[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Witajcie w naszej bajce. To sformułowanie magiczne będzie dzisiaj padało nie raz, nie bez powodu, a my zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry, wieczór państwu. Witam w kolejnym Bibliotekarium 2.0. Tak jak powiedział Ivellios, dzisiaj motyw „witajcie w naszej bajce” będzie się pojawiał, ponieważ dzisiaj zajmiemy się panem Kleksem, a powodów jest kilka. Pierwszy to taki, że mamy Dzień Dziecka i umówmy się, filmy, książka o panu Kleksie właśnie to są raczej filmy skierowane do dzieci. I kiedy my dorośli się wykrzywiamy nad tymi filmami, to już trochę zdradzam, co będzie w audycji, to ja mam takie poczucie, że owszem, my się wykrzywiać możemy. Możemy nawet brutalnie mówić, co sądzimy o tych filmach, produkcjach starszych i produkcjach nieco młodszych, ale w gruncie rzeczy to ci najmłodsi decydują. No i niech sobie decydują. Obca mi jest też postawa mówiąca, że ponieważ coś jest na pierwszy rzut oka słabe, na drugi i trzeci również nienajlepsze, to w ogóle nie należy o tym mówić. Obca mi jest to postawa, ponieważ uważam, że jeśli coś jest słabe, to warto powiedzieć, dlaczego jest słabe i skąd biorą się czasami durne i powiedzmy najdelikatniej jak mogę, powiem to, takie pomysły, które chyba nie są trafione. Udało mi się to powiedzieć delikatnie, ale to w dalszej części audycji.
Rzeczywiście pan Kleks i wszystko, co się z nim wiąże, pojawi się dzisiaj w audycji kilka razy. Ale zanim się pojawi, to ja państwa zapraszam na... No właśnie. Miało nie być korepetycji filozoficznych, ale znalazłem fajny temat. Zupełnie nie taki seriozny, niepoważny, tylko taki styk filozofii i literatury science fiction. No to zgadnijcie państwo. Nie mogłem sobie darować nawet w tym tygodniu, który znowu umówmy się, to jest tydzień, który znowu jest drugą już w tym roku majówką przedłużoną, a właściwie majówko-czerwcówką, bo w środku tygodnia przypada dzień wolny. Dla jednych jest to święto, dla innych po prostu dzień wolny. I taki tydzień, jakby to powiedzieć, on zawsze kusi, żeby sobie zrobić wolne. Kiedy państwo słuchacie tych słów, to wczoraj było wolne, jutro będzie wolne, a ci, co okazali się przebiegli, dzisiaj też mają wolne.
To nigdy nie jest dobry czas na robienie dłuższych audycji. I ta nasza dzisiaj będzie krótka. Krótsza w każdym bądź razie. A zaczynamy od korepetycji filozoficznych, tak jak mówiłem, takich lajtowych. Dzisiaj tekst Piotra Biłgorajskiego „Superumysły w fantastyce naukowej”. Ten tekst ukazał się jak zawsze w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2018 roku i jest dla państwa dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach CC0 Polska. Autor Piotr Biłgorajski w 2018 roku był doktorantem w Instytucie Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a w pracy swojej zajmował się eksperymentami myślowymi. No i jak sam napisał posiada wygodny fotel. Piotr Biłgorajski „Superumysły w fantastyce naukowej”. Lepsza pamięć, szybsze myślenie, nauka bez wysiłku.
Któż z nas nie marzy o sprawniejszym mózgu? Kultura popularna przekłada te sny na obrazy zawarte w książkach i filmach. Okazuje się jednak, że zrealizowane marzenie o udoskonalonym umyśle może przerodzić się w koszmar. Scenariusz jest zwykle bardzo podobny. Przypadkowy bohater zostaje poddany działaniu tajemniczej substancji, która w równie tajemniczy sposób stymuluje pracę jego mózgu. Nagle z niezbyt rozgarniętego przedstawiciela homo sapiens przeistacza się w homo superior. Jego zmodyfikowany mózg, niczym podkręcony komputer, zadziwia pojemnością pamięci i z łatwością radzi sobie z rozwiązywaniem najtrudniejszych problemów. Motorem fabuły jest najczęściej mit, zgodnie z którym wykorzystujemy zaledwie 10% naszego mózgu. Twórcy popularnych w ostatnich latach filmów „Lucy”, „Jestem Bogiem” bawią się pomysłem, co by było, gdyby dało się uaktywnić pozostałe 90%. Chociaż współczesna nauka przekonuje, że w rzeczywistości wykorzystujemy nasze mózgi w pełni.
Tak ekonomia biologicznych organizmów kieruje się maksymą, że organ nieużywany zanika. To fantastyka naukowa zostawia techniczne szczegóły inwencji naszej wyobraźni. Jej celem jest bowiem opis hipotetycznych konsekwencji warunkowego przyjęcia takiej fantastycznej przesłanki. Wszechstronne spojrzenie na motyw superumysłów można znaleźć w opowiadaniu Teda Chainga pod tytułem „Zrozum”. Główny bohater opowiadania ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę. Lekarze testują na nim nowy preparat, hormon K, mający regenerować uszkodzenia mózgu. Okazuje się, że lek działa o wiele skuteczniej niż przypuszczano. Pacjent nie tylko szybko wraca do dawnej sprawności, ale wykazuje także oznaki znacznego wzrostu inteligencji. To zwraca uwagę wojska. Genialny analityk danych byłby przecież nieocenionym wsparciem w świecie informacyjnego chaosu.
Bohater oczywiście orientuje się, że jest przedmiotem zainteresowania rządu i ucieka ze szpitala, by na własną rękę sprawdzić, jaki jest zakres jego nowych intelektualnych możliwości. Jak można się spodziewać, nauka nowych rzeczy przychodzi mu z łatwością. Przyswojenie dowolnej dziedziny wiedzy to kwestia kilku godzin. Aby ukryć się przed rządowymi agentami, uczy się programowania i czyści wszelkie bazy danych ze śladów swojego istnienia. Zdobycie pieniędzy również nie jest trudne. Zyskowne inwestycje na giełdzie stają się dziecinnie proste. Także mijani na ulicy ludzie zaczynają być przezroczyści. Obserwując mowę ich ciała jest w stanie nie tylko odczytać ich myśli i przewidzieć zachowanie, ale także skutecznie nimi manipulować. Szybko jednak traci zainteresowanie innymi osobami, zaś cała dotychczasowa kultura zaczyna wydawać mu się banalna. Problem samotności geniusza oraz relacji między ludźmi na różnym poziomie inteligencji w przejmujący sposób przedstawia powieść „Kwiaty dla Algernona”.
Tworzy więc własne dzieła sztuki odpowiadające jego wyrafinowanemu zmysłowi smaku. W poszukiwaniu intelektualnej stymulacji oddaje się rozmyślaniu nad naturą świata. Rzeczywistość objawia mu się jako nieskończenie wielka matematyczna struktura, zaś odkrycie kierujących nią praw staje się jego obsesją. Ten motyw poruszony jest także w filmie „Pi”. W pewnym momencie bohater opowiadania uświadamia sobie, że objęcie umysłem ogromu, jakim jest cała rzeczywistość, przekracza fizyczne możliwości jego biologicznego mózgu. Obmyśla więc plan przeniesienia swojego superumysłu na inny cyfrowy nośnik, aby móc w ten sposób w pełni rozwinąć swój intelektualny potencjał i zaspokoić rozbudzone pragnienia poznania. Szkopuł w tym, że skonstruowanie takiego urządzenia wymagałoby zaangażowania setek tysięcy osób i zużycia ogromnych ilości planetarnych zasobów. Ludzkość dobrowolnie nie zgodzi się na takie poświęcenie. Jednak bohater wie, że siła jego woli z łatwością wymusi absolutne posłuszeństwo u zwykłych ludzi. Czyż szansa na ostateczne zrozumienie rzeczywistości nie jest tego warta?
Niespodziewana przeszkoda krzyżuje jego plany. Nagle ujawnia się drugi osobnik obdarzony podobnie udoskonalonym umysłem, chociaż o zupełnie przeciwstawnych ambicjach. Ten drugi motywowany jest absolutną troską o ludzkość i w związku z tym obmyślił konkurencyjny plan. Wygląda na to, że superumysły wciąż coś planują. Plan stworzenia utopii, czyli idealnego społeczeństwa posłusznego jego wizji. Ponieważ oba cele wzajemnie się wykluczają, konfrontacja jest nieunikniona. Gdy w końcu do niej dochodzi, jasne stają się dwie rzeczy. Po pierwsze, w naszym świecie jest miejsce tylko na jeden superumysł. Po drugie, niezależnie od wyniku starcia, ludzkość będzie musiała się jednemu z nich podporządkować. Posłuży jako narzędzie ostatecznego poznania lub jako cel realizacji utopii.
Nie zdradzę zakończenia pojedynku. Powiem tylko, że walka toczyła się nie na pięści, lecz na słowa naładowane zabójczym ładunkiem perswazji. Scena warta jest wysiłku rzucenia na nią okiem wyobraźni. Fantastyka naukowa, roztaczając przed nami fascynującą wizję spektakularnych mocy, w jakie w przyszłości być może wyposażą nas transhumanistyczne badania nad ulepszaniem mózgów, jednocześnie przemyca inną, niepokojącą myśl. Bohater obdarzony superumysłem pojmuje materię rzeczywistości w sposób niedostępny dla zwykłych ludzi. W konsekwencji jego postępowanie jako powszechnie niezrozumiałe oceniane jest jako niebezpieczne i złe. Przykładem może być postać Thanatosa z ostatniej części „Avengers”. Nie dziwi więc, że klasyczni superherosi posiadają Normalne umysły. Natomiast ich supermoce ograniczają się do sprawczości czysto fizycznych, takich jak super siła czy umiejętność latania. Osobnik obdarzony superumysłem występuje najczęściej w roli złego i szalonego naukowca, który snuje mroczne plany zmiany zastanego porządku świata i którego należy powstrzymać, najlepiej przy pomocy celnego super sierpowego, co ma miejsce w animacji „Megamocny”.
Kultura popularna w pewnym sensie uczy nas odwiecznej prawdy, że ludzkość nie zaakceptuje pomysłów, których nie potrafi zrozumieć. Rewolucyjne idee wykuwane są więc w ukryciu, podczas gdy na straży powszechnie przyjętych wartości stoi super osiłek w czerwonej pelerynie. Ech, ciężkie jest życie geniusza. To, proszę państwa, był artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”, artykuł Piotra Biłgorajskiego „Superumysły w fantastyce naukowej”. Tak, to były korepetycje filozoficzne. Przyznacie państwo, że rzeczywiście jakieś takie lajtowe i sięgające do utworów science fiction. Przy okazji kilka z nich tutaj zostało wymienionych. Może warto sięgnąć. A teraz czas wreszcie pójść śladami pana Kleksa. Na początek proponuję państwu spotkanie z Piotrem Cielebiasiem i „Filmotekarium”.
W „Filmotekarium” omówimy najnowszy, stawiam tu duży cudzysłów, najnowsze dzieło zatytułowane „Akademia pana Kleksa”. Westchnę sobie i powiem w ten sposób: to jest film, który do mnie nie trafia i z tego, co wiem z różnych rozmów, nie trafia do wielu innych ludzi. Czy w związku z tym mamy o nim w ogóle nie mówić? Pozwólcie państwo, że przyjmiemy z Piotrem nieco inną metodę, że inne podejście zastosujemy. My właśnie o nim powiemy. Jeśli nam państwo wierzycie, to po prostu odpuścicie sobie ten film. Jeśli uznacie, że bredzimy, to państwo ten film obejrzycie, chociażby po to, żeby stwierdzić, czy rzeczywiście bredzimy, czy może tym razem mamy rację. I żeby już nie zagadywać, zapraszam państwa na „Filmotekarium”, a w nim najnowszy film o panu Kleksie „Akademia pana Kleksa” z 2023 roku. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
Czas „Filmotekarium” zacząć.
[15:18] - Tak. Witam w naszej bajce. To się chyba najmocniej kojarzy z panem Kleksem. Powiedzmy, jak zaprosili, daliśmy się skusić tej nowej wersji pana Kleksa, „Akademii pana Kleksa”. Wiesz co? Nie wiem, od czego zacząć, rozmawiając o tym filmie, bo jak już sam pan Kleks jest pełen jakichś dwuznaczności, to ta nowa wersja dla mnie to jest totalny absurd. Ja powiedziałem i będę to podkreślał, że filmowy pan Kleks, pierwotny, pierwsze wersje te wszystkie — mówimy o akademii, czyli odnieśmy się do akademii — że było to dla mnie coś fajansiarskiego. Takim dowodem na to, że ta nowa wersja nie wyszła, jest to, że czytając sobie komentarze, czytając recenzje, zauważyłem, że gros komentujących stawia właśnie nową „Akademię pana Kleksa” niżej od pierwowzoru, który wyszedł w bardzo, bardzo głodnych czasach. A to już jest dokonanie, Marku, powiem ci, bo w szale polskiej kinematografii na robienie remake'ów mieliśmy drugiego Znachora. I nagle okazuje się, że samozwańcze objawienie polskiej kinematografii, reżyser nowego pana Kleksa chce nam coś pokazać i coś udowodnić.
Ale co?
[16:57] - Tak, ale to jest ten paradoks, że spora część osób ocenia nowego pana Kleksa, porównując go ze starym panem Kleksem, ale rzadko się pojawia głos porównujący nowego pana Kleksa z pierwowzorem literackim. Zresztą umówmy się, że nie ma co porównywać, bo nowy pan Kleks, nowa „Akademia pana Kleksa” jest zrobiona — to jest napisane — na motywach. I to tak proponowałbym traktować, że bardzo luźno związane jest to z pierwowzorem. Czy to jest zarzut? Nie, to absolutnie nie musi być zarzut. Nie musi być tak, że ekranizacja to wierna kopia pierwowzoru literackiego. To zresztą chyba nie miałoby sensu. Ale zanim rozwiniemy skrzydła recenzenckie, a w każdym razie takiej naszej recenzji, to chciałbym powiedzieć o pewnym paradoksie, że niby wszyscy na ten film narzekają, bo umówmy się, kto na niego narzeka? Jakieś takie dziadersy jak my, jacyś ludzie, którzy pamiętają z dzieciństwa starego Kleksa, ale nowego Kleksa oglądają dzieciaki. To dzieciaki głosują nogami, oczami i nic dziwnego, że jest pewien dysonans.
Otóż w Polsce ten film zrobił bardzo dobrą oglądalność. Przekroczył dwa miliony. Nie wiem, czy doszedł do trzech. Chyba nie, ale przekroczył dwa miliony. Na rankingach światowych ten film bodajże doszedł do piątego miejsca. To naprawdę jest niezły wynik. A jednocześnie na tym polega ten paradoks, który chciałbym zaakcentować. Jednocześnie przed naszą audycją obejrzałem sobie, tak dla zdrowia psychicznego, kilka recenzji w internecie i mało jest dobrych słów pod adresem tego filmu. Tam się różnych rzeczy ludzie tykają. My pewno też się różnych rzeczy dotkniemy, więc jest taka dychotomia.
Z jednej strony ten film kręci niezłe wyniki, z drugiej strony odnoszę takie wrażenie, pewno przesadzę, że wszyscy na ten film narzekają.
[19:39] - Ale narzekają z pewnego prostego powodu. Odbiorca międzynarodowy powie: jakieś takie tandetne science fiction, nie wiadomo w sumie nawet, o czym. Natomiast widz z Polski ma już bardziej wyśrubowane oczekiwania odnośnie tego "Pana Kleksa", że on głębiej wejdzie w to uniwersum. Ale tak szczerze powiem ci, rozmawialiśmy kiedyś o takim filmie, który był połączeniem wszystkich możliwych uniwersów science fiction. Zapomniałem, jak on się nazywał. "Rebel Moon". I z tym nowym "Panem Kleksem" jest bardzo dużo punktów stycznych, jeżeli chodzi o stylistykę. Stylistyki ogólnie rzecz biorąc brak sensu, czyli postawienie na widowiskowość, na zminimalizowanie związków z pierwowzorem literackim i tak dalej. Ogólnie rzecz biorąc, ponieważ jestem widzem polskim, miałem wobec tego filmu jakieś oczekiwania i szok. Szczerze mówiąc, ja nie wiem, po co to w ogóle powstało.
My chyba nie będziemy za bardzo wchodzić w szczegóły niż jest to konieczne i możliwe, bo różnice między akademią z lat 80. a akademią tą nową są. Ten film zresztą został przemaglowany w mediach i my dzisiaj chyba nie powiemy, nie będziemy oryginalni, przynajmniej jeżeli do tego coś dorzucimy. Chciałbym jednak jakoś powiedzieć, dlaczego bardzo nie lubię tego nowego "Pana Kleksa". Gorzej niż starego. Jest to film przedziwny. Powiem ci, że jest pewna analogia. Tak jak Krzysztof Gradowski ze swoją trylogią filmową chciał doganiać zachodnie superprodukcje w latach 80., tak pan Maciej, reżyser nowego filmu, chce doganiać świat na rowerku o bardzo małych kołach. To znaczy jest na pewno jakiś zamysł, jest ambicja, ale to, co wychodzi, jest marną podróbką czegokolwiek. To jest film bez głębi.
Ja tutaj pomijam już element, który się wybija najmocniej. Ten przedziwny montaż, ten clipowy montaż to bardzo męczy. Chyba że on jest po prostu przeznaczony dla widzów, którzy już tak widzą, postrzegają świat, dla których jest to absolutnie normalne. Dla mnie to były dwie godziny męczarni, dużo gorszej niż na filmach Gradowskiego. Powiem ci, że dawka tak zwanego cringe'u, czyli żenady chyba jeszcze większa, bo ten polski "Kleks", który nie miał ambicji międzynarodowych, miał ambicje chyba dla bloku wschodniego, był takim dziełem przaśnym. Natomiast to też jest dzieło przaśne, tylko już ozłocone, że tak powiem, ubogacone. Nie wiem. Nawet szczerze ci powiem, że ja nie wiem, co o tym filmie powiedzieć. To jest bezsens. Po co takie coś robić?
Jak się chce zrobić tego "Pana Kleksa" na nowo, to trzeba to zrobić w zupełnie inny sposób. A ja byłem znudzony, zdegustowany i zmęczony tym filmem. Clipowość tego filmu jest czymś, co męczy strasznie. A po drugie już po krótkim czasie masz stuprocentowe przekonanie, że tak jak "Kleks" stary ogólnie był dla dzieci, ale miał takie wątki mroczne, tak tutaj bal księżniczek. To wszystko, co mogę powiedzieć.
[23:44] - Wiesz, Piotrze co? Zastanawiam się nad tym, co mówisz, bo cały czas przywołuję te wyniki, które wykręca ten film. Okazuje się, że to, co ciebie i mnie też, przyznaję, męczy, czyli szybki montaż, a to jest właściwie ultraszybki montaż, niektórym bardzo młodym widzom pasuje. To, że te wszystkie sceny trwają po kilkadziesiąt sekund, ale te mniejsze kilkadziesiąt, 10, 15, 20 to chyba góra. I pyk, znowu kamera. Pyk, pyk, pyk, pyk. To wszystko szybko, szybko, kolorowo maksymalnie i w ogóle czasami bez sensu cięty ten film. Ja myślę, że po prostu nakręcono tyle materiału, a później postanowiono zrobić film Który ma określoną długość. Trzeba było to wszystko pociąć i to cięcie, a właściwie montaż będący wynikiem owego cięcia, nie zrobił dobrze temu filmowi, bo tu czasami nie wiadomo, o co chodzi. W dodatku jeszcze, nie będę oryginalny, ale ponieważ wszyscy to podkreślają, to podkreślmy nawet w naszej takiej recenzji-nierecenzji, że motyw z ptasią kupą jest po prostu...
Nie wiem, komu tam odbiło i co odbiło, ale przewijający się bez przerwy motyw tego. Kupa staje się w pewnym momencie jednym z problemów tego filmu. Dosyć ważnym, ponieważ mamy tutaj Mateusza, ale właściwie to nie jest szpak Mateusz, tylko coś ptasiego, co nie bardzo panuje nad swoim wypróżnianiem, jak to ptaki. Ja przepraszam państwa, że taki temat wyrzucam, ale to jest między innymi temat filmu. Kiedy zacząłem ten film oglądać, to mówię sobie: nie będzie źle, bo to wprowadzenie, kiedy krąży po różnych miastach i ściąga dzieciaki, to takie wiecie państwo, mało oryginalne, ale przynajmniej w jakiś klimat to wciąga. Ale to tylko miłe złego początki. Później jest dziwnie. Później jest ten szybki montaż, później jest jakieś zagrożenie, później jest Danuta Stenka jako wilczyca. Pomysł, żeby język wilków tłumaczyć z napisami to jest w ogóle kuriozum, bo jak zauważył jeden z recenzentów, nie wszyscy widzowie są w stanie to przeczytać, bo niektórzy jeszcze nie umieją czytać, a drudzy są wtórnymi analfabetami, że tak sobie to delikatnie powiem. Wiem, jestem złośliwy, wyjątkowo złośliwy, jakiś taki jadowity w tej chwili.
Ale chodzi o to, że ten film moim zdaniem zmarnował pewien potencjał, bo on owszem, ten potencjał ma czy miał. Jest kolorowo, jest bajkowo. Tam widać nawiązania wizualne do różnych dzieł filmowych gdzieś tam ze świata i to by się mogło udać. Tylko problem polega na tym, że ten film, chociaż momentami bywa mroczny, to jest filmem o niczym. W dodatku wiecie państwo, nic mnie tak nie wkurza we współczesnym kinie, jak te wątki związane z zamianą bohaterów, że z chłopców trzeba robić dziewczynki, z dziewczynek trzeba robić chłopców i odwrotnie. I to mieszać wszystko i w ogóle. Ja i tak się dziwię, że w tym „Kleksie” nie wprowadzono jakichś wątków bardzo nowoczesnych, niezwykle postępowych i tak dalej. Nie ma prawie tego, ograniczono. To jeden z recenzentów powiedział: zamiast wymyśleć fajnych bohaterów, na przykład fajne dziewczynki, które byłyby bohaterami filmu, idzie się po linii najmniejszego oporu, czyli zamienia chłopców na dziewczynki i już się ma bohaterów. To naprawdę tak ma wyglądać to nowoczesne kino, że się bierze fajnych bohaterów i zmienia im płeć?
To na tym to wszystko ma polegać? To ja przepraszam, ale ja bardzo dziękuję za taką nowoczesność. Jak sobie pomyślę, że mogliby jeszcze bardziej nowocześnie ten film zrobić, to się zaczynam bać. Zamiast się wyzłośliwiać, to wrócę jeszcze do samego filmu. Wiecie państwo co? Przede wszystkim to, że w tym filmie nie ma odwołania do pierwowzoru literackiego. Okej, w porządku. Powiedziałem, że rozumiem. Ale jest podstawowy problem dla mnie taki, że świetny aktor i ja tego nie mówię z przyczyn takich, że trzeba aktorowi oddać cześć. Nie.
Kot jest naprawdę dobrym aktorem, ale moim zdaniem jego pan Kleks jest dziwnym panem Kleksem. To ja jednak wolałem Piotra Fronczewskiego, bo jego pan Kleks był człowiekiem dziwnym, nietuzinkowym, takim trochę wariatem, ale jednak z pewną charyzmą. Pan Kleks w tym wydaniu z lat 80. charyzmę miał. Minimalną, ale miał. W wersji książkowej to był w ogóle gość, który charyzmą swoją wtłaczał uczniów w fotele albo w każdym razie sprawiał, że oni rzeczywiście patrzyli w niego jak w obraz. W 80. latach było tak sobie, a Kot nie ma żadnej charyzmy. Żadnej. Chwilami odbierałem go jak takiego wioskowego głupka, który sam nie wie, po co jest, po co tą akademię prowadzi i sam się śmieje do siebie gdzieś w klatce zamknięty, coś pierdzieli.
Rozpłynęła się charyzma. Właściwie po co on tę akademię prowadzi? Czego te dzieciaki uczy? Co tam jest takiego ważnego? Fantazja – ktoś powie. Bo to jest podkreślone, że to kraina fantazji. Ale u pana Kleksa, tego pierwotnego pana Kleksa było pokazane, że fantazja nie stoi w opozycji do rozumu chociażby, do pewnych wątków racjonalnych. Tu natomiast mamy po prostu: chwilami chichocze pan Kleks. Zastanawiamy się: ale co ten facet tam robi tak naprawdę? W czym Czym on imponuje tym dzieciakom?
W jaki sposób prowadzi tych młodych ludzi? Czego on ich tak naprawdę uczy? Dla mnie, podkreślam, dobry aktor, który chyba na skutek ustawienia scenariuszowego po prostu nie jest panem Kleksem. Jest jakimś śmieszkującym facetem z brodą. I to tyle.
[31:08] - Tak, który ma ze sobą problemy. Powiem tylko tyle, że to jest drugi raz, kiedy Kot się wciela w kultową postać w tym szale polskiego kina do robienia albo ożywiania, nadawania nowych rys starym filmom. Pamiętajmy, że Kot też grał Klossa w filmowej wersji "Stawki większej niż życie", która była absolutnym dnem i tylko tutaj na tym poprzestanę. Plus i minus tego filmu to mała ilość Kleksa w Kleksie. Jak mówisz, on się pojawia, jakby był człowiekiem schorowanym momentami. W pierwszej akademii pan Kleks był postacią mocno ten film podciągającą, bo była w tym pewna tajemnica. Kreacja Frączewskiego może niewybitna, ale zobacz, że ona się zapisała w historii polskiej kinematografii. A Tomasz Kot jako Kleks, cóż, on prezencję ma, bo jest wysoki. Natomiast to wszystko. Drugi grzech: nie ma w tym filmie postaci charakterystycznych.
Są efekty specjalne, jest charakteryzacja, ale to nie czyni z tego dzieła wyróżniającego się ani godnego zainteresowania. Ja może nawet tutaj zaprzeczę temu, co mówiłem o oryginalnej akademii pana Kleksa w wersji filmowej, ale nawet tamten Badziew, który był przedstawiony na ekranie sprawiał wrażenie takiego freakowskiego, dziwnego. To było takie nieswoje, ale jednak budziło emocje. A tutaj czym się różni ta akademia od innych filmów podobnego pokrewienia? Niczym. Dam ci też jeden ciekawy przykład popierający moje wnioski. Zobacz na postaci negatywne, na tych złodupców tak zwanych. Zobacz jakich mastermindów, dziwaków, freaków mieliśmy w oryginalnych pierwszych trzech filmach o panu Kleksie. Oni byli badziewni, bo byli. Oni byli fajansiarscy.
Można im wszystko zarzucić, ale tutaj tak naprawdę wpadają nam do tego filmu postaci ze świata fantasy. Postaci nieco komiksowe, postaci tylko tyle istniejące, bo narysowane, bo takie dziwne. Ale Boże, to jest taka bieda. To jest takie bezsensowne wszystko. Po co wydawać pieniądze na taki film? Po co to w ogóle robić? W dodatku mamy tam taką dziwaczną stylistykę. Dla mnie to jest trochę wyraz tego, że w Polsce za filmy czasami się biorą ludzie typu tamten Vega cały, którzy mają takie ruskie, przepraszam za te słowa, ale jak patrzycie na rosyjskie filmy, to widzicie, że tam jest taka stylistyka toporna, tonowa. I polskie filmy są bardzo podobne. Chodzi o ten brak smaku, brak gustu, przerysowanie tego wszystkiego, przerysowanie świata przedstawionego.
I tutaj niestety to też widać. Za filmy w Polsce czasami się biorą ludzie, którzy mają pieniądze, ale nie mają absolutnie żadnego talentu, nawet wizji nie mają. I wszyscy im czatkują, bo muszą, bo ci ludzie im płacą, ale tak naprawdę efekt końcowy jest koszmarny. I tutaj jest tak samo. Ja nie mówię, że pan Maciej, który tego Kleksa reżyserował, jest jakimś autorytetem reżyserskim, bo nie jest, ale chyba mu wszyscy nisko się kłaniają i tak dalej. Wszyscy się tak dobrze o nim wypowiadali. On brylował w mediach, ale ten film jest naprawdę o kant nie powiem czego potrzaskać. Tu wracamy do Gradowskiego. Tak samo jak Gradowski nie rozumiał oryginału literackiego pana Kleksa, tak pan Maciej nie rozumie nie tylko oryginału literackiego, ale zauważ, że on robi ukłony jakieś dziwaczne w stosunku do różnych filmów, co się było ukłonić temu oryginalnemu Kleksowi. Jest tym ukłonem zatrudnienie Piotra Frączewskiego w roli jednej z głównych.
I to i tak tego nie ratuje. Jeżeli chodzi o ten film, jeszcze jedna rzecz: osoba spoza Polski uzna to za produkcję fantasy, może nawet wprowadzenie do jakiegoś uniwersum, ale absolutnie powiem ci wyrwane z kontekstu.
[36:12] - Od razu powiem, że już powstaje druga część ponoć i pewne wątki dlatego nie są zakończone w tej części. Ale to zresztą państwa specjalnie nie zdziwi, bo tam w ogóle pewne rzeczy się nie kończą. Zwrócę jeszcze uwagę, bo miałem takie samo odczucie, że jakoś trudno było mi się zidentyfikować z główną bohaterką. I powtarzam, to jest dziewczyna, ktoś bardzo młody, ale jakoś tak gra Może z racji wieku, stary już jestem, głupi w związku z tym, ale ona mi się wydaje niesympatyczna i trudno ją polubić jako bohaterkę. Trudno się z nią identyfikować. Ona przemawia z tego ekranu, jakby cały czas miała pretensje, że musi grać w tym badziewiu. Może miała pretensje, tego nie wiem, ale jakieś takie to jest, że ona cały czas mówi z jakąś pretensją. A z drugiej strony jest kolorowo. Wiecie państwo, tam są nawet czasami błędy, już się nie będę nad tym pastwił. Są moim zdaniem błędy nawet logiczne.
Chociaż jak sobie później przemyślałem jeden z tych błędów logicznych, to jak zacząłem wymyślać i studiować, to doszedłem nawet do Pisma Świętego i do pewnych scen z Pisma Świętego. Ale zdaje się, że to nie było zamysłem reżyserskim ani scenariuszowym, więc odpuściłem sobie, żeby nie robić tak zwanej nadinterpretacji. Coś jeszcze o tym filmie. Wspomniałem Stenke, bo umówmy się, są tacy aktorzy, którzy jakby mieli zagrać krzesło, to zagraliby to krzesło rewelacyjnie. I coś w tym jest, że jak się pojawia Stenka jako ta wilczyca, to robi się mrocznie i robi się nieswojo. Ale to też jest zmarnowane, przerysowane i w pewnym momencie doprowadzone do głuptactwa w sumie. Nie wiem, co sprawia i ja cały czas, od początku naszej rozmowy to podkreślam, Piotrze, że przy tym całym naszym sarkaniu, narzekaniu, mówieniu, jak to jest niedobrze i w ogóle, ten film święci jednak triumfy. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Dla mnie ten taki typowo reklamowo-klipowy montaż tego filmu, przeskoki fabularne, które nie są uzasadnione tym, że to tak by fajnie było, tylko tym, że materiału było za dużo i jak się cięło, to pewnych rzeczy nie dało się przyciąć tak, żeby były logiczne i spójne. W związku z tym to wychodzi, jak wychodzi.
Ja nie wiem, co sprawia, że ten film jednak cieszy się powodzeniem, bo to, że my sobie dzisiaj ponarzekamy, co zresztą robimy od pewnego czasu, to że być może nasi słuchacze, którzy nie są dziećmi, jakoś przyznają nam rację, to nic nie zmieni, to nic nie odwróci. Gdzieś ludzie to oglądają, a skoro to w światowym rankingu sięgnęło piątej pozycji, to może nawet na świecie ludzie to traktują jako jakiś badziewny film fantasy, ale jednak oglądają. Może z braku laku. Gdzieś pod jednym z naszych podcastów pojawiło się takie zdanie, że właściwie filmy są coraz gorsze i będą coraz gorsze. I nie spodziewajmy się tego, że będziemy w najbliższym czasie mieli jakieś arcydzieła do oceny, bo w tej chwili nie chodzi o to w robieniu filmów, żeby nam przedstawić na przykład coś takiego, jak w Kinie Nowej Przygody w latach 80. jakąś fajną historię. Chodzi o to, żeby pokazać nam jakąś historię. Nie musi być fajna, a przy okazji zaczarować nas kolorem, jakimiś innymi bajerami, a przy okazji przemycić nam jakąś ideologię. To w zależności od preferencji. I o to tak naprawdę chodzi, o pranie mózgu, a nie o to, żeby nam widowisko pokazać.
To jest rodzaj teorii spiskowej. Ja staram się ostrożnie do takich teorii podchodzić, ale coraz częściej, ponieważ zauważ, Piotrze, ten sezon, którego końca gdzieś powoli zbliżamy się, właściwie składa się z takich samych strzałów, które nie są specjalnie porywające. To są filmy, które coś tam opowiadają, ale bardzo często my się w tych naszych minirecenzjach wykrzywiamy. Już właściwie powinniśmy zmienić nazwę z „Filmotekarium” na „Loża Szyderców” albo coś podobnego, bo właściwie bezlitośnie te filmy dręczymy, ale zasłużenie. Czyli przez długi czas nie dostaliśmy właściwie filmów, które byłyby porywające, które by nas pociągnęły. Ta przygoda przedstawiona pociągnęłaby nas i zabrała ze sobą. I owszem, narzekalibyśmy, ale mówilibyśmy: „Tak, narzekamy, ale to w gruncie rzeczy fajne widowisko było”. Takie filmy dałoby się w tym sezonie policzyć na palcach, obawiam się, że jednej ręki. Reszta to badziew i mam wrażenie, że „Akademia pana Kleksa” to jest coś, czego uzasadnienia nie znajduję w tym, co widzę na ekranie.
[42:35] - Ja tutaj na chwilę wrócę do tej rosyjskiej stylistyki. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli. Ja się rosyjskich filmów nowych naoglądałem naprawdę dużo Polecam wam rosyjskie horrory z ostatniej dziesięciolatki i zauważycie, jakie jest duże podobieństwo stylistyczne, jakie jest duże podobieństwo w opowiadaniu, snuciu historii i przede wszystkim rozciąganiu tych historii z niektórymi polskimi produkcjami. Szczególnie to widać na podstawie "Pana Kleksa". Bardzo to widać, bo to jest produkcja niby dla dzieci, ale z drugiej strony to jest horror na kinderbalu i to jeszcze bardzo słaby. Osoba dorosła tego oglądać nie będzie. Może dlatego, że rodzice poszli z dziećmi na ten film, bo chcieli im pokazać, co było kiedyś fajne i czym się jarali. Wyszło, jak wyszło. Może stąd te wszystkie wyniki oglądalności. Nie wiem.
Powiem ci, że straszne to jest. To jest po prostu straszne. Najgorsze cechy polskiej kinematografii się tu kumulują. Przede wszystkim to jest marnotrawstwo pieniędzy i wiem, że to jest bardzo niefajne słowo ogólnie, ale powiedzmy też, że marnotrawstwo talentu części tych aktorów. To jest zupełnie niepotrzebny film, o niczym. Do zapomnienia. To jest o kilka klas gorsze niż to z lat 80. Ale postaram się to jakoś uzasadnić, dlaczego dzisiejszy "Pan Kleks" jest niepotrzebny w dzisiejszych warunkach. Bo filmy tego typu opierają się na tworzeniu pewnego uniwersum. Jeżeli nie stworzymy uniwersum, nie stworzymy opowieści zrozumiałej dla wielu ludzi, w tym wypadku dla odbiorcy uniwersalnego na całym świecie, to otrzymamy taki wniosek, jak mówiłeś, że mamy dziwną historię i jeszcze jakiegoś faceta, Tomasza Kota, który dziwnie się zachowuje na ekranie.
Uniwersum filmowe, tak zwane franczyzy, charakteryzują się specyficznością świata przedstawionego, czyli to jest świat, który cię ma wciągnąć. Ma nastąpić immersja do tego świata. Ty chcesz tam wrócić. Natomiast tu jesteś wrzucony jak kura do rosołu, do gorącej wody i tak naprawdę nie wiadomo, co się tam dzieje. Jesteś widzem rzeczywistości, która sobie płynie, której nie rozumiesz. To nie jest historia, to nie jest uniwersum. Tam wokół tych postaci się nie toczy żadna narracja, żadna intryga, żadna historia. Oczywiście na swoją obronę twórcy nowego "Pana Kleksa" powiedzą: "A my dopiero zaczynamy". No to trzeba było stworzyć serial, żeby powiedzieć odbiorcy niepolskiemu, o co wam w ogóle chodzi. Bo tak naprawdę, gdybyśmy zapytali kogoś na świecie, kto ten film oglądał, o co chodzi, to podejrzewam, że nie powiedziałby nam nic szczególnie wywyższającego ten film.
Ja ci, Marku, tylko zwrócę uwagę, jak słabe jest zakończenie. Zakończenie jest mega słabe. Różnice między początkiem a końcem są drastyczne, dramatyczne, jeżeli idzie o poziom. Także jestem pełen podziwu dla twórców tego filmu, dla twórców tej serii. Po co oni to ciągną? Oni w ogóle nie mają pojęcia, co robią. Dla nich coś takiego jak uniwersum filmowe pewnie jest znane gdzieś tam, ale nie mają pojęcia, jak to robić. To, że oni to rozumieją, że oni się swoim filmem zachwycają, to fajne jest naprawdę. Ale to jest dramat. Dramat dla Brzechwy, wobec którego też wyraziłem przecież wiele zastrzeżeń.
Dodałem, że książka Brzechwy jest zawieszona między wiekiem XIX a współczesnością. Ale to, co zostało zrobione w tym filmie, to już jest taka egzotyka, powiem ci, że jak uważałem, iż zupełnie absurdalnym filmem był ten "Rebel Moon", który żeśmy niedawno omawiali. Oczywiście było wiele innych złych, natomiast mówimy o filmach, które mają podobne budżety. Powiedzmy, że to są filmy wysokobudżetowe. Także ta nowa Akademia przebija wszystko tak naprawdę i stawia po raz kolejny pytanie: po co to? Po co to? Bo żeby uczynić z "Pana Kleksa" uniwersum, żeby uczynić tą tak zwaną franczyzę dla całego świata, nie tylko dla Polski, to on musiałby mieć coś, co go wyróżnia, co go definiuje na tle innych światów. To, co stworzył pan Maciej, jest nijakie. W ogóle wymyka się tak naprawdę jakiemukolwiek ujęciu. Nawet podejrzewam, że gdyby zapytać tak szczerze dzieci, co o tym sądzą, to też mogłyby być bardzo drastyczne opinie.
Także prócz tego naiwnego świata lawirującego między gotykiem a watą cukrową nie ma tam nic. Osoby, które widziały "Narnię", "Pottera" czy inne fikcyjne uniwersa współczesne mogą się tylko gorzko zaśmiać, ale porwać się nie dadzą. Ja się założę nawet o 50 złotych, że tak będzie. Nie da się temu porwać też Ten, kto zna starego Kleksa i nie da się porwać ten, który — chociaż pewnie dzisiaj takich osób jest niewiele — pamięta tego Kleksa literackiego. Ani nie Kota, ani nie Fronczewskiego, tylko tego oryginalnego, który wyziera nam z kart książki Brzechwy.
[49:19] - To ja należę do tych niewielu, bo dobrze pamiętam. À propos końcówki Piotrze, to ten grzech kolejnej części, czyli przygotowanie, że wiecie, rozumiecie, tu będzie część następna. W związku z czym tu dajemy na końcu takie coś, bo będzie część druga i tam się wszystko wyjaśni. No chyba, że by nie, bo będzie jeszcze trzecia i kolejne części. To jest pierwsza rzecz. Ale na koniec chciałbym powiedzieć o czymś, co mnie w tym filmie zmartwiło i co dało powód do rozważania, że to jest zjawisko szersze. Otóż mam wrażenie, że pierwowzór literacki, a nawet ten z lat 80. pokazywał pana Kleksa jako postać, która opiekuje się, która jest taką postacią, która trzyma nad tymi dzieciakami pewną pieczę, chroni ich. Szczególnie w wersji literackiej to widać. On pewne rzeczy poświęca, byle ci jego podopieczni byli bezpieczni, że tak sobie zrymuję.
Natomiast w nowej części pan Kleks nie tylko nie jest autorytetem, ale on też nie jest nikim sprawczym, nad nikim nie roztacza opieki. To świat bardziej i te dzieciaki się nim bardziej chyba opiekują. Może przesadzam, ale w każdym razie to jest też takie dosyć charakterystyczne dla naszego współczesnego kina, że znika bohater. Nie ma Indiany Jonesa, bo najnowszy Indiana Jones też się jakoś rozmył. Bohater przestał być bohaterem. Odeszliśmy od idei bohatera. Nie ma bohatera. Po co nam bohater? Wszyscy są bohaterami, każdy bohaterem być może. Ja tylko przypominam, że każde kino jest rodzajem baśni.
Jest rodzajem opowieści, którą chcemy obejrzeć, ale która niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z prawdą. Przecież "Gwiezdne Wojny" na początku były opowieścią o bohaterach. Luke Skywalker, księżniczka Leia czy ten przystojny łobuz. To wszystko byli bohaterowie na miarę pewnego uniwersum. Oni rządzili. Dzisiejsze kino, nawet te "Gwiezdne Wojny" w kolejnych wydaniach coraz bardziej odchodzą od bohatera, od takiego człowieka, który jest sprawczy, który panuje nad pewnymi rzeczami na rzecz społeczności. Bo społeczność jest, proszę państwa, najważniejsza, bo społeczność tworzy. A co mnie obchodzi społeczność? Ja idę do kina, oglądam film nie po to, żeby oglądać społeczność, tylko po to, żeby zobaczyć bohatera mojej wyobraźni. I ja go nie dostaję i nie dostaję go również w Akademii pana Kleksa.
Tu nie ma bohatera ani bohaterki. Jeżeli ktoś taki bardzo poprawny jest. Nie dostajemy. Dostajemy pewną grupę, która działa na rzecz. Albo sobie państwo to inaczej wytłumaczcie. W każdym bądź razie mam takie nieodparte wrażenie, że gdzieś nam we współczesnym kinie — ja wiem, że jak każda generalizacja, tego rodzaju generalizacja spotka się oczywiście z oporem i ktoś powie, że się mylę i poda sto przykładów, że się mylę. Być może. Ja jednak pozwolę sobie pociągnąć i powiedzieć, że naprawdę we współczesnym kinie cierpimy na zanik bohatera i to mnie w jakiś sposób martwi.
[53:23] - Ten uwiąd bohaterski jest widoczny. Ja tylko dodam, że w tym panu Kleksie nowym nie ma też bohatera zbiorowego, nie ma antybohatera zbiorowego. Także dużo tam trzeba naprawić. Ja myślę, że nie da się z tego zrobić... Dać to się da. Tylko że trzeba by wprowadzić daleko idące zmiany, zrewidować to wszystko. Konkurowanie, powiem ci Marku, z istniejącymi uniwersami, z seriami filmowymi jest ryzykowne. Stworzenie czegoś nowego jest ryzykowne. Tylko tyle, że się chce oddać hołd jakiejś postaci z przeszłości. To nie oznacza, że musisz osiągnąć sukces jako seria filmowa i tak dalej.
Cokolwiek oni nie zrobią. Powiem ci tak, nawet ja jestem przerażony lekko, kiedy sobie tak myślę, jak to będzie wyglądać, kiedy oni się wezmą na przykład za pana Kleksa w kosmosie. Gdzie ich ta wyobraźnia poprowadzi? Bo jeżeli spartaczą i tak spartaczone przez reżysera poprzednich części pomysły, to tak naprawdę myślę, że tego nawet różne platformy nie będą chciały pokazać. Chyba że to naprawdę jakieś obskuranckie. No dobrze, niech nam żyje pan Kleks.
[54:57] - Proszę państwa, żeby pozostać w klimacie, to mam dla państwa propozycję nie do odrzucenia, a mianowicie recenzarium Evivy. Luiza Dobrzyńska zaprosi państwa dzisiaj do literackiej części Kleksowni. Tak sobie to pozwoliłem. Oj, nie wiem, czy zostanie mi to wybaczone. W każdym razie Eviva omówi dla państwa cykl o panu Kleksie. Zaczniemy od „Akademii pana Kleksa”. Zapraszam.
[55:58] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Podobno Jan Brzechwa zaczął pisać dla dzieci po prostu dlatego, że bardzo chciał spotykać się z pewną przedszkolanką. Być może jest to tylko złośliwa plotka, ale tak czy inaczej uważam, że dobrze się stało. Właśnie w pisarstwie dla dzieci ten człowiek odnalazł się najlepiej. A skoro już o tym mowa, o panu Kleksie słyszeli wszyscy. Jedni rzeczywiście czytali, drudzy po prostu obejrzeli adaptacje filmowe z Piotrem Fronczewskim, zresztą genialnym w tej roli. W odróżnieniu od samych adaptacji, które mówiąc szczerze były dość mierne. Ale mniejsza o to. Ponieważ mam zamiar przedstawić swoje podejście do całego cyklu, jest rzeczą logiczną, że zaczynam od pierwszej części, to znaczy od „Akademii pana Kleksa”. Cóż więc to jest?
Jest to, można powiedzieć, miła, bajkowa, mizoginiczna opowieść. Adaś Niezgódka, chłopiec sprawiający problemy rodzinie, niedogadujący się z nikim, trafia do akademii dla chłopców prowadzonej przez starego dziwaka. Tam dowiaduje się, że można się uczyć nie tylko tego, czego zazwyczaj uczą się dzieci w szkole, ale również rzeczy zupełnie innych. Pan Kleks bowiem uczy swoich podopiecznych na przykład robienia kleksów na papierze i pisania wierszy o tym, co udało im się wyczytać z takich kleksów. Dziwnie to przypomina test plam atramentowych stosowany w psychiatrii. Poza tym do przedmiotów w akademii należy na przykład leczenie chorych sprzętów. I to nie za pomocą gwoździ i młotka, tylko dziwnych maści i proszków produkowanych przez pana Kleksa. I tak dalej. Co jest rzeczą bardzo ciekawą, mimo posiadania ogromnej wiedzy, nie bardzo przystającej do głównych dziedzin, pan Kleks bardzo się gniewa, kiedy się go nazywa czarodziejem. Sam o sobie mówi, że jest podróżnikiem i uczonym i dobrze zna się na bajkach.
Z jego akademii jest nawet przejście do różnych bajek, tak jakby do równoległych rzeczywistości. Co ciekawe, Jan Brzechwa pisał o tym w czasach, zanim tego rodzaju wątki stały się modne. Pewnego dnia jednak do akademii zostaje zapisany syn golarza i zabiera ze sobą chłopca, którego określa jako swego brata. Jednak chłopiec okazuje się przy bliższym poznaniu robotem. Pan Kleks uważając, że skoro został on przemycony na teren akademii, jest pod jego opieką, postanawia się nim zająć i go ożywić. Ma to zupełnie niespodziewane konsekwencje. Cóż więc tam mamy? Rozkładając na części pierwsze: mamy faceta w nieokreślonym wieku, który prowadzi szkołę dla chłopców, wyłącznie dla chłopców i to takich, których imię zaczyna się na A. I w tejże szkole uczy ich różnych dziwnych rzeczy. Faszeruje pigułkami, po których mają kolorowe sny i tak dalej.
Nie brzmi to zbyt dobrze, ale tak naprawdę chodzi o rzeczy zupełnie niewinne, albowiem w czasach, w których tworzył Jan Brzechwa, inaczej podchodzono do literatury dziecięcej i nie doszukiwano się we wszystkim znamion przestępstwa, ani też jakichś dewiacji. Mimo wszystko sama koncepcja postaci pana Kleksa jest dość intrygująca. Jak już wiemy, jest to podróżnik i uczony, który dokonał wielu wynalazków. Wynalazł na przykład — powiedzmy, że wynalazł — pompkę powiększającą, która pozwala na powiększanie na przykład pieczeni na obiad. Z tym że zupełnie nie wiadomo, dlaczego właściwie pan Kleks jej używa, albowiem taka powiększona pieczeń niestety nie ma dostatecznie dużo kalorii, żeby nasycić całą akademię. Także po obiedzie chłopcy nadal są głodni i muszą dojadać. Także nie ma to żadnego sensu. Poza tym w kuchni stosuje coś, co narrator, czyli Adaś Niezgódka, określa jako kolorowe szkiełka, które zmieniają się w różne potrawy. Ma również swoje laboratorium nazywane Pokojem Sekretów, do którego nikt nie ma wstępu. Nie prowadzą tam żadne schody i jedynie pan Kleks, który ma niejako własną umowę z siłami ciążenia, potrafi tam wejść.
Chociaż bardzo się gniewa, kiedy się go nazywa czarodziejem, to jednak nie możemy zaprzeczyć, że posiada jakieś magiczne moce, skoro potrafi na przykład zamiast zjeżdżać po poręczy, wjechać po niej oraz zna się na wielu innych rzeczach. Potrafi na przykład rozmawiać ze starymi meblami. Naprawdę trudno to określić inaczej niż jako magię. W tym sensie Akademia pana Kleksa byłaby jakby protoplastą Hogwartu, ale nie do końca, ponieważ pan Kleks nie uczy swoich uczniów właściwie magii. Uczy ich o świecie w dziwny, pokręcony sposób, ale uczy. Natomiast nie przekazuje im wiedzy magicznej, ani nawet swojej własnej. Pokazuje im na przykład, jak leczy się stare sprzęty, ale Oni sami tego nie umieją i nic nie wskazuje na to, żeby mieli to umieć w przyszłości. Zachęca ich natomiast do rozwijania wyobraźni i czasami pozwala im też zajrzeć do jakiejś innej bajki. Gdyby tak się głęboko zastanowić, pierwszy tom przygód pana Kleksa jest czymś bardzo dziwnym, ponieważ właściwie nie wiadomo, czemu ma służyć ta opowieść. W czasach, w których powstała, stanowiła prawdziwy ewenement.
Nie tylko ze względu na to, że ktoś prowadzi szkołę dla chłopców. Wtedy to było normalne. Zupełnie normalne, że nie było koedukacji. Osobno uczyli się chłopcy, osobno dziewczynki. Pan Kleks był mężczyzną, więc założył szkołę dla chłopców. Nic w tym dziwnego nie było, ale wprowadzenie postaci Alojzego już może budzić pewne zdziwienie. Autor określa go jako lalkę mechaniczną, którą można zaprogramować na określone postępowanie. Dlatego też nie może nad nim zapanować. Ale Alojzy nie do końca jest lalką, ponieważ gdyby był, podlegałby władzy królowej lalek zaproszonej na uroczyste przyjęcie w Akademii. Także raczej można go określić mianem androida.
Stąd rozkręcenie go na części wydaje się czynem bardzo — jakby to powiedzieć — bardzo niewłaściwym. Pan Kleks miał swoje powody, ale mimo to uważam, że postąpił źle. Zresztą sam autor doszedł później do takiego wniosku, ponieważ w następnych częściach Alojzy powraca do życia. Jego koncepcja jest czymś ogromnie ciekawym w całym cyklu, nie tylko w pierwszej części, która prawdopodobnie miała stanowić opowieść zamkniętą. Dopiero później Brzechwa napisał „Podróże pana Kleksa” i „Triumf pana Kleksa”. Każda z tych książek ma swoje zalety i o każdej opowiem. W swoim czasie ma się rozumieć. W dzisiejszych czasach „Akademia pana Kleksa” może się wydawać książką archaiczną. Dzieci i młodzież wolą Harry'ego Pottera, chociaż prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego. Może dlatego, że książka Brzechwy jest książką z pogranicza.
Ukazuje zderzenie świata realnego ze światem bajkowym i opiera się bardziej na technice niż na rzeczywistej magii, jeżeli można to tak określić. W każdym razie techniką autor usiłuje wytłumaczyć niezwykłe możliwości pana Kleksa, chociaż trudno nią wytłumaczyć przemianę księcia Mateusza w kruka na przykład. Tu już musiała zadziałać magia. W całkiem zręczny sposób Brzechwa przemycił w swojej książce bardzo istotną rzecz. Coś, co jest niejako opowieścią w opowieści. To znaczy wielki sen Adama Niezgódki. Otóż chłopcu śni się, że nauczył się latać i że trafił do Psiego Raju. Jest w tym miejscu coś bardzo ciekawego, tak zwana ulica Dręczycieli, do której przenoszą się w nocy we śnie chłopcy znęcający się nad swoimi pupilami. Może pierwszy raz w polskiej literaturze pojawił się wątek właściwego traktowania zwierząt, szczególnie właśnie przez dzieci. I za to chwała Brzechwie.
Na koniec chciałabym dodać, że chociaż jest to dziwne, ale do tej pory zdarza się, że ponownie sięgam po tę książkę. Nie tylko ze względu na treść. Wydanie, które mam zawiera cudowne ilustracje, które wyszły spod ręki Szancera. Na pewno wielu z nas kojarzy tę postać. Zasłynął jako twórca absolutnie cudownych grafik do dziecięcych książek i muszę przyznać, że wiele z nich rodzice kupowali dzieciom właśnie zauroczeni okładką zaprojektowaną przez Jana Szancera. Nie wiem, jak obecnie ludzie ustosunkowują się do przygód pana Kleksa. Mówię tu o książce, nie o filmach. Myślę jednak, że jest to coś, co nie powinno niknąć z kanonu lektur, bo mimo wszystkich swych dziwactw przekazuje bardzo istotne wartości. Takie jak lojalność, prawdomówność i inne rzeczy. Poza tym trudno to ukryć.
Przenosi człowieka w ten bajkowy świat. Chociaż w realnym trudno znaleźć mur z drzwiczkami prowadzącymi do baśni. Tu już musimy znajdować te drzwi niejako w sobie. A takie książki to umożliwiają. Następnym razem opowiem o podróżach pana Kleksa i radzę tego posłuchać, ponieważ będzie coś ciekawego. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:06:02] - Proszę państwa, jest takie powiedzenie „Bóg trojcu lubi”. No, być może. Być może w takim razie zapraszam państwa wspólnie z Piotrem Cielebiasiem na Sentymentalnik. A w Sentymentalniku podróż w czasie i to taka trzydziestoletnia. W 1983 roku na ekrany kin weszła PRL-owska superprodukcja. A, no właśnie. Ja tu jestem, jak to mawiam, od literek, a nie od cyferek. I rzeczywiście duży błąd. Czterdziestoletnia. Biję się w pierś.
Słychać? Nie, mikrofon nie zbiera. No w każdym razie rzeczywiście czterdziestoletnia. Co by nie powiedzieć, to cóż. Zapraszam w takim razie na Sentymentalnik, na Akademię pana Kleksa z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. Zapraszam dlatego, że w Sentymentalniku nawiązujemy do dzieł, które Nie muszą być świetne, ale gdzieś się zapisały. A wiem, że całe pokolenie, a może nawet dwa, na panu Kleksie, tym PRL-owskim, wyrosło. Proszę, 40 lat. Zapraszam. Sentymentalnik.
Czas zacząć. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:07:33] - Witam i wy wszyscy witajcie w naszej bajce.
[01:07:39] - Adekwatnie dokonałeś przywitania. Dzisiaj będziemy mówić o starym Kleksie. Nie, źle. O akademii pana Kleksa, ale tej starej, z lat 80.
[01:07:57] - Tak, będzie to kilka refleksji na temat czegoś, co niektórzy nawet porównują do polskiego Harry'ego Pottera. Ta budżetowa wersja filmu z późnego PRL-u do dzisiaj ma swoich zagorzałych fanów. Ba, cała seria tych filmów przecież nawet stała się asumptem do powstania wersji nowej. W dzisiejszym sentymentalniku, z racji tego, że mamy Dzień Dziecka zbliżający się, podzielimy się kilkoma refleksjami ogólnie o panu Kleksie, tym w wersji literackiej, jak i w wersji filmowej. Tylko padnie tutaj dzisiaj trochę takich słów gorzkich, bo czy w ogóle jest to uniwersum, które ma wartość sentymentalną i czy w ogóle warto było pokusić się o jego reanimację? Bo pan Kleks, jak dla mnie, to jest postać niesamowicie archaiczna, nie do końca kultowa i moim zdaniem nieożywialna, nie do reanimacji. To jest tylko moje zdanie. Wiem, że niektórzy uważają inaczej. Zresztą ja to potem trochę rozwinę, bo ja zupełnie inaczej widzę postać literacką pana Kleksa, tą nieszczęsną. Zupełnie inaczej widzę kreację Fronczewskiego, całkiem udaną i zupełnie inaczej to, co wyczochrano z tej postaci w nowym filmie.
[01:09:33] - Nie wiem, co widzisz w postaci literackiej. Ja wypowiem swoje zdanie. Dla mnie książka Brzechwy, poszczególne części: „Akademia pana Kleksa” i później „Podróże pana Kleksa” i „Triumf pana Kleksa” to są książki, które pobudzały moją dziecięcą wyobraźnię. To była jedna z pierwszych książek, które przeczytałem sam. Jeszcze na głos dukając, ucząc się czytać. A wcześniej oczywiście tę książkę przeczytała mi babcia. I ja uważam, pewna magia jest w tej książce i ona w tej wersji literackiej to jest zupełnie odrębna opowieść. To jest opowieść, która może dzisiaj jest archaiczna, może ma pewne elementy, które dzisiaj już ludzi nie kręcą. Trudno mi jest z tym dyskutować, polemizować. Nie wiem tego po prostu.
Ja zapamiętałem tę książkę jako taki twór, który pobudzał moją dziecięcą wyobraźnię. Sprawiał, że rzeczywiście pogrążałem się w świecie imaginacji, bez względu na to, jaki był pan Kleks. Bo właśnie, pan Kleks jako postać, to jest postać bardzo niejednoznaczna już w wersji literackiej. Z jednej strony człowiek, który organizuje akademię dla chłopców na A, który wydaje się człowiekiem wyzwolonym, pełnym rozmaitych szalonych i fantastycznych pomysłów. Człowiekiem, którego bajki się nie imają, a właściwie imają. On jest z nimi zaprzyjaźniony. I tak dalej. Kto ciekawy, niech zajrzy do wersji literackiej. I mówiąc szczerze, wersja filmowa, o której dzisiaj rozmawiamy, czyli ta z lat 80., ona w jakiś sposób zaburzyła ten obraz. Ja chciałem bardzo znaleźć w tamtym filmie ową magię.
Ja przypomnę, że to były czasy, kiedy nie było Harry'ego Pottera i chciałem znaleźć magię, którą w książce odnalazłem, ale w filmie jakoś jej nie było. Była kreacja Fronczewskiego i to jest osobny materiał do przemyślenia i osobny materiał do dyskusji. Natomiast ja też się później odwołam do pewnych wspomnień, jak ten film był promowany w PRL-u w pierwszej połowie lat 80., bo to była swoista odmiana, swoisty zwrot, bo nagle zaczęto film ewidentnie promować. Ewidentnie kładziono nacisk na to, że trzeba ów obraz ludziom wtłoczyć do głowy. O tym powiem za chwilę. Więc ja mam pewien problem ze wspomnieniami, bo nie da się ukryć, że cykl filmów o panu Kleksie, czy to „Akademia pana Kleksa”, czy to „Podróże pana Kleksa”, czy „Pan Kleks w kosmosie” wreszcie, bo to taka trylogia powstała. O tym, jakie to były filmy, to później. Ale to była próba wyeksploatowania Książki. Co tu wiele mówić, dla mnie, dla mojego pokolenia, ja wiem, że to dzisiaj tchnie antykwariatem prawie, ale to dla mojego pokolenia był swoisty Harry Potter. Dla mnie to były lata 70.
To była magiczna kraina. Absolutnie magiczna kraina. Wyprawa na przykład na Księżyc. Jedno z takich moich wczesnych opowiadań, które napisałem w pierwszej czy w drugiej klasie, bazowało na wyprawie oka pana Kleksa na Księżyc. Taki fanfik swoisty. Ale ja sobie zdaję sprawę, że to są bardziej moje sentymenty, jak to w sentymentalniku i wspomnienia, które niekoniecznie, a nawet prawie na pewno niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Bo cóż tu mówić, proszę państwa, każde dzieło literackie starzeje się. Niektóre się starzeją wolniej, niektóre szybciej, ale starzeją się. I ja niestety zapamiętałem, stety albo niestety, „Akademię pana Kleksa” jako książkę właśnie tak, jak to sygnalizowałem: magiczną, niezwykłą, pełną baśni, pełną opowieści niezwykłych, czasami strasznych, ale jednak książkę, która niesamowicie porusza wyobraźnię. Czy tak jest dzisiaj?
Tego nie wiem, ale to jest taki punkt wyjścia do rozmowy o filmie.
[01:14:57] - Tak. Nie wiem, jak jest teraz, ale w moich czasach dzieci były skazane na „Pana Kleksa” jako lekturę bodajże w czwartej klasie, może w piątej. Nie wiem, chyba w czwartej. Trzeba się było zapoznać z książką, więc naturalnie też z filmem. Myślę, że każde pokolenie ma z panem Kleksem inne doznania i nie zdziwię się, powiem ci Marku, kiedy za x lat on może zostać uznany za dzieło kultowe. Nie będziemy tutaj opowiadać o „Akademii pana Kleksa” ani kontynuacji, zresztą po co? Ale gdybym musiał powiedzieć, to powtórzę twój wniosek. Dla mnie i książka, i film to są dzieła niejednorodne, jedno i drugie. Z jednej strony pan Kleks, kiedy go sobie tak rozkładamy na części z dzisiejszej perspektywy, to powiedzmy sobie szczerze, że on ma tam wątki obecne w „Shreku”, obecne w „Harrym Potterze”, nawet we „Władcy Pierścieni” i w dziesiątkach innych produkcji też. Ale z drugiej strony książka jest bardzo archaiczna, powiem ci.
Pamiętam, że jak ja byłem dzieckiem, to ten pan Kleks istniał po to, żeby uczyć dzieci, czym jest fantastyka, groteska i abstrakcja. Nie wiem, czemu mi tak to zapadło w pamięć. Moja polonistka, pani Urszula, musiała na to kłaść ogromny nacisk, ale mnie to nie porwało w ogóle. To był dla mnie bardziej absurd niż abstrakcja. Bardziej koliło, niż przyciągało. Bo muszę ci powiedzieć, że ja pamiętam, że w tamtym okresie bardziej mnie już pociągał Monty Python. Tak, ja zawsze lubiłem taki absurdalny humor albo koc, komiczny odcinek cykliczny. Ale pan Kleks to była słaba fantastyka i słaba abstrakcja. To było dziwne, a film to już w szczególności. Ja nie mówię o tym, że już dla dziecka samo wyobrażenie sobie, że mieszkasz z innymi chłopakami w internacie, który prowadzi jakiś gość nie za bardzo, to takie dziwne było.
Jak się wczuwałem, to ja bym tam nie chciał trafić. I z dzisiejszej perspektywy powtórzę to samo, że jako fantastyka to film „Akademia pana Kleksa” plus te dwie części kolejne były niejednorodne, ale były słabe. Moje pokolenie, które pamiętało „Pogromców duchów”, „Powrót do przyszłości”, „E.T.”, nawet „Obcego”. Byliśmy mali wtedy, ale znaliśmy te filmy. To ono już naturalnie musiało traktować pana Kleksa jako takiego safandułę, takiego wujka. Coś, czym się można fascynować. On był fajansiarski, szczerze mówiąc, na każdym kroku. Tej literackiej postaci jaj w wersji filmowej dodawał Fronczewski. I z dzisiejszej perspektywy po prostu mi się wydaje, że już w pewnym okresie i to bardzo krótko po powstaniu, cała seria o panu Kleksie nie mogła po prostu znieść konkurencji z innymi wytworami popkultury amerykańskiej ze sfery fantasy czy science fiction. Bo nie oszukujmy się, że Kleks tam gdzieś leży na tym polu.
Tylko że, i tutaj kolejna moja taka uwaga, jako dzieło literackie, nie wiem, czy się Marku ze mną zgodzisz, „Akademia pana Kleksa” to jest coś, co ma elementy obecne w wielu współczesnych dziełach, poczytnych dziełach i filmach, natomiast samo w sobie łączy nawet nie wiem co, bo to nie jest science fiction, to jest baśń, która jest gdzieś zawieszona między okresem powojennym a tak naprawdę nie wiem- Końcówką XIX wieku. Ja mam takie wrażenie, że archaizm Kleksa w wersji literackiej i potem w przełożeniu na tą wersję filmową, do której też mam tak naprawdę bardzo dużo zastrzeżeń, w sumie to do jej twórcy. To jest coś, co się przebija strasznie. Tylko wydaje mi się, że mogą przyjść jeszcze czasy, kiedy ta seria o Panu Kleksie zdobędzie tak zwany cult following, czyli będzie dziełem kultowym. Marku, tutaj z wielkim zainteresowaniem wysłuchałem tego, co powiedziałeś o promocji tego filmu. A jakim on się zainteresowaniem wtedy cieszył? Bo ja pamiętam na przykład z takiego dość ponurego okresu końcówki PRL-u i początku lat 90., że wyszło dużo produkcji powiązanych z Panem Kleksem. Jakichś tam kaset, tego wszystkiego, co się wiąże z filmem, z uniwersum, że były jakieś tam piosenki. Doprowadzało mnie to osobiście do szału.
[01:20:19] - Piotrze, zanim o promocji, to jeszcze troszkę oddzielę. Otóż ty powiedziałeś, powiązałeś to z filmami okresu, kiedy ty oglądałeś Pana Kleksa. Ale zwróćmy uwagę, że film „Akademia Pana Kleksa”, ta pierwsza Akademia, powstał w pierwszej połowie lat 80. Wtedy nie było konkurencji. Żadnej. Żadnej zachodniej konkurencji, jeśli chodzi o ten segment filmowy. Nie było jeszcze „Shreka”, nie było „Harry Pottera”, nie było tego rodzaju filmów. W ogóle, jeśli się cofniemy do czasów, kiedy Akademia Pana Kleksa powstała, to mało było tego rodzaju książek. Dzisiaj moglibyśmy z jakichś takich podobnych uniwersów przywołać też już ramoty książkowe, czyli na przykład cykl o Pożyczalskich. To bardzo stara książka.
Moglibyśmy przywołać cykl o pani Poppins, o tej opiekunce, też takiej czarodziejce. Ona w polskim tłumaczeniu pierwotnie miała imię Agnieszka, ale później rzeczywiście Mary Poppins to była osoba, która czarowała. I Pan Kleks w tych okolicach się lokuje. W związku z tym ja myślę, że on na tym wczesnym etapie nie miał w ogóle konkurencji, jeśli chodzi o ten rodzaj fantazji. Ja wiem, to co powiedziałem sam, że się zestarzał Pan Kleks, to jest oczywista oczywistość. Natomiast był taki czas, kiedy Pan Kleks stanowił pewien wzorzec opowieści dla dzieci. Kiedy baśń miesza się z rzeczywistością, kiedy baśń taka łagodna, taka fajna miesza się z baśnią okrutną, związaną z wilkami, z pewną ekspansją, z Mateuszem i tak dalej. To wszyscy, którzy państwo oglądaliście Kleksa czy czytaliście Kleksa, wiecie, o czym mówię. To takie pomieszanie pewnej właśnie łagodności, baśniowości, a jednocześnie okrutnej opowieści. Zresztą zobaczcie państwo, jak się kończy fabularny, ten literacki Kleks.
Czy on się kończy dobrze? Można by dyskutować. W każdym razie to jest taka opowieść, która nie ma takiego radosnego happy endu, głupkowatego. Nie, tam jest pewien ładunek i literackości, i pewnej refleksji o tym, że nie wszystko musi się kończyć dobrze, chociaż czasami dobrze się kończy. I dla mnie Pan Kleks, pomimo tego, że rozumiem, że się zestarzał, w wersji literackiej jest okej, chociaż coraz bardziej jest to wersja dla badaczy literatury. Natomiast przejdźmy teraz do tego pierwszego filmu, o którym rozmawiamy. Otóż ja uważam, pomimo rewelacyjnej kreacji Piotra Fronczewskiego, że to był film słaby. Po prostu słaby. Pierwsza połowa lat 80. Pytałeś o promocję.
Był wówczas taki program cykliczny, ukazywał się w czwartki, nazywał się „Ekran z bratkiem”. To już naprawdę dinozaury pamiętają ów format. Ten „Ekran z bratkiem”, kiedy pojawiła się pierwsza część, czyli „Akademia Pana Kleksa”, postanowił promować ów film i jakichś tam zabiegów nie dokonywano. Oczywiście zaproszono twórców. Wszystko oczywiście tak, ale zrobiono nawet coś takiego, że pod jeden z filmów zachodnich, już nie pamiętam, czy to był „Był sobie kosmos”, czy jakiś inny, gdzie statki kosmiczne się pojawiają, podłożono muzykę z tej części filmu „Akademia Pana Kleksa”, gdzie jest mowa o kosmosie, o wyprawie w kosmos i tak dalej. I to świetnie grało, przynajmniej według twórców programu. I rzeczywiście nie było dysonansu. To może tyle. W każdym razie usiłowano wszystkim nachalnie wmówić, że to jest świetny film, superprodukcja PRL-owska i tak dalej. Ja nie widziałem tej superprodukcyjności, bo byłem po „Gwiezdnych wojnach” jeszcze w latach 70.
i niestety to kit był po prostu. Aczkolwiek rozumiem te wszystkie dzieciaki. Ja byłem wtedy nastolatkiem, już takim późnym, a właściwie bardzo późnym nastolatkiem w latach 80., kiedy ten film powstawał. W związku z tym to mnie nie kręciło, ale rozumiem dzieciaki, które ten film- Kręcił, które uważały, że to jest świetna opowieść, świetna baśń, która się wpisuje w ich wrażliwość. Ale wiecie państwo, jakiś czas później byłem w szkole pomaturalnej, bo zanim poszedłem na studia, byłem jeszcze w szkole pomaturalnej. Miałem być w administracji państwowej. Coś strasznego, ale trzeba się było przechować do czasu studiów. Byłem na zimowisku, byłem w okolicach Kielc i pewnego popołudnia padło hasło, że idziemy do kina. Film zatytułowany „Podróże pana Kleksa” był dwuczęściowy. Był rok bodajże 1985, początek.
Poszliśmy na ten dwuczęściowy film, z czego obejrzeliśmy pierwszą część, ponieważ po pierwszej doszliśmy do wniosku, że nie ma co oglądać części drugiej, że to jest takie mydło i powidło i coś, co nudzi, ewidentnie nudzi. Chociaż zatrudniono tam fajnych aktorów. Był Rewiński na przykład i w ogóle było super, przynajmniej według twórców filmu, to jednak jakoś mi to nie podchodziło i zdaje się nie tylko mnie, skoro cała grupa ta zimowiskowa doszła do wniosku, że nie, nie idziemy na drugą część. Bo ten film to był jednak paździerz, proszę państwa, obojętnie, czy tam zaangażowano określone środki, czy nie. To był paździerz. I co z tego, że Piotr Fronczewski tam naprawdę się zaangażował i stworzył moim zdaniem bardzo fajną kreację? To ja do tego filmu jednego, drugiego czy trzeciego mam sentyment taki sobie, ale zdaję sobie sprawę, że to pewno jeszcze wyjdzie w różnych innych sytuacjach, przy innych filmach, że trzeba oddzielić percepcję takiego właśnie późnego nastolatka od percepcji dzieciaków. Zdaję sobie sprawę z tego, że całe pokolenie, to, które było na etapie „Pana Kleksa” w pierwszej połowie lat 80. wyrosło na tym panu Kleksie. I to są ludzie, którzy autentycznie czują sentyment do tego filmu, bez względu na to, czy ja go nazywam paździerzem, czy nie nazywam.
Oni mi powiedzą, że sam jestem paździerzem i że się nie znam, bo to było ich dzieciństwo, a dzieciństwo naprawdę ten okres to jest coś bardzo ważnego w życiu i może sobie teraz Żelkowski ględzić ile chce i tak nie powie owym wówczas bardzo młodym ludziom, że się mylili, ponieważ oni to przeżyli. Ten film był dla nich czymś niezwykle ważnym. W związku z tym myślę, że powinniśmy, Piotrze, oddzielić te nasze odczucia, moje z pierwszej połowy lat 80., twoje jednak późniejsze, z przełomu lat 80. i 90., kiedy już w ogóle pan Kleks nie stanowił, umówmy się, nie stanowił konkurencji dla produkcji zachodnich, szczególnie w tym wydaniu właśnie PRL-owskim. To są zupełnie różne światy i ja sobie zdaję sprawę z tego, że po prostu powinniśmy to uwzględnić. Może się nam ten film podobać albo nie podobać, ale ponieważ jesteśmy w sentymentalniku, to zdaję sobie sprawę, że to jest film w punkt trafiony do sentymentalnika. To jest film, na którym się chowało całe pokolenie i to takie rozległe pokolenie, bo przypomnę, że te lata 80. to był jednak wyż demograficzny siłą rzeczy.
[01:29:24] - Potem jeszcze przecież pan Kleks był regularnie przypominany w okolicach majówki zawsze i tak, chyba majówki przez Telewizję Polską. Ja to pamiętam. To było takie katowanie tymi wszystkimi częściami. I tak powiem ci, że z takiego bombardowania zrodziła się też lekka sympatia. Im człowiek starszy, tym przychylniej na to patrzy. Natomiast dla mnie jako dla dziecka to było nie do strawienia. Ale przejdźmy do innej tutaj kwestii. Mówi się, że Ambroży Kleks był inspirowany postacią Franza Fischera, Franciszka Fischera, warszawskiego filozofa. Głównie to żarłoka, pieczeniarza, dyskutanta, bywalca salonów i kawiarni. Tak się składa.
Ten Fischer, który był znajomym młodopolskiej cyganerii, postaci takich jak Leśmian, który mu poświęcił wiersz, bardzo mnie zainteresował z tego względu swego czasu, że krążyły o nim śmieszne anegdoty, takie naprawdę zabawne, wpisujące się gdzieś w absurdalny humor, który lubię. Poczytałem sobie o tym Fischerze. Gdzieś tam była zawsze z tyłu głowy taka wzmianka, że on był pierwowzorem postaci pana Kleksa i powiem wam, że to absolutnie jest nieprawda. Łączy ich tylko chyba broda i nic więcej. Fischer, bohater, jak powiedziałem, różnych anegdot. Postać, z którą się zaznajomiłem dość dobrze. To jest w ogóle paradoks, że Fischer jest osobowością jakąś kulturalną. Natomiast on nie ma żadnego dorobku prócz tych anegdot i nie ma żadnych cech Kleksa. Absolutnie. A kiedy się zapoznamy z nim, wręcz przeciwnie.
Nie jest absolutnie z postacią twórcy Akademii związany. Nie wiem, skąd się wziął pomysł, że był to pierwowzór, bo chyba nie wyszło to od Brzechwy, ale myślę, że chyba chodziło o ekscentryzm jedynie. No i brodę. Nic więcej Fiszera i Kleksa moim zdaniem nie łączy. Ale kolejna rzecz, Marku, tak już bardziej teoretyzując, to jest stopień skomplikowania tej historii, bo to jest z jednej strony baśń, taka typowa, ale z drugiej strony są tam elementy nowoczesne. Krzysztof Gradowski w "Panu Kleksie w kosmosie" stara się poprowadzić już ścieżkę według własnego pomysłu, stara się nadać tej postaci nowe życie w nowej scenerii. I chociaż, tak jak powiedzieliśmy, Francis dał Kleksowi twarz i nigdy tego mu nikt nie zabierze, to wydaje mi się, że to nie miało absolutnie szans na powodzenie, tak jak powiedziałeś. Ty byłeś już wtedy po "Gwiezdnych wojnach" i jak zobaczyłeś tego "Pana Kleksa w kosmosie", to mogłeś powiedzieć chyba tylko: "O Boże!". Ogólnie, pomimo tego, że to był film dla dzieci, to ta naiwność realizacji Gradowskiego jest porażająca. To widać i w "Podróżach pana Kleksa", i w "Panu Kleksie w kosmosie".
To jest coś tak dziwnego, co uwiera w tych filmach. Jakby Gradowski żadnej fantastyki w ogóle nie oglądał nigdy, nawet chyba tylko "Arabelę", i myślał, że im coś dziwaczniejsze, absurdalne, groteskowe, to tym fajniejsze. Nie, panie Krzysztofie świętej pamięci, nie było tak. Nie wyszło. Pomimo tego, że momentami się to ociera o jakieś pomysły, może zaczerpnięte nawet z takiej zachodniej fantastyki. Tam mamy te armie wilków, tego wielkiego elektronika, androidy przecież mamy de facto, czary i tak dalej. Ta eklektyczna mieszanka nie pasuje. Jak najdziwniejsza potrawa, powiem ci. Ja do tej pory nawet nie wiem dlaczego, ale opowiadając o tym czuję pewną traumę, że byliśmy bombardowani i przymusowo musieliśmy to w szkole oglądać. Coś, co było naprawdę bardzo złe.
I jestem pewien, że ta fajansiarskość filmów Gradowskiego opartych o prozę Brzechwy sprawiła, że wiele osób się zraziło. Przymus zapoznawania się z tym panem Kleksem, szarym to nie, ale takim bardziej badziewnym, mógł wywołać u niektórych ludzi taką reakcję jak u mnie, że dopiero po latach może nabrało to pewnego sentymentu. Natomiast wtedy to było nie wiedzieć czemu absolutnie niestrawne, bo to odstawało. Ja już byłem tym pokoleniem, które widziało na przykład film "Willow", tam były "Opowieści z Narnii" w formie serialowej, a pan Kleks odstawał po prostu wizerunkowo, odstawał stylowo. To widać było, że to już jest niedociągnięte. To jest tak złe. Widać było, że Gradowski z tymi swoimi pomysłami jest kilkadziesiąt lat z tyłu za fantastyką, nawet taką dla dzieci, zachodnią. I wiesz, co jeszcze mnie uwierało w tych filmach? Taka infantylność. Niezbyt w tym wiele w ogóle było humoru.
Humor mógłby coś rozładować. Chyba że ja nie pamiętam, ale humor mógłby nadać tym filmom takie... Dostalibyśmy mrugnięcie okiem, że to nie jest za poważnie, potraktujcie to trochę lżej. Może gdyby to było wszystko lżejsze, nowocześniejsze, pozbawione przede wszystkim tych strasznych elementów muzycznych.
[01:35:51] - No właśnie, oni tam ciągle śpiewają w tym pierwszym filmie. Ciągle są te piosenki i w dodatku jeszcze w czasach promocji filmu wszyscy się zachwycali, jakie piękne są te piosenki, jak są świetnie zrobione. I przypuszczam znowu, Piotrze, to co nas uwierało, koliło, to dla sporej części osób jest ich młodość, dzieciństwo i oni pamiętają te piosenki. "Witajcie w naszej bajce" i tak dalej. I to nagle jesteśmy znowu trochę pod prąd, bo nas to wkurzało, a część ludzi to zapamiętała jako takie cudowne wspomnienie.
[01:36:32] - A ja powiem ci, że nie wiem, czy tak jest. Tam Sośnicka śpiewała jedną z najpopularniejszych piosenek. Jeżeli ktoś pamięta Sośnicką w jej sztandarowych przebojach, jeżeli ktoś pamięta w ogóle Michnikowskiego, jego działalność kabaretową w Dudku na przykład i go potem zobaczy jako tego doktora Pajchiwu, jak on tam śpiewa tą słynną piosenkę, która się zaczyna od słów "idzia-bidzia-min", proszę państwa, tego się nie da traktować z niesmakiem. Nie wiem. Wiesz, z czym mi się kojarzy pan Kleks ogólnie i ta cała seria? Z "Klątwą Doliny Węży". Dlatego że te filmy ogólnie były realizowane w kooperacji polsko-radzieckiej, bo o tym zapominamy, że "Pan Kleks" był realizowany we współpracy z Sowietami. I nie wiem, może stąd wynika ten archaizm, narzucenie pewnych rozwiązań. Powiem ci, że ta stylistyka jest zadziwiająco zbieżna, jeżeli weźmiemy ten osławiony polski horror i Kleksa. Zresztą tam było więcej filmów, tylko że niestety nie pamiętam tytułów.
To były takie przygodówki, często właśnie realizowane W ciepłych krajach, czyli w Bułgarii na przykład.
[01:37:53] - Ale Piotrze, już na przykład w "Podróżach pana Kleksa", jak zaśpiewała Ostrowska Meluzynę, to do dzisiaj jest taki utwór, który się wspomina i to dobrze wspomina. I znowu odwołam się do wersji literackiej, bo my dzisiaj jesteśmy w takim rozkroku. Wspominamy film, bo film powstał w latach 80., kolejne części też, ale w gruncie rzeczy filmy bazowały na wersji literackiej. Wersja literacka, przypomnę tylko, że "Akademia pana Kleksa" ukazała się po raz pierwszy w '46 roku. Była pisana ponoć, jak głosi legenda, w czasie okupacji. I proszę państwa, ja się dziwię w ogóle, że scenarzyści filmu, tego pierwszego, poszli w kierunku, w jakim poszli, ponieważ w tej książce jest jeden z pierwszych obrazów w polskiej literaturze czegoś, co moglibyśmy nazwać robotem, sztucznym człowiekiem, lalką ożywioną. Przecież to samo w sobie stanowi materiał, na którym mogłyby arcydzieła powstawać, a nie powstawały. Analiza literacka nic sobie nie robiła z tego, bo to bajka dla dzieci, w ogóle nie ma się czym zajmować. Tymczasem ja sądzę, że Brzechwa to był jednak człowiek, który ogarniał temat i wiedział, czym jest fantazja. I ja wersję literacką bardzo szanuję.
Ale Piotrze, ty o tym właściwie wspomniałeś. Chcecie państwo załatwić jakąś książkę, załatwić jakiegoś autora? To dokonajcie państwo takiej sprawczej rzeczy, sprawcie, żeby ta książka autora stała się lekturą. To macie jak w banku, że autor jest wyklęty na wieki, bo go młodzież znienawidzi, że musi czytać jakąś książkę. Pan Kleks jako taki dla mnie w pomysłach, czy to "Akademia pana Kleksa" pod względem fantastyki, już samo to, że w '46 roku Kleks napisał coś, co bardzo luźno oczywiście, ale nawiązuje do klimatów Hogwartu. Akademia, oddzielone wejście do bajek. Ja wiem, że to nie jest to samo. Ja sobie doskonale zdaję sprawę, ale wiecie państwo, dziesiątki lat zanim powstał Hogwarts, zanim powstał Harry Potter, a on już wtedy coś takiego przewidział. Ten motyw właśnie z ożywioną lalką. Czy później w "Podróżach pana Kleksa" mamy tę krainę, w której rządzi Wielki Elektronik, ale nie ten Wielki Elektronik, który gdzieś się później w filmach pojawia, tylko autentycznie jest tam tak bardzo nowocześnie, jest tam dziwnie.
I jednocześnie Brzechwa pokazuje, że pewna bezduszność takiej technokracji może spowodować, że to, co nazywamy naszą europejską cywilizacją, to za duże słowa, ja sobie z tego zdaję sprawę. Dzieci tak nie myślą, ale że to się może zawalić, kiedy zaczniemy do wszystkiego przykładać szkiełko i oko i oderwiemy się od fantazji. W podróżach cały ten wątek dotyczący chociażby podwodnej krainy, tam, gdzie właśnie dzieją się niezwykle ciekawe rzeczy. Czy w "Akademii pana Kleksa" te podróże do poszczególnych bajek, czy wspomniana przeze mnie podróż na Księżyc. Proszę państwa, to są czasy, kiedy nikt o Księżycu poważnie nie myślał, był '46 rok, a tam jest to dosyć przedstawione ciekawie. Zresztą ta bajka, ta baśń jest urwana tak, że pobudza fantazję. Pobudziła moją na tyle, że zrobiłem fanfika, o którym wspomniałem. I tu możemy oczywiście toczyć dyskusję praktycznie rzecz biorąc przez długie godziny. Ja będę bronił wersji literackiej, ponieważ powiem tak: będę jej bronił, a będę w jakiś sposób krytykował film z lat 80. czy serie filmów, ponieważ jedno z drugim, poza Ambrożym Kleksem, poza akademią i dzieciakami, które się tam pojawiają, te dwa dzieła mają ze sobą niewiele wspólnego.
Moim zdaniem w filmie tym, o którym mówimy, nie ma atmosfery "Akademii pana Kleksa". Nie ma jej tam zupełnie. "Akademia pana Kleksa" to było takie dziwne miejsce. Z jednej strony tajemnicze. Ja przypomnę: Akademia, kilka pięter. Jedno z tych pięter było zastrzeżone dla pana Kleksa. Tam nie można się było dostać, a on tam przebywał. Te dziwne zwyczaje, pompowanie jedzenia, piegi, ale jednocześnie pewna mroczność. Ten las, który otacza Akademię, te furtki w murze, bo Akademia jest otoczona murem. Pewna tajemniczość, taka hogwartowska tajemniczość.
Wiem, to nie jest Harry Potter. Zdaję sobie z tego sprawę, ale to moim zdaniem broni dzieła literackiego, jeśli nawet ono się zestarzało. I ja się zastanawiam w kontekście tego, że mamy do czynienia z filmem z lat 80., a przecież powstał nowy film. Ja się zastanawiam, czemu ani w jednym, ani w drugim przypadku nie nawiązano wprost do opowieści Kleksa. Ja wiem, że się nie da przenieść Jeden do jeden. To byłaby zresztą masakra, gdyby to jeden do jeden przenieść. Ale pewne wątki są tam arcyciekawe. Sam świat wilków, tego kataklizmu, który się wydarzył. Przecież to są sceny w książce, które wprost nawiązują do apokalipsy, do czegoś takiego, co kończy się świat. Kończy się świat, bo wilki postanowiły wyrównać rachunki.
I tak dalej. To wszystko gdzieś umiera w wersjach filmowych. I moim zdaniem, cały czas podkreślam, jesteśmy w tej dychotomii. Z jednej strony wiem, że igramy w tej chwili ze wspomnieniami naszych słuchaczy, które szanuję, bo wiem, ktoś, kto był dzieckiem, zapamiętał, to jest jego ukochany film. Dzisiaj nie da sobie wmówić, że to było słabe. To był super film dzieciństwa, ale ja już nie byłem dzieckiem i pozwolę sobie jednak powiedzieć, że filmy z lat 80. były dla mnie po prostu, były. I co z tego? Niewiele.
[01:45:05] - Może gdyby Krzysztof Gradowski miał jakieś pojęcie o tym, jak się robi fantasy, a może pojęcie to on miał, tylko że chodziło o ducha, to te jego dzieła filmowe nie przypominałyby takiego, i to jest chyba Marku bardzo ważne porównanie, wodewilu dla dzieci, bo one są takie specyficzne, że nie każdy to kupi. I ja już tego nie kupiłem. Nie zapamiętałem tego dobrze jako grupa docelowa, czyli jako dziecko. Dzisiaj może pewien sentyment jest, ale też widać jak duża przepaść dzieliła polskie kino lat 80. od świata tak naprawdę, a szczególnie jeżeli już się brało za superprodukcje. A myśmy tutaj pojechali po „Akademii Pana Kleksa” starej, a co dopiero o nowej będzie powiedzieć. Jeszcze mi się przypomniała taka rzecz, że jak byliśmy dziećmi, to żeśmy tak przedrzeźniali tą piosenkę „Witajcie w naszej bajce” i „Ksiądz zagra na fujarce”, tak żeśmy śpiewali. Dzisiaj to jest już niesmaczny żart i tym akcentem chyba warto zakończyć nasze dywagacje o „Akademii Pana Kleksa” i kolejnych częściach według Krzysztofa Gradowskiego, bo nie według Brzechwy. To jest zupełnie coś innego.
[01:46:41] - A swoją drogą, jakby dano mi wybór i miałbym się przenieść do pierwszej połowy lat 80., to chyba bym zaryzykował, ale zdecydowanie nie ze względu na „Akademię Pana Kleksa”. Proszę państwa, Kleks na dzisiaj już się skończył. Wszyscy, którzy dostają wysypki na samą myśl o Panu Kleksie albo na samo wspomnienie któregoś z filmów, to już zapewniam, już więcej kleksografii dzisiaj nie będzie. Ja zapraszam państwa, jak to w takim luźniejszym dniu, to audycja zatytułowana „Alchemia tworzenia” to jest dobra audycja. Ona nic do końca nie traktuje poważnie. Pokazuje, że literatura może być zabawą, czasami bardzo rozbudowaną zabawą. Zapraszam Państwa w takim razie na ósmą część mini cyklu w „Alchemii tworzenia” Grzybki i fermenty.
[01:47:56] - Halo, halo, Bóg radiowaludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a przed wami kolejny odcinek. „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 23. odcinku trzeciego sezonu naszej „Alchemii tworzenia”. Rozkręcamy się. W sumie już dawno przestałam spisywać, który to z kolei. Mamy trzeci sezon, ale jeden odcinek w tygodniu. Sama jestem pod wrażeniem, że jednak daję radę robić regularnie to wszystko. Także dziękuję za motywację i inspirację, bo to przecież przede wszystkim robię dla was.
Jakby was nie było, to po co by to było robić? Także cieszę się, że mogę wam tutaj poględzić raz w tygodniu. I co? Staram się wprowadzić metodę skracania wstępów, żeby się mieścić w tych 30 paru minutach, 40. Więc myślę, że ostatnio nawet dajemy radę z tym. Ja i mój zespół wewnętrzny oczywiście. Więc nie przedłużając wspomnę tylko, że teraz, jeżeli chodzi o nasze wymyślanie w tym sezonie i w poprzednim, natomiast teraz już od bodajże odcinku 16. kontynuujemy jedną długą historię. Zastanawiam się, czy była już tak długa, kontynuowana historia w historii tego podcastu. Nie pamiętam, ile odcinków miała historia o Chucku Malkersie, bo to faktycznie było poprzednie kreatywne śledztwo w sezonie numer dwa.
Także może już pobiliśmy rekord Malkersa? Niemniej zobaczymy. Jeżeli chodzi o nasze śledztwo, które kontynuujemy teraz, jest to tajemnica morderstwa alchemika bimbrownika. Oczywiście okazuje się, że nie jest on jedyną ofiarą, że to jest jakiś głębszy spisek. I dzisiaj chcę zrobić taki kolejny odskok od tej mechaniki fabularnej. Czyli tak jak w poprzednim odcinku rzucałam kośćmi story cubes, wyciągaliśmy karty i poruszaliśmy się naszym śledczym i fabułę mamy już taką zawieszoną, że właściwie została ostatnia prowokacja, żeby ująć sprawców. Natomiast dzisiaj zawieszę was jeszcze w tym oczekiwaniu. Czyli tak naprawdę w następnym odcinku kończymy już nasze śledztwo. Nieważne, co tam się będzie działo. Czuję w kościach, że to będzie ostatni odcinek z tej serii.
Ten następny. Natomiast to, co dzisiaj zrobimy, to jest to, co rozważałam pod koniec poprzedniego odcinka, czyli takie profile psychologiczne podejrzanych. Ale mieliśmy tak naprawdę wyłonionych dwóch podejrzanych. Trochę tak mi się w głowie uroiło, że mężczyzna i kobieta, że to oni współpracowali ze sobą i w którymś odcinku po drodze w przetapialni złota pojawiła się kobieta i myślę, że przy niej zostańmy, że to faktycznie będzie ona. A dzisiaj pomyślałam, że wylosujemy trzech podejrzanych mężczyzn na podstawie trzech poszlak i trochę sobie porozmawiamy o ich profilach, o tym jakie mieli na przykład alibi i tak dalej. Jak oni są powiązani. W następnym odcinku pociągniemy tą naszą prowokację fabularną i myślę, że na sam koniec, chyba że to wyjdzie w następnym odcinku po drodze, ale pomyślałam, że ciekawszym elementem będzie, żeby rzucić kością. Mam taką specjalną kość przygotowaną, która tak naprawdę ma tylko trzy liczby, czyli wiecie, jeden, dwa, trzy, bo to było do jednego mojego narzędzia też o nazwie „Kreatywnym tropem”. I to jest taki prototyp gry, która polega na prowadzeniu kreatywnego śledztwa. Swoją drogą z tego narzędzia używamy tych kart ekspertyz, które też dzisiaj użyjemy.
I tam mam tą kość i pomyślałam sobie, że w następnym odcinku moglibyśmy rzucić, żeby się oficjalnie już ostatecznie dowiedzieć, który z tych dzisiaj trzech mężczyzn, których wylosuję, który z nich faktycznie dokonywał tych morderstw przy współpracy z kobietą. Bo taki miałam plan, że kobieta przygotowywała ofiarę właściwie, chowała gdzieś czy podtruwała ofiarę, która wpadała w rodzaj takiej śpiączki, czy może po prostu umierała we śnie. A mężczyzna z kolei odrąbywał głowę, zarzynał zwierzęta, które leżały obok. Jak coś jest ciekawe, zapraszam do poprzednich odcinków, bo było już ich tyle, że stracilibyśmy dzisiaj bardzo dużo czasu, żeby to wszystko streszczać. Zobaczymy, jak coś będzie na bieżąco potrzebne będę do tego nawiązywała albo do tego wracała. To chyba tyle z technikaliów. Powiem wam tylko jeszcze, jeżeli chodzi o dzisiejszą formułę. Pomyślałam, że dzisiaj, tak jak już wspomniałam, użyjemy kart ekspertyz, kart z „Klubu Detektywów”, takich kart grafik. Sięgnęłam też po karty z gry o nazwie „Memy”. Natomiast wzięłam tylko karty obrazki i pozwoliłam sobie odseparować te obrazki, żebyśmy mieli po prostu portrety samych mężczyzn, że tak powiem, na potrzeby naszej fabuły.
Dodatkowo oczywiście moje ukochane archetypy osobowości, więc plan mam taki, że losujemy trzy ekspertyzy do każdej z tych ekspertyz właśnie kartę grafikę, żebyśmy mogli jakoś to powiązać z fabułą. Co mogło na przykład rzucić trop na te osoby? Dalej losujemy portrety trzy i do każdego portretu jeden archetyp. I na samym końcu pomyślałam, że też będzie ciekawie, jeżeli sprawdzimy od razu alibi tych osób. Czyli wiadomo, zakładamy, że każda z tych osób będzie miała jakieś alibi. Natomiast w następnym odcinku po prostu będziemy je musieli w jakiś sposób podważyć. Zobaczymy. I do alibi to będą karty z gry „Kraina Snów”. Też już w tym podcaście z nich korzystaliśmy. To są karty grafik podobne właśnie jak w „Klubie Detektywów” czy w „Dixicie”.
Natomiast dodatkowo na nich jest napis. Właściwie na jednej karcie są dwa słowa. Także dobra, pomyślałam, że dzisiaj może właśnie na podstawie tych dwóch słów i oczywiście przy użyciu też trochę grafiki wymyślę jakieś totalnie abstrakcyjne alibi. Zobaczymy. Dobra, nagadałam się i chyba lecimy, bo nie ukrywam, że dzisiaj tyle będzie odkrywania tych kart, że aż sama jestem ciekawa. Ciekawość mnie tutaj rozsadza od środka. Klasycznie myślę, że najpierw sobie polosujemy karty, ale nie będę ich odwracać i później jak zawsze na bieżąco będę odwracać i wam opowiadać o tych kartach. Jeżeli chcecie oglądać te karty na bieżąco jak wyciągam, to zapraszam was w każdą sobotę na YouTube. Czy wpiszecie Katarzyna Prychacz czy Alchemia Tworzenia. Myślę, że nawet lepiej jak wpiszecie Alchemia Tworzenia to w wyszukiwarce na YouTubie powinno wam nawet pokazać playlistę.
Cała playlista, w której mamy cały trzeci sezon i tam sobie na bieżąco będziecie mogli nawet nadrobić poprzednie odcinki. Tam oprócz tego audio, które tu i teraz słyszycie, wzbogaciłam to po prostu o zdjęcia na bieżąco tych kart. Czyli wiecie, mamy montaż taki w momencie, kiedy ja wyciągam kartę i tutaj wam tylko o niej opowiadam. Tam już możecie jednocześnie sobie patrzeć na tą kartę razem ze mną. Dobra, czy wszystko? Aha, myślę, że te alibi wylosuję na końcu, ponieważ karty z tej gry z „Krainy Snów” są dwustronne, więc właściwie to trochę Będzie bez sensu. To są te jedyne dzisiejsze, które po prostu wylosujemy na samym końcu na bieżąco. Więc je odkładam na boczek. I teraz co? Losujemy.
Na razie przetasuję sobie karty ekspertyz. Zwykle zasadę miałam taką, że ekspertyza, jak losowałam później grafikę, to pierwsze co przyszło, to był ten element, na którym była dokonana ekspertyza, a później omawialiśmy całą kartę i szyło się do tego historię. I tak też dzisiaj będzie. Dlatego na razie losujemy tutaj ekspertyzy. Jeden, dwa i trzy. Dobra, sobie tu porozkładam. Dzisiaj dużo stołu potrzebujemy. Okej, niepotrzebne odkładam na boczek. Dalej. Klub detektywów i tutaj te grafiki.
Przetasowane. Jeden. Dwa. I z końca dajmy trzy. I też niepotrzebne, do widzenia. Memy. To są duże karty, sztywne, ale przetasujemy. Dobra, część mi wypadła, ale to odkładam na bok, żeby nie było, że widziałam. I teraz jeden, ze środeczka dwa i z końca trzy. I te odkładam.
Już jestem ciekawa co tam mamy. Zaraz się dowiemy. Dobra. Nie no, centralnie. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała mieć jakiś taki jeszcze większy stół albo w ogóle odwrotnie siadać tutaj. Dobra, mamy to. Archetypy. Dobra, przetasowane. Może teraz tak z początku, tak jak zawsze tą metodą dzisiaj ze środeczka i z końca. Przypomnę, jeżeli chodzi o karty archetypów osobowości, jest to nie tyle taka typowa gra, co bardziej ćwiczenie.
Właściwie bardziej jako narzędzie trenerskie, jeżeli chodzi o coaching, mentoring, czy w ogóle auto... chciałam powiedzieć autodiagnozę, autorefleksję i pracę nad sobą. Tutaj mamy 12 typów, można powiedzieć osobowości czy takich typów, które mniej lub bardziej dominują w każdym z nas. Bo to nie jest tak, że ktoś ma jeden archetyp, tylko każdy z nas ma ich 12. Karty, z których korzystam są opracowaniem Gabrieli Borowczyk. I tu mamy 13 archetypów i w sumie nie odseparowałam tego 13., także może się wylosował. Zobaczymy. Ten 13. archetyp to jest archetyp, który Gabriela stworzyła sama. Uznała, że to jest potrzebne i go tutaj w ten zestaw wrzuciła.
No dobra, to karty mamy rozlosowane. To chyba lecimy. I teraz myślę, czy najpierw poszlaki? Nie, chyba wiecie co? Robimy komplet. Pierwsza poszlaka, żeby nam się tutaj nic nie pomyliło, czyli omawiamy po kolei każdego ludzia, a alibi wtedy już na końcu jako takie podsumowanie zrobimy. No dobra, czyli teraz tak: pierwsza karta ekspertyzy. Zobaczymy cóż mamy za ekspertyzę i co będziemy do niej szyć. Uwaga! Raport z miejsca pracy poszkodowanego.
I teraz jeszcze ważna rzecz, bo tutaj nie zaznaczyłam poszkodowanego którego, nie? Czy dalej będziemy, bo mieliśmy właściwie w tym śledztwie, odsunę te poprzednie morderstwa, które się nie odbyły w tym miasteczku. Mieliśmy chatę alchemika, bimbrownika. Od tego się zaczęło. Natomiast w międzyczasie została zamordowana lekarka, też we własnym domu. To może być to. I teraz jeszcze fabułę mamy zawieszoną w latarni morskiej u latarnika, on trafił do szpitala, żyje, natomiast już był w tym stanie, był już otruty. On już miał, że tak powiem, sobie powoli umierać, dojrzewać do dekapitacji. Więc... no dobra, wiecie co?
Zobaczymy kartę i najwyżej do tego dobiorę miejsce pracy poszkodowanego. No bo co? U lekarki był szpital, u latarnika latarnia i alchemik właściwie w swojej chacie. Dobra, lecimy z kartą. Najpierw ten pierwszy przedmiot, który wpadnie mi tutaj w oko, a później będziemy szyć dalej. Dobra, wezmę sobie tą kartę bliżej i uwaga, odwracam i mówię pierwsze co zobaczyłam. Cyk. Wiadro. Okej, mamy wiadro. To znaczy ja zobaczyłam wiadro jako pierwsze.
Natomiast cała karta przedstawia, teraz nie wiem, czy to jest lis, czy wiewiórka. Trochę zgłupiałam. Chyba wiewiórka? Siedzi sobie na takim mostku z kamienia, trzyma wędeczkę, pali fajeczkę, na głowie ma czapkę kapitana i łowi ryby z origami. I one latają, lewitują właściwie nad trawą. Tu nie ma żadnej wody. W tle piękny zachód słońca, fioletowe niebo. Powiem wam szczerze, bardzo śliczna, bajkowa karta, ale taki fajny nastrój mi wprowadziła w środek. Jak taka ładna ilustracja z bajki dla dzieci. Mogłaby być jakaś w sumie zabawna bajka o tej, ja dalej nie wiem, czy to jest wiewiórka, czy lis.
No dobra, uznajmy. Niech sobie to na razie będzie wiewiórka. Jakiś rudy, bajkowy stworek, futrzaczek. Oczywiście na tym moście właśnie obok stoi wiadro. Zielone wiaderko, zapewne na te ryby. I teraz tak. I to ma się łączyć z raportem z miejsca pracy poszkodowanego. No to wiecie co? Skoro mamy tutaj czapkę kapitańską, to myślę, że byśmy tutaj chyba poszli w latarnię morską, że to z tego miejsca, bo w sumie tutaj też mamy świadków. To też przypomnę, w poprzednim odcinku wyszło, że nasz latarnik był w trakcie konferencji internetowej latarników i zemdlał nagle.
Pił wodę i po prostu go odcięło i część latarników została na linii, bo wiedzieli, że coś jest podejrzanego, tak? Może poszlaka mamy wiadro, woda. Patrzę jeszcze, że tu mamy rybki z origami, a mieliśmy też taką sytuację, że nasz alchemik się zatruł wodą i znaleziono nieżywego jego kota i rybki. Miał akwarium z rybkami i najprawdopodobniej wszyscy pili tą wodę. Tak samo rybki pływały w tej wodzie. Ta toksyna jest w trakcie badań. Może jednak wreszcie zrobię research przed następnym odcinkiem, żebyśmy mieli sobie poglądowo jedną toksynę, bo cały czas sobie na razie wymyślam i omijam konkrety. Mam wewnętrzny zakaz od siebie samej researchu, bo za długo by to trwało. I tak patrzę, że to wiaderko. Patrzę, że ten kamienny mostek.
Może to wiadro gdzieś stało na zewnątrz? Może jakiś baniak z wodą? Bo też mówiłam wcześniej o tym, że latarnik filtrował sobie wodę w szungicie. To są kamienie. To jest rodzaj węgla, który się po prostu zalewa wodą i później się tą wodę zlewa po 12 godzinach i zalewa się od nowa, a tamtą można pić. Raport z miejsca pracy poszkodowanego. Miejsce pracy to byłaby latarnia u góry, nie? Żarówa. Nie, dobra, bo w sumie praca latarnika jest trochę bardziej złożona. Tak myślę.
Może pomost przed tą latarnią, tam, gdzie niektóre statki przybijały? Tak jak tu mamy pomost i jest to wiadro. I coś z tym wiadrem by musiało być. Ta poszlaka, która by doprowadziła do tej osoby. Wiecie co? Może zaraz odwrócimy sobie portret, ten archetyp, może gdzieś to wszystko zaraz nam się tu wymyśli, w jaki sposób ta osoba może być powiązana z tym wiaderkiem. Wiaderko jest zielone, to może ten kolor jest tu istotny. Może to wiadro było z jakimiś chemikaliami, ktoś zostawił. Bo tutaj faktycznie nie wiem, czy sprawcy zostali nakryci. Może nie wiedzieli, że zostali nakryci.
I mieliśmy też oglądać, że tak powiem, naszym śledczym monitoring z latarni, więc może coś z tym wiadrem by było podejrzanego. Zresztą wiecie co? Na razie dzisiaj myślę, nie ma co się bardzo zagłębiać, bo jeżeli się okaże, że w następnej fabule, no chyba że tą kością rzucimy na początku i będziemy do tego szyć fabułę. Zobaczymy. Dobra, na razie zostawiam to wiaderko. Mamy pomost i wiadro. I tam ten raport ma nam wskazywać na osobę. Okej, odwracajmy szybko, czym prędzej. Odwracamy portret i zobaczymy, kogóż my tu mamy. Dobra, cyk.
O matko z córką! Dobra, mamy tutaj plażę, piękną plażę, piaseczek, w sumie dosyć daleko od morza. Taki długi, płaski ten piach, ale wygląda jak taki nadmorski. Gdzie tam? W Łebie jest tyle piasku do plaży? Nie wiem. W Łebie nie byłam. Widziałam tylko zdjęcia i słyszałam opowieści. Na Wyspie Sobieszewskiej też jest tak trochę kawałek, ale jest tam raczej też zieleń. Tutaj mamy taki mokry, ubity piach.
Może nawet to mogła być pustynia, ale od razu mi się skojarzyło z morzem. A mamy tutaj, może gdzieś okolice latarnika mają być, to będzie może ktoś, kto często odwiedza plażę okoliczną. I teraz tak sobie omawiam otoczenie. Tutaj na zdjęciu widzimy nagiego mężczyznę, który siedzi plecami do odbiorcy, do zdjęcia, do obiektywu. I patrzy tak sobie melancholijnie. Zakładam, że melancholijnie. Patrzy się w kierunku tego morza, którego tutaj nie za bardzo widać. I co to nam mówi o tym mężczyźnie? Ciemne włosy, bo tam też mówiliśmy, że podejrzany miał jeżyka. Włosy krótkościęte, więc może już dzisiaj nam któryś z portretów wyjdzie taki.
Ale wiecie, zawsze można było ubrać jakąś perukę albo właściwie te włosy ściąć, nie? A to zdjęcie w aktach mogło być stare. Patrzę, czy coś tu jest jeszcze istotnego. Tu nie ma ubrania, to nawet nic nie wymyślę. Jedyne, co mi się skojarzyło, brak ubrania to nudysta. Więc może stały bywalec plaży nudystów i jakoś musiałby być powiązany z tym wiadrem. Chyba że on przychodził tutaj na ten mostek. Nie wiem, czy się polewał wodą. Wiecie, że z tej słonej wody może on też morsował sobie nago po prostu. Czy tam w ogóle pływał w morzu zawsze nago.
I przychodził tutaj na pomost. Może był jakiś taki prysznic czy coś, żeby się obmyć ze słonej wody. Może to to. Nie wiem. Bo raport z miejsca pracy poszkodowanego, to może właśnie na monitoringu ten nagi mężczyzna został zauważony. Wiecie co? Miałam gdzieś też zrobione takie nazwiska przykładowe, ale miałam je razem z zawodem, więc już nie brałam tego. Więc najwyżej nazwisko jakieś tam nazmyślamy w następnym tygodniu. Na razie mamy tutaj pana nudystę i zobaczymy archetyp jeszcze tak z ciekawości, ten profil w tych dokumentach, jaki tutaj na jego temat mamy. Dobra, archetyp odwracam.
Cyk. Kochający. Dobrze, tutaj wam przypomnę, bo dawno nie było archetypów. To, co Gabriela opisała. Miłość jest siłą napędową tego świata i motywem działania. Nie ma jednego rodzaju miłości. Jest miłość w rodzinie, braterska, bliźniego, altruistyczna i ta zmysłowa. Zarówno bezinteresowna, jak i romans bądź czysta przyjemność. Ważne dla niego jest przywiązanie, troska i intymność. Może być szczery i otwarty, a także tajemniczy i uwodzicielski.
Tak pomyślałam właśnie, taki trochę może dziecko kwiatów, że taki trochę naturysta, że tutaj nago siedzi nad tym morzem. Dużo się zastanawia nad tym wszystkim. Może bardziej taki myślę nie tyle mnich, ale taki typ mnicha filozofa, który przychodzi medytować. Kąpie się w tym morzu, ale może na przykład wcześniej ileś godzin siedzi na plaży, kąpie się i później na ten pomost przychodzi się obmyć. Teoretycznie mógłby on być też rodzajem świadka właściwie, ale na razie jest podejrzany. Kręcił się w ten dzień. Musielibyśmy pewnie wyliczyć, od kiedy ta toksyna została podana. Ale może faktycznie kręcił się przy zbiorniku z wodą słodką. Może to jest to, że potencjalnie mógł ją zatruć. Kochający.
Myślę, że na razie chyba z archetypem to ja za dużo nie zrobię, ponieważ to by miało wtedy sens w momencie, kiedy będziemy ustalali jakiś motyw tego podejrzanego. Wtedy dopiero będziemy mogli się odwołać, jakiego rodzaju miłość sprawiła, że on mógł zacząć, nie wiem, czy podać te toksyny, czy być zabójcą jakimś. Może to być też taka miłość. Tutaj jest o tej pięknej miłości tak naprawdę napisane, ale miłość może też ze złych pobudek przybrać dosyć toksyczne czy wykolejone oblicze. Na potrzeby tej fabuły może to właśnie poszłoby w tym kierunku. Ale wiecie co? Na razie to zostawię. Nie będę na siłę wymyślać. Patrzę, że i tak już dzisiaj pewnie dłużej pogadamy jednak. Dobra, to lecimy w takim razie kolejną poszlakę i zobaczymy kolejnego podejrzanego.
Dobra, następna poszlaka. Historia wyszukiwań z internetowej przeglądarki poszkodowanego. I wiecie co? Zobaczymy najpierw ta karta i ta sama w sobie poszlaka i zobaczymy wtedy którego poszkodowanego. To chyba będzie najlepsze rozwiązanie. Dobra. I cyk, karta, grafika i co ja pierwsze zobaczę? Czapka. Zielona czapka. Beret taki z antenką.
Dobra, a teraz na karcie co mamy? Na karcie mamy słonia w składzie porcelany dosłownie. Siedzi sobie na stołeczku, zadowolony, pije chyba jakąś kawkę albo herbatkę. Trzyma filiżankę, ona paruje. On jest taki szczęśliwy. Właśnie na głowie ma ten zielony berecik z antenką, a na sobie ma mundur, czerwony mundur i ma na ramionach te pagony. Chyba się zawsze nazywa ta część munduru. Takie, jak by to powiedzieć, rozgałęziające się, takie z frędzelkami. Nie wiem, czy to jakaś orkiestra. Nie wiem, kto takie mundury nosi.
Chyba górnicy też te ozdobne mundury. Tak mi się zdaje, że mieli takie elementy. Okej, na razie nie wnikajmy. Oczywiście, tak jak mówiłam, w otoczeniu są różne półki z talerzami, dzbaneczkami, z porcelanami, więc właściwie to wygląda jak skład, sklep, wszystko w drewnie, ładnie. Drewniana podłoga, drewniany stołeczek i drewniane regały. Tu mamy jeszcze grzywkę, wystaje spod tego beretu. Tak myślę, że to nie jest daszek, tylko właśnie bujny taki włos, gęsty. No dobra, ale to nie tutaj jest nasz podejrzany. Tutaj mieliśmy mieć poszlakę. Historia wyszukiwań z internetowej przeglądarki poszkodowanego.
No i był beret. Oczywiście mogę to nagiąć do porcelany. Albo beret tak mi się skojarzył z Francją, więc mogła być na przykład jakaś francuska porcelana. Może przeglądarka naszej lekarki. Ona tam szydełkowała czy na drutach robiła. Pamiętam, była karta, sukienka, którą robiła na szydełku coś. Ona też była taka kochana, uwielbiana przez wszystkich, bo ta ofiara odpowiadała właśnie za taki sektor. Też w poprzednich odcinkach musicie sobie odsłuchać. Już teraz nie będę bardzo się zagłębiać w to, ale ona odpowiadała właśnie za taki filar związany z emocjami, z rozwojem ducha w kontekście emocji. Może ona była też taka, że zawsze podawała herbatkę taką ciepłą, że sprawiała, że ci pacjenci byli szczęśliwi, dawała im chwilę radości na przykład.
I teraz internetowa przeglądarka. Może właśnie szukała porcelany. Odwracamy portret i zobaczymy, jak to powiązać razem. Ciekawie się robi. Zaraz się okaże, że mamy różnych sprawców. Dobra, lecimy z portretem. Okej, mamy tutaj zdjęcie mężczyzny, który udaje, że chce zwymiotować. Wiecie, wkłada dwa palce do ust i twarz ma wykrzywioną. Właściwie nic więcej tutaj nie widzimy. Też ciemne włosy, gęste, krótko ścięte.
I jest w koszulce na ramiączka. Dosyć szczupły, bo nie wspomniałam, że tamten mężczyzna był z kolei dobrze zbudowany, umięśniony. I tutaj co, on taki jest jakiś, że coś gądli, taki do obrzygu coś. Taki gest wykonuje. Więc nie wiem, czy to byłby może jakiś sklep internetowy. Może ona poszukiwała tego beretu, taki moherowy beret. I ten mężczyzna, po skontaktowaniu się z nim, to było takie, że: „O matko, najokropniejszy z beretów”. On w ogóle sam zastanawiał się, czy go w ogóle zabrać ze sklepu, że to było takie paskudne. A jej bardzo na tym zależało. Chciała ten beret.
Może to. Tylko w jaki sposób miałoby to być powiązane z jej śmiercią? Chyba że dostawca mógłby być podejrzanym. Że przyjechał jej dać ten beret. Chyba że beret ją zatruł. Może tak być. Szczerze, nie pamiętam teraz, czy mówiliśmy w odcinku o niej, co ją zatruło, bo faktycznie w tym czasie nasz śledczy został aresztowany, więc on nie był na miejscu zdarzenia bezpośrednio. Dopiero kiedy się okazało, że faktycznie ona nie żyje, to go uwolniono. Stwierdzono, że faktycznie miał rację i nie on tu jest podejrzanym. To może właśnie.
Dobra, zawieśmy to na razie i robimy teraz archetyp tego człowieka. Cyk. Bohater. Pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych i używa ich dla dobra ludzkości, wybranej grupy czy pojedynczego człowieka. Bohater pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza. Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Czyny mówią za niego. Dobra, archetyp bohatera.
Każdy z archetypów też może na tej skali dobra i zła, jak mielibyśmy go na przykład umieścić, to też może iść w dwie strony. Więc może on po prostu bronił niesłusznej sprawy. Myślę, czy dostawca, może to jest po prostu jakiś mały sklepik z rękodziełem. Może on jest właścicielem i jednocześnie jest dostawcą. Może to byłoby coś takiego. I on może właśnie pamiętał, zapytany o tym berecie. Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Tu też mógłby być rodzaj manipulacji czy czegoś. Oczywiście to nie jest bezpośrednio w tym archetypie, ale tak sobie dywaguję we własnej głowie, jak moglibyśmy to wykoleić. Wiecie co?
Na razie chyba dosyć. Lecimy z trzecim podejrzanym i potem jeszcze zajrzymy w te alibi, bo może też alibi coś nam więcej dopowie o tych ludziach. Bo na razie jak nie mamy 100% sprawcy, to ciężko mi naciągać fakty fabularne, różne nasze szmery, bajery do tego. Dobra, kolejna ekspertyza. Cyk. Zapis z monitoringu. Dobra i zobaczymy w takim razie, z którego monitoringu to jest. Czyli teraz jeszcze tylko poszlaka. Cyk. Stół.
Dobra, pierwsze co zobaczyłam: stół, taki z obrusikiem, mały. Karta przedstawia oczywiście stół, dwa krzesła. Tam stoi na środku tego stołu butelka wina i dwa kieliszki. Nie wiem, czy wina, butelka wygląda pewnie jak od wina, ciemna taka. Tylko co tu jest istotne, to ten stół, w ogóle te krzesła, one są takie trochę wykolejone, dziwne, takie powykrzywiane i one stoją na jęzorze jakiegoś drapieżnika, jakiegoś gada. Tak jakby może to była jakaś przynęta? To trochę wygląda, jakby stały na brukowanej alejce, ale widzimy tutaj na karcie, że jest to jęzor. U góry widzimy zieloną paszczę i te kły, takie zęby. Krokodyl, aczkolwiek jęzor jest rozdwojony, a chyba u krokodyla, nie wiem, czy u każdego gada jest rozdwojony? Nie wiem teraz.
Oczywiście w tle widzimy miasteczko zamglone, a wszystko tak mi się skojarzyło też z Francją, w sumie może Hiszpanią. W takich trochę cieplejszych krajach, słynących z wina. Więc może też Włochy. Stoliczki na ulicy gdzieś, że można sobie przysiąść, wypić lampeczkę wina. Piękne widoki, małe miasteczka, takie urokliwe jak tutaj. No i ta paszcza straszliwa tutaj. I teraz zapis z monitoringu. Ja mówiłam o stole jakimś, do którego zapis z monitoringu to już nawet nie jest powiedziane, że poszkodowanego. Więc teraz nie wiem, czy bierzemy monitoring właśnie z tej latarni. Pomyślałam, że moglibyśmy do alchemika nawiązać, że ten był widziany.
Jakie my jeszcze mieliśmy lokacje? Mieliśmy też jeszcze tą przetapialnię złota. Wcześniej też mówiłam, jak był skradziony miś koala, który też został zaszlachtowany tam w okolicy tej lekarki. I był monitoring z zoo. I tam był człowiek, wtedy wyszło, że taki krótkocięty i tak dalej, na jeżyka. I może tu jest zapis monitoringu z jakiegoś innego miejsca. Chyba że właśnie jakaś knajpka mała w okolicy tej przetapialni złota. No i wtedy mamy powtórzoną tą osobę. Co prawda zaraz odkryję portret i wtedy dopiero zobaczymy, kogo my tam mieliśmy. Może to muszę zrobić i chyba to nam by tu rozjaśniło.
Dobra, lecimy z portretem. Cyk! Okej, kolejny ciemnowłosy mężczyzna. Co prawda już faktycznie dużo krócej ścięty. Nie można powiedzieć, że taki typowy jeżyk, ale jest trochę jeżyka, już taki odrośnięty trochę. Ten mężczyzna myślę, że to może ma symbolizować stres, że on jest taki przerażony, załamany. Jest w garniturze, w koszuli, więc wygląda trochę, jakby właśnie wyszedł z biura, z korporacji. Krawat ma poluzowany, więc ta koszula jest taka trochę rozchełstana pod szyją. Rozpięty guzik. I ten mężczyzna pali papierosy.
Ma jeden zatknięty za uchem, dwa w ustach i jeszcze trzy trzyma w rękach. Karta, widzę, symbolizująca stres. Kim on mógłby być? Palacz jakiś. Wygląda też taki trochę zagubiony, przestraszony na tym monitoringu. Gdzie on mógł być? Chyba że niedaleko latarni była jakaś knajpka. Musielibyśmy go później jakoś powiązać z miejscem zdarzenia. Nie wiem. Myślę, że chyba nie ma co na siłę tutaj tego cisnąć teraz.
Zobaczmy jeszcze archetyp jego. Odkrywca. Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga. Poszukuje nowych wyzwań i doznań, nie tylko tych daleko poza horyzontem. Gotów jest też do podróży wewnętrznej, by zrozumieć motywy swojego działania i odkryć nowe możliwości. Ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Nie boi się zmian i tego, co nowe. Każda zmiana daje nowe możliwości i nową jakość. Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Odkrywca.
Mógłby być, tak patrzę, właściciel tej firmy. A może zróbmy knajpkę faktycznie niedaleko tej przetapialni złota. I ten mężczyzna może on na przykład bywał często w przetapialni złota, że może to był jakiś monitoring gdzieś na ulicy. Może ta kobieta była obserwowana z tej przetapialni i patrzyli właśnie tutaj. Były założenia, że współpracuje z mężczyzną, więc postanowili ją obserwować. I to był mężczyzna, który bardzo często do tego biura przychodził. I chyba na tym będziemy musieli się zatrzymać na razie. Więc on jest podejrzany z tego tytułu. Tutaj mamy kogoś od tego beretu, który się okazało, że truł tą kobietę i mamy człowieka tutaj, który grzebał przy wodzie coś. No dobra, odkrywca bardzo fajna karta.
Tu mamy bardzo duże pole do popisu, jeżeli chodzi o negatywne aspekty tego archetypu. Tego, jak moglibyśmy go na tej szali w kierunku zła. Nowe chciał sprawdzić coś kosztem ryzyka i tak dalej. Dużo argumentów by tu było. Dobra, lecimy z alibi i będziemy dzisiaj zamykać nasze posiedzenie. A w następnym odcinku czeka nas już powiązanie wszystkich wątków. Może następny odcinek pewnie będzie dłuższy, mimo że będę się starała też do brzegu ściaśniać, ale będziemy mieli bardzo dużo wątków do poruszenia. Dobra, no to tasujemy pierwsze alibi, więc ja nie patrzę na te karty, bo one są dwustronne. Mam jedną kartę i cyk, odwracam. Mamy tutaj rower, basen.
Grafika przedstawia tutaj taką trochę olimpiadę. Mamy trzy osoby, które jadą na rowerze pod wodą. Mamy takie oczywiście tory, jakaś rafa koralowa. U góry nawet jakieś rekiny pływają, bojki, więc dosłownie tak, jakbyśmy na basenie zrobili dekoracje trochę jak w morzu i wyścigi rowerem pod wodą. Basen, rower. To aż się samo prosi w sumie, że tutaj nasz nudysta, bo wracamy do naszego pierwszego kochającego nudysty, to on basen. Teraz myślę, jak on tutaj w tym morzu się kąpał. No ale dobra, może jego alibi jest takie, że w noc-- teraz tylko wiecie co myślę? Którego morderstwa? No chyba że to byłaby czynność regularna i faktycznie za każdym razem on albo był na przykład raz na rowerze, raz na basenie.
Myślę, może jakieś kółko kolarskie, bo tutaj mamy parę osób, więc może właśnie to jest jego alibi. Czyli zarówno w dzień morderstwa alchemika i morderstwa lekarki to na przykład był właśnie na basenie i na rowerze. O latarniku na razie nie możemy mówić, bo żyje, więc nie ma tutaj tematu do poruszenia. Może na tym się skupmy faktycznie. No dobra, czyli raz był na tym spotkaniu na zjeździe tych kolarzy, czy tam może była jakaś akcja na mieście na przykład, że jakiś maraton czy coś tam. Maraton na rowerze. Triatlon! O, rower, basen, może jakieś bieganie. Albo po prostu faktycznie jeździli sobie rekreacyjnie. I drugie to po prostu sobie był na rowerze.
Czyli mamy niby teoretycznie świadków i tu, i tu. Więc to alibi na razie jest. Dobra, teraz tasujemy kolejne. I nasz drugi facet ze sklepiku z jakimiś beretami. Ten taki zdegustowany. Namiesz o tym berecie nasz bohater. I ze środka karta cyk i odwracamy. Tutaj mamy Rakieta i koala. Uwaga koala! O matko, co my tutaj mamy?
Dobra, najpierw graficznie wam opowiem. Mamy oddalenie, tak jakby widok na Ziemię z kosmosu. Mamy różne planety w tle, słońce, które wręcz takim ogniem płonie. I z tej Ziemi ruszają w kosmos rakiety, właściwie ołówki rakiety i na jednym z tych ołówków siedzi koala, oczywiście w takim kloszu na głowie. Wiecie, tak jak miś koala siedzi na drzewie, trzyma się tego pnia, to tak trzyma się tego ołówka. Tutaj faktycznie mamy go powiązanego ze śmiercią tej lekarki, a jak mówiłam wcześniej, właśnie ten miś koala był też zarżnięty przy niej. Myślę, jak go powiązać z tym koalą. Rakieta. Nie wiem. Chyba że na przykład chodził na tenisa.
A może on tego koalę przewoził? Bo wiecie, mógłby to być pracownik. Może on sobie dorabiał w tym zoo? Mieliśmy też w sumie osobę przy tym misiu, jakiegoś karmiciela, bo była też jedna z właścicielek zoo, która bardzo chciała odnaleźć tego misiaka. I był też ktoś, kto wspominał, świadek, że widział kogoś w zoo. Może to byłby ten człowiek i że jego alibi to było właśnie to, że on był w nocy. A może pomagał w poszukiwaniach? Może to jest partner którejś z tych właścicielek zoo i może on pomagał w poszukiwaniach koali, dlatego teoretycznie miał alibi na noc morderstwa tej lekarki. A może właśnie w nocy, kiedy zamordowano alchemika, no to wiecie, rakieta skojarzyła mi się z tenisem. Rakieta tenisowa.
Chyba że weźmiemy faktycznie, że on chodził jeszcze na jakieś spotkania NASA. Może się fascynował kosmosem. Może to jest taki aktywista jak jedna z tych właścicielek zoo. I tak jak tu mamy tego koalę wystrzelonego w kosmos, może interesował się programem kosmicznym i tym, że może na przykład wysłać gatunki na inną planetę i je uratować. To już odpuśćmy tego tenisa, a po prostu był na spotkaniu miłośników tych programów kosmicznych czy jakichś tych eko. Nie wiem, musielibyśmy pewnie wymyślić jakąś nazwę na to, na ten cykl spotkań na przykład. No dobra, to na razie zostawmy i ostatnie alibi. Dobra ze środeczka coś. Cyk, nie widzę, odwracam. Mamy tutaj dziecko i sterowiec.
Na grafice mamy oczywiście pełno chmur, pomarańczowe lecące sterowce i na jednym z tych sterowców siedzi właśnie zadowolony dzieciak. Nawet mu się tam jakieś kartki, kredki wysypują z tornistra i on taki zadowolony tam siedzi. Więc może ten mężczyzna, właściciel tej restauracji. Dziecko, no to może właśnie był z dzieciakiem gdzieś, może na jakimś wyjściu. Patrzę, że u góry... Dobra, to te napisy u góry przyjęłam na noc morderstwa alchemika, to już tak zostańmy. Czyli był z dzieckiem tego dnia. Może właśnie zajmował się, może żona wtedy była w pracy, a on się zajmował ich dzieckiem, więc siedzieli w domu. Natomiast sterowiec. Patrzę na jego portret, że on raczej nie wygląda na kogoś, kto ma dużo czasu, ale może tutaj te sterowce, ta fascynacja może właśnie samym steampunkiem czy epoką tych silników parowych właściwie.
Bo steampunk, ja nie wiem, na ile to jest istniejąca epoka, na ile to było na potrzeby uniwersum gier. Ale wiecie, o co kamam. Zanim prąd, zanim w to paliwo bardzo poszli, no to były silniki parowe. Te pociągi jeździły na wodę, na parę, na to wszystko. Więc może jest jakiś klub miłośników sterowców, albo może klub po prostu epoki steampunk. I może to była taka jego odskocznia i wtedy też był na posiedzeniu tego klubu w noc zamordowania lekarki. Dobra i wiecie co? Ja chyba nie będę tu na siłę dalej wymyślać. Mamy trzy profile. Powiem szczerze, że w sumie jakbym miała wybierać, to ja tu mam jednego swojego faworyta, który właściwie jest najbardziej niepozorny, a wydaje mi się, że mógłby tu być bardzo powiązany z tym wszystkim.
Ale nie będę spoilerować, zobaczymy co wyjdzie w następnym odcinku. Ja sobie przemyślę. Bo jakbyśmy rzucili kośćmi od razu, to byłoby mi na pewno łatwiej, bo nie musiałabym ich trzech tutaj gdzieś wplątywać, ale trochę nie chciałabym chyba. Myślę, że będzie ciekawie, jak już rzucimy na koniec. Pomyślę, bo tu jest dużo fajnych opcji. Każda z postaci jest, powiem szczerze, bardzo ciekawa i fajnie, że tutaj wyszło, że są z innymi domyślnie, z innego miejsca zdarzenia mamy tutaj te poszlaki z nimi powiązane. Dobra, mamy to. Dorzuciłam do fabuły znowu koksu. Jak w tym sezonie, jak w tej serii, to co chwila, co odcinek. Tak jak podoba mi się ta historia, tak w sumie już mam ochotę na coś nowego.
Także w następnym odcinku myślę, że już naprawdę zamkniemy to wszystko, bo jest tu bardzo, bardzo dużo wątków. Szczerze, moglibyśmy naprawdę nawet myślę, że i powieść napisać o tym, bo to już nawet ma tyle materiału, że to już i nowelka by wyszła bardzo gruba z tego. Także taka pełnoprawna powieść kryminalna, czemu nie? Też moglibyśmy tą podejrzaną „Trzy kobiety” obejrzeć, ale nie ma potrzeby. Ona była trochę problematyczna, więc ją byśmy wzięli jako tą faktyczną podejrzaną. I teraz tylko jeszcze musimy znaleźć drugiego gościa, który z nią współpracuje. Więc w następnym odcinku dowiemy się, jak ta cała akcja prowokacja przebiegła. Nasz śledczy leży i udaje zatrutego latarnika. No i zobaczymy, co z tego wyniknie. A na dziś ja kończę.
Żegnam się z wami. Jak zawsze życzę wam dużo ciepełka, inspiracji. Czego wam jeszcze życzyć? Miłości. Wiecie, już wiosna nadeszła, wszystko się rozwija, także niech wam się we wnętrzach waszych wszystko oczyszcza, rozwija. I czujcie się pięknie, miło, ciepło i czujcie się szczęśliwi. Dobra, buziaczki. Słyszymy się za tydzień. Pa!
[02:33:42] - I proszę państwa, czas na archiwum ABW. Archiwum ABW dzisiaj długie, ponad półtorej godziny. Przy okazji wygłoszę tę starą formułkę, ten stary apel, że jakby ktoś chciał odwoływać się nie tylko do archiwum, do opowiadań, które były publikowane na antenie Radia Paranormalium jakiś czas temu, kilka lat temu, a chciałby, żeby w „Bibliotekarium 2.0” jego dzieło było czytane, to rzecz jest szalenie prosta. Wystarczy takie dzieło, albo coś bardzo małego, drabla jakiegoś wysłać na któryś z adresów mailowych, czy to do Ivelliosa, czy to do „Bibliotekarium”. A my już tym państwa dziełem się zaopiekujemy. Jeśli wyrazicie państwo taką chęć, to zaprezentujemy na antenie „Bibliotekarium 2.0”. Zostawiam państwa z przemyśleniami. Może ktoś dojdzie do wniosku, że warto. A teraz już zapraszam na archiwum ABW.
[02:34:59] - Jurjan. Chwilę po północy. Absynt to naprawdę dziwny trunek. Smakuje trochę jak ziołowa pasta do zębów. Człowiek upija się nim inaczej, a to podobno zasługa zawartego w nim tujonu. Substancja sposobem działania na świadomość zbliżona jest do tej kluczowej, występującej w marihuanie. Legenda mówi, że sam niejaki van Gogh po wypiciu zacnej ilości zielonej wróżki obciął sobie ucho. Nie martwiło mnie to za bardzo, bo po pierwsze to tylko legenda, po drugie przyzwyczajony byłem do wszystkiego, co nawet odrobinę odstawało z głowy i korpusu mojego ciała, a po trzecie nie miałem żadnego narzędzia, aby dokonać amputacji, ekstrakcji, wycięcia, włącznie, a w zasadzie szczególnie z dekapitacją. Zmęczony biesiadą i gorącym dniem, nie bez wahania postanowiłem skrócić sobie drogę. Z każdym krokiem zbliżałem się do bramy dużego cmentarza.
Było nadal parno, a księżyc tylko czasem przebijał się przez chmury. Czułem się odrobinę nieswojo, pomimo że wypity alkohol lekko przytępiał zmysły, jednocześnie dodając trochę odwagi. Dodatkowo świadomość tego, że mój nierówny marsz do domu będzie o pół godziny krótszy, powodowała, że nie rezygnowałem z pomysłu. Przestąpiłem lekko uchyloną bramę. Starą, ciężką, wykutą z żelaznych prętów i nic. W zasadzie to jednak coś. Sądziłem, że to nie przez przypadek, a w ramach taniego państwa nie świeciła żadna latarnia. Mimo tego odczułem ulgę. Wszedłem na mroczny teren cmentarza w okolicach północy. Tak, to wszystko to jednak strachy na lachy.
W obecnej chwili to ja mógłbym kogoś postraszyć. Najtrudniej było przekroczyć granicę ogrodzenia i własnego lęku. Teraz główną alejką do wyjścia po drugiej stronie. To była bułka z masłem. Całkowita cisza i spokój i tylko gdzieniegdzie paliły się znicze. Ich kolorowe płomyki delikatnie mrugały. Wszędzie tam pod kryptami byli ludzie, którzy kiedyś żyli. W zasadzie ich ciała, a dokładniej resztki ciał, głównie kości i jakieś szmaty. I tylko tyle. Jeśli już, bać należało się żywych.
Poczułem się spokojniejszy na tyle, że mijane ławki stawały się dla mnie coraz większą pokusą. W końcu przysiadłem na jednej z nich i w tym momencie usłyszałem ciche chrupnięcie. To mi przypomniało, że wychodząc z imprezy, już będąc w butach zdążyłem ściągnąć ze stołu małą paczkę chipsów. Tak na drogę. Zjadłem kilka suszonych plasterków i zapomniałem o paczuszce. Wygrzebałem ją z tylnej kieszeni spodni i sięgnąłem ręką do środka. Po sprasowaniu chipsów prawym pośladkiem to, co poczułem między palcami, bardziej przypominało płatki kukurydziane. Ciężko było to coś wyjmować bez rozsypywania, ale w smaku nadal były przyzwoite. Pomyślałem o braku jakiegokolwiek płynu do nich popicia i dokładnie w tej samej chwili ujrzałem młodego chłopaka idącego główną alejką. Rozbawił mnie pomysł, który natychmiast wpadł mi do głowy Taki z niego kozak?
Sam w nocy na cmentarzu? To może przyda mu się trochę adrenalinki. Zza chmur wyszedł księżyc. Na chwilę zrobiło się jaśniej. Wystarczyło, aby plan upadł, zanim porządnie wykiełkował. Chłopak zobaczył mnie i zwolnił nieco. Był już tylko kilkanaście metrów od ławki, na której odpoczywałem, kiedy zmienił kurs i łukiem zaczął się zbliżać w moją stronę. To wzbudziło u mnie uczucie delikatnej niechęci. Martwiło mnie, że to być może pijany wyrostek, który będzie szukał zaczepki albo w najlepszym wypadku nasłucham się namolnego ględzenia. Cisza i spokój cmentarny odpowiadał mi w tej chwili najbardziej.
Siedząc niemal w bezruchu, czekałem, aż intruz się wypowie lub, w co wątpiłem, w milczeniu pójdzie w swoją stronę. Nieproszony gość podszedł i zaczął mnie oglądać ze wszystkich stron. Chyba jednak najbardziej interesowała go paczka z chipsowym proszkiem. Po kilkunastu sekundach tego dziwacznego zachowania pomyślałem, że to wariat. Moja intuicja wyliczyła nawet prawdopodobieństwo na 70%. Oceniając osobnika w ten niezbyt szlachetny sposób, aby nakarmić własne sumienie, skierowałem paczkę w jego stronę. „Masz, ja już nie chcę, bo się porzygam” odezwałem się pierwszy. Nie bez powodu we własnym gronie postrzegany jako dusza towarzystwa. Odskoczył na metr, wyraźnie przestraszony. „No co się boisz?
Masz.” Nie opuszczałem ręki. Przeglądał mi się badawczo jeszcze przez kilka sekund i w końcu przemówił. „Nie, dziękuję. Ty mnie widzisz?” „Widzę. Jasne, że widzę. Piłem absynt za stówę, a nie metanol. Chyba nie wyglądam na jakiegoś żula.” „Nie, nie, oczywiście, że nie. A mógłbym się dosiąść na chwilę?” „Jak musisz, ale z niechęcią. Masz tu dużo innych ławek.” Pomysł na towarzystwo nie do końca mi się podobał. „No tak, tyle że to akurat moja ławka.” Uśmiechnął się delikatnie.
„A, to przepraszam. Ktoś z rodziny?” „Jasne. Siadaj, ja nie będę przeszkadzał. Zaraz idę, tylko się tu odmulę trochę.” Kolejny raz zrobiło mi się wstyd i przykro, że potraktowałem go niesympatycznie. Z drugiej strony, jak zwykle miałem niezłego pecha. Tyle wygodniejszych ławek, a ja musiałem zająć tę przy grobie, do którego po kilku minutach przyszedł ktoś z rodziny na nocne odwiedziny. „Ja.” „Co ja? To znaczy co ty?” „Nie rodzina, tylko ja. Ja tu leżę.” „Hehe, jeszcze jedna setka absyntu i też bym tak powiedział. Bankowo poleciałbym z ławki w te krzaki.” Chyba niezdarnie chciał mnie przestraszyć.
Pokazałbym mu, co to jest straszenie, ale mnie mdliło i nie dzisiaj, bo mi się nie chciało. Wyrostek. Pokiwał znacząco głową. „No dobra, nie wiedziałem, że spoko z ciebie ziom. Nie powinienem cię tak nazywać.” „Jak nazywać? O czym ty mówisz? Wyrostek mi się rozlał i tu leżę. Masz te chipsy, bo już nie mogę.” „No masz albo wywal to gdzieś. Nie chcę rzygać na groby, rozumiesz?” Nie mogłem skoncentrować się na tym, co mówił. Czułem się coraz gorzej.
„O, to dobrze. A wiesz, że ludzie tu wyprowadzają swoje psy, a one na nasze groby sikają i srają? No i ty musisz sprzątać, tak?” „Nie, ja nie sprzątam. Szkoda tych chipsów. Bekonowe to moje ulubione.” „To masz. Pogniotły się trochę.” Z szerokim uśmiechem na twarzy i błyskiem w oczach wyciągnął rękę, która przeszła na wylot przez opakowanie z resztką mojej słonej przekąski. Pierwszy raz w życiu poczułem, jak włosy jeżą mi się na głowie. Odchyliłem się do tyłu, na ile pozwalały ograniczenia konstrukcji mojego ciała. „Weź, no co ty. Co ty robisz?” wybąkałem, niemal wisząc za ławką.
„To może zaczniemy od początku. Jestem Mietek.” Podniósł rękę niczym Indianin w geście dobrej woli. „Leszek. Lech znaczy to. Czarek mam na pierwsze, ale jestem Leszek. Tak mówią wszyscy, bo tak mam na drugie. Z nerwów pogubiłem się kompletnie.” „Oddychaj spokojnie. Ja jestem Mietek i wszyscy mnie lubią. Nie musisz się obawiać.” „Z tą ręką to jakiś trik?” „Tak. Wygłupiam się czasem.
Ta ręka jest martwa i robię nią różne numery, jak mam dobry humor.” Mrugnął jednocześnie okiem. „Jak martwa?” zdążyłem zapytać, kiedy powróciła fala mdłości. „No normalnie. Później ci wyjaśnię.” Od paru minut znowu zapadłem w całkowite ciemności. Mimo to na granicy mojego pola widzenia dostrzegałem ruch. Kiedy spoglądałem w tych kierunkach, okazywało się, że to jedynie liście poruszane wiatrem. Jednak gdy tylko lekko odwracałem wzrok, wrażenie obecności innych ludzi uporczywie powracało. Kręciło mi się w głowie. Zapytałem jednak: „Widzisz może kogoś, czy to pijackie urojenia? Mam wrażenie, że jest tu ktoś jeszcze.” „Jasne, że jest.
A o kogo pytasz?” „No tam.” Niechlujnie kiwnąłem głową. „Jak spojrzę, to nie widzę, ale jak nie patrzę, to coś widzę.” Ciekawe. Jak nie patrzysz, to widzisz. Ciekawe. Tak mi się powiedziało. Chodzi o to, że widzę kątem oka, a nie bezpośrednio. A dokładnie to gdzie? Czekaj. Tam. Wskazałem sięgającą się ręką możliwie najdokładniej, na ile pozwalało postrzeganie na granicy pola widzenia.
A, tam. Tam to komuniści. Spotykają się co noc, żeby podważać życie pozagrobowe. Ci ekstremalni to nawet nie wychodzą spod krypt. Postanowili być w zgodzie ze swoimi przekonaniami i od jakiegoś czasu wierzą tylko w życie grobowe. Zaskoczyło mnie nieco to, co usłyszałem. Zdumiony rozejrzałem się po całym cmentarzu. Teraz widziałem już ostrzej. A tam? Wskazałem palcem na dużą mogiłę.
W tych obdartych mundurach? To żołnierze. Niby co noc wspominają ze swoim generałem największe bitwy, ale tak naprawdę to knują, żeby napaść na tę część cmentarza za brzozami. Tam są Niemcy. To cmentarz małych dzieci. To co one winne? Ci z drugiej wojny mówią to samo, ale tamci z pierwszej twierdzą, że gdyby te dzieci żyły dłużej, to z pewnością byłyby w Wehrmachcie albo przynajmniej w Hitlerjugend. Nasi żołnierze z obu wojen są skłóceni? Prawie nie rozmawiają ze sobą. Ci z pierwszej wojny sądzą, że w 39.
wygraliby z Niemcami w miesiąc. Byłby drugi cud nad Wisłą albo nawet pierwszy nad Odrą. Tamci z kampanii wrześniowej twierdzą, że ci starsi gówno wiedzą o nowoczesnej taktyce walki. W nowej części cmentarza położyli jednego z Gromu. Chodził do nich co noc, a to kawał drogi. Chciał im pomóc, załagodzić, pogodzić. Ale jak wyszło, że był gejem, to już wiadomo. Czy to ważne po śmierci, kto z kim chodził do łóżka? Wydało mi się to bardzo małostkowe. Jak dla mnie to wszystko jedno, ale dla wielu, wiesz, to bardzo ważne.
Zresztą, żeby nie było, ja to nic nie mam do tego geja z Gromu, ale tutaj mam swoją dziewczynę. Byliście razem za życia? Tak. Bardzo ją kochałem, ale się rozstałem. Dlaczego? Zdradzała mnie ze wszystkimi kolegami. W zasadzie to z każdym facetem, który się jej spodobał. Bardzo ją kochałem, ale jak się dowiedziałem... Sam wiesz, nie da się żyć z taką. A teraz wróciliście do siebie?
Szczerze porozmawialiśmy. Obiecała, że już mnie nie zdradzi. To budujące, że jest czas, kiedy można w końcu komuś zaufać. Ale wiesz, tam, o, tam, tam, trochę po lewej — mówił bardziej podekscytowany. Tam w rogu, obok żywopłotów, to klub jednośladowców. Nieliczny, bo tylko dwóch zabiło się na motorach i jeden na skuterze. Fajne chłopaki. Wcześniej chcieli się nazywać klubem motocyklisty, ale doszedł do nich jeden taki, co miał zawał na rowerze, więc musieli zmienić nazwę. Zresztą były z nim same problemy. Sprawę musiał rozstrzygać sąd koleżeński, bo ten rowerzysta się uparł.
Dlaczego? Jak jednoślad to jednoślad. Rower przecież pasuje. Ale on miał zawał na siłowni. A tam za bramą po lewej to złodziejstwo. I na cmentarzu też złodzieje? Jak oni mogą coś ukraść? Nie, nie, teraz nie kradną. Teraz się tylko tym szczycą i puszą, że marmury włoskie, drewno egzotyczne, lampki elektryczne. Może ciężko na to pracowali.
Dobrymi ludźmi byli za życia i rodziny o nich pamiętają. Nie, to złodzieje. Kradli na swoich stanowiskach. To dyrektorzy, prezesi, biznesmeni. Ale do grobu nic nie zabrali, więc jest trochę sprawiedliwości. Oczywiście nikt im nie zazdrości. Nasze trumny sosnowe, ale tak strasznie nie przeciekają. Może my bardziej biedni, ale mamy swoją uczciwość i honor. Może i tak. Zgodziłem się bez wielkiego przekonania.
A tego, co tu przechodził już kilka razy i się nam przyglądał, znasz może? Znam. Pewnie, że znam. Łazi tu co noc. Znaczy się obchód robi, patroluje teren. To milicjant. Razem z zomowcem i ormowcem nazwali się Milicyjnym Oddziałem Radosnego Ducha. Tak więc MORD okupuje cmentarną kaplicę. Zrobili tam sobie komisariat i jak tylko pojawi się ktoś nowy w przeddzień własnego pogrzebu, to go w nocy przesłuchują. I ci nowi dają się na to nabrać?
Pewnie! Trzęsą portkami, a najbardziej, jak straszą ich karą śmierci. Perwersja jakaś. Chcą się czuć potrzebni, skoro za życia nie byli. Albo nudzą się może. Jak widzisz, życie na naszym cmentarzu kwitnie. Twarz menela to było następne, co zobaczyłem. Twarz zniszczoną, ogorzałą i oświetloną wstającym słońcem. Właściciel mało estetycznej fizjonomii nachylał się nad moją głową. Masz może co zapalić?
Nie palę — odpowiedziałem. Podniosłem z ławki obolałe ciało i zmęczonym krokiem ruszyłem w stronę bramy. Absynt? Pomyślałem i skrzywiłem się. Nigdy więcej. I też jeszcze tego cholernego skracania drogi. Angela Kłodenko - Ciało terapeutyczne. Widok kilku mężczyzn siedzących w kółku i trzymających w dłoniach długopisy sprawił, że zamrugałem kilka razy oczami. Nie wierzyłem w to, co widziałem. Jakaś część mnie buntowała się twierdząc, że oszalałem do końca.
Jak mogłem tak po prostu przyjść na spotkanie anonimowych pisarzy morderców i nie mieć jeszcze większych wyrzutów sumienia? Cześć, nazywam się X i mam problemy z zabijaniem postaci w swoich książkach. To nie tak, że potrafię to robić na zawołanie i jeszcze się z tego śmieję. Taki zgrabny obrazek przekazują wam media, ale zaufajcie mi. Dla mnie to trudne jak jasna cholera. Bohaterowie najczęściej patrzą na mnie ze smutkiem w oczach, kiedy zbliżamy się do ich finału. Niektóre, zwłaszcza niebieskowłose kobiety, robią minę przerażonego kotka, która ma mną wstrząsać. Problem w tym, że tak się nie dzieje i nigdy nie działo. Dopiero po napisaniu sceny, postawieniu kropki nad i oraz na końcu zdania dopadają mnie wyrzuty sumienia i pożerają na surowo. Więc mówię mojemu wydawcy: chłopie, daj sobie na wstrzymanie.
Czy w każdej powieści muszę zabić najładniejszą kobietę mojego życia? Ten jednak patrzył na mnie jak na wariata. Z każdą premierą coraz bardziej. Pewnego dnia nie wytrzymał mojego nachodzenia i utyskiwania. I tak trafiłem do grupy wsparcia. Usiadłem na jedynym wolnym krześle pomiędzy dwoma fantastami, a przynajmniej tak byli ubrani. Jeden miał pióra we włosach, jakby miał zderzenie z rajskim ptakiem, zaś drugi wymalował się od góry do dołu na barwy wojenne. Mruczał coś pod nosem, coś o wiecznych wojnach i katuszach z bogami. Poprawiłem się na siedzisku, ufając, że to moje miejsce. W końcu po części też byłem pisarzem fantastycznym.
Mało rasowym. Wolałem tak zwany realizm magiczny, a nie mięsistą fantastykę, ale może usiadłbym w tłoku, gdyby ktoś zwrócił na to uwagę. Nie wyróżniałem się od anonimowych. Byłem tego pewny. Pod szyją miałem codzienny krawat. Koszula pękała mi na pępku, zaś spodnie były przykrótkie. Ostatnio nie miałem czasu przejrzeć swojej szafy, a chciałem się jako tako prezentować. Musiałem mieć na sobie coś pisarskiego, a w końcu nie zawsze zarabiamy tak wiele, by mieć na garnitur z krwi i kości szyty przez najbardziej znane krawcowe. Musiałem się zadowolić tym ubraniem, które było ze mną na większości spotkań autorskich. Podrapałem się po udzie w momencie, w którym weszła do pokoju kobieta.
Zgadłem od razu, że była terapeutką. Była piękna, idealna, skrojona na miarę i zapewne każdy z nas widział ją inaczej. Nie rozumiecie? Już tłumaczę. Podobno jestem w tym dobry. Na spotkaniach grupy anonimowych pisarzy morderców prowadzącą zawsze jest kobieta z naszych stron. To znaczy, że ja widzę niebieskowłosą, smukłą dziewczynę z teczką pod ramieniem. Uśmiecha się do mnie miło. Przełykam ślinę. Inni autorzy zareagowali podobnie.
Rzekomo to standard. Pierwszy poziom wtajemniczenia. Potem wyrzuty sumienia nas zabiją do końca bądź zbawią. Witajcie na pierwszym spotkaniu APM – przywitała się kobieta, siadając prawie naprzeciwko mnie. Jej spojrzenie przebiegło po zgromadzeniu, zatrzymując się dłużej na mnie. Byłem tego pewny. Zdecydowaliśmy się udzielić wam nieskrępowanej pomocy w zrozumieniu, że zabijanie bohaterów literackich to wasza konieczność, a nie przerażająca zbrodnia. Głos miała miękki, delikatny, ale stanowczy, a raczej stanowczo zawijał się na ostatnich słowach, próbując nam uzmysłowić, że jesteśmy niewinni. Roześmiałbym się, gdybym nie był tak bardzo przybity. Jesteście pierwszą grupą, ale nie bierzcie tego do siebie.
W dobie 2050 roku, kiedy pisarstwo jest istotne dla świata pod względem fabuły, technologia poszła do przodu, tworząc dla was idealne miejsce pracy. Zdajemy sobie sprawę, że tego właśnie potrzebujecie – konfrontacji z waszymi postaciami. Tymi, które zostały przez was zamordowane. Nastąpiło poruszenie. Powietrze z sekundy na sekundę robiło się coraz gęstsze. Dobry pisarzu, któryś jest w niebie ze starych drewnianych stron, zwariuję tutaj szybciej, niż sobie to wymyśliłem w porannym opowiadaniu. Autorów poruszyła przemowa kobiety w niewiele większym stopniu niż mnie. Wszyscy odlecieli. Pocierali prawą dłoń lewym kciukiem, unosili głowę nieznacznie do sufitu, szukając na nim dowolnych słów, prawdopodobnie w naszym języku, a także wybijali rytm stopami. Zamykali się z dala od swoich zabitych bohaterek.
Nauczymy was samokontroli. Spotkania są finansowane przez czytelników, dlatego warto później im podziękować dużym konkursem literackim. Ale do rzeczy. Pytania będą na końcu. Odpowiem na wszystkie – zakończyła kobieta i uśmiechnęła się. Idealne zęby błysnęły w świetle mocnej lampy, a ja już wiedziałem, że jest pieprzonym robotem. Wywróciłem oczami. Co za nuda. Co za oszczędność. Współcześni coachowie brali zbyt wiele gotówki, że musiał to być akurat robot, akurat w roli terapeutki?
„Macie pod siedzeniami kartki. Weźcie je i opiszcie swoją zmarłą bohaterkę. Napiszcie, czemu była dla was ważna. Jestem pewna, że w momencie pisania znów stanie obok was żywa i uśmiechnięta. No panowie...” Robot klasnęła, widząc, że nie mamy zamiaru się w to bawić, a potem dopowiedziała: „Musicie to zrobić. Inaczej wasi wydawcy zastąpią was młodą krwią”. Wszyscy wzięli się do pracy. Nawet ja. Chociaż na początku dla totalnej niepoznaki mazałem długopisem imię bohaterki. Nancy Fancy Nancy.
Tak ją nazywał morderca – Fancy Nancy – bo podczas planowania fabuły wydawało mi się to zabawne. Teraz boli mnie od tego ząb i serce. Nie pytajcie. Godzinę zajęło nam pisanie. Niektórzy się popłakali, pochlipując cicho, a kobieta robot, koszmar naszych piór, chodziła od autora do autora i pocieszała, głaszcząc po głowie. Ona miała w oczach ulgę, oni szaleństwo. Starałem się unikać bliższej konfrontacji. Tego wcale nie chciałem opisywać. W końcu męczarnie dobiegły końca. Zadowolona postać usiadła znów na krześle, wyprostowana jak patyk, normalna jak reszta moich bohaterów.
Wzdrygnąłem się, mimowolnie podobną ulgę odczuwając. A nigdy nie wierzyłem w technopsychologię. „Na końcu powiem wam, że możecie pochwalić się waszym czytelnikom, że zabiliście bohatera. Nie mówcie tylko, kto to dokładnie jest. Być może się nie domyślą. Lepiej, by się nie domyślili. Promocja będzie bardziej dynamiczna” – powiedziała, mrugając do nas okiem, po czym wstała i pozwoliła nam opuścić pomieszczenie wstydu. Dodała, że opuszczamy swoje postacie na dobre. Już nigdy nie natkniemy się na nie w naszym otoczeniu. Wszyscy pokiwaliśmy głową, chociaż mieliśmy na końcu języka zupełnie inny komentarz.
Przecież nie mogłem tego potwierdzić. To nie był fakt, a przypuszczenie. Dotarłszy do domu, usiadłem i otworzyłem nowy dokument tekstowy. Pozostawało mi czekać, aż zabiorą ciało Fancy Nancy z mojej wanny, a płytki wyczyszczą gratis. Czekałem na premierę. Jurial. Gambit Prawdy. W jednej z obszernych kajut międzywymiarowego krążownika sił Korpusu Cyfrowego Kret 2 dyżurny specjalista od behawiorystyki ludzkiej siedział znudzony codziennością zajęć. Przeglądał dane z wybranych delegatur w dystrykcie północnej i centralnej Europy. Materiału było sporo, ale doświadczenie i pewien specyficzny instynkt podpowiadały mu, na co zwracać szczególną uwagę.
Czasem już po nagłówku i pierwszych zdaniach wiedział, że jako postcenzor nie będzie miał tam czego szukać. Zresztą ufał technologii wykorzystywanej od dziesiątek lat. Dezinformacja, główne zadanie załogi Kreta, wylewała się na planetę szerokim strumieniem. Chaos informacyjny miał za zadanie kamuflowanie ich prawdziwych intencji. Cała załoga miała świadomość, jak ważna to rola, lecz znali tylko ogólne scenariusze eksploracji planety, eksperymenty genetyczne i eksploatację rzadkich surowców. Szczegółów nie znał nawet dowódca Kreta 2. Podobnie jak załogi statków bliskiego kontaktu nie znały zadań zespołów manipulacji elektronicznej. Dzięki tym ostatnim nawet największa wpadka na informacyjnym wysypisku śmieci miała szansę przejść niezauważenie. Po godzinach rutynowego przeglądania tekstów wpadł mu w oko dziwny tytuł: „Dół pełen śrub”. Tytuł sam w sobie nie był aż tak dziwny, ale zupełnie nie pasował do profilu działalności tej delegatury.
Z lekkim zdumieniem zatopił uwagę na powoli opadających krzaczkach znaków. Dół pełen śrub. Na wielkim trójwymiarowym wyświetlaczu dyżurny dostrzegł alert. Na schemacie niebiesko rozżarzyły się drągi łączące kilka elementów systemu z lokalną jednostką centralną. Jeden z dokumentów stracił zasilanie sieciowe i przeszedł na system ogniw awaryjnych. Na razie nie było dramatu. Zasilanie zastępcze pozwalało na nieprzerwane działanie maszyny przez trzy doby. Sytuacja wydawała się jednak potencjalnie groźna. Zasilanie komputera w lokalizacji Warszawa było bezsprzecznie zagrożone, a nawet chwilowy brak napięcia mógł doprowadzić do utraty danych. Bardzo istotnych danych, bez których istnienie delegatury traciło sens.
Komputer ukryty w zamurowanych piwnicach niewielkiego zakładu ślusarskiego nielegalnie czerpał energię podpięty do łącza firmy. Sytuacja ekonomiczna tego zakładu pracy pogorszyła się na tyle, że właściciele nie byli w stanie zapłacić za pobraną energię. Dyżurny behawiorysta podniósł wzrok i spróbował zebrać myśli. Nie mieściło mu się w głowie to, co właśnie przeczytał. „Natychmiast, muszę działać natychmiast.” Myśląc to, przesłał tekst z priorytetem pierwszej kategorii na wszystkie wyświetlacze dowódców i specjalistów. Intensywnie, z głęboką wizualizacją myślał o zagrożeniu, które wykrył. Już po chwili dało to wymierny efekt. Przez jego głowę zaczęły przepływać pierwsze myśli wszystkich najważniejszych na statku. „Czy to awaria systemu? Dowódca rozpoczął telepatyczne zebranie najistotniejszym pytaniem.
Raczej nie. Testy trwają. Wszystkie podstawowe parametry w normie. Zespół konserwacji urządzeń naziemnych od dłuższej chwili nie próżnował. Błąd tłumaczenia? Zdecydowanie odpada. Tłumaczą nasze komputery na statku. Tu mamy wszystko pod ścisłą kontrolą. Gorzej ze sprzętem na Ziemi. Wiadomo, tam dostęp możliwy jest tylko w przypadku jakiejś katastrofy” pomyślał głośno lingwista.
Jedyny na krążowniku znający dość dobrze najpopularniejszy ludzki dialekt. „Co może być przyczyną wycieku? Czy powinniśmy brać pod uwagę ingerencję służb ziemskich? To mało prawdopodobne. Nie zarejestrowaliśmy zainteresowania żadną delegaturą w naszym dystrykcie. Lokalne służby zajmują się głównie walką o władzę pomiędzy sobą. Czy wydarzyły się podobne sytuacje lub awarie w ciągu ostatniego czasu? Nic. Nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Może za wyjątkiem rozkazów z centrali dotyczących aktualizacji oprogramowania.
Czego dotyczyła ta aktualizacja?” Pytanie naczelnego dowódcy statku wpadło do głów pozostałych z tak dużą mocą, że zdominowało ich własne myśli. „Już sprawdzam w archiwum. Mam. Może streszczę. Zmiana algorytmu w systemie głównym dotyczyła produkcji materiałów propagandowych. Szefowie z centrali doszli do wniosku, że czysta indoktrynacja jest mało skuteczna. Aby poprawić efektywność, postanowiono, żeby czasem podsyłać przekazy zbliżone do rzeczywistości. Oczywiście odpowiednio spreparowane. To będzie wprowadzało jeszcze większy chaos na planecie. Druga korekta polegała na zmianie ustawień systemu kontrolnego.
Miał przepuszczać informacje produkowane na nowym, wyższym poziomie zgodności z rzeczywistością” odpowiedział główny informatyk. Zadowolony z szybkości swojego działania, uspokajał myśli. „Ten algorytm... Czy to możliwe, żeby komputer po zmianach miał przekazywać informacje jota w jotę zgodne z prawdą? To przecież historia naszego problemu sprzed kilku tygodni. Nie sądzę.” Większość od razu przesłała identyczną refleksję. „Jedno mnie niepokoi” dodał informatyk mocną myślą. „Komputer w Warszawie to sprzęt starego typu, zainstalowany w delegaturze około 10 ziemskich lat temu. Działa sprawnie, ale moim zdaniem trzeba być bardzo ostrożnym przy wprowadzaniu zmian. Sądzę, że znaleźliśmy powód tego wycieku.
Niewydolność sprzętu. Zawsze nam wpychają szmelc z innych dystryktów, a później to my się martwimy, jak trzeba gasić pożary.” Mimo ostrych myśli, dowódca wydawał się spokojniejszy. „Zarządzam, aby natychmiast cofnąć aktualizację i pracować na starej wersji oprogramowania aż do kolejnej decyzji centrali. Jeśli to wszystko, wracajcie do standardowych obowiązków. Jeszcze jedno. Niech ktoś sprawdzi, jaki był odbiór tego przekazu.” „Sprawdziłem to przed chwilą. Mimo wszystko reakcja była dla nas pozytywna. Informacja była tak absurdalna dla odbiorców, że może faktycznie jako sytuacja, która wystąpiła jednostkowo, nie będzie miała negatywnego wpływu na realizację naszych celów.” Podzieliłem się myślami z innymi. „Dziękuję. Wracajcie do zajęć.” Wizje i głosy innych ulotniły się z mojej głowy.
Odczułem satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Szef nie miał w zwyczaju chwalić podwładnych zbyt szybko. Spodziewałem się jednak, że moja rola w całym zamieszaniu zostanie dostrzeżona. Sprawa została załatwiona. Ja, jednak zajęty procedurami za wyjątkiem wstępu, nie miałem czasu zapoznać się z resztą archiwalnego dokumentu. Z ciekawością cofnąłem tekst i skupiłem się na strumieniu spływających znaków. Dyżurny przeanalizował sytuację i podjął decyzję o wszczęciu najwyższego niebieskiego alertu. Rozesłał tekst z priorytetem pierwszej kategorii i jednocześnie rozpoczął intensywną wizualizację kręgu pulsującego błękitnym światłem. W jego głowie pojawili się równocześnie dowódca i szef konserwacji. Po chwili umysł pełen był różnych głosów.
„Co można zrobić, aby przywrócić zasilanie sieciowe w tej lokalizacji? Trzeba doprowadzić do sytuacji, w której organizacja ziemska zajmująca jawne piętra budynku dokona opłaty za energię. Mamy środki i możliwości techniczne. Trzeba im przesłać do banku odpowiednią kwotę i problem z głowy. Tak sądzę. Przynajmniej na jakiś czas.” Z tymi nieudacznikami zawsze są jakieś problemy. Sugerowałbym, żeby załatwić to odrobinę inaczej. Jeśli prześlemy im środki na konto, nie wiadomo, jak je wykorzystają. Ludzie nie są zbyt racjonalni w swoim zachowaniu. Moim zdaniem należałoby ich poprzez intratne zamówienie zmusić do podjęcia produkcji.
Jeśli nam się to uda, będą musieli zapłacić za energię. W tej branży bez energii nic nie wytworzą. Jeszcze raz przydała się wszechstronna wiedza dyżurnego o ludzkich ułomnościach. Czy mamy tyle czasu? Zamówienie, produkcja. Na wszystko tylko trzy doby. Niekoniecznie. Można coś tam u nich zamówić z krótkim terminem realizacji i od razu przesłać zaliczkę. Wszystko da się załatwić przez Internet. Proszę bardzo.
Rozwijają się. Dobrze więc. Jakie szczegóły? Zamówimy u nich na przykład milion śrub o ustalonych parametrach i niech je trzepią. I co z nimi zrobimy? Zorientują się, że coś jest nie tak, jeśli nikt nie będzie ich odbierał. Tak, to prawda, ale nie. Możemy to obejść. Wynajmiemy firmę spedycyjną, która będzie woziła towar do docelowej firmy, a ta ostatecznie zutylizuje całą produkcję w wielkim dole jako odpad niespełniający jakości. U nich to normalne.
Zakopywanie niepotrzebnych rzeczy czy brak jakości? Zapytał dowódca. I jedno, i drugie. Dobrze. Problem uważam za rozwiązany. Za kilka godzin komputer musi wrócić do zasilania sieciowego. Odpowiednie służby zajmą się wprowadzeniem planu w życie. Reszta do standardowych obowiązków. Dowódca w zadumie podrapał się po odnóżach, złuszczając odrobinę naskórka. Kolejny dzień, kolejne problemy.
Ale z taką załogą nie można nie odnieść sukcesu. Emocjonalny przekaz telepatyczny i stres związany ze wszczęciem alarmu wyczerpały postcenzora. Zatrzymał emisję publikacji. Potrzebował chwili, aby zrelaksować się ultrafioletową lampą doświetleniową. Wpatrywał się w nią kilka minut szeroko otwartymi oczami. Tymczasem jednostka centralna lokalizacji Warszawa pracowała nieustannie. W całkowitej ciemności wykorzystywała energię z ogniw awaryjnych. Do ich całkowitego rozładowania pozostało 14 godzin. Stęchłe powietrze pełne kurzu rozgrzane było od radiatorów umiejscowionych na spodzie urządzenia. Aparat na pierwszy rzut oka przypominał starą, masywną obrabiarkę.
A w zasadzie była to wielka obrabiarka z wbudowanym wojskowym komputerem specjalnym. Zadbano przy tym o najdrobniejsze szczegóły. Tabliczka znamionowa, napisy na nieoryginalnych częściach i kolor zastosowanej powłoki malarskiej powodowały, że tylko specjalista mógłby odkryć jej tajemnicę. Kogo jednak interesowałby zamurowany złom, od lat podłączony gumowym przewodem zasilania do dużego gniazda? Komputer pracował jak zwykle. Prądy bez przerwy przepływały z obszarów pamięci do ośrodków obliczeniowych i z powrotem. Raz po raz uaktywniały się fragmenty procesora wykorzystywane jako obszary do wyłącznej dyspozycji zaimplementowanych osobowości. Do ziemskiej sieci komputerowej bez ustanku płynął potok słów w lokalnym dialekcie. W tym czasie na statku podanergetyzowany behawiorysta, dziś na stanowisku dyżurnego postcenzora mógł powrócić do treści, która pobudziła wszystkich najważniejszych do gwałtownej reakcji. Dowódca w zadumie podrapał się po odnóżach, złuszczając odrobinę naskórka.
Kolejny dzień, kolejne problemy. Ale z taką załogą nie można nie odnieść sukcesu.
[03:13:14] - Dziękujemy. Dziękujemy Marku. No cóż, autor wszedł na wyżyny wyobraźni. Co ja mogę tu dodać? Może ty pierwszy Wiktorze zaproponujesz jakiś komentarz?
[03:13:25] - Tak. Głos zabrała kolejna sztuczna osobowość. Że tak powiem, to taka rzeczywistość w rzeczywistości. Podwójne dno i tak dalej. Do tego historia tak odjechana, że praktycznie można ją tylko między fantastyczne bajki włożyć. No ale to chyba atut tego opowiadania. W końcu, że tak powiem, o to tu chodzi.
[03:13:51] - Ale nie dno w sensie beznadziejności tego tekstu.
[03:13:55] - Marek w swoim stylu włożył kij w mrowisko, doskonale rozumiejąc intencje rozmówcy. Wiedziałem, że to podniesiesz. Wiktor odpowiedział ze śmiechem. Oczywiście w tym zwyczajnym, dosłownym sensie. Ciekawy klimat i no takie krótkie opowiadanko, ale treściwe. Mam niestety jedno ale. Słuchacze nie odnajdą tu siebie w tym opowiadaniu. Zauważ, że z tego co zrozumiałem w tym tekście nie występuje żaden człowiek.
[03:14:30] - To prawda, ale ono może tym bardziej broni się pomysłem. No cóż, brawo. I co Wiktorze, czekamy na więcej?
[03:14:38] - Tak, chętnie przeczytam, bo wiesz, że w tym opowiadaniu do końca nie było wiadomo, o co chodzi. A ja taką fantastykę lubię najbardziej. Ja może teraz przypomnę nasz numer telefonu 32 746 00 08. Niski męski głos wtrącił się do rozmowy. Można do nas również pisać na Gadu-Gadu numer 36 08 80 02. Czekamy także na pytania na naszym forum i Facebooku. Radio Paranormalium – paranormalny głos w twoim domu. Postcenzor pokiwał głową z dezaprobatą. Nie mogę tego tak zupełnie zostawić. To zbyt ważne.
Trzeba coś napisać. Zastanawiał się, jak wybrnąć z problemu. W kilka chwil stworzył i przesłał krótką notkę. Miała na celu złagodzenie ewentualnych skutków ich własnych błędów. Komputer dokleił tekst do wszystkich kopii archiwalnych tego materiału, który narobił całego zamieszania. Co oczywiste, metryczka informacji zapisała się jedynie w utajnionych aktach sprawy. Posłowie. Opowiadanie „Gambit prawdy” z założenia powstało dla słuchaczy znających audycję „Antologia. Bibliotekarium. Warsztaty”.
Z tego powodu zakończenie historii nie może zostać odczytane zgodnie z intencją autora przez tych czytelników lub słuchaczy, którzy audycji ABW nie znają. Aby w pełni zrozumieć zamysł, zapraszam do przesłuchania dowolnego odcinka audycji, którą łatwo jest odnaleźć w internecie. Także data przesłania opowiadania do redakcji 1 kwietnia nie była przypadkowa. To tylko primaaprilisowy żart. Metryka. Rodzaj informacji: tekst pomocniczy. Numer 1435/DEL.P-CE.LOG.WAW1. Temat: osłabienie wpływu wycieku informacji niejawnej. Status: zatwierdzono do publikacji. Jacek Radzymiński „Zamczaki”.
Madzia zauważyła, że na ramieniu wychowawczyni usiadła wróżka. Dziewczynka nie krzyknęła z radości, chociaż duszek miał bardzo ładne skrzydełka. Od jakiegoś czasu opowieści o odwiedzinach skrzatów, aniołków i krasnoludków nie cieszyły już dorosłych, nawet mamy i taty. Wydawali się bardzo zmartwieni, a nawet przestraszeni. Prawie tak, jak dwa lata wcześniej, kiedy 1 listopada Madzia bawiła się na cmentarzu z duchem chłopczyka, który mieszkał w grobie. Nie miała wtedy aż siedmiu lat jak teraz i nie potrafiła czytać. Cała rodzina bardzo chciała wiedzieć, po czym poznała, że jej kolega tam leżał, skoro nie było zdjęcia. Madzia nauczyła się już w pierwszej klasie wielu wspaniałych i mądrych rzeczy. Przyswajała sobie również i trudne sprawy, czyli że niedobrze mówić o duszkach i wróżkach, a także, co sprawiało jej największą trudność, że nie wolno już wierzyć w to, że Święty Mikołaj przynosi prezenty. Wróżka siedziała przez chwilę, po czym znowu wzbiła się w powietrze.
Klasa Madzi weszła na dziedziniec Zamku Królewskiego. Radosne okrzyki dzieci odbijały się od murów, a dziewczynka zauważyła pierwsze zamczaki. Jeden zeskoczył z parapetu na głowę Andżeliki. Tej, która zawsze zachowywała się jak księżniczka. Nie większy od yorka, ceglany i jakby pokryty tynkiem, zawołał: „No patrz, koleżanka, jaki zamek! W sam raz dla księżniczki. Chciałabyś w takim mieszkać, co nie?”. Andżelika od razu zawołała do pani: „Mój tata mi kupi taki zamek”. Gdyby Madzia coś takiego powiedziała, wszyscy by ją wyśmiali. Życie było jednak niesprawiedliwe.
Zamczak wydawał się bardzo z siebie zadowolony i jak Andżelika zaczęła paplać o zamkach, baldachimach i stajniach z kucykami, dosłownie pęczniał z dumy. Rósł z każdą minutą. Kiedy dzieci zeszły do szatni, mógłby pogonić niejednego bidla. Uczepiony samozwańczej księżniczki zamczak wskazywał jej wspaniałe marmury i filary. Madzia przypomniała sobie, że duszki kiedyś mówiły jej o różnych rodzajach tych stworków. Nie wyglądał jednak ani na kominczaka, ani na lustrzaka, ani obrazaka. Żyrandolak wgapiał się w nich z góry, wrzeszcząc do dzieci, żeby zwróciły uwagę na wenecki kryształ, więc chyba to też nie on. Siedmiolatka pierwszego towarzysza podróży nazwała zatem dziedzińczakiem. Przyszła pani przewodniczka. Dzieci były naprawdę grzeczne i spokojnie poszły na lekcję muzealną.
Nie wiedziały, na co miały patrzeć. Tyle dziwów wokół. Właściwie na każdym zabytku siedział jakiś zamczak i zachwalał flamandzki arras, ręcznie tkany. „Patrzcie, jaka szafa! Dębowa. Zostawa soska. Fajans z XVIII wieku. Obraz Canaletta. Pst, warszawiak, warszawianka. Kochacie wasze miasto, co?
No to spójrzcie, jakie pałace”. Obrazaki wyglądały na pomalowane. Kominczaki miały kubraczki z antycznymi motywami, wazoniarki mnóstwo kwiatów we włosach. Uśmiechały się promiennie, ale spojrzenia miały przede wszystkim głodne. Świdrowały ślepiami przechodzące dzieci, zgrzytały długimi zębami, zaciskały zakończone szponami palce. Niektóre udzielały rad pani przewodniczce. „Kobieto, to są siedmiolatki” – wrzeszczał obrazak w sali z pocztem królów i książąt. – „Daj im kredki, głupia babo!” Zaśpiewajcie, zatańczcie! Sala balowa, do jasnej cholery. Zamczakowe kobiety, firaniaczki, spoglądały na przewodniczkę z odrazą.
Zakatuję te bachory, kochana. Mój syn, który jest pistoleciakiem w Muzeum Powstania, opowiadał mi. Byle kogo teraz do tej roboty biorą. Słoiki po licencjacie jedna z drugą. Dwa tygodnie kursu i już, dawaj, wyrabiaj godziny. Na śmieciówce tobie też by się nie chciało. O dzieciaki nie dbają, tylko zaraz jakiegoś chłopa próbują wyłapać. Zanudzi bachory i po nas. Kurde, znowu. Niewychowane te dzieci teraz, tylko te telefony.
A czy która im zwróci uwagę? Idzie! Pisnął jeden fotelak i uciekł. Na twarzach pozostałych zamczaków odmalowały się wrogość i strach. Pokazywały palcami w kierunku drzwi. Madzia spojrzała i tam zobaczyła wielki, ciemny kształt powoli sunący korytarzem. Czy rzeczywiście usłyszała ciężkie, zbliżające się kroki? Czy zadrżały szyby w oknach? Poczuła się bardzo nieswojo. Zamczaki milkły.
Po chwili nie widziała żadnego. Usłyszała ciężki oddech. Przestraszona dziewczynka podbiegła i zatrzasnęła drzwi. Dawno nieużywane, ciężkie wrota zgrzytnęły ze sprzeciwem. Wszyscy podskoczyli. Po chwili podbiegła przewodniczka i jedna z pracowniczek muzeum i zaczęły strasznie krzyczeć. Dziewczynka powiedziała szybko: mama zawsze mówi, żeby zamykać drzwi, bo przeciąg. Wyćwiczone oczy w spodki, łzy na zawołanie i drgające wargi, jak zawsze oswobodziły ją z opresji. Zamczaki wyszły znowu, w kolejnych pokojach, coraz głośniej nawołując dzieci, aby zwróciły uwagę na zabytki. Pierwszoklasiści jednak mieli coraz wyraźniej dosyć.
Bolały ich nogi, byli głodni. Co chwilę jakieś dziecko chciało siku, a w ogóle to pograni by na telefonach, które w końcu pani wychowawczyni zaczęła zabierać. Zróbcie im coś ruchowego! — błagały zamczaki. Film jakiś puśćcie, no! Bądźcie ludźmi, to są dzieci. W końcu kazano wszystkim usiąść. Dzieci były otępiałe i zupełnie niezainteresowane. Nawet Madzia nie zauważyła w pierwszej chwili, jak coś wielkiego wlazło do sali. Musiała zadrzeć wysoko głowę.
Ten zamczak był olbrzymi. Miał chyba ze dwa metry wzrostu. Idąc, kołysał tłustym cielskiem na boki. Dziewczynka wytrzeszczyła na niego oczy. Obrzmiały stwór wykrzywił rozlazłą twarz w uśmiechu godnym kota z Cheshire. Kim jesteś? — wydukała Madzia. Jestem Nuciak — odparł olbrzym i wygodnie rozsiadł się na podłodze. Po chwili wszystkie dzieci przysnęły. Bruno Kadyna, "Social media".
Kryzys twórczy wracał zawsze, kiedy zapominał o ostatniej zdobyczy. Bez muzy, chociażby pamięci o niej, nie mógł tworzyć. Dostawał szału, który mógł go popchnąć do zrobienia czegoś głupiego, czego potem by żałował. Na szczęście pojawiła się szansa, że tego uniknie. Wypalając jednego papierosa za drugim, przeglądał na Facebooku profile proponowanych znajomych. Bał się, że nie znajdzie odpowiedniej kobiety i posunie się do czegoś nierozważnego. Ale udało się. Justyna była ładna, młodziutka, z niesamowitą figurą, choć nie zależało mu specjalnie na wyglądzie zewnętrznym. Najbardziej liczyło się wnętrze. Na poprzednią dziewczynę jego wspólnicy nie dali zielonego światła.
Zdenerwował się i chciał ich zignorować, ale ostatecznie posłuchał. I dobrze wyszło. Justyna była o wiele lepsza. Niestety dostał na nią niewiele czasu. Musiał się śpieszyć. Prawie nie spał. Kończył właśnie jej drugi olej. Każda zdobycz to seria obrazów. Pierwszy to twór zawsze bardzo nieokreślony, zbudowany z wyobrażeń i nadziei. Początek.
Wymaga najwięcej przygotowań, szkiców i prób. Każdy kolejny już mniej. Drugi ma konkretniejszą formę, bo artysta wiedział o muzie więcej. Jaka była w środku, jak myślała. Zniekształcał wyobraźnią to, czego się dowiadywał i widział na zdjęciach. Drugi obraz zaczynał malować zazwyczaj, kiedy przechodził z kobietą na ty. Tym razem też tak było i był zadowolony z efektu. Myślał już o trzecim ciele, ale to, jakie będzie, zależy od tego, jak potoczą się sprawy, jak rozwinie się znajomość. Tylko ten czas. Nienawidził się śpieszyć.
Sztuka na tym traciła. Czas to suka! — zawołał i zrobił przerwę na fajkę. Wciąż myślał o Justynie. Była teraz centrum wszystkiego. Wyobrażał sobie, jak pachnie, jak smakuje. Wyglądała na niewiele ponad 20 lat. Na zdjęciach wydawała się wysoka, nawet bardzo. Miała ładne, krągłe biodra i idealnej objętości uda. Pierś średnie, ale kształtu musiał się domyślać.
Niestety fotki ze spotkań ze znajomymi i rodziną nie zdradzały wiele. Na żadnym nie prezentowała całej postaci, a ubiór też nie ułatwiał oceny. Musiał się posiłkować wyobraźnią póki co. Nie wiedział, ile ma czasu, ale jeśli wystarczająco, to w końcu dojdzie między nimi do wymiany ciekawszych selfie. „Jak zawsze” – pomyślał. Miał już w głowie zarys całej serii. Ostatnie obrazy będą zwieńczeniem, dopełnieniem, niczym przeżyte życie. Ekstazą, która wybuchnie w chwili kulminacji, by potem utrzymać się jakiś czas i powoli opadać. Przybiegł z łazienki, kiedy usłyszał dźwięk powiadomienia. „Halo, jest pan tam, panie tajemniczy?” Był.
Patrzył w okno konwersacji. „Lekarz na mnie? Szybciej bije ci serce? Co sobie wyobrażasz, piękna ślicznotko?” Musiał być ostrożny, tworzyć w jej głowie pożądany obraz. Na razie nakreślił zarys przystojnego, intrygującego malarza z poczuciem humoru. Malarstwo było idealne do uwodzenia. W ogóle sztuka przyciągała kobiety jak magnes, a w jego przypadku szczególnie, bo nigdzie nie można było znaleźć zdjęć jego obrazów, nawet w relacjach z wystaw. Bardzo o to dbał. Miał swoje powody, których nie mógł zdradzić. Za to potrafił zręcznie uzasadnić.
Komentarze, pochwały na fanpage'u były jedynymi dowodami na to, że istnieją. Ta tajemnica sprawiała, że był bardziej pociągający. Justyna wiedziała, że ktoś, kto tworzył sztukę wizualną, musiał być niesamowicie wrażliwy. Co z tego, że czasami było to niezrozumiałe i dziwne, jak o jego obrazach pisali niektórzy. Przecież nie wszyscy rozumieją sztukę jednakowo. Odczekał dłuższą chwilę i napisał: „Jestem, proszę pani”. Czasami trzymali pozorny dystans. To było takie sympatyczne. „Milczy pan tak jakoś.” „Bardzo dobrze. Myśl o mnie jak najwięcej.” Jeszcze nie mógł pokazać, że on też myślał.
I to dużo więcej niż ona. Był pod wpływem opium i musiał uważać, żeby nie dać się ponieść. „Ech, utknąłem nad kolejnym obrazem. Potrzebuję motywacji, czegoś, co mnie popchnie do przodu. Już prawie to mam. Uchwyciłem, ale wciąż ulatuje. Czegoś brakuje. Jakiejś tęsknoty, pasji, namiętności. Nie wiem. Przepraszam, że przynudzam.” „Na pewno nie przynudzasz.
Chciałabym poczuć to, co ty, kiedy tworzysz. To musi być takie ekscytujące.” Założył nogę na nogę. Podbudowała go tymi słowami. „Możesz to poczuć. Po prostu o tym nie wiesz” – napisał. „Jak to?” „To jest w środku, w tobie. Każdy ma tę iskrę, może tylko innego kalibru. Niektórzy ją wydobywają i karmią, a inni nie chcą i zakopują głęboko w swym wnętrzu.” Teraz się będzie zastanawiać. Rozsiadł się w fotelu i zapalił papierosa. Przesunął palcami po włosach, długich prawie do ramion, a umysł śledził każdy palec na skórze głowy.
Narkotyk działał. Chciał wrócić do sztalugi. Czuł bajeczne natchnienie, ale rozmowa z nią była równie ważna, jeśli nie ważniejsza. Długo nie odpisuje. Ciekaw był, co odpowie. Nauczony podbojami dostrzegał schematy i sposób myślenia kobiet. Przynajmniej na tym polu. Nie miał najmniejszego zamiaru zagłębiać się bardziej w kobiecy umysł. Wiedział, że przepadłby w gąszczu pędzących myśli i emocji, targany nimi i poniewierany, jakby stał na drodze pędzącego stada koni. Odpisała: „Myślę, że to, jakiego iskra jest kalibru, zależy od genów i wychowania.
Moi rodzice nie zaszczepiali w nas kulturalnego głodu. Oprócz książek oczywiście. Uwielbiałam, gdy tata mi czytał. Wszyscy dużo czytamy, kupujemy sobie książki w prezencie na święta i urodziny, ale być może gdzieś we mnie drzemie ta iskra. Tylko jak ją wydobyć? Odbiorcą sztuki jestem świetnym. To pewne.” I już wiedział, co chciała usłyszeć. „Poczucie piękna to podstawa, a wydobyć iskrę może odpowiednia emocja, wydarzenie, uczucie.” „Jakie na przykład?” – zapytała. „Ech, miłość, rzecz jasna.” „Istnieje coś takiego?” „Ech, dziewczynko, dziewczynko, nie czujesz miłości swojej rodziny?” Usłyszał w głowie słowa matki: „Na co mi takie zero? Takie gówno urodziłam.” A potem uderzenie pięścią w twarz.
Miał kilka lat, kiedy pierwszy raz dostał. Wciąż czuł tę pieszczotę i słyszał jej głos. „Czuję. Mama i tata bardzo mnie kochają. Martwią się ciągle. Szczególnie ojciec. Dla niego wciąż nie dorosłam. Ale chyba nie taką miłość miałeś na myśli.” „Taką również. To na niej opiera się sztuka, jak wszystko zresztą. Głupcem jest ten, kto jej nie pielęgnuje, nie podsyca.” Wiedział, że pragnęła wzniosłej miłości i bezpieczeństwa.
Być może już snuła wizję cudownej przyszłości u boku przystojnego, wrażliwego mężczyzny, który wyniesie ją na wyżyny doznań emocjonalnych, jednocześnie równoważąc piękno drugą stroną swej męskiej natury, która kazała twardo stąpać po ziemi. Dbać o cielesność i byt przyszłej rodziny. „Więc sami głupcy wkoło?” – odpisała. Westchnął ciężko. Głupców jest więcej, to pewne, ale tych, którzy marzą o prawdziwej miłości też nie brakuje. Jestem pewien. Przecież nie trzeba mieć wiele oleju w głowie, żeby wiedzieć, co robić, żeby miłość kwitła choćby cyklicznie jak róża. Z pewnością wielu to rozumie, czuje. To przecież takie oczywiste. Uśmiechnął się.
Zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz i przewrócił oczami. „Jeszcze nie” – powiedział po odebraniu. „Uwijaj się Romeo, nie mamy czasu. Na kawę się umawia w jeden dzień, a ty się srasz z tym zawsze, jakbyś był jakimś pieprzonym artystą, malarzem światowej klasy”. „Co ty możesz wiedzieć o malarstwie?” – warknął. Nienawidził popędzania, a szczególnie wyśmiewania jego talentu. Wystarczyło, że kiedyś matka uważała go za miernotę. „Robię po swojemu, dlatego jestem skuteczny. Nie będziesz mnie pouczał i popędzał”.
Rozłączył. Justyna wciąż myślała. To dobrze, bo roztroił go ten telefon. Po chwili zobaczył w oknie konwersacji dymek i trzy podskakujące kropeczki. „W takim razie jest jakieś fatum wokół mnie, przyciągające głupców albo odpychające tych, którzy wiedzą, czym jest miłość”. „I co ty teraz robisz, co?” „Poczułem się dotknięty”. „Wybacz, nie wiem przecież, kogo przyciągnąłem tym razem, mimo że chwilami się rumienię”. „Taka duża dziewczynka i się rumieni? A jednak. Zostawiam cię więc w rozterce.
Czy pomimo mojej świadomości jestem kolejnym głupcem czy marzycielem? Uciekam. Płótno wciąż milczy, ale może w końcu u mnie wywoła rumieńce”. „W takim razie weny życzę, a ja w swej rozterce postaram się sama nie oszukać”. „No to czas podkręcić rumieńce. Więc do napisania zatem. Całuję w usta”. Czekał z nosem w ekranie. Wiedział, że to nie koniec. Dum dum.
Dźwięk wiadomości. „Zatkało mnie. Nie wiem, co na to odpisać. Coś pan tu psocić zaczyna, panie Sebastianie”. „Ależ skąd! Buziak nieskonkretyzowany przechodzi bez echa, a ten namiesza trochę w twojej rozterce. Uciekam, ale kolejnego buziaka nie dam. Trzeba być oszczędnym”. „No ten nie przeszedł bez echa, więc i ja wyślę konkretnego, ale nie powiem jakiego”. „Za to ja poczułem smak jego”.
I dobra. Miał już dość. Wylogował się z Facebooka, rozebrał się i poszedł malować nago. „Pięknie. Posuwamy się naprzód” – pomyślał o niej. „Już cię prawie mam”. Stanął przed prawie gotowym obrazem. W ręce trzymał długą drewnianą fajkę w kształcie chińskiego smoka. Dotknął językiem ustnika i podgrzał główkę gada, w której zamknięta była odrobina opium. Wciągnął opar głęboko w płuca.
Palił tylko przed sztalugą. Zawsze taką samą ilość, żeby móc stać i pracować. Organizm przyzwyczaił się do tej ilości narkotyku już dawno i chciał więcej, ale Sebastian nie ulegał pokusie. Wiedział, że to droga w dół. I tak wciąż słyszał słowa matki: „Mówiłam, że jesteś nic niewart. Kompletne dno. Żałuję, że urodziłam takie zero. Lepszy byłby martwy bachor”. Malował do 4 rano, aż skończył. Wolał światło dzienne, rzecz jasna.
Wtedy opium inaczej zniekształca wyobraźnię. Perspektywa jest szersza, możliwości więcej. Noc zwęża emocje, sprowadza wszystko do punktu o podobnym zabarwieniu. Poza tym farby olejne są wymagające. Potrzebują dużo światła. Jednak tworzył przede wszystkim wnętrzem, a drugi obraz miał w sobie mnóstwo uroku, więc wystarczyła dobra żarówka. Był bardzo zadowolony z efektu. Śnił o Justynie. Już ją uwielbiał. Stawała się obsesją, coraz wyraźniejszym tworzywem, chyba najpiękniejszym jak dotąd.
Dlatego to będzie najdłuższa seria, mimo że czasu miał mało. Kiedy skończy, zorganizuje wystawę, ujawni kilka kobiet, pokaże światu, jak je widział. Justyna będzie zwieńczeniem, najdoskonalszym dziełem. Wstał jeszcze przed południem. Nie miał czasu na sen. Musiał pracować. Zalogował się na Facebooku, żeby widziała, że jest dostępny. Nie było jej. Starał się odzywać rzadko. Musiał panować nad sobą, żeby nie poczuła cienia naglności.
To ona musiała łaknąć kontaktu z nim. Pisała jeszcze wieczorem po jego wylogowaniu. „Zadziwiasz mnie, wiesz? Już cię nie ma. Do jutra zatem. Całuśniku”. No proszę. Pocałunek zadziałał. „Zadziwiam cię? W jaki sposób?” – odpisał.
Zadzwonił telefon. Powiedziałem: nie popędzać mnie. Klientowi się spieszy. Jeśli tego nie rozumiesz, znajdziemy kogoś innego. Powodzenia. Wiedział, że to nie takie proste. Pojutrze ma być u ciebie. Jutro przygotujemy pokój. To dało się zrobić, chociaż nie bez ryzyka. Dobrze, pojutrze.
Rozłączył. Nieczułe gnoje. Gdzieś mieli jego prace. Bez nich byłyby o wiele przyjemniejsze, a obrazy lepsze, ale dzięki nim miał pieniądze i mógł poświęcić się tworzeniu. Dodatkowo załatwiali opium, o które bardzo ciężko w Polsce. Był zmęczony. Musiał zjeść i zabrać się za gruntowanie trzeciego płótna. Nie dostrzegał żadnej pracy twórczej w montażu krosien i obijaniu materiału, dlatego kupował gotowe podobrazia z najwyższej jakości lnianym płótnem, koniecznie surowym. Co innego gruntowanie. Uważał, że od tego wiele zależy i powinno być częścią pracy artysty.
Zjadł byle co i zabrał się za pracę. Nie ćpał przy tym. Do tego lepszy był jasny umysł. Tum tum. Jest! Był ciekaw, co odpisała, w jaki sposób ją zadziwiał, ale nie oderwał się od sztalugi. Musiał skończyć pierwszy etap gruntowania, inaczej klej kostny podeschnie. Całe płótno musiało schnąć równo. W końcu usiadł przed komputerem i odczytał wiadomość. Myślę, że już wiesz, w jaki sposób.
Zastanawiał się, jak to wykorzystać, co napisać. Z tyłu głowy dźwięczało słowo „pojutrze”. Tylko nie naciskaj. Domyślam się jedynie, choć przecież mogę się mylić i wyobrażać sobie nie wiadomo co. Co takiego pan tam sobie wyobraża, co? Nie powiem, proszę pani, wolę swoje domysły trzymać na wodzy. Na pewno w pierwszej kolejności chciałbym zadziwić cię moją sztuką, póki znasz mnie tylko trochę. Potem osąd będzie zniekształcony znajomością osobowości artysty. Jestem bardzo ciekawa twoich obrazów. Nie dasz się namówić na zdjęcie choć jednego?
Przewrócił oczami. Przecież rozmawialiśmy o tym. Absolutnie. To tak, jakby stwierdzić po zdjęciach potraw, że kucharz smacznie gotuje. Chciałbym, żebyś wydobyła z mojej pracy jak najwięcej. Najlepsza soczewka nie dorówna ludzkiemu oku, a lampa pełnemu dziennemu światłu. Czekam, aż się domyśli, o co mu chodzi, a najlepiej, jeśli sama wpadnie na pomysł, żeby zobaczyć na własne oczy. No mała, jesteś niegłupia – powiedział do ekranu. Może kiedyś uda mi się zobaczyć – odpisała. Z chęcią zrobię dla ciebie prywatną wystawę, ale wcześniej chciałbym zaprosić cię na kawę.
Muszę sprawdzić, czy nie jesteś jakąś psychopatką. Patrzył tępo w okno i czekał, aż pokażą się podskakujące kropeczki. Pisz! – wrzasnął w ekran. Nienawidził pośpiechu, a był do niego zmuszony. Ta kawa przyszłaby naturalnie w swoim czasie i łatwiej byłoby zdobyć jej zaufanie. Pieprzony Waleryi. Pomyślał o wspólniku. Justyna zniknęła. Wylogowała się.
O nie. Co jest? Poczuł lodowate ciarki na plecach. Co ty robisz? Niepokój zamienił się w strach. Czytał po raz kolejny, co napisał. To przecież nie było podejrzane. Zbierało mu się na płacz. W głowie odezwała się matka. Nic niewarta łajza.
Wracaj! Uderzył pięścią w stół. Zaczął krążyć po pokoju. Targały nim sprzeczne emocje. Kazały się uspokoić i jednocześnie zniszczyć to, co już stworzył o Justynie. Jak możesz mnie tak traktować? Oczy wypełniły się łzami. Położył się na podłodze i ciężko oddychał. Zobaczył matkę. Pochyliła się nad nim.
Zamknął oczy i zasłonił uszy rękami, ale i tak słyszał jej głos. Jesteś nic niewartym łajnem. Nic nie potrafisz zrobić dobrze. Chciałam cię oddać, ale nikt nie chciał takiego gówna. Wstał, gotów zakończyć to wszystko jednym cięciem sztyletu, który trzymał na stole, ale usłyszał tum tum i dopadł do komputera. No nigdy nic nie wiadomo. Okej, to kiedy ta kawa? W jednej chwili zapomniał o wszystkim, co targało nim przed sekundą. Otarł łzy i uśmiechnął się szeroko. A kiedy ci pasuje?
Dziś nie dam rady, ale jutro albo pojutrze bardzo chętnie. Dziś też nie dałabym rady. Czekam właśnie na mamę. Mam jej zrobić paznokcie. To taka trochę moja forma sztuki. Okej, więc pojutrze. Będę miała wolne. Super. Może być przed południem? Po południu pracuję.
To znaczy ostatnio próbuję. Świetnie. To gdzie? W Lawendzie na Starowiejskiej. Wiesz gdzie? Wiedziała. Umówili się na 11:00. Zawsze umawiał się tam z kobietami. Miał blisko. Wziął do ręki telefon i zawahał się przed wybraniem numeru.
Walery był chamski, nieokrzesany, zero kulturalnej wrażliwości, dlatego nie lubił z nim rozmawiać. „Załatwione. Pojutrze” — wysłał wiadomość. Rzucił telefon na biurko. Ten pośpiech jest niebezpieczny. Wszystko na nic, jeśli Justyna nie zgodzi się tutaj przyjść. To ostatni raz. Nigdy więcej takiego tempa. Tak bardzo chciał dowiedzieć się o niej więcej. Obrazy ogromnie by na tym zyskały.
Korciło go, żeby pisać z nią przez ten czas jak najwięcej, skłonić do otwarcia, oddania wszystkiego, co kryła we wnętrzu, a co uleci bezpowrotnie. To głupi pomysł. Skoro byli umówieni, musiał ograniczyć kontakt do minimum, żeby zbudować napięcie i czegoś nie zepsuć. Podszedł do dwóch gotowych dzieł i poczuł wściekłość na wspólników, na świat i to, jak jest urządzony. Na siebie, że potrzebował pieniędzy i na to, że sam nie wiedział, co straci, czego nigdy się nie dowie, jak inne mogłyby być jego dzieła. Chciał doskonałości, a musiał się zadowolić wyobrażeniami i samą cielesnością. Będą doskonałe dla ciebie, kochana. Poszedł się położyć. Klej schnie dwie, trzy godziny. Miał czas przed końcowym gruntowaniem.
Zanim zasnął, myślał o martwej matce. Kolejny raz udowodni jej, że nie jest zerem. Jestem artystą, jakiego nie było i nie będzie. „Wysprzątałeś chociaż z grubsza?” — zapytał Walery. „Tak.” Pozostali trzej mężczyźni weszli do drugiego pokoju. Nawet nie znał ich imion. I dobrze. „Jutro w południe?” „Mniej więcej. Jesteśmy umówieni na 11:00. Postaram się ją przekonać w godzinę.
Jeśli się nie zgodzi, spróbuję innym razem.” „Koniecznie musimy załatwić to jutro.” „Zrobię, co mogę. Jeśli się uda, muszę mieć czas dla niej co najmniej godzinę. Pamiętaj, poczekacie, aż dam znać” — powiedział Sebastian. „Ty jesteś naprawdę chory. Zdajesz sobie z tego sprawę?” „A wy jesteście normalni? Koniec rozmowy.” Pół dnia przygotowywali pokój. Wychodząc zakleili jeszcze taśmą dziurkę od klucza, szczelinę wokół drzwi i zabronili tam wchodzić. Jakby tego nie wiedział. Większość rzeczy trzymał tutaj. Musiał być blisko swoich dzieł, swoich zdobyczy, czuć ich obecność.
Nie lubił się z nimi rozstawać. Sprzedawał obrazy jedynie podczas wystaw i wernisaży i tylko całe serie. Całe kobiety. Wymienił kilka zdań z Justyną i cisza. Zapisał całą konwersację w osobnym pliku. Potem będzie wracał do jej słów, zniekształcał, dopasowywał do wymyślonych sytuacji. Wszystko wykorzysta do pracy. Malował trzeci obraz pełen smutku związanego z rozstaniem. Te uczucia powinny być na czwartym obrazie, nawet piątym. Tum, tum.
Usłyszał z komputera. „Jestem ciekawa, co mi pan napisał.” A tu cisza. To ją zaintryguje. Był naćpany. Musiał uważać, żeby nie przesadzić. „Wyobraź sobie dziewczynko, że pracuję. Już samo oczekiwanie na kawę z tobą natchnęło mnie do namalowania ciebie.” „Poważnie? To cudowne wieści. Ależ jestem ciekawa, co tam tworzysz.” „Nie licz pani, że ci ciebie pokażę.” „Jak to? Nie zobaczę?” „Kiedy skończę.” Znowu długo czekał, aż odpisze, ale tym razem spokojnie.
Zapalił papierosa i zapatrzył się na brązową butelkę na stole. „Intrygujący pan jest, panie Sebastianie.” Uśmiechnął się. „A pani stała się muzą.” Justyna próbowała zapanować nad sobą. Wciąż myślała, co przyniesie ta kawa, jakie Sebastian wywoła wrażenie na żywo. Była młoda i spragniona pięknego uczucia, a ich relacja właśnie na takie się składała. „Pan też działa na mnie inspirująco. Myślę o pana pracy, kiedy maluję paznokcie klientkom. Nie przeszkadzam zatem i do zobaczenia za chwilę przy obrazie.” „Dobrze powiedziane.” Porozstawiał obrazy wokoło tak, żeby przykuły uwagę i przytłoczyły, zawróciły jej w głowie. Musi tylko przyjść. Stał na środku pokoju wykąpany, wyperfumowany i ubrany jak na gorącą porę roku i artystę z epoki przystało w świeżo wyprane lniane spodnie i białą koszulę.
Nie mógł śmierdzieć papierosami. Nie palił od godziny. Ona nie paliła, więc on też nie mógł. Chyba wszystko gotowe. Rozglądał się jeszcze. Dokładnie posprzątane, kadzidełka zapalone. Walery z kolegami czekali gdzieś w pobliżu. Pewnie kisili się w samochodzie. W głowie usłyszał matkę. „Nic niewarta gnida.” Zignorował ją.
Wyszedł w jasny poranek i na moment wystawił twarz do słońca. Uwielbiał lato w mieście. Tyle w nim wtedy światła i barw. W powietrzu unosiły się zapachy natchnienia. Miał takie nieosiągalne marzenie, żeby namalować wszystkie kobiety świata. Lawenda była tuż za rogiem. Chciał być wcześniej, stopić się z zapachem kawiarni, żeby świetny kobiecy węch nie wyczuł jego przesiąkniętego dymem ciała. Zupełnie rozluźniony i zamyślony słuchał lekkiej muzyki i pił kawę. Bawił się łyżeczką. Drzwi kawiarni były otwarte na oścież.
Nie zauważył, kiedy weszła. Patrzył gdzieś w bok. Był jeszcze przystojniejszy niż na zdjęciach. Podobny do Kurta Cobaina. Pewnie przez włosy. Poczuła ucisk w żołądku, bo nagle w głowie pojawiło się i wymieszało wszystko, co o nim wiedziała i czego nie wiedziała, z tym, co sobie wyobrażała. Zauważył ją kątem oka, ale udał zamyślenie. „Dzień dobry panu.” „Ach!” Poderwał się z miejsca. „Dzień dobry pani. Ale ze mnie kurdupel.” Stała przed nim piękna blondynka z włosami ułożonymi na bok, wyższa od niego jakieś 10 centymetrów, w sukience świetnie podkreślającej kobiece kształty.
„Gdybym był Renoir, na pewno stworzyłbym twoją rzeźbę.” Ucałował jej dłoń i usiedli. „Czego się napijesz?” „Latte.” Wzrost malarza ostudził odrobinę jej entuzjazm. Przez chwilę nie mówili nic. Patrzyli na siebie. On udawał zawstydzenie. Nie wytrzymywał spojrzenia. Uśmiechał się i patrzył na stół, a włosy, za którymi mógł się schować, wzmacniały efekt. Justyna była już pewna, że nic jej nie grozi. „Dlaczego to miejsce?” Zapytała. „Ładnie tu i mam blisko.” „Cwaniaczek.
Więc zacząłeś malować. I to mnie na dodatek. Dlaczego?” „Ciężko to wyjaśnić. Zacząłem myśleć o spotkaniu i poczułem, że muszę przenieść to na płótno.” „Namalowałeś nas przy stoliku, jak tutaj siedzimy?” „Nie. Samą ciebie. I nie jak siedzisz przy stoliku. To raczej wyobrażenie posiłkowane tym, co zobaczyłem na zdjęciach. Choć widzę, że dzisiejsze spotkanie bardzo pomoże.” Znów się zawstydził. Kręciło ją to niesamowicie. Sprawiał wrażenie bardzo wrażliwego, ale trochę bezradnego emocjonalnie.
Bardzo chciałaby temu zaradzić. „Lustrowałeś mnie?” „Dokładnie tak samo jak ty mnie.” Uśmiechnęła się. Ukradkiem starał się dostrzec jak najwięcej szczegółów. Rysy twarzy, kilka piegów pod oczami, linię jej ust, jak się układają, kiedy mówi i się uśmiecha. I włosy, jak opadają, jak są poskręcane. „Ciekawa jestem tego wyobrażenia. Bardzo.” „Efekt zobaczysz pierwsza. Już wiem, że dołączy do skończonej kolekcji i trafi na wystawę.” Zaskoczył ją. „Teraz już w ogóle nie zasnę z ciekawości. Dużo masz obrazów?” „Tych, których nikt jeszcze nie widział?” „Mhm.” Kelnerka podała latte i kolejną czarną kawę dla niego.
Udał, że zapomniał odpowiedzieć. „To ile pan ma tych obrazów, panie malarzu?” „Na dwie wystawy.” „To kiedy prywatna wystawa dla mnie? Pięknie.” „Kiedy sobie życzysz. Zaprosiłbym cię choćby dziś, ale mam straszny bałagan.” „Nie chodzi o bałagan, ale o światło przecież.” Puściła oczko. „Bardzo dziś jasno. Uwielbiam takie słońce.” „Dziś jest doskonałe, więc szkoda byłoby nie skorzystać. Jeśli się zgodzisz, oczywiście.” Uśmiechnęła się pięknie. „Sam zaproponowałem, to już się nie wycofam.” On odwzajemnił uśmiech. „A jakie są twoje obrazy?” Zastanawiał się chwilę. „Zależy mi, żeby emanowały z nich pozytywne uczucia.
No ale nie mnie to oceniać.” „A często robisz prywatne pokazy?” Zawstydził się. „Może mi nie uwierzysz, ale jesteś pierwsza. Uważam, że pracownia nie jest do tego odpowiednia. Jest tam bardzo jasno. Idealne warunki do pracy, ale to zbyt intymne miejsce.” Schował się na moment za włosami. „Dla ciebie zrobię wyjątek, jeśli na wszystko oprócz obrazów przymkniesz oko.” „Ha ha. Spróbuję.” „No to dopijemy i możemy iść. Ale zaraz wrócimy, okej? Często jem tu śniadania, a dziś jeszcze nie jadłem. Tylko trochę mi głupio przez ten bałagan, choć artystyczny.” Uśmiech nie znikał z jej buzi.
Była ciekawa, zauroczona i widząc jego nieśmiałość nie czuła żadnego zagrożenia. Co prawda pojawiła się ostrzegająca myśl, żeby nie iść, ale wydała się śmieszna. „Podoba mi się tutaj” powiedziała. „Bardzo lubię tu przesiadywać, resetować głowę.” Rozglądał się, jakby to były jego ulubione kąty, a w rzeczywistości przychodził tu tylko wtedy, kiedy był czas spotkać się z muzą. Cieszyła się, że tu przyszła. Kawa była pyszna, czas płynął przyjemnie i razem z tym jasnym światłem pomagał rosnąć nadziei. W końcu dopili kawę i artysta zapytał: „To co, idziemy?” „Pewnie”. W windzie rozkoszował się jej zapachem, który potwierdzał wszystko to, co o niej wiedział. Niemal czuł, z czego składał się oprócz typowych elementów perfum. Byli w nim kochający rodzice, którzy stworzyli bezpieczny dom, radość życia.
Nie było wielu życiowych błędów, a traumatycznych przeżyć, które jak toksyna zmieniają odczyn zapachu człowieka, nie było wcale. Dlatego Justyna była taka cenna. „Ha ha ha. Wiedziałam” – powiedziała, kiedy wysiedli z windy i poszli jeszcze wyżej, na poddasze zaadaptowane na mieszkanie. Lokum jak na prawdziwego malarza przystało. „Proszę”. Wpuścił ją do środka. Już w progu widział, że była oczarowana zalaną słońcem przestrzenią pracowni. Wkroczyła do niej z przyjemnością i chyba nawet zapach kadzidełek zmieszany z wonią drewna i farb przypadł jej do gustu. Stanęła na środku.
„Jesteś taka czysta” – powiedział i zamknął drzwi. Zmarszczyła brwi. Dziwnie to zabrzmiało. Obserwowała go. Nie przekręcił zamka, więc spokój wrócił. „Nie patrz jeszcze na obrazy” – powiedział. Zbliżył się. Przyglądała mu się uważnie. Coś się w nim zmieniło, ale nie wiedziała co. Nie czuła zagrożenia, raczej ciekawość.
Pomyślała, że jego zachowanie musi być ekscentryczne. W końcu jest artystą. „Kiedy zaczniesz oglądać, myśl o swoich najskrytszych tajemnicach, pragnieniach, fantazjach” – powiedział. Uśmiechnęła się i przytaknęła. „Ciekaw jestem, co zobaczysz”. Wycofał się i stanął przy stole, żeby zrobić jej miejsce na przechadzanie i obserwować jej reakcję. „Tyle obrazów. I ty narzekasz na brak natchnienia?” „Już nie. Najpierw patrz. Potem będziemy mieli dużo czasu na rozmowę”.
Zaczęła od lewej strony. Posłuchała. Myślała o swojej fantazji erotycznej, której nigdy nikomu nie ośmieliła się zdradzić, a już na pewno spełnić. Jednak to, co docierało do niej z obrazów, sprawiło, że fantazja szybko schowała się głęboko w głowie. Z tych dzieł na pewno nie emanowały pozytywne uczucia. Wyzierało z nich jakieś mroczne wynaturzenie. Pomimo że to abstrakcja, Justyna miała wrażenie, jakby oglądała zamordowane bestialsko zwierzęta, jakie widuje się na udostępnianych zdjęciach na Facebooku albo otwarte zwłoki ludzkie. Poczuła chłód do artysty, a jego nieśmiałość nie wydawała jej się już słodka, raczej zastanawiająca. Musiał działać szybko, póki była skupiona, a jej niepokój nie był jeszcze nerwowy. Na zastawionym malarskimi przyborami stole wśród palet i pojemników z pędzlami stała brązowa butelka z eterem.
Obok leżała gaza. Odkręcił dyskretnie flaszkę i chlusnął na materiał. Okrucieństwo, które biło z obrazów, coraz bardziej rozstrajało skupiony umysł dziewczyny. Nikomu nie lubiła sprawiać przykrości, ale miała już dość oglądania. Chciała się odwrócić, żeby spojrzeć na to dziwadło, za jakie już uważała Sebastiana i powiedzieć, że chce wrócić do kawiarni, ale w tym momencie poczuła szarpnięcie do tyłu i coś miękkiego, co bardzo mocno przylgnęło jej do twarzy. Zdziwiła się zwyczajnie, ale tylko na ułamek sekundy, bo w głowie wybuchło przerażenie. Była wyższa od niego, ale nie cięższa, więc wyginał ją do tyłu, ciągnąc za głowę, przez co trudniej było się wyswobodzić. Próbowała ze wszystkich sił, a w jej umyśle jak stroboskop błyszczała świadomość tego, co się działo. Oświetlała zignorowaną wcześniej, rozpaczliwie oddalającą się myśl, żeby tu nie przychodzić. Sebastian trzymał mocno.
Nie puszczał, dopóki na jej umysł nie spadła zasłona, której nie mogła powstrzymać. Siedział obok niej i łapał oddech. Leżała na boku. Gdyby nie Waleryi i reszta bandziorów, nie spiętrzyłby się. Miał mnóstwo eteru. Wstał, przekręcił zamek w drzwiach i rozebrał się do naga. Stał nad nią ze sztyletem w dłoni. Jej rozrzucone na deskach włosy wyglądały jak kwiaty wysypane z przewróconego wazonu. Piękna. Odciął kępkę włosów tuż przy głowie i palec wskazujący.
Każdy ostatni obraz z serii miał ukryty włos muzy zatopiony w farbie i odcisk palca. To dodawało zwieńczeniu życia, autentyczności. Ranę zakleił taśmą, a krew z podłogi starł. Rozebrał dziewczynę i znowu obserwował. Podniecała go chwila przed dotykiem. Świadomość, że może z nią zrobić, co zechce, że zobaczył i za moment posiądzie na własność ciało, które pielęgnowała każdego dnia. A najbardziej ekscytowała myśl, że miała rodziców. Matkę, która kochała i zrobiłaby wszystko, żeby ocalić córeczkę za wszelką cenę, nawet własnego życia. Usłyszał swoją matkę. Po co mi takie gówno?
Twoja mama byłaby dumna? Jak myślisz? Staniesz się niesamowitym dziełem. Nieśmiertelnym. Pewnie chciałaby o tym wiedzieć. Nie śpieszył się. Najpierw dotknął palcem jej ust, wsunął do środka i przesunął po zębach. Potem wodził po szyi, piersiach i brzuchu, jakby badał linie, które przeniesie na płótno. Nie była już kobietą, którą uwodził, ale tworzywem, materiałem do pracy. To był czas, by podziwiać formę, w której zamknięte było jej wnętrze, myśli i osobowość.
Poczuć, jaka jest w smaku. Zapamiętać jak najwięcej i zrobić dokumentację do pozostałych obrazów. Filmował każdy centymetr jej ciała, robił zdjęcia z zakamarkom. Wąchał i zapisywał na kartce różnicę intensywności zapachu. Potem przyszedł czas na smak. Musiał mieć jak najwięcej danych. Zaglądał wszędzie, w każdą najgłębszą intymność. Ściskał i rozciągał. Był przy tym niedelikatny, jakby była indykiem, którego trzeba przygotować do pieczenia. Gdyby się obudziła, byłaby mocno obolała.
Widzę cię teraz dobrze, moja piękna. Nie czuł przy tym seksualnego pociągu. Wręcz nie wyobrażał sobie tego. Obiekt seksualny nie mógł być tworzywem i odwrotnie. Podniósł z podłogi sztylet i stał z nim chwilę. Chciałby ją otworzyć, poczuć, jak życie uchodzi z ciała. Nieuchwytna iskra, której nie sposób zobaczyć. Na pewno poczułby ekstazę tak silną, że wryłaby się w psychikę na bardzo długo, jak z kilkoma kobietami wcześniej. Ale tym razem nie mógł. Zabronili mu.
Odłożył sztylet na stół. Kiedy już zadowalająco wymęczył nieświadomą Justynę, napisał do Walerego: „Zapraszam”. Po kilku minutach zadzwonił domofon. „Fajna dupa” – powiedział jeden z nich. „Założyłeś gumę, mam nadzieję?” – zapytał Walery. „Nie jestem gwałcicielem. Za kogo ty mnie masz?” „Za największego świra, jakiego znam. Nie jesteś gwałcicielem, ale każdy otwór spenetrowałeś dokładnie, co? I standardowo paluch urżnięty.” Nie odpowiedział. Ktoś tak nieczuły nie zrozumie artysty.
Mężczyźni wyciągnęli z toreb fartuchy zapakowane w plastikowe worki i zaczęli się przebierać. „Zabierzemy całe oczy. Nie będziemy się bawić w wycinanie” – powiedział Walery do jednego z mężczyzn. „Oczy też się przeszczepia?” – zapytał Sebastian. „Rogówkę. Mamy klienta na nerki, wątrobę, trzustkę, nawet serce. Sporo zarobisz, świrze.” „Nie jestem żadnym świrem, tylko artystą. Jak nie rozumiesz sztuki, to się nie wypowiadaj” – powiedział przez zęby. „Trzeba usunąć jej konto. Już wysłałem wiadomość do znajomka z CBŚ.
Śladu nie będzie, jak zawsze. Zanim ktoś zacznie jej szukać i będzie chciał zajrzeć na Facebooka, gdzie gościł amant artysta, po koncie Justyny i całej zawartości, łącznie z kopiami, nie będzie śladu.” „Chcę jeszcze ją obejrzeć, kiedy skończycie” – powiedział Sebastian. „I następnym razem chcę widzieć, jak kroicie. Zabierają serce. Może i nie rozumiem sztuki, szczególnie twojej, ale ty naprawdę jesteś chory” – powiedział Walery. „Wezmę język.” Sebastian zignorował obelgę. Patrzył, jak podnieśli bezwładną dziewczynę i wnieśli do zdezynfekowanego pokoju, w którym od wczoraj paliły się ultrafioletowe lampy. Czekał pod drzwiami, aż wykroili z niej wszystko, jak z prosiaka wrześni. Nawet nie zwrócili uwagi na moment jej śmierci. Tego żałował najbardziej.
Nie zobaczył pięknego, czystego aktu destrukcji. Potem nasycił oczy tym, co zostało i dokończył dokumentację. Do wystawy zostały niecałe dwa tygodnie. Pokaże na niej cztery ostatnie serie, cztery kobiety, a Justyna będzie zwieńczeniem. Zresztą od jej imienia nazwał tę wystawę „Żesty”. Zaczął już szukać nowego tworzywa na Facebooku. Przeglądał profile, komentarze młodych kobiet. Na kilka odpowiedział zaczepnie. Wypatrywał w ich słowach tego czegoś. Nie śpieszył się.
Natchnienie po Justynie wciąż było żywe, ale nie chciał znów za długo czekać. Paskudnie było nie czuć weny. Stał przed ostatnim obrazem i podziwiał swoje dzieło. I co? Jestem zerem? Dnem? Widzisz to, mamo? Tylko ja potrafię tak tworzyć. Tylko ja. Proszę państwa, mówiłem, że będzie dzisiaj krócej i jest trochę krócej.
Starałem się nie wyciągać tych materiałów, które sobie w każdym normalnym odcinku hulają. Zdaję sobie bowiem sprawę, że czas wolny to jest czas, który lepiej poświęcić chociażby na lekturę jakiejś książki. Obiecuję, że za tydzień wrócimy do normalnego rytmu jeszcze przez jakiś czas, do końca czerwca. Później odcinki wakacyjne. A zatem słyszymy się, mam nadzieję przynajmniej za tydzień w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Jeśli było trochę monotematycznie z tym panem Kleksem, to cóż, ja myślę, że od czasu do czasu warto zrobić sobie takie porównanie historyczne, trochę rzeczy przemyśleć. Jeśli nawet jakieś dzieło nam nie do końca podchodzi, można przyjąć postawę, że się po prostu nie będzie go zauważać. Preferuję inną. Lepiej to zgłębić i przynajmniej wiedzieć, dlaczego to jest na przykład słabe albo dlaczego nam się podoba.
Dobra, koniec tego dydaktyzmu. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, fajnego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[04:10:41] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.