Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Drodzy Państwo, jeżeli jeszcze szukacie prezentu na Dzień Matki, to może dzisiejsza audycja będzie dla Was inspiracją do poszukania ciekawych książek. Rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, rozpoczynamy kolejne Bibliotekarium i rozpoczynamy od polecanek. W tym tygodniu nie będzie polecanek książkowych. Będą za to polecanki z najnowszego, czerwcowego numeru Nieznanego Świata. Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem startujemy. Proszę państwa, koniec miesiąca. Widomy znak, że czas jednak płynie. Koniec miesiąca i kolejny numer, tym razem czerwcowy, naszego, waszego ulubionego miesięcznika Nieznany Świat. A jak Nieznany Świat to oczywiście Piotr Cielebiaś.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:31] - Witam serdecznie.
[01:33] - Piotrze, mówienie o tym, że kolejny numer Nieznanego Świata jest ciekawy, to już się właściwie opatrzyło albo osłuchało. Tak po prostu jest. Nieznany Świat ciekawy jest z definicji. Przejdźmy zatem do pewnych konkretów, do tego, co w numerze czerwcowym jest. A jest naprawdę masa fascynujących tekstów. Pierwszy, który wpadł mi w oko, to tekst dotyczący Krakowa. Kraków to, wiecie państwo, miasto, które fascynuje tym, że jest. Ale autorka pokazuje, że Kraków dalej jest pełen tajemnic, bo tym razem poznajemy Kraków od strony, tak sobie to strywializuję, kopców.
[02:27] - Tak, kopców i nie tylko. Ale zanim przejdziemy do Krakowa, to jeszcze tylko przypomnę, że Nieznany Świat możecie znaleźć na stanowiskach z prasą nie tylko w salonach prasowych, ale też w marketach. Przypominam też o wersji elektronicznej, do której odnośnik znajdziecie w opisie audycji i o możliwości zakupu prenumeraty na stronie www.nieznany.pl. Tam też można nabyć numer bieżący oraz numery archiwalne. Przechodząc do Krakowa, to jak powiedziałeś, ma on mnóstwo tajemnic. Pierwsza, która przychodzi na myśl, to oczywiście czakram wawelski, ale była przecież też gdzieś w XVI wieku rzekoma, zatuszowana przez historyków ponoć szkoła magii w Krakowie, gdzie nauki pobierali ponoć wielcy europejscy okultyści. Natomiast mnie osobiście najbardziej interesują te zagadki dziejowe związane z Krakowem, o których się mówi mało, w tym między innymi kopce krakowskie, którym jakoś tak trochę dziwnie i niesłusznie nie poświęca się należytej uwagi, mimo że to są przecież nasze lokalne polskie odpowiedniki tych zachodnioeuropejskich megalitów. W swoim artykule na temat Krakowa znanego i nieznanego doktor Joanna Bohaczek-Trąbska przygląda się też innym zagadkom, nie tylko kopcom związanym z dawną stolicą Polski. Na przykład analizuje ona, skąd się wzięła nazwa tego miasta. Bo okazuje się, że miejscowości o zbliżonej albo bardzo podobnej nazwie jest więcej.
I to, co ciekawe, w innych krajach słowiańskich. Co to nam mówi o początkach Krakowa? O tym przeczytacie we wspomnianym artykule.
[04:23] - A teraz zrobi się trochę, a nawet bardzo mocno spiskowo, bo na scenę wjeżdża projekt Echelon, o którym, mówiąc szczerze, słyszę już od kilkudziesięciu lat. Na początku traktowano sam pomysł: „To bzdury. Gdzie tam podsłuchują? Gdzie tam takie możliwości, panie, nie ma takiego zjawiska”. Tymczasem okazuje się, że projekt Echelon, taka totalna inwigilacja, podsłuchiwanie, to jest bliżej nas niż sądzimy. I o tym między innymi opowiada tekst doktora Roberta Kościelnego.
[05:12] - Tak, ten artykuł się wiąże z kontrowersjami, jakie rodzi wspomniany projekt. On gromadzi z wielu źródeł, od e-maili przez wszystkie urządzenia i sieci telekomunikacyjne różnego rodzaju informacje. On przetwarza miliardy przekazów, miliardy transmisji na dobę. Pytanie po co? Czy tylko dla celów bezpieczeństwa różnych nacji, czy też dla inwigilacji? Tak mi się ładnie zrymowało. Bo ta globalna sieć wywiadu elektronicznego sprawia, że rodzą się takie nieprzyjemne wnioski. Powiem ci, że za jakiś czas obywatele dowolnego państwa na świecie, nie tylko tych, które powołały ten projekt do życia, mogą być inwigilowani Ale nie tylko przez swoje służby, nie tylko przez agentów własnego państwa, ale nawet przez obce wywiady. Temat projektu Echelon stawia nam mroczną wizję i pytanie równie nieciekawe, pesymistyczne o sens suwerenności i demokracji, bo niewiele brakuje do tego, żeby one – może już to się stało – miały tylko warstwę fasadową. Tak naprawdę w rzeczywistości możemy być podsłuchiwani, a dane wykorzystywane nie wiadomo, w jaki sposób.
Tyle się przecież mówi o wielkich zbiorach danych i nagle my się dziwimy, że społecznościówki zbierają o nas informacje. A kto wie, jakie informacje zbiera się w sposób absolutnie niejawny przez projekty, przez mechanizmy, o których nawet nie wiemy.
[07:00] - Bardzo niebezpieczne są też umiejętności, które zostały rozwinięte, umiejętności profilowania jednostek na podstawie danych, które są przesyłane na przykład przez komputery. Możemy o człowieku powiedzieć bardzo dużo, czasami więcej niż on sam o sobie wie. Możemy poznać jego preferencje, przyszłe reakcje i tak dalej. Nie będę państwu o tym opowiadał, bo to się włos na głowie jeży. To jest tak niebezpieczne i sprawia, że przyszłość nie jawi się w różowych barwach. Zastanawiam się, bo z drugiej strony mamy ludzi, którzy mówią, że wszystko będzie dobrze, bo nastąpi pozytywna przemiana. Dla mnie ten artykuł pokazuje, że ci wszyscy, którzy wierzą w to, iż złoty czas, złoty wiek ludzkości jest przed nami, chyba bardzo się mylą, bo samo istnienie, istota programu Echelon wskazuje na to, że ktoś nas chce zapędzić siłą nie w kierunku złotego wieku, tylko w kierunku wieku brunatnego, to przynajmniej. Robi się po prostu nieprzyjemnie, ale warto ten tekst przeczytać. Luknę sobie dalej i patrzę, a tutaj tekst Piotra Cielebiasia „Kim są ultraziemianie?”. Widzę wyraźnie po twoich audycjach na kanale UFO Historie, że ten temat to jest chyba jeden z tych tematów, które cię niezwykle fascynują, czego wyraz dajesz w tekście czerwcowego numeru Nieznanego Świata.
[09:08] - Tak, to jest kolejna seria, kolejny odcinek dotyczący koncepcji, które na nowo się znalazły w mainstreamie, w dyskusji o naturze UFO po tym, jak doszło do wystąpienia Davida Gruscha i rozmowy o tych wszystkich sygnalistach. Czy ultraziemianie mnie jakoś bardzo fascynują? W pewien sposób tak. Natomiast jestem świadom, że do udowodnienia ich istnienia jest jeszcze bardzo długa droga. Kim są ci ultraziemianie? To jest termin bardzo wieloznaczny. Różni autorzy nadawali mu różne znaczenie, ale generalnie chodzi o istoty inteligentne albo w jakimś stopniu inteligentne, które mieszkają na Ziemi, a my je kojarzymy ze zjawiskami czy sferami z pogranicza. To zatem wszystkie humanoidy, to wszyscy ufonauci potencjalni, to są stwory, potwory, fantomy i tak dalej, które wcale nie muszą do nas przybywać z kosmosu. Niekoniecznie teraz. Mieszkają tu, ale być może żyją w równoległym wymiarze, w innym czasie i tak dalej, w sferze, której po prostu nie znamy.
Oni też są Ziemianami, tylko innymi. Dyskusja na ich temat odżyła po opublikowaniu tych wszystkich informacji związanych z tajemnicami, jakie mają Stany Zjednoczone ponoć ukrywać przed ludźmi, a które się wiążą właśnie z zagadką UFO. A dlaczego o tych ultraziemianach się zaczęło mówić? Dlatego głównie, że hipoteza o pozaziemskim pochodzeniu UFO, czy jak to się teraz nazywa UAP, ma zbyt wiele luk i szuka się rozwiązań alternatywnych. Jednym są kryptoziemianie, o których pisałem nieco wcześniej, drugim ultraziemianie, czyli ci eteryczni, nieznani mieszkańcy Ziemi, przybysze z innych wymiarów, ale jednak wciąż z Ziemi.
[11:03] - A teraz przenosimy się do strefy mroku w Nieznanym Świecie. Otóż pojawia się artykuł Konrada Wydrowskiego „Kto kogo zjada i dlaczego”. Ja na początku myślałem, że to jakieś nawiązanie do Hannibala Lectera. Po części tak, ale nie o to w tym artykule chodzi tak naprawdę. Okazuje się, że my bardzo często jesteśmy skłonni kojarzyć ludożerstwo, a w każdym razie podobne klimaty z czymś, co już było i to w dodatku gdzieś w okolicach Karaibów na przykład albo w innych takich bardzo odległych rejonach świata, do których my tam tak naprawdę rzadko się udajemy. To jest daleko i nieprawda. Okazuje się, że kto kogo zjada i dlaczego to może być temat niezwykle bliski tu, teraz nam. No właśnie, Piotrze, co w tym artykule?
[12:10] - Kanibalizm był i pozostaje tematem tabu w ramach naszej kultury, ale jak zauważyłeś, raz po raz sięgają po niego twórcy kryminałów na przykład. Czasami jednak się zdarza, że pod naszymi szerokościami geograficznymi komuś przychodzi do głowy, żeby zabawić się w tego ludojada. Materiał Wydrowskiego jest dość szokujący, ale pokazuje, że nawet w społeczeństwie zachodnim raz na jakiś czas u kogoś rodzą się pomysły i koncepcje, które utożsamiamy raczej z człowiekiem pierwotnym. To chyba nie jest jedyny przykład takiego procederu, jaki zachodzi po cichu, po kryjomu w społeczeństwie uważanym i uważającym się za oświecone i za postępowe. Także warto do tego zajrzeć. Tym bardziej że mamy trudne czasy, a trudne czasy rodzą różnego rodzaju patologie. Ja nie mówię, że kanibalizm powróci, ale wydaje mi się, że ta rozedrgana ludzkość na Zachodzie może nam ujawnić jeszcze wiele niepokojących zjawisk społecznych. Takich, o których nie chcemy pamiętać.
[13:31] - Na koniec tekst, którego ja nie lubię, tekstów, które są w częściach. I tu aż będę czekał do lipcowego numeru, żeby zapoznać się z zakończeniem. Tekst poświęcony antygrawitacji, tekst Marcina Gibasa. Okazuje się, że pewna naukowa legenda, coś, co fajnie wygląda w serialach i filmach science fiction, to wcale nie musi być legenda, że antygrawitacja może być zjawiskiem realnym.
[14:10] - Tak. Antygrawitacja, marzenie zwolenników różnych teorii, powiedzmy niesamowitych, marzenie fantastów. Zdaniem niektórych może być rzeczywistością. Tylko że te wynalazki związane z antygrawitacją czy też pojazdy, które ją wykorzystują, mają być ukrywane z różnych powodów. O tych powodach można sobie oczywiście snuć oddzielnego rodzaju teorie. Natomiast istnieje wiele nieoficjalnych źródeł informacji, które krążą w tak zwanym drugim obiegu, które się wiążą z próbami przechytrzenia grawitacji i wykorzystania tego w jakichś praktycznych celach. Zazwyczaj się tutaj mówi o alternatywnych napędach. I gdzieś tam tropy wiodą nas do końcówki Trzeciej Rzeszy, do tej chwili, kiedy Sowieci z Amerykanami dzielili się schedą po Hitlerze i tam gdzieś mogły być ukryte korzenie technologii, które zdołały opanować antygrawitację. Mamy tutaj cały szereg przykładów, ale nie tylko z Trzeciej Rzeszy, ale także potem ze Stanów Zjednoczonych, kiedy niektóre obiekty uważane za UFO mogły być w rzeczywistości maszynami zupełnie ziemskimi, wykorzystującymi antygrawitację. I takich maszyn, tych wiele dekad po wojnie może być więcej.
Mogą one być udoskonalane w ramach tak zwanych czarnych projektów. Marku, ja jeszcze powiem, że w tym numerze jest wiele innych interesujących artykułów, w tym między innymi tekst Igora Witkowskiego pod tytułem „Koniec pierwszej epoki rozwoju religii na Ziemi”. Jest też relacja Leszka Mateli z miejsc mocy na Maderze. Leszek Matela to polski geomanta, radiesteta, także pisarz i podróżnik. Przypominam jeszcze raz o opcjach sprzedaży „Nieznanego Świata” w naszej księgarni pod adresem www.nieznany.pl. Przypominam również o wersji elektronicznej. Ta jest polecana tym osobom, które nie chcą ganiać do kiosków i które nie chcą składować u siebie kilogramów makulatury. Linki do wersji elektronicznej znajdziecie w opisie audycji.
[16:41] - Skończyły się polecanki. Czas zatem na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj tytuł, który wydaje się lekki, łatwy i przyjemny. Mianowicie „Wszyscy uśmiechnięci będą wniebowzięci”. Taki łagodny, nieco nawet grafomański rym, ale treść artykułu jak najbardziej do przemyślenia. Autorem tekstu jest Jacek Jaśtal, a tekst ukazał się tradycyjnie w dwumiesięczniku „Filozofuj” w numerze 6 z 2020 roku. I tak jak zawsze powiem tę formułkę: tekst jest dostępny na licencji uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Autor, czyli Jacek Jaśtal, jest doktorem habilitowanym filozofii, pracuje na Politechnice Krakowskiej, zajmuje się metaetyką oraz historią etyki i moralności. Wolne chwile poświęca na czytanie książek historycznych oraz słuchanie muzyki operowej. Pasjonat długodystansowych wypraw rowerowych.
Startujemy zatem z tekstem Jacka Jaśtala. „Wszyscy uśmiechnięci będą wniebowzięci”. Zacznijmy od cytatu z pracy amerykańskiego psychologa Martina Seligmana „Authentic- Happiness. Ta praca była wydana w Nowym Jorku w 2002 roku. Cytuję: „Pozytywne emocje są paliwem gier typu wygrany-wygrany, win-win. Takie podejście sprawia, że praca staje się przyjemniejsza, przekształca pracę lub karierę w powołanie, zwiększa doznanie zaangażowania, buduje lojalność i jest zdecydowanie bardziej opłacalne. Co więcej, ponieważ wypełnia pracę gratyfikacjami, jest to wielki krok na drodze do dobrego życia. Gratyfikacje to czynności, które lubimy robić. Okazuje się, że gratyfikacje te nie mogą być uzyskane lub trwale zwiększone bez rozwinięcia osobistych sił i cnót. Szczęście, cel psychologii pozytywnej, obejmuje również przekonanie, że czyjeś życie jest autentyczne.
Ten osąd nie jest tylko subiektywny, a autentyczność opisuje akt czerpania satysfakcji i pozytywnych emocji z wykorzystania swoich mocnych stron. Dobre życie to wykorzystanie swoich mocnych stron w celu uzyskania obfitej gratyfikacji w głównych sferach życia. Dokąd zmierza w najdalszej perspektywie zasada wygrany-wygrany? W stronę Boga, który nie jest nadprzyrodzony. Boga, który ostatecznie zyskuje wszechmoc, wszechwiedzę i dobroć poprzez naturalny postęp strategii wygrany-wygrany. Być może Bóg przychodzi na końcu”. To jest koniec cytatu z pracy „Authentic Happiness”. Miej pozytywne nastawienie, będziesz lepiej wykorzystywał swoje możliwości, czyli staniesz się bardziej autentyczny. Autentyczność da ci szczęście. Szczęście sprawi, że będziesz bardziej produktywny.
Twoje życie stanie się sensowne. Dzięki temu inni też będą bardziej produktywni i także będą żyć sensowniej. A na końcu tej drogi jest powszechna wszechmoc, wszechwiedza, wszechdobroć, czyli Bóg. Choć w tym podsumowaniu wywodów Seligmana ktoś może doszukiwać się nieco sarkazmu, próba zredukowania jego koncepcji do pseudopsychologicznej szarlatanerii i obśmianie jej jako mistyki dla maluczkich nie byłoby poważne. Seligman nie jest ani naukowym hochsztaplerem, ani naiwnym realistą. Jest przede wszystkim psychoterapeutą, który chce pomóc ludziom w uwolnieniu się od depresji, nerwic i poczucia bezsensu poprzez zachęcanie do tworzenia pozytywnych iluzji i myślenia o sobie lepiej, niż na to zasługują. To nic innego jak próba ożywienia mitu o wewnętrznej potędze człowieka i sile wiary w siebie. Jeśli Seligman błądzi, to nie dlatego, że w ogóle sięga po ten mit, ale dlatego, że proponuje taką jego formę, która łatwo może stać się dla ludzi destrukcyjna. I z tym zarzutem musi się on zmierzyć. U źródeł proponowanej przez Seligmana koncepcji psychologii pozytywnej leży psychologia humanistyczna rozwijana przez takich wybitnych psychologów jak Maslow, May, Rogers czy Frankl.
Zaraz po traumatycznych doświadczeniach II wojny światowej autorzy ci podjęli próbę wyzwolenia jednostki z obezwładniającego uścisku biologicznego i społecznego determinizmu poprzez wskazanie drogi do samorealizacji i aktywizacji autentycznego ja. Cel psychoterapii widzieli w próbie zaktualizowania takich pozytywnych cech jak poczucie własnej wartości, autonomia, samoświadomość, zdolność do budowania głębokich relacji interpersonalnych, otwarcie na innych, wyrozumiała akceptacja świata czy nakierowanie na transcendencję. Nawet przy olbrzymim wysiłku włożonym w pracę nad sobą tak rozumianą samorealizację osiągną jednak bardzo, bardzo nieliczni. Wyjaśnienie kłopotów z samorealizacją może iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, można zacząć obwiniać wszelkiego rodzaju okoliczności życiowe i wszystkich ludzi wokół. Biedni nasi rodzice. Obwiniać za to, że uniemożliwiają nam bycie naprawdę sobą, przez co nasze życie okazuje się porażką. Potencjał psychoterapeutyczny wizji jednostki jako ofiary krzywd wszelakich jest jednak niewielki. Żale do świata nie uczynią naszego życia lepszym. Rozwiązanie drugie, proponowane właśnie przez psychologię pozytywną, wydaje się skuteczniejsze.
Powód nieosiągalności szczęścia leży w nas, ale łatwo go pokonać. Wystarczy zmienić swoje nastawienie do życia. Przeróżne przepisy, jak to zrobić, można dziś znaleźć w tysiącach poradników z gatunku „Jak być szczęśliwym i ogarnąć swoje życie”. Wychodzą one z założenia, że poczucie szczęścia nie zależy od życiowego sukcesu Ale odwrotnie, jest sposobem jego osiągnięcia. Jeśli będziesz czuł się szczęśliwy, to będziesz żył dłużej. Będziesz lepiej zarabiał, miał bardziej udane małżeństwo, zasłużysz na lepszą ocenę przełożonych, będziesz zdrowszy i bardziej kreatywny, otwarty na ryzyko i innych ludzi. Choć chętnie wierzymy w proste recepty, niestety sprawdzają się one rzadko. Oczywiste spostrzeżenie, że życiowy sukces na miarę oczekiwań dany jest jedynie wybranym, a świat rzadko jest w stosunku do nas fair, wprost wiedzie wyznawców psychologii pozytywnej, jak twierdzą coraz liczniejsi jej przeciwnicy, do jeszcze cięższych nerwic, depresji i załamań. Psychologia humanistyczna starała się pokazać, jak poprzez złożoną i długotrwałą pracę nad sobą uzyskać równowagę wewnętrzną pomimo niesprzyjających okoliczności świata, ale też w ciągłej interakcji z tym światem. W ujęciu proponowanym przez psychologię pozytywną, zasadniczo świat jest okej.
Za to, że nasze życie nie jest okej, odpowiadamy wyłącznie my sami. Jeśli zatem jesteś nieszczęśliwy, to na własne życzenie. Jeśli żyjesz nieautentycznie, to dlatego, że mając niewłaściwe nastawienie nie potrafisz uruchomić swojego wyjątkowego potencjału. Stąd już krok do wniosku, że nie uzyskujesz obfitej gratyfikacji w głównych sferach życia, ponieważ twoje najmocniejsze strony są obiektywnie słabe. Twój potencjał nie jest znowu aż tak wyjątkowy. Jesteś raczej przeciętny i wewnętrznie byle jaki. Jeśli nie chcesz pogodzić się z tym wnioskiem, spróbuj jeszcze bardziej skoncentrować się na przeżyciach własnego ja, ale to może okazać się prostą drogą do całkowitej destrukcji. Wszak nic nie czyni ludzi bardziej nieszczęśliwymi niż poczucie winy z powodu własnej banalności w świecie oferującym tyle wspaniałych możliwości. Czas na wniosek. Udanego życia i szczęścia nie da się osiągnąć, ignorując świat wokół siebie i nieustannie zaglądając do swojego wnętrza.
Głęboka studnia świetnie nadaje się na centrum rozległej osady, ale fatalnie się w niej mieszka. Tak, proszę państwa, to był artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”. Przypomnę, tekst ukazał się w tym dwumiesięczniku w 2020 roku pod nieco przewrotnym, a właściwie takim radosnym tytułem. Jak państwo zauważyli, tekst wcale nie jest radosny, chociaż daje pewne przemyślenia. Ten tytuł to: „Wszyscy uśmiechnięci będą wniebowzięci”. Autorem jest doktor habilitowany Jacek Jaśtal. Proszę państwa, tak po tych refleksjach filozoficzno-psychologicznych tym razem, bo gdzieś tam dotknęliśmy psychologii, może nie tej pełnej, nie tej takiej rozwiniętej, która czasami zewsząd nas atakuje, ale jednak zbliżyliśmy się do pewnych przeżyć natury psychologicznej. No to teraz czas, proszę państwa, na „Filmotekarium”. Dlaczego? Dlaczego to wiążę?
Nie będę tłumaczył. Sami się państwo zorientujecie. Też trochę będzie o głębi i o przeżyciach, i w ogóle. Zapraszam państwa zatem. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem omawiamy dwa filmy. Pierwszy z nich to „Arkadian”, po polsku „Tuż po zmroku”. Tak sobie przełożono. Drugi film to „Light”. Jeszcze go nie przełożono. Zobaczymy co wyjdzie polskim dystrybutorom.
Nie ukrywam, że „Filmotekarium” dzisiejsze dało tytuł całej audycji. Tak, proszę państwa, bo my z Piotrem wcale nie jesteśmy pewni, czy właśnie takich obcych chcemy oglądać w filmach science fiction. Zapraszam państwa zatem bardzo serdecznie na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór Piotrze. „Filmotekarium”. Czas zacząć.
[29:15] - Tak, witajcie w kolejnym „Filmotekarium”, a w nim coś, co wielu z was bardzo lubi, czyli filmy o kosmitach. Tym razem dwa nowe. Będą to filmy „Arkadian”, po polsku „Tuż po zmroku” oraz „Light”, czyli „Światło”. Oba się ukazały w 2024. I prócz obecności kosmitów na pozór niewiele te dwa filmy łączy, ale jednak jakieś tam związki są, o czym za chwilę powiem. Dzisiaj mamy taki nietypowy, Marku, odcinek. Trochę powrót do korzeni, bo w tym sezonie „Filmotekarium” omawiamy zazwyczaj jeden film. Dzisiaj mamy dwa i do tego stopnia czuję się wybity z rytmu, że nawet nie wiem jak zacząć. Ale powiem ci tak: cóż, kosmita, jaki jest, każdy widzi. W dzisiejszym odcinku będą dwa nowe filmy.
Czy warte uwagi, to już sami zdecydujcie. Ale zacząłem się zastanawiać, powiem ci, i odnalazłem coś, co te dwa obrazy łączy. Otóż ich bohaterami głównymi są oczywiście ludzie, ale bohaterami od strony nieludzkiej są kosmici Tylko ci kosmici w obu filmach nie są ludzcy. Są bardziej zwierzęcy, krwiożerczy oczywiście i bardziej niebezpieczni niż myślący. Bardziej mogą cię zjeść, niż mogą cię jakoś tam zdybać pod kątem inteligencji. To łączy te dwa filmy: "Arkadian", czyli "Tuż po zmroku" oraz "Light".
[30:51] - Wiesz co, Piotrze, ja się tak zastanawiam, czy w "Arkadianie" to są w ogóle kosmici, bo ta opowieść jest dosyć taka... To, że ona jest mroczna, to jest oczywiste, ale ona jest taka niedopowiedziana. Może to są kosmici, a może nie są. Może to jakieś demony albo jakieś inne emanacje sił niesamowitych. Ja do końca nie jestem przekonany. Gdzieś mnie serce ciągnie w kierunku tego, że to jednak kosmici. Kiedy się ich ogląda, to tak jakby kosmici, ale do końca nie jestem przekonany. Mamy dwa filmy i to nie są filmy wybitne. Już tak pojadę z grubej rury i na początku. Nie są filmy wybitne, ale one jednak są na różnych półkach położone, bo pierwszy film "Tuż po zmroku" uważam za — to milczenie, ta cisza to jest specjalnie — uważam za znośny.
Tak mniej więcej znośny. Ale "Light", proszę państwa, to trzeba dużo samozaparcia. Zresztą trzeba dużo samozaparcia, ale też trzeba dużo poświęcenia, żeby ten film w ogóle znaleźć i go obejrzeć, bo on jakoś tak się nie rozprzestrzenił za bardzo w polskiej filmosferze. Niech tak będzie, niech się to tak nazywa. On nie jest specjalnie popularny, bo to jest film niskobudżetowy i to widać, niestety widać. O tym za chwilę. Może zacznijmy jednak od "Tuż po zmroku".
[32:42] - Tak. Jest to film osadzony w realiach postapokaliptycznych. Jak zauważyłeś, rzeczywiście my tam nie do końca wiemy, co się wydarzyło. Są jakieś istoty obce, na pewno niepochodzące z tej planety. One prawdopodobnie doprowadziły do upadku ludzkości, a przynajmniej do tąpnięcia cywilizacyjnego. I tutaj na samym początku trzeba powiedzieć, że "Arkadian", bo ten film się tak w oryginale nazywa, jeżeli jesteście widzami horrorów, to wam coś będzie przypominał. Za chwilę powiem co. To jest film z nieco wyższej półki niż "Light". Chociaż ja nie jestem tak bardzo krytycznie nastawiony wobec tego "Lighta". Zaraz o tym powiem.
W "Arkadianie" mamy po pierwsze znanych aktorów, w tym odgrywającego główną rolę Nicolasa Cage'a. Jak mówiłem, film się dzieje w realiach postapokaliptycznych. Pewien facet, Nicolas, przypadkowo ratuje z apokalipsy dwóch chłopców, dla których się staje przybranym ojcem. Razem z nimi osiada na farmie z dala od cywilizacji i jakoś tak uczą się przetrwania w nowym świecie. Całkiem dobrze im to wychodzi, ale jeden z nich dostaje małpiego rozumu, bo się zakochuje w córce sąsiadów. I nie wiem, ale wydawało mi się, że oni sobie żyli wszyscy razem tam na tej farmie w miarę spokojnie i w miarę dostatnio, dopóki te hormony tam nie zaczęły buzować.
[34:16] - Trochę tak było. W dodatku muszę powiedzieć, że oni sobie żyli i cóż, to milczenie to jest oznaka tego, że targają mną sprzeczne uczucia. O co chodzi? Bo ten film ma swoją atmosferę, to trzeba przyznać. Przynajmniej na początku rzeczywiście czujemy, że ta groza nas otacza, że kiedy nadchodzi zmrok, to robi się nieprzyjemnie. To jest tak naprawdę niedopowiedzenie z mojej strony, ale robi się nieprzyjemnie. Obcy coś knują, obcy rozumiani w taki bardzo szeroki sposób. Coś knują i Nicolas Cage doskonale o tym wie jako ojciec. A jego synowie tak nie do końca. A w każdym razie ten małpi rozum i te hormony robią swoje.
I my dzięki temu dowiadujemy się, że obcy, ci inni, oni są niebezpieczni. Oni są związani z jakimś takim nocnym napadem, z nocnym zagrożeniem. Kiedy pojawia się dzień, wszystko mija, koszmar mija i wszystko jest okej. Można pogalopować na sąsiednią farmę, podrywać dziewczynę, zakochiwać się w niej z wzajemnością albo nie. I wszystko jest super. Ale później znowu nadchodzi noc i znowu pojawia się problem.
[36:02] - Tak.
[36:02] - To jest tylko dosyć klimatyczne. Dosyć klimatyczne i takie, muszę powiedzieć, przez długi czas dałem się uwieść temu filmowi, ale nie do końca. Nie do końca. I to muszę podkreślić. W każdym razie to jest film, który wciąga do pewnego momentu i — jakby to państwu delikatnie powiedzieć — jednak nadużywa zaufania. Moim zdaniem, to pewno będzie dyskusja z Piotrem, ale moim zdaniem ten film nadużywa zaufania widza. Bo serwuje nam historię, która właśnie, czy się klei? Moim zdaniem nie do końca, ale dobrze, Piotrze, ja jestem ciekaw twojego zdania.
[36:51] - Ogólnie historia się klei. Jest tylko jeden problem. To tak, jakbyśmy oglądali trochę "Domek na prerii" w wersji postapokaliptycznej, czyli jak w piosence Turanała naprawdę nie dzieje się nic, oprócz tego, że są ci kosmici i oni wychodzą po nocy. "Arkadian" jest ogólnie bardzo podobny do filmu "Quiet Place". Tam są chyba dwie części tego filmu opowiadające o tym, jak rodzina ucieka przed obcymi przyciąganymi przez dźwięki ogólnie. Podobieństwo tych dwóch filmów jest uderzające, przy czym "Arkadian" może nie jest tak bardzo drastyczny, że rzeczywiście ci kosmici są, natomiast tak jakby ciężar jest skupiony na życiu codziennym w świecie postapokaliptycznym, że sobie trzeba dawać radę. Co tam mamy? To, co w różnych filmach tego typu, czyli jakieś ośrodki ludzkie rozrzucone po dużym obszarze, że oni się szukają nawzajem, że muszą sobie pomagać, że nie zawsze chcą sobie pomagać i tak dalej. Problem z tym filmem jest taki, że on jest właśnie taki jak sam tytuł wskazuje, sielski bardzo początkowo. Czyli oni sobie żyją koło siebie i gdzieś tam obcują z tymi istotami dziwnymi i zauważamy, że nam mija trzy czwarte filmu i się nic nie wydarzyło.
Klimat jakiś jest. Ogólnie ci powiem, że ja lubię tego typu filmy. To znaczy lubię, kiedy się wkrada taki niepokój, który jest wyczuwany przez widza. Tutaj w jakimś procencie ten niepokój się udziela, ale ta sielskość tego filmu odbiera mu w ogóle jakikolwiek charakter horrorowy. Jak mam być szczery, to wiesz co mi się wydaje? Że ten film wygląda tak, jakby był wprowadzeniem, jakby był pilotem serialu, że coś się wydarzyło. Tutaj bym musiał zdradzić końcówkę, ale powiem tyle, że to, co się tam dzieje, jest punktem wyjścia do zupełnie nowej historii, być może ciekawszej, o której nic nie wiemy. Może tak miało być w rzeczywistości? Nie wiem, nie doczytałem, że tak powiem. Nie śledziłem tego filmu też za bardzo.
Ogólnie powiem ci tak: Nicolas Cage jak zwykle jest dobrym punktem w produkcji. To znaczy zwraca się na niego uwagę, jest sprawnym aktorem. Zresztą w tym filmie występują też młodociani aktorzy. Nie ma się czego tam czepiać ogólnie. Jeżeli chodzi o realizację, jeżeli chodzi o wykonanie jest wszystko okej, tylko że nie ma emocji. Jedyny barwny element, taki, który przyciąga uwagę i budzi pytania, to są ci obcy. Obcy są dziwni ogólnie, ale ci są wyjątkowo ciekawi, bo przypominają mi, wiesz co? Czasami jak kolędnicy chodzą, to turonia mają na takim kiju i ten turoń jak się pociąga sznurkiem, tak trzaska ryjem. Paszczą. Przepraszam.
I one wyglądają mniej więcej tak. Takie jakieś kukiełki, które bardzo śmiesznie kłapią dziobami. Nie wiem, czy to są dzioby, czy to są mordy, czy to są pyski. W każdym razie paszczami kłapią i to budzi jakiś niepokój taki. Powiem ci, że tego do tej pory nie było i jest to barwne. Natomiast, o ile "Arkadiana" się da obejrzeć, to chyba tylko dla zabicia czasu, ale jest dużo lepszy od filmu "Light". Nie wiem, czy możemy już tak płynnie przejść, czy miałbyś jeszcze coś.
[40:54] - Poczekaj. To kłapanie paszczą może się wydać takim elementem drugoplanowym, ale w gruncie rzeczy to jest taki moment, w którym człowiek sobie uświadamia, że coś, co może się wydawać śmieszne, jest jednocześnie mordercze, zabójcze, bo te istoty kłapią tymi paszczami tuż przed czymś, co mają zamiar zrobić człowiekowi, co jest bardzo nieprzyjemne. Często się kończy przerwaniem filmu, wyłączeniem światła. Obcy są w tym filmie, bez względu na to, czy to są obcy z kosmosu, czy to są obcy z innej rzeczywistości, demonicji obcy. Cholera wie tak naprawdę, jacy to są obcy, ale ci obcy są naprawdę groźni, przynajmniej według filmu. Co więcej, jest tam taki ciekawy wątek, kiedy jeden z młodocianych aktorów, jeden z tych synów przybranych Nicolasa Cage'a podejmuje pewną grę z owymi obcymi, ale to jest gra, która, żeby państwu tego nie opowiadać, sprawia, że on przekonuje się, jak w gruncie rzeczy nieobliczeni są ci obcy. Bo on w pewnym momencie zwabia jednego z nich ... więzi i wydawałoby się, że może to będzie próba kontaktu albo coś. Nic z tych rzeczy. Zresztą państwo sami zobaczycie.
Natomiast tu jesteśmy w jakiś sposób zawiedzeni albo przekonani, że nie ma kontaktu z tymi obcymi, ale ten film ciągnie się dalej i pokazuje nam też człowieka. I to jest ciekawe w tym filmie. Jeśli coś w tym filmie jest ciekawe, to właśnie człowiek. Postawy wobec zagrożenia, postawy wobec tego, że komuś innemu może stać się krzywda. Otóż okazuje się, i to nie jest żadne specjalne odkrycie, to nie jest rzecz, która wymagałaby jakichś filozoficznych rozważań, ale dowiadujemy się, że najważniejsze jest, żeby przeżyć, a nie żeby pomóc drugiemu człowiekowi. Czy to jest jakoś specjalnie odkrywcze? Filozoficznie pewno nie. Tak czysto obyczajowo to może tak, bo my jesteśmy przyzwyczajeni, że ludzie są tacy trendy i tacy fajni i sobie pomagają. Nic z tych rzeczy, proszę państwa. W tym filmie okazuje się, że najważniejsze jest, żeby samemu przeżyć, a nie żeby przeżyli inni.
To dosyć na wskroś widać w tym filmie. To jest taka rzecz, która odziera naszą rzeczywistość z takiej wiary w człowieka, że w gruncie rzeczy bywamy różni. Bywamy czasami chamscy, bywamy czasami podli, ale w gruncie rzeczy, jakby przyszło co do czego, to każdy człowiek stanie za drugim człowiekiem, bo przecież łączy nas człowieczeństwo. Proszę państwa, jak to wypowiadam, to się śmieję. I nie tylko dlatego, że w tym filmie jest to absolutnie zanegowane, ale ja niespecjalnie w to wierzę i dlatego ten film wydał mi się tak psychologicznie bardzo prawdziwy. I to jest jego jakaś siła, która sprawia, że film, który normalnie powiedziałbym: „lipa, w gruncie rzeczy, można obejrzeć, ale bez ekscytacji”, to w tym wypadku obejrzyjcie to państwo. Pewno was nie porwie, ale też widzieliście państwo masę gorszych filmów.
[45:28] - Ja może nie byłbym takim pesymistą znowu. My rzadko w Filmotekarium czepiamy się tych warstw filozoficznych. Natomiast może nawet zwróciłeś uwagę na coś, co jest kluczem do tego filmu, czyli zastanówmy się, co by było, gdyby ta cywilizacja upadła i jaki start mieliby młodzi ludzie w dorosłość. Jak by to wyglądało? Jak by wyglądała taka kooperacja sąsiedzka? Czy silny byłby tym, który dyktuje warunki? Czy byłaby taka wolna amerykanka? To jest nawet względnie ciekawe, powiem ci, w kontekście rozważań ogólnoapokaliptycznych, bo w wielu filmach, które poruszają ten temat, widzimy, że kiedy na przykład bohaterowie uciekają z ogarniętego armagedonem świata do jakichś punktów koncentracji, to słyszymy, że ludzie się gromadzą tu, tu, tam jest udzielana pomoc, a w tym filmie raczej to wygląda, powiedziałbym, w ten sposób, że wszyscy muszą sobie radzić na własną rękę. To jest ciekawe. Nie wiem, czy to było zamierzenie autorów.
Cały czas stoję na stanowisku, że "Arcadian" po pierwsze przypomina "Quiet Place", to jedno, a po drugie wygląda jak pilot do jakiegoś serialu, który może nigdy nie zostanie zrealizowany. I to było jakieś przedsięwzięcie, które miało być pomnikiem pomysłu. Tak to powiedzmy, że to może miało wszystko iść nieco dalej, a skończyło się na takiej historii o dwóch chłopcach, którzy mieszkali sobie z Nicolasem Cage'em na planecie opanowanej przez kosmitów. Ale to nie jest złe. To nie jest zły film, to się da obejrzeć na tle tego wszystkiego, co do tej pory żeśmy widzieli, bo my, musicie wiedzieć, oglądamy tych filmów, szczególnie science fiction, znacznie więcej, tylko że my niektórych nie wspominamy, dlatego, że są po prostu 10 razy bardziej złe tak naprawdę. O ile tego "Arcadiana" można obejrzeć, jak mówię, dla zabicia czasu, to mały film light i-
[47:53] - Ale jeszcze ci przerwę. Bo jeśli chodzi o ten twój pomysł, on mi się wydaje ciekawy. Rzeczywiście, gdyby film z Nicolasem Cage'em był pilotem serialu, to mógłby być naprawdę ciekawy serial. Nie wiem, czy taki serial powstanie. Nie wiem, czy to nie jest emanacja naszej wyobraźni, ale jeśli gdzieś tam w odległych rejonach filmosfery jakieś takie myśli powstają, to serial w takim uniwersum byłby naprawdę ciekawy.
[48:44] - Ja tylko powiem może tylko dlaczego mam takie wrażenie, że to jest taki jakby pilot, bo tam główny bohater, czyli Nicolas, się szybko wymiksowuje tak naprawdę i nagle głównymi bohaterami stają się ci chłopcy, jakby nie było. Ale tutaj chyba już zdradzę za dużo, że w tych finalnych scenach mamy takie wrażenie, że to będzie miało kontynuację, prawda?
[49:15] - Powiem tak: ja chyba bym chciał. Nie wiem, co z tego by wyszło, ale gdyby ten film stał się takim jądrem krystalizacji dla przyszłego serialu, to okej, ja daję carte blanche. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. To może być totalna porażka, a może być coś, co będzie odkrywcze, będzie nowe, będzie ciągnęło ludzi do siebie. Zobaczymy.
[49:52] - Ja nawet jeszcze się zacząłem zastanawiać, czy ten mój pomysł, że to mógł być pilot jakiegoś serialu, wcale nie jest taki szalony, bo wiesz, to co się dzieje w "Arkadianie" trochę przypomina to, co się dzieje w serialu "From" – "Skąd". My o tym serialu będziemy mówić w wakacje. On jest dostępny na jednej z platform. Znaczy pierwszy sezon jest dostępny na jednej z platform pod pewną nazwą na literę N. To jest serial, który opowiada coś podobnego, tylko że w nieco innych warunkach. Mamy istoty, które terroryzują ludzi, ale ci ludzie akurat nie mieszkają w świecie postapokaliptycznym, tylko mieszkają w czymś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości. Ale tych punktów stycznych jest na tyle dużo, że właśnie się zacząłem zastanawiać, czy nie zaczęto realizować serialu "Arkadian", ale zdano sobie sprawę, że istnieje zbyt dużo podobieństw do "Quiet Place", do "From" i zrezygnowano z tego, kompilując z materiałów film. Film, który właśnie wygląda tak trochę jak Filip z konopi. Kończy się w dziwnym miejscu, naprawdę. Ale mamy też drugiego dzisiejszego bohatera, czyli film "Light" i myślę, że możemy już tutaj przejść do niego.
[51:16] - No i trochę się boję tego przejścia, bo o ile film "Tuż po zmroku" wydaje mi się filmem średnim, ale ze wskazaniem, że coś z tego można jeszcze wyprodukować, dorobić, to może być początek czegoś, to film "Light" od początku wiadomo, że to jest film niskobudżetowy. To już źle brzmi. Przyznacie państwo, jak słyszycie film niskobudżetowy, to takie ciarki po plecach przechodzą, bo czasami zdarzają się takie super sytuacje, że film niskobudżetowy robi zawrotną karierę wbrew logice, wbrew wszystkiemu, co jakoś tej logiki dotyka. Taki film robi karierę. Ale to nie jest chyba przypadek filmu "Light". Otóż-
[52:20] - Ja ci powiem jeszcze jedno. Ten film jest niskobudżetowy i filmy niskobudżetowe to nam się kojarzą często z jakimiś takimi katorżniczymi filmami, które są kręcone dla grupy ludzi, którzy się interesują taką twórczością. Natomiast to jest film niezależny i tu jest w ogóle paradoks z filmem. O ile widać te niedociągnięcia i te oszczędności, to ten film ogólnie jest poprawnie zrealizowany. Tylko jest jeden z nim zasadniczy problem, drodzy państwo. Nie wiem, od czego tu wyjść. Może zarzućmy trochę informacjami, co się tam w ogóle dzieje, bo to jest zupełnie inna historia, prawda? To jest zupełnie inna historia, dziejąca się na innej planecie, w kosmosie, jak to śpiewali traperzy znad Wisły, na takiej planecie dość oszczędnej w scenerię, gdzie panuje ciągła mgła, gdzie się panoszą potwory, a nasze bohaterki próbują przeżyć. I powiem coś bardzo ważnego. Nie dajcie się zwieść trailerom i fotosom związanym z filmem "Light", bo jeżeli na nie spojrzycie, to macie wrażenie, że to jest coś pokrewnego do filmu "Obcy" albo "Europa Report", tak się to chyba nazywało.
O nie. Ten film jest oszukańczy. Oszukańczy, jeżeli chodzi o autopromocję. To jest science fiction, które formalnie powinno być takie pełnokrwiste, czyli takie, które się dzieje w kosmosie. Bohaterowie się spotykają z dziwnymi istotami, przeżywają różne sensacyjne przygody. I powiem ci, że czytając o tym filmie, czytając zapowiedź, czytając opis, oglądając trailery czy trailer miałem wrażenie, że jakaś produkcja, muszę powiedzieć indie, bo indie, czyli niezależna, bo niezależna, ale wygląda fajnie. Tylko że w tych trailerach po prostu pokazano wszystko, co w tym filmie najlepsze. A potem zostaje jeszcze to chyba 90 minut.
[54:41] - Piotrze, ja jestem taki mocno przekonany, że to jest Jeśliby zrobić z tego opowiadanie, to to jest opowiadanie na 1800, maksymalnie 3600 znaków. Dwie strony maszynopisu. Tymczasem dostajemy półtoragodzinny film. I to jest pewien problem, bo coś, co w takim wydaniu dwóch stron maszynopisu byłoby znośne i byłoby nawet interesujące. Takie okej, super, ciekawe. To rozciągnięte do 90 minut zaczyna być nużące, denerwujące, wkurzające i w gruncie rzeczy nużące. I to jest chyba najgorsze, co mogłem powiedzieć, bo nieustanny dialog w jakiejś mglistej przestrzeni. Nie powiedzieliśmy, jak to się w ogóle zaczyna. Mamy jakiś statek kolonizacyjny, jakiś taki wielki statek i jakieś lądowniki, które lądują na planecie i się ogólnie pogubiło wszystko, bo jak wylądowały te lądowniki czy się rozbiły, właściwie, to bohaterka, jedna z bohaterek gubi tam swojego syna, ale żeby go odnaleźć, to jest ogólnie mgła i ogólnie jest nieprzejrzyście na tej planecie. Bo wiecie państwo, niski budżet, to trzeba to w jednym pomieszczeniu, dosyć zamglonym, dużo trzeba wytworzyć sztucznej mgły, jakiejś pary albo czegoś takiego, bo budżet jest niewielki, to trzeba to wytworzyć.
Więc wytwarzają. I bohaterka musi odnaleźć tego swojego syna, ale jednocześnie nie może używać światła. Ale jak nie używa światła, to nic właściwie nie widać, co też dobrze odczuwamy, bo film jako sztuka wizualna, film, w którym niewiele widać, on się daje zapamiętać, ale niekoniecznie najlepiej. Więc widzimy niewiele. Ale główna bohaterka nie może używać światła, ponieważ światło wabi wrogie, nieprzyjemne istoty obce. I to też nie jest wskazane. Czyli jest problem. Trzeba odnaleźć syna małoletniego, ale w gruncie rzeczy bez światła, a jak tu we mgle bez światła? Ale nie można światła, bo obcy, wrodzy, nieprzyjemni. I dostajemy w prezencie szereg dialogów, bo to dialogi są, w których się rozważa, jak do tego podejść, bo to jest bardzo skomplikowany problem.
Ja tego po prostu nie kupuję. To jest film, który w jakimś stopniu doprowadza mnie do zgrzytania zębami. Ja wiem, że jakaś idea za tym filmem stoi, ale ja nie jestem przekonany, że jakikolwiek film jest robiony po to, żebym ja poświęcał swój czas, żeby się domyśleć, o co tam autorowi chodziło i właściwie o co w ogóle w tym filmie chodzi.
[58:19] - Ja byłem w takiej sytuacji, powiem ci, że natknąłem się na ten film. Myślałem, że oni tam zwyczajnie spadną na tą barwnistą planetę i coś się zacznie dziać. I oglądam. Oni spadli i gadają. Dodajmy ciekawą rzecz, że tam wśród tych rozbitków jest matka z dzieckiem i córka z ojcem. I jest ktoś jeszcze, czyli mieszkańcy tej mrocznej planety. Tam, jak mówiłeś, nie wolno sobie pobłyskać nawet światłem, bo cię od razu zeżre. Zapalisz sobie lampkę na hełmie i po tobie. Jak wygląda ten smok z innej planety, to się dowiadujemy na samym końcu. W sumie gdzieś tak po pół godzinie, 45 minutach się orientujemy, że to już nigdzie indziej się ta akcja nie przeniesie i tylko czekamy, jak ten potwór będzie wyglądał.
Ale koniec końców okazuje się, że na tej planecie są też ludzie. Jak powiedziałem, trailery, fotosy to są najlepsze sceny z tego filmu. Jedyne, gdzie się coś dzieje. Mamy sceny przez cały czas, gdzie one gadają, gdzie idą, szukają tych kapsuł, komunikują się przez interkom i ogólnie to takie gadanie. Wiecie, emocje mniej więcej tak, jakby się dwóch grzybiarzy zgubiło i próbują się odnaleźć między sosenkami. Jest jeszcze mgła w dodatku i wołają do siebie: „A chodź tu, a w tą stronę, a ja cię widzę, o, zginąłeś” i tak dalej. Tak to wygląda. Tylko tam zamiast patyczaków w tym lesie są potwory. Marku, „Light” to nie jest tandeta ogólnie. Ja mam takie wrażenie, że to jest poprawne jako zamysł, tylko że z realizacją jest bardzo źle.
Tam widać, że ktoś w to włożył pieniądze, włożył nawet trochę talentu, bo to gdyby miało trochę akcji, to by się dało oglądać. Gdyby tam była jakaś historia, to by się dało oglądać. A tam tak naprawdę pomysł chyba autora, reżysera ogranicza się do tego, że na nas ma robić wrażenie ta mglista planeta, że my mamy się wczuć w tą kobietę jedną i drugą, które są pod nieustannym zagrożeniem. To nie działa, drodzy państwo, absolutnie. To jest zwyczajnie nudne. Zaczynamy w końcu czekać, czy się coś zmieni w tym filmie, czy nie, czy się pokażą te stwory, które się czają w tym tumanie. I kiedy się pokazują, to też jest tak jakoś sztampowo. I są ci ludzie. I to w ogóle już jest Szaleństwo w tym filmie, że my pod koniec nie wiemy, o co chodzi. Oni, ci ludzie, obwieszają dzieci jakimiś lampkami choinkowymi, żeby potwór je pożarł.
Kim są ci ludzie? Ja do końca tego nie skumałem, muszę powiedzieć. Ale wiesz, żeby nie było, że ten film jest kiepski, to oczywiście nie obyło się bez wątków postępowych, bo tam, jak powiedzieliśmy, jest jakaś dziwna sytuacja, że kapsuły spadają na planetę. Może one tam są nawet zrzucane z tego promu, bo tak. I tam matka szuka dziecka. Czyli matka jest w kapsule ratunkowej, w drugiej kapsule jest dziecko. Tylko że my się dowiadujemy po czasie, że ta matka dziecka, ta kobieta, która szuka tego dziecka, to nie jest jego matka, tylko de facto jest jego ojcem. Tak to zrozumiałem, że tak było. Końcówka filmu, Marku, też jest niezrozumiała. Po co ci ludzie tam są?
Po co oni te dzieci obwieszają? Jakaś sekta to jest? Nie wiem. Był jakiś pomysł, ale wydaje mi się, że po prostu brakło pomysłów na cokolwiek. Rozumiem intencje reżysera, że tam ma nas przerażać sama atmosfera, ale może po prostu trzeba było, kręcąc ten film, opowiedzieć jakąś historię. Bo po co wydawać kasę na coś, co nie ma absolutnie sensu? Tam widać potencjał, bo nie powiem, że nie widać potencjału. Widać też talent, bo oglądałem dużo gorsze filmy, nawet dużo bardziej rozwlekłe filmy. A to gdyby zostało jakoś pokierowane inaczej, gdyby to zostało opowiedziane inaczej, to przecież, Marku, ile jest filmów, które się rozgrywają w czterech ścianach i naprawdę czasami się włos jeży od tych historii, a tutaj zupełne zero emocji.
[01:03:00] - Żeby przytoczyć jakiś film, to chociażby „Cube”, obojętnie która część, to jednak jakieś emocje tam są. Natomiast jeśli chodzi o film „Light”, ja nie bez powodu powiedziałem na początku o tym, że to jest materiał na shorta literackiego rzędu 1800–3600 znaków i to by się obroniło. Natomiast rozciągnięte to do 90 minut męczy, tumani, przestrasza. Nie, właśnie nie przestrasza. Nudzi, przede wszystkim nudzi, bo rzeczywiście potencjał w tym obrazie jest, ale-
[01:03:47] - Może nie w obrazie, może w tym scenariuszu, bo jak mówiliśmy, są czasami takie historie. Pamiętasz, polecałem ci ostatnio taki hiszpański film pod tytułem, to się chyba nazywało „Stoliczek do kawy”, coś takiego. To jest film, który się dzieje przez większość czasu w mieszkaniu. Emocje są niesamowite. Historia jest banalna, ale jest po prostu świetny. A tutaj nie wiem, brakło czegoś. Brakło-
[01:04:20] - Piotrze, przerwę ci, bo powiem tak: finał, kiedy oglądamy obcych, którzy, wybaczcie państwo, ale mnie się głównie skojarzyły z koparką, taką obwieszoną lampionami koparką. To są obcy. Jakby to państwu delikatnie powiedzieć. Żenada. Po prostu żenada. I my dzisiaj przedstawiamy dwa filmy. To nie filmy wybitne są. Natomiast film „Tuż po zmroku”, a film „Light”, jeśli chodzi o obraz konkretny, który już jest, nie potencjalny, który mógłby być, to pierwszy film stoi o niebo wyżej, chociaż nie jest to film wybitny. Natomiast „Light” epatuje czymś takim, że on jest filmem niskobudżetowym. W związku z tym wybaczcie nam, ale bida, bida i jeszcze raz bida.
Nie, to nie może być usprawiedliwienie, bo film niskobudżetowy może być filmem świetnym. I ja myślę, że zabrakło pewnej koncepcji, jeśli chodzi o „Light”, bo jakby to lepiej przekombinować, inaczej przekombinować, to dałoby się zrobić z tego film fajny. Ja się jeszcze zastanawiam, czy przypadkowo nie przesadzono z metrażem, bo może to jest materiał na film krótkometrażowy. Może jakby to miało 20–30 minut, to by się dało ogarnąć i jakoś rzeczywiście napięcie wprowadzić. Tymczasem rozciągnięty do 90 minut to nie broni się absolutnie. To jest ględzenie, ględzenie, ględzenie przetykane od czasu do czasu jakimś przerażeniem, ale deklaratywnym głównie. Bohaterki deklarują, że są przerażone, ale już pod koniec coś się tam pojawia, ale to wiecie państwo, z przerażeniem to też ma niewiele wspólnego. Ja trochę żałuję. To znaczy jest coś w atmosferze filmu „Light” takiego, że ja czułem, że dałoby się z tego zrobić fajne widowisko, ale ktoś postawił na ględzenie. A nie ma chyba nic gorszego, jeśli chodzi o sztukę filmową, niż ględzenie właśnie.
Ględzenie zabija Każdy obraz. Ględzenie, ględzenie, ględzenie, ględzenie, ględzenie, ględzenie to jest coś, co po prostu jest koszmarem w wielu filmach, nawet tych wysokobudżetowych. Zauważcie państwo, że są takie filmy, które są przegadane, ewidentnie przegadane. One są dobre w różnych innych klockach, ale są zagadane. Film "Light" to jest film zagadany na śmierć, po prostu zagadany na śmierć, a w dodatku film, w którym niewiele się dzieje, a mogłoby się dziać całkiem sporo.
[01:07:35] - Ja miałem takie wrażenie, że ten film jest ogólnie oparty o sztukę, sztukę teatralną, która jest absolutnym niewypałem, jeżeli chodzi o przełożenie jej na język filmowy. Dlatego, że tam mamy ciągłe odniesienia do tego, że ten matko-ojciec cierpi, bo szuka tego dziecka. Po 60 minutach gadania o tym, że ona szuka dziecka, bo szanuje to dziecko, bo to jest jej dziecko, to my już to wiemy. Proszę pani, proszę szukać. Proszę dać spokój widzom. Ta sztampowość ogólnie, istoty, które wyglądają bardzo archaicznie. Do tego walka-
[01:08:18] - Jak koparki. Jak koparki, Piotrze, proszę cię, to są zwykłe koparki, tylko obwieszone lampkami.
[01:08:25] - W dodatku ta walka o tlen. Jeżeli ktoś się porywa na science fiction, to trochę powinien mieć jakiegoś drygu. A zróbmy taki film, który będzie szokował. To będzie dramatyczna historia, ale taka dramatyczna po ludzku, osadzona w warunkach nieziemskich i ona zrobi wrażenie. A tutaj to szczerze mówiąc, już tak około pewnie 70. minuty zaczynamy się zastanawiać, czy jej się ten tlen już nie powinien skończyć. A może już zakończyć w ogóle tę męczarnię? A końcówka to jest w ogóle już absurd. Tylko cały czas stoję na stanowisku, że tam jest widać pewien zamysł, tylko to nie wypaliło. Marku, pytanie finałowe: to co nam jest takie science fiction?
Bo to pytanie powraca wraz z wieloma oglądanymi filmami właśnie z tego gatunku. Realizowanych jest ich naprawdę sporo. To kosztuje czas, pieniądze, różnego rodzaju środki i tak dalej, a my otrzymujemy filmy, które są, powiedzmy, wyrazem poglądów autora, jego koncepcji, ale tego się oglądać nie da. Ja myślę, że "Light" i tak nie jest najgorszym przypadkiem. Są filmy znacznie gorsze z tego roku, niestety zapomniałem tytułów. To też są filmy niezależne, zahaczające o science fiction. Ja się tak zastanawiam, po pierwsze, po co nam takie science fiction? Po drugie, czy to w ogóle powinno się nazywać science fiction? Po trzecie, czy nie da się zrealizować w ramach ograniczonego budżetu naprawdę fajnych historii, ale nie zamykać tych ludzi na obcej planecie czy w statku kosmicznym takim jak ze "Star Treka", tylko zrobić coś z pomysłem. Pamiętasz film "Aniara"?
Naprawdę był świetny. A tutaj od pewnego czasu mam takie wrażenie, że twórcy science fiction, jak by to powiedzieć... Przypominam sobie taką audycję twoją sprzed dobrych kilku miesięcy, a może nawet kilkunastu, kiedy omawiałeś to pulpowe science fiction z Ameryki. I tam był taki wyścig między autorami, którzy się starali pokazać coś nowego, nawet w tych krótkich formach. A tutaj, w tych filmach mamy wyraźną stagnację. Autorom brakuje pomysłów. Stawiają na coś, co już było, coś, czego nie da się oglądać i tak naprawdę szkodzą temu gatunkowi i sprawiają, że twórcy science fiction, jeżeli chodzi o film — bo tutaj nie możemy w żaden sposób przenosić tego na literaturę — stają pod takim pręgierzem. To znaczy albo musimy wydać kupę kasy, żeby stworzyć arcydzieło, albo stwórzmy cokolwiek. Cokolwiek niech sobie już będzie i niech to ludzie oglądają. My w ciągu ostatnich kilku lat mieliśmy tyle badziewia science fictionowego, że ja się obawiam po prostu tego, że ludzie zaczną odchodzić od tej tematyki.
Odchodzić od tej tematyki z prostego powodu: sztampowość, brak pomysłów i to zauważalne kopiowanie tematów, schematów. Powiem ci, że jestem głęboko zaniepokojony.
[01:12:12] - Zgadzam się. To znaczy, ja powiem coś kontrowersyjnego. W ostatnich 10 latach powstawało sporo filmów science fiction. Rozmawialiśmy chociażby o "Diunie", drugiej części i pierwszej części. To jest film, który broni się sam z siebie. Powiedzmy, pewne uniwersum, pewna legenda. To wszystko sprawia, że "Diuna" się broni, choćby nawet były w stosunku do niej różne zarzuty. Ale weźmy sobie tak na tapet science fiction w kinie. To moim zdaniem ostatnim filmem, który Może w jakiś sposób poruszać, może człowieka angażować i sprawiać, że człowiek sobie powie: „Wow, to było niesamowite”. Jest mi bardzo przykro, ale taki film powstał osiem lat temu.
Według mnie to był film z 2016 roku „Nowy początek”. Według genialnego opowiadania Teda Chianga. Oczywiście to jest stronnicze i absolutnie proszę się nie powoływać. To jest moje widzimisię, ale uważam, że to był chyba ostatni, według mnie, film, który przyciągał i który sprawiał, że człowiek mówił sobie nie tylko: „Wow, ciekawe. Fantastyka, niezwykłe”, ale też mówił sobie: „Wow, ale w tym wszystkim jest jakiś sens. Jest jakaś tajemnica. Jest coś, co sprawia, że jesteśmy poruszeni”. Tak, ale to jest film zrobiony na podstawie wielkiej literatury. Ted Chiang to jest człowiek, który pisze opowiadania bardzo rzadko. Prawdopodobnie wtedy, kiedy ma naprawdę coś do powiedzenia.
Nie wtedy, kiedy mu się zachce coś napisać. Film, o którym wspomniałem, najpierw było opowiadanie „Historia twojego życia”. Później był film i to był film, który poruszał. Przypomnijcie sobie państwo później, czy naprawdę były filmy, które tak poruszały. Moim zdaniem nie. Usprawiedliwianie, że opowiemy wam historię science fiction, ale to jest historia niskobudżetowa, absolutnie niczego nie usprawiedliwia. Historia w kinie, w literaturze jest albo dobra, albo zła. Moim zdaniem historia opowiedziana w filmie „Light” jest zła. Po prostu jest słaba. To już było wiele razy.
Nie chcę w tej chwili podawać odnośników czy podobieństw, ale to nie jest historia, która porwie państwa. Tytułem podsumowania: omówiliśmy dzisiaj dwa filmy. Pierwszy z nich można obejrzeć. Nie będziecie państwo bardzo skrzywdzeni ani jakoś tak zniesmaczeni. Może czasami zawiedzeni, ale moim zdaniem „Light” to jest film, który zmarnował swój potencjał, bo potencjał tam oczywiście jest. Jest. I co z tego, że jest?
[01:16:00] - Tak. Gdyby mu nadać jakiś rys, nie wiem, epickości. Powiem ci, że nawet szczerze, gdyby ten film przedstawiał ekspedycję na tą planetę, nie na Setonie w tej mgle, ale ekspedycję w poszukiwaniu zaginionej ekspedycji, gdzie czają się te potwory, to by było dużo lepsze. A nie jakieś tam historyjki, bo matka dziecka szuka i nam mówi, jak to bardzo jest to dziecko dla niej wartościowe. My wiemy. Jak się przypomina to 25. raz, to ma się tego dość. Myślę, że science fiction się jeszcze obroni. Tylko że po pierwsze, co trzeba zrobić, to edukować, że są pomysły, są koncepcje, że współcześnie horrory, a także prawdopodobnie i filmy fantastyczne, one się powinny rozgrywać według takiego scenariusza, że mamy opisaną historię, jak mówię, obyczajowo-dramatyczną na tle czegoś, co wykracza poza nasze rozumowanie, na tle czegoś, co w kontekście naszych ludzkich problemów naprawdę robi wrażenie. Myślę, że tutaj jest jakaś droga.
To znaczy się nie cudować, tylko robić fajne historie.
[01:17:28] - Ja, proszę państwa, nie bez przyczyny użyłem nazwiska Teda Chianga, bo ja mam takie nieodparte wrażenie, że scenarzyści, czy to polscy, czy amerykańscy, usiłują za wszelką cenę zaistnieć. Tak, napiszemy wam historię, której nie zapomnicie. I nic z tego nie wychodzi. Zapominacie państwo te historie. A Ted Chiang, ja specjalnie podkreśliłem, że to jest facet, który pisze opowiadanie raz na rok, raz na dwa lata. Jedno opowiadanie. Krótsze, dłuższe, ale pisze wtedy, kiedy ma coś do powiedzenia. W związku z tym w życiu napisał tych opowiadań kilkanaście, może małe kilkadziesiąt. Kiedy czytamy chociażby tytuły, na przykład „Piekło to nieobecność Boga” albo „72 litery”, albo „Historia twojego życia”, to już państwo znacie. „Dzielenie przez zero”, „Wieże Babilonu”.
Wierzcie mi państwo, to są historie, o których trudno zapomnieć. I może zamiast tworzyć kolejne arcydzieła kinematografii, warto sięgnąć po historie napisane przez ludzi, którzy nic nie muszą, bo Ted Chiang nie żyje z pisania On po prostu pisze. Pisze rzeczy porywające, pisze rzeczy, które zostają w pamięci i takie, które sprawiają, że człowiek mówi sobie: „Wow, naprawdę? Naprawdę tak?” Więc po co mnożyć kolejne gluty? Autentycznie gluty. Może warto kręcić historie, które naprawdę nas zaangażują, naprawdę nas pociągną i sprawią, że fantastyka naukowa przestanie się kojarzyć źle. Zacznie się kojarzyć z czymś, co jest historią naszego życia, historią tego, co my przeżywamy w naszym życiu zupełnie niefantastycznym, takim życiu, które jest tu i teraz. A jednak nawiązania, które robi Ted Chiang sprawiają, że my chcemy te historie podziwiać. Chcemy te historie połykać. Tak, połykać, filmowo połykać.
Ale takie filmy nie powstają. Powstaje „Light”.
[01:20:12] - Ja tylko dodam na koniec, jako taki może wiążący wniosek. Zobaczcie państwo, jak czasami się fajnie czyta historie ludzi, którzy mieli kontakt z UFO. I to nie mówię, że to są opowieści będące sagami, z tego różnego rodzaju przekazami i tak dalej. Nie. To są zwyczajne opowieści o tym, jak przebiegało na przykład jakieś bliskie spotkanie. I teraz zobaczcie, jak mało jest filmów, które o tym mówią, bo filmowcy uważają, że trzeba rozwlec. Trzeba pokazać jakieś wartości. Jedna opowieść to za mało. Science fiction powinno stać się dramatem, może nie przyszłości, tylko dramatem rozterek związanych z tym, co nas czeka. I w tym jest jakiś sens.
No bo szczerze mówiąc, kręcenie filmów takich jak „Light” jest marnotrawstwem. My dzisiaj mówimy tyle o tym, że trzeba oszczędzać, trzeba oszczędzać czas, światło, pieniądze i tak dalej, a tutaj lekką ręką wydaje się pewnie jakieś miliony na kręcenie filmu, który powstał tylko po to, żeby zadowolić jego twórcę i nikt go nie będzie podziwiał. Uwierzcie. Istnieje wiele punktów stycznych między „Arkadianem” a „Light”. To nie tylko podobne istoty, takie bardzo zwierzęce, to również ten problem rodzic-dziecko i tak dalej. Dlatego wybraliśmy dzisiaj te filmy. Jak wy je ocenicie, to już jest oczywiście kwestia absolutnie wasza, ale gdybyśmy mieli wam coś polecić, gdybyście się nudzili w następny weekend, to chyba bardziej tego „Arkadiana” warto. Nie tylko ze względu na to, że jest tam Nicolas Cage.
[01:22:08] - Zdecydowanie tak. Pięknie państwu dziękujemy. Do usłyszenia. Proszę państwa, minęło „Filmotekarium”. W tym tygodniu wyjątkowo długie, ale też kwestii do poruszenia było całkiem sporo. To teraz tak dla oddechu, żeby z tych wyżyn abstrakcji i sztuki filmowej zejść... Chciałem powiedzieć w dół, a tak naprawdę przejść na inne wyżyny. To ja zapraszam państwa na audycję „Bez Tajemnic”, a w niej poznamy tekst Wojciecha Chudzińskiego „Kim był Franek Kluski?” Bardzo serdecznie państwa zapraszam.
[01:23:06] - „Kim był Franek Kluski?” Tekst Wojciecha Chudzińskiego o ostatnim wielkim medium fizycznym XX wieku. Był ostatnim wielkim medium fizycznym dwudziestego stulecia. Nigdy nie przyłapano go na oszustwie, a sławy naukowe przyznawały, że to, co czyni na seansach, może nadwyrężyć dobre samopoczucie niejednego sceptyka. Franek Kluski. Prawdziwe nazwisko Teofil Modrzejewski. Człowiek wykształcony, bankier, pisarz i dziennikarz. W swoich czasach nie przyciągał takiej uwagi tłumów jak inne media: Daniel Douglas Home, Eusapia Palladino czy Rudi Schneider. Seanse z jego udziałem trwały zaledwie siedem lat, dlatego pozostałby pewnie postacią nieznaną, gdyby nie książka podpułkownika Norberta Okołowicza „Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim” wydana w 1926 roku, zawierająca blisko 100 zdjęć i ogromną liczbę wypowiedzi naocznych świadków. Spokojny i zamknięty w sobie Kluski, będąc dzieckiem doświadczał ponoć wyjść poza ciało i widywał zmarłych krewnych oraz duchy zwierząt. Również inne dzieci w jego towarzystwie mogły oglądać widma z zaświatów, co wywoływało u nich podszytą strachem niechęć do Franka.
W 1918 roku 46-letni Modrzejewski przypadkiem trafił na seans innego sławnego medium, Jana Guzika. Wówczas obecni tam goście zorientowali się, że jest osobą sensytywną i zaczęli przeprowadzać eksperymenty, które przeniesione na grunt naukowy z czasem dały obfity plon. Liczba osób, jakie wzięły udział w spotkaniach z Kluskim, ostatecznie sięgnęła kilkuset. Byli to ludzie najróżniejszych profesji: profesorowie wyższych uczelni, wojskowi, zawodowi iluzjoniści i badacze mediumizmu. Wśród tych ostatnich najbardziej znani: profesor Charles Richet, laureat Nagrody Nobla z 1913 roku, profesor Gustave Geley, dyrektor Instytutu Metapsychicznego w Paryżu, profesor Camille Flammarion, popularny francuski astronom oraz Hewett Mackenzie, honorowa dyrektor brytyjskiego Collegium Psychic Science. W gronie polskich parapsychologów znaleźli się między innymi inżynier Piotr Lebiedziński, Prosper Szmurło, założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Psychofizycznego, a także lekarze: Ksawery Watraszewski i Tadeusz Sokołowski. Jako że fenomen Kluskiego przyciągał szeroką publiczność, stając się w Warszawie wydarzeniem towarzyskim, na seansach z jego udziałem nie zabrakło postaci znanych ze świata polityki, kultury i biznesu. Wymieńmy na przykład Józefa Piłsudskiego, Józefa Becka, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Juliusza Osterwę. Uczestnicy tych spotkań byli dobierani w sposób przypadkowy, a jednak większość z nich zgadzała się w jednym: mieli do czynienia ze spektaklem, którego nie da się stworzyć za pomocą trików i zręczności rąk. Seanse z udziałem Kluskiego organizowano w różnych miejscach, przy czym, co istotne, również w jasnym świetle lamp.
Ogółem odnotowano ponad 800 manifestacji paranormalnych, a regułą stało się, że obecni na sali ludzie w ukazujących się zjawach rozpoznawali znane sobie, nieżyjące osoby. „Pojawiały się pod postacią mgły, stopniowo przybierały kształty i stawały się bardziej widoczne, z takimi szczegółami jak zmarszczki oraz zarost” — pisał obecny przy tych wydarzeniach Władysław Feliks Pawłowski, profesor aerodynamiki na Uniwersytecie w Ann Arbor, który znajdując się pod silnym wrażeniem tego, co przeżył w Warszawie, opublikował entuzjastyczne sprawozdanie z seansu. „Kilka manifestacji występowało jednocześnie, a często miało się wrażenie duchowej obecności wielu innych” — dodawał zaskoczony. Naukowiec odnotował, że zjawy ukazywały się w pewnej odległości od Kluskiego i podczas gdy niektóre z nich chodziły w zwykły sposób, inne unosiły się nad głowami siedzących. Te, które mogły mówić, robiły to w języku, jakim posługiwały się za życia. Było rzeczą oczywistą, że dysponują umiejętnością czytania w ludzkich umysłach, ponieważ precyzyjnie odpowiadały na pytania wyrażane w myślach. Niektóre wybierały komunikowanie się przez stukanie, a głosy tych, które przemówiły, opisywano jako doskonale czyste i o normalnej głośności, lecz brzmiące jak głośny szept. Dla spirytystów liczył się fakt, że podczas niektórych mediumicznych manifestacji Kluskiego pojawiały się widma zwierząt. Stanowiło to przeciwwagę dla przekonania, że po śmierci egzystują wyłącznie istoty ludzkie. Uczestnicy seansów byli świadkami ukazywania się zjaw różnych naszych braci mniejszych.
Pewnego razu pojawił się pies, który uzyskawszy fizyczny kształt, wskoczył na kolana jednej z osób. Innym razem przypominający jastrzębia ptak bijący skrzydłami o ściany i latający po pokoju. Tę niezwykłą manifestację udało się utrwalić na kliszy fotograficznej. Podobne obserwacje przydawały wagi wierzeniu, że łączące nas ze zwierzętami więzy uczuciowe nie zostają przecięte w chwili śmierci. Kilku ludzkim zjawom, jakie pojawiły się podczas eksperymentów, towarzyszył czworonożny przyjaciel, który odszedł w zaświaty już po śmierci swojego pana. Dokonywane przez Kluskiego manifestacje potwierdzały, że wszyscy nasi ulubieńcy przeżyją własny zgon. Na przykład jedna z materializacji przypominała lwa, który chodził dookoła, smagał ogonem meble i pozostawiał za sobą silny, gryzący zapach. Inna, nazywana pit Ekantropem, wyraźnie zaznaczała swą obecność, przesuwając meble i próbując obecnych lizać po twarzy. Niekiedy seanse trzeba było kończyć przed czasem, ponieważ atmosfera stawała się zbyt gorąca. Pawłowski opisywał, jak pitekantrop złapał za rękę pewną damę, a potem jej dłoń przyłożył sobie do twarzy.
Tak ją to przeraziło, że straciła nad sobą panowanie i zaczęła histerycznie krzyczeć. Widma spełniały prośby dotyczące przesunięć sporych rozmiarów mebli. Czyniły to szybko i bez wysiłku. Jedna ze zmaterializowanych postaci poruszyła nawet ciężki posąg wykonany z brązu. Doktor Gustave Geley z paryskiego Instytutu Metapsychicznego relacjonował: „Wszystkie oglądane przez nas zjawy sprawiają wrażenie osób prowadzących zwykłe życie”. Pawłowski przytakiwał z ochotą, dodając: „Chodzą wokół gości, uśmiechają się poznając znajomych i ciekawie spoglądają na tych, których widzą po raz pierwszy”. Opisanym materializacjom towarzyszyły wirujące światła, aporty rzeczowe oraz trudne do zidentyfikowania hałasy i zapachy. Kluski z powodzeniem używał pisma automatycznego. Bywał też widywany w dwóch miejscach naraz. Te niezwykłe manifestacje występowały również w świetle dziennym, gdy medium wykonywało zwykłe, codzienne zajęcia.
Pawłowski wspomina, jak chodząca po pokoju Kluskiego pewna samoczynna materializacja uniemożliwiała mu zaśnięcie. Co interesujące, wykonane testy wykazały, że w pomieszczeniach, w których odbywały się seanse, dochodziło do nagłego spadku temperatury. Ustalono także, że gdy w pobliżu medium znalazł się kompas, jego wskazówki poczynały kręcić się jak szalone. Jednak do historii mediumizmu Modrzejewski wszedł dzięki dowodom materialnym na obecność produkowanych przez siebie zjaw. Są to wykonane w parafinie odciski, z których część przetrwała do dziś. Przechowuje się je w zbiorach Instytutu Metapsychicznego w Paryżu. Jak przebiegał ten proces? Otóż zjawę nakłaniano do zanurzenia kończyny w wanience z roztopionym woskiem. Kiedy potem znikała, odchodząc w inny wymiar, w pokoju pozostawały puste w środku formy poświadczające fizyczną obecność gościa. Były one doskonałe w każdym szczególe i dawały dowód nie tylko materializacji, ale i dematerializacji zaświatowego wizytanta.
W 1921 roku francuscy badacze potajemnie wprowadzili do płynnej parafiny rozpuszczalny cholesterol, by upewnić się, że każdy odcisk powstał w czasie, gdy przeprowadzano eksperyment. Po dodaniu kwasu siarkowego parafina stałaby się czerwona, a w końcu ciemnobrunatna, i w ten sposób można by rzecz ostatecznie zweryfikować. Richet pisał, że podczas seansu on i Geley trzymali Kluskiego za ręce, a później odkryli, że w ustawionej w drugim końcu pokoju wanience zostały odciśnięte zmaterializowane dłonie i stopy dziecka. Po tym fakcie byli zmuszeni stwierdzić, iż to badanie daje niezbite naukowe dowody na materializację ektoplazmy. Jako naukowiec Richet uważał taką koncepcję za czysty absurd, lecz dodawał: „Tak, to absurd, ale cóż z tego, kiedy to prawda?” Kluski był w stanie dokonać materializacji zjaw przy zastosowaniu najbardziej surowych procedur, a więc nawet wówczas, gdy pozostawał nagi albo seans z jego udziałem przebiegał w jasnym oświetleniu. W niektórych przypadkach zjawy przybywały zaopatrzone w światło lub podnosiły tak zwane świecące tabliczki, żeby ludzie mogli im się lepiej przyjrzeć. Jedno z często goszczących widm miało zwyczaj w paranormalny sposób oświetlać gości siedzących przy stole. Możliwości mediumiczne Kluskiego nie ograniczały żadne stosowane przez badaczy środki kontroli. Jedyne problemy, jakie od czasu do czasu odnotowano, wiązały się ze stanem zdrowia Modrzejewskiego oraz z panującymi akurat warunkami atmosferycznymi. Istotne kłopoty sprawiały burze.
Zaobserwowano również, że gdy Kluski cierpi na jakąś fizyczną dolegliwość, wywoływane przez niego materializacje mają wyraźnie mniejsze rozmiary. Po takich seansach zdradzał oznaki wyczerpania, nie mógł spać i wymiotował krwią. Niektóre z tych objawów, jak przypuszczano, były konsekwencją ran odniesionych w pojedynku. Serce siedemnastoletniego Modrzejewskiego przeszyła na wylot kula wystrzelona z pistoletu. Podczas gdy wiele znanych mediów ograniczało się do wywoływania takich zjawisk jak dobywający się z nieznanego źródła zapach, odczuwany przez uczestników seansu dotykanie, nagłe podmuchy wiatru czy potrząsanie tamburynem bez kontaktu z instrumentem, Kluski zdawał się ukazywać umiejętności pochodzące jakby z wyższego poziomu mediumizmu. Dobrze udokumentowane, niesamowite zdolności tego człowieka stanowią twardy orzech do zgryzienia dla sceptyków i przeciwników parapsychologii. Krzysztof Boruń, pisarz i badacz zjawisk mediumicznych, kwestię tę ujął tak: „Przy najdalej posuniętym sceptycyzmie i nieufności do mediów nie można znaleźć żadnych konkretnych podstaw, aby podejrzewać Modrzejewskiego o mistyfikację, a świadków jego wyczynów o naiwność. Teofil Modrzejewski był ostatnim wielkim medium fizycznym XX stulecia” — dodaje Boruń. Wraz z jego odejściem kończy się okres rozkwitu mediumizmu materializacyjnego. Znamienne, że po drugiej wojnie światowej nie słyszy się już o tej klasy mediach.
Czytała Agnieszka Krzemień.
[01:35:02] - Czy lubicie państwo dystopie? Czy ten gatunek literacki jakoś przypadł państwu do gustu? Ja muszę powiedzieć, że gdzieś tak od czasów, kiedy byłem nastolatkiem, lubię ten gatunek. A dzisiaj w recenzarium Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska omówi książkę mojej młodości. Ona wtedy była zakazana. Mam na myśli „Rok 1984” Orwella. Zakazana, tak! Był rok 1984 właśnie i z wypiekami na twarzy słuchałem czytanej przez lektora książki w BBC, audycji polskiej nadawanej z Londynu. Słuchałem tydzień po tygodniu kolejnych części i nabierałem pewności, że chcę to jeszcze kiedyś przeczytać sam. Wtedy wydawało się, że gdzie tam, nigdy tego w Polsce nie wydrukują.
Sławny dowcip, trochę starszy o dwa lata od sytuacji, którą państwu opisuję, kiedy to wydawnictwo Alfa zapowiedziało, że wyda — Alfa albo Alma Press. Muszę powiedzieć, że skleroza mnie dopadła. Nie jestem pewien. Ale więc Alfa albo Alma Press, któreś z tych wydawnictw zapowiedziało, że wyda Orwella „Rok 1984”. Jeden z dowcipów w fandomie mówił: „Chyba kalendarz, chyba zaległy kalendarz”. Wiary w to nie było, a jednak minęło tylko kilka lat i książka się ukazała. Tak. A teraz posłuchajmy Luizy Dobrzyńskiej, co ma do powiedzenia na temat tej sławnej książki.
[01:37:22] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dziś coś z cyklu: znacie, to posłuchajcie. Książka, którą znają praktycznie wszyscy, a w każdym razie znać ją powinni. Chodzi o "Rok 1984" Orwella. Pośród wszystkich dystopii tę książkę wyróżnia jedno. Powstała wskutek silnej inspiracji wydarzeniami, które rzeczywiście miały miejsce. Autor był dziennikarzem w Hiszpanii w czasie przewrotu, w czasie wojny domowej. Ponieważ opowiedział się przeciwko stronie komunistycznej, ciążył na nim wyrok śmierci. Udało mu się jednak uciec. To, czego był tam świadkiem, jak również świadomość, skąd to się wzięło, zaowocowało napisaniem chyba najsłynniejszej dystopii na świecie.
I właśnie dlatego, że jest ona tak ściśle związana z rzeczywistymi wydarzeniami oraz z faktycznym funkcjonowaniem krajów totalitarnych, które istnieją jeszcze dzisiaj, chociażby Korea. Właśnie dlatego ta książka jest taka ważna. Bo jeśli chodzi o język, o styl, można uznać, że zestarzało się to dzieło okrutnie. Natomiast jego przesłanie pozostało tak samo żywe, jak wtedy, kiedy została wydana po raz pierwszy. Warto tutaj podkreślić, że była zakazana w czasach PRL-u, ale jak to zwykle bywa, Polakom można czegoś zakazać, tylko że z tego nic nie wynika. Książka krążyła w nielegalnych odpisach, w drukach, na powielaczach. Sitodruk był naszym wielkim orężem wtedy. Wszystko można było na nim wydrukować. Zatem i Orwell znalazł tam swoje miejsce. Łatwo się zorientować, dlaczego komunistyczne władze zakazywały tej książki, dlaczego się jej bały.
Po prostu otwierała ona oczy na wiele rzeczy. Pokazywała świat takim, jaki jest rzeczywiście. Bo o czymże mówi ta książka? Jej bohaterem jest Winston Smith. Należy on do tak zwanej Partii Zewnętrznej, czyli osób owszem uprzywilejowanych, ale nie nadmiernie. Raczej mówi się, że są uprzywilejowani, niż są rzeczywiście, albowiem ich życie tak naprawdę jest znacznie gorsze od życia warstwy uważanej wręcz za nie ludzi. Chodzi tu o tak zwanych proli, czyli proletariuszy. Jakby to powiedzieć, warstwa robotnicza, ta, która zajmuje się właściwie wszystkim: wytwarzaniem dóbr, oczyszczaniem, wszystkim tym, czym się zajmują robotnicy. Do zadań członków Partii Zewnętrznej należy administracja, natomiast władza pozostaje w gestii Partii Wewnętrznej, z której członkami nie stykają się ani prole, ani ci z Partii Zewnętrznej. A jeżeli już, to okazjonalnie.
W Partii Wewnętrznej skupiają się ludzie, którzy jako jedyni w opisywanym kraju mają dokładne wiadomości, wiedzą, co się naprawdę dzieje na świecie i kto właściwie prowadzi wojnę determinującą Oceanię. Oceania to jest jedno z trzech supermocarstw, które rządzi światem roku 1984. Winston mieszka w jego stolicy, w Londynie. Do tej pory z pokorą przyjmował swój los. Jadł byle co, to, co mu serwowano. Pił również byle co, to, co było mu dozwolone i na co było go stać. Całe jego życie właściwie wypełniała praca, bowiem tak właśnie miało wyglądać jego życie oraz tych, którzy tak jak on należeli do Partii Zewnętrznej. Nie wolno im było praktycznie niczego, co określa wolność człowieka. Zakazane zwłaszcza były związki między ludźmi. Jedyny, jaki partia popierała, stanowiło małżeństwo wyłącznie w celu wydania na świat potomstwa i wychowania przyszłych obywateli.
Dzieciom od maleńkości wpajano, że władzę należy informować o wszystkim, skutkiem czego już kilkoletnie szczeniaki donosiły na rodziców. W pewnym momencie Winston ma już tego wszystkiego dosyć. Kupuje zeszyt, w którym zaczyna po kryjomu spisywać swoje myśli. Sądzi bowiem, że w jego mieszkaniu, objętym, tak jak wszystkie inne mieszkania, systemem nadzoru, jest kąt, do którego nie sięga kamera i w tym kącie właśnie może pisać, co mu się żywnie podoba. Oczywiście myli się, ale na razie o tym nie wie. Jego życie zmienia się gwałtownie, gdy spotyka Julię pracującą w Ministerstwie Literatury. Między tym dwojgiem rodzi się uczucie, rzecz zakazana, uważana wręcz za zbrodnię i oboje muszą za to zapłacić. Można by powiedzieć, że Orwell posunął się trochę za daleko, ale tak wcale nie jest. Wystarczy sięgnąć do pamiętników ludzi, którzy uciekli z maoistowskich Chin. Tam panowało coś właśnie takiego.
Szczególnie w ogromnych gospodarstwach rolnych, gdzie nakazem Mao zbierano młodzież obojga płci, ponieważ w każdej rodzinie ktoś musiał pracować na roli. Ci młodzi ludzie byli podzieleni. W jednych brygadach pracowały kobiety, w drugich mężczyźni, właściwie dziewczęta i chłopcy. Jakiekolwiek kontakty między nimi były całkowicie zakazane. W jednej z książek, które w swoim czasie na ten temat czytałam, nazywała się ona bodajże "Czerwona Azalia", opisana jest wstrząsająca historia miłości między dziewczyną z brygady kobiecej a młodym chłopcem z brygady męskiej Kiedy zostają przyłapani, dziewczyna poddaje się praniu mózgu. Takiemu, że w końcu oświadcza, iż zostaje zgwałcona, skutkiem czego jej partner zostaje rozstrzelany, a ona popada w chorobę psychiczną. To nie był jednostkowy wypadek. Tak się rzeczywiście działo. Tak właśnie wygląda skrajny totalitaryzm i to opisał Orwell. Jego książka ma swoje wady, przede wszystkim jej język, który nie jest zbyt dopracowany, powiedziałabym.
Przynajmniej jak na dzisiejsze standardy. Poza tym rozwiązanie sprawy Winstona wydaje się po prostu absurdalne, zbyt absurdalne nawet jak na totalitaryzm. Nie wyobrażam sobie systemu, w którym łamano by człowieka tylko po to, żeby go wypuścić, dać mu dobrą pensję, żeby sobie żył, włóczył się po mieście i pił w barze. Po co? Jest to marnowanie czasu, sił i środków. Także akurat to zakończenie wydaje mi się mocno naciągane, ponieważ po tym, co Winston przeszedł, jest w zasadzie całkowicie bezużyteczny. Nie nadaje się właściwie nawet na, jakby to powiedzieć, przestrogę dla innych, bo w zasadzie nikt na niego nie zwraca uwagi. Ludzie są zajęci własnymi problemami. To smutne, że jedyna część tego świata, gdzie panuje względna wolność, to właśnie środowisko proli, proletariuszy. Warstwy wyższe pogardzają nimi do tego stopnia, że nie uważają za stosowne nawet ich inwigilować.
Być może robią to w jakiś nieznaczny sposób. Zawsze może być tak, że wśród nich narodzi się jakiś przyszły przywódca, którego trzeba odpowiednio szybko zneutralizować. Poza tym oni robią co chcą. Nie dotyczą ich zakazy, nie dotyczą ich te ograniczenia, którym podlegają członkowie partii zewnętrznej. To też nie do końca wydaje mi się realne, ponieważ w takiej sytuacji ten bunt by się w końcu narodził w taki czy w inny sposób. To byłoby zbyt niebezpieczne. Tak czy inaczej, rok 1984 powinien znać każdy. Dlaczego? Jest on bowiem niesamowicie mocną przestrogą przeciwko temu, do czego prowadzą systemy totalitarne, do czego prowadzi chęć kontrolowania każdej dziedziny życia obywateli. Ach, to nam w ogóle nie grozi.
To jest niemożliwe, można powiedzieć. Na pewno? Zauważmy taką rzecz. W wielu społeczeństwach nie tylko toleruje się to, że dzieci donoszą na rodziców, ale wręcz zachęca się je do tego. Można powiedzieć: w gruncie rzeczy tak powinno być. Jeżeli rodzic się zachowuje wobec dziecka niewłaściwie, dziecko powinno pójść i o tym powiedzieć. Tak. Tylko że właśnie w ten sposób rodzi się taki totalitaryzm, albowiem przede wszystkim od małego uczy się donoszenia na innych, nawet na najbliższych. Niszczy się całkowicie zaufanie między rodzicami a dziećmi i programowo wychowuje się dzieci na osoby całkowicie niemoralne. Albowiem nie zapominajmy, że w sytuacji, kiedy z góry się zakłada, że dziecko, które przychodzi na policję i mówi powiedzmy, że matka się nad nim znęca, mówi prawdę, a jego matkę od razu traktuje się jak kryminalistkę, prowadzi do bardzo niebezpiecznej sytuacji.
Ponieważ dzieci, a nawet młodzież charakteryzuje się tym, że nie ma wyobraźni perspektywicznej, nie zdaje sobie sprawy z dalszych skutków swego postępowania i bardzo łatwo jest skłonić je do nagięcia faktów, powiedzmy, a nawet całkowitego ich zmyślenia, bo w ten sposób może coś osiągnąć. Powiedzmy, mamusia zabrała smartfon. Trzeba mamusię ukarać. No i już mamy punkt zaczepienia. Dlaczego właśnie kładę nacisk na to? Ponieważ rozbicie jedności rodziny właśnie jest pierwszym krokiem do zniszczenia struktury społecznej, powodując to, że ludzie stają się w zasadzie bezmyślną masą. A taką masą bardzo łatwo jest rządzić i manipulować. Więc może lepiej uważajmy, do czego zachęcamy dzieci i patrzmy dobrze na ręce tym, którzy nami rządzą. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:48:10] - Czas, proszę państwa, na MAUP. Dzisiaj nowe zagadki archeologii Luca Gürczina. Chyba tak to należy wymówić. Okoliczność jest mało sympatyczna, bo autor całkiem niedawno zszedł z tego świata, więc tym bardziej uważamy z Piotrem, że warto do tej książki i nie tylko do tej książki wrócić. Zapraszam zatem. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:48:44] - Witam serdecznie.
[01:48:46] - Książki z pogranicza. Tak. Dzisiaj książka, która zapadnie państwu w pamięć, jeśli po nią sięgniecie. Taką mam hipotezę roboczą. Nowe zagadki archeologii to jest książka Luca Gürczina. Chyba tak to się wymawia. Zawsze mam z tym problemy. Co czytamy na okładce? Egipskie mumie w Wielkim Kanionie. Kalkulator sprzed 20 000 lat.
Prehistoryczna mapa topograficzna i inne sensacyjne odkrycia. Ja, proszę państwa, jestem człowiekiem, którego określa się we współczesnej polszczyźnie jako wpływowy jestem. Czyli inni ludzie mają na mnie wpływ. No ale powiedzmy taka uroda współczesnej polszczyzny. Powiem tak: ja rzeczywiście łatwo ulegam tego rodzaju wpływom czynionym przez różnych autorów. Tylko problem polega w moim przypadku na tym, że owszem, ja się daję porwać, ale później obsesyjnie różne rzeczy sprawdzam, a przynajmniej weryfikuję. I to bardzo często bywa kres podróży z danym autorem, bo wiele razy okazywało się, że treści, które porywały mnie swoją fantazją, swoją wyobraźnią, swoją niesamowitością, okazywały się po prostu wyssane z palca albo z jakiejś innej części ciała. Tymczasem książka, o której będziemy mówić dzisiaj, obroniła się i ten test przeszła.
[01:50:34] - Tutaj wspomniałeś o kresie. Powiedzmy, że wracamy do pozycji Luca Birgina, o którego sylwetce mówiliśmy względnie niedawno na kanale. I to nie jest tak, że wracamy, bo nam się Birgin spodobał. Okoliczności są raczej smutne, bo dowiedzieliśmy się, że ten szwajcarski pisarz zmarł 11 maja tego roku w Bazylei, w swoim domu, w wieku zaledwie 54 lat. Od jakiegoś czasu walczył z nieuleczalną chorobą. Myśmy mu poświęcili całkiem niedawno odcinek, gdzie rozmawialiśmy o jego książce na temat zagadek nauki. Tam padły różnego rodzaju koncepcje mówiące, że to był pisarz z pogranicza, bo się zajmował teoriami z pogranicza, ale był też pisarzem z pogranicza epok, czyli z tego czasu, kiedy się pisało książki bardzo specyficzne, takie, które byśmy dzisiaj po prostu władowali na bloga albo do internetu. Czyli te treści Birgina były z jednej strony bardzo łatwo przyswajalne, ale też dla współczesnego czytelnika byłyby do zamknięcia raczej w wersji elektronicznej niż w papierze. Dodam tylko, że Luc Birgin dał się poznać polskiemu czytelnikowi dość szybko, bo w latach chyba 90., Marku. Biorąc pod uwagę fakt, że on był wtedy bardzo młodym pisarzem, to był taki trochę ewenement, że jego książki trafiły na polski rynek tak szybko i w sumie przez długi czas nie mieliśmy informacji na jego temat, na temat tego, kim on w ogóle był.
Stąd wiele osób może przyjąć z pewnym szokiem, że była to tak młoda osoba. Z tego, co wiadomo, Birgin do 2019 roku współprowadził pismo poświęcone tajemnicom świata i zagadkom nauki. Dał się też poznać jako odkrywca tak zwanych szwajcarskich akt UFO, które przeleżały przez lata w archiwach w Bernie przez nikogo nieodkryte, a on na nie natrafił. Na koncie Birgin miał ponad 20 książek, z czego się w Polsce ukazały chyba cztery, w tym trzy poświęcone zagadkom historii oraz archeologii. I dzisiaj, żeby uhonorować Birgina, wspominamy jego dzieło poświęcone właśnie odkryciom, artefaktom z pogranicza.
[01:53:04] - Powiem ci, Piotrze, pociągnę myśl, którą sygnalizowałem w pierwszym wejściu. Otóż mnie ta książka przypadła do gustu dlatego, że ona nie jest nachalna. Ona nie stara się za wszelką cenę przekonać: „Patrz, to cud! To niesamowite. To na pewno jest przejaw jakiejś niezwykłej tajemnicy”. Owszem, autor pisze o rzeczach, które wymykają się, a w każdym razie wydają się wymykać współczesnej nauce albo współczesnej refleksji natury naukowej. Niemniej jednak nie robi tego w sposób obsesyjny, a raczej stosując metodę – i tu pewno zostanę wyklęty przez miłośników nauki – ale de facto stosuje metodę naukową, a w każdym razie popularnonaukową. Otóż przede wszystkim porządkuje materiał. To, uważam, dla każdej osoby, która przerzuca z różnych miejsc, czy to w internecie, czy z infosfery, do swojej książki, jest rzecz bardzo ważna, żeby umieć uporządkować materiał, którego jest w dodatku dużo. I moim zdaniem autor robi to całkiem sprawnie.
W dodatku, tak jak powiedziałem, podkreślam to, tym razem ja będę obsesyjnie, ale będę podkreślał, że robi to sprawnie i robi to w sposób nienarzucający. To znaczy my możemy wyciągnąć swoje wnioski. On po prostu gromadzi materiał, przedstawia go. Być może jest to zachęta również do weryfikacji części informacji albo wszystkich informacji, które są zawarte w książce. Co więcej, traktuję to jako zachętę, ponieważ jest sporo faktów podanych i można pójść tym śladem. Można ten internet przetrząsać, można sięgnąć po jakieś inne źródła. To mi się wydaje na tle wielu publikacji jednak takim podejściem, o które ciężko jest, jeśli chodzi o książki dotykające tej tematyki, czyli różnego rodzaju odkryć archeologicznych, które nie do końca pokrywają się z oficjalnymi treściami głoszonymi przez archeologię. To wszystko To zestawienie, o którym mówię, czyli sposób pracy autora, sposób podejścia wydaje mi się ciekawy, obiecujący, a przede wszystkim pozwalający czytelnikowi na wyrobienie sobie własnego zdania. Ja nie mówię tutaj o tym, że to mi się wydaje realne albo nierealne. Nie o to chodzi.
Oczywiście każdy z nas ma różne skojarzenia i może mu się wydawać, że coś jest prawdziwe albo nieprawdziwe. Nie, to widać wyraźnie, że autor zachęca nas: sprawdzajcie, szukajcie sami. Ja wam dałem tylko do ręki latarnię, a teraz wy musicie wyświetlić, oświetlić pozostałe fakty i przekonać się, czy to, co sugeruje, jest prawdą, czy to może jednak jest coś, co łóżemy między bajki.
[01:56:52] - Książki o takiej zakazanej archeologii czy historii z pogranicza, alternatywnej historii są do siebie zazwyczaj bardzo podobne. To znaczy w nich są opisane na przykład jakieś oparty tak zwane, czyli takie artefakty, których nie da się przypisać do oficjalnej wersji historii. I tutaj z zamkniętymi oczami można wymienić te najbardziej znane przypadki, jak mechanizm z Antykitery, czy też te mniej znane, mniej poznane przynajmniej jak rury z Baigong i tak dalej. W książkach Birgina takich przełomowych nowości nie ma. Kiedy patrzymy na spis treści, widać, że się przynajmniej starał, żeby te jego publikacje nie były takie sztampowe. Ale ogólnie przewidywalność tego typu książek nie polega na tym, że Birgin ma w tym jakąś winę swoją. Tak naprawdę to po prostu tych anomalnych odkryć, tych odkryć, które się wpisują do tej dziedziny pod tytułem na przykład zakazana archeologia, ale też parastronautyka jest mało. Ich się pojawia kilka na dekadę tak naprawdę. I to jeszcze się czasami trzeba natrudzić, żeby do tego odkrycia dorobić jakąś narrację. Czasami się pojawia jednak coś ciekawego, nie oszukujmy się, ale większość rzeczy, o których on pisze, to są sprawy stare, niekiedy sprzed kilkudziesięciu, ale też nawet stu i ponad stu lat.
To samo się tyczy jednak innych autorów, od Michaela Cremo począwszy. Także jeżeli ktoś tam szuka nowości albo rzeczy, o których nie słyszał, to może jedynie znaleźć co najwyżej nową interpretację albo nowe ujęcie starych rzeczy. Ale to nie jest wina Birgina, to jest wina po prostu realiów, że to wszystko, co ciekawe, było odkryte już kiedyś. Oczywiście są wyjątki od tej reguły. Przykładem jest chociażby ta struktura w kształcie litery L, która została znaleziona niedawno w podziemiach w Gizie.
[01:59:01] - Ale do tego, co powiedziałeś, chciałbym dodać jedną ważną informację. Otóż książka Birgina jest bogato ilustrowana. Jest naprawdę dużo ilustracji, które mają w jakiś sposób z jednej strony uatrakcyjnić lekturę, ale z drugiej strony pokazać, o czym autor właściwie opowiada. I tu taka refleksja. Wybaczcie państwo prywatę, ale w końcu prywata też rzecz ważna. Mamy rozdział 16, który mówi o jaskini Rose'a i tam chodzi o takie kamienie z wyrzeźbionymi na przykład twarzami ludzkimi, między innymi. I proszę państwa, przeglądałem sobie ten materiał ilustracyjny jeszcze raz po wielu latach i w pewnym momencie trafiłem na ilustrację. To przypadek oczywiście i z tego nic nie wynika poza jakąś taką moją iluminacją chwilową. Otóż jedno ze zdjęć takiego kamienia właśnie z tej jaskini, o której powiedziałem, tak bardzo przypomina ową twarz z Marsa, że aż się zasępiłem po prostu. I czy coś z tego wynika?
Nie, poza tym moim skojarzeniem, ale być może czasami w lekturze takich książek właśnie o to chodzi, żeby skojarzyć rzeczy, które innym się nie kojarzą, wysnuć jakąś nową teorię na podstawie właśnie tych starych informacji. Bo rzecz polega na tym, żeby nieustannie przepracowywać jakieś tam materiały. To oczywiście nie jest tak, że za każdym razem pojawia się coś odkrywczego, wspaniałego, nowego i na pewno prawdziwego. Nie, to w ogóle nie na tym polega. Chodzi o to, żeby cały czas ów materiał był przepracowywany, żeby to cały czas było w obiegu, żeby o tym myśleć bardzo krytycznie zresztą i czasami nawet z taką opcją, jeżeli komuś po drodze, że może to wszystko bzdury są. Tylko wiecie państwo, ja zawsze apeluję o to, kiedy mówimy, że coś jest bzdurą, to nie mówmy, tylko pokażmy, że coś jest bzdurą, bo to jest znacznie bardziej praktyczne. Bo umówmy się to, w co Państwo albo w co ja wierzę, w co wierzy Piotr, to jest nasza prywatna sprawa. W coś wierzymy, w coś nie wierzymy. Jeśli natomiast chcemy komuś zarzucać, że opowiada bzdury, to dobrze byłoby poza epitetem dorzucić jeszcze jakieś elementy, które wskazywałyby na to, że ów gość rzeczywiście opowiada bzdury. Nawiązując do książki, którą dzisiaj omawiamy, ta książka i w warstwie pisanej, faktograficznej, dostarcza rzetelnego materiału.
Rzetelnego na tyle, na ile tego rodzaju tematyka może być traktowana przez niektórych ludzi rzetelnie albo nierzetelnie. Bo od razu wiem, że ktoś powie: „Facet bzdury napisał, a Żelkowski mówi, że to rzetelne”. Dobrze, z tym zastrzeżeniem, które podałem, ale tak jak powiedziałem na początku tego wejścia, ilość zdjęć, ilustracji, pokazania tego, o czym jest mowa, budzi szacunek i w jakimś stopniu uwiarygadnia również tę książkę. Na ile w ogóle można coś uwiarygodnić. Obraz, jak wiadomo, dzisiaj też zaczyna być kwestionowany, ale te obrazy bardzo mocno działają na wyobraźnię. Jak państwo usłyszeli na początku, na moją zadziałały bardzo mocno. Obraz kamienia z wyrzeźbioną twarzą skojarzył mi się z twarzą marsjańską. Czy słusznie? Nie wiem. Być może.
Ale to świadczy, że ta książka działa. Działa na wyobraźnię. Ja zawsze jestem czuły na ten aspekt naszego funkcjonowania, żeby podchodzić z otwartym umysłem i z wyobraźnią do różnego rodzaju treści.
[02:03:48] - To ja tutaj dorzucę łyżkę musztardy lub dziegciu do tych rozważań nad świętej pamięci Birginem. Dobrze, on w swoich publikacjach sięga po szerszy zakres tematów niż archeologia, bo tam czasami jest antropologia wplątana, kryptozoologia nawet. On pisze o gigantach, o bigfootach i tak dalej. Ale ja mam tutaj problem z wyrobieniem sobie opinii, z podsumowaniem tych dowodów. Możemy mieć bardzo prosty wniosek na podstawie tej lektury, że po prostu nauka i historia to jest tylko ustalony zestaw faktów, natomiast to wszystko mogło być inaczej. Ale kiedy próbujemy wejść w to głębiej i poszeregować te anomalne znaleziska, czasami nawet te bardzo dziwne. Tam też jest taka sytuacja, że on przedstawia znaleziska, które mogą po prostu świadczyć, że na przykład podróże transatlantyckie przed Kolumbem się odbywały. W tym nie ma tak za bardzo nic anomalnego. To jest po prostu zagadka historii. Ale są takie miejsca, są takie znaleziska, które nam pokazują, że na Ziemi ktoś mógł dysponować naprawdę zaawansowaną techniką i to tysiące lat temu.
I kiedy dowody drugiego typu, poszlaki drugiego typu staramy się ułożyć w jakiś scenariusz, w jakiś ciąg, to powiem ci, że pojawia się pewien problem. Nie da się ułożyć takiej narracji historycznej, moim zdaniem, która by to wszystko w miarę logicznie zszeregowała. My wiemy, że niektóre rzeczy się mogły wydarzyć inaczej, potoczyć inaczej, ale kiedy weźmiemy sobie te najdziwniejsze obarcy, czyli te anomalne artefakty, to mamy szereg możliwości otwartych, naprawdę bardzo różnych, z których trudno jest zbudować sobie spójną narrację historyczną, żeby je po prostu umieścić w tej narracji tradycyjnej i żeby to nam jakoś uwiarygodniło te dziwne znaleziska. Nie wiem, takie mam czasami wrażenie, kiedy się przyglądam tego rodzaju artefaktom, różnego rodzaju, dziwnym i obarcom. Ale książka Birgina mimo wszystko według mnie nie koli. Jest to coś ciekawego. Szkoda oczywiście, że autora z nami już nie ma, ale myślę, że powiedziałeś na początku o tym, że przydałaby się reewaluacja tego materiału, jakieś może nowe podejście, żeby te książki z dziedziny starożytni astronauci, alternatywna historia nie były takie odtwórcze, takie jednakowe. Może po prostu po Birginie pojawią się ludzie, którzy zaoferują nowe spojrzenie na to wszystko, nowe spojrzenie wzbogacone o koncepcje, chociażby jak te związane z ultraziemianami, z kryptoziemianami, z tym, co oferuje ruch Disclosure. To już będzie głęboko fantastyczne, powiem ci. To już może być dla niektórych nie do przyjęcia, ale może rzuci nowe światło na tę zagadkę, w której pojawiają się też starożytni astronauci, która nas nęci od ponad pół wieku, a do której nadal nie potrafimy się zbliżyć niż na pewien dystans.
[02:07:16] - Powiedziałeś, Piotrze, o tej musztardzie. Ja sobie uświadomiłem, że ja jednak chyba lubię musztardę, bo to, co mówiłeś, że nie ma pewnej zwartej opowieści, nie ma pewnego usystematyzowania owej historii przedstawianej za pomocą różnych dziwnych znalezisk. Ja to akurat uważam za pewną zaletę, bo Birgin nie udawał, że coś wie, że wie, jak było. Ja z dużym dystansem podchodzę do takich historii, jakie układał chociażby Zecharia Sitchin. Czy jakie próbował mniej udolnie układać, próbuje w dalszym ciągu chociażby Erich von Däniken. On próbuje ułożyć jakąś historię świata paleoastronautycznego. Moim zdaniem nic z tego nie wychodzi. Z kolei Zecharia próbował robić to tak dokładnie, sam zresztą o tym w swoim czasie mówiłeś, tak dokładnie, tak szczegółowo, że przestajemy w to wierzyć. Po prostu to jest tak szczegółowe, tak koronkowo zaczyna być robione przez Sitchina, że człowiek mówi sobie: wszystko za bardzo pasuje, tam nie ma żadnych wątpliwości. On znowu przedstawia nam coś tak było, a dowody na to, że tak było, są czasami wątpliwe.
W związku z tym, to jest kwestia podejścia, ale ja wolę książkę, która nic nie udaje. Nie mówi mi jak było i że wie jak było. Mówi mi natomiast o tym, że nasza przeszłość pełna jest zagadek, tajemnic. Być może część owych tajemnic okaże się prostymi tajemnicami związanymi z tym, że człowiek był, jest i pewno będzie dziwną rasą, która zachowuje się dziwnie i w związku z tym tworzy różne dziwne rzeczy na świecie. Być może takie będzie rozwiązanie części zagadek, a być może inne z tych zagadek z czasem okażą się rzeczywiście takimi zagadkami, nazwijmy je wielkimi zagadkami ludzkości, na które nikt rozsądny, działający sukcesywnie i krok po kroku nie będzie miał prostej odpowiedzi. Nie będzie potrafił powiedzieć: było tak i tak. I wiecie państwo, w to wierzcie. Nie. Myślę, że wśród tych zagadek, które przedstawia Bürgin, część okaże się wielkimi zagadkami i być może rozwiązania tych zagadek zaprowadzą nas naprawdę w bardzo ciekawe rejony dawnej rzeczywistości. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Alchemia tworzenia. Proszę państwa, to jest audycja, która obrosła legendą, przy której wszyscy się uśmiechają. To znaczy, kiedy wypowiada się hasło alchemia tworzenia, to wszyscy zorientowani. Jakoś tak jeszcze nie spotkałem innej reakcji niż uśmiech. Tak, bo autorka wprowadza nas w świat literatury w taki bezbolesny sposób. Właściwie bawimy się literaturą wspólnie z nią. Ale tak, właśnie Katarzyna Prychacz posiadła tę, z mojego punktu widzenia zadziwiającą umiejętność przemycania poważnych treści. Bo to, o czym mówi Katarzyna, w gruncie rzeczy jest faktycznym namawianiem państwa do uwolnienia swojej wyobraźni, do uwolnienia, zerwania pęt codziennych, kiedy mówimy: ja tam nie jestem kreatywny, twórczy, ja tam nic nie wymyślę. Katarzyna pokazuje, że wystarczy tylko spuścić wyobraźnię ze smyczy. Wystarczy dać jej szansę i historie może nie układają się same, ale układają się jakby łatwiej, układają się lepiej.
Jeszcze trzeba po nich troszeczkę pomajstrować, jeszcze trzeba troszeczkę wysiłku włożyć, ale w gruncie rzeczy mamy gotowe scenariusze. I kiedy Katarzyna tu w czasie audycji, niemal na państwa oczach układa pewne scenariusze, to jest wyzwanie. Dokładnie to jest wyzwanie również dla państwa, bo wcale to nie muszą być scenariusze takie, jakie powstają w państwa głowach. Katarzyna sobie, a państwo sobie. Ona co prawda losuje, sprowadza kamienie milowe, według których się poruszacie, ale to jest właśnie piękne, że wcale nie musi być tak, że owe kamienie milowe, które stosuje Katarzyna, one i ją, i państwa zaprowadzą w to samo miejsce. To jest czas, kiedy możecie państwo uwolnić swoją wyobraźnię i sprawić, że ułożycie historię zupełnie inną, zupełnie osobną od tej, która powstaje w audycji. Życzę zatem udanych, chciało się powiedzieć łowów. Tak! Łowów na fajny kawałek prozy. I cóż, powodzenia.
Zapraszam na Alchemię tworzenia. Dzisiaj grzybki i fermenty. Część siódma.
[02:13:24] - Halo, halo, Bóg Radiowaludności. Przy odbiorniku Katarzyna Prychacz. No i co? I jak co środę niezmiennie i serdecznie i jak tylko się da zapraszam was na kolejny odcinek Alchemii tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 22. odcinku trzeciego sezonu naszego podcastu Naszej Alchemii tworzenia. Oczywiście przez dwa sezony, jak zawsze niezmiennie wam tutaj powtarzam na wstępie, skupiamy się na wymyślaniu, na kreatywnej improwizacji i zdaje się od odcinka numer szesnaście prowadzimy kreatywne śledztwo pod tytułem „Grzybki i fermenty”. Śledztwo dotyczy nie za fajnego morderstwa. Nie, na dobra, żadne morderstwo nie jest fajne, ale to wręcz było jeszcze takie trochę makabryczne w pewnym sensie.
Może tak w trakcie tych odcinków nam wyszło, że tutaj jakaś gruba akcja się dzieje. Zamordowany został alchemik bimbrownik i okazuje się, że ofiar jest więcej, że członkowie tajnego stowarzyszenia alchemików, którzy wypowiedzieli taką oddolną, cichą wojnę, jeżeli chodzi o rozwój w kierunku ulepszania ludzi, czy wręcz wypierania człowieka jako człowieka, tylko tworzenia czegoś z niego więcej. Więc oni taką wojnę wypowiedzieli. No i już też jeden z odcinków mieliśmy taki, że bardzo fajnie nam się, że tak powiem, te ofiary pogrupowały. Znaczy, słuchajcie, oczywiście, że mówię to w kontekście fabuły. Więc gdybyśmy mieli to spisywać, to myślę, że byłoby to bardzo ciekawe. Przy każdej zamordowanej ofierze, której ciało zostało w jakiś konkretny sposób wystylizowane, leżało też martwe zwierzę, a na ciele ofiary leżał złoty przedmiot, który właściwie nawiązywał do pokarmu, którym żywiło się to martwe zwierzę. Oczywiście w trakcie śledztwa okazało się, że to nie jest przedmiot z prawdziwego złota, tylko z tombaku, czyli z takiego podrabianego złota. I co dalej? Nie będę wam streszczać wszystkich odcinków, bo naprawdę tutaj się sporo podziało.
Myślę, że jeżeli w trakcie fabuły coś będzie trzeba dodać, to po prostu tak jak zawsze wam to dodam. A dzisiaj, jeżeli chodzi o formułę, jaką będziemy robić, komponenty, których użyjemy, to na razie myślę, że jeszcze pójdziemy sobie takim klasycznym w tym sezonie tokiem, czyli rzucę sześcioma kośćmi z serii Story Cubes. I jak w poprzednim odcinku rozpoczęliśmy te pudełka po dziewięć kości, więc mamy serię podstawową Story Cubes i serię Podróże. No i z jednej i z drugiej wyjęłam dzisiaj trzy kości, pomieszałam. Także tym będziemy rzucać pomiędzy kartami z klubu detektywów. Więc tak jak w poprzednim odcinku będziemy mieli cztery karty z klubu detektywów i pomiędzy wmontujemy ładnie sześć Story Cubes. Nie wiem, czy coś więcej potrzeba. Nie chcę już chyba tego wstępu przedłużać. Aha, no to, co trzeba powiedzieć, jak już mamy przechodzić do farszu, to oczywiście to, że w poprzednim odcinku nasz śledczy wpadł na trop najprawdopodobniej kolejnej ofiary i pędził, żeby sprawdzić ten trop i został aresztowany. Istotnym jeszcze też jest to, że od jakiegoś czasu śledztwo właściwie jest już prowadzone na własną rękę, ponieważ ktoś zadbał o to, żeby oficjalnie śledztwo zostało zamknięte.
Tam nawet pojawił się człowiek, który się przyznał, że to niby on zamordował tego alchemika bimbrownika. Co prawda tam się nic nie zgadzało, a komendant zachowywał się w bardzo dziwny sposób. Właśnie tak, jakby ktoś go może zmusił, może mu zasugerował, że nie należy w tej sprawie grzebać. Więc nasz śledczy szedł na własną rękę wszyściutko. I zobaczymy. Jeszcze nie wiem, w sumie nie postanowiłam, za co został aresztowany czy zatrzymany. Myślę, że właśnie moglibyśmy nawiązywać do tego. Miotam się, ale w pierwszej chwili pomyślałam o tym, żeby po prostu okazało się, czy ten komendant dowiedział się, że to śledztwo dalej jest prowadzone, a miało być zamknięte i dlatego zamknęli naszego śledczego. Aczkolwiek przeszło mi przez myśl, czy nie zrobić tak, że może właśnie ktoś będzie próbował tak na stałe uciszyć śledczego i po prostu go może w jakiś sposób wrobić w to morderstwo, może jakąś winę na niego zgonić. Ale wiecie co?
Zobaczymy chyba, co nam przyniosą karty. Z takim jakimś punktem wyjścia dzisiaj tu przychodzę, a zobaczymy. Karty już nie raz pokazały, że one tu rządzą, a nie ja. Dobra, no to co? To tasujemy karty i jak zawsze najpierw je wyjmę sobie, wyłożę, a oczywiście będziemy na bieżąco sobie, że tak powiem, wspólnie odwracać. No i dobra. Karta jeden, karta dwa, karta trzy i karta cztery. Dobra, chyba wszystko dzisiaj, jeżeli chodzi o wstępy. Lecimy, bo nie ukrywam, że już się nie mogę doczekać, co tam dalej będzie. Dobra karta numer jeden.
Cyk. Dobra, co my tu mamy? W pierwszej chwili popatrzyłam, że tu jakieś budowle, tu się coś zapada. Lata też jakiś, nie wiem, czy to latawiec, czy co to takie na sznurku dziwne. Ale wiecie co? Im tak dłużej patrzę na te budowle, no to są to figury szachowe. Patrzę, tu jedna wieża jest też tak cała popękana i z niej się też chyba jakaś woda wylewa tutaj. Figury szachowe to co, jakaś strategia? Rozgrywka? Czy ktoś właśnie pogrywa z naszym śledczym?
Może też patrzę te figury zburzone jako coś, co już się zaczęło może układać, a nagle zaczęło się rozpadać. Skńczyliśmy na tym, że to był wyścig z czasem, że okazało się, że właściwie to chyba tego samego dnia czy w nocy zaginął miś koala. Wcześniej się okazało, że w gablocie z małymi miniaturami z tombaku brakowało liścia eukaliptusa, takiego tombakowego. I tak nasz śledczy wymyślił, żeby odwiedzić zoo. I faktycznie okazało się, że tam brakowało misia koala, więc najpewniej będzie to kolejna ofiara. Jednocześnie nasz śledczy otrzymał telefon od stowarzyszenia alchemików, że nie mogą skontaktować się z jedną osobą. I zdaje się, z tego, co pamiętam, to była lekarka, bardzo lubiana, taka z dziada pradziada stara lekarka starej daty, która faktycznie leczyła czy to medycyną naturalną, czy dietą, a nie tyle samymi lekami z apteki. Z nią nie ma kontaktu, więc nasz śledczy do niej pędził. Tam też, pamiętam, była taka karta, było czarne i białe tornado. Taki wyścig destrukcyjny trochę.
Więc myślę, czy te szachy mogłyby tutaj pokazywać, że nasz śledczy uwięziony i że strategia mu się wali, że jest zdruzgotany trochę. Może właśnie, że krzyczy przez te kraty, próbuje się wydostać albo chociaż wytłumaczyć policjantom, żeby jechali pod adres tej kobiety, tej lekarki. Myślę, że chyba fabularnie trzeba do tego tak podejść, bo co my tutaj więcej wymyślimy? Pomyślałam, że może i nie, bo to by mogło być przełomem w śledztwie, że naszemu wrogowi by się kruszyła strategia. Ale niestety mamy na razie taką sytuację, że wygląda na to, że to na tej karcie jest strategia naszego śledczego. Dobra, losuję sobie trzy kości i będę sobie nimi teraz rzucać. I zobaczymy, co dalej, dokąd nas te kości zaprowadzą. Dobra, wezmę sobie na przykład tą jedną i rzucamy. Co to jest? Ach, czaszka.
Czaszka dinozaura. Nie wiem, czy to jakiś tyranozaur, czy co to po czaszce. Aż tak się nie znam. Ale czaszka, jakaś skamieniałość. Czaszka to też w sumie motyw przemijania, może motyw śmierci. Chyba że nasz śledczy będzie siedział w areszcie, bo nic już nie poradzi, nic nie wskóra. Właściwie to nikt nie do końca wie, że go aresztowano. To są takie zarzuty, że faktycznie prowadził to śledztwo. Myślę, że to przyjmiemy, że z tego powodu go zamknęli. I ta skamieniałość może to będzie informacja, może po prostu będzie już za późno.
On się dowie, że będzie jakieś poruszenie na komisariacie i że może kolejna sprawa i że już znaleźli ciało tej lekarki. Tylko nie tak, jak on prosił, żeby tam jechali, tylko po prostu ktoś to zgłosił. Może ktoś z tych alchemików do niej pojechał i znaleźli ją. Może to też byłaby fajna opcja. To znaczy fajna, niefajna. Musiało dojść do morderstwa kolejnego, żeby może jednak ktoś na tym komisariacie się zorientował, że chyba jednak śledztwo nie było rozwiązane, że nasz śledczy miał rację. To, co im mówił, żeby tam szybko jechali. Może tym razem znaleźli świeże ciało. W sensie takim, że jeszcze nie było stężenia pośmiertnego i tak dalej. Tak samo ten miś koala był świeżo zarżnięty.
To by było spoko. Więc tutaj może po prostu ktoś przyszedł do celi i wypuszcza naszego śledczego. Właśnie myślę, czy sam komendant, bo jeżeli on był pod czyimś wpływem, to nie wiem, czy tak łatwo by przyznał rację. Czy może po prostu jakiś partner tego naszego śledczego albo jakiś kolega z podobnego szczebla? A może naprawdę komendant? Że jednak zrozumiał czy wrócił do swoich wartości. Może zobaczył, że to jest jednak bardzo podejrzana sprawa i że może to śledztwo będą wspólnymi siłami w sposób tajny prowadzili, tylko tym razem pod przykrywką może troszeczkę, że komendant będzie udawał, że to śledztwo zostało zamknięte, a jednak będą sobie powolutku starali się to drążyć. Może tak. Dobra, zobaczymy następną kość, co tutaj dalej się działo. Tu mamy telefon komórkowy, czyli jakiś telefon.
Teraz tylko pytanie od kogo? Bo najlepiej, żeby się dowiedzieć jakieś tropy do kolejnej ofiary, to trzeba byłoby może pójść do tej przetapialni złota, gdzie była ta gablota z tymi tombakowymi rzeczami, znaczy tymi miniaturami. Chyba że ktoś zadzwonił. Czy nasz śledczy zadzwonił do kogoś? Chyba że zaginęła kolejna osoba. Ale nie, to byłoby za szybko. Bo co? Policja zajęła się szukaniem sprawców gdzieś tam naokoło. To może nasz śledczy mógłby już zająć się próbą przewidzenia. To kolejny może być, ktoś może z tego stowarzyszenia, bo tam mówiłam, że te poprzednie sześć ofiar, nie licząc tego naszego alchemika bimbrownika, to byli reprezentanci trzech sektorów, filarów, jeżeli chodzi o rozwój.
W każdym mieście, w każdym miejscu czy w każdym okręgu zawsze byli mordowani trzej reprezentanci. Była osoba, która reprezentowała siłę czy zdrowie ciała, osoba, która reprezentowała zdrowie ducha, czyli ci, którzy się zajmowali tym, czy pomagali ludziom w tym zakresie, i osoby zajmujące się umysłem, czyli jakimiś umiejętnościami, nauką i tak dalej. Aha, i jeszcze chciałam te okręgi powiązać. Pierwsze trzy ofiary miały należeć do okręgu odpowiedzialnego za emocje. Druga seria ofiar za sektor wiedzy. Tak myślę. Wpływ miał być wiedzy, umiejętności, bo tam mieliśmy senatora chyba i osoby dosyć wpływowe. I w tym sektorze mieliśmy mieć herosów , czyli osoby, odwołałam to do ciała, do witalności. I teraz tak: mieliśmy naszego alchemika Bimbrownika, mieliśmy lekarkę. I teraz faktycznie pozostawała jeszcze jakaś trzecia osoba.
Wiecie, tak sobie to przypominam, bo myślę, czy to nie mógłby być telefon z tego stowarzyszenia. Może właśnie oni próbują sami przewidzieć, na kogo padnie, na którą istotną postać w tym okręgu. Zobaczymy. Rzucę trzecią kością. Może kolejna karta też nam coś więcej jeszcze powie, ale na razie kość. Tutaj mamy lupę , czyli śledztwo jak nic. Lupa, śledztwo. Może jakieś tropy. Może jednak coś więcej tu się pojawi. Tylko co?
Bo w sumie sama lupa będzie nam tutaj sygnalizowała, że coś ważnego. Więc może po prostu powiążmy to z kolejną kartą i zobaczymy ten trop, jakaś poszlaka, coś, co na tej kolejnej karcie będzie, może to będzie jakimś przełomem, który wyśle nas, czytelników, obserwatorów razem z naszym śledczym może do innej lokacji niż posterunek. No to zaglądamy. Karta numer dwa. Cyk! Na karcie mamy burzę w szklance wody. Nie, tak naprawdę to jeśli już, to w filiżance. Okej, w tle mamy oczywiście jakieś chmurki burzowe, a w tej filiżance mamy wyspę. Widzę tutaj morze, fale. Jest nawet jakaś drabinka, która wychodzi z tej filiżanki, więc niby basen, ale jednocześnie to morze wygląda rozszalałe.
I w centrum mamy, to nie jest wyspa, tylko taka skała i z jej szczytu wypływa wodospad. I ta skała ma takie ładne drzewka. I teraz co by to mogło być? Tak myślę, że ta skała taka niewzruszona, wodospad sobie płynie jak gdyby nigdy nic, a naokoło tam gdzieś w tle tej skały jest rozszalałe morze. Są te fale. Czyli to mogłoby symbolizować może osobę, taką ostoję spokoju. Może to byłby trop tej trzeciej osoby? Alchemik to był ten nasz Bimbrownik. On był za ciało odpowiedzialny, lekarka za emocje. Czyli mielibyśmy teraz tutaj osobę odpowiedzialną za umysł, za umiejętności.
Więc może jakiś profesor albo coś z wodą związane, tak myślę. Tu mieliśmy małe miasteczko. Może latarnik morski? Też ta skała trochę jak taka latarnia morska, zamiast światła, to ten wodospad z niej wypływa. I to taki bardzo spokojny ten wodospad jest. Widać, że sączy się powoli, a nie, że go wyrzuca, wylewa. Może na górze też mógłby jakiś mnich czy ktoś taki być. Ale może właśnie latarnik, który należy do stowarzyszenia, jest oczytany, więc ma wiedzę. Może też dzięki temu, że jest latarnikiem, to marynarze przywożą mu księgi z różnych stron świata. Może on jest taki poliglota?
Jest otwarty na każde księgi, na wszystkie teorie jakieś i po prostu sobie sam to zbiera, analizuje. Wiecie, taki człowiek pełen ciekawostek różnych. Więc może tym telefonem nasz śledczy zadzwonił do kogoś, bo nie wiem, czy chciałby mieszać w to swoją ukochaną. Ona i tak pomagała przy tej sprawie, ale może po prostu zadzwonił, żeby wysłali kogoś. Aha, bo tutaj jeszcze pamiętam, było w którymś odcinku, że do tego stowarzyszenia należała recepcjonistka z komisariatu. To może nasz śledczy poszedł do niej i zlecił, żeby ktoś tak jak gdyby nigdy nic poszedł do tej przetapialni złota i obejrzał gablotę czy nawet zrobił zdjęcie tej gabloty i porównał z poprzednim zdjęciem, które ukradkiem nasz śledczy zrobił. A ten trop tutaj to może też jednocześnie ta sekretarka dała mu znać, kto jest potencjalną kolejną ofiarą. I może teraz wyszło, że to jest ten latarnik. No i zobaczymy, co dalej. Czy pojedziemy może od razu wraz z śledczym do tego latarnika?
Zobaczymy. Biorę kolejne trzy kości i zobaczymy, co tutaj się dalej działo. Ach, wpadła na matę, ale wyskoczyła nam mordka śpiący ludek, taki chrapiący. To teraz Pytanie, czy faktycznie pojechał do latarnika i latarnik spał? Bo wcześniej, jak rozmawialiśmy na temat tego, jak wyglądało ciało tego alchemika, bimbrownika i tak dalej, to wyszło, że on został najpierw otruty, a później została jego głowa odcięta i całe ciało zostało poprzebierane. I teraz, czy to będzie faktycznie oznaczało, że alchemik zasnął? Chyba że nasz śledczy trafił na moment, że on jest otruty, że może on jest po prostu nieprzytomny. Że to jest ten moment, że dopiero ta toksyna w jakiś sposób została mu podana, że się włamał do tej latarni i znalazł go w takiej jakby śpiączce dziwnej. Dobra, rzucam kolejną kością i zobaczymy, gdzie nas to prowadzi. Zobaczymy.
Może on po prostu miał narkolepsję jakąś albo twardy sen. Okej, na kolejnej kości mamy... pomyślałam w pierwszej chwili, że to jakiś pałac, ale właściwie to są jakieś cztery wieże z takimi okrągłymi kopułami. Może na dachach mają jakieś krzyże czy jakieś ozdoby? Takie podłużne wieże. Teraz co tylko, latarnie morskie? Co to by mogło oznaczać? Nie wiem, na jakiś kościół to też nie wygląda. Co to może być za rodzaj architektury? Właściwie nie wiem nawet, co miałoby to symbolizować, bo to jest chyba z tej serii podróże, więc myślę, czy gdzieś jest jakiś taki rodzaj architektury, czy takie miasta złożone z samych wieżyczek, że te budynki takie długie, podłużne.
Pewnie gdzieś coś takiego jest. To takie trochę wygląda nieeuropejskie. Tak patrzę, jak te kopuły, skojarzyło mi się to w ogóle z jakąś... Myślę, czy synagogi miały kopuły takie okrągłe? Teraz nie pamiętam. Czy też kościoły grekokatolickie niektóre są trochę inaczej budowane? Nie wiem właśnie jak prawosławne. No ale dobra, wiecie chyba, o co chodzi. Ja myślę, co nam to tutaj daje. Czy po prostu znalazł naszego latarnika?
Co te wieże mogą oznaczać? Nie mam punktów zaczepienia. Wieża, nie wiem. Patrzenie z góry? Ta kopuła tak jak latarnia. Nie wiem, chyba że to wziąć jako latarników, bo skojarzyło mi się to, jakby różne latarnie morskie stały koło siebie. A może tutaj latarnicy się jakoś będą komunikowali? A może, tak pomyślałam, że może oni byli w trakcie połączenia internetowego i nagle ten nasz latarnik zemdlał i to połączenie trwało i może oni by byli świadkami. Na przykład była taka internetowa konferencja latarników morskich i on może był właśnie jakimś przewodniczącym albo gościem honorowym. Dobra, to trochę odjechana opcja, trochę odjechana teoria, ale w sumie czemu nie?
Bo mielibyśmy może tutaj świadków, którzy może cokolwiek widzieli. Może widzieli właśnie tego sprawcę. Bo tutaj w toku śledztwa wyszło, że najprawdopodobniej tych sprawców było dwóch. Ja też tak sobie myślałam, że może właśnie byłby mężczyzna i kobieta, i ta kobieta na przykład podawała truciznę czy truła w jakiś sposób te ofiary, a mężczyzna już ogarniał resztę. I mamy jedną podejrzaną właśnie w tej przetapialni złota. Kobietę, która tam jest w biurze. I ostatnio było parę tropów odnośnie naszego podejrzanego, tylko teraz nie pamiętam, czy on miał tylko jeżyka na głowie, że taki krótko ścięty. Aha, i on miał być ranny chyba. No dobra, rzucam trzecią kością i zobaczymy, co to nam tutaj powie. Tutaj mamy góry, nad tymi górami chyba słońce.
Ciemna kropeczka, ale na jasnym tle, więc pewnie słońce. No i oczywiście do tych gór dróżka prowadzi. Nie wiem. Góry, podróże. Może ta latarnia też była na takim terenie. Myślę właśnie teraz, czy nasz śledczy wyszedł i szuka sprawców. Dalej nie wiem, co lepiej nam będzie. Wiecie co? Bo tak pomyślałam o tym, że był otruty ten latarnik, ale kurde, nie wiem, czy to nie byłoby za szybko, że jedna ofiara i zaraz kolejna. A tutaj ja w sumie nie mówiłam, ile dni minęło w tym śledztwie, ale od śmierci tego alchemika naszego, wydaje mi się, że to nie było tak, że na drugi dzień był ta osoba.
Że to nie był drugi dzień teraz od tego, co zabili tą lekarkę. Ale z drugiej strony tak mi się podoba ta konferencja latarników. Chyba że tutaj była taka zasada, że ta osoba była utrzymywana w śpiączce może. Wiecie, że to taki rodzaj toksyny, który na przykład sprawiał, że ofiara zapadała w bardzo głęboką śpiączkę, może właśnie taką farmakologiczną. I nie wiem, przez to, że ona nie była odżywiana i tak dalej, że może ta osoba po prostu umierała w śnie. Że to ciało po prostu się niszczało. Ale też, żeby ciało tak totalnie z głodu czy nawet z pragnienia, to chyba i tak jest, nie pamiętam ile bez wody. Dwa, trzy dni? Trudne wybory. Trudne wybory, powiem wam szczerze.
Góry. To co, szczyty może nie do zdobycia albo do zdobycia, jakieś cele, jakaś wyprawa. Dobra, odkręcam trzecią kartę i zobaczymy. Może tak jak z tą lupą było, jak to sobie powiążemy z tymi górami i może też nam coś to podrzuci więcej pomysłów. Czy ten nasz latarnik po prostu sobie zaspał głęboko, czy faktycznie już był pod wpływem tej toksyny? Dobra, cyk. Mamy tutaj akwarium, takie okrągłe, rybki w środku, roślinki. Oczywiście, że mały czarny kotek, który próbuje sięgnąć łapką do tego akwarium. Nad akwarium lewituje rybka, taki welonek. Nad akwarium też mamy obrazy na ścianie zawieszone i jeden z tych obrazów ma jakąś wodę i z tej wody wystają skały.
Z niego się wlewa taka świetlista woda do tego akwarium. I co to nam może dać? Myślę, dobra, latarnik mógł mieć zwierzaka, mógł mieć to akwarium. Zastanawiam się, czy ten kotek może by doprowadził naszego śledczego, patrzę góry, wędrówka, że może by pokazał jakąś anomalię. A może on też się zatruł? Czy to akwarium roztrzaskane? Bo też w sumie nie ustaliłam, jak ta toksyna jest podawana. Rozważałam przez moment w przypadku naszego alchemika bimbrownika, żeby na przykład jego naczynia, fiolki czy jakieś szklanki były pokryte tą toksyną, że w momencie, kiedy on na przykład próbował któryś ze swoich eliksirów, to tak po trochu się truł, aż w końcu ta dawka była taka, że on już po prostu ledwo dawał radę. I tam też mieliśmy ślady szamotaniny. Czyli właśnie na niego ta toksyna zadziałała wolniej niż przewidzieli sprawcy.
I może tutaj właśnie będziemy mieli dowód. Tak pomyślałam o tym akwarium, tylko po co by to akwarium było smarowane? Ale może woda? Ja w domu filtruję wodę, ale nie mam jakichś specjalnych filtrów, tylko kupiłam sobie szungit. To jest rodzaj węgla i ja te kamienie zalewam wodą i później sobie tą wodę zlewam. Ten kamień mi to filtruje. Ten mój słoik z tymi kamieniami trochę wygląda jak akwarium. I tak pomyślałam, że może taki słoik miał na przykład nasz latarnik. Chociaż szungit chyba słonej wody nie filtruje. Musiałabym kiedyś sprawdzić.
Ale jak tutaj mieliśmy tą medycynę naturalną i takie rzeczy, więc może on właśnie w ten sposób wodę filtrował i może właśnie ktoś mu zatruł tą wodę. A teraz myślę, czy on na przykład tej wody nie lał do rybek, że może i te rybki były martwe i kot był martwy. Nasz śledczy miał jeszcze szczęście, że znalazł latarnika, który jeszcze żył i zadzwonił po pogotowie i tak dalej. Odkrył też tą konferencję. Może tam właśnie ktoś się odważył odezwać, może ktoś to obserwował właśnie przez ten laptop czy tablet. Więc nasz śledczy tutaj rozmawiał, a jednocześnie zaczął się rozglądać po mieszkaniu, po tej latarni i właśnie odkrył podejrzaną sprawę, że i zwierzęta nie żyły. I zaczął może szukać, co było wspólnym źródłem, co oni wszyscy mogli spożywać. Szczerze kot to okej. Koty jedzą różne rzeczy. Czy może na przykład było w posiłku?
No ale rybki? Przecież rybkom nikt kotletów nie będzie wrzucał. No chyba, że to piranie. Dobra, może zrobimy tak, że to są te tropy. Może właśnie ktoś z tej konferencji, może jedna osoba została i może tam się połączyli na nowo i może oni wszyscy zgodnie potwierdzili, że faktycznie ten latarnik pił wodę i upadł. Myślę, kiedy oni mogli widzieć? Chyba że oni wszyscy mają monitoring, że może to jest rodzaj jakiegoś zabezpieczenia wśród latarników, że każda latarnia ma swój monitoring i oni się dzielą. W sensie, że na przykład ta latarnia, w której jesteśmy teraz z naszym śledczym, ma na przykład zapis monitoringu z czterech innych latarni i odwrotnie. Że to takie zabezpieczenie, bo może dochodziło do jakichś włamań, do jakichś podejrzanych spraw. A może nasz latarnik zauważył, że coś jest nie tak i miał taką trochę paranoję.
To też byłoby super, bo mielibyśmy już tutaj ewidentne dowody, bo warto byłoby już jakoś powoli zmierzać, żeby to nasze szewstwo zamknąć. Więc to by nam było tutaj naprawdę na rękę fabularnie. Czyli latarnika mamy w szpitalu, mamy też cały słój, więc można dokładnie zbadać, co to za toksyna była. Mamy też monitoringi z latarni i właśnie te tropy też z tą wodą. Dobra, jest fajnie, jest super. Powiem wam szczerze duży progres w sprawie dzisiaj. I co? Odkrywam w takim razie czwartą kartę i zobaczymy, na czym dzisiaj zakończymy. Gdzie my dzisiaj się tutaj zawiesimy w naszym śledztwie. Czwarta karta.
Cyk. O matko z córką, jakie tutaj jest Kongo. Dobra, nie wiem, czy my tutaj jesteśmy w chmurach, czy gdzie my jesteśmy. W tle mamy piękne niebo z białymi chmurkami, w centrum mamy walizkę. W tej walizce są jakieś poduszki i jest kij i do tego kija przymocowana jest czerwona filiżanka. W tej filiżance siedzi szczur, ale to nie taki zwykły szczur, bo to jest najprawdopodobniej jakiś szczur albo mysz. Nie, szczur. Po ogonie widzę, że to raczej taki szczurowy, że to jest szczur kapitan i ta walizka to wygląda jak jego statek. I on sobie jest w tej filiżance, trzyma nawet w łapkach lunetę i jest w mundurze. Ma ten taki niebieski kapitański mundur.
Jest też flaga. To nie jest czaszka, coś tam takie dziwne z oczkami. Trochę jak ten duszek z Pac-Mana. Flaga biała z czarnym symbolem. I tutaj nie ma wody. Właśnie to jest to, co się zastanawiałam, bo to też nie są chmury. Nie wiem, to są takie pomarańczowe kulki. Nie mam pojęcia co to, żabi skrzek czy ikra ślimaków? Nie wiem, do czego to porównać. Bubble tea, jak to by pewnie współcześnie ktoś skojarzył.
Zamiast morza mamy te kulki dziwne. I tu też widzimy płetwy rekinów, tak że tutaj ewidentnie mamy jakiś niebezpieczny rejs. Ten szczur ma też zaciętą minę, jakby płynął gdzieś faktycznie na jakąś mocną wyprawę. Nie wiem, czy tutaj nawiążemy. Może kapitan? Kapitan w sensie komendant. Dowody zostały zebrane. Może to wszystko jest cichaczem robione. To by mogła być podpucha, że na przykład nasz śledczy będzie udawał, że jest tym latarnikiem, nie? Że może tutaj zrobią taką dywersję, że po cichu zabrali tego latarnika, pozbierali ten słój z wodą i nasz śledczy tam zostanie.
Rekiny to takie niebezpieczeństwo, więc może nasz śledczy będzie wiedział, że ryzykuje tutaj bardzo. To byłaby ciekawa opcja. Kapitan może będzie jakoś to nadzorował. Te wszystkie monitoringi, oczywiście w latarni wszystko zostaje. Myślę też jeszcze, bo tu powinno być jakieś zwierzę. To w sumie niechcący wyszło, że ten kot i rybki. I nie wiemy też, co było w gablocie. Chociaż tak patrzę, te kulki takie żółte, trochę jak złoto. To chyba że też jeszcze uznamy, że w gablocie nie miały być zwierzęta, tylko potencjalny pokarm. Chyba że filiżanka, że kawa i będzie tam kopilówak czy jak tam się nazywa to łasicowate, czy co to tam, te co tą kawę trawią.
Że jedzą ziarenka kawy i wydalają te ziarenka i to niby taka super najlepsza kawa na świecie i najdroższa. Ale w sumie te kupy ich też tak wyglądają, trochę zbite jak te kule tutaj. Dobra, tak sobie trochę śmieszkuję, żartuję. Chociaż czemu nie? To już nie będę wtedy zwierzaków z tego quizu losować. Może dostali informację, czego z tej gabloty brakuje, ale nie mogli się zorientować, o co chodzi. Czemu to nie jest jedno ziarno kawy, tylko takie pozbijane, pozlepiane ziarna kawy? Ale nie, to miał być pokarm, a nie odchody. Chociaż... Dobra, wiecie co?
Tu chyba nie będę na siłę szukać połączeń. Patrzę jeszcze, bo w tej walizce mamy poduszkę, jakiś kocyk czy szalik jest złożony. Poduszka to też jako sen. Może tutaj uznajmy, że śledczy się położy do łóżka latarnika, że będzie udawał, że jest w tej śpiączce. Czy do łóżka, czy będzie na podłodze leżał. Gdzieś go trzeba usytuować. Komendant będzie nadzorował to z ukrycia trochę. Możemy wziąć tego kopilówaka. Nie wiem właśnie, czy to zwierzę tak się nazywało i kawa miała stąd nazwę, czy nie pamiętam. Będę musiała najwyżej zrobić research po nagrywaniu.
I też wtedy pozostali policjanci będą mogli mieć na oku zwierzaka, nie? Czy nie jest wwożony w jakiś sposób, czy w jakimś kontenerze przewożony do kraju, na teren tego miasteczka. Dobra, to mamy. Myślę, że już teoretycznie moglibyśmy zrobić finał śledztwa za tydzień. Natomiast korciło mnie jeszcze, żeby zrobić profile podejrzanych. Zobaczymy. Wiecie co? Bo wtedy bym wzięła archetypy osobowości. Może byśmy wylosowali jakieś karty z twarzami. Gdzie są zdjęcia?
Może w memach w tej grze miałam, tam parę było zdjęć kobiet i mężczyzn. I może byśmy spróbowali zrobić profil psychologiczny naszych podejrzanych, a wtedy w kolejnym odcinku już zamkniemy śledztwo też, tak jak dzisiaj, tą mechaniką fabularną. Dobra, ja myślę, że my to mamy dzisiaj. Ciekawie wyszło. Powiem szczerze, jak zawsze karty mnie na plus zaskoczyły. Okej, nie ma co przedłużać. Trzymajcie się ciepluteńko. Dużo inspiracji. I co? Słyszymy się za tydzień i zobaczymy, co tam tym naszym zbirom, naszym podejrzanym w głowach siedzi, nie?
Dobra, trzymajcie się. Pa!
[02:50:26] - Jest takie hasło, dosyć często powtarzane, że każdy człowiek może w życiu napisać przynajmniej jeden dobry wiersz. Oj, wiecie państwo, to jest tak jak z mądrościami ludowymi. Niby to jest atrakcyjne i niby to się wszystko klei Ale ja nie jestem przekonany, czy jest zawarta w tym jakaś prawda. My owszem, czujemy, że coś byśmy tam skrobnęli, jakiś kawałek poezji. Kto w życiu nie miał takich momentów, szczególnie kiedy jest się nastolatkiem, to jakoś tak poezja się do nas przysuwa. Czujemy, że jesteśmy w stanie tę muzę uchwycić za kostkę czy za kolano. Nie wchodźmy dalej w szczegóły. W każdym razie muza jest blisko nas i czujemy to. Chcielibyśmy tworzyć jakiś wiersz albo czasami go nawet tworzymy, tylko później mówimy sobie: „To była taka zabawa”. Bo sami nie wierzymy, że to, co zrobiliśmy, jest naprawdę dobre.
Ale pytanie, dlaczego ma być dobre, skoro nie ćwiczyliśmy tego, co chcielibyśmy robić, czyli pisania wierszy. Czasami wstydzimy się pokazać znajomemu. „Tu jest taki wiersz, ale ja sam nie wiem, czy jest dobry. Nie śmiej się, bardzo cię proszę, przeczytaj i się nie śmiej” i tak dalej. Cały czas przepraszamy za to, że piszemy kawałek poezji. A może niesłusznie? Może po prostu trzeba ją pisać, a później rzucać ludziom, żeby nas skrytykowali. Bo dzięki tej krytyce jesteśmy później w stanie pisać coraz lepsze wiersze. To taka moja przemowa, takie moje przynudzanie. A dlaczego?
Dlatego, że zapraszam państwa na kolejną część audycji Krystyny Śmigielskiej „Nie wiem, co to poezja”. Dzisiaj spotkanie z Łucją Dudzińską.
[02:52:51] - „Nie wiem, co to poezja”. Dobry wieczór państwu. Konwencja programu „Nie wiem, co to poezja” wymaga, aby nasz gość odpowiadał na zadane mu przez prowadzącego pytania. Muszę państwu się przyznać, że do dzisiejszej audycji zaprosiłam osobę, która znakomicie porozumiałaby się z państwem bez mojego pośrednictwa, opowiadając nie tylko o swojej poetyckiej twórczości, ale i o prowadzonych czy nadzorowanych przez siebie działaniach popularyzujących poezję. Pozwólcie państwo, że przedstawię panią Łucję Dudzińską, wspaniałą poetkę, autorkę dziewięciu tomików poetyckich, w tym trzech dwujęzycznych. Redaktorkę ponad 60 książek poetyckich, inicjatorkę i kuratorkę ogólnopolskiej grupy literycznej Na Krechę. Fundatorkę i prezeskę w jednej osobie, prowadzącą Fundację Otwartych na Twórczość FON. Dobry wieczór, pani Łucjo.
[02:54:13] - Dobry wieczór państwu. Ja tutaj już trochę powitałam uśmiechem takie bardzo obszerne przedstawienie mojej osoby, aż się czuję zażenowana. Chciałam państwa serdecznie powitać i podziękować za możliwość tej rozmowy, jak również podzielenia się wieloma sprawami, które dotyczą poezji, literatury, ludzi, środowiska literackiego.
[02:54:41] - Właśnie.
[02:54:42] - Spraw wielkich i małych.
[02:54:45] - Tak. My już tutaj troszeczkę rozmawiałyśmy przed nagraniem i okazuje się, że przeskakujemy w tej rozmowie z tematu na temat, bo tych spraw do omówienia jest bardzo dużo. Niestety czas mamy ograniczony i musimy skupić się na kilku odpowiednich pytaniach. Ja chciałam się zapytać, pani Łucjo, jak to jest, kiedy się wydało dziewięć tomików poetyckich. Pierwszy z nich nosił tytuł „Z mandragory”. Został on nagrodzony i otrzymał dwie nominacje. Proszę nam opowiedzieć kilka słów o tym tomiku i o wyróżnieniach. Czy to były pani pierwsze osiągnięcia na niwie poetyckiej?
[02:55:32] - Ja dosyć długo czekałam na debiut, który miał miejsce w roku 2013, a tom ukazał się nakładem Stowarzyszenia imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Łodzi. Wiersze pisałam od wielu lat, praktycznie od lat szkolnych, a też mogę tutaj zaznaczyć, że na ten debiut również czekałam co najmniej pięć lat od takiej chwili i tego momentu publicznego przyznania się do pisania wierszy. To słowo „publicznego” tak troszeczkę dziwnie brzmi, bo po prostu pisałam do szuflady, nie dzieląc się tym nawet z rodziną. A tom „Z mandragory” to był debiut, który był bardzo ważny zarówno dla mnie, jak i został dostrzeżony w środowisku literackim. Też był trochę wyczekiwany, gdyż był poprzedzony moimi działaniami animacyjnymi. I otrzymał on symboliczną nagrodę poetycką, statuetkę, taką piękną, imienia Ryszarda Milczewskiego „Bruno”. Autorem tej statuetki jest Kazimierz Rafalik. Była to nagroda za najlepszy debiut poetycki w roku 2013. Ten tom się spotkał z nominacją do konkursu nagród imienia Kazimiery Iłłakowiczówny za debiuty, a także był zauważony, nominowany w rozgrywkach o Złoty Środek Poezji.
[02:57:08] - Ja muszę tu przyznać, wie pani, że coś jest wspólnego między nami. Ja zawsze szukam wspólnych cech z moimi gośćmi, bo wie pani, też długo czekałam na swój debiut i myślę, że prawdziwy twórca, który rzeczywiście ma coś do powiedzenia, on się troszeczkę wstydził swojej twórczości i szukał potwierdzenia, punktu zawieszenia, że ktoś jednak powie: „Jest to coś warte”. I dopiero wtedy, kiedy osiągnie ten pierwszy sukces, staje się pewniejszy siebie, bardziej otwarty. Czy może źle to rozumiem? Tak przynajmniej było w moim przypadku, bo pierwsze moje debiutanckie opowiadanie też otrzymało nagrodę i to mi dało pewność siebie. Czy w pani przypadku też tak było?
[02:57:59] - Tak, oczywiście że tak. Tylko że u mnie to inna przyczyna była. Ja pisanie traktowałam jako coś osobistego, prywatnego. Nie miałam świadomości, że będąc nastolatką spełni to rolę terapeutyczną. Dopiero patrząc wstecz spojrzałam, że te wiersze czy zapiski mają wartość literacką. Ale to tak, jakbym sobie uczyła się radzić z jakimiś problemami czy zapisywać ważne chwile i nie dążyłam do publikacji. Dla mnie pisanie wierszy to po prostu faktycznie była siara, tak się mówi po poznańsku, w gwarze poznańskiej. Wydawało mi się, że należałoby mieć wykształcenie filologiczne, polonistyczne, żeby pokazywać wiersze. Czy że tyle ludzi pisze dookoła wiersze, to po co ja mam to jeszcze robić? Przypadek sprawił, że się ujawniłam.
A jak już się ujawniłam, to zaczęłam podchodzić do tego odpowiedzialnie, poważnie. Nie spieszyło mi się z debiutem, bo miałam poczucie zaplecza i bezpieczeństwa tysięcy napisanych wierszy, że nawet nie wiedziałam, czym mam debiutować. Praktycznie mogłam debiutować trzema książkami. Pytałam krytyków literackich, też nikt mi nie umiał doradzić. I przypadek sprawił, że akurat padło to na tom „Z mandragory”, na takie formy wierszy, które akurat były w porządku. I stąd kolejny rok, kolejny rok pojawiały się następne książki, które już były w jakiś sposób przemyślanymi projektami literackimi.
[02:59:44] - To w takim razie zapytam, jeżeli już przemyślane, już wiemy, jaki jest ten artystyczny zamysł, to zapytam panią o styl, bo każdy artysta ma swój niepowtarzalny styl, manierę, która odróżnia go od innych twórców. To jest coś takiego jak linie papilarne czy podpis. Rzecz, która jest przynależna tylko nam. Proszę mi powiedzieć, co pani uważa za taki wyznacznik, symbol swojej twórczości?
[03:00:23] - To jest trudne pytanie.
[03:00:26] - Łatwych nie zadaję.
[03:00:28] - Właśnie. I muszę się przyznać tutaj, że raczej unikam takich odpowiedzi, bo już miałam takie pytanie w bardzo obszernym wywiadzie z Zbigniewem Kresowatym. Ten wywiad ukazał się w piśmie „Migotania” w 2000 roku w numerze pierwszym i drugim. Mogę odesłać do tej rozmowy tutaj, bo jestem obszernie potraktowana od strony każdego mojego tomiku. I również nie udzieliłam tej wypowiedzi, posiłkując się cytatami krytyków literackich, recenzentów, kolegów i koleżanek po piórze, którzy się pochylili nad moją twórczością. Ja po prostu uważam, że poeta, twórca jest od pisania. A jak to zostanie zinterpretowane, zaszufladkowane, czasami wbrew woli czy intencji autora, to już zależy też od środowiska literackiego.
[03:01:25] - Tak, zgadza się.
[03:01:26] - Od osób, które analitycznie i zawodowo podchodzą do poezji.
[03:01:29] - Zgadza się. Ale pani Lucjo, każdy twórca ma swoje ulubione powiedzonka, frazy, które lubi powtarzać, gdzieś tam włożyć. Chociaż wie, że to już było ileś tam razy, a jednak gdzieś, żeby zaznaczyć, że to, co jest w jego sercu, bliskie.
[03:01:53] - Że to jest moje.
[03:01:53] - Tak, że to jest moje, prawda? Ja zawsze wracam, przepraszam, że tak powiem, do Hrabala i jego książki „Obsługiwałem angielskiego króla”. Tam jest jedno zdanie, które co jakiś czas się powtarza. Ono ma duże znaczenie w tej książce, ale to jest właśnie styl jego. Powtarzanie tego samego zdania wielokroć, żeby czytelnik mógł wiedzieć, że dalej czyta książkę Hrabala. Tak mi się wydaje, tak to odbieram. Ja sama w swoim pisaniu często mam takie swoje ulubione frazy. W takim razie spytajmy jeszcze o co innego.
[03:02:30] - Dobrze. Odpowiem, ustosunkuję, bo w tej chwili faktycznie mnie tutaj, pani Krystyno, naprowadziłaś na taką myśl. Troszeczkę otwarcia się. Ja też lubię powtarzać frazy, tylko że ja też muszę przyznać, że pisząc przez wiele lat Ja ewoluowałam, zmieniałam też formę. Wiadomo, że się pisało takie zabawowe rymowanki, ale potem, jak już się pisało poważne wiersze, robiłam różnego rodzaju zapiski, o których nie miałam świadomości, że to ma wartość literacką czy że to jest wiersz, proza poetycka w czasie, kiedy ja to robiła. W tej chwili, patrząc i publikując to, co ukazało się w tomie „Obekrew i woda”, patrzę na to całkiem inaczej. Mogę powiedzieć o sobie, że lubię stawiać na konkret, że moje wiersze zawsze są o czymś. Na pewno lubię estetykę słowa, ale również podporządkowanie jej formie. Lubię wyrównywać wersy, bawić się przerzutniami, podporządkowywać różnego rodzaju rygorom stylistycznym, a przy okazji poruszać tematy filozoficzne, egzystencjalne. Forma wierszy też zależy od tego, co chcemy napisać i jaki temat poruszyć.
Dlatego to może być proza poetycka, wiersz zbudowany na metaforach, na paradoksie, na całym kompleksie słownym, czy też krótkie wiersze o charakterze myśli albo epigramatu czy formy haiku. Formę haiku bardziej wykorzystywałam z racji stylistyki i formy niż podporządkowania się wierności tematyce haiku zgodnie z jego stylem japońskim. To było tak zwane haiku po polsku, jeżeli już można by było powiedzieć.
[03:04:38] - Spolszczone, ja bym powiedziała.
[03:04:40] - Właśnie. Mi się podobała ta forma, że muszę w ilości sylab zmieścić to, co chcę powiedzieć i dodać do tego dodatkowe dno interpretacyjne. Także dla mnie zawsze sensem wierszy jest dodatkowe dno interpretacyjne.
[03:04:58] - Tu już bardzo ładnie mamy kilka wyznaczników pani stylu, co myślę, że słuchaczy usatysfakcjonuje i mnie również taka odpowiedź bardzo się podobała. Dziękuję bardzo.
[03:05:14] - Dla słuchaczy Book Radia z przyjemnością przeczytam kilka krótkich wierszy z mojej ostatniej książki „Przemyślenie”. To są wiersze o zacięciu filozoficznym. „Najpierw noga, później but, na końcu droga przyklejona do kamienia, a kamień o rzut. Bez zagubienia odnaleźć się w troskliwym spojrzeniu matki, w zaciśniętych pięściach ojca, w łzach radości, kiedy dzień narodzin pokonuje dzień śmierci, kiedy się zrozumie, że Ziemia nie kręci się wokół nas”. Kolejny krótki wiersz jest pod tytułem „Dookoła. Twarze blogów, bogów, bożków. Złote cielce i milczenie albo lajki. Nie chcieć być coachem, stać się poetą. Jemu też można zaufać”. Natomiast wiersz, który otwiera rozdział „Afekt”, brzmi: „Tak mocno wzrosnąć w serce, aby nie można było wyrwać.
A jeśli kiedyś los zetnie zieleń, korzenie zawsze będą żywe”.
[03:06:53] - W takim razie proszę mi jeszcze powiedzieć: jeżeli składa pani tomik, czy wybiera pani dokładnie wiersze w jakąś opowieść i ją układa, czy są one zbierane przypadkowo? Po prostu nazbierało się już ich trochę, trzeba coś z nimi zrobić, w jakiś sposób pozbyć się ich z głowy. Układam po kolei, jak leci, jeden za drugim, wysyłam do wydawnictwa. Zrobione. Czy jest to przemyślana budowa?
[03:07:24] - To jest dłuższy temat, bo mogę mówić o tym, w jaki sposób podchodzę do swoich wierszy.
[03:07:30] - I o to nam chodzi.
[03:07:30] - Również mówić o pracy redaktorskiej.
[03:07:33] - A to przy innym pytaniu zawsze.
[03:07:35] - Przede wszystkim jestem redaktorem i już wydałam, zredagowałam około 60 tomików, czy bardziej może książek poetyckich. Właśnie dlatego używam tej formy „książka poetycka”, bo uważam, że wiersze powinny mieć określoną formę. Nie jestem za bardzo zwolennikiem luźno wrzuconych wierszy. To znaczy, jeżeli dostaję taką książkę i autor chce współpracować, to te wiersze w ten sposób układam, że zaczynają tworzyć określoną historię, żeby to było płynne, żeby to się czytało, żeby to tworzyło książkę, żeby czytelnik dalej chciał czytać. Bo jeżeli mamy każdy wiersz w miarę osobno, to ma całkiem inną formę, właściwie nawet czytania. Może to czasami zniechęcać do poezji, bo właściwie się przeczyta jeden, dwa wiersze i już jest okej. A jeżeli z tych wierszy tworzy się historia, te wiersze o czymś mówią, do czegoś dążą, mają płynne przejście z jednej do drugiej, tak jakby się to wszystko wzajemnie zazębiało, uzupełniało. To wtedy to już inaczej się do tego podchodzi. To już taki tomik czasami się czyta jednym tchem.
[03:08:56] - To już tak. Zgadzam się z panią w zupełności. Ale w takim razie proszę mi wyjaśnić, jak to jest. Bo pani tomiki posiadają bardzo intrygujące tytuły. One się właściwie rzucają w oczy, ja bym tak powiedziała, swoją pisownią, prawda? Bo ona jest bardzo ciekawa. Skąd takie pomysły właśnie na takie, a nie inne tytuły poszczególnych tomików? Bardzo mnie to interesuje.
[03:09:27] - Pomysły. Tak, ale jeżeli ja poważnie traktuję słowo, poważnie traktuję wiersze i te moje wiersze też mają takie tytuły bardziej rozbudowane i dbam o to dno interpretacyjne i sens albo nadbudowę tego, co będzie w wierszu, bo też właśnie często na to zwracam uwagę autorom, z którymi współpracuję, to tak samo patrzę, żeby tytuł książki był również taką zapowiedzią tego, co tam nas spotka i dookreślał jeszcze te wiersze. Czy nawet recenzent, który bierze taką książkę, to on, zanim się skupi na treści, już coś może powiedzieć na podstawie tego tytułu.
[03:10:12] - Już się musi zastanowić, prawda?
[03:10:15] - Tak, już musi się zastanowić.
[03:10:16] - Już tak.
[03:10:17] - Widzi, że tu jest z jednej strony konkret, z drugiej strony kolejne dno, kolejna interpretacja. Tu można pójść w jedną stronę, w drugą, w trzecią. I to samo proponuję też tytuły moim autorom, jeżeli wydaję właśnie w wydawnictwie FONT Fundacji Otwartych na Twórczość. Tylko że w tym momencie ja nie wymyślam autorowi tytułu, tylko dostaję zestaw wierszy na przykład i jest jakiś tytuł pierwszy roboczy. Czasami jest super i okej, i owszem, a nieraz właśnie mówię: „Oj nie, bo to tak za płytko. Coś ciekawszego, coś głębszego”. I wybieram ten tytuł z wierszy autora, z tytułów wiersza albo z treści, że to są słowa autora, tylko one są takie, moim zdaniem, bardziej reprezentacyjne dla całości książki poetyckiej.
[03:11:09] - Czyli pani dalej hołduje zasadzie, że tytuł jest jednak w dziele literackim bardzo ważny.
[03:11:16] - Bardzo ważny. Okładka też.
[03:11:18] - No właśnie.
[03:11:19] - Tytuł też.
[03:11:19] - A ja dzisiaj obserwuję tendencję, że tytuł czasami w ogóle nie pasuje do książki. Człowiek zafascynuje się tytułem, potem czyta i mówi: „To nijak się ma do tego, co znajdziemy właśnie po otwarciu okładki”. Bardzo się cieszę, bo podobają mi się pani tytuły. Są bardzo fascynujące. I to chyba na tym polega, że powinniśmy przykładać się do całości, prawda? Że ta okładka jest takim dowodem tego dzieła literackiego, że jest ono gotowe, dorosłe już do oddania czytelnikom.
[03:12:00] - W nawiązaniu do takich powtórzeń to chciałam przeczytać mój wiersz „Mandaty, aby zdążyć i się nie pogrążyć”. „Czas ucieka przede mną. Umyka biała droga wśród drzew. Wije się i zmienia kolor jak ożywiona wstęga z przypiętymi ozdobami znaków. Potrafi zaciskać, ograniczać, marudzić. Czas. Czas. Jego ambasadorem jest prędkość. Czasem proste szlaki, szosy, autostrady mogą być trudne, gdy życzliwy policjant stanie na poboczu. Uświadomi, że wszyscy nadajemy się do recyklingu.
Sztuką będzie czas. Czas. Jego ambasadorem jest czekanie. Zatrzymać się, aby jechać dalej? Za wolno płynie czas, gdy ktoś czeka pod kontrolą pamięci, prędkości życia. Czasem coś się zdarza dwa razy i to nie bez przyczyny. Czas. Czas. Jego ambasadorem jest tęsknota”.
[03:13:22] - Pani Łucjo, porozmawiajmy o panu Adamie Siemińczuku, który pokusił się o głębszą analizę pani twórczości i stworzył specjalną książkę. Ona jest jeszcze nieskończona, ale my już znamy jej tytuł, który brzmi też bardzo zachęcająco, proszę państwa. „Tajemnice poezji Łucji Dudzińskiej”. Proszę nam uchylić rąbka tajemnicy. Jednej a może kilku.
[03:13:56] - Ja muszę się przyznać tutaj, że rozmowy z panem Adamem Siemińczukiem, za co jestem mu ogromnie wdzięczna i za taką wielką niespodziankę, że właśnie wybrał mnie do swojego projektu wielu autorów, tutaj trwają bodajże od roku. A ja tak nawet nie rzuciłam takiego hasła, jak to każdy rzuca na Facebooku od razu jakieś tam informacje. Czekam na więcej takich konkretów. Mało, ja już mam wspaniałą okładkę do tej książki. Także pewnie niebawem będę chciała ją opublikować. Ale na pewno jeszcze z pół roku co najmniej potrwa tutaj czas, kiedy za to będzie można się zabrać czy poświęcić więcej czasu temu, gdyż ta książka właściwie jest zbiorem mojego dialogu i naszych wspólnych rozmów na temat poezji, na temat wierszy, na temat ich interpretacji, na temat ich budowy, na temat tego, co kryją poszczególne słowa, w jaki sposób wiersz jest zbudowany, w jaki sposób poszczególne grupy słów w wierszu odpowiadają za interpretację, że nawet nie tyle na poziomie całości wiersza Adam Siemieńczyk przygląda się poszczególnym elementom tekstu i otwiera całkowicie kolejne sfery wrażeniowe, jak również interpretacyjne. To jest niesamowite, bo właściwie to są transkrypcje naszych rozmów, gdzie ja przez cały czas się dziwię i zastanawiam, że ja coś takiego piszę, że coś takiego mogę dostrzec w moich wierszach. To jest bardzo pouczające. I na pewno poleciłabym pani zrobienie audycji z panem Adamem albo z niektórymi osobami, które on prezentuje i prowadzi ten wspaniały projekt. Jest to poeta, też krytyk literacki, który mieszka w Londynie i współpracując z panem Adamem Zellerem, publikuje w Ogródku Ciekawych Poetów, a jednocześnie są prezentowane książki na temat twórczości poszczególnych osób.
Podejście autora jest takie, że dla niego nie jest ważne, czy te wiersze mają poziom literacki, czy nie mają. Tu nie ma generalizowania, że to jest lepszy, gorszy, ciekawszy, mniej ciekawy poeta, bo dla niego każdy poeta jest ciekawy i każdy poeta ma coś do powiedzenia i w każdych wierszach, nawet tych prostszych, czy czasami napisanych różnym językiem, można znaleźć to, co jest ważne dla poezji i coś, co można przekazywać dalej. I to jest najpiękniejsza rzecz, jakiej można hołdować, jaką można polecać. Nie ukrywam, że ja troszeczkę patrzę przez pryzmat warsztatu poetyckiego do mojego wydawnictwa, które też nie ukrywam, jest swego rodzaju elitarnym wydawnictwem, bo my nie idziemy na ilość wydawanych osób, tylko właściwie na jakość, że ja sobie czasami dobieram tych autorów. Nieraz się czuję winna z tego powodu, ale zobowiązuje mnie do tego patronat Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. A z drugiej strony może to, że ja bardzo dużo poświęcam pracy na swoją twórczość, na swoje wiersze. Już jestem skażona takim podejściem szukania większych wartości literackich, że tak powiem.
[03:17:46] - Ale tak z wartościami-
[03:17:47] - Trzeba popularyzować poezję. Wszystko w poezji czasami już było i miło jest pokazać kogoś, kto pisze w inny sposób, ciekawiej, odważnie albo zaskakująco, a nie tylko takie proste wiersze. Tak jak się mówi, że można uprawiać muzykę dla wszystkich, a można uprawiać muzykę niszową, która tylko będzie w salach kameralnych albo muzykę taką, która zapełni stadiony. To samo jest z poezją.
[03:18:20] - Oczywiście, ale powiem pani tak: lata temu oglądałam program edukacyjny przygotowany dla młodzieży szkolnej, w którym wypowiadał się Różewicz i padło pytanie o przekazy w jego wierszach. I on zawsze był zdziwiony, że on to napisał. To, co potem interpretatorzy wyciągali z jego wierszy. On mówił: „Ja po prostu pisałem, a kto chce sobie przeczytać z tego wiersza, to już jest jego tylko i wyłącznie sprawa”. Zresztą interpretatorów jest tylu, ilu czytelników, prawda? Ja bym tak to powiedziała. Każda poezja jest interesująca.
[03:19:11] - Współpraca z panem Adamem Siemieńczykiem to jest ogromna satysfakcja, jak również zaszczyt. Niesamowicie doceniam to, co on robi i to, na co on mi otworzył oczy. Również właśnie na tych wszystkich poetów. Ja już zaczęłam w całkiem inny sposób patrzeć na poezję, na twórczość, na wiersze. To jest też takie niesamowite, że to nie tylko czasami jest gonitwa za formą, gonitwa za głębią, bo wszystko ma swoje miejsce i wszystko jest dla ludzi.
[03:19:48] - Właśnie taka jest nasza audycja. „Nie wiem, co to poezja”. My nie chcemy tutaj takiej definicji jednej zbudować, ale chcemy pokazać różnych poetów interesujących, nie zawsze tych z głównego nurtu, ale takich, którzy rzeczywiście chcą z nami porozmawiać i chcą troszeczkę otworzyć się przed słuchaczami. Szukają po prostu swoich odbiorców. Pani Łucjo, proszę mi w takim razie powiedzieć kilka słów na temat grupy literycznej Na Krechę. Chciałabym się dowiedzieć, skąd pomysł na powstanie takiej grupy? Jakie są jej cele i jak ta grupa funkcjonuje? Czy ona ma przyszłość, czy jak wiele innych projektów gdzieś za jakiś czas myśli pani, że popadnie w niebyt?
[03:20:46] - Trudno się do tego ustosunkować. Grupa literyczna Na Krechę to jest literyczna, czyli kontaminacja słów literacko-artystyczna. Jest grupą ogólnopolską, chociaż powstała w Poznaniu i powstała przy oddziale Związku Literatów Polskich, ale już od razu jako grupa niezależna, praktycznie działająca dla wszystkich i skupiająca właściwie na początku młodzież. Potem się okazuje, że młodych poetów Niekoniecznie wiekiem, ale dorobkiem. I to była grupa, która jednak od samego początku skupiała indywidualistów. Wiadomo, my twórcy mamy taki charakter, że właśnie lubimy odpowiadać za siebie i swoją drogą. Bo były grupy, które łączyły na przykład program czy sposób pisania, czy forma. To z reguły były grupy trzyosobowe, sześcioosobowe. Ta nasza grupa od razu się rozrastała i właściwie tym punktem i decydującym elementem było działanie ponad podziałami. Ponad podziałami tymi i związkowymi, i środowiskowymi, i wszelkimi animozjami.
Bo liczy się słowo, bo liczy się sztuka, bo liczy się kultura, bo liczy się aktywność czy animacja, czy popularyzacja właśnie czytelnictwa poezji. Przede wszystkim to nam mocno leżało na sercu, bo jednak ta poezja jest sztuką bardzo mocno niszową i trudno jest zachęcić czytelnika, żeby uczestniczył w spotkaniach poetyckich czy w ogóle sięgnął po wiersz, czy kupował książki poetyckie. To jest nadal dosyć trudne. Aktualnie ta grupa skupia około, można powiedzieć, że sympatyków czy uczestników około 150 osób.
[03:22:49] - W tym ja.
[03:22:50] - Właśnie. Jestem również dumna z tego.
[03:22:53] - Jestem zaszczycona, że mogę.
[03:22:55] - Celem tego była taka, że ułatwia troszeczkę promocję. Bo jeżeli jest odpowiedni przepływ informacji, tu główny nacisk kładę na to, że każdy z uczestników powinien chcieć informować o tym, co u niego się dzieje, to wtedy to się może pojawiać gdzieś tam na grupie. Jest dodatkowy zasięg kilku tysięcy osób, które się dowiedzą o wierszach, dowiedzą się o jakiejś inicjatywie, dowiedzą się o debiucie, dowiedzą się o recenzji. To na pewno ułatwia. Wiadomo, że w grupie jest większa siła niż w jednostkach. Każdy sam publikuje u siebie gdzieś tam na profilu. To też jest jakiś zarzut, a to się chwali, a to się nie chwali. Albo się tak buduje zdania, żeby to było takie: „Ach, ojejku, co ja tutaj niby jestem?”. A jeżeli się taka informacja pojawia na takim niezależnym forum, na fanpage'u grupowym, to też troszeczkę ma inny wymiar. Nie musimy już tak jakoś...
Rozumiesz, o co mi chodzi.
[03:24:02] - Tak, ale ja powiem jeszcze tak, że przystępując do tej grupy, ja osobiście miałam na uwadze przede wszystkim to, że mogę obserwować ludzi, którzy mają jakąś wspólną pasję, którzy nie boją się głośno powiedzieć o tej swojej pasji i otwierają się. To mi bardzo dużo dało, bo ja bardzo dużo czytam wierszy z tej grupy, oglądam filmiki i muszę powiedzieć, że mam swoich ulubionych poetów, na których publikacje czekam.
[03:24:41] - Grupa to nie jestem ja. To ja przez cały czas powtarzam. Ja jestem tylko kuratorem. Ja jestem tak jakby zarządcą. Ja się śmieję, że ja mogę tutaj być tym dozorcą, który posprząta, pozamiata albo coś tam doradzi, bo wie więcej co, gdzie, jak. Ale grupę tworzą poeci, tworzą liderzy, tworzą artyści. Ci, którzy się zajmują czy fotografią, czy malarstwem, czy muzyką, czy właśnie prozą, jak i przede wszystkim pisaniem poezji, pisaniem wierszy. I grupa jest otwarta na wszystkich, zarówno na te osoby debiutujące czy szukające właściwie kontaktu i możliwości poznania środowiska literackiego, jak również i osoby z dorobkiem, które tym bardziej mogą się tym dzielić albo wspierać innych twórców. Muszę przyznać, że czasami nie ma miejsca dla osób, które już są na różnym etapie swojej drogi, ale nie chcą się rozwijać. Czy uważają, że one już są tak wybitnymi poetami, czy mają tyle polubień dookoła tym, co piszą, czy tym, co epatują, że w tym momencie ta grupa nie spełni tej roli.
Bo ja lubię, jeżeli w grupie ludzie się rozwijają, jeżeli w grupie ludzie chcą poznać czy warsztat literacki, czy eksperymentować. Muszę przyznać, że ja sama też się rozwijam i uczę od tych osób, z którymi współpracuję czy których promuję, których wspieram. Potem trudno mi jest zaakceptować w grupie osobę, która już się uczyć nie chce. Bo wie, że już wszystko potrafi na przykład.
[03:26:26] - Ja uważam, że jednak twórczość artystyczna polega na tym, że my bez przerwy czerpiemy doświadczenia i bez przerwy szukamy. My jesteśmy wiecznymi poszukiwaczami. Czego my szukamy? Chcemy coś znaleźć, dojść do jakiejś prawdy i chcemy tą prawdę głośno ogłosić, ale nie za bardzo czasem wiemy, jak tej prawdy szukać. Więc skupiamy się na poszukiwaniach i to jest chyba moim zdaniem bardzo piękne. Nie zaprzestajemy w naszych wysiłkach.
[03:26:58] - To prawda.
[03:26:59] - Pani Łucjo, w takim razie-
[03:27:01] - Ja może wymienię takie podstawowe nasze tutaj akcje.
[03:27:04] - Proszę bardzo.
[03:27:06] - Co się działo praktycznie w ramach grupy dzięki wielu uczestnikom, z którymi mogłam współpracować czy w jakiś sposób nadzorować. Bo to jest przede wszystkim taka rzecz, która Może nas łączyć i która jest istotna. Na pewno taka sztandarowa była akcja ogólnopolska Antywalentynki na krechę, która od kilku lat potem już funkcjonowała jako Ludzie wiersze piszą. I ta akcja już była promowana przez cały rok, a nie tylko w okresie walentynkowym, co oznacza, że rozdaliśmy w Polsce własnym sumptem przygotowanych ponad 140 000 lirycznych pocztówek. Ta akcja również sięgała gdzieś za granicę. To jest dosyć wielkie przedsięwzięcie. Odbyło się 10 edycji. Mam nadzieję, że rynek pocztówkami został nasycony. Teraz trzeba szukać innych pomysłów praktycznie na promocję. Tutaj bardzo cenna była współpraca.
Trochę tych informacji się pojawiało. Ja tutaj wymienię Marię Kuczara czy Joannę Kuchawik, które od początku współpracowały od tej strony edycyjnej i graficznej, ale ta akcja mogła zaistnieć dzięki ponad 100 współpracujących animatorów kultury w różnych miastach, osób, które chciały publikować takie wiersze, artystów, którzy udostępniali swoje prace i grafików, którzy to opracowywali. Także to jest niesamowita rzecz. Rozmawialiśmy o akcji antywalentynkowej ogólnopolskiej, gdzie rozdawaliśmy wiersze na pocztówkach, więc może przeczytam dwa wiersze, które ukazały się na pocztówkach. To jest „Lot kontrolowany”. „Jestem kobietą. Moje drugie imię niech brzmi Niepewność. Mówią, że zakochanie sprzyja wznoszeniu się ku słońcu. Zapomnieli powiedzieć, że los skutecznie podcina skrzydła. Wtedy bliższa ciału jest ziemia.
Każdy polny kamień na drodze. Twój uśmiech, słowa, wszystko niby to samo, nagle stają się coraz bardziej odległe, obce. Więc czekam, aż zaprzeczysz”. I kolejny wiersz, bardziej optymistyczny, bo to była akcja dotycząca rozdawania pocztówek głównie z erotykami jako Antywalentynki na krechę. To jest wiersz mój ulubiony. „Komórka do pary. Być parą. Parą rąk i nóg od razu splecionych. Leżeć na wznak i każdy należy do każdego. Gdy tracimy poczucie granic, powstaje nowy organizm.
Jeśli kochamy, oczy są zamknięte i nie widać, że wstaje kolejny dzień. A życie? Życie dookoła toczy się od niechcenia. Lubię, kiedy mówisz, że jesteś bramą, a ja niebem. Tylko trzeba spojrzeć w oczy tej jedynej chwili”. No i bardzo pięknie. To jest coś, co po nas zostanie. No właśnie, bardzo pięknie. Tak samo wystawy wierszy, które się odbywały jako Wierszystawki, spotkania, prezentacje grupy literycznej Na krechę, które się odbywały w różnych miejscach w Polsce czy spotkania w Artlorze. Były prowadzone dyżury literackie, były prowadzone integracje literackie typu Hyde Park.
Także sporo było tutaj naszych takich inicjatyw. Były zahamowane przez okres pandemii, ale to z kolei się otworzyło na współpracę z Martą Półtorek, która jest również z nami w grupie i projekt Epidemia Poezji. Czyli przeszliśmy już do sieci, gdzie byli prezentowani zarówno laureaci naszych konkursów. Właśnie taką wizytówką grupy i fundacji, którą prowadzę, są cztery edycje konkursu pod hasłem „Fotografia”, osiem edycji pod hasłem „Erotyk na krechę” imienia Tadeusza Stirmera. To jest mnóstwo pracy, mnóstwo inicjatyw. Niesamowite. Tu wspominałaś o klinikach. Były działania Beaty Kołodziejczyk jako Wierszymy i naprawdę zawierszowaliśmy całą sieć. Czy tak samo były publikowane fragmenty prozy w ramach Prozaicznie. W tej chwili to wszystko mamy uzupełniane na kanale YouTube dzięki Marcinowi Rogalskiemu, który się zajmuje wizualizacją poezji.
I tutaj też prosiłabym o spotkanie z nim, żeby też opowiedział więcej o tej swojej pasji i pracy, bo to jest coś wyjątkowego. Mam nadzieję, że ono dojdzie do skutku to spotkanie. Będziemy o to się starali. No właśnie, niesamowita była tutaj praca Basi Rajchet-Anaszewskiej i do tej pory kontynuowane wspomnienia na stronie Font. Ja na pewno tutaj coś pominęłam, za co proszę o wybaczenie. Ja myślę, że mamy trochę za mało czasu, żeby o wszystkim powiedzieć. Dużo prezentacji robionych przez Dorotkę Nowak, prezentacje członków grupy. To jest nieprawdopodobna inicjatywa. W tej chwili pomysł publikowania wierszy, krzew wierszy o określonej tematyce albo Font dla dzieci, który prowadzi tutaj Ania Tlałka. Tak samo zainicjowaliśmy tutaj publikację „Drabli” z Alicją Kubiak.
To są rzeczy, które co jakiś czas nam się tutaj odzywają. Pytałaś o istnienie grupy. W 2016 roku grupa, też już jako niezależna, zyskała patronat na wszystkie swoje działania Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jak również utworzyłam Fundację Otwartych na Twórczość, gdzie w statucie mam zagwarantowaną współpracę i opiekę nad grupą. Taką instytucjonalną opiekę nad grupą, która do czasu jej istnienia, jak również nad innymi przedsięwzięciami prowadzonymi niezależnie albo przez inne grupy literackie. A czy to ma sens? Czy to ma rację bytu? Troszeczkę to się zdewaluowało poprzez rozwój różnego rodzaju grup na Facebooku. Bo muszę się przyznać, że jak my zakładaliśmy tą grupę, to ten Facebook był dla nas miejscem, które było tylko takim komunikatorem. Jeszcze wtedy nie było tylu wielu takich popularnych grup różnych, bo właściwie nasza grupa to jest taka tylko organizacyjna.
Wizytówką jest fanpage, na którym się ukazują publikacje. Była określona klasyfikacja wierszy, więcej osób decydowało o przyjęciu do grupy. To jest taka już nasza historia i to wspaniale się tutaj sprawdziło, rozwija. I mam nadzieję, że w różnej formie przetrwa. To wszystko zależy od liderów grupy, od osób, od poetów, od prozaików, od tych, którzy chcą działać pod egidą grupy czy na rzecz grupy, ale te wszystkie działania się odbywają na swoje nazwisko.
[03:35:21] - Ale są dalej nowi członkowie, którzy chcą należeć do tej grupy. I myślę, że to jest taki wyznacznik tego, że grupa całkiem dobrze sobie jeszcze radzi, że ludzie potrzebują jednak takiego miejsca. Potrzebują czuć tę przynależność do podobnych im twórców. Także ja jestem pełna podziwu i muszę powiedzieć, że-
[03:35:50] - Ja może tutaj powiem, zaznaczę, przepraszam, że wchodzę w słowo, że pewnie to, że grupa działa pod patronatem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, czyli my mamy taki zagwarantowany wyznacznik określonego poziomu literackiego, że dbamy o to, że też do tej grupy jest jakiś taki nabór praktycznie. Już nie mówiąc o tym, że nasze działania, inicjatywy tutaj w ramach grupy i fundacji zostały opublikowane na 30-lecie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w książce okolicznościowej obok oddziałów SPP. To dało nam taki poważny zaszczyt pewności siebie, że idziemy dobrą drogą, a jednocześnie to też może być właściwie traktowane jako taki przedsionek, jako taki klub literacki, jak są kluby młodych literatów przy oddziałach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. To tak samo może być traktowana tutaj grupa i wzajemna wymiana, interakcja czy poznawanie środowiska. Także chociaż w grupie są osoby, które również należą do Związku Literatów Polskich i są osoby, które są niezależne. Grupa jest ponad podziałami, także to jest coś, co powinno być takim atutem tworu.
[03:37:17] - W każdym razie jest ona niezależna, ale elitarna i jeżeli ktoś do niej należy, powinien czuć się, że tak powiem, zaszczycony, że może współdziałać z wieloma wspaniałymi twórcami. Ja wiem, że o tej grupie można by mówić jeszcze bardzo długo, ale czas nam się kończy, a ja strasznie bym chciała się jeszcze dowiedzieć coś niecoś o Fundacji Otwartych na Twórczość, której jesteś prezeską i fundatorką. Od 2016 roku ta fundacja działa. Poproszę o kilka słów.
[03:37:57] - Fundacja to była taka inicjatywa, też gdzieś tam w wywiadach dzieliłam się tym momentem, kiedy ona powstawała. Fundację otwierałam z myślą taką, żeby ona mogła istnieć dla ludzi. Nie tylko tutaj, dla mnie i dla moich planów, ale dla osób, które chcą w ramach jej działać, żeby już w statucie to było zagwarantowane bez konieczności jakichś tam dodatkowych zmian. Także nasz statut jest dosyć mocno rozwinięty i bogaty, a jedno z takich podstawowych działań to jest kontynuacja tego wszystkiego, co się działo w ramach Grupy Literycznej „Na krechę”. Prowadzenie dalej tych akcji, pozyskiwanie środków. Ale tu już jest większy problem, gdyż nie mamy takiego szczęścia, żeby tutaj móc coś dofinansowywać. I rozwinięcie oficyny wydawniczej. Nie powiedzieliśmy najważniejszego. Nie każda grupa literacka. Miło mi tutaj, że powiedziałaś, że jest traktowana jako elitarna, bo sama nie śmiałabym tak powiedzieć, ale faktycznie spotykałam się z takim odbiorem gdzieś tutaj w środowisku, że jest tak traktowana.
I w ramach tej grupy ukazało się 28 tomów poezji w serii Grupy Literackiej „Na krechę”.
[03:39:25] - Kolejny dorobek już.
[03:39:28] - To jest bardzo duży dorobek. Kolejne tomy się ukazują już w ramach Biblioteki Fund. Tutaj jest bezcenna współpraca z doktor Żanetą Malewajt-Turecką, która prowadzi serię Laboratorium Literackie. W tej chwili też wydaliśmy książkę dla dzieci, jest tworzona seria
[03:39:51] - Poczytajmy. Także od tej strony, jak powiedziałam, nie działamy komercyjnie, tylko działamy bardziej na potrzeby poetów, którzy się zgłaszają, bo niestety w ramach współfinansowania jest rozwijana też ta seria wydawnicza.
[03:40:09] - Na zakończenie rozmowy z panią Krystyną serdecznie chciałam podziękować za zaproszenie i przypomnieć, że jestem również wydawcą w Fundacji Otwartych na Twórczość, i redaguję książki i serdecznie zapraszam do współpracy. A pożegnać się chciałam wierszem „To nieprawda, że prawda jest jedna”. Ten wiersz poprzedza cytat z Witolda Wirpszy z utworu „Zakłamanie”: „Ludzie rozumni, wrażliwi skazani są na zakłamanie. Przeciwstawne prawdy obłapiają się w nich i mnożą, aby się znowu obłapiać.” Dookoła dźwięki nadgryzionych definicji bębnią w membranę. Zniekształcone własnym ego rozpychają się między prawdami w niewygodnym worku prezentów. Niby gazety przekrzykujące się w kiosku. Kolejne surogaty budują wieżę Babel. Oczekują poklasku i swojej chęci posiadania racji. Apodyktycznej. Irytuje bzykanie komara, lot ćmy.
Szpaler klakierów wyznacza drogę do wozu cegły. A tamtamy nadal pogrywają na kocich łbach. Zagubieni w czołówce zwiastuna TV. Zanim program podzieli na części, leżymy na tapczanie. Online. Z berłem władzy w ręce. Z postanowieniem uczenia się mimiki twarzy. Na pewno się przyda.
[03:42:06] - Bardzo się cieszę, że tak w pełni opowiedziała nam pani o grupie i o wydawnictwie. To są niezwykle ciekawe inicjatywy i myślę, że powinny one być bardzo nagłośnione, żeby potencjalni uczestnicy wiedzieli gdzie i w jaki sposób do nich trafić. Dziękuję państwu za uwagę. Mam nadzieję, że spotkanie z naszym dzisiejszym gościem było dla państwa niezwykle interesujące. Gdyby państwo chcieli głębiej zapoznać się z twórczością naszego gościa, pani Łucji Dudzińskiej, jeszcze raz zapraszam do grupy „Na krechę”. Jeszcze raz zapraszam do śledzenia strony internetowej, zwłaszcza facebookowej.
[03:42:59] - Fundacja Otwartych na Twórczość.
[03:42:59] - I fundacji.
[03:43:00] - Fund.
[03:43:02] - Fund.
[03:43:02] - Fund, fundacja i wydawnictwo.
[03:43:04] - Otwarty. A jakbyście państwo chcieli te tajemnice poezji pani Łucji poznać, to zapraszam do książki pana Adama Simińczuka. Mam nadzieję, że niedługo będzie ona już dostępna. Dziękuję państwu za uwagę. A pani Łucji bardzo dziękuję za przemiłe spotkanie. Życzymy wielu sukcesów zarówno twórczych, jak i wydawniczych i tych w promowaniu przepięknych, wspaniałych wierszy. Dziękuję bardzo. Dobranoc.
[03:43:43] - Bardzo dziękuję. Dobranoc.
[03:43:47] - Była już dzisiaj Katarzyna Prychacz. Od pewnego czasu mogę powiedzieć, że skoro była Katarzyna Prychacz, to nie było jeszcze Kamili Ciołko-Borkowskiej. Tak, bo dzisiaj kolejna część „Piszącej z fiordami”. Proszę państwa, będzie znowu ciekawie. Znowu będzie z życia wzięte. Zapraszam.
[03:44:28] - Dzień dobry, wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór. Zapraszam na kolejne pisarskie spotkanie. Dziś zacznę może od pewnej scenki rodzajowej. Zrobię takie krótkie wprowadzenie. Usiądźmy sobie teraz i wyobraźmy sobie naszego pisarza czy też pisarkę, który zasiada przy biurku, odpala komputer, ma już przygotowane przekąski, ma przygotowany napój. Nie wiem, każdy pije co innego. Niektórym do pisania potrzebna jest kawa, inni nie mogą pisać bez herbaty czy też napojów procentowych. Nie oceniam.
Jednak przynajmniej w moim przypadku pisanie po napojach alkoholowych nie wychodzi. Mój mózg się nagle wyłącza. Nie ma pisania. Tak więc dla mnie tylko kawa albo herbata. Aktualnie nawet tylko herbata. Wracając do naszego bohatera. Nasz bohater, pisarz czy pisarka zasiada sobie do biurka, odpala komputer. Ma już przygotowane wszystko po kolei. Odpala program, w którym będzie pisać historię. Każdy ma też swoje różne programy, ponieważ nie ograniczamy się tylko do Worda.
Są różne programy, w których można pisać. Może kiedyś też się nad tym skupimy, ponieważ jest naprawdę kilka fajnych, ciekawych programów do wyboru. I słuchajcie, ten nasz pisarz czy ta nasza pisarka, w zależności od tego, kim jesteś, drogi słuchaczu, siedzi sobie, ma przed sobą bardzo często pustą kartkę i powiem wam, że tak samo pusto jest w głowie. Nic, kompletnie nic. I tu zbliżamy się do tego, że zdradzę wam, o czym będzie dzisiejsze spotkanie. Ponieważ dzisiejsze spotkanie będzie o tym, skąd czerpać inspirację do pisania. Jeśli nie mamy pomysłu na to, co będziemy tworzyć, nic nam z tego nie wyjdzie, ponieważ nic nie napiszemy. Jak to kiedyś ktoś bardzo mądrze powiedział i to się teraz utrzymuje w społeczeństwie: z pustego to i Salomon nie naleje. Musicie mi więc wierzyć na słowo, że każdy z nas piszących zadaje sobie to pytanie: skąd czerpać inspirację? Gdzie szukać pomysłów do swoich historii, do tworzenia bohaterów, do dialogów, do wszystkiego.
To jest bardzo istotne znaleźć jakiś zalążek, który później rozwiniemy. Tylko normalnie trzeba zastanowić się nad tym, gdzie szukać tego zalążka. Dziś chciałabym zaproponować wam kilka propozycji. Trochę głupio brzmi, ale chciałabym przedstawić wam kilka propozycji. Będzie lepiej. Przedstawić kilka propozycji, które mogą wam pomóc podczas szukania swojej własnej drogi. Ponieważ musicie wierzyć mi na słowo też, powtarzam się troszkę, ale trudno, że każdy z nas piszących ma swoją własną drogę do tego, by odnaleźć inspirację. Każdy z nas ma swoją własną, prywatną wenę. O wenie już mówiłam. I dzisiaj powiem o tej inspiracji, która ta wena weną nie jest i jest taką, jak to powiedzieć, iskierką dla tego, żeby ta wena przyszła.
To takie porównanie delikatne. I powiem wam też, że nie ma jednej drogi do tego, aby znaleźć pomysł. Nie ma jednego sposobu na to, aby zainspirować się i nie ma jednej właściwej instrukcji pokazującej, co należy zrobić i jak należy zrobić, żeby zainspirować się. Spotkałam się z bardzo mądrym powiedzeniem, które przytoczę na samym początku. To nie jest tak, że trzeba słuchać całej audycji tylko po to, żeby wysłuchać najmądrzejszej rzeczy na końcu. Najmądrzejszą rzecz, którą faktycznie czasem też mi się zdarza stosować. Ponieważ zdradzę wam taką tajemnicę, że ja osobiście nie mam jednej drogi do tego, żeby się zainspirować do pisania tekstu, do tworzenia historii. Czasem robię różne rzeczy, polecam to osobiście wszystkim, żeby tworzyć taki miks różnych sposobów na odnajdywanie inspiracji. Nie skupiać się tylko na jednym sposobie, a szukać. To jest najważniejsze.
Próbować wielu tych sposobów, które teraz ja zaproponuję. Znajdować własne swoje indywidualne, ponieważ to, co ja powiem, to tylko ułamek, kawałeczek z tego, co jest naprawdę dostępne w tym naszym pisarskim świecie. Każdy ma swój własny zakres możliwości, które może wykorzystać do tego, by znaleźć inspirację do pisania. Dobra, więc zacznę od tej najważniejszej, najmądrzejszej, najwspanialszej rzeczy, którą znalazłam w internecie swojego czasu i próbowałam kilkukrotnie z niej korzystać. Otóż pamiętacie tego naszego pisarza czy pisarkę, który siedzi sobie, ta nasza istotka biedna, przed komputerem, przed pustym plikiem w Wordzie. I teraz nie zatrzymujemy się, nic nie robimy dalej, nie szukamy żadnej inspiracji. Po prostu siedzimy i próbujemy pisać cokolwiek. Możemy nawet pisać o tym, jak wygląda blat stołu czy przedpokój, który widzimy z naszego miejsca. Cokolwiek, byle się rozpisać. To, co napisaliśmy później może pójść do kosza, ale najważniejsze jest to, żeby zacząć pisać, żeby się rozpisać.
Później już cała reszta pójdzie... Jak to porównać? Porównać to mogę do takiej kuli śnieżnej. Na początku trzeba zrobić małą kulkę, później robimy z niej większą kulkę, a kiedy puszczamy to z góry, to mamy jak w kreskówce. Coraz większe, coraz większe, coraz większe, aż w końcu to powieść. Leci wielka powieść, naprawdę kawał literatury. Dlatego należy zacząć od takiej małej, drobnej rzeczy i później ją powiększać delikatnie po kawałeczku. Nie od razu wszystko, tylko na raty, powolutku. I teraz zapytacie mnie, czy lepiej jest pisać przy muzyce, czy bez muzyki? Ha!
A ja wam nie odpowiem, ponieważ to jest sprawa zupełnie indywidualna. Znam pisarzy czy też pisarki, znam osoby piszące, które potrzebują totalnej, całkowitej ciszy do tego, żeby stworzyć niesamowitą historię. Ich dźwięki rozpraszają. Nawet dźwięk na przykład pralki, która pierze, jest rozpraszający. Oni muszą mieć ciszę, bo przy tym najlepiej im się skupić. Wszystko inne przeszkadza. Są też tacy, którzy muszą mieć muzykę. Nie powiem wam jaką, bo są tacy, którzy muszą mieć muzykę klasyczną. Są tacy, którzy nie mogą mieć słów, ponieważ słowa w piosenkach ich rozpraszają. Są tacy, którzy muszą mieć konkretny rodzaj muzyki, na przykład jedną piosenkę albo jeden zespół, albo po prostu jakiś gatunek muzyczny.
W moim przypadku, przedstawię wam teraz mój przykład. Najlepiej mi się pisze, kiedy mam jedną piosenkę zapętloną. Tylko to musi być dobrana piosenka, odpowiednia, konkretna do danej treści, którą tworzę. Ja zapętlam sobie ten utwór i słucham go cały czas. Podczas pisania nie jestem w stanie wam powiedzieć, nikomu nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy ten utwór już leciał, ile razy już go słyszałam podczas pisania, ponieważ ja się wyłączam. Ta piosenka sobie leci. Mi się przy niej bardzo dobrze pisze, bo nadaje rytm temu, jak ja piszę, bo ta muzyka jest właśnie po to, żeby nadać rytm temu, jak piszemy. Nie po to, żeby nam się miło pisało, ale czasem łatwiej nam się pisze, jeśli mamy tę muzykę i ona pomaga nam złapać rytm. Czyli zacząć pisać i ten rytm utrzymywać, w ten sam sposób pisać, mieć ten sam nastrój podczas pisania, żeby nie popsuć czegoś. To jest też bardzo fajny sposób, ale też nie dla każdego.
Można spróbować. Polecam. Jednak jeśli nie wyjdzie, nie należy się zniechęcać i próbować dalej. Skoro już mamy ten pierwszy sposób, taki najmądrzejszy, na który wpadłam, przedstawiony, co możemy dalej zrobić? Gdzie szukać jeszcze inspiracji? W jaki sposób? Możemy na przykład poczytać sobie poradniki literackie, w sensie poradniki stworzone dla pisarzy. Pisarz, który ma już jakiś dorobek, postanowił napisać poradnik i inni piszący mogą skorzystać z jego rad i taki poradnik kupić, przeczytać i sprawdzić na sobie, czy te rady zawarte w tej książce będą dla niego w sam raz. Powiem wam, że na rynku jest aktualnie dość sporo takich poradników. Należy sobie bardzo dobrze przejrzeć je wszystkie, poczytać opinie, ponieważ powiem wam, że nie każdy jest dla każdego.
Nie będę ich teraz tutaj reklamować, nie będę przedstawiać. Jednak na pewno jeśli wpiszecie w internecie zapytanie o takie poradniki, wyskoczy wam bardzo dużo propozycji, ponieważ jest tego naprawdę sporo i można spokojnie wybrać coś dla siebie. Niektórzy też zapisują się na warsztaty literackie, żeby znaleźć swoją drogę do czerpania pewnych inspiracji. Czy to jest złe? Nie powiem. Czy to jest dobre też nie powiem. Sprawa jest zupełnie indywidualna i jeśli ktoś czuje, że tego potrzebuje, to jak najbardziej może, jak najbardziej nawet powinien. Jeśli czuje, że jest gotowy na coś takiego i że to jest właśnie dla niego. Jeśli faktycznie wyciągnie z tego to, co powinien, to super. To jest naprawdę warte każdych pieniędzy.
Znalezienie swojej własnej ścieżki do inspiracji, do łapania tych inspiracji. Co jeszcze mogę polecić? Oj, coś dzisiaj ta audycja pod słowem „słuchajcie”. Powtarzam się bardzo dużo dzisiaj. Co mogę jeszcze polecić? Mogę polecić, jeśli już jesteśmy na tym etapie patrzenia się w pusty plik tekstowy, mogę polecić spacer. Mogę polecić takie pójście, przewietrzenie umysłu, pomyślenie o zupełnie czymś innym. A podczas powrotu na pewno ten nasz umysł pisarski zacznie pracować na swoich właściwych torach i gdzieś tam w międzyczasie może jakiś pomysł podrzucić. Mi się wielokrotnie zdarzyło tak, że wychodząc na spacer, tylko oczywiście musiałam wyjść sama na ten spacer, nie z rodziną, nie ze znajomymi, ponieważ wtedy mózg na pewno będzie zajęty czymś innym. Kiedy jednak wychodzicie sami i wasze myśli mogą płynąć w zupełnie niekontrolowanym kierunku, zobaczycie, że najdą was pewne inspiracje, pewne pomysły w takim momencie, którego zupełnie nie oczekujecie.
Dlatego zdecydowanie polecam ten sposób. Wielokrotnie z niego korzystałam i wielokrotnie przynosił efekty. To nie musi być godzinny spacer czy nawet dłuższy. To może być nawet pół godzinki, 20 minut. Zależy, ile macie czasu i ile wam tego czasu potrzeba, żeby wyłączyć rozmyślanie o zwykłych, codziennych rzeczach. O tym, co nas trapi na co dzień. Kiedy będziemy mogli po prostu iść i sobie popatrzeć na okolicę. Chociaż to myślenie o codzienności czasem też przynosi jakieś efekty. Nie zawsze. Jednak może komuś coś w tym umyśle pisarskim ruszy.
Nie mówię, że nie. Należy spróbować. Jak najbardziej. Jeżeli chodzi o łapanie inspiracji pisarskich, to jeśli nie robimy krzywdy komuś innemu, to naprawdę, uwierzcie mi, bardzo dużo rzeczy jest dozwolonych. Na bardzo wiele sposobów można czerpać inspiracje i są one naprawdę dozwolone. O ile, jak już wspomniałam wcześniej, nie robimy krzywdy komuś innemu, co nie powinno mieć miejsca. Możemy też obejrzeć na przykład film. Nie musi być kino, ale w kinie bardzo fajne jest to, że mamy totalną ciemność, monitor i skupiamy się tylko na tym. Czasem w domu jest problem z tym, żeby skupić się tylko i wyłącznie na filmie, ponieważ jest tysiąc innych rzeczy do zrobienia. Ale można spróbować tego sposobu na początek w domu.
Zobaczyć, może coś się ruszy. Można wyjść do kina. Nie dla każdego jest możliwym kupienie biletu do kina, dlatego warto zacząć od oglądania filmu w domu. Tylko żeby wyłączyć się, żeby mózg nie musiał myśleć tylko i wyłącznie o tym, co napisać. Bo im bardziej skupiamy się na tym, co i jak napisać, tym mniej nam to wyjdzie. Naprawdę. Sprawdzone. To już jest potwierdzone. Dlatego czasami dobrze jest odpuścić sobie, iść na lody, na obiad, spotkać się ze znajomymi nawet, żeby mózg przestał myśleć tylko i wyłącznie o pisaniu. Ponieważ im bardziej się spinamy autorsko, tym mniej nam to wyjdzie.
Wiem z autopsji. Tak więc można tę poradę wziąć spokojnie. Z czystym sercem ją daję. Co dalej? Następne niech będzie podsłuchiwanie ludzi. Ja wiem, że to nieładnie. Ja nie mówię, żeby szklankę do ściany przykładać, żeby podsłuchiwać wszystkich po kolei. Ale jeżeli jedziemy autobusem, stoimy w kolejce, obserwujmy ludzi. To jest bardzo istotne, żeby stworzyć dobrego bohatera. Obserwujmy człowieka, który jest obok nas albo stoi dalej.
Patrzmy, jak się zachowuje, jakie tiki ma, bo te tiki możemy wykorzystać. Jak zachowuje się w momencie, kiedy rozmawia z innymi, jak idzie, w jaki sposób. Wszystko możemy kiedyś wykorzystać. Obserwujmy, zachowujmy te wszystkie drobiazgi gdzieś w specjalnej komórce w mózgu na drobiazgi pisarskie i później, w momencie, kiedy będziemy tego potrzebować, wykorzystujmy to. Jeśli słyszymy jakiś tekst, który może nam się przydać, zapamiętajmy go. A najlepiej, jeśli mamy gdzieś jakiś zeszyt, zapiszmy to. To będzie jak znalazł do inspiracji w przyszłości. Jeśli nie teraz, to później możemy to wykorzystać przy następnym naszym problemie z pisaniem czy rozpoczęciu jakiejś historii. Jeśli nie będziemy wiedzieć, jak rozpocząć, weźmiemy ten notes, otworzymy tą komórkę w głowie i znajdziemy po jakimś czasie interesujący nas sposób na rozpoczęcie tej historii czy też kontynuację jej. Dlatego warto przysłuchiwać się pewnym rozmowom, bo czasem jakieś fragmenty, strzępki tych rozmów możemy użyć.
Tylko nie tak zaraz nachalnie przysłuchiwać się tym rozmowom. Bardzo często te rozmowy są prowadzone głośno obok nas, dość nachalnie, tak, że wszyscy słyszą. Wykorzystujmy to później. Tylko oczywiście potem, kiedy będziemy pisać o tym, możemy co nieco pozmieniać. Nie żeby zaraz wszystko tak dosłownie. Jednak powiem wam, że bardzo często ja przynajmniej tworzę bohaterów czy też wątki poboczne z tych usłyszanych historii. Mam tak w mojej pierwszej książce, w „Przezwykłych przygodach nieboszczki Marysi”. Mam tam Maję, która gdzieś w połowie książki wchodzi do Marysi, która pobiła całą porcelanę w domu. Potłukła totalnie wszystko. I Maja, wchodząc do domu mówi, że miała kiedyś koleżankę, której ojciec zawsze pił i że nauczyła go rozumu bardzo szybko, ponieważ chodziła na zajęcia karate.
Historia jest usłyszana naprawdę, rzeczywista i postanowiłam ją użyć. Nie jest to główny wątek. Był to wątek poboczny, dość potrzebny, żeby rozładować napięcie tej sceny i żeby ją gdzieś ukierunkować. Popchnąć tę scenę dalej, żeby nasi bohaterowie, w tym przypadku moi bohaterowie, mogli coś innego zrobić. Ponieważ scena była dość poważna, musiałam wejść z tą bohaterką, żeby troszeczkę spuściła napięcia i popchnęła scenę dalej w kierunku, w którym chciałam, żeby to poszło. Dlatego bardzo polecam zatrzymywać czy zapisywać sobie pewne drobiazgi, które kiedyś nam się przydadzą. Do dzisiaj w głowie mam wizję bohaterki, która czeka na swoją historię. Jest to dziewczyna w wielobarwnej spódnicy z podartymi rajstopami i z różowymi włosami. Ja ją mam w głowie. Włosy ma obcięte specjalnie bardzo nieregularnie.
Z jednej strony są dłuższe, z drugiej strony krótsze. I ona czeka na swoją historię, ale ja ją mam. Ja ją kiedyś widziałam naprawdę i ona czeka na swoją historię. Tak więc to jest już ta inspiracja, która kiedyś może popchnie moją wyobraźnię do napisania konkretnej historii. Bardzo często my jako osoby piszące mamy takie wewnętrzne pragnienie, żeby ciągle pisać. To jest dobre, to jest bardzo dobre. Jednak dla samej inspiracji, dla samego czerpania pomysłów zalecam raz na jakiś czas zrobienie sobie przerwy. Jeśli czujemy pewne zmęczenie materiału, pewne znużenie i taką przemożną potrzebę, że jak nie napiszę czegoś, to po prostu mnie rozerwie. Trzeba spuścić to powietrze, o którym mówiłam wcześniej, pozwolić sobie odpocząć. Pisanie nie jest wcale taką lekką zabawą.
Pisanie to jest dość ciężka praca i jeśli będziemy to robić bez przerwy, to się w końcu wypalimy. A tego nikt nie chce, ponieważ bądź co bądź pisanie przynosi nam radość. Wbrew temu, że jest to ciężka praca, jest to niesamowicie fajna rzecz. I jeśli będziemy robić to bez przerwy, cokolwiek byśmy robili, nie robiąc sobie pauzy w tym, to wszystko w końcu będzie męczące. Dlatego nawet pisząc, nawet kochając pisanie przeogromnie, musimy sobie raz na jakiś czas zrobić przerwę i musimy sobie pozwolić na to, żeby tę przerwę zrobić. Ponieważ uwierzcie mi, z ręką na sercu wam powiem, że jeśli zrobimy sobie takie wakacje od pisania, to nie musi być zaraz dwa miesiące, to może być nawet tydzień, półtora. I to, co jest istotne, żeby nie myśleć w ogóle o pisaniu, żeby sobie wyłączyć to, że ja muszę coś napisać. To jest tak samo jak w pracy. Jeżeli idziemy na urlop, nie myślimy o tym, co się dzieje w pracy, jak wygląda praca, co byśmy robili teraz w pracy. Nie.
Skupiamy się na odpoczynku. Dlatego robiąc sobie przerwę od pisania, należy nie myśleć o tym pisaniu przez jakiś czas. A kiedy wrócimy, będziemy bardziej otwarci, bardziej chętni do tego pisania i nasz mózg będzie bardziej świeży do tego, żeby o tym pisaniu myśleć. To jest też bardzo racjonalna, bardzo mądra rzecz. Jednak ona dotyka już osoby, które poświęcają sporo czasu temu pisaniu i męczy je w końcu. Nie żeby człowiek czuł się zmęczony. Po prostu umysł pisarza jest w końcu lekko zmęczony tym, że ciągle jest eksploatowany w tej kwestii. To jest tak samo jak z treningami. Jeśli zaczniemy przedobrzeć, przedobżać. Nie wiem, czy takie słowo w ogóle istnieje.
Jeśli przesadzimy z treningami, to nasze ciało będzie strasznie zmęczone, a nawet będziemy mieć jakieś zakwasy, zmęczenie. Dlatego nie warto przemęczać umysłu nawet w kwestii pisania, pomimo tego, że naprawdę bardzo lubimy to robić. To tyle, jeśli chodzi o odpoczynek. Chciałabym też powiedzieć, że wspomniałam wcześniej o wyjściu na spacer, ale z drugiej strony bardzo często pomaga zmiana sposobu patrzenia na świat. Bardziej może zmiana otoczenia. Czyli wyjście ze znajomymi, skupienie się na zupełnie czymś innym, spędzenie czasu z ludźmi, których zupełnie na co dzień nie mamy, których nie spotykamy codziennie. To działa podobnie jak te wakacje, tylko to jest krótsza droga do tego. Ponieważ przy odpoczynku dłuższym, przy wakacjach potrzebujemy dłuższego czasu. Powiedzmy dwóch tygodni. Tutaj przy tym, co teraz proponuję, potrzebne jest tylko parę godzin, ponieważ wychodzimy spotkać się ze znajomymi, spędzić z nimi czas.
Czyli to jest tylko krótki wycinek całego dnia. Kilka godzin może niedużo, jednak też bardzo istotne jest nie myśleć. Skupić się. Nie myśleć o pisaniu. Skupić się na tym, co robimy aktualnie. Żartować, śmiać się, spędzać czas, rozmawiać. Czasami takie rozmowy też przynoszą sporo inspiracji, ponieważ trochę Zmieniamy perspektywę patrzenia na życie w tym momencie. Troszeczkę inaczej, odrobinkę. I to może nam przynieść pewne inspiracje do historii, do budowania postaci. Z drugiej strony samo zrobienie sobie przerwy od pisania może tak samo działać.
Tak więc mamy już korzyści dwustronne. Naprawdę same plusy mamy z tego, żeby wyjść do ludzi. Chociaż czasami pisarze są trochę bardziej introwertykami i nie za bardzo do ludzi. Jednak powiem wam, że nie ma co się zmuszać. Jeśli lubicie spotykać się z ludźmi, jak najbardziej należy czasem z tego skorzystać, ponieważ jest to bardzo pozytywne, bardzo korzystne dla naszego pisania. A kiedy już wrócimy ze spotkania ze znajomymi, możemy też poczytać książki. Czyjeś książki. Cudza twórczość też czasami potrafi zainspirować pisarza do tego, by zrobił coś zupełnie po swojemu. Może zaprezentować mu jakiś świat, bohaterów, rozwiązania fabularne, które popchną go do tego, żeby zrobić coś zupełnie innego, o czym nie myślał albo pozwolą mu popchnąć to, z czym utknął aktualnie. Dlatego nie skreślałabym nigdy czytania cudzej literatury, a nawet, jak już wspominałam w którejś audycji wcześniej, czytanie literatury jakiejkolwiek, czegokolwiek, co nam przynosi radość, jest z korzyścią dla piszącego, ponieważ poszerza swoją umiejętność tworzenia świata przedstawionego, dialogów, postaci.
Po prostu czytanie to też same plusy. Dlatego polecam czasem poczytać trochę. Polecam też bardzo często czytać nie tylko książki z kategorii tych, które lubimy. Czyli jeśli na przykład jesteśmy fantastycznie zakochani w fantastyce czy po prostu kochamy obyczaj i czytamy tylko te gatunki, kryminał czy historyczne, polecam czytać czasami książki zupełnie innego rodzaju, ponieważ tak zwany research jest bardzo fajny i bardzo dobry, głównie po to, żeby czytelnik nie wyczuł luk w historii. Dlatego warto czasem skupić się na książkach, które są zupełnie czymś innym. Czyli to są na przykład książki poradnikowe dla osób w jakichś sytuacjach konkretnych, czy na przykład jakieś książki... Encyklopedie to nie, ale na przykład ja teraz kupiłam sobie – poczekajcie, zaraz sobie znajdę – mitologię słowiańską. Będę ją sobie czytać, ponieważ mam pewien pomysł na historię. Nie wiem jeszcze, kiedy ją napiszę, jednak mitologię słowiańską mam, będę czytać. Mity ogólnie fajne są.
Tworzyć własnych nie będę, jednak przyznam się do tego, że wykorzystywanie pewnych elementów mitologicznych jest dla mnie bardzo dużym wyzwaniem i zawsze chciałam tego spróbować. Dlatego mam takie plany i tą książkę poczytam i może kiedyś skorzystam. Dlatego polecam nie skreślać każdej literatury, która nie mieści się w naszych kręgach zainteresowań. Jeśli kiedyś w przyszłości chcielibyśmy coś napisać związanego właśnie z tą tematyką, która widnieje gdzieś tam na jakiejś półce, to naprawdę ja osobiście polecam wypożyczyć nawet czy kupić i przeczytać, zapoznać się z tym, a nóż widelec kiedyś przyniesie jakieś efekty. Nie zamykajmy się na żadne możliwości, które mogą nam pokazać drogę do znajdowania inspiracji. Nawet wyjście na frytki, wyjście z psem czy na przykład robótki ręczne, rękodzieło. To wszystko może nam pozwolić skupić się na zupełnie czym innym, oczyścić ten umysł pisarski i zrobić miejsce na zupełnie nowe inspiracje. Czytałam kiedyś, dawno temu, pewien artykuł, w którym podano taką drobną informację, którą ja sobie powtarzam cały czas. I faktycznie może coś w tym być. Agatha Christie, po prostu mistrzyni kryminału.
Naprawdę można się od niej nauczyć pisać niesamowite historie, tworzyć wspaniałe postaci, tworzyć cuda, perły literatury. I ona kiedyś powiedziała w jakimś wywiadzie, że ona pomysły do kryminałów odnajduje podczas zmywania naczyń, ponieważ jest to czynność tak niesamowicie okropna, tak niesamowicie nudna, że ona znajduje w tej czynności inspirację do tworzenia swoich historii. Dlatego nie zamykajmy się na jakiekolwiek sposoby znajdywania inspiracji. Nawet zmywanie naczyń. Ja nienawidzę prasować i naprawdę, gdyby przyszło mi to robić przez dłuższy czas, zdecydowanie miałabym w głowie jakiś pomysł na historię kryminalną. Może kiedyś spróbuję, aczkolwiek Naprawdę nie wiem, czy jestem w stanie się zmusić. Przedstawiłam wam kilka moich propozycji, które możecie wykorzystać. Możecie stworzyć na podstawie tego swoje własne sposoby, żeby znaleźć drogę do inspiracji, żeby nie siedzieć nad tą pustą kartką i bezczynnie patrzeć i błagać muzę o to, żeby pomogła wymyślić cokolwiek. Musimy brać sprawy w nasze ręce. Muza może i jest, ale ona tylko pomaga.
Całą ciężką pracę wykonujemy my. I jeśli znajdujecie jakiś nowy sposób, żeby natchnąć się, żeby znaleźć inspirację, to jak najbardziej możecie z niej korzystać. Polecam. Możecie nawet dzielić się swoimi pomysłami z innymi piszącymi, ponieważ czasem nie każdy może wpaść na jakieś pomysły, a nuż widelec, może ten sposób też pomoże innym piszącym. Dlatego ja jestem za tym, żeby wymieniać się pomysłami, spostrzeżeniami, ponieważ to też bardzo często pomaga w inspiracji. Taka zwykła rozmowa z innym piszącym człowiekiem, który ma takie same problemy jak my, jak ja, jak ty, to też czasem może być inspirujące, może pomóc. Dlatego jak najbardziej rozmawiajmy ze sobą, dzielmy się spostrzeżeniami, dzielmy się uwagami, dzielmy się receptami na nasze bolączki, a kiedyś to się też odwdzięczy na pewno. Tak więc piszmy, słuchajmy, czytajmy, inspirujmy się. Do usłyszenia następnym razem.
[04:18:40] - I teraz, skoro mamy już przećwiczone jak pisać, jak się za to zabrać, prowadziły nas i Katarzyna Prychacz, i Kamila Ciołko-Borkowska, to może jest szansa, że państwo sięgniecie po pióro. Jak to ładnie kiedyś mówiono: „Sięgniecie państwo po pióro”. Wiem, że siądziecie przed komputerem i zaczniecie katować klawisze. To bardzo dobrze. Trzeba iść z postępem, i może z tego katowania klawiszy wyjdzie jakaś dłuższa, krótsza forma literacka. Nieustająco zapraszam do nadsyłania do „Bibliotekarium 2.0” tych prób. One będą, po pierwsze, poddawane krytycznej ocenie. Po tej krytycznej ocenie będą kwalifikowane do tego, żeby je zaprezentować na antenie albo żeby ich nie prezentować na antenie. Te, które będą zaprezentowane, postaram się w krótszym lub dłuższym wystąpieniu omówić, dlaczego mi się podobało, a co mi się nie podobało, a co można by zrobić lepiej. To oczywiście będzie subiektywne, ale ponieważ w życiu trochę z literaturą mam do czynienia i to od wielu lat, zarówno od strony tej czysto pisarskiej, jak i redaktorskiej, to przynajmniej po części, lekuchno czuję się kompetentny, żeby cudze teksty oceniać.
To zawsze powtarzam, choćbym był nie wiadomo kim i miał gwiazdkę na czole i mienił się literaturoznawcą – którym nie jestem, od razu to podkreślam – ale gdybym nawet to robił, to zawsze pamiętajcie państwo, słuchając na przykład cierpkich recenzji na temat swoich tekstów, że to jest zawsze ocena subiektywna. Można ją oczywiście rozszerzyć i jeśli usłyszycie państwo od trzech, czterech niezależnie czytających osób, że ten tekst pozostawia coś do życzenia, to wówczas możecie państwo zacząć się zastanawiać, jak by go poprawić albo jak by go zgrabnie wyrzucić do kosza. Ale powtarzam, to dopiero po takiej masowej konsultacji. Może cztery osoby to nie jest masowa konsultacja, ale w każdym razie rozszerzona, to wtedy tak. Ale póki macie państwo jedną opinię Żelkowskiego z „Bibliotekarium 2.0”, to znaczy tyle, że się Żelkowskiemu nie podobało, bo miał takie, a nie inne powody, które wyłuszczy dlaczego, ale może czegoś nie uwzględni. To już dosyć tego mojego gadania. Apeluję nieustająco do państwa: nadsyłajcie teksty do „Bibliotekarium 2.0”. To jest jakaś szansa na mikro debiut, na próbę zmierzenia się z szerszą publicznością. Mówię to wszystko, już się państwo zapewne domyślają, ponieważ zamierzamy wspólnie z Markiem Sękiem odpalić za chwilę kolejne „Archiwum ABW”, a w nim opowiadania, które dawno, dawno temu, a nie w odległej galaktyce, były prezentowane na antenie Radia Paranormalium. To była audycja „Antologia Bibliotekarium Warsztaty”.
Tam właśnie tak to działało. Słuchacze nadsyłali opowiadania, myśmy wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem te opowiadania oceniali, krytykowali, czasami chwalili, ale najważniejsze było to, że Marek Sęk "Ivellios" czytał owe opowiadania. Był kontakt z publicznością, z ludźmi, którzy tych opowiadań słuchali. To może to będzie dobra loża recenzencka Całkiem spora, bo „Bibliotekarium 2.0” to może nie jest masowo słuchana audycja, ale ma swoją rzeszę wiernych słuchaczy, więc to jest możliwość skonfrontowania się z publicznością. Ale się dzisiaj zagadałem. Więc bez zbędnych słowotoków: archiwum ABW. Zapraszam.
[04:23:20] - Marek Myszograj, rok 1985. Dwa androidy przemierzały ukradzionym Galaktomobilem przestrzeń kosmiczną. Tam, skąd pochodziły, groziła im kastracja przewodów oraz wymłotkowanie, jeden bezwzględniejszy od drugiego. Znani byli z gwałtów elektromagnetycznych, wysysania energii i innych tego typu rozbojów. W tej chwili potrzebowali zaszyć się gdzieś. Ideałem byłaby planeta z zasobami energetycznymi. Myśleli jedynie o własnym przetrwaniu i nie obchodziło ich, czy naruszą jakiś delikatny system tubylczego ekosystemu. Bezwzględność i egoizm to były główne cechy ich charakteru. Gdy tak delektowali się roztworem słodkich elektrolitów, o kadłub pojazdu coś kilkukrotnie uderzyło. Bum, bum, bum, bum.
„Co to było?” „Nie mam pojęcia. Komputer nic nie zanotował. Nasz szlak powinien być czysty”. „No dobra, sprawdźmy to”. Gdy Galaktomobil wykonał manewr zwracania, ponownie usłyszeli bum, bum, bum. „Wyrównuję lot”. Bum, bum, bum. „I przyspieszam”. Bum, bum, bum, bum. „Co to jest, u licha?” „Nie wiem.
Namierzam miejsce pochodzenia. Mam. To ta mała planeta”. „Dziwne zjawisko. Wydaje się, jakby czymś strzelała”. „Nie, nie. Ta planeta w linii lotu pozostawia cykliczne punkty swoich poprzednich pozycji. Przechwycę kilka sztuk tego czegoś”. Po chwili dwie androidalne istoty przyglądały się wyłowionym rzeczom. Były to talarki, każdy o tej samej wielkości, wadze oraz składzie.
Z sekundy na sekundę wzrastał jednak niepokój androidów. Każdy talarek z dwóch stron miał jakieś oznaczenia, pismo niewiadomego pochodzenia oraz rysunek dobrze znanych przedmiotów. Skrzyżowane narzędzie do publicznej kastracji przewodów z młotkowaczem podzespołów. „Zawracamy, zawracamy i to już!” Człowiek konstruując tak zwaną maszynę do teleportacji lub kopiowania materii, powinien uwzględnić kilka podstawowych praw fizyki. Po pierwsze, określić punkt zerowy. Po drugie, uwzględnić masę energetyczną oraz po trzecie, złożony ruch we wszechświecie. Nie da się ot tak po prostu teleportować przedmiotu z punktu A do punktu B. Należy pamiętać o ruchu obrotowym planety, jej obiegu wokół gwiazdy oraz prędkości galaktyki. Bez uwzględnienia tych wartości mamy problem. Teleportowany czy też kopiowany obiekt zawiśnie w przestrzeni kosmicznej, pozostawiając za sobą oddalającą się planetę.
Tych praw nie zastosował Janek, utalentowany chłopak, jednak z racji epoki, w której przyszło mu żyć, nie miał na ten temat wystarczającej wiedzy. „Janku, włącz telewizor, niech się nagrzewa” – poprosiła matka. „Zaraz będzie "Niewolnica Isaura"”. Chłopak rzucił tornister i popędził do stołowego, aby pstryknąć przycisk w czarno-białym telewizorze. Kineskop musiał się nagrzać. W tym czasie udał się do kuchni. Matka mieliła kawę w elektrycznym młynku. Cudowny zapach. Gdy gwizd czajnika zakomunikował, że woda się przegotowała, w progu ukazała się tak zwana głowa domu. Stefan, wierny mąż oraz ojciec Janka.
Zdjął buty i ubrany jeszcze w prochowcu, wybełkotał: „Mahysiu, to dla siebie”. Chwiejąc się na nogach, uniósł dumnie bukiet goździków owinięty w celofan. „Dla siebie”. Oznaczało to, że ojciec będzie za chwilę spać, zaś matka spędzi wieczór przed telewizorem. Zapowiadali wieczorny festiwal interwizji. Piwnica dla Janka była całym światem. Lutowanie, odsysacz oraz mnóstwo starej elektroniki. Puk, puk, puk. Zapraszamy do reklamy. Radio tranzystorowe odbierało idealnie Program Trzeci Polskiego Radia.
I dobrze. Ramówka nie robiła bałaganu w głowie. Na warsztatowym stole stał gotowy układ, który miał przetransportować dowolny przedmiot z jednego punktu do drugiego. Przynajmniej zawzięcie od dłuższego czasu Janek pracował nad rozwiązaniem tego problemu. Wiele wcześniejszych prób spełzło na niczym. Jednak dzisiaj na lekcji fizyki olśniło chłopca. Profesor wygłaszał swoje mądrości: „Jeśli ciało A działa na ciało B siłą F, to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości i kierunku, ale o przeciwnym zwrocie. Każdej akcji towarzyszy reakcja”. To było to. Musiał zrównoważyć siły działające na układ odniesienia.
Każdy głupi by na to wpadł. Po godzinie był gotów na kolejną próbę Sięgnął po leżącą na półce monetę. Wcześniej służyła jako zwykła podkładka pod chwiejący się regał. Jeszcze raz ocenił ją w dłoni. „Powinno być dobrze” – pomyślał. – „A jeśli się uda, będę mógł podróżować bez wychodzenia z domu”. Nastawił czas operacji na dwie godziny. Nie przewidział jednak, że właśnie popełnił błąd. Eksperyment nie mógł przynieść spodziewanych rezultatów. Janek jeszcze raz spojrzał na monetę.
Jak można puścić do obiegu taki badziew? Trzy kopiejki z 1946 roku. Na odwrocie zaś napis „CCCP” oraz skrzyżowany ze sobą sierp i młot. Po chwili umieścił monetę w maszynie i wcisnął przycisk „Start”. Bartosz Paszkowski – „Przełamał się”. Chrupanie było zadowalające. Temperatura musiała być niska. To dobrze. Będę się pewniej poruszał po nieznanym. Szur, szur.
Pełen zapału zabrał się do bazgrania po lodzie. Pierwsze ruchy szły mu gładko. Rozkręcał się. Łyżwy trzymał w ryzach bez najmniejszych problemów. To się sprawdza. Gazeta w bucie to stary sposób na dobre przyleganie do stopy i pełną kontrolę ruchu. Usłyszał niedawno w radiu. Teraz tam. Szur, szur. Lód wydaje się czystszy.
Stały wiatr dobrze go przygotował na moją rozgrzewkę. Dźwięczenie czarnego lodu przypominało granie linii trakcyjnej, które zdradza pociąg w oddali. Szur, szur. Niebo zlało się z taflą. Lód się skończył i on razem z nim. Na więcej nie było miejsca. Recenzja w audycji była równie trafna. „No cóż, co by tu było można powiedzieć? Ten short jest naprawdę krótki. Ale, hola!
Zobacz jaki śmiałek. Pisać o lodzie na lodzie.” „No ale zauważ, że w końcu się przełamał” – wtrącił drugi mężczyzna i obaj wybuchnęli krótkim śmiechem. Parę minut później nikt już o lodzie nie wspominał. W końcu lato już stało u progu. Przemysław Kubisiak – „Obietnica niewarta życia”. Gwar w ciasnej i wąskiej niczym zamek uliczce nie pozwalał zebrać myśli najtwardszemu i najbardziej tolerancyjnemu człowiekowi. Tupanie i szuranie przechodniów mieszało się z rozmowami, chrząknięciami, pociągnięciami nosów oraz kaszlem przedostającym się ponad zgiełk energicznej codzienności. Wąskie i strzeliste kamienice, mimo monotonnych barw i braku życiodajnej zieleni, zdawały się nadawać charakteru i uroku. Poszum ściekającej w zagłębieniach wody, która im dalej, tym nabierała więcej syfu i nieczystości, niknął pod butami zmierzającego w bliżej nieokreśloną stronę tłumu. Zdarzało się, że w drzwiach jednej z kamienic pojawiała się przygarbiona sylwetka sfatygowanej wiekiem staruszki, która nie zważając na motłoch, waliła jak z cebra nagromadzonymi przez noc nieczystościami, częstując przechodniów niezbyt pożądaną kąpielą.
Na nic zdawały się protesty i apele niesfornej staruchy, która udając głuchą i ślepą znikała w odmętach swej kamienicy niczym wiedźma w chacie. Mimo iż ulica Zdrowa nie była głównym traktem tej niewielkiej aglomeracji, to jednak miała ważny punkt dla każdego jej mieszkańca – aptekę, dzięki której, jak łatwo się domyśleć, zawdzięczała swoją nazwę. Najstarsze z zabudowań, w którym mieściła się owa oaza zdrowia i czystości, była własnością niejakiego Żelimysła, podeszłego wiekiem alchemika poważanego w mieście i całym północnym hrabstwie. Słońce zaglądało leniwie przez przybrudzone szybki aptecznego okna, rozświetlając unoszące się w powietrzu pyłki kurzu zmieszane z duszącą wonią medykamentów. Piękne, rzeźbione meble przedstawiały przeróżne wzory i symbole alchemii, jak i szybko rozwijającej się medycyny. Długą i dostojną niczym królewski stół ladę pokryto od góry kolorowym witrażem, pod którym łatwo było dostrzec szereg produktów i własnych fabrykatów uznanego aptekarza. Po przeciwnej stronie lady ciągnęły się ogromne, sięgające sklepienia regały zastawione tysiącem ksiąg, inkunabułów i tym podobnych skarbów, które skrywały wiedzę, doświadczenie i mądrość przechadzającą się od wieków w tym pięknym i tajemniczym miejscu. Zgarbiony i wysuszony na wiór starzec kręcił się po aptece, uzupełniając półki i etykiety ze składem chemicznym świeżo uwarzonych produktów. Co chwilę zaglądał przez ramię spod okularów połówek, sprawdzając zgodność leku z naniesionym w księdze numerem ewidencyjnym. Siwe, długie i spięte w kucyk włosy kontrastowały z łysą do połowy głową, przerzedzoną nie tylko wiekiem, lecz nienaturalnymi wyziewami prowadzonych na zapleczu eksperymentów.
Kiedy Żelimysł ślęczał nad ladą, odmierzając kolejną dawkę dobieranego na wadze leku, rozległ się dzwonek informujący, że pierwszy tego dnia gość zawitał do krainy zdrowia. Zajęty obowiązkami właściciel spodziewał się przybywającej po zakupy mieszczanki. Wobec powyższego pozwolił sobie na chwilę zwłoki. Po dłuższej chwili, kiedy zdążył zapomnieć, że nie jest sam, zza pleców dało się słyszeć niecierpliwe chrząkanie. „Moment, kobieto” – żachnął się. – „Przecież już kończę”. Kiedy odwrócił się na pięcie, zdziwił się nieco, widząc rosłego, okutanego w długi płaszcz z kapturem mężczyznę. Tajemniczy klient nie pozwolił sobie na ujawnienie twarzy, jedynie podsunął zaklejony lakierem list z widoczną na froncie królewską pieczęcią. Aptekarz zmierzył gościa, zerkając również na kopertę. Pełen nieufności zapytał wreszcie: „Z kim mam przyjemność?”.
Zakapturzony jegomość stał jak posąg, nie reagując na pytanie. Po chwili napiętego milczenia ponownie wskazał list, sapiąc przy tym znacząco. „Nie mam ochoty na pańskie żarty” – oburzył się Żelimysł. – „Jestem człowiekiem poważnym i z natury małomównym, zatem proszę o choćby słowo wytłumaczenia. Inaczej będę zmuszony wezwać strażników”. Słysząc te słowa, mężczyzna uchylił nieco pałę swojego płaszcza, prezentując wysadzaną kamieniami głownię miecza. Wydał przy tym charakterystyczny pomruk mogący przypominać drwinę ze zdziwionego właściciela. „Niech waszmość przeczyta wreszcie tę wiadomość. Czas nagli” – przemówił rycerz. „Jak to miło, żeś przypomniał sobie ludzką mowę, zacny panie” – dogryzł Żelimsł, łamiąc pieczęć na kopercie.
Czytał długo, nie kryjąc zdziwienia, które wyrażał unoszonymi niczym fale krzaczastymi brwiami. Bąkał coś pod nosem, wykonując bliżej nieokreślone ruchy warg, nosa i powiększonych w okularach oczu. „Wygląda poważnie. Nie wiem. Nie wiem, co z tym zrobić” – gmerał i gdybał. „Może nie jest jeszcze za późno. Nie ma na co czekać. Ruszajmy do zamku” – wydukał wreszcie, waląc pięścią w blat. „Już myślałem, że zejdzie ci do jutra, doktorze” – wtrącił zakapturzony, łapiąc spadający z blatu kwit. Echo wysokiego niczym jaskinia korytarza niosło się w dal, potęgując kroki i towarzyszący im pośpiech.
Płomienie umieszczonych na ścianach pochodni tańczyły pod wpływem powiewu niesionego przez zmierzających szybkim krokiem ludzi. Sunęli bez słowa. Aptekarz Żelimsł niósł skórzaną torbę, z której dało się słyszeć brzękiwanie buteleczek i towarzyszących im medycznych ekselbantów. „To tutaj” – przemówił rycerz w płaszczu. – „Proszę wchodzić bez zapowiedzi” – dodał. „Jak to bez zapowiedzi?” – zdziwił się. – „Przecież…” „Proszę robić to, co mówię. W takich przypadkach protokół nie jest ważny”. Okute stalą wrota otwarły się z charakterystycznym sobie zgrzytem. Zaduch komnaty uderzał w twarz, odpychając każdego, kto dostał się do środka.
Na wielkim drewnianym łożu leżał chłopiec. Jego blada twarz przypominała trupa, zaś perlący się na twarzy pot błyszczał niczym świeże krople rosy. „Dobrze, że już jesteś, mistrzu” – zagaiła starsza kobieta czuwająca przy łożu. – „Nie wiemy, co robić”. „Proszę mi powiedzieć, co się stało” – wycedził z opanowaniem Żelimsł. „Jeszcze wczoraj wszystko było dobrze. Książę zjadł kolację, bawił się z braćmi jakby nigdy nic. W nocy zaczął gorączkować. Mimo zimnych układów nad ranem stracił przytomność”. „Co jadł na kolację?” „To co zwykle.
Przepiórki w miodzie, a na deser jagody” – odparła, wymieniając z pamięci. „Jagody? Skąd pochodziły?” „Z królewskiego lasu, mistrzu. A dlaczego pytasz?” „Macie jeszcze trochę tych owoców? Chciałbym je zobaczyć. Tylko szybko” – dodał, wyciągając z torby jakieś maści. Po dłuższej chwili zdyszana biegiem służąca przyniosła garść plonów lasu. Żelimsł obejrzał, obwąchał i nadgryzł odrobinę owocu, oceniając jego posmak. Skrzywił się przy tym, jakby zjadł cytrynę. Swoim zwyczajem brzęczał pod nosem różne hasła, których nikt nie był w stanie zrozumieć.
„Spodziewałem się. Moje domysły były słuszne, droga Minerwo” – krzyknął, powodując strach u stojącej obok służki. – „Jestem pewien, że to Atropa belladonna. Z tym że nietypowa odmiana”. „Na Boga, co za czort?” – spytała łamiącym głosem opiekunka. „Wilcza jagoda. Silnie trujący owoc lasu. Nie różni się wyglądem od normalnej jagody, dlatego trudno go rozpoznać”. Drzwi rozwarły się z hukiem i do komnaty wszedł energicznym krokiem król Brosław. Widok nieprzytomnego syna przyprawił monarchę o niedające się ukryć wzruszenie.
Wściekłym wzrokiem mierzył to księcia, to Żelisława, sprawiając wrażenie, jakby bił się z myślami, o co właściwie zapytać. „Co z moim synem, aptekarzu?” – wypalił wreszcie. „Miłościwy królu, jestem pewien, że to silne zatrucie spowodowane nadmiernym spożyciem Atropa belladonna, czyli wilczych jagód”. „Na miły Bóg! Mówże po ludzku, magu”. „Książę spożył wczoraj na kolację te jagody. – Żelisław otwarł dłoń, prezentując trujące owoce. – To przeklęty dar lasu, panie. Często zanieczyszczony przez dzikie zwierzęta”. „Co masz na myśli?” „Wybacz, królu” – uprzedził lekarz.
– „Lisy, borsuki czy kuny szczają albo i srają na jagody, dlatego są one zakażone, choć muszę przyznać, że tutaj mamy do czynienia z nadzwyczajnym gatunkiem. To czarna jagoda, na którą rzucono urok albo i zły czar”. „Musisz go wyleczyć. Mezamir musi z tego wyjść. Obsypię cię złotem, dostaniesz, co trzeba” – przekonywał król, chowając twarz w ozdobione pierścieniami dłonie. „Obawiam się, że to nie będzie możliwe, królu” – wydukał alchemik, bojąc się skutków swych podejrzeń. Brosław zaczerwienił się obficie, sprawiając wrażenie, jakby narastające w nim ciśnienie chciało eksplodować z całą mocą. Wsparł się o kolumnę książęcego łoża, próbując zebrać myśli. „Wszyscy wyjść!” – ryknął. – „Natychmiast!
Ty zostań, aptekarzu” – dodał. Echa pośpiesznych kroków truchtającej w stronę drzwi służby przemknęły po ścianach komnaty, znikając w korytarzu razem z wyproszonym personelem. Drzwi trzasnęły niczym wrota skarbca, pozostawiając Żelisława w towarzystwie władcy. Król podszedł do obszytego witrażem okna, które dzięki uchylonym skrzydłom wpuszczało do komnaty świeży powiew. „Mów wszystko, co wiesz, alchemiku” – rzekł Brosław. – „Tylko szczerą prawdę, bez owijania w bawełnę” – dodał. Żelisław westchnął głęboko, nie ukrywając, że odpowiedź nie należy do przyjemnych. „Mości panie” – rozpoczął. Z tego, co się orientuję, istnieje tylko jeden sposób sporządzania antidotum na to zatrucie. Przyrządza się je z korzenia mandragory oraz liści opium.
Oczywiście całość należy opatrzeć stosownymi zaklęciami i odpowiednio uwarzyć. Problem jednak tkwi w tym, że od wielu lat nie mam w swoich zapasach nawet grama specyfiku opartego na mandragorze. Istnieje jedno miejsce, w którym można zdobyć interesujący nas składnik. „Gdzie to jest?” — zapytał podniecony król. — „Natychmiast każę wysłać wojsko”. Mag milczał, potęgując ciążącą w komnacie atmosferę, która z każdą chwilą miażdżyła nawet najbardziej zakute łby. „Mówże, bo nie zdzierżę!” — wrzasnął Brosław. „To Dolina Światogora, panie”. Władca patrzył tępo w dal, zaś z jego oczu popłynęła szkląca się na słońcu łza. Straszny cios zadano w chwili, gdy nikt się tego nie spodziewał.
Wojsko królewskiego dworu nie podoła mocy przeklętego olbrzyma, który pustoszy dolinę, uzurpując sobie prawo do jej posiadania. Od wielu lat nie ma śmiałka, który by ruszył w tamtą stronę, panie. Armia nie przeciśnie się niezauważona. Jednemu spośród twego ludu będzie łatwiej umknąć oku Światogora, choć obaj wiemy, że to niemożliwe. „Zatem czas najwyższy, aby ktoś się podjął tego zadania” — wtrącił Brosław. „A jeśli nie znajdzie się chętny, to sam pójdę. Życie mego syna nie ma ceny”. „Nie godzi się królu” — rzekł Żelimsł, pozwalając sobie na podniesiony ton. „Królestwo potrzebuje władcy. Masz, panie, drugiego syna, z którym możesz wiązać swe nadzieje”.
„O czym ty mówisz, alchemiku?” — ryknął Brosław, niczym ziejący ogniem smok. — „Kto ma zatem iść do doliny?” — dodał łamiącym tonem. „Ja pójdę, miłościwy panie” — wtrącił młodzieńczy głos dobiegający od drzwi. Głowa króla Brosława odwróciła się gwałtownie. Zdziwienie i wzburzenie mieszały się w powietrzu jak zapach świeżo mielonej kawy. Czas jakby się zatrzymał. Żelisław zamknął oczy, dając wyraz smutku. Poznał głos młodzieńca. Odwrócił się na pięcie. „Kim jesteś i jak tu wszedłeś, młodzieńcze?” — warknął tymczasem król.
„Nazywam się Witosz, miłościwy panie” — przedstawił się chłopak, padając na kolano. — „Jestem synem i uczniem mistrza Żelisława. Wszedłem tu dzięki kopercie z królewską pieczęcią, którą znalazłem na blacie w naszej aptece”. „Co powiesz, alchemiku?” — spytał władca, odwracając zburzoną twarz. „To prawda, królu. To mój syn” — odparł. — „Istotnie, w całym pośpiechu zabrałem tylko list, zaś koperta została na lacie”. „Wejdź, chłopcze” — rzekł król, wykonując zachęcający gest ręką. — „Czy zdajesz sobie sprawę z deklaracji, którą poczyniłeś?” „Tak, królu” — odparł energicznie Witosz. — „Nie mam zamiaru patrzeć, jak książę Mezamir opuszcza ten świat.
Nie ma chwili do stracenia. Ruszę czym prędzej”. „Wiesz, gdzie i po co masz ruszyć, synu mój?” — wtrącił wyraźnie przygnębiony ojciec. „Nie wiem, ojcze. Za drzwiami słyszałem jedynie coś o opium i mandragorze”. „Na nic twoja wiedza, chłopcze i na nic twe deklaracje” — warknął wściekły jak osa Brosław. — „Nie poślę cię na pewną śmierć. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył”. „Pójdę tam, gdzie trzeba” — przerwał chłopak. — „I uratujemy księcia”.
W komnacie zapanowała cisza. Nawet zapach otoczenia zmienił się jakby w cmentarny odór, dusząc fetorem trupa i zwiędłych w nieświeżej wodzie kwiatów. Zza drzwi dochodziły szepty i szlochy, zdradzając czającą się u progu służbę. Na domiar tego w otwartym skrzydle kolorowego okna przysiadł tłusty kruk, który pochylając małą jak owocki główkę, zakrakał, siejąc strach wśród stojących jak posągi gapiów. „Skoro tak się sprawy mają, pójdę z nim, panie” — przerwał ciszę Żelimsł, wycierając ociekające po brodzie łzy. Brosław zmierzył obu mężczyzn, po czym przemówił donośnym głosem: „Ozłocę was, jeśli misja się powiedzie. Zaś jeśli polegniecie w starciu ze Światogorem, wasze imiona każę zapisać w dziejach królestwa oraz w pieśniach. Ruszajcie czym prędzej i niech wam się darzy, śmiałkowie” — dodał, tuląc serdecznie najpierw ojca, potem syna. Kiedy wychodzili z komnaty księcia Mezamira, czający się u drzwi przywitali ich oklaskami i wiwatem. Niemal okrzyknęli bohaterami, mimo iż nie było jeszcze za co.
Z nastaniem wieczora pod oknami apteki mistrza Żelimsła zgromadziły się tłumy mieszczan. Wiadomość o chorobie Mezamira rozeszła się po całym mieście. „Ruszymy o świtaniu, kiedy wszyscy się rozejdą” — przemówił alchemik obrażonym tonem. „Nie bądź zły, ojcze” — odparł mu Witosz. — „Całe życie powtarzałeś mi, że Witosław, Witosz znaczy ten, który będzie słynnym panem. Zatem nadszedł czas, żeby tak się stało”. „Nie sądziłem, że weźmiesz to tak dosłownie, synu”. Dwóch wędrowców przemknęło wąskimi ulicami, niemal lewitując nad ziemią. Chcieli uciec pod osłoną nocy niczym sprawny i doświadczony fachem złodziej. Niemal bezszelestnie dotarli do lekko uchylonej bramy prowadzącej na główny trakt handlowy, której usiłował pilnować śpiący jak suseł wartownik.
Kiedy przedarli się poza mury miasta, na horyzoncie budził się dzień, który mógł przynieść tylko jedno: godną legend przygodę. Chłopak odwrócił się i dojrzał stojącego w oknie wieży króla Brosława, który machał zadzierzgniętym na tyczce czerwonym płótnem, pozdrawiając oddalających się wędrowców. Oddalali się od miasta szybko i energicznie. Zostawili za sobą rodzinne miasto i królewski las, którego każdy kąt był im znany niczym własna kieszeń. Okoliczne pagórki pozdrawiały ich szumem traw i tańczącymi na wietrze buchawcami. Graniczna wieża, opuszczona przed laty, jaśniała w blasku słońca, zaś wyrastający zza jej pleców młyn pracował, spełniając swe powszednie obowiązki. „Weźcie jeden bochen, wędrowcy” — krzyknął pobielony mąką młynarz. „Niech ci bogowie wynagrodzą, dobry człowieku” — odparł Witosz, dając w zamian małą ampułkę specyfiku na ból głowy. „Wam też” — odburknął młynarz, dławiąc się pyłem mąki. Szli z nadzieją i pogodną myślą, znikając za piętrzącą się górą skrywającą cel podróży: Dolinę Światogora.
Zmrok nad doliną zdawał się być ciemniejszy i mroczniejszy niż gdziekolwiek indziej. Widoczność na wyciągnięcie ręki zapędzała w zaułek każdego, kto na chwilę stracił niezbędną w tym rejonie czujność. O lampie czy ognisku nie mogło być mowy, gdyż czające się w ciemnościach monstrum nie popuściłoby okazji wypatroszenia nieproszonych gości. „Zostańmy tutaj” — szepnął Żelimsłuch. „Z nastaniem ranka ocenimy sytuację”. „Jeśli dożyjemy” — odparł trzęsącym się głosem Witosz. „Nie pleć bzdur” — zganił syna starzec, waląc w kant kanciastej jak kwadrat głowy. „Kładź się plecami do mnie, zarzuć pled i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia”. „Będziesz bajał, ojcze?” „Nazywaj to, jak chcesz. Opowiem ci, co wiem o tym miejscu i jak masz postępować z tym, kogo być może tu spotkamy”.
Wędrowcy zalegli na ziemi, podpierając głowy na wepchanej po brzegi torbie. Po chwili Żelimsłuch nabił fajkę i pykając w półleżącej pozycji zaczął swą opowieść: „Dawno temu owa dolina była sercem naszego królestwa. Rośliny, zwierzęta i ludzie żyli tu w symbiozie i poszanowaniu. Żyzna ziemia dawała plony mogące zaspokoić potrzeby całego kraju. Mówiło się, że jest zaczarowana, bowiem bez względu na porę roku rosły tu owoce i warzywa, które nie rosną jesienią czy zimą. Wyobrażasz sobie truskawki zbierane w styczniu albo wiśnie w lipcu? Kalafior czy sałata dojrzewały w kilka dni, zaś ziemniaki rosły cztery razy w roku. Błogosławieństwo doliny nie trwało jednak długo. Łapczywy i chciwy człowiek pożądał więcej. Chciał robić zapasy, a nawet sprzedawać to, co nie należało do niego.
Rozgniewało to bogów, którzy spustoszeni dolinę, wypalając każdy korzeń i każde nasionko do cna. Mało tego, aby człowiek nie próbował odzyskać doliny, bóstwa ulepiły z gliny olbrzyma zwanego Golemem, nadając mu imię Światogor. Od tamtego czasu czuwa on nad tym, aby nikt nie zdołał przekroczyć granic doliny, która stała się własnością tajemniczego stwora”. „Skoro bogowie wypalili ziemię w dolinie, to w jaki sposób rośnie tu mandragora?” — zapytał wyraźnie zaciekawiony Witosz. „Rośnie, ponieważ sam Światogor ją posadził i pielęgnuje. Odżywia się jej liśćmi i korzeniami. Swego ogrodu pilnuje niczym oka w głowie. A uwierz, że hoduje tam przeróżne różności” — dodał. „Oprócz mandragory ma też czarny bez, mak i konwalie”. „A czy zna się na magii?” „Jak mało kto” — odparł błyskawicznie ojciec, pociągając bucha z fajki.
„Dlatego nie możemy tu na niej polegać. Golem jest przebiegły i wyczuje magię na odległość. Najlepiej coś mu ofiarować w zamian za mandragorę”. „Ale co możemy dać takiemu dziwolągowi?” „Już moja w tym głowa. Uprzedzam cię tylko, żebyś nie dał się zwieść jego pustym obietnicom i udawanej potulności. Golem może przybierać inne postaci, dlatego odkąd zejdziemy na dół, nikomu nie można ufać. Tylko sobie”. Dzień zaczął się gorzej niż w najśmielszym koszmarze. Przepychające się czarne chmury przytłoczyły i rodziły potężny ból głowy, dający się we znaki obu wędrowcom. Na domiar tego nad leżącymi niczym mumie piechurami stały wielki gliniany olbrzym, przyglądając im się niczym włócznią w barbakanie.
Nieskalane żadną myślą ślepia tańczyły niczym ogniki w płomieniu, zaś wielki i niekształtny jak ziemniak nos ociekał zieloną i śmierdzącą cieczą. Obraz nędzy i rozpaczy w niczym nie przypominał legendarnego olbrzyma. Przeciwnie Sprawiał wrażenie niezdarnej i niewartej uwagi pierdoły ulepionej z gliny. Żelimus zdawał sobie sprawę z mylących pozorów, dlatego zachował zimną krew, nie dając się zwieść. „Coście za jedni?” – zapytał olbrzym, pociągając nosem. Mężczyźni podnieśli się powoli, starając się nie wykonywać energicznych i niepożądanych ruchów. Teraz dokładniej ujrzeli legendarnego stwora, któremu trzeba było przyznać wizualną zgodność z legendarnymi bajaniami. „Ja jestem Żelimus, a to mój syn Witosz” – przemówił składnie ojciec. „Światogor” – przywitał się olbrzym, wyciągając wielką jak stodoła łapę, której wędrowcy nie odważyli się uścisnąć. „Co was sprowadza do mojej doliny?” „Jak to co nas sprowadza?” – powtórzył pytanie Witosz.
– „To nie zaatakujesz nas, olbrzymie? Nie wyciągniesz szponów i nie połamiesz jak zapałek?” Przez chwilę zapanowała cisza, której nikt nie był w stanie przerwać. Światogor obserwował mężczyzn z podniesionymi brwiami, które tańczyły na wietrze niczym pole kukurydzy. Żelimus przeklinał w myślach syna, zastanawiając się, czy opanowana do perfekcji głupota ustąpi wreszcie miejsca rozumowi. Zaś sam Witosz zdawał się zaskoczony ponurą i grobową ciszą. „Tyś jest tym alchemikiem i aptekarzem ze stolicy?” – wypalił wreszcie olbrzym. „Jestem rad, że o mnie słyszałeś, władco doliny” – odparł zaskoczony Żelimus. „Dobrze, żeście przyszli” – poinformował olbrzym, wprawiając ich w osłupienie. – „Jest bowiem pewien przepis, nad którym głowię się od lat. Powiedz, alchemiku, czy potrafiłbyś uwarzyć eliksir zdolny przemienić mnie w człowieka?” „Nie param się czarną magią.
Zresztą to czyn wbrew woli bogów, Światogorze” – żachnął się mędrzec. „Chodźcie ze mną do doliny, coś wam pokażę, a przy okazji powiecie, po co przybywacie” – zaproponował gliniany stwór. Nie było innego wyjścia, jak skorzystać z zaproszenia. Chociaż alchemik trzymał w zanadrzu krótką i lekko zagiętą różdżkę, to jednak nic nie wskazywało, żeby musiał jej używać. Szli dość szybko, próbując nadążyć za szerokimi jak zamkowa fosa susami olbrzyma. Zrezygnowany i wyraźnie przygnębiony Światogor nie wykazywał najmniejszej chęci do morderczych czynów. Wąski szlak zmierzał ku dolinie, prezentując zatykające dech w piersiach widoki. Mimo stromego i dość wymagającego zejścia wędrowcy sprawnie i szybko dotarli do celu. Ich oczom ukazał się piękny i lśniący niczym złoto tunel prowadzący w głąb ziemi. Obłożony kamieniami otwór otaczał piękny ogród usiany grządkami w kształcie szachownicy, w którym krzątały się małe, odziane w szpiczaste czapki istoty.
Uwijały się przy pieleniu, podlewaniu i porządkowaniu zieleńca. „Twój ogród robi wrażenie” – przemówił z rozdziawioną gębą Witosz. – „Kim oni są?” Tutaj wskazał na mikropracowników. „To krasnale” – odburknął golem. – „Bogowie zesłali mi ich do pomocy, bowiem zapotrzebowanie na magiczne produkty rośnie z każdym dniem”. „Co chcesz przez to powiedzieć?” – zapytał tym razem alchemik. „Niemal codziennie przybywają tu śmiałkowie chcący stoczyć walkę ze strasznym i legendarnym Światogorem. Kiedy jednak okazuje się, że takowej potrzeby nie ma, dobijamy czystego i uczciwego handlu. Ja oferuję im porządne rośliny i zioła, zaś w zamian otrzymuję coś innego. A wy czego potrzebujecie?” – spytał.
„Korzenia mandragory. Książę Mezamir zatruł się wilczą jagodą. Jedynym ratunkiem jest wywar z mandragory i opium”. „Mandragora to szlachetna roślina. Wymaga wielu lat pielęgnacji i odpowiedniego nawożenia. Prawdą jest, że dodana do odpowiedniego specyfiku potrafi zdziałać cuda” – ocenił mądrze olbrzym. „Zatem czego oczekujesz w zamian, władco doliny?” – zapytał z niepokojem Żelimus, wyczuwając podstęp glinianego rozmówcy. Stwór zastanowił się przez chwilę, zmieniając swój stosunek do zaproszonych gości. „Dam ci, czego chcesz, mędrcze. Cena jednak jest wysoka”.
Alchemik nic nie odpowiedział, dając do zrozumienia, że oczekuje na odpowiedź. „Dasz mi swego syna” – wypalił wreszcie, zmieniając ton. Czyste i świeże powietrze zmieniło się niczym widok w kalejdoskopie. Wędrowcom spadły z oczu magiczne łuski, odsłaniając prawdziwy obraz miejsca znanego jedynie z legend. Jak się okazało prawdziwych. Pracujące krasnale zmieniły się w kładące z bólu, głodu i zmęczenia cienie pojmanych przez olbrzyma ludzi. Wejście do groty golema przybrało wygląd ponurej nory kojarzonej raczej z piekłem i śmiercią niż przytulnym domem. Czerwone jak latarnie oczy zwróciły się do ściskającego różdżkę alchemika, przeszywając go na wylot. „Dasz mi tego durnia, a otrzymasz mandragorę. Jeśli nie, wówczas obaj dołączycie do moich słodkich ogrodników”.
„Weź mnie zamiast niego” – zaproponował aptekarz. „Ciebie szkoda marnować, mędrcze. Masz wielką wiedzę i umiejętności. Zresztą jeszcze kiedyś tu wrócisz. Daj mi nicponia”. Nie myśląc długo, Żelimus zamachnął się koliście, szepcząc pod nosem odpowiednie dla sytuacji zaklęcie. Z magicznej gałązki wystrzelił potężny strumień, kończąc swój bieg na twarzy zaskoczonego olbrzyma. Magiczna energia odbiła się od Światogora, waląc w grupkę przyglądających się wszystkiemu więźniów. „Mnie się nie da zabić, głupcze!” – ryknął golem, wzbudzając potężny śmiech. – „Jednak skoro tak wybrałeś, musisz ponieść konsekwencje”.
Potwór ruszył w stronę mężczyzny. Ciężkie i długie kroki powodowały drganie ziemi, zaś z nozdrzy Światogora wydobył się silny niczym tornado podmuch. „Zaczekaj!” Krzyknął Witosz. Znam składnik, który uczyni cię człowiekiem. Golem wstrzymał krok, pozostawiając w ziemi sporych rozmiarów koleinę. Jesteś głupcem! Jak zatem możesz wiedzieć, czego mi brakuje? - spytał z ironią gliniak. Potrzebujesz energii, która pobudzi w tobie działanie eliksiru. Wiem, skąd ją wziąć.
Mów dalej. Musisz uzyskać siłę z natury. Sam wiesz, że burza jest darem bogów. Wznieca pożary, grzmoty i wyładowania. Skoro bóstwa dały ci tę postać, to również od nich musisz otrzymać przemianę. Światogor stracił czerwony poblask oczu, wracając do łagodnej jak baranek postaci. Słowa młodzieńca wprawiły go w zakłopotanie. Nigdy bowiem nie pomyślał o tak oczywistym rozwiązaniu. Skoro stworzyli go bogowie, również oni mogą go odmienić. Skąd mam teraz wziąć burzowy piorun?
Jeśli o tym mówisz, nad doliną od lat ciążą chmury i mży deszcz. Bogowie zapomnieli o swym stworzeniu - żalił się wyraźnie. Ja ci dam burzę - zaproponował Żelimus. Powołam ją za pomocą magii. Musisz tylko słuchać, co mówię, a otrzymasz brakujący składnik. Zgoda! Lecz jeśli mnie oszukacie, marny wasz los. Pamiętajcie, że mnie nie można zabić - warknął wyraźnie podniecony potwór. Idź zatem do pieczary i przynieś swoją miksturę - polecił Witosz. A wy mi uciekniecie, cwane ludki.
Przyszliśmy tu po mandragorę, olbrzymie. Wszyscy mamy interes w tym, aby załatwić swoje sprawy. Nie odejdziemy bez rośliny. Ty zaś nie wypuścisz nas, dopóki nie zmienisz swojej persony. Dobrze prawisz, mędrcze. Wiedziałem, żeś człowiek uczony - odparł z miną przypominającą uśmiech. Kiedy Światogor zniknął w odmętach swego domu, atmosfera nieco się rozluźniła. Wędrowcy nawet na moment nie pomyśleli o ucieczce. Żelimus zdawał sobie sprawę, że plan syna jest genialny i póki co jedyny. Wymienili między sobą drobne wskazówki, powtarzając na zmianę zaklęcie wywołujące grzmotącą i porywczą niczym tajfun burzę.
Mieli bowiem w planie połączyć swoje siły. Kiedy olbrzym wrócił, dzierżąc w dłoniach kociołek wypełniony żelową substancją, przybysze byli zwarci i gotowi. Kolorowymi jak tęcza liśćmi ułożyli krąg, w którym gliniany stwór miał oczekiwać na druzgocące porażenie. Kiedy wypił zawartość kamiennego naczynia i stanął w wyznaczonym miejscu, dał znak pełnej gotowości. Pamiętasz, co masz robić, synu? Tak, ojcze. Możesz na mnie polegać - odparł Witosz. Mimo stanowczego zapewnienia, słowa syna nie uspokoiły Żelimusła. Nie pozostało jednak nic innego, jak po prostu działać. Mężczyzna zdjął skórzany płaszcz, podwinął rękawy i wysoko, niczym sam Bóg uniósł ręce w powietrze.
Po przeciwnej stronie kręgu syn Witosz przyjął podobną ojcu postawę. Z różdżki alchemika ponownie wystrzelił wartki strumień, tym razem czarny niczym smoła. Wbił się w ciążące nad głowami chmury, które w spotkaniu z tajemniczą mocą trzasnęły niczym zwalane z niebiańskich półek książki. Aura przybrała ponury charakter, przywołujący na myśl czarnomagiczne praktyki z dawna dokonywane przez adeptów Królewskiej Szkoły Smoka. Gdy pojawił się pierwszy błysk na niebie, syn aptekarza dobył z pochwy lśniący niczym lustro miecz i cisnął w nim powietrze, wrzeszcząc do Golema: Ej ty! Łap i wznieś go wysoko nad głową. Szalejący wiatr utrudniał porozumiewanie się ze sterczącym w kręgu potworem. Kiedy złapał lecący w swoją stronę miecz i uniósł go nad głową, wyglądał jak olbrzym dzierżący w dłoniach igłę do szycia. Naraz potężny błysk przeszył niebo, zaś towarzyszący mu piorun przydymił prosto w stojącego jak posąg Golema. Morze iskier i towarzyszącego im ognia skupiły się na potworze, który zniknął w chmurze dymu i kurzu, pozostawiając po sobie jedynie sporą kupkę rozwianego przez wiatr pyłu.
Zajaśniało słońce, przeganiając ciężkie deszczowe chmury. Po raz pierwszy od wielu lat magiczna i niegdyś żyzna dolina zakosztowała naturalnych promieni, które niemal zapomniały o tym pięknym i bajecznym miejscu. Ojciec i syn wracali do stolicy, dzierżąc wypełnione po brzegi torby. Różnorakie pędy, korzenie i magiczne zioła pachniały na odległość, pozostawiając w powietrzu niezwykły, tajemny aromat. Jeszcze wczoraj nie dałbym pół siekańca, że Witosz w twoim przypadku oznacza tego, który będzie sławny. A tu proszę - zagadnął ojciec z szerokim jak banan uśmiechem. Widzisz - odparł syn. Przyszedł czas, aby udowodnić, że jednak jestem czegoś wart. Nigdy w to nie wątpiłem, synu mój. Wykazałeś się sprytem i trzeźwym umysłem, choć sam przyznaj, że ryzyko było wielkie.
Ryzyko jest ojcem sukcesu. Możesz stracić wiele, ale równie dobrze zyskać dużo więcej. Dobrze prawisz, mój Nicponiu - powiedział Żelimus, czochrając głowę syna. W naszym przypadku stawka była ogromna - rozpoczął chłopak. Raczej była - przerwał mu ojciec. W oddali dostrzegli wznoszący się na wzgórzu gród. Królewski zamek górował nad okolicą, przyozdobiony w miotane na wietrze czarne flagi. Co u licha? - wyszeptał wpatrzony jak szpak w pięć groszy mędrzec. Książę Mazamir nie żyje Przemówił przysiadły na gałęzi puchacz.
„Jak to możliwe?” Zapytał zdziwiony Witosz, zerkając z jeszcze większym zdziwieniem na gadającą sowę. „Z samego rana ogłoszono, że nie żyje. Nie wracaliście dość długo, zatem stwierdzono, że was również licho wzięło.” „Nie było nas raptem dwa dni. Kto stwierdził zgon księcia? Przecież jestem jedynym medykiem w mieście” – zapytał z wyrzutem aptekarz. „Sam król stwierdził, że wszelka nadzieja zgasła” – odparł, mrugając okiem puchacz. „Przecież on nie zna się na leczeniu. Skąd ma wiedzieć? Jeszcze nie wszystko stracone, ojcze. Czym prędzej na zamek.
Niech nasz wysiłek nie pójdzie na marne” – zawtórował Witosz, chwytając ojca pod kościste ramię. Wielu mówiło, że to zwykłe bajanie. Inni powtarzali, że jak w każdej, tak i w tej legendzie drzemie ziarno prawdy. Nie wiadomo jednak, co jest gorsze: czy ubogacona wyobraźnią ludu klechda, czy może ukryta i pielęgnowana latmi serca rzeczywistość. Zarówno Żelimus, jak i jego syn Witosz nie dbali o uznanie króla czy żądnego igrzysk ludu. Zrobili to, co do nich należało, wywiązując się z danej obietnicy. Panujący dziś król Mezamir nie wie i nie dba o to, jak wiele poświęcono, aby jego historia mogła mieć dalszy ciąg. Dwóch odważnych i bogatych w wiedzę mędrców to już przeszłość. Historia biegnie swoim tempem, nie zważając, jak wiele zdeptano, a ile udało się z niej uratować. Bez względu na wszystko warto być pogromcą Światogora, który mimo swej potęgi i złych intencji stał się drogą ku temu, aby wypełnić dane komuś słowo.
Hanna Layer, „Ad absurdum”. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych zdarzeń są nieprzypadkowe. Leszek siedział ze zwieszoną głową i wzrokiem wbitym w stopy, a raczej stopę. Pozostałość lewej nogi goiła się. Powoli wracał do zdrowia. Nie byłoby źle, gdyby nie fakt, że sąsiedzi wciąż zakłócali spokój. Mimo potrzeby porządnego odpoczynku i długiego okresu rekonwalescencji zawlókł się na zebranie lokatorów kamienicy. Przewodniczył jak zwykle Thomas, co chwila zerkający na tarczę ekstrawaganckiego zegarka ze złotą bransoletą oplatającą jego nadgarstek łańcuchem 12 złotych gwiazdek. Obok niego niezmiennie miejsce zajmował Hans. Leszek przetarł palcami zmęczone oczy.
Nie pomogło. Usadowił się wygodniej na krześle i ukrył głowę w dłoniach, żeby jakoś przetrwać tę farsę. Przez chwilę czuł błogi spokój. Promienie słońca przeświecały przez gałęzie podwórzowych topoli i całowały jego spracowane ręce. Lekki wiatr przyłączał się i jakby na pocieszenie muskał skórę ciepłym podmuchem. Ze spokojnego odrętwienia wyrwał go piskliwy głos Thomasa. „Leszku, Leszku, mówię do ciebie. Niepokoimy się. Niepokoimy się o ciebie.” „Kto się niepokoi?” – dopytał ospale Leszek z głową wciąż spoczywającą w wielkich dłoniach. „Jak to?
My się niepokoimy. Cała wspólnota mieszkaniowa. Nie mamrocz, jak mówię do ciebie.” Leszek podniósł wzrok i spojrzał na Thomasa spode łba. Odparł niechętnie: „Zasadniczo, skoro ty mówisz do mnie, to w tym momencie jesteś jedyną osobą, która może wysławiać się niewyraźnie. Jako że nie mam zwyczaju przerywania komuś wypowiedzi, chciałbym tylko wiedzieć, o co chodzi.” Thomas poczerwieniał na twarzy. Przypominał nieco niepokojąco przesadnie napompowany czerwony balonik, gotów w każdej chwili pęknąć z hukiem. Odchrząknął nienaturalnie, po czym wyparował jeszcze bardziej piskliwie niż poprzednio. „Jesteśmy wysoce zaniepokojeni nieporządkiem panującym w twoim mieszkaniu. Obawiamy się, że taki stan rzeczy może ci nie służyć.” „Słucham?” Leszek pociągnął kilkakrotnie płatek prawego ucha, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. „Jesteśmy zwolennikami porządku, który służy zdrowiu mieszkańców i nie sprzyja rozprzestrzenianiu się niepożądanych chorób.” „To jakiekolwiek choroby mogą być pożądane?” – wtrącił się milczący dotąd Imre.
„Cisza!” – zawołał Thomas, którego twarz zaczęła przybierać złowróżbny odcień purpury. Odchrząknął ponownie, przewertował jakieś kartki, przeczesał palcami opadające na czoło siwe kosmyki i kontynuował: „Z wiarygodnych źródeł wiadomo nam, że w twoim mieszkaniu sytuacja znacznie się pogorszyła, a właściwie w chwili obecnej jest alarmująca. Co masz na ten temat do powiedzenia?” „Z jakich wiarygodnych źródeł?” – nieco zbyt głośno odparł pytaniem Leszek. „Wiarygodnych! Przecież mówię.” „Proszę wybaczyć” – zwrócił się do wszystkich zebranych Leszek – „ale zdawało mi się, że ja jestem osobą najlepiej zorientowaną w sytuacji, jaka panuje w moim własnym mieszkaniu. Sprzątam regularnie, stosuję się do wszystkich zasad ustalonych w regulaminie. Nie było u mnie w ostatnim czasie żadnych niepokojących incydentów.” Zaakcentował znacząco ostatnie wyrażenie i rozejrzał się. Kilka osób z aprobatą pokiwało głowami. Thomas wpatrywał się w niego z nieukrywaną złością. Uniósł pulchny palec wskazujący i przestrzegł stanowczo: „Tym razem ci się upiecze, ale jeżeli dowiemy się o jakichkolwiek zaniedbaniach, licz się z konsekwencjami.
Nie chcesz chyba, żeby podniesiono czynsz?” Dlaczego mnie to mówisz? — spytał porządnie już wyprowadzony z równowagi Leszek. — Łudziłem się, że będziemy tu rozmawiać o kwestiach związanych z ociepleniem budynku i o, wybacz, dość palących problemach z nowymi lokatorami, ale rozwiałeś moje nadzieje po pierwszych minutach tego cyrku. W związku z tym proszę wszystkich o wybaczenie, ale jeśli nikt nie ma do mnie żadnej sprawy, pozwolę sobie opuścić szanowne grono i korzystając z pięknego dnia zająć się sprzątaniem, jakie na dzisiaj zaplanowałem. Na kolejne zebranie stawię się oczywiście. Posyłając ostatnie wściekłe spojrzenie przewodniczącemu zaczął powoli wstawać, ale usłyszał znów piskliwy głos.
[05:13:28] - Tak się składa, że mamy dość pilną sprawę do ciebie Leszku, więc dobrze byłoby, gdybyś jeszcze z nami został.
[05:13:36] - Podnoszący się z miejsca powoli przymknął oczy, westchnął niedostrzegalnie i oklapł z powrotem na siedzenie. Słucham — wydusił z siebie.
[05:13:47] - Pan Zimmerman chciałby coś powiedzieć.
[05:13:50] - Niewysoki jegomość w kapeluszu i okularach wyłonił się jak spod ziemi i stanął obok Thomasa. Oprócz ostrych rysów i nietypowego jak na współczesne czasy nakrycia głowy uwagę zwracał szczelnie zabandażowany kinkut prawej ręki. Dziękuję, panie przewodniczący — zaczął mężczyzna spokojnym tonem. — Można by mówić wiele, ale to nie o wielkie słowa tutaj chodzi, a jedynie o sprawiedliwość. Zwracam się do pana Leszka z wezwaniem o zachowanie przyzwoitości, przyznanie się do winy i zwrócenie mi należnego odszkodowania łącznie ze skradzionymi pieniędzmi. Leszek o mało nie spadł z krzesła. Gdyby nie siedział, a stał, to niechybnie by się przewrócił. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Co takiego? — wykrzyknął szczerze zdumiony.
Tak, tak. Ja rozumiem potrzebę przykrycia czymś palącego wstydu, ale naprawdę krzyk nie pomoże. Proszę zachować odrobinę godności. Pan chce mnie pouczać o godności? Leszkowi prawie zabrakło tchu. Przewodniczący odchrząknął swoim zwyczajem.
[05:15:04] - Ależ panowie, po co te nerwy? Możemy już chyba na spokojnie porozmawiać o czymś, co miało miejsce dawno temu.
[05:15:12] - Jak pan widzi, panie przewodniczący, staram się zachowywać spokój, choć jest to dla mnie trudne — powiedział Zimmerman. — Bardzo trudne — dodał i rozejrzał się po twarzach zebranych. — Krzywdę, jaka mnie spotkała, trudno porównać z czymkolwiek. Co do tego chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości. Oczywiście, że nikt nie ma wątpliwości! — zawołał Leszek. — Ale tak się składa, że nie tylko pana spotkała krzywda. Zimmerman rzucił mu nienawistne spojrzenie. Do tej krzywdy ktoś się przyczynił — zauważył, spoglądając na zebranych zza szkieł swoich okularów. Zgadza się.
Więc może wreszcie porozmawiajmy o sprawcach.
[05:15:57] - Widzisz, Leszku — przerwał mu Thomas. — Pan Zimmerman poniósł straszliwe straty, zarówno materialne, jak i moralne.
[05:16:06] - W co nie wątpię — wycedził przez zęby Leszek.
[05:16:10] - Co miało miejsce w twoim mieszkaniu. Zgadza się? Zaprzeczysz temu?
[05:16:15] - Zapadła grobowa cisza. Leszek z niedowierzaniem spoglądał na twarze sąsiadów. Oczywiście, że w moim mieszkaniu, ty imbecylu, bo napadnięto mnie, kiedy szanowny pan Zimmerman był moim gościem. Gdybyście wszyscy nie mieli problemów z pamięcią... — wybuchnął wreszcie.
[05:16:34] - Nie tym tonem!
[05:16:35] - Przerwał ostro Thomas, co przez jego wysoki głos zabrzmiało dość komicznie.
[05:16:41] - Lepiej się zastanów, czy masz jakieś dowody, zanim zaczniesz wygłaszać swoje niepoprawne stwierdzenia.
[05:16:48] - Dowody? — Leszek oddychał ciężko. — To nie jest wystarczający dowód? — Wskazał na swoją lewą nogę pozbawioną stopy i połowy łydki.
[05:16:59] - No cóż, przykro mi, że spotkało cię takie nieszczęście. Wypadki chodzą po ludziach.
[05:17:05] - Wypadki? Nie można wykluczyć, że to działanie celowe, służące wymiganiu się od procesu — wtrącił się Zimmerman. Co proszę? Czy on sugeruje, że sam sobie odciąłem nogę?
[05:17:19] - Leszku, powinieneś zrozumieć, że musimy brać pod uwagę wszelkie ewentualności — odpowiedział spokojnie Thomas. — Dochodzenie do prawdy to żmudny proces.
[05:17:31] - Przecież proces odbył się już dawno temu.
[05:17:34] - Co nie zmienia faktu, że pan Zimmerman nie otrzymał należnego mu odszkodowania.
[05:17:39] - Ja też nie otrzymałem, do cholery! O odszkodowanie może zapytamy wreszcie tego psychopatę, który siedzi po twojej-
[05:17:46] - Leszku, ale nie tym tonem, naprawdę. Nie będziemy rozmawiać ze sobą w takiej atmosferze. Musimy brać pod uwagę fakty. A fakty są takie, że po pierwsze, jak sam przyznałeś, pan Zimmerman był wówczas u ciebie gościem, a po wtóre, przykro mi to mówić, ale kończyny znalezione zostały w twojej szafie.
[05:18:08] - Niebiosa! — Leszek z desperacją spojrzał w górę. — Ile razy mam do tego wracać, żebyście wreszcie zrozumieli? Tak, pan Zimmerman był gościem u mnie. Hans, nie przerywaj mi, do cholery. Hans, który siedzi właśnie po twojej lewej, napadł na nas, okradł nas i usiłował wymusić haracz.
[05:18:29] - Nie próbowałeś się nawet przeciwstawić? — zapytał z wyrzutem Pierre, siedzący niedaleko Thomasa.
[05:18:35] - Oczywiście, że próbowałem. Może w starciu jeden na jednego dałbym radę. Tyle że miałem dwóch nieproszonych gości, bo razem z Hansem zjawił się Sasza. Thomas rzucił Leszkowi błagalne spojrzenie i przyłożył palec do ust, ale ten kontynuował. Współpracowali. Jeden i drugi chciał regularnych wpłat na swoje konto. Inni sąsiedzi z klatki mogą to potwierdzić, bo także byli nękani. Zarówno ja, jak i pan Zimmerman zostaliśmy związani, okaleczeni i obrabowani przez rzeczonego Hansa. A ten barbarzyńca Sasza długo jeszcze mnie nękał i okradał bezkarnie, zanim udało mi się w ogóle dojść do siebie i zamknąć mu drzwi przed nosem. Śmiał jeszcze udawać naszego wybawcę, żeby sprawa nie wyszła na jaw.
Nie wierzysz? Spytaj sąsiadów. Niektórzy do dzisiaj mają z nim problem.
[05:19:28] - Oszczerstwo! — zawołał Zimmerman.
[05:19:31] - Po co tyle krzyku? Naprawdę, mówmy ciszej. Thomas odchrząknął i sam zniżył głos. Leszku, ale przyznajesz, że niezręcznie o tym mówić. W twojej szafie znaleziono to, co znaleziono, a poza tym nad drzwiami twojego mieszkania widniał napis: „Kto nie zapracuje, ten pożałuje”. Wszyscy wiedzą, że to jego charakter pisma. Oczekiwałeś też może, że tego rodzaju groźbę oprawca wysmaruje na czerwono w swoim mieszkaniu? A może spodziewałeś się, że tam właśnie zabierze dowody zbrodni i rozrzuci je wśród nowych mebli kupionych za nasze pieniądze na świadectwo swojego czynu? Wśród zebranych dało się słyszeć szmer wzburzonych głosów. „Cisza” — wychrypiał przewodniczący.
Sprawiał wrażenie, jakby nad czymś się zastanawiał. Wreszcie zapytał: Nie zaprzeczasz jednak, że twoje relacje z panem Zimmermanem nie były najlepsze? Nie, nie były. Wielu z nas nie miało z nim dobrych relacji, ale to nie powód, żeby sobie obcinać palce. Przeprowadzono dochodzenie, zebrano odciski, znaleziono ślady włamania i gdyby nie zbiorowa amnezja i niewyobrażalna ignorancja, wszyscy tu zebrani wiedzieliby, że sprawcą tamtego zdarzenia jest nie kto inny, jak siedzący obok ciebie Hans. Przewodniczący sprawiał wrażenie zakłopotanego. Przyłożył dłoń do twarzy, jakby zamierzał odkaszlnąć, po czym stwierdził z przekonaniem: Człowiek, którego nazywasz Hansem, nie może prawnie odpowiadać za to zajście, ponieważ on się nie nazywa Hans. To jak się tym razem nazwał ten psychopata po twojej lewej? — zapytał Leszek z rezygnacją. Leszku, to jest Ahmed.
[05:22:30] - No i proszę państwa, tak sobie podpełzliśmy pod koniec dzisiejszego wydania. Tak, niniejszym czuję, że kończymy kolejne Bibliotekarium 2.0. Zapraszam za tydzień. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że ponieważ przyszły tydzień jest też taki niepełny, w sensie to nie jest normalny tydzień pracy. W połowie tygodnia pojawia się dzień wolny, a to wiadomo, jest kolejna okazja do majówki. Była majówka na początku maja i jest majówka pod koniec maja. W związku z tym wydanie Bibliotekarium 2.0 będzie krótsze, będzie lżejsze. Przecież nie możemy robić wykładów paraakademickich w czasie, kiedy ludzie wypoczywają, grillują, piją piwo albo coca-colę, albo inne zdrowotne napoje. Nie możemy z butami wchodzić i nagle robić wykładów. Trochę Bibliotekarium będzie, ale nie będzie takie poważne jak zwykle.
Żartowałem. Mam nadzieję, że nie odbieracie państwo Bibliotekarium 2.0 jako jakiejś takiej serioznej audycji, która wszystkim miesza w głowach. Mam nadzieję, że nie miesza, tylko pokazuje różne aspekty literatury. Czasami tę literaturę piękną wzbogaca literaturą popularną, a ten cały obraz to jeszcze wzbogaca poezją i tak dalej. Sami zresztą państwo wiecie najlepiej. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę fajnego weekendu. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i że będzie po prostu fajnie. Zapraszam na przyszły tydzień. Do usłyszenia.
[05:24:23] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.