[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Wakacje tuż, tuż. Za oknem gorąco i takoż gorąco na antenach Radia Paranormalium i Book Radia. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznie audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:40] - Dzień dobry wieczór państwu. W tej 90., chociaż tak naprawdę tych audycji było więcej, bo jeszcze to stare prawdziwe Bibliotekarium, ale 90. audycji Bibliotekarium 2.0. Naprawdę robi się już nie tylko coraz goręcej, ale coraz bardziej wakacyjnie. Postanowiłem, że dzisiaj nie będzie korepetycji filozoficznych. Wakacje, proszę państwa, wakacje. Wiem, że jedni się zmartwili, przynajmniej mam taką nadzieję. Inni z kolei się ucieszyli, że nie będzie tego gadania nie wiadomo o czym, filozofii bez sensu. Nie będzie. Dzisiaj rzeczywiście nie będzie, dzisiaj rozbudowana natomiast zostanie część polecankowa.
Część związana z ukazującymi się na rynku nowymi tytułami książkowymi. Jakie to będą tytuły? Będzie ich aż sześć dzisiaj. Wydawnictwo Stalker Books. To zaczynamy. Pierwsza książka to powieść Iana Watsona. To jest ten pan, który maczał palce, a właściwie pióro, a właściwie klawiaturę w scenariuszu do „AI: Sztuczna inteligencja”. Komu się podobało, ale warto też powiedzieć, że Ian Watson to jest także twórca świetnych opowiadań. To my pamiętamy „Babilon”, „Łzy Stalina” i opowieść „Trurla”. To takie świetne perełki literackich miniatur.
O tak, niech to będą miniatury. Opowiadania krótsze, dłuższe, ale za każdym razem błyskotliwe. Warto też powiedzieć, że ukazała się w Polsce powieść „Orgazmomat”. To powieść, która owszem, ukazała się w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii, skąd Ian Watson pochodzi, przez długi czas nie mogła się ukazać. Nie wiem, czy się w końcu ukazała, ale problemy z cenzurą obyczajową, ale nie tylko obyczajową, bo też tą związaną z poprawnością polityczną, były naprawdę spore. A teraz na rynku polskim nakładem Stalker Books pokazuje się powieść Iana Watsona „Pozorańczyki”. Tym razem Ian Watson bierze na warsztat spotkanie z obcą cywilizacją. Cywilizacją, która po nawiązaniu z ziemskimi rządami kontaktu oferuje ludzkości rozwiązanie wielu problemów. Zimna fuzja załatwia zapotrzebowanie na energię, znika głód. Obcy pragną w zamian podróżować po Ziemi w ciałach ludzi.
Posiadają bowiem umiejętność transferu umysłu w ciało. Ale ludzie nie wiedzą nic o prawdziwych zamiarach obcych. Czego oni chcą naprawdę? Czy za podarunkami nie kryją się jakieś inne plany? Watson kreśli znakomitą wizję współczesnego świata. Świata, który nie potrafi się oprzeć taniej energii, żywności i bez refleksji daje się wodzić za nos. Co mają okultystyczne praktyki nazistów w okupowanej Norwegii i wiara w reinkarnację dusz do wizyty obcych na Ziemi w latach 20. XXI wieku? Musicie się państwo przekonać o tym sami. Ja bardzo państwu tę książkę polecam.
To idźmy za ciosem. Druga książka to „Patrzący z ciemności”. To jest powieść Marii Galiny. To jest rosyjska pisarka SF, która jest rezydentką na Ukrainie. Mieszka w Odessie. Znana jest ze zbiorów „Przesilenie” i „Wilcza Gwiazda: Ekspedycja”. O tym jeszcze za chwilę. Przed milionami lat przodkowie ludzi zasiali na wielu planetach życie. Teraz Ziemia, opanowawszy technikę nadprzestrzennych lotów, lotów kosmicznych oczywiście, obserwuje te światy. Korpusowi zwiadowców nie wolno jednak ingerować w życie Aborygenów, ale na jednej z planet xenolodzy natykają się na dziwną religię i obyczaje.
Z pozoru sielankowy świat dosłownie z dnia na dzień zmienia swoje oblicze, zupełnie jak w lovecraftowskiej rzeczywistości. Coś obcego, nieznanego czyha tuż za progiem, a zwiadowcy w wyniku niedalekiego wybuchu supernowej tracą kontakt z bazą. Wierzcie mi państwo, to naprawdę świetna pozycja. Mówiłem wcześniej o „Wilczej Gwieździe: Ekspedycji”. To jest zbiór też Marii Galiny. Tam jest powieść, czyli „Wilcza Gwiazda” i mikropowieść tej znakomitej autorki rosyjskojęzycznej. „Wilcza Gwiazda” to jest powieść Powiem tak: Ziemia zdziczała. Człowiek wrócił do cywilizacyjnego poziomu z epoki plemiennej. I oto po latach tułaczki, uwzględnijcie Państwo efekt relatywistyczny, wraca na Ziemię statek z potomkami kolonistów wysłanych w gwiazdy. Kolonie ledwo są w stanie utrzymać swoje przyczółki w walce o przetrwanie na nieprzyjaznych planetach i nadludzkim wysiłkiem wysyłają statek na Ziemię.
A tu Ziemia nie tylko o nich zapomniała, ale sama cofnęła się w cywilizacyjnym rozwoju o stulecia. Potomkowie kolonistów chcą obudzić w Ziemianach chęć wydźwignięcia się z mroków barbarzyństwa, ale najpierw napotykają niezrozumienie, a potem najawną agresję. To była powieść „Wilcza Gwiazda”. Teraz mikropowieść „Ekspedycja”. To właściwie nowela, w której mamy do czynienia z bliżej nieokreśloną inwazją. Znika ludność całych wsi i miasteczek, a w opustoszałych domostwach hula wiatr i czai się zło. Upadają państwa. Panuje chaos. Władzę przejmują samozwańczy watażkowie. To była trzecia pozycja.
Teraz czas na daleką Australię. Taki żarcik. Jan Maszczyszyn to jest autor polski, znany z bardzo wielu powieści. One często odwołują się do stylistyki związanej na przykład z powieściami Verne. Tym razem też mamy do czynienia z pewnym hołdem. Otóż „Mare Orientale” — tak jest tytuł powieści — to hołd złożony „Trylogii księżycowej” Jerzego Żuławskiego, ale noszący widoczną sygnaturę autorską Jana Maszczyszyna. Pisarz ten przyzwyczaił swoich czytelników do rozkiełznanej wyobraźni, zawsze podbudowanej jednak odkryciami najnowszej fizyki, którą Maszczyszyn traktuje poważnie. Rzekłbym nawet bardzo poważnie, ale nie służalczo. Nauka stanowi tutaj kanwę, na którą pisarz nanosi paletę własnych interpretacji oraz domysłów, tworząc specyficzny klimat fantastyki wymieszanej z metafizyką, może z mitologią. Maszczyszyn poszukuje źródeł swych inspiracji również w historii i dziełach starożytnych cywilizacji.
Inspiracje te służą mu do zbudowania kolejnych światów. Światów przyszłości, ale jakby wyszperanych w lamusach steampunkowych i staroświeckich jednocześnie. „Mare Orientale” to oczywiście opowieść o wyprawie na Księżyc, ale jest to wyprawa doprawdy niebywała, albowiem jej pierwotnym celem jest zrabowanie starożytnych selenickich rękopisów spoczywających w zaginionej bibliotece w Aliyi. Pomysł bez wątpienia pyszny. Jak wyprawić się na Księżyc, to tylko do tamtejszej Biblioteki Aleksandryjskiej. Proponuję, by pomysł ten podsunąć NASA. Oczywiście owa zbrodnia w bibliotece nie przychodzi drużynie inżynierów łatwo, bo Szermowie, a także Morocy — wielbiciele prozy Żuławskiego wiedzą już, o kim mowa — nie witają rabusiów artefaktów przyjaźnie. Jest to równocześnie opowieść o regresie i upadku wielkich cywilizacji. Zjawisko to dotyczy również cywilizacji pozaziemskich. Bohaterowie „Mare Orientale”, jak zawsze u Maszczyszyna, reprezentują prawie już wymarły gatunek dżentelmenów i dam rodem z epoki fin de siècle.
Doktor habilitowana, profesor Uniwersytetu Łódzkiego Natalia Lehmann napisała: „Jestem przekonana, że autor »Trylogii księżycowej« czytałby »Mare Orientale« z satysfakcją, czekając w napięciu na kolejny tom.” Proszę Państwa, przed nami kolejna powieść. Tę powieść możecie już Państwo znać, chociaż teraz to wydanie jest ekskluzywne, bo wszystkie dzisiejsze książki, które omawiam, to są wydania w twardych oprawach, szyte, takie, które nie rozpadną się po pierwszym czytaniu, nie rozpadną się i po dziesiątym i po dwudziestym. Naprawdę książki wykonane solidnie i rzekłbym prawie niezniszczalne. Wśród nich jest powieść „Przełęcz” Kira Bułyczowa. Możecie Państwo znać tę powieść, bo ona się już ukazała. Była w „Fantastyce”, jeszcze kiedy „Fantastyka” nie była nowa. Była też wydana kilkakrotnie jako książka pod różnymi tytułami. Treść? Ziemski statek Polus z kolonistami na pokładzie ulega awarii w czasie skoku w przestrzeni i awaryjnie ląduje w wysokich górach na nieznanej planecie. Grupie rozbitków udaje się zejść z gór i zbudować prymitywną osadę na skraju obcego, dzikiego lasu.
Lasu zamieszkanego przez nieprzyjazne zwierzęta i rośliny. Wydaje się, że cała planeta pragnie zabić intruzów. Mijają lata, rośnie nowe pokolenie. Które nigdy nie widziało Ziemi, a nawet opowieści o wraku statku na przełęczy traktuje jak bajkę. I to właśnie na tych młodych ludziach, wychowanych w surowych, innoplanetarnych warunkach spocznie obowiązek dotarcia do statku i próby wysłania sygnału o pomoc. Zdaniem Wojtka Sedeńki jest to najlepsza powieść Kira Bułyczowa. Tak jak powiedziałem, wszystkie wymienione dotąd książki to książki w twardych oprawach, pięknie szyte, pięknie wykonane. Dobra introligatorska robota. Podobnie jak książka ostatnia dzisiaj. Z pewną nieśmiałością mówię o niej, bo to jest, proszę państwa, moja książka.
Książka nosi tytuł „Śpiewcy niezgody”. Jej autorem niech będzie, wypowiem, Marek Żelkowski. Cóż o tej książce? Z Ziemi kolonizatorskie wyprawy zabierały nie tylko ludzi, ale i idee religijne, systemy społeczne, czasem zupełnie wynaturzone. Wspólnota stoi u szczytu potęgi. Przyłącza lub podporządkowuje sobie kolejne sektory galaktyki. Kiedy jednak ekspedycja badawcza napotyka na planecie peryferyjnego układu gwiezdnego pozostałości kolonii Wieczystych, uciekinierów z Gai, w kręgach zarządzających służbami specjalnymi robi się nerwowo. Mackuderda wyposażył bowiem nowych ludzi w zestaw unikalnych cech, które dają im ogromną przewagę nad homo sapiens. Ślady odnalezione w ruinach zniszczonego miasta naprowadzają agentów wspólnoty na ślad, dzięki któremu lokalizują nową kolonię Wieczystych. Planeta, na której żyją, jest znakomicie zagospodarowana i wydaje się, że zamieszkuje ją harmonijnie rozwijające się silne społeczeństwo.
A żadna rzecz nie niepokoi służb specjalnych tak bardzo, jak potencjalnie niebezpieczna grupa, nad którą nie ma żadnej kontroli. Na szczęście dla wspólnoty sielankowy obraz cywilizacji Nieprzemijalnych to jedynie pozór. Odizolowana kolonia jest bowiem trawiona zadawnionymi konfliktami. Konfliktami społecznymi, których rozwiązanie wydaje się trudne, jeśli w ogóle możliwe. Wspólnota znajduje zatem sposób, aby wzmocnić zatargi, a w konsekwencji sparaliżować i zdezintegrować resztki więzów społecznych łączących nieświadomych niczego uciekinierów z Gai. Tak rozpoczyna się opowieść, która jest spin-offem trylogii „Wojna cieni”. Tak, proszę państwa, to była już ostatnia dzisiaj propozycja. Polecam państwu wszystkie książki, które wymieniłem, tę moją również, ale zauważyliście państwo, że zestaw jest naprawdę zacny. Naprawdę zacny, jeśli chodzi o autorów, jeśli chodzi o treści. I same książki.
Naprawdę dzisiaj na rynku rzadko spotyka się tak dobrze wykonane egzemplarze. No cóż, proszę państwa, to czas odwołać się do tytułu dzisiejszej audycji. Pod tym tytułem ukrywa się rozmowa ze znanym państwu świetnie z audycji „Bibliotekarium 2.0” autorem. Autorem Lesem Hoduniem. Często rozmawialiśmy o książkach. Dzisiaj porozmawiamy o nieoczywistej rzeczywistości. Serdecznie państwa zapraszam. Dzień dobry, dzień dobry. Witam wszystkich na kanale Wehikuł Wyobraźni. Jeśli trochę dziwi państwa brzmienie mojego głosu, to powiem, że tegoroczne święta miałem mocno covidowe.
Zostawmy ten temat na boku. Nie jest on dzisiaj najistotniejszy. Kolejna rozmowa o symulacji, ale nie taka, która będzie rozkminiać, jak ta symulacja jest skonstruowana, jak do niej doszło i tak dalej. Nie będziemy się z moim gościem zajmować aspektami technicznymi, a w każdym razie nie będzie to pole naszego głównego zainteresowania. Bardziej skupimy się na konsekwencjach dla naszego świata, dla jego postrzegania. A rozmówca jest niezwykle godny. Moim gościem będzie bowiem Less Hoduń. To jest, proszę państwa, twórca ponadwymiarowy. Jeżeli interesuje państwa jego twórczość, to zapraszam między innymi na kanał „Bibliotekarium 2.0”. Tam kilka rozmów na temat książek stworzonych przez Lesa Hodunia państwo znajdziecie.
Mój gość jest wokalistą, muzykiem, kompozytorem, pisarzem, grafikiem i poetą. Ma na koncie między innymi cztery płyty z dwoma zespołami. Ma też solowe nagrania, nagradzane piosenki, sześć kompletnie stworzonych przez siebie książek i jedną współtworzoną z innym autorem. Stworzył również logosy firm, instytucji i zespołów. Zyskał złoty medal Targów Poznańskich oraz inne nagrody. Może pochwalić się autorskim cyklem audycji w Radiu Szczecin. Organizował również interdyscyplinarne sympozja w Policach. A jeśli mam być szczery, to tak naprawdę wymieniłem zaledwie niewielką część dokonań Lesa Hodunia. A zatem zapraszam państwa na nieoczywistą rzeczywistość. Rozmowę z Lesem Hoduniem.
I na koniec jeszcze tylko mała uwaga techniczna. Tak to jest, że sieć czasami płata figle. Również podczas tej rozmowy w kilku miejscach mocno się zacinała, tak to ujmijmy. Przez pierwsze 10 minut dźwięk jest taki sobie, słyszalny, ale w kilku miejscach lekko przysiada. Coś podobnego dzieje się w ostatnich pięciu minutach całego spotkania. Dzięki Ivelliosowi z Radia Paranormalium dało się ten materiał uratować i uczynić go słuchalnym. Oczywiście przepraszam państwa za te niedogodności. Na szczęście, tak jak powiedziałem, dzięki Ivelliosowi są one nieznaczne. Myślę, że atrakcyjność intelektualna tej rozmowy przysłoni niedostatki techniczne. Witam państwa jeszcze raz bardzo serdecznie i tak jak powiedziałem, naszym gościem jest Less Hoduń, autor kilku naprawdę fascynujących książek, ale my dzisiaj nie będziemy rozmawiać o książce.
Zacznijmy od powitań. Dzień dobry wieczór, dzień dobry wieczór.
[19:14] - Dzień dobry wieczór bardzo panu i państwu. Szykuje nam się kolejna fajna rozmowa, bo dobre towarzystwo po drugiej stronie.
[19:22] - I nawzajem, i nawzajem. To gładka wymiana komplementów. Natomiast od razu uderzamy w kierunku zasadniczym, a tym kierunkiem zasadniczym jest symulacja, bo w tym kanale wszystko zaczęło się od symulacji i nie ukrywam, że jest to temat mi bliski, a w każdym razie jego paradoksalność jest mi bliska. O tej paradoksalności za chwilę. Powiem tak: ja sam nie wiem, czy my żyjemy, czy też nie żyjemy w symulacji i myślę, że niewiele osób poważyłoby się na powiedzenie, że wie. Co więcej, ja w zależności od dnia, pory roku i kilku innych zmiennych czynników mam większą bądź mniejszą pewność co do tej symulacji. Ale w gruncie rzeczy po takiej amatorskiej psychoanalizie doszedłem do wniosku, że fascynuje mnie owa symulacja nie dlatego, że ona może być albo może jej nie być, tylko dlatego, że ludzki rozum, to co mamy pod kopułką, to czym się tak bardzo szczycimy, on tak na dobrą sprawę nie jest, nie może. Co więcej, kilku filozofów sobie na tym połamało może nie zęby, może nie umysły, ale coś tam sobie połamało. Bo odpowiedź na pytanie wydaje się z gruntu niemożliwa i ktoś by powiedział: „To po co o tym myśleć?” Właśnie dlatego, że coś jest nieosiągalne, to myślę, że to jest dobry temat do spekulacji. A jak to jest u mojego gościa?
[20:58] - Wydaje mi się, że można by było tutaj przybliżyć pewną sentencję, która funkcjonuje troszeczkę w innych obszarach. Nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go. Czyli tak naprawdę myślę, że najfajniejszą rzeczą jest poznawanie, ponieważ dowiadujemy się wielu rzeczy w trakcie i o sobie, i o świecie, ale czasami jesteśmy zaskakiwani. Tak chociażby jak ja nie dalej jak przedwczoraj rozmawiałem z jedną z moich znajomych, która jest z wykształcenia psychologiem i okazuje się, że powiedziała mi kilka rzeczy, które wywołały u mnie otwarcie oczu, ponieważ ich nie wiedziałem. Wzbogaciłem się dzięki temu i dlatego rozmowy są dla mnie czymś niesamowitym, bo one same z siebie przynoszą myślę, że też taki rodzaj troszeczkę oczyszczenia, ponieważ wiadomo, że człowiek lubi uciekać sobie od rzeczywistości, a taka ucieczka właśnie w poszukiwania mentalne, jakieś próby znajdywania odpowiedzi, to tak samo, jak na pewno i pan redaktor, i pan redaktor za sterami również mieliście nieraz taką okoliczność, gdy fajna impreza nagle gdzieś tam w okolicach północy przeradza się w rozmowę i nadciągają rozmowy albo o egzystencji, albo o nieskończoności kosmosu. I wtedy otwiera się właśnie ta skrzynia ze skarbami dyskusyjnymi. Wydaje mi się, że ze względu na to, że kiedyś miałem przyjemność poznać pana profesora Jerzego Stelmacha, nieżyjącego już dzisiaj niestety byłego dziekana Wydziału Mat- Fiz z Uniwersytetu Szczecińskiego. Akurat miałem okazję z panem profesorem poznać się bodajże przy okazji jakichś tam okołonaukowych działań i chyba było to w ramach mojego tworzenia i później udostępniania sympozjów pod tytułem „Ukryta rzeczywistość”. I pamiętam, że pan profesor powiedział mi o pewnej rzeczy. Dziwne, bo naukowiec powiedział mi o takiej rzeczy, która sprawiła, że dzisiaj mogę powiedzieć, że wygląda na to, że faktycznie żyjemy w pewnego rodzaju symulacji, ponieważ, i o tym też napisałem w mojej książce „Lekcja paranormalności.
Przede wszystkim wiedzieć”, dotyczy to budowy cząsteczek, budowy atomów, zbiorów atomów i tak dalej, cokolwiek byśmy nie powiedzieli. Pan profesor kiedyś podczas jednej z rozmów, a te rozmowy mniej więcej wyglądały tak, że jak siadam sobie z panem profesorem i opowiadam o swoich rzeczach, to pan profesor w kulturalny sposób próbował mi odpowiadać po naukowemu, że się tak wyrażę. I prowadziliśmy sobie, czasem nie zgadzając się trochę ze sobą, ale bardzo kulturalne i sympatyczne rozmowy. Po prostu byłem pozamiatany tymi spotkaniami. Pozytywnie oczywiście. I pan profesor uświadomił mi pewną rzecz, do której nigdy tak naprawdę nie sięgałem. Chodziło o właśnie strukturę naszej rzeczywistości. Bo mówimy tak naprawdę o wszystkim, o każdym rodzaju materii, o powietrzu i tak dalej. I pan profesor kiedyś powiedział mi tak: „A wie pan, że nauka uznaje taki temat, że gdyby wszystkim cząsteczkom, z których składa się Ziemia i wszystkie rzeczy na Ziemi funkcjonujące, bo wiadomo, że każda cząsteczka składa się z atomów, protonów, elektronów i innych składników, które względem siebie funkcjonują. I mówi: każda cząsteczka przecież posiada przestrzeń swojej pracy.
Gdyby pozabierać przestrzeń pracy wszystkim cząsteczkom, z jakich składa się cała nasza planeta Ziemia, czy wie pan, co by zostało?” No ja, szczerze powiedziawszy, mówiłem, że nie wiem. Wydawało mi się, że nic. Ale przecież z czegoś się te atomy składają. Więc rzuciłem tam jakiś wymyślony termin, wymyśloną wielkość. Już nie pamiętam teraz, co to było, a pan profesor zwinął dwie dłonie w pięści i mówi: „Mniej więcej tyle”. I przyznam szczerze, że ciarki troszeczkę przebiegły mi po plecach, bo mówię: „No to znaczy, że Matrix nabiera teraz troszeczkę innego znaczenia. Stał się dotykalny”. I tak było do pewnego czasu. Ileś miesięcy później przemierzam sobie Polskę z Warszawy do Szczecina pociągiem i na Dworcu Centralnym, dzięki mojej znajomej, poznałem człowieka, który między innymi wykłada tematy ezoteryczne. Bardzo mądry, bardzo sympatyczny i otwarty człowiek.
Uważnie przede wszystkim i intensywnie mnie słuchał, gdy dzieliłem się z nim informacją, że pan profesor Stelmach na sympozjum i tak dalej zaprezentował budowę atomu i że nie wiadomo, jak ten atom wygląda. I o tej budowie. A on mi powiedział jedną rzecz: „A teraz przypomnij sobie, co mówi mądrość Wschodu. Wszystko jest energią”. I wtedy tryliardy miliardów ciarek przemaszerowały przez moje plecy, bo w zasadzie razem powiedzieliśmy: „Impulsami elektrycznymi”. Bo zwróćmy uwagę na jedną rzecz. O tym pan profesor mówił podczas pierwszego sympozjum mojego tutaj w Miejskim Ośrodku Kultury w Policach, pokazując zdjęcie atomu i opowiadał o tym zdjęciu, ale tak naprawdę to zdjęcie prezentowało tylko i wyłącznie dwie rozmazane sfery. Jedną jasną na zewnątrz i drugą ciemniejszą w środku. To było zdjęcie wykonane przez mikroskop tunelowy, o którym się spodziewano, że nareszcie zobaczymy, jak ten atom wygląda. I okazało się, że jednak nie, że to jest rozpaćkane, rozmazane i tak naprawdę widać tam tyle, że nic nie można stwierdzić.
Tak naprawdę bazujemy do dzisiaj na obliczeniach Niels Bohra. To tak naprawdę szczęście, że człowiek stworzył jak gdyby strukturę atomu, opierając się o obliczenia i jeżeli to się sprawdza i jeżeli fizyka funkcjonuje dzięki jego obliczeniom, chwała mu za to. Być może w jakiś sposób podpowiedź z kroniki Akaszy popłynęła w tę stronę, żeby mu pomóc w ustaleniu właśnie tych obliczeń. Natomiast jeżeli to się sprawdza, niech się sprawdza i jest okej. Ja generalnie zauważam u siebie chłonność w kontekście poznawania, a w momencie, kiedy poznałem słowa, które mi pan profesor Stelmach przekazał, no to okazało się, że nagle oczka mi się otworzyły i jeszcze intensywniej, jeszcze bardziej przyjaźnie zacząłem na ten świat patrzeć.
[27:49] - Ja powiem tak, to oczywiście są fascynujące sprawy i one rzeczywiście dają do myślenia. Kiedy sobie myślę o atomie jako o pustce, tak naprawdę pustce, to zawsze mnie takie ciarki przechodzą, bo przecież my jesteśmy przyzwyczajeni do materialnego świata. Jak się uderzymy o framugę drzwi, no to się uderzyliśmy o coś twardego. Bardzo nieprzyjemnie nam jest wtedy i mamy wtedy poczucie, że nasz świat jest cholernie materialny. A tymczasem mówimy o tym, że właściwie to wszystko, co obserwujemy wokół nas, to składa się głównie z pustki. W pewnym momencie usłyszeliśmy, że to energia. No właśnie, a tu już jest krok od tego, żebyśmy nawiązali do myśli filozoficznej sięgającej, a może i dłużej. Wszyscy ci z państwa, którzy słuchali tego podcastu „Czy żyjemy w symulacji?” Temat ukradziony wprost Nickowi Bostromowi. Samo brzmienie tego tytułu ukradzione Nickowi Bostromowi, bo on w pewnym momencie zapytał właśnie, czy żyjemy w symulacji. Ale o to pytano, uwierzcie mi państwo, od starożytności.
Nie mieszano w to energii oczywiście, ale cały czas pytano, na ile to, co obserwujemy wokół nas, jest realne. I mówił to Platon, też nie wprost mówił Kartezjusz. Ja tak szybko zrekapituluję, mówił Berkeley.
[29:21] - Sokrates.
[29:21] - Tak, ale Sokrates nie zostawił nic pisanego. Wiemy o wszystkim od Platona. A co Platon powiedział o Sokratesie, to do dzisiaj się wszyscy kłócą, czy on powiedział to, co chciał przedstawić, czy też to, jaki Sokrates był naprawdę. Więc tu mam zawsze problem z tym Sokratesem. Ale później był, tak jak mówiłem, Berkeley i jego kumple Hume i Locke. Później był jeszcze Kant, no a później się zaczął XX wiek i tu już po prostu było różnie, ale gdzieś tam doszliśmy do roku '80. Pojawiła się hipoteza Putnama o mózgu w naczyniu, a wcześniej był Lem. Tak naprawdę cały czas to podkreślam, że 20 lat przed Putnamem Lem pomyślał o czymś takim. Dobrze, to wszystko państwo wiecie, do czego ja tak naprawdę prowadzę? Że my, niektórzy uważają, że człowiek jest koroną stworzenia i tym podobne bardzo podniosłe teksty padają.
Natomiast kiedy sobie uświadomimy, że my z całą pewnością o naszym świecie nie możemy powiedzieć nic pewnego. Nie możemy nawet powiedzieć, czy on jest realny, czy nierealny. Ten przykład przywołany przez mojego gościa jest perfekcyjny, bo pokazuje, że żyjemy w takich przyzwyczajeniach. Świat jest materialny, proszę państwa. Jeżeli w to państwo wierzycie, to nie ma żadnego problemu. Zawsze o tę wspomnianą przeze mnie framugę drzwi możecie się państwo uderzyć i udowodnicie sobie państwo, że świat jest materialny. Ale można też posłuchać tego, o czym mówił nasz gość. On materialny jednak nie jest. Można posłuchać tego, co mówią fizycy, że atom to głównie pustka. Pomiędzy atomami też jest pustka, a ten drugi atom to też pustka.
Czyli właściwie większość to pustka. Ale jak stąd przeskoczyć do symulacji? Kiedy myślimy, takie najbliższe skojarzenie pomiędzy symulacją a naszą rzeczywistością to jest gra komputerowa. A co to jest gra komputerowa? Dla postaci, która w grze występuje, jej świat jest materialny, ale my doskonale wiemy, że on materialny nie jest. To jest mocno rozochocona gra elektronów w naszym komputerze i nie tylko elektronów. W każdym razie coś tam się kitłasi w naszych procesorach i nie tylko. I z tego mamy grę. Ale gdybyśmy byli w tej grze, czy bylibyśmy w stanie stwierdzić, że to jest gra, że to jest symulacja, czy też to byłaby nasza rzeczywistość? Jakby to było?
[32:02] - Wie pan co, panie redaktorze, wydaje mi się, że można by było tutaj troszeczkę skłonić się ku Kartezjuszowi, który opowiadał o czymś takim, co się nazywa argument snu, czyli relacja skupienia się na prawdziwości snu, gdy śnimy, a relacja względem tego, że gdy jesteśmy na jawie, to wtedy nie śnimy. Mamy pełną świadomość. Chodzi tutaj o to, że dopiero po obudzeniu się człowiek się orientuje, że coś mu się śniło, a nie że przydarzyło mu się to naprawdę. Tutaj też jest coś takiego, że trudno jest odróżnić sen od rzeczywistości. Tutaj akurat w tym argumencie snu było, że istnieje taka możliwość, że nie budzimy się tak naprawdę z tego snu i cały czas możemy w tej symulacji pozostawać. W zasadzie to tak się zastanawiałem nad tym troszeczkę i powiem szczerze, że chociażby patrząc przez pryzmat podróżników astralnych. Poznałem kiedyś Darka Sugiera ze Świdnika, podróżnika astralnego, który mnóstwo podróży już odbył. Darku, jeżeli słuchasz, pozdrawiamy cię bardzo mocno. On nawet napisał książkę, ale też był gościem na jednym z moich sympozjów. Opowiadał o tym, że człowiek, gdy wyjdzie z ciała, gdy przeniesie się do tego zaświata tak zwanego, jak Darek to określa, tam czuje inną relację ze wszystkim.
Tak po przemyśleniach wydaje mi się, że chodzi o to, że my tutaj, posługując się naszym ciałem, naszym DNA, naszym umysłem, wolą i czymkolwiek jeszcze innym, co sprawia, że możemy robić, czynić, planować lub sobie wyobrażać, mamy jednak ograniczenia, które gdzieś w tym DNA siedzą. Coraz bardziej naukowcy o tym mówią, że DNA zostało przygotowane w sposób jakiś tam specjalny i zamierzony, że to nie jest tak, że sobie natura rzuciła. To jest też ciekawe i wydaje mi się, że po przekroczeniu granicy cielesnej, czyli po wyjściu z ciała, nabieramy większej relacji z otoczeniem, które widzimy, a później, jak okazuje się, które możemy tworzyć. Możemy rozumieć wszystkie rzeczy, które widzimy, które się pojawiają, wszystkie postacie, wszystkie przedmioty, wszystkie pejzaże, horyzonty i tak dalej. Więc gdybyśmy chcieli powiedzieć, co jest bardziej prawdziwe, wydaje mi się, że trzeba by było wybrać się raz w taką podróż, żeby poczuć to na sobie i żeby faktycznie zweryfikować, że jednak tam czujemy wspólnotę ze wszystkim, w czym się znajdujemy. Czyli tak naprawdę dla mnie to byłoby paradoksalne stwierdzenie, bo to nasze życie, tak jak Stachura nawet kiedyś śpiewał, że życie jest snem albo że życie to teatr i tak dalej. Więc dziwne to jest, że tutaj traktujemy ten świat, tę naszą rzeczywistość bardzo namacalnie i bardzo jej hołubimy, a okazuje się, że ludzie, którzy się tam przenoszą, mają po prostu o wiele przyjemniejszy kontakt ze wszystkim, co jest dla mnie dowodem tylko i wyłącznie na to, że chyba my tutaj teraz rozmawiając, nie znajdujemy się jednak po tej właściwej stronie tak zwanej rzeczywistości. Przy okazji chciałem też powiedzieć o czymś takim, co się nazywa przekonanie, czyli to, co widzimy, w jaki sposób to widzimy. Również dałem przykład w „Lekcji paranormalności” pewnego tematu pod tytułem „Woda lejąca się z kranu”. Jeżeli kran mamy nowy, w miarę nowy powiedzmy, dobrze zainstalowany, strumień wody wewnątrz rur jest na tyle silny, że po odkręceniu leci nam jednolity ciąg wody, to wówczas co widzimy, stając z dalszej odległości?
Gdybyśmy nie wiedzieli, że to jest woda, moglibyśmy powiedzieć, że to jest pręt szklany. Woda tak idealnie się zachowuje. Zależy to tylko i wyłącznie od intensywności dawkowania Tych malutkich cząsteczek wody, z których ten strumień się składa. Czyli normalnie woda robiłaby sobie plusk, plusk, plusk, gdybyśmy ledwo ją odkręcili, a gdy leci silnie, to wygląda jak szklany pręt, co tak naprawdę daje nam w umyśle przekonanie, że to jest zupełnie inny materiał. Więc tak naprawdę postrzeganie różnych rzeczy bierze się niestety również i z systemu nauczania i z systemu tak zwanych przypadkowych odkryć, jakichś być może niepewności, być może nietrafionych, ale powtarzanych pytań, względem których ludzie posiłkują się tymi pytaniami, próbując jakoś ogarnąć tę rzeczywistość. Raz jest to lepiej, raz jest to gorzej. Natomiast uważam, że jednak ta nasza rzeczywistość nie jest nam tak bardzo dana i tak bardzo sprzyjająca jak ta po opuszczeniu naszego ciała fizycznego.
[37:14] - Ja bardzo dziękuję za ten argument kartezjański zawarty w medytacjach metafizycznych Kartezjusza. Ten argument snu. Ja tylko od razu zaznaczę, że wszyscy ci, którzy mówią o świadomych snach, świadome sny są wyłączone z argumentu snu, ale Kartezjusz rzeczywiście powiedział, użył tego argumentu snu i co więcej, to wywarło bardzo mocny-
[37:44] - Mocny wpływ.
[37:45] - Tak, wpływ. Chciałem o piętnie coś powiedzieć, ale niech będzie wpływ na innych filozofów. I ci filozofowie tak naprawdę mówili o tym. Zaczęli to coraz częściej powtarzać, że być może my w ogóle całe nasze życie śnimy. Jest to taki sen mniej lub bardziej uświadomiony, a właściwie raczej nieuświadomiony. To jeden z tych argumentów. I właściwie całe nasze życie jest snem. Stąd już znowu krok do problemów czy do tego, że tak naprawdę to, co nas otacza, jest symulacją. Tak naprawdę to nie Kartezjusz to wymyślił, bo w starożytnych Chinach był sobie taki mędrzec, którego pewno imię zniekształcę bardzo mocno, ale z tego, co pamiętam nazywał się Zhuang Zi i on opowiedział taką historię. Zapisał taką historię o tym, że pewnej nocy śniło mu się, że jest beztrosko latającym motylem, a kiedy obudził się, to zaczął rozważać i nie mógł tak do końca określić, czy Zhuang Zi właśnie się obudził, czy też jest motylem, który właśnie zaczął śnić, że jest Zhuang Zi.
Zobaczcie państwo, jak to wywraca naszą rzeczywistość, wywraca nasze przekonania o tym, że wiemy coś o rzeczywistości, ale my idziemy w kierunku tego, że ta rzeczywistość jest nieokreślona, ale jednocześnie dotykamy problemu symulacji. I to jest problem, który warto rozwałkować do końca. Bo kiedy myślimy o symulacji, to oczywiście zadajemy te kardynalne pytania: kto tę symulację stworzył? Po co ją stworzył? I w ogóle czy to ma wszystko sens? Myślę, że tu skazani jesteśmy na spekulacje. Możemy wymyślać dowolne hipotezy kto, po co, co państwu na myśl przyjdzie. Ale myślę, że znacznie bardziej, przynajmniej dla mnie, fascynujące jest to, że w ogóle coś. Powtórzyłem w tej chwili frazę, którą bardzo często, kiedy rozważaliśmy problemy ontologiczne, wymawiał mój mistrz, mistrz filozofii Janusz Sytnik Czersterzyński, bo on mówił o tym, że nauka o bycie, ontologia właściwie, filozofia pierwsza, ontologia. No dobrze, zostawmy te problemy w każdym razie, że w ogóle coś.
My bardzo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdzieś jesteśmy w jakimś świecie. Obserwujemy dom, drzewo, samochód, droga i to wszystko wydaje nam się takie naturalne. A wystarczy troszeczkę odejść od takiej rzeczywistości, troszeczkę się cofnąć i uświadomić sobie, że w ogóle coś, że na zewnątrz patrzymy i w ogóle coś jest. To jest takie sławne pytanie filozoficzne: a czego istnieje bardziej coś niż nic, skoro nic jest prostsze? I tu jest pewien problem związany z symulacją, bo może rzeczywiście te wszystkie przesłanki my zbieramy tu wspólnie z moim rozmówcą, zbieramy różne ślady, bo tak naprawdę na to jesteśmy skazani. Różne ślady z rzeczywistości dotyczące tego, że coś w tej rzeczywistości nie do końca styka, nie do końca się zgadza. No ale po to to właśnie robimy. Nie po to, żeby państwu cokolwiek udowadniać, tylko żeby zasiać takie ziarno wątpliwości. No to ja proponuję zasiewajmy je dalej.
[41:33] - Z tymi tematami ontologicznymi akurat przypomniały mi się właśnie te dociekania platońskie, gdy Platon opisywał swoją alegorię jaskini, kiedy tam mamy jaskinię, w głębi której siedzą ludzie przykuci do kajdan, niemogący się poruszać, są odwróceni tyłem do wejścia do jaskini. Za nimi jest mur. Oni sobie patrzą na postacie, które się przemieszczają u góry. Okazuje się, że za tym murem, o czym oni nie wiedzą, chodzą ludzie i jakieś te figurki noszą. I za tymi ludźmi jeszcze dalej pali się ognisko dość duże i ono rzuca cień. Znaczy ono świeci, a te postaci, które noszone są przez ludzi, rzucają cień. I tamci, którzy siedzą w tych kajdanach, myślą, że to jest jedyna rzeczywistość, jaką oni widzą, ponieważ oni nie mogą się rozejrzeć. A tuż za jaskinią, za tym palącym się ogniskiem jest wyjście z tej jaskini. Jest słońce, które notabene przez Platona było uznawane jako źródło dobra. To jest akurat ciekawostka.
Źródło wszystkiego można wręcz powiedzieć. W każdym razie ciekawostką, która mi przyszła do głowy, gdy sobie próbowałem przypomnieć alegorię jaskini, jest to, że Platon tworząc to swoje przemyślenie, już pewne rzeczy poukładał, które a priori według niego powinny być, żeby wymusić właściwe brzmienie tej jego alegorii. Pamiętam, była kiedyś taka sytuacja i ona mi została w głowie. Kiedyś jeden ze współpracowników, gdy chodziło o przygotowanie do druku, mieliśmy zaawansowaną rzecz i nie można było pewnej rzeczy wykonać. I on przychodzi do mnie, mówi: „No dobra, robisz to tak i tak, a później co?” Ja mówię: „Ale ja tego nie robię w ten sposób”. „A jak? Przecież robisz to tak i co?” Ja mówię: „Nie. Robię to tak, tak i tak”. I to w zasadzie było to samo, tylko że kilka guziczków jakoś inaczej było przyciśniętych. On lubił sobie programować pewne rzeczy od razu i po prostu był przekonany, że ja robię to dokładnie tak samo, a ja miałem dokładnie ten sam efekt, tylko że odrobinę inaczej realizowany.
Więc zakładanie już zabawy z tymi ludźmi, postaciami jest to troszeczkę dla mnie dziwna konstrukcja. Ale pamiętajmy, że mówimy o mędrcu bardzo klasycznym, sprzed dawien dawna, kiedy wiedza była troszeczkę inna. Natomiast już widać tutaj konstruowanie pewników pewnych, które kodują to, że tam siedzą ci ludzie, że inni ludzie chodzą, że to jest jakiś rodzaj manipulacji i tak dalej. Myślę, że można by było również troszeczkę w prostszy sposób to pokazać. Natomiast chodziło mu tutaj tak naprawdę o to, żeby pokazać, jak niemożność występuje u ludzi, którzy są przykuci do swoich zmysłów. Czyli mówimy o zmysłach dotyku, słuchu i to wszystko, co nas weryfikuje w tak zwanym świecie rzeczywistym. I tutaj, paradoksalnie w tej alegorii jaskini sprawa ma się tak, że jak przeczytałem kiedyś o tym, że chodzi o to, żeby sięgnąć do swojego wnętrza, czyli tak naprawdę wyjść z tej jaskini, była to troszeczkę odwrotność. Być może zależało Platonowi na skontrastowaniu tego tematu i odwrócił bieguny. Czyli to nasze codzienne, rzeczywiste znajduje się w głębi jaskini. W sumie to też ma ze sobą jakąś symbolikę.
Natomiast gdy wychodzimy z tej jaskini, to de facto już wychodzimy z tych naszych ograniczeń. I tu też był ciekawy kontekst pod tytułem: to, w jaki sposób osoba, której potencjalnie mogłoby się udać uwolnić z tych kajdanów i wyjść, żeby dotknąć tego stanu rzeczy, który dzieje się trochę inaczej niż ona widziała to na tych cieniach na ścianie. Czy ona jest w stanie wrócić po resztę swoich pobratymców i ich też uwolnić? Bo mamy tutaj tak zwaną wolną wolę i decyzyjność. Gdyby nie wolna wola i niedecyzyjność, to nie podejmowalibyśmy żadnych czynności. To tak, jak pan redaktor powiedział, kiedy nic jest wygodniejsze.
[46:09] - Tak, to prawda. A jeszcze dodam, nawiązując do tego, co pan powiedział, że u Platona mamy jeszcze jedną fascynującą konstatację. Otóż Platon mówił o tym, już państwo wiecie, bo o tym mówiłem, ale powtórzę. Nigdy nie zaszkodzi przywoływać myśli filozofów. Otóż Platon mówił o tym, że tak naprawdę człowiek przechodzi zjawisko w ciągu życia, przechodzi zjawisko anamnezy, czyli przypominania sobie, a właściwie odzapominania. Pokrętne, ale to tak właśnie. Amnezja. Kojarzycie państwo zapominanie? Anamneza, czyli takie odzapominanie troszeczkę. Otóż my w ciągu życia nie zyskujemy wiedzy.
My sobie po prostu przypominamy to, co było w świecie idealnym. I znowu to jest pewna gra słów. To jest pewna figura, którą wymyślił Platon. Ale kiedy sobie to przeanalizujemy, to ma również konsekwencje dla naszego postrzegania świata. No właśnie, a może to odzapominanie, czy też przypominanie sobie świata idealnego jest tym, co przeżywamy na co dzień? Nam się wydaje, że my poznajemy świat, a może my sobie tylko przypominamy, jak z tym światem jest naprawdę. To oczywiście ktoś zarzuci, że to jest takie gadanie filozofa, że to jest taka próba skomplikowania rzeczy prostych. Być może rzeczywiście Platon pewne rzeczy może komplikował, ale ja to stawiam w pewien nawias, może cudzysłów, a może nawet dodaję jeszcze znak zapytania. Bo w gruncie rzeczy zauważcie państwo, że to jest tak, szczególnie w naszych czasach, my bardzo często coś wiemy albo wydaje nam się, że wiemy. Mamy silne przekonanie, że jest tak, a nie inaczej.
No dobrze, ale skąd my to właściwie wiemy? Skąd mamy te głębokie przekonania, które nie są ufundowane tak naprawdę na jakiejś realnej wiedzy? Bo powiedzmy, wiedza o świecie i ktoś buduje na tym jakieś silne przekonania, to dobrze, to rozumiem. Ale bardzo często jest tak, że ktoś o świecie wie Tyle, ile mu internet powiedział. A i tak ma bardzo silne przekonania. Co więcej, nasz świat skłonny jest przyznawać mu rację. Tak, masz prawo do tego i wiesz. Skoro wiesz, to znaczy, że wiesz. To są twoje silne przekonania. Tak, ale skąd one się tak naprawdę biorą?
Skąd w naszej głowie, czy też w tym czymś, czym myślimy, bierze się to, że my coś wiemy, tak naprawdę głęboko przekonani jesteśmy. Może ten Platon nie był jednak taki głupi i może jednak coś mądrego nam powiedział o naszej rzeczywistości. Może coś ciekawego powiedział nam również, robił to nieświadomie, ale może coś ciekawego powiedział nam o symulacji, w której być może istniejemy. Ja tego nie rozstrzygam, tylko pokazuję to, co już z naszym gościem powiedzieliśmy. W naszym życiu jest tyle dziwnych sytuacji, dziwnych zjawisk. To już sobie państwo dobudujcie co potrzebne. W każdym razie tej dziwności jest bardzo dużo. Ja co więcej, ukułem sobie mój prywatny argument. Nie wiem, czy komuś go nie ukradłem, ale powiedzmy, że to będzie mój argument, że symulację da się dowieść z tak zwanej dziwności świata. To będzie oczywiście dowód w stylu świętego Tomasza, czyli taki dowód nie do końca dowód, ale właśnie czy z dziwności świata, który nas otacza, nie dałoby się wywieść tego, że żyjemy w symulacji?
[50:13] - Właśnie ciekawostką jest to, że tutaj ten Hilary Putnam troszeczkę przyszedł mi do głowy. On akurat był jednym ze sceptyków i sceptycy wiadomo, jadą równo po wszystkim, negując, kwestionując i tak dalej. Jak już wydaje mi się, że z panem redaktorem nawet podczas jednej z rozmów odnośnie moich poprzednich książek rozmawialiśmy o tym i wspominałem, że dla mnie kwestionowanie to jest po prostu zadawanie pytań, a nie jechanie i ścinanie jak się da. Natomiast chodzi tutaj o mózg w zamkniętym pojemniku, o którym mówił Hilary Putnam. I teraz tak wiadomo, sceptycyzm i niepodchodzenie ze zbytnim hurra do różnego rodzaju teorii, możliwości i tak dalej. A tutaj przy teorii mózgu w naczyniu mamy taką historię, że on założył, że rozum wcale nie znajduje się w głowie człowieka, w naszym mózgu tylko jest w jakimś zamkniętym pojemniku i ono jest podpięte do jakiegoś komputera czy superkomputera. I wtedy wszystkie reakcje bodźce, stymulowanie nas to jest na zasadzie tego, że właśnie sygnały są wysyłane stamtąd. I wtedy mamy złudzenia osób, sytuacji, okoliczności, wspominania wszystkiego innego, co nam się dzieje. Więc dla mnie to wytłumaczenie jest bardzo dziwne i ja to absolutnie mógłbym skrytykować i zdecydowanie odrzucić.
[51:58] - To ja nawiążę jeszcze do tego Putnama. Ja tak ustawicznie podkreślam, że wcześniej był Lem i przypomnę tylko naszym słuchaczom, że cała idea polega na tym, już nie opisujmy szczegółów, ale cała ta idea polega na tym, to zresztą tak naprawdę wymyślono w czasach Kartezjusza i Berkeleya, i Hume'a, i Locke'a, że gdybyśmy potrafili się podłączyć pomiędzy odbiornik, czyli oko na przykład, a mózg, to gdybyśmy się tam po drodze podłączyli i odpowiednio stymulowali ów nerw wzrokowy, czy też w przypadku czucia, czy innych zmysłów odpowiednie inne nerwy i stymulowalibyśmy te nerwy odpowiednio dokładnie, odpowiednio pracowicie i z odpowiednią intensywnością, to co by zobaczył ów mózg, byłoby nie do odróżnienia od rzeczywistości. Ktoś powie: „To takie banalne, to już wszyscy to wiemy”. Wiemy, jak wiemy. To jeszcze do niedawna nie było takie oczywiste. Dzisiaj, ponieważ teoria symulacji weszła na salony w internecie jest bardzo popularna, to niby wszyscy wiedzą, ale czy my sobie tak do końca zdajemy sprawę z konsekwencji? Czy zdajecie sobie państwo sprawę z tego, że mówienie wobec takiej sytuacji o sceptycyzmie albo o braku sceptycyzmu, o tym, że coś ogarniamy rozumowo albo coś ogarniamy zmysłowo, to tak, proszę państwa, trochę się zaczyna sypać cała ta konstrukcja. Nie ukrywam, że zaczyna się sypać konstrukcja, przynajmniej część konstrukcji filozoficznej, bo to znaczy, że obojętnie, czy jesteśmy sceptykami, czy uważamy, że świat poznajemy za pomocą zmysłów, czy też za pomocą rozumu, to tak naprawdę gdzieś na końcu, jak to powiedzieliby Anglicy, na koniec dnia wychodzi nam, że my o naszym świecie, tym, który pozornie dobrze znamy, nie potrafimy powiedzieć nic konkretnego, nic, co by się ostało na sicie, nic, co byłoby takim pewnym stwierdzeniem. Dochodzimy, ja mam wrażenie chwilami, jak sam siebie słucham, a czasami to robię, że my dochodzimy do jakiegoś szaleństwa.
[54:33] - Zdecydowanie. Dlatego, że przy takiej wielości Komunikatów dzisiejszych, które umożliwiają nam poznawanie całej globalnej wioski. Mamy dostęp do mnóstwa teorii, spostrzeżeń, rozmów, książek. W każdym komunikacie, który został zapisany w jakiejkolwiek gazecie, filmie, audycji i tak dalej, może kryć się jakiś promil odpowiedzi na pytania, które poszukujemy. To jest rzecz pierwsza. Rzecz druga jest taka, że na pewno dla każdego obszaru czasowego, ciśnie mi się to na usta, signum temporis, czyli każdy czas ma swój gatunek myślenia, narzędzia mentalne, psychiczne czy naukowe, które pozwalają w taki lub w inny sposób z nich korzystać. Czasem bywa tak, że ktoś korzysta z danych narzędzi, czyli możliwości rozwijania umysłu, zadawania pytań, umiejętności podążania za pytaniami bardziej niż ktokolwiek inny. Wydaje mi się, że to też jest umiejętność patrzenia głębiej i bardziej. A nawiązując do pytania wcześniej, skąd my tak naprawdę wiemy? Wydaje mi się, że skoro istnieje coś takiego jak, nie powiem, że teoria, bo to by było nieładne, ale istnieje coś takiego jak wszechjaźń czy chociażby pole morfogenetyczne, które wydaje mi się, o ile dobrze pamiętam, jest chyba równorzędne z tak zwaną Kroniką Akaszy, czyli dostępną bazą wiedzy, która gdzieś w przestrzeni energetycznej jako fale po prostu istnieje.
Bo jak mówi przysłowie: „Nic w przyrodzie nie ginie”. Być może to, że ktoś wie więcej, odkryje lepiej, ma jakąś intuicję i potrafi coś przewidzieć, może mieć déjà vu, wynika z konstrukcji umysłu, bo być może te umysły są do różnych zadań przeznaczone, jeżeli chodzi o naszą rzeczywistość i w tej sytuacji, jeżeli dany umysł na czymś się nie skupia, to nie ma takich zdolności. To jest tak samo, jak ja obserwuję siebie. Moje zdolności artystyczne i twórcze są na wysokim poziomie i bardzo mocno wibrują, czuję się z nimi doskonale i komfortowo. Natomiast jeżeli chodzi o rzeczy stricte technologiczne, formalne, administracyjne, że tak je nazwę, to tu jest już zdecydowanie gorzej. Przede wszystkim tych aspektów energii, mówię o energii informacji, ja tego nie czuję, one w ogóle ze mną nie korelują. Natomiast inne rzeczy mogę wychwycić wręcz w lot. I to, że zauważamy na przykład nierzadko wokół siebie tematy pod tytułem o czymś pomyślimy, coś nam się niedługo wydarzy i to się wydarzy dokładnie w taki sposób, w jaki nam się wydawało wcześniej. Chociaż tak naprawdę nie planowaliśmy, tylko przyszedł jakiś głos, jakaś wizja. Niektórzy ludzie są zaskakiwani tym, więc wydaje mi się, że jeszcze niektórzy mogą tego nie potrafić, mogą mieć to jeszcze w nieświadomej formie.
Są tacy, którzy wiedzą, że coś takiego mają i uciekają od tego, bo widocznie też tego typu informacje i umiejętności z nimi nie korelują. A wszystko to jest rodzajem fali, czyli emanacji energetycznej, która z odpowiednią częstotliwością zapisana zostaje.
[58:13] - Tak sobie myślę w tej chwili, że wspomniałem naszym słuchaczom o tym argumencie, takim tomaszowym argumencie, ale jednak przemawiającym do wyobrażeń, argumencie z dziwności świata. Otóż my jesteśmy przyzwyczajeni, szczególnie przez współczesną cywilizację, do kultu nauki. Nauka nam wyjaśnia wszystko. Ten świat działa tak, jak nauka nam opisuje. Aby się dobrze przyjrzeć, to ona nie do końca opisuje ten świat. Ale dobrze, przyjmijmy, że tak właśnie jest. Zauważcie państwo, że jeśli człowiek się dobrze rozgląda po współczesnym świecie, to dostrzega szereg bardzo dziwnych zjawisk. Niektórzy ich nie dostrzegają, bo nie chcą ich dostrzegać, ale jak się dobrze przyjrzeć, to pojawiają się zjawiska typu na przykład UFO. Ono jeszcze nie jest tak do końca dziwne, ale różne zjawiska określane mianem ezoterycznych, niezwykłych, tajemniczych. Tu sobie państwo wybierzcie odpowiednią nazwę.
Szereg takich zjawisk jest i gdybyśmy patrzyli tak naukowo na świat, to one są niemożliwe. I oczywiście to, o czym kiedyś rozmawialiśmy, czy być może my po prostu nie do końca jeszcze poznaliśmy te zjawiska i za kilkaset lat one będą jak najbardziej częścią nauki. Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie. A może jest tak, proszę państwa, że tak zwane zjawiska paranormalne to jest po prostu efekt pewnej ingerencji na przykład twórców symulacji w to, co dzieje się w naszej symulacji. Czyli nauka nauką, prawidła, prawa, które tym wszechświatem, tą symulacją rządzą. Owszem, one są, ale od czasu do czasu pojawia się pewne zakłócenie symulacji. Pojawia się coś, co z tą symulacją nie do końca jest zgodne, bo jakoś jej przeczy tym prawom nauki, przeczy temu wszystkiemu, co już wiemy. A mimo wszystko przynajmniej część z nas jest skłonna uważać, że nie, to jednak wszystko się zgadza. Ten świat wcale nie jest rozpadający się na dwie połówki czy dwie części. Może bardziej to lepsze określenie?
Tak, ale może właśnie ten argument z dziwności świata, z jego niesamowitości, z tego, że on bardzo często, ów świat, nie poddaje się prawidłom. Nie poddaje się takiej sztancy wiedzy, tylko umyka nam. Co i róż dowiadujemy się, że nauka jednak czegoś nie wie albo odkrywa coś na nowo. Może to jest jeden z argumentów, powiedziałbym bardziej poszlak czy przesłanek do tego, żeby jednak o tej symulacji pomyśleć nieco poważniej.
[01:01:11] - W mojej „Lekcji paranormalności” zawarłem fragment związany z publikacjami w „Newsweeku”, które chciałem przedrukować do mojej strony internetowej, ale okazało się, że zgody nie dostałem, dlatego, że moja strona była za mało naukowa. Czytając te artykuły, postanowiłem je przepisać po swojemu i tam między innymi był fragment związany z tym, że te obiekty latające, o których pan redaktor wspomniał, mówimy tylko na bazie jednego przykładu. Ktoś kiedyś wybrał do badań 30 najlepszych według nauki przypadków i tak dalej. Ludzie, z którymi rozmawiałem, nie zauważali tego. 30 najlepszych według nauki. Jeżeli nauka mówi, że czegoś nie ma, to ona będzie wybierać spośród tych przypadków, spośród tych zdarzeń takie, które umysły tych ludzi będą akceptować. Jeżeli tego nie będą akceptować, to oni po prostu nie będą się nad tym zastanawiać. To nie istnieje. I to jest jedna podstawowa rzecz, która nie pozwala nam podążać dalej. Nie wiem, czy dobrze powiedziałem.
Proszę wybaczyć.
[01:02:31] - Tak, ale przyszła mi do głowy w tym momencie pewna myśl, która właściwie powinna być dla mnie oczywista. Aż sam się dziwię, że dopiero przyszła mi w tym momencie do głowy. Ale kiedy odwołamy się do powszechnie przyjętych kulturowych przekonań, jednym z tych kulturowych przekonań jest na przykład to, że umieramy i gdzieś tam odradzamy się w lepszym świecie. Chrześcijanie powiedzą, że się odradzamy w niebie, inni powiedzą, że gdzieś tam się odradzamy, przechodzimy, przedzieżwiwujemy się. W każdym razie przechodzimy proces reinkarnacji i wracamy. Koncepcje są różne, ale zwróćcie państwo uwagę, że to są motywy jak najbardziej religijne, dalekie od nauki. Ktoś by powiedział: „Apage, Satanas!” W ogóle w naukowym świecie to jest niedopuszczalne. Rozumiem, oczywiście jest niedopuszczalne, ale kulturowo pamiętamy o tych sytuacjach, o których wspomniałem. I teraz, a czym to się różni na przykład od sytuacji, w której my umieramy i budzimy się w tym nadświecie, w którym symulacja została skonstruowana? To jest ten dobry wariant, że jesteśmy, cudzysłów, graczami, którzy się tam budzą.
Właśnie skończyli kolejną turę gry i to było nasze życie. Czas się przesiąść do kolejnego życia. Natura może być zupełnie inna. To może nie jest budzący się gracz, może to jest człowiek, który ma przeżyć swoje życie w sposób doskonały i ktoś mu mówi: „To nie było dobre życie. Wracamy”. To jest proste nawiązanie do hinduskich koncepcji. Wracamy. Ty wracasz i przeżywasz swoje życie na nowo. Może tym razem ci się uda przeżyć je w taki sposób, że zostanie gra zaliczona. I tak dalej.
Kiedy sobie to uświadomimy, że poziom dziwności pomiędzy tymi sytuacjami, które proponują religie a tymi sytuacjami, które przed chwilą przedstawiłem w kontekście symulacji, ta różnica jest naprawdę niewielka. To jest ten poziom dziwności, który nie przestaje mnie fascynować.
[01:04:57] - Tak, w zasadzie można powiedzieć, jeżeli umiejętnie się wczytamy w różne pisma religijne, to zauważymy, że w kontekście idei związanej z funkcjonowaniem naszym tutaj na Ziemi i tym, co z nas pozostaje, jaki jest tego cel, jest to wszystko naprawdę myślę, że bardzo spójne. Kiedyś miałem okazję zakupić książkę przy okazji tańca derwiszy, spektaklu derwiszy, na którym miałem przyjemność być i stwierdziłem po tej lekturze, po co są te wszystkie kłótnie? Przecież tak naprawdę jak wczytuje się w te słowa, to tak samo jak wartości chrześcijańskie wyrażone są innymi słowami. Wrócę też troszeczkę do tego, co pan redaktor wcześniej powiedział, bo jeżeli chodzi o kontekst związany z hereafter tak zwanym, jak to Anglicy fajnie mówią, czyli życiem po życiu, tym, co się dzieje dalej z nami, jaka jest kolej rzeczy, to mam wrażenie, że te informacje są przede wszystkim konstruowane i stosowane dowolnie, w zależności od tego, jak komu jest wygodnie. Bo o ile idąc sobie na ceremonię w Kościele rzymskokatolickim słyszymy życie po śmierci, niebo i tak dalej, a kiedy przejdziemy do aspektu pod tytułem życie po życiu, czyli umieramy i przechodzimy do następnego etapu, to są ludzie, którzy gotowi by dać w pysk za to, że wyznajemy sprawy pod tytułem, że coś tam jest. Kiedyś nawet zerknąłem sobie na pewną rozmowę. Była to rozmowa pewnego youtubera z jakimś zakonnikiem i ten youtuber już na samym początku fajnie coś tam zaczęli sobie żartować i on mówi, że on wyznaje taką zasadę, że po prostu człowiek umiera, kończy się i wszystko znika. I to jest dla niego piękne. I proszę mi uwierzyć, wyłączyłem tę rozmowę, bo tak naprawdę tak jest i nie ma inaczej. Pan redaktor użył tutaj bardzo romantycznego wyrażenia.
Wszyscy byśmy sobie życzyli, żeby tak było, żeby to było właśnie fajne takie, że jesteśmy konsekwentni w tym. Tak jak postrzegamy siebie, tak samo postrzegamy to, co z nami może się dziać po skończeniu naszego etapu tutaj. Wiele rzeczy wskazuje, ja chociażby pisząc książkę „Nadal jestem”, zbierałem osobiście od wielu osób, moich znajomych opowieści o tym, jak to ludzie, którzy odchodzili z tego świata, przychodzili pożegnać się w specyficzny sposób i to wielokrotnie tak, że dana osoba nie wiedziała, że ktoś przekracza linię życia, że on właśnie miał wypadek albo że jakaś choroba nagła. O czym my tutaj mówimy? Wiemy tak naprawdę niewiele, więc gońmy tego króliczka do psa krewki.
[01:07:56] - Powiem w ten sposób: ci wszyscy z państwa, którzy myśleli, że my dzisiaj z naszym gościem będziemy piłować symulację na zasadzie takiej: ona tam gdzieś jest i my już wiemy o niej wszystko, poczują się zawiedzeni. Ale ci wszyscy z państwa, którzy chcieliby o symulacji myśleć w sposób wariantywny, pokombinować, o co tak naprawdę chodzi, ci z państwa, mam nadzieję, będą usatysfakcjonowani. Bo ja mam wrażenie, takie nieodparte, że symulacja to nie jest temat dla ludzi, którzy liczą na to, że będą wiedzieć. Proszę państwa, to rozczaruje wszystkich, ale tych, którzy tak bardzo chcą wiedzieć, to jest temat nieprzekraczalny. To jest troszeczkę tak jak z religią. Jest ta transcendencja i czy ona istnieje? Bardzo mi jest przykro, ale przekonać się o tym można tylko w jeden sposób. Nie polecam. Przynajmniej dla tych, którzy kochają życie. Natomiast w przypadku symulacji jest bardzo podobnie.
Możemy tutaj budować rozmaite konstrukcje, czy to filozoficzne, czy też takie abstrakcyjne. Tak sobie wymyślamy różne rzeczy. To w gruncie rzeczy też jest filozofia, ale dobrze, oddajmy filozofom co filozoficzne. Ale pamiętajmy też o tym, że taka jest istota tej tajemnicy symulacji, że my możemy sobie ją opracować, rozpracować w drobniutkich szczegółach. Możemy państwu powiedzieć dokładnie, jak ta symulacja funkcjonuje. Tylko to będzie miało z rzeczywistością, z tym, jak naprawdę jest tyle wspólnego co bajka o Czerwonym Kapturku. Może się udać. Może możemy trafić, ale raczej bardziej prawdopodobne jest to, że my tak sobie po prostu dotkniemy w kilku miejscach prawdy, a w kilku miejscach nie. I temu służą tego rodzaju dywagacje, jak sobie dzisiaj pozwoliliśmy z naszym gościem. Ale ja zagadałem, jak zwykle na koniec, to jeszcze ostatnie słowo należy do mojego gościa.
[01:10:10] - Panie redaktorze, tutaj jeszcze chciałbym troszeczkę nawiązać do Bostroma, który jest takim nowożytnym troszeczkę wyznacznikiem tej teorii symulacyjnej. Mowa tam jest o symulacji, a my automatycznie posiłkujemy się wyobrażeniem, że jest to symulacja, nawiązując gdzieś naszym umysłem do symulacji komputerowych. On chyba wysunął tam, powiedzmy nawet jakieś trzy tezy, że nie ma symulacji, że jest cywilizacja, która dysponuje jakąś wiedzą i technologią, która zezwala na lokalną, tak zwaną symulację. I trzecia teza, która tak naprawdę chyba jest nie do zrealizowania, bo przynajmniej pisał, że jest tak potężna cywilizacja, która na skalę wszechświatową po prostu potrafi te symulacje stworzyć. My pamiętajmy o jednym. Przypomniało mi się teraz powiedzenie: jako w niebie, tak i na ziemi. Jeżeli już nawiązaliśmy wcześniej do kontekstu wiary chrześcijańskiej. Jako w niebie, tak i na ziemi. Czyli patrząc z perspektywy nas w kosmos mamy słońce i mamy planety, które podążają wokół swojego centrum po orbitach. To jest tak samo jak atom i mamy protony w środku, elektrony na zewnątrz i one też okrążają.
Więc wydaje mi się, że tak naprawdę, jak nie jesteśmy w stanie poznać nieskończoności, bo wszechświat, uważam, nigdy się nie kończy, tak samo nie jesteśmy w stanie zajrzeć od razu bardzo głęboko. I to nie będzie koniec, jeżeli chodzi o powiększenie materii, ciała, przedmiotów i tak dalej. Musimy też zwrócić uwagę na jedną rzecz. Ostatnio widziałem ilustrację ludzkiej komórki, pojedynczej komórki, jak ona jest bardzo złożona. Podejrzewam, że gdybyśmy jechali na szynach powiększeń i gdybyśmy sięgali głębiej, to na pewno działoby się w środku coś jeszcze i coś jeszcze. My, mówiąc o symulacji, używamy naszego języka i naszego rozumienia ludzkiego pod tytułem: my tu jesteśmy tacy metr pięćdziesiąt, metr osiemdziesiąt, mamy komputery. No i jak duży musiałby być komputer, jeżeli chodzi o to, żeby wykonać taką symulację rzeczywistości. Ale jeżeli my jesteśmy nic nieznaczącą cząsteczką we wszechświecie, która gdybyśmy przenieśli się na skraj tak zwanego widzialnego wszechświata, nawet nie bylibyśmy w stanie zweryfikować, w którym miejscu jest nasza nie tylko wioska, miasteczko czy nasza planeta, ale nawet nasza galaktyka. Więc Patrząc z punktu widzenia człowieka, nie możemy mówić o tym, jak to jest możliwe, że tak duży komputer i tak dalej. A wyobraźmy sobie, że teraz żyją przecież takie żyjątka jak roztocza, które są cały czas koło nas, ponieważ rzeczywistość dyni pulsuje, kurz się unosi i te roztocza gdzieś funkcjonują.
To jest też rodzaj życia. Gdybyśmy sięgnęli głębiej, tam też jest życie. Gdybyśmy umiejętnie zajrzeli jeszcze bardziej w środek, myślę, że bylibyśmy zaskoczeni. I tak samo my możemy być tym mikrobem, który jest nic nieistotnym względem tego widzialnego wszechświata, bo kto wie, czym ten widzialny wszechświat jest? Być może ten cały widzialny wszechświat jest na przykład taką pojedynczą komórką pewnego bardziej złożonego organizmu. To jest oczywiście dywagacja. Wypuściłem się bardzo mocno. Natomiast dlaczego nie? Można zadać pytanie. Tak samo jak wyobraziłem sobie pewną rzecz pod tytułem cząsteczki, z których składa się cała przestrzeń, bo tak naprawdę, jeżeli dookoła nie mamy nic, mamy pustkę.
Wychodzimy na zewnątrz i jest przestrzeń, jest powietrze, są chmury i uważamy, że tam nic nie ma. Tam wszędzie są cząsteczki. Wszystko składa się z malutkich cząsteczek. Ja kiedyś sobie wymyśliłem taką rzecz, która jest jak gdyby troszeczkę alternatywną formą wyrażania się rzeczywistości przez energię. Czyli to tak, jakbyśmy wzięli sześcian z przezroczystego materiału. I wyobraźmy sobie, widzieliśmy na pewno takie sytuacje, kiedy w środku są laserowo wydrukowane przestrzenne figury. Więc ja sobie pomyślałem, a co gdy nasza rzeczywistość składa się dokładnie z takiej gęstwiny cząsteczek jedna koło drugiej? I w tym momencie, kiedy my machamy ręką, kiedy my jedziemy autem, kiedy leci samolot, to niematerialne cząsteczki przemieszczają się przez przestrzeń, przez powietrze. Tylko każda cząsteczka rozbłyskuje, jak gdyby wirtualnie przenosząc ten wyprodukowany fizycznie przedmiot przez siebie dalej. Czyli tak naprawdę każda cząsteczka otwiera się po to, żeby ten kształt mógł zaistnieć troszeczkę dalej.
Rozumie pan, redaktor?
[01:15:34] - Tak. Tym bardziej jestem zafascynowany, bo bardzo podobną koncepcję przedstawiono w starożytności, że cząsteczki są tak gęsto upakowane, że nie istnieje ruch tak naprawdę. Tak to ujmowano w starożytności. Nie istnieje ruch, a później wyjaśnienie tego, że my ruch w naszym świecie widzimy, było w istocie bardzo zbliżone do tego, co pan przedstawił. Co więcej, ja powiem, z tej wypowiedzi wyciągnąłem sobie jeszcze jeden wniosek, a w każdym razie taką refleksję, że starożytni bardzo dawno odkryli nieskończoność. Oni byli skłonni przyjmować, że nieskończoność, ten kosmos. Oni różnie widzieli ten kosmos. Dla jednych był on ograniczony, dla drugich był nieskończony. W każdym razie pojęcie nieskończoności z trudem, bo z trudem, ale jednak przyjmowali. A czego nie przyjmowali?
Czegoś, co ja nazywam małą nieskończonością, czyli pomiędzy zerem a jednością, pomiędzy jednością a dwójką jest nieskończoność. Bo ten odcinek, jeśli to jest odcinek albo te liczby, pomiędzy nimi jest nieskończoność, można to dzielić właśnie w nieskończoność. Uświadomcie sobie państwo, pomiędzy jednością a dwójką jest nieskończoność. Taka mała, ale jednak prawdziwa, nieskończona. To tak naprawdę też w jakimś stopniu, będąc takim nowoczesnym powiedziałbym, że ryje banie, a tak naprawdę to sprawia, że my sobie zdajemy nagle sprawę z tego, że obojętnie czy stoimy pod nieboskłonem i patrzymy na gwiazdy i wyobrażamy sobie nieskończoność wszechświata, czy stoimy przy mikroskopie i patrzymy gdzieś w głąb materii, to musimy za każdym razem i za pierwszym, i za drugim zdawać sobie sprawę, że patrzymy do pewnego stopnia w nieskończoność. I to jest z jakiegoś punktu widzenia, przynajmniej dla mnie, niezwykle mistyczne odniesienie.
[01:17:46] - To tak samo jak Bostrom wspominał o tym przy swoich tezach, jak daleko jesteśmy w stanie pójść technologicznie, by móc potencjalnie stworzyć taką symulację. Czy człowiek jako człowiek posiada taką umiejętność? Czy człowiek jako człowiek w ogóle jest stworzoną istotą do tego, aby jego przeznaczeniem było przekraczać granice tak bardzo, aby te symulacje stworzyć? Jak na razie udaje nam się chyba gdzieś tam dotykać pewnych elementów, ponieważ uruchomiliśmy jako ludzie protokoły artificial intelligence, czyli AI, które robi nam różne niezwykłe rzeczy. Ludzie klonują zwierzęta. Mówi się, że zaraz powrócą do nas mamuty, więc w pewnym sensie rozwijamy te nasze umiejętności. Tylko z kolei człowiek ma też tendencję do samozniszczenia, więc pytanie, czy on przypadkiem nie zachłyśnie się tą swoją boskością, tracąc z oczu podstawową ideę, czyli żeby rozwijać się jako gatunek?
[01:19:01] - Tak. Tak sobie myślę, że my nie wyczerpiemy dzisiaj tego tematu, a YouTube lubi filmy o określonej długości. W związku z tym mam tak zwaną propozycję nie do odrzucenia, żeby dzisiejszy odcinek rozmowy był częścią pierwszą, a część drugą takiej luźnej rozmowy o symulacji proponuję odłożyć w przyszłość. Nie taką za tydzień czy za dwa. Po prostu, jak to się mówi, wrócimy do tematu. Bardzo serdecznie zapraszam.
[01:19:37] - Bardzo dziękuję. To jest dla mnie niesamowite.
[01:19:40] - Pięknie dziękuję i przypomnę wszystkim, że naszym gościem był Less Hoduń.
[01:19:47] - Uprzejmie dziękuję i życzę wszystkiego dobrego.
[01:19:52] - Tak, proszę państwa, myślę, że można się zadumać po tej rozmowie. A teraz, żeby państwo przełożyli to zadumanie na może czas późniejszy, to ja zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj będzie wampirycznie. A co się pod tym kryje? To za chwileczkę. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:20:19] - Witam serdecznie.
[01:20:21] - „Filmotekarium” zaczynamy z dużą werwą, powiem ci. Z dużą werwą zaczynamy „Filmotekarium”.
[01:20:28] - Tak, dzisiaj film „Abigail”, czyli najnowszy film o wampirach, który jeszcze niedawno gościł na ekranach kin. Jest to dzieło reżyserskie tandemu Olpin Gillet. W sumie nie wiem, jak to się czyta. Oni mają na koncie kilka horrorów, może nie tak bardzo znanych, ale jednak. Także to nie są debiutanci i to widać. W rolach głównych w tym filmie zobaczymy w większości aktorów znanych z seriali. Także jeżeli jesteście za pan brat z serialami, także tymi dość popularnymi, to pewnie te postaci rozpoznacie, a jeżeli nie, to powiecie, że to są jacyś w ogóle aktorzy z przypadku. Ja się ich nie czepiam, broń Boże, ale mniej znane twarze, tak powiem. Jest tam między innymi świętej pamięci Angus Cloud, taki aktor młodego pokolenia, który niestety był zmarły i to jest jego ostatni obraz w karierze. To była taka dość głośna śmierć.
Także to tak na sam początek. Film opowiada nam o grupie opryszków bardzo różnego pokroju, ale takich, bym powiedział, nie z łapanki, nie z półświatka, tylko takich bardziej mózgów. W większości przynajmniej. Którzy planują skok życia. Za wielomilionowy okup porywają małą dziewczynkę, zamykają się z nią w willi i czekają. Czekają, aż w sumie do pierwszej skuchy i do pierwszej ofiary. Bo Abigail się nie okazuje wcale człowiekiem, a nasi bohaterowie mają przerąbane.
[01:22:06] - Tak, przerąbane mają, ale to, na co zwróciłem uwagę podczas oglądania filmu, to pewna precyzja opowiadania. Mamy do czynienia z historią, która, ktoś powie: „Ale w świetle tego, co przedstawił Piotr, to takie liche to filmidło”. Jeszcze nie powiem państwu, czy ono jest liche, czy ono jest dobre, czy może bardzo dobre. Jedno wiem natomiast, że scenarzyści chyba zrobili dobrą robotę, bo poszczególne sceny, które zbliżają nas do, jak Piotr powiedział, pierwszej skuchy, są dosyć precyzyjne. One są po coś. Ja zacząłem od pewnego czasu zwracać uwagę na to, że kino, nawet w przeciwieństwie do literatury, jest precyzyjne. Powinno przynajmniej być precyzyjne. To znaczy nie powinno być pustych scen. Scena zawsze jest po coś. I odnoszę wrażenie, że film „Abigail” to jest film, w którym mało jest pustych scen.
Każda scena, przynajmniej z tych początkowych, jest po coś. Ona niesie ze sobą pewną informację. Czasami jest to informacja, którą wykorzystamy w połowie filmu, może nawet później, ale sceny są po coś. Zapytacie państwo, dlaczego ja zacząłem zwracać na to uwagę? Mam pewnego kolegę, który się zajmuje pisaniem scenariuszy, filmowych scenariuszy. To bardzo specyficzna forma aktywności pisarskiej. Obca mi. Nigdy nie pisałem scenariuszy filmowych. Pisałem natomiast scenariusze słuchowisk i wiem, że to jest po pierwsze zupełnie inne od tych scenariuszy filmowych, zupełnie inne również od pisania prozy. Ma to swoją specyfikę, którą się teraz nie będziemy zajmować, tylko sygnalizuję, ale już się od tego swojego kolegi zdołałem właśnie nauczyć między innymi tego, że kiedy wstawiamy coś do filmu, to jest jak z tą strzelbą u Czechowa.
Naprawdę to tak działa. Tylko jeśli to jest zrobione w sposób nachalny i głupi, to później mówimy sobie: „No tak, to wszystko było oczywiste, nic nie zaskoczyło. Wszystko do bólu przewidywalne”. Właśnie cały numer polega na tym, żeby nakręcić film, a wcześniej go napisać w taki sposób, że teoretycznie widz bardzo wiele informacji dostaje. Nie są one tajemnicą, nie zaskakują go, a jednak nie do końca potrafi widz przewidzieć, w jakim kierunku to się potoczy. Czy film „Abigail” to taki właśnie film? Nie do końca. Oczywiście zwracam uwagę na to, że sceny są napisane precyzyjnie. Natomiast czy można przewidzieć, jak to się wszystko skończy? Musiałbym odpowiedzieć: nie.
Nie odpowiem państwu na to pytanie, bo zostańmy tylko przy tym, że ja chwilami mam wątpliwości. Co nie zmienia tego, że jednak jakiś rodzaj fascynacji dla roboty scenarzysty we mnie jest.
[01:25:37] - Może się zastanawiacie, dlaczego będziemy tacy powściągliwi, jeżeli idzie o treść filmu. Dlatego, że to jest bardzo prosta historia. Oficjalnie co jeszcze mogę powiedzieć? Ofiara się staje łowcą, łowcy się stają ofiarami. To chyba najlepiej podsumowuje ten film, a cała reszta wychodzi w praniu. Jeżeli chodzi o filmy o wampirach, to jedni, tak jak Amerykanie, je kochają, inni... Właśnie. Są takie gatunki filmowe, które za oceanem się cieszą wzięciem. Niektórych one nużą na Starym Kontynencie. Mnie na przykład filmy o wampirach nużą.
Mnie to tak nie przeraża jak ich. Tylko że tak: czy "Abigail" zaskakuje jako horror? Do tego filmu trzeba podejść z pełną świadomością tego, że to nie jest na 100% poważna historia, że to nie jest dramat horrorowy, tylko to jest kino w bardzo określonej, zdaniem niektórych kampowej stylistyce. Czyli ono jest trochę przejaskrawione, ono jest trochę stylizowane i gdybym tego nie wiedział, to bym się pewnie jeszcze bardziej rozczarował. Natomiast ja podchodziłem do tego z częściową przynajmniej świadomością, tylko myślałem, że to będzie lekko lepsze i nieco więcej emocji, zaskoczeń przyniesie. Czy "Abigail" jest moim zdaniem tak niesamowitym filmem, jak to niektórzy mówią i piszą w internecie, przede wszystkim w sferze rozrywkowej? Bo Marku, nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale tego filmu to za bardzo nie da się rozłożyć na jakieś poważniejsze czynniki pierwsze. Tutaj jest coś, co nam zawsze przychodzi na myśl, o czym my zawsze mówimy, jeżeli chodzi o filmy, czyli rozrywka. Tutaj rozrywka jest. Jest jej, moim zdaniem, za dużo.
To znaczy mam takie wrażenie, że ten film jest za długi. Za długi na bardzo prostą historię, jaką nam się tam prezentuje. I tam jest jeszcze kilka wpadek powiem ci, które zauważyłem. O nich powiem za chwilę, ale nie wiem, jak ty się ustosunkujesz do moich zarzutów, bo wiem, że tobie się podobało.
[01:27:55] - Podobało, ale ja cały czas kładę nacisk na historię, bo wiecie państwo, sami to państwo zauważyli, że w tym sezonie Filmotekarium jakoś tak się złożyło, część z państwa nawet nam to wytyka, że my tylko się krzywimy, narzekamy i same złe filmy wybieramy. To jest złe podejście. Złe podejście, ponieważ my nie wybieramy samych złych filmów. Te złe filmy po prostu są i trudno, żebyśmy je, pomimo oczywistych faktów, wychwalali pod niebiosa. Trudno, podaż, popyt, te rzeczy, wiecie państwo. I skoro na rynku są takie, a nie inne filmy, to nic nie poradzimy. Dla mnie "Abigail" to jest film, od dawna marzyłem, żebyśmy tu w Filmotekarium omówili film, który z jednej strony będzie rozrywkowy, z drugiej strony natomiast będzie dobrym scenariuszem. Nie, wycofuję się z tego. Będzie fajną historią. Fajną historią, która ma początek, środek, koniec.
Ja często to powtarzam: historie, narracja to mnie naprawdę najbardziej w kinie interesuje. To samo zresztą interesuje mnie w literaturze. Nie, wiecie państwo, jakieś poetyckie zakończenia pod tytułem: domyśl się widzu, jak to mogło być. Albo jakieś, wiecie państwo, takie pseudointelektualne. Nie. Mnie w kinie interesuje historia, która jest opowiedziana od początku do końca. Może być chwilami nawet głupawa, ale ta głupota nawet powinna mieć swoje uzasadnienie. I wtedy ja to kupię. Może się nie zachwycę, ale przynajmniej zrozumiem, że tak to sobie reżyser zaplanował, tak to widział, scenarzysta wcześniej tak to napisał. Okej, jeśli ta historia będzie spełniała takie podstawowe kryteria historii sensownie opowiedzianej, to ja powiem: dobra, w porządku, kupuję to.
I muszę powiedzieć jedno: "Abigail" to jest film, który ja kupuję właśnie pod tym względem, pod względem historii opowiedzianej. To, że tam się pojawiają czasami jakieś śmiesznostki, tak to sobie ujmę, albo jakieś takie rzeczy, które można by sobie darować, to ja właśnie daruję, ale scenarzyście, ponieważ różne rzeczy podczas kręcenia filmu się zdarzają. Powiedziałeś jeszcze, Piotrze, o tym, że filmy o wampirach tu w Europie, a już na pewno w naszym gronie, specjalnego przerażenia nie budzą. To prawda. Jakoś tak się wampirycznie nie czuję ukąszony, żebym głowę spod kocyka wychylał, kiedy o wampirach mówią. Pewnie skutecznie to będzie, uwaga, to będzie lokowanie produktu i złośliwość. Po sadze "Zmierzch" żaden wampir nie może mnie już przestraszyć. Może mnie najwyżej doprowadzić do... Dobra, mniejsza o to do czego. Nie był to mój ulubiony cykl Saga Zmierzch.
Samo słowo saga. Dobra, zostawmy. W każdym razie "Abigail" ma takie momenty, w których odczuwałem napięcie. Oczywiście nie napięcie, że zagryzałem palce, czy główny bohater albo inny ucieknie, czy nie ucieknie, czy zrobi coś albo nie zrobi. Raczej to było napięcie, emocje związane z tym, jak to zostanie przekręcone, rozwiązane. Zacząłem się bawić tak, jak ja się na filmach bawię. To znaczy, po pierwsze próbowałem wymyśleć dalszy ciąg. To zawsze robię na filmach, które mają jakąś akcję, że wymyślam dalsze ciągi. Pewno większość z państwa to robi. Mnie się to dosyć często udaje, a jak mi się nie udaje, to znaczy, że ten film w jakimś stopniu nie jest produkcyjniakiem, nie jest filmem przeciętnym.
Ktoś tam myślał, o czym ja pomyślę i postanowił zrobić mi kuku i po prostu pokazać, że aż taki cwany to nie jestem. I ja sobie też cenię to w filmach. Tu być może aż tak dużo tego nie było, ale były momenty, w których ten film budził moją emocję: jak to dalej będzie? Powiem tak po miesiącach posuchy, na bezrybiu i rak ryba. Rosjanie to ujmują: na bezptyczu i żopa soła w jej. To mniej więcej o to chodzi.
[01:32:56] - Powiem ci tak: z tą żopą, nie z żopą. Z wampirami to jest tak, pokazywaliśmy nasze poprzednie spotkania, ale to grube tygodnie temu, że można zrobić film o wampirach, który zaskakuje. Tylko że jest tam mało wampira w filmie. Wampir jest jako dodatek, który jest bardzo przerażający, ale nie jest taki typowy. Czyli często to były takie mroczne opowieści. Pamiętasz na przykład taką opowieść, która się działa w pandemię. To się nazywało "Daszka" chyba. Potem był też "Com true". To też były filmy o wampirach, jakby nie było i moim zdaniem nie były najgorsze. Natomiast czemu mnie nie porywa "Abigail"?
Szybko się orientujemy, moim zdaniem, w filmie, co się będzie działo. To znaczy, kiedy ona się obnaża jako to stworzenie, w sumie może to jest złe słowo. Kiedy ona się ujawnia jako to stworzenie, dokonuje wampirycznego coming outu, to wiemy, co się tam wydarzy. Natomiast tu jest coś jeszcze takiego, co chyba najlepiej powiedzieć tak: ten film z natury miał być zabawny. Chyba, nie wiem. Miał być rozrywkowy. Ja sobie lubię czytać recenzje i tutaj przeczytałem jedną taką, która mówi, że tam było bardzo śmiesznie w tym filmie. Było bardzo śmiesznie? Cały problem w tym, że nie. Gdyby tam była większa dawka humoru, to myślę, że ten film by stracił, nie trafiłby do kin.
Natomiast tutaj nie jest ani za śmiesznie, ani nie jest jakiś ten humor zbyt inteligentny. Taka trochę bezbecja jak dla mnie. Nie wiem, gdzie są te salwy śmiechu, o których niektórzy piszą. Piszą na bardzo popularnym portalu filmowym, do którego się często odnosimy. Dla mnie "Abigail" nie była dziełem wybitnie humorystycznym, wybitnie zaskakującym. Co ciekawe, powiem ci, że z tej recenzji na bardzo popularnym portalu filmowym się dowiedziałem, że ten film miał w ogóle przesłanie feministyczno-pedagogiczne. Ale to już nie będziemy tego zgłębiać, bo myślę, że to by było zbyt bolesne.
[01:35:06] - Jak dobrze, Piotr, że go nie zauważyłem.
[01:35:11] - Co jest dużym obciążeniem dla tego filmu "Abigail". Pewnie się nie wszyscy zgodzą, ale płaskie, nieciekawe postacie i aktorzy w nieciekawych kreacjach. A dlaczego? Oni od samego początku w sumie wiemy to, że ukrywają swoją prawdziwą tożsamość i ukrywają przeszłość przed porwaną dziewczynką, bo po prostu by wpadli. Oni nie mogą nic o sobie powiedzieć, bo potem mogliby zostać zidentyfikowani. Oni używają od początku pseudonimów i tak dalej, ale szybko się o nich czegoś dowiadujemy. Oni są wyrysowani tam, namalowani jako wybitne indywidua, jako postaci nietuzinkowe. Każda z nich jest przecechowana, ma duży bagaż swojej własnej historii i tak dalej. Ale przecież wiemy w sumie od samego początku, że ich zeżre i przez ten pewien, nie wiem, może to było zamierzone. Dla mnie to jest jednak błąd, że w zasadzie przez ten fakt, że my wiemy, co się wydarzy i mamy do czynienia z postaciami, które są bardzo jaskrawe, my nie przywiązujemy się do nich, nie przywiązujemy uwagi do ich cech i ta intryga staje się obojętna.
Druga sprawa, to jest film, który się rozgrywa w zamkniętej przestrzeni. Kolejny, jaki omawiamy w tym sezonie Filmotekarium. Mieliśmy już "Pukając do drzwi", mieliśmy nowego Poirota i one się też rozgrywały w zamkniętych przestrzeniach. Te filmy zwykle ukazują mankamenty takiego rozwiązania, że wiadomo, że jest gorzej, jeżeli się film dzieje w jednym pokoju, tutaj jest cała willa, natomiast to musi bardziej wciągać. Sama dynamika akcji niestety nie zawsze pomaga. I muszę powiedzieć, że "Abigail" mocno mnie znudziła. Wieje z tego filmu nudą, jest przeciągnięty i trzeba naprawdę fana, moim zdaniem mocnego fana tego typu konwencji, by do niego to przemówiło. Dla mnie to nie przemawia, nie porywa. Może po prostu wynika to też z faktu, że ja nie jestem zbyt wziętym konsumentem horrorów. Hmm.
Które nie są na poważnie. Do mnie bardziej przemawiają historie dramatyczne, chociaż Marku tutaj ten poziom dramatyzmu też jest, prawda? Tylko że gdzieś się to wszystko rozjechało.
[01:37:45] - Ja albo jestem bardzo ponurym człowiekiem, albo bardzo odpornym na żarty, ponieważ gdybyś mi tego nie powiedział, to ja bym się nie zorientował, że to jest niby zrobiony dla jaj film i że tu mamy parskać śmiechem i te salwy śmiechu mają się nieść długo. Nie zauważyłem tego. Raczej odbierałem ten film jako momentami w warstwie wizualnej nie do końca zachwycający. Oddzielałem zatem historię od tej warstwy wizualnej. Żeby mnie to wynudziło tak jak ciebie? Nie. Wydaje mi się, że tam jest dosyć dynamicznie to wszystko. Co więcej, ten film ma jeszcze jedną zaletę, której wiele ambitnych filmów nie ma. Otóż tam kilka razy następują roszady. W normalnej partii szachów każdy ma do dyspozycji jedną roszadę, a tu tych roszad jest sporo.
Coś się zmienia na planszy, coś się przestawia, zawiązują się tymczasowe sojusze, a czasami nie tylko tymczasowe. Co więcej, my się w pewnym momencie orientujemy, że podział na złe wampiry i dobrych ludzi, chociaż czasami zbłąkanych, to nie jest ten podział, który chyba powinniśmy brać pod uwagę. Przekonujemy się o tym już tak wprost pod koniec filmu, kiedy rzeczy oczywiste przestają być oczywiste, że zło nie zawsze jest złem. Czasami jest to po prostu sposób bycia, życia, a czasami jest też tak, że można się sprzymierzyć ze złem, żeby tak naprawdę uratować życie. Wiem, mówię tak bardzo nieprzejrzyście, ale to chociażby dlatego, że jeszcze w tym sezonie nie uruchamiamy części spoilerowej. Pewien dobry, fajny moim zdaniem pomysł się pojawił, ale to w przyszłym sezonie, jeśli ruszymy z przyszłym sezonem. Natomiast wracając do filmu, warto sobie uświadomić, że ten film i znowu muszę to powiedzieć, w przeciwieństwie do wielu cudzysłów arcydzieł nie jest do końca czarno-biały. Żeby powiedzieć o nim, że pokazuje odcienie szarości, to sam bym się zaśmiał, jakbym to powiedział, więc nie powiem. Ale tu następują pewne wolty, pewne rzeczy przestają być nagle oczywiste. I mnie się to podobało.
Być może dlatego mi się podobało, że nie miałem jakichś rozbudowanych oczekiwań. Ja nie oczekiwałem dramatycznej, powiedzmy, wymowy historii głęboko psychologicznej. Tego wszystkiego tu nie ma. Absolutnie żadnej psychologii, żadnych scen. Sceny przeciągnięte są, ale przeciągniętych scen natury psychologicznej nie. Spokojnie, takich rzeczy w tym filmie w ogóle nie ma. Są raczej przeciągnięte pewne sceny już tak, żeby pokazać wszystko do głębi, ale i dlatego kiedy ja ten film wspominam, to wydaje mi się, nie, nie wydaje mi się. Ja się dobrze na tym filmie bawiłem z różnymi zastrzeżeniami. Z częścią zarzutów Piotra muszę się zgodzić. Rzeczywiście tam pewne rzeczy szwankują, ale mimo to albo pomimo tego ja się bawiłem naprawdę całkiem przyzwoicie.
Być może, i ja to muszę powtórzyć, być może na tle dosyć marnego sezonu, który przeżyliśmy, Piotrze, ten film dostarczył mi na tle tego wszystkiego aż tyle zabawy. Być może gdybym go oglądał po jakimś rewelacyjnym sezonie, w którym to filmy SF i horrorowate kłębiłyby się i to z niezłą jakością, to ja bym tego nie powiedział. Ale film "Abigail" dostarczył mi po prostu tego, co w kinie lubię, czyli rozrywki i historii. I dla mnie jest okej. Proszę państwa, z recenzarium Evivy to jest tak, że czasami odcinki pasują idealnie, tak jak ten odcinek o panu Kleksie. Nic nie musiałem kombinować. Idealnie pojawił się w tym momencie, kiedy był potrzebny, czyli kiedy my z Piotrem Cielebiasiem ostro potraktowaliśmy wersję starszą i tę wersję młodszą. Tym razem będzie inaczej. Tym razem Luiza Eviva Dobrzyńska nie do końca trafiła, bo omawiać dzisiaj będzie "Opowieść wigilijną". Jakby to powiedzieć?
Troszkę czasu od Wigilii minęło. Pogoda za oknami jakaś też taka nie wigilijna. No ale cóż, tak wypadło. Zapraszam zatem na "Opowieść wigilijną", omówienie Luizy Evivy Dobrzyńskiej.
[01:43:37] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Rzadko który pisarz stanowi taki fenomen jak Charles Dickens. Dlaczego? Był to człowiek pod wieloma względami niezwykły, chociaż daleko mu było do ideału, a nawet można powiedzieć, że charakterem raczej przypominał antagonistów ze swych powieści, to jednak dokonał czegoś absolutnie niezwykłego. W czasach, kiedy tworzył, ludzie biedni byli uważani przez warstwy wyższe za — jak by to powiedzieć — wręcz za podludzi, a dzieci nie miały żadnych praw. Nawet te należące do bogatych rodzin. Cóż dopiero, jeśli były dziećmi biedaków. Istniały wtedy w Anglii szkoły. Nawet trudno powiedzieć o nich, że to były rzeczywiście szkoły. To był rodzaj więzienia edukacyjnego.
Oddawano tam dzieci, których rodziny chciały się pozbyć. Raz znalazłszy się w takim miejscu, były pod całkowitą władzą tych, którzy zarządzali taką placówką. Niezależnie od tego, co tam się działo za zamkniętymi murami, nikt się nie interesował losem tych dzieciaków, a bywał on często naprawdę straszny. Właśnie twórczość Karola Dickensa doprowadziła do tego, że owe szkoły zamknięto. W rok po opublikowaniu powieści „Nicholas Nickleby" zamknięto ostatnią z nich. Karol Dickens zwrócił uwagę opinii publicznej na okrucieństwo tego systemu i niejako obudził w Anglikach ducha człowieczeństwa, który przedtem był uśpiony. Jednak nie o tej powieści chcę mówić. Mamy okres świąteczny, a więc cóż, „Opowieść wigilijna". Znamy ją wszyscy. Była niezliczoną ilość razy przenoszona na scenę, na ekran.
Właściwie każdy potrafi z marszu opowiedzieć, o co w niej chodzi. Tyle tylko, że zapominamy o czymś jeszcze. Wigilijnych opowieści tak naprawdę było pięć. Najbardziej znana jest pierwsza, czyli wigilijna opowieść o duchu i od niej zaczniemy. Nie ma sensu zbytnio rozwodzić się nad fabułą, którą dobrze znamy. Przypomnijmy tylko, że główną postacią tutaj jest Ebenezzer Scrooge, stary lichwiarz, człowiek nad wyraz odpychający, pozbawiony, jak by się zdawało, wszelkich ludzkich uczuć, wyzyskujący bez skrupułów swego pracownika i w żaden sposób nieokazujący żadnego ciepła nikomu, nawet swemu siostrzeńcowi, który stanowi właściwie jego jedyną rodzinę. Temu Scrooge'owi nad Wigilią ukazują się trzy duchy, których nadejście zapowiada zmarły wspólnik Jakub Marley. Dla Marleya jest już za późno. Postanowił jednak ostrzec Scroogea po to, aby nie podzielił on jego losu. Ludzie kochający pieniądze ponad wszystko i nieposiadający żadnych uczuć empatycznych w stosunku do tych, którym powiodło się gorzej niż im, muszą bowiem po śmierci odpokutować całe swoje bezużyteczne życie.
Cóż, wiemy, że Ebenezera rzeczywiście odwiedziły trzy duchy i że pod ich wpływem całkowicie się zmienił. Pytanie jednak, czy zmienił się rzeczywiście. Dickens kreśli w skrócie całą drogę życiową tego człowieka. Wiemy, że jako chłopiec został oddany właśnie do takiej szkoły więzienia przez ojca albo ojczyma — trudno powiedzieć — który go nie znosił. W jego domu prawdopodobnie panowała przemoc. Jedyną istotą, która go kochała i którą on obdarzał serdecznym uczuciem, była młodsza siostra. Później musiał ciężko pracować po to, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni. Jakiś czas potem, gdy skończył pracę jako subiekt w sklepie, znalazł sposób na to, żeby móc zarobić prawdziwie duże pieniądze. Ale wymagało to od niego nie tylko pracy, ale również stania się twardym, nielitościwym. Dlatego też zostawiła go narzeczona.
To wszystko na niego wpłynęło. Jego siostra zmarła. Co do matki i ojca nie wiadomo, czy kiedykolwiek go kochali. Dlatego jedyną miłością jego życia stały się pieniądze. Być może bożonarodzeniowe duchy po prostu obudziły w nim to, co zostało przytłoczone i uśpione przez ciężkie życie. Trudno powiedzieć. Optymistyczny wydźwięk „Opowieści wigilijnej" jest oczywiście niezwykle piękny, choć dzisiaj czasami trudno nam uwierzyć, że ktoś się może zmienić aż tak, nawet jeżeli w nim samym tkwiło kiedyś dobro. Bo ludzie przecież tak łatwo się nie zmieniają, a mimo to pragniemy wierzyć w bożonarodzeniowe cuda. W „Opowieści wigilijnej" też mamy inne rzeczy: obraz biednej rodziny, która w tę jedną noc usiłuje być szczęśliwa. Cały obraz ówczesnego Londynu naprawdę niezachęcający.
Tak jak wcześniej wspomniałam, sam Dickens z charakteru raczej przypominał Scroogea. Z tym że zdawał sobie z tego sprawę i właściwie bolał nad tym. Nie potrafił się zmienić, nie potrafił być taki, jakim chciał być, ale przynajmniej postarał się pisać książki o tym, jacy ludzie powinni być dla siebie nawzajem. Za ich pomocą zmieniał współczesne mu społeczeństwo. A jakie ono było? No, wystarczy poczytać. W książkach Dickensa nie ma przesady. Owszem, można powiedzieć, że ich język może teraz irytować zbytnią czułostkowością. Po prostu jest już Jakby to powiedzieć, przestarzały dla współczesnego czytelnika. Ale to, co opisuje, miało miejsce rzeczywiście.
Tak właśnie wyglądała Anglia w jego czasach i była straszna. Jednak za pomocą swoich książek, między innymi właśnie „Opowieści wigilijnych”, Dickens dokonał czegoś, co można nazwać rodzajem wigilijnego cudu. Zmienił sposób myślenia Anglików. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, ale dokonał tego i myślę, że wszyscy powinniśmy o tym pamiętać, ponieważ Anglia zawdzięcza mu bardzo wiele. A nie tylko ona. My też. Bo jednak nadal „Opowieści wigilijne” nas czarują. Powieści, ponieważ, jak już wcześniej wspomniałam, było ich pięć. O następnej opowiem za tydzień. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:50:45] - Proszę państwa, to była Luiza Eviva Dobrzyńska i „Opowieść wigilijna”. Nie wiem, czy państwu w czas prawie wakacyjny i kiedy słońce solidnie przygrzewa, „Opowieść wigilijna” będzie pasowała. Właściwie dlaczego nie, skoro odrobina chłodu, odrobina takiego czasu, kiedy chłodem wieje i mam tu na myśli nie tylko ten chłód czysto fizyczny, ale przecież w „Opowieści wigilijnej” od głównego bohatera, Ebenezera Scrooge'a, wieje też chłodem emocjonalnym, przynajmniej przez sporą część owej opowieści. Może to jest jednak dobrze przypasowane? Nie wiem. Sami to państwo musicie rozstrzygnąć. A ja teraz państwa zapraszam na drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Dzisiaj w Małpie będziemy rozmawiać o książce Rodneya Davisa „Nadprzyrodzone zniknięcia”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:51:53] - Witam serdecznie.
[01:51:55] - Powiem ci szczerze, że dzisiejsza książka wprawiła mnie w rozedrganie. Ja lubię takie książki. Lubię takie książki, bo ja lubię historie. Lubię, jak ktoś opowiada historie, a autor „Nadprzyrodzonych zniknięć”, Rodney Davis opowiada takie historie, opowiada ich całą masę i mnie ta książka wciągnęła. Te historie mnie wciągnęły. Ja to zresztą zauważam na swoim kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Zresztą na twoim też to zauważam. Kiedy ty albo ja zaczynamy opowiadać jakąś narracyjną historię związaną z tematami czy to ufologicznymi, czy jakimikolwiek innymi, gdzie pojawia się człowiek i jakiś jego los, to te odcinki od razu są lepiej słuchane. Ludzie lubią słuchać historii. Ludzie lubią czytać historie.
[01:52:56] - Tak. A w dzisiejszym odcinku książka Rodneya Davisa. Jak czytamy o nim, weterana na polu pisarstwa związanego z parapsychologią. Davis ma na koncie kilkadziesiąt książek różnej treści, w tym właśnie „Nadprzyrodzone zniknięcia”, wydane u nas w roku 1996. I można by trochę też na tą książkę ponarzekać, bo to już jest jednak leciwa pozycja, gdyby nie fakt, że ona z jednej strony uderza w struny bardzo sentymentalne. Przypomniało mi się, Marku, że ona pochodzi z takiego cyklu publikacyjnego i tam było dużo tych książek i w tamtych latach to było coś. Internet nie oferował wtedy w sumie nic. Nie oferował też nic w ciągu następnych lat od publikacji tej książki. Nie było YouTube'a, nie było informacji na wyciągnięcie ręki i taka literatura, powiem ci, miała rację bytu wtedy. Teraz?
Teraz też ma. Tu jest taki paradoks związany z tą książką i z tą tematyką, bo można by powiedzieć, że to już wszystko stare, że tam niektóre rzeczy się wzięły i na przykład lekko faktograficznie zmieniły. Ale tak naprawdę, gdyby ktoś próbował coś nowego napisać na ten temat i to ze współczesnej perspektywy, to myślę, że pewnie otrzymalibyśmy bardzo podobne dzieło. Taka jest charakterystyka już książek o paranormalnych zaginięciach. I tutaj nie należy ich mylić z tą serią „Missing 411”, która traktuje o zaginięciach, ale o niej powiem przy innej okazji. Zresztą o niej już też mówiliśmy przy różnych innych, że tak powiem, możliwościach, bo opowiadaliśmy o filmie, który był przecież oparty o „Missing 411”. Były też różne audycje. W każdym razie, gdyby dzisiaj napisać książkę o zaginięciach, to może, jak mówię, pojawiłoby się kilka nowych wyjaśnień, kilka nowych teorii, ale w zasadzie i zakres tematyczny, i spektrum omawianych przypadków pozostałoby takie same. Co jest dużym plusem tej książki? Moim zdaniem dostępność.
Jednak. Ona swego czasu, pamiętam, była łatwa do dostania w antykwariatach. Nie wiem, jak jest teraz. Oczywiście w internecie możemy znaleźć, że ona jest dosłownie za grosze do nabycia. Nie wiem tylko, czy mają ją na stanie.
[01:55:15] - Limbus produkował tych książek sporo i to w sporych nakładach. A wracając, wiesz, Piotrze, ja się zgadzam z tym, co powiedziałeś, że dzisiaj trudno byłoby napisać książkę o tej tematyce, czyli właśnie o tych nadprzyrodzonych zniknięciach, o materializacjach, bilokacji, teleportacji, teleportacji zwierząt. ... zaginięciach. To wszystko trudno byłoby napisać nie opierając się przynajmniej na części przykładów przywoływanych przez autora. Ale ja jeszcze raz to z uporem maniaka podkreślę, że mnie w tej książce najbardziej przyciąga jej bliskość w stosunku do czytelnika. Bo kiedy otwieramy książkę, nawet możemy ją w dowolnym miejscu otworzyć. To jest pewna zaleta, bo autor omawia różne przypadki i możemy po prostu zainteresować się jakimś konkretnym z jakiejś konkretnej dziedziny. I to, że śledzimy losy jakiegoś człowieka to banał. Takie jest to życie na ziemi, że głównie składa się z losów innych ludzi, czasami z naszych losów.
Ale okej, tylko że autor, nie wiem, czy to takie wrodzone, czy to za sprawą tłumacza. Zawsze mam tę uwagę gdzieś na podorędziu, bo to ciężko jest rozszyfrować. Natomiast wydaje mi się, że po prostu autor, może wspomagany przez tłumacza, ma dar opowiadania historii. Bo to też nie jest takie oczywiste. Są ludzie, którzy z bardzo ciekawej historii ukulają coś, co czyta się z trudem, a właściwie z wysiłkiem. Tu nie ma tego przypadku. Autor Rodney Davis po prostu opisuje historię i to się chce czytać. Dla mnie zawsze, jeśli spoglądam na książkę, czy to beletrystyczną, czy książkę traktującą o nadprzyrodzonych zniknięciach, traktujmy te zniknięcia jako takie hasłowe, jako pewien punkt wyjścia do rozmowy. Jednak kiedy spotykam takie narracje, które są pełne, które są w jakiś sposób, nie przesadzajmy, ale naznaczone pewną emocją, to znaczy tam nie czytamy, że się ktoś bardzo denerwował. Nie, to nie o takie emocje chodzi.
Czuć ze sposobu, w jaki to jest napisane jakieś tam zaangażowanie. Ja nie rozstrzygam jakie. Ważne jest, i to jest chyba zawsze najważniejsze, żeby autor potrafił przekazać czytelnikowi emocje albo te, które sam odczuwa, albo te, które uważa, że czytelnik powinien odczuwać podczas lektury. Ja wiem, to jest takie odsłonięcie kuchni literackiej czy kuchni w ogóle pisarskiej, ale o to mniej więcej chodzi. Jeśli się to autorowi udaje, to jest bardzo dobrze. To on by mógł pisać o zbieraniu groszku tak naprawdę albo o sadzeniu groszku i to nie miałoby żadnego znaczenia. Stąd się biorą, specjalnie tego groszku użyłem, bo jeśli sobie państwo przypomnicie historię odkrycia Mendla związanego z genetyką, on tak naprawdę sadził groszek i obserwował groszek. I wierzcie mi państwo, w zupełnie innej pozycji niż ta, którą dzisiaj omawiamy, czytałem pasjonującą historię tego odkrycia, bo była po prostu świetnie napisana. I tu mamy przypadek bardzo podobny. „Nadprzyrodzone zniknięcia” to jest świetnie napisana książka moim zdaniem.
Ja wiem, że kiedy pojawiają się takie peany z mojej strony, to istnieje podejrzenie, że ja mam jakiś ukryty cel. Nie mam żadnego ukrytego celu. Mnie się to po prostu dobrze czytało. Inna sprawa, i tu można mieć jakieś wątpliwości, na ile te wszystkie przykłady, których tu jest cała masa opowieści w tej książce, na ile one wszystkie są wiarygodne. Ale wiecie państwo, tematyka, o której rozmawiamy, ona w ogóle ma to do siebie, że bardzo łatwo jest oskarżyć kogoś albo zarzucić komuś, że jest niewiarygodny. W związku z czym ja się tego nie podejmuję. Ja mogę powiedzieć jedno: trudno mnie było odessać od tej książki.
[01:59:40] - Tak, jest właśnie z tymi zaginięciami taki pewien problem, bo co nam się z nimi kojarzy? Przede wszystkim wyrywkowo zapytany człowiek co by powiedział, co mu przychodzi do głowy, kiedy mówimy nadprzyrodzone zniknięcia? Na pewno Trójkąt Bermudzki. Mnóstwo historii o ludziach, którzy w historii przepadli bez wieści. Czasami grupowo, czasami jak to miało miejsce w przypadku wioski Angikuni albo batalionu Norfolk. Takie rzeczy są bardzo ciekawe. Natomiast te wszystkie tematy związane z dematerializacją, bilokacją są o tyle interesujące, że 30 lat po publikacji książki Davisa mówi się o nich niewiele więcej. Tak samo o innych tematach, o które on zahacza. Także jak mówię, paradoks związany z tą książką jest taki, że zobacz, minęło ponad ćwierć wieku, a w sumie może nie o tych historiach, bo co możemy nowego powiedzieć o historiach ludzi, ale o tych zjawiskach, o samych przyczynach, o źródłach tych zaginięć możemy powiedzieć niewiele więcej. Możemy się powołać oczywiście na tą stronę sceptyczną, bo wiesz, te trzy dekady oczywiście nie zbliżyły nas do rozumienia fenomenu tajemniczych zaginięć, czyli dajmy na to jakichś zaburzeń w czasoprzestrzeni, które sprawiają, że człowiek znika, zostaje wessany na przykład do innej rzeczywistości.
I przez te ćwierć wieku ponad może nam doszło kilka tajemniczych historii do kolekcji. Część się oczywiście też wyjaśniła, ale muszę powiedzieć, że niestety, kiedy mówimy o tych tajemniczych zaginięciach, trzeba mieć na uwadze pewien fakt. Trzeba je porównać chyba ze współczesnymi zaginięciami. Bardzo jest łatwo stworzyć historię, gdzie ktoś znika bez śladu. Tak mi się wydaje przynajmniej opowieść grozy. Tutaj moglibyśmy podać kilka filmów, gdzie scenariusz został napisany wokół tego, że ktoś nam nagle przepadł bez wieści. Zresztą każda historia, wskażmy na chociażby sprawę Iwony Wieczorek i tak dalej, tego rodzaju pozostawia mnóstwo niewiadomych i bardzo łatwo jest dodać, moim zdaniem, do niektórych z tych opowieści jakieś drugie dno. A szczególnie im one starsze, tym lepiej maskuje się legendą pewne niecne cele. Wydaje mi się, że wiele osób zniknęło po prostu z całkiem normalnych przyczyn, tak samo, jak się to dzieje dzisiaj. Chociaż wygląda to nietypowo, czasami wygląda to wręcz na interwencję jakichś zjawisk niezwykłych.
Gros z tych zaginięć ma racjonalne wyjaśnienia, może poza bardzo nielicznymi przypadkami. I powiem ci tak, dowodem na to, wiele osób się pewnie teraz obrazi, ale jak się trochę manicizuje odbiorem zjawiska tajemniczych zaginięć, jest seria „Missing 411”, bo ona obrosła legendą. Wiele osób jest przekonanych, że każda historia, która jest tam opisana, ma jakieś nadprzyrodzone wytłumaczenie. Otóż nie. Gdybyśmy poznali tę historię w całej rozciągłości, to byśmy się dowiedzieli, że dowody na paranormalną interwencję, ingerencję stają się coraz słabsze. Z zaginięciami, i to wiem, bo się tym interesowałem od bardzo dawna, jest tak, że często jeden szczególik, malutki jest nam w stanie zaważyć na całej historii, na całym jej odbiorze. Tylko Marku, czy to nam przeszkadza w, nie powiem delektowaniu się, w odbiorze całkiem fajnej pozycji, która w przeciwieństwie do wielu innych, które omawiamy, tak bardzo jednak nie straciła na aktualności. Ja się zastanawiam jeszcze nad jedną rzeczą. Czy gdyby taka książka wyszła dzisiaj, to w świetle postępów w metodach poszukiwawczych, w świetle postępu nad tym, co wiemy o tym, że niektóre z tych spraw to po prostu legendy. Czy ona by miała szansę na stanie się bestsellerem?
Zobacz, „Missing 411” bestsellerem jest, chociaż dużo tych historii jest naciąganych albo jest przedstawianych tak, żeby były poczytywane przez odbiorcę jako dziwne. Natomiast tutaj nie wiem. Ja się biję z myślami, bo z jednej strony to jest fajne, ale z drugiej strony zawsze zostaje ta rzetelność, kwestia rzetelności pisarskiej, dziennikarskiej, kwestia takiego researchu. Co nam te historie mówią o zaginięciach dziś? Chyba to, co powiedziałem, że każda taka historia, każde zniknięcie człowieka, nawet takie, które nie ma początkowo jakichś paranormalnych konotacji albo w ogóle ich nie ma, samo w sobie jest wielką zagadką, wokół której można stworzyć bardzo interesującą narrację. I tu nie chodzi tylko o jakieś zjawiska nadprzyrodzone, ale też o kwestie na przykład kryminalne. Także to jest zawsze dobry materiał do publicystyki, do pisarstwa każdego rodzaju, każdego gatunku.
[02:05:11] - Wiesz Piotrze, to pewno nic mądrego ani nowego nie powiem, ale ta książka do niektórych trafi i zaraz powiem dlaczego, i będzie przez nich wychwalana. Do innych nie. Do kogo nie trafi? Do kogoś, kto poszukuje tylko i wyłącznie sensacji. Sensacji czegoś niesamowitego i wyłącznie tylko na tę niesamowitość, pewną emocję i pewien taki, że opowiedziana zostanie historia, która gdzieś nam zetnie krew w żyłach. Nie, to troszeczkę inny rodzaj pisarstwa, bo zauważ, zadałeś pytanie w pewnym momencie, co nam ta książka może powiedzieć o tych dzisiejszych zaginięciach? Otóż autor chyba dobrze opanował sztukę pisania historii. To już mówiłem, ale o co mi chodzi? Otóż my zaraz na początku dowiadujemy się, że zaginięcia, takie dziwne zaginięcia nadprzyrodzone, one się zdarzały na przestrzeni wieków od bardzo dawna, od starożytności. Przywoływany jest zaraz na początku casus Enocha czy też Eliasza.
Później jeszcze to jest rozwinięte. Później mamy historie mniej lub bardziej oddalone od naszych czasów. Autor zanurza, może bez przesady, ale stara się zanurzyć to, co pisze w pewnej kulturze, w pewnych przekazach, że to, co przeżywamy dzisiaj, to co opisuje w książce, że to nie jest coś, co pojawiło się znienacka, że wyskoczyło i nagle się zaczęły pojawiać nadprzyrodzone zniknięcia. Pokazuje, że te nadprzyrodzone zniknięcia towarzyszyły nam od bardzo dawna. I teraz zakładam, że to mnie przekonało, więc zakładam, że jest przekonujące, ale zakładam też, że sporą część czytelników tego rodzaju narracja, tego rodzaju opis, wędrówka przez dzieje, ale jednak z nastawieniem na to, co bliżej nas niż co dalej, może być to dla wielu przekonujące, a dla niektórych nie, bo dla niektórych liczy się to, co tu, teraz i najwyżej przedwczoraj. Tego się nie da pogodzić i ja nawet nie oceniam tego, co jest lepsze, co jest gorsze, bo trudno byłoby to wartościować. Te rzeczy, które dzieją się tu teraz, ewentualnie przedwczoraj, jak powiedziałem, one też są ważne. Zastanawiam się tylko, czy czasami nie warto pewnych przypadków porównywać z tym, co zdarzyło się troszeczkę dalej. Już może nie sięgajmy do starożytności, do Eliasza, ale chociażby sięgajmy kilkadziesięcioleci wstecz. I wtedy nagle się pokaże, że może to wcale nie jest tak, że żyjemy w jakichś czasach, które są specyficzne, które są niezwykłe albo unikalne.
Że może są zjawiska, które towarzyszą naszej cywilizacji, naszemu rozwojowi, które są od dawna z tym rozwojem związane. One mu nieustannie towarzyszą i tylko my, ekscytując się tym wszystkim, skłonni jesteśmy przypisywać, że „Łaj, panie, to teraz się wydarzyło. Teraz to są dziwne czasy”. Okazuje się, przynajmniej po lekturze książki „Nadprzyrodzone zniknięcia”, że dziwne czasy towarzyszą nam od bardzo dawna. Proszę państwa, to teraz czas na coś, co jedni kochają, a inni przepuszczają przez zęby, o czym się miałem okazję przekonać w zeszłym tygodniu. Szczegółów państwu nie zdradzę, że tak sobie zaakcentuję. Kto był autorem maila, już wie, do czego nawiązuję. Natomiast przed nami „Alchemia tworzenia”. Katarzyna Prychacz. Ten jej serial nieustannie mnie bawi.
Naprawdę, proszę państwa, być może jestem jedynym rozbawionym. Nie, nie jestem jedynym, bo były też maile, które się odnosiły i to w sposób taki zabawny do żartów Katarzyny. Proszę państwa, żeby nie przedłużać. Katarzyna Prychacz. „Alchemia tworzenia”. Tytuł: „A kiedy trzecie oko zgaśnie”.
[02:09:57] - Halo, halo! Z tej strony Katarzyna Prychacz i tak jak wy przybyliście posłuchać, tak ja przybyłam poopowiadać wam, powymyślać w najnowszym odcinku „Alchemii tworzenia”. Zapraszam. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 26. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj kontynuujemy. Dużo tych kontynuacji ostatnio. Otóż dzisiaj tak naprawdę wreszcie zaczynamy. Obiecałam wam, że pobawimy się troszeczkę takim moim autorskim narzędziem, prototypem.
Z tego, co pamiętam, to chyba w drugim sezonie się bawiliśmy, ale taką pierwszą wersją tej planszy warsztatowej, można tak powiedzieć. W poprzednim odcinku powiedziałam o niej więcej, co i jak omówiłam po kolei. W dużym skrócie będziemy tworzyli trzyaktową historię. W poprzednim odcinku pozwoliłam sobie stworzyć do każdego z tych aktów lokację, wymyślić właściwie. Więc wylosowaliśmy trzy karty i podyskutowałam sobie sama ze sobą, co może być, jak to wszystko może się rozwijać. I w dzisiejszym odcinku przechodzimy do aktu pierwszego. Pomyślałam, że dużo fajniej będzie, jak podzielimy to na te trzy odcinki, niż jakbym to wszystko miała wepchać w ten jednogodzinny odcinek, bo to będzie za dużo, nie? To jest naprawdę fajna rzecz, jak ma się parę godzin i jak jesteśmy na warsztatach, jak sobie coś tam możemy fajnego podyskutować, powymyślać czy grupami wymyślać. A tak, żeby gadać przez godzinę, myślę, że za ciężkie w treści, ale właśnie przy takim podziale jeden, dwa, trzy myślę, że będzie milusio. Dzisiaj akt pierwszy i też bonusowo w poprzednim odcinku wylosowałam jedną dodatkową lokację, która miała być związana z naszym bohaterem, którego dzisiaj będziemy losować, więc też tą kartę mam przed sobą.
Myślę, że coś pamiętam, co nieco. Na pewno postaram się to jakoś fajnie dzisiaj powiązać z bohaterem. Tam mówiliśmy o takim, właściwie można powiedzieć o klątwie, o świecie. Tak jakby jego rodzinna miejscowość była uwięziona w jego głowie. Taki padł tam pomysł. Także myślę, że jest to dosyć intrygujące. Jeżeli chodzi o komponenty, które dzisiaj na tej planszy użyję, to tak pomyślałam sobie, że już przez tyle odcinków wałkowaliśmy moje ukochane karty z „Klubu detektywów”. No wiecie, po prostu uwielbiam tamte grafiki. Nie wiem, co w nich takiego jest, bo to też nie jest spod ręki jednego autora, tylko to jest miks różnych autorów, jeżeli chodzi o grafiki, ale naprawdę bardzo do mnie przemawiają. Ale stwierdziłam, że żeby było ciekawiej, to sięgnęłam do klasyki.
Więc mamy dzisiaj na pokładzie karty z gry Dixit, tą w ogóle pierwszą wersję Dixitu. I tak naprawdę w całej tej naszej historii, w tych trzech odcinkach to właściwie użyjemy tylko jednej karty, którą dzisiaj wylosujemy i ta karta będzie symbolizowała naszego bohatera. Więc zaraz się dowiemy, kto jest naszym bohaterem. I dalej jeszcze dzisiaj rzucimy trzema kośćmi Story Cubes, żebyśmy mieli już jakiś mały przełom, małą nić fabularną. I innowacją, której nie było w poprzedniej wersji tej planszy, będzie to, że wylosujemy też dzisiaj artefakt. Który będzie towarzyszył naszemu bohaterowi przez całą jego podróż, jego przygodę. Myślę, że i tak najwięcej będzie się działo w następnym odcinku, bo tam mamy główną próbę. Ale dzisiaj musimy się skupić, żeby bardzo dobry zrobić wstęp. Dobra, ja nie wiem, czy ja muszę coś więcej mówić. Dzisiaj chyba nie.
Dzisiaj chyba każdy, kto wie, ten wie, kto nie wie, ten się dowie. Co jeszcze? Aha, powinnam może powiedzieć właśnie o lokacji, po której dzisiaj będziemy się poruszać. To, co nam się wylosowało tydzień temu to las i dokładniej nocną porą mieliśmy trzy wilki, które wyły do żarówki, do księżyca, który jest żarówką. Mieliśmy też takie trochę fluorescencyjne kwiatki, ale zastanawiałam się, czy to nie są jakieś ćmy albo motyle. I faktycznie motyw motyli pojawi się nam też w drugiej lokacji, więc tam padł pomysł, żeby te motyle gdzieś zaprowadziły naszego bohatera. Zobaczymy też, co tutaj kości nam powiedzą. Jeżeli słuchaliście jakieś odcinki wcześniej, to sami wiecie, że czasami karty i kości są właściwie spójne z tym, co ja sobie przewiduję, a czasami stawiają mi taką kontrę. Tyle wyzwań. Także nie mogę się doczekać, co to dzisiaj nam wyjdzie.
Zastanawiam się tylko, w którym momencie najlepiej byłoby ten artefakt wylosować, ale może od razu. Czyli wylosujemy bohatera, porozmawiamy sobie, kim jest nasz bohater, połączymy to z jego lokacją, zastanowimy się, jak znalazł się w tej lokacji tego aktu pierwszego i może jakiś przedmiot właśnie tam znajdzie od razu. Można byłoby też tutaj w sumie to ograć tak, że on ten artefakt miał ze sobą od zawsze. Zobaczymy, co się wylosuje. Jeżeli chodzi właśnie o ten komponent odnośnie artefaktu, bo właśnie o tym jeszcze nie powiedziałam. Odpowiadając na moje poprzednie pytanie, czy coś jeszcze muszę powiedzieć? To tutaj jest to mój autorski komponent. To tak naprawdę są kółeczka i mają grafikę z przedmiotami. W poprzednim odcinku też mówiłam o tym, że tak jak w pierwszym akcie losujemy artefakt, a po drodze będziemy mieli też coś jak panaceum, jak trofeum, jak nagrodę. W poprzednim odcinku tłumaczyłam mniej więcej co i jak.
Będę też tłumaczyła na bieżąco. Więc dzisiaj skupiamy się na artefakcie, czyli na jakimś przedmiocie, który ma w pewnym sensie może magiczne właściwości albo jest po prostu czymś, co wyzwoli w bohaterze jego może jakieś właśnie supermoce, magiczne właściwości, czy może po prostu rodzaj przemyślenia albo patrzenia na świat. Może właśnie ten artefakt to czasami jest zwykły przedmiot, który sprowadza na bohatera przełom. Czyli może właśnie będzie to jakiś zwykły kamień, który skojarzy mu się z czymś z dzieciństwa i pozwoli mu właśnie dokonać jakiegoś przełomu, takiego mentalnego. To, że coś jest artefaktem, to też, jeżeli konstruujemy fabułę, nie oznacza, że musimy sięgać po magię. Jeżeli na przykład robicie fabuły, które stoją twardo na ziemi, to czemu nie? Wtedy sprawmy, żeby to, co na przykład w świecie magicznym jest magią, spróbujmy przełożyć na świat rzeczywisty czy tam świat pozbawiony magii na przykład, bo świat rzeczywisty myślę, że to pojęcie bardzo względne. U jednych jest magia, u innych nie ma, więc nie ma co tutaj generalizować i uogólniać. Także u nas... Korci mnie, jak zaczynamy tak fajnie w lesie.
Tutaj też padł pomysł z tą klątwą. Ja lubię akurat te magiczne motywy, baśniowe, także myślę, że jednak u nas będzie magia, bo czemu nie? Ale to mówię. To nie znaczy, że gdybyście chcieli sami próbować coś takiego, to też wszystko się da. Wszystko się da, bo to są wszystko narzędzia i wszystko damy radę dopasować. A może nawet wręcz taki magiczny artefakt w świecie bez magii jest ciekawym, może być swojego rodzaju takim wyzwaniem pisarskim dla nas, które możemy sobie sami na przykład postawić. Dobra, nie ględzę, przetasuję sobie Dixita. Jak zawsze wylosuję kartę, ale jeszcze jej nie odwrócę. Także tasu, tasu. Dobra i wezmę coś ze środeczka.
Cyk. Jeszcze nie widzę, ale sobie tutaj po prostu już pozabieram rzeczy i od razu wylosuję artefakt, żebym miała tu więcej miejsca na stole. Jeszcze nie graliśmy tymi kółeczkami, więc w sumie to chyba obojętne co wyjmę. Dobra, coś ze środeczka, też jeszcze nie odwracam. Fajnie. To chyba wszystko mamy. Kostkami rzucimy na bieżąco. Jeżeli chodzi o Story Cubesy, które wzięłam, pomyślałam, że sięgniemy do klasyki. Wzięłam tą pierwszą wersję dziewięć kości. Te pomarańczowe, które właściwie chyba były pierwsze na rynku.
Taki pierwszy wow na rynku, jeżeli chodzi o te kości. Tu nam chyba nie potrzeba więcej, mimo że na przykład lubię też wariant ten zielony podróży, bo z tych ogólnych wersji ma naprawdę dużo fajnych też grafik, które właśnie też mają te elementy magiczne, można powiedzieć, bardziej magiczne czy sugerujące. Dobra, to co? Kości na razie zostawiam. Artefakt wylosowany, ale nie wiem, kurde, kiedy go najlepiej odkryć. Wiecie co? To pójdę, że tak powiem, sama ze sobą na kompromis i na kroku drugim fabularnym, czyli jak rzucę drugą kością, omówimy fabułę, to wtedy też może uaktywnimy artefakt. I zobaczymy, czy bohater go miał cały czas ze sobą, czy może właśnie z tych scen wyjdzie. Daruję wam archetypy osobowości w tej historii, ale jak najbardziej korci mnie stworzenie trzeciej wersji tej planszy, gdzie będziemy mieli miejsce właśnie na archetyp. Korci mnie, czy nie zrobić troszeczkę szerszego spektrum tych archetypów, czyli nie te podstawowe 12, tylko może właśnie jakieś miksy.
Może w ogóle pójść w typ postaci, czyli oczywiście bazować na tych podstawowych archetypach, ale trochę tam pomieszać. Jeżeli na przykład miałoby to być w formie gry ze znajomymi czy właśnie warsztatu, to myślę, że mogłoby to wprowadzić trochę humoru, ale też jednocześnie mogłoby być fajnym wyzwaniem. Jakimś takim backstory bohatera. Ale to tak sobie dzielę się z wami pomysłami na świeżo. Dzielę się tym, co tutaj żyje, we mnie się pojawia. Może jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję gdzieś sobie razem pograć na przykład w coś takiego, powymyślać razem. Dobra, nie ględzę. Odkrywamy kartę symbolizującą bohatera. Okej, jest ciekawie. Jak zawsze.
Karta przedstawia warkocz, taki kruczoczarny można powiedzieć. Nasunięta jest na niego obrączka. Nie trzyma jej żadna ręka, tylko tak jakby ten warkocz został przełożony przez złotą obrączkę. Taką luźną. To nie jest tak, że ona się trzyma na tym warkoczu. Co to może nam mówić? Powiem szczerze, że rzadko kiedy ta karta mi się w tym „Dixicie” trafiała. Także cieszę się. Cieszę się, bo tutaj są takie, które właśnie są dla mnie nudne, ale ta jest bardzo intrygująca. Taki długi warkocz.
Ja od razu pomyślałam o jakiejś bohaterce. Tu mamy klątwę, czarne włosy. Może właśnie tu pójdziemy, że naszą bohaterką może będzie jakaś czarownica, jakaś wiedźma? Z drugiej strony, jak pomyślę, jeżeli chodzi o mężczyzn i czarny warkocz, to może właśnie jakiś Indianin. Ja już nie wiem, jak się powinno mówić poprawnie, ale wiecie, o co mi chodzi, nie? Kojarzycie. Też mieli warkocze i też mieli różne piórka, paciorki w tych włosach. Ale metal. Co prawda złoto. A złoto jak złoto to alchemik.
Nie wiem. Myślę nad profesją. Może być po prostu dziewczyna, zwykła dziewczyna, która się obudziła w środku lasu. Co ta obrączka mogłaby symbolizować? Mogła to być żona, która uciekła od męża. Jestem przekonana, że warkocz przełożony przez obrączkę na pewno w jakiejś kulturze gdzieś coś oznacza. To na pewno ma jakąś symbolikę, ale teraz wam nie powiem. Coś mi dzwoni, ale nie wiem gdzie. Co by tu mogło być punktem wyjścia? Co jeszcze się ze złotem kojarzy?
Może to być jakaś księżniczka, która uciekła. Ale to już mieliśmy w historii baśni. Nie wiem. Jakaś córka złotnika może? A może złodziejka? A może ta obrączka symbolizuje kajdany? Tylko dlaczego na włosach? Chyba że pójdziemy w stronę, tak jak w wielu mitologiach czy gdzieś tam w różnych historiach. Włosy symbolizowały też siłę. Takie długie włosy, długi, gruby warkocz, czy na przykład w jakichś plemionach kołtun.
Im większy, im dłuższy, to był symbol prawdziwego, nie wiem, czy wojownika, czy po prostu to była jakaś taka siła. Nie wiem, czy to szamani mieli. A tu może ten metal jako taka kajdana, że może jej siła, może jej moce magiczne zostały uśpione w jakiś sposób. Jeżeli wrócimy do tej lokacji ważnej dla naszego bohatera, czyli to, co mówiłam, że może właśnie jej miasteczko rodzinne zostało zabrane ze świata i uwięzione gdzieś w jej głowie, na przykład we wspomnieniach. I ona bez swoich mocy nie może ani zdjąć tej klątwy, ani na przykład wejść tak głęboko. To są włosy, więc może w jakiś sposób jej magia została zablokowana na poziomie głowy, że nie jest w stanie mieć pełnego przepływu swoich magicznych mocy, żeby dotrzeć do tego miejsca we własnym umyśle. Taki paradoks, że to jest niby jej umysł, to jej miejsce właściwie, a coś ją blokuje. Mnie się skojarzyło z obrączką, ale może ona będzie miała właśnie taką koronę. Diadem, taki na stałe w głowie. Na głowie w sensie.
Tu by się nam przydało to takie wezwanie do wyprawy. A może właśnie ona się obudziła w tym lesie, tak przechodząc do naszej pierwszej lokacji i ma na głowie koronę Koronę taką małą. Diadem. Dobra, nazwijmy to diademem. Nie rozumie skąd i próbuje ją zdjąć. Nie może jej zdjąć. I może te trzy wilki. I teraz te trzy wilki to będą dosłownie wilki, czy może to będzie reprezentowało jakieś trzy osoby, które w tej lokacji... Wiecie, jak trzy wiedźmy. Poczekajcie, czy Prządki i Mojry to było to samo w greckiej mitologii?
Kurde, bo któreś odpowiadały za los, a któreś chyba coś przewidywały. O matko, jak to było? Już nie pamiętam. Bo były też te gorgony, co się okiem wymieniały i one wtedy miały dar właśnie chyba jasnowidzenia i przepowiadania przyszłości, jak to oko miały. No dobra, nieistotne. Chodziło o trzy takie staruchy. Trzy jakieś potężne myślicielki na przykład. A może ta korona... No właśnie, bo mówiłam o świecie pozbawionym magii. A może właśnie ta korona sprawi, że nasza bohaterka nie będzie widzieć magicznych rzeczy?
Że może przez to, że jej moc na poziomie głowy została ograniczona, wiecie, jak wiedźma to jej trzecie oko, to może właśnie ta korona zasłania jej trzecie oko i dlatego ona nie może w pełni działać tym wszystkim. I może te trzy wilki ją obudziły. Może to są właśnie jakieś wiedźmy. Normalnie by widziała je w prawdziwej postaci, a teraz widzi tylko trzy wilki, które wyją do jakiegoś księżyca. Może właśnie, bo tutaj mówiłam księżyc, lampa, może one będą wyły do czegoś innego, co będzie taką podpowiedzią dla naszej bohaterki, że to nie są zwykłe wilki. O, ale to byłoby fajne w sumie. Już przeszłam do morału, nie? Jeżeli mówimy, cały czas o pomyśle na fabułę, to może byłoby ciekawe, może ta korona byłaby, czy diadem, korona. Pewnie będę mówić korona, więc ustalmy to koroną. Może to jest trening albo udowodnienie.
Może ona była wcześniej taką pyszną czarownicą, która się uważała na przykład za lepszą od innych, bo miała tę moc. I teraz to może być taka nauczka dla niej, żeby jej udowodnić coś. Od razu pomyślałam o czymś takim, że przez to, że będzie miała zablokowane widzenie magicznych rzeczy, to zacznie patrzeć na ten świat rzeczywisty, ale inaczej, w sensie uważniej. Czyli będzie właśnie wyłapywać anomalie. I teraz myślę, jeżeli nie księżyc, to co mogłoby w środku lasu na przykład świecić? A może to jest, wiecie, tutaj też coś lata. Na tej karcie są takie jakieś drobinki. Jak chcecie zobaczyć, to też na YouTubie macie ten odcinek. On w sobotę był emitowany i tam normalnie jest umieszczone zdjęcie tej karty. Możecie się przyjrzeć, obejrzeć tę lokację i co ja tam na ich temat mówię.
Może te wilki wyły do świetlików, które na przykład właśnie dziwne ruchy robiły. Zebrały się w takie stado jakby kuli i lewitowały nad wilkami i te wilki wyły. Czyli to trochę taki case jak niektóre były filmy czy jakieś seriale, czy gry w sumie też były komputerowe, pokazywały jak świat wygląda po narkotykach. Taka trochę psychoza, nie? Że niby świat jest normalny, po czym raz na ileś bohater miał takie jakieś wizje, czy ta rzeczywistość się tak trochę wykolejała. I może tutaj też będzie coś takiego. Tylko właśnie to nie będzie wykolejenie spowodowane jakąś klątwą, czymś, tylko właśnie próbą. Skoro nie ma magii, to muszę doświadczać tym, co mam, czyli patrzeć swoimi zwykłymi oczami. I trenować tę uważność, a nie iść na łatwiznę i gdzieś tam używać tylko tego trzeciego oka na przykład. Dobra, super, podoba mi się to.
Trochę to nam wyjaśniło tę lokację. Czyli nasza bohaterka się ocuciła, a właściwie to wycie wilków ją ocuciło. Może też tu będzie coś na czas. Będzie to coś ważnego. Dobra, to ja myślę, że odpalamy kości, rzucamy pierwszą kością i zobaczymy, co tu się w ogóle dzieje. To wezwanie do wyprawy naszej bohaterki tutaj. Dobra, czekajcie, sobie wyjmę te kości. Już się rozsypuje. Dobra, ja sobie od razu wezmę jakieś trzy. Mam trzy.
Resztę odstawiam. Okej, to dorzucam sobie pierwszą kością. Dobra, mamy wieżę zamkową. Wieżę zamkową. Czyli co? Wstaje i może ona wie, kto jej to zrobił i po prostu postanowiła wrócić do tego zamku i się tam rozprawić z tą osobą. Może. Tak patrzę, że to jest wieża, więc może to nie jest taki stricte typowy zamek, tylko właśnie może wieża jakiejś czarownicy takiej naczelnej. Ktoś mi kiedyś mówił o jakiejś hierarchii, że tak jak nam się przyjęło, że Baba Jaga, to nam się kojarzyło, że baba, że stara, nie? Przynajmniej mi się tak kojarzyło całe życie.
A się dowiedziałam, że baba to jest funkcja chyba w jakiejś takiej hierarchii czarownic czy jakoś tak. Że to jest taka już wyższa rangą i doświadczeniem. Więc może właśnie taka ją tutaj ukarała. W sumie miała być baśń, motyw kary, klątwy. Super! Więc może ta dziewczyna, zanim jednak się zacznie tu ogarniać, to może te wilki to są jej koleżanki albo siostry. Też byłoby fajne. I nie mogłaby ich widzieć w normalnej postaci. Więc nasza bohaterka postanawia wstać z tej polany leśnej nocą i ruszyć cała wściekła do tej naczelnej, żeby jej wygarnąć, jak ona śmiała. Wiecie, może ta nasza bohaterka mogłaby mieć jakieś takie królewskie korzenie?
Albo z jakiegoś wyższego rodu. Podoba mi się ten motyw próżności w ogóle. I w trakcie tej fabuły nabierze na przykład jakiejś ogłady ta nasza bohaterka. No bo wiecie, baśń, bajka. Fajnie jakby miała jakąś naukę, jakiś morał. No bo tak zmierzamy. Na końcu będzie morał. Dobra, rzucam drugą kością. Mało było słychać, ale wypadło, bo rzucam dzisiaj na papier. Mamy księgę, otwartą, grubą księgę, więc księga z zaklęciami.
Czyli co? Nasza bohaterka musiała wyruszyć, no bo to miał być przebieg fabularny. Czyli wyruszyła i gdzieś ta księga. I teraz pytanie: a może ona próbuje sobie przypomnieć? Wiecie, tak w głowie. Chyba że ona miała ze sobą księgę, na przykład swój. Wiecie, każda czarownica ma swój jakiś zaklęciownik. Ja nie wiem, jak się nazywa księga zaklęć, ale taki wiecie, mały notesik jak zielnik. To może ona właśnie miała jakiś taki swój notes, wertowała go. Chyba że znalazła ten notes.
Bo starała się cały czas znaleźć na przykład sposób, jak zdjąć z głowy tą koronę. Ona widziała w tej koronie problem i oczywiście ruszyła w drogę do tej wieży, ale też nie do końca wiedziała, gdzie jest i nie widziała jeszcze. Była noc na przykład, w tym akcie miała być noc, więc też ciężko jej było wejść gdzieś, nawet zobaczyć tą wieżę. Musiała dojść do jakiegoś wzniesienia, żeby się zorientować w ogóle w terenie. Więc przysiadła gdzieś, skoro te świetliki już tam świeciły i wertowała te wszystkie swoje notatki. W sumie to byłoby fajne, gdyby te wilki jej towarzyszyły, nie? No dobra, weźmy to. To jest ładne. Ja od razu tą scenkę taką widzę. Wilki sobie leżą obok, tak jej pilnują.
Ona sobie siedzi pod tymi świetlikami i sobie wertuje swoją księgę. Może dopisuje właśnie jakieś notatki, jakieś wnioski. To niech to będzie jej księga, bo pomyślałam, że mogłaby to znaleźć. Też byłoby ciekawe, ale nie ma co chyba tutaj tak szaleć z anomaliami. Na razie skupmy się na tym, co jest jak najbliżej bohatera. I wiecie co? Odwrócimy sobie teraz ten artefakt i pomyślimy, co z nim dalej. A może go użyjemy, a może go użyjemy później? Zobaczymy. Zresztą artefakt, też mam tutaj w domyśle coś, co nie będzie jednorazowe.
Coś, co tak jak w następnym odcinku, w następnym akcie będziemy mieli na przykład panaceum, które jest jakimś tam rozwiązaniem, lekiem właściwie. To z nim tak pomyślałam, że to byłoby po prostu coś do użycia jednorazowo. A tutaj artefakt, czyli coś, co mamy ze sobą w swoim inwentarzu, w ekwipunku i nosimy ze sobą. Dobra, odwracam. Jest fajnie. Słuchajcie, mamy klucz francuski. Totalnie rzecz nie z tej epoki, jeżeli mielibyśmy pójść w takie proste średniowieczne baśniowe rzeczy. Ale ten klucz francuski może po prostu być narzędziem jakimkolwiek. Ale tak myślę, co mi to symbolizuje? Symbolizuje mi to naprawę.
Właśnie jakiś warsztat, mechanika, skuteczną naprawę, w ogóle proces naprawy. Więc może będzie miała jakiś taki swój amulet. Może nie wiem, coś. Tylko wiecie, nie, że sztylet sobie nosi na przykład, tylko jakiś dziwny obiekt, niekoniecznie nawet magiczny. Coś, co może po prostu zawsze miała przy sobie. Nie wiem. Kawałek metalu, który jej się spodobał i sobie go nosi. I gdzieś tam czasami jak coś trzeba przekopać, podważyć, cokolwiek. Wiecie, taki wielofunkcyjny wichajster, który nosi ze sobą. Dobra, rzucam trzecią kością i zobaczymy, na czym ten akt dzisiaj się skończy, bo teraz będziemy musieli fabularnie dotrzeć do nowej lokacji, tak?
Do lokacji przypomnę, tam mieliśmy raczej takie pustynne może bardziej czy równinne tereny. Dużo kamieni, trochę gdzieś tam zieleni, piach i smok. I te motylki. Aha, mówiłam o motylkach. To może te świetliki. A może kiedy ona siedziała pod tymi świetlikami i wertowała ten podręcznik swój czy ten notes, to może wtedy zauważyła te fluorescencyjne motylki, które gdzieś tam leciały. O, i to byłoby fajne. I poszła za nimi. Tak właśnie dzięki temu, że była noc, miała szansę. I w momencie, kiedy ona wstała i ruszyła za tymi motylkami, to też te świetliki się rozleciały.
W sensie każdy w swoją stronę. Wiecie, nie że tam się umarły czy coś, że może właśnie one były tu wskazówką. One świeciły po to, żeby nasza bohaterka miała szansę zauważyć te motylki. I te wilki też jeszcze dobitniej zwracały jej uwagę wcześniej wyjąc. Wskazując wręcz tą kulę świetlistą. Dobra, trzecia kość. Okej, skarabeusz. No to skarabeusz. W sumie skarabeusze to może jakiś żuczek, nie wiem, ale kojarzą mi się ze skarabeuszem. A skarabeusz z Egiptem.
Tam mamy pustynię też między innymi. Takie właśnie klimaty. To może tam dotarliśmy. Bo tu powoli nastał dzień. Bo tam z tego, co pamiętam, to miał być taki dzień przymglony, ale pełen. Pora dnia to dzień. Więc może właśnie nasza bohaterka szła całą noc, dopóki te motylki... Możemy uznać, że one były takie trochę magiczne, że im robiło się jaśniej, tym mniej były widoczne dla zwykłego ludzkiego oka. Bo może właśnie tym trzecim okiem widziałaby wszystko, ale musiała polegać na tych swoich standardowych zmysłach. I może właśnie dotarła do...
Teraz nie wiem. Żuki skarabeusze. Larwy żyją pod ziemią. Żuki po prostu sobie latają. Nie wiem jak skarabeusze. W sumie nigdy się nie interesowałam. Bardziej tak myślę o naszych chrząszczach, na przykład majowych czy guniak czerwczyk. I jeszcze jest trzecia odmiana jakaś z lipca, ale cholera, nie pamiętam nazwy. Też wydaje mi się, że to nie ta rodzina, że to chyba skarabeuszowi to... Chociaż ja nie wiem.
Jak myślę o tych niebieskich żuczkach, tych gnojarzach. Co ten skarabeusz może tu oznaczać? Chyba że po prostu ona dotarła do krainy skarabeuszów. A może właśnie uporczywie szła i próbowała znaleźć jakieś wzniesienie, żeby się wspiąć i wypatrzeć, gdzie jest ta wieża, a teren robił się na przykład coraz bardziej równy i nie było żadnej górki. Ona tak szła, aż w końcu nawet las się skończył i zaczęły się jakieś piachy, jakieś pustynie. I nasza bohaterka zorientowała się, że może jednak jest bardzo daleko, skoro dotarła do krainy skarabeuszy. I może na tym zakończmy. W sensie, bo nie wiem, czy coś więcej z tego skarabeusza wyciskać. Bo teraz dotarliśmy do nowej lokacji, gdzie ma być nasza główna próba i ten smok. Właśnie zobaczymy, co on tutaj będzie, czy on będzie pomocą, czy nie pomocą.
Może na przykład zdołała jeszcze przed świtem, bo zauważała pod stopami piasek i już zaraz świtało i na przykład zdążyła tylko jeszcze zapamiętać kierunek, gdzie poleciały motylki. I może w oddali majaczyło jakieś skalne skupisko, więc wiedziała, że musi się kierować właśnie w tamtą stronę, żeby nie zabłądzić na tej pustyni. I że musi się spieszyć, bo wiedziała, że im będzie jaśniej, tym będzie trudniej przez tą pustynię się przebić. Będzie cieplej, trudniej. I co z wilkami jeszcze? Zastanawiam się, czy będą jej cały czas towarzyszyły, czy je zostawimy, że one na przykład zostaną. Że nie mogą na przykład przekroczyć, wyjść poza las. No, zróbmy to. Zostawmy je w lesie. Wilki należą do lasu.
A może to też jest jakaś klątwa rzucona na te jej siostry. A może to też jest konsekwencja magii. Może gdyby nasza bohaterka nie miała tej korony, to na przykład nie mogłaby przekroczyć granicy terenu tych wiedźm, że musiałaby zostać na przykład w lesie. Czy wiedźm, czy czarownic. Jeżeli mówimy o magii, to czarownic. Czyli może to były typowo leśne czarownice i w tym momencie ona może się bała i zauważyła, może niechcący nawet. Nagle się zorientowała, że idzie po piasku, gdzie przecież powinno ją spalić, zatrzymać, cokolwiek. Że wilki się zatrzymały, a ona na przykład rozmyślała. Rozmyślając, nie zauważyła, że już idzie po piasku. Dobrze, fajnie, bo przy okazji tej kary może właśnie trochę skorzysta.
Będzie tutaj też dużo plusów, a może wręcz właśnie nawet nie plusów, skoro wkroczyła na teren na przykład jakiejś wrogiej frakcji. Dobra, mamy to. Ja dzisiaj nie będę przedłużać po tych długich odcinkach i całej historii poprzedniej po naszym śledztwie. Myślę, że te krótsze odcinki będą też fajnym oddechem dla nas wszystkich. I ja też nie chcę przeciążać tej historii, ale powiem wam, nie wiem, jak u was w głowach. Mi się już tutaj pomysły lęgną. Historia nabiera rumieńców, także fajnie. Mamy artefakt, mamy tę lokację. Super! To w takim razie słyszymy się za tydzień.
Jeżeli chodzi o fabułę, nie mogę się doczekać. Najchętniej to już bym dalej grała. Znaczy rozkładała te kości. No tak, bo w następnym odcinku nie mamy żadnej karty, tylko będą same kości i te dwa kółeczka. Dobra, ja kończę. Jak zawsze inspiracji. Może właśnie dzisiaj coś was zainspirowało, może sobie coś podpatrzyliście dla siebie do swoich historii. Także ja się będę bardzo cieszyć, jeżeli to moje wymyślanko komukolwiek się do czegokolwiek przydaje. Także Nie przedłużam. Trzymajcie się cieplutko, dbajcie o zdrówko, bo to teraz taka pogoda, że niby było słoneczko, a znowu jest deszczowo.
Ale jest fajnie, jest miło i niech wam będzie tak cały czas. Do usłyszenia. Pa!
[02:44:36] - Czas na „Bez Tajemnic”. Z jakichś niewiadomych powodów. Żartuję. Oczywiście, że wiadomych. Skoro jesteśmy na antenie Radia Paranormalium, to cykl „Bez Tajemnic” musi się cieszyć powodzeniem. Zdziwiony byłbym tak naprawdę, gdyby się powodzeniem nie cieszył. I w tej mieszaninie książkowo-filmowej audycja „Bez Tajemnic” to jest taka podróż do świata nie do końca rozeznanego, przynajmniej przeze mnie. Nie wiem, jak tam u państwa, ale nie do końca rozeznanego, nie do końca uchwytnego. „Bez Tajemnic”. Spirytyzm.
Dzisiaj, proszę państwa: jak rozpoznać dobre medium?
[02:45:35] - Jak rozpoznać dobre medium? Ja nie jestem jakimś ekspertem od oceniania, które medium jest dobre, a które medium jest złe. Tym bardziej, że nawet bardzo wyspecjalizowane media, takie dobre media spirytystyczne, same też jakoś specjalnie niekoniecznie mają odwagę, aby wskazywać, który z ich kolegów po fachu jest dobry, a który jest zły. Mam oczywiście jakieś tam swoje ulubione media, głównie francuskie, których książki lubię czytać, ponieważ są to osoby, które wzbudzają jakieś tam moje zaufanie i mają moje zaufanie i po prostu wierzę, że informacje, które przekazują w swoich książkach, w swoich publikacjach są warte czegoś, mają jakąś wartość. Tak to ujmę. Oczywiście gdybym miał wybrać się do jakiegoś medium na seans spirytystyczny, z całą pewnością sugerowałbym się jakimiś cechami, które te media posiadają i o tym chętnie opowiem. To też na prośbę jednego z internautów odpowiadam właśnie na pytanie, jak znaleźć dobre medium. Tutaj zrobiłem sobie taką małą ściągę na podstawie literatury spirytystycznej, która też tutaj na moim stole jest obecna. Księga Mediów oczywiście to jest podstawa, ale także „Opętanie”, które również pojawiło się w księgarni spirytystycznej rival.pl. I to jest też książka, którą polecam.
Osobiście miałem przyjemność przetłumaczyć z języka francuskiego, więc to są książki, w których można znaleźć bardzo szczegółowe informacje na temat, który dzisiaj poruszę. Jest kilka takich bardzo prostych zasad, które należy przestrzegać, aby znaleźć dobre medium. Tylko teraz pytanie, co to znaczy dobro medium? Czy dobre medium to jest ktoś, kto po prostu potrafi wywołać ducha? Czy dobre medium ma może jakieś inne cechy? Po pierwsze, umiejętność wywołania ducha to jest tak jakby podstawa. To jest cecha dziedziczna, to jest cecha fizyczna. To jest cecha, która zależy od właśnie takiej sensytywności człowieka. Od tego, czy człowiek jest bardzo wyczulony, że tak powiem, na bodźce zewnętrzne i to się po prostu czuje. Albo się to ma, albo się tego nie ma.
Więc zakładam, że mówimy teraz o osobach, które autentycznie mają taki dar mediumizmu i nie są szarlatanami. Ja tu nie mówię o osobach, które próbują oszukiwać jakimiś sztuczkami. Nie wiem, jakiś magnes pod stołem, jakiś wentylator cichy, który powoduje, że nagle coś zaczyna się poruszać. Nie, nie mówię tutaj o oszustach. Mówię dzisiaj o osobach, które autentycznie mają dar mediumizmu. Po prostu. Ponieważ o szarlatanerii to możemy sobie zrobić inny materiał. I teraz ktoś potrafi wywołać ducha. Ten duch rzeczywiście przyjdzie na ten seans. No i co dalej?
W jaki sposób zorientować się, czy dana osoba przekazuje komunikaty, którym można zaufać? Tym komunikatom, tym duchom. Tutaj na pomoc przychodzi nam ocena poziomu moralnego medium. Jaka to jest osoba? Po pierwsze, czy dana osoba chce zarabiać na swoim darze, na swojej umiejętności? Spirytyści generalnie wychodzą z takiego założenia, że medium nie powinno pobierać opłat za czynione usługi. Tak jak Jezus nie pobierał opłat za leczenie, za uzdrawianie, za wypędzanie demonów, tak samo medium też, wychodzi się z założenia, nie powinno właśnie pobierać opłat. Jeżeli medium nie pobiera opłat- To tak jakby tracimy ten element, który może zachęcać do oszustwa. Więc jeżeli ktoś organizuje seans spirytystyczny i robi to za darmo, to już możemy podejrzewać, że nie jest to oszustw. A poza tym trzeba też wziąć pod uwagę, że przecież pieniądze to nie jest jedyna forma zapłaty, której człowiek może oczekiwać podczas seansu spirytystycznego czy po wykonaniu jakiejkolwiek usługi.
Mogą to być jakieś pochwały, podziękowania, dary różnego rodzaju. I teraz należy się też zwrócić uwagę, czy przynajmniej ja zwróciłbym uwagę na to, czy dana osoba, dane medium oczekuje jakichś pochwał, czy oczekuje, że będzie się ją jakoś... Brakuje mi tutaj słowa. Te pochwały, ta pycha. Czy na przykład dane medium będzie się karmiło? Czy będzie karmiło swoją pychę? Jeżeli tak, należy się zastanowić. A teraz do czego zmierzam? Jeżeli medium wydaje się moralnie czyste, czyli jest osobą dobrotliwą, najlepiej jeżeli nie ogłasza się w żadnych mediach społecznościowych. Najlepiej jeżeli o medium dowiadujemy się od sąsiada, od sąsiadki, od koleżanki, bo ktoś był, ktoś skorzystał, ktoś słyszał gdzieś, a nie na stronie internetowej.
Te strony internetowe, które przejrzałem różnych wróżek i mediów polskich, to tak naprawdę mnie osobiście jakoś specjalnie nie zachęcają. Ale poznałem wiele osób, wiele to może za dużo powiedziane. Przynajmniej kilka osób, które nie prowadzą praktyki, tak jak na zasadzie nie ogłaszają się, nie zarobkują na tym. Nie prowadzą praktyki zawodowej i równocześnie są bardzo takimi osobami, którym można by zaufać. Więc według mnie takie osoby na przykład są godne zaufania, ponieważ po pierwsze nie pobierają opłat, po drugie są skromne, ciche, nie robią wokół siebie dużo hałasu, nie szukają splendoru ani nic w tym rodzaju. Jedyna rzecz, która tak naprawdę sprawia im przyjemność, to możliwość udzielenia pomocy osobie, która cierpi. Oczywiście to, czy seans powiedzie się lub nie, nie zależy tylko od samego medium, ponieważ druga strona, ten duch też musi przyjść. Ale zanim ten temat poruszę, chciałbym tylko tutaj pokazać w mojej książce pod tytułem „Mój kardesiański spirytualizm” jest na stronie 189 takie zdjęcie ogłoszenia, które ściągnąłem z popularnej strony aukcyjnej. Seanse spirytystyczne za tysiąc złotych. Cena tysiąc złotych to koszt organizacji seansu spirytystycznego.
W seansie mogą uczestniczyć maksymalnie dwie zainteresowane osoby. Cena ta nie zawiera kosztów dojazdu. Na wszystkie pytania odpowiadamy tylko telefonicznie. Nie odbieramy telefonów z ukrytym numerem. Nie odpowiadamy na SMS. Rozmawiamy tylko z osobami, co do których nie ma wątpliwości, że są pełnoletnie. W przypadku tej aukcji prosimy nie żartować. To jest po prostu jakiś żart. Takich ogłoszeń, które można gdzieś znaleźć w internecie w ogóle nie należy traktować poważnie. To jest szarlataneria w najczystszym wydaniu.
Osoby, które to organizują, powinny się po prostu spalić w piekle. Ponieważ czyhają, to był taki żart, ponieważ czyhają po prostu na osoby, które cierpią po utracie bliskich i próbują tak tanim kosztem wyciągnąć od cierpiących grube pieniądze. Bo jeżeli dwie osoby to wychodzi po pięć stów na łebka, a to ogłoszenie już znalazłem kilka lat temu, więc to nie jest taka zupełnie świeża sprawa. Ale takich rzeczy można w internecie znaleźć bardzo dużo. Ja sam nieraz dostałem za wycieraczkę samochodu, mieszkając we Francji, informację na temat mediów. Najczęściej są to jakieś media, które gdzieś tam przyjechały z Afryki, ale to jeszcze przed wielką imigracją, które oferowały właśnie wypędzenie demona albo na przykład podwyższenie zarobków, albo powrót dziewczyny, która opuściła faceta albo faceta, którego opuściła dziewczyna, powrót tej drugiej osoby i tak dalej. Po prostu kompletne bzdury. Tylko że osoby zrozpaczone biorą, łapią się na takie rzeczy. Więc jeżeli ktoś oferuje przepowiadanie przyszłości, ja nie poszedłbym do medium, które zapewnia mnie, że przepowie przyszłość, że opowie mi, co tam mi się zdarzy, ponieważ Przyszłość to jest rzecz, która jest bardzo płynna. W momencie, kiedy się o niej dowiadujemy, ona się tak naprawdę już zaczyna zmieniać i po prostu to się mija z celem.
Tak samo medium nie może zapewnić, że seans spirytystyczny na pewno się odbędzie, ponieważ ta druga strona też musi chcieć. Duch, ponieważ duch jest taką samą istotą jak człowiek, tylko że bez ciała materialnego. Duch musi chcieć spotkać się z medium, musi chcieć spotkać się z osobą, z człowiekiem, który próbuje z nią nawiązać kontakt. To jest pierwsza sprawa. Po drugie duch musi mieć przyzwolenie. To nie jest tak do końca, że duch może robić, co mu się żywnie podoba, ponieważ na przykład jakaś karma może sprawiać, że na przykład człowiek nie może nawiązać kontaktu ze zmarłym. W takim przypadku znajdują się bardzo często media, które potrafią przekazać informacje z zaświatów dla innych, ale nigdy dla siebie. Nawet jeżeli udadzą się do innego medium, to i tak tamto medium jest tak jakby zablokowane i mówi: „Nie, nie, nie, ale pan zajmuje się tym samym co ja. Ja nie mogę panu udzielić pomocy. U pana wszystko jest w porządku.
Do widzenia”. I takie medium wychodzi po prostu w zasadzie bez niczego. Tak jest w przypadku właśnie takich osób, które mają zdolności medialne, chciałbym powiedzieć, zajmują się takimi sprawami. Więc duch musi po pierwsze chcieć, po drugie musi mieć przyzwolenie. Jest jeszcze trzeci element, który jest niezależny od tych dwóch elementów, które już wymieniłem. Trzecia rzecz: musi nastąpić relacja między duchem a medium. Więc jeżeli medium jest dobre, ale w cudzysłowie, to ta relacja nastąpi. A jeżeli medium jest nieodpowiednie, to nic się nie da zrobić po prostu. Nic się nie da zrobić. Taki duch nie jest w stanie, jeżeli odbiera na innych falach niż medium, nie jest w stanie się tak jakby mentalnie połączyć z człowiekiem i nie ma po prostu komunikacji.
To jest tak, jakbyśmy mieli nadajnik i odbiornik, które funkcjonują na innych falach. Wiadomo, że radio trzeba dostroić do fal radiowych. Jeżeli medium nie potrafi się dostroić do ducha albo duch nie potrafi się dostroić do medium, to koniec. Możemy mieć super radio, super sprzęt radiowy w domu i jeżeli nie odbieramy sygnału, to nie ma. I tak to jest. Dlatego też, jeżeli trafiamy na medium, które zapewnia nas, że seans na pewno się odbędzie, to już powinna zapalić nam się czerwona lampka w głowie. Pytanie, ale o co chodzi? Dlaczego ten człowiek jest tak pewny siebie? Bo przecież zdolności medialne, jak widać na załączonym rysunku, nie zależą tylko od medium, od człowieka, ale także jeszcze w większej mierze od tego, co jest po drugiej stronie. I ostatnia rzecz, bardzo zerkam na moją ściągę.
Tak jest. Ostatnia rzecz bardzo istotna: poziom moralny medium. Poziom moralny medium jest bardzo istotny, ponieważ chociaż same umiejętności medialne nie zależą od tego poziomu, to poziom moralny medium sugeruje nam, z jakiego rodzaju duchami człowiek się spotyka. Jeżeli medium ma taką osobowość takiego cwaniaka: „A tu załatwię, tu niech się pani nie martwi, pani usiądzie, pani spocznie, tu herbatka, ten tego kadzidełka”, to trzeba się zastanowić, czy przypadkiem duchy, które on przyciąga, to medium, ono przyciąga, czy też nie będą takie cwaniakowate, czy też nie będą próbowały czegoś ugrać dla siebie. Chociażby mogą chcieć po prostu tylko zabawić, bo przecież te duchy tam po drugiej stronie, one pewnie też nieraz potrzebują rozrywki. No i przychodzi sobie taki duch na seans spirytystyczny i krótko mówiąc, zaczyna sobie robić jaja. A jeżeli człowiek jest w żałobie i ta żałoba ogranicza mu rozsądne myślenie, to bardzo łatwo dać się złapać. A co najlepsze albo co najgorsze, najlepsze w formie żartu, najgorsze dla medium, jeżeli medium jest opętane przez ducha. Opętanie to nie jest tylko to, co widzimy na filmach amerykańskich, gdzie te ciała lewitują pod sam sufit, krzyki i tak dalej. Nie, tutaj duch może po prostu opętać medium i może wmówić temu medium, że jest niezawodne, że wszystko leży tylko w jego rękach i że cokolwiek nie zechce, to się stanie.
Jeżeli takie medium uwierzy w zapewnienia takiego ducha, to jest skończone, bo nawet jeżeli on będzie przekonany, że dobrze wykonuje swoją pracę, to też komunikaty, które osoba cierpiąca, klient tego medium, które osoba cierpiąca odbierze, nie będą autentyczne. To jest tak, jakbym napisał list i czytał ten list z zaświatów każdej osobie, która do mnie przyjdzie. Siłą rzeczy gdzieś tam dla jednej, drugiej, dziesiątej osoby to będzie pasowało, ale to nie będzie autentyczne. To będzie oszustwo, ponieważ osoba, która przychodzi do medium, oczekuje, że te komunikaty będą prawdziwe. Więc poziom moralny. Dlatego powinniśmy, a przynajmniej ja bym tak uczynił, szukać medium, które jest moralnie czyste. Jeśli chodzi o wróżki internetowe i media, które reklamują się gdzieś w medium, warto bardzo dokładnie przejrzeć teksty, które są zamieszczane na stronach internetowych, aby ocenić poziom moralny tych tekstów. Rzecz, którą zauważyłem, to taka, iż media, a szczególnie wróżki, lubią wypowiadać się na skrajnie kontrowersyjne tematy, ponieważ próbują pokazać, że potrafią odebrać informacje z zaświatów nawet w przypadku kontrowersyjnych tematów. I tutaj trzeba wejść, poczytać i samemu ocenić. Nikt tego za nas nie zrobi.
Ja tutaj podaję jakieś rady, ale to wy musicie sami ocenić, czy dane medium według was jest godne waszego zaufania. Później to też wasz poziom moralny będzie wam podpowiadał, czy dane medium jest dobre, czy nie. Podam taki przykład. Jeżeli ktoś popiera aborcję, ja aborcji nie popieram. Jeżeli ktoś popiera aborcję na zawołanie i pójdzie do medium, które również aborcję popiera na zawołanie i będzie uważała, że to nie jest nic złego, to taka osoba stwierdzi: „To medium jest fajne, to ja do niego pójdę”. I potem pytanie, czy to będzie dobry wybór? Wiem, że poruszyłem tutaj temat kontrowersyjny. Może niekoniecznie to był dobry przykład, ale rzeczywiście w taką skrajność poszedłem, żeby lepiej to zobrazować. Zerkam na zegarek, żeby za bardzo nie przedłużać. To są takie elementy, na które należy zwrócić uwagę.
Jeszcze raz zerknę sobie na moją ściągę. Tutaj wszystko opowiedziałem. I co jest jeszcze bardzo ważne, żeby weryfikować komunikaty. Jeżeli uzyskamy jakąś informację od medium, nawet gdy już człowiek w swojej żałobie troszeczkę ochłonie, troszeczkę nabierze dystansu po dwóch, trzech tygodniach, po miesiącu, po dwóch miesiącach, niech wróci do tych informacji, które uzyskał od medium i niech się zastanowi, czy osoba z zaświatów rzeczywiście wyraziłaby się w taki sposób i czy wyraziłaby się na takie tematy, czy w taki sposób, a nie inny odpowiedziałaby na pytania, które były jej zadane. I to chyba tyle. Chyba nie ma sensu, abym przedłużał. Ja jeszcze raz podkreślam: warto poszerzać swoją wiedzę. To, co ja tutaj przekazałem, to były najważniejsze informacje, ale osoby, które chcą sięgać po pomoc mediów, powinny koniecznie przeczytać „Księgę duchów” i później dopiero „Księgę mediów” Alana Cardeca. Mamy także „Opętanie”, o którym już wspomniałem. Tu jest bardzo dużo fajnych informacji na temat tego, w jaki sposób rozmawiać z mediami i w jaki sposób nie dać się oszukać przez media.
To jest bardzo dobra pozycja. A także zachęcam do sięgnięcia po moją książkę, w której poruszam także tematy natury moralnej. Myślę, że informacje z mojej książki również mogą pomóc państwu w odnalezieniu, w wyselekcjonowaniu dobrego bądź złego medium. Dobrego bądź złego według kategorii, które tutaj przedstawiłem. Zapraszam na następny odcinek. Cykl Krystyny Śmigielskiej „Nie wiem co to poezja” cieszy się, ku mojemu zaskoczeniu, sporym powodzeniem. Jednak jest, proszę państwa tak, że poezja ma w sobie siłę przyciągającą. I jeśli nawet ktoś głośno deklaruje: „Ja to panie nie lubię wierszy, takie pitu pitu i te rzeczy. Nie, nie, poezji nie trawię”. To jak się dobrze poskrobie, okazuje się, że poeta, a w każdym razie pewna wrażliwość poetycka jest prawie w każdym z nas.
I być może dlatego cykl „Nie wiem co to poezja” cieszy się jednak powodzeniem. Dzisiaj Krystyna Śmigielska zaprasza państwa na spotkanie z Wiolettą Arlettą Jaworską. Dobrej zabawy życzę.
[03:08:28] - Nie wiem, co to poezja. Dobry wieczór państwu. Spotykamy się dzisiaj w poświąteczny wtorek, jeszcze trochę rozleniwieni i zadumani. W takim nastroju przebiegnie też nasze dzisiejsze spotkanie, którego gościem będzie pani Wioletta Arletta Jaworska, kobieta renesansu, wielu talentów i pasji. Dobry wieczór, pani Wioletto. Bardzo cieszę się.
[03:09:07] - Dobry wieczór pani Krysiu i państwu i bardzo dziękuję za zaproszenie i możliwość goszczania dziś na antenie.
[03:09:15] - Ja się cieszę, że będziemy mogli dzisiaj z panią porozmawiać o pani poezji. Jestem po lekturze pani tomiku. Bardzo mi się podobał. To niezwykłe utwory, z którymi naprawdę warto się zapoznać. Myślę, że powinniśmy rozpocząć naszą rozmowę od poznania pani twórczości, od samego zalążka, czyli od KKL. Chciałabym, żeby nam pani ten skrót przybliżyła i od pani pierwszego literackiego zaistnienia, inaczej mówiąc od pani literackiego debiutu.
[03:09:59] - Gdybym miała określić początek, zalążek poezji, to właśnie był Koniński Klub Literacki. To jest ten skrót KKL. I zanim to nastąpiło, to najpierw, jak sięgam pamięcią, pisałam sobie takie dziecięce opowiadania. Do dziś ten zeszyt mam. Odnalazłam na strychu. Dalej czytałam poezję, wiersze. Oczywiście ta poezja na początku była prosta, dziecięca, a później w klasach starszych, siódma, ósma klasa to już były wiersze Haliny Poświatowskiej czy księdza Jana Twardowskiego, czy innych poetów. I mam drugi zeszyt, też taki stary, ręcznie zapisany, w którym umieszczałam ulubione teksty. I właściwie w którymś momencie stwierdziłam, że fajnie by było może spróbować samej pisać. I zaczęłam sobie zapisywać te myśli przychodzące.
A w naszej lokalnej gazecie, w Przeglądzie Konińskim pan Stefan Rusin prowadził taki zakątek Koniński Pegaz i udzielał odpowiedzi poetom. Wysłałam tam swoje teksty i oczywiście prośbę o ocenę, poradę. I właściwie korespondowaliśmy. Te odpowiedzi były umieszczane w tym Pegazie i któregoś razu pan Rusin zaprosił mnie na spotkanie do Konina i pojechałam. To była ósma klasa szkoły podstawowej. Pojechałam z mamą, bo mama się bała. To było już wieczorem, godzina 18.00. To była bodajże ulica Wodna, stary Konin w ciemnościach. Trochę niebezpiecznie było i się o mnie martwiła. Później już ten kontakt się utrzymywał.
Co jakiś czas cyklicznie jeździłam i oczywiście korzystałam z rad pana Rusina. A więc żeby dużo czytać i żeby uważnie pisać te swoje myśli, bo tak to wtedy należałoby nazwać. To dla mnie jeszcze nie były wiersze, to były zapiski myśli. I w drugiej klasie liceum pan Rusin napisał artykuł. To było chyba w Zagłębiu Konińskim. To był dla mnie mały sukces, że jednak coś te moje teksty znaczą. Później nastąpiła przerwa. Zawsze mówię, że to jest taka przerwa na życie. I dopiero w 2008 roku, już jako dojrzała kobieta uznałam, że nie wolno mi marnować tego daru od Pana Boga. Zapisałam się na portale poetyckie.
Takim pierwszym, do którego chętnie bym wróciła, ale już niestety nie istnieje, to był Portal Sukcesu. Prowadził go pan Aleksander Rosenfeld i gdzieś w którejś rozmowie powiedział, że jeśli chcę napisać wiersz, to trzeba wejść głęboko w siebie i skupić się na tym, co się chce powiedzieć. I muszę przyznać, że ja do dziś stosuję się do tej rady. I tam też zaczęłam publikować swoje teksty. Na portalach jest tak, że nasze wiersze podlegają ocenie i czasem oczywiście był to jakiś aplauz, jakiś sukces, ale zdarzało się, że była również krytyka i to też budowało pokorę, ale z drugiej strony chęć rozwoju, żeby jeszcze lepiej pisać. I właściwie cały czas to procentuje. Ta chęć takiej nauki.
[03:13:31] - Ja skrócę może, że krytyka, wie pani, czasem jest ważniejsza od pochlebstw.
[03:13:38] - Też tak myślę.
[03:13:39] - Bo więcej możemy się jednak nauczyć i dowiedzieć o tym, jak powinniśmy dążyć do tej doskonałości. Mówiła pani nam tutaj też o konkursach, bo ja bym chciała zapytać, bo pani jest laureatką wielu konkursów, ale te konkursy przeważnie się już w tej drugiej fazie pani życia rozgrywały. Chciałabym, żeby nam pani opowiedziała, który z konkursów poetyckich uważa pani za najważniejszy dla siebie, który był dla pani najtrudniejszy, a który uważa pani za troszeczkę nieciekawy i uważa pani, że pani udział w nim był raczej chybiony. Bardzo mi na tej odpowiedzi zależy, żeby pani nam tutaj ładnie opowiedziała, bo wiele osób chce brać udział w konkursach. Niektórzy się boją, niektórzy nie wiedzą jak. A pani ma takie doświadczenie, że chcemy się od pani dowiedzieć, jak to wygląda.
[03:14:42] - Dziękuję. To doświadczenie to może nie jest aż tak ogromne, chociaż dwa lata chyba minęły, kiedy właściwie włączyłam się w ten nurt brania udziału w konkursach. Natomiast rzeczywiście w jednym roku, to był chyba 2020, starałam się wysyłać na największą ilość tych konkursów. Jeżeli bym miała ocenić, który dla mnie był najważniejszy, ja w ogóle uważam, że wszystkie są ważne. Wszystkie są ważne, ponieważ mamy możliwość pokazania światu i jurorom naszego tekstu. I jeżeli nawet okaże się, że nasz wiersz zajął takie miejsce, że będzie nagrodzony tylko drukiem w tomiku, to ja się z tego też cieszę. Bo załóżmy na 400 tekstów jest wyróżnionych na przykład 20, to uważam, że to jest też sukces i osiągnięcie. Natomiast jeżeli chodzi o takie naprawdę, gdzie ja bardzo przeżywałam, to był konkurs w Sopocie. Był to ogólnopolski konkurs o Złote Pióro Sopotu i tam zajęłam pierwsze miejsce, co było dla mnie ogromną niespodzianką. Jechało się właściwie nie wiedząc, po co się jedzie, jakie jest wyróżnienie.
Wiadomo tylko było, że jest to miejsce laureat, ale przypuszczałam, że może jakieś wyróżnienie i tak fajnie by było. I byłam bardzo zaskoczona na miejscu. I bardzo mi też zależało na jakimkolwiek wygranym miejscu tutaj w naszym lokalnym konkursie. Czyli mam na myśli konkurs Milowego Słupa w Koninie. Tyle razy czytałam o tym konkursie w naszych lokalnych mediach i tak mi się marzyło. I tak się stało, że udało mi się właśnie rok temu zająć pierwsze miejsce.
[03:16:19] - Gratulujemy serdecznie.
[03:16:22] - Dziękuję. I jeszcze właśnie w poprzednim roku również i to też było pierwsze miejsce, więc jak już były dwa razy z rzędu pierwsze miejsca, to byłam przeszczęśliwa. Oczywiście usłyszałam, że to już zamyka mi udział kolejny raz w konkursie. Po trzeci raz już nie mogę zająć. Nie wiem, czy by tak się stało, ale to i tak jest dla mnie naprawdę ogromna radość i wzruszenie było, że tutaj na konińskiej ziemi.
[03:16:46] - A który konkurs uważa pani za taki niezbyt trafiony?
[03:16:51] - Myślę, że nie było takich konkursów. Ja też jeszcze tak osobiście wspominam konkurs. To też było w 2018 roku, po śmierci mojej mamy. Pamiętam, wysłałam wiersze między innymi „Insomnię” na konkurs z poetyckim zawołaniem Rocha Słęczawy i tam te teksty zajęły pierwsze miejsce. I to tak było świeżo po śmierci mojej mamy. I ten konkurs też był dla mnie ważny. Później, rok później również udało mi się tam zająć miejsce laureata. To było trzecie miejsce, więc na pewno te konkursy tam też są dla mnie istotne. Nawet w tym konkursie w kolejnym roku nie było żadnej nagrody, ale to naprawdę nie ma znaczenia, przynajmniej dla mnie. Dla mnie w ogóle najważniejsze jest samo wyróżnienie, że te teksty się komuś podobają, że to, co piszę, że to słowo, jak ja to ubieram, ujmuję, że to ma po prostu wartość samą w sobie.
Nie musi być jakaś tam nagroda czy materialna, czy finansowa, tylko po prostu to przesłanie, które chcemy pokazać światu, że ono jest zauważone. „Insomnia. Tryptyk. Prześwit. Od sygnału karetek gęsi się skóra. Chłód tnie trzewia do krwi. Przygarbione obrazy pęcznieją od nadmiaru wilgoci. Odpryski paciorkami spadają na ręce. Skostniałe od żebrania o czas. Naprzemiennie staje się bezmiarem bezradności wobec atramentowych plam, plątaniny rur z impulsami na monitorach.
Ludzkim pelikanem z termosami zamiast skrzydeł, gotowym zadziobać za każdy akt nieuwagi względem pomarszczonej skóry. Wreszcie obolałym dzieckiem, któremu zabrano na drugi brzeg koniec pępowiny. Przed podróżą. Umyłam ci włosy, nie wiedząc, że już się wybierasz. Zamykałaś oczy, gdy grzebień sunął po włosich liniach. „Wydrap dobrze” — mówiłaś. Lekceważyłam symptomy. Wplatałam codzienność pomiędzy kolejne torebki odmierzające czas kroplami. Każdego dnia mijałam prawdę w drzwiach, udając, że się nie znamy. A los toczył trybiki, rzucał kartami, jakby grał.
Nie pomógł nawet rosół. Odeszłaś. Zostawiłaś wiatr. Szamanka. Chodzę na palcach przy stole z nierozpakowanym koszykiem. W nim rosół na zdrowie, skiszony na amen. Czczę spinki do włosów, wyprane koszule. Zastygam z nadmiaru czasu pełznącego pomiędzy palcami bańkami. W jednej tarmoszę ci rękę, masuję nogę. Przecież musisz ćwiczyć.
W innej przesuwam rękę po chłodnym wieku. Wypowiadam słowa i mantry, żeby nie kaleczyć. Membrany baniek są kruche. Jeśli niczego nie ruszę, może zawrócisz.
[03:20:29] - No ale przez udział w konkursach też miała pani okazję poznać, podejrzewam, że tak było, innych ludzi pióra i jakieś może przyjaźnie się nawet zawiązywały w tym czasie. Bo jednak ci ludzie się gdzieś tam potem spotykają, przeważnie jedni z jednego konkursu pokazują się na drugim. Myślę, że w pani przypadku też tak było.
[03:20:54] - Tak, tylko że moje wyjście na świat z poezją odbyło się w czasie pandemii i większość konkursów odbywała się online. Ale właśnie w Sopocie to taka była pierwsza impreza, na którą mogłam jechać i poznać innych poetów czy jurorów. I później, już po tej ogromnej fali pandemii, to było chyba w ubiegłym roku przy konkursie Bezkresy mogłam poznać osobiście panią Dorotę Rys. Pana Sławomira Płatka. Tak jak pani mówi innych poetów. I rzeczywiście jest to niezwykłe. Teraz muszę przyznać, że bardziej mnie pociągają takie spotkania niż samo wygranie jakiegoś miejsca. Tak jak tutaj pani powiedziała, spotkanie osób piszących, można wymienić się doświadczeniem, ale też jest taka możliwość, że my się umawiamy i spotykamy poza konkursowo. Na przykład takim spotkaniem było zorganizowane czytanie wierszy w Kazimierzu Dolnym przez panią Dorotę Chołody i pana Tomasza Kowalczyka. Takie są, tak jak pani powiedziała, zacieśnianie więzi.
[03:21:58] - Tak. To już takie bardziej przyjacielskie stosunki. Ale pani oprócz tego, że jest laureatką wielu konkursów, jest pani też stypendystką. Pierwszy raz gościmy osobę, która otrzymała takie stypendium. Chciałabym, żeby nam pani opowiedziała o tym stypendium i jakie kryteria powinien spełniać kandydat, aby starać się o tego typu wyróżnienie.
[03:22:26] - Na pewno jest wiele różnych stypendiów. Ja akurat dowiedziałam się zupełnie przypadkiem, że ZAiKS taką możliwość oferuje. Był to czas pandemii, więc skorzystałam z wniosku online. Wypełniłam go. Wtedy jeszcze tak się bałam, że może on gdzieś w tych czeluściach internetu zaginie. Pamiętam, że wydrukowałam i wysłałam pocztą tradycyjną. Co ja tam wpisałam? Tam było trzeba napisać, po co nam te pieniążki. Ja napisałam tak zwyczajnie, że chciałabym zamknąć pewien etap pisania i wydać swoje teksty. Udokumentowałam to wygranymi konkursami.
Nie wiem, czy to miało wpływ, ale po trzech miesiącach otrzymałam odpowiedź pozytywną, że przyznano mi pieniądze i mogę spełnić swoje marzenie. To też przyspieszyło wydanie tomiku, bo ja do tego już się przymierzałam od bardzo dawna. Natomiast nie było tego bodźca, a tutaj otrzymujemy stypendium i trzeba potem się rozliczyć, zdać sprawozdanie. I to było takim motorem.
[03:23:31] - Ale pieniądze się przydały rozumiem.
[03:23:34] - Tak. Właściwie to ta większa kwota. Nie wiem, czy to jest tajemnica. Chyba nie. To była kwota 5000, z których trzeba odprowadzić podatek. 800 zł trzeba dla Urzędu Skarbowego. I właściwie ta cała pozostała suma to była na wydanie tomiku, na rozsyłanie potem książek. Bardzo to pomaga.
[03:23:57] - Gratulujemy jeszcze raz-
[03:23:58] - Dziękuję.
[03:23:59] - Takiego stypendium, bo to jest jednak też wyróżnienie.
[03:24:05] - Introwertycznie. Czteroptek. Larwa. Nie lubię kakofonii wiatru tańczącego lansady szczelinami. Wychodzą pod gardło osierzczone pająki z czterema onyksami. Na fart, niefart, liczę zdrowaśki posypane solą. Za lewe ramię spluwam na strachy, reglując kołdrzane zamki na siedem. Poczwarka. Umieram z zimna. Przenika trzewia, znacząc skórę ametystowym śladem brakujących stóp w pokoju.
Ciepła otoczka brzucha cieje niczym śnięta ryba. Kładę się lekko na falach diapauzy. Motyl. Zapamiętuję pęknięcia sufitów, wilgotne zacieki i lampy. Centymetr po centymetrze, aż do czerwonej skóry rozwijam powłoki skrzydeł. Są kruche. Imago. Nie lubię pozować do fotografii, a jeśli już eksponuję właściwy profil. Unikam kamer, luster w jaskrawym świetle. Byłam już słabszą wersją rozbicia.
Szerokim łukiem omijam obcisłe sukienki. Nie znoszę klaustrofobicznych poczekalni z nadbyt wieloma oczami. Kolejne stadium motyla. Echem rozbrzmiewa gniew i śmiech. To wielka wygoda być nieobecnym, z samym sobą stanowić czas.
[03:25:53] - Chciałabym, żebyśmy teraz trochę porozmawiały o samym procesie twórczym. O tym, jak powstają pani wiersze. One są wyjątkowe. Każdy jest bardzo szczegółowo dopracowany. W pani poezji nie ma zbędnych słów, jakichś przypadkowych. Wszystko jest starannie przemyślane. Opowiada pani w nich o wydarzeniach, uczuciach, ważnych dla nas sprawach. Językiem z pozoru prostym, jakby znajomym, a jednak ciąg wyrazów wydaje się nam jakiś chaotyczny. Jakby przekazana za ich pomocą treść była dla nas nieczytelna. Ale na szczęście jest to tylko pierwsze wrażenie, bo im bardziej zagłębiamy się w pani utwory, tym dogłębniej czujemy je, rozumiemy i zarazem widzimy, co już jest wielkim osiągnięciem artysty, że u czytelnika wywołuje obraz opisanych przez niego wydarzeń.
Chodzi mi teraz o sam proces twórczy. Jak to jest w pani przypadku? Czy pani starannie buduje każdą strofę? Każdy wers pani sprawdza? Czy po prostu są to takie pośpieszne, nerwowo układane za sobą wyrazy i potem dopiero pani je w jakiś sposób obrabia? Jak to wygląda w pani przypadku?
[03:27:24] - Wiersze powstają z ogromną uwagą na słowo. Uważam, że ono ma ogromną moc i staram się, żeby każde słowo było dopasowane do następnego ciągu. Wiersze też rodzą się w ciszy bardzo powoli. Rzadko kiedy spisuję tekst od razu, chociaż są takie teksty. Jest ich bardzo mało. Takim wierszem, który powstał płynnie i tam było bardzo mało szlifowania, był wiersz „Na wstecznym”, który zajął miejsce we wspomnianym konkursie w Sopocie. Ale też spotkałam się i właściwie spotykam się cały czas, że te moje teksty są trudne, że to jest poezja intelektualna, ale chyba świadomie się na to zgodziłam. Na ten sposób zapisu i na rodzaj odbiorców. Wychodzę z założenia, że każdy wiersz, który ma powstać, ma nieść istotną myśl, jakiś przekaz. W moim mniemaniu nie może pozostać pusty.
Tak, mogę powiedzieć, że rzeczywiście te moje wiersze są takie jak rodzenie dziecka. Powoli i są bardzo bliskie.
[03:28:34] - Znałam takie określenie. Władysław Broniewski tak napisał, że pisanie wierszy to jest tak jak poród, nawet proces, który jest jeszcze bardziej bolesny. Czyli rozumiem, że dla pani każde słowo, każde uczucie, każda wyrażona myśl jest ważna. I myślę, że to powinno cechować właśnie takich, powiedzmy sobie, już dojrzałych poetów, a za dojrzałą poetkę z całą pewnością należy panią uważać.
[03:29:08] - „Na wstecznym. Gdyby wysilić pamięć, cofnąć zegary, zejść do piwnic, strychów po szczeblach wstecz. Odpajęczyć obrazy, od drapać wszystkie rysy i wyjąć zadry. Nadać sprawom bieg zamiast amputacji. Może wtedy dziecku mieszkającemu wewnątrz mnie głos nie wiązłby w krtani. Zamiast rytualnych krzyżyków na drogę rowerem, butem, czymkolwiek, byle dalej od siebie. Jakby ucieczka mogła zdjąć maskę, wytopić sól spod powiek, zrobić z niej leczniczą lampkę, wzmocnić dopływ sił witalnych, uporać się z cieniami wiszącymi w głowie jak niedoprane pranie spetryfikowane na amen. Gdyby stanąć oko w oko, ramieniem otoczyć chude plecy, powtarzać mantrę strachy na lachy półgłosem, odganiając neurozy z odbić zaszybionych luster. Odrysować wszystko palcem na opak. Odpętlić złe słowo i dotyk.
Być może mała dziewczynka dorosłaby do kobiety.”
[03:30:36] - Chciałam jeszcze zapytać, czy ma pani takiego swojego wirtualnego czytelnika?
[03:30:42] - Takimi wirtualnymi czytelnikami na pewno są poeci obecni na portalach. Moja córka, mój mąż czasem właśnie czyta i szlifują, oceniają, czy to rzeczywiście im się podoba, czy nie podoba, czy może być. Liczę się z ich zdaniem, bo już wiele lat mają kontakt z moją poezją. Ale poza tym to właśnie te portale wspomniane, poetyckie.
[03:31:11] - Jednak okazuje się, że tutaj w pani przypadku, tak jak w większości przypadków ludzi, z którymi rozmawiam, rodzina spełnia zasadniczą rolę w tym procesie twórczym, bo jest tym pierwszym korektorem, pierwszym oceniającym. I jednak te trzy grosze gdzieś tam do tej twórczości swojej dokłada. Współpracuje pani z literackimi portalami, magazynami, bo drukuje pani w różnych magazynach, periodykach. Proszę nam opowiedzieć o tej współpracy. Przede wszystkim, którą z tych współprac ceni sobie pani najbardziej i dlaczego?
[03:31:53] - Rzeczywiście współpracuję. To słowo może jest zbyt szerokim określeniem, bo po prostu umieszczam wiersze na portalu literackim, na Ogrodzie Ciszy. I jeszcze na Poezji Polskiej. Oczywiście zdarzyły się też druki w kwartalnikach, czyli między innymi w Migotaniach, bodajże chyba też w Esencji i też w paru innych. Gdybym miała określić, które miejsce jest najbardziej mi bliskie i ważne, to chyba bym powiedziała, że Ogród Ciszy. Między innymi dlatego, że aż trzy razy z rzędu udało mi się zająć też miejsce laureackie w konkursie Michała Witolda Gajdy. A poza tym w Kazimierzu Dolnym miałam okazję poznać osobiście redaktora portalu, czyli właśnie Tomka Kowalczyka. I chyba to takie naturalne więzi w realu mają takie znaczenie. Okazał się bardzo ciepłym i sympatycznym człowiekiem i mam taką nadzieję, że będzie też, jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, kolejnym wydawcą tomu. I dlatego to miejsce określam jako takie ważne.
„Mojry. Szpitalne ściany wypełnione oddechem i snami o domu. W nich jeszcze żywi i już umarli. Wołasz po imieniu. Rękę zaciskasz kurczowo na poręczy łóżka. Ostatnim bastionie niemocy.” Od brzegu do brzegu kołacze bezgłośne cykanie serca. Biel pościeli jak stopa podpełza szarym kolorem aż do powięzi. „Starzy ludzie niepotrzebni nikomu” – szepczesz, wytrącając popiół. Wietrzę pościel. Sprawdzasz, czy pachnie powietrzem.
Słone kręgi wypełniają szpary fala po fali. Przenikam twoją przędzę snów i rzeczywistości. Teraz. Nigdy wcześniej ani później tak się nie spotkamy.
[03:34:16] - Wydała pani już jeden tomik poezji. W 2020 roku ukazał się tomik „Insomnia. Podżebrze”. Wydała go pani dzięki Fundacji Found. Proszę nam opowiedzieć o tym tomiku. Interesuje nas dobór utworów, zamieszczone w nim ilustracje i ogólnie jak pani wspomina pracę nad tym tomikiem?
[03:34:44] - Pomysł na tomik dojrzewał, tak jak mówiłam, od wielu lat, ale zawsze było odkładanie albo właśnie ze względów finansowych, a może to jeszcze nie czas, może napiszę jakieś lepsze wiersze. Ale tak jak powiedziałam, otrzymałam stypendium, a po drugie pojawiła się pandemia i tak wszyscy nas straszyli wtedy, że pewnie to będzie taka śmiertelna choroba. I ja pomyślałam, że trzeba by było coś po sobie zostawić dla potomnych, dla rodziny. I to przyspieszyło cały ten proces. Zaczęłam szukać wydawnictwa i pomyślałam, że najbliżej jest położony Poznań. Odnalazłam panią Łucję i przesłałam swoje teksty. Pani Łucja się zgodziła. Jeżeli chodzi o dobór wierszy, to tak jak można to prześledzić w tomiku, są od takiego prostego zapisu, bo tam chyba rozpoczyna ten cały przekaz wiersz „Podżebrze”, który też, nawiasem mówiąc, zajął miejsce laureackie w poznańskim konkursie. To tam był chyba konkurs o erotyk. I potem były takie kolejne wiersze, aż do takiego, jakbym powiedziała, najważniejszego momentu, gdzie są teksty o odchodzeniu mojej mamy i ta postać tego PL-a dojrzewa, zmienia się, to życie powodowało, właśnie tak bardzo ładnie pani Łucja ujęła, ta kropla drążyła, drążyła i człowieka zmieniała.
Czyli ten dobór tekstów pokazuje pewien proces tworzenia, dojrzewania. Od takiej lekkości aż do takich trudów godzenia się z odchodzeniem ludzi i przerwanych więzi między ludźmi.
[03:36:24] - To jest na pewno bardzo trudny temat. A w takim razie proszę mi powiedzieć, co się zmieniło w pani życiu po ukazaniu się tego zbiorku i jak pani w ogóle traktowała jego pisanie? Czy to była jakaś taka swoista terapia, która właśnie tej rozłące miała przeciwstawić się, czy miała sprawić, że łatwiej pani było pewne sprawy zrozumieć? I w końcu, jeżeli tak było, czy poczuła pani ulgę w chwili zamknięcia w klatce stron, słów swoje strachy, lęki, wspomnienia?
[03:37:05] - Tak. Ja gdzieś już chyba w latach szkolnych, dziecięcych powiedziałam, że poezja jest taką szklaną kryształową kulą, która pozwala człowiekowi zachować swoje człowieczeństwo. I traktuję pisanie wierszy jako taką formę samooczyszczania, czy poukładania w sobie emocji, uczuć. Myślę, że można to pisanie określić jako taka forma autoterapii. Wydanie tomiku pozwoliło mi zamknąć pewien etap i w pisaniu nastąpił inny. Na pewno te dwa tomy, jeżeli ten drugi się ukaże, mam nadzieję, że to będzie w tym roku, będzie inny, odmienny, o takiej innej dojrzałości. Bardziej może właśnie wspomnieniowy, nostalgii. Natomiast ten pierwszy „Insomnia. Podżebrze”, tak jak wskazuje tytuł, mówi o tej mojej bezsenności, o tym takim cierpieniu, gdzie właśnie człowiek się zmaga z tym ciężarem życia, że nic nie można zrobić, że jest po prostu bezsilnym na odchodzenie ludzi.
[03:38:10] - Jest pani zawodowym... Przepraszam.
[03:38:14] - Chciałam tylko dopowiedzieć, że tam jeszcze w tym tomiku były moje ilustracje, bo ja bardzo lubię robić zdjęcia, zwłaszcza zdjęcia makro jako taki dodatek. Natomiast w drugim tomiku to jest plan. Mam nadzieję, że on się zrealizuje. Chciałabym umieścić swoje szkice, rysunki.
[03:38:34] - Właśnie malarstwem też się pani interesuje. Wynika z naszej wcześniejszej rozmowy, że to jest również pani pasja. Dlatego mówiłam, że tych pasji u pani jest trochę więcej niż tylko jedna pasja do pióra.
[03:38:52] - „Obrazki. Tryptyk. Karnina. Nigdy jej nie jadłam. Może dlatego, że byłam świadkiem wcale nie Jehowy, a faktu nacinania przez mamę kaczce łba. Cienka strużka krwi kapała do szklanki z octem. Kaczka drżała, jakby dostała gorączki albo ktoś potraktował ją paralizatorem. Nie mogłam oderwać wzroku od oczu zachodzących mgłą. Nie żałuj – mama mówiła. Prędzej zdechnie, mniej będzie cierpieć.
Nieprawda. Zupa tak samo drgała”.
[03:39:41] - Ręce matki. Pachniały cebulą, kiedy ubierała mi rajtki albo zapinała kurtkę na pierwszy i ostatni guzik. Nie miała zadbanych dłoni. Krótkie paznokcie nie przeszkadzały w pieleniu grządek w ogródku albo krojeniu pokrzyw kaczkom. W garażu zamiast auta parkowała sieczkarka. Taka maszyna z ogromnym kołem, nożami na ukos. „Nie podchodź” — mówili. Mężowi palec ucięło, gdy miał dwa lata. Podszedł i było za późno. Od święta na parafialny odpust paznokcie matki przybierały perlisty kolor, jak obwódki wokół oczu z niebieskim odcieniem.
Różową pomadą barwiła usta. Kreśliła nią koła na policzkach, rozsmarowywała na kościach i wyglądała niczym aktorka starego kina. Dziwiłam się: „Czemu nie maluje się zawsze?”. „A po co?” — odpowiadała, jakby nie wiedziała, że mogłaby codziennie wyglądać jak Rita H. Ślady. Pamiętam beztroskie bieganie po lasach i stawach. Tych zamarzniętych, gdzie lód ostrzył cięciwę z kawałkiem kija, spluwą na wymyślonego wroga. Pif, paf, nie żyje. Kradzione jabłka w sadach. Kradziejkę lepsza niż swoje.
Pamiętam chleb z cukrem i szron na ścianach. Grubą pierzynę. Pierze zawsze stawało okoniem na końcu pościeli. Budziły zgrabiałe plecy albo kołłud z rana. W chlewiku chrumkały świnki. Jak mawał ojciec: „Jedna na Wielkanoc, druga na choinkę”. Wtedy przyjeżdżał domorosły rzeźnik. Świnka kwiczała wraz ze mną. „Idź stąd, nie żałuj, nie zdechnie”. Nóż przecina łeb, racice.
Dzielili mięso na sztuki, a największą sztuką wtedy było życie.
[03:42:02] - Jest pani nauczycielką. Chciałabym powiedzieć, że w programie „Nie wiem, co to poezja” już kilka razy gościłam nauczycieli, przedstawicieli tego zawodu. Czy myśli pani, że wśród poetów jest tylu nauczycieli dlatego, że państwo macie taki codzienny właściwie trening otwartości? Stajecie państwo przed grupą słuchaczy i musicie w jakiś sposób jednak się otworzyć. Czy to pomaga? Czy uważa pani, że nauczyciel ma łatwiej czy trudniej wyrażać swoje stany emocjonalne?
[03:42:42] - Myślę, że przede wszystkim pisanie wierszy to chyba jest kwestia wrażliwości. I naprawdę poetów można spotkać wśród różnych zawodów, wśród matematyków, fizyków, a nawet górników. Natomiast jeżeli miałabym odnieść to do siebie, to myślę, że wykonywanie tego zawodu, czyli nauczyciela, bycie pomiędzy ludźmi, codzienne spotykanie ludzi, wchodzenie w dialog, bo to przecież wymusza tę formę otwartości, pomaga, bo człowiek musi budować ten swój proces mówienia. Ponadto daje taką możliwość obserwacji, jak ja to mówię, potencjalnych podmiotów literackich. Czyli uczniowie bywają bohaterami wierszy. I tak na przykład jeden z ostatnich tekstów, który zajął pierwsze miejsce w konińskim konkursie „Milowy Słup” o tytule „Niesprawność”, był o moim uczniu. Czyli tak, mogę powiedzieć, że mnie osobiście pomaga ten zawód.
[03:43:43] - Też tak właśnie myślę. Też miałam takie pierwowzory swoich postaci właśnie w dawnych swoich uczniach. Muszę pani zadać pytanie, bo na tym polega nasz program: czym dla pani jest poezja?
[03:44:03] - Tak jak już wspomniałam, poezja jest dla mnie takim swego rodzaju oczyszczeniem. Ja wyrzucam emocje. Jest na przykład jakaś myśl, która chodzi mi po głowie, gdzieś tam mnie dręczy, nie daje spać i dopiero jak ja ją urodzę, ułożę w formie wiersza, przychodzi taki spokój. Czyli jest to taka chyba forma terapii dla mnie. Niektórzy na przykład potrzebują pobiegać, inni może wykrzyczeć się, a ja po prostu potrzebuję usiąść w ciszy, zapisać to, co mnie gryzie, gdzieś tam chodzi po głowie i jest okej. I wracam do formy.
[03:44:41] - Czyli poezja jest nierozłącznie związana z pani życiem, bo ona pozwala pani funkcjonować w jakiejś takiej równowadze, prawda? Dobrze to zrozumiałam?
[03:44:52] - Tak.
[03:44:52] - Tak myślę, że to jest właśnie ten czynnik, który nam jest potrzebny mniej więcej tak jak powietrze.
[03:45:01] - Pożoga. Przyjście jest wyczuwalne. Wisi w błękicie, rozchodzi się, skacze po neuronach, zanim zatętnią tętnice. Zewsząd i znikąd migotliwe języki podpłomyków pełzną koniuszkami do ramion, głowy aż po podbrzusze. Gorejąca magma, źródło lawy znaczy pod skórę krwistymi strużkami, a wierzch roztańczonymi drobinami soli. Cielesna żerstwa pod twoją obronę, z której piołun i mirra. Szarość w kawałkach chleba, czerstwe grudy stające ością w krtani.
[03:45:50] - Dymna mgła nad pogorzeliskiem zamiast aureoli.
[03:45:56] - Na koniec muszę panią zapytać, czy pani jeździ na motorze?
[03:46:02] - Tak. Jestem szczęśliwą posiadaczką Dragstara 650 i jeśli chodzi o motocykl, to się zdarzyło tak zupełnie przypadkowo. Byłam kobietą 30-letnią, jak to powiedział mój tata, matka, żona i mówi: „Gdzie ona idzie zapisać się na prawo jazdy?”. Pojechaliśmy z mężem do Ostrowa Wielkopolskiego na zawody żużlowe, bo mąż jest fanem i zawsze przed zawodami żużlowymi jest parada motocykli. Oczywiście jak każda kobieta byłam zafascynowana rykiem tych maszyn, mężczyznami w skórach, a mąż tak popatrzył, mówi: „Podoba ci się? To ci kupię motocykl”. Myślałam, że żartuje, ale okazało się, że po jakimś czasie rzeczywiście kupił taki prosty motocykl i zaczął mnie uczyć jeździć. Zapisał mnie na prawo jazdy kategorii A i w taki sposób stałam się motocyklistką. Zaczęliśmy jeździć na zloty. Tu mogę tylko dodać, że bardzo lubię sama kierować.
Nie lubię siedzieć z tyłu jako tak zwany plecaczek. Dlatego właśnie tutaj trzymasz kierownicę.
[03:47:09] - Wie pani, to mąż trochę panią podszedł, ja uważam, ponieważ potrzebował towarzysza do swoich wypraw. Wspólna pasja zawsze łączy.
[03:47:22] - Tak, to prawda. Czasami tak to odbierałam, że to był taki gwałt na mojej poetyckiej psychice, bo ja i motocykle. Ale rzeczywiście jest z tego frajda, jest satysfakcja. Nigdy nie przypuszczałam, że będę kiedykolwiek jeździła na motocyklu.
[03:47:38] - Ale to jest fascynujące. Tak, na pewno. Ja osobiście bardzo boję się motocyklistów, zwłaszcza na drodze. I ten ryk motorów mnie przeraża, zwłaszcza kiedy nas wyprzedzają.
[03:47:51] - Tak. Ale ja jeżdżę na takim szlachetnym motocyklu, czyli to nie jest ścigać.
[03:48:00] - Ale pasja niesamowita i jak najbardziej. Tutaj jestem wręcz zauroczona takim pani widzeniem świata, bo to jest, powiedzmy sobie, szerokie widzenie świata. W życiu wszystkiego należy spróbować, żeby wiedzieć, o czym opowiadamy naszym czytelnikom.
[03:48:23] - Tak.
[03:48:23] - Bardzo mi było miło, pani Wiolu, z panią dzisiaj porozmawiać. Mam nadzieję, że będziecie państwo teraz przyglądać się motocyklistom, którzy was mijają i pomyślicie sobie, że może na którymś z tych pędzących motorów jedzie wspaniała poetka. Pani twórczość jest niezwykle refleksyjna, niezwykle piękna, bardzo dojrzała. Państwu serdecznie polecam wszystkie utwory pani Wiolety Arlety Jaworskiej. Jeżeli będziecie państwo mieli okazję się z nimi zapoznać, naprawdę warto. Szukajcie ich w internecie, na pewno znajdziecie. Mam nadzieję, że będzie pani laureatką jeszcze wielu kolejnych konkursów i ukaże się jeszcze wiele wspaniałych tomików pani autorstwa. Życzę miłego wieczoru i wszystkiego dobrego. Dobranoc, pani Wiolu.
[03:49:20] - Dobranoc. Bardzo dziękuję za zaproszenie i za rozmowę. Dobranoc.
[03:49:23] - To ja dziękuję. Dobranoc pani. Dobranoc państwu.
[03:52:28] - Kamila Ciołko-Borkowska z odległej Islandii mówi nam o tym, jak pisać. Cały czas to podkreślam. Mówi na podstawie swoich zdobytych z wysiłkiem doświadczeń. Doświadczeń, które przekuwa w bardzo realistyczny, bardzo pragmatyczny poradnik. Bo o ile Katarzyna Prychacz, również osoba pisząca, bawi się, pokazuje, że można się pisaniem bawić, to Kamila Ciołko-Borkowska pokazuje, że aby ta zabawa miała ręce i nogi, powinna być również obudowana całym szeregiem umiejętności, które dobrze jest zdobyć, jeśli się o pisaniu myśli poważnie. No to cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić państwa na kolejny odcinek „Piszącej z fiordami.”
[03:53:38] - Dzień dobry, wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór, witam was wszystkich serdecznie i na samo powitanie chciałabym wam powiedzieć, że do nagrywania tego odcinka zabierałam się jak pies do jeża. Dlaczego? Dlatego, że wymagał ode mnie odrobinę więcej grzebania po internecie. Wiem, że trochę brzydko mówić grzebania, ale trudno, ponieważ ta praca wyglądała mniej więcej właśnie tak. A dlaczego? Już mówię, już wszystko będę mówić po kolei. Zacznę może od tego, że kiedyś, w dawniejszych czasach, do pisania potrzebny był pisarzowi tylko i wyłącznie jakiś zeszyt, notes, kartka. Najpierw się pisało na takich zrulowanych wielkich płachtach papieru.
Później pokazały się książki, w sumie zeszyty. Jakieś takie notesy, w których się pisało, które były książkami. Później pojawiły się maszyny do pisania, więc pisało się na maszynach, składało się razem wszystkie kartki. I w końcu pojawił się nasz ulubieniec komputer, który swoją drogą bardzo dużo nam ułatwia przy pisaniu. Mam przynajmniej takie wrażenie. Mi wiele ułatwia. Nie za bardzo konkretnie i zgodnie może z chronologią powiedziałam, jak wyglądał cały rozwój metod pisania. Jednak nie na tym się skupiamy w dzisiejszym odcinku. Nie za bardzo na historii, ale bardziej na samym tym naszym warsztacie. O ile komputer jest bardzo dobrym narzędziem pisania, o tyle wielu pisarzy ma taki dylemat, z czego korzystać na tym komputerze.
Ponieważ sam w sobie komputer ma niewielkie możliwości. Musimy skorzystać z jakichś aplikacji, z jakichś programów, które nam pomogą pisać. Teoretycznie można pisać w zeszycie i potem to przepisywać, ale dalej pozostaje problem programu do pisania i do obróbki tego tekstu. Słowo mi uciekło, najmocniej przepraszam. Zdarza się najlepszym. Ostatnimi czasy spotkałam się kilka razy w internecie z zapytaniami odnośnie tego, w czym pisać, w czym potem edytować ten tekst, w jakich programach, z czego korzystamy. Czy są może jakieś darmowe programy? Ponieważ nie oszukujmy się, nie każdego stać na jakieś drogie programy do pisania. Fakt, że jeśli mamy Windowsa, to korzystamy z tego Windowsa, jednak jest to płatna opcja. Bardzo często nie każdego też stać.
Dlatego przychodzę dziś do was z tym, co znalazłam. Możliwe, że nie jest to wszystko. Możliwe, że jest to tylko pewien ułamek tego. Dlatego jeśli gdzieś tam coś ominęłam, to jak najbardziej możecie się do mnie zgłosić, a uaktualnimy ten odcinek o kolejny z opisem tego, co w tym programie, który podrzuciliście do mnie, się znajduje. Zaczniemy może od tego, co mamy zazwyczaj w komputerze. Zazwyczaj osoby piszące korzystają z Worda. Jeśli posiadamy Windowsa, Windows jest z Wordem. Można kupić pakiet Office'a i z niego korzystać. To jest taki podstawowy program do pisania. Bardzo często wystarczy pisarzom.
Powiem wam, że na przykład do pisania mojej poezji jak znalazł. To nie jest nic zbytnio wymagającego. W Office piszę też Prozę też pisze jak najbardziej. Dla mnie osobiście jest to program, który jest wystarczający, ale niestety trzeba za niego zapłacić. Są też programy, które są podobne do Office'a, są bezpłatne. Są też inne, które mogą uzupełnić albo w ogóle zamienić. Można zamienić Office'a na ten program i w nim pisać, ponieważ pozwalają te programy planować na przykład, opisywać. Mają zakładki różnego rodzaju, w których możemy opisywać bohaterów, sytuacje, historie. Wszystko po kolei i później po prostu zaglądać sobie w daną zakładkę i korzystać z tego, co jest tam napisane. Ja pracuję tak, że wszystko, co sobie opisuję dodatkowo, opisuję w zeszycie, ręcznie.
Jest mi tak łatwiej, a fabułę już spisuję w komputerze w Wordzie. Taki mam system i raczej wątpię, żebym szybko to zmieniła. Jednak dla was proponuję poeksperymentować, ponieważ ja trochę eksperymentowałam z tymi programami. Zerkałam sobie swojego czasu. To było tak dawno temu, że już nie pamiętam nazw tych programów. Naprawdę, przyznam z ręką na sercu. Jednak nie bójcie się eksperymentować z tymi darmowymi programami. Tylko uważajcie na wirusy i sprawdźcie, co jest dla was najlepsze. Ponieważ nie zawsze jest tak, że ogólnie dostępny i program, z którego zazwyczaj korzystamy, jest najlepszy. Może być tak, że na przykład znajdziecie jakiś program, z którego korzysta jakaś niewielka grupa ludzi i dla was on w zupełności będzie odpowiadał w 100%.
Dlatego jak zawsze i jak wszędzie proponuję sprawdzić, poeksperymentować, przyjrzeć się. Nie będę skupiać się na tym, jak wygląda Microsoft Office, ponieważ jeśli chodzi o Office'a, to wszyscy, przynajmniej większość, z tym współpracowaliśmy gdzieś tam, przynajmniej w szkole. Największa grupa ludzi korzysta z tego narzędzia i nie będę mówić, że on jest zły. Jest całkiem dobry, w porządku, niewymagający. Wszystko jest ładnie, czytelnie, wiadomo co gdzie leży, co gdzie jest, żeby z tego skorzystać. Formatowanie tekstu, pisanie wszystko po kolei. I o tyle dobrze jest, że bardzo łatwo jest zapisać w pliku, który otworzy zdecydowana większość innych osób, które będą chciały ten plik przejrzeć na przykład. Czyli jeśli wyślemy do wydawnictwa, to będzie to odpowiedni plik, żeby mógł sobie każdy obejrzeć i nie będzie krzaczków, nie będzie rozstrzelenia tekstu, nie zginie gdzieś tam połowa. Co tam mamy? Czekajcie, zajrzę sobie do mojej ściągawki, w której sobie pozapisywałam nazwy tych programów.
I są to co najważniejsze, co znalazłam w internecie. To jest bardzo ważny argument przy rozpoczynaniu pisania, bo wiem, że przynajmniej po sobie, że nie mamy aż takiej możliwości, żeby sfinansować kosztujące naprawdę wielkie pieniądze programy do pisania. Na początku, kiedy zaczynamy pisać, wydaje się nam to wielką fanaberią. Wydawanie niesamowitych pieniędzy na program do edytowania tekstu. Dlatego wyszukałam tu pięć programów darmowych, żeby nie trzeba było płacić. To jest bardzo fajna rzecz, bardzo fajna opcja. Dlatego też można sobie spokojnie poeksperymentować z programami za darmo. Bo jeśli mamy zapłacić niesamowite pieniądze tylko po to, żeby sprawdzić program, poeksperymentować sobie z nim i później się okaże, że on w sumie nie jest dla nas, to trochę smuteczek. Ale ja już ad rem, jak to mawia Julia w mojej książce, już wam będę opowiadać po kolei. Pierwszy to są Dokumenty Google.
Jest to edytor, który jest po pierwsze za darmo, i który nie wymaga instalowania żadnych aplikacji na komputerze. Jest to aplikacja, która rewelacyjnie, tak czytałam przynajmniej w internecie, działa na każdym komputerze, który ma przeglądarkę internetową lub też aplikację mobilną. Czyli w sumie można też działać na nim na telefonie. Dla mnie praca na telefonie jest bardzo niepraktyczna, bo telefon jest mały, ale niektórzy na przykład jadąc samochodem, nie jako kierowca, jako pasażer bardziej. Czy pociągiem, autobusem jak się jeździ. Czasami jest tak, że trasa trwa dość długo i można sobie w tym czasie coś popisać. Dlatego telefon jest dość wygodny. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł szybko skorzystać z telefonu, napisać i później w domu na przykład poprawić, to jak najbardziej proponuję tutaj Dokumenty Google jako taki doraźny sposób. Można też pisać na tym na dłuższą metę. Nie mówię, że nie.
Teraz chodzi mi bardziej o moje wewnętrzne przekonanie i w sumie na telefonie jest ciężko. Kilka razy pisałam na telefonie, miałam tę przyjemność. Nie wiem, czy dałabym radę napisać tak książkę. Byłoby ciężko, chociaż wiem, że są osoby, które dość spory kawałek książki na telefonie napisały. Dlatego tu można poeksperymentować. Jak piszą wszystkie podstawowe funkcje do formatowania tekstu posiada. Tak więc spokojnie można napisać w tej aplikacji Teksty czy też nawet całą książkę. Jak najbardziej polecam do wypróbowania, do przetestowania. Słuchajcie, może i ja jeszcze raz przejrzę sobie te wszystkie aplikacje, też poprzeglądam i popróbuję po tej audycji. Jak już mówiłam wcześniej, zabierałam się do tego jak pies do jeża, ponieważ o samym warsztacie jest łatwiej mówić niż o samej czynności pisania, o tym, w czym pisać.
To takie dość skomplikowane. Research powinien być podstawą dla autora, ponieważ trzeba wiedzieć, o czym się pisze. Dlatego w tym przypadku też troszeczkę pogrzebałam w internecie, żeby sobie znaleźć te informacje. Dobra, ale wracamy do naszego tematu dzisiejszego odcinka. Następny jest, jak dobrze czytam, Zoho Writer. Jest to podobno bardzo dobra alternatywa dla aplikacji, o której mówiłam przed chwilą. Dla dokumentów Google. To też jest darmowa aplikacja i jak już poprzeglądałam zdjęcia, to ona się troszeczkę różni graficznie, ponieważ o ile dokumenty Google są wizualnie dość podobne do tego Office'a, z którego korzystamy, o tyle tutaj to wygląda troszeczkę jak taki bardziej program do pracy. Słów mi brakuje. Ale ta forma graficzna jest odrobinę inna.
O ile tam mamy ten cały panel sterowania u góry, tutaj znajduje się on z boku. Jest bardziej czytelny. Podejrzewam, że można bardzo fajnie sobie na tym programie popracować, ponieważ możemy sobie spokojnie pisać i ten cały panel znajduje się z boku i jest bardziej rozszerzony niż tutaj u góry. Co jeszcze? Działa po polsku. To jest bardzo ważne, ponieważ ciężko jest pisać w naszym języku, kiedy mamy program do edycji w innym. Ten jest po polsku. Bardzo ładnie podkreśli nam babole, jeśli takowe będą. Tak samo jak dokumenty Google. Będziemy mieli o tyle łatwiej, że te błędy będą podkreślone i będziemy mogli je poprawić.
Ja osobiście uwielbiam to w programach edytorskich, że one podkreślają te wszystkie błędy, jeśli napiszemy coś niepoprawnie. Z tego, co widziałam, to ten właśnie program ma taką opcję, że pokazuje prawidłowe wersje wyrazów, które napisaliśmy źle. To jest bardzo fajne i ja to bardzo lubię, popieram. Dlatego naprawdę polecam zerknąć na to, jeśli ktoś poszukuje dalej jakiegoś programu do pisania, do tworzenia. Ten wydaje mi się być całkiem fajny. I co tam jeszcze? Z tego, co czytałam, można też – uwaga, taka ciekawostka, jeśli komuś bardzo tego brakuje – włączyć dźwięk maszyny do pisania. Czyli przy klikaniu słyszymy takie klikanie jak przy maszynie do pisania. Takie klik, klik, klik. Jeśli kogoś to będzie motywowało do pisania, jak najbardziej korzystajcie.
Powtórzę jeszcze raz: Zoho Writer. Mnie on kupił. Totalnie kupił. Nie wiem, czy sobie nie zainstaluję i nie potestuję tego w czasie wolnym. Aczkolwiek mało tego czasu, ale może kiedyś. Dobra, następne. To chyba kiedyś testowałam, mi się zdaje. To się nazywa LibreOffice i jest to darmowy pakiet Office, z którego można korzystać zamiast Worda. I powiem wam, że działa on tak samo. Tak, korzystałam z niego, bo teraz jeszcze raz przyjrzałam się, jak on wygląda.
Kiedyś z niego korzystałam. Działa tak samo jak nasz Word. Jest niesamowicie intuicyjny, bardzo łatwy do opanowania, bardzo łatwo idzie na nim pracować. I z tego, co czytałam, bo ja korzystałam tylko z tej wersji do pisania, ale posiada też możliwość tworzenia prezentacji, arkuszy kalkulacyjnych i działa też bez dostępu do internetu. To jest bardzo ważne, że nie zawsze mamy dostęp do internetu. Ja na przykład dzisiaj mam taką przygodę od samego rana, że mój komputer nie chce łączyć się z Wi-Fi. Musiałam kombinować z hotspotem z telefonu. Dlatego też bardzo ważne jest, żeby mieć coś, co będzie działało offline. I tutaj LibreOffice ma tę możliwość, że może działać offline. Też polecam jak najbardziej.
Z tego, co pamiętam, pracowało mi się na tym bardzo sympatycznie. Dlaczego ja wtedy zrezygnowałam z tego LibreOffice? Czekajcie. Chyba zmieniałam komputer, bo mi się chyba wtedy zdechło się staremu komputerowi i przy nowym został zainstalowany znów Word, jak dobrze pamiętam. Ale tak, LibreOffice jak najbardziej polecam, jeśli ktoś szuka takiej alternatywy. Jak najbardziej polecam. Mamy też następny. Teraz uwaga, to jest Office Writer Free, czyli taki bezpłatny zamiennik Worda. Tak było przynajmniej napisane w internecie. I ta podstawowa wersja, bo to jest program Office Writer Free.
Jest wersja bezpłatna i wersja premium. Wersję bezpłatną można sobie przejrzeć, ale jeśli chcemy więcej możliwości, żeby on działał lepiej, był bardziej rozbudowany, to jednak musimy wykupić wersję premium. Jednak napisali w internecie, że wersja darmowa jest na tyle bogata, ma tak szeroko rozwinięte funkcje, że nie warto dopłacać do wersji premium. Jeśli mamy taki podstawowy pakiet i wystarczy nam on do napisania opowiadania, bo w sumie nic więcej nie piszemy, czy książkę piszemy jak ja, czyli rozdziałami, epizodami, a rozpisujemy sobie wszystko inne w zeszycie, to myślę, że ten program wystarczy nam spokojnie. Ponieważ oglądałam zdjęcia i jest on też dość czytelny. To nie jest tak, że ja będę sobie każdy program pobierać na komputer i przeglądać. Czytałam po prostu opinie, oglądałam zdjęcia, skany z artykułów dotyczących właśnie tych programów, o których teraz mówię. Dlatego mogę polecić ten Office Writer Free, ponieważ wygląda całkiem sympatycznie, całkiem czytelnie. Jeśli to jest darmowy program, jeśli ktoś szuka czegoś, ja niczego takiego nie szukam. Jednak zaintrygował mnie temat tego, że istnieje pewien problem tego typu i początkujący piszący poszukują programu, w którym będą tworzyć, będą mogli pisać, będą mogli się dobrze rozwijać.
I to jest bardzo dobrze szukać narzędzi, dzięki którym staniemy się jeszcze lepsi w tym, co robimy. To jest rewelacja, ponieważ jakość pracy jest bardzo ważna. Jeśli będziemy za każdym razem bardzo zdenerwowani tym, że musimy kombinować, żeby sformatować tekst, żeby coś tam wkleić, skopiować, to bardzo nas zniechęci. Będzie nam to bardzo przeszkadzać podczas pisania. Dlatego dobrze jest mieć program, w którym czujemy się naprawdę wygodnie podczas pisania, że po prostu bardzo łatwo nam się z niego korzysta, że piszemy na przykład, wchodzimy w inną zakładkę, a nie szukamy i przez pół godziny tracimy czas, żeby znaleźć coś, co napisaliśmy wcześniej. Dlatego znalezienie dobrego programu to nie jest tylko fanaberia. To jest po prostu znalezienie pewnego poczucia, że jest nam wygodnie. To nie tylko tak, że krzesło, na którym piszemy jest ważne. Nie tylko tak, że biurko, przy którym piszemy jest ważne czy komputer. To, w jakim programie piszemy, jak nam się w tym programie pisze, jest też bardzo ważne, ponieważ jeśli mamy problemy, ja na przykład mam dysleksję i ta dysleksja bardzo mocno mi komplikuje pisanie, ponieważ większości błędów nie zauważam i jeśli mój program podkreśla mi moje babole, to ja jestem przeszczęśliwa.
Już pomijam fakt, że on mi podaje propozycje naprawy tych błędów. To jeszcze lepiej, ale ja sobie potem skopiuję tego babola, sprawdzę w internecie albo zobaczę go, bo ja go nie widzę. Ale jeśli on zostanie mi podkreślony, Word pokaże mi paluchem. Hej, moja panno, tu jest błąd. To ja na niego spojrzę i ja go zobaczę. Będę mogła go łatwiej poprawić. Mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Dlatego tak bardzo ważne jest trafić na program, w którym będzie można tak tworzyć, żeby to samo z siebie szło. I dlatego tutaj bardzo ważne jest rozejrzenie się. Ja swojego czasu sprawdzałam dwa programy.
Myślę, że to było LibreOffice i bardzo mi się podobała praca w tym programie, ale z tego, co teraz się zorientowałam, pooglądałam trochę tych zdjęć, poczytałam, to ten program, o którym mówiłam, Zoho Writer, graficznie po prostu naprawdę bardzo fajny i nie wiem, czy nie skuszę się, żeby pobrać go sobie na komputer i przetestować. Jeśli zrobię to, nie zapomnę, bo ja mam pamięć jak ser szwajcarski, to na pewno pojawi się to kiedyś w którymś odcinku, żeby wam powiedzieć, jak mi się na tym pracowało. Na czym to jeszcze mamy? Myślę, że już ostatni mamy Focus Writer. I tutaj to jest program podobno bardzo minimalistyczny. W sumie nie widać żadnych narzędzi do formatowania tekstu. Po prostu mamy, jak ja tu widziałam, czarny ekran i na nim piszemy. Jest to Totalnie minimalistyczna forma. Nic nas tutaj nie rozprasza, po prostu widzimy tę czarną kartkę, na której piszemy tekst. Nic poza tym.
Po prostu siadamy i piszemy. Jeśli nie macie takich problemów jak ja, że gdzieś tam macie babole i potem ich nie widzicie, to jak najbardziej polecam ten program, bo zdjęcia z tego programu są naprawdę bardzo fajne, ponieważ w sumie nic poza tym nie widzimy. Nie mamy formatu, że możemy zmienić stronę, wyśrodkować, powiększyć, pozmniejszać. Nie. Po prostu piszemy od prawej do lewej. Od lewej do prawej. Czemu od prawej do lewej? Nie wiem. I po prostu piszemy. Formatowanie przyjdzie później.
Nie wiem, jaki macie sposób pisania. Jeśli lecicie z weną i piszecie jak leci bez zastanawiania się, to ten program będzie jak najbardziej dla was, ponieważ na nic więcej nie zwracamy uwagi, tylko na ten kawałek tekstu, nad którym pracujemy. Po prostu lecimy z pisaniem. I to też jest całkiem fajny program. Nie jest to program stricte do formatowania tekstu. Nie jest to program do pracy nad tekstem z tego, co czytałam. Jest to tylko program do takiej szalonej jazdy z weną, że tak powiem. Siadamy, mamy wizję i po prostu lecimy z tym koksem, że tak powiem potocznie. Po prostu siadamy i przelewamy to, co mamy w głowie na papier. Nie na papier, tylko na monitor.
Ale bezproblemowo, bez żadnych rozpraszaczy. Po prostu klikamy w klawiaturę i lecimy z tym koksem. Tak więc jeśli chcecie przetestować, to jak najbardziej. To nie jest tak, że on nie ma w ogóle żadnych narzędzi do formatowania. On jak najbardziej ma, tylko wszystkie te narzędzia są ukryte. To nie jest tak, jak w naszych poprzednich narzędziach, aplikacjach czy programach. Tutaj, w tym przypadku one wszystkie są ukryte i jeśli chcemy je znaleźć, musimy kliknąć edycja czy format, narzędzia, ustawienia czy plik. Po kolei. One dopiero wtedy się nam wyświetlą. One nie są cały czas pokazane u góry.
Ja wiem, że w Office na przykład w Wordzie można je ukryć. Ale zdecydowanie czasem łatwiej jest formatować tekst, kiedy mamy wszystkie narzędzia na wierzchu. W tym programie są one już z automatu schowane i trzeba ich szukać później. Tak więc to tyle z tych darmowych programów, które znalazłam. Nie jest ich dużo, ale myślę, że jest jednak z czego wybrać. Bo to nie jest tak, że chcemy, żebyśmy byli zarzuceni niesamowitą ilością programów. Nie. Lepiej mieć kilka dobrych, mieć z czego wybrać. Jeśli ktoś z was szuka czegoś takiego dla siebie, to jak najbardziej polecam przejrzeć to, co zaproponowałam i popróbować, potestować. Może znajdziecie jakiś wygodny, fajny program, aplikację do pisania, żeby czuć się w tym fajnie, jak w wygodnych kapciuskach.
Bo właśnie komfort pisania jest bardzo ważny dla pisarza. Ciężko się pisze, kiedy jest nam niewygodnie. Dlatego taki program jest jak takie fajne kapciuszki, że wkładamy tylko nogi i jest nam bardzo wygodnie. Bardzo fajnie nam się pisze, mamy taki komfort psychiczny i jest fajnie i można tworzyć. Można skupiać się tylko na tym, co mamy w głowie, jaka będzie fabuła, jakich mamy bohaterów, a nie na tym, gdzie znaleźć caps locka czy gdzie skopiować tekst. To tak hipotetycznie teraz mówię, bo każdy wie, gdzie znaleźć caps locka. Dobra, to się nagadałam o programach. Myślałam, że będzie tylko 10 minut, że to będzie bardzo krótki odcinek, ale się nagadałam. Dziękuję wam za ten odcinek, za to spotkanie. Jeśli macie jakieś pytania, to się odezwijcie gdzieś tam.
Wiecie, gdzie mnie znaleźć. I co? I do następnego razu. Dobranoc.
[04:21:26] - Na początku audycji mówiłem, że to 90. odcinek Bibliotekarium 2.0 i muszę się Państwu do czegoś przyznać. Ja chwilami tracę już rozeznanie, co było emitowane na antenie, co nie. Muszę się też przyznać, że jakby tego nie ująć, żeby to nie brzmiało, że się chwalę albo że „ho, ho, proszę państwa”. Nie, nie. Woda sodowa mi do głowy nie wystrzeliła, ale widzę, że słuchaczy Bibliotekarium 2.0 sporo przybyło w tak zwanym międzyczasie i mamy mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy myślę sobie: „czy ja już tego nie emitowałem?” Wiecie państwo, na pewno była rzecz emitowana w ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Tam opowiadania były różne, różniste. Dzisiaj mamy archiwum ABW i tutaj mi pamięć niestety szwankuje, bo nie wiem, czy opowiadanie, które państwo za chwilę usłyszycie, już było prezentowane w Bibliotekarium 2.0, a może jeszcze w Bibliotekarium, a może w ABW? Nie wiem, proszę państwa. Jedno wiem natomiast: to opowiadanie Jacka Vance'a „Panowie domów” jest absolutnie urocze.
Jeśli wysłuchacie go państwo do końca, skojarzycie, jeśli macie państwo w domu koty. Jeśli to skojarzycie, to to jest absolutnie urocze opowiadanie. To ja państwa zapraszam. Bez względu na to, czy już państwo słyszeli, czy jeszcze nie słyszeli, to ja zapraszam. Marek Sęk "Ivellios" prezentuje państwu opowiadanie Jacka Vance'a „Panowie domów”.
[04:23:15] - Book Radio i Radio Paranormalium zapraszają do wysłuchania wybranego opowiadania z ABW: Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Czyta Marek Sęk "Ivellios". Jack Vance, „Panowie domów”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz, w domenie publicznej. Dwóch mężczyzn siedziało w milczeniu, mocno zaniepokojonych. Kerfreige, gospodarz spotkania, podniósł się i szybkim krokiem zaczął krążyć po pokoju w tę i z powrotem. Podszedł do okna, popatrzył w niebo w stronę odległej gwiazdy BGD-1169. Jego gość, Richard Emerson, był nawet jeszcze bardziej zdenerwowany. Siedział odchylony do tyłu na krześle, twarz miał białą, usta obwisłe, oczy rozszerzone i błyszczące. Nie padło nawet jedno słowo i nie było widać niczego, co mogłoby tłumaczyć ich emocje.
Siedzieli w zwykłym podmiejskim salonie, wyróżniającym się tylko mnóstwem wiszących na ścianach ciekawostek, osobliwości i bibelotów. Słysząc odgłos skrobania, Kerfreige odwrócił się od okna. Ostro zawołał: „Sarvis!” Czarno-biały kot, ostrzący sobie pazury na zdobionej kolumnie z egzotycznego drewna, postawił uszy, ale drapał nadal. „Ty urwisie.” Kerfreige wziął kota i wyrzucił go na zewnątrz przez specjalne drzwi dla zwierzęcia. Wrócił do Emersona. „Zdaje się, że obaj myślimy o tym samym.” Emerson trzymał się oparcia swego krzesła. „Jak mogłem to wcześniej przegapić?” — wymamrotał. „To dziwna sprawa” — powiedział Kerfreige. „Nie wiem, co teraz robić.” „W tej chwili to nie leży już w moich rękach.” „Dzięki niebiosom” — powiedział Emerson. Kerfreige wziął do ręki małe białe pudełko, które zawierało raport Emersona.
„Chce pan pójść ze mną?” Emerson pokręcił przecząco głową. „Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie chcę widzieć tego więcej na oczy.” Zkinął głową w stronę pudełka. „No dobrze” — powiedział ponuro Kerfreige. „Pokażę to zarządowi dziś wieczorem. Potem...” Emerson uśmiechnął się, zmęczony i sceptyczny. „Potem co?” Towarzystwo Astrograficzne działało jako organizacja non-profit, poświęcając się badaniom i eksploracji pozaziemskiej. Składki wpłacone przez milion aktywnych członków powiększały jeszcze dochody ze specjalnych patentów, dotacji, licencji oraz opłat za doradztwo, w wyniku czego z biegiem lat towarzystwo stało się bardzo bogate. Kilkanaście statków kosmicznych zaniosło niebiesko-zielony emblemat astrograficzny do bardzo odległych miejsc. Comiesięczna publikacja studiowana była zarówno przez dzieci w wieku szkolnym, jak i naukowców.
W Muzeum Astrograficznym znajdował się wspaniały zbiór eksponatów zgromadzonych w całym wszechświecie. W specjalnie wyposażonej kopule na dachu muzeum raz w miesiącu spotykała się rada dyrektorów, aby zatwierdzać transakcje biznesowe oraz przeglądać i przesłuchiwać doniesienia zespołów badawczych o istotnym znaczeniu. Theodore Kerfreige, prezes rady, po przybyciu na spotkanie wrzucił do mechanizmu witaliskopu pudełko zawierające raport dowódcy zespołu Richarda Emersona. Stał w milczeniu, wysoki, ponury, czekając na zakończenie toczących się wokół stołu rozmów. „Panowie” — powiedział Kerfreige ponurym, monotonnym tonem. „Ja już zapoznałem się z tym raportem. To najdziwniejsza sprawa, jaką napotkałem w całym swym doświadczeniu. Jestem bardzo poważnie zaniepokojony i mogę dodać, że komandor Emerson podziela moje odczucia” — przerwał. Dyrektorzy popatrzyli na niego z ciekawością. „No dalej, Kerfreige, nie bądź taki tajemniczy.
Wysłuchajmy tej relacji, Theodore’ze.” Kerfreige uśmiechnął się najsłabszym, najbardziej niewyraźnym uśmiechem. „Raport jest tutaj. Sami możecie się przekonać.” Dotknął włącznika. Ściany pokoju rozpłynęły się w szarej mgle, kolory zbladły i znikły. Rada dyrektorów zmieniła się w grono niewidzialnych oczu i uszu obecnych w kabinie statku kosmicznego Gaea. Ich punkt obserwacyjny znajdował się w miejscu kuli rejestrującej na szczycie hełmu Emersona. Widzieli wszystko to, co i on, słyszeli to samo, co on słyszał. Głos Emersona dolatywał z głośnika. „Znajdujemy się na orbicie nad planetą drugą gwiazdy BGD-1169, Fargo-Navis 4.” Przylecieliśmy tu przyciągnięci serią impulsów emitowanych w fazie C3. Wydawały się one wskazywać na wysoce zorganizowaną cywilizację techniczną, więc oczywiście zatrzymaliśmy się w tym miejscu, aby to zbadać.
Obraz na ścianach pomieszczenia przemieszczał się, gdy Emerson przeszedł do pulpitu sterowania. Przez port obserwacyjny dyrektorzy mogli zobaczyć wirującą w dole planetę w pełnym świetle niewidocznego słońca. Emerson podał szczegółowe cechy fizyczne planety, które przypominały Ziemię. Atmosfera wydaje się nadawać do oddychania. Jest tu bujna roślinność, z grubsza porównywalna z naszą. Emerson podszedł do ekranu. Ponownie obraz na ścianach wokół nich przesunął się. Sygnały spowodowały, że spodziewaliśmy się jakiegoś rodzaju inteligentnych mieszkańców. Nie zawiedliśmy się. Autochtoni nie żyją w zorganizowanych osadach, lecz w odizolowanych od siebie siedzibach.
Z braku lepszego słowa nazwaliśmy je pałacami. Emerson ruszył pokrętłem na konsoli. Widok na teleekranie bardzo się rozszerzył i dyrektorzy spoglądali na gęsty jak dżungla las. Obraz przemieścił się po koronach drzew na polanę o średnicy około mili. Pałac zajmował środek polany. Kilkanaście wysokich ścian, strzelistych i ogromnych jak skały, połączonych, wydawałoby się, w przypadkowy sposób. Zbudowane zostały z jakiegoś migoczącego metaloidu i były otwarte od góry. Nie było widać żadnych wejść ani otworów okiennych. To mniej więcej wszystkie szczegóły, jakie mogłem wyłapać z tej wysokości — zabrzmiał głos Emersona. Proszę zwrócić uwagę na brak dachu, widoczny brak wyposażenia wewnętrznego.
Niemalże nie wygląda to na miejsce zamieszkania. Proszę także zwrócić uwagę na to, jak wygląda polana. Jak formalny ogród. Odwrócił się tyłem do teleekranu. Dyrektorzy ponownie siedzieli w kabinie Gey. Nadajemy przez cały czas na wszystkich pasmach międzynarodowe symbole — powiedział Emerson. Jak do tej pory nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Myślę, że wylądujemy na tej polanie. Istnieje pewien element ryzyka, ale wierzę, że rasa wyglądająca na tak wyrafinowaną nie będzie zaskoczona ani zszokowana pojawieniem się dziwnego statku kosmicznego. Gey zagłębiła się w atmosferze BGD11692.
Jej kadłub drżał pod naporem chwostającego go rzadkiego gazu. Emerson przemówił z vitaliskopu, zwracając uwagę, że statek unosił się ponad obserwowanym wcześniej obszarem i zaraz miał wylądować. Amortyzatory uderzyły w twardą ziemię. Nastąpiło kilka krótkich wahnięć, kiedy zadziałały automatyczne stabilizatory. Potem wrażenie stabilizacji pozycji. Automatyczne przełączniki wyłączyły napęd. Na wpół słyszalny skowyt silników zaczął słabnąć, aż w końcu zapadła cisza. Załoga siedziała na posterunkach obserwacyjnych, wpatrując się w polanę. Pośrodku niej wznosił się pałac. Wysokie płaszczyzny ścian z lśniącego metaloidu.
Nawet z tak niewielkiej odległości nie było widać żadnych okien, drzwi ani otworów wentylacyjnych. Tereny otaczające pałac były starannie wypielęgnowane. Rzędy drzew o białych pniach utrzymujących kwadratowe, czarne liście, wielkie jak tace zwrócone ku słońcu. Nieregularne łoża czarnego mchu, pierzaste bordowe paprocie, puszyste różowe i białe rośliny wyglądające jak cukrowa wata. W tle wyrastał las, kłębowisko niebiesko-zielonych drzew i krzewów o szerokich liściach czerwonych, czarnych, szarych i żółtych. W środku Gey załoga stała przy portach widokowych, gotowa do odlotu przy najmniejszej oznace wrogości. Pałac pozostawał milczący. Minęło pół godziny. W pewnej chwili poza ścianą pałacu pojawił się niewielki, niewyraźny kształt. Jako pierwszy zauważył go młody trzeci oficer, Coombe, i zawołał do Emersona: niech pan tam spojrzy.
Emerson skupił na nim obraz z teleskopowej szyby. To dziecko, ludzkie dziecko. Załoga zaczęła się przypatrywać. Inteligentne życie wśród gwiazd było rzadkością. Znalezienie takiego życia w ludzkiej postaci było wręcz zdumiewające. Emerson zwiększył powiększenie teleskopowej szyby. To chłopiec w wieku około siedmiu lub ośmiu lat — powiedział. Patrzy na nas, ale nie wydaje się być jakoś szczególnie zainteresowany. Dziecko wróciło do pałacu i zniknęło. Emerson wydał przyciszony okrzyk.
Widzieliście to? Co się stało? — spytał Wilhelm, wielki, jasnowłosy drugi oficer. Przeszedł przez ścianę, jakby to było powietrze. Czas mijał. Nie było widać żadnych dalszych śladów życia. Załoga zaczęła się niecierpliwić. Dlaczego się nami nie zainteresowali? — poskarżył się Spet, steward. Nawet dzieciaki nas ignorują.
Emerson pokręcił głową ze zdziwieniem. Statki kosmiczne z pewnością nie lądują tutaj codziennie. Wilhelm nagle zawołał: jest ich więcej! Dwóch, trzech, sześciu. Całe cholerne plemię! Wysuwali się z lasu cicho, niemalże okratkowo, pojedynczo i parami, mężczyźni i kobiety, aż wreszcie w pobliżu statku zebrało się kilkanaście osób. Nosili utkane z grubego włókna fartuchy, surowe skórzane buty z wywiniętymi cholewami. U pasa wisiały im sztylety o różnych rozmiarach i jakieś skomplikowane małe urządzenia zbudowane z drewna i poskręcanych jelit. Wyglądali na twardych ludzi o kanciastych twarzach i błyszczących oczach. Szli ostrożnie na ugiętych kolanach, co zwiększało jeszcze wrażenie skrytości zachowania.
Przez cały czas utrzymywali między sobą a pałacem kadłub statku, jakby chcąc uniknąć wykrycia. Emerson powiedział: „Nie mogę tego zrozumieć. Są nie tylko typu humanoidalnego. Oni są ludźmi pod każdym względem. Popatrzę w stronę, gdzie biolog Boyd kończą swoje ostatnie testy. Jak to wygląda?” „Niemal tak sterylnie, jak w izolatce” — powiedział Boyd. „Żadnych niebezpiecznych pyłów, żadnych unoszących się w powietrzu cząsteczek białkowych. Nic niezwykłego pod żadnym względem.” „Mam zamiar wyjść na zewnątrz” — powiedział Emerson. Wilhelm zaprotestował: „Nie wyglądają na godnych zaufania i są uzbrojeni.” „Zaryzykuję” — powiedział Emerson. „Gdyby byli wrogo nastawieni, nie sądzę, żeby się ujawnili.” Wilhelm nie był przekonany.
„Nigdy nie wiadomo, co takiej dziwnej rasie przyjdzie do głowy.” „Tym niemniej” — oznajmił Emerson. — „Wychodzę. Wy osłaniajcie mnie ze stanowisk działek. Czekajcie też przy silnikach na wypadek, gdybyśmy musieli pospieszyć się z odlotem.” „Masz zamiar wyjść sam?” — spytał z powątpiewaniem Wilhelm. „Nie ma sensu ryzykować życia dwóch ludzi.” Kwadratowa, kanciasta twarz Wilhelma przybrała wyraz oporu. „Pójdę z tobą. Co dwoje oczu to nie jedno.” Emerson roześmiał się. „Mam już dwoje oczu. Poza tym ty jesteś zastępcą dowódcy. Twoje miejsce jest tutaj, na statku.” Słysząc to odezwał się Cope, młody trzeci oficer, szczupły i ciemnowłosy młodzieniec, który dopiero niedawno wyrósł z wieku nastolatka.
„Ja chętnie bym z panem poszedł.” „Dobrze Cope” — powiedział Emerson. — „Chodźmy.” Dziesięć minut później obaj mężczyźni wyszli ze statku, zeszli z rampy i stanęli na ziemi BGD 11692. Mężczyźni i kobiety z lasu wciąż stali za statkiem, od czasu do czasu spoglądając w stronę pałacu. Kiedy pojawili się Emerson i Cope, tubylcy zebrali się razem, gotowi do ataku, obrony lub ucieczki. Dwaj z nich przesunęli palcami po drewnianych przedmiotach, które Emerson uważał za miotacze strzałek. Poza tym jednak nie wykonali żadnego ruchu, przyjaznego lub też jakiegokolwiek innego. Przybysze z kosmosu zatrzymali się w odległości 20 stóp od nich. Emerson uniósł dłoń i uśmiechnął się, jak miał nadzieję, w przyjazny sposób. „Witam.” Popatrzyli na niego, a potem zaczęli coś mamrotać między sobą. Emerson i Cope zbliżyli się o krok lub dwa.
Głosy stały się słyszalne. Szczupły, siwowłosy mężczyzna, który wydawał się posiadać pewną władzę, mówił coś ze zgryźliwą energią, tak jakby obalając jakiś nonsens. „Nie, nie, niemożliwe. To nie mogą być Fremeni.” Sangatty, człowiek o paciorkowatych oczkach, do którego mówił, odparł: „Niemożliwe? Kim więc według ciebie są, jeśli nie Fremenami?” Emerson i Cope przypatrywali się temu ze zdumieniem. Ci ludzie mówili po angielsku. Ktoś inny zauważył: „To nie są panowie domów. Czy ktoś kiedykolwiek widział tak wyglądających panów domów?” Czwarty głos był równie wyraźny. „I pewne jest też, że nie są sługami.” „Wszyscy tylko gadacie w kółko” — warknęła jedna z kobiet. — „Dlaczego ich nie spytacie i nie skończycie tego wszystkiego?” Angielski.
Akcent był niewyraźny, intonacja niezwykła, ale poza tym to był ich język. Emerson i Cope zbliżyli się o krok. Leśni ludzie zamilkli i nerwowo zaszurali nogami. Emerson odezwał się: „Nazywam się Robert Emerson” — powiedział. — „A to jest Howard Cope. Kim wy jesteście, ludzie?” Siwy przywódca przyglądał się im z przebiegłą bezczelnością. „Kim my jesteśmy? Jesteśmy Fremenami, jak dobrze musicie wiedzieć. Co tutaj robicie? Z jakiego domu jesteście?” Emerson odparł: „Jesteśmy z Ziemi.” „Ziemia?” Emerson przypatrzył się pustym twarzom.
„Nie słyszeliście o Ziemi?” „Nie.” „Ale mówicie ziemskim językiem.” Przywódca uśmiechnął się szeroko. „A jak inaczej mogliby mówić ludzie?” Emerson zaśmiał się niewyraźnie. „Istnieje wiele innych języków.” Wódz sceptycznie pokręcił głową. „Nie za bardzo potrafię w to uwierzyć.” Emerson i Cope wymienili między sobą spojrzenia oszołomionego rozbawienia. „Kto mieszka w pałacu?” — spytał Emerson. Przywódca zdawał się nie wierzyć w ignorancję Emersona. „Panowie domów, oczywiście. Genro, Hesfor i reszta.” Emerson popatrzył na wysokie ściany, które wydawały się być zupełnie niedostosowane do ludzkich wymagań. „Oni są ludźmi tak jak my?” Przywódca roześmiał się szyderczo. Jeśli można nazwać takie rozpieszczone stworzenia ludźmi, tolerujemy ich tylko dla ich kobiet.
Ze strony grupy mężczyzn dobiegł lubieżny szmer. Miękkie, słodkie dziewczyny panów domów. Leśne kobiety syknęły ze złości. „Są tak samo bezwartościowe jak mężczyźni!” — wykrzyknęło jedno ze skórzastych, starych stworzeń. Na obrzeżach grupy pojawiło się nagle nerwowe poruszenie. „Oto idą panowie domów.” Szybkimi, długimi krokami na ugiętych w kolanach nogach dzicy ludzie wycofali się i zniknęli w lesie. Emerson i Cope obeszli statek dookoła. Przez polanę spokojnymi krokami zbliżali się do nich młody mężczyzna, młoda kobieta, dziewczynka i chłopiec, którego widzieli wcześniej. Byli to najprzystojniejsi ludzie, jakich Ziemianie kiedykolwiek widzieli. Młody mężczyzna miał na sobie przylegającą do ciała szatę zdobioną szmaragdowo zielonymi cekinami, skomplikowane nakrycie głowy ze srebrnych kolców.
Chłopiec nosił czerwone spodnie, ciemnoniebieską kurtkę i niebieską czapkę z długim ciobem. Młoda kobieta i dziewczynka ubrane były w proste tuniki w jasnobłękitnym kolorze, rozciągające się elastycznie w czasie ruchu. Miały gołe głowy, a jasne włosy opadały im na ramiona. Zatrzymali się kilka jardów od statku, spoglądając na przybyszów z kosmosu z trzeźwą ciekawością. Wszyscy mieli identyczny wyraz twarzy, skupiony, inteligentny, z lekkim cieniem dumy. Młody mężczyzna popatrzył mimochodem na las. Uniósł w górę niewielki pręt. Wypłynął z niego obłoczek ciemności i w kierunku lasu powędrowała czarna bańka, w miarę przemieszczania się znacznie powiększając swoje rozmiary. Z lasu docierały skowyty strachu, tupot potykających się w ucieczce stóp. Czarna bańka eksplodowała o drzewa, rozrzucając setki mniejszych czarnych bąbelków, które także rosły i wybuchały.
Odgłosy panicznej ucieczki ucichły w oddali. Czwórka młodych panów domów, uśmiechając się lekko, zwróciła uwagę na Emersona i Cope'a. „A kimże wy możecie być? Z pewnością nie dzikimi ludźmi.” „Nie, nie jesteśmy dzikimi ludźmi” — odparł Emerson. Chłopiec zauważył: „Ale nie jesteście też panami domów.” „I z pewnością nie jesteście też sługami” — powiedziała dziewczynka. Była kilka lat starsza od chłopca. Miała może 14 lub 15 lat. Emerson wyjaśnił cierpliwie: „Jesteśmy astrografami, naukowcami z Ziemi.” Podobnie jak leśni ludzie, lordowie domu byli mocno zdziwieni. „Ziemia?” „Wielkie nieba!” — zawołał Emerson. „Na pewno słyszeliście o Ziemi.” Pokręcili głowami.
„Ale jesteście istotami ludzkimi, ludźmi z Ziemi.” „Nie” — oznajmił młody człowiek. „Jesteśmy panami domów. Ziemia nic dla nas nie znaczy.” „Ale mówicie w naszym języku. To ziemski język.” Wzruszyli ramionami i uśmiechnęli się. „Istnieją setki sposobów, dzięki którym twój lud mógł nauczyć się naszej mowy.” Sprawa wydawała się nie bardzo ich interesować. Młoda kobieta popatrzyła w stronę lasu. „Lepiej uważajcie na dzikich ludzi. Zrobią wam krzywdę, jeśli będą mogli.” Odwróciła się. „Chodźcie, wracamy.” „Czekajcie!” — zawołał Emerson. Zmierzyli go wzrokiem ze zdawkową uprzejmością.
„Tak?” „Nie jesteście nami zainteresowani ani nie interesuje was, skąd pochodzimy?” Młody człowiek z uśmiechem pokręcił głową, a srebrne kolce jego nakrycia głowy zabrzęczały jak dzwoneczki. „A czemu niby mielibyśmy być zainteresowani?” Emerson roześmiał się z mieszaniną zdumienia i irytacji. „Jesteśmy obcymi z kosmosu, z Ziemi, o której jak twierdzisz, nigdy nie słyszeliście.” „Zgadza się. Jeśli nigdy o was nie słyszeliśmy, to jakże możemy być zainteresowani?” Emerson wyciągnął w górę ręce. „Jak sobie chcecie, ale my jesteśmy zainteresowani wami.” Młody człowiek skinął głową, w oczywisty sposób przyjmując to do wiadomości. Chłopiec i dziewczynka już odchodzili. Młoda kobieta na wpół się odwróciła i czekała. „Chodź Hesvor” — zawołała przyciszonym głosem. „Chciałbym z tobą porozmawiać” — powiedział Emerson. „W tym tkwi jakaś tajemnica.
Coś, co powinniśmy wyjaśnić.” „Nie ma żadnej tajemnicy. Jesteśmy panami domów, a to jest nasz dom.” „Czy możemy wejść do waszego domu?” Młody człowiek zawahał się. Popatrzył krótko na kobietę. Zacisnęła usta i pokręciła głową. „Lord Genarro.” Młody mężczyzna lekko się skrzywił. „Służący już poszli. Genarro śpi. Mogą na krótko wejść.” Kobieta wzruszyła ramionami. „Jeśli Genarro się obudzi, nie będzie zadowolony.” „Ach, ale Genarro-” „Ale Genarro” — przerwała mu szybko kobieta — „jest pierwszym panem domu.” Hesvor wydawał się przez chwilę spochmurnieć. Genaro śpi, a służących nie ma.
Te dzikie stworzenia mogą wejść. Machnął ręką na Comba i Emersona. Chodźcie. Panowie domów wracając przeszli przez ogród, cicho rozmawiając między sobą. Emerson i Comb podążali za nimi, na wpół rozgniewani, na wpół oszołomieni. „To fantastycznie” — mruknął Emerson. „Spostponowani przez aroganckich arystokratów w pół godziny po przybyciu tutaj. Chyba będziemy musieli to jakoś przełknąć” — stwierdził Comb. „Oni wiedzą o rzeczach, o których nigdy nawet byśmy nie pomyśleli. Na przykład ta czarna bańka.” Chłopiec i dziewczynka dotarli już do ścian pałacu.
Bez wahania przeszli przez błyszczącą powierzchnię. Młody mężczyzna i kobieta podążyli za nimi. Kiedy Emerson i Comb dotarli do ściany, wyglądała na zupełnie twardą i była niezwykle zimna. Dotknęli jej gładkiej powierzchni, napierając, obmacując ją z poirytowaniem. Chłopiec wrócił przez ścianę. „Wchodzicie do środka? Chętnie byśmy to zrobili” — odparł Emerson. „W tym miejscu jest twarda.” Chłopiec przyjrzał się im. „Nie potraficie zobaczyć, gdzie ściana jest przepuszczalna?” „Nie” — odparł Emerson. „Dzicy też nie potrafią” — powiedział chłopiec.
Wskazał ręką. „Przejdźcie tam.” Emerson i Comb przeszli przez ścianę. Sprawiało to wrażenie, jakby przechodziło się przez cienką warstewkę chłodnej wody. Stali na matowej niebieskiej podłodze ze srebrnymi włókienkami kreślącymi zapętlony wzór. Wszędzie dookoła wznosiły się wysokie ściany. Sto metrów wyżej z płytkich półek wyrastały pręty czarnej materii. Powietrze wokół ich końców zdawało się drżeć, jakby rozgrzane nad gorącą drogą. W pomieszczeniu nie było widać mebli ani żadnych innych śladów wskazujących, że zamieszkiwali je ludzie. „Chodźcie” — powiedział chłopiec. Przeszedł przez pomieszczenie i zniknął w ścianie po jego drugiej stronie.
Emerson i Comb ruszyli za nim. „Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć wyjście na zewnątrz” — powiedział Comb. „Nie chciałbym wdrapywać się po tych ścianach.” Stali w sali podobnej do pierwszej, ale z podłogą z elastycznego białego materiału. Czuli się, jakby ich ciała zrobiły się lżejsze, a kroki niosły ich dalej, niż się spodziewali. Młody mężczyzna i kobieta czekali na nich. Chłopiec cofnął się przez ścianę. Dziewczyny nie było nigdzie widać. „Możemy zostać z wami przez chwilę lub dwie” — powiedział młody mężczyzna. — „Nie ma służących. W domu panuje spokój.
Może chcecie coś zjeść?” Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął do przodu ręce. Jego dłonie rozpłynęły się w nicości. Cofnął je, wyciągając stojak, na którym rozłożone były tace i misy pełne rzeczy do jedzenia. Kliny czerwonej galaretki, wysokie białe stożki, czarne wafle, małe zielone okrągłe owoce, flasze z płynami w różnych kolorach. „Możecie jeść” — zaprosiła ich młoda kobieta, wskazując ręką. „Dziękuję” — powiedział Emerson. On i Comb ostrożnie spróbowali jedzenia. Było dziwne, bogate w smaki i musowało w ustach jak gazowana woda. „Skąd się wzięło to jedzenie?” — spytał Emerson. — „Jak mogłeś wyciągnąć je z pustego powietrza ot tak sobie?” Młody pan domów popatrzył na dłonie.
„Słudzy je tam umieścili.” „A skąd biorą je słudzy?” Młody mężczyzna wzruszył ramionami. „Czemu mielibyśmy się tym przejmować, skoro już tam jest?” Comb spytał z zaciekawieniem: „Co byście zrobili, gdyby wasi służący was porzucili?” „Coś takiego nigdy się nie wydarzy.” „Chciałbym zobaczyć waszych służących” — powiedział Emerson. „Teraz ich tutaj nie ma.” Młody mężczyzna zdjął nakrycie głowy. Schował je w niewidoczną niszę. „Opowiedzcie nam o tej waszej ziemi.” „To planeta taka jak ta” — powiedział Emerson. — „Chociaż ludzie na niej żyją zupełnie inaczej. Czy macie służących? Nikt z nas obecnie nie ma służących.” „Hm” — mruknęła z pogardą młoda kobieta. — „Jak dzicy ludzie.” Comb zapytał: „Od jak dawna tutaj mieszkacie?” Pytanie zdawało się być dla panów zagadką. „Od jak dawna?
Co masz na myśli?” „Od ilu lat?” „Co to jest rok?” „Jednostka czasu. Czas, jaki zajmuje planecie dokonanie obiegu wokół Słońca. Tak jak dzień jest czasem, w którym planeta obraca się wokół własnej osi.” Lordowie domu byli rozbawieni. „Co za dziwna myśl. Wspaniale arbitralna. Jaki byłby pożytek z takiego pomysłu?” Emerson odparł sucho: „My uważamy pomiar czasu za przydatny.” Panowie domów uśmiechnęli się do siebie. „Może tak rzeczywiście być” — przyznał Hesfor. „Kim są dzicy ludzie?” — spytał Comb. „To tylko hołota” — powiedziała młoda kobieta ze wstrzyknięciem. — „Wyrzutki z domów, w których nie było dla nich miejsca.” „Nękają nas, próbują ukraść nasze kobiety” — powiedział młody mężczyzna.
Uniósł rękę. „Słuchajcie.” On i młoda kobieta popatrzyli po sobie. Emerson i Cólpe nic nie słyszeli. „Pan Gennarro” — powiedziała młoda kobieta. — „Idźcie tutaj.” Hespor spojrzał niespokojnie na ścianę, popatrzył na Emersona i Cólpe, a potem twardo ustawił się na środku sali. Rozległ się cichy szmer. Przez ścianę przeszedł wysoki mężczyzna ubrany w lśniącą czerń. Włosy miał miedzianozłote, a oczy szaroniebieskie. Zobaczył Emersona i Cólpe. Zrobił wielki krok naprzód.
„Co tutaj robią te dzikie stworzenia? Czy wyście wszyscy oszaleli? Precz, na zewnątrz z tymi stworami!” Wtrącił się Hespor: „To są obcy z innej planety. Nie mają zamiaru nikogo skrzywdzić.” „Precz z nimi! Jedzą nasze jedzenie. Patrzą pożądliwie na panią Felm.” Przez cały czas szedł groźnie naprzód. Emerson i Cólpe cofnęli się trzy kroki. „Dzikie stworzenia. Precz!” „Jak sobie chcesz” — powiedział Emerson. — „Pokaż tylko nam stąd wyjście.” „Chwileczkę!” — zawołał Hespor.
— „To ja ich tu zaprosiłem. Są pod moją opieką.” Gennarro skierował swoje niezadowolenie w stronę młodego pana domów: „Czyżbyś chciał pójść sobie stąd do dzikich ludzi?” Hespor popatrzył na niego. Ich spojrzenia zwarły się ze sobą. Hespor zrezygnował i odwrócił się. „Dobrze” — mruknął. — „Odejdą stąd.” Zagwizdał. Przez ścianę przeszedł chłopiec. „Zabierz obcych na ich statek.” „Szybko!” — ryknął Gennarro. — „Powietrze cuchnie. Są brudni jak świnie.” „Tędy.” Chłopiec przeniknął przez ścianę.
Emerson i Cólpe ochoczo podążyli za nim. Minęli jeszcze dwie ściany i znaleźli się z powrotem na świeżym powietrzu. Cólpe głęboko westchnął. „Gościnność Gennarro pozostawia wiele do życzenia.” Z pałacu wyszła dziewczynka i dołączyła do chłopca. „Chodźcie” — powiedział chłopiec. — „Zabierzemy was na wasz statek. Lepiej, żeby was tu nie było, kiedy wrócą służący.” Emerson obejrzał się w stronę pałacu. Wzruszył ramionami. „Chodźmy.” Poszli za chłopcem i dziewczynką przez dobrze utrzymany ogród, mijając drzewa o białych pniach, łoża czarnego mchu, różowobiałą watę cukrową. Stojąca na drugim końcu polany Gea wydała im się czymś znajomym, jak skrawek domu.
Emerson i Cólpe przyspieszyli kroku. Kiedy mijali kępę bambusów o szarej łodydze, ze wszystkich stron rozległy się szelesty, odgłosy pośpiesznego ruchu i nagle zostali otoczeni przez dzikich ludzi. Ich dłonie pochwyciły Emersona i Cólpe. Broń Ziemian została im zabrana. Chłopiec i dziewczynka walczyli. Kopali, krzyczeli, ale zostali schwytani. Wokół ich ciał zawiązano pętle i pociągnięto ich w kierunku dżungli. „Wypuśćcie nas!” — krzyczał chłopiec. — „Służący przerobią was na proszek.” „Służących nie ma” — zawołał radośnie wódz. — „A ja mam to, czego pragnąłem od wielu lat.
Świeżą i piękną dziewczynę panów domów.” Dziewczyna szlochała, krzyczała i szarpała więzy. Chłopiec szarpał się i kopał. „Spokojnie, chłopcze.” — ostrzegł go wódz dzikusów. — „Mamy naprawdę wielką ochotę poderżnąć ci gardło.” „Ale czemu złapałeś nas?” — sapał Emerson. — „Do niczego wam się nie przydamy.” „Tylko do tego, żeby zdobyć to, co dadzą nam wasi przyjaciele, abyście wrócili cali do domu.” Wódz uśmiechnął się porozumiewawczo pod wąsem. „Broń, dobre ubrania, dobre buty. Nie zabieramy ze sobą zapasów takich rzeczy. Poczekacie u nas, aż je dostaniemy.” Las był zaledwie w odległości 50 jardów. Chłopiec rzucił się na ziemię. Podobnie zrobiła dziewczyna.
Emerson poczuł, że uścisk na jego ramionach rozluźnia się. Uwolnił się, wymachując pięściami. Trafił dzikiego człowieka, a ten upadł na ziemię. Przywódca wyciągnął swój miotacz. Wycelował go. „Jeden ruch i już jesteście martwi.” Emerson stanął bez ruchu. Dzicy ludzie złapali chłopca i dziewczynkę. Cała grupa ruszyła naprzód, ale do tej pory w pałacu już zauważono atak. Powietrze zapulsowało dziwnym, wysokim gwizdem. Dzicy ludzie zwiększyli tempo swych kroków.
Z pałacu wystrzelił wachlarz czerni, spadając w dół jak wielkie czarne ostrze i uderzając o ziemię na skraju lasu. Dzicy ludzie stanęli na chwilę. W tym miejscu droga ucieczki była zablokowana. Skręcili w bok i pobiegli równolegle do krawędzi polany. Z pałacu wyszedł Gennarro i Hespor, a za nimi Felm i jeszcze jakaś inna kobieta. Po całej polanie niósł się dźwięk głosu Gennarro, pełen pasji i groźby. Emerson i Cólpe biegli jakby w sennym koszmarze. Nagle wyrosła przed nimi Gea. Z łomotem wbiegli na górę po rampie, wpadli do wnętrza statku. Załoga z białymi twarzami i pełna niepokoju czekała tylko na nich.
Nie zwlekała nawet sekundy. Właz został zatrzaśnięty, energia zaryczała w silnikach, a Gea wzbiła się z polany. Gea była w kosmosie, z dala od jakiejkolwiek gwiazdy. Bez słowa komentarza Emerson wyznaczył kurs na Ziemię. Obrazy witaliskopu zgasły. Dyrektorzy Towarzystwa Astrograficznego siedzieli bez ruchu na swoich miejscach. Odezwał się Theodore Caffridge. Jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo. „Jak panowie widzieliście, komandor Emerson i jego załoga przeżyli bardzo szczególne doświadczenie.” „Szczególne?” — Ben Hainault zagwizdał. — „To spore niedopowiedzenie, jeśli w ogóle.” „Ale co to wszystko znaczy?” — dopytywał się Pritchard.
„Ci ludzie mówią po angielsku i nic nie wiedzą o Ziemi.” Caffridge powiedział swym stanowczym tonem: „Emerson i ja przygotowaliśmy wstępną hipotezę. Po kolei było to tak. Tak jak wy, panowie, byliśmy bardzo zdziwieni, kim byli ci panowie domów, jak mogli mówić ziemskim językiem, nic nie wiedząc o Ziemi, jak panowie domu kontrolowali swoich służących, te ogromne stworzenia, które można było postrzegać jedynie jako migotanie światła i cienia.” Caffridge przerwał. Nikt się nie odezwał. Zaczął mówić dalej. „Komandor Emerson nie potrafił odpowiedzieć na te pytania. Ja też nie. I wtedy wydarzyło się coś bardzo zwykłego. Wydarzenie samo w sobie zupełnie nieistotne, ale pobudziło ono nasze umysły. Otóż wtedy właśnie mój kot Sarwiss wkroczył do domu.
Użył swoich specjalnych małych odpychanych drzwi. Mój mały pan domu, Sarwiss, wszedł do swojego pałacu, podszedł do swojego naczynia i zaczął szukać swojego obiadu.” W sali rady zapanowała lodowata cisza. Czas jakby się zatrzymał na skutek zaskoczenia i wstrząsu. Potem ktoś zakaszlał. Rozległo się sapnięcie oddechu, odrobina nerwowego śmiechu, ogólne niespokojne poruszenie. „Theodore” — spytał ochrypłym głosem Ben Hainault. — „Co masz na myśli?” „Podałem wam fakty. Sami musicie wyciągnąć własne wnioski.” Paul Pritchard mruknął: „To oszustwo, na pewno. Nie ma żadnego innego wytłumaczenia. Społeczeństwo szalonych głów, eskapistów.” Caffridge uśmiechnął się.
„Może omówisz tę teorię z Emersonem?” Pritchard zapadł w milczenie. „Emerson uważa, że mieli szczęście” — kontynuował Caffridge. — „Jestem skłonny się z nim zgodzić. Gdyby jakieś dzikie stworzenie wpadło do mojego domu i zabiło Sarwissa, uznałbym to za wielką tragedię domową. Mógłbym nie być taki wyrozumiały.” „Co możemy zrobić?” — spytał cicho Hainault. Caffridge podszedł do okna i stanął koło niego, patrząc w niebo na południu. „Możemy tylko mieć nadzieję, że mają tylu panów domów, ilu im potrzeba. W przeciwnym razie nikt z nas nie jest bezpieczny.”
[05:02:30] - No i proszę państwa, tak doturlaliśmy się do końca dzisiejszej audycji. Ja od razu powiem, kiedy państwo słuchacie tych słów, ja sobie pomykam po ośrodku w Waplewie. Jestem na sedeń-konie. To jest miejsce, w którym ładuję akumulatory, to z jednej strony, ale z drugiej strony zdobywam adresy, kontakty, namiary oraz przeprowadzam różne rozmowy z ciekawymi ludźmi, najczęściej pisarzami i to najczęściej pisarzami SF, fantasy tudzież. No i właśnie, kiedy państwo słuchacie tych słów, to ja tam bawię się i pracuję. Miło jest łączyć pożyteczne i przyjemne. Być może dlatego dzisiaj pewne niedociągnięcia w tej audycji, być może nie tak byłem przygotowany, jak trzeba, no ale wiecie państwo, gorączka przedwyjazdowa, tyle rzeczy do załatwienia. Obiecuję, że przynajmniej postaram się poprawić w odcinku 91., na który państwa bardzo, bardzo serdecznie zapraszam już za tydzień. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dotrzymanie mi dzisiaj towarzystwa. Życzę cudownego weekendu i do usłyszenia.
[05:03:51] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Ambicje jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.