[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to tak: jedni ubierają się na czarno i nawet jakieś protesty organizują, a my spokojnie siedzimy sobie między książkami i filmami i czekamy na was w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Ja mam Marku wrażenie, że teraz to jest Akademia Wakacyjnej Fikcji. Jak zwał, tak zwał. W każdym razie niniejszym ogłaszam czas wakacyjny.
[00:59] - A może Marku AWWF — Akademia Wszelkiej Wakacyjnej Fikcji.
[01:06] - Też bardzo dobry skrót. Tak jak powiedziałem, nie żeby coś od mojego ogłoszenia zależało, ale przynajmniej formalnościom stało się zadość. Cóż, proszę państwa, czas wakacyjny, audycje krótsze. Nie będę dręczył nikogo filozofią, ale nowości wydawnicze oczywiście będą. Dzisiaj nowości takie trochę monotematyczne. Ja już państwu kiedyś w zapowiadajkach mówiłem o autorze, który lubi cykle. Takim autorem jest Robert J. Schmidt. On stworzył taki cykl, też przeze mnie zapowiadany. Jedna z części przynajmniej była zapowiadana: „Szczury Wrocławia”.
Dzisiaj, ponieważ pojawiły się wznowienia, wydawnictwo Skarpa Warszawska kolejne dodruki przygotowuje, więc książka, właściwie cztery części „Szczurów Wrocławia” są permanentnie do nabycia, to ja dzisiaj państwu ów cykl postaram się przedstawić. Przedstawię oczywiście tak jak zwykle słowami, które wydawnictwo zamieszcza w sieci. Pierwsza część „Szczurów Wrocławia” nosi tytuł „Chaos”. „Wrocław, sierpień 1963. Miasto zostaje odcięte od świata z powodu epidemii. Milicjanci są świadkami dziwnych wydarzeń. Pacjenci atakują przebywających w izolatorium na Psim Polu chorych oraz personel. Wkrótce do Komendy Wojewódzkiej napływają niepokojące sygnały o zmartwychwstałych. Zbiera się sztab kryzysowy, który musi podjąć działania. Do izolatoriów skierowane zostają oddziały KBW i ZOMO, a rozkaz jest tylko jeden: opanować sytuację”.
To była część pierwsza. Część druga cyklu „Szczury Wrocławia” nosi tytuł „Szpital”. „Wrocław, rok 1963. Na tyłach Zakładu Karnego nr 1 stoi zwalisty poniemiecki gmach mieszczący klinikę psychiatryczną. To właśnie w jej murach rozegra się kolejna odsłona dramatu mieszkańców miasta. To tutaj późnym popołudniem 9 sierpnia trafia uznany za szaleńca pacjent, który twierdzi, że jego żona zmarła, po czym zmartwychwstała. Samobójstwo bredzącego w malignie mężczyzny będzie zarzewiem ciągu krwawych zdarzeń, którym stawi czoła załoga szpitala. Już na pierwszy rzut oka za mało liczna, by odeprzeć śmiertelne zagrożenie”. To była część druga cyklu „Szczury Wrocławia”. Natychmiast sięgam po część trzecią.
Część trzecia dzieje się 10 sierpnia 1963 roku. „Rzesze nieumarłych opanowują nie tylko Wrocław. Wieści napływające z innych miast, a nawet z zagranicy są przytłaczające. W ciągu zaledwie kilku godzin upada stary porządek świata. Do ludzi majora Biedrzyckiego dociera z wolna bolesna prawda. Nie ma co liczyć na wsparcie albo odsiecz. Każdy z ocalonych musi radzić sobie z nowym zagrożeniem na własną rękę. Tymczasem jedno z największych więzień Dolnego Śląska staje się twierdzą, do której załoga ściąga swoje rodziny i znajomych. Za mur trafiają setki cywilów, ale dla osadzonych nie ma tam już miejsca. Wszyscy więźniowie trafiają za bramę.
Jednak dla tych najgorszych nie jest to wcale wyrok śmierci. Ludzie pokroju Fabiana Sprychy, mordercy i kanibala pozbawionego ludzkich uczuć, w jeszcze większym stopniu niż zombie dostrzegają okazję do rozwinięcia skrzydeł. Tak zaczyna się walka o podporządkowanie sobie ginącego miasta. Dowodzony przez Sprychę gang szybko udowadnia, że nieumarli nie są największym koszmarem zdziesiątkowanej ludności”. I wreszcie część czwarta cyklu „Szczury Wrocławia”. „Osadzona w realiach głębokiego PRL-u, oszałamiająca rozmachem, krwista i krwawa saga o ludziach minionej epoki, będąca hołdem dla cudownego miasta, które od dawna już nie istnieje. Rok 1963. Stary porządek upadł. Zombie opanowały świat. W zdziesiątkowanym plagą nieumarłych Wrocławiu trwa rozpaczliwa walka o przetrwanie.
Garstka ocalonych, dowodzona przez samozwańczego generała Biedrzyckiego, wycofuje się na Wielką Wyspę. Chroniona ze wszystkich stron wodami Odry enklawa nie jest jednak tak bezpieczna, jakby się z pozoru wydawało. Strefa śmierci, w którą zamieniło się skażone prochami nieumarłych Sępolno, budzi przerażenie, ale nie jest największym zagrożeniem, z jakim będą musieli zmierzyć się ludzie. Na rogatkach miasta pojawia się bowiem kolumna rosyjskich wojsk”. Których dowódca, generał Mariachin, pragnie jednego: przejęcia miasta i rządzenia nim niepodzielnie, nawet jeśli ma to oznaczać zagładę większości ocalonych. Zdesperowani mieszkańcy zdają sobie sprawę, czym będzie dla nich powrót komunistycznego terroru, lecz skupiając całą uwagę na najeźdźcach, nie zauważają jeszcze gorszego wroga. Ten zaś w ukryciu przygotowuje atak zagrażający unicestwieniem wszystkich, zarówno obrońców, jak i Rosjan. Mam nadzieję, że państwa przynajmniej częściowo zaintrygowałem tą polecanką. Myślę, że po książki Roberta Schmita warto sięgnąć. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że trzeba być miłośnikiem takiej literatury, trochę postapo literatury, ale w końcu dlaczego nie?
Cóż, proszę państwa, jedziemy dalej. Audycja trwa. A co będzie dalej? Dalej będzie rozmowa z Marcinem Kołodziejem. To jest autor bardzo ciekawego zbioru opowiadań zatytułowanego „W okamgnieniu”. To jest zbiór, w którym znajdziecie państwo historie o duchach, historie niesamowite, ale nie tylko. To zresztą przekonacie się państwo podczas rozmowy. Ja bardzo państwu tę książkę polecam. To jest książka wydana przez Bibliotekarium i z tego względu chociażby polecam. A jeśliby państwa zaintrygowała rozmowa, w konsekwencji zapragnęlibyście państwo po książkę sięgnąć, to nic prostszego.
Wystarczy poszukać jej na przykład na Bonito. Bonito.pl. Tam wpisujecie „W okamgnieniu”, wydawnictwo Bibliotekarium i już trafia do państwa w całkiem, myślę, atrakcyjnej cenie. A teraz zapraszam na rozmowę z autorem. Zapraszam na spotkanie z Marcinem Kołodziejem. Dzień dobry wieczór państwu. Naszym gościem jest dzisiaj autor książki „W mgnieniu oka” Marcin Kołodziej. Dzień dobry wieczór, panie Marcinie.
[08:33] - Dzień dobry wieczór. Witam.
[08:35] - Powiedziałem o książce. To jest książka w miarę świeża. Ukazała się na rynku księgarskim w 2024 roku. Pan wcześniej zajmował się pisaniem. To było pisanie, nazwijmy je, dziennikarskim, bo związany pan był z kilkoma redakcjami. Jakby pan zechciał troszeczkę o tym swoim dziennikarstwie, publicystyce opowiedzieć, bo troszeczkę jest to związane z tym, co się później w książce pojawi. To jakby pan zechciał opowiedzieć, to ja będę bardzo wdzięczny.
[09:07] - Jak to się zaczęło z tym pisaniem? To pisanie, ta fascynacja pisaniem związana była z moimi zainteresowaniami zjawiskami nieznanymi. Najpierw to się zaczęło od zbierania artykułów w gazetach, gromadzenia książek, literatury, a później patrząc na dorobek niektórych pisarzy, dziennikarzy, sam zadałem sobie pytanie: „Może by sam spróbował coś napisać?” I od tego tak się właśnie zaczęło. Wysyłałem swoje propozycje do ukazujących się w Polsce miesięczników czy w ogóle tytułów prasowych podejmujących tą tematykę. Pamiętam, że to było wiosną 2012 roku. Wtedy jeszcze wysłałem propozycję do „Nieznanego Świata”. Odpowiedź od samego redaktora Marka Remuszki, świętej pamięci, była mniej więcej następująca, że tekst pochwalił, że jest ciekawy, ale oni już o tym pisali i ewentualnie mogliby to zamieścić w dziale kontakt telepatyczny. Nie pamiętam dokładnie, jaki był dalszy przebieg tej rozmowy. Wiem tylko tyle, że tą samą propozycję wysłałem, bodajże tą samą, tak, tą samą, przychodzą na sześć lat temu do „Czwartego Wymiaru”. Temat ich zainteresował i w numerze wrześniowym z 2012 roku, który ukazał się w sierpniu, bo tak jest w wydawnictwie, ukazał się mój tekst na temat starożytnego kataklizmu o zasięgu globalnym.
Tak to mniej więcej wyglądały te początki. Później tak poszło mniej więcej już z górki i od początku 2013 roku zaczęła się już taka regularna współpraca z „Czwartym Wymiarem”. Mniej więcej tak to wyglądało.
[10:51] - No tak, ale to nie był jedyny tytuł prasowy, w którym pan uczestniczył, do którego pisywał pan teksty.
[11:01] - No nie. W tamtym czasie pisywałem jeszcze do tygodnika „Fakty i Mity”. Była to zupełnie inna dziedzina, a poza tym wtedy jeszcze bardzo interesowałem się rynkiem gier wideo i raczej w ramach szlifowania swojego warsztatu pisarskiego pisywałem dużo na takiej stronie jak ppe.pl, czyli portal PSX Extreme. Rzadko, bo rzadko na łamach miesięcznika PSX Extreme ukazywały się też moje krótkie teksty. W międzyczasie pojawiłem się na stronie Polygamii i w zasadzie w tych trzech obszarach, czyli historia, tajemnice, zjawiska paranormalne, gry wideo zamknęła się moja działalność pisarska. Nie myślałem jeszcze wtedy nad napisaniem książki fabularnej czy opowiadań, ponieważ z bardzo prostego względu. Ja w tym czasie takich książek za bardzo nie czytałem, więc nie czułem się na siłach. Aczkolwiek rok wcześniej powstał zalążek jednego z opowiadań, które finalnie znalazło się w „W mgnieniu oka”.
[12:01] - No właśnie, bo dochodzimy nieuchronnie do momentu, w którym pojawia się po raz kolejny tytuł „W mgnieniu oka”. Zanim przejdziemy do książki, to ja chciałbym zapytać o taką kuchnię pisarską, o taką pewną magię. Jak to się dzieje? Albo jak to było w pana przypadku, że doszedł pan do wniosku, że okej, pisanie publicystyki jest fajne Ale może można byłoby spróbować napisać jakąś prozę? Czy to był jakiś proces, czy to był taki błysk? „A! Napiszę coś”. Jak to wyglądało w pana przypadku?
[12:43] - Trudno mi teraz to powiedzieć, bo to jednak było lata temu. Ja tak mówię trochę datami, bo łatwo mi wpadają do głowy, łatwo je przyspasabiam. Więc pewnie więcej osiem lat temu sięgnąłem po książki Terry’ego Pratchetta, Jacka Piekary, Tolkiena oczywiście i Grahama Mastertona. Przyznam szczerze, zainteresowała mnie fantastyka i horrory. I powiem tak jeszcze: bardzo żałowałem tego, że wcześniej nie sięgnąłem po tego typu literaturę. Pojawiła się nagle taka myśl, żeby popełnić jednak coś swojego. I jeśli mam powiedzieć teraz prawdę, to na początku 2017 roku w bardzo krótkim czasie popełniłem maszynopis, rękopis, który jednak na około 600. stronie zarzuciłem. Dlaczego? Ponieważ często tak bywa, że praktycznie mając dwie trzecie skończonej pracy, coś się tam nie spodoba.
Mnie się nie spodobało to, że po prostu temat jest po wielokroć wałkowany, że to już było, że to w niejednej książce czytałem. Dlatego maszynopisu nie wyrzuciłem, ale gdzieś leży głęboko schowany w szufladzie. Rękopisu, przepraszam.
[14:07] - Proszę powiedzieć, bo to jest podziwu godna cecha, przy której człowiek podchodzi bardzo krytycznie, tak jak pan, do tego, co robi. Znam wielu autorów, którzy gdyby napisali taką objętość, o której pan wspomniał, to nie ma cudu, nie darowaliby. Po trupach wręcz skończyliby ów utwór. Co więcej, prawdopodobnie nie mieliby żadnych oporów przed próbą przynajmniej jego wydania. Tymczasem pan postąpił dokładnie odwrotnie. Przeanalizował pan to, co zrobił do tej pory i doszedł do wniosku, że nie, dalej się tak nie będę bawił. Muszę powiedzieć, że jakby pan zdradził, jak się uzyskuje taką samoświadomość pisarską, to pewno nie tylko ja, ale nasi słuchacze byliby panu wdzięczni.
[15:04] - Ja bym to ujął prostszymi słowami i zdradził, o czym był ten maszynopis. Może wtedy wyjaśnienie tej kwestii okaże się oczywiste. Była to powieść postapokaliptyczna, tak zwane „Zombie pierogi”, czyli apokalipsa zombie w naszych polskich okolicznościach. To przecież było, tak sobie myślę. A szczególnie jeśli chodzi wtedy o zainteresowanie fenomenem serialu „The Walking Dead”. Na pewno zdarza i były takie przecież sytuacje, kiedy pandemię zombie przenoszono na inne terytorium niż Stany Zjednoczone. Nie byłbym pierwszy w tym, co chciałem uczynić, stąd taka decyzja. Po dłuższym namyśle stwierdziłem: „Nie, to się nie sprzeda”. To powielanie schematów i w gruncie rzeczy kreowanie mniej więcej tej samej historii, tylko w innych warunkach geograficznych.
[15:58] - A jednak pisarstwa pan nie porzucił. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Zaczęły, zdaje się, ale to już pan powie, zaczęły powstawać utwory krótsze, opowiadania.
[16:09] - Tak jest. Tak jak powiedziałem wcześniej, zalążek jednego z opowiadań, które pojawiło się w „Mgnieniu oka”, pojawił się na przełomie 2010 i 2011 roku. Jest to opowiadanie pod tytułem „Posiadłość zła”. Ja go wtedy nie skończyłem. Do tego opowiadania wróciłem mniej więcej dwa, trzy lata przed wydaniem książki.
[16:32] - Czy to było tak, mówiąc szczerze, trochę w ciemno mówię, ale czy to było tak, że kiedy udało się panu to pierwsze opowiadanie, to zachęciło pana do dalszego pisania, czy też mechanizm był inny?
[16:47] - Mechanizm był trochę inny i tak werbalnie nie jestem w stanie go określić. To chyba powiem prostymi słowami, bo ja prosty człowiek jestem. To poszło tak po prostu od siebie. Inspiracje przychodziły rozmaite. Jeśli to jest ważna kwestia w naszej dyskusji.
[17:06] - Trochę tak, bo wysuwam hipotezę roboczą, że po prostu spodobało się panu pisanie. To pierwsza sprawa, a druga, że zaczął pan szukać tematów w sposób mniej lub bardziej aktywny. Przypuszczam, że bardziej. Zaczął pan gromadzić sytuacje albo zauważać sytuacje, które stały się później kanwą pańskich opowiadań. Czy ja dobrze odczytuję tę sytuację, czy też może jeszcze jakoś inaczej było?
[17:36] - W gruncie rzeczy dobrze pan odczytuje, aczkolwiek chciałbym jeszcze dodać inne źródło inspiracji. Mowa oczywiście o snach.
[17:43] - Sny?
[17:44] - Tak jest.
[17:45] - Jak pan to technicznie robił? Bo nie ukrywam, że sny to jest z jednej strony bardzo wdzięczna materia dla pisarza, ale z drugiej trzeba wykazywać pewną dyscyplinę, te sny notować albo w jakiś sposób je utrwalać. One mają tę magiczną naturę, sny, że rano jeszcze są w naszych głowach, a im później w ciągu dnia jest późniejsza pora, to jakoś magicznie ulatują. To jak się staje takim człowiekiem, który wykorzystuje sny w literaturze?
[18:20] - Sny, które najbardziej mi zapadły w pamięć, starałem się tuż po przebudzeniu zanotowywać ich treść. Miałem zawsze przy łóżku, znaczy zawsze, nie zawsze, ale w pewnym okresie miałem przy łóżku notatnik, długopis i notowałem ich treść. I powiem inaczej, treści niektórych snów po prostu pamiętam do dzisiaj. Mało tego Sny, o których wydawało mi się, że zapomniałem, przypominają mi się teraz nawet po wielu latach. Nie wiem, czy to jest jakaś nieświadomie wyćwiczona cecha, czy po prostu zainteresowanie również tą materią, bo temat snów pojawi się także w jednym z opowiadań. Na temat snów pisałem również artykuły, więc to też jest dla mnie interesujące źródło inspiracji. Tym bardziej że historia odnotowała, że właśnie w snach czy w stanach bliskich snu wielcy ludzie, ja się do nich nie zaliczam, proszę, zaznaczam od razu, tylko mówię o wielkich ludziach, znajdywali inspirację do wynalazków, do swoich dzieł artystycznych. Wydaje mi się, że sny to jest taka nieprzebrana kopalnia pomysłów. A kwestia dyscypliny. U mnie to jest różnie z tą dyscypliną, bo od kilku lat właśnie ja ich nie notuję.
Pewnie to jest błąd, ale to wynikające raczej z mojego lenistwa.
[19:38] - Któż z nas nie ma tej pięknej cechy, jaką jest lenistwo? Sam się do niej przyznaję i ja myślę, że większość naszych słuchaczy również ten gen lenistwa w sobie ma, bo on podobno, tak słyszałem, proszę się na mnie nie powoływać, ale słyszałem, że lenistwo jest czasami wyznacznikiem inteligencji. Niech państwo poszukają w internecie. To podobno się sprawdza. Ale ja chciałbym pana namówić na jeszcze jedno wyznanie. To znaczy, pisał pan kolejne opowiadania i musiał w pewnym momencie pojawić się pomysł, co z tymi opowiadaniami dalej zrobić. Nie będę specjalnie odkrywczy, kiedy powiem, że każdy, kto pisze prozę, gdzieś tam podświadomie myśli o tym, żeby się tą prozą podzielić z czytelnikami. Kiedy to się u pana pojawiło? Jak to się pojawiło i jakie pan znalazł sposoby realizacji owej idei?
[20:43] - Ta myśl, aby podzielić się swoimi opowiadaniami z szerszym gronem, pojawiła się, zanim jeszcze skończyłem „W mgnieniu oka”. Jaką metodę zastosowałem? Chyba najprostszą. Po prostu zacząłem pukać do rozmaitych wydawnictw, pukać przysłowiową do drzwi wydawnictw. Nic w tym złożonego, nic w tym skomplikowanego, niezwykłego. Po prostu chyba każdy tak zaczął. Każdy początkujący pisarz zaczął tak jak ja, tak jak ktoś bardzo mądry dwa tysiące lat temu powiedział: „Szukajcie, a znajdziecie, szukajcie do skutku”. A jak się nie da, to w moim przypadku, zawsze jeszcze istniała możliwość po prostu wyłożenia swojej kwoty i wydania tego własnym sumptem. Szczęśliwie jednak trafiło się wydawnictwo, które jednak dało mi szansę i jestem za to bardzo wdzięczny.
[21:37] - To chyba najwyższy czas, abyśmy porozmawiali troszeczkę o książce. Przypomnę tytuł „W mgnieniu oka”. W tej książce znajdujemy polecankę, blurb nie byle kogo, bo Roberta Leśniakiewicza. Ja ją Państwu przeczytam. „Kiedy przeczytałem opowiadania Marcina Kołodzieja, byłem oczarowany. Owszem, są tam i duchy, i czarty, i magia czarniejsza od sadzy, ale wszystko osadzone w konkretach i w realiach Polski XXI wieku. Polski doskonale nam znanej, którą widzimy na co dzień. Po prostu w tej dobrze nam znanej rzeczywistości dzieją się rzeczy straszne, okropne, przerażające. I na tym polega siła jego prozy i grozy.” Ja nawiążę do tego, co napisał Robert Leśniakiewicz, bowiem nie on jedyny zauważył, iż ma pan w sobie gen dobrego obserwatora. Te pańskie opowiadania, owszem, zahaczają o grozę, ale zahaczają również o świetne obserwowanie tego, co dzieje się wokół nas.
I to z jednej strony można traktować jako opowieści grozy, opowieści z dreszczykiem, ale z drugiej strony jako rodzaj kroniki naszego tu i teraz. Czyżby to było tak, że u pana pisarz wymyślający różnego rodzaju historie do pewnego stopnia współpracuje z dziennikarzem, z obserwatorem rzeczywistości?
[23:22] - Szczerze mówiąc, trudno mi to ująć. Może bardziej kierowałem się taką zasadą, że najlepsze scenariusze pisze życie, a resztę może dopowiedzieć wyobraźnia. Szczególnie chyba moim zdaniem zarysowuje się to w pierwszym opowiadaniu pod tytułem „Kara” na temat pandemii koronawirusa. Można się domyślić, kiedy to opowiadanie powstało. A te wszystkie obrazy sugestywne, czy ta pandemia rzeczywiście była, czy to była jedna wielka ściema, na mnie działały w sposób naprawdę sugestywny. Dziwnie się człowiek czuł i chciałem to oddać na stronach książki, kiedy jadąc do pracy wcześnie rano w mieście, niedużym mieście, bo niedużym, ale jednak blisko siedlisk ludzkich podchodziły zwierzęta. Napisałem o tym w książce. Chciałem to mniej więcej zacytować: „Natura chciała pokazać, kto tu rządzi. Spójrzcie na to, jak my, zwierzęta, czujemy się zamknięci w ogrodach zoologicznych. Teraz to wy jesteście zamknięci.” Powiem szczerze, pisząc to opowiadanie właściwie dużo czerpałem z mojego własnego otoczenia, w pracy, poza pracą.
Ta świadomość po prostu tych wyludnionych ulic, pozamykanych wszystkich budynków użyteczności publicznej była bardzo silnym impulsem i działała na wyobraźnię. Jestem przekonany, że nie tylko moją. Tak więc podsumowując, można powiedzieć, że pisząc to opowiadanie wykorzystałem w dużym stopniu przypisywaną mi zdolność obserwowania. Też ja bym tego nie ujął jako zdolność obserwowania. Każdy, kto chciałby w związku z tym sięgnąć po pióro, chyba kierowałby się podobnymi mechanizmami.
[25:10] - Proszę mi powiedzieć: w pana opowiadaniach ewidentnie groza się pojawia i bardzo mnie interesuje, czy groza jest dla pana elementem literackim, który ma porwać czytelnika i przyciągnąć do pana prozy, czy też ta groza to jest element, który rozważa pan jako pisarz w sposób autentyczny. To znaczy bierze pan pod uwagę, że na naszym świecie zdarzają się rzeczy, i tu też pojadę klasykiem, które nie śniły się filozofom, a już mniej klasyczne takie, które ten nasz komfort, w którym żyjemy, mogą zakłócić, mogą pokazać, że istnieją siły, które niekoniecznie są z tego świata. Jak to u pana wygląda?
[26:06] - Przychyliłbym się na pewno do tej drugiej odpowiedzi, ponieważ sam doświadczyłem zdarzeń, których nie jestem w stanie wytłumaczyć. Ja i nie tylko ja, ponieważ mój ojciec, osoba twardo stąpająca po ziemi, doświadczył takich zdarzeń całkiem dużo. On również ma problemy ze zrozumieniem tego, co widział, czego doświadczył. Takich historii u nas było całkiem sporo i jeśli to pana interesuje, o takich kilku mógłbym powiedzieć.
[26:40] - Ależ bardzo proszę.
[26:41] - Wie pan, czytelnicy raczej nie wiedzą, chociaż z jednego opowiadania mogą się domyślić, że pięć lat temu spłonął dom, w którym mieszkaliśmy. Zginęła tam również w pożarze moja matka chora na Alzheimera. Ten dom kiedyś pełnił funkcję stacji kolejowej razem z kasą. Z racji tego, że matka pracowała na kolei. Naprzeciw tego domu, po drugiej stronie ulicy stoją dwa głazy pamiątkowe, z czego jeden jest poświęcony dwóm miejscowym partyzantom, którzy zginęli w walce z hitlerowcami. Na tym głazie jest napisane mniej więcej tak: „W tym miejscu z rąk hitlerowców zginęli tacy i tacy partyzanci, cześć ich pamięci.” Faktem jest, że oni nie zginęli w tym miejscu, gdzie znajduje się głaz, tylko zginęli w tym budynku, w którym my mieszkaliśmy. Jestem przekonany na podstawie tego, co żem również przeczytał, a przeczytałem trochę książek na temat tych zjawisk, że być może jakieś nieznane nam jeszcze czynniki uaktywniają się, materializują się w sposób dla nas niepojęty. Podam taki przykład jeszcze. 22 lata temu, pewne marcowe sobotnie południe, ja to pamiętam doskonale, było zbliżającą się burzę. Powietrze było silnie naelektryzowane, że tak się wyrażę, i w pokoju, w którym mieszkałem, ni stąd, ni zowąd, ze zgaszonej lampy po prostu, powiem brzydko, rzygnęło ogniem.
Mój ojciec, który jest emerytowanym elektromonterem, nie jest w stanie tego wyjaśnić, jakim sposobem w otwartym obwodzie pojawił się prąd. Na lekcji fizyki nawet ja to wiem, chociaż z przedmiotów ścisłych zawsze byłem nieogą, wynika jasno: aby światło się zaświeciło, obwód musi być zamknięty. Inny przypadek z tego samego domu to to, że ni stąd, ni zowąd choinka na nowy rok sama się zaświeciła. Dziwne rzeczy. Tego typu historii było całkiem sporo i kiedyś mnie one naprawdę przerażały. Z obecnej perspektywy, po przeczytaniu wielu prac na ten temat, mogę tylko powiedzieć: one istnieją, jakieś inne rzeczywistości się przenikają z naszą i to po prostu trzeba zaakceptować.
[28:54] - Panie Marcinie, chciałbym też zapytać o inne opowiadania, bo są w zbiorze „W mgnieniu oka” opowiadania, w których jest troszeczkę mniej niesamowitości, więcej jest tej obserwacji, o której rozmawialiśmy. Pan co prawda troszeczkę odżegnuje się, ale nie da się ukryć, że, to już ja tak trochę ex cathedra powiem, jest pan dobrym obserwatorem rzeczywistości i to chwała panu za to. Chciałbym zapytać, bo ten zbiór właśnie taki jest, że trochę jest niesamowitości, a trochę jest życia takiego zwykłego, bardzo normalnego. Jak to się godzi w pisarskim życiu jedno z drugim? Ja co prawda nie mam takich problemów. Uważam, że to jest tylko chwała dla autora, ale ponieważ wypytuję pana o różne takie techniczne rzeczy związane z pisaniem, to i o to chciałbym zapytać.
[29:55] - W moim pisaniu nie ma nic nadzwyczajnego. Cytując klasyka, byłaby to oczywista oczywistość, którą podjąłby chyba każdy początkujący pisarz. Połączenie wyników obserwacji życia, otoczenia bliższego bądź dalszego z tym, co podsunie wyobraźnia. Nigdy nie siliłem się, tym bardziej że nie mam czym się podeprzeć, na to, by tworzyć, by uciekać się do jakichś niesamowitych zabiegów, do jakich przypuszczalnie uciekają się doświadczeni, wzięci pisarze.
[30:29] - Panie Marcinie, już wiele z kuchni pisarskiej w pana wykonaniu poznaliśmy. Wypytałem pana o to, jak pan do tej pracy przystępuje, ale nie zapytałem, jak pan pisze. To oczywiście jest bardzo indywidualne. Jedni mogą pisać tylko i wyłącznie w pełni skupieni, jakoś odseparowani od świata, inni natomiast mogą pisać wszędzie: w kawiarni, w pociągu i tak dalej. To znowu moja niezdrowa ciekawość, ale podyktowana również tym, że nasi słuchacze chętnie takich historii słuchają. Otwieram troszeczkę temat rzekę. Jak pan pisze? Jak się pan do tego przygotowuje? Jak pan to robi? Jakie ma pan pisarskie zwyczaje?
Czego pan nie lubi, nie toleruje? A co stanowi pomoc dla pana przy pisaniu?
[31:23] - Nie mam jakiegoś własnego modus operandi, którym bym się charakteryzował. Po prostu zdarzają się takie dni, kiedy nawet po pracy zasiadam do komputera i piszę. Piszę, piszę i piszę. A niekiedy bywa tak, że nawet cisza, spokój nie są moimi sprzymierzeńcami. Nie wiem, od czego to jest uzależnione, ponieważ innym razem nawet słucham przy głośnej muzyce. Pomysły same przychodzą mi do głowy. Niektóre na przykład pojawiają się spontanicznie, niespodziewanie, gdy mam ze sobą na przykład coś do pisania i na czym mam napisać. Po prostu to zapisuję. Trudno tak jednoznacznie mi ocenić tą kwestię, ponieważ nie wiem, od czego to jest uzależnione, ale niekiedy po prostu hałas mi nie przeszkadza, innym razem cisza mnie denerwuje. Kolejnym razem jest z kolei odwrotnie.
Trudno w sposób jednoznaczny powiedzieć coś więcej na ten temat. Oprócz tego, że w swoim czasie początkowo swoje opowiadania zapisywałem w zeszytach. Teraz to się zmieniło z tego względu, że po pierwsze mam lenia, a po drugie mam chroniczny problem z bardzo brzydkim pisaniem, który jeszcze w szkole podstawowej próbowano mi wyrugować poprzez ćwiczenia kaligrafii, a którego do tej pory się nie dało wyeliminować. Sam nie jestem niekiedy w stanie rozczytać się z tych bazgrołów, które sam popełniam. Więc mniej więcej tak to wygląda.
[32:54] - Oj, jak ja pana dobrze rozumiem. Mam to samo z tym pisaniem nieczytelnym i takim, którego po jakimś czasie trudno mi jest dociec, o co mi tak naprawdę chodziło czasami.
[33:08] - Przepraszam pana, nauczycielki też kazały do końca podstawówki uczyć się kaligrafii?
[33:13] - Nie tylko kazały się uczyć kaligrafii, ale ja miałem mniej więcej od piątej klasy, nie pamiętam takiej klasówki, takiej kartkówki, na której oprócz oceny, często całkiem niezłej, nie byłoby dopisku „pismo” z jednym, dwoma, trzema, a czasami wieloma wykrzyknikami albo nawet z dopiskiem „pismo skandaliczne”. Zdarzyło mi się też raz, nauczycielka była na tyle litościwa, że nie mogąc rozczytać mojej pracy z języka polskiego, kazała mi ją odczytać na forum całej klasy. I kiedy całkiem nieźle poradziłem sobie z odczytaniem tego, co napisałem, to dostałem adekwatną ocenę. Jakoś uratowałem się, bo gdyby była bardzo zasadnicza, to postawiłaby mi pałę w związku z niemożliwością odczytania tego, co napisałem. Więc te przygody z pisaniem i z niewyraźnym pismem niestety prześladują wielu ludzi. Ale ja mam jeszcze jedno pytanie dotyczące sposobu pisania, dotyczące tego, w jaki sposób pan tworzy literaturę. Czy mając pomysł, bo pomysł to jest czasami błysk, to jest olśnienie i kilka słów: „Ale fajny pomysł.” Czy pan, zanim przystąpi do pisania opowiadania, rozpisuje sobie jakoś ten pomysł? Tworzy coś, co się nazywa drabinką scenariuszową, kolejnością zdarzeń, kolejnością wejścia bohaterów i tak dalej? To jest bardzo indywidualne, dlatego nie przytaczam zbyt wielu szczegółów. Interesuje mnie natomiast ta kuchnia pisarska.
Siada pan przed komputerem, siada pan, żeby napisać opowiadanie. Czy pan je ma zaplanowane, czy tylko jest w głowie ogólna idea tego, o czym pan będzie pisał?
[35:07] - Niekiedy pomysł pojawia się spontanicznie, nagle. Tak jak pan powiedział, pojawia się błysk. Ale tak szczerze mówiąc, nie mam rozpisanej, rozrysowanej drabinki. Co najwyżej ograniczam się do wymienienia imion, nazwisk postaci, które pojawią się w opowiadaniu bądź w książce, bo taką też mam w planach, tylko nie jestem w stanie jej skończyć. Tak jak w poprzednich kwestiach, wszystko dzieje się w sposób różny i jeśli miałbym ogólnie powiedzieć, jak to u mnie wygląda, to raczej u mnie to wszystko dzieje się w sposób spontaniczny. To znaczy piszę, piszę. Niekiedy zdarza się, że staję przed przysłowiową ścianą, bo nie wiem, jak dalej pociągnąć wątek i po jakimś czasie po prostu pojawia się ni stąd, ni zowąd rozwiązanie. Czasami również zauważyłem, że występuje u mnie coś takiego jak tendencja do inżynierii odwrotnej. Pewnie niewłaściwe wyrażenie, ale polega to zgoła na tym, że zaczynam od końca. Mniej więcej wiem, jaki koniec ma być tego i na podstawie tego końca, który pojawia się w głowie czy propozycji pomysłu tego, ciągnę opowiadanie wstecz w czasie tak, żeby mniej więcej trzymało się kupy i logiki.
[36:30] - O, to muszę panu powiedzieć, że jest pan w trendzie. Znam kilku autorów, którzy mi się przyznali, że kiedy wymyślali Tu w tym wypadku powieści, to mieli na początku tak naprawdę kilka ostatnich zdań tej powieści, wiedzieli, do czego chcą doprowadzić i do tego, co już mieli, czyli do tych kilku zdań, budowali całą powieść. W związku z tym to nie jest coś, czego nie można spotkać. Wręcz myślę, że to jest całkiem dobra metoda, jeśli chodzi o pisanie. Natomiast ja teraz mam dla pana arcytrudne pytanie. Mówię to z pewnym przekąsem, z pewnym żartem, bo sądzę, że raczej nie sprawi ono panu większego kłopotu.
[37:19] - Oj, muszę wziąć środek, bo mnie głowa zacznie boleć od myślenia.
[37:24] - Raczej nie sprawi ono panu specjalnego kłopotu. Raczej będzie to kłopot nadmiaru. Otóż mamy tom, o którym rozmawiamy, o którego tworzeniu rozmawiamy. Tom „W mgnieniu oka”. Gdyby pan miał polecić ten tom osobie, która czyta, lubi tego rodzaju prozę, to jakby pan to zrobił? Które opowiadania by pan szczególnie wyeksponował? Na jakie walory swojej prozy położyłby pan nacisk? Ja wiem, to nie jest łatwe. Czasami warto taką autoreklamę popełnić i ja właśnie do takiej autoreklamy pana zachęcam.
[38:07] - A mogę nie odpowiadać na pytanie, ponieważ nie wiem, od której strony ugryźć tę sprawę. W moim mniemaniu byłoby to takie samochwalenie się, a ja nie lubię takiego samochwalenia się.
[38:20] - Ale nie. Wie pan co? To nie chodzi o chwalenie, tylko raczej o zachęcenie naszego słuchacza, potencjalnego czytelnika do sięgnięcia po tę prozę, czyli pokazania jej silnych stron. Bo przecież silną stroną jest na przykład fantazja autora. Silną stroną jest wspomniana już obserwacja rzeczywistości. Ja raczej do tego pana namawiam, a nie do samochwalstwa.
[38:47] - Tę robotę wykonał za mnie już pan Robert Leśniakiewicz, ponieważ cenię sobie pana Leśniakiewicza, cenię sobie jego pióro i uważam, że polecanka, którą popełnił, idealnie zwalnia mnie z tego arcytrudnego zadania. Chciałem z tego miejsca również pozdrowić pana Roberta, więc w ten sposób odpowiem na pytanie.
[39:10] - Jako człowiek, który jednak dziennikarstwo troszeczkę ma we krwi, to zapytam o coś takiego. Jeśli chodzi o tematy, które pan porusza, te tematy niesamowite, które znajdują się w tomie „W mgnieniu oka”, to z czym mamy do czynienia?
[39:28] - Czytelnik sięgając po zbiór „W mgnieniu oka” miałby do czynienia z ośmioma opowiadaniami grozy, w których jednak potencjalny czytelnik mógłby odnaleźć siebie w niektórych przypadkach. Znajome okazałyby się sytuacje, o których czyta, a z którymi być może miał do czynienia w swoim życiu. Może czytając „W mgnieniu oka” konfrontowałby się z kwestiami, z materią, która fascynuje go, przeraża i która ku jego fascynacji bądź ku jego przerażeniu może przenikać do naszej rzeczywistości.
[40:10] - A jakie elementy świata nadprzyrodzonego znajdziemy w tomie „W mgnieniu oka”?
[40:17] - Takie, o których często pisywałem na łamach „Czwartego wymiaru”, czyli sny, manifestacje duchów. To są kwestie, które bardzo mnie fascynują. Śmierć to też temat, który jest dla mnie fascynujący, chociaż czytelnicy mogą stwierdzić, że to jest niezdrowa fascynacja. Jednak ja uważam, że w śmierci jest coś niewiązkiego, niesamowitego. Ta świadomość obcowania z czymś, od czego dzieli nas tak naprawdę cienka granica. Jest jeszcze opowiadanie, o którym chciałem powiedzieć: „Posiadłość zła”. Ono powstało najwcześniej. W tym opowiadaniu zawarłem konstrukcję tak zwanego parawizora. Nie będę ukrywał, że rzeczywistość Polski dwudziestolecia międzywojennego czy początku kampanii wrześniowej jest intrygująca w połączeniu z fascynacją ruchem spirytystycznym, a także zagadnieniem transkomunikacji instrumentalnej, o której też niejednokrotnie pisałem. Parawizor opisany w tym opowiadaniu jest pochodną niejako transkontaktów ze zmarłymi, o których także często pisywałem dla „Czwartego wymiaru”.
Te najważniejsze czynniki, te najważniejsze typy zjawisk nadprzyrodzonych pojawiają się właśnie na kartach „W mgnieniu oka”. I powiem szczerze, to są zagadnienia, które ostatnio coraz bardziej mnie fascynują.
[41:55] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Naszym słuchaczom przypomnę: naszym gościem był pan Marcin Kołodziej, autor świetnego zbioru opowiadań „W mgnieniu oka”. Naprawdę zachęcam państwa do lektury, bo jeśli ktoś lubi takie klimaty, gdzieś ocierające się o niesamowitość, o inny świat, o duchy, to jest książka dokładnie dla niego. Ja jeszcze raz pięknie, panie Marcinie, dziękuję za dzisiejszą rozmowę.
[42:29] - Ja również bardzo dziękuję.
[42:31] - I mam nadzieję, że kolejna książka spod pana pióra gdzieś w najbliższym czasie się pojawi.
[42:41] - Bardzo chciałbym, żeby do tego doszło i mam nadzieję, że okoliczności będą temu sprzyjające.
[42:51] - Proszę państwa, są wakacje i państwo oczywiście bez względu na to, czy te wakacje są, czy nie, czekacie na „Filmotekarium”. A tu dzisiaj „Filmotekarium” nie będzie, ale będą „Perły Filmotekarium”. Państwo od dawna postulowali, żeby taki cykl wprowadzić, żeby nie zajmować się tylko bieżączką. Tym bardziej, że ostatnio filmy, które się pojawiają na rynku są nie najwyższej jakości, że tak delikatnie to powiem, o czym mieliście się państwo, ale my również okazję przekonać w ciągu tak zwanego minionego sezonu. W związku z tym uradziliśmy z Piotrem, żeby posłuchać państwa sugestii i wprowadzić przynajmniej na razie w okresie wakacyjnym „Perły Filmotekarium”. Dzisiaj pierwszy odcinek. No i dzisiaj klasyka klasyki, czyli „Odyseja kosmiczna”, a właściwie dwie „Odyseje kosmiczne”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[44:00] - Witam Marku.
[44:02] - Zaczynamy „Perły Filmotekarium”. Tak jak się słowo rzekło, że będziemy sięgać w głąb filmografii związanej z tym, co nas interesuje, to się trzeba wywiązać. Niniejszym właśnie się wywiązujemy. Zaczynamy od dwóch „Odysei”„Odysei kosmicznej 2001” Kubricka oraz od „Odysei kosmicznej 2010”. I wybacz Piotrze, ale niestety drugiego reżysera zapomniałem.
[44:39] - Ja chwilowo też. Dodam tylko tak gwoli ścisłości, że ta nowa seria nam będzie towarzyszyła przez wakacje wymiennie z serią poświęconą serialom. Także zaczynamy od dwóch „Odysei”. Filmy dla mnie osobiście wyjątkowe, szczególne. Natomiast wydaje mi się, że ta pierwsza „Odyseja 2001” Kubricka pozostaje dla ogółu jednak bardziej, nie wiem, czy można powiedzieć bardziej kultowa. To znaczy pewnie znaleźliby się tacy, którzy chwyciliby za sztachetę i powiedzieli, że w ogóle te dwa filmy porównujemy i stawiamy obok siebie, bo jednak to nie jest to samo. To nawet nie jest ta sama, nie tylko nie ta sama poetyka, to chyba nawet nie jest ta sama liga. „Odyseja 2001” jest filmem kultowym. Natomiast dlaczego są zestawione? Bo te dwa filmy kształtowały myślenie, moim zdaniem przynajmniej, przedstawicieli zachodniej kultury na temat obcych.
Obcych może nie, na temat naszej konfrontacji z obcymi, bo o samej naturze istot nieludzkich, jak to się dzisiaj ładnie mówi, to się z tych filmów niewiele dowiadujemy. W dzisiejszym odcinku zatem, ponieważ mówimy o dziełach licowych i znanych, to też nie za dużo będziemy się odnosić do treści. To ja osobiście, Marku, bym się chciał skupić na pewnych aspektach nieoczywistych i wątkach, które wskazują na rzecz następującą. Ja sobie tutaj pozwolę jeszcze na chwilę utrzymać głos. Obie „Odyseje” pozostają niesamowicie aktualne, jeżeli chodzi o toczącą się dzisiaj, szczególnie w internecie, dyskusję na temat naszych związków, naszych kontaktów z obcymi, także zagadek historii, także tego, gdzie owi obcy mogli odcisnąć swoje piętno i tak dalej. To się również wiąże z naszym funkcjonowaniem jako gatunków nie do końca zrozumiałej dla nas rzeczywistości. I w tej rzeczywistości my jesteśmy tą młodszą, niewiele rozumiejącą cywilizacją. I powiem ci, że dla mnie to jest kwintesencja tych dwóch filmów właśnie. Ja, poszukując materiałów do dzisiejszego odcinka, bo przecież wypadałoby powiedzieć coś nieoczywistego na temat „Odysei” jednej i drugiej, zauważyłem, że na temat tego wcześniejszego filmu powstało mnóstwo książek, esejów, mnóstwo monografii i tak dalej, dzieł zbiorczych. Tam przeczytałem bardzo ciekawe informacje związane z tym na przykład, że film ten osiągnął ogromny sukces kasowy, że film ten, jak przekonywali autorzy, zawładnął wyobraźnią pewnego pokolenia, bo był dziełem wizjonerskim, innowacyjnym.
Tu można się zgodzić. Natomiast kiedy wszedłem głębiej w tematykę i zacząłem czytać na temat, jak „Odyseja 2001” kształtowała niektóre wyobrażenia, byłem zaskoczony. Pojawiły się takie informacje na przykład, że „Odyseja 2001” ukazuje nam nową rzeczywistość w przestrzeni kosmicznej i Kubrick tak naprawdę w jakiś sposób ukształtował postrzeganie kosmosu i obcych przez dzisiejszych ludzi. Jeżeli chodzi o postrzeganie kosmosu To my nadal, tak jak w tym filmie, widzimy go jako obszar nieskończonych możliwości, ale też rzeczywistość tak naprawdę wrogą i ciasną. Ciasną dlatego, że musimy ją przemierzać jednak w atmosferze ochronnej. Ale okazuje się, że chyba dla dzisiejszego odbiorcy najbardziej rzuca się w oczy to, co „Odyseja kosmiczna 2001” ma do powiedzenia o AI, o sztucznej inteligencji. Można by tutaj długo dyskutować. Zacznę od tego pytania, które często pada w Sentymentalniku. Jak ty się natknąłeś na to dzieło? Jaka była recepcja w twoim pokoleniu tego filmu?
Czy on rzeczywiście tak bardzo kształtował wyobrażenia?
[49:05] - Dzięki ci Piotrze za to pytanie, bo ono mi rozwiąże szereg problemów erudycyjnych. Zastanawiałem się po prostu, jak o pewnych rzeczach mam opowiedzieć, a dostałem wyciągniętą dłoń i skorzystam. Otóż ja o tym filmie po raz pierwszy usłyszałem od swojego ojca. Ojciec, człowiek zainteresowany literaturą science fiction, wyczytywał moje książki. Poeta, dziennikarz, człowiek, który bardzo interesował się tymi zagadnieniami, był zachwycony tym filmem. Był zachwycony. Opowiadał o narodzinach kosmicznego dziecka. Kto oglądał film, to już wie, o czym mówię. Właściwie o ostatnich scenach. To nie jest takie oczywiste, jak by mogło się wydawać i był po prostu oczarowany tym filmem.
Opowiadał mi o tym filmie w czasach, kiedy nie można było iść i zobaczyć filmu, bo była komuna. W kinach tego już nie grali, w telewizji tego nie grali i w ogóle nie. Ja ten film obejrzałem tak naprawdę po raz pierwszy na kasecie VHS w połowie lat 80. I możecie mi państwo wierzyć albo nie, jakoś mnie ten film w ogóle nie porwał. W ogóle. To się później zmieniło, kiedy zrozumiałem pewne rzeczy, ale ja jestem dzisiaj jak ta żaba w pewnym rozkroku. Bo ja rozumiem zarówno ludzi, którzy piszą na różnego rodzaju forach, że to jest gniot, gorzej się wyrażają. Gniot to jest akurat delikatnie softowo wyrażone niezadowolenie. Natomiast ludzie tam piszą straszne rzeczy o tym filmie, ale są też ludzie, którzy się zachwycają, pod niebiosa wynoszą. Bo Kubrick to geniusz, wizjoner kina i tak dalej.
Zapewne i jedni, i drudzy mają rację, bo „Odyseja kosmiczna 2001” to nie jest film, który dostarczy państwu masę rozrywki. To jest film dosyć długi, dosyć wolno się dziejący, chwilami operujący tym, co nazywamy dłóżny z nami. One co prawda Kubricka takimi do końca dłużyznami nie są. One pewne rzeczy pokazują. Pokazują kosmos, pokazują, jak się człowiek tam zachowuje. Fajna muzyka klasyczna. Zresztą te pierwsze sceny, kiedy mamy do czynienia z małpoludami, to są sceny kultowe. Muzyka z tamtego momentu, kiedy małpolud odkrywa, że nie musi być już padlinożercą i zbieraczem, może stać się myśliwym. Ten niesamowity zabieg, fabularny skrót, ale też myślowy skrót z rzuceniem kości w górę. Co jest później?
Później jest statek kosmiczny. Przebywamy ocean czasu. To wszystko jest oczywiście bardzo filmowe, bardzo fajne, ale jeśli się państwo po „Odysei kosmicznej 2001” spodziewacie wartkiej akcji, to nie jest ten film. Natomiast jest to film, który stawia szereg ważnych pytań. Piotr powiedział o sztucznej inteligencji i znowu macie państwo rok 68, kiedy Kubrick to sfilmował. Już myślałem dalej. Arthur C. Clarke napisał to wcześniej. Nie będę wchodził w sprawy, jak to wyglądało z napisaniem. Kto jest zainteresowany, to zapraszam na swój kanał Wehikuł Wyobraźni, na którym wspólnie z Wojtkiem Sedeńko omawiamy twórczość Arthura C.
Clarke'a i między innymi o „Odysei kosmicznej” mówimy. Mówimy o okolicznościach, jak to było, jak Kubrick wstrzymywał, żeby książka się za szybko nie pokazała i tak dalej, ale to państwo sięgnijcie akurat po tamten podcast. Natomiast muszę powiedzieć, że spotkało się dwóch mistrzów. Obaj napisali ten scenariusz, bo Kubrick pisał scenariusz wspólnie z Arthurem C. Clarkiem i ja nie wiem, jak się panom współpracowało i jak panowie to znosili, ale efekt końcowy jest zadowalający. Właśnie nie dla tych, którzy cenią szybką akcję. Sam się do nich zaliczam, ale dla ludzi, którzy czasami lubią się zastanowić, co widzą na ekranie, to bywa porywające. Komputer ze sztuczną świadomością, samoświadomością to dzisiaj jest temat jak najbardziej bieżący, a to był rok 68, a myślowo u Clarke'a to jeszcze wcześniej. Czyli mamy sytuację, w której on wówczas rozważa, skąd to się wszystko bierze, na czym polega świadomość. Zresztą sama Akcja „Odysei 2001”, pewna intryga, która się tam odbywa.
Nie będę państwu opowiadał, bo opowiadanie klasyków to, o ile obiecaliśmy sobie z Piotrem, że być może w przyszłym sezonie „Filmotekarium”, tego zwykłego „Filmotekarium” będziemy mieli część premium, w której będziemy opowiadać filmy, ale to po jakimś gongu, po jakimś dżinglu. Wtedy będziemy opowiadać filmy. Klasyków opowiadać państwu nie będziemy, bo to się chyba mija z celem. Natomiast warto sobie uświadomić, jak ten film był kręcony, kiedy tam są sceny, kiedy jeden z bohaterów uprawia jogging. Piękne sceny w 1968 roku. Jak to nakręcono, jak to w ogóle było możliwe do nakręcenia? Wiem, jak było to kręcone i to jest absolutne mistrzostwo świata. Dostajemy, jak na tamte czasy, ułudę kosmicznej rzeczywistości. Warto to naprawdę zobaczyć. A ten problem z komputerem HAL 9000 to jest naprawdę problem i to jest sprawa aktualna.
Na ile sztuczna inteligencja nam zagraża, a na ile my sami sobie zagrażamy i czasami prowokujemy sztuczną inteligencję do tego, żeby zrobiła porządek. A ona robi ten porządek tak, jak uważa za stosowne, ale nie dlatego, że chce nas zabić. Nie dlatego, że chce nam zrobić krzywdę. Tylko takie polecenie wydaliśmy i to się wydaje zupełnie oczywiste. To się wydaje oczywiste również w kontekście drugiego filmu, o którym będziemy dzisiaj mówić, czyli „Odysei kosmicznej 2010”. To również jest dzieło Arthura C. Clarka. Tym razem w tak zwanym międzyczasie poszukałem reżysera. To jest Peter Hyams. To chyba tak się wymawia albo proszę mnie poprawić.
W każdym razie film z 1984 roku w kontekście informacji, które uzyskujemy w tym filmie, my już wiemy, co się tak naprawdę wydarzyło, ale wiemy też znacznie więcej. Zanim o „Odysei 2010”, to jeszcze na chwilę o „Odysei 2001”. My na końcu tego filmu mamy wrażenie, że narracja się rozpada, bo o ile wcześniej ten film się toczy powoli, ale jednak mamy jakąś akcję, coś się dzieje. Jest pewien tajemniczy wątek, że chyba się HAL 9000 zbuntował. Ewidentnie coś się dzieje z tą maszyną niedobrego i to jest jeszcze okej. Natomiast w pewnym momencie narracja się rozpada. Dostajemy szereg obrazów. W 1968 roku te obrazy musiały szokować. To jest elektroniczna obróbka. Dzieją się tam rzeczy nieprawdopodobne wizualnie, przynajmniej nieprawdopodobne wówczas.
Przypuszczam, że na średnim komputerze dzisiaj takie efekty można lepsze zrobić. Natomiast dostajemy tam pewną wizję. Coś się dzieje. Kiedy film się kończy, nie wiemy, co się tak naprawdę stało. Rodzi się kosmiczne dziecko. Słyszymy coś o gwiazdach, o tym, jak ich jest dużo, ale zostajemy z niewiadomą. Nic nie wiemy. To oczywiście tego rodzaju otwarte zakończenia zawsze dają pole do interpretacji. Pole do tego, żeby różni mądrzy i mniej mądrzy ludzie się wypowiadali i snuli swoje wizje na temat dzieła, w tym wypadku filmowego, ale i literackiego. Z tym że to chyba nie jest dobra droga, bo Kubrick i Clarke powiedzieli to, co powiedzieli i myślę, że te interpretacje, które dostajemy gdzieś tam, one bywają pomocne, ale czasami prowadzą nas na manowce kompletnie.
I zanim oddam głos Piotrowi, to jeszcze jedną rzecz powiem. Warto zwrócić na takie niuanse uwagę, bo w książce Arthura C. Clarka rzecz dzieje się w okolicy Saturna, a w filmie nie. A w filmie w okolicy Jowisza. A wiecie państwo dlaczego? Odpowiedź jest banalna. Bo jeśli próbowano w efektach specjalnych uzyskać te pierścienie Saturna, takie na filmie, to one źle wychodziły. One wychodziły nienaturalnie i Kubrick miał wątpliwości, czy warto pokazywać takie nienaturalne pierścienie. W związku z tym zapadła decyzja: co tam się będziemy z tymi pierścieniami pierdzielić, przenosimy w okolice Jowisza, a w książce został Saturn. To takie niuanse, o których warto mieć świadomość tego, że jednak te rzeczy się różnią.
[58:35] - Tak, tutaj wywołałeś pewne wspomnienia. Ja pamiętam, że oglądałem „Odyseję”. Nie wiem, w którym roku. Na pewno dość późno. To było po premierze, ale dla mnie okazała się dość wartościowym dziełem. Ona rzeczywiście, jeżeli chodzi o poziom rozrywkowy, może jest kiepsko, natomiast jeżeli chodzi o wymowę, to nawet wtedy do bardzo młodego człowieka, jakim byłem, to przemawiało. To znaczy wiesz co, wy wiecie, że my w „Filmotekarium” nie lubimy mówić o filozofii, symbolice i tak dalej, ale jednak coś było w tym, co uderzało. Przekaz, który płynął jednocześnie był trochę wysublimowany, z drugiej strony był bardzo otwarty. Muszę powiedzieć, że właśnie to stało się przyczyną poszukiwań przeze mnie do dzisiejszego odcinka pewnych analogii i pewnych skojarzeń i w ogóle pewnych koncepcji, które ogólnie rzecz biorąc mówią, że Kubrick wpłynął w znaczącym stopniu na nasze dzisiejsze XXI-wieczne pojmowanie nas i obcych. O tym już mówiłem, ale zanim do tego przejdę To powiem tak: rzeczywiście coś w tym filmie jest.
Samo odniesienie do AI i naszej obecnej sytuacji już robi wrażenie. Dlatego ten film nie zestarzał się. I teraz pytanie, czy reżyser i scenarzysta byli takimi wizjonerami rzeczywiście, że po tylu latach, dekadach nadal dyskusja pozostaje otwarta. Wyjdźmy od znaczenia monolitu, bo my, jak powiedziałem, nie będziemy omawiać tego filmu. Nie będziemy wam mówić, o czym są filmy sprzed kilkudziesięciu lat, bo to jest jednak bez sensu. To tak, jakby opowiadać „Faraona” Prusa. Pamiętam, że wtedy, kiedy pierwszy raz oglądałem „Odyseję 2001”, to był czas, kiedy święciła też triumfy parastronautyka. Uderzyło mnie właśnie to powiązanie, czyli znaczenie monolitu z tematyką starożytnych astronautów. Chociaż dzisiaj to poczytuję bardziej jako powiązanie z symboliczną kuratelą obcych nad ludźmi. Dlaczego dzisiaj ciągle „Odyseja 2001” jest aktualna?
Bo wiesz co, Marku, wydaje mi się, że nie udało się nam pozbyć takiego przekonania, że ludzkość jednak bez względu na wszystko potrzebowała impulsu, kopniaka od bardziej zaawansowanej cywilizacji, od kogoś bardziej rozwiniętego, żeby pójść dalej. Czyli ktoś, kto jest szczebel wyżej, ktoś, kto pozostawił po sobie jakiś ślad w Układzie Słonecznym, jest takim cieniem dla nas, jest cały czas obecny. My tak naprawdę o tych istotach mówimy nie tylko na moim kanale, na twoim kanale, na Radiu Paranormalium. My cały czas o tych istotach rozmawiamy, istotach, których tożsamości nie znamy. I chyba takie główne pytanie, które wynika z tych wszystkich esejów, książek na temat Kubricka, „Odysei kosmicznej”, wiąże się z tym, czy on nie nauczył nas w jakiś sposób myśleć o obcych. Bo to wszystko, co on powiedział w tym swoim filmie, funkcjonuje w naszej wyobraźni, zauważ, do dziś. Obcy są z jednej strony takimi quasi demiurgami. Demiurgami może nie, są tymi kopiącymi, ale są też takimi sąsiadami. To już widzimy w „Odysei 2010”. I tutaj muszę się przyznać, nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale „Odyseja 2010” była dla mnie bardziej porywającym obrazem.
To już było bardziej nowoczesne kino, nowoczesne science fiction, takie, które miało prawo porwać masy. Z tego, co się dowiedziałem z literatury, to „Odyseja 2001” rzeczywiście cieszyła się niezwykłym zainteresowaniem. Natomiast później, po tych kilkunastu latach, „Odyseja 2010” musiała pewne rzeczy powiedzieć bardziej wprost. Dla mnie to jednak było dużo bardziej przyswajalne. To znaczy nie to, że jestem głupi strasznie, tylko wydaje mi się, że dzisiaj „Odyseja 2001” to jest jednak już historia kina. Tylko dla mnie pytaniem, które chyba pozostanie bez odpowiedzi, jest to, czy ten film rzeczywiście miał taką siłę oddziaływania, że stworzył podwaliny naszego współczesnego myślenia o kosmitach. Ale o tym powiem za chwilę. To będzie moje trzecie wejście. Czy ty zgadzasz się ze mną, jeżeli chodzi o tę uwagę, iż „Odyseja 2010”, chociaż jest dużo mniej znana tak naprawdę, jest takim brzydszym bratem dzieła Kubricka, czy ona ci się nie wydaje trochę bardziej porywająca, trochę bardziej nowoczesna? Z jednej strony jest bardziej porywająca, nowoczesna, z drugiej strony jednak trochę brakuje tam tego wizjonerstwa.
[01:04:01] - Tak, ona jest zdecydowanie bardziej porywająca, mniej poetycka. Ale też, wiecie państwo, żeby nie przesadzić, znowu „Odyseja kosmiczna 2010” to nie jest film akcji. Tam również akcja toczy się nieśpiesznie. Chyba najlepsze określenie, które znalazłem. Ale się wszystko toczy, mamy odbicie konfliktu na Ziemi, mamy amerykańsko-rosyjską załogę, konflikt, który się gdzieś tam na Ziemi pojawia. Mamy też później rozwiązanie tej sytuacji. Wspomnę, w pierwszej części, w „Odysei kosmicznej 2001”, monolit pojawia się, kiedy człowiek, już mówiłem o tym, zamienia się w łowcę, przechodzi pewien przełom cywilizacyjny. Później znajdują ten monolit na Księżycu, a później monolit odnajduje się właśnie na orbicie Jowisza. Tu wracamy. W drugiej części wracamy.
Monolit jest tam, gdzie był. Wyprawa z Ziemi, rosyjsko-amerykańska, trafia na ten monolit i zaczyna go badać. Pomijmy szczegóły, bo tam pewne komplikacje się pojawiają, ale w pewnym momencie następuje coś, co sprawia, że monolit zaczyna się mnożyć. Zaczyna, i tu cudzysłów postawmy ogromny, pożerać Jowisza. Jowisz zamienia się w coś w rodzaju gwiazdy o takiej nieco diabelskiej nazwie. To sobie musicie państwo w filmie już zobaczyć, bo ta gwiazda się pojawia. Mamy w Układzie Słonecznym Dwa ciała niebieskie, które pełnią rolę słońca. Ale mamy też od obcej cywilizacji, bo to już jest ewidentne, pewien komunikat. Ja ten komunikat państwu przybliżę za chwilę, ale ważne jest coś jeszcze w tym wszystkim. Bo kiedy porównujemy sobie to, co widzimy na filmie, z tym, co nas fascynuje, czyli UFO, przybysze, to dostajemy jedną bardzo ważną informację.
My chyba nie jesteśmy w stanie zrozumieć obcych. Taka jest teza. Ja się z tą tezą zgadzam. Otóż reżyser filmu, właściwie Kubrick też o tym mówi, ale zostańmy przy „2010". Reżyser mówi o tym i scenarzysta, przypomnę, scenarzystą jest Arthur C. Clarke, ten sam, który współpracował z Kubrickiem. Zdają się nam mówić, że obcy, owszem, ingerują, tak jak ingerowali w życie owych małpoludów, tak ingerują w nasze życie. Trochę nim sterują, trochę starają się nas wprowadzić w pewne koleiny, w pewien sposób, w jaki będziemy się rozwijać. A kiedy pojawia się ta druga gwiazda w Układzie Słonecznym, ludzkość dostaje komunikat: wszystkie światy są wasze. Ale dostajemy też drugi komunikat: nie wolno wam jedynie lądować na Europie.
A jeszcze tam są życzenia, żeby korzystać mądrze z tych wszystkich światów i korzystać z nich w pokoju. Być może to pobożne życzenie Arthura C. Clarke'a, a być może pewna wskazówka dla ludzkości. Jedno państwo wiecie już z tego wszystkiego, o czym mówię i o czym mówił Piotr, że to nie są filmy łatwe. Jeden jest trudniejszy, drugi łatwiejszy. To oczywiste, ale to nie są filmy, które na przykład jak „Gwiezdne wojny" epatują akcją. Nie, tu trzeba się trochę skupić. I ja naprawdę dokładnie, dobrze rozumiem ludzi, którzy chcą w kinie rozrywki. To ja nie sądzę, żeby „Odyseja kosmiczna 2001" była dla nich. Może „2010", ale też z dużym zastrzeżeniem, bo tak jak powiedziałem, akcja toczy się tu niespiesznie.
Natomiast jeśli lubicie państwo takie kino, które chwilami daje wam przestrzeń na własne przemyślenia, na to, żeby sobie powiedzieć: kurczę, ale to było mocne, a teraz będę o tym myślał. Żartuję, oczywiście przesadzam, ale coś jest w tym kinie takiego, że ono nas nie pozostawia obojętnymi. Nie ma przestrzeni na tę obojętność. To jest kino, które albo nienawidzimy, mówimy: nie, nie będę tego oglądał. Tu głupoty są jakieś, bzdury. Albo mówimy sobie: wow, tak też można. Można przemyśleć sprawy takie ważne dla nas. Sztuczna inteligencja, obcy. Jak oni nas traktują? Kim dla nich jesteśmy?
Zabawką? W kontekście filmów „Odyseja" 2001 i 2010 można takie podejrzenie powziąć, bo naprawdę, gdzie nam do tej cywilizacji, która była praktycznie przy naszych narodzinach? To nawet logika wskazuje, że nie mamy do nich startu.
[01:09:16] - Ja bym nie był tutaj taki sceptyczny. To jednak są naprawdę dobre filmy, jeżeli chodzi o kwestie pogłębienia tematu naszych interakcji z obcymi.
[01:09:27] - Absolutnie się zgadzam.
[01:09:30] - To nie porwie, ale jeżeli ktoś jest bardziej dociekliwy albo komuś bardziej zależy na zgłębianiu tego tematu, to jest nadal dobre. To jest cały czas dobre. Ja zaryzykuję nawet takie stwierdzenie, że nie mamy dzisiaj nic lepszego. A nawet jeżeli ktoś ocenia „Odyseję 2010" 10 razy niżej niż 2001, to i tak jestem w stanie powiedzieć, że oprócz „Nowego początku", „Arrivalu", bo to chyba się tak nazywało, to powstało bardzo mało dzieł, które nam pokazują naszą konfrontację mentalną z obcymi. Także to jednak jest coś, co trzeba obejrzeć. Trzeba obejrzeć, trzeba się ustosunkować. Natomiast teraz przejdziemy do kwestii, moim zdaniem bardzo kontrowersyjnych, bo my widzimy, od tego zacznę, pewne symboliczne przejście między „Odysejami" 2001 i 2010. Mamy kontakt z kosmosem z metafizycznego punktu widzenia. Potem on się staje bardziej survivalowy. Czyli ten kosmos w tym późniejszym wydaniu jest bardziej wyzwaniem cywilizacyjnym.
Ale ja nie mogę przestać zastanawiać się nad tym tak zwanym potencjałem transformacyjnym, który jest widoczny przede wszystkim w „Odysei 2001". Potencjał transformacyjny się wyraża w tym, o czym mówiłeś, że nagle małpa dokonuje postępu. I nie jest tajemnicą, przechodzimy tutaj teraz płynnie do zjawisk z pogranicza, że ów potencjał transformacyjny towarzyszy właśnie na przykład bliskim spotkaniom z UFO czy doznaniom natury mistycznej. Czyli jeżeli ktoś doświadcza czegoś niezwykłego, na przykład spotkanie z UFO, to wpływa na jego psychikę w taki sposób, że ten człowiek się potem zmienia. Po prostu się zmienia. Czy to jest naturalny proces ewolucji psychicznej? Nie wiem. Natomiast co ciekawe, tego samego doznają astronauci na orbicie i to się nazywa efektem overview. To chyba nam pokazuje Kubrick w jakimś stopniu. Tylko tak Marku, najważniejsze pytanie, czy on wiedział o tym potencjale transformacyjnym, który przechodzą ludzie, którzy rzekomo się zetknęli z przybyszami z innego świata, z emisariuszami innych cywilizacji?
Bo to zastanawia jednak. Czyli jest artefakt, jest dzieło jakiejś innej cywilizacji i sam kontakt z nim zmienia człowieka. Czy on o tym wiedział? Czy on miał kontakt z ufologami, którzy mu o tym powiedzieli? Czy to jest po prostu jakaś forma wyrazu artystycznego, taka bardzo prosta, że kontakt z czymś innym po prostu zmieni nasze myślenie, zmieni ludzi, staniemy się kimś innym. Bo tak jak podróże kształcą, tak kontakt z kimś, kto jest z innej galaktyki na przykład też nas zmieni. To jest dobre pytanie. I tu już nie dociekając, czy Kubrick wiedział o tych meandrach ufologii, czy nie. Z tego powodu „Odyseja 2001” pozostanie moim zdaniem dla uważnych widzów dziełem wiekopomnym i tak naprawdę zawsze aktualnym.
[01:13:01] - Ja chciałbym powiedzieć o jednej ważnej rzeczy, że Kabrik czy Kubrick, nieważne, to był jednak człowiek od filmu, ale myśl obu filmom dostarczył Arthur C. Clarke. To był człowiek, który był wizjonerem. Znowu zapraszam na cykl moich rozmów z Wojtkiem Sydeńko. Kiedy mówimy o Arthurze C. Clarke'u, mówimy o tym, że jeśli jest osoba, którą można wiązać na przykład z satelitami telekomunikacyjnymi, to jest Arthur C. Clarke. On bardzo dawno temu, kiedy nikt nawet nie myślał o wystrzeliwaniu czegokolwiek na orbitę, wymyślił satelity telekomunikacyjne, ideę. On wymyślił jeszcze kilka innych rzeczy, które są dzisiaj oczywistą oczywistością w przypadku kosmonautyki, astronautyki. To był człowiek, który był wizjonerem i mam takie głębokie przekonanie, że on również był wizjonerem, jeśli chodzi o obcych.
Ja tylko państwu przypomnę, że Arthur C. Clarke pod koniec życia był przekonany, że Mars to jest miejsce, w którym dzieje się coś dziwnego. Mówię o tym w takim podcaście o tunelach na Marsie. Arthur C. Clarke był niesamowicie podekscytowany tymi doniesieniami. W ogóle Arthur C. Clarke to był człowiek, jak zwykle to nie była świetlana postać, miała swoje również mroczne strony, ale skupmy się na tych pozytywach. Więc to był człowiek, który miał bardzo szeroką wizję. To nie jest miejsce, żebyśmy o tych wizjach mówili, ale ważne jest to, że on sobie doskonale zdawał sprawę, że kontakt z obcą inteligencją to nie będzie tak, jak nam się czasami wydaje, że przylecą, powiemy im: „Cześć, co macie nam do zaoferowania? Może pohandlujemy?
Machnią albo cięć money”. Nie. On doskonale zdawał sobie sprawę, że to będzie coś, co nas przestawi na inne tory. Tak jak wtedy z tymi małpoludami nagle przeskoczyliśmy na inny poziom, tak kontakt z obcą cywilizacją, której nie będziemy rozumieć. I Arthur C. Clarke nie ma co do tego wątpliwości. Jeśli państwo sięgniecie po inne dzieła tego pisarza, to będzie doskonale widać, że Arthur C. Clarke nie miał wątpliwości, że jakiś E.T. tu nie przyleci. To będzie brak pełnego zrozumienia.
Ani oni nas do końca nie rozumieją, chociaż oni mają jednak inną pozycję, są obserwatorami, ale my mamy niewielkie szanse, żeby ich zrozumieć. I to się bardzo często na przykład w ufologii, w tych wszystkich analizach dotyczących obcych pojawia, że my jakieś szczegóły możemy przytaczać, ale jakie są motywacje, jakie są w gruncie rzeczy metody działania i czemu one służą, to my możemy się tylko domyślać. I to wcale nie jest powiedziane, że domyślamy się w sposób prawidłowy. Arthur C. Clarke to wiedział. Arthur C. Clarke się interesował nie tylko nauką, ale również doniesieniami wszelkiego typu. W związku z tym myślę, że był człowiekiem absolutnie zorientowanym. I warto pamiętać, bo my bardzo często podkreślamy geniusz Kubricka czy też innych twórców filmu. Warto pamiętać, że oba te filmy tak naprawdę autoryzował i wymyślił Arthur C.
Clarke. To on dał impuls, żeby te filmy powstały. Ja tylko przypomnę, to już nie zostało sfilmowane, że „Odyseja kosmiczna” ma jeszcze dwie części. Niektórzy mówią, że szczególnie ostatnia to już w ogóle jest nieporozumienie. Zostawiam to takim decyzjom czytelniczym. Natomiast warto pamiętać, że Arthur C. Clarke to był taki filozof nauki Człowiek, który naukę traktował bardzo poważnie, a jednocześnie traktował ją nie w sposób taki, że jeżeli coś w punkcie A, to w punkcie B i wtedy w punkcie C. Nie, on miał zupełnie inne podejście do nauki. Owszem, widział te mechanistyczne różne korzyści, które dzięki nauce mamy, ale wiedział też, że nauka zmienia świat nie tylko w warstwie czysto fizycznej, użytkowej, ale zmienia też świat i ludzi w warstwie mentalnej. Cywilizacja naukowo-techniczna zmienia również nas, ludzi.
On o tym wiedział i to bardzo dawno temu. A przeskakując teraz z tematu na temat, nie wiem, co wiedział o obcych. Myślę, że sporo, ale moim zdaniem wizja przedstawiona w „Odysejach kosmicznych” jest ciekawa. Ci przewodnicy, którzy się nami opiekują. Zauważcie państwo, wiem, że się powtarzam, ale się powtórzę jeszcze raz. Różnica pomiędzy opiekunem dziecka a dzieckiem jest zasadnicza. To jest przepaść nieprzekraczalna. I on, mówię o Arthurze C. Clarke'u, zdaje się nam to mówić. Owszem, to może są nasi bracia w rozumie, z tym że ich rozum i nasz rozum to są inne rozumy.
Oni nas mogą zrozumieć, my ich niekoniecznie.
[01:18:31] - Jest jeszcze jedna hipoteza, chyba najbardziej hardkorowa ze wszystkich, według której dzieło Kubricka wpłynęło na rozwój mitologii wszystkich wyobrażeń związanych z abdukcjami. To już wiemy, że w końcówce „Odysei 2001” główny bohater zostaje poddany transformacji w gwiezdne dziecię. Następuje ewolucja świadomości. Według niektórych nie tylko. Ta sama ewolucja, Marku, towarzyszy ludziom, którzy stali się ofiarami abdukcji i których badacz tego zjawiska, John Mack, nazwał posiadaczami paszportu w kosmos. Czyli musi się stać coś jednak bolesnego w pewien sposób dla rozumu i dla ciała, żebyśmy mogli wyjść ze swojej planetarnej sfery komfortu. Tak to chyba można nazwać. Jest też druga rzecz, która się jakoś kojarzy z tą sferą abdukcji, czyli porwań przez kosmitów. To jest dziecko z plakatu przypominające według niektórych jako żywo hybrydę człowieka i obcego. O takich obrazach często opowiadają osoby uprowadzone.
Tylko że wiesz co? Nie jestem w stanie tak do końca w to uwierzyć. Czy „Odyseja kosmiczna 2001” była w stanie wpłynąć, rozpalić te wyobrażenia związane z naszym postrzeganiem kosmitów? Czy to akurat było dzieło tak daleko idące? Bo ono chyba przecież nie było tak bardzo popkulturowe. Pewnie było dla jakichś pokoleń, natomiast dla późniejszych to już chyba nie do końca. Dlatego te wszystkie hipotezy, że Kubrick wpłynął na te relacje o abdukcjach i tak dalej w jakiś sposób, bo jednak ta nić pozostaje, ja uważam za trochę przesadzone. Niemniej jednak kwestia wizjonerstwa pozostaje. „Odyseja kosmiczna” mogła doinspirować współczesną popkulturę, wskazać na poszukiwanie pewnych rozwiązań, które mówią, że obcy przygotowują nas do życia w kosmicznym środowisku. Przecież o tym cały czas się mówi.
Nawet tak naprawdę ruch disclosure, który jest ostateczną instancją na dzień dzisiejszy, też się nie wyzbył czegoś, o czym nam mówi Kubrick, że są istoty, które są daleko, że są istoty, które nas chcą prowadzić. Są istoty, które może nie są do końca przyjaciółmi, ale jednak jakoś tak są na Ziemi. Nawet zobacz, że te wszystkie dyskusje o kryptoziemianach i tak dalej, to jakoś się wpasowuje jednak w „Odyseję 2001”. Natomiast w „Odyseję 2010” wpasowują się te wszystkie koncepcje, które poruszyliśmy, mówiąc na przykład o monolicie na księżycu Marsa, ale na przykład o „Oumuamua” i tak dalej. Zauważ, że paradoksalnie, pomimo rozwoju internetu, pomimo tego, że mamy coraz lepsze narzędzia badawcze związane z eksploracją kosmosu, teleskopy na orbicie i tak dalej, zobacz, że my praktycznie od kilku dekad nie jesteśmy w stanie wyjść poza pewne schematy, które zapoczątkował albo zaszczepił Arthur C. Clarke. Ciekawe, ile to jeszcze będzie trwało. Wiesz co, ja mam taką pewną koncepcję, która jest bardzo atrakcyjna, dlatego że skoro on był w stanie w „Odysei 2001”, „2010” przewidzieć, a przynajmniej w znacznym stopniu przewidzieć nasz rozwój wyobrażeń, bo chyba tak trzeba powiedzieć na temat obcych, to co nam mówią te dwie pozostałe części? Jeżeli się im przyjrzymy, to czy ukaże się nam to, co stanie się wkrótce? Jak my będziemy postrzegać obcych?
Może się tym kiedyś na którymś z kanałów zajmiemy. Natomiast podsumowując, te filmy dzisiaj dla widza, który jest może troszeczkę młodszy od nas, one nie będą atrakcyjne pod względem akcji, może nie będą atrakcyjne wizualnie. Natomiast ja wrócę do tego, co mówiłem o swoich wnioskach na temat „Odysei 2001” przed chwilą, że kiedy zobaczyłem ten film i nawet chociaż ten przekaz był tylko częścią filmu, który był bardzo długi, uznałem to za coś wartościowego. Także „Odyseje kosmiczne” jedną i drugą można oceniać z perspektywy historycznej jako filmy, które przewidziały to, jak będziemy myśleć. Natomiast to są też filmy Do których jednak, to stwierdzam z pewnym bólem, współczesnemu kinu science fiction się trudno zbliżyć. Ja nie wiem, na czym to polega. Może to polega na tym, że to były przede wszystkim inne czasy. Ale zobacz, że dzisiaj dyskusja o obcych w kinie takim mainstreamowym, jednak musi zawierać pewne wywrotowe elementy. Ja wiem, że my tutaj rzadko mówimy o symbolice, o filozofii w kinie, że my jednak podkreślamy te wątki rozrywkowe, ale jednak to współczesne kino, zobacz, absolutnie porzuciło nawet tą wąską, nikłą refleksję na temat tego, jakie będą nasze stosunki z tymi obcymi. Może są pewne wyjątki, na przykład "Animalia", które żeśmy omawiali niedawno.
Może jest "Nowy początek", ale kiedy patrzymy na inne filmy o obcych, przy czym pytanie, czy "Odyseje" są filmami o obcych, to jest inna sprawa. Ale kiedy my na to patrzymy, to widzimy, że kino poszło w zupełnie innym kierunku. Kina, Marku, nie obchodzą obcy. Kino obchodzą kosmici, potwory, stwory, ale nie obchodzi to, jak my na nich zareagujemy jako gatunek, jako cywilizacja. Tak to widzę i to są moje wnioski, które wynikają właśnie z, nie chcę powiedzieć z analizy, ale z takich refleksji na temat obu "Odysei".
[01:25:00] - A ja może trochę od czapy na koniec, ale to też się wiąże, przynajmniej "Odyseja kosmiczna 2001", z klasą reżysera. Kubrick to był facet, który czasami potrafił opóźnić film albo go nie zrealizować, ale opóźnić film dlatego, że dochodził do wniosku, że trzeba skonstruować specjalną kamerę, żeby to, co się pojawiło w jego głowie, w jego wizji nakręcić w inny sposób, niż kręciło się do tej pory. To wszystkich zainteresowanych odsyłam do biografii Kubricka, do tego, co on w kinie wynalazł i jakimi metodami się posługiwał. Oczywiście są też teorie spiskowe dotyczące Kubricka, jego ewentualnym uczestnictwie w misji księżycowej, a właściwie w jej sfałszowaniu. To zostawmy. Natomiast zdecydowanie Kubrick to był człowiek, który żył kinem i myślę, że mieliśmy wspaniały tandem w przypadku "2001: Odysei", człowieka, który miał wizję, to Arthur C. Clarke, wizję tych kontaktów z obcymi. Ale zauważcie państwo, w obu filmach nie ma obcych tak przedstawionych z łapami, głową i nogami. Nie, takich obcych tam nie ma. Ale miał wizję kontaktu z obcą świadomością.
To był Arthur C. Clarke, a Kubrick miał wizję kina, wielkiego kina. Kina, które porywa człowieka, zabiera go ze sobą, wtłacza w fotel, jeśli to kino albo w ogóle odbiera mu świadomość. I oczywiście można powiedzieć, że film "Odyseja kosmiczna" nie nadaje się do oglądania, bo to stare, głupie i w ogóle nie. I tak jak lubię kino rozrywkowe, to powiem jednak, że może ja do końca nie przeżywałem tego filmu przez ponad dwie godziny, że nie było momentów, które wydawały mi się dłuższe z nami. Były. Oczywiście, że były, ale ja nie żałuję, że ten film obejrzałem. Czasami wiąże się to z cierpieniem, bo w ogóle czasami wiedza o nas samych, bo ten film dużo nam mówi również o nas samych. Ta wiedza o nas samych czasami jest bolesna, czasami wymaga pewnych wyrzeczeń. No cóż, jeśli ktoś jest na nie gotowy, to "Odyseję kosmiczną 2001" obejrzy.
Jeśli nie, to też się nic nie stanie. Naprawdę żadna tragedia nie nastąpi. A "Odyseja kosmiczna 2010", Piotr to powiedział, ja tylko to dopełnię, powtórzę. Ona nam po pierwsze mówi troszeczkę więcej o tym, co się wydarzyło w poprzedniej części. Troszeczkę więcej nam mówi w ogóle o tym kontakcie, o tych obcych, którzy są jakimiś takimi naszymi opiekunami. Oba te filmy, po prostu wiecie państwo, co ja tu będę szukał poetyckich jakichś porównań. Ryją beret, po prostu ryją. Ale można tych filmów nie kochać. Można, ale zobaczyć chyba warto.
[01:28:12] - Można nie kochać. Mimo wszystko wydaje mi się, że nawet jeżeli ktoś nie odkryje tamtego potencjału sensacyjnego, przygodowego w pełni, to jednak odkryje, że został on zamarkowany, że przynajmniej twórcy próbowali nas wprowadzić w pewną wielką tajemnicę. Tajemnicę, której tak naprawdę, Marku, może się nie dać ukazać pod względem kinematograficznym. Bo jakby nie było, film "Prometeusz" starał się nam pokazać owych twórców stwórców. Kogoś, kto stworzył cywilizację na Ziemi, kto był, nie wiem, protoplastą to może nie, ale był ojcem ludzkości i tak dalej. Zobaczcie, że po tylu latach, bo przecież "Prometeusz" to jest 2010, nadal nie udało się w taki sposób może, jak byśmy wszyscy chcieli dzisiaj, czyli w taki sposób pełnoobrazowy, sensacyjny, tych zamierzchłych czasów pokazać. Czasów, kiedy oni podnieśli nogę, żeby nam dać kopniaka w półdupek. Znaczy nam to chyba nie, Marku. Chyba naszym małpim przodkom, naszym małpim wujom. I to chyba jest najlepsza klamra.
[01:29:25] - Może tak, ale powiem: widok kości rzuconej w niebo bezcenny. Proszę państwa, to były „Odyseje kosmiczne”. Teraz czas na recenzarium. Recenzarium Evivy. Kontynuujemy, a właściwie Luiza Eviva Dobrzyńska kontynuuje cykl omówienia opowieści wigilijnych. Była „Opowieść wigilijna”, była jej druga część. Dzisiaj kolejna: „Świerszcz za kominem”.
[01:30:24] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. „Świerszcz za kominem” to po „Kolędzie prozą”, znanej też jako „Opowieść wigilijna”, najbardziej znana wigilijna gawęda pióra Dickensa. W odróżnieniu od „Kolędy prozą” nie występują w niej w zasadzie elementy fantasy, jeśli nie liczyć tytułowego świerszcza symbolizującego dobre duszki opiekuńcze domowe. Jednak jest to opowieść, która ma, jakby to powiedzieć, fantazyjną otoczkę. Jest w niej coś tak bajkowego, że urzeka ludzi nawet po tylu latach. Dzisiaj nie mamy pieców, za którymi mogłyby śpiewać świerszcze i mówiąc szczerze, nie wiem, czy wytrzymalibyśmy w dzisiejszych czasach ich świergot. Być może kiedyś w małych chatkach, gdzie nie było czegoś takiego jak radio, gdzie ludzie nie byli atakowani gwarem od rana do wieczora, tym hałasem medialnym, inaczej do tego po prostu podchodzili, że im coś tam świergotało za piecem. Czasami to nawet było nie do wytrzymania, bo w „Panu Wołodyjowskim” Sienkiewicz włożył w usta Michała Wołodyjowskiego następującą uwagę, że do stanicy chreptiowskiej tyle świerszczy nalazło, że wytrzymać wieczorem nie można było, jak razem zaczną świergotać. Także różnie z tym bywało. Ale wróćmy do Dickensa.
John Pirripping mieszka w niewielkim domku razem z dużo od siebie młodszą żoną, którą nazywa Kropką, choć jak później się dowiadujemy, ma ona na imię Mary. Mają małe dziecko oraz przygarniętą z sierocińca dziewczynkę, która służy im jako opiekunka do niemowlęcia. Była to wtedy powszechna praktyka. Pewnego dnia John, który jest poczmistrzem albo czymś na kształt poczmistrza, kuriera lub kogoś w tym guście, przywozi z objazdu tajemniczego mężczyznę, głuchego starca, który zostaje u Pirrippingów, twierdząc, że musi poczekać na swego opiekuna. Jego obecność narobi dużo zamieszania. Jest on bowiem ściśle związany z Calebem Flammarem, który mieszka kawałek drogi od chaty Pirrippingów razem ze swą niewidomą córką Bertą. Caleb pracuje dla bezdusznego przedsiębiorcy produkującego zabawki. Chcąc nieco ulżyć w ciężkiej doli córki, wmawia jej, że jego pracodawca jest człowiekiem niezwykle dobrym, wesołym i żartownisiem, który wszelako wzbrania się przed wszelkimi wyrazami wdzięczności, choć tak naprawdę jest ich dobroczyńcą. Oczywiście rzeczywistość nie ma nic wspólnego z tym obrazem. Niestety, bajki opowiadane córce odnoszą niedobry skutek, bowiem dziewczyna, nie mogąc zobaczyć rzeczywistości, zakochuje się w swoim wyobrażeniu, a jej szczere przywiązanie do Tackletona skutkuje tym, że przedsiębiorca uważa ją za istotę niespełna rozumu.
Tackleton ma zamiar się ożenić. Oczywiście nie z Bertą, tylko z przyjaciółką pani Pirripping, May. Nie robi tego z miłości. Po prostu jest starym kawalerem. Dojadła go samotność, a May jest piękna i samotna, jeżeli nie liczyć matki, która nie tylko ją, ale i samą siebie sprzedałaby za kawałek tarczy herbowej i odrobinę pieniędzy. Zanim zawiązana w ten sposób intryga znajdzie wreszcie swój finał, stanie się coś bardzo złego. Oto bowiem John Pirripping przypadkiem, właściwie nie przypadkiem, ale za sprawą Tackletona podejrzy, jak jego żona rozmawia w sposób bardzo poufały z pewnym młodym mężczyzną i wyciągnie z tego zupełnie niewłaściwe wnioski. „Świerszcz za kominem” jest opowieścią, można powiedzieć, nie tyle fantastyczną, co w oczywisty sposób bajkową. Taką, która wygładza kanty rzeczywistości, jeśli można to tak określić. Jasne, że takich przedsiębiorców jak pan Tackleton, dbałych tylko o własny interes i uważających swych pracowników za śmieci, to mamy ich dzisiaj powyżej czubka głowy.
W wiktoriańskiej Anglii było ich oczywiście zatrzęsienie i nikt nie widział w tym nic dziwnego. Biedacy przecież sami sobie byli winni. Po co byli biedni? Natomiast na co tutaj trzeba zwrócić uwagę? W piękny sposób jest opisane małżeństwo Pirrippingów. Mary, zwana Kropką przez męża, jest od niego dużo młodsza. Można by się dziwić, że zgodziła się wyjść za mężczyznę może nie tak znowuż biednego Bo ludzie jego fachu dobrze zarabiali. Ale dużo starszego od niej i niemającego na pewno tyle pieniędzy, żeby to zrekompensować. Wyszła za niego, urodziła mu dziecko i byli razem bardzo szczęśliwi, jak również przygarnięta przez nich dziewczynka, która pomagała w opiece nad niemowlęciem. Tak jak wcześniej wspomniałam, była to powszechna praktyka.
Branie z sierocińca dziecka, które później pracowało w domu tych, którzy byli na tyle dobrzy, że je przygarnęli. Oczywiście pracowało bez żadnej zapłaty. Tyle tylko, że zakon do spania, wyżywienia, jakąś szmatę, żeby się ubrać. Zależało wszystko w tym momencie od tego, który zdecydował się na taki krok. Owszem, byli tacy jak państwo Pyrybingle, którzy traktowali taką sierotę przyzwoicie, ale nie brakowało też takich, którzy wykorzystywali takie dziecko naprawdę do granic możliwości i dręczyli na wszelkie sposoby. I nikt się za nim nie ujął. Tak to było właśnie. Dickens często o tym pisał. Wiele jego książek porusza ten właśnie temat. Ale panna Tilly Slowboy, czyli mniej więcej dziesięcioletnia dziewczynka opiekująca się dzieckiem państwa Pyrybingle, trafiła akurat dobrze.
Cieszmy się z tego, nawet jeżeli jest to sytuacja całkowicie wymyślona przez Dickensa. Mamy w tej opowieści również wątek niewidomej Berty. W tych czasach los ludzi w jakiś sposób okaleczonych był naprawdę straszny. Akurat Berta ma kochającego ojca, który robi, co może, żeby ulżyć jej losowi. Zazwyczaj jednak byli oni uważani za zbędny balast dla rodziny, często wyrzucani z domu i żyli na ulicy, żebrząc o jakieś drobne lub trochę jedzenia. Nawet sobie nie wyobrażamy, jak straszny był ich los. No i mamy Tackletona, starego, nieczułego, zgorzkniałego fabrykanta zabawek dla dzieci, których nie cierpiał. Nieco baśniowości tutaj dodaje zakończenie, w którym okazuje się, że fabrykant nie jest taki zły, jak by się wydawało. On nie ulega odmianie jak Scrooge, tylko po prostu pozwala dojść do głosu czemuś lepszemu w sobie, co tam było. Na to przynajmniej wygląda.
Jaki w tym wszystkim udział ma świerszcz za kominem, tego nie wiemy, bo akurat Tackleton nie znosi świerszczy i wszystkie morduje, jak tylko je znajdzie w domu. Akurat o to nie mam do niego szczególnej pretensji, od razu mówię. Ale w tej krótkiej nowelce świerszcz symbolizuje, tak jak powiedziałam, dobrego ducha domu, którego Tackleton przepłasza od siebie, a powinien właśnie otworzyć drzwi swego domu szerzej. W pewnym momencie on, jak się zdaje, rozumie, co było jego błędem życiowym. Jest to bardzo piękne. Jak mówię, czy prawdopodobne nie wiemy, ale bardzo piękne. I tak jak mówiłam wcześniej, polecam wszystkim. Czytajcie Dickensa, nawet jeżeli jego styl dzisiaj wydaje się wam przestarzały, bo przywykliście do czegoś innego. Czytajcie jego książki, one czynią ludzi lepszymi. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:38:55] - Proszę państwa, Piotr Cielebiaś jeszcze nie udał się był do domu, bo przed nami wakacyjne, ale tak naprawdę zupełnie normalne wydanie Małpy. Dzisiaj książka, która jest z jednej strony klasykiem, dobrze pojętym klasykiem, ale przy okazji jest to książka, która w dalszym ciągu wydaje mi się książką niezwykle ciekawą. Jeszcze nie powiedziałem, jaka to książka. To chyba czas najwyższy. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapraszamy na omówienie książki Aleksandra Kondratowa „Lemuria: klucz do przeszłości”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:39:45] - Witam serdecznie. Tradycyjnie.
[01:39:49] - Dzisiaj podążymy. To będzie podróż w czasie i przestrzeni, bo Lemuria to jest temat. Nawet się zastanawiam, czy tylko w czasie i przestrzeni, bo to jeszcze w ludzkiej świadomości zaczniemy grzebać, bo okazuje się, że temat Lemurii jest wieloaspektowy. Przybliża nam ten temat Aleksander Kondratow. Jeśli państwu to nazwisko nic nie mówi, to może przypomnicie sobie państwo okładkę z serii ceramowskiej bardzo popularnej. To taka też popularna nazwa tej serii. Oficjalna jest znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana, ale pojawił się w tej serii taki tytuł „Zaginione cywilizacje”. I mówiąc szczerze, to już świadczy o głuptactwie moim w tym wypadku. Ja tych dwóch książek zupełnie nie skojarzyłem. Może dlatego, że nie zapamiętałem nazwiska i po prostu to było dla mnie, kiedy przygotowywałem się do dzisiejszej audycji, wielkie odkrycie, że to ten sam pan napisał „Zaginione cywilizacje” oraz książkę wydaną w Polsce po raz pierwszy w '83 roku, jeżeli dobrze pamiętam, „Lemuria: klucz do przeszłości”.
[01:41:11] - Tak, dzisiaj pozycja bardzo interesująca i nietypowa. Dlaczego nietypowa? To zaraz powiemy. Z jednej strony, sądząc po tytule, można uznać, że mamy do czynienia z książką z dziedziny paleastronautyka. Otóż nie i tak, ale bardziej na nie. Nie jest to też ezoteryka, chociaż też trochę tak, trochę nie. To jest alternatywna literatura popularnonaukowa, bo autor, Aleksander Kondratow, nie boi się wchodzić w sferę teorii może nie tyle takich bardzo niesamowitych, ale na pewno niestandardowych. Powiem ci, że jak sobie przypomniałem tę książkę, to powiedziałem sobie w duchu: „Dlaczego teraz takich rzeczy nie ma?”. Książka, o której dzisiaj mówimy, ukazała się na naszym rynku, jak wspomniałeś, w roku '83 w oparciu o oryginał, który ukazał się zaledwie pięć lat wcześniej w ZSRR I tutaj może dwa słowa o autorze, bo Lemuria tak naprawdę wiąże się blisko ze sferą zainteresowań twórcy tej książki, który żył w latach 1937-1993. To była bardzo ciekawa postać.
Kondratow był lingwistą i biologiem, co akurat w tym przypadku daje mu pewną podbudowę naukową, specjalistyczną do snucia rozważań o hipotetycznym kontynencie albo pomoście lądowym, który mógł łączyć wschodnią Afrykę z Indiami i Azją. Co wiemy o Kondratowie? On pisał prace naukowe związane z odczytywaniem starożytnych tekstów mezopotamskich, czyli jak porównamy jego z Sitchinem, to w sumie panowie się zajmowali praktycznie tym samym. Co się stało, że Kondratow znany jest, albo w zasadzie nieznany jest w stopniu takim jak Sitchin? Może zaważył tu styl, może zaważyła argumentacja, do tego jeszcze przejdziemy. Natomiast Kondratow Marco był też poetą związanym z sowiecką awangardą, ale przede wszystkim był autorem popularnych artykułów oraz książek. On się zajmował oprócz zaginionych kontynentów wieloma innymi tematami, w tym starożytnymi cywilizacjami, paleontologią na przykład. Zresztą to zainteresowanie paleontologią widać w książce Lemuria. Ale żeby jeszcze było ciekawiej, to nie jest jedyny hipotetyczny zaginiony kontynent, któremu on poświęcił dzieło książkowe, bo przyglądał się też innym i przyglądał się też takim, które nie są otoczone tak jak Lemuria, tak jak Atlantyda czy Kumari Kandam warstwą mitu, warstwą legendy. Zatem tyle, co wiemy o Kondratowie.
Książka nieprzesadzająca z objętością, że tak powiem, ale wypełniona zaskakująco dużą ilością informacji. I dowiadujemy się z tej książki zarówno o głębokim osadzeniu hipotezy o Lemurii w wierzeniach teozofów, skąd odziedziczyli potem tą koncepcję późniejsi współcześni ezoterycy, ale też mamy całkiem przydługi, całkiem szczegółowy wykład na temat geologii na przykład i biologii. I powiem ci, Marku, jeżeli ktoś dzisiaj podchodzi do tej książki i zaczyna, bo przecież musi od czegoś zacząć, to może być lekko rozczarowujący. To znaczy ta książka się składa z rozdziałów, które są zarówno stricte naukowe, jak i takie, które prezentują te hipotezy alternatywne. Przy czym, ponieważ to jest dzieło bardzo leciwe, już jakby nie było, te kwestie naukowe mniemam, że są nieco już może nie tyle nieaktualne, co można by je rozwinąć w oparciu o najnowsze odkrycia.
[01:45:06] - Rozwinąć pewnie tak. Natomiast dużą zaletą tej książki jest ten erudycyjny styl i sięganie do różnych dziedzin wiedzy. Widać, że Kondratow gdzieś miał coś wspólnego z nauką, bo z jednej strony to nie jest styl trudny, ale styl obciążony pewną dyscypliną podawania informacji. Mnie w gruncie rzeczy ten styl bardzo odpowiada, bo tak przykładowo, jeśli ruszamy w ogóle temat Lemurii, to warto, uświadamia nam to zresztą autor, warto pamiętać o tym, że Lemurię wymyślili, tadam, proszę państwa, wymyślili ludzie związani z Darwinem. Było im to potrzebne do wytłumaczenia pewnych procesów ewolucyjnych, tego, że coś im się nie zgadzało albo ta Lemuria by im się bardzo przydała. Co więcej, ci ludzie związani z Darwinem umieszczali Lemurię na Oceanie Indyjskim. To miał być pomost lądowy pomiędzy, tak z grubsza zupełnie mówiąc, Madagaskarem a Indiami. I to dla wszystkich informacja, którzy na przykład przywiązani są do tej wersji, która mówi, że Lemuria leżała na Oceanie Spokojnym. Okazuje się, że nawet w takiej dziedzinie jak lemuriańska historia czy pseudohistoria nie ma zgodności i wszystko nie jest takie oczywiste, jak chcieliby niektórzy domorośli wyznawcy, podkreślam słowo wyznawcy teorii, że wszystko już jest oczywiste i Lemuria leżała na Oceanie Spokojnym. Okazuje się, że to wcale nie było takie oczywiste i tak jak powiedziałem na początku, powiedzieli o Lemurii ludzie związani z biologią, tak szeroko pojętą biologią.
Chwilę później, ta chwila liczona w dziesiątkach lat, ale jednak chwilę później rzecz zainteresowała, wspomniałeś o tym Piotrze, teozofów. Pani Bławatska i jej kumple. Specjalnie mówię kumple, bo teozofia ma to do siebie, w ogóle są takie dziedziny, które mają to do siebie, że natychmiast pączkują i z jednej teorii rodzą się następne, i następne, i następne. I każdy teozof chciał dołożyć swoje albo właściwie głosić swoją teozofię. W związku z tym również historia Lemurii zaczęła nabierać niesamowitych kształtów. To może wszystko nie jest ujęte w książce Lemuria Kondratowa, bo ona, tak jak powiedziałeś, nie jest specjalnie obszerna, natomiast on to sygnalizuje, że ta historia wcale nie jest taka oczywista I powiem tak: rzeczywiście być może dzisiaj wiedza o niektórych zagadnieniach posunęła się dalej, ale ja z dużym szacunkiem podchodzę do tej książki. Być może właśnie jest to kwestia przyjętej przez Kondratowa metody, tej metody związanej z nauką, że ta książka może się zestarzała, ale nie zestarzała się tak bardzo, jak zestarzały się niektóre hity ufologiczne na przykład, albo takie paleoastronautyczne, to nawet lepsze, niektórych autorów. Nie, ta książka zestarzała się dostojniej. Ona najwyżej może być uzupełniona przez współczesne badania, natomiast tam bardzo mało wypada z obiegu. Takie jest moje zdanie przynajmniej i wielka chwała autorowi.
My w ogóle mamy takie, jak to powiedzieć tak delikatnie, gdzieś odziedziczyliśmy po czasach komuny takie poczucie, że radziecka nauka to nie jest nic, co można szanować. Okazuje się, że są dziedziny w tej nauce, które absolutnie na szacunek zasługują. Ja pamiętam ze swoich pierwszych studiów, że kiedy pisałem pracę na temat powiązań mitu poetyckiego i mitu religijnego, to mój promotor polecił mi, a nawet pożyczył mi przepięknie wydaną książkę z dziedziny językoznawstwa. Feler polegał na tym, że ona była po rosyjsku i musiałem się przez nią przebijać. Na szczęście jeszcze te umiejętności posiadałem, ale po pierwsze była świetnie wydana, ale ona była merytorycznie zbijająca z nóg. W Polsce takich materiałów w ogóle nie można było znaleźć, więc z całym szacunkiem podchodzę do niektórych dziedzin wiedzy. Oczywiście Związek Radziecki to było miejsce absurdów i czasami pseudonauki, ale były też dziedziny wiedzy, które były rozwinięte. My sobie nawet nie zdajemy sprawy, jak bardzo były rozwinięte i kto wie, czy takie pogrzebanie w tym, co wychodziło w Związku Radzieckim odnośnie tych tematów, które nas interesują, nie spowodowałoby dzisiaj jeszcze małego trzęsienia ziemi na rynku wydawniczym, a w każdym razie wśród fanów tego rodzaju tematyki.
[01:50:48] - Na pewno by tak było. Jak wspomniałeś tę serię ceramowską, tam mieliśmy przecież jeszcze na przykład Lwa Gumiłowa. Szczerze mówiąc, postać, którą nie za bardzo trzeba przedstawiać, ale wrócimy do tej Lemurii. Może, żeby się za bardzo nie rozgadywać, bo powiedziałeś, że koncepcje na temat tego niby kontynentu umiejscawiają go zarówno na Oceanie Indyjskim, jak na Pacyfiku. Z czego to wynika? W zasadzie to tak. Szczątki lemurów, ssaków charakterystycznych, jak wiemy, dla Madagaskaru odnajdywano w Indiach, a nie w Afryce Wschodniej na przykład. A to nam sugeruje tak na chłopski rozum, że musiał istnieć most lądowy między Madagaskarem a Indiami, który nie przylegał do Afryki. Dlatego nie ma na przykład lemurów właśnie na Czarnym Lądzie, nie ma lemurów gdzie indziej. One żyją tylko na Madagaskarze, który był skrajnie zachodnią częścią Lemurii.
[01:51:45] - I to była ta wersja darwinistów.
[01:51:49] - Tak. Natomiast są też inne tropy natury biologiczno-paleontologicznej, które Kondratow rozwija i one idą znacznie dalej i są bardzo interesujące. Szkoda, że to nie jest rozwinięte, Marku, tak bardzo we współczesnej literaturze. Chodzi o połączenie Madagaskaru i tamtejszej fauny kopalnej przede wszystkim z Ameryką Południową. I to nam sugeruje, że jeżeli Lemuria istniała, to rozciągała się znacznie dalej o całe tysiące kilometrów tak naprawdę w kierunku wschodnim. Część książki Kondratowa to są właśnie takie rozważania natury geologiczno-biologicznej. On miał do tego wykształcenie. Natomiast ciekawiej dla mnie osobiście wypadają rzeczy związane z kulturą, z cywilizacją. Ta część poświęcona człowiekowi też jest oczywiście uwypuklona, przy czym jest to ujęcie bardzo kompleksowe. Ja myślę, że gdyby Kondratow chciał, to mógłby tutaj napisać nam dużo więcej.
Szczerze mówiąc, mogłoby powstać kilka tomów Lemurii, bo w tej małej książce mamy próby poszukiwania odpowiedzi na następujące zagadnienia: na przykład praojczyzna Sumerów, praojczyzna Tamilów, Drawidów. Mamy poszukiwanie korzeni cywilizacji w Mezopotamii. A co jeżeli oni pochodzą z tego zaginionego kontynentu albo z części tego niegdyś istniejącego kontynentu, które się stopniowo pogrążały pod wodami? Powiem ci, Marku, że to jest bardzo interesujące. Niektóre z rzeczy, które znajdujemy u Kondratowa, nie są w ogóle rozwijane w literaturze zachodniej. Nawet powiem więcej, o ile zachodnia literatura ogranicza się do takiego kopiuj, wklej, jeżeli chodzi o tematy takie jak Mu czy Lemuria, tutaj kurde, jakie to jest wszystko ciekawe. Tylko że jak mówię, zaczyna się trochę drętwo. Zaczyna się trochę drętwo i to może lekko odstraszyć. Dlatego też warto spojrzeć na spis treści tej książki. Powiem jeszcze coś, co stało się dla mnie zauważalne w sumie dopiero po latach, bo ja pierwszy raz, kiedy sięgnąłem po „Lemurię” Kondratowa, to było dawno, a ja to gdzieś znalazłem w antykwariacie.
Dzisiaj są popularni autorzy jak Graham Hancock na przykład. A tak naprawdę Kondratow rozwija koncepcję cywilizacji X czy cywilizacji matki poprzedzającej Sumer, poprzedzającej Egipt, kilkadziesiąt lat przed nimi. Przy czym dla niego, dla Kondratowa, to nie są sensacyjne, sensackie wręcz rozważania. Pomimo wieku tej książki muszę przyznać, że znaczna jej część, dużo wątków jest w stanie zaciekawić odbiorcę. Tym bardziej że próżno potem poszukiwać tego w książkach z zakresu parastronautyki, bo te książki z zakresu parastronautyki są zazwyczaj bardzo odtwórcze, Marku. Ja kiedy patrzę na te pozycje, to ja wiem, co będzie w środku. Natomiast „Lemuria” nam uwidacznia ciekawe tropy i ciekawe ścieżki bez popadania w zbytnią egzaltację ezoteryczną. Oczywiście to tam jest obecne. I zaczynam się zastanawiać, zresztą to już podkreśliłeś, co się stało, że Kondratow nie został drugim Zecharia Sitchinem, że nie został drugim Dänikenem, bo miał ku temu tak naprawdę wykształcenie, miał bagaż doświadczeń, miał zdobytą wiedzę. Przecież on się zajmował językami mezopotamii.
Dlaczego dzisiaj nie mamy książek tego faceta? I szczerze ci powiem, może to będzie dla niektórych obrazoburcze, ale wydaje mi się, że gdyby Kondratow pozostawił po sobie taki cykl publikacji, jaki pozostawił Sitchin, byłoby to dużo bardziej wciągające, dużo bardziej szczegółowe i też krytyczne. Także już kończąc mój wywód na temat tej książki, którą polecam pomimo jej wieku, a to się rzadko zdarza w naszym programie, to jest wartościowa lektura nadal. Ona nam pokazuje, że w tak wyeksploatowanym temacie, w tak wyeksploatowanej przestrzeni, jaką jest historia alternatywna, parastronautyka, można znaleźć nowe wątki, można podążać nieodkrytymi ścieżkami albo takimi ścieżkami, którymi poszli tylko niektórzy. Powiem ci, że nawet tacy hardcorowi fani serialu „Starożytni Kosmici” mogą się przy książce Kondratowa zdziwić, że jest jeszcze coś do odkrycia.
[01:56:46] - Ja również tę książkę polecam, ponieważ to jest książka, być może to jest odpowiedź nawet na twoje pytanie, Piotrze, dlaczego on nie zrobił takiej kariery, myślę o Kondratowie. Ponieważ on nie daje łatwych odpowiedzi. On raczej stawia pytania, raczej analizuje z różnych pozycji pewne zagadnienia, ale nie sięga po łatwe odpowiedzi. Można powiedzieć, że to jest książka o poszukiwaniu raju, ale nie tego religijnego raju, tylko raczej tego raju, z którego pochodzi ludzkość, tego raju, który był kolebką owej ludzkości. Bo wspomniałeś o tym, że mamy odwołanie do Tamilów, do Drawidów. Gdzieś tam mamy jeszcze plemię z Gór Błękitnych, Totów. Mamy też absolutnie wciągające opowieści o tajemniczych statkach gdzieś z wyspy Malucha, chyba to dobrze wymówiłem, przez dwa „h”. W każdym razie Kondratow tropi różnego rodzaju legendy, rozpisuje się na temat Wysp Szczęśliwych. To taka figura, którą warto zapamiętać. Figura kulturowa.
Szuka Kondratow, prezentuje różnego rodzaju hipotezy dotyczące tego zatopionego raju. Być może to była Lemuria, a może to w ogóle zupełnie inaczej wyglądało. To właśnie porywające jest w książce Kondratowa, że on, tu się powtórzę, świadomie zupełnie nie daje łatwych odpowiedzi i myślę, że to dobrze, że nie warto iść na lep łatwych odpowiedzi i wiedzieć wszystko. Kondratow daje nam natomiast pewną przestrzeń do zastanowienia się, daje nam dużo informacji na temat Lemurii, tak ogólnie to powiedzmy, odwołajmy się do tytułu, ale nie tylko. W ogóle do tego, jak to wszystko wyglądało, jak to też czasowo mogło wyglądać inaczej niż my sobie wyobrażamy. Bo nagle dostajemy perspektywę na przykład tego, że te wędrówki pomiędzy okolicami Afryki, czyli Madagaskarem a Indiami, odbywały się cztery, może cztery i pół miliona lat temu. I wiecie państwo, to jest zupełnie inny poziom patrzenia na, już właściwie się zastanawiam, czy na historię, czy prawie na geologię, ale Chodzi o to, że dzięki książce Aleksandra Kondratowa dostajemy duży dystans i dużą przestrzeń do własnych przemyśleń, a jednocześnie całą masę faktów, żeby było o czym myśleć. Tak jak Piotr powiedział, to jest książka, która się mało zestarzała, ale wszystko się niestety starzeje na tym najlepszym ze światów. Mało się zestarzała. Najwyżej, tak jak powiedzieliśmy, można ją uzupełnić o pewne szczegółowe wątki, ale jedno w niej jest cenne i myślę, że jeśli wśród naszych słuchaczy są ludzie, którzy chcieliby o tajemnicach tego świata kiedyś pisać, to „Lemuria.
Klucz do przeszłości” to może być książka, którą warto wziąć za przewodnik tego, jak pisać o rzeczach tajemniczych, rzeczach niezbadanych, rzeczach, które intrygują ludzi, ale pisać w taki sposób, żeby nie gonić za sensacją, za czymś, co nas na chwilę zatrzyma, ale w gruncie rzeczy machniemy ręką, pójdziemy dalej. Tylko pisać tak, żeby z jednej strony dostarczać wiedzy, z drugiej strony intrygować. Być takim cierniem, który mówi: „Słuchaj, to nie jest do końca wyjaśnione. Może te wszystkie wyjaśnienia, które ci podawałem, nie są właściwe. Może znajdź swoje”. Ja bardzo cenię takie książki.
[02:01:12] - Tak. I chyba sięgnięcie do innych pozycji Kondratowa, jeżeli ktoś chce pisać książkę na temat parastronautyki, to też będzie dobrym rozwiązaniem.
[02:01:26] - To ja teraz zapraszam państwa na odrobinę literackiej zabawy. Ta literacka zabawa to oczywiście Katarzyna Prychacz i jej cykl „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj tytuł jak zwykle intrygujący: „Zielarz z szafy”.
[02:01:46] - Halo, halo! Z tej strony Katarzyna Prychacz i jak co tydzień zapraszam was na „Alchemia tworzenia”. Witam was w 28. odcinku trzeciego sezonu naszego podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Jest to podcast, w którym wymyślamy sobie historie. Konkretniej to ja wymyślam. Ja i mój zespół wewnętrzny. I to właśnie taka jedna wielka kreatywna improwizacja. Od paru odcinków właściwie przechodzimy przez moją autorską planszę, moje narzędzie do wymyślania. Na tej planszy wykładam sobie różne komponenty zarówno z istniejących gier, jak i jest jeden komponent, który sama stworzyłam.
Także koniec ględzenia. Lecimy z tematem. Okej, w poprzednim odcinku, nie wiem, na ile teraz to wszystko wam opowiadać. Także zachęcam, czy to na stronie bookradio.pl, wejdźcie w podcasty i odszukajcie mój podcast i tam macie listę wszystkich odcinków poprzednich, wszystkich sezonów, ale też wszystkich odcinków tego sezonu. Ewentualnie zapraszam was na portal YouTube. To jest moje konto „Katarzyna Prychacz”, ale jak wpiszecie „Alchemia tworzenia” też powinno was przekierować na playlistę i tam znajdziecie poprzednie odcinki z tej serii. Czym to się różni? Tym, że na Book Radio macie samo audio, natomiast na YouTubie możecie też sobie słuchając jednocześnie popatrzeć, co ja tutaj wykładam i te karty, o których mówię, którymi się inspiruję. Znaczy karty i kości. Także jak najbardziej zachęcam do rzucenia uchem i okiem gdziekolwiek.
Okej, kontynuujemy, właściwie kończymy, czyli mamy trzeci akt historii o czarownicy. W poprzednim odcinku stwierdziłam, że nazwiemy ją Formalina. Gdybyśmy mieli to spisywać fabularnie, to myślę, że warto byłoby też w tej historii ująć, skąd się wzięło to nie tyle imię, co przezwisko. Także myślałam, że może to byłaby Malina albo Alina, która otrzymała takie przezwisko. Co w ogóle ją pchnęło do podróży? Po co my w ogóle tą naszą bohaterką wstaliśmy i idziemy? Właściwie to idziemy, bo obudziliśmy się w jakimś dziwnym miejscu i na domiar złego nie możemy używać magii. Na głowie naszej bohaterki jest korona, która blokuje jej trzecie oko, więc ona też nie widzi magicznych rzeczy. Natomiast jak najbardziej w trakcie tej podróży orientuje się, że jest w stanie swoimi pozostałymi dwoma oczami, zwykłymi, dostrzegać przy pomocy swojej uważności jakieś anomalie typu trzy wilki, które z pozoru wyły do księżyca, ale jednak ten księżyc okazał się chmarą. Dalej nie postanowiłam, czy siostry.
Pomyślałam o siostrach, ale może i fajniej by było, gdyby to były koleżanki z jakiejś szkoły czarownic czy ze świata. Tutaj dodam jeszcze, że to była czarownica leśna. Natomiast dzięki temu, że ma zablokowaną magię, mogła przekroczyć granicę lasu i dotarła na teren innych wiedźm, czy właściwie czarownic. To żadnej z nich jeszcze nie spotkała, ale spotkała smoka i stoczyła niezły pojedynek w poprzednim odcinku. Nie będę spoilerować, zachęcam do słuchania. Niemniej po tym pojedynku zgarnęliśmy trofeum. I to trofeum było, miałam ten token, taki żeton, który sama przygotowałam z nadrukiem palm, więc zastanawiałam się, co to może być. Bo wiecie, trofeum jako coś, co zdobyliśmy. Ale może to jest jakaś przepustka? Zobaczymy, co dzisiaj nam wyjdzie, jak fajnie to połączymy.
Bo wiecie, palmy mi się kojarzyły z jakimś urlopem, może z jakąś rośliną. Nie wiem. Zobaczymy. Mogę wam powiedzieć, że dzisiaj, bo też wcześniej losowaliśmy trzy lokacje. Zapraszam w razie czego odcinek o takim tytule i tam omawiam. Najpierw zaczęłam od wylosowania lokacji, po których będziemy się poruszać, a później przeszliśmy już do, że tak powiem, farszu z tej planszy w następnych odcinkach. I ta trzecia lokacja to jest taka szafa obrośnięta mchem, bluszczem. W poprzednim odcinku pomyślałam, że mogłaby się nazywać Szafa Zielarza. Podoba mi się to i myślę, że pewnie wyląduje jako tytuł tego odcinka. Sprawdźcie mnie po wszystkim.
Podoba mi się ta wizja takiej szafy. Co prawda ta szafa ma też takie właściwości jak ta szafa z Narnii, że wygląda, jakby coś w niej mieszkało, ale właściwie też jakby można było nią gdzieś przejść. Więc musimy dzisiaj dotrzeć z tej lokacji, takiej bardziej kamienno-pustynnej, gdzie spotkaliśmy smoka. Musimy dojść do tej szafy. Tutaj też patrzę, że zmienia się pora dnia, że już trochę się robi wieczór. Także idealnie, bo zaczęliśmy od nocy, później mieliśmy dzień i teraz już wchodzimy w wieczór. Także świetne zamknięcie naszej przygody. Nie wiem, co w tej szafie znajdziemy. Zobaczymy. W dzisiejszym akcie, jeżeli chodzi o komponenty, które użyję, to jak najbardziej będą to te moje tokeny.
Jeden z nich. Na samym końcu wylosujemy nagrodę, którą zdobyliśmy po tej całej podróży. Nasza bohaterka zdobyła. Mamy też kości Story Cubes, które używam w tej serii. To są te pierwsze z pomarańczowej serii i zostały akurat trzy ostatnie kości, więc one nam będą wydzielały linię fabularną. I na samym końcu myślę, że po tej nagrodzie będziemy losowali kartę morału. I do tego morału oczywiście moglibyśmy użyć kart na przykład z gry Dixit czy Klub Detektywów. Wiecie, kart typowo grafik. Natomiast że lubię wyzwania, to jako kartę morału wezmę karty z gry Kraina Snów. I to są karty, które podobnie jak Dixit czy Klub Detektywów mają bardzo fajną, inspirującą grafikę.
Jednocześnie mają też na tej karcie napisane dwa słowa. I tutaj wyzwanie polega na tym, żeby może w jakiś sposób te dwa słowa spróbować wpleść w ten morał. Także nie mogę się doczekać, co nam tutaj się trafi i jak bardzo będziemy musieli to pozszywać. Także co? Chyba możemy zaczynać. Nie wiem. W trakcie pewnie fabuły będę wam dopowiadać jakieś rzeczy, przypominać te, które były. Aha, bo tu jeszcze ten główny problem. Oprócz tej korony, która blokuje magię, mieliśmy też tutaj rzecz związaną z zablokowaniem w głowie naszej bohaterki, czy właściwie uwięzieniem, nie wiem, czy to klątwa, czy coś, świata, czy właściwie miejsca jej narodzin, jej bliskich i tak dalej. Ona się z czymś takim zmaga i ruszyła, żeby wrócić do czarownicy opiekunki i jej tam wygarnąć, jak ona w ogóle śmiała jej tą koronę na głowę założyć.
I w ogóle cała ta sytuacja, że to jest jakieś nieporozumienie i o co chodzi. A wspomnę jeszcze, że nasza bohaterka teoretycznie miała odbyć karę. Tylko to my wiemy jako autorzy, bo nasza bohaterka chyba jeszcze tego nie odkryła. Nie wiem. Natomiast miała odbyć karę za, nie wiem, czy nazwać to próżnością, czy za wywyższanie się, jako że ona była z rodu czarownic z dziada na pradziada. Wiecie, wszyscy tacy ą, ę, może jacyś arystokraci, ktoś wyżej postawiony. I tak myślałam, bo chciałam pójść w takie typowe baśniowe rzeczy, to myślę, że to byłoby fajne jako taka nauczka, kara za to, żeby się nie wywyższać. Więc w tym kierunku na pewno będę chciała poprowadzić jakoś ten morał. Co prawda na razie w tej głównej próbie to owszem, nasza bohaterka wykazała się kreatywnością. Może zobaczymy, czy coś dzisiaj wyniknie nowego, ale może trochę to jej da takiej pokory, że okej, dała też radę bez tej magii, ale widzi, o ile to jest trudniejsze i może dzięki temu zrozumie też na przykład te czarownice, które mniej umieją w magię albo są z innych rodów, że może mają tej magii mniej, może mają jakąś trudność.
Więc myślę, że to byłaby bardzo fajna lekcja dla naszej bohaterki, gdybyśmy to w tym kierunku ugryźli. Dobra, bo ja tutaj trochę czasami się rozpraszam, bo ja patrzę na te wszystkie karty z poprzednich odcinków, żeby mi nic nie umknęło. I co? Lecimy chyba. Lecimy. A co jeszcze miałam zwykle przypominać wam, że w każdą środę o 20:00 słyszymy się tutaj na bookradio.pl. Natomiast jeżeli chcecie tą wersję wizualną z YouTubem na YouTubie, o której wam wcześniej dzisiaj już wspominałam, to w każdą sobotę o 20:00 wypatrujcie nowego odcinka. I jak najbardziej zachęcam do nadrobienia sobie poprzednich odcinków zarówno z tej serii, jak i z poprzedniej. Mieliśmy cały cykl też takiego kreatywnego śledztwa pod tytułem Grzybki i Fermenty, więc macie tam też zapisany cały przebieg. I też wcześniej kilka takich, czy kilkanaście, nie pamiętam, ile my mamy dzisiaj już tych odcinków.
Ja i liczby. 28. Tak? Ten jest. Pewnie z kilkanaście odcinków takich jest pojedynczych historii. Dobra. To co? To lecimy. Rzucamy pierwszą kością i myślę sobie, że wtedy jakoś to też może spróbujemy z tymi palmami połączyć i z tą szafą. Dobra, lecimy.
Mam trzy, biorę jedną i rzucam. Oczywiście, że zbiłam poprzednie. Dobra, wypadła nam kość z rysunkiem domu. Wiecie, taki klasyczny domek z kominem, taki jak się rysowało w przedszkolu czy tam w podstawówce. Taki daszek prosty, ładny domek. I okej. Co to może znaczyć? Może to znaczyć właśnie, właściwie to idealnie wypadło. Czyli po przejściu tej głównej próby nasza bohaterka dostała też jakieś tam podpowiedzi od smoka. No i co?
Czas wracać do domu, bo pierwotnie chciała ruszyć do takiej wieży, w której ta czarownica naczelna przebywała. Natomiast może teraz nasza bohaterka stwierdziła, że jest zmęczona i teraz chce wrócić do domu. Ale przecież ustaliliśmy, że jej dom... Znaczy myślałam o mieście rodzinnym, o tym, co mówiłam, że jest uwięzione w jej umyśle, ale może właśnie tam też jest jej dom, nie? Może ona po tym wszystkim jest strasznie zmęczona. Owszem, przetrwała tą próbę, przeszła wszystko, ale bardzo tęskni za domem i zaczyna mieć taki moment zwątpienia, czegoś takiego. Nie wiem, jak to określić. Taki stan psychiczny, że niby powinna triumfować, a jednak taka melancholia się tutaj wdarła. Smok jej wskazał, gdzie ta szafa. Może ona się zbliża?
Nie wiem. Może teraz zrobiła przerwę. Siadła na chwilę w drodze do tej szafy i zastanawiała się, czy to wszystko w ogóle ma sens, że dalej nie wie, jak zdjąć tą koronę, jak odblokować ten swój dom, dojście do domu. Co prawda smok jej podpowiedział, że ten zielarz z szafy. O! A może to też byłby fajny tytuł? „Zielarz z szafy”. To jest chyba jeszcze lepsze niż „Szafa zielarza”. Okej, to właśnie może ona idzie znaleźć tą mityczną szafę, w której jest ten zielarz, który właśnie jej podpowie może, jak za pomocą ziół zneutralizować działanie tej korony. Ale może właśnie teraz nasza bohaterka się mierzy z tym zwątpieniem.
Może właśnie wraca znowu do takich terenów zalesionych. Chociaż tutaj przy tej szafie patrzę na karcie, to taki kolor właściwie przy tej szafie jest piasek, ale można pomyśleć, że to jest jakiś rodzaj polany, więc może nasza bohaterka już dotarła do tych terenów, ale nie ma siły. Nie wiem, może nie widzi tej szafy. W sumie to nawet nie wie, jak ta szafa wygląda, więc siedzi zrezygnowana. Dobra, lecimy dalej kolejną kością. Muszę dzisiaj jakoś, ja nie wiem. Mam tylko dwie kości jeszcze i się zestresowałam. A tu trzeba jeszcze fabułę dokończyć. Okej, rzucam. Mało na tym papierze się odbija, ale dajemy radę.
Wypadła nam kość z napisem, znaczy z rysunkiem magnesu. Wiecie, taka podkowa, taki magnes. Czyli co? Jak magnes to może jakieś przyciąganie? Przypominam, że nasza bohaterka nosi ze sobą taki artefakt, który tutaj był jako klucz francuski. Rysunek taki się wylosował. Natomiast ustaliliśmy, że to jest jakiś tam metalowy drut, przedmiot, wichajster, który nasza bohaterka zawsze przy sobie nosi. Owszem, bardzo jej się przydał w głównej próbie w poprzednim akcie. I teraz nie wiem. Jak metalowy przedmiot, magnes, to tak pomyślałam, że może siedzi na jakimś kamieniu zrezygnowana i zaczęła na przykład uderzać w ziemię sobie tym metalowym czymś.
Właśnie myślę, że to równie dobrze mógł być też taki trochę kostur, chociaż kojarzyło mi się też to z łomem, ale coś, co może miała zawieszone przy pasku. Jak sobie siadła, to jest to na tyle długie, że na przykład uderza w ziemię. Dlaczego z tą ziemią? Pomyślałam, że może właśnie te uderzenia. Może nie tyle metal tego przedmiotu, ale może właśnie zaczęła uderzać o ziemię. Czy wywołała jakieś drgania? Czy może niechcący uderzyła ileś razy i może ta szafa się pojawiła? To takie byłoby myślę ciekawe. Pewnie jakbym miała to spisywać, to tutaj bym szukała jakiejś symboliki. Myślę, że dałoby się to zrobić.
Nie wiem. Że może właśnie stukała w jakiś konkretny kamień, a może jakieś zwierzątko tym trąciła i ono się wystraszyło i pobiegło na przykład do zielarza, żeby je ratował. A może... Tak patrzę jeszcze na te palmy. Co to było to trofeum? Bo wiecie, a może to były jakieś nasiona? Może ona niechcący odprawiła rytuał przywołujący tą szafę, że na przykład trzymała sobie ten kijek i miętoliła w rękach jakąś paczkę może, którą dostała od tego smoka. Pomyślałam, że może jakieś nasiona w tej paczce, więc może jakieś jedno się wysypało z tej paczki, wypadło, a ona nie zauważyła i później na przykład zaczęła rysować sobie po piasku tym swoim kijkiem, wichajstrem. Wichajsterem czy wichajstrem? Tym czymś swoim.
I zasadziła to nasionko. I może właśnie dzięki temu, za każdym razem, kiedy coś się zasadzi na tej glebie, to pojawia się ten zielarz, bo na przykład daje jakąś nagrodę. Może on ma taką misję, żeby zazielenić cały świat. Więc ten, kto wie, albo jak ma jakiś interes do tego zielarza, to wie, że musi dać jakiś dar dla ziemi. Czyli na przykład zasadzić jakąś sadzonkę albo nasionko, albo coś jeszcze innego. Może smok o tym wiedział, tylko jej po prostu dał to trofeum, ale nie powiedział, jak ona ma to zrobić. Myślę, że to jest fajny obrót fabuły, więc ustalmy, że to się stało i ta szafa się pojawiła. Okej, rzucam ostatnią kością. Kurczę, jakiś dzisiaj może być całkiem szybki ten odcinek. Ale dobra, pewnie się nagadam jeszcze z morałem, jak to ja.
Dobra, rzucamy. Ostatnia kość. Dobra. Róża wiatrów, moi drodzy. Taki jak kompas. Takie strzałki na wszystkie kierunki świata. A może to nie szafa się pojawiła, tylko ten kawałek ziemi zaczął wirować i gdzieś ją przeniosło na przykład. Jak w „Harrym Potterze” były te świstokliki. Chociaż wiecie co? Chyba fajniej jakby ta szafa się pojawiła.
Jakoś tak widziałam ją. A może ta szafa przyleciała? Tak wirowała. Może jakiś taki tajfun się pojawił. Tajfun? Tajfun nie. Czy to było nad wodą? Już nie pamiętam, gdzie te wiatry. Cyklony były tylko nad Indyjskim chyba Oceanem. Tajfuny to też chyba w jakimś tylko regionie.
Takie małe tornado. Wiecie, i puf! I pojawiła się szafa. I drzwi się otwarły na oścież. Tutaj też przypomnę, jak ta karta wygląda, bo to też omawiałam w tym pierwszym odcinku. Mamy tę szafę otwartą na oścież. Jest pełno malutkich szufladek i w środku mamy też wagę. Na jednych drzwiach wisi taka waga. Są dwie szalki na takim kijku, na sznurkach. I w tych szalkach są takie kruki, ptasiory jakieś czarne.
Równie dobrze to też mogłyby być po prostu woreczki z czymś czarnym. A po drugiej stronie, na drugich drzwiczkach wisi na sznurku jajko. Ze środka łypią takie groźne pomarańczowe oczy. Właściwie nawet nie wiem, na ile one są groźne. Bardziej takie jakieś zdegustowane. Takie kocie. Nie widzimy tej postaci w całości. Więc może teraz nasza bohaterka stoi przed taką minipróbą, bo okej, przywołała tę szafę, ale trzeba coś zrobić. Więc myślę sobie, czy na przykład coś z tym jajkiem, może do jakiejś szufladki coś włożyć? Patrzę, czy my coś jeszcze mamy.
Chciałam powiedzieć o zapałkach, ale to było panaceum i z założenia tutaj panaceum jest jednorazowe, więc nie możemy go już użyć. Mamy to trofeum, mamy ten nasz kijek-samobijek, artefakt. Mieliśmy też notes naszej bohaterki ze sobą. I nie wiem, czy coś więcej ona nosiła. Nie, nic więcej nie mamy. Więc może ona tak po prostu patrzy do tej szafy i w sumie nie wie, co robić. Może to jajko czy ta waga. To też byłoby fajne, gdyby to na przykład sprawdzało, czy pokazywało wnętrze tego wędrowca, tego, kto przywołał szafę. Czyli na przykład ta waga mogłaby pokazywać czystość serca jako dobre, złe uczynki, które przeważają. Natomiast jajko, nie wiem, narodziny, nowe życie, czystość taka, niewinność?
Pewnie gdybym spisywała, to od razu bym poleciała do mojej książki z symbolami. Mam niejedną. I pewnie bym sobie doczytała, czego symbolem jest jajko. I żeby sobie wybrać jakieś tam fajniejsze znaczenie. Więc nie wiem, może to po prostu działa tak, że zwykle ktoś odruchowo chwyta za to jajko i wtedy poprzez to jajko, właśnie z racji tego, że ono jest samo w sobie niewinne, to idealnie odczytuje intencje czy energię osoby, która je dotknęła. I wtedy ta waga zaczyna się przechylać. I może być tak, że zielarz nie rozmawia z osobami o czarnym sercu, o złym sercu. Więc nasza bohaterka wstała taka zrezygnowana, bo okej, znalazła szafę. Ale co z tego? Co dalej?
Zaczęła do niej mówić, ale nic się nie działo. Nikt jej nie odpowiadał. Chyba że na przykład drzwi się poruszyły i dopiero wtedy ona zauważyła, że na sznurku to jajko zaczęło bujać się jak takie wahadło. Więc podeszła i chwyciła to jajko, żeby zobaczyć, o co chodzi. I wtedy może jakiś wystrzał energii, jakiś impuls i zauważyła, że na drugich drzwiczkach waga zaczyna się przechylać. I nagle po tym procesie może właśnie te oczy jej się pojawiły, więc odskoczyła od tej szafy i usłyszała taki mroczny głos z wnętrza tej szafy, który powiedział: „Zadaj pytanie”. Czy coś takiego. Albo: „Jakie pytanie cię dręczy?” Dużo opcji, ale wiecie o co kaman. I co? I nasza bohaterka powiedziała, że chce się pozbyć tej korony.
Chce bardzo wrócić do domu. Patrzę, czy mi się tu coś nie ten... Ostatnio mi się coś przycina z tym podcastem. Mam nadzieję, że dajemy radę teraz. Dobra. Więc nasza bohaterka oczywiście opowiedziała swoją historię o całej tej sytuacji i nagle wysunęła się szufladka. O! Szufladka. W odpowiedzi. Nic więcej ta szefa nie powiedziała, tylko nagle któraś z tych szufladek się wysunęła.
I teraz to aż się prosi, żeby tam była nagroda. Może tak zróbmy. Nie kombinujmy, bo to aż się fajnie samo robi. Także losuję tokenik. Jeżeli chodzi o nagrodę, zobaczymy co było w tej szufladce i jak możemy dalej tego użyć. Najwyżej ją później teleportujemy jakoś do domu, nie? Dobra. Losuję, losuję. Dobra. Cyk.
No śmieję się, ponieważ mamy wiadro z mopem. Wiadro z mopem. No to co? To może taka sugestia: posprzątaj, ogarnij się kobieto. Może posprzątaj, co nabrudziłaś. Myślę właśnie teraz tylko, czy dosłownie, bo to są małe szufladki. A może tam była właśnie taka figurka? Nie wiem, ale takie miniaturowe, nie? To wiadro z mopem. Tylko bardziej taki symbol.
W ogóle fajnie, nie? Podróż bohatera po to, żeby wygrać wiadro z mopem. Nie no okej, jest to szafa, jest to bajka, więc może to po prostu wypadło z tej szufladki albo właśnie wyrzuciło się z szafy. Więc nasza bohaterka chwyciła to wiadro z mopem i patrzyła totalnie zbita z tropu, o co chodzi, co ma z tym zrobić. A może właśnie wtedy usłyszała jakieś jeszcze jedno słowo, że posprzątaj, co nabrudziłaś, nie? No w sumie miała być lekcja. Fajnie. Okej, wiecie, już mój mózg odpłynął, nie? To naprawdę byłaby bardzo fajna bajka. Posprzątaj co nabrudziłaś.
No i może tutaj właśnie też docieramy do momentu takiego, wiecie, gdybyśmy szli przez te dwanaście kroków podróży bohatera, na pewno mielibyśmy też ten krok odnośnie odrodzenia bohatera na nowo, tak? Takiego zorientowania się, jakiejś zmiany w nim. I to na pewno byłby ten moment, że może do naszej bohaterki właśnie dotarło, co robiła, że to faktycznie była kara, że ona sobie uświadomiła, że może niekoniecznie była w porządku. Jak zaczęła analizować, co mogłaby posprzątać, to na przykład uświadomiła sobie, że nie ma zbyt dobrych relacji z innymi dziewczynami, z innymi czarownicami. Więc może dotarło do niej, że to jest rozwiązanie. No i teraz co robimy? Właśnie, nie robimy teleportu, tylko może w momencie, kiedy szafa nagle się zatrzasnęła i ziu-ziu-ziu-ziu zniknęła tak jak przybyła, no to może właśnie na horyzoncie nasza bohaterka zobaczyła tą wieżę, do której właśnie próbowała na samym początku się dostać, ale nie widziała jej na horyzoncie, a teraz nagle zobaczyła. Więc ruszyła, dzierżąc to wiadro z miotłą. Myślę, że one mogłyby być magiczne w jakiś sposób. Chyba że ona naprawdę poleciała na tej miotle, jak na czarownicę przystało.
A może właśnie. Może też z tej szafy, zanim zniknęła, wystrzelił na nią jakiś taki pył magiczny, taki zielony. I może to była taka ta namiastka magii, którą mogła użyć raz. Może jakiś woreczek z jakimś pyłem czy coś dostała. No i nasza bohaterka właśnie uświadomiwszy sobie, co powinna posprzątać, wysypała ten magiczny pył, skoro nie miała swojej magii na miotłę i poleciała na tej miotle do wieży. Tak jakby normalnie leciała. No dobra. Kot się pobudził, więc patataj aż mały. Dobra, no to myślę, że mamy to. Mamy to w sensie takim, że mamy jakby koniec tej osi fabularnej.
I teraz co? Losujemy kartę morału i zobaczymy, co tu jeszcze muszę użyć w tej naszej bajce na końcu. Karty są dwustronne, to tak spróbuję coś po prostu ze środeczka i odwrócę. Dobra, nie patrzę, nie patrzę, żeby nie było. Dobra. O matko z córką. Wiedziałam, że to mi da po garach tutaj. Karta jest... Powiem wam szczerze, ja tak w ogóle to średnio lubię karty z tej gry. W sensie grafiki czasami odbieram je trochę jako takie niepokojące.
I na przykład właśnie to jest jedna z tych grafik. Jeżeli chodzi o słowa, to centaur i komputer. No i też dokładnie to przedstawia grafika. Znaczy właśnie nie wiem na ile dokładnie. No mamy oczywiście tułów konia, w tle mamy jakieś takie drzewa, może one jakieś jasne liście mają, dosyć ciemne pnie. Całość grafiki w ogóle jest taka wiecie, odcienie żółci, szarości i trochę takiej nawet nie czerni, tylko ciemnej zieleni. No i ten tułów konia, no i tułów ludzki, tak jak na centaura przystało. Natomiast zamiast głowy mamy monitor i ten monitor też jest poprzypinany kablami gdzieś. No i to jest właśnie taki komputer jeszcze starego typu, czyli taka skrzynka, na której się stawiało bezpośrednio monitor i te kable są poprzypinane do tułowia właśnie gdzieś. Tak jakby tam był przedłużacz czy te wtyczki tam są.
No i jeszcze ma przytroczoną czy właściwie wyrastającą klawiaturę z przodu. Nie wiem, jak wam to... No z brzucha, tak? W sensie z tego ludzkiego brzucha. Jakbyśmy patrzyli na to od przodu, no to tak jakby człowiek stał na nogach i z brzucha wyrasta mu podest i tam jest klawiatura. I ten centaur coś pisze. Taki mroczny, postapokaliptyczny archiwista. Na grubo ten morał. Myślę: klawiatura, notowanie, może obserwacja. W sumie trochę taki monitoring, więc może tu trzeba by pójść w jakieś porównanie, że warto w życiu być wolnym.
Bo myślę o koniach, że tak pędzą, że ten wiatr, że wolność, ten zew natury, życia. A komputer z kolei jako coś takiego bardzo matematycznego, logicznego, uważnego. Więc może w życiu warto pędzić przed siebie jak centaur, ale zachować uważność komputera. Dobra, i ja tam byłam. Miód i wino piłam. Myślę, że spokojnie dałoby się to bardziej podkręcić. Jeżeli mielibyśmy pójść w takie typowo baśniowe klimaty, to na pewno ten komputer średnio by nam tu pasował klimatem. Chyba że przyjmiemy, że to były już czasy bardziej współczesne. Natomiast jeżeli nie, to trzeba byłoby może ten komputer zamienić na samą uważność, czy iście matematyczną uważność. To by było naprawdę fajne.
Powiem szczerze, to jest bardzo fajne przesłanie. Myślę tylko, czy ono jest bardzo powiązane z tą naszą opowiastką. Może powiedzieć, że nasza bohaterka pędziła przez życie, czerpała z niego garściami, ale faktycznie nie zachowała tej uważności i przeoczyła to, że była nie w porządku wobec ludzi, z którymi pracowała, współpracowała czy po prostu żyła. Może to jest to. Może też dodatkowo ta uważność byłaby fajnym podsumowaniem tego, że nawet jeżeli zabrano jej tę magię, to mimo wszystko użyła swojej wiedzy, swojego umysłu, swoich oczu, żeby poradzić sobie z tymi przeciwnościami, które ją spotkały, czy w lesie, czy później na tej pustynnej krainie. Tak samo z tą szafą, że mimo że zwątpiła, to jednak coś zrobiła, coś w końcu się udało. Dobra, słuchajcie, mamy tę historię. Ja chyba na siłę dziś nie będę przedłużać, więc mamy jak mamy. Jeszcze nie wiem, co zrobimy za tydzień. Korci mnie, czy może kolejna historia z tej planszy, ale nie.
Wiecie co? Chyba potrzebuję czegoś krótkiego, szybkiego. Popatrzę jakie jeszcze mam gry. Może czymś innym się pobawimy, żeby trochę zmienić formułę. Chociaż ja sobie to zmienię, bo wy tylko słuchacie, a ja tu muszę sobie urozmaicać. Ale jest fajnie. Powiem wam szczerze, naprawdę podoba mi się ta historia. Takie to mądre wyszło. Ładne. Jak dopracuję planszę, to oczywiście dam wam znać na pewno tutaj w podcaście.
Mnie cały czas korci zrobienie jakiegoś wydarzenia, czegoś, gdzie faktycznie moglibyśmy się spotkać, może razem powymyślać jakąś historię, pobawić się tym wszystkim. Bo jeżeli słuchacie tego podcastu, to sami widzicie, ile można różnych rzeczy wymyślić. Druga sprawa, ja teraz bazuję tylko na swoich oczach. A gdybyśmy siedzieli razem w grupie, to pewnie każdy z nas, patrząc nawet na tę kartę z tym centaurem, pewnie by wymyślił jeszcze jakieś inne powiązania czy zupełnie inny morał, w inną stronę. To jest magia naszych umysłów. Tego, że niby wszyscy jesteśmy ludźmi, ale jednak tak się różnimy. Mamy tyle różnych doświadczeń, przeżyć, że nic, tylko kreować i spisywać te nasze historie. No dobra. Misie kolorowe moje, słuchacze kochane. Kończę na dziś.
Słyszymy się za tydzień, więc jak zawsze dużo ciepełka, uśmiechu, pięknej pogody i inspiracji na cały tydzień, żebyśmy w następnym tygodniu mogli wymyślić kolejną piękną historię. Trzymajcie się. Pa!
[02:34:39] - Mówiłem, że czas omówić by do końca ten cykl „Opowieści wigilijnych”. Dobra, jest ich tak naprawdę pięć, owych opowieści wigilijnych. Ale Luiza Eviva Dobrzyńska miała pewien klucz. Tym kluczem posługiwała się i omówiła cztery z tych opowieści. Ta ostatnia nosi tytuł „Nawiedzony i jego układ z duchem”. Zapraszam.
[02:35:34] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Już omówiłam trzy spośród „Opowieści wigilijnych” Dickensa. Jedną z nich, „Bitwa o życie” pominę, ponieważ nie zawiera żadnych elementów fantastycznych. Przejdę od razu do piątej. „Nawiedzony i jego układ z duchem”. Ta opowieść znakomicie wpisuje się w coś, co nazwalibyśmy archetypem fantastyki. Zawiera nawet, powiedziałabym, elementy horroru. W pewnym sensie Jak mi się wydaje, jest najciekawsza ze wszystkich. A o czymże mówi? Profesor Redlaw mieszka na terenie uniwersytetu.
Jest człowiekiem samotnym. Jedynymi jego, jeśli można tak rzec, przyjaciółmi jest rodzina Swidgerów, czyli dozorca, jego ojciec oraz żona. Tylko oni mają z nim bliższy kontakt, nie licząc studentów, dla których prowadzi wykłady. Wszyscy uważają, że profesor ma bardzo ponury wygląd, właśnie taki, jaki miałby człowiek nawiedzony. Nie mówią tego poważnie, ale przez szacunek, a czasem jakiś nie do końca określony strach, ustępują mu z drogi. Profesor rzeczywiście jest bardzo zamknięty w sobie. Miał nieszczęśliwe dzieciństwo i nieszczęśliwą młodość. Jedynym jego dorobkiem na świecie jest kariera naukowa i jedynym, na czym mu zależy. Tak przynajmniej sądzi. Pewnej nocy nawiedza go cień.
Cień proponuje mu, aby zawał z nim pakt. Trudno powiedzieć, na czym ten pakt właściwie miałby polegać, ponieważ według przybysza profesor Redlaw nie musi mu nic dawać. Wystarczy, że się zgodzi na to, aby cień, kimkolwiek jest, odebrał mu wspomnienia. Nie wszystkie. Tylko te złe. Po to, żeby profesor mógł wreszcie spokojnie żyć i nie zadręczać się tym, co było i co sprawiało mu ból. Profesor waha się najpierw, później jednak przystaje na tę propozycję i oto z jego pamięci znika właściwie wszystko. Pamięta ludzi, ale nie pamięta, co dla niego znaczyli. Nie pamięta wydarzeń z nimi związanych. Jednocześnie doskonale pamięta wszystko, czego się nauczył.
Tak że w zasadzie nie został okaleczony w jakiś sposób. Mimo to czuje, że coś utracił. Wkrótce okazuje się, że swój wątpliwy dar przekazuje każdemu, z kim się zetknie. Małżeństwo Tetterby, prowadzące maleńki kiosk z prasą i zgodnie wychowujące gromadę dzieci, nagle zapomina o wszystkim, co ich kiedykolwiek łączyło. Widzi tylko, że prowadzą nędzne, pełne wyrzeczeń życie i nie rozumie po co. Ich dzieci, do tej pory zgodne, zaczynają kłócić się między sobą i wydzierać sobie to, czym się do tej pory dzieliły. Umierający nędzarz, brat dozorcy uniwersytetu, który zszedł na swą drogę, a na łożu śmierci pragnął pojednać się z ojcem, nagle zmienia zdanie. Ojciec dozorcy, będący staruszkiem pogodnym i wszystkim życzliwym, nagle staje się samolubny i nie do zniesienia. Jego syn stwierdza, że ma dosyć utrzymywania darmozjada. Jedyną osobą, której nie dotyka przekleństwo Redlawa jest żona dozorcy.
Millie, ta słodka i dobra kobieta, która jest, można powiedzieć, kwintesencją altruizmu i życzliwości, z jakiegoś powodu nie ulega skażeniu. Redlaw zresztą sam jej unika. W momencie, kiedy orientuje się, że zamiast ukojenia przynosi ludziom przekleństwo, postanawia odkręcić jakoś to, co się stało. Jednak jest to bardzo skomplikowane. Nawiedzony opowiada o tym, jakim skarbem są dla nas wspomnienia. Nawet te złe, nawet te, które przynoszą nam ból, ponieważ to one nas czegoś nauczyły. Dały coś, co stanowi element składowy naszej osobowości. Dickens doskonale to rozumiał. Jakby w opozycji do mądrego, poukładanego i posiadającego jakąś pozycję społeczną profesora przedstawia dziecko znalezione przez Millie na ulicy. Chłopca, który był bezdomny od zawsze i od zawsze traktowany jak zwierzę.
Tak, tak wtedy traktowano w Anglii bezdomne dzieci. Ten zaledwie kilkuletni dzieciak nie ma żadnych wspomnień, które można by zniszczyć. Nie dlatego, żeby w jego życiu nie było zła. Wręcz przeciwnie, jest go bardzo dużo. Tyle że nie było dobra, z którym mógłby porównać to, co go spotykało. Jemu się wydaje, że wszystko w jego życiu wyglądało tak, jak wyglądało, ponieważ tak miało być. Profesor odkrywa, że jego umysł stał się tożsamy z umysłem tego dziecka i rozumie, że wyrzekając się wszystkiego, co go kiedyś bolało i co budowało jego człowieczeństwo w ten sposób, stał się zwierzęciem w duszy. Dlatego korzy się przed cieniem, błagając go o zwrot tego, czym był. Cóż, mamy tutaj dwie sprawy. Jedna to jest właśnie ten ból, którego często nienawidzimy.
Wielu z nas nawiedzają złe wspomnienia, czy to z dzieciństwa, czy to z wczesnej młodości, czy to nawet całkiem świeże. Rzeczy, o których wolelibyśmy zapomnieć. Jednak to one nas kształtują. Może nam się to nie podobać, ale tak jest. Porównajmy sobie ludzi, którzy wyrośli w otoczeniu, można powiedzieć wręcz bajkowym, którzy mieli od urodzenia tych, którzy spełniali wszystkie ich życzenia, którzy słyszeli same miłe słowa i nigdy nie zaznali czegoś takiego jak głód czegokolwiek, ponieważ wszystko im od razu podsuwano pod nos. Tacy ludzie wyrastają zazwyczaj na skrajnych egoistów, wręcz pokręconych psychicznie. Dobrze to ujął Claude Tillier w swej książce "Mój wujaszek Beniamin": "Człowiek, który nie cierpi, jest popsutą maszyną, poronionym płodem natury". I to prawda. Niechętnie tak na to patrzymy. Nienawidzimy cierpienia.
Chcemy się go pozbyć. Chcemy go odepchnąć jak najdalej od siebie. To zrozumiałe. Jednak jakkolwiek by się to nam nie podobało, to ono nas kształtuje. Niezależnie od tego, czy to jest małe cierpienie dziecka, które traci ulubioną zabawkę, czy duże cierpienie człowieka, który traci ukochaną osobę. Wszystko wywiera na nas pewien wpływ. I ten wpływ powoduje, że jesteśmy, kim jesteśmy. Nie chodzi o to, że to jest pożądane. Chodzi o to, że musimy o tym pamiętać, żeby zachować swoje człowieczeństwo, żeby móc być empatycznym. Ponieważ pierwszą rzeczą, jaką profesor Ledyard traci, jest empatia.
Nie jest w stanie już nikomu współczuć. Nie jest w stanie ani śmiać się, ani płakać. Dobrze byłoby to przemyśleć, a przede wszystkim zapoznać się z tą opowieścią stosunkowo mało znaną, chyba najrzadziej wspominaną spośród opowieści wigilijnych Dickensa. Może właśnie dlatego, że jest tak smutna i tak w gruncie rzeczy mało zrozumiała. Wszystkich zachęcam, aby się z nią zapoznali. Dowiedzą się bardzo wiele o duszy człowieka. Chyba właśnie o to chodzi. I myślę też, że każdy w codziennych modlitwach, o ile oczywiście jest chrześcijaninem czy kimkolwiek, kto wyznaje jakąś religię i się modli, ażeby powtarzał maksymę zdobiącą jeden z portretów uniwersyteckich w tym opowiadaniu: „Panie, zachowaj mi pamięć wiecznie żywą”. Tak, myślę, że wszyscy powinniśmy się o to modlić. Nasza pamięć jest naszym skarbem, nawet jeżeli przechowujemy w niej bardzo bolesne wspomnienia.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:43:30] - Mam nadzieję, że to gruntowne omówienie prozy, części prozy Charlesa Dickensa przypadło państwu do gustu. Ja wiem, powtarzam to w każdej audycji, więc powtórzę i w tej. Tym razem się nie przypasowaliśmy, bo święta Bożego Narodzenia to jest czas, przynajmniej w naszej strefie geograficznej, dosyć zimowy, a za oknem mamy temperatury jak najbardziej letnie, więc ktoś powie: „Wyjątkowy zonk zaliczony w Bibliotekarium 2.0”. A ja powiem tak: owszem, można podejść do tej sprawy w ten sposób, to wtedy szklanka jest do połowy pusta. Dla mnie ona będzie jednak do połowy pełna, bo przy tych temperaturach dobrze jest sobie przypomnieć, że są takie pory roku, w których bywa nieco chłodniej. Ja co prawda często to deklaruję, nie lubię przesady ani w jedną, ani w drugą stronę. Zimne miesiące niespecjalnie lubię, ale to powiem szczerze i to nie przynosi mi chluby. Ja najbardziej te zimne miesiące lubię, kiedy za oknem jest gorąco i kiedy mogę sobie wspominać, że kiedyś tam bywa nawet lekki mróz. To wtedy jest fajnie. Jak ten mróz przychodzi, to już fajnie nie jest.
Czyli jestem właściwie rasowym przedstawicielem naszego społeczeństwa, które uwielbia narzekać na pogodę. Proszę państwa, i na koniec pierwszego wakacyjnego wydania Bibliotekarium 2.0, „Literackie tête-à-tête”. To jest drugi cykl prowadzony przez Krystynę Śmigielską. Poznaliście państwo kilka odcinków poetyckich. Dzisiaj „Literackie tête-à-tête”, a spotkanie dzisiaj z Anną Brengos.
[02:45:29] - „Literackie tête-à-tête”. Dobry wieczór państwu. Dzisiejszą audycją rozpoczynamy kolejny cykl spotkań pod nazwą „Literackie tête-à-tête”. Zaprezentujemy państwu polskich literatów, tych znanych i tych mniej popularnych. Ukazując różne oblicza współczesnego pisarstwa, chcemy ułatwić państwu dotarcie do najodpowiedniejszej dla państwa lektury. Trzymajcie kciuki, żeby ten zamiar nam się powiódł. Pierwszym gościem, gościnią, bo tak dzisiaj często mówimy, z którą chcę porozmawiać o jej twórczej pracy, warsztacie, problemach wydawniczych i w końcu o tym, co w zawodzie pisarza jest najpiękniejsze, czyli kontakcie z czytelnikami, jest pani Anna Marta Brengos. Była nauczycielka, obecnie emerytka, menedżerka, trenerka męskiej drużyny koszykówki, żeglarka w stopniu sternika, pracująca w fundacjach charytatywnych osoba, przebojowa i odważna. Pani Anna Marta Brengos jest autorką dziewięciu powieści obyczajowych. Spod jej pióra wyszły następujące książki: „Piotruś w pakiecie”, „Scenariusz z życia”, „Dzień prawdy”, „Noc prawdy”, „Matką już byłam”, „Nigdy nie będziesz mną”, „Sami sobie nigdy”, „Prażeńka” oraz najnowsza pozycja „Piastowa na tropie”.
Dobry wieczór, pani Anno. Miło mi bardzo, że zgodziła się pani wziąć udział w naszej audycji.
[02:47:20] - Dobry wieczór, bardzo mi miło gościć na państwa antenie. To wielka przyjemność, a dla mnie również ogromna szansa przedstawienia siebie
[02:47:31] - I choćby za pośrednictwem fal radiowych, internetowych kontaktów z czytelnikami. Dobry wieczór.
[02:47:38] - „Scenariusz z życia” – taki tytuł nosi pani debiutancka powieść. Czy została ona napisana na konkurs, czy też może wcześniej gotowa czekała w szufladzie na odpowiedni moment, aby móc zaprezentować się światu?
[02:47:54] - „Scenariusz z życia” był początkowo scenariuszem filmowym. Nigdy oczywiście, nad czym ubolewam, nie został zekranizowany. Dopiero kiedy stwierdziłam, że czas nadać mu jakąś formę, która dałaby mu drugie życie, zrobiłam z tego powieść. Długo leżała, dawniej to się mówiło w szufladzie, w tej chwili to plik zakopany gdzieś na dnie innych plików komputerowych. Porozsyłałam tę powieść do wszystkich świętych, gdy nie wiedziałam, jak to się robi, więc wysłałam do wszystkich wydawnictw, które znalazłam w internecie. Nie dostałam żadnej sensownej odpowiedzi na tak. W związku z tym, jako się rzekło, trochę ze sportem miałam wspólnego, więc przegrywać potrafię. Przełknęłam porażkę do momentu, kiedy wydawnictwo Nasza Księgarnia nie ogłosiło właśnie konkursu. Wyciągnęłam plik gdzieś z niebytu, wysłałam do tego samego wydawnictwa, bo już wcześniej w Naszej Księgarni było, ale widocznie trafiło do kogoś innego i kapituła konkursu uznała tę powieść za tak wartościową i atrakcyjną, że wydano ją w wersji papierowej. Chociaż pierwsze miejsce miało być w papierze, dwa następne w e-bookach, ale okazało się, że wyrównany poziom.
350 prac trafiło na ten konkurs. Okazało się, że moja powieść zajęła trzecie miejsce. I tak oto zadebiutowałam.
[02:49:33] - Gratulujemy!
[02:49:34] - Dziękuję.
[02:49:34] - Bo to już jest duże wyróżnienie. A który to był rok, pani Aniu?
[02:49:38] - Powieść ukazała się w 2014. Pracowaliśmy nad nią summa summarum prawie dwa lata.
[02:49:45] - Ona może jest jeszcze dostępna nawet w księgarniach, proszę państwa.
[02:49:49] - Raczej nie. W tej chwili z wydawnictwem Lucky pokusiliśmy się o wznowienie i jest w nowej wersji nowa okładka, nowa redakcja, aczkolwiek opowieść ta sama. Mam duży sentyment do tej powieści. Wiadomo, pierwsze dziecko. Zachęcam. Można się pośmiać. Sporo mądrości życiowych tam jakoś przemyciłam. Nawet nie myślałam, że stać mnie na takie spostrzeżenia. Ho, ho! Po latach jak się czyta swoje powieści, odbiera się je zupełnie inaczej, z dystansem.
Tutaj muszę przyznać, że czasami sama siebie zaskakiwałam. Wow, to ja to wymyśliłam? No więc zachęcam, żeby państwo sobie przeczytali, co też ja wymyśliłam w tym „Scenariuszu z życia” .
[02:50:38] - Państwo zapamiętajcie. Nowa wersja na pewno będzie jeszcze dostępna.
[02:50:42] - W tym roku wydana, więc na pewno będzie.
[02:50:44] - A to na pewno. Pani Anno, dla kogo pani właściwie pisze? Kto jest pani wirtualnym czytelnikiem? A może powinnam zapytać, dlaczego pani pisze?
[02:50:54] - Tak naprawdę nie zwizualizuję sobie jakiegoś konkretnego odbiorcy. Nie powiem, żeby to była, nie wiem, starsza pani w kapeluszu albo młoda dziewczyna na deskorolce. Chciałabym, żeby moje książki były zrozumiałe dla wszystkich, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził. Byłabym przeszczęśliwa, gdyby trafiły pod strzechy i czytał je każdy. Jeśli mam jakiś target wskazywać palcem, powiedziałabym, że jestem w nurcie literatury kobiecej. To nie znaczy, że li tylko kobiety sięgają po moje powieści. Tym bardziej że ich bohaterami bywają mężczyźni. Tak jest w „Samych sobie nigdy”. Ta książka, ta powieść, nad którą w tej chwili pracuję, również jest głównym bohaterem mężczyzna. Myślę, że mężczyźni odnajdą w moich powieściach swoje problemy, aczkolwiek nie tylko o problemach piszę.
[02:51:58] - Anna M. Brengos „Nigdy nie będziesz mną”. W szatni Karolina nie zdążyła dobiec do toalety. Zwymiotowała, brudząc swoją nową, piękną i drogą sukienkę. Część koleżanek z konkurencji również mało nie zwymiotowała z obrzydzenia. Trener wyprowadził dziewczynkę do łazienki i zostawił pod opieką bardziej wściekłej niż zaniepokojonej matki. Julka przy pomocy jednorazowych ręczników i chusteczek higienicznych doprowadziła córkę do jako takiego wyglądu. „Weź się w garść” — powtarzała co chwilę przezroczystemu dziecku. Strój, choć mokry, można było uznać za zdatny do pokazania. Łyżwy włożono przy pomocy zdenerwowanego trenera.
„Dasz radę?” — spytał, zanim wpuścił Karolinę na rozgrzewkę. „Oczywiście, że da radę” — odpowiedziała Julka w imieniu córki i dołączyła do matki i męża na trybunie. „Co się stało?” — spytał Łukasz, przeczuwając coś złego. „Nic takiego. Zdenerwowała się. To wszystko z nerwów. Ale już dobrze”. „Na pewno?” Łukasz spoglądał czujnym okiem to na żonę, to na sunącą po tafli córkę. Karolina właśnie robiła najazd do luca, nie zdając sobie sprawy z tego, że z boku, również tyłem, nadciąga inna łyżwiarka. Zbieg okoliczności postawił w jednym punkcie lodowiska dwie zaaferowane ćwiczeniami dziewczynki.
Osłabiona Karolina wbiła czubek łyżwy w lód, wybiła się w górę i Ale nie mając siły, nie dokręciła obrotu i rymsnęła wprost pod nogi drugiej zawodniczki. Poczuła uderzenie w brodę, ale przestraszona, że będą się z niej śmiać, starała się szybko podnieść. Stanęła oszołomiona i w tej chwili wszyscy na trybunach zauważyli, że na piękną, strojną sukienkę i na białą taflę kapie krew. Pierwszy znalazł się przy niej trener. Ruchem ręki przywołał służbę medyczną. Łukasz zerwał się z miejsca, ale stanął oniemiały. Maria chwyciła się za serce. Julka, roztrącając kibiców, przepychała się do przejścia w bandzie. „Nic jej nie jest. Nic jej nie jest” — powtarzała zszokowana, chociaż nawet tego nie sprawdziła.
Dopadła Karoliny, odsuwając na bok otaczających ją ludzi. „Nic ci nie jest, córeczko, prawda?” Dziecko było blade i wyglądało upiornie, całe zaplamione krwią z rozciętej łyżwą brody. „Proszę nam nie przeszkadzać.” Ratownik odciągnął Julkę na bok i usadził Karolinę na krzesełku. Uważnie obejrzał ranę, sprawdził wszystkie odruchy i zawyrokował: „Potrzebne będzie szycie i przyda się zastrzyk przeciw tężcowi. Założymy opatrunek, ale proszę pojechać z dzieckiem na ostry dyżur.” „Ale ona miała startować.” Nieprzytomny wzrok Julki spoczął wyczekująco na twarzy ratownika. „Czy pani zwariowała? Niech się pani cieszy, że na tym się skończyło. Dobrze, że nie ma wstrząsu mózgu. Mają państwo czym pojechać czy wezwać karetkę? I uprzedzam, że na ambulans trzeba będzie pewnie poczekać, bo na mieście trwają ćwiczenia obrony cywilnej i do ran ciętych raczej nie przyjadą.” „Ja ją zawiozę” — rozległ się za plecami Julki głos Łukasza.
Był blady i miał zacięty wyraz twarzy. Opatulił Karolcię własną kurtką, wziął ją na ręce i nie bacząc, czy małżonka za nim podąża, ruszył do wyjścia. Zanim dotarli do samochodu, dołączyła do nich Maria, która odebrała z szatni rzeczy wnusi. Uważa pani, że pisarz powinien łączyć w sobie umiejętność obserwowania ludzkich dusz, wrażliwość dziecka, ciekawość, wręcz taką wścibskość złośliwej sąsiadki i cierpliwość kochającej matki? A może wystarczy, żeby potrafił płynnie opowiadać własną wizję, będąc obojętnym na losy i emocje swoich bohaterów?
[02:56:28] - To nie jest tak jeden do jednego, że my obserwując życie, uczestnicząc w nim, znajdujemy coś do swoich powieści. Ale również nie jest tak, że absolutnie wszystko jest zmyślone. Uważam, że pisarzowi potrzebna jest na pewno wrażliwość, w tym ta wrażliwość społeczna, żeby dostrzegał jakieś problemy, żeby dostrzegał zjawiska. Oczywiście jest mu potrzebny sprawny język, sprawne pióro, żeby później te zjawiska opisać. Nie ściągam z życia wydarzeń, które opisuję. Nie jestem reporterem, ale również moje książki nie są tak do końca science fiction wyssane z palca. Opierają się o jakiś problem. Nawet jeśli jest to komedia, to ona albo czemuś ma służyć, albo w jakiś sposób skomentować jakieś zjawisko.
[02:57:32] - Co dla pani jest ważniejsze — czy opisana historia, czy warsztat literacki? Które z tych elementów pracy sprawiają, że siada pani przed klawiaturą?
[02:57:42] - Ja nigdy nie kończyłam żadnych kursów pisarskich. Z wykształcenia jestem magistrem wychowania fizycznego. Mam z domu wyniesioną sprawność posługiwania się językiem. Dużą wagę przywiązywano w moim domu do kultury języka i do czytania. W związku z tym ja mam takie określenie na moje pisanie, że piszę intuicyjnie. Nie wiem, czy to jest określenie jakieś ogólne, czy ja sama sobie je wymyśliłam. Nie opieram się na żadnych opracowanych przez znawców literatury schematach. Nie wiem, jak się powinno pisać. Po prostu siadam i piszę. Dla mnie najważniejsza jest historia.
Ale oczywiście to nie jest tak, że piszę byle jak, byle napisać, byle opisać, a dalej niech się martwi redaktor z korektorem. Staram się, żeby to, co tworzę, miało formę już dojrzałą literacko, dojrzałą językowo. Czy mi się to udaje? Pozostawiam pod ocenę czytelnika. Najwięcej na ten temat myślę, że miałaby do powiedzenia moja pani redaktor, ale odsyłane przez nią jakieś poprawki nie są całe strony na czerwono, więc myślę, że mój język jest na tyle sprawny, na tyle poprawny, że moje książki są wydawane.
[02:59:10] - Na jakie etapy dzieli pani pracę nad książką i który z nich jest pani zdaniem najprzyjemniejszy, a który najtrudniejszy?
[02:59:19] - Najprzyjemniejsza to jest impreza z okazji premiery, kiedy się wszyscy spotykamy, kiedy jest wesoło, kiedy opowiadam, jak to z tym było, kiedy wymieniamy uściski z przyjaciółmi, z blogerami.
[02:59:32] - Z którymi jesteśmy już po imieniu z czytelnikami, którzy się zgromadzili wokół tego, co piszę. I to jest najfajniejszy moment. Natomiast różnie to z tym bywa. Ja raczej siadam i piszę. Oczywiście jest ten etap, kiedy muszę wpaść na pomysł. Najczęściej jest tak, że wiem, o czym będzie. Często znam ostatnie zdanie i muszę tylko zapełnić treścią. W związku z tym następnym etapem jest siedzenie przy klawiaturze i wklepywanie treści. A potem to już wiadomo, cały cykl wydawniczy.
[03:00:10] - Anna M. Brengos. „Dzień prawdy”. Wieczór mijał tak spokojnie, że wszyscy zapomnieli o jakimkolwiek zagrożeniu. Zuzanka czytała kryminał i nie potrafiła zamknąć książki przed skończeniem. Pomimo późnej pory brnęła przez kolejne stronice, ciekawe, kto był mordercą i jak go zdemaskują. Powieść trzymała ją w takim napięciu, że kiedy usłyszała odgłos psich pazurów na schodach, aż drgnęła. Uniosła głowę znad książki i w drzwiach swojego pokoju zobaczyła Ryśka. Nie zamykała się, chcąc wywołać chociaż trochę przeciągu w nadal upalne noce. Pies zaskomlał cicho i dał dziewczynie znać, żeby za nim zeszła.
Zaintrygowana Zuzka odszukała pod łóżkiem kapcie i nie zapalając światła, cichutko podążyła za przewodnikiem. Rysiek zatrzymał się przy drzwiach na taras, wystawił zwierzynę i warknął. Zuza wytężyła wzrok i w ciemnościach dostrzegła skradający się cień. Przeraziła się nie na żarty. W pierwszej chwili rozejrzała się za czymś, co mogłoby jej posłużyć jako broń. Złapała łopatkę z wyposażenia kominka. Z ciężkim argumentem w ręku poczuła się trochę pewniej, jednak nadal kombinowała, w jaki sposób unieszkodliwić włamywacza. Nic nie przychodziło jej do głowy. Zdawała sobie sprawę, że sama, a nawet z babcią nie poskromi złoczyńcy. Tym bardziej, że może być uzbrojony.
Jak na złość telefon zostawiła na górze i nie miała jak wezwać pomocy. Była bliska załamania, gdy niespodziewanie uruchomiły się zraszacze. Intruz wstrząsnął się i zaklął. Zuzce przemknęło przez myśl, że uda jej się spłoszyć złoczyńcę, wykorzystując efekt zaskoczenia. Dopadła do tablicy rozdzielczej i włączyła oświetlenie ogrodu. Tym razem napastnik nawet nie zdążył krzyknąć. Zatańczył w konwulsjach i padł na ziemię jak marionetka odcięta od sznurków. Równocześnie huknęło i zgasły wszystkie światła oraz wyłączyło się nawadnianie. Zuzanna aż podskoczyła. W jednej chwili przy jej boku pojawiła się biała zjawa w powłóczystej szacie.
Nie był to żaden duch, tylko zaalarmowana hałasem babcia w swojej za dużej koszuli nocnej. W ręku dzierżyła szklaną pozytywkę, śnieżną kulę wielkości głowy niemowlaka. Jedyne narzędzie obrony, jakie miała pod ręką w swoim pokoju. Zdążyła w samą porę, żeby zobaczyć, jak wspólnik podnosi z ziemi gramolącego się i nie całkiem przytomnego napastnika i obaj niezdarnie oddalają się w głąb ogrodu, prawdopodobnie wycofując się w bezpieczne miejsce. Zuzka wyskoczyła na taras, jednocześnie uwalniając Ryśka. Pies skoczył za intruzami, ale zanim dopadł płotu, ich już nie było. „Stój, bo strzelam!” Na wszelki wypadek krzyknęła jeszcze Zuzka. I chociaż wyszło jej to nieco piskliwie, miała nadzieję, że odstraszyła napastników skutecznie i więcej tu nie wrócą. W każdym razie nie dziś. „Co się tu stało?” Spytała babcia, odkładając na stół swoją broń.
„Woda i prąd to nie najlepsze zestawienie” – zacytowała ojca Zuzka. Instalując podlewanie musieli zrobić jakieś przebicie w oświetleniu, bo kiedy włączyłam światła, to go poraziło. „Super” – ucieszyła się Joanna. Nie jestem pewna, czy tak super, bo teraz zostałyśmy bez prądu. Oby korki wywaliło tylko nam, bo jeśli poszła cała faza to pół wsi jest bez światła. „Nie wiesz gdzie jest latarka?” Nawet jeśli gdzieś jest to pewnie bez baterii, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś jej używał. Czekaj, w kredensie coś powinno być. Joanna zniknęła w kuchni, skąd po chwili wróciła z zapalniczką i kompletem urodzinowych świeczek. Zuza przyjęła z jej rąk akcesoria, krytycznym wzrokiem spojrzała na ten ekwipunek. W końcu wzruszyła ramionami i zabrała się do naprawiania prądu.
Świeczki jak świeczki – uznała. Przyświeć mi tu.
[03:04:42] - Interesuje mnie również sposób pani przygotowywania się do pracy nad kolejną powieścią. Czy robiąc research zbiera pani w pliki wszystkie potrzebne dane, wskazówki, notatki, czyta podręczniki do psychologii, prowadzi rozmowy z pierwowzorami swoich bohaterów? Proszę mi powiedzieć, jak dojrzewają w pani postaci, zanim zamknie je pani w kształcie liter.
[03:05:07] - Bywa to różnie, w zależności od tego, nad czym pracuję. Przygotowania do „Prażenki” trwały trzy miesiące i były to trzy miesiące spędzone w bibliotekach nad analizą historii wojennej warszawskiej Pragi.
[03:05:24] - To jest powieść pisana w dwóch czasach. Dzieje się współcześnie i w czasie II wojny światowej. To jest pamiętnik młodej dziewczyny z tamtych czasów, który napisałam w oparciu o opowiadania mojej mamy i babci. Głównie mamy. Ale wiadomo, że opowiadania są subiektywne i trzeba je weryfikować o fakty historyczne. Trzy miesiące spędziłam na zbieraniu materiału. Natomiast w książkach, które mówią o współczesności, zwykle bywa tak, że po prostu siadam i piszę. W momencie, kiedy potykam się o coś, czego nie wiem, najpierw telefon do przyjaciela. Nie, przepraszam. Najpierw ciocia Wikipedia albo wujek Google.
Jeśli tam nie znajduję właściwych odpowiedzi, bo czasami są sprzeczne jakieś wiadomości, czasami albo za mądre, niezrozumiałe, albo wręcz odwrotnie, zbyt temat powierzchownie potraktowany. Dzwonię. Dzwonię do pana w nietypowej sprawie i dzwonię do różnych ludzi. Ostatnio był to Polski Związek Łowiecki, naprawiacz pralek, dostarczyciel gazu skroplonego, serwis pieców gazowych. Naprawdę do różnych ludzi wydzwaniam i jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś mi odmówił odpowiedzi. Oczywiście staram się najpierw znaleźć znawców tematu wśród moich przyjaciół i znajomych, ale nie zawsze tacy się znajdują i wtedy znajduję jakąś firmę, która się zajmuje danym tematem. Dzwonię z pytaniem. Zawsze mam pełną odpowiedź, więcej wiedzy niż oczekiwałam. Zawsze z życzliwością, zrozumieniem, z uśmiechem, z poleceniem się na przyszłość, że jakbym miała problemy, proszę dzwonić. Jak nie ja, to uprzedzę kolegów.
Zawsze pani ktoś pomoże. I rzeczywiście tak jest.
[03:07:31] - Czyli angażuje pani do swojej pracy również inne osoby, co jest bardzo cenne, bo świadczy to o tym, że literatura nadal żywa i wychodzi spoza kartek.
[03:07:45] - Nie wyobrażam sobie, żebym miała pisać głupoty. Nie może być tak, że pisząc o naprawie pieca gazowego, którego w życiu na oczy nie widziałam, będę sobie wyobrażała, jak to się robi czy jak on wygląda. Po prostu trzeba zapytać kogoś mądrzejszego. Zdarza mi się wśród powieści, które czytam, znajdować jakieś błędy merytoryczne. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mi palcem pokazał, że tak się nie dzieje. Tutaj to dałaś po bandzie. Tak się nie dzieje. To nieprawda.
[03:08:23] - Czy identyfikuje się pani ze swoimi bohaterami? Którego z nich uważa pani za ulubioną, ulubionego i dlaczego?
[03:08:32] - Niektórzy bohaterowie mają coś ze mnie. To znaczy tak. Moi przyjaciele czytając moje powieści twierdzą, że bardzo im przeszkadza to, że mnie znają. Bo czytając jakby widzą, słyszą, przede wszystkim słyszą mnie. Wiadomo, moi bohaterowie posługują się moim językiem często, aczkolwiek staram się, żeby każdy bohater mówił własnym językiem, miał swoje powiedzonka, jakąś specyfikę swoich wypowiedzi. Oczywiście wtedy nie u każdego słychać mnie, ale ci główni bohaterowie, szczególnie żeńscy, coś ze mnie jednak mają. Aczkolwiek to nie jest tak i proszę to zapamiętać, że to nie jestem ja. Ja mogę użyczyć moich przygód, epizodów, ale nie jestem moimi bohaterami. Natomiast jeśli chodzi o to, którego z nich lubię najbardziej, to ja mam jakieś skrzywienie w sobie, że ja najbardziej lubię bohaterów tych najbardziej negatywnych. Wielkim sentymentem darzę postacie drugo-, trzecio-, czwarto- i piątoplanowe.
Na przykład strażeńce. Jest to Bryła w „Scenariuszu z życia”, jest to mąż głównej bohaterki i pan dyrektor, którego ciągle głowa boli. „Nigdy nie będziesz mną” uwielbiam. Co prawda jest to postać jak najbardziej pozytywna tym razem, ale uwielbiam babcię, aczkolwiek ten ciapowaty mąż też ma w moim serduchu swoje miejsce, bo mam takich mężczyzn, którzy nie potrafią się postawić małżonce, więc przez ten sentyment jego również darzę atencją. Także moi ulubieni bohaterowie i tacy chyba najbardziej barwni bohaterowie to bohaterowie negatywni.
[03:10:27] - To są zawsze bardziej ciekawi, może nawet można by ich nazwać bliscy życiu. 25 października to dzień premiery pani najnowszej powieści „Miastowa na tropie”. Proszę o krótkie omówienie tej pozycji. Tytuł sugeruje, że odeszła pani troszeczkę od literatury obyczajowej, zbliżyła się do tak obecnie modnego nurtu powieści kryminalnych. Czy to prawda?
[03:10:56] - Tak i nie. Bowiem „Miastowa” jest jak najbardziej powieścią obyczajową z dość rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Powiem o genezie powstania, bo to będzie miało wpływ na to, w jaki sposób to się rozwinęło. Otóż na Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur w Siedlcach swojego czasu wpłynęło mnóstwo powieści pisanych według jednego wzoru. Otóż młoda kobieta, pracownica korporacji rzuca pracę, jest wyrzucona przez mężczyznę swojego życia. Dziedziczy domek na wsi. Albo w jakiś inny sposób pozyskuje domek na wsi, przenosi się na tą wieś, zakochuje się w przystojnym weterynarzu, leśniku, hodowcy białych koni i dalej żyją długo i szczęśliwie. I jak ja tak popatrzyłam, jak młoda korpo woman, miastowa przenosi się na wieś i wyobraziłam sobie, jak ona w tych korporacyjnych szpileczkach po tych miedzach tam się zapada. Trafia do domku, gdzie jest zapchana rynna, trzeba odśnieżyć dojście do furtki. To od razu zobaczyłam, na co tej wsi trafia i obiecałam sobie wtedy — a to było parę ładnych lat temu — że ja to opiszę, ale opiszę to tak, jak to wygląda.
Czyli przyjeżdża miastowa na wieś. Tej wsi nie rozumie. Na tej wsi nie potrafi się znaleźć. Tego domu nie potrafi obsłużyć, bo przecież w mieście miała kaloryfery, miała doprowadzony gaz, światło i światłowód, telewizję i internet. A na wsi wszystko to wygląda troszeczkę inaczej. Oczywiście jest, tylko trzeba to sobie zorganizować. Więc umieściłam tą moją miastową w takich okolicznościach przyrody. Trzeba temu było nadać jeszcze jakiś kierunek. Jeszcze czymś trzeba było tę powieść, brzydko określę, wypełnić. No i najbardziej mi tu pasował wątek nie romantyczny tym razem, tylko właśnie kryminalny i stąd zaginione kobiety i odnajdywane zwłoki.
[03:13:21] - „Miastowa na tropie" to jest już kolejna pani powieść, która ukazała się nakładem wydawnictwa Lucky. Poproszę o kilka słów na temat współpracy z tym wydawnictwem.
[03:13:32] - Ja jestem zachwycona. Jest to niewielkie wydawnictwo, właściwie firma rodzinna. Mogłabym tak nazwać, bo nawet jeśli są tam zatrudnieni pracownicy, a są, to atmosfera jest rodzinna. Znamy się z koleżankami, które tam wydają. Jesteśmy, mogę użyć słowa przyjaciółkami. Oczywiście wiadomo, że dzieli nas odległość i nie spotykamy się na imieninach, urodzinach i świętach, ale na przykład jeśli wyjeżdżamy na targi, to mamy wspólny pokój po to, żeby się pochichrać, po to, żeby mile spędzić czas, a nie gdzieś tam w samotności wieczorem. Właśnie targi, festiwale są dla nas też takim momentem integracji właśnie wydawniczej. Nasz wydawca jest na tyle dla nas życzliwy, że daje nam tutaj też pole do wspólnych spotkań, zaprasza nas na targi, organizuje to wszystko. Nie mam problemów, nie wiem, z deadlinem, nikt mi nie stoi nad głową, a jednocześnie zachęca. Co innego jest, nie wiem, wielkość nakładu.
Na pewno tutaj wielkie korporacyjne wydawnictwa mają szersze pole do popisu, większe środki na promocję, ale za to tu atmosfera jest taka, że ja się czuję jakby współtwórcą całego przedsięwzięcia. Ja tam nie jestem trybikiem, przynajmniej nie czuję się trybikiem w wielkiej korporacji wydawniczej, tylko jestem częścią zespołu. Znam moją panią redaktor osobiście, też miałyśmy przyjemność się spotkać. No, myślę, że atmosfera pracy liczy się dla mnie, zawsze liczyła się podwójnie. Anna M. Bręgos. „Sami sobie nigdy". Pani doktor miała zimną słuchawkę. To było niemiłe. W ogóle pani doktor była niemiła.
Tatuś do niej zadzwonił, jak wrócił z pracy. Najpierw babcia mi zmierzyła temperaturę i się naradzali, co ze mną zrobić. No i wezwali tę doktorkę. Na początku się uśmiechała. Podwinęła mi bluzę od piżamki i tą zimną słuchawkę przykładała mi do pleców i do przodów. Kiwała głową, jakby wszystko było dobrze. A później zobaczyła siniaka. Tego, co sobie nabiłam, jak wujkowi upadł pieniążek. Chciałam go podnieść i mu podać, ale wujek mnie odepchnął i powiedział, że jestem złodziejskie nasienie. Przewróciłam się na krzesło.
Krzesło też się przewróciło, a pani doktor obejrzała moje ręce, a później nogi i pomacała moją głowę. Zupełnie nie wiem dlaczego. Bo przecież jak się ma katar i kaszel, to nie bada się rąk ani nóg. A później pytała o tego siniaka i kto był w domu, jak go sobie nabiłam. I wcale się do mnie nie uśmiechała. A lekarze powinni się uśmiechać do chorych dzieci, żeby je podnieść na duchu. Potem dorośli zamknęli drzwi od mojego pokoju. Bo ten pokój u tatusia w domu też jest mój. Teraz mam dwa swoje pokoje. Jeden u mamusi, drugi u tatusia.
Ale wolałabym mieć jeden i żeby rodzice też byli w jednym miejscu. Wszystko mi jedno, w którym, ale żeby razem. Jak pani doktor sobie poszła, to babcia też obejrzała moje ręce i nogi i tego siniaka na plecach. Powiedziała: „Boże drogi, jak ona mogła do tego dopuścić? Niemożliwe, żeby nie wiedziała." A tato powiedział: „Zabiję łajzę, jak go tylko dorwę."
[03:17:38] - I widać było, że jest bardzo zły. Wiem, że tylko tak powiedział ze złości i że nie można zabijać ludzi, bo to grzech i idzie się do więzienia. I nie wolno nikomu życzyć śmierci. Ale ja bym chciała, żeby wujka nie było. Niechby żył, ale żeby go nie było. Proszę cię, Boziu, może niech on idzie do więzienia. A potem tatuś wyszedł. Babcia zapytała, dokąd to? Ale nie odpowiedział, tylko przepadł. Właśnie tak powiedziała babcia.
Przepadł. Żeby tylko czegoś głupiego nie zrobił. Tatuś na pewno nie zrobi niczego głupiego, bo mój tatuś jest bardzo mądry. Babcia usiadła przy mnie na łóżku, głaskała mnie i mówiła same miłe rzeczy. Że mnie kocha, że jestem śliczną dziewczynką i że wszystko będzie dobrze. A kiedy myślała, że już zasnęłam, to najpierw płakała, a później poszła do kuchni i nie wiem, co tam robiła, bo zrobiło się całkiem cicho. Ale to było dobre cicho. Takie, kiedy człowiek wie, że ma gdzieś blisko drugiego człowieka. Bo ja i babcia to przecież też człowiek.
[03:19:03] - W takim razie proszę mi powiedzieć, czym dla pani jest rzeczywistość, a czym fikcja literacka i jak godzi pani te dwa światy?
[03:19:14] - To są dwa różne światy. Nie wyobrażam sobie, żeby rzeczywistość zamieniać fikcją literacką. Aczkolwiek w momencie, kiedy ktoś ma duże kłopoty, może w fikcję uciekać. Jest to jakaś erzac. Ale ja w realnym życiu odcinam jedno od drugiego. Jestem normalną, przeciętną kobietą. Chodzę po zakupy, zmywam naczynia, myję podłogi, a w momencie kiedy siadam do czytania albo pisania, przeskakuję ze świata w świat. Zdecydowanie oba te światy są od siebie oddzielone, aczkolwiek mają jakieś miejsca wspólne. To znaczy opisując jakieś przygody moich bohaterów, sięgam czasami do przygód moich przyjaciół czy swoich własnych, do jakichś epizodów z życia, do jakichś ich powiedzonek czy zwyczajów. Ale nigdy to nie jest tak, że opisuję konkretną osobę i konkretne wydarzenia z jej życia.
Moi bohaterowie nie mają odzwierciedlenia w realnym życiu. Nie jest to jeden do jednego. I jeśli sięgam po literaturę sama, jeśli czytam, to oczywiście wyobraźnia mnie w ten świat literacki gdzieś tam zasysa, ale w momencie, kiedy odezwie się telefon, czy ktoś z domowników potrzebuje mojej reakcji, po prostu wracam do rzeczywistości i nie jestem Scarlett O'Hara, tylko jestem Anna Brengos w gotowości do działania w normalnym życiu.
[03:20:59] - Jest pani bardzo zdyscyplinowaną pisarką, jak widzę, bo niektórym jest bardzo trudno zapomnieć o tej budowanej przez siebie fikcji i w tej fikcji potrafią lepiej nawet czasem funkcjonować niż w realnym, normalnym świecie. Proszę dokończyć zdanie: o swoich książkach chciałabym powiedzieć...
[03:21:22] - Nie wiem, czy bym chciała powiedzieć coś o swoich książkach. Moje książki trzeba po prostu przeczytać. Myślę, że są życiowe. Myślę, że są napisane zrozumiałym językiem. Każdy znajdzie tam kawałek siebie. Moi bohaterowie to są takie postacie, które możemy spotkać w windzie czy w autobusie. Myślę, że moje książki, nawet kryminałki, które się nam w życiu oby nigdy nie zdarzały, zawsze coś z tego naszego życia mają. To chyba tyle. Natomiast generalnie to zachęcam do przeczytania. Zachęcam, żeby państwo sobie sami wyrobili zdanie na temat mojej twórczości.
Będzie mi oczywiście bardzo miło, jeśli to przypadnie do gustu, ale też mam taką świadomość, już to dziś powiedziałam, że jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził, więc też muszę zrozumieć słowa krytyki. Czy choćby takie stwierdzenie „nie podobało mi się", będę z tym musiała jakoś żyć.
[03:22:31] - Właśnie po to jest nasza audycja, żeby wskazać państwu, naszym słuchaczom, żeby mieli ten wybór, żeby wiedzieli, po które książki sięgnąć, które są najbliższe ich upodobaniom. Mam nadzieję, że pani książki od dzisiaj znajdą większą liczbę czytelników i słuchacze chętnie będą po nie sięgali. Proszę państwa, i tak dotarliśmy do końca naszej pierwszej audycji z cyklu „Literackie tête-à-tête", której gościem była pani Anna Marta Brengos, pisarka, nauczycielka, menadżerka, trenerka, żeglarka. Serdecznie dziękuję pani Aniu za bardzo miłą rozmowę i mam nadzieję, że udało się nam skierować pani powieści do odpowiedniej grupy czytelników. Zapraszamy również na prowadzoną przez panią Annę stronę facebookową annamarta.brengos i książki Anny M. Brengos oraz na stronę internetową z małych liter pisane łącznie Anna M. Brengos.pl. Tam znajdziecie Państwo wiadomości dotyczące zarówno twórczości, jak i artystycznej działalności naszego gościa. Życzymy Państwu udanej lektury, a pani, pani Aniu, wielu wspaniałowych nowych książek i dużo zdrowia, bo ono jest nam potrzebne do tworzenia i właściwie chyba jednak w naszym życiu najważniejsze. Pani Aniu, serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas.
Było nam naprawdę bardzo miło gościć panią w naszym programie. A Państwu dziękuję za uwagę.
[03:24:16] - Ja bardzo dziękuję za zaproszenie. Życzę Państwu samych ciekawych lektur i do usłyszenia.
[03:24:24] - Dziękuję bardzo. Dobranoc, pani Aniu. Dobranoc Państwu.
[03:24:28] - Dobranoc.
[03:24:32] - Mamy?
[03:24:32] - Tam będzie do wycięcia jedna Brengos, nie?
[03:24:34] - Już zaznaczyłem sobie.
[03:24:37] - Proszę państwa, ja wiem, jest wczesna pora, przynajmniej jak na standardy „Bibliotekarium”. Wiem, ale są wakacje. Są naprawdę ciekawsze rzeczy do robienia niż słuchanie tego, co Żelkowski ma państwu do zaserwowania. Tym bardziej, że przez cały rok serwuje i serwuje i już mogą być państwo lekko zmęczeni. Radzę korzystać z uroków lata tak jak to było w poprzednich sezonach. Wydania wakacyjne krótsze. Mam nadzieję, że ciekawe, bo dzisiaj były po raz pierwszy Perły Filmotekarium, a za tydzień wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zaczniemy drugi cykl. Podcykl? Nie, tak oficjalnie to już nie. Pamiętacie państwo, w zeszłym roku w wakacyjnych odcinkach omawialiśmy seriale.
Wrócimy do tej tradycji. Wiem, że w sezonie też nam się zdarzało kilka seriali omówić, tak niejako przy okazji. Właściwie jeden czy dwa. Ale wakacje to jest dobry czas, żeby do seriali Państwa namawiać. Za tydzień pierwsza odsłona tego serialowego Filmotekarium. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Zapraszam za tydzień. „Bibliotekarium” będzie znowu wakacyjne i znowu krótsze i nie takie napompowane różnymi poważnymi treściami. Zresztą zobaczy się. W każdym razie jeszcze raz pięknie państwu dziękuję.
Życzę wspaniałego weekendu, wspaniałych wakacji i do usłyszenia za tydzień.
[03:26:19] - A mówi te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.