[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. A więc witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w ten kolejny piątkowy wieczór, krótko po 20:00 na antenach Radia Paranormalium i Book Radia. Wita ją państwa techniczny Marek Sęk "Ivellios" oraz gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:33] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny letni wieczór i kolejne Bibliotekarium, bo piątek dzisiaj. Bibliotekarium 2.0, wakacyjne, więc nieco krótsze niż zazwyczaj, ale myślę, że ta wakacyjna odsłona naszej audycji bywa ciekawa. Dzisiaj mam nadzieję, że ciekawa również będzie. Zaczynamy od polecanek to tradycyjnie, a niech to na początek będą polecanki związane z Nieznanym Światem. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:14] - Witam, witam serdecznie.
[01:16] - Zaczął się sierpień, to więc my właściwie z pewnym opóźnieniem, ale niewielkim mówimy o sierpniowym numerze Nieznanego Świata.
[01:26] - A ten numer jak zwykle ciekawie. Ja tylko przypomnę, że wskutek różnego rodzaju zmian, jakie zaszły na rynku prasy, musicie uzbroić się w cierpliwość, poszukując nowych numerów. Pamiętajcie, że możecie znaleźć je na przykład w marketach, ale przypominam też o opcji zamawiania numeru z naszej księgarni www.nieznany.pl cały czas istnieje też możliwość zakupu prenumeraty do końca roku, także trzeba o tym niestety pamiętać.
[01:55] - No to ja sobie powtórzę swoje: no cóż. Dlaczego? No dlatego, proszę państwa, ponieważ w tym numerze trochę mojej roboty również się ukazało. Takiej wywiadowczej, reporterskiej. Wywiadowczej. Brzmi słabo, ale tak naprawdę chodzi o wywiad. Wywiad przeprowadzony z Wojtkiem Sedeńką. To jest człowiek instytucja, człowiek, który jest wydawcą, który jest świetnym znawcą fantastyki naukowej i fantastyki w ogóle. A rozmawiamy sobie z Wojtkiem Sedeńką o różnych strachach. Tytuł tekstu „Suma wszystkich strachów” nawiązuje do pewnego znanego dzieła literackiego Toma Clancy'ego.
Ale my nie o tym. My nie o tym rozmawiamy, ponieważ sami państwo zauważyli, że w tak zwanych ostatnich czasach zdarza się bardzo często, że ludzie panikują. Raz przedmiotem paniki jest sztuczna inteligencja, innym razem źli obcy, którzy mogą nas zniewolić i tak dalej, i tak dalej. O tym wszystkim w dosyć obszernym wywiadzie rozmawiam z Wojtkiem.
[03:06] - Tak, jest on szczególnie godny polecenia, dlatego że nie oszukujmy się, ale w ostatnim czasie wiele rzeczy nam się zmieniło, jeżeli chodzi o postrzeganie przyszłości. Winowajcą jest między innymi sztuczna inteligencja, ale też to, co się dzieje na arenie politycznej. No, powiem krótko: jeszcze 10 lat temu absolutnie inaczej wyobrażaliśmy sobie przyszłość, a teraz nam się ona rysuje w coraz ciemniejszych barwach. Dlatego tak mocno polecam ten tekst. Między innymi też dlatego, że on udowadnia, iż nie zawsze jasnowidze, nie zawsze pisarze science fiction i nie zawsze wizjonerzy mają rację.
[03:44] - A co ważne, że pomimo tego, że Wojtek jest znawcą fantastyki naukowej, to jednak w przypadku zagadnień dotyczących naszego tu i teraz nie wpada w przesadę. O, tak to sobie delikatnie określę. To znaczy nie puszcza wodzy fantazji, tylko raczej mocno stąpa po ziemi. Raczej analizuje pewne sytuacje, pewne problemy naszej cywilizacji. Bardzo tak trzeźwo. Owszem, odwołuje się do różnych dzieł literackich i przytacza różne warianty. Natomiast ja odniosłem takie wrażenie, że tak jak powiedziałem, ten człowiek instytucja, wydawca, wydał setki książek fantastycznonaukowych między innymi. Ten człowiek bardzo mocno stąpa po ziemi, nie daje się gdzieś zepchnąć na pola jakichś takich dywagacji odklejonych kompletnie. On raczej dosyć trzeźwo pewne sprawy punktuje. Można się z nim nie zgadzać, ale przynajmniej wiemy, z czym się nie zgadzamy.
[05:02] - Dokładnie. W tym numerze również bardzo interesujący artykuł na temat celtyckich bursztynów, a konkretnie na temat tego jakże tajemniczego ludu, o którym no w sumie powiem ci, Marku, krążą bardzo rozbieżne opinie. Bo w naszych wyobrażeniach i też w tych wyobrażeniach ukształtowanych przez literaturę Celtowie uchodzą za lud wręcz magiczny, powiązany jakąś magiczną nicią z przyrodą, posiadający swoje tajemnicze wierzenia i tak dalej, i tak dalej. Natomiast szczerze ci powiem, chyba w tamtym roku ukazały się informacje, że jako takich Celtów to nie było, że to była w zasadzie grupa ludów, których nic tak naprawdę prócz tego pochodzenia wspólnego nie łączyło. No, ja to zostawię oczywiście specjalistom. Natomiast w tym numerze artykuł Joanny Bohaczek-Trąbskiej, który ukazuje nam specyfikę tego ludu. Ludu, który też, co ciekawe, odcisnął swe piętno na historii Polski. Mało kto wie, ale Celtowie osiedlili się w południowo-zachodniej Polsce. Archeolodzy coraz śmielej wydzierają im różnego rodzaju tajemnice. Nie jest też nomen omen tajemnicą, nie jest też żadnym tabu, że zdaniem niektórych mieli oni pewien wkład w rozwój osadnictwa na naszych ziemiach, bo chociażby figury kultowe ze Ślęży przypisywane są właśnie Celtom.
[06:32] - A ja tylko wspomnę, że o Celtach pisano bardzo wiele książek. Nawet w Polsce troszeczkę tego wyszło. Pamiętam w latach 80. naprawdę fascynująca książka Frederica Schlette, nie pamiętam nazwiska dokładnie, ale mniej więcej tak to brzmiało. Pojawiła się też w serii ceramowskiej, pojawił się tytuł „Starożytni Celtowie", więc jakby ktoś chciał uzupełnić wiedzę albo zaintrygowany artykułem o bursztynach zainteresował się ową tajemniczą nacją, to jest z czego czerpać. Natomiast rzucam sobie okiem, jak to zwykle robię na Nieznany Świat i widzę tekst, który jest autorstwa Piotra. Piotrze, napisałeś tekst o wielkich konstrukcjach. Ponieważ ta tematyka niezwykle mnie interesuje, sam kilka lat temu popełniłem tekst dotyczący megakonstrukcji. Powiedz, o czym tym razem piszesz?
[07:48] - To jest sprawa sprzed bodaj kilku tygodni. Chodzi o te doniesienia z projektu Hefaistos. To była grupa naukowców, którzy twierdzili, że zidentyfikowali grupę siedmiu obiektów. Nie chcę powiedzieć gwiazd, bo w sumie tak do końca nie wiadomo, czy to są gwiazdy, ale zidentyfikowali siedem obiektów będących mocnymi, ich zdaniem kandydatami do miary sfer Dysona. Sfery Dysona i tutaj w bardzo dużym skrócie to są takie hipotetyczne megastruktury, coś w rodzaju elektrowni słonecznych, kiedy zaawansowana cywilizacja albo obudowuje sobie gwiazdę szczelnym kokonem z paneli słonecznych, albo rojem kolektorów. Tutaj powstała dyskusja w środowisku naukowym. Co ciekawe, ta dyskusja jest bardzo cicha. Czy to rzeczywiście są te sfery Dysona, czy nie? Czy te sfery Dysona w ogóle mogą istnieć? Bo gdyby chcieć na przykład w Układzie Słonecznym taką sferę Dysona zbudować, to trzeba byłoby zużyć cały materiał, całą materię z naszego układu, z naszego systemu, a nawet ją jeszcze zaimportować.
Niemniej jednak te siedem obiektów, a w sumie już chyba sześć, bo jeden został jakoś tam wyjaśniony, pozostaje zagadką. Ja tylko Marku, jeszcze chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Te potencjalne hipotetyczne sfery Dysona, one są bardzo daleko od Ziemi, co niestety utrudnia nam dyskusję.
[09:08] - Tak, sfery Dysona to w ogóle osobne zagadnienie. Ja państwu bardzo polecam zainteresowanie się tym, co nazywamy megastrukturami, ponieważ megastruktury w odległym kosmosie naprawdę mogą nas naprowadzić na ślad może już wymarłej dawno, a może w dalszym ciągu egzystującej cywilizacji jakichś naszych braci w rozumie. Te twory, chociażby sfera Dysona, są tak biliantyczne, to są przedsięwzięcia tak niewyobrażalne, że my dzisiaj chwilami wzruszamy ramionami, że tak sobie niecnie zrymuję, ponieważ to przekracza nasze wyobrażenie. Ale przypomnę 500 lat temu rzeczy, które dzisiaj są naszą codziennością, również przekraczały wyobrażenie. Co tam 500 lat temu, w XIX wieku wyczynem wydawało się okrążenie Ziemi w 80 dni. Verne zbudował na tym całą powieść. Dzisiaj to naprawdę zabawne. Można to zrobić w dobę, może w dwie doby, jak się ktoś bardzo wysili. A jeśli weźmiemy pod uwagę to, że stacja kosmiczna na orbicie robi to kilka razy w ciągu doby, to już mamy skalę problemu. Tekst niezwykle interesujący.
Tekst, który może naprawdę wprowadzić nas w taki stan, w którym mówimy sobie: „Coś w tym jest”. Ci obcy może tu nie przylatują, może przylatują. Tego do końca nie wiemy. Jeszcze się nie wyjaśniło, ale gdzieś tam daleko mogą być.
[11:02] - Tak, w tym numerze jeszcze chciałbym dodać, że mamy bardzo interesujący artykuł na temat jednej z najbardziej, i tutaj nie wiem, co powiedzieć, znienawidzonych, a może nie do końca zrozumiałych postaci współczesności. Chodzi o Billa Gatesa. On sobie nagrabił u społeczności internetowej wieloma rzeczami. Jakimi? To się pewnie domyślacie. Świadek o prywatnym ranczu Billa Gatesa to jest tekst doktora Kościelnego, który możecie znaleźć w tym numerze sierpniowym. W nim także tekst o Bogu ze sztuczną inteligencją w tle. Czy jest możliwość taka, że stanie się sztuczna inteligencja bóstwem? Na to odpowiada inny doktor, Marcin Kozera. Z kolei jest jeszcze jeden Marku ciekawy artykuł, taki bardzo współczesny, bo słyszymy ciągle, że nam się budzą pola flegrejskie.
I tutaj mamy bardzo interesujący tekst na temat tego, jak to miejsce postrzegano w starożytności, jak poczytywali, jak interpretowali to, co się tam dzieje starożytni. Bo współcześnie to już nas się raczej polami flegrejskimi straszy, że jeżeli dojdzie do wybuchu tamtejszego superwulkanu, to cóż, będziemy się chyba wygrzebywać
[12:19] - Z bardzo grubej warstwy wulkanicznego popiołu. Oczywiście to nie są wszystkie teksty, jakie można znaleźć w tym numerze. Jest też relacja z Indii, bardzo interesująca. Mamy też coś o duchach lasu od Witolda Vargasa. Mamy coś od Igora Witkowskiego, który pisze o UFO na kościelnych obrazach. Także bardzo ciekawy numer nam się wysmażył na sierpień. Warto go tylko polecić. Ale to, proszę państwa, nie jest koniec polecanek na dzisiaj. Chciałbym państwu zaprezentować, polecić książkę, która na dniach ukaże się w wydawnictwie Stalker Books. Już zbierane są przedsprzedaże tak zwane.
Można książkę nabyć drogą kupna taniej niż wtedy, kiedy ona już będzie do dyspozycji wszystkich. Dzisiaj można chyba 20 złotych taniej. Jakaż to książka? To jest książka o intrygującym tytule „Dom z soli”. Jej autorka to Svitlana Taratorina. Była w zeszłym roku w naszym kraju. Bardzo sympatyczna osoba. Inna książka, takie urban fantasy ukazała się właśnie w zeszłym roku, a „Dom z soli” to historia naprawdę niezwykła. Historia, która może wciągnąć. Z jednej strony to fantasy, ale posłuchajcie państwo.
Nie można zrozumieć, kim jest się dzisiaj, nie wiedząc, kim było się kiedyś. Poraniony, odmieniony, na wpół martwy Deszcz chciał, żeby ludzie pamiętali. Chciał odnaleźć siebie na nowo. Epidemie i katastrofy obróciły kwitnący niegdyś półwysep Kimerkoński w popiół. Deszcz to świat nowego porządku. Mieszkańcy ziemi, którym udało się przeżyć, chorują na tajemnicze choroby i przechodzą dziwne mutacje. Ocaleńcy próbują jakoś funkcjonować na zasolonej, postapokaliptycznej ziemi, po której szaleją trujące wiatry i suer. Mutagenna substancja, która pojawiła się tuż po rozbłyskach. Ludzie potracili pamięć. Nie pamiętają, kim byli przed katastrofą.
Są zdezorientowani i łatwo nimi manipulować. Jednak pozostała pamięć, której nie da się zniszczyć. Pamięć ziemi zawarta w tradycjach, wierzeniach i legendach. Deszcz pamięta wszystko. Ze stacji powietrznej o nazwie Matka Wiatrów ten martwy świat obserwują Starsi Bracia. Wojskowo-religijna organizacja, która sprawuje władzę nad Kimerykiem. Jednym z nich jest Talawir, który ma za zadanie zbadać sprawę morderstwa i znaleźć legendarną Złotą Kołyskę, tajemniczą broń opracowaną przez naukowca Mamaya. Talawir będzie musiał przejść test nieoczekiwanej prawdy, która okaże się straszniejsza niż palący, niszczący wszystko suer. Podążając śladami bohatera, czytelnik zostanie przeniesiony do niezwykłych lokacji, pełnych ciekawych postaci i technologii przyszłości, zawierających szereg odniesień do naszej obecnej rzeczywistości. W powieści zwracają uwagę silne postacie kobiece, a wśród nich Ma, która wybrała życie w Deszcze, gdzie leczy dotkniętych chorobą solną ludzi, a wszystkie swoje działania skupia na ochronie syna Bekira.
Ona i jej syn, na równi z Talawirem, stają się głównymi bohaterami tej postapokaliptycznej historii. „Dom z soli” to fascynująca książka, pełna zwrotów akcji i przeskoków czasowych, nawiązująca do historii i mitologii Tatarów krymskich. Historia, która na długo pozostanie w pamięci czytelnika. Tak, proszę państwa, to była polecanka. Przypomnę „Dom z soli”, Svitlana Taratorina. Myślę, że przednia lektura. Czytałem fragmenty. Wierzcie mi państwo, cóż ja mogę powiedzieć? Fascynujące to jest po prostu. Jedźmy dalej.
Dzisiaj będzie nietypowo. Zaczniemy bowiem od małpy, od książki z pogranicza. Książki autorstwa Przemysława Nowakowskiego i Wojciecha Chudzińskiego. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Witam serdecznie. Szczególnie, że dzisiaj książka kolegów. Tak, książka kolegów. Autorzy to Wojciech Chudziński, twój kolega z redakcji Nieznanego Świata oraz Przemysław Nowakowski, bydgoszczanin. Człowiek instytucja.
Człowiek instytucja, nauczyciel, ale też pisarz. Człowiek, który żyje, a przynajmniej żył jakiś czas temu polityką, analizował tę politykę, ale na szczęście nie tylko do polityki się odwoływał i zajmował się również sprawami, o których my tak chętnie w tej serii mówimy. Tak, ja zacznę to trochę inaczej, bo mamy sierpień. Zaczął się dopiero. Żniwa paradoksalnie mają się ku końcowi. A że koniec żniw, to i koniec sezonu na kręgi zbożowe. Idąc tym tropem, postanowiliśmy przypomnieć książkę tego bydgoskiego duetu, można by nawet powiedzieć tandemu Chudziński-Nowakowski pod tytułem „Kręgi, cuda, kwanty".
[18:35] - Ona się ukazała w roku 2009. Wprowadzenie do niej napisał Marek Rymuszko. Konsultantem naukowym był profesor Dworak. Podtytuł tej książki może być konfundujący i wprowadzający pewien zamęt w umysłach niektórych. On jest dość scjentystyczny. Brzmi: „Pomiędzy fraktalem Mandelbrota a objawieniami w Medziugorie". Ta książka trochę wyprzedzała swoje czasy. To jest coś, co dzisiaj stanowiłoby odpowiedź na wiele pytań stawianych sobie przez ludzi związanych z szeroko pojętym nieznanym. Ja to może źle powiedziałem. Chodzi o to, że ta książka pojawiła się w okresie, kiedy ludzie się dopiero zaczynali interesować pewnymi kwestiami, a dziś gdyby ona się pojawiła, z pewnością zostałaby lepiej przyjęta.
Natomiast ona przecierała pewne szlaki, nie oszukujmy się. Ona mówi o kręgach zbożowych, co prawda, ale tylko w swojej części. Natomiast te pozostałe dwie poświęcone są kwestiom, które dzisiaj są niezwykle popularne w kręgach alternatywnych, ezoterycznych. Chodzi tutaj o kwestie kwantowe, kwestie Matrixa, a także objawienia maryjne. Wiesz co, Arku, chyba najlepiej tę książkę opisuje wyznanie Przemka Nowakowskiego na samym początku, który pisze, że praca nad nią pokazała mu, jak bardzo złożona jest nasza rzeczywistość. Musimy o tym pamiętać. To jest myśl, która się potem przejawia do ostatniej strony.
[20:09] - Wspomniałeś tu o profesorze Dworaku, nieżyjącym już, ale warto jeszcze kilka słów na jego temat. To człowiek, który był fizykiem, astronomem, ale też pisarzem science fiction. Warto o tym pamiętać. Człowiek z otwartą głową. Człowiek, który świetnie nadawał się do prowadzenia konsultacji związanych z pewnymi kwestiami naukowymi, które w tej książce są poruszane. Bo nowatorska wymowa tej książki polegała na tym, że panowie Chudziński i Nowakowski doszli do wniosku, a właściwie starali się przekazać pewną myśl czytelnikom o tym, że podział na scjentystyczny świat, w którym nauka i tylko nauka oraz na paranormalność wszystkie rzeczy niesamowite nie do końca ma sens. Państwo to doskonale wiecie, bo ta myśl obecnie pojawia się dosyć często. Nie tylko w naszych audycjach, ale również w przestrzeni informacyjnej. Tak, pojawia się myśl o tym, jak to streścić? Chociażby w ten sposób, że to, co dzisiaj wydaje się paranormalne, nie jest traktowane przez naukę w sposób poważny.
Nauka mówi: „Nie, tego nie ma” albo: „My nic na ten temat nie możemy powiedzieć”. Właśnie, ale na razie współczesna nauka nic nie potrafi powiedzieć albo nie chce powiedzieć. Może się okazać, że za kilkadziesiąt lat to, co dzisiaj jest paranormalne, będzie normalne. I wtedy chciałbym zobaczyć miny wielu naukowców. Zresztą wiecie państwo, pewną satysfakcję można czerpać chociażby z tego, że naukowcy najczęściej muszą połykać własny język, kiedy okazuje się, że jakaś kolejna, wydawałoby się dawniej szalona teoria, nagle nabiera cech nie tylko prawdziwości, ale nabiera cech naukowości. I to wtedy połykanie języka odbywa się. Zostawmy tę kwestię. Książka Przemka Nowakowskiego i Wojciecha Chudzińskiego to właśnie taka praca, która stara się nas przekonać o tym, że nasze podziały, takie czysto ludzkie, związane z tym, w co wierzymy, w co nie wierzymy, czemu ufamy. Trochę to jest związane na przykład z naszym wychowaniem, z przekazami kulturowymi. To wszystko, jeśli naprawdę interesuje nas świat, w którym żyjemy, który nas otacza, to powinniśmy być może wziąć to wszystko w nawias, ponieważ proste tłumaczenia naszego świata mogą jednak nie być takie opisowe.
Te tłumaczenia mogą nie być opisowe, mogą nie dawać obrazu tego, jaki świat jest naprawdę. I moim zdaniem ta tytułowa triada „Kręgi, cuda, kwanty", ona mogła wtedy bulwersować. Dzisiaj myślę, że bardzo wielu ludzi przestaje dostrzegać dysonans w tym tytule.
[23:43] - Ta książka się składa z trzech głównych części. Pierwsza jest poświęcona kręgom zbożowym, zjawisku, które swoje najlepsze lata ma za sobą. Nie oszukujmy się bowiem, że kręgi zanikły i że ludzie nauczyli się robić istne dzieła sztuki w zbożu, co zostało udowodnione. Nie jest to żadna tajemnica, ale nie brak badaczy na naszym polu nawet, którzy twierdzą, że niektóre kręgi i niektóre piktogramy zbożowe, bo musimy wyróżnić te proste kręgi od tych bardziej złożonych form nazywanych formalnie piktogramami, zostały wykonane przez nie do końca określoną siłę czy inteligencję. I że niekiedy z tym wszystkim, z tym całym procesem miały wspólnego obiekty dziwne w postaci świetlistych kul, formalnie nazywane UFO. Wojtek i Przemek w książce przyglądają się nie tylko historii tego zjawiska, ale też opisują anomalie zaobserwowane w roślinach tworzących te formacje w zboża, w łodygach. Tłumaczono, że wydeptane kręgi tych anomalii nie posiadają. Wiążą się one na przykład z pewnym zgięciem łodyg, z pewnym rozdęciem nawet łodyg zbóż. Opowiada o tym między innymi doktor Jan Szymański, z którym wywiad w książce znajdziemy, a jest to naukowiec, który zajmował się słynnymi formacjami w Wylatowie. Geneza kręgów to jest jedno, ale jest też przesłanie kręgów.
Tutaj dyskusja jest trudniejsza, bardziej złożona, wchodząca w sferę symboliki. Bo jednak i ci ludzcy twórcy kręgów, i ci potencjalnie nieludzcy chcą nam coś przekazać. Ale druga część książki to jest już ta, która utorowała drogę do rozważań na temat natury naszej rzeczywistości. Może nie byli autorzy pierwszymi, którzy dotykali tego problemu, natomiast na gruncie polskim Trzeba powiedzieć, że chwali się, Marku. Chwali się to, że ta książka była zmuszająca do refleksji. Szkoda, i tutaj trzeba to zaznaczyć, ona nie odniosła wielkiego sukcesu. Nie jest dzisiaj pamiętana, ale ona się też nie zestarzała za bardzo. I tutaj, w tej drugiej części mamy kwanty, mamy matrix, mamy meandry rzeczywistości. Oczywiście Wojtek z Przemkiem podchodzą do tego, jak należy, czyli warsztatowo, z naukową podstawą. I to chyba też już nie raz mówiliśmy i tutaj, i na naszych kanałach osobistych, że doszliśmy w naszych czasach do takiej sytuacji, kiedy autorzy różnego rodzaju, różnej proweniencji, czy to ezoterycy, czy też tacy nauczyciele, coache i tak dalej, oni się zachłysnęli tą kwantowością i matrixem.
Teraz to kwantowe mamy wszystko, od oddychania po diety. To jest oczywiście bzdura. Natomiast nasi autorzy, czyli Wojtek i Przemek, jednak z pewną elegancją, pewnym romantyzmem, ale i też powagą, poszukiwali tej mistyki w fizyce. Piszą w kręgach cudach kwantach o porozumiewaniu się fotonów, o fizyce na tropach Boga. To są bardzo ważne, bardzo ciekawe tematy. Uważam, że one zostały w naszych czasach mocno spłycone. Spłycone zostały, bo też nie ma się co oszukiwać, one są trudne w odbiorze.
[27:21] - Ta druga część dotycząca kwantów to jest, nie wiem, czy ulubiona, ale jeden z tych fragmentów książki, który naprawdę wbił mi się w pamięć. Otóż panowie nie używają słowa kwantowy, kwant do tego, żeby zaciemniać rzeczywistość, tylko raczej starają się wytłumaczyć, o co w tym chodzi. Pojawia się oczywiście kot Schrödingera, pojawiają się różne paradoksy związane ze światem kwantowym, tym mikroświatem. W dodatku gdzieś tam jest taki przekaz, że we współczesnym świecie bardzo wielu ludzi mówi: „Nie, nie ma żadnej metafizyki, tej rozumianej tak bardzo szeroko, nie ma żadnych paranormalnych zjawisk. Wszystko jest naukowo wytłumaczone, wszystko się tłumaczy. Żadnego Boga, żadnych nadprzyrodzonych, innych rzeczy nie ma”. Mówiąc szczerze, nie wiem. Nie będę się wypowiadał, ponieważ nie bardzo są narzędzia w naszym świecie, żeby badać to, co jest poza naszym światem. Natomiast warto spojrzeć na to, co pisze Przemek i co pisze Wojciech troszeczkę inaczej. A mianowicie warto sobie uświadomić, że w świecie, w którym wyrzucamy duchowość, wyrzucamy konsekwencje owej duchowości, a także paranormalność, bo nie, tego nie ma, bo to nienaukowe.
Jednocześnie dostajemy od fizyków kwantowych coś na wiarę, chociażby atomy w tak zwanym stanie superpozycji, w której one są jednocześnie na przykład szybkie i wolne. One mają spin w jedną i w drugą stronę i tak dalej. Czyli to odpowiednik w makroświecie czegoś takiego, że moneta leży zarówno na orle, jak i reszce jednocześnie. Nic takiego w naszym świecie się nie zdarza. Tymczasem fizycy każą nam wierzyć, to interpretacja kopenhaska, że owszem, w świecie kwantowym to się zdarza. Coś jest jednocześnie szybkie i wolne. Okej, skoro przyjmujemy, że takie cuda zdarzają się w mikroświecie, to dlaczego nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że nasz makroświat w jakimś stopniu owym niesamowitym światem mikro jest naznaczony? Nie w sposób widoczny. Monety leżą albo na orle, albo na reszce. Nie obserwujemy jakichś takich dziwnych kwantowych zjawisk w świecie makro, ale przekonanie, że świat mikro i makro przecież składają się z tej samej materii, z tych samych atomów, one nie mają ze sobą nic wspólnego, jest dosyć naiwne.
I to zdaje się w drugiej części przekazywać nam bydgoski tandem. I część trzecia to jest część, która mówi o cudach. Mówi o Gietrzwałdzie, mówi o Oławie, Lublinie. Poszukajcie państwo, bo to są przypadki mniej lub bardziej znane. Gietrzwałd akurat bardzo znany. Ale mamy na koniec tej części rozmowę z nieżyjącym już księdzem arcybiskupem Bolesławem Pylakiem. Rozmowę o tym właśnie, że coś z tym naszym światem dzieje się dziwnego, że tu naprawdę cuda mają miejsce. W ogóle, wiecie państwo, to jest książka fascynująca, chociaż na przykład spotkałem takie głosy, że ona jest niejednorodna. Ludzie chcieliby, żeby ex cathedra autorzy wyłożyli jak jest. Tymczasem i Wojtek, i Przemek raczej idą w kierunku tego, żeby pytać, żeby te pytania wrzucać i odbierać odpowiedzi od ludzi kompetentnych, na pewno znających się na zagadnieniach, o których mówią.
I to jest moim zdaniem znacznie ciekawsze, niż gdyby obaj panowie zrobili wykład na ten właśnie temat jak jest. Bo myślę, że czerpanie z wiedzy innych, czy to będzie ksiądz arcybiskup, czy to będzie profesor i tak dalej, to jest rzecz, która broni tę książkę. Powiedziałeś, Piotrze, że ona się nie zestarzała. Tak, ona się nie zestarzała właśnie dlatego, że pisało ją dwóch ludzi, którzy po pierwsze mieli otwarte umysły, po drugie nie skupiali się, nie wmówili sobie, że coś jest i koniec. Nie pisali książki pod tezę. Raczej to była książka, która powstawała, która była jednym wielkim poszukiwaniem. I to po pierwsze widać, a po drugie to właśnie sprawia, że ta książka broni się i to broni się do dzisiaj.
[32:37] - Tak, ta część trzecia poświęcona cudom, w zasadzie objawieniom. Tutaj chyba powiem wprost, jeżeli was interesują takie nieoczywiste elementy zawarte w objawieniach maryjnych, to warto sięgnąć po tę książkę, bo ponad sto stron temu poświęcono. Oczywiście nie brak takich, którzy widzą w Fatimie na przykład ingerencję innej inteligencji. Ale przecież są też objawienia zupełnie inne, które pokazują, że to nie jest tak łatwo powiedzieć, z czym my tam mamy do czynienia. Objawienia, kiedy je obedrzemy trochę z interpretacji religijnej i spojrzymy na nie tak chłodno, okazują się jakimś takim dziwacznym czymś, dziwacznym procesem kontaktu z inną, nie wiem, czy inną inteligencją, czy inną rzeczywistością. Oczywiście finalne pytanie brzmi, gdzie jest ten trójstyk omówionych w książce sfer? Co mają wspólnego kręgi, kwanty i objawienia? I według mnie jest tak, że ukazuje nam to wszystko istnienie nieznanych mechanizmów naszej rzeczywistości, które, i to jest najważniejsze, wpływają na życie człowieka i na świat codzienny. Tylko że nie jest to tak, że te zjawiska zawsze są prawdziwe, bo to są też fenomeny, które zawsze gdzieś dzieją się w związku z ludzką psychologią. A tam, gdzie jest psychologia, tam gdzie są charaktery, tam często jest interpretacja, tam często jest kłamstwo, nadinterpretacja na przykład.
Ale ta nieznana rzeczywistość jest. Ona po prostu oddziałowuje i ona rodzi reakcje. Ludzie o niej opowiadają w różny sposób. I cały problem jest taki, że ta inna rzeczywistość, jakkolwiek ją nazwiemy, ona nie działa tak, jakby wielu chciało. To znaczy ona nie jest taka materialna, nie jest czarno-biała, nie działa tam prawo skutku i przyczyny. Raz z nią kontakt jest, raz nie ma. Jedni by chcieli ten kontakt wymodlić i nigdy im się nie udaje, a inni go mają po prostu na co dzień i nazywamy te osoby ekstrasensami. Kluczem w tym wszystkim jest poszukiwanie, niezamykanie się na określone rozwiązania. Bo wiesz, jak jedna pani z drugą panią napiszą nam książkę o medytacji kwantowej czy diecie kwantowej, czy diecie słowiańskiej, oddechu kwantowo-słowiańskim, to one nam oferują rozwiązanie od razu. Tutaj Przemek z Wojtkiem podchodzą do sprawy uczciwie.
To, że żyjemy w nieznanej rzeczywistości, nie oznacza, że mamy żyć w jakiejś egzaltacji. My możemy poszukiwać odpowiedzi, ale musimy się pogodzić, że wielu z tych odpowiedzi po prostu nie uzyskamy. I to nam książka Wojtka i Przemka pokazuje. Od mistyków przez naukowców. Często ludzie z przeciwnych biegunów mówią o tym samym, tylko w różnych słowach. Ja serdecznie tę publikację polecam.
[35:30] - Ta książka w dalszym ciągu jest do nabycia drogą kupna. Poszperajcie państwo trochę w internecie. Da się ją zdobyć. A teraz proponuję państwu recenzarium Ewiwy. Dzisiaj nasza recenzentka oceni powieść „Minas Warsaw”. Zapraszam.
[36:20] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Wbrew pozorom nie tak łatwo napisać powieść fantasy, w której czarodziejski świat przeplata się z naszym, zwyczajnym. O wiele łatwiej jest po prostu stworzyć od podstaw świat, gdzie rządzą inne prawa. Są jednak autorzy, którym udaje się ta sztuka. Na przykład bracia Strugaccy, którzy napisali przezabawną powieść „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”. Zdaje się, że już kiedyś ją recenzowałam. Podobnie jak mistrz i mistrzyni Małgorzata Bułhakowa. To jest klasyczny przykład tego rodzaju powieści. Oczywiście były i inne próby, ale kiepsko udane. Dlatego właśnie z pewnym sceptycyzmem podeszłam do dzieła Magdaleny Kozak pod tytułem „Minas Warsaw”.
Tym większym, że przed wzięciem książki do ręki wysłuchałam kilku niezbyt pochlebnych opinii na temat i książki, i samej autorki. Właściwie powinno mnie to zachęcić, ponieważ uwielbiam czytać książki autorów uznawanych za, jakby to powiedzieć, za niezbyt dobrych w tym, co robią. Tutaj z kolei klasycznym przykładem jest Andrzej Pilipiuk, którego wielu ludzi odsądza od czci i wiary, a inni z kolei go uwielbiają. Nawet on sam siebie nazywa z przekąsem wielkim grafomanem, chociaż grafomanem naprawdę nie jest. Absolutnie. Ale wróćmy do pani Kozak oraz jej książki. O czym mówi „Minas Warsaw”? Otóż wyobraźmy sobie całkowicie zwyczajny dzień w środku Warszawy. Taki sam jak wszystkie inne. Drobny urzędnik z miasta, Maciej Jeżewski, nie spodziewa się, że wydarzy się coś innego niż dotąd.
Jedzie sobie spokojnie metrem do pracy, gdy nagle bez ostrzeżenia wszystko dookoła staje na głowie. Okazuje się, że władza nad miastem została zagarnięta przez wiekowego czarnoksiężnika, który przybył nie wiadomo skąd ze swym wiernym zwierzątkiem domowym, czyli smokiem. Za swoją główną siedzibę obrał Pałac Kultury, który błędnie wziął za rzeczywisty pałac i uznał, że bardzo dobrze do niego pasuje. Właściwie tylko Maciej jest w tym momencie osobą, która ma tyle odwagi, by pójść do Pałacu Kultury i dowiedzieć się, o co właściwie tu chodzi. Fakt, że rozmawiał z czarnoksiężnikiem, że smok go nie pożarł i że w ogóle wyszedł z tego wszystkiego cało powoduje, że zostaje przez władzę uznany za kogoś w rodzaju łącznika z dziwacznym intruzem. Bo w końcu trzeba coś zrobić. Jak się okazuje, przemocą się czarnoksiężnika wyrzucić po prostu nie da. Trzeba więc się z nim dogadać, a to może się okazać trudne. Zatem przed Maćkiem stoi ciężkie zadanie. Cóż, niewiele sobie obiecywałam po "Minas Warsaw".
Polska fantasy nie ma w całości. Jest bardzo brutalna, w związku z czym niechętnie po nią sięgam. Powiem szczerze, że nawet "Wiedźmin", którego dwa pierwsze tomy, tomy opowiadań uważam za arcydzieło, później mnie rozczarował. Cykl, którego osią jest postać Ciri, niestety popełnia wszystkie grzechy polskiego fantasy. Jednak muszę przyznać, że książka Magdaleny Kozak rozczarowała mnie w żadnym nie sposób. Zawiera ogromną dawkę dowcipu i to takiego w dość dobrym stylu, a nie kręcącego się wyłącznie wokół genitaliów albo kibla. No i mamy tutaj dodatkową atrakcję w postaci opowieści o losach tajemniczego wędrowca, któremu towarzyszy demoniczny kot. Uwielbiam koty, to wspaniałe stworzenia, nawet te zwyczajne. No cóż, dopiero takie, które są nie z tego świata. Przypomniał mi się tutaj Sukinkot, jedna z postaci cyklu książek Aleksandry Rudy.
Niestety w Polsce oficjalnie ukazały się tylko dwa tomy jej cyklu, co jest ogromnym błędem, ponieważ powinien się ukazać cały. No ale przecież mamy Magdalenę Kozak. Można oczywiście wytknąć jej pewne rzeczy, na przykład to, że tak jakby nie do końca jest przekonana, na czym ma się naprawdę jej powieść skupiać i jakie cechy mają dominować u bohaterów. Jednak mimo wszystko, mimo takich drobnych potknięć, ta książka jest bardzo ciekawa i uważam, że warto ją przeczytać. A zwłaszcza powinni po nią sięgnąć ci, którzy wręcz marzą o jakiejś magicznej przygodzie. Bo okazuje się, że bardzo fajnie jest czytać o magii, oglądać filmy o magii, marzyć o magii, ale zetknąć się z nią w sytuacji, gdy samemu nie jest się czarownikiem albo czarownicą, jest dużo gorzej. Właśnie ten sam problem miał Saszka z "Poniedziałek zaczyna się w sobotę" Strugackich czy na przykład Iwan Bezdomny z "Mistrza i Małgorzaty". Co nie znaczy, że wytykam pisarce jakieś ściąganie z tych dzieł, bo tak nie jest, w żadnym wypadku, ale po prostu, kiedy się czyta jej książkę, mimo woli nasuwają się one człowiekowi na myśl. Właśnie dlatego, że należy ona do tego samego cyklu. Do fantasy, w której świat rzeczywisty, zupełnie nieprzygotowany na magię, nagle zostaje z nią zderzony i zwyczajni ludzie muszą sobie z tym jakoś poradzić.
Tak jak powiedziałam wcześniej, polska fantasy nie zawsze jest idealna. Podnieś tu oczywiście książki Ewy Białołęckiej, które uważam za wyjątkowo dobre czy tragicznie zmarłej Mai Kossakowskiej. Ciekawe, że wymieniam akurat kobiety, prawda? Magdalena Kozak też jest kobietą. No właśnie, jest pewna różnica. Mężczyźni jakoś boją się pisać o czymś innym niż o rąbankach, za przeproszeniem ruchaniu i chlaniu, żeby ich nie posądzono o zniewieściałość. To dość osobliwe, bo nie wiem, co jest zniewieściałego w tym, że ktoś jest po prostu kulturalny. Ale mniejsza o to, bo to temat na zupełnie inne opowiadanie. Wszystkich dzisiaj zachęcam do przeczytania książki "Minas Warsaw". Zapewniam was, że dobrze się pobawicie i nie będziecie zawiedzeni.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[42:54] - Proszę państwa, proszę państwa, Filmotekarium czas zacząć i to nie podlega żadnej dyskusji. A dyskusji à propos będzie w dzisiejszym Filmotekarium dosyć sporo. Jakby to ująć delikatnie, troszeczkę różnią nam się oceny. Piotr już czeka i zaraz wszystko się okaże. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Filmotekarium zaczynamy.
[43:27] - Tak. I trzeba powiedzieć, że dzisiaj trochę przełamujemy tradycję, bo na półmetku wakacji odchodzimy od seriali, odchodzimy od klasyków, by omówić kinową nowość, ponoć w naszym kraju bardzo popularną, czyli film "Long Lex", w Polsce znany jako "Kod zła". Czyli Marku, kolejny raz mamy do czynienia z bezpośrednim tłumaczeniem tytułu long, czyli kod i lex zła. Film równie dziwaczny jak to, co przed chwilą powiedziałem, ale zanim przejdziemy do oceny, to może byśmy powiedzieli, co się tam w nim dzieje, bo tam się dzieje dużo. Oczywiście nie opowiemy wam całego filmu, żeby wam nie zepsuć zabawy, ale tak naświetlimy, co się tam wydarzyło. To może ja zacznę, co?
[44:15] - Okej. Myślę tylko, że à propos tytułu to zaznacz, że żartowałeś.
[44:23] - To zaznaczam, że żartowałem. W pierwszej scenie widzimy jeszcze przed planszą z tytułem dziewczynkę, która zauważa, że pod jej dom zajechał samochód i kiedy ona wychodzi na dwór, by zobaczyć kto to, okazuje się po chwili, że to jest tak ani klaun, ani Freddy Krueger. Coś tak pośrodku. Ktoś jak Violetta Villas, jakby członek zespołu Kiss. A w rzeczywistości jest to Nicolas Cage ucharakteryzowany. Trochę też przypomina postać z filmu "Maska" z Alvą, nie wiem, czy pamiętacie. Wtedy wchodzi plansza tytułowa i już potem zaczyna nam się film. W kolejnych scenach poznajemy główną bohaterkę, agentkę specjalną FBI Lee Harker, którą cechuje niezwykle silnie rozwinięta intuicja, a niektórzy by powiedzieli, że jest to czynnik psi, że ona jest po prostu trochę jasnowidzem, takim nieformalnym jasnowidzem. FBI to niby wie i korzysta z jej usług przy sprawach, powiedzmy trudnych. I tak też trafiają na sprawę Longlexa, tajemniczego mordercy.
Chociaż to nie jest do końca dobre słowo, Marku, bo to nie do końca jest morderca. To jest tak jakby inspirator przypadków kryminalnych z udziałem całych rodzin. Chodzi o przypadki esbójstw rozszerzonych. Specjalnie tak powiedziałem. Harker otrzymuje dostęp do akt i układa sobie historię w całość. Okazuje się, że to oczywiście ma jakiś sens wewnętrzny. One się układają, te przypadki, w całość i zawierają w sobie pewien kod związany z dniem urodzin córek ofiar. Dodatkowo Longlex kimkolwiek jest, bo początkowo mamy wrażenie, że jest istotą paranormalną, zostawia na miejscu zbrodni takie liściki. Liściki wiadomości zaszyfrowanej. Chyba dlatego właśnie "Kod zła" w języku polskim.
[46:23] - Powiem tak, to było jednak wyzwanie. Dla mnie było to wyzwanie, ponieważ od razu na początek, a co się będę krępował, nie lubię tego filmu i zastanawiałem się, dlaczego nie lubię tego filmu. O tym pewno powiem szerzej w dalszej części naszej audycji, ale to skłoniło mnie do tego, żeby przejrzeć internet. Co internet mówi na ten temat? Otóż skrajne, są naprawdę skrajne sądy. Jakoś tak dziwnie to budzi moje podejrzenia od razu. Wiadomo, paranoik, spiskowe teorie i tym podobne rzeczy, ale oficjalni recenzenci YouTube'owi na przykład bardzo chwalą ten film, zachwycają się. W komentarzach pod ich filmami te oceny są już brutalne i takie nienajlepsze, rzekłbym. Co więcej, przerzuciłem się również na recenzje pisane i tam bardzo podobnie. Dużo gadania, dużo mówienia, mnożenia słów.
Jakżeż to jest genialne kino i tak dalej. I proszę państwa, tu następuje zderzenie. Ja często o tym mówię. Ja nie jestem filmoznawcą, nie jestem człowiekiem, który kocha kino bezgranicznie dlatego, że jest. Ja lubię kino, ponieważ ono dostarcza mi rozrywki, dostarcza mi czasami nawet tej skomplikowanej, pogłębionej, ale jednak rozrywki. Natomiast filmy takie jak ten, o którym dzisiaj mówimy, "Kod zła" to jest film, który tej rozrywki mi nie dostarcza. Owszem, pewne elementy w tym filmie wydają się ciekawe, natomiast mnie to wykonanie, którym zresztą bardzo wielu recenzentów się zachwyca, że tam taka atmosfera, że takie wizje są. Tak, proszę państwa, ale ten film ma jedną dla mnie, zanim powiemy o szczegółach, jedną zasadniczą wadę. Tak ludzie nie zachowują się. To znaczy, już się tłumaczę z tego sformułowania.
Ja rozumiem, że główna bohaterka ma jakieś cechy autystyczne, że ona tam nie bardzo z ludźmi i tak dalej, ale sposób przedstawienia, narracja tego filmu jest taka, że chwilami jednak obraz, pewne wizualne treści przeważają nad akcją. Ja nawet nie czekam, żeby akcja toczyła się jakoś pośpiesznie albo jakoś szczególnie dynamicznie, ale jednak, żeby się toczyła. Tymczasem mamy w tym filmie bardzo wiele obrazów takich, którymi się mamy zachwycać, wizyjnych. To są takie wręcz freski filmowe. Ale ja jestem mało czuły na tego rodzaju obrazy. Ja oczekuję jednak, że narracja, która wspomaga fabułę, ona jednak będzie mnie prowadziła w jakimś kierunku. Tymczasem tu jest masa różnych dłużyzn, różnych takich mniej lub bardziej zastanawiających wątków. Nie wiem, ile będziemy mówić na temat fabuły, ale powiem tylko jedno. Nam się sugeruje, że ten Nicolas Cage, czyli ta dziwna postać, mnie się akurat skojarzyła, może ta wystająca broda, z tym głównym złolem z serii filmów "Piła". On jakoś tak fizycznie też podobny był ten Nicolas Cage.
W każdym bądź razie ten Nicolas Cage, który jakoś jednak macza palce w tych zbrodniach, można mówić nawet o seryjnym zabójcy. My się dowiadujemy z filmu, że tam on właściwie nie zostawia jakichś śladów, a potem widzimy, że nie było szans, żeby on nie zostawiał żadnych śladów. Więc albo technika kryminalistyczna w tamtej rzeczywistości jakoś szwankowała, albo znowu jest przerost formy nad treścią. Czyli lekceważymy to, że w normalnym świecie logicznym, takim wręcz będącym zwierciadłem naszej rzeczywistości Ta dziwna postać musiałaby zostawiać ślady, ale przyjmujemy, że ich nie zostawia, bo tak. Bo to pasuje do obrazu, bo mamy obraz niezwykle taki, który ma nami wstrząsnąć, ale nie za pomocą jakichś takich, że "u" nam zrobią i się przestraszymy. Nie. Tu nas reżyser straszy obrazami, przyciąganymi scenami, kadrowaniem takim, że mamy kadr i mamy się spodziewać, że w tym kadrze pojawi się ktoś jeszcze, chociaż się nie pojawia i tak dalej. To wszystko państwo znajdziecie, nie będę tego omawiał, w różnych innych recenzjach. Podsumowując, mnie ten film nie zachwyca. Absolutnie nie zachwyca.
[51:56] - Nie zgadzamy się dzisiaj. Ja myślę, że nie będziemy za dużo mówić o fabule, bo po co komuś psuć seans? Po co komuś psuć tutaj jakieś emocje? Także zakończmy, że ona, że tak powiem, ze swoim przełożonym odczytuje kod Long Lexa i starają się go złapać. To się wszystko mocno tam gmatwa, a finał to sobie już sami zobaczycie. I kiedy sobie już nieco powiedzieliśmy o tym filmie, to może przejdźmy dalej do tej części związanej z ocenami poszczególnych partii, poszczególnych elementów. W sumie to nie wiem, od czego zacząć. Ja tylko może jeszcze słowo powiem o inspiracjach, bo "Long Lex" się dzieje w latach 90. To mu nadaje pewnego kolorytu, chociaż na samym początku się zastanawiamy, gdzie oni na przykład mają komórki. Ale wrócę do tych inspiracji.
On uderza w czułe struny, ten film, związane z tak zwaną satanic panic, czyli paniką związaną z działaniem satanistów, okultystów. Czyli to wyznawcy szatana, demonów, często działający pod ich wpływem, mają odpowiadać za szereg zbrodni, patologii, wynaturzeń, mają infiltrować elity i tak dalej. Satanic panic w Stanach Zjednoczonych to jest bardzo długa historia. W Polsce kulminacja tego zjawiska miała miejsce w latach 90., na początku 2000, kiedy pojawiały się opowieści o tym diable, który jeździ czarnym samochodem. Pojawiały się opowieści o rytuałach urządzanych na działkach, o kotach składanych w ofierze i tak dalej. Ale to były takie miejskie legendy, taka miękka strona tego zjawiska. W filmie "Long Lex" mamy to ukazane w sposób taki trochę bardziej twardy, namacalny. On oczywiście uderza w te struny, uderza w tą legendę miejską, tym bardziej, że satanic panic ma się nadal bardzo dobrze w Stanach Zjednoczonych, nawet wchodzi na arenę polityki. Druga sfera inspiracji, takich już bezpośrednich, to są niektóre filmy. Tutaj wymienię tylko jeden, bo gdybym wymienił drugi, to bym chyba trochę za dużo powiedział.
Ten film, który mocno, że tak powiem, jest podobny do "Long Lexa", to jest "Sinister". Ten pierwszy "Sinister" z Ethanem Hawke. W sumie to są tylko inni bohaterowie i trochę inna historia, natomiast rzeczywiście to wszystko jest dość mocno podobne. Ale jeżeli macie wrażenie, że "Long Lex" to jest jakiś tam thriller kryminalno-psychologiczny, to nie do końca, bo końcówka albo inaczej druga część tego filmu to nam pokazuje, że to, Marku, jest jednak horror. Horror może trochę psychologiczny, ale jednak. Tam się wszystko już w drugiej części i pod koniec kieruje w stronę nawet takiego paranormalno-demonicznego horroru. Chociaż Long Lex pozostaje sobą, jest człowiekiem, jakby nie było, jest elementem pewnej intrygi. Tutaj się gryzę w język, żeby za dużo nie powiedzieć. Jeżeli chodzi o, to jest oczywiście moje zdanie subiektywne, bardzo duży plus tego filmu. Coś, co mnie urzekło i co sprawiło, że on mi się bardzo podobał i może nawet do niego wrócę, to jest klimat i mroczność.
To jest film miejscami kameralny. To jest film pochmurny, to jest film mroczny. Ta gra nastrojem trwa od początku w sumie do samego końca, do ostatnich scen. "Long Lex" jest ładnie opowiedziany, osadzony w dusznym, mrocznym klimacie. Nie ma tam słońca, nie ma tam zbyt wiele światła. To znaczy nie jest tak, że oni tam biegają w ciemności jak w wielu amerykańskich horrorach, ale muszę powiedzieć, że pod tym względem wizualnym film jest niezwykle udany. Tylko że jest ważna bardzo rzecz. On się dużo lepiej prezentuje na dużym ekranie, najlepiej w kinie. Na dużym telewizorze nie sprawdzałem, natomiast na małym ekranie, na ekranie komputera jest ogromny problem z odbiorem tego klimatu. Nie można po prostu w ten film do końca wsiąknąć na takim małym ekranie.
Także pamiętajcie o tym, jeżeli będziecie oglądać "Long Lexa". Zresztą to nie jest pierwszy film, kiedy format odbioru wpływa na ocenę.
[56:23] - Oj, westchnąć sobie muszę, bo ten film bywa w wielu recenzjach porównywany na przykład do "Milczenia owiec". Proszę państwa, naprawdę ja życzyłbym temu filmowi, żeby on naprawdę był podobny do "Milczenia owiec". Dlaczego? Dlatego, że w "Milczeniu owiec" mamy fabułę, która nas przykuwa. Mroczność jest również i ona w niczym nie przeszkadza fabule. Tymczasem w "Kodzie zła", to znowu moje subiektywne wrażenie, ta mroczność, te obrazy, ta psychologia tak bardzo przeszkadza fabule, że chwilami zaczynamy się zastanawiać, o co tutaj właściwie chodzi. I to nie ze względu na to, że wszystko jest spierdzielone, tylko pewne sceny się ciągną i właściwie można zadać pytanie: ku czemu zmierzamy? Owszem, dostajemy później odpowiedź cząstkową: ku temu. Jeszcze trochę. Ale w gruncie rzeczy to jest film, który jeśli chodzi o fabułę, to ona ustępuje temu, o czym Piotrze powiedziałeś, czyli pewnej wizyjności, pewnemu nastrojowi.
Gra nastrojem rzeczywiście funkcjonuje, a mnie to, mówiąc szczerze, mało kręci. Ja oczekuję po filmie historii i zastanawiam się, bo ta historia tutaj jest, żeby już nie być takim jednostronnym. Ta historia tutaj jest i jak się ją dobrze wyciągnie z tego filmu, to ona nawet chwilami jest ciekawa. Tylko zastanawiam się, czy reżyser, który okrzyknięty jest, i to od razu mówię uczciwie, że okrzyknięty jest przez wielu recenzentów geniuszem kina, który zrobił przełom. I wreszcie w tym roku pokazał się pierwszy horror, który można oglądać. Zostawiam to bez komentarza. Ja jednak poczekam na jakiś inny. Do czego chcę nawiązać? Otóż ten film, jego reżyser, moim zdaniem poświęcił fabułę na rzecz wizyjności, straszenia nas bez straszenia. Tutaj nie ma tego przysłowiowego: "Uu!
I się bójcie". Nie, tego tutaj nie ma. Mamy grę światłem, grę obrazem, kadrem, tak jak już mówiłem, ale wybaczcie państwo, ja może jakiś nieczuły jestem albo mało się wzruszam na tego typu obrazach, ale ja jednak oczekuję, że mi reżyser opowie historię. A jeśli ja mam sobie tę historię wyłupywać z jego arcydzieła, to zastanawiam się, czy te nieco ponad półtorej godziny poświęcone na oglądanie tego arcydzieła warte jest tej historii. Bo ja, idąc za radą Piotra, nie będę tej historii opowiadał. Ale czy ta historia naprawdę jest tak straszna i tak przerażająca i w ogóle taka ohoho, że warto te obrazy, te smuty różne, tę panią detektyw, która kartki rozkłada i śledztwa dokonuje. Dziwne tam się rzeczy dzieją. Moim zdaniem niektóre z nich są oderwane od rzeczywistości. Nawet jeśli przyjmiemy, że pani detektyw ma jakieś ekstra zdolności, to jednak jest dziwne. Dobrze, przyjmijmy tę poetykę, że w ogóle tam jest dziwnie, ale nie w taki sposób.
Inaczej, mnie ten film nie straszył, nie przerażał. Być może ja mam stępioną wrażliwość albo mało się wzruszam. Ja jednak oczekuję, że horror, jakiś film grozy będzie mnie straszył. Tymczasem tutaj nie czułem się przestraszony. Czułem się chwilami zaciekawiony. Tak, bo tam pojawiają się wątki, ale rzadko niestety, które przyciągają, budzą zainteresowanie i mówią: "O, ciekawe, coś się dzieje". Ale to wszystko, żeby przejść z jednej wysepki zainteresowania do drugiej wysepki zainteresowania, to trzeba poświęcić trochę czasu. A tam dostajemy obrazy, wizyjność jakąś, jakieś światło zafałszowane. Teraz w ogóle jest modne w kinie operowanie światłem nie z tej ziemi. Jakieś barwy, jakaś taśma.
Nie, teraz się już na taśmie nie kręci. W każdym razie obraz jest jakoś przekoloryzowany w jedną, w drugą czy w dziesiątą stronę. Mnie to ani nie straszy, ani nie ekscytuje. Powtarzam, ja tym filmem nie czułem się przestraszony. Zainteresowany czułem się od czasu do czasu, a rozwiązanie, które dostajemy, ktoś by powiedział: "Już jak mamy taki artystowski film, to niech to rozwiązanie będzie jakieś takie otwarte". Rozwiązanie jest w gruncie rzeczy tak jak w horrorze klasy B, czyli wszystko się wyjaśnia, wszystko wiadomo właściwie. Nie wiem, ale ja nie czuję mięty do tego filmu.
[01:02:05] - Ja nie uważam, żeby to był film związany z tak zwanym art house'm. Nie. On ma po prostu taką stylistykę, nie przeholowano według mnie z jakimiś środkami wyrazu. To się da obejrzeć, to nie nudzi. Może tam gdzieś troszeczkę. Coś jeszcze chciałem powiedzieć takiego ważnego i mi umknęło. Aha, o tym milczeniu owiec. Ja się nie zagłębiałem aż tak mocno w recenzje na temat "Longlegsa", ale powiem ci, że to trochę jest przesada. To nie jest film tego typu i to nie jest też ta półka. To jest po prostu całkiem dobry horror, ale nie szedłbym tak daleko.
Horrory są dobre, mogą być dobre, ale one zawsze odstają od tego kina głównego nurtu, jakby nie było, może poza kilkoma wyjątkami. One nigdy też nie budzą zachwytów. One mogą się podobać. One czasami są sztucznie napompowane, na przykład jak ta seria "Conjuring", która była taka: o, jaki to wielki miał być horror. Także to też jest taki gatunek, który trzeba oceniać trochę w oderwaniu od całej reszty. Jeżeli chodzi o tak zwany plot i opowiedzianą historię, ja tutaj mam pewne uwagi i one się wiążą z tym, że ten film jest niejednorodny bardzo. To znaczy on się składa W ogóle tak jakby z kilku części i końcówka dla mnie była mocno rozczarowująca. To znaczy jakby to były w ogóle dwa zupełnie różne filmy. Do połowy mniej więcej coś naprawdę obiecującego, w połowie już tak idącego w dziwnym kierunku. Natomiast sama końcówka, nie będę tutaj za dużo zdradzał.
Są takie momenty, kiedy sobie widz zadaje pytanie: "No ale jak to tak? Jak to się mogło tak wydarzyć? Co tu się wydarzyło? Jak to w śledztwie takie rzeczy?" Niektóre zachowania bohaterów, niektóre wydarzenia nie są do końca oczywiste, są nieralistyczne czasami albo nawet, nie chcę użyć słowa głupie, ale coś tutaj jest nie tak. Można też do tego podejść w ten sposób, że można to, co się dzieje na ekranie kupić albo nie. Tak samo może się nam podobać zakończenie albo nie. Tylko znowu, Marku, powraca do mnie to, że to zakończenie, ono stylistycznie nawet jakąś wymową odstaje od tego, co mieliśmy na początku. Ja mam takie wrażenie, że po prostu twórcy "Longlexa" w pewnym momencie się zorientowali, że ten film będzie zbyt mało poruszający dla amerykańskiego masowego widza i zrobili takie zakończenie, które, tutaj się znowu gryzę w język, bo nie chcę wam za dużo zdradzić, skrywa w sobie bardzo wiele inspiracji klasycznymi horrorami różnego rodzaju i starymi, i nowymi. Nie powiem więcej, bo to by było zbyt przejrzyste. Nie chcę wam psuć zabawy, dlatego że bez względu na to, co tutaj padło, zostało powiedziane, ja uważam, że ten film nie to, że wypada obejrzeć, ale nie będzie to taka żenada jak w przypadku wielu innych, które oglądaliśmy.
Ja cały czas uważam, że przynajmniej do pewnego momentu ten film jest udany. Udana jest na pewno do samego końca kwestia budowanego klimatu. Z sensem jest różnie. To może być jeden z lepszych horrorów ostatnich lat, ale tylko dlatego, że te horrory są po prostu jakie są, a przerzuciliśmy tego, chociażby w naszym programie naprawdę dużo. Także "Longlexa" się fajnie ogląda do pewnego momentu, a już gdzieś tak od połowy to się robi dziwne. Dziwna się robi ta historia. I powiem ci, że dla mnie to tak wygląda, że oni się zorientowali, że gdyby ten film pociągnąć w oryginalną stronę, że gdyby zrobić z niego taki horror dający do myślenia, horror psychologiczny, nawet już, dajmy na to, skręcający w kierunku tego "Milczenia owiec", chociaż to absolutnie nie jest nic podobnego, to nie byłoby sukcesu, nie byłoby kasy. A tak posklejano, wyszła taka hybryda, ale mimo wszystko się to dobrze ogląda. Jeszcze taka rzecz co do postaci i co do aktorów. Wspomniałeś tu o głównej bohaterce, która jest, powiedzmy, nieco wycofana.
Mogą się pojawić zarzuty, że to na przykład niewystarczająco utalentowana aktorka do tej roli. De facto jednak chyba mamy do czynienia z bohaterką, która jest taka mocno wyautowana, powściągliwa, jak to się ładnie mówi, ale ciągnie ten film kolorystyką, ekstrawagancją Longlex, czyli Nicolas Cage, mocno ucharakteryzowany, nie przypomina siebie. Przypomina raczej członka zespołu Kiss, trochę Violet de Villas. Podałeś tutaj też inne podobieństwa. Podobał mi się w tej roli, nie powiem. Zresztą po raz kolejny mówię, tu nie ma zarzutów o realizację. Jest zarzut o historię. Film mi się podobał, bo dobrych horrorów jest mało. Ja go zaliczam do udanych. Można tą historię kupić albo nie.
Tak samo jest z filmem "Sinister" i szeregiem innych klimatycznych horrorów. Kiedy my je oglądamy i nie pytamy, to jest okej. One są fajne, ale mają minusy. Pomimo wszystko się to ogląda dobrze, bo tworzą pewną otoczkę. I to chyba tylko tyle. Ja myślę, że tak, film jest dobry, ale niekiedy się przesadza w internecie z ocenami. Może to jest wynikiem tego, rezultatem tego, że po prostu dawno nie było dobrych horrorów z wątkiem demonicznym i paranormalnym, bo one są po prostu w ostatnich latach strasznie kiepskie. Tutaj jednak mamy coś nowego. Tyle że kiedy rozbieramy tą historię na czynniki pierwsze, nawet za bardzo nie musimy się natrudzić. Kiedy po prostu to uważnie oglądamy, to, jak powiedziałem, zaczynamy sobie zadawać pytanie: "No ale co tu się w zasadzie odpierdzieliło przed chwilą?"
[01:08:17] - Ja powiem tak: widziałem w ostatnich dniach takiego mema w internecie, że Hollywood znalazło wreszcie sposób na piratów, którzy bez ich pieczątki oglądają ich dzieła. Po prostu kręcą tak złe filmy, że ludzie nie chcą tego oglądać. Ja, w przeciwieństwie do ciebie, wcale nie uważam, że to jest dobry film. Inaczej, w kategoriach, w których ja rozpatruję filmy, to nie jest dobry film, bo on nie opowiada historii. On ją niejako usiłuje w nas zaindukować właśnie tymi obrazami, tym nastrojem, tymi sugestiami, które się tam pojawiają. Tam nie ma prostej historii, ale nierozumianej jako historia prostacka, tylko prostej w sensie podania albo w sensie później podsumowania. Bo rozumiem, że czasami historia nawet prosta może być podawana, narracja może być zbudowana w taki sposób, że ona wcale prosta, przynajmniej na początku, się nie wydaje. Tutaj dostajemy obraz, który, narracja coś próbuje budować. To są te wszystkie sceny Które mają być nastrojowe, we mnie budziły jednak ziew chwilami. A akcja to historia, która ma nam być opowiedziana.
Ta historia w gruncie rzeczy jest bardzo prosta i tak naprawdę, już pojadę z grubej rury, ona naprawdę mogłaby być horrorem klasy B, Z nawet, bo to nie jest nic takiego, co państwa zaskoczy. To jest historia, powiedziałbym bardzo prosta. Ona się buduje właśnie dzięki tym zabiegom filmowym, dzięki temu światłu, kadrowaniu, nastrojowi dosyć obsesyjnie wywołanemu przez reżysera. Ja tego nie kupuję po prostu. Dla mnie kino, które gra tylko i wyłącznie nastrojem, obrazem, a nie historią, którą opowiada, to nie jest kino, którym ja się zachwycam. Macie państwo dzisiaj orzech do zgryzienia. Dwie skrajnie brzmiące oceny. Sami będziecie musieli państwo rozstrzygnąć, do którego z nas jest państwu bliżej. Ja sądzę, że nie będzie jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że tak jak my podzieliliśmy się w dzisiejszej audycji, tak i państwo chyba się podzielicie.
To teraz, proszę państwa, dla rozluźnienia nastroju zapraszam państwa na Alchemię Tworzenia Katarzyny Prychacz. Dzisiaj czwarta część Miasteczka Bredni. Dobrej zabawy.
[01:11:24] - No dobry wieczór, Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i jak co środę, chociaż tym razem troszeczkę inaczej, poalchemiujmy po raz ostatni. Zapraszam. Alchemia Tworzenia. Witam w trzydziestym drugim odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Tym oto sposobem, moi drodzy, dobrnęliśmy do końca. Przed nami wakacje. Super przerwa, także mam nadzieję, że każdy z nas ją wykorzysta dobrze. A co my dzisiaj na zamknięcie cyklu? Tak jak obiecałam zamykamy Miasteczko Bredni, a konkretniej w sumie to nie zamykamy.
Dla was to takie tylko zajawki, początek. Dla mnie to ciężka praca u podstaw dalej. Natomiast z takich podstaw to dzisiaj przechodzimy do czwartej z dzielnic, ważniejszych dzielnic na wyższym poziomie. To będzie dzielnica Przerdzewiałej Blachy. Nie będę chyba przedłużać. Przechodzimy do farszu, bo właściwie to ja już jedną ręką i nogą na urlopie, ale tutaj jeszcze postanowiłam nagrać wam coś, bo tak mi się wydaje, że jeżeli mi się daty nie mylą, to wy sobie dzisiaj słuchacie mojego podcastu, a ja jestem za granicą. Ja się doświetlam na innym słońcu niż nasze. Ale mam nadzieję, że u was też jest milusio, też jest ładne słoneczko. Dobra, ja tutaj sobie robię miejsce na stole jak zawsze i cyk. Nie wiem, czy ja dzisiaj nie wrzeszczę za bardzo, bo mam ten mikrofon.
Siedzę trochę w innym miejscu i tak wiecie, szmery, bajery. Dobra, czy ja coś muszę na starcie? Tak patrzę na mapki. Dobra, lecimy. To jak zawsze wszystko ładnie wyjdzie w praniu. Jeżeli chodzi o klimat tej dzielnicy, to tutaj mamy takiego Mad Maxa. Wiecie, piach, prawie pustynie, blacha, gorąco i właściwie to taka jedna wielka susza. Mało co rośnie tutaj i generalnie to jest taka bieda, tylko ziemniory tutaj rosną. Zresztą zaraz do nich przejdziemy. To po prostu taka sucha dzielnica.
Do mapy zaraz sobie przejdziemy. Dobrze, że patrzę, bo obiecałam wam drugie pół prawdy o pewnym kontenerze dzisiaj. Dobra, na razie podstawy i później przejdziemy sobie tutaj do lokacji i zajrzymy w mapkę. Okej, jak zawsze zacznijmy od przemysłu. Ta dzielnica jest wyjątkowa, jeżeli chodzi o przemysł. Mogę wam tutaj zdradzić, że generalnie ten poziom, na którym jesteśmy, czyli Nie Ma. Wjechaliśmy sobie windą do Nie Ma i są tutaj te cztery lewitujące dzielnice. Oficjalnie każda z dzielnic ma swojego radnego. Jedna z dzielnic, w poprzednim odcinku mówiliśmy o tym, że sama ta dzielnica ma też swoich radnych, ale prawda jest taka, że wszystkie jakieś takie porachunki mafijne, konszachty mafijne i tak naprawdę to pod wszystkim, pod tymi płytami chodnikowymi, które lewitują tutaj, po których właśnie się dostajemy, czy możemy chodzić w ogóle po tych dzielnicach, czy wokół tych dzielnic, to pod nimi są zapadnie. W sensie w niektórych płytach jest zapadnia i tam na dole rządzi gang Zapadni.
Więc oni tutaj najbardziej kręcą przemysłem i taką swoją bazę mają właśnie w dzielnicy Przerdzewiałej Blachy, więc ona jest taka niepozorna, niby najbiedniejsza i w ogóle, ale tak naprawdę właśnie dzięki temu jest poza radarem i tam sobie gang może przerzucać różne rzeczy. Zresztą właśnie te wszystkie tereny pomiędzy, tak jak mówiłam, one są średnio bezpieczne, jeżeli chodzi o te miejsca, gdzie łączą się ze sobą dzielnice, takie gdzieś tam bezdroża. Teraz w ogóle już mogę wam zdradzić, że to są ścieżki przemytu. To jest właśnie takie coś nieoficjalne pomiędzy bocznymi alejkami. I też właśnie w tych lokacjach gang Zapadni dokonuje różnych przerzutów dóbr i innych swoich gangsterskich akcji. Ale dzisiaj o nim już więcej mówić nie będę. Może gdzieś jeszcze kiedyś rozwinę ten temat, bo tam jest cała struktura tego gangu już. Ale oczywiście też jest to pole do zagospodarowania. Także jakby ktoś z was miał tutaj jakąś wizję na to, to zachęcam do kontaktu. Możemy fajnie ten gang rozwinąć w koncepcie oczywiście.
I teraz wracajmy do przemysłu, czyli mamy tutaj fajerwerki. Fajerwerki to jest jedna z głównych takich gałęzi. Tutaj mamy dużo wybuchów w tej dzielnicy. Ziemniaki, właśnie te ziemniory, o których mówiłam. Ale uwaga, bo tu są hodowle ziemniaków, czyli mamy tutaj takie mięsne ziemniaki. Mamy też oczywiście odmianę standardowych ziemniaków. Albo niestandardowych. Właściwie to wszystko kwestia przemyślenia procesu. Tak czy siak, produkt: wino z ziemniaków. Mamy też bezgłośne fajerwerki, rapsy z przemytu, moi drodzy.
Tutaj mamy też trochę takich kulturowych zagadnień. No a z przemytu, no to wiadomo, kto tam rapsuje. Wóda z ziemniora. Tutaj też jest jeden z takich produktów. Pustynne suszarki na ubrania, parostenka blaszana, wino z potatonii, o którym, zdaje się, w poprzednim odcinku już coś wspominałam. I oczywiście śrubki i gwoździe, bo bez tego to nie pyknie. Jeżeli chodzi o taki główny surowiec tej dzielnicy, tutaj mamy hutę i tutaj właśnie mamy metal, stąd mamy gwoździe, śrubki, blachy i wszystkie metalowe jakieś cuda. To w całym miasteczku Bredni właśnie z tej dzielnicy się biorą. Tutaj mamy największą taką produkcję tego. Dobra, i tutaj właśnie przejdźmy teraz do lokacji.
Więc jak w każdej dzielnicy mamy tutaj Arenę Rychłej Śmierci. Tym razem taka nazwa. Tu możemy stoczyć różne epickie pojedynki. Mamy oczywiście archiwum dzielnicy. Każda z dzielnic ma swoje archiwum. Mamy też zagrodę dla wrednych ziemniaków. Jest też tajemnicza drezyna. To jest właśnie taki główny punkt spotkań. Tak jak mówiłam, każda dzielnica ma coś swojego. W tej dzielnicy mamy wielką, wielką, wielką taką drezynę pośrodku.
I mamy też tajemniczy barak, on jest opustoszały, ale został na nim szyld. Jest to skrótowiec i właściwie to nikt do końca nie wie, co tam było, co oznacza ten skrót. Natomiast jeżeli mielibyśmy przeczytać ten skrótowiec tak bez kropek, no to jest to wyraz „śrubka”. To są takie tutaj większe lokacje. I teraz sobie zajrzę na mapkę, czy coś jeszcze tutaj warto powiedzieć. Wiecie, mamy tą tajemniczą drezynę, natomiast tutaj widzę na mapce, to ja ją mam nazwaną szlachetną drezyną, więc myślę, że tutaj po prostu notatek nie zaktualizowałam niestety, ale to się naprawi. Barak radnego. Tutaj, jeżeli chodzi też o lokacje. O radnym tutaj też jeszcze troszeczkę wam powiem. Mamy też, bo to wspominałam, że to jest też jedna z tych dzielnic, gdzie mamy kram, gdzie możemy różne dobra sobie sprzedać, kupić, wymienić.
I tu mamy właśnie blaszaną baltonę. Co tu jeszcze? Huta metalu to mówiłam. Aha, i tu mamy jeszcze odwiert ropy. Co prawda ta ropa to już jest coś, czym raczej ten gang się zajmuje, ale mamy go też na mapce. I tu myślę, że już możemy przejść do tej tajemnicy kontenera. Ja wam mówię tak nieoficjalnie. W poprzednim odcinku wspominałam o kontenerze, do którego wyrzucane są brudne ubrania, które są opylone węglem i nic więcej tam z tego brudu nie jest. I ten kontener okazuje się, że na jego końcu jest po prostu rzeka. I te ubrania płyną tą rzeką właśnie w kierunku dzielnicy Przerdzewiałej Blachy.
Natomiast gang na samym wejściu tej rzeki do dzielnicy, można powiedzieć, na te oficjalne obszary, gdzie już mieszkańcy mogliby to zobaczyć, to tam ciut wcześniej powstała sortownia, taka pralnio-sortownia powstała i tutaj odławiane są ubrania, które prawdę mówiąc to one są czyste tak naprawdę po przejściu przez tą rzekę z tym węglem. Natomiast dalej kumulowany jest właśnie ten węgiel, ten barwnik i dosypywany jest też inny czarny barwnik. Ubrania idą oczywiście dalej na handel i tak naprawdę są sprzedawane z powrotem do Dzielnicy Kryształowej Rady przez gang. Stąd oni mają właśnie te nieograniczone ubrania, swoje własne z powrotem projektanckie. Natomiast ta dalsza część rzeki, która przepływa przez Dzielnicę Przerdzewiałej Blachy, to jest czarna rzeka. Ona miała jakąś mądrą nazwę, nie pamiętam. To chyba była Mała Czarna Roba, coś takiego. Natomiast mieszkańcy są święcie przekonani, że ta rzeka się nie nadaje. Ta woda jest niezdatna do picia, ponieważ tam właśnie przepływa niedaleko odwiertu z ropą i ta rzeka po prostu jest zanieczyszczona ropą i nikt się tam nie odważył nigdy spróbować tej wody, bo tak naprawdę to ona jest zanieczyszczona węglem. Ale mieszkańcy myślą, że to ropa, więc oczywiście, że kupują butelkowaną wodę z Dzielnicy Złotego Kranu.
Tą radioaktywną, galaretowatą wodę. To taka dalsza część tajemnicy o kontenerze. Więc to już wam powiedziałam. I tu jeszcze patrzę sobie na mapie, że oczywiście tutaj też każda dzielnica ma swojego strażnika wejścia. Tutaj trzeba zapłacić myto i tutaj strażnikiem jest oszalały ziemniak. Wiecie, to jest taki ogromny, zmutowany ziemniak koks. On jest bardzo agresywny, także tutaj trzeba sposobem go minąć albo właśnie uiścić opłatę i nie kombinować. Dobra, lokacje chyba wszystkie mamy. Jeżeli chodzi o położenie tej dzielnicy względem Można, czyli tego niższego poziomu miasteczka, to tutaj właściwie pod tą dzielnicą znajduje się wejście czy ujście, koniec rzeki, o której wam opowiadałam. Tej długiej rzeki wielopoziomowej.
Generalnie mamy tu już początek właśnie tego Morza Wszechmiejskiego i pod tą dzielnicą mamy Suchoty Wielkie, bo tu jednak spora część piachu się zsypuje. Mamy właśnie rzekę Łzawą, która jest dalszym ciągiem tej czarnej rzeki. Mamy też właśnie te Smętne Góry, więc tutaj wszystko jest takie wysuszone, piaskowe i smętne, bo pogody chyba tutaj nie mam rozpisanej, to wam nie zdradzę. Oprócz tego, że burze piaskowe bywają. Dobra, to jest chyba najważniejsze, jeżeli chodzi o lokacje. Wracam do notatek. Dobra, już jak zaczęłam o pogodzie, to tym razem może mówmy o pogodzie. Mamy tutaj zamarzanie pustyni. To są, wiecie, jak wiatry z Dzielnicy Kryształowej Rady nawieją, to raz na ileś pustynia zamarza, niczym piekło. Oczywiście klasycznie jest tam upał.
Tutaj znajduje się źródło wafloid. Tak sobie hasłowo wpisałam. No i oczywiście taki standardowy brak opadów jakichkolwiek tutaj. Największym zagrożeniem tej dzielnicy to są właśnie zmutowane ziemniaki. I teraz tak. O przemyśle wam powiedziałam, surowce mamy. Powiedziałam o tych ziemniakach. No to już przejdźmy może do zwierząt sobie. Więc tak jak mówiłam, oszalały ziemniak. Mamy też wredne ziemniaki.
To jest inna odmiana. Mamy też takie stworzenie jak człaponóg szybki. On jest pokryty łuskami i jego łuski też mają różne dobre lub niedobre, mniej lub bardziej dobre właściwości. Mamy też złośliwe gady. I uwaga, bo te gady tutaj są włochate. No i oczywiście, jak mówiłam, w każdej dzielnicy mamy jakieś wilki i tutaj mamy wilki pustynne. To z takich bardziej znanych, najczęściej występujących zwierząt. Pogodę to mamy, zagrożenie i myślę sobie, jak już mówimy o zwierzętach, to tutaj też składniki, które możemy zebrać w tej dzielnicy. Tak wiecie, jakbyśmy chcieli właśnie gdzieś sobie później udać się do Dzielnicy Złotego Kranu lub do Dzielnicy Zmechaconej Paproci i tam poprosić różnych szamanów i alchemików o stworzenie eliksiru. Lub może sami byśmy chcieli, to w tej dzielnicy akurat możemy znaleźć takie składniki jak: nedorowęglan, morderczy karton, ropa nanomagnetyczna, ziemniaki w płynie, esencja zmrocznika.
I teraz, jak już jesteśmy przy takich różnych fajnych rzeczach naturalnych, to też przeczytam wam kilka cudów, które możemy napotkać i odkryć, opisać, jako że jeszcze nikt tego nie dokonał i nie wiemy, co to jest, jak wygląda i tak dalej dokładnie. Ale na pewno możecie spotkać tutaj coś takiego jak: pruwajka klasyczna, glebowydymarka, światłoliptus, obiracznikus mechanikus, kołołok, bąblowik wsteczny, kapsulus zadziorny, dachodziobacz hałaśliwy, rozładowarka pneumatyczna, nawzajemrdzawy, klipszart czy na przykład piasecznica dziurawa. Także tutaj dużo rzeczy do odkrycia, wszystko przed nami. Także zapraszam do miasteczka Bredni. Dobra, wracam jeszcze tutaj sobie na tą stronę notatek, bo mamy tutaj też coś takiego jak wartości. Każda z dzielnic ma swoje wartości. Więc tymi wartościami tutaj są: złom, wykopki, szmuglowanie. To tak w ramach ciekawostek. I co teraz? Jak już mamy wartości, przejdźmy jeszcze sobie, może omówmy sobie święta tej dzielnicy.
Te takie najważniejsze wydarzenia. Więc mamy tutaj klasycznie, jak wszędzie, Wielki Melanż. Tutaj musimy mieć wystrzałową maskę. Mamy spotkanie radnych, na które klasycznie trzeba wykonać specjalne opaski, żeby się dostać. Mamy jarmark sezonowy, imieniny radnego, kult fajerwerków i Pradawne Święto Detonacji. I teraz, skoro już jesteśmy przy tych różnych wybuchach, to może przejdźmy tutaj do postaci z tej dzielnicy. Wspominałam o radnym. Tutaj radny nazywa się Pan TNT i ten radny lubuje się właśnie w fajerwerkach, wybuchach. To on tutaj je sprowadził i on też właśnie stworzył taki, można powiedzieć, swojego rodzaju kult fajerwerków. On też uwielbia hybrydy, także jego taką pasją, hobby jest tworzenie różnego rodzaju hybryd.
Jeżeli chodzi też o inne postaci, to mamy tutaj Dziada Piaskowego, mamy Ojca Zapadnego, który słucha właśnie tutaj tych rapsów, właściwie rapsów z przemytu. To też, jak sama nazwa wskazuje, to może wiecie, ten Ojciec Zapadny. Połączcie sami kropki, kim jest ta persona. Dalej mamy jeszcze Poetę Uciekającego. To on tutaj jest. Właściwie to jest kret, który jest poetą. I jeszcze oczywiście potentat artykułów kombinowanych. Tak, ta dzielnica to jedna wielka kombinacja, mniej lub bardziej alpejska. No dobra, dobra, bo tak w sumie dzisiaj idzie nam bardzo sprawnie, bo chyba co? No tak, bo tak pomieszałam dzisiaj kolejność, więc zostały nam artefakty.
No dobra, to lecimy z artefaktami i wtedy trochę tam tak podsumujemy sobie to wszystko. I wakacje. Dobra, jeżeli chodzi o artefakty, które możecie napotkać w tej dzielnicy, to tak jak też wspominałam obuwie. Każda dzielnica ma swoje tutaj takie legendarne obuwie i tutaj mamy gumowe klapki przydziału. Tu możemy w nich przemierzać właśnie pustynne piaski. Dalej możemy też oczywiście znaleźć tutaj piasek z pustyni, blaszany parasol, spalinowe wrotki. To jest bardzo fajny patent, jeżeli już przyjdzie nam tutaj bić na tej arenie, więc możemy łatwiej pokonać przeciwników mając takie wrotki. Dalej tłuczek do ziemniaków. Nim możemy zastraszyć oszalałe ziemniaki. Kołczan prawilności.
A on jest rabusio- i dziuroodporny. Różdżka Dziada Piaskowego to jest taka właśnie różdżka, która zamienia metal w drewno. Dlatego też trzeba właśnie bardzo pilnować swojego ekwipunku, żeby właśnie tutaj nie stracić wszystkich sztabek metalu na rzecz drewna, no bo wiadomo, różnie, różnie to bywa i różnie możemy chcieć później nasze zasoby użyć, więc tutaj trzeba. No wiecie, każdy artefakt ma swoje magiczne strony, ale i też te nieco bardziej mroczne. A i tutaj jeszcze mam taki cytat, jeżeli chodzi o tą różdżkę Dziada, że: „Dziad zastał blachę metalową, a zostawił drewnianą”. Także to też istotny cytat. No i jeszcze na sam koniec taczka prestiżu. To jest legendarna taczka z najmocniejszego stopu metalu. Więc jeżeli jesteśmy przeładowani, nasz ekwipunek się już po prostu nie mieści, no to jak najbardziej mając taką taczkę możemy, no wiadomo, możemy tutaj zaszaleć, jeżeli chodzi o ciężary, które przewozimy. Dobra, kurczę, słuchajcie, mamy najważniejsze rzeczy, jeżeli chodzi o tą dzielnicę.
Patrzę jeszcze na mapce, ale już chyba powiedziałam wam wszystko. Już nie będę wam mówić o gałęziach bardziej przemysłu, tak we wszystkich tych czterech dzielnicach, bo to już wtedy będzie nam, zrobi się za długo. Zostawmy coś. No nie mogę wam powiedzieć wszystkiego, nie? Okej. No dobra, trochę mnie zaskoczyło to, jak mi to szybko dzisiaj poszło. Popatrzmy jeszcze na Można. Czy jest coś może, o czym tutaj mogłabym wam powiedzieć? O pustyni chyba mówiłam. Mówiłam wam o Dnie Można.
Pewnie mówiłam, że jest. Tam też mamy w ogóle takiego legendarnego fryzjera. Także jakbyście mieli ochotę, to można się tam przejść. Co prawda zapisy są... no lista oczekujących jest bardzo długa, ale faktycznie gościu robi ognistą robotę. Zresztą na jednym z treningów mieliśmy taką właśnie, taki quest rozwinięty, fabularny, także jak najbardziej. Jak już to wszystko pogrupuję, uporządkuję, to myślę, że sobie jeszcze raz zajrzymy do fryzjera z Dna Można i przejdziemy tą misję. Także no tak jak mówię, zachęcam, zachęcam was, żebyście poobserwowali Czy to fanpage'a miasteczka Bredni. Co prawda na razie tam nic jeszcze się nie dzieje. Muszę pogrupować i wtedy też będę tam jakieś ciekawostki wrzucać.
Czy po prostu gdzieś tam możecie zaobserwować nawet moje osobiste konto, to na pewno jak będzie jakieś wydarzenie, to tam będę o tym informować. To też mówiłam chyba wam albo nie, że pierwsza część jest właśnie taka, gdzie mamy lawę, wiecie, takie klimaty podziemne, wulkaniczne. Tam właśnie mamy tą część, gdzie Frygier urzęduje. Natomiast jakbyśmy dalej szli sobie gdzieś tam w głąb tego miejsca, to robi się coraz zimniej, coraz zimniej. Ta lawa zostaje w jednym miejscu i możemy dotrzeć do dziwnego takiego wysypiska, usypiska różnych niepotrzebnych gratów. Generalnie od góry, od strony Można jest to rów nekropolitański i generalnie on został wykopany po to, żeby tam wrzucać, niestety ciała poległych, czy to na życie, czy to w jakichś tutaj różnych pojedynkach. Ale że właściwie takich osób za bardzo w tym miasteczku nie ma, to mieszkańcy tam po prostu wrzucają cokolwiek. Czasami przychodzą mieszkańcy z Zapomnianej Osady coś wrzucić, czasami z Pustyni Kruszonej Nadziei po opadzie wafloi też trzeba część rzeczy powyrzucać. Więc to jest taki rów, w którym po prostu wszystko, co jest niepotrzebne, można zrzucić. I to spada po prostu na te niezamieszkałe tereny na dnie Można.
Zresztą całe dno Można też jest jeszcze do zagospodarowania, bo mamy tylko te dwie lokacje. Także też jak ktoś ma z was pomysł to zapraszam. Co mamy jeszcze? Mamy zajezdnię dorożkarzy, ale na razie o niej wam nie będę mówić, bo może sami o niej niedługo sobie coś więcej doczytacie. Urząd Rejestracji Kultów. No tak, bo tu mamy też plac zebrań kultowych. Także też wszyscy tutaj mogą się zbierać, kto potrzebuje. Stavian, rynek slumsy. Taka wiecie, klasyka. Mamy też uszczelnię imienia Kita Gumownika.
To jest też jedna właśnie ze specjalnych, takich bardziej ekskluzywnych szkół. Nie wiem, na ile słyszycie, ale właśnie koty się pojedynkują. Ciekawe, czy ktoś ma spalinowe wrotki. Dobra. Fabryka kamieni w czekoladzie też jest. Też o tej fabryce, nie wiem, czy wam mówiłam, ale też w jednym z questów, jak już ruszymy z treningami, to oczywiście, że będzie można się też tej fabryce bardziej przyjrzeć. Dobra, misiaczki moje drogie, kochane słuchacze. Ja nie będę już przedłużać, bo tak właśnie zauważyłam, że im bardziej w tą mapę patrzę, to sama odpływam z pomysłami. Tak trudno się pożegnać. Teraz już właśnie myślę o tym, że trzeba zakończyć odcinek.
Urlopujmy się. Bo co tu więcej? Myślę, że już nawymyślaliśmy ile się dało. O miasteczku wam powiedziałam. Jak jesteście spragnieni jakiejś wiedzy, zapraszam was, żebyście sobie może przypomnieli treści z pierwszego sezonu. Oczywiście będę chciała też, tak jak wspominałam w poprzednim odcinku, troszeczkę podręcznikowo podejść do tego pierwszego sezonu, trochę te treści rozpisać, bo myślę, że mamy tam tyle informacji, że to też nie sposób wszystko spamiętać po jednym odcinku. A zresztą wiadomo, jedni będą preferowali przekaz mówiony, a gdzieś tam inni czytany, w sensie, że będą chcieli sami sobie poczytać, a może połączyć jedno z drugim. Także jak najbardziej teraz zajmę się tym, żeby trochę tą naszą alchemię pozbierać do kupy, trochę usystematyzować, bo myślę, że padło tutaj naprawdę dużo fajnych rzeczy. Mam nadzieję, że dla was też, bo ja powiem szczerze, że się bardzo dużo nauczyłam. Nauczyłam, dowiedziałam, porobiłam notatki sama z siebie.
Także jak najbardziej. Szczerze, to jak przeglądałam właśnie notatki do pierwszego sezonu, to generalnie niczego bym nie zmieniła tam, jeżeli chodzi o tą część merytoryczną, tylko właśnie kwestia pogrupowania, czy nawet właśnie troszeczkę rozładowania tych odcinków, bo chciałam wam dać wszystko, co najlepsze i mam wrażenie, że po prostu za dużo naraz w jednym odcinku było. Ale to wszystko da się jeszcze ładnie pogrupować. Dobra, ja nie mam tu chyba już nic więcej do dodania dzisiaj. Korci mnie, bo nie ukrywam, że to jest 32. odcinek i tak idealnie by było, gdyby 33. to był ten ostatni. Natomiast nic na siłę, bo też nie będę zabierać czasu antenowego więcej niż mi się tutaj należy. A faktycznie tak wypada, że mamy teraz środę i właściwie już jest faktycznie przerwa tutaj w działaniach Book Radio. Także zobaczę, może sama jak po urlopie jeszcze wrócę, może jakieś fajne wnioski tam będę miała, to w razie czego wypatrujcie po prostu na YouTubie.
Może jeszcze jakieś takie jedno domknięcie zrobię już pozaantynowe. Dobra! Wiecie jak mnie znaleźć. Wiecie gdzie mnie słuchać. Jak najbardziej tutaj do podcastów zachęcam, możecie sobie wracać. I życzę wam cudownych wakacji, bardzo inspirujących. Może żebyście zrealizowali coś, co odkładaliście, jeżeli chodzi o wasze kreatywne rzeczy, czy to związane z pisaniem, może z rysowaniem, ze śpiewaniem. Co wam przyjdzie do głowy, to realizujcie. A wakacje to zawsze taka fajna pogoda. Można gdzieś pójść na łono natury, trochę się zresetować, więc może akurat jakaś inspiracja was tam złapie.
Ja też jadę, właściwie lecę złapać trochę inspiracji innych niż nasze tutaj, aczkolwiek już tęsknię i chcę wracać do domu. Jeszcze nie wyjechałam, a już. Trzymajcie kciuki, bo trzeba wreszcie jakieś swoje pisarzenia dokończyć. Plan jest, żeby przy ładnych widokach dokończyć to, co powinno zostać spisane czym prędzej, żeby mogło zabrać się za wasz podręcznik. Tak że już się nie mogę doczekać tego wszystkiego. Dobra, kończę, bo już przedłużam, a to też nie tędy droga. Trzymajcie się cieplutko albo chłodniutko, co kto potrzebuje. I słyszymy się gdzieś pewnie jeszcze nie raz. Trzymajcie się. Pa!
[01:41:24] - Cóż, to teraz zapraszam na audycję „Bez Tajemnic”. Kolejny odcinek będzie o zakazie wywoływania zmarłych. Myślę, że ciekawy tekst. Zapraszam.
[01:41:46] - O zakazie wywoływania zmarłych. Kościół w żaden sposób nie zaprzecza występowaniu manifestacji. Przeciwnie, wszystkie je potwierdza. Jak wynika z przytoczonych cytatów, przypisuje je jednak wyłącznie działalności demonów. Niektórzy usiłują się powoływać na Ewangelię, by zabronić ich wywoływania. Na próżno jednak, bo Ewangelia nic na ten temat nie mówi. Podstawowym argumentem, który się przytacza, są słowa Mojżesza. Oto, w jaki sposób wypowiada się na ten temat autor cytowanej już wyżej wypowiedzi: „W żadnym wypadku nie wolno wchodzić z nimi, z duchami, w kontakt, czy to bezpośrednio, czy przy pomocy kogoś, kto je wywołuje i zadaje im pytania. Prawo Mojżeszowe karało śmiercią za te obrzydliwe praktyki stosowane przez pogan. Nie poszukujcie wywołujących duchy – mówi Księga Kapłańska – ani nie zwracajcie się do wróżbitów, bo staniecie się przez to nieczyści.
Jeżeli mężczyzna lub kobieta będzie wywoływać duchy lub wróżyć, niech poniesie śmierć. Ukamienujcie ich, a ich wina za to spadnie na nich. Zaś Księga Powtórzonego Prawa głosi: Niech nie będzie wśród was nikogo, kto by przeprowadzał swego syna lub córkę przez ogień, wróżył, przepowiadał przyszłość czy czarował. Nikogo, kto by wywoływał duchy albo wypytywał zmarłych, bo Pan brzydzi się tymi rzeczami i przed waszym przybyciem zniszczy narody, które dokonały takich obrzydliwości”. Aby lepiej zrozumieć prawdziwe znaczenie słów Mojżesza, warto przytoczyć pełen tekst, nieco okrojony w powyższym cytacie. „Nie poszukujcie wywołujących duchy ani wróżbitów. Nie zasięgajcie ich rady, by nie stać się przez nich nieczystymi. Ja jestem Pan, Bóg wasz. Jeżeli mężczyzna lub kobieta będzie wywoływać duchy lub wróżyć, niech poniesie śmierć. Ukamienujcie ich, a ich wina za to spadnie na nich.
Gdy ty wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się obrzydliwości, jakie popełniały tamte narody. Niech nie znajdzie się wśród was nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, by ich oczyścić, wróżył, przepowiadał i czarował. Nikt, kto by uprawiał zaklęcia, wypytywał duchy i zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem Panu każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, przed twym przybyciem”. Gdyby skrupulatnie przestrzegać prawa Mojżeszowego w tym względzie, powinno się też przestrzegać innych jego zapisów. Dlaczego bowiem, gdy chodzi o wywoływanie duchów, prawo to miałoby być dobre, zaś w innych sprawach złe? Należy być konsekwentnym. Skoro uznało się, że prawo to pod pewnymi względami już nie odpowiada naszym obyczajom i czasom, to nie ma powodu bronić go, gdy chodzi o wywoływanie duchów. Należy jednak wskazać powody wprowadzenia takiego zakazu.
Powody, które swego czasu miały rację bytu, dziś jednak są nieaktualne. Hebrajski prawodawca chciał, by jego naród zerwał z wszelkimi zwyczajami zaczerpniętymi z Egiptu, a więc także z wywoływaniem duchów, którego tam nadużywano, o czym świadczą słowa Izajasza: „I dozna wstrząsu duch ożywiający Egipt, a jego zaradność zniweczę. Będą się więc radzić bożków i czarodziejów, wróżów i wieszczów”. Poza tym Izraelici nie mieli zawierać żadnych przymierzy z obcymi narodami. Mieli jednak spotkać u ludów, z którymi przyjdzie im walczyć, takie same obyczaje jak własne. Mojżesz więc musiał politycznie wywołać w narodzie hebrajskim niechęć do wszelkich obyczajów, które mogłyby stanowić punkty wspólne i ułatwiać asymilację. Chcąc uzasadnić tę niechęć, wystarczyło ukazać je jako nieuznawane przez samego Boga. Dlatego też Mojżesz stwierdził: „Pan brzydzi się tymi rzeczami i przed waszym przybyciem zniszczy narody, które dokonały takich obrzydliwości”. Zakaz wprowadzony przez Mojżesza był tym bardziej uzasadniony, że wówczas nie wywoływano zmarłych z szacunku, z miłości do nich czy na zasadzie pobożnego uczynku. Podobnie jak we wróżeniu, chodziło głównie o przepowiadanie przyszłości, co wykorzystywali szarlatani i przesądni.
Gdy ktoś potrafił to robić, stanowiło to dla niego źródło zarobku, o czym świadczą kolejne fragmenty księgi tego samego proroka. „Gdy zaś wam powiedzą: radźcie się wywoływaczy duchów i wróżbitów, którzy szepcą i mruczą zaklęcia. Czyż lud nie powinien radzić się swoich bogów? Czy nie powinien pytać umarłych o los żywych?” Jam jest ten, który niweczy znaki wróżbitów i wykazuje głupotę wieszczów, odrzuca mędrców i wiedzę ich czyni głupstwem. Niech się stawią, by cię ocalić opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy i przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się z tobą wydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, a ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni. Nie będą to węgle do ogrzewania, ni ognisko, by przy nim posiedzieć. Takimi będą dla ciebie twoi czarownicy, z którymi próżno się trudzisz od młodości. Każdy pójdzie w swą stronę.
Nikt cię nie ocali. W rozdziale tym Izajasz zwraca się do Babilończyków uosabianych alegorycznie pod postacią córy babilońskiej, córy chaldejskiej. Mówi, że czarownicy nie zapobiegną ruinie ich monarchii. W kolejnym rozdziale zwraca się bezpośrednio do Izraelitów. Zbliżcie się tutaj, synowie wiedźmy, potomstwo wierłomnej i nierządnicy. Z kogo się naśmiewacie? Na kogo otwieracie usta i wywieszacie język? Czyż nie wy jesteście dziećmi przestępstwa, potomstwem nieprawego łoża? Wy, którzy płoniecie żądzą pod terebintami i pod każdym zielonym drzewem mordujecie dzieci na ofiarę w jarach, w rozpadlinach skalnych. Gładkie kamienie potoku są twoim udziałem.
One są twoją wylosowaną częścią. Im też w ofierze wylewaliście płyny, ofiarowaliście obiady. Czyż mam być z nich zadowolony? Słowa te nie pozostawiają wątpliwości. Jasno dowodzą, że w tamtych czasach wywoływało się duchy w celu przewidywania przyszłości, co stanowiło działalność dochodową. Towarzyszyły temu praktyki magiczne i czarowskie, a nawet ofiary z ludzi. Mojżesz miał więc rację zabraniania tych rzeczy i mówiąc, że są niemiłe Bogu. Takie oparte na przesądach praktyki utrzymywały się jeszcze w średniowieczu. Dziś jednak rozum nakazał ich właściwe miejsce, a spirytyzm wykazał, że kontaktowanie się z zaświatem służy wyłącznie moralności, pocieszeniu i religii. Spirytyści nie składają dzieci w ofierze i nie wylewają płynów na ofiarę bogom, nie pytają o radę gwiazd, umarłych czy wróżbitów, by poznać przyszłość, którą Bóg mądrze ukrył przed ludźmi.
Sprzeciwiają się czerpaniu korzyści materialnych ze zdolności komunikowania się z duchami. Nie powoduje nimi ani ciekawość, ani próżność, lecz pobożne pobudki oraz chęć nauczenia się czegoś, poprawienia się i wsparcia cierpiących dusz. Zakaz Mojżesza nie dotyczy ich więc w żadnym wypadku. Gdyby osoby występujące przeciwko spirytystom bardziej zagłębiły się w sens biblijnych słów, to doszłyby do wniosku, że nie ma żadnego związku między tym, co działo się u Hebrajczyków, a zasadami spirytyzmu. Co więcej, że spirytyzm potępia te same praktyki, które legły u podstaw prawa Mojżesza. Jednak przeciwnicy spirytyzmu, zaślepieni żądzą znalezienia argumentów przeciwko nowym ideom, pewnie nie zauważyli, że akurat ten argument jest zupełnie błędny. Prawo cywilne naszych czasów ściga wszelkie nadużycia, które chciał wykorzenić Mojżesz. Karę śmierci dla łamiących zakaz wyznaczył dlatego, że w tak niezdyscyplinowanym narodzie łagodniejsze środki nie skutkowały. Zresztą ten rodzaj kary często pojawia się w prawie Mojżeszowym, bo nie było zbyt dużego wyboru. Mojżesz nie miał na pustyni ani więzień, ani poprawczaków, a jego lud nie bał się kar o charakterze wychowawczym.
Nie mógł więc stopniować kar, jak robi się to dzisiaj. Nie ma więc sensu dowodzić, że surowość tej kary odpowiada stopniowi winy ponoszonej w czasie wywoływania zmarłych. Czy należy zachować najwyższy wymiar kary w każdym z przypadków opisywanych w prawie Mojżeszowym tylko z szacunku do tego prawa? Dlaczego ktoś upiera się akurat przy tej zasadzie, jednocześnie nawet nie wspominając o początku rozdziału, w którym wprowadza się zakaz posiadania przez duchownych dóbr i dziedzictwa? Bowiem to Bóg jest ich dziedzictwem. Prawo Mojżeszowe składa się z dwóch odrębnych części z prawa właściwie Bożego, uzyskanego na górze Synaj oraz prawa cywilnego czy dyscyplinarnego, dostosowanego do obyczajów i charakteru ludu. Jedno jest niezmienne, drugie ewoluuje w czasie i nikomu nie przyszłoby do głowy, abyśmy dziś byli rządzeni przy pomocy tych samych środków co Hebrajczycy na pustyni. Podobnie jak rozporządzenia Karola Wielkiego nie pasowałyby do dziewiętnastowiecznej Francji. Któż chciałby dziś powrotu do następującego artykułu prawa Mojżeszowego? Gdyby wół pobudził mężczyznę lub kobietę tak, że ponieśliby śmierć, to wówczas wół musi być ukamienowany, lecz nie wolno spożyć jego mięsa.
Właściciel wołu natomiast będzie wolny od kary. Artykuł ten, wydający się nam tak absurdalnym, nie ma jednak na celu karania zwierzęcia i uniewinnienia jego właściciela. Po prostu mówi o konfiskacie zwierzęcia po wypadku, aby w przyszłości skłonić właściciela do większej zapobiegliwości. Utrata wołu była karą dla właściciela. Karą dość dotkliwą w pasterskim narodzie. Nie mogła jednak przynosić korzyści komukolwiek. Dlatego też zabronione było jedzenie mięsa tego zwierzęcia. Inne artykuły dotyczą przypadków, gdy to właściciel zawinił. W prawie Mojżeszowym wszystko to miało rację bytu, bo zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Jednak zarówno forma, jak i istota praw odpowiadały okolicznościom.
Z pewnością, gdyby Mojżesz powrócił dzisiaj, aby stworzyć kodeks jakiegoś cywilizowanego narodu europejskiego, nie wykorzystałby takiego prawa jak u Hebrajczyków. Powyższemu zarzutowi przeciwstawia się stwierdzenie, że wszystkie prawa Mojżesza zostały ustanowione w imię Boże, jak te na Synaju. Skoro każdemu z nich nadaje się boskie pochodzenie, to dlaczego dziś ograniczamy się wyłącznie do Dekalogu? Po co to rozróżnienie? Skoro wszystkie te prawa pochodzą od Boga, to wszystkie powinny obowiązywać jednakowo. Dlaczego nie zachowano obrzezania, któremu został poddany również Jezus, a później go nie zniósł? Zapomina się, że wszyscy starożytni prawodawcy, aby nadać swym prawom większą wartość, twierdzili, że otrzymali je od Boga. Mojżesz, jak wielu innych, potrzebował takiego punktu oparcia ze względu na charakter jego ludu. Jeśli mimo to miał tak wiele problemów z wyegzekwowaniem prawa, to można sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby stanowił prawo we własnym imieniu. Czy Jezus przyszedł po to, by zmienić prawo Mojżeszowe i kodeksem dla chrześcijan ustanowić własne?
Czy nie powiedział: „Nauczyliście się, że przodkom zostało powiedziane to i tamto, a czy ja mówię wam co innego?” Czy podważył prawo z Synaju? W żadnym wypadku. Wręcz je potwierdził, a cała jego nauka moralna stanowi tylko rozwinięcie tego prawa. Nigdzie też nie mówił o zakazie wywoływania zmarłych, a była to wówczas zbyt ważna sprawa, by ominąć ją w nauczaniu. Zwłaszcza że wypowiadał się też o sprawach mniej istotnych. Podsumowując, problem w tym, że Kościół uznaje prawo Mojżeszowe za ważniejsze od ewangelicznego. Inaczej mówiąc, czy jest bardziej żydowski, czy chrześcijański? Należy również zauważyć, że ze wszystkich religii tylko judaizm nie potępia spirytyzmu za kontakty ze zmarłymi. Nie uważa bowiem, jak czynią to odłamy chrześcijaństwa, że prawo Mojżeszowe tego zakazuje. Oto inny zarzut.
Skoro Mojżesz zabraniał wywoływać duchy zmarłych, to znaczy, że mogłyby one przychodzić. W przeciwnym razie zakaz ten nie miałby sensu. Jeżeli mogły przychodzić w tamtych czasach, to mogą to robić i dzisiaj. Jeśli są to duchy zmarłych, nie są to tylko demony. Poza tym Mojżesz nigdzie nie wspomina o tych ostatnich. Jest więc oczywiste, że w przypadku zakazu wywoływania duchów nie jest rzeczą logiczną opieranie się na prawie Mojżeszowym. Po pierwsze dlatego, że nie stanowi ono podstawy chrześcijaństwa. Po drugie, ponieważ nie odpowiada rzeczywistości naszych czasów. Nawet uznając znaczenie przypisywane temu prawu przez niektóre osoby, należy stwierdzić, że nie ma ono zastosowania w przypadku spirytyzmu. To prawda, że Mojżesz mówi o wypytywaniu zmarłych.
Czyni to jednak przy okazji potępiania praktyk czarowskich. Określenie „wypytywanie” użyte w kontekście przepowiadania przyszłości dowodzi, że u Hebrajczyków wywoływanie duchów służyło właśnie do tego celu. Spirytyści natomiast nie wywołują zmarłych, by dowiadywać się o rzeczach zakazanych, lecz w celu otrzymania mądrych rad i ulżenia cierpiącym. Gdyby Hebrajczycy robili właśnie taki użytek z komunikacji z zaświatami, to Mojżesz nie tylko by tego nie zabronił, ale nawet zachęcałby swój lud, który dzięki temu stałby się lepszy. Nawet jeśli kilku rozbawionych lub złośliwych krytyków ukazało seanse spirytystyczne jako zebrania czarnoksiężników i nekromanów, a media jako przepowiadaczy dobrego losu, nawet jeśli kilku szarlatanów nazywa spirytyzmem śmieszne praktyki, którym ten w istocie się sprzeciwia, to nazbyt wiele osób wie, że poważne spotkania spirytystyczne organizuje się z istotnych, głównie moralnych pobudek. Nauka ta adresowana do każdego opiera się wszelkiego rodzaju nadużyciom oraz krytykom, które powinny raczej godzić w tych, którzy na nie zasługują. Mówi się, że wywoływanie duchów to przejaw braku szacunku dla zmarłych, których prochów nie należy niepokoić. I kto to mówi? Przeciwnicy z dwóch skłóconych obozów podający sobie ręce. Niewierzący, którzy nie uznają istnienia duszy, oraz wierzący, którzy utrzymują, że dusze nie mogą przybyć, a robią to tylko demony.
Gdy wywoływanie odbywa się w nabożnym skupieniu, gdy duchy wzywa się nie z ciekawości, lecz z miłości, sympatii oraz szczerej chęci nauczenia się czegoś i poprawienia się, to nie może być mniej szacunku w wołaniu zmarłych, niż gdy wołano za ich życia. Zarzutowi temu można jednak przeciwstawić jeszcze inny, niezbity argument. Duchy bowiem przychodzą dobrowolnie, a nie na polecenie. Przybywają spontanicznie, nawet niewołane. Wyrażają swoje zadowolenie z możliwości komunikowania się z ludźmi i skarżą się, gdy ktoś czasem zapomina o nich lub nie zwraca na nie uwagi. Gdyby nasze wołanie burzyło ich spokój lub było przyczyną niezadowolenia, po prostu by o tym powiedziały lub nie przyszły. Jeśli zaś przychodzą z własnej woli, to znaczy, że im to odpowiada. Przytacza się jeszcze inny argument. Dusze przebywają w miejscach, które wyznaczyła im Boża sprawiedliwość, to jest w piekle lub w niebie. Tak więc te przebywające w piekle nie mogą stamtąd wyjść, co zupełnie dowolnie są w stanie czynić demony.
Te przebywające w raju natomiast całkowicie oddają się swemu błogostanowi. Są zbyt dalekie od spraw śmiertelników i zbyt szczęśliwe, by powracać na ziemię pełną nędzy oraz interesować się krewnymi czy przyjaciółmi, których tam zostawiły. Są więc jak bogacze, którzy odwracają wzrok od biedaków w obawie, że utrudni im to trawienie. Jeśli miałoby tak być, to dusze te byłyby niezbyt godne najwyższego szczęścia, bo w rzeczywistości okupiłyby je egoizmem. Pozostają więc te przebywające w czyśćcu. Dusze te jednak cierpią i interesuje je przede wszystkim zbawienie. Jeśli więc nie mogą przyjść na wezwanie ani jedne, ani drugie, to zamiast nich pojawia się diabeł. Jeżeli jednak dusze te nie mogą przybyć, to nie ma co mówić o zakłócaniu ich spokoju. Pojawia się tu jednak jeszcze jeden problem. Skoro dusze doświadczające błogostanu w niebie nie mogą stamtąd przybyć na pomoc śmiertelnikom, to dlaczego Kościół wzywa pomocy świętych, którzy powinni znajdować się w jeszcze lepszej sytuacji?
Dlaczego każe wiernym przyzywać ich w chorobie, smutku czy gdy chcą ustrzec się nieszczęścia? Dlaczego według Kościoła święci czy sama Matka Boska przybywają ukazywać się ludziom i czynić cuda? Aby dostać się na ziemię, muszą wszak opuścić niebo. Skoro ci, którzy są w niebie najwyżej, mogą je opuścić, to dlaczego ci stojący niżej nie mają takiej możliwości? To, że niewierzący zaprzeczają manifestacjom dusz, jest zrozumiałe samo przez się, bowiem nie wierzą oni w duszę. Dziwne jednak, że czynią tak ludzie, których wiara opiera się na istnieniu duszy i jej przyszłości. Dziwne, że zawzięli się na środki umożliwiające udowodnienie jej istnienia i za wszelką cenę starają się dowieść, że to niemożliwe. Przecież powinni być tym raczej zainteresowani, a fakty takie przyjmować z radością jako pomoc Opatrzności. Mają bowiem okazję odparcia zarzutów przeciwników przy pomocy niepodważalnych dowodów, a tak sami przeczą własnej religii. Żalą się bez przerwy na wzrost niewiary, co dziesiątkuje szeregi wiernych, a gdy pojawia się najpotężniejszy środek zapobieżenia tej sytuacji, walczą z nim bardziej uparcie niż sami niewierzący.
Następnie, gdy ilość dowodów nie pozwala już mieć jakichkolwiek wątpliwości, sięgają jako po argument największego kalibru po zapis w prawie Mojżeszowym, o którym nikt nawet nie myślał, oraz nadają mu rangę i znaczenie nigdy wcześniej nieistniejące. I są tak zadowoleni, że udało się go znaleźć, że nawet nie zauważają, iż przemawia on na korzyść teorii spirytystycznej. Wszelkie przytoczone argumenty przeciwko kontaktowaniu się z duchami dają się obalić po poważnej analizie. Zaciętość przeciwników spirytyzmu pokazuje, jak wielkie znaczenie ma dla nich ten problem. W przeciwnym bowiem razie podchodziliby do sprawy z mniejszym uporem. Widząc krucjaty przedstawicieli rozmaitych wyznań przeciwko manifestacjom duchów, można by powiedzieć, że się ich boją. Być może prawdziwym powodem takiego postępowania jest obawa, iż duchy mające wgląd w zbyt wiele rzeczy mogłyby oświecić ludzi o sprawach, które lepiej by było pozostawić w cieniu. Mogłyby ujawnić prawdziwy obraz innego świata oraz prawdziwe warunki, które należy spełnić, by być w tym świecie szczęśliwym lub nie. Dlatego też, skoro można mówić do dziecka: „Nie idź tam, bo porwie cię Baba Jaga”, równie dobrze można powiedzieć: „Nie wywołujcie duchów, bo to diabeł”. To jednak nie ma znaczenia, bowiem jeśli nawet zabroni się ludziom wywoływać duchy, to nie da się zabronić duchom odwiedzania ludzi i ukazania sprawy we właściwym świetle.
Religia oparta na prawdzie nie musi się obawiać światła, bo światło ukazuje prawdę, a nad nią demony nie mają władzy. Odrzucanie komunikatów z zaświatów to odrzucanie potężnego środka zdobywania wiedzy, z której sama przez się wypływa nauka oraz przykłady na przyszłość. Poza tym doświadczenie uczy nas, jak wiele dobra można uczynić, odwracając od zła niedoskonałe duchy. Tym, które cierpią, pomagając odłączyć się od materii i poprawić się. Zakazanie utrzymywania takich kontaktów równałoby się pozbawieniu tych nieszczęśliwych dusz pomocy, którą możemy im ofiarować. Pewien duch w następujących słowach oddał istotę wywoływania w celach miłosiernych: „Każdy cierpiący i smutny duch opowie wam o przyczynach swego upadku, o szaleństwach, które go pogrążyły. Ukaże wam swe nadzieje, wewnętrzne zmagania i strach. Opowie o wyrzutach sumienia, bólu i rozpaczy. Ukaże wam Boga słusznie zdenerwowanego, który karze grzesznika z całą surowością swej sprawiedliwości. Gdy będziecie go słuchać, odczujecie litość wobec ducha i strach o was samych.
I jeśli wysłuchacie jego skarg, zobaczycie, że Bóg nigdy go nie opuszcza i czeka na pokutującego grzesznika z wyciągniętymi doń ramionami. Czeka, aż ten postara się poprawić. Ujrzycie rozwój winowajcy, do którego mieliście szczęście i chwałę się przyczynić. Będziecie mu towarzyszyć z ochotą i miłością chirurga obserwującego zabliźnianie się rany, którą zajmuje się każdego dnia.” Bordeaux, 1861. Czytała Agnieszka Krzemień.
[02:02:21] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale. Dzięki Krystynie Śmigielskiej poznaliście już Państwo wielu poetów i wielu pisarzy. Dzisiaj podążamy wspólnie z Krystyną Śmigielską tą drogą. Zapraszam w związku z tym na spotkanie z Anną Kasiuk. Prowadzenie oczywiście Krystyna Śmigielska. Przed Państwem „Literackie tête-à-tête”.
[02:03:08] - „Literackie tête-à-tête”.
[02:03:28] - Dobry wieczór państwu. W dzisiejszym literackim tête-à-tête spotykamy się z panią Anną Kasiuk, autorką książek obyczajowych, a także erotycznych. Pani Ania posiada tytuł magistra ubezpieczeń. Dawniej pracowała w międzynarodowej korporacji na stanowisku planistki. Obecnie prowadzi własną firmę i współpracuje z kilkoma wydawnictwami, jednocześnie prężnie działając w social mediach. Dobry wieczór pani Aniu. Bardzo się cieszę, że możemy dzisiaj ze sobą porozmawiać i opowiedzieć naszym słuchaczom o pani twórczości.
[02:04:03] - Dobry wieczór. Ja nie będę nawet próbowała ukrywać, jak bardzo ucieszyła mnie wiadomość o naszym spotkaniu i z przyjemnością, przyjemnością podkreślam, porozmawiam.
[02:04:14] - Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce już w 2015 roku, kiedy to pani „Lewy brzeg” ukazał się nakładem wydawnictwa Replika. Powieść ta nie była jednak pani debiutem literackim. Co i kiedy pojawiło się drukiem przed „Lewym brzegiem”?
[02:04:29] - To prawda. „Lewy brzeg” zapoczątkował sagę, którą nazwałam „Łowiska”, ale przed ukazaniem się tej książki było coś jeszcze. Była to historia, którą nazwałam „Piąty nie zabijaj”. Był to mój debiut właśnie. Niestety, jak to czasami się zdarza, losy tej książki potoczyły się tak bardzo nieprzyjemnie i musiałam ją wycofać z rynku. Jednak nie chcąc stracić tej historii, została ona wznowiona. Tyle tylko, że już nakładem innego wydawnictwa. Zyskałam tutaj troszkę czasu, ponieważ najpierw postawiłam na „Łowiska” i dopiero później zawróciłam do tej historii, więc miałam chwilę na to, by ją przemyśleć, opracować jeszcze raz i zmieniliśmy tytuł. Także „Piąty nie zabijaj”. Co prawda już nie ma tej książki na rynku, ale została ona zastąpiona przez historię nazwaną „Za zakrętem”.
[02:05:21] - To znaczy jako debiut jednak uznamy to „Piąty nie zabijaj”, prawda?
[02:05:26] - Kiedyś właśnie jedna z koleżanek po piórze zadała mi to pytanie i ja starałam się jakoś tutaj wybrnąć z tego tematu, tłumacząc, że no nie, może jednak „Lewy brzeg”. Tutaj „Piąty nie zabijaj” potraktowałam jako false start. Koleżanka mi odpowiedziała: „Napisałaś książkę, książka się ukazała. Jak potoczyły się jej losy, to jest jedna historia. Jednak jest ona twoim debiutem”. Dlatego myślę, że już przywykłam do tego. I tak, „Piąty nie zabijaj” było moim debiutem.
[02:05:55] - Czekolnie zapytam, co Anna Kasiuk ma wspólnego z magią, topielcami, strzygami? Skąd wziął się pomysł na trylogię „Łowiska”? Jak to się stało, że wychowana w Warszawie pisarka zakochała się bez pamięci w mrocznych, pełnych tajemniczych miejsc i krążących legend Mazurach? Jak pani odróżnia Mazury od Warmii? Ma pani na to swój tajemny sposób?
[02:06:22] - Cóż ja mam wspólnego z magią, z topielcami, strzygami? W momencie, kiedy ja pozwoliłam sobie na ten komfort odejścia z korporacji, zaczęłam na życie patrzeć w zupełnie inny sposób. To jest trochę tak, jakbym zdjęła nagle okulary słoneczne i dostrzegła kolory i barwy, które mnie otaczają. To jest właśnie tak z tą magią. Magię to my tak na dobrą sprawę mamy wokół siebie każdego dnia. Owszem, w „Łowiskach” jest dosyć szeroko poruszany temat właśnie takich zjawisk troszeczkę magicznych, zaskakujących. Powodem tego jest właśnie moje takie zamiłowanie trochę do takich historii. Jako młoda dziewczyna, w momencie, kiedy zaczynałam swoją historię z książkami, kiedy zabrałam się za czytanie, za pochłanianie książek, to właśnie zetknęłam się z horrorami. Myślę, że tak jakoś chyba ta fascynacja została. Kolejna część pytania.
No cóż, jak odróżniam Warmię od Mazur?
[02:07:19] - Powiem, dlaczego pytam, bo wiem, że dużo osób po prostu nie rozgranicza tych dwóch krain.
[02:07:26] - Tak, to jest prawda. One nawet tak na dobrą sprawę nie mają jakichś takich granic określonych. To są wszystko granice umowne. Biorą się one z tego, że Mazury zamieszkiwane były przez Prusaków, potem zasiedliła je ludność z Mazowsza. Ale warto tutaj podkreślić, że Warmia to byli Polacy. Więc na Warmii króluje przede wszystkim katolicyzm. I tutaj zobaczymy bardzo wiele odnośników nawiązujących do katolicyzmu, na przykład te kapliczki, które stoją przy drogach. Więc na Warmii będziemy widzieli kapliczki. Na Mazurach kapliczek nie ma. Mazury to były kościoły ewangelickie, przeważali protestanci.
Dlatego bardzo wiele miejsc w dalszym ciągu nawiązujących do wyznania protestanckiego. Na przykład w Pasymiu mamy jeden z najstarszych polskich kościołów ewangelickich, o którym na pewno wspomnę przy okazji kolejnej mazurskiej trylogii. Główną taką różnicą, już nie analizując aż tak głęboko, to są jeziora. Mazury mają jeziora. Warmia nie ma jezior tyle, ile jest ich na Mazurach.
[02:08:29] - Granica jest jakby bardziej w świadomości mieszkających tam ludzi. I dlatego jest ten ciągły kłopot. Najlepiej powiedzieć wspólnie Warmia i Mazury i kłopot jakby znika.
[02:08:40] - To prawda. Jednakże mieszkańcy bardzo pilnują tutaj tego. Mam tam w tej chwili już na Mazurach mogę powiedzieć, że bardzo wielu znajomych bardzo pilnują tego. Mazury to Mazury, Warmia to Warmia. „Lewy brzeg”, pierwszy tom sagi „Łowiska” wydany nakładem wydawnictwa Replika. Za oknem budził się kolejny dzień. Niebo powoli nabierało rdzawo cynowych barw. Kobieta siedziała w fotelu z podkurczonymi nogami. Brodę oparła na kolanach i wpatrywała się w niebo za oknem. Nie zmrużyła oka tej nocy.
Powietrze w pokoju było ciężkie, przesiąknięte wilgocią i zapachem wtopionej w asfalt ropy. Nagle niebo rozbłysło. Jej pokój rozjaśniła trupio blada poświata, a szyby w oknach starej kamienicy zadrżały od rozpruwającego niebo grzmotu. Podskoczyła. Słysząc wtórujący grzmotom coraz silniejszy wiatr. To był pierwszy raz, kiedy burza obudziła w niej tak silne uczucie pustki. I to we własnym mieszkaniu. Poczuła się obco. Bezgłośnie opuściła stopy na rozgrzaną podłogę, a wzrokiem powiodła po wciąż szarych, uśpionych jeszcze ścianach pokoju. Jej entuzjazm, euforia, które od jakiegoś czasu wyjątkowo głośno domagały się głosu w jej życiu, uleciały gdzieś równie nagle i szybko jak spłoszony ptak.
Skąd ta nagła zmiana? Kiedy w końcu znalazł się przy jej boku mężczyzna, z którym gotowa była pójść bodaj na koniec świata, który fascynował i wciąż trochę przerażał ją. Skąd to zwątpienie i nieznośnie kołaczące się wewnątrz przeczucie, że w życiu nie można liczyć na szczęśliwe zakończenia, bo nie pisze ono szczęśliwych zakończeń. Raczej. Podniosła się z ratanowego fotela i powoli podeszła do szerokiego łóżka, na którym spał on, jej mężczyzna. Przysiadła na krawędzi i z nieukrywaną przyjemnością wpatrywała się w jego bladą, niezmąconą żadnymi emocjami twarz. Wyciągnęła rękę, chcąc go obudzić. Jednak zaniechała tego zamiaru. Porozmawia z nim jutro. Mimo nieopisanej potrzeby usłyszenia jego głosu, jakby w obawie, że może to już więcej nie nastąpić.
Delikatnie odsunęła lekką narzutę, omiatając jego nagie ciało rozgrzanym spojrzeniem i wsunęła się do środka.
[02:11:04] - Trylogia „Łowiska”, czyli wspomniany już „Lewy brzeg”, „Mroki łowisk” i ostatnia część „Jagoda” ukazywały się od roku 2015 do 2017 w dwóch wydawnictwach. Bardzo rzadko się zdarza, aby w trakcie edycji cyklu autor zmieniał edytora. Proszę nam powiedzieć, jak do tego doszło i z którym z wydawnictw lepiej się pani współpracowało? I zapytam jeszcze o tego trzeciego wydawcę. Pani Aniu, umowa już podpisana?
[02:11:37] - Na wznowienie „Łowisk” tak, już podpisana. Jestem niezwykle szczęśliwa, bo rzeczywiście w przyszłym roku już będziemy startować ze wznowieniem „Łowisk”. Bardzo mnie to cieszy. Umowa absolutnie podpisana. Już tutaj jestem spokojna. Tak, trylogia „Łowiska” ukazała się sumptem dwóch wydawnictw, ale ja już wtedy pamiętam, zmieniając wydawcę, słyszałam, że mogę mieć z tym problem, ponieważ wydawcy nie lubią takich zmian. Nie lubią, kiedy przychodzi się do nich z kontynuacją jakiejś tam historii. Nie umiem uzasadnić, nie umiem powiedzieć dlaczego w moim przypadku poszło dosyć łatwo, ale poszło. Zmieniłam wydawcę w trakcie i, o ile się nie mylę, w swojej karierze dwukrotnie dokonałam takiej zmiany. Nie chciałabym może wypowiadać się źle.
Wiemy, że jeżeli coś zmieniamy, zawsze sobie poprawiamy, prawda? Więc starałam się iść tam, gdzie będzie mi lepiej. Myślę, że wystarczy. Tutaj niewiele zdradzę, nikogo nie urażę. Bardzo mi na tym zależy, by jednak gdzieś tam ten dystans zachować. I chyba tak to wygląda.
[02:12:38] - W takim razie czekamy na wznowienie „Łowisk” w nowej szacie przede wszystkim, prawda?
[02:12:43] - I jeszcze poznać kolejną część trylogii. Już kiedyś, już dawno temu, kiedy mówiłam o „Łowiskach”, kiedy „Jagoda” trafiła w ręce czytelników, padały pytania: a kiedy kolejna część? Bo rzeczywiście niejednoznacznie zamknęłam tę historię. Więc już chyba mogę zdradzić — po Jagodzie będzie coś jeszcze.
[02:13:01] - To tym bardziej czekamy i będziemy obserwować pani Instagram, facebookową stronę, żeby nie przegapić tego wydarzenia. Wielu początkujących autorów marzy o tym, aby porzucić swoje codzienne zajęcia, te, które dają im normalne utrzymanie, i mieć w ten sposób możliwość rozpoczęcia pracy twórczej. Tylko tą pracą twórczą się zająć. Pani tak uczyniła. Puściła pani korporację i zaczęła budować swoją własną markę Anna Kasiuk. Jak z perspektywy kilku lat ocenia pani swoją decyzję i czy poleciłaby pani takie rozwiązanie adeptom sztuki pisarskiej?
[02:13:43] - Oj, to jest bardzo trudne pytanie i bardzo trudna decyzja. Mogę powiedzieć, że na decyzję o odejściu z korporacji złożyło się bardzo wiele czynników. To nie jest tak, że ja zapragnęłam nagle zostać pisarką, rzucić całe swoje dotychczasowe życie i wczuć się w tę rolę. Nie, to zupełnie nie tak wyglądało. Bardzo długo nad tym myślałam. Pragnęłam tej zmiany. Bardzo potrzebowałam tej zmiany. Ja w korporacji spędziłam 20 lat. To jest naprawdę wspaniałe miejsce, jeżeli zależy nam na zasmakowaniu życia. Bo korporacja naprawdę bardzo dużo człowieka uczy.
Uczy pokory, ale uczy również sumienności, dyscypliny. Także nie mogę powiedzieć, że żałuję tamtego okresu. Absolutnie nie. Jednak czy bym wróciła? Nie, nie wróciłabym już do korporacji. Decyzję o odejściu podjęłam w momencie najbardziej dla mnie odpowiednim i tak na dobrą sprawę nie kierowałam się tylko swoim pragnieniem o zaistnieniu w tym świecie literackim. Czy polecić takie rozwiązanie adeptom sztuki? Jeżeli ktoś ma odwagę i gdzieś tam jakieś zaplecze, które pomoże, no nie oszukujmy się, pieniądze może w życiu najważniejsze nie są, ale odgrywają dość istotną rolę. Na samym początku bywa naprawdę trudno, więc myślę, trzeba się dobrze zastanowić. Jeżeli gdzieś tam mamy jakieś zaplecze, jesteśmy pewni, że to, co chcemy przekazać, spotka się z natychmiastowym aplauzem, zaskarbi uwagę czytelników, to śmiało.
Czasami trudne decyzje podjęte spontanicznie stają się sukcesem. Jednakże myślę, że warto się tutaj zastanowić i podejść do tematu dość spokojnie. Jak to mawiała jedna moja znajoma, małymi łyczkami napijesz się więcej.
[02:15:29] - Jak pani ocenia swoją firmę w tej chwili? Na jakim ona jest etapie?
[02:15:34] - Ja jestem zachwycona. W tej chwili mogę powiedzieć, że jestem zachwycona. Rzeczywiście mój świat odnaległy nie zajmuje się tylko i wyłącznie branżą związaną z pisaniem. Zajmuję się wieloma innymi rzeczami. Nie oszukujmy się, jeżeli biorąc pod uwagę sytuację teraz w naszym kraju, jest niekolorowo, trzeba liczyć się z tym, że zarobki autora troszeczkę różnią się. Już w tej chwili tutaj się bardzo dużo zmieniło i trzeba gdzieś tam właśnie o tym zapleczu swoim pomyśleć. Jestem poza korporacją już kilka długich lat, więc miałam czas na to, by przygotować się i w jakiś sposób zabezpieczyć. Dlatego już w tej chwili jestem spokojna.
[02:16:16] - To życzymy, żeby firma się jak najlepiej rozwijała i żeby te zawirowania, jakie w naszym kraju obserwujemy, jakoś przeszły bokiem i właśnie pani firmy nie dotyczyły.
[02:16:27] - Oby. Tego trzeba wszystkim życzyć, szczególnie właśnie tym małym firmom. Niestety te średnie przedsiębiorstwa i małe dostają w tej chwili bardzo po uszach i myślę, że tutaj musimy nie tylko wspierać, ale także trzymać kciuki właśnie za wszystkich małych przedsiębiorców. „Ciebie szukam” wydawnictwo Czwarta Strona. „Boże, jak ja nienawidzę tego miasta. Nienawidzę ojca, bo mi przynosi wstyd. I ciebie. Ciebie też nienawidzę, bo jesteś taka typowa, taka szara, że aż mam mdłości. Żal mi ciebie, twojego nudnego życia i mnie. Przez ciebie i przez niego” — tymi słowami przywitała matkę Felicja, wchodząc do mieszkania mieszczącego się na piętrze kamienicy, której parter zajmował sklep z biżuterią i porcelaną.
Cisnęła plecak na podłogę i podeszła do stojącej przy kuchni matki. Marta, słysząc dobiegające ze schodów odgłosy wracającej do domu córki, wiedziała, że coś musiało się wydarzyć w szkole. Ta na pozór rozwrzeszczana i zbuntowana siedemnastolatka była w rzeczywistości leniwa i niezbyt energiczna. Zapatrzona w telefon komórkowy nie wyściubiała nosa ze swojego pokoju, chyba że wydarzyło się coś, co naprawdę wytrąciło ją z równowagi. „Dzień dobry Felu. Chyba masz gorszy dzień” — zaczęła ostrożnie Marta, w głębi duszy nienawidząc siebie za lęk, który przepełniał ją na samą myśl o konfrontacji z córką. Kaśka, jej przyjaciółka i właścicielka pobliskiej knajpy o uroczej nazwie Podcienia, nie mogła zrozumieć tej postawy. Marta nie była w stanie krzyknąć na córkę ani wymierzyć jej kary w obawie, że Felicja, już od dobrych kilku lat przechodząca burzliwie okres młodzieńczego buntu, zrobi jakieś głupstwo. „Miałam okropny dzień. On przyszedł najebany pod moją szkołę.” „Pijany.
Proszę cię, nie używaj wulgarnych słów w moim towarzystwie.” Marta westchnęła i zanim zwróciła się twarzą do córki, nabrała głęboko powietrza i mocno zaciskając powieki, wyobraziła sobie latające nad łąkami za miastem motyle. Kochała je za swobodę i bezgraniczną wolność. „Bo?” „Bo cię o to proszę. Bo jest to oznaka szacunku wobec starszej od siebie osoby i twojej matki.” Felicja oddychała gwałtownie. Jej nozdrza falowały niczym chrapy konia, co nawet rozbawiło Martę, gdyby nie świadomość konsekwencji wiążących się z nagłym wybuchem śmiechu.
[02:18:55] - Nakładem wydawnictwa Czwarta Strona ukazał się cykl powieści opisujących losy kobiet, który śmiało można nazwać również trylogią. Elementem łączącym są chyba przede wszystkim czas akcji, bo wszystkie powieści rozgrywają się współcześnie oraz miejsce, bo ich fabuły toczą się na terenach Polski. Poznajemy tutaj trzy kobiety, każda z innymi problemami i odmiennym spojrzeniem na świat. Marta z „Ciebie szukam”, Izabela z „Obok ciebie” i Agnieszka w „W twoim cieniu” poszukują, każda na swój sposób tego, co jest chyba w życiu człowieka najważniejsze, czyli miłości. Czy któraś z tych pań spełni swoje marzenia i odnajdzie tego upragnionego partnera, który sprosta jej wymaganiom?
[02:19:45] - Wychodzę z takiego założenia, że w życiu nic nie jest albo czarne, albo białe. Mamy do czynienia z różnymi innymi częściami składowymi tego życia. Czasami należy cieszyć się z tego, co dzieje się gdzieś tam codziennie, z tych takich drobiazgów, które budują naszą codzienność, naszą rzeczywistość. Czasami bywa, że ta miłość, której tak bardzo pragniemy, tutaj tak jak pani powiedziała słusznie, jest to najwspanialszy dar, jaki człowiek może otrzymać. Właśnie ta prawdziwa miłość. Ale nie zawsze i nie każdy dostępuje tego zaszczytu pędzić swoje życie u boku ukochanej bądź ukochanego. Te trzy książki, które nazwałam oczami kobiet, łączy jeszcze jedna rzecz. To jest walka tych moich bohaterek właśnie o tę ich kobiecość, o tę potrzebę akceptacji, a także wolność. To jest właśnie taki element łączący również te trzy historie. Starałam się bardzo być niejednoznaczna dla samego właśnie pokazania tej walki nierównej, jaką kobieta toczy w swoim życiu.
Nie mogę powiedzieć, nie zdradzę chyba nawet, czy któraś odnalazła upragnionego partnera, bo to jakby już czyniło te historie mało atrakcyjnymi. Myślę, że warto sięgnąć po nie. Książki spotkały się z bardzo dobrym odbiorem. Niekoniecznie bohaterki zasłużyły, zaskarbiły sobie sympatię czytelników, ale najważniejsze, że wzbudziły emocje. To jest, myślę, jeszcze bardziej istotne niż jakieś pochlebne komentarze, które ewentualnie potwierdzałyby tylko utożsamienie się czytelnika z bohaterem. Nie, takich sytuacji tutaj nie było, ponieważ rzeczywiście moje bohaterki dosyć swobodnie i dosyć odważnie poczynały sobie z tym swoim życiem. Także ja bardzo serdecznie zapraszam do przeczytania szczególnie kobiety. Aczkolwiek jeśli mężczyźni sięgną po te historie, to jestem przekonana, że spojrzą na swoje partnerki w zupełnie inny sposób. „Obok ciebie” wydawnictwo Czwarta Strona. Ostatnie godziny pracy mijały mi w napięciu.
Kilkakrotnie przyłapywałam się na rozmyślaniu nad swoim nieszczęsnym losem. Wpadałam w panikę i kreśliłam przed sobą wizję rychłego zakończenia mojego życia. Jakże wtedy czułam się oszukana, okradziona ze wszystkich marzeń. Za chwilę znowu budziła się we mnie wojowniczka gotowa za wszelką cenę walczyć o siebie i swój los. Cały czas skupiona byłam na zagnieżdżonym we mnie intruzie. Kilka razy nawet przyłapałam się na naciskaniu brzucha. Pragnęłam poczuć go w sobie, zidentyfikować tę obecność. Na szczęście udało mi się wymusić uspokajające gesty i dodającą otuchy mimikę twarzy, by pacjenci mojego oddziału nie zauważyli, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. „Coś nie jesteś dziś w najlepszym nastroju” — zaczepił mnie Zenon, pacjent zajmujący łóżko przy oknie na sali, którą się opiekowałam. Choć zaraz po usłyszeniu diagnozy poczułam palącą potrzebę podzielenia się z kimś tą wiadomością, nie mogłam jej ciężaru zrzucić na pacjenta oddziału paliatywnego.
Nie mogłam, choć dobrze wiedziałam, że ci ludzie doskonale znali towarzyszące mi uczucie. „Panie Zenku, czasami nie mamy wpływu na pewne rzeczy i te bolą najbardziej” — rzuciłam zdawkowo, poprawiając mu pościel. Mężczyzna był przykuty do łóżka. Mówił niewyraźnie, co wzbudzało poirytowanie młodszego personelu, ponieważ Zenon był bardzo rozmownym człowiekiem. „Tia, wiem, co masz kochanie na myśli. Mogę ci zdradzić pewną tajemnicę, jeśli chcesz”. Nie chciałam. Było mi zupełnie obojętne, co usłyszę. Skinęłam jednak i pochyliłam się nad nim. Zapach zmęczonego życiem, leżącego ciała uderzył we mnie, ale nie dałam po sobie poznać przykrego wrażenia, jakie we mnie obudził.
„Zamieniam się w słuch, panie Zenonie”. „Trzeba znaleźć w sobie coś, co przynosi przyjemność. Musisz odnaleźć w sobie chęć do pokonania tej przeszkody, która usunęła z twojej pięknej twarzy uśmiech. To trudne”. „Czy pan stosuje ten zabieg?” — zapytałam, zanim uświadomiłam sobie, że to niegrzeczne. „Bez przerwy. Wiem, że umieram” — zamilkł, a jego spojrzenie jakby przygasło. Po chwili jednak znowu zaczął mówić z tą samą niesłabnącą nadzieją. — „Ale każdy ukradziony śmierci dzień jest moim małym zwycięstwem, piękna Izo. Więc kradnę tyle, ile zdołam.
I nie zamierzam poddać się łatwo”.
[02:24:20] - A książki dla dzieci, pani Aniu, i młodzieży? O ile wiem, nie poczyniła pani jeszcze prób w tym kierunku, co wydaje mi się dziwne, bo materiału do napisania takich książek ma pani chyba aż w nadmiarze. Dwóch nastoletnich synów dostarczają go pewnie codziennie. Przeczucie moje mówi, że zna pani też doskonale obowiązujący wśród młodzieży slang. Wie, co oglądają, słuchają, a może nawet i co czytają obecni uczniowie. Czy synowie domagają się od pani dedykowanych im książek, czy wręcz przeciwnie? Twierdzą, że opowieści napisane przez matkę pisarkę w ich grupie rówieśników uważane by były za tak zwany obciach.
[02:25:07] - Mało tego, ja nie tylko wiem, co młodzież czyta i umiem posługiwać się slangiem. Ja oglądam to, co oglądają moje dzieci. Ja staram się również orientować w tym, co czytają. Nie ze względu na jakąś tam moją nadgorliwość czy nadopiekuńczość. Absolutnie nie. Po prostu nie widzę przeszkód w interesowaniu się takimi właśnie pozycjami. Wiem również, że najpopularniejsze — tak raz w roku chyba jest przeprowadzone takie badanie, nie wiem, konkurs — wybierane jest najpopularniejsze nowo utworzone słowo. Mogłam tutaj poprzekręcać, bo inaczej to się wszystko nazywa. Więc tutaj też mamy swoich faworytów. Czy synowie domagają się?
Nie. Moi synowie po prostu zadają mi pytanie, czy ta książka, która teraz ukaże się na rynku, czy to jest już książka, którą ja mogę przeczytać. Na szczęście już w tej chwili mogę im tak odpowiedzieć. Mogę powiedzieć, że mogą, ponieważ tę najnowszą książkę pod tytułem „Szklana filiżanka”, która opowiada historię 21-letniej schizofreniczki, to już jest książka, po którą mogą sięgać dzieci nawet w wieku moich synów. Padały pytania takie wcześniej. Zdarzało mi się, kiedy mój syn po jednym ze spotkań zapytał mnie: „Mamo, ty pisarką jesteś. A kiedy ty napiszesz coś takiego porządnego? Kiedy napiszesz książkę dla dzieci?”. Rzeczywiście takie pytania zadawał mi mój syn. Ja myślę, że to jest tak jak młody słuchacz, młody czytelnik.
To jest bardzo wymagający czytelnik. My, twórcy, musimy brać tutaj przede wszystkim to pod uwagę, by nie zrazić, nie zniechęcić, a zachęcić takiego czytelnika do sięgania po literaturę. Wydaje mi się, że jeszcze nie jestem na to przygotowana, aczkolwiek gdzieś tam w głowie ten pomysł napisania historii dla dzieci, dla młodszego czytelnika, takiego zdecydowanie młodszego, już gdzieś kiełkuje, więc myślę, że z czasem dojdzie do tego.
[02:26:55] - Tylko tu jest taki jeden problem, pani Aniu. Mówi pani: z czasem to wykiełkuje, a synowie rosną.
[02:27:03] - To prawda.
[02:27:04] - To trzeba będzie się pospieszyć. Tak. „Klopsiki, krokiety i inne zagadki” to tytuł książki, której jest pani współautorką. Spółkę pisarską dopełniły panie Hanna Greń i Agnieszka Lis. Już sam tytuł nam mówi, że w tej powieści konstrukcja przepisu kulinarnego będzie zbudowana mniej więcej tak jak wątek sensacyjny i kryminalny. Sugeruje nam to użycie słowa „inne”. Która z autorek była inicjatorką tego projektu? Bo ja słyszałam, że to bardzo interesujący projekt był. Która koordynowała pracę, a która ukuła ten tytuł? Połączenie kryminału z książką kucharską to bardzo ryzykowny zabieg.
Czy pani zdaniem udany?
[02:27:56] - Projekt ten to naprawdę była bardzo złożona, długofalowa praca, absolutnie koordynowana przez jedyną i niepowtarzalną Agnieszkę Lis. Mało tego, Agnieszka była inicjatorką tego projektu, do którego zaprosiła Hanię i mnie. Tytuł jest mój. Jednak tutaj rzeczywiście ta pozycja zasługuje na poświęcenie jej chwili. Ponieważ pamiętamy czas pandemii, kiedy to zostaliśmy zamknięci w domu. Mówię o tej pierwszej pandemii, takiej sprzed dwóch lat, kiedy tak na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy, co się dzieje na świecie. Ta rzeczywistość nas wszystkich bardzo przerosła, przeraziła i musieliśmy siedzieć w domach. Umówmy się, ta osoba, która może sobie wyjść na podwórko, troszeczkę inaczej funkcjonuje w takim zamknięciu niż osoba siedząca w 30, 40 metrach mieszkania własnego. Wtedy troszeczkę inaczej ta rzeczywistość wygląda. Ten strach ma naprawdę wielkie oczy.
I Aga wpadła na pomysł, byśmy stworzyły historię na oczach naszych czytelniczek i czytelników. Każdego dnia wieczorową porą spotykałyśmy się na Instagramie i czytałyśmy to, co w ciągu dnia napisałyśmy. Każdego dnia każda z nas pisała jeden rozdział. Nasze czytelniczki obserwowały te relacje, uczestniczyły w nich, a także podsuwały nam słowa, które życzyły sobie, byśmy w kolejnym rozdziale wykorzystały. To był czas naprawdę niezapomniany i przynajmniej na tę, nie wiem, to była chyba godzina czy półtorej godziny, my zapominałyśmy o tej niepewności, która nam wtedy towarzyszyła. Niezapomniany czas, wspaniałe relacje, które się nawiązały i ta bliskość w tym wirtualnym świecie. Bo należy tutaj podkreślić, że ten wirtualny świat w ciągu tej godziny stał się dla nas takim jak najbardziej rzeczywistym. I te wszystkie relacje, które nawiązałyśmy, one zostały z nami do tej pory. Dlatego warto pamiętać, że to, co dzieje się w świecie wirtualnym, jest naprawdę tak samo istotne i silne, jak to, co dzieje się w rzeczywistości. Owszem, historia jest trochę kryminalna, jest troszkę sensacyjna, ale mamy tam bardzo wiele wątków takich komediowych i myślę, że to jest taka mieszanka wybuchowa.
Trzeba sięgnąć po tę historię, żeby się przekonać.
[02:30:08] - Ja myślę, że ta historia ma taką właśnie dodaną wartość, że sprawiała paniom radość pisania, obcowania ze sobą. Nosi na sobie piętno tych trudnych czasów, pokazując, że jednak jakoś sobie potrafiliśmy w tych czasach radzić.
[02:30:27] - I to bardzo ważne jest właśnie, że my sobie, my sami, normalnie obcy sobie ludzie, potrafiliśmy się zjednoczyć w tym trudnym czasie i potrafiliśmy szukać tego rozwiązania, tej ucieczki właśnie od tego, na co nie mieliśmy zupełnie wpływu. „W twoim cieniu” wydawnictwo Czwarta Strona. „Czy ty będziesz chodziła potem w tych butach? Patrzyłam jak zahipnotyzowana na ciężkie podeszwy i nity, którymi przytwierdzono je do długiej cholewki. Zawsze marzyłam o takich, ale strażnik mojej moralności, czyli mama, skutecznie wybijała mi ten pomysł z głowy za każdym razem, kiedy próbowałam przeforsować go na nowo. Pewnie, że będę. Moje stare wyglądają już naprawdę niekorzystnie, a te posłużą mi przez kilka kolejnych lat. Uwielbiam takie buty. Mój Mateusz też takie nosi. Wiesz, ja tylko w pracy noszę się tak skromnie.
Pokazać ci coś? Zaintrygowana przystanęłam. Ania podwinęła rękaw, a moim oczom ukazał się tatuaż. Boziu, mogłabym tylko pomarzyć o tatuażu. Nie widziałam go u ciebie wcześniej. Zmrużyłam się na to wyznanie, wypuszczając głośno powietrze razem z nim. Zazdrość. Chcesz sobie zrobić? Tak. Pojechałabym do domu, a moja mama odrąbałaby mi rękę razem z tym tatuażem — ubolewałam.
No tak. Ania spojrzała na mnie współczująco i poklepała mnie po ramieniu. Ważne, żeby twoja mama była zadowolona ze swojego młodego ciała. Co? No ważne jest, żebyś zadbała o jej ciało. A czy kierujesz się w życiu również potrzebą zaspokojenia jej niespełnionych ambicji? Jej wzrok zdradzał żal. Ania, ty nic nie rozumiesz. No z pewnością. Chodź na kawę.
Usiadłyśmy w zacisznym miejscu mieszczącej się w galerii Costa Cafe i z początku w ciszy sączyłyśmy zamówione napoje. Ja pochodzę z bardzo konserwatywnej rodziny. Zaczęłam, wiedziona potrzebą wyjaśnienia mojej sytuacji. Właściwie mój sposób patrzenia na świat zawdzięczam mamie. Ona najpierw podporządkowała sobie mojego tatę, a potem przyszłam na świat ja i to na mnie przelała całe swoje rozczarowanie i niezadowolenie z życia. A miała powód, by czuć rozczarowanie? Nie wiem. Mieszkamy we własnym domu, mamy zadbany ogród. Nigdy nie brakowało nam pieniędzy, co w bieszczadzkich realiach windowało nas kilka stopni wyżej w panującej tam hierarchii. Wydaje mi się, że moja mama chciała stamtąd wyjechać, kiedy jeszcze nie było mnie ani taty, ale jej matka wymusiła na niej pozostanie.
Podejrzewam, że zadziałał tu ten sam mechanizm, który okazał się skuteczny trochę mniej w moim przypadku. Potem pojawił się tata, ja i klops. Wsiąkła. Pewnie pozwoliła mi wyjechać tylko dlatego, że tata nalegał, a ja okazałam się większą determinacją niż ona kiedyś. To nie tłumaczy tego, że jesteś taka jak ona.”
[02:33:21] - Panie opowiadania ukazały się w kilku zbiorach. „Przystanek Pożądanie”, „Gorące Sekrety”, „Szczęście na czterech łapach”, „Ludzie potrafią latać”, „Zakochane Trójmiasto” „Pensjonat pod świerkiem”. Nie wiem, czy wymieniłam wszystkie. Które z tych zbiorów ceni sobie pani najbardziej i dlaczego? Gdybym spytała powieść czy opowiadanie, jak by pani odpowiedziała?
[02:33:48] - Jeszcze kilka lat temu na pytanie powieść czy opowiadanie moja odpowiedź byłaby jednoznaczna. Absolutnie powieść, bo pisanie tak krótkich form jak opowiadanie bardzo mnie męczy. Tutaj jest istotne każde słowo, bo rzeczywiście musimy zmieścić się w bardzo niewielkiej ilości znaków. Jednak ten sens i clou całej historii zawrzeć. Więc wtedy, rzeczywiście tych kilka lat temu nie miałabym absolutnie wątpliwości. W tej chwili już nie jestem taka pewna. Opowiadania mają naprawdę swój wielki urok, są ćwiczeniem dla pisarza. Warto jest się pochylić nad nimi i brać udział w takich antologiach. Nie jestem w stanie powiedzieć, które z tych opowiadań oceniam najlepiej, bo każde z nich ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Na przykład w „Pensjonacie pod świerkiem” pozmieniałam tylko imiona, a opisałam osoby, które zarazły mnie gdzieś tam za skórę.
Więc to jest „Pensjonat pod świerkiem”.
[02:34:43] - Taka słodka zemsta.
[02:34:44] - Taka właśnie słodka zemsta. Bo pisarz ma właśnie tutaj tę przewagę, że tak na dobrą sprawę, kiedy ktoś mu podpalnie, to może sobie z tą osobą zrobić tak naprawdę to, co zechce. Brzmi okrutnie i oczywiście nie mam tutaj zamiaru wzbudzać jakiejś takiej niepewności tudzież niechęci, bo to jest żart. Jednak gdzieś tam takie zdarzenia, które dotykają nas w życiu codziennym, odbijają się na nas i gdzieś zapadają w pamięć. Jest to coś, czego doświadczamy, a to doświadczenie przenosimy później na papier. Skądś musimy te wszystkie nasze historie brać. Co jeszcze? „Przystanek Pożądanie” na przykład. Tam napisałam takie fajne opowiadanie oparte o mitologię słowiańską. Gdzieś w pewnym momencie bardzo mnie to zafascynowało.
My mamy naprawdę wspaniałą słowiańską mitologię i warto jest się pochylić i sięgnąć po historie z tej mitologii i poznać je. Tutaj też jestem z tego bardzo zadowolona. Naprawdę jestem zadowolona ze swojej pracy, a to ze względu na to, że wkładam bardzo dużo serca. Przygotowuję się do napisania każdej swojej pracy, bez względu na to, czy to powieść, czy to opowiadanie, solidnie i rzetelnie. Dlatego nie umiem powiedzieć, które robi na mnie największe, najlepsze wrażenie, bo wiem, że każda z tych historii ma swoje przesłanie. „Następna będziesz ty” wydana sumptem wydawnictwa Skarpa Warszawska. „Ustalmy jedno, Tamara” mówił, ilekroć podejmowała próbę zwrócenia uwagi na konieczność przeorganizowania obowiązków domowych. „Bez twojej pensji damy sobie radę. Bez mojej już nie. Poza tym jesteś matką.
Kto lepiej zrozumie swoje dzieci niż matka? Dlatego to ty musisz zajmować się chłopcami. Ja mogę cię wyręczać w weekendy.” I wyręczał. Zabierał chłopców na ryby, na mecze piłki nożnej i w inne ciekawe miejsca. Synowie byli wniebowzięci, wpatrzeni w ojca bohatera jak niegdyś ona, kiedy pozwalała się uwodzić mężowskiej wyobraźni i głębokiemu tembrowi jego odrobinę chropowatego głosu. A wieczorami znowu tkwiła nad nieodrobionymi lekcjami i ślęczała po nocach, pomagając w czytaniu lektur szkolnych. Rano budziła się zmęczona. Witała dzień coraz bardziej przekonaną o nadciągającym jak przeznaczenie szaleństwie i tkwiła w chorej relacji, jaką stała się dla niej rodzina, pogrążając się w rozpaczy. „A czego ty oczekujesz?” pytała ją z nutą rozczarowania matka. „Uwierzyłaś w historię o królewiczu na białym rumaku, który pozwoli ci leżeć i pachnieć, a sam będzie zasuwał bez wychnienia?
Hocknij się dziewczyno.” Słowa wypowiadane przez mamę skutecznie pozbawiały ją złudzeń. Zawsze z chirurgiczną wręcz precyzją potrafiła podcinać skrzydła córkom. „Mamo, ja chcę tylko normalnego życia. Chciałabym dokądś wyjść choć raz w tygodniu. Chciałabym, żeby Błażej nadal widział we mnie kobietę, a nie tylko praczkę i sprzątaczkę. A on uczy chłopców takiego właśnie traktowania kobiety.” „Nie przesadzaj.” Reakcja seniorki zawsze była gwałtowna. „Masz wspaniałego męża. Nie bije cię, nie pije. Pieniądze do domu przynosi. Chłopcy dobrze się uczą.
Chcą iść na studia. Czego ty właściwie chcesz od życia?” „Życia, mamo. Chcę właśnie tego życia.” „Trzeba było nie wychodzić za mąż, nie rodzić dzieci, tylko żyć tak jak twoja siostra. To doskonały przykład. Skoro nie potrafisz pogodzić się z rolą kobiety w domu, trzeba było w domu nie tworzyć.”
[02:38:21] - W takim razie zapytam panią. Seks w pani powieściach zawsze miał swoje poczesne miejsce. Już na kartach „Lewego brzegu” znajdziemy opisy zbliżeń. W kolejnych powieściach również nie brakuje scen seksu i to coraz bardziej odważnych. Niektóre z książek pani autorstwa śmiało można nazwać erotykami. Mam tu na myśli oczywiście „Prawo pożądania” czy „Następna będziesz ty”, „Lukrecję”, „Słodkie pożądanie”. Uważa pani sprawy damsko-męskie za tak interesujące, że warto poświęcać im całe strony w powieściach? Czy może naśladując wyczyny Graya, stara się pani w ten sposób trafić do szerszego grona odbiorców?
[02:39:07] - Nie, absolutnie nie. Tu nie chodzi o to, żeby poszerzyć sobie jakoś tak szybko grono swoich odbiorców. Już się o tym zdecydowanie przekonałam. Nie ilość jest tutaj istotna, tylko jakość. Sceny w moich książkach bardzo często wzbudzają, może nie kontrowersje, jednak zaskakują. Może tak. Zaskakują, ponieważ erotyka w moich książkach to jest rzeczywiście erotyka. To są subtelne sceny seksu, to jest namiętność, to jest pasja. Czy natomiast uważam, że pisanie o erotyce jest tak bardzo istotne? Nie.
Ja po prostu uważam, że seks jest w życiu każdego człowieka istotny i jest tak samo naturalny jak konieczność kupienia mleka, jeżeli lubi się pić kawę z mlekiem. Jest to coś tak naturalnego I tak pięknego zarazem, że zasługuje na to, by przedstawić go w odpowiedni, wyważony sposób, by nie zrażać, a fascynować. „Potłuczona filiżanka” wydana sumptem wydawnictwa Dlaczego? „Schizofrenicy są jak potłuczona filiżanka” — tak brzmiał nagłówek jednego z artykułów, których przeczytałem ostatnio dość dużo. Moja mama nie wiedziała niczego o chorobie Soni. Ona sama również stroniła od opowiadania o sobie, a ja naprawdę chciałem poznać tę dziewczynę bliżej i lepiej. Z początku miałem pewne obawy. Nie wiedziałem wiele o codzienności schizofrenika. Nie miałem pojęcia, czym objawia się choroba i do czego jest w stanie doprowadzić. Wiedziałem tylko tyle, że Sonia jest wspaniałą, mądrą i niezwykle uzdolnioną dziewczyną, która pozbawiła mnie ochoty na spędzanie czasu z kumplami, uwolniła od wspominania Moniki czy od imprezowania.
Powiedziałem o moich uczuciach Agacie. Tylko siostra znała prawdę. Nią również wstrząsnęło moje odkrycie. W pierwszej chwili zapytała nawet, czy spotykając się z Sonią, która odbiera rzeczywistość w inny sposób niż ja, mam świadomość, że mogę ją skrzywdzić łatwiej, niż mi się wydaje. Nie, nie miałem tej świadomości. Dopiero przestudiowanie materiałów dostarczyło mi odpowiedniej wiedzy, ale i to nie wpłynęło na zmianę mojego zdania. Sonia zaczęła mi się jawić jako jeszcze atrakcyjniejsza i bardziej odpowiednia dla mnie dziewczyna. Czułem się za nią odpowiedzialny. Tylko mnie pozwoliła się dotykać i słuchała z uwagą moich słów, co się do mnie przyciągało. Dopiero kilka zdarzeń, których byłem świadkiem, pokazało mi, z czym mam do czynienia.
[02:41:40] - W takim razie przejdźmy do tego roku i pozycji, które ukazały się na rynku wydawniczym pani autorstwa. Obliczyłam, że aż pięć książek pani wydała. Wynik naprawdę robi wrażenie. Gratuluję! Ostatnia powieść miała premierę 7 września, a ukazała się ona nakładem wydawnictwa Dlaczego?. „Potłuczona filiżanka”, o której już pani wspominała, to nie erotyk ani kryminał. Powieść opowiada o młodej dziewczynie cierpiącej na schizofrenię. To zupełnie inna materia niż książki pisane dla poprawy nastroju czytelników. Skąd taka zmiana w przedstawianym przez panią świecie? W jaki sposób podeszła pani do gromadzenia potrzebnych przy tworzeniu tego typu opowieści materiałów?
To bardzo poważna choroba. By przedstawić zgodnie z prawdą jej wpływ na życie całej rodziny, trzeba posiadać odpowiednią wiedzę.
[02:42:39] - I taką właśnie posiadam. Właśnie ze względu na to, że wiem, jaki wpływ na życie rodziny ma choroba. Co prawda nie schizofrenia, ale depresja, ponieważ moja córka ma zdiagnozowaną depresję. Całą naszą rodzinę bardzo dużo kosztowało przejście przez to najtrudniejsze stadium dla mojego dziecka. Pomysł napisania takiej historii, takiej powieści, wziął się z potrzeby podzielenia się z czytelnikami moim doświadczeniem związanym z radzeniem sobie z chorobą. Niewiele mówi się o schizofrenii, niewiele mówi się o depresji. Psychiatria dziecięca w naszym kraju jest na bardzo opłakanym poziomie i uznałam, że to temat tak bardzo potrzebny. Tak bardzo warto jest nagłośnić schizofrenię, choroby emocjonalne w ogóle, że nie wyobrażałam sobie, bym nie napisała tej książki. A że podchodzę do tego wszystkiego — wspomniała pani o kompletowaniu, o zdobywaniu wiedzy. Moje doświadczenia prywatne to jest jedna sprawa.
Jednak w tworzeniu tej historii pomogło mi jeszcze moje uczestnictwo w spotkaniach zorganizowanych w jednym z domów samopomocy tutaj w okolicy, gdzie mieszkam. Jeździłam przez kilka miesięcy do tego domu. Czytałam książkę ludziom z różnego rodzaju schorzeniami, również ze schizofrenią. Spędzałam z tymi ludźmi święta, rozmawiałam z nimi. Po prostu z nimi przebywałam. Miałam jeden dzień w tygodniu, kiedy jechałam i spędzałam dzień z tymi ludźmi. Początki moje były naprawdę trudne. Ja się bardzo bałam. Nie bałam się spotkania z tymi ludźmi. Bałam się, że nie sprostam.
I jednak okazało się, że dałam radę. Oni pamiętają mnie do tej pory. Wspominają dobrze te nasze spotkania. Także to było też źródło informacji, które wykorzystałam przy pisaniu tej książki. Kolejnym źródłem było dla mnie spotkanie mamy dziewczyny, której choroba odebrała życie. System tutaj zawiódł, nie pomógł. To było dawno temu. Ja z tą mamą rozmawiałam. To było dla mnie chyba najbardziej przerażające. Kiedy ja mogłam swojemu dziecku pomóc, robiłam wszystko, by w jakiś sposób uwolnić ją od ciężaru choroby.
Ta mama nie mogła zrobić już nic. Jej córki nie było, a ona została z tym swoim bólem, z rozpaczą sama. Dlatego bardzo długo pisałam tę książkę, bo w pewnym momencie nie starczyło mi już sił i musiałam ją odłożyć, czując, że sama zwariuję, jeżeli nie przestanę dłubać w tym świecie, w tych informacjach. Jeśli nie przestanę zagłębiać się aż tak bardzo w ten temat. To nie było proste. Pisanie tej książki naprawdę nie należało do najprostszych, jednak uważam, że Takie tematy, tematy trudne należy poruszać. Przykładem, dowodem tego są na przykład cykl spotkań, które odbyły się już w związku z promocją „Potłuczonej filiżanki”. Na jednym z tych spotkań pojawiły się dzieci, właściwie młodzież z dwóch szkół z Nowodworu Mazowieckiego i z okolic. Ja bardzo bałam się tego spotkania. Bałam się właśnie tego, jak odbiorą mnie i moją książkę ludzie młodzi, którzy są narażeni właśnie na tę dolegliwość.
Świat pędzi. Ja wiem, że w tej chwili dostęp do mediów, dostęp internetu jest tak łatwy, że kiedyś tego nie mieliśmy, ale gdzieś tam te dzieci są narażone jednak na zalanie tą informacją, a ich przyswajalność jest w jakimś tam stopniu w dalszym ciągu ograniczona. Dlatego bardzo bałam się tego, jak zostanę odebrana. Jednak tutaj właśnie dzieci mnie bardzo zaskoczyły, ponieważ nie tylko słuchały z zainteresowaniem naszej prezentacji, a w spotkaniu uczestniczyła jeszcze poza mną Ania Nowicka-Bala, czyli właścicielka wydawnictwa Dlaczemu. A zaprosiliśmy również psychiatrę, panią psychiatrę i panią psycholożkę. Te wszystkie panie bardzo czynnie brały udział w tym spotkanu, co zaowocowało później indywidualnymi rozmowami młodzieży z paniami. Dlatego mogę sobie tutaj poczytać to spotkanie za jakiś taki swój mały sukces. Jednakże podkreśla to jedynie wagę sytuacji, kiedy w grę wchodzi rzeczywiście tak poważna choroba.
[02:47:03] - Ale ja myślę, że bardzo dobrze jest, że właśnie takie książki powstają. Nie tylko młodzi, ale również starsi czytelnicy mogą zapoznać się i zobaczyć, jakie efekty tej choroby mogą być i jak właściwie ta choroba przebiega nie tylko u pacjenta, ale u całych rodzin. Państwu przypomnę „Potłuczona filiżanka”, wydawnictwo Dlaczemu? Książka nowa, świeża, tegoroczna. Proszę szukać w księgarniach, w bibliotekach i z całą pewnością nie będziecie państwo zawiedzeni po jej przeczytaniu. Jest pani osobą bardzo empatyczną, pani Aniu, co miałam okazję sama poznać na własnej skórze. Kiedyś umieściłam, proszę państwa, na stronie facebookowej takie dwuznaczne zdjęcie, które mogło sugerować, że w moim życiu wydarzyła się jakaś tragedia i wtedy otrzymałam od razu pomocną dłoń od pani. Zaraz się pani do mnie zwróciła, w jaki sposób może pani pomóc. To niejeden raz, kiedy wyciągnęła pani do mnie przyjazną dłoń i dlatego chciałam pani tutaj oficjalnie przed naszymi słuchaczami podziękować. Aniu, znamy się tyle lat.
Powiedz mi, jak to się dzieje, że zawsze jesteś gotowa do pomocy?
[02:48:25] - To bardzo trudne pytanie, bo myślę, że dawać człowiekowi to, czego oczekuje się od ludzi. Zachowałam się tak, jak powinien się zachować każdy człowiek. Jeżeli ja będę potrzebowała pomocy, tak mi się wydaje, że też będę gdzieś zmuszona o nią poprosić. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, naprawdę. Wydaje mi się, że zachowałam się tak-- to jest tak oczywiste, że trzeba pomóc. Tym bardziej, że właśnie tak jak powiedziałaś, znamy się tyle lat. Było dla mnie rzeczą absolutnie oczywistą i nie podlegało to żadnej wątpliwości, że powinnam tę pomoc zaoferować.
[02:49:04] - To jednak jest dziwne, bo ludzie nie zawsze tak reagują. Chociaż ja uważam, że w ten sposób, tak jak ty, powinniśmy dbać choćby o swoich znajomych, przyjaciół. Pozwolę sobie ciebie z tego pytania zwolnić. Chciałam tylko powiedzieć, że bardzo gorąco ci dziękuję i bardzo sobie cenię naszą przyjaźń. Proszę państwa, w naszym dzisiejszym literackim tête-à-tête gościliśmy panią Annę Kasiuk. Gorąco polecam państwa uwadze strony facebookowe Anna Kasiuk Autorka i Świat równoległy Anny Kasiuk oraz stronę na Instagramie. Zachęcam do sięgnięcia po wszystkie wymienione tutaj w naszym programie pozycje, ale też i po te, o których nie zdążyłyśmy powiedzieć, bo tych książek jest już znacznie więcej. Proszę szukać nowej trylogii „Łowiska” i koniecznie sięgnąć po „Potłuczoną filiżankę”. Aniu, bardzo mi było miło móc z tobą porozmawiać i opowiedzieć o twojej twórczości. Mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.
Dziękuję ci za poświęcony czas. Życzę spokojnej nocy i państwu dziękuję, że zechcieliście z nami dotrwać do końca audycji. Dobranoc Aniu.
[02:50:26] - Dziękuję również. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Naprawdę było mi bardzo miło. Czasami takie rozmowy mają taką moc oczyszczania i myślę, że tego właśnie doświadczyłam tutaj z tobą i z państwem. I bardzo dziękuję również za to, że państwo z nami byli. Dziękuję i dobranoc.
[02:50:46] - Dziękuję bardzo. Dobranoc i do usłyszenia.
[02:50:52] - Nie wiem, czy państwa ta informacja zaskoczy, czy nie zaskoczy, ale to prawdziwe wydanie „Alchemii tworzenia”, którego dzisiaj ostatnią część państwo wysłuchali skończyło się. Po prostu się skończyło. Katarzyna obiecała, że wróci z tym formatem jesienią Trzymam ją za słowo. Miejmy nadzieję, że tak będzie. Ale państwo też zauważyli, że w tak zwanym międzyczasie zaserwowałem państwu pierwszy sezon Alchemii. W tym pierwszym sezonie było inaczej. Ja to cały czas podkreślam. Nie było aż tyle zabawy. Były technikalia. Może to nie jest dobre określenie.
Może bardziej chodzi o to, że wtedy, w pierwszym sezonie, Alchemia była poradnikiem, jak zabrać się za pisanie. To tak najbardziej ogólnie. To ja państwa dzisiaj zapraszam na kolejny odcinek. Na odcinek zatytułowany: „Przekazy i morały”. A zatem: Alchemia tworzenia. Pierwszy sezon. Przekazy i morały.
[02:52:08] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie witam was na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Żeby tradycji stało się zadość, dzisiaj również zaczniemy od cytatu. I oczywiście autorem tego cytatu jest nie kto inny jak Salvador Dali: „Malarz to nie ten, kto jest natchniony, lecz ten, kto jest w stanie natchnąć innych”. No to mamy cytat, moi drodzy. Oczywiście, jak wiadomo, Salvador przede wszystkim był malarzem. Z tego był znany, bo to była bardzo wszechstronna i kolorowa persona. Natomiast oczywiście, że ten cytat jak najbardziej uważam, że można odnieść do każdej osoby kreatywnej, do każdego artysty.
W naszym wypadku oczywiście, że do pisarza. Jak zapewne też zdradził wam tytuł dzisiejszego odcinka, będziemy porozmawiamy. Kto będzie chciał, to się skupi, kto nie, to nie. Oczywiście poopowiadam wam co nieco o przekazach i morałach. A konkretniej pomyślałam, że warto byłoby porozmawiać o ich zasadności. Nieraz spotkałam się z różnego rodzaju dyskusjami na grupach pisarskich, gdzie była jedna taka wielka, czasami mniej lub bardziej kulturalna wymiana argumentów za tym, czy taki morał lub jakiś przekaz ma sens, czy nie ma sensu. Część była za tym, że przecież czytelnik ma swój rozum i nie można mu dawać wszystkiego na tacy. On musi sam korzystać z wyobraźni, nie może być za prosto. Drudzy z kolei mówili: Ej, ale warto dać jakiś sens. Coś trzeba powiedzieć.
Trzeba nauczyć czegoś czytelnika. Po coś to robimy. Oczywiście tam są jeszcze inne argumenty. Natomiast jak zawsze przy każdym dobrym temacie mamy tutaj dwie duże, ciężkie strony barykady. Osobiście uważam, że to jest świetny temat na zorganizowanie debaty, ale nie takiej klasycznej, że się obrzucamy swoimi argumentami, tylko takiej w stylu oksfordzkim, że mamy dwie strony i każdy tuż przed debatą losuje, po której to stronie będzie i ma określony czas na przygotowanie argumentu. Gdzie może dojść do takiej sytuacji, że na przykład załóżmy, że ja jestem za tym, żeby to było, ale trafię do drużyny, która musi podczas całej tej debaty udowodnić, dlaczego nie warto. Powiem szczerze, że to jest bardzo ciekawe doświadczenie i myślę, że można by dojść do bardzo ciekawych wniosków po takiej debacie. Także słuchajcie, jak ktoś ma pomysł, róbcie, organizujcie. Chyba że chcecie, żeby było zorganizowane, to można coś pomyśleć. Debata oksfordzka po prostu jest czymś takim wartym uwagi.
W ogóle jak nie wiecie co to jest i na czym to dokładnie polega, to polecam sobie doczytać, bo to jest naprawdę ciekawa metoda dyskusji. Może historycznie ona i faktycznie była jako rozwiązywanie sporów. To trochę jak taki sąd, jak taka mediacja. Trochę to wygląda, bo tam też każdy ma swoje stanowisko, w odpowiednim języku. Nie, że w innym, tylko odpowiednie słowa trzeba używać, żeby to tak faktycznie było ładnie, klasycznie i z kulturą. Taka dystyngowana debata. Ale faktycznie jest to coś takiego o takiej mocnej sile rażenia. Dobra, słuchajcie, ale dzisiaj właśnie nie będę się skupiać na tych różnicach, tylko bardziej pomyślałam sobie nad tym, że skoro są zdania takie podzielone, a są pisarze, którzy w sumie to sami nie wiedzą, czy warto ten przekaz mieć, czy morał lepszy, czy przekaz lepszy, czy w ogóle o co z tym chodzi. To pomyślałam, że może dzisiaj zastanówmy się nad czymś takim: jak ustalić fakt, co jest dla mnie, dla mojego projektu czy mojej powieści, opowiadania będzie lepsze. Bo może być sytuacja taka, że na przykład zwykle piszecie coś z morałem, ale na przykład wpadliście na jakiś nowy pomysł.
I w sumie to on wcale nie musi mieć morału. A może odwrotnie? Może nigdy nie pisaliście czegoś z morałem i może chcecie wyzwanie? A może właśnie wpadliście na pomysł, który będzie nośny. To będzie coś, gdzie ja chcę komuś coś przekazać. Także uważam, że wszystko ma swoje plusy i wszystko ma swoje minusy, ale jeżeli zaczniemy się zastanawiać, po co chcemy daną rzecz albo jak chcemy ulepszyć rzecz, którą robimy, to wtedy łatwiej nam dopasować te elementy. I wtedy wyłuskać oczywiście z tych elementów te plusy. Więc tak, słuchajcie, co ja polecam. Od czego byśmy zaczęli w takiej kwestii poszukiwania, czy ten morał jest mi potrzebny, czy nie? No to w pierwszej kolejności pomyślmy sobie nad czymś takim jak cel pisania naszej powieści.
I skoro przy celu już jesteśmy, to zwróćcie też tutaj uwagę. Albo właściwie zwróćcie, zastanówcie się nad tym swoim celem, ale jak już będziecie nad nim myśleć lub dopiero będziecie go ustalać, pamiętajcie, żeby pomyśleć o takich dwóch perspektywach. W pierwszej kolejności oczywiście: po co ja to robię? Po co piszę to opowiadanie dla siebie? W sensie wiecie co to mi da, jaki jest mój cel, co ja chcę osiągnąć poprzez to? A drugi cel to taki cel dla czytelnika, czyli co ja chcę zrealizować dla mojego czytelnika. Co ten czytelnik ma osiągnąć poprzez obcowanie z moim dziełem. I to jest, słuchajcie, niby coś oczywistego. Uważam, że to jest podstawa podstaw, ale to chyba gdzieś już też jakimś tam jednym zdaniem, chyba w pierwszym odcinku wspomniałam o celach, czy właściwie o tym, że warto wiedzieć, dokąd zmierzamy. Kiedy ustalimy sobie już ten cel.
Oczywiście, że jeżeli chodzi o cele, możecie sobie po prostu napisać cel jeden, cel dwa. Ja zachęcam też, żebyście go sobie rozpisali na mniejsze cele. No to czyli na przykład piszecie opowiadanie. Macie jakiś cel, to też sobie zaplanujcie na przykład takie kamienie milowe, nie? Takie pojedyncze podpunkty, które was będą przybliżały do osiągnięcia tego celu. Oczywiście w kontekście waszego pisania. Może to się wydawać skomplikowane. Słuchajcie, ja mam nadzieję, że mówię na tyle, staram się przynajmniej mówić na tyle jasno, żebyście byli w stanie to zastosować. Oczywiście, że jeżeli niekoniecznie wiecie od czego zacząć czy w co ręce włożyć, no to macie na mnie namiary, wiecie gdzie mnie szukać. I tak jak wspominałam chyba wcześniej gdzieś też, że dużo łatwiej pracować mi na konkretnym przykładzie, na takim po prostu case study i sobie lecimy z tematem.
Czy na konsultacjach jeden na jeden. No to też ja patrzę zwykle holistycznie na temat. To nie jest tylko to, że jest wasze opowiadanie i ono ma jakiś problem, tylko przede wszystkim to jesteście wy, tak? I może w tym opowiadaniu jest jakiś problem, nie wiem, coś jest nie tak, jakaś taka niedoskonałość. Niedoskonałość. Czy wiecie coś tam niedomaga. No ale często to nie jest wina tego opowiadania. Może to też nie jest do końca wasza jakaś tam świadoma wina. No ale może jest to właśnie jakaś mała rzecz, czy może właśnie perspektywa, tak? Także tutaj często jest to, wiecie, to magiczne słowo.
To zależy. I to jest to właśnie. No, kwestie indywidualne. Natomiast próbujcie sami, tak jak czujecie, bo jestem przekonana, że sobie poradzicie z ustalaniem celu czy gdzieś tam rozpisywaniem tych kamieni milowych. Sami tak naprawdę doskonale będziecie wiedzieli, co jest lepsze dla was, żeby wasz projekt się rozwinął. I kiedy już mamy ten cel, to warto przejść teraz do takiego drugiego podpunkciku sobie. Pomyśleć nad tym, które elementy tego mojego projektu będą odpowiadały za osiągnięcie tego celu. Czyli wiecie, to są te właśnie kamienie tam jakieś milowe, z tym, że one już są dosłowne. Czyli jeżeli sobie ustalicie, że na przykład chcę przekazać coś, czyli moim celem jest stworzenie dzieła, które wywrze w czytelniku na przykład jakieś emocje, takie silne emocje, tak? Niezależnie od tego, czy pozytywne, czy negatywne, ale no po prostu czytelnik ma być silnie wzburzony po zakończeniu obcowania z moim dziełem.
No to właściwie to jest w sumie taki cel, który ma jedno i drugie. Bo moim celem jest stworzenie coś takiego, czegoś takiego, a celem czytelnika jest osiągnięcie stanu emocjonalnego danego. No i tutaj oczywiście możemy sobie to rozpisać na poszczególne rozdziały. Albo że ok, plan mam taki, że będzie to taka trzyaktowa historia. No i na przykład efektem końcowym chcę, żeby czytelnik się na mnie wkurzył. No i w tym momencie planuję sobie na przykład, nie wiem, jakieś cztery kroki, ale w tych trzech aktach, no to w akcie pierwszym, w części pierwszej ma być na przykład zarys jakiegoś tam czegoś. Potem, w części drugiej ma być takie, wiecie, trochę zbicie stropu, uspokojenie, że niby wszystko jest okej. No a w akcie trzecim już po prostu z grubej rury dowalamy. I teraz oczywiście tam jeszcze jakieś cele możemy dopisać. Natomiast w tym momencie, jak już mamy takie tam jakieś kamienie milowe, no to okej, mamy ten akt pierwszy, gdzie miał być zarys historii.
No to które elementy w mojej na przykład fabule, tak? Bo tu jeszcze może wspomnę też o tym, że warto myśleć o elementach zarówno fabularnych, o elementach stylu, czyli tak naprawdę tym, w jaki sposób piszę i co robię, ale też o elementach konstrukcyjnych. Elementach konstrukcyjnych mam tutaj na myśli na przykład łamanie tekstu, ilustracje albo kolejność rozdziałów. A może ukryjecie gdzieś w numeracji stron czy gdzieś ukryjecie jakiś symbol? Wiecie. No wszystko tak jak mówię uzależnione od celu. W sumie tutaj też przychodzi mi na myśl może żywy przykład. Miałam zaszczyt jakiś czas temu opowiedzieć o swoim jednym ze swoich projektów właśnie w Bibliotekarium. Jeszcze to było Radio Paranormalium. Nie otwieraj na stronie Sigma.
I tutaj właśnie byłam, znaczy dalej jestem w tym projekcie współautorem jeżeli chodzi, bo to jest zbiór opowiadań, tak? Jest nas tam magiczna dziesiątka. Każdy napisał opowiadanie. W dużym skrócie ja tam jeszcze napisałam taką tam narrację, ale po tym wszystkim mieliśmy już gotowe treści. Wszystko zostało już tam, poszło sobie do składu. No a ja tak sobie jeszcze myślałam trochę od strony marketingowej, co tam zrobić, żeby tak podkręcić ten wyraz. Bo wiecie, nie otwieraj na stronie Sigma. W dużej mierze tam taka szczątkowa historia jest, że główna bohaterka całego tego zbioru otworzyła kiedyś właśnie na tej stronie Sigma. I tam się dzieją różne rzeczy, jakiejś wizji doświadcza i tak dalej. I tak sobie pomyślałam, jak konstrukcją naszej książki jeszcze podkręcić niebezpieczeństwo otwierania na stronie Sigma.
I postanowiłam stworzyć dodatek. Oczywiście niestety minus tego jest taki, że mamy ten zbiór opowiadań tylko w wersji analogowej, tylko w papierze, ponieważ w wersji niepapierowej ta legendarna strona Sigma, która również jest w naszym zbiorze opowiadań, nie miałaby sensu. A tak osobiście siedziałam, projektowałam, wykleiłam i wkleiłam w każdą książkę właśnie appendix. To jest koperta i ją się otwiera. Albo nie. To zależy, czy podejmiecie decyzję, że chcecie otworzyć na stronie Sigma, czy nie. Natomiast w tej kopercie to, co tam jest i co się zadzieje po otwarciu bardzo nawiązuje do tego, co jest w treści. Chciałam tutaj jeszcze podkręcić te odczucia bohaterki, tak żeby też czytelnik mógł troszeczkę poczuć chociaż namiastkę tego, co ona tam czuła z tymi swoimi wizjami. Stąd taki pomysł. Także jeżeli ktoś z was miał styczność z tą książką i otworzył na stronie Sigma, to wie.
Jeżeli nie, to wszystko jeszcze przed wami. Natomiast zmierzam do tego, że tutaj pamiętajcie, że jedyne, co was ogranicza, to wasza własna wyobraźnia. I to oznacza, że te cele, które sobie założyliście, możecie osiągać na różne sposoby, bo możecie założyć taki cel, który wcale nie będzie w tej fabule się przewijał, ale będzie się przewijał poprzez dotyk czytelnika. Bo na przykład wybraliście jakąś okładkę, a może wybraliście format książki jakiś niestandardowy, a może pół książki jest do góry nogami. Wiecie, to są jakieś tam dalsze bajery, natomiast dzięki temu możecie nawet też coś przekazać swojemu czytelnikowi. No ale dobra, nie rozwodzę się tutaj. Czyli które elementy odpowiadają za osiągnięcie celu czy celów? Tradycyjnie weźcie karteluszkę i sobie wypiszcie, bo też w trakcie wypisywania możecie wpaść na różne dzikie pomysły, których wam życzę. I dalej, jak już mniej więcej wiecie quo vadis, wiecie co chcecie osiągnąć, to teraz jeszcze kolejna rzecz, która pozwoli wam jeszcze więcej doprecyzować na temat tego, kto jest waszym odbiorcą. I tutaj jest rzecz, która świetnie się sprawdza, uwaga, w marketingu, a to jest wręcz jego podstawa.
Natomiast ja uważam, że to powoli też zaczęło się pojawiać troszeczkę w budowaniu marki osobistej. No ale dobra, to jest marketing, natomiast coraz częściej gdzieś tam powoli, z tego, co kojarzę, jak miałam styczność, zaczęły się też u niektórych osób pojawiać tego typu ćwiczenia, jeżeli chodzi właśnie o rozwój osobisty. Natomiast ja uważam, że skoro to się sprawdza w marketingu, kurczę, w takiej branży, która często nam się kojarzy z czymś naprawdę bardzo zdehumanizowanym, zimnym, nieludzkim, noga w drzwi i w ogóle kupujcie i nie interesuje mnie, czy to jest dobre, czy nie, kupujcie. Wcale tak nie jest. To taka podpowiedź. Jak ktoś chce, to też trochę mówiłam o marketingu na swoim kanale na YouTubie także. Backstage twórcy! Zapraszam serdecznie. Tam jest marketing w kreatywności. To jest też taka podpowiedź co do tego, jak sobie działacie kreatywnie, coś piszecie, to warto, zanim zaczniecie, mieć już też taką furtkę w głowie otwartą pod kątem marketingowym.
Ale to sobie zajrzyjcie, oceńcie, zobaczcie, czy to w ogóle ma dla was ręce i nogi, czy nie. A wracamy tutaj, bo o czym ja tu mówię już tyle, a nie powiedziałam, o co mi chodzi. Czyli mapa persony. To jest nic innego jak zwizualizowanie i opisanie swojego potencjalnego odbiorcy. W naszym wypadku czytelnika na przykład. Chociaż może piszecie scenariusze, to może później na przykład będziecie mieli widzów w teatrze. I teraz tak, podpowiem wam tutaj takie pytanka, które są często też w marketingu podstawą, w tym współczesnym już marketingu, bardziej ludzkim. Nie wiem, to jest 4.0, teraz już mamy 6.0 chyba marketing. No ale dobra, nie o marketingu. Pytanko pierwsze.
Możecie nawet rozrysować sobie czy znaleźć zdjęcie waszego potencjalnego odbiorcy. Pomyślcie na przykład nad takim, który jest nastawiony do was życzliwie albo nad takim, którego naprawdę chcielibyście, żeby taki człowiek czytał waszą książkę, waszą powieść, wasze opowiadanie i tak dalej. I pomyślcie nad tym, co taki człowiek może sobie myśleć i czuć. I oczywiście możecie podejść do tego na zasadzie takiej, że tylko w chwili, kiedy czyta waszą książkę. To jest moim zdaniem taka podstawa, czyli w momencie, kiedy otwieram waszą książkę i zaczynam czytać, to co ja myślę i co ja czuję. Możecie też się zastanowić, co on tam ogólnie na co dzień czuje, czy on ma dobre samopoczucie, czy złe, w jakim jest stanie psychicznym. Wiecie, to jest kolejna rzecz pewnie, która może się wydawać po co? Że to jest bez sensu. Natomiast tak jak wspominałam, to może was zainspirować albo to może wam dać ciekawy kierunek, co możecie gdzieś tam sobie w swoim projekcie rozwinąć bardziej czy dobudować. Dalej kolejne pytanko: co mówi i robi?
I tak samo kontekst zarówno w trakcie obcowania z waszym dziełem, jak i poza. Dalej. Tutaj mamy pytanie, co słyszy? To jest pytanie. Ja sobie je specjalnie wypisałam, ponieważ to jest akurat z mapy persony pod kątem marketingowym. Natomiast właśnie, co słyszy wasz czytelnik czytając waszą książkę, czytając wasze treści? Oczywiście jak są w papierze może słyszeć szelest kartek, ale może to jest ciekawe wyzwanie, żeby na przykład w fabule zadbać o dźwięki. Może zadbać o jakiś opis dźwięków, może to połączyć. Może ten cel, ten przykładowy, że chcemy wkurzyć czytelnika, to może też go osiągniemy właśnie umieszczając irytujące dźwięki. Pisząc, stawiając naszego bohatera w sytuacjach, gdzie z każdej strony będzie go atakował jak nie jazgot, to jakaś tam inna kakofonia.
Także zadajcie sobie to pytanie, a wasz umysł zrobi robotę dalej. Tylko mu pozwólcie. No i kolejne podobne pytanie: co widzi? Aczkolwiek to już w pisaniu w dużej mierze jest to bardzo istotna część pisania. Opisywanie scen czy postaci tak, żeby czytelnik też to widział. Ale pamiętajcie, nie zapominajcie o uczuciach i o dźwiękach. Może jakaś faktura stołu? A może nasz bohater przez całą historię będzie siedział na bardzo niewygodnym krześle do takiego stopnia, że ten nasz czytelnik, mimo że siedział na wygodnym fotelu, to później też będzie go bolał środek lewego pośladka, tak jak naszego bohatera. Myślcie nad takimi rzeczami, kombinujcie. I teraz jeszcze dwa inne sektory, nad którymi warto, żebyście pomyśleli w kontekście waszego czytelnika.
Pierwszy: jego obawy i frustracje. To jest świetna rzecz, bo jeżeli sobie pomyślicie nad tym, co go boli, co go denerwuje, to możecie sobie później albo dać mu ukojenie na którąś z tych rzeczy, a może właśnie którąś z tych rzeczy podkręcić, jeżeli na przykład taki macie cel. Dalej ostatnie: pragnienia i potrzeby. To też jest świetna rzecz. I podobnie jak poprzednia rzecz też może być albo wyeksponowana mniej lub bardziej i w wygodnym dla was kierunku. No i kiedy już sobie ustalicie taką, stworzycie mapę persony, zachęcam, żebyście to sobie stworzyli na jednym arkuszu albo sobie to rozrysujcie, bo wiecie, to też zależy od waszej percepcji. Najprawdopodobniej większość jest wzrokowcem albo słuchowcem, więc możecie sobie to po prostu rozrysować. Możecie to nagrać w jakiś sposób, może sobie gdzieś na dyktafon, a może wymyślić jakiś poemat na ten temat. Kurczę, nawet się to rymowało. Wiecie, pomyślcie nad formą też tego, która będzie do was najlepiej przemawiała.
A może właśnie to wypiszecie to jednym cięgiem, a może jednak zaczniecie to rozrysowywać? Albo weźmiecie kartkę i jeden aspekt będzie w jednym rogu, drugi w drugim. Może narysujecie drzewko, może narysujecie mapę, cokolwiek. A może będziecie potrzebowali, żeby to wykleić na dużej ścianie i wokół tego chodzić jak kinestetyk na przykład. Pomyślcie. Pomyślcie nad formą. I co? Macie już coś takiego, czyli wiecie, dokąd zmierzacie. Wiecie, dla kogo te wszystkie rzeczy mają być. Wiecie, które elementy najlepiej byłoby zastosować, wyeksponować i tak dalej.
No to teraz jeszcze pomyślcie nad takim jednym, moim zdaniem bardzo ważnym pytaniem: co chcę ofiarować odbiorcy? I tutaj właśnie nawiązanie do tego naszego cytatu z początku. Czyli nie, że wy jesteście natchnieni, tylko wy jesteście w stanie natchnąć innych. Więc w dużym skrócie: w jaki sposób chcecie natchnąć waszego odbiorcę? Czyli z czym go pozostawić? Co tak naprawdę później ten odbiorca... Może też kolejne dodatkowe pytanie tutaj: jaką wartość otrzyma odbiorca? Bo teraz uwaga, niezależnie od tego, czy będzie tam przekaz, morał, czy nic tam nie będzie, czy cokolwiek jeszcze innego sobie tam wymyślicie, to tak czy siak odbiorca coś od was dostanie. Coś w nim zostawicie. Fajnie jak sobie to wcześniej zaplanujecie, a możecie iść na żywioł.
Cokolwiek będzie wam się bardziej podobało i na was działało. Natomiast tu też jest to, że jeżeli kogoś natchniecie, to ta osoba będzie natchniała innych. To jest to, że ta osoba przyjdzie i powie: „Kurde stary, czytałem taką książkę. Słuchaj, koleś mnie tak przeciągnął po tej podłodze i na końcu mnie tak wkurzył, że aż jak o tym myślę, to dalej mnie telepie. Ty weź stary, przeczytaj. Ty weź sam zobacz, bo tego się nie da opisać słowami.” Może być coś takiego. Często wszystko, co wywiera na nas jakieś emocje, niezależnie od tego, czy one będą negatywne, czy pozytywne. Często są to rzeczy, którymi jednak gdzieś pójdziemy się z kimś podzielić. Chociażby przez takie chodzenie i narzekanie. Bo to też czasami się wściekamy na kogoś, że ktoś jest ciągle podminowany i na wszystko narzeka.
Ale z drugiej strony bardzo możliwe, że to jest jego jedyna możliwość na odreagowanie tych emocji. Może nie wymyślił, że można to zrobić inaczej. Może takiej formy się nauczył, nie? No to słuchajcie, montujcie te wasze cudowne treści i natchniajcie kogo się da. Zachęcam, żeby to może jednak było coś takiego z nadzieją czy budującego. I to nie znaczy, że musi być happy end. Pamiętajcie, że happy end niekoniecznie. Dobra, bo to jest wszystko w drugą stronę. Sam happy end też może nie być wcale happy w emocjach. Ale dużo mamy negatywnych rzeczy, więc może jest to plan, żeby nawet jeżeli nie zrobicie happy endu, to żeby jednak zostawić jakąś furtkę dla odbiorcy, jakąś iskierkę nadziei.
Ale to zależy. Jak piszecie horrory i thrillery, no to zwłaszcza w horrorach Może tam nie musi być tej iskierki. Dobra, słuchajcie, i teraz jak macie te wszystkie aspekty, to sobie na nie popatrzcie i się zastanówcie, czy bardziej będzie tu pasował na koniec morał, czy może jakiś przekaz, który będziecie chcieli eksponować przez całą powieść. I wiecie co? Teraz tutaj pewnie padnie pytanie: czym to się różni i o co ci chodzi? I ja tak sobie myślę. Jak ktoś gdzieś coś widział mojego na YouTubie, to pewnie już zauważył, że mam taki nawyk sięgania po słownik języka polskiego. Taki mój stary, zmurszały, papierowy. Bo te internetowe to się zmieniają. Ja czasami mam wrażenie, że mnie w podstawówce uczyli innego znaczenia słowa, a ktoś spisał inne.
Także stwierdziłam, że chyba jednak wolę te stare, papierowe. I tutaj pozwoliłam sobie wypisać wam, i teraz wam je przytoczę, definicję słowa morał i definicję słowa przekaz, potem to podsumuję po swojemu, ale to może wyglądać jak coś tego samego, jak z jednej półki, natomiast faktycznie jest to troszeczkę coś innego i dzięki temu, że jest różne, będziecie mogli dobrać do tego inne elementy. Morał. Uwaga! Nauka umoralniająca lub końcowy wniosek o charakterze pouczającym, oświetlający sens zdarzeń przedstawionych w utworze. Przekaz. Informacja o czymś, dowód, dokument czegoś. I tutaj też warto zwrócić uwagę na czasownik przekazać, czyli powierzenie komuś czegoś, ofiarowanie komuś czegoś, podanie czegoś do czyjejś wiadomości. W dużym skrócie morał to taka lekcja życiowa, takie coś bardzo oczywiste. Najczęściej jest to jakaś puenta na końcu dosłownie spisana, tak jak w bajkach.
Natomiast przekaz to jest właściwie taki podarek od was dla waszych odbiorców. I dzięki temu, że lekcja zwykle dobrze, żeby puenta była na końcu i żeby czytelnika z tą puentą zostawić. Stąd morał będzie troszeczkę bardziej okrojony i często bardziej dosłowny. Natomiast przekaz może być wszędzie. On może być na końcu, ale on może się przewijać przez całą powieść, a może on być idealnie w jej centrum. A może samym przekazem będzie wygląd bohatera lub zmiana jego wyglądu? A może jego zachowanie? A może jakaś jedna osoba, którą poznał, nawet jakaś postać epizodyczna, która będzie tak opisana, tak wyeksponowana, że faktycznie zostawi czytelnika z czymś. Wszystko zależy od was, od waszego pomysłu. I słuchajcie, bo tak już trochę czasu rozmawiamy.
Pomyślałam jeszcze o jednej rzeczy, bo chyba poprzednio nie sięgałam do mojej magicznej listy od Marka Żelkowskiego, jeżeli chodzi właśnie o takie problemy, z którymi się zmagają autorzy. Jeden z tych problemów zwrócił moją uwagę. Może on niebezpośrednio wiąże się z dzisiejszym tematem, ale myślę, że gdyby autor tego problemu wcześniej spróbował zastosować te rzeczy, o których mówiłam wam dzisiaj, możliwe, że uniknąłby tego problemu, który zaistniał. Zatem przeczytam wam teraz treść tego problemu. „Mam historię. Fajnie się pisało i byłem zadowolony. Już po napisaniu znalazłem w niej pewien błąd logiczny w narracji i teraz nie potrafię go naprawić. Mam historię na 15 stron maszynopisu, która nadaje się do śmietnika, jeżeli nie zostanie zmieniona, a zmienić jej nie potrafię. Nie umiem oddalić się od tej historii, aby dokonać odpowiednich zmian. A zmiany są konieczne.
To widzę.” No i słuchajcie, gruby problem, bo faktycznie 15 stron, nawet jak ktoś ma super pomysł i szybko pisze, to jednak trochę czasu jest. I tutaj mam nadzieję, że autor sobie jakoś poradził, że coś tutaj zadziałał, że może jednak poprawił tą historię. Natomiast pomyślmy może nad tym, jak nie dopuszczać do takich sytuacji, bo to jest rzecz, której da się uniknąąć. A podstawowa rzecz to jest właśnie rozpisanie planu. Oczywiście, że tutaj dzisiaj mówiliśmy bardziej o celach i zastanawialiśmy się do kogo i tak dalej. To są rzeczy może takie bardziej okołotechniczne wokół książki i to jest pierwszy krok, pierwsza rzecz. A później warto też sobie ten swój pomysł rozpisać. I myślę, że w tym wypadku gdyby autor zrobił wcześniej, że tak powiem, rozczłonkowałby ten swój pomysł, rozpisałby go w jakiś sposób. Bo ja tutaj przypuszczam po tym zdaniu, że fajnie się pisało i byłem zadowolony, to najprawdopodobniej autor tutaj doświadczył tego naszego legendarnego flow. Bo po prostu pomysł przyszedł i spłynął z moich palców na zeszyt czy tam na klawiaturę.
Super, wszystko super, tylko flow, jak to flow jest niekontrolowany, on po prostu płynie. I później najgorsze co można zrobić, to na przykład skończyć w jakimś momencie, zapisać projekt, bo już jest późno, bo jestem zmęczony. Pójść spać, obudzić się na drugi dzień. Tylko że na drugi dzień już nie ma tego flow. Nawet jeżeli będzie, to będzie inny proces. No i tutaj jest, tak mówiąc kolokwialnie, trochę lipa, bo jeżeli wejdziemy czy doświadczymy takiego flow z prawdziwego zdarzenia. Pomyślcie, czy czegoś takiego doświadczyliście i jak go pamiętacie. Bo najprawdopodobniej nie pamiętacie go tak, że siedzieliście przed laptopem i pisaliście. Tylko pamiętacie go tak, jakbyście byli w historii, którą pisaliście, jakbyście ją tak na żywo widzieli i tak dalej. To się wiąże z tym, że jeżeli dzisiaj był flow i na przykład dzisiaj pisałem o pięknym niebieskookim blondynie, a za parę dni miałem drugi flow, a napisałem już bardzo dużo, to możliwe, że niekoniecznie będziecie pamiętali, że ten blondyn miał niebieskie oczy i możecie napisać, że miał brązowe.
W tym momencie, jak macie dobrego korektora czy później przy edycji, to jest rzecz, którą można wyłapać i łatwo zmienić. Ale jeżeli będzie taki problem, jak w przypadku autora problemu, że tam się zrobił błąd logiczny, to już jest troszeczkę trudniej. I wtedy faktycznie rozwiązaniem pewnie byłoby to, żeby te 15 stron spisać jako plan wydarzeń, coś poprzekładać i pewnie by się to wiązało z tym, że najlepiej byłoby to pewnie przepisać na nowo, ewentualnie kombinować i zamieniać kolejność scen lub dopisać jedną scenę, która by może ten błąd logiczny tłumaczyła. Opcji jest dużo, zależy od historii. Natomiast faktycznie nie wiem jak wy, ale ja absolutnie nienawidzę zmieniać i poprawiać tego, co już napisałam. Jak kiedyś pisałam i jak sobie nawet pomyślę, że miałabym wrócić do jakichś starych rzeczy i miałabym to przerabiać czy przepisywać na nowo, a na przykład są to rzeczy sprzed 15 lat, to trochę mi się styl zmienił. Nosi mnie tak niepozytywnie, jak o tym pomyślę. Dlatego bardzo szybko nauczyłam się, że skoro to jest coś, czego nie lubię, to zrobię wcześniej coś, co może ciut bardziej lubię, ale nie jest to też super przyjemne. Dzięki temu wiem, że nie ponoszę tego ryzyka, że później będę musiała coś zmieniać. Tu właśnie chodzi mi o to planowanie, o to rozpisywanie zarówno samych bohaterów, fabuły i tak dalej.
Warto zacząć od celu, bo czasami te cele czy nasi odbiorcy będą nam trochę podpowiadali, w którym kierunku fabułę popchnąć. Patrzę, co tu jeszcze mamy. „Nie potrafię go naprawić”. Polecam zmienić myślenie. Słuchajcie, wszystko potraficie, tylko może nie w tej chwili. Także dlatego oczywiście super, że tutaj taki problem padł i jeżeli wy macie takie problemy, to nie skupiajcie się na tym, że nie potraficie go naprawić, tylko skupcie się na tym, jak moglibyście go naprawić lub czego potrzebujecie, żeby go naprawić. Może ten autor na przykład potrzebowałby drugiej osoby, która by siadła z nim i pomogła mu trochę z zewnątrz to poukładać. Dalej. „15 stron, które nadają się do śmietnika, jeżeli nie będą zmienione”. I tak, i nie.
Może jednak nie będzie z tego arcydzieła życia, ale może wrócisz do tego za te 15 lat i stwierdzisz: „Kurczę, ale to był zarys świetnej historii” albo: „Jaka świetna postać, to ja napiszę coś tylko o tej postaci”. Także uczulam: nie wyrzucajcie, nie niszczcie swoich rzeczy, które często wyszły przecież z jakiegoś flow, z waszych przeżyć. Lepiej zostawić i później w tym sobie pogrzebać czy wziąć kawałek. I jeszcze jest tak: „Nie umiem oddalić się od tej historii”. To jest bardzo ważna rzecz. Oczywiście i to jest super, że my się zżywamy z naszymi historiami, z naszymi pomysłami, a zwłaszcza jak jest ten legendarny flow. Czasami nawet jak jest ten błąd logiczny, ale my jesteśmy zżyci emocjonalnie, to przecież jest masakra, żeby teraz to zacząć zmieniać albo to zostawić, albo przyznać rację redaktorowi, który się przyczepił do czegoś. Ale nie, to jest moje, ja tego nie zmienię. Oczywiście, że jest to naturalne, ale jest to wasze i dzięki temu możecie przejąć nad tym kontrolę. Natomiast faktycznie, jeżeli zaczniecie projektować swoje treści, nie że po prostu siadacie i piszecie, tylko najpierw zacznijcie coś rozpisywać, projektować, to dzięki temu będziecie mieli możliwość odskoczni od waszej historii.
Czyli będziecie mogli, na przykład złapie was jakaś blokada w trakcie pisania albo właśnie znajdziecie jakiś taki błąd, że po skończeniu znalazł błąd logiczny w narracji, to ja się nie dziwię, że tutaj bardzo spadły morale. Że ktoś był wręcz przerażony, że to wszystko do śmieci i nasz umysł będzie generował takie dziwne podpowiedzi dla nas. Natomiast jeżeli macie ten plan, to w takim momencie: dobra, okej, spokojnie. Znalazłem ten błąd logiczny, ale wróćmy do skryptów, do tych naszych konspektów planów, bo pewnie zrobiłem błąd w tym konspekcie, a może w trakcie pisania pominąłem jeden punkt i może wcale nie trzeba wywalać czegoś do śmieci, tylko wystarczy naprawdę dopisać jedną scenę albo zakombinować i faktycznie zrobić tam jakieś deus ex machina czy inne cuda wianki i po prostu to ograć w ten sposób, jeżeli nie chcemy na przykład tego wyrzucić. Czy gdzieś tam zamrozić w czasie i tak dalej. I mając ten punkt odskoczni, mając ten plan, konspekt, tablicę konceptową wyklejoną czy całą ścianę, czy napisane na szybie balkonowej coś, możemy odejść od laptopa, odejść od naszej historii i spojrzeć na nią od strony faktów, od strony jej założeń, co z automatu przekieruje zwyczajnie nasz umysł na trochę inne tory, a później dzięki temu będziemy mogli sobie na świeżo wejść w ten proces twórczy. Także polecam. Jak wam się nie chce robić konspektów, to po prostu weźcie jakiś notes albo chociaż jedną kartkę A4 i chociaż tam napiszcie sobie jakieś podpunkty. Zawsze to już jest wasz taki talizman. Może to też złe słowo.
Wasz taki czyściec waszej treści, waszego tekstu. Nazwijcie sobie to jak chcecie, ale zachęcam, żebyście mieli takie coś na podorędziu właśnie na te słabsze, gorsze dni czy na jakieś takie sytuacje, w których wasza własna powieść was bardzo zaskoczyła i niekoniecznie pozytywnie. Myślę, że ten problem omówiony. O przekazach i morałach też jak będziecie wiedzieli, o co chodzi, co macie, czym dysponujecie, to będzie wam łatwiej podjąć decyzję, co wam się bardziej przyda. Czy przekaz, czy morał, czy może to będzie po prostu coś napisane, byle było napisane. Nie każdy musi moralizować ludzi czy przekazywać jakąś głębię. Chociaż polecam, bo każdy z nas ma głębię. Tylko jedni ją odkryli mniej, drudzy bardziej. Ale z pewnością w każdym z was jest coś naprawdę wartościowego, co moglibyście przekazać drugiej osobie. Działajcie!
Nie bójcie się tego. Nie bójcie się przekazywać tego, co macie fajnego w środku. Myślę, że na dziś to już koniec. Trochę się nagadałam. Oczywiście, że będzie ćwiczonko, tak jak zwykle. Zachęcam. Dzisiaj ćwiczonko związane z morałami. Powiem szczerze, to jest taki element gry szkoleniowej, którą robiliśmy. Jeszcze myślę, jak ją przełożyć na warunki domowe. Natomiast faktycznie ten element też robiłam po jednym wykładzie dla studentów i powiem szczerze, że tam mówiliśmy o blokadach w przemawianiu i robieniu prezentacji.
To był taki element humorystyczny, że oni tam świetnie się bawili. Ale to zaraz wam powiem. A tymczasem borem, lasem. Serdecznie dziękuję za waszą uwagę. Życzę wam samych cudowności i inspiracji. Dziękuję najmocniej, że tutaj słuchacie, oglądacie, bo to jest, powiem szczerze, bardzo budujące. Inspirujące też. Nadaje to taki głębszy cel. To nie jest tylko to, że ja tu prawię swoje mądrości, ale też ten drugi cel, że mój odbiorca, a nuż widelec coś z tego skorzysta. Idźcie i korzystajcie z tego wszyscy.
Okej, dobra, nie ględzę. Pa. Ćwiczonko. Ułóż krótką historię zakończoną morałem. I właśnie dlatego czasami księżyc wyje do wilków.
[03:30:31] - Proszę państwa, nie da się ukryć, że to już koniec dzisiejszego Bibliotekarium. Ja pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę wspaniałego letniego weekendu. Tym, którzy są na wakacjach życzę oczywiście wspaniałych wakacji. Tych, którzy wygrzewają się na plaży, żeby im to dobrze szło. Tym, którzy preferują zwiedzanie różnego rodzaju zabytków i nie tylko zabytków, niech się dobrze zwiedza. Tym, którzy o urlopie dopiero marzą, żeby jak najszybciej marzenia się ziściły. Najgorzej będzie, proszę państwa, z tymi, którzy już są po urlopie. Ja wiem, co mówię, bo właśnie dzisiaj kończy się mój urlop. Od poniedziałku tak zwana codzienna tyrka, więc sam nie wiem, jak to zniosę.
W związku z tym wszystkim ludziom, którzy odczuwają podobnie, bo urlop już mają za sobą, też życzę wszystkiego dobrego. Chociaż sam nie wiem, czy to ma szansę się ziścić. W każdym bądź razie. Miałem nie używać tego określenia, więc w każdym razie zapraszam państwa za tydzień. Za tydzień oczywiście Bibliotekarium 2.0 z kolejnymi premierowymi audycjami. A teraz już żegnam się z państwem. Dobrej nocy i dobrego tygodnia.
[03:32:00] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję stroną techniczną obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.