Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Za oknem gorąco, na książkowych i filmowych półkach również. Bowiem właśnie teraz, właśnie w tym momencie rozpoczynamy kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak. Wakacje, wakacje, wakacje. Zrobiło się gorąco. Nie wiem jak u państwa, ale upał jest hu hu! Proszę państwa, jeżeli w chwili, kiedy nagrywamy, czyli w czwartek między godziną 21:00 a 22:00 w dalszym ciągu jest upał, przynajmniej u mnie, to znaczy, że sezon letni jest jak najbardziej aktualny. Sezon letni, czyli letnie wydania Bibliotekarium 2.0. Jeszcze nie dzisiaj, dopiero od następnego odcinka. Letnie wydania, a więc wydania nieco krótsze, nieco mniej napakowane tematyką poważną, czy też taką literaturoznawczą. Bardziej lajtowe, raczej stawiające na rozrywkę.
To od przyszłego tygodnia. A dzisiaj jeszcze to prawdziwe Bibliotekarium 2.0 z recenzjami, z korepetycjami filozoficznymi i z polecankami. Jeśli chodzi o polecanki, to dzisiaj nie będzie książek. Będzie ulubiony, przynajmniej mój ulubiony miesięcznik, czyli Nieznany Świat i polecanki związane z lipcowym numerem. A jeśli polecanki Nieznanego Świata, to już państwo wiecie, że za chwilę spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:26] - Witam, witam i wy też witajcie.
[02:30] - Zbliża się kolejny miesiąc, koniec czerwca, zatem wiadomo, że Nieznany Świat, numer lipcowy pojawił się w dystrybucji i jak zwykle ciekawe treści. To idźmy od razu za ciosem. Na początku mamy magiczną Pragę. Nie wiem, czy państwo w magicznej Pradze byli. Ja byłem w Pradze Złotej i ona autentycznie wydała mi się magiczna. Kto kiedykolwiek stanął pod zegarem nazywanym Orloj na Starówce Praskiej, ten wie już, że Praga to naprawdę jest magiczne miejsce.
[03:13] - Tak, jeżeli idzie o Pragę, to osobom zaznajomionym z tematyką historii ezoteryki czy magii wiele mówić nie trzeba. Rudolf II, Praski Golem, rabin Maharal, tablica dla Sędziwoja czy wspomniany przez ciebie Orloj. Przez długi czas w renesansie Praga uchodziła przecież za stolicę alchemii i wiedzy tajemnej. Ślady tego, chociaż nikłe już, to jednak się jakieś tam zachowały. Duch przede wszystkim pozostał. Jest jednak też w stolicy Czech wiele innych interesujących miejsc z punktu widzenia na przykład geomancji i tak dalej. Zatem można natrafić tam na miejsca mocy i oczywiście też inne zagadki. Szczerze polecam.
[03:58] - Jak to mawiali ludzie kiedyś: idzie lato. A jak lato, gorące dni. Dla niektórych czas wypoczynku, dla niektórych czas ciężkiej pracy. Z tą tematyką związany jest artykuł „Demon w zenicie”. To jest artykuł doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej o tym, że pewne dziwne stwory czyhały na ludzi utrudzonych pracą. Na ludzi, którzy gdzieś tam zmęczeni skwarem dnia, ową ciężką pracą właśnie na przykład przysnęli sobie, chcąc odpocząć.
[04:41] - Tak. A chodzi o południce. Demony ludowe, dzisiaj może już trochę zapomniane, ale nadal interesujące. Znane są praktycznie na całej Słowiańszczyźnie pod różnymi nazwami, też innymi, a według folklorystów, jak wspomniałeś zresztą, uosabiały one po prostu udar słoneczny. Jeżeli ktoś coś robił na polu w pełne słońce, to potem miał omamy albo wyglądał jak ofiara rzuconego uroku. Ale kto wie, może zagadka południc sięga dalej, głębiej. I tutaj jest to ciekawe, bo być może są one pozostałością po dawnych wierzeniach. Wierzeniach bóstwa świata podziemnego, takie związane z wegetacją, kto wie. Także ta zagadka demona ludowego skrywa być może jakieś głębokie, prasłowiańskie ślady, może nawet praindoeuropejskie, bo ta południca w swojej pierwotnej wersji może być powiązana z Persefoną, z Demeter i Korą i tak dalej. Pisze o tym wszystkim, jak mówisz, doktor Joanna Bohaczek-Trąbska.
[05:50] - Kolejny tekst, który zdecydowanie przykuwa uwagę, to jest tekst o mistycyzmie Williama Butlera Yeatsa.
[06:01] - Tak. To postać bardzo znana, klasyk literatury, który tak jak wielu poetów i pisarzy przeżył zetknięcie ze sferą nieznanego. Bo tak naprawdę, jakbyśmy się przyjrzeli na przykład polskim pisarzom, poetom, to w ich życiu element związany z ezoteryką, z wiedzą tajemną był często obecny, nawet jeżeli chodzi o wieszczów. W przypadku Yeatsa, on przeszedł taką drogę od teozofii, okultyzmu po cięższe klimaty związane z czarnoksięstwem. Związany był z różnego rodzaju grupami, ugrupowaniami. Gdzie go to doprowadziło? Co z tego wyciągnął? Jak wpłynęło na jego karierę i działalność? O tym można przeczytać w numerze.
[06:44] - W numerze mamy też artykuł, a właściwie drugą część artykułu, dokończenie o antygrawitacji.
[06:53] - Tak. W pierwszej swojej części Marcin Gibas wspomniał nam o badaniach nad antygrawitacją, które mogły być prowadzone w Trzeciej Rzeszy oraz później w Stanach Zjednoczonych oraz być może w Związku Radzieckim. Teraz mamy część drugą tego niezwykle fascynującego zagadnienia, ale ja bym chciał jeszcze zwrócić uwagę na malutki artykuł w dziale, który się nazywa „Kronika Akaszy”. Tam jest mowa o bardzo ciekawym odkryciu w Egipcie, które może nie zyskało tyle uwagi co słynne zakamuflowane, ukryte komnaty w Wielkiej Piramidzie. Natomiast w numerze lipcowym wspominamy o dziwnej strukturze podziemnej odkrytej niedaleko Wielkiej Piramidy w Gizie. Ona leży na głębokości około dwóch metrów pod ziemią. Jest ukryta, jest być może pusta, ale równie dobrze może skrywać jakieś ogromne skarby archeologiczne. Także jest to ciekawe, ale niestety wydaje mi się, że chyba prędko się nie dowiemy, co tam jest w środku.
[07:55] - Piotrze, jeśli miałbyś jeszcze dołożyć jakiś wyciąg z numeru, to jakie jednym tchem teksty mógłbyś wymienić?
[08:08] - Jest ich sporo. Między innymi polecam tekst Wojtka Chudzińskiego pod tytułem „Bóg, który cierpi i się bawi”. Jest to kolejna część jego ciągu publikacyjnego, że tak powiem. Anna Schwerin pisze z kolei o jodze śmiechu, bardzo oryginalnej metodzie, chociaż chyba nie dla wszystkich, a doktor Piotr Piotrowski pisze nam o horoskopie świata i wyjaśnia, czym on jest. W numerze również wiele innych interesujących tematów. Ja tylko jeszcze przypomnę na koniec, że „Nieznany Świat” można znaleźć w salonach prasowych, ale też w marketach na stanowiskach z gazetami, ale można go również zamówić na stronie www.nieznany.pl oraz także zdobyć wersję elektroniczną. Do niej można znaleźć odnośnik na stronie głównej www.nieznanyświat.pl/ewydanie pisane razem.
[09:04] - A ja jeszcze dorzucę zupełnie na koniec „Piramidy w Zebrzydowicach. Przekazy z Atlantydy i goście z NASA” to tytuł. Sięgnijcie państwo również po ten artykuł. Może być ciekawie. Już państwu zagroziłem dzisiejszymi korepetycjami filozoficznymi. Czas z owej groźby się wywiązać. Obiecuję, że w wakacje filozofii nie będzie. Dzisiaj natomiast proponuję państwu artykuł Jacka Jaśtala z naszego ulubionego, mam nadzieję, dwumiesięcznika „Filozofuj”. To jest artykuł z 2018 roku. Artykuł nosi tytuł „Kairos i kosmos”.
Tradycyjnie tekst jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tak jak powiedziałem, miesięcznik „Filozofuj”, 2018 rok, numer drugi, autor Jacek Jaśtal. Autor artykułu to doktor habilitowany filozofii, który pracuje na Politechnice Krakowskiej i zajmuje się metaetyką oraz historią etyki i moralności. Wolne chwile poświęca na czytanie książek historycznych oraz słuchanie muzyki operowej. Pasjonat długodystansowych wypraw rowerowych. A zatem ruszamy z lekturą tekstu Jacka Jaśtala „Kairos i kosmos”. Czy żyjemy w czasie wyjątkowego dostępu do tajemnic wszechświata, w tym także natury samego czasu? Niezwykły kosmiczny zbieg okoliczności polegający na tym, że przydarzyło się nam żyć w takim momencie historii wszechświata, gdy wpływ ciemnej energii i ciemnej materii jest porównywalny, sprawia, że możemy poprawnie wywnioskować zarówno fakt ekspansji kosmosu, jak i istnienie ciemnej energii. Rzeczywiście żyjemy w bardzo szczególnym okresie ewolucji wszechświata. W czasie, w którym możemy obserwacyjnie potwierdzić to, że żyjemy w bardzo szczególnym okresie ewolucji wszechświata.
Taki mój mały wtręt. Perfekcyjna zabawa słowem. Wracamy do artykułu. W konkluzjach artykułów naukowych rzadko pojawiają się wykrzykniki. Jeśli wielce poważani fizycy nie usiłują skrywać emocji, wnioski ich analiz rzeczywiście muszą być zaskakujące. Rassius i Shell zadali sobie pytanie, jak mogłaby wyglądać kosmologia Którą stworzyłyby inteligentne, podobne do nas istoty zamieszkujące podobną do naszej planetę, układ planetarny, a nawet galaktykę za jakieś sto miliardów lat. Wedle obowiązujących od lat 60. XX wieku, według obowiązującej teorii Wielkiego Wybuchu, wszechświat rozszerza się, choć długo spekulowano na temat dalszego przebiegu tego właśnie procesu. Ku wielkiemu zaskoczeniu świata nauki, pod koniec ubiegłego stulecia zaobserwowano, że proces rozszerzania przebiega w sposób, którego wcześniej nie brano pod uwagę. Po prostu wyraźnie przyspiesza.
Aby wyjaśnić naturę tego zjawiska, trzeba było założyć istnienie jakiejś nieznanej siły. Siły odpychającej, która zdolna jest do przeciwdziałania sile grawitacji. Przyjęło się ją nazywać ciemną energią. W wyniku tak przebiegającej ekspansji, ekspansji wszechświata, nadejdzie kiedyś taki czas, gdy z planety w naszej galaktyce, a dokładniej z tego, co powstanie z jej zmieszania się z najbliższymi sąsiadkami, nie będzie można dostrzec innych galaktyk. Co więcej, promieniowanie tła będące świadectwem Wielkiego Wybuchu stanie się niewykrywalnie małe, a podstawowym pierwiastkiem nie będzie już wodór, ale hel. Żadne świadectwa nie pozwolą wtedy na domyślenie się ekspansji wszechświata, który jednak nadal będzie się rozszerzał. Żadne świadectwa nie pozwolą na domyślenie się ekspansji wszechświata, to już mówiłem, ale też nie pozwolą na domyślenie się istnienia ciemnej energii czy też ciemnej materii, które jednak będą zapewne dalej robić swoje. Przyszli mieszkańcy owej planety będą zdolni co najwyżej do sformułowania takiej wizji wszechświata, jaką my sami porzuciliśmy w pierwszej połowie XX wieku. Małego, stabilnego, niezmiennego kosmosu składającego się z pojedynczych gwiazd, ewentualnie wraz z nielicznymi układami planetarnymi. Po prostu tamci przyszli ludzie, przyszłe istoty będą musiały, będą musieli uznać, że ich galaktyka to wszystko, co istnieje.
Gdy starożytni Grecy mówili o czasie, posługiwali się dwoma pojęciami chronos i kairos. To pierwsze odnosili do niezmiennego fizykalnego czasu kosmosu. Za pomocą drugiego usiłowali natomiast oddać te aspekty czasu, które wiążą się z wyjątkowością chwili, jej wagą i znaczeniem. Kairos to tyle co właściwy moment. Stosowna okazja służy do podkreślenia jakości trwania w czasie, a nie tylko wrażenia jego miary. Takie ujęcie czasu znalazło zastosowanie w wielu dziedzinach od teologii, poprzez etykę i politykę, po retorykę. Znalazło zastosowanie także w teorii poznania. Kairos to właściwa chwila, by zrozumieć coś we właściwy sposób. Wyjątkowa sposobność, aby poznać prawdę. Ekscytacja autorów przywoływanego wyżej tekstu wynika właśnie z uświadomienia sobie, że tego rodzaju kairos może odnosić się nie tylko do doświadczenia jednostki, ale do całości wiedzy, jaką o prawach natury może zdobyć ludzkość w ciągu całej swojej historii.
W spopularyzowanej wersji swojego artykułu autorzy stwierdzają wprost: „Żyjemy w jedynym okresie dziejów wszechświata, który pozwala nam zrozumieć jego prawdziwą naturę. Jak jednak natychmiast rozsądnie zauważają, taki wniosek niebezpiecznie zbliża się do mocno kontrowersyjnej zasady antropicznej. Głosi ona, że wszystko, co dzieje się w kosmosie, dzieje się tak, a nie inaczej ze względu na człowieka, by mógł on zaistnieć i realizować właściwy dla siebie cel. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby problem odwrócić. Choć mamy szczęście żyć w czasie, gdy wszechświat pozwala nam zebrać dane świadczące o wielkim wybuchu, to jednak łatwo możemy sobie wyobrazić, że inne jego fundamentalne własności są już niemożliwe do wykrycia. Być może nie sposób już uchwycić jakichś kluczowych praw czy sił, które go uformowały i nim w istocie rządzą. Może nasza wiedza, a także wiedza każdej innej ludzkości, jaka mogłaby kiedykolwiek zaistnieć ze względu na chwilowość jej trwania na tle dziejów wszechświata, zawsze może być jedynie fragmentaryczna i co do zasady błędna. U Homera kairos zazwyczaj znaczy śmiertelny. Tak, proszę Państwa, to były krótkie, ale myślę, że treściwe korepetycje filozoficzne. No a teraz pomaszerujmy ku dalszym częściom programu Bibliotekarium 2.0.
Zapraszam Państwa na rozmowę, niezwykle ciekawą rozmowę z autorem fantastyki, ale teraz nie będziemy rozmawiać o fantastyce. Będziemy rozmawiać o tajnych stowarzyszeniach, o tajnych stowarzyszeniach, o energii i depopulacji. Tak, o depopulacji. To tematy, których YouTube nie lubi i mam nadzieję, że nie sprawi, że coś tam zniknie. Zapraszam, na pewno będzie ciekawie.
[18:49] - Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Po raz kolejny zapraszam wszystkich na niezwykłą podróż. Dzisiaj razem z moim gościem Michałem Kubackim pożeglujemy w stronę tematów, które w wielu środowiskach wydają się tematami zakazanymi. Otóż zajmiemy się tajnymi stowarzyszeniami, sprzysiężeniami, które, przynajmniej niektóre fakty mogą na to wskazywać, czyhają nie tylko na naszą wolność, ale być może również na to, jaki będzie kształt cywilizacji, jaką znamy. A może w ogóle czyhają na samą tą cywilizację? Co mam na myśli? O tym przekonacie się państwo w toku rozmowy. Ja dodam jeszcze, że nieodłączną jej częścią będzie również refleksja nad tym, czy przypadkowo ktoś nie zaproponuje nam w najbliższym czasie jakiejś małej depopulacji albo całkiem dużej depopulacji. I wreszcie problem tego, czy przypadkiem liczebność, o której mowa była przed chwilą, liczebność ludzkości nie ma jakichś związków z tym, czy szanse przetrwania naszej cywilizacji w ogóle zaistnieją. Wiem, mówię bardzo enigmatycznie, ale o co naprawdę mi chodzi, to stanie się jasne, kiedy rozpoczniemy rozmowę.
Tak to, proszę państwa, już jest, że tematy związane z wymienionymi wcześniej tajnymi sprzysiężeniami, depopulacją i tak dalej, tajnym pomnikiem Iluminatów wysadzonym jakiś czas temu, to są tematy, przy których jedni dosyć znacząco pukają się w czoło, inni wierzą troszeczkę bezkrytycznie. Z moim gościem postaram się przynajmniej częściowo zbliżyć do tego, jaka jest prawda. Zbliżyć, a więc wcale nie jest pewne, czy tak naprawdę będziemy na tyle blisko, aby ową prawdę widzieć w sposób jasny i przejrzysty. Jedno jest dla mnie pewne. Chyba zbyt często, kiedy słyszymy o masonach, tajnych stowarzyszeniach, zbyt często przywołujemy na myśl literaturę Dana Browna i tym podobne książki, a zbyt rzadko patrzymy, że to jest nasza rzeczywistość. Te organizacje i ich mroczne, czasami bardzo mroczne plany to nie jest fantastyka. To nie są rzeczy odległe i gdzieś tam ukryte. To nie jest coś, co należy włożyć między bajki. Wręcz przeciwnie. Ze słów mojego gościa wynika, że przynajmniej na Zachodzie, w krajach anglosaskich, na tajne organizacje można się natknąć niejako w środku wielkiego miasta.
Co mam na myśli? To już za kilka minut. A teraz pozwolicie państwo, że przedstawię mojego gościa. Michał Kubacki urodził się w roku 1977 w Gnieźnie. Studiował filologię polską i angielską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ukończył też scenopisarstwo w 2001 roku. W trakcie studiów opublikował kilka opowiadań, między innymi na łamach Nowej Fantastyki. Tam ukazał się chociażby tekst „Do granic piękna”, numer siódmy w 2001 roku. W 2004 roku wyemigrował do Wielkiej Brytanii. Spędził też dwa lata we Włoszech, w regionie Friuli-Wenecja Julijska, w krainie gór, zamków, czarownic i walczących z nimi benandantich, dobokrążców.
Pracował tam przy budowie akweduktów, dróg oraz murów antysejsmicznych. Po powrocie do Londynu zajął się zbieraniem materiałów do swojej pierwszej powieści pod tytułem „Kyna”. W międzyczasie stworzył Etaoi Systems, firmę rozwijającą wymyśloną przez niego alternatywną klawiaturę do pisania bezwzrokowego na ekranach dotykowych. Prezentując tę klawiaturę objechał Europę od Hiszpanii aż po Finlandię, poznając ludzi tworzących świat przyszłych technologii. Doświadczenia te wpłynęły na fabułę „Kyny”, w której historie londyńskich czarownic splatają się z magią energetyczną. W 2020 roku wrócił do Polski. Mieszka pośród lasów i jezior Wielkopolski. Obecnie zawodowo związany z firmą Meta Talent zajmującą się wdrażaniem rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Poza pisaniem pasjonuje się muzyką rockową i gra na gitarze basowej. Proszę państwa, dzisiaj sporo będziemy mówić o literaturze, ale jeszcze więcej będziemy mówić o tajnych stowarzyszeniach, depopulacji i różnych dziwnych planach, które knują wymienione wcześniej niezbyt jawne sprzysiężenia.
[24:52] - Zapraszam na rozmowę. Gdyby ktoś z państwa zapragnął zapoznać się z twórczością naszego gościa, to w opisie filmu znajdziecie państwo linki, pod którymi można zakupić najnowszą powieść Kyna. Dzień dobry, dzień dobry państwu. Tak jak mówiłem we wstępie, naszym gościem jest pisarz Michał Kubacki. Nie tylko pisarz. Czołem Michale.
[25:21] - Dzień dobry, witam, cześć.
[25:23] - Powodem, dla którego się spotykamy... Jak to poważnie brzmi! To może zacznijmy jeszcze raz, wystartujmy. Czyli po prostu spotykamy się między innymi z takiego powodu, że ukazała się całkiem niedawno twoja książka. Książka fantastyczno-naukowa, a właściwie urban fantasy. Tak, żeby już doprecyzować i postawić kropkę nad i. Ale my nie będziemy dzisiaj rozmawiali o książce, bo o książce to porozmawiamy w programie „Bibliotekarium”. Ja wszystkich naszych słuchaczy z kanału „Wehikuł Wyobraźni” zapraszam. Ta audycja pojawi się prawdopodobnie w styczniu. Tam sobie dosyć szczegółowo o książce porozmawiamy.
Na tyle szczegółowo, na tyle, żeby nie zdradzić państwu treści i nie pozbawić przyjemności czytania. Ale dzisiaj porozmawiamy o pewnych wątkach, które w twojej powieści, Michale, się pojawiają. Wątki, ktoś powie z jednej strony fantastyczne, z drugiej strony takie z pogranicza teorii spiskowych. Nie lubię tego sformułowania „teorie spiskowe”, bo to sformułowanie jest jakoś pejoratywnie nacechowane. Zdążyło się już nacechować pejoratywnie. W związku z tym powiedzmy z takich teorii, które są dziwne, przynajmniej dziwne, o dużym stopniu dziwności. Michale, od czego właściwie zaczniemy?
[26:45] - Chcę podkreślić, że rzeczywiście tworzę literaturę rozrywkową. I dlatego miejmy to cały czas na uwadze, poruszając dalej te wszystkie tematy. I teraz, żeby zapewnić tę rozrywkę, tematy i źródła, które badam, mają temu służyć. Moja metoda pisania polega na tym, że nawet kiedy tworzę science fiction czy fantasy, to nie jest po to, żeby uciec przed rzeczywistością. To jest taka dosyć duża pokusa, zwłaszcza na początku, jak się zaczyna przygodę z pisaniem, żeby właśnie uciec w jakiś fantastyczny świat. Bo tutaj nie trzeba się posługiwać żadną konkretną wiedzą, ani historyczną, ani nie trzeba wielkiej wiedzy o kulturze posiadać, bo można sobie coś tam wymyślić. To jest taka pokusa, a ja właśnie staram się podchodzić do tego inaczej i nawet kiedy piszę historie fantastyczne, dziejące się gdzieś tam w kosmosie czy zupełnie wymyślone wątki tutaj, to jednak zawsze staram się podeprzeć badaniem rzeczywistości. Taki prosty przykład: jeśli piszę na przykład o jakiejś wojnie w kosmosie z inną cywilizacją, to zadaję sobie od razu pytanie, czy to jest może jakaś krucjata, czy może tak jak w słynnej serii „Gwiezdnych Wojen” to jest wojna na Pacyfiku. Oni się tam do tego odwoływali. Czy na przykład wojna w Wietnamie.
I tutaj pisząc historię takiej miejskiej fantasy, również postanowiłem to bardzo podbudować sobie badaniem różnych historii, które się rzeczywiście wydarzyły. I w ten sposób właśnie trafiłem, ponieważ pisząc w ogóle powieść, mieszkałem w Londynie. To jest miejsce niesamowite, zupełny tygiel i w centrum Londynu mamy chociażby Muzeum Narodowe z ogromną ilością tematów. Tam właściwie każda sala, każdy eksponat to jest jakiś temat, ale zaraz kawałek dalej mamy na przykład wielką halę masonów. I tutaj zaczynamy sobie już na ten temat czytać. Zaczynamy próbować się dowiedzieć, co ci ludzie tam robią. I pojawiają się bardzo fascynujące historie, które podkreślam jeszcze raz, interesują mnie właśnie jako twórcę fabuły. I zawsze to jest dla mnie najważniejsze kryterium. To znaczy, jeśli jakaś historia jest trochę zbyt fantastyczna, żeby traktować ją bardzo poważnie, mi to nie przeszkadza. Dla mnie jest to właśnie bardzo fajny i ciekawy materiał, żeby umieścić go w fabule.
[29:35] - To ja teraz przerwę i zapytam, bo książka, do której się odwołujemy, jest książką, tak jak powiedziałem, urban fantasy. Ale zaczniemy od tych tajnych organizacji. I to jest taki temat, który wywołuje bardzo często emocje, bo z jednej strony nie da się ukryć, że różnego rodzaju tajne organizacje, stowarzyszenia istnieją. Tu nie ma właściwie o co kruszyć kopii. No tak, ale z drugiej strony te wszystkie tajne organizacje, tajne stowarzyszenia, różne loże i tak dalej, przez lata, przez stulecia obrosły różnymi mitami. Dzisiaj trudno jest już rozdzielić mity od faktów. Właściwie można wchodzić głębiej. W każdym bądź razie to niesłychanie podkręca wszystkim słuchaczom, wszystkim czytelnikom podkręca wyobraźnię. A ponieważ jesteśmy na kanale „Wehikuł Wyobraźni”, to porozmawiajmy o tej wyobraźni. W swojej twórczości, w swojej powieści odwołujesz się do tego zjawiska, jakim są tajne stowarzyszenia, tajne organizacje.
Właśnie, co my o tych tajnych organizacjach możemy właściwie powiedzieć? Skoro robiłeś research, robiłeś jakieś badania terenowe, to dowcip oczywiście. To powiedzmy coś na ten temat.
[31:08] - Opowiem o moich odczuciach i moim zetknięciu z tym, które mieszkając w Polsce, u nas często właśnie samo wspomnienie, że masoni gdzieś tam istnieją, to wywołuje taki uśmieszek politowania. Nie traktujemy tego tematu poważnie.
[31:28] - Teraz się pojawiają cykliści w drugim zdaniu, że masoni i cykliści i w ogóle nie ma poważnej rozmowy.
[31:37] - Dokładnie tak. Mieszkając w Londynie pierwsze zetknięcie z jakąś lożą to był tajemny zakon leśników takiej dzielnicy, wypadła mi teraz nazwa, przypomni mi się za chwileczkę dzielnica. W każdym razie mieszkałem tam niedaleko i przechodziłem obok tego miejsca wielokrotnie i bardzo mnie to dziwiło, co to jest za dziwna tajna loża, starożytny zakon leśników The Ancient Order of Foresters. Ja jeszcze też przypomnę, że to jest 2004 rok, jeszcze wówczas nie mieliśmy wszyscy dostępu ciągłego do internetu. To nie było tak jak dzisiaj, że idąc sobie ulicą wyciągamy telefon i możemy sobie sprawdzić od razu na Wikipedii, więc to zajmowało troszeczkę czasu. Rzeczywiście dowiedziałem się, że istnieją takie organizacje, zajmują się wszystkie bez wyjątku działalnością charytatywną, ale właśnie jakieś tam dziwne instrumenty wystawione w oknach, jakaś dziwna symbolika. Bardzo mnie to zaciekawiło. Oczywiście w samym centrum Londynu na Holborn, można sobie zobaczyć na mapie, znajduje się taki budynek, wielka hala, czy też wielka świątynia masonów. Bardzo mnie to zdziwiło, że to jest miejsce otwarte dla zwiedzających. Można tam sobie po prostu wejść, pooglądać.
Rzeczywiście nie wszystko, tam jest wyznaczona trasa. Któregoś dnia tam trafiłem i z ogromnym zdziwieniem zobaczyłem, poinformował mnie pan w drzwiach, że mają właśnie dzisiaj zjazd jakiejś loży. Bardzo się ucieszyłem, zobaczę sobie jak to wygląda. Zobaczyłem, że wchodzą tam policjanci w mundurach, bankierzy z teczkami, wchodzą tam strażacy, również umundurowani, odświętnie. Naprawdę pokazało mi to, że to jest organizacja, która jest niezwykle prężna, liczna i jakieś tam naprawdę wyższe warstwy społeczeństwa w tym biorą udział. Ci ludzie sobie wchodzili schodami, mieli oczywiście dostęp do pomieszczenia, do którego zwiedzający tego dostępu nie mieli. Wchodzili jednymi drzwiami ubrani w swoje stroje, powiedzmy zawodowe, a drugimi drzwiami wychodzili właśnie zakapturzeni z białymi laskami i udawali się do kolejnego pomieszczenia gdzieś tam odbywać jakiś rytuał. Ja po szkole filmowej jestem scenarzystą, więc ja myślę zawsze tymi obrazami. Obraz niezwykle mocny, interesujący i gdzieś tam zapadł w pamięć. To jest takie moje zetknięcie i właśnie uświadomienie sobie, że to rzeczywiście funkcjonuje, działa, że tam całkiem poważnie wyglądający ludzie biorą w tym udział.
Wytłumaczenie oficjalne, że zajmują się właśnie działalnością charytatywną, oczywiście to wyjaśnienie nie do końca wyjaśnia wszystko, całą tę symbolikę, która tam jest obecna na każdym kroku. Polecam w ogóle wszystkim, którzy odwiedzają Londyn, żeby umieścić to miejsce na liście rzeczy do zobaczenia. To jest samo centrum Londynu, Holborn. Niedaleko mamy bardzo ciekawy również Covent Garden i ta wizyta, którą myślę, że w ciągu dwóch godzin można spokojnie zamknąć, właśnie pokazuje nam świat, o którym gdzieś tam słyszymy. Mamy powieść na przykład Dana Browna o tym, co tam się według niego dzieje. To jest również jego taka licencja własna, jego wersja wydarzeń. Natomiast jeśli wczytamy się troszeczkę głębiej w to, to zobaczymy, że właściwie cała Anglia, wszystkie instytucje są mocno zrośnięte z tą organizacją. Co za tym idzie, zadajemy sobie pytanie, jaki jest rzeczywisty wpływ tej organizacji na życie w Anglii.
[35:58] - Powiem szczerze, że jak usłyszałem, że leśnicy w Wielkiej Brytanii mają swoje tajne stowarzyszenie, to już wyobraźnia zaczęła mi mocno pracować, bo mówiąc szczerze, nie bardzo sobie wyobrażam, że na przykład polscy leśnicy zgromadziliby się w podobnej organizacji i zaczęliby, co by zaczęli tak naprawdę? Jaki jest przedmiot działania? Oficjalnie usłyszeliśmy od ciebie, że to jakaś działalność taka prospołeczna, ku dobru wspólnemu. Tak, ale gdzieś tam z tyłu głowy, kiedy słyszymy o tajnych organizacjach, natychmiast niemalże pojawia się takie podejrzenie, że coś muszą knuć, skoro są tajni. Czy pożeglowałeś w tę stronę?
[36:51] - Tak jak mówiłem, na potrzeby powieści to jest wątek bardzo cenny, takie tajne stowarzyszenie. Ja tutaj się posłużyłem takim wybiegiem, że do tych oficjalnych masonów dokleiłem wymyśloną przeze mnie organizację. Wydaje mi się, że wymyśloną dosyć dobrze, ponieważ paru wczesnych czytelników mojej książki przysięgało później, że oni w ogóle wiedzieli, że takie stowarzyszenie o nazwie Młot istniało. Oczywiście to jest skojarzenie z młotem na czarownice, księgą, która stała się podstawą do pewnych prześladowań i wydarzeń późniejszych. Więc tak, to stowarzyszenie posłużyło mi do tego, żeby dokleić tam do tego jeszcze inny wydział, który przy tym funkcjonuje. Będę podkreślał na każdym kroku, to fabularnie wspaniale działa. Mamy tajemnice, spiski, jakieś wewnętrzne frakcje, które gdzieś tam się zwalczają. To są wszystko motywy, które świetnie się sprawdzają na kartach powieści. Myślę, że pytasz po to, żeby się dowiedzieć, co tak naprawdę w świecie rzeczywistym takie stowarzyszenia robią. To jest dosyć charakterystyczne dla świata anglosaskiego.
Te tajne stowarzyszenia przecież nie ograniczają się tylko do masonerii. Mamy słynne Scouse and Bones na przykład w Stanach Zjednoczonych. To są bractwa oficjalnie zajmujące się też tym, żeby młodych chłopców z dobrych domów gdzieś tam wprowadzać bezpiecznie w przyszłe życie w wyższych sferach, ale ich rytuały też czasami mrożą krew w żyłach.
[38:54] - Obrosły straszliwą wręcz legendą. Jakieś tajne filmiki pojawiające się w internecie, gdzie mamy wielki posąg sowy i bardzo znanych polityków pomykających tam w świetle, oczywiście jakżeby inaczej, tajnego oświetlenia, bo wszystko tam właściwie, ten przymiotnik tajny jest tam wszechobecny. Wszystko jest tam tajne i filmowane jest to z bardzo daleka. W związku z tym ta magia tajności działa. Ja nie mam wątpliwości, że jak coś jest tajne, to niejako od razu staje się złowrogie. Stąd też moje drążenie i dopytywanie, jaka jest rzeczywistość, bo tę wersję dotyczącą wyobraźni, jako że jesteśmy na wehikule wyobraźni, mamy już przerobioną. Ty otworzyłeś pewną bramę wyobraźni, powiedziałeś o swojej wersji. Nasi słuchacze mogą pomyśleć o swoich wersjach tejże działalności. Właśnie, a jak jest to w rzeczywistości? Ile zdołałeś się dowiedzieć?
[40:04] - Rozumiem, że odwoływałeś się tutaj do tego filmu, który zobaczyliśmy dzięki pracy Alexa Johnsona. Tutaj to już jest nazwisko, które dla wielu takich słuchaczy, powiedzmy cywilnych, normalnych, to już jest miejsce, w którym kończymy rozmowę, ponieważ jest to człowiek oskarżany o kompletne szaleństwo. Natomiast wielokrotnie później się okazywało, że jego zupełnie szalone teorie gdzieś tam się potwierdzały. I rzeczywiście on na początku lat 2000 gdzieś tam w przebraniu udało mu się dostać na spotkanie, oczywiście organizacji charytatywnej i takiej zupełnie społecznej. Mówimy o Bohemian Grove. To jest miejsce tak naprawdę, gdzie spotykają się elity, absolutne elity tego świata, przede wszystkim anglosaskiego, gdzieś tam amerykańscy politycy, ludzie związani z przemysłem rozrywki. Spotykają się tam w lesie na takim bardzo miłym spotkaniu nocnym. Tam się odbywają jakieś bardzo dziwne przedstawienia o dużych walorach artystycznych. Możemy się o tym przekonać właśnie oglądając ten film. Ale podejrzenia co do tego, co tam się dzieje, już takie miłe i wesołe nie są.
Powtórzę tylko za innymi badaczami tych zdarzeń, że tam są podejrzenia o udawane albo może wcale nie udawane jakieś ofiary z ludzi przed tym właśnie wielkim bóstwem sowy. Dlaczego to się rzeczywiście odbywa i co ma wspólnego właśnie działalność charytatywna i dobroczynna z takimi drastycznymi przedstawieniami? Trudno naprawdę powiedzieć. Jako twórca formuły mogę właśnie sobie dopowiadać tam pewne rzeczy i na tym właśnie polega cała książka. To znaczy w powieści „Ina”, która w tej chwili znajduje się w przedsprzedaży, właśnie zadaję sobie takie pytanie, czy być może jakieś jedno albo kilka takich stowarzyszeń może stać za jakimiś bardzo poważnymi wydarzeniami w historii? Tutaj myślę, że mogę zdradzić, nie psując przyjemności, bo to jest też tło całej historii, wokół tego dopiero historia się rozkręca, że takie stowarzyszenie fikcyjne, wymyślone przeze mnie, Gałąź Wierzby, próbuje zniszczyć Ludzkość podejmowała już wielokrotnie próby. W świecie opisywanym przeze mnie, fantastycznym, to właśnie oni stoją za dwiema wojnami światowymi. Oni poprzez kontrolowanie tajnych stowarzyszeń mają wpływ na elity i anglosaskie, i niemieckie, gdzie kontrolują tych ludzi. Tutaj się oczywiście odwołuję do rzeczy, które znamy z historii, bo wiemy, że w tamtym czasie, początku XX wieku, te motywy i taka działalność tajemnicza, okultystyczna, to było bardzo popularne, podgrzewało wyobraźnię. Elity również ulegały temu.
Mówiło się o modzie nawet na to i wiele dziwnych potem wydarzeń w historii takie motywy ma, co bardzo ułatwia mi wplatanie tych wątków w historię w mojej książce.
[43:47] - Ale to trafia na bardzo podatny grunt, bo doskonale wiesz o tym, że różnego rodzaju opowieści o tym, że zaplanowane są trzy wojny światowe, dwie się już oczywiście odbyły, trzecia przed nami, że to wszystko jest już zaplanowane, zorganizowane. Co więcej, wydarzenia, które dzieją się na świecie, przynajmniej niektórym osobom zdają się potwierdzać to, że rzeczywiście podążamy według pewnej agendy, która została wcześniej sformułowana. Historia, a właściwie opowieści o historiach różnego rodzaju tajnych stowarzyszeń nabierają dodatkowych rumieńców. Dowiadujemy się z różnego rodzaju przekazów, mniej lub bardziej tajnych, im bardziej tajnych, tym bardziej takich pobudzających wyobraźnię, że rzeczywiście ktoś za naszymi plecami knuje, ktoś za naszymi plecami planuje na przykład depopulację, jakieś inne zniewolenie ludzkości i tak dalej. Nie chcę tego rozwijać, bo jesteśmy na kanale, na którym słuchacze dosyć dobrze orientują się, jeśli chodzi o tego rodzaju teorie. Powiedzmy o tym troszeczkę, bo przecież niejako na co dzień stykamy się z historiami, które mówią: „A może tak powinno nas być mniej? Może powinniśmy pożeglować w tę stronę, że jakaś mała depopulacja albo tym podobne historie?” To niejako naturalnie wiąże się z różnego rodzaju tajnymi organizacjami, sprzysiężeniami i tak dalej. Tu bym pewno mógł mnożyć słowa bardzo długo. Z perspektywy pisarza, ale też z perspektywy badacza, w każdym razie człowieka, który zgłębia temat, żeby go później przekształcić literacko, niemniej jednak wychodzi z pewnej bazowej wiedzy. To jak ten świat wygląda?
[45:53] - Depopulacja to nie jest jakaś teoria spiskowa. Mówi się bardzo o tym otwarcie, że ludzi jest zbyt wielu, że zbyt szybko zużywamy zasoby i że zagrażamy naturalnej równowadze naszej planety. O tym mówi się już od dłuższego czasu. Ja pamiętam jeszcze w latach 80., gdzie byłem uczniem podstawówki, takie rzeczy gdzieś tam się pojawiały i taka myśl była w nas zaszczepiana, że może taki gwałtowny rozwój ludzkości może spowodować wyczerpanie zasobów i całą zapaść. O tym słyszeliśmy. Wyliczenia, na ile jeszcze wystarczy nam zasobów prowadzi się od lat chyba 60. czy 70. i to zawsze jest taka liczba 40, 50 lat. Ta granica się przesuwa w czasie. Rzeczywiście jest taki postulat.
Zupełnie niedawno zresztą wysadzono w Stanach Zjednoczonych ten wielki obelisk, który miał być takim kamieniem wyznaczającym przykazania dla ludzkości po jakimś kataklizmie. Tam zaleca się utrzymanie liczby ludzi na poziomie 500 milionów. Bardzo dziwny obiekt. Nie wiadomo kto go postawił, nie wiadomo dlaczego. Jakieś takie dziwne stowarzyszenie właśnie postawiło gigantyczny obelisk, który całkiem niedawno został wysadzony. Niewiele się o tym słyszało w mediach. Mamy różne inne bardzo ważne tematy do omawiania. To się bodajże wydarzyło w 2020 czy 2021 roku, nie pamiętam już w tej chwili. To jest temat depopulacji. Natomiast dzisiaj pojawia się już nowy nurt, wypływa na szerokie wody.
Mówi się po prostu o wygubieniu rasy ludzkiej całej po to właśnie, żeby tutaj przyroda i planeta mogła sobie spokojnie funkcjonować i podlegać naturalnym zmianom. Ponieważ jest oczywiste dla wszystkich, którzy chociażby chodzili do tej podstawówki, że klimat na Ziemi się zmienia. Mamy rozmaite epoki. Czasami było bardzo gorąco, czasami było bardzo zimno. To wszystko jest w porządku. O ile to się odbywa bez udziału człowieka, to takie rzeczy są okej. W związku z tym ekstynkcjonizm, czyli postulat całkowitego zniszczenia ludzkości już się w tej chwili pojawia po to właśnie, żeby oficjalnie zlikwidować wszelkie cierpienia, których źródłem jest człowiek. Ponieważ cierpienie dzielimy w tej filozofii właśnie na dobre i na złe. Dobre to jest takie, które gdzieś tam sobie naturalnie zaistnieje, czyli zwierzęta zjadające się żywcem to jest okej, to jest dobre cierpienie, takie naturalne. Natomiast zwierzęta zamijane w rzeźni błyskawicznym uderzeniem jakiegoś narzędzia to jest cierpienie niewybaczalne i to trzeba zlikwidować i usunąć.
Najprostszą metodą usunięcia cierpienia jest właśnie usunięcie ludzkości. I takie postulaty dzisiaj możecie sobie bez trudu wygooglować, ruchy ekstynkcjonistyczne, które działają już zupełnie otwarcie. To nie jest żaden tajny spisek. To jest postulat, który gdzieś tam się pojawia i jest rozważany jako jeden z takich możliwych do wprowadzenia w życie.
[49:30] - Przyznam się, ilekroć słyszę o tym, że należy wygubić ludzkość, żeby Ziemia, żeby natura na Ziemi rozwijała się w sposób nieskrępowany, to zastanawiam się, jak to skomentować na tyle delikatnie, żeby YouTube tego filmu nie zablokował, a jednocześnie na tyle dosadnie, żeby to wybrzmiało odpowiednio mocno. I ja właściwie nie znajduję sposobu, żeby to skomentować odpowiednio. Nie to, żebym uważał, że aby na pewno i tak dalej człowiek jest panem stworzenia i w ogóle tylko wszystko nam się należy. Niemniej jednak odpuszczenie i wygubienie ludzkości wydaje mi się jednak pomysłem dosyć, no dobrze powiem, irracjonalnym, to chyba najłagodniej, jak mogę to powiedzieć. Jednak tego rodzaju postulaty znajdują widocznie jakiś poklask, przynajmniej u niektórych. I mam takie pytanie, czy to się w jakiś sposób, pytanie z tezą tak naprawdę, ale niech będzie. Czy to się w jakiś sposób wiąże z różnymi tajnymi organizacjami, o których mówiliśmy wcześniej? Zapewne tak, ale tu oczekuję od ciebie odpowiedzi, ale dodatkowo jeszcze chciałbym się dowiedzieć, na ile tego rodzaju postulaty, tego rodzaju apele można traktować poważnie.
[50:56] - Niektóre organizacje wychodzą naprzeciw tym obawom i mówią: być może nie musimy usuwać wszystkich ludzi, być może niektórzy zasługują na to, żeby ich ocalić. Może są troszeczkę lepsi niż pozostali. I zazwyczaj tak to się właśnie składa, że to są przedstawiciele tych organizacji, które taki kompromis nam proponują. Więc może jeszcze nie wszystko stracone. Jeśli uda nam się tylko do tych organizacji gdzieś tam dołączyć czy wykazać im swoją użyteczność, to może akurat nas oszczędzą. To są rzeczywiście przerażające rozważania. Na potrzeby powieści ja taki scenariusz rozważam i rzeczywiście coś, co my odrzucamy z góry, taką myśl, że ludzi należałoby zgubić, każdy normalny człowiek taką myśl odrzuca. W związku z tym, w jaki sposób można by taki plan przeprowadzić? Należałoby właśnie ludziom powiedzieć, że nie robimy tego tak naprawdę, robimy coś zupełnie innego. Tutaj bardzo mi się kojarzy od razu i chciałbym o tym wspomnieć taki serial, również fantastyczny, który się nazywa „Utopia”.
To jest serial z 2013 roku, wersja oryginalna brytyjska. Wersja z 2020 roku wyszła tak niefortunnie w czasie panowania dziwnej zarazy na całym świecie i wątki, które się tam pojawiają. Organizacja, mówię teraz oczywiście o serialu, a nie o rzeczywistości. Organizacja tajna, jak najbardziej pod przewodnictwem miliardera, filantropa, który ludzkość w swojej dobroczynności obdarza różnymi niesamowitymi wynalazkami. Wynalazł sztuczne mięso po to, żeby uniknąć cierpienia, które generowane jest przez człowieka. Serial traktuje o takim tajnym jego planie na cały świat rozprzestrzenienia sztucznie stworzonego wirusa. I tak się złożyło, że w 2020 roku ten serial miał premierę bodajże na platformie Amazon, która go stworzyła, sfinansowała. Po pierwszym sezonie z jakiegoś powodu zdecydowano się ten film anulować, chociaż zapowiadało się bardzo ciekawie. Bardzo dziwne zbieżności z tym, co proponowano w fabule. Fabuła, jak powtarzam, oparta na wcześniejszym serialu brytyjskim z 2013 roku o tym samym tytule „Utopia” i przeplatało się to w sposób zupełnie przedziwny i niezwykły z wydarzeniami, które wówczas wszyscy na własne oczy śledziliśmy.
I co tu dużo mówić, byliśmy też poddawani przez to, co się działo różnym takim nietypowym żądaniom, nietypowym zadaniom. Ja sam spędziłem w miejscu odosobnienia troszeczkę czasu w związku z podejrzeniami, że mogę być nosicielem jakichś dziwnych wirusów i bakcyli. Więc wszyscy pamiętamy te czasy i tutaj właśnie wątek tajnych organizacji. Dlaczego? Dlatego, że żeby przeprowadzić taką akcję, trzeba działać globalnie. Nie można mówić wprost o tym, co się chce zrobić, bo wiadomo, że ludzkość, która ma być zredukowana, może tej redukcji nie poddawać się zupełnie dobrowolnie, bez wielkiego entuzjazmu będą się takim rzeczom jednak poddawali. Więc konieczność utrzymania jakiejś przykrywki nad tą całą historią, czyli mówimy coś zupełnie innego niż to, co się w rzeczywistości odbywa, to jest konieczność. A w takich rzeczach tajne organizacje całkiem dobrze sobie radzą. A gdy mówimy o tajnych organizacjach, możemy również mówić o sekretnych programach, które czasami są nie przez tajne organizacje, tylko na przykład przez rządy zupełnie jawne, gdzieś tam obsługiwane. I tutaj nawiązuję też do takich rzeczy, które znamy, chociażby na przykład z niezwykle popularnego serialu „Stranger Things”, również na Netflixie, który z jednej strony opowiada historię zupełnie fantastyczną, ale wystarczy sobie w Google wpisać projekt Stargate, żeby przekonać się, że takie starania i takie tajne programy rzeczywiście miały miejsce.
Tutaj mówimy o programie tak zwanego widzenia na odległość, jasnowidzenia i wiemy, że amerykańska armia takie programy prowadziła w przeszłości. Czy prowadzi nadal? Oczywiście tego nie wiemy, ponieważ to są programy tajne. Oficjalnie było to zamknięte z powodu braku rezultatów. Także mamy z jednej strony tajne stowarzyszenia, a z drugiej strony mamy tajne działania legalnych i oficjalnych czynników.
[56:05] - W naszej rozmowie poruszyliśmy problematykę depopulacji i problematykę związaną z różnego rodzaju patogenami, czymś, co może ludzkość dotknąć. Mówiliśmy po prostu o sposobach eliminacji, tak delikatnie, softowo. Ale jest jeszcze jeden temat, który niezwykle porusza w tej chwili opinię publiczną. To jest temat szeroko pojętej energii, którą ludzkość zużywa. Podobno zużywa ją niewłaściwie, podobno naprawdę rani w ten sposób planetę. I ta energia wydaje się również kluczem nie tylko do naszej przyszłości, ale również do tego, jak to się wszystko potoczy w tej sferze, o której właśnie dzisiaj rozmawiamy. Tej tajnej, spiskowej. Tu sobie nasi słuchacze muszą jeszcze ewentualne przymiotniki dodać, bo przypomnę, jesteśmy na YouTubie, a YouTube pewnych słów jednak nie lubi.
[57:09] - Tak, to jest niezwykle ciekawy wątek i to jest taka rzecz dosyć kluczowa właśnie w powieści, w fabule przeze mnie wymyślonej. To jest wątek energii w postaci władających. Wymyślone przeze mnie w mojej powieści posługują się energią o nazwie Alfa, która nie jest nieograniczona. Jej źródła bywają niszczone przez ludzi w sposób nieświadomy. Walka o te źródła przyjmuje najróżniejsze postaci, z tym najbardziej drastycznym, czyli chęcią zniszczenia całej ludzkości po to właśnie, żeby tę energię planety chronić. Oczywiście opierałem się tutaj o kilka takich teorii, które znamy z historii, ale przede wszystkim takim najważniejszym dokumentem, na którym się oparłem, to jest film o Michaelu Rupert o nazwie „Collapse”. I to jest bardzo ciekawy film przedstawiający właściwie wizję tegoż człowieka. To jest były policjant, który trafił zupełnie przypadkiem na ślad działalności takiej nieoficjalnej, pewnych oficjalnych służb. I on stawia pytania takie, które powodują niepokój. Jego wizja mówi o tym, że osiągnęliśmy już maksymalne wydobycie paliw kopalnych, zwłaszcza ropy.
Pyta się, jak długo jeszcze te nasze zasoby mogą służyć ludzkości. I tutaj się właśnie okazuje, że nie bardzo mamy to wszystko policzone jako ludzkość cała. To znaczy te zasoby, te złoża są złożami strategicznymi i różne państwa w różnych sytuacjach mają bardzo duży interes w tym, żeby albo zaniżać te swoje źródła, albo zawyżać. W związku z czym ustalenie w ogóle całości tych posiadanych przez nas zasobów i wyliczenie chociażby szacunkowe, na jak długo jeszcze wystarczy nam tych zasobów, to jest bardzo trudne pytanie. I teraz wszystkich tych, którzy myślą sobie: „No dobrze, zabraknie paliwa, będziemy znów jeździć na rowerach, nie będziemy tutaj latali samolotami, to gdzieś będziemy jeździć konno”. Właśnie Michael Rupert przypomina taki bardzo znaczący fakt, że 60% zasobów ropy idzie na produkcję żywności po prostu. W związku z tym to nie jest tak, że sobie po prostu będziemy chodzić i problem z głowy. Ewentualnie będziemy żyli w jakichś tam 15-minutowych miastach i rozwiążemy problem ropy, bo to jest dużo bardziej złożone. Nie jesteśmy w stanie wyżywić takiej liczby ludności, jeśli zabraknie tej energii. Oczywiście wiemy, że są alternatywne źródła energii.
Pytanie, czy one nam pomogą jednak obsłużyć produkcję żywności taką, jaką ją znamy? Czy kombajny zbożowe mogą jeździć na prąd na przykład? Jak by to mogło wyglądać? To jest pierwsza wątpliwość, ale druga wątpliwość jest taka i to jest właśnie wyliczenie, o które doprasza się w filmie Michael Rupert, który zresztą w dosyć tajemniczych okolicznościach zginął krótko po opublikowaniu, po stworzeniu tego filmu dokumentalnego. W każdym razie jest to wątek kanibalizmu energetycznego. To jest takie pojęcie, które też warto sobie zgooglować, które po prostu mówi o tym, że przechodząc na inne źródło energii, musimy te źródła wyprodukować. My wszyscy wiemy, że na przykład stworzenie baterii elektrycznej do samochodu czy stworzenie turbiny wymaga zużycia najpierw jakiegoś wcześniejszego źródła energii. I właśnie jest pytanie, czy to wszystko w takiej kalkulacji na kawałku papieru się zgadza, czy tej energii w którymś momencie nam po prostu nie zabraknie? Duże pytanie. Nam się oczywiście przedstawia w tej chwili turbiny, wiatraki i samochody elektryczne jako rozwiązanie tych wszystkich problemów.
Tylko właśnie pytanie, czy to się rzeczywiście na kawałku papieru da policzyć w taki sposób, że przejdziemy przez to w takiej liczbie ludności, jaką mamy obecnie, bez jakiegoś dramatycznego wydarzenia po drodze. I oczywiście nawiązując jeszcze do powieści, ja tutaj proponuję poprzez działalność głównej bohaterki Kenny Green pewne rozwiązanie tego problemu. Ale to już jak będziemy rozmawiali ściśle o opowieści, to może w łóżka do tego wrócimy. W każdym razie to jest problem, który również zaprząta moją głowę zupełnie prywatnie i w cywilu.
[01:01:57] - Mówiąc szczerze, kiedy rozmawiamy, to tak się w mojej głowie pojawił pewien problem, którego tak na bieżąco nie potrafię rozwiązać. Otóż ci wszyscy zbawcy ludzkości, o których wspominaliśmy, gdzieś tam zakorzenieni czy zagnieżdżeni w tajnych organizacjach, a może w ogóle nie. W każdym razie ci zbawcy ludzkości z jednej strony postulują ograniczenie populacji Okej, można o tym dyskutować, ale jest to pewien postulat, któremu, jak każdej myśli, da się dopisać jakieś racjonalne argumenty. Nie wchodźmy w dyskusję, na ile ich racjonalność jest rzeczywista. Z drugiej strony mamy problem energii, więc może jak będzie mniejsza ludzkość, to będzie mniej energii zużywała. Takie pokusy się pojawiają. Z tym że naturalny jest pewien niepokój, który rodzi się przy tego rodzaju rozważaniach. Nie ukrywam, że my o tym już poza anteną wcześniej rozmawialiśmy. Otóż czy redukcja liczby ludności na świecie to nie jest przypadkiem jakieś straszliwe, weźmy to nawet w cudzysłów, straszliwe niebezpieczeństwo, które może zaowocować czymś absolutnie niespodziewanym, przynajmniej dla tych, którzy postulują tego rodzaju redukcję. Otóż to zlikwidowanie części ludzkości, ograniczenie populacji tak naprawdę może być szalenie niebezpieczne.
[01:03:27] - Tak. Oczywiście pomijając bezpośrednie niebezpieczeństwo dla istnienia tych, którzy mają być zredukowani.
[01:03:34] - Jak to niegroźnie brzmi: będą zredukowani. Tymczasem uświadommy sobie, że to tak naprawdę pachnie jakimś jednak mordem.
[01:03:43] - Mordem tudzież doprowadzeniem do powolnego wyginięcia, to w tej wersji bardziej optymistycznej. Podoba mi się takie hasło, które się pojawia ostatnio w internecie: „To ty jesteś tym węglem, który ma być zredukowany”. Warto to mieć z tyłu głowy. Ale niebezpieczeństwo, o którym mówisz, a o którym rozmawialiśmy wcześniej, to jest coś, co znamy już z archeologii. Mamy takiego badacza Rhys Jones, znanego, słynnego archeologa, który udowodnił jeszcze w latach bodajże 60. badając stanowiska w Tasmanii. Tasmania to jest miejsce, które kiedyś było połączone z lądem i tam ludzie 10 000 lat temu poruszali się swobodnie tam i z powrotem. I w związku z tym, że po tym zlodowaceniu, gdy skończyło się zlodowacenie, nastąpiło ocieplenie klimatu, podniósł się poziom mórz, zostało odizolowane. I te odizolowane grupy nagle zaczęły tracić pewne podstawowe umiejętności. To wynika właśnie z badań tych stanowisk archeologicznych i wiemy, że po izolacji najpierw zniknęła umiejętność pozyskiwania żywności z pewnych tam grup zwierząt.
Później tracili po kolei umiejętność tworzenia pewnych bardziej zaawansowanych narzędzi. To również wynika z badań, że wraz z osią czasu ta ich technologia nie idzie do przodu, tylko idzie do tyłu. Mamy broń, która była używana 500 lat wcześniej, a już 500 lat później nie jest wytwarzana. Do momentu, kiedy te odizolowane najbardziej grupy, gdy straciły jeszcze więcej swoich członków, to traciły umiejętność nawet krzesania ognia, która wcześniej była powszechna. Dochodziło do tego, że te grupy na przestrzeni lat traciły umiejętność, która jest jedną z takich w ogóle kluczowych dla ludzkości. Mówimy, że tak naprawdę jest to jeden z wyznaczników tego, że mamy człowieka rozumnego, pojawienie się kontroli nad ogniem. Tak więc to jest niebezpieczeństwo, o którym mówi nam archeologia. Mamy bliższe również przykłady. Mamy grupy Inuitów, podgrupy, które w latach 20. XIX wieku, gdy były dosyć liczne, wykazywały bardzo zaawansowaną jak na takie trudne warunki, w których żyli, umiejętność tworzenia narzędzi.
I te grupy, gdy były rewizytowane po 20 latach, zdziesiątkowane niestety chorobami, które były przyniesione przez pierwszą ekspedycję, już wykazały ogromne zacofanie na przestrzeni 20 lat. Wymierali ludzie, zabierali ze sobą umiejętność tworzenia narzędzi, broni i pozostawiali tych swoich potomków bez takich umiejętności. I to jest to ogromne ryzyko, o którym mówimy. Czy będziemy w stanie po zredukowaniu, jak sobie życzą właśnie ci twórcy tych planów liczby ludności, czy będziemy w stanie utrzymać te wszystkie nasze technologie na takim poziomie, jaki mamy w tej chwili? A dlaczego one są nam potrzebne? Bo musimy pamiętać, że poza zagrożeniami takimi dla ludzkości i dla planety, które są wewnętrzne, czyli właśnie zużycie zasobów, zmiany klimatyczne, mamy również zagrożenia zewnętrzne natury kosmicznej, uderzenia jakichś obiektów ogromnych, które gdzieś tam są w przestrzeni. Mamy rozbłyski fal, które się zdarzają w kosmosie również, które mogą stanowić dla nas zagrożenie. I tutaj już jedynym ratunkiem dla nas jest podnoszenie właśnie technologii na coraz wyższy poziom. Ja chciałbym zwrócić uwagę, że właśnie dzisiaj, gdy mówi się, że liczba ludzi na Ziemi tak gwałtownie rośnie i jakie to jest ogromne zagrożenie, pojawiają się takie technologie, jak na przykład coś, co nazywamy dzisiaj troszeczkę na wyrost jeszcze sztuczną inteligencją i to są rzeczy, które potencjalnie mogą nam pomóc, jeśli oczywiście użyjemy ich w sposób właściwy. Bo każde narzędzie może zostać użyte do tworzenia czegoś dobrego, na przykład energia atomowa, z której możemy czerpać najczystszy chyba i najtańszy prąd.
Ale możemy użyć tego również w dziele zniszczenia. I tak samo jest również z technologiami tymi nowoczesnymi, sztuczną inteligencją. I pytanie, co się właśnie stanie? Czy utrzymamy te wszystkie technologie? Czy będziemy w stanie to wszystko obsługiwać, jeśli nagle z Ziemi zniknie jakaś znacząca część ludzkości? Wszystko wskazuje na to, że nie będziemy w stanie właśnie tego poziomu utrzymać. Ja obserwuję teraz dyskusję wokół tych właśnie odkryć Rhysa Jonesa, bo ja o tym czytałem ładnych kilka lat temu, robiąc właśnie research do książki. Po kilku latach, gdy próbowałem to odnaleźć właśnie na potrzeby tej naszej rozmowy, okazało się, że te tezy są już dzisiaj bardzo mocno dyskutowane, że to się podważa, że być może ci ludzie tak naprawdę wcale nie tracili tych umiejętności. Może on niewłaściwie odczytywał te stanowiska archeologiczne. Kwestionuje się to właśnie z jakiegoś powodu taka rzecz, która nam się na zdrowy rozum wydaje oczywista.
Jeśli jakaś część ludzi ginie, to żaden z nas nie jest w stanie posiąść i opanować całej technologii, nawet tylko potrzebnej do wytworzenia tego, co nas otacza. Ja w tej chwili siedzę w pokoju, mam przed sobą komputer, mam gdzieś jakąś szafę z ubraniami, jakieś instrumenty muzyczne. Być możePrzy dużej dozzie wyobraźni byłbym w stanie odtworzyć, gdybym musiał od zera na przykład gitarę, ale już przypuszczam, nie byłbym w stanie na przykład stworzyć notesu papierowego sam samodzielnie. A co tu mówić o całej technologii, którą w tej chwili posługuje się ludzkość. To jest moim zdaniem ogromne zagrożenie właśnie takiego nurtu.
[01:09:25] - Tylko tak sobie w tej chwili pomyślałem, że być może to wygubianie czy też redukowanie, a jakżeż to inaczej brzmi, redukowanie ludzkości zacznie się wtedy, kiedy nastąpi tak zwana osobliwość, kiedy sztuczna inteligencja stanie się już taką mocną sztuczną inteligencją, która nam całą tę wiedzę przechowa. Pytanie drugie, na ile ta sztuczna inteligencja zechce być naszym partnerem albo może zechce być bardziej naszym władcą i czy ona na pewno zgodzi się na rolę takiego magazynu wiedzy, czy też raczej wysforuje się na władców tego świata? To oczywiście jest temat na zupełnie osobną dyskusję. A co ty o tym sądzisz?
[01:10:14] - Ja myślę, że problemem nie jest zmagazynowanie wiedzy, ponieważ to jesteśmy już w stanie robić od momentu wynalezienia pisma. To nie jest problem, żeby tę wiedzę posiadać. Tam są inne pośrednie problemy. To znaczy możemy zapisać pewną wiedzę, ale nie mamy gwarancji, że przyszłe pokolenia będą ją w stanie odczytać. Tutaj nam się w ogóle mieszają i łączą dwa pojęcia: sztuczna inteligencja i sztuczna świadomość. To są dwa jednak znacząco różne terminy.
[01:10:49] - One są mylone między innymi dlatego, że w naszej głowie mamy niejako dwa w jednym. To znaczy mamy inteligencję i świadomość i my nie bardzo tak na co dzień, albo też nie interesując się tym zagadnieniem, nie bardzo potrafimy to rozdzielić. A tymczasem inteligencja nie ma nic wspólnego ze świadomością, a w każdym razie nie musi mieć nic wspólnego ze świadomością. Natomiast kiedy występuje i inteligencja i świadomość, to się już zaczyna zupełnie inna dyskusja i w miejsce maszyny pojawia się coś w rodzaju partnera, a może niekoniecznie partnera.
[01:11:28] - Dlatego myślę, że we wszystkim, co robimy ze sztuczną inteligencją, musimy zachowywać taką zasadę, że to jednak człowiek musi być nadrzędnym w tych wszystkich interakcjach. Tak, jest takie zagrożenie. Ja troszeczkę jestem spokojniejszy, ponieważ ja pracuję na co dzień bardzo dużo z tak zwaną sztuczną inteligencją i po pierwszym szoku i po pierwszym takim nawet momencie przerażenia, że coś, co nie jest człowiekiem, ze mną rozmawia w sposób zdawałoby się logiczny, zderzamy się z ograniczeniami tej technologii. Widzimy, jak bardzo to jeszcze nie jest ani świadomy byt, ani nawet zupełnie niezależna inteligencja. To są po prostu modele, które potrafią przekształcać tekst na podstawie wcześniej poznanych informacji. Nigdzie nie jest powiedziane, że te systemy będą się rozwijały w nieskończoność, będą coraz potężniejsze. Ale ta osobliwość technologiczna singularity jest gdzieś tam przepowiadana i właśnie, czy ona będzie naszym partnerem, czy to będzie po prostu coś, co nas zdominuje? To jest takie pytanie, które też gdzieś tam mnie zaprząta. Popełniłem właśnie całkiem niedawno opowiadanie o tym traktujące. Myślę, że w którymś z numerów powstającego w tej chwili czasopisma, które z wydawnictwem Odeona tworzymy, to opowiadanie się pojawi.
Są to również rzeczy, które my, Polacy, mamy gdzieś tam już przećwiczone dzięki wspaniałemu naszemu pisarzowi Stanisławowi Lemowi. Także jesteśmy tutaj, kto czytał jego teksty, zarówno te bardzo takie rozrywkowe, jak i te poważniejsze, może sobie jakieś tam zdanie już na ten temat mieć. W każdym razie jest to pytanie bardzo ważne. Dla mnie to, co jest istotne, to żebyśmy tej przynajmniej sztucznej inteligencji, która jest w tej chwili dostępna nam, nie obawiali się, ale żebyśmy również jej nie wypuścili z rąk. Ta informacja, która mnie najbardziej w ostatnich miesiącach przeraziła, to nie to, że ChatGPT czy tam Anthropic wypuszcza nowy, lepszy model LLMa. Tylko informacja o tym, że największe w tej chwili inwestycje, które są w dziedzinie sztucznej inteligencji wykonywane, to są inwestycje na rynku militarnym. Co może pójść nie tak, jeśli włożymy właśnie jakąś tam sztuczną inteligencję w system broni potężnej, która może w jednej minucie zgładzić ogromną liczbę ludzi? Co może pójść nie tak? My jako fantaści znamy oczywiście, jednym tchem możemy wymienić tytuły filmów, które właśnie o takich rzeczach mówią. I to są rzeczy, które bardziej mnie niepokoją niż samo pojawienie się sztucznej inteligencji, ponieważ od tego, jak ją wykorzystamy, będzie zależało właśnie to, czy będzie dla nas zbawieniem, czy właśnie niewolą i jakimś końcem.
[01:14:29] - Michale, ja pięknie ci dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Mam wrażenie, że pod koniec tej rozmowy pojawił nam się całkiem atrakcyjny i dosyć przepastny temat, który moim zdaniem należałoby wykorzystać przy jakiejś kolejnej rozmowie, kiedy po raz kolejny spotkamy się w sieci. Do tego spotkania bardzo serdecznie zapraszam, a teraz pięknie ci jeszcze raz dziękuję za dzisiejszą rozmowę.
[01:14:56] - Również bardzo dziękuję za te ciekawe pytania przede wszystkim. Również będę czekał na kolejną okazję, żeby o tych rzeczach porozmawiać. Mam nadzieję, że już wówczas książka będzie przynajmniej części ze słuchaczy znana i będą wiedzieli dokładnie, o jakich rzeczach mówimy i będą mogli się do tego odnieść.
[01:15:18] - A ja państwu przypomnę, naszym gościem był Michał Kubacki, pisarz, człowiek, któryKtóry analizował różne ciekawe sprawy tego świata i myślę, że w tych analizach nie ustaje, dlatego już dzisiaj cieszę się na kolejną rozmowę. Jeszcze raz pięknie dziękuję.
[01:15:36] - Dziękuję.
[01:15:41] - Proszę państwa, to była rozmowa na tak zwane ciekawe tematy, a teraz równie ciekawa rozmowa z Piotrem Cielebiasiem. Porozmawiamy o filmie "Sting", ale skojarzenia z filmem dawno temu powstałym to niedobre skojarzenia i skojarzenia z artystą o tym pseudonimie to też nie te skojarzenia. "Sting" to w polskiej wersji językowej "Gniazdo pająka" — to dobre skojarzenia. Czy film będzie pozostawiał dobre skojarzenia? To już państwo sami rozstrzygniecie. A najpierw zapraszam do posłuchania, jakie refleksje nasunęły się Piotrowi, a potem również mnie. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Zaczynamy Filmotekarium.
[01:16:36] - Tak. A w Filmotekarium dzisiejszym "Sting", ale nie ten Sting, tylko "Gniazdo pająka" tak naprawdę, bo po polsku tak ten film się nazywa. Jest to horror produkcji australijskiej, który rozgrywa się mimo wszystko w Nowym Jorku. I coś się tam dzieje. Marku, ja zrobię taki mały wstęp. Poznajemy tam dziewczynkę, czupurną, która mieszka z rodziną w kamienicy swojej ciotki, która pochodzi z Niemiec i to widać. Dlaczego, to zobaczycie. Dziewczynka, taka chłopczyca, pałęta się po kanałach wentylacyjnych, czym przysparza rodzicom tylko utrapienia. Oprócz dziewczynki w tym filmie jest pająk z kosmosu. W rzeczywistości kosmita, który wygląda jak pająk stawonóg.
Dziewczynka go łapie, kiedy on jest w formie niedorosłej. Trzyma go tymczasowo w słoiku, ale szybko się sytuacja zaczyna wymykać spod kontroli. Jak powiedziałem, film w polskiej wersji nosi nazwę "Gniazdo pająka". Co jeszcze można o nim powiedzieć na samym początku? On nie jest tak do końca na poważnie. To nie jest horror, w którym by nam od samego początku podkreślano powagę sytuacji. Jest wręcz odwrotnie, prawda? Czyli mamy tam historię bardzo fantastyczną, może nawet graniczącą z fantasy. I mamy też dopleciony do tego wątek związany z życiem rodzinnym. To jest wątek dramatyczny.
Marku, ten pająk zaczyna rosnąć i rosnąć, ale początkowo to raczej problemy rodziny i lokatorów kamienicy zwracają nam w tym filmie uwagę. Czy ty się ubawiłeś?
[01:18:21] - Ty jesteś, Piotrze, jednak człowiekiem nieskazitelnej łagodności i oceniasz te filmy niesłychanie delikatnie. Gdzie ty zauważyłeś to, że on nie jest do końca na poważnie ten film? No okej, skoro zauważyłeś, ja tego nie zauważyłem. Moim zdaniem od początku próbuje się nam powiedzieć, że film jest jak najbardziej na poważnie. Mamy miasto, patrzymy na nie z góry, spada coś z nieba, jakieś meteoroidy, meteory. Coś spada z nieba. Jakieś kamienie nawet przebijają ściany, przebijają dachy, okna i jeden z nich trafia do domku dla lalek. To tak, żeby państwa wprowadzić. I tam jest jakiś pasażer w postaci małego, niepozornego pająka. Z kosmosu oczywiście.
Pająka. Ja to widzę jak najbardziej na poważnie. Umówmy się od razu, to, że twórcy filmu chcieli to zrobić na poważnie, to jeszcze wcale nie oznacza, że to wygląda do końca poważnie. To dwie różne rzeczywistości. Ale ja mam jeszcze jedną wątpliwość. Kiedy poprzednio rozmawialiśmy o "Abigail", to ja miałem taką nadzieję, muszę to powiedzieć. Taką nadzieję miałem, że zła passa została przełamana, że teraz już może nie będziemy mówili o arcydziełach, ale jednak o jakichś takich filmach, w których coś się dzieje. Państwo pamiętacie, dla mnie ważna jest jednak narracja, fabuła. Tu, powiedzmy sobie szczerze, w tym "Gnieździe pająka", czy też w "Stingu" jest tak sobie, jeśli chodzi o narrację i fabułę. To znaczy formalnie coś się dzieje.
To się nawet dzieje dużo i nawet to jest ubarwione. Wspomniałeś, Piotrze, o rodzinie bardzo nietypowej, bardzo dziwnej, takiej trochę popierdzielonej, mówiąc szczerze, ale o szczegółach możemy później ewentualnie powiedzieć. Mamy zamknięty dom. On jest zamknięty nie w sensie formalnym, takim, że ktoś ich tam zamknął, tylko mamy nietypowe warunki pogodowe, ostrą śnieżycę, zimę i w ogóle niesympatycznie. A w domu się dzieje. Dzieje się w warstwie obyczajowej, dzieje się w warstwie kosmiczno-pajęczej, że tak się wyrażę. No tak. Ale miałem takie przykre wrażenie, że ja już to wszystko gdzieś widziałem. Nie ma jednej sceny w tym filmie, której nie widziałbym w jakimś innym filmie. Rozważcie państwo sami, czy to jest zarzut, czy to nie jest zarzut.
Według mnie jest, ale to nie jest takie oczywiste, bo troszeczkę utrudnia ocenę filmu to, że ten film jest bardzo profesjonalnie zrobiony i to mówiąc szczerze, tak jak powiedziałem, trochę rozwala mnie jako człowieka, który miałby oceniać ten film, bo z jednej strony chciałoby się go zrypać od góry do dołu, że słaby, że wtórny i taki śmaki. Ale w gruncie rzeczy, tak jak już to sugerowałem, on jest bardzo dobrze technicznie zrobiony.
[01:21:53] - Tak, jest obsadzony dość dobrze. To jest druga sprawa. My może powinniśmy uporządkować te nasze uwagi, żeby w końcu się widzowie dowiedzieli, żeby mogli określić, czy będą oglądać, czy nie. Pytałeś, czemu on według mnie nie jest na poważnie. Od samego początku miałem wrażenie, że to jest taki film lajtowy, taki na luzie, do odpoczynku, że konwencja, stylistyka jest deczko baśniowa, że od początku mamy wrażenie, iż to będzie historia nie do końca na poważnie, nie będzie wielkiej science fiction. I w tym filmie zarówno się dzieje wiele, jak i niewiele. On jest pełen paradoksów, bo on wpada w pewną pułapkę. Chociaż, jak powiedział Marek, on jest zrealizowany w 100% profesjonalnie, to jest coś takiego, że wiecie, już zdradzę, bo nie ma co tego ukrywać. Ten film jest stworzony przez twórców australijskich, rozgrywa się w Nowym Jorku, w jednej kamienicy, w jednym budynku. Po naszemu to kamienica.
Nie wiem, jak to się po ichniejszemu nazywa. Taki wielki dom. Właścicielką jest Niemka. Mieszkają tam różni ludzie. Samo przeniesienie filmu, samo przeniesienie akcji z niebezpiecznym stworzeniem, które rośnie, zagraża ludziom do miejsca jednego, do jednego budynku, który jest, i to jest bardzo ważne, odcięty od świata w wyniku zimy stulecia, jakby nie było, sprawia nam, że mamy potwora zamkniętego w sumie w czterech ścianach. Mamy potwora typu pająk i my od pewnego momentu jesteśmy w stanie dopisać sobie tą historię, przewidzieć, co się w tym filmie wydarzy. I ja w sumie nie wiem, czy ten film to jest taka zabawa z widzem, czy to jest nieudolność, bo wiesz Marku, ja nie lubię terminu zabawa z widzem, bo się go zazwyczaj używa wtedy, kiedy nie wychodzi coś, nie wychodzi coś twórcy albo wychodzi tak, że nie wiadomo, co on chciał powiedzieć. I wtedy się mówi: "A wiecie, to taka zabawa z widzem". Natomiast nie umiem określić filmu "Sting", bo z jednej strony on łączy elementy baśni filmowej i filmu fantastycznonaukowego to nie, ale jakiegoś horroru typu "Nature". I on robi to w miarę udanie.
To znaczy normalnie powinienem narzekać, bo to jest taki wyświechtany wątek, wielki pająk, co nas może zaskoczyć i tak dalej. Ale mimo wszystko to się ogląda. Ogląda się, bo się ogląda bez zniesmaczenia można wytrwać do końca. Naprawdę. Duża zagadka dla mnie, jeżeli chodzi o ten film. To znaczy albo to jest jakiś eksperyment, albo nie wiem. Wiesz co, zresztą Australijczycy, kiedy sobie tak przypominam, oni mają długą historię tworzenia filmów horrorowych typu "Nature, takich, w których głównymi bohaterami są zwierzęta. Może to wynika z faktu, że oni żyją w klimacie, który obfituje w węże, pająki, skorpiony, roboki i inne trujące, jadowite istoty. Może dla nich, może dla ludzi z antypodów to jest film, który jest naprawdę atrakcyjny, a my po prostu go nie rozumiemy.
[01:25:25] - Być może, że tak sobie zakaszlę znacząco, ale powiem tak powiedziałeś o wielkim pająku. To powiedzmy od razu, że my śledzimy jego rozwój od bardzo małego pajączka, który mieści się w domku dla lalek. Później mieszka w słoiku bohaterki, młodej bardzo dziewczynki. Dziewczynki są na ogół młode. W każdym razie mieszka sobie u tej dziewczynki w słoiczku. Ona go karmi miejscowymi karaluchami, których jest pełno w tym domu. On je wchłania i rośnie i rośnie, i rośnie, aż w końcu urośnie. I pewno zapytacie państwo, czego ja się tak tego filmu czepiam? Ale ja już powiedziałem. Mało jest scen w tym filmie.
Moim zdaniem nie ma żadnej, ale już dobrze, asekuracyjnie powiem, że mało, których bym gdzieś już nie widział. Pytacie państwo naturalnie, ale jakie to sceny? Więc jawi się taka scena, jeśli państwo widzieli wersję reżyserską "Obcego - Ósmego pasażera Nostromo". Tam jest taka scena, która w głównym filmie nie zagościła. Zagościła w wersji reżyserskiej, gdzie mamy gniazdo Obcego, w którym są zgromadzeni ci niezabici załoganci Nostromo, którzy są przechowywani przez tego Obcego na później. Ma coś z nich wyhodować po prostu. I on ich nie zabił, tylko sobie spętał jakąś tam swoją siecią, obezwładnił i oni czekają, aż się coś z nich ulęgnie. Tu mamy bardzo podobną scenę, że ten pająk na początku nam się wydaje, że on co się rusza, to zabija, a okazuje się, że nie. I że na przykład rodzice bohaterki trafiają właśnie do takiego gniazda, do takiej przechowalni. Dzięki temu ten film może się skończyć pozytywnie.
Bo jak to bywa w tego rodzaju horrorach, oczywistym jest, że ten film się skończy pozytywnie. On nie może się skończyć negatywnie, ale ja nawet nie wiem, czy uratowałoby ten film, gdyby się negatywnie skończył, czyli że tam w ogóle masakra i tak dalej. Nie. Tu kończy się pozytywnie. Dobro. Nawet nie wiem, czy dobro. Po prostu ludzie zwyciężają. Wraży pająk ponosi zasłużoną karę za swe niecne występki. Kpię, ponieważ ja w tym filmie nie dostrzegam historii porywającej. Ta historia jest zaledwie poprawna.
Oczywiście, tak jak Piotr powiedział, w pełni się zgadzam. Nic nam się nie urwie, jak obejrzymy ten film od początku do końca. Będziemy mieli poczucie, takie jest moje zdanie, że jednak nie do końca ten czas został wykorzystany w sposób prawidłowy. Trochę ten czas zmarnowaliśmy oglądając ten film, ale z drugiej strony, jak sobie człowiek tak pomyśli: dzieje się na tym ekranie rzeczywiście dosyć dużo. Chwilami nawet pojawia się jakiś rodzaj napięcia. On jest, umówmy się, dosyć taki, przysłowiowy to jest złe słowo, dosyć oczywisty. Oczywiste jest to napięcie. Oczywisty jest ten strach, który się pojawia, który towarzyszy tym różnym sytuacjom, które scenarzyści wyprodukowali. Ten strach. Strach przez chwilę może on się pojawia, ale w gruncie rzeczy to jest film, przy którym czekamy na końcówkę.
Moją ulubioną zabawą przy tego rodzaju obrazach jest przewidywanie, co się zdarzy w ciągu najbliższych 10 minut. I wierzcie mi państwo, to będzie taka autopromocja, takie chwalipięctwo, ale naprawdę nie miałem większych problemów z pewnym wariantywnym, ale jednak postawieniem takich tez, co się za chwilę wydarzy. Bo scena po scenie to jest tak oczywiste, że to napięcie, które się pojawia, ono bardziej wiąże się z tym, który z wariantów zostanie wybrany przez ekipę filmową, a nie co się naprawdę wydarzy. Czy coś zdarzy się wcześniej, czy się zdarzy później. Ale że się wydarzy, to oczywiste. W związku z tym ja cały czas sobie tak wzdycham ciszej albo głośniej. Trochę mi tęskno do obrazów typu "Abigail", w którym to obrazie fabuła, też ją trudno uznać za bardzo oryginalną, ale działo się. W tym filmie niby się dzieje, ale jakoś tak się dzieje przerażająco powtarzalnie.
[01:30:36] - Plusem tego filmu jest to, że on buduje pewien klimat, pewną nić powiązań między ludźmi. Druga rzecz jest taka, że bardzo wyraziści są bohaterowie. Ogólnie rzecz biorąc to jest banalna historia, ale zaprezentowana tak, że w pewnym momencie na samym początku możemy kupić ten świat przedstawiony. To znaczy, to jest trochę inne od amerykańskich horrorów. Według mnie i jednak będę tutaj stał na takim stanowisku, to nie jest tak złe, jak wiele filmów, o których żeśmy mówili albo które żeśmy przeglądali, żeby je potem omówić. Bo oczywiście my nie wybieramy wszystkich filmów, jakie się pojawiają. Staramy się strzelać czasami po prostu, jeżeli coś jest. Filmów z potworami, filmów typu nature jest względnie niewiele. Oczywiście one się tam nie umywają do lepszych produkcji typu na przykład "Anihilacja", ale postanowiliśmy zaryzykować. Ja nie twierdzę, że to jest super film, ale jest lekki.
To jest, powiedziałbym tak Marku, letni wyrób, dobry wyrób na tle wielu innych filmów, które są obecnie dostępne, które omawiamy i w których widać amatorszczyznę albo brak pojęcia zarówno pod względem scenariusza, jak i realizacji. Tutaj jest o dziwo tak, że ten film ratuje wykonanie. Po raz kolejny się przekonuję, że aktorzy potrafią nawet słabej historii nadać jakieś życie i sprawić, że będzie strawna. Tak samo jest ze scenarzystami, tak samo jest z montażem. Wiesz, dużą zaletą tego filmu jest pewne tempo, które sprawia, że oglądamy, chociaż on się wydaje taki: już wiadomo, co tam pająk, kogo tam pająk przestrasza dzisiaj. Ale jednak dobry wyrób, czyli film niższego gatunku, po którym się nie ma co spodziewać. Natomiast tak, ja oczywiście raczej do niego nie wrócę. Tam jest historia przedstawiona jeszcze równolegle obyczajowa. Prócz opowieści o pająku jest taka opowieść rodzinno-dramatyczna. I słuchajcie, ona jest momentami zagmatwana, infantylna i o dziwo ja sobie to uświadomiłem dopiero po.
Po. Czyli zmontowano ten film tak, że jednak ta galopka z pająkiem przykryła to wszystko. Przykryła to wszystko, te postaci wyraziste, atmosfera taka dość mroczna, jakoś to wszystko złagodziły. Także ta pigułka nie była wcale taka gorzka.
[01:33:19] - Właściwie ja ci, Piotrze, muszę przyznać rację. Tu się w jakimś stopniu poddaję. Może nie wywieszam białej flagi, ale jedną rzecz muszę przyznać, że ten film ma fabułę. Może ona jest wtórna, może jest powtarzalna, ale rzeczywiście, jeśli macie państwo ochotę na historię bez ambicji, bez skomplikowania narracyjnego, prostą historię, która idzie od punktu A do punktu Z przez poszczególne litery, to rzeczywiście taką historię dostajecie. Ona jest prosta, a nawet prosta do bólu. Tylko dokładnie tak jak Piotr powiedział, być może w niektórych klimatach, być może w niektórych sytuacjach taka historia jest okej. Może jej zaletą w tym wypadku jest to, że ona nie kombinuje, nie dramatyzuje, a właściwie nie psychologizuje za bardzo, tylko przedstawia dosyć prostą historię. I tu analogia: jeśli państwo kiedykolwiek czytali serię horrorów niejakiego Guy N. Smitha, wydawaną na początku lat 90. przez nieistniejące już wydawnictwo Phantom Press, to były takie horrory, w których też od początku wszystko było wiadomo.
One jednak miały swój urok. One czasami były tak złe, że aż dobre, a czasami były po prostu przyzwoite, mniej lub bardziej. Więc bardzo trudno jest ocenić zarówno tamtą literaturę guynsmithowską, jak i film "Sting" czy też "W gnieździe pająka". To jest chwilami rzeczywiście historia, która dzieje się i to jest jej zasadnicza zaleta. Dzieje się coś, po ekranie skacze, miga i w dodatku z sensem. To wiecie państwo, bo dzisiaj jest sporo filmów, w których dużo się dzieje, dużo miga, dużo biega, a sensu żadnego. Tu przynajmniej sens jest. I tu warto się przychylić do zdania Piotra, że właśnie na tym podstawowym poziomie to jest po prostu opowieść. To jest film, w którym się dzieje, który może nas na tej warstwie fabularnej jakoś przyciągnąć do siebie.
[01:35:51] - I tak, i nie, bo tutaj trzeba wspomnieć jedną rzecz: ten film psychologizuje, natomiast w sposób tak nieumiejętny.
[01:36:01] - Infantylny. Powiedzmy sobie szczerze, to jest infantylne. To, że on próbuje psychologizować, to jeszcze nie znaczy, że psychologizuje. To możemy w ogóle wyrzucić, wziąć w nawias i ta psychologizacja w tym filmie jest funta kłaków niewarta. Na szczęście nie przeszkadza w odbiorze.
[01:36:26] - Dobrze, że im to nie wyszło. I ta historia jest bardziej taką opowieścią komiksową o starciu ludzi z potworem aniżeli opowieścią o patchworkowej rodzinie. Tylko czy nas, na naszej szerokości geograficznej takie filmy straszą? Jak mówię, może chodzi o to, że to nie jest film dla nas. To jest film dla Australijczyków i u nas to taki pająk nie budzi przerażenia, ale u nich tak. U nich tak i to wzbudza u niektórych jakieś przerażenie, jakieś fobie. Ogólnie rzecz biorąc, to widzimy też, że horrory o zwierzętach, czasami zaliczane do grona nature horrorów, one się mają generalnie dość dobrze w kinie klasy B i C. Chociaż osobiście nie rozumiem tej tendencji. To znaczy ja nie rozumiem, dlaczego nadal powstają filmy o rekinach, o czym jeszcze, pająkach, o wężach wielkich i tak dalej. Niektórzy ludzie mogą mieć związane z tym lęki, fobie.
Dlatego też czekam na pierwszy polski nature horror, na przykład z żubrem w roli głównej. Oczywiście żartuję, nie będzie pierwszy, bo my już taki film mamy. Nawet nie jeden. Zgadujcie jaki. Także dzisiejsza pozycja. Co można o niej powiedzieć? Dwuznaczna, ale do obejrzenia. Do obejrzenia i do zapomnienia niestety. Niestety, bo nie wiem, co by się musiało stać, żeby taki film z jakimś... Marku, pamiętasz, myśmy omawiali już jeden film z przerośniętym pająkiem w kosmosie i to już był absolutny hardcore, ale nie wiem, co by się musiało stać, żeby temu kinu pomóc wydostać się z tej sfery B, C.
[01:38:13] - Oj, tak Piotrze, myślę sobie, że w sumie dużo powiedziałeś o tym filmie. Kiedy sobie przypominam poszczególne sekwencje z żądła, czy też z gniazda pająka, to mam takie wrażenie, że to psychologizowanie, te próby, tak, to rzeczywiście chyba nie jest film dla naszego kręgu kulturowego. Być może, chętnie w to wierzę, że gdzieś tam ten film może straszyć. Jeśli chodzi o polskie odpowiedniki tego żubra, żart jest przedni. Natomiast znowu odwołam się do Guy N. Smitha z jego horrorami. O samych krabach przerośniętych napisał bodajże sześć czy siedem tomów. Był też tom o przerośniętych krokodylach i w ogóle zwierzaki u niego w horrorach dosyć często się pojawiały, aczkolwiek były też różnego rodzaju upiory. Były też różne dziwne zjawiska, były też jakieś epidemie, a w każdym razie inne takie plagi, które następowały i które dręczyły ludzkość. Ale zwierzęce odwołania były częste i tu mamy z czymś bardzo podobnym do czynienia.
Te kraby, które przywoływałem u Guy N. Smitha, one pełniły bardzo podobną rolę. Były podobnie pretensjonalne i podobnie groźne jak ten pająk, szczególnie po urośnięciu. Bo kiedy on już urósł, już nie jest taką małą istotką, która grasuje sobie w małych przestrzeniach, czyli na początku w akwarium głównej bohaterki, dziewczynki, która jest mocno zbuntowana A jak już sobie podrósł, to on był taką analogią do tych wielkich krabów, które pożerały ludzi, mordowały ich na plażach i w ogóle były bardzo straszne. Tu nie ma plaży, jest dom pośród śnieżnej zamieci i jest bardzo groźnie. No żartuję. Nie jest groźnie w ogóle. To nie jest groźny film. To jest film, który człowiek ogląda trochę tak na zasadzie żucia gumy. Żujemy gumę do żucia.
Jest fajnie. Ona na początku ma jakiś smak, a później staje się mdława. I ten film na początku ma jakiś smak, jakiś potencjał ma, ale później staje się mdławy. I to jest moje podsumowanie tego obrazu. Teraz zapraszam na Recenzarium Evivy. Już w poprzednim odcinku Bibliotekarium 2.0 mówiłem państwu, że nie zawsze tematy się zgrywają. Mamy początek upalnego lata, a będziemy mówić o tomie „Opowieść wigilijna”. Dzisiaj już nie Ebenezer Scrooge, ale kolejne opowiadanie z tego tomu, z tego cyklu dickensowskiego. Opowiadanie, powieść, mikropowieść, nowela „Dzwony”.
[01:42:02] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Tak jak obiecałam, dzisiaj druga opowieść wigilijna. Nazywa się „Dzwony”, chociaż tak naprawdę występuje pod różnymi nazwami: „Dzwony upiorne”, „Dzwony goblińskie” lub też „Karylion”. Jest to opowieść, która w swoim czasie wywołała ogromne wzburzenie wśród wydawców związanych z — jakby to powiedzieć — może nie z arystokracją, ale z warstwą lepiej usytuowaną niż biedacy. Bo trzeba tutaj podkreślić, że w czasach, gdy Dickens tworzył „Opowieści wigilijne”, ludzie biedni byli traktowani przez bogatszych z pogardą i z przekonaniem, że sami sobie zasłużyli na taki los. Funkcjonująca już wtedy sfera dobroczynności publicznej owszem, pomagała, jednak jednocześnie utwierdzała ludzi zmuszonych do skorzystania z niej, że są absolutnie nic niewarci i że łaskawość, z którą ich traktowano, powinni zrozumieć jako coś, co im się absolutnie nie należy. Przy czym takie podejście dotyczyło nie tylko dorosłych, ale również dzieci. Pamiętajmy, że w tych czasach w Anglii dzieci odpowiadały przed sądem na równi z dorosłymi i były karane równie surowo, aż do kary śmierci włącznie. Kiedy „Dzwony” zostały wysłane do wydawnictw, wielu wydawców je odrzuciło. Jeden nawet napisał, że to najgorsza szmata, jaką w swoim życiu deptał.
Mimo to opowieść ukazała się i miała bardzo szeroki odzew. Jak wcześniej wspomniałam w poprzednim felietonie, Dickens otworzył ludziom oczy. Taki zabieg nigdy nie jest bezbolesny, szczególnie jeżeli mamy do czynienia z ludźmi, którzy przeżyli nie tyle lata, co wieki w przekonaniu, że są lepsi od innych i że im się to należy. O czym więc mówią „Dzwony”? Bohaterem tej opowieści jest Toby Veck, posłaniec. W czasach, kiedy nie było czegoś takiego, jak mamy teraz, tak rozwiniętej sieci łączności, posłańcy byli najprostszym sposobem, żeby dostarczyć wiadomość, ewentualnie jakiś niewielki pakunek za drobną opłatą. Toby, chociaż już niemłody, dzielnie czeka codziennie na swoim posterunku przed kościołem, niezależnie od tego, jaką mamy akurat pogodę. Jedyną jego pociechą jest córka Meg, która stara się wspierać ojca i pomagać mu na tyle, na ile jest to możliwe. W Nowy Rok Toby i jego córka spotykają mężczyznę z kilkuletnią dziewczynką, który poszukuje dawnej znajomej. Nie wie jednak, gdzie ona może się znajdować.
Przygarniają wędrowców pod swój dach, dzieląc się z nimi tym, co sami mają, a właściwie jest tego niewiele, ponieważ tego dnia Toby zarobił tylko sześć pensów. Co prawda ten, kto zlecał mu przeniesienie pakunku, chciał mu dać więcej, ale towarzyszący mu bogaty bankier udowodnił, że dając posłańcowi więcej niż te sześć pensów, jednocześnie okradnie innych. To było bardzo popularne wtedy podejście. Wyczerpany wrażeniami dnia Toby zasypia i we śnie widzi spełnienie proroctw bogacza, który przez pewien czas z nim rozmawiał i tłumaczył mu, jak nędznym jest pomiotem i że jego córka z pewnością zejdzie na złą drogę. W tym śnie musi walczyć o nią i o całą swoją przyszłość. Trzeba przyznać, że „Dzwony" to, mimo że opowieść kończy się dobrze, coś ogromnie smutnego. Albowiem takie podejście, jakie opisuje Dickens i dzisiaj się trafia. Są ludzie, którzy wręcz pogardzają biedniejszymi od siebie i uważają, że jeżeli ktoś trafił na przykład na ulicę, to z pewnością sam sobie na to zasłużył albo wręcz tego chciał. Jest to bardzo krzywdzące podejście i myślę, że Dickens dzisiaj też miałby bardzo dużo do opisania. W „Dzwonach" portretuje nie tylko posłańca, jego córkę, jej narzeczonego czy strudzonego wędrowca Willa razem z jego bratanicą, małą Lillian.
Portretuje całe społeczeństwo, które naprawdę wtedy było odrażające. Dzisiaj zarzuca się nieraz Dickensowi, że w jego książkach ludzie biedni są obdarzeni wszystkimi najlepszymi cechami. Cóż, myślę, że pisarz w ten sposób chciał jedynie pokazać, że dobro i wszelkie pozytywne cechy człowieka nie są przypisane do jego stanu majątkowego. A nawet przeciwnie, bo często ludzie bogaci są znacznie mniej warci niż ci, którzy nie mają złamanego szeląga przy duszy. I niestety tak mamy do dzisiaj. Ale to Dickens był pierwszym, który zwrócił uwagę na tę niesprawiedliwość niejako ogólnego spojrzenia społecznego. Jakikolwiek był prywatnie, zmienił sposób myślenia całego narodu, a nawet świata. To bardzo dużo. W „Dzwonach" mamy właśnie to, że ludzie biedni wtedy byli przypisani niejako do swojej biedy. Teraz też tak jest, ale są większe możliwości wyrwania się z tego.
Wtedy nie było absolutnie żadnej. Kto rodził się biedakiem, to pomijając całkowicie jednostkowe przypadki, umierał biedakiem. Sen Toby'ego pokazuje jedną z miliona podobnych sytuacji, które były. Bo oto Lillian przygarnięta na tę noc przez Toby'ego i jego córkę w tym śnie dorasta. Jest piękną dziewczyną i rzeczywiście w chwili słabości schodzi na złą drogę, ponieważ nie było żadnego innego sposobu, żeby mogła na moment wyrwać się z nędzy. Jak sama mówi: praca od rana do nocy, nie po to, żeby wygodnie żyć, nie po to, żeby się najeść do syta choćby najskromniejszym pożywieniem, tylko za kawałek czarnego chleba. W pewnym momencie stała się dla niej nie do zniesienia. Dla ilu takich jak ona? Ile zmarnowanych życiorysów. Wtedy nie obchodziło to nikogo.
Widocznie tak miało być, mówili ludzie i traktowali biednych bardzo surowo. Coś, o czym wspomina Dickens. Próba samobójcza była wtedy karana więzieniem, a mimo to wielu ludzi ją podejmowało, ponieważ nie byli w stanie znieść takiego życia. Co Dickens też opisuje. Matka, która rzuca się do Tamizy razem ze swoim dzieckiem po to, żeby nie zostawić maleństwa na łasce obcych ludzi. Ona tego nie zrobiła z kaprysu, tylko naprawdę innej drogi już nie widziała. To jest straszne, że coś takiego mogło mieć miejsce. Cóż, tak jak powiedziałam, pisarstwo Dickensa dzisiaj może się wydawać nieco przestarzałe, jeśli chodzi o styl wypowiedzi. Jednak sprawy, które porusza, wcale nie odeszły razem z przeszłością. Nadal mamy takie postawy, jakie on opisuje i nadal mamy różne problemy, którym powinno się móc zapobiec.
Między innymi dlatego właśnie warto czytać jego książki. Po to, żeby móc inaczej spojrzeć na ludzi, których może czasem uważamy za leni, obiboków, którzy trafili na ulicę, bo takim wygodniej. Naprawdę komuś, kto tak mówi, czasami życzę, żeby sam na ulicę trafił, żeby zobaczył, jak to wygodnie. Oczywiście tylko czasem, bo tak naprawdę nie życzę nikomu nic złego. Wolałabym jednak, żeby tak nie mówiono, żeby wśród ludzi zapanowała większa empatia. Myślę, że Dickens również tego pragnął, choć sam wcale nie potrafił być taki empatyczny, ale przynajmniej wiedział, że nie umie i w skrytości bolał nad tym. Przynajmniej tak wynika z jego listów. Spróbujmy więc czytać Dickensa i być lepsi. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:50:33] - Proszę państwa, czas na sentymentalnik. A ponieważ mamy początek wakacji, to jest bardzo, ale to bardzo dobry moment, aby omówić film, który dla wszystkich ludzi w odpowiednim wieku, ale mam też nadzieję, że dla ludzi znacznie młodszych. Film — zawsze się na tym łapię — serial. Serial z lat 70. zatytułowany „Podróż za jeden uśmiech", że to jest ten moment, w którym mus, po prostu mus jest omówić właśnie ten obraz. Dzień dobry wieczór, Piotrze, w ten wakacyjny czas.
[01:51:20] - Witam, witam wszystkich, ciebie też Marku. W dzisiejszym sentymentalniku.
[01:51:26] - Wakacyjny czas podkreślam, jak to się mówiło kiedyś nie bez kozery, bo film, który dzisiaj będziemy omawiać, a właściwie i film, i serial, bo z serialu później pomontowano film kinowy pełnometrażowy. No to jest serial jak najbardziej wakacyjny. A mam na myśli kultową produkcję z lat 70. „Podróż za jeden uśmiech."
[01:51:56] - Tak. Powiem ci, że jeszcze w moich czasach dziecięcych, ale też później, bo przecież oglądało się telewizję, to był taki element obowiązkowy każdego wakacyjnego pasma Telewizji Polskiej. Trwało to bardzo długo. Zatem ten film rzeczywiście można nazwać kultowym. Przepraszam, serial, dlatego, że film w telewizji gościł chyba bardzo rzadko. Natomiast on razem z „Wakacjami z duchami" zapisał się w pamięci milionów, jeżeli nie dziesiątek milionów ludzi. A postaci, nie wiem, czy kultowe, czy nie, są bardzo mocno osadzone w polskiej popkulturze. Na koniec jeszcze nawiążemy do bardzo ciekawej rzeczy. Otóż główni bohaterowie tego filmu albo raczej aktorzy jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zostali chyba przez ten film tak mocno ukształtowani, że oni nie dość, że są obecni cały czas jakoś w polskiej kulturze, to jeszcze cały czas ich postrzegamy przez tamten pryzmat, prawda?
[01:52:59] - Tak, to prawda. Rzeczywiście jakoś tak przylgnęły te postacie do bohaterów, obu bohaterów. Ale ja powiem tak: ja mam z tym serialem siłą rzeczy takie skojarzenia nie tylko wakacyjne, ale sentymentalne, a w końcu w Sentymentalniku jesteśmy. Ja śledzę karierę tego serialu właściwie od początku, od pierwszej emisji w Ekranie z bratkiem, bo tam ten film był po raz pierwszy emitowany. I powiem tak: dla mnie aż szkoda, że tak proste, a jednocześnie tak soczyste seriale nie powstają dzisiaj. Dzisiaj bardzo często seriale są przekombinowane, sztucznie wyluzowane. Dziecięcy aktorzy są różni, tak jak zawsze. Kiedyś jednak pilnowano, bardzo pilnowano, żeby ta dziecięca część obsady, żeby to było naprawdę fajne, żeby to było na swój sposób profesjonalne. Chociaż pewno nie używano tego określenia, ale jeśli zerkniecie państwo na dzisiejsze produkcje, to czasami obsada dziecięca jest udana, a czasami nie. Natomiast w latach 70.
takie postacie jak Filip Łobodziński, który tutaj gra Dudusia, czy też... I tu uciekło mi nazwisko. Pomóż, Piotrze, pomóż.
[01:54:39] - Gołębiewski Henryk.
[01:54:41] - Gołębiewski, no właśnie, który gra Poldka. To byli aktorzy absolutnie topowi, młodzi aktorzy, którzy zresztą, czy to Duduś, czy też Poldek, te postacie, znaczy nie te postacie, ci aktorzy trafili na przykład do produkcji „Stawiam na Tolka Banana". Znaczy się, proszę państwa, sprawdzili się. Znaczy się rozbawiali czy też porywali ze sobą publiczność. I to tak naprawdę przecież w serialu o to chodzi, żeby ludzie nie mogli oderwać się wtedy od ekranów telewizorów, jeszcze tych kineskopowych, ale naprawdę to było coś. Coś, co chciało się śledzić. A specyfika PRL-u była taka, że emitowano film i mówiono: „A teraz sobie poczekajcie tydzień na kontynuację". Nie było połykania serialu jednym ciągiem wszystkich odcinków. Nie. To teraz tak można zrobić.
Kiedyś absolutnie nieosiągalna sprawa. A co by nie powiedzieć, że być może to jakaś wersja uproszczona, mam na myśli książkę, w stosunku do książki, czy też może wersja jakoś tak koloryzująca rzeczywistość? Też być może. Ale jedno jest pewne: film „Podróż za jeden uśmiech" to był film, to był serial porywający, absolutnie porywający. I jeden jest sposób na rozpoznanie ludzi ze swojego pokolenia. Rzućcie im jakiś greps, jakiś cytat z „Podróży za jeden uśmiech" i natychmiast rozpoznacie bratnią duszę.
[01:56:34] - To właśnie chciałem ci zadać pytanie o recepcję tego filmu. Zaraz to zrobię, ale ja tutaj chciałbym nawiązać do Adama Bahdaja, bo rzeczywiście serial się różni od pierwowzoru książkowego. Nie wiem, na pewno się różni pewnymi detalami, bo ty mówisz o okresie, kiedy ten serial był w telewizji. Natomiast kiedy dorosłeś albo tak trochę dorosłeś już, to czy nadal to był taki mocny materiał, czy to już raczej taka, wiesz, pseudosowizdrzalska opowieść? Tak to nazwę, bo musimy też wiedzieć jedną rzecz. W PRL-u, w kinie, chociaż może też mocno w serialach, o których będziemy kiedyś pewnie mówić, istniał temat młodzieży, subkultur, chuliganerii i młodzieżowych problemów. To było takie zauważalne, że kino PRL-u wcale nie odcinało się od trudnej młodzieży tak naprawdę, nawet marginesu. I ta młodzież się pojawia w "Stawiam na Tolka Banana". Nawet ci sami aktorzy. Nie wiem, czy pamiętacie "Stawiam na Tolka Banana", ale tam w jednym z odcinków się właśnie pojawia Duduś, znaczy Łobodziński, który pochodzi z bananowej kasty już.
Nie takiej jak Tolek Banan, ale tam jest pokazane, w jakiej chałupie mieszka, prawda? No i tutaj to było takie dość kąśliwe społecznie.
[01:58:00] - Służącą pan nawet mieli przecież.
[01:58:04] - Tak. A tutaj mamy "Podróż za jeden uśmiech". Coś ton lżej. Coś, co jest trochę grzeczne, bardziej poprawne. Chociaż Poldek jest reprezentantem, nie wiem, jak to nazwać, może ludu bardziej, prawda?
[01:58:21] - Dzisiaj byśmy go nazwali luzakiem. Ludu nie, bo jego ojciec jest bardzo poważną osobą. Zresztą w tej roli Machulski, starszy Machulski, świetny aktor i on nie może go odwieźć na wybrzeże, ponieważ jedzie bodajże do Katowic na jakąś poważną socjalistyczną budowę czy jakiegoś poważnego przedsiębiorstwa. No i nie może. W związku z tym Poldek musi sobie radzić sam. I radzi sobie, ale to jest też dobra krakowska rodzina, tylko syn jest, dzisiaj mówimy luzakiem, autentycznym luzakiem, w przeciwieństwie do Dudusia, który ma mocno ściśnięte te poślady i cały czas jest jakiś taki, jakby ten kij od miotły miał w odpowiednim miejscu. Sami państwo wiecie w jakim. Duduś jest dobrym kontrapunktem dla Poldka, bo na tym to właśnie polega, że jeśli tworzymy historię, to musimy mieć, to złe określenie, ale niech ono wybrzmi, bohatera i antybohatera. Przecież my tak naprawdę obu tych chłopaków lubimy, każdego za coś innego. Poldka za ten luz.
Dudusia... Miałbym problemy, za co go tak naprawdę lubimy, ale jest postacią sympatyczną, po prostu sympatyczną. I to jest ważna rola, kiedy oceniamy, kiedy patrzymy, kiedy wspominamy serial.
[02:00:05] - Tak, ten Poldek reprezentuje jakąś tam nienazwaną subkulturę. One potem już były bardzo konkretne, ale chyba jeszcze nie w tym okresie, kiedy ten serial wybrzmiewał, że tak powiem. Nie będziemy chyba streszczać wam, co się tam w "Podróży za jeden uśmiech" działo. Podejrzewam, że większość z was to wie. Natomiast co chciałbym zauważyć. Ostatnio sobie jechałem gdzieś tam i słuchałem Dwójki Polskiego Radia, bo lubię, jak coś czasem pierdzieli w radio, nie ukrywam, a wkurzają mnie piosenki, które słucham 10 razy. Także puszczam sobie Dwójkę, tam jest zawsze jakaś gadka. Pojawił się pewien pisarz, który stworzył powieść pod tytułem "Lot Niko". Niestety nie pamiętam nazwiska. Dość znana postać.
I wiesz co? Ta powieść, która ukazała się teraz, strasznie mi przypomniała "Podróż za jeden uśmiech". To była taka kwintesencja PRL-owskiej przygody. Ale chcę teraz wrócić właśnie do "Podróży" i do tej kwintesencji. To się wszystko działo w czasach, kiedy, jak się rozumie, nie było dzisiejszych rozrywek, ale nawet nic w telewizji nie było. Zresztą sam zestaw rozrywek też był mocno ograniczony. Oprócz zabawy, czytania, uczenia się pozostawały przygody mniejsze i większe. I właśnie takie przygody mają ci chłopcy. Raz śmieszne, raz niebezpieczne, ale co najważniejsze na wariata przemierzają Polskę. I tutaj pytanie, w sumie nie zdążyłem zadać tego pytania jeszcze jednego, ale zadam dwa po kolei.
Oni przemierzają Polskę, która jest ukazana właśnie jak? Czy ona jest upudrowana, ulukrowana? Czy to nie jest tak, że pewien sentyment do tamtego serialu wynika z tego, że wiele osób tęskni za tamtymi czasami prostymi, bezpiecznymi, w miarę przewidywalnymi, prawda? Na pewno nie tak rozdygotanymi jak dzisiaj. Wszyscy ludzie jakoś żyli. Zresztą powiem ci, że jak przeglądałem sobie opinie na temat tego serialu, tam ta nostalgia się strasznie przebijała. Jak my rozmawialiśmy o "Wakacjach z duchami", które trochę bardziej lubię, to nawet tam tego nie widziałem. A tutaj no makabra. Bardzo często się przejawiały takie komentarze, ale w wielu miejscach, nie tylko na portalach filmowych, ale też na różnego rodzaju grupach, że dzisiaj się już tego nie nakręci, że świat był inny, że dzieci były inne, marzenia były inne i tak dalej. Z tym się możemy zgodzić, ale możemy też dyskutować.
Zresztą ja myślę, że z sentymentem się nie dyskutuje, nie ma co. Natomiast pierwsze pytanie, bo już zmierzajmy do puenty, czy ta Polska, ta rzeczywistość jest przypudrowana? Czy to jest właśnie powodem tego sentymentu, że ludzie tęsknią do rzeczywistości, której tak naprawdę nie było? A drugie pytanie to właśnie to, którego nie zdążyłem zadać. Jaka była potem recepcja tego filmu u ciebie, jak dorosłeś? Bo pamiętam, jak rozmawialiśmy o "Wakacjach z duchami", do których ja też mam mocny sentyment, i tam powiedziałeś, że trzymają cię do dzisiaj, prawda? A czy z "Podróżą za jeden uśmiech" zawsze też tak było? Czy kiedy byłeś nastolatkiem i ten Duduś tam ciągle leciał w tej telewizji, to nadal to było fajne, czy to już było takie fajansiarskie trochę?
[02:03:42] - Ach sobie aż westchnę, bo ja taką podróż za jeden uśmiech również odbyłem. Może nie tak Nie tak obudowaną dramatycznie jak ta filmowa, ale również ją odbyłem. O tej podróży mojej „Za jeden uśmiech” to może za chwilę. Natomiast pytałeś o upudrowanie tego serialu. Oczywiste jest, że główne problemy społeczne czasu socjalizmu nie są ukazane w tym filmie, ale z drugiej strony, jak na film dla młodzieży, pojawia się zadziwiająco dużo kąśliwych elementów. Weźcie państwo na tapet pierwszy odcinek, kiedy głównym bohaterom nie udaje się zdobyć biletów na pociąg i kombinują, jak dojechać do domu. Najpierw spotykają człowieka, który jeździ gazikiem i ma ich podwieźć do domu, ale to się nie udaje, ponieważ istniało w PRL-u coś takiego jak branie na łebka. Czyli nie wynajmujemy taksówki, nie zgłaszamy się do taksówki, tylko machamy. Ktoś się zatrzymuje i nas gdzieś podwozi. My mu rzucamy kilka groszy, złotówkę, dwie albo kilka i on nas podwozi.
I oni coś takiego próbują zrobić. Nawet się z tymi pieniędzmi nie wyrywają, tylko chcą, żeby ich podwiózł ten człowiek. Tylko to się nie udaje, ponieważ on co rusz spotyka kogoś, kto chciałby go gdzieś podwieźć. I oni zawsze wpadają na kolejne miejsce do podwiezienia, aż w rezultacie pojawia się szef tego podwoziciela i wtedy zostają odprawieni z kwitkiem, że on ich już nie podwiezie. I wtedy zapada ostateczna decyzja, że jadą na Hel autostopem czy w ogóle na własną rękę. I kto się pojawia? Ja powiem, że ten podwożący to był Leszek Herdegen, aktor topowy w czasach PRL-u. I oni, główni bohaterowie, jak już rozstają się z Leszkiem Herdegenem, trafiają w końcu do kabiny, do szoferki Zygmunta Kęstowicza. Może on się tak nie nazywa w serialu, ale on ich wiezie. Ma ich dowieźć daleko, właściwie bliżej niż dalej w kierunku Helu, ale to się nie kończy dobrze.
I gdzieś w szczerym polu zmuszeni są opuścić tę szoferkę. To była charakterystyczna sprawa dla PRL-u, że w takich serialach niby dla młodzieży, niby o sprawach mniej lub bardziej poważnych występowała plejada aktorów. Naprawdę. Ja już wymieniłem Machulskiego starszego. Powiedziałem o Leszku Herdegenie, o Zygmuncie Kęstowiczu. Pojawia się też Turek w jednym z odcinków. Turek, który cytuje „Hamleta”: „Jeszcze ranek nie tak bliski. Słowik to, a nie skowronek” i tak dalej. Pojawia się Alina Janowska. W każdym razie, jeśli chodzi o tę plejadę aktorów, to naprawdę macie państwo coś takiego, czego się dzisiaj nie spotyka.
Dzisiaj granie w serialach dla młodzieży chyba nie jest topowe. Wtedy jak najbardziej. W dodatku widać, że role były traktowane bardzo poważnie. Jeśli się państwo przyjrzycie aktorom grającym w „Podróży za jeden uśmiech”, to oni tam grają na 100%. To nie jest takie sobie granie, bo to dla dzieci, wiecie państwo, gram. Nie. To jest absolutnie na poważnie. Z takich aktorów, nie wiem, czy państwo kojarzycie aktora, tam gra młodego studenta, gra właściwie Cnota, nieżyjący już, świętej pamięci, ale grał. I tak dalej. Tych aktorów właściwie z odcinka na odcinek...
Fetting gra w jednym z odcinków zbuntowanego profesora. Właściwie jeślibyśmy sięgnęli pamięcią, to co odcinek mamy naprawdę mistrzów, absolutnie mistrzów. I to być może jest również przepis na sukces serialowy, żeby nie robić czegoś na pół gwizdka, żeby nie robić czegoś, bo to dla dzieci, panie, to dla dzieci, co będziemy się wysilać? Ja nie widzę taryfy ulgowej. To jest film zrobiony na 100%. To, że on jest zabawny, to, że on jest jednak z przymrużeniem oka, to wszystko prawda, ale to nie zmienia faktu, że wszyscy aktorzy, i ci młodzieżowi, i ci zawodowi grają tutaj za pełną stawkę. Nie wiem, jaka wtedy była w PRL-u stawka, nieistotne, ale oni grają naprawdę dobrze. Widać, że to są role przygotowane. To są role, które się pamięta. Pytałeś o recepcję.
W tamtych czasach to był absolutny hicior i muszę się przyznać Państwu, ale jesteśmy w sentymentalniku, nie w filmotekarium, więc mogę to zrobić. Ja do dzisiaj jestem pod urokiem tego filmu, absolutnym urokiem. Z jednej strony oczywiście kwestia sentymentu, kwestia odwołania się do tego, co było. To tak, na pewno. Ale z drugiej strony to, o czym wspomniałem kilka chwil temu, tu nie ma taryfy ulgowej, tu się gra na pełen etat, na pełen gwizdek i nie ma taryfy ulgowej. Ktoś by mógł jeszcze powiedzieć: "No dobrze, ale wy się panowie staracie zawsze, żeby w każdym omawianym przez was, przywoływanym dziele sentymentalnym był jakiś element, który troszeczkę się wiąże z niesamowitością, z duchami, z fantastyką. A tu tego nie ma." Otóż nie. Jest taki jeden odcinek, w którym Poldek trafia do pałacu, który jednocześnie jest takim miejscem, gdzie odbywają się wczasy w siodle. Wczasy w siodle to po prostu taka forma rekreacji, w której uczestnicy jednocześnie poprawiają swoje umiejętności jeżdżenia wierzchem. Trafia do takiego pałacu, bo już się z Dudusiem zgubił, że tak to ujmę.
Trafia do takiego pałacu i tam element duchowy, nie, to złe określenie, związany z duchami pojawia się. On oczywiście pojawia się jak to w filmie dla młodzieży z przymrużeniem oka i więcej jest z tego śmiechu niż na przykład strachu, ale się pojawia.
[02:11:12] - Był też element fantastyczno-naukowy, szczątkowy, ale był. Kiedy Poldek przewiduje wynalezienie telefonu komórkowego, pytając Dudusia, czy nie ma w portkach telefonu bez drucika, coś takiego, czy bez kabelka. To ponoć do dzisiaj budzi w niektórych zdziwienie. Mówiłeś o tych aktorach. Tak, to razem z "Wakacjami z duchami", razem z "Szatanem z siódmej klasy" jest bardzo symptomatyczne. W sumie w tych wszystkich trzech produkcjach mamy chyba najlepszych topowych aktorów PRL-u, znaczy tego wczesnego PRL-u, bo ci, którzy się nie pojawili w "Podróży za jeden uśmiech", pojawili się w tych kolejnych. Tutaj kogo by jeszcze wymienić przy Dudusiu i Poldku? Skarżanskiego. Tak, Pluciński, Skarżanka. Fetting był.
Płotnicki Bolesław, którego pewnie niewiele osób kojarzy z nazwiska, ale z twarzy już tak. Kto tam jeszcze był? Irena Karel, Henryk Bąk. Bardzo ciekawy aktor, którego też można nie kojarzyć z nazwiska, ale z twarzy tak. Woit, Sochnacki, czyli Roman Katelba. Witold Skaruch też z twarzy kojarzycie. Kłosiński. Matko Boska, kogo tu nie było. Jerzy Cnota, o którym mówiłeś, czyli Gąsior z "Janosika". Mnóstwo aktorów.
Oprócz tych cytatów, o których zresztą wspomniałeś, oprócz tej obsady pozostaje nam jeszcze kwestia głównych bohaterów właśnie. Bo zobacz, w jak dziwny sposób ten film ich ukształtował. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły i biografie każdego z nich, tego, jak oni trafili do filmu, bo Gołębiewski został w filmie, Łobodziński nie, ale oni się wywodzili w ogóle z różnych środowisk i zobacz, jak dziwnym trafem to Poldkostwo, to Dudusiowanie w filmie przenosi się na nasze czasy. Łobodziński to jest dzisiaj dziennikarz, tłumacz, chyba okazjonalny muzyk z tego, co pamiętam. Nie pojawia się często w mediach, czasami bywa. Gołębiewski pozostał Poldkiem tak naprawdę. Co jest ciekawe u tego aktora, on pomimo tego, że praktycznie często jest osadzany w identycznych rolach, zawsze potrafi zaskoczyć. To jest naturszczyk mimo wszystko, ale jednak on miał swój wielki powrót przecież przy filmie "Eddie". Mało kto pamięta jeszcze o tym, że "Podróż za jeden uśmiech" miała swój powrót w postaci oczywiście symbolicznej, w postaci teledysku Maleńczuka "Gdzie jesteście przyjaciele moi?" Tam nawiązano do tego serialu. Także w taki przeciwny sposób się to zamknęło, że oni od tego Dudusia i Poldka wyszli i nimi trochę pozostali w późniejszych czasach.
Z jednej strony mamy prawdziwego Dudusia, który wyrósł na intelektualistę oraz tego luzaka, Poldka, który jest aktorem niezawodowym, mierzy się z różnymi rzeczami, ale nadal jest tym poczciwcem, którego pamięta się z tego serialu, ale i innych.
[02:14:37] - Piotrze, przecież jak sięgnę pamięcią, bo o to pytałeś, o recepcję tego filmu, to każdy chciał być Poldkiem. Nikt nie chciał być Dudusiem, bo Poldek był swój chłopak, wiedział, o co chodzi. Był cwaniakiem. Był człowiekiem, który radził sobie, potrafił sobie poradzić. Duduś to była, daruję Państwu, bo to YouTube, z uszami, ale jednak był postacią, która może była w kontrze do Poldka, ale był postacią sympatyczną. To też jest rzecz charakterystyczna, że serial nie budował opozycji na zasadzie dobry, niedobry, zły, taki, którego nie akceptujemy i taki, którego akceptujemy. Właściwie w "Podróży za jeden uśmiech" czy to jest para głównych bohaterów, czy to są pozostali wykonawcy, odtwórcy ról, czy postacie po prostu, to nie ma autentycznie niesympatycznych, wrogich, wrednych osób. To jest rodzaj bajki. Kiedy sobie uświadamiamy to, że świat wygląda troszeczkę inaczej, bywa wredny autentycznie, to tu nie ma tej wredności. Tu jest czasami pokazanie kogoś, kto nie jest fajny, ale i tak w gruncie rzeczy świat jest sympatyczny.
To być może, prawie na pewno, jest rodzaj oszustwa, mrugnięcia okiem, a może też zamazywania tego, co w życiu jest niefajne. Ale zdajmy sobie też sprawę, dlaczego oglądamy, słuchamy, czytamy bajki. Z tego właśnie powodu, że świat bajek, a właściwie baśni, bywa często pozornie prawdziwy, a tak naprawdę jest pewną fikcją, która przesłania rzeczywistość. Tu mamy z czymś bardzo podobnym do czynienia. Z jednej strony są autentycznie bystre obserwacje PRL-owskiej rzeczywistości. One nawet nie mają na celu krytykowania tej rzeczywistości, tylko raczej jej uszczypnięcie. Owszem, to jest. Ale z drugiej strony mamy do czynienia z baśnią o tym, jak dwóch fajnych chłopaków podróżuje przez Polskę i radzi sobie, i w dodatku dociera na miejsce. I to jest ten moment, kiedy muszę powiedzieć o tej swojej podróży za jeden uśmiech. Ona nie wyglądała tak jak ta Poldka i Dudusia.
Ja po prostu z kolegą w roku 1982, pół roku po ogłoszeniu stanu wojennego, wsiedliśmy na rowery i odbyliśmy podróż na Mazury, i to takie głębokie Mazury i z powrotem do Bydgoszczy. Kilkaset kilometrów, ale takie duże kilkaset kilometrów. Autentyczna przygoda, autentyczna konieczność radzenia sobie w życiu. Ja wtedy co prawda nie miałem tylu lat co Duduś i Poldek, nie chodziłem do podstawówki, ale byłem nieletni. Teoretycznie byłem pod opieką swojego starszego kolegi, który miał dowód, ale też był nieletni, bo to tak wyglądało, że wówczas liczył się rocznik i można było mieć dowód, kiedy się jeszcze 18 lat do końca nie miało. On tę swoją osiemnastkę miał mieć we wrześniu, a myśmy śmigali po Polsce w lipcu. Ja to zupełnie miałem daleko do tej osiemnastki. Jakoś to moi rodzice znieśli. Rodzice mojego kolegi również. A życie w Polsce z daleka od mamy i taty, z daleka od komfortu, tylko konieczność radzenia sobie w tej PRL-owskiej rzeczywistości.
Kto pamięta 1982 rok, co można było kupić w sklepach, jak w ogóle wyglądały sklepy i jak sobie trzeba było radzić, to proszę państwa, to była szkoła przetrwania. A jednak pokusiliśmy się na coś takiego. I być może to osobiste doświadczenie w jakiś sposób wpływa na recepcję filmu przeze mnie. Ja co prawda dekadę później, bo to był 1982 rok przypomnę, ale przeżyłem coś bardzo podobnego i do dzisiaj sobie chwalę.
[02:19:10] - Ja jeszcze wrócę na chwilę do tego, co wspomniałeś kolejny raz. Do współczesnych seriali dla młodzieży. Po pierwsze nie wiem, czy są polskie. Wydaje mi się, że chyba nie. Ewentualnie jeżeli tak, to mnie poprawcie, bo pewnie gdzieś one funkcjonują na streamingach. Ale przypomina mi się jedna produkcja dla młodzieży na bardzo popularnym opiniotwórczym kanale, bardzo uśmiechniętym kanale na T. I to się nazywało chyba „Szkoła”. I to był głęboki szok ogólnie. Z wrodzonego po prostu filmowego, telewizyjnego masochizmu sobie zobaczyłem, co to jest. I powiem ci tak: ja tam nie dziadersuję, nie chciałbym, ale ja rozumiem ludzi, którym tęskno jest do tamtych czasów.
Bo jak ktoś zobaczy to, co się teraz odpierdziela w tym świecie, w tym zakresie wieku, w którym funkcjonowali wtedy Polduś... Duduś i Poldek, to powiem ci, że widać przeskok znaczny, a nawet szok kulturowy bym powiedział. Nie sądziłem kiedyś, że będę używał terminu szok kulturowy w stosunku do młodszych zaledwie o kilka, kilkanaście lat ludzi. Ale jednak tak jest. Widzisz, Marku, to jest dla mnie trochę dziwne, bo zobacz, że my, pomimo różnicy wieku, jakoś łapiemy pewne rzeczy. Natomiast gdybym ja chciał porozmawiać teraz z chłopem, co jest o połowę młodszy ode mnie, to powiem ci, że ja bym chyba głęboko się zniesmaczył. To mnie zastanawia, że kurde, jak to wszystko przyspieszyło. Nie dziwię się wcale, że ten film ma status kultowego. Nie dziwię się temu, że wielu ludzi, wielu komentujących, możecie sobie to sprawdzić w internecie, szukając opinii, chciałoby chociaż sentymentalnie się w tamte czasy przenieść, jakiekolwiek by one nie były.
[02:21:22] - Spirytyzm. Spirytyzm, spirytyzm, czyli opowieści o duchach. Oj nie, to jest niby prawda. Z tym że taka prawda bardzo uproszczona. W stałym cyklu bibliotekaryjnym „Bez Tajemnic” już państwo mieli okazję wielokrotnie usłyszeć, o co tak naprawdę w tym spirytyzmie chodzi. A dzisiaj odcinek pod ciekawym tytułem. Ja zawsze lubię tego rodzaju zabawy słowem. Czym nie jest spirytyzm? Zapraszam.
[02:22:09] - Wykłady spirytystyczne. Czym nie jest spirytyzm? Wykład wygłoszony w czasie Pierwszego Polskiego Kongresu Spirytystycznego. Charles Kemp. Serdecznie dziękuję za Wasze zaproszenie i za to, że mogę tu być dziś z Wami. Jest to dla mnie ogromna radość, a zarazem możliwość, by przekazać wiedzę o filozofii spirytystycznej. Jako że głównym celem spirytyzmu jest uczynienie ludzi lepszymi, mam nadzieję, że te informacje przydadzą się Wam i pomogą znaleźć szczęście w życiu. Konrad Jeżak, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych, poprosił mnie, bym opowiedział dziś o tym, czym nie jest spirytyzm. Zazwyczaj pytamy na odwrót: czym jest spirytyzm? Niemniej uznałem to za ciekawe wyzwanie, gdyż zmusza do zadawania wielu pytań, zwłaszcza tych najbardziej aktualnych.
Spirytyzm w społeczeństwie europejskim jest bardzo słabo znany. Istnieje wiele błędnych, fałszywych koncepcji na temat jego istoty. Być może więc ten wykład pozwoli nam przeanalizować lepiej tę kwestię i znaleźć właściwe odpowiedzi. Mamy przed sobą mały fragment pochodzący z Pierwszego Listu świętego Pawła do Koryntian, który głosi: „Jeśli trąba brzmi niepewnie, któż będzie się przygotowywał do bitwy?”. Można go zinterpretować w taki sposób, że należy mówić o spirytyzmie, wykorzystując same jego podstawy i nawiązywać przede wszystkim do Allana Kardeca i książek, które nazywamy kodyfikacją spirytystyczną, dzięki czemu unikniemy zamieszania i nieporozumień. Jestem bardzo szczęśliwy, że niemal wszystkie te dzieła są już przełożone na język polski. Trzeba jednak na wstępie zrozumieć, że ponieważ spirytyzm odwołuje się do nauki, uczy, ale niczego nie narzuca. W tych książkach cała filozofia spirytystyczna jest napisana czarno na białym. Nie ma w spirytyzmie żadnych sekretów, inicjacji. Wszystko napisane zostało w prosty sposób.
Każda osoba, niezależnie od pochodzenia społecznego, jeśli tylko ma taką wolę, może zrozumieć podstawy tej filozofii. Działam we Francuskiej Radzie Spirytystycznej, a także w Międzynarodowej Radzie Spirytystycznej. W związku z tym chciałbym, abyśmy rozpoczęli od pierwszej cechy charakterystycznej ruchu spirytystycznego: od sposobu, w jaki jest zorganizowany. Kiedy spojrzymy na tradycyjne religie, przedsiębiorstwa lub rządy danego kraju, zauważymy, że te organizacje mają strukturę pionową, gdzie jest przewodniczący, który kieruje, rządzi i mówi ludziom znajdującym się pod nim, co mają robić. Spirytyzm jest inny, gdyż jak wspomniałem, niczego nie narzuca, lecz uczy. Jedynie proponuje pewne treści. Dlatego też ruch spirytystyczny funkcjonuje w ramach organizacji poziomej. Wzorem takiego podejścia jest przykład podany przez Jezusa, który w Ewangelii według świętego Mateusza mówi: „Niech ten, który chce być między wami największy, stanie się waszym sługą”. Jezus używa tu określenia, które pokazuje, jak można stać się naturalnym liderem. Jest to idea aktualna i dziś, dwa tysiące lat po wypowiedzeniu tych słów.
To podejście pozwoliło Jezusowi ukazać cechy naturalnego lidera i zdobyć uznanie innych. On niczego nie narzucił ludziom. Przybył jedynie, żeby przekazać im wiedzę. W tamtej epoce wykorzystywał przypowieści i mówił w taki sposób, by ówcześni ludzie byli w stanie go zrozumieć. W ruchu spirytystycznym, zarówno w międzynarodowym, jak i francuskim, staramy się podążać za tym przykładem. A zatem im wyżej jesteśmy w hierarchii, tym większy jest nasz obowiązek służenia i pomagania innym. Ilustruje to także inny przykład, który pokazuje, jak przedstawiają się różnice kulturowe obecne nawet w Europie. Jeśli trochę podróżowaliście i zwiedziliście różne kraje, zapewne zauważyliście, że w różnych kulturach ludzie nie myślą w taki sam sposób. Na przykład osoba pochodząca z krajów anglosaskich czy germańskich nie będzie myślała identycznie jak ludzie z krajów łacińskich. Znalazłem taki prosty obrazek, którego autorką jest artystka pochodzenia chińskiego, od 10 lat żyjąca w Niemczech.
Na niebieskim tle zilustrowała podejście bardziej niemieckie, natomiast na czerwonym ukazała aspekty kulturowe Chińczyków. Widzimy, że po stronie tych drugich to, co mówi szef, nie jest poddawane dyskusji. W Niemczech jest inaczej. Jeśli pracownik nie zgadza się z tym, co twierdzi przełożony, będzie mógł okazać swój sprzeciw. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale podejrzewam, że bardziej przypomina to sytuację ukazaną w kolorze niebieskim. Francuzi z kolei bardziej widzą się w kolorze czerwonym. To pokazuje, że w naszym społeczeństwie, jako że odrodzimy się w podobnych warunkach, z tymi samymi przekonaniami, na przykład w hierarchii pionowej, gdzie mamy na szczycie papieża, guru czy innego przywódcę, nie jest nam łatwo utworzyć organizację poziomą. Zachęcam Was do zapoznania się z tymi pracami, które można znaleźć także w Internecie. Zanim przejdę do wyjaśnienia, czym nie jest spirytyzm, zacznę od powiedzenia w kilku słowach, czym jest, ale nie będę o tym dużo mówił, ponieważ w Polsce wydano już książkę pod tytułem „Czym jest spirytyzm?", w której Allan Kardec dobrze to opisał. Zachęcam do jej przeczytania.
Spirytyzm to nowe słowo, które stworzył Allan Kardec i umieścił w Księdze duchów. Określa ono filozofię zawartą w pięciu najważniejszych książkach Allana Kardeca, które zostały z czasem uzupełnione przez dzieła innych autorów, takich jak Léon Denis, Gabriel Delanne, Chico Xavier. Dlaczego Kardec wymyślił słowo spirytyzm? Po to, by odróżnić nową teorię od spirytualizmu. Spirytualista to ktoś, kto wierzy, że w człowieku jest coś poza materią, kto wierzy w istnienie duszy. Spirytysta idzie dalej, bo jest przekonany o możliwości nawiązania komunikacji między duszami i ludźmi. Spirytysta wierzy również w reinkarnację. Można powiedzieć, że spirytysta jest zawsze spirytualistą, ale nie na odwrót. Dlatego należało wymyślić nowe słowo, aby uzyskać jasność przekazu. To, co charakterystyczne w „Księdze duchów”, to fakt, że jej treść nie jest rezultatem osobistej koncepcji Allana Kardeca.
Sama nazwa wskazuje, że nauki w niej zawarte pochodzą od duchów, które przekazały je za pośrednictwem rozmaitych mediów. A zatem podstawy filozofii spirytystycznej zostały przekazane przez duchy, a nie zostały wymyślone przez Allana Kardeca. Otrzymywał on informacje od mediów z różnych miejsc i środowisk. Jego praca polegała jedynie na ich analizie, wyłuskaniu cech wspólnych i ułożeniu z nich treści książki. Dowodem na to jest sam fakt, że Allan Kardec przez dłuższy czas wahał się, czy uznać teorię reinkarnacji. Okazuje się, że dopiero po dłuższym czasie przekonał się do tej teorii ze względu na jej logikę i racjonalność. Sam jednak na początku w nią nie wierzył. Kardec zadał część pytań zawartych w tej książce, ale nie wszystkie, gdyż część z nich ułożyli także inni. Dodał niektóre uwagi od siebie. W książce zresztą bardzo łatwo odróżnić pytania i uwagi, które wyszły od Kardeca oraz innych spirytystów od pozostałych treści.
Inną cechą charakterystyczną spirytyzmu jest to, że nie pojawił się on po to, aby uczyć nas jakichś nowych zasad moralnych. Zasady moralne, których nauczają duchy, są dokładnie tożsame z tymi, które przekazał nam Jezus dwa tysiące lat temu. Można nawet pójść dalej i powiedzieć, że większość religii, jeśli przyjrzymy się ich podstawom, zgadzają się w tych najważniejszych punktach. Jest to więc krok w kierunku uniwersalnych zasad moralnych. To, co odróżnia religię, to kolor szat duchownych, zasady organizacji kultu, spotkań, ale gdy przyjrzymy się temu bliżej, zrozumiemy, że są to wszystko rzeczy, które wprowadzili ludzie. Zauważcie, iż Jezus nigdy nie powiedział, że potrzebne są kościoły, że potrzebny jest papież, że księża nie mogą brać ślubu. Mam oczywiście duży szacunek do religii katolickiej, ale jednak uważam, że są to wszystko dogmaty, które dodali później ludzie. Kiedy jednak idzie o takie punkty jak unikanie przemocy, szacunek dla natury czy wychowanie dzieci, większość religii się tu zgadza. Sam mogłem zobaczyć to osobiście w 2000 roku, gdy ONZ organizowało światową konferencję na rzecz pokoju. Pracowano tam na dwóch dokumentach o charakterze religijnym, co do których większość obecnych tam przedstawicieli różnych wierzeń wypracowała jednolite stanowisko.
Spirytyzm nie przynosi tu więc niczego nowego. Rewolucją jest bardziej to, że tematy związane z duchowością są w nim studiowane w sposób metodyczny, z uwzględnieniem podejścia naukowego. Podczas gdy do około 1850 roku, czyli do czasów powstania spirytyzmu, wszystkie kwestie związane z duchem mieściły się wyłącznie w domenie religii, a nauka zajmowała się studiowaniem materii. Z historii wiemy o wszystkich nadużyciach władzy religijnej, zwłaszcza w średniowieczu, ale rozmaite przypadki zdarzały się aż do XVIII wieku. Potem jednak przeszliśmy od dominacji religii do absolutnej dominacji nauki. W czasach napoleońskich jeden z uczonych, astronom Laplace, przedstawiając koncepcję wyjaśniającą Układ Słoneczny, nadmienił, że nie potrzebuje do niej Boga. Pozytywistom, takim jak Auguste Comte, także wydawało się, że mogą wyjaśnić wszystko z wykorzystaniem wyłącznie wiedzy naukowej. Trzeba jednak powiedzieć, że oba te punkty widzenia są ważne. Religia i nauka patrzą na to samo, ale z innego miejsca. Tutaj pojawia się spirytyzm, który wykorzystuje obydwa spojrzenia.
Mówi się dlatego, że jest zarazem religią i nauką. Sam Allan Kardec w książce „Czym jest spirytyzm?” zdefiniował go jako naukę, która zajmuje się naturą, pochodzeniem i przeznaczeniem duchów oraz ich relacjami ze światem cielesnym. Sam Allan Kardec w książce „Czym jest spirytyzm?” zdefiniował go jako naukę, która zajmuje się naturą, pochodzeniem i przeznaczeniem duchów oraz ich relacjami ze światem cielesnym. Spirytyzm nie jest natomiast oficjalną materialistyczną nauką uznawaną przez akademię. Kardec w czasie swoich badań zjawisk mediumicznych, których ludzie doświadczają zresztą od niepamiętnych czasów, zastosował metodę, która dopiero sto lat później została uznana jako metoda naukowa uprawniona w epistemologii. Imre Lakatos i Thomas, dwaj specjaliści w zakresie metodologii naukowej, w swoim dziele napisali, w jaki sposób naukowcy powinni postępować i jaką metodę naukową zastosować. Jeden z badaczy z Uniwersytetu w Campinas zbadał i dokładnie porównał te dane z pracą Kardeca, z czego wynikło, że stosował on dokładnie tę metodologię już dawno wcześniej. Widzimy więc, że spirytysta to nie jest ktoś, kto buja w obłokach, lecz zachowuje zdrowy rozsądek i twardo stąpa po ziemi. W środowiskach ezoterycznych bywają tymczasem ludzie, którzy nie postępują zawsze racjonalnie. Każda praktyka spirytystyczna jest darmowa, zgodnie ze słowami Jezusa Dawajcie darmo to, co darmo otrzymaliście.
Jest to jedna z rzeczy charakterystycznych dla spirytyzmu. Spirytysta nie chce sprzedawać tego, co duchy przekazują za darmo. Winię to rozdawać. Oczywiście grupy spirytystyczne muszą mieć stałe miejsce spotkań, którego utrzymanie kosztuje. Jak wiemy, spirytyści wydają książki, a to również wiąże się z wydatkami. Jest więc normalne, że książki są sprzedawane, a przy organizacji wykładów i spotkań czasami pobiera się opłaty, które pokrywają koszty organizacyjne. Trzeba jednak wiedzieć, że cała praca mediumiczna, wsparcie terapią magnetyczną, udzielanie rad i pomoc wszystko to jest darmowe. Wspomniałem wcześniej, że spirytyzm jest religią. Trzeba tu być bardzo ostrożnym i zastanowić się, co oznacza słowo religia. Źródło znajdujemy w łacińskim słowie religare, które znaczy tyle, co łączyć się z Bogiem.
W tym znaczeniu oczywiście spirytyzm jest religią, ponieważ zbliża ludzi do Boga, ale z drugiej strony nie jest religią wpisującą się w tradycyjną definicję tego słowa. W ruchu spirytystycznym nie znajdziecie ołtarzy, ikon, świec, procesji i sakramentów, chrztu czy małżeństw, ani specjalnych strojów. Nie odnajdujemy tu różnych rzeczy charakterystycznych dla wielu nurtów religijnych: napojów alkoholowych ani środków halucynogennych, kadzideł, amuletów, horoskopów, kartomancji. Tego wszystkiego w spirytyzmie nie ma. Spirytyzm charakteryzuje się prostotą. Wszystko polega na myśli, intencji i woli. Filozofia spirytystyczna dowodzi też, że jeśli coś jest materialne, fizyczne, nie ma też żadnego wpływu na duchy. Wszystko to jest więc niepotrzebne. Jeśli macie złe myśli, to nawet gdy kupicie magiczny kryształ czy inny przedmiot, te myśli oczywiście nie miną. Złe myśli bowiem przyciągają złe duchy, które będą wam przeszkadzać.
Kryształ nie sprawi, że one odejdą. Inną cechą wyróżniającą spirytyzm jest szacunek dla innych religii, doktryn, wierzeń, a także pochwała wysiłków nakierowanych na czynienie dobra. Spirytyzm mówi nawet, że lepiej być katolikiem i czynić dobro, niż być spirytystą, który jest próżny i nic nie robi. To nie wiara się liczy, lecz jej rezultat. I podobnie spirytyści pracują na rzecz pokoju między wszystkimi narodami, niezależnie od narodowości, wiary, poziomu cywilizacyjnego i społecznego. Naprawdę dobrym człowiekiem jest ten, kto postępuje zgodnie z zasadami sprawiedliwości, miłości i miłosierdzia wobec innych. Spirytyzm nie jest ślepą wiarą. Filozofia spirytystyczna opiera się na rozsądku. Kardek trafnie napisał w Ewangelii według spirytyzmu: „Niezachwianą jest ta wiara, która jest w stanie stawić czoło rozumowi we wszystkich epokach ludzkości”. Kiedy więc spirytysta mówi, że wierzy w reinkarnację, to nie dlatego, że zostało mu to narzucone w sposób dogmatyczny i podany do wierzenia.
Jest tak dlatego, że przedstawiono mu zjawiska i fakty związane z tym fenomenem, na przykład historie o dzieciach, które mają zaledwie kilka lat, przypominają sobie szczegóły z poprzedniego życia albo badania prowadzone przez doktora Iana Stevenona dotyczące znaków na ciałach dzieci. Stevenson przebadał ponad tysiąc przypadków i rzeczywiście potwierdził, że w wielu sytuacjach blizny czy ślady pojawiające się na ciele dziecka są powiązane ze zdarzeniami, do których doszło w poprzednich wcieleniach badanych osób. Dzięki reinkarnacji znajdują rozwiązanie takie kwestie filozoficzne jak wyjaśnienie narodzin dzieci upośledzonych i chorych albo nierówności społeczne. To, dlaczego jedni przychodzą na świat w pałacach, a inni na biednych przedmieściach. Nie sposób wyjaśnić tych różnic czy anomalii bez odniesienia do teorii reinkarnacji. Zatem spirytysta wierzy w reinkarnację, ponieważ dysponując tymi wszystkimi dowodami, osobiście się do tej idei przekonał. Sam czasami żartuję, że jestem tak pewny istnienia reinkarnacji jak wzajemnego przyciągania Ziemi i Księżyca. Wszyscy wierzą w przyciąganie ziemskie, w jabłko Newtona, które spada, ale pomiędzy Ziemią a Księżycem nikt oczywiście nie widział żadnej nici, która by je łączyła czy przyciągała. Współczesna nauka nawet do dziś nie jest w stanie do końca wyjaśnić istoty prawa grawitacji, a mimo to wszyscy w nią wierzą. Jeśli więc chodzi o reinkarnację, w moim przypadku jest bardzo podobnie.
Jestem tego pewny, gdyż przekonały mnie argumenty oraz materiały dowodowe. W spirytyzmie trzeba dobrze rozróżnić filozofię spirytystyczną od ruchu spirytystycznego. Jeśli chodzi o filozofię, pamiętamy, że to duchy nam ją przekazały. Kardek w Genezie stwierdził, że spirytyzm ma charakter ewolucyjny. Oznacza to, że jeśli nauka wykaże w pewnym momencie, że teoria spirytystyczna myli się w jakimś punkcie, spirytyzm przyjmie ten punkt i zmieni swoje zasady. Sama filozofia nie jest niezmienna. Będzie się rozwijała i aktualizowała w miarę rozwoju nauki. Trzeba jednak pamiętać, że żaden z głównych punktów spirytyzmu nie został uznany za fałszywy czy błędny. Widzimy więc, że nauki spirytystyczne pochodzą od duchów, które wydają się dużo bardziej rozwinięte od ludzi. Dlatego te nauki mają pewną stabilność.
Natomiast nie jest do końca tak samo z ruchem spirytystycznym. Ten ostatni składa się z nas, a przecież jesteśmy tylko ludźmi. Mamy nasze ludzkie niedoskonałości, więc w całym ruchu także znajdujemy wiele niedoskonałości, błędów i zachowań dalekich od ideału. Niedoskonałość jednak jest czymś normalnym, co stanowi część naszej ludzkiej natury. Niestety nie jest tak, że zostając spirytystami stajemy się od razu doskonali. Wydaje mi się, że to jest jasne. Inny punkt, o którym już wspomniałem, to fakt, że do tej pory tradycyjne religie stosowały zasady dogmatyczne. W spirytyzmie nie ma dogmatów. Tu chodzi o nauki. Jest to więc wiara oparta na rozumie.
Pomówmy teraz o mediumizmie. Jak zapewne słyszeliście, medialność jest zdolnością naturalną, która istnieje od zawsze. Media istniały długo przed tym, zanim pojawił się spirytyzm. Wspomnijmy chociażby Mojżesza czy Mahometa. We wszystkich kulturach występowały media. Nie można więc mylić mediumizmu ze spirytyzmem, bowiem znajdziecie wiele mediów, które nie są spirytystami. Bardzo ważne jest to rozróżnienie. Media spirytystyczne stosują metodologię, którą zaproponował Allan Kardec w „Księdze Mediów”, oczywiście wykorzystując przy tym swoje zdolności za darmo i w celu pomagania innym. Jest jeszcze coś, co nazywamy nekromancją, czyli wzywanie zmarłych. Chico Xavier powiedział, że w mediumizmie telefon dzwoni z tamtej strony.
Sygnał trafia tutaj na Ziemię, a nie z Ziemi w tamtą stronę. W związku z tym duchy komunikują się, z kim zechcą, kiedy same tego chcą, a także w miejscach, które samodzielnie wybiorą. W spirytyzmie odradza się wywoływanie konkretnych duchów, czyli dzwonienie w drugą stronę. Spirytyści czynią tak, ponieważ gdy wzywamy jakiegoś ducha, nie widząc go, nie jesteśmy do końca pewni, kto do nas przychodzi. Z tego powodu lepiej jest pozwalać, by duch manifestował się sam, spontanicznie. Jest tutaj jednak pewien wyjątek. Otóż każdy z nas posiada swego duchowego opiekuna, nazywanego także aniołem stróżem. Jest to duch dużo bardziej rozwinięty niż my i ma za zadanie wspomagać nasz rozwój. On jest zawsze do naszej dyspozycji i w tym punkcie nie możemy się wahać. Jeśli posiadamy jakieś wątpliwości czy problemy, wzywajmy go, gdyż on jest przy nas właśnie po to.
Z drugiej strony ten duch czasami pojawia się także spontanicznie. Bywa, że gdy robimy coś złego, pojawia się głos sumienia, który odzywa się i mówi, że popełniliśmy błąd. Najczęściej jest to nasz duchowy przewodnik. Widzimy zatem, że spirytyzm nie ma nic wspólnego z nekromancją. Kolejny temat, o którym chcę pomówić, to parapsychologia i metapsychika. Są to kierunki, których celem jest studiowanie tych samych zjawisk, które bada spirytyzm. W ich skład wchodzą mediumizm, prekognicja czy choćby transkomunikacja. Parapsychologia posługuje się paradygmatem materialistycznym i cały czas poddaje w wątpliwość istnienie duchów. Stara się wyjaśnić zjawiska, nie odwołując się do pojęcia ducha, podczas gdy spirytysta działa w oparciu o paradygmat spiritualistyczny. Dzięki naukom, które przekazały duchy, spirytyści są przekonani do istnienia duszy, co pozwala im pójść dalej w swoich badaniach.
Z tego powodu różnice między spirytyzmem a parapsychologią są wyraźne. We Francji w 1919 roku powstał Międzynarodowy Instytut Metapsychiczny, założony przez Jeana Meyera. Ta instytucja istnieje do dziś i przechowywane są tam między innymi gipsowe odlewy, które w okresie międzywojennym wykonano w czasie seansów z Polakiem Frankiem Kluskim. W lutym tego roku pojechaliśmy w to miejsce z wykładem i byłem zaskoczony, bo z wyjątkiem kilku osób wszyscy byli tam spiritualistami, więc stanowisko metapsychików również ewoluowało i oni także uznali te zasady. Widzimy zatem, że spirytyzm nie szuka zwolenników na siłę. Nie będzie robił kampanii reklamowej zachęcającej, by zostać spirytystą. Będzie za to przeprowadzał kampanię na rzecz pokoju, na rzecz rodziny. Zawsze zgodnie z regułą, że każdy jest wolny w przyjęciu tych nauk i nie można mu niczego narzucać. Czasami spotykamy ludzi, którzy uważają, że spirytyzm jest sektą. Aby to wyjaśnić, najpierw zdefiniujmy sektę.
W 1999 roku parlamentarzyści francuscy napisali raport, w którym zaznaczono, że można odnaleźć 12 cech charakterystycznych sekty. Możemy więc sprawdzić, czy spirytyzm do nich pasuje. Kiedy obiektywnie przeanalizujemy każdą z tych cech wyróżniających sekty, do każdego z tych charakterystycznych punktów możemy w pracach Kardeca znaleźć treści, które są im zupełnie przeciwne. Podam taki przykład. Typową cechą sekt są nadużycia finansowe. W spirytyzmie natomiast funkcjonuje zasada: darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Inną typową rzeczą w przypadku sekt jest próba izolowania ludzi, odcinania więzów z ich rodzinami i wyznawanymi przez nich wartościami. Tymczasem spirytyzm mówi, że człowiek jest stworzony, by żyć w społeczeństwie. Spirytysta ma więc obowiązki wobec bliskich, wobec rodziny, a nawet wobec tych, z którymi na co dzień nie spotyka się. Kolejną bardzo istotną cechą każdej sekty jest to, że prowadzi ona do procesu prania mózgu, gdy ludziom narzuca się pewne rzeczy, wykorzystując przykładowo poczucie winy.
Natomiast spirytyzm jedynie oferuje pewne nauki i pozostawia wolność w ich przyjęciu czy odrzuceniu. Poza tym członkowie sekt nie mogą z własnej woli ich opuścić. Jeżeli jednak chodzi o spirytyzm, to między innymi w „Księdze Duchów” napisano wyraźnie w części poświęconej prawu wolności, że każdy człowiek ma wolną wolę i powinien mieć wolność w decydowaniu o sobie. Podstawową wartością spirytystów jest więc wolna wola. Każdy może przyjść i każdy może odejść. A zatem ruch spirytystyczny nie odpowiada żadnemu z punktów charakterystycznych dla sekt. Do wspomnianego raportu dotyczącego sekt dołączono listę szkodliwych ruchów religijnych. Oczywiście spirytyzmu na niej nie ma. Bardzo łatwo wykazać dlaczego. Otóż brak tam elementów tradycyjnej religii, które już wymieniłem.
Jeśli chodzi o kwestie naukowe, spirytyzm wprawdzie nie jest nauką akademicką, ale korzysta z metodologii naukowej, aby badać i analizować polityka. Czy ruch spirytystyczny tworzy organizację polityczną? Odpowiedź brzmi: nie. W spirytyzmie powtarzamy, że nigdy nie powinniśmy skupiać się na tymczasowej władzy, opowiadać się po jednej albo drugiej stronie. Jedyną kwestią, która zawsze jest obiektem zainteresowania spirytystów w tej dziedzinie, jest miłosierdzie oraz pomaganie innym. W tym kontekście nie są ważne rasa, kolor skóry czy sympatie polityczne. Spójrzmy jeszcze na sam ruch spirytystyczny. Możemy wymienić różne kategorie spirytystów. Mamy więc spirytystów-eksperymentatorów, którzy są przekonani do manifestacji duchów i myślą, że spirytyzm jest wyłącznie nauką opartą na obserwacji. Kolejna grupa to niedoskonali spirytyści.
Oni dostrzegają nie tylko same zjawiska, ale też konsekwencje moralne, które z nich wynikają. Doceniają zasady moralne, ale nie udaje im się jeszcze w pełni stosować ich w praktyce. Jest ich bardzo wielu. Ja też jestem w pewnym sensie jednym z nich. Następna grupa to prawdziwi spirytyści. Są to ludzie, którzy nie tylko doceniają zasady moralne wynikające ze spirytyzmu, ale też wcielają je w życie. O wiele trudniej takich znaleźć w porównaniu do przedstawicieli poprzednich grup, ale reprezentują sobą pewien ideał, do którego powinniśmy dążyć. Jeśli spojrzymy na Jezusa, Gandhiego czy innych ludzi, którzy mieli wielką misję na Ziemi, bardzo cenimy ich postawę, sposób życia, zasady czy dążenie do unikania przemocy. Musimy zarazem przyznać, że na naszym globie wciąż jest mało ludzi, którzy byliby w stanie zrobić to, co oni. Kardec wspomina także czwartą kategorię: spirytystów egzaltowanych.
Należą do niej ludzie, którzy ze zbyt wielkim zaufaniem i naiwnością traktują świat niewidzialny. Wystarczy, że usłyszą uderzenie nieznanego pochodzenia, a już przypisują je działalności duchów. Oni też powinni stąpać twardo po ziemi, ale tego nie robią. Ten problem spotykamy zwłaszcza w mediumizmie. Wiele osób zaczyna zajmować się mediumizmem w sposób dość naiwny. Wierzą we wszystko, co duchy mówią. Bardzo się cieszą, gdy widzą przekaz podpisany imieniem Kardeca czy Jezusa, nawet jeśli sama wiadomość nie ma żadnej wartości. Istnieje wiele przykładów tego rodzaju mediów, które przez takie podejście i swoją naiwność ulegają opętaniu. Chciałbym zakończyć to wystąpienie, rozwijając hasło sformułowane przez Allana Kardeca: praca, solidarność, tolerancja. Praca niech służy dobru.
Solidarność powinna istnieć między ludźmi, którzy są braćmi, a spośród których każdy jest inny. Tolerancja dotyczy niedoskonałości innych, ponieważ my sami jesteśmy niedoskonali. Są to słowa, które pomagają nam w rozwoju, dzięki czemu przyciągamy dobre duchy i duchowych przewodników. Ci pomnożą nasze wysiłki, co pozwoli nam osiągnąć rezultaty, których w innym przypadku nie będziemy mogli uzyskać. Dzięki temu staniemy się szczęśliwi. Im więcej dajemy, tym bogatsi się stajemy. To są rzeczy, o których spirytyści nauczają i które starają się wcielić w życie. Streszcza się to w słowach, które powiedział Allan Kardec: bez miłosierdzia nie ma zbawienia. Czytała Agnieszka Krzemień.
[02:50:45] - Tego fragmentu Bibliotekarium 2.0 nie muszę reklamować. Katarzyna Prychacz wyrobiła sobie stałą markę. Jedni ją kochają, inni niekoniecznie. Śmieję się, jak to mówię, bo kiedy przypomnę sobie te wszystkie fikołki, narracyjne fikołki, te wszystkie historie, które Katarzyna Prychacz wymyśliła ad hoc, na poczekaniu dla państwa, to mnie się po prostu chce tego słuchać. Zapraszam zatem na Alchemię Tworzenia. A dzisiaj jak zwykle dziwny tytuł: Formalina kontra stare bandaże. Zapraszam.
[02:51:36] - Dobry wieczór. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemia Tworzenia. Witam was serdecznie w 27. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. I co? Dzisiaj kontynuujemy wymyślanko. W tamtym odcinku mieliśmy właściwie oficjalny początek nowej formuły, którą jeszcze będziemy kontynuować dzisiaj i w następnym odcinku. Robimy nie tak długą serię jak poprzednio, ale króciuteńką serię. Chciałam wam tu po prostu przybliżyć pewne narzędzie, swoje, autorskie, do tworzenia historii, do wymyślania. Także sobie przez to przechodzimy.
Póki co plansza jest w produkcji.
[02:52:42] - Prototyp oczywiście mam przed oczami, natomiast jeszcze go trzeba poupiększać. I co my tutaj robimy? Ogólnie jest to plansza do trzyaktowej historii. Na razie nie wplątałam w to jeszcze wszystkich etapów podróży bohatera, natomiast bardzo mnie korci, więc myślę, że wszystko przede mną. W tamtym odcinku mieliśmy już akt pierwszy naszej historii, a jeszcze w poprzednim odcinku wpadłam na pomysł, żeby na samym początku wylosować karty, które mają symbolizować lokacje, po których nasza bohaterka będzie się poruszać. Te lokacje omówiłam w poprzednim odcinku. W tamtym odcinku oczywiście siłą rzeczy musieliśmy do nich wrócić. Nie do wszystkich. Tak samo dzisiaj będziemy nawiązywać do tego wszystkiego. Jeżeli chodzi o skrócenie fabuły, gdzie my jesteśmy, to w tamtym odcinku mówiliśmy troszeczkę więcej o bohaterce.
Chyba ustaliliśmy, że to miała być czarownica i najprawdopodobniej miała być to jakaś kara za jej próżność, za jej charakter. Może nie tyle za charakter, co za takie cechy, że z racji pochodzenia bardziej arystokratycznego czuła się trochę lepsza niż inni. Więc założono jej na głowę koronę, która blokuje jej moce, zakrywa jej trzecie oko i przez to nasza bohaterka nie widzi magii. Teoretycznie wie, że to istnieje, że to tam jest, ale oczywiście nie może też swoich mocy używać. Albo jeszcze nie wie, że może, ale nie w pełni albo w inny sposób. Więc stara się jakoś dotrzeć do miejsca, gdzie jest ta opiekunka, ta czarownica naczelna, żeby jej wygarnąć, jak ona mogła to zrobić i żeby oczywiście zdjęła tą koronę. W tamtym odcinku mieliśmy ze sobą w kieszeni artefakt. Mówiliśmy też trochę o lokacji, o tym, że ta korona oprócz tego, że blokuje widzenie magii czy magicznych rzeczy, to dodatkowo jeszcze blokuje pewien obszar w umyśle naszej bohaterki. I w tym umyśle za sprawą klątwy zostało ukryte jej rodzinne miasteczko, miejsce, w którym się urodziła, jej bliscy. Przez tą koronę ona nie jest w stanie dostać się tam, uwolnić zarówno tą przestrzeń i tych swoich bliskich.
W tamtej części poruszaliśmy się nocą po lesie i tam pojawiły się trzy wilki. Tak się miotałam, czy to mają być jej siostry, czy jakieś przyjaciółki, może czarownice, które normalnie ona by widziała jako czarownice, ale tutaj widziała je po prostu jako trzy wilki, których zachowanie było bogate w różne anomalie. Więc w momencie, kiedy nasza bohaterka zaczęła posługiwać się tylko jednym, swoim domyślnym kompletem oczu, zaczęła być bardziej uważna i skupiać się na tym, że może nie widzi magii jako takiej, ale widzi, że na przykład pewne rzeczy nie zgadzają się w otoczeniu standardowym. I to są właśnie sygnały, że tam gdzieś jest magia. Te trzy wilki, które w pewien sposób podpowiedziały jej gdzie ma iść, jak ma iść, wyjąc nawet nie do księżyca, tylko do wielkiego skupiska latających świetlików. Tak było w tamtym tygodniu i nasza bohaterka dotarła do drugiej lokacji, czyli przemierzyła las. I dzięki temu, że jej magia jest zablokowana, była w stanie wyjść z lasu. Bo normalnie ustaliłam, że każde czarownice mają swoje terytoria i tam są pola ochronne czy coś, czy po prostu według zasad nie wolno im przekraczać tej granicy. Tak czy siak, wilki zostały na skraju lasu, a nasza bohaterka ruszyła w stronę bardziej pustynnej krainy piaszczystej, w stronę usypiska kamieni. Ruszyła w drogę za świecącymi motylkami, a że już nadchodził dzień, to wiedziała, że już tych motylków za dużo nie zobaczy, więc zdołała tylko zapamiętać kierunek, czyli to skalne usypisko, do którego dzisiaj dotrzemy.
I dzisiaj będzie akt drugi w tej lokacji. Właściwie można powiedzieć taki najbardziej przełomowy, bo to będzie główna próba, z którą się nasza bohaterka zmierzy. Zanim zaczniemy o historii mówić, to jeżeli chcecie oprócz samego audio patrzeć też na te różne karty czy kości, które losuję, to zapraszam was w soboty na YouTube. Czy wpiszecie Katarzyna Prychacz, czy po prostu Alchemia Tworzenia, czy podcast Alchemia Tworzenia powinno was przenieść na ten kanał. Tam macie dokładnie to audio, które teraz słyszycie. Z tym, że zmontowane jest ze zdjęciami, więc w momencie, kiedy mówię o jakiejś karcie czy losuję jakąś kartę, ona tam się będzie wam pojawiała. Zawsze możecie na przykład zrobić pauzę, popatrzeć, pomyśleć, co sami byście wymyślili, patrząc na tą kartę i na przykład później porównać z tym, co mówię. Albo po prostu sprawdzać, czy wam tutaj nie kituję, czy czegoś istotnego nie pomijam. Także to mamy. Aha, co dzisiaj użyjemy?
Dzisiaj wyjątkowo nie będę losować żadnych nowych kart, bo w akcie drugim raczej opieramy się na kościach i, ja to sobie tak nazywam roboczo, tokenach, ale można powiedzieć, że to pewnie jakiś żeton czy obrazek. Równie dobrze moglibyśmy też rzucać kośćmi. Natomiast ja tutaj używam komponentów, które sama sobie stworzyłam. Takie kółeczka z rysunkiem. Dodatkowo kości, którymi rzucam, te główne, które wyznaczają nam fabułę, to są Story Cubes. W tej części wzięłam tą najbardziej podstawową edycję, pomarańczową, dziewięciu kości. Właściwie chyba pierwsza, która w ogóle powstała. I do głównej próby wzięłam też coś takiego jak Story Cubes, ale to są po prostu dużo większe kości. Można powiedzieć, takie trochę podróbeczki. I ja je kupowałam w sklepie Flying Tiger, zdaje się, on się jakoś tak nazywa.
Kiedyś był chyba Tiger, potem zmienili nazwę. To jest chyba duński sklep? Już nie pamiętam, ale na pewno jak w większych miastach jesteście czy bywaliście, to gdzieś tam zapewne ten sklep mignął. Wiecie, taki sklepik ze wszystkim, z całym dobrobytem i do kuchni, i na prezenty, i coś do rękodzieła i też chyba rowerowych rzeczy i tak dalej. Ciekawy asortyment. I właśnie swego czasu mieli serię kości opowieści, ale właśnie takie większe. Więc mam tutaj sześć takich podstawowych i cztery akurat z edycji halloweenowej były. Ominęły mnie walentynkowe, ale łudzę się, że może za jakiś czas gdzieś coś jeszcze się pojawi, bo teraz nowe, które wrzucili, to już są mniejsze kości. Natomiast te są takie fajne, duże, także są idealne, wyeksponowane jako nasza główna próba, więc myślę, że wezmę którąś z tych halloweenowych. Jak mamy czarownicę, to myślę, że po prostu tam będzie bardziej magicznie.
I sobie rzucimy, zobaczymy co będzie główną próbą. Okej, to chyba jest wszystko z tych przygotowań. O lokacjach też wspomniałam. Mniej więcej wiecie, gdzie jesteśmy fabularnie. Jak chcecie bardziej, to oczywiście zachęcam do odsłuchania dwóch poprzednich odcinków, żeby tutaj było jeszcze bardziej szczegółowo. Okej, myślę, że lecimy. Nie ukrywam, że też mnie to dzisiaj ciekawi, co to się zadzieje. Patrzę, jak to technicznie rozegrać, bo dzisiaj oprócz tego, że będzie ta główna próba, pojawi się jeszcze coś takiego jak panaceum, czyli coś, co za chwilę wylosuje jedno i drugie i sobie to będziemy odwracać, bo myślę, kiedy to umieścić w fabule. Panaceum, czyli coś, co nasza bohaterka będzie musiała użyć, żeby poradzić sobie podczas tej głównej próby. I to jest coś, co może użyć tylko raz.
W poprzednim odcinku losowaliśmy artefakt, czyli coś, co nasz bohater ma po prostu ze sobą, jakiś przedmiot o magicznych właściwościach, w dużym skrócie. Czyli taki przedmiot do robienia wyłomów, przełomów w fabule i on może być wielokrotnego użytku, ale nie musi być wcale użyty. Panaceum to jest coś, co musi być użyte i to jest jednorazowe. I jeszcze, właśnie nie wiem, czy na samym końcu, czy po prostu po przejściu głównej próby zdobywamy coś takiego jak trofeum. To właściwie po prostu mamy. Nie miałam tutaj planów, jeżeli chodzi o używanie tego. To jest bardziej taka nagroda za wykonane zadanie, czy można powiedzieć, czy zapłata, jeżeli mielibyśmy z tej planszy na przykład jakieś różne inne historie robić. Więc dzisiaj losujemy też te dwa, chciałam powiedzieć artefakty, te dwa tokeny, te dwa żetony. Właściwie to chyba od razu je wylosuję, ale jeszcze nie będę odwracać. Dobra, to będzie panaceum i to będzie trofeum.
Okej. Wylosowane. To co? Chyba wszystko powiedziałam. Wszystko mam przed sobą. No to co? To stoimy sobie, już idziemy naszą bohaterką po tej piaszczystej drodze. W ogóle zastanawiałam się, bo ja zwykle nie nazywam tych bohaterów. Znaczy tam już jak raz gdzieś coś się wykluje, to ci bohaterowie mieli jakieś nazwy. Nie wymyśliłam chyba jeszcze narzędzia, które by mnie satysfakcjonowało, jeżeli chodzi właśnie o wymyślanie imion.
Więc zwykle sama jak coś piszę, to albo to imię się pojawia właśnie w mojej głowie razem z bohaterem, albo sobie sięgam najczęściej do słownika raczej polsko-łacińskiego, łacińsko-polskiego, ale czasami to po prostu szukam w głowie. Chociaż jak pisałam coś w bardziej skandynawskich klimatach, to nie ukrywam, że internet przybył z pomocą i tam faktycznie szukałam jakiegoś fajnego, nietypowego imienia, ale żeby oddawało klimat. Natomiast tutaj nie wiem. Wiecie, jak sobie dzisiaj nad tym myślałam Przyszła mi do głowy najpierw Filomena, ale nie wiem czemu. Jak myślę o czarownicach, to od razu mi Filomena się pojawia w głowie. Szłam dalej, skakałam od tej Filomeny, żeby nie użyć tej Filomeny, która przyszła jako pierwsza. I wiecie co? Przyszło mi słowo, które teoretycznie nie jest imieniem, ale myślę, że mogłoby być ciekawe dla naszej bohaterki. Równie dobrze mogłoby się później okazać jakimś przezwiskiem na przykład, gdybyśmy rozwijali dalej tę fabułę, czy tam ją spisywali, bo tutaj to wiadomo, skaczemy sobie trochę po wątkach. I przyszło mi do głowy słowo Formalina.
Filomena niby fajniej płynie, ale ta Formalina jest taka ostra, twarda. A mam wrażenie, że ta nasza bohaterka z jednej strony ma tę, można powiedzieć, karę za jakąś tam swoją próżność, ale pomyślałam, że może ona była trochę zadufana w sobie. Myślę sobie nad Formaliną, nad jej wartościami, właściwościami konserwującymi i nad zapachem, który niekoniecznie należy do znośnych. Może to mogło być przezwisko nadane jej przez czarownice, które się czuły przez nią szykanowane, gorsze czy poszkodowane. Może to się przyjęło, a może ona miała na przykład na imię Alina, ale że była taka paskudna, to ją nazwali Formalina. Albo Malina mogła mieć w sumie na imię. Ciekawa rzecz. Dzielę się z wami. Przyszło mi do głowy, to przecież nie będę kisić dla siebie. W końcu to nasza wspólna historia.
Także mamy Formalinę. Okej, odkryję panaceum, zobaczymy co mamy, bo prawdę mówiąc aż mnie ciekawi. I wtedy lecimy z fabułą dalej. Dobra, cyk. Zapałka, taka płonąca. Ciekawe, spalimy coś. Prawdę mówiąc to się chyba zajarałam jak ta zapałka. No dobra, to będziemy palić. Zobaczę, czy będę sobie ułatwiać, czy utrudniać. Wylosuję główną próbę i wtedy podejmę decyzję.
Zobaczymy też jak czasowo, bo strasznie dzisiaj ględzę dużo. Dobra, losujemy kosteczkę w takim razie, bo musimy się dostać do smoka. W tej lokacji mamy smoka, jeżeli chodzi o kartę. Te motylki prowadziły właśnie do niego. Taki chiński, trochę z takim psim pyskiem. Bardziej wąż niż smok. Przynajmniej nie widzę tu łapek. Dobra, kość rzucamy. Znak zapytania. To teraz co?
Mieliśmy iść do jakiegoś usypiska skalnego, wilki zostały. Może nasza bohaterka faktycznie tam poszła i może tam nic nie było. I taka stoi zdezorientowana, z takim znakiem zapytania nad głową, bo właściwie znalazła tylko stertę kamieni, a wokół cała pustynia. Nie pamiętam, jak się te tereny nazywały. Można powiedzieć równina. Stepy? Stepy to był taki piach zasuszony, twarda ziemia, odwodniona. To może to? Wydaje mi się, że stepy miały roślinność jeszcze jakąś. No dobra, ale okej.
To mogą być stepy. To mi się podoba. Kamienie tu pasują. Może być trochę piaszczysto i trochę taka ziemia ubita. Więc nasza bohaterka dotarła do jakiegoś usypiska z kamieni. I co? I właściwie nie wiadomo o co kaman. Patrzy i nie rozumie, po co tu miała przyjść. Dlaczego te motylki to wskazały? Myślę: to panaceum.
Czy ona tą zapałkę gdzieś znalazła? W tym usypisku mogłaby znaleźć paczkę zapałek. A może jeszcze na skraju lasu, co ją zadziwiło, że tak się pochyliła i nie wiedziała, jakim cudem gdzieś tak w środku, może nie lasu, ale w środku natury była paczka zapałek, więc podniosła te zapałki. Czyli pojawia się nowy obiekt w naszym ekwipunku. Dotarła do tego usypiska i nie wie, co się dzieje. Czy teraz tą główną próbę rzucimy? Rzućmy nią. Wylosujmy główną próbę, więc zobaczymy, z czym się mierzymy, a potem myślę, że rzucimy jeszcze piątką. Dobra, wy nie widzicie. Kością numer pięć, czyli kolejną fabularną, żebyśmy wiedzieli co dalej.
Szóstka będzie podsumowująca. Dobra, biorę cztery kości. Dobra, jakąś jedną, nie patrzę jaką. I cyk, rzucamy. Ło! Dobra, wypadła mi mumia. Mumia taka zabandażowana. Trochę to wygląda jak jakiś pomnik czy nagrobek w bandażach. Taki ma kształt. Ale to takie rysunkowe kości, więc mamy mumię i te oczka.
Odłożę te kości, bo się będę nimi bawić zaraz w łapach. Muszę być człowiekiem pustorękim, bo inaczej czymś tu zawsze szuram. Dobra, mamy mumię. Mamy te stepy. A może mumia, patrzę, coś w bandażach. To będzie łatwe ją spalić, że tak powiem, ale tak teraz pomyślałam, żeby trochę nie było za łatwo w fabule. Może znalazła zapałki, ale nie będzie tej draski. Będzie musiała na przykład wymyślić. W sumie nie ustaliłam też wieku tej naszej wiedźmy, chociaż myślałam bardziej o nastolatce albo takiej prawie już dorosłej, młodej dorosłej. Dobra, rzucam piątką i zobaczymy, co tutaj się zadzieje.
Mało było słychać, bo na papierku rzucam, ale wypadła mi kula ziemska. Właściwie świat cały. Dobra, i teraz jak to połączyć? Tu mamy jeszcze tego smoka. Tak jak tam wykorzystałam wilki z tej karty, więc tutaj warto byłoby tego smoka wykorzystać. A może te usypisko to było gniazdo smoka? Zastanawiałam się, bo tutaj miało już słońce wzejść. Może na tej części terenu grasują mumie i może właśnie myślę, jakiego typu nasza bohaterka mogła być czarownicą. Ustaliliśmy, że to czarownica. Bo tu pomyślałam, że na pustyni mogły żyć te, które władały ogniem, dlatego mogły sobie bez problemu radzić z tymi mumiami.
A nasza bohaterka nie władała ogniem. Tak o tym pomyślałam. Próbuję to zobaczyć w przestrzeni gdzieś. Jak ona się obudziła w lesie, ona i tak nie ma mocy. Dobra, chyba że ona też by władała ogniem, a właśnie przez to, że ma moce zablokowane, to sobie nie będzie mogła normalnie poradzić. Myślę, czy fajnie byłoby podzielić to na jakieś żywioły. Może ją właśnie zrobimy czarownicą ziemi. Że natura, rośliny i może zwykle w tym lesie czymś władała, a tutaj nawet jakby miała swoje moce, to też na tych pustostanach, na tych piaskach za dużo by tam nie podziałała, nie? Może tak to ogarniemy. No dobra, to tu mamy jakieś wątki.
I teraz pomyślałam sobie, że pojawi się ta mumia. Czyli tak w sumie, jak ją wyrzuciliśmy kością. Może najlepiej byłoby to tak zrobić, jak mam tutaj graficznie ustawione u siebie. Czyli tak: znaleźliśmy panaceum. Nie wiedziała, co się dzieje. Pusta lokacja i nagle może zaczęły się wyłaniać te mumie. Więc nasza bohaterka niewiele myśląc, weszła po prostu w ten okrąg usypany z kamieni, w takie usypisko właśnie, które zaspoileruję wam, pomyślałam, żeby było gniazdem smoka. Może ten smok sobie gdzieś odleciał. A może właśnie fajnym twistem na końcu by było, gdyby się okazało, że ten smok tam cały czas był i on sobie po prostu postanowił być niewidzialny, żeby zobaczyć, jak nasza bohaterka sobie tutaj poradzi, nie? Dobra, a ta kula ziemska, świat.
Mogła pomyśleć: „Koniec świata, umrę zaraz, jak ja sobie poradzę?” I wtedy może na przykład przypomniało jej się o zapałkach. Tu fajny motyw jest taki, że skoro ona nie ma swoich mocy, będzie musiała też zastanawiać się, czy przypominać sobie podstawową wiedzę o świecie, o tym, jak to wszystko działa. Więc może właśnie przypomni sobie, że ma zapałki, że w sumie fajnie można byłoby spalić te mumie. Może gdzieś w tej szkole magii miały jakiś przedmiot o tym. Może takie trochę BHP. Że jak jakimś cudem trafiłyby na te tereny poza lasem, to że tam czyhają te mumie. Więc może pamiętała, że można je pokonać ogniem. Tylko że nie mogła czarować, więc wpadła w panikę z początku. Może ten świat to jak trochę takie całe życie, które jej przeleciało przed oczami. Ale przypomniało jej się, że ma zapałki.
Z tym że właśnie jak je wyjęła, okazało się, że one nie mają draski. Więc co z tego, że ma zapałki, jak właściwie nie może ich uruchomić? Więc tutaj kolejna panika. I myślę, czy ta kula ziemska... A może to mogłyby być lekcje geografii, gdzie jej się przypomniało, że te zapałki są pokryte siarką i wystarczy jakaś iskra. Że ta siarka też jest na tyle sztywna, że wystarczy iskra, żeby doszło do zapłonu tej siarki. Więc może ją nagle olśniło i postanowiła, że tą zapałką przesunie po kamieniu, po tych kamieniach, które ją otaczały. Więc uruchomiła zapałkę, że tak powiem. Z tym że tutaj właśnie jeszcze cały czas myślę o tym, że przydałaby się jakaś pochodnia. Może było parę tych zapałek, więc ona na początku zadowolona z siebie odpaliła zapałkę i rzuciła nią w tą mumię.
Tylko że to jest takie lekkie, że zaraz upadło i właściwie w tym piasku zgasło, że nic się nie zadziało. Więc zaczęła się rozglądać, co ma ze sobą, co mogłoby sprawić, że stworzy jakąś pochodnię czy coś, żeby te mumie faktycznie odstraszyć chociaż. Jeżeli nie zgładzić, to odstraszyć. Patrzę, bo tym artefaktem, który miała ze sobą... Miała ze sobą co? Miała ze sobą notes. I miała artefakt, czyli tutaj wylosował się klucz francuski. No ale rozmawialiśmy o tym, że te metalowe coś. Bo ten notatnik to miał być jej notatnik z jej jakimiś tam zaklęciami. Więc może próbuję ulepić z tego, co mamy.
Myślę, że mogłaby stworzyć z tego pochodnię, trochę kulawą pochodnię. Czyli wziąć swój metalowy wichajster i z jednej strony zagnieść na nim kartki papieru i je podpalić. Wtedy mogłaby nim sięgnąć poza to skalne usypisko z kamieni i straszyć te mumie. Może to trochę by się dłużej paliło, albo przynajmniej bardziej przez chwilę by się paliło niż zapałka. Dobra, to jest pomysł, ale wiecie co? Rzucę kością, tą szóstką, która chyba nam najwięcej powie, co w tej scenie się zadzieje. Oczywiście później dowiemy się, co wygraliśmy. Dobra, wezmę jakąś tą, nie patrzę i rzucamy. Okej, wypadła tutaj... Może to jest maska, ale to mi się zawsze kojarzy z twarzą kosmity.
Wygląda jak maska z poziomymi, wielkimi oczami. Może to być też jakaś twarz niewzruszona. Teraz, czyja to by była twarz? Chyba że ona stworzy jakąś maskę przy pomocy tego ognia. Tylko jak ona by to zrobiła, żeby się nie spalić? Chyba że umieści, skoro ta korona jest na jej głowie i nie mogła jej zdjąć, więc w magiczny sposób ta korona się trzyma, to może ten drut czy to coś metalowe, co nosi ze sobą. Może udało jej się to zatknąć za tą koronę i na nim nadziać tę kartkę papieru i miałaby taką koronę czy coś płonącego na głowie. A może jej się przypomniało, że są stwory takie, które w ten sposób straszyły te mumie? Bo myślę, mamy jeden drut. Mając to na głowie i odsuwając mumie, mogła też jednocześnie czymś się bronić, tymi rękami.
A może w desperacji postanowiła pobiec z gołymi pięściami na te mumie i tylko je przestraszyć. Tak jak ryby głębinowe mają tą żaróweczkę, którą zwabiają swoje ofiary, tak ona miała kulę ognia, krótkotrwałą, która odstraszała. Bo myślę, nie miała ze sobą żadnych płynów. Chyba że w tym gnieździe coś było. A może ona coś rozpoznała? Może tam były jakieś smocze elementy. Myślę, czy łuski? W sumie smoki są gadami, a gady gubią łuski, nie? Wylinkę to raczej robią owady. Ej, nie, ale któreś gady też nie zmieniają?
Nie, dobra, jakieś raki, takie rzeczy. Stawonogi chyba zdejmują płaszczyk. To może ona pokapowała, że to jest gniazdo smoka. Pozbierała te łuski, którymi przy okazji sobie głowę zabezpieczyła, że jej się włosy nie spaliły. Może wtedy, co jej ta zapałka spadła, ta pierwsza, to może ona spadła na coś, co się okazało bardzo łatwopalne. Zastanawiam się, czy może na przykład jakiś pył ze smoka. Tak jak z ludzi spada martwy naskórek, tak może ze smoka gdzieś coś w tym gnieździe. Chyba że to jest taki psowaty smok. Może tam włosy smoka były, oprócz łusek. Może ona tymi włosami...
Tylko wtedy to nie byłoby łatwopalne. To musiałoby być coś zwymiotowane przez smoka. Bo jak one zieją ogniem, to kiedyś czytałam taką teorię, że jeżeli smoki istniały, to najpewniej jadły kamienie. Niektóre gady jedzą, tylko potem chyba ten kamień zwracają. Natomiast chodzi o siarkę i o to, że one mają enzymy, które trawią coś z tych minerałów. Więc może tu były... Nie wiem, smoki są trochę jak koty często w różnych filmach, to może ten smok miał łuskę i futro i on sobie je wylizywał i zwymiotował kłaka. O matko, ale już popłynęłam, ale to się robi coraz fajniejsze. I ten zwymiotowany kłak mógłby być bardzo łatwopalny, więc ona nadziała to na ten wichajster. Zabezpieczyła głowę tymi niezwymiotowanymi łuskami pogubionymi i miała bardziej świecącą latarnię.
Także użyła kreatywności. Stworzyła jakiś swój oręż z tego, co miała, co znalazła pod ręką. Tak patrzę teraz na tą ostatnią kość, która wypadła. To teraz pytanie, czy te mumie były zdezorientowane? Takie: „O matko, co się dzieje? Dobra, lepiej stąd idźmy”. Czy może ten smok tak patrzył zadziwiony, nie? Załóżmy, że smok się pojawia i daje jej to trofeum. Więc niech będzie, że ona te mumie przestraszyła. Mumie miały totalny blue screen, nie miały pojęcia, co tu się odbywa, więc postanowiły na wszelki wypadek się oddalić.
I w momencie, kiedy te mumie się oddaliły, zmaterializował się smok obok naszej czarownicy. Zdmuchnął jej ten ogień, zgasił jej to, co miała na głowie. Ona patrzyła taka przerażona, bo w sumie to tylko o smokach słyszała. Nigdy nie widziała. Coś czytała, ale nigdy nie obcowała z tymi zwierzętami. I ten smok pokiwał łbem z uznaniem, że niezły pokaz tu dała. Jednocześnie kabaret, ale i mówi, że kreatywność na wysokim poziomie. Oczywiście nasza bohaterka chciała do tej wieży się dostać, ale trochę chyba w lesie zabłądziła, bo nie było wzniesienia i wyszła z lasu. Więc może ten smok coś zauważy z tą koroną. No dobra, odkrywam trofeum i zobaczymy, czy powiążemy to jakoś.
Bo wydaje mi się, że tak jak bohaterka chciała się dostać do tej opiekunki, wrócić i kazać jej zdjąć tą koronę, tak myślę, że może prawdziwym końcem tej opowieści byłoby właśnie to, że ta korona zostanie jej z tej głowy zdjęta. Ale miało być baśniowo, więc fajnie jakby tu była jakaś lekcja grubsza. Na razie jest bardzo fajnie. Podoba mi się to, że tak wyszło z tą kreatywnością, że mogła się tutaj wykazać, nie? Dobra. Co wygraliśmy? Jakie jest trofeum? I cyk. Palmy. Mamy dwie palmy.
I teraz co? Wakacje? Może drzewo jakieś? Co ten smok mógł jej dać? Może jakaś podpowiedź, że ma iść w kierunku jakichś drzew, bo następną lokację to mamy taką szafę porośniętą jakimiś bluszczami, mchem i też jakiś stwór w tej szafie. Więc to zobaczymy. Na pewno wskazał jej kierunek. Dobra, bo do tej lokacji to sobie dojdziemy w następnym odcinku. Wiecie co? Nie wiem sama.
Palmy skojarzyły mi się z urlopem w pierwszej chwili, z takim odpoczynkiem, relaksem, ale myślę, że to by mogła być też albo jakaś egzotyczna roślina, którą ona musi zdobyć, na przykład żeby tą koronę zdjąć, albo że ma się kierować do jakiegoś miejsca, gdzie są te egzotyczne rośliny i ta szafa byłaby w sumie czymś naprawdę ciekawym. To by mogła być taka szafa życzeń, szafa zielarza. Jak był pokój życzeń w „Harrym Potterze”, że jak czegoś naprawdę się potrzebowało, to ten pokój się pojawiał i tam w tym pokoju to było. Więc może tutaj ona będzie musiała odnaleźć szafę, w której zdobędzie jakąś roślinę. Ale nie, czekajcie, to jest trofeum. To ona miała to zdobyć już. A może to jest jeden ze składników? Jak wiecie, tutaj mamy te stepy i taką trochę pustynię, więc mamy klimat, w którym może faktycznie to byłyby jakieś palmy, może to byłaby ta kora palmowa i smok jej to wręczył. I na przykład to trzeba połączyć z jakimś innym materiałem, z jakąś inną rośliną, żeby na przykład odblokować tą koronę. Może to jest właśnie jakaś magia, ale można ją też ziołami odwrócić czy na chwilę rozchwiać, żeby dało się tą koronę zdjąć, żeby na przykład przestała przyciągać się do głowy czy coś takiego.
Wiecie co? Nie będę na siłę wymyślać tego trofeum. Mamy jego działanie, tak? Czyli jakiś jeden ze składników, ale myślę, że może coś fajnego będzie w następnym odcinku, jak rzucimy kośćmi, nie? Coś fabularnego. Także tu już nie będę spoilerować. Dobra, mamy to. Kurczę, jest fajnie. Naprawdę było dzisiaj fajnie. Dobra jazda.
Tak myślałam, że w drugim akcie się będzie dużo działo, ale że mumie były... Ale fajnie. Kurczę, podoba mi się. Dobra, ja kończę na dziś. Dziękuję jak zawsze za waszą uwagę. I słyszymy się w następnym odcinku. Lecimy z trzecim aktem. A tymczasem bardzo produktywnego i pięknego tygodnia wam życzę. Do usłyszenia. Pa.
[03:27:19] - Jeśli ktoś pomyślał, że nie, taka zabawa literaturą to się nie godzi, to nie przystoi, tak nie można, to wszystko nie jest takie łatwe. Tworzenie literatury to cierpienie, to wyrzeczenia, to naprawdę ciężka praca. Coś w tym jest w gruncie rzeczy, ale tworzenie literatury to również szczegółowe planowanie. To świadomość tego, co będzie się pisało i dlaczego się będzie pisało. No i okej, to jest po prostu inne spojrzenie na tworzenie prozy. A jeśli chodzi o metody, to Pisząca z Fiordami, czyli Kamila Ciołko-Borkowska dzisiaj omówi, a w każdym razie zasygnalizuje to wszystko, co z planowaniem utworu literackiego ma związek. Zapraszam.
[03:28:30] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z Fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór, fascynaci słowa. Witam was po takiej dłuższej przerwie. Mam nadzieję, że poświęciliście sobie ten czas na trening pisarski, ewentualnie na czytanie. To też trening pisarski.
[03:29:02] - Chciałabym was dzisiaj zaprosić po tej pauzie spotkaniowej na kolejne spotkanie, podczas którego zastanowimy się nad dość istotną kwestią. Wiem, że niektórzy powiedzą, że kwestia ta nie jest istotna, nie jest ważna na tyle, żeby skupiać się na niej podczas pisania. Jednak powiem wam, że może się to wam przydać. Ale już może do sedna, o czym mówię. Wyobraźmy sobie, że siadamy do pisania. Mamy jakiś plan, żeby coś napisać. Może nic konkretnego, ale planujemy zacząć coś pisać. I co dalej? Chcemy napisać historię o superbohaterze, który ratuje świat. Ale to jest jedyne, co mamy.
Nic więcej. Coś trzeba zrobić z tą opowieścią i nieważne, czy to jest coś, co rozrośnie się do rozmiarów książki, czy to jest coś, co będzie shortem, czy to jest coś, co będzie nowelką. To jest mało istotne wszystko, albowiem chodzi mi teraz o planowanie. O ile każdy z nas wie, że codzienność dobrze jest zaplanować, myślę, że tak samo jest z pisaniem. To, co będziemy robić, to jak będziemy budować fabułę, tworzyć bohaterów, dobrze jest sobie zaplanować. I ja nie mówię tutaj o tym, żeby to sobie wszystko rozpisać na kartce krok po kroczku, chociaż są tacy, którzy i tak to robią. Jednak to, żeby coś przynajmniej sobie rozpisać, zaplanować czy pomyśleć nad tematem bardzo się przydaje. Ale zacznę może od początku. Co może dać planowanie? Bo ja wiem, że są osoby, które piszą, takie flow mają i piszą i w ogóle nie przejmują się tym, że trzeba coś zaplanować, że trzeba coś zrobić z tym wszystkim.
Ja pisałam pierwszą książkę zupełnie bez planu, idąc na czuja, że tak powiem. I sprawiało mi to naprawdę sporą radość. Jednak drugą książkę napisałam już z niewielkim planem i nie robiłam tego planu tak konkretnie co do każdego epizodu, do każdej sceny. Był to taki plan ogólny, który bardzo mi pomógł przy prowadzeniu narracji. I powiem wam, że wiedząc mniej więcej jak to wygląda z każdej strony, mogę wam powiedzieć, że planowanie bardzo mi się przydało. Jednak wiem i powtarzam to od samego początku, każdy z nas jest inny i każdy z nas pisze, pracuje, żyje zupełnie inaczej, po swojemu. I to, co ja teraz powiem, może przydać się części z was, ale nie musi. Jak już wcześniej też wielokrotnie powtarzałam, musimy przetestować wszystkie możliwości, jakie mamy i znaleźć najlepszą dla siebie. Dlatego to, co wam teraz powiem, znalazłam sama dla siebie. Przetestowałam, przejrzałam i ja już wiem, na czym dobrze mi się pracuje, w jaki sposób mogę rozpocząć pracę nad opowiadaniem czy książką, nad czymkolwiek.
I ja już wiem mniej więcej, bo to się potrafi zmieniać też przy okazji, bo to zależy od tego, jaka to jest historia, ale to już materiał na inne spotkanie. Teraz powiem wam, że to, co wam zaproponuję, to jest coś, co możecie, nie powinniście, ale możecie wziąć na warsztat, przeanalizować, sprawdzić i wykorzystać tylko to, co wam się przyda. Jak ze wszystkim, co mówię. Bo tak jak powiedziałam, to wszystko, co tutaj teraz wam mówię, ja znalazłam sama sobie, przeanalizowałam, przemęłałam w mojej pisarskiej głowie i wykorzystałam tylko to, co mi się przyda. To samo możecie zrobić wy. I powiem wam teraz tak: co może dać to planowanie? Planowanie może dać to, że się nie zagalopujecie, nie poplączecie, nie pomylicie w całej fabule. Bo pisząc bez planu lecicie jak taki ślepy koń gdzieś przez tą historię i w sumie nic nie jest zaplanowane. Idziecie na tak zwany żywioł i w pewnym momencie okazuje się, że jest przed wami ślepa uliczka i nie wiecie co dalej. Utykacie.
Mając plan jest o tyle łatwiej, że planujecie z wyprzedzeniem to, co się będzie działo. To wszystko się i tak może zmienić, bo to tylko plan. To nie jest wykute z żelaza, ale jak najbardziej dobrze jest przynajmniej wiedzieć. Chociaż pisarz przynajmniej troszeczkę każdy planuje swoją opowieść. Ale o tym za chwilę, bo ja zaraz będę gadać bez sensu i bez ładu, więc zacznę najpierw może od tego, co ten plan może wnieść. I Powiem wam, że ta ślepa uliczka może być dobra dla waszego pisania, dla was, ale może też was przyblokować bardziej. Dlatego plan może wam pomóc na początku uniknąć tych ślepych uliczek. Może ograniczyć ich ilość, bo nawet mając plan można w te ślepe uliczki zabrnąć, ale nie planując, to na pewno będzie wielka ślepa ulica i będzie koniec. I będziecie się kręcić w tej ślepej uliczce dookoła, jakbyście biegali za własnym ogonem z fabułą, bo utknęliście. Dodatkowo planując coś, możecie zobaczyć, jaki będzie wasz bohater.
Możecie w tym momencie chociaż odrobinę bardziej zorientować się, kim on jest, bardziej go poznać. Bo to nie jest tak, że siadamy do pisania historii i my już wiemy, kim jest bohater, jaka była jego przeszłość, jakie relacje z innymi, jaka rodzina. Nie. My go tworzymy i chcemy, żeby był prawdziwy, żeby czytelnik widział, że on jest jak prawdziwy człowiek. Że czyta się książkę o kimś, kto naprawdę istnieje. Do tego dążymy, żeby ten bohater był konsekwentny. Ja wiem, że często bohaterowie nie są konsekwentni, bo i ludzie prawdziwi nie są konsekwentni, ale próbujemy zbudować takiego bohatera, który wygląda jak najbardziej realnie. I planując tę książkę, możemy sobie ułożyć w głowie przy okazji to, jaki będzie nasz bohater. Planując też, jak już wcześniej powiedziałam, unikamy tych ślepych uliczek i łączymy wszystkie ścieżki, które stworzyliśmy w głowie. To nam porządkuje całą fabułę i łączy całą historię w jedną logiczną całość.
Dzięki planowi. Ja nie mówię, że to musi być konkretny plan, zaraz rozpisany na pół zeszytu, ale żebyśmy chociaż wiedzieli, jak to będzie wyglądało. Bo książka wygląda jak taki park i idąc parkiem mamy szereg uliczek. Mamy uliczki do spacerowania i my sobie nimi spacerujemy. I powieść zbudowana jest właśnie z takich alejek do spacerowania. I naszym zadaniem jest tak zaplanować to, żeby nie było tam alejek, które prowadzą na bagna na przykład, żeby nam się czytelnik utopił. Do ciemnego lasu, żeby nie mógł wyjść, żeby to nie była ślepa uliczka, żeby musiał się cofać. To wszystko musi mieć ręce i nogi. Ten park musi być tak zbudowany, te alejki muszą być tak rozplanowane, żeby czytelnikowi zaparło dech w piersi. Ja się tego ciągle sama uczę.
To nie jest łatwe do zrobienia, jednak warto. Warto naprawdę. I przy okazji, jeśli planujemy powieść i mamy przynajmniej taki zarys sobie rozplanowany, to podczas pisania nie marnujemy czasu na wymyślanie. Wiemy już, co będzie na przykład w tej części książki i tworzymy to. Po prostu lecimy, nie rozmyślamy. „A co teraz ten bohater zrobi? A w którą stronę on powinien iść? On powinien uratować to miasto, ten świat. Ale kurczaki, coś nam tu nie wyszło i co on teraz powinien zrobić?”. Nie.
Jeśli mamy plan, to mniej więcej wiemy, co powinien bohater zrobić. To są te wszystkie dodatkowe rzeczy, które możemy uzyskać, planując. Ja nie mówię, że plan jest świętością i koniecznie musimy go mieć, bo znam ludzi, którzy tworzą bez planu i twierdzą, że jest im dobrze i są szczęśliwi i wszystko jest w porządku. Jednak jeśli nie wiecie jeszcze sami, czy jesteście fanami planowania, czy może bardziej piszecie bez planu, to warto spróbować, warto zobaczyć. I powiem wam tak, że jeśli siadamy do pisania, to już jakiś plan mamy. Mamy już zarys historii w głowie, przynajmniej większość z nas, bo to nie jest tak, że „Aha, wymyśliłem bohatera, usiądę, wymyślę do niego historię”. Siadamy do pisania i mamy już jakiś zarys. Wiemy, że chcemy napisać książkę o chłopaku, który znalazł jakieś magiczne buty i za każdym razem, kiedy je nałoży, staje się superbohaterem i dzięki temu jest w stanie uratować swoje miasto, w którym pojawia się jakiś kataklizm w tym mieście. Coś się dzieje. I siadamy, bo wiemy, wymyśliliśmy to.
To już jest początek planu. To jest bardzo dobre. To jest świetna rzecz. Dobrze jest wiedzieć mniej więcej, co będzie. I to może czasami wystarczyć. Naprawdę. Dobrze jest wiedzieć, co będzie na początku, co będzie w środku i co będzie na końcu. Dobrze jest rozplanować na przykład takie punkty zwrotne. Nie wiem, czy ja mówiłam o punktach zwrotnych już wcześniej, ale punkty zwrotne są bardzo dobrą rzeczą, którą warto zaplanować sobie wcześniej, ponieważ one ułatwiają Zdecydowanie pisanie. Zaplanowanie ich ułatwia pisanie, ponieważ wiem, że w tym momencie mój bohater zrobi to i to, i to będzie jeden punkt zwrotny.
W tym momencie on się załamie i wyrzuci buty do szafy, żeby więcej z nich nie korzystać. To będzie kolejny punkt zwrotny. W następnym momencie on załamie się, bo buty mu się zniszczą, a w następnym okaże się, że w sumie te buty są do niczego niepotrzebne na końcu, bo uratuje świat, to miasto bez butów. Dlatego dobrze jest sobie zaplanować te punkty zwrotne, ponieważ bez tych punktów zwrotnych historia będzie jałowa. Czytelnik będzie czytał ją i nic się nie będzie działo w tej historii, ponieważ zazwyczaj bohater potrzebuje takich momentów, kiedy się załamuje, kiedy odnajduje w sobie siłę. To jest bardzo dobre i to pozwala czytelnikowi poczuć, że ten bohater jest prawdziwy. Bo kto z nas się nie załamuje? Kto z nas nie ma chwil zwątpienia? Każdy! Ze wszystkim, co robimy.
Nawet jeśli idziemy do pracy, to czasami siadamy i mówimy: „Boże, co ja tu robię? Po co ja tu w ogóle pracuję? Przecież to jest nie dla mnie”. Ale jesteśmy świetni w tym, co robimy. Robimy to naprawdę rewelacyjnie, więc wkładamy te superbuty i lecimy ratować to miasto. Dopiero później się orientujemy, że te buty nam są do niczego niepotrzebne, bo jesteśmy niesamowici i bez butów. Ale w tym czasie dobrze jest te wszystkie punkty sobie zaplanować. Ja nie mówię, że to musi być konkretnie w tym a tym momencie i koniec i więcej nie. Powiem wam, że są osoby, które robią sztywny plan i są osoby, które plan edytują, pozwalają mu się zmieniać. Ja należę do tej drugiej grupy i ja na przykład pisząc moją drugą książkę, zmieniałam plan bodajże trzykrotnie w trakcie pisania.
Bo się okazywało, że coś tam będzie lepsze jednak niż to, co zaplanowałam na początku. Ale historia wyglądała mniej więcej tak, jak ją wymyśliłam na samym początku, kiedy siadałam do pisania. Fakt, że zmieniło się co nieco w środku. Ta droga, którą moja bohaterka szła do finału, troszeczkę zboczyła podczas tych wędrówek w alejkach parku. Jednak wyjście było to samo. Skończyło się na tym samym. Czyli dobrze jest mieć taki zarys: początek, środek, koniec i jakieś punkty zwrotne, w których nasz bohater będzie powoli orientował się, kim naprawdę jest. Gdzie leży problem, w jaki sposób odnajdzie sam siebie, w jaki sposób pomoże innym. Bo każda książka jest inna, traktuje o czymś zupełnie innym. Dobrze jest sobie to mniej więcej zaplanować.
Jeżeli nie będziemy tego zapisywać i rozpisywać, to przynajmniej zastanowić się nad tym, bo to już też jest takie planowanie. Nie trzeba tego spisywać. Łatwiej jest mieć to potem na papierze i wracać do tego, kiedy tracimy tę motywację. Jeśli mamy to zapisane, to dobrze jest na to zerkać co jakiś czas. Wiecie sami, jak jest z motywacją pisarską. Jest ciężko czasami usiąść do napisania czegoś, do stworzenia jakiejś historii czy kawałka fabuły, opisu, czy czegokolwiek. Więc dobrze jest mieć to spisane, zerkać na to. Ta motywacja może łatwiej wtedy wróci. Będzie łatwiej nam usiąść do tego. „Aha, w tym momencie piszę to i to”, więc usiądę i będzie mi łatwiej zdecydowanie rozpisać, jeśli wiem, co będę miał, miała do rozpisania.
Zdecydowanie to może wam ułatwić, ale nie musi. Dlatego warto mniej więcej wiedzieć co, kiedy, w którym momencie. To nie musi być zaraz konkretnie, sztywno rozpisane, jak mówiłam, ale warto jest mieć coś takiego. Niektórzy sobie wcześniej, zanim usiądą do pisania, rozpisują całość. Czyli każdy rozdział, jacy bohaterowie tam się pojawiają, co który bohater robi, jakie jest przesłanie tego rozdziału, jak się będzie wiązał z innymi. Wszystko, co ważne w danym rozdziale do książki. Jakie są ważne rzeczy, które są pisane w tej fabule, w tym rozdziale. Potem mogą wrócić i coś wykreślić. Tu jest więcej roboty chyba w tym, bo wtedy przy zmianach jakichkolwiek w danym rozpisanym rozdziale musimy bardzo często wracać do innych rozdziałów i zmieniać to, co żeśmy napisali. Pisanie takie niekonkretne, tylko planowanie ułatwia i pozwala na modyfikowanie tego w głowie.
Ale to też jest obarczone pewnym ryzykiem, bo może to spowodować, że w pewnym momencie zaplącze nam się wizja zmieniona ze starą i już sami nie będziemy wiedzieli, która wizja jest nowa, a która była stara. I może trochę się poplątać, bo mózg człowieka jest dość skomplikowany i czasem może... Wiecie jak pracuje mózg człowieka. Sami wiecie, co ja będę wam mówić. Też macie mózgi. Tak więc czasem wystarczy tylko opisać taką ogólną wizję fabuły, taką koncepcję. Tylko zamysł sam, to, co powiedziałam wcześniej, czyli ten początek, środek, rozwinięcie i koniec. Czyli ten środek, te wszystkie punkty zwrotne, o których mówiłam. Warto sobie je tak rozpisać. Nie wpisywać konkretnie, w którym momencie one będą miały miejsce, ale na przykład, że bohater, jak z tymi butami, wyrzuci, zapomni, zniszczą mu się i tyle.
I później będziemy już szli automatycznie podczas pisania do tego celu, który sobie określiliśmy, że on w tym momencie ma te buty do szafy wrzucić. To ten moment. Tu, teraz to zrobi. Ja piszę teraz o fantastyce, ale są też kryminały. Tu jest więcej planowania, myślę, bo tu już mamy tego trupa czy zbrodnię, bo nie zawsze musi być trup, ale mamy zbrodnię i musimy tak to poprowadzić, żeby rozwiązać tę zagadkę kryminalną, więc musimy ją sobie dokładnie zaplanować. Tak, żeby ona miała ręce i nogi, żeby czytelnik później nie pomyślał, że to wszystko to w ogóle psu na budę, bo w ogóle o co chodzi? To są zwłoki sobie, a detektyw sobie i w ogóle to się wszystko kupy nie trzyma. Dlatego warto sobie akurat tu, przy tych książkach kryminalnych, przy historiach kryminalnych jest, myślę, więcej roboty, bo tam trzeba to rozplanować troszkę dokładniej, ponieważ tam każda informacja, w każdej książce powinna wnosić coś do fabuły. Jednak w zagadkach kryminalnych mamy troszkę więcej, ponieważ każda zagadka, każda czynność powinna doprowadzić bohatera do rozwiązania tej zagadki. I tutaj jest trochę więcej pracy, bo tu chyba tak, jakbyśmy szli od końca, bo tego nieboszczyka mamy na początku i idziemy do końca, do rozwiązania zagadki.
To takie trochę skomplikowane, ale dobrze jest sobie to zaplanować, bo ciężko jest, zdaje mi się, pisać bez takiego przynajmniej ogólnego zarysu historii. I kiedy zaczynamy planować książkę, dobrze jest też wiedzieć mniej więcej, czy narracja w naszej historii będzie pierwszoosobowa czy trzecioosobowa, czy ten narrator będzie wszystkowiedzący, czy nie będzie wszystkowiedzący. Bo od tego zależy to, w jaki sposób napiszemy książkę. Bo jeśli chcemy przekazać jakąś historię, to dobrze byłoby używać tego narratora trzecioosobowego, niech będzie wszystkowiedzącego, bo on pokazuje historię, on pokazuje, co się wydarzyło. On ułatwia czytelnikowi poznanie całej historii. Ale jeśli zależy nam na tym, żeby pokazać emocje, relacje bohatera ze światem zewnętrznym, z tym światem stworzonym czy z innymi bohaterami, wtedy łatwiej jest korzystać z narratora pierwszoosobowego, ponieważ on nie pokazuje tego, co się dzieje, tylko pokazuje bardziej świat z perspektywy bohatera głównego. Tego, którym się posługujemy, żeby tę historię pokazać. Dlatego to jest istotne, żeby to też sobie rozplanować. Bez tego jest ciężko, bo wtedy jest tak, że na przykład piszemy 50 stron historii i nagle się orientujemy, że w sumie to nie pasuje, bo lepiej byłoby zrobić to z narratorem trzecioosobowym, bo pierwszoosobowy nie pokaże dokładnie, w jaki sposób otoczenie wpływa na tego bohatera, że on zorientował się, że te buty mu są w ogóle niepotrzebne. To też jest bardzo istotne, co chcemy pokazać i jak chcemy do tego dojść.
Dlatego to jest dość ważne, żeby rozplanować to sobie, przemyśleć, zanim usiądziemy do pisania książki czy historii. Musimy też zaplanować. Tu jest bardzo dużo rzeczy do myślenia, do zaplanowania. Musimy zaplanować świat przedstawiony. Jak będą wyglądać, jak się będą zachowywać, jaka będzie prawda o naszych bohaterach, o antagonistach. Jakie będą cele tych wszystkich bohaterów. Bo to nie jest tak, że każdy się pojawia bez celu. Przynajmniej główny bohater powinien mieć cel. Każdy z tych bohaterów, którzy się pojawiają, powinien mieć jakiś cel do osiągnięcia w naszej książce. Bo tak bez celu, to co?
Nikt z nas nie żyje bez celu w prawdziwym życiu, więc nasi bohaterowie, jeśli chcemy pokazać, że są prawdziwi, też te cele powinni mieć. Taka ważna rzecz. Spotkałam się z historią taką, że trzeba zacząć od zakończenia. Nie za bardzo mi to odpowiada, ponieważ ja jestem za tym, żeby rozplanować sobie po kolei wszystko, jak leci i mogę zacząć od początku, czyli od bohatera i później dopiero planować koniec, ewentualnie planować od początku do końca. To, żeby zacząć plan od końca to nie zawsze, ale mogę wam poradzić, że można i tak spróbować, że może warto zerknąć najpierw na koniec historii i później sobie rozplanować, jak do tego końca będziemy dochodzić. Można i tak, aczkolwiek dla mnie myślenie od końca jest dość skomplikowane i ja chyba nie dam rady. Możecie też, ale o tym musicie pomyśleć wcześniej, mieszać gatunki. Tylko musicie trzymać się tego. Musicie być konsekwentni. To powtarzam od samego początku.
Jeśli zaczynacie coś robić, to bądźcie konsekwentni. Trzymajcie się tego cały czas. Jeśli mieszacie gatunki, bo w dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć książkę, która trzyma się tylko jednego gatunku. Dzisiaj bardzo popularne jest mieszanie gatunków, że na przykład coś jest fantastyczne z kryminałem, z obyczajem. Takie miksy są bardzo popularne, więc jeśli będziemy planować pisać coś, na przykład komediowego z kryminałem, to trzymamy się tego przez cały czas pisania książki. Musimy o tym pamiętać przy planowaniu, że musimy tak to wszystko zaplanować, żeby przez cały czas, jeśli piszemy komedię z kryminałem połączoną, że to musi przez cały czas być ta sama konwencja i trzeba tak to rozplanować, żeby wszystko dokładnie do siebie pasowało. Takie logiczne, nie? Są ludzie, którzy mówią, że należy sobie napisać streszczenie. Ja nie piszę streszczeń, ja robię tylko plan ramowy. Mnie osobiście plan ramowy wystarcza, ale jeśli wam nie wystarczy tylko plan, dobrze jest sobie rozpisać streszczenie.
To nie musi być nic dużego, po prostu jedna kartka A4, żeby mniej więcej zobaczyć, jak ta historia będzie przebiegała. To później może się przydać przy wysyłaniu propozycji do wydawnictwa. Dlatego jeśli planujecie w sposób taki ciągły, że piszecie nie planem, a streszczenie historii, to też jest dobrze. Jeśli wam to pasuje, to jak najbardziej skorzystać z tego i nie patrzeć, jak to robią inni, bo może inni robią to zupełnie taką drogą, która dla was nie jest odpowiednia. Spotkałam się też z historią, że bez planowania można napisać short, ale ja osobiście powiem wam, że nawet short warto zaplanować. Bo ja, jeżeli wymyślam historię, nawet short, ja nie piszę długich opowiadań. Wszystkie moje historie, które napisałam, wszystkie opowiadania to są głównie shorty. Aczkolwiek jeżeli nie shorty, to jakieś takie coś pomiędzy shortem a zwykłym opowiadaniem. I te moje opowiadania zazwyczaj też sobie planuję w głowie. Ja nie rozpisuję ich jakoś na papierze, tylko planuję je w głowie.
Jak to będzie wyglądało, jak będzie przebiegała historia i jak będzie wyglądało zakończenie. Fakt, że to też się może zmienić w trakcie pisania. Jednak warto sobie w głowie ułożyć historię. Bo nie tylko pisaniem książek człowiek żyje. Niektórzy piszą opowiadania i pisanie opowiadania a książki jest zupełnie inne, bo to zupełnie inny kaliber pisania. Jednak dobrze jest też sobie to nieco zaplanować, też obmyśleć bohatera, fabułę, antagonistę. Bo na opowiadaniach bardziej widać niedociągnięcia niż na książkach, bo to krótka forma, więc jeśli coś będzie leżało, to zdecydowanie czytelnik bardzo szybko wyłapie to, co jest nie tak w tym opowiadaniu. Bo czytelnik nie jest głupi, autor nie może traktować tak czytelnika. Czytelnik jest inteligentny, on wyłapie takie rzeczy. Dlatego warto sobie zaplanować, nie rozpisywać jak przy książkach, bo przy książce jest troszkę więcej roboty, bo to jest praca na dłuższy czas pisanie książki.
Opowiadanie to jest krótsza zdecydowanie. Ja nie mówię, że to jest jeden dzień, bo u niektórych pisanie opowiadania to jest powiedzmy tydzień albo kilka tygodni, bo to zależy, jakim tempem się pisze. Wszystko jest względne. Jednak pracę nad opowiadaniem wykonujemy w głowie i musimy też pamiętać o tym wszystkim, co planuje się też do powieści, czyli bohaterowie, świat przedstawiony, jakieś tam punkty zwrotne. Bo w opowiadaniu też jest punkt przynajmniej jeden zwrotny gdzieś tam, bo przecież nie może być bez tego historii, bo to nawet w życiu mamy punkty zwrotne. Więc tak to trzeba sobie rozmyśleć, bo już samo myślenie o historii jest planowaniem. To nie jest tak, że planowanie to tylko siedzenie z długopisem czy nad klawiaturą i klikanie, co będziemy po kolei pisać. Myślenie o historii, chodzenie z tą historią w głowie, planowanie w głowie to już jest praca nad tym planem. Takim małym planem, planowanie planem. Ale rozmyślanie o historii jest już planowaniem.
To takie logiczne. Więc jeśli usiądziemy czy nawet będziemy chodzić, bo to tam nie wiem, jak pracujecie, ale jeśli myślimy o tym, jak ta historia będzie wyglądała, to to już jest planowanie. To jest bardzo dobre, tylko przy książce warto to sobie rozpisać, żeby potem do tego wracać. A przy opowiadaniu, które jest krótką formą, warto mieć to w głowie i do tego wracać. To nie jest skomplikowane najczęściej, dlatego warto o tym pamiętać. I czy coś jeszcze? Słuchajcie, jeśli piszemy na przykład opowiadanie czy powieść historyczną, to warto sobie przy planowaniu rozpisać to, do czego się odnosimy. Jeśli umieszczamy historię Jeżeli umieszczamy historię w miejscu rzeczywistym, prawdziwym, to musimy tak ten plan pociągnąć, żeby nie było luk i żeby nie było baboli przy konstruowaniu tych miejsc rzeczywistych. To trzeba też tak sobie rozplanować, żeby nie było dziur, błędów historycznych, błędów w rzeczywistości. Jeżeli chodzi o rzeczywistość prawdziwą.
Jeśli piszemy o miejscach prawdziwych. I tyle. Co jeszcze? Co ja tu jeszcze mogę wam powiedzieć? Niech ja pomyślę. Tak, zapomniałabym o jednej ważnej rzeczy. Ja osobiście robię szybkie notatki w zeszycie. Znam osoby, które mają tablicę korkową i przyczepiają do niej karteczki. Takie te małe, samoprzylepne albo inne przypominajki i używają tych karteczek. Inni rozpisują sobie na kartkach A4 i układają wszystko na podłodze i widzą, jak to wygląda, bo mają porządek.
Warto jest mieć porządek w notatkach, w planach, bo wtedy nie marnuje się czasu na szukanie pewnych informacji, danych, które mogą być potrzebne. Ponieważ ja rozplanowuję sobie też cechy charakteru bohaterów, zapisuję w planie, jakie są relacje, co było w przeszłości u danego bohatera, co wpłynęło na dane zachowanie teraz. Czyli planuję wszystkie rzeczy, które będą mi niezbędne w tej historii. I ja to mam w zeszycie i wszystkie odpowiednie rozdziały, czyli plan, każdy z bohaterów, zaznaczam sobie taką fiszką, które można kupić w księgarniach. Przyklejam tą fiszkę i w momencie, kiedy szukam, otwieram na odpowiedniej fiszce i czytam, co dany bohater czy bohaterka robi w życiu. Akurat szukam tego, co jest mi potrzebne. Inni korzystają z tablic korkowych i mają podzielone na trzy elementy: plan, bohaterowie, powiązania. I to wszystko tam sobie rozklejają, przypinają tak, żeby im to pasowało, żeby kiedy usiądą, mogli widzieć, jak to wygląda. Używają konkretnego koloru. Każdy bohater ma dany kolor karteczki albo każda historia ma dany kolor karteczki.
To zależy, jak to widzą. Tak to rozplanowują, żeby kiedy usiądą do pisania, widzieli wszystko na tej tablicy. Żeby oni tą historię widzieli, bo to ma wam ułatwić. Takie planowanie ma ułatwić pisanie. Jeśli piszecie na takich kartkach formatu A4, to też dobrze jest używać różnych kolorów długopisów, żeby podzielić sobie dany fragment czy daną kategorię, o której akurat piszecie. Jeśli piszecie plan, niech to będzie na przykład niebieskie. Jeśli bohaterowie, każdy może mieć swój kolor. Ja nie mówię, że to musi być konkretnie tak, jak mówię, ale to może być punkt wyjściowy do waszej własnej formy planowania powieści czy opowiadania. Dlatego korzystajcie z tego, co tu wam przedstawiłam. Sprawdzajcie, co jest dla was najlepsze, a później wyciągajcie to, modyfikujcie i piszcie, żeby czytelnikom zapierało dech w piersiach.
No dobra, to chyba byłoby na tyle w kwestii planowania. Dziękuję wam za to spotkanie i do zobaczenia następnym razem. Dobra?
[04:03:40] - Cykl „Nie wiem co to poezja” to już jest pewna tradycja w Bibliotekarium 2.0. Od razu dodam, że tradycja, która na czas wakacyjny zostanie przerwana, ale po to, żeby odrodzić się w nowym roku akademickim. Dzisiaj zapraszam państwa na spotkanie z Adamem Siemińczykiem. A zatem Krystyna Śmigielska i cykl „Nie wiem co to poezja”.
[04:04:22] - Nie wiem co to poezja. Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy gość „Nie wiem co to poezja” będzie prowadził z nami rozmowę z Wysp Brytyjskich. Trochę przekornie mogłabym powiedzieć, że nasza audycja przekracza granice. Jednak nie byłoby to do końca prawdą, ponieważ nadal pozostajemy w kręgu polskich rodzimych poetów. Wędrówka ludów trwa i właściwie w każdym zakątku kuli ziemskiej możemy napotkać naszych. Przebywanie na emigracji bywa często bardzo bolesne, a nostalgia staje się uczuciem dominującym, utrudniającym normalne funkcjonowanie. Chcąc poradzić sobie w nowych warunkach, pozbyć się wrażenia wyalienowania, dobrze jest znaleźć w sobie jakieś talenty
[04:05:29] - Pasje i skrzętnie je rozwijać. Myślę, że właśnie dlatego możemy spotkać tylu utalentowanych ludzi na obczyźnie. Malarzy, pisarzy, poetów, którzy właśnie tam, zajmując się inną swoją pracą zarobkową, w wolnych chwilach tej pasji swojej się oddają. Często też gromadzą się w różnego rodzaju grupy twórcze. Przedstawicielem artystów na obczyźnie jest nasz dzisiejszy gość, pan Adam Siemieńczyk. Dobry wieczór, panie Adamie. Czy mógłby nam pan zdradzić, gdzie się pan obecnie znajduje?
[04:06:18] - Dobry wieczór jeszcze raz. Dziękuję za zaproszenie. Znajduję się, jak pani mówiła, na Wyspach. Mieszkam w Sussex, to jest nad Morzem Północnym. Natomiast działalność poetycką jako taką głównie prowadzę w Londynie. Nasze spotkania się odbywają w ramach Poezji Londyn.
[04:06:38] - Pan Adam Siemieńczyk jest malarzem, poetą, redaktorem, ale też jest organizatorem życia artystycznego, założycielem Poezji Londyn, autorem monografii krytycznych opisujących twórcze poczynania nie tylko poetów na obczyźnie, ale również tych mieszkających w kraju, jak i tych, którzy są spoza naszej kultury. Na swoim koncie posiada wydane drukiem tomiki poezji, wiele artykułów krytycznych, wiersze, które publikowane były w różnego rodzaju czasopismach polskich, angielskich i podejrzewam, że też może i hiszpańskich czy portugalskich oraz zamieszczane w antologiach. Zacznijmy naszą rozmowę pytaniem, czy z tą nostalgią rzeczywiście tak jest, jak przed chwilą mówiłam?
[04:07:37] - Czy spełnia to funkcję terapeutyczną? Pewno tak. Natomiast spełnia jeszcze inne funkcje. Poezja tworzona za granicą ma jedną cechę różniącą od poezji polskiej pisanej w Polsce. Otóż myśmy musieli sobie zadać po raz więcej pytanie o naszą tożsamość, kim jesteśmy, po to, żeby móc o tym opowiedzieć ludziom w obrębie, których się obecnie znajdujemy. I to skłania nas do zastanowienia, do przyjrzenia się i temu, kim jesteśmy, jak również rola języka zmienia się, ponieważ z tego, co ja widzę, nawet jeśli poeci za granicą czy w Polsce traktują poezję jako coś terapeutycznego, ale potem jeszcze zostają z tym wierszem, czyli ta funkcja poezji jest szersza. I ta zagadka, dlaczego właśnie ludzie poświęcają często całe życie, żeby być poezją w jej obrębie, to jest tajemnica, która mnie pociąga w tym, żeby czytać poezję, tworzyć poezję, poznawać poetów. Pierwszym moim tomikiem, który się ukazał, to był tomik „Powiedz mi, kim jesteś”. Jest to zbiór wierszy, które towarzyszą obrazom olejnym. Postanowiłem zrobić wystawę obrazów.
Spędziłem długi czas w pracowni i powstawały również do obrazów wiersze. Ja już wtedy miałem ponad 30 lat i wydaje się, że tak późno zacząłem pisać, ale jak pani mówi, to było pierwsze wydanie, pierwsza publikacja w formie tomiku. Te wiersze były potem przetłumaczone przez poetkę Decybińską na język francuski i razem pojechały ze mną do Francji. Były pokazywane w Bric à Brac w Amiens w formie teatralnej i one otworzyły mi świat na spotkanie z publicznością, na dalsze publikacje. Ale początki twórcze były kilkanaście lat wcześniej, jeszcze jak byłem w szkole średniej, gdzie poznałem świat poezji, poznałem poetów, przyjaźniłem się z nieżyjącym już dzisiaj Michałem Szachowiczem, poetą z Białegostoku. I myślenie o poezji już we mnie było od zawsze. Narodziny dziecka to nadzieja na lepszy świat. Kim jest Sania? Tego nie wiemy. Może poprzez wojnę musiała odejść z chóru, rozstać się z ojczyzną.
Wyrwa w życiu tak wielka ponoć może spowodować nawet śmierć. Co czuje osoba spotkająca po latach oprawcę, który oświadcza, że jeszcze raz dopuściłby się zbrodni? Wojny trwają nieustannie. Płoną domy. Jak sprzeciwić się okrucieństwu? Nawet podczas najbardziej okrutnego czasu ludzie kochają, pragną, tęsknią. Walczą. Zadziwia siła życia, siła miłości. Mimo wszystko. Poranne nadzieje.
Wyprowadzanie psa. Obiad. Spacer. Pieczenie ciasta. Odrabianie lekcji. Latawce. Wieczorne smutki. Nucenie do snu. Wtedy przejawia się piękno i sens istnienia. Są ludzie, którzy sądzą, że trzeba zabić, aby żyć.
Są też tacy, którzy twierdzą, że aby żyć, trzeba żyć.
[04:12:23] - W 2012 roku został pan uhonorowany Światową Nagrodą Dnia Poezji. Proszę powiedzieć nam, co to jest za wyróżnienie i za jakie działania je pan otrzymał.
[04:12:36] - Ta nagroda jest to Nagroda Światowego Dnia Poezji UNESCO i ona jest przyznawana na wniosek „Poezji dzisiaj”, czyli pisma literackiego warszawskiego, którego głównym redaktorem jest Aleksander Nawrocki. On od 1999 roku organizował spotkania właśnie Światowych Dni Poezji pod egidą UNESCO. Pierwszym laureatem był ksiądz Jan Twardowski. Następnymi byli tacy ludzie jak Roman Siwonik na przykład, czy Bohdan Wrocławski, czy Stefan Jurkowski, czy Jacek Pygan, Adam Lizakowski. Ta nagroda jest za tomik wierszy. W tym przypadku to był konkretnie za tomik wierszy „Zakrzyki”.
[04:13:38] - Czyli znajduje się pan w bardzo zacnym gronie wyróżnionych. I to wyróżnienie rzeczywiście jest wyjątkowo atrakcyjne. Na pewno otwiera przed panem nowe perspektywy. W takim razie porozmawiajmy o czymś, o czym już tutaj wspomnieliśmy, czyli o Poezji Londyn. Kogo ona gromadzi? Jakie są jej cele? I może jakie już osiągnięcia?
[04:14:11] - Poezja Londyn jest to grupa ludzi połączonych wspólnotą wartości. Nie jesteśmy grupą formalną. Zaczęliśmy z moją siostrą Martą Brassard kilkanaście lat temu organizować spotkania w Londynie. Najpierw na tak zwanym zielonym dywanie, czyli w prywatnym domu, czyli w salonie na zielonym dywanie. Zaczęli przychodzić ludzie. Czytaliśmy wiersze. Zaczęliśmy to robić regularnie. Potem dostaliśmy propozycję, żeby się pokazać na zewnątrz. Zrobiliśmy pierwsze duże przedstawienie poetyckie, gdzie zaprosiliśmy poetów, którzy już zaczęli się pojawiać na naszych spotkaniach. Potem nawiązaliśmy współpracę.
Dostałem stronę całą na łamach The Polish Observer w Londynie, gdzie regularnie opisywałem poetów, zamieszczałem wiersze, dzieła plastyczne ludzi związanych z grupą, aforyzmy, eseje, wywiady. Potem do takiej dość regularnej współpracy zaprosił nas pan Tomasz Wybranowski z Dublina, do swojego radia i też relacjonował nasze działania. Potem stworzyliśmy pomost między Londynem a Warszawą, właśnie z „Poezją dzisiaj”, z panem Aleksandrem Nawrockim, z panią Barbarą Jurkowską-Nawrocką. Potem zaczęliśmy jeździć na festiwale, czy to do Warny, czy do innych krajów, poetyckie. Powstało kilkaset artykułów, szereg publikacji. Najpierw poszczególnych wierszy, potem tomiki. Takim ukoronowaniem opisywania ludzi związanych z Poezją Londyn jest książka „Piękni ludzie. Poeci mojej emigracji”, gdzie jest zaprezentowanych 59 sylwetek w formie esejów. I to są ludzie z ponad 20 krajów, mieszkający w ponad 20 krajach, którzy przyjeżdżali do nas do Londynu, których myśmy odwiedzali w ich krajach.
[04:16:35] - Czyli Poezja Londyn to nie tylko poezja emigracji polskiej. Rozumiem, że do tej grupy nieformalnej, jak pan zaznaczył, może należeć każdy chętny.
[04:16:46] - Tak. Ogłosiliśmy informację, że zapraszamy do wspólnych działań poetyckich, że piszę książkę na temat poezji poetów współczesnych. I ludzie się zgłaszali. Zaczęliśmy robić wyjazdy z Martą. Jeździliśmy najpierw do Bedford, do miejscowości okolicznych czy do Slough, do Castle, do innych miast. Robiliśmy spotkania w Londynie. Też przyjeżdżały do nas osoby z innych krajów, więc myśmy odpowiadali na te proszenia. Poezja Londyn nie koncentruje się tylko na poezji polskiej, na pewno. Zresztą jesteśmy też członkami Akademii Literatury i Sztuki Spańskiej z siedzibą w Warnie, która skupia kilkanaście Poetów z kilkunastu państw, z grup państw słowiańskich, więc z natury rzeczy jesteśmy otwarci na inne kraje. Szukał jej w znaczeniu słów, wiedzy, zdarzeniach, faktach, pamięci.
Odkrywała ją się w brzmieniu, dźwiękach, barwie, oddechu, ruchu, śmiechu, radości, oczekiwaniu, obecności.
[04:19:31] - W takim razie wróćmy, bo już też to było pomknięte, do pana pasji malarskiej. Interesuje mnie to połączenie malarz-poeta. Czy posiadając dwa talenty w różnych przecież bardzo dziedzinach sztuki, czy to nam pomaga, czy to nas rozprasza? I co by pan wolał: namalować obraz inspirowany wierszem czy napisać wiersz inspirowany obrazem?
[04:20:05] - Jako poeta odpowiem, że jeden wiersz to tysiąc obrazów.
[04:20:14] - To jednak.
[04:20:14] - W odróżnieniu od ogólnego pojęcia, że jeden obraz to tysiąc słów. Jeszcze będąc w szkole średniej zajmowałem się rysunkiem eterycznym i to był mój taki kontakt z publikacjami. Nawet uczestniczyłem w wystawie z Andrzejem Mleczką. I rysunek, potem malarstwo jest bardzo pociągające. Mnie najbardziej ta sensualność tworzenia pociąga. Na przykład tworząc oleje, pastele, rysując pastelami olejnymi używamy ciepła palców, żeby je rozgrzać. Ten dotyk papieru, dotyk tego pigmentu. Robiłem też szereg wystaw w Polsce czy we Francji, bo miałem i w Amiens, i w Paryżu. Też przyjęto mnie do Maison des Artistes. Mieszkałem w Paryżu.
Natomiast ja nie czuję się malarzem. Malarstwo traktowałem jako poznanie tego misterium. Bycie obok. Przyjrzenie się temu procesowi tworzenia, dochodzenia do tej granicy magii, z którą się styka twórca, malarz.
[04:21:54] - Czyli malarstwo jednak pan traktuje bardziej jako taką ilustrację swoich działań twórczych w innych dziedzinach, właśnie choćby w poezji. Dobrze zrozumiałam?
[04:22:08] - Tak. Wie pani, ja się czuję po prostu dobrym malarzem. Fascynuje mnie ten świat malarstwa. Poprzez bycie w tym, robienie wystaw, siedzenie pół roku na przykład tylko i wyłącznie w pracowni, żeby przygotować wystawę, człowiek zapoznaje się z pewnymi pojęciami, z których potem korzysta. Ale nie mogę pani powiedzieć, że ja jestem. Tak jak mogę pani powiedzieć, że jestem poetą, tak nie jestem artystą malarzem.
[04:22:39] - Dziękuję. Proszę wymienić nam wszystkie swoje publikacje. Chodzi mi o tomiki zwłaszcza poezji, bo tak już o jednym rozmawialiśmy, ale żebyśmy tak poznali wszystkie bardzo króciutko. Ile ich jest i kiedy zostały mniej więcej opublikowane.
[04:22:56] - Proszę bardzo. Więc już ponad 35 lat temu pierwsza publikacja to były rysunki jeszcze z okresu szkoły średniej. Rysunki, które były publikowane w Kurierze Podlaskim u pana Andrzeja Kobiary, już nieżyjącego, czy w Niwie w tłumaczeniach na białoruski. W Białymstoku jest białoruskojęzyczny magazyn. I rysunki, które klamrą taką spinającą całą książeczkę to jest alkohol i alkoholizm, który dotykał, dotyka.
[04:23:37] - Tak, tamte tereny to już tak, oczywiście.
[04:23:41] - Wiadomo.
[04:23:42] - Wiadomo.
[04:23:44] - Pierwszym tomikiem był „Powiedz mi, kim jesteś”. Jest to ponad czterdzieści wierszy. Współtowarzyszące są im obrazy olejne. Ukazało się to również w tłumaczeniu Marty Cywińskiej, świetnej poetki, na język francuski i tam było też pokazywane, jak wspomniałem. Następnym tomikiem było „Pomiędzy”. Ukazało się również w tłumaczeniu na język francuski Marty Brassard. I to jest zbiór kilkunastu tekstów, które w zależności od tego, jak zmienimy znaki przestankowe, są albo opowieścią, albo rozmową kochanków, albo kłótnią. I to zostało pokazane w formie spektaklu teatralnego w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku w reżyserii Marka Tyszkiewicza, a we Francji w Amiens w Théo Lagrange, takiej instytucji w reżyserii Lubiego Maszewskiego wspólnie z Labor Teatrem. Potem były „Zakrzyki” wydane po polsku i po angielsku. To było zaprezentowane w Anglii.
Za to właśnie dostałem Nagrodę UNESCO. Prezentacja tego tomiku nastąpiła w pięknym otoczeniu, gdzie Anna Maria Huszcza stworzyła kompozycję. Wykonywał to Aleksander Nawrocki, a potem niedawno jeden z wierszy wykonała pani Joanna Freszel, sopran. Wspaniała artystka, też do kompozycji pani Anny Marii Huszczy. Następną pozycją był „Miś”. Bajka. Zostało to wydane przez panią Elżbietę Karczewską, przez Związek Esperantystów i Książnicę Podlaską w czterech językach: polskim, angielskim, niemieckim i podstawowym esperanto, bo to było najważniejsze. To było moje pierwsze zetknięcie się z twórczością dla dzieci. Potem z panią Bytą zrobiliśmy małe spotkanie w przedszkolach, w szkołach, nawet w szpitalu. I to było i jest cały czas, bo te spotkania się odbywają, wspaniałe doznanie.
Następną książką są eseje o poezji. Jest to książka „Piękni ludzie. Poeci mojej emigracji”. Jak wspomniałem, 59 esejów, około 400 słów na temat każdego z poetów. Okładkę zrobiła wspaniała ilustratorka Ewa Benek. I ta książka otworzyła mi drzwi na festiwale poetyckie w Europie. Potem miałem tomik „Mosty” wspólnie z Grażyną Winniczuk. Teraz przygotowuję monografie na temat twórczości innych poetów.
[04:27:05] - Przerwę panu, bo to właśnie jest następne moje pytanie. Panie Adamie, te monografie krytyczne są bardzo ciekawą sprawą. Jeżeli zabiera się za taką pracę sam poeta, myślę, że będą bardzo wnikliwą analizą twórczości. W programie omawiającym, opisującym sylwetkę i twórczość Łucji Dudzińskiej wspominaliśmy o przygotowywanej do druku monografii, którą pan poświęcił właśnie twórczości naszego gościa. Interesuje mnie praca nad samą monografią, zbieranie materiałów, dokumentacji, przeprowadzanie rozmów. Interesuje mnie też to, na co pan kładzie szczególny nacisk w tej monografii. Bo wiadomo, monografia opisuje działania twórcze jednego artysty, ale ten, kto opisuje, też zawsze kawałek swojej duszy musi włożyć. Więc gdzie my w tych monografiach możemy znaleźć ten kawałek pana?
[04:28:16] - Przeczytam dwie historie. Jedną z nich na temat właśnie Dudzińskiej, a drugą na temat Petera Green'a. Ja jestem człowiek lasu. Nie jestem człowiekiem gór ani morza, ani jezior. Jestem człowiekiem lasu. Lubię las, lubię przebywać w lesie. I mam taki obraz wewnętrzny, który myślę, że wiele osób ma w sobie. To jest bycie w lesie, bycie na torach kolejowych, które gdzieś potem kończą się w jakimś nieskończonym lesie, przez jakieś dukty, przez jakieś mosty te tory wiodą. I to poczucie tajemnicy tej drogi, tych torów, ten zapach podkładów kolejowych, latem zapach malin czy zapach ziół, czy kwiatów wokół tych torów kolejowych. I jest coś takiego, jak się stoi na tych torach, jak się patrzy w tą dal.
Jest jakaś tajemnica, jest jakaś tkliwość, ale też jakiś lęk, jakieś uczucie, które trudno nazwać. I pamiętam, jak usłyszałem wiersz, który pozostawił we mnie ten smak smolisty, smak podkładów kolejowych w ustach. I zdałem sobie sprawę, że zostało poruszone we mnie coś To tkwiło wewnątrz mnie od dawna. Być może tkwi to w każdym człowieku. Być może pani też jest właściwe posiadanie takiego odczucia. I to jest właśnie ten motor do pisania poezji, że coś staje poruszone i człowiek chce tym podążać, chce dociec odpowiedzi, kto to stworzył, dlaczego to stworzył. Ta świadomość, że ktoś dotknął tego pulsu życia, czegoś, co w nas jest. Czyli za tym wierszem musi się kryć jakaś bardzo ciekawa osoba, być może skryta za wierszem kompletnie, być może inna w życiu niż w wierszu. I to jakby ustawia cały pryzmat potem spotkania z poznawaniem tego poety. Poznałem Łucję Dudzińską potem i potem tak sobie pomyślałem, że Łucja Dudzińska napisała taki zbiór wierszy zatytułowanych „Metamorfozy”.
I jak my odbieramy ten tomik, jak my na to patrzymy. I teraz to jest takie moje podstawowe stanowisko, że ja staram się przyglądać poezji jako czemuś, co dopiero się tworzy. Jakby zręby poezji, zręby tego, co nazywamy poezją. I teraz też jednym z założeń poezji Londyn jest docenić żyjących, ale też docenić samych siebie, czyli nas i ludzi wokół nas. I zadać sobie pytanie, czy to my musimy czerpać tylko z kogoś, a czy może nie jest też tak, że ktoś inny może z nas czerpać? Pytanie, czy my możemy tworzyć wzorce. Czy Łucja Dudzińska może tworzyć wzorce? Skoro zostaje tak silny obraz w umyśle, to ona ten obraz, wzorzec gdzieś odkryła, gdzieś w niej też jest. Potem go przetworzyła jeszcze na przestrzeni wiersza. I jak wiadomo metamorfozy, przemiany to są podstawą edukacji poetyckiej Owidiusza.
I tam jest pisanych 250 około mitów różnych. Pytanie, czy przypadkiem my też nie możemy tworzyć własnych archetypów? A być może właśnie tak jest. I to mnie fascynuje. Poszukiwanie tego zapisu pulsu życia i zapisu archetypu, czegoś nowego, czegoś, co wcześniej jeszcze było zapisane.
[04:33:06] - Trzęsienia ziemskie. Trzęsienia nieludzkie. Trzęsienia człowiecze. Ostrzeżenie sejsmograficzne. Mieszkańcy na ulicy w piżamach. Gwar rozmów. Brak ostrzeżenia. Mieszkańcy na ulicy. Nady. Dźwięk syreny.
Ostrzeżenie pulsu. Cisza na ulicy. W błękitach. Przed rozmową.
[04:35:26] - Chciałabym jeszcze zapytać o-
[04:35:28] - A drugą historię jeszcze mam też.
[04:35:30] - Nie zdążymy. Bardzo mi przykro, ale mamy jeszcze tyle pytań. Czy uczestnictwo w grupach literackich, różnego typu wydarzeniach ma dla pana jakiś taki wpływ na poszerzenie horyzontów artystycznych? I uważa pan, że bardzo dobrze wpływa na rozwój twórczy? Interesuje mnie też, co to jest Ogródek Poezji i kto do niego ma wstęp.
[04:35:57] - Więc grupy literackie. Grupa literacka to nic innego jak człowiek obok człowieka, a sztuka rodzi się w relacji. Więc grupy literackie wydają mi się bardzo ważne, bo są podstawą bycia. A to jest Ogródek Poezji. Ja się urodziłem w Gródku i tenże Gródek cały czas pozostaje we mnie, pomimo że wyjechałem już dawno temu. I Ogródek Poezji jako taki to są spotkania poetyckie, które organizujemy co jakiś czas wspólnie z Domem Kultury i biblioteką w Gródku. Mamy też Poetycką Aleję Róż, mamy też koło literackie w Gródku, mamy archiwum poezji. Można przesyłać swoje wiersze. One są tam magazynowane, prezentowane. Zawsze stanowią jakiś punkt odniesienia.
Ponoć jest coś takiego, że Gródek ma największe zagęszczenie poety na metr kwadratowy. Jeszcze nikt tego twierdzenia nie podważył i jeśli ktoś jest zainteresowany, to może zgłaszać się do pani Katarzyny Rogacz, dyrektorki biblioteki. Jest koło literackie. Spotkania się regularnie odbywają. Jeśli mamy Ogród Poezji, czyli sceniczne prezentacje, to też zapraszamy ludzi i ze świata, i z Polski i oczywiście z Gródka.
[04:37:41] - To znaczy, że będąc już wiele lat na emigracji, nadal utrzymuje pan ścisły kontakt tutaj z nami, z rodakami w kraju, a zwłaszcza ze swoimi rodzimymi terenami. No i współpracuje pan z biblioteką. Każda współpraca z biblioteką dla mnie jest zawsze cenna. Już pan tu wspomniał o Alei Róż, a ja bym chciała w takim razie zapytać, czym jest Medal Poetycki Aleja Róż? Przez kogo został wprowadzony? To już pan nam tutaj troszeczkę powiedział i chciałabym wiedzieć, kto wchodzi w skład kapituły tego medalu.
[04:38:21] - Medal jest efektem naszej idei, którą my reprezentujemy, czyli oddać szacunek nam samym, osobom nam bliskim. I jedną z takich osób jest Barbara Juchowska- Nawrocka, nasza przyjaciółka po piórze, jak również w osobistym życiu. Na medalu znajdują się wersy z ostatniego wiersza pani Barbary „Jestem tu i tam”. Na pierwszej stronie też są inskrypcje: Poetycka Aleja Róż, Ogródek Poezji, Poezja Londyn i piękno i szacunek. Piękno jako coś, do czego dążymy. Szacunek jako stan myślenia nasz. Medal ja zaprojektowałem osobiście i też z naszych własnych środków prywatnych został odlany. W kapitule mamy ponad 20 osób, więc wszystkich nie będę wymieniał, ale są to osoby z różnych krajów, z Grecji, z Bułgarii, z Ukrainy.
[04:39:38] - A kto jest honorowany tym wyróżnieniem?
[04:39:44] - Medal jest swoistym podziękowaniem za współtworzenie mojego czy też naszego świata poetyckiego. Więc są to różne osoby. To nie jest katalog poetów. Może być to na przykład uważny czytelnik czy uważny rozmówca, czy organizator. Osoby nagrodzone tym medalem są prezentowane w kulturze co tydzień. Już ponad 30 sylwetek zostało zaprezentowanych, gdzie są robione wywiady.
[04:40:19] - Czyli są to ludzie, którzy po prostu zasłużyli się w jakiś sposób kulturze, obojętnie w jakim charakterze. Dobrze zrozumiałam? Może nie jakimiś wielkimi zasługami, ale jakieś tam piętno swoje-
[04:40:36] - Wie pani, przestrzeń wiersza jest rzeczą bardzo złożoną, wrażliwą, skomplikowaną. Żeby wiersz mógł zaistnieć chociażby przed wysłaniem do redakcji książki, ktoś musi to przeczytać, wyrazić swoją opinię. Są to osoby często anonimowe i my takie osoby nagradzamy. Pokazujemy je światu, bo one są ważne. One tworzą ten świat poetycki i osoby, które znajdują się w kapitule. Jedną z cech jest to, że mogą same wręczyć ludziom taki medal, którym w ich rozumieniu rozwijają ich świat poetycki. To jest przywilej bycia w kapitule.
[04:41:25] - No to bardzo piękna jest-
[04:41:29] - Mamy kilka takich medali. Sądzę, że ta idea będzie dalej rozwijana. Będą robione kolejne medale.
[04:41:36] - Wie pan, czasem ci ludzie właśnie są najważniejsi. Ci, których nie widać w sztuce. A ja bym chciała tak szybciutko, bo tu już naprawdę czas nas goni. Zostały nam dokładnie dwie minuty i to już jesteśmy poza czasem. Chciałabym, żeby pan szybciutko nam powiedział to, co w pana twórczości pan uważa za najważniejsze.
[04:41:57] - Za najważniejsze uważam pochylenie się nad poezją. Albo pisanie wierszy, własna twórczość albo okazanie tego, że można się pochylić nad poezją innych twórców, że to też jest ważne, żeby czytać wiersze innych.
[04:42:19] - Oczywiście. A proszę mi w takim razie powiedzieć, w jakim języku pan tworzy?
[04:42:25] - Ja piszę po polsku.
[04:42:26] - Po polsku.
[04:42:26] - Piszę po polsku. Dla mnie język polski jest najważniejszy, ale właśnie po to, żeby pokazać, że wychylam się w stronę innych, napisałem jedną książkę, analizę wierszy w języku rosyjskim i teraz przygotowuję też książkę w języku angielskim, gdzie prowadzę analizę w języku danej osoby, żeby pokazać, że przychylam się, że jest to możliwe, żeby się pochylić do innej kultury, do innych znaczeń.
[04:43:04] - Dobrze.
[04:43:05] - Ale nie traktuję tego jako swój własny język.
[04:43:56] - Mówiła wieloma językami. Miała gibką linię. Łagodny dotyk. On jej słów nie rozumiał. Nie widział jej spojrzenia. Nie mógł czuć ciepła jej dłoni. Do dziś nie wiadomo, czy on jej szukał. Czy ona znalazła drogę. Opowiadała alfabet sekretnym kodem, dźwiękami z różnych stron świata. Ożyła w barwie głosu.
W kształcie liter. Milczeniu. Ciszy.
[04:46:12] - Zapytam jeszcze szybciutko, bo wiem, że pana utwory znajdują się też w antologiach wielojęzycznych. Czy uważa pan, że to jest trafny pomysł, żeby poeci z różnych krajów bądź z dwóch, trzech krajów w jednej antologii obok siebie zaistnieli?
[04:46:30] - Tak.
[04:46:31] - Rozwija to nas, prawda?
[04:46:33] - Wie pani, tutaj to wygląda w różny sposób, bo antologia może zawierać tłumaczenia na przykład wierszy z kilkunastu języków na język angielski i stanowić jakiś przekrój. Też może być zbiorem dwujęzycznym, czyli wiodącym językiem jest na przykład polski, a innymi językami są właściwe języki danego poety. I one za każdym razem wymuszają spojrzenie na inne kultury, na inne wiersze. I to jest istotne.
[04:47:18] - Istotne. Ja powiem tak, że wie pan, nawet melodyjność w różnych językach jest inna, jeżeli chodzi o poezję. I choćby nawet wsłuchanie się w tą odmienną melodię może być bardzo ciekawe. Panie Adamie, ostatnie pytanie i już kończymy. Szukamy w naszej audycji wyjaśnienia, czym właściwie jest ta poezja, bo my tutaj nie wiem, ile razy dzisiaj użyliśmy tego słowa, prawda? Czym dla pana właściwie jest poezja? Bo program nosi tytuł „Nie wiem, co to poezja”. Może pan wie konkretnie? Zna ten fenomen? Zna definicję poezji?
A może ma pan swój wiersz, którym pan tą poezję w jakiś sposób scharakteryzował?
[04:48:04] - Próbując powiedzieć jak najbardziej skrótowo: poezja to jest rozmowa z drugim człowiekiem w obecności absolutu.
[04:48:14] - Mamy piękną definicję i ją zachowamy. Bardzo panu dziękujemy. Już tych definicji zebraliśmy w naszych programach kilka. Mam nadzieję, że kiedyś mi się uda zebrać je wszystkie i państwu przedstawić, bo bardzo ciekawa i bardzo trafna definicja poezji. Przekroczyliśmy dzisiaj trochę czas znowu. Serdecznie jednak dziękuję za tak miłe i wyczerpujące spotkanie naszemu dzisiejszemu gościowi, panu Adamowi Siemieńczykowi, który tak pięknie przybliżył nam życie na obczyźnie i tworzenie na tej obczyźnie. Ale nie tylko. Przede wszystkim pokazał nam, że będąc daleko, możemy dalej kochać Polskę i z tą Polską być związani. Czekamy też z niecierpliwością na monografię o twórczości pani Łucji Dudzińskiej. Jest ona tu już drugi raz zapowiadana w naszym programie.
Mam nadzieję, że jeżeli zostanie wydana, ukaże się drukiem, to będziemy mogli naszych słuchaczy poinformować, że jest już dostępna. Państwu serdecznie dziękuję za uwagę i za wspólnie spędzony czas. Panie Adamie, jeszcze raz dużo przepięknych wierszy i wspaniałych przeżyć literackich, wspaniałych obrazów i wszystkiego, co najlepsze życzymy panu wszyscy słuchacze, wierni słuchacze naszej audycji „Nie wiem, co to poezja”. Dobranoc, panie Adamie i bardzo serdecznie dziękuję.
[04:49:57] - Dziękuję bardzo za zaproszenie. Dziękuję bardzo słuchaczom za wysłuchanie i zapraszam do śledzenia dalszych programów.
[04:50:08] - Będziemy z całą pewnością też śledzić pana dalszą karierę i wszystkie twórcze poczynania. Dobranoc panu. Dobranoc państwu.
[04:50:17] - Dobranoc.
[04:50:20] - No i już słyszę. Mówi się oczami wyobraźni, ale to w tym wypadku chyba uszami wyobraźni. Słyszę w każdym razie jakieś tam takie głosy, które mówią: „Ale gdzie jest literatura w tym całym Bibliotekarium? Zawsze były opowiadania, gdzie one są?” Okej, rozumiem. Zapraszam państwa na opowiadanie Bruno Kadyny „ Dyniak”, czytane przez autora. I powiem tak, jeśli ono nawet było już emitowane w ramach Bibliotekarium 2.0, czego nie wykluczam, bo w końcu jesteśmy w 91. odcinku. Ja już powoli przestaję ogarniać co gdzie było i w jakim momencie. Na szczęście mam dobre wytłumaczenie, a właściwie bardziej usprawiedliwienie. Ilość słuchaczy przyrasta.
Co więcej, widać, że się zmienia. To dobrze. To znaczy, że różni ludzie, różni sympatycy po prostu zaczynają słuchać. Czasami jest to epizodyczne, czasami jest to dłuższa przyjaźń. W związku z tym opowiadanie „ Dyniak” Bruno Kadyny na pewno nikogo albo prawie nikogo od naszej audycji nie odrzuci. Zapraszam państwa zatem na literaturę, czytaną przez jej twórcę.
[04:51:57] - Szanowni Państwo, zapraszam Was na opowiadanie „ Dyniak” przeczytane w gdyńskiej klubokawiarni w połowie maja 2021 roku. Witam was z klubokawiarni. Przeczytam wam opowiadanie „ Dyniak” opublikowane jakiś rok temu. Już była pandemia, był lockdown. Ukazało się w magazynie literacko-kryminalnym „Pocisk”. Nie pamiętam, w którym numerze. To co? Jedziemy z koksem. „Jak można wywalać gnój w klapkach? – pytam tego wieśniaka.
Nie odpowiada. Szczerzy się tylko i robi wykrok, a bosa stopa tkwiąca w piankowym damskim klapku wciska się w łajno. Maciek nadziewa na widły kolejną porcję gówna, a ja mówię: Matka cię nie zabije, że wziąłeś jej klapki? Rozmiar 38, a w nich brudne, grube giry w rozmiarze 45. Nie mieszczą ci się pięty. Stoisz na gównie – dodaję. Ona już ich dawno nie nosi. Patrzę, jak ładuje taczkę. Trafiłem na jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, kiedy to ja gadam, a nie on. Nie boisz się, że jakiś syf ci wlezie?
Wystarczy, że przyczypniesz skórę przy obcinaniu pazurów i już ci to gówno biedy narobi – mówię. Nie wspominam o walorach estetycznych. Nie ma sensu. Nie narobi mi. Obcinam tylko wtedy, jak już wystaje. Ja pierdzielę, raczej jak zawija do podłogi. No co? Zawsze tak gnój wywalam. Co se będę nogi w gumakach parzył, jak jest ciepło. No tak.
Jedziesz. Uklepuje widłami kupę. Chwytam rączki, prostuję się i wyjeżdżam ze stajni taczką pełną gówna. Na dróżce z betonowych kafli nabieram rozpędu i wjeżdżam na deskę w górę, na szczyt wzgórza z łajna. Wywalam taczkę na prawe zbocze. Prostuję się. Muszę odsapnąć. Piękny wiosenny dzień. Słońce grzeje, ptaki pitolą, jaskółki śmigają, wiatr szumi na szczycie prawdziwego wzgórza za mną, a nad lasem pojawia się co jakiś czas drapieżny ptak. Teściu mówi, że dwa orły mają niedaleko gniazdo.
[04:54:11] - I cisza. Miasta brak. I dobrze. Głęboki wdech, rączki w dłoń i śmigam po kolejną porcję gówna. Dyniaka chyba zmęczyło moje gadanie, bo teraz nie zamyka mu się jadaczka. Opowiada jakieś pierdoły o ludziach, których nie znam, poruszając nieistotne wątki niemające ze sobą związku. Naparza jadaczką jak karabinem, bo ma dużo słów do wypowiedzenia. Kiedy podstawiam taczkę do ładowania i stajemy naprzeciw siebie, mam możliwość wtrącić słowo. Musisz się nagadać, a akcja idzie wolno. Co?
Staram się mówić wyraźnie. Mniej słów, to szybciej ci pójdzie opowieść. Mów tylko to, co jest ważne w historii. Olej to, co dookoła. Co? Patrzę chwilę w ten poczciwy, zgrzany ryj. Faktycznie ma ten łeb okrągły jak dynia. Proste blond włosy wyglądają jak liście albo szypułka, czy co tam ma dynia. Jak tak z tobą poprzebywam, to widzę, ile ty masz wspólnego ze swoją siostrą. Z Magdą?
— pyta. Nie, z Iwoną. Która jest moją żoną. Hehe Magda. Jadę z gównem. Wracam i parkuję. Ja jeżdżę, on ładuje. Uważam, że wożenie jest lżejsze od ładowania, mimo że gówno na taczce sięga mi do wysokości sutków i trochę waży. Oczywiście też śmierdzi i paruje. Nie ma to jak świeże wiejskie powietrze.
Na moje oko trzeba ze stu taczek, żeby wywalić gówno do zera z dwóch klatek, które mamy zrobić. Przynajmniej raz w miesiącu spędzam tak sobotę u teściów. Lubię nawet. Fajnie wyrwać się z codziennego kołowrotka do zupełnie innej rzeczywistości, ale na maksymalnie trzy godziny. Każda kolejna to narastające zmęczenie i żal uciekającej soboty. A teraz siedzimy tu cały czas przez koronawirusa i codziennie jestem w stajni. Rąbię drewno albo robię coś innego. Ciężkie życie. Parkuję pustą taczkę i znów patrzę na jego stopy. Giry masz jak hobbit — mówię.
Jak kto? Hobbity z „Władcy Pierścieni”. Nie oglądałeś tego filmu? Bo o książkę cię nie podejrzewam. Nie znam. A co to o elfach coś tam? No to. Ja nie lubię fantastyki. No nie musisz. Dlaczego?
— pytam. Takie bajki. Ja nie lubię takich nieprawdziwych rzeczy. Identycznie jak Magda. Nawet takich samych słów użyła — mówię. Wyobrażam sobie jej reakcję, gdyby usłyszała te porównania. Dla niej Iwony Dyniasty jest niedorozwinięty. Ostatnio wsiadł do samochodu, odpalił silnik i kiedy na ulicę wyszły siostry, zaczął dodawać gazu, drzeć mordę i szczerzyć kły. Brum, brum, brum. No kretyn — powiedziała Magda do Iwony.
Piętnastoletni kretyn. Ciężko określić miłość siódr do brata. Porównania surowo zabronione. Ty! — Dyniasty zaczyna kolejną opowieść. — Wiesz, że nam się oślebiła szczapcia i odrzuciła źrebaka? Jak odrzuciła? Normalnie odrzuciła. Przestała go karmić. Kopała go, tłukła, a druga kobyła się oślebiła w tym samym czasie i bez żadnego, ale przyjęła i wychowała dwa źrebaki.
Skończył ładować i wygiął plecy mocno do tyłu. Wylazł mu bęben spod koszulki. Oparł się o widły i wyciągnął z kieszeni paczkę ruskich papierochów. Wsunął jednego do ust i mówi dalej. Ona jest taka, że jakby inna nie chciała karmić, to bez problemu wychowa. Ile byś jej źrebaków nie podłączył, stanie i nie będzie kopać, tylko będzie karmić. Jedziesz bigos wywieźć? Jadę. Czasami w tych potokach myślowych Dyniastego znajdzie się coś ciekawego, nawet niesamowitego. Przynajmniej dla mieszczucha.
Kogoś przejechał traktor, na kogoś coś spadło i go połamało. Coś się spaliło. Najczęściej opowiada, co odpieprzyły zwierzęta. Przy tym Dyniasty wygląda osobliwie i lubię na niego patrzeć. Wracam z taczką. Widzę, jak buja się przez stajnię w stronę wyjścia po drugiej stronie. Ty leser, wracaj tutaj! Ja mam w dupie sam tu zasuwać. Wraca. Bierze widły i ładuje.
Nic nie mówi, jak nie on. Cwaniaczek. Już kombinuje, żeby mnie zostawić, wymyślić jakąś inną pilną robotę. Jest w trakcie procesu myślowego. Widzę po jego twarzy. Dyniak zasrańcu, tylko spróbuj mi stąd spieprzyć. Razem robimy. Jedziesz — mówi, uklepując wierzchołek. Jadę. Już mam na dziś dość tego gówna.
Rozpędzam taczkę, żeby mniej się męczyć pod górę. Pcham i próbuję wyczuć koło na mokrej desce. Najgorzej szarpać się ze stupięćdziesięciokilową taczką, kiedy spadnie z toru. Szczególnie w miejscu, gdzie gnój przypomina mokrą glinę i zasysa gumaczki. Kilka razy stopa mi wyskoczyła z kalosza, straciłem równowagę i musiałem stanąć skarpetą w tę glinę. Odwracam taczkę i wracam. Nie mogę się grzebać, bo ten śmierdziel wykorzysta okazję i dadyla. Podstawiam się do ładowania, a ten się wygłupia. A może balet? — pyta.
Jedną dłoń trzyma uniesioną i sflaczałą jak księżniczka, a prawą stopą ze ściągniętymi palcami zatacza półkole, jakby pokazywał coś na podłodze. Raz, dwa, trzy. Tup, tup, tup. Dawaj zwiewny motylku, ładuj — mówię. Hyhyhy. Ułom, słowo daję. Chciałbym już jak najszybciej skończyć to wywalanie. Wieziesz bigos. Uklepuje wierzchołek. Jadę, pcham i balansuję.
Nie spadam. Rozładowuję i wracam. Maciek znowu zapala papierosa i zaczyna opowiadać. Był tu kiedyś taki Zenek, któremu wszystko się pieprzyło po tym, jak dostał w łeb od konia. Nachylił się po coś za ogierem i jak ten mu wysunął, to mu czaszka pękła. I tak miał farta, że go zwierzak nie zabił. I potem wszystko mu się myliło. Chodził po wsi i pytał różne rzeczy. Do nas przychodził często. Pytał kiedyś mamę, czy nie wie, gdzie jest jego mleko z lodówki.
Ładuj! — pędzę. Często, kiedy tak pierdzieli, przestaje ładować albo zwalnia. Jak mnie to wkurza. Po to tu jesteśmy, żeby szybko zrobić i stąd pójść. „Jedziesz” — klepnął widłami w łajno jak klacz w zad. Jadę i wracam zasapany. I tak jeszcze kilkadziesiąt razy. Ze stajni do domu jest ponad kilometr. Człapię turbo zmęczony i śmierdzący końskim odbytem z bliska.
Chciałbym już usiąść i coś zjeść. Najpierw prysznic, potem żarełko. Ciekawe co dziewczyny przygotowały. Pewnie ziemniaczki i jakieś mięso, może kotlety. Dyniak został na stajni pozamykać i coś tam jeszcze zrobić. Poradzi sobie. Ściągam gumaki na podwórku i wchodzę do domu. Pachnie obiadem. „Ale od ciebie wali” — wita mnie w kuchni Magda. „Co na obiad?” „Rosół i schabowy” „I buraczki?” „I mizeria” Taki jestem głodny, że zaraz zemdleję.
„Wykąp się szybko i chodź” — mówi Magda. Z kibla wychodzi teściowa i pyta: „I co zięciu, może być taki obiadek?” „Mamusia, twój rosołek” — szukam słów niczym poeta. — „To jest mistrzostwo świata. Poezja. Dzieło sztuki. Czysta podnieta. To jest rosołek doskonały” — rozpływam się jak Włoch nad makaronem. Teściowa też się rozpływa, uwiedziona zachwytem. Mijam rozanieloną kobietę i znikam w łazience. Jemy obiad przy stole w jadalni.
Jest gwarnie i wesoło. Teściu z teściową, trójka ich dzieci i zięć. Matka z ojcem naprzeciw siebie. Ich najstarsza córka Magda, czyli moja żona, siedzi obok teściowej i jej rok młodsza siostra Iwona kokosi się obok teścia. Ja u szczytu stołu po drugiej stronie mam na oku wszystkich. Najmłodszy Dyniasty siedzi obok Magdy, jak zawsze niedomyty i głupkowaty. Ile on ma lat? „Dyniuś, ile ty masz lat?” — pytam. „Dwadzieścia sześć” Ale ten czas leci. Jak ich poznałem, miał 16.
I tak wspólnie jemy. Ostatnio pierwsze lecą newsy o pandemii. Zazwyczaj dużo się śmiejemy, pokrzykujemy i przekrzykujemy nawzajem. Krążą komórki z filmikami. Śmiechy, chichy. Czasami się pokłócimy. Obserwuję Dyniastego. Nie odzywa się raczej. Najczęściej coś krzyknie, wybuchnie śmiechem i pokaże żarcie w gębie. Patrzę na niego i wpadam na pomysł.
A może on udaje? Jakby spojrzeć z tej strony, widzę w jego sposobie wyrazu pewne schematy. Jadaczka mu się nie zamyka, bo chyba lubi gadać sam dla siebie albo żeby się popisać. Ale czasami mam wrażenie, że zachowuje się jak głupek celowo, jakby odgrywał rolę głupka. Wyćwiczył ją i wszystkich przekonał. Wszystko przez to, że on jest taki abstrakcyjny. Ojciec jedzie z nim jak z gówniarzem. Nie dziwię się. Też bym jechał, jakby mi zostawiał na środku drogi otwartą skrzynkę z narzędziami i gdzieś sobie uciekał. Albo akumulator z kablami.
Za każdym razem jak coś weźmie, nie odłoży na miejsce, tylko zostawi tam, gdzie korzystał. Nieważne czy słońce, czy deszcz, podjazd, czy środek drogi. Ojca szlag trafia. Wydziera się na niego i wyzywa do debilizmu, ale to nic nie daje. Po co udawać, żeby to znosić? W tych rozważaniach nie zauważyłem, że Maciek wstał i poszedł do pokoju za moimi plecami. Wracając, zatrzymuje się za mną, pstryka w ucho i szczerzy japę. On jest opóźniony. „Pójdziesz durniu” — obracam się i próbuję go przegonić. Jest irytujący, bo nie potrafi przestać.
Zlewka nie pomaga. Będzie stał i pstrykał w ucho, aż szlag człowieka trafi. Jest na to chyba jakaś fachowa nazwa. Dyniak kąpie się wieczorem drugi raz. Widziałem, jak zniknął w pokoju. Wycierał włosy, a w łazience pełno pary. Wcześniej kąpał się do obiadu. Musi się domyć do roboty w stajni? Mam wrażenie, że czekał, aż wszyscy będą czymś zajęci i o nim zapomną. A przez jego sposób bycia robią to chętnie.
Ubiera się i wychodzi obrządzić konie. Zazwyczaj nie ma go kupę czasu. Godzinę, dwie, może więcej. Często wraca późno nocą. Mam płytki sen i słyszę. Nic mnie to nigdy nie obchodziło. Nawet lepiej, że wychodzi i go nie ma. Nie podłazi i nie zaczepia. Nie trąca, nie wykręca, nie pstryka w uszy, nie łapie za sutki. Normalnie siedziałbym o tej porze z teściem i pił whisky, ale chłopinę powaliła taka zmuła, że poszedł w kimę.
Niech odpoczywa. Magda z teściową i Iwoną oglądają jakiś badziew w telewizji, a ja mam czas dla siebie jak nigdy. Mogę do nich dołączyć, coś poczytać albo pooglądać na komórce. Wyglądam przez okno. Niebo jest usiane gwiazdami jak plaża piaskiem. Uwielbiam to na głębokich wsiach. Piękny wieczór na spacer. Zakładam ukradkiem kurtkę, buty i wymykam się z domu. To plus tego miejsca. W mieście trzeba łazić w masce.
Szlag by mnie trafił. Staję pod gwiazdami i wdycham pyszne powietrze. Czuć, że idzie lato. Zawsze miałem gdzieś, że Dyniak znika wieczorem. Założyłem bez dłuższego zastanowienia, że spotyka się ze swoimi głupkowatymi kumplami ze wsi albo z dziewczynami. Wyobrażam sobie teraz, jakiej muszą być urody, skoro się z nimi zadają. A przecież może być zupełnie inaczej. Może ma jakąś tajemnicę i jest jakimś zboczeńcem. Co, nie zdarza się? Idę na wzgórze za domem.
Pójdę grzbietem i dalej lasem. Zajdę stajnię od tyłu. Po tylu latach znam dobrze okolicę. Pamiętam, jak Magda prowadziła mnie tędy pierwszy raz i opowiadała dzieciństwo. Jestem ciemno ubrany, nie widać mnie w mroku, tylko gębę. Obserwuję stajnię ze wzgórza ukryty w świerkach. Jest prawie pełnia, całkiem jasno. Światło się pali w budynku. Psy piłują mordy do Dyniastego, który kręci się w środku. Chcę zejść ze wzgórza, zakraść się do stajni, ale widzę kogoś z lewej strony.
Ktoś stoi na wjeździe i to nie jest Dyniak. To ktoś wyższy, szczuplejszy i ma ciemne włosy, ubrany chyba w elegancki płaszcz. Kombinezony i szmaty robocze nie mają takich kołnierzy. Kto to jest? Stoi na posesji, nie na drodze, jakby pilnował wjazdu. Wymyślam głupotę, że eleganccy złodzieje kradną rolnikom sprzęty, widły i taczki. Nie wiem tylko po co. Pewnie to ktoś do Dyniaka. Czeka na niego, aż skończy? Możliwe, że idą gdzieś razem i po to się Maciek kąpał.
Ciuchy miał w stajni przygotowane? Może jest cichym wielbicielem baletu albo opery. Może gra na jakimś instrumencie w orkiestrze i trzyma to w tajemnicy, grając zwierzakom w stajni ukradkiem. Nie mogę zejść tędy, bo będę jak na dłoni i typ mnie zobaczy. Cofnę się za górę i pójdę zboczem do miejsca, gdzie stajnia mnie zasłoni, bo rosną tam brzozy. Chcę ruszyć, ale widzę ruch z lewej. Samochód z wyłączonymi światłami wjeżdża z drogi, mija typa na wjeździe i podjeżdża pod stajnię. Może zbierają się członkowie orkiestry? Wiedzą, że ryzykują i dlatego się czają. Boją się kar i krytyki.
Wysiadają kierowca i pasażer. Dwaj faceci ubrani w podobne płaszcze. Otwierają drzwi komuś z tyłu. Wychodzi kobieta i mężczyzna. To daleko, ale widzę, że ich stroje są proste, bez wybrzuszeń. Chyba ubrani elegancko, oficjalnie. To nie wygląda jak część składu orkiestry. Raczej zjeżdża się elita na nielegalne walki kogutów. Wyglądają bardziej jak politycy albo agenci FBI. Schodzę zboczem między brzozami.
Serce mi wali, kiedy jestem na otwartej przestrzeni. Tamten gościu na wjeździe mnie nie widzi, ale może być ich więcej. Wszystkiego się mogę spodziewać. Czuję się jak dzieciak. Kiedyś zakradaliśmy się z kumplami w różne miejsca. Było ekscytująco. Teraz też jest. Może nie tak jak wtedy, gdy podglądaliśmy sąsiadkę Angelikę. Była dorosła. Miała z osiemnaście lat.
Któregoś wieczoru trafiliśmy na nią po kąpieli, zawiniętą w ręcznik. Coś tam robiła z buzią przed lustrem. Nie zasunęła zasłon i miała zapalone światło. Wiedziała, że ją widać z dworu, ale liczyła, że akurat nikogo tam nie ma, a niesforny ręcznik, z którym walczyła, niczego nie odkrywał. Jakże się myliła. Czerwone mordy nas paliły i w gaciach było niewygodnie. Teraz tego nie ma. Także wtedy było fajniej. Już jestem pod stajnią i mogę zajrzeć do środka przez zakurzone szyby. To Dyniak?
Widzę od tyłu typa w czarnym garniturze. Blond włosy, postura Maćka. Trzyma otwarte drzwi od kanciapy. Wpuszcza tę parę, która przyjechała. Ochroniarze zostali w samochodzie. Facet wchodzi za nimi i mogę zobaczyć jego profil. To Dyniak! Na muchę. Niepodobny do siebie kompletnie. Bardzo poważny i uczesany.
O ty w rząpek — szepczę. Ciężko uwierzyć w to, co widzę. Najwyraźniej celnie trafiłem wyobraźnią, że Dyniak udaje. Co tu się dzieje? Po jaką pałę siedzą w tej zasyfiałej kanciapie? Nic nie rozumiem, ale już wiem, jak wejdę do środka. Wiem, w którym miejscu dostać się na strych. Kiedy jestem w środku, schodzę na dół. Nikt mnie nie słyszy. Wszędzie siano.
Można poruszać się cicho, niemal bezszelestnie. Wychylam się zza winkla. Wydaje mi się, że nikt nie stoi z przodu przy wrotach. Podchodzę do drzwi od kanciapy. Zbliżam ucho. Cisza. Nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. Tu jest przecież taki syf, że w normalnych ciuchach strach wejść. Wszędzie wiszą pajęczyny, wszystko brudne. Betonowa podłoga, wybiałkowane ściany, drewniane drzwi, poustawiane wszędzie albo wiszące graty.
Nic nie jest czyste. Gruby kurz lata w powietrzu beztrosko. Mieszkają tu myszy i szczury. A tu takie rzeczy. Co on tu robi? A co mi tam. Obrazi się? Najwyżej będzie niezręcznie. Muszę wiedzieć, co się dzieje. Naciskam na klamkę i otwieram drzwi, a tam graciarnia i syf jak zawsze.
I nikogo nie ma. Pali się tylko światło. Pomieszczenie wielkości dużego pokoju w bloku, ale zagrodzone kompletnie. Nie mogli przecież zniknąć. Rozglądam się. Okno częściowo zasłaniają żaluzje, które wyglądają jak zabrane z gruzów zawalonego domu. Ni to ozdoba, ni ochrona. Okno i tak jest siwe jak dym i nic przez nie nie widać. Z prawej strony w rogu stoi koza. Musiała kiedyś buchać ogniem, bo ściany i sufit w rogu są czarne od sadzy.
Pewnie siedzieli tu sobie, chlali i prawie spalili stajnię. Podobno mieszkał tu kiedyś bezdomny. Pracował w zamian za ciepły kąt i żarcie. Z boku stoi krzesło. Ściągam z niego jakiś badziew i siadam. Nie wierzę w bajki. Dyniasty zresztą też. Nie mogli przepaść bez śladu. Musieli przejść gdzieś dalej. Może jakaś schizofrenia mi się zaczyna?
Oglądam podłogę. Nie ma żadnego włazu, nie dałoby się ukryć zejścia, a w żadną inną stronę nie mogli pójść. Wyobrażam sobie tajemne wejście, jak rozsuwa się cały ten bajzel na stole i pod nim i odsłania zejście do podziemi. Potem zamyka się z powrotem i cały śmietnik wraca na swoje miejsce. Coś sobie uzmysławiam. Musieli wyjść, kiedy wchodziłem na strych. Tylko po co tu w ogóle wchodzili? Dyniasty czymś handluje? I po co w takim stroju? Jakiś luksusowy towar?
Z lewej przy włączniku światła wiszą rzemienie, strzemiona, chomąty, uzdy i inne końskie gadżety. Na prostopadłej ścianie stoi stary regał, na nim pokryty kurzem telewizor, obok szafka, wiszą gumowe węże. Patrzę na regał. Żywcem wyciągnięty ze stoczniowej przebieralni albo z męskiej szatni w klubie sportowym lat siedemdziesiątych. Stoi bardzo blisko ściany, jak przyklejony. Na gładko. Ten kawałek ściany za regałem jest otynkowany i wygładzony. Nie rozumiem po co. Cała kanciapa jest z gołej cegły. Przed regałem nic nie leży.
A tu przecież wszędzie coś leży. Do czegoś ta przestrzeń jest przeznaczona. Żeby się drzwi mogły otworzyć. Pociągam za boczną ściankę regału. Słyszę kliknięcie i tynk odchodzi od cegieł razem z regałem i starym telewizorem na nim.
[05:12:33] - Poczułem się jak Indiana Jones. Ja cię lula! Zamiast końskich boksów, które powinny być za tą ścianą, jest ukryte pomieszczenie. „Z zewnątrz nic nie widać” – szepcze. Pomieszczenie jest wąskie, bo to w zasadzie klatka schodowa. Mieści tylko stalowy właz w kształcie elipsy. Jest otwarty. Na dole pali się światło. W głowie kotłują się myśli, przewijają filmy. James Bond i ukryta kwatera albo laboratorium Dextera.
Wyobrażam sobie, że cały teren stajni dookoła to tajna baza wojskowa. Już widzę, jak rozsuwa się wzgórze łajna i wylatuje rakieta dalekiego zasięgu. Schodzę. Jakaś ukryta piwnica, całkiem nowa. Ściany z szarego betonu. Widać ślad po szalunku. Sporo rur i światła. Słychać brzęczenie wentylacji, burczenie silnika czy alternatora. Idę korytarzem. Słyszę głos podobny do Dyniaka.
Słucham chwilę. „Kurde, to on! Tylko że gada po chińsku.” Idę. Maciek milknie, bo moje gumaki chrzęszczą błotem i wydają dźwięk jak przepychaczka do kibla. Są trochę za duże. Dochodzę do pomieszczenia, skąd chwilę temu dobiegał głos i widzę małą salę konferencyjną, a w niej kobietę i faceta przy owalnym stole. A Maciek stoi jak coach przy prezentacji. Wszyscy mierzą do mnie z pistoletów. Nie czuję się nawet zaskoczony. Za to wytrzeszczam gały na Dyniaka.
Ubrany jak 007. Ma sobie smoking i muchę. Mówi po chińsku. I ten wyraz twarzy bez cienia tępoty. Jestem zszokowany. W końcu Dyniak się odzywa: „Grzechu, nie mogłeś tego widzieć. Ja dopiero zaczynam.” Trela. Ha!
[05:14:19] - Czytał Bruno Kadyna.
[05:14:24] - Proszę państwa, i to już jest koniec. Koniec kolejnego odcinka „Bibliotekarium”. Niniejszym ogłaszam, że wakacje się rozpoczynają. Kończy się rok akademicki oczywiście, on się nawet już skończył i wchodzimy na trzy miesiące w tryb wakacyjny. Co oznacza tryb wakacyjny? Przede wszystkim luźniejsze audycje, krótsze audycje. Wakacje mają swoje prawa. Mają te prawa zarówno słuchacze, jak i tworzący i współtworzący audycję. Ale tradycyjnie „Bibliotekarium 2.0” za tydzień będzie. Zamelduje się punktualnie o godzinie 20:00 w piątek.
Ono, to „Bibliotekarium” może będzie troszkę krótsze, może będzie troszeczkę bardziej frywolne, luźne w odbiorze. Co nie zmienia faktu, że zapraszam państwa na spotkanie z tym, jakżeż mi się podoba to słowo, frywolnym wakacyjnym „Bibliotekarium”. A zatem 92. wydanie „Bibliotekarium 2.0” już za tydzień, a ja już dzisiaj serdecznie państwa zapraszam. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie dziękuję za cierpliwość, za tolerowanie różnego rodzaju błędów językowych, bo to się tak zawsze wydaje, że człowiek używa nienagannej polszczyzny, jak jej używa sporadycznie. A jak człowiek mówi w sitko mikrofonu, to się różne dziwne pomysły lęgną w głowie. Czasami są to dziwne składnie, dziwne sformułowania i w ogóle okazuje się, że język polski bywa w tych momentach niezwykle trudny, niezwykle skomplikowany i niezwykle najeżony pułapkami. Mam nadzieję, że tych pułapek nie było dzisiaj zbyt dużo. To mówię o sobie.
Mam nadzieję, że jakoś specjalnie państwa swoimi wypowiedziami nie zniesmaczyłem. I pozostaję z tą nadzieją. Żegnam się z państwem bardzo serdecznie. Życzę miłego weekendu i zapraszam już za tydzień. Pozdrawiam.
[05:16:49] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.