Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Ktoś mnie kiedyś pouczył, że nie rozpoczyna się od „a więc”. A więc zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Wydanie oczywiście jeszcze wakacyjne, bo jakżeby inaczej? Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 niniejszym się melduje. Zaczynamy tak jak zwykle od polecanek, od nowości. Dzisiaj wydawnictwo SQN. Bardzo często prezentuję państwu zapowiedzi wydawnicze. Tym razem zrezygnowałem z tej formuły na rzecz książek, które się już ukazały, ale to są gorące nowości. Pierwsza z tych książek nosi tytuł trochę długi, ale z drugiej strony intrygujący: „O północy w Czarnobylu. Nieznana prawda o największej nuklearnej katastrofie”. Autorem tej książki jest Adam Higginbotham. Zajrzyjmy, co w tej książce się ukrywa.
Ten reportaż czyta się jak dzieło science fiction połączone z trzymającym w napięciu dreszczowcem. Z tą różnicą, że tutaj wszystko wydarzyło się naprawdę. Po ponad dekadzie szukania prawdy Higginbotham pokazuje nie tylko tragedię z 26 kwietnia 1986 roku, ale także powolne umieranie wielkiego imperium. Klectwo, propaganda, tajemnica i mity, które przyćmiły nieznaną historię największej katastrofy nuklearnej XX wieku. Nikołaj Fomin nie miał pojęcia o energii jądrowej i fizyce nuklearnej. Tej ostatniej uczył się na kursie korespondencyjnym. Anatolij Diatłow trzymał się swoich tez nawet wtedy, gdy zostały bezceremonialnie obalone. Wiktor Briuchanow, pierwszy dyrektor, chciał zrezygnować ze swojej funkcji, ale podanie zostało podarte na jego oczach. Nikt nie wiedział, że do budowy elektrowni kazano użyć materiałów, które nawet nie były produkowane w ZSRR, a wcześniejsze nuklearne wypadki i incydenty kwalifikowano jako „niśle tajne”. Prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego.
Aż do teraz. Takiej książki jeszcze nie było. Adam Higginbotham dzięki licznym wywiadom, a także dostępowi do odtajnionych akt i niepublikowanych dotąd wspomnień przedstawia nieznaną historię Czarnobyla. Wątek społeczny przeplata się z naukowym. Opowieści o zwykłych ludziach rozgrywają się na tle wyścigu technologicznego. Wstrząsające wydarzenia ożywają na nowo widziane przez naocznych świadków: mężczyzn i kobiety, ofiary i niemych bohaterów. To przejmujący reportaż, który czyta się jak dreszczowiec. Ostateczne śledztwo wydarzenia, które na zawsze zmieniły świat. Opowieść o heroizmie, desperacji i rozpaczy. Historia, która jest bardziej złożona, bardziej ludzka i bardziej przerażająca niż wszystkie sowieckie mity.
„O północy w Czarnobylu” to zwieńczenie ponad 10-letniej reporterskiej pracy nad nieznaną historią czarnobylskiej katastrofy, nieopowiedzianą i ukrywaną przez ponad dekadę. Przypomnę, omawiałem dla państwa, a właściwie sięgałem po notki, które znalazłem na stronie wydawcy. Mówiłem o książce „O północy w Czarnobylu. Nieznana prawda o największej nuklearnej katastrofie” Adama Higginbothama. Druga książka, którą dla państwa przygotowałem, to książka też nosząca długi tytuł. Brzmi on: „Wielki następca. Niebiańskie przeznaczenie błyskotliwego towarzysza Kim Dzong Una”. Autorką jest Anna Fifield. Cóż o tej książce pisze wydawca? Dzieciństwo, dorastanie, przejęcie władzy, mity, opowieści i legendy o wielkim następcy.
Korea Północna i jej problemy. Co jest prawdą o Kim Dzong Unie, a co kłamstwem? Jak zmienia się sytuacja w Korei Północnej od przejęcia władzy przez Kimów? Zakulisowa opowieść o karierze najbardziej tajemniczego tyrana świata. Odkąd rozniosła się wieść Czy Kim Dzong Un przejmie schedę po ojcu? Narosła wokół niego gruba warstwa mitów i przypowiastek propagandowych. W wieku trzech lat przyszły Wielki Następca miał posługiwać się bronią, w wielkim szczęściu ujeżdżać najdziksze konie, a jako dziewięciolatek pokonać mistrza Europy w wyścigach motorowodnych. Mało kto wierzył, że niedoświadczony, chorowity chłopiec wychowany w izolacji od świata zdoła utrzymać władzę w państwie. Tymczasem nie tylko przetrwał, ale i doskonale sobie radzi. Jak wyglądało dzieciństwo Kim Dzong Una?
Skąd wzięła się legenda o boskim pochodzeniu rodu Kimów? Dlaczego siostra Wielkiego Następcy nazywana jest koreańską Ivanką Trump i jaką rolę odegrała w polityce międzynarodowej? Czy powolne uwalnianie gospodarki w socjalistycznym kraju to najlepszy przepis na długie rządy? Anna Fifield rekonstruuje przeszłe i teraźniejsze życie dyktatora, powołując się na ekskluzywne relacje osób z jego otoczenia i przygląda się dynastycznym ambicjom Kimów. Dzięki połączeniu sceptycyzmu i rozległej wiedzy odmalowuje fascynujący obraz najdziwniejszego i najbardziej skrytego reżimu świata. Reżimu, który prowadzi politykę izolacjonizmu, a mimo to ma ogromne znaczenie na arenie międzynarodowej, który trwa w stanie permanentnego bankructwa, choć stać go na broń atomową. Autorka ze znawstwem kreśli sylwetkę jego przywódcy, Wielkiego Następcy, niepokonanego zwycięskiego generała, słońca socjalizmu, wodza Kim Dzong Una. To była druga z polecanych książek. Książka Anny Fifield „Wielki następca. Niebiańskie przeznaczenie błyskawicznego towarzysza Kim Dzong Una." To, proszę państwa, były dzisiejsze polecanki.
Czas zatem rozpocząć właściwą część audycji. A zaczniemy od czegoś, co nazwałbym autoreklamą. Ja dosyć permanentnie zapraszam państwa na kanał YouTube'owy „Wehikuł Wyobraźni". Tam znajdziecie państwo różne, naprawdę bardzo różne rozważania dotyczące filozofii, dotyczące historii, dotyczące rzeczy niezwykłych, dotyczące UFO, dotyczące tajemnic tego świata i wielu innych spraw. Żeby państwa zachęcić, wklejam do dzisiejszego „Bibliotekarium" audycję o energiach i kształtach, a właściwie o zależności pomiędzy kształtami a energią. To jest taka audycja, która była dla mnie bardzo ważna, bo z jednej strony mówi o kształcie i energii, o zależnościach pomiędzy jednym i drugim, a z drugiej strony jest to wspomnienie niezwykłego człowieka. Człowieka, którego wspominam zawsze bardzo ciepło, który otworzył mi oczy na pewne zagadnienia, o których owszem, wiedziałem, z których zdawałem sobie sprawę, ale on potrafił przedstawić je w taki sposób, że do nich wróciłem, że pogłębiłem swoją wiedzę. To było coś niezwykłego. Więc zapraszam państwa na audycję o energiach i kształtach. Bardzo polecam wizytę na kanale „Wehikuł Wyobraźni".
Tam tego rodzaju audycji znajdziecie państwo znacznie więcej. Wiem, prywata przeze mnie przemawia, ale też dobrze pojęta aktywność reklamowa. Wiem, że to, co na kanale „Wehikuł Wyobraźni" się pojawia, na pewno część z państwa zainteresuje. A teraz, żeby nie przedłużać, zapraszam na spotkanie z panem Sergielem. Dzisiaj chciałem odbyć z państwem podróż w czasie. To będzie podróż przez mój prywatny czas. Tak, trochę to wszystko zawiłe, ale już tłumaczę. Kilkanaście lat temu pracowałem jako redaktor jednego z ogólnopolskich pism budowlanych. Zajmowałem się tam między innymi pisaniem reportaży. Pewnego dnia, szukając tematu, natrafiłem w internecie na krótką notatkę o domach kopułach.
Potraktowałem to jako ciekawostkę i rodzaj tak zwanego Michałka, którymi to Michałkami zapycha się strony, gdy nie ma nic innego do zaprezentowania czytelnikom. Notabene w ostatnim czasie mam wrażenie, że portale internetowe są zapełniane niemal wyłącznie owymi Michałkami, a prawdziwe, ważne informacje są maksymalnie odsuwane od tychże czytelników. Ale to temat na zupełnie inną audycję. Wróćmy do domów kopuł. Potraktowałem temat lekko, ale w pewnym momencie moje oko wychwyciło informację, że budowaniem domu kopuły zajmuje się inżynier architekt Franciszek Wojciech Sergiel. Pomyślałem sobie, skoro człowiek znający tajniki planowania budowli
[11:29] - I samego budownictwa zabiera się za tego rodzaju inwestycję, to znaczy, że coś w tym musi być. Niewiele się wahając, sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem pod numer widniejący na jednej ze stron internetowych. Żeby nie przedłużać, powiem, że dostałem zaproszenie i spotkałem się z Franciszkiem Wojciechem Sergielem. Dzięki temu powstał reportaż dla branżowego magazynu o domach kopułach. Nosił on tytuł „Dom kopuła, czyli egipski chłop ma rację”. Miałem jednak uczucie niedosytu, ponieważ w domu pana Franciszka spędziłem niemal cały dzień, a napisać mogłem tylko o aspektach budowlanych i technicznych inwestycji. Tymczasem większość czasu, który spędziłem u gospodarza domu kopuły poświęciliśmy na tematy z tak zwanego pogranicza. Tak, pan Franciszek okazał się pasjonatem tematów niezwykłych i człowiekiem mającym ogromną wiedzę chociażby o feng shui czy systemach mówiących o przyszłości, systemach wróżebnych i tak dalej. Wiedziałem, że kiedyś jeszcze wrócę do tematu. A i tak udało mi się przemycić do poważnego pisma tematy dla mnie pasjonujące, ale niestety nie bardzo szanowane przez moich szefów.
Zacytuję państwu kilka wypowiedzi pana Franciszka Sergiela, aby dać przedsmak tego, co przygotowałem na później. Cytuję zatem: „W jaki sposób buduje swój dom egipski chłop? Przeważnie zaczyna od wykonania odpowiedniej ilości cegieł z mułu oraz wysuszenia ich na słońcu. Potem uzgadnia miejsce postawienia domu z żoną. Kolejną czynnością jest wbicie w ziemię grubego pala i przywiązanie do niego sznura. Po drugiej stronie sznura chłop przywiązuje patyk, a następnie zakreślając koło wyznacza wielkość domu. Jeśli wspólnie z żoną dojdą do wniosku, że wszystko jest w porządku, rozpoczyna się budowa. Na linii wyznaczonej przez patyk ułożona zostaje pierwsza warstwa mułowych cegieł, a potem wiele następnych, aż do zwieńczenia kopuły. Domy takie stoją później przez wiele lat, a proces ich budowy nie trwa dłużej niż dwa tygodnie — podkreśla inżynier architekt Franciszek Wojciech Sergiel. A potem dodaje z sarkazmem: chłop egipski radzi sobie bez żelbetu, szalunków, cementu i wszystkich innych dobrodziejstw cywilizacyjnych.
Ale ten prosty człowiek pozbawiony jest przeważnie realizmu realizacyjnego, z którego tak dumni są niektórzy architekci”. Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że projektując dom trzeba mieć wiedzę daleko szerszą niż ta, którą wtłacza się w studentów na wydziałach architektury. Kilka lat temu byłem z moją życiową partnerką, a zarazem najlepszym przyjacielem Ewą w Egipcie. Obserwując domy żyjących tam ludzi, zaczęliśmy się zastanawiać, a może wybudujemy w Polsce taki maleńki, tani domek tylko dla nas? Czy to przypadek, że działo się to akurat w Egipcie? Moim zdaniem nie. Zacząłem od makiety domu. Później długo jeszcze dyskutowaliśmy, analizując szczegóły. Tu za blisko, to za małe i tak dalej. Ale to były miłe początki.
Potem przyszło do kontaktów z urzędnikami i wtedy nie było już tak różowo. Tłumaczyłem, że na budowę domu kopuły potrzeba mało materiału, że niepotrzebny jest las rusztowań, że można go szybko postawić, że jest mocny i chroni przed wpływami z zewnątrz. Wszystko na próżno. W cywilizowanym świecie rozwój technologii budownictwa zniszczył w ludziach prostotę myślenia, często również rozsądek działania, a już z całą pewnością oddalił nas od natury — wspomina Franciszek Wojciech Sergiel. W odpowiedzi na moje argumenty mówiono mi mniej więcej tak: proszę pana, żyjemy w Polsce, a nie w Egipcie. U nas chłopi nie stawiają już domów. Od tego są budowlańcy, bo oni wiedzą, jak trzeba budować. Proszę państwa, przed chwilą zacytowałem państwu fragmenty z reportażu dla poważnego czasopisma opowiadającego czytelnikom o budownictwie jednorodzinnym. Kilka lat później współpracowałem z jednym z miesięczników zajmujących się sprawami niezwykłymi. Dla niego właśnie napisałem reportaż o drugiej części zainteresowań pana Franciszka Wojciecha Sergiela.
Oczywiście nie dało się uniknąć tematu budownictwa, ale pokazany on został od nieco innej strony. Tak powstał reportaż zatytułowany „Dom dobrej energii”, który pozwolę sobie państwu przedstawić. Jedna z sypialni Warszawy. Aby trafić do domu architekta Franciszka Sergiela, nie trzeba wcale znać dokładnego adresu. Tego domu kopuły pan szuka? — upewnia się tęgi mężczyzna po pięćdziesiątce. Pewnie, że wiem, gdzie jest to cudactwo. Tu u nas w miasteczku chyba wszyscy wiedzą. Dom stojący przy bocznej uliczce jest inny niż wszystkie, które go otaczają. Może nie ma tak luksusowego wyglądu jak pozostałe, może trudno nazwać jego bryłę nowoczesnym designem, ale chyba nie ma człowieka, który nie przystanąłby zadziwiony jego widokiem.
Pokój tajemnic. Dawno, dawno temu trafiłem na książkę „Domy, które zabijają” — wspomina Franciszek Sergiel. Po jej przeczytaniu zrozumiałem, że architekt projektując dom może nieświadomie doprowadzić do straszliwych nieszczęść ze śmiercią mieszkańców włącznie. Powiedziałem więc sobie: jeżeli budynki mogą mieć mordercze właściwości, a ja nie wiem, dlaczego tak się dzieje, to nie wolno mi projektować. Nie wolno. Można powiedzieć, że przeżyłem kryzys twórczy. Czasowo zrezygnowałem nawet z wykonywania zawodu. Przez przypadek mogłem przecież stworzyć formę, która zabije. Gabinet pana domu nie znajduje się w samej kopule, ale w przybudówce, która ma kształt bryły o przekroju ostrołuku. Jak prawie każdy szczegół w tym niezwykłym domu, nie jest to kwestia przypadku.
W pracowni na jednej ze ścian wiszą dwie duże, oprawione fotografie ze świątyni w Luksorze. Ale wbrew pozorom to nie staroegipska architektura jest na tych zdjęciach najważniejsza. Na obu widać bowiem mrowie orbów. To kwestia wyjaśnienia, czym są orby. Orb z angielskiego sfera. Według oficjalnych, racjonalnych wyjaśnień są to rodzaje tak zwanych artefaktów, błędów na obrazie fotograficznym, które przyjmują formę kuli, a według innych interpretacji orby są manifestacją energii innych bytów. To nasi przyjaciele — podkreśla Franciszek Sergiel. Pomagali nam wznosić ten dom i są z nami w ważnych momentach naszego życia. Naturalnym sąsiadem obrazów uwiecznionych w Egipcie jest symbol ankh, zwany również kluczem Nilu. Ale to nie koniec niezwykłych przedmiotów zgromadzonych w pomieszczeniu.
Przy ekranie komputera znajduje się kartka formatu A4 z niezwykle skomplikowanym wzorem wpisanym w okrąg. To symbol pochodzący z Arabii, który określany jest często mianem pieczęci wezyra — wyjaśnia gospodarz. Wystarczy spoglądać na ten symbol tylko od czasu do czasu, po prostu omiatać go wzrokiem, a ludzki mózg otrzymuje wibracje, które ukierunkują go na twórcze myślenie. Ten znak działa. Działa tak skutecznie, że wielu ludzi nie może później uwierzyć, że to, co powstało pod wpływem pieczęci wezyra, jest naprawdę ich dziełem. Jeden z palców Franciszka Sergiela ozdabia pierścień Atlantów, chociaż on sam woli określenie Atlantydów. Na regale leży natomiast skórzana obręcz, na której powtórzony jest wielokrotnie wzór podobny do tego na talizmanie. Trzy poziome linie. To, proszę pana, czapka niewidka — śmieje się architekt. Podobno ten wynalazek również wywodzi się z Atlantydy.
Materiał jest nieistotny, może być nawet tektura, a kreski mogą być namalowane pisakiem. Najbardziej liczy się układ elementów. Ta rzecz założona na głowę sprawia, że energia wychodząca z mojego mózgu krąży w kółko. A jak można w praktyce wykorzystać tę właściwość? Otóż kiedy chcę spokojnie i w skupieniu popracować, to zakładam ową obręcz na głowę i mam spokój. Telefony milczą, nikt nie wchodzi do gabinetu. Trudno w to uwierzyć? Słusznie. Nie warto przyjmować niczego na wiarę. Dla wszystkich, którzy śmieją się z takich pomysłów, mam jedną prostą radę.
Proszę sprawdzić, a jeśli przedstawiony sposób nie zadziała, to dopiero wówczas jest czas na złośliwości i kpiny. W innym miejscu gabinetu leży biała, ciężka kula. Gospodarz bierze ją w dłonie i rozkłada na dwie połowy. Jest wykonana z kamiennego pyłu zmieszanego z lepiszczem. Od dawna docierały do mnie informacje, że Chińczycy próbują wydobyć z kuli boską energię, energię o niezwykłych właściwościach — stwierdza Franciszek Sergiel. Wydawałoby się nic prostszego. Wystarczy przeciąć kulę. Tak, ale aby dostać się do owej niezwykłej energii, trzeba wiedzieć, w jaki sposób owego rozdzielenia dokonać. Chińczykom udało się dopiero wówczas, kiedy wykorzystali rozwinięty przestrzennie symbol yin i yang. Po rozłożeniu jedna z połówek ściąga energię ziemi, a druga energię kosmosu.
Egipt. Tam się wszystko zaczęło. Budowle z czasów faraonów pokryte są nieprzeliczoną ilością hieroglifów i płaskorzeźb. Franciszek Sergiel, który jest w Egipcie częstym gościem, od lat zadawał sobie pytanie, jak to zostało wykonane. Naukowe autorytety wmawiają nam, że to wszystko wykuto za pomocą młotka i meselka — mówi. Wystarczy jednak znaleźć się w Luksorze i zastanowić przez chwilę, aby dojść do wniosku, iż to tłumaczenie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To musiało odbywać się zupełnie inaczej. Wiem, co mówię, bo przez jakiś czas zajmowałem się grawerstwem. Pracowałem w kamieniu i wiem, jakie ograniczenia stwarza ten materiał. Cywilizacja w Egipcie pod wieloma względami musiała być bardziej rozwinięta niż nasza.
Pytanie zasadnicze brzmi, w jakim celu wykonywano tak misterne prace? Kiedy architekt poznał swoją obecną żonę, wspólnie z nią pojechał po raz pierwszy do Luksoru "Chodziliśmy wokół ołtarza" — wspomina. — "Zauważyłem wówczas, że po jednej stronie płaskorzeźby są wklęsłe, po drugiej wypukłe. W dodatku czułem z jednej strony jakby wiejący wiatr, a z drugiej coś w rodzaju zasysania. Te słowa są oczywiście tylko przybliżeniem i próbą opisania zjawisk, które opisowi się wymykają. Wiatr to przecież ruch cząsteczek powietrza, a tam nic takiego nie zachodziło. Odbierałem jednak wyraźne oddziaływanie. Na podobnej zasadzie wyczuwa się podczas rozmowy zainteresowanie drugiego człowieka lub jego brak. Egipskie hieroglify to wielka zagadka, ale myślę, że poznałem chociaż część ich tajemnicy. Po kolei jednak.
W internecie można było znaleźć taki obrazek, który przedstawiał czarne bohomazy. Kiedy człowiek wpatrywał się intensywnie w tę ilustrację, a potem zamknął oczy, to widział głowę Chrystusa w koronie. Kiedyś zapytałem jednego z ludzi opiekujących się świątynią, jak czytać owe starożytne zapisy. Odpowiedział mi krótko: Patrz. A potem podszedł do mnie, zasłonił mi oczy i powtórzył: Patrz. To było niesamowite. Zobaczyłem jeźdźca na koniu i mógłby to być przypadek, ale kiedy pokazałem gestem, co widzę, mężczyzna ucieszył się zupełnie, jakbym odczytał coś, co nie wszyscy są w stanie dostrzec. Jeden wniosek jest oczywisty. Egipcjanie odwoływali się do czegoś, co można byłoby nazwać drugim patrzeniem. Zrozumiałem, że człowiek, który wchodzi do świątyni i wie, w jakim celu tam wchodzi, zaczyna być bombardowany wiedzą.
Egipt zaczyna go uczyć. Ja to wiem. Czas poszukiwań." Zdaniem Franciszka Sergiela to Egipt sprawił, że zainteresował się szczegółami dawnej architektury. Z czasem zaczął odkrywać rzeczy naprawdę niezwykłe. Jak podkreśla, uczył się od wielu starożytnych kultur. W Grecji zainteresowały go szczególnie frontony świątyń, które dotrwały do naszych czasów. "Stoją samotnie na wzgórzach. Wokół hula wiatr, a jednak nie czyni im żadnej szkody" — mówi architekt. — "Zauważyłem, że jeśli nawet podmuchy w pobliżu resztek budowli są bardzo intensywne, to jeśli wejdzie się pod kolumny, przestaje się je odczuwać. Z czasem zrozumiałem, że dzieje się tak za sprawą konstrukcji stworzonej przez Greków.
Konstrukcji opartej o złoty podział. Ale o tej zasadzie wiedziałem bardzo mało. Na studiach zaledwie wspomniano, że coś takiego istnieje. O praktycznym zastosowaniu w ogóle nie było mowy. Zacząłem zgłębiać temat i dowiedziałem się, że złoty podział powoduje, że energia staje się fraktalna, że nie zanika. Doszedłem do wniosku, iż musi istnieć coś jeszcze bardziej doskonałego, co można byłoby wykorzystać przy budowie przyjaznych człowiekowi domów." Początkowo Franciszek Sergiel sądził, że owo coś jeszcze to piramidy. Z czasem zmienił zdanie, ale badając owe bryły przekonał się, jak znakomitą technologię reprezentują te budowle. "Wewnątrz można znaleźć doskonałe suwaki wykonane z kamienia po dziesięć metrów w pionie" — podkreśla. — "Tam naprawdę używano sił i technik, o których nie mamy dzisiaj zielonego pojęcia. Czułem jednak, że piramida to nie jest to.
Analiza budowli greckich, egipskich, złotego podziału i brył platońskich doprowadziła mnie w końcu do tego samego wniosku, do którego Chińczycy doszli tysiące lat wcześniej. To kula ma tendencję, aby ściągać energię do swego wnętrza. A przecież to właśnie energia jest dla człowieka ważna. Powiedziałem sobie w takim razie ja chcę w kuli mieszkać. Zgłębiając temat kształtów dowiedziałem się, że istnieją takie, które energię przesyłają. Należy do nich piramida. Wyrzucają ją z wnętrza narożniki ścian w tradycyjnych domach. A skoro energia ma zostawać w budynku, gdyż potrzebna jest do normalnego, szczęśliwego życia, to nie można pozbywać się jej stawiając klocki z cegieł. Dedukowałem więc dalej. Zastanawiało mnie, do czego prowadzi nieustanne gromadzenie energii w kuli.
A może to nie jest korzystne? Może w kulistym domu występuje nadmiar energii? Takie zjawisko również nie może być dla człowieka dobre. Co zatem należy zrobić? Uznałem, że należało doprowadzić do sytuacji stałego przepływu, a zatem wpływania energii nowej i wyrzucania starej." Franciszek Sergiel zaczął przyglądać się wielu budowlom z różnych czasów oraz miejsc. Zwrócił uwagę na sposób, w jaki budowano wiele świątyń. Tam, gdzie pojawiały się kopuły, pojawiał się również jeszcze jeden element. Wieże. Architekt doszedł do wniosku, że to właśnie dzięki nim energia jest wyprowadzana z budowli. I dlatego dom, który postawił w podwarszawskiej miejscowości, jest kopułą, do której dostawiona jest szpiczasta przybudówka.
Dom kopuła. "Wiedziałem, że wszelkie elementy wklęsłe wyciągają energię z wnętrza i wyrzucają ją na zewnątrz" — podkreśla Franciszek Sergiel. Zacząłem więc zastanawiać się, czy jeśli zbuduję dom kopułę, to jej wklęsłość będzie wyciągać energię z ziemi. A jeśli tak rzeczywiście by było, to oprócz wszelkich innych korzyści będę miał również zysk o czysto materialnym charakterze. Więcej ciepła. Dom był jeszcze w stanie surowym, bez okien, a ja zacząłem badać ten problem. W bezwietrzne dni mierzyłem temperaturę wewnątrz domu i na zewnątrz. Na podstawie rozważań teoretycznych byłem wprawdzie przygotowany na różnicę, ale i tak nie uniknąłem zaskoczenia. Odkryłem bowiem, że bez względu na porę roku różnica ta wynosi przeważnie aż trzy, cztery stopnie. Jakie oszczędności na opale!
Zdaniem Franciszka Sergiela kopuła ściąga i kumuluje nie tylko energię Ziemi, ale również energię kosmosu. Jest zatem w stanie zadbać także o ciało duchowe człowieka. Pozwala rozwijać ludzką świadomość i dochodzić do prawdy. Coraz częściej zaczynam dostrzegać, ile fałszu i kłamstwa nas otacza. Przekręcane są informacje, ośmieszani ludzie — stwierdza architekt. To, co dobre, przedstawiane jest jako zagrożenie, a największe trucizny jako zbawienne leki. Z kopuły, a żyję tu od dwóch lat, widać to wszystko znacznie lepiej niż z innych miejsc. Zmieniła się moja świadomość, wrażliwość, postrzeganie świata. To kopuła mnie odmieniła. Zacząłem rozmawiać z kwiatami.
Już widzę te pogardliwe uśmieszki i palce kręcące kółka na czole. Ale ja naprawdę czuję, czego potrzeba moim roślinom w danym momencie. Wiem, kiedy należy je podlewać, bo skończyła się już woda w samopodlewaczu, a kiedy nawozić. W pewnej chwili wpada mi po prostu do głowy myśl i wiem, że któraś z roślin w domu potrzebuje mojej pomocy. Coraz częściej odpowiadam ludziom na pytania, które dopiero chcą mi zadać. Wielu moich znajomych miało okazję się o tym przekonać. Wyczuwam ludzi, ich potrzeby i problemy. Wcześniej, zanim zacząłem mieszkać w kopule, prawie mi się to nie zdarzało. To nie jest przewidywanie przyszłości, to raczej rodzaj chwilowego połączenia z innym człowiekiem, z przyrodą. Doskonale rozumiem się również z naszymi kotami.
Wiem na przykład, kiedy wracają z nocnego wypadu. Na zewnątrz może być ciemno, a i tak czuję, że już wróciły i trzeba otworzyć drzwi tarasowe. Jak to robię? Jak to się dzieje? Nie mam pojęcia. Tej energii, która przepływa tu w kopule, nie można zmierzyć. Nie ma jeszcze takich urządzeń. Jak więc sprawdzić, czy wszystkiego nie wyssałem sobie z palca? Wystarczy popatrzeć na rośliny w domu i wokół domu. One rosną jak szalone.
Nigdzie nie widziałem na przykład takich, jakie kwitną w moim ogrodzie. Mają po dwa, dwa i pół metra. Są ogromne. Skoro im jest tu dobrze, to dobrze musi być również człowiekowi. Niewidzialni pomocnicy. Ze zjawiskiem określanym jako orb Franciszek Sergiel zetknął się po raz pierwszy w Egipcie. Weszliśmy z żoną do świątyni, a było tam wówczas pełno turystów — wspomina. Przysiedliśmy więc z boku na ławeczce. Trwało to pół godziny, może godzinę. Siedzieliśmy w niemym zachwycie i podziwialiśmy piękno świątyni.
Kiedy doszliśmy do wniosku, że trzeba wracać, ze zdumieniem dostrzegliśmy, że w budowli nie ma już nikogo ze zwiedzających, chociaż była dopiero siedemnasta. To nie było normalne. Poprosiliśmy wówczas jednego ze strażników o zrobienie nam zdjęcia. Szok przeżyłem, kiedy zobaczyłem ową fotografię. Obok nas uwieczniony był duży orb. I tak zaczęła się moja przygoda. W Egipcie wystarczyło poprosić: „Przyjaciele, sfotografujcie się z nami” i wówczas było ich pełno na zdjęciach. Odkryliśmy jeszcze jedną dziwną rzecz. Kiedy robi się zdjęcia kolumn w świątyni, widać na nich maleńkie światełka. Przypomina to diody LED.
Co roku są w tym samym miejscu i w tym samym układzie. Sprawdzałem. Tam nic nie ma w sensie fizycznym, a jednak świeci. Później dowiedziałem się, że są to pewne energie, które pilnują Luksoru. Pilnują, aby trwał, bo Luksor ma jeszcze jakieś zadanie do spełnienia w dziejach naszej cywilizacji. A wracając do orbów. Zawsze kiedy prosiliśmy, żeby nam nie przeszkadzały, bo chcemy uwiecznić jakieś wnętrze na fotografii, one natychmiast znikały. Robiliśmy eksperymenty. Nakłoniłem żonę i poprosiła orby, aby któryś usiadł na jej dłoni. Udało się.
Jestem przekonany, że to zjawisko wcale nie jest, jak chcą niektórzy, jakimś błędem w matrycy aparatu, kurzem czy kroplami deszczu. To są realne byty. Kiedy budowałem ten dom i robiłem zdjęcia do dokumentacji, którą zamieszczałem na stronie internetowej studia architektonicznego prowadzonego wspólnie z synem, zauważyłem, że w pobliżu domu kopuły pojawia się dużo orbów. Zupełnie jakby chciały nam pomóc w budowie. Kiedyś siedzieliśmy z żoną w kącie ogrodu i paląc ognisko patrzyliśmy na surowe jeszcze mury. Oczyma wyobraźni widzieliśmy nasz przyszły dom. Wtedy pojawiło się ich naprawdę dużo, a kiedy mówiliśmy, że się kochamy, to było ich po prostu mnóstwo. Widocznie te istoty lubią dobrą energię, a tej w pobliżu kopuły jest bardzo dużo. I to, proszę państwa, koniec mojego reportażu, ale nie koniec audycji. Kilka lat później przeprowadziłem jeszcze z panem Franciszkiem wywiad.
Wywiad zatytułowany „Dom to coś więcej niż ściany i dach”. Został on zamieszczony na portalu obud.pl. Obud od budownictwa. Link do tego wywiadu, w którym architekt bardzo dużo mówi o feng shui oraz energii kształtów, zamieszczam w opisie filmu, podobnie jak link do reportażu o budowie domu kopuły. Aby państwa zachęcić, zacytuję krótki fragment rozmowy z portalu obud.pl. Od lat interesuję się tym zagadnieniem i nieskromnie powiem, że stałem się jego znawcą. Projektuję według zasad feng shui. Często nawet nie mówię o tym swoim klientom. Działam jednak konsekwentnie. Dysponuję wiedzą i odpowiednimi narzędziami.
Warto bowiem wiedzieć, że to, co lansowane jest w kolorowych czasopismach jako feng shui, najczęściej ma niewiele wspólnego ze starożytną wiedzą. Jej istotą nie są bowiem lusterka, kryształy, dzwonki i ścisłe reguły ustawiania mebli. Feng shui to dostosowanie wnętrza dla konkretnego człowieka. Są oczywiście pewne zasady ogólne, ale to nie one są najważniejsze. Tak jak nie ma dwóch takich samych osób, tak nie ma dwóch takich samych wnętrz. Często pytam moich klientów o daty urodzenia, bo to właśnie moment narodzin decyduje o tym, jacy jesteśmy i o tym, jakie są nasze potrzeby, oczekiwania. Ludzie lubią pewne kolory, a pewnych nie cierpią. Ale co dziwne, to, co podoba się jednym, drugich odstręcza. To nie jest przypadek. I Chińczycy odkryli to już bardzo dawno temu.
Ludzie lubią również różne kształty, różne przestrzenie, a co najbardziej zastanawiające, owe upodobania nie są przypadkowe. Sami nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo czas narodzin decyduje o naszych upodobaniach. To oczywiście temat na osobną rozmowę, ale proszę mi wierzyć na słowo: feng shui jest autentycznym kluczem do zaprojektowania domu na miarę. Domu, w którym dana rodzina zamieszka chętnie i nie będzie chciała opuszczać go na zbyt długi czas. I jeszcze jeden fragment z rozmowy z architektem. Człowiek powinien dobrze czuć się w miejscu, w którym mieszka. To jest najważniejsze. Wygląd budynku to sprawa wtórna. W każdym razie główną zaletą domu nie może być to, że efektownie wygląda. Przede wszystkim powinien być dopełnieniem człowieka.
Niestety praktyka jest taka, że góruje pieniądz. Wielu architektów często zapomina o ludziach oraz o ich rzeczywistych potrzebach. Wspólnie z synem postanowiliśmy przeciwstawić się temu trendowi. Projektujemy domy dla ludzi, domy będące dopełnieniem ich duchowego wnętrza. Aby lepiej to uzmysłowić czytelnikom, odwołam się do klasycznego cyklu filmów science fiction Gwiezdne wojny. Można traktować ten obraz jako zwykłą bajkę, ale warto uświadomić sobie, że autorzy ukazują tam niezwykły świat. Świat, w którym istoty zaborcze i chcące dominować nad innymi budują obiekty strzeliste, ostre, niemalże zamki obronne. Natomiast wszystkie te rasy, które kierują się radością, miłością, empatią, te istoty raczej nie przywiązują wagi do tego, aby ich budowle cechował przepych. Najczęściej budynki, które tworzą, są elementem przestrzeni. Zupełnie tak, jakby owe istoty pragnęły utożsamić się z otoczeniem, stać się jego częścią.
Ta filozofia jest mi bardzo bliska. Ktoś powie, że przesadzam. A co zrobił Antonio Gaudi? Jego niezwykła katedra Sagrada Familia budowana w Barcelonie to przecież nic innego jak ogromny las. Skracając wywód, w architekturze oprócz modnych nowobogackich trendów od wieków występuje też inna ciągotka: tęsknota do natury. Niestety na rynku dominują zmieniające się mody, o których można dużo powiedzieć, ale nie to, że pamiętają o ludzkich potrzebach. Czasami wręcz świadomie o nich zapominają. Tak, proszę państwa, to był wywiad z architektem Franciszkiem Wojciechem Sergielem. Jeśli chcieliby państwo więcej, to zapraszam do lektury wywiadu. Przypominam o linkach w opisie filmu.
Cóż, z panem Franciszkiem utrzymywałem kontakt mailowy długo. Na moją skrzynkę przychodziły naprawdę niesamowite materiały z poszukiwań internetowych, którymi architekt dzielił się ze mną oraz z innymi znajomymi. W pewnym momencie te materiały przestały nadchodzić, a to zawsze, może na ogół jest znak, że stało się coś złego. Pan Franciszek zmarł w 2016 roku. Myślę, że przypomnienie jego sylwetki oraz ciekawych poglądów, chociażby na oddziaływanie przestrzeni, oddziaływanie jej na człowieka, warte to było poświęconego przez państwa czasu. Pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do usłyszenia w kolejnym odcinku Wehikułu Wyobraźni. Pozdrawiam.
[41:55] - Tak, proszę państwa, mówiłem przed audycją, że to bardzo osobista relacja. No cóż, mam nadzieję, że wiecie już państwo dlaczego. A teraz tradycji musi stać się zadość. Zapraszam zatem na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem i na Perły Filmotekarium. Dzisiaj film, który znają niemal wszyscy. Dzień dobry wieczór Piotrze, zaczynamy Perły Filmotekarium.
[42:32] - Tak. Witamy w Perłach, gdzie z okazji zbliżającej się premiery „Alien: Romulus” podzielimy się z wami kilkoma refleksjami na temat filmu „Obcy: ósmy pasażer Nostromo”. Powiecie: o matko, znowu będą ględzić o ksenomorfie. Gościliśmy tego stwora już kilka razy w naszym programie, w naszych rozważaniach, ale może dzisiaj podzielimy się takimi ogólnymi, może nawet trochę szerzej idącymi refleksjami na temat pierwszego z alienów, który nam otwiera całe to uniwersum, definiuje nam to uniwersum. Zastanawiałem się, jaką formułę nadać dzisiejszemu programowi, żeby to nie było takie pierdzielenie o wyższości ósmego pasażera nad dzisiejszym kinem science fiction i nad kolejnymi odcinkami. Ale na pierwszy ogień taka krótka piłka. Stawiam śmiałą tezę: „Obcy: ósmy pasażer Nostromo” to najlepszy z filmów z serii z ksenomorfem, przynajmniej dotąd.
[43:37] - Czuję Piotrze, że się dzisiaj nie będziemy za bardzo spierać, bo ja uważam dokładnie tak samo. Później stawiano wszystko na głowie, robiono fikołki, robiono sztuki magiczne oraz sztuki komiczne. To nic nie wychodziło. Moim zdaniem nie było w uniwersum „Aliena” lepszej części niż „Obcy: ósmy pasażer Nostromo”. Ten tytuł jest tak toporny w porównaniu z tym angielskim „Alienem”, że po prostu czasami język kołkiem staje, kiedy się wypowiada. Ale ponieważ w tej formie on się umocnił na pozycjach różnych w rankingach i tak dalej, to zostańmy przy „Obcym: ósmym pasażerze Nostromo”. Ja mam właściwie dwie historie związane z tym filmem. Pierwsza z nich, zacznijmy od tego. Byłem dosyć namiętnym czytaczem takiej rubryki poświęconej filmom w jednym z tygodników ogólnopolskich. Tam pisał taki autor, dzisiaj on się w piekle smaży zapewne, bo jak leciał w kinach albo gdzieś tam wchodził na rynek jakiś dobry zachodni film, to on był na jakichś pokazach, pewno przedpremierowych i zawsze ten film schłostał, ale to tak, że wióry leciały.
A to zachodni. Jak się pokazywał, miał pokazać jakiś film, nazwijmy to z czołowej kinematografii światowej, na przykład rumuński albo węgierski, albo jugosłowiański, to zawsze w wykonaniu tego recenzenta było arcydzieło, które zasługiwało nie tam panie na Oscara, na jakąś super nagrodę wszechświatową. Taki to był recenzent. Ale w pewnym momencie przeczytałem recenzję. To była chyba wiosna. Trudno mi powiedzieć. Przeczytałem recenzję i ta recenzja oczywiście była: oj, straszny film, głupi, nie ma sensu. Ale ten recenzent miał jednak jakieś zalety. Jedna z nich była taka, że on przynajmniej częściowo streszczał ten film i on opowiedział do pewnego momentu fabułę. I ja w tym momencie już wiedziałem, że ja chcę ten film zobaczyć koniecznie.
Absolutnie wiedziałem, że muszę ten film zobaczyć. Problem polegał na tym, że tego filmu nie było w kinach, gdzie ów recenzent go zobaczył. Tego nie wiem, ale go opisał. I później nastały wakacje. Musiał być chyba rok 1979, bo wtedy ten film się pojawił w kinach, a może 1980. Naprawdę nie pamiętam. I jadę sobie, proszę państwa, autobusem. Pamiętam, to był Berliet. Nie wiem, te autobusy już dzisiaj nie występują, ale to pamiętam. Siedzę sobie, a przede mną siedzą dwie dziewczyny i opowiadają sobie film z takim przejęciem osób, które raczej nie oglądają na co dzień fantastyki, może czasami horrory i opowiadają sobie o tej części, która tam na twarz skoczyła temu gościowi i o tym ksenomorfie.
Po prostu przeżywają, one tam odlatują prawie. I ja mówię sobie: o, to jest ten film, co ja go muszę zobaczyć. Znaczy się jest w kinie. I jeszcze tego samego dnia w tym kinie byłem i po prostu oszalałem na punkcie tego filmu, bo to mi się wydał Fantastyka naukowa jak fantastyka naukowa. Okej, w porządku. Przyjmuję. To jest fantastyka naukowa, ale ja doszedłem do wniosku, pewno nie bez przyczyny, a później jaki byłem dumny, jak się spora część recenzentów ze mną zgadzała, a właściwie to ja się z nimi zgadzałem, kiedy określono, że to jest właściwie znakomity horror z dekoracjami science fiction. Ja oszalałem na punkcie tego filmu do tego stopnia, że zacząłem do kina ściągać rodzinę. Różne części tej rodziny. Ja oczywiście na każdy ten seans z nimi szedłem.
Tak poszedłem z ojcem i z matką do kina na "Aliena". Tak poszedłem z siostrą na "Aliena". Siostrę musiałem przemycić, bo film był niedozwolony dla takich dziewczynek, jak wtedy była moja siostra, ale ją przemyciłem do kina. Udało się. I w ogóle kogo mogłem, znajomych, kumpli i kumpeli, wszystkich zapędzałem do kina, a ja z nimi oczywiście. W związku z tym obejrzałem sobie ten film sporo razy i nie przeszło mi. Ja cały czas uważam, że to jest znakomite połączenie świetnej fabuły, świetnej muzyki, świetnych obrazów, świetnego filmowania, nastroju. Przypomnijcie sobie państwo, jak ten film się zaczyna. Martwy statek. Ja już pomijam te sekwencje, kiedy on w kosmosie leci, ale jesteśmy już na pokładzie.
Martwy statek. Ta kamera sobie wędruje przez te korytarze, coś tam się uaktywnia. No i docieramy do tego miejsca, gdzie są hibernatory. Ja do dzisiaj nie ukrywam tego, że wykorzystałem okazję i przed naszą rozmową oczywiście w ostatnią niedzielę obejrzałem sobie po raz enty "Obcego 8. Pasażera Nostromo". Ten film w dalszym ciągu robi wrażenie, chociaż znam w nim właściwie każde wejście, każdą scenę, to w dalszym ciągu robi wrażenie. To nie znaczy, że ja nie dostrzegam w nim pewnych kiksów, pewnych gorszych momentów. To nie o to chodzi. Oceniam w tej chwili całość i dla mnie całość jest perfekcyjna.
[49:46] - Od czego tu zacząć? Ja nie pamiętam, kiedy się zetknąłem po raz pierwszy z ósmym pasażerem. Na pewno to było dawno, na pewno to było w telewizji. Trochę żałuję, że ten pierwszy kontakt był właśnie w telewizji z dubbingiem, bo jednak jak się potem przekonałem, ten film dużo traci, kiedy jest oglądany na małym ekranie z dubbingiem, kiedy ta muzyka jest przytłumiona i tak dalej. Natomiast też pamiętam ogromne emocje, jakie temu towarzyszyły. W sumie zgadzam się tutaj z tobą. Nie wiem, czy to jest arcydzieło. Do tej pory na pewno tak. Zauważcie, że standardów wyznaczonych przez "Obcy: ósmy pasażer" nikt do tej pory nie wyprzedził. To znaczy, chodzi mi o to, że ja bardzo lubię horrory science fiction, szczególnie te, które się dzieją w kosmosie.
Tylko że jest jeden problem: tych filmów nie ma, a jeżeli już są, to lepiej ich nie oglądać. Taka prawda. "Obcy" jest niedościgniony i ogólnie cała seria ma coś w sobie. Tylko że z tą serią o Obcym, tak ją nazwijmy, jest tak jak z "Star Wars". Jest wielki podział co do oceny poszczególnych części. Niektóre są uznawane za totalne krapy. Od siebie powiem tylko, że podobał mi się też "Prometeusz". Z jakiego powodu to może jeszcze za chwilę. Zresztą ja o tym już mówiłem kiedyś, ale według mnie nie wykorzystano tej części uniwersum związanej z ksenomorfem, czyli tego, co było przed. Trzeba też wiedzieć, jeżeli się ktoś tym nie interesował, że to jest uniwersum bardzo rozbudowane.
Poza filmami obejmuje między innymi literaturę oraz komiksy, gdzie się rozwija różne wątki, na przykład dotyczące genezy ksenomorfów, innych ich typów. Dodam tylko jedno: my tutaj dzisiaj chyba pomijamy ogólnie tą część "Alien Predator", bo to kiedyś sobie omówimy. Natomiast oczywiście każdy ma własne zdanie, ale co ciekawe, z rankingu tego portalu IMDB wynika, że "Obcy: ósmy pasażer Nostromo" jest, uwaga Marku, teraz trzymaj się, drugim w kolejce najlepiej ocenianym filmem z ksenomorfem. Liderem jest "Obcy: decydujące starcie", oczywiście zdaniem tego portalu. Na samym dole drabinki znajduje się "Obcy 3". Ja się tak zacząłem zastanawiać dlaczego? Co tam może takiego być? No chyba to, że to jest film dość lecimy, natomiast po nim tego nie widać. To też jest coś niebywałego, że gdyby go tak trochę zremasterować, gdyby go obejrzeć w nowej wersji, to tak naprawdę on się niewiele różni od współczesnych produkcji. Ale jeżeli już ruszyliśmy całą serię, to kolejna moja teza: czy nie uważasz, że "Obcy: ósmy pasażer" wyznaczył w filmie nowe ścieżki, ale też nakręcił pewną maszynkę?
Jakby nie było, jakby się scenarzyści i marketingowcy nie spinali, to każdy film z ksenomorfem był tylko powtórzeniem scenariusza. Główna bohaterka najczęściej plus reszta bohaterów, których potwór zżera po kolei. Potem go wypierdzielają najczęściej w kosmos, ale i tak przeżywa on albo jakiś jego kuzyn, żeby się pojawić w kolejnym odcinku. I chyba Marku nie ma się co łudzić, że "Obcy: Romulus" po "Obcy: Przymierze" Który był taki, szczerze mówiąc, dość koślawy, pójdzie inną drogą. To znaczy się, o ile mamy do czynienia z arcydziełem tak naprawdę, to potem jest tylko obcinanie kuponów. Chyba najlepiej byłoby dla tego uniwersum, gdyby powstał jakiś serial. Tak się zacząłem zastanawiać nawet nad tym. To jest chyba wręcz nieuniknione w naszych czasach, w czasach różnego rodzaju platform. Zresztą z tego, co pamiętam, to Romulus też miał być początkowo serialem. Ale wróćmy do tego "Ósmego pasażera".
Scenariusz de facto bardzo prosty, natomiast było tam coś, co strasznie przyciągało uwagę. I moim zdaniem są trzy rzeczy: Ripley, xenomorf projektu Gigera, czyli potwór, który wzbudza przerażenie w sposób uniwersalny. On jest wręcz diaboliczny, satanistyczny na swój sposób. Trzecia rzecz to klimacik. I tutaj z tym klimacikiem jest właśnie ten problem, że oni w kolejnych filmach próbowali to kopiować z różnym skutkiem. Próbowali też to przenosić na przykład na planety, próbowali to przenosić na inne środowiska. Nie zawsze wychodziło, prawda? Nie wiem, jak się odniesiesz do tych kolejnych części, bo skoro tak cię zaczarował "Ósmy pasażer", to te kolejne pewnie już w różnym stopniu, że tak powiem.
[54:50] - Ja to ujmę w ten sposób: wcale się nie dziwię, że na czele rankingu występuje "Obcy: decydujące starcie". To jest zupełnie inny w klimacie i w odbiorze film. To jest film akcji "Obcy: decydujące starcie". Tam się dużo dzieje, strzelają, ja też to lubię, ale magia "Aliena", "Ósmego obcego pasażera Nostromo" polega na tym, że to jest film bardzo kameralny. Jeżeli za kameralną scenę uznamy olbrzymi frachtowiec, taki rafineryjny z rudą i potężny statek kosmiczny, ale jednak te wnętrza przypominają wręcz horror gotycki. Wnętrza, które się tam pojawiają, ciemne korytarze, kanały wentylacyjne i tak dalej, to wszystkiemu bliżej jest do gotyckiego zamku niż do filmu akcji. Poza tym jest ten film świetnie filmowany, świetnie operowano tam nastrojem, operowano muzyką. To wszystko reżyser potrafił świetnie połączyć. W tak zwanym międzyczasie sprawdziłem, jak to z tymi datami było, bo coś mi się nie zgadzało, bo pamiętałem, że premiera filmu w '79, ale przecież do Polski to docierało zawsze później. Ten film pojawił się w Polsce na początku '80 roku.
Zobaczcie państwo, jaki to był dziwny kraj. Do mnie dotarło, że ten film jest w Polsce w czasie wakacji, bo to pamiętam dokładnie. Dwie dziewczyny rozmawiające ze sobą. A zatem ja, człowiek dosyć zainteresowany fantastyką, może nie tą kinową, bardziej książkową, ale jednak człowiek, który gdzieś tam na wiosnę przeczytał o tym. Już teraz przestaje mnie dziwić, że ten recenzent nie widział tego na jakimś zamkniętym pokazie, tylko po prostu poszedł do kina. Ale ja poszedłem do kina w czasie wakacji. Czy to jeszcze leciało? Aż się sam dziwię. Ale to później jeszcze długo leciało, bo tak jak mówiłem, kogo mogłem, to ściągałem do kina. W każdym razie mam takie wrażenie, że mnie ten film zaczarował właśnie tą swoją gotyckością, tą swoją, znowu postawię ten cudzysłów, kameralnością, bo on w jakimś stopniu jest kameralny.
Trochę tak, jakbyśmy byli w takim horrorowym wydaniu kryminału Agathy Christie. Mamy zamkniętą grupę, ściśle określoną, trochę jak w "Dziesięciu małych Murzynkach", które się teraz nazywają zupełnie inaczej, bo książka nosi teraz tytuł "I nie było już nikogo", bo przecież nie można mówić tak, jak powiedziałem, cytując tytuł. W każdym razie mamy zamkniętą grupę ludzi, zamkniętą w niekorzystnych okolicznościach, bo coś na nich poluje. Coś, co jest praktycznie rzecz biorąc nie do zarypania. Jakoś to się jednak toczy. Powiem państwu, ja do dzisiaj nie mogę pozbyć się tej fascynacji tym filmem i jak to jest w gruncie rzeczy proste. Być może w tej prostocie siła, bo "Alien: decydujące starcie" to już jest film, w którym pełno ludzi, biegają, strzelają te xenomorfy raz po suficie, raz po ścianie, raz po podłodze. Strzelają. No i dobra, niech se strzelają. Tutaj też trochę próbują jakoś się temu przeciwstawić, ale ja sobie podczas ostatniego seansu z premedytacją mierzyłem czasy i początkowe sekwencje filmu, kiedy oni lądują na Księżycu, bo to jest Księżyc.
Lądują i odnajdują tę dziwną istotę rozerwaną od środka. Znajdują te jaja, z których jedno wyrzuca w kierunku jednego z bohaterów coś takiego, co mu przegryza hełm. Wtapia się, oni go zabierają. To wszystko trwa bardzo długo, a jednak toczy się w gruncie rzeczy, starałem się to bardzo obiektywnie oglądać, toczy się tak powoli, ale jest to tak kręcone, tak umuzycznione, tak filmowane, że ten czas upływa nam nie wiadomo kiedy. Później oczywiście zaczynają się bardziej dynamiczne sceny, kiedy ksenomorf był się, wydostał z jednego z ludzi i trzeba go jakoś upolować. Problem zaczyna się, kiedy właściwie nie wiadomo już kto na kogo poluje. Czy to ludzie na ksenomorfa, czy ksenomorf na ludzi. Jest też demoniczny komputer, matka. Jest też agent. Agent, który nie jest człowiekiem, ale wydaje się człowiekiem i demoniczna korporacja, która ma swoje interesy.
To wszystko tak niedopowiedziane, nie stawia się tam czasami kropki nad i i dlatego to jest fascynujące. Ja uważam, rozmawialiśmy Piotrze o tym przed audycją, uważam, że to, co można było zrobić najgorszego uniwersum „Obcego”, to już zrobiono. To znaczy starano się wytłumaczyć tajemnicę. Tę tajemnicę, którą każdy z nas oglądając film, tłumaczy sobie na swój sposób i przez to te filmy bywają naprawdę groźne w naszych głowach. A potem przychodzi jeden, drugi, piąty i piętnasty reżyser, rysownik, pisarz i starają się nam uzupełnić to wszystko, czego nie wiemy. Coraz więcej informacji nam dostarczają i okazuje się, że to, co było mroczną tajemnicą, co było czymś niedopowiedzianym, co było takie wow, nagle już takie wow nie jest, bo nam wszystko koniecznie chcą opowiedzieć. A czasami tej fantazji, to już nie chodzi o to, że oni nam to dopowiadają, bo to jest osobny problem, ale czasami ta fantazja tych wielce zasłużonych, a czasami po prostu takich pretendujących fachowców nie dorasta do tej naszej fantazji, a w każdym razie do tej naszej wyobraźni, która podsuwa nam obrazy straszne, która podsuwa nam grozę, której nie rozumiemy. I ona właśnie dlatego jest groźna. To tyle. Przynajmniej na razie, jeśli chodzi o „Aliena” z mojej strony.
[01:01:59] - Ksenomorf ksenomorfem jest i taka natura tych filmów i widz masowy szuka tam ognia, kwasu i tak dalej. Potwora. Muszę powiedzieć, że z filmami związanymi z tym uniwersum zawsze jest tak, że się nakręcam, a potem jest jak jest, a i tak je lubię. Nie będę oszukiwał, dla mnie seria związana z „Alienem” jest odtwórcza i też nie ma się co spodziewać, że to się zmieni w stronę jakiegoś głębszego ukazania świata ksenomorfów i ich genezy. Przynajmniej na razie. Te filmy są robione pod masowego widza. Niestety. Im więcej krwi, flaków, kwasu, ciasnych korytarzy, tym więcej ludzi w kinach. I tylko to nam pokazuje, jak był wybitny pierwowzór. I tutaj wracamy do tego, co powiedziałeś na początku, że to jest film nie tylko genialny jako horror, ale też jako science fiction.
Ja ci za chwilę oddam głos, bo wiem, że masz coś do powiedzenia, ale dodam ci jeszcze jedną rzecz odnośnie tego uniwersum, co było w moim przypadku takie znamienne, bo podczas pierwszego oglądania, ja to do dzisiaj pamiętam, „Ósmego pasażera”, to ta scena ze Space Jockeyem bardziej mnie zainteresowała niż sam ksenomorf. To mi pokazywało, że w tej historii są osadzeni też inni obcy. Inni niż ksenomorf, inna cywilizacja. I ten wątek inżynierów Tytanów, który został potem rozwinięty w „Prometeuszu”, potem w „Obcy: Przymierze”, moim zdaniem jest niewykorzystany. Po prostu mogło być ciekawiej. Po premierze „Prometeusza” wszyscy mieli nadzieję na drugą część. Takie były zapowiedzi, że główna bohaterka leci na planetę Tytanów, inżynierów i będziemy mieli kolejny film, gdzie są nie tylko ci giganci nawiązujący do starożytnych kosmitów, ale i ksenomorf. Tymczasem „Obcy: Przymierze” był filmem ładnym, tylko że strasznie mdłym. Mdłym, co zawdzięczamy między innymi Katherine Waterston, która się wcielała w główną rolę i tej przynudnej sadze z udziałem dwóch Dawidów, braci, czy tam kochanków, nie wiadomo, o co tam chodziło. Z historii inżynierów nam zrobili resztki, z ksenomorfa nam zrobili tło i tak to wygląda.
Ja tak się trochę boję, że ta seria nam się w przyszłości rozwinie na 100%, tylko w którą stronę?
[01:04:29] - A ja cały czas mam nadzieję związaną z „Romulusem”, bo zapowiedziano, że „Romulus” będzie nawiązywał właśnie do „Aliena”, do „Obcego: ósmego pasażera Nostromo”. Jak oni to zrobią, to jest osobna sprawa i tu trochę ciarki mnie przechodzą, ale nadzieję mieć mogę, póki nie zobaczę. Ta nadzieja wiąże się z tym, że gdzieś tam wróci ten nastrój z filmu, który dzisiaj omawiamy, że pojawi się ta ciasna, duszna, powiedziałbym wręcz, atmosfera niebezpieczeństwa. Czy ono będzie tak niebezpieczne jak w „Alienie”? Pewno aż tak nie, bo zauważcie państwo, „Alien” to tak jak ze „Szczękami”. Ten mój ulubiony przykład. Kiedy najbardziej w filmie „Szczęki” się boimy, a w każdym razie odczuwamy napięcie? Kiedy rekina nie widać. A jak on się już zaczyna kłaść na tym kutrze, włazić na ten kuter prawie, to już się tak bardzo nie boimy. Troszkę tutaj w „Alienie” jest podobnie.
W jedynce, w „Obcym: ósmym pasażerze Nostromo” on jest pokazywany, ale pokazywany krótko, przebitkami, gdzieś tam się rozwija, pokazuje, ale to jest na tyle krótko że jeszcze nie ogarniamy całości. Jeszcze się boimy. Boimy się nieznanego. Ale w międzyczasie już nam tego ksenomorfa pokazano ze wszystkich możliwych stron. Piotr przez delikatność mówi o uniwersum ksenomorficznym, ale jeszcze przecież poza głównym nurtem są wszystkie Predatory versus Aliene i tak dalej. Mieliśmy okazję temu całemu ksenomorfowi przyjrzeć się proszę państwa, a może i bardziej. I on już tak nie straszy, tak jak straszył w jedynce, jak straszył w "Ósmym pasażerze Nostromo", kiedy czasu na przyjrzenie się potworowi było niewiele. Jakie metody straszenia, jakie metody wytwarzania napięcia, takiego napięcia, którego nie możecie państwo rozładować? Tak jest właśnie w "Alienie", że cały czas narasta napięcie i jeszcze, i jeszcze. Boję się, że w "Romulusie" będzie to trudne do osiągnięcia.
Bardzo, chyba najchętniej marzę o sytuacji, w której po tym, jak obejrzę "Aliena: Romulusa", powiem tu państwu o tym, że myliłem się, że dali radę, ogarnęli temat i zrobili kolejne arcydzieło. Ktoś powie: "Łudź się, łudź". Łudzę się. Póki jeszcze nie widziałem "Romulusa", to jeszcze się łudzę. Mam nadzieję, proszę państwa, to może lepsze od tego łudzenia się. Mam nadzieję, czyli jestem nastawiony pozytywnie. A jak będzie, zobaczymy.
[01:07:39] - Wszystkie inne filmy po tym, o którym dzisiaj mówimy, odcinają kupony. To już mówiłem. Są często dobrze zrobione, budują klimat. Zresztą Marku, to z nimi jest tak, że one budują pewną historię, która jest tak dobra, że można ją tylko powielać. Nikt nie wymyślił nakręcalnej historii z horrorem w kosmosie, którą można tyle razy zekranizować i cały czas ciągnąć. Moim zdaniem w dobie streamingów w przyszłości może dojść do sytuacji, gdy się pojawią seriale, jakieś offshoty z historiami się dziejącymi w świecie ksenomorfa. Nawet mnie trochę dziwi, że one się do tej pory nie pojawiły, ale to jest kwestia czasu według mnie. A film "Ósmy pasażer", cóż, może dla tych najmłodszych pokoleń on już nie jest tak szokujący. On się mimo wszystko wcale nie zestarzał. Teraz zgłupiałem.
Nie wiem, czy się nie zestarzała kanwa, czy się historia nie zestarzała, czy może się nie zestarzał właśnie ten potwór przede wszystkim. Potwór zaprojektowany przez Gigera, który będzie przerażał zawsze. Pamiętajmy, że on tam ewoluuje. On nie jest zawsze taki sam. To jest taki rodzaj strachu, jak z obrazami Boscha czy Beksińskiego. Ksenomorf pochodzi ze świata wyobraźni takiego właśnie artysty. I myślę, że to jest jeden z kluczy do sukcesu. Tam zagrało kilka elementów, szczególnie oczywiście w "Ósmym pasażerze", jak to się mówi. I to wszystko się świetnie zgrało. W późniejszych częściach wiadomo.
Pozostaje tylko czekać. Ja myślę, że ten cały Romulus, który miał być pierwotnie czymś innym niż będzie teraz, może nam wreszcie wytyczy nową drogę.
[01:09:39] - Tu powinniśmy właściwie skończyć, ale muszę powiedzieć coś jeszcze. Wspominałem o tym, ale pęknę, jeśli nie powiem czegoś więcej. Zwróćcie państwo uwagę na, moim zdaniem, genialną muzykę. Ona jest taka jakby w tle. Ona towarzyszy scenom, ale nie wybija się, nie wychodzi na pierwszy plan, ale jednocześnie podbija nastrój grozy, podbija nastrój niepewności. Ona jest tak dobrze powiązana z fabułą, że aż jestem szczapowa po prostu, bo rzadko to się zdarza, żeby aż tak wszystko ze sobą współpracowało. Ta muzyka sprawia, że czujecie się państwo niepewnie, że coś wam nie pasuje, że jest groźnie. Właściwie nie wiadomo, dlaczego jest groźnie. Na początku nie ma powodu, a jednak jest groźnie. Coś jest takiego w tej muzyce, że człowiek mówi sobie: "Kurczę, o co chodzi?" No właśnie.
Na tym chyba polega mistrzostwo. I to chyba ode mnie wszystko. Zauważyliście państwo zapewne, że ja jestem absolutnym fascynatem tego filmu i nie dam się przekonać. Czas na recenzję książkową. Od tego rodzaju aktywności jest w Bibliotekarium 2.0 jedna specjalistka, najlepsza specjalistka, czyli Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj na tapet wzięła książkę, klasyka paleoastronautyki, czyli Dänikena. Omówi dla państwa pozycję książkową noszącą tytuł "Mój świat w obrazach". Zapraszam.
[01:12:10] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Trudno dzisiaj znaleźć choćby jednego człowieka na Ziemi spośród, ma się rozumieć tych, którzy w ogóle coś czytają, który by nie słyszał nazwiska Erich von Däniken. Ten genialny Szwajcar jest w tej chwili najbardziej znanym przedstawicielem nurtu, jakby to powiedzieć? Trudno rzec, żeby uczony, chociaż w tym nurcie operują też i uczeni, ale jest on o wiele szerszy. Jest to rodzaj nurtu paranauki, ponieważ dlaczego paranauki? Ponieważ oficjalna nauka ich nie uznaje. Erich von Däniken jest najbardziej znany. Nie był ani pierwszy, ani też nie jest jedyny z tych, którzy rozpowszechniają teorie o ingerencji kosmitów w nasze życie. Od pozostałych różnią go dwie rzeczy. Po pierwsze jest ogromnie przebojowy, a po drugie ma świetne pióro.
Z zawodu był hotelarzem, prowadził hotel w Szwajcarii. Teraz jednak utrzymuje się głównie z pisania książek oraz kręcenia filmów, które mają przybliżyć ludziom teorię starożytnych kosmitów. No cóż, wiadomo, że do tej pory nie udało się w sposób wiarygodny przedstawić schematu, zgodnie z którym jakaś bardzo dawno żyjąca małpa przekształciła się w człowieka. Jak właśnie sam Däniken powiedział: fakt, że spośród wszystkich stworzeń na Ziemi tylko my jesteśmy inteligentni, wskazuje na to, że nawet my nie powinniśmy być. Coś w tym jest. Istnieją różne sposoby wyjaśnienia, dlaczego jeden małpiszon wstał na dwie łapy i został człowiekiem, a reszta dalej skacze z gałęzi na gałąź. Tylko że żadna z tych teorii nie ma do końca logicznego podbudowania. Jest to bowiem rzecz bardzo trudna wyjaśnić, jak to się stało. Każda z teorii ma swoje słabe punkty i tak naprawdę każdą z nich można ładnie skontrować, co zresztą Däniken robi z lubością. Jego zdaniem w ewolucji człowieka maczali palce kosmici, którzy przybyli na Ziemię i z jakiegoś powodu postanowili dodać swoje DNA do genomu zastanego hominida.
Dlaczego hominida? No bo sami byli człekokształtni. To by bardzo wiele wyjaśniało. Oczywiście można się spierać z tym, co mówi Däniken, można to wyśmiewać, ale fakt pozostaje faktem, że bywa zdumiewająco logiczny, a co najważniejsze nie jest gołosłowny. Mówi świat w obrazach. Jest to książka, od której każdy, kogo zainteresują teorie starożytnych astronautów, powinien zacząć swoją przygodę z Dänikenem. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż ta książka opiera się głównie na zdjęciach, zdjęciach z różnych stron świata. Przedstawiają one budowle, których nawet dzisiaj nie potrafilibyśmy wznieść.
Rysunki przedstawiające człekokształtne istoty w żadnym wypadku nie mogące być ludźmi albo też będące ludźmi, ale ubrane w coś, co przypomina skafander astronauty oraz całą masę artefaktów razem z podaniem nazwy muzeum oraz numeru stanowiska, gdzie dany artefakt się znajduje. Tak że można to sprawdzić. Däniken nie wymyślił sobie tych rzeczy. One istnieją. On tylko dorobił do nich teorię i to teorię, która wbrew pozorom jest całkiem spójna. Przeglądając zdjęcia człowiek co i racz jest zaskakiwany tym, co jest na nich wyobrażone przez ludzi, których przywykliśmy uważać za znacznie prymitywniejszych od nas. Gdyby spytać archeologa oraz historyka sztuki, to i jeden, i drugi powie, że dawniejsze kultury, szczególnie te prymitywniejsze, rzeźbiły i malowały to, co widziały. No przecież pierwsi ludzie, ci, którzy mazali rysunki naskalne, też malowali z natury to widzieli. Skąd więc na tych rysunkach ludzie, którym strzelają z głowy jakieś promienie, o wiele więksi od pozostałych, poubierani w jakieś dziwne skafandry nie skafandry. Skąd się wzięli?
Co mają symbolizować? No właśnie. Jest to bardzo osobliwe pytanie. Można oczywiście powiedzieć, że to są wyobrażenia, ale wyobrażenia wbrew pozorom też muszą się skądś brać. Naprawdę ciężko jest wyjaśnić pewne sprawy. Nie mówię tutaj nawet o technice wykonania niektórych z artefaktów, o ile artefaktem można nazwać miasta wycięte w kamieniu z taką precyzją, jakiej dzisiaj nie osiągniemy laserami. Chodzi mi tutaj o same, całą sztukę przedstawienia ludzi i nie ludzi w sztuce. Bo skąd ludziom, którzy dopiero co wyszli z jaskini, przychodziły do głowy takie rzeczy? Trochę to dziwne. Coś, na co wskazuje Däniken.
Te niezwykłe skoki cywilizacyjne, które się dokonywały pozornie bez sensu. Ktoś ganiał za mamutami i nagle zaczynał budować megalityczne struktury. No właśnie. Ale tak jak powiedziałam, teorie teoriami. Można się z nimi zgadzać, można się z nimi nie zgadzać, można je również wyśmiewać, jeśli się chce, co bardzo chętnie robią naukowcy głównego nurtu. Niestety problemem archeologii jest to, że jest bardzo skostniała. Jeżeli ma już ukutą teorię na jakiś temat i ktoś się próbuje jej sprzeciwić, ryzykuje wyrzucenie w ogóle poza nawias. Co nie jest dobrą metodą szerzenia nauki. Nie jest w ogóle dobrą metodą w niczym. Uczciwsze byłoby powiedzenie wprost: „Nie, nie wiemy, co to jest.
Nie wiemy, dlaczego to sporządzono, nie wiemy, kto to zrobił”. Ale archeolodzy nie są w stanie przyznać się do niewiedzy. Na tym polega ich problem. Daniken, tak jak jemu podobni, cały czas wysnuwają teorię, że nie tylko byliśmy niejako poligonem doświadczalnym istot z kosmosu, ale nadal jesteśmy. Tak jak powiedziałam, można temu wierzyć, można temu nie wierzyć, ale warto mimo wszystko przyjrzeć się zdjęciom zamieszczonym w książce „Mój świat w obrazach” i troszkę się nad nimi zastanowić, ponieważ są one rzeczywiście bardzo enigmatyczne. Dużo miejsca Daniken poświęca tam rytom oraz biżuterii czy obrazom, które mają wyraźne motywy techniczne, prosząc, żeby spojrzał na nie ktoś, kto ma techniczne wykształcenie. Najsłynniejszym przykładem tego, co może dokonać inżynier, jest sprawa tak zwanych kół Ezechiela. Właśnie pewien inżynier postanowił udowodnić Danikenowi, że plecie bzdury. Wziął na warsztat Księgę Ezechiela z Biblii oraz jego wizję tak zwanej Bożej chwały. Na podstawie tego skonstruował koła, które do dzisiaj są montowane na przykład w łazikach, które podróżują sobie w kosmosie.
Ponieważ ten opis był bardzo techniczny. Do tego stopnia techniczny, że posługując się jedynie nim mógł takie koła skonstruować. To jednak o czymś świadczy. Nie od rzeczy tutaj będzie wspomnieć, że ja sama, chociaż staram się zawsze do wszystkiego podchodzić logicznie, dałam się wciągnąć Danikenowi w jego grę. Mianowicie chodzi o zdjęcie czegoś, co się nazywa pektorałem Ozyrysa. Zostało to znalezione w grobie Tutenchamona. Daniken napisał, że jeśli spojrzy na ten rysunek technik, zobaczy poziomy rzut jakiejś aparatury, musi rozumieć po odrzuceniu ozdobników. Jestem technikiem. Postanowiłam na to spojrzeć. To było coś osobliwego, ponieważ to, co ja zobaczyłam, to był rzeczywiście poziomy rzut rampy rentgenowskiej.
Wszystko widziałam: i katodę, i anodę, nawet ruch obrotu anody, kierunek rozchodzenia się promieni oraz miejsce przyłożenia elektryczności. Wszystko jest na tym rysunku. Oczywiście wiem, że ja to zobaczyłam dlatego, bo jestem akurat technikiem rentgenowskim. Być może ktoś inny zobaczyłby co innego, ale rzeczywiście ten rysunek wygląda technicznie. Czy zatem podzielam zdanie Danikena? Tutaj właściwie jedyną słuszną odpowiedzią byłoby: nie wiem. Przeciwko odwiedzinom na naszej planecie stoi sama fizyka. Fizyka podróży międzygwiezdnych. Odległości są po prostu zbyt duże. One są tak ogromne, że aby uzyskać rozsądne przyspieszenie, należałoby złamać wszelkie prawa fizyki, którą znamy.
I powstaje jeszcze wielkie pytanie: czy materia ożywiona takie przyspieszenie by wytrzymała? Bo raczej nie. Są jeszcze oczywiście inne aspekty. Aspekt fizyczny jedna rzecz, aspekt biologiczny druga. Dlatego mówię: ciężko jest mi uwierzyć w odwiedziny przybyszy z jakichś bardzo odległych planet. Naprawdę ciężko. Z drugiej strony to, na co wskazuje Daniken, rzeczywiście ciężko wytłumaczyć w inny sposób. Jeśli przeczytacie książkę, sami się zorientujecie, że tak jest. Trzeba obejrzeć każde zdjęcie skrupulatnie, bez uprzedzeń. I niestety wynikiem tego jest to, że człowiek zaczyna przyznawać Danikenowi rację.
Po prostu na ziemi znajdują się rzeczy, które są pozostałością po czymś, o czym nie wiemy. Albo jakiejś pradawnej cywilizacji, która miała oszałamiająco wysoki poziom rozwoju i zniknęła bez śladu albo rzeczywiście ktoś nas odwiedził. Tak jak powiedziałam, ciężko mi w to uwierzyć, bo trochę za dużo wiem, ale po prostu wydaje się to w pewnym momencie jedynym wyjaśnieniem. Jak powiedział Sherlock Holmes: „Kiedy odrzucić to, co niemożliwe, to to, co zostanie, choćby nie wiem jak nieprawdopodobne, musi być prawdą”. No nic. Szanowni państwo, zachęcam do lektury książki „Mój świat w obrazach” i mam nadzieję, że wysnujecie własne wnioski. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:22:49] - Proszę państwa, proszę państwa. Pierwsze spotkanie z Piotrem Cielebiasiem już było. Widomy znak, że musi nastąpić również drugie spotkanie. Dzisiaj czas na sentymentalnik, a w sentymentalniku będziemy mówili o bardzo, ale to bardzo starych serialach. Serialach, których pierwsze odcinki nakręcone były w drugiej połowie lat 50. Ale jestem o tym głęboko przekonany, większość z państwa z tymi serialami się już zetknęła. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze. Zaczynamy sentymentalnik.
[01:23:31] - Tak. Witam, witam wszystkich. A dzisiaj cóż, podróż wybitnie sentymentalna na Dziki Zachód, a konkretnie będziemy dzisiaj omawiać seriale „Zorro” oraz „Bonanza”. Na początek powiem tak. Taka ogólna uwaga. Według przejrzanych przeze mnie ankiet Marku, na przestrzeni dekad żaden gatunek filmowy nie stracił na popularności tak dużo jak westerny. Dzisiaj takich kinowych westernów powstaje mało Ostatni w miarę okej, który oglądałem to był "Django". To było kupę lat temu. Chociaż muszę się przyznać, że nie jestem wielkim fanem Dzikiego Zachodu. Ale w PRL-u tematyka kowbojsko-indiańska święciła triumfy.
Była nie tylko popularna, ale też stanowiła temat zainteresowania młodzieży i zabaw dzieci oczywiście. Chyba nawet na popularności westernów wyrósł nam cały ruch miłośników Indian w Polsce, czyli naszych rodaków przebierających się jak Indian, żyjących jak Indianie, przynajmniej okresowo. A Zorro, to chyba nie będzie przesada, był chyba najpopularniejszym w Polsce Ludowej superbohaterem. W każdym razie kimś z takiej półki. Teraz pewnie niektórzy pomyślą: "No ale dobra, Zorro, a western Bonanza?" I tutaj jest taka rzecz, którą należy wyjaśnić. Często te seriale są określane jako westernowe, w odróżnieniu chyba od tego pełnokrwistego gatunku, ale o tym jeszcze sobie za chwilę powiemy. A Marku, jak to z westernami było w twoich młodzieńczych latach?
[01:25:09] - Z westernami zanim powiem, jak było, to powiem też, dlaczego nie jest. Westerny stały się niepoprawne politycznie. Bo przecież taki klasyczny western opierał się na prostym schemacie walki dobra ze złem, bez kombinowania, że jest relatywizm, że z jednej strony, z drugiej strony. W westernie wszystko było proste, było czarne i białe i nie było nad czym kombinować. Nasze czasy są takie, że dzieli się włos na czworo. Ale to jeszcze nie o to chodzi. Chodzi też o to, że w klasycznym westernie bohaterowie byli podzieleni w sposób zadziwiająco prosty. Byli bohaterowie, którzy byli dobrzy i oni to byli najczęściej biali mężczyźni i ich kobiety oraz byli bohaterowie źli i to byli biali mężczyźni, tylko ci źli oraz Indianie. O ile jeszcze biali, źli mężczyźni są do przyjęcia we współczesnym świecie, to Indianie... Ja już nawet nie wiem, czy wolno mi mówić Indianie.
Może powinienem mówić rodzimi czy w każdym razie mieszkańcy Ameryki Północnej. Żartuję, nie zamierzam. Dla mnie to zawsze pozostaną Indianie. Więc ten western po prostu w ojczyźnie swojej stracił korzenie, bo przestano chcieć go produkować. Ja nie wiem, czy przestano go chcieć oglądać, ale na bazie westernu zaczęto kręcić dziwadła, po prostu absolutne dziwadła. Trochę tak jak z "Gwiezdnymi wojnami", z trzecią sagą. O ile w pierwszej, tej, która zaczyna się nową nadzieją, czyli tak naprawdę ona jest druga. Widzicie państwo, jaki galimatias. W każdym razie w tej pierwszej o nowej nadziei o coś chodziło. Chłopak miał, tak jak w "Podróży bohatera" Campbella, swoje przeznaczenie.
Pochodził z pewnej rodziny, miał misję do wykonania. Było dobro, było zło. Te dwie siły się ścierały ze sobą. Wszystko było dosyć proste. Obejrzyjcie sobie państwo trzecią część, trzecią sagę "Gwiezdnych wojen". Tam właściwie nie do końca wiadomo, o co chodzi. Trochę tak zaczęło być również w westernach i ludzie po prostu od tych westernów odwrócili się. Woleli te klasyczne, ale te klasyczne się już mocno zestarzały. Oglądają je już tylko miłośnicy, naprawdę miłośnicy gatunku. No i cóż, przynajmniej na razie ten gatunek pogrążył się w letargu.
Czy to jest śmierć ostateczna? Tego nie wiem, ale rzeczywiście straciło to na popularności. A odpowiadając na twoje pytanie, to druga połowa lat 70. jakoś tak się porobiło, że w sobotnie wieczory, poza tą sobotą, w której było Studio 2, bo to wtedy nie zawsze, czasami inne filmy się pojawiały, ale w sobotnie wieczory, takie zwykłe, zaczęto puszczać w drugiej połowie lat 70. westerny. I to westerny klasyki. "15.10 do Yumy", "W samo południe", "Dyliżans". Tam wszystkie klasyki chyba były. Ja sam dzisiaj nie potrafię tych klasycznych filmów wymienić. W związku z tym ludzie chcąc nie chcąc oglądali, bo amerykańskie, to oglądali i to się wtedy cieszyło popularnością.
Może dlatego, jak to powiedzieć, może z braku laku, to wszyscy oglądali, ale rzeczywiście te historie w jakiś sposób przyciągały. Przyciągały, ponieważ znowu operowały bardzo prostym schematem dobra i zła. Zauważcie państwo zresztą, że to trwało troszeczkę dłużej. Nie mówię już o Polsce, tylko o świecie. Zauważcie państwo, że w trylogii "Powrót do przyszłości" dwie części, właściwie jedna, ale w dwójce się to zaczyna, też są oparte czy jakoś oplecione wokół świata Dzikiego Zachodu. Oczywiście on jest przerysowany, przejaskrawiony i uśmieszniony troszeczkę. Ale jednak Amerykanów jeszcze w latach 80. do tego Dzikiego Zachodu ciągnęło. Teraz chyba przestało. I teraz na tym tle Zorro.
Wiecie państwo, to pogranicze Stanów i Meksyku to takie miejsce, które po pierwsze owocowało konfliktami, po drugie było takim trochę miejscem bezprawia. Ten serial, o którym chcemy dzisiaj mówić, to jest serial z drugiej połowy lat 50. On w telewizji funkcjonował od początku lat 60. w Polsce. Ja go pamiętam z późniejszej odsłony, z drugiej połowy lat 60., kiedy to było emitowane w „Ekranie z bratkiem”. To też taki kultowy serial, nie serial, program telewizyjny. Tam wtedy właśnie ten De la Vega, już nawet Don Diego de la Vega, tak się ów gość nazywał, razem ze swoim głuchoniemym giermkiem, służącym tak naprawdę i swoim wiernym koniem. To była fajna ekipa. Ale był tam przecież też dowodzący garnizonem, wyjątkowa kanalia, jeśli chodzi o postać filmową. I ten sympatyczny, dzisiaj tak na to patrzę, sierżant Garcia, który był z jednej strony, nie wiem, czy algorytmy pozwolą, taką de wołową był po prostu.
Ale z drugiej strony starał się być bardzo taki służbisty, starał się wykonywać. Chciał tego Don Diego, on nie wiedział, że Don Diego, tego Zorro chciał złapać, ale mu nie wychodziło. Zresztą jeśli pamiętacie państwo czołówkę, jak to właśnie Don Diego Zorro wycina mu swój znak, to „Z”. Właśnie wycina na sierżancie Garcii. To był serial, który znowu trudno mi powiedzieć, czy gdyby nie był takim bezalternatywnym serialem, to znaczy nie było nic innego, to się oglądało Zorro. Ale z drugiej strony ja pamiętam, że w Zorro również się bardzo młodzi ludzie bawili na podwórku. Ja się bawiłem w Zorro w przedszkolu jeszcze, tak że coś w tym jednak było.
[01:32:19] - Ja oczywiście pamiętam jedno i drugie. Zresztą, jeżeli się nie mylę, to regularnie oba te seriale są dzisiaj przypominane przez niektóre kanały telewizyjne w ramach nostalgii, łącznie gdzieś tam z „Tomkiem na prerii” i późniejszą „Doktor Quinn”. To jakoś tak się splata wszystko, że tak powiem, gatunkowo. Gdybym jednak po latach miał ocenić „Bonanzę” i „Zorro”, a przede wszystkim „Zorro”, to powiem ci tak: jak byłem mały, to nadal nie powiem, to był temat popularny. Leciały jakieś tam inne wersje tego serialu chyba, bo film to tam też był, ale filmu to się nie oglądało. Był dla dorosłych. Owszem, w moim pokoleniu każdy wiedział, kto to jest Zorro. Najłatwiej się było za Zorro przebrać na balu przebierańców, ale jakiś taki top popularności to już nie był i tendencję też notował raczej spadkową. Dzisiaj ogólnie mam takie wrażenie, Marku, że mówimy o produkcjach głęboko nostalgicznych, pochodzących z epoki telewizji polskiej i amerykańskiej, która już nie wróci. Z takiej popkultury, która już nie wróci.
Bo Zorro, co trzeba powiedzieć, był reanimowany, niestety w sposób nieudany. O tym sobie jeszcze za chwilę powiemy, ale może przejdźmy tak do krótkiego... Nie wiem, czy można omówić te seriale, o czym one są. W sumie to chyba każdy wie, ale jak powiedziałem, „Bonanza” i „Zorro” są określane niekiedy jako produkcje westernowe. Do tych pełnokrwistych, poważnych westernów jest im trochę daleko. Są bardziej przygodowe i przede wszystkim są bardziej humorystyczne. W przypadku „Bonanzy” można nawet powiedzieć, że jest to takie kino dydaktyczne chyba. No nie kino, serial. Zorro zaś jest bohaterem ludowym, stąd być może się tak dobrze przyjęło w PRL-u, chociaż przecież nie tylko u nas. Co do Zorro, to ogólnie, Marku, jest ciekawe to, że największy sukces tej postaci w kinie, w serialach, jakby nie patrzeć, powstawał i pojawiał się, kiedy brali się za to Europejczycy bądź Amerykanie.
O Zorro jest mnóstwo produkcji innych niż ten serial, o którym my dzisiaj mówimy, w większości nieznanych nam. Najsłynniejszy to jest jednak ten dzisiejszy, najsłynniejszy w PRL-u. Natomiast kiedy na początku XXI wieku wzięli się za produkcję chyba Kolumbijczycy, to powstała telenowela z Zorro w roli głównej, uznawana za totalną szmirę. Ona też była emitowana w naszym kraju. Potem były jeszcze filmy z Panderasem na temat Zorro, ale one też furory nie zrobiły. Czyli to jest taki trochę bohater, wiesz, jak Kmicic. Zabawniejszy oczywiście, ale dzisiaj się już chyba świat takimi nie zachwyca. Dla dzisiejszych mediów kina Zorro jest za mało kontrowersyjny. Natomiast „Bonanza” i powiem ci, że tutaj mam zagwozdkę.
[01:35:11] - A to poczekaj, Piotrze, bo jeszcze coś, zanim przejdziemy do „Bonanzy”, którą celowo jakoś na razie pominąłem, to jeszcze małe uzupełnienie, jeśli chodzi o Zorro. To tak, żeby wyjaśnić dekoracje. Po pierwsze, kto nie pamięta, to niech zobaczy koniecznie czołówkę tego filmu, gdzie Zorro na koniu. Ten koń sobie staje dęba, jest burza i w pewnym momencie piorun błyska w kształcie litery Z i się to Zorro pojawia. Jeszcze jest taka fajna, niefajna, śpiewana chórem piosenka o Zorro. Trzeba też powiedzieć, jeśli chodzi o Zorro, że rzecz się dzieje w Kalifornii, żebyście państwo poczuli klimat westernowy, niech będzie. Tylko w takiej Kalifornii, którą znamy troszeczkę mniej, bo Kalifornii, która nie była pod panowaniem USA, tylko jeszcze była w zarządzie hiszpańskim. I stąd się brały te dziwne niesprawiedliwości, które się pojawiały i tak dalej. Oraz kapitan, który dowodził tym garnizonem. Ja ciągle nie pamiętam, jak on się nazywa.
Jakoś na M się nazywał i on był wyjątkowo paskudny. Cóż, Zorro, tak jak powiedziałeś, Piotrze, to taki bohater ludowy. On troszeczkę chyba się wpisywał w takie persony filmowe jak na przykład Janosik, bo on walczył o sprawiedliwość, ale przecież walczył w masce. Nie chciał, żeby go poznano. To oczywiście bardzo praktyczne, bo jakby go poznano, rozpoznano, to by go aresztowano i prawdopodobnie powieszono. Ale to z jednej strony. Z drugiej strony rozdawał biednym, grabił bogatych, w tym wypadku ten garnizon i tak dalej. Znowu, ten serial był taki bardzo prosty. Czarne, białe. Ja to dzisiaj często powtarzam, ale on był właśnie tak zrobiony.
Myślę, że jego adresatem była głównie młodzież, bo to jednak było bardzo mocno uproszczone, ale to się musiało cieszyć powodzeniem nie tylko w Polsce, skoro nakręcono tego „Zorro” aż trzy serie. I to jest informacja, niestety ja tego wiedzieć nie mogłem, więc zaczerpnięta z internetu, że odcinków nakręcono blisko 80. To wiecie państwo, w tamtych czasach to naprawdę była petarda.
[01:37:57] - Tak, ja tylko dodam, że ten złodupiec, jego główny przeciwnik, to się chyba nazywał Monasterio, jeżeli dobrze pamiętam, to on rezydował w czymś, co prawdopodobnie jest zalążkiem dzisiejszego Los Angeles. Także tu był taki smaczek dla Amerykanów. Myśmy pewnie tego tak bardzo nie odczuwali. Los Angeles nie miało jeszcze wtedy takiej renomy jak dzisiaj. Co jeszcze o tym „Zorro” można powiedzieć? Skradłeś mi tutaj moją kwestię mówiącą, że to był bohater ludyczny, ludowy, z humorkiem.
[01:38:30] - To przejdźmy do „Bonanza”.
[01:38:33] - Z humorkiem się wszystko odbywało i ta miękkość taka, ta lekkość sprawia, że niektórzy stawiają właśnie pewną granicę między Zorro a prawdziwymi westernami. Chociaż, jak wspomniałeś, pamiętać musimy, że to się dzieje na Dzikim Zachodzie Zachodu, bo to jest sam kraniec Dzikiego Zachodu, czyli Kalifornia. Natomiast „Bonanza” się rozgrywa gdzieś chyba w Nevadzie z tego, co pamiętam, ale nadal tam. I tutaj mam pewien problem. Otóż ja doskonale pamiętam ten serial. Pamiętam też szał na niego. Oczywiście tego szału nie mogę pamiętać, ale pamiętam, że ludzie do niego wracali, mówili o nim, śpiewali piosenki, te z czołówki i tak dalej. Ale ty, Marku, mówiłeś, że były też piosenki tworzone naprędce przez fanów.
[01:39:26] - Ja nie wiem, czy przez fanów, ale podwórkowe piosenki. Ja mogę państwu nawet zacytować. Pamiętam jedną zwrotkę, ale to miało kilka zwrotek, to na pewno. Jedna z nich brzmiała tak: „Na kolację gruby Hoss zjadł całego wieprza. Adam z Johnem śmieją się, aż im brak powietrza”. I później następował refren: „Adam, Adam, trzymaj się, trzymaj się kochanie, bo za tobą banda mknie, o mało nóg nie złamie”. Przyznacie państwo, niezwykle piękna twórczość ludowa. Dzisiaj dużo mówimy o ludyczności i ludowości. To właśnie taki przejaw ludowego, troszkę miejskiego folkloru chyba, ale to też pokazuje, jakką, nie waham się tego powiedzieć, estymą cieszyła się „Bonanza”. Bo „Bonanza”, jak to się mówiło, leciała zawsze w niedzielę, w niedzielne popołudnie.
Ja to pamiętam jeszcze z pierwszej połowy lat 70. Prawdopodobnie, jestem niemal pewien, że to sięgało jeszcze lat 60., ale tu już pamięć nie dopisuje. Natomiast początek lat 70. to niedziela bez „Bonanza”, bez tej czołówki, kiedy pali się plan, mapa z napisem Ponderosa, bo to tak się owo ranczo ogromne nazywało, w którym to rodzina Cartwrightów sobie zamieszkiwała i przeżywała różne przygody. Co więcej, proszę państwa, to był serial, który był kręcony metodą taką dwojaką, to znaczy część ujęć była robiona w studio. W studio takim ucharakteryzowanym na jakiś plener, to znaczy jakieś skały, jakieś jezioro, jakieś drzewka. To była norma. I były też wstawki, kiedy jeździli na koniach na przykład albo gdzieś tam dojeżdżali do jakiegoś miasteczka. To były wstawki filmowe. Niezwykle zabawne było łączenie obu tych ...
form przekazywania tej sztuki filmowej, bo wtedy w czarno-białych telewizorach się tego jeszcze nie widziało. Ja natomiast po wielu latach obejrzałem sobie „Bonanzę” w kolorowym odbiorniku i na kolorowo. I muszę przyznać, ale to nie tylko dlatego, że kolorowe. Widać po prostu dzisiaj, już może oko bardziej wprawne, widać te połączenia. I zabawne było, kiedy na przykład jeden z bohaterów jedzie i mamy plan filmowy, jedzie wśród skał i na niego czeka jakiś inny bohater, też wśród skał, ale już zbudowanych w studio. I te dwa obrazy są ze sobą łączone. Tak sobie to wygląda z dzisiejszej perspektywy, ale to nie jest ważne, jak to wygląda z dzisiejszej perspektywy, bo wtedy to bez wątpienia był kultowy serial. Nie było nawet słowa kultowy, a on był kultowy, proszę państwa. Bohaterowie, ten Adam wymieniony w piosence czy właśnie Hoss. O tych bohaterach rozpisywały się tygodniki PRL-owskie.
Ja sam pamiętam jakiś artykuł, w każdym razie w tygodniku „Przekrój”, bo „Przekrój” był kiedyś tygodnikiem, o pewnych kłopotach zdrowotnych tego Hossa grubego, który tam sobie pomykał po ekranie. Także losami rodziny Cartwrightów żyła bez przesady cała Polska. Ten serial był komentowany, przeżywano go. Jak sobie tak dzisiaj oglądam czasami, to ja nie wiem, co tam przeżywano, ale to był po prostu taki czas PRL-u. To była specyfika PRL-u, że wówczas wszystko, co pochodziło gdzieś tam z tego, cudzysłów, zgniłego Zachodu, to było cudowne, wspaniałe i najlepsze, choćby to było tylko średnie.
[01:43:44] - Tak, „Bonanza” z mojej dzisiejszej perspektywy jest też mocno średnia. To się oglądało, nie pamiętam, z jakim zaangażowaniem, ale podejrzewam, że z niedużym, bo muszę powiedzieć, że w moim pokoleniu szał na westerny trochę zmalał. Jeżeli już, to takim westernowym bohaterem moich czasów to był Lucky Luke, zarówno w tej wersji serialowej. To był taki aktor, który grał jednocześnie Don Matteo, czyli pierwowzór ojca Mateusza i był też Lucky Lukiem, ale była też ta wersja animowana, dużo lepsza tak naprawdę, stworzona przez Gościnnego chyba. To był taki element westernowy w moich czasach. Ale wiesz co razi w „Bonanzie” dzisiaj? Ta dydaktyka. Zresztą kiedy sobie poczytałem o tym serialu, bo nie ma bata, żebym ja go obejrzał do dzisiaj, dzisiejszego sentymentalnika w całości, ale kiedy sobie poczytałem, to tam był duży ładunek właśnie taki edukacyjny, związany przede wszystkim z tematami trudnymi. Trudnymi, ważnymi społecznie, takim jak rasizm na przykład, który był w ogóle, to jest ciekawe, nie jestem w stanie tego zweryfikować, mówię to, co przeczytałem, że „Bonanza” była jednym z tych seriali, który się odnosił właśnie do tego problemu w Ameryce, ale nie tylko do tego, bo był szereg innych. Ja polecam poczytać, jeżeli ktoś się bardzo interesuje.
Ale co widać, Marku, ten przekaz telewizyjny był inny, zupełnie inny. Inaczej bawiono ludzi, inaczej przyciągano tych ludzi i na pewno te najmłodsze pokolenia to mogą „Bonanzę” i „Zorro” uznać za totalnie naiwne i totalnie archaiczne. Coś absolutnie nie do przetrawienia. Ja myślę, że jednak wśród naszych słuchaczy jest wielu ludzi, którzy nie tylko trawią te seriale, ale chętnie nawet do nich wracają. Ja bym tylko dodał jeszcze tyle: nie można mówić o westernach i filmach westernowatych w PRL-u, nie wymieniając kolejnego bohatera, czyli „Winnetou”. Były spaghetti westerny. Zresztą „Winnetou”, co ciekawe, nadal jest też puszczany czasem w wersji dubbingowanej śląskiej. Polecam. Co ciekawe, nawet Polacy w latach 60. bodajże próbowali kręcić jakieś krótkie filmy osadzone w realiach kowbojskich.
Jak to wyszło, to może kiedyś powiemy. Ale potem magia Dzikiego Zachodu prysła, Marku. Ale zobacz, że ona się zachowała w języku do dzisiaj. Do dzisiaj słyszymy takie zwroty jak: sorry, Winnetou na przykład. Albo na przykład, że: ale bonanza. Albo na przykład, że ktoś poleciał w kulki albo w ciula, jeżeli mogę tak powiedzieć, jak Zorro. Także to jest ciekawe. Zobacz, że te seriale, chociaż dzisiaj to już jest taka myszka totalna, ale jednak gdzieś tam ta nostalgia jest. Dlatego moim zdaniem ten dzisiejszy film jest taką kwintesencją nostalgii, bo mówimy o czymś, co jest bardzo mocno osadzone w popkulturze, dobrze zapamiętane przez niektórych. Ale właśnie tak jak z nostalgią bywa, kiedy się dzisiaj do tego wraca, to: a może jednak nie, lepiej zapamiętać tamte emocje, które były kiedyś.
[01:47:01] - Jeszcze kilka rzeczy chciałem powiedzieć. Uśmiechnąłem się, kiedy powiedziałeś, że nie obejrzałeś do dzisiejszego wydania sentymentalnika „Bonanzy”, bo miałbyś sporo roboty. 430 odcinków nakręcono w ciągu 14 lat pomiędzy rokiem 1959 a 1973. Cóż jeszcze z ciekawostek? Może to, że wystąpił w serialu „Bonanza” między innymi oczywiście Michael Landon. Wspomniałeś o „Domku na prerii”. To jeśli państwo skojarzycie te dwa filmy, to już wiecie który to aktor. W każdym bądź razie, miałem nie mówić w każdym bądź razie. No więc w każdym razie muszę powiedzieć, że poza piosenkami to tak jak powiedziałeś, język owszem, ale „Bonanza” to też świetna muzyka. Ona zresztą, o ile dobrze pamiętam Była nagradzana.
Dzisiaj zresztą bywa ta muzyka wykorzystana. Jak ktoś chce nawiązać w jakiś sposób do Dzikiego Zachodu, to często motyw z „Bonanzy” jest wykorzystany, bo ta muzyka naprawdę była niezła. Ona się chyba do dzisiaj broni. Ale tak jak powiedziałeś: sentymenty, sentymenty. Zarówno „Zorro”, jak i „Bonanza” to są dzisiaj, nie waham się tego powiedzieć, ramoty. Rzeczy, które odchodzą. Niedługo będą już oglądane tylko przez takich sentymentalników jak my, a w każdym razie ja. Ludzi, którzy po prostu to pamiętają oraz być może przez badaczy starego kina, starych seriali. Ale nie sądzę, żeby ktoś z zaangażowaniem chciał wracać do tego rodzaju twórczości. Tak jak powiedziałeś, w obu przypadkach, i w przypadku „Zorro”, i w przypadku „Bonanzy” ten dydaktyzm.
W przypadku „Zorro” to jednak skierowany chyba do młodzieży. W przypadku „Bonanzy” to był serial dla dorosłych. Tak był przynajmniej w Polsce odbierany. Dla dorosłych. To ten dydaktyzm. Przecież mówiłem na początku naszego spotkania o czerni i bieli, o pewnym jasnym rozróżnieniu, ale nie wolno pewnej granicy przekraczać. Owszem, fajnie jest, jeśli tak jak w „Samo południe” dobro i zło są jasno określone. Jest tam jakaś wątpliwość, powinna nawet być, ale generalnie dobro i zło są na swoim miejscu. Natomiast jeśli tak jak w owych serialach, które dzisiaj omawiamy, zaczyna się przekraczać pewną granicę, nazwijmy ją właśnie granicą dydaktyzmu, takiego wpajania człowiekowi: „Powinieneś być taki, powinieneś reprezentować takie wartości albo śmakie wartości”, to zaczyna być męczące i ludzie to wyczuwają. Być może w PRL-u tego nie wyczuwali, ale PRL się skończył i być może z tej przyczyny te seriale dzisiaj już mocno, ale naprawdę mocno trącą myszką.
Cóż, to ja teraz państwa zaproszę na coś, co państwo bardzo, ale to bardzo lubicie. Na serię Bez Tajemnic. A dzisiaj tytuł, który zdziwię się, jeśli państwa nie zaintryguje. Ten tytuł to Opętana rodzina.
[01:51:03] - Chciałbym opowiedzieć wam pewną historię, w którą zostałem ostatnio wtajemniczony. Akurat wykorzystałem tę piękną pogodę i to chyba nawet dobrze, ponieważ historia, którą chciałbym wam opowiedzieć, jest godna swoich hollywoodzkich odpowiedników. Mianowicie zadzwoniła do mnie jakiś czas temu pewna pani, samotna matka dwojga dzieci, która opowiedziała mi, że ich dom jest nawiedzony. W domu dochodzi wręcz do spektakularnych manifestacji spirytystycznych. Przerzucanie talerzy, rozsypywanie pieczywa w kuchni, wyginanie sztućców. Do takich rzeczy dochodzi. Ja dokładnie przepytałem tę panią, aby po prostu opowiedziała mi dokładnie w szczegółach, co tam się dzieje. I ja tej kobiecie uwierzyłem. Szczególnie, że zawsze zakładam, że osoba kontaktująca się ze mną w taki czy inny sposób zawsze mówi prawdę. Ponieważ co miałaby na celu, próbując nabić mnie w butelkę?
Ale historia tej pani naprawdę wyglądała wiarygodnie. Z tego, co mi powiedziano, było sporo świadków, takich osób postronnych, które mogłyby ewentualnie potwierdzić, że te manifestacje rzeczywiście miały miejsce. W trakcie rozmowy z nią próbowałem wysondować, czy gdzieś w pobliżu znajduje się jakieś medium, ponieważ medium musi być obecne, aby mogło dojść do manifestacji spirytystycznych. Rodzina mieszkała czy mieszka w domu jednorodzinnym, więc żaden z sąsiadów, nikt taki nie mógł wspierać tych manifestacji nieświadomie. Okazało się, że medium są one same, czyli matka i córka. Szczególnie, że w rodzinie również były obecne inne przypadki mediumizmu. Ale ja już tak bardzo skracam. Okazało się, że to właśnie ta starsza córka posiada zdolności medialne, którymi wspiera te manifestacje i to nawet ona sama bardzo źle te manifestacje znosi. I tutaj, skoro matka tej dziewczyny zgłosiła się do mnie, skontaktowała się ze mną właśnie po to, aby pomóc przede wszystkim jej. Ja niestety nigdy nie przedstawiałem się jako egzorcysta albo jako medium, więc nie mogłem tutaj na przykład pojechać i odprawić jakiegoś czary-mary.
Ale zakładam, że skoro Opatrzność kieruje do mnie jakieś osoby, to znaczy, że ja w taki czy inny sposób jestem w stanie tej osobie pomóc. Manifestacje rozpoczynały się w godzinach porannych i trwały mniej więcej do południa, więc w nocy był spokój. O godzinie 12 w południe mniej więcej wszystko się kończyło. Poza tym w rozmowie zorientowałem się, że te duchy nie są złośliwe, tylko są po prostu uciążliwe. One próbowały zwrócić na siebie uwagę z jakiegoś powodu. Obie kobiety nie wiedziały, co robić. Były już u nich różne media czy egzorcyści. Takie osoby, które zajmują się odprowadzaniem duchów i tak dalej. Ale niestety niczego nie wskórały. Po prostu przyszły, coś tam porobiły, odeszły i manifestacje nadal trwały.
Co w takim razie mogłem danej osobie, tej pani mogłem zalecić? Taka osoba, która posiada zdolności mediumiczne i która wywołuje tak duże, tak silne manifestacje spirytystyczne, powinna w pierwszej kolejności poznać siebie. Czyli ja tutaj, w tej konkretnej sytuacji zalecałem zapoznanie się z literaturą spirytystyczną. Oczywiście książki Allana Kardeca i wszystko to, co możemy znaleźć na stronie rivali.pl. Osoba posiadająca zdolności mediumiczne musi po prostu zrozumieć, co się z nią dzieje i musi zrozumieć zjawiska mediumiczne, które ją otaczają. Kolejnym krokiem, który nie powinien nastąpić później, ale wręcz równocześnie z zapoznaniem się z literaturą spirytystyczną, powinna być modlitwa. Zwrócenie się do Boga z prośbą o moc, o siłę, o odpędzenie tych duchów złośliwych, żeby dane duchy dały troszeczkę oddechu takiej osobie, żeby ta dana osoba mogła się troszeczkę skupić na innych sprawach związanych z poszerzaniem swojej wiedzy spirytystycznej. Nie należy także zapominać, że takie osoby często są sparaliżowane strachem. One po prostu się boją tych zjawisk. Skoro ich nie rozumieją, to jest to w miarę oczywiste.
I tutaj w przypadku tej konkretnej historii młoda osoba, która nosiła na swoich barkach główny ciężar związany z tym opętaniem, również była sparaliżowana strachem. Ja starałem się tej osobie wyjaśnić, że tak naprawdę wszystko jest w jej rękach i to ona sama może starać się kontrolować sytuację. Podałem jako przykład medium Divaldo Pereira Franco, który jest medium wszechstronnym i jeżeli ktoś nie zna, możecie sobie poczytać w internecie. On pracuje z duchami tylko od godziny do godziny, na przykład od 8:00 do 10:00 rano. On przyjmuje duchy i z tymi duchami rozmawia, a potem stara się prowadzić normalne życie. Jeżeli medium nie będzie postępowało w ten sposób, zostanie wręcz zdominowane przez obecność duchów, na co medium nie może sobie pozwolić, ponieważ to by oznaczało, że medium zostało opętane. Więc media pragnąc kontrolować swoje życie muszą niestety odsyłać duchy. Jeżeli duch o godzinie 11:00 przyjdzie do niego, to mówi: „Nie, chwileczkę, panie duchu, ja przepraszam, ale proszę przyjść jutro do godziny 10:00. Przyjmuję pan wtedy przyjdzie, pan mi powie, o co chodzi i wtedy będziemy mogli ewentualnie zaradzić, jak panu pomóc” i tak dalej. I media, które się trzymają tej zasady, mogą prowadzić względnie normalne, spokojne życie.
Jeżeli nie, to przechlapane. Jakiś czas później dowiedziałem się, że miała miejsce taka sytuacja, gdzie dziewczyna zobaczyła ducha i kazała temu duchowi odejść, ponieważ rzekomo ten duch miał straszyć młodsze rodzeństwo. I ten duch rzeczywiście odszedł. Dla mnie osobiście to był znak, że to nie są duchy złośliwe, to nie są żadne demony, czy można wymyśleć nie wiadomo co. To był po prostu duch, który czegoś potrzebował. Spirytyści działają w taki sposób, że jeżeli dochodzi do opętania, spirytysta może zorganizować seans i oczywiście trzeba dysponować medium. Spirytysta może zorganizować seans, wywołać danego opętującego ducha i zapytać, o co mu chodzi. Ponieważ przyczyny opętania mogą być różne. To nie musi być czysta złośliwość danego ducha. To mogą być jakieś karmiczne historie gdzieś z poprzedniego wcielenia.
Spirytyzm zna takie opowieści, więc nie ma w tym nic dziwnego. Bądź po prostu mogą to być jakieś niezałatwione sprawy ducha, gdzie duch próbuje zwrócić uwagę danej osoby, żeby dana osoba w jakiś sposób zareagowała, coś poczyniła, jakieś kroki. Więc możliwości jest wiele. Czasami takie opętanie w przypadku osoby posiadającej zdolności mediumiczne może na przykład mieć na celu to, żeby dana osoba zaczęła pracować nad swoim mediumizmem. Kolejnym krokiem, o którym zresztą dowiedziałyby się dane osoby, które mają taki problem i które zgłębiają wiedzę spirytystyczną, jest próba odseparowania się. Nie powinienem używać takiego słowa. Jest chęć odseparowania się od ducha, który próbuje na przykład nękać daną osobę. Ezoterycy generalnie zalecają, aby wizualizować wokół siebie tak jakby kulę. Ja czasami coś takiego robię i w moim przypadku ta kula zawsze jest niebieska. Wizualizuję sobie taką niebieską kulę i wtedy czuję się odseparowany od tych wszystkich spraw duchowych, można powiedzieć.
W literaturze spirytystycznej jest podane, że jeżeli jakiś człowiek jest nękany przez ducha, który na przykład wysysa z niego energię, medium musi świadomie starać się poprzez swój magnetyzm. Oczywiście tutaj chodzi o media magnetyzujące. Odseparować ducha opętującego od ciała ofiary. Ale medium musi być świadome tego, co chce, ponieważ to właśnie myśli są w stanie wygenerować pewną akcję. Jeżeli medium magnetyzujące będzie po prostu magnetyzować bez jakiegoś konkretnego celu, to prawdopodobnie poniesie porażkę i do żadnego pozytywnego skutku nie dojdzie. I to są takie rzeczy. Poza tym osoby, które przebywają w otoczeniu takich ludzi opętanych, nawet jeżeli to opętanie nie jest zbyt groźne, ale z pewnością jest uciążliwe. powinny również przyczynić się, pomóc takiej osobie uwolnić się od tego opętania. W jaki sposób? Poprzez modlitwę.
Nawet jeżeli ktoś nie jest katolikiem, nie szkodzi, jeżeli pójdzie na przykład do kościoła, sobie usiądzie w ciszy, w spokoju i po prostu skupi się, pomodli się na swój sposób. To przecież nie musi być Ojcze nasz. Bóg jest, że tak powiem, istotą uniwersalną i można się do niego zwracać w każdy dowolny sposób, jak tylko człowiek ma ochotę. I wtedy, jeżeli ta modlitwa i chęć udzielenia pomocy danej osobie będzie szczera, zapewniam was, że nie zostanie ona zignorowana. W taki czy inny sposób dana osoba uzyska pomoc. Oczywiście, jeżeli opętanie ma podłoże karmiczne, to taka osoba nie zostanie od tego opętania tak po prostu z dnia na dzień uwolniona. Ale być może i to jest bardzo prawdopodobne, taka osoba będzie bardziej, że tak powiem, wspierana. Tu jestem, tu jestem, tu jestem. Będzie bardziej wspierana i będzie miała więcej siły, aby po prostu podołać, podołać temu opętaniu, aby po prostu zebrać w sobie siły. I to naprawdę jest skuteczne.
Osoba borykająca się z takimi problemami musi zrozumieć, że nikt tak naprawdę poza nią nie będzie w stanie jej pomóc. Ponieważ jeżeli na przykład przybędzie do niej jakiś egzorcysta, jakiś doświadczony egzorcysta, może się okazać, że egzorcysta wypędzi ducha, ale ten duch po jakimś czasie z jakiegoś powodu do danej, do swojej ofiary wróci. To jest jedna rzecz. Druga rzecz. Jak już wspominałem w różnych moich materiałach medium, jedno medium może odebrać jakiegoś ducha, inne medium nie. Zakładam, że skoro dana osoba, która się ze mną skontaktowała, była w stanie wspomagać manifestacje spirytystyczne w taki, tak, aż tak imponujący sposób, że tak powiem, to też siłą rzeczy bardzo, bardzo dobrze odbiera dane duchy, które są u niej obecne, więc ten przepływ fluidów pomiędzy medium a duchem jest bardzo płynny. Dlatego nie należy liczyć, że na pewno jakieś medium czy jakiś egzorcysta przyjdzie i załatwi sprawę, załatwi sprawę za nas. Tak naprawdę jedynym skutecznym rozwiązaniem jest samemu, poradzenie sobie samemu z danym problemem. Oczywiście mówię tutaj podkreślam o osobach, które są mediami i które mogą w ten sposób po prostu działać. Osoba, która posiada zdolności mediumiczne i która została, została opętana przez jakiegoś ducha, może po zgłębieniu troszeczkę wiedzy spirytystycznej, może przygotować się do prostego seansu.
Nie trzeba się tutaj niczego specjalnego obawiać, ponieważ skoro dana osoba została już opętana, to znaczy, że nic gorszego jej się po prostu w trakcie seansu nie przytrafi. Seans ma na celu wypytanie ducha, czyli można tutaj wykorzystać różne, różne metody czy tabliczkę Ouija, czy ewentualnie nawet, no skoro tak jak w przypadku tej historii mieliśmy do czynienia z duchami stukającymi, to też można było przygotować serię pytań i te pytania zadać duchowi. Jedno, jedno stuknięcie na tak, dwa stuknięcia na nie i po prostu wiedzielibyśmy, o co chodzi. W książce Opętanie Alana Kardeca jest przedstawiona taka historia, gdzie zostało opętane zdaje się dziecko, jeśli dobrze pamiętam. Wielu egzorcystów nie potrafiło sobie poradzić z uratowaniem, z wyleczeniem, że tak powiem, tego dziecka z ataków złego ducha, jak to oni nazywali demonów. I zostali wezwani spirytyści, którzy ustanowili się w domu naprzeciwko domu opętanego. Zorganizowali tam trzy kolejne seanse spirytystyczne, podczas których porozmawiali sobie z duchem i przekonali tego ducha, żeby po prostu zostawił to dziecko w spokoju. Ja już tam dokładnie szczegółów nie pamiętam, dlaczego ten duch opętał tego dzieciaka, ale zdaje się, że tam było jakieś podłoże karmiczne, więc tam były jakieś nieuregulowane problemy jeszcze z poprzednich wcieleń. Postanowiłem tę historię opowiedzieć, ponieważ wydaje mi się, że warto się takimi, takimi informacjami dzielić, gdyż no w Polsce niestety mamy mało mediów takich, że tak powiem, spirytystycznych, więc no musimy sobie radzić w inny sposób. Ale pamiętajmy, że Opatrzność nigdy nie wystawia nas na próby, których nie jesteśmy w stanie pokonać, więc skoro zdarza nam się jakaś sytuacja tego typu, to znaczy, że gdzieś w pobliżu posiadamy jakieś narzędzie, które pozwoli nam po prostu poradzić sobie z tym problemem.
Pamiętajmy, że duchy opętujące mogą nas nastraszyć, ale nie mogą nas skrzywdzić. Oczywiście jakieś tam zadrapania, jakieś siniaki. Takie rzeczy się zdarzają, ale duch nie może nas zamordować. Po prostu takie rzeczy się nie dzieją. Takie rzeczy oglądamy tylko w filmach, więc trzeba o tym wszystkim pamiętać. To my jako ludzie jesteśmy panami sytuacji. To my, wznosząc się na jakieś wyżyny, że tak powiem, moralne, jesteśmy w stanie kontrolować daną sytuację. I te wszystkie rzeczy związane właśnie z opętaniami one nie zdarzają się przez przypadek. One czemuś służą i o tym też należy pamiętać. Dobra, nie będę więcej wydłużał, bo na ten temat można by naprawdę bardzo dużo powiedzieć i no i chyba tyle na razie.
Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:06:17] - Proszę państwa, na scenę wkracza w tej chwili Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz i pierwsza seria jej „Alchemii tworzenia”. Ja tydzień po tygodniu powtarzam, że ta pierwsza seria była inna od tej, którą państwo tak doskonale znacie. Od tej, w której Katarzyna bawiła się tworzeniem historii. Ta druga seria jest serią, która omawia pewne meandry, pewne tajemnice tworzenia. Może to górnolotne słowo. Po prostu pisania utworów. Co trzeba wziąć pod uwagę? Dlaczego trzeba to wziąć pod uwagę? Zapraszam zatem na czwarty odcinek „Alchemii tworzenia”.
[02:07:12] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie witam was na zajęciach z „Alchemii tworzenia”. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. „Alchemia tworzenia”. Chyba nie zaskoczę was informacją, że i dzisiaj towarzyszyć nam będzie Salvador Dali. A zatem przejdźmy do cytatu. „Nie bójcie się doskonałości, nigdy jej nie osiągniecie.” Koniec cytatu. Słuchajcie, oczywiście, że dzisiaj będziemy sobie mówić o perfekcjonizmie i o doskonałościach i wszystkich innych takich magicznych rzeczach, a konkretniej pułapkach. Temat perfekcjonizmu to jest, uważam, bardzo ważny temat, jeżeli chodzi o kreatywność, o bycie artystą. Nie wiem, jak to się dzieje, ale większość z nas często zmaga się z tym problemem, a jeszcze częściej nie ma pojęcia o tym, że się zmaga z tym problemem.
Powiem wam tak: perfekcjonizm jest jedną ze skuteczniejszych pułapek, w którą wpadają artyści. Słuchajcie, zaraz zastanowimy się, jakie są zagrożenia, jak to się w ogóle dzieje i o co chodzi z tym perfekcjonizmem. Natomiast z góry zaznaczam, pamiętajcie, że perfekcjonizm nie jest niczym złym i to kwestia tego, w jakim kierunku to poprowadzimy. Ale z drugiej strony absolutnie nie musicie niczego zmieniać. Jeżeli ktoś wam zarzuca, że jesteście perfekcjonistami, ale jednak widzicie, że to pcha wasze projekty do przodu, was samych pcha do przodu, to pomyślcie, czy na pewno trzeba to zmieniać. A może w całości nie trzeba, a może trzeba coś dorzucić? Wiecie, jak zawsze. Ale nic, pewnie do tego jeszcze wniosku dojdziemy. Więc przejdźmy do rzeczy. I powiem wam jeszcze, że perfekcjonizm jest takim ninją wśród pułapek.
Oczywiście o pułapkach innych też jeszcze będziemy rozmawiać. Natomiast myślę, że ta jest właśnie najciekawsza. Nie wiem, czy najciekawsza, ale to jest ninja. Słuchajcie, to nawet nie jest pirat. Dobra, ja nie wiem, czy w Polsce w sumie ta walka piratów i ninja, wyższości jednych nad drugimi. U nas chyba tego nie było. No ale dobra, nieistotne. Kto wie, ten wie, kto nie wie, ten nie wie. Tu mamy ewidentnie takiego skrytobójcę, który atakuje i nawet my nie wiemy, że jesteśmy atakowani. Ale dlaczego?
Dlaczego uważam, że perfekcjonizm jest jak ninja? Otóż słuchajcie, ta pułapka jest bardzo łatwa do przegapienia, ponieważ ona daje nam takie poczucie bezpieczeństwa. Co więcej, często sami, tak jak wcześniej wspominałam, nie jesteśmy świadomi, wręcz nawet czasami ciężko nam to zauważyć. Powiem szczerze, że ja przez wiele lat myślałam, że gdzie mi tam do perfekcjonisty, gdzie tak jak w pracy czy w dokumentach wszystko mam raczej w konspektach, wszystko uporządkowane. Tak, jeżeli chodzi o przestrzeń, w której żyję, czy o mój stół, o moje różnego rodzaju biurka, czy moje całe mieszkanie, które jest może w sumie bardziej pracownią niż mieszkaniem, to myślałam, że to mnie dyskwalifikuje. Że została mi przypięta łatka takiego chaosowca, bałaganiarza. No to gdzie ja perfekcjonista? Mi się wydawało, że perfekcjoniści to wszyscy tacy poniekąd może też trochę pedanci, bo wszystko ułożone pod linijkę, wszystko wysprzątane. Nie wiem, czemu mi się to kojarzyło. Wiązałam bardzo perfekcjonizm z takim poukładaniem zarówno w otoczeniu, jak i w głowie.
Pracowałam w jednej firmie i tam dziewczyny właściwie po pierwszym dniu mnie oetykietowały, że ja jestem perfekcjonistą. Ja mówię: „Że co? Że gdzie?” I od tamtej pory zaczęłam się zastanawiać, że chyba kurczę, coś w tym jest i wręcz nawet dotarło do mnie, że to, że ja lubię zaczynać nowe rzeczy, a niekoniecznie muszę je kończyć, to jest inna rzecz i to będzie temat na pewno na inny odcinek, bo to jest bardzo też ciekawy temat i to niekoniecznie jest też właśnie problem, pułapka. Natomiast słuchajcie, zaczęłam analizować swoje postępowanie i wszystkie swoje rzeczy, te projekty. I faktycznie okazało się, że się po prostu kręciłam w kółko. Że ten projekt mój cały czas wydawał mi się nie dość dobry, żeby coś z nim dalej zrobić, bo w sumie nie ma co go kończyć, bo i tak jeszcze trzeba mu coś tam dorobić, dopisać. I wiecie, to była taka trochę syzyfowa praca, takie wieczne szlifowanie diamencików, ale oczywiście pod osłoną nocy w szufladzie i właściwie to nigdy nikomu nawet nie mówienie o tym, że są diamenciki. Słuchajcie, jakie są zagrożenia? Takie naj, naj, naj zagrożenia, jeżeli chodzi o taką cechę, źle pokierowaną zwłaszcza. Otóż słuchajcie: spadek poczucia własnej wartości.
Wiadomo, że to nie tylko ta cecha może się przyczynić do takiego spadku. Natomiast w dużej mierze to właśnie jest to, że te szlifowane diamenciki, skoro tylko my wiemy, że one są diamencikami, ale my je wciąż szlifujemy i wciąż je poprawiamy i one wciąż nie są dość dobre, to w pewnym momencie to też trochę przechodzi na nasz nastrój, na nasze podejście do samych siebie, że w sumie to my nie jesteśmy dość dobrzy, żeby te diamenciki wreszcie były gotowe. Zaczyna się takie trochę podprogowe podkopywanie swojego autorytetu w swoich oczach. Dalej, pogłębienie lęku przed oceną. W poprzednim odcinku mówiliśmy, zdaje się chyba to był poprzedni odcinek, a może i nie. Gdzieś tam w drugim odcinku. Jak już mam moje magiczne zeszyty, to wam powiem tak: w drugim odcinku mówiliśmy o hejtach i ocenach, a wręcz właśnie o tym lęku, który sprawia, że czasami boimy się wyjąć nasze diamenciki z szuflady i komuś pokazać. Bo my nie jesteśmy do końca pewni, bo w sumie tyle je szlifujemy i wiemy, ile jeszcze tam trzeba zrobić. A z drugiej strony zapominamy o tym, że tylko my wiemy o tym, ile tam jeszcze trzeba zrobić. Tak właśnie ten nasz lęk może się pogłębiać.
Ten lęk wpojony już w nasze mózgowe programy w fazie dzieciństwa bardzo często, a później jako dorośli sami jeszcze sobie dorzucamy koksu do tego wszystkiego. Koksu w sensie węgla, takiego koksu. Inne to już często kwestia świadomego wyboru. Dalej. Regres kreatywności to jest coś, co niektórzy myślą, że to jest niemożliwe, że nie można zwinąć swojej kreatywności. Oczywiście, że wszystko można zwinąć, nie tylko dywany, ale jeżeli chodzi o rozwój również. Kreatywność, nie wiem, czy tu mówiłam, czy gdzieś w kółko na swoich YouTubach, ale kreatywność jest kompetencją, a kompetencje zwykle są czymś w rodzaju takiego mięśnia w naszym mózgu. Czegoś, co jeżeli będziemy odpowiednio ćwiczyć, to się będzie rozrastać. Natomiast nie wiem, czy wiecie, pewnie zdecydowana większość z was wie, a zwłaszcza ci, którzy coś ćwiczą, że nieużywany mięsień doświadcza regresu i zanika. Tak też właśnie jest z naszą kreatywnością.
W momencie, kiedy wpadniemy w ten wir wiecznych poprawek, wiecznego kiszenia tych swoich projektów, to też z automatu będzie nam spadała chęć na robienie tego projektu. Ale z drugiej strony nie pójdziemy dalej. A jeżeli my nie pójdziemy dalej, nie popchniemy tego projektu, a na przykład jesteśmy zafiksowani i robimy tylko ten projekt, to istnieje duże ryzyko, że nasza kreatywność stanie w miejscu. A ogólnie wszystko inne się rozwija. To znaczy, że jak coś stoi w miejscu, to jednak nie stoi w miejscu, tylko się cofa. Szkoda, aby tak było, bo pamiętajcie, każdy z nas ma potencjał, każdy z nas ma jakąś supermoc, ale i superwartość, którą może przekazać dalej. Szkoda by było właśnie, żeby świat tego nie ujrzał przez to, że my wpadliśmy w sidła zastawione przez tego perfekcyjnego ninja. Kolejna rzecz: spadek motywacji. Trochę o tym wspomniałam, że oprócz tego, że znika nam motywacja do naszego projektu, który robimy, to z automatu znika też nasza motywacja powoli do robienia czegokolwiek kreatywnego. Może też czasami pojawić się taka niechęć, że w sumie to jednak już nam się tego nie chce robić.
Tu właśnie przechodzimy do kolejnego zagrożenia, czyli do uczucia wypalenia i frustracji. Wiadomo, jeżeli spadnie nam motywacja, spadnie nasze poczucie wartości, wpadniemy w jakieś lęki, to z automatu robi nam się takie wypalenie, frustracja, robią się różnego rodzaju blokady twórcze, co też byłoby kolejnym zagrożeniem. Dodatkowo myślę, że to jest może takie niepozorne, ale według mnie to jest chyba jedno z poważniejszych zagrożeń. A właściwie marnotrawienie i wygaszanie naszego projektu. Bo przez to, że nawet nie pokażemy komukolwiek, gdzieś nie wypłyniemy chociaż z kawałkiem tego projektu, to ten projekt będzie sobie leżał zamrożony w czasie. Może gdzieś na dysku komputera. A może później nam ktoś ukradnie komputer. Nigdy tego nie odzyskamy. Ale z drugiej strony może będziemy mieli jakiś gorszy nastrój i po prostu to wyrzucimy, czy usuniemy z komputera. Szkoda troszeczkę, bo pewnie sporo by się dało z tego wycisnąć, zwłaszcza że na przykład tyle lat szlifowaliśmy ów projekt.
Słuchajcie, jak to się w ogóle dzieje? Te wszystkie zagrożenia będą się przekładały też na to, jak my się z tym wszystkim zachowujemy. Będzie się przejawiało na przykład też w czymś takim, że nagle te wymagania dotyczące zarówno naszego dzieła, jak i nas staną się wygórowane. Ale jak wcześniej mówiłam, jednak nasza wartość będzie spadała i zacznie się robić taka przepaść, która faktycznie może nas zaprowadzić w nieciekawe miejsca. Dodatkowo może też nam się tutaj przez takie zasiedzenie pojawić nie tyle sam, jak mówiłam o lęku przed oceną, ale lęk przed publikacją Może nam się wydawać, że to jest naprawdę super rzecz i wreszcie coś z tym zrobimy, ale może nas oblecieć sam lęk przed wciśnięciem przycisku „publikuj” albo przycisku „wyślij”. Czy po prostu wejściem do jakiejś galerii, zależy, co robicie, czym się zajmujecie, w jaki sposób mielibyście publikować swoje dzieło. Jak najbardziej z tego wszystkiego może się wykluć autosabotaż sukcesu. To są rzeczy, które często są podprogowe. To jest tak jak sam perfekcjonizm, którego nie od razu jesteśmy świadomi. Taki autosabotaż to właśnie jest źle prowadzona nasza podświadomość.
Jeżeli będziemy ją karmić niefajnymi myślami, to ona będzie ściągała niefajne rzeczy. Tak w dużym skrócie. I nie chodzi mi tu o metafizykę. Może to wytłumaczę, bo czasami może to być odebrane jako jakiś frazes. Ta cała legendarna, mistyczna podświadomość to w dużej mierze jest cecha naszego mózgu, która odpowiada za utrzymywanie naszej uwagi w danym kierunku. To nie znaczy, że będziecie musieli chodzić na pełnym skupieniu i się rozglądać, i wypatrywać danej rzeczy. Tylko nasz mózg jest bardzo fajnym stworzonkiem, cudowną płaszczyzną nieodkrytych możliwości, a może nawet nie płaszczyzną. Jak jest płaszczyzną, to trochę smuteczek. Trzeba ćwiczyć wtedy, żeby nie było płaszczyzny na mózgu. Ale chodzi o to, że dzięki takiemu nakierowywaniu, budowaniu swojej uwagi w danym kierunku, potem to wygląda o tyle fajnie, to jest bardzo wygodne, że nasz mózg będzie sobie gdzieś tam w tle procesy przetwarzał tak jak w komputerze, jak sobie klikniecie, że można zobaczyć co tam w tle idzie.
Więc w tle będzie sobie szło takie poszukiwanie danej rzeczy czy kierowanie uwagi na coś, co chcecie, potrzebujecie, a wy sobie możecie żyć. Możecie zajmować się swoimi rzeczami, swoją pracą, swoimi projektami, a gdzieś tam nasza podświadomość, czyli nasz mózg i ta jego cecha będą działały na naszą korzyść, a nie niekorzyść. Chyba że chcemy na niekorzyść. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od nas, od naszej wyobraźni i od naszych chceń. Dobra, wracamy do tematu. Zaznaczę po raz kolejny, pamiętajcie, że to wszystko powyższe, co powiedziałam, bo to brzmi bardzo niefajnie, te wszystkie zagrożenia. Natomiast to nie znaczy, że perfekcjonizm jest zły. Perfekcjonizm to jest swojego rodzaju siła, którą warto rozpoznać i przekierować na właściwe tory. Zanim przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, jak przekierowywać na te tory, to może powiedzmy jeszcze o zaletach, które mogą wynikać z perfekcjonizmu, tego dobrze prowadzonego, bo może jeszcze dla niektórych nie będzie to takie oczywiste. Ja mam wrażenie, że perfekcjonizm ma takie konotacje negatywne.
Może to są moje jakieś dziwne skojarzenia, ale perfekcjonista zwykle kojarzył mi się, że to jest taka osoba czepliwa, trudna, wymagająca, szukająca dziury w całym. I oczywiście, że pewnie tak jest, tak też może być. Sama pewnie nieraz też się doszukuję. Gdybym się nie doszukiwała dziury w całym, to pewnie byśmy tutaj w ogóle nie mieli tego podcastu i pewnie bym nie miała wam nic do powiedzenia. Także polecam szukania tych dziur wszystkich. Taki mi się cytat kiedyś gdzieś mnie w internecie zaatakował. Zrobię bardzo wolne tłumaczenie polskie, ale czemu nie? „Drzwi są dla ludzi bez wyobraźni”. I nagle zrobiło mi się takie spójne w głowie, bo ja zwykle się śmiałam, że ja nie będę wchodzić drzwiami, bo drzwiami to wchodzi każdy. Ja sobie wejdę oknem, a właściwie jak nie oknem, to szyberdachem, a jak nie ma szyberdachu, to go zrobię.
I to byłaby definicja tych moich początków, jeżeli chodzi o dłubanie w kreatywności. I później trafiłam na ten cytat. Mówię: „Kurczę, idealne podsumowanie tego, co robię, mojego myślenia”. Także polecam czasami nie próbować wchodzić drzwiami albo jeszcze lepiej, spróbujcie wyważyć otwarte drzwi. To też jest niesamowite, bo drzwi można otworzyć na różne sposoby. Dobra, dzisiaj nie o drzwiach. Zalety perfekcjonizmu. Trwający proces udoskonalania. Jeżeli dobrze będziemy kierować tym perfekcjonizmem, to nie będziemy się kręcić w kółko, nie będziemy się kitrać po szafach i szufladach z naszymi dziełami, tylko faktycznie będziemy rozwijać ten proces. Czyli część będziemy wykuwać, szlifować, część będziemy pokazywać i na zakładkę dobudowywać.
Dalej będziemy stale ulepszać swój warsztat. Oczywiście, że może być sam taki techniczny, pisarski, ale może być konstrukcyjny. Wymyślanie fabuły, budowanie relacji między bohaterami czy nawet konstruowanie samych bohaterów takich w 3D. Dalej, co ja tu jeszcze mam dobrego? Szukanie nowych rozwiązań. To jest cała ta magia. Oczywiście, że to jest podstawa. Wszystko to podstawa. Nie, żartuję, ale to jest jedna z podstaw, z takich korzyści myślę, jeżeli chodzi o ćwiczenia kreatywności, bo w pewnym momencie te nowe pomysły i rozwiązania same będą do nas przychodzić nie wiadomo skąd. Natomiast faktycznie, jeżeli dobrze pokierujemy tym naszym perfekcjonizmem Lub go rozwiniemy.
Bo ja myślę, że każda cecha jest trochę taką, jakbyśmy mieli suwaki jak na konsolecie didżeja. Czy gdzie indziej konsoleta jest? W samochodach pewnie czy gdzieś. Ale jeżeli nie widzieliście nigdy didżeja, to może widzieliście gdzieś jakiś mikser do obróbki dźwięku albo coś. Nie wiem, gdzie jeszcze są takie suwaki. Korki? Nie, korki są na pstryczek od prądu. Nieważne. Suwak, nie zamek w kurtce, tylko suwak. Taki guzik, który możesz przesunąć w górę, w dół albo w lewo, w prawo.
Ja sobie lubię patrzeć na kompetencje właśnie w ten sposób. Że mamy sobie taki punkt zero i na przykład perfekcjonizm mam przesunięty na plus, na przykład na plus 10. A skalę mamy do 20, załóżmy. I tak samo mamy skalę do minus 20 czy do 10 i minus 10. Jak sobie tak zaczniecie patrzeć na cechy, to nagle się okaże, że możecie je sobie trochę wyciszać, trochę je podgłośnić. Co wam będzie potrzebne. Tylko żeby to robić, musicie sobie uświadomić, czym dysponujecie i na jakim poziomie. Więc nawet jeżeli uważacie, że nie jesteście perfekcjonistami, że nie macie z tym problemu i ogólnie to wam jest niepotrzebne, to nic z tym nie róbcie. Natomiast jeżeli uważacie, że w ogóle totalnie nim nie jesteście, a fajnie by było korzystać z tych cech, to znajdźcie swoje suwaki i zaplanujcie, co potrzeba, żeby ten suwak przesunąć w którąś stronę. Dobra, dalej słuchajcie, bo te rozwiązania mamy.
Gruntowanie własnej wartości. I to jest właśnie też to, że jeżeli będziemy wiedzieli, że ten nasz perfekcjonizm nas rozwija, to też będziemy czuli, że my jako autor, jako pisarz też się rozwijamy, że rośniemy. Że te nasze kompetencje się rozwijają, że nasz warsztat się poprawia, że wszystko się poprawia, a przy tym jeszcze odważyliśmy się coś opublikować i tak dalej, więc ktoś też może nas pochwalić czy dać nam jakieś uwagi, ale też może mu się coś spodobać. Lub wręcz go po prostu rzucić na kolana i zachwycić. I jeszcze jedna z takich zalet, które tak na szybko mi przyszły tutaj do głowy, jak sobie wcześniej notateczki robiłam, to otwartość na nowości i zmiany. To jest wbrew pozorom dosyć trudna rzecz. Nie jesteśmy akurat tak wychowani w duchu zmian i często zmiany czy jakieś nowe sytuacje działają na nas bardzo stresogennie, bardzo niekorzystnie. Natomiast jeżeli będziemy świadomi właśnie swojej wartości, swoich kompetencji, kierunku, w którym zmierzamy, to też zupełnie inaczej będziemy reagowali na jakieś nieplanowane, niespodziewane sytuacje, na nowe sytuacje czy na przykład na jakieś nowe okazje, które się pojawią. Ale wcześniej byśmy się nie zdecydowali, bo nie jesteśmy gotowi. Nasze dzieło jest niegotowe.
Nie. A tutaj: „Dobra, spróbujemy, otwórzmy się. W międzyczasie doszlifujemy dzieło”. I teraz jak już tak mniej więcej zalety mamy, to myślę, że popatrzymy sobie na taki plan. Przygotowałam wam plan składający się z pięciu punktów i oczywiście po drodze milion pytań pomocniczych. Mam nadzieję, że nie nienawidzicie mnie. Jest raptem czwarty odcinek, a ja was tutaj tymi pytaniami bombarduję. Ale faktycznie pytania to podstawa. Gdyby nie było pytania, nie mielibyśmy odpowiedzi. A gdyby nie było odpowiedzi, to chyba trochę lipa z rozwojem.
Lipa z pójściem do przodu i lipa z poszukiwaniem. I tak dalej. To co? Jak w końcu przekierować ten nasz perfekcjonizm na właściwe tory? Punkt pierwszy: obserwacja. Słuchajcie tutaj, tak jak wcześniej i pewnie będę nieraz jeszcze powtarzała podobne systemy, bo to jest patent, który działa na wszystko. Przede wszystkim w tej obserwacji pomyślmy nad tym, czym jest dla ciebie perfekcjonizm. Nawet nie musi być twój własny. Po prostu ta cecha, właśnie to, o czym wam mówiłam, że to, jak mi się wydawało, że to jest. Więc dobrze sobie to doprecyzować, bo wtedy też będziecie mogli zestawić to faktycznie z tym, jak jest.
Kolejne pytanie: czy jest on widoczny w twoim życiu? To znaczy, że teoretycznie wy możecie czuć, że jesteście perfekcjonistami, wiedzieć, że on jest i na przykład nawet świadomie z niego korzystać. Ale właśnie pomyślcie, czy nawet popytajcie swoich bliskich, znajomych, współpracowników, kogokolwiek, czy może właśnie zaobserwował coś takiego u was. A jeżeli tak, to też dopytajcie gdzie, kiedy, w jakich sytuacjach. To też może wam dać bardzo ciekawe tropy na to, jak dokładnie ten wasz perfekcjonizm wygląda i wtedy będziecie też wiedzieli, w którym kierunku możecie go pchnąć albo jak go użyć na swoją korzyść. Kolejne pytanko: jak to na ciebie wpływa? Jakie wywołuje emocje? Wszystko w naszym życiu wpływa i na nas, i na innych, i właściwie na przykład na nasze decyzje, na kolejne kroki, które podejmiemy. I tutaj też pomyślcie, czy to jest dla was niefajne, albo czy to was hamuje, albo czy sprawia, że są ludzie, którzy po prostu was nie trawią, albo że są właśnie ludzie, którzy was za to uwielbiają. I dalej, jeżeli są czy tacy, czy tacy, to jakie to emocje w was wywołuje?
Czy na przykład jesteście zawstydzeni, a może jesteście dumni? A może jesteście poirytowani? Może nie lubicie, jak ktoś o tym mówi, a może wręcz czujecie, jak to wasze ego rośnie w środku i ktoś zauważył. Opcje są różne, bo przecież to w dużej mierze zależy od naszego charakteru. To jest tylko jedna jego cząsteczka, ale im więcej odpowiedzi znajdziecie, tym szerszy będziecie mieli obraz. Zresztą po to się właśnie robi w badaniach obserwacje. Kolejne zadanko: określ skalę swojego perfekcjonizmu. To trochę jak o tych suwakach wam już mówiłam. Mniej więcej coś takiego. Wyobraźcie sobie taki suwak.
Jeżeli wolicie, to zróbcie wykres kołowy, słupkowy czy liniowy. Cokolwiek, co czujecie bardziej, żeby to było przede wszystkim dla was czytelne, bo pamiętajcie, robicie to dla siebie, a nie „Pani Kasia zadała zadanie i trzeba zrobić”. Możecie w ogóle nic nie robić i to też będzie dobre, dopóki wam działa. Tutaj tylko dopisek do tej skali, czyli na jakim poziomie jest ten wasz perfekcjonizm. Ustalcie sobie skalę od jeden do 10, gdzie na przykład 10 to jest dużo, jeden to jest mało. To też jedno z rozwiązań. Punkt drugi: kierunek działania. Jeżeli chcemy coś gdzieś przekierować, to trzeba się zastanowić, w jakim kierunku to zmierza teraz. Zanim zaczniemy go przekierowywać, to pomyślcie, co to wam robi. To tak jak w poprzednim, jak to na was wpływa, ale też w jaki sposób to was prowadzi.
Jak to wpływa na kroki czy na decyzje, które podejmujecie w swoim życiu do tej pory? I później pomyślcie, co chcecie zrobić z tą cechą, z tym perfekcjonizmem. Czy może chcecie dalej iść w tym kierunku? A może chcecie na przykład obrać jakiś jeszcze dodatkowy kierunek poboczny? A może w ogóle totalnie chcecie zmienić ten kierunek? Napiszcie jak jest i określcie też, jak ma być, jak będzie czy jak jest od tej pory, od tej sekundy, w której podejmujecie decyzję o zmianie. Dalej co ja tu jeszcze mam? Co chcę z nim zrobić, czyli czy zmniejszyć, zwiększyć, czy może wypoziomować? Bo może jednak są tam jakieś niestabilności. Wszystko pamiętajcie, suwaczki i te inne.
I kolejna jeszcze bardzo ważna rzecz w tym podpunkcie. Napiszcie sobie uzasadnienie, dlaczego chcecie to zrobić. Co wam da ta zmiana? Po co robicie tę zmianę? Punkt trzeci: główne źródło. Pamiętajcie, że obserwacja to jest źródło fajnych waszych faktów. Natomiast tutaj już wchodzimy dalej w analizę. I pierwsze pomocnicze pytanie: kiedy obserwujesz wpływ perfekcjonizmu? To są te sytuacje codzienne. Tak jak wcześniej mówiłam, możecie zapytać kogoś, jak to wygląda, ale w dużej mierze pomyślcie trochę szerzej albo porównajcie jakieś ważne decyzje, które podjęliście w życiu, albo może jakiś problem, z którym aktualnie się zmagacie, czy na przykład problem związany z tekstem, który piszecie.
Bo może ten perfekcjonizm gdzieś was hamuje, a może właśnie go tam brakuje. Swoją drogą perfekcjonizm to też ciekawy patent, żeby troszeczkę swojego wewnętrznego leniuszka szpilą, żeby chociaż się trochę z tej kanapy zsunął. Kiedy obserwujesz wpływ? I kolejne pytanie: co jest najbardziej uciążliwe? I teraz uwaga, bo nawet jeżeli jesteście dumni ze swojego perfekcjonizmu i on jest taki super świetny, to spróbujcie znaleźć w tym mimo wszystko jakąś uciążliwość. Ale też w drugą stronę. Wiadomo, że jeżeli nie lubicie tej cechy, to wypiszecie całą listę uciążliwości, ale przy okazji wynotujcie sobie też plusy, bo pamiętajcie, zawsze jest jakiś plus czegoś gdzieś. I to nie że plus ujemny, tylko plus dodatni. I dalej jeszcze jedna rzecz tutaj w tym podpunkcie. Jak już sprecyzujecie, jaki to ma wpływ i czy jest uciążliwe i tak dalej.
Dlaczego temu ulegasz? Bardzo możliwe, że ten wasz perfekcjonizm jest taką odpowiedzią. Nieważne, w którą stronę on idzie, ale może być odpowiedzią na jakieś wasze niedomagania. Jakaś taka wasza niedoskonałość. Myślę, że wiecie, o co mi chodzi, że to jest zwykle wypełnienie jakiegoś ubytku, jakiejś małej dziury, małego niedomagania. Więarto właśnie go też sobie tutaj sprecyzować, zastanowić się, co sprawia, że tak łatwo idziemy albo tak łatwo uciekamy od tego perfekcjonizmu. I punkt czwarty: zasoby. Które twoje umiejętności, doświadczenia czy cechy będą pomocne w tej sytuacji? W sytuacji przekierowania tego na właściwe tory. Bo oprócz samego perfekcjonizmu oczywiście, że macie pewnie miliard innych cech i gdzieś tam jakichś fajnych wniosków czy doświadczeń, to pomyślcie, które mogą was w tym wesprzeć.
Bo niezależnie od tego, w którą stronę będziecie sobie chcieli te suwaczki przesuwać, pamiętajcie, na każdym queście warto, żeby bohater miał jakieś wsparcie, jakichś sojuszników. Miło mi będzie, jeżeli ja tu będę waszym mentorem w tej podróży , ale nie muszę być. Równie dobrze mogę też być czarnym charakterem, zadając tyle niewygodnych pytań. Ale pomyślcie nad tym tak, jak też nieraz o tym wspominam. Zarówno osoby, które mogą was w tym wesprzeć, ale też przede wszystkim to, co macie w środku. To, co wy sami możecie sobie tutaj zaserwować. Jeszcze myślę, że w zasobach pomyślcie też o swoim otoczeniu. Osoby, tak jak wcześniej mówiłam, ale też przedmioty, miejsca. Bo jeżeli chcecie troszeczkę popracować nad sobą czy nad jakimiś swoimi cechami Żeby mózg dobrze pracował i dobrze wam podpowiadał, warto, żebyście zadbali o swoje ciało. Chodzi po prostu o to, że siądźcie na wygodnym czy ulubionym fotelu, weźcie sobie jakiś ulubiony trunek do szklaneczki.
Nie musi być procentowy. Świeczka, lampka, muzyczka, kotek na kolankach, piesek gdzieś tam w nogach. Co was po prostu wycisza? Żeby na czas pracy i szukania, wertowania swoich zwojów wewnętrznych mózgowych, mózg nie musiał się rozpraszać na ciało. Żeby nie było takiej sytuacji, że sobie wypisujecie, myślicie, wpadliście w ten proces twórczy, bo uwaga, praca nad sobą to też jest proces twórczy. I nagle się z niego będziecie wyrywali, bo jest za gorąco albo bo jest za zimno, albo jestem głodny. Warto zadbać o takie prozaiczne rzeczy, żeby nasze skupienie było lepsze w tym, co robimy. Zresztą tak samo jest, jeżeli siadam do pisania, to też staram się mieć wszystko, co potrzebuję gdzieś naokoło, żebym nawet nie musiała wstawać, się odrywać, tylko sięgnę tu, sięgnę tam i tak dalej. Tylko na plus takie rzeczy. I uwaga!
Dobra, wreszcie dobrnęliśmy do końca. I wreszcie punkt piąty: rozwiązanie. No i teraz słuchajcie. Rozwiązanie pewnie przyjdzie wam w trakcie tej podróży niejedno do głowy, ale będzie też takie jedno pierwsze surowe, pierwsze impulsowe, które wam się pojawiło w głowie. Nie oceniaj tego pierwszego rozwiązania. Nie zastanawiaj się, czy to jest możliwe, czy to jest niemożliwe, czy to jest głupie, czy to jest niegłupie i tak dalej. Po prostu zapisz. Chodzi o to, żebyście się nie wyrywali z tego procesu, w który weszliście przez te wszystkie punkty. Żeby to wszystko było spójne i żebyście się nie rozpraszali. Nie wiem, czy mieliście styczność z takim narzędziem.
Najczęściej w różnych projektach się stosuje taką metodę brainstormingu czy burzy mózgów. Tylko uwaga, bo tak ogólnie ona jest bardzo błędnie stosowana. Najczęściej tak naprawdę jest stosowany tylko jej pierwszy poziom, czyli się mówi, że siadamy wszyscy, rzucamy pomysły i coś tam razem wymyślamy. Tylko to też nie jest tak hop siup, bo jak macie pięć osób i każdy rzuca swój pomysł, to po to jest ta część brainstormingu, że bierzemy jakąś tablicę czy generujemy to na kartkach samoprzylepnych i potem zapisujemy, wklejamy. Tam jest też parę takich zasad, chociażby jak nie ma głupich pomysłów, nie ma co komu przerywać i też nie oceniajmy czyjegoś pomysłu i na przykład też nie obrażajmy się, jeżeli ktoś się zainspirował naszym pomysłem. Tego typu rzeczy. Chodzi o to, żeby wyrzucić wszystko, co wygenerował nasz mózg. Niezależnie od tego, jakiej to będzie jakości, a dopiero później zabieramy się za grupowanie tych rzeczy, bo może coś jest podobne, może mają jakieś powiązania ze sobą. Potem na przykład komisyjnie możemy wybrać, które są najfajniejsze, które są najciekawsze. Jest jeszcze taki element, że potem bierzemy słownik, losujemy pięć przypadkowych słów i zastanawiamy się, jak tym naszym pomysłem możemy oddziaływać na takie słowa.
Ale to już jest głębszy temat i to zależy oczywiście, w jakim kierunku ten brainstorming robimy. Także tutaj pamiętać tylko o tym, żeby się nie oceniać, wypisywać wszystko, co jest, a czas na weryfikowanie tego będzie później. Żebyście się nie rozpraszali, tylko lecimy, jest flow, wypisujemy wszystkie rozwiązania, jakie są. Czyli rozwiązania to tutaj właśnie te odpowiedzi na pytanie, jak przekierować. I kolejny punkt. Zanotuj najbardziej nieprawdopodobne rozwiązanie i wypisz jego plusy. To też jest to, że oczywiście możecie wypisać to surowe, możecie wypisać jakieś inne, ale pomyślcie też nad takim najbardziej odpałowym, nierealnym, skrajnym wręcz rozwiązaniu i wypiszcie jego dobre cechy, plusy i tak dalej, które z tego wynikają. Ale słuchajcie, po co to robić? Chodzi o to, że nawet jeżeli pomysł sam w sobie jest nierealny, to akurat korzyść, którą może przynieść, jest realna. I to oznacza, jak już będziecie znali tą korzyść, że bardzo możliwe, że po takim przepracowaniu problemu, po tych wszystkich podpunktach wasz mózg, wasz umysł podpowie wam właśnie to realne rozwiązanie jako combo tych wszystkich poprzednich, które będzie mogło poprowadzić was ku tej jednej korzyści czy tym plusom, które wypisaliście.
Mówię, to brzmi trochę jak czarna magia, ale nie bez powodu ta audycja nazywa się „Alchemią tworzenia”, bo sięgamy tutaj po rzeczy, które są niby oczywiste i niby banalne, ale jak zaczniemy do tego siadać, to się nagle okazuje, że to nie jest wcale takie łatwe, to nie jest wcale takie banalne albo wręcz jest jakieś przełomowe. To taka magia alchemii tworzenia jakichś rzeczy pozornie niemożliwych. No i słuchajcie, mamy za sobą te podpowiedzi. Myślę, że jeżeli faktycznie do tego siądziecie w skupieniu, to myślę, że tutaj wam się uda rozwinąć lub ewentualnie nie wpaść w tą pułapkę. Trzeba przejrzeć tego ninję. Natomiast co do jeszcze tego cytatu z początku, żeby się nie bać tej doskonałości, bo nigdy jej nie osiągniemy. Powiem wam tak, ja oczywiście nie lubię słowa „nigdy”. Bo nigdy nie wiadomo. Prawda jest taka, że nie mamy pojęcia, co przyniesie jutro, bo jutro jest uzależnione od tego, co zrobimy dzisiaj. Może jest na świecie ktoś, kto osiągnął doskonałość.
Może i to jest możliwe. Natomiast ja sobie myślę o doskonałości bardziej jako o kierunku, ale nie chodzi o to, żeby się przez całe życie zarżnąć, żeby osiągnąć doskonałość. Bo po co? Natomiast żeby ta doskonałość przyświecała może jak taka gwiazda polarna, która by nas prowadziła, pokazywała kierunek, żeby iść na plus w stronę bycia lepszym, a nie żeby stać w miejscu czy inwestować swoje życie i swój czas w nie to, co trzeba. Myślę dalej jeszcze o tym, że w momencie, kiedy osiągnęlibyśmy doskonałość, nie moglibyśmy się rozwijać. Powiem szczerze, że ta doskonałość jest swojego rodzaju takim, może nie koszmarem, ale ogarnia mnie smutek, jak sobie wyobrażę na przykład, że osiągnęłam doskonałość. Ja jestem w wiecznym procesie, zawsze gdzieś coś muszę nowego odkryć, dorobić, zmienić, przerobić i takie rzeczy. Osiągnięcie doskonałości okazałoby się końcem tego, co robię. Także właściwie to może być właśnie taka przerażająca rzecz w doskonałości. Natomiast na szczęście nie musimy się bać doskonałości.
Warto wyłapywać swoje wady czy niedomagania. Ja w notatkach mam tutaj cudzysłów. Nie wiem, czy fonetycznie da się powiedzieć tak, żeby było słychać, że to jest cudzysłów. Jak gdzieś jest ktoś na łączach, kto ogarnia te rzeczy mówione, to będę wdzięczna za jakiś komentarz. Tak jak „ch” i „ch” wymowy jest różne, więc może faktycznie cudzysłów też się da jakoś zaznaczyć. Niemniej wyłapujcie swoje niedoskonałości, nieścisłości i tak dalej i przekierowujcie je na swoją korzyść. To jest właśnie coś takiego, że nie ma czegoś takiego jak wada. Bo ona właściwie może być zaletą, ale tak samo wasza zaleta może też być waszą wadą. Tak jak mówiłam, chodzi o te suwaki i inne bajery na konsolecie. Dobra, słuchajcie, mamy to.
Dzisiaj myślę, że i tak było intensywnie. Tyle tych pytań, podpunktów i innych podpowiedzi. Ja się żegnam. Tak myślę. Nawet coś mi tu, pewnie nie słyszeliście, ale coś mi kot odpowiedział. Może myśli, że z nim się żegnam. Życzę wam dużego skupienia albo dobrego skupienia. Nie musi być duże, byle było dobre, niezaburzone. I żebyście bawili się konwencją tak jak w tekstach, które piszecie i w kreatywności, ale też w kształtowaniu siebie i szukaniu dla siebie nowych kierunków, a może odkurzaniu jakichś starych, o których zapomnieliście czy nie mieliście czasu na nie. Jak zawsze serdecznie dziękuję za waszą uwagę.
Trzymajcie się cieplutko. Oczywiście jeszcze nie wyłączajcie odbiornika, bo leci ćwiczonko, także tradycyjnie namierzcie sobie jakąś muzyczkę albo poczekajcie na muzyczkę, która będzie po mojej audycji. Wiecie co? Dobra, jeszcze, bo przecież tu jeszcze za mało powiedziałam. Dam wam dzisiaj zadanko. Z racji tego, że mieliśmy dosyć intensywną audycję dzisiaj, to pomyślałam, że dam wam naprawdę odpałowe zadanko z mojego treningu kreatywności z Miasteczka Bredni. Wiecie co? Waszym zadaniem będzie, zresztą zaraz wam przeczytam, ale postanowiłam założyć nam grupę. Także jeżeli macie ochotę na Facebooku dołączyć do Alchemii Tworzenia, to jak najbardziej będzie to miejsce dla was, co też będzie ciekawym miejscem, jeżeli będziecie mieli dodatkowe pytania czy jakieś uwagi, na przykład pomysły, jakie zagadnienie warto byłoby omówić, co was gniecie i jest niewygodne. A dodatkowo może na te zadania, które daję na końcu, może niektórzy z was by mieli ochotę się tym podzielić, żebyśmy sami wymienili się tym, jakie mamy wnioski, w którą stronę idziemy i z czym się zmagamy albo jakie nam świetne historie wyszły z tych zadań.
Także zachęcam. Postaram się też do każdego odcinka stworzyć może jakiś post, żebyśmy też tam nie mieli bałaganu albo ewentualnie zrobię może grupę z modułami. Dobra, pomyślę. Technikalia. Tak czy siak zapraszam. A tymczasem borem, lasem. Trzymajcie się i leci zadanko. Przed wami trzeszczak ogoniasty. Opiszcie czym jest i jak wygląda oraz jakie ma właściwości.
[02:48:02] - Proszę państwa, a teraz czas na audycję Krystyny Śmigielskiej. Od pewnego czasu prezentuję cykl tej autorki zatytułowany „Literackie tête-à-tête”. To są spotkania z literatami z różnych stron kraju. Dzisiaj naszym gościem będzie pani Agnieszka Lis.
[02:48:34] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór. W dzisiejszym literackim tête-à-tête spotkacie się Państwo z pianistką, nauczycielką gry oraz dziennikarką. Pani Agnieszka Lis, bo właśnie ją mamy zaszczyt gościć w programie, przede wszystkim jest jednak pisarką, autorką 22 powieści i wielu zamieszczonych w rozmaitych antologiach opowiadań. Nasz gość posiada nietuzinkową osobowość. Swoim optymistycznie nastawionym usposobieniem zaraża czytelników, ale także i osoby, z którymi ma na co dzień kontakt. Mam nadzieję, że promieniująca od pani Agnieszki aura przeniesie się również na naszych słuchaczy, co sprawi, że ten wieczór uznacie Państwo za niezwykle udany. Dobry wieczór pani Agnieszko. Niezmiernie mi miło przywitać Panią w literackim tête-à-tête.
[02:49:41] - Dobry wieczór pani Krystyno. Dobry wieczór Państwu. Po takim wstępie czuję się aż odrobinę zawstydzona. Tyle pięknych, dobrych słów. Niemniej bardzo miło mi tutaj dzisiaj z Państwem spędzić chwilę czasu. Bardzo miło mi gościć w literackim tête-à-tête.
[02:49:59] - Zadebiutowała pani w 2011 roku powieścią „Jutro będzie normalnie”. Wydała ją pani nakładem wydawnictwa Replika. W tym samym roku ukazała się kolejna powieść pani autorstwa „Samotność we dwoje”. I tu również została ona wydana wspólnie z Repliką. Po tych dwóch powieściach nastąpiła jednak dosyć długa przerwa w pani pisarskiej twórczości. Możemy wiedzieć, co ją sprawiło?
[02:50:28] - Faktycznie, dwie pierwsze książki ukazały się w bardzo niedługim odstępie. Cezura czasowa była bardzo krótka. Je miałam wcześniej przygotowane, zanim w ogóle zaczęłam współpracę ze wspomnianym wydawnictwem. Niemniej okazało się po tych dwóch książkach, że nasza współpraca nie układała się najlepiej. Miałam pewne do niej zastrzeżenia i postanowiłam poszukać gdzie indziej swojej drogi. Natomiast tutaj muszę zrobić taki troszeczkę odnośnik do ówczesnej sytuacji w literaturze obyczajowej w Polsce. W tamtym momencie właściwie polskie książki obyczajowe się nie sprzedawały. Wydawcy twierdzili, że nie mają czytelnika. W bibliotekach też potwierdzano takie informacje, że czytają się tylko te książki albo głównie te pozycje, które mają na okładce anglojęzyczne nazwisko. Do tego stopnia, że część polskich moich koleżanek pisarek wydawało książki pod angielskimi pseudonimami.
W tamtym momencie znalezienie wydawcy dla jeszcze ciągle początkującego polskiego autora obyczajowego było niezwykle trudne. A ja już nie chciałam pracować z kimkolwiek. Chciałam poszukać takiego wydawcy, z którym będzie mi na dłużej po drodze, z którym rzeczywiście uda się nam nawiązać dobrą współpracę. I to zajęło mi czas. Zanim go znalazłam, minęło wiele miesięcy, właściwie parę lat. Po prostu nie chciałam wydawać gdziekolwiek, szukałam dobrego wydawcy, stąd ta przerwa. Trochę długie wytłumaczenie, ale mam nadzieję, że dosyć klarowne.
[02:52:04] - Ale dobrze, że pani o tym powiedziała, bo uważam, że nasz rynek wydawniczy dalej jest jeszcze niepoukładany. Autorzy chodzą od jednych drzwi do drugich, pukają. Jak ich wyrzucą, wchodzą oknami. Starają się gdzieś tą współpracę nawiązać, a nie jest to naprawdę łatwe i myślę, że w dzisiejszych czasach niewiele się pod tym względem zmieniło. Ja życzę wszystkim młodym adeptom, zwłaszcza sztuki pisarskiej, żeby łatwo i szybko trafili na osoby, które dostrzegą ich talent i będą mogły się nimi zająć, wydając ich wartościowe dzieła. Agnieszka Lis. „Listy w góry”. Chciałabym, byś nauczył chłopców jeździć na nartach. Najlepiej na wsi, w miejscu, w którym się wychowałeś i gdzie dojrzewało twoje góralskie serce. A ty wyjeżdżasz, zanim zima w Polsce wybucha śniegiem.
12 grudnia. Data jak data. Dla mnie oznacza samotną Wigilię i Sylwestra. Nie będę oczywiście sama. Są chłopcy, rodzina, ale bez ciebie zawsze jestem samotna. Tak prawdziwie, do szpiku kości. Mama choruje, martwię się. Większość świątecznych przygotowań spadło na mnie. Mama kaszle już prawie trzeci tydzień. Gdy zakaszlała na duchem starszego, przestraszył się.
Od kilku dni na widok babci przytula się do mnie niespokojnie. Przypomniałam sobie, że na twój widok też kiedyś tak zareagował. Nie poznał cię. Właściwie jakby miał. Święta spędzisz w górach, tych najwyższych. Czy tam pierwsza gwiazda pojawia się szybciej? Bliżej do nieba widać ją wyraźniej? Nie zasiądziemy do kolacji o tej samej porze. Jesteś w rzeczywistości o prawie cztery godziny wcześniejszej. Myślę o tobie, przygotowując moczkę.
Kapusta z grochem już dawno czeka upichcona w wielkim garze. Modlę się nad kuchnią. Teraz jesz wigilijną wieczerzę? Chciałabym ci te strawy podać. Jemy kolację, a ja ciągle myślę o tobie i opłatkiem najpierw dzielę się z tobą w myślach. Modlitwę przy stole, którą rozpoczyna twoja mama, też wypowiadam z myślą o tobie. Z tęsknoty do ciebie wyśpiewuję wszystkie kolędy. Tym razem nie zabieram chłopców na pasterkę. Zostają w domu z twoją mamą. Syci smakołykami, szczęśliwi prezentami zasypiają.
Idę sama. Moje miejsce w trzeciej ławce z prawej strony jest zajęte. Staję zatem z tyłu.
[02:54:49] - Z pochyloną głową i śpiewam.
[02:54:52] - Śmiało bym panią nazwała Mrozem w spódnicy. Zastanawiam się, co powoduje taki cykl pracy. Ja podam kilka wariantów i bardzo proszę, żeby pani wybrała ten właściwy. Czy to jest potrzeba serca, duszy, czy chęć utrzymania się na rynku wydawniczym? Czy są to po prostu wymagania czytelników, czy jest to presja wydawców, z którymi pani współpracuje? Czy w końcu pogoń za tantiemami?
[02:55:22] - To wyraźnie jest tendencyjne pytanie, pani Krystyno, tak bym powiedziała. Oczywiście troszkę żartuję, ale pozwoliłam sobie troszkę się przekomarzać, bo już z samej konstrukcji tego pytania i z wymienienia listy tych punktów, które pani podała, wynika, że doskonale zna pani rynek wydawniczy, bo każdy z tych punktów jest prawdopodobny i w pewien sposób realny. W moim przypadku najprawdziwsza odpowiedź to jest ten punkt pierwszy. Ja zdecydowanie tyle piszę z potrzeby serca. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez pisania. Kiedy mam przerwę w pisaniu spowodowaną różnymi wydarzeniami, ilością pracy, wakacjami, koniecznością zajęcia się redakcją poprzednich tekstów, czuję, że mi czegoś brakuje, bo po prostu potrzebuję pisania. I to jest absolutnie główny powód, dla którego w ogóle funkcjonuję na rynku wydawniczym.
[02:56:31] - Proszę mi powiedzieć, czy to jest tak, że wstaje pani rano i muszę napisać stronę?
[02:56:37] - To jest troszeczkę inaczej. Ja mam zaplanowany swój cykl pisarski co najmniej rok do przodu. Ja wiem, że w takim i w takim terminie muszę oddać tekst wydawcy, bo tak się z nim umówiłam. To oznacza, że w określonym czasie muszę sobie ten tekst ułożyć w głowie, ułożyć na kartkach papieru, przygotować konspekt i napisać odpowiednią ilość znaków. I mój plan pracy zawiera to, że codziennie muszę napisać tych znaków ileś tam. Ja cały czas poza byciem pisarką aktywnie pracuję. Pracuję zawodowo jako nauczyciel gry na fortepianie w szkole muzycznej, co oznacza, że nie jestem panią swojego czasu. Przynajmniej nie do końca. Mam też rodzinę, dwójkę dzieci, co nakłada różnego rodzaju obowiązki. W związku z tym ja sobie nie mogę czekać na wenę i zakładać, że jak mi się dzisiaj będzie chciało pisać, to sobie popiszę, a jak nie, to jutro popiszę dłużej.
Ja muszę wykorzystywać czas wtedy, kiedy go mam. W związku z tym zachowuję dosyć dużą dyscyplinę w tym sensie, że jeżeli przygotowałam wszystko to, co powinno być już przygotowane danego dnia w domu, czyli dzieci poszły do szkoły, każde dostało śniadanie na stół, potem śniadanie do plecaka, potem ogarnęłam sprawy związane z domem, z obiadem i tak dalej, to przed wyjściem do pracy, bo wiadomo, że szkoły muzyczne pracują popołudniami, siadam do komputera i piszę. I piszę tak długo, na ile mi pozwala czas, czyli konieczność wyjścia do pracy. A jeśli nie wypiszę tego swojego limitu, który sobie założyłam, który zawiera określoną ilość znaków, to po powrocie dopisuję to tak, żeby wykonać swój plan. Plan ten cały, dosyć skomplikowany, logistyczny, długo brzmi, długo się o tym opowiada, w praktyce się wykonuje dużo szybciej. Wynika tylko i wyłącznie z tego, że ja po prostu kocham pisać.
[02:58:34] - A ja jednak pociągnę ten temat, który troszeczkę był z przymrużeniem oka. Chciałam, żebyśmy się wspólnie zastanowiły, czy pani nie uważa, że tak wielka ilość książek, która się ukazuje w dzisiejszym czasie na rynku, prowadzi nas w ślepą uliczkę, bo to nie sprzyja dobrej literaturze. Raczej sprzyja sztampowym opowieściom, nieprzemyślanym fabułom, powtarzalności, która dla literatury jest tym samym, co nóż wbijany w piersi. Czy odczuwa pani czasem lekki dyskomfort, kiedy musi pani szybko oddać tekst i nie ma czasu na zagłębienie się w niego, sprawdzenie, dopięcie wszystkiego na przysłowiowy ostatni guzik?
[02:59:20] - Tutaj odpowiem tak. Zacznę, bo to tak naprawdę są dla mnie dwa pytania w tym pytaniu, które przed chwileczką pani zadała. Pozwolę sobie zacząć od tej drugiej części. Czy odczuwam dyskomfort? Odczuwiałabym, gdybym rzeczywiście musiała pisać na takiej zasadzie, że dzisiaj piszę, jutro kończę, pojutrze wysyłam tekst do wydawcy. Z całą pewnością źle bym się z tym czuła. Nie potrafię tak pisać i nie piszę tak. Generalnie nie piszę na tak zwanych deadline'ach. To znaczy nigdy właściwie nie piszę na ostatnią chwilę. Powiedziałam już o tym wcześniej, że mam zaplanowaną pracę czy ten cykl pisarsko-wydawniczy na co najmniej rok do przodu, a często dłużej.
Ja już mam w tej chwili częściowo zaplanowany rok 2025, więc to są daleko wybiegające plany pisarskie. W związku z czym ja, pisząc tekst, mam czas na to, żeby go odłożyć, żeby dać mu się uleżeć, odleżeć, żeby wrócić do niego po raz kolejny i jeszcze kolejny i przeczytać i sprawdzić, czy tam się wszystko zgadza i czy to jest takie, jakie sobie wyobrażałam, że będzie. Czy ten tekst jest tak dobry, jak mógł być w danej chwili. Więc nie odczuwam tego dyskomfortu, ale wynika to z cyklu pracy, który sobie wypracowałam przez ten ślad funkcjonowania na tym rynku wydawniczym. Natomiast ta pierwsza część pani pytania, pani Krystyno, to jest znacznie poważniejszy temat, bo ja myślę, że tak wielka ilość książek, jaka rzeczywiście ukazuje się w tej chwili na polskim rynku, zdecydowanie prowadzi nas w ślepą uliczkę. Co roku ukazuje się plus minus, w pandemii było troszeczkę mniej, ale powiedzmy około 30 000 tytułów. Rocznie w Polsce. Oczywiście jest to liczba, którą znamy dzięki nadanym numerom ISBN, a one obejmują pozycje naukowe, popularnonaukowe, poradniki, albumy, podręczniki, wydawnictwa incydentalne. Więc wiadomo, że tej literatury popularnej, o której w tej chwili tak naprawdę rozmawiamy, jest mniej, jeśli chodzi o ilość. Niemniej dalej jest to bardzo dużo.
Tu troszkę wrócę do tego, o czym mówiłam wcześniej, że 10, 11 lat temu, kiedy ja zaczynałam, rynek polskiej powieści obyczajowej bardzo raczkował i wydawcy nie chcieli wydawać polskich debiutantów obyczajowych. To się zmieniło i bardzo dobrze, że się zmieniło, bo kto ma czytać Polaków, jak nie Polacy? Niemniej jednak zmieniło się to tak radykalnie, że w tej chwili mam takie wrażenie, że wydawane jest praktycznie wszystko. Trafiły w moje ręce pozycje, które nie miały praktycznie redakcji, które pozbawione były korekty, które były byle jak, dosłownie na kolanie złożone, których się nie dawało czytać. I byłam przerażona tym, bo tego rodzaju pozycje wydawnicze źle świadczą o całym rynku. Dają złe świadectwo jakości polskiej literatury i trochę się tego obawiam. Tak samo jak obawiam się trendu tak zwanych samowydawców. Znam kilka pozycji, kilka osób, które zdecydowały się na tak zwane samowydawanie. I to są książki, które są naprawdę dobre, naprawdę fajne, naprawdę dobrze przygotowane i absolutnie nie ma tam żadnego powodu do wstydu. To są wręcz nagradzane niektóre książki.
Jest w tej chwili też taki trend wśród autorów, żeby zakładać własne wydawnictwa takich autorów już z dorobkiem. I te książki też ukazują się rzeczywiście rzetelnie opracowane. Ale możliwość wydania książki przez każdego bez fachowego wkładu pracy redaktorów i korektorów jest straszna i robi straszną robotę. I w tym kontekście ci samowydawcy naprawdę źle robią naszemu rynkowi. Każda praca, która nie jest wykonana rzetelnie, źle świadczy o rzeczywistości. I tutaj, w tym kontekście tak duża ilość wydawanych książek, które są pozbawione tej właśnie rzetelnej otoczki pracy fachowców, bardzo mnie martwi.
[03:03:43] - Agnieszka Lis, „List w góry": Nie znam twojej kochanki wyłącznie ze zdjęć. Rozkładam czasem albumy, płaczę nad nimi, ale tylko gdy chłopcy śpią. Oglądam zdjęcia. Są piękne. Tak. Myślę, że Himalaje są piękne. Powinnam ich nienawidzić we wszystkich możliwych odcieniach, a ja je podziwiam. Są jak kobieta. Ubrane w różne szaty, zawsze w pełnej krasie, nawet gdy noc je przykrywa, nie tracą nic z urody. Przywdziewają wtedy strój wieczorowy.
Jakże więc mężczyźni mieliby o nich zapomnieć? Każda jak lodowa królowa. Szklana góra. Białe falbany, kamienne gipiury, lodowe korale. Żleby jak zaprasowane fałdy. Filary jak stebnowania. Mgły jak woal wokół ślubnej sukni. Daleka fata morgana ukryta w tęczy jak powidok pod powiekami. Bliska, namacalna, cała w słonecznych błyskach i twardych szarościach, zapalona czerwienią w zachodzącym słońcu. Luksus, na który nie stać żadnej kobiety.
Zawsze elegancka. To znacznie więcej, niż którakolwiek kobieta potrafi. Himalajskie szczyty są tak różne, jak kapryśne. Szerokie jak lotniskowe pasy startowe, spiczaste jak czubek nosa zarozumialca, łagodne jak dno odwróconej porcelanowej miski. Ustawione w rzędzie jak przedszkolaki na apelu, wypiętrzone jak Guliwer wśród liliputów. Zarozumiałe, zachęcające, dumne, niezdobyte, kuszące, zmienne jak każda kobieta. Zamykam oczy i wyobrażam je sobie. Chłód, suche powietrze przenikające aż do ostatniego pęcherzyka w płucach. Wiatr, który huczy jak przejeżdżający nad głową pociąg. Pokora.
Obcowanie z nimi to zaszczyt dostępny niewielu wybrańcom. Niektórym tylko się zdawało, że mogą wejść w ich świat, skalać ludzkim dotykiem. Śmierć nie robi na Himalajach żadnego wrażenia. Są jak były, niewzruszone. Przychodzą inni. Kto nie zrozumie ich siły, ten nie wróci. Kto nie uzna ich wyższości, ten zostanie z nimi na zawsze. Kto nie jest gotów się oddać, nie jest wart zaszczytu. Gdy tak patrzę na albumowe zdjęcia, czuję się jak mucha, mrówka. Nic wobec nieskończoności.
Odłożyłam album nasycona widokami, które mnie unieszczęśliwiają. Nieskończoność. A ja tak bardzo czekam, aż to się skończy.
[03:06:36] - Popełniła pani książkę przeznaczoną dla najmłodszego czytelnika. Mam na myśli tutaj „Alka i pana Parasola". Książka została wydana w 2019 roku przez wydawnictwo Ezop. Czy to jedyna pozycja dla dzieci, która wyszła spod pani pióra? Czy może więcej jest takich książek, które skierowała pani właśnie do tej najmłodszej grupy wiekowej?
[03:07:02] - „Alka i pan Parasol" to jest jedyna moja książka dla dzieci wydana. Ona też miała dosyć ciekawe losy, dlatego że te bajki, bo to jest cykl bajek, pisałam dla mojego wtedy pięcioletniego syna, który codziennie wracając z przedszkola opowiadał mi o różnych swoich poważnych dziecięcych sprawach. I dyskutując z nim, komentując tę jego przedszkolną rzeczywistość, zdałam sobie w pewnym momencie sprawę, że on mi przynosi gotowe historie, gotowe bajki.
[03:07:35] - Trzeba je tylko ułożyć, literacko opracować. Stworzyłam łączącą te wszystkie historie postać magicznego, śpiewającego Pana Parasola i zrobiłam z tego cykl piętnastu bajek. Te bajki wysłałam na konkurs i one ten konkurs wygrały. To był rok 2010. Konkurs się pięknie nazywał Konkurs na dobrą powieść w kategorii oczywiście bajek dla dzieci. Prowadziła wtedy tę działalność oficyna, nazywała się Drzewo laurowe, już w tej chwili nieistniejąca. W każdym razie w 2010 roku te bajki zostały wydane. Czyli właściwie to był mój debiut. Z tym że tylko na e-booku. Wiecie państwo, rok 2010, format książki elektronicznej jeszcze dla dzieci nie bardzo zaistniało na rynku.
Zresztą wydawnictwo szybko zmieniło profil, więc szybko te prawa do mnie wróciły. Ja się nimi nie zajmowałam specjalnie, tymi bajkami, ponieważ rzeczywiście bardzo wciągnęła mnie literatura obyczajowa dla dorosłych. Niemniej po kilku latach wróciłam do tego pomysłu. Opracowałam te bajki na nowo. Z pięciu wybrałam pięć bajek, z nich zrobiłam cztery. Przeredagowane zostały bardzo mocno i wydane przez oficynę Ezop. Zresztą przepięknie edytorsko opracowane. Naprawdę byłam zachwycona i drukiem, i czcionką, i papierem, i ilustracjami, i oprawą. Wspaniała edytorsko pozycja.
[03:09:08] - Zupełnie inaczej wygląda książka dla dzieci niż książka dla dorosłych, jeżeli chodzi o sam cykl wydanie.
[03:09:15] - Poza tymi bajkami mam jeszcze napisanych kilka tekstów dla dzieci. One chyba czekają na swój dobry moment, żebym się nimi dobrze zajęła i jakoś szczęśliwie wydała, ale mam nadzieję, że to też się kiedyś uda.
[03:09:30] - To trzymamy kciuki w takim razie.
[03:09:33] - Panie dziękuję w takim razie.
[03:09:35] - Odejdźmy od literatury na chwileczkę i zajmijmy się sprawami kulinarnymi. „Klopsiki, krokiety i inne zagadki” ta opowieść powstała za sprawą pisarskiego trio Kasiuk, Greni, Lis. Domyślam się i to chyba słusznie, że gotowanie i spożywanie posiłków w tej pozycji zajmuje poczesne miejsce. Lubi pani pisać o sprawach związanych z kuchnią? Ksiądz Kazimierz z „Córki rabina” dużo czasu spędza za stołem i nie jest to chyba jedyna z pani postaci, która tak celebruje posiłki. Co ciekawego widzi pani w tak prozaicznym zajęciu jak gotowanie? Czy to przygotowanie może do jakiejś książki kucharskiej pani autorstwa?
[03:10:27] - Ojejku, nie! Absolutnie nie planuję napisania książki kucharskiej. Zostawiam to zajęcie kucharzom, bo na szczęście są ludzie, którzy potrafią się tym zająć naprawdę dobrze. Niemniej ja sama gotowanie bardzo wysoko sobie cenię. Po prostu lubię gotować. Jest dla mnie magicznym trochę procesem przetwarzanie surowej marchewki w wykwintne danie na przykład. Mamy warzywo czy siatkę warzyw, które mamy najpierw w postaci brudnej, potem gdzieś się pojawia sporo obierek, a potem się okazuje, że wjeżdża na talerz czy na stół, na półmisku coś, co pięknie wygląda, pięknie pachnie i równie dobrze smakuje. Jest we mnie taka fascynacja tym całym procesem, taka magia. Już użyłam tego słowa, ale ono jest chyba najlepsze, więc je powtórzę. Po prostu bardzo lubię gotować i to chyba dlatego.
Aczkolwiek „Klopsiki, krokiety i inne zagadki”, o których pani wspomniała, to jest taka książka, w której bez wątpienia gotowanie istnieje. I parę czytelniczek powiedziało mi, że na głodniaka tej książki czytać nie można. Ale to jest dosyć ciekawa historia, jak sądzę, związana z powstaniem tej książki.
[03:11:46] - Na tegorocznym czwartym festiwalu „Czas na książki”, który odbył się na przełomie września i października w Ząbkowicach Śląskich, otrzymała pani niezwykłe wyróżnienie. Czy mogłaby nam pani zdradzić, co to była za nagroda?
[03:12:01] - Oczywiście, że mogłabym i zrobię to z ogromną przyjemnością, bo bardzo to była niezwykła nagroda. Mianowicie była to nagroda dla osobowości literackiej wspomnianego przez panią czwartego festiwalu „Czas na książki”. Byłam nią niesłychanie zaskoczona, ale też nie ukrywam wzruszona i poczułam się bardzo doceniona, że ktoś w taki sposób zechciał spojrzeć i na moją osobę, i na książki, które piszę. To dla mnie bardzo ważne i wielkie wyróżnienie.
[03:12:29] - Życzę pani z całego serca i myślę, że państwo również, żeby takich nagród było rzeczywiście jak najwięcej, bo to miłe, kiedy czujemy, że nasza praca jednak przynosi komuś radość i zostaje doceniona.
[03:12:45] - To prawda. Agnieszka Lis „Marcepanowa miłość”. Rozdział piąty. Wreszcie! Justyna z radością smarowała ciało waniliowo-malinowym balsamem do ciała. Nałożyła odrobinę rozświetlacza. Po namyśle dodała więcej. Nie była już młódką i doskonale rozumiała życiowe zawirowania, górki, doliny, niezrealizowane oczekiwania i spełnianie cudzych marzeń. Przeżyła maleńkich kryzys. Niejeden zresztą.
Były większe i mniejsze, a jako najtrudniejszy wspominała okres kilku miesięcy po narodzinach Norberta. W umiarkowanym entuzjazmie późnego macierzyństwa spodziewała się ochłodzenia małżeńskich stosunków także po narodzinach Zuzki i uważała, że ciąża to ciąża. Planowana czy nie, każda przynosi takie same reperkusje. Była szczęśliwa, że ma córeczkę, ale mała nie przesłaniała jej świata.
[03:13:43] - Justyna świadomie by się nie zdecydowała na kolejne dziecko. Kiedy jednak się przytrafiło, starała się czerpać z życia to, co najlepsze. Zapamiętywać bezzębne uśmiechy i zapach główki nasmarowanej olejkiem. Doceniała czas wolny, w którym mogła zająć się domem. Zapomniała już, że umycie głowy to luksus, a posprzątana kuchnia może być mrzonką. Ach, drobiazgi czynią szczęście — myślała czasami, patrząc na córeczkę. Tak jak się spodziewała, przez pierwsze miesiące po narodzinach Zuzy świat nie tylko regularnie stawał na głowie, ale przede wszystkim robił to demokratycznie kosztem wszystkich członków rodziny. Może dlatego Norbert teraz ma kłopoty w szkole — myślała. Może coś zaniedbałam? W tym momencie jednak nie zamierzała się nad tym problemem pochylać.
Będzie na to cały następny dzień i kolejny, i jeszcze jeden. A teraz był czas odgruzowywania małżeńskiego pożycia. Dlatego pachnąca malinami i wanilią ze skórą, która będzie odbijała światło świec, właśnie wciągała na siebie koronkowe body. Westchnęła, patrząc w lustro. Kiedyś leżało idealnie — pomyślała ze smutkiem i narzuciła lekki szlafroczek. W sypialni czekał już Czarek, nakryty kołdrą zaledwie do pasa. Ależ on jest seksowny! — przemknęło Justynie przez głowę. Czarek pomyślał o żonie dokładnie to samo. Dzisiejsze tête-à-tête nie było wynikiem gwałtownego porywu serca, ale raczej małżeńskiej umowy.
Obydwoje byli siebie spragnieni. Okoliczności nie sprzyjały i codziennie odkładali romantyczne uniesienia na bliżej nieokreśloną przyszłość. A to dziecko nie śpi, a to Norbert za ścianą, a to trzeba wstać wcześnie rano. Nic się nie zmieniło. Zuza w każdej chwili mogła się obudzić. Norbert niezmiennie przebywał za ścianą, a rano trzeba było wstać, obudzić krnąbrnego nastolatka, zrobić całej rodzinie śniadanie, wyekspediować kogo trzeba w świat. Ale życie jest dziś. Justyna przypomniała sobie zdanie wypowiedziane przez Czarka przy szybkiej kolacji. Od słowa do słowa uzgodnili, że na nic nie będą czekać. Dlatego z uwagą szykowała się w łazience na ukradkową randkę z mężem.
Dlatego Czarek nie przeglądał na telefonie wiadomości, tylko wyszukał nastrojową playlistę. Nie rozmawiali. Ani słowa. Korzystali z chwili intymności łapczywie chwytając swoje ciała ustami, dłońmi, oplatając nogami. Najciszej jak można, najdelikatniej i najmocniej jednocześnie. Jesteśmy jak nastolatki. Czarek odezwał się dopiero, gdy złapali już oddech. To cudowne uczucie, prawda? Justyna się uśmiechnęła. Brakowało mi ciebie — odpowiedział, głaszcząc żonę po policzku.
A teraz dojdziemy do wniosku, że trzeba to częściej powtarzać — zaśmiała się cicho. A czyż byłby to zły wniosek? Dobry i w dodatku prawdziwy. Życie jednak... Nie dokończyła, kwitując sprawę delikatnym machnięciem dłonią. Życie jest piękne — dokończył za nią. A z tobą jeszcze piękniejsze i zamierzam je garściami brać tak często, jak się da.
[03:16:58] - Ostatnio, bo 26 października 2022 roku, nakładem wydawnictwa Skarpa Warszawska ukazała się powieść „Marcepanowa miłość”. Z opisu zamieszczonego na LubimyCzytać.pl, bo sama jeszcze nie miałam dostępu do tej książki, można wywnioskować, że jest to przeniesiona w czasie historia trochę Romea i Julii, trochę może jest to opowieść wigilijna, a może jeszcze inne kody można by do tej książki przypisać. Osobiście uwielbiam marcepana i świąteczny klimat, ale co właściwie dla pani jako autorki jest najważniejsze w tym pachnącym choinką dziele?
[03:17:48] - Ja myślę, że w ogóle książki świąteczne, bożonarodzeniowe mają swój, wręcz muszą mieć swój bardzo szczególny, specyficzny klimat. To już jest w tej chwili oddzielny gatunek opowieści obyczajowej. Książka świąteczna. Dla mnie w tego rodzaju literaturze, szczególnie że jest związana ze świętami, tymi świętami bożonarodzeniowymi, najważniejszy jest element bliskości rodziny, wsparcia rodziny bądź przyjaciół, bliskich osób, wsparcia, przyjaźni, może wręcz miłości nawet. Akurat rzeczywiście w „Marcepanowej miłości” mamy miłość w tytule, bo jest ona ważnym motywem tutaj akurat w kontekście tej pierwszej, nastoletniej, zbuntowanej troszeczkę jeszcze miłości. Ale w tle jest właśnie rodzina. Jest to, że potrzebujemy wsparcia innych ludzi, że potrzebujemy bliskości i że nie jesteśmy samotnymi wyspami w życiu. I w każdej z moich książek świątecznych, a „Marcepanowa miłość” jest czwartą, ten element uważam za najważniejszy, a w każdym razie wspólny wszystkim tytułom.
[03:19:04] - Agnieszka Lis „Córka rabina”. Rozdział siedemnasty. Kazimierz wracał do domu nasycony dobrem, choć przecież nic ku temu nie skłaniało. Skromny posiłek. Ludzie uciekający przed drugim człowiekiem. Żołądek napełniony zaledwie herbatą i kilkoma skromnymi ciasteczkami zamiast porządnym obiadem. Choć do wieczora było jeszcze daleko, już panował lekki zmrok. Może jesienny dym wpłynął do miasta z wypalanych pól, a może po prostu Kazimierz niósł w duszy szarą, ciemną mgłę. Chciałby widzieć wokół dobro. Musiał zatem dostrzegać je w coraz drobniejszych rzeczach.
Kilka miesięcy temu
[03:19:46] - Wtedy było to jeszcze realne. Zamierzał ogłosić zbiórkę na nowy kielich mszalny. Marzył mu się taki kunsztowny, ozdobiony błyszczącymi kamieniami, najlepiej z cennego kruszcu. Oprawę zawsze uważał za ważny element uroczystej mszy świętej. Czy jednak teraz było to rzeczywiście istotne? Ważne, że wciąż mógł odprawiać msze po polsku, choć już nie wszystkie. Teraz cieszył się, kiedy alba była świeżo wyprana i wyprasowana, choć do niedawna było to oczywiste. Rozmyślał, czy też nowe utensylium byłoby właściwe, kiedy głodowali ludzie? Cieszył się, że Florentynie udało się stary kielich doprowadzić ponownie do takiego stanu, że z daleka wyglądał jak nowy. Wypolerowała go sobie tylko znaną miksturą.
Z daleka roztaczał blask. To było lepsze niż kupowanie nowego kielicha. Poza tym Kazimierz docenił kwiaty ogrodowe jako ozdobę ołtarza, a najbardziej cieszył się, że z własnej woli przynosiły te kwiaty dziewczynki. Trochę ogrodowych astrów, których jeszcze nie zniszczyły mrozy, cynie i dalie. No i wrzosy, których do niedawna nie dopuściłby przed ołtarz. Teraz stały się znakiem oddania parafian, a na to nie można było narzekać. Cieszył się także z każdego spotkania. Kiedyś zdarzało się, że narzekał, gdy zatrzymywano go co kilka kroków. Teraz odczuwał ulgę, że ciągle znajdował się ktoś, kto chciał go zatrzymywać. Niemcy rozgościli się w mieście i rządzili twardą ręką.
Kazimierz bał się jak każdy radomianin, jak każdy Polak. A jednak postanowił nie być bierny. Wracając do domu, zastanawiał się, jak przekuć na dobro wszystko to, co nim nie jest. Miał pomysł, jednak potrzebował w spokoju się zastanowić, a pusty żołądek nie służył konstruktywnemu myśleniu. Cieszył się, że spędził chwilę z rabinem. Choć konstatacje z ich spotkania nie były radosne, wciąż mogli się spotykać, a to było wartością samą w sobie. Zresztą rabin Hill miał w sobie... No tak, tak to trzeba nazwać. Rabin Hill miał w sobie dobro i Kazimierz czuł się nim napełniony duchowo, o czym kilkakrotnie przypomniał mu burczący żołądek.
[03:22:07] - Porozmawiajmy w takim razie o córce rabina. Przenosi pani swoich czytelników w czasie i pozwala im poznać dawny Radom oczami księdza Kazimierza, który w warunkach pokojowych nie wyróżnia się wśród innych duchownych. W chwili, kiedy jego parafianie zaczęli odczuwać grozę i niegodziwość wojny oraz okupacji, zmienia się w prawdziwego bohatera. Czy ksiądz Kazimierz jest postacią historyczną? Proszę nam powiedzieć, skąd czerpała pani potrzebną do napisania tej powieści wiedzę o pogrążonym w wojennym chaosie Radomiu?
[03:22:47] - Ksiądz Kazimierz jest postacią, powiedziałabym po części historyczną, bo on jest takim troszeczkę zlepkiem tych księży, którzy faktycznie w Radomiu działali w okresie wojny lub tuż przed wojną. Natomiast wiedzę zarówno o nich, jak i o Radomiu i o tych czasach bardzo trudnych czasach wojennych. Zebranie tych wszystkich informacji nie było proste. Najwięcej pomogli mi pracownicy Biblioteki nr 1 w Radomiu, którzy udostępnili mi całą półkę regionaliów, które oczywiście są dostępne w Bibliotece Narodowej albo innych zbiorach. Natomiast tam były od ręki uporządkowane i łatwo dla mnie dostępne, co było dla mnie bardzo ważne. Bez wątpienia źródłem, które jest bardzo pomocne, jest internet. Natomiast jest to źródło, które obarczone jest sporym ryzykiem. Informacje z internetu trzeba dokładnie sprawdzać, bo niestety dużo jest takich, które są zwyczajnie nieprawdziwe. Wiele archiwów jest w tej chwili ucyfrowionych, dzięki czemu nie ruszając się zza komputera można rzeczywiście dotrzeć do materiałów, które są źródłowe, jeśli chodzi o te czasy historyczne. Ja w każdym razie księdza Kazimierza skleiłam tak naprawdę z trzech postaci księży pracujących w Radomiu w tamtym okresie.
Pierwszy z nich to ksiądz Kazimierz Sekulski. To był pierwszy proboszcz parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. On potem, w czasie wojny został aresztowany i zginął w Auschwitz, ale działał właśnie jako proboszcz tej parafii. Potem cytuję w ogóle w toku powieści słowa innego księdza, który także działał w Radomiu. To był również ksiądz Kazimierz Gralewski. On był katechetą i moderatorem organizacji katolickich w Radomiu. I jego taki pamiętnikarski opis pierwszych bombardowań Radomia właśnie w książce cytuję. Jest także jednym z pierwowzorów księdza Kazimierza z „Córki rabina” jest ksiądz proboszcz Dominik Ściskała. On na początku II wojny też pełnił posługę proboszcza w parafii Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. I to on właśnie był tym księdzem, który faktycznie organizował pomoc, w tym na przykład noclegi na terenie świątyni dla uciekinierów z zachodnich województw w sierpniu 1939 roku, a potem dla wysiedleńców.
Organizował darmowe kuchnie dla tego potrzebujących. Pomoc dla więźniów w radomskich więzieniach, akcję wysyłania paczek dla przebywających w obozach koncentracyjnych i jeszcze wiele innych akcji charytatywnych. Więc to był taki ksiądz, bardzo szlachetna postać, zasługująca zdecydowanie na utrwalenie. W każdym razie pozwoliłam sobie na sklejenie postaci księdza Kazimierza, bohatera „Córki rabina” z trzech faktycznie istniejących i działających postaci w Radomiu.
[03:26:03] - Jeszcze o „Córce rabina”. Również jest tegoroczna książka wydana w Skarpie Warszawskiej. Tym razem chciałam zapytać o okładkę. Mówi pani tu o bohaterach, o księżach, którzy mieli wpływ na to, żeby w jakiś sposób uchronić ludność Radomia od wojennych niedogodności. A my na okładce widzimy tego księdza, takiego bardzo malutkiego. Właściwie musimy się dobrze przyjrzeć, że on tam w ogóle na tej okładce zaistniał. Chciałabym również panią zapytać o tytuł roboczy tej pozycji i czy uważa pani, że to dobrze, że książka ma taki tytuł? Czy to znaczy, że autor zawsze musi się jakoś podporządkować prawom rynku i nagiąć się w jakiś sposób? Czy pani się buntuje przeciwko takim praktykom, czy nie? Bo jeżeli chodzi o książkę, to ona ma naprawdę bardzo dobre przesłanie, piękne przesłanie i wydaje mi się, że to ono powinno być na pierwszym planie, a z winiety książki to jakoś nie wynika.
[03:27:12] - To jest bardzo trudny temat, pani Krystyno. Akurat jeśli chodzi o okładkę „Córki rabina”, ona mi się bardzo podoba. Ja uważam ją za wieloznaczną czy może niejednoznaczną. Takim czerwono-bordowym tłem sugeruje czas wojny i niebezpieczeństwa z tym związane. Ta okładka mnie akurat się podoba, aczkolwiek faktycznie zdarzało mi się, że przez tyle lat pracy na rynku wydawniczym nie wszystkie decyzje moich wydawców akceptowałam. Czasami jest tak, że mam wpływ na te decyzje. Tak jest na przykład w tej chwili w mojej pracy ze Skarpą Warszawską. Właściwie wszystkie decyzje konsultujemy i podejmujemy razem. One czasami są pewnym kompromisem większym, czasami mniejszym. Ale rzeczywiście bardzo chwalę sobie to, że możemy o tym rozmawiać i podejmujemy te decyzje świadomie.
Bywało wcześniej różnie. Czasami mój wpływ na tytuły i na okładki był bardzo niewielki. Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, czy to jest tak, powinniśmy absolutnie podporządkowywać się prawom rynku, czy też autor powinien jak Rejtan bronić. Ale właśnie czego bronić? Swojej wizji książki, którą napisał? Wizji książki tak. Co do tekstu nigdy nie zdarzyło mi się jakoś specjalnie uginać i ustąpić. Natomiast jeśli chodzi o okładki, ja nie jestem grafikiem, ja nie jestem plastykiem, nie chcę udawać, że znam się na czymś, na czym się nie znam. Alfą i omegą nie jestem. Nikt z nas zresztą nie jest.
Więc staram się polegać na ludziach, którzy są grafikami, są plastykami, mają o tym pojęcie i wierzę, że wiedzą lepiej niż ja, jak powinna wyglądać okładka. Czy ona powinna być sprzedażowa, czy też nie powinna być sprzedażowa? Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie i myślę, że to są różnego rodzaju kompromisy, których musi być świadom każdy wydający autor. Zadała pani jeszcze pytanie o tytuł roboczy. W tej książce on brzmiał „Latarnie”. Ja ten tytuł bardzo lubię. On mi się ciągle podoba, ale faktycznie ostatecznie uznaliśmy, że „Córka rabina” będzie bardziej adekwatnym tytułem do książki, która jest de facto powieścią historyczną. Przy czym akurat też ten tytuł uważam za bardzo wieloznaczny, dlatego że w tej książce tytułowa córka rabina jest bardzo charakterystyczną postacią, bo ona jest praktycznie nie ma. Ona wypowiada tylko kilka zdań i to dopiero w momencie, w którym już zmuszona zostaje do wyjazdu z Polski.
[03:30:09] - Polecam państwu „Córkę rabina” i myślę, że to będzie nietuzinkowa lektura. Serdecznie polecam, bo książka naprawdę zawiera w sobie bardzo dużo problemów, z którymi my nawet dzisiaj musimy się borykać. Proszę nam powiedzieć, pani Agnieszko, jaka jest różnica pomiędzy muzycznym wirtuozem a mistrzem pisarskim i dlaczego bardziej pociąga panią tworzenie dzieła literackiego niż odtwarzanie wcześniej przez inne osoby skomponowanych dzieł uznanych muzyków?
[03:30:48] - Być może, pani Krystyno, odpowiedź jest w tej różnicy pomiędzy tworzeniem a odtwarzaniem. Bo siłą rzeczy wykonanie cudzego utworu jest odtworzeniem. Tworzenie własnej książki jest jej tworzeniem właśnie co do zasady. Być może dlatego bardziej mnie to interesuje czy pociąga może w codziennym życiu. Aczkolwiek ja bym chciała podkreślić, że muzyka tak jak była, tak jest cały czas w moim życiu obecna i to bardzo obecna taką codzienną obecnością. Bo ja wprawdzie nie koncertuję i podjęłam tę decyzję świadomie, dlatego że koncertowanie wymaga codziennego ćwiczenia i rzetelnej pracy nad warsztatem pianistycznym, a ja na to nie bardzo mam czas. Albo musiałabym zrezygnować na przykład z pisania, ewentualnie z jeszcze innych aktywności. Więc podjęłam decyzję o tym, że koncertować nie będę. Natomiast cały czas kontakt z muzyką mam, ucząc w szkole muzycznej. To jest bardzo aktywna praca, cały czas z muzyką związana, więc ja z niej nie zrezygnowałam.
Zrezygnowałam tylko z jakiejś części, z pewnych aspektów z tym związanych, natomiast nie z samego kontaktu z muzyką. Jaka jest różnica pomiędzy muzycznym wirtuozem a mistrzem pisarskim? Powiem, że jest taka, że po prostu posługuje się innymi narzędziami. Natomiast co do zasady Różnicy wielkiej nie ma. Jeden i drugi musi być bardzo systematyczny w swojej pracy, bardzo konsekwentny i musi znakomicie posługiwać się tym warsztatem, który przypisany jest do danej działalności twórczej. Natomiast różnice zawierają się tylko w technikaliach.
[03:32:42] - Ja myślę, że jednak jest u pani troszeczkę jeszcze taka zależność, że zawsze pani pracuje na klawiaturze, prawda?
[03:32:51] - Tak.
[03:32:52] - Czy jako muzyk, czy jako pisarz. Pracuje głowa i pracują ręce. Podejrzewam, że pisze pani dosyć szybko. Ręce musi mieć pani wyjątkowo sprawne. Stąd może też taka ilość książek, prawda?
[03:33:05] - Być może tak, aczkolwiek ma to też swoje wady. Ja rzeczywiście piszę szybko dosyć. Natomiast niestety, wyrzucam to sobie, ale nie bardzo potrafię sobie z tym poradzić, robię sporo literówek i potem dużo poprawiania. Ale może to też i dobrze, bo te literówki powodują, że czytam potem ten tekst uważnie i wiele razy. To może na dobre w sumie.
[03:33:24] - To może i tak.
[03:33:25] - Moim książkom wychodzi.
[03:33:28] - Agnieszka Lis. Guziki. Rozdział dziewiąty. Sierpień 2000. Jaromira pomyślała, że ciężko rozpoczyna się lato. Jakby na odwrót. Maj ususzył ziemię na wiór. Piach na wydmach stał się sypki i właził w każdy zakamarek. W załamanie swetra i tapicerkę samochodu. Znajdowała ziarenka na dnie kubka do herbaty i pomiędzy kartkami czytanych książek.
Wysypywał się nawet z rzeczy leżących w szufladach kredensu. W nadmorskim paśmie piasek nie był niczym niezwykłym. Mieszkańcy nauczyli się z nim żyć jak z solą na wargach. Nie rozmawiano o nim tak, jak ludzie zwykle nie dyskutują o niebieskości nieba i przeźroczystości powietrza. Nikt nie pamiętał jednak, by piasek był aż tak dokuczliwy. Drugi tydzień czerwca zrosił świat upragnionym przez mieszkańców łaz deszczem. Młodsze kobiety zdejmowały swetry i buty i wychodziły tańczyć w ulewnym deszczu. Ciepłym, otulającym szelestem falującym równymi strugami. Deszcz był wydarzeniem radosnym. Jednak trzeciego dnia ulewy przesuszona ziemia zatrzymała wodę.
Zbita w gęstą jak beton warstwę nie przepuszczała kolejnych strumieni. Zostawały zatem na powierzchni, tworząc kałuże, bajorka, stawy. Woda niczym szara, spieniona rzeka zalewała ulice i trawniki, niebezpiecznie podchodząc w pobliże schodów albo wpływała filigranowymi potokami do piwnic. „Ot, ludziom to nie dogodzisz” mówiła Jaromira do Gertrudy albo i do siebie, jak wypadło. W domu został już tylko Zenek. Mietek i Leszek wpadali od czasu do czasu pomóc matce wiosną na niewielkim poletku po drugiej stronie drogi albo jesienią ziemniaków ukopać. Dobre chłopaki, dobre dzieci. Choć Jaromira wolałaby mieć córkę przy sobie. No cóż, jak było zrobić? Antonina przysyłała listy.
Szczęście znalazła tam, gdzie słońce spalało ludziom skórę na czarno. Jak sucho — źle. Jak deszcz — źle. „A bo ty grzeszysz bez opamiętania jak pierun jakiś” odpowiedziała Gertruda pewnego popołudnia, gdy zmoczona przyszła do sąsiadki z ciepłym ciastem. Piekły znacznie mniej niż kiedyś, a i tak zostawało. Dzieliły się zatem wszystkim. Razem raźniej było jeść, rozmawiać, a nawet i narzekać. Wszystkiego powinno być w życiu w sam raz. Wszystko potrzebne, byle nie w nadmiarze. Deszcz prawdopodobnie ją usłyszał.
Wieczorem ustał dźwięk regularnego stukania o parapety, szyby i dachy zaparkowanych wzdłuż wąskiej asfaltowej jezdni samochodów. Przestał padać nagle, jakby ktoś wyłączył odpowiedni przycisk. Gertruda wracała już w samym swetrze, a norak przerzuciła przez ramię. Tylko kalosze wciąż były potrzebne. Omijała kałuże, które niczym lustra odbijały świat, zachęcając do obejrzenia negatywu. Niektórzy, patrząc w takie zwierciadło, zastanawiali się, co jest po drugiej stronie. Ale nie wszyscy. Bo przecież nie każdy jest tak ciekaw. A już w ogóle mało kto chce wejść w kałużę po to, by zobaczyć, czy świat z drugiej strony, z dna kałuży jest odwrotny. Może tam szczęście jest niepożądane?
Ostatnie już pytanie, jakie przygotowałam dla pani. Na swojej stronie internetowej pisze pani: „Jeśli mam ochotę marzyć, mam siłę spełniać marzenia”. Piękna sentencja. Czy lubi pani tego typu złote myśli i czy często umieszcza je pani w swoich tekstach? Pani Agnieszko, czy ma pani jeszcze ochotę marzyć?
[03:36:58] - Oczywiście! Pewnie, że tak.
[03:37:00] - Bardzo się cieszymy. Proszę nam w takim razie powiedzieć, czego my, czytelnicy, możemy się spodziewać w przyszłości po spełnionych pani marzeniach.
[03:37:09] - Takim moim zawodowym marzeniem, abstrahuję w tej chwili od spraw prywatnych, odkładam je gdzieś tam na bok, ale takim moim zawodowym marzeniem, do którego przyznaję się głośno i chętnie, jest to, żeby móc pisać, być wydawaną i czytaną przez czytelników. I tak naprawdę to tego rodzaju zdanie, czy to zdanie wyraża całość moich marzeń. Oczywiście można do tego dodawać więcej elementów. Każdy chciałby mieć ekranizację na przykład którejś swojej książki. Każdy pisarz albo prawie każdy pisarz. Lub też tłumaczenia. To są wszystko piękne dążenia, cudowne sprawy. Oczywiście Nobel też by się przydał, to wiadomo. Ale i bez tego, jeśli będę mogła pisać i być wydawana i czytana- To moje marzenia się będą spełniać. Czyli mówiąc inaczej, można się pewnie spodziewać kolejnej książki.
[03:38:04] - W takim razie czekamy niecierpliwie. Życzymy, żeby wszystkie marzenia wydawnicze się pani spełniły oraz te prywatne, o których pani tutaj nie mówiła. Proszę państwa, moim i państwa gościem była dzisiaj pani Agnieszka Lis, pisarka wszechstronna, potrafiąca wzruszyć i rozśmieszyć swoich czytelników. Osoba bardzo uduchowiona i optymistycznie nastawiona do życia. Mam nadzieję, że zachęciłyśmy państwa do sięgnięcia po powieści napisane przez naszego gościa. Informuję, że niektóre z książek możecie Państwo znaleźć również na audiobookach. Zapraszam do zaglądania na strony internetowe, zwłaszcza na stronę autorską, z małych liter razem pisane agnieszkalis.pl oraz na strony facebookowe prowadzone przez Agnieszkę Lis i Instagram. Podczas świąt, racząc się marcepanem, chciałabym prosić państwa, żebyście ciepło pomyśleli o naszej pisarce. Pani Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za udział w naszym literackim tête-à-tête. Życzymy samych wspaniałych powieści pani autorstwa i najcudowniejszych w świecie czytelników.
Myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Było mi bardzo miło panią gościć. Życząc spokojnego snu, dziękuję pani i dobranoc.
[03:39:35] - Dziękuję pani Krystyno i dziękuję państwu bardzo, że mogłam dzisiaj u was gościć.
[03:39:40] - Ja również państwu dziękuję i zapraszam już na kolejny program. Dobranoc pani Agnieszko. Dobranoc państwu.
[03:39:48] - Dobranoc.
[03:39:52] - I cóż, proszę państwa, audycje wakacyjne mają to do siebie, że są krótsze. Nie mówię, że krótkie, ale krótsze. No to właśnie doszliśmy do końca kolejnego wydania Bibliotekarium 2.0. Myślę, że wakacje to jest czas na wiele innych aktywności niż tylko słuchanie Bibliotekarium. Przyjdą jesienne i zimowe wieczory, wtedy poszalejemy, jeśli chodzi o długość audycji. Teraz trzeba się, proszę państwa, wyspać, bo letnie dni mają swoje prawa. Ja państwu bardzo serdecznie dziękuję za uczestnictwo w dzisiejszej audycji. Pięknie państwa zapraszam na przyszły tydzień. Życzę wszystkiego dobrego, pięknego, wspaniałego weekendu w takiej aktywności, jaką państwo sobie wymarzyli. Tym, którzy preferują grilla, niech to będzie wspaniały grill.
Tym, którzy preferują inne, może bardziej aktywne formy spędzania czasu, niech one będą możliwie jak najbardziej aktywne, w każdym razie takie, o jakich państwo marzyli. Pięknie dziękuję. Do usłyszenia. Do usłyszenia już za tydzień.
[03:41:07] - A mówił do słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze stronę techniczną obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.