[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. My tu gadu-gadu poza anteną, a godzina 20:00 już nam mija na antenach Radia Paranormalium i Book Radia. Zapraszamy właśnie teraz na kolejne wakacyjne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak jak Ivellios powiedział, lato w pełni, czego skutki dosyć boleśnie odczuwam, bo te upały, sami państwo przyznacie, są... Właściwie to wszystko zależy od miejsca siedzenia, bo gdzieś nad wodą, nad morzem to bywa całkiem przyjemne. Natomiast jak ktoś ma to nieszczęście i spędza lato w mieście, to takie upały powyżej trzydziestki zaczynają być problematyczne i niespecjalnie dobrze wpływają na nastrój, co wiem po sobie. Ale tak jak to zwykle bywa w Polsce, można ponarzekać na polityków, można też ponarzekać na pogodę, co niniejszym uczyniłem. Myślę, że wyczerpałem temat. Zatem Bibliotekarium 94 uważam za otwarte. Dzisiaj będzie mediumicznie trochę, ale zanim się zrobi mediumicznie, to tradycyjny punkt programu, czyli polecanki książkowe. Dzisiaj wydawnictwo, którego chyba jeszcze w polecankach nie było, mianowicie wydawnictwo SQN. Wszystkie propozycje, które państwo usłyszycie, pojawią się na rynku 14 sierpnia tego roku, a więc jeszcze się na wakacje załapią.
Pierwsza z tych propozycji to książka „Pacjent”. Napisał ją Juan Gómez-Jurado. Nie wiem jak państwo, ale ja do tej pory nie byłem przekonany do literatury sensacyjnej, dreszczowcowej, thrillerowej w wykonaniu kogoś innego niż Anglosasi. Pomyliłem się bardzo, co postaram się państwu za chwilę udowodnić. Co czytamy na okładce książki „Pacjent”? Bestsellerowa międzynarodowa seria thrillerów. Tak, to jeszcze uwaga ode mnie, że książka „Pacjent” należy do całego cyklu stworzonego przez Juana Gómeza-Jurado. Tak na marginesie, te książki w dodatku są dostępne, chociażby zajrzyjcie państwo na stronę internetową wydawnictwa SQN, tam je państwo znajdziecie. Ja tylko przypomnę, że ten Juan to się pisze tak właśnie jak w tym języku przez J i Jurado również przez J. Wróćmy do polecanki książkowej.
O „Pacjencie” napisano w ten sposób: „Nie jestem ani świętym, ani męczennikiem, ani terrorystą, ani szaleńcem, ani mordercą. Określenia, pod którymi wydaje się wam, że mnie znacie, są nietrafne. Jestem ojcem. Oto, co się wydarzyło”. W jego rękach leży życie dwóch osób, ale może ocalić tylko jedną. Znany neurochirurg David Evans staje przed niemożliwym wyborem. Jeśli jego kolejny pacjent zejdzie ze stołu operacyjnego żywy, jego córeczka Julia zginie. Planowany zabieg ma zacząć się za 63 godziny. Człowiekiem, który musi umrzeć, aby jego dziecko mogło żyć, jest nikt inny jak prezydent Stanów Zjednoczonych. Zaczyna się rozpaczliwe odliczanie, a na tykający zegar i każdy ruch doktora spogląda również tajemniczy porywacz Julii, który jest gotów zrobić wszystko, aby osiągnąć swój zabójczy cel.
„Pacjent” to potężny zastrzyk adrenaliny. Juan Gómez-Jurado z typowym dla siebie kunsztem trzyma czytelnika w napięciu i wciąga go w rozgrywającą się w ciągu 63 szalonych godzin akcję, nie dającą chwili na oddech aż do samego finału. To, proszę państwa, była książka Juana Gómeza-Jurado „Pacjent”. Następna książka też wyszła spod pióra tego autora. Też ukaże się na rynku 14 sierpnia, a tytuł to „Sekretna historia pana White’a”. Zerknijmy znowu na okładkę. Mówią, że człowiek nie rodzi się zły. On jest wyjątkiem. Od dziecka jest niezdolny do empatii. Chodzi własnymi sekretnymi ścieżkami.
Potrafi zmanipulować i złamać każdego bez wyjątków. Działając w cieniu, przesuwa pionki, które zmieniają oblicze świata. Kim naprawdę jest czarny charakter bestsellerowych thrillerów Juana Gómeza-Jurado? Jak narodził się jeden z największych i najbardziej zagadkowych złoczyńców literatury kryminalnej? Poznaj sekretną historię pana White’a. Do teraz w trzeciej propozycji zmieniamy autora. Książka, tak jak powiedziałem, ukaże się 14 sierpnia. Jej tytuł to „Rozgrywka”, a autorem jest J. Sterling. Czytamy, co tam na okładce.
Jack Carter był szybki. Na boisku baseballowym i poza nim. Czy znany playboy i gwiazdor sportu jest wart zaufania? Kiedy Cassie poznaje w college’u Jacka, postanawia omijać go szerokim łukiem. Gwiazdor drużyny baseballowej uosabia wszystko, czego dziewczyna nie znosi w facetach. Jest uwodzicielski, pewny siebie, ma wielkie ego i ogromne grono fanek. Fanek, które są gotowe zrobić wszystko, żeby się z nim umówić. Sprawy się komplikują, kiedy Jack zaczyna zwracać na Cassie szczególną uwagę. Co tak naprawdę kryje się za jego fascynacją? Czy takiemu chłopakowi warto kiedykolwiek zaufać?
Szykuj się na mocną rozgrywkę. Proszę państwa, to była książka J. Sterling „Rozgrywka”. Czyli polecanki mamy za sobą. To teraz czas na to mediumiczne tchnienie. Bardzo państwo lubią cykl, który prezentowałem również w tych normalnych, niewakacyjnych Bibliotekariach, zatem postanowiłem wrócić do owego cyklu. Jaki to cykl? To cykl Bez Tajemnic. Dzisiaj odcinek troszeczkę krótki, pewno za krótki, ale myślę, że bardzo ciekawy. Nosi ten odcinek tytuł „Wywiad z medium”.
[07:37] - Zapraszam na fragmenty wywiadu z francuską medium, która, co podkreślam, praktykuje za darmo. To znaczy nie pobiera opłat za swoje usługi mediumiczne. Na waszej wizytówce widziałem, że napisała pani, że uważa się za medium spirytystyczne. Czy może pani powiedzieć coś więcej? Czy to jest pani zawód? Nie. Nie praktykuje pani zawodowo? Nie jestem medium zawodowym. Praktykuję na co dzień albo kilka razy w miesiącu, albo w roku. Albo gdy ktoś poprosi.
Czym jest medium spirytystyczne? Najprościej mówiąc, czy to medium spontaniczne, czy nie, jako medium spirytystyczne mam nieustanny kontakt. Dzieją się jakieś rzeczy wokół nas? Dokładnie tak. Dzieje się dużo rzeczy. To znaczy świat niewidzialny jest dla pana niewidzialny, a dla mnie nie. To jest inny świat. Żyję w dwóch równoległych światach. Od kiedy ma pani tę umiejętność? Od czwartego roku życia.
Proszę wyjaśnić, jak pani to widzi. Spotykam kogoś, patrzę na niego i prześwietlam go jak skaner. To może zbyt wiele powiedziane, ale wiem, co może mu dolegać. Jego choroba, słabe punkty, troski. To może być skomplikowane, ale często mówią mi, żebym za bardzo w nich nie grzebała. Można się przestraszyć. Tak, ale to jest też rodzaj humanitaryzmu. Mogę być terapeutką. Mówię o sobie, że jestem terapeutką mediumiczną, ponieważ ktoś, kto do mnie przychodzi, przynosi ze sobą swoje problemy, a ja jestem terapeutką chwili aktualnej. Będę sięgała w głąb tej osoby.
Zwykle terapeutka najpierw wysłuchuje pacjenta, a ja widzę wasze życie. To znaczy, że będę mówiła o waszym dziadku, który już nie żyje. Będę podawała imiona. Nie wiem dlaczego. Wszystko przychodzi mi samo. Mam przebłyski i ktoś mówi: „ale to jest moja chrzestna. Dlaczego pani mi o tym mówi? A to jest mój syn”. Gdy ktoś jest u mnie, jestem tylko dla tej osoby. I to prawda, że ta strona mediumiczna terapii sięga bardzo, bardzo głęboko.
Dana osoba wychodzi i mówi: „wow”. Zawsze tak pani to przeżywała? Tak, zawsze przeżywam mediumizm z moją rodziną, z moją siostrą, zanim zmarła. Widziała pani śmierć swojej siostry? Tak. Uprzedziła ją pani? Nie. A swojej rodzinie pani powiedziała? Powiedziałam mamie. Ona wie, kim jestem.
Nikt tak naprawdę nie chce wiedzieć. Czy to jest dziedziczne? Tak, to jest dziedziczne. Mój dziadek taki był. Ale to jednak przeskoczyło o jedno pokolenie. Niekoniecznie. Moje dzieci mają rozwiniętą intuicję, a córki zaczynają się troszkę obawiać. Czy gdy pani widzi, czy to jest rozmyte, czy to jest bardzo wyraźne? Czy widzi go pani tak, jak widzi pani teraz mnie? Tak jest.
To jest bardzo wyraźne. W kolorze? W kolorze, tak jak teraz pana widzę. Gdy widzi pani umarłych, czy ukazują się tak, jak mają ochotę się ukazać? Tak jak wyglądali za życia, gdy byli w najlepszej formie. Czy zawsze przychodzą po to, by przekazać jakąś wiadomość? Dokładnie tak. To jest wiadomość do przekazania. Czasami zdarza mi się powiedzieć koleżance: „słuchaj, twój ojciec powiedział mi to”. Ona mi mówi: „a skąd ty to wiesz?” Tam jest życie.
Ja teraz przez to przechodzę, bo straciłam partnera. Codziennie widzę coś, co mi go przypomina. Czasami można by oszaleć. Na przykład przesuwające się przedmioty. Więc ja to przeżywam również z moją córką, która mi mówi: „mamo, to prawda”. Przykład z życia. Razem z córką gramy na pianinie. Córka zaczęła grać i nagle rozbrzmiały dodatkowe nuty, jakby to była gra na cztery ręce. To było bardzo dziwne, a w dodatku to zarejestrowałyśmy. No i te dźwięki zupełnie odbiegają od tego, co grała córka.
To jest siła i niesamowita energia, wysiłek dla zmarłego, by się zamanifestować. To nie jest fizyczne, więc tylko dusza tu jest i trzeba szalonej energii, by nacisnąć na klawisze. To tak jak ci, którzy przekazują komunikaty w formie elektronicznej przez transkomunikację. Dokładnie tak. Włączając radio albo słysząc jakiś głos. U mnie to się zdarza na co dzień, więc nie ma w tym logiki. Dzieje się tyle rzeczy. Pani to się wydaje normalne. Ja żyję z tym od zawsze. Czy idąc ulicą potrafi się pani odciąć?
Powiedzieć, że to koniec. Zostawcie mnie trochę w spokoju. Nie chcę niczego widzieć. Czy może pani sobie spokojnie pospacerować? Chciałabym. Nie potrafi pani się odciąć. To jest bardzo trudne. A w tłumie to już musi być okropne. Moim od dawna problemem jest to, że gdziekolwiek nie pójdę, staram się wmówić sobie, że teraz będę jak inni. Będę żyć.
Wyjdę do kawiarni. Ale to jest silniejsze ode mnie. Moje spojrzenie prędzej czy później zawiesi się na kimś i ten ktoś przeżywa jakieś troski. Wtedy odpływam w jego kierunku. Ale to są rzeczy codzienne, więc nie sądzę, abym mogła się od tego odsunąć. Ale najgorsze jest to, że widzę też moje sprawy. Zwykle medium nie dostrzega własnego życia, a przynajmniej bardzo rzadko. Ale u mnie to całe moje życie mam przed oczami. Więc dostrzega pani zmarłych członków swojej rodziny? Tak.
Dokładnie tak. Udzielają pani rad? Często, ale ja i tak jestem cały czas połączona, więc też nieraz proszę o coś. Nie jesteśmy mediami po nic. Mamy dar, by pomagać. Ja pomagam ludziom od trzydziestu pięciu lat. Czy była pani ciekawa, jak to się tam odbywa? We mnie nie ma ciekawości, bo u mnie to wszystko jest zupełnie naturalne. Praktykuje pani pisma automatyczne? Tak.
Jak to się odbywa? Bierze pani długopis? Biorę czystą kartkę, długopis, który ledwo przytrzymuję. Tak. Co jest niesamowite, a zauważyli to ludzie. To znaczy osoba, która była obecna. To nie jest twoja twarz. To może wyglądać dziwnie, ale to nie jest moja twarz. Staję się kimś innym. Moja twarz jest inna.
Teraz piszę z duchem mojego partnera i to jest jego charakter pisma, a nie mój. I tak samo jest w przypadku innych komunikatów. Każde pismo różni się od siebie. A budowa zdania? Mój partner był pisarzem. Jego proza jest piękna. Ja nie potrafiłabym tak pisać. On to napisał i podpisał. To jest ten sam podpis. Mogłabym pokazać.
I nie ma fałszu. To jest niemożliwe zrobić coś takiego. A w każdym razie ja nigdy nie podpisywałam się za niego. Gdy to pani robi, czy jest pani w jakimś rodzaju transu? Tak, całkowicie. Nie jestem sobą. Jestem nim. Czy pamięta pani to, co pisze? Niekoniecznie. Czasami nie wiem, jakie będzie kolejne słowo.
To naprawdę długopis sam się rusza? Dokładnie tak. To długopis sam się porusza. A gdy to pani robi, czy widzi pani ducha poruszającego długopisem? Skoro pani widzi i słyszy? Nie, bo wtedy on jest we mnie. Ale później jestem zmęczona. Potrzebuję cukru, muszę się naładować. Jestem kompletnie padnięta, jakbym robiła coś szalonego. Trzeba wierzyć w takie rzeczy.
Dużo jest ludzi takich jak ja, posiadających ten wspaniały dar. To jest piękne. Trzeba go nosić z dumą. Zajmuje się pani także jasnowidzeniem? Tak. Kierują panią duchy zmarłych? Przewodnicy? Przewodnicy duchowi. Mogę używać kart, ale mogę też spojrzeć na czyjąś dłoń bez korzystania z dodatkowych pomocy. Co pani czuje trzymając dłoń?
Odczuwam wibracje, energię tej osoby. Czy jest introwertykiem albo ekstrawertykiem. I potem wszystko samo przychodzi. Ale nie da się tego zrobić ze wszystkimi. Są ludzie, którzy powiedzieli mi: „Nie, to nie tak". To dlatego, że ci ludzie już przybywają źle nastawieni. Są zbyt pewni siebie, są zamknięci w sobie i mówią: „Nie, nie, nie". To dlatego, że nie wierzą. Dokładnie tak. Są zamknięci na to, co zamierzają im się wyłożyć.
Jeśli osoba jest zbyt zamknięta, ja wszystko zatrzymuję i mówię, że tego nie zrobimy. I w pewnym momencie nie mogę kontynuować. Pani też słyszy. Mówią do pani, ale jak do pani mówią? Czy to jest jakiś mały głos w głowie? Dokładnie tak. Jakbym miała w głowie nagranie. Wszyscy przychodzą, podają mi informacje. Czasami to mogą być ludzie z drugiego krańca świata. Na przykład kiedyś była u mnie pani portugalskiego pochodzenia.
Nie mogłam znać jej rodziny, a ja mówiłam, że jest tu duch jakiegoś Paulo, że nie czuje się najlepiej. Ona, że to tata jej męża. A ja później już nie wikłam. Najważniejsze jest oddać ludziom dobre samopoczucie. To, co przekazuję innym, wykorzystuję także dla siebie. Równocześnie nie da się zbawić świata. Czasami ktoś mi mówi: „Ale skoro wiedziałaś o twojej siostrze, skoro wiedziałaś o twoim ukochanym, czemu niczego nie zrobiłaś?" Bo jest przeznaczenie. Chciałabym, aby ludzie to dobrze zrozumieli. Możemy powiedzieć: „Uwaga, uważaj na to", ale jeśli ma to wrócić, to wróci. Możemy jedynie odwlec w czasie niektóre sytuacje.
Ale czy mimo to wierzy pani w wolną wolę? Tak, ale tu mówię o historii, która ma się powtarzać. Możemy się od niej odsunąć. Mówię do ludzi: „Dzisiaj nie chcesz podążać tą drogą? Szkoda, ale powrócisz do tego". Ludzie mówią: „To prawda. Odwlekałam sześć miesięcy, ale znowu wróciłam do punktu wyjścia". A poza tym jest przeznaczenie. Śmierć jest już przewidziana? Oczywiście od urodzenia wszyscy mamy wyznaczoną jakąś drogę.
Niektórzy będą starzeć się sto albo dłużej, sto dziewiętnaście lat, natomiast inni odejdą w sile wieku, w chorobie. Oczywiście jesteśmy zaprogramowani. Cały wywiad w języku francuskim można obejrzeć na francuskojęzycznym kanale na YouTube. Link zamieszczam w opisie i chciałem dodać, że ja nie zgadzam się ze wszystkim, co powiedziała ta pani. To znaczy niektóre fragmenty wyciąłem, żeby tutaj za bardzo nie mieszać, ale jednak gdyby ktoś się zdecydował obejrzeć po francusku cały wywiad, to też chciałem podkreślić, że pani medium powiedziała, że samobójstwo jest częścią przeznaczenia. Ale to nie jest prawda. To nie jest prawda, ponieważ z literatury spirytystycznej wynika, że duchy samobójców ponoszą przykre konsekwencje swojego czynu, więc nie można mówić, że samobójstwo jest naturalnym sposobem odejścia z tego świata materialnego. Samobójcy cierpią, duchy samobójców cierpią. Nie wiem, skąd taka opinia, ponieważ nie pierwszy raz z nią się spotykam, ale jest to zupełnie nielogiczne. W życiu człowieka rzecz, która może być zaplanowana i to może być przeznaczenie, mianowicie okoliczności, które będą sprzyjać samobójstwu, na przykład utrata majątku, utrata rodziny bądź jakieś inne wydarzenie, gdzie człowiek może chcieć rzeczywiście skończyć ze sobą.
Ale to jest tylko próba. Człowiek ma obowiązek przeciwstawić się temu dążeniu do unicestwienia samego siebie. I to może być przeznaczenie. Ale śmierć sama w sobie tego rodzaju przeznaczeniem nie jest. I warto o tym pamiętać, aby... No nie wiem. No naprawdę nie wiem, dlaczego. Dlaczego niektóre osoby opowiadają takie rzeczy. Albo one się mylą, albo Kardec się mylił. No ja wierzę Kardecowi, więc taka jest moja opinia.
[19:47] - Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[20:08] - Proszę Państwa, czas wakacyjny i zgodnie z zapowiedzią tak co dwa tygodnie: raz Perły Filmotekarium, raz Seriale Filmotekarium. Dzisiaj akurat Perły Filmotekarium, a dzisiaj klasyk. Klasyk, to znaczy film Cronenberga "Mucha". I powiem Państwu szczerze, kiedy ja oglądałem ten film w latach 80. to mi się wydawał taki za mało horrorowy, za mało fantastycznonaukowy i w ogóle chyba psy na nim wtedy wieszałem. A teraz obejrzałem, po pierwsze z ogromną przyjemnością i z takim wielkim westchnieniem, bo jak sobie przypomnę filmy z ostatniej dziesięciolatki, to większość z nich, większość, gros tych filmów nawet nie dorasta "Musze" do pięt. Tylko nie wiem, czy mucha ma pięty, ale to już zupełnie inny problem. Zapraszam Państwa na Perły Filmotekarium. Dzień dobry wieczór Piotrze. Perły Filmotekarium.
Czas zacząć.
[21:15] - Tak, Perły przed Muchy. Wiesz, dzisiaj odcinek taki na czasie, bo w internecie krąży taki popularny mem, żart, że latem w Polsce dwa owady pracują na zmianę: mucha na dzienną, komar na nocną. No i w dzisiejszym odcinku Filmotekarium klasyk. Klasyk z cechami horroru i kina sci-fi, czyli właśnie "Mucha", a konkretnie "Mucha" z roku 1986 w reżyserii Davida Cronenberga.
[21:44] - Tak. Wspomnimy pewno jeszcze o "Musze" z 1958 roku. No wypadałoby się powołać, że taka "Mucha" też była. Chociaż Piotr przed audycją mi wspomniał, że mu się przysnęło na tym filmie i ja się wcale nie dziwię. Natomiast przypominam sobie, że pod koniec lat 70. ten film był emitowany w polskiej telewizji, bodajże w Programie Drugim. Najpierw była emitowana "Mucha" w jednym tygodniu i wtedy to się wydawało takie filmiszcze niesamowite o musze i w ogóle. W następnym tygodniu był taki, taki film, wtedy to się nazywało "O człowieku, który malał". On obecnie funkcjonuje pod zupełnie, znaczy troszkę innym tytułem, czy tam "Bardzo, bardzo malał", czy jakoś tak, tak inaczej. Zostawmy to, historia.
No cóż, a film, o którym będziemy mówić, ten z lat 80., znowu taka refleksja mi się nasuwa, że ja w 80. latach, będąc w kinie, to wybrzydzałem. Mówiłem: "łe, takie tam za mało fantastyki, za mało horroru, mógłby być lepszy" i tak ta. No i wiecie państwo, jak się narzeka. Każdy z nas narzeka na coś, więc potraficie sobie to Państwo wyobrazić. Ale kiedy dzisiaj myślę o tym filmie, to ja naprawdę życzyłbym twórcom hollywoodzkim i nie tylko hollywoodzkim, żeby filmy tej klasy kręcili, bo nauczony doświadczeniem z ostatniego sezonu wiem, że mało takich filmów obecnie powstaje. Filmów, które z jednej strony są atrakcyjne wizualnie, są, są filmami, które przyciągają widzów, ale z drugiej strony nie są filmami pustymi. Bo "Mucha" nie jest filmem pustym. Tam jest szereg przemyśleń. Film jest do pewnego stopnia kameralny, ale tam się pojawiają naprawdę smaczki.
No, już w pewnym momencie, jak to się mówi, umarłem, kiedy tam jest odwołanie, proszę państwa, pewien mędrzec w dalekich Chinach mówił o tym, że nie mógł odróżnić tego, czy jest człowiekiem, który śni o motylu, czy motylem, który śni o tym, że jest człowiekiem. Tu się pojawia w kontekście muszym oczywiście bardzo podobna fraza i to na pewno nie jest przypadek. Takich odwołań, nazwijmy ogólnokulturowych w tym filmie jest całkiem sporo i w dodatku one zupełnie nie przeszkadzają przeżywać tego filmu, rozrywać się. Wiem, że to źle brzmi, ale rozrywać się na tym filmie, podążać za akcją i w ogóle przeżywać. Moim zdaniem we współczesnym kinie to rzadkość i dlatego "Mucha" z 80. lat to jest rzecz, którą i wspominam dobrze, a i po ostatniej przypomnieniowej takiej sesji filmowej, no potwierdzam, to jest film, który warto zobaczyć.
[25:07] - "Mucha" z lat 80. to zabrzmiało jak coś bardzo, bardzo dziwnego, oferowanego w desie na przykład. Ale wróćmy do samego początku. No, David Cronenberg w sumie przypadkiem stał się reżyserem tego filmu, ale to "Mucha" pozwoliła mu się zapisać w historii kina i zrobić z niego specjalistę od body horroru. Mówiliśmy, co to jest body horror. To jest taki horror, w którym przemiany, mutacje, metamorfozy czy też wnętrzności ciała ludzkiego są głównym elementem szokującym. To nie było tak, że Cronenberg wcześniej nie próbował eksperymentować z takim materiałem, natomiast jego inne filmy były... Przypomnijcie sobie na przykład "Zbrodnie przyszłości", które omawialiśmy w tamtym sezonie. Jakie to było wspaniałe. "Mucha" ma to do siebie, że jest prosta.
"Mucha" jako film. I tą "Muchą" Cronenberg wszedł do mainstreamu, przez co ten horror ma dzisiaj, to chyba nie będzie zbytna aberracja i pomyłka, że to jest horror kultowy, w pewnym sensie. Film ten opowiada nam historię Seta Brundle'a, ekscentrycznego geniusza, który buduje sobie urządzenie do teleportacji dla istot żywych. Jednak w wyniku przypływu desperacji podlewanej jakimś trunkiem testuje sprzęt na sobie, nie zauważając, że w środku jest mucha. W filmie jesteśmy świadkami jego stopniowej przemiany fizycznej i psychicznej od euforii wywołanej przez nabycie nowych zdolności, niezwykłych zdolności cielesnych po stopniowy upadek, degenerację. Kto oglądał "Muchę", ten pewnie zauważył rzecz, o której wspomnieliśmy, że to jest kameralna, prosta historia, bardzo charakterystyczna dla starszego, archaicznego science fiction. Czyli z jednej strony szalony naukowiec, z drugiej strony potwór, w którego on się przemienia. Motyw występujący bardzo często, w sumie motyw bardzo komiksowy również. I nie jest to pomyłka, że istnieje związek między starszym science fiction a "Muchą" z 1986 roku, bo film, jak już wiemy, jest remake'iem, natomiast scenariusz oparty jest o opowiadanie niejakiego George'a Langelaana, zmarłego w 1972 bodaj pisarza, byłego szpiega i przyjaciela Aleistera Crowleya. Ciekawe to jest, Marku, muszę powiedzieć.
Niestety autor opowiadania nie dożył tej słynniejszej ekranizacji swojego dzieła. Ale może kilka słów o tej wcześniejszej "Musze", tej starszej. Czy ty ją dobrze pamiętasz? Czy są elementy, którymi one się różnią? Bo są.
[28:06] - Ona się zasadniczo różni poza ogólnym pomysłem teleportacji. Tam to działa w tym starszym filmie tak bardzo dosłownie, bo główny bohater, rzeczywiście tam jest sytuacja, powiedziałeś, że on się teleportuje, bo na początku ten teleporter nie służy do teleportowania żywych istot, ponieważ to właśnie nie wychodzi. Mówię o nowym filmie, zaraz wrócę do starego. W nowym filmie to nie wychodzi, ponieważ tam coś nie działa. W pewnym momencie główny bohater, którego gra Goldblum ten facet? Chyba nie przekręciłem mu nazwiska. Tak, Jeff Goldblum wpada na pomysł, jak to zrobić, żeby przesyłać żywe istoty. I to się udaje. Ale facet ma romans bardzo burzliwy z pewną dziennikarką, którą gra Geena Davis. To wtedy była bardzo modna aktorka i to jeden z początkowych filmów, w których grała.
I ponieważ ona poszła do swojego byłego faceta, to wiadomo, naukowiec pije, a im więcej pije, tym mu się dziwniejsze pomysły lęgną w głowie i tak trafia w końcu do tego teleportera, żeby się przenieść. I ta mucha się tam zaplątała. Z tym że w tym nowszym filmie rzecz jest bardziej ogólna. Ta mucha się tak tam nie łączy z nim dosłownie. W starym filmie z 1958 roku mucha zamienia się częściowo z człowiekiem jednym ramieniem i głową. I mamy w związku z tym człowieka, który ma głowę muchy i jedno ramię też takie muchę i mamy maleńką muchę, która ma ludzką główkę i ramię. I powiem państwu, z racji tego, że wówczas te zdolności, możliwości efektów specjalnych były takie, jakie były w latach 50., to jest film nudny z naszej perspektywy tej dzisiejszej. Chociaż powtarzam, w latach 70. to się oglądało, że hoho. Natomiast dzisiaj facet większość filmu, jak już się zamienił w tę półmuchę, to siedzi w swoim pokoju i się nie pokazuje, bo przecież jakby się żonie pokazał z taką fizis swoją nie najlepszą, to mogłaby szok przeżyć.
I ogólnie ten film powoli się toczy i człowiek obejrzy i mówi sobie: "Łe, to nie jest to". To było jednak horrorowe i to takie horrorowe w tym gorszym wydaniu. To był, moim zdaniem, ale znowu nie jestem ekspertem, ja to tak wszystko oceniam jednak pod kątem fabuły, tego, co się dzieje, akcji, to był w sumie słaby horror, a "Mucha" z lat 80. to było coś. Ja jednak uważam, że chociaż źródło było wspólne, to jednak ta druga "Mucha" to było to. A ta z lat 50., z 1958 roku to jednak tylko historia kina. Tylko tyle.
[31:42] - Ogólnie "Mucha" ma to do siebie, mówiliśmy o tym, to jest scenariusz mało skomplikowany Intryga i zazdrość doprowadzają Setha do tragicznego w skutkach kroku. Dokonuje się w nim ta przemiana, która stanowi główną oś filmu. Czyli jest to prosta historia o szalonym naukowcu, ale historia, która stała się hitem. Żeby stać się hitem, ta historia potrzebowała dwóch rzeczy: sensacji, ładunku sensacji i ładunku obrzydliwości, czyli ukazania zmian w ciele i mutacji, do czego się przyczynił Cronenberg, oraz potrzebowała też wyrazistych postaci. I tutaj para głównych bohaterów, czyli Jeff Goldblum i Geena Davis, moim zdaniem wypadają świetnie. I powiem ci, że nawet po latach, chociaż niektórzy twierdzą, że to aktorstwo w latach 80. było przaśne, to się broni. Pomimo tego, że niektórzy traktują "Muchę" jako film klasy B, pomimo tego, że minęło już prawie 40 lat, to ogląda się to dobrze. Zresztą oni tworzą taki mocno naturalny tandem. Zresztą tam kreacje są bardzo naturalne.
Sam Goldblum jest w filmie taką postacią, jak często potem grał na przykład w "Parku jurajskim", czyli takim sympatycznym cwaniaczkiem. W Muszę może też nieco marzycielem, bałaganiarzem. W sumie przez to chyba Mucha by się tam wzięła. I to wszystko razem zaważyło na sukcesie tego filmu. Zauważ, że ten dzisiejszy odcinek jest taki mocno sentymentalny, bo my cały czas mówimy o tej "Musze", która jest historią prostą jak drut, która jest historią, która gdyby ją przenieść dzisiaj na ekran, to myślę, że by nie porwała w żaden sposób. Do tego sobie jeszcze za chwilę przejdziemy. Dodam tylko, że ciekawe jest to, że "Mucha" z 1986 otrzymała nawet Oscara, ale za najlepszą charakteryzację. Czytamy, że typowano Goldbluma do przynajmniej nominacji za najlepszą rolę męską, ale odrzucono taki pomysł, ponieważ tłumaczono, że Oscarów się horrorom nie przyznaje. Natomiast dzięki jakiemuś zbiegowi, nie chcę powiedzieć okoliczności, ale zbiegowi zabiegów wyszedł klasyk. Klasyk, film pamiętany przez kilka pokoleń, także tych starszych ode mnie.
Bo powiem tak: te pokolenia młodsze może niekoniecznie gustują w Cronenbergu. Jeżeli o tego reżysera chodzi, to już mówiliśmy, jaka jest charakterystyka, jaki jest profil jego twórczości oraz twórczości jego syna. Omawialiśmy "Zbrodnię przyszłości", "Posesora", "Infinity Pool". Wszystko to były body horrory. Natomiast potem, po tym, jak się "Mucha" ukazała w 1986, to jednak efekty specjalne poszły mocno do przodu. I dla tych młodszych pokoleń z lat 90. to już tak troszeczkę trąciło myszką. Zresztą tak jak wiele filmów z lat 80. Ale są też tacy ludzie, którzy mówią, że tak naprawdę to, co najlepsze w horrorze wydarzyło się właśnie w latach 80. Że dzisiaj to jest tylko odcinanie kuponów.
A nawet gdybyśmy próbowali przenieść atmosferę tamtych czasów, atmosferę tamtych horrorów na dzisiejszy język filmowy, to nie wyjdzie albo wyjdzie przaśne. I tutaj takie pytanie, które się rodzi samo z siebie, bo twórcy filmowi często wracają, oni mają taką fazę na to, żeby wracać do klasyki. I zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby wróceno do "Muchy", gdyby próbowano ją zrealizować na nowo. Po pierwsze trzeba by było mocno pododawać różnego rodzaju wątki, dlatego, że dzisiaj to byłby po prostu film o potworze. Jeden z wielu. Pamiętasz, Marku, ile żeśmy omawiali historii bardzo podobnych, gdzie był człowiek, gdzie był potwór, gdzie była jakaś nauka i te filmy przeszły absolutnie bez echa, nawet się nie chciało ich czasami omawiać. A tutaj jednak jest coś, co sprawia, że ten film, nie wiem, czy on na najmłodszym pokoleniu robi takie wrażenie, jak robił może na nas, ale jednak jest to film, który jest pamiętany. Jest pamiętany i szczerze powiem ci, że grono tych filmów, horrorów, bo jak wiecie, my tylko mówimy o horrorach i science fiction przede wszystkim w naszym cyklu, to grono jest całkiem wąskie. Grono jest wąskie, dlatego że my kojarzymy te dwa gatunki właśnie często z efektami specjalnymi. Ta "Mucha", chociaż może się wydawać przaśna, chociaż może się wydawać jakaś taka fajansiarska, to jednak nadal jest i mocno się trzyma.
[36:44] - Piotrze, wydaje mi się, że tajemnica tego filmu nie jest aż taka tajemnicza. Wspomniałeś już o aktorach, ja też o nich mówiłem, ale to jest po prostu dobrze zagrane. To nie są kukiełki, które biegają po ekranie, które mają przejść z jednego kąta w drugi, tylko oni naprawdę coś grają. Ja myślę, że to nie jest kwestia tego, że dzisiaj aktorzy nie są dobrzy. Myślę, że dorównują. Tylko dzisiaj ludzie odpowiedzialni za tworzenie filmów nie dają w bardzo wielu momentach szansy, bo mówi się: "A to jest horror, tu nie trzeba grać, tu trzeba po prostu straszyć albo epatować obrzydliwościami, albo coś jeszcze innego robić. Więc tu nie grajcie, nie męczcie się". Cronenberg kazał swoim aktorom grać. I to jest pierwsza rzecz, którą miłośnik kina Nawet taki jak ja miłośnik, czyli żeby się działo, żeby biegali po ekranie, docenia. To znaczy ci aktorzy nie grają na pół gwizdka, oni naprawdę grają i to się czuje.
To nie są papierowe osoby, które nam po ekranie pomykają. To jest pierwsza sprawa i myślę, że ona jest bardzo istotna. A druga sprawa, właściwie ją sygnalizowałeś, to powiedziałbym o tym, że właściwie to się już przewinęło, że ten film zawiera w sobie oprócz tej warstwy horrorowej szereg odcieni. To jest obraz zniuansowany. Tam naprawdę nic nie jest jednoznaczne. Potwór to wszyscy powinni piszczeć, krzyczeć, a okazuje się, że z racji tego, że ten potwór powstał z człowieka, naukowca, który popełnił błąd, to on nie zniknął. On tam dalej jest w tym przekształcającym się ciele, w tym coraz bardziej dziwnym ciele jest człowiek, który myśli, czuje, zaczyna czuć trochę inaczej, zaczyna sam siebie się bać, zaczyna ostrzegać przed sobą. Mówi do bohaterki: "Jeśli stąd nie odejdziesz, to cię skrzywdzę". Czuje to, potrafi sam siebie zanalizować. A jeśli zobaczycie państwo końcówkę tego filmu, kiedy z jednej strony epatowani jesteśmy obrzydliwością, a z drugiej strony gest, który wykonuje, nie wiem, czy to jeszcze główny bohater, czy to już Mucha, czy to coś, co z niego zostało.
Ten gest jest bardzo znaczący. Pokazuje, że nikt nie jest potworem do końca, a już na pewno nie bohater filmu "Mucha". I takich momentów, w których czujemy, że to nie jest prosta czy prostacka opowieść o tym, że facet przekształca się w muchę, tylko że tam jest coś więcej w tych bebechach filmu, co da się wyciągnąć. I to nie jest wyciąganie, to nie jest interpretacja na siłę, tylko to tam naprawdę jest, bo tam się znalazło dzięki świetnej grze aktorów i koncepcji reżyserskiej, takiej znowu niewydumanej, nieprzesadzonej, tylko prostej. W gruncie rzeczy ona też jest prosta, dlatego łatwo ten film interpretować. Myślę, że to są składowe powodujące, że tego filmu ja przynajmniej nie mogę zapomnieć. I myślę, że jeśli wykażecie państwo dobrą wolę sprowadzającą się do tego, że ja znam ludzi, którzy filmów starszych niż 15 lat nie oglądają w ogóle z zasady, bo po co? Jeśli wykażecie państwo pewną cierpliwość i nie będziecie tak radykalni, to może się okazać, że "Mucha" spodoba się wam. Nie mówię, że musi, ale ja czułem po prostu różnicę pomiędzy współczesnym kinem a tym kinem z połowy lat 80. I to na korzyść tego starszego kina.
Nie wiem, czy to jest dobrze. Mam nadzieję, że to kino współczesne gdzieś się odbije w końcu i zaczniemy dostawać filmy o czymś. Bo dzisiaj dostajemy kino, które nas epatuje z jednej strony efektami specjalnymi, obrzydliwościami, ale tam czasami myśli jest bardzo mało. Mówi się nam: "Domyśl się oglądaczu, co my chcieliśmy powiedzieć". W takiej cichej nadziei, że coś tam zobaczymy, ale czasami tam tego nie ma, a w filmie "Mucha" jest.
[41:34] - Dodam tylko tyle, że dla mnie "Mucha" pozostanie takim cudownym dzieckiem swoich czasów, które mają wielkich fanów, jeżeli idzie o kino. Sam znam wiele takich osób, które mówią, że tego ducha się nie da oddać, o czym zresztą mówiłem. Ale potem na fali popularności "Muchy" z Goldblumem wychodzi "Mucha 2". I tutaj spada zasłona milczenia, dlatego, że Cronenberg nie jest już reżyserem. Historia zostaje pociągnięta i tak naprawdę to muszeuniwersum się nam zwija i kończy na tym filmie. Interesujące jest to, co powiedziałem i to daje sporo do myślenia, że gdyby przenieść tą historię w nasze czasy, to trzeba by było ją oprócz tych wątków, które były w tym filmie z '86, bo tam mieliśmy też kwestie dziecka i tak dalej, to musiałyby zostać mocno rozbudowane, bo powiem ci, że wydaje mi się, że gdyby dzisiaj próbować jakoś tą historię ożywić, wyszłaby bardzo płasko.
[42:44] - Ale to powiem tak, czy to nie jest jednak znak czasów i takie nienajlepsze świadectwo dotyczące chociażby aktorstwa? Moim zdaniem dlatego wyszłoby płasko, bo będę musiał połknąć własny język, a sami państwo wiecie, że ja często to podkreślam. Lubię jak się w filmie dzieje dużo. Strzelają na przykład albo gonią. Tu nie ma takich scen zbyt dużo. Kilka się pojawia tak mimochodem, żeby pokazać możliwości, jakie na początku zdobywa główny bohater dzięki temu- wymieszaniu genetycznemu z muchą, bo w tej drugiej części, tak jak mówiłem, muchy już nie ma. Tej, która wleciała do tego teleportera, ponieważ została dokładnie zmiksowana z głównym bohaterem i on na początku odczuwa właściwie te pozytywy zmieszania. Staje się silny. Sami państwo możecie zobaczyć. Staje się takim trochę superbohaterem.
To po jakimś czasie troszeczkę zaczyna być już takie niejednoznaczne, a właściwie troszeczkę zaczyna przeszkadzać głównemu bohaterowi, bo ten powolny proces muszenia, że tak sobie pozwolę to określić, z punktu widzenia człowieka staje się uciążliwy. Natomiast zacząłem o tym mówić, że w tym filmie nie dzieje się tak bardzo dużo, ale ważna jest gra aktorska, ważny jest dobrze zrobiony, skrojony scenariusz. Ten scenariusz z jednej strony nie ganiają się po tym ekranie za bardzo, ale z drugiej strony pokazuje wszystko. Mam nadzieję, tak sobie myślę, że wszystko to, co należało pokazać, żeby pokazać tę muszę uniwersum. Na razie mamy jedną pierwszą część i to jest dobrze pokazane. Rozterki. W pewnym momencie przecież główna bohaterka dowiaduje się, że jest w ciąży i w kontekście Muchy 2 to jest dosyć znaczące odkrycie. W każdym razie skojarzenie. Tylko że Mucha 2 jest już filmem słabym, moim zdaniem bardzo słabym i pewno dlatego to muszę uniwersum się skończyło, bo owszem, w tamtym filmie więcej się dzieje. Te dekoracje są pełniejsze, efekty specjalne też są pełniejsze.
W ogóle dzieje się i nic z tego nie wynika. Kameralna Mucha o niebo przewyższa drugą część, przynajmniej według mnie. To oczywiście jest kwestia gustu, kwestia tego, co lubimy w kinie. Więc cóż, ja jestem pełen sentymentu do tego filmu i naprawdę podkreślam to przez całe dzisiejsze wydanie, że to jeszcze raz sobie powiem. Naprawdę bym chciał, żeby współczesne kino było takie jak to z lat 80. Nie mówię, że ma być takie samo, bo to by chyba słabo wypadło, ale myślowo, intelektualnie, żeby dorównywało. Bo ten film nie traci na akcji przez to, że tam jest jakaś myśl zawarta, materiał do przemyślenia jako sztyrlica. My wychodzimy z kina czy wyłączamy telewizor i myślimy sobie: wow, tam nie tylko się działo, ale jest kilka problemów, które muszę sobie przemyśleć, jakbym się zachował, jak należałoby postąpić, czy to jest dobre czy złe. A jeśli weźmiemy to wszystko, jeszcze wrzucimy kontekst bardzo modny dzisiaj transhumanizmu, że może człowieka należałoby udoskonalić, to właściwie dostajemy taki pojazd, który nas wyrzuca gdzieś tam w przyszłość, ale z drugiej strony w pewien taki obszar refleksji, bardzo poważnej refleksji o człowieku. Ja tę myśl o tej musze, która być może śni, że jest człowiekiem i odwrotnie.
Dosyć skomplikowana fraza, ale nie bez przyczyny powołałem się na to, ponieważ musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, bo może ta mucha z pewnego punktu widzenia byłaby dobrym rozwiązaniem? Tam się troszeczkę komplikuje pod koniec, bo w wyniku pewnego pomysłu, który ma główny bohater, dochodzi do wypadku i to już jest nie do uratowania, ale dostajemy taką myśl w pewnym momencie: a może tak powinna wyglądać przyszłość ludzkości? Wymieszajmy to, zróbmy się gatunkiem doskonałym, bardziej dostosowanym. Może będziemy brzydsi, ale przecież co to przeszkadza? Ale za to będziemy doskonalsi, bardziej dostosowani, silniejsi, będziemy mieli większe możliwości przeżycia i tak dalej. To cały czas jest temat aktualny. Ponieważ odcinek Bez Tajemnic. Wywiad z medium był troszku krótki, jak mawiają na Podlasiu. Akurat niedawno byłem na Podlasiu. No to, proszę państwa, drugie uderzenie.
Drugi odcinek Bez Tajemnic. Tym razem szukamy odpowiedzi na pytanie, czy spirytyzm jest sektą? Zapraszam. Spirytyzm w Polsce nie jest jeszcze zbyt dobrze znany. Często kojarzy się głównie z okultyzmem, z którym de facto filozofia spirytystyczna w ogóle się nie identyfikuje. Z praktykami spirytystycznymi, o których mowa jest w Starym Testamencie i które Kościół przekreśla i od których także wielu spirytystów odchodzi. Ale najczęściej jednak w naszym kraju spirytyzm wrzuca się do wspólnego worka z różnego rodzaju sektami. I tutaj chciałbym nawiązać do pewnej książki pewnego dosyć znanego w naszym kraju autora katolickiego, księdza Andrzeja Zwolińskiego i jego książki pod tytułem Kontakty ze zmarłymi.
[49:24] - Nie sposób nie zainteresować się taką książką, szczególnie gdy autorem jest ksiądz i szczególnie gdy książka znajduje się w polskiej księgarni. Na początek parę dobrych słów na temat tej książki. Ksiądz Andrzej Zwoliński pisze bardzo przystępnym językiem, pisze w sposób bardzo interesujący. I rzeczywiście muszę przyznać, że pod tym kątem jego książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Jednak poza tymi elementami, które są bardzo fajne w jego twórczości, niestety można się doszukać zręcznej manipulacji. Książkę bardzo chętnie poleciłbym wszystkim miłośnikom teorii eschatologicznych, ponieważ ksiądz Zwoliński w swojej książce przytacza różne teorie, różne światopoglądy na temat życia po życiu, życia po śmierci i to jest bardzo fajne. To jest naprawdę taka wiedza w pigułce i to jest bardzo fajne. Jednak wspomniałem wcześniej o pewnego rodzaju manipulacji. Gdy czytałem tę książkę, cały czas powracało do mnie pytanie: skoro w rozdziale poniekąd poświęconym spirytyzmowi ksiądz Andrzej Zwoliński dopuścił się różnego rodzaju manipulacji, o których zaraz wspomnę, zadawałem sobie pytanie, jakiego rodzaju manipulacji mógł się dopuścić w innych rozdziałach dotyczących innych filozofii, których ja osobiście nie czuję się na siłach, aby zweryfikować. Na czym polegała ta manipulacja?
Ksiądz Zwoliński robi wrażenie człowieka, który zna spirytyzm. Jednak odnosi się wrażenie, że w żadnym momencie nie odnosi się do literatury spirytystycznej, która powinna stanowić podstawę jego wiedzy, jeśli chodzi o tę konkretną dziedzinę, jeśli chodzi o tę konkretną naukę. I to jest troszeczkę przykre, ponieważ ksiądz Andrzej Zwoliński bardzo umiejętnie manipuluje różnego rodzaju stereotypami, odnosi się do niektórych elementów związanych z filozofią spirytystyczną, jednak odnosi się wrażenie, że jego wiedza bazuje głównie na wiedzy pochodzącej z literatury katolickiej. Bardzo rzadko, w zasadzie w ogóle nie odnosi się do podstawowego dzieła spirytystycznego „Księgi duchów” Allana Kardeca bądź „Księgi mediów” Allana Kardeca. Allan Kardec napisał bardzo dużo różnego rodzaju literatury na temat życia po śmierci, na temat zaświatów. I wydaje mi się, że poruszając tematykę spirytyzmu, nie okultyzmu bądź ezoteryki ogólnie, ale spirytyzmu, ksiądz Andrzej Zwoliński jednak powinien był sięgnąć po literaturę spirytystyczną, nawiązując także do literatury katolickiej, do tradycji katolickiej. Chcę wierzyć, że ksiądz Zwoliński zapoznał się z literaturą spirytystyczną, ale niestety z jego publikacji to w ogóle nie wynika. Natomiast mamy bardzo ogólne porównanie do sekty i tutaj chciałbym skupić się troszeczkę na tym sekciarstwie, że tak powiem. Czy spirytyzm jest sektą? A co to jest sekta?
Każdemu można zadać to pytanie i każdy powie, że wie, czym jest sekta. Sekta to jest coś złego. Sekta to jest jakaś grupa religijna, która krzywdzi członków tej sekty. Ja natomiast pozwolę sobie odwołać się do konkretnych definicji. Leksykon religioznawczy podaje, iż według definicji socjologicznej i religioznawczej sekta jest grupą wyznaniową o stosunkowo małej liczbie członków, powstałej poprzez wyodrębnienie z macierzystego Kościoła jako element protestu religijnego wobec istniejącej już doktryny i kultu, ewentualnie organizacji. Czyli już według tej definicji można powiedzieć, że spirytyzm nie spełnia podstawowego kryterium, ponieważ spirytyzm nie wyłonił się z żadnej konkretnej, istniejącej doktryny, chociaż jest bardzo podobny, bardzo zbliżony do chrześcijaństwa. Ale mówię o tym pierwotnym chrześcijaństwie, o którym czytamy w Nowym Testamencie. I tutaj mamy prawie 20 punktów, które charakteryzują sektę. Postaram się za bardzo nie zanudzać i tylko o kilku wspomnę. Według definicji socjologicznej i religioznawczej cechy sekt to: punkt pierwszy, silna izolacja od środowiska zewnętrznego, czyli brak zainteresowania zmianami zewnętrznej rzeczywistości.
I tutaj trzeba krótko wspomnieć, podkreślić, że filozofia spirytystyczna przestrzega przed izolacją. Spirytyści przekreślają możliwość życia w odosobnieniu. Według filozofii spirytystycznej człowiek jest istotą społeczną. I musi żyć w społeczeństwie. Musi pracować na rzecz społeczeństwa, aby rozwijać się z tym społeczeństwem oraz wpływać poprzez swoją osobę i swoją działalność na innych. Tak więc według spirytyzmu człowiek nie powinien się w żaden sposób izolować, a izolowanie się jest marnowaniem danego nam na tym świecie czasu. Następnie odrębność światopoglądowa i normatywna. Spirytyzm wyznaje te same wartości, o których możemy poczytać w Nowym Testamencie, więc jest to światopogląd bardzo charakterystyczny dla naszego rejonu geograficznego. Kolejny punkt trzeci. Sekta charakteryzuje się między innymi autorytatywnym przywództwem.
Cóż, każda organizacja ma jakiegoś swojego przywódcę, prezesa, szefa. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z organizacją religijną czy laicką. W każdej organizacji, gdzie jest przynajmniej kilku członków, zawsze jest ta osoba, która musi to wszystko zespolić, która musi to wszystko trzymać. Stowarzyszenia spirytystyczne także nie są od tego wolne. Niemniej nie można tutaj mówić o jakimś autorytarnym przywództwie. Przywódcami w organizacjach spirytystycznych nie są media. Bardzo często osoby, które posiadają zdolności medialne, są bardzo popularne wśród spirytystów, ale tylko z tego względu, iż często działają na rzecz innych osób w organizacjach charytatywnych bądź propagują spirytyzm poprzez różnego rodzaju wykłady, spotkania. Bardzo często nie pełnią one funkcji administracyjnych, więc spirytyści nie mają swojego guru, któremu oddają cześć. Jedynym takim guru jest Bóg Jehowa, który jest znany także w różnego rodzaju religiach. Kolejny punkt.
Fanatyzm członków oraz silny konformizm członków. Fanatyzm członków oraz silny konformizm członków. Fanatyzm wiąże się z zaślepieniem. Fanatyzm wiąże się z brakiem otwartości na drugiego człowieka. Fanatyzm wiąże się z przekonaniem, że wyznaje się jedyny słuszny pogląd. To jest błąd, ponieważ człowiek według filozofii spirytystycznej powinien być otwarty na innych ludzi. Otwartość nie może wiązać się z fanatyzmem. Fanatyzm zaślepia. Otwartość na innych ludzi, otwartość na poglądy innych ludzi, otwartość na odmienności, na odmienność generalnie. Brak tej otwartości już może wiązać się z krzywdzeniem innych ludzi, co spirytyzm kategorycznie odrzuca.
Niezależność to jest kolejny punkt, który charakteryzuje sekty. Niezależność. Filozofia spirytystyczna jako taka jest niezależna, ponieważ nie wyłoniła się z żadnej innej ideologii. Jednak nie dotyczy to spirytystów jako takich. Wśród spirytystów mamy bardzo dużo praktykujących katolików chociażby. Może niekoniecznie w Polsce, ponieważ w Polsce spirytystów jest jeszcze stosunkowo niewielu, lecz mam tu na przykład na myśli spirytystów francuskich bądź spirytystów brazylijskich. W Brazylii elementy doktryny chrześcijańskiej ludzie często wiążą ze spirytyzmem. Niektórzy mówią też o kościele spirytystycznym, jednak nie jest to żadnego rodzaju organizacja. To jest po prostu takie pojęcie, które charakteryzuje stan ducha części brazylijskich spirytystów. Oczywiście, jak w każdym światopoglądzie tworzą się różnego rodzaju odłamy, więc spirytyzm także nie jest od tego wolny.
Taką bazą spirytyzmu są dzieła Allana Kardeca. Jednak w różnych częściach świata ten spirytyzm nieco się zniekształca i stąd wynikają różne interpretacje tekstów spirytystycznych. Jednak tak jak mówię, podstawą, punktem wyjściowym jest twórczość Allana Kardeca, francuskiego pedagoga. Kolejny punkt, punkt szósty. Silne wewnątrzorganizacyjne zespolenie. Cóż, spirytyści wspierają się. To jest fakt, ale wynika to bardziej z jakichś wspólnych celów, które obierają. Działania charytatywne, organizowanie konferencji, wydawanie książek. Więc mamy tutaj taką zwykłą więź międzyludzką, która jednak jest charakterystyczna dla wielu organizacji, nie tylko organizacji religijnych. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, tworzą się różne sympatie, więc można powiedzieć, że to tego rodzaju sympatie bardziej niż cokolwiek innego łączy spirytystów.
Wspólna ideologia I tak to wygląda. Tak jak w każdej innej organizacji, nie doszukujmy się tutaj jakichś strasznych działań, jakichś strasznych mocy. Sformalizowane zasady członkostwa oraz struktura w hierarchii. Już troszeczkę wspomniałem wcześniej na ten temat. Wszędzie tam, gdzie jest organizacja, jest jakaś hierarchia, jest jakaś struktura. Jest prezes, jest skarbnik, jest zastępca skarbnika, zastępca prezesa. Każdy pełni jakąś funkcję. Nie wiem, czy tutaj jest sens rozwijać ten temat. Poza tym, jeśli chodzi o samych członków, samych spirytystów, pozwolę sobie pomóc troszeczkę. Allan Kardec wyodrębnił w „Księdze duchów” trzy kategorie spirytystów.
W skrócie: świadomi, nieświadomi i niepraktykujący. Spirytysta świadomy to jest taki, który zna filozofię spirytystyczną i praktykuje ją. Spirytysta niepraktykujący to jest taki, który zna filozofię, ale specjalnie nią się nie przejmuje. Żyje według własnego widzimisię. Oraz spirytyści nieświadomi, czyli to są wszyscy ci ludzie, którzy żyją według zasad spirytystycznych, nie znając spirytyzmu. Więc tutaj widzimy, że spirytystą nie trzeba się nazywać. Spirytyzm to jest sposób życia, to jest filozofia, według której postępuje się z innymi ludźmi. Więc fakt, że nie przyklejam sobie na czole tabliczki „spirytysta” nie oznacza, że spirytystą nie jestem. Tak to wygląda. Kolejny punkt.
Tutaj odwołam się do kolejnej definicji. Raport o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce przygotowany przez Międzyresortowy Zespół do Spraw Nowych Ruchów Religijnych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, opublikowano w sierpniu 2000 roku. Również podaje, że do grupy działań charakterystycznych dla sekt należy zaliczyć, i tutaj jest kolejnych kilka punktów. Punkt ósmy. Znęcanie się fizyczne i psychiczne nad uczestnikami grupy. Punkt dziewiąty. Wykorzystywanie seksualne uczestników. Punkt dziesiąty. Bezprawne zatrzymywanie, niewolnictwo. To są trzy punkty, które omówię równocześnie.
Wszystkie te trzy punkty nawiązują do krzywdzenia ludzi, czyli zniewalanie psychiczne, znęcanie się fizyczne i psychiczne, wykorzystywanie seksualne, bezprawne zatrzymywanie, czyli ograniczenie swobody. Wszystko to wiąże się z krzywdzeniem ludzi, czemu spirytyzm się kategorycznie przeciwstawia. Jako podparcie tych słów przypomnę, że filozofia spirytystyczna przypomina filozofię zawartą w Nowym Testamencie. Tak samo zachęcanie do działań agresywnych to siłą rzeczy także nie jest charakterystyczne dla spirytyzmu. Propagowanie ideologii rasistowskiej. Mówiłem przed chwilą o otwarciu na innych ludzi. Rasizm jest fanatyzmem, pewnego rodzaju fanatyzmem. Odnośnie tej ideologii rasistowskiej warto wspomnieć, że według filozofii spirytystycznej wszystkich ludzi inkarnują duchy stworzone przez tego samego Boga, więc według spirytystów wszyscy ludzie są duchowymi braćmi, duchowymi siostrami. Wszyscy jesteśmy tacy sami, wszyscy podlegamy tym samym prawom i wszyscy mamy te same prawa. Nikt nie jest tutaj w jakiś szczególny sposób faworyzowany.
Punkt trzynasty charakteryzujący sekty. Oszustwa podatkowe, nielegalny obrót pieniędzmi, przemyt broni i narkotyków. No cóż, w Nowym Testamencie padają takie słowa: „Co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi”. To samo dotyczy spirytyzmu. Spirytyzm bardzo wyraźnie rozdziela to, co jest świeckie i to, co jest duchowe. Oszustwa podatkowe to nie jest to, o czym mówił Jezus w Nowym Testamencie. Nielegalny obrót pieniędzmi. Przemyt broni i narkotyków wiąże się siłą rzeczy z unieszczęśliwianiem innych ludzi. Ten punkt trzynasty spirytyzm w pełni odrzuca. Punkt czternasty.
Pogwałcenie prawa pracy, unieszczęśliwianie ludzi. Przy czym jeśli chodzi o pracę, to tutaj trzeba powiedzieć krótko i wyraźnie to samo, co mówiłem w przypadku życia w społeczeństwie. Człowiek powinien pracować, człowiek musi realizować się poprzez pracę, musi rozwijać się poprzez pracę. Musi poprzez pracę i swoje umiejętności wrodzone i nabyte być w stanie służyć innym ludziom. Musi działać na rzecz rozwoju innych ludzi. Tak naprawdę to jest nasz cel, rozwijać się i pomagać innym w rozwoju. Nie można swoich umiejętności wykorzystywać przeciwko ludziom, także swoich wrodzonych umiejętności przede wszystkim, które przecież nie zostały nam dane znikąd. Pogwałcenie prawa pracy zdecydowanie jest niezgodne z filozofią spirytystyczną. Kolejny punkt, 15. Nielegalne praktyki medyczne.
Tutaj czuję się poniekąd zmuszony przyznać jeden punkt przeciwnikom spirytyzmu, ponieważ w różnych częściach świata, także w Brazylii, wielu spirytystów, są to spirytyści, chociaż oni tak o sobie nie mówią, nie czują się jako spirytyści, ale są to osoby, które w jakimś stopniu wyznają filozofię spirytystyczną i są to osoby, które bez medycznego wykształcenia są w stanie zoperować pod wpływem transu chorych. Nawet ksiądz Andrzej Zwoliński w swojej książce napisał: „Uzdrawiciele ci bez medycznego wykształcenia i bez odpowiednich narzędzi, często posługując się zardzewiałym nożem i znajdując się w stanie transu, dokonują skomplikowanych zabiegów chirurgicznych, a niepowodzeń jest zaskakująco mało”. I to napisał ksiądz, który spirytyzm pragnie zwalczać. Napisał prawdę. Kolejny punkt, 16. Nakłanianie osób nieletnich do składania ślubów religijnych wpływających w zasadniczy sposób na ich przyszłość. Spirytyzm nie uznaje obrzędów, więc nie ma też mowy o składaniu ślubów. Tym bardziej, że nawet Allan Kardec w swojej książce przestrzega przed zbyt wczesnym informowaniem młodych ludzi o spirytyzmie. Chodzi o to, aby filozofia spirytystyczna nie wpłynęła w negatywny sposób na ich sposób pojmowania świata, pojmowania życia, a przede wszystkim ich bujną wyobraźnię. Spirytyzm powinno się jednak przyjmować dopiero, gdy człowiek już zaczyna dojrzewać.
Punkt 17. Już niewiele tych punktów zostało. Punkt 17. Żądanie natychmiastowego zaangażowania o charakterze finansowym czy osobistym, bez możliwości spokojnego i rzeczowego namysłu oraz oczekiwanie od potencjalnych członków stałych zobowiązań finansowych. Nie, czegoś takiego nie ma w spirytyzmie, ponieważ już nawet pierwsi spirytyści przestrzegali czytelników literatury spirytystycznej przed ślepym akceptowaniem doktryny spirytystów. Według spirytyzmu nie wolno akceptować niczego wbrew sobie. Człowiek powinien dobrze przemyśleć wszystko to, co przyjmuje, wszystko to czyta. Jeżeli z czymś się nie zgadza, powinien porozmawiać z innymi. Powinien zadawać pytania, dopóki sam nie będzie przekonany, że rzeczywiście to jest to, o co mu chodzi. Jeśli chodzi o zaangażowanie finansowe, ludzie posiadają różne zasoby finansowe.
Niektórych po prostu nie stać nawet na to, aby kupić sobie książkę, więc spirytyści w najmniejszym stopniu nie wymagają, aby wspierać finansowo na przykład stowarzyszenie. Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych oczywiście na początku swojej działalności przyjmowało składki od członków stowarzyszenia, jednak szybko przekonaliśmy się, że nie ma to tak naprawdę sensu, ponieważ wielu członków tych składek po prostu nie uiszczało. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal się spotykamy i nadal wspólnie działamy. Łączą nas wspólne cele, jak na przykład wydawanie literatury spirytystycznej, organizowanie kongresów. Tutaj biedny, bogaty nie ma to żadnego znaczenia. Najważniejsza jest idea i chęć propagowania spirytyzmu, chęć dzielenia się tą wiedzą z innymi, którym może ta wiedza przynieść ulgę na przykład po utracie bliskich. Niszczenie dokumentów tożsamości oraz innych dokumentów osobistych. To jest kolejny, przedostatni punkt. Uniemożliwianie meldunku, zatajanie przed władzami administracyjnymi informacji co do miejsca zamieszkania czy pobytu członka. Powracamy do ograniczania swobód członków i to jest po prostu unieszczęśliwianie ludzi, więc spirytyzm także przekreśla ten punkt.
Nikt nikogo nie ogranicza, nikt nikomu nie może niczego nakazać. Czegoś takiego tutaj nie ma. Dla mnie jest to pewnego rodzaju abstrakcja. W tym przypadku punkt ostatni, dziewiętnasty: zmuszanie dzieci członków do rezygnacji z konwencjonalnych form wykształcenia. Chodzi oczywiście o obowiązek szkolny. Jest wiele grup, nawet w Polsce, które uważają, że tradycyjne wychowanie szkolne, tradycyjne nauczanie jest ślepym zaułkiem. Ja jako osoba pracująca z młodzieżą, w jakimś stopniu niestety muszę się z tym zgodzić, że jednak ta edukacja powszechna nie jest tak idealna, jak byśmy sobie tego życzyli. Ale myślę, że wielu pedagogów, jeśli nie wszyscy, wielu nauczycieli, jeśli nie wszyscy zgodzą się z tym. Jeśli chodzi natomiast o ograniczenia dostępu do konwencjonalnych form wykształcenia, tutaj powrócę króciuteńko do kwestii życia w społeczeństwie. Skoro według spirytyzmu człowiek jest istotą społeczną i powinien żyć w społeczeństwie, mowa jest także w domyśle o tradycyjnym wykształceniu.
Człowiek musi przebywać wśród innych i musi także być w stanie funkcjonować wśród innych, więc powinien przynajmniej w jakiejś mierze przyjąć to konwencjonalne wykształcenie. Nie ma więc mowy tutaj o ograniczaniu dostępu do tradycyjnej szkoły, jak to próbują czynić niektóre grupy. Nie chcę powiedzieć sekty, ale niektóre grupy społecznościowe w Polsce chociażby, ale i nie tylko. Więc tutaj w zasadzie zmieniłem 19 punktów, według których charakteryzuje się sekty. Jak widać, spirytyzm wśród tych 19 punktów załapał się tylko na jeden, w dodatku całkiem pożyteczny. Co za tym idzie? Powracając do księdza Zwolińskiego. Ksiądz Zwoliński, jak już powiedziałem, pisze bardzo fajnie, ciekawie, ale jest tutaj troszeczkę tej manipulacji. I tutaj chciałbym czytelników książek księdza Zwolińskiego może tylko troszeczkę uprzedzić, żeby jednak nie łykali wszystkiego jak młody pelikan. Jak widać na tym jednym małym, drobnym przykładzie wykazałem, że spirytyzm nie jest sektą.
Można się ze mną zgodzić bądź nie. Jednak skoro o czymś mówimy, mówmy konkretnie. Dziękuję.
[01:17:38] - Państwo już dobrze wiecie, że Piotr Cielebiaś w Bibliotekarium pojawia się zawsze dwa razy. I bardzo dobrze. Ten dzisiejszy drugi odcinek albo drugie wejście Piotra to MAUP-a, a w MAUP-ie będziemy rozmawiać o książce, która ma już swoje lata i książka, której... Zaplątałem się w słowach. Niech będzie. To była książka, której w 80. latach nie doceniłem. Przeczytałem, powiedziałem sobie: „Wow, okej”, ale tak trochę za mało. Coś nie pasowało. Po pierwsze byłem młodziakiem, lubiłem się wszystkiego czepiać.
To z wiekiem mija. Chociaż dzisiaj też się czepiam, ale troszeczkę inaczej. Wtedy czepiałem się, bo sam napisałbym lepiej. Chyba nie. To zresztą wyniknie w czasie rozmowy. Ja jestem pełen dobrych odczuć w stosunku do tej książki, dlatego że ona jest pisana w takim bardzo odpowiadającym mi stylu. Czyli analizujemy problem, sięgamy naprawdę głęboko, analizujemy, później porównujemy. Dzisiaj tak się tych książek o różnych dziwnych stworach nie pisze. I zastanawiam się, czy to ja się tak mocno zestarzałem, a książki mnie po prostu wyprzedziły i to nowoczesne pisanie jest fajniejsze, czy też po prostu dzisiaj styl jest zbyt sensacyjny, zbyt nastawiony na to, żeby epatować różnymi takimi ciekawostkami, ale nie zgłębiać tematu. Ja zdecydowanie lubię zgłębianie tematu, co być może ci z państwa, którzy nieśmiało albo całkiem śmiało odwiedzili kanał Wehikuł Wyobraźni, to mieliście tam państwo okazję zaobserwować, że niektóre tematy lubię rozbebeszać, rozkminiać bardzo szczegółowo.
I tak za mało szczegółowo w moim odczuciu, ale te audycje nie mogą w końcu trwać nie wiadomo jak długo, w związku z tym ograniczam się. Poza tym przygotowanie takiego gadulstwa trochę trwa. W związku z tym też, jak powiedziałem, muszę sobie cugle ściągać. Natomiast książka, o której będziemy dzisiaj z Piotrem mówić, ma w sobie to coś Czego żałuję, że nie mają książki współczesne, a w każdym razie sporo z tych książek współczesnych tego nie ma, czyli chęć dotarcia do jądra problemu. Rozgadałem się strasznie, a jeszcze jak państwo usłyszą, jak będziemy dyskutować z Piotrem, to ja myślę, że obraz książki wydanej w latach 80. Tak sobie właśnie uświadomiłem, że ja chyba od początku gadam, gadam, a nie podałem państwu tytułu. No to już naprawiam to niedopatrzenie. „Poczet potworów letnich”. Zapraszam. Dzień dobry, wieczór Piotrze.
[01:20:46] - Dzień dobry, wieczór Marku. W ten wspaniały wakacyjny dzień.
[01:20:51] - Wow! Dzień jest wakacyjny i książka, o której będziemy dzisiaj rozmawiali, też ma coś wakacyjnego w tytule, bo to jest „Poczet potworów letnich” i ten tytuł nawiązuje do tego, co w prasie. No właśnie, najpierw by musiała dzisiaj istnieć prasa. No ale kiedyś prasa istniała i miała się bardzo dobrze i była dosyć silna. I zarówno na tak zwanym Zachodzie, jak i na Wschodzie był sezon ogórkowy. Sezon, w którym nie było o czym pisać. Na Zachodzie to się brało stąd, że życie polityczne troszeczkę zamierało, bo wszyscy jechali na wakacje. No i trzeba było wynaleźć jakieś takie tematy, co by chwyciły czytelników, przyciągnęły i sprawiły, żeby nakład się rozszedł. Troszkę analogicznie to działało w socjalizmie, tylko że tu nie chodziło o życie polityczne, tylko o takie rozprzężenie. Trudno było atakować ludzi wiadomościami z kolejnego plenum albo jakiegoś zjazdu, nie daj Boże, partyjnego.
No to atakowano paskudami, potworami, jakimiś doniesieniami. Bardzo często to były przedruki z prasy zachodniej, ale z czasem pojawili się dziennikarze, którzy specjalizowali się, no i tu mam właśnie pewien problem: albo w wymyślaniu historii letnich potworów, letnich w ogóle jakichś takich dziwności, albo też nie wymyślali ich, tylko gdzieś tam z zasłyszenia i trochę z zaskoczenia. Tu zaskoczenie w przypadku odbiorców atakowali różnymi treściami i to była rzecz normalna. Tak się pojawiła Paskuda w „Lecie z Radiem”. Trochę na tej zasadzie. Niby to na początku był żart i niby wszyscy złapali konwencję tego żartu, ale okazuje się, że no właśnie nie wszyscy, bo niektórym to mocno się rzuciło na wyobraźnię i zaczęli tą Paskudę rzeczywiście dostrzegać. Paskuda jest tu takim hasłem wywoławczym, ale rzeczywiście miałem wrażenie, że w czasie lata w prasie bądź co bądź materialistycznej, wiecie państwo, materializm historyczny, jakieś tam inne marksizmy i te rzeczy, nagle zaczęło się w czasie wakacji, szczególnie w latach 80., roić od opowieści o duchach, opowieści o dziwnych stworach zarówno w Polsce, jak i gdzieś za granicą. No i mając to wszystko na uwadze, o czym powiedziałem przed chwilą, warto wrócić do książki „Poczet potworów letnich”.
[01:23:59] - Tak, lato ogólnie sprzyja opowiadaniu historii o potworach. Potwory wyłażą z wyobraźni, także z gazet, jak powiedziałeś. Potwór z Loch Ness, słynna Nessie, był przecież nie tylko w Polsce oznaką, że wkraczamy w sezon ogórkowy. Kiedy się o tym pisało, to już było jasne, że sezon ogórkowy jest w pełni. Taka ciekawostka, że w Hiszpanii na sezon ogórkowy mówi się sezon węży. Nie chodzi tutaj o trzaskronce i żmije, tylko o to, że pisano wówczas właśnie o potworach morskich, o wężach morskich i innych tego typu stworzeniach. Po tym przydługim wstępie chcemy wam przedstawić jedną z nielicznych polskich książek o kryptozoologii, książek polskich autorów. Chodzi o wspomniany „Poczet potworów letnich”. Jednym ze współautorów jest profesor Sławomir Pikuła, biolog, naukowiec, a także osoba związana ze światem polskiej fantastyki naukowej. On ma chyba oprócz „Pocztu potworów”, który jest jednak takim dziełem, no, nie w pełni fantastycznym, bo to jest jednak podejście do tematu, który jest jakoś zakorzeniony w rzeczywistości.
Ale oprócz tego ma on na koncie kilka, no nie wiem, opowiadań chyba. Z tego, co sprawdzałem, był też jednym z redaktorów jednego z pism fantastycznych. No i ciekawe jest to, że postać takiego kalibru pochyliła się nad tak często niezrozumiałym i wyśmiewanym tematem. No bo ta książka, pomimo tego, że nie wiem, zamysł jest taki może dość rozrywkowy, to ona tak naprawdę nie jest taka prześmiewcza, nie jest taka lekka. Znaczy ona jest lekka, dobrze się to czyta, ale podejście do tematu jest, no nie chcę powiedzieć poważne, bo to nie jest książka Heuvelmansa „Na tropie nieznanych zwierząt”, ale z drugiej strony jest w tym duży ładunek informacyjny. „Poczet potworów letnich” ukazał się w roku 1985, czyli dawno. Trudno mi powiedzieć Marku, czy on się stał książką kultową, natomiast jest on taką książką, o której się często słyszy, którą się często widziało, która była często wzmiankowana. Może właśnie dlatego, że tego typu publikacji polskich autorów mieliśmy mało, a przynajmniej jeden z nich ma jeszcze tutaj dodatkowo tytuł naukowy. Jak mówisz, w prasie się zdarzały takie publikacje o Yeti, duchach i tak dalej, ale książka to jest jednak coś innego. Ja tutaj nie chcę być źle zrozumiany.
Podkreślam jeszcze raz, to nie jest książka taka jak „Na tropie nieznanych zwierząt", chyba najsłynniejsza książka kryptozoologiczna wydana w Polsce, ale to jest coś takiego do przyjęcia, bym powiedział. Rozmawialiśmy przed nagraniem, powiedziałeś, że chciałbyś, aby dzisiaj się tak pisało książki. To może rozwiń tą myśl.
[01:27:03] - Tak, to już rozwijam. Jeszcze tylko na chwilę do jednego z autorów, do pana Pikuły. Rzeczywiście on był związany z polską science fiction tak bardzo lajtowo. W swoim czasie ukazał się w Alma Pressie, tak się to wydawnictwo nazywało, w drugiej połowie lat 80. taki zbiór, który miał zanęcić czytelników, bo nosił tytuł ten zbiór opowiadań „Rok 1984", co dobrze działało na sprzedaż, bo wszyscy chcieli ten orwellowski rok 1984 kupić, a kupowali antologię współczesnej polskiej science fiction. Tam było sporo ciekawych opowiadań i jedno z tych opowiadań właśnie było autorstwa pana Pikuły. To się „U źródeł mocy" bodajże nazywało albo jakoś podobnie. W każdym bądź razie, miałem nie mówić w każdym bądź razie, to jest błąd i zostałem już potępiony i pewno gdzieś w piekle skończę, więc dobrze. W każdym razie to nie była najbardziej taka rozchwytywana działalność tego współautora i rzeczywiście książka „Poczet potworów letnich" cieszyła się dużym powodzeniem. Ona wyszła w Kawie i Kaw miał tę dobrą albo niedobrą cechę, że wydawał książki w nakładach 100, 150 tysięcznych.
Ona formatem i szatą graficzną pasowała zresztą do książek serii z glizdą tak zwanych, fantastyki naukowej, ale też wówczas zaczęła wychodzić seria z polską fantastyką. Takie roczne przeglądy odwołujące się do poszczególnych roczników. I to był podobny format, podobna nawet szata graficzna. I to się nieźle sprzedawało. Było w każdym kiosku, wszędzie to było po prostu. Kupiłem, przeczytałem i wtedy wydało mi się to takie banalne. To znaczy napisali, no dobrze, część wiedziałem, część się dowiedziałem. Może być. I z czasem zacząłem tę książkę doceniać. Aż już teraz, jak przeczytałem, właściwie przejrzałem pewne fragmenty, przeczytałem, to doszedłem do wniosku, że właśnie to, co powiedziałeś.
Chciałbym, żeby dzisiaj tak pisano książki, bo z jednej strony ona ma bardzo lekką formę, nie ma tam przypisów, jakichś odwołań, jakichś cytowań za dużo. Nie, nie. To jest dosyć płynnie, dobrze napisane, ale z drugiej strony czuć tam takie podejście, może przesadzę, ale analityczne. To znaczy, jeśli przedstawiamy historię Nessie, to przedstawiamy ją na przestrzeni kilkuset lat, od pierwszych doniesień do teraz. Teraz to lata 80., ale jednak. Na tym jednak nie kończymy, bo w pewnym momencie, jak już omówiliśmy całą historię z najnowszymi doniesieniami, to zaczynamy analizować. Znaczy autorzy zaczynają analizować, a my z nimi podążamy, że takie zjawisko jak potwór z Loch Ness to nie jest zjawisko, które gdzieś tam właśnie nad tym wymienionym jeziorem się tylko zdarza, tylko że ono się zdarza w różnych miejscach świata. Gdzieś tam w dawnym Związku, wtedy był Związek Radziecki, więc w dawnym Związku Radzieckim, ale też na przykład w Kanadzie i w wielu innych miejscach. I nagle dostajemy do tej Nessie czy do tego Nessie kontekst. Jakieś zauważamy podobieństwa, jakieś różnice.
I to sprawia, że ta lektura staje się atrakcyjna. Staje się taką lekturą, przy której możemy sobie powiedzieć: „Wow, porównajmy, zainteresujmy się". A zatem to nie jest takie czyste wariactwo, że cały czas nam mówią, że ta Nessie, Nessie czy ten Nessie, że to może trąba słonia albo coś tam innego, albo ktoś wymyślił. Może to jest jednak taka właśnie kryptozoologiczna opowieść, która ma głębszy sens. I to się zdarza zarówno właśnie tego loch nessowego straszydła, ale później dochodzimy do kolejnych etapów tej książki i mamy bardzo podobne podejście. I przyznam się, że dzisiaj bardzo trudno jest natrafić na książkę, która stosuje podobną filozofię pisania czy też opowiadania. Filozofię, która bardzo mi odpowiada, bo ja lubię, jeśli jakieś zjawisko jest przywoływane, żeby prześledzić, skąd ono się wzięło, kiedy się pojawiły pierwsze doniesienia, kiedy w ogóle zaczęto o tym mówić. Myślę, że dzisiaj to tak nie działa. Dzisiaj epatuje się czytelnika bardzo często. Nie mówię, że zawsze i że to wszystko należy potępić.
Wręcz przeciwnie. Natomiast bardzo często pojawia się to właśnie epatowanie czytelnika: „O, tu było coś, pokazało się, wystrzeliło, miauknęło, a może ryknęło. I tym się interesujmy, a nie tym, co było 30 lat temu na przykład”. Moim zdaniem błąd, bo te wszystkie zjawiska, które nas bardzo często zajmują, interesują, nie biorą się znikąd. I czy to będzie opowieść o UFO, czy to będzie opowieść o kryptozoologii, czy to będzie opowieść o teozofii, to nie są zjawiska, które w pewnym momencie się objawiły. Pyk i są. One skądś się wzięły.
[01:33:13] - Tak, tutaj się zgodzę. Natomiast zwróciłeś uwagę na to, że ta książka dla kogoś, kto się tym interesuje, może się wydać banalna. I niestety tak jest. To znaczy, jeżeli się interesujecie kryptozoologią, to tam nie znajdziecie nic takiego, co by was zaskoczyło. Z drugiej jednak strony ta książka chyba nie była dla ekspertów od kryptozoologii. Pociągnijmy jeszcze temat tej zawartości. Osobiście to byłem trochę rozczarowany, kiedy tę książkę znowu złapałem w swoje ręce. Pamiętam, jakie ona emocje budziła dawniej, ale dzisiaj rozpoczyna się od historii o potworze z Loch Ness, którego wszyscy znają i którego chyba mają też trochę dość. Potem jest różnie, bo są inne potwory wodno-morskie, na przykład ten z jeziora Labynkyr na Syberii. Są też węże morskie, krakeny.
I jest oddzielna część poświęcona reliktowym hominidom w postaci Sasquatcha, Bigfoota i kolegów. Czyli mamy taki stały, żelazny zestaw potworów bez jakiegoś głębszego wgryzania się w temat. Chociaż to też nie jest tak, że autorzy się ograniczają do wyliczenia: tutaj to widziano, tutaj to widziano. Nie, narracja jest płynna i jest uzupełniana pytaniami, które są bardzo ważne w kryptozoologii, a dotyczą tego, jak z tymi potworami jest. Bo skoro jest jeden osobnik, a nie ma populacji, to skąd te potwory się biorą? Jak nie ma szczątków, to gdzie one egzystują? I tak dalej. To jest jedna rzecz. Druga jest taka, że jeżeli chodzi o zestaw tych potworów, to współcześnie i to głównie dzięki internetowi widzimy, jak kryptozoologia jest dziedziną głęboką. I nawet powiedziałbym, że nam się oddziela powoli już kryptozoologia jako nauka, jakby nie było, bo przecież są kryptozoolodzy jak doktor Shuker, którzy się tym zajmują na poważnie.
Tylko kryptozoologia prawdziwa jest mniejsza od potworologii, bo kryptozoologia prawdziwa poszukuje na przykład widzianych przez kogo kiedyś gatunków ptaków, na przykład jakiegoś dziwnego dzięcioła albo tukana. Natomiast potworologia to już jest coś innego. Tutaj szukamy grubego zwierza fantastycznego. I ta książka jest właśnie taka potworologiczna. Co jeszcze? Czy ta książka się zestarzała? I tak, i nie. Co prawda od tych 40 lat nie mieliśmy wielkich przełomów w kryptozoologii, ale pojawiają się nowe koncepcje. Widzieliśmy też duży wzrost zainteresowania przed laty Bigfootem w Stanach Zjednoczonych, gdzie ten temat chyba był traktowany dość poważnie. Pojawiło się kilka ciekawych opracowań, filmów dokumentalnych.
Dla części Polaków to może być rzeczywiście słabo zrozumiały fenomen, ale jednak to wciąga, kiedy się nad tym zastanowimy. Natomiast jeżeli chodzi o kryptozoologię, to jest ona i jest właśnie potworologia. Potworologia nam się strasznie rozrosła dzięki internetowi, dzięki temu, że różni ludzie pisali swoje własne historie, dociekania, ożywiali jakieś istoty ze swojego folkloru, to nagle ta menażeria nam się niesamowicie rozrosła. Bo książka „Poczet potworów” ukazała się w czasach, kiedy nikt nie znał na przykład chupacabry. Ta książka się ukazała w czasach, kiedy nie mówiono o jakichś dogmanach i tak dalej. Nikt nie znał jeszcze tych potworów z prowincjonalnej Ameryki. I to jest pewien dokument czasów i dokument tego, jak ta dziedzina była kiedyś traktowana, jak ona wyglądała. Gdybyśmy dzisiaj zajrzeli do opracowań na temat potworologii, to byśmy czasem zobaczyli, że tam są istoty, którym Nessie to może buty czyścić. Mamy jakieś dogmany, ludzie-kozy, ludzie-psy. Ja nawet raz człowieka-osła widziałem.
Znaczy nie to, że widziałem, tylko czytałem o takowym. To powiem ci, Marku, że tam jakby się sięgnęło na tą amerykańską prowincję, która jest takim rezerwuarem potworów, bo przecież na ten temat są nawet filmy, czasami takie minidokumenty na YouTubie, a tam można wszystko znaleźć: człowieka-jeża, człowieka-jelenia. To wszystko straszy ludzi. Natomiast tutaj w przypadku „Pocztu potworów letnich” jest takie podejście jeszcze to starsze, ogólne. Mówię to jako długoletni pasjonat właśnie kryptozoologii i potworologii.
[01:37:47] - Ja myślę, że łatwy byłby żart, ale go wypowiem, że człowieka-osła to nie jest problem spotkać. Natomiast wracając do książki, to muszę powiedzieć, że ją należałoby rozpatrywać Biorąc pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze to była chyba pierwsza w Polsce masowa książka, bo nie mówię o niszowych publikacjach, ale masowa książka o kryptozoologii. Wtedy nawet ta nazwa tak dobrze się jeszcze nie osłuchała. Wtedy raczej epatowano a to Nessie, a to jakimś innym potworem. Potwór, dobre słowo wtedy było potwór. A zatem to była książka, która myślę, że jakiejś grupie osób mogła otworzyć oczy, że może świat jest dziwniejszy. Fakt, że wymowa tej książki chwilami bywa taka, a może to wszystko bzdura jednak jest. To się nieczęsto tam pojawia, ale gdzieś takie momenty są. Ale zasadniczo to w tej książce podaje się sporo, trudno mówić tu o faktach, informacji zasłyszanych, przeczytanych.
Cytuje się to albo w każdym razie omawia. I to moim zdaniem mogło w tamtym czasie być takie oczyszczające i pokazujące, że świat jest dziwny. Kiedy patrzymy z perspektywy tych 40 lat, to rzeczywiście od tamtego czasu książek o kryptozoologii pojawiło się naprawdę sporo. Szukajcie państwo, jakiś tag zastosujcie właśnie kryptozoologia, to na samym portalu Lubimy Czytać sporo tego znajdziecie. A i tak nie wszystkie są oznaczone, bo wśród tych tytułów nie ma wielu innych, które również z kryptozoologią się kojarzą. A zatem warto na tę książkę tak spoglądać. Z jednej strony mamy coś, co nas przenosi w czasie o 40 lat. Tak wtedy na te rzeczy patrzono. Moim zdaniem w warstwie faktograficznej ona nie zestarzała się tak bardzo, jak mogłaby się zestarzeć. Takie jest moje wrażenie, ale ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, bardziej pasjonatem, więc nie czuję się kompetentny.
Wydaje mi się jednak, że autorzy nie poszli w tanią sensację. Nie cytowali, a w każdym razie nie powoływali się na wszelkie głupoty, które można by o tych potworach, zostańmy przy nazwie letnich, znaleźć. Raczej przesiewali materiał i to chyba dobrze, bo ta książka, to zresztą Piotrze mówiłeś, nie zestarzała się tak bardzo, jak mogłaby się zestarzeć, gdyby brano wszystko z półki jak leci. To moje wrażenie i myślę, my bardzo często to podkreślamy, bo bardzo często omawiamy książki sprzed wielu lat, że ta książka, którą dzisiaj omawiamy, może być dobrym wstępem. Tym bardziej, że ona jest nieźle napisana. Warto też czasami podkreślić, że bywają książki bardzo merytoryczne, bardzo napakowane faktami, które się po prostu źle czyta, bo Bozia jakiegoś tam talentu nie dała i ktoś pisze troszeczkę tak, jakby tłukł kamienie. Wszystko jest correct. To znaczy te wiadomości są cenne i niezwykle przydatne, ale czyta się to źle. Tu czyta się to dobrze. O to redaktorzy zadbali, żeby czytało się to dobrze, płynnie i żeby wrażenia po lekturze przynajmniej z samego czytania były dobre.
A przemyślenia to już zupełnie inna sprawa. Teraz zapraszam na Alchemię Tworzenia. W zeszłym tygodniu było „Miasteczko Bredni część pierwsza”. To dzisiaj „Miasteczko Bredni część druga”, ale będzie też niespodzianka. Tylko że później. Na razie „Miasteczko Bredni”.
[01:42:28] - Dobry wieczór, jak co tydzień z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam was na Alchemię Tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was najmocniej w 30. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Tym razem nie wymyślamy. W poprzednim odcinku przypomnę dla tych, których to ominęło, którzy nie wiedzą, którzy są może jakimś cudem pierwszy raz. Zwykle przez ostatnie dwa sezony wymyślaliśmy różne historie. Natomiast w poprzednim odcinku postanowiłam podzielić się z wami czymś, co poniekąd w pewnych elementach już wymyśliłam sama. I docelowo jest to projekt, który ma polegać na tym, że nie tylko ja mam tu wymyślać. Otóż Miasteczko Bredni, bo o nim będziemy mówić, jest to moje uniwersum szkoleniowe, z którego korzystam na moich treningach kreatywności i właściwie po to powstało.
Natomiast ono powstało po to, żeby ułatwiać ludziom wymyślanie jakichś bredni, wyluzowywanie się na tych treningach. Ale wyszło, powiem nieskromnie tak fajnie. Tak się wkręciłam tutaj w to wszystko, że potem jak patrzyłam, jak ludzie się wkręcali na treningach w to, jak tutaj wymyślali różne elementy, to w moim wnętrzu zrodziła się taka wręcz potrzeba tego, żeby to było takie Plastyczne uniwersum, które każdy uczestnik tych szkoleń będzie mógł w jakiś sposób rozwijać. Ogólnie chcę, żeby to było dostępne w internecie w postaci mapy z opisami, ale do tego pewnie będę potrzebowała jakiegoś czaro-marownika programisty czy kogoś, kto napisałby czy stworzyłby mi to w porządny sposób, żeby to ładnie wszystko pływało. Także to dopiero za jakiś czas. Na razie zbieram wszystkie informacje. Chcę też od nowa wystartować treningi, żeby pozbierać więcej wersji, nie tylko moich, różnych dzielnic czy elementów i zobaczymy, co dalej z tego wyjdzie. Nie przedłużając, bo opowiadam o czymś, czego jeszcze nie ma, a fajnie byłoby opowiadać o czymś, co już jest. W poprzednim odcinku mówiłam wam mniej więcej tak ogólnie o różnych poziomach Miasteczka Bredni, że jest Można, że jest Nie ma, że jest Dno Można. Także do wyboru, do koloru.
Stwierdziłam, że skoro mamy w Nie ma cztery dzielnice i w poprzednim odcinku były cztery odcinki do końca sezonu, do przerwy wakacyjnej, to pomyślałam, że to jest idealne, żeby w każdym z tych odcineczków omówić jedną z dzielnic. Pokrótce wam przybliżyć, jaki tu panuje klimat, jeżeli chodzi o przemysł, co można kupić, co można sprzedać. Może jakieś zwierzęta, magiczne artefakty, składniki do różnego typu eliksirów czy różnych innych trunków mniej lub bardziej wyskokowych, które można w tej dzielnicy znaleźć. Także zaraz do tego przejdziemy. Z takich ogólnych wiadomości, dzielnica Złotego Kranu, jak sama nazwa wskazuje, ma ten złoty kran. On jest jako taki pomnik w punkcie centralnym, w punkcie spotkań mieszkańców. Jak do tej pory wiemy tyle, że ten kran spadł kiedyś z nieba, z jakiegoś kosmosu, prosto wbił się w grunt tej dzielnicy i zaczęła wylewać się z niego taka zielonkawa woda, radioaktywna woda. Więc cała dzielnica została zalana i to nam dało właśnie taki klimat. Smród stojącej wody ogólnie. Trzeba było stworzyć mosty, żeby jakoś chociaż się trochę przemieszczać między poszczególnymi parcelami.
Mamy taką trochę Wenecję, trochę Wenecję radioaktywną, ale też nie mamy tutaj na przykład typowych łodzi, nie mamy gondoli. Mamy za to łodzie bakłażańskie. Te łodzie to są wydrążone, zmutowane bakłażany. W poprzednim odcinku mówiliśmy o dzielnicy Zmechaconej Paproci, więc między innymi tam też, nie pamiętam, czy o tym wspomniałam, że tam mamy bardzo dużo takich zmutowanych warzyw i roślin. I stamtąd mieszkańcy dzielnicy Złotego Kranu kupują bakłażany, z których później wytwarzają swoje łodzie, którymi mogą się poruszać po tej dzielnicy. Ale zanim wejdę w detale tej dzisiejszej dzielnicy, chciałam też jeszcze zaznaczyć, że tutaj mamy ten kran i on produkuje bardzo dużo wody, więc siłą rzeczy ta woda spływa z gruntu. A jak tutaj, to muszę wspomnieć po raz kolejny, te cztery dzielnice, czyli cały poziom o nazwie Nie ma, on jest położony nad Można. On lewituje. Jak stoimy w Można i patrzymy do góry, to tam lewitują płyty chodnikowe, grunty i tak dalej, te dzielnice. Więc mamy dosyć zacienioną główną część miasteczka tam na dole.
No i siłą rzeczy z tej akurat dzielnicy spływa też woda. Ona tutaj tworzy wodospad, więc trochę też wam opowiem o tym wodospadzie, mimo że on jest akurat piętro niżej, czyli tutaj na obrzeżach Można. Mamy tutaj wodospad. On się nazywa Gęsty, ponieważ ta radioaktywna woda jest taka turbo gęsta, naprawdę. Chciałam powiedzieć glutowata, ale wiecie, o co chodzi. Taka galaretowata bardziej. I ona spływa z góry prosto do Lasu Zapomnianej Inwencji i tam płynie, bo gdzieś musiała szukać swojego ujścia, więc zaczęła płynąć przez ten las. W międzyczasie wiadomo, jak to w lesie, też tam są różne rośliny i siłą rzeczy tam też mamy bardzo dużo zmutowanych rzeczy. Tam to już jest w ogóle taka totalna dzicz, bo to jest Las Zapomnianej Inwencji. To nie jest dzielnica zamieszkana przez mieszkańców, tu nikt tego nie kontroluje, nikt tego nie pilnuje.
Tam wchodzi się na własną odpowiedzialność. Tam pamiętam, na wejściu do lasu, jeżeli byśmy z poziomu dolnego miasteczka chcieli wejść, to jest budka i tutaj jest taki strażnik. Ta budka jest w formie takiego... Znaczy wielu ludzi myśli, że to jest wychodek, a to jest portal w inne miejsca, więc tym wychodkiem się teleportują. Ale w tej budce mieszka Sraga Tortuga. To jest właśnie taki strażnik, który pilnuje, żeby nikt do tego lasu nie wszedł albo po prostu żeby wszedł na własną odpowiedzialność. Ale czasami wiadomo, musi oddać się gdzieś za potrzebą i w tym czasie jego budka zostaje bez opieki. No i dzieją się też różne dziwne rzeczy. Ludzie znikają. Także w sumie przed samą budką powinien być kolejny strażnik.
Jest opcja, jest tutaj pomysł do zagospodarowania. Jak ktoś z was na coś wpadnie, to wiecie, gdzie mnie szukać. Ja z chęcią gdzieś tutaj to dodam. Dobra, ale wracając do lasu. Więc sobie ta woda przepływa przez ten las. To już troszeczkę się rozrzedza, nabiera innej konsystencji i trafia do miejsca, które mamy tutaj. Zejście do Dna Można. Jak wcześniej wspominałam w poprzednim odcinku, Dno Można to jest część, zwłaszcza po tej stronie, wulkaniczna. Tam jest bardzo gorąco, więc siłą rzeczy powstało tutaj wrzące źródło. W momencie, kiedy woda dopłynęła do tego miejsca, zaczęła się gotować.
Nie wiem, czy kiedyś gotowaliście, na przykład robiliście kisiel od podstaw. Chodzi o to, że porobiły się gluty, więc część tej wody się oddzieliła normalnej wody, a po zagotowaniu powstały takie gluty. Tutaj powstała Glutostrada na cześć tych glutów. Dalej jest rozszerzona rzeka o takiej nazwie i ona się napotyka później z drugą rzeczką, malutką, bo obok też jeszcze... Nie chcę was zanudzać. Może to nikogo nie zanudza, ale nie chcę tutaj mieszać wątków za dużo. Ale już kończę temat rzeki i wracamy na górę. Mamy też coś takiego jak Smętne Góry i z nich wypływa rzeka Łzawa. To jest bardzo słona rzeka i akurat ona spływała i się spotkała z tą Glutostradą. Mamy tutaj mieszanie wody, bo ta woda jednak była słodka do tej pory i zaczyna się mieszać z tą bardzo słoną, wręcz stężoną z kryształkami soli rzeką.
To się razem miesza i powstało dzięki temu Morze Wszechmiejskie. O tym morzu też moglibyśmy opowiadać legendy. Tam też mamy dwa rody, które zamieszkują to morze, ale to nie dzisiaj. Tutaj tylko chciałam powiedzieć, co ten kran spowodował. Dopłynęliśmy do morza i wracamy do dzielnicy Złotego Kranu. Jak już wspomniałam, mamy tutaj taką Wenecję, więc mamy też taką awangardę. Tutaj spotkamy bardzo wielu artystów różnych dziedzin, bo mamy też dzielnicę, o której powiemy za tydzień. Tam mamy bardziej wysokiej klasy kulturę. Taka opera, wszystko ą, ę. Natomiast tutaj mamy taką bohemę artystyczną, bohemę artystów.
Tutaj też... Dobra, nie będę spoilerować, zaraz przejdziemy. Myślę, że klimat mniej więcej wiecie. Ładne budyneczki, kamieniczki, bo w poprzedniej dzielnicy mieliśmy szałasy. Tutaj mamy lepszą troszeczkę architekturę, mimo że została ona zalana i musiała powstać trochę inna infrastruktura całego miasteczka. Ale dali radę. W końcu to artyści. Co to dla nich? Okej, wracam do moich notatek. Jeżeli chodzi o przemysł, to na pewno możemy tutaj zaopatrzyć się we wiosła ognioodporne.
Mamy też łodzie inne niż bakłażańskie, mamy artystów, którzy wytwarzają łodzie z różnych innych warzyw czy innych materiałów, które wpadną im w ręce. Dalej. Możemy tutaj zakupić nieruchomości. Tutaj jest dużo poniekąd pustostanów, miejsc do remontu, więc jak najbardziej jest to dzielnica z dużym potencjałem. Mamy też dziurawe michy-kielichy. Jest waflokuszkarka dywersyjna. Mamy też różnego typu trunki w obieg wpuszczone, ale taki najbardziej popularny w tej dzielnicy i właściwie produkt tej dzielnicy to jest ciemne ziemniaczane „niemniej”. Możemy raczyć się smakiem tego dosyć gorzkiego napoju. Jeżeli chodzi o surowce, takie najbardziej podstawowe, to tutaj mamy sztabki wody. Tak jak mówiłam, ta woda jest bardzo gęsta, dlatego jak najbardziej możemy się zaopatrzyć w takie surowce.
Patrzę, co dalej mogę wam jeszcze powiedzieć. Mówiliśmy o przemyśle. Tutaj mamy też różnego typu składniki. Rzeczy, które możemy zakupić na nasze różne potrzeby. Mamy tutaj wentyle bakłażanowe, mokrą serpentynę, pióro Girlando Joba Szarego, żółty śnieg, radioaktywna woda, opiłki ze złotego kranu. Słuchajcie, to jest kruszec tak cenny, ponieważ trzeba go wyciągać z dna tych kanałów, którymi płynie ta woda, bo ten kran się obsypuje siłą rzeczy i też ci poławiacze złota z kranu mają nie lada robotę. Ale jak mówiłam, artyści to bardzo kreatywni ludzie, więc na to też na pewno znaleźli już jakieś swoje sposoby. Mamy jeszcze wydmuchawca gęstego i ryboskoczki. Patrzę, czy coś jeszcze pominęłam. Nie.
Tutaj mamy wszystko, co najważniejsze wypisane. Oczywiście wiecie, tego jest jeszcze więcej. Natomiast chciałam wam dać zarys rzeczy, które tu mamy. Jeżeli chodzi o lokacje bardzo istotne w mieście, tak jak powiedziałam, ten złoty kran jako punkt spotkań. Mamy też Arenę Wodą Płynącą. Tam w trakcie gry fabularnej, jak przybywacie do miasteczka Bredni, jak najbardziej jest to miejsce, w którym można stoczyć bój z członkami innych drużyn. Mamy też archiwum dzielnicy. Praktycznie w każdej dzielnicy mamy takie miejsce, więc to nic dziwnego. Mamy też kamienicę z tajemniczym szyldem. To jest skrótowiec.
Więc tak naprawdę nikt do końca nie wie, co oznacza ten skrót. Natomiast jakbyśmy go przeczytali jako słowo, jest to „wiosło”. Więc może tam był kiedyś sklep z wiosłami, a może tam była jakaś tajna agencja, a może coś jeszcze innego. Tego nie wie nikt. Jeżeli chodzi o wartości dzielnicy, coś, co tutaj zna każdy mieszkaniec, co jest bardzo istotną rzeczą, to sobie tatuują gdzieś na ciele. Są na ten temat jakieś legendy, jakieś pieśni. Wartości, które reprezentuje każdy szanujący się obywatel Dzielnicy Złotego Kranu to jest: melanż, pływanie, bakłażany. To są te wartości. Jak przy melanżu jesteśmy czy w ogóle przy ważnych rzeczach, to mamy też święta. Jak w każdej dzielnicy, tak i tutaj mamy różnego typu święta.
Jedną z większych imprez, trochę na miarę karnawału weneckiego, jest Wielki Melanż. Panuje taka zasada, że każdy musi przywdziać jakąś czy stworzyć, i żeby w ogóle wejść do tej dzielnicy w trakcie tego święta, trzeba mieć mchroczną maskę. Także wtedy jest bardzo ciekawie tam. Mamy też spotkanie radnych. Tutaj można się dostać, ale ze specjalną opaską stworzoną na potrzeby tego danego spotkania. Radni ze wszystkich czterech dzielnic się zjeżdżają i tutaj mają swoje posiedzenie. Oczywiście w każdej z dzielnic jest takie wydarzenie. Jest też codzienny festiwal wina. Wino jest importowane z dzielnicy Przerdzewiałej Blachy. Tam mamy wino wytwarzane z ziemniaków.
O tej dzielnicy też jeszcze nie mówiliśmy. Też bardzo ciekawa dzielnica, dużo tam się dzieje rzeczy mniej lub bardziej oficjalnych. Co jeszcze? Pojawia się też raz na jakiś czas wyścig łodzi bakłażańskich jako taki sport, rozrywka tego typu. Mamy oczywiście kult bakłażanów i wina. To jest coś, co powstało wśród tych bohem artystycznych. I oczywiście imieniny radnego. Zaraz przejdziemy do postaci. Każdy radny organizuje sobie we własnej dzielnicy swoje imieniny. Jest wtedy opcja taka, że każdy z mieszkańców może się wykazać, tworząc jakiś specjalny podarunek dla radnego.
Taki moment, kiedy radny jest dostępny praktycznie dla wszystkich. Przechodzimy do postaci najbardziej póki co znanych z tej dzielnicy. To jest radny Kapitan Tłustowłosy. Mamy też Złotą Rybkę. Gdzieś w wodach Złotego Kranu pływa Złota Rybka i jest też Potentat Artykułów Wyskokowych jako tutaj taki główny póki co przedsiębiorca największy. Zresztą artykułów wyskokowych najwięcej schodzi w tej dzielnicy. Jak jesteśmy przy ludziach, to może też przejdźmy sobie, tutaj mam jeszcze wypisane zwierzęta. Co prawda się zastanawiam, że jakoś mało ich tu mam wypisanych, ale mam póki co Kanciate Ryby i Wilki Bardy, czyli takie, że nie tylko do księżyca śpiewają. Co jeszcze? Jeżeli chodzi o pogodę, to mamy tutaj na zmianę albo zaduch, taki stojący zaduch, albo ulewy.
Jeżeli chodzi o zagrożenia poważniejsze, których możemy się spodziewać, będąc w tej dzielnicy i na które powinniśmy być bardzo uważni, to jest gęsta woda, z której bardzo ciężko wyjść, a także chytrzy bakłażynierzy. Czyli jeżeli mamy potrzebę przepłynąć tą łodzią bakłażańską, to musimy wcześniej bardzo dobitnie ustalić kwotę, za jaką popłyniemy, bo możemy zostać, może nie tyle oszukani, co nasze portfele mogą zostać nadużyte. Dobra, patrzę co jeszcze. Co tu mamy jeszcze ciekawego. Mamy też nieznane gatunki, mamy na razie ich nazwy. Nie zawsze wiadomo nawet, czy to jest zwierzę, czy to jest roślina, czy co to jest. Jest to coś, co w momencie, kiedy się napotka, to należy opisać. Także co my tu mamy? Słowotocznik diabelski, Nieogarus pospolitus, Romansidłak groźny, Prostokoło, Pyrpyrus hałaśliwy, Skryboryba, Nutodudniarka złośliwa, Chmurołamacz, Bambur złocisty, Paroklaszczer, Sapięseł, Chlorczak pasiasty, Turkorurka, Nakapary bakłażańskie, Wszechśledź, Parołapacz. Brzmi ciekawie.
Różne tu. Czasami mam wrażenie, że to może jakieś wynalazki. Ale to zależy wszystko od uczestników szkolenia. Docelowo chciałabym, żeby tego typu rzeczy były na interaktywnej mapie opisane, bo powiem wam szczerze, że czasami powstaje wiele teorii na temat jednego cuda, jednego słowa. Także warto to spisywać. I tak patrzę na sam koniec, bo to już chyba wszystko wam powiedziałam, więc poczytamy sobie o artefaktach. Tak jak ostatnio było, więc myślę, czy coś tu jeszcze więcej powinnam powiedzieć. Zaraz popatrzę. Bo wszystkie lokacje chyba... o Arenie mówiliśmy.
Tu jest barka radnego, on sobie na niej mieszka. Mamy też oczywiście sklepik z eliksirami. Poprzednio chyba wspomniałam o tym, że żeby dostać się do każdej z dzielnic, należy opłacić myto i przy każdym wejściu jest jakiś strażnik. Natomiast tutaj nie tyle mamy strażnika, co mamy wypożyczalnię wioseł. I to nie jest czasami łatwe wypożyczyć takie wiosło, ale bez tego wiosła nie możemy się poruszać po tej dzielnicy. Nie możemy też żadnej łodzi wypożyczyć czy popłynąć jakimś innym wynalazkiem. Także tutaj po opłaceniu myta, to też jest czasami wyzwanie, żeby się dostać, żeby w ogóle ta wypożyczalnia była otwarta. Także tutaj mamy takie wejście na bramce, takie zabezpieczenie. Dobra, lecimy z artefaktami, bo tu chyba wszystko wiemy. Każda z dzielnic ma taki moment, gdzie trochę te ziemie na siebie nachodzą, więc pomiędzy dzielnicą Zmechaconej Paproci a dzielnicą Złotego Kranu mamy dryfujące mokradła, o których wspomniałam, że tutaj się miesza ta woda z lasem.
Też bardzo niebezpieczne miejsce. I tutaj sąsiednia, kolejna dzielnica to jest właśnie dzielnica Przerdzewiałej Blachy i tutaj pomiędzy nimi mamy piaszczyste bagna. Nigdy nie jest bezpiecznie na tych gruntach pomiędzy. Dobra, lecimy z artefaktami. Pusta butelka po winie. Jest to wspomnienie niedawnej radości. Także taki trochę jak lampa Alladyna. To jest ta butelka, w której zaklęte są właśnie te wspomnienia niedawnej radości. Nożyce, a może sekator? To też jest taki tajemniczy artefakt.
Ciężko stwierdzić. Legendarny różowy harpun wielorybnika Boba Foszka. Gumowe ochraniacze na buty. Legendarny pagaj gondoliera. To jest społeczne wyróżnienie, więc mając ten pagaj nie musimy się martwić o wypożyczalnię wioseł. Po prostu przekraczamy próg i idziemy po swoje. Oczywiście wcześniej płacąc myto. Wystrzałowe konfetti. Strasznie brudzi. Wyobraźcie sobie, jak w tą gęstą wodę wpada, to potem bardzo trudno to złoto znaleźć na dnie, bo może się mylić z tym konfetti, więc to jest dodatkowe utrudnienie.
Plastikowe chodaki do przemierzania kanałów i bruków. Tu mamy też jeszcze części brukowane, które nie zostały zalane, a w tych chodakach możemy w pewnym sensie chodzić po wodzie. I ostatnie: kostur błazeniady. Zamienia wodę w metal, więc trzeba uważać. Jeżeli mamy w zasobach wodę, to każda sztabka wody zostanie zamieniona w metal. Z jednej strony może to być przydatne, a z drugiej jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Dobra, to mamy tutaj chyba wszystko. Powiedziałam, co trzeba. Nie chcę już wchodzić w inne rzeczy, bo w następnym odcinku weźmiemy Kryształową Radę. Tak myślę.
Blachę damy na koniec, bo wtedy do niej jeszcze o jednym elemencie wam dopowiem. Patrzę, czy coś jeszcze z dołu może. Tu chyba najważniejsze o tym morzu wam powiedziałam, o tej rzece. Dobra, ja nie będę słuchajcie dzisiaj przedłużać. Mamy to. Jeżeli macie jakieś pytania odnośnie miasteczka, to ogólnie zaczęłam fanpage miasteczka Bredni, jak macie ochotę, to możecie sobie odnaleźć to na Facebooku. I na tym fanpage'u jest pierwszy odcinek podcastu z cyklu „Radio Brednia”. To jest podcast, który dzieje się bezpośrednio w miasteczku Bredni. Natomiast na razie jest to jeden pilotażowy odcinek. Pozostałe dopiero będą się robić.
Jeżeli chcielibyście popatrzeć w ogóle jak te treningi wyglądają, to Creative Quest, czyli trening kreatywności. Poprzez mnie też na pewno znajdziecie łączniki do tych wszystkich rzeczy. Także jak ktoś będzie chciał, to znajdzie, bo to też zależy od formuły treningu. Tam mieliśmy dwa. Jeden taki typowo fabularny, do którego te wszystkie cuda, o których wam opowiadam teraz w tych odcinkach, są w użyciu. Mamy też bardziej projektowy wariant, więc ja wam zarysowuję problem. Jakiś wystąpił problem w miasteczku Bredni i każda z drużyn ma za zadanie znaleźć jakieś rozwiązanie na to. Oczywiście to jest przetarg ogłoszony przez radnych czterech dzielnic, bo oni też trochę nadzorują dolną część miasteczka, więc jeżeli tam występują problemy, to oni też się nimi zajmują, ogłaszają jakieś przetargi. Później oczywiście można też dostać akt na wygrany przetarg na dane rozwiązanie. Dobra, dzisiaj mam dzień wyciszony, więc idę pisać.
Kończę gadać do was i idę coś popisać, bo faktycznie czuję niedosyt w tej dziedzinie swojego życia, a jest fajna przygoda do spisania. Trzymajcie się cieplutko. Jak zawsze dużo inspiracji i słyszymy się za tydzień. Pa.
[02:09:22] - Proszę państwa, teraz punkt, bez którego moim skromnym zdaniem „Bibliotekarium” po prostu nie może się obejść. Ten punkt to „Recenzarium Ewiwy”. Dzisiaj odcinek, w którym mówimy o klasyki. Pamiętacie państwo „Never Ending Story”, „Niekończącą się historię”? Obojętnie czy film, czy książkę. Chociaż film to zaledwie połowa książki. Czy pamiętacie państwo? Tak. Autor nazywał się Ende i nie napisał tylko „Never Ending Story”. Napisał też inną książkę.
Kto wie, czy nie bardziej interesującą. Nie chcę tego rozstrzygać, bo to ilu ludzi, tyle zdań. Ta książka nosi tytuł „Momo”. Zapraszam. „Recenzarium Ewiwy. Fantasy pełne.”
[02:11:09] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Michaela Ende znamy przede wszystkim z powieści „Niekończąca się historia”. Film na jej podstawie zdobył w swoim czasie ogromną popularność, choć sama książka tak naprawdę nie jest szczególnie interesująca. Przynajmniej w mojej ocenie. Nie jest jednak jedyną powieścią tego pisarza. Dzisiaj postanowiłam przybliżyć państwu tę, którą uważam za najciekawszą w jego dorobku, a nawet stanowiącą pewien ewenement w całej literaturze dziecięcej. Jest to książka, która w zasadzie równie dobrze nadaje się dla dzieci, jak i dla dorosłych, a właściwie to głównie dorośli powinni ją przeczytać. Mówię tu o książce pod tytułem „Momo”. O czymże ona opowiada? Akcja dzieje się w małym włoskim miasteczku odwiedzanym przez turystów ze względu na ruiny amfiteatru.
Pewnego dnia mieszkańcy odkrywają, że w ruinach ktoś mieszka. Jest to mała dziewczynka, która nie wie, kim byli jej rodzice, nie wie, ile ma lat, nie wie nawet, jak się nazywa. Sama sobie nadała imię Momo. Przedtem była w sierocińcu, jednak traktowali ją tam tak źle, że uciekła. Mieszkańcy wzruszeni historią dziecka postanawiają pozwolić jej zostać w amfiteatrze. Urządzają dla niej mieszkanie w jednym z pomieszczeń, a dziewczynka zaprzyjaźnia się z nimi. Szybko okazuje się, że ma niezwykły dar. Potrafi słuchać. To wydaje się banalne, ale tak naprawdę kto z nas potrafi słuchać innych w taki sposób, żeby przyniosło to im korzyść? Momo umiała.
Ludzie opowiadający jej o swoich troskach odkrywali nagle rozwiązanie problemów. Oprócz dzieci z miasteczka z Momo zaprzyjaźnili się też dorośli. Beppo zamiatacz ulic, Gigi, który zarabiał na życie oprowadzaniem turystów. Nino, właściciel baru. Ale właściwie dla wszystkich Momo stała się kimś na kształt bliskiej przyjaciółki. Pewnego dnia jednak coś się w miasteczku zmieniło. Pojawili się w nim szarzy panowie, którzy proponowali ludziom oszczędzanie marnotrawionego ich zdaniem czasu. Chodziło o to, by oddając sprawy w ich ręce, po przejściu na emeryturę mieć tego czasu więcej, niż by się wydawało, że można mieć. Pomału prawie każdy mieszkaniec miasteczka dał się złapać w pułapkę. Wyjątkiem była Momo.
Dziewczynka od razu przejrzała szarych panów i zorientowała się, że wcale nie chcą pomagać ludziom, tylko pasożytują na nich. Szarzy panowie postanawiają więc albo pozbyć się jej, albo przeciągnąć na swoją stronę. Jedno i drugie okazuje się jednak ponad ich siły. Szczególnie że dziewczynka ma po swojej stronie Mistrza Horę, czyli władcę czasu. Nie mogąc zatem nic zrobić Momo, szarzy panowie postanawiają sprawić, żeby stała się całkowicie osamotniona, pozbawić ją przyjaciół. I tutaj zaczyna się prawdziwa walka. Pełen tytuł książki brzmi „Momo. Historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom stracony czas”. Jak przeanalizować tę powieść, odrzucić wszystko, co jest skierowane do bardzo młodego czytelnika? Widzimy opowieść o naszych czasach, o tym, że właśnie czas staje się tym, co najczęściej odmawiamy naszym bliskim.
Podobnie jak właściciel baru, który przestaje spotykać się ze swoją dziewczyną, a matkę oddaje do domu opieki. Szkoda mu czasu dla nich. Dzieci, które zostają zamknięte w specjalnym przedszkolu, szkole, gdzie są uczone, jak zarabiać i jak najlepiej wykorzystywać czas, właściwie przestają być dziećmi. Stają się małymi dorosłymi. I to właśnie mamy teraz. Dzieci bardzo wcześnie nakłania się do zorganizowanej nauki. Zabiera się im czas przeznaczony na kreatywność, na odkrywanie świata na własną rękę. Robi się z nich takie małe maszynki do spełniania życzeń dorosłych. Masz być najlepszy, najmądrzejszy. Wszyscy mają cię podziwiać.
Masz się wspinać na same szczyty. No właśnie, ale gdzie w tym wszystkim jest osobowość tego dziecka? O tym właśnie mówi książka Michaela Endego. Chodzi o to, że czas jest tym najcenniejszym, co mamy. I ten czas jest nam ciągle odbierany. Nie widzimy tego, ale cały czas jesteśmy poganiani, żeby pracować jak najwięcej, żeby odkładać jak najwięcej, żeby robić karierę jak największą, żeby wspinać się na same szczyty. I w pewnym momencie z tych szczytów lecimy na łeb, na dół i okazuje się, że poświęciliśmy swój czas na coś, bez czego moglibyśmy się zdecydowanie obejść i co do niczego nie jest nam potrzebne. Michael Ende próbował uświadomić ludziom, że na tym świecie są ważniejsze rzeczy niż robienie kariery jakiejkolwiek. Że owszem, jak najbardziej ważne jest, żeby mieć się z czego utrzymać, ale niepotrzebne jest zarabianie pieniędzy tylko dla samych pieniędzy, bo to często do tego się sprowadza. Ludzie bogaci chcą mieć jeszcze więcej.
Im się wydaje, że wciąż mają za mało, że wciąż muszą zarabiać, że wciąż muszą się wspinać jeszcze. Po co? Żeby byli szczęśliwsi? Oni i tak są nieszczęśliwi. Nie dajmy się oszukać. Powyżej pewnej granicy pieniądze przestają być środkiem do celu. Stają się celem samym w sobie i człowiek z ich władcy staje się ich niewolnikiem. O tym właśnie mówi książka „Momo”. Tym, którzy się z nią nie zetknęli, szczerze polecam nadrobienie braków. Jest ona naprawdę mądra, dobrze napisana i według mnie każdy powinien ją przeczytać i troszkę zastanowić się nad sobą i nad tym, co robi w życiu oraz nad tym, co powinien robić.
No właśnie. Również nad tym, jak traktuje swoich najbliższych. Czy ma czas dla starych rodziców? Czy ma czas dla swoich dzieci, czy tylko zarzuca je drogimi zabawkami i uważa, że to wystarczy? Jest taka scena w książce, kiedy Momo otrzymuje od szarych panów, którzy próbują ją skaptować najnowocześniejszą lalkę, którą można bawić się w nieskończoność, ale pod warunkiem, że wciąż się będzie kupować dla niej nowe gadżety. Jednak Momo nie umie się nią bawić. Uważa ją za nudną, ponieważ jej placem zabaw jest cały świat. Nie potrzebuje lalek. Chce, żeby otaczali ją ludzie. I to jest właśnie to, czego powinniśmy uczyć nasze dzieci, że nawet najlepsze, najdroższe, najfantastyczniejsze gadżety to tylko rzeczy.
To tylko coś, co będzie śmieciem. Jedyne, co ma rzeczywistą wartość, to drugi człowiek i to, jak się do niego odnosimy. Zostawiam was z tym. Sami przemyślcie, a przede wszystkim przeczytajcie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:18:36] - Proszę państwa, to ja teraz zapraszam na literackie tête-à-tête. Krystyna Śmigielska zaprasza również. Wspólnie zapraszamy na spotkanie z Moniką Chodorowską.
[02:18:59] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Gościem naszego dzisiejszego literackiego tête-à-tête będzie pani Monika Chodorowska, nauczycielka wychowania przedszkolnego i nauczania początkowego, terapeutka pedagogiczna. Obecnie zajmuje się ona diagnozą i terapią pedagogiczną w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Oprócz zawodowych obowiązków pani Monika znajduje czas na spełnianie swoich pasji, wśród których poczesne miejsce zajmuje literatura. W 2019 roku ukazała się pierwsza powieść autorstwa Moniki Chodorowskiej „Struny pragnień”. W 2020 do rąk czytelników trafił „Niechciany spadek”. W tym roku odbyła się premiera „Daru czy przekleństwa?”. Dobry wieczór pani Moniko. Bardzo się cieszę, że mogę dzisiaj z panią porozmawiać i przedstawić naszym czytelnikom zarówno pani twórczość, jak i upodobania czytelnicze.
Miło mi gościć panią w programie „Literackie tête-à-tête”.
[02:20:19] - Dobry wieczór, witam panią, wszystkich słuchaczy i oczywiście moich czytelników.
[02:20:24] - „Struny pragnień” nie były pisarskim pani debiutem
[02:20:29] - Wcześniej, bo już od 2007 roku publikowała pani felietony, artykuły i zamieszczała opowiadania w różnych antologiach. Proszę przybliżyć nam, jakich problemów dotyczyły pani teksty prasowe i jaką tematykę poruszała pani w swoich opowiadaniach.
[02:20:48] - Rzeczywiście, zanim ukazała się moja pierwsza powieść, opublikowałam artykuł w piśmie „Wychowanie przedszkolne. Praca w zróżnicowanej grupie”. Tam się dzieliłam swoimi doświadczeniami pracy w przedszkolu integracyjnym. Również wydałam felietony w lokalnej gazetce „Dziecko w mieście”. To były felietony pod tytułem: „Dzień świstaka”, „Odczaruj smoka” czy „Matka”. Dotyczyły one rodzinnych problemów. Później chciałam się zmierzyć z tematami obyczajowymi i napisałam opowiadania do tomiku „Lato moralnego niepokoju” wydanego przez Ad Rem. To było opowiadanie „Trąbka” i do tomiku „A wszystko przez tę książkę” wydawnictwa internetowego Ebookowo. Co to za tytuł?
[02:21:39] - Powiedziała mi pani, kiedy rozmawiałyśmy wcześniej, że tworzy od najmłodszych lat i dodała: „Piszę, bo tylko wtedy czuję się widoczna, by uporządkować swój wewnętrzny chaos, by nie zamęczać rodziny refleksjami nad życiem.” Z jednej strony chce być pani niedostrzegana przez najbliższe otoczenie, powiedziałabym nawet wyciszona, gdzieś schowana, a z drugiej widoczna z nieuporządkowanym chaosem wewnętrznym w sobie. Jak pani sądzi, taka sprzeczność to domena twórców?
[02:22:19] - Tak, zgadzam się w 100%, że w twórcy jest bardzo wiele sprzeczności. One są wszechobecne, bym powiedziała, na wielu poziomach. Raz mam ochotę zaistnieć, ale są też chwile, gdy chętnie zaszyłabym się gdzieś na długo i nie pokazywała światu. Ale mam w sobie potrzebę podzielenia się ze światem swoimi spostrzeżeniami. Chciałabym się przejrzeć w oczach czytelników jak w zwierciadle. To mi bardzo pomaga uporządkować mój wewnętrzny chaos, który może bym zdefiniowała w ten sposób, że jest to natłok myśli, refleksji. Tak sobie myślę, że jak piszę, to jestem zmuszona ubrać to w adekwatne, zrozumiałe dla czytelnika sformułowania. Natomiast to, że nie chcę zamęczyć rodziny swoimi refleksjami, to trochę taka kokieteria z mojej strony. I tak to robię.
[02:23:12] - Monika Chodorowska, „Struny pragnień”: „Blask południowego światła natrętnie wdzierał się do jej uśpionego wnętrza. Długo walczyła ze sobą, ale wreszcie poddała się mu. Kiedy zobaczyła nad sobą niebo o koloru błękitnej, ulubionej apaszki swojej babci, pomyślała: Umarłam? Jak się pani nazywa? — zapytała ubrano na biało kobieta, która ukazała się na niebieskim tle. Klara rozglądała się powoli, usiłując zrozumieć, gdzie jest. Grupa niedomagających ludzi stała wokół. Jedni na łóżkach, jak ona podłączeni do tajemniczych skrzynek, inni siedzący na ławkach ze stojakami, z których odchodziły rurki kroplówek. Jasne szlafroki, piżamy, koszule nocne i fartuchy męczyły jej oczy. Gdy uświadomiła sobie, gdzie się znajduje, jej serce przyspieszyło.
Oddech stał się krótki i urywany. Po chwili nie mogła złapać tchu. Pielęgniarka objęła przezroczystym silikonem jej nos i usta. Proszę głęboko oddychać — wydała polecenie. Czy to fatum mnie nigdy nie opuści? — pomyślała Klara, gdy wróciła jej świadomość. Chcę natychmiast wstać. To były jej pierwsze słowa po zdjęciu maski, przez którą podawano jej tlen. Proszę spokojnie leżeć. Pielęgniarka zrobiła jej zastrzyk.
Jak się tu znalazłam? — zapytała Klara, masując rękę w miejscu po ukłuciu. Zemdlała pani w parku. Jakaś kobieta wezwała karetkę. Klarze powoli wracała pamięć. Gdzie Franek? Kim jest Franek? — zapytał lekarz, gdy pojawił się w kadrze. To mój syn. Nie ma tu żadnego Franka — odpowiedział.
Widząc jednak jej niepokój, dodał: Dowiemy się tego, gdy saperzy przeszukają budynek. Już trzeci raz w tym miesiącu dowcipniście dzwonią do szpitala i zabawiają się kosztem pacjentów. Lekarz odszedł od innych chorych. O czym on mówi? Co mnie obchodzą jacyś saperzy? Gdzie jest moje dziecko? — kłębiło się w jej głowie. Nie chciała czekać ani minuty. Próbując się podnieść, szarpnęła kroplówkę, co spowodowało wysunięcie się igły z żyły. Wypłynęła krew i na czerwono narysowała rozmaite wzory na szpitalnej koszuli i prześcieradle.
Co pani robi? Proszę się uspokoić. Dobiegająca pielęgniarka próbowała ją powstrzymać. Zrozumiała, że niczego nie może zrobić, by dowiedzieć się więcej o losach swojego dziecka. Bezradna oparła głowę o poduszkę i zasłoniła oczy ręką. W wyobraźni zobaczyła Franka zagubionego w chaosie nieznanych mu osób i rzeczy. Wzywał pomocy, a ona nie mogła mu pomóc, bo nie wiedziała, gdzie jest, bo nikt tego nie wiedział. Jak mogła się tego dopuścić? Dlaczego nie przewidziała tego, że może zasłabnąć? Po ostatnim wydarzeniu czuła, że jest słaba.
Nie doszła jeszcze jednak do siebie. Zresztą jak? Dlaczego nie uchroniła syna przed taką sytuacją?” Czytał Krzysztof Chodorowski.
[02:26:14] - Wrócę jeszcze do zamęczania rodziny swoimi przemyśleniami. Zapytam panią jako terapeutkę pedagogiczną, czy akceptacja najbliższych ma jakieś znaczenie dla samego twórcy? Czy może ludzie wrażliwi lepiej czują się w samotności, w swoim wyimaginowanym świecie niż w tym realnym?
[02:26:36] - Ja mam dużo wolności podczas tworzenia. Może dlatego, że mój mąż, Michał Chodorowski, jest naukowcem. Rozumie, że potrzebuję takiej ciszy, odosobnienia podczas pisania i daje mi tą przestrzeń. Staram się sobie radzić też w świecie realnym. Tematy moich książek dotyczą realnych problemów. Nawet jak jest tam nutka jakiejś fantazji, trochę innego świata, to jednak chciałabym pisać o realnych problemach, a nie da się o nich pisać, jak się nie zejdzie na ziemię. Więc jestem takim normalnym człowiekiem, który się zmaga z codziennością jak wszyscy. I ten kontrast mi też bardzo pasuje. Chciałabym też tutaj powiedzieć o moim synu młodszym, Tomaszu Chodorowskim. Pamiętam, kiedy Tomasz grał w teatrze jako młody chłopak.
Bardzo lubiłam taki moment, kiedy był na scenie i był zupełnie kimś innym. Trudno było poznać, że jest to mój syn, a później za chwileczkę się przebierał w normalne ubrania i jechaliśmy do domu. I ten kontrast tych dwóch światów był dla mnie i jest ważny. Tak jak powiedziałam, twórca musi stać na ziemi. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tylko w tych przestrzeniach moich wyimaginowanego świata przebywać.
[02:28:00] - Ale też wsparcie najbliższych jest ważne, prawda?
[02:28:04] - Bardzo. I myślę, że wszyscy moi domownicy to rozumieją. Tak jak mówiłam, mąż Tomek też ma swój świat, swoje zainteresowania i Krzysztof, starszy, z racji swojego zawodu aktorstwa też myślę, że to rozumie, bo też potrzebuje chwili na pobycie ze swoimi bohaterami. Także ja to wsparcie mam.
[02:28:29] - W takiej artystycznej rodzinie, myślę, że jest to właściwie obowiązek wspierania jeden drugiego. I to zrozumienie na pewno też jest większe niż wtedy, kiedy jeden twórca w rodzinie musi jakoś znaleźć swoje miejsce.
[02:28:45] - Dokładnie tak.
[02:28:46] - Była pani członkiem grupy pisarskiej założonej przez Jakuba Winiarskiego. „Jak minął twój pisarski tydzień?” Na czym polegało uczestnictwo w tym zrzeszeniu i czy ta grupa nadal działa?
[02:29:01] - Rzeczywiście to był bardzo ważny czas w moim życiu, kiedy należałam do tej grupy „Jak minął twój pisarski tydzień?” Jak można się domyślić, ten tytuł nie przypadkiem jest taki, jaki jest. Na tych spotkaniach, które odbywały się raz w tygodniu w kawiarniach, mieliśmy takie specjalne miejsce w kawiarni. To było gdzieś na Placu Konstytucji. Z tego, co pamiętam. Spotykaliśmy się w różnych miejscach, czytaliśmy powieści, analizowaliśmy te powieści. One nas mobilizowały do pisania, ale też uczyły pisać. Ta grupa już nie istnieje, ale na bazie tych spotkań powstały takie podgrupy, można powiedzieć, które spotykają się do tej pory i też analizują powieści, ale nie tylko wielkich autorów. Analizują i dzielą się swoimi wrażeniami. Jakby pisać lepiej, mieć pierwszych życzliwych odbiorców, zanim powieść ukaże się na świecie.
[02:30:04] - Bardzo interesujące i na pewno w jakiś sposób sprzyjające rozwojowi twórczemu. Jeżeli ludzie mogą się gromadzić i wymieniać swoimi doświadczeniami. Jak pani sądzi?
[02:30:16] - Tak jak mówiłam, bardzo miło wspominam ten czas i też się wiele nauczyłam. Czymś bardzo ważnym dla mnie było to, że osoby, które się tam spotykały też wspierały się nawzajem, bo to były nasze początki w wydawaniu powieści. Przecież jeszcze wtedy nikt nas nie publikował, więc to takie wzajemne wsparcie było nieocenione. Myślę, że ja dzięki wsparciu też głównego prowadzącego, czyli Jakuba Winiarskiego, wydałam „Struny pragnień”. Miałam różne rozterki, już chciałam zaniechać. Chciałam wyłożyć moją powieść do szuflady, ale jednak on mnie mobilizował i mówił, że to jest ciekawy temat, że na pewno znajdziesz wydawcę, tylko trzeba cierpliwości, że może coś tam jeszcze poprawić. To było bezcenne.
[02:31:06] - Czyli był takim promotorem, można by było powiedzieć, tej książki, prawda?
[02:31:10] - Tak, oczywiście. I myślę, że nie tylko mojej, ale i wielu osób. I to jest w jakimś sensie do tej pory. Myślę, że gdyby ktoś się do niego zwrócił z jakąś prośbą, też by pomógł. On w ogóle prowadził różne kursy pisarskie. Ja trafiłam do Jakuba właśnie do Akademii Wolnego Czasu. Jeszcze taka była organizacja. Tam Jakub mnie uczył pisania. To była taka jakby pierwsza organizacja, w której on zaczął działać. Organizacja pisarska, można powiedzieć.
W każdym razie później w Maszynie do pisania on chyba pracował. Także wiele osób nauczył pisania. Myślę, że są mu wdzięczne.
[02:31:55] - Ale nie tylko od niego pani pobierała nauki, bo ja wiem, że skończyła pani też scenariuszopisarstwo dla początkujących. Musi pani przyznać, to brzmi naprawdę interesująco. Jakie umiejętności zdobyła pani podczas zajęć na tym kursie i czy uważa pani, że przydały się one potem pani w pracy twórczej?
[02:32:19] - Powiem tak. Poszłam rzeczywiście na kurs scenariuszopisarstwo dla początkujących z taką myślą pisania scenariuszy. Ja jestem osobą trochę, można powiedzieć, niespokojną. Jak piszę powieści, to myślę sobie: „Ojej, może mi się jeszcze przyda taki kurs pisania scenariuszy.” Po kursie, mimo że napisałam jakiś scenariusz, bo na zakończenie pisaliśmy, to jednak nie zajęłam się scenariuszami. Jednak wróciłam do powieści i jakoś w tej chwili myślę, że na tym się skupię. Chociaż ponieważ mój syn starszy Krzysztof jest aktorem i reżyserem, to myślę, że w przyszłości być może jeszcze powrócę do pisania scenariuszy. Tylko musiałabym się chyba jeszcze troszkę podszkolić, bo ten kurs to są rzeczywiście takie podstawy.
[02:33:10] - Powiem tak, pani Moniko, skoro syn jest reżyserem i dwóch synów właściwie są aktorami, to ja myślę, że kiedyś jednak nastąpi ten czas, że będzie pani zmuszona coś dla dzieci zrobić. Oni nie wymuszają na pani tego, żeby pani się zmobilizowała, usiadła i napisała im porządny scenariusz?
[02:33:34] - Jeszcze się nie zmuszają. Chociaż wiem, że mój syn starszy Krzysztof myślał jakiś czas temu o zekranizowaniu „Sto pragnień", ale jeszcze nie mamy do końca pomysłu, jakby ten scenariusz napisać. Chociaż mamy gotowy tekst, więc być może to ma swoją przyszłość i coś się zrodzi.
[02:33:57] - Trzymam kciuki, bo już chętnie bym ten film obejrzała. A muszę powiedzieć, że niestety, jeżeli chodzi o literacką twórczość, to tak to mniej więcej wygląda, że pomysł gdzieś nam w głowie zaświeci, a potem musimy jednak długo go przetrawić i troszeczkę z nim pochodzić, żeby on mógł wybuchnąć w nas i był już cały gotowy do przedstawienia.
[02:34:24] - To prawda.
[02:34:25] - Monika Chodorowska „Niechciany spadek". Już od początku Hania zauważyła, że ciotka Małgorzata nie rzuca słów na wiatr. Rzadko sama zaczynała rozmowę. Podobała jej się pewność siebie ciotki, gdy o czymś mówiła. Nie było w jej odpowiedziach niczego zbędnego, niepotrzebnych ozdobników. W bardzo osobliwy sposób dzieliła się swoimi przemyśleniami. Tym, co rodziło się w niej podczas słuchania. Wypowiadane stwierdzenia nie raniły. Były jedynie informacją, którą w zależności od kondycji mówiącego albo się przyjmowało, albo nie. Hani udzielał się spokój ciotki, którego poszukiwała.
W jej towarzystwie problemy wydawały się maleć. Ciotka dawała jej jakąś moc, której źródła nie znała. A może po prostu pozwalając jej na bycie sobą, uruchamiała siłę, która w niej tkwiła. Hania nabrała ochoty zaopiekowania się sobą. Ciotka imponowała jej pod każdym względem. Nawet gdy milczały, były w kontakcie, jakby przenikały swe umysły. Obserwowała ją, zadając pytania. Małgorzata wydawała się zawsze gotowa do odpowiedzi, ale domagała się pytań konkretnych. „Jak to się stało, że nigdy cię nie poznałam, ciociu?" „Poznałaś, tylko nie pamiętasz." Hania przebiegła myślami różne sytuacje z dzieciństwa, ale nigdzie we wspomnieniach nie odnajdywała śladów ciotki. Wtedy usłyszała głos z głębi pokoju.
„Mamo, możesz przyjść?" „Przyjdź ty, jeśli masz sprawę" odpowiedziała na wezwanie ciotka. „Chcę ci coś pokazać." Małgorzata zniknęła na chwilę. A więc ciotka ma dzieci — pomyślała Hania i wyraźnie jej ulżyło. Czasami miała obawy, że powodem jej nieudanych związków są nadprzyrodzone umiejętności i że już do końca życia będzie samotna. Objawił się też syn Piotrek. Życie rodzinne kwitnie — pomyślała Hania. Miło było patrzeć na kobietę, która ma dobry kontakt ze swoimi dziećmi. Wyraźnie potrzebowały jej jako mentora, przewodnika. Choć było w Hani wielkie pragnienie zadania ciotce mnóstwa pytań, nie mogła u niej zabawić tyle, ile by chciała. Spojrzenie Basi, która wkrótce wynurzyła się z samochodu, było bardzo wymowne.
Nie mogła i nie chciała ignorować oznak jej słabej kondycji. Umówiła się na spotkanie na drugi dzień. Czytał Krzysztof Chodorowski.
[02:36:49] - Na pani stronie facebookowej natomiast królują zwierzęta. O synach nic tam nie znalazłam. Czy te zwierzęta są rzeczywiście tak ważne w pani życiu? Pytam dlatego, bo na dwóch pani okładkach również zobaczyłam wizerunki psów. To przypadek?
[02:37:10] - Rzeczywiście ja bardzo lubię zwierzęta, zwłaszcza pieski, chociaż koty też lubię, polubiłam. Zawsze miałam zwierzaki w domu. Jak byłam młoda, to miałam szczenię. Tu z mężem planowaliśmy zaadoptować jakiegoś zwierzaczka i on sam do nas przyszedł. Znalazłam na ulicy piękną sunię, która jest bardzo kochana i nie wyobrażam sobie teraz, jak bym mogła żyć tutaj bez niej. Natomiast dlaczego w książkach też królują pieski? Bo znajomy opowiedział mi taką historię, która jest autentyczną historią ze swojego życia. Ja troszkę wzdycham, ponieważ zawsze mówię, że nie zrobiłabym tego swojemu psu, chociaż nie ma to nic wspólnego z przemocą wobec zwierzaka. Ale ponieważ ta historia mnie bardzo zaciekawiła, to stwierdziłam, że wykorzystam ją w mojej powieści. I ten mój bohater Tot w „Niechcianym spadku", ta historia, jak trafił do głównej bohaterki, jest prawdziwa.
Nie chcę nic więcej zdradzać, natomiast mam taką maksymę na swojej lodówce. Zawieszkę, na którą często spoglądam i podoba mi się ten tekst. Tam jest napisane, że psy nie są naszym całym życiem, ale sprawiają, że staje się ono pełniejsze. Tak myślę też o tym.
[02:38:35] - Dom bez psa wydaje mi się zawsze pusty, bardzo smutny.
[02:38:39] - To prawda.
[02:38:39] - Pani też wiesza różne posty dotyczące właśnie adopcji zwierząt, psów ze schroniska.
[02:38:48] - Tak, to prawda, bo wydaje mi się, że jest tyle takich biednych zwierząt, które w tych schroniskach przebywają. I tak sobie myślałam, że gdyby każdy zaadoptował jedno, to naprawdę te schroniska by opustoszały i tyle byłoby szczęśliwych ludzi. Niektórzy po prostu nie znają też takiego życia ze zwierzętami i nie wiedzą, co tracą. Ponieważ zawsze nam jakoś towarzyszył taki zwierzak w życiu, to zachęcam do tego. Myślę, że nie byłoby wielu samotnych osób, gdyby zechcieli zaadoptować takie zwierzęta. Apeluję o to, bo rzeczywiście szkoda mi jest nawet tych starszych piesków, które mogłyby mieć godziwą starość w domu i ciepło.
[02:39:37] - Chcesz zlikwidować swoją samotność? Weź bądź kup psa.
[02:39:42] - Dokładnie tak. Myślę, że tyle piesków, że nawet nie trzeba kupować. Chociaż oczywiście gdyby ktoś chciał z hodowli specjalnie, ale jest dużo takich piesków, które są wspaniałe, są zwykłymi kundelkami, dadzą dużo radości ludziom. Ja mam mieszańca, sunię mieszańca yorka, ale bardzo dużo osób przystaje i pyta co to za nowa rasa, więc mówię mieszaniec.
[02:40:07] - Porozmawiajmy teraz o warsztacie twórczym. Interesuje mnie sposób, w jaki buduje pani postać. Czy starannie obmyśla pani intrygę? Czy zdaje się pani na łut szczęścia pisząc, pozwala myślom biec swobodnie w wybranym przez nie kierunku?
[02:40:25] - Zawsze plan mojej powieści, ale dziwnym trafem moi bohaterowie zaczynają żyć swoim życiem i biegną w zupełnie inne strony, niż planowałam. Stają się też innymi bohaterami. Trudno mi utrzymać ich na wodzy. Najlepiej w moim pisaniu widać moją nadpobudliwość. Także rzeczywiście ten mój warsztat jest, jakby tu powiedzieć, bardzo chaotyczny. Nie mogłabym tutaj udzielać rad młodym twórcom, jak pisać książki, ponieważ króluje chaos.
[02:41:04] - Dawno temu przeczytałam taki fragment listu Sienkiewicza, który pisał, nie pamiętam do kogo, że przy tworzeniu „W pustyni i w puszczy" pisał: ta książka pisze się sama.
[02:41:18] - Aha.
[02:41:19] - Ja tego nie rozumiałam.
[02:41:21] - Pani Krystyno, pocieszenie mnie.
[02:41:24] - Ja wtedy tego nie rozumiałam. Jak to sama się pisze? Co to w ogóle ma znaczyć? Ale kiedy mi zaczęli też się rozjeżdżać bohaterowie i gdzieś tam akcja szła nie w tą stronę, co sobie zaplanowałam, to już teraz wiem, co to znaczy, że książka pisze się sama. Rzeczywiście tak czasem bywa. Ale jak już się napisze i jest gotowa, to należałoby ją jakoś przeczytać. Dlatego chciałam się zapytać teraz o pierwszego czytelnika, który jest naprawdę ważny. Czy ma pani taką swoją zaufaną osobę, której zawsze oddaje pani w ręce nowe dziecko, to już skończone dzieło i prosi o przeczytanie, sprawdzenie, ewentualnie o jakieś uwagi?
[02:42:14] - Ja się tutaj uczyłam na doświadczeniach moich z pierwszą moją powieścią. To była taka powieść, bardzo chciałam, żeby ujrzała światło dzienne, ale jeszcze wtedy miałam marne narzędzia pisarskie i nie byłam pewna też tego, co napisałam. Uczyłam się bardzo pisać na tej powieści i dawałam zbyt wielu osobom do przeczytania i każdy miał swoje uwagi. I w końcu stwierdziłam, że to nie jest moja powieść, tylko chyba innych, którzy ją czytali. Więc stwierdziłam, że nie, że nie będzie tak, że daję ją wielu osobom, bo wiadomo ilu ludzi, tyle poglądów. To jest moja powieść. Więc teraz następne powieści daję zawsze mojej siostrze do przeczytania i ona też mówi mi, co tam nie gra. Znajduje takie pierwsze podstawowe błędy, jakieś niezgodności i czyści troszeczkę językowo, ale też mam wielkie zaufanie do mojej przyjaciółki i czasami jeszcze jej daję do przeczytania, bo ona ma też inne spojrzenie i już jak one przeczytają, to ja czytam jeszcze, sczytuję kilka razy. Po napisaniu ostatniej powieści wiem, że moja kolejna powieść jeszcze przejdzie tak zwany test czasu, czyli odłożę ją na kilka miesięcy, może dwa, trzy i przeczytam powtórnie, bo tak się zdarzyło, że znalazłam jednak dużo błędów. Może nie językowych, ale takich sformułowań, które może czytelnik niekoniecznie by zrozumiał, a rozumiem tylko ja.
Więc tak to wygląda u mnie.
[02:43:54] - Monika Chodorowska. Dar czy przekleństwo? Gdy serce o mało nie wyskoczyło jej z klatki piersiowej, była już pewna, co może być tego przyczyną. Prosiłam go, by tam nie szedł. Wiedziałam, że coś się stanie. Dlaczego nie posłuchał? Jej monolog był w tej chwili tylko krzykiem rozpaczy i niemocy. Bez wahania podjęła decyzję. Zależało jej, aby wślizgnąć się niepostrzeżenie do samochodu, by nie zauważył jej Todd. Na darmo.
Gdy wydawało jej się, że go przechytrzyła, musiała ostro hamować, bo nagle pojawił się na drodze. Niegrzeczny pies. Tylko będziesz przeszkadzał! Tłumaczyła, gdy wskakiwał do samochodu, choć tak naprawdę cieszyła się, że nie jest teraz sama. Dłonie prawie zlały się z kierownicą, którą tak mocno ściskały. Ciałem targały dreszcze niepokoju, gdy układała różne scenariusze. Jedna tylko myśl trzymała ją przy zdrowych zmysłach. Czuła, że Emil żyje. Boże, gdzie ja przyjechałam? Otrząsnęła się dopiero, gdy stanęła przed domem ciotki w Budach.
Roztargniona dziewczyna! Usłyszała głos babci. W sumie ten jeden raz mogła się z nią zgodzić. Wytężała umysł, by odtworzyć nazwę wsi, do której przyjechał Emil. Raciszkowo? Giczowo? Jakoś inaczej. Kopytkowo. Uświadomiła jej Dorotka, która była na podwórku, gdy podjechała. To daleko?
Będzie około 50 kilometrów. Martwiła się, że nie dojedzie na czas, że nie zdąży. Tylko na co? Jechała pełna obaw. Gdy wjechała do wsi, nie spodziewała się takiego widoku. Dym wypełniał coraz więcej przestrzeni. Gubiła się w nim. Zaburzał rzeczywisty obraz. Trudno było zlokalizować, co gdzie jest, ale cel, z jakim przyjechała, pomógł jej zmobilizować siły. Jechała wolno, przedzierając się przez wędrujących po omacku.
Szukała wzrokiem Małgorzaty. Gdy Todd zaskomlał na jej widok, cieszyła się, że go zabrała. Mądry piesek. Pogładziła go po głowie. Kroki z jednej strony przybliżały ją do krewnej, z drugiej coraz mocniej odciągały. Dobrze wiedziała, co oznacza to uczucie. Pojawiło się, gdy odchodziła mama. Spojrzenie ciotki nie pozostawiało złudzeń. Silne przeświadczenie, że za moment wydarzy się coś, co sprawiło, że nie będzie już tą samą osobą, osłabiło ją na tyle, że dziewczyna osunęła się na ziemię. „Haniu, Haniu!” Poznawała ten głos, choć nie mogła go teraz słuchać.
Małgorzata przycisnęła ją mocno do siebie. „Uratował dzieci” – szepnęła do ucha. „Jakie dzieci? O czym ty mówisz?” Hania się wyrwała. Krewna wskazała na chłopca i dziewczynkę stojących nieopodal. Hania przyglądała się im dłuższą chwilę, jakby była w letargu. Były takie brudne, smutne i niczyje, jak ona. Żal ścisnął ją za serce, łzy popłynęły strużką. „Nie zniosę tego” – pomyślała, a potem krzyknęła z tak mocnym przekonaniem: „On żyje!” Gdyby tylko to była prawda. Czytał Krzysztof Chodorowski.
[02:46:48] - Pani pierwsza powieść „Struny pragnień” porusza trudny temat: autyzm. Jako terapeutka z pewnością spotkała się pani z poważnymi problemami ludzi dotkniętych spektrum autyzmu i z członkami ich rodzin. Czy opisana w „Strunach pragnień” historia jest autentyczna, czy może złożona z wielu poznanych przez panią wydarzeń i w ten sposób stworzona całkiem nowa narracja?
[02:47:19] - We Franka, bohatera powieści, włożyłam wszystkie swoje doświadczenia pracy z dziećmi z autyzmem. Przez lata pracowałam w przedszkolu integracyjnym, przyglądałam się, widziałam, z czym się mierzą. I postanowiłam o tym napisać swoją powieść. Franek to nie jest postać, która istniała, ale jest w nim wiele postaci, wiele dzieci z autyzmem i wiele ich różnych zachowań. Tak naprawdę ta moja opowieść o autyzmie, mimo że jest to ciekawy temat i troszkę ciągnie w stronę problemu autyzmu, mi bardzo zależało, żeby moimi bohaterami byli rodzice. Niekoniecznie dzieci z autyzmem, a rodzice. Dla mnie rodzice dzieci z autyzmem są prawdziwymi bohaterami, ponieważ oni naprawdę mają trudne życie. Dzieci z autyzmem mają całą paletę zachowań, których trzeba się nauczyć, żeby z nimi żyć. To są w ogóle bardzo ciekawe osoby, które nas zmuszają do sięgania głębiej, do zaglądania do człowieka, że nie możemy spocząć na laurach. Nie możemy już powiedzieć, że wiemy wszystko o człowieku.
One zmuszają do myślenia, do refleksji nad życiem, że może rzeczywiście można żyć z osobami, które inaczej się zachowują. Natomiast rodzice zmagają się z wieloma problemami. Bardzo mi zależało, żeby ich uhonorować. Ja w tej powieści piszę też o terapii behawioralnej, której został poddany Franek, mój bohater. To było dawno, pisałam wcześniej tę powieść, w 2019 ją dopiero wydałam. W tej chwili moje patrzenie na autyzm i różne terapie się zmieniło. I ja nie uważam, że istnieje tylko jedna terapia dla dzieci. Ja uważam, że do każdego dziecka należy podejść indywidualnie i dostosować do niego terapię. Dzisiaj bym pewnie troszkę inaczej napisała o tym.
[02:49:31] - Autyzm to bardzo poważny temat. Ludzie, którzy się muszą z nim zmierzyć, obojętnie czy sami są pod wpływem tego autyzmu, czy z kolei mieszkają, obcują z ludźmi autystycznymi, trzeba posiadać wiedzę na temat tej inności.
[02:49:49] - Tego zaburzenia.
[02:49:49] - Tak.
[02:49:50] - Bo to jest nie choroba.
[02:49:51] - Nie choroba, właśnie.
[02:49:52] - Zaburzenie rozwojowe.
[02:49:54] - Właśnie nie chciałam użyć tego słowa, bo wiem, że to nie jest choroba.
[02:49:57] - Nie, bo z choroby można wyzdrowieć. Jak ktoś jest chory. Bo dzieci z autyzmem odbierają świat bardziej niż my, ponieważ mają taką nadwrażliwość zmysłową i one czują więcej. Widzą, słyszą dźwięki i to, co czują i to, co widzą, nakłada się na siebie. I stąd często takie różne zachowania, może takie nieaprobowane przez nas, ale po prostu nasz świat powinien się do tego dostosować. To my powinniśmy iść naprzeciw dzieciom. Nie one mają się do nas dostosować, tylko my do nich. I jest na to sposób. Jest mnóstwo terapii, jakieś tam ograniczanie bodźców tak, żeby dzieci z autyzmem mogły funkcjonować.
[02:50:42] - To w ogóle nie tylko o dzieciach, ale w ogóle o ludziach z autyzmem, bo dorośli ludzie też przecież funkcjonują.
[02:50:49] - Jasne.
[02:50:50] - Myślę, że jeżeli uczymy się przebywać z nimi, to i oni potem lepiej sobie radzą w życiu i czasem naprawdę mogą całkiem dobrze funkcjonować jako dorośli. Bierze pani udział w spotkaniach, targach i innych imprezach, których głównym celem jest propagowanie czytelnictwa oraz zintegrowanie literackiej społeczności. Jak ocenia pani tego typu wydarzenia i czy uważa je pani za stratę czasu, czy może za spiritus movens dający wiarę w sens pisarskiej pracy?
[02:51:27] - Zdecydowanie to drugie. Spiritus movens. Dlaczego? Ja w ogóle uwielbiam spotkania z czytelnikami. Jeżdżę na targi książki już od kilku lat. Właśnie tam podchodzą do nas czytelnicy, czy my wychodzimy do czytelników, chcąc poopowiadać o swoich powieściach. Zachęcamy ich do historii, do wniknięcia w nasze światy. I w tym roku w Krakowie spotkała mnie wielka niespodzianka. Zresztą nie tylko mnie, ale moje koleżanki również, które jeżdżą na targi książki do naszego wydawnictwa, bo ja wydaję książki w wydawnictwie Laki. Przychodziły osoby, które już poznały nasze książki, powieści, które na nas czekały.
Ja poszłam w którymś momencie na obiad i dzwoni do mnie telefon, że czeka na mnie czytelniczka. Jakże to było miłe. Rozmowy z czytelnikami o naszych powieściach, ale nie tylko, o życiu. Zwierzenia różne to jest coś, co buduje mnie bardzo jako autora. Uwielbiam takie kameralne spotkania z czytelnikiem, wymianę zdań, czy krótką, czy dłuższą, ale po prostu wiem wtedy, dla kogo piszę. Żywa osoba stoi przede mną i po takiej rozmowie ja jestem tak naładowana energią. Ja, wracając z targów, mam pomysły na dalsze książki. Nawet trzy.
[02:52:57] - Bardzo się cieszymy w takim razie. Proszę państwa, moim i państwa gościem była dzisiaj pani Monika Chodorowska. Nauczycielka, terapeutka, a przede wszystkim pisarka. Osoba niezwykle ciepła, pogodna i chętna do niesienia pomocy. Miłośniczka zwierząt, autorka opowiadań, powieści i artykułów prasowych. Baczna obserwatorka życia, a przede wszystkim człowieka, którym jest zafascynowana. Pani Moniko, spotkanie z panią było naprawdę bardzo miłe i mam nadzieję, że nasi słuchacze również tak uważają. To ogromne przeżycie móc z panią porozmawiać. Życzymy pani i pani całej rodzinie wielu sukcesów we wszystkich dziedzinach i mamy nadzieję, że będziemy mogli już niedługo zapoznać się z nowymi pozycjami spod pani pióra. Dziękuję bardzo za poświęcony nam czas i życzę pani, pani Moniko, dobrej, spokojnej nocy.
[02:54:03] - Ja również bardzo dziękuję za poświęcony czas wszystkim słuchaczom i pani bardzo za prowadzenie ze mną ciekawej rozmowy. I oczywiście już coś tworzę, ale nic nie będę zdradzała. Natomiast mogę tylko powiedzieć, że moje książki będą zawsze miały w sobie nutę psychologiczną, poruszały jakieś problemy, ponieważ uważam, że ja stoję jednak mocno na ziemi. Uważam, że życie niesie ze sobą dużo różnych trosk, ale będą też optymistyczne, bo widzę również jasną stronę życia. Dobranoc pani, dobranoc państwu.
[02:54:43] - Ja również bardzo pani dziękuję za spotkanie. Czekamy na książki i życzę państwu i pani spokojnej, dobrej nocy. Dobranoc.
[02:54:51] - Dziękuję bardzo. Dobranoc.
[02:54:56] - Kiedy zapowiadałem Alchemię Tworzenia i miasteczko Bredni, mówiłem o niespodziance. To teraz jest czas na tę niespodziankę. Kiedy zacząłem publikować w Bibliotekarium te odcinki tworzone przez Katarzynę Prychacz, świadomie zacząłem od drugiej serii, bo w drugiej serii coś się zmieniło i Katarzyna zaczęła pokazywać, jak można bawić się literaturą. W drugiej, trzeciej serii również. Świadomie nie zaprezentowałem państwu serii pierwszej, a seria pierwsza pokazuje, że Katarzyna Prychacz nie tylko bawi się literaturą, ale ma też głęboką świadomość tego, czym literatura, nawet ta tworzona przez ludzi, którzy dopiero zaczynają, w istocie jest. Dzisiaj zaczynamy, proszę państwa, publikację pierwszej serii Alchemii Tworzenia. Dzisiaj odcinek zatytułowany Wizje i cele. W tej pierwszej serii Alchemii Tworzenia dowiecie się państwo o wielu technicznych szczegółach pisania. Będzie oczywiście sporo humoru, ale tak naprawdę ten pierwszy sezon służył formowaniu przyszłego pisarza albo przynajmniej człowieka, który chce zmierzyć się z materią pisarską. Myślę, że to równie ciekawe będzie jak zabawa literaturą.
Zapraszam zatem bardzo serdecznie i życzę wielu pisarskich refleksji.
[02:56:42] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie witam was na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Pozwólcie zatem, że zacznę od cytatu. Cytat ów sporządzony został przez Salvadora Dali. To taki malarz surrealista. Dla mnie osobiście idealny przykład takiego wzorca, jeżeli chodzi o rozwój kreatywności. Zapewne nieraz jeszcze zasięgnę inspiracji właśnie w jego słowach. Dzisiejszy cytat brzmi:
[02:57:39] - Kiedy Dali ma wizję, nie staje się ona efemeryczna, lecz betonowa. Jak można po cytacie się domyślić, dzisiaj na tapet weźmiemy wizję, a konkretniej cele i wizje. Myślę, że to świetny temat na pierwszy odcinek naszej audycji, jako że jest to właściwie coś, od czego warto byłoby zacząć każdą podróż. Lubię sobie myśleć o sobie jako o autorze w ten sposób, że to ja jestem bohaterem, a dzieło, które tworzę, jest podróżą. Nie patrzę na to jak na rzecz, którą muszę zrobić, odfajkować, osiągnąć. Tylko jak, może i faktycznie ostateczny cel podróży, ale przede wszystkim on ma mnie przeprowadzić przez te wszystkie nowe doznania, doświadczenia i wnioski. Jeżeli w ten sposób zaczniecie patrzeć na to, co tworzycie, może się okazać, że w sumie to pisanie będzie całkiem niezłą przygodą, a nie udręką. Skoro już jestem przy tym słowie, otrzymałam od Marka Żelkowskiego niektóre problemy pisarzy, które wyniknęły gdzieś na warsztatach. I teraz zacytuję wam jeden z tych problemów. Myślę, że my wszyscy, bracia i siostry pisarze, w pewnym momencie swojego twórczego życia zmierzyliśmy się z podobnymi problemami.
Zatem postaram się coś poradzić wam na ten dość złożony problem, bo tu właściwie mamy w jednym problemie kilka problemów. A zatem uwaga, cytuję: „Dlaczego czasami jest tak, że tekst dosłownie sam się pisze? Wszystko wydaje się jasne, proste i nagle przychodzi taki moment, że tracę zainteresowanie tą historią. Dosłownie przestaje mnie kręcić. Wtedy zakończenie opowiadania staje się udręką, ale jego porzucenie też jest złym wyjściem, skoro poświęciło się mu czas i energię”. Koniec cytatu. Słuchajcie, problem, jak mówiłam, dość złożony i myślę, że odniosę się najpierw do niego po kolei, a potem coś wam podpowiem tak ogólnie. Tutaj w pierwszym zdaniu: „Dlaczego czasami jest tak, że tekst dosłownie sam się pisze?” Często jest tak, że możemy siąść, jest wena, jest flow i tekst się sam pisze. Tylko pytanie jest takie, czy mogę wcześniej, chociaż trochę przemyśleliśmy, chociaż trochę zaplanowaliśmy, czy poszliśmy na żywioł? Bo mówi się, że samo to się nic nie zrobi i tak samo tekst się sam nie pisze.
Jakby to tak prosto ująć, w procesie twórczym mamy coś takiego jak boksy skojarzeniowe. To są właśnie takie punkty zaczepienia, gdzie nasz umysł po prostu sobie z nich korzysta i nam podrzuca jakieś pomysły. I to jest właśnie to coś, że niby się tekst sam pisze. Czyli właściwie to jest taka niekontrolowana inspiracja, która wychodzi gdzieś z waszej głębi, z waszych doświadczeń, przemyśleń. Oczywiście, że jest to cudowne i każdy, kto doświadczył tego uczucia, to wie, o czym mówię. Natomiast oczywiście, że to ma jeden wielki minus, a właściwie taki, że w momencie, kiedy flow się skończy, tracimy zainteresowanie historią. Jest to coś, co faktycznie jest trochę jak taki strumień myśli. Strumień myśli polega na tym, że jest strumieniem, a to oznacza, że raczej nie powinno się go zatrzymywać. Więc albo wtedy siądźcie i po prostu przesiedźcie te parę dni i napiszcie całą powieść czy całe opowiadanie, albo faktycznie ten strumień przekierujcie na planowanie tego, co robicie. Jedno i drugie rozwiązanie jak najbardziej jest na plus.
Dopóki wam będzie działać. Natomiast co do samego przejęcia, że tak powiem, kontroli nad strumieniem, to jest temat rzeka. Temat strumień. Myślę, że jeszcze nie raz do tego wrócimy. Natomiast tutaj jeszcze chciałam zwrócić uwagę na to zdanie, że zakończenie opowiadania staje się udręką. I teraz, bo tu właśnie wpada ten kolejny problem. Problem takiej autopresji. Tego, że mieliśmy napisać opowiadanie, zaczęliśmy i był pomysł i wszystko leciało, i nagle emocje opadły, premia opadła, ale opowiadanie trzeba zakończyć. I sami się gdzieś wewnętrznie ciśniemy i zmuszamy do tego, że trzeba. Weź siądź i napisz i skończ to wreszcie.
I wiadomo, że jeżeli kiedykolwiek ktoś w życiu was do czegoś zmuszał i nie byliście to wy sami, to doskonale wiecie, jakie to wzbudza w was emocje. I wyobraźcie sobie, że w momencie, kiedy wy sami się do czegoś zmuszacie, to macie te same emocje, tylko nie do końca je od razu tak samo czujecie, bo są wewnątrz was. Czyli presja jest ze środka i emocje są w środku. I jak wiadomo, nie wspiera to ani procesu twórczego, ani dobrego samopoczucia, ani niczego innego, a wręcz zniechęca was do waszego dzieła. A tego chyba nie chcemy, nie? To nie jest fajne. Także słuchajcie tutaj patrzę, co nam jeszcze na koniec zostało. A no i że porzucenie tego jest złym wyjściem, skoro poświęciło się mu czas i energię. Tak, ja się z tym zgadzam. Ja nie porzucam tego, co tworzę, bo nigdy nie wiem, czy to, co tworzę nie przyda mi się za jakiś czas.
Więc wam też polecam zastosować taką technikę zamrażania w czasie. Jeżeli faktycznie tu i teraz nie jesteście w stanie sobie z czymś poradzić czy czegoś dokończyć, to to zostawcie. Dajcie temu ochłonąć. Nie wyrzucajcie tego, absolutnie nie, bo może to czasami wam się przydać właśnie albo do tego wrócicie i skończycie, albo okaże się, że to przerobicie czy połączycie to z czymś innym. Dobra, słuchajcie, i teraz przejdźmy do takich krótkich może podpowiedzi, jak można byłoby sobie poradzić właśnie z takim-- właściwie chyba największym tu problemem jest utrata zainteresowania swoją własną historią. W sensie tą, którą piszecie. I tutaj właśnie myślę, że idealną odpowiedzią na to są właśnie i wizje, i cele. Jeżeli mieliście gdzieś styczność kiedyś tam z rozwojem osobistym, to pewnie w pierwszej chwili ktoś was tam uderzył tym, że trzeba cele rozpisywać i tak dalej, i tak dalej. I powiem tak: jest to przydatne i zachęcam, żebyście spróbowali sobie takie rzeczy wypisać. Natomiast dobrze wiedzieć, po co je wypisywać.
I właśnie po to jest nam potrzebna wizja. W momencie, kiedy nie wiecie, co chcecie tak naprawdę osiągnąć i po co daną rzecz piszecie i jak ona ma wyglądać ostatecznie i o co z nią chodzi, no to ciężko wam będzie też ustawić sobie te poszczególne cele pojedyncze, takie kroki, którymi to osiągniecie. Dlatego zanim zaczniecie wypisywać cele, pomyślcie nad takim swoim— jak już wcześniej wspominałam, że w założeniu, że jesteśmy bohaterami. Czy lubicie schemat podróży bohatera, czy nie, to spróbujcie sobie pomyśleć, bo to są elementy właśnie z czegoś takiego. Załóżcie, że jesteście bohaterami swojej własnej historii i macie quest. Tym questem, tym zadaniem nowym na waszej liście zadań do zrealizowania jako bohater jest wasze opowiadanie. Ono jest takim swoistym wezwaniem do wyprawy. I teraz, jak już jesteśmy przy wezwaniu do wyprawy, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: co chcę osiągnąć? Czyli mamy sobie to opowiadanie. No i zanim zaczniemy, to pomyślmy, co my nim chcemy osiągnąć.
Nie wiem, czy to będzie jakaś lekcja, którą chcecie przekazać czytelnikom, czy po prostu będzie to świetna historia, która gdzieś wam się zrodziła i zarys zrodził się wam w głowach. A może jest to mega ciekawy bohater, którego po prostu chcecie przedstawić odbiorcy i pokazać, jaki to on jest fajny i w ogóle z każdej strony go można obejrzeć. Pewnie wymyślicie jeszcze milion innych rzeczy i do tego zachęcam i jestem przekonana, że to zrobicie. Pomyślcie właśnie, wiecie, każdy pod siebie. Ja tu rzucam ogólne przykłady. I drugie pytanko w tym wyzwaniu, znaczy w tym wezwaniu do wyprawy: co dam tym, co robię innym? Czyli w dużym skrócie jakie korzyści mogą odnieść z tego inni? Bo jakie wy odniesiecie, no to to sami doskonale wiecie. Przy okazji możecie sobie to też wypisać, to nie zaszkodzi. Natomiast bardzo ważne jest to, żebyście wiedzieli na przykład, co dostanie od was czytelnik.
Jakie mu chcecie dać emocje? Jakie chcecie dać mu wrażenia? A może kryje się w tym projekcie, który robicie coś więcej? Może chcecie mu dać po prostu zajawkę, która sprawi, że będzie chciał wejść w wasze projekty, w wasze uniwersum głębiej. Dobrze, jakbyście sobie to sprecyzowali. Wręcz pomyślcie z perspektywy odbiorcy, jakbyście sami byli tym czytelnikiem i czego wy byście oczekiwali od takiego autora. Jak już tak doprecyzujecie sobie to, obejrzycie z każdej strony wezwanie do wyprawy, to będzie wam dużo łatwiej stworzyć wizję tę ostateczną, jak to wszystko osiągnąć. I tu właśnie przechodzimy do tworzenia wizji. Jeżeli chodzi o wizję, no to pierwsze pytanko, które możecie sobie zadać, to: jak się czuję po zrealizowaniu tego projektu? To wam pomoże pozbierać emocje, które chcielibyście faktycznie czuć po tym wszystkim lub które może już nie raz osiągnęliście coś takiego i znacie te emocje, tak?
Ale dobrze, żebyście je przywołali, tym bardziej jak już kiedyś one były. Dobrze, żebyście myśląc o tym, przywołali sobie te emocje. I teraz uwaga, bo może dla większości, dla niektórych to brzmieć jak jakaś tam czarna magia czy w ogóle jakieś dziwne rzeczy. Słuchajcie, to jest prosta technika psychologiczna. Nasz umysł tak działa. Dlatego na przykład wspominamy dobre rzeczy, bo te wspomnienia dają nam dobre takie uczucie w środku. I warto, żebyście właśnie planując swoje projekty, też bazowali po prostu na takim zwykłym mechanizmie. To jest coś naturalnego dla każdego z nas, więc dobrze, żebyście się skupili właśnie na tych miłych, przyjemnych rzeczach w tym pytaniu. I dalej kolejne pytanko: czego potrzebuję, żeby to osiągnąć? I tutaj właśnie wchodzimy w takie zbudowanie swoich zasobów.
Wiecie, że jesteście bohaterem. Ruszacie na quest. No to dobrze sobie mieć ten plecaczek, sakwę czy torebkę bez dna, cokolwiek wolicie. I żeby zastanowić się, czym dysponujecie. I tutaj chodzi mi o to, że na przykład wasze jakieś umiejętności, może właśnie jakieś elementy tego opowiadania czy tej powieści, nad którą pracujecie, które macie opracowane. Możecie w nie zajrzeć. Może je trzeba spisać. Może w tym kroku okaże się, że potrzebujecie jednak stworzyć coś takiego. Co więcej, może potrzebujecie jakichś specjalnych warunków, na przykład świetnego, ulubionego, ukochanego trunku w waszym ulubionym kubku. A może dobrego oświetlenia?
A może pory dnia? Pory nocy? Może miejsca? Wiem, że dzisiaj niektóre miejsca mogą być utrudnione. Sama uwielbiam przesiadywać godzinami w kawiarniach. Przechodzący ludzie i wiecie, taki chaos zewnętrzny bardzo mnie wycisza i sprzyja inspiracji. Natomiast to samo mogę osiągnąć, siedząc na przykład na balkonie lub przy drzwiach balkonowych, bo na Śnieżku długo się nie posiedzi niestety. Więc wiecie, znajdźcie sobie. Jeżeli nie możecie czegoś bezpośrednio, szukajcie zamienników. Chodzi o to, żeby były te same emocje, te same uczucia i odczucia.
Co więcej, w zasobach mogą też być ludzie. Może jednak potrzebujecie porozmawiać z kumplem, żeby was ocenił? A może potrzebujecie jednak porozmawiać z ekspertem? Może piszecie jakieś kryminalne opowiadanie i może warto byłoby porozmawiać z lekarzem albo z policjantem, ze śledczym czy z patologiem. Gdzie tam macie dostęp. Albo poszukajcie grup na Facebooku czy w innym miejscu w internecie. Pomyślcie, to może być cokolwiek. To może być obecność waszego zwierzaka obok gdzieś. Wypisujcie wszystko, co po prostu poczujecie, a potem je sobie te wszystkie elementy pozbierajcie oczywiście. I tutaj mamy jeszcze ostatnie pytanko, jeżeli chodzi o wizję.
Myślę, że jedną z ważniejszych, czyli jakie kroki muszę poczynić, żeby to osiągnąć? Żeby to wszystko zrealizować? I tutaj właśnie wchodzimy w te cele. Natomiast słuchajcie, oczywiście, że możecie sobie doczytać o tym w internecie i każdy cel tam zaplanować, bo on faktycznie, żeby cel miał sens, musi mieć jakieś cechy. Natomiast myślę, że w kontekście planowania fabuły te cechy nie będą aż tak istotne. Warto, żebyście sobie po prostu to potraktowali jak takie kamienie milowe. Nie wiem, czy w nomenklaturze związanej z grami będą to takie checkpointy czy autosave'y. Słuchajcie, dobrze jest to sobie wypisać, bo wtedy też nawet jak utkniecie czy będziecie mieli słabszy dzień, to będzie wam łatwiej wykrzesać jednak tę motywację, żeby jednak z tym ruszyć, żeby popchnąć rzeczy dalej do przodu. A skoro już wiecie, dokąd zmierzacie, macie zasoby i wiecie, jak to osiągnąć, no to słuchajcie, jesteście ready to go. Gotowi na wyprawę.
I tutaj jeszcze wam powiem o jednej rzeczy, która właśnie tutaj padła, czyli ten moment tracenia zainteresowania historią. Oczywiście, jak już wszystko macie zaplanowane, może i macie też ten flow przekierowany, może wstrzymany i czekacie na lepszy czas. To jest bardzo indywidualna kwestia. Natomiast czasami może się zdarzyć tak, że czujecie się znudzeni tym, co piszecie. Tutaj mam dla was kilka podpowiedzi, jak moglibyście przygotować się nawet na takie dni, żeby w sobie wzbudzać tę inspirację swoimi treściami, projektami. Między innymi, jeżeli mówimy o pisaniu fabularnym czy pisaniu kreatywnym, no to mamy tutaj coś takiego jak opracowanie bohatera. Możecie sobie go po prostu rozrysować, rozpisać. Pomyślcie nad nim. Pomyślcie, co on ma w głowie, co czuje, czym się interesuje. Wiecie.
Wypiszcie to. Stwórzcie sobie taki katalog czy jakąś kartotekę na swoich bohaterów. Bo właśnie w chwilach takiego zacięcia się może być tak, że na przykład jakieś backstory waszego bohatera czy może jakaś trauma z przeszłości sprawi, że zainspirujecie się i pomyślicie, że może ten moment, w którym utknęliście, to może tam trzeba wrócić taką scenę, na przykład retrospekcji, żeby trochę to tam poturlać dalej. A może właśnie to, co zaplanowaliście dla bohatera w przyszłości, może właśnie w pewien sposób mogłoby się powiązać z tą traumą. Tak że wiecie, dobrze jest gromadzić informacje, teczki na swoich bohaterów. Tak samo, jeżeli chodzi o opracowywanie uniwersum. Nie wiem, czy piszecie taki jednorazowy strzał, że tak to ujmę, czy planujecie na przykład z tego opowiadania tworzyć zbiór opowiadań w danym uniwersum, a później wydać na przykład powieść też w tym uniwersum. Tak czy siak rozpisujcie uniwersum, bo może być tak, że na przykład znowu utknęliście. Wchodzicie sobie w kartotekę czy przeglądacie mapy uniwersum i tak dalej. No i okaże się, że jest tam lokacja, o której zapomnieliście albo jej nie użyliście do tej pory.
A może właśnie ta lokacja pozwoli wam popchnąć daną scenę, na której stoicie dalej. Dobra, słuchajcie, co ja tu mam jeszcze? Mam coś takiego jak spacery w butach bohaterów. Tutaj chodzi mi o to, że jeżeli na przykład macie już zaplanowane to uniwersum i tych swoich bohaterów, to spróbujcie dosłownie w nich wejść tak, jakbyście chcieli wejść w ich buty, patrzeć ich oczami, czuć to, co oni czują, być nimi chociaż przez chwilę i sobie chodzić po tym uniwersum. Jeżeli tak będziecie przekierowywali perspektywę, to bardzo możliwe, że zauważycie coś, co wy jako autor, stwórca z góry może tego od razu nie widzieliście, a jako użytkownik tego, co tworzycie, może będziecie mieli inne wnioski czy inne obserwacje. Dalej mam jeszcze coś takiego jak tworzenie ręcznych map i notatek. I teraz oczywiście, że mapy rysowane ręcznie czy w programach graficznych mapy uniwersum spoko. Natomiast tutaj mam na myśli mapy skojarzeniowe, mapy myślowe, czyli pewne schematy, na których opieracie później danego bohatera czy dane uniwersum, czy dane nazwy czegoś. Oczywiście, że warto mieć to też w formie elektronicznej, bo jest to na pewno wygodniejsze, ale zachęcam was, żebyście jednak rysowali na przykład pierwowzór takiej mapy czy tworzyli pierwowzory notatek też ręcznie. Jeżeli spisujecie sobie szybkie notatki w telefonie, to załóżcie sobie jakiś zeszycik i przepisujcie.
Chodzi o to, że wchodząc w bezpośrednią relację z tym, co tworzycie, zupełnie inaczej będziemy do tego podchodzić. Zupełnie inaczej reagują nasze emocje i odczucia związane typowo z ciałem czy budowania wspomnień. Sami wiecie, że jeżeli byście siedzieli ileś godzin przed laptopem, a ileś godzin przed zeszytem czy książką, to jednak oczy męczą się w trochę inny sposób. I to właśnie o to chodzi, żebyśmy odpoczęli od elektroniki, od szumów, szmerów i promieniowań. Chodzi mi tutaj o to światło ostre, a sobie siedli na spokojnie przy kartkach papieru, najlepiej przy świetle dziennym lub przy żółtym świetle wieczorami. Ale to też dłuższy temat. W dużym skrócie to dobre dla mózgu. Próbujcie. I ostatnie, co tutaj wypisałam jeszcze, to budowanie relacji emocjonalnej z elementami składowymi, a nie z efektem końcowym. I tutaj mam na myśli właśnie to, że żebyście nie myśleli o tym opowiadaniu jako o jakiejś jednej wielkiej całości i myśleli, kiedy je skończycie i wręcz nie mogli się doczekać, kiedy je skończycie, bo ono jest takie super i w ogóle.
To jest okej. Natomiast pomyślcie trochę o tych częściach składowych, z czego to opowiadanie się składa, jakie ma elementy fabuły, jakie ma elementy rozwoju postaci, jakie ma w ogóle postaci. I żebyście poświęcili trochę czasu tym elementom, dzięki czemu zżywacie się emocjonalnie jeszcze bardziej z tym opowiadaniem tak od środka. I to właśnie też pozwoli wam łatwiej łapać te inspiracje. Jeżeli gdzieś traficie na te gorsze momenty, to dużo trudniej będzie wam to porzucić. To z kolei sprowokuje was do wymyślenia rozwiązania. Okej, skoro nie chcę tego porzucić, to co mam zrobić, żeby tego nie porzucać? I zadawajcie sobie dosłownie te pytania i sobie na nie odpowiadajcie, bo to też właśnie prowokuje wasz umysł do szukania rozwiązań i nie tylko tych najprostszych, czyli na przykład rzuć to w ogóle, nie przejmuj się tym i zacznij od nowa albo zrób nowe. Tylko będziecie generowali te twórcze rozwiązanie, czyli jak to zrobić, jak to przerobić lub co tutaj dobudować, żebyśmy mogli przejść na przykład tym mostem gdzieś dalej. I słuchajcie, jak to wszystko, bo zaczęłam od cytatu, który właśnie mówił o tym, że Dali miał wizję nie efemeryczną, tylko betonową.
Nie wiem, jak on sam to rozumiał, ale chcę wam powiedzieć, jak można by ten cytat sobie na swoją korzyść zrozumieć. Otóż zwykle właśnie nieopracowana wizja jest wizją efemeryczną, czyli taką ulotną. I tutaj chodzi o to, że to jest trochę też jak z tą legendarną weną, która albo się pojawia, albo się nie pojawia i tak dalej. Jeżeli czegoś nie uziemicie, jeżeli czegoś nie zatrzymacie, to jest naturalne, że to się ulotni, że to odleci. I żeby takie wizje sobie zbudować, żeby one miały fundamenty, to warto rozpisywać to, co wam mówiłam wcześniej. Warto się nad tym zastanawiać, warto to troszeczkę zaplanować. Czasem pomysł na opowiadanie rozpisać to już będzie wam naprawdę dużo robiło. I dzięki temu, nawet jeżeli na drugi dzień się obudzicie i nie będzie tej wizji i tego flow, to możecie go łatwo przywołać. Nawet taką iskierkę tego byłego flow przywołać właśnie czytając te notatki. Także polecam.
Polecam. Próbujcie. Natomiast nie wierzcie mi na słowo. Spróbujcie, przemyślcie i potem jeszcze raz spróbujcie, bo wiadomo, nie każdemu będzie działało to samo. No i słuchajcie, my już chyba zbliżamy się ku końcowi, więc zaraz tutaj po mojej audycji pewnie będziecie mieli z 15 minut muzyczki. Ewentualnie uruchomcie jakąś swoją muzyczkę, bo chcę was zostawić z takim ćwiczeniem kreatywnym właśnie na takie pobudzanie wizji, wizualizacji. Ale wiecie co? Zanim ćwiczenie, żeby was nie wybijać, to wspomnę wam jeszcze, że jeżeli chcielibyście o coś dopytać, jeżeli coś warto byłoby powtórzyć, czy macie też jakiś problem, który chcielibyście, żeby tutaj sobie go omówić i z nim się rozprawić, piszcie na mail radia czy na fanpage'a wiadomość. Ewentualnie możecie mnie namierzyć zarówno na moim profilu osobistym. Wpiszcie Katarzyna Krychacz i pewnie taka tam dwukolorowa, dwugłowa osoba się wam pojawi.
Ewentualnie zapraszam was też na mój kanał na YouTubie. To jest Backstage Stwórcy. I tam mówię o różnych mechanizmach związanych z kreatywnością. Podrzucam też ćwiczenia kreatywne czy robię kreatywne impro. Pokazuję jak się bawić konwencją, jak się inspirować. Oczywiście trochę rzeczy technicznych związanych z budowaniem czy tworzeniem bohaterów czy uniwersum też tam znajdziecie. Swoją drogą ostatnio wrzucałam coś jak studium bohatera. Też bardzo zachęcam. To jest na podstawie moich materiałów, które opracowałam, ale jak najbardziej wszystko tam możecie sobie zobaczyć. Możecie sobie tam podsłuchać i może akurat wam też to będzie działało.
Dobra moi drodzy, teraz siądźcie sobie wygodnie i naprawdę zachęcam, żebyście chociaż 10 minut poświęcili sami dla siebie nad takim rozważaniem. A ja już się żegnam i życzę wam dużo inspiracji. A teraz ćwiczonko. Gdyby ciocia miała wąsy, byłaby wujaszkiem. A co by było, gdyby Popielniczka miała skrzydła?
[03:22:55] - Tak, proszę państwa, wakacje mają swoje prawa. To już koniec Bibliotekarium wakacyjnego wydania. Jesteśmy gdzieś tak po połowie lipca, czyli jeszcze sporo tych wakacji przed nami. Tym bardziej, że my jedziemy według rozpiski akademickiej, zatem wrzesień to też wakacje. Ja państwu pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że będziecie państwo mile spędzać cały weekend. A ci, co pojadą na wakacje, to nie tylko weekend. Zatem wszystkiego dobrego państwu życzę i na weekend, i na tydzień, i w ogóle wszystkiego dobrego. Oczywiście zapraszam za tydzień na kolejne, znowu okrągłe, a w każdym razie takie rocznicowe. Nie, rocznica to nie jest.
Takie dobrze zaokrąglone 95. wydanie Bibliotekarium 2.0. No cóż, dziękuję i do usłyszenia.
[03:23:56] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.