[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. W Radiu Paranormalium i w Book Radiu minęła godzina 20:00. Mamy piątek, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0, Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry, wieczór państwu. Zapraszam na wyjątkowe Bibliotekarium 2.0. Każde jest wyjątkowe, ale to naprawdę jest wyjątkowe, bo to jest ostatnie Bibliotekarium 2.0, które da się opisać liczbą dwucyfrową. Każde następne będzie już trzycyfrowe. Zapraszam zatem na 99. wydanie Bibliotekarium 2.0. A zaczynamy tradycyjnie od polecanek. Dzisiaj nie będą polecanki absolutnie nowe. To jest polecanka w związku z tym, że ukazała się edycja w twardej oprawie. Edycja książki cyklu trzech książek pod wspólnym tytułem.
To trylogia, nosi tytuł „Silos”. Jej autorem jest Hugh Howey. Ta trylogia cieszy się niesłabnącym powodzeniem, a przynajmniej cieszy się powodzeniem u miłośników postapo. Wydawcą owych książek jest wydawnictwo Altobook. Dodam jeszcze, że na podstawie tej trylogii powstał serial. Powtórzę, że całkiem niedawno wydawnictwo Altobook wyemitowało, w każdym razie wypuściło na rynek edycję w twardej oprawie. Wypadałoby zatem chociaż lekuchno omówić poszczególne tomy. Pierwszy tom „Silos”. Cytuję zanotkę u wydawcy: „Gdy świat został skażony, ludzie zamieszkali pod ziemią w ogromnej, wielopoziomowej konstrukcji zwanej Silosem. Nie wiedzą, skąd się tam wzięli, ile czasu już tam są oraz dlaczego świat na zewnątrz jest dla nich zabójczy.
Ich życie opiera się na kłamstwach, tajemnicach, ciągłych nakazach i zakazach, a najwyższą z kar jest wyjście na zewnątrz. Po tym, jak poprzedni szeryf opuścił silos, Juliette, mechanik z głębin, nagle i w niewytłumaczalny sposób zostaje awansowana na szefa organów ścigania. Nie zważając na zwyczaje, których powinna przestrzegać, Juliette odkrywa ślady spisku, a podążanie tym tropem może wszystkich doprowadzić do śmierci”. To taka zachęcajka pierwszego tomu. Zerknijmy zatem na tom drugi. Drugi tom nosi tytuł „Zmiana”. „W niedalekiej przyszłości tylko nieliczni wiedzą, co czeka ludzkość. Próbując robić wszystko, aby ją chronić, wyznaczają ścieżkę, z której nie sposób zawrócić. Wiedzie ona głęboko pod ziemię. Jak i dlaczego powstały silosy?
Czy mając na wyciągnięcie ręki boską moc, można wierzyć, że ludzkość stworzy nowy, lepszy świat? A może jest skazana na samozagładę? Karty historii Silosu czekają, by je zapisać”. To był, proszę państwa, tom drugi, a w każdym razie zachęcenie do jego lektury. To oczywiście tom trzeci. Tom trzeci nosi tytuł „Pył”. „Aby powstał nowy świat, stary musi upaść. Mieszkańcy Silosu 18 uczą się żyć w nowej rzeczywistości. Niektórzy akceptują zmiany, inni obawiają się nieznanego. Nikt z nich nie ma kontroli nad własnym losem.
Silosowi wciąż zagrażają ludzie dążący do jego zniszczenia, a Jules musi ich powstrzymać. W «Pyle», ostatniej części bestsellerowej trylogii «Silos», wybory dokonane przez rządzących mogą doprowadzić do zbawienia lub do śmierci wszystkich na planecie”. To, proszę państwa, była polecanka. Polecanka jak najbardziej, ale nie nowości, tylko nowej edycji trylogii „Silos”, edycji w twardej oprawie. A teraz? A teraz to nie koniec polecanek, bo czas na polecankę nowego numeru Nieznanego Świata. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[05:01] - Witam, witam.
[05:03] - Nieznany Świat, kolejny numer. No to cóż, proszę państwa, zaczynamy omawianie numeru. A w tym numerze jak zwykle szereg rzeczy ciekawych. Zacznijmy może od zniewolonego pisma, Piotrze.
[05:19] - Tak, ja tylko dodam, że chodzi o numer dziewiąty, który możecie sobie znaleźć na stanowiskach z prasą, jak się to dzisiaj ładnie mówi, między innymi w supermarketach. Ale pamiętajcie też o naszej opcji elektronicznej. Wspomniałeś tutaj bardzo ciekawy artykuł, jeden z wielu, autorstwa doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej, którą pozdrawiamy. Jej tekst traktuje o zmianach, jakie na przestrzeni stuleci zachodziły w Biblii i to głównie za sprawą odgórnych decyzji, czyli decyzji papieskich. A papieże nie zawsze chcieli, żeby ludzie znali tajemnice Pisma. Tutaj autorka nam przywołuje opinię Grzegorza VII, który mówił wprost, żeby rzecz tak tajemnicza i wielka jak Biblia lepiej dla tych maluczkich tajemnicą pozostała jednak. A dlaczego? Bo kto wie, co oni mogą z niej wyczytać, prawda? Rzeczywiście, tutaj taki nacisk, jak pisze autorka, na rozumienie Pisma przyszedł oczywiście w czasach reformacji. A Kościół katolicki?
Bywało różnie, muszę powiedzieć, ale mniej więcej gdzieś od czasów Leona XIII, który zmarł na początku XX wieku, mamy taką sytuację, że pozwoliła Stolica Apostolska, by księża nie tylko znali, paradoksalnie, Pismo Święte, ale też prowadzili dyskusje z wiernymi na jego temat. Tak naprawdę artykuł jest bardzo ważny, dlatego że coś takiego jak znajomość historii Biblii w naszym kraju mocno kuleje.
[06:45] - To zostańmy jeszcze przy tematach biblijnych. Następny tekst, który wydaje mi się godny polecenia, to tekst o reinkarnacji Biblii. I tu taki osobisty wtręt. Ten temat zawsze budzi kontrowersje. Co więcej, potrafi nieźle rozjuszyć ludzi, którzy nie znoszą jakichkolwiek dyskusji. Chcieliby po prostu mówić, jak jest. Sam w swoim czasie tego doświadczyłem, bo Te zapisy w Biblii, w Piśmie Świętym są, zdaniem niektórych przynajmniej, bardzo niejednoznaczne, bardzo zawoalowane. A już próby pokazania, że być może da się wyinterpretować pewne rzeczy na przykład z Nowego Testamentu budzą ewidentną złość. I przyznam się, czytałem sporo artykułów, na przykład pisanych przez duchownych, którzy mocno polemizują z tezą, że da się w Biblii znaleźć jakieś elementy nawiązujące do reinkarnacji. Jest drugi nurt, który mówi, że owszem, to może nie jest napisane wprost, ale pewne rzeczy, znając dobrze Pismo Święte i znając kulturę epoki, w których powstawały poszczególne księgi, da się jednak, tak jak już mówiłem, wyinterpretować.
Tu mamy tekst, który nawiązuje do książki.
[08:25] - Tak, książki Ireneusza Menclewskiego. Tak naprawdę ten tekst jest wywiadem redaktor naczelnej „Nieznanego Świata” z autorem. Książka jest dostępna na www.nieznane.pl. Masz rację Marku, panuje takie popularne, szczególnie w internecie przekonanie, chociaż nie do końca prawdziwe, że idee wędrówki dusz usunięto z Pisma Świętego w pewnym wczesnym okresie funkcjonowania Kościoła oczywiście. Natomiast drugą sprawą jest to, że w jakąś formę wędrówki dusz mogli w czasie swojej długiej historii wierzyć Żydzi. Tylko że to nie była taka wiara, która potem stała się fundamentem religii. Problemem jest to, że tak naprawdę chrześcijaństwo, chociaż zawsze reinkarnacja się za nim ciągła, nie jest w stanie pogodzić się z tą koncepcją doktrynalnie. Jak jest twoim zdaniem, czy jest to do pogodzenia? Bo tak naprawdę teolodzy dogmatycy mówią: w żadnym wypadku.
[09:29] - Jeśli weźmiemy na tapet rzeczywiście teologię, to jądro teologii, to absolutnie nie, absolutnie nie ma takiej możliwości. Ja natomiast skłonny jestem traktować teologię jednak, i tu znowu muszę powtórzyć to słowo, jako sztukę interpretacji, pewnego mówienia o Piśmie Świętym jako o całości. I to są próby ujednolicenia tego wszystkiego, stworzenia z tego jednolitego systemu. W związku z tym nie ma w teologii miejsca na tego rodzaju, tu cudzysłów stawiam ogromny, ekscesy. Teologia zdecydowanie ta prawomyślna, ta, która rzeczywiście związana jest z Kościołem katolickim, absolutnie wyklucza tego rodzaju możliwość, że coś takiego jak reinkarnacja jest możliwe. Natomiast warto sobie zdać sprawę, że poza teologią istnieją różnego rodzaju domysły, różnego rodzaju interpretacje, ale też wspomniałeś o tym, pewne podejrzenia, że z samym Pismem Świętym nie do końca było tak, że wiemy o nim wszystko. Jednym z dowodów, takich pośrednich znowu, jest to, że pewne księgi zostały usunięte, że to jądro Pisma Świętego, ten kanon, który powstał, to nie jest kanon wcale wczesny, wręcz przeciwnie, dosyć późny. On się kształtował do pewnego momentu i zastygł, ale to naprawdę nie były początki chrześcijaństwa takiego, jakie znamy.
[11:21] - W tej książce autor Irek Menclewski prezentuje własną, szerszą, może nieortodoksyjną wizję tego zagadnienia. Także zachęcam, jeżeli ktoś chce poznać jego opinię, to warto sięgnąć do numeru dziewiątego.
[11:37] - Kolejny tekst, który sobie upatrzyłem, to jest tekst twojego autorstwa zatytułowany „Kosmoagent. AI przestrzega przed obcymi”.
[11:48] - Tak, tak można zrozumieć wyniki tego eksperymentu, który został przeprowadzony jakiś czas temu. Polegało to na tym, że wykorzystano sztuczną inteligencję do próby zasymulowania naszego kontaktu z obcymi. Wybrano tam kilka ras o różnym podejściu, różnym pochodzeniu, zachowaniu i próbowano przeprowadzić symulację, jak to się wszystko potoczy. Efekt jaki był? Bardzo ciekawy. Komputer odpowiedział: lepiej siedzieć cicho. Takie były wyniki jego rozważań. Przy czym to „lepiej siedzieć cicho” to jest powtórzenie opinii kilku uczonych. Ona jest najbardziej znana z wypowiedzi Stephena Hawkinga, ale tak naprawdę wiele osób, szczególnie w środowisku SETI, twierdzi, że jednak nie warto się komunikować z obcymi, nie warto wysyłać do nich umyślnych informacji, szczególnie tych zawierających jakieś szczegóły dotyczące naszego położenia, naszej sytuacji i tak dalej. Ale jak dobrze sami wiemy, mimowolnie emitujemy te sygnały poza planetę.
Ten eksperyment jest jeszcze ciekawy z jednego powodu, bo ogólnie się przyjmuje w środowisku naukowym, że skoro obcy się nie kontaktują, to ich nie ma. Ale może być też taka sytuacja, że oni nas po prostu cały czas obserwują, że jakaś cywilizacja na poziomie może tylko trochę wyższym niż my obserwuje nas, czy jesteśmy W stanie się w ogóle z nimi porozumieć? Czy ten kontakt miałby jakieś plusy? Ta koncepcja znana jest od lat w literaturze jako tak zwana hipoteza zoo. Czyli oni nas obserwują na razie jako mieszkańców planetarnego rezerwatu. A co zrobią dalej? To kto wie.
[13:30] - I ostatni na dzisiaj tekst. Tekst o hipnozie, a właściwie nie tyle o hipnozie, tylko o tym, że to zjawisko nagle, niespodziewanie dosyć chyba dla samej nauki, do tej nauki się wdarło.
[13:48] - Tak, tutaj można by dużo mówić. Hipnoza jeszcze jakiś czas temu była kojarzona przede wszystkim z występami na scenie, z takim showmanstwem. Natomiast prawda o hipnozie jest bardziej złożona. To jest technika, która sięga tysięcy lat wstecz. Wykorzystywana była zarówno do form prymitywnej psychoterapii, jak i do wprowadzania ludzi w odmienne stany świadomości. Natomiast dzisiaj hipnoterapia stosowana jest z powodzeniem przez różnego rodzaju terapeutów i to dobrze wiemy. Ale ten tekst autorstwa doktor Miry Czarnowskiej nie jest przypadkowo umieszczony w Nieznanym Świecie. Po prostu obserwujemy, Marku, od kilku lat wzmożone zainteresowanie hipnozą, przede wszystkim regresingiem. Ludzie szukają odpowiedzi, chcą rozprawić się z niektórymi mitami, szukają dobrych hipnoterapeutów. I ta seria, którą zapoczątkowuje ten artykuł, jest po to, żeby niektóre rzeczy rozjaśnić.
Bo bardzo często otrzymujemy pytania, czy poddać się regresji, czy to jest bezpieczne, czy są jacyś polecani hipnoterapeuci i tak dalej. Tutaj wkraczamy właśnie na to pole mówiące gdzie szukać, jak zrozumieć hipnozę i do czego ją wykorzystać. Ja jeszcze dodam, Marku, że w tym numerze wiele innych ciekawych tematów. Przypominam, że Nieznany Świat możecie kupić na stanowiskach z prasą w marketach, w tych większych stanowiskach z prasą, bo kiosków już nie ma. Można też zamówić numer na stronie www.nieznany.pl, ale polecam wszystkim, którzy by chcieli na szybko i już od ręki zajrzeć do naszego miesięcznika, polecam wersję elektroniczną, do której link znajdziecie pod spodem.
[15:38] - Proszę państwa, po tych wszystkich polecankach będzie jeszcze jedna polecanka. Ja już nie raz państwa zapraszałem na mój kanał Wehikuł Wyobraźni i nieustająco to robię. Cały czas zapraszam. Tam sporo, mam nadzieję, ciekawych materiałów z różnych dziedzin. Staram się to pokazać, że ciągnie mnie w kierunku różnych tematów. Staram się troszeczkę meandrować. Trochę jest w tym wszystkim archeologii, trochę fizyki, trochę fantastyki i tak dalej. Trochę UFO. Nie żebym zaraz podkradał materiały czy jakieś inne tematy współpracownikowi Bibliotekarium 2.0 Piotrowi Cielebiasiowi. On na swoim kanale UFO Historie jest niekwestionowanym królem.
I gdzież mi tam. Ja może mniej mówię o UFO, bardziej o takich sprawach wokoło ufologicznych czy sięgających jakoś tam w kierunku UFO, ale to nie jest mój główny temat. Ja mam te materiały z różnych parafii, że tak się wyrażę. Dzisiaj materiał, który jest jednocześnie wywiadem, wywiadem z profesorem filozofii. Trochę będzie o starożytności, trochę o tym, jak ta starożytność wpływa na nasz świat. Nasz współczesny świat. Okazuje się, że coś, co było dwa tysiące, dwa i pół tysiąca lat temu, w dalszym ciągu potrafi nie tylko kreować, ale też sprawiać, że ten świat czasami się zmienia, czasami może się cofa. Trudno mi to powiedzieć. Zapraszam zatem na materiał made in Wehikuł Wyobraźni. Zapraszam na sam kanał Wehikuł Wyobraźni.
A teraz wywiad z profesorem Markiem Siwcem „Świat utkany z pokus". Witam państwa bardzo pięknie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Nie wiem, czy państwo podzielicie mój pogląd, ale sądzę, że antyk, starożytna Grecja, starożytny Rzym stanowią epokę interesującą zarówno pod względem kulturalnym, jak i religijnym. Nasza epoka w znacznym stopniu różni się od tego, co mogliśmy zaobserwować w starożytności, ale to przecież nie oznacza, że odcięliśmy się od korzeni. Współczesny człowiek znajduje bardzo wiele inspiracji w antycznej kulturze. Ja wiem, że to było bardzo dawno temu, ale w epoce starożytnej narodziła się przecież filozofia, dziedzina wiedzy, która tak naprawdę stanowiła bazę dla stworzenia logiki, a potem była punktem wyjścia dla rozwoju innych nauk. To w pismach takich filozofów jak Platon, Arystoteles, Seneka zawarte zostały wizje genezy zarówno świata, jak i człowieka. Te wizje do dzisiaj zadziwiają nas, współczesnych, a czasami zmuszają nawet do refleksji. I ktoś może powiedzieć: „No tak, ale mnie nie zmuszają. Ja to mam wszystko-
[19:19] - Zupełnie inaczej poukładane i nie widzę swoich związków ze starożytnością. Problem polega na tym, że antyk jest tak naprawdę wieczny. My wszyscy jesteśmy nim przesiąknięci, przesyceni. Antyk to epoka uniwersalna. To nasz początek, nasze źródło, a my często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Warto też pamiętać, że antyk nie jest monolitem. Tam były różne prądy myślowe, różne filozofie, różne obrazy świata wreszcie. Nas szczególnie może interesować na przykład dziedzictwo Orfeusza. Orfeusz, w przeciwieństwie do trybu życia Greków opisanego czy ucieleśnianego przez bohaterów poematów Homera, miał głosić bardziej wewnętrzny, duchowy tryb życia. Orfizm pogardzał ciałem.
Pogardzał tym ciałem jako więzieniem, jako kajdanami dla duszy. Gdybyśmy mieli opowiedzieć o rdzeniu wierzeń praktykowanych przez Orfików, to po odrzuceniu rozmaitych ozdobników, dodatków doszlibyśmy do następujących stwierdzeń: w człowieku zamieszkuje jakaś boska zasada. Demon, daimon, który na skutek pierwotnej winy upadł i zamieszkał w ciele. Demon ten, który istniał przed ciałem, jest nieśmiertelny, a więc nie umiera wraz z ciałem, lecz skazany jest na to, aby dla odpokutowania swojej winy kolejno wcielać się na nowo w następne ciała poprzez szereg ponownych narodzin. Jedynie orficki sposób życia z jego praktykami oczyszczeń może położyć kres cyklowi reinkarnacji. Tak, reinkarnacji. Dlatego też ten, kto przestrzega orfickiego sposobu życia, osoba wtajemniczona, po śmierci cieszy się zasłużoną nagrodą w życiu pozagrobowym. Cieszy się wyzwoleniem, natomiast niewtajemniczony otrzymuje karę. Jeżeli sięgniecie państwo do odcinka, w którym omawiałem wizję reinkarnacji w różnych religiach, stwierdzicie z pewnością, że wizja Orfików jakoś zadziwiająco współcześnie brzmi. Tak, a to nie jedyny moment, w którym starożytność wydaje się bardzo bliska.
Aby porozmawiać o starożytności, zaprosiłem dzisiaj profesora Marka Kazimierza Siwca. To poeta, filozof z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, którego pasją jest starożytność. Ja powiem więcej. Pasją profesora Siwca jest również wynajdywanie owych połączeń pomiędzy tym, co było bardzo dawno temu w odległej Grecji i tym, co otacza nas dzisiaj, tu i teraz. Okazuje się, że tych powiązań, tych połączeń biegnących przez czas i przestrzeń jest znacznie więcej, niż na co dzień przypuszczamy. Zanim oddam głos mojemu gościowi, pozwólcie państwo, opowiem trochę o panu profesorze. Marek Kazimierz Siwiec urodził się 3 marca 1950 roku w Kętrzynie. Jest poetą, filozofem, profesorem Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Jest też autorem książek poetyckich i filozoficznych oraz kilkudziesięciu rozpraw i szkiców z estetyki, metafizyki i krytyki artystycznej. W stanie wojennym działał w podziemnej „Solidarności”.
W latach 1987–1988 przebywał w Londynie, gdzie pracował na budowie. Opublikował książki poetyckie: „Odwrócone lustro”, „Twój świt ucieka nad ranem”, „Kostka”, „Żyłka”, „Kto”, „Blask”, „Przebłysk. Wiersze londyńskie”, „Okno pogody”, „Przyjaźń”, „Sygnatura”. Wiele wierszy naszego gościa ukazało się w pismach literackich, między innymi w „Poezji”, „Nowym Wyrazie”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Okolicy Poetów”, „Frazie”, „Toposie”, „Twórczości”, w antologiach, a także było prezentowanych w radiu oraz telewizji. Ważne miejsce w twórczości Marka Kazimierza Siwca zajmują książki filozoficzne. „Od Platona do Beardsley’a. Drogi estetycznej metakrytyki”, „Los, zło, tajemnica. Ku twórczym źródłom poezji Aleksandra Wata i Czesława Miłosza”, „Źródło i tajemnica. Ku metafizyce twórczości”. Znany pisarz Krzysztof Dardowski poświęcił twórczości poetyckiej i filozoficznej Marka Kazimierza Siwca książkę „Kto w wielkiej gonitwie życia.
Rzecz o poezji Marka Kazimierza Siwca”. Hanna Strychalska poświęciła książce poetyckiej „Blask” esej „Imię Eurydyki. Wokół poematu Blask Marka Kazimierza Siwca”. „Konteksty” nr 1–2 z 2023 roku. Marek Kazimierz Siwiec otrzymał nagrodę imienia Ryszarda Brunona Wilczewskiego za rok 2015 w dziale poezji. Jest również laureatem Bydgoskiej Nagrody Strzała Łuczniczki w roku 2019 za poetycką książkę „Blask”. Proszę Państwa, jeśli nawet nie jesteście miłośnikami antyku, to myślę, że warto posłuchać dzisiejszej rozmowy z filozofem profesorem Markiem Kazimierzem Siwcem. Może się bowiem okazać, że gdzieś tam w odległych wiekach, w dalekiej Grecji urodziły się myśli, które do dzisiaj mogą być intrygujące dla współczesnego człowieka. Ale żeby nie przedłużać, oddaję już głos naszemu gościowi i serdecznie Państwa zapraszam. Tak jak zapowiedziałem, naszym gościem jest poeta, filozof, profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy Marek Kazimierz Siwiec.
Dzień dobry.
[26:30] - Dzień dobry państwu. Dzień dobry. Serdeczne dzień dobry.
[26:33] - Z tak zwanych dobrze poinformowanych źródeł wiem, że jedną z twoich wielu pasji, o których pewno dzisiaj powiesz, ale jedną spośród tych wielu pasji jest antyk, starożytność i czego nas ta starożytność, nas współczesnych, wspaniałych ludzi może nauczyć? Ona już była tak dawno, że może czegoś?
[26:56] - Podoba mi się to określenie wspaniałych ludzi. Ironiczne, takie dystansujące, w którym słyszę daleki pogłos Sokratesa i jego ironii, eirōneia, czyli takiej sztuki, można powiedzieć, dochodzenia do prawdy poprzez pewną przewrotność. Oczywiście Sokrates jest taką postacią założycielską naszej kultury, pochodzącą z antyku. Ale Sokrates też wyrastał z pewnego środowiska. I tutaj bardzo istotne wydają mi się, to może być zaskoczeniem, starożytne mity, które w moim odczuciu mają taką siłę bardzo twórczą, pobudzającą. Wspomniałeś tutaj o moim zaangażowaniu poetyckim. Można nazwać to nawet powołaniem. W każdym razie tutaj szczególnie istotną postacią, taką założycielską także kultury, jest Orfeusz. Orfeusz, Eurydyka. Siła tej postaci biegnie przez całe dzieje do czasów współczesnych.
I to słowo Orfeusza jest takim też aktem założycielskim naszej kultury w jakiejś mierze. To jest coś niezwykłego, zwłaszcza jeżeli sięgniemy do takiego mitu, gdzie oczywiście mam tu na uwadze też miłość Orfeusza do Eurydyki i jego wyprawy do Hadesu. Drogę do Hadesu. To jest coś niezwykłego o wielkiej wymowie. Poeci XX wieku czy nawet XXI wieku, też tego typu wyprawy mają w swoich genach, można by powiedzieć, mówiąc niezbyt jakoś składnie. W każdym razie te wyprawy do Hadesu, czyli pewne zanurzenia w mrok i labirynty, niepokoje wydają się czymś bardzo istotnym dla ludzi współczesnych. Zmaganie się z tą sytuacją zagrożenia jeszcze kilka lat temu może wydawałoby się to bardziej ogólne i może nawet abstrakcyjne. W naszych czasach te zagrożenia od paru lat stały się bardzo wręcz namacalne, uderzające. Ale poeci mają trochę inną drogę i oni przywołują jakieś intrygujące sytuacje, duchy. Pamiętamy inną opowieść o Odysie, który wędruje do kraju Kimeryjczyków i tam wywołuje z Hadesu dusze swoich bliskich.
I to jest też naszym przeznaczeniem poetów, filozofów. Rozmowa z tymi, których już nie ma, ale którzy są w nas, których niesiemy. A co do Orfeusza jeszcze mniej znana opowieść. Przywołam ją. Orfeusza miały zaatakować menady, bachantki, czyli szalone niewiasty z orszaku Dionizosa. No i cóż, Orfeusz został rozerwany na strzępy, ale głowa ocalała. I według przekazów, między innymi Wergilego i innych, ta głowa płynęła rzeką. To jest współczesna rzeka Marica, która dochodzi do Morza Egejskiego. Oczywiście Orfeusz był królem Traków, więc to jest rejon szeroko rozumianej Tracji. W każdym razie ta głowa płynęła i miała też dopłynąć do wyspy Lesbos.
Ale co najważniejsze, ta głowa cudnie śpiewała. I powiem trochę tak z własnego doświadczenia, że ten mit, który stał się trochę w jakiejś mierze częścią także mojego doświadczenia, trudnego doświadczenia, o którym nie będę teraz oczywiście mówić, ale któremu dałem wyraz między innymi w książce „Blask”. W książce „Blask” powstał taki poemat „Śpiew. Głowa Orfeusza”. Śpiew, który idzie z krainy trudnej do identyfikacji. To jest taki śpiew ze źródła, źródłowy. Jak dobrze wiesz, Marku, źródło jest dla mnie niezwykle istotnym symbolem twórczym. Także tutaj ten motyw źródłowy, orfejski, orfeiczny, na który można nałożyć szereg innych motywów. Motywy sokratejskie, czyli oczywiście cnota. Cnota, dusza.
Cnota jakby pewien rodzaj wytrwałości, dzielności, bo cnota to dzielność. To są rzeczy, które do dzisiaj zachowały niezwykłą w moim odczuciu aktualność i mają też bardzo istotny kontekst twórczy, inspirujący twórców. Tutaj można podać wiele przykładów. W każdym razie, jeżeli mogę jeszcze powiedzieć słowo, także w jakimś sensie z własnego doświadczenia, to nie tak dawno w takim dosyć renomowanym piśmie „Konteksty” ukazał się szkic Hanny Strycharskiej poświęcony właśnie „Blaskowi” i temu mitowi. Także jeżeli jest jakiś rodzaj odzewu czy jakiegoś echa Może to jest jakieś spełnienie tej twórczej roboty. Poiesis, słowo poiesis, czyli robota przybrało znaczenie słowa twórczość. To od Platona oczywiście, "Sympozjon". Także gdzie się dotkniemy, to mamy skarby, które nas mogą zainspirować.
[32:02] - Marku, ja cię miałem już dawno zapytać, bo kiedy mówi się o Orfeuszu, to najczęściej pierwsze skojarzenie jest właśnie poetyckie. Poeta, śpiewająca głowa. Ale kiedy robiłem podcast o pitagorejczykach, tam było bardzo mocne odwołanie do tego, że było pewne powinowactwo pomiędzy orfikami a pitagorejczykami. Czyli jakby pewne, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, zaprzeczenie, bo tu mamy pitagorejczyków, liczba, a tu poezja.
[32:35] - Porcja, ład. Właśnie. Dotknąłeś niezwykle istotnego motywu i tematu, ponieważ Orfeusz był nie tylko poetą, królem poetą, osobą taką, można powiedzieć, z takiego mitu właśnie wędrówki do Hadesu i tego śpiewu, ale także jest założycielem i prawodawcą nowego nurtu duchowego, religijnego w greckiej kulturze, który stał się niezwykle owocny, niezwykle inspirujący, czyli orfizmu. Dokonało się to w ten sposób, że Orfeusz połączył dwa kulty: Dionizosa i Apollina. Był reformatorem religijnym. Być może też któremuś z tych bogów to się nie podobało i dlatego te niewiasty szalone go tak potraktowały, dosyć niecnie. No cóż, ale w zamian za to pojawił się ten mit. Orfizm to jest jeden z najbardziej takich, można powiedzieć, żywotnych nurtów. Takie zjawisko starożytności, które poprzez Platona wpłynęło niezwykle na początki greckiej kultury, a zwłaszcza filozofii. Ten wpływ możemy odnaleźć i u Heraklita, i u innych, Empedokles, u innych filozofów.
Nie chcę tego teraz rozwijać, ale Platon jest tu niezwykłym przykładem i właściwie główne wiadomości o orfikach czerpiemy z Platona. A więc problem duszy, problem Dionizosa, bo właśnie w tej tradycji orfickiej Dionizos, zwłaszcza młody Dionizos, który został z kolei rozszarpany i pożarty przez tytanów. To są motywy bardzo istotne. I to jest taka postać śmierci boga. Nietzsche, który bardzo interesował się antykiem niezwykle i tu wniósł niemałe skarby do filozofii, do literatury także w szerszym znaczeniu. Nietzsche, zwłaszcza w pierwszym swoim dziele, czyli "Narodziny tragedii" bardzo ten motyw Orfeusza orficki wydobył, chociaż w istocie zastąpił Orfeusza Dionizosem. U Nietzschego Dionizos jest tym głównym bohaterem, ale to też jest postać o wielu reperkusjach, o ogromnym wpływie także na współczesną kulturę. Także dużo by o tym mówić. Natomiast zadałeś takie ciekawe pytanie. Tu z jednej strony matematyka, a z drugiej strony mistyka.
No cóż, to jest kwestia... To było bractwo religijne. Oczywiście Pitagoras był założycielem, ale bractwo religijne, które uprawiało naukę. I ta formuła nauki była dosyć szeroka. Głównie to matematyka, ale nie tylko. Orficy byli sektą, taką można powiedzieć, bractwem. Sektą to się źle kojarzy. Bractwem religijnym, ale dla wtajemniczonych. Tam obowiązywał obowiązek tajemnicy i stąd informacje o nich są takie troszeczkę rozsypane.
[35:26] - To jest i u pitagorejczyków, i u orfików podobnie.
[35:30] - No tak! W istocie pitagorejczycy przejęli tradycję orficką, a Platon przejął tradycję orficko-pitagorejską w swojej koncepcji, między innymi w koncepcji duszy. A z kolei Sokrates duszę, by tak rzec, umeblował, mówiąc tak kolokwialnie, czyli dał jej cnotę. Bo ta dusza wcześniejsza, orficka, ona była takim trochę widmem, takim wędrującym poprzez różne wcielenia. Nie miała takiego, można powiedzieć, osadzenia aksjologicznego. Natomiast Sokrates, wracamy tu do Sokratesa, wyposażył duszę, uczynił z duszy centrum osobowości człowieka, centrum poznawcze, moralne, wyposażył duszę w cnotę, czyli w to, co jest tą siłą doskonalącą człowieka. Natomiast Platon poszedł dalej drogą Sokratesa do tego, co dobre i piękne i odniósł duszę do idei dobra i do dobra samego, czyli do tego świata nadzmysłowego. I tutaj bardzo istotna jest anamneza. Czyli dusza przypomina sobie sytuację, gdzie przebywała w świecie tym ponadniebnym, hiperuranium, w tym świecie idei, czy jeszcze w świecie boskim. Także mamy tutaj, gdzie się dotkniemy, to trudno się oderwać i nowe tematy się pojawiają i też nowe do powiedzenia.
To jest jakaś odpowiedź na to pytanie o antyk. Chociaż w gruncie rzeczy ja, jak zauważyłeś, sprowadziłem to też do pewnej sytuacji współczesnej, że korzystamy z tego dlatego, że tam są te istotne wartości.
[37:11] - W pewnym momencie padło tajemnicze słowo: źródło. No i każdy z nas, kiedy pada takie słowo, coś tam sobie wyobraża. Coś jest źródłem czegoś. Często idziemy w jakieś takie bardzo proste skojarzenia. Ty uznajesz, że źródło jest czymś niesłychanie istotnym. Źródło kultury, nie tylko. Ale dlaczego ono jest takie istotne? Czy nie możemy żyć, jak to dzisiaj często się mawia, dniem dzisiejszym? To cytat był. I tam jakieś źródło będziemy na jakieś źródło patrzeć.
To dawno było i nieprawda. Dlaczego źródło jest ważne?
[37:50] - Właśnie, po co się odnosić do źródła czy jakoś zbliżać do źródła, dążyć do źródła, skoro mamy tyle ciekawych i wręcz przyjemnych zajęć? Współczesność jest utkana z pokus. Tak, mogłoby się tak wydawać, ale filozofia czy poezja ma trochę inne zmysły twórcze. To jest intuicja, to jest właśnie wyobraźnia. To jest takie troszeczkę też wędrowanie. Nie troszeczkę, ale bardzo mocno pod prąd. Dlaczego? I tutaj małe przypomnienie z mojej własnej biografii. Otóż jako bardzo młody chłopak, pięcio-, sześcioletni, ze swoim przyjacielem Wojciechem Pietkiewiczem, artystą, malarzem, chwała Bogu żyjącym do dzisiaj, wędrowałem po podolsztyńskich lasach. To była moja taka macierz, teren łowiecki, jeżeli można tak to ująć.
I tam spotykałem źródła, a wówczas nie nosiło się ze sobą, jakąś herbatę się brało, ale to nie były jakieś butelki z wodą i tak dalej. To miało inny charakter i źródła miały ogromne znaczenie, ale nawet nie tyle znaczenie takie, powiedziałbym, że napić się ze źródła, to jest jakaś odpowiedź. Napić się ze źródła. Pożyteczne, ale można powiedzieć magiczne. Źródło ma charakter, pulsuje, zachowuje się bardzo dziwnie. Wytwarza się taki dziwny wulkan, taka jakby korona, która jakby wytryska i potem opada. Więc źródło dla dziecka i nie tylko ma jakiś taki magiczny wymiar, tajemniczy właśnie, a więc źródło i tajemnica. Ale jest tu jeszcze inna rzecz. Mianowicie z jednej strony są te źródła właśnie takie bezpośrednie, ale także w swoich wędrówkach po tych lasach, terenach odkrywaliśmy strumyki, strumienie, rzeki. I tu się rodziło pytanie: a gdzie są źródła tych strumyków, tych strumieni, tych rzeczek albo jednej rzeki, która była rzeką mojego dzieciństwa?
A więc wyobraźnia zaczęła działać i pojawiła się jakaś droga do źródła, która jest drogą pod prąd, bo trzeba przez ten lód się jakoś przebijać. Ja jako bardzo młody chłopak takie drogi podejmowałem właśnie w te wędrówki w tych lasach. I na tym tle powstało po latach, jako już dojrzały człowiek, jako osoba filozofująca, unaoczniłem pewne rozróżnienie. Źródła bezpośrednie, te źródła takie, które nazwałem źródłami twórczości i źródła, które są dalej, do których trzeba wędrować. Są twórcze źródła. Czyli można powiedzieć, z tego dziecinnego doświadczenia wyprowadziłem pewien rodzaj unaocznienia czy doświadczenia, które pozwoliło mi także wprowadzić źródło na pole myślenia filozoficznego. To rozróżnienie źródła twórczości, twórcze źródła to jest jakby początek, a potem pojawiło się jeszcze trzecie źródło, które jest najbardziej zagadkowe i tajemnicze. I tutaj nie chcę słuchaczy męczyć tym określeniem, no ale cóż, niech ono padnie. Źródło źródła sui generis, swego rodzaju. Takie potoczne określenie źródła swego rodzaju.
Czym one są? Ale tu jeszcze jest więcej spraw ukrytych. Można powiedzieć, że taki jeden z wielkich twórców naszej kultury, Stanisław Ignacy Witkiewicz w latach 20., 30. o wielkim dorobku literackim, dramaturgicznym też opisywał rzeczy poetyckie, ale one nie były specjalnie udane. W każdym razie on sformułował taką koncepcję uczuć metafizycznych. Nie będę tego rozwijać, ale właśnie, że uczucia metafizyczne w człowieku są, idą jakby pod prąd epoce właśnie takiej epoce technicznej, konsumpcyjnej, epoce, która oferuje nam całą ogromną paletę rozwiązań w postaci przyjemności, przyjemności, jeszcze raz przyjemności. To było dawno, ale on też przeczuwał, że te uczucia metafizyczne, że one zostaną przytłoczone, przyduszone. No cóż, ale tak się złożyło po latach, że w swoim filozofowaniu sięgnąłem i do jego twórczości. W tej mojej nowej książce „Źródło i tajemnica” jest też cały rozdział poświęcony Stanisławowi Ignacemu Witkiewiczowi. Ale co szczególnie wydaje mi się ważniejsze, sądzę, że mamy tutaj nową motywację.
Nową motywację, która pozwala nam uzasadnić te dążenia metafizyczne, że już metafizyka, która jest taka spychana, odrzucana, ale która żyje gdzieś tak jak kultura, żyje w takich zakamarkach, nagle wytryska jako źródło.
[42:25] - Marku, współczesny świat jest bardzo praktyczny. Powiedziałeś o trzech rodzajach źródeł. To teraz wyobraźmy sobie takiego hipotetycznego twórcę i jakbyś miał ustawić go względem tych źródeł. Co mogłoby być dla takiego hipotetycznego twórcy pierwszym, drugim, trzecim rodzajem źródła? Żebyśmy sobie to mogli łatwiej wyobrazić.
[42:50] - Dobrze, spróbuję to najkrócej i jak najesencjonalniej. Otóż źródła twórczości to są doświadczenia, które nas formują. Nazywam je traumami, czyli doświadczenia cierpienia, bólu, niepokoju, upadku, utraty i ekstazami, czyli doświadczenia afirmatywne, radości, takiego zachwytu, poruszenia światem, takie właśnie uskrzydlenia rozmaite. To są ekstazy i te doświadczenia oddziałują na to, co nazywam drogą twórcy. Ale to jest ta pierwsza faza źródeł twórczości, pierwsza odmiana źródeł. Nie używam słowa rodzaj, ponieważ wiedziałem o tym, że trzeba język filozofii tradycyjnej zmodyfikować, żeby unikać przy filozofii źródłowej, którą tak określam swoją filozofię, mówię o metafizyce źródła i tajemnicy, żeby nie odwoływać się do określeń hierarchizujących logicznie, ponieważ źródło nie należy do żadnej hierarchii. I tutaj muszę dopowiedzieć, a więc źródła twórczości, ale źródło w tym wyjściowym rozumieniu Kryje w sobie pewien dramat. Jest to dramat walki z początkiem. Można powiedzieć, że źródło walczy z początkiem. Początek zawłaszcza źródło.
Początek jest czymś, co źródło, że tak powiem, unieważnia. Czym jest początek? Początek to są przyczyny, skutki. To jest właśnie świat przyczynowo-skutkowy, świat uwarunkowań, świat pewnych też uogólnień, który przytłacza źródło, zasypuje źródło. Bo po co nam źródło, jak możemy intelektualnie czy racjonalnie w sposób naukowy zwłaszcza-
[44:33] - Opisać świat.
[44:34] - Tak. To po co nam źródło? Ale właśnie nie z punktu widzenia tego uczucia czy tego dążenia, pragnienia metafizycznego. Jeżeli jest w człowieku to pragnienie, a jest pragnienie i teraz już się można trochę do tego przyznać. Jeszcze parę lat temu to byłoby trochę niezręczne, ale świat się bardzo zmienił w ciągu ostatnich kilku lat, jak wiemy. I te uderzenia w naszą sytuację ze strony i covidu i inwazji na Ukrainę, one spowodowały, myślę, istotne zmiany w naszym odczuwaniu, myśleniu. Już nie mówię o kryzysie ekonomicznym, o różnych rzeczach. W każdym razie dramat źródła. Źródło jest niepowtarzalne. Ono jest niepowtarzalne w pewnej dziwnej powtarzalności erupcyjnej.
A początek? Początek jest określony. Ja to kojarzę, przywołuję taki przykład dnia tygodnia. Możemy sobie wyznaczyć początek tygodnia, nie mówię o niedziela, poniedziałek, nieważne. Jakiś dzień, prawda? Początek jakiegoś procesu domaga się jakiegoś dalszego ciągu. Ale początek to nie źródło, bo to możemy wyjaśnić. To możemy racjonalnie uchwycić. Źródło wymyka się naszemu intelektualnemu oglądowi i to trzeba przyjąć, że jest pewnym doświadczeniem, którego nie możemy wprost opisać w takich kategoriach racjonalnych czy naukowych wręcz. Źródło wymyka się tego typu określeniom i na tym polega jego siła i urok źródła.
[46:11] - O pierwszym źródle już powiedziałeś, ale zostały nam jeszcze dwa, żebym teraz nie popełnił błędu, rodzaje.
[46:20] - Odmiany.
[46:20] - Odmiany.
[46:20] - Odmiany.
[46:21] - Tak, odmiany.
[46:22] - Nie rodzaje, odmiany. To jest to budowanie języka. Odmiany, dobrze. A więc mamy drugą odmianę. Twórcze źródło i twórcze źródła umiejscawiają się w sferze kultury. Czym są twórcze źródła? Dążymy do tych źródeł. Czym są twórcze źródła? To są pewne twory czy zasoby kultury. To są teorie.
To jest też religia, nauka, prawda, dobro, piękno. To są twórcze źródła. To są źródła, z którymi się zderzamy, żeby osiągnąć-
[46:56] - Współczesny człowiek jest w nich zanurzony niejako.
[46:59] - Jak najbardziej. Ale problem polega na tym i to jest problem tej filozofii źródłowej, żeby się nie poddać temu zanurzeniu, ponieważ droga idzie dalej. To jest droga indywidualizacji, to jest droga dojścia do źródła, ale w sposób indywidualny traktowanego. I tutaj ja operuję metaforą światła. To jest trochę metafora jaskini Platona. Wychodzimy z jaskini na światło. Światło nas poraża. Platon radzi, żeby nie wychodzić za dnia, raczej po nocy. A to ciekawa rada skądinąd. Właśnie, takie dowartościowanie mroku.
W mroku też można wiele rzeczy zobaczyć. Gwiazdy widzimy w mroku. To są tego typu doświadczenia, bardzo proste, które ilustrują, można rzec, procesy bardziej złożone. W każdym razie to jest droga twórcy. Ta koncepcja, którą ja tutaj opracowałem czy opracowuję, czy wypowiadam, to jest koncepcja drogi twórcy. To jest koncepcja związana z twórczością, ale to jest też pewien rodzaj drogi indywidualnej, człowieka indywidualnego, człowieka naszych czasów, który podejmuje pewną drogę samodoskonalenia, drogę pewnego rozumienia na własną rękę. Chce świat ogarnąć, rozpoznać sytuację swoją w świecie na własną rękę, poprzez starcie, swoiste starcie z tymi wspaniałościami, z tymi wartościami, jak prawda, dobro, piękno, które po kryzysie, którego objawem i zarazem diagnostą był Fryderyk Nietzsche. Problem śmierci Boga znów się pojawia. Tam była śmierć boga Dionizosa, tu jest śmierć Boga chrześcijańskiego. Problem śmierci Boga się pojawia, więc to są kwestie, które są bardzo żywe i współczesna kultura, sztuka.
Nawet się mówi, że jest post mortem Dei, to jest po śmierci Boga. Więc tu są rzeczy do przemyślenia, do namysłu. To jest pewna droga w górę. A jak mawiał Heraklit, jeden z wielkich mistrzów, bardzo wielkich: „Droga w górę i w dół jest ta sama i jedna”. To jest jedna z najpiękniejszych myśli, prawda? Także mamy drogę w górę. Czy już mogę mówić o kolejnej odmianie źródła?
[49:15] - No tak, myślę, że teraz trzeba postawić kropkę nad i i trzecie z nich wymienić.
[49:19] - Dobrze. A trzecie jest najtrudniejsze i trzecie trzeba wypowiadać troszeczkę symbolicznie. Ja tu się odwołuję do wiersza „Narcyz”, wiersza Cypriana Norwida, ale odwołuję się też do obrazu Caravaggia „Narcyz”. Niezwykły obraz Caravaggia „Narcyz”. W każdym razie trzecie źródło sui generis. To możemy je pojąć właśnie jako: mamy drogę w górę, do twórczych źródeł, od źródeł twórczości do twórczych źródeł, drogę w górę. Tu się dokonuje uderzenie światła. Zmagamy się z tą siłą kultury, z tą pięknością, dobrocią, prawda? Prawdziwością, z tym, co jest esencją naszej kultury. Zmagamy się z tym, ale też czujemy w sobie pewien rodzaj mroku, który chcemy rozjaśnić i może nie do końca Te wspaniałe twory, te wspaniałe koncepcje spełniają nasze pragnienie metafizyczne i stąd pojawia się głód dalszej drogi.
I to jest rodzaj skoku w źródło, tu się odwołam do starożytności, czyli do mitu Narcyza. Mit Narcyza. Kolejny motyw mityczny ze starożytności, który ja staram się uwspółcześnić. Narcyz jest dla mnie bohaterem tragicznym, który zgodnie z mitem zlekceważył miłość nimfy Echo, ale też skoczył do źródła, bo zakochany był. Ale to skoczenie, w moim odczuciu, ten skok do źródła to nie tylko kwestia zauroczenia samym sobą czy obrazem. To jest próba dotarcia do pewnej głębi, głębi rzeczywistości, szukanie głębi. To jest powołanie szczególnie istotne, że to pragnienie głębi nie zostało wyczerpane ani poprzez źródła twórczości, poprzez traumy i ekstazy, ani poprzez twórcze źródła, czyli te cudowne objawienia prawdy, dobra, piękna, Boga, religii, nauki. To jest ten świat bardzo fundamentalny dla europejskiej kultury. Ale możemy tu odnaleźć jeszcze drogę bardzo indywidualną, która prowadzi z tego świata do tych źródeł sui generis. Ja to nazywam w sposób symboliczny drogą ciemnego promienia.
Ten promień przebija się poprzez światło i ten ciemny promień ma taką siłę zagłębiania się w jakieś ukryte wymiary. I co to oznacza? To jest podjęcie rozprawy z mrokiem w człowieku. To jest mrok człowieka współczesnego, zagubionego w labiryntach, w różnych niepokojach. Nie tylko tam jest konsumpcja, radość i tego typu miłe rzeczy, tylko są nerwice, są depresje, są niepokoje, łącznie z kryzysami i tak dalej. To przebijanie się do źródeł sui generis jest skokiem Narcyza. I cóż, tutaj mamy same niewiadome. Jedynie jest pociecha z mitu płynąca, że niedaleko źródła Narcyza wyrosły piękne kwiaty zwane narcissus, czyli narcyzy. A teraz idzie wiosna, także te narcyzy mają też swój urok i charakter.
[52:37] - Ja znowu przemówię jako głos współczesnego, bardzo mimo wszystko racjonalnego świata, który jest bardzo tu i teraz i chce wszystko od razu, natychmiast otrzymać. Czy jak człowiek nauczy się z tych źródeł, o których wspomniałeś korzystać, to już jest artystą?
[52:58] - Bardzo ciekawe pytanie. Powiem tak: nie łączyłbym tego bezpośrednio z byciem artystą, chociaż związek wydaje mi się bardzo istotny, ponieważ droga, którą opisuję, jest drogą także dla artysty, twórcy czy twórczyni. Twórczyni. Wiadomo, są takie ciekawe niuanse współczesne. Otóż jest to droga bardzo indywidualna przede wszystkim. Jest to droga do samego siebie, droga samopoznania, a tę drogę osiąga się poprzez pewne rzeczy zrobione, poprzez poezję, w moim przypadku to są książki czy poetyckie, czy filozoficzne. Człowiek, można powiedzieć, uczy się od samego siebie, więc to jest ze swoich książek, nie tylko z cudzych książek, ale z własnych też. I to jest ta ciekawa sytuacja. Natomiast czy od razu jest artystą? Nie ma tu żadnego algorytmu.
Na tym polega cały problem, że algorytm, czyli ten rodzaj, można powiedzieć, intelektualnego postępowania, który tak wspaniale owocuje w sferze technicznej, tu w sferze humanistycznej czy filozoficznej, czy poetyckiej nie działa. Zamiast algorytmu mamy źródłowość, źródło i źródłowość. A więc dociekania bardzo indywidualne, które możemy próbować pokazywać innym, przekonywać do nich jakoś, próbować ich zainspirować. To jest pewne zadanie i to jest także moje zadanie, także zadanie osoby prowadzącej wykłady czy zajęcia, czy rozmaite spotkania, dyskusje, tak jak ta rozmowa, która właściwie jest dyskusją, bo zadajesz mi tutaj pytania nieproste, ale bardzo istotne. Także tutaj nie ma żadnego algorytmu, tylko właśnie jest próba spojrzenia na rzeczywistość poprzez źródłowość, czyli wyspycie się algorytmu, czyli wyspycie się tego, co wydawałoby się niezbywalne.
[55:01] - Czyli to jest taka aktywność niezwykle indywidualna właśnie. Każdy sam do tych poszczególnych źródeł musi podążać, musi je próbować odkrywać.
[55:13] - Bardzo pięknie powiedziane, bardzo istotnie. To jest droga indywidualnego odkrywania siebie.
[55:19] - Ale to jest też droga, takie odnoszę przynajmniej wrażenie, że to jest droga każdego filozofa, może nie akademickiego, ale nawet takiego prostego, codziennego. Takiego filozofa z ludu, który bardzo chciałby snuć refleksję i snuje ją właśnie dlatego, że podąża w kierunku źródeł, zadaje pytania. W końcu kiedy są różnego rodzaju wprowadzenia do filozofii, to kwestia pytań i filozofii zawsze właściwie pada.
[55:51] - Oczywiście. I to jest podstawa. To zadziwienie, o którym wspomniałem. Te doświadczenia dziecinne to są w istocie takie, można powiedzieć, zadziwienia, głębokie zadziwienia. Źródło jest tu medium tego zadziwienia. Co to jest właściwie? Co się tu dzieje? A jeszcze w tym źródle można się przejrzeć. To są unaocznienia, ale to też Dodatkowo tę sytuację wzbogaca. Także mamy tutaj rozmaite ujęcia, odniesienia.
[56:21] - Jesteśmy w wehikule wyobraźni. Ponieważ padło kilka pojęć, to jak do tego wszystkiego ma się wyobraźnia ludzka? Jak jest powiązana ze źródłami, o których mówiłeś?
[56:34] - Dobrze, ciekawie. Wyobraźnia. Otóż twórczość, która tutaj jest, można powiedzieć sferą zasadniczą, polega też na trudzie intuicji, wrażliwości, intuicji wyobraźni w pewnej swobodzie. Wyobraźnia jest tu czynnikiem kreacyjnym. To wyobraźnia widzi w źródle źródło i źródłowość dzięki pewnej wrażliwości, wyobraźni, ale też poprzez rozmaite inspiracje. Bo problematyka źródła jest w XX-wiecznej filozofii też rozważana bardzo istotnie. Mogę tu przytoczyć jakieś postaci, nazwiska, które się pojawiają w mojej książce. Nie wiem, czy to jest konieczne. W każdym razie źródło jest tutaj medium także dla wyobraźni. Źródło wzbogaca jakoś wyobraźnię.
Wyobraźnia ożywa w nas. Źródło ożywia w nas pokłady wyobraźni. Poprzez to, że ta koncepcja została ujęta, spisana w postaci książki i tak dalej, to ja także mogę powiedzieć jako jakaś tam osoba, tę wyobraźnię lepiej dostrzegam. Dostrzegam ten trud. Dostrzegam teraz ten trud, który prowadził od dziecka, które biegało i przystawało przed źródłem w podolskińskich lasach i nie tylko, a później stało się osobą dojrzałą, dorosłą. Widać, jak te wyobrażenia ożywają poprzez symbole i refleksję. Wyobraźnia potrzebuje w moim odczuciu, jeżeli jest połączona z poezją, z filozofią, potrzebuje też i symboli, myśli symbolicznej i refleksji, myśli refleksyjnej. Wyobraźnia się dopełnia, napełnia, rozwija. Na tym polega także pewien trud twórczy, że doświadczenia, które są związane ze źródłami, dopełniane są o poetyckie obrazy, o wyobrażenia. Wyobrażenia pobudzają wyobraźnię.
A kolejną warstwą są refleksje. Są koncepcje, teorie, pojęcia, które się nad tym nadbudowują. Cały ten trud jest tu bardzo istotny. Przypomnę Immanuela Kanta, jednego z tych szczególnie znaczących filozofów, który mówił o grze intelektu i wyobraźni jako związanej z pięknem, z sądem smaku. To są bardziej sprawy fachowe, ale gra intelektu i wyobraźni może do nas przemówić jako rodzaj odniesienia źródłowego wręcz.
[59:19] - Chciałbym jeszcze na chwilę, żebyśmy się cofnęli do starożytności. Jest takie popularne powiedzenie, że cała filozofia to są właściwie przypisy do Platona. Niektórzy dodają, że do Arystotelesa i właściwie nic więcej już nie wymyślono. Coś w tym jest, bo podzielę się taką refleksją, że z kolei na niwie sztuki, kultury bardzo często jest tak, że i tu przywołam literaturę science fiction chyba najbardziej rozrywkową, jaka może być. Okazuje się, że książki zbudowane na starożytnym schemacie, na micie starożytnym, którego nikt ze współczesnych już tam nie dostrzega, one się cieszą ogromnym powodzeniem, pomimo tego, że ten mit jest zamaskowany, jego tam nie widać. A książki, które są, powiem brzydko, wyduszane z autora na siłę, tam nie ma żadnej głębi, nie ma żadnego źródła. One bardzo często ponoszą klęskę. I teraz pytanie, co takiego było w kulturze antycznej, że ona do dzisiaj nas ściga? Nawet nie wiemy o tym, ale stosujemy tamte schematy, czy to dramaturgiczne, czy to sytuacyjne. A te, które starają się za wszelką cenę wyrugować tamto, co było i wymyślić coś, co będzie nowe, wspaniałe, nie zawsze się sprawdzają.
Nie mówię, że nigdy, ale nie zawsze się sprawdzają. Zatem co w tej starożytności było takiego, że do dzisiaj ona z nami jest, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę?
[01:00:59] - Kolejny bardzo interesujący i ważki temat. Rozpocznę takim przywołaniem sądu opinii noblisty, znanego pisarza Gabriela Garcíi Márqueza, który powiedział coś takiego o królu Edypie. Micie, ale też i dramacie. Cała trylogia edypowa Sofoklesa, że to jest najwspanialsza fabuła, której nic nie prześcignęło. Bo ten, który poszukuje Detektyw czy ten, który poszukuje, że tak powiem, chce wyjaśnienia zbrodni, okazuje się zbrodniarzem, okazuje się przestępcą. W przypadku Edypa to trudno te kategorie tutaj stosować oczywiście, to nie o to chodzi, ale to pokazuje pewien rodzaj doświadczenia, co się kryje za tym. I tu postać Edypa wydaje mi się szczególnie znacząca. Nie będę tego rozwijać oczywiście, bo to wiadomo i Freud i tak dalej. Ale chcę coś innego powiedzieć. Wydaje mi się, że to jest pewien duch wolności, to jest pewna siła wolności, która została zaklęta w tej kulturze antycznej, w jej dziełach, w jej dorobku.
Tam jest ta eleutheria czy eleftheria sokratejska też. Grecy mieli w sobie taką ogromną potęgę wolności. I to jest ich historia. Termopile i to wszystko, gdzie się dotkniemy, to Leonidas. Wszędzie mamy symbole, które do nas przemawiają. I mam wrażenie, że właśnie ten duch wolności, który emanuje z tych dzieł, z tej kultury. Wiadomo, że ta wolność, jak powiedział Hegel, była takim kwiatem przemijającym, bo była oparta na przemocy, na ujarzmieniu pierwiastka humanistycznego. To pamiętamy tego typu rzeczy. Ale jest coś takiego w tej wolności niebywale urokliwego, niebywale poruszającego. Grecy mieli jakąś siłę wolności, ale też lekkości.
Siłę i walki i precyzji. Tam jest wszystko. Tam jest i technika ogromna, greckie triery i tak dalej. Szereg grecki. Wszystko to na polu walki zwyciężało. Ale jest jakaś taka siła lekkości. To jest niesamowite. Dam przykład też antyczny: Nike, która wiąże sandał. Zachowała się rzeźba Nike. To była jedna z rzeźb Partenonu.
Możemy ją zobaczyć w Muzeum Partenonu w Atenach. Siła lekkości, delikatności szat, kobiecego kształtu. Piersi, tych zarysów. Oczywiście to jest wszystko nadgryzione zębem czasu, ale tu działa wyobraźnia. To jest właśnie ogromne pole dla wyobraźni. Te uszczerbki, to, że ten czas tak się obszedł z tym dziełem i innymi dziełami, jak Wenus Milo, Nike z Samotraki. Ale Nike, czyli można powiedzieć taka bogini zwycięstwa, która w jakiejś mierze jest taką siłą wolnościową. Ona prowadzi, prowadziła. Dużo by o tym mówić. W każdym razie myślę, że właśnie ta lekkość, że można powiedzieć, że wolność, ta siła wolności nie przytłoczyła tych znakomitych twórców, którzy znali oczywiście konstrukcje matematyczne, złoty podział, właśnie pitagorejski, które stosowali w swojej praktyce, zwłaszcza w praktyce rzeźbiarskiej.
Te rzeczy są stwierdzone, zbadane. Złoty podział, jak to wszystko wyglądało. Ale cóż, ten pierwiastek intelektualny czy naukowy nie wchłonął wolności. I to jest dzisiejsza sprawa, żeby nauka nie zdusiła naszego pragnienia wolności. To jest oczywiście inteligencja sztuczna i tak dalej, żebyśmy się nie stali robotami. Czyli pragnienie wolności leży u podłoża metafizyki, pragnienia metafizycznego. O tym chcę powiedzieć, że w tej koncepcji przez tę drogę do źródeł prześwieca jakieś ogromne pragnienie wolności, czyli pokazania, wyartykułowania pewnych treści i też pokazania pewnych przestrzeni. Że właściwie źródło jest pokazywaniem pewnych przestrzeni. Ten wytrysk źródła, określenie pochodzące od szacownej polskiej filozofii Barbary Skargi, ale to bardzo ładnie brzmi i tak dalej. Więc ten wytrysk źródła ukazuje nowe przestrzenie, przestrzenie wolności.
Wolności, twórczości, a ja mówię jeszcze miłości, a nawet ukułem takie słowo miłosność. Wolność wszystko piszę z myślnikiem. Wol-ność taka nośność wolności, twórczość-ność, czyli nośność twórczości i miłosność-ność, miłosności. Pierwszy raz o tym mówię. Jakoś tak mnie dzisiaj to natchnąłeś, że to, co sobie notuję, czasami o tym mówię na wykładach, ale tak publicznie to jakoś wypowiedziałem tę triadę, która jest taką triadą, wydaje mi się właśnie źródłową. Źródłowo-twórczą, która może prowadzić człowieka współczesnego. Na czym to dokładnie polega? Ale oczywiście nie będę teraz o tym mówić.
[01:05:55] - Marku, ja ci pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Myślę, że problem źródła, problem wolności, problem antyku to są jeszcze problemy niewyczerpane przez nas w tej stosunkowo krótkiej rozmowie, więc mam takie niejasne przeczucie, że pewno jeszcze w wehikule wyobraźni się spotkamy.
[01:06:16] - Bardzo to sympatyczne usłyszeć o takim przeczuciu, bo to świadczy też, że to, co mówiłem, miało w sobie jakąś nośność czy otwierało jakieś pola dla wyobraźni, właśnie dla wehikułu wyobraźni. Także z mojej strony też dziękuję za zaproszenie do tej rozmowy, za sposobność, że mogłem się wypowiedzieć. No i państwu bardzo dziękuję za towarzyszenie mi w tej rozmowie. Bo co tu dużo mówić, człowiek też odczuwa trochę pewną zwrotność, czyli może też i odczuje pewne echa z tym związane. Oby tak było.
[01:06:52] - Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia. Jakoś tak, proszę państwa, filozoficznie się zrobiło. To rozładujmy ten filozoficzny nastrój. Może nie do końca, ale jednak sięgnijmy do pereł Filmotekarium. Ja sobie zdaję sprawę, o tym mówimy z Piotrem w materiale, że miłośnicy kina retro to nie jest zjawisko powszechne. Spora część ludzi kochających kino raczej nie sięga po stare produkcje, bo one są po prostu inne. One troszeczkę nie przystają do naszych czasów. Myślę jednak, że perły Filmotekarium to nie tylko są obrazy najnowsze, te sprzed dwóch, trzech lat, sprzed dziesięciu czy może nawet sprzed czterdziestu, ale czasami sięga znacznie, znacznie głębiej. Prawie siedemdziesiąt lat wstecz. Prawie.
Dzisiaj film, który w swoim czasie był absolutnym hitem. Film zatytułowany „Zakazana planeta”. Stare to to, ale moim zdaniem jeszcze się broni. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:08:09] - Tradycyjnie witam.
[01:08:11] - Zaczynamy Filmotekarium, a właściwie Perły Filmotekarium. I dzisiaj dla miłośników science fiction absolutny klasyk. Trochę się bałem wpuszczać na antenę owego klasyka. Dlaczego? Bo to już jest film, umówmy się, dosyć stareńki, z lat pięćdziesiątych, a konkretnie z przełomu roku 1955 i 1956. I ktoś może westchnąć: "Rany, to wtedy fantastyka naukowa powstawała?" Owszem, powstawała i to całkiem nie najgorsza. To już zdradzam, że dzisiaj mówimy o filmie "Zakazana planeta".
[01:08:56] - Ja to ci tak Marku powiem, że ogólnie nie jestem wielkim fanem kina retro. Pamiętam jednak taki okres w telewizji, taki współczesny, to było może z kilkanaście lat temu, kiedy w takim paśmie wakacyjnym, a czasami też nocami w regionalnym kanale puszczano taką amerykańską fantastykę z lamusa. Fantastykę też i inne filmy, ale pamiętam, że było takie pasmo wakacyjne, gdzie ta fantastyka amerykańska leciała. I chyba tam gdzieś po raz pierwszy się zetknąłem z "Zakazaną planetą". Filmem, który jest uznawany za pierwszą wysokobudżetową produkcję sci-fi, która w jakiś sposób zdefiniowała cały gatunek i wytoczyła pewne standardy, jakich twórcy się trzymają do dzisiaj. To znaczy my oglądając film, jeżeli chcemy, żeby był dobry, to przynajmniej kilka cech tej zakazanej planety powinien mieć. Byłem zdumiony Marku też tym, że nawet dzisiaj, nawet teraz, kiedy to nagrywamy, można na jednym z kanałów "Zakazaną planetę" obejrzeć. Pytanie, czy warto? To jest pytanie do ciebie na teraz.
[01:10:01] - Odpowiedź wcale nie jest taka prosta, bo ja właściwie doskonale cię rozumiem, że nie jesteś miłośnikiem kina retro. Ja jestem, ale chyba nie z powodów estetycznych albo z powodów, że kiedyś robiono to lepiej. Być może jestem po prostu bardziej sentymentalny, a może, takie mam wrażenie, że wtedy forma nie przerastała treści. To znaczy ten film jest w gruncie rzeczy dosyć prosty, chociaż był nominowany do Oscara, jeśli chodzi o efekty specjalne, o ile dobrze pamiętam. Więc troszeczkę te efekty specjalne odgrywają tam rolę. Dzisiaj pewno budzą uśmiech, ale właśnie nie chodzi tylko o efekty specjalne w filmie "Zakazana planeta". Ja po raz pierwszy ten film obejrzałem w takim paśmie w latach siedemdziesiątych. Takie dni organizowane były tematyczne, gdzie przez cały dzień puszczano filmy na przykład westernowe, filmy kryminalne. I zdarzył się taki dzień, że przez cały dzień od rana, nawet nie wiem, czy to była sobota, chyba sobota, puszczano filmy sci-fi. Były różne i tam się pojawiła "Zakazana planeta".
Być może się mylę, że to nie w tym bloku, tu nie mam pewności, ale w każdym razie gdzieś w tych okolicach połowy lat siedemdziesiątych. Po raz pierwszy wtedy to widziałem i wtedy ten film oczywiście na czarno-białym ekranie miałem zupełnie takie wrażenia. Wtedy wszyscy byli spragnieni tej fantastyki naukowej. To był genialny film nawet pod względem wizualnym. Dzisiaj, tak jak mówiłem, on już taki genialny pod względem wizualnym nie jest, natomiast on chyba porusza dosyć ważne problemy, stawia dosyć ważne pytania. I póki stawia pytania, to ten film jest fajny, natomiast on próbuje momentami odpowiadać i tu już jest gorzej. Ja odniosłem wrażenie, że jednak gdyby twórcy zainspirowali się pewnymi takimi postawami filozoficznymi, że czasami warto zadać pytanie, może nie zawsze warto na nie odpowiadać, to byłoby z tym filmem lepiej. Ale on i tak na tle tego, co powstawało w latach pięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, to to jest film wybitny. Naprawdę oglądając filmy produkowane w tamtym czasie przez Hollywood, no to westchnę sobie, proszę państwa, to była sieczka nieprawdopodobna. W ogóle się dziwię, że ktoś to chciał oglądać.
Natomiast "Zakazana planeta" przy wszystkich naiwnościach dostrzeganych dzisiaj, to jest klasyk. Klasyk, po który warto sięgnąć, moim zdaniem oczywiście, nie po to, żeby ucieszyć oczy światem przyszłości, czymś niezwykłym, tylko po to, żeby może coś przeżyć, może pomyśleć, zastanowić się, patrząc na te dosyć chwilami naiwne obrazki, zastanowić się jednak, co tak naprawdę drzemie w człowieku.
[01:13:27] - Film nam ukazuje losy wyprawy na planetę Altair, która wyrusza po to, żeby znaleźć ślady zaginionej ekspedycji. Czyli jest trochę tak jak w "Obcym przymierze". Na miejscu zastają robota, jak w "Obcym przymierze", który prowadzi do jedynej ocalałej osoby, jak w "Obcym przymierze". Altair to jak w "Obcym przymierze" planeta wymarłej w tajemniczych okolicznościach rasy, gatunku. I pewnie tych analogii do tej części "Aliena" byśmy znaleźli więcej. Natomiast zacząłem się zastanawiać, czy twórcy filmu z obcym w tle, z xenomorfem w tle, jakoś nie inspirowali się właśnie "Zakazaną planetą". Ale ciekawa jest też kwestia pierwowzoru literackiego "Zakazanej planety", prawda? Że wszędzie możemy znaleźć informację, iż tutaj miała sytuacja trochę inna niż w przypadku wielu filmów. Książka powstała później. Natomiast pierwowzorem literackim, przynajmniej formalnie, jest sztuka Szekspira.
[01:14:25] - Powiem tak, skoro tak twierdzą różne mądre gremia albo skoro tak twierdzi Wikipedia, no to nie sposób się nie zgodzić. Natomiast ja powiem, że owszem, pewno da się pewne analogie znaleźć z "Burzą" Szekspira. Mamy naukowca Który na tej planecie sobie osiadł był. Okazuje się, że nie do końca sam, ale o tym dowiadujemy się w pewnym momencie filmu. Cóż dalej? Przybywa załoga. Pewne podobieństwa są. Da się też tego duszka, który w "Burzy" występuje, wyszukać. On raczej będzie tym robotem. Oczywiście są ślady prastarej rasy, potężnej, która opanowała energię, wszystko opanowała i była tak potężna, że później wymarła.
Ale my w pewnym momencie orientujemy się, że ona nie wymarła sama z siebie, że to, co się przydarzyło owej rasie, zaczyna się przydarzać również załodze. Załoga, która przybyła na planetę ma charakter wojskowy. To jest zmilitaryzowana jednostka dowodzona w sposób hierarchiczny. I wydarza się tam coś, co powiemy, bo to już taki klasyk, że powiemy: pojawia się niewidzialny początkowo potwór Id. I ten potwór Id, to nie jest przypadkowe, że on w jakiś sposób nawiązuje do tego, o czym mówił Freud. To, co się czai w naszej podświadomości, to jest piekło ponoć. I dlatego ten film porusza, że w nas, takich wspaniałych, dobrych, szlachetnych i w ogóle, gdzieś tam głęboko ukryte są rzeczy straszne. Jeżeli przypomnicie sobie państwo doświadczenia bardzo sławne, jak doświadczenie Zimbardo czy doświadczenie Milgrama. Zimbardo to, przypomnę, eksperyment więzienny. Milgram to z kolei to, kiedy razi się tego, kto ma odpowiadać na pytania jakimiś dawkami prądu i w związku z tym coraz silniejsze te dawki prądu i ktoś w pewnym momencie ma wątpliwość, a autorytet mówi: "Nie, dalej musisz go ukarać".
Ja pomijam fakt, że w świetle najnowszych badań i doniesień, chociażby z "Scientific American", te badania, zarówno Zimbardo, jak i Milgrama, one są lekuchno, a nawet mocno lekuchno zafałszowane i nie do końca precyzyjnie były przeprowadzone i tam była masa błędów. W związku z tym udowodnienie, że w każdym człowieku albo prawie każdym człowieku tkwi bestia, jeszcze nie do końca się i Zimbardo, i Milgramowi udało. Natomiast ten film idzie, szedł wcześniej przed tymi eksperymentami bardzo podobną drogą. Mówi nam, że w nas tkwią całe pokłady czegoś niedobrego. Chciałoby się powiedzieć jakiegoś syfu pierwotnego, z którego nie zdajemy sobie sprawy, będąc przekonani, jacy jesteśmy fajni. I to jest jeden z tych momentów filmu, który budzi, przynajmniej we mnie, spore zastanowienie.
[01:18:12] - Teraz słówko takich wrażeń osobistych z mojej strony. Dzisiaj mówimy o klasyce, takiej, do której nawiązywano też w innych produkcjach, czasami nieświadomie, czasami na zasadzie powtarzania pewnych klisz. Tu nam przedstawiono pewną wizję przyszłości, wizję świata, która się ciągnie za nami do dziś, czyli obca planeta, kosmici, wymarłe istoty, roboty. Na tym tle sobie gdzieś pomyka człowiek. Oczywiście "Zakazana planeta" nie ma takiej głębi jak "Odyseja kosmiczna", która powstała kilka lat później, ale jako pierwowzór dla horrorów sci-fi czy przygodówek sci-fi to jest doskonały materiał tak naprawdę. Zresztą nie tylko dla filmów, ale i dla seriali, bo ja myślę, że gdyby chcieć szukać nawiązań, analogii, powtórek "Zakazanej planety" z pewnych stylów, pewnych środków przekazu, to byśmy sobie ọhoho gadali, a może i dłużej, jak to się mówi. Jeżeli zaś nikt nigdy się z tym filmem nie zetknął, to powiem tak: jest tak samo jak z każdym innym starszym filmem. Jednemu się spodoba, innemu nie. Jeden kupi ten pomysł, inny nie kupi. Są ludzie, którzy się nie potrafią bawić przy starym kinie.
Ja chyba należę do tych osób, przynajmniej nie zawsze. Trochę mnie męczy to, muszę wyznać. Natomiast są też miłośnicy tego rodzaju filmów, tego okresu w kinie twierdzący na przykład, i tu akurat Marku się zgodzę z jedną rzeczą, która pojawia się, jest eksponowana, przynajmniej ja zwracam na nią uwagę najczęściej, kiedy pojawia się jakiś starszy film, że na przykład stopień przerażenia, potęgowania napięcia w tego rodzaju produkcjach, także w "Zakazanej planecie", on jest trochę większy niż dzisiaj. I jak mówię, tutaj się absolutnie zgadzam. Te filmy są straszniejsze niż dziś. Może nie są tak fajne, może nie tak bardzo wciągają, ale na pewno są straszniejsze. I powiem ci, ja mam takie wrażenie na przykład, kiedy oglądam nawet te tandetne horrory, że tam w nich jest coś takiego, co dzisiaj już trudno jest oddać. Czy to wynika z kwestii gry aktorskiej? Na pewno po części tak, bo wtedy aktorzy byli bardziej melodramatyczni, prawda? Natomiast coś tutaj jest.
Coś jest, że dzisiaj nie jesteśmy w stanie uchwycić tego przerażenia, tej fascynacji, która towarzyszy wielu tym filmom z tamtego okresu. Natomiast pewnym minusem dla mnie w "Zakazanej planecie" są dłużyzny. I oczywiście przegadanie tego filmu. On nie jest wcale taki krótki.
[01:20:47] - Długi też nie jest. Natomiast tam są jeszcze inne rzeczy, które mogą drażnić, chociażby dekoracje Jednak były kiedyś te dekoracje robione trochę z kartonu albo z podobnych materiałów. Ciekawe jest dla mnie natomiast to, że potwór Id to tak naprawdę emanacja umysłu mieszkańca planety. On się nazywa Morbius, ma córkę, w której zakochuje się jeden z załogantów owej wyprawy, która przybywa na planetę. Doktor Morbius chyba się trochę wkurza na to, że mu zakłócają spokój. I tu ta moja wątpliwość dotycząca "Burzy", bo tam przecież w oryginalnym szekspirowskim wydaniu to król ze swoją córką uwięziony na wyspie. On raczej, jak to powiedział Maciej Parowski w swoim czasie, zwabia swoich wrogów, których nienawidzi, na tę wyspę po to, żeby móc im wybaczyć. To taki paradoks, szekspirowski paradoks notabene. Tu czegoś takiego nie ma. Owszem, doktor gdzieś tam w ostatnich chwilach zrozumiał swój błąd, ale to wszystko się kończy dobrze.
Wszystko się kończy oczywiście dobrze, bo nie może skończyć się źle. To nie ten etap kina. Nawet robot, który w pewnym momencie ulega destrukcji, przepaleniu, bo odkrył, że potwór Id to część jego pana i zrozumiał, że albo musi pana zabić, albo nie może wypełnić rozkazu, który pan mu wydał, żeby tego potwora zwalczył. A sam potwór nie może być utrzymany na wodzy przez Morbiusa, ponieważ my nad swoimi emocjami, ale nad swoim id, podświadomością nie panujemy, nie jesteśmy w stanie tego zrobić i nie jest tego w stanie zrobić również zasiedziały tam mieszkaniec planety. Notabene ten robot, o którym wspomniałem, to całkiem sympatyczny, chociaż absolutnie niepraktyczny z dzisiejszego punktu widzenia. Z tego, co czytałem, ale nie widziałem, podobno ten robot występował jeszcze w wielu innych filmach. Ponieważ jak już skonstruowano taką maszynkę z aktorem w środku, która sobie zagrała, to żal by było to wyrzucać na śmietnik. W związku z tym ta maszynka zagrała jeszcze w kilku innych produkcjach. To z takich ciekawostek. Z ciekawostek to jeszcze to, że jeżeli lubiliście państwo te absurdalne komedie z Leslie Nielsenem, to w tym filmie zobaczycie państwo młodość Leslie Nielsena.
On się pojawia w tym filmie. Nie przypomina owego siwego aktora, który wyczyniał na ekranie rzeczy dla niektórych śmieszne, dla niektórych obrzydliwe. Co kto lubi. W każdym razie ten rodzaj humoru ma swoich zwolenników, ma swoich przeciwników. Tu mamy Leslie Nielsena na poważnie i w młodej odsłonie po prostu. Ja miałem duży problem, żeby go rozpoznać, ale może ja nie mam takiej pamięci do twarzy albo jakoś słabo te rysy wyciągam z ekranu. Nie wiem sam.
[01:24:36] - Tak. Bardziej przypomina jakiegoś sowieckiego aktora, szczerze mówiąc. Ja tylko wrócę do tego Ida. Tutaj już abstrahując od tego, czy on był w filmie, ale jeżeli ktoś się interesuje ufologią, paranormalistyką, to powinien zwrócić na tego potwora uwagę, bo nie jest on jakoś wielce emocjonujący od strony wizualnej. Ale sama koncepcja jest bardzo ciekawa, bo ona nawiązuje oczywiście do Junga również i mówi o emanacjach pewnych, emanacjach na przykład z jakiegoś wielkiego umysłu, które się składają z energii psychicznej manifestującej się w świecie. I to nam bardzo pasuje do dyskusji, która od lat się toczy w ufologii, która się zaczęła też krótko po tym, jak pojawił się film. Tutaj mamy oczywiście koncepcję Johna Keela mówiącą o jakimś superspektrum, które było w zasadzie czymś bardzo podobnym. Także Id ma bardzo ciekawie zarysowaną genezę i też mnie interesuje, w jaki sposób to mogło wpłynąć na późniejsze postrzeganie różnego rodzaju zagadek, genezy przybyszów, genezy ufitów i tak dalej.
[01:25:40] - Tak. Ja powiem na koniec chyba, że jeśli nawet państwo nie lubicie kina retro, to na przyspieszeniu chociaż warto z jakimiś tam zwolnieniami w niektórych momentach. Bo powtarzam, film może się wydawać naiwny, wizualnie naiwny, może się też chwilami emocjonalnie naiwny wydawać. Tam ludzie się zakochują w ciągu minuty i w ogóle te emanacje, ale już nie te jungowskie, tylko te emanacje emocjonalne. One tam są trochę przesadzone moim zdaniem, trochę jakbyśmy patrzyli naprawdę na kino, jeszcze nieme kino z lat jeszcze wcześniejszych, gdzie to wszystko trzeba było zagrać twarzą i tak nadekspresyjnie. To tutaj może aż tak źle nie jest, ale ta nadekspresja w stosunku do tego, jak się dzisiaj gra, jest widoczna. Ale ja i tak mimo wszystko przez sentyment zachęcam państwa, żeby po to sięgnąć. Piotr mówi, że on wcale taki krótki ten film nie jest. Mnie się wydaje, że to jednak jest seans. Kiedyś przestrzegano tej niepisanej zasady, że kino nie może trwać zbyt długo.
Zatem 98 minut to, proszę państwa, jest do wytrzymania. A teraz zapraszam wszystkich miłośników recenzji książkowych na Recenzarium Ewiwy. Luiza Eviva Dobrzyńska dzisiaj ma do Państwa słowo o Conanie. Nie wiem jak Państwo, ale kiedy „Conan” zaczął wychodzić w Polsce, to były lata 80., to było wydarzenie. Najpierw zaczęła o „Conanie” pisywać „Fantastyka”. Pojawiło się kilka klubówek z Conanem w roli głównej. No i wreszcie wydawnictwo Alfa wypuściło trzy tomy, tomiki o Conanie. Tłumaczenie było takie sobie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Absolutnie żadnego. Ludzie stali po te trzy tomiki w kolejkach i tak chcieli poznać „Conana Barbarzyńcę”.
A jeszcze to było oczywiście związane z tym, że pokazały się dwa filmy ze Schwarzeneggerem. „Conan Barbarzyńca” — absolutnie znakomity film, do dzisiaj broniący się. Film, który niesie ze sobą głębokie, moim zdaniem uniwersalne przesłanie. Chociaż jest filmem przygodowym, ale sporo tam refleksji, pewnej zadumy. To był pierwszy film. Później był „Conan Niszczyciel”. Niby ten sam bohater, ale to był fatalny film, proszę państwa. Fatalny. Tam nawet nie pomogło mu to, że grała w tym filmie Grace Jones. W swoim czasie bardzo znana osoba.
Nie, to zupełnie temu filmowi nie pomogło. Ratował go oczywiście — to nie jest wcale ironia — ratował go Schwarzenegger, bo on niesłychanie dobrze pasował do postaci Conana Barbarzyńcy, w tym wypadku Conana Niszczyciela. Ja myślę, że na wiele dziesięcioleci mówiąc „Conan”, myślimy „Arnold Schwarzenegger”. W każdym razie pojawia się nam jego twarz i jego umięśnienie. To był zupełnie inny człowiek niż ten, który występuje obecnie w reklamach sprzętu takiego jak wiertarki i tym podobne. Niby ta sama osoba, zupełnie inny człowiek. Wiem, zagadałem jak zwykle. Zapraszam zatem na Recenzarium Ewiwy. Słowo o „Conanie”.
[01:30:04] - Witam się z państwem. Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak nie wszyscy państwo wiecie, swoją młodość zostawiłam w PRL-u. Współcześni młodzi ludzie znają ten okres czasu głównie z filmów Barei, więc wydaje im się, że mieliśmy niesamowity ubaw. Otóż nie. To były okropne czasy. Jeżeli nie odczuwaliśmy tego, to tylko dlatego, że byliśmy bardzo młodzi i po prostu nie znaliśmy innego życia. Wydawało nam się, że wszystko jest tak, jak być powinno. Tymczasem ani się śniło, żeby tak było. Jednym z wielu minusów życia w PRL-u był bardzo ograniczony dostęp do literatury.
Owszem, były księgarnie i były biblioteki, nawet bogato wyposażone. Jednak literatura tam wywodziła się głównie z bloku wschodniego. Z tak zwanego zgniłego Zachodu mieliśmy tylko starą klasykę i w zasadzie nic z fantastyki czy fantasy. Nie wiedzieć czemu, władza ludowa uznała ten rodzaj literatury za wyjątkowo groźny. Nie rozumiem tego, prawdę mówiąc, do dzisiaj. Ale czas płynął. W pewnym momencie nastała odwilż. Zaczęły się pojawiać pierwsze zwiastuny. I wtedy właśnie dwa razy w swoim życiu stałam w kolejce po książkę beletrystyczną. Wcześniej mi się to zdarzało, ale były to podręczniki do szkoły.
A tutaj, proszę bardzo, fantastyka pojawiła się. Tym pierwszym zwiastunem, który dostrzegłam, była „Diuna” Herberta. O ile dobrze pamiętam. Tak, to była pierwsza. I stałam w kilometrowej kolejce, żeby nabyć dwa tomy, które zresztą mam do dzisiaj. Drugie dzieło również było dwutomowe, ale wydane w formacie kieszonkowym. Bardzo skąpy wybór opowiadań o Conanie z Cimmerii. Nie wiedziałam tak naprawdę, kim jest Conan. Po prostu zafrapował mnie obrazek na okładce przedstawiający młodzieńca w stroju bardzo skąpym. Skojarzył mi się z komiksowym Thorgalem.
Dlatego więc nabyłam te dwie książeczki, pochłonęłam w jeden wieczór i dosłownie zakochałam się w „Conanie”. Bardzo długo przyszło mi czekać na bardziej rozszerzone wydanie. Przez ten czas dojrzałam. Stałam się bardziej krytyczna wobec literatury, ale oczywiście kupiłam nowe wydanie przygód Conana w twardej oprawie, rozszerzone, w lepszym tłumaczeniu i z ilustracjami. I chociaż nadal byłam zafascynowana, to jednak do głosu już dochodził zmysł krytycyzmu. Teraz, kiedy mam już swoje lata, ten zmysł jest coraz silniejszy, bo tak naprawdę czy postać Conana i jego przygody są czymś aż tak wspaniałym? Może nie do końca. Może po prostu jest to jakby korzeń, z którego wyrosł cały nurt fantasy. Bo czy dzisiaj Howard miałby jakiekolwiek szanse na opublikowanie przygód swego bohatera w tej formie, w jakiej wtedy pisał? Poważnie w to wątpię.
Nie tylko chodzi o sam sposób pisania, sam sposób formułowania myśli, ale też o to wszystko, co zawiera Jego saga. Conan bowiem jest typową męską, szowinistyczną świnią. Nie można tego określić inaczej. W kobietach widzi tylko obiekt seksualny, nic więcej. Nawet jeżeli spotyka na swoim szlaku wojowniczki, a spotyka. Tylko dwie spośród kobiet traktuje w sposób rzeczywiście poważny. Pierwszą była Belit, królowa piratów, którą stracił w dramatycznych okolicznościach. Drugą Zenobia, która wojowniczką nie była. Owszem, była bardzo odważną kobietą, tego nie można jej zaprzeczyć, ale w żadnym wypadku nie stanowiłaby takiego rodzaju wojowniczki, jak na przykład właśnie Belit czy Valeria. Zenobia była typową damą, którą jej rycerz ratuje z niewoli, bo w zasadzie u Howarda tylko do tego kobiety się nadawały.
Jeżeli nawet kreślił postacie wojowniczek takich jak Valeria czy Czerwona Sonia, to jednak i tak w końcu lądowały w łóżku Conana, zamiast dać mu po pysku. No cóż, po prostu cimmeriiwski wojownik tak właśnie na kobiety patrzył i dla niego nie istniały poza sferą zmysłów. Tutaj jedynym wyjątkiem w zasadzie była Zenobia, bo jeżeli chodzi o Belit, to było bardzo wczesne zauroczenie z jego strony i pytanie, czy ta miłość przetrwałaby próbę czasu. Natomiast uwolniona z haremu Zenobia stała się jego królową wtedy, kiedy on był już królem. Co ciekawe, w przypadku Conana mamy do czynienia z postacią, która się właściwie nie rozwija. On jest taki sam na początku, jak i na końcu. Niezależnie od tego, czy jest niewolnikiem, najemnikiem, piratem, czy też królem. Jest zawsze taki sam. Nie zmienia się. I teraz by to zarzucono Howardowi.
Również zarzucono by mu rasizm, zarzucono by mu antyfeminizm, zarzucono by mu mizoginię i cholera wie co jeszcze. Teraz szuka się takich rzeczy, żeby je wytknąć pisarzowi. Czy to jest słuszne? Moim zdaniem nie. Jeżeli wszyscy pisarze będą pisać zgodnie z poprawnością polityczną, literatura jako taka stanie się właściwie rurą ściekową. Nie będzie tam czego szukać. Właśnie dlatego książki są takie ciekawe, ponieważ każda z nich jest inna i nie można dążyć do tego, żeby wszystkie ujmowały sprawy w dokładnie taki sam sposób. Potrzebne są takie książki właśnie jak Howarda. Potrzebne są takie książki jak „Wiedźmin", który już teraz miałby problemy, żeby się przebić. Oczywiście literatura feministyczna.
Naturalnie, jeżeli pisarz tak czuje sprawy, proszę bardzo, niech ubiera je w język literacki, ale ten, który widzi je w inny sposób, musi mieć prawo napisania książki takiej, jakiej chce. Pokazania kobiety nie jako wojowniczki, która dąży do celu po trupach mężczyzn, tylko jako słabej, delikatnej kobiety, która potrzebuje męskiego ramienia. Na miłość boską, co w tym jest złego? No właśnie. Z tym że takie naświetlenie spraw przez Howarda nie wynikało z jego głębokiej analizy. Howard po prostu stronił od kobiet. Nie w sensie, że był gejem, tylko po prostu nie miał do nich śmiałości. Można to tak powiedzieć. Jedyną kobietą w jego życiu była matka. Dowiedziawszy się, że zapadła w śpiączkę, z której już się nie wybudzi, po prostu strzelił sobie w łeb.
Co dowodzi, jak bardzo ją kochał i jak dalece nie wyobrażał sobie bez niej życia. Choć oczywiście świadczy też o poważnym zaburzeniu osobowości, ponieważ nie ukrywajmy tego, mężczyzna nie powinien się tak zachować. Oczywiście Howard nie był tuzinkowym mężczyzną. To był bardzo skomplikowany człowiek i jak mi się wydaje niezupełnie zdrowy psychicznie. Co nie zmienia faktu, że pisał wspaniale i jego śmierć w młodym wieku jest dużą stratą dla światowej klasyki fantasy. Po jego śmierci inni pisarze kontynuowali wątek Conana, jednak moim zdaniem lepiej by zrobili, gdyby to zostawili. Czytałam książki, które uzupełniały historię cimmeriińskiego wojownika i muszę powiedzieć, że nie zachwyciły mnie. Jednak stylu Howarda nie da się podrobić. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie sami. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:38:05] - Proszę państwa, to myślę, że warto sięgnąć po kolejny odcinek „Alchemii tworzenia". Dzisiaj Katarzyna Prychacz zaprasza nas wszystkich na odcinek. Zanim powiem, jaki odcinek, to przypomnę tylko, że przeglądamy w tej chwili pierwszy sezon. Pierwszy sezon „Alchemii tworzenia". On ma, państwo przywykli trochę do innego formatu. On ma obecnie trochę inną formułę. Katarzyna nie bawi się z państwem w pisanie, w wymyślanie historii. Raczej bawi się z państwem, a właściwie stara się analizować różnego rodzaju zjawiska związane z pisaniem. I cóż, dzisiaj mamy odcinek zatytułowany „Kopiowanie i cudze buty."
[01:39:03] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z „Alchemii tworzenia". Skoro ja już jestem i wy już jesteście to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. No to co? Cytacik? Oczywiście Salvador Dali. Także zapnijcie pasy, leci cytat: „Moją metamorfozą jest tradycja, ponieważ tradycja to właśnie zmiana i wymyślenie innej skóry. Nie chodzi o chirurgię plastyczną czy okaleczenie, lecz o odrodzenie.” Oficjalnie witam was w szóstym odcinku audycji „Alchemia tworzenia”.
Jak zapewne widzieliście, dzisiaj porozmawiamy na temat kopiowania i noszenia cudzych butów. Jeżeli kiedykolwiek mieliście styczność z branżą rozwoju osobistego, czy może byliście na sesjach coachingowych, może na szkoleniach, bardzo możliwe, że spotykaliście się z taką, nie chcę powiedzieć zasadą, to może bardziej jest porada. Wiecie, chodzi o to, że jeżeli chcecie osiągnąć sukces, to powinniście robić dokładnie to, co robią wasze autorytety. Czyli wiecie, prosta sprawa. Patrzycie, kto osiągnął to, co wy chcecie i zaczynacie robić to, co on robi. Brzmi prosto. Prosto i trudno jednocześnie. Natomiast wiecie co? To ma jedną, moim zdaniem poważną wadę. Zwłaszcza jeżeli przełożymy to na świat kreatywności, bo może jeszcze w pracy nad sobą na upartego ma to sens.
Pogadam trochę do was i przejdę, jak można troszeczkę to zdanie sobie zmodyfikować i może trochę inaczej rozumieć. Chcę się skupić na tym największym zagrożeniu, które wynika z tego zdania. Jeżeli byśmy tak po prostu wstali i zaczęli to robić, otóż może dojść do sytuacji, w której zwyczajnie zaczniemy powielać cudzą jakość. Wiecie, staniemy się kopią tego naszego autorytetu. Jak to kopie mają do siebie, niekoniecznie nasza własna jakość będzie wtedy dobra, bo nie będzie wypływała z nas, tylko będziemy tak naprawdę udawać kogoś innego. To z kolei może doprowadzić do tego, jeżeli przełożymy to na świat w naszym wypadku pisania, ale czy ogólnie na świat kreatywny, możemy ryzykować plagiatem, nawet czasami może nie do końca świadomym. Wiecie, że tak się wczujemy w ten nasz autorytet, tak wejdziemy w jego buty, że zaczniemy robić to, co on robi. A wiecie, że jak to z prawami autorskimi bywa, plagiat nie jest dobry pod żadnym względem. Wiecie co? Chcecie?
Plagiatujcie. Znacie konsekwencje. Róbcie, co chcecie. Natomiast wiecie, ja wychodzę z założenia, że taka dosłowna kopia czy właśnie takie, wejdźmy rzeczy po imieniu, plagiatowanie najzwyczajniej w świecie się nie opłaca. I wiecie, tak jak już wspomniałam, mamy te konsekwencje prawne, to za nimi często będą szły konsekwencje finansowe. Więc myślę, że każdy z nas pewnie ma lepsze zastosowania na swoje pieniądze niż płacenie za jakieś rozprawy sądowe czy płacenie odszkodowań. Tak samo kwestie prawne. Po co szargać swoją opinię czy narażać się na jakieś prace społeczne czy jakieś odsiadki, czy cokolwiek innego? Dalej. Słuchajcie, czarny PR.
Niby się tam czasami w marketingu mówi, że nieważne jak mówią, ważne, że mówią. Jeżeli w ten sposób chcecie budować swoją markę, okej, to też jest metoda i absolutnie ta metoda działa. Natomiast często, właściwie coraz częściej jednak marketing idzie w stronę prowadzenia go po ludzku i w stronę ludzi. A to oznacza, że jeżeli my jako osoby nie sprzedamy się dobrze, wiecie, nie chodzi mi o zaprzedanie duszy jakiejś firmie czy coś, tylko chodzi o to, że jeżeli nasza społeczność nie kupi po prostu nas jako ludzi albo zrobimy coś takiego, że po prostu ich emocje wobec nas będą przesłaniały ich osądy wobec naszej twórczości, to w ogóle nie ma sensu. Bo wiecie, możemy się na przykład nie zgadzać poglądowo czy jakimś nastawieniem do różnych kwestii i tak dalej. Natomiast jeżeli odpowiednio będziemy prowadzić swoją markę, swój wizerunek, to nie musimy wcale, mimo że się nie zgadzamy na przykład w jakichś tam jednych kwestiach życiowych, to wcale nie będzie oznaczało, że nasz odbiorca przez ten pryzmat będzie patrzył na nasze treści na przykład, które produkujemy. Także dzisiaj nie będę bardziej w to wchodzić. Chodzi tylko o to, że myślę, że czarny PR i ta zasada „byle mówili, jakkolwiek mówią” nie polecam tego, to też się po prostu nie opłaca. A już jeżeli w ogóle zostanie nam przypięta łatka osób, które uprawiają plagiat, to już bardzo ciężko to sprać ze swojego wizerunku. Także nie opłaca się.
Dalej. Utrata odbiorców. No i to tak jak mówiłam. Więc albo faktycznie ci odbiorcy po prostu wypłyną jakieś rzeczy i oni się nie będą zgadzali z nami, a może też dojdzie na przykład do takiej sytuacji, że oni są fanami na przykład osoby, naszego autorytetu, tutaj w tym wypadku, jak zakładamy o tym plagiacie, więc oni są jego fanami i byli też naszymi. Natomiast słuchajcie, kiedy zobaczyli, że my robimy na przykład to samo i właściwie to nieudolnie i robimy ten plagiat, no to oprócz tego, że z automatu ich stracimy, dodatkowo możemy też zyskać, wiecie, jest coś takiego jak orędownik marki, a tu możemy zyskać antyorędownika marki. Wiecie, kogoś, kto po prostu będzie, nawet jeżeli nie mieliśmy czarnego PR-u z własnych jakichś przyczyn, to możemy go zacząć mieć w każdej chwili. W dobie mediów społecznościowych, w dobie internetu, to sami wiecie, że to wcale nie jest trudne, żeby po prostu kogoś zniszczyć czy skancelować, jak to dzisiaj chyba, tak myślę, że dzisiaj to chyba jest takie na topie te cancel culture, czy jak to tam leciało. Dobra, dalej. Jak już stracimy tych odbiorców, słuchajcie, może być jeszcze kolejny minusik. Jeżeli chodzi o plagiat, uprawianie plagiatu, to zwyczajnie w świecie brak rozwoju naszej twórczości.
Bo jeżeli będziemy skupiać się tak bardzo na kopiowaniu cudzej twórczości czy kopiowaniu cudzych kroków i chodzenia w cudzych butach, to kiedy pójdziemy we własnych? Zwyczajnie w świecie nasza twórczość stoi i to, co my robimy, nie jest tak do końca naszą twórczością, która z nas wypływa, tylko jest powielaniem czegoś. Także kolejny minusik. Dalej właśnie to nieudolne powielanie przekazu. Też jeszcze do tego później wrócę. Natomiast nasz autorytet miał jakieś przeżycia, coś mu się przydarzyło w życiu i ta twórczość najczęściej wypływa właśnie z tego. A w momencie, kiedy my nie znamy tych kulis, tego wszystkiego, może sobie coś wymyślimy, może sobie coś doczytamy, może jakieś plotki, nie plotki i tak dalej. Chyba że mieliśmy naprawdę możliwość rozmawiania z autorytetem, ale wtedy po prostu będziemy kopiowali coś i jeżeli nie zwrócimy uwagi w ogóle na coś takiego jak przekaz, to może nam wyjść jakiś dziwny wykwit. A jeżeli zwrócimy uwagę na przekaz, to też musimy pamiętać, że to jest przekaz, który nam się wydaje, że jest i że on jest taki albo jest motywowany tym. Natomiast nie jesteśmy w czyjejś głowie i nie mamy pojęcia tak naprawdę, co do końca się za tym kryje.
I przez to właśnie też myślę, że robimy taki trochę byle jaki produkt w tym wypadku. I to, co tu jeszcze mam wpisane, dlaczego się nie opłaca ten plagiat, to coś takiego jak zaśmiecanie rynku dublami i bublami. To wynika z powyższego. Zaśmiecanie — to nie o to chodzi, że wasza sztuka czy wasza twórczość jest śmieciem, bo nie jest. Natomiast chodzi o to, że na rynku dzisiaj mamy dużą konkurencję i często jest dużo rzeczy, które się powtarzają. I w momencie, kiedy zamiast postawić na coś swojego i zrobić swoją jakość, to zaczynamy kopiować kogoś, to tak naprawdę powielamy coś, co już jest na rynku i bardzo często właśnie przez to spłaszczenie przekazu, przez nierozwijanie tego, tylko kopiowanie, to wypuszczamy na rynek nie dość, że dubla, to i bubla. Także to są najważniejsze rzeczy, które według mnie z tych powodów nie dotykam plagiatu, nie robię tego, nie zajmuję się tym, bo po prostu szkoda mi czasu, którego mam zawsze za mało, więc stwierdziłam, że nie będę go inwestować właśnie w jakieś takie działania, które mnie nie pchają naprzód. Jeżeli czujecie, macie ochotę, tak jak zawsze powtarzam: róbcie. Róbcie co chcecie. Wasz czas, wasze inwestycje.
I teraz wiecie co jeszcze sobie zapisałam tutaj? Kolejny cytat dzisiaj będzie. Nie planowałam go dodawać tutaj, natomiast ostatnio coś czytałam i tak mi wpadł w oczy i myślę sobie: „No kurczę, będzie to idealne” w kontekście takiej powierzchowności inspiracji, czyli czegoś, jeżeli się bardzo skupimy na kopiowaniu naszego autorytetu, może się zadziać to, co się zaraz tutaj zadzieje. To, co wam zaraz powiem, a to jest cytat Leonarda da Vinci. I tak mi się wydaje i tak jak troszeczkę prześledziłam Leonarda i jego życiorys, to z pewnością dotyczyło akurat dyskusji i rozmów międzyludzkich. Natomiast myślę, że sobie ładnie przełożymy to na kreatywność. Także uwaga, cytat: „Kto rozprawia powołując się na autorytet, nie posługuje się rozumem, lecz raczej pamięcią”. Także kolejny dobry cytacik. Normalnie combo punktowe dzisiaj mamy. Uwielbiam ten cytat, zwłaszcza w dobie dzisiejszych dyskusji i tego, co właściwie powinno być dyskusją, a nie jest w większości przypadków, jeżeli chodzi o wymianę zdań i w internecie, i na żywo.
Natomiast dzisiaj nie o dyskusjach. Tutaj właśnie Leonardo mówi o tym powoływaniu się na autorytet. Znaczy on zestawia tutaj: jeżeli powołujemy się na autorytet, to tak naprawdę odwołujemy się do naszej pamięci, a nie do naszego rozumu. I teraz słuchajcie, pierwsza ważna taka uwaga. Ja to będę rozpatrywać właśnie w kontekście kreatywności. Czyli jeżeli sobie wejdziemy za bardzo w buty autorytetu, to będziemy się skupiać na przypominaniu sobie, kim on jest i tak dalej, i to, co on robił, a tak naprawdę nie będziemy się zastanawiali nad tym głębiej czy robili czegoś, co my robimy. Tutaj właśnie ta uwaga: rozum to nie jest tylko racjonalność, bo nam to słowo najczęściej się będzie kojarzyło właśnie z takim logicznym myśleniem, racjonalizowaniem czegoś. Natomiast sam rozum to jest obiekt złożony i uwaga, tam też się mieści nasza wyobraźnia, nasza kreatywność i pełno innych fajnych cech i kompetencji. I tutaj właśnie w tym zdaniu tak sobie pomyślałam, że jeżeli za bardzo skupimy się na przypominaniu sobie tych autorytetów, to w tym momencie nie będziemy mogli skupić się na naszym rozumie, czyli w tym wypadku na naszej kreatywności, na rozwijaniu się. I właśnie tutaj idziemy do tego, że będzie to blokowało najzwyczajniej w świecie naszą kreatywność, bo będziemy starali się odegrać kogoś kropka w kropkę, znaczy ten nasz autorytet.
No i dalej dojdziemy też do takiego momentu, że pojawi się właściwie brak wewnętrznej idei i głębi przekazu. I to jest właśnie to, o czym mówiłam, czyli coś, co wynika z czyichś przeżyć. Tutaj posłużę się przykładem. Nie wiem, czy kojarzycie, już jak widzę, że kręcę się po tych malarzach, to bądźmy przy kolejnym malarzu. Jest taki artysta, znaczy żył, był René Magritte. Możecie kojarzyć, może nawet nie z tytułu, ale pewnie gdzieś wam się przewinęło. Jego taki najbardziej sławny chyba obraz to było „Kochankowie”. Chyba „Kochankowie I”, bo to był cykl. Była para nawet chyba całująca się, natomiast nie było widać ich twarzy. Oni na głowach mieli prześcieradła.
I możemy sobie patrzeć na ten obraz, na ten cykl i sobie myśleć: „Wow! No mega”. Koleś, po prostu te prześcieradła sprawiają, że z jednej strony mamy romantyczny obraz, ale z drugiej strony jest taki rodzaj niepokoju, bo nie widzimy tych twarzy i właściwie oni mają te prześcieradła na głowach. O co chodzi? I możemy oczywiście dociekać dalej, o co chodzi. Natomiast możemy po prostu stwierdzić, że podoba nam się to, też będziemy tworzyć takie obrazy. Natomiast wiecie, u Magritte'a, i tu jest właśnie takie dosyć kluczowe pytanie, jeżeli zastanowimy się nad tym, dlaczego on malował takie obrazy, albo kiedy dokładnie takie obrazy pojawiły się, co się wydarzyło w jego życiu, że takie obrazy się pojawiły, to możemy dojść do informacji, że za dzieciaka René Magritte był świadkiem tragicznego zajścia. Otóż jego matka popełniła samobójstwo. Skoczyła z mostu. Z tego, co pamiętam.
Natomiast chodziło o to, że on później widział, jak wyławiali jej ciało i jej koszula nocna oblepiła tę twarz, zakryła jej twarz. I od tamtej pory pojawił się wtedy cykl tych obrazów różnych z tymi elementami, czy też właśnie ogólnie z przesłoniętymi twarzami. Oczywiście tam jest też dużo więcej innych historii akurat u tego artysty. Polecam. Ciekawa postać, ciekawe obrazy. Natomiast chodzi o to, że możemy założyć w pewnym sensie, że tu on jakby przepracowywał swoją traumę. Zobaczył po prostu coś, co tak mu się wryło w pamięć, że postanowił umieścić to w swojej sztuce. Natomiast w momencie, kiedy nie zgłębimy tego właśnie, nie zastanowimy się, nie zobaczymy, nie zestawimy tego z życiorysem, to może być tak, że zaczęlibyśmy bezmyślnie po prostu powtarzać obraz, który wywarł na nas wrażenie. Jest czymś niesamowitym, oryginalnym i my sobie bierzemy ten element. Natomiast on już nie będzie miał takiej głębi i takiego wydźwięku jak ten właśnie oryginalny, bo on w ogóle wewnętrznie wypływał z zupełnie innych emocji, nie z pozytywnych emocji.
A załóżmy, że ten obraz wywarł na nas jednak pozytywne emocje i nas super zaskoczył i byliśmy zafascynowani. I teraz, jeżeli my będziemy to z takim nastawieniem robić, to po prostu troszeczkę możemy spłaszczyć właśnie taki przekaz. Oczywiście pamiętajcie, że ja tu cały czas mówię w założeniu jeżeli bierzemy element i go bezmyślnie kopiujemy. Zaraz przejdę właśnie do tego, że możemy to trochę sobie ograć inaczej. A wiecie, dlatego warto pamiętać i sobie rozróżniać udawanie kontra inspiracja. To się może wydawać, że to są dwie różne rzeczy, ale to bardzo często jest właściwie bardzo cienka granica. I te właśnie chodzenie w cudzych butach czy naśladowanie autorytetów, to często właśnie wynika z tego pytania: co mój autorytet robił? I patrzymy tylko powierzchownie od strony widza i przez to zaczynamy go po prostu udawać, kopiować i tak dalej. Natomiast jeżeli zadamy pytanie, jak mój autorytet myślał, kiedy to robił, albo po prostu jak myślał, czy jak się zachowywał i dlaczego tak się zachowywał. Jak zaczniemy pogłębiać to tak w stronę trochę psychologiczną czy w stronę właśnie bardziej biograficzną.
Zależy, kto jest waszym autorytetem tutaj, to zaczynamy się nim inspirować, bo może się okazać, że na przykład taki Magritte przeżył po prostu coś okropnego. Nie dość, że tragedia, to jeszcze i to widział. To jest po prostu combo. Może my wcale nie musimy kopiować tego elementu, tylko może się okazać, że uświadomimy sobie, że my też w życiu przeżyliśmy tego typu traumę. Coś po prostu tak silnego, coś, co odcisnęło na nas takie piętno, że właściwie po co brać cudze traumy, skoro możemy tak naprawdę przekuć coś naszego w coś pięknego? Albo może właśnie w jakąś lekcję, a może w jakąś przestrogę? Wiecie, o przekazach też już mówiliśmy. I tutaj bardzo ładnie zmierzamy teraz do tego, o czym właśnie wspominałam, że możemy sobie coś brać bezmyślnie, ale właśnie możemy wziąć jakiś element i go po prostu troszeczkę zmodyfikować. Czyli może wzięlibyśmy te prześcieradła, nawet nie wiedząc skąd, gdzie, jak, po co. No ale może my z tymi prześcieradłami zrobilibyśmy coś innego.
Może gdzieś byśmy to... No dobra, załóżmy, że to było opisane. No to może byśmy stworzyli inne sceny albo jakąś postać, a może dobudowali jakąś inną zupełnie historię do tych prześcieradeł, uargumentowali ją w inny sposób. I właściwie nie same prześcieradła byłyby tutaj naszym znakiem rozpoznawczym, tylko może właśnie ta cała legenda czy historia, czy cokolwiek tam wymyślimy do tych prześcieradeł. I tutaj słuchajcie, jest bardzo, bardzo fajna rzecz, jeżeli chodzi o kreatywność. To się nazywa twórcza kradzież. Możecie sobie upolować. W księgarni jest bardzo mała książeczka, a bardzo wartościowa, właśnie o tytule „Twórcza kradzież”. Autor to jest Austin Kleon. Jeżeli tam gdzieś zabłądzicie na moje YouTube, to też chyba o tej książce wspominałam.
Postaram się, jak nie zapomnę, wrzucić wam na naszej grupie na Alchemii Tworzenia wrzucić też link, jeżeli byście chcieli sobie to wideo zobaczyć i może gdzieś mi się uda znaleźć jeszcze może jakiś link do księgarni czy coś, żeby może było wam łatwiej tą książkę znaleźć. Twórcza kradzież to nie jest to samo co plagiat. To w dużym skrócie właśnie polega na tym, że wybieramy sobie różne elementy z różnych dziedzin i po prostu je troszeczkę sobie przekładamy na swoje i lepimy coś własnego, tworzymy po prostu nową jakość z tego. I teraz tak. Chciałam wam tutaj podpowiedzieć takie dwa kierunki. Właśnie jeżeli chodzi o takie zbieranie różnych rzeczy, możecie sobie po prostu zarządzić, że od dzisiaj macie nowe hobby i będziecie kolekcjonować inspiracje, czyli właśnie różnego rodzaju elementy. Teraz wiecie, cokolwiek wywłe na was jakieś wrażenie, czy to będzie w książce, czy to będzie w filmie. Nie wiem, może będziecie szli na spacer i coś zobaczycie, kogoś spotkacie. Może ten ktoś coś zrobi. Zapamiętujcie sobie te rzeczy i teraz zróbcie trzy czynności z taką jedną rzeczą.
Czyli przede wszystkim nazwijcie to. I to jest istotne, żebyście właśnie nazwali to swoimi słowami. Nawet możecie zacząć od tego oczywiście, jak wiecie, że to się nazywa, czy to zjawisko, czy coś, co was zachwyciło, ale możecie też nadać temu właśnie swoją nazwę, nawet definicję naokoło opowiedzieć. Chodzi o to, żebyście wiedzieli po prostu, skąd to się u was bierze i co czujecie. I teraz dalej. Druga rzecz, jak już to nazwiecie, dlaczego to zebraliście? Dlaczego chcecie to dołączyć do swojej kolekcji? To jest całkiem świetne pytanie, bo w dużej mierze to pytanie może was doprowadzić do ciekawych tropów czy sprawić, że wyłuskacie z tego zjawiska, z tego czegoś, z tej rzeczy jeden detal, element, może jakąś emocję, którą będziecie mogli sobie już po swojemu, na podstawie swoich doświadczeń, swoich przeżyć przekuć w coś własnego, swojego. I ostatnia rzecz: jak to na mnie wpływa? To właśnie tutaj będzie łatwiej znaleźć te emocje towarzyszące temu.
To są trzy proste pytania czy takie podzadania. Natomiast dzięki temu będziecie mogli sobie dużo łatwiej grupować i zbierać swoje różnego rodzaju inspiracje. Możecie oczywiście założyć sobie do tego notes, może jakąś aplikację, jakiś program, cokolwiek. Super, jakby wam to nie uciekało. Jakieś pudełko na te wasze okazy kolekcjonerskie warto sobie założyć. No i druga rzecz tutaj, w kontekście poszukiwania cech, które mogą was inspirować, czy może zechcecie je w sobie budować, to tutaj jest takie fajne, ćwiczenie to jest chyba za mocne słowo. Chodzi o stworzenie swojego drzewa genealogicznego swojej kreatywności. I tutaj właśnie wracamy do tych autorytetów. Jeżeli na przykład ten wymieniony Magritte będzie waszym autorytetem, to sobie narysujcie siebie na dole albo siebie dajcie u góry, a na dole gdzieś... To od was zależy, jak wam będzie wygodnie to drzewo czytać.
Bo chodzi o to, że w tym drzewie faktycznie chronologicznie dla was samych najpierw wy byliście, a w trakcie jak się rozwijaliście, oglądaliście, poznawaliście różne rzeczy, to pojawiali się tam wasze autorytety czy osoby, które was inspirują. I oczywiście to nie musi być nikt ze świata sztuki. To może być wasz sąsiad albo jakiś ogrodnik gdzieś tam z osiedla. Chodzi o to, że te osoby coś zrobiły. Nie wiem, czy może wam coś powiedziały. Może na co dzień robią jakąś rzecz, może nigdy z nimi nie rozmawialiście, a je obserwujecie. Więc warto sobie takie osoby, które naprawdę jakiś duży wpływ miały na was, czy po prostu wywierają silne emocje, żeby sobie zacząć je rozrysowywać w takie swoje drzewo, czy może taką mapę myśli, żeby to pozbierać. No i tutaj też trzy punkty do każdej z tych osób, którą sobie tam wypiszecie. Czyli właśnie kto jest moim mistrzem, kto jest tym autorytetem? Jak znacie nazwisko, wypisujcie nazwisko.
Może nazwaliście tą osobę w głowie, może to jest po prostu ogrodnik z osiedla Leśna Dolina, cokolwiek. Najważniejsze, żebyście wy wiedzieli, o co chodzi. Drugi punkt: co sprawiło, że nim został? Czyli właśnie czy to było zdanie, które powiedział, czy to była czynność, którą robi. Może ma jakieś powiedzonko, może on jakoś wygląda. Może sam jego wygląd czy element ubioru, czegokolwiek. Może miał złote grabie i te złote grabie po prostu wbiły was w ziemię. Więc notujcie takie rzeczy. To nie musi być jedna rzecz. Prawdę mówiąc im więcej, tym lepiej dla was, bo więcej detali, szczegółów.
No i trzeci punkt: jak ta rzecz na mnie wpłynęła? I teraz uwaga, nie sam mistrz, tylko chodzi o to właśnie, dlaczego was przyciągnęło do tego mistrza. Ta jedna rzecz czy te rzeczy, które wymieniliście. Ale chodzi właśnie też o to, co to wam zrobiło, jak to na was wpłynęło. Może coś zrozumieliście dzięki temu. A może wymyśliliście coś nowego. Też to notujcie. To są przydatne rzeczy, zwłaszcza jeżeli miewacie jakieś blokady twórcze albo macie jakieś słabsze dni. Bo dzięki temu możecie sobie troszeczkę wzbudzić tego ognia, bo zapisaliście te najważniejsze momenty czy wasze emocje. Także może to być świetną opcją, żeby was popchnąć, jeżeli wpadniecie w jakiś dołek, taki artystyczny, twórczy, a może być po prostu też odskocznią od waszego aktualnego projektu, bo może za długo siedzieliście.
To sobie tutaj zajrzyjcie i może zrobicie na przykład coś małego, pobocznego, żeby się tak troszeczkę zresetować. I teraz wracamy właśnie do tego naszego cytatu z początku od Salvadora. Czyli moją metamorfozą jest tradycja. I on tu właśnie utożsamia tradycję ze zmianą i z wymyśleniem innej skóry. I zmierzamy do tego odrodzenia. Czy myśleliście nad tym, co jest waszą tradycją? Co robicie? Może macie jakieś rytuały? Kim jesteście dzisiaj, tu i teraz? A wy jako ludzie najzwyczajniej w świecie, tak jakbyście mieli siebie określić, to poniekąd przez te wszystkie lata stworzyliście taką swoją wewnętrzną, cudzysłów, tradycję.
I ona się zmienia. No i pytanie właśnie, czy ona się zmienia świadomie, czy podświadomie? Inaczej, czy wiecie, że możecie kontrolować jej zmianę, czy po prostu ona sobie jest i rośnie? Obie opcje, pamiętajcie, są dobre i to po prostu wy decydujecie, jak wolicie robić. Natomiast super, jakbyście doprecyzowali. Weźcie kartkę, opiszcie siebie. Może właśnie też w trakcie, jak będziecie robić na przykład takie to drzewo genealogiczne czy zastanawiać się nad waszymi jakimiś tam mistrzami, autorytetami i tak dalej, to może właśnie wpadniecie na jakieś przemyślenia, na jakieś pomysły, może coś więcej na swój temat się dowiecie. No i dalej. Jak już macie tą waszą tradycję, czyli to, co jest tu i teraz, to pomyślcie właśnie nad waszą metamorfozą, nad tą zmianą, o której tutaj Dali wspomina, a konkretniej jak już doprecyzowaliście kim jesteście wy jako wy, wy jako ludzie, to pomyślcie teraz nad tym, kim jesteście wy jako autorzy. Oczywiście, że można powiedzieć, że to jest to samo.
Natomiast czy na pewno? Czy na pewno siedząc i pisząc wasz tekst, wasze opowiadanie, waszą powieść jesteście tą samą osobą, którą jesteście na przykład, kiedy dzwonicie i zamawiacie pizzę? Albo kiedy idziecie do sklepu po zakupy, czy kiedy idziecie z dziewczyną na randkę, czy tam z chłopakiem. Może idziecie z mamą na spacer, z psem na spacer. Zastanawiacie się nad takimi rzeczami? Bo mimo wszystko w trakcie pisania naszych treści, naszych tekstów uruchamiamy inne zasoby w sobie, takie trochę głębsze, bo często oprócz samych technikaliów, samego warsztatu, naszych umiejętności, musimy też często dać się porwać naszej wyobraźni, naszej fabule, naszym bohaterom. I gdzie tu jesteśmy my? I czy faktycznie zawsze jesteśmy tacy sami? Też jest fajna rzecz. Można zrobić też coś takiego, jak zwizualizować siebie jako autora.
I to jest już pogłębiona taka nasza zmiana, metamorfoza. Czyli ustalamy sobie, jakim jesteśmy autorem. I dalej możemy sobie wymyślić, jakim autorem byśmy chcieli być. To nie znaczy, że musimy nim zostać, bo może za rok nam się to zmieni. Natomiast super, jakbyśmy sobie wypisali takie rzeczy. Nawet rzeczy typu jak wyglądam. Może mam jakiś element swój charakterystyczny, z którego słynę. Te moje złote grabie. Nie jestem ogrodnikiem, ale zawsze ze sobą mam złote grabie. Także może coś takiego.
Może to będzie jakiś element, rekwizyt, atrybut, który nosimy, a może jakiś kapelusz? A może kolor włosów? Może jakiś specyficzny chód? Możemy tak wymieniać do rana, więc dajcie się sami porwać własnej wyobraźni. Ja już tu nie będę wam podpowiadać. Dalej. Z czego słynę, czyli po czym mnie ludzie rozpoznają? Po czym mnie będą rozpoznawać i dalej, z czego będę słynął? Czy będę słynął z tego, że napisałem bestseller? Czy może będę słynął z tego, że mam przezłotych bohaterów?
A może mam tak okropnego bohatera, że ludzi aż skręca na myśl o tym bohaterze? Pomyślcie. Dużo jest takich opcji. A może tutaj ten cały czarny PR. Może jednak wy chcecie iść w tym kierunku i zasłyniecie właśnie z czegoś takiego. I jeszcze jedna rzecz. Polecam. To jest świetna rzecz, niezależnie od tego, czy macie już dorobek swój artystyczny, czy dopiero zaczynacie. Ale pomyślcie sobie nad tym, jaki byłby najlepszy komplement od waszego odbiorcy, od waszego czytelnika. Jeżeli już macie jakieś na swoim koncie, to oczywiście, że wypiszcie ten swój ulubiony.
Natomiast zachęcam, żebyście też wypisali taki, który dopiero będzie. Oczywiście to może się wydawać abstrakcyjne, bo przecież nie jesteśmy w stanie pewnych rzeczy przewidzieć i tak dalej. I zapewniam was, że pewnie ten najlepszy, który usłyszycie, to nawet byście sami go nie wymyślili. Natomiast spróbujcie. Pobawcie się konwencją. Robicie to dla siebie gdzieś tam w domowym zaciszu. Chyba, że chcecie się oczywiście dzielić publicznie czy może zachęcić swoich odbiorców, żeby ich trochę sprowokować. Może zrobić jakiś konkurs na najlepszy komplement? Bawcie się. Tak jak mówię, konwencja jest po to, żeby się nią bawić.
Natomiast jeżeli tak sobie zbudujecie taką wizualizację siebie jako autora, a może właśnie w trakcie takiej bardziej zabawy, ćwiczenia, może dojdziecie do jeszcze jakichś nowych, ciekawych wniosków i sobie to jeszcze sami inaczej rozegracie. Ale zmierzam po prostu do tego, żebyście zaczęli być świadomi tego, kim jesteście jako autorzy, jakie potrzebujecie cechy, a może które wasze kompetencje właśnie wtedy się uruchamiają, a może które jeszcze trzeba sobie podszkolić, czy które chcielibyście mieć? Klasyka rodzaju. Czyli jak wymyślicie, co chcielibyście, to sobie zadajcie pytanie, co musiałoby się zadziać, żeby to mieć, żeby to się zadziało? Dobra, i teraz dalej. Co nam daje taka zmiana i odrodzenie? Pewnie bym tu mogła długo wymieniać, ale już trochę ględzę, więc stwierdziłam, że tutaj skupię się na tej najważniejszej jednej jedynej rzeczy, czyli na stworzeniu nowej jakości, waszej jakości. Jeżeli uświadomicie sobie właśnie, co z was wypływa, co wpływa na ten wasz przekaz, czy właśnie to jest jakaś trauma, może to jest wasza misja, może jakieś cechy, coś, co będzie tak magicznie zaklęte w waszych treściach, to dzięki temu możecie sobie postawić swoją jakość. Możecie stworzyć jakiś motyw przewodni. Może to będzie jakiś atrybut czy jakiś artefakt magiczny, który się będzie przewijał w każdym waszym tekście, niezależnie od gatunku.
Jeżeli nawet raz piszecie obyczajówkę, raz piszecie reportaż, raz piszecie fantastykę, to możecie sobie stworzyć coś, co będzie zawsze w każdym waszym dziele. Takie na przykład te prześcieradła, które były u Magritte'a, to jak najbardziej my, pisarze, też możemy takie rzeczy umieszczać. Pomyślcie. Świat należy do was. I dalej tutaj właśnie, żebyście nie zapominali o tym, że to wy trzymacie stery i to wy nadajecie kierunek waszej twórczości, bo najzwyczajniej w świecie ona wypływa z was, a nie odwrotnie. Może czasami się wydawać, że to wy jesteście wynikiem waszej twórczości, ale chronologicznie najpierw byliście wy, potem były wasze przeżycia, a dopiero później pojawiła się wasza twórczość. Także warto o tym pamiętać i być świadomym, że można sobie przejąć kontrolę nad tym. Znaczy kontrolę, bardziej świadomość. Czyli przeczytać po prostu sobie czy spisać jakieś rzeczy, poukładać. I tutaj zanotowałam sobie ważną rzecz.
Jeżeli mówimy o nowej jakości, oczywiście, że takie dzisiaj bardzo popularne i wszechstronne słowo innowacja aż się samo tutaj ciśnie na usta i prosi się. To chciałam wam tylko przypomnieć, bo bardzo często innowacja jest brana błędnie za taki nowy, przełomowy pomysł. Natomiast innowacja to wbrew pozorom bardzo często jest zastosowanie starego pomysłu, który już był i był na przykład nie raz, ale zastosowanie go w nowy sposób. To nie musi być jakieś przełomowe odkrycie, żeby coś było innowacyjne. Wystarczy, że pobawicie się konwencją i ogracie temat zupełnie inaczej, od drugiej strony albo od trzeciej czy czwartej. Także nie bójcie się, jeżeli chodzi o twórczą kradzież, wybierać elementów, które was inspirują i łączyć ich w nową jakość, w nową całość. Bardzo łatwo wtedy trafić na coś innowacyjnego, na coś, co zaskoczy odbiorców. Sami wiecie, dzisiaj już jest przesyt wszystkiego wszędzie, naokoło, z każdej strony, a wbrew pozorom czasami ciężko znaleźć coś swojego ulubionego jako odbiorca na przykład. Więc warto odbiorców zaskakiwać. Ludzie są trochę jak sroki.
Lubią jak coś błyszczy, jak coś ich przyciąga. I warto, żebyście też zastanowili się, zaplanowali coś takiego i wtedy wiecie, czy to będzie element waszej twórczości, czy to będzie wasz element, wasze złote grabie, a może jedno i drugie. Czemu nie? Także pomyślcie nad takimi swoimi innowacjami, ale dużo łatwiej będzie szukać innowacji w waszej twórczości, jeżeli wcześniej zastanowicie się nad sobą i nad tym, czym dysponujecie i co na waszą twórczość z was wypływa i wpływa. I wiesz co? Jeszcze tak sobie myślę, już podsumowując troszeczkę, zbliżając się wreszcie do końca. Wiecie co? Przypomniało mi się, nie wiem, czy kiedyś czytaliście, mam nadzieję, że nie mylę książek. Na pewno Jonathan Carroll i chyba to było w „Białych jabłkach”. I tam on opisywał taką teorię.
Co prawda teoria tyczyła się życia naszego, nas ludzi tutaj na ziemi. Tam zdaje się to chyba bohater rozmawiał z aniołem stróżem czy kimś takim. Natomiast nieistotne, chodzi właśnie o tą teorię. I ten anioł mówił o tym, że nasze życie to jest taka mozaika. I mamy oczywiście takie kolorowe elementy, czyli te nasze piękne chwile z życia. I mamy też takie czarne, wypalone elementy. To są właśnie te, w które się tam wkrada zło, chaos i tak dalej. Ja tak sobie myślę, abstrahując od tego zła, chaosu. To dotyczyło życia. Natomiast jeżeli popatrzymy na naszą twórczość i właśnie na tą teorię twórczej kradzieży, to słuchajcie, nasza twórczość sama w sobie jest niczym innym jak taką mozaiką.
Oczywiście w tamtej mozaice ten chaos często był niezależny tak do końca od nas. Natomiast tutaj, skoro to jest nasza twórczość, to możemy ją składać jak chcemy i nawet jeżeli będziemy chcieli umieścić w niej chaos czy jakiś właśnie czarny element, to my tutaj decydujemy, czy go umieszczamy i dlaczego go umieszczamy. Więc jakby nie patrzeć, to ta wasza nowa jakość, gdzie im więcej będzie miała elementów, im większą będzie mozaiką, tym bardziej będzie wyjątkowa, oryginalna i taka odrodzona. Czyli to, o czym wspominał Dali, o takiej waszej nowej skórze, nowym odrodzeniu i nowym spojrzeniu na to, co tworzycie i jak tworzycie. Także idźcie, działajcie, dokładajcie do swoich mozaik. Ja tutaj powoli kończę. Oczywiście zanim powiem oficjalne pa pa i rzucę wam nowe ćwiczonko kreatywne. Dzisiaj będzie na mnogość skojarzeń, to oczywiście przypominam, że jest grupa na Facebooku Alchemia Tworzenia się nazywa. Serdecznie was tam zapraszam. Macie taką zakładkę.
Kiedyś to się nazywało moduły, tym razem przewodniki, więc tam po każdym odcinku wrzucam zwykle dwa posty. Jeden post jest oddzielny, taki, gdzie możemy sobie podyskutować na ten temat, o którym mówię, czy na te różne tematy, które poruszam. A drugi dotyczy bezpośrednio ćwiczenia. Jeżeli mielibyście ochotę tam w komentarzu podzielić się wynikami tych ćwiczeń, które może robiliście, może któreś wam się bardziej spodobało, mniej. Więc zachęcam, żeby tam coś skrobnąć. Oczywiście, że mamy też posty integracyjne, więc będzie mi bardzo miło jak tam dołączycie i coś tam też napiszecie, skrobniecie. Polecam po prostu klikać w te przewodniki, bo wtedy jest wszystko ładnie poukładane chronologicznie, bo tak to w samej grupie zdarza się, że będzie po prostu chaos. Zwłaszcza jak zaczniemy tam odpisywać na komentarze sobie. Dobra, ja nie ględzę. Życzę wam inspiracji jak zawsze i samych cudowności.
I co? Widzimy się, znaczy słyszymy się za tydzień, a tymczasem relaksik, ćwiczonko i trzymajcie się. Pa! Znajdź minimum 10 odpowiedzi na pytanie: jak można ukraść?
[02:14:24] - Otóż teraz porozmawiamy troszeczkę o duchach, o spirytyzmie. Kolejny odcinek cyklu Bez Tajemnic. Ten odcinek nosi tytuł: Życie ducha po śmierci. Zauważcie Państwo, że sam tytuł jest nieco paradoksalny, ale ja się nie wtrącę.
[02:15:01] - Temat, który postanowiłem dzisiaj poruszyć pojawił się już w materiale wideo o wyjściu z ciała, ale postanowiłem go rozwinąć, ponieważ jest bardzo interesujący, a poza tym domagali się tego moi widzowie. I teraz przejdźmy do tematu. Ludzie boją się śmierci. Ludzie boją się agonii. Ludzie boją się nicości, tego, co będzie później. A tak naprawdę duchy informują nas, że najgorsze, co może nas spotkać w chwili śmierci, to ból, cierpienie, jakieś choroby właśnie związane z samą śmiercią. A po agonii to już wszystko jakoś idzie sprawnie. Pierwszy punkt, o którym chciałbym wspomnieć, to światy przejściowe, o których pisał już Allan Kardec w „Księdze duchów”. Według Allana Kardeca są to światy przeznaczone dla duchów błąkających się po to, aby duchy te mogły odpocząć przed kolejną inkarnacją. Natomiast z relacji Roberta Monroe, który jest znany ze swoich podróży astralnych, wynika, że światy przejściowe to są miejsca, w które trafiają wszyscy ludzie Owe stacje znajdują się na różnych poziomach energetycznych, dlatego można powiedzieć, że każdy człowiek może się w nie wpasować.
Robert Monroeeeeeee po jednej ze swoich podróży astralnych napisał: „Znalazłem się z okazji pewnej wizyty w otoczeniu, które przywodziło na myśl park z kwiatami, drzewami i trawą, starannie utrzymany. Może był to park publiczny przecinany ścieżkami. Te ostatnie były wysadzone ławkami i setki mężczyzn i kobiet przechadzały się lub odpoczywały na ławkach. Jedni byli zupełnie spokojni, drudzy zaś sprawiali wrażenie niespokojnych, a większość miała zagubione spojrzenie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa byli oni niepewni tego, co należało zrobić. Wiedziałem skądś, że jest to miejsce spotkania, gdzie nowo przybyli oczekują na przyjaciół czy krewnych. Z tego punktu spotkania ci przyjaciele zabierali nowych do miejsca, do jakiego byli przypisani”. William Stead po zatonięciu Titanica wraz z duchami innych pasażerów został zabrany do miejsca, które nazwał Błękitną Wyspą. Była to forma jakiejś stacji orbitalnej, tak jakby stacji orbitalnej, która tak jakby krążyła wokół Ziemi. I było to właśnie miejsce przeznaczone dla wszystkich nowo przybyłych.
„Spektakl katastrofy był przerażający, ale było to nic w porównaniu z tym, co działo się z duszami odrywanymi od ciała wbrew ich chęci. Była to rozdzierająca scena. Czekaliśmy, aż zgromadzą się wszyscy, a kiedy to już nastąpiło, ruszyliśmy ku innym horyzontom. Była to dziwna podróż, o wiele bardziej niż to sobie wyobrażaliśmy. Unosiliśmy się pionowo w przestworzach z wielką szybkością. Przemieszczaliśmy się w grupie, jak gdybyśmy się znajdowali na dużym tarasie wystrzelonym w powietrze z gigantyczną siłą i prędkością, a jednak nie baliśmy się o nasze bezpieczeństwo. Mieliśmy poczucie trwałości. Nie wiem, jak długo trwała nasza podróż ani na jaką odległość od Ziemi zostaliśmy przeniesieni, ale koniec naszej podróży był wspaniały. To było tak, jak wtedy, gdy się opuszcza ponurą brytyjską ziemię, aby znaleźć się w śródziemnomorskim słońcu. Wszystko było piękne i kwitnące w tej nowej krainie.
Widzieliśmy ją już z daleka, zbliżając się do niej. Wszyscy ci spomiędzy nas, którzy mieli nieco wiadomości na ten temat, pomyśleli, że wysłano nas do tego miejsca spoczynku z powodu naszego nagłego rozstania się z życiem ziemskim”. Platformy, o których przed chwilą przeczytałem, nie do końca pasują do opisu zaświatów, który podaje nam duch George'a de la Nigra. Ten natomiast twierdzi, iż zaświaty składają się tak jakby z siedmiu poziomów, które to są przeznaczone dla duchów odpowiednio znajdujących się na konkretnym poziomie swojego rozwoju intelektualnego i moralnego. I tak na poziomie zerowym znajduje się Ziemia. Poziom pierwszy to jest tak jakby taki poziom piekielny. Poziom pierwszy i drugi są przeznaczone dla duchów negatywnych, złych, dla przestępców. Natomiast poziom siódmy jest przeznaczony dla osób, które w jakimś stopniu poświęciły się Bogu, dla świętych. I oczywiście między tymi etapami następuje odpowiednia gradacja. Natomiast tak zwana projekcja filmu takiego życiowego, projekcja filmu z życia odbywa się na właśnie jednym z tych pierwszych poziomów tej klasyfikacji, można to tak ująć.
Raymond Moody, który rozmawiał z osobami, które to przeżyły śmierć kliniczną, napisał: „Pojawienie się świetlistej istoty i wstępne bezsowne pytania poprzedzają zdumiewające doznanie, kiedy to owa jasność ukazuje umierającemu panoramiczny obraz jego życia. Człowiek bywa przekonany, że świetlista istota zna całe jego życie i nie potrzebuje żadnych informacji, a jej zamiarem jest wyłącznie skłonienie do refleksji. Ten przegląd określić można jedynie w kategoriach pamięci, gdyż jest temu najbliższy. Ma on jednak specjalne cechy, które stawiają go poza normalnym pamiętaniem, a więc wszystko dzieje się z niezwykłą szybkością. Niektórzy z moich rozmówców twierdzą, że choć nie potrafią tego wytłumaczyć należycie, widzieli wszystko, co kiedyś robili, od rzeczy najmniej znaczących do najważniejszych. Inni z kolei widzieli tylko najważniejsze wydarzenia swojego życia. Byli tacy, którzy przez pewien czas po tym przejściu potrafili bardzo dokładnie przypomnieć sobie swą przeszłość. Niektórzy odbierali to jako zabieg wychowawczy ze strony świetlistej istoty. Kiedy patrzyli na ten przegląd, owa istota jakby chciała podkreślić ważność dwóch spraw w życiu: by kochać bliźnich i by stale zdobywać wiedzę”. Inne duchy także mówią o istnieniu takich siedmiu etapów, płaszczyzn w zaświatach, ale chodzi tutaj raczej o poziom rozwoju duchów.
Czyli wszystkie duchy, które znajdują się na danym poziomie rozwoju, tak jakby kształtują jeden z tych etapów. Ale jak to napisał Allan Kardec, nie należy jakoś za bardzo przykładać wagi do różnego rodzaju klasyfikacji, ponieważ tak naprawdę nie istnieją jakieś takie bardzo wyraźne granice pomiędzy etapami rozwoju duchów. To jest tak samo jak z wiekiem ludzi. Każdy człowiek ma jakiś swój wiek i jeżeli podzielimy czas na bardzo małe jednostki czasu, to tak naprawdę ciężko będzie tych wszystkich ludzi zebrać wiekowo, ponieważ okaże się, że każdy człowiek tak naprawdę jest w innym wieku, ponieważ każdy urodził się w innym momencie. Chociaż teoretycznie ja czy jakiś mój kolega, który jest z tego samego rocznika, można nas, że tak powiem, wrzucić do jednego worka jak małe koty. W każdym razie każdy poziom tych duchów, każdy poziom, na którym znajdują się te duchy, to właśnie mogą być duchy, które zebrały się do kupy. Wygląda to tak, że duchy spotykają się gdzieś tam w zaświatach i Łączą się w grupy. Tak samo, jak mamy miłośników stowarzyszeń naukowych i gangi uliczne. Jedni ludzie łączą się w gangi, tak jak złe duchy łączą się w grupy i tak samo są ludzie światli, którzy zapisują się do stowarzyszeń naukowych i próbują sobie coś tam główkować. I dokładnie tak samo jest w świecie duchowym.
Dlatego możemy mówić także o poziomach świadomości, czyli w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się duch, tam zostanie on umiejscowiony, bądź inaczej mówiąc, do tych etapów będzie miał dostęp. Wpasowuje się do poziomu wibracji świata, do którego został przyporządkowany. Tak samo wszystkie inne elementy tego świata również znajdują się na tym samym poziomie wibracyjnym. Podążając tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, iż jeżeli z naszego punktu widzenia na jakiejś planecie na przykład Układu Słonecznego życie nie jest możliwe, to też może okazać się, iż na innym poziomie wibracyjnym na danej planecie istnieje jakaś wysoce rozwinięta cywilizacja, której jednak nasze aparatury nie są w stanie wychwycić. I tutaj jeszcze warto wspomnieć o tym, iż duchy znajdujące się na jakimś poziomie zwykle mogą odwiedzać na przykład swoich bliskich, którzy znajdują się na niższych etapach rozwoju, ale już niekoniecznie na wyższych niż oni się znajdują. Aby taki duch miał dostęp do wyższego poziomu, musi on już mieć jakiś szczególny cel. Żaden duch nie jest dopuszczany do wyższego poziomu tylko tak dla rozrywki. Kolejna rzecz to twory myślowe bądź twory umysłowe. Duchy opisują, jak bardzo ich myśli mają wpływ na kształt zaświatów. Duch, który znajduje się w zaświatach, jest w stanie całkowicie wykreować sobie swoją własną rzeczywistość.
Wystarczy o czymś pomyśli i dana rzecz się pojawia. Jeżeli chcemy na przykład mieć kwiaty dookoła, te kwiaty się pojawiają i dla duchów są one równie realne, co dla nas przedmioty, którymi otaczamy się każdego dnia. Więc można powiedzieć, że każdy z tych światów jest uzależniony od poziomu ducha, który go stworzył. Różne duchy mogą stworzyć różne światy. Duchy mogą sobie w te światy zaglądać. Te światy mogą się w jakiś sposób łączyć, mogą się przenikać. I ta duchowa rzeczywistość jest tak naprawdę bardzo zbliżona do naszej ziemskiej rzeczywistości, ponieważ tego rodzaju światy budują duchy, które są jeszcze w jakimś stopniu uzależnione od materii. Rzeczy, które zostały w takim świecie stworzone, istnieją, dopóki duch przykłada do tego jakąś wagę. Mogłoby się wydawać, że taki duch, który jest w stanie stworzyć sobie własny raj, ponieważ człowiek może w takim świecie żyć według swoich najśmielszych marzeń i fantazji, że on po prostu wpadnie w taką pułapkę myślową, gdzie on całą wieczność, ile tylko czasu będzie chciał, spędzi sobie w tym swoim małym światku. Ale to nie jest w ten sposób, nie tak to funkcjonuje, ponieważ duch w którymś momencie po prostu znudzi się tymi swoimi stworzeniami.
Na przykład jeden duch mógł sobie stworzyć, ponieważ lubił jeździć konno, stajnię, ogród, w którym na koniu sobie codziennie zasuwał, aż w końcu te konie mu się w którymś momencie przejadły i ta chęć uprawiania tego sportu, tej jazdy konnej przeobraziła się w chęć pomocy innym. Bądź na przykład, tu już fantazjuję, już wymyślam przykład. Dajmy na to, że ktoś lubi czereśnie i na przykład trafia do takiego świata, w zaświaty, gdzie tworzy sobie wielkie sady z pięknymi, soczystymi czereśniami i je, je, je. Ile można tych czereśni zjeść? Po prostu też w którymś momencie człowiekowi się przeje i będzie chciał zająć się czymś innym. Aż w którymś momencie nabierze tego oleju do głowy i stwierdzi, że jednak trzeba się zająć czymś bardziej ambitnym. I na tym właśnie polega ta ewolucja. Jeden z duchów, którego zacytował ksiądz François Brune w swojej książce, podyktował: „Wasze wyobrażenia o życiu astralnym są mimo wszystko jeszcze zbyt materialne. Poszukujecie w nim kontynuacji życia ziemskiego. Znajdziecie w nim na pewno takie rzeczy za sprawą mechanizmu zrodzonego z nawyków, o których już wam mówiłem, ale nawyki te tracą stopniowo to, co je napędzało.
Konieczność podtrzymywania ich słabnie z czasem. Z płaszczyzny dotykającej blisko Ziemi dusze na niej są jeszcze przesycone warunkami ziemskimi, które dopiero co opuściły. To dlatego znajdujecie tu tylko instytucje i budowle podobne czy odpowiadające tym, które znajdują się na Ziemi”. Robert Monroeeeeeee, ten sam, który jest znany z podróży astralnych, twierdzi, że w tych światach duchowych ciało człowieka nabiera zupełnie innej plastyczności. Ramiona na przykład wydają się tak jakby teleskopowe, gdzie na duże odległości można sięgać po różne przedmioty. Duch może przybierać różne formy. Może przyjąć na przykład formę zwierzęcia lub jakiegoś przedmiotu, lub kartki, lub liścia spadającego z drzewa. I ta zmieniona forma tego ducha utrzymuje się tak długo, jak długo duch sobie tego życzy. A w momencie, kiedy już przestaje się tym przejmować Jego ludzka forma wraca do normy. Są sytuacje, gdzie duch może zostać tak jakby uwięziony w jakiejś formie, ale są to jakieś sytuacje, które wynikają z jakiegoś zewnętrznego wpływu.
Trzeba też wspomnieć o lękach. Gdy duch w zaświatach nie potrafi kontrolować swoich myśli, ujawnią się wszystkie rzeczy, których się obawia. Czyli na przykład może zobaczyć piekło. Może zobaczyć demony, potwory czy jakieś inne strachy. I taki przykład mamy między innymi w książce Glorii Polo pod tytułem „Trafiona przez piorun”, gdzie autorka podaje bardzo dokładny, aczkolwiek dosyć nietypowy obraz piekła, odpowiadający właśnie jej lękom i wszystkiemu temu, czego ona się powinna była obawiać za życia. Innym przykładem literatury, która podaje taki demoniczny obraz zaświatów, jest „Tybetańska Księga Umarłych”, a także możemy nawet wspomnieć o hieroglifach egipskich, gdzie można zobaczyć różne takie dziwne postacie reprezentujące bogów. I pytanie teraz, czy na przykład umierający Egipcjanie w zaświatach nie dostrzegali tych samych postaci, których mieli obawiać się za życia? W przykrej sytuacji znajdują się duchy osób, które za życia w nic nie wierzyły. Po pierwsze taka osoba po śmierci może być zaskoczona, że w ogóle żyje i że w ogóle jest czegoś świadoma, a po drugie taka osoba, jako że w nic nie wierzyła, może jej brakować punktów odniesienia. I teraz ona w zaświatach trafia do takiej pustki, gdzie ona po prostu nie ma co ze sobą zrobić, nie widzi innych duchów.
Ona jest tak jakby odcięta od innych. I teraz dla takiej osoby ratunkiem może być modlitwa i musi w niej dokonać się jakaś taka przemiana w myśleniu po to, aby ta osoba zaczęła się modlić. Wtedy Bóg ją, tak jakby można powiedzieć, uwalnia. Jeżeli tej modlitwy będzie za mało, albo w ogóle jeżeli do tej modlitwy nie będzie dochodziło, mogą interweniować media, które próbują naprowadzić takiego ducha na odpowiedni tok myślowy, bądź mogą także interweniować duchy wyższe, duchy z zewnątrz, które takiemu uwięzionemu duchowi podszeptują, co powinien zrobić. I wówczas taki duch, gdy zaczyna się modlić, rozpoczyna tak jakby na nowo swoje życie duchowe. Kontynuuje to życie duchowe, trafia do innych etapów i trafia do kolejnego wcielenia. Lekarz spirytysta Andre Moreira w swojej książce pod tytułem „Leczenie i samouzdrawianie” opisuje, jak bardzo ludzkie myśli wpływają na to, co dzieje się w zaświatach. Jako że myśl jest falą subtelnej energii, w połączeniu z uczuciem nadaje w eterycznej rzeczywistości kształt zainteresowaniom i obawom człowieka, jego uczuciom i fiksacjom. Powstają w ten sposób twory myślowe, kształty myślowe, pasożyty astralne zależne od natury danego tworu, które zamieszkują wokół źródła swojego pochodzenia. W ten sposób każda istota jest permanentnie otoczona przez wyobrażenia rzeczy, obiektów, osób, zainteresowań i intencji, które wypełniają jej pole umysłowe i wewnętrzne życie.
Więc skoro nawet żywy człowiek jest w stanie w jakiś sposób wpływać na to, co dzieje się w tym świecie niematerialnym bezpośrednio w jego otoczeniu, to jakże większa jest siła myślowa ducha, który w ogóle nie jest skrępowany materią. I parę słów napisał o tym Léon Denis: „W środowisku ziemskim oddziaływanie myśli na materię jest uszczuplone, gdyż człowiek nie umie się posługiwać drzemiącymi w nim potęgami, lecz w światach wyżej rozwiniętych istota ludzka, która nauczyła się chcieć, rozkazuje całej naturze, kieruje dowolnie fluidami materialnymi, wywołuje zjawiska wprost cudowne.” Według Léona Denisa duchy wyższe, które zakończyły żywot na Ziemi, również trafiają w odpowiednie dla siebie strefy duchowe i niekoniecznie kolejną inkarnację odbędą na Ziemi. Dlatego z naszego ziemskiego punktu widzenia duchy wyższe, które opuściły nas, kontynuują życie w światach bardziej subtelnych, gdzie materia jest bardziej subtelna, a także poziom moralny i intelektualny mieszkańców danego świata też znajduje się na znacznie wyższym poziomie niż u nas. Léon Denis napisał: „Życie ducha rozwiniętego jest w zasadzie swej czynne, choć nie nużące. Odległości nie istnieją dla niego. Przenosi się z miejsca na miejsce z szybkością myśli. Powłoka jego, podobna do lekkiej mgły, zdobyła taką delikatność, że jest niewidzialna dla duchów niższych. Widzi on, słyszy, czuje, postrzega już nie organami materialnymi, które pośredniczą między nami a naturą, lecz bezpośrednio wszystkimi fibrami swej istoty. Toteż wrażenia jego są jaśniejsze i liczniejsze od naszych. Duch wyższy pławić się w oceanie rozkosznych doznań.” Natomiast jeśli chodzi o duchy niższe, to one również trafiają do odpowiednich dla siebie poziomów wibracyjnych.
Mówiliśmy o tworach myślowych. Takie duchy trafiają do miejsc, w których muszą sobie przemyśleć, a karą dla nich lub może nie karą, ale sposobem na podciągnięcie się trochę, że tak to ujmę, jest reinkarnacja w świecie niższym niż ten, z którego dopiero co przyszli. Dlaczego tak się dzieje? Duchy w takim świecie niższym mogą po pierwsze popracować nad własnym rozwojem, a po drugie mogą również wpłynąć na rozwój świata, do którego trafiły i tym samym zrobić coś pożytecznego. Duchy w zaświatach nie objawiają się, tylko pracują. Każdy z nich ma jakieś zadanie do wykonania bądź na rzecz innych, bądź na rzecz samego siebie. Nawet jeżeli pomyślimy o takich duchach opiekunach, które mają po kilka osób pod swoją opieką, dla nich to też jest praca. Duchy, które są odpowiedzialne za przygotowanie fluidów, z których później powstają jakieś rzeczy w zaświatach, które są później przekazywane duchom wyższym, które wpływają na funkcjonowanie planet bądź innych światów, które znajdują się na innych poziomach wibracyjnych, to także jest praca, więc tutaj można by dużo wymieniać. Bardzo fajny przykład jest w książce „Nasz dom” pisanego ręką Chico Xavier, w którym widzimy, jak duch lekarza, który pracował na Ziemi, lecząc ludzi, w zaświatach także mógł pomagać innym duchom, które dopiero co przybyły do tego świata, tego naszego domu, tej platformy, skoro już taką terminologią tutaj operuję. Powoli dochodzimy do końca, ale należy jeszcze wspomnieć o duchach błąkających się, czyli o takich, które pozostają na Ziemi.
One pozostają na Ziemi z jakiegoś powodu bądź w rodzinie po to, aby zaopiekować się swoimi bliskimi, bądź są przywiązane do jakiegoś konkretnego miejsca. Ksiądz François Brune twierdzi, że w Wersalu nadal są duchy, które spacerują w XVII-wiecznych strojach po korytarzach i organizują sobie bale. Życie towarzyskie duchów nie musi odbywać się tylko na salonach. Może się odbywać także w naszych domach, gdzie duchy zamieszkują, ponieważ są, tak jak już wspomniałem, przyzwyczajone do miejsca bądź do osób, do ludzi. I gdy w nocy idziemy wszyscy spać, one między sobą spotykają się. Dlaczego w nocy? Ponieważ w nocy nikt im nie przeszkadza. One mogą się spotkać razem i mogą tam prowadzić sobie życie towarzyskie. Poza tym duchy błąkające się mają także możliwość obserwowania innych ludzi, uczestniczenia w życiu ludzi. Taki duch może sobie pójść na uniwersytet i może posłuchać wykładu.
Bądź może pójść sobie na spotkanie towarzystwa spirytystycznego po to, aby tam również posłuchać, co spirytyści, media mają do powiedzenia na temat zaświatów. Ponieważ sam fakt, że duch znajduje się w zaświatach, nie oznacza, że nagle posiadł całą wiedzę na temat świata niewidzialnego. Tę wiedzę trzeba skądś wziąć. Dlatego też na spotkaniach mediumicznych bądź spotkaniach stowarzyszeń spirytystycznych zawsze są obecne duchy, które przychodzą i sobie słuchają. Więc jeżeli te spotkania odbywają się regularnie, taki duch może sobie regularnie zaplanować, że co niedzielę od 10 do 11 czy do 12 ja idę do Warszawy po to, aby spotkać się z kolegami spirytystami. I w ten sposób te duchy również rozwijają się i to również ma wpływ na to, w jaki sposób będzie wyglądało ich przyszłe życie. I żeby już więcej nie przedłużać, na tym kończę. Zapraszam do subskrybowania konta. W opisie filmu podaję link do książek, z których dzisiaj korzystałem, a także proszę o komentarze. Proszę podawać przykłady tematów, które mógłbym rozwinąć tutaj w moim blogu wideo.
Ja uczynię to z wielką przyjemnością, o ile oczywiście będę w stanie podołać. Tak więc dziękuję i zapraszam do kolejnego odcinka.
[02:38:34] - Czas, proszę państwa, najwyższy na literackie tête-à-tête. Dzisiaj Krystyna Śmigielska zaprasza na spotkanie z Anną Konstanty.
[02:38:55] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy program literackie tête-à-tête poświęcimy sylwetce i twórczości pani Anny Konstanty, urodzonej w Gubinie autorce tomików „Wiosna i inne opowiadania”, „Cztery do kwadratu”, „Opowiadania semi-sweet” oraz powieści obyczajowej „To był maj”. Pani Anna jest również współautorką kilku publikacji, jak na przykład „Jakie czasy, taki diabeł”, „Nasze widnokręgi”. Była też publikowana w wielu pokonkursowych zbiorach. Aby dopełnić wizerunku naszego dzisiejszego gościa, dodam, że pani Anna Konstanty ukończyła Uniwersytet Zielonogórski, a zawodowo zajmuje się finansami, prywatnie zaś spełnia się w roli matki i żony. Jeżeli, powiem, wysłuchacie państwo opowieści laureatki konkursów literackich, będziemy już mieli prawie pełen obraz naszego dzisiejszego gościa. Dobry wieczór, pani Anno. Bardzo mi miło powitać panią w programie Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór.
Witam serdecznie słuchaczy i dziękuję za zaproszenie, bo ja zawsze z wielką przyjemnością rozmawiam o pisaniu i cieszę się, że dzisiaj będziemy mogli właśnie o tym porozmawiać. Mówię mogli, bo mówię w imieniu przecież naszych słuchaczy. Wieś to dzisiaj trudny temat, taki mało atrakcyjny, bym powiedziała. Różnice pomiędzy miastem a wsią praktycznie powoli się zacierają i to dzisiaj ludzie z miasta emigrują na wieś. Nie tak jak dawniej. Trend jakby się obrócił, prawda? Obecnie trudno jest znaleźć wypoczynek w mieście, więc wszyscy starają się tą wieś w jakiś sposób nawiedzić. O dawnych mieszkańcach tych małych miejscowości prawie się nie pamięta. Ale są i tacy ludzie jak pani, którzy nie pozwalają o nich zapomnieć. Proszę nam opowiedzieć o swoich związkach ze wsią.
[02:41:17] - Ja mam to szczęście, że urodziłam się prawie na wsi i od urodzenia mieszkam na wsi. I rzeczywiście ostatnio bardzo widoczny jest dla mnie ten trend zacierania się takiego podziału, który kiedyś był bardzo dotkliwy. Szczególnie jak byłam dzieckiem, to było bardzo widoczne, że są dzieci ze wsi i są dzieci z miasta. Właśnie uważam to za szczęście, że ja dorastałam w tej wsi takiej lat 80., lat 90., kiedy myśmy jeszcze byli wychowywani na młodych ludzi pracujących, pomagających w gospodarstwie. Mieliśmy swoje obowiązki. Bardzo narzekałam kiedyś na te obowiązki, takie gospodarskie, ponieważ tylko ci, którzy byli kiedyś przy przewracaniu siana, to wiedzą, jaka to jest ciężka praca. Ale dzisiaj, już z perspektywy dorosłego człowieka, bardzo doceniam to, że ja doświadczyłam tego. Bo to są doświadczenia po prostu nie do przecenienia. Bardzo chętnie wracam do tej tematyki wiejskiej i próbuję oddać właśnie ten nastrój wsi takiej, jaka ona była kiedyś. Głównie z punktu widzenia takiej wspólnej pracy, takiej pomocy sąsiedzkiej, jakiejś takiej jedności, znajomości jeden drugiego.
Beczki przed domem, która kiedyś była obowiązkowa, a teraz już została zastąpiona przez bramę zamykaną na pilota, niestety. I ubolewam, bardzo ubolewam nad tym, że ta wieś zmienia swój charakter na taką miejską sypialnię już. Ale mieszkam jeszcze na wsi dosyć oddalonej od miasta i jeszcze staramy się cały czas pielęgnować właśnie taką sąsiedzką pomoc, taką oddolną inicjatywę, jakieś lokalne spotkania, festyny. I jest to dla mnie niesamowite źródło inspiracji cały czas. I to po prostu od każdej strony. Bo oprócz tego, że jest to oczywiście sąsiedzka pomoc, przyjaźń, znajomość, to są różne takie wiadomo, niesnaski, obgadywania i takie inne rzeczy ludzkie, które też są niesamowicie bogatym źródłem czerpania takich pomysłów dla pisarza.
[02:43:35] - Ja tylko powiem, że od 27 lat też mieszkam na wsi. Jestem jedną z tych, co to właśnie z miasta na wieś się przeprowadzili. Mieszkam na wsi, na której nie ma ani jednego rolnika. Jeszcze te 27 lat to mieliśmy tutaj ze dwóch, trzech. Nawet krowy mieliśmy, konie na wsi, a w tej chwili nikt u nas nie uprawia ziemi i właściwie można powiedzieć, że to jest tylko i wyłącznie sypialnia miasta.
[02:44:05] - Fragment opowiadania „Wiosna" z tomiku „Wiosna i inne opowiadania". „Najgorsze jest zimno. Miłka z Aferą próbują mnie ogrzać, ale nic to, gdy w piecu wygaszone już trzeci dzień. Trzeba mi koniecznie do leśniczego pójść. Niech da rewir do wyrobienia. Leśniczy dobry człowiek, to nic nie powie, jak sobie wózkiem trochę gałęzi przywiozę przed odbiorem. A przywieźć muszę, bo długo w tym zimnie nie pociągniemy. Zwłaszcza jakie choróbsko się przypałętało i zimno człowiekowi, jakby go sam diabeł obpuchał. Te elektryczne ogrzewanie już tak człowieka nie ogrzeje jak piec prawdziwy, drewnem wypchany. Jak ogień, co aż huczy w kominie i płyty nagrzane, co aż trzeszczą od gorąca.
Mama mówiła, że jak się w piecu nie pali, to bieda. I zawsze z samego ranka rozpalała. Zaraz woda gwizdała na herbatę, zaraz kości, jakie nastawiała na zupę. I tak zawsze coś się grzało. Zawsze człowiek mógł coś gorącego zjeść. »Chodź Miłka, chodź, mleka ugrzejemy na śniadanie« — mówię do kotki. Dobre to kocisko, chociaż stare. Na ichnie lata, to już pewnie starsze ode mnie. Czasem jak tak leży i stare kości wygrzewa, to nie wiem, czy swoje ciepło mnie daje, czy moje sobie zabiera. Jakoś to tak na starość się robi, że i człowiekowi i kotu zimno.
Gdzie my kiedy w zimę tyle drzewa wypalili? Gdzie nam kiedy w marcu drewno było potrzebne? Ledwo co pierwsze słonko zaświeciło i już my przy otwartym oknie spali. Koty to do domu wcale nie wracały na noc. A teraz na piernaty się pchają pierwsze. Ciepłolubne robimy się i wygód szukamy. Nie chce się myśleć o tym, że do piachu zimnego pójdziem prędzej czy później. Lepiej później. Bo czy to nie pięknie będzie jeszcze kilka wiosen przeżyć? Pan Bóg wiosnę dał, żeby nam lżej było — mówię do Miłej, która na parapecie przysiadła i zagląda w okno, jak ptaszki na czereśni harcują.
Na wiosnę nie za zimno, nie za gorąco, nie za mokro. Słonko w sam raz przygrzewa. Cały świat jakby od nowa się rodził. Mama mówiła, że na wiosnę ludzie zawsze milsze są." Nawet jak się w polu urobią.
[02:46:25] - W opowiadaniu „Wiosna" stylizuje pani swe słownictwo. Chciałabym wiedzieć, czy specjalnie pani się przygotowywała, żeby zastosować-- to nawet nie jest gwara, to nie są regionalizmy, to są jakieś takie naleciałości ogólne. Intuicyjnie pani prowadziła taką narrację, operując takimi mało literackimi zwrotami, co tylko i wyłącznie na plus możemy pani poczytać, bo w ten sposób pani czytelnika przeniosła zarówno w czasie, jak i w przestrzeni.
[02:46:59] - Tutaj narracja była całkowicie intuicyjna, ponieważ „Wiosna" to jest opowiadanie, które gdzieś urodziło się po prostu samo we mnie. Jak zaczęłam je pisać, to ono wymagało wypisania do końca. Spędziłam dwa dni z laptopem na kolanach. Po prostu nie mogłam odejść do momentu, kiedy go nie skończę i przeniosłam się dosłownie w świat moich dziadków. W czasy, kiedy ja byłam małym dzieckiem i widziałam te garnitury pielęgnowane, jak dziadek miał jeden garnitur, jak babcia dbała o pelargonie, jak podlewała pomidory, jak to życie wiejskie toczyło się wokół przyrody i czerpałam z tego. Bardzo mocno z tego czerpałam. Przypomniałam sobie to, w jaki sposób ludzie na wsi mówili kiedyś. Ponieważ wychowywałam się na wsi, takiej wypełnionej mieszkańcami z różnych stron nie tylko kraju, ale i świata. Mieszkam na Ziemiach Odzyskanych po wojnie. Przyjechali tutaj ludzie z różnych stron.
Mój dziadek z województwa lubelskiego, od strony mamy rodzina z Maszek Murowanych. Oni wszyscy mieli swój bardzo specyficzny język, używali specyficznych słów, nawet posługując się językiem polskim. To był taki lekki, melodyjny nalot gdzieś z różnych stron. I ten język był naprawdę wyjątkowy. Ja go bardzo dobrze pamiętam i bardzo łatwo mi przyszło odtworzyć go właśnie w opowiadaniu. Zawarłam w nim oprócz tego języka jeszcze tęsknotę za wsią przyjacielską, pomocną. Za życiem w zgodzie z naturą. Za kotami. Tam jest jabłonka, taka, z której opadają płatki białe. To jest jedno z opowiadań, takich moich bardzo ukochanych.
Także nie mogę powiedzieć, że ja je przemyślałam, wymyśliłam, jakiś scenariusz tworzyłam. Ono po prostu jakoś tak wyszło samo z siebie. I to jest jedno z takich moich najbardziej udanych opowiadań. Naprawdę jestem z niego dumna i mogę powiedzieć, że ono jest takie naprawdę moje serca. Więc nic tu nie było przemyślane, wszystko samo się rodziło.
[02:49:08] - Ale to naprawdę bardzo piękne opowiadanie i pięknie pani o nim opowiada. Pani Anno, jest pani prezesem Gubińskiego Towarzystwa Kultury. Czym zajmuje się towarzystwo, jakie ma zadania i w jaki sposób wpływa na rozbudzenie potrzeb kulturalnych lokalnej społeczności? Proszę nam też powiedzieć o osiągnięciach Gubińskiego Towarzystwa Kultury.
[02:49:33] - Gubińskie Towarzystwo Kultury to już jest taka moja wyższa półka literacka, że tak powiem. Ponieważ ja piszę praktycznie od dziecka. Natomiast pierwszy kontakt w ogóle z ludźmi piszącymi miałam poprzez konkurs literacki, który od wielu lat ogłaszało Gubińskie Towarzystwo Kultury. Czyli Głubień to jest najbliższe mi miasto. Miasto, gdzie chodziłam do szkoły, gdzie pracuję w tej chwili. I ktoś mi powiedział, że skoro ja piszę do szuflady, to może bym spróbowała sił właśnie w konkursie Gubińskiego Towarzystwa Kultury. Miałam to szczęście, że po oddaniu swojej pracy na konkurs zajęłam pierwsze miejsce w tym konkursie. To było takie moje wyjście z tej szuflady właśnie. Poznałam ludzi, którzy w Gubińskim Towarzystwie Kultury pracowali społecznie. Niedługo naprawdę trwało, zanim się zaprzyjaźniliśmy.
Zaczęłam współpracować, zaczęłam pomagać od strony księgowej prowadzić to towarzystwo. Później zostałam zaproszona jako członek towarzystwa. Później już kandydowałam w wyborach. Dzisiaj jestem szczęśliwą prezeską i bardzo się staram, żeby to towarzystwo funkcjonowało i żeby kultywować taką piękną tradycję, ponieważ ono powstało w 1957 roku. Myślę, że mało dzisiaj jest takich towarzyszeń, które tak długo funkcjonują i przez które przeszła taka masa zdolnych, pięknie piszących ludzi kultury, literatury, muzyki. Nie zajmujemy się wyłącznie pisaniem, ponieważ zrzeszamy ludzi, którzy nie tylko tworzą, ale też kochają kulturę w każdym wydaniu. Myślę, że takim sztandarowym projektem, który od wielu lat Gubińskie Towarzystwo Kultury kultywuje, jest właśnie konkurs literacki imienia Tadeusza Firleja, który staramy się ogłaszać co roku. W tej chwili to już będzie chyba 24. edycja, którą wkrótce ogłosimy. No i piękne jest to właśnie, że ten konkurs czasem wyciąga właśnie takie osoby jak ja, które piszą sobie gdzieś coś, boją się z tym wyjść i nagle poznają ludzi, wchodzą w ten świat i zdarzają się— już nie raz zdarzyły się właśnie takie jednostki, kiedy otwieraliśmy kopertę za godłem i okazywało się, że świetną pracę złożyła osoba, gdzieś nasza sąsiadka, nasz znajomy, gdzieś właśnie osoba gdzieś z Głubina, o której pojęcia nie mieliśmy, że pisze, a okazuje się, że świetnie pisze i można ją pokazać.
Można się nią pochwalić, wyciągnąć właśnie z tej szuflady i pokazać ludziom. Oprócz konkursu jeszcze mogę się też pochwalić, że działając jako stowarzyszenie mamy możliwość sięgnąć do budżetów miasta, do budżetu starostwa, do budżetu Urzędu Marszałkowskiego i taką malutką garsteczką czerpać właśnie z tych budżetów po to, żeby wydawać Książki i promować naszych lokalnych twórców. W tym roku bardzo szczęśliwie, to był bardzo owocny rok. Udało nam się już wydać pięć pozycji i w przygotowaniu jeszcze jest szósta, już wysłana do drukarni. Myślę, że to jest nasz sukces. Takie malutkie stowarzyszenie funkcjonujące w malutkim mieście też może się czymś pochwalić, czymś takim fizycznym.
[02:53:06] - Powiem pani, że z zazdrością słucham o takiej działalności. To piękne, że potraficie państwo promować własnych twórców lokalnych. Nie tylko są oni skazani na bytowanie we własnym środowisku, ale można ich też również pokazać szerszej publiczności. Każdy właściwie twórca marzy o tym, żeby został w jakiś sposób doceniony przez swoje lokalne środowisko. Trzymam kciuki za następne działania.
[02:53:37] - Chcę się jeszcze jedną sprawą pochwalić, ponieważ udało nam się docenić autorkę. Przyznaliśmy jej trzecie miejsce w konkursie. Okazało się, że jest to dziewczynka 14-letnia z Gubina, uczennica jednej z gubińskich szkół. Także już w tej chwili ma wydane jedno opowiadanie w tomiku pokonkursowym i drugie opowiadanie właśnie w naszej antologii gubińskich twórców. To jest przykład właśnie takiej dziewczyny, która wczoraj jeszcze pisała sobie po cichutku gdzieś tam w domu, a dzisiaj już będziemy ją promować na forum całego miasta jako lokalną pisarkę.
[02:54:14] - Bardzo pięknie. Naprawdę prawie się wzruszyłam. Tak pięknie pani opowiada o tym.
[02:54:19] - Fragment opowiadania „Drugie wyjście" z tomiku opowiadań Semi Sweet. „Dzisiaj powiem Helenie, że chcę rozwodu. Minął urok nowości i to, co kiedyś mi się w niej podobało, teraz wyraźnie przeszkadza. Poznaliśmy się na wczasach odchudzających w Międzyzdrojach i od razu zaimponowała mi hartem ducha. Tylko ona z całego turnusu potrafiła sobie odmówić wypadu na gofra z bitą śmietaną. Była uparta, zacięta w sobie i wcale nie taka gruba. Może lekko pulchna, ale w przyjemny sposób. Może raczej zwita, umięśniona, masywna. Bez trudu ćwiczyła ręce pięciokilogramowymi hantlami. Muszę przyznać, że mam słabość do silnych kobiet, twardych ud i do dużych piersi.
Poza tymi przymiotami Helena urzekła mnie jeszcze pewną prostotą bycia, czystością charakteru, szczerością. Mówiła, co myśli, robiła to, co uważała za stosowne. Kochała się ze zwierzęcą namiętnością. Jest zupełnie inna niż moje koleżanki z uczelni, mama, ciotki i wszystkie znajome. W przeciwieństwie do nich jest prostą kobietą ze wsi, a w domu od początku nie miała nic przeciwko temu, żeby prać, sprzątać, gotować i rozkładać nogi na zawołanie. To było dwa lata temu. Dwa lata temu byłem tak zachwycony Heleną, że zapomniałem o rozmowie, kiedy tylko zobaczyłem ją zbierającą warzywa w ogródku dziadków. Swobodnie przenosiła między grządkami 20-kilogramowe wiadra pełne ogórków. Miała na sobie szeroką spódnicę i białą bluzkę, skutecznie odkrywającą wszystkie jej atuty. Opalony kark lśnił w słońcu.
Kropla potu spływająca spod upiętych do góry włosów spływała wolno po szyi aż do dekoltu. Pożądanie zaostrzyło mi zmysły i skutecznie zaćmiewało umysł. Trzymając się za ręce, pobiegliśmy wtedy na łąkę za kartofliskiem i tarzaliśmy się w trawie bez wstydu i bez zahamowań. Nie zaprzeczam, że Helena jest w tych sprawach bezkonkurencyjna. Jej pożądanie jest jak zwierzęca chuć — ordynarne, wulgarne i nieprzyzwoite. Ach, jak rozkosznie nieprzyzwoite!”
[02:56:29] - Wysłuchaliśmy przed chwilą z państwem fragmentu opowiadania „Drugie wyjście". Urzekł mnie w tym tekście opis prawie wyuzdanego, ale jakże subtelnego erotyzmu. Mam jednak dziwne przeczucie, że to drugie wyjście okaże się ostatecznym, bo opowiadanie opublikowane zostało w czasopiśmie poświęconym kulturze grozy. Skąd zaczerpnęła pani pomysł na podobną fabułę?
[02:56:59] - Tutaj akurat pomysł nie przyszedł mi do głowy sam, ponieważ sytuacja była wyjątkowa. Wcześniej wydawałam opowiadanie o diable pod tytułem „Pokusa". Po jakimś czasie stowarzyszenie, które wydawało magazyn grozy, zwróciło się do mnie z prośbą o napisanie opowiadania groteskowego lub opowiadania grozy, które będzie mogło być zamieszczone w magazynie grozy. Oczywiście zgodziłam się, bo bardzo lubię takie wyzwania, ale nie miałam pomysłu. Usiedliśmy z rodziną, z dziećmi i z mężem w kuchni. Ja z długopisem w ręku i poprosiłam, żeby mi podali jakieś pomysły, bo musi być coś fajnego. Dodam, że bardzo częstym motywem w moich opowiadaniach jest właśnie małżeństwo i często to małżeństwo jest konfliktowe i często niestety kończy się śmiercią któregoś z małżonków. Jedno z moich dzieci tak lekko powiedziało: „To męża zabij, dawno żadnego nie zabiłaś". Tak wyszło, że to jest opowiadanie. Nie mogę zdradzić, jak się skończy, ponieważ akurat nie kończy się zabiciem męża, ale w ten sposób urodził się pomysł.
Mnie się bardzo spodobał, tylko że nie podeszłam do niego tak stereotypowo, tylko starałam się wymyślić coś takiego niezwykłego. Rzeczywiście myślę, że ja bardzo lubię temat takiej erotyki, ponieważ nie można wpychać w niebyt czegoś, co jest codziennością każdego człowieka. Myślę, że seks jest w życiu bardzo ważny i on jest ważny, jeżeli jest i jest bardzo ważny, jeżeli go nie ma w życiu. Ja różnie piszę o tym, że można go odczuwać jako wielki brak. A można cieszyć się i odczuwać satysfakcję. A tutaj właśnie w tym opowiadaniu musiałam jakoś uzasadnić, że pan doktor nauk zakochał się w kobiecie ze wsi. No i pierwszym takim, co mi przyszło do głowy, co mogło go urzec w takiej kobiecie, to właśnie naturalny popęd płciowy. I starałam się go jak najbardziej warygodnie opisać.
[02:59:12] - To jest bardzo realistycznie opisane, bo to rzeczywiście tak w życiu jest, że popęd płciowy jest bardzo ważny i on często gra jedne z głównych skrzypiec w naszym życiu. I tak jak pani powiedziała, seks jest naturalną, przypisaną człowiekowi sprawą. Każdego dotyczy, każdego z nas. Natomiast my nie potrafimy do dzisiaj o tym seksie mówić i przeważnie te sceny seksu są nieciekawe albo wulgarne. A pani ujęła to w piękny sposób, w poetycki sposób. Byłam urzeczona. Pani Anno, już nam się pani przyznała do pracy w Gubińskim Towarzystwie Kultury, ale ja wiem, że pani działa jeszcze w innych zrzeszeniach dla środowiska, dla mieszkańców gminy Gubin i okolic. Proszę nam opowiedzieć o innej swojej społecznej działalności.
[03:00:06] - Rzeczywiście nie wiem, jak to się zaczęło tak naprawdę, bo po ślubie wychowywałam dwójkę dzieci. Gdzieś tam próbowałam sobie dorabiać aż do momentu, kiedy właśnie poszłam do takiej już prawdziwej pracy na zasadzie, że zostawiam dzieci w domu. One już były samodzielne. Zaczęłam właśnie tą karierę zawodową i zaczęłam pracować troszeczkę zgodnie z kierunkiem ukończonych studiów, a zrządzeniem losu też troszeczkę w księgowości. I jak to już w życiu bywa, niestety każde stowarzyszenie, choćby najbardziej artystyczne, potrzebuje księgowej i potrzebuje całej tej papierologii. A ponieważ już weszłam w ten temat, musiałam się w niego bardzo mocno wgryźć, ponieważ to jest trudne, żmudne i niewdzięczne. Zaczęłam pracować, właśnie prowadzić księgowość stowarzyszeń. Nawiązałam współpracę z Ochotniczą Strażą Pożarną w Chlebowie. Później powstało Koło Gospodyń Wiejskich w Chlebowie. Później zaczęłam pracować w radzie sołeckiej naszej wsi.
W międzyczasie jeszcze była przygoda z Polskim Towarzystwem Turystyczno-Krajoznawczym w Gubinie. Tylko muszę dodać, że to nie jest tylko przygoda od strony księgowej, ponieważ jak już weszłam do tych stowarzyszeń jako ich członek, to staram się jak najbardziej uczestniczyć w życiu tych stowarzyszeń i w działaniu tych stowarzyszeń. Włączam się w organizację wszelkiego rodzaju imprez. Szczególnie tutaj doceniam właśnie inicjatywę OSP, czyli Ochotniczej Straży Pożarnej Chlebowskiej i Koła Gospodyń Wiejskich w Chlebowie, no i rady sołeckiej, ponieważ jesteśmy takim właśnie przykładem tej sąsiedzkiej, wzajemnej współpracy. Bardzo się staramy, żeby promować tą swoją wieś. Właśnie organizujemy różne imprezy lokalne, które cieszą się dobrą sławą, dobrą renomą, ponieważ ludzie, którzy do nas przyjeżdżają, dostrzegają to, że my chcemy robić coś razem. Także ta strona mojego życia, takiego pół zawodowego, pół społecznego, daje mi niesamowitą satysfakcję. Kosztuje mnie wiele czasu, niestety i zabiera mi ten czas, który mogłabym poświęcić na pisanie. Ale z drugiej strony ja czuję, że to, co dzisiaj przeżywam, będąc, pracując z tymi ludźmi, nabywam takich doświadczeń i takich emocji, że za parę lat, kiedy będę mogła usiąść spokojnie do pisania, to wszystko będę przemywała na papier. Kończy się to świetnymi opowiadaniami.
To jest właśnie tak zwane zbieranie doświadczeń. Myślę, że to wszystko zaprocentuje.
[03:02:48] - Fragment opowiadania „Pogrzeb” z tomiku „Opowiadania semi-sweet”: „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie” — zaintonował kościelny i z zaciekawieniem powiódł oczami po zebranych. Nikt nie przyłączył się do jego śpiewu. Stali nieruchomo, wpatrzeni w elementy wystroju kaplicy. Nieliczni wpatrywali się w zdjęcie zmarłego postawione na trumnie. „Unieś się z ziemi na wyżyny nieba” — ciągnął dalej, przyzwyczajony do tego, że śpiewa sam, a cappella. Nikt na niego nie patrzy i nikt nie oklaskuje, że śpiewa pieśń, która po prostu jest do odśpiewania, bo się zmarłemu należy jak kadzidło, którym go ksiądz okadzi przed ostatnią drogą i jak łza, którą jego małżonka winna uronić nad trumną. „A chór zbawionych niech ją zaprowadzi” — rozległo się nagle gdzieś z końca kaplicy. Czysty, wysoki głos zabrzmiał jak dzwon w uszach żałobników i wszyscy odwrócili głowy, żeby spojrzeć, kto śpiewa. Drobna kobieta w czerni wcześniej nie zwróciła niczyjej uwagi. Stała z podniesioną głową i nie patrzyła na patrzących, tylko z lekko załzawionymi oczami przyciskała obie dłonie do serca, z którego głębi wydawał się dobiegać jej śpiew.
„Aż przed oblicze Boga Najwyższego” — dokończyli w duecie, bo oboje ona i kościelny nie wydawali się zakłopotani utkwionymi w nich spojrzeniami. A pieśń była do odśpiewania jak zawsze na każdym pogrzebie. Może tylko ten, który stał najbliżej, wyłowił uchem, że głos kościelnego jakby ścichł na krótką chwilę, jakby go coś nagle ujęło, wzruszyło, rozproszyło. I dalej zwrotkę. Głośno, wyraziście i bez żadnego fałszu. Ich głosy pięknie brzmiały w zimnych murach kaplicy i pięknie współbrzmiały z jej zacienionym wnętrzem. Jego donośny, czysty, łagodny jak pociecha.
[03:04:51] - Jej ciepły, spokojny, kojący jak nadzieja. Słowa pieśni inaczej jakoś brzmiały w tym wspólnym śpiewie. Bardziej do serc zebranych trafiały i więcej treści przelewały do ich myśli, aż by się chcieli niektórzy przyłączyć do melodii. Ale cóż z tego, skoro zwrotek nie znali, a refrenu nie chcieli popsuć. Bo oni znowu tak cudnie i czysto. Anielski orszak niech twą duszę przyjmie.
[03:05:21] - Pani pięknie obserwuje i opisuje takie zwykłe, codzienne życie. Właściwie wydawałoby się, że sprawy takie błahe, nieważne. Ale to są nasze emocje. Małe, drobne światy. I właściwie mi się wydaje, że najważniejsze dla nas. A dzisiaj jest tak mało osób, które zajmują się tymi codziennymi sprawami. Raczej opisywane są sytuacje, no powiedzmy sobie, jakieś takie drastyczne, romantyczne. A ja bym chciała poznać zwykłych, normalnych ludzi. I pani mi ich przedstawia. I to jest właśnie moim zdaniem bardzo piękne w pani twórczości.
Jaką trzeba mieć wrażliwość, aby dostrzegać piękno w ludziach, rzeczach, sytuacjach nam najbliższych? I z jaką starannością, precyzją trzeba obserwować jako twórca to, co dzieje się dookoła?
[03:06:17] - Myślę, że nie da się tego wyuczyć, wytrenować. Myślę, że ta wrażliwość i ta zdolność dostrzegania drugiego człowieka z całą jego codziennością i z całymi codziennymi troskami, musi gdzieś wynikać już właśnie z charakteru pisarza, z jego doświadczeń, z jego przeszłości. Trudno mi to jakoś tak dookreślić. Tak jak Olga Tokarczuk, że my musimy mieć czułość w sobie. Myślę, że to właśnie jest jakieś takie clue do tego wszystkiego, że trzeba umieć obserwować. Trzeba mieć w sobie dużo empatii, zrozumienia dla drugiego człowieka. Ja na przykład próbuję, bo ja mam to w sobie od dziecka. Nie od momentu, kiedy zaczęłam pisać i uznałam, że będę pisała, więc zacznę obserwować ludzi. Wydaje mi się, że zawsze miałam w sobie dużo empatii i bardzo się staram nie oceniać człowieka po tym, co zrobił, tylko raczej próbuję zrozumieć go, dlaczego on to zrobił. Nie można powiedzieć, że ktoś jest zły dlatego, że coś tam się wydarzyło w jego życiu.
Trzeba by było wejść w jego skórę, przemyśleć, przeanalizować to, co on przeżył, jak on to odebrał. Czym skutkuje to, że on zrobił konkretną rzecz. Myślę, że z sukcesami do tej pory właśnie udawało mi się to, ponieważ jedno z moich opowiadań, zresztą niejedno. Często jest tak, że ktoś, kto nie zna mnie, a czytał moje opowiadanie pisane na przykład z punktu widzenia mężczyzny albo z punktu widzenia starszego człowieka, albo z punktu widzenia starszej kobiety, albo z punktu widzenia małego dziecka, bo takie też pisałam i dostawałam za te opowiadania nagrody. I w momencie odbierania tej nagrody jury jest naprawdę zaskoczone, że odbiera je kobieta młoda, gdzie oni byli przekonani, że to pisał ktoś w pierwszej osobie.
[03:08:17] - Ma pani niesamowitą empatię. Potrafi pani po prostu wejść w postać. Tak jak aktorzy szykując się do roli, oni całkowicie starają się zmienić swoją mentalność na mentalność postaci odtwarzanej. I pisarz powinien zmieniać swój punkt widzenia w zależności od tego, jakiego przedstawia bohatera. I pani to robi.
[03:08:40] - Fragment opowiadania „Kontrabas” z tomiku „Cztery do kwadratu”: „Zawodowo osiągnęłam już tyle, że mogłabym spokojnie myśleć o emeryturze. Ale ten kontrabas to wszystko, co mi teraz w życiu towarzyszy. Czy pan rozumie, jak to jest wracać do domu samotnie i spotykać w nim tylko puste, martwe przedmioty? Rozumiem — wtrącił komendant. Bo przecież od lat tak wracał i od lat je spotykał. A on ma duszę. Kto? On. Mój kontrabas. To nie jest zwykła rzecz.
Mówię panu przecież. On jest powiernikiem. On rozumie. Kiedy jest mi źle z samotnością, biorę go do ręki, siadam, muskam go lekko i on mówi to wszystko, czego bym sama nie umiała powiedzieć słowami. On wie, jak mi tęskno do drugiego człowieka. Szemrze o tym tak, jakby płakał, jakby mi współczuł. On mnie też pociesza, bo najpiękniej gra właśnie wtedy, kiedy mnie jest najsmutniej. Transponuje oktawy coraz niżej i niżej. Coraz czystsze dźwięki roznoszą się w powietrzu. Coraz lżej sunie smyczek, jakby mi chciał pokazać, że docenia moją pracę i dać mi radość z tego, co potrafię.
Radość? Och, radość! Rozpromieniła się jakby na wspomnienie czegoś. Jej twarz zmieniła wyraz, rozjaśniając całe wnętrze gabinetu komendanta. Pan nawet nie wie, jaka to radość stać na scenie. Proszę sobie wyobrazić moje solo. Ja w pięknej sukni. Sala pełna ludzi. Gryf spod strunicą błyszczą w świetle reflektorów. Dyrygent światowej sławy próbuje narzucić swoje tempo, ale tak trudno go słuchać, kiedy pudło rezonansowe drga między udami.
Chciałoby się szybciej, mocniej, dotkliwiej, tak, żeby wszyscy poczuli, jak to dobrze być w takim miejscu. Grać, cieszyć się muzyką. Pięknie pani gra — powiedział komendant, unosząc się z fotela, bo też mógłby przysiąc, że oto na własne uszy tę grę usłyszał. A kiedy jestem zdenerwowana. Pani? Tak ja! — potwierdziła gorliwie i coś na kształt grymasu przesunęło się po jej obliczu. Kiedy jestem zdenerwowana, rzucam się na niego dosłownie. Szarpię struny, odciągam je od podstrunnicy. One brzmią, dudnią, szaleją.
Dźwięk jest jak krzyk, melodia jak awantura. Bo ja przecież nie jestem z kamienia. Mam uczucia, mam swoje nadzieje i plany. I mam też prawo wykrzyczeć, kiedy coś nie idzie tak, jak trzeba.
[03:11:16] - Pani potrafi ograne, opisane, takie jak bliskość czy samotność, opisać nam w taki sposób, że my jakbyśmy spojrzeli na to z innego punktu widzenia. Przedstawia nam pani nowy aspekt, świeże wyjrzenie na daną sytuację. Proszę mi powiedzieć, jak to się robi?
[03:11:37] - To jest dla mnie zawsze wyzwanie, ponieważ doskonale wiem, że gdyby przeczytać choćby prozę z ostatnich kilku lat, to okazuje się, że tam już wszystko było. Wszystkie motywy są ograne, wszystkie są wyeksploatowane, ale w literaturze. A w życiu tak nie jest, ponieważ było milion pisarzy napisać o samotności i ta samotność nie przestała istnieć, bo ona jest. Jak się rozejrzymy, to myślę, że teraz czasy są takie, że ona jest bardzo widoczna. Właśnie po tym trudnym czasie covida. Teraz jest inflacja, bieda. Ludzie nie mają gdzie wyjść, boją się wychodzić. Jest to nowy temat, który zawsze był, ale teraz się nasilił i teraz my od nowa uświadamiamy sobie, że to rzeczywiście jest problem i że on jest bardzo dotkliwy dla innych ludzi. Ja akurat tutaj w opowiadaniu „Kontrabas” próbowałam dotknąć tej samotności w taki sposób, żeby pokazać, jak ludzie próbują sobie z nią radzić. W tym opowiadaniu jest kobieta, która żyje samotnie i mężczyzna, który również żyje samotnie.
Oni wydają się całkowicie z tą samotnością pogodzeni, ale w momencie, kiedy kobieta zaczyna mówić, jak strasznie ważny jest dla niej instrument, rzecz, która jej zginęła, którą jej skradziono i ona do komendanta policji mówi o tym, że ten kontrabas to jest tak jak kochanek, jak przedmiot, jak przyjaciel. Ona go uwielbia. Ona z nim rozmawia, ona z nim kłóci się. Ona czuje do niego miłość i czuje do niego namiętność. I ten komendant uzmysławia sobie, jak strasznie on jest samotny w tym swoim życiu, że kończy się to opowiadanie tym, że komendant wiedząc, że niestety nie jest w stanie odnaleźć skradzionego instrumentu, mówi, że on zaproponuje siebie w zamian. Ten happy end taki, który tak na siłę, bo w życiu to się rzadko zdarza, ale w tym opowiadaniu właśnie jest tak, że ta samotność jest rzeczywiście bardzo dotkliwa, nawet jeżeli spychamy ją jakoś na boczny tor. Ale trzeba o tym mówić i trzeba jakoś próbować. U mnie jest happy end, a w życiu różnie bywa.
[03:13:54] - Ludzi samotnych jest coraz więcej. Z tą samotnością coraz gorzej sobie radzimy. Dlatego takie pokazanie tej samotności, jakie pani zrobiła właśnie w opowiadaniu „Kontrabas” jest naprawdę świeżym spojrzeniem i daje nam jednak nadzieję. Bardzo piękne opowiadanie, ale my już wiemy, że pani potrafi pisać opowiadania. Dlatego teraz zapytam panią o dłuższą formę, bo jest pani również autorką powieści, która ukazała się w 2017 roku i nosi tytuł „To był maj”. Proszę nam opowiedzieć o tym, czym się w pani przypadku różni tworzenie opowiadań od tworzenia dłuższej formy fabuły. Jakie czekały na panią wyzwania, trudy i blaski pisania właśnie dłuższego tekstu?
[03:14:47] - Rzeczywiście pisanie powieści to jest wielkie wyzwanie, ponieważ opowiadanie można napisać tak naprawdę za jednym przysiadem albo w ciągu dwóch, trzech dni, będąc cały czas w tej historii i po prostu układając ją sobie w głowie do momentu, kiedy ona się nie skończy. Opowiadanie jest krótkie, spójne, można je szybko dokończyć. Natomiast powieść to jest zupełnie inna historia. Powieść się pisze miesiącami albo latami. Trzeba pamiętać, kto jest kim, kiedy się urodził i w jakich relacjach jest z innymi bohaterami. Trzeba jakoś poprowadzić akcję tak, żeby ona nie była nudna. Akurat powieść, która jest wydana, moja powieść „To był maj” to jest taka właściwie przeplatanka opowiadania z powieścią, ponieważ rzuciłam sobie takie wyzwanie, żeby uczyć się pisać ten gatunek, ponieważ jest bardzo trudny i wielu doskonałych pisarzy na tym poległo. Próbowałam jakoś tak wprawiać się, ćwiczyć to, używać różnych słów. Później to czytałam, dawałam koleżankom do przeczytania, żeby oceniły, czy to jest dobre. I w momencie, kiedy już miałam tam, załóżmy 20 000 znaków czy 200 000 znaków, okazało się, że to jest prawie powieść.
Także wystarczyło uzupełnić braki fabuły i okazało się, że powieść jest gotowa. No i ta powieść to jest też taka odpowiedź trochę na pytania, które się pojawiły po tym, jak wyszedł mój pierwszy tomik opowiadań, ponieważ wtedy wszyscy się dowiedzieli, że piszę i nawet wydałam książkę, ale zaczęli pytać właśnie o książkę fabularną, o powieść, ponieważ opowiadania nie dla wszystkich są odpowiadającą formą, nie dla wszystkich czytelników. I myślę, że ona była potrzebna, chociaż nie jest to moja domena. Ale rzeczywiście cieszyła się powodzeniem przez chwilę. Właśnie ta książka sprawiła, że stałam się odbierana jako w cudzysłowie oczywiście prawdziwa pisarka, bo mam wydaną powieść. Na dodatek z tyłu jeszcze zamieszczono adnotację, że to jest polskie „Pięćdziesiąt twarzy Grey'a”, chociaż nie zgadzałam się z tym, ale wiele osób cytowało właśnie ten przypis. Po prostu to jest jedna z moich książek. W tej chwili pracuję nad zupełnie inną powieścią, bardziej o wsi, o ludziach wsi, która będzie zupełnie inna. Tylko że tak jak mówiłam, powieść to jest ogromne wyzwanie, ogromna praca i potrzebuję na to bardzo dużo czasu. Także nie wiem, kiedy ją dokończę.
Na razie wolę jednak pisać opowiadania.
[03:17:36] - To my czekamy na tę powieść, a ja państwu powiem, właściwie przypomnę, że jeżeli chcecie państwo przeczytać subtelne, bardzo piękne opisy seksu i porównać je z opisami w książce „Pięćdziesiąt twarzy Graya”, to musicie koniecznie państwo sięgnąć po powieść naszego gościa Anny Konstanty „To był maj”. Proszę szukać w księgarniach, proszę szukać w bibliotekach. Sprawdźcie państwo sami, czy takie twarze Graya bardziej państwu odpowiadają.
[03:18:11] - Fragment powieści obyczajowej „To był maj”: Z rozkoszą wdychałam nagrzane powietrze i patrzyłam na niebo upstrzone tylko kilkoma kleksikami białych obłoczków. Biegnąc wzrokiem wzdłuż ściany lasu, dostrzegałam też nieduże stadko saren pochylone ku soczyście zielonej, bujnej trawie. Jednak najlepsze widoki miałam przed sobą. Adrian zrzucił wilgotną od potu koszulkę i zawiesił ją na suchej gałęzi pochylonej ze starości jabłoni zachodzącej na jego nowo powstające surowe ogrodzenie. Kiedy promień słońca liznął jego spoconą skórę między łopatkami, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie oblizać ust. Tak, że zaczęły mi drżeć dłonie, zrzuciłam na nagłe uderzenie kofeiny. Jak on to robił, że ogłupiał mnie, nic nie robiąc? Odkąd go pierwszy raz zobaczyłam, działo się ze mną coś, czego nie potrafiłam zrozumieć, wytłumaczyć, a już na pewno nie zaakceptować. Gdzie się podziała moja dorosłość i powaga, moja godność osobista, które powinny stanąć w jawnej sprzeczności z nachalnym przyglądaniem się obnażonym mężczyznom? Dla kamuflażu naciągnęłam na głowę kapelusz, włożyłam ciemne okulary i otworzyłam książkę.
Mateusz też zdjął koszulę i z manierą podwórkowego kogucika prezentował swoje opalone muskuły Marcie. Zważywszy na porę roku, musiał opalić je sobie w solarium. Stwierdziłam, że mimo młodego wieku też ma całkowicie rozwinięte ciało, wyjątkowo bogate w dorodne i twarde męskie atrybuty. Póki co miałam na myśli tylko szerokie ramiona. Marta porzuciła kilof i przybiegła do mnie w poszukiwaniu czegoś do picia. Sięgnęła po słoik z wodą i wypiła wszystko jednym haustem. „Mamo” — szepnęła. — „Przestań się gapić, bo wstyd. Wszystko widać”. „Nie gapię się” — zaprzeczyłam słabo i podniosłam do góry otwartą książkę.
— „Czytam”. „Do góry nogami?”
[03:20:15] - Przejdźmy jeszcze do tych spraw konkursowych pani doświadczeń, bo ma ich pani sporo. Co oprócz takich rzeczy finansowych, powiedzmy nagród, udało się pani osiągnąć, biorąc udział w licznych imprezach? I jak ocenia pani rywalizację twórców? Konkursów naprawdę mamy bardzo wiele i tych literackich naprawdę jest sporo. Można by było powiedzieć, że każdy jakiś większy ośrodek, każda większa biblioteka stara się swój konkurs przeprowadzić. Wygląda mi to już na takie zawody prawie sportowe, muszę powiedzieć. Czasem tak sobie myślę, że poeci to krótkodystansowcy, a pisarze to maratończycy. Oczywiście troszeczkę trywializuję. Czy pani uważa, że w jakiś sposób te konkursy jednak dają nam możliwość wypowiedzenia się, że jednak rozwijają nasz umysł? Warto brać udział, być jednym z wielu?
Proszę pochwalić się zdobytymi tytułami, laurami.
[03:21:21] - To znaczy tak, pochwalę się na koniec wypowiedzi, a na początek to muszę zdecydowanie podkreślić, że konkursy mają tyle samo wad, ile zalet. Myślę, że największą wadą udziału w konkursie jest fakt, że świetny pisarz, młody albo poeta, albo pisarz, który traktuje konkurs jako sprawdzenie swojego talentu i sparzy się raz, drugi, trzeci, piąty, ponieważ nie dostanie żadnej nagrody i stwierdzi, że w takim razie moje pisanie nic nie jest warte, no to niestety myli się myśląc, że nic nie jest warte. Ponieważ laury w konkursie nie zależą zawsze tylko od talentu, niestety. Nie mówię, że tu jury jest stronnicze, bo zawsze oceniane są anonimowo prace, ale czasem zdarzyło nam się kiedyś, że dostaliśmy 230 zestawów prac na konkurs. No to wiecie państwo, nie jest możliwe sprawiedliwe potraktowanie wszystkich utalentowanych ludzi. Są tylko trzy miejsca. Naprawdę świetne prace niestety trzeba odrzucić, bo jakaś jest lepsza. Także to jest właśnie podstawowa wada konkursów. Ja mówię młodym ludziom czasem na spotkaniach w szkołach, że jeżeli piszą, to owszem, niech próbują, niech wysyłają, ale absolutnie niech się nie zrażają faktem, że nie dostają żadnej nagrody, bo to nie jest jakiś dowód na to, że oni są złymi pisarzami lub poetami. Trzeba próbować, myślę, ale nie można oceniać samego siebie pod kątem tego, czy się zdobywa nagrody na konkursach, czy się nie zdobywa.
No i druga strona medalu. Miałam rzeczywiście to szczęście wiele razy dostawać laury w różnych konkursach. Tutaj właśnie ta podstawowa zaleta konkursów to jest takie wejście w środowisko ludzi piszących. Dla mnie to było coś zupełnie niesamowitego, bo ja dziewczyna, która mieszkała na wsi, wychowywała dzieci i kompletnie nie miała kontaktu z ludźmi i z światem literatury, nagle weszłam szturmem w literacki świat. Jak zaczęłam wysyłać swoje prace na konkursy, to przez dwa lata praktycznie nagroda za nagrodą. Zaczęłam jeździć na wszystkie gale rozdawania nagród. Poznałam masę świetnych ludzi, których znam do dzisiaj. Oni mi wskazali pewne ścieżki, rozwiązania, sposoby, kolejne osoby, które warto poznać. Dzięki temu później publikowałam na przykład w Pasjach Literackich Lubuskich, w Magazynie Grozy. Te wszystkie kontakty nawiązałam podczas gali literackich.
Od tej strony jak najbardziej polecam. Ale nie trzeba być laureatem konkursu, żeby pojechać na taką galę, ponieważ one zwykle są otwarte. Także śmiało można jechać. Byłam zaskoczona faktem, że niezależnie od wieku wszyscy ludzie piszący są bardzo otwarci, serdeczni, przyjacielscy. Chętnie służą radą, chętnie rozmawiają, dzielą się doświadczeniami. I to jest coś bardzo fajnego w tym świecie literackim, do którego trzeba wejść. Jak ktoś pisze, to odwagi, trzeba tam iść. Teraz się pochwalę.
[03:24:53] - Proszę się chwalić.
[03:24:54] - Teraz się pochwalę, ponieważ tak jak mówiłam na początku, moje wyjście z szuflady odbyło się poprzez konkurs literacki imienia Tadeusza Firleja w Gubinie. To była nagroda w 2012 roku, później kolejny konkurs w 2013 roku i kolejny w 2014. Czyli trzy lata z rzędu zgarnęłam główną nagrodę ku zaskoczeniu jury, ponieważ każde opowiadanie było pisane z innego punktu widzenia i jury nie domyśliło się, że ja to ja piszę. Później przestałam uczestniczyć w tym konkursie jako uczestnik, ponieważ stwierdziłam, że skoro trzy lata z rzędu zgarniałam główną nagrodę, to zaczynam pracować po drugiej stronie i zaczynam oceniać prace. To był taki początek. Tych nagród dostałam około dwudziestu. W tej chwili już nie biorę udziału w konkursach, bo nie mam na to czasu i czemu innemu się poświęcam. Ale z takich najfajniejszych nagród, z których jestem bardzo dumna, to jest na przykład pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie literackim o Pióro Reymonta w Kobielach Wielkich. I tam wysłałam opowiadanie „Chleba naszego” dotykające bardzo ściśle tematu wsi, pieczenia chleba i faktu, jak ten chleb potrafi zjednoczyć rodzinę. Cudowne doświadczenie być w miejscowości, gdzie się urodził Reymont, być tam i odbierać nagrodę jego imienia.
[03:26:28] - Bardzo serdecznie gratulujemy. To naprawdę bardzo duże osiągnięcie. Jednak pani nas utrzymuje w takim przekonaniu, że warto brać udział w konkursach. Ja też jestem tego samego zdania i wszystkich chętnych, którzy chcą spróbować swoich sił, zawsze zachęcam do tego, żeby w konkursach uczestniczyć. Pani Anno, należy pani też do literycznej grupy Na Krechę. Proszę powiedzieć nam, jakie korzyści przyniosło pani uczestnictwo w tej grupie i czy uważa pani, że takie grupy ludzi o tych samych zainteresowaniach pomagają twórcom? Czy są dla nich inspirujące?
[03:27:12] - Oczywiście, że tak. To jest to wejście w środowisko ludzi piszących. Ponieważ pisanie czy wierszy, czy opowiadań, czy jakiejkolwiek innej prozy to nie jest hobby dzisiaj modne. Jeżeli ktoś pisze, to raczej jest w tym sam. Raczej niespecjalnie ma odwagę się tym pochwalić. A w momencie, kiedy to jest troszeczkę spychane na margines, to niekoniecznie ma szansę się rozwijać. Natomiast spotkania z ludźmi, rozmowy z ludźmi, którzy też piszą i mają jakieś doświadczenia literackie, bardzo dużo dają pod takim kątem, że chociaż zaczyna się rozmawiać o tym, że ja piszę, że może wydaj, w jaki sposób wydaj, może weź udział w jakimś przedsięwzięciu, może w innym, może ja cię komuś przedstawię. I dla mnie grupa literyczna Na Krechę to było takie pół towarzyskie, pół literackie odkrycie, ponieważ zostałam tam troszeczkę przyciągnięta dosłownie poprzez mojego kolegę poetę Adama Wierzbickiego, który mnie przedstawił Łucji Dudzińskiej. I ja tam nie musiałam jakiegoś egzaminu zdawać, żadnego castingu nie musiałam przechodzić. Po prostu zostałam zaproszona.
Skoro piszę, to proszę bardzo, drzwi są dla ciebie otwarte. Mam cały czas informację na temat projektów realizowanych. Z zainteresowaniem obserwuję na Facebooku wszystkie działania grupy literycznej. Kibicuję wszystkim uczestnikom, ponieważ też staram się obserwować i być na bieżąco z tym, co u nich w życiu literackim. Także jak najbardziej polecam. Jak najbardziej, ponieważ to nie są stowarzyszenia, które są elitarne, zamknięte, ale są otwarte, przyjazne, pozytywnie nastawione i mam wrażenie, że kibicujące i wspierające w tym, żeby pisać i rozwijać swoją pasję.
[03:29:19] - Pani Anno, bardzo serdecznie dziękujemy za przepiękną opowieść o pani twórczości. Mam nadzieję, że rozbudziłyśmy apetyt w naszych słuchaczach i po naszym programie chętnie zagłębią się oni w pani prozę i może trafią i do wierszy. Życzę pani wielu cudownych czytelników i kolejnych udanych utworów. Wszystkiego, co jest dobre dla twórcy. Państwu przypominam, że gościliśmy panią Annę Konstanty, laureatkę wielu literackich konkursów, autorkę niezwykle interesujących opowiadań i jak dotąd jednej, ale jakże ciekawej powieści. Działaczkę społeczną i miłośniczkę wsi. Było mi niezmiernie miło móc dzisiaj panią przedstawić naszym słuchaczom. Niestety musimy już kończyć naszą audycję. W takim razie nie pozostaje nic innego, jak pożegnać się. Dobranoc, pani Anno.
[03:30:21] - Dobranoc pani i dobranoc państwu.
[03:30:24] - Dziękuję bardzo za spotkanie. Dobranoc państwu. Proszę państwa, jak ten czas szybko biegnie. Zbliżamy się nieuchronnie do końca audycji i czegoś państwu brakuje, prawda? Czegoś nie było dzisiaj. Przyznam się, to nie był tajny, podstępny plan, tylko jakoś tak się pliki u mnie zawieruszyły. Ale co miało być, to będzie. Zapraszam zatem na sentymentalnik. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o serialu „Siedem stron świata". Proszę państwa, zaczynamy sentymentalnik.
Witaj Piotrze.
[03:31:14] - Witam.
[03:31:15] - Proszę państwa, sentymentalnik. Czasami pojawiały się w PRL-u filmy albo seriale, które nie zyskiwały ogromnej popularności. Ale z czasem, kiedy ludzie zaczęli wspominać, że był kiedyś taki film, to następowała cudowna przemiana i to, co oglądało się dawno temu z pewną taką, że nawiążę do reklamy, nieśmiałością, a właściwie z nerwem, że znowu puszczają to, zamiast puszczać coś lekko ciekawszego, to z czasem ten sentymentalny człowiek zaczął patrzeć na ten film, na ten serial inaczej. Dzisiaj właśnie taki serial, który nosi tytuł „Siedem stron świata".
[03:32:07] - Tak. I jest czymś bardzo sentymentalnym, jak powiedziałeś, szczególnie dla osób wychowanych w mieście, na blokowiskach w szczególności. Tak jak rzekłeś na początku, to jeden z bardziej zapomnianych seriali PRL-owskich dla młodych ludzi. Emitowany dzisiaj skrajnie rzadko, także trudno dostępny w internecie. Miał premierę w roku 1974 i w dużym skrócie przedstawia życie osiedlowej paczki z całymi tego urokami i nie urokami w tamtych latach. Film kręcono w Łodzi, ale również słyszałem, Marku, że w Bydgoszczy.
[03:32:44] - Tak. On w 74. był nakręcony, a jego premiera ponoć była w październiku 75. Nie żebym taką dobrą pamięć miał. Po prostu sięgnąłem sobie w odpowiednie miejsce i tam to znalazłem. Natomiast ja zaopatrzony w tę wiedzę starałem się znaleźć blokowiska. W Łodzi rozumiem blokowiska, w Bydgoszczy też w tym czasie powstawały całe takie blokowiska. Wiecie państwo, krajobraz księżycowy i stoi wielka płyta. O to mniej więcej chodziło. Takie przestrzenie były.
Tak jak powiedziałeś: Łódź, Bydgoszcz i jakieś nadmorskie. Chyba Słupsk albo Koszalin. Już w tej chwili nie pamiętam. Któreś z tych miast również w tym serialu robiły za dekorację. Starałem się nawet wyłowić któreś fragmenty, ale ciężko. Nie znalazłem. Wiecie państwo, te miejsca tak się zmieniły. Nie bez przyczyny mówiłem o księżycowym krajobrazie. To była pustynia trochę zabłocona, jakieś materiały porozrzucane, resztki płyt i bloki. I to wszystko.
Dzisiaj te osiedla po kilkudziesięciu latach wyglądają zupełnie inaczej. I cóż, nie znalazłem tych bydgoskich miejsc. Może jestem słabym obserwatorem, ale jeśli chodzi o ten serial, to ja się wcale nie dziwię, że on jest zapomnianym serialem. Bo cóż pokazywano młodym ludziom? Taki bałagan PRL-owski, ale bałagan
[03:34:41] - To nie chodzi o to, że był brud, smród i pozostałe rzeczy. Raczej chodziło o to, że to, co w stand-upie mówisz, albo jest taki stand-up „Bałagan na strychu”. Trochę ci ludzie młodzi mieli bałagan na strychu, czyli w swoich głowach. Chociaż z drugiej strony ja to muszę zawsze tak niuansować, że aż w końcu sam się w tym gubię, bo z drugiej strony ci młodzi ludzie jednak stanowili pewną paczkę, pewną społecznością małą byli. Tego dzisiaj się już prawie nie spotyka. Spotykali się na podwórku, tworzyli jakieś grupy, coś chcieli zrobić, coś ich interesowało. To dzisiaj praktycznie nie występuje. Więc to był ten plus, ale ja nie wiem, czy on zachęcał wtedy do oglądania. Chyba nie. A o co chodzi z tym bałaganem na strychu?
To może nawet nie jest wina samych postaci, tylko tak scenarzyści sformatowali, że to były takie ostre kontrasty, bo mieliśmy córkę krawcowej i mieliśmy tam jakiegoś inteligenta, syna inteligenta czy córkę. I to było pokazanie, że wszyscy jesteśmy równi, bo wszyscy się rozumiemy. I coś w tym jest, proszę państwa, bo te podziały, które następują później: z tym nie gadam, bo jest taki, a z tamtym gadam, bo jest na moim poziomie. One wśród młodzieży nie występują. Młodzież się świetnie dogaduje na ogół i to jest też dobrze pokazane w tym filmie, że nie ma tych narzuconych później społecznych różnic, że ty jesteś z tego lepszego domu, a ja jestem z tego gorszego. Może odwrotnie powinienem powiedzieć. W każdym razie to praktycznie się tam nie pojawia. To było zgodne zresztą z duchem socjalizmu, który ten film w końcu wyprodukował, ale czasami zastanawiam się, czy dzisiejszy świat właśnie nie produkuje tych podziałów zbyt wcześnie, że dzieci bawią się tylko, czy też młodzież tylko w swoich kręgach, a tamci to jest hołota, a ta hołota jest później obrażona na tych lepszych. Jakiś strasznie się zrobił porypany ten świat dzisiaj. Dlatego być może taki prostszy obraz świata, taki, w którym młodzi ludzie po prostu dogadują się ze sobą, bo chcą się ze sobą dogadać, chcą ze sobą być, chcą spędzać czas i jakoś ten świat przeżywać.
Może ten obraz jest atrakcyjniejszy z dzisiejszego punktu widzenia.
[03:37:18] - Dlatego powiedziałem, że jest bardzo sentymentalny. To jeszcze rozwinę za chwilę, ale takie dwie szybkie myśli. Ja się spotkałem z opiniami w internecie, że cenzura tego filmu nie lubiła, bo pokazywał on codzienne życie. To były takie nieśmieszne alternatywy cztery dla małych, mniejszych ludzi. To po pierwsze. I rzeczywiście pokazywane, jak te dzieci tam w samopad idą, różne rzeczy robią, czasem niebezpieczne, czasem nawet szkodliwe społecznie. Druga rzecz jest taka, że zgadzam się z tym, co powiedziałeś. Chociaż ja nie wiem nawet, czy dzisiaj dzieci w tym wieku, który jest pokazany w serialu „Siedem stron świata", czy te dzieci dzisiaj się jeszcze bawią? Chyba nie. Nie wiem, co takie dzieci robią.
Na pewno coś trendy i coś, co jest fajne w internecie. Ale poleciałem teraz z mendem. W każdym razie tak: te przygody w serialu są różne i przeróżne. I obyczajowe, i związane z kształtowaniem się tej grupy znajomków, kolegów i tak dalej. Oczywiście oni łażą po jakichś tam piwnicach, terenach okolicznych cegielniach, placach budowy. Znajdują bombę na przykład, rower, trzepak, inne dzieci. To jest ich świat, rodziny, sąsiedztwo, plotki jeszcze. To nam się tam pojawia i prawdopodobnie to u wielu osób, nawet z późniejszych pokoleń trochę. Nie tych, kiedy ten serial był emitowany, ale tych pokoleń, które dorastały w tym samym miejscu 10, 20, może nawet 30 lat później. Z tego powodu ten serial wywołuje uczucia nostalgiczne, bo „Siedem stron świata" pokazuje dość młode blokowiska, takie, kiedy jeszcze hip-hopu nie było na przykład i marihuany, i pokazuje te blokowiska na etapie ich powstawania.
One są zupełnie inne niż te, które znamy dzisiaj, ale jednak to jest etap ich ewolucji i to wielu ludzi interesuje. I tutaj chodzi o naprawdę wielkie betonowe osiedla, co zresztą widzimy w samej czołówce serialu, Marku, która nas tak trochę wrzuca w ten świat bardzo brutalnie. Pokazuje nam świat bardzo brzydki tak naprawdę, mało przyciągający. Nie ma tam zbyt wielu uroków, nie ma tam zbyt wielu cech terenowych, że tak powiem. Widzimy takie w miarę schludne i jeszcze nie do końca uprzątnięte po budowie blokowiska. Jeszcze też puste. Nie widzimy tam samochodów tak dużo, jak dzisiaj na przykład. To też z perspektywy historycznej może ludzi interesować, jak kiedyś Polska wyglądała. Ale jak mam być szczery, to ten serial, bo pamiętam, jak go emitowano i jak on do mnie nie trafiał. Pamiętam jego istnienie, pamiętam jego nudziarstwo, które do mnie wtedy trafiało.
Ja nie mam do niego sentymentalnego podejścia, bo jak mówię, ten serial trafi przede wszystkim do ludzi, którzy się wychowali w bloku. Natomiast ci, którzy się wychowali w innym otoczeniu, to już mają inne seriale dla siebie, prawda? Tutaj ta kinematografia PRL-u była dość egalitarna, że każda grupa społeczna taki serial swój miała. Z drugiej strony można powiedzieć, że ten serial pokazuje się rzadko i szkoda, ale on jest ogólnie nieudany. Tutaj się nie oszukujmy Świat przedstawiony raczej, jak powiedziałeś, księżycowy. Niewiele rzeczy, które przyciągają uwagę, ale najbardziej, to powiem ci Koli, bardzo słaba kreacja aktorów dziecięcych przede wszystkim. Taki wymuszony slang, te piskliwe głosy, te dialogi sztywne do bólu, one tylko potęgują wrażenie, że to jest coś nieudanego. Powiem też tak, kiedy przeleciałem poszczególne odcinki dzisiaj, bo nie byłem w stanie tego obejrzeć, nawet kilku, to dzisiaj nam jest nawet trudno odróżnić od siebie poszczególnych bohaterów i skumać kto kim jest i o co w ogóle im chodzi. Tam się rzeczy dzieją strasznie szybko, przez co mamy wrażenie kompletnego chaosu w tym serialu. Z obsadą dorosłą, która ratowała, Marku, jak pamiętasz, mówiliśmy o innych serialach, inne produkcje.
Tutaj też jest, że tak powiem, tak se. Mamy dwóch znanych aktorów starszych, Płotnickiego i Zintela, ale z resztą to nieszczególnie jest interesująco. Zresztą Płotnicki i Zintel też słabo wypadają w tym serialu. Fabuła przeciętna, nie dzieje się wiele, można się pogubić, o co w ogóle chodzi. Sam odcinek wprowadzający też taki dziwnie niezachęcający. Rodzina gubi samowar. Kto wtedy używał samowarów do innych rzeczy niż do traktowania ich jako wymuszona ozdoba?
[03:42:05] - Wiesz, ja pamiętam, były takie samowary z grzałką elektryczną w środku. To był dokładnie taki samowar. Gdyby to był jeszcze jakiś stary XIX-wieczny stuły samowar, to ja bym rozumiał to zamieszanie, które powstało. Natomiast to był taki typowy samowar z blachy z grzałką elektryczną w środku, która podgrzewała wodę i cały samowar. W ogóle te problemy, które się pojawiają, ja od razu też zdeklaruję, ja tego filmu w latach 70. nie znosiłem, doprowadzał mnie do szału. Jak słyszałem tę piosenkę na początku, powiedziałeś o tym, wtedy nie było dronów, to widzimy te osiedla z góry, z lotu ptaka. Trzeba było jakiś śmigłowiec albo samolot zainwestować, żeby czołówkę stworzyć. To widzimy rzeczywiście, jak powiedziałeś, dosyć wstrętny krajobraz, ale później poszczególne odcinki. Wiecie państwo, te problemy, w ostatnim oni na przykład urządzają sobie klub w autobusie i to widać, proszę państwa, jakim my byliśmy wtedy dziwnym krajem.
Bo gdyby taka młodzież robiła sobie klub w autobusie, bo taki mieli kaprys, ale nie, oni nie bardzo się mieli tak naprawdę gdzie spotykać, więc sobie zorganizowali taki rodzaj domu kultury w autobusie. Oczywiście scenarzyści wiedzieli, że tam muszą być czarne charaktery, więc się pojawia dwóch takich chłopaków. Jeden z nich się nazywa Kapsel i Kapsel tam stara się bruździć, ale w gruncie rzeczy ten Kapsel ze swoim kumplem to też są takie poczciwe chłopaki, dzisiaj po osiedlach krążą takie sebiksy zupełnie inne w zachowaniach i w odnoszeniu się do swoich rówieśników. W związku z tym to taki serial trochę cukierkowy, z drugiej strony nudny, bo te problemy, które oni tam mają. Wystawa psów, bo jedna z tych dziewczyn, rodzina jest odklejona na tym punkcie, idą na wystawę psów, coś tam się toczy w głębi. Bo oczywiście muszą być ludzie z bloku i musi też być przedstawiciel takiego, trudno mówić, że w PRL-u były slumsy, ale gorzej sytuowany, gorzej zamieszkujący. Taka postać też tam jest, ale też nie ma podziałów na tym tle. I to też świadczy o tym, że młodzież, dzieciaki jednak dogadują się. I to jest chyba w tym wszystkim najfajniejsze, że się dogadują. Z aktorów to tam występuje niejaki Arkadiusz Bielawski.
Państwo pewno nie kojarzycie. To taka dziecięca kreacja bardzo młodego człowieka. Pewno bardziej skojarzycie, jak powiem, że on grał również w serialu "Gruby" kolegę głównego bohatera, tego Grubego, który nazywał się Maj. Jego ojciec był podejrzany, aresztowany, bo chyba był maszynistą czy kimś takim i o coś chodziło, że go podejrzewali, że był przeciwko władzy ludowej i na tym chłopaku spoczęło odium, że to syn wroga ludowej ojczyzny. "Gruby" to był udany serial, chociaż jak się go opowiada tak jak ja przed chwilą, to można go ośmieszyć. Ale to akurat był serial udany i rola w serialu "Siedem stron świata" Arkadiusza Bielawskiego to była druga rola tego dziecięcego aktora i ostatnia. Trochę szkoda, bo on na tle pozostałych rzeczywiście jakieś elementy gry aktorskiej wprowadzał. Nie żeby wybitne, ale jednak widać było, że on z kamerą lekuchno bardziej jest otrzaskany niż pozostali młodzi aktorzy. To takie moje wspomnienia. Powtarzam, ja nie lubiłem tego serialu, ale dzisiaj jakiś sentyment do niego czuję.
Obejrzałbym, gdybym tylko natrafił w telewizji, bo to serial, który przenosi nas do innego świata. Ja bardzo często o tym mówię, że cały ten cykl sentymentalnikowy jest takim wehikułem czasu. Tylko że kiedy przenosimy się do fantastycznych światów, do miejsc, które są niezwykłe, to tak mocno nas nie uderza. Natomiast kiedy przenosimy się do lat 70. do blokowiska, to wszyscy, którzy mieli coś wspólnego z takimi dekoracjami, czują, że tego świata już nie ma. Nie ma takich bloków, bo niemal wszystkie zostały ocieplone. Ja pamiętam, dlatego mi się z tym Koszalinem tak skojarzyło, bo to jednak w Słupsku, teraz sprawdziłem po drodze, w Słupsku był ten film nagrywany. Ale całkiem niedawno, kilka lat temu, przejeżdżając przez Koszalin przecierałem oczy, bo tam, proszę państwa, jeszcze kilka lat temu stały bloki z wielkiej płyty nieocieplone. Nie były kolorowe. Była ta szarobura, poprzekreślana łączeniami płyt ściana i to był blok.
I ja mówię sobie: to jeszcze są takie bloki. A to była kiedyś powszechność. To był widok codzienny. Niekończące się osiedla potężne, w których stały wyższe, niższe, ale wszystkie tak samo obskurne, brzydkie bloki, stare, z wielkiej płyty. Tego świata już nie ma. I nie to, żebym za nim tęsknił. Tak naprawdę umówmy się, jeśli coś nas ciągnie w kierunku tego filmu, to po pierwsze najbardziej tych, którzy żyli wtedy i ciągnie ich do dzieciństwa. Ale może też być drugi gatunek ludzi, którzy do tego ciągną. Ludzie, którzy patrzą na ten film jak na opowieści z Marsa prawie albo opowieści niezwykłe, niesamowite wręcz. I to jest odkrywanie świata, którego już na żywo się nie zobaczy.
W związku z tym ja myślę, że nie żebym państwu bardzo ten film polecał, ale kto wie i kto sobie go przypomni, to mu chyba nie zaszkodzi. Ale to nie jest wybitny serial. Ta gra aktorska może zniechęcić. Te problemy bardzo młodych ludzi, bo znowu umówmy się, mówiłem o tym, że oni się tam przyjaźnią, są ze sobą, tworzą grupę, ale też problemy, które oni mają, one są takie trochę wyabstrahowane. Bo na przykład ktoś na kogoś rzuci podejrzenie, ktoś kogoś o coś oskarży. To niby codzienność. W świecie ludzi dorosłych i w świecie dzieciaków to się zdarza, ale tam to urasta do takiego problemu, się nie dziwię, trzeba odcinek czymś zapełnić, ale do takiego problemu, który ma nami wstrząsnąć. Ma podzielić, ma powiedzieć: ci są dobrzy, a ci są źli. Albo może nie, może jednak inaczej troszeczkę. Mamy też się przekonać, jak łatwo jest rzucić oskarżenie, osobę niewinną rzucić.
[03:50:01] - Ja ci się tu chciałem wtrącić, Marku, tylko na chwilę i zwrócić ci na coś uwagę. Przepraszam, ale chodzi mi o to, że zauważ, na jakiej fali, na jakiej płaszczyźnie funkcjonują topowi youtuberzy. Na tym samym. Oskarżyć kogoś o coś publicznie, powiedzieć coś brzydkiego albo oskarżyć go nawet o przestępstwo. Niewiele się zmieniło. Zmieniły się tylko środki, realia tak naprawdę. I te dzieci, które mieliśmy w tym filmie, one były tak naprawdę bardzo dorosłe pod wieloma względami, patrząc na dzisiejszych ludzi. To rzeczywiście jest świat jak z Marsa. Dwie rzeczy chciałem dodać. Pierwsza to jest taka, zanim mi umknie, bo powiedziałeś, że kiedy się dzisiaj ogląda tak zwane realistyczne seriale, to już mamy wrażenie, że ten świat jest nie do końca taki, jak my go widzimy.
Ja mam takie wrażenie, że po upadku PRL-u w latach 90. filmowcom coś się stało i zaczęli nam rzeczywistość przedstawiać, tą obecną, bardzo dziwnie, tak jakby chcieli. Czyli te seriale, które się pojawiały, one były bardzo edukujące, czasami do porzygu, jak na przykład "Klan". Albo były takie hi hi hi, takie w krzywym zwierciadle. Chłop jechał na rowerze i się przewrócił na przykład, typu "Ranczo". Takie humorki przaśne. Po pewnym czasie miało się tego dość. Oczywiście oglądało się to, ale potem już z perspektywy czasu to uff. Także jakoś tym dzisiejszym filmowcom nie chce się pokazywać Polski, jak to się mówi au naturel. A tutaj to pokazano w "7 stronach świata".
Jeżeli chodzi o filmy blokowiskowe, że tak powiem, seriale blokowiskowe, to mieliśmy jeszcze takie, które pokazywały tą rzeczywistość w innym świetle, w tak zwanym krzywym zwierciadle. To jest bardzo często powtarzane sformułowanie wśród ludzi, którzy komentują na przykład seriale, filmy, komedie stare. Krzywe zwierciadło nam pokazywało blokowiska. Oczywiście w "Alternatywach 4", w "Czterdziestolatku" również. Trochę było też w "Filipie z Konopii", a to był akurat film. Także tam było tak obyczajowo, śmiesznie trochę, a tutaj jest po hardkorze. Jednak jest pokazane życie. Tam nie ma miękkiej gry w "7 stronach świata", ale mimo wszystko uważam, że to jest niefajny serial. To może po latach nabrało jakiejś wartości historycznej bardziej niż nawet rozrywkowej.
[03:52:33] - Ja dodam jeszcze, że na podstawie tego filmu skonstruowali scenarzyści książkę. Ona miała troszeczkę inny tytuł "7 stron naszego świata". Ci scenarzyści to Wojciech Fiwek i Konrad, o jakie trudne nazwisko, Frejdlik. I to musiał być olbrzymi nakład, bo dzisiaj na Allegro znajdziecie Państwo tę książkę z kolką godną. Ceny są naprawdę od Sasa do lasa, bo zetkniecie się Państwo z ceną 12 zł, ale i 7,99 zł. Ale jest też cena niecałe 3 zł. Taka średnia w okolicach pięciu, sześciu złotych tę książkę można nabyć. A przepraszam, patrzę teraz jest jedna oferta za 15 zł. Może jest w szczególnie dobrym stanie? Nie wiem.
Ale wtedy wydawało się książki w nakładach 100 tysięcy egzemplarzy albo nawet wyższych. Nie wiem, w jakim nakładzie była wydana owa książka „Siedem stron naszego świata". Są na okładce, taka żółta okładka z kadrami z filmu, z serialu. No i cóż, proszę Państwa, nic mądrego chyba już nie powiemy, poza tym, że dla jednych jest to film naprawdę sentymentalny, dla innych film o innej planecie, planecie PRL. Czy tęsknię? Nie, chyba nie tęsknię. Ale to, co powiedziałem, to wspomnienie. Co tu się będziemy oszukiwać, proszę Państwa, to jest bardziej tęsknota za młodością i dzieciństwem niż tęsknota za dobrym obrazem filmowym. To nie był, przynajmniej według mnie, dobry serial.
[03:54:27] - Ja słyszałem, że ta wersja za 15 zł to właśnie jest z autografem Kapsla. Tak mi się obiło o uszy.
[03:54:36] - Tak jak mówiłem, czas biegnie szybko i mogę niniejszym ogłosić, że 99. odcinek, ostatni dwucyfrowy, niniejszym przeszedł do historii. Pięknie Państwu dziękuję za towarzyszenie mi w dzisiejszym wydaniu „Bibliotekarium 2.0". Mam nadzieję, że znaleźli Państwo coś dla siebie w tym miksie filmowo-książkowym. Tak jak powiedziałem, pięknie dziękuję. Życzę wspaniałego letniego weekendu. Znowu mają być upały ponoć. No i tradycyjnie zapraszam za tydzień na setny odcinek „Bibliotekarium 2.0". Dobrej nocy, dobrego weekendu, dobrego tygodnia.
[03:55:21] - A mówił do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski, a jak zawsze stronę techniczną obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0" znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.