrzymy, to wcale nie jest tak, że to jest opracowany w starożytności podręcznik dotyczący tego, jak latać cudownymi maszynami, tylko to jest całkowicie współczesne dzieło. Także to jest taki niuans, o którym trzeba zawsze pamiętać, że Däniken Dänikenem, ale czasami po prostu rzeczywistość rzeczywistością. Sama książka „Mój świat w obrazach” nam skleca wiele historii. Od mechanizmu z Antykityry po Sumerów, zagadkowe korzenie ich wiedzy. Ale jak wspomnieliśmy, jednym z błędów jest to, że Däniken nie poddaje tego takiej głębszej analizie.
To, że ktoś coś napisał, to, że ktoś coś powiedział, to, że ktoś coś wymyślił, to jednak jeszcze nie świadczy, że coś jest prawdziwe. To jest taki sam problem, jak z Januszem Bieszkiem, tym od turbolechitów. Facet sobie wymyślił swoją wersję historii. Stoi na stanowisku, że to jest prawda i wiele osób mu wierzy. Natomiast rzeczywistość jest taka, że trzeba na historię patrzeć trochę szerzej, bo jeżeli się odpowiednio zinterpretuje pewne rzeczy, to można udowodnić wszystko. Jeszcze słowo o tej książce. Czy ona się zestarzała? I tak, i nie. Nie zestarzała się pod tym względem, że odnośnie wielu rzeczy, o których Däniken pisze, niewiele więcej od tych 30 lat powiedziano. To znaczy nie było po prostu nowych wątków.
Może były jakieś nowe interpretacje tych odkryć, osadzenie pewnych rzeczy w nowych kontekstach. Natomiast nie bądźmy tutaj ultraoptymistami. To, że serial „Starożytni Kosmici" ma tak wiele sezonów, to nie oznacza od razu, że dokonuje się tak wiele nowych odkryć w dziedzinie starożytnych kosmitów, w paleoastronautyce. Właśnie nie. I ta dziedzina to jest takie trochę mielenie w kółko cały czas tego samego. Ona swego czasu przecież też straciła na popularności, żeby powrócić właśnie z tym serialem wspominanym, w którym Däniken też przecież występuje. Także czy ta książka się zestarzała? Tak trochę, ale nie za bardzo. Ją nadal można przeczytać, dlatego że wiele z tych zagadek, które są tam opisane, nadal są w mocy, nadal są aktualne. Także jeżeli ktoś chce sięgnąć z nostalgii czy z chęci po „Mój świat w obrazach", myślę, że się srogo nie zawiedzie.
Poza tym Däniken ma jeszcze jedną zasadniczą cechę, taką pozytywną z perspektywy rynkowej, z perspektywy takiej, że stał się po prostu pisarzem popularnym. Styl, potoczystość języka, składność wyrażania tych swoich poglądów. Wyraża je w sposób składny. To nie znaczy, że mówi prawdę. I to, że się to po prostu pamiętam, bo oczywiście Dänikena nie ruszałem od bardzo dawna, ale pamiętam, że mi się to kiedyś bardzo dobrze czytało. Ale muszę powiedzieć, że były takie Dänikeny, które były złe. Pamiętam, a to już tak abstrahując od mojego „Świata w obrazach", że były takie Dänikeny, które były fabularyzowane. To już była porażka.
[01:51:38] - Tak, to się nazywa zabrać komuś puentę. Bo właśnie miałem powiedzieć, że po prostu Däniken ma chyba szczęście do tłumaczy w języku polskim, bo większość jego książek czyta się doskonale. Ja nie wiem, zawsze przy tłumaczeniach mam ten problem, ile jest w tym zasługi samego autora, ile jest w tym zasługi tłumacza. Däniken, jeśli nie jest geniuszem pióra, to w każdym razie trafia w Polsce na dobrych tłumaczy i jego książki, w tym i ta, którą dzisiaj omawiamy, są po prostu dobrze przetłumaczone, dobrze napisane. To się czyta, tak jak Piotr powiedział, potoczyście, czyta się to z zainteresowaniem. Däniken, kiedy pisze książki faktograficzne, a w każdym razie nawiązujące do pewnych faktów, ma też umiejętność dobrego układania dobrej narracji, czyli takiej sekwencji podawania faktów, że chcemy iść dalej, dalej, dalej. Co z tego wyniknie? To jest umiejętność, którą nie wszyscy piszący o rzeczach niezwykłych posiedli. Niektórzy, mając nawet temat stuprocentowy, są w stanie rzecz zawalić i po prostu napisać tak nudną epistołę na ten temat, że człowiek od razu mówi: „Nie, nie jestem w stanie". Däniken tego rodzaju problemów nie ma.
On w większości książek, które wyszły w Polsce, czyta się znakomicie i to jest z jednej strony zaleta, a z drugiej strony może być pewne niebezpieczeństwo, bo człowiek właśnie ze względu na potoczystość języka i dobre podanie, takie narracyjne podanie faktów, ma taką tendencję, żeby uwierzyć. Tak, dobrze chłop mówi, dobrze. A jeśli to jest jeszcze poparte całkiem sporą ilością zdjęć, zdjęcia to chyba liczbą zdjęć, tak. Zaraz puryści językowi mi zarzucą, że i tak dalej. Wiecie państwo, ilość, liczba to jednak inne rzeczy. W każdym razie liczbą zdjęć, to poparte jest naprawdę ciekawymi zdjęciami. Te zdjęcia są ciekawe, po prostu podbijające, sprzyjające wyobraźni. Nie powiem, że dzisiejsza książka to jest dzieło doskonałe, ale to jest książka, która czyha na czytelnika, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Czyha na niego, żeby go zaczarować. Proponuję nie dać się zaczarować, ale uważnie tę książkę przeczytać warto.
Moim zdaniem warto. Proszę państwa, cykl „Bez Tajemnic" cieszy się niesłabnącym powodzeniem. No to korzystajmy z okazji. Zapraszam na odcinek zatytułowany: „Czerwony sznurek. Czy mnie obroni?"
[01:55:01] - Zadzwonił do mnie kolega spirytysta, który obejrzał mój odcinek Q&A, część czwartą, w którym poruszyłem temat tych sznurków, które ludzie sobie zakładają na ręce i uważają, że te sznurki ich chronią. No i kolega, ten spirytysta dzwoni do mnie i pyta się: „Kolego Stróczyk, czy przypadkiem w ostatnim odcinku kolega, z szacunkiem, troszeczkę nie nabrocił? No bo jednak z tym sznurkiem to nie wiadomo, jak to do końca jest. Może jednak ten sznurek działa". Ale pogadaliśmy troszeczkę i pomyślałem sobie, że skoro nawet spirytysta ma pewne wątpliwości i uważa, że ten sznurek rzeczywiście może mieć jakieś oddziaływanie, tak samo jak sądzi wiele osób, to też stwierdziłem, że trzeba tę rzecz ostatecznie wyjaśnić. I teraz tak Ustalmy raz a dobrze, że sznurek na dłoni przed niczym nie chroni. Kropka. Koniec. Nawet kolega zarzucił mi, że niepotrzebnie użyłem określenia bzdury mówiąc, że to są bzdury. Co prawda Allan Kardec nigdy takiego słowa konkretnego nie użył, określając tego typu praktyki, ale chyba tylko dlatego, że nie znał języka polskiego.
Więc tak, owszem, uważam, że wiara w sznurki to są z punktu widzenia spirytyzmu bzdury. Ale wyjaśniam. Co daje sznurek na dłoni. Sznurek na dłoni daje takie wzmożone poczucie własnej wartości. Może dodaje więcej pewności siebie. Tak samo jak ze zwykłym człowiekiem, dodaje odwagi. Jeżeli człowiek ma do wykonania jakieś zadanie i wierzy, że mu się uda, wierzy, że ma siłę, aby pokonać wszelkiego rodzaju trudności, to taka osoba siłą rzeczy ma więcej szans na powodzenie niż ktoś, kto jest apatyczny. Komuś, komu się nie chce, a tak naprawdę to po co w ogóle to robić, bo i tak mi się nie uda. Rozumiecie, jaka jest różnica między nastawieniem jednej osoby i drugiej osoby? Osoba, która dajmy na to ma taki sznurek na dłoni przywiązany, jakiś tam czerwony, niebieski, różowy, nie wiem, jakie tam jeszcze kolory mogą być.
Taka osoba może uważać, że nic nie jest w stanie ją zatrzymać i ona jak taran będzie pokonywała wszystkie przeszkody. I na tym polega, że tak powiem, moc tego rodzaju przedmiotów. Czy to sznurek, czy jakaś pamiątka, czy jakiś breloczek, czy na przykład jakaś moneta w portfelu na szczęście i tak dalej. To jest jedyne oddziaływanie takiego przedmiotu. Cała reszta tkwi w naszej osobowości, w naszej duszy. I teraz wyjaśniam dalej. Wielokrotnie mówiłem, że prawdziwą moc, prawdziwą ochronę przed jakimiś złymi energiami, jakkolwiek byśmy ich nie nazwali, daje nam nasza siła duchowa, która wynika z naszego możliwie wysokiego poziomu rozwoju moralnego. Mówimy tutaj o moralności. I teraz co napisał Allan Kardec w Księdze Mediów, jeśli chodzi o media? Że gwarantem dobrej, tak troszeczkę w cudzysłowie, w uproszczeniu, gwarantem dobrej komunikacji z duchami jest wysoki poziom moralny medium, ponieważ człowiek na takim poziomie, na jakim się znajduje jego moralność, takie będzie przyciągał do siebie duchy, będzie przyciągał do siebie ten świat duchowy.
On będzie, że tak powiem, żył na takim duchowym poziomie, że tak to obrazowo troszeczkę ujmę. I teraz, jeżeli takie medium przyciąga do siebie duchy wysokie, które są duchami rozwiniętymi, ponieważ on sam jest rozwinięty, to też wokół niego stworzy się tak jakby taka w cudzysłowie tarcza, gdzie te duchy, które go otaczają, one będą utrudniały bądź nawet będą uniemożliwiały duchom niskim dostęp do takiego człowieka, ponieważ ten człowiek będzie chciał się, że tak powiem, komunikować, będzie chciał obcować tylko z tymi duchami, które znajdują się na tym jego poziomie, na tym wysokim poziomie moralnym. Druga sprawa to jest i to właśnie tak jak powiedziałem, można to porównać do pewnego rodzaju tarczy, która tworzy się wokół człowieka, ale to jest taka tarcza z takimi, że tak powiem, dziurkami. To znaczy, jeżeli takie medium nagle zechce dopuścić do siebie ducha niskiego z jakiegokolwiek powodu, to ten duch przejdzie. Więc to nie jest tak, że to medium jest w stanie otoczyć się w takiej hermetycznej duchowej bańce, że tak powiem, przez którą nie są w stanie się przecisnąć duchy niższe. Na przykład takie dobre medium, które znajduje się na wysokim poziomie rozwoju, może w którymś momencie swojej kariery zawodowej, tej medialnej, ulec wpływowi na przykład pieniądza. Znamy takie przypadki, gdzie dobre media nagle zaczynały liczyć pieniądze bądź zaczynały liczyć na jakieś inne profity i wtedy ta jakość ich komunikacji spadła, ponieważ dobre duchy zaczynały się od nich odsuwać i pozostawały tylko te niższe, które mogły zadowolić takie medium, które akurat ma takie, a nie inne potrzeby, które sobie oczywiście sam wymyślił. Więc ta tarcza, że tak powiem, składająca się z tych duchów wyższych, które otaczają tego człowieka i które go chronią, ona nie jest permanentna. Skąd wiadomo, że te duchy mogą chronić taką osobę? Oczywiście z literatury Kardeca, gdzie Kardec podał przykład seansu spirytystycznego, podczas którego media dowiedziały się, że duch opiekun tych spirytystów, którzy organizowali seans, uniemożliwiali duchowi, z którym spirytyści się kontaktowali, aby duch ten ciskał w nich różnego rodzaju przedmiotami.
Ten duch niski chciał to zrobić, ale po prostu nie mógł, ponieważ ten duch opiekun, ten duch wyższy po prostu ich chronił i ten duch wiedział, że nie może tego zrobić. Więc na tym polega ochrona. I teraz to mówiłem o tarczy. I teraz drugi aspekt tej wysokiej moralności. Człowiek, który znajduje się na wysokim poziomie moralnym, jest tak jakby mniej podatny na podszepty i na wpływ tych duchów niskich. Po pierwsze on potrafi się oprzeć temu, co te duchy na przykład mu podpowiadają. Dajmy na to jakiś zły duch przychodzi i mówi temu człowiekowi: a weź tego faceta, kopnij go w tyłek. Dlaczego? Nieważne. Kopnij go w tyłek.
Ale ten człowiek, który jest na tym odpowiednim poziomie moralnym, potrafi się oprzeć tej pokusie. Tak samo jak gdyby teraz tutaj do mnie przyszedł jakiś kolega i powiedział mi: „Chodź, zrobimy coś tam, sąsiadowi namalujemy coś na masce, bo źle zaparkował”. A ja mu powiem wtedy: „Wiesz, chyba niekoniecznie”. Ale ktoś inny na przykład na moim miejscu mógł powiedzieć: „A tak! Super, dobra, idziemy, bierzemy spray” i jakiś rysunek albo jakieś hasło czteroliterowe poszliby i wypisali na masce sąsiada. To wszystko działa właśnie w taki sposób. Dlatego wysoki poziom moralny jest tak naprawdę jedynym gwarantem uchronienia się przed jakimiś złymi wpływami. Ale teraz ktoś mi powie: „No tak, ale taka osoba, która nosi sznurek na ręce, może zawierzyć się Bogu”. Dobrze. Jeżeli ktoś zwraca się do Boga z prośbą o pomoc, możemy domniemywać przynajmniej, że taka osoba znajduje się już na jakimś poziomie moralnym, który sprawia, że przynajmniej ta osoba jest świadoma tej protekcji, którą może uzyskać od Boga i od tych duchów, aniołów i tak dalej.
To zależy, kto w co wierzy oczywiście, może to przyjść. Ale teraz, jeżeli mamy takiego człowieka, który na przykład jest święcie przekonany, że Bóg na pewno nim się zaopiekuje, ponieważ on podczas ostatniej krucjaty zabił 15 Saracenów i jemu się należy ochrona Boga. Z naszego punktu widzenia, chociaż tysiąc lat temu ludzie mogli mieć do tego inne podejście, wiemy, że taki człowiek, jeśli porównać jego zachowanie do chociażby nauk Chrystusowych, niekoniecznie jedno koreluje z drugim, więc tutaj możemy zadać sobie pytanie, czy taki człowiek rzeczywiście zasługuje na protekcję Boga. Oczywiście nie nam to rozsądzać. Generalnie mówi się, że Bóg nigdy nie pozostawia nikogo w potrzebie. Ale jeżeli taki człowiek, który znajduje się na niskim poziomie moralnym, na przykład nie będzie nad sobą pracował i będzie udawał, że tylko wznoszenie rąk do Boga albo sznurki na rękach będą w stanie go ochronić, to taki człowiek de facto nie ma żadnej ochrony, ponieważ on przyciąga do siebie te duchy niskie, czyli on przyciąga do siebie te duchy, które znajdują się na jego poziomie rozwoju. Ale człowiek oczywiście może się zwrócić do Boga i poprosić Boga o pomoc bądź duchów opiekunów i tak dalej, ale ta opieka też nie jest permanentna. Dlaczego? Dlatego, że człowiek ma wolną wolę. I teraz, jeżeli my prosimy Boga o pomoc, ale nie robimy nic ze sobą, czyli nie staramy się być dobrymi ludźmi, nie pracujemy nad własnym rozwojem, tylko po prostu przyciągamy do siebie cały czas te duchy niskie, te duchy, które się znajdują na naszym niskim poziomie rozwoju, to też w związku z tym, że mamy tę wolną wolę, Bóg pozwala nam działać.
Chcesz przyciągać do siebie duchy niskie? To przyciągaj człowieku, twoja sprawa tak naprawdę. Ja wiem, że kiedyś z tego wyjdziesz, ale masz kolegów takich, jakich chcesz mieć i na tym to polega. Nawet jeżeli człowiek, który jest na niskim poziomie rozwoju, który wierzy w te sznurki, znaczki i inne takie rzeczy— chwilkę, ja nie mówię, że każdy, kto wierzy w sznurki jest na niskim poziomie rozwoju. To jest tylko takie uproszczenie oczywiście. Ale generalnie, jeżeli człowiek, który wierzy w te sznurki i nie robi ze sobą nic więcej, to taka osoba tak naprawdę nie może liczyć na większą ochronę ze strony tego świata duchowego, tak to ujmę. Jest kolejna rzecz, którą też można wziąć pod uwagę. Jeżeli ktoś chce się uchronić przed urokami, czyli uroki to też jest taka zła energia, niska energia, którą ktoś wysyła w stronę drugiej osoby. To jest jakaś energia, która znajduje się na jakimś poziomie wibracyjnym. I teraz, jeżeli człowiek podnosi swoje wibracje poprzez medytacje, poprzez pracę nad własnym rozwojem moralnym i on po prostu poprzez swoją wiarę wznosi się, że tak powiem, do tego świata duchowego i te wibracje jego duszy wzrastają, to też taki duch, dusza, który składa się z tych wysokich wibracji, również jest mniej podatny na te niskie wibracje, które są kierowane w jego kierunku ze strony osób, które właśnie funkcjonują w taki sposób, których dusze też znajdują się na tym niskim poziomie wibracyjnym.
To wszystko też należy według mnie brać pod uwagę. I teraz konkluzja jest taka, że sznurek jako przedmiot materialny nigdy nie chroni przed wpływem świata duchowego. Dwa: człowiek, aby uchronić się przed wpływem świata duchowego, negatywnym wpływem świata duchowego, musi się rozwijać moralnie, musi przynajmniej starać się być lepszym człowiekiem. Trzy: ten wpływ negatywny nie będzie na niego oddziaływał, ponieważ będzie w stanie się temu wpływowi oprzeć poprzez własny intelekt i własne przekonania moralne. Cztery: będą gromadziły się wokół niego duchy, które również będą ograniczały ten negatywny wpływ na jego osobę, jeżeli tylko on będzie pokazywał szczerze, że coś ze sobą robi, pozytywnego oczywiście. I pięć: każdy człowiek w każdym momencie ma prawo prosić o protekcję Boga, ale ta protekcja o tyle nie jest permanentna, że jeżeli człowiek nadal będzie przyciągał do siebie duchy niskie I otaczał się tymi niskimi energiami. Ta pomoc niebios będzie znikoma bądź żadna, ponieważ człowiek ma wolną wolę. Jeszcze coś chciałem powiedzieć, ale tak naprawdę to chyba powiedziałem te wszystkie najważniejsze rzeczy. Przypomniało mi się. Jest powiedziane, że jeżeli chcemy, aby duchy czy Opatrzność nas chroniła, musimy o to prosić.
Więc też nie należy zakładać, że raz poprosimy i mamy to na wieki wieków, amen. Tak jak powiedziałem, ta ochrona nie jest permanentna, o to trzeba zabiegać. I chyba powiedziałem wszystko. Jeżeli coś jest niejasne, to obejrzyjcie sobie odcinek jeszcze raz. Nie będę się powtarzał. I powtarzam po raz kolejny i ostatni: żadne przedmioty materialne nie chronią nas przed negatywnym wpływem świata duchowego. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:09:25] - Teraz chyba najwyższy czas na alchemię tworzenia. Alchemia tworzenia w wykonaniu Katarzyny Prychacz. Już nie taka radosna i zabawna i polegająca na wymyślaniu fabuł, ale alchemia tworzenia, która omawia zagadnienia związane z procesem tworzenia. A wiem, to tak brzmi bardzo sucho i nieprzejrzyście. To może po prostu udajmy się do alchemii tworzenia, do swoistej akademii tworzenia. Dzisiaj odcinek zatytułowany: Błędy i przypadki.
[02:10:05] - Halo, halo ludności! Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Myślę, że nasza cytatowa tradycja, już czteroodcinkowa, rośnie w siłę, zatem nie będę jej przerywać. I dzisiaj również rozpoczniemy cytatem, którego autorem jest Salvador Dali: „Błędy prawie zawsze mają uświęcony charakter. Nigdy nie próbuj ich naprawiać. Przeciwnie, podchodź do nich racjonalnie, staraj się je w pełni pojąć. Potem będziesz mógł je wysublimować”.
Moi drodzy, chyba łatwo się tutaj domyślić, że dzisiaj porozmawiamy o błędach, a także o dziełach przypadku. Natomiast oczywiście w pierwszej kolejności skupimy się na tych chyba częściej nas atakujących. Chociaż jeżeli kogoś atakują częściej dzieła przypadku niż błędy, to gratuluję. Naprawdę gratuluję i piąteczka artystyczna, kreatywna. Natomiast oczywiście błędy są podstawą naszego ludzkiego istnienia. W końcu błądzić to rzecz ludzka. To co? To pobłądzimy dzisiaj troszeczkę. Słuchajcie, zdarzyło mi się gdzieś w jednym czy drugim odcinku wspomnieć o czymś takim, że jeżeli nawet napisaliście coś i niekoniecznie spełnia to wasze oczekiwania, to nie wyrzucajcie tego. Wspominałam, że troszeczkę marnujemy swój projekt czy swoje wnioski i swój czas.
Ale słuchajcie, często jest tak, że powodem tego, że coś wyrzucamy, traktujemy to jak błąd, takie potknięcie, bo zwyczajnie wydaje nam się, że to jest słabe, że to tak nie powinno być, że może kogoś to urazi, a może to nas ośmieszy. I milion jakichś rzeczy, które nasz magiczny mózg nam podrzuca. Albo co gorsza, pokazaliśmy to jednej osobie albo paru i każda coś tam gdzieś wytknęła lub wszystkie powiedziały, że „ble, wyrzuć to”. Warto się jeszcze zastanowić w tym momencie, czy te wszystkie trzy osoby były z jednego środowiska, albo w jaki sposób zadaliście im pytanie odnośnie ich opinii. Ale to nie jest temat na dziś. Natomiast pomyślcie, że może wcale tak nie być, że ta para osób po prostu rozumie to inaczej. Albo to, że one uważają, że to jest „łee”, może to świadczyć o tym, że zwyczajnie może nieprecyzyjnie udało się wam przekazać to, co chcieliście przekazać. I uwaga! To nie znaczy, że ma to wylądować w śmietniku. Możecie oczywiście zacząć pisać od nowa, natomiast zostawcie sobie to gdzieś tam, zapiszcie albo schowajcie w notatkach.
Zależy jak piszecie. I wróćcie do tego za parę miesięcy, bo może się okazać, że to wam się do czegoś przyda. Że może nie w takim kształcie, jaki jest, ale może jakiś bohater, może jakiś pomysł, może jakaś wizja, a może jakaś lokacja. Cokolwiek z tego może się przydać do nowego projektu. A może właśnie was to zainspiruje, żeby stworzyć coś dalej, coś innego czy coś podobnego, ale już ze świeżą głową, z nowymi- Wnioskami i pomysłami. Powiem wam szczerze, że ostatnio sama miałam taką sytuację, ponieważ aktualnie pracuję nad jednym projektem, który mnie, cholerka, absorbuje tak, jak nie pamiętam kiedy ostatnio. Także cieszę się, że udało mi się do tego pisania wrócić z grubej rury. I paradoksalnie jest to totalnie nowy temat, gdzie na ten rok miałam zaplanowane domknięcie tematu z tamtego roku. Ale spokojnie. Natomiast co z błędem?
Co z tym wyrzucaniem i niewyrzucaniem? Nie polecałabym wam czegoś, co sama uważam za nieskuteczne. Tak jak zachęcam was do kumulowania takich rzeczy, tak ja również to robię. Mam część nawet bardzo starych fragmentów tekstów zapisanych oczywiście na komputerze. Natomiast mam też sporo notatek pisanych ręcznie. I jakoś pod koniec tamtego roku wpadł mi do głowy pomysł na felieton. Co prawda nie taki klasyczny artykuł, tylko coś troszeczkę może w metaforze, może bardziej jako wizualizacja. I zaczęłam pisać notatki. Tylko później patrzę w te notatki i myślę, że to chyba jest trochę za grube. W sensie nie objętości, tylko kurczę, to może być za mocne i za trudne.
Stwierdziłam, że to chyba nie jest ten czas i nie chcę na razie publikować, robić, rozwijać tego felietonu, bo może jeszcze muszę ten temat przemyśleć. Więc zostawiłam go sobie, leżał sobie na tacy. Właściwie już niedługo może będzie miesiąc, ale trzy, cztery tygodnie temu zalęgło mi się w głowie coś nowego. Nowa wizja, nowy pomysł na nowelkę. Miałam już te wszystkie notatki, już siadłam, żeby te notatki ręczne spisać do komputera i zaczynamy pisanie. Tylko siedzę przy tym pustym dokumencie i myślę: „Kurczę”. Ale coś mnie powstrzymywało, żeby zacząć spisywać to, co mam w notatkach. Myślałam, że to, co wymyśliłam, co mi przyszło do głowy, to jest fajne. To jest super pomysł. Ciekawy początek na pewno.
Ale pomyślałam: a gdyby tak zacząć jeszcze inaczej? Gdzieś moje myśli zabłądziły w kierunku tych notatek do felietonu. To co? Zaczęłam je odkopywać w stosie tych notatek moich pisanych. I okazało się, że to jest idealny początek do tej nowelki. Oczywiście, że przekształciłam to jeszcze bardziej w taką fantastyczną wizję, jako że to jest fantastyka w sumie to, co piszę. Dzięki temu powiem wam szczerze, że może i nie powstał z tego felieton, ale mam zajezacną scenę otwierającą moją nowelkę. To też nie przyszło mi od razu. Nie wiem, jak to nazwać, wracając do tego niewyrzucania rzeczy. Bo jesteśmy pisarzami i jednak emocje to jest coś bardzo istotnego, wręcz potrzebnego w naszym zawodzie.
Natomiast bardzo często całą kumulację tych emocji kierujemy wobec siebie i często to się przeradza w coś takiego, że nie jesteśmy dla siebie wyrozumiali albo jesteśmy zbyt pobłażliwi. To zawsze jest polaryzacja w dwie strony. Masło maślane. Natomiast może za każdym razem, kiedy będziecie chcieli, bo też zakładam, że nie każdy z was wyrzuca to, co napisał, czy usuwa totalnie. Natomiast jeżeli będziecie mieli ochotę, tak klasycznie, jak pokazują gdzieś na filmach i tak dalej, że wyrywam kartkę z zeszytu albo biorę kartkę, miętolę ją w rękach i do kosza. To zanim do kosza ta kartka poleci, to się zastanówcie. Okażcie sobie wyrozumiałość. Połóżcie ją na razie na bok. Jeżeli faktycznie to, co na tej kartce było, nie podoba wam się od strony technicznej, czyli że faktycznie te zdania były źle skonstruowane albo użyliśmy złych słów i przepisaliście to, co tam było nowymi słowami, to okej. Ale często wyrzucamy jakiś pomysł.
Często jest tam jakiś fragment fabuły, może jakiś bohater, może jakiś początek, koniec czy notatki do felietonu. Cokolwiek. Zostawcie to. Stwórzcie sobie teczkę czy jakiś folder na komputerze, czy na laptopie, jakiś folder na jakieś wykwity. Nazwijcie jak chcecie i uczcie się okazywać sobie w tych wypadkach wyrozumiałość. Z roku na rok się rozwijacie. Tak samo macie nowe doświadczenia, macie nowe wnioski, nowe wizje, pomysły. A to oznacza, że wasz umysł będzie wam podrzucał coraz to nowe rzeczy i wiązał ze sobą rzeczy, które na przykład jeszcze trzy lata temu byłyby dla was czymś niemożliwym do powiązania. To w ogóle by nie kliknęło. Gdzie ty z tym się tu pchasz?
Po czym po trzech latach sami się tam pchacie. Więc słuchajcie, wiem, że to nie jest łatwe do zrobienia, ale spróbujcie spojrzeć na ten wasz tekst, na to, co produkujecie obiektywnie. Oczywiście, że to łatwo mówić: obiektywnie. Ale warto szukać na siebie patentów. Więc tak pomyślałam, że zaproponuję wam, jak sobie ten obiektywizm wyćwiczyć. Wyobraźcie sobie, że jesteście w jury. Jest jakiś konkurs, nie wiem, czy to pisarski, czy to na kreatywność, na pomysły, na wymyślanie. Wy jesteście w tym jury i otrzymujecie ten wasz tekst. Ale oczywiście ten tekst jest wysłany na konkurs. To nie jest wasz tekst, tylko to jest tekst, który wy macie ocenić.
I teraz, żeby ułatwić sobie pracę. Nie wiem, czy kiedykolwiek mieliście okazję być w jakimś jury, bo ja tak. I faktycznie powiem wam szczerze, że bez przygotowania to było trudne. To prawda, to było takie dynamiczne jury, a nie konkurs pisarski, że mieliśmy czas, tylko siadaliśmy i ocenialiśmy występy na scenie. Natomiast warto sobie przygotować rzeczy czy kategorie, w jakich będziecie to oceniać. Oczywiście, że to pozostawiam wam. Sami będziecie najlepiej wiedzieli, jakie kategorie dobrać do tego, co chcecie oceniać. Natomiast są takie szybkie propozycje, jak przyszło mi do głowy, to na przykład kategoria fabuła, czyli wszystkie jakieś elementy fabularne. Sam pomysł. Jak wam się to podoba?
Jak wam się to nie podoba? Czy to jest ciekawe? Czy to jest innowacyjne, zaskakujące, przerażające? I tak dalej. Kolejna kategoria, język. I tutaj właśnie możemy skupić się na odpowiednich słowach, na warsztacie pisarskim, na wszystkim, co jest związane faktycznie z rzeczami językowymi. I ostatnia kategoria taka trochę luźna, ale pomyślałam, że możemy ją nazwać bajerami. I tutaj możemy umieścić zarówno właśnie jakieś naprawdę takie rzeczy wow, przebłyski jakieś same w sobie w fabule, czy na przykład jakieś klamry, że tekst zaczyna się od czegoś albo pojawia się jakiś artefakt, którego nie ma i dopiero wjeżdża na sam koniec i stanowi taką klamrę. Więc jakby nie patrzeć, to jest połączenie właściwie jakiejś magii z fabuły i magii z języka czy z technicznych rzeczy w jakiś jeden bajer, który stanowi taką bardzo porządną rzecz. Albo na przykład wystarczy, że ogracie to graficznie.
Czyli tu przerzucicie coś do nowej linijki, tutaj zrobicie jakieś wytłuszczenie, a może coś wyrównane do prawej. Dużo tu zależy od tego, jakiego typu rzeczy piszecie. Sami sobie wymyślcie dalej, dobudujcie. Może będziecie potrzebowali jeszcze jakiejś kategorii. To są takie trzy, które mi przyszły tak na szybko do głowy. No i dalej pomyślałam, jak sobie właściwie rozpisywać te oceny. Więc oczywiście, że możecie przyznawać punkty. Możecie też na przykład wypisać listę przymiotników. Wszystko, co wam przychodzi do głowy. Co uważacie, czytając ten tekst, po przeczytaniu tego tekstu, patrząc na ten tekst i tak dalej.
Przymiotniki myślę, że to jest dobra rzecz, bo nawet czasami później łatwo to sobie gdzieś porozwijać. Oczywiście lista plusów, czyli wszystko to, co naprawdę uważacie, że zasługuje w tym tekście naprawdę na te wszystkie plusiki, na jakieś punkty. No i oczywiście lista punktów ujemnych, czyli faktycznie tam, gdzie coś nie poszło, tam gdzie coś jest do poprawki albo coś było nudne i tak dalej. Zachęcam was też, żebyście sobie te punkty właśnie rozpisywali, albo nawet to połączcie w jedną listę. Czyli wypisujecie sobie jakiś tamten przymiotnik czy tam jakąś myśl, która wam przyszła do głowy na przykład właśnie w danej kategorii i ustalacie, czy ona jest na plus, czy ona jest na minus. Może to brzmieć abstrakcyjnie, ale naprawdę szczerze siądźcie kiedyś i spróbujcie. Oczywiście, jeżeli macie faktycznie problem, żeby patrzeć obiektywnie na swoje teksty, a myślę, że jest to dosyć częsty problem. Oczywiście można poprosić, poszukiwać sobie beta readerów i tak dalej. Natomiast myślę, że zanim oni i zanim korekta, warto, żebyście wy sami rozprawili się z tymi tekstami i żebyście właśnie... Raczej inaczej.
Jeżeli tak się rozprawicie, to też zdecydowanie łatwiej będzie wam do tych tekstów później podchodzić, a poza tym będziecie też pewni tych tekstów, bo na wasze oko daliście z siebie wszystko i faktycznie przyjrzeliście się temu od każdej strony. No i teraz kwestia właśnie tych uwag, które faktycznie na przykład będą dotyczyły tej fabuły, a nie tego, że się gdzieś tam pospieszyliście albo że coś jednak źle opisaliście i tak dalej. I teraz jest jeszcze jedna bardzo istotna rzecz tutaj, czyli niezależnie od tego, co myślisz na swój temat, oddziel to od tekstu, który czytasz. Bo to jest, myślę, właśnie ta najtrudniejsza rzecz w tym obiektywizmie, że każdy z nas w jakiś sposób na swój temat myśli i będziemy mieli grupę osób, które wręcz zaniżają swoją wartość. Ale będzie też grupa osób, która swoją wartość zawyża. I jedno, i drugie ma swoje plusy, oczywiście i minusy. I nie o tym dzisiaj chcę rozmawiać. Natomiast postarajcie się to odsunąć. Czyli to są moje emocje wobec mnie, okej, ale ten tekst często jest właściwie moim wyobrażeniem, a nie moimi emocjami czy poglądami i tak dalej. Oczywiście może też być, ale zwykle ten tekst jednak jest nową formą.
Czy nawet jeżeli to nasze przemyślenie jest włożone w usta czy głowę bohatera, no to też warto spojrzeć na to, czy ten bohater faktycznie jest z tym spójny. Nie patrzcie na to, czy to jest super, czy to jest nie super. Jeżeli to jest wasze, to zakładam, że jest to super i chcecie się tym dzielić. Natomiast wtedy pomyślcie od takiej strony, że nie sam przekaz, tylko właśnie to, czy faktycznie ten przekaz jest odpowiednio ulepiony pod tego bohatera lub czy tego bohatera może nie trzeba jeszcze jakoś rozbudować, żeby ten przekaz był jeszcze bardziej wyeksponowany. Nie mam tu gotowych przykładów, więc też tak sobie z głowy rzucam. I teraz wszystkie te emocje, które czujecie wobec siebie, mogą być też świetną sprawą właśnie w trakcie oceniania. Ale uwaga! Nie, że oceniacie przez pryzmat tych emocji, które czujecie wobec autora tego tekstu, tylko właśnie te emocje, które w was to wzbudziło, bo na początku ciężko wam będzie to odsuwać, więc po prostu sobie to wypiszcie gdzieś na boku. Wyrzućcie te emocje, te uczucia z siebie i wtedy już troszeczkę będzie łatwiej do tego podejść. Ale też pomyślcie albo zróbcie nawet taką czwartą kategorię, na przykład zestawienie dzieła z autorem czy z tym, co wiecie na temat autora.
Może to wam pomoże. W razie czego pozostaję otwarta. Jakbyście chcieli tego próbować, to jak najbardziej możemy coś razem wymyślić i zastanowić się, jak sobie poradzić z trudnościami, które was napotkają przy tym. Idę raz dalej. Aha, jeszcze istotna rzecz co do tych emocji. Jeżeli chodzi o te emocje, które czujecie wobec siebie, to możecie też wypisywać tak jak mówiłam, jako kategorie, ale możecie też się zastanowić, do czego zachęcam, co dokładnie wywołało te emocje. Czy to faktycznie jest tylko wasz pogląd na wasz temat, czy może faktycznie jakaś niespójność między wami a tekstem, o której wy wiecie, a wasz potencjalny czytelnik nigdy nie będzie miał nawet o tym pojęcia. Dobrze sobie takie pytania zadawać. Co jest źródłem tego, co się we mnie pojawia? Czyli w tym wypadku co wywołało te emocje.
Jest też fajna rzecz, którą możesz przygotować sobie wcześniej, czyli napiszesz swój tekst, swoją rzecz czy coś, co uznasz za błąd. Jesteśmy w temacie. I po napisaniu możesz stworzyć sobie taką listę aspektów, które chciałeś ująć w tym danym tekście. Coś trochę na kształt takiej checklisty. Oczywiście mogą to być konkretne sceny, mogą to być jakieś konkretne elementy przekazu, a może właśnie jakieś ukryte tam bajery do odkrywania przez czytelników. Kojarzy mi się to z takimi checkpointami w grze. Jak są gry fabularne, że idziemy, mamy quest, robimy coś po kolei i nagle nam się pojawiają gdzieś informacje: odblokowałeś takie osiągnięcie albo zrobiłeś to. Teraz zrób to. Zrób to. Wiecie, coś takiego, co by nas pchało do przodu.
Możecie też właściwie używać tego jako konspektu w trakcie pisania. To wszystko zależy od waszej percepcji. I później w trakcie obrad jury sam ze sobą możecie właśnie też sobie patrzeć na ten swój checkpoint, na tą waszą listę. Czy te cele czy jakieś rzeczy, które chcieliście tam ująć i na przykład przyjmijcie sobie skalę, że podczas obrad jury, podczas analizy tego tekstu będziecie na przykład zaznaczać, przykładowo w skali od jeden do pięciu, gdzie pięć tu jest, pamiętajcie, takim maksem w realizacji. Po prostu, na ile udało wam się osiągnąć ten aspekt. Bo jeżeli nie jest na maksa, to może właśnie w tym miejscu trzeba coś poprawić. I dalej. Mam dla was też taką propozycję nawyku, który moglibyście sobie zacząć budować. Czyli jeżeli na przykład w waszej głowie pojawi się jakaś myśl, że to był błąd albo to się nie nadaje i tak dalej, czy wywalę to. Możecie sobie do tej zaraz myśli...
Ta myśl będzie pewnie na początku w ogóle niezależnie od was, ona się po prostu może pojawić w waszej głowie. Wy spróbujcie się przypilnować. Żeby się nauczyć na taką komendę, że za każdym razem, kiedy w głowie pojawia mi się taka myśl, to ja sobie zadaję pytanie: co sprawia, że uważam to coś za błąd? Czy co sprawia, że chcę to wyrzucić do śmieci? Myślę, że wiecie, o co tutaj chodzi. Oczywiście, że jeżeli ktoś nigdy nie robił takich rzeczy, to wydaje się to abstrakcyjne, ale zapewniam was, że tak się buduje nawyki, że to się da zrobić. Oczywiście, że nie jest to łatwy proces i oczywiście, że wcale nie musicie tego robić. Tak jak wam powtarzam, jeżeli z czymś się czujecie dobrze i to faktycznie was rozwija i wam to działa, to nikt wam nie każe tego zmieniać. Możecie spróbować i zachęcam, próbujcie, ale jeżeli nie czujecie tematu, nie chcecie czegoś zmieniać, to nie każdy musi się zmieniać. Nie każdy musi być identyczny i robić tak jak inni, bo ktoś tak powiedział.
O tym też będziemy mówić. Myślę, że może nawet w następnym odcinku. Dobra, słuchajcie, jakie są proficiki z tej zmiany nawyku? Jeżeli zaczniecie się w ten sposób pilnować, to dzięki temu łatwiej będzie wam ustalić, czy to faktycznie jest taka czysta myśl, która wypływa z was. Czy to wy faktycznie uważacie, że to jest jakimś błędem, że to jest niestosowne, że to jest złe, że to się nie nadaje? Czy może jednak jest to wpływ jakichś tam słów z zewnątrz? Bo wiecie, słuchamy różnych rzeczy w swoim życiu. Tak samo budujemy przez całe życie swoje poglądy i jakieś nastawienie do jakiejś rzeczy. Oczywiście, że jedno i drugie możemy też sobie edytować. No i może być tak, że odruchowo będziecie myśleć, że coś się nie nadaje.
Matko, ile ja dzisiaj abstrakcji do was mówię. Mam nadzieję, że jesteście ze mną, że nie odpadliście jeszcze od głośników. Wspominałam trochę. To jest coś w stylu takiego nieświadomego programowania naszej głowy czy tam wgrywania nam jakichś myśli i programów. Nie mówię tu o teoriach spiskowych, tylko o zwyczajnym procesie. Jeżeli ktoś wam będzie coś powtarzał, czy nie zobaczycie, że można inaczej, czy nie będziecie mieli okazji zrobić czegoś inaczej, to sami z siebie gdzieś tam, w sensie tak niezależnie od was nie pojawi wam się myśl, żeby to zmienić. Czy to faktycznie tak jest? To już musicie sami się zatrzymać, zastanowić i zacząć działać. I może być właśnie tak, że popadniecie w taki autosabotaż, że nie, to się nie nadaje, bo w sumie ostatnio pisałem podobnie i to też było złe. Albo miałem złe oceny.
Nie, to jest głupi pomysł. Albo ktoś tam powiedział, że ten bohater jest nudny. Może być tak, że ten bohater wcale nie jest nudny, tylko może faktycznie ta scena, w której brał udział ten bohater, coś, czegoś jej zabrakło, nie? Także wiecie, pilnujcie, pilnujcie swoje myśli. I teraz, jeżeli ustalicie, co jest źródłem tego waszego orzekania o błędzie, no to też zupełnie inaczej będziecie mogli się do tego ustosunkować. Bo wiecie, no, jeżeli się okaże, że to i tak jest tam jakieś gadanie z zewnątrz, no to okej, to jest gadanie z zewnątrz i możecie z niego korzystać albo nie. Natomiast bardzo ważne w pisaniu jest to, co wy uważacie. Bo w końcu wy jesteście autorem, wy to konstruujecie. Wy też się rozwijacie jako ludzie w trakcie pisania. Dlatego przede wszystkim najpierw skonsultujcie to ze sobą, wszystkie aspekty, a później wybierzcie się gdzieś dalej w teren i właśnie szukajcie opinii z zewnątrz.
I też dalej dostaniecie opinie, wracacie do siebie i konsultujecie te opinie ze sobą. Nie, czy się zgadzacie, czy nie. Znaczy w sensie nie, nie, że się-- jest opinia i musicie się z nią zgodzić albo nie zgodzić, bo wasze ego mówi inaczej. Tylko okej, jest opinia. Co ta opinia dla mnie oznacza? Co z tej opinii wynika? Ten deseń. A potem czy mogę to zastosować u siebie i jak to może pomóc rozwinąć mój projekt? Lub jakie wnioski, słysząc tą opinię, czy po tej opinii może w mojej głowie pojawiły się jakieś wnioski, jakie to wnioski były i czy warto te wnioski zastosować w dalszym pisaniu, czy nie wiem, w ćwiczeniu warsztatu. Wiecie, może na bazie tych rozważań, co sprawia, że coś jest dla was złe, błędem, że się nie nadaje, może się okazać, że to w ogóle nie był błąd.
Że to wcale nie było złe. Albo że okej, to był błąd, to się nie nadaje, ale mogę z tego wyjąć jakieś dla siebie korzyści. Może właśnie ten jeden fragment, jakaś jedna rzecz, a może lekcja na przyszłość, żeby jednak nie pisać w tym stylu, czy na przykład nie używać na razie nie używać na przykład takiego rodzaju, nie wiem, narracji czy takiego języka, czy takiego zabiegu literackiego. Albo może przedobrzyłem z metaforami, nie? Wiecie, no wnioski, wnioski i dzięki temu naprawdę będzie wam dużo łatwiej okiełznać samych siebie w tym żywiole, jakim jest pisanie. Wiecie, tu też nasuwa mi się do głowy rzecz taka, która jeżeli zajmujecie się rozwojem osobistym czy mieliście gdzieś z tym styczność, no to często pada takie zdanie: „Nie ma porażek, są lekcje”. I wiecie, tak jak całym serduszkiem podpisuję się i zgadzam się z tym zdaniem i sama je tutaj, wiecie, wyznaję w swoim życiu, to jednak. Wiecie, no to też są lata mojej pracy i zmiany własnej mentalności, która dzisiaj w sumie jakbym miała to porównać do jakiejś sytuacji, to w sumie to jest taka trochę, wiecie, mentalność nieustraszonego skoczka na głęboką. Wiecie, coś w stylu, że ktoś podbiega i mówi mi: „Słuchaj, słuchaj, widzisz tą skarpę? Nie, nie.
To wiesz co? To w ogóle tam nie idź. Za tą skarpą to jest taka głęboka woda, że to w ogóle weź, to nie ma. Nie wiadomo, co tam jest. Nie ma sensu, nie idź”. Ja mówię: „Okej, okej, spoko”. No, po czym biegnę i skaczę w tą wodę, bo gdzieś tam coś wiecie, a nuż widelec coś tam znajdę, coś będzie fajnego, może dopłynę w fajne miejsca. Wiecie, ja to tak, ja to chyba miałam tak trochę od zawsze. Zawsze gdzieś intrygowały mnie nowe rzeczy. Co prawda bardzo często w życiu też zdarzało się, że byłam zwyczajnie-- najpierw wypychano mnie na głęboką wodę, a potem jakoś weszło mi to w nawyk i sama się zaczęłam na tą wodę wypychać, nawet czasami wbrew sobie.
Długa historia. Natomiast wiecie, nie o tym chcę mówić. Bardziej chcę powiedzieć, dlaczego w pewnym momencie właśnie sama z radością zaczęłam skakać na tą głęboką wodę. I kiedy tylko pojawia się jakaś możliwość zmiany, jakaś nowość, coś nowego, nowe wyzwanie, no to bardzo-- znaczy już dzisiaj muszę trochę powściągać i przestać mówić „tak” na te wszystkie rzeczy. Nie wiem, czy oglądaliście kiedyś film Yes man z Jimem Carreyem. No to faktycznie wpadłam troszeczkę w coś takiego, że naprawdę zaczęłam mówić tak na wszystko. Natomiast dotarłam do tego momentu, że nie jestem w stanie tak zagiąć czasoprzestrzeni, żeby wydłużyć dobę. Sama też nie jestem w stanie się tutaj zwielokrotnić, bo już samo podwojenie się to już byłoby za mało. No to więc stwierdziłam, że niestety muszę zacząć mówić „nie”. Nieważne, jak super ta rzecz by była.
I wiecie, i teraz dlaczego zaczęłam mówić? Dlaczego chciałam, zaczęłam skakać? Wszystko zaczęło się od tego, kiedy zrozumiałam, że te wahanie na początku takie trochę narzekanie czy takie, wiecie, ojojanie, no to jest taki zwykły odruch. Wiecie, nasz wygodny mózg, który dba o nas, o nasz komfort, o to, żebyśmy nie mieli stresu. No to on właśnie tak nam podpowiada. To jest, wiecie, też ta legendarna jakaś tam strefa komfortu i te inne rzeczy. No dobra, ona jest, ale to nie znaczy, że trzeba ją przekraczać. A poza tym też w pewnym momencie swojego życia ktoś tyle razy mi kazał ją przekraczać, że w pewnym momencie zorientowałam się, że nikt mi nie powiedział, że trzeba wracać i po prostu przeszłam i nie wróciłam. Ale spokojnie, spokojnie, jest dobrze. Dałam radę.
Jestem tutaj dzisiaj z wami. Natomiast wiecie, to jest coś naturalnego, tak? Te nasze wahania, te nasze niezdecydowanie, te nasze właśnie jakaś taka trochę tendencja do narzekania, która może też czasami być podpatrzona i nabyta, i może nie tyle kulturowo, co wiecie, wiecie, jakie jest nasze otoczenie i w jakim miejscu znajdujemy się w większości wszyscy. Więc jeżeli z każdej strony gdzieś ktoś na coś narzeka, coś mu się nie podoba, no to to jest oczywiste, że i my tym nasiąknęliśmy. Ale to nie znaczy, że my, wiecie, mamy być taką gąbką i kisić to w sobie, tylko jak na gąbkę przystało, możemy się ścisnąć i to wyrzucić, nie? I już tego nie mieć w środku. No i ja tak sobie, wiecie, wypracowałam odruch, żeby nie tracić czasu właśnie na jakieś wahania, na narzekanie. Tylko dobra, idziemy. Albo dobra, zastanówmy się, czy idziemy. Wiecie, no to jest taka oszczędność czasu, że uch!
A jak mówiłam, ja go mam ciągle za mało. Ale, ale, ale moi drodzy. Bo to, że ja sobie tak robię i że mi to działa i tak dalej, i tak dalej Wcale nie oznacza, że każdy ma tak robić i że warto tak robić. I tak dalej. Może być tak, że macie inny charakter, inną mentalność. Może jesteście w totalnie innym miejscu w swoim życiu czy mierzycie się z czymś innym. Dlatego nie ma co sobie tego odbierać czy się zmuszać. Oczywiście możecie próbować. Jeżeli czujecie, że to z wami rezonuje i że to jest coś, co może wam się przydać, to absolutnie próbujcie. Natomiast jeżeli nie czujecie tematu, faktycznie tak się go boicie i wolicie sobie jednak nie wchodzić we wszystko albo lubicie ponarzekać, macie też do tego pełne prawo, to sobie to miejcie.
Natomiast zachęcam was, skoro wiecie, że tak macie i na razie nie chcecie tego zmieniać, to przeznaczcie sobie czas na takie narzekanie. Jak potrzebujecie, to możecie sobie jechać po sobie. Wracam do emocji, które wobec siebie czujemy. Albo możecie klaskać na swoją cześć, bo jesteście nieomylni. Poświęćcie sobie czas na poradzenie sobie z waszym odruchem. Żeby ten odruch się wypełnił, żebyście czuli się spełnieni w tym miejscu. Ale potem dajcie sobie jeszcze czas na wnioski. Nawiązuję cały czas do zdania, że nie ma porażek, są lekcje. Mogą być porażki, mogą być błędy. Jeżeli chcecie, proszę bardzo, róbcie to, miejcie je sobie.
Natomiast spróbujcie też zacząć wyciągać z nich lekcje. Wtedy będziecie mieli i porażki, i lekcje. Czyli win-win. Macie to, co jest dla was naturalne, odruchowe i komfortowe w pewnym stopniu. To jest komfortowe psychicznie, jeżeli ktoś tak ma i nie musi tego zmieniać. Ale dodatkowo możecie zacząć wnioskować, zastanawiać się. Tak jak mówiłam wcześniej o tych pytaniach. Myślę, że o tym podejściu do błędów, zachęcam, żeby się z nimi polubić. Mam wrażenie, że wpojono nam, że błąd to jest coś złego, że nie wolno popełniać błędów. Gdzie nam to mogli wpoić?
A w szkole jak ktoś zrobił coś źle albo nie zrobił całego zdania, to co? Minusik albo gola się dostawało, nie? Popełniajmy te błędy, ale nie patrzmy na nie jak na jakieś złe potwory, które trzeba zwalczać. Tylko jak na takie zagubione stworzonka, które gdzieś tam pojawiły się. Popełniliśmy je, wypadły z nas, ale zaopiekujmy się nimi. Popatrzmy, przyjrzyjmy się, zastanówmy się. Może je pokierujmy gdzieś do ich domu. Niech sobie tam idą. Albo je przygarnijmy i może dokarmmy, ubierzmy, uczeszmy i może staną się naszymi najlepszymi kumplami, a nie błędami. Wszystko zależy od was, od waszej wyobraźni.
Także idźcie i bawcie się konwencją błędów. A tymczasem chciałam jeszcze wspomnieć o dziełach przypadku. To jest coś, co mam wrażenie, że z roku na rok spotykam je coraz częściej, ale chyba tylko dlatego, że one mnie zafascynowały. I jak zaczynam się zastanawiać nad tymi dziełami przypadku, które mnie spotkały lub je popełniłam, to przychodzi mi do głowy jeden taki, który chyba najbardziej mi się odcisnął we wspomnieniach. Pamiętam, to była lekcja rysunku na organizacji reklamy. Ja do tej pory nie czuję się mocna w rysunki. Coś tam sobie szkicuję, jakieś bazgrołki, ale rysowanie to nie. Ja lubię mieć specjalistów od tego. Proste grafiki mogę, jakieś rysunki, ale nie zrobię na przykład super ilustracji czy szkicu. Oczywiście zrobię, ale to dalej nie będzie to, co bym chciała, żeby było.
Więc nic na siłę. Nauczyłam się, że są ludzie, którzy umieją w to, bardziej czują, to niech oni się tym zajmą. Natomiast żeby zdać, to trzeba było ten rysunek jakoś zaliczyć. Oczywiście mieliśmy martwą naturę, malowanie i tak dalej. Pamiętam, że były zajęcia, gdzie pani wykładowczyni dała nam stado gazet, powiedziała, że mamy sobie wybrać po gazecie, przejrzeć ją i wybrać sobie zdjęcie, które nam się najbardziej podoba, ale nie patrzeć na kształt czy na to, co to przedstawia, tylko bardziej na zestawienie kolorów, na plamy i tak dalej. Pamiętam, chyba wybrałam jakieś maliny, jeżyny. To nawet nie była miska z owocami, tylko chyba taki kadr, że te owoce były rozrzucone. Zadanie polegało na tym, że patrząc na te plamy kolorów, mamy narysować coś. To może być abstrakcja, cokolwiek, co nam przyjdzie do głowy. Matko, jak mi to ciężko szło.
Słuchajcie, jak krew z nosa. Już wszyscy tam porysowali, wszyscy zadowoleni, a ja duszę i nie wiem, o co chodzi. Już zaczęłam później przerysowywać te jeżyny, maliny i co to tam jeszcze było. I w pewnym momencie, bo chyba wzięłam wtedy pastele czy jakieś kredki, bo to chyba na tym polegało, że mieliśmy też wziąć pastele i rozmazywać te kolory. I ja tak patrzę sobie, myślę: „Kurczę, te wszystkie dziwne kształty, które uprościłam, zaczęły mi coś przypominać”. Bo to była totalna abstrakcja, ale mój mózg sobie coś tam wyszukał w tej abstrakcji. Zobaczyłam tam zakapturzoną postać z liszajami, bo tam były maliny, jeżyny, więc tam było dużo kółek. Jak zaczęłam tą postać, to totalne dzieło przypadku Ale wyobraźcie sobie, że ja powiedziałam, że nie oddam tej pracy, bo to polegało na tym, że kobieta brała to do archiwum, do dokumentacji i tyle to widzieli. Już nigdy tego nie zobaczę. Ja mówię: „Nie, ja to pani ogarnę na następne zajęcia”, bo ja po prostu nie byłam w stanie się w ogóle rozstać z tą pracą.
Mam ją do dziś. Dobra, koniec historii, bo to właściwie tylko o to mi tutaj chodziło. Zmierzałam właśnie do tego, że widzicie, tak bardzo nie chciałam. Szło mi to tak opornie, że o matko z córką. Ale jak zaczęłam to robić, to nagle się okazało, że coś fajnego wyszło. Nawet to zaczęło mi się podobać. Gdzie wychodziłam z założenia, że nie umiem w rysowanie, nie chcę się tym zajmować, byle zdać te zajęcia. I właśnie to zaczęłam tak robić, już trochę na odpierdziel, bo ja też nie do końca rozumiałam chyba, co ja mam tutaj robić z tym. I to było takiego swojego rodzaju przełomem w moim rysowaniu, mimo że dalej się tym nie zajmuję, ale już się nie boję. W sensie mam coś takiego, że spróbuję, a może wyjdzie mi znowu jakaś ciekawa, zakapturzona postać z liszajami.
Może wtedy dopiszę do niej jakąś historię. To dzieło przypadku sprawiło właśnie, że minął mi ten opór przed rysowaniem, mimo że dalej nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, ale zaczęłam po prostu próbować. Nie wstydziłam się tego, że nie jestem ekspertem, że to mi wychodzi krzywo, że inni rysowali lepiej, bo po prostu to czuli. Ale pewnie jakbyśmy zaczęli pisać opowiadania, to pewnie mi by wychodziło lepiej. Także każdy ma jakąś tam swoją dziedzinę i jestem po prostu zaszczycona, że takie dzieło przypadku się pojawiło w moim życiu i dało mi tyle wniosków. I też tak jak wspominałam wam o tym felietonie, który przerobiłam na scenę otwierającą, to też kolejne dzieło przypadku, już tutaj takie dosyć świeże, właściwie chyba na razie najnowsze. Jeżeli pojawiła się ta nieplanowana scena, ta z tego felietonu, to pojawiła mi się troszeczkę dziura fabularna między tą sceną a łącznikiem. Zabrakło mi łącznika, jak płynnie przejść z tej sceny do tej docelowej. Oczywiście, że mogłabym to uciąć. Mogłam zrobić z którejś jakąś retrospekcję i tak dalej, ale stwierdziłam, że tam mi czegoś brakowało po tej scenie z felietonu.
I tak spontanicznie pojawił się nowy bohater. I im dłużej to pisałam, oczywiście już mam piękny łącznik, wszystko jest cudownie. Natomiast gdybym nie użyła tego felietonu, tego mojego trochę błędu, który chciałam skreślić, znaczy nie chciałam skreślić, ale go nie użyłam, to nie zaistniałoby to dzieło przypadku. Czyli ta scena po scenie, z której właśnie mam takie korzyści jak nowy bohater, który miał być takim klasycznym epizodem, łącznikiem, po czym okazał się... znaczy zaczęłam go rozwijać. Rozwijałam też tam dialog i w sumie stwierdziłam, że to będzie ciekawy pomysł na bohatera, który jednak pojawi się częściej i może będzie jednak troszeczkę ważniejszym bohaterem, a nie jakimś takim manekinem, epizodem. Dalej, łącząc jedną scenę z drugą, pojawiło mi się miejsce na retrospekcje bohaterki. Właściwie nie planowałam ich, ale tu się idealna okazja nadarzyła, żeby też troszeczkę czytelnikowi przemycić coś więcej z tego backstory bohaterki. Dalej pojawiło mi się miejsce na tło historyczne, jeżeli chodzi o uniwersum. I ogólnie to ta scena początkowa była na tyle dynamiczna, że ta kolejna scena właśnie jest takim pięknym przejściem, taką ładną, statyczną sceną, gdzie możemy sobie trochę odetchnąć, pooglądać ciekawych bohaterów i pójść sobie na spacer po tej części uniwersum.
Także zachęcam was serdecznie, żebyście powspominali swoje dzieła przypadku. Może niedawno właśnie coś miało miejsce, a może nie miało jeszcze miejsca, a może miało, a nie wiecie, że to było dzieło przypadku. Akurat kwestia przypadku to jest jeszcze inna rzecz. Natomiast myślę, że wiecie, o co mi chodzi. Te dzieła przypadku to jest właściwie, chodzi mi tutaj o rzecz bardzo wartościową, która wyszła spod waszej ręki, ale zaskoczyła was bardzo pozytywnie, że w sumie jakby ktoś wam powiedział, że takie coś wymyślicie, to wy byście powiedzieli: „Nie no, co ty, gdzie mi do tego?”. Z pewnością mieliście takie sytuacje, dlatego zachęcam do powspominania. I wiecie co? Myślę, że chyba dotarliśmy dzisiaj do końca. Natomiast zanim wysmażę wam kolejne kreatywne zadanko, to przypomnę. Znaczy przypomnę.
Poinformuję was, że tak jak sobie wpadło mi do głowy w poprzednim odcinku, tak też uczyniłam. A co uczyniłam? Uczyniłam nam grupę na Facebooku, więc tam staram się też po każdej audycji będę wrzucała właśnie zarówno post, w którym będziemy mieli miejsce. Nie wiem, będziecie mieli jakieś uwagi, jakieś przemyślenia odnośnie tematu, o którym mówimy, czy może właśnie chcecie się podzielić jakimiś swoimi historiami, to właśnie pod tym postem. I dodatkowo właśnie też drugi post, w którym będzie miejsce, jeżeli będziecie tylko mieli ochotę oczywiście, żeby podzielić się wynikami tego ćwiczonka kreatywnego. Albo może jeżeli nie chcecie pisać na przykład treści, która wam przyszła do głowy, czy którą napisaliście, to może same wnioski z tego zadania, może na coś fajnego, nowego wpadliście. Tak samo też odnośnie tych dzieł przypadku. Jeżeli mielibyście ochotę pochwalić się swoimi dziełami przypadku, to dajcie mi chwilę, ale postaram się, żeby niedługo po zakończeniu audycji pojawił się też dedykowany post do tego odcinka, żebyście mogli sobie tam w dyskusji, w tych przemyśleniach po odcinku pochwalić się, co uważacie za słuszne, czy poradzić się. A może potrzebujecie dyskusji z innymi pisarzami na ten temat? Będzie mi bardzo miło, jeżeli zajrzycie do grupy.
Grupa się nazywa Alchemia Tworzenia. Na grafice zobaczycie moją, chciałam powiedzieć dwugłową fotografię, moją dwukolorową głowę. Myślę, że się odnajdziemy. I co, moi drodzy? Ja serdecznie dziękuję za waszą uwagę. Naprawdę bardzo mi miło, że tu jesteście i że chcecie posłuchać moich prawideł, moich mądrości. Trzymajcie się, dużo inspiracji. A tymczasem leci zadanko. Rozejrzyj się po pomieszczeniu, w którym właśnie się znajdujesz. Namierz w pobliżu rzecz, której dawno nie używałeś.
Gdyby na mocy dzieła przypadku miała stać się magicznym artefaktem, to na czym by polegała jej moc?
[02:51:50] - Skoro cykl Bez Tajemnic cieszy się takim powodzeniem, to jeszcze jeden odcinek sobie zafundujmy dzisiaj. To będzie odcinek zatytułowany „Szczęśliwy duch Samuela Philippa".
[02:52:16] - Samuel Philipp. Samuel Philipp był człowiekiem dobrym w każdym tego słowa znaczeniu. Nikt nie przypomina sobie, by widział go robiącego coś złego czy świadomie wyrządzającego krzywdę, jaka by ona była. Wiedząc o jego bezgranicznym oddaniu przyjaciołom, zawsze można było być pewnym, że będzie gotów oddać komuś przysługę, nawet jeśli odbyłoby się to jego kosztem. Wysiłek, zmęczenie, poświęcenie nie znaczyły dla niego nic, jeśli tylko mógł się na coś przydać. Czemu oddawał się naturalnie, bez ostentacji, dziwiąc się, gdy ktoś chwalił jego zasługi. Nigdy nie życzył źle tym, którzy go skrzywdzili, a wręcz starał się im przysłużyć, jakby zrobili coś dobrego. Gdy miał do czynienia z niegodziwcami, mówił sobie: „To nie ja powinienem się skarżyć, lecz oni". Mimo inteligencji i wielu naturalnych zdolności jego życie było pełne harówki, trudu i ciężkich prób. Była to jedna z tych elitarnych natur, które kwitną w cieniu, o których nikt nie mówi, a których blask nie ujawnia się na ziemi.
Zaznajomiwszy się ze spirytyzmem, zaczerpnął zeń żarliwą wiarę w przyszłe życie i odwagę poddania się cierpieniom życia ziemskiego. Zmarł w grudniu 1862 roku w wieku 50 lat wskutek bolesnej choroby. Szczerze opłakiwany przez rodzinę i kilkoro przyjaciół. Wywołano go wiele miesięcy po śmierci.
[02:53:47] - Czy dobrze pamięta pan swoje ostatnie chwile na ziemi?
[02:53:51] - Doskonale. Pamięć o tym powracała do mnie stopniowo, bo wtedy miałem jeszcze mętlik w głowie.
[02:53:56] - Ponieważ chcemy się czegoś nauczyć i wziąć przykład z pańskiego życia, czy mógłby pan opisać nam, w jaki sposób przebiegało przejście z życia cielesnego do duchowego oraz jaka jest pańska sytuacja w świecie duchów?
[02:54:09] - Chętnie. Ta opowieść przyda się nie tylko wam, ale także mnie samemu. Gdy kieruję swe myśli ku ziemi, porównanie to pozwala mi jeszcze lepiej docenić dobroć Stwórcy. Wiecie, ile miałem w życiu kłopotów. Dzięki Bogu nigdy nie brakowało mi odwagi, by stawić im czoła. A dzisiaj cieszę się z tego. Ileż mógłbym stracić, gdybym się załamał? Trzęsę się na samą myśl, że gdybym nie wytrzymał, to wszystko, co osiągnąłem, poszłoby na marne, a ja musiałbym zacząć od początku. O moi przyjaciele, postarajcie się dobrze zrozumieć tę prawdę. Od niej zależy wasze przyszłe szczęście.
Zapewniam was, że okupienie tego szczęścia kilkoma latami cierpienia to naprawdę niezbyt wysoka cena. Gdybyście wiedzieli, jak niewiele znaczy tych kilka lat wobec całej nieskończoności. O ile moje ostatnie istnienie było w waszych oczach swego rodzaju zasługą, to nie powiedzielibyście tego o poprzednich. To, co mam teraz, zawdzięczam tylko ciężkiej pracy nad sobą. Aby zmazać ostatnie ślady moich dawnych błędów, musiałem jeszcze przejść te ostatnie próby, na które chętnie się zgodziłem. Ze stanowczego postanowienia czerpałem siłę, by znieść to wszystko bez skargi. Błogosławię dzisiaj te próby. Dzięki nim zerwałem z przeszłością, która jest dla mnie już tylko wspomnieniem i na szczęście mogę z czystym sumieniem być zadowolonym z drogi, którą pokonałem. O wy, którzy na ziemi dostarczaliście mi cierpień, którzy byliście dla mnie źli i nieżyczliwi, którzy upokarzaliście mnie i napełnialiście goryczą, których zła wola często doprowadzała mnie do największych wyrzeczeń. Nie tylko wam wybaczam, ale dziękuję wam.
Chcąc wyrządzić mi krzywdę, nie wyobrażacie sobie, ile przynieśliście mi dobra. To prawda, że w dużej części to wam zawdzięczam szczęście, którego doznaję, bowiem dostarczyliście mi okazji do przebaczania i odpłacania dobrem za zło. Bóg umieścił was na mej drodze, by wystawić na próbę moją cierpliwość i pozwolić mi ćwiczyć się w praktykowaniu najtrudniejszego rodzaju miłosierdzia: miłości do nieprzyjaciół. Nie gniewajcie się na tę dygresję. Już odpowiadam na wasze pytanie. Chociaż okropnie cierpiałem w moim ostatnim wcieleniu, w ogóle nie miałem agonii. Śmierć spadła na mnie jak sen, bez oporu i wstrząsów. Nie bojąc się przyszłości, nie byłem zbytnio związany z życiem. W związku z tym nie robiłem nic, by walczyć o jego ostatnie chwile. Oddzielenie dokonało się bez wysiłku, bez bólu i nawet go nie zauważyłem.
Nie wiem, ile trwał ten ostatni sen, lecz nie za długo. Przebudzenie było spokojne i kontrastowało z mym poprzednim stanem. Nie czułem już bólu i promieniałem radością. Chciałem wstać, chodzić, lecz odrętwienie, które nie było nieprzyjemne, a nawet miało jakiś urok, zatrzymywało mnie na miejscu. Oddałem mu się więc z przyjemnością, zupełnie nie zdając sobie sprawy z mojego stanu oraz z tego, że opuściłem Ziemię. To, co mnie otaczało, wydawało mi się snem. Widziałem, jak moja żona i kilku przyjaciół płacze, klęcząc w pokoju. Sądziłem, że pewnie uważają mnie za zmarłego. Chciałem im wszystko wyjaśnić, lecz nie mogłem wykrztusić słowa. Dlatego też myślałem, że mi się to wszystko śni.
W przeświadczeniu tym utwierdziło mnie, że otaczało mnie wiele kochanych osób, zmarłych już dawno temu i inni, których od razu rozpoznałem, którzy jednak zdawali się opiekować mną i czekać, aż się przebudzę. W tym stanie przeplatały się chwile świadomości i senności, podczas których na przemian odzyskiwałem i traciłem poczucie ja. Stopniowo moje myśli rozjaśniały się. Światło, które widziałem przez mgłę, stawało się silniejsze. Zacząłem przychodzić do siebie i rozumieć, że nie należę już do ziemskiego świata. Gdybym nie znał spirytyzmu, złudzenie z pewnością przeciągałoby się o wiele dłużej. Moja śmiertelna powłoka nie została jeszcze pogrzebana. Patrzyłem na nią z litością, ciesząc się, że w końcu się jej pozbyłem. Byłem taki szczęśliwy, że jestem wolny. Oddychałem pełną piersią jak ktoś, kto właśnie wyszedł ze śmierdzącej atmosfery.
Całego mnie przepełniało niemożliwe do opisania wrażenie szczęścia. Obecność tych, których kochałem, napawała mnie radością. W ogóle nie byłem zaskoczony, że ich widzę. Wydawało mi się to zupełnie naturalne. Miałem jednak wrażenie, jakbym wracał z długiej podróży. Zaskoczyła mnie tylko jedna rzecz, że rozumiemy się, nie wymawiając jakichkolwiek słów. Nasze myśli przechodziły między nami jak spojrzenia i strumień fluidów. Jednocześnie nie byłem jeszcze zupełnie wolny od ziemskich idei. Wspomnienie tego, co przeżyłem, często powracało w mej pamięci. Zupełnie, jakbym miał dzięki temu bardziej docenić obecną sytuację.
Cierpiałem fizycznie, lecz przede wszystkim psychicznie. Doświadczałem bowiem złej woli, tysiąca trosk, jeszcze gorszych od prawdziwych krzywd, co dręczyło mnie nieustannie. Pamięć o nich nie zatarła się zupełnie i czasem pytałem się, czy naprawdę udało mi się od nich uwolnić? Wydawało mi się, że wciąż słyszę nieprzyjazne głosy, rozpamiętując problemy, które tak często mnie przygniatały. Trząsłem się mimowolnie. Szczypałem się, że tak powiem, by się upewnić, że nie śnię. A gdy zyskałem pewność, że wszystko dobrze się skończyło, wydawało mi się, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Tak więc to prawda. Mówiłem sobie, że w końcu uwolniłem się od wszystkich trosk, które zatruwały mi życie i dziękuję za to Bogu. Byłem jak nędzarz, któremu nagle przypada w udziale ogromny majątek.
Przez pewien czas wątpi, że to się naprawdę dzieje i dręczy się niedostatkiem. Och, gdybyż ludzie zrozumieli przyszłe życie, jaką siłę, jaką odwagę dałoby to im w nieszczęściu. Mieliby pewność, że czegokolwiek nie robią na Ziemi, to służy to zapewnieniu sobie szczęścia, które Bóg zarezerwował dla swych dzieci, które przestrzegają Jego praw. Zobaczyliby, jak wiele uciech, o których marzą, jest niczym wobec tych, które lekceważą.
[03:00:50] - Czy ten świat tak nowy dla pana, w porównaniu z którym nasz ma niewielkie znaczenie. Świat, w którym odnalazł pan wielu przyjaciół, sprawił, że stracił pan z oczu rodzinę i przyjaciół z Ziemi?
[03:01:02] - Gdybym o nich zapomniał, nie byłbym godzien szczęścia, którego zaznaję. Bóg nie wybacza egoizmu, lecz za niego karze. Świat, w którym się znajduję, może sprawić, że wzgardzę Ziemią. Nigdy jednak duchami, które są tam wcielone. Tylko wśród ludzi zdarza się, że ktoś zapomina o towarzyszach niedoli. Często bywam odwiedzać moich. Cieszy mnie, że dobrze mnie wspominają. Ich myśli zbliżają mnie do nich. Uczestniczę więc w ich przedsięwzięciach. Cieszę się wraz z nimi.
Smucą mnie ich udręki. Nie jest to jednak ten smutek pełen niepokoju ludzkiego życia, bo rozumiem, że trudności są przejściowe i służą ich dobru. Jestem szczęśliwy, myśląc, że pewnego dnia oni osiągną ten wspaniały stan, w którym ból nie jest znany. Aby nań zasłużyli, staram się im pomagać. Usiłuję tchnąć w nich dobre myśli i przede wszystkim chęć poddania się woli Bożej. Najbardziej mnie boli, gdy widzę, że moment uwolnienia opóźnia się, bo brakuje im odwagi. Marudzą, wątpią w lepszą przyszłość albo robią coś złego. Staram się więc zawrócić ich ze złej drogi. Gdy mi się to udaje, jestem bardzo szczęśliwy, bo wszyscy spotkamy się tutaj. A gdy przegrywam, to mówię sobie z żalem: "Znowu coś ich opóźnia".
Pocieszam się jednak, że niczego nie traci się bezpowrotnie.
[03:02:42] - Na koniec dzisiejszego wydania Bibliotekarium 2.0 zostawiłem kolejny odcinek literackiego tête-à-tête. Dzisiaj spotkanie z Anetą Krasińską. Zapraszam.
[03:03:07] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Spotykamy się w literackim tête-à-tête, aby porozmawiać z panią Anetą Krasińską, autorką 16 książek o tematyce obyczajowej i historycznej. Pani Aneta Krasińska prowadzi również blog, do którego dotrzecie państwo wpisując adres www kropka, razem pisane z małych liter, anetakrasińska.blogspot.com. Wiadomości na temat naszego dzisiejszego gościa znajdziecie państwo na stronie facebookowej Aneta Krasińska Autorka. Dobry wieczór pani Aneto, bardzo mi miło gościć panią w naszym Bok Radio.
[03:04:04] - Dzień dobry, witam wszystkich radiosłuchaczy. Bardzo dziękuję za zaproszenie i cieszę się, że dzisiejszy wieczór będziemy mogli spędzić razem.
[03:04:12] - Pisze pani o trudnych sytuacjach, w jakich niejednokrotnie znajdują się kobiety. Rozumiem, że swoje książki kieruje pani do określonego już czytelnika. To świadomie dokonany wybór czy dzieło przypadku, że właśnie tę grupę czyni pani swoimi odbiorcami? Czy literaturę możemy podzielić na literaturę kobiecą i inną? A jeżeli tak pani uważa, to w jaki sposób zdefiniowałybyśmy ten odłam piśmiennictwa?
[03:04:44] - To ja zacznę od końca. Tak naprawdę uważam, że absolutnie nie można podzielić literatury na typowo kobiecą i typowo męską, bo zarówno kobiety lubią czytać tę literaturę, którą uważa się za męską, czyli sensację, kryminał. I dokładnie odwrotnie jest w drugą stronę, czyli mężczyźni czytają powieści obyczajowe. Wiem, ponieważ wśród grona czytelników mam również mężczyzn i wiem, że oni uwielbiają czytać te powieści. Dlaczego? Dlatego, że dzięki temu mogą poznać świat kobiet, zrozumieć, bardziej się na niego otworzyć. A to jest dla nich ważne, tak jak oni mówią, do tego, żeby tworzyć lepszy związek, być bardziej wyrozumiałym dla swoich kobiet. Więc tu absolutnie bym nie zamykała tej drogi i nie kategoryzowała literatury na męską i damską. Sama też powiem szczerze, że lubię czytać powieści sensacyjne, kryminalne. Są zupełnie inaczej napisane i to dla mnie taka wartość dodana, którą później staram się też wykorzystać w swoich powieściach i pisać troszeczkę może w taki inny sposób niż typowe powieści obyczajowe.
[03:06:01] - W grudniu 2015 roku ukazała się pani powieść „Szukając szczęścia”. Opisuje pani w niej historię małżeństwa Malwiny i Artura oraz ich niepełnosprawnej córeczki Dagmary. Przedstawienie codzienności, zmagań rodziny, w której znajduje się niepełnosprawne dziecko, wymaga od autora niezwykłej wiedzy, delikatności. Biorąc pod uwagę, że była to jedna z pierwszych pani powieści, proszę nam opowiedzieć, co było impulsem do zaprezentowania losów właśnie tej rodziny i jak pani się przygotowywała do napisania tej książki.
[03:06:43] - Przyznam szczerze, że pierwsze moje powieści powstawały na takich przykładach z życia. Korzystałam z tego, że obserwowałam ludzi. Zresztą uwielbiam to robić. Wolę obserwować niż mówić. I właśnie na podstawie tych obserwacji pisałam książki i powieść „Szukając szczęścia” jest właśnie taką powieścią, w której pokazuję świat, który tak naprawdę dość dobrze znałam, ponieważ moja koleżanka miała bardzo podobną sytuację do tej, która wydarzyła się w książce. Samotność matki, która zostaje porzucona właściwie zaraz po porodzie, bo to małżeństwo zaczyna się rozpadać. Ta kobieta zostaje sama i zaczyna, nie chcę powiedzieć, że walczyć z całym światem, ale z tymi przeciwnościami takiego dnia codziennego. Bo zwykłe, prozaiczne czynności w sytuacji, kiedy ma się chore dziecko, stają się naprawdę trudne, bo nie można wyjść do sklepu, bo dziecko cały czas wymaga jakiejś specjalistycznej aparatury, więc jest to bardzo utrudnione i sama jedna osoba po prostu nie da sobie z tym rady. Więc na pewno mi tu pomogły takie własne obserwacje, własne doświadczenia, te emocje, które widziałam, upór, z którym się zmagała ta moja koleżanka, stał się naprawdę taką inspiracją do tego, żeby napisać powieść. Tak naprawdę chciałam zwrócić uwagę wszystkich dookoła, jak naprawdę ciężko jest tym ludziom borykającym się z takimi trudnościami, kiedy pomimo tego, że powinien być system opieki, który wspomoże, który zainteresuje się tymi ludźmi i ich dziećmi Niestety tak nie jest.
To pięknie wygląda na kartkach rozporządzeń i ustaw. Natomiast rzeczywistość pokazuje, że jest zupełnie inaczej. I często właśnie te matki, chociaż oczywiście nie generalizuję, bo zdarza się tak, że to obydwoje rodziców opiekuje się albo na przykład ojciec zostaje sam z dzieckiem, ale ci ludzie naprawdę muszą bardzo dużo poświęcić, z własnych marzeń zrezygnować, z własnych jakichś dążeń, pragnień na rzecz tego dziecka niepełnosprawnego, na rzecz tej opieki i na rzecz poprawy jego losu. Jest to naprawdę bardzo ważne. Dlatego chciałam szczególnie jakoś to podkreślić. Chciałam, żeby to jak najlepiej wybrzmiało.
[03:09:07] - Dużo jest książek na rynku opisujących podobny problem. Przygotowując audycję dla Państwa często spotykam się również z matkami, które mają niepełnosprawne dzieci. To jest bardzo trudna sytuacja. Myślę, że każda książka, jaka się ukazuje jest cenna i nad każdą należy się pochylić, bo opowieść każdego z rodziców jest inna, swoista i jest to rzeczywiście poświęcenie. Ja bym to nawet niejednokrotnie nazwała prawdziwym bohaterstwem.
[03:09:41] - Tak, dokładnie.
[03:09:42] - Cykle sagi to dzisiaj bardzo poszukiwane przez zwłaszcza czytelniczki pozycje. W pani twórczości doliczyłam się dwóch trylogii i trzech dylogii. Z czego to wynika, że tak pani rozkłada swoje dzieła? Czy jest pani tak niecierpliwym twórcą, że jeżeli już ma pani napisaną jakąś ilość stron, chce pani je jak najszybciej oddać wydawcy i żeby one trafiły już do czytelnika, żeby sprawdzić, jak one są odbierane? Czy z kolei robi to pani z takiego troszeczkę wyrachowania, że jeżeli dam czytelnikowi pewną część emocji, to potem będzie on chętniej sięgał po następną dawkę, czyli tom drugi i trzeci. A może też zyskam go już jako swojego wiernego fana, który będzie sięgał po wszystkie kolejne moje pozycje. Wyrafinowanie czy po prostu lubi pani krótsze formy?
[03:10:44] - Powiem tak zaczynałam pisać powieści jednotomowe. I faktycznie cztery pierwsze moje książki to są jednotomówki. Uczyłam się też niejako pisać, kreować rzeczywistość, tworzyć bohatera. I wówczas wydawało mi się, że w ogóle nie sposób napisać więcej. Natomiast z czasem okazało się, że właśnie odwrotnie. Czasem bardzo trudno jest zamknąć się na określonej liczbie stron, czy też w określonej ilości znaków i wszystko tam ująć, całe tło wydarzenia różnych bohaterów pokazać pod różnym kątem. I tak się właśnie pojawił pomysł napisania dylogii czy trylogii. Przyznam szczerze, że jak piszę, to w zasadzie od razu od początku wiem, bo teraz od jakiegoś czasu piszę właśnie albo dylogię albo trylogię, więc zakładam sobie, na ile części wystarczy mi tego materiału, czy to będą dwie części, czy może coś zbuduję jeszcze i to będą trzy. Od razu na początku mam takie założenie, ile tych części będzie. Często też jest tak, że jak piszę, to kończę całą sagę i dopiero oddaję wydawcy.
Więc to nie jest tak, że książka wychodzi na rynek, cieszy się popularnością i ja dopisuję i dopisuję, dopóki moi czytelnicy się nie znudzą. Właśnie nie. Od razu serwuję im określoną ilość, co też rodzi różne pytania o to, czy będzie kontynuacja. Niedawno napisałam książki „Słodki i gorzki smak marzeń" i naprawdę bardzo często dostaję pytania, kiedy będzie kolejna część, czy będzie w ogóle kolejna część, bo według czytelników temat jeszcze nie został do końca zgłębiony i na pewno mogłabym coś tam jeszcze pociągnąć, coś rozwinąć. Podobnie jest z ostatnią dylogią „Nauczycielka z getta", gdzie również czytelnicy dopytują, czy będzie kontynuacja, czy będą mogli poznać dalsze losy głównych bohaterów. Te założenia są właśnie od samego początku. Ile tych części powstanie. Obecnie pracuję nad trylogią i też właśnie jest założenie, że to będą trzy części i tak sobie planuję pracę, żeby zamknąć się w tej określonej założonej liczbie tomów. Oczywiście może okazać się, że coś tam się jeszcze rozwinie, natomiast szczerze powiedziawszy to tak mi się nie zdarzyło wcześniej i zawsze jest tak, że jeżeli coś sobie przyjmuję, to tego się pilnuję później. Adela, krok w przeszłość.
Pamiętała poranek, gdy wracały z domu Iwony. Ciotka przez całą drogę zbywała milczeniem jej pytania o rodziców i Ada była na nią wściekła. Wyrwała ją z łóżka i wciąż coś przed nią ukrywała. Dopiero kiedy usiadły w salonie, ta młoda i piękna kobieta zaczęła szlochać. Przez dłuższy czas nie wypowiadała żadnego słowa. Nie patrzyła na przestraszoną dziewczynkę, która kilka godzin wcześniej bawiła się na swoim pierwszym balu sylwestrowym, a teraz z wybałuszonymi oczami siedziała na wersalce i zastanawiała się, dlaczego rodziców nie ma w domu. Wreszcie dopadła do ciotki i zaczęła mocno potrząsać jej ramionami, wykrzykując jedno pytanie gdzie są rodzice? Dwa słowa, które usłyszała chwilę później, sprawiły, że nagle zabrakło jej tchu. Poczuła, że stacza się w przepaść, a po drodze boleśnie odbija od wystających korzeni. I choć od tamtego dnia minęły już dwa tygodnie, wciąż czuła się poobijana.
Zaczekasz tutaj na nią. Włączyła się do rozmowy pani Krysia, dotychczas cicho przysługująca się namowom swojej przełożonej. Poznasz inne dzieci. One też nie mają rodziców dodała, licząc na to, że zdoła pocieszyć nową. Ta jednak, zamiast z wdzięcznością podziękować, jeszcze bardziej się zaperzyła. Nie chcę nikogo poznawać wydusiła przez zaciśnięte zęby. Chcę do cioci. Rozumiecie?
[03:14:36] - Nie możesz krzyczeć na panią dyrektor — zaprotestowała pani Krysia. Przełożona uśmiechnęła się spod lekko zarysowanego na górnej wardze wąsa. — Aduś, śpisz w pokoju numer siedem — oświadczyła ze słodyczą w głosie. — Bądź miła dla swoich nowych koleżanek, bo dla wszystkich będzie lepiej, jeśli się zaprzyjaźnicie. Posłała pani Krysi przeciągłe spojrzenie, po czym spuściła wzrok na rozłożone przed nią dokumenty sądowe Adeli Witt. Pani Krysia lekko szturchnęła nową wychowankę, wskazując jej drzwi wyjściowe. Dziewczynka zrozumiała, że nie ma wyboru i w najbliższym czasie musi zostać w Bidulu. Pamiętała tę nazwę. Kiedyś Iwona opowiadała jej, jak jej rodzice zaprosili na święta dziewczynkę z domu dziecka. Podobno bardzo się wtedy denerwowali.
Kupili nawet łóżko polowe, żeby mogła gdzieś przenocować, ale ona tylko zjadła obiad i się rozpłakała. Twierdziła, że chce wracać. Ojciec Iwony natychmiast odstawił zasmarkaną małolatę do domu dziecka, a w duchu łajał żonę za głupi pomysł. — Chyba powinnaś dzisiaj świętować — odezwała się dyrektorka, gdy już znalazły się przy drzwiach. Pani Krysia czujnie obrzuciła dziewczynkę wzrokiem. Ta jednak wpatrywała się w stary, gdzieniegdzie porwany dywan. — Wszystkiego najlepszego z okazji trzynastych urodzin — wyrecytowała kobieta zza biurka i zamknęła teczkę. — Podziękuj. Pani Krysia znowu ją lekko szturchnęła. Adela burknęła coś pod nosem.
Pani Krysia jedynie wzruszyła ramionami, a jej usta osadzone na zbyt małej w stosunku do reszty ciała głowie wygięły się z niesmakiem. Miała już pewność, że to dziecko będzie wymagało mnóstwo pracy i zaangażowania w proces wychowawczy.
[03:16:18] - Okres II wojny światowej odbił się wielkim piętnem na prawie wszystkich polskich rodzinach. Szczerze mówiąc, w mojej rodzinie raczej unikano tego tematu i muszę powiedzieć, że o losach wojennych swoich rodziców dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy byłam dorosłą osobą, kiedy już jakoś mogłam te wszystkie sytuacje sama ocenić, przetrawić. Pani się odważyła i powołała pani do życia nauczycielkę z getta. Proszę opowiedzieć nam, skąd pomysł na tego typu dzieło. Z jakimi kłopotami borykała się pani, kompletując materiały potrzebne do tej powieści? Ja wiem, że bardzo modne są teraz książki właśnie o tematyce wojennej, zwłaszcza obyczajowe. Czy chciała się pani po prostu w ten nurt wpisać?
[03:17:12] - Zawsze lubiłam i interesowałam się historią. Historią Polski. Natomiast zarówno w szkole podstawowej, jak i w liceum dochodziliśmy do pewnego etapu i pewnych wydarzeń po prostu nie poruszaliśmy. I tak to było właśnie z II wojną światową, że nauczyciel mówił, że nigdy nie ma na to czasu, że tego materiału o starożytności, o średniowieczu jest tak dużo, że te czasy współczesne one gdzieś umykały. I jako licealistka tak naprawdę historię II wojny światowej poznałam dzięki literaturze. Czytając chociażby „Medaliony” czy „Rozmowy z katem”. Przyznam szczerze, że bardzo przeżyłam czytając te powieści. Szeroko otwierałam oczy ze zdziwienia, bo nie miałam pojęcia, jak to tak naprawdę wyglądało. Później, kiedy dorosłam, zajęłam się swoim życiem, budowaniem swojego życia. Nie miałam też czasu, żeby wrócić do historii, żeby poznać ją dobrze, dokładnie.
Teraz, gdy mam troszeczkę więcej czasu, zaczęłam powracać, doszukiwać się różnych niuansów, doczytywać pewne informacje. Jako że studiowałam w Łodzi, troszeczkę znam Łódź. Zawsze bardzo mi się podobała pod względem takim architektonicznym. Była zupełnie inna niż Warszawa i to mnie fascynowało. Kiedy zaczęłam doszukiwać się tych informacji o czasach II wojny światowej, przeczytałam o tym, jak to w Łodzi było. Znalazłam informacje o łódzkim getcie i kiedy zaczęłam czytać, to moje zainteresowanie tak rosło, że stwierdziłam, że to jest tak wyjątkowa historia i tak mało znana, co mnie bardzo zdziwiło, że zasługuje na to, żeby ją opisać, żeby wszyscy, czy też jak najwięcej osób mogło ją poznać. Ponieważ warszawskie getto zostało opisane wzdłuż i wszerz. Zostały zaśpiewane o nim piosenki, zostały napisane wiersze. Warszawskie getto zostało zekranizowane, natomiast o łódzkim getcie się milczy, a ono naprawdę było zupełnie inne. Miało też inny cel, co też jest zadziwiające wręcz, kiedy ja czytałam, bo ono stanowiło pewnego rodzaju fabrykę, takie zaplecze nie tylko dla wojska niemieckiego, ale również dla ludności cywilnej.
Więc uznałam, że to jest temat tak interesujący, że warto o nim napisać. Warto się tą historią podzielić. To, że dwa tomy to dlatego właśnie, że całe to tło było tak bogate. Tych informacji uzbierało mi się tak wiele. Ponieważ to łódzkie getto jest dość dobrze opisane przez różne stowarzyszenia czy też ośrodki kultury. Dlatego miałam naprawdę dużo materiału, ciekawego materiału i trudno mi było dokonać takiej selekcji, bo wszystko wydawało mi się naprawdę istotne i starałam się wykorzystać jak najwięcej tych elementów, ponieważ tam bohaterowie są fikcyjni, natomiast wydarzenia są prawdziwe, więc jak najwięcej tych wydarzeń starałam się wpleść w życie moich bohaterów. Dla mnie jest to naprawdę wyjątkowa
[03:20:19] - Powieść. Włożyłam bardzo dużo pracy w przygotowanie się do jej pisania. Zupełnie inaczej się też pisze niż taką typową powieść obyczajową. Też chciałam bardzo zadbać o to, żeby nikt mi nie zarzucił, że są tam jakieś przekłamania à propos wydarzeń historycznych. Dlatego też nawiązałam współpracę z doktorem Adamem Sitarkiem, który na Uniwersytecie Łódzkim zajmuje się właśnie tematyką żydowską. I to już na takim etapie, kiedy tworzyłam, poprosiłam pana doktora o przesłanie różnych materiałów. On się bardzo chętnie nimi dzielił. Natomiast później, po napisaniu powieści jeszcze poprosiłam o ocenę merytoryczną, taką redakcję merytoryczną całego tekstu. I tu pan doktor jeszcze jakieś drobnostki poprawił, po czym dał mi informację zwrotną, że to wszystko jest zgodne z prawdą historyczną. Więc książka stanowi wartość, bo dzięki niej można poznać tamten świat, tamte historie, tamtych ludzi, którzy borykali się z różnymi trudnościami, ale musieli niestety w tym świecie żyć.
[03:21:26] - „Nauczycielka z getta”. Laura siedziała jak na szpilkach każdego dnia, czekając na powrót Marii i nowe informacje. Dopiero pod koniec kwietnia doczekała się tej upragnionej. Długo stała, ściskając kobietę na pożegnanie. „Laurko, będę na ciebie czekała” – odezwała się Maria. „Mam nadzieję, że po wojnie zastanę cię tutaj całą i zdrową” – odparła dziewczyna i schyliła się po niewielką walizkę wypchaną najpotrzebniejszymi rzeczami, wśród których na pierwszym miejscu znalazła się dobrze ukryta pod podwójnym dnem biżuteria Anny. Maria odprowadziła ją aż do Placu Wolności. Tam jeszcze raz mocno się uściskały. Dalej Laura wolała pójść sama. Zapamiętała wszystkie wskazówki przekazane gosposi przez kucharza.
Podeszła do stróżówki. Dwóch młodych Niemców przerwało grę w karty i wyszło na zewnątrz. „Czego?” – zapytał wyższy po niemiecku. „Nazywam się Laura Lewiatan” – przedstawiła się w języku, którego uczyła się w szkole, nie mając świadomości, w jakich okolicznościach będzie musiała go używać. „Jestem Żydówką i chcę odnaleźć męża”. „Papiery” – rozkazał drugi z Niemców. „Zgubiłam” – skłamała, ale na potwierdzenie swojego pochodzenia zdjęła chustkę z głowy i pokazała czarne jak heban włosy. „Mówię prawdę”. „Dlaczego wcześniej nie przyszłaś razem z mężem?” – dociekał wyższy policjant. „Byłam na wsi u chorej kuzynki, która zmarła.
Teraz wróciłam i chcę wypełnić swój obowiązek, bo jestem prawowitą mieszkanką Litzmannstadt i wiem, że tutaj jest moje miejsce”. „To jesteś jedyną Żydówką, która tak mocno przestrzega prawa” – odezwał się niższy, a w jego głosie wyczuła drwinę. „A mówili, że Żydzi to nie ludzie” – zauważył drugi. „Tymczasem zdarza im się myśleć, a nawet rozumieć polecenia” – dodał i obydwaj wybuchli śmiechem. Stała w osłupieniu. Mocno zagryzła zęby i czekała. „Mężuś będzie z ciebie dumny” – wtrącił drugi, gdy nieco ochłonęli. „Leć do niego, zabawcie się. A może najpierw my się zabawimy?” – odezwał się wyższy z policjantów i zaczął krążyć wokół niej. Odruchowo upuściła walizkę, kiedy karabinem podciągnął jej zakrywającą kolana sukienkę.
Czuła chłód metalu przesuwającego się po udzie. Zamarła, bojąc się drgnąć. Mężczyźni śmiali się coraz głośniej. „Te Żydóweczki mają nawet zgrabne nóżki. A straszyli, że pod sukienką chowają potwora” – grzmiał. „Oswoimy potwora?” – zwrócił się do kompana. „Armia niemiecka niczego się nie boi”. Drugi zasalutował, po czym pociągnął Laurę w stronę stróżówki. Opierała się, ale złapał ją wpół i wniósł po schodach. Tam rzucił na wąską kozetkę, po czym długo na nią patrzył.
Laura spuściła wzrok i obciągnęła sukienkę. Czekała na to, co nieuniknione. Wreszcie zamknęła oczy i w myślach przeniosła się do kościoła, w którym wzięła ślub. Pamiętała słowa przysięgi, ale nie tylko dlatego tutaj była. Potrzebowała Dawida. Potrzebowała go jak tlen. Chciała oddychać.
[03:24:53] - Zdradziła pani troszeczkę, na czym polega pani warsztat twórczy. A ja bym chciała jeszcze zapytać, czy ma pani może jakieś specjalne rytuały, własne, niezawodne systemy pomagające w sprawnym powstawaniu dzieła, przygotowania jakieś takie, kiedy pani pisze, czy systematycznie, czy wtedy, kiedy ma pani wenę? Proszę nam zdradzić, jak to u pani wygląda. Najlepszy czas dla mnie do pisania to są poranki. Natomiast w związku z tym, że pracuję zawodowo, więc nie mam takiego luksusu, piszę wieczorami. Zdecydowanie staram się być zorganizowana i pisać codziennie, prawie codziennie, żeby nie zapomnieć, żeby nie wyjść z tego rytmu, nie wyjść z tego świata. Bo ja zawsze śmieję się i żartuję sobie, że w momencie, kiedy przechodzę do tej fazy twórczej pisania powieści, to wówczas budzę się z moimi bohaterami. Jestem z nimi cały dzień i kładę się z nimi też spać. Więc ta moja głowa tak naprawdę ciągle wraca do pewnych sytuacji, które opisuję albo będę opisywać, do bohaterów, których kreuję albo których dopiero chcę nakreślić. Cały czas jestem w tym świecie i nie wyobrażam sobie, że mogłabym żyć w nim miesiącami czy też latami.
Więc staram się, żeby ten proces twórczy przebiegał jak najszybciej. Ile czasu jestem w stanie dziennie poświęcić na pisanie? To różnie. Nieraz to godzina, nieraz to są dwie godziny, a nieraz w weekend potrafię siedzieć i cztery, pięć godzin i pisać.
[03:26:29] - Jakie rytuały? Bardzo lubię pić zieloną herbatę. Zieloną, czerwoną, białą, ale głównie zieloną. Przerwy robię sobie tylko wtedy, jeżeli wypiłam kubek herbaty i muszę sobie napełnić go znowu. Natomiast co do zbierania tych informacji i selekcjonowania, przy powieści historycznej trzeba naprawdę się przygotować. Trzeba zrobić porządny research, żeby uniknąć później zarzutów, że coś jest nie tak, że coś nie gra w tej powieści, bo czytelnicy naprawdę szybko wyłapują. To nie chodzi o to, żeby ich oszukać i jak najszybciej napisać powieść, ale o to, żeby przyjęli tę powieść z zaufaniem do mnie jako do autora i z zaufaniem do tego, o czym napisałam. Jeżeli zaś chodzi o lekką powieść obyczajową, jest o wiele łatwiej, aczkolwiek też pewne informacje zawsze trzeba sprawdzić precyzyjnie, żeby nikt niczego nam nie zarzucił. Jakiegoś niedbalstwa.
[03:27:27] - Czy korzystała pani kiedyś z kursów pisania? A może sama pani organizuje bądź prowadzi tego typu kursy? Jeżeli tak, do kogo są one skierowane i jak mniej więcej wyglądają?
[03:27:39] - Przyznam szczerze, że sama nie korzystałam z żadnych kursów pisania, natomiast organizuję takie, można to nazwać kursami dla dzieci. Te kursy mam pod takim hasłem „Pisaninka”. To są bardziej takie kursy kreatywnego pisania, czyli rozwijania wyobraźni, ubogacenia słownictwa, poprawnego konstruowania zdań czy też logicznego wysławiania się. Myślę, że w obecnych czasach to jest naprawdę bardzo ważne i nie tylko dla tych, którzy kiedyś chcą pisać, ale po prostu dla każdego młodego człowieka, żeby w sposób komunikatywny mógł się wypowiedzieć na różne tematy, bo człowiek dorosły jest pytany i musi zająć stanowisko w różnych sprawach i kiedy nie ma biegłości, to jest mu naprawdę bardzo trudno. Stąd taki pomysł, żeby dla dzieci zorganizować taki kurs kreatywnego pisania.
[03:28:40] - W dzisiejszych czasach raczej młodzież stara się wypowiadać w jak najbardziej zwięzły, krótki sposób. Czasem my starsi nie możemy nawet zrozumieć sensu danej wypowiedzi, ponieważ młodzi posługują się swoim szyfrem. Dlatego myślę, że takie kursy pisania są jak najlepiej widziane i im więcej uczestników, tym lepiej. Współpracowała pani już z kilkoma wydawnictwami. Poprosiłabym panią o garść refleksji dotyczących całego polskiego rynku wydawniczego. Czy umiałaby pani udzielić rad edytorom? W jaki sposób można by usprawnić proces wydawniczy i przynajmniej usprawnić współpracę z autorami?
[03:29:25] - Faktycznie z różnymi wydawnictwami wydawałam swoje powieści. Jako młody autor nie bardzo wiedziałam, jak ta współpraca powinna wyglądać, na co powinnam zwracać uwagę. Z czasem oczywiście doświadczenie uczy i to dobre i to złe. Łącznie z tym, że poznałam też wydawnictwa takie, które niestety nie płacą swoim autorom, co jest bardzo przykre, bo to też podcina skrzydła. Przyznam szczerze, że taki duży kryzys twórczy w momencie, kiedy niestety za wydane powieści nie otrzymałam wynagrodzenia, więc trzeba być naprawdę bardzo ostrożnym. Teraz jest troszkę łatwiej, ponieważ można nawiązać jakieś porozumienie czy nawiązać kontakt z osobami, które wydają w tym wydawnictwie. Ja na początku absolutnie nie znałam nikogo z autorów, którego mogłabym podpytać, z którym mogłabym nawiązać ten kontakt i zasięgnąć języka. Teraz na pewno jest mi dużo łatwiej i też chętnie przestrzegam autorów przed pewnymi wydawnictwami i przed podpisaniem jakiejś umowy, która niestety nie sprawdzi się, nie będzie dobrze zrealizowana. Staram się zawsze jak najlepiej wybierać, natomiast nie zawsze to idealnie wychodzi, bo też pewne rzeczy się rodzą w czasie i nie jesteśmy w stanie ich przewidzieć. Natomiast na pewno bardzo ważne jest, aby autor i są takie wydawnictwa, które zwracają na to uwagę, żeby autor uczestniczył w tym procesie wydawania powieści, czyli jego trudno powiedzieć, że praca, ale jego wkład nie kończy się tylko na napisaniu książki i na zaakceptowaniu poprawek redakcyjnych czy korektora, ale również na przykład proszą o podpowiedzi czy też wytyczne do okładki, czy też otwarci są na takie informacje odnośnie promocji, wskazówek jak promować, jak rozwinąć tę promocję.
Autor w momencie, kiedy uczestniczy w całym tym procesie, ma na niego jakiś wpływ, też czuje inaczej. To jest to jego dzieło. On wie najlepiej, do jakiego odbiorcy je skierować i w jaki sposób trafić do świadomości. A jeżeli ma za sobą ludzi, którzy się na tym znają, którzy znowu udzielą czy też pokierują odpowiednio, wówczas wydaje mi się, że to będzie z sukcesem dla tej książki i z dużym rozwojem też dla autora, bo sama zaczynając pisać nie miałam innych umiejętności. Nie potrafiłam zrobić na przykład grafiki do strony, którą prowadzę. Wtedy robiłam zdjęcia, bo tak było łatwiej. W tej chwili sama jestem w stanie sobie zrobić grafikę czy filmik reklamowy. To też dzięki temu, że współpraca z wydawnictwami jest na zasadzie otwartości. Podsuwam jakiś pomysł mojemu wydawcy, mój wydawca mówi: „Zróbmy to jednak troszeczkę inaczej. Dołóżmy to, odejmijmy to i wyjdzie super”.
I faktycznie później efekt końcowy naprawdę bywa zaskakujący i nigdy wcześniej nie pomyślałabym o tym, że mogę wystąpić w filmiku, mogę się pokazać, mogę opowiedzieć o czymś. Było to dla mnie kiedyś stresujące, nawet robienie zdjęć, a w tej chwili wiem, że muszę iść na sesję zdjęciową i staram się z tego czerpać olbrzymią przyjemność. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć. Trzeba też dużej otwartości na to, co dookoła nas. I dużo cierpliwości.
[03:33:05] - Pomarzczmy trochę. Mówiła pani o filmach, które pani sama nauczyła się przygotowywać na własne strony. A gdyby zaproponowano pani ekranizację którejś z pani powieści, chciałabym wiedzieć, którą z nich by pani wybrała i dlaczego. Może by nam też pani powiedziała, jaką by pani ustaliła obsadę tego filmu.
[03:33:27] - A mogę podać dwie?
[03:33:29] - Proszę bardzo.
[03:33:30] - Pierwsza to moja powieść debiutancka „Finezja uczuć”. Dlaczego? Wydaje mi się, że jest to dość ciekawy temat, który warto byłoby pokazać na dużym ekranie. Natomiast druga to byłaby ewidentnie „Nauczycielka z getta”. Tutaj cały obraz drugiej wojny światowej, życie zorganizowane w getcie, los zwykłego człowieka borykającego się z problemami dotyczącymi zwykłego przeżycia. Nie ma mowy o żadnym luksusie, tylko o zdobyciu czegokolwiek do jedzenia. Jeżeli chodzi o obsadę, to myślę, że w przypadku „Nauczycielki” świetną aktorką byłaby Maja Ostaszewska. Uwielbiam ją, bardzo cenię jej warsztat. Potrafi naprawdę zbudować emocje, świetnie wykreować rolę, więc myślę, że byłaby tutaj doskonałą odtwórczynią roli Laury z „Nauczycielki z getta”.
[03:34:30] - W takim razie trzymamy kciuki, żeby te ekranizacje doszły do skutku.
[03:34:34] - Trzymamy.
[03:34:35] - Aneta Krasińska, „Finezja uczuć”. Niezdarnie weszła na ganek i otworzyła drzwi, wkładając niemały wysiłek w to, by nic nie wypadło z toreb, które dzielnie taszczyła. Zrzuciła szpilki i boso potryptała do kuchni. Najwidoczniej Adam zdążył już wrócić z pracy i siedział w salonie, bo właśnie stamtąd dochodziły odgłosy oglądanego przez niego meczu piłkarskiego. „Zapomnieliśmy o rocznicy komunii Franka” — zaczęła bez zbędnych ceregieli. „A to już?” — zdziwił się, podnosząc na nią zmęczony wzrok. „Okazuje się, że w przyszłą niedzielę”. „To już”. „Już, już” — skwitowała i opadła na kanapę nieopodal męża. „I w sobotę trzeba iść na próbę” — dodała mimochodem.
„Jesteś w tym niezastąpiona” — schlebiał jej. „Wiesz, że nie ma ludzi niezastąpionych.” — rozłożyła dłonie, nie odrywając wzroku od telewizora. „Ciebie nikt nie zastąpi, więc nie ma co dyskutować. A poza tym mówiłem ci, że w tę sobotę mam szkolenie w dziale personalnym.” „Faktycznie, mówiłeś” — przypomniała sobie, a w jej głosie kryło się rozczarowanie. „W takim razie nie mam wyboru.” Powoli wstała i ruszyła do kuchni, w której wciąż czekały na nią nierozpakowane torby. Kiedy tam weszła, rozsiadła się na krześle. Głowa bezwiednie opadła jej na oparcie o stół i splecione pod brodą dłonie. Przez moment nie była w stanie zmobilizować się do działania. Znowu czuła to dziwne mrowienie w okolicach serca. Przecież Joasia mówiła, że przygotowaniami zajmie się ksiądz Modelewski.
Miała nadzieję, że pogłoski o przeniesieniu Mariusza do innej parafii okażą się prawdziwe. Nie było go już wtedy, gdy po komunii przez tydzień razem z Frankiem chodziła do kościoła. Nie miała odwagi nikogo o to zapytać. Podświadomie jednak czuła, że ktoś na górze pogroził im palcem i zakończył coś, zanim naprawdę się zaczęło. Postukała się w czoło. „Na co liczyłaś, idiotko?” — powiedziała sama do siebie. „Coś mówiłaś?” — odezwał się Adam, który właśnie wszedł do kuchni. „A co z obiadem?” — skłamała na poczekaniu. „Zostało trochę ogórkowej.” „Nie z tym obiadem, tylko z niedzielnym” — spokojnie tłumaczyła. „Aha.
Chcesz znowu wszystkich zaprosić?” „Nie ma mowy!” — przeraziła się. „Mam dość garów na co dzień.” „Dobrze, więc może catering. Ja ci raczej nie pomogę.” Spojrzał na Alicję przepraszająco i usiadł na wprost niej. „Wiem. Chyba jesteś przemęczona” — stwierdził, uważnie ją obserwując. Wreszcie spostrzegł, że obowiązki ją przytłoczyły. Ostatnio coraz rzadziej wychodzili gdzieś tylko we dwoje. Nawet w niedzielę częściej leżeli w salonie przed telewizorem niż bawili się z chłopcami. W tygodniu mogła pomarzyć o wyjściu do kina czy restauracji. Adam do późna przesiadywał w firmie, przekonując ją, że nie może się wykręcić.
Jej wściekłość mijała z chwilą, gdy na konto wpływały pieniądze. „Może jednak zrezygnujesz z tych wszystkich dodatkowych zajęć. Chłopcy cię potrzebują w domu. Ja też” — niespodziewanie dokończył.
[03:38:11] - Alicja miała wrażenie, że właśnie wylał jej na głowę kubeł lodowatej wody. Pospiesznie zamrugała powiekami, jakby chciała się przebudzić z koszmarnego snu. „To ciebie nigdy nie ma w domu” – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. – „Masz mi za złe, że dbam o rodzinę?” Adam poczerwieniał na twarzy, a na czole dostrzegła pulsującą żyłę, na którą wcześniej nie zwróciła uwagi. Palcami bębnił w stół i wyraźnie oczekiwał od niej odpowiedzi. Nie miała siły na konfrontację. Nie dzisiaj. Czuła podstępnie czający się ból głowy. Dlatego zamiast odpowiedzieć, zaczęła masować skronie. Brak efektów masażu jeszcze bardziej ją rozdrażnił, dlatego sięgnęła po tabletkę przeciwbólową.
Wprawdzie słyszała, że Adam wciąż ponawia swoje pytanie, ale nie miała ochoty na kłótnię. Kiedy połknęła tabletkę, zaczęła wyjmować zakupy i wkładać je do szafek. Nie znosiła bałaganu. Adam nawet nie drgnął. Nadąsany wyglądał przez okno. Gdy uporała się z zakupami, podgrzała sobie zupę i wreszcie spokojnie usiadła do stołu. „Zamówię catering” – oświadczyła, wpatrując się w talerz ogórkowy. Adam wciąż milczał. Uznała zatem, że wszystko zostało ustalone. A kiedy skończyła jeść, wstawiła talerz do zlewu i weszła na górę, by choć chwilę porozmawiać z synami.
Chłopcy akurat zaciekle kłócili się o to, który zagra w warcaby białymi pionkami. Właśnie zamierzała wejść w epicentrum awantury, jednak jakaś wewnętrzna siła ją powstrzymała. Zza uchylonych drzwi patrzyła na swoje dwa największe skarby. Nie czuła, że się uśmiecha. Kochała ich nawet wówczas, gdy się przekomarzali. Uwielbiała ich tulić, gdy zasypiali, choć ostatnio coraz częściej protestowali, gdy całowała ich na dobranoc. Ale ona wcale nie uważała, że są zbyt dorośli na czułość. Nagle odczuła znużenie. Bez słowa zamknęła drzwi i wycofała się z sypialni.
[03:40:16] - Na Facebooku jakiś czas temu ukazała się bardzo ciekawa akcja „Pożycz, przeczytaj, poleć”. Do kogo jest ona skierowana i jakie ma spełniać zadania? Proszę nam przybliżyć cele tej pięknej i bardzo pożytecznej kampanii.
[03:40:34] - Od blisko roku promuję taką akcję „Pożycz, przeczytaj, poleć” i ona skierowana jest do czytelników korzystających z biblioteki. Biblioteka, czyli możliwość legalnego czytania bez konieczności ściągania pirackiego, chociażby z sieci plików. Myślę, że wszyscy autorzy cenią biblioteki, kochają biblioteki właśnie za to i kochają czytelników, którzy korzystają z bibliotek. Jednak korzystający z bibliotek nie kupują książki. Natomiast nie ma co ukrywać, że autor utrzymuje się ze sprzedaży książek. Dlatego im większa promocja, im więcej osób mówi o danej powieści, tym książka ma szansę się sprzedać. Dlatego pomyślałam, że czytelnicy bibliotek, którzy za darmo korzystają z możliwości przeczytania swojej ulubionej książki czy książek swojego ulubionego autora, mogą dać coś od siebie właśnie nam, autorom, poprzez pisanie krótkich, naprawdę krótkich, kilkuzdaniowych opinii, w których podzielą się swoimi emocjami, wrażeniami, czy też zachęcą innych do tego, żeby i oni sięgnęli po daną powieść. Te opinie można zamieścić na różnych portalach czytelniczych, których jest naprawdę mnóstwo, bo to mogą być na przykład Granice.pl czy Lubimy Czytać, czy też księgarnie internetowe. One też dają możliwość komentowania czy dopisywania opinii o opowieściach. Sama jako czytelniczka też, chcąc kupić książkę, kieruję się najpierw tym, co inni o niej piszą, bo nie zawsze to, co jest napisane na ostatniej stronie okładki, pokaże wszystko.
Ono nie może nawet odsłonić wszystkiego, nie może pokazać całej powieści. Natomiast tak naprawdę ilu czytelników, tyle różnych spojrzeń na daną książkę. Czasem sama się dziwię, jak czytam opinie o swoich książkach, że też czytelnicy są w stanie się pewnych rzeczy dopatrzeć. To jest dla mnie takie intrygujące. Więc wychodzę z założenia, że każdy na to dzieło patrzy inaczej. Każdy pojmuje je poprzez swój własny pryzmat, pryzmat własnych doświadczeń i w związku z tym może zwrócić uwagę na coś innego. Nawet niedawno rozmawiałam z jedną z autorek, ponieważ w ramach tej akcji od maja prowadzę też co tydzień wywiady z autorami i jedna z autorek powiedziała, że naprawdę super są takie opinie, które wzbudzają czy też zachęcają czytelnika do myślenia. Czyli nie podawanie suchych informacji czy też rozwiązań, nie zdradzanie, broń Boże, jakichś faktów, ale zaintrygowanie innych czytelników. I faktycznie, jeżeli jesteśmy zaintrygowani, to chcemy sięgnąć po taką książkę. Dlatego też wydaje mi się, że chociaż tych czytelników jest coraz mniej, niestety, to ci, którzy wciąż czytają, mogą zrobić naprawdę dużo dla nas, dla autorów, ale też dla innych czytelników.
I o to tak naprawdę apeluję i o to chodzi w tej akcji „Pożycz, przeczytaj, poleć”. A żeby tę akcję jakoś dodatkowo nagłośnić
[03:44:12] - Też powstała grupa facebookowa „Pożycz, przeczytaj, poleć. Dyskusyjny klub książki", gdzie raz w tygodniu jest spotkanie autorskie. Autor opowiada, dlaczego zdecydował się przyłączyć do akcji „Pożycz, przeczytaj, poleć", ale też promuje swoją twórczość, dzieli się nią, rozmawia z widzami i opowiada o tym, co chce przekazać, pisząc swoje książki. Do dołączenia do tej grupy bardzo serdecznie zapraszam. Do oglądania wywiadów cotygodniowych z różnymi gośćmi, ale również, co jest bezcenne, bardzo się cieszę, że jest duża grupa ambasadorów tej akcji, czyli blogerów, bibliotekarzy, którzy dołączają do akcji, którzy udostępniają wywiady u siebie na Facebooku, mówią o akcji. Przekazują informacje na temat promocji czytelnictwa, bo tak naprawdę nie jest za dużo promowania czytelnictwa w Polsce. Mam nadzieję, że kiedyś czytanie stanie się naszą chlubą, tak jak jest na przykład w Skandynawii, że czytanie to nie tylko przyjemność, ale też duma z tego, co się robi.
[03:45:35] - Akcji jednak trochę się u nas w Polsce dzieje. Pamiętam, że nie tak dawno była taka akcja „Nie czytam, nie idę z tobą do łóżka", którą również uważałam za bardzo trafną, bo rzeczywiście czytanie powinno być naszą narodową cechą, a mamy z tym pewne kłopoty. Takiego pytania, jakie teraz pani zadam, jeszcze nie odważyłam się postawić żadnemu z moich rozmówców. Myślę jednak, że słuchaczom ono przedstawi działalność pisarską z drugiej, trochę ciemniejszej strony. Pani Aneto, czy ma pani w szufladzie, a może w plikach na komputerze przechowywane teksty, które kiedyś napisała pani, wkładając w nie naprawdę dużo siły, energii, swoich umiejętności, a które jednak w pewnej chwili uznała pani za takie, które nie powinny być publikowane, dlatego ciągle tkwią gdzieś głęboko ukryte i schowane?
[03:46:42] - Muszę niestety rozczarować słuchaczy, ponieważ nie mam takich plików. Wychodzę z założenia, że jeżeli poświęcam na to mnóstwo godzin, mnóstwo energii, to piszę po to, żeby ktoś to przeczytał, żeby wyszło to na światło dzienne. Tak jak mówiłam już wcześniej, zawsze mam taki cel coś przekazać, wzbudzić w czytelniku jakieś zainteresowanie tematem, żeby zachęcić go do tego, żeby sam czegoś poszukał. To jest dla mnie cel nadrzędny i nie trzymam niestety niczego ukrytego w szufladzie. Może oprócz pamiętnika, który udaje mi się od czasu do czasu zapisać kilka nowych stron. Nie bardzo mam czas, żeby siadać regularnie i go prowadzić, ale gdy mi się tylko przypomni, to zawsze do niego coś wpisuję. Piszę dla czytelnika i chcę jemu pokazać tę historię jak najszybciej. Bardzo mi zależy na tym, żeby wszystkie moje powieści szybko wychodziły, trafiały w świat.
[03:47:46] - Czyli jest jednak pani trochę niecierpliwym autorem.
[03:47:52] - Można jednak tak powiedzieć.
[03:47:54] - Drodzy państwo, wysłuchaliśmy zwierzeń pani Anety Krasińskiej, autorki 16 powieści obyczajowych, propagatorki literatury przeznaczonej bardziej dla kobiet. Chociaż i mężczyźni, tak jak pani zresztą zauważyła, śmiało mogą sięgać po te książki, ponieważ mogą się z nich dowiedzieć o wszystkich walorach i wadach płci przeciwnej. Państwa zapraszam do odwiedzania stron internetowych www.anetakrasińska.blogsport.com i strony autorskiej na Facebooku Aneta Krasińska Autorka oraz do śledzenia, a może wzięcia nawet udziału akcji „Pożycz, przeczytaj, poleć". Pani Aneto, serdecznie dziękuję za rozmowę. Było mi niezwykle miło gościć panią w moim literackim „TDA Taće". Dalszych sukcesów wydawniczych, wspaniałych czytelników i wszystkiego dobrego w życiu osobistym. Dziękuję państwu za uwagę. Polecam następne audycje. Dobranoc pani Aneto, wszystkiego dobrego.
[03:49:08] - Dobranoc. Bardzo dziękuję za dzisiejsze zaproszenie i za możliwość rozmowy z państwem.
[03:49:14] - My również dziękujemy. Dobranoc pani. Dobranoc państwu.
[03:49:20] - Cóż, proszę państwa, nie da się ukryć, że kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0” właśnie dobiega końca. Mam nadzieję, że dzisiejsza niespodzianka w postaci szybkiej recenzji jak recenzji, szybkiego omówienia premiery filmowej w postaci „Aliena: Romulus" zyska państwa aprobatę. Może nie sama ocena, ale przynajmniej to, że z Piotrem zareagowaliśmy tak bardzo błyskawicznie niczym oddział specjalny. Cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę miłego, fajnego, pełnego wrażeń weekendu, letniego weekendu. Korzystajcie państwo, bo później jesień, zima i klimaty przygnębiająco-depresyjne. Więc korzystajcie państwo, oddychajcie pełną piersią. Korzystajcie z tego, że słońce świeci albo że deszcz pada i burze. To nie ma znaczenia. Jest lato.
Wypoczywajcie państwo. I nie zapomnijcie o „Bibliotekarium 2.0". Za tydzień kolejne wydanie, na które państwa bardzo serdecznie zapraszam. Pięknie dziękuję. Dobrej nocy.
[03:50:33] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.