Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc po raz kolejny w trybie wakacyjnym rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek, kolejny odcinek wakacyjny. I żebym nie wpadł w tryb ględzenia na początek, bo jakoś mi się to ostatnio zdarza, że zagaduję, zagaduję, to wejdźmy od razu w tryb polecanek. A polecanki dzisiaj będą z wydawnictwa Bukowy Las. Trochę sensacji, trochę takich książek, nazwijmy to książek środka, chociaż z lekkim elementem, szukam dobrego słowa, pewnego odjazdu. Zresztą sami państwo zobaczycie. Trochę się bałem, czy polecać te książki dzisiaj, bo ich premiera, premiera jednej to połowa sierpnia, więc jeszcze wakacje trwają, ale kolejne dwie książki wyjdą dopiero we wrześniu. Jak sobie tak człowiek pomyśli, że to już będzie po wakacjach, to tak się jakoś smutno robi. Powiem jedno, zawsze ratuję się w tym wypadku takim stwierdzeniem, że to będzie po wakacjach, ale tych podstawówkowych i licealnych. Natomiast studenci?
Studenci wakacje we wrześniu jeszcze mają na ogół. No dobrze, ale żeby znowu nie włączył mi się tryb ględzenia, już mówię, o jakie tytuły warto się pytać. Tak przynajmniej za dobry miesiąc zacząć. Tym tytułem, który pojawi się za miesiąc, to znaczy dokładnie 14 sierpnia, jest książka Ruth Kelly „Willa”. Można by tej książce nadać tytuł „Reality show na śmierć i życie”. Zobaczmy, co pisze wydawca. To ma być najlepsze reality show. Dziesięcioro uczestników, luksusowa willa na prywatnej wyspie, każda chwila transmitowana na żywo szerokiej publiczności, która ma całkowitą kontrolę nad rywalizującymi o wysoką nagrodę. Reporterka Laura ma zdobyć informacje o innych uczestnikach. Kiedy jednak program się rozpoczyna, szybko okazuje się, że jest zdana na łaskę bezwzględnej producentki.
Producentki, która dla zwiększenia oglądalności zrobi wszystko. Wszyscy zdają się coś ukrywać, a presja jest ogromna. Jak daleko posuną się uczestnicy, aby zapewnić sobie głosy publiczności? I czy ktoś naprawdę zabiłby, żeby wygrać? Przypomnę, to była zapowiadajka, polecanka książki „Willa” napisanej przez Ruth Kelly. Książka druga jest dziwna. Premierę będzie miała 25 września. Jest to książka Johna Greena. Tytuł? Już tytuł jest dziwny.
„19 razy Katherine”. Zerknijmy, co o tej książce powie nam wydawca. Colin gustuje wyłącznie w dziewczynach o imieniu Katherine, a te zawsze go rzucają. Stało się tak już 19 razy. Uwielbiający anagramy, zmęczony życiem chłopak wyrusza w podróż po Ameryce ze swoim najlepszym przyjacielem Hassanem. Chłopcy mają w kieszeni 10 tysięcy dolarów. Goni ich krwiożercza dzika świnia, ale za to nie towarzyszy im ani jedna Katherine. Colin rozpoczyna pracę nad teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine. Tak wtrącę, teoremat to w logice jest twierdzenie pochodne. Więc Colin rozpoczyna pracę nad teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine, za pomocą którego ma nadzieję przepowiedzieć przyszłość każdego związku, pomścić porzuconych tego świata i w końcu zdobyć tę jedyną.
Jedyną przez duże J. Tak, to była druga książka. Powiedziałem, że jest dziwna, bo chyba jest dziwna. Co nie znaczy wcale, że nieinteresująca. Przypomnę John Green „19 razy Katherine”. No i tradycyjnie czas na trzecią książkę. Premiera trzeciej książki to znowu sierpień, znowu czternasty. I mamy książkę tego samego autora, Johna Greena. Tytuł „Żółwie aż do końca”. Azzie Holmes do głowy by nie przyszło, że będzie prowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia miliardera Russella Picketta.
Jest jednak 100 tysięcy dolarów nagrody do zgarnięcia. No i jej najlepsza i najbardziej nieustraszona przyjaciółka, Daisy, bardzo chce rozwiązać tę zagadkę. Dziewczyny próbują dotrzeć do Davisa, syna miliardera, którego Azza poznała kiedyś na letnim obozie. Na pozór niewiele ich dzieli. Azza stara się być dobrą przyjaciółką, doskonałą uczennicą, a nawet detektywem. Jednocześnie zmaga się z obezwładniającymi lękami i dręczącymi myślami, których spirala coraz mocniej się zacieśnia. Przypomnę, to była książka Johna Greena „Żółwie aż do końca”. I to, proszę państwa, są wszystkie polecanki na dzisiaj. Cóż jeszcze mogę powiedzieć? Myślę, że przejdźmy do kolejnego punktu programu.
Kolejnym punktem programu jest tytułowa podróż w czasie. A tak naprawdę to jest kolejna autopromocja. Wiecie państwo bardzo dobrze, że od jakiegoś czasu funkcjonuje mój kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam się dzieją, mam nadzieję, różne ciekawe rzeczy. Jednym z cykli jest cykl Zwrotnice Czasu. Ja państwa dzisiaj zaproszę na pierwszy odcinek. Ten odcinek był już wyemitowany kilka miesięcy temu. On ma być taką promocją tego, co jest na kanale, ale przede wszystkim tej playlisty Zwrotnice Czasu. W tej Zwrotnicy Czasu znajdziecie państwo audycję, tę, którą za chwilę będziecie, mam nadzieję przynajmniej, mogli wysłuchać, ale też są tam audycje z Piotrem Cielebiasiem. Dwie, już dwie, w których rozmawiamy o tym, jak by mógł wyglądać świat, gdyby kontakt z istotami z innych planet, gdzieś tam z głębi kosmosu, ten kontakt nastąpił na przykład w starożytności albo na przykład w czasach średniowiecznych.
W tym cyklu pojawiła się też rozmowa Z Pawłem Famusem. To jest pisarz, który napisał trylogię o alternatywnej historii II wojny światowej. Myślę, że to również ciekawa audycja. Dzisiaj tytułem zachęty z zaproszeniem na kanał Wehikuł Wyobraźni zapraszam na spotkanie z jeszcze jednym autorem. Będziemy rozmawiać z Cezarym Czyżewskim, pisarzem, który napisał sporo książek ocierających się o historię albo historię w stylu fantasy. Zresztą co ja państwu będę mówił. Posłuchajcie, bo w audycji o tym mówimy: czym się zajmuje, dlaczego się tym zajmuje i tak dalej. A zatem „Podróż w czasie. Inne warianty historii. Polska bez chrztu w 966 roku”.
Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj rozpoczynamy nowy cykl. Cykl nosi tytuł „Zwrotnice czasu” i zajmować się będzie historią. Ale świetnych, doskonałych wręcz kanałów poświęconych historii jest na YouTubie tyle, że nie śmiałbym nawet konkurować z nimi. Natomiast zgodnie z konwencją przyjętą w Wehikułe Wyobraźni zaproponuję państwu to, czego zawodowi, poważni historycy unikają. To znaczy pomyślenie, co by było, gdyby. Tu w tej chwili od razu skorzystam z okazji. Przypomnę o subikach, przypomnę o lajkowaniu, przypomnę też o komentarzach. Te komentarze są naprawdę niezwykle cenne. Bardzo często są źródłem nowych pomysłów, nowego spojrzenia na pewne problemy.
A wracając do cyklu „Zwrotnice historii”, to ma być rodzaj zabawy. Moi goście będą ludźmi, którzy na historii się znają, którzy albo historię studiowali, albo studiowali kierunki, które siłą rzeczy musiały z historią współpracować. Takim gościem jest Cezary Czyżewski, autor kilku powieści, ale też konserwator zabytków wykształcony w Toruniu. Będą też inni goście. Cała zabawa polega na tym, że spróbujemy układać gotowe scenariusze opowieści, gdzie punktem wyjścia będzie inny przebieg historii. Inny niż ten, który znamy. I tu oczywiście mogą się pojawić wątpliwości, czy aby na pewno to, co wiemy o historii, to jest to, co się naprawdę wydarzyło. Za to już nie bierzemy odpowiedzialności. Żeby ta zabawa miała sens, warto nasze dywagacje konfrontować z tym, co mniej więcej zostało zapisane chociażby w podręcznikach historii. Dzisiaj pierwszy odcinek.
Cóż, zastanowimy się... Ale nie! Nad czym się będziemy zastanawiać, to może najlepiej przedstawi mój gość. Zapraszam zatem na spotkanie z Cezarym Czyżewskim oraz pierwszym odcinkiem cyklu „Zwrotnice historii”. W cyklu tym będziemy dużo gdybać. A na ile będą to gdybania poprawne? Tego zagwarantować nie mogę. Mogę natomiast zagwarantować sporą dozę fantazji. Mam jeszcze do państwa pewną prośbę. Po pierwsze o podsuwanie pomysłów na kolejne odcinki.
Jakie miejsca w historii, jakie wydarzenia w historii mogły być tytułowymi zwrotnicami czasu? Namawiam też do komentowania i do szukania w tym, co wspólnie z moim gościem wymyślamy, jakichś jeszcze bocznych furtek, dodatkowych furtek, może nawet szerokich bram. To wszystko niezwykle cenne. I pamiętajmy, że „Zwrotnice historii” to nie program popularnonaukowy o tym, jak tajemnicza i niezwykle meandryczna bywa historia. To jest raczej zabawa materią historii, zabawa tym, co by mogło być, gdyby. I w tej konwencji proponuję nasze dywagacje traktować. Tak jak mówiłem, zaczynamy nową playlistę pod oryginalnym albo mało oryginalnym tytułem. Mówiąc szczerze, nie do końca o to dbam, ale tytułem „Zwrotnice czasu”. Proszę państwa, witam w pierwszym odcinku. Witam zarówno państwa, jak i mojego gościa.
Przed państwem Cezary Czyżewski.
[13:05] - Dzień dobry wszystkim.
[13:06] - Tak jak już wspomniałem, będziemy się dzisiaj troszeczkę bawili historią. Ale mam wątpliwości polegające na tym, czy my w ogóle mamy prawo tą historią się bawić. Dlaczego te wątpliwości? Otóż w swoim czasie Był człowiek, który się nazywał Pierre-Simon Laplace. Żył na przełomie XVIII i XIX wieku. I ten facet, który był astronomem, fizykiem, matematykiem, właściwie jednym z największych naukowców swoich czasów, wymyślił sobie, że gdyby istniał taki demon, później nazwany demonem Laplace'a, ale taki demon, który orientowałby się gdzie, w jakim położeniu są wszystkie cząstki we wszechświecie oraz jaki jest im przypisany ruch, w którą stronę, jak to wszystko wygląda, to wówczas moglibyśmy bezbłędnie przewidywać przyszłość oraz odtwarzać przeszłość, ponieważ mielibyśmy do czynienia z absolutnie deterministycznym wszechświatem. I zanim my się pogrążymy i zaczniemy przestawiać te zwrotnice historii, to najpierw rozstrzygnijmy ten dylemat. Cezary, co ty na demona Laplace'a?
[14:43] - Koncepcja jest jak najbardziej, wydaje się oczywiście logiczna, zwłaszcza jeśli przyjmiemy czas, w którym powstała, czyli mniej więcej 200 lat temu, gdzie wiadomo, że triumf święciła fizyka Newtona, fizyka naszego świata. Był to późny okres, nazwijmy to, oświecenia, jeżeli mówimy o nauce. I nie ukrywajmy też, że trwały próby połączenia koncepcji naturalistycznych, koncepcji naukowych, badania rzeczywistości nas otaczającej z koncepcjami filozoficznymi istniejącymi w świecie od przynajmniej 2000 lat, czyli koncepcjami istnienia Boga. Naukowcy albo odrzucali istnienie istoty boskiej, zakładając, że jest to zabobon sprzed wieków i teraz umysł nowy jest oświecony i inaczej powinien patrzeć na to. Ale byli właśnie tacy jak Laplace i nie tylko, bo wielu innych też podążało tymi ścieżkami, którzy stworzyli różne koncepty intelektualne. Demon Laplace'a jest jednym z nich, gdzie gdy wsłuchamy się w definicję tegoż demona, tejże istoty, możemy bardzo łatwo stwierdzić, że w zasadzie odpowiada on filozoficznej koncepcji istnienia Boga, ale w tym sensie tego Boga, można powiedzieć, niekoniecznie przysłowiowego pana z bródką i z jednym okiem w trójkącie, który siedzi na chmurce, ale właśnie owej istoty idealnej, wiedzącej wszystko zarówno co było, co jest i co będzie. Ponieważ skoro demon Laplace'a zna układ, ruch i każdej cząsteczki każdego atomu we wszechświecie, widać od razu, że już naukowcy odkryli cząsteczki i atomy, to w każdej chwili wie wszystko można powiedzieć, co było, co się działo, bo przecież zna historię ruchu tych cząsteczek i też zna ich przyszły ruch, a więc wie, co się będzie działo. Tak na okres przełomu XVIII, XIX wieku czy na wiek XIX ta teoria była jak najbardziej pasująca, jak najbardziej logiczna, aczkolwiek kolejne pokolenia badaczy, filozofów i fizyków zdają się podkładać nogę panu Laplace'owi i jego demonowi.
[17:20] - Tak, ty masz na myśli zapewne fizykę kwantową i jej konsekwencje. Zgadza się. Rzeczywiście w świetle fizyki kwantowej to demon Laplace'a zaczyna się rozpływać, a właściwie zaczyna znikać. Chyba dobrze to ująłem. Myślę, że coś takiego się z nim dzieje, że on zanika.
[17:46] - Moja wyobraźnia od razu każe wyobrażać sobie demona Laplace'a jako tego nieszczęsnego kota w pudełku Schrödingera , demon zostaje zredukowany. Niemniej właśnie, oczywiście możemy dalej spekulować o istnieniu jakichś wieloświatów, różnych światów, bazując na tej zasadzie nieoznaczoności, ale może nie idźmy już tą drogą za daleko, bo wpadniemy w spekulacje troszeczkę odległe od naszego dzisiejszego tematu. Niemniej właśnie ten kruczek, nazwijmy to kruczek prawny czy kruczek fizyczny, który zdaje się realizować w fizyce kwantowej, który odkryto mniej więcej 100 lat temu, czy pojawiły się pierwsze teorie dotyczące fizyki kwantowej, a dzisiaj ona się już w jakiś sposób rozwija. Jeśli się mylę oczywiście, to bardzo przepraszam wszystkich znających temat lepiej ode mnie fizyków, ale wydaje mi się, że mamy taki przedział czasowy. W każdym razie ten przysłowiowy kot Schrödingera drwi sobie z demona Laplace'a, ponieważ skoro nie wiemy, jak się zachowują cząsteczki, więcej, sam wszechświat nie może wiedzieć. Same cząsteczki zdają się wiedzieć, ale nie wiedzieć. Właśnie, istnieje ta zasada nieoznaczoności, a więc niemożliwości zdefiniowania tego, co było podstawą istnienia demona Laplace'a, to sam demon staje się w tym momencie bezrobotny, że tak to ujmę.
[19:10] - Ja powiem tak, że jest na kanale Wehikuł Wyobraźni taki filmik o wszechświatach Everetta. Ja państwu go bardzo polecam, bo ten kot Schrödingera wymieniony przez Cezarego miał dużo zalet. Bardzo to obrazowa zresztą figura. Natomiast on zrodził tak zwaną interpretację kopenhaską Która nie wszystkich zachwycała. Co więcej, niektórych nawet zniesmaczała. W związku z tym należało się tego spodziewać, że bardzo szybko pojawili się ludzie, którzy może już na demonie Laplace'a położyli krzyżyk, ale jakoś nie mogli ścierpieć tego, że to wszystko miałoby być kwantowe. W związku z tym pojawiły się wszechświaty Everetta, w których wszystko jest możliwe. A zatem w dalszym ciągu niewiele wiemy. Jedno natomiast jest pewne: możemy albo przyjąć to, że wszechświat, ale i nasz świat jest deterministyczny zgodnie z teorią demona Laplace'a albo indeterministyczny, bo pojawiło się nowe. To ja od razu państwu podrzucę, że Everett wykombinował, że owszem, w ramach jednego świata coś się dzieje deterministycznie, co nie oznacza, że w jakiś inny świat w momencie kluczowym, węzłowym, tym zwrotniczym, o którym dzisiaj będziemy mówić, nie pojawia się drugi wszechświat, trzeci, dziesiąty, pięćdziesiąty, milionowy, miliardowy.
Tak to by wyglądało, przynajmniej według teorii Everetta. Ale nie spotkaliśmy się dzisiaj, żeby robić korepetycje sobie i państwu, korepetycje fizyczne, tylko raczej żeby pobawić się trochę historią. Otóż fizycy fizykami, historycy historykami. Historycy nie znoszą, nie wiem zupełnie dlaczego, ale ci zawodowi historycy nie znoszą pytania co by było, gdyby. To my damy dzisiaj państwu troszeczkę odetchnąć. My nie jesteśmy zawodowymi historykami, takimi już z katedrą, tytułem i tak dalej. I my sobie na tego rodzaju zabawy zwrotnicy historii możemy pozwolić, co niniejszym będziemy czynić i niniejszym playlistę zwrotnicy historii uważam za otwartą. Cezary, od czego zaczniemy? Od jakiej zwrotnicy?
[21:57] - Przygotowując się do naszej rozmowy w ciągu ostatnich paru dni, trochę przewerowałem historię wzdłuż i wszerz, zastanawiając się, które momenty w dziejach nadawałyby się do naszej rozmowy. Swoją drogą jest to ciekawa rzecz, ponieważ nie jesteśmy też nowatorami w samej tej teorii owych zwrotnic, czy też momentów w historii. One same z siebie niejednokrotnie były tematem czy filmów, czy książek, gdzie świadomość ich istnienia, hipotetyczna oczywiście, sprawiała, że wiedza o tym, że w tym miejscu coś się może wydarzyć tak, a nie inaczej i to celowe, można powiedzieć, przestawienie tej zwrotnicy miało zmienić bieg dziejów. Więc sama koncepcja w sobie jest dość ciekawa. I tak myślałem, przelatywałem myślą nad polami bitew napoleońskich, nad odkrywaniem Ameryki przez Kolumba, nawet nad śmiercią czy też życiem Jezusa, czy zamordowaniem Juliusza Cezara. I trochę jak taki demon Laplace'a się poczułem w pewnym momencie z racji tego, że historia do pewnego stopnia nie jest mi rzeczą obcą, więc znam pewne konsekwencje istniejące i hipotetyczne. Stwierdziłem, że to był taki moment, Marku, pozwolę sobie na nieco humorystyczną tutaj regresję, taki właśnie moment omnipotencji i wiedzy o wszystkim. Znam całą historię, ja wiem, co się dzieje. To wszystko jest takie nudne, takie nieciekawe. A potem sam siebie strzeliłem w czoło i pomyślałem sobie: czekaj, czekaj, miej trochę pokory wobec ogromu wszechświata i historii i rzeczywiście zastanów się, co by było, gdyby.
I tak pomyślałem, żeby nie sięgać zbyt daleko, moglibyśmy zacząć od w sumie dość ciekawej koncepcji, którą też kiedyś wykorzystywaliśmy ze znajomymi przy tworzeniu pewnej gry fabularnej. Otóż co by było, gdyby nasz książę pierwszy historyczny, czyli Mieszko I, nieważne, czy pochodził z rodu Piastów, czy przyjechał tutaj do nas jako jeden z kniaziów czy książąt skandynawskich ze swoją drużyną, bo i takie teorie historyczne są aktualnie brane pod uwagę. Co by było, gdyby Mieszko nie zdecydował się przyjąć chrześcijaństwa i oczywiście już od razu precyzuję z rąk zachodnich, czyli z Rzymu. Nie zapominajmy, że ówcześnie istniało przecież chrześcijaństwo ortodoksyjne, czyli wschodnie, bizantyjskie, gdyż było to już po rozpadzie cesarstwa, a co za tym idzie, powiedzmy dróg religijnych na Rzym i na Konstantynopol. Pomijam oczywiście inne drobne kulty chrześcijańskie związane na przykład z Afryką czy Bliskim Wschodem. W każdym razie te dwa główne kulty były już tutaj znane na naszych ziemiach.
[24:51] - Ale jeszcze nie było wielkiej schizmy. To dopiero połowa XI wieku.
[24:56] - Tak, aczkolwiek mówi się wtedy o tym, że na przykład Morawianie tak, czy że być może na przykład Kraków, znaczy Wiślanie ówcześni mogli przyjąć chrzest w obrządku tak zwanym wschodnim, a nie w obrządku zachodnim. Także to są już takie dygresje historyczne. Niemniej właśnie bardziej mnie interesuje to, czy istniała teoretyczna możliwość, czy Mieszko miałby dość siły, być może też jego następcy, aby stworzyć jakąś silną państwowość, która mogłaby się oprzeć Tej ekspansji polityczno-religijnej, jaką ówcześnie Europie fundował świat chrześcijański. Nie chcę oczywiście zaczynać dziecka zaraz po urodzinach, bo doskonale wiemy, że to są różne teorie. Niemniej myślę, że to jest dobry start. Zastanówmy się, czy byłaby taka możliwość. A jeśli tak, co musiałoby się stać? Jakie to mogłoby mieć konsekwencje? Ponieważ jak uczył mnie mój historyk w szkole średniej, historia to zawsze łańcuch, czy też właśnie pewien splot dziejów, gdzie zawsze jest przyczyna, jakiś przebieg i skutek danego wydarzenia, który staje się przyczyną kolejnego ogniwa w łańcuchu historii.
[26:10] - Ja mam taką teorię roboczą. Będę robił za takiego sceptyka, jeśli chodzi o przestawienie tej zwrotnicy. Otóż teoria robocza brzmi, że on może nawet miałby ochotę, ale w tamtejszym świecie myślę, że zostałby zadziobany przez zachodnich i południowych sąsiadów. Myślę, że byłoby mu ciężko, ale być może jakiegoś czynnika nie uwzględnia.
[26:42] - Myślałem o tym samym i oczywiście jest to pewna, nawet obowiązująca koncepcja, że taki był wymóg ówczesnego czasu i polityki, i że oczywiście Mieszko przyjmując chrześcijaństwo uratował istnienie młodej państwowości polskiej. Jeszcze z tą państwowością można dyskutować, bo pytanie, czy ona bardziej była klanowa, czy ona już była bardziej państwowa? Rzeczywiście na poparcie twojej tezy można tutaj przedstawić los tak zwanych Słowian zachodnich, Słowian połabskich, którzy mieszkali mniej więcej między Odrą a Łabą, gdzie oni rzeczywiście zostali całkowicie podbici, wręcz zlikwidowani. Dzisiaj przetrwali do naszych czasów tylko w postaci nazw geograficznych tamtych rejonów, nazwijmy to wschodnich Niemiec. Ale z drugiej strony spójrzmy na Prusów, którzy na dzisiejszej Warmii, Mazurach i bardziej dalej w stronę Litwy i Żmudzi przecież mieli swoje siedziby. Spójrzmy na samych Litwinów. Mam na myśli ówczesne księstwo litewskie, które przecież upraszczając pewną teorię przyjęło formalnie chrześcijaństwo dopiero po tak zwanym chrzcie Litwy, który miał miejsce parę stuleci później niż w wieku XI. I co by nie mówić, Litwini stworzyli dość silny ośrodek władzy książęcej, czyli właśnie tej centralnej. Sama koncepcja państwa opartego na stolicy jako siedzibie władcy i jego wpływu na tereny znana jest oczywiście od starożytności. Słowianie mieli ten system klanowy, system opoli, opolów.
Chodziło w każdym razie o opole. Język polski trudna język, przyznaję się. Więc rzeczywiście, czy ta centralizacja państwa mogła nastąpić właśnie z siedzibą w Gnieźnie czy w Krakowie, to jest już osobny temat, bez jednoczesnego błogosławieństwa ze strony biskupów, a przy wsparciu jednak tych religii. I tutaj pojawia się kolejny argument na twoją teorię, że właśnie ten monoteizm, ta unifikacja pewnych zasad, nawet piśmiennictwa oczywiście, pomagała budować jedno państwo. A ponieważ wierzenia pogan słowiańskich, naszych praprzodków były, podobnie jak klany, rozdrobnione, nieco inaczej czczono danego boga bardziej na północy, bardziej na południu, na wschodzie. To mogła być ta przeszkoda przed unifikacją. Oczywiście ja przepraszam wszystkich zawodowych historyków i specjalistów, którzy teraz łapią się za głowę na zasadzie: co to za amatorskie wymysły. Przypominam, bawimy się historią, próbujemy ją interpretować niekoniecznie w sposób naukowy, a bardziej właśnie literacko-światotwórczy.
[29:20] - No i zgodnie z pewną regułą kanału Wehikuł Wyobraźni popuszczamy cugle tej wyobraźni. Ale tak jak powiedziałeś o Litwie, to się zastanawiam, bo Litwa to jest takie specyficzne państwo niepaństwo. W czasach, kiedy powstawało państwo Mieszka, Litwa właściwie nie istniała. Jakieś wzmianki były na początku XI wieku o Litwie, ale jako państwo, takie państwo sztywne, to Litwa pojawiła się, o ile dobrze pamiętam, w połowie XIII wieku. Wtedy już była Litwa, a wcześniej to było takie państwo, ja nie mówię, że nie istniało coś tam, ale takie tajne, trochę tajne przez poufne. W związku z tym ono się nie rzucało w oczy. W związku z tym nie stanowiło łakomego kąska, a w każdym razie nie widać było tego kąska i może dlatego tak się Litwie poszczęściło. Natomiast my mieliśmy pecha. Chyba pecha jednak, że byliśmy na styku. Strefa zgniotu ewidentna, bo gdzieś tu Niemcy, znaczy nie jako rozumiane współcześnie Niemcy, tylko te wszystkie państewka takie niemieckie.
[30:33] - Mamy na myśli Rzeszę Niemiecką. Mamy na myśli Święte Cesarstwo.
[30:38] - Tak, tak jest. I te państewka, one sobie tam funkcjonowały. Gdzieś tam funkcjonował również cesarz. Raz przyjazny, raz nieprzyjazny. Różnie bywało, jak państwo z historii świetnie wiecie. No i my byliśmy właśnie na tej granicy. Więc albo byśmy byli terenem podbijanym, takim, który należałoby chrystianizować bardziej mieczem i ogniem niż w sposób pokojowy. Albo wejdziemy w główny nurt i wtedy po prostu Jakieś takie plany podbojowe nie do końca się udały. Historia pokazała, że jak ktoś bardzo chce, to nawet tego rodzaju akcje typu przyjęcie chrześcijaństwa niespecjalnie przeszkadzają. Bo jeśli przypomnicie sobie państwo interwencję czeską i dojście do Gniezna i wszystkie te numery, które Czesi wtedy wycięli Polakom, czy w każdym razie temu państwu.
[31:39] - Dosłownie i w przenośni.
[31:40] - Tak, dokładnie. To się okazuje, że tak naprawdę przyjęcie chrześcijaństwa, owszem, generalnie chroniło, ale nie do końca. Wróćmy do pierwotnej koncepcji. Załóżmy na chwilę przynajmniej, że rzeczywiście Mieszko nie wychwytywał znaków czasu i z chrześcijaństwem nie do końca było mu po drodze. To według mnie, ale to znowu jest hipoteza robocza, skończyłoby się to marnie. A jak to wygląda u ciebie?
[32:15] - Oczywiście, i znowu w żadnym wypadku nie jest to zarzut. Niemniej prezentujesz obowiązującą logikę interpretacji tego zdarzenia przez historyków. I oczywiście biorąc pod uwagę zdrowy rozsądek, ja też się z tym zgadzam, aczkolwiek dołożę do tej teorii dwa aneksy. Po pierwsze to, o czym już wspomnieliśmy. To też nie jest tak, że Mieszko w piątek o godzinie 8:00 rano przyjął chrzest, wykąpał się w chrzcielnicy i nagle wszyscy Słowianie, Polanie, Wiślanie, Mazowszanie i jego ludzie z tego państwa, państewka piastowskiego, które istniało, nagle stali się chrześcijanami. Opadły im medaliki Świętowita i innych Perunów, a pojawiły się krzyżyki. Wiadomo, że mentalność, wierzenia oficjalne to jedno, ale przede wszystkim mentalność ludów pogańskich, ludów politeistycznych, ludów, dla których cała historia Ewangelii czy historia zawarta w Ewangelii była konceptem całkowicie obcym. Tak jakbyśmy na przykład dzisiaj rozmawiali z Hindusem, który był wychowany w hinduizmie i o chrześcijaństwie wiedział tylko tyle, że on istnieje. To trwało kolejne kilkaset lat. Przecież jeszcze w XV wieku czy w czasach Długosza były wzmianki o tym, że gdzieś na wsiach istnieje zabobon albo są ludzie, którzy owszem, w niedzielę idą na mszę, ale potem wieczorem zostawiają miseczki z miodem i mlekiem, borzętą pod progiem, bo przecież zawsze tak było, jest i będzie.
Zresztą to przecież w folklorze pewne zwyczaje, pewne obyczaje, zabawy, święta, bo to najlepiej właśnie interpretować. Pozwolę sobie na taką kulturową dygresję, bo to jest też to, co mnie zawsze fascynuje. One przecież przetrwały do dzisiaj. Czym są właśnie kupalnocki? To jest temat na osobną, podejrzewam, audycję. Czym są dzisiejsze współczesne święta kościelne, dziwnym trafem zbiegające się terminowo z tak zwanym pogańskim kołem roku, czyli naturalnym biegiem czasu. Ale wracając do Mieszka z powrotem, to był pierwszy aneks historyczny, że to wcale nie jest tak łatwo, że od razu wszyscy pstryk i są chrześcijanami. Po drugie, załóżmy, że Mieszko mógł mieć świadomość, że trzeba coś zrobić z państwem od strony administracyjnej, świeckiej, ale nie chciał przyjąć tego chrześcijaństwa. I czy Mieszko mógł spróbować budować nowe państwo, swoje władztwo na analogicznych podstawach ekonomiczno-politycznych, a jednak odrzucając ten ołtarz? Ja troszeczkę Litwinów będę bronił.
Myśmy byli w tej strefie zgniotów, a oni siedzieli w tych swoich pięknych litewskich lasach, ale przecież z nami było dokładnie to samo. Litwini przyjęli to chrześcijaństwo 200, 300 lat później. 300 z kawałkiem lat później niż ludzie mieszkający na ziemiach nad Wisłą. Ale analogia jest taka sama. Spójrzmy też na Skandynawię, która przecież też około roku 1000 była jeszcze wciąż pogańska, ale możemy już mówić o tych państwach jarlów. Oczywiście był to system klanowy, system plemienny, ale jakieś formy państw istniały już wtedy. Oczywiście cały czas ze świadomością tego, że nie było to państwo według definicji dzisiejszej czy nawet ówczesnej chrześcijańskiej, ale jednak jakaś forma władzy centralnej w centralnym mieście, grodzie i w tej tak zwanej stolicy ze stolcem — mam na myśli tron. I oczywiście ziemiami zależnymi od stolicy już istniała, niezależnie od chrześcijaństwa. Myślę, że to mogłaby być droga, którą Mieszko mógłby spróbować pożyć taką wizję Europy 2.0 czy alternatywnej Europy do chrześcijaństwa.
[36:12] - To ja się trochę przyłączę, żeby nie być w tym głównym nurcie, w którym poruszają się historycy zawodowi. To ja teraz przestawię zwrotnicę swoją mentalną i zastanowię się nad Czymś takim: czy przypadkowo ten Dziki Wschód, którym była wówczas Polska, czy to, co będzie w przyszłości Polską, te tereny, które będą w przyszłości Polską, czy nie byłby jednak zbyt dużym wyzwaniem dla Rzeszy, dla państw Rzeszy, zagłębiać się w te puszcze, zagłębiać się w te miejsca, powiedzmy sobie to otwarcie, dosyć dzikie jednak. Nie mówię, że zachodnia Europa, Niemcy, Rzesza były jakoś szczególnie cywilizowane. Tam też dzicz hasała sobie zupełnie swobodnie. Jednak te tereny w okolicach Wisły i na wschód, i na zachód, one jednak trochę takie dzikawe były. W związku z tym ja wcale nie jestem przekonany, że gdyby Mieszko chrześcijaństwa nie przyjął, to natychmiast wszystko by upadło, ponieważ taki teren wrogi, bagienny, lesisty, ogólnie słaby do wojowania, to znaczy dosyć nieprzyjazny dla armii ewentualnej najeźdźczej, to nie byłoby wymarzone miejsce do jakichś krucjat czy do nawracania ogniem i mieczem. Ponieważ mam wrażenie, że plemiona, Polanie, Wiślanie i wszyscy inni Anie, którzy sobie tutaj funkcjonowali, oni niekoniecznie i od razu chętnie poddaliby się, wręcz przeciwnie, chyba walczyliby o swoje. A zatem istnieje jakaś przesłanka. Być może ona jest wątła. Ja wcale nie będę się kłócił, że nieprzyjęcie tego chrześcijaństwa otworzyłoby inne, nie wiem do końca jakie, ale inne możliwości.
Właśnie, ale czy na pewno?
[38:18] - Potencjalnie tak, ale zawsze są jakieś „ale”. Załóżmy, że nasz Mieszko ma świadomość tego, że czasy się zmieniają, że jeżeli chce przetrwać on i jego władztwo, musi zmienić system zarządzania, przyjąć nowe metody, sprawniejsze funkcjonowania swojego ludu. I załóżmy, że w sposób mądry, trochę wybiórczo brałby koncepcję zakładania miast, koncepcję oparcia piśmiennictwa o stan pogański, chrześcijański, czy też o własną służbę, nazwijmy to dworsko-cywilną. To, co znane było w Europie Zachodniej od czasów Karola. To Karol oparł oczywiście się na Kościele, ale wybierał sobie specjalnych uczonych, możnych ludzi. Bardzo często byli to zakonnicy czy księża, którzy zajmowali się rachunkowością, buchalterią, tymi wszystkimi rzeczami, które nie są tylko bieganiem z mieczem i rżnięciem się na polach bitew, ale tą codzienną administracją państwa. Wszystko się, moim zdaniem, sprowadzałoby do kwestii proporcji sił. Oczywiście Niemcy tylko czekali na to, żeby zrobić sobie krucjatę, ruszyć na pogan. Zresztą te wyprawy były często nazywane krucjatami. I wyrzynać wszystko w imię miłości do Boga jedynego.
Ale co by było, gdyby rzeczywiście na przykład Mieszkowi udało się zawrzeć koalicję, nawet wyciągając z lasów Prusów i Litwinów i powiedziałby im tak: „Moi panowie bracia, czy kuzyni, mamy taką sprawę. Za Wisłą, za Odrą czają się niemieccy rycerze. Jeśli chcemy przetrwać my i wiara naszych ojców, to musimy sobie zrobić reformę naszej państwowości”. Czy mogłaby na przykład powstać taka unia państw pogańskich, które bazując na zdobyczach cywilizacyjnych Europy ówczesnej, jednocześnie, nie chcę używać słowa odrzucałyby, ale zastępowały czy modyfikowały ten element religijny, który dawał ostoję władzy króla chrześcijańskiego? Pamiętajmy, władza królewska pochodzi od Boga, a cesarska jeszcze bardziej od Boga. Jak brzmiała doktryna, do dzisiaj zresztą brzmi doktryna głów koronowanych. Więc gdyby tak było, na pewno dochodziłoby do konfliktów, o których wspominałeś. Chociażby mokradła w okolicach Głogowa, dorzecza Odry czy nieprzebrane lasy piastowskie, czy nasze tutejsze, mogły stanowić z jednej strony typowo strategiczną czy taktyczną przeszkodę. Natomiast wszystko by się prędzej czy później zakończyło jakimś bilansem sił. I znowu, być może Zachód by wygrał.
Być może Słowianie, Litwini i Prusowie, załóżmy taki hipotetyczny sojusz, podzieliliby los Słowian Połabskich. Ale jeśli w jakiś sposób udałoby się obronić tą niezależność, pojawia się pytanie, jak mogłoby wyglądać średniowiecze wschodniej Europy, która byłaby na tyle silna, zjednoczona, bogata oczywiście też, bo bez pieniędzy nie ma armii, żeby obronić się przed ciągłymi zakusami świata Zachodu. Teoria kusząca, być może mało prawdopodobna, ale na pewno warta zastanowienia się na takim polu naszych fantazji.
[41:41] - To ja dorzucę do pieca jeszcze w tej chwili.
[41:44] - Niech płonie! Nie rzucaj do pieca, niech płonie.
[41:47] - Niech płonie. To dorzucam. Otóż mam taką koncepcję, co by się stało z wczesnośredniowieczną, może nie wczesną, ale środkowośredniowieczną Europą, gdyby powstał silny organizm parapaństwowy, państwowy, jak go nazwiemy, tak go nazwiemy, w każdym razie opierający się chrześcijaństwu. Chrześcijaństwo modne w Europie Zachodniej, modne w Europie Południowej, a w każdym razie przyjęte i niekwestionowane, nagle napotkałoby na teren, który powiedziałby absolutnie nie. W dodatku stanowiłby pewną realną militarną siłę Realną, w związku z tym polityczną siłę. Tak. Mamy dwie możliwości. Pytanie, która z nich by się ziściła? Albo chrześcijaństwo nie stałoby się tak silne, jak de facto się stało, albo nie byłoby wypraw krzyżowych na Bliski Wschód, tylko byłyby wyprawy krzyżowe na tereny obecnej Polski i te bardziej jeszcze na wschód. Sam nie wiem, co tak naprawdę by się wydarzyło.
Czy to byłby wielki kryzys chrześcijaństwa, czy też inna era wypraw krzyżowych, jak najbardziej krzyżowych.
[43:19] - Właśnie, tutaj jak najbardziej ta analogia jest słuszna. Od razu przyszła mi do głowy. Jestem o tym przekonany, że analogią służy nam oczywiście nasza historia z naszego punktu widzenia, bo my wiemy, że były krucjaty, był okres krucjat. Zresztą przecież nie tylko krucjaty bliskowschodnich. Karne wyprawy na południu Francji przeciwko Katarom, którzy ośmielili się nawet chrześcijańsko, ale myśleć inaczej niż Rzym, już powodował rzeź wszystkich w okolicy. Niemniej przyjmijmy, że w tym późniejszym okresie zagrożeni ekspansją chrześcijaństwa, ale zainspirowani dzielną postawą następców państwa mieszkowego, bo przyjmijmy na przykład, że Bolesław Krzywousty nie dzieli państwa na dzielnice, nawet możemy przyjąć, że do czasów mniej więcej Władysława Łokietka to państwo czy unia tych państw funkcjonuje w sposób alternatywny do świata chrześcijańskiego, do którego dołączają z czasem Skandynawowie. Powiedzmy, że oni również opierają się filozoficznie i religijnie chrystianizacji, ale politycznie jako rozsądne narody Północy, pragmatyczne, biorą z Zachodu to, co jest najbardziej korzystne. To znaczy organizacja państwa, struktury, być może nawet pewne formy prawne, ale jednak zostają przy swoim torze o dynie i innych lodowych gigantach. Możemy przyjąć na przykład, że Ruś, mam na myśli oczywiście teren i dzisiejszej Ukrainy i te późniejsze skandynawskie, z racji tego, że część Rusi przecież została założona przez wikingów, Waregowie i te wszystkie dalekie wschodnioeuropejskie tereny, że to wszystko byłaby pogańszczyzna. Politycznie i ekonomicznie te grody, miasta troszeczkę na zasadzie analogii właśnie z islamem, o którym wspomniałeś.
Bo przecież sytuacja opisana przez ciebie, która mogłaby hipotetycznie mieć miejsce na północnym-wschodzie Europy, de facto miała miejsce na południowym-wschodzie naszego kontynentu, gdzie starły się, oczywiście nie łudźmy się, w sposób militarny dwie siły, siły zarówno polityczne, jak i siły religijne. Oczywiście też Półwysep Iberyjski, gdzie Maurowie przecież aż do XV wieku tłukli się z Frankami, później z państwami i z królestwami hiszpańskimi. Dopiero przecież Izabela ich pogoniła z powrotem za Gibraltar. Czy Kraków mógł się stać, czy Gniezno mogło się stać kolejną Jerozolimą? Być może. Nawet załóżmy, że chrześcijańska krucjata mogłaby zdobyć. To jest fajny temat na powieść jakąś czy historię. Krucjata czesko-niemiecko, załóżmy węgierska zdobywa Kraków, ale potem pojawia się ktoś na miarę Saladyna naszego czy jakiegoś Staśka z Czarnobrodu, który odbija Kraków, wygania krzyżowców ze świętej stolicy państwa polskiego. To już nam zobacz, Marku, kreuje nam się pewna nawet fajna kanwa, może jakiejś alternatywnej powieści. Na pewno alternatywna unia państw pogańskich czy państw niechrześcijańskich musiałaby dysponować potencjałem militarnym, ponieważ w ostatecznym rozrachunku to była siła, która decydowała o być albo nie być państw w wiekach średnich.
[46:46] - Ja powiem jeszcze o jednej rzeczy, która przyszła mi do głowy. Otóż mówiłeś już o tym, że właściwie dziedzictwo wierzeń słowiańskich dotrwało do naszych czasów. Ono w sposób świadomy i namacalny obecne było bardzo długo. O tym też właściwie wszyscy wiedzą, że z jednej strony w Polsce czy na terenach polskich rzeczywiście chrześcijaństwo panowało, a z drugiej strony nie zawadziło pradawnym bogom czci oddać. To zastanawiam się po prostu, czy to takie trochę administracyjne przez Mieszka i później przez Chrobrego. O Chrobrym zostały przecież takie przekazy, że on dosyć brutalnie krwawił to chrześcijaństwo na terenach, którymi władał. W związku z tym zastanawiam się, czy pierwotna religia, która tutaj na terenach obecnej Polski panowała, która była silna, która z naszego punktu widzenia w ogóle była ciekawa, ale to zostawmy. Czy ta silna religia nie byłaby spoiwem wystarczającym, żeby tej nawale chrześcijańskiej z południa i z zachodu w jakiś sposób się przeciwstawić? My dzisiaj mamy taką tendencję do myślenia o tych poganach, że to byli tacy, że tam święte gaje, to Prusowie albo jakieś inne miejsca czcili, mieli takich dziwnych bogów. Ja tylko przypomnę, że dzisiaj cały ruch w Polsce jest taki, który stara się w jakiś sposób tę pierwotną wiarę Słowian tworzyć.
To jest zupełnie osobny- Przepastny temat. Nie dotykajmy za bardzo, bo audycja będzie trwała zbyt długo. Ale chodzi mi o to, że przecież wiara, która tutaj funkcjonowała, była niezwykle silna. Ludzie byli z nią związani niezwykle mocno. Te opowieści o tym, że właściwie do końca średniowiecza i dalej ona funkcjonowała ta wiara równolegle. Ona może już była trochę w podziemiu, ale jednak co jakiś czas ukazywała się gdzieś tam zza węgła, czy też zza rogu, czy jakkolwiek to określimy. Ona się gdzieś pojawiała. Czyli ona była bardzo silna, była bardzo silnie związana z ziemią, była bardzo silnie związana z przekonaniami ludzi, była bardzo silnie związana z tym, co w ogóle wokół tych ludzi funkcjonowało. A zatem moja teza, znowu robocza, że nie byłoby wcale tak łatwo, gdyby nie przyszedł taki nakaz od strony Mieszka, od strony tego człowieka, który władał tym wszystkim. Powiedzmy sobie szczerze, państwo na początku było własnością tego księcia czy później króla, a zatem on decydował o wszystkim.
Gdyby nie zdecydował i gdyby nie starał się używać brutalnych metod, żeby chrześcijaństwo krzewić, to być może spójność tychże nacji, bo to plemiona, pojawiłaby się wówczas, kiedy ich wierzenia, świętość — miejmy to cały czas z tyłu głowy, to, o czym pisał Eliade chociażby. Świętość, rzecz niezwykle ważna dla każdego człowieka, dla każdej jednostki — to ta świętość decydowałaby o tym. Ona by spajała te grupy Słowian. A zatem to byłaby, moim zdaniem, realna alternatywa zarówno w sferze ideologicznej, jak i w sferze militarnej, obronnej i tak dalej.
[50:42] - Wydaje mi się, Marku, że dotknąłeś bardzo istotnego elementu i też moim zdaniem w bardzo słuszny sposób, aczkolwiek pojawia się tutaj kilka aspektów, o których warto wspomnieć. Oczywiście to jest właśnie to, o czym nie można byłoby zapominać przy tej wspominanej przeze mnie poprzednio rekoniwście Krakowa hipotetycznej. Nie byłaby ona możliwa, gdyby ludy, narody pogańskie nie czuły jakiegoś wspólnego mianownika. A cóż może być silniejsze nad więzy polityczne, nawet nad sojusze polityczne? Bo jednak nie zapominajmy, że Prusowie byli nieco innym ludem. Oni nie byli Słowianami. Litwini też przecież tak naprawdę nie byli Słowianami. To były tutaj te grupy bałtyjskie, więc ich wierzenia, choć politeistyczne, choć właśnie tak jak wspomniałeś, związane bardzo mocno z tym chtonicznym kultem ziemi i tak dalej. Jednak sama świadomość, że mamy tutaj wiarę ojców, której nie oddamy, musimy razem stawić czoła nawale obcej siły, która właśnie prowadzona przez innego, obcego nam boga spoza Europy wręcz, bo przecież przylazł on z Bliskiego Wschodu. Więc my tutaj musimy się zjednoczyć.
Myślę, że ta silna wiara, o której mówiłeś, ta wiara, ale też tożsamość. Słusznie tutaj padło nazwisko Eliadego, którego oczywiście czerpałem na studiach pełnymi garściami i mam duży szacunek. Tak, myślę, że ta rzecz byłaby równie ważna dla obrony czy utwardzania tej hipotetycznej alternatywnej państwowości, jak siła miecza i pieniądza. Oczywiście, że tak. Więcej nawet powiem, bo moglibyśmy zastanawiać się: no dobrze, wiemy mniej więcej, wyobrażamy sobie, jak mogłoby wyglądać właśnie to pogaństwo od strony doktrynalnej, religijnej, zwyczajowej. Tutaj z dumą powiem, nie będę ukrywał, że sam się uważam za współczesnego poganina, choć bardziej takiego niekoniecznie słowiańskiego rodzimowierczego, ale generalnie mam ciągoty do Zachodu. Mieszkałem parę lat w Irlandii, więc miałem tam okazję z druidami się troszeczkę poznać. A i wcześniej zawsze mnie interesował ten aspekt emanacji boskości poprzez naturę. I zostawmy, tak jak słusznie powiedziałeś, zostawmy ten temat tak, jak jest. Co nie zmienia faktu, że sama idea wierzeń pogańskich czy też wiary w boskość natury jest mi bardzo bliska.
I też zastanawiałem się, jak mogłaby ewoluować religijność, bo nie chcę tego nazywać religią, bo przecież kultów było wiele, ale religijność naszych przodków, gdyby nie przyjęli wiary Piotrowej. Nie zapominajmy o tym, że zarówno chrześcijaństwo, jak i islam, jak i wszystkie religie zmieniają się na przestrzeni wieków. Przecież to nie jest tak, że chrześcijaństwo jest monolitem od czasów Chrystusa i Piotra i do dzisiaj. Gdybyśmy dzisiejszych biskupów przenieśli w czasie 1000 czy 1500 lat temu, zostaliby natychmiast spaleni na stosie za herezję, więc biskup biskupa by wysłał na stos czy w inny sposób pozbawił życia. Dlatego myślę, że pod wpływem pewnych filozofii, pewnych naturalnych prądów, kontaktów międzyludzkich, te religie, ta religijność mogłaby się zmieniać. Myślę o tym, że w sposób pozytywny i nie mam tutaj na myśli ciążenia ku chrześcijaństwu, co raczej właśnie przemiany i przebudowy tego systemu wierzeń strukturalnie na kształt chrześcijaństwa. Nie zapominajmy, że przecież chrześcijaństwo nie jest twardym, stuprocentowym monolitem. Oprócz głównego kultu Boga Ojca Wszechmogącego mamy kult Syna, nie tylko Ducha Świętego i Trójcy oczywiście, ale także Matki Boskiej. Kult maryjny, zwłaszcza w okolicach Torunia, jest bardzo przecież intensywny. Tam zakon krzyżacki jest Zakonem Świętej Marii Panny, ale także kult świętych.
I wiemy doskonale z badań religioznawczych, że właśnie bardzo wielu współczesnych świętych, czczonych nawet formalnie, znajdujących się na kościelnej liście świętych, tak naprawdę nigdy nie istniało jako żywi ludzie lub ewentualnie dopasowywano pewne wzorce do czego? No właśnie, do bogów pogańskich. Przecież święta Brygida Jest niczym innym tylko transpozycją celtyckiej bogini Bright czy Brit. To zależy wiadomo jak wymawiamy tą nazwę. Jestem pewien, że technicznie rzecz biorąc na pewno główne bóstwo. Czy byłby to jakiś typ henoteizmu, że mamy jednego boga głównego, trochę nawet jak skandynawski Odyn i bogów w rodzinie, czy grecki Zeus może bardziej, że mamy rzeczywiście takiego boga ojca, tatę tego panteonu i pod spodem on ma całą hierarchię swoich pomniejszych bogów, bogów służebnych, być może bogów konkurencyjnych, którzy funkcjonowali właśnie w ramach kultu świętych. Bardzo nie lubię zestawiania tego, że te wszystkie religie niechrześcijańskie były takie prymitywne, w sensie strukturalnie gorsze. Nie. Ci ludzie szczerze wierzyli w tych bogów. Oni szczerze wierzyli, że gdzieś istnieją, że rządzą tymi cyklami natury, cyklami życia.
Myślę, że 200, 300 lat później takiego obcowania w pograniczu z chrześcijaństwem mogłyby te kulty ewoluować w taki sposób, że powstawałyby chramy czy świątynie poświęcone Horsowi, Perunowi czy innym bogom, czy nawet boginkom. Gdzieś nad jeziorami, nad stawami, w kniejach, na rozstajach dróg zamiast krzyży przydrożnych mielibyśmy po prostu święte dęby przydrożne obwieszone jakimiś medalikami i innymi darami wotywnymi. Przecież wspaniale by to mogło wyglądać i taki świat myślę, że miałby szansę funkcjonowania równolegle. Oczywiście za ścianą i barierą tarcz i mieczy. Bo nie wpływajmy, wszystko sprowadza się do militarnej dominacji.
[56:31] - Powiem więcej, ja mam wrażenie, że ta pierwotna słowiańska duchowość, wiara, bogowie, oni byli znacznie bliżej owych społeczeństw bardzo prostych, które wówczas funkcjonowały plemiennych.
[56:50] - Rdzennych. To jest dobre słowo.
[56:51] - Tak, dokładnie. Znacznie bliżej niż to chrześcijaństwo, które zostało narzucone przez władzę, przez właściciela, przez księcia. Później dostał jeszcze placet królewski, w związku z tym to jeszcze bardziej, ale zaraz potem, jak był sobie zszedł Chrobry, to pojawiło się coś w latach 30. XI wieku, co nie napawa optymizmem, jeśli chodzi o ukorzenienie się chrześcijaństwa na terenach obecnej Polski. W związku z tym taka hipoteza robocza, że ta pierwotna duchowość, która funkcjonowała wśród rodzimych plemion, była bardzo mocno osadzona. Chrześcijaństwo to było coś z zewnątrz. Dobrze, ale ponieważ jesteśmy w cyklu Zwrotnice Historii, to muszę zadać to pytanie. Załóżmy, że rzeczywiście ta rodzima wiara ostałaby się, oparłaby się temu znakomitemu, czy nawiąże do tego znakomitego pomysłu, czyli obrony Krakowa przed krzyżowcami. Przyznam, że to rzeczywiście koncept arcyciekawy, nadający się rzeczywiście na wielką historyczną powieść, taką parahistoryczną powieść, bardziej fantasy, ale jednak to niezwykle ciekawe. Wyobraźmy sobie teraz, że mijają wieki.
Została Polska, czy też te tereny polskie, czy później Rzeczpospolita. Nie wiem, jakie słowa by się pojawiły. Nawet trudno o tym powiedzieć, ale załóżmy, że to by przetrwało. Chrześcijaństwo nie wkroczyłoby tutaj. To jest arcytrudne pytanie: jak by wyglądała dzisiaj Polska? Podejmujesz się odpowiedzieć na to pytanie?
[58:52] - Oczywiście. Jestem fantastą przecież. Biorę to na klatę całe to pytanie i już je rozkładam na czynniki pierwsze. Myślę, że do pewnego stopnia znowu możemy znaleźć pewne analogie. Właśnie w tej słowiańskiej duszy . Wspomniana przez ciebie reakcja pogańska była najlepszym przykładem tego, jak trudno jest wyplenić pewne przyjęte wzorce kulturowe, zwłaszcza jeśli bazują one na emocjonalności. To najprościej można powiedzieć. Wszyscy mówią rozsądnie porzuconemu chłopakowi czy porzuconej dziewczynie: „On czy ona nie była ciebie warta. Odrzuć się. Pół świata tego kwiata, znajdziesz kogoś”.
Ale emocjonalnie on jest nadal przywiązany. Rozsądek zawsze ginie w starciu z emocjami i być może nawet rozsądek nakazywałby wejść w sojusz, odpuścić chrześcijanom. Ale serce wzywa do odbicia Krakowa i dlatego chrześcijanie zbierają się na przykład pod Lublinem. Rusza rekonkwista. Nie chrześcijanie, tylko nasi pogańscy, alternatywni przodkowie. I ruszają na Małopolskę, żeby odbić stolicę. Właśnie dlatego, że na pewno kochaliby to, w czym wyrośli, dorośli i to, co chcieliby przekazać kolejnym pokoleniom. Wspomniałeś, tutaj padło słowo Rzeczypospolita. Ja wręcz uważam, że ta kultura opolska, nie mam na myśli szanownego miasta Opola, które jest samo z siebie bardzo sympatyczne, ale chodzi o to opole, czyli taki rejon plemienno-administracyjny, nazwijmy go później Kasztelanią na przykład. Ale właśnie ta różnorodność bogów, różnorodność wierzeń myślę, że sprzyjałaby późniejszym prądom funkcjonowania stanów rycerskich.
W końcu wolni kmiecie, którzy później stali się podstawą stanu rycerskiego, a potem szlachty. To jest prosta droga ewolucyjna przecież do pana brata podwijającego wąsa i bigosującego swoją szablą wszystko w karczmie. Wręcz myślę, że jak najbardziej Mogłaby funkcjonować. Nie zapominajmy jeszcze o jednej rzeczy, że w wieku XIII pojawia się Złota Orda, czyli Czyngis-chan i jego pobratymcy, potomkowie. Imperium Osmańskie, Imperium Tureckie przecież zaczyna zajmować — już przesuwamy się troszkę ze średniowiecza w czasy późniejsze — zaczyna zajmować południe czy południowy wschód Europy. Pada Konstantynopol chrześcijański, Jerozolima pada wcześniej. Więc to też nie jest tak, że chrześcijaństwo zawsze jest omnipotentne i zawsze będzie wygrywało. Z pewnością mogłoby się ugiąć przed dominującą siłą gospodarczą, militarną. Więc pytanie, czy weszlibyśmy w sojusz z Turcją? Być może tak.
Być może pod Wiedniem nie przybywalibyśmy z odsieczą cesarzowi austriackiemu, ale właśnie przybywalibyśmy z odsieczą Kara Mustafie, żeby bić książąt saskich, książąt francuskich. Być może armia króla Jana Sobieskiego pod sztandarami Peruna ruszyłaby właśnie na mury Wiednia. Skoro już tak odwracamy historię troszeczkę. Bo załóżmy, byłby to wspólny sojusz przeciwko wspólnemu wrogowi. Wrogowi, powiedzmy wtedy już przeciwnikowi politycznemu. I myślę, że jeszcze mamy chwileczkę czasu, żeby zastanowić się, jak by dzisiaj mogła wyglądać Polska. Ale myślę, że tak zwana Rzeczypospolita szlachecka, w której pewne prądy być może nawet uznałaby możliwość tworzenia naturalnych wspólnot czy komun chrześcijańskich, protestanckich na swoich ziemiach. Nie wiem. To jest właśnie kolejne pole do zaorania. Jak by mogła wyglądać pokojowa egzystencja tych dwóch kultur?
Czy w taki sposób właśnie cały czas posługuję się analogiami bliskowschodnimi, gdzie właśnie kraje Lewantu w pewnym momencie, gdy chrześcijanie i muzułmanie nie rżnęli się na kolejnych wojnach, tam przecież dochodziło do całkiem pokojowej egzystencji. Kwitł handel, kwitła wymiana naukowa, karawany jeździły w tę i we w tę. Przecież już wtedy, nawet w naszej historii, tej prawdziwej, która się zdarzyła, znamy przecież kupców arabskich, którzy docierali na nasze tereny, a czy nawet dalej. Więc ja myślę, że tutaj powinniśmy rozpatrywać też ewentualną naszą alternatywną historię. Nie tylko rozpatrywać ją przez pryzmat wojen i militarnej konkurencji, ale także być może pewnego naturalnego, pokojowego przenikania się i wzbogacania się. Kto wie, czy silne pogaństwo, silne państwa pogańskie na tych naszych terenach nie wpłynęłyby w pewnym momencie na kształt chrześcijaństwa zachodniego. Nie zapominajmy o protestantach, którzy przecież zbuntowali się przeciwko pewnej zdegenerowanej formie rzymskiego katolicyzmu i stwierdzili, że oni sobie zrobią właśnie reformę, reformację. Być może te prądy humanistyczne, prądy— też znowu kolejny temat. Mam nadzieję, Marku, że zapisujesz, bo tutaj rodzą się tematy po prostu jak zboże na polu na wiosnę. Jak mogłoby sama religia ewoluować?
Czy powstałaby jakaś pogańska inkwizycja, że albo wierzysz w starych bogów, albo palimy cię na stosie? Rusowie wycięli świętego Wojciecha podobno za wiarę, ale słyszałem też o teoriach, że się dobierał do żony wodza. Więc tak różne. To widzisz, Marku. Pole naszej orki jest szerokie. Możemy tutaj naprawdę nieoczekiwanie znajdować kolejne i kolejne obszary do fantastycznych dywagacji.
[01:04:13] - Ja powiem jeszcze, że zastanawiałem się, gdzie by podziali się Krzyżacy w tym naszym fikcyjnym świecie.
[01:04:21] - A ja wiem, bo ja już to pomyślałem.
[01:04:22] - A to proszę.
[01:04:23] - Na Pomorzu Wschodnim Krzyżaków prowadziłby nie Konrad Mazowiecki, tylko na przykład książęta, czy też margrabowie, grafowie brandenburscy z Pomorza Zachodniego, z tych terenów okolicy. Być może Szczecin stałby się nowym Malborkiem albo Koszalin. I ja myślę, że zakładając, że do tego naszego tygla dorzucamy właśnie przyprawę w postaci Krzyżaków, myślę, że mogli oni by ruszyć nie od strony południowego Mazowsza i Kujaw, tak jak tutaj było, czy ziemi chełmińskiej, dobrzyńskiej, ale właśnie od strony zachodniej, czyli tam właśnie Wolin, Koszalin, Kołobrzeg. Myślę, że Rzesza Niemiecka nie przepuściłaby takiej okazji, żeby wykorzystać. W sumie był to przecież zakon Domu Niemieckiego, a więc zakon po prostu Rzeszy, gdzie większość to byli jednak Niemcy, znaczy rycerze pochodzący z landów niemieckich. Także nie obawiajmy się, byłoby na pewno ciekawie. Byłby kolejny Grunwald podejrzewam, ale właśnie gdzieś bardziej od zachodu niż od południa by, myślę, następowała ta ekspansja krzyżacka. Także ja już to mam opracowane, bo ja się przyznam, Marku, że od razu chciałbym tutaj do tej naszej teorii troszeczkę swoją pieczątkę własności przybić, ponieważ ja już pracuję nad konstrukcją takiego świata i pierwsze opowiadania i przymiarki do różnych powieści, właśnie takiej średniowiecznej fantasy pogańskiej już istnieją u mnie na serwerach, na dyskach. Ale cicho sza.
[01:05:47] - To muszę zadać pytanie tak zwane kończące. Czy odważysz się nakreślić nawet grubą, ale taką kreską nie do końca ostrą, jak wyglądałby nasz kraj w XX, XXI wieku, gdyby to, o czym w tej chwili sobie rozmawiamy, gdyby ta zwrotnica zadziałała i gdyby rzeczywiście troszeczkę inaczej w kwestii na przykład wiary rzecz się miała, to XX, XXI wiek jak by wyglądał twoim zdaniem?
[01:06:22] - Nie bez powodu dzieli się czasy na starożytność, na średniowiecze, na nowożytność i nowoczesność, czyli takie powiedzmy mega okresy historyczne, ponieważ każdy z nich charakteryzuje się jednak innymi paradygmatami. I myślę, że jest to pytanie oczywiście postawione ze wszech miar słusznie i ciekawie i ma rację bytu, aczkolwiek wykonam tutaj taki pewien unik, ponieważ myślę, że jest to znów tak obszerny temat historycznie, że gdybym próbował go teraz przedstawić za pomocą jednego czy dwóch zdań, niemiłosiernie bym go okaleczył. Ponieważ nie zapominajmy, że na drodze rozwoju naszego hipotetycznego państwa stała jeszcze rewolucja techniczna, która działa się niezależnie od kultur, niezależnie od religii. Działo się oświecenie naukowe, które przecież wręcz stało w opozycji momentami do zabobonu, jakim była religia. Myślę, że moglibyśmy sięgnąć po analogie kulturowe z Dalekiego Wschodu, gdzie do dzisiaj funkcjonują państwa typu Japonia, typu Indie. Bardziej wolałbym jednak Japonię niż Indie, nie ukrywam. Gdzie przy praktycznie nieistnieniu chrześcijaństwa jako siły państwotwórczej, Japończycy zawsze mieli właśnie ten swój silny, mocny rdzeń, indywidualność. My tutaj pochodzimy od naszych bogów, nasi cesarze pochodzą od naszych bogów. Mamy swój własny system. Nie potrzebujemy chrześcijan, nie potrzebujemy ich Boga i ich religii, a jednocześnie przyjmujemy oczywiście naukę, przyjmujemy wszystkie dobra komercyjne, budujemy własne fabryki.
Dlatego powiedziałem bardzo ogólnie nakreślę to, jednocześnie sugerując Marku, że może warto byłoby się zastanowić. Może jeżeli uznasz, że warto poświęcić temu kolejne nasze spotkanie jakieś. Zastanowić się właśnie, wyjść już od tego średniowiecza i pociągnąć temat, jak mogłaby wyglądać właśnie alternatywna przyszłość, a może zostawić to na karty powieści. Niemniej myślę, że wobec globalizacji, która nastąpiła w wieku XX, moglibyśmy dzisiaj przypominać nieco taką trochę Japonię. W sensie normalne współczesne społeczeństwo używające iPhone'ów, używające komputerów, jeżdżące samochodami marek z całego świata. A jednak zamiast kościołów i dzwonów, i wież i Najświętszego Masztu w Toruniu posiadające system świątyń, uniwersytetów, festiwali pogańskich, regionalnych, związanych z dawną wiarą. Być może jeżdżono by na przykład na święta poświęcone boginkom Wisły gdzieś właśnie do Krakowa, czy może nawet do Wisły. Wisła centrum, tam, gdzie Adam Małysz skacze. Wisła centrum religijnym na przykład na rodziny. Tam pod Baranią Górą, gdzie rodzi się nasza królowa naszych rzek, mogłaby powstać na przykład świątynia poświęcona bóstwom Wisły.
Moglibyśmy jeździć w góry. Pewnie nie nazywałyby się wtedy Świętokrzyskie. Być może nazywyłyby się Łyse Góry. Tańczyć z czarownicami w świetle księżyca albo świętowalibyśmy na Ślęży i na Wierzycy jakieś inne festiwale pogańskie, które miałyby status świąt państwowych. Być może na przykład letnie przesilenie byłoby dniem wolnym od pracy. Być może stawialibyśmy choinkę nie na Boże Narodzenie, tylko właśnie na Jare Gody, czy jakkolwiek inaczej nazwalibyśmy święta w okresie zimowego przesilenia. Na pewno nasza Polska wyglądałaby ciekawie.
[01:09:49] - Proszę państwa, pierwsza zwrotnica w naszej historycznej zabawie — tak to określmy — została przestawiona. Kolejne zwrotnice przed nami. Ja tylko przypomnę, że ani nie trzeba nam wierzyć, ani nie trzeba się zachwycać tym, co mówimy. Warto natomiast zaproponować coś w alternatywie. Ja bardzo chętnie przeczytam, przytoczę w następnej audycji państwa pomysły wiążące się z dzisiejszym tematem, bo to jest temat, o którym takie mam podejrzenie moglibyśmy jeszcze rozmawiać przez kilka godzin. Bo jak państwo zauważyliście, kolejne koncepcje, kolejne pączki, które z tych koncepcji właśnie pączkują, a one się pojawiają niejako tak od razu i można właściwie nową historię, nową alternatywę pisać. To jest właśnie sens „Zwrotnic historii”. Zapraszamy państwa do wzięcia udziału w naszej zabawie. Tak, zabawie, bo chociaż analizujemy pewne sprawy, fantastycznie je analizujemy. W sensie wymyślamy różnego rodzaju alternatywy, to jednak zdaję sobie sprawę i Cezary zapewne także, że nie wyczerpujemy tematu.
Postarajcie się państwo zatem wyczerpać albo spróbować wyczerpać ten temat, a za jakiś czas zapraszam do kolejnych „Zwrotnic historii”. Mam takie podejrzenie, że albo będziemy mówić o tej współczesnej Polsce, takiej nieco zmienionej, nieco innej, a może sięgniemy, proszę państwa, do tego, co zaproponował w swoim czasie Robert Silverberg w książce „Roma Eterna”, czyli ogólny pomysł brzmi w ten sposób: Rzym, Cesarstwo nie tylko nie upadło, ale przetrwało. I to przetrwało do czasów, które my zwykliśmy nazywać XX wiekiem. Wydaje mi się, że to całkiem interesująca zwrotnica, ale to już innym razem. Pięknie ci, Cezary, dziękuję za dzisiejsze fantazjowanie. Bardzo mi było miło i bardzo się dobrze fantazjowało.
[01:12:09] - Dziękuję. Marku, czy na samo zakończenie mogę dokonać pewnej brutalnej autoreklamy?
[01:12:15] - Ależ oczywiście.
[01:12:16] - Więc jeśli pozwolisz, chciałbym zaprezentować, podzielić się, żeby nie było to takie pustosłowie, które dzisiaj uprawiałem tutaj, opowiadaniem, które popełniłem jakiś czas temu, kilka lat temu, właśnie w klimatach zahaczających nieco o to, o czym żeśmy dzisiaj rozmawiali. Mam je na swojej stronie autorskiej, ale oczywiście czy możemy podlinkować, czy utworzyć kopię. Chciałbym podzielić się z naszymi słuchaczami tym tekstem, właśnie pokazując, jak mogłaby wyglądać Polska w pierwszej połowie XIII wieku, gdyby te wszystkie magiczne, pogańskie, czarodziejskie rzeczy istniały, gdyby rzeczywiście słowiańscy bogowie funkcjonowali, a magia istniała. Także Marku, w twoje ręce składam propozycję udostępnienia mojego opowiadania „Królewski Pakt" dla naszych słuchaczy.
[01:13:06] - Proszę państwa, link do opowiadania Cezarego Czyżewskiego znajduje się pod filmem.
[01:13:13] - Dziękuję bardzo.
[01:13:14] - Pięknie jeszcze raz dziękuję i do usłyszenia.
[01:13:17] - Sława! Sława bracia Słowianie!
[01:13:23] - Proszę państwa, wakacje to czas, kiedy wszystko się zmienia. Zmienia się również, ale delikatnie, „Filmotekarium". W zeszłym tygodniu słuchaliście państwo takiej podserii wakacyjnej „Perły Bibliotekarium". Dzisiaj druga podseria, którą nazwijmy „Filmotekarium Seriale". Zapraszam, z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiali o serialu „From" – „Stamtąd". Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze. I znowu mamy nowy filmotekaryjny format.
[01:14:05] - Tak, format serialowy, czyli coś, co już było. W tym formacie przyglądamy się nowym serialom ze sfery science fiction, horroru, mystery i tak dalej. Trochę thrillera pewnie też będzie. A dzisiaj serial, który bardzo mi się spodobał i o który się bardzo boję. Dlaczego? To wyjaśnimy na końcu. Powiem ci tak, Marku, i państwu też tak powiem. Pamiętacie może rok temu, jak żeśmy rozmawiali o serialach, to ja powiedziałem, że ja seriali nie oglądam. Nie oglądałem długo, ale moje nastawienie się zmieniło, dlatego, że filmów jako takich dobrych jest coraz mniej. Zatem z braku laku trzeba jakiś serial czasem obejrzeć, a przynajmniej spróbować.
Nadal wiele produkcji z gatunku sci-fi, horror i tak dalej, pewnie zauważyliście, cierpi na te same choroby co rok temu, czyli dłużyzny, nuda, spadek atrakcyjności plus zapętlenie oczywiście. Ja tymczasem znalazłem coś, co mnie zainteresowało bardzo. Do tego stopnia, że obejrzałem dwa sezony z serialu „From", czyli „Stamtąd" w języku polskim. I powiem ci, Marku, tak z niecierpliwością i pewną obawą czekam na sezon trzeci, a to się zdarza rzadko. Dodam tylko tyle, że serial ten emituje jedna z popularnych platform, chociaż drugi sezon z tego, co wiem, nie jest jeszcze dostępny po polsku. Serial opowiada paradoksalnie rozbudowaną, ale prostą historię, ale jest w nim takie coś, co mnie skłoniło, by zostać z nim na dłużej, by poświęcić czas na te dwa sezony. Chociaż początkowo, szczerze mówiąc, wcale nie byłem tego pewien i nawet uważałem, że to jest badziew. „From" to jest, jak powiedziałem, dość złożona historia. Dlatego też moim zdaniem powinniśmy przedstawić jak najmniej szczegółów, dlatego że tutaj każdy szczegół jest, jakby nie było, ważny. Ważny, bo ta historia ewoluuje.
Natomiast myślę, Marku, że możemy sobie pozwolić trochę na opisanie świata. Świata przedstawionego bardzo dziwnego miejsca. Z jednej strony takiego miejsca, gdzie by się nie chciało za Chiny Ludowe być, ale z drugiej takiego, które jest jakoś tak bardzo swojskie.
[01:16:26] - Ja myślę, że będzie dobrze, jeśli rozpoczniemy opis tego miejsca oraz całej sytuacji tak, jak to zrobiono w filmie. Otóż amerykańska rodzina: tata, mama i dwójka dzieci, synek i córeczka. Córeczka już taka wyrośnięta, ale jednak córeczka. Podróżują sobie kamperem przez Stany Zjednoczone. My się później dowiadujemy, że to nie jest takie proste, że te wakacje miały być niby szczęśliwe, ale może nie do końca. To już sobie państwo obejrzycie. Ale w pewnym momencie jadą przez piękne Stany Zjednoczone, a tu nagle na drodze leży sobie drzewo. Przejechać się nie da. Trzeba zawrócić. W dodatku jakieś ptaszyska tam sobie fruwają wokół tego drzewa.
Źle wyglądają te ptaszyska. Paskudnie wyglądają. Rodzinka zawraca. Trafia do jakiejś amerykańskiej pipidówy. Nawet się nie zatrzymują, ale jadą dalej. Jadą, ale znowu trafiają do amerykańskiej pipidówy. Jadą dalej i znowu trafiają do pipidówy. I to jest cały czas ta sama pipiduwa, amerykańska co prawda, ale jednak taka sobie mieścinka. Zaczynają się zastanawiać: skoro po drodze nie skręcali, skoro nic się nie wydarzyło, to jakim cudem jadąc przed się trafiają ciągle w to samo miejsce? I to jest dobre wprowadzenie, bo wspólnie z tą rodziną trafiamy do miejsca, o którym Piotr powiedział, że nie chcieliby państwo tam trafić.
Ja też nie chciałbym tam trafić. W dodatku my w formie filmowej dowiadujemy się o tym miejscu, że jest na pewno paskudne. Ale - i to jest coś, co mnie zadziwiło - pierwszy raz zadziwiłem się i zaintrygowałem w tym filmie, że tam jest taka scena, kiedy coś złego pojawia się za oknem i kusi małą dziewczynkę, żeby to okno otworzyła. I dziewczynka otwiera to okno i to coś złego to niby babcia tej dziewczynki, ale się okazuje, że to nie babcia, bo babcia nagle dostaje wielkich zębów. I już państwo mają w tym momencie takie wrażenie: nie no, to jakieś bzdury, po prostu jakieś zęby, jakieś straszydła. Właśnie nie, bo scena jest ładnie ucięta. W dodatku później, kiedy obserwujemy to, do czego ta scena doprowadziła. Ten film, ten serial nie epatuje flakami. To rzadkie w amerykańskich filmach, bo pokazanie rozwłóczonych flaków, jakiejś rzezi, fontanny krwi to jest specyfika amerykańskiego kina, a tutaj nie. Tutaj oczywiście widzimy ślady tego, co się wydarzyło, ale to nie jest tak drastyczne.
To nie jest epatowanie flakami, tylko raczej samą sytuacją. A sytuacja jest nieszczególna. Już się państwo zorientowali, że miasteczko nie dość, że jest dziwne, to jest nawiedzane przez dziwne istoty, które gdzieś tam sobie w lesie mieszkają. Wychodzą z tego lasu i mówiąc szczerze, troszeczkę terroryzują mieszkańców. Mieszkańcy co prawda znaleźli sposób, w jaki mogą się ochronić przed owymi dziwnymi stworami, ale to po pierwsze nie jest sposób taki, że on zawsze działa, ale różne przypadki się zdarzają i czasami komuś się noga powinie i wtedy potwory mają uciechę. Właśnie, potwory. Te potwory cały czas nie wiemy, czym, kim są. Bardzo długo nie wiemy, a nawet kiedy nam się wydaje, że się dowiedzieliśmy, to jest tylko iluzja tak naprawdę. W związku z tym sytuacja, z którą mamy do czynienia w serialu, jest zachęcająca, bo na tym tle, tego miasteczka, tej pipidówy amerykańskiej, z której nie można wyjechać, w dodatku jej mieszkańcy to nie są tacy mieszkańcy. To są ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia, podróżując drogą, natrafili na drzewo, natrafili na ptaszyska i znaleźli się w tej miejscowości.
Ci ludzie pochodzą praktycznie z całego terytorium Stanów Zjednoczonych, z różnych miejsc, od wschodniego do zachodniego wybrzeża, od północnej po południową granicę. Wszędzie, z wszystkich miejsc trafiają do tej mieściny. Myślę, że więcej się już opowiedzieć nie odważę.
[01:21:38] - Tak. Co tu jeszcze można dodać? To miasto jest zapuszczone bardzo. Nie jest ta rodzina pierwszą, która przejeżdża przez rynek i jej się zdaje, że coś się spierniczyło w drodze i coś pomylili i krążą w kółko. Ale miasto nie jest opuszczone. W końcu nasi bohaterowie jednak lądują w rowie wskutek wypadku. Na ratunek rusza im z sercem na ramieniu ekipa mieszkańców miasta, które jest zagubione w czasie i przestrzeni albo w tym i w tym. Jedno jest pewne: ono raz na jakiś czas wciąga nowych mieszkańców, bo inaczej tego nie można nazwać. Ale to miasto ma też problem, o którym powiedziałeś, czyli to quasi zombie, krwiożercze fantomy. Bo zombie to nie są jednak.
Oni się pchają do domów po nocy i jeszcze w drugiej serii nie otrzymujemy odpowiedzi na to, skąd oni się właściwie biorą, kim są te istoty. Może trochę się nam tu coś mówi, ale też nie do końca. Nie do końca też nasze różnego rodzaju przypuszczenia na temat ich genezy się sprawdzają. Ale powiem ci tak: kiedy ja sobie obejrzałem chyba pierwsze dwa odcinki „From”, nie byłem nastawiony za bardzo optymistycznie. Ale często tak jest z serialami, że one się zaczynają kiepsko. I ten rozbieg u „Froma” wydawał mi się słaby przede wszystkim dlatego, że serial jest taki trochę, jak powiem tandetny, to pewnie wielu z was powie: jak jest tandetny, to po co go chwalicie? Ale pierwsze dwa odcinki wydają się takie badziewne trochę. Miałem wrażenie, że nawet to jest serial Dom Młodzieży, powiem ci. Ale na szczęście fabuła się rozwinęła dalej. Dodam może dwa słowa o tym miejscu.
Otóż specyfika tego miasta jest taka że raz na jakiś czas trafiają tam nowi ludzie tą samą drogą co rodzina Scampera, ale też z powodu potworów ludzi regularnie ubywa. Tyle że jest tam samozwańczy szeryf Boyd Stevens, były żołnierz, który też tam trafił z rodziną. On wraz z innymi, gramotnymi mieszkańcami organizują normalne życie w tym mieście. W miarę normalne, oczywiście takie, jak warunki pozwalają. I teraz tak: to miasto dzieli się na osadę z domami jednorodzinnymi i na rodzaj komuny, domu kolonialnego, tak to się nazywa, gdzie mieszka dość dużo osób i dowodzi tą grupą charyzmatyczna Donna. I teraz moglibyście sobie pomyśleć, jeżeli nie oglądaliście serialu, że oni się tam naparzają między sobą, między osadą a dołem kolonialnym. Nie. Oni są podzieleni obowiązkami, natomiast starają się przeżyć. Postacie ogólnie są bardzo sympatyczne, charyzmatyczna baba Herod Donna pomaga utrzymać to wszystko w ryzach. Czyli ta cała społeczność jest zorganizowana.
Mają szpital, mają szeryfa, mają jadłodajnię. Wspólnie pracują, przetwarzają na przykład ziarenka na bimber i tak dalej. Pojawiają się oczywiście problemy. Jakie? Chyba nie możemy wam do końca powiedzieć, bo to byłoby trochę za dużo. Natomiast problemy, które się pojawiają, Marku, one mi się wydają konsekwencją prób ustalenia tego, co to jest za miejsce, jaka jest jego prawdziwa natura i jak stamtąd uciec. Oczywiście uciec się nie da, ale można próbować, bo samo miasto to tylko element bardziej złożonej rzeczywistości tamtejszej. Tam wokół tego miasta formalnie nic nie ma oprócz lasu. Natomiast kiedy mieszkańcy budują wieżę, by nadać sygnał SOS, to okazuje się, że im odpowiada ktoś bardzo dziwny. Miasto otacza las.
Las, chociaż wydaje mi się, że obok są takie polany, połacie. Oni tam chodzą, natomiast w las zapuszczają się rzadko. W tym lesie można znaleźć drzewa. Drzewa, które są rodzajem wormholów do innych rzeczywistości. Ale im dalej się w ten las idzie, to on się staje coraz dziwniejszy, absurdalniejszy, oniryczny wręcz. Na końcu zaś... To zobaczycie sami, nie powiem, ale są też podziemia. I koniec końców, Marku, i my, i oni zaczynamy się zastanawiać, co to jest za rzeczywistość. Czy to jest eksperyment, symulacja, piekło może? Oni sami snują o tym domniemania, bo sami nie wiedzą.
Jedno jest pewne: początkowo się przynajmniej wydaje, że nie da się stamtąd uciec. I jeszcze moje ostatnie słowo na temat świata przedstawionego. Chciałbym jeszcze przemycić pewien wątek. Musicie mi wybaczyć. Otóż w tym świecie warunki atmosferyczne, pogodowe są stałe w pierwszym sezonie do pewnego momentu. W drugim sezonie rzeczywistość zaczyna ewoluować i tutaj się gryzę w język.
[01:26:46] - Tak, z takich dziwnych rzeczy to jest jeszcze to, że świecą się tam żarówki w lampach, ale kable, które prowadzą do owych lamp, wydają się nie przewodzić prądu. Nie ma w nich prądu, a jednak żarówki się świecą. Podkreślam to, bo to w pewnym momencie staje się dosyć ważne. Dużo mówimy o tym, że to jest serial, który warto zobaczyć i ja to podtrzymuję, ale muszę łyżkę dziegciu. Nie to, żebym miał coś tak do końca przeciwko, ale zaczyna mnie już po prostu nużyć, wkurzać, że właściwie nie da się natrafić na serial w tej chwili, proszę państwa, bez mniejszości. Sami państwo wiecie, jakich mniejszości. No nie da się, kuźwa, po prostu się nie da. I to zaczyna być męczące. Dlaczego? Dlatego, że statystycznie jest tak, proszę państwa, w społeczeństwie, że te mniejszości są i one są pewną normą.
W porządku, ja to akceptuję. Dla mnie nie jest w tym nic dziwnego. Natomiast jeśli dostajemy cały świat filmowy, który jest wypełniony tymi ludźmi, właściwie definiujemy świat przez seksualność człowieka, to to mnie zaczyna po prostu wkurzać, bo na co dzień, proszę państwa, ja nie wiem, może to ja się w takich środowiskach obracam, ale ja na co dzień nie mam tego typu problemów, nie spotykam się z takimi ludźmi. Ja wiem, że oni są i wiem, że okej, niech sobie są. Natomiast jeśli w 100% hollywoodzkich i nie tylko hollywoodzkich filmów muszę dostać takich osobników, to zastanawiam się, czemu to tak naprawdę służy. Tu rzeczywiście jest to dobrze wplecione w fabułę, ale równie dobrze można by się obyć bez tego wątku. Co więcej, można by to zamienić w parę heteroseksualną i wszystko byłoby w porządku. Tak od razu powiem, że po prostu lekarka, która trafiła do tego miasta, wspomina sobie swoją dziewczynę, z którą miała wziąć ślub, a w drugiej serii ta dziewczyna, tu już zdradzę, wybaczcie państwo, ta dziewczyna nagle się w tym mieście pojawia. Naprawdę to musiało się tak wydarzyć? I znowu, zrozummy się, ja cały czas to podkreślam: nie o to mi chodzi, że tacy ludzie są, tylko o natężenie tej tematyki.
Takie, wiecie państwo, nachalne serwowanie tego. Naprawdę jest tak, że nie ma żadnego wydarzenia w świecie filmowym, który jest odbiciem naszego świata, w którym tego rodzaju wątki nie pojawiałyby się? Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Mam wrażenie, że jesteśmy indoktrynowani. Zostanę na tym, bo te algorytmy tu na YouTubie latają w różne strony i jeszcze się zrobi nieprzyjemnie.
[01:30:03] - Powiem tak: bywa gorzej w innych serialach. Tutaj to wszystko jest i tak jakoś tak wyważone, że nie czujemy chyba aż za bardzo tej nutki indoktrynacji, o której mówisz. Ja się akurat zgadzam z tym, że przegina się momentami, tak jakby nagle odkryto tę sferę rzeczywistości. Ale przejdźmy dalej. Słuchajcie, plusem serialu „From” jest to, że mamy tam bardzo ciekawe, wyraziste, niejednoznaczne postacie bohaterów głównych, ale też szereg bohaterów dalszoplanowych. Bo wiesz, ja mam tam problem ze zdefiniowaniem, kto jest na jakim planie. Moglibyśmy to oczywiście jakoś zrobić, ale mamy tam bohaterów, wydaje mi się, bohatera zbiorowego przede wszystkim, ale mamy też bohaterów z planu pierwszego i z planów dalszych. Oni są nam przedstawiani w filmie w sposób bardzo różny. To znaczy poświęca im się czas, uwagę, rozwija się te wątki, ale nierównomiernie. Nie oszukujmy się, że najwięcej czasu się poświęca szeryfowi, Donnie trochę mniej, potem tej rodzince, o której była mowa.
Ale są też inni. Ja ogólnie powiem, że nie wiem. Ja mam takie wrażenie, że ten szeryf i Donna, po prostu ci aktorzy nadają temu serialowi ton, bo dobrze się ich ogląda. Natomiast z tych postaci drugoplanowych, które warto wymienić, to jest na przykład Sarah. To jest taka zwichrowana psychicznie ekstrasenska. To jest zwykła nastolatka, która ma jakieś zdolności psi albo też według niektórych po prostu zaburzenia. I ona prawdopodobnie posiada zdolność do jakiegoś sprzężania się z tą rzeczywistością, w której oni są osadzeni i odbierania od niej sygnałów. Czyli ona, gdybyśmy tak spojrzeli z perspektywy symbolicznej, ona jest kimś w rodzaju takiej szamanki. Szamanki, oczywiście ona żyje na uboczu, bo traktowana jest jako osoba z marginesu w tej społeczności, dlatego że dopuściła się pewnych rzeczy i ona tam jest na cenzurowanym, natomiast jest przydatna. Jest też Eric, wycofany, jakby lekko niepełnosprawny umysłowo facet, a właściwie to duże dziecko, które jest jednym z najstarszych mieszkańców tego miasta.
Dlatego, że musimy powiedzieć jedną rzecz: my do końca nie wiemy, jak tam przed pewnym momentem, ale nie powiemy może jakim, toczyła się historia tej miejscowości. I ten Eric coś o tym wszystkim wie. Ten Eric coś wie, jak działa ta miejscowość i okolica. Natomiast on wszystkiego nie chce jeszcze powiedzieć. Oczywiście, Marku, „From” ma też swoje mankamenty. Pierwszy to jest taki, że możecie odnieść wrażenie, że coś podobnego gdzieś już widzieliście. O tym za chwilę będziemy jeszcze mówić. Natomiast drugi mankament wynika z rzeczywistości przedstawionej, a w zasadzie z organizacji życia, bo nam się pokazuje pewną społeczność, która funkcjonuje. My nie wiemy, ilu ludzi tam mieszka. Wydaje się, że dużo.
Cały czas dochodzą nowi. Czasami nawet te dopływy są znaczne. Oni tam uprawiają ziemię. No ale jak? Nie jest to nam też tak bardzo pokazane. Żeby utrzymać, Marku, taką społeczność, to musisz mieć hektary, prawda? Musisz mieć kombajn jakiś, musisz mielić, piec. Tam nam to jest niepokazane, skąd oni mają niektóre produkty, że mają jadłodajnię, która jest w stanie wyżywić dużą grupę ludzi. Skąd biorą leki, by utrzymać służbę zdrowia, żeby nikt po prostu nie umarł na katar? O prądzie już wspomniałeś.
Ciekawe jest natomiast to i szanuję, muszę powiedzieć, że autorzy, twórcy serialu przynajmniej próbują tłumaczyć te paradoksy poprzez pewne wstawki. Oni mogliby nam poświęcić odcinek, jak oni tam żyją, ale pewnie by to zostało uznane za marnotrawstwo kasy. Mamy tam jakieś przebitki, jak oni tam pracują, jak dynie zbierają, jak sobie coś tam pichcą i tak dalej. Z drugiej strony pojawiają się takie wzmianki, że na przykład jeżeli się pojawia nowy samochód, jeżeli się pojawiają nowi ludzie, to z nimi się też pojawiają nowe materiały. Oni też starają się oszczędzać, jak mogą. I coś mi się przypomina, Marku, że gdzieś tam na początku oni powiedzieli, że czasami coś im jest podrzucane, że na przykład znajdują w okolicach miasta jakieś zwierzęta hodowlane, jakby zabłąkane. Oczywiście chyba wiecie, że tworzenie takich scenariuszy jest ryzykowne. Natomiast we „Fromie” powiem ci, że oczywiście to bije po oczach w jakiś sposób, bo pytamy, jak oni tam funkcjonują, jak oni tam żyją, skąd ciągle mają konserwy. Ale jednak przynajmniej próbują nam twórcy w jakiś sposób wytłumaczyć te meandry codzienności. Chociaż powiem ci, że cały czas miałem gdzieś to z tyłu głowy: skąd oni mają to żarcie na przykład.
Ale oni się też cały czas o to żarcie martwią.
[01:35:26] - To prawda. Przywołałeś postać tego dużego dziecka, tego jednego z pierwszych mieszkańców. Przecież przez długi czas on się pojawia w tym domu kolonialnym po puszkę brzoskwiń. I wygląda, że on dosyć regularnie po te brzoskwinie się pojawiał i to od dawna. W pewnym momencie brzoskwiń zabrakło, ale to jest przyjmowane zarówno przez zainteresowanego, jak i ludzi, którzy w tej społeczności są jako wydarzenie. Zabrakło brzoskwiń. W związku z tym tu mogą się pojawiać pytania, skąd te dobra różnego rodzaju pojawiają się w tej przestrzeni? To jest pytanie, które można zadać i ono zawiśnie sobie, bo prostej odpowiedzi na to nie ma. W ogóle w tym serialu oprócz wyjaśnień mnożą się pytania i w związku z tym ja mam niepokoje. Z naszej wcześniejszej rozmowy przed nagraniem wiem, że te niepokoje targają również tobą, Piotrze, bo te niepokoje związane są z tym, co będzie dalej.
Bo na razie, tak jak już to obaj stwierdziliśmy, jest nieźle. To się da oglądać. Co więcej, jestem taki wycofany. Nie, to się dobrze ogląda po prostu. Warto to obejrzeć. Dwa sezony łyknąłem właściwie bez bólu, ale to zmartwienie we mnie narasta. Jaką drogą pójdzie ten serial? Jaki będzie trzeci sezon? Dlaczego? Domyślacie się państwo.
Mając z tyłu głowy tę niesławną historię serialu „Zagubieni”, boję się, że scenarzyści mogą dojść do wniosku, że ważniejsze są kolejne sezony, a nie wyjaśnienie zagadki. I tu zdradzę państwu wiedzę tajemną, że serial „Zagubieni” — ja wiem o trzech sezonach — że przez pierwsze trzy sezony on miał zawsze odcinek zamykający, który wyjaśniał historię i serial się kończył. Ale na ogół było tak, że ktoś tam przychodził i mówił: „Nie, kręcimy dalej, kręcimy, bo się nieźle ogląda, się sprzedaje. Przemontowujemy ostatni odcinek, żeby wyszło, że nic nie wiadomo”. I mniej więcej po trzecim sezonie, przynajmniej tyle mi wiadomo, przestano już produkować, wymyślać. Scenarzyści przestali wymyślać końcówki, bo w dodatku ta końcówka po pierwszym sezonie, po drugim, po trzecim, one były kompletnie inne, szły w zupełnie innych kierunkach. Gdyby „Zagubieni” skończyli się po pierwszym sezonie, to wyjaśnienie byłoby bardzo proste, przynajmniej w stosunku do tego, co nam zaserwowano później. Później z sezonu na sezon te wyjaśnienia się komplikowały, aż w końcu przestały się komplikować, bo scenarzyści machnęli ręką. Zaczęli mnożyć zagadki bez opamiętania i bez nadziei na to, że kiedyś da się to wszystko zestawić i wyjaśnić. W związku z tym, kiedy przyszedł czas na zakończenie emisji produkcji serialu „Zagubieni”, wyemitowany został odcinek ostatni, który niczego nie wyjaśniał.
Właściwie dotykał tylko pewnych tajemnic, ale właściwie niczego nie wyjaśniał. I to obłudne stwierdzenie któregoś ze scenarzystów czy producentów, już nie pamiętam, że to oni tak specjalnie zrobili, bo to rozwiązanie ma się pojawić w głowach tych wszystkich, którzy serial oglądali. Miłośników tego serialu. Każdy sobie rozwiązanie ułoży. Jest po prostu kpiną i natrząsaniem się, robieniem z nas wszystkich wariatów. I boję się, żeby serial „From” nie poszedł tą drogą, bo na razie myślę, że da się ułożyć całkiem sensowne rozwiązanie. Pytanie, czy ono będzie satysfakcjonujące dla nas oglądających. To jest inna kwestia. Natomiast ja najbardziej lubię te seriale, które mają koniec, a nie odwlekają się, odwlekają i ciągle produkują nowe sezony i w pewnym momencie się urywają i zostawiają nas z zagadką. Takich seriali już kilka widziałem.
[01:39:51] - Ja tylko chciałbym ci wejść, Marku, w słowo, żebyśmy zakończyli wątek, bo jest łącznik między „Lostem" i jest łącznik między „Fromem". Jest to Harold Perrineau, aktor, który się pojawia, który gra rolę Boyda Stevensa, czyli głównego bohatera, jakby nie było we „Fromie" i który się pojawia też w serialu „Lost". Stąd też wiele osób, które pytałem o serial „From", mówiło: „A, to jest ten aktor z Lostu, to musi być coś podobnego". I powiem ci, że chociaż to było pierwsze wrażenie w zasadzie, to kto wie, czy oni się właśnie nie mylili. Chociaż ja jestem przekonany, że to pójdzie trochę inną drogą, bo może ten sezon trzeci „From" będzie ostatnim jednak, nie wiem. Sam widziałeś zakończenie, bo oglądałeś drugi sezon. Ono nas może zbliżać do wyjaśnienia tej zagadki. Ale zobacz też z drugiej strony, że ja powiedziałem na samym początku, że się boję o ten serial, ale mi się bardzo podobał. Chodzi o to, że on się albo musi skończyć i tutaj nam akcja strasznie przyspieszy, a zauważamy, że ona przyspiesza i intensyfikuje się już w drugim sezonie mocno. Mocno, ale tak naprawdę bardzo, że dochodzimy do wniosku, że nasi bohaterowie wszyscy w sumie to mogą zginąć nieboga.
... główni, ale może być tak, że on będzie ciągnięty w nieskończoność. Nie wiem, która opcja jest gorsza, dlatego że wielki finał w sezonie trzecim też może być rozczarowujący. To są Stany Zjednoczone, w Ameryce zawsze się wszystko musi kończyć z przytupem. Powiem ci, że twórcy "From" nie wyglądają na takich, którzy by mieli na tyle pieniędzy, żeby inwestować w efekty specjalne. Czyli może być badziew. Może być też tak, że zostanie nam to tak zapętlone wszystko, że wyjdzie serial, który jest takim dziwadełkiem trochę. I dlatego się boję o "From" z tego powodu, że to mi się po prostu podobało jako prosta horrorowa historia. Jakiekolwiek mielibyśmy do niej zarzuty, to jednak jest oglądalne. Pamiętamy, Marku, serial "Yellowjackets".
Też żeśmy przebrnęli przez dwa sezony w poprzednim serialowym Filmotekarium i tam było to męczące. Natomiast tu nie jest i jestem strasznie ciekaw, w którą stronę pójdzie sezon trzeci. Czy będziemy równie do niego nastawieni entuzjastycznie jak do przynajmniej pierwszego, chociaż drugi wcale. I to, powiem ci, jest dla mnie pewne zaskoczenie, że ten drugi sezon wcale nie jest bardzo rozczarowujący, bo tak często jest w serialach, że jak się dobrze ogląda, to się robi coś dla pieniędzy. Jeszcze takie pytanie do ciebie, czy jest dużo według ciebie przedłużeń, niepotrzebnych scen w serialu "From"? Bo ja chociaż się kilku doliczyłem, to wydaje mi się, że nie ma tego aż tak dużo, żeby to kłuło w oczy, żeby sztucznie napędzić te kilkadziesiąt minut, żeby dodać tam wątki, które są zupełnie niepotrzebne. Wątki takie są, oczywiście, nie oszukujmy się, ale jak mówię, nie boli to tak jak w przypadku innych seriali.
[01:43:26] - Zdecydowanie nie jest to serial pompowany, sztucznie napędzany i rozdmuchany, ale muszę powiedzieć, że nie. W dodatku słusznie podkreślasz, że drugi sezon to jest mocne przyspieszenie. O ile pierwszy sezon toczy się stabilnie, nieśpiesznie, mnożąc jakieś zagadki, ale bez przesady, to w drugim sezonie to zaczyna przyspieszać. Nagle się pojawiają wątki, które owszem, rozbudowują historię, poszerzają ją, ale w jakimś stopniu komplikują. I ja zawsze staram się przynajmniej patrzeć na historię w ten sposób. Wiem, że nie wymyślę końca, bo to jest słodka tajemnica scenarzystów, ale staram się wyobrazić sobie, jakbym pospinał niektóre przynajmniej wątki i na razie jeszcze mi się to wydaje do spięcia. Natomiast jeśli to będzie szło w tym tempie, to możemy przeoczyć moment, tak jak znowu odwołując się do "Zagubionych", w którym pogoń za ciekawą historią, mimo wszystko ciekawą, wbrew logice i czasami podstawowemu zdrowemu rozsądkowi, jest ważniejsza od historii. To się nie sprawdza i mam nadzieję, że tą drogą nie pójdą scenarzyści, twórcy tego serialu. Taką mam nadzieję, że to będzie historia, która będzie miała koniec bez względu na liczbę sezonów. Wiecie państwo, uznacie mnie za obsesjonata, niech będzie, ale cały czas przypominam o serialu "Pod kopułą" na podstawie Kinga.
Tam było tych sezonów bodajże pięć. Wszystko się komplikowało, ale na przykład trzeci sezon się potrafił rozpocząć tak, że mówiłem sobie: "Wow, naprawdę można mnie tak zaskoczyć?" Okazuje się, że można. W dodatku ten serial się kończył, miał znakomity koniec, w dodatku otwarty. Można nakręcić nowy serial, już nie "Pod kopułą", tylko jakiś inny, nowy. Wszystko było logiczne, wszystko się wyjaśniało, jak to w serialu, niedoróbki zawsze są, ale w miarę wszystko było zamknięte. Chciałbym, żeby "From" też był takim zamkniętym, skończonym serialem z ostatnim odcinkiem, po którym mówimy sobie: "Wow, to była historia, którą warto było obejrzeć". To była historia, która nie bazowała na tym, że zrobi jelenia z tego, który ogląda, bo przy okazji będzie oglądał reklamy, w ogóle kasa się będzie zgadzać. Opłaci też streaming i te rzeczy. Tylko zamiast tego, że on ma płacić, ten jeleń nie okaże się jeleniem, bo dostanie historię zamkniętą, którą będzie mógł bez wstydu opowiedzieć komuś i zachęcić go: "Słuchaj, obejrzyj ten serial, bo to jest historia, która ma koniec, która rozwiązuje wątki". Wbrew pozorom przy ilości kasowanych seriali przez różne platformy streamingowe to zaczyna być coraz częściej rzadkość, bo seriale kasuje się jeden po drugim.
Jak tam coś komuś nie zagra, nie do końca w duszy zaśpiewa, to kasujemy. Mam nadzieję, że ani kasowanie nie spotka tego serialu, ani też nie spotka go głupi koniec.
[01:47:27] - On ma dość wysokie oceny. Wydaje mi się jednak, że twórcy pójdą po rozum do głowy, ale to już jest moje proroctwo, że „From” się skończy tak, że się skończy, ale nie otrzymamy odpowiedzi i wtedy oni będą mogli tworzyć na podstawie tego uniwersum nowe opowieści i później, i wcześniej, i tak dalej. Może nawet mamy tego pewne oznaki już. Tylko jeszcze dodam jedną rzecz, Marku, powiem ci tak, ta historia jest naprawdę banalna. Tutaj jest jeszcze jedna rzecz, bo oni tam próbują rozkminić, skąd się w ogóle to miejsce wzięło i jak oni tam trafili. Myślę na podstawie tego, co nam do tej pory pokazano w dwóch sezonach, że to jednak jeszcze się przeciągnie, chyba że szybko odkryją odpowiedź. Ale chodzi mi o to, że immersyjność tego serialu jest duża. To uniwersum jest na tyle ciekawe i nie wiem, z czego to wynika. Może z tego faktu, że lubię „Blair Witch” na przykład, że lubię takie opowieści o zaginięciach, że nie wiem, że to się kojarzy z „Dr Quinn” i z amerykańskimi serialami, które się dzieją na prowincji, że to się jednak ogląda. Jakkolwiek by nie było, jakiekolwiek tam się czasami zdarzają durnoty, to się jednak da oglądać.
Da się oglądać w przeciwieństwie do innych seriali, które po jakimś czasie rozczarowywały jednak. Powiem ci tak, jak drugi nie rozczarował tak mocno, to może ten trzeci też będzie dobry, bo zacznie się chyba z przytupem.
[01:49:05] - Tak, tym bardziej że jak oglądałem analizy ostatniego odcinka drugiego sezonu, głębokie analizy, które wchodziły w takie szczegóły jak odbicie jednej z bohaterek w szybie, to przyznam, że ludzie śledzący seriale są naprawdę niesamowici. To, co zobaczyłem, to, co przeczytałem na temat końcówki, jeszcze pobudziło mój apetyt. Też pozostaję z nadzieją, że serial „From” nie skończy na śmietniku i nie skończy też w krainie obciachu, tylko doprowadzi nam historię do nie wiem, czy szczęśliwego, ale do końca.
[01:49:51] - Historia jak historię, przynajmniej opowieść. I to by chyba było na tyle.
[01:49:58] - A teraz zapraszam państwa na kolejny odcinek recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka wydawnictwa Odessa. To ciekawe wydawnictwo, niszowe bardzo, ale jednocześnie prężne i oferujące ciekawą fantastykę. Dzisiaj odcinek poświęcony książce zatytułowanej „Córka Azrai”. To jest książka w nurcie fantasy, ale znowu ja mam tę nieznośną w czasie wakacji będę z tą przypadłością starał się walczyć. Więc właśnie nieznośną przypadłość, że zagaduję. Tym razem szybciutko się wycofuję, nie zagaduję. Zatem recenzarium Ewiwy, Luiza Dobrzyńska i książka „Córka Azrai”. Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Jeżeli zapytam, czy znacie historię Małej Syrenki, to na pewno ogarnie was śmiech.
Zna ją przecież każdy. Od jakiegoś czasu nawet święci swego rodzaju triumfy. Istnieje całe mnóstwo opowieści filmowych o miłości syreny do człowieka. Mamy na tym tle odsłute horrory. Niedługo ma się ukazać nowy film o Małej Syrence, już teraz budzący kontrowersje z powodów etnicznych. Jednak w książkach ten temat jest bardzo rzadki. Nie wykluczam, że istnieją powieści, które w jakiś szerszy sposób opisują kwestie syren. Osobiście do tej pory zetknęłam się z tylko dwoma takimi. Jedna to jest opowiadanie z serii opowiadań wiedźmińskich Sapkowskiego, a druga to bardzo mało znana książka wydana w wydawnictwie typu vanity. Nazywała się „Moc akwamarynu”, a jej autorką była Julia Bardini.
Poza tym syreny nie wydają się tak wdzięcznym tematem jak smoki, elfy, krasnoludy i tak dalej. Nie wiem dlaczego. A kiedy już ktoś podejmuje temat syreny, nie wiem, może w książce też, ale przede wszystkim na ekranie, to w zasadzie klepie ten sam temat, że syrena porzuca morskie głębiny, żeby zamieszkać między ludźmi. A gdyby tak odwrotnie? Oksana Usenko, ukraińska artystka i pisarka, zadebiutowała na polskim rynku powieścią „Córka Azrai”. Powieścią inną niż wszystkie, wykazującą pewne pokrewieństwo ze smutną bajką Andersena, ale bardzo dalekie. O czymże mówi ta książka? Otóż Olga mieszka w małej wiosce niedaleko Morza Azowskiego. Po stracie ojca sytuacja jej rodziny bardzo się pogarsza. Dziewczyna po szkole pomaga matce w pracach domowych i w opiece nad młodszym rodzeństwem.
Mimo że życie dla niej jest dość ciężkie, jest pogodna. Stara się czerpać radość ze wszystkiego, co ją otacza. Jej przeciwieństwem jest przyjaciółka z dzieciństwa, Alina, która nienawidzi wioski i nienawidzi biedy, w której wyrosła. Pewnego dnia Alina namawia Olgę do wzięcia udziału w pewnym rytuale. W ten sposób wciąga ją w pułapkę. Nieświadoma podstępu Olga przejmuje od Aliny moc syreny. Staje się syreną i musi zamieszkać w morzu. Wkrótce okazuje się, że to, co mogłoby się wydawać czymś strasznym, jest w istocie czymś pięknym. Albowiem morskie głębiny kryją cuda, o jakich mało kto słyszał. Olga nie może się nadziwić, że Alina tak łatwo odrzuciła ten dar.
Początkowo mieszka w Morzu Azowskim, wkrótce jednak musi wyruszyć dalej, ponieważ ludzie zaczynają plotkować o morskiej pannie wynurzającej się z fal. Po drodze do oceanu Olga spotyka Tamaza, przedstawiciela tego samego gatunku, w którym ona teraz się znajduje, jeśli można to tak określić. Tamaz jest syreną rodzaju męskiego, czyli jakby trytonem, chociaż on sam tak tego nie określa. Wyjaśnia on Oldze, że jest teraz Azrai, to znaczy należy do ludu mieszkającego od niepamiętnych czasów w głębinach oceanów i mórz. Mimo że stroni od ludzi, to jednak może między nimi mieszkać, stawać się człowiekiem. Jest to jednak bardzo niebezpieczne i dla Azrai, i dla ludzi, albowiem związki między dwoma tak różnymi gatunkami zawsze są naznaczone niebezpieczeństwem. Olga przekonuje się, że te opowieści nie są tylko ostrzeżeniem. Książka Oksany Usenko zabiera czytelnika w fascynujący świat podmorskiej przyrody. Jest również przesycona ładunkiem humanizmu i mimo wszystko wiary w to, że ludzie nie są tacy źli. Mamy tutaj bardzo wyraźnie zaznaczone, kto należy do antagonistów, a kto do protagonistów.
Nie mamy takiego modnego obecnie pomieszania, gdzie ten zły jest trochę dobry, a ten dobry jest trochę zły. Mówiąc szczerze, bardzo lubię takie czarno-białe przedstawienia rzeczywistości. Męczy mnie bowiem użalanie się nad różnego rodzaju zbrodniarzami, że mieli nieszczęśliwe dzieciństwo i że lubią głaskać dzieci po główkach. Nie wydaje mi się to przede wszystkim bezpieczne. Dla mnie zbrodniarz to jest zbrodniarz i powinien zostać jak najszybciej ukarany, odizolowany od społeczeństwa. Nie należy się wgłębiać w to, jakie on miał powody. Niestety wiele obecnie pozycji, zarówno filmowych, jak i książkowych wręcz bierze czarny charakter na bohatera pozytywnego. Nie wiem, skąd się wzięła ta moda i bardzo się cieszę, że Oksana Usenko jej nie uległa. Poza tym trzeba przyznać, że jej książka jest niezwykle kolorowa w opisach podwodnej fauny i flory. Przy czym nie jest to coś, można powiedzieć, w rodzaju łopatologicznie wtłaczanej wiedzy.
Jest to jakby obraz malowany słowem, coś, co trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, jak bardzo jest piękne. Książka została wydana w dwóch językach. W jednym tomie, ale w dwóch wersjach językowych. Tak że mogą ją czytać zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Może również posłużyć do nauki i każdego, kto interesuje się syrenami namawiałabym do przeczytania jej. Nie mamy tutaj klasycznej opowieści o miłości syreny do człowieka i o tym, jak bardzo chce ona wyjść na ląd. Mamy tutaj coś zupełnie innego. Nic, co kiedyś już czytaliśmy czy oglądaliśmy. Szczerze zachęcam do lektury tej książki. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:58:14] - Sentymentalnik. Sentymentalnik w czasie wakacji też bywa wakacyjny, a nawet dzisiaj też będzie wakacyjny. Postaramy się, żeby w ogóle gdzieś tak w te letnie miesiące nawiązywać do tej lepszej części roku, czyli do wakacji. Zapraszam bardzo serdecznie. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:58:43] - Witam tradycyjnie w Sentymentalniku.
[01:58:47] - Ja już się troszeczkę przymierzałem, żeby zaśpiewać piosenkę. Już za kilka dni, za dni parę zrobię taką troszeczkę recytację, ponieważ państwo mogliby nie znieść mojego śpiewu, w związku z czym pozwolę sobie jednak ograniczyć do takiej recytacji. Weźmiesz plecak swój i gitarę. Tak się zaczyna film, o którym dzisiaj będziemy mówić.
[01:59:15] - Tak, jest to film, który ma dla mnie szczególne znaczenie. Dlaczego? Bardzo go lubię i nie lubię jednocześnie. Jak to jest możliwe? Lubię wersję z roku 1960, o której dzisiaj będziemy mówić. Nie znoszę wersji z roku 2006. Chodzi o „Szatana z siódmej klasy”, którego wersję wcześniejszą omawiamy. Chociaż powiem ci, Marku, jeżeli wierzyć Internetowi, to nie jest wersja najstarsza, tylko środkowa, bo ponoć jest jeszcze wersja niedokończona z roku 1939. Ten film, o którym dzisiaj opowiadamy, wyreżyserowała Maria Kaniewska. Co jeszcze warto o nim powiedzieć?
Debiutowała w nim Pola Raksa i z tego, co się dowiadujemy, "Szatan..." zyskał nominację do Oscara, ale przede wszystkim ogromną popularność w Polsce. Film się opiera oczywiście o powieść Kornela Makuszyńskiego, tyle że ta wersja z roku 1960 jest dostosowana do realiów demokracji ludowej, prawda?
[02:00:13] - Milicja już jest. Ja ten serial wspominam z rozrzewnieniem ze względu na aktorów, bo tak to było, proszę państwa, w filmach PRL-owskich, że w obsadzie aktorskiej nawet takiego filmu, powiedziałoby się dla młodzieży, to wiecie panie, nie musi być wybitna obsada, a tu mamy na przykład Stanisława Milskiego. Jeśli go państwo nie kojarzycie, to jak oglądaliście państwo Marka Piegusa, to tam się pojawia, ale w "Grubym" się pojawia, gra woźnego. Milski to był taki człowiek charakterystyczny. Zawsze grywał staruszków, tak mu fizys pozwalała. Ale proszę państwa, mamy w tym filmie Kazimierza Wichniarza, mamy Mieczysława Czechowicza, mamy Janusza Kosińskiego.
[02:01:09] - Tutaj trzeba powiedzieć, że mamy go w specyficznej roli, prawda?
[02:01:13] - Tak, to prawda. Mówisz o Kosińskim?
[02:01:18] - Tak. O nim akurat mówię. Chociaż musimy dodać jeszcze jedną rzecz, że do aktorów, do tej wersji aktorskiej to jeszcze byśmy sobie na koniec przeszli, bo to jest taka rzecz, która się bardzo z tym filmem mocno wiąże, szczególnie z głównym bohaterem, prawda?
[02:01:35] - Tak, to prawda. To był aktor, który w Stanach Zjednoczonych wystąpił w filmie, który cieszył się powodzeniem, bo cieszył się ten film powodzeniem. To właściwie nie byłoby kwestii. On musiałby zrobić karierę. No ale dobrze, zostawmy sobie to na koniec.
[02:01:57] - Tak. Jak mówiłem, "Szatan siódmej klasy" w swojej najlepszej odsłonie jest przeniesiony w realia PRL-u, w realia powojenne. Mamy co prawda majątek ziemski i pałac, ale on już jest w rękach państwa. W oryginale było inaczej, w oryginale, czyli w powieści. Państwo restauruje zabytek. W tym zabytku jest taki zarządca tego zabytku. Na tle tej filmowej Bejgoły, która oryginalnie była usytuowana na Wileńszczyźnie, rozgrywa nam się cała intryga i cały szereg drobnych historii związanych z tą intrygą, ale bardzo fajnych, bardzo takich lekkich, ale strawnych. I tutaj jeszcze może dwa słowa, jeżeli pozwolisz, bo niektórzy nam mogą zarzucić, że jakoś tak się infantylni zrobiliśmy, bo wychwalamy dzieła dla młodzieży "Wakacje z duchami", "Stawiam na Tolka Banana", "Podróż za jeden uśmiech". Otóż powiem tak, przynajmniej odnośnie "Szatana...". Jeżeli tego filmu nikt nie oglądał, to nie zauważy takiego pewnego dyskretnego uroku i czegoś, czego często filmy nie mają.
Otóż tam jest taki specyficzny klimat, Marku, w tym filmie. Mimo że on ma bardzo określoną stylistykę i konwencję, to z tej mieszanki wyłania się taki urok. Urok, który nie zawsze był obecny w polskim kinie. Ostatnie moje zdanie, nim się zamknę. To jest po prostu film udany ze względu na twórców, sprawnych bardzo aktorów, ale też dobry materiał literacki, bo przecież Makuszyński Kornel przed wojną był jednym z najbardziej poczytnych i jeżeli dobrze kojarzę, to najbogatszych twórców literatury popularnej, między innymi dzięki właśnie powieściom dla młodzieży. Chociaż wielu z was czytało "Szatana..." jako lekturę, bo pewnie był w kanonie lektur. Może przypomnimy kilka szczegółów, ale tych szczegółów filmowych. Jak to tam było, Marku? Jak on tam do tej Bejgoły trafił?
[02:04:05] - Przyjechał na wakacje i od razu zetknął się z sytuacją. Pojechał z profesorem. To profesor Milski zaprosił go i pojechali razem. Pojechali razem i natknęli się na sytuację taką dziwną. Opisana została, że jakoś tak się dziwne rzeczy... Na początku można sądzić w ogóle, że to może jakieś sprawy związane z duchami albo może z jakimiś nieczystymi siłami. Ale w końcu film był PRL-owski, to żadne nieczyste siły nie mogły brać udziału. W związku z tym bardzo szybko się okazuje, że pojawiają się w pałacu jacyś dziwni ludzie. Pojawia się malarz, który coś chce niby malować. Nie wygląda, mówiąc szczerze, na malarza.
Wszystko wskazuje na to, że on koło malarza to mógł najwyżej postać sobie. Nazywa się ten malarz Weryho. Gra go Mieczysław Czechowicz. Jeżeli państwo pamiętacie tego aktora, to nie była subtelna postać, która kojarzy nam się z malarzem. Raczej mógłby grać jakichś rzezimieszków portowych, to prędzej.
[02:05:28] - Tak i nie. On gra taką postać, jaką gra w tym kabaretowym występie z Michnikowskim w piosence "Tanie dranie".
[02:05:37] - Dokładnie, jest tanim draniem, więc wszystko się zgadza. Coś tam udaje, że niby maluje, ale tak naprawdę bardzo szybko domyślamy się, orientujemy się, że on tu przyszedł był na przeszpiegi. Czegoś szuka, bo w ogóle W końcu wychodzi na jaw, że ktoś czegoś szuka w tym pałacu. Nie bardzo na początku wiadomo czego. Szczęśliwi ci, którzy nie znają historii, ponieważ niczego się nie domyślają. Ja mam to szczęście, że pamiętam swoją wizytę w kinie, bo wyświetlano ten film w kinie. Nie żebym był na premierze, aż taki stary nie jestem. Natomiast w latach 70. zapędzono nas na seans filmowy, szkolny taki seans filmowy i tam ten serial. Nie wiem, z tymi serialami już myślę pewno o przyszłym tygodniu.
W każdym razie ten film nam zaprezentowano. Cóż, ja nie znałem tej historii i bardzo mi się podobała. Pełna tajemnic, pełna rzeczy niezwykłych. Natomiast później sięgnąłem po książkę i to było rozczarowanie, bo książka jest inna w klimacie. Nie mówię, że gorsza, ale ja po prostu tak miałem, że chciałem, żeby było to, co w filmie. Nie było to, co w filmie. Książka jest inna. Inna w nastroju, inna w ogóle jest. Ale ja państwu, żeby było tak soczyście, powiem, że w swoim czasie rozpłakałem się jako kilkulatek, ponieważ na dobranoc był „Koziołek Matołek” i to nie był ten Koziołek Matołek, którego ja z kolei tu odwrotnie przeczytałem w postaci takiego przedwojennego komiksu. To nie był ten Koziołek, to był inny Koziołek i w związku z tym zareagowałem tak, jak dziecko może zareagować, czyli zaniosłem się płaczem.
Już płaczem nie zanosiłem, kiedy czytałem „Szatana z siódmej klasy” w postaci książki, ale to jednak nie było to. Po latach dotarło do mnie, że ten literacki oryginał jest fajny, warto go przeczytać, ale jest zupełnie inny. Dzisiaj skupiamy się oczywiście na filmie. Cóż, kiedy orientujemy się my jako widzowie, że coś wokół tego pałacu dzieje się niedobrego, orientuje się oczywiście główny bohater, czyli Adam Cisowski. Adaś, który w dodatku bardzo się zainteresował debiutującą na ekranie Polą Raksą, Wandą Gąsowską. To jest bratanica profesora, z którym przyjechał. Proszę państwa, już się pojawia wątek romantyczny. Ale Adam Cisowski orientuje się, że coś jest nie teges, że tak się wyrażę i rozpoczyna prywatne śledztwo. Muszę powiedzieć, że film trzyma formę, bo to prywatne śledztwo też jest logiczne. Jest nieprzegadane, a jednocześnie fajnie posuwa się do przodu.
Ja uważam, że to jest bardzo udany film.
[02:09:11] - Tak. Jeszcze dodajmy może to, dlaczego w ogóle z tym profesorem pojechał. Chłopak z profesorem to tak rzadko jeździ chyba na wczasy. Dzisiaj to by Netflix nakręcił o tym pewnie coś.
[02:09:24] - To by nakręcił jakiś taki romans. Ale to nie, to zupełnie o co innego chodzi.
[02:09:30] - Tak. Przygody profesora w pałacu na przykład. W każdym razie wynikało to z tego, że Adaś był wybitnie inteligentny, miał umysł analityczny i został poproszony przez profesora Gąsowskiego o pomoc w rozwiązaniu zagadki. Dodajmy, że profesora bardzo safandułowatego. Także ten film ma też sporą warstwę w sobie jakiejś, i tutaj nie chcę powiedzieć humoru, bo to jest taka subtelna komedia. Jak powiedziałeś, ten pałac, remontowany zabytek skrywa nie tylko nie lada tajemnice, ale też atrakcje w postaci Wandy, czyli Poli Raksy, zanim stała się jeszcze Marusią. Ta intryga nas prowadzi do zagadki z czasów napoleońskich jeszcze. A że zagadkę można przeliczyć na pieniądze, to właśnie te wizyty dziwnych osób, niebezpieczeństwo zagadki i też sytuacja, w wyniku której Adaś dostaje od bandziorów po łbie. Ale jest wiele takich historii pobocznych jeszcze. Powiem ci, że rzeczą, która mnie tam trochę tak, nie chcę powiedzieć rozbawiła, ale jest takim ciekawym wątkiem, może dla niektórych szokującym, jest młodzieżowy język używany przez Adasia i niektóre osoby.
Dzisiaj już pewnie byłby uważany przez dzisiejszą młodzież za coś w rodzaju równoważnika języka starożytnych Egipcjan, ale można zobaczyć, jak się wtedy mówiło w latach 60. Ale powróćmy może do tej obsady aktorskiej, bo jak powiedziałeś, mamy tam duże nazwiska. Duże pomieszane z takimi mniej znanymi, bo Wichniarz, czyli Zagłoba, Fogiel też bardzo znany aktor, Czechowicz, wspomniany Milski. Tylko Milski już wtedy był prawie u kresu kariery oraz przede wszystkim Józef Skwark, czyli odtwórca roli tytułowej. I tutaj jest paradoks, bo by można powiedzieć i go określić w ten sposób, że to był aktor jednej roli. I tak, i nie. On zagrał w "Szatanie siódmej klasy" jeszcze jako student. I tak się jakoś złożyło, może to była jakaś klątwa, że on przepadł. Sam mówił o tym właśnie w taki sposób, że zbyt dużo osób go, reżyserów na przykład, pedagogów w szkole, zbyt wiele osób go kojarzyło z tą jedną rolą. Kojarzyła go też publiczność i został zaszufladkowany.
Po prostu, jak mówił, nie dostawał propozycji aktorskich. Co prawda grał w teatrze, ale to jednak nie jest film. Do filmu, w zasadzie to do seriali powrócił gdzieś chyba na początku XXI wieku, kiedy się zmienił już w taki sposób, że nie można było w nim rozpoznać tego Adasia Cisowskiego. Chociaż byli tacy, którzy mówili, że film zgrzytał mu na tyle, że uciekł po prostu w teatr i w pedagogikę. Bywa tak, prawda? Zresztą takie sformułowanie aktor jednej roli nie pojawiło się znikąd. Józef Skwark zmarł względnie niedawno, w roku 2002. Jest tam też dużo mniej znanych aktorów, ale film jest świetny, bo to też zauważyłem, to do mnie przyszło. Zresztą tam, że tak przerwę, występuje Damięcki, nawet taki młody, jeden z tych Damięckich, już nie pamiętam, ten, co zmarł chyba niedawno. Ale wracając do wcześniejszej myśli, to się fajnie ogląda, dlatego że tam obok tego głównego wątku mamy kilka takich pomniejszych fajnych historii i dlatego to w jakiś sposób nas angażuje, wciąga.
Z drugiej strony ten PRL-owski letni klimat, który tam jest, też jest jakoś tak bardzo widoczny, przebija się. I chociaż ten film jest czarno-biały, to mimo wszystko nie odbieram... Znaczy powiem tak: jemu to nadaje pewnego klimatu. Nie wiem, co by tu jeszcze dodać. Nie będziemy się rozwodzić nad warstwą fabularną, bo to jest dzieło znane. Co by tu jeszcze Marku dodać? Skarb.
[02:13:51] - To ja powiem o tym Milskim, bo państwo rzeczywiście mogą go nie kojarzyć, a mówisz pod koniec kariery. Wbrew pozorom nie, bo jeszcze długa kariera przed nim. Film jest z początku lat 60., a Milski grał do połowy lat 70. I jeśli państwo kojarzycie chociażby "Samochodzika i templariuszy", ten serial, to on tam grał takiego zapijaczonego kościelnego, który słyszał różne rzeczy. Ksiądz proboszcz miał z nim utrapienie. To był Milski. W takich innych odsłonach Milski pojawiał się. Właśnie mówiłem o serialu "Gruby". To też taki film. Kojarzycie państwo "Nie lubię poniedziałku"?
Tam grał takiego prezesa, takiego człowieka z zespołu góralskiego. To jeśli kto państwo kojarzycie. W każdym razie to był aktor, ja lubię tego aktora po prostu, dlatego tak staram się go państwu przybliżyć. W "Stawce większej niż życie" grał krótką rolę. Zabili go zaraz na przystani, więc to niewielka rólka. Grał też w "Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa", dyrektora szkoły tam grał. Też epizodyczna rola. Rozwodzę się tak nad Milskim, ponieważ tak jak powiedziałem, lubię tego aktora, ale pokazuje to też, że w tym serialu jest, Piotr tak delikatnie to powiedział, ale moim zdaniem jest nieprawdopodobny ładunek komediowy. Tylko to nie jest komedia na zasadzie takiej slapstickowej troszeczkę, tylko wręcz przeciwnie. Ten humor jest zaszyty w cały film i to dobrze robi temu obrazowi, bo my nie zajmujemy się głównie śmianiem się z sytuacji, ale sam film jest zabawny.
On jest zabawny w warstwie tej, kiedy policja ściga bandytów. Ci bandyci z jednej strony są groźni, z drugiej strony są pierdołowaci. Tak to musiało w filmie wyglądać. Tych elementów komediowych, nawet ksiądz występuje w tym filmie, w PRL-owskim filmie jak ksiądz jest, to już jest nieźle, ale ten ksiądz również tam jest taka rola tego księdza w sumie dosyć ważna. I tak dalej. Moim zdaniem ten film właśnie dlatego tak dobrze zapisał się w pamięci wielu pokoleń, że on jest nienachalnie komediowy, ale jednak zabawny. Z drugiej strony ma w sobie tajemnicę. Rozwiązywanie zagadki z przeszłości to wszystko to, co ludzie bardzo lubią. Przynajmniej na przykład Wielu moich znajomych bardzo gustuje w tego rodzaju filmach i ja również. W związku z tym dla mnie, wybaczcie Państwo, jeśli macie inne preferencje, ale dla mnie to pozostanie rodzaj wzorca.
Wiem, że dzisiaj się tak filmów nie kręci, ale wzorca narracyjnego, jak można zrobić niezły film dla młodzieży, a jednocześnie nie zamienić go w dydaktyczną, nieznośną klekotę, która męczy z tym tylko, że ma jakieś przesłanie. Musi koniecznie młodemu człowiekowi coś powiedzieć, bo inaczej reżyser pęknie. Nie. Tu dzieje się wszystko bezpretensjonalnie, nienachalnie i w taki sposób, że chce się to oglądać. Myślę, że bardzo wielu twórców filmowych naszych czasów mogłoby sobie od czasu do czasu „Szatana z siódmej klasy” obejrzeć, bo to byłaby niezła szkoła robienia filmów dla ludzi młodych.
[02:18:12] - Tak, ja do tego nawiążę na końcu. Chciałem powiedzieć tylko dwie rzeczy. Ta warstwa zagadkowo-historyczna, nie będziemy mówić, z czym się wiąże, ale powiem ci, że na tle tego humoru i lekkości ona jest jednak poważna. Bardzo fajna historia, chociaż prosta, ale jednak. Druga sprawa to jest to, dlaczego tak ciągle się mylisz z tym słowem serial. Ja myślę, że to jest kwestia traumy, dlatego że był jeszcze „Szatan z siódmej klasy” z roku 2006, z którego zrobiono potem serial telewizyjny. I to jest film straszny.
[02:18:47] - Straszny absolutnie, to jest kompletne nieporozumienie. Nie dość, że mocno jest zakręcony, a w dodatku śpiewają w tym filmie i tego już znieść nie mogłem.
[02:19:02] - Tak. Jak lubię Wojciecha Malajkata, to nie wiem, co oni mu tam dolewali do herbaty, że się zgodził. Jest to kuriozalne. Nie dość, że to jest złe, to po prostu jest kuriozalne. To chyba wynika z tego. Tego filmu akurat nie polecamy. Marku, na koniec jeszcze Makuszyński, bo to był pisarz, po którego chętnie sięgali filmowcy jeszcze w PRL-u, ale też w latach 90. Chociaż władza ludowa tak naprawdę Makuszyńskiemu zrujnowała karierę i skazała go na skromne życie, chociaż on w drugiej RP był bardzo bogaty. Mówi się, że był jednym z najmajętniejszych pisarzy przedwojennych. Tak się zacząłem zastanawiać, kiedy myślałem o „Szatanie siódmej klasy”, czy Makuszyński to jest już dinozaur skazany na wymarcie?
Czy filmy dla młodzieży można kręcić, wzorując się na „Szatanie siódmej klasy”? Czy to jednak już jest coś, co odeszło w niepamięć? Bo kiedy sobie porównamy tego Adasia w wieku lat nastu z jego dzisiejszymi rówieśnikami, to przepaść jest ogromna. Ja myślę, że dla dzisiejszych nastolatków szatan może być czymś infantylnym, niepojmowalnym wręcz z ich perspektywy. Takie mam wrażenie.
[02:20:18] - À propos Makuszyńskiego, to ja mam z kolei głębokie przekonanie, że on potrafił tworzyć fabuły. Był w końcu pisarzem, to wiedział, co robi. Tak naprawdę myślę, że bardzo wiele jego fabuł nadawałoby się do tego, aby zamienić je w filmy. Ale nie jeden do jednego, nie wprost, tylko odróżnijmy fabułę, co się dzieje, wzajemne relacje i tak dalej od obrazu, który dostajemy w kinie. Moim zdaniem bardzo wiele historii, które opowiadał Makuszyński, po pewnym urealnieniu, a właściwie doprowadzeniu do naszych czasów, to mogłyby być całkiem udane filmy. W dodatku „Szatan z siódmej klasy”, film, o którym mówimy, jest takim przykładem. Przecież mówiliśmy już o tym. To był absolutnie przerobiony film. On z pierwowzorem książkowym ma wspólnego wiele, ale w warstwie właśnie zagadki pewnej historii z przeszłości, ale w warstwie tych obrazków. Mówiliśmy o pałacu, ale przejętym przez władzę ludową.
Mówiliśmy o pewnych sytuacjach. One były już powojenne, one się działy w świecie, w kraju, w którym szalała milicja obywatelska i tak dalej. Nie będę wchodził w szczegóły. To najlepszy dowód, że jeśli ma się dobry materiał z niezłą historią, to można szaleć. Można robić coś, co wciąga widzów. Ale jeśli się próbuje robić coś jeden do jednego, to często nie wychodzi. I wiecie państwo, ja nie jestem na przykład fanem „Awantury o Basię”. Ani jednego, ani drugiego filmu, bo był film i bodajże był serial. Już nie pamiętam tej nowszej wersji „Awantury o Basię”. Wiem, że nie byłem fanem ani jednego, ani drugiego filmu.
Nie, to nie było to. Makuszyński potrafił opowiadać historie. To mnie najbardziej interesuje. I może jest tak, że dzisiaj scenarzyści, którzy mam wrażenie czasami cierpią na niedowład twórczy, mogliby się posiłkować niektórymi historiami. Ja wiem, że mniejsza kasa jest za zrobienie adaptacji niż za scenariusz oryginalny. Problem polega na tym, że scenariusze oryginalne jakoś tak holender nie wychodzą. Natomiast jeśli to byłby scenariusz, adaptacja innego dzieła Makuszyńskiego, to by się mógł okazać hit. Kim ja jestem, żeby rad udzielać tym mężom, którzy pozjadali wszystkie rozumy i wiedzą, jak się kręci filmy? Tylko te filmy jakoś tak nie powstają. Jeśli lubicie się państwo troszeczkę pośmiać, to właśnie nadszedł ten moment w dzisiejszej audycji, bowiem czas na „Alchemię tworzenia”.
Katarzyna Prychacz zaprasza na miniserię zatytułowaną „Miasteczko Bredni”. Dzisiaj część pierwsza.
[02:24:07] - Dobry wieczór, Bóg radiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam was na naszą cotygodniową „Alchemię tworzenia”. „Alchemia tworzenia”. Witam serdecznie w 29. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj od rana myślę: co my dzisiaj porobimy? Mieliśmy parę serii, ciągle coś wymyślaliśmy od drugiego sezonu, a że zostały nam cztery odcinki do końca tego sezonu, to pomyślałam, że może zrobimy coś nieco innego. A konkretniej zapoznam was z czymś, co już sama wymyśliłam. Zapewne wspominałam nie raz, zwłaszcza w pierwszym sezonie, jak mieliśmy odcinek dotyczący tworzenia światów — bo wydaje mi się, że to poruszyłam — albo absurdów, to z pewnością wspomniałam o tym, że jestem też trenerem kreatywności i na potrzeby swoich treningów stworzyłam uniwersum szkoleniowe. I właściwie to jest jedna z mocniejszych stron tych treningów, że na około trzy godziny zabieram was w totalnie inną przestrzeń, do totalnie innego świata.
Dzisiaj pomyślałam, że przez te ostatnie cztery odcinki — bo to idealnie się podzieli, zaraz wam powiem dlaczego — opowiem wam trochę o różnych częściach tego świata. Nie wiem, czy o samych treningach w sobie. Pewnie coś wspomnę siłą rzeczy, ale chciałabym, żebyśmy skupili się w tych odcinkach na świecie stworzonym do nieco innych celów niż typowo pod książkę czy budowanie jakiegoś cyklu. Ale myślę, że znając mnie, pewnie gdzieś tam też sobie edukacyjnie do tego nawiążę. Też tak pomyślałam, że z racji tego, że mój świat, moje uniwersum szkoleniowe nazywa się Miasteczko Bredni i oczywiście, że to jest skupisko absurdów, to pomyślałam, że to będzie idealne wejście w wakacje. Także możemy sobie porozmawiać o różnego typu głupotach, a właściwie nawet czasami o procesie powstawania tych głupot. I w wakacje może kogoś to zainspiruje. Może stworzycie coś swojego. Zobaczymy. Dobra, o co w ogóle chodzi z tym miasteczkiem?
Dlaczego Miasteczko Bredni i tak dalej. Z tym uniwersum to zaczęło się tak, że bywałam na niejednym treningu kreatywności i było miło. Były ciekawe zadania, trochę coś robiliśmy w grupach, ale to nie było to. Czegoś mi brakowało. Połączenia tego wszystkiego, co tam robiliśmy, bo miałam wrażenie, że każde z tych ćwiczeń było wyrwane z kontekstu. W sensie takim, że najpierw to, super, zrobiliśmy, potem przechodzimy do drugiego i nawet w tych drużynach za bardzo się nie zdążyliśmy zintegrować. I druga sprawa też jest taka, że brakowało mi często takiej interakcji między drużynami. Czyli na przykład jak wszyscy w drużynie zrobili coś, czym się podzielili z innymi uczestnikami, których mieli w drużynie, to właściwie był koniec. Nie ukrywam, że mnie ciekawiło, co wymyśliła druga drużyna albo jakie mieli historie. Jak trzeba było wymyślić historię kończącą się konkretnym morałem, czy właściwie zdaniem, które się wcześniej wylosowało.
Pomyślałam, że jeżeli nie ma czegoś takiego na rynku, to czas najwyższy stworzyć to samemu. Pomyślałam wtedy, że zrobię swoje treningi. Ale jak zrobić, żeby zapewnić te wszystkie rzeczy, które mi były dużym brakiem? Ja też lubię innowacje, lubię robić czasami dziwne rzeczy czy iść tam, gdzie nikt inny nie idzie. Zadałam sobie pytanie: czego ja bym potrzebowała? I w pierwszej kolejności stwierdziłam, że ja już jestem przyzwyczajona, ja sobie w tej kreatywności żyję od lat i dla mnie to jest proste wchodzić w ten proces twórczy. Ja nawet nie mam czegoś takiego, że wstydzę się coś powiedzieć, że ktoś mnie oceni. Nawet czasami jak palnę jakąś totalną głupotę Które oczywiście zwykle ludzi bawi. Jest to odbierane jako jakiś żart, taki absurdalny, ale myślę, że równie dobrze mogłabym się wstydzić mówić te rzeczy, że ktoś sobie pomyśli coś tam o mnie. Ale ja rozumiem, że większość ludzi ma coś takiego i stwierdziłam, jak zrobić bezpieczną przestrzeń, żeby ludzie w żaden sposób nie ograniczali sobie swojej własnej kreatywności.
Bo możemy mówić o tym, że świat jest, jaki jest, ten, który nas otacza, że są jakieś zasady, że ograniczenia. Natomiast najwięcej ograniczeń to my wkładamy sami na siebie. I tak pomyślałam, że jeżeli stworzę warunki, w których jak najmniej będzie przypominajek o tym, że sami się ograniczyliśmy, to wtedy ludzie faktycznie będą w stanie na tych treningach wyluzować, dobrze się bawić i ta kreatywność wtedy płynie. Wtedy nawet oni sami często byli zaskakiwani przez samych siebie, że wpadli na jakieś kierunki, na jakieś skojarzenia. I tak powstało Miasteczko Bredni, czyli miejsce, w którym tak naprawdę wszystko można, wszystko jest możliwe, nie ma żadnych granic, żadnych zasad, żadnej moralności. A nawet jeżeli chcecie, żeby one tam były, to je po prostu robicie. Miasteczko Bredni z założenia ma być miejscem, które możemy tworzyć wszyscy razem. Czyli na przykład, jeżeli podczas jakiegoś treningu wymyślamy legendę jakiegoś pomnika, jakiejś dzielnicy i tak dalej, to docelowo będę chciała przygotować miejsce w sieci, w którym będziemy mogli to sobie archiwizować. Widzę to tak, że chcę mieć dużą mapę i tam będzie można sobie najechać kursorem na jakąś lokację i zapoznać się z jakimiś spisanymi legendami potencjalnymi. Legendami potencjalnymi związanymi na przykład z powstaniem nazwy albo tego miejsca, albo jakiejś lokacji.
Dlatego to, co ja stworzyłam w tym uniwersum, to nie jest coś bardzo ścisłego. Stworzyłam bardziej takie tropy. I dzisiaj pomyślałam, że zapoznam was bardziej z jedną z dzielnic takiej głównej części miasteczka, bo miasteczko ma tak naprawdę na dzień dzisiejszy wiemy o tym, że składa się z trzech poziomów. Mamy poziom ten taki podstawowy, w którym jest brama wejściowa, gdzie zawsze wprowadzam uczestników. Ten poziom nazywa się Można. Bo właśnie tak jak mówiłam, tam wszystko można. Mieszkańcy słyszeli kiedyś takie stare porzekadło, że reguły są dla mas, a oni stwierdzili, że masą nie są. Także wszystko można. I w centrum tej części miasteczka tu mamy właściwie też dużo takich rejonów jeszcze niezbadanych, jak na przykład Las Zapomnianej Inwencji czy Lasy Gorejące. Mamy też Suchoty Wielkie.
Co my tu jeszcze mamy? Mamy Zapomnianą Osadę czy Pustynię Kruszonej Nadziei. To są takie lokacje obrzeżowe. Oczywiście w centrum mamy takie typowe miasteczko z uliczkami, z domkami, ze stocznią, stadionem. Taka podstawa podstaw. Czy na przykład z fabryką kamieni w czekoladzie. Rzecz dostępna w każdym mieście, nie? Czy nie? Ale w centrum oczywiście mamy taki plac główny, Plac Zebrań i w nim jest winda do Nie ma. I Nie ma jest właśnie tym obszarem, nie ukrywam, który właściwie został rozpisany jako pierwszy w taką większą całość, ponieważ tutaj powstały właśnie cztery dzielnice.
Czyli zaczęło się właśnie trochę od takiej mojej wizji, że wchodzimy sobie przez tą bramę do Można i tak naprawdę w momencie, kiedy spojrzymy do góry, to będziemy widzieli nad sobą lewitujące grunty czy właściwie takie płyty chodnikowe. Także całe Nie ma jest właśnie takim lewitującym bytem. Składa się z czterech dzielnic i pomiędzy nimi też mamy tam takie tajne przejścia i każdą z tych dzielnic oczywiście możemy sobie obejść tymi lewitującymi płytami chodnikowymi. Oczywiście jeżeli chodzi o trening, to po prostu te płyty to są pola na planszy, także dosłownie podczas treningu możemy sobie przechodzić po tych płytach i tutaj trafiać na różne zadania, na różne lokacje w danej dzielnicy. Każda z tych dzielnic charakteryzuje się też innym klimatem, nawet ta populacja jest trochę inna. Populacja, mieszkańcy tych dzielnic. I tutaj tą częścią miasteczka zarządzają czterej radni. I to jest taka właśnie dzielnica na wyższym poziomie. Także tutaj mamy takie trochę bogatsze czy bardziej zorganizowane, jeżeli chodzi właśnie o jakiś handel, o takie rzeczy, lokacje. Natomiast na dole mamy taką podstawową mieścinkę, klasykę rodzaju, mam wrażenie, w każdej grze takiej bardziej fabularnej.
I co jeszcze? Trzeci poziom, o którym nie wspomniałam, to jest jeszcze poziom, który znajduje się pod Można, czyli właśnie to jest dno Można. Tam mamy właśnie już takie bardziej wulkaniczne klimaty, gorące rzeczy. I też miejsce, w którym jeżeli w Można ktoś wrzuci coś do rowu nekropolitańskiego, to najczęściej te rzeczy wrzucone w ten rów lądują właśnie w jednej z części tam na dnie Można. Natomiast tam jeszcze nie mam mapy, tam mam to po prostu jeszcze nierozpisane. Dobra, myślę, czy coś jeszcze wam powinnam powiedzieć przed startem. Chyba to wszystko. Myślę, że to będzie wychodziło w trakcie tych dzielnic. Dzisiaj pomyślałam, że pójdziemy trochę do lasu, więc bierzemy na tapet dzisiaj dzielnicę Zmechaconej Paproci. Mam przed sobą notatki i pomyślałam, że wam przybliżę parę ciekawostek z tej dzielnicy, z tego, co tutaj możemy napotkać.
I powiem wam, bo tutaj będą części pomiędzy tymi czterema dzielnicami, trochę mniej oficjalne, mniej zbadane miejsca. Dobra, lecimy. Od czego tu zacząć? Może przede wszystkim klimat tej dzielnicy. Tak jak już wspomniałam, mamy tutaj lasy, paprocie, ogólnie wilgoć. Totalnie bliżej natury. Mamy też w centrum punkt główny, bo każda z dzielnic ma swój punkt, tak jak na dole Można ma windę do Niema, tak każda z tych dzielnic ma jakiś pomnik lub miejsce centralne, gdzie najczęściej życie dzielnicowe się dzieje. I tutaj mamy wielki ruszt. Patrzę, czy ja go jeszcze inaczej nie nazwałam, bo to już miliardy notatek, ale chyba nie. Wielki grill, wielki ruszt to były takie nazwy zamienne.
Jak łatwo sobie wyobrazić, w centrum mamy ognisko, wielki kocioł wiszący, w zależności od tego, jaki jest miesiąc, jakie są aktualne zasoby w lesie, wtedy albo jest typowy ruszt, albo mamy kocioł, może z naparem. Różnie to się tam dzieje. To też jest rzecz jak najbardziej jeszcze do opisania. Patrzę z klimatem, żebym nie skakała za bardzo. Mamy tutaj też części bagienne. I tutaj też mamy części, gdzie łączymy się z innymi dzielnicami. Na razie myślę, że o nich wam nie będę za dużo mówić, ale mamy coś jak Biały Zagajnik i mamy też Dryfujące Mokradła. To są rzeczy po bokach. Natomiast my dzisiaj się skupiamy na mięsku, na farszu tej dzielnicy. I tutaj na przykład, jeżeli chodzi o przemysł, to mamy produkty, przedmioty, które gdzieś są w obiegu.
Można je zarówno znaleźć na terenie tej dzielnicy, jak i na przykład zakupić będąc w innych dzielnicach. Mamy tutaj wabełnę, błyszczaka pieczonego, mleko chrupczaka, halo halowiec przerywany, liście paproci, obuwie. Ta dzielnica słynie z wyrobów takich. Mamy kwiaty paproci. Oczywiście, jak mogłoby ich zabraknąć tutaj. Mamy też różne kapelusze, różne nakrycia głowy. Jest też jednorazowy drewniany grill. To jest bardzo istotne, że jest drewniany. Patrzę co jeszcze. Siekiery.
Oczywiście, że tutaj przemysł siekierowy trwa, bo one się bardzo szybko zużywają. I te siekiery tak naprawdę są do odstraszania korników, bo jeżeli chodzi o rąbanie drewna, to myślę, że warto wspomnieć, że radnym tej dzielnicy jest bezimienny drwal. I to on ma prawo do ścinania drzew. Tylko on to może robić. Także wszystkie inne siekiery to są siekiery straszaki. Patrzę z tych produktów, co mi wyskoczyło. Kukurydza imprezowa i jeszcze tajemnicza wata. Mogę wam podpowiedzieć, że ta wata jest połączona z kukurydzą imprezową, więc jeżeli ta kukurydza wbiegnie w ogień, to wtedy powstaje tajemnicza wata. I mieszkańcy też nie do końca rozumieją, czym to jest. Także dużo zaskakujących rzeczy.
Patrzę jeszcze z postaci, żeby was wprowadzić w klimacik. Mamy potentata artykułów magicznych. Tutaj dużo różnego rodzaju amuletów czy totemów, posążków można napotkać, zakupić również, nawet zlecić do wykonania. O radnym wam powiedziałam. Mamy też szamana numer 73. To jest główny szaman, który wie wszystko i na wszystko zna odpowiedź. W lesie możemy napotkać, wyskoczy na nas zza krzaka. Także musimy być w naszej podróży czujni, bo może nas złapać chwytna baba z bezdomia i wtedy różne rzeczy się dzieją. Zależy co chwyci, czasami coś rzuci. Także to też na dwoje babka wróżyła.
Na dwoje baba wróżyła. I patrzę jeszcze, tutaj właśnie hodowca kukurydzy imprezowej. Jeżeli hodowca nie zadba o odpowiednie temperatury, to zdarza się, zdarzyło się już raz bardzo poważnie, na jednym z treningów mierzyliśmy się z tym problemem. Otóż kukurydza imprezowa postanowiła opuścić hodowlę, uciec z niej i emigrowała jak najdalej od hodowcy, który zaniedbał ją. I właśnie tutaj mieliśmy niefajną sytuację, kiedy kukurydza dotarła do rusztu, a akurat miał się odbyć rytuał, ważne święto tej dzielnicy. I właśnie tutaj przejdę, żeby wam powiedzieć, jakiego typu święta możemy świętować w tej dzielnicy. Oczywiście imieniny radnego to jest obowiązek. Mamy też rytuał oczyszczania. Mamy wielki melanż, na który każdy musi przyjść w specjalnie stworzonej masce na tą okazję. Oczywiście mamy spotkanie radnych.
Tutaj trzeba stworzyć opaski. Bez takiej opaski żaden radny nie wejdzie, ale zasada jest taka, że radni zlecają mieszkańcom wykonywanie tych opasek. Także jest zawsze na to jakiś konkurs. Mamy jeszcze szeptunalia. One trwają dwa miesiące i kończą się bardzo ważnym rytuałem „Sz, sz”. I właśnie ten rytuał był zagrożony, kiedy ta kukurydza nawiała. Bo niestety w momencie, kiedy wbiegała w ten ogień i zanim stała się tajemniczą watą, to towarzyszyły temu bardzo głośne wystrzały. A właśnie ten rytuał też polega na tym, że „Sz, sz”, więc w ogóle cała dzielnica, cała natura, wszyscy mieszkańcy milkną. I są to dwa miesiące szeptunaliów. Jeżeli w ogóle cokolwiek można powiedzieć, to szeptem.
Natomiast ten rytuał to już jest totalny nawet brak szeptów. Najgłośniejsza cisza z możliwych. I mamy jeszcze pradawne święto destylacji. Także tutaj takie święta na razie znane, jeżeli o to chodzi. Patrzę co mamy jeszcze. O surowcach. Taki podstawowy surowiec, który możemy tutaj zdobywać, to są sztabki drewna. Jeżeli chodzi o lokację, tak jak wam powiedziałam o tym wielkim ruszcie, mamy też chatkę z szyldem. I ten szyld to jest skrótowiec, którego znaczenia tak naprawdę nikt do końca nie wie. Natomiast te wszystkie litery tego skrótu tworzą słowo szelest, więc powstało już wiele możliwości rozwinięcia tego skrótu.
Także to też bardzo ciekawa i ciągle niezbadana sprawa. Oczywiście mamy też archiwum dzielnicy i mamy też arenę bagiennego triumfu. Na tej arenie w trakcie różnych zmagań śmiałkowie, którzy postanowili wjechać windą do nieba, mogą stanąć w szranki i zmierzyć się w różnego typu pojedynkach. Patrzę jeszcze tutaj na naszą mapkę. Mamy też wielką drewutnię, gdzie możemy pozyskać sztabki drewna. Jest też szałas szamana odpłynął. Jeżeli potrzebujemy skonsultować się z szamanem numer 73, to właśnie tam go znajdziemy. Jest też coś jak ambona radnego. Nasz radny sobie mieszka na takim trochę odosobnieniu, niedaleko obrzeży dzielnicy i w tej ambonie sobie tam zamieszkał. I tutaj myślę, że możemy przejść do istot, można powiedzieć właściwie zwierząt bardziej zamieszkujących tą dzielnicę.
Otóż katapulczak wredny to jest też strażnik wejścia do tej dzielnicy, bo każda dzielnica ma swojego strażnika. Ponieważ żeby wejść do każdej z dzielnic trzeba zapłacić dwie monety, więc ktoś musi tego pilnować. W tej dzielnicy akurat jest to taka zmutowana roślinka, dosyć groźna, która ma bardzo pojemną paszczę, więc jeżeli ktoś nie zapłaci tych dwóch monet, to po prostu nagle zostaje chapnięty tą paszczą i wyrzucony za płot. Wejścia nie ma. Także katapulczaka należy szanować i należy omijać szerokim łukiem jeżeli już jesteśmy na terenie dzielnicy, ponieważ czasami on jest taki bardzo zżyty ze swoją pracą i jest bardzo sumienny w tym, co robi i czasami może nawet aż za bardzo. Dlatego nawet jeżeli już zapłaciliście, jesteście na terenie dzielnicy, a się do niego zbliżycie, to możecie wylądować za płotem. I wtedy niestety kolejne dwie monety trzeba zapłacić, żeby wejść z powrotem. Także lepiej tu na wszystko uważać. Mamy też kichające futerkowce, wilki jak na las przystało, oczywiście kukurydzę imprezową, o której wspominaliśmy. Jest też owad żarówka.
I myślę, co możemy tutaj jeszcze teraz poruszyć. Jeżeli chodzi o zagrożenie tej dzielnicy, jak mówiłam, już trochę ich jest, ale takie główne to są marudne szopołaki. One są tak nieobliczalne w swoim marudzeniu, że jak już jeden was dorwie, to nie wypuści, to już nie odpuści wam tematu. Mówiłam trochę o przemyśle. Mamy też jeszcze takie składniki, które możemy zbierać i z których możemy później stworzyć różnego typu na przykład eliksiry czy tutaj płyny w szałasie naszego szamana. Między innymi na przykład właśnie wabełna, o której mówiłam. Błyszczak pieczony już też jest wypisany, ale mamy też chrząstkę trawy, wąsy dryptaka spiralnego, muchoniemor, sowołów, pawkulce królewskie i kłody kremowe. To są takie główne składniki. Możemy też znaleźć takie nieznane gatunki. Jest ich lista i to właściwie mogą być i rośliny i zwierzęta.
Może minerały. To wszystko zależy od odkrywcy, od tego jak je opisze. Na przykład rozwielitnik szarawy, afokadło, wysoczak, skakło. Traszbinika ekologiczna, listostwór jadowity, mymlemor. Także wiecie, tego jest dużo. Nie będę wam tu wszystkiego czytać. Patrzę, czy coś jeszcze tutaj takiego... Kałpak kruszony. Jeszcze są też fafkulce niepospolite. Także tutaj, tak jak były królewskie, mamy też niepospolite.
W każdej dzielnicy właśnie tego typu mamy też nieodkryte jeszcze cudowności. I myślę, co jeszcze? Co jeszcze tutaj? O świętach powiedzieliśmy, ale nie powiedziałam wam jeszcze, bo każda z dzielnic ma takie swoje trzy wartości. I tutaj na przykład wartością tej dzielnicy, czymś, co się pojawia i na tatuażach, i w różnego rodzaju pieśniach, każdy z mieszkańców tutaj zna te wartości, to jest: paproć, relaks, grillowanie. Nie ma po prostu nic ważniejszego ponad te trzy wartości. Także warto też o tym pamiętać, będąc w tej dzielnicy i oczywiście celebrować właśnie tutaj te rzeczy. I co nam jeszcze zostało? Postacie też mamy przerobione. Klimat, wszystko wam opowiedziałam.
Myślę, że na sam koniec omówimy też artefakty, które możemy znaleźć, które są gdzieś ukryte na terenie tej dzielnicy. Między innymi na przykład umierający kamień, który możemy wręczyć Katapulczakowi Wrednemu. Wtedy jest szansa, że skoro zajmie się tym kamieniem, to nas nie złapie w paszczę i nas nie wyrzuci. Także to też jest taki artefakt, który pozwala właśnie nie płacić myta lub właśnie zapłacić chociaż pół, zanim się zorientuje. Dalej mamy wilczą skórę. To pozwala zdezorientować na przykład przeciwników na arenie czy innych cudaków, których możemy poznać gdzieś na trasie. Oczywiście możemy też napotkać bukiet z liści pięć szyszek, ostre widły bojowe amazońskiej farmerki Kazimiery Niezależnej. Co tu jeszcze? Magiczna pochodnia, która zmienia drewno w węgiel. To jest naprawdę jeden z takich potężniejszych artefaktów.
Możemy też znaleźć patyk. On czyści wdepnięte buty. To, co wdepnięte, stanie się niewdepnięte po kontakcie z tym artefaktem. No i oczywiście mamy też grzybowe lacze. One pozwalają przemierzać różnego rodzaju chaszcze dużo szybciej, niż by się to zdawało. No i jeszcze możemy też gdzieś w różnych zaroślach znaleźć młotek. Oczywiście wiecie, te artefakty czy te wszystkie rzeczy, które tu wymieniamy, one mają też często trochę inne zastosowanie. Mają zastosowanie po prostu w trakcie rozgrywki fabularnej, ale jak najbardziej myślę, że jeszcze więcej artefaktów można by stworzyć, można wymyślić. Jeszcze jeżeli chodzi o zależności pogodowe, na tym poziomie ich nie rozpisałam. Znaczy przynajmniej w tej dzielnicy nie mam jeszcze takich konkretów.
Bo tutaj też staram się właśnie, żeby to uniwersum, skoro już są elementy, które tworzę, to żeby jednak ten mechanizm miał trochę ładu i składu, żeby to ładnie z siebie nawzajem wynikało. Także wszystkie najważniejsze rzeczy tej Zmechaconej Paproci wam powiedziałam. Myślę, że trochę klimat oddałam. Patrzę jeszcze na mapkę, czy coś więcej. Wiecie, Zmechacona Paproć. Skąd w ogóle się wzięła nazwa? No to chyba nie muszę tłumaczyć akurat. Jest zielono, jest las. Jest tutaj bardzo dużo paproci, która też produkuje bardzo dużo kwiatów paproci. Także faktycznie od zbierania tych kwiatów ta paproć jest zdecydowanie zmechacona, więc stąd te nazwy.
Nie wiem, czy coś jeszcze muszę wam dzisiaj powiedzieć odnośnie tej dzielnicy. Patrzę, jeżeli chodzi o Można, jak ona tutaj ląduje. Tu mamy wodospad. To tutaj też mamy taką suszę pod nią. Patrzę, co wypada pod nią. Pod nią wypada właśnie Pustynia Kruszonej Nadziei. Dobrze mówię? Tak. Także to zależy, co tam zawieje na tą pustynię, a z góry to ta pogoda trochę mniej dokucza mieszkańcom. Oczywiście też może to być fajną ciekawostką, bo o tym nie wspomniałam, że w momencie, kiedy wjedziemy windą do Niema, to pojawiamy się na takim placu głównym, właśnie gdzie mamy te bramy do każdej z dzielnic.
Natomiast na samym tym placu mamy też różnego typu właśnie jakieś kawiarnie, jakieś sklepy z pamiątkami, także w razie czego tam też handel kwitnie. Tam można też jakieś artefakty czasami zakupić, czasami gdzieś coś powymieniać. Różne rzeczy dzieją się pod bramami. Jest to taka strefa wyjęta spod wszelkich wpływów, także tam może się dziać wszystko. Bo jednak, tak jak w Można również, ale już tutaj w dzielnicach pojawiają się właśnie bardziej takie zorganizowane... no dobra, mniej lub bardziej zorganizowane zasady. Dobra, słuchajcie, bo tak starałam się, żeby chociaż pół godziny dzisiaj do was pogadać. Nie będę przedłużać. W następnym odcinku... a nie powiem wam, która dzielnica.
W sumie sama nie wiem. Zobaczę jeszcze, na co będę miała ochotę. Chociaż tak się skłaniam może bardziej w taki wenecki klimacik, bo mamy taką jedną z dzielnic, która jest w tym kierunku. Ale to wam nie będę spoilerować. Dobra, tak myślę. Mam cichą nadzieję, że jest to jakaś odmiana i że się nie nudziliście dzisiaj, że może jednak oprócz wymyślania czy jakichś rzeczy merytorycznych, może rzeczy wymyślone też są godne waszego ucha i waszej uwagi. Za które serdecznie dziękuję od samego początku. Ja na dziś kończę. Przed nami będą jeszcze trzy odcineczki do wakacji. Także trzymajcie się cieplutko, coraz cieplej.
Może teraz trochę ochłody życzę, bo temperatury coraz wyższe. Trzymajcie się przede wszystkim zdrowo i słyszymy się za tydzień. Pa!
[02:54:25] - I teraz nadszedł czas na spotkanie literackie. Na literackie tête-à-tête w wykonaniu Krystyny Śmigielskiej. A spotykamy się dzisiaj z Katarzyną Kowalewską. Zapraszam bardzo serdecznie. Myślę, że to będzie audycja, z której wiele można się nauczyć.
[02:54:55] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór. Spotykamy się ponownie w literackim tête-à-tête. Pragnę dzisiaj przedstawić państwu sylwetkę i twórczość Katarzyny Kowalewskiej, tłumaczki, felietonistki, wielbicielki lata, badmintona i fotografii. Pani Katarzyna jest autorką pięciu powieści: „Pijany skryba”, opowiadania „O czym myślimy, gdy udajemy”, „Pudełko z pamiątkami”, „Podmiejski na koniec świata” i „Ratunku, wymyśliłam męża!”. Spod pióra naszego gościa wyszło bardzo dużo opowiadań, które możemy znaleźć w różnych antologiach oraz w magazynie literacko-kryminalnym „Pocisk”. Pani Katarzyna Kowalewska pisze również felietony. Kiedyś pisała je na portalu sportowym. Obecnie można je znaleźć w piśmie społeczno-kulturalnym „Bogoria”. Prywatnie jest matką wspaniałej córeczki, żoną, mieszkanką Grodziska Mazowieckiego.
Dobry wieczór, pani Katarzyno. Bardzo dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie do literackiego tête-à-tête.
[02:56:21] - Dobry wieczór, pani Krystyno. Dobry wieczór państwu. To ja pięknie dziękuję za zaproszenie i bardzo dziękuję za takie piękne wprowadzenie. Wszystko się zgadza, a raczej prawie wszystko. Pozwolę sobie coś zdementować już na samym początku. Jeśli chodzi o fotografię, ja bardzo lubię robić zdjęcia. Mam nawet lustrzankę cyfrową i kiedyś, kiedy miałam dużo czasu, lubiłam sobie chodzić w tak zwany plener, robić zdjęcia uliczne. Niestety teraz już tego czasu nie mam. Teraz po prostu klikam zdjęcia smartfonem, ale na pewno profesjonalistką nie jestem. I jeszcze jedna rzecz, którą pozwolę sobie zdementować.
Jestem autorką czterech powieści, a nie pięciu. Chociaż byłoby wspaniale, gdybym miała na koncie już pięć powieści. Jednak ten tytuł „O czym myślimy, gdy udajemy” to tytuł opowiadania, a nie powieści. To opowiadanie ukazało się kiedyś na płycie, było dodatkiem do gazety i prawdopodobnie portal Lubimy Czytać zakwalifikował je jako książkę.
[02:57:26] - Tak czy siak, dorobek ma już pani dosyć spory. A to fotografowanie to są pasje nasze, które posiadamy. My tutaj chcemy naszych gości dogłębnie poznać i te wszystkie zainteresowania, pasje się w jakiś sposób łączą z ich twórczością, bo pewnych rzeczy nie można od siebie oddzielić. To miło, że chociaż nie ma pani już tak dużo czasu, nadal ta fotografia panią fascynuje. A ja mam nadzieję jeszcze na pani stronach obejrzeć przepiękne zdjęcia, bo ma pani wspaniały model blisko siebie, a właściwie wspaniałą modelkę, bo muszę państwu powiedzieć, że nasz gość, a właściwie nasza gościni jest matką przecudownej, wspaniałej córeczki.
[02:58:14] - Bardzo pięknie dziękuję za komplement pod adresem mojej córki. Faktycznie jest to niesamowita osoba, obdarzona wspaniałym poczuciem humoru, choć dopiero ma dwa latka. My mówimy, że jest łobuziarą i ona o sobie też tak bardzo lubi mówić. A wracając jeszcze do tej fotografii, właściwie tak naprawdę to ona również wpłynęła na moje granie. Być może będzie okazja o tym porozmawiać.
[02:58:38] - Tak jak ja mówię, to jednak te artystyczne zapędy gdzieś się w nas łączą. Pani Katarzyno, na stronie autorskiej — i tu może od razu podamy państwu adres tej strony, razem pisane z małych liter katarzynakowalewska.pl. Zachęcam do odwiedzenia strony. Przeczytałam w takiej zakładce z najczęściej zadawanymi pani pytaniami: boi się pani kur i ryb, że jest pani licencjonowanym sędzią badmintona. I to mnie bardzo zaciekawiło: „Nigdy nie napisałabym książki, której motywem przewodnim byłaby przemoc wobec kobiet”. Proszę nam wytłumaczyć, dlaczego pani złożyła taką deklarację i co pani właściwie miała na myśli? Bo przyznam się szczerze, nie do końca pani intencje zrozumiałam.
[02:59:33] - Proszę, to ciekawe, że znalazła pani ten fakt. Jak najbardziej cały czas to podtrzymuję. A dodam jeszcze oprócz mojego adresu strony internetowej jestem też bardzo aktywna w mediach społecznościowych. Mam konto na Facebooku i Instagramie: Katarzyna Kowalewska Autorka. Wracając do tego, co pani o mnie wyczytała. To jak już mówimy o tych kurach i rybach, naprawdę się ich boję, dlatego, że uważam, że to są najbardziej nieobliczalne zwierzęta, z jakimi można mieć na co dzień do czynienia. Nigdy nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy, kiedy ta ryba w jeziorze się otrze o naszą nogę, czy też kiedy ta kura nagle wyskoczy i zacznie machać skrzydłami. Dla mnie to jest bardzo zaskakujące i zapiera dech w piersi. A teraz już do tych spraw poważnych. Tak, to prawda.
Nie napisałabym, nie zamierzam napisać książki, w której takim motywem przewodnim byłaby przemoc wobec kobiet. Dodam jeszcze, że również wobec dzieci. To jest jednak najczęściej spotykane w powieściach kryminalnych. Ja piszę obyczaje, ale oczywiście zdarzają się i w obyczajach kobiety czy dzieci z okrutną przeszłością. Dlaczego bym o tym nigdy nie napisała? Dlatego, że dla mnie to jest po prostu najbardziej okrutna, potworna rzecz, jaką można sobie wyobrazić, jaką można zrobić osobie fizycznie słabszej. Dziecku, które ma pełne zaufanie do dorosłego czy kobiecie, która zawsze jest po prostu fizycznie słabsza od swojego oprawcy. To jest straszna rzecz, która całkowicie demoluje ludzką psychikę i w związku z tym ja zwyczajnie nie umiałabym o tym napisać, ponieważ mnie samo pisanie sprawiałoby autentyczny ból. Moje palce, nie potrafiłabym zmusić ich, żeby pisały takie okropieństwa na klawiaturze.
[03:01:22] - Teraz już rozumiem. Przeszła mi przez myśl inna interpretacja. Jakoś nie mogłam się z tym pogodzić, bo troszeczkę się znamy. Poznałyśmy się osobiście i nie pasowała mi pani na osobę, która jest niewrażliwa na sprawy kobiet. A okazuje się, że ta wrażliwość w pani wypadku jest rzeczywiście bardzo duża i myślę, że żebyśmy wszyscy taką wrażliwość mieli, to wtedy może na świecie byłoby piękniej.
[03:01:52] - Pudełko z pamiątkami. Fragment, w którym Kalina, siedemnastolatka, zwierza się głównej bohaterce Aśce, że chce sobie zrobić tatuaż. Wpatruje się w nadruk na T-shircie Kaliny. W ogóle nie wygląda jak napis, tylko jak wosk, który ktoś w andrzejki rozlał na koszulce zamiast w misce. Wyobrażam sobie, że jeśli nosiłabym coś takiego na skórze, ludziom wydawałoby się, że nałogowo uprawiam zapasy w błocie. Epicki. Pocieram brodę. Popraw mnie, jeśli się mylę, ale chcesz, żeby w widocznym miejscu wydziargali ci nazwę black metalowej kapeli, tak? Z pełną świadomością, że zarówno ty, jak i twoi znajomi za rok przerzucicie się na zupełnie inne brzmienie, a plama błota na twojej klacie zostanie. Wybacz, ale tak właśnie wygląda.
Jak błoto. Abstrahując, nawet jeśli nie przeszkadza ci kleks na skórze, oczywiście wiesz, na czym polega ostracyzm. Twoi kumple przejdą na zupełnie inny poziom rozwoju, podczas gdy ty wciąż będziesz tkwić w muzycznej piaskownicy. Twoim zdaniem to zły pomysł? Mówi, strzelając balonem z gumy do żucia oklejonym resztkami chleba i pomidora. Przeciwnie. Doskonały, pod warunkiem, że chcesz popełnić społeczne harakiri. Myślałam, że mi pomożesz. Głośno połyka gumę. A co ja innego właśnie robię?
Wiktoria wraca z trzema herbatami na tacy. Zauważa nietęgą minę nastolatki. Jej ruchy momentalnie nabierają lekkości, a na twarz wstępują rumieńce. Coś przegapiłam? Pyta.
[03:03:44] - Pani Katarzyno, ukończyła pani studia podyplomowe w Studium Edytorstwa Współczesnego. Ja myślę, że nasi słuchacze chętnie dowiedzieliby się, na czym polega praca edytora. Czy to, że posiada pani usystematyzowaną wiedzę w kierunku edytorstwa, przeszkadza pani, czy z kolei ułatwia pracę nad własnymi tekstami?
[03:04:08] - To prawda. Ukończyłam Studium Edytorstwa Współczesnego. To były studia roczne, podyplomowe na-- obecnie to się nazywa Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. I już mówię, o co mi z tymi studiami tak naprawdę chodziło. Jeśli chodzi o pracę edytora, to nie powiem, na czym ona polega, bo nie wiem, bo ja nie jestem edytorem. Za to nominalnie z wykształcenia i z zawodu jestem tłumaczem. Ukończyłam studia magisterskie tłumaczeniowe w Instytucie Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Warszawskim. To były studia stricte tłumaczeniowe. Jestem tłumaczem dwóch języków i przez wiele lat pracowałam w zawodzie. W mojej obecnej pracy od początku też.
Tylko że później zmieniałam stanowiska i teraz robię trochę coś innego, ale bardzo fascynującego. Natomiast jeśli chodzi o te studia edytorskie, to ja je zrobiłam w tym czasie, kiedy pracowałam aktywnie jako tłumacz. To było dla mnie bardzo ważne, bo to jest idealne rozwinięcie umiejętności tych kompetencji językowych, bo na tych studiach mamy zajęcia bardzo proste, po prostu z języka polskiego, z ortografii, z interpunkcji, z poprawności językowej, ze stylistyki, ale też uczymy się o gatunkach dziennikarskich, o dialogu, o narracji, o składzie. To już książki, korekcie, adiustacji. Czyli to też jest wygląd takiej wydanej książki. Dlatego wcześniej przydawało mi się to do tłumaczenia. Ale z czasem okazało się to bardzo wszechstronną wiedzą, która przydaje mi się na bardzo różnych polach, bo i do felietonów jako gatunku dziennikarskiego i teraz do powieści. Mam o wiele bardziej wyczulone oko na błędy dzięki temu. A dla redaktora, wydaje mi się, zbawieniem jest taki pisarz, dlatego że jest po mnie po prostu mało roboty, jak to się mówi. Zresztą naprawdę moja pierwsza redaktorka tak powiedziała.
[03:06:03] - Czy jeżeli czyta pani jakikolwiek tekst, to pani automatycznie w głowie już robi jego korektę?
[03:06:08] - Nie. Ja z jednej strony ukończyłam te studia i bardzo mi to pomaga. Zauważam błędy, przynajmniej ich większość, te, które robię. Ale jednocześnie nie jestem, że tak powiem, purystką językową. Dla mnie język pełni funkcję komunikacyjną. Ja się nie czepiam, jak ktoś popełnia jakieś błędy. Jesteśmy tylko ludźmi.
[03:06:31] - Oczywiście, jak najbardziej. Ponownie odniosę się do pani strony, którą pani prowadzi. Przyznaje na niej pani, że duży wpływ na wykształcenie w pani nawyku czytelniczego miały bibliotekarki, jakie spotkała pani na swojej drodze, bo to one umiejętnie poddawały pani odpowiednie lektury. Zwracając się do młodego adepta sztuki pisarskiej, zachęca pani go, używając takiego sloganu: „praktyka czyni mistrza”. Jeżeli uznamy, że dzieło literackie jest sztuką, to czy można się tej sztuki nauczyć dzięki odpowiednim zabiegom? Czy może, aby zostać dobrym twórcą, potrzebna jest iskra, takie dotknięcie palca Bożego, coś, co po prostu nazywamy talentem?
[03:07:24] - Och, wywołała pani panie z Biblioteki Garnizonowej w Leśnicy Wielkiej, z której pochodzę. To je miałam na myśli i z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiam.
[03:07:35] - Panie z biblioteki serdecznie pozdrawiamy.
[03:07:37] - Tak, to było też bardzo fajne, bo ja bardzo dużo czytałam jako dziecko, jako nastolatka. I te dwie panie, kiedy przychodziłam do biblioteki, mówiłam im: „ta książka mi się podobała, ta mi się nie podobała. Coś w tym stylu bardzo mi się podobało”. I one kazały mi po prostu zająć sobie miejsce w fotelu. Same znikały między półkami, wracały do mnie z naręczem jakichś dziesięciu czy kilkunastu książek i mówiły: „weź sobie to i przeczytaj, zobacz, co ci się będzie podobało”. Ja tak naprawdę nie musiałam znać nazwisk autorów czy tytułów, bo one tak bardzo przydawały się, pomagały mi wybierać właściwe książki. Natomiast jeśli chodzi o pytanie i o praktykę, czy też ten talent, tę iskrę, powiem tak: ja jestem bardzo mało romantycznym pisarzem. Oczywiście jestem przekonana, że są autorzy, których dotknął ten palec Boży. Jest ich na pewno wielu. To są ludzie, którzy nie muszą się niczego uczyć, bo po prostu mają to w palcach.
Piszą wybitne powieści, dostają Nagrody Nobla czy też są naprawdę wspaniałymi władcami i władczyniami słowa. Moją mistrzynią jest na przykład Alice Munro, kanadyjska pisarka opowiadań oraz Stephen King, który sam zresztą mówi, że jest rzemieślnikiem, ale ja uważam, że on naprawdę ma to coś, co niewielu z nas posiada. Za to ja, podobnie jak King, choć oczywiście nigdy nie umiałabym wejść w jego buty, też nazywam siebie rzemieślnikiem. Nie sądzę, żebym miała jakiś wybitny talent. Ja piszę po prostu udane książki rozrywkowe. Nigdy nie osiągnę poziomu moich mistrzów, ale według mnie to jest w porządku. Uważam, że dla każdego z nas jest miejsce. Dla mnie najważniejsze jest to, że czytelnicy miło spędzają czas z moją książką. To się liczy najbardziej. Natomiast jeśli chodzi o praktykę, to zdecydowanie tak.
Im więcej piszesz, tym lepiej wyrabiasz sobie pióro. Im więcej czytasz, tym więcej masz szansę podpatrzeć świetnych rozwiązań i pomysłów, z których potem możesz czerpać.
[03:09:51] - No i to wszystko się zgadza, co pani mówi. Rzeczywiście nie każdy twórca musi z kolei osiągnąć ten najwyższy poziom, bo wtedy też nie byłoby o co walczyć.
[03:10:03] - Podmiejski na koniec świata. Fragment, w którym szef składa Alicji propozycję nie do odrzucenia. „Pani Alicjo, zapraszam” — usłyszała w słuchawce głos prezesa Mikołowskiego we wspomniany czwartek około 15:00. Wzdrygnęła się, uświadomiwszy sobie, że być może sprawa wniosku wcale nie przeszła tak bezboleśnie, jak jej się wydawało. Wygładzając ołówkową spódnicę, która zbyt mocno opinała jej kształty, ale zdaniem Tymona była odpowiednio biznesowa, naprędce wymyśliła sensowne wyjaśnienie. Do gabinetu weszła tak pewnym krokiem, na jaki było ją stać. „Niech pani usiądzie” — wskazał dłonią długi stół, przy którym prowadził rozmowy z kontrahentami. Sam wstał od komputera i dystyngowanym krokiem dołączył do Alicji, która zajęła to samo krzesło co zwykle. Blisko wyjścia, naprzeciw Mikołowskiego. Takie zaproszenie mogło oznaczać cokolwiek.
Jeśli chodziło o szybkie załatwienie jakiejś sprawy, szef zazwyczaj przekazywał jej instrukcje w drzwiach, bez ceremoniał zasiadania po dwóch stronach stołu. A teraz Alicja mogła spodziewać się wszystkiego. Być może szef zamierzał wyłożyć jej szczegóły kolejnej wiszącej nad nimi katastrofy, której tylko ona mogła zaradzić. Mógł też zapytać, jak jej się pracuje. Tak, szefowi zdarzały się tego typu dziwne chwile. Rzadko, ale owszem. Początkowo zbijał ją z tropu pytaniami na temat odczuć względem pracy. Nie wiedziała, co powiedzieć. Jaka odpowiedź byłaby odpowiednia? Jednak po pewnym czasie przekonała się, że prezesowi zależy na szczerości.
Przejmował się pracownikami. Nie był wylewny, nie bratał się z podwładnymi. Ludzie raczej się go bali, ale takimi pytaniami dawał do zrozumienia, że w razie kłopotów mogą na niego liczyć. Teraz położył na blacie rozprostowane dłonie i spojrzał Alicji w oczy. „Jak się pani pracuje?” Do licha, więc o to chodziło. Tylko dlaczego tak dziwnie patrzył? Jakby obawiał się odpowiedzi. „Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jakbym próbowała się szefowi przypochlebić, ale z takim szefem praca to przyjemność.” Mikołowski delikatnie się skrzywił. Do diabła. Już kończąc zdanie, wiedziała, że przesadziła.
To zabrzmiało jak czyste lizusostwo. Nieważne, że naprawdę tak czuła. „Nic pani nie przeszkadza w pracy? Natłok zadań, atmosfera. Trochę się pani izoluje.” Ja izoluję? Alicja kaszlnęła z wrażenia. Kurza stopa. Wszystko przez te drzwi. „Zamykam drzwi, żeby odciąć się od hałasu w biurze. Łatwiej mi się wtedy skupić na pracy.” Oj, to też nie zabrzmiało dobrze.
Zamykanie się przed pozostałymi pracownikami było przecież sprzeczne z polityką firmy. Prezes jednak, zamiast okazać niezadowolenie, uniósł kąciki ust. Alicja obrzuciła go uważnym spojrzeniem, bo Mikołowski prawie nigdy się nie uśmiechał. To kompletnie nie pasowało do jego wizerunku. Zatem co się stało? Co takiego powiedziała, że prezes przyjął to z zadowoleniem? Podrapała się w głowę. Czy powinna wykorzystać moment i spytać o podwyżkę? Taka szansa mogła się szybko nie powtórzyć. Wciągnęła głęboko powietrze, ale szef najwyraźniej wyczuł, że Alicja zamierza coś dodać, więc uniósł rękę, żeby ją powstrzymać.
„Mam dla pani propozycję.” „Tak?” Alicja poruszyła się na krześle, jakby obsiadły ją mrówki. „Ile lat pracuje pani w Fashion of Warsaw? Pięć?” Czyżby? Czyżby? Adrenalina momentalnie skoczyła jej do góry. „Cztery szefie, ale-“ Prezes znów uciszył ją gestem. „Ta firma” zatoczył dłonią w powietrzu. „To mój wielki sukces. Nasz.” Uniósł znacząco brwi. „Dziękuję.” Alicja z gracją spuściła wzrok.
„Zrobiła pani dla nas bardzo dużo. Podjęła się wielu nowych wyzwań, lecz nigdy-“ „No właśnie, szefie.” Alicja przewróciła oczami i się uśmiechnęła. Wreszcie domyślił się, w czym problem. „Proszę mi nie przerywać” rzucił sucho Mikołowski. Alicja aż się wzdrygnęła. Prezes spojrzał na nią, skinął głową i głośno wciągnął powietrze. „Doszedłem do wniosku, że zasłużyła pani na awans. Na stanowisko, które odzwierciedli wysiłki, jakie wkłada pani w swoją pracę.” Nareszcie. Alicja uniosła oczy ku niebu. Przejdź w końcu do rzeczy, człowieku.
„Dziękuję za docenienie mojej pracy, panie prezesie” powiedziała. „Jeszcze niech pani nie dziękuje, bo propozycja jest, jakby to ująć, nieoczywista.” „Nieoczywista?” „Nie do końca taka, jakiej się pani spodziewa” stwierdził Mikołowski i zacisnął usta na znak, że zrozumie jej wątpliwości. „Chodzi o to, że nie mogę dać pani podwyżki.” „Oj.” Mikołowski pokręcił głową z dezaprobatą, bo Alicja znów ośmieliła mu się przerwać. „I moja propozycja będzie oznaczać poważne zmiany w pani życiu.” Wbił wzrok w swoje dłonie, bo Alicja gapiła się na niego, jakby obwieścił, że od jutra zostanie szefową klubu go-go. Odpędziła od siebie tę myśl, żeby nie być złym prorokiem. Na szczęście Mikołowski zaczął przed nią roztaczać o wiele przyjemniejszą wizję. „Ale mogę obiecać, że jeśli odniesie pani sukces tam, gdzie panią wyślę, po powrocie może się pani spodziewać zarówno lepszego stanowiska, jak i wyższej pensji. Co pani na to?” Prezes znów na nią spojrzał i uniósł kąciki ust. Tym razem Alicja dojrzała w jego uśmiechu niepewność. To było podejrzane.
Nie miała pojęcia, co może oznaczać jego mina. Poważne zmiany w życiu? Bez podwyżki? Co on za brednie opowiada? Naszła ją niespodziewana myśl, że Mikołowski przedawkował jakieś leki. Potrząsnęła głową, żeby jej wyobraźnia znów nie popłynęła za daleko. „Rozumiem. Chce mnie szef gdzieś wysłać. Mam gdzieś jechać, coś załatwić i wrócić.” „W pewnym sensie. O ile nie ma pani innych planów.” „W przyszłym tygodniu zamierzałam zapisać się do dentysty, więc jeśli ten wyjazd przypada na inny termin, nie widzę przeciwwskazań.
Choć właściwie to tylko rutynowa kontrola.” powiedziała, siląc się na żart. Mordę jeża. Alicja uświadomiła sobie, że jak zwykle zgadza się na wszystko, co szef zaproponuje i ignoruje fakt, że Mikołowski wyraźnie zaznaczył, iż chwilowo może zapomnieć o dodatkowym groszu. „Pani Alicjo.” Mikołowski złożył dłonie. „Chcę panią wysłać na dłużej. Plus minus kilka tygodni i to jak najszybciej. Moja firma, moja druga firma, popadła w tarapaty. Jest pani jedyną osobą, która może coś w tej sprawie zmienić.”
[03:17:36] - A teraz pytanie, które może się wydać z pozoru banalne, ale nawiązuje do naszych wcześniejszych rozważań. Ile godzin dziennie poświęca pani pracy twórczej i czy jest to systematyczne zajęcie, czy może sporadycznie zagląda pani do kreowanych przez siebie światów?
[03:17:56] - Powiem pani, pani Krystyno, że ja nie doroszę takim pisarzom jak Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz, którzy są niesamowicie systematyczni, przesiadują codziennie odpowiednią liczbę godzin przed komputerem i piszą swoje książki. Bardzo im tego zazdroszczę, zwłaszcza że ja ostatnio praktycznie nie piszę wcale. Niedawno zajrzałam do pliku z książką, którą teraz piszę i niestety zapisałam go ostatnio ponad miesiąc temu. To oznacza, że od ponad miesiąca nie pisałam. Powiem tak: pisanie to nie jest moje główne zajęcie. Ja pracuję na etat normalnie osiem godzin dziennie. Pisanie to jest moja pasja, którą wykonuję po pracy. Ta praca, którą teraz wykonuję na etat, jest to praca bardzo intensywna, bez tak zwanych sezonów ogórkowych. Jest świetna, jest kreatywna, bardzo ją lubię, ale jednak drenuje mój umysł i potem po takim dniu pracy jest mi ciężko zasiąść do pisania zwyczajnie, bo do pisania potrzeba świeżej głowy, przewietrzonej, wolnej od myśli i tych wszystkich sytuacji poprzednich godzin dnia. Poza tym moja dwuletnia córka zajmuje mi cały wolny czas, bo bardzo lubi ze mną spędzać czas.
Ja z nią też, chociaż ja sobie cenię moją prywatną przestrzeń i czasami chciałabym się zamknąć w moim pisarskim pokoju, bo tak, posiadam swój specjalny pisarski pokój, ale niestety ostatnio bardzo rzadko go odwiedzam. Tyle że ja nie robię sobie z tego powodu wyrzutów, szczerze mówiąc. Uważam, że jest w życiu czas na jedno, albo jest czas na drugie. Kiedy, czy też jeśli pisanie stanie się moim podstawowym źródłem utrzymania, wtedy z pewnością nie będę miała problemów z regularnością. Ale póki co taka sytuacja leży w sferze mało realnych marzeń.
[03:19:45] - Wie pani, powiem pani tak: są rzeczy ważne i ważniejsze w naszym życiu. Wtedy, kiedy my matki mamy małe dzieci, to raczej nasze sprawy, powiedzmy sobie duchowe, muszą chwileczkę poczekać. Bardzo dobrze panią rozumiem jako kobieta i osoba, która sama zaczęła pisać w wieku 48 lat. Pani Katarzyno, chciałabym kupić od pani słowo. Czy to jest jeszcze możliwe?
[03:20:14] - Och, wywołała pani ode mnie wspaniałe wspomnienia, bo wiem doskonale, o co pani chodzi. Pyta pani o projekt „Wykup słowo”, za pomocą którego napisałyśmy z koleżankami pisarkami opowiadania do antologii, którą nazwałyśmy „Autostopy. Dziesięć opowiadań o wolności”. Ta antologia została wydana w 2015 roku, więc jak dla mnie to było bardzo dawno temu, ale to był bardzo ciekawy projekt. My ten projekt realizowałyśmy za pomocą portalu zbiórkowego. Nazywał się „Wykup słowo”, dlatego, że wspierając finansowo nasz projekt, faktycznie można było kupić słowo za określoną kwotę. Za wyższą można było na przykład kupić aż zdanie. Można było też kupić imię bohatera i jeszcze inne rzeczy związane z treścią opowiadań. My potem z koleżankami dzieliłyśmy się tymi słowami czy zdaniami i używałyśmy ich w antologiach. Oczywiście każde opowiadanie miało swoją metryczkę, w której wymienialiśmy, jakie słowo zostało użyte, przez kogo ono zostało zakupione, tak żeby nasi darczyńcy odpowiednio zostali uhonorowani w tej antologii.
Mnie przytrafiła się niesamowita sytuacja, dlatego, że moja koleżanka, moja prawdziwa koleżanka kupiła głównego bohatera. Tym bohaterem okazała się jej mama, jej prawdziwa mama Gośka i Zuzia zrobiła jej w ten sposób prezent niespodziankę na urodziny. Spotykałam się kilka razy z Zuzią. Ona opowiadała mi o mamie. Zresztą ja Gośkę znam i jestem z nią na ty. Dowiedziałam się o niej jak najwięcej, żeby potem napisać o niej opowiadanie. Proszę sobie wyobrazić, jakie to było zaskoczenie.
[03:22:03] - Muszę powiedzieć, że antologię poznałam jeszcze w fazie projektu. Kibicowałam jej. Polecam, jeżeli gdziekolwiek państwo by jeszcze mogli trafić na „Autostopy”, to naprawdę warto, bo są to cudowne, wspaniałe opowiadania.
[03:22:19] - „Ratunku, wymyśliłam męża. Typowa rozmowa z mężem. Bartek: Czytałem twój tekst o kawach w książkach — powiedział, wciskając nos w kołnierzyk koszuli. — Niezły. Komplement z ust Bartka? Niewiarygodne. I bardzo szybko przeczytał, zważywszy, że nie miał tego dnia dużo pracy. Dziękuję — odparła Flo podejrzliwie. Duży postęp, kochana. Opłacało się robić kurs pisarski.
Już gdy wypowiadał ostatnie zdanie, czuła w jego głosie diabelski śmiech. Nie myliła się. Powolnie, z błyskiem w oku wysunął nos z kołnierzyka i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Goń się! — rzuciła w niego zwitkiem mokrych chusteczek. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zamiast w Bartka nie trafiła w pomalowaną miesiąc wcześniej ścianę. Chusteczkowa papka przylepiła się do ściany w kolorze mglistego krzemienia, po czym zaczęła wolno zjeżdżać, pozostawiając za sobą brudną smugę. No co? — żachnął się rozbawiony. Przyszedłem cię pochwalić.
Przyniosłem pyszną kawkę, a ty atakujesz mnie bronią białą? Zdjął chusteczkową ciapę i przyjrzał się jej uważnie. A nie, twoja broń ma odcień szarobury. Flora chwyciła pierwszą lepszą rzecz, jaka wpadła jej w ręce i znów się na niego zamierzyła. Ponieważ trafiło na kubek, w którym trzymała długopisy, Bartek teatralnie zasłonił twarz ramieniem. Odłożyła kubek na miejsce. „Nie masz jakiejś pilnej pracy?” — spytała, myśląc niecierpliwie o porzuconych bohaterach pisanej powieści. Bartek opuścił rękę. „Właśnie zamknęliśmy zamknięcie. Pomyślałem, że skorzystam z chwili wolnego i odwiedzę ukochaną żoneczkę w pracy”.
Puścił do niej oko. „Wyobraź sobie, że teraz ukochana żoneczka ma coś do zrobienia”. „Tak? A co?” Uniósł się z fotela. Jednym kliknięciem zamknęła plik, modląc się w duchu, by zapisały się ostatnie zmiany. „Nie twój zasmarkany interes” — powiedziała, wytykając język, a palcem pokazując drzwi. „Już cię tu nie ma”. „Okej, okej” — odparł, podnosząc wolną rękę w geście poddania i wycofując się rakiem do drzwi. W tym samym momencie rozdzwonił się telefon Flory. Rzuciła się do niego, nieomal wylewając kawę, jakby przygoda z herbatą to było za mało.
„Cześć kochana” — wysapała do słuchawki. — „Co się urodziło?” Machnęła Bartkowi dłonią, żeby zmiatał. W tym samym momencie silny kobiecy głos zaczął wyrzucać z siebie potok gniewnych słów i Bartek wiedział już, że dzwoni Justina. Takiej okazji nie mógł przepuścić. Stanął na środku pokoju i przystawił dłoń do ucha niczym bohater niemego kina. Flo machała do niego nerwowo, ale on zaczął się śmiać i wykonywać palcami gest mielenia ozorem. Zdesperowana Flo odwróciła się do okna, skuliła się i ściszyła głos do szeptu, ale celowo przesadnie głośnego, żeby mąż usłyszał. „Nie mogę teraz swobodnie rozmawiać”. „A chuj mnie to obchodzi” — odparła Justina. — „Dzwonię do ciebie z moim epokowym pomysłem i jeśli zaraz nie powiesz, że to najwspanialsza idea na świecie i że kupujesz ją bez zastrzeżeń, pójdę się pociąć nożem do masła”.
„Mogłabyś powtórzyć, co wcześniej mówiłaś?” — rzuciła do słuchawki Florka. Zerknęła z ukosa na Bartka. Śmiał się bezgłośnie, trzymając się za brzuch jak Charlie Chaplin. Dźwięk w smartfonie miał ustawiony na maksymalną głośność, więc jej mąż doskonale słyszał słowa Justiny.
[03:26:04] - Proszę opowiedzieć nam teraz, pani Katarzyno, o swoim procesie twórczym. Od czego pani w ogóle zaczyna pracę nad tekstem? Co jest takim pierwszym impulsem, żeby ten tekst jakoś zaczął u pani funkcjonować? Bardzo mnie interesuje, w jaki sposób buduje pani postać. Przeczytałam, że pani ulubioną postacią jest właściwie bohater pani pierwszej powieści. Może kilka słów o tym poprosimy.
[03:26:32] - Jeśli chodzi o mój proces twórczy, to tak jak wspominałam, jestem mało romantyczna. Ja bym bardzo chciała, żeby tak jak niektórym autorom te pomysły po prostu spływały do głowy nagle, gdzieś leżały na ulicy. Niestety ja na te pomysły nie wpadam na ulicy, nie potykam się o nie, nie mam ich pełnej szuflady. Ja jak kończę książkę, zaczynam praktycznie od zera. Od początku wymyślam. Tak naprawdę wymyślam od zera całą fabułę i faktycznie wpadanie na pomysły, że tak to ujmę, jest dla mnie najtrudniejszym etapem procesu twórczego. A zaczynam od zwykłych, czystych kartek. Rozkładam je sobie na biurku, biorę mój ulubiony ołówek automatyczny. Tak, to jest jedno z moich natręt i myślę, że my, pisarze, niejeden z nas by przyznał, że mamy całą masę takich natręt. I zaczynam obracać w głowie różne pomysły, bardzo różne.
Zastanawiam się, o czym jeszcze nie pisałam, jakie tematy są teraz modne. Wypisuję sobie je na tych kartkach i wybieram taki z największym potencjałem i ten wybrany sobie bardziej rozwijam. Następnie piszę dla niego początek, czyli nie, że już zaczynam pisać tekst, tylko wymyślam miejsce, w którym książka się zacznie. Sytuację, w jakiej umieszczę bohatera na początku powieści. Do tego koniec, czyli taki azymut. Coś takiego jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, bo każdy z każdego miejsca w Warszawie wie, jak tam trafić. I ten azymut to ma być takie miejsce, do którego mam trafić, napisawszy te kilkaset stron. Do tego wypisuję sobie jeszcze ze dwa, trzy punkty zwrotne, czyli to są te takie momenty, w których coś w życiu bohatera wydarza się takiego, co przewraca całą fabułę do góry nogami i potem tak naprawdę wystarczy już wypełnić te puste miejsca tekstem. Wydaje się proste, ale jednak działa. Jeszcze druga rzecz, którą robię, to piszę tak zwane CV bohaterów, czyli tych ważniejszych postaci w tekście.
Każdy ma swoją kartkę i tam wypisuję różne najważniejsze fakty na jego temat. Czy to będzie, jakie studia ukończył, ile ma lat. Niekoniecznie jakiś wygląd zewnętrzny, ale czym się interesuje, jakie ma poglądy polityczne czy społeczne, jakiej słucha muzyki, jakie lubi książki, czy może nie lubi, czym się zajmuje. Do czego mi to jest potrzebne? Bo potem w trakcie pisania mogę sobie zajrzeć do tego jak do ściągi i dzięki temu wiem, jak w danej sytuacji, która akurat się rozgrywa, mój bohater zachowałby się biorąc pod uwagę te cechy, umiejętności i poglądy, które mu wypisałam. Poza tym to jest też dla mnie dobra ściąga, bo muszę przyznać, że ja mam bardzo słabą pamięć do tego, co przeczytałam i co napisałam. Niestety zdarza mi się nawet zapomnieć imię bohatera, dlatego ta ściąga bardzo mi się przydaje. Czyli uważam, że to nie ma pisania na żywioł, bo nie chcę zacząć pod wpływem jakiegoś impulsu, żeby potem za wcześnie się nie wypisać i nie utknąć. Jak to powiedziała kiedyś moja pani redaktor: „Piszemy nie to, co sobie założyliśmy, ale to, co nam wyjdzie”. Czyli jakiś tam rodzaj swobody sobie zostawiam.
[03:29:55] - Właśnie. Czasem jest tak, że książka, jak to mówią, sama się pisze. W takim razie zapytam jeszcze, kim jest dla pani narrator, oczywiście w pani książce. Jaką pełni funkcję dla pani jako autora?
[03:30:10] - Narrator to opowiadacz naszej historii. Mówiąc technicznie, mamy różne typy narratorów. Mnie najdalej jest do tak zwanego narratora wszechwiedzącego. Wolę być bliżej bohatera. Jeśli już narracja trzecioosobowa, to w moich książkach wygląda to tak, jakby bohater miał do ramienia przypiętą kamerę. Narrator tak jakby siedzi na jego ramieniu i widzi całą sytuację z jego perspektywy. Chociaż chyba najbardziej lubię narrację pierwszoosobową, czyli tam, gdzie bohater mówi: „Ja przyszłam, ja to zrobiłam”. Mam wręcz wrażenie, że wtedy bohaterowie wychodzą mi najbardziej kredyt. Ale ponoć czytelniczki obyczajów wolą narrację trzecioosobową, więc moje książki są pisane czasem tak, czasem tak. Mam świadomość, że mój wybór ma swoje ograniczenia, bo narrator wszechwiedzący może łatwiej opisywać różne sytuacje.
Ma pełen ogląd sytuacji, natomiast mój zna tylko pewien wycinek rzeczywistości i to troszeczkę komplikuje sam proces tworzenia historii. Natomiast wydaje mi się, że taka jednostronna czy też ograniczona perspektywa jest elementem tajemnicy dla czytelnika, bo on nie wie, co się dzieje po drugiej stronie.
[03:31:34] - Pani Katarzyno, czy uważa pani, że wraz ze zdobywaniem doświadczenia, ilością godzin poświęconych pracy twórczej traci się pewność, świeżość spojrzenia, czy też staranniej przykłada się do budowania dzieła?
[03:31:52] - Zastanawiam się właśnie, czy nie nawiązuje pani do tego, co kiedyś powiedziałam na temat mojej debiutanckiej powieści „Pijany skryba”, bo mówię, że już nie byłabym w stanie napisać takiej książki. Czy o to chodzi?
[03:32:07] - Mniej więcej.
[03:32:09] - W tym przypadku powód jest troszeczkę inny, dlatego że tę powieść wydałam w 2014 roku. Byłam wtedy zupełnie inną osobą. I tutaj paradoksalnie nie zmieniło się to, o czym pani mówi, czyli doświadczenie zdobyte w pracy twórczej. Zmieniły mnie doświadczenia życiowe. „Pijany skryba” to powieść łobuzowska, przygodowa, przepełniona humorem i slapstickowymi żartami. Wydaje mi się, że już nie mam w sobie tej dynamiki, swobody, takiej młodzieńczej energii. To dlatego nie umiałabym już napisać czegoś na miarę „Pijanego skryby”. Natomiast uwielbiam tę książkę. To jest jedyna z dwóch książek, do których lubię wracać, wertować i w wybranym miejscu otworzyć i przeczytać. Ale tak jak mówiłam wcześniej, jak najbardziej czym więcej napiszę, tym lepiej mi to wychodzi.
[03:33:10] - A jeszcze niech mi pani powie, bo pani kieruje swoje utwory właściwie do kobiet. Proszę mi powiedzieć, jakie cechy powinna posiadać powieść, aby czytelniczki chętnie po nią sięgały i zachęcały jedna drugą do poznania perypetii wymyślonych przez panią bohaterów?
[03:33:28] - Niestety nie znam recepty na taką powieść. Gdybym to wiedziała, to z pewnością wydawałabym same bestsellery i kąpała się w milionach dolarów. Ale wiem, co jest ważne dla mnie w moich książkach. I skoro to ważne jest dla mnie i czytelniczki lubią moje książki, to chyba to znaczy, że takie podejście się sprawdza. Według mnie ważna jest równowaga w książce, czyli trochę tego i trochę tego. Konkretnie bohater, którego się lubi, ale który nie jest kryształowy, posiada jakieś wady. Wartka akcja, ale przemieszana chwilami uspokojenia. Poważne problemy, ale przełamane dawką humoru. I nie za długa, żeby łatwo się czytało w pociągu czy na plaży. Zawsze w centrum stawiam kobiety i ich sprawy.
Dla mnie kobieta, bohaterka mojej książki musi być silna, a nawet jeśli na początku z pozoru nie jest silna, to wreszcie jest w stanie wziąć sprawy w swoje ręce. Wydaje mi się, że to też jest ważne dla moich czytelniczek. Staram się też poruszać problemy zwykłych ludzi. Wydaje mi się, że to jest też ważne dla odbiorczyń, żeby mogły czytać o problemach, z którymi mogą się identyfikować, utożsamiać. Zresztą zdarzało mi się już nie raz słyszeć: „O, tutaj opisałaś mnie i moją paczkę przyjaciółek”. W przypadku ostatniej książki słyszałam wręcz: „O rany, poruszyłaś dokładnie ten problem, który mam z własnym mężem”. Więc wydaje mi się, że tego szukają czytelniczki. I jeszcze jedna rzecz, na którą zwracają uwagę, kiedy mi o tym mówią, to że łatwo sobie wyobrazić akcję moich książek. I wydaje mi się, że tutaj właśnie w grę wchodzi moje uwielbienie dla fotografowania, bo zdaje mi się, że po prostu myślę obrazami. Wyobrażam sobie opisywane przez siebie sytuacje niczym takie kadry zatrzymane.
Widzę te kolory, widzę kto gdzie stoi i może dlatego, jak czytelniczki czytają, to mówią, że widzą to samo co ja i uważają to za atut moich książek.
[03:35:40] - „Ratunku, wymyśliłam męża. Wielkie marzenie Flory. Florencja marzyła o napisaniu wielkiej polskiej powieści obyczajowej albo wielkiego polskiego romansu. Wszystko jedno. Nie odnalazła jeszcze odpowiedniego tematu, ale pragnęła napisać powieść na miarę Bridget Jones, „Przeminęło z wiatrem” albo serii „Nad rozlewiskiem””.
[03:36:03] - Jej dzieło miało na zawsze zapaść w pamięć czytelniczek, wyznaczać trendy, stanowić niewyczerpane źródło cytatów i bon motów, kreować postawy i gusta, dodawać skrzydeł i odwagi do zmian. Musiała tylko wypatrywać chwili, w której niczym u pomysłowego Dobromira nad jej głową rozbłyśnie złota kulka i spłynie na nią pomysł przez wielkie P. Sam palec Boży. Nie mogła tylko pisnąć ani słowa mężowi. Sceptyczny i do bólu praktyczny mąż Flory, Bartek, dworował sobie z jej zamiłowania do snucia opowieści. Gdyby wspomniała mu o kursie kreatywnego pisania, na który się zapisała, a co gorsza o planowanym pisaniu wielkiej polskiej powieści, romantycznej czy nie, stałaby się regularnym obiektem jego drwin. Zniechęciłby ją bardziej niż wtedy, gdy postanowiła uczyć się portugalskiego za pomocą brazylijskich telenowel. Wmówiła mu więc, że zamiast, jak codziennie po pracy, wracać grzecznie pociągiem do domu do Grodziska, nadrabia w Warszawie zaległości towarzyskie. Mąż dał się zwodzić zaledwie przez trzy tygodnie, do czasu, aż dotarło do niego, że żona, która jest raczej odludkiem, o czym świadczyło choćby przedkładanie czytania książek nad miejskie rozrywki, nigdy tak regularnie nie imprezowała z przyjaciółmi. Poza tym jego żona, jak lubił się naigrywać, przyjaciół miała ostatnio w liceum.
Dla męża Flory, Bartka, wieczorne warszawskie wojaże żony mogły oznaczać tylko jedno. I wcale nie chodziło o przyprawianie mu rogów. Dziewczyna, delikatnie mówiąc, nie była typem seksbomby, za którą ustawiałyby się kolejki adoratorów. Koński śmiech, tyczkowata figura, deska z tyłu i z przodu, kamuflaż w postaci workowatych bluzek. Wszystko to stanowiło idealny rysopis Flory. Bartek kochał ją taką, jaka była, lecz gdyby Florencja miała doczekać się choć jednego, nawet ukradkowego, pełnego zazdrości spojrzenia męża, musiałaby ulec całkowitej metamorfozie. Nie, to Bartek musiałby się zmienić w faceta z amerykańskiej komedii romantycznej albo angielskiej, granego przez Hugh Granta. Bartek gardził komediami romantycznymi. Bardziej romantyczna od niego była nawet plama na bluzce autorstwa przylatującego gołębia. Flora żałowała czasem, że jej mąż nie jest bardziej szarmancki, uroczy, uwodzicielski, optymistycznie nastawiony do świata.
Po prostu bardziej sympatyczny. W chwilach zwątpienia przypominała sobie jednak, za co go pokochała. A ostatnio musiała przywoływać wspomnienia coraz częściej, żeby nie zwariować. Co się zaś tyczy podejrzeń Bartka, powód piątkowych późnych powrotów żony z Warszawy był dla niego oczywisty. Uznał, że Florka może robić tylko jedno: realizować swoją wydumaną, nieprzynoszącą zysków pasję. Robić coś związanego z pisaniem książek. Niestety znał ją lepiej niż Fred Astaire kroki tańców towarzyskich.
[03:39:27] - Proszę mi powiedzieć, czy pani zdaniem humor w literaturze jest pożądany, niezbędny, rozpraszający uwagę czytelnika, czy może wręcz uzdrawiający?
[03:39:41] - Czy niezbędny? Nie powiedziałabym. Czy rozprasza uwagę? Zdecydowanie nie. Czy ma moc uzdrawiającą? Mocno powiedziane. To byłby niesamowity wrzut literatury. Ja natomiast lubię stosować humor w swoich książkach. Według mnie, tak jak powiedziałam, on równoważy treść. Mam wrażenie, że gdybym opisywała tylko poważne problemy bez takiego luźniejszego przełamania, książka zaczęłaby być przytłaczająca.
Ale to tylko moja subiektywna ocena. Są czytelniczki, jest ich wiele, które lubią czytać takie poważne książki o naprawdę trudnych problemach i nie potrzebują humoru. Dla mnie natomiast jest on bardzo ważny. Ja sama lubię się pośmiać i lubię czytać tego rodzaju książki.
[03:40:31] - Akcja niektórych z pani powieści rozgrywa się w Grodzisku Mazowieckim. Czy to miasto ma dla pani jakieś szczególne znaczenie?
[03:40:40] - To akcja aż trzech, czterech moich książek. W pierwszej, w „Pijanym skrybie” tylko akcja nie dzieje się w Grodzisku, ale to też ma znaczenie. Jakie? Dlatego, że ja mieszkam w Grodzisku Mazowieckim, natomiast nie jestem grodziszczanką z dziada, pradziada. Ja przeprowadziłam się tutaj bodaj pięć lat. Mąż mnie tutaj ściągnął. Umieszczam akcję w Grodzisku po to, żeby podziękować miastu za to, że mnie tak gościnnie przyjęło w swoich progach. Naprawdę Grodzisk to piękne miasto, bardzo zadbane, cieszące się bardzo pozytywną opinią, świetnie zarządzane. Burmistrz zarządza naszym miastem już bodaj 27 czy 28 lat, także to na pewno o czymś znaczy. I mnie się tutaj tak wspaniale mieszka.
To jest takie moje miejsce na ziemi. Poznałam tutaj świetnych ludzi, czuję się tutaj wyśmienicie, więc chcę pokazać temu mojemu miejscu na ziemi, że jest dla mnie ważne i wygląda na to, że to jest bardzo dobrze odbierane. Oczywiście nawiązałam przez to tutaj kontakty z różnymi instytucjami. Grodziska Gazeta to właśnie ta, do której piszę felietony i to stało się też dopiero później. I grodziskie radio są regularnie patronami medialnymi moich książek, także nawiązaliśmy tutaj bardzo fajne relacje. Ale cóż, może czas na przeprowadzkę w jakieś inne miejsce. Oczywiście tylko w książkach, bo mieszka mi się tutaj znakomicie.
[03:42:12] - Ponoć jest takie pojęcie jak set lokalizacja. To znaczy, że trzeba umieszczać akcję książki w miejscach pożądanych, bardzo interesujących dla czytelniczek. Stąd chyba swojego czasu wśród książek obyczajowych był wysyp Toskanii i Andaluzji.
[03:42:31] - Co jest dla pani ważniejsze w czasie pracy twórczej? Czy fabuła, czy większą uwagę kładzie pani na warsztat twórczy? Czemu się pani bardziej poświęca pisząc swoje powieści?
[03:42:43] - W przypadku książek rozrywkowych, gatunkowych, jakie ja uprawiam, fabuła jest ważniejsza. Oczywiście dużo pracuję nad słowem, przykładam bardzo dużą wagę do porównań. To jest moja specjalność zakładu. Niestandardowe porównania nawiązujące do popkultury na przykład. Zwracam też uwagę na melodię, na to, by tekst działał na wszystkie zmysły. To też jest bardzo ważne. To pomaga czytelnikom wyobrazić sobie to, o czym czytają. I oczywiście obróbka techniczna i to robię na bieżąco. Nie robię tego tylko na końcu, ale na bieżąco. Kiedy siadam do kolejnego rozdziału, sczytuję sobie ten poprzedni, coś poprawiam, coś wynajdę i to jest dynamiczna, bieżąca robota.
Reszta w rękach redaktora. Mam pełne zaufanie do pracy redaktora i zazwyczaj akceptuję 99,9% wprowadzonych przez redaktora zmian. Jednak fabuła musi być wartka, ciekawa akcja. Wydaje mi się, że w przypadku tych książek większą wagę przykładamy do tego, jakie emocje książka w nas wywołuje, niż czy jest kandydatem na Nobla.
[03:44:01] - Bardzo miło mi było z panią rozmawiać. Szybko nam czas wspólnie zleciał. Proszę państwa, naszym dzisiejszym gościem była pani Katarzyna Kowalewska, pisarka, autorka czterech książek i jednego opowiadania oraz wielu innych opowiadań, które można znaleźć w antologiach i felietonów zamieszczanych w prasie na portalach internetowych. Zapraszając do sięgnięcia po pozycje naszego gościa, polecamy strony na Facebooku: Kowalewska Fanpage, na Instagramie: Katarzyna Kowalewska Autorka i na stronie autorskiej katarzynakowalewska.pl. Pani Katarzyno bardzo serdecznie dziękuję za wspólnie spędzony czas. To była naprawdę bardzo pouczająca rozmowa i myślę, że wielu z państwa dowiedziało się też trochę o drugiej stronie pisarstwa. Jak to właściwie wygląda, kiedy autor siada przed komputerem i zaczyna swoją pracę twórczą. Za to serdecznie pani Katarzynie dziękujemy. Życzę wielu wspaniałych fabuł, wspaniałych kolejnych powieści. Myślę, że kiedyś powstanie jeszcze książka dla dzieci, specjalnie napisana.
[03:45:29] - Proszę państwa, czas wakacyjny. „Bibliotekarium 2.0” zdecydowanie krótsze. Nie do takich minutaży państwa przyzwyczaiłem, zdaję sobie sprawę, ale powiedzmy sobie szczerze, powtarzam to właściwie przy każdej audycji, nie po to są wakacje, żeby słuchać audycji. Wakacje są po to, żeby wypoczywać, byczyć się na słońcu i czytać te książki, o których tak często tutaj rozmawiamy. Czytać, bo ten czas wakacyjny, czas pewnego lenistwa może nie do końca, ale jednak sprzyja różnym czytelniczym pasjom, nawet tym lekuchno zapomnianym. Dlatego, proszę państwa, wzorem rycerzy Waligórskiego zakrzyknę: „Książki w dłoń!” i miłej lektury. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą audycję. Życzę bardzo dobrego, pięknego weekendu, a w każdym razie pogoda jest szalona, więc trudno życzyć upalnego albo ustabilizowanego krajobrazu pogodowego. Nie wiem, jaki będzie. W każdym razie życzę państwu, żebyście mieli taką pogodę, o jakiej marzycie.
Tym, którzy nie lubią upałów, żeby przyszedł do nich chłodek. Tym, którzy uwielbiają grzać się na słońcu, żeby akurat w ich części kraju słońce waliło, ile tylko wlezie. Wszystko dla wszystkich. Przypominam, że za tydzień kolejne „Bibliotekarium”. Zapraszam bardzo serdecznie. Teraz już pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[03:47:10] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.