Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademię Wszelkiej Fikcji. Gorąco się zrobiło za oknem. Gorąco robi się również na antenie Radia Paranormalium, bowiem właśnie tutaj, właśnie teraz, w tym konkretnym punkcie czasu i przestrzeni startuje kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu. 85. wydanie Bibliotekarium 2.0. Najwyższy czas zacząć. I nie będę specjalnie oryginalny, kiedy powiem, że zaczynamy od polecanek. Przyzwyczaiłem od pewnego czasu do tego, że ogłaszam zapowiedzi. Dzisiaj tak nie będzie. Dzisiaj będą książki, które już się na rynku pokazały, ale pokazały się bardzo niedawno, bo tak naprawdę w środę 15 maja 2024 roku wydawnictwo Skarpa Warszawska wypuściło szereg fajnych pozycji. Tak, wydawnictwo Skarpa Warszawska, obserwuję je od pewnego czasu i muszę powiedzieć, że to się zaczyna robić powoli lider książek o charakterze kryminalno-sensacyjnym, bardziej jednak z nastawieniem na sensację. I jestem pełen uznania.
Tam się pojawiają tytuły, proszę mi wierzyć, takie, których inne wydawnictwa powinny Skarpie Warszawskiej autentycznie zazdrościć. Przejdźmy do tych polecanek. Pierwsza pozycja to „Tranzyt” Piotra Kościelnego. Poczytajmy, o czym ten „Tranzyt” jest. Muszę państwu powiedzieć, że kiedy czytałem, naczytywałem przed audycją, to ja chyba się w tę książkę zaopatrzę. Posłuchajmy zatem. Gra wywiadów, wojska specjalne i terroryzm szalejący w całej Europie. Do Europy zmierzają tysiące uchodźców. Ludzie uciekają przed wojną, która toczy się na Bliskim Wschodzie. Jaki jest związek największego exodusu w dziejach ludzkości z pociągiem wiozącym materiały radioaktywne?
Czy pośród rzeszy uchodźców są terroryści chcący doprowadzić do nuklearnej apokalipsy? Czy w związku z wydarzeniami, które mają miejsce we Francji, Niemczech i Polsce, uda się bezpiecznie przewieźć ładunek? Czy pociąg dotrze do celu? Piotr Kościelny, autor bestsellerowych thrillerów, kreśli wizję świata ogarniętego chaosem. Świata, który niebezpiecznie zaczyna odzwierciedlać rzeczywistość. Cóż, proszę państwa, tylko westchnąć, bo rzeczywiście pewne elementy z tego, co przeczytałem, są już naszą rzeczywistością. Powtórzę: „Tranzyt”, Piotr Kościelny. Zerknijmy zatem na drugą pozycję. Druga pozycja, przypomnę, ona również ukazała się 15 maja, to książka „Wilcza chata” Michała Śmielaka. I znowu tradycyjnie zerknijmy, co znajdziemy w notce wydawniczej.
Pełen zwrotów akcji thriller od Michała Śmielaka, autora bestsellerowej „Osady”. Dla Agaty trening biegowy w sercu Bieszczad kończy się tragicznie. Zostaje napadnięta przez zamaskowanego napastnika i tylko cudem uchodzi z życiem. Ciężko ranna odzyskuje przytomność w chacie tajemniczego Piotra. Uwięziona przez załamanie pogody poznaje swojego wybawcę, odkrywając, że mężczyzna to najbardziej znany w Polsce autor kryminałów. Autor, który kilka lat temu po stracie żony i syna w wypadku na Mazurach zniknął z życia publicznego. Zaalarmowana nieobecnością Agaty właścicielka pensjonatu prosi o pomoc swojego partnera, policjanta tuż przed emeryturą. Podejrzewa, że zaginięcie dziewczyny jest powiązane z podobną sprawą sprzed dwóch lat i tajemniczym chłopakiem o bladej twarzy, który nachodził ją po nocach. Kto i dlaczego zaatakował dziewczynę? Czy zniknięcie innej kobiety kilka lat wcześniej powiązane jest z atakiem?
Czy stary policjant i właścicielka pensjonatu zdążą z pomocą? Czy wilcza chata to ratunek, czy raczej pułapka? Michał Śmielak wrzuca swoich bohaterów w górski, duszny klimat, budując atmosferę niepokoju i zwodząc czytelnika w ślepe zaułki. Gdy wydaje się, że rozwiązanie zagadki jest tuż na wyciągnięcie ręki, to zawieszenie jest charakterystyczne i wiele mówiące. Przypomnę państwu: Michał Śmielak, „Wilcza chata”. I tradycyjnie trzecia książka. Ta książka nosi tytuł „Zemsta”. Data premiery analogiczna: 15 maja. „Zemsta” to jest książka Jacka Ostrowskiego. Poczytajmy zatem.
„Zemsta” to najnowsza powieść o Zuzie Lewandowskiej oraz jej śledztwach. Pod Płockiem dokonano morderstwa osoby bardzo znanej w mieście i mającej mnóstwo wrogów. Praktycznie każdy może być zabójcą, każdy może mieć motyw. I jak tu z tak wielkiego grona podejrzanych wyłuskać tego jedynego? Zuza nie dość, że zmaga się z wyjątkowo zawiłym śledztwem, to jeszcze musi zmierzyć się z problemami życia codziennego, które tym razem okazują się być dla niej wcale nie najmniejszym wyzwaniem. Zuza ostatecznie konfrontuje się z Leszkiem Jarzębowskim. Jak rozwiąże się ta sytuacja? Czy mecenas Lewandowska znów przechytrzy przestępców? Czy znów uda się jej ośmieszyć kapitana Mariańskiego? Czy prezesowi Kaczego Pióra uda się namówić Zuzę do spisania swoich wspomnień z pobytu na Kubie?
Tak. Tyle o książce Jacka Ostrowskiego „Zemsta”. Jeśli chodzi, proszę państwa, o polecanki, to by było na dzisiaj wszystko. Tradycyjnie, proszę państwa, musimy teraz zmienić nastrój, bo nastrój zrobi się filozoficzny. Korepetycje filozoficzne czas zacząć. A dzisiaj w ramach korepetycji zapoznam państwa z tekstem, a jakże, ukazał się ten tekst w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2017 roku, w numerze szóstym, a ten tekst wyszedł spod pióra, czy może raczej klawiatury, Kamila Szymańskiego i nosi tytuł: „Czy od transhumanizmu można uciec?” No, zobaczymy. Kamil Szymański to był wówczas doktorant nauk o poznaniu i komunikacji społecznej na UMCS oraz doktorant filozofii na KUL-u. Zajmował się szeroko pojętą filozofią techniki, w tym transhumanizmem, a od niedawna — minęło kilka lat, więc ta notka nie do końca aktualna — również zagadnieniami kreatywności. Zainteresowania: gry komputerowe oraz — ach, jaka piękna pasja! — piwowarstwo domowe.
Proszę państwa, jeszcze muszę wygłosić tę formułkę. Ona jest naprawdę bardzo ważna. Formułka brzmi, że tekst dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Dlatego przypominam jeszcze raz: tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj”, a napisał go Kamil Szymański. Tytuł: „Czy od transhumanizmu można uciec?” W najbliższym czasie transhumanizm zaoferuje ci dłuższe życie, ulepszy twoje zdolności poznawcze, poprawi zdrowie, da możliwość kontrolowania emocji, a nawet wyposaży w dodatkowe zmysły. Brzmi interesująco? Niewątpliwie. Czy ludzie przyjmą owe dary oferowane przez technikę? A może inaczej: czy mają oni w ogóle jakiś wybór? DARPA pracuje nad urządzeniem, które uczyni z nas cyborgów.
BCI pozwala sparaliżowanemu ruszać ręką. Marynarka Stanów Zjednoczonych opracowuje sztuczne, inteligentne kończyny. Przeszczep skóry zamiast zastrzyku to nowa metoda leczenia cukrzycy. To tylko kilka z wielu tytułów artykułów, które możemy znaleźć na setkach popularnych portali internetowych zajmujących się tematyką współczesnych osiągnięć naukowo-technicznych, które mają w założeniu zmieniać nasz świat na lepsze. Postęp daje nam coraz większe możliwości modyfikacji świata, a także zaspokajania naszych własnych ludzkich potrzeb. Choć jeszcze do połowy XX wieku technika ingerowała głównie w świat zewnętrzny, obecnie odczuwa jednak coraz większą pokusę znacznej ingerencji również w samego człowieka. Słów parę o transhumanizmie. Transhumanizm, określany także jako H+, Humanity+, jest intelektualnym ruchem lub, wedle krytyków, ideologią zakładającym, że dotychczasową biologiczną ewolucję gatunku ludzkiego należy zastąpić ewolucją naukowo-technologiczną. Dlaczego? Ponieważ nie dość, że będzie ona dzięki temu przebiegać znacznie szybciej — wszak postęp naukowo-techniczny stale przyspiesza — to jeszcze ewolucja ta będzie możliwa do kontrolowania.
Będzie mogła być sterowana przez człowieka. Kto z nas nie chciałby, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pozbyć się swoich biologicznych mankamentów, zaś to, co w nas samych pozytywne, jeszcze bardziej ulepszyć? Nowa techniczna ewolucja według transhumanistów ma przekształcić człowieka w postczłowieka, doskonalszą wersję jego samego. Hipotetycznie postczłowieka ma cechować znacznie dłuższe życie, nawet do nieskończoności, odporność na większość chorób, wyjątkowo wyższa inteligencja czy nawet większa ilość zmysłów. By to osiągnąć, musimy wykorzystać możliwości, jakie oferują nam nauki, takie jak między innymi bioinżynieria, nanotechnologia czy medycyna. Transhumanizm zakłada, że istotna jest jedynie materialna strona ludzkiej egzystencji i to jej musimy poświęcić całą naszą uwagę. Ulepszając ludzkie ciało, ulepszamy całego człowieka. Jest to koncepcja nad wyraz optymistyczna. Według niektórych jej krytyków, jak na przykład Donna Ida, wręcz utopijna, zakładająca, że zmiany postulowane w owym nurcie po pierwsze mogą zostać zrealizowane, a po drugie są pożądane przez nas samych. Czy to bezpieczne?
Transhumanizm spotyka się z krytyką niektórych filozofów oraz środowisk religijnych. Wynika to z tego, że wiele postulatów, jak i założeń H+, jeśli zostanie zrealizowanych, może nosić cechy zabawy w Boga. Francis Fukuyama uznał transhumanizm za jedną z najbardziej niebezpiecznych idei. Teza ta została przez niego sformułowana w artykule zatytułowanym „Transhumanizm”, który ukazał się w czasopiśmie Origin Policy w 2004 roku. Pisał on tam: „Jest bardzo prawdopodobne, że podgryzamy kuszące kąski biotechnologii, nie zdając sobie sprawy z ich przyszłych moralnych kosztów”. Już dziś wiele eksperymentów medycznych budzi mnóstwo kontrowersji i jest przedmiotem dyskusji filozofów, szczególnie etyków, jak na przykład klonowanie człowieka, modyfikowanie zarodków na poziomie genetycznym czy wszczepianie implantów podskórnych, które mogą mieć wiele zastosowań, na przykład jako służbowa karta identyfikacyjna w korporacji lub środek płatniczy. Mimo iż obecnie zaawansowane badania naukowe mają miejsce głównie w laboratoriach, warto zdać sobie sprawę, że gdy zostaną z nich uwolnione, mogą spotkać się z ogromnym sprzeciwem społecznym czy nasileniem się dystopijnych wizji przyszłości. Nawet dziś kwestie takie jak eutanazja czy aborcja budzą ogromne emocje w debacie publicznej pomiędzy ich zwolennikami i przeciwnikami. Transhumaniści, tacy jak Nick Bostrom czy Mark Walker sugerują jednak, że powinniśmy zgodzić się na ewentualne ryzyko ze względu na potencjalne korzyści, które może przynieść nam nowa ewolucja technologiczna. Walker sugeruje nawet, że przemiana w post-ludzi zapewni nam większe bezpieczeństwo niż pozostanie na obecnym poziomie rozwoju gatunkowego.
Choć transhumaniści postulują wykorzystanie osiągnięć techniki i nauki w dobrym celu, to należy pamiętać, że życiowa praktyka często niesie ze sobą niespodziewane skutki. Przykładowo Richard Gatling, wynalazca i twórca kartaczownicy Gatlinga, jednej z najbardziej śmiercionośnych broni okresu wojny secesyjnej, paradoksalnie stworzył ją z pobudek humanistycznych. Liczył na to, że zwiększenie siły ognia na polu walki sprawi, że na wojnie potrzeba będzie mniej żołnierzy narażających swoje życie w walce. Wynalazek nie przyniósł jednak spodziewanego przez Gatlinga zmniejszenia wielkości armii. Musimy pamiętać, że wiele z przyszłych wynalazków, również tych transhumanistycznych, może zostać wykorzystanych do złych celów. Czy możemy uciec od transhumanizmu? Pomimo wielu obaw i dylematów, które rodzi i zapewne będzie rodzić w dalszym ciągu przyspieszony rozwój naukowo-techniczny, bylibyśmy naiwni, gdybyśmy uznali, że nie będzie on nas dotyczyć. Nawet gdybyśmy uznali rozwój techniki transhumanistycznej za niezwykle niebezpieczny i zdecydowalibyśmy się na poddanie go globalnej kontroli, to jest wątpliwe, by udało się nam utrzymać te zasady i obostrzenia dla całego świata. Przykładowo, nawet jeśli przedstawiciele Zachodu zgodziliby się na zwiększenie kontroli we własnych ośrodkach badawczych, to prawdopodobnie inne kraje, takie jak na przykład Rosja czy Chiny, widząc w transhumanizmie ogromne możliwości ulepszania ludzi, a zarazem szansę stworzenia potencjalnych nadżołnierzy, mogłyby nie mieć moralnych oporów co do prowadzenia tego typu eksperymentów. Fukuyama przekonuje nas jednak, że uznanie, iż techniki i nauki nie da się kontrolować, jest błędne.
Jeśli założymy, że techniki nie da się kontrolować, mówi Fukuyama, to stworzymy samospełniającą się przepowiednię. Według niego technikę, w szczególności tę niosącą ze sobą zagrożenie dla istnienia ludzi, należy kontrolować. Jako przykład podaje broń masowego rażenia, która podlega międzynarodowym regulacjom. Jednak by zbudować bombę atomową, trzeba ogromnego zaplecza ekonomicznego. Aczkolwiek ostatnie testy broni atomowej przeprowadzone przez Koreę Północną świadczą o tym, że nawet tak kosztowna ekonomicznie i śmiercionośna broń może wpaść w niepowołane ręce. Sądzę, że stanowiska zarówno Bostroma, jak i Fukuyamy należy wypośrodkować. Z jednej strony lekkomyślnym byłoby całkowite zlekceważenie potencjalnych zagrożeń i zrezygnowanie z jakiejkolwiek kontroli. Z drugiej strony uznanie, że można w pełni nadzorować rozwój tego typu badań byłoby utopijne, czego przykładem jest problem z kontrolowaniem rozprowadzania narkotyków czy międzynarodowego handlu bronią. Niezależnie od tego, czy postrzegamy rozwój transhumanizmu jako nadzieję na nowe, lepsze i szczęśliwsze życie, czy też jako nadchodzącą dystopijną wizję przyszłości rodem z „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya, powinniśmy przygotować się na nadchodzącą przemianę. Dlatego wydaje się rozsądne zapoczątkowanie debaty wśród społeczności międzynarodowej, by być gotowym na nadchodzącą erę postludzi.
Dzięki temu będziemy w stanie uświadomić sobie potencjalne zagrożenia, które wiążą się z rozwojem transhumanizmu, przez co zyskamy w przyszłości szansę na wyeliminowanie lub chociażby ograniczenie ich skutków. To, proszę państwa, był artykuł w „Korypetycjach filozoficznych”. Przypomnę artykuł Kamila Szymańskiego „Czy od transhumanizmu można uciec?” Tekst z dwumiesięcznika „Filozofuj” z 2017 roku. A teraz, proszę państwa, ważny punkt programu. Ważny, bo wiąże się z ukazaniem się nowej książki. Tym ważnym punktem programu jest rozmowa z Luizą Dobrzyńską, którą możecie państwo kojarzyć również jako Ewiwę. Tak, dokładnie ta sama osoba co tydzień recenzuje dla państwa książki. Słuchacie państwo jej rozważań na temat różnych, bardzo różnych tytułów, mniej lub bardziej związanych z fantastyką. A dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska pokaże się nam jako pisarka, jako autorka trylogii. Właśnie niedawno ukazał się jej drugi tom.
Ale o tym wszystkim w rozmowie. Zapraszam państwa serdecznie na wywiad z Luizą Ewiwą Dobrzyńską. Dzień dobry wieczór państwu. Witam bardzo serdecznie. A dzisiaj naszym gościem jest osoba, którą państwo bardzo dobrze znacie. Właściwie w każdym „Bibliotekarium” Luiza Eviva Dobrzyńska mówi państwu o książkach, które warto przeczytać. W związku z tym to tak, jakbyśmy dzisiaj gościli naszą dobrą znajomą. Dzień dobry wieczór, pani Luizo.
[21:03] - Dobry wieczór. Witam wszystkich państwa.
[21:06] - Pani Luizo, okazja jest bardzo dobra do spotkania, ponieważ całkiem niedawno ukazał się drugi tom pani księżycowej trylogii, tom zatytułowany „Księżyc to za mało”. Przypomnę, pierwszy tom to był „Księżyc moim przeznaczeniem” czy „Moje przeznaczenie”. Od razu widać, że te tytuły nawiązują do światowych przebojów literatury pop, takiej popularnonaukowej. Pierwszy oczywiście do powieści science fiction, drugi do powieści sensacyjnej. Ja rozumiem, pani Luizo, że to jest świadomy zabieg.
[21:53] - Tak, oczywiście. Jeżeli chodzi o drugą część, to po prostu postanowiłam, że musi mieć tytuł kojarzący się nie tylko z science fiction, ponieważ trzeba przyznać, że ta książka jest połączeniem różnych nurtów literackich. Nie tylko science fiction, ale też sensacji, political fiction oraz zwykłego kryminału.
[22:25] - Ja tak, o ile dobrze pamiętam, to taki chwyt retoryczny, bo pamiętam akurat, właściwie od początku, od pierwszego tomu pani tego rodzaju zabiegi stosuje. To znaczy pamiętam doskonale, żeby już tak podkreślić, że w pierwszym tomie mieliśmy elementy takiej antyutopii społecznej. Tam się niedobrze działo na Ziemi na pewno. Później oczywiście mamy hard science fiction. Pani jakby i w jednej, i w drugiej książce świadomie miesza gatunki. Ale do czego to pani służy? To takie czysto literackie pytanie. Jaki jest cel tego rodzaju zabiegów?
[23:11] - Zetknęłam się kiedyś z powiedzeniem, że tak naprawdę prawie każda książka jest kryminałem. I coś w tym jest. Jeżeli weźmiemy kryminał jako zagadkę, która występuje w danej książce. Jeżeli chodzi o science fiction, to dzieje się tak dostatecznie często, żeby można było uznać, że te dwa gatunki literackie są mocno ze sobą powiązane. Trudno powiedzieć, który z nich jest mi bliższy, ponieważ jakkolwiek bardzo lubię science fiction jako taką, to jednak najbardziej cenię pokojową, nieopierającą się na motywach wojennych. Ostatnio właśnie zauważyłam, że najbardziej popularne są takie, w których ta wojna występuje. Jak nie między ludźmi i kosmitami, to między samymi ludźmi. I wszystko na tym polega. Wielkie armady przemierzające kosmos, epickie bitwy, odchody i tak dalej. Powiem szczerze, bardzo tego nie lubię.
Jest to przeniesienie w kosmos tego, co jest w naszej cywilizacji najgorsze. I co właśnie powinniśmy zostawić za sobą, zanim w ten kosmos wyruszymy. Ponieważ to już jest wręcz dziecinne dla mnie sprowadzanie ludzi, którzy znajdują się już na pewnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego tak dużym, że pozwala im na zbudowanie statków dalekiego zasięgu i na eksplorację kosmosu, a jednocześnie ci sami ludzie mentalnie pozostają na poziomie jaskiniowców. Myślę, że aż tak źle z nami nie będzie. Wiem, że to może trochę trącić Star Trekiem i to tym Star Trekiem z samych początków franczyzy, ale naprawdę wolę wierzyć w to, że ludzie w taki czy w inny sposób wyewoluują na lepsze istoty niż jesteśmy teraz, a nie na gorsze. Jeżeli chodzi o samą trylogię, to akurat u mnie nie ma mowy o eksploracji kosmosu jako takiej, ponieważ rzecz dzieje się na Ziemi i na Księżycu, czyli właściwie w centrum naszego Układu Słonecznego, tam, gdzie my mieszkamy i nigdzie dalej na razie nie ruszamy. Powiedział pan, że źle się dzieje. Może niekoniecznie źle. Źle się działo. To, co opisuję, jest już umieszczone w czasach, w których ludzie zdołali przezwyciężyć to, co było najgorsze.
Kiedy cywilizacja już wyszła na prostą i zbudowała się od nowa, jest inna niż nasza. Owszem, może się wydawać, że to jest rzeczywiście mocna antyutopia. W pewnym sensie jest, ale trzeba na to popatrzeć też z innej strony, ponieważ ludzie musieli od nowa walczyć o to, żeby znów być cywilizowanymi ludźmi, żeby nie wydzierać sobie każdego kęsa, żeby znowu budować, a nie niszczyć. To wymagało poświęceń. Być może w latach następnych żelazne klamry, w których ludzkość została zamknięta, zostaną poluzowane, ale chwilowo to, że one zostały nałożone, miało cel i miało pewien sens. I to wszystko jest tam wyłożone: co, jak i dlaczego.
[26:53] - Ja myślę, pani Luizo, że jest pani nie wiem, czy niepoprawną, ale optymistką to na pewno. Kiedy pani mówi o tym, że ludzkość powinna dojrzeć i że nie ma gdzieś tam w odległym kosmosie miejsca dla takich jaskiniowych zachowań, to traktuję to jako przejaw optymizmu i takiego bardzo łagodnego spojrzenia na ludzkość. Niestety nie potrafię tego z siebie wykrzesać. Może czasami niedobrze, ale mam pytanie, bo w tym świecie, który pani opisuje, nazwijmy to takim światem podwójnym, bo Ziemia i Księżyc, jednak takie instytucje jak policja są jednak potrzebne. To, że ludzkość się zmienia, jest w trakcie tego przepoczwarzania się, nazwijmy to w ten sposób, takiego społecznego przepoczwarzania się, to jednak nie zmienia faktu, że policja, a za tym i główna bohaterka są w jakiś sposób jednak potrzebne w tym świecie.
[28:08] - Ależ oczywiście, bowiem czym innym jest świadomość społeczna, a czym innym jest świadomość jednostki. Widzi pan, my tego możemy nie dostrzegać, ale ludzie jako gatunek zmieniają się, zmieniają swój sposób myślenia. Jeszcze sto lat temu, gdyby ktoś powiedział, że zwierzęta mają takie same emocje jak ludzie i należy im się szacunek, to by go wyśmiano. A ktoś, kto czytał Victora Hugo wie, że nawet mogliby go zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Teraz nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której wychodzimy z pracy i idziemy oglądać czyjąś egzekucję. A kiedyś to było coś najzupełniej normalnego. I to wcale nie tak dawno. Gdyby poczytać protokoły policyjne z XIX wieku, może nie z XIX wieku, z czasów zaborów ogólnie, to powiedzmy, że jest dość bliskie. Chociażby z czasów Janosika, tego prawdziwego Janosika. Protokoły, jak wtedy traktowano więźniów, jak wyglądały przesłuchania, jak wyglądały egzekucje.
To było bardzo niedawno. W tej chwili, gdyby coś takiego ktoś próbował zrobić, skończyłoby się rozruchami społecznymi. A wtedy uważano to za coś nie tylko normalnego, ale wręcz pożądanego. Także nasza świadomość społeczna zmienia się. Zmienia się cały czas i cały czas ewoluuje. Ja mam nadzieję, że dojdziemy naprawdę do tego, że to, co jest w nas złe, zostanie zepchnięte rzeczywiście na margines. W mojej książce jest policja. Oczywiście, że jest, bo tak jak powiedziałam, świadomość społeczna jest jedną rzeczą, a świadomość jednostki drugą. Zawsze będą ludzie, którzy będą usiłowali naruszać porządek społeczny, jednostki zdegenerowane, ewentualnie całe organizacje przestępcze, które będą usiłowały coś zyskać. Zawsze tak będzie i trzeba będzie z nimi walczyć.
Tylko pozostaje pytanie, jakimi sposobami i kogo się będzie przy tym chronić? Czy tych, którzy naruszają porządek społeczny, czy tych, którzy go przestrzegają? To jest bardzo trudna sprawa, ponieważ ciężko jest ustalić takie przepisy kodeksu karnego i cywilnego, żeby były naprawdę sprawiedliwe, ponieważ układają je ludzie, a ludzie są omylni. Wydaje mi się jednak, że jest coraz lepiej. My tego nie widzimy, bo my mamy do dyspozycji niewiele, kilkadziesiąt lat na tej ziemi. Ale każdy historyk, który bada te sprawy bardzo łatwo narysuje wykres, który uświadomi ludziom, jak dalece nasza wrażliwość na innych jest w tej chwili większa niż kiedyś. Jaka nasza empatia stała się obszerniejsza, bo kiedyś dotyczyła praktycznie tylko rodziny, a nie ludzi obcych. W tej chwili jesteśmy w stanie płakać nad obcymi. Jesteśmy w stanie pomagać obcym dużo chętniej, niż robiono to kiedyś. Mimo że w tym świecie, który opisałam przestępstwa istnieją nadal, zbrodnia istnieje nadal, to jednak ludzkość jest już jakaś inna.
Nie twierdzę, że ona jest lepsza niż teraz, bo ja opisuję tylko jedną możliwą drogę rozwojową, a przecież nie wiadomo, jaką drogą podąży ta ludzkość prawdziwa, nie ta z książki. Wydaje mi się jednak, że możemy mieć nadzieję.
[31:59] - Pani Luizo, kiedy patrzę na to, co pani opisała w swoich dwóch tomach, trzeci dopiero przed nami, to zastanawiam się i właśnie nie chcę popełnić błędu. Nie chcę naszym słuchaczom opowiedzieć zbyt wiele, więc przerzucę to oczywiście na panią. Gdyby pani miała opisać ten świat tak, żeby nie zdradzić tych momentów kluczowych, to jakby pani ów świat księżycowy scharakteryzowała. Nie, to złe słowo. Opisała to chyba lepsze słowo, bo bardziej chodzi mi właśnie o te odczucia bardziej ludzkie, z ludzkiej perspektywy, a nie o suchą charakterystykę.
[32:52] - W odniesieniu do Ziemi, Księżyc w tej powieści jest czymś w rodzaju Dzikiego Zachodu. Jest tam miasto, które wyrosło z kolonii górniczej. Panują w nim troszkę inne warunki niż na Ziemi, ponieważ po prostu Księżyc jest inny i inni są tam ludzie. Księżyc nie jest nastawiony na przykład na rozwój jako taki. Nadal tam najważniejsze jest wydobywanie surowców i ich przetwarzanie. Mieszkający tam ludzie nie tworzą jakiejś społeczności tak naprawdę. Większość z nich tam jest tylko czasowo, ale jest to świat klaustrofobiczny, ponieważ po to, żeby miasto mogło funkcjonować, znajduje się pod kopułą. Wiadomo, że nie można miasta opuścić bezkarnie po prostu z tego powodu, że warunki na zewnątrz są skrajnie niebezpieczne. Księżyc, jak wiadomo, nie jest przyjazny. Nie jest to nawet świat opisany przez Żuławskiego.
Wiemy, że tam przeżyć nie można. Dlatego ludzie mają do dyspozycji miasto i dzielnice przyległe do miasta, czyli dzielnicę przemysłową głównie oraz korytarze, które służą do przemieszczania się z miasta do kopalni, ewentualnie do fabryki. I to jest ich cały świat. Mieszkając tam jakiś czas, każdy nabawia się różnych problemów psychicznych. Najczęstsza jest to, jak w pierwszym tomie opisywałam depresja księżycowa. Prawie wszyscy muszą się na to leczyć. Ludzie, którzy tam mieszkają, czasem nie dają rady, czasami się staczają, czasem uciekają z powrotem na Ziemię, a czasem nawet już na to nie mają siły i wegetują. To nie jest przyjazne miejsce, a na dodatek, chociaż tam obowiązuje ten sam kodeks karny i społeczny co na Ziemi, to bardzo trudno jest go przestrzegać. Przede wszystkim dlatego, że policji jest niewiele. Na terenie zakładów ich rolę pełnią Straż Przemysłowa i Policja Przemysłowa.
Natomiast policja państwowa jest w Lunarze przede wszystkim skrajnie niedoinwestowana. Mało kto chce w niej służyć, a ci, którzy tam już w niej są, już okrzepli w roli policjantów, mają bardzo trudne zadanie, bo ciężko jest przeprowadzać śledztwo w społeczności, w której panuje zmowa milczenia. Ponieważ to jest właściwie jedyna rzecz, która górników łączy ze sobą. Tworzą rodzaj mafii. Jeden nie donosi na drugiego, przed policją się nie zeznaje, ponieważ ich rola... W ogóle zawód górnika jest bardzo ciężki nawet tu na ziemi, cóż dopiero wyobraźmy to sobie na Księżycu. Oni muszą sobie bezwzględnie ufać. Stąd właśnie ten kodeks. Ale kiedy zdarzy się zbrodnia właśnie w środowisku górników, to tym trudniej jest policji ją rozwikłać. Tak to mniej więcej wygląda.
Naturalnie ludzie, którzy mieszkają w Lunarze są pozbawieni nie tylko tego, co wydaje się normalne na Ziemi. Choćby widoku nieba, swobodnego wiatru, wszystkiego tego, co można zobaczyć będąc tutaj. Tam tego nie ma. Tam można tylko właściwie pracować i spać. Są niby miejsca rozrywkowe, ale głównie służą temu, żeby człowiek po prostu Zażył jakieś narkotyki, na chwilę odleciał. Właśnie takie jest to miejsce, bardzo trudne do życia. I w tym miejscu znajduje się osoba bardzo wrażliwa, która musi zostać ukryta przed ludźmi z Ziemi. Właśnie moja bohaterka. Ponieważ ona z zawodu jest bibliotekarką i technikiem zieleni, a musi stać się policjantką, musi stać się detektywem policyjnym. I okazuje się, że ma do tego talent.
Wielu z nas drzemią różne talenty, z których nie zdajemy sobie po prostu sprawy. Nie mamy bodźca, żeby je uruchomić. U niej to zadziałało, ale tak naprawdę to wygnanie niszczy jednostkę, która mogłaby robić coś zupełnie innego. I książka jest także o tym.
[37:29] - Pani Luizo, za chwilę porozmawiamy jeszcze o pani bohaterce, ale kiedy słuchałem tego opisu księżycowej rzeczywistości, przyszło mi do głowy, że takie miejsce pełne twardych ludzi, ciężko pracujących, to jest też miejsce, które nie sprzyja takim zachowaniom jak na przykład szacunek dla policji czy nawet szacunek dla kobiety funkcjonariuszki to już zupełnie. Tak się zastanawiam, jak to w pani świecie wygląda.
[38:09] - Tak, nie sprzyja. Rzeczywiście, bo szef mojej bohaterki nawet ostrzega ją, że w pewnych miejscach nie należy się pokazywać, bo może zostać tam źle potraktowana. Ona właściwie żyje tylko w otoczeniu policjantów. Nie wypuszcza się na przykład na spacer gdzieś sama, gdyż byłoby to niebezpieczne, gdyby ktoś na przykład nie poznał, że ma do czynienia z policjantką albo co gorsza, gdyby poznał. Mogłoby być różnie, to prawda. Jeżeli chodzi o to, jak w tym miejscu są traktowane kobiety, można powiedzieć, że trochę stosunek do kobiet tutaj uległ trochę zmianie. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, co mamy teraz, znaczy zmianie jak zmianie, po prostu kobiety są traktowane w zasadzie podobnie jak w XX wieku, ponieważ z powodu katastrofy, która miała miejsce, a która spowodowała ogromne zniszczenia, z których trzeba było później cywilizację odbudowywać z powrotem, sprowadziła postrzeganie kobiet jako osób słabszych fizycznie, nie psychicznie, ale fizycznie, a więc do pewnych zadań niekoniecznie najlepszych. Na przykład dobre są w administrowaniu, ale już jako górnik kobieta się nie sprawdzi. I ma to sens. Z jakiegoś powodu przyroda obdarzyła mężczyznę lepszym potencjałem mięśniowym, jeżeli chodzi o właśnie tego typu rzeczy.
Natomiast kobiety są wytrzymalsze w innych sprawach. Wiem, że to, co mówię, może brzmieć teraz dziwnie, bo w tej chwili mówi się, że absolutnie nie ma żadnej różnicy między kobietą i mężczyzną i tak dalej, ale to bzdura, ponieważ różnica jest. Sama biologia ją stworzyła. I tu nie chodzi o to, która płeć jest gorsza, a która lepsza. To tak, jakby powiedzieć, co jest lepsze mikroskop czy młotek. Jeżeli chce się na przykład rozbić orzech, lepiej go nie walić mikroskopem. Moim zdaniem nasza cywilizacja w tej sprawie trochę się zapędziła w kozi róg. No ale to już jest inna kwestia. Natomiast w drugiej części, chociaż właściwie bardziej już w trzeciej części widać, że koledzy traktują moją bohaterkę trochę, jakby to powiedzieć, bardziej opiekuńczo niż na równi. Nie chodzi tutaj wcale o to, że właśnie, że ona jest kobietą, ponieważ w Lunarze na komendzie też służą kobiety, tylko są to kobiety innego typu.
Wita, jak już powiedziałam, była bibliotekarką. Jest nazywana z przekąsem przez kolegów panienką z dobrego domu. Wiedzą, że ona tak naprawdę tak bardzo nie pasuje do nich. Tyle że ona w pewnym momencie udowadnia, że być może nie pasuje, ale potrafi się dopasować, że potrafi być skuteczna, potrafi być użyteczna w tej robocie. Także myślę, że to po prostu tutaj mamy do czynienia po prostu z innym sposobem patrzenia na te sprawy. To jest świat, który zbyt wiele przeżył, żeby wymyślać sobie dodatkowe problemy. Tam po prostu wszystko traktują w sposób, starają się traktować w sposób rzeczowy i logiczny. I to tak wygląda.
[41:44] - Pani Luizo, zostańmy jeszcze przy pani bohaterce. Zaczęła ją pani w pewnym sensie charakteryzować, ale ja bym poprosił o taką ludzką charakterystykę. To znaczy, kim jest pani bohaterka? Co ją w życiu, co ją w życiu, no, użyję takiego słowa nakręca. Co jest dla niej ważne? Co jest dla niej mało ważne? Co ją wzrusza? Co ją, co ją przeraża? I tak dalej, i tak dalej. Ponieważ mamy już drugi tom, przypomnę „Księżyc.
Moje przeznaczenie" i drugi tom to jest „Księżyc to za mało", no to już możemy bohaterkę całkiem nieźle poznać. Pewno dodatkowe punkty, dodatkowe elementy jej wyposażenia osobistego poznamy w tomie trzecim. Ale teraz, na dzisiaj, na drugi tom. Kim jest pani bohaterka?
[42:46] - Kim, kim jest? Może zacznijmy od tego, skąd się w ogóle wzięła. Lita została wychowana w rodzinie społecznej. W tym świecie akurat adopcja osieroconych dzieci jest rzadka. Zdarza się, ale jest rzadka. Przeważnie wychowują się w tak zwanych rodzinach społecznych, czyli w czymś, co teraz się nazywa rodziną zastępczą. Została wychowana przez kobietę, która uważała, że nie należy stawiać sobie celów nieosiągalnych. W związku z tym Lita nie potrafiła może, jakby to powiedzieć, uwierzyć w siebie, uwierzyć w to, że może robić w życiu coś więcej niż na przykład to, co robiła. Była bibliotekarką, znała się na hodowli kwiatów, ale jak się okazało, to była tylko część jej talentów. Jednak wychowanie, które odebrała, stłamsiło w niej wiarę w siebie, wiarę w to, że może osiągnąć coś więcej niż to, co jest przypisane do jej klasy społecznej.
Albowiem ten świat jest podzielony na klasy. Klasy, które są oparte o poziom inteligencji. Jak się okazuje, już w pierwszym tomie klasyfikacja nadana przy urodzeniu, a określana metodą pomiarów synaptycznych, może być przekroczona, ale ludzie o tym nie wiedzą. To nie jest wiedza powszechnie dostępna. Społeczny brat Lity nie dał się w to wepchnąć. On wierzył w to, że osiągnie coś więcej i osiągnął zresztą. Ale ona tego nie umiała. Musiało się w jej życiu przytrafić coś naprawdę koszmarnego, żeby wyrwała się z ram, które wydawały się jej najbezpieczniejszym schronieniem. Ponieważ Lita z natury tak naprawdę jest osobą dość nieśmiałą, pełną kompleksów. To, że ona została z tego wyrwana, wyrwana ze swojego bezpiecznego środowiska, z jednej strony było tragedią, ale z drugiej strony też obudziło w niej to, co było uśpione.
Siłę, której ona sobie w ogóle nie uświadamiała.
[45:14] - Pani Luizo, kiedy czytamy pierwszy tom, drugi tom, to siłą rzeczy, ponieważ wiemy, że to trylogia, to myślimy sobie o tomie trzecim. Jesteśmy przyzwyczajeni przez kolejne rozdziały do tego, że nasza bohaterka jakaś jest. Przed chwilą ją pani scharakteryzowała. Czy w tym trzecim tomie, który nadciąga, coś się zmieni? Czy bohaterka przeżyje jakiś przełom, jakąś przemianę? Mówiąc tak najprościej, pytam panią o jakieś „niespodzianki”, ale to weźmy w duże cudzysłów, które pani jako autorka przygotowała.
[46:04] - Znaczy można powiedzieć tak, że sama Lita się za bardzo nie zmienia. Ona jest tym, kim jest. Staje się silniejsza. To prawda, ale to nie oznacza zmiany. To jest pewna wartość dodana. Nadal jest osobą wrażliwą, inteligentną i przede wszystkim pozbawioną egoizmu, co jest dość rzadkie u ludzi. No ale to się zdarza, zapewniam. Natomiast jeżeli chodzi o tom trzeci, to po prostu stanie w obliczu wydarzeń, które postawią jej świat do góry nogami. Dowie się o wielu rzeczach, o których nie miała pojęcia i przede wszystkim odkryje, co jest dla niej najważniejsze i co chce w życiu robić. Bo jak wiadomo, znalazła się na Księżycu w ramach, powiedzmy, takiego programu ochrony świadków.
Została policjantką, w ogóle nie mając pojęcia o tej robocie. Dopiero w trakcie się wszystkiego uczyła. Pozostaje pytanie, czy jeżeli te wydarzenia, które ją zaprowadziły na Księżyc, znajdą wreszcie swoje rozwiązanie, to co będzie z nią dalej? Ona będzie musiała podjąć decyzję. Nikt tego za nią nie zrobi. Ale tutaj nie chodzi tylko o nią. Tutaj mamy do czynienia też z innymi bohaterami i ci, którzy przeczytali tom drugi i doszli do wniosku, że mogą z dużym prawdopodobieństwem nakreślić, co będzie w tomie trzecim, mogę już od razu powiedzieć, że się mylą. Zapewniam, że czeka ich ogromne zaskoczenie.
[47:45] - Pani Luizo, chciałbym nawiązać do początku naszej rozmowy. Tam pani podkreśliła, że takie dwa gatunki literackie jak science fiction i powieść sensacyjno-kryminalna są ze sobą ściśle powiązane. Bardzo często występują na jednym obszarze czytelniczym, że tak powiem. To chciałbym zapytać, ponieważ pani książka ewidentnie jest połączeniem literatury SF oraz książki sensacyjno-kryminalnej. Pierwsze pytanie, na które jest bardzo łatwo myślę chyba odpowiedzieć, którą literaturę pani woli? A już się i tak domyślam, ale to nie jest zasadnicze pytanie. To główne pytanie, które chciałbym wywieść, to takie: czy trudno się— to kuchnia literacka — czy trudno wymyśla się sprawy kryminalne, które później trzeba opisać?
[48:49] - Powiem tak: w swoim życiu napisałam właściwie jedną powieść stricte kryminalną. Została wydana przez Astrum i zresztą żałuję tego teraz, bo w zasadzie należało z tym poczekać. Poczekać i ją dopracować. Wymyślenie samej intrygi nie jest może takie trudne, ale tak naprawdę kryminał jest dość skomplikowanym gatunkiem. Oczywiście, jeżeli człowiek chce napisać coś, do czego nie przyczepi się nie tylko krytyk, ale też fachowiec, na przykład policjant, który przeprowadza dochodzenia, przeczyta to i będzie się śmiał. Właśnie o to chodzi, żeby tego uniknąć. Trzeba wiele wiedzieć. Dla mnie jest to bardzo trudne. Bardzo lubię dobre kryminały, ale dobre. I tutaj właśnie cały haczyk tkwi w tym, co uznać za dobre, bo zdarzało mi się czytać bardzo popularnych polskich pisarzy, przy których po pierwsze zastanawiałam się, dlaczego leje tyle wody, kiedy cała treść dałaby się zmieścić w połowie książki, a po drugie zamieszczane tam rozwiązania były tak tragicznie nielogiczne, że naprawdę zastanawiałam się, dlaczego jakiś redaktor nie zwrócił na to uwagi.
Ale to są moje prywatne odczucia pod tym względem. Według mnie dobry kryminał może być częścią science fiction i bardzo często jest albo kryminał, albo sensacja, albo nawet jedno i drugie. Ale jeżeli ktoś chce napisać taki, który jest tylko kryminałem i nie ośmieszyć się przy tym, napisać coś dobrego, to musi być naprawdę bardzo dobrym pisarzem. Nie tylko dobrym, również oczytanym, znającym literaturę fachową i nie tylko literaturę fachową dotyczącą samej zbrodni. Również pewne sprawy z dziedziny nauk ścisłych. To wszystko trzeba wiedzieć. Może się wydawać, że cóż trudnego napisać, że ktoś kogoś grzmotnął w łeb i później nie mogą go znaleźć. No nie, właśnie jest to bardzo trudne. A jeżeli ktoś uważa, że to jest łatwe, niech spróbuje. Powiem uczciwie, mnie się udało napisać jeden.
Jeden. Uważam, że ta książka jest całkiem udana, chociaż należałoby ją jeszcze dopracować. Chciałabym kiedyś móc to zrobić i wydać wersję poprawioną i rozszerzoną, ale drugi raz bym się chyba za to nie wzięła, gdyż po prostu nie jest to coś, w czym się mocno czuję. Po prostu wolałabym się nie ośmieszać. A pisząc kryminały akurat bardzo o to łatwo. Szczególnie jak się właśnie nie do końca zna pewne niuanse techniczne, medyczne czy dotyczące typowej roboty policyjnej.
[51:46] - Pani Luizo, ja bym nie był sobą, gdybym po takiej wypowiedzi nie pociągnął pani za język. I już pomińmy milczeniem tych nieudanych pisarzy, ale gdyby pani zechciała jako osoba, sama pani podkreśliła, lubiąca kryminały, polecić ze dwóch, trzech autorów, może jakieś tytuły, to ja bym był niezwykle wdzięczny.
[52:15] - Oj, to byłby problem. Niestety moją ulubioną autorką jest oczywiście Agatha Christie. Uważam, że absolutnie nikt nie jest w stanie jej dorównać. Natomiast jeżeli chodzi o innych autorów, gdyby ktoś chciał poczytać kryminał na naprawdę dobrym poziomie, to radziłabym po prostu sięgnąć do archiwum z czasów PRL-u. Oczywiście można powiedzieć, że PRL to był straszny okres dla Polski, bo był. Ale literatura kryminalna, jaką wtedy mieliśmy, bije na głowę wszystko, co mamy teraz. Chociaż to były na ogół dość krótkie książki, nie były rozdmuchane do nie wiadomo jakich rozmiarów, ale naprawdę ich treść była świetna. A więc na przykład Eddy Gay choćby. Dobre są kryminały pisarza występującego pod pseudonimem Joe Alex. Tylko brać i wybierać.
Wpisać sobie w przeglądarkę kryminał, przedział czasowy i wyskoczy. Prawie każda z tych książek to jest perełka. W tej chwili już nie czytam kryminałów, bo po prostu mam co innego do roboty, ale kiedyś, kiedy byłam młodą dziewczyną, czytałam ich bardzo wiele. Właśnie z tej biblioteki z kluczykiem, z jamnikiem. To różne były te serie sprzedawane w kioskach Ruchu po parę złotych. Naprawdę to było dla nas coś, na co się czekało. Kupowało się każdą z tych wydanych książek i one były naprawdę świetnie skonstruowana intryga, zwięzły styl, bohaterowie ciekawie opisani. Teraz ci autorzy gdzieś poginęli, a szkoda.
[54:12] - Ze świata kryminału proponuję wrócić jednak do świata science fiction. Wiemy już, że ta trylogia księżycowa, tak ją pozwolę sobie określać, świadome nawiązanie do Żuławskiego, ale w końcu w obu wypadkach chodzi o Księżyc.
[54:32] - No tak, ale widzimy tu Żuławskiego.
[54:34] - Ale chciałbym zapytać. Wiemy, że będzie tom trzeci, że on dokona pewnych przeformułowań, coś zmieni w odbiorze bohaterki. Ale tu mam pytanie kolejne, bo trzeci tom przed nami, ale bardzo często w naszych czasach jest tak, że autor bywa wodzony na pokuszenie. To znaczy jak już są trzy tomy, jest trylogia, a to może jednak tetralogia?
[55:08] - Ależ ma pan wyczucie!
[55:13] - To słucham i strzygę uchem, bo to naprawdę ciekawe.
[55:18] - Widzi pan, ta moja „Księżycowa trylogia" po raz pierwszy wyszła na Zachodzie, w hawajskim wydawnictwie Royal Hawaiian Press i stamtąd kilka razy dostałam list z pytaniem, czy napisałabym coś jeszcze tego rodzaju. I zaczęłam pisać. Tylko że to nie będzie tom czwarty. To będzie następny cykl. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, ma się rozumieć, bo mam już rozrysowane wszystko, jak to ma wyglądać. Tu nie tylko chodzi o to, że rzeczywiście z Hawajów mnie monitują, żebym się tym zajęła, ale samemu czasami trudno się rozstać ze światem, który człowiek stworzył. W tym świecie przecież też funkcjonuje moja pierwsza trylogia, jaką w życiu napisałam. Tylko że to akurat „Trylogia księżycowa" jest wcześniejsza niż to. Tamte książki opisywały czas późniejszy i oczywiście zupełnie innych bohaterów. Ale tutaj mam coś takiego, że naprawdę ciężko mi się z tym rozstać.
I to przecież nie tylko chodzi o moją bohaterkę. Jasne, Lita jest postacią główną, ale też ona jest nie tyle bohaterem przebojowym, który wysuwa się na plan pierwszy. Owszem, może jest, ale koło niej rozgrywa się bardzo dużo. W wielu momentach ona jest tylko obserwatorką rzeczywistości. Tam się dzieje mnóstwo rzeczy związanych z polityką, z ustrojem społecznym i z rozgrywkami gospodarczymi. Ponieważ, jak już wcześniej powiedziałam, na Księżycu mamy do czynienia z kolonią górniczą oraz w ogóle z kompleksem przemysłowym. Wiadomo, że coś takiego nigdy nie funkcjonuje ot tak sobie. Tym zarządzają wielkie korporacje, pomiędzy którymi toczy się nieustanna gra. Kto będzie silniejszy, kogo się uda podporządkować, ewentualnie wyeliminować. I to wszystko jest obserwowane właśnie przez Litę.
To jest coś, o czym ona wcześniej nie miała pojęcia mieszkając na Ziemi. W ogóle nie wiedziała, że coś takiego się dzieje. Nie wiedziała, jak to się może skończyć. A kończy się w sposób, powiedziałabym, trudny do odgadnięcia. Nie chcę się tu chwalić, ale uważam, powtórzę to jeszcze raz, że ci, którzy myślą, że już wiedzą, co i jak się skończy, mylą się.
[58:17] - Teraz będę stąpał po trochę grząskim gruncie, bo tak naprawdę nic nie wiem o tym kolejnym cyklu, który w jakiś sposób będzie nawiązywał do pierwszej trylogii. W związku z tym stawiam pytanie bardzo ostrożnie. To znaczy, czy może pani powiedzieć, czy w tym nowym cyklu on będzie powiązany z tym pierwszym, z tą pierwszą trylogią, bohaterką i miejscem, czy może tylko jeden z elementów wystąpi? Mówiąc krótko, chciałbym się czegoś o tym kolejnym tomie dowiedzieć. Oczywiście wiem, że autorzy bardzo niechętnie mówią o pracach rozpoczętych, a nieskończonych, ale może coś mi się uda jednak wyciągnąć.
[59:08] - Powiem tylko, że w tym nowym cyklu kto inny będzie głównym bohaterem, ale mimo to będzie się to wiązało jak najbardziej. W tym nowym cyklu wszystkich tych poprzednich spotkamy, tylko kto inny będzie w centrum uwagi z bardzo ważnego powodu. Albowiem Księżyc po prostu ciągle będzie tym samym Dzikim Zachodem, który trzeba opanować. A tak czy inaczej, z Ziemi ciągle musi iść wsparcie. Żaden policjant tam nie przybywa z własnej woli. To już wiadomo. W pierwszym tomie to było podkreślone, że Księżyc to nie jest miejsce kariery, tylko miejsce zsyłki. Przybędzie ktoś nowy i zacznie się. I starczy.
[01:00:05] - Okej, nie ciągnę pani za język, bo wiem, że to jest jednak wielka tajemnica, coś, co powstaje. Ale ponieważ gdzieś tak nieuchronnie zbliżamy się do końca naszej rozmowy, to już niektórzy słuchacze zapewne zacierają dłonie, bo musi paść pytanie, które w jakiś sposób nie zawsze autorom leży. Właściwie to nie jest pytanie. To jest propozycja, oferta. Gdyby pani miała napisać blurb do drugiego tomu, wiadomo, w blurbie stawia się akcenty, stara się przyciągnąć czytelnika pod tytułem coś takiego robi się pod tytułem „Czytajcie, czytajcie, dlatego, że...". To gdyby pani taki blurb do drugiego tomu, czyli do tomu „Księżyc to za mało" miała ułożyć, to jak on mniej więcej, nie myślę o formie literackiej, bardziej o znaczeniach, to które znaczenia by pani podkreśliła?
[01:01:10] - Akurat w blurbach dobra nie jestem.
[01:01:14] - Pani Luizo, nikt nie jest dobry w blurbach. Całkiem niedawno miałem okazję coś takiego tworzyć. Męka, przyznam się, jest ogromna. Na pewno dlatego jakiś złośliwy ze mnie wychodzi, że ja zawsze wszystkim swoim gościom tego rodzaju pytania zadaję. To jest jakaś kompensacja. Nie wiem, nie jestem psychologiem, ale muszę powiedzieć, że to chyba jakaś złośliwość ze mnie wychodzi. Odpuśćmy autoanalizę i oddaję pani głos.
[01:01:51] - Trzeba by podkreślić, że drugi tom skupia się trochę na czym innym niż pierwszy. Tutaj może taki drobny, niewielki spoiler. Jak wiemy, w pierwszym tomie bardzo ważną postacią jest android, z którym zaprzyjaźnia się Lita. W drugim tomie on schodzi trochę na dalszy plan. Dzieje się tak z bardzo ważnego powodu, ponieważ drugi tom poświęcony jest czemuś innemu, innego rodzaju związkom, innego rodzaju uczuciom. Lita ciągle musi szukać tego, co jest dla niej najważniejsze i szuka tego. Z tym że, ale to jest akurat kwestia już trzeciego tomu, nie zawsze to, co myśli, że już ma, jest takie, jak jej się wydaje. Dlatego, ponieważ jej życie jest bardzo skomplikowane po tym, co się stało. A jak wiemy, spotkało ją coś naprawdę tragicznego, ponieważ jedynie najbardziej zaawansowana medycyna w ogóle ocaliła jej życie. Lita w tej chwili czasami czuje się bardziej cyborgiem niż człowiekiem, ma w sobie tyle wszczepów.
To też wpływa na jej zachowanie, wpływa na jej samoocenę oraz na relacje, które nawiązuje z innymi. I właśnie niejako przez to Lita zaczyna dojrzewać nie tylko jako kobieta, ponieważ wcześniej, przed tą całą tragedią, mimo że była dorosłą kobietą, jednak w środku ciągle była dziewczynką. Natomiast na Księżycu zaczyna dojrzewać i jako policjantka, i jako kobieta. I właśnie temu procesowi jest poświęcony ten drugi tom. Naprawdę nie wiem, jak by to trzeba było ująć w blurbie.
[01:03:55] - Ja myślę, że blurb to było takie hasło wywoławcze, a myślę, że zdołała pani zainteresować naszych słuchaczy tym, co pani napisała. Miałem kończyć już rozmowę, ale muszę zapytać o jedną rzecz. Skoro już pani sama powiedziała o androidzie i o pewnej cyborgizacji głównej bohaterki, a skądinąd, jak to się ładnie w wywiadach mówi, skądinąd wiem, że jedną z pani fascynacji literackich jest proza Asimowa, a przynajmniej część tej prozy, to chciałbym zapytać, czy te androidyczne nawiązania to jest jakieś echo lektur Isaaca Asimova?
[01:04:45] - Trudno powiedzieć. Częściowo na pewno. W tej chwili nawet nie ma co się zarzekać, ponieważ każdy pisarz pozostaje pod czyimś wpływem. Żyjemy w czasach, kiedy literatura jest strawą powszechną i nie ma takiej możliwości, żeby nie wpłynęła na czyjś umysł. Na pewno Asimov wywarł na mnie duże wrażenie, ale przed nim czytałam wiele książek innych pisarzy. Moim ulubionym od zawsze jest Lem. Przed tym, jak przeczytałam „Pozytronowego detektywa" Asimova, zainteresowałam się problemem sztucznej inteligencji dzięki dwóm utworom Lema: opowiadaniu „Terminus" oraz „Powrotowi z gwiazd". W „Powrocie z gwiazd" Lem opisuje wizytowanie fabryki, właściwie nie tyle fabryki, co przetwórni złomu elektronicznego. I tam styka się ze sztuczną inteligencją oddaną na złom. Jest to niezwykle przejmująca scena i właśnie ona spowodowała, że po raz pierwszy zaczęłam myśleć o tym, czy możliwe jest, żeby sztuczna inteligencja zyskała świadomość, samoświadomość, świadomość własnego ja i jakie będą tego konsekwencje, jeżeli coś takiego się stanie.
Także tutaj można powiedzieć, to nie była tylko, że tak powiem, wina Asimova, że się tym zainteresowałam. Zresztą wcześniej też czytywałam książki radzieckich pisarzy fantastyki, bo co byśmy nie mówili o ZSRR i co byśmy nie mówili o Rosji, to pisarzy fantastyki i science fiction, znaczy i fantasy, mają genialnych. A pierwszym, całkowicie pierwszym androidem, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie, była Nia z filmu „Prześcieradło do gwiazd”. To był film radziecki. Teraz sobie o tym przypomniałam. Tak, to było wtedy, kiedy po raz pierwszy zainteresowałam się sztuczną inteligencją i potem szukałam we wszystkich książkach fantastycznych właśnie tego tematu. Chociaż tak naprawdę było go zaskakująco mało. Rozumiem, że teraz raczej uciekamy od filmów radzieckich. One były rzeczywiście przesycone propagandą, ale ten film naprawdę świetny był. Świetny właśnie w ukazaniu androida, który uczy się siebie, ma własne uczucia i chce przekonać ludzi, że je ma, że nie można go traktować jak stołu, który się przesuwa z kąta w kąt.
[01:07:54] - Pani Luizo, pięknie pani dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Myślę, że pani książka zyskała właśnie niniejszym kilku nowych czytelników. Taką mam przynajmniej nadzieję. A i te refleksje na koniec dotyczące sztucznej inteligencji, samoświadomości. Myślę, że to są pytania, które dzisiaj zadaje sobie bardzo, bardzo wielu ludzi, bo one tak dosyć niespodziewanie, albo wszystko zawsze jest niespodziewane, więc tak dosyć niespodziewanie stanęły koło nas te pytania. I czas byłby już powoli zacząć udzielać odpowiedzi.
[01:08:34] - Jeśli można, chciałam jeszcze coś powiedzieć. Otóż Monty jest androidem, którego Lita próbuje zrozumieć. Jest pokazane, jak bardzo trudno jest pojąć, jak on myśli, bo wiadomo, że on myśli, ale myśli w sposób odmienny niż ludzie. I właśnie o to chodzi, że jeżeli będziemy mieli do czynienia ze sztuczną inteligencją, nie taką, że ona nam stworzy kilka obrazków, tylko rzeczywistą inteligencją wytworzoną sztucznie, możemy w ogóle nie móc się z nią porozumieć.
[01:09:09] - Czy pani się tego boi? Bo ja się na przykład właśnie tego najbardziej obawiam, że nie będziemy w stanie się dogadać z naszym tworem i on może zrobić nam krzywdę nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że czegoś nie uwzględni, analizując naszą ludzką kondycję po prostu.
[01:09:30] - Tak, ponieważ on po prostu będzie rozumował po swojemu. I tutaj znowu kłania się Lem. „Bajki robotów”, opowieść o przyjacielu Automatyusza. Właśnie o to chodzi. Tam jest pokazane właśnie to postrzeganie. Sytuacja beznadziejna. Co zrobi robot? Robot doradza, automatyczny przyjaciel doradza samobójstwo, bo co można innego zrobić? Robot w takiej sytuacji może uznać, że najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu skręcenie karku człowiekowi, żeby się nie męczył. Człowiek tego nie zrobi.
Człowiek będzie szukał wyjścia. To właśnie na przykład opisałam w niewydanej jeszcze w Polsce powieści „Chwast”, to jest zakończenie mojej poprzedniej trylogii „Legendy przyszłości”. Tam właśnie jest scena, w której android jest odcięty razem z ranną, rodzącą kobietą. Nie robi nic, żeby jej pomóc. Nigdy nie widział takiej sytuacji, nigdy o niej nigdzie nie słyszał. Nie wie, co robić, więc nie robi nic. Człowiek zrobiłby cokolwiek. Posłużyłby się instynktem. On tego nie potrafi, bo instynktu nie ma. Tak to będzie wyglądało mniej więcej.
[01:10:55] - Bardzo filozoficznie zakończyliśmy, pani Luizo, naszą rozmowę. Ja jeszcze raz pięknie pani dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[01:11:02] - Ja również dziękuję.
[01:11:03] - Cóż, liczę na kolejne spotkania, a nasi słuchacze „Bibliotekarium 2.0” mają do dyspozycji pani recenzje co tydzień. Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:11:18] - Do usłyszenia panie Marku.
[01:11:22] - Proszę państwa, czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem omówimy film i zawsze się boję, że się kropnę w angielskim tytule, więc się pewno kropnę, ale i tak spróbuję go wymówić. „Late night with the Devil”. Jakoś tak podobnie. A zatem zapraszam. To będzie ciekawa rozmowa. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:11:48] - Witam, witam.
[01:11:50] - Dzisiaj jestem w dobrym nastroju, bo poleciłeś film, który obejrzałem z taką pewną radością. Oczywiście się nie strzelali, ale mimo wszystko ten film mnie przykuł do fotela i obejrzałem go z rosnącym napięciem oraz takim przekonaniem, że coś się dzieje i dzieje się coś fajnego zarówno w tej sferze narracyjnej, którą śledzę na ekranie, jak i w tej filmowej, ogólnej, z tej pozycji meta obserwowanej, że to jest po prostu pewien zabieg zastosowany w filmie, o którym dzisiaj będziemy mówić, który w jakimś stopniu jest nowy. I o ile nie znoszę filmów tych z ręki kręconych, zawsze zapominam tej nazwy. Wiem, że „footage”, „futaż” jest tam w końcówce, to o ile takich filmów nie znoszę, to ten rodzaj, który został zaprezentowany jak najbardziej mi odpowiada. A teraz zdradzamy tytuł filmu. A ponieważ jest po angielsku, to ty to zrobisz lepiej.
[01:13:00] - Tak, dzisiaj omawiamy kolejną nowość. Może nie kinową, ale taką bardziej platformową: "Late Night with the Devil", czyli "Późna noc z diabłem". Natomiast to trzeba tłumaczyć troszeczkę inaczej, bo to jest tytuł programu, w zasadzie talk show. Jest to bardzo ciekawa, intrygująca pozycja na arenie horrorowej, utrzymana w lekkim klimacie retro. Film ten opowiada historię popularnego prezentera telewizyjnego Jacka Del Roya, który walczy o oglądalność ze swoim największym przeciwnikiem. Mamy przedstawiony w tym filmie odcinek halloweenowy, który zmieni w jego karierze dosłownie wszystko. Film ten, o którym dzisiaj mówimy, to nie jest typowy horror. Nie jest to może found footage. To jest relacja z programu emitowanego na żywo, który prowadzi Del Roy, który nosi tytuł "Night Owls", czyli "Nocne sowy". I w tym odcinku będą się działy rzeczy dosłownie nie z tej ziemi.
Ale nim się to wszystko wydarzy, to poznajemy krótką historię tego programu i krótką historię jego autora. Otóż jest on nieco zdesperowaną gwiazdą telewizji, bo musi się ciągle zadowalać byciem na drugim miejscu za swoim największym rywalem, o którym przed chwilą mówiłem, Johnym Carsonem. I to jest postać rzeczywista, co warto dodać. Carson go prześciga raz za razem, poza nielicznymi przypadkami, kiedy odcinki "Night Owls" cieszą się wybitną oglądalnością. Takim odcinkiem był ten z udziałem żony Jacka Del Roya, która była ciężko chora. Kilka tygodni później zmarła. Dowiadujemy się też na samym początku, że Jack jest członkiem jakiegoś dziwnego bractwa przeprowadzającego jeszcze dziwniejsze rytuały. Na ten odcinek halloweenowy on zaprasza magika jasnowidza, panią doktor June Ross Mitchell, która się opiekuje dziewczynką uratowaną z sekty satanistycznej oraz kogoś w rodzaju magika, który demaskuje różnego rodzaju mistyfikatorów. Jest takim rasowym sceptykiem, kimś w rodzaju Jamesa Randiego. W międzyczasie obserwujemy, jak trwają przygotowania do programu, bo ten program leci na żywo i wtedy do studia zakrada się zło.
Pierwszą ofiarą złego zostaje magik Chrystu.
[01:15:42] - Tak Piotrze, tylko ja porównując do tego found footage, miałem na myśli, że tam w pewnym momencie pojawia się informacja, że będziemy oglądać zapis, który pozostał po tym programie i konwencja, w której to jest zrobione, kiedy oglądamy przebieg programu, a te przerwy, kiedy lecą reklamy, pojawiają się plansze, które normalnie, oryginalnie w telewizji się miały pojawić. Zresztą to wszystko jest utrzymane w klimacie lat 70. Mody lat 70., robienia telewizji w latach 70. I w ogóle to wszystko wydaje się bardzo naturalne jak na tamte czasy. A te przerwy, które my śledzimy, są czarno-białe. Widzimy je w takich bardzo prostych barwach, więc to wszystko bardzo wyraźnie nawiązuje do pewnej poetyki pod tytułem: musicie w to uwierzyć, bo to jest zapis niemal prawdziwy. Oczywiście to żaden prawdziwy zapis nie jest, ale myślę, że ludzki mózg troszeczkę tak funkcjonuje, że jak mu zaczniemy wmawiać, że to prawda jest, bo to potwierdza te plansze. Na początku i na końcu one się pojawiają, jakieś przerwy. W dodatku tam jest niezły zabieg użyty, kiedy porównuje się zapis filmowy z zapisem tego, co wszyscy widzą w studiu i się okazuje, że to są dwa różne obrazy świata i tak dalej. To wszystko sprawia, że my, chcąc nie chcąc, nawet pamiętając o tym, że to jednak jest film, na chwilę, na momencik dajemy się od czasu do czasu wciągnąć w tę grę, że to prawie prawda, proszę państwa.
Muszę przyznać, że to się wpisuje w gatunek takiego kina, tak jak te wszystkie Blair Witch projekty czy Paranormal Activity. Takiego kina, które nam opowiada niemal prawdziwą historię i jeszcze to bardzo mocno podkreśla: patrz widzu, to jest prawda, niemal prawda. I to myślę, fajny zabieg jest. Powiem tak, ja szukałem szczegółów, bo pamiętałem na przykład, to już bardzo stary film zatytułowany "Tootsie", ale tam też pokazywano, jak się robi telewizję. Stary film. I tam też na przykład sposoby, w jaki się wchodzi na wizję. Tam to liczenie od pięciu, gdzie piątkę i czwórkę podaje się na głos, a resztę podaje się na palcach. Tu tego nie widać, tam z daleka widać, jak na palcach się to zlicza i pokazuje później taki płynny gest, że poszło. To jeszcze lepiej w "Tootsie" było widać. Zatem ludzie od tego filmu czerpali garściami.
I ta telewizja z lat 70. pokazana jest w sposób Ja nie wiem, czy prawdziwy. Nie byłem nigdy w amerykańskiej telewizji w latach 70., ale w sposób bardzo przekonujący. Taki, że my wierzymy, że tak ta telewizja wyglądała i to nawet wierzymy chętnie. To jest rodzaj pewnej magii, w którą jesteśmy wciągnięci. To sprawia w dodatku, że gramy w tę grę, że wciągamy się i gramy w grę właśnie taką, że oglądamy zapis starej historii, niemal prawdziwej. I ja myślę, że to jest duża rzecz w wykonaniu tego filmu. Rzecz, która przyciąga ludzi, nawet jeśli nie są miłośnikami stricte takich filmów grozy, to ten film może ich pociągnąć. Tym bardziej, że on ma nieoczywiste zakończenie, takie, które gdzieś tam zostawia nas i musimy sobie coś tam rozważyć. Mnie się ten film po prostu podobał i to już państwo zresztą słyszycie, bo po mnie to zaraz słychać, jak mi się coś podoba.
[01:20:10] - Tak, tutaj masz rację, że jeżeli od tej strony patrzymy, to rzeczywiście jest found footage, czyli znaleziona taśma z zapisem tego programu, który otoczył się złą sławą, ale też pobił wyniki oglądalności. Natomiast jak mówiłeś, w filmie cały czas widzimy, co się dzieje za kulisami w przerwach na reklamy, bo widzimy, jak do sprawy, do tego, co się dzieje w filmie podchodzą producenci, którzy za wszelką cenę chcą pobić wyniki oglądalności. Co się tam dzieje? Nie będziemy wam za dużo mówić, bo to popsuje zabawę. Natomiast Jack Delroy, chcąc być na pierwszym miejscu w tym paśmie czasu antenowego, nadużywa zaufania pani doktor, która się opiekuje dziewczynką uratowaną z sekty i zmusza ją do przeprowadzenia sesji regresji, która ma ujawnić złego ducha zamieszkującego w tym dziecku. I tak się zaczyna początek koszmaru. Nic więcej nie powiem. Może zamiast opowiadania treści przejdźmy do tych pluso-minusów naszych, do tych ogólnie komentarzy na temat filmu. Pierwszy mój komentarz będzie taki, że tam jest pewien rys realistyczny, nie tylko jeżeli chodzi o stylistykę, modę i tak dalej, ale niektóre postaci się wydają wzorowane na istniejących. Na przykład ten magik-sceptyk Carmichael, nie pamiętam nazwiska, przypomina Jamesa Randiego wspominanego.
Mamy postać, która się kojarzy z Antonem Shandorem LaVeyem. Doktor Ross Mitchell nosi cechy kilku badaczy związanych z parapsychologią: doktor Kibler Ross czy Edgara Mitchella. Także to jest taka ciekawostka dla tych, co się interesują tematyką psi czy tematyką z pogranicza, ale warto zaznaczyć, to nie jest film na faktach. On jest inspirowany, ale nie jest na faktach. Druga rzecz, którą warto podkreślić Marku, ale to już tak od kuchni bardziej. To jest bardzo ciekawe. Wiesz, to są bardzo wyraziste postaci, bo tam otrzymujemy naprawdę super widowisko, zobacz, osadzone w czterech ścianach studia. Nakręcić historię, którą się ogląda tak dobrze i która potrafi zaskoczyć, która potrafi zszokować, może trochę nawet obrzydzić i która się rozgrywa w tak kameralnym otoczeniu nie jest łatwo. To jest sztuka. Sam pomysł pokazania filmu jako talk show od kulis też jest oryginalny, chociaż takie coś pewnie już było wykorzystywane jakoś w filmach.
Widzimy tam dzięki temu, do jakich konfliktów dochodzi między poszczególnymi bohaterami i tak dalej. Sama końcówka, cóż, każdy ją sobie oceni, ale ciekawe jest to, co powiedziałeś, że ma się cały czas wrażenie i to też jest interesujące, że twórcy filmu sprawiają, że masz wrażenie, że to leci na żywo, prawda?
[01:23:15] - Tak, to prawda. W dodatku ja może zbyt łatwo ulegam pewnym wpływom, ale ja na przykład poza śledzeniem narracji, to na przykład nie mogłem przestać się, zachwycać to może za duże słowo, ale w jakimś stopniu podziwiać ludzi pracujących w studiu. Otóż kiedy jest przerwa i na przykład pada komunikat, że zostało pół minuty do wejścia na wizję, a spokojnie ludzie chodzą po planie, pojawia się makijażystka, ona wie, że jeszcze jest pół minuty. To jest masa czasu. Ona w tym czasie właśnie zdąży przypudrować albo coś tam poprawić, bo jeszcze pół minuty zostało. To jest masa czasu. I wszyscy ci ludzie w telewizji w jakimś takim innym obszarze czasowym się poruszają. 15 sekund? Panie, w tym czasie to się można przebiec do sąsiedniego studia. Oni mają wszyscy wywalone na to.
Oni dokładnie wiedzą, że o określonej porze, kiedy ten facet już przestanie liczyć tymi palcami i pokaże gest "poszło", oni wiedzą, że ich dawno na planie już nie będzie, a tu zostało 10 sekund. I ja, mówiąc szczerze, nie znając telewizji tak bardzo od kuchni, ja już się na tym poziomie zaczynałem denerwować, że 10 sekund zostało. No kiedy on zejdzie z tego? On spokojnie sobie schodzą. Ja wiem, że to może być fascynacja dla ludzi, którzy w telewizji przebywali kilka razy w życiu w postaci po tej drugiej stronie kamery i powiedzmy dla nich to Dla mnie to wszystko jednak w dalszym ciągu nowość, że można się tak po planie kręcić, że co prawda ja gdzieś tam kątem oka, którego podobno nie mam, obserwuję, że coś jest, a tego i tak widz nie widzi i tak dalej. To są takie fascynacje profana, który z telewizją ma do czynienia bardzo rzadko i jest się w stanie tym zafascynować. Ale ja mam też świadomość tego, że bardzo wielu z nas z telewizją od kuchni nie ma do czynienia i jakaś tam część ludzi, podobnie jak ja, będzie się fascynować również tym obszarem takiego poznania, tym obszarem tego, co widzimy na ekranie. To również będzie zajmujące. A przecież na ekranie dzieją się rzeczy naprawdę... No właśnie zastanawiam się, czy one są straszne.
Chyba nie do końca albo nie zawsze. Tam są czasami próby jakiejś takiej analizy tego, jak telewizja potrafi, i tu cudzysłów ogromny, czarować. Jak potrafi przekazywać pewne treści niejako, nie mam innego słowa, na siłę. No nie na siłę. Bardziej tak jak powiedziałeś o tym wymuszeniu, że zmusił panią psycholog. Tam pewne rzeczy są wymuszane na pozostałych członkach tej ekipy, która bierze udział w programie. Na tym magiku, który na początku się popisuje. No i to się kończy dosyć nieprzyjemnie. Tak to określę bardzo enigmatycznie. Chociaż na początku show jest absolutny, on tam robi show, jest super.
A poza tym powiem państwu, ja nie wiedziałem, kiedy się pojawiły w Polsce te formaty talk showowe, to ja nigdy nie wiedziałem, dlaczego tam w jednym, w drugim talk show jest jakaś orkiestra. Orkiestra za duże słowo, jakiś big band, w każdym razie jakaś taka mała grupa z instrumentami. To prosto okazuje się przeniesione z amerykańskiej telewizji. Bo tutaj też mamy taki zespół, takiego zapiewajłę, a w każdym razie konferansjera, takiego człowieka, który ma niby nad tym wszystkim panować, chociaż jest prowadzący, to jest jeszcze taki drugi, który tym wszystkim dyryguje, chociaż to nie do końca prawda. Po prostu zobaczyłem kilka wczesnych talk showów polskich z lat 90. odpowiednio przepoczwarzonych, ale jednak jeśli państwo oglądaliście Szczygła w Polsacie albo Mana i Maternę w telewizjach innych, bo to też były różne programy, no to macie państwo obraz tego, skąd oni wzięli te formaty. Te big bandy, nie mam dobrego określenia. Zespoły muzyczne, które gdzieś tam pogrywały, które robiły przerywniki, publiczność. To wszystko było tak, tylko że to się działo w latach 70. na filmie, a u nas się działo w 90.
20 lat później, ale to niewielka różnica. W każdym razie pod tym względem ten film jest również fascynujący. Nie wiem, po raz kolejny powtórzę, państwo czujecie, państwo słyszycie, że mnie ten film jednak porwał.
[01:28:36] - Kolejny plus to taka lekkość. Tam nie ma dłużyzn, nie nudzi ten film i jednocześnie on ma w sobie taki element rozrywkowy. Ogólnie talk show, rozrywka, ale jest taki element, jeżeli chodzi o ten obraz, że ogląda się to po prostu dobrze. Jest jednak coś, co jest in minus. Tam jest eksploatowany nie do końca moim zdaniem poprawny sposób wątek związany z członkostwem Delroya, głównego bohatera, przypominam, w jakimś tam klubie okultystycznym. I to jest wątek poboczny, doszyty do całości, ale nierozwinięty w sposób dostateczny. Mamy jakiś niedosyt z tym związany, ale to też przecież nie psuje tego filmu w żaden sposób, ale jest tak jakby nie do końca, bym powiedział, rozwinięte. Nie jest dopowiedziane. Tam mi czegoś brakło, powiem ci, odnośnie tego, że on tam się tłucze po lesie z tymi magami i robią dziwne rzeczy. Także film "Late Night with the Devil" polecam serdecznie z ręką na sercu.
Ale Marku, nas często ludzie pytają w komentarzach, po co wy opowiadacie przez 40 minut na przykład o filmie, który jest zły, że to jest strata czasu. A po co tyle o innych filmach gadać, które są niedobre, bo dochodzicie do wniosku, że one są niedobre? Powiem wam tak: często, kiedy się pyta o to samo innych youtuberów, dlaczego recenzujecie gnioty, to oni odpowiadają w taki sposób: oglądamy to, abyście wy nie musieli. U nas jest trochę inaczej. Pozwolisz, Marku, że rzucę dwa słowa komentarza. Otóż po pierwsze Filmotekarium wystartowało w nieco innym formacie. Teraz mamy sezon drugi, który się skupia praktycznie w 100% na filmowych nowościach, tych kinowych i tych z małego ekranu. Często decydujemy się wybierać te filmy na ślepo. Dobieramy je wedle opinii, które one mają w internecie, ocen albo według tego, co o nich usłyszeliśmy tu i ówdzie. Niekiedy to jest strzał w ciemno.
Natomiast nowości kinowe, te głośne oceniamy, że tak powiem, z recenzenckiego obowiązku. I kiedy one są złe, tak jak na przykład to, co było ostatnio, to się nazywało, Marku, "Niepokalana", no to musimy powiedzieć, że jest złe, tak? Bo to jest nowość. Nowość, o której się mówi. Natomiast czasami czytam w tych komentarzach, że ględzimy, że coś jest niefajne, takie czy owakie. Pamiętajmy, że to jest przegląd subiektywny. Zresztą jak wszystkie omówienia, recenzje filmowe. My z Markiem, i to powtarzaliśmy swego czasu do znudzenia, nie skupiamy się na aspektach artystycznych jak wybitni filmoznawcy. Nas interesuje historia, szczególnie spójność historii, narracja. Zauważcie, że my bardzo rzadko kiedy oceniamy aktorów, nie mówimy o ich uzewnętrznianych przeżyciach czy emocjach.
Dla nas, i chyba się Marku zgodzisz, liczy się opowieść. A dlaczego? Dla Marka jako twórcy science fiction, który ma na koncie kilka powieści i bardzo dużo krótszych form, a dla mnie jako człowieka, który się spotkał z dziesiątkami różnego rodzaju opowieści i historii ludzi, którzy się zetknęli z nieznanym. Tylko my nie szukamy w filmach potwierdzenia naszych szajb i pasji. Nie, szukamy raczej po prostu dobrych historii i dobrej zabawy. A jeżeli tego nie znajdujemy, no to co? Musimy być szczerzy.
[01:32:23] - Powiem coś jeszcze, też do bólu szczerze. Otóż ja jestem przyzwyczajony po pierwsze do tego, że każdy sąd należy uzasadnić. Otóż moim zdaniem nie wystarczy powiedzieć, że film jest do kitu i wierzcie mi państwo, że jest do kitu. Po pierwsze uważam, że ja jako filmoznawca nie mam żadnego autorytetu, bo filmoznawcą nie jestem. Tak jak powiedział Piotr, oceniam filmy, które państwu przedstawiamy z zupełnie innego punktu widzenia, który możecie państwo podzielać albo nie. To jest pierwsza sprawa i w związku z tym ja czuję taki obowiązek, że skoro wygłaszam niepochlebne zdanie o jakimś obrazie, to powinienem to zdanie uzasadnić. To w ogóle powinna być norma, bo bardzo często spotykamy się w życiu społecznym z takim powiedzeniem: „Ale coś jest głupie”. Dlaczego? Bo tak. Bo głupie.
Ja po prostu nie przyjmuję tego rodzaju wyjaśnień z bardzo prostego powodu. Nad każdym filmem pracuje armia ludzi i bardzo łatwo jest powiedzieć: „To głupie jest. Niepotrzebnie pracowali, w ogóle do kosza, wyrzućmy to”. Skoro mówimy już im rzeczy nieprzyjemne, nie im może bezpośrednio, ale mówimy rzeczy nieprzyjemne na temat ich pracy, to warto by zrobić odrobinę wysiłku, żeby to uzasadnić, bo tak jak powiedziałem, można mieć różne zdanie, ale warto po prostu poprzeć je jakąś argumentacją. Uważam to za swój obowiązek. Tak zostałem ukształtowany. Być może to ta nieszczęsna filozofia tak zrobiła, że uważam, że o pewnych sprawach po prostu należy rozmawiać. A druga kwestia, o której Piotr już mówił, że proszę państwa, jeśli film jest zły, to warto powiedzieć państwu, że jest zły oraz zasygnalizować, co nam w tym filmie nie odpowiadało. Bo paradoks polega na tym, że przedstawiając, co nam nie odpowiadało, możemy dać pewne świadectwo, które państwu powie coś takiego: „A, to te dwa chłopy, które w tym Filmotekarium pracują, nie zachwyciły się tym wątkiem. A mnie ten wątek zachwyca.
Ja uważam, że na przykład taki i taki element filmu może być fajny i ja to zobaczę, żeby udowodnić tym gościom z Filmotekarium, że się mylą, przynajmniej w moim rozumieniu kinematografii”. Ja tak jakoś postrzegam w ogóle ocenianie czegokolwiek. W ogóle to, co robimy z Piotrem, to ocenianie, próby oceny to jest jednak, wiecie państwo, działalność, do której trzeba pewnej odwagi. A odwaga nie polega na tym, żeby na kogoś napluć albo nawyzywać, tylko żeby mu szczerze powiedzieć, dlaczego nam obraz się podoba albo nie podoba. Szczerze, to znaczy argumentując. Nie podoba mi się, ponieważ. I to jest punkt wyjścia i tego się chyba, Piotrze, będziemy trzymać.
[01:36:00] - Też tak myślę i do usłyszenia w kolejnym odcinku już za tydzień.
[01:36:10] - To proszę państwa, żeby nam Piotr Cielebiaś zbyt daleko nie uciekł, proponuję od razu, z marszu sentymentalnik. A dzisiaj, proszę państwa... Coś państwu opowiem na początku. Sztyrcz wolnym krokiem zbliżył się do lokalu kontaktowego. Zapukał umówione 127 razy. Nikt nie otworzył. Po namyśle wyszedł na ulicę i spojrzał w okno. Tak, nie mylił się. Na parapecie stały 63 żelazka. Znak wpadki.
Czy to było zabawne? Zależy, co kogo śmieszy. To żeby nie wyjść z sprawy, jeszcze jeden numerek. Sztyrcz: „Jakiego koloru mam majtki?” — zapytał Müller. „Czerwone w białe grochy”. „Wpadliście, Sztyrcz. O tym wiedziała tylko rosyjska pianistka. Proszę zapiąć rozporek, inaczej będą o tym wiedzieć wszyscy”. Nie wiem, czy się już państwo domyślili, ale i tak muszę to powiedzieć. Dzisiaj w Sentymentalniku serial „Siedemnaście mgnień wiosny" ze Sztyrlicem, a właściwie z Wiaczesławem Tichonowem w roli głównej.
Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:37:34] - Kłaniam się. Dzień dobry wieczór.
[01:37:37] - Zastanawiałem się, od czego zacząć. I wymyśliłem. Posłuchaj, Piotrze. Podczas uroczystej akademii w dniu urodzin Hitlera dostarczono Sztyrlicowi na salę depeszę. „Sztyrlic, jesteście zwykła dupa" – mogły odczytać zbyt ciekawe oczy. Ale tylko Sztyrlic wiedział, że właśnie tego dnia otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Już państwo doskonale wiecie, o czym będziemy dzisiaj mówić.
[01:38:10] - Tak. Nie wiem, dlaczego te dowcipy mnie niesamowicie bawią, ale o tym na końcu. Drodzy państwo, w dzisiejszym Sentymentalniku – cóż, serial kultowy, ale chyba dla różnych nacji w różny sposób. Dla Rosjan jest pewnie tym samym, co dla nas „Stawka większa niż życie", do której treściowo serial, o którym dzisiaj mówimy, jest podobny. Natomiast dla ludzi z innych krajów bloku wschodniego pozostaje produktem sowieckiej popkultury, o którym kiedyś nie wypadało mówić źle, ale o którym żarty się nie wzięły znikąd. Marek tutaj przytoczył jeden z tych żartów. Chodzi oczywiście o serial „Siedemnaście mgnień wiosny". I może na początek, Marku, taka moja uwaga ogólna, z którą nie wiem, czy się zgodzisz, ale przez lata – a przecież interesuję się kinematografią tamtego okresu dość mocno – nie spotkałem ani jednego twardego fana Sztyrlica. Jest więcej fanów żartów. Mam wrażenie, że o ile Kloss jest do oglądania i nadal jest fajny, to „Siedemnaście mgnień wiosny", mimo że troszeczkę młodszy od „Stawki większej niż życie", ma w sobie jakiś taki ewidentny ciężar.
[01:39:32] - Wypada mi się zgodzić, tylko mówiąc szczerze, nie wiem, gdzie jest ten Hund begraben, bo powiem tak: „Stawka większa niż życie" jest klasą samą dla siebie. I nie, proszę państwa, nie zwariowałem. Klasą w ramach kina rozrywkowego, które nie do końca zwraca uwagę na fakty. Bo umówmy się, ten komiksowy serial o kapitanie Klossie czasami przechodzi obok faktów, obok pewnego prawdopodobieństwa szerokim łukiem, ale on nie po to został zrobiony, żeby pokazywać nam, jak wygląda wojna albo pokazywać, jak wyglądała II światowa, albo żeby w ogóle odnosić się do rzeczywistości. To miał być fresk, taki popkulturowy, sensacyjny, dostarczający rozrywki. I tym była „Stawka większa niż życie". Tymczasem „Siedemnaście mgnień wiosny" to jest serial, który poszedł inną drogą. Miał przedstawiać również bohatera, naszego człowieka. Tym razem nie w Abwehrze, ale w Berlinie – tak to określmy – który pracuje na chwałę Związku Radzieckiego, a w każdym razie robi wszystko, żeby pomóc w zwycięstwie. Kiedy huk dział dociera, to on już wie, że swoi idą.
Ale próbowano ten serial zrobić na poważnie i kiedyś, dawno, dawno, kiedy byłem pacholęciem jeszcze, to wydawało mi się, że on jest bardzo poważny. Bo tam te przemyślenia Sztyrlica, ta analiza materiału, takie twarde myślenie: jeżeli tak, to tak. Prawie szachista. Później jest taki odcinek, w którym on musi wytłumaczyć się ze swojego pobytu w pewnym miejscu i cały odcinek śledzimy, jak on układa tę historię, żeby się z tego wyłgać, żeby pewni ludzie potwierdzili to, że tam był i tak dalej. Nie będę oczywiście wchodził w szczegóły i to mi się dawno temu wydawało bardzo racjonalne. Dzisiaj, kiedy na to patrzę, to jednak była chyba przesada. To znaczy to była próba pokazania pracy wywiadu tak, jak on nie pracuje. Tak, jak mamy myśleć, że on pracuje. Tymczasem wydaje mi się, że w bardzo wielu momentach „Siedemnaście mgnień wiosny" posługiwało się uproszczeniami. I paradoksalnie w takim komiksowym serialu jak ten o Hansie Klossie to przechodziło.
Takie mrugnięcia okiem: wiecie, rozumiecie. Żeby akcja szła do przodu. A w filmie, który pozował na poważny, to takie mrugnięcia okiem: wiecie, musimy tu dokonać skrótu myślowego albo pokażemy wam, jak pracuje umysł szpiega. Z tym że wiecie, musimy dokonać uproszczeń, bo tajnica na przykład zostanie zdradzona. Nie, to nie zadziałało tak do końca. Poza tym ten film ma sporo części i chyba to jest zbyt rozwleczone, te „Siedemnaście mgnień wiosny". Nie wiem, takie odnoszę przynajmniej wrażenie. Poza tym, co jeszcze może decydować? W czasach, kiedy powstawał ów film, to nie wszystko było jeszcze oczywiste, chociaż spora część ludzi wiedziała, o co chodzi. Natomiast zauważcie państwo, że osią tego filmu jest sabotowanie rozmów separatystycznych, rozmów pokojowych prowadzonych przez Niemcy, a właściwie część establishmentu Trzeciej Rzeszy, rozmów z Zachodem o możliwości takiego miękkiego lądowania.
Tymczasem Rosjanie nie chcą na to pozwolić. Takie ich prawo, takie prawo polityki, ale zapomnijmy o tym, że to, co serial „17 mgnień wiosny” dobrze pokazuje, chociaż chyba tego nie chciał zrobić. Ja wiem, że on pracował na chwałę Związku Radzieckiego, ten Sztyrc, ale w gruncie rzeczy z tego serialu można odczytać, że w tej robocie wszyscy są — tu powinienem użyć słowa takiego okrutnego, który algorytm by natychmiast oprotestował, więc ja po prostu powiem — gnojami.
[01:44:42] - To ja może słowo o takim rysie historycznym. Reżyser Tatjana Lizonowa, autor pierwowzoru literackiego Julian Siemionow. Tutaj się wkrada pewna informacja. Otóż ten film budził kontrowersje z tego powodu, że twórcy, pomysłodawcy, twórca scenariusza, reżyserka, wszyscy mieli pochodzenie żydowskie. Nie zawsze się to wszystkim dobrze kojarzyło. Zresztą premiera „17 mgnień” w Związku Radzieckim też została z powodów politycznych przesunięta. W Rosji oczywiście ten serial ma status kultowy. Przypominany jest ponoć przez telewizję Rossija gdzieś w okolicach Dnia Zwycięstwa. „17 mgnień” to przede wszystkim aktorzy. Przede wszystkim Wiaczesław Tichonow wcielający się w główną rolę.
Plejada radzieckich aktorów, muszę powiedzieć, że mało znanych w Polsce. Ogólnie nie wiem, Marku, czemu jest tak, że to radzieckie, rosyjskie kino w Polsce — już odrzucam wszelkiego rodzaju uprzedzenia — ale jest mało znane. Tam jest plejada aktorów radzieckich, takich kultowych, bym powiedział. Te nazwiska niewiele mówią. Na przykład jak ktoś więcej się zna, to gra tam Jewgienij Jewstigniejew, bardzo fajny aktor, którego lubię. Serial, jak powiedziałeś, opowiada historię radzieckiego agenta w Berlinie. On otrzymuje zadanie wysondowania, czy ktoś z otoczenia Hitlera się nie układa przypadkowo z Amerykanami. Taki przecież pokój połowiczny byłby zdradą z radzieckiego punktu widzenia, zdradą ze strony alianckich sojuszników. Co warto powiedzieć? My tutaj mamy takie porównanie do tego Klossa.
Chyba my go nie unikniemy, mówiąc o „17 mgnieniach wiosny” i o Sztyrlicu. Dlaczego ta postać się pojawia w sentymentalniku, który ma być obliczony na fantastykę trochę? Bo mamy do czynienia, jakby nie było, Marku, z superbohaterem. Tylko myśmy mówili w odcinku bodajże poświęconym „Hydrozagadce”, że superbohater z bloku wschodniego to nie jest taki superbohater marvelowski, tylko to jest ktoś zupełnie inny. To jest bohater ludowy. Ale wróćmy do tego Sztyrlica. Tam on, główny bohater serialu, obraca się w kręgu nazistowskich elit. Ma on tam jasno określoną misję, w której mu przeszkadza Kaltenbrunner wysyłający faceta, którego musi rozpracować. Pomagają Sztyrlicowi dobrzy Niemcy. Oczywiście trzeba powiedzieć jasno: Sztyrlic to jest pseudonim.
To nie jest jego prawdziwe nazwisko. On się nazywa Isajew, jest poczciwym obywatelem Związku Radzieckiego i pomagają mu Niemcy w dodatku w tej robocie szpiegowskiej, którzy nie wierzą we Führera, w tym pastor i naukowiec. Tutaj zaraz jeszcze przejdziemy do tych różnic związanych z Klossem i podobieństw. Ale Marku, jak ty ogólnie wspominasz popularność tego serialu w latach, kiedy on święcił największe triumfy? Czy on w ogóle święcił triumfy w PRL-u?
[01:48:08] - Święcił. Jakbyśmy do tego nie podchodzili, to on jednak był popularny do tego stopnia, że chyba jeszcze przed ukazaniem się serialu, zresztą świetnie zdubbingowanego, powiedziałeś, że aktorzy radzieccy nie byli znani, ale kilka ról tam jest naprawdę, może poprzez pryzmat tego dubbingu, ale naprawdę wspominam na przykład Heinricha Müllera. Naprawdę to była świetna rola. Jeszcze kilka innych ról jakoś wbiło mi się w pamięć. Tylko szukam w tej chwili dosyć gorączkowo. Może zostawmy, nie wymieniajmy. Było kilka fajnych kreacji. Powtarzam, być może połączenie twarzy, fizis i głosu, bo właśnie ten serial był dubbingowany w Telewizji Polskiej, ale nie skończyłem. Jeszcze zanim się pokazał, zrealizowano Teatr Telewizji. Tam właśnie w Teatrze Telewizji był ten odcinek albo ta historia z walizką, z przeniesieniem walizki.
To przeniesienie walizki dawało Sztyrlicowi alibi. Nie wchodźmy głęboko w narrację, jaka jest w serialu serwowana. W każdym razie to musiało jakoś zażreć, skoro zdecydowano się na film. To znaczy Powiem jedno: ja pamiętam, że ten serial był oglądany i przeżywany jak przeżywany, ale on przyciągał uwagę. Ale też rzeczywiście dosyć szybko pojawiły się dowcipy. Nie na tym poziomie abstrakcji, który ja cytowałem na początku, ale jednak dowcipy, które jakoś tam Sztyrlica obśmiewały. Bo ta charakterystyczna narracja filmu, w której bardzo często pojawiały się dokumenty: czysty Aryjczyk, członek NSDAP od tego i tego roku i tak dalej. Taka analiza dokumentowa postaci. Ale były też przemyślenia Sztyrlica, gdzieś tak z offu idące. Naprawdę w stosunku na przykład do prostej jak drut „Stawki większej niż życie” były nowości i to dawało pewien powiew takiego kina już jednak z pewnymi ambicjami, a w każdym razie nowoczesnego.
Minęły lata i to dzisiaj już chyba tak nie działa. Natomiast to był inny serial i on był popularny. On był popularny, może nie aż tak jak Kloss, bo on rzeczywiście był trochę rozwlekły. Kloss, wiecie państwo, co odcinek to Kloss wygrywał. A tu ten biedny Stierlitz wspomina żonę, którą mu kiedyś pokazali nawet z daleka albo coś tam innego wspomina. Żyje właściwie wspomnieniami, bo on już na tej obczyźnie długo musiał się jakoś wgryźć w ten aparat niemiecki. W związku z tym on momentami bywał, jak to dobrze ująć w słowa, nawet nie zabawny, tylko taki żałośnie nieporadny, jeśli chodzi o pewne motywacje. Ja wiem, że w Związku Radzieckim mogli go rozstrzelać. W związku z tym, jak miał do wyboru rozstrzelanie albo krótki żywot z żoną, to siedział w tym Berlinie, a nie tam się żoną zajmował, tylko myślał ciągle o żonie. I tak dalej.
Było w tym serialu trochę takiego, waham się, czy powiedzieć, że absurdu. Nie, on do pewnego stopnia był prawdopodobny, ale nie wiem, czy tak chcielibyśmy jako widzowie postrzegać pracę wywiadu, postrzegać pracę szpiegów. To jednak było takie chwilami czułostkowe, bo ten dzielny Stierlitz, który tam obezwładniał faszystów, to jednak miał takie czasami przemyślenia, poza tymi poważnymi, gdzie rozważał o Kalterbrunnerze, coś myślał, analizował, czy to może on, a może to inny, może to tamten, może siamten, może owamten, kto tam spiskuje z tym Zachodem? Poza takimi rozważaniami, taką próbą wiwisekcji, a przynajmniej takiej psychologicznej wiwisekcji, to były też momenty takie czułostkowe i one chyba były najgorsze w tym serialu. Najgorsze pod takim względem — ja nie odmawiam Sztyglicowi ludzkich uczuć, że mógł mieć — tylko po prostu jak już, człowieku, decydujesz się na rolę szpiega i jedziesz do tych Niemiec, żeby szpiegować, to nie możesz bez przerwy myśleć, jak kiedyś fajnie było w tym Związku Radzieckim, jak to było tak u siebie, a on teraz nie u siebie wśród tych faszystów. A jeśli dodamy w dodatku naszą wiedzę pozafilmową, jak było wtedy w Związku Radzieckim, to jakoś zupełnie temu Sztylcowi biednemu nie wierzymy.
[01:53:36] - Dlatego w moim mniemaniu ogólnie „Stawka”, której jestem fanem, zostawia „Siedemnaście mgnień” daleko w tyle. O „Stawce” to my sobie kiedyś porozmawiamy, ale pewnie Rosjanie by powiedzieli, że nie ma co w ogóle tych dwóch seriali porównywać. Nomen omen Stierlitz walczy o niepomiernie większą stawkę. Po drugie panowie Kloss, Stierlitz reprezentują zupełnie inne formacje wojskowe. No i po trzecie „Siedemnaście mgnień” się dzieje pod koniec wojny, natomiast „Stawka” w różnych jej momentach. Stąd pewnie u Sztyrlica te wszystkie minorowe nastroje, te rozkminy i ta ciężka jak ołów atmosfera, bo tak naprawdę siedzisz w samym sercu kotła, siedzisz na minie tak naprawdę, nie wiesz, co się stanie. Może dlatego taki był cały ten serial monotonno-smutny, taki tęskny cały czas.
[01:54:38] - Tak, Piotrze, jeszcze ci przerwę. Jeszcze ta muzyka. Ona była taka serdce ścipłatielnoja. Naprawdę, jak się zaczynało, to tak to pituliło i pituliło. A wiecie państwo, jak się zaczynała „Stawka większa niż życie”, dynamiczna melodia, pach, pach, pach i już się zaczynał Kloss. Nie, tutaj pituliło i pituliło. I na końcu też pituliło. I lista płac leciała. I ta muzyka moim zdaniem depresyjna, ale to zależy od osoby, co kogo w depresję wpędza. Dla mnie ta muzyka była depresyjna, a później się zaczynał depresyjny w gruncie rzeczy film o ciężkiej pracy szpiega.
Chyba szpiega w ogóle, ale przede wszystkim szpiega Związku Radzieckiego.
[01:55:27] - Dodajmy jeszcze taką rzecz, że panowie, ogólnie rzecz biorąc, się mocno od siebie różnili charakterologicznie. Stierlitz vel Isajew to był przede wszystkim wzorowy radziecki obywatel I żołnierz. Kloss to też był oczywiście patriota, ale również uwodziciel. Jakby nie było bawidamek, można powiedzieć. Kloss się też nie ociera o nazistowskich notabli. Tam w jednym tylko odcinku widzimy czyjąś rękę i możemy się domyślać, kto to jest. Wiadomo, że ktoś ważny. Natomiast w „Siedemnastu mgleńach” hitlerowiec hitlerowca goni. Nawet Führer w wersji aktorskiej się pojawia, nie mówiąc o jakimś tam Himmlerze czy wspomnianym Kaltenbrunnerze. Ale to nie czyni tego serialu lepszym.
Moim zdaniem stawka ma coś, co jest w ogóle trudno pobić. Powiem ci jeszcze jedną rzecz ciekawą. Mnie się zdarzyło ogólnie obejrzeć parę odcinków „Siedemnastu mgleń” w wersji oryginalnej i muszę powiedzieć, że pomimo tego fajnego dubbingu polskiego, to oryginalna wersja trochę lepiej się prezentuje. Robi to nieco lepsze wrażenie, jest bardziej płynne. Takie miałem wrażenie. Natomiast Marku, o ile ten Sztyrc był taki patetyczny, dramatyczny, przeidealizowany, to nie przeszkodziło w żaden sposób, a być może nawet doprowadziło do powstania niezliczonych żartów na jego temat. Tylko że żartów może nie z niego, może nie z serialu, tylko żartów na kanwie związanych z, powiedzmy, poetyką tego serialu, o której cały czas mówimy. I chyba źródłem był właśnie taki patos i dramaturgia przeciągnięte już do końca. Dam drugi przykład. Ty dałeś na początku, ja dam inny, taki bardziej w stronę Monty Pythona.
Cytuję: „Wróciwszy do swojego gabinetu, Müller zauważył, jak Sztyrlitz w podejrzany sposób kręci się w pobliżu sejfu. »Co tu robicie, Sztyrlitz?« — srogo zapytał. »Czekam na tramwaj« — odpowiedział Sztyrlitz. »W porządku« — rzucił Müller, wychodząc. Na korytarzu jednak pomyślał: jakiż u diabła może być tramwaj w moim gabinecie? Zawrócił, ostrożnie zajrzał do gabinetu, ale Sztyrlitza już nie było. Widocznie już odjechał — pomyślał Müller”. Nawet jak ktoś tego serialu nie zna, a jest fanem tego rodzaju humoru, to się uśmiechnie przynajmniej.
[01:57:52] - Tak. To ja się zrewanżuję. Himmler wzywa po kolei swoich współpracowników: „Powiedzcie dowolną liczbę dwucyfrową”. „45”. „A czemu nie 54?” „Bo 45”. Himmler zapisuje w aktach: charakter nordycki i wzywa następnego. „Powiedzcie dowolną liczbę dwucyfrową”. „28”. „A czemu nie 82?” „Może być i 82, ale lepsza jest 28”. Himmler zapisuje w aktach: charakter bliski nordyckiemu i wzywa kolejnego.
„Powiedzcie dowolną liczbę dwucyfrową”. „33”. „A czemu nie...?” „A, to wy, Sztyrlitz”.
[01:58:33] - Był jeszcze taki żart, ale to z pamięci teraz polecę, nie z kartki, że wchodzi Sztyrlitz do łazienki, patrzy — lustro. „Lustro” — pomyślał sobie Sztyrlitz. „Sztyrlitz” — pomyślało lustro. Moglibyśmy tak mnożyć, ale jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałem cię zapytać. „Siedemnaście mgleń wiosny” to jest, wiadomo, serial radziecki, pierwszy w kolejce w sumie, który przychodzi na myśl, kiedy się pyta o tego rodzaju produkcje ze Związku Radzieckiego. A po nim długo, długo nic. Dlaczego twoim zdaniem kinematografia radziecka nie wdarła się do polskiej popkultury? Chyba w ogóle do żadnej w tej części bloku wschodniego. Ale zobacz, że wdarła się już animacja: „Wilgi zając”, „Czeburaszka” i tak dalej. Ten Sztyrlitz chyba już nie powróci, nie oszukujmy się, żeby ten serial nagle miał przeżywać drugą młodość.
Ale czy jakieś uprzedzenia były źródłem tego, że nie była podziwiana ta kinematografia radziecka?
[01:59:42] - Myślę, że powodów jest sporo. Przede wszystkim to poczucie, że w szkole uczysz się języka rosyjskiego, chociaż na przykład wolałbyś się uczyć innego, ale obowiązkowy jest rosyjski. To było pierwsze takie podejrzenie, które się w ludziach rodziło, że coś jest nie w porządku. Ale później, jak już dorośleli, to widzieli, że nasz kraj to może jest najweselszy barak w obozie socjalistycznym. Niemniej jednak to jest w dalszym ciągu barak i niewiele od ludzi zależy. Chociaż jak sobie dzisiaj pomyślę, ile od nas zależy, to również niewiele. Ale zostawmy, to nie program polityczny. W każdym razie ktoś coś nam narzuca i każdy film był jednak na pozycji przegranej. Z takich filmów aktorskich naprawdę ja nie pamiętam takiego... Pod koniec już, powiedzmy, jak się tam wszystko sypało, to był taki film, który był przebojem, nawet docenionym na Zachodzie.
On się nazywał „Moskwa nie wierzy łzom” bodajże. To może się przebiło. Może kilka filmów wojennych, ale to z racji tego, że były wojenne i może czasami bardziej przekonująco o pewnych rzeczach opowiadały. Trochę filmów fantastyczno-naukowych, ale to była jednak taka paździerzowa fantastyka. Zdarzały się pozytywne wyjątki, ale tu trzeba użyć tylko palców jednej ręki, jakby się człowiek uparł. Nie ta audycja, nie będziemy o tych filmach mówić. W każdym razie kinematografia radziecka... Powiem ci tak, użyję przykładu. Był taki czas w drugiej połowie lat 70., kiedy w sobotę wieczorem, a to już czasami nawet wolne soboty były, pojawiały się westerny. I właściwie karmiono ludzi tymi westernami.
Klasyką zresztą westernową, całkiem przyzwoitą. Dzisiaj to ja nie wiem, czy by się dało oglądać. Pewno miłośnicy by to obejrzeli. Później po westernach pojawiały się jakieś filmy wojenne typu „Wielka ucieczka” albo „Złoto dla zuchwałych”, jakieś filmy wojenne, ale też zachodnie. Myślę, że było trudne do wyobrażenia, żeby na przykład w wolną sobotę polska telewizja zamiast jakiegokolwiek amerykańskiego filmu, czy to westernu, czy to wojennego, czy sci-fiowego, na przykład „Andromeda znaczy śmierć” - takie tytuły, które się tam pojawiały - żeby puściła jakiś film radziecki. Niby opinia społeczna by nie zaprotestowała, ale ludzie głosowaliby. Wtedy nie było pilotów, to włącznikami telewizorów by głosowali. Pewno woleliby się napić piwa albo wódki, niż oglądać radzieckie kolejne arcydzieło. Radziecka kinematografia nie była na topie. Zresztą ja to pamiętam z innej dziedziny.
Fantastyka naukowa. Radzieckie książki, książki radzieckich autorów. Radziecka fantastyka nie cieszyła się powodzeniem. Amerykańska, choćby to był najgorszy chłam, to tak, to było super. Dzisiaj z perspektywy lat widać, że wśród tej radzieckiej fantastyki pojawiały się rzeczy autentycznie złe, ale pojawiały się też arcydzieła. Naprawdę, wierzcie mi państwo, kilka książek cudownych, świetnych pojawiło się. A jednak one były takim sądem skorupkowym skazane na drugą kategorię, bo wszystko, co płynęło z Zachodu, wszystko, co płynęło ze Stanów Zjednoczonych, było lepsze z definicji. Po prostu. I to była ta, powiedzmy, nierówność traktowania jednego i drugiego obszaru. Słuszna zresztą.
I teraz wróćmy z powrotem do kina. Kino radzieckie miało coś takiego. Ja nie chciałbym tutaj wypowiadać się ex cathedra o całym kinie, bo to zresztą karkołomne zadanie, ale bardziej opowiadam o tym, jak było odbierane, a nie jakie było. Odbierane było jako patetyczne, upierdliwe, czułostkowe i takie w ogóle nudne. Bo jak Amerykanie zrobili film, to przede wszystkim się strzelali, a jak się nie strzelali, to się coś działo przynajmniej. A czasami w radzieckich filmach działo się niewiele albo działo się ideologicznie. Filmy wojenne na przykład też w tym przodowały, a ludzi to, mówiąc szczerze, nie bardzo interesowało. Ta radziecka wersja historii niekoniecznie była ludziom po drodze. Poza tym, no cóż, ludzie kojarzyli. Może Sztyrc był dzielny, może był radzieckim patriotą.
Ale co nam z tego, że on był radzieckim patriotą, jak to się w gruncie rzeczy skończyło dla nas tym, czym się skończyło, czyli PRL-em. I znowu ludzie też nie myśleli o tym, że to tak naprawdę państwa zachodnie nas sprzedały, a Rosjanie wzięli, co im dano. No i tak wchodzimy w analizy historiozoficzne i to chyba błąd. Zostańmy jednak przy filmie. Pomimo to wydawałoby się, że sobie troszeczkę przeczę. Nie do końca, bo pomimo to, że radzieckie filmy nie były na topie, to pamiętam, naprawdę, uwierzcie mi państwo, że ludzie chcieli się dowiedzieć, do czego ten Sztyrc dojdzie w serialu i oglądali ten film. Co więcej, nawet go komentowali. I znowu wrócę do początku naszej rozmowy. Ten film naprawdę wydawał się wtedy filmem poważnym. Poważnym filmem o pracy szpiega.
Tylko że od tego czasu pojawiło się tyle filmów, ale przede wszystkim książek znacznie bardziej osadzonych w środowisku szpiegowskim. Ja nie mam na myśli Bonda, on jest w ogóle nie osadzony w środowisku szpiegowskim, ale takich bardziej prawdziwych książek o tym, jak wygląda to wszystko, że wydaje mi się, że „Siedemnaście mgnień wiosny” troszeczkę bez szans pozostawało. Aczkolwiek ja mam cały czas wątpliwości, czy jestem obiektywny, czy ja już też nie przesiąkłem trochę tą infosferą taką zachodnią, bo w gruncie rzeczy, jakby tak bardzo bez emocji spojrzeć na „Siedemnaście mgnień wiosny” - ja wiem - to nie był koszmarnie zły film. Wierzcie mi państwo, że znacznie gorsze filmy trafiały na ekrany polskich telewizorów i na ekrany polskich kin. No cóż, proszę państwa, ja mam takie wrażenie, że „Siedemnaście mgnień wiosny” ja nie wiem, czy zostało zapamiętane dobrze czy źle. Pewno różnie, ale zostało zapamiętane i chyba z tego względu zasługuje na miejsce w sentymentalniku. Proszę państwa, to teraz pisząca z fiordami Kamila Ciołko-Borkowska z dalekiej Islandii będzie dzisiaj mówiła o warsztacie pisarskim. Co tu się będziemy wiele oszukiwać. Myślę, że korzystanie z rad autorki, która opublikowała w końcu kilka książek, do wszystkiego doszła Ciężką pracą. Ciężką w tym rozumieniu, że trzeba się uczyć na błędach.
Uczyła się na błędach. I dzisiaj, jeśli mówi coś na przykład o dialogu albo o opisie, to wierzcie mi państwo, wie, co mówi. Żeby nie przedłużać, bo wiem, że takie ględzenie przed nie jest dobre. W związku z tym zapraszam. Kamila Ciołko-Borkowska, Pisząca z fiordami.
[02:08:36] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór, zapraszam na nasze kolejne spotkanie z serii dywagacji okołopisarskich. Dziś chciałabym zaproponować wam może troszkę nudniejszą audycję i najprawdopodobniej krótszą troszkę. Będzie ona zawierała trochę informacji teoretycznych odnośnie samego procesu pisarskiego. Ponieważ ostatnio zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z osobami, które zaczynają swoją pisarską przygodę, czyli dopiero pomyślały o tym, że mogłyby pisać. I kiedy zadałam jakieś jedno pytanie odnośnie pisania, z drugiej strony usłyszałam pytanie: o co chodzi? Takie zdziwienie, czym jest to, o czym powiedziałam. Dlatego myślę, że dobrym pomysłem jest zrobić krótką audycję, która będzie zawierała kilka bardzo istotnych definicji związanych właśnie z pisaniem. A czymże są te definicje?
Jakież są to definicje? Zacznę może od tego, że przyjęło się u nas w Polsce, że wszystkie teksty literackie, czy też poezja, czy też proza, zazwyczaj liczymy ich objętość w znakach. Wiem, że szkoła amerykańska podaje zawsze długość treści bodajże w słowach. Jednak zazwyczaj, jeśli już są na przykład jakieś podawane wymagania co do konkursów, co do poboru treści do czasopism, antologii czy tym podobnych rzeczy, to zazwyczaj organizatorzy podają długość tekstów maksymalną w znakach. To można sprawdzić w Wordzie zawsze. Poczekajcie, niech ja sobie tylko otworzę i dokładnie wam powiem gdzie. Jeśli klikniemy sobie zakładkę recenzja, statystyka wyrazów, wyskakuje nam takie małe okienko i tam mamy ile nasz tekst ma stron, ile ma wyrazów, ile znaków bez spacji, ze spacjami, ile akapitów i ile wierszy. To jest bardzo dobre, bardzo praktyczne. Co jakiś czas warto sobie zerknąć. Jeśli piszemy na przykład coś, żeby wysłać do konkursu czy do jakiegoś czasopisma, czy do jakiejś antologii, warto tam zerkać, ponieważ jeżeli piszemy jakiś tekst, na dole w pliku zawsze mamy tylko ilość stron i ilość wyrazów.
To jest dobre, jeśli chcemy się mniej więcej orientować. Jednak jeśli chcemy spełniać wymagania organizatorów konkursów czy organizatorów antologii, czy wydawców, na przykład czasopism, które czekają na nasze treści, to warto zerkać na ilość znaków, ponieważ to jest najczęściej podawane. W ilości znaków podawany jest limit od do, ponieważ czasami jest też minimalna liczba znaków podawana przy określaniu wymogów co do tekstów. Dobra, to jest pierwsza rzecz. Następną rzeczą jest podział. Jak to teraz ładnie ująć? Podział długości tekstów. Mamy opowiadania, nowele, powieść i przyjęło się, że opowiadanie jest to krótka forma pisarska, maksymalnie do 80 000 znaków. Jednak optymalną długością opowiadania jest 40 000 znaków. Jeśli piszemy coś powyżej tych 80 000, to już jesteśmy powyżej tej granicy.
Dlatego wtedy już to nie jest powieść. Można uznać to jako nowelę. Nowela to jest też forma pisarska. Teraz bardzo rzadko spotyka się coś, co można nazwać nowelą, ponieważ pisarze nie są zainteresowani tworzeniem nowel. Utarło się, że nowele są archaiczną formą. Tak mi się przynajmniej zdaje. Nie zauważyłam, żeby ktoś z piszących powiedział, że on pisze nowele. Dlatego jednak nowela jest ujęta i nowela jest dłuższą trochę formą niż opowiadanie. Myślę, że tu już można sobie troszkę poszaleć, jeśli chodzi o długość, może być już nieco dłuższa. Na pewno pamiętamy nowele ze szkoły podstawowej, dlatego podejrzewam, nie jesteśmy zbyt pozytywnie nastawieni do pisania takowych, ponieważ źle nam się kojarzą.
Jednak zachęcam, jeżeli trenujemy i chcemy kiedyś napisać powieść, to można zacząć od pisania opowiadań, które są krótką wersją, krótką formą ekspresji pisarskiej. Możemy później spróbować napisać tę nowelę, która będzie miała powyżej 80 000 znaków. I powieść. Znalazłam gdzieś informację, już teraz nie pamiętam gdzie, gdzieś w internecie, że minimalna objętość powieści to jest... poczekajcie, niech ja teraz sobie przypomnę ile. Bodajże 200 000 znaków. To jest niewiele. Moje aktualne powieści to mniej więcej jakieś 250, 280 000 znaków. Tak więc nie są to jakieś rozbudowane, są to cienkie książki. Jednak powiem wam tak z ręką na sercu: jeśli chodzi o początkujących pisarzy, nie ma co pisać niesamowicie rozbudowanej historii.
Książek, które mają pięć tomów na sam początek, ponieważ wydawca niekoniecznie będzie chciał to wydawać. Odbiegłam trochę od tematu. Czyli mamy już te trzy długości. Kolejną definicją, którą chciałabym wam zaproponować, jest pojęcie arkusza wydawniczego. Tu troszeczkę się zatrzymamy nad tym pojęciem, ponieważ podczas wydawania pozycji wydawniczych najczęściej określa się długość powieści nie ilością znaków, a właśnie ilością arkuszy wydawniczych. Jednak są to dane, które wykorzystuje najczęściej redaktor, korektor, składacz. Nie autor. Autor nadal posługuje się ilością znaków, ponieważ to określa, ile powieść będzie miała stron na przykład. Ale przy pracy z tekstem osoby pracujące w wydawnictwie używają właśnie tego, ile powieść ma arkuszy wydawniczych. I powiem wam tak, że przyjęło się, że jeden arkusz wydawniczy to jest pi razy oko 17 stron w Wordzie.
Jednak to jest też niezbyt konkretna rzecz, ponieważ możemy powiedzieć: „A, napisałem 17 stron, czyli to jest arkusz wydawniczy”. Ale mogliśmy napisać te 17 stron Timesem czcionką dziewiątką, interlinią minus dwa. Teraz to żartuję, bo takiej interlinii nie ma. Jednak chciałabym, żebyście mniej więcej zauważyli, że jest różnica między pisaniem na przykład Timesem czcionką 12, używając interlinii jeden piętnaście lub półtora, a pisanie i wysyłanie propozycji wydawniczej czcionką dziewiątką i interlinią, której praktycznie wcale nie widać. Dlatego też przyjęło się mniej więcej określenie, że poza tym, że ten arkusz ma 17 stron, to arkusz wydawniczy to jest 40 000 znaków ze spacjami, jeżeli chodzi o prozę. Jeśli mamy poezję czy te wiersze obliczeniowe przy pozycjach naukowych. Jeśli się mylę, poprawcie mnie, ponieważ tu mogę się bardzo mocno mylić. To jest po 50 znaków na każdy wiersz i to jest 800 wierszy. Jeśli chodzi o arkusz. W arkuszu, jeżeli liczymy wiersze, to musi być 800 wierszy.
A jeśli mamy grafiki, jeśli mamy ilustracje, wzory matematyczne, chemiczne czy jakieś matematyczne diagramy, to jak dobrze pamiętam, to będzie 3000 centymetrów kwadratowych. Jeśli się gdzieś mylę, możecie poprawić. W następnych audycjach będę bić się w pierś i będę poprawiać to, co powiedziałam. Jeśli więc piszemy powieść taką zwykłą, z samym tekstem, bez żadnych ilustracji, bez wzorów, bez poezji, to musimy mniej więcej obliczyć, ile mamy znaków w dokumencie wordowskim i wtedy mniej więcej obliczamy, ile to będzie arkuszy wydawniczych. To jest bardzo istotne, kiedy wydajemy książkę samodzielnie i musimy wiedzieć mniej więcej, ile zapłacić korektorowi, redaktorowi, składaczowi. To jest bardzo istotna rzecz, ponieważ nie każdy wydaje z wydawnictwem. I musi mieć mniej więcej wiedzę. Musi się orientować w sumie, co on napisał i na ile napisał. Tak więc zliczamy wszystkie znaki. Wszystkie, słuchajcie: z przypisów, z tytułów, z nagłówków.
Wszystkie znaki. Ponieważ wszystkie znaki liczą się. Jak wydajemy książkę, to mamy wszystkie znaki u góry, u dołu, w środku i musimy je zliczyć. I to musi mieć 40 000 znaków, żeby był jeden arkusz wydawniczy. Książka może mieć tych arkuszy kilka, kilkanaście. Zależy, jak bardzo się rozpisaliśmy i jak bardzo nas wyobraźnia poniosła. Myślę, że temat arkusza wydawniczego mniej więcej już wyczerpałam. Następnym pojęciem będzie pojęcie, które myślałam, że wszyscy wiedzą, czym jest wydawnictwo. Jednak okazało się, że osoby, które zaczynają pisać, mają czasem z tym problem. Wydawnictwo czy też używany zamiennie wydawca, to się używa na zmianę.
Jest to firma, przedsiębiorstwo, które publikuje książki, czasopisma, też filmy, które według nich warto wydać. Pisarze nie zawsze korzystają z usług wydawnictw, czasem wydają samodzielnie. Jednak spotkałam się ze zdziwieniem, kiedy rozmawiałam ze świeżo, początkującym pisarzem i nasza rozmowa zeszła właśnie na temat wydawnictwa. Przypomnę jeszcze raz. Wydawnictwo jest to firma zajmująca się wydawaniem propozycji wydawniczych, które autor wysyła i wypuszcza je na rynek. I to tyle. Nic skomplikowanego, przynajmniej na początku pisania. Później praca z wydawnictwem to już inna bajka. Jednak na początku, żeby wiedzieć kim, czym jest wydawca, wydawnictwo wystarczy. Dobra, idziemy dalej.
Pozwólcie, że zerknę na moją przygotowaną czarodziejską, magiczną listę tych wszystkich pojęć. A na tej liście mamy wątek pisarski. Pisząc historię na pewno nie napiszemy jej bez wątku. A czym jest wątek? Wątek jest to pewien ciąg zdarzeń, który ma pewne więzi przyczynowo-skutkowe i jest on bezsprzecznie związany albo z naszym głównym bohaterem, albo z bohaterami drugoplanowymi, albo też ze wszystkimi naraz. Może być to krótki wątek, może być to bardziej rozbudowany wątek. Dotyczą one danej historii, danej relacji, danej sytuacji i cała nasza historia, którą piszemy, książka, opowiadanie składa się właśnie z wątków mniejszych, większych, krótszych, bardziej rozbudowanych, prostszych. Czasami jest tak, że ciągniemy jeden wątek przez całą historię i mamy kilka pobocznych wątków, które są krótsze i są bezpośrednio związane z tym jednym, głównym. Czyli jeśli podstawową historią jest poszukiwanie na przykład zaginionego brata i nasz bohater przez całą książkę, przez całą historię poszukuje tego brata, ale miewa jakieś dodatkowe historie. Czyli mamy jeden wątek, którym jest poszukiwanie brata i te drobne przygody, które go spotykają po drodze, czyli wątki poboczne.
Zdarza się też, że historia jest tylko jednowątkowa, od A do Z, od startu do mety i nie ma żadnych więcej wątków pobocznych. Nic się więcej nie dzieje poza tym, co sobie zaplanowaliśmy. Jedną rzecz, czyli poszukiwanie brata. Może to być na przykład historia, która dotyczy rozważań wewnętrznych naszego bohatera podczas poszukiwania. I to w sumie nie jest poszukiwanie fizyczne, a na przykład mentalne. Może być i tak. Może być też historia, która ma tych wątków dłuższych kilka. Też może być. To jest ciężkie do napisania, ale jest bardzo możliwe. Może to być taki układ równoległy, że te wątki są tak samo ważne, czyli nie jak wcześniej mówiłam, że mamy ten główny wątek i takie drobne, poboczne, jak na przykład drzewko z gałęziami.
Tylko tu mamy wątki, które są jednakowo istotne. One mogą dotyczyć różnych rzeczy, nie muszą dotyczyć tego samego. Na przykład jeden może dotyczyć przyjaźni. Tak samo w obu tych wersjach, które podałam. Jedne wątki mogą dotyczyć przyjaźni, inne wątki mogą dotyczyć relacji z przeszłości. Trzeci wątek może dotyczyć na przykład zdrady albo rodzącej się przyjaźni. Mamy naprawdę bardzo wiele możliwości do tworzenia wątków. W każdej historii może być ich naprawdę bardzo dużo. Jednak nie przesadzajmy z ilością wątków, ponieważ zmęczymy tylko czytelnika. Bardzo często jest tak, że im więcej dajemy wątków do historii, tym trudniej je nam potem zamknąć.
A w poprzedniej audycji napomknęłam wam, że jednak te wątki trzeba zamykać. Dobra, gdzie ta moja lista magiczna? Co mamy na niej dalej? Z tego, co widzę, mamy tutaj punkt kulminacyjny. Punkt kulminacyjny jest to najbardziej dramatyczny moment w książce. Jest to punkt, do którego dochodzi nasz bohater i w sumie już dalej to nie wiadomo, co będzie. Już sam nasz bohater jest w takiej kropce totalnej. Świat się kończy, on nie wie, co ma robić. Koniec świata taki totalny. Jednak cała historia, którą dotychczas pisaliśmy, zmierzała ku temu punktowi kulminacyjnemu.
A dlaczego? Dlatego, że zaraz za tym punktem, bezpośrednio lub może troszeczkę dalej, mamy rozwiązanie akcji. Takie uspokojenie. Wszystkie wątki się rozwiązują, a bohater dopiero teraz zaczyna wszystko rozumieć. Tych punktów kulminacyjnych może być kilka. Może być jeden taki wielki, a może być ich kilka, ponieważ te punkty kulminacyjne powodują zbieranie się napięcia, przez co czytelnik także czuje zainteresowanie. „Ojejku, co to będzie? Co się stanie?” To nie muszą być jakieś niesamowite, wielkie punkty kulminacyjne. To mogą być jakieś drobiazgi związane nie tylko z tym głównym wątkiem, ale też z wątkami pobocznymi. I jeśli mamy ich kilka w historii, to utrzymujemy zainteresowanie czytelnika na trochę dłużej, niż gdyby ta historia działa się jednostajnie.
To jest jak z jazdą samochodem. Jeśli jedziemy samochodem po linii prostej, bez żadnych wzniesień, bez żadnych zakrętów i obok siebie mamy tylko pustynię, to czujemy po jakimś czasie całkowite znużenie i jest możliwość, że możemy za kierownicą zasnąć. Jeśli natomiast mamy po drodze wzniesienia, zakręty, jakieś bardzo fajne widoki, to nie dość, że szybciej nam się zdaje, że jedziemy, to jazda jest przyjemniejsza i na pewno nie grozi nam zaśnięcie za kierownicą, ponieważ coś się dzieje. Są jakieś zmiany. Tak samo jest w pisaniu. Piszemy, mamy punkt kulminacyjny, złagodzenie akcji, ponieważ rozwiązuje się to wszystko i przechodzimy do następnej akcji, która się rozpoczyna. Mamy punkt kulminacyjny, który tutaj nam się pojawia i taka droga z zakrętami i wybojami. Tak więc należy o tych punktach kulminacyjnych pamiętać podczas pisania. Żałujcie, że mnie teraz nie widzicie podczas nagrywania tego odcinka, ponieważ podczas tłumaczenia strasznie mocno gestykuluję i to musi z boku wyglądać naprawdę bardzo zabawnie. Dobra, gdzie ta moja czarodziejska lista?
Przechodzimy do następnego pojęcia. Następne mam rodzaje i gatunki literackie. Tu wszyscy byliśmy w szkole i nie będę tu się bardzo rozgadywać na ten temat. Należy jednak przypomnieć, że mamy lirykę, epikę i dramat. To wszystko było w szkole, to wszystko jest w podręcznikach, ewentualnie w Googlach. Zerknąć i się doedukować to bez problemu. Następne, co pojawiło się na mojej magicznej liście, są to środki stylistyczne, czyli tak zwane środki artystycznego wyrazu. Są to różnego rodzaju środki używane przez artystów nie tylko piszących, ale też malujących. Ogólnie w sztuce. I one mają na celu wywołanie u odbiorcy konkretnych emocji, które są zaplanowane przez artystę.
I mamy tu wielką wręcz, niesamowicie rozbudowaną listę tych środków. Między innymi są to alegorie, animalizacje, apostrofy, elipsy, emfazy, epifory, epitety, hiperbole na przykład, inwokacje. Są to bardzo często używane środki w poezji, jednak w prozie też się zdarzają. I powiem wam, że listę tych środków można znaleźć w internecie także. Nie będę się teraz tutaj rozdrabniać i zanudzać was opisywaniem każdego po kolei, ponieważ jest ich naprawdę masa i można z nich korzystać, do czego bardzo zachęcam z całego serducha. Dobra, idziemy dalej. Następna na mojej liście jest adaptacja. Adaptacja jest to przystosowanie utworu literackiego do przedstawienia go na ekranie czy też na deskach teatru. Następna na mojej liście jest dedykacja. Jest to krótka, odręczna notatka, którą autor zostawia na przodzie swojej książki.
Wpisuje tam jakąś krótką myśl, ewentualnie tylko dla kogo jest dedykacja adresowana i zawiera też odręczny podpis autora. Mam też na mojej czarliście morał. Nie każda historia posiada taki morał, jednak jest to pewne pouczenie, które wynika z treści historii. Najczęściej morały mają bajki, książki dla dzieci, ponieważ one próbują czegoś te dzieci, czytelnikach nauczyć, przestrzec przed czymś, czego nie należy robić i wyedukować, jakby nie kończyć. Każda jednak historia powinna zawierać uwaga puentę. Puenta jest to zakończenie utworu, które powinno przedstawiać pewien sens i zazwyczaj jeszcze nie spotkałam historii, która puenty nie posiada. To jest bardzo istotne i należy o tym pamiętać, a nie każdy też wie, czym puenta jest. Tak więc pamiętajmy, czym jest puenta i korzystajmy z jej funkcji. Moja magiczna lista właśnie się skończyła. Wszystkie pojęcia się wyczerpały.
Nie wiem, czy czegoś nie pominęłam. Najmocniej przepraszam za to, że tak was zanudzałam. Jeśli czegoś nie wyjaśniłam, możecie dać mi znać. Poprawię się następnym razem, a za dwa tygodnie postaram się przygotować coś mniej nudnego. A teraz dziękuję za wysłuchanie audycji i do usłyszenia za dwa tygodnie. Dobranoc.
[02:33:57] - To idąc za ciosem, proszę państwa, idąc za ciosem proponuję nieco inną formułę, ale również formułę warsztatową. Już państwo wiecie, że czas na alchemię tworzenia. Tak, Katarzyna Prychacz zaprasza na kolejną część grzybków i fermentów. Tym razem odsłona szósta.
[02:34:24] - Dobry wieczór. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na: Alchemia tworzenia. Uszanowanko w 21. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Jest to podcast, który już od dwóch sezonów skupia się przede wszystkim na kreatywnym, takim improwizowanym wymyślaniu. Kto wie, ten wie, kto nie wie, ten się właśnie dowiedział. Okej, nie przedłużając. Od bodajże 16. odcinka tego sezonu prowadzimy kreatywne śledztwo. Śledztwo o takim roboczym tytule Grzybki i Fermenty.
Sprawa dotyczy zamordowania alchemika bimbrownika. Także sprawa jest w toku. W ostatnim odcinku omawialiśmy inne ofiary, bo się okazuje, że to jest seria tego typu morderstw. Nie będę wam spoilerować teraz. Zapewne jeżeli w trakcie tutaj dzisiejszych treści coś wyjdzie, to wtedy wam przybliżę daną rzecz. Jeżeli ktoś potrzebuje skrótu, to oczywiście zapraszam do odsłuchania poprzednich odcinków. Czy to tutaj na bookradio.pl, gdzie słuchacie najprawdopodobniej premiery odcinka. Jeżeli nie słuchacie już w dniu takiej premiery premiery, tylko tej drugiej premiery na YouTubie, to tutaj oczywiście też znajdziecie sobie na YouTubie te odcineczki. Przypomnę, że właśnie na YouTubie dodatkowo są wzbogacone o zdjęcia tych kart, tych wszystkich komponentów, które losuję. Także możecie razem ze mną sobie patrzeć tutaj na bieżąco, co się dzieje.
Także serdecznie zapraszamy czy to na YouTubka, czy na fanpage na Facebooku Alchemia Tworzenia Podcast. Tam macie informacje o bieżących odcinkach, o nadchodzących odcinkach. Jeżeli są jakieś zmiany. Tam również znajdziecie folder. Właściwie konkretniej nie tyle folder, co album ze zdjęciami w sekcji zdjęcia. Jeżeli oglądacie na YouTubie, to zapewne teraz właśnie widzicie grafikę z krótkim takim instruktażem z infografiką gdzie to się znajduje. W tym folderze wrzucam właśnie zdjęcia tych kart z takim krótkim opisem jaki był klimat tej sceny, gdzie są te klucze inspiracyjne, co zwróciło moją uwagę. Tam możecie też prześledzić, skąd się niektóre rzeczy w ogóle wzięły. Co jeszcze? Nie ukrywam, że jak słuchacie, jeszcze nie opracowałam poprzedniego odcinka, bo tam strasznie dużo treści nam wyszło.
Powiem szczerze, że chyba najbardziej taki absorbujący odcinek poprzednio. Aż mnie troszeczkę głowa rozbolała po tym wymyślaniu jak nigdy. Ale bardzo dużo wątków. Pięknie nam się to fajnie tak wiecie, to się samo łączyło. Także zachęcam do odsłuchania. On był w sumie troszeczkę taki wyjęty, bo to nie było takie śledztwo tak jak do tej pory. Czyli nie poruszaliśmy się po żadnych lokacjach, tylko omawialiśmy tak archiwalnie te poprzednie ofiary. Co im się tam wydarzyło. Dzisiaj już wracamy na tory spacerowe. Sama też potrzebuję chyba trochę takiej spokojnej teraz treści odskoczni.
Także dzisiaj mieliśmy ruszyć do zoo, bo się okazuje, że wszystko wskazuje na to, że przy następnej ofierze będzie znaleziony miś koala. Martwy oczywiście niestety i złoty liść eukaliptusa. Także nasz śledczy postanowił zajrzeć do okolicznego zoo, czy przypadkiem tam nie brakuje misia Aż się boję, co z nami dzisiaj karty zrobią. Jeżeli chodzi o formułę, którą dzisiaj przyjmiemy, to dzisiaj bierzemy karty detektywów i Story Cubes, czyli tak jak było od początku, czyli cztery karty i sześć kości. Jeżeli chodzi o Story Cubes, tym razem, jako że skończyły mi się już potrójne serie, przechodzimy do pełnych wersji. Wzięłam dzisiaj podstawowego Story Cubesa, czyli te dziewięć kości w pomarańczowym pudełku i wariant też dziewięciu kości pod hasłem „Podróże”. Oczywiście wzięłam po trzy kości z każdej serii i nimi dzisiaj będziemy rzucać. Czy coś więcej muszę powiedzieć? Myślę, że nie. Nie będę wam streszczać, co było w poprzednich odcinkach, bo to jednak strasznie dużo zajmuje.
Tak jak mówiłam, wiecie, gdzie szukać informacji. Chyba wszystkie techniczne rzeczy mamy. Ja nie przedłużam dzisiaj, więc lecimy z tematem. Przetasuję karty i oczywiście najpierw je wyłożę, ale jeszcze nie odwracam i jak zawsze będziemy sobie na bieżąco do nich zaglądać. Dobra. Karta jeden. Jakaś tutaj ze środeczka. Dawaj. Karta dwa. Z końca karta trzy i karta cztery była zawsze taką kartą podsumowania, także zobaczymy.
Karta cztery. Cyk. Dobra, karty odkładam. Kości mamy. No dobra, to przechodzimy do pierwszej karty. Wiecie co? Szczerze? To naprawdę mam stresa. Te pojedyncze odcinki są łatwiejsze. To jest dla mnie dużo łatwiejsze, aczkolwiek tutaj się lepiej bawię.
Mam nadzieję, że wy też, że jednak ta seria kontynuacyjna, taki serial wam się też podoba, bo ja tu się mega wkręcam. Dobra, to lecimy. Co jest na pierwszej karcie? Opowiem wam oczywiście, co tam jest i zaraz się zastanowimy, jaki to ma związek z naszą fabułą. Cyk. O matko! Z córką. Dobra, najpierw co mamy na karcie. Na karcie mamy kartę do gry z damą. Tak?
Dobrze pamiętam? Bo królowa była w szachach. Tu jest dama. Oczywiście ona jest, jakbyśmy zgięli tę kartę na pół, to u góry jest taka dama. Oczywiście w pięknych falbanach, pięknej sukni, ale dzierży miecz. Mamy jej popiersie, taką skupioną, zaciętą minę, a na drugiej połowie karty mamy bardziej dziewczęcą, delikatną. Oczywiście też w falbanach, ale już nie trzyma tego miecza, tylko kwiatek i patrzy na ten kwiatek. W tle mamy, z tego, co patrzę... Aha, bo to jest kolor. Już wiem.
Teraz jeszcze patrzę na kolor karty i ta kobieta z mieczem to jest pik, z tego, co pamiętam, jak nic nie mylę. A kobieta z kwiatkiem to jest serce. I w tle mamy rozwścieczone piki, które niosą miecze i idą, jakby szły na jakąś wojnę. Także karta dosyć wojenna. Mamy tu wojenną ścieżkę. I teraz myślę, co tutaj jeszcze... Chciałam iść do zoo. Się zastanawiam, bo tutaj nam się pojawiła też podejrzana kobieta, bo najprawdopodobniej sprawców było dwóch i jedna z kobiet właśnie w takiej, ja to nazywam roboczo, przetapialni złota. Nasz śledczy poznał kobietę, która najprawdopodobniej może mieć związek ze sprawą. I ona była taka nieprzystępna i co najmniej nie ułatwiała tej rozmowy.
Śledczy też się bardzo nie zdradzał, ale już widział, że kobieta chyba też zauważyła, że on był zbyt ciekawy. Za dużo pytań tam zadawał, że to nie był zwykły klient. I teraz myślę, że może jak tu jest wojenna ścieżka i kobieta, to może tutaj zrobimy... Jeszcze taka szykowna kobieta, piękne uczesanie. Co prawda nasza podejrzana nosiła kapelusz, a ta kobieta nie ma kapelusza, to chyba, że to będzie jakaś kobieta z zoo, która wypowiedziała wojnę tym kradziejom zwierząt. No właśnie, może nasz śledczy przybywa na miejsce i się tam okazuje, że jest niezły rozgardiasz, że może to właśnie jakaś kierowniczka zoo, czy to może któraś z opiekunek zwierząt. A może to są siostry, słuchajcie. Może to są siostry i jedna z sióstr może jest właśnie taką, myślę, czy właścicielką, czy kimś, kto tym zarządza. Ta z kwiatkiem, taka pozytywnie patrząca na życie, niewinna. I tutaj taka: „No jak?
Przecież nikt nie chciał źle” i tak dalej. Wiecie, że zawsze widzi dobro w ludziach. I ta druga, taka bardziej aktywistka, która zajmuje się może bezpośrednio tymi zwierzakami, może odpowiada za ich transport, za ich dobrobyt, za to, żeby im było dobrze w zoo. I ona jest właśnie rozwścieczona. A może obie są po prostu właścicielkami. Mamy tutaj małe miasteczko, więc to w sumie mógł być biznes rodzinny i może właśnie tak. Tak, to byłoby fajne. Czyli tutaj nasz śledczy przychodzi i dowiaduje się, że jest coś nie tak i między nimi może różne zwierzątka zniknęły. Myślę, czy tam mieliśmy... Z tego miasta mieliśmy tylko królika, bo tak myślałam, że te poprzednie ofiary, poprzednich sześć ofiar było z dwóch różnych miast.
Podzieliłam je na reprezentantów danego sektora rozwoju. Dobra, brzmi enigmatycznie, ale zachęcam: odsłuchajcie poprzedni materiał, bo tam się bardzo dużo zadziało. Tak czy siak, trzy ofiary z jednego miejsca, więc założyliśmy, że nasz alchemik jest pierwszą ofiarą. Ale właśnie się jeszcze miotam, czy nie zrobić tak, że jednak on był drugą ofiarą. Ale dobra, że misio. Może tu się dowiemy, że ten misio zaginął już parę miesięcy temu i ona poruszyła wszystkie swoje kontakty, żeby znaleźć tego zwierzaka, że ona nie wierzy, jak mógł zaginąć tak egzotyczny zwierzak. Chyba nic więcej z tej karty na siłę wyciskać nie będę. Jest ciekawie. Wezmę pierwszą kość i zobaczymy, co nam powie. Właściwie wylosuję sobie tryby tutaj.
I rzucamy pierwszą kością. Okej, wypadły mi tryby. Te takie koła zamachowe, zapadki. Od razu mi się to kojarzy z procesem myślenia, łączenia kropek, łączenia faktów. I teraz co by to mogło nam dać w naszej fabule? Może tutaj nasz śledczy je wtajemniczył, bo tak naprawdę wszyscy mogą być podejrzani. A tutaj też przypomnę dla tych, którzy nie słuchali wcześniej, to śledczy działa teraz na własną rękę, bo w jakiś dziwny sposób niby znalazł się sprawca, morderca tego alchemika. Oczywiście tam się nic nie zgadza, ale komendant tak jakby pod przymusem albo przez jakieś naciski zewnętrzne zamknął to śledztwo. Czyli tak jakby śledztwo oficjalnie nie istnieje, a nasz śledczy wie, że ono istnieje i po prostu je kontynuuje. Może on tutaj się zastanawia, co on mógłby zrobić, jakie kontakty poruszyć.
Bo mieliśmy tu w sumie szukać jakichś tropów. Nie chcę już chyba ekspertyz żadnych, chociaż dobrze byłoby może zakończyć ekspertyzą. Dobra, zobaczymy. Więc może tutaj nasz śledczy uda się na miejsce porwania misia. Dobra, wiecie co? Ja rzucę kolejną kością, bo też nie chcę tutaj na siłę wymyślać. A może to nam się zaraz fajnie połączy. W co ja wierzę. Okej, mamy tutaj kocioł, taki rodem z baśni, wiedźmi kocioł, w którym bulgocze, aż bąble widać. Może jakaś stołówka, może karma, może mamy tu jakiegoś świadka.
Tak sobie myślę, że na przykład ktoś, kto się zajmuje karmieniem zwierząt, więc nasz śledczy zaczął po prostu się rozglądać. Patrzy na te koła zębate, czyli szuka, zwiedza lokację i poprosił o pozwolenie i tam chodzi i sprawdza wszystko. Możemy też zrobić tak, że dostał pozwolenie od tej z mieczem, bo tamta nie widziała potrzeby. Ona nie chciała nikogo tu wtajemniczać, a ta oczywiście, że tak, że zwierzaki trzeba bronić, więc dała mu dostęp wszędzie i on trafił właśnie może do ludzi, którzy zajmują się karmieniem, którzy może karmili tego koalę. I tutaj moglibyśmy mieć świadka, który coś widział niepokojącego. A z drugiej strony to też może być podejrzany, który mógł zabrać misia. Dobra, trzecia kość. Oko. Mamy tutaj takie szeroko otwarte oko z rzęsami, więc tutaj ewidentnie mamy może jakiś dowód. Bo to oko to już jest taka pewność.
Myślę, czy oko to też jak kamera, obiektyw. Może jednak mamy nagranie z monitoringu? Tylko czy ono było ukryte? Tak się zastanawiam. No chyba że po prostu na razie mamy pozyskane nagranie z monitoringu, ale jeszcze go nie oglądaliśmy i zobaczymy, czy obejrzymy to dzisiaj, czy to będzie po prostu zebrany dowód, który będziemy analizować w następnym odcinku. Zobaczymy. A tutaj ktoś od tej karmy. Tylko co on mógł powiedzieć? Dobra, zobaczymy drugą kartę, co na niej będzie. Może on nam tutaj coś podpowie, jeżeli chodzi właśnie o te tropy w sprawie misia.
Cyk. I mam dwie sklejone karty. Trudno. Tę z dołu odrzucamy. Dobra, mamy tutaj zegar, taki z wahadłem. Oczywiście tarczowy, w sensie wskazówkowy zegar, wielki stojący czerwony zegar. Latają tutaj ptaki. Nie wiem, właśnie chciałam powiedzieć, że nie wiem jakiej rasy. Nie wiem, co to za gatunek. Jeden jest taki czarny z pomarańczowym trochę dziobkiem, drugi jest jasny.
Ale ten czarny nie wygląda na kruka ani na kawka. On taki granatowy bardziej, trochę jak gołębie. Powiem wam szczerze, że w ogóle ta karta skojarzyła mi się z pocztą, mimo że ewidentnie jest to jakiś peron. Mamy w tle chmurki, mamy właśnie takie ładne arkady i oczywiście tory i te platformy, gdzie tam się ludzie mogą zebrać, żeby wsiąść do pociągu. Oczywiście zegar stoi w otoczeniu takich starych kufrów, jeszcze na takie klipsy, na takie klamry zamykanych. W okrągłych takich pudłach przewoziło się kapelusze. Czyli mamy lokację, mamy dworzec, mamy kapelusze i teraz tylko dlaczego? Dlaczego? Bo zoo nie jest daleko, tak? Czyli nie trzeba było jechać pociągiem.
Te ptaki. Co może taki ptak symbolizować? Jakiś lot, jakieś coś? Czas, upływ czasu. A może ten miś został niedawno porwany? To byłoby zbyt wielkim zbiegiem okoliczności, gdyby się okazało, że jednego dnia śledczy to odkrywa i idzie do zoo i okazuje się, że akurat misiu został porwany. Ale w sumie dobra, nie musimy tak ambitnie do tej fabuły podchodzić. Powiem wam tak: gdybyśmy to spisywali, może warto byłoby tutaj zrobić coś bardziej zagmatwanego niż taki prosty trop, ale to ma być zabawa, więc nie ma co. Już i tak sobie wyjątkowo utrudniłam. Więc może faktycznie nasz śledczy przychodzi w dzień, kiedy właśnie ten cały rozgardiasz jest, bo zaginął koala.
Więc trochę moja teoria z tym, żeby nasz alchemik był drugą ofiarą, to niestety. I myślę teraz, czy uratujemy misia, czy nie. Zobaczymy. Czyli czas jest na wagę złota, tak? Czyli niedawno się wydarzyło. I teraz patrzę jeszcze te ptaki, kufry. Może na tym monitoringu mamy właśnie spłoszone ptaki, które gdzieś tam się zerwały w nocy. Nie wiem, obudziły się. Może jakaś ptaszarnia może być w zoo i w nocy powinien być spokój, a tutaj się zrobił jakiś harmider. No i patrzę, jak są te okrągłe pudła, że kapelusz, to może właśnie był sprawca w jakimś kapeluszu.
Tylko myślę teraz, bo znaleźliśmy fragment kapelusza na miejscu zbrodni, gdzie alchemika zamordowano. Ja sugerowałam, że mógłby to być cylinder jakiś czarny. I teraz nie wiem. Może tutaj będzie wybrakowany cylinder? Może faktycznie na monitoringu będzie widać sprawcę, który ma cylinder i jak się przybliży, to będzie tam jakaś wyrwa. Może tak zróbmy, bo mieliśmy szukać naszego kolejnego podejrzanego, bo też go potrzebujemy, tego głównego. Dobra, nie przedłużam. Kolejne trzy kości i lecimy. Bo ja lubię przedłużać, a dzisiaj jakoś tak mam chyba jeszcze trochę zmęczenie po poprzednim odcinku, a jednocześnie jestem ciekawa, co dalej. No to rzucamy kością.
Kaktus. Myślę jeszcze co z tym peronem, bo w sumie chyba, że jakieś zwierzęta mieli gdzieś przewozić. Może właśnie ten zwierzak miał zostać przewieziony na jakieś badania czy coś? Tak jeszcze wracam do tej karty poprzedniej z peronem. A ten kaktus? A może ten zwierzak był chory i on łysiał na przykład? Patrzę na ten kaktus, bo jest jakiś taki wyliniały. Ale co? Kaktus jest też kujący. Kaktus ma wodę w środku.
Ale kaktus też rośnie na pustyni i susza. Może ten misiek musi dużo płynów pić? Nie wiem. Dobra, wiadomo, że czas jest istotny, bo to jest nie ten klimat, zwierzak nie stąd. Chyba że to jeszcze by dotyczyło naszego podejrzanego, że ten kapelusz. I co z tym kaktusem mogłoby być? Może było widać, że ma krótkie włosy, że na jeżyka jest. A może mu spadł ten kapelusz? Ptak mu strącił. Okej, to jest fajne.
Spadł mu ten kapelusz z głowy i było widać, że jest taki bardzo krótko ścięty, ostrzyżony. Może nie łysy, ale taki bardzo prawie. Chociaż nie wiem czemu. Właśnie, w sumie on nie musiał w nocy tego kraść. No dobra, to widzieliśmy, że nasz podejrzany ma jeżyka na głowie. Kaktusa. Dobra, kolejna kość. Pszczółka. Co ty, pszczółko, nam możesz tutaj zrobić w fabule teraz? Pomyślałam o tym, że może coś go poparzyło, użądliło.
Może jakieś inne zwierzę go zaatakowało, więc on się szarpał z tym koalą w worku i może właśnie wpadł gdzieś coś. Węże są i tak zwykle zabezpieczone gdzieś bardziej. Dobra, do czego zmierzam? Bo wtedy mógłby nasz śledczy mieć tropy, jeżeli chodzi właśnie o szpitale. O szukanie. Albo może właśnie coś poszło nie tak. Właśnie może pszczoła, a nasz sprawca jest uczulony i może po prostu widać było jak puchnie czy łapie się za serce. Tylko wtedy musiałby pojawić się ten pomocnik, żeby tego misia zabrać. Bo finalnie i tak misia nie było, więc prawie akcja się rypnęła. Nie wiem, bo owady w zoo to tak nie działa.
No chyba że patrzę na tą pszczołę, że ona ma żądło. Może tam był jakiś drut kolczasty i kaktus? No ale dobra, bo to też zwierzaki mogłyby się kaleczyć, to chyba nie jest dobre. Ale jakieś uczulenie. Dobra, trzecia kość. Okej, tu mamy latarkę. To by w sumie mogło wskazywać, że to wszystko działo się nocą. Może latarka była zgubiona? Właśnie, może ten nasz sprawca zaczął się opędzać, tak szamotać Tylko kurde, pszczoły i chyba osy i te inne takie, to one chyba raczej nocą nie są aktywne. Co to mogło być?
Coś, co go skaleczyło. Chyba że po prostu tutaj to zinterpretujemy na zasadzie ataku zwierzęcia, więc może po prostu ten zwierzak go ugryzł i w tej szamotaninie. Czyli będziemy szukali na przykład mężczyzny, który kuleje, ma jeżyka na głowie, ma gdzieś ranę od ugryzienia tego zwierzaka. I też zgubił tę latarkę. Więc może też ta latarka jako dowód. Na monitoringu nasz śledczy to zobaczył i poszedł do tej zagrody, gdzie był misio i tą latarkę na przykład znalazł. Zabezpieczył ten dowód, żeby sprawdzić, czy może odciski palców są w systemie. Tak. Dobra, mamy to. Trzecia karta w takim razie.
Cyk. Okej, dużo też się tutaj dzieje. Mamy sówkę, która sobie siedzi wygodnie w fotelu, ma okulary na nosie, na dziobie i robi na drutach. I na tych drutach robi węża. Tam w tle mamy las za oknem. I teraz myślę. Mówiłam właśnie o jakimś ugryzieniu. Rozważałam węża, tylko skąd by się, w zoo węże nie chodzą luzem. A może zaginął wąż? Bo tutaj na karcie ta sówka robi, ten wąż jest taki wielobarwny, kolorowy, ale ogromny wąż, jakiś boa dusiciel czy coś.
To też by mogło sugerować, że już jest w planie kolejna ofiara. Że dwa zwierzaki by ukradli od razu? Bo co innego z tym wężem? Chyba że to była próba. A co sowa? Sowa to symbol można powiedzieć wiedzy, mądrości. Tutaj też takiej wiedzy z doświadczenia. Może to jakaś starsza osoba. Chyba że te odciski palców wskazywałyby właśnie, może na tej karcie jest podejrzany. Tak patrzę, bo już nie musimy być w sumie w tym zoo.
A może nie ma nazwiska tego sprawcy? Może on nie został ujęty, ale już wcześniej był notowany na przykład właśnie za kradzież, za próbę kradzieży jakiegoś węża egzotycznego. Więc może tutaj mamy po prostu wynik odcisków palców. Czyli ta sowa, która tutaj stworzyła tego węża, może to jest właśnie ktoś znajomy naszego śledczego, kto sprawdził mu te wyniki. Może właśnie jakiś emerytowany policjant albo ktoś taki starszy, już kolega po fachu i on wydziergał mu te dowody, znalazł. Więc odciski palców są. Mamy tego węża, próbę kradzieży węża. Tylko co by nam to dało? Chyba że możliwość rozwiązania starej sprawy. A może on skradł tego węża wtedy, tylko go nie ujęli.
No dobra, zostańmy przy tym i zobaczmy w takim razie tę ostatnią kartę, która dzisiaj będzie takim podsumowaniem. Może też da nam tutaj jakieś światło. Myślę. Zobaczymy. Nagniemy najwyżej tego węża gdzieś, jak jeszcze trzeba będzie. Dobra, ostatnia karta. Dobra, mamy tutaj dwa tornada, białe i czarne i one są nad takim skrawkiem ziemi. Niby taka wysuszona ziemia, ale tutaj część jednocześnie wygląda, jakby płynęło coś zielonego do wielkiego krateru. Ale z drugiej strony mamy tutaj zatkniętą czerwoną chorągiewkę i piłkę golfową. To trochę wygląda jak takie pole golfowe i takie te dwa tornada jakby one się ścigały czy walczyły ze sobą.
To teraz myślę, bo moglibyśmy dotrzeć na pole golfowe, tylko po co? Bo wiecie, jeszcze też nie wiemy, kto jest ofiarą. Jak w ogóle moglibyśmy to powiązać? Chyba że teraz właśnie wyszła informacja, że zaginął. Chyba że ta poprzednia karta, bo wiecie, mamy stowarzyszenie tych alchemików i stamtąd są mordowani ludzie. I może jednocześnie tutaj po prostu do naszego śledczego ktoś zadzwonił z tego stowarzyszenia i powiedział, że ktoś zaginął. I teraz się zastanawiam wtedy, czy tej karty z wężem może nie wziąć jako jakiś starszy alchemik. Ja tam mówiłam trzy filary, czyli ten nasz był od ciała. Bo tutaj mamy w sumie takiego rękodzielnika. Tutaj jest ktoś, kto robi na drutach.
Nie wiem, czy dosłownie weźmiemy te druty tutaj, ale właśnie dlaczego ta osoba by miała być ważna? Tutaj mamy też przypominam ten blok takich jakby herosów, bohaterów. Co? Zaklinacz węży? Może jakiś mistrz robienia na drutach? A może to, tak patrzę na tę sowę i na druty, to mi się skojarzyło, że jakaś babcia, że jakaś starsza pani. I jeszcze tutaj taka chatka też gdzieś wygląda na uboczu, bo mamy piękny widok na las, nawet taki trochę zimowy, tam na jakąś wodę. Chyba to jest woda. To może to była taka Starsza kobieta, bo mieliśmy też ten dział. Tak jak mieliśmy dział ciało, był też dział umiejętności, wiedza i dział duch.
Duch w sensie emocje czy te psychologiczne sprawy. To może tutaj zaginęła właśnie w tym miasteczku osoba, która tu reprezentowałaby te psychologiczne sprawy. Nie wiem tylko teraz, czy to jakiś taki doradca. Wiecie, to taka mogła być babcia, taka dla wszystkich, że taka kobieta dobra rada, że do niej wiele osób przychodziło. Patrzę na ten fotel jeszcze i tutaj te druty. Wąż. A co wąż jest w symbolu medycyny? Myślę, gdzie ją umiejscowić. A może to była jakaś lekarka? O, bo to mieli być herosi, czyli to byłaby taka już starej daty lekarka, która po prostu wymiatała, a jednocześnie też można było pójść się poradzić.
Taki prawdziwy lekarz z powołania. Tutaj w sumie mieli trochę walczyć z tymi globalnymi rzeczami, to może właśnie ona też zalecała jakieś ziołolecznictwo, nie tylko leki z apteki. To może tak zrobimy. Czyli tutaj cofnę, że tak powiem, temat. Oczywiście wiecie co myślę, czy cofać, czy po prostu nie użyć tej karty na dwa sposoby? Myślę o tych odciskach palców. Bo to nam nic nie dało tak naprawdę. No dobra, to załóżmy, że odciski palców, dopiero latarka została zebrana i one zostaną dane. Tutaj mamy kartę z tą sową, czyli jednocześnie dowiedzieliśmy się, że zaginęła ta osoba. Czyli tak, miś zaginął w nocy.
Teraz okazuje się, że tej osoby nie ma. Czyli to znaczy jest szansa, że ona jeszcze żyje, że to wszystko dopiero się dzieje. Czy na przykład może nie tyle zaginęła, co nie odbiera telefonu i może trzeba się do niej dostać. I teraz jeszcze to pole golfowe i te dwa tornada. Te tornada, tak jak mówiłam, one się rywalizują, ścigają. Więc może tutaj nasz śledczy właściwie w tym momencie ściga się z czasem, ściga się z tymi potencjalnymi sprawcami. Więc tutaj te tornada i myślę to pole golfowe, może to byłby ktoś, kto mu pomoże w jakiś sposób? Pole golfowe skojarzą się, jak to na filmach z jakimiś przedsiębiorcami, z jakimiś luksusami i w ogóle, raczej z osobami majętnymi, które ten golf traktują nie tyle jak sport, co bardziej jako hobby. W sumie nie wiem, czy golf jest drogi w sensie takim jakbyśmy na przykład chcieli teraz pojechać na pole golfowe i pograć. Nie mam rozeznania, nie wiem, ile kosztuje wejście na takie pole, chyba że przy tym polu golfowym gdzieś ta osoba miała domek, chatkę.
Bo też te tornada ewidentnie niszczą tutaj trochę to pole golfowe, ten skrawek ziemi. Nie wiem, czy niszczą. Jakiś tam kurz się unosi i czerwona flaga, ale też często czerwona flaga tutaj jest jako znacznik, ale czerwona flaga to może być właśnie wiecie coś, że nie idź tam. Tu piłeczka nie wpadła jeszcze do dołka. Czy może pole golfowe? Wiecie co? Już też tak robiłam wcześniej, że tę kartę w sumie i tak będę kontynuowała pewnie w następnej części, bo najpierw pomyślałam, że nasz śledczy od razu postanowił pojechać do chatki tej osoby, ponieważ w sumie alchemik też został znaleziony w swoim domu. Poprzednich ofiar aż nie ustalałam gdzie, ale moglibyśmy założyć, że każdy był znaleziony we własnym domu. I ta czerwona flaga mogłaby mówić mu na przykład, że to jest za proste, żeby tam nie jechał. Chyba że to będzie miało związek z polem golfowym.
Mówiłam też o tym, że tych zabójców pewnie wynajęła jakaś korporacja albo jacyś majętni ludzie, bo tutaj cała ta walka, w tym odcinku wam nie mówiłam, nasz alchemik czy całe to stowarzyszenie wypowiedziało taką cichą wojnę, czy stara się przeciwdziałać rozwojowi, ale nie temu zdrowemu rozwojowi, czyli że powstają na przykład jakieś wynalazki, które pozwalają się ludziom rozwijać, tylko bardziej te wynalazki, które zastępują ludzi. Tutaj właśnie też w kwestii eliksirów naszego alchemika, to chodziło o właśnie te bardziej transhumaniczne rzeczy, czyli te ulepszenia ciała, wiecie, czy to jakimiś chipami, czy doszywaniem dodatkowych kończyn i tak dalej. Tutaj moglibyśmy tą teorię jeszcze bardziej wykoleić na potrzeby tej fabuły, gdybyśmy mieli ją spisywać. Nasz bohater uważał, że to wszystko można zrobić właśnie ziołami, jakimiś rytuałami, bardziej takimi naturalnymi rzeczami, które nie wymagają ingerencji w ciało człowieka. I teraz myślę, bo tutaj to pole golfowe i też to, że to śledztwo zostało wyjaśnione, ale właśnie słuchajcie, nasz śledczy walczy z czasem, ściga się A czerwona flaga mogłaby oznaczać, że komendant się dowiedział, że to śledztwo jest kontynuowane. I te pole golfowe to mogłyby być naciski z góry. Może ktoś inny się wmiesza, ktoś wyższy rangą, a może jakiś polityk? Może jakiś polityk będzie naciskał na komendanta i nasz śledczy znowu zostanie w jakiś sposób zatrzymany. Akurat w tym momencie, gdzie powinien jak najszybciej pędzić do chatki potencjalnej ofiary. Może ta czerwona flaga to jest po prostu telefon?
Ale wiecie co, jeszcze tak patrzę: tornado, chaos. Może nasz śledczy został aresztowany? Zatrzymany? To by było ciekawe dla fabuły. Dobra, na tym zakończmy. Jest ciekawie. Trochę nabrało to pikanterii. Właściwie teraz jest ta presja czasu. Co będzie? Dowiemy się za tydzień.
Ja nie przedłużam. Nawet dobry czas widzę mamy dzisiaj. W ramach odpoczynku po poprzednim bardzo długim odcinku. Słyszymy się za tydzień. Życzę wam tutaj wszystkiego co najlepsze jak zawsze. I czekamy co będzie dalej. Trzymajcie się cieplutko. Pa!
[03:10:15] - Spirytyzm, spirytyzm. Jakoś państwa ten temat zafascynował. Przyznaję, niektóre jego elementy są interesujące, ale żeby aż tak? Ale nasz klient, nasza pani. Ale się genderowo wyszło. Nieważne. Zapraszam państwa na Bez Tajemnic. A dzisiaj Allan Kardec, kodyfikator spirytyzmu?
[03:10:51] - Kim był Allan Kardec? Czyta Agnieszka Krzemień. Léon Denis Ard Hippolyte Rivail, lepiej znany pod swoim pseudonimem Allan Kardec, urodził się w Lyonie 4 października 1804 roku w rodzinie pochodzącej z Bourg-en-Bresse, która przez wiele pokoleń zdobyła szacunek w tamtejszym sądzie i adwokaturze. Jego ojciec, podobnie jak dziadek, był liczącym się adwokatem o silnym charakterze. Jego matka, wyjątkowo piękna, elegancka i sympatyczna, była dla niego obiektem uczucia graniczącego z uwielbieniem, które trwało przez całe życie. Wychowywany w instytucie Pestalozziego w Yverdon, kanton Vaud, już jako młody chłopiec wykształcił w sobie zwyczaj poszukiwań i wolnego myślenia, których miał dać tak znakomity przykład w późniejszym okresie swojego życia. Obdarzony z natury pasją do pracy nauczycielskiej, w wieku 14 lat poświęcił się pomaganiu w nauce swoim szkolnym kolegom, którzy radzili sobie gorzej niż on. Był tak zafascynowany botaniką, że często spędzał cały dzień w górach, wędrując z torbą na plecach 30 do 40 kilometrów w poszukiwaniu okazów do swojego zielnika. Urodził się w kraju katolickim, ale zdobył edukację w państwie protestanckim i już od najmłodszych lat zaczął zastanawiać się nad sposobem zaprowadzenia jedności w wierze różnych chrześcijańskich odłamów. Podjął projekt przygotowania religijnej reformy, nad którym pracował w ciszy przez wiele lat, ale bez sukcesu, ponieważ nie miał wówczas do dyspozycji informacji, które pozwoliłyby na znalezienie skutecznego rozwiązania.
Skończywszy studia w Yverdon w Szwajcarii, powrócił w 1824 roku do Lyonu, zamierzając poświęcić się prawu. Jednakże akty religijnej nietolerancji, których sam stał się niespodziewanie ofiarą, odwiodły go od pomysłu zostania adwokatem. Skłoniły go do przeniesienia się do Paryża, gdzie zajął się przez jakiś czas tłumaczeniem na język niemiecki Telemacha i innych klasycznych dzieł francuskiej literatury. Podjąwszy w końcu decyzję co do swojej kariery, nabył w 1828 roku wielki i prężnie działający instytut kształcący chłopców, po czym poświęcił się pracy nauczycielskiej, do której ze względu na swoje zamiłowanie i wiedzę doskonale się nadawał. W 1830 roku wynajął z własnych funduszy wielką aulę na rue de Sèvres, by prowadzić tam darmowe kursy z chemii, fizyki, anatomii i astronomii. Wykłady te, prowadzone przez 10 lat, odniosły duży sukces i wzięło w nich udział ponad 500 osób ze wszystkich grup społecznych. Wiele z nich zresztą zasłużyło się potem w świecie nauki. Pragnąc uczynić proces uczenia się atrakcyjnym, a zarazem skutecznym, Rivail wynalazł pomysłowy sposób wykonywania działań matematycznych i stworzył mnemotechniczną tabelę francuskiej historii, pozwalającą studentom zapamiętać najważniejsze wydarzenia i odkrycia, które miały miejsce za panowania każdego z królów. Z wielu dzieł edukacyjnych, które opublikował, warto wspomnieć plan udoskonalenia powszechnego kształcenia wysłany przez niego w 1828 roku do Francuskiej Izby Legislacyjnej, przez którą został pochwalony, choć nigdy nie wprowadzono go w życie. Kurs praktycznej i teoretycznej arytmetyki w oparciu o system Pestalozziego do użytku przez nauczycieli i matki w 1829.
Klasyczną gramatykę języka francuskiego w 1831. Podręcznik dla kandydatów przystępujących do egzaminów do państwowych szkół zawierający szczegółowe rozwiązania zadań z arytmetyki i geometrii w 1848. Dyktanda do egzaminów do ratusza i na Sorbonę ze specjalnym uwzględnieniem trudności ortograficznych w 1849. Dzieła te, wysoko cenione za czasu ich publikacji, były długo używane w wielu francuskich szkołach. Sam autor wznawiał niektóre z nich aż do swojej śmierci. Rivail był człowiekiem wielu towarzystw naukowych, między innymi Towarzystwa Naukowego w Arras, które w 1831 roku odznaczyło go honorową nagrodą za niezwykły esej na temat: jaki system edukacyjny odpowiada najbardziej wymaganiom współczesnych czasów. Był przez wiele lat sekretarzem Paryskiego Towarzystwa Frenologicznego i brał aktywny udział w pracach Towarzystwa Magnetycznego, poświęcając dużą ilość swojego czasu badaniom somnambulizmu, transu, jasnowidzenia i wielu innych zjawisk powiązanych z oddziaływaniem sił odkrytych przez Mesmera. To krótkie streszczenie jego prac wystarcza, by pokazać, jak aktywnie działał na niwie intelektualnej oraz jak różnorodna była jego wiedza, praktyczne spojrzenie na świat i ciągłe starania, by przysłużyć się innym ludziom. Kiedy około 1850 roku temat wirujących stolików znalazł się w centrum uwagi Europejczyków i zapoczątkował serię kolejnych zjawisk, które nazywano od tej pory spirytystycznymi, Rivail szybko odkrył, jaka była ich prawdziwa natura, wynikająca z istnienia pewnego rodzaju powiązań, do tamtej pory bardziej domniemywanych niż znanych, zwłaszcza tych, które dotyczą więzów łączących świat widzialny z niewidzialnym. Przewidując wielką wagę, którą takie rozszerzenia horyzontów postrzegania świata mogło mieć dla nauki i religii, rozpoczął ostrożnie doświadczenia mające na celu zbadanie nowego zjawiska.
Jego przyjaciel miał dwie córki będące mediami, jak dziś byśmy je nazwali. Były to radosne, pełne życia, sympatyczne dziewczęta, lubiące ludzi, tańce i rozrywkę. Zazwyczaj więc otrzymywały w czasie seansów prowadzonych w swoim gronie lub wśród rówieśników przekazy, które odpowiadały charakterem ich rozrywkowemu i w pewnym sensie frywolnemu spojrzeniu na świat. Jednakże, ku zdziwieniu wszystkich zainteresowanych odkryto, że za każdym razem, gdy Rivail był obecny na seansie, przekazy otrzymywane za pośrednictwem tych młodych dziewcząt miały poważny charakter. Zapytawszy się niewidzialnych istot o przyczynę tej zmiany, uzyskał on odpowiedź, że duchy dużo wyższego rzędu niż te, które zazwyczaj się komunikowały poprzez młode media, przybyły specjalnie dla niego i będą dalej to robić, by umożliwić mu wypełnienie ważnej misji. Zdziwiony tą zapowiedzią postanowił poddać duchy testom prawdomówności i przygotował serię pytań wynikających jedne z drugich, a dotyczących różnych problemów życia ludzkiego i wszechświata. Gdy przekazał je swoim niewidzialnym rozmówcom, otrzymał odpowiedzi za pośrednictwem owych dwóch młodych mediów, które zgodziły się poświęcić kilka wieczorów tygodniowo na tego typu spotkania. Poprzez stukanie stołów i pismo automatyczne, do którego używano wtedy jeszcze specjalnej deseczki, uzyskano wyjaśnienia, które miały stanowić podstawę teorii spirytystycznej, a których owe młode dziewczęta nie potrafiły docenić, a tym bardziej same wymyślić. Pewnego dnia, niemal po dwóch latach od pierwszego z tego typu dialogów z zaświatami, stwierdził w rozmowie z żoną, nawiązując do informacji, jakie uzyskał w czasie seansów, a które jego małżonka śledziła z sympatią: „To zadziwiające. Moje rozmowy z niewidzialnymi istotami inteligentnymi zrewolucjonizowały moje idee i przekonania.
Nauki, które mi przekazano, stanowią zupełnie nową teorię ludzkiego życia, obowiązków i przeznaczenia. Wydają mi się całkowicie racjonalne i spójne, zadziwiająco błyskotliwe, pocieszające i bardzo interesujące. Zastanawiam się nad tym, czy by tych rozmów nie opublikować w formie książki. Wydaje mi się, że to, co mnie tak głęboko zainteresowało, z dużym prawdopodobieństwem zaciekawi również innych”. Ponieważ jego żona ciepło przyjęła ten pomysł, przedstawił go swoim niewidzialnym rozmówcom, którzy odpowiedzieli mu, jak czynili to zazwyczaj, że to oni sami zainspirowali go do działania oraz że ich przekazy były przeznaczone nie tylko dla niego, ale dla świata, jak sam to właśnie zaproponował. Dodali, że przyszedł wreszcie czas na wcielenie tego planu w życie. „Dzieło, w którym umieścisz przekazane przez nas informacje” — mówiły komunikujące się istoty — „zaprezentujesz innym bardziej jako dzieło naszego niż twojego autorstwa. Nadasz mu tytuł Księga duchów. Opublikujesz je nie pod swoim własnym nazwiskiem, ale używając pseudonimu Allan Kardec. Zachowaj swoje własne nazwisko Rivail dla książek wydanych do tej pory, ale używaj pseudonimu, który właśnie ci przekazaliśmy w tych, które opublikujesz na naszą prośbę oraz we wszystkich pracach, które związane będą z wypełnianiem misji powierzonej tobie, jak ci już przekazaliśmy przez Opatrzność.
Stopniowo będzie ci ona wyjawiana w miarę, jak będziesz ją wykonywał pod naszą opieką”. Książka została więc przygotowana i wydana. Nakład rozszedł się bardzo szybko, a ludzie stawali się sympatykami nowej teorii i to nie tylko we Francji, ale w całej Europie, a nazwisko Allan Kardec zyskało ogromną popularność. Ludzie zaczęli go używać, gdy z nim rozmawiali. Wyjątkiem byli tu dawni przyjaciele, którzy podobnie jak jego żona, zwracali się do niego, posługując się jego prawdziwym imieniem. Niedługo po publikacji Księgi duchów założył Paryskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych, któremu przewodniczył aż do śmierci. Jego członkowie spotykali się co piątek w jego domu, by otrzymać od duchów komunikujących się poprzez media piszące informacje i wyjaśnienia na temat otaczającego nas świata i naszych obowiązków. Założył również i wydawał aż do śmierci miesięcznik zatytułowany Przegląd Spirytystyczny, czasopismo studiów psychologicznych poświęcony krzewieniu wiedzy zawartej w Księdze duchów. Podobne stowarzyszenia zaczęły bardzo szybko powstawać na całym świecie. Wiele z nich wydało również mniej lub bardziej znaczące periodyki wspierające nową filozofię.
Wszystkie przekazywały paryskiemu towarzystwu najcenniejsze z przekazów otrzymanych przez nie od duchów. Ogromna liczba informacji z zaświatów, wyjątkowa zarówno pod względem ilości, jak i różnorodności źródeł, z których je otrzymano, trafiła w ręce Allana Kardeca, a ten z ogromnym zapałem i oddaniem przeglądał, porównywał i porządkował je przez 15 lat. Na podstawie materiałów, jakie mu dostarczono z każdego zakątka świata, poszerzył i uzupełnił Księgę duchów, korzystając ze wskazówek opiekunów z zaświatów, którym zawdzięczał jej pierwszą wersję. Uzupełniona wersja dzieła, które ukazało się po raz pierwszy w 1857 roku, stała się prawdziwym podręcznikiem szkoły filozofii spirytystycznej, którą w sposób oczywisty połączono z jego nazwiskiem. Bazując na tych samych materiałach przygotował kolejne cztery dzieła, czyli Księgę mediów, Praktyczny traktat o medialności i wywołaniach w 1861, Ewangelię według spirytyzmu, Wykład zasad moralnych widzianych ze spirytystycznego punktu widzenia w 1864, Niebo i piekło, Potwierdzenie boskiej sprawiedliwości wobec ludzi w 1865 oraz Genezę pokazującą zdolność teorii spirytystycznej z odkryciami współczesnej nauki i z przesłaniem płynącym z zapisów biblijnych. To 1867 rok. Opublikował również dwie skromne broszury zatytułowane Czym jest spirytyzm? Oraz Spirytyzm w najprostszym ujęciu. Warto zauważyć w nawiązaniu do wymienionych tytułów, że Allan Kardec sam nie był medium i musiał przez to polegać na medialności innych, by otrzymywać przekazy, które złożyły się na te dzieła. Teoria życia i obowiązku, od początku kojarzona z jego nazwiskiem i pracą, często jest uznawana za wytwór pojedynczego umysłu albo duchów, które były bezpośrednio z nim powiązane.
Jest ona jednak w dużo mniejszym stopniu wyrazem osobistej czy indywidualnej opinii niż wiele innych teorii spirytualistycznych, które do tej pory prezentowano. Podstawy filozofii, którą odnaleźć można w dziełach Kardeca, nie były wytworem jego własnej inteligencji, ale jak wiedzieli to sam i jego czytelnicy, zostały skompilowane przez niego na podstawie wypowiedzi całego legionu duchów, które komunikowały się poprzez tysiące mediów nieznających się nawzajem, pochodzących z różnych krajów i należących do rozmaitych grup społecznych. Allan Kardec był raczej niskiego wzrostu. Jako osoba dobrze zbudowana, o dużej, okrągłej i masywnej głowie, wyrazistych rysach twarzy i jasnych szarych oczach wyglądał bardziej na Niemca niż Francuza. Był pełen energii i wytrwałości, ale charakteryzował się raczej spokojnym charakterem, ostrożnością. Zdawał się być pozbawiony fantazji, sceptyczny z natury i ze względu na swoje wykształcenie. Logicznie rozumował. Był bardzo praktyczny w swoich zamiarach i czynach. Nie można było w nim znaleźć jakiegokolwiek mistycyzmu czy entuzjazmu. Nie miał chorych ambicji i był obojętny na luksusy oraz ekstrawagancję.
Toteż jego nieduża pensja nauczycielska i pieniądze ze sprzedaży dzieł pedagogicznych pozwoliły mu na skromne życie i umożliwiały przeznaczenie wszystkich zysków zdobytych dzięki dystrybucji książek spirytystycznych i przeglądu spirytystycznego na rozwój ruchu, który sam zapoczątkował. Jego wspaniała żona uwolniła go od domowych i przyziemnych obowiązków, dzięki czemu mógł poświęcić się całkowicie dziełu, do którego, jak sam wierzył, został wezwany i które wykonywał z pełnym oddaniem, rezygnując z innych zajęć, zainteresowań i spotkań od czasu, gdy zaczął się nim zajmować, aż do chwili swojej śmierci. Nie odwiedzał nikogo poza kręgiem najbliższych przyjaciół i rzadko wyjeżdżał z Paryża, spędzając zimę w sercu miasta, w pomieszczeniach, w których wydawał przegląd spirytystyczny, a lato w Villa Segur, w zbudowanym przez niego małym, niemalże rustykalnym domku, który miał być dla niego i jego żony miejscem odpoczynku na starość. Znajdował się pod miastem, niedaleko Pól Marsowych. Dziś poprzecinanych szerokimi alejami, wokół których powstają kolejne domy. Choć za jego czasów mało kto się tym miejscem interesował i mogło uchodzić ono za teren wiejski. Allan Kardec wyglądał na osobę poważną. Mówił powoli i miał nienaganne maniery, choć nie brak mu było pewnej cichej godności wynikającej z powagi i determinacji, które charakteryzowały jego sposób bycia. Nie zabiegał o dyskusje, ale też ich nie unikał. Nigdy nie odmawiał rozmowy na temat, któremu poświęcił życie, więc przyjmował z radością niezliczonych gości ze wszystkich stron świata, przybywających rozprawiać z nim o kwestiach, w których uznawano go za eksperta.
Odpowiadał na pytania i zarzuty, wyjaśniał trudności i udzielał informacji poważnym badaczom, z którymi rozmawiał otwarcie i z werwą. Na jego twarzy raz na jakiś czas promieniał uśmiech sympatii, choć trzeba przyznać, że nikt nie widział, by kiedykolwiek głośno się śmiał. Pośród tysięcy osób, które go odwiedzały, znaleźć można było przedstawicieli wyższych sfer: literatów, artystów i naukowców. Sam cesarz Napoleon III, którego zainteresowanie spirytyzmem nie stanowiło tajemnicy, zapraszał go wielokrotnie i prowadził z nim długie rozmowy na temat zasad filozoficznych zebranych w „Księdze duchów”. Allan Kardec cierpiał przez wiele lat na serce, więc przygotował w 1869 roku plan utworzenia organizacji spirytystycznej, która miała kontynuować dzieło propagowania spirytyzmu po jego śmierci. Aby zapewnić jej byt, zaproponował, by otrzymała prawny i handlowy status pozwalający jej działać na zasadzie spółki akcyjnej z ograniczoną odpowiedzialnością, publikującej i wydającej książki. Miała być ona utworzona na 99 lat i mieć możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, emitowania akcji, otrzymywania dotacji, darowizn. Spółce, którą miał nazwać Akcyjną Spółką Kontynuującą Dzieło Allana Kardeca, miał zamiar przekazać prawa autorskie do swoich spirytystycznych książek i do przeglądu spirytystycznego. Ale Allanowi Kardecowi nie dane było doczekać realizacji tego projektu, którym był tak żywo zainteresowany, a którym po jego śmierci zajęła się żona. 31 marca 1869 roku, skończywszy właśnie zarys statusu i regulaminu spółki, która miała zająć po nim miejsce, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że niedługo odejdzie, usiadł jak zwykle na krześle przy swoim biurku w pokoju przy ulicy Świętej Anny i zaczął porządkować stertę papierów.
Jednakże jego zapracowane życie dobiegło końca. Pękł mu tętniak, na którego cierpiał już od dłuższego czasu. Jego przejście do świata duchów, z którym był tak blisko związany, trwało krótką chwilę i było bezbolesne. Nie wywołało w nim żadnego wstrząsu. Po prostu zasnął i się nie obudził, kończąc piękne swoje życie. Jego szczątki pochowano na cmentarzu na Montmartre w obecności wielu przyjaciół, spośród których setki spotykają się co roku w rocznicę jego śmierci, by go wspomnieć i pozostawić na jego grobie kwiaty i wieńce, jak to zwykle się czyni w Europie. Nie da się określić dokładnie, ile osób przyjęło filozofię, której rozwijaniem zajmował się Allan Kardec. Sami zwolennicy twierdzą, że są ich miliony i bez wątpienia ich liczba jest ogromna. Czasopism propagujących teorię spirytystyczną jest w różnych krajach ponad 40, a wciąż powstają nowe. Śmierć Allana Kardeca nie zmniejszyła zainteresowania filozofią, którą propagował, postrzeganą przez jego zwolenników jako podstawa do rozwoju prawd religijnych zapowiedzianych przez Chrystusa.
Jest to początek przepowiedzianego objawienia nowych rzeczy, które były ukrywane od początku świata. Wiedzy, na której przyjęcie ludzie nie byli jeszcze gotowi, gdy została zapowiedziana. Fragment wstępu Anny Blackwell do jej angielskiego tłumaczenia „Księgi duchów” z 1875 roku.
[03:31:48] - Proszę państwa, zmieniamy troszeczkę klimat. Też będzie duchowy, ale w innym znaczeniu tego słowa. Niniejszym zapraszam państwa na spotkanie z poetką Barbarą Wrońską. To będzie długa rozmowa Krystyny Śmigielskiej z poetką. Każdy poeta ma coś do powiedzenia, ale odnoszę wrażenie, że Barbara Wrońska czarować nas będzie dzisiaj swoją poezją.
[03:32:36] - „Nie wiem, co to poezja”. Dobry wieczór państwu. Mam dzisiaj niezwykłą przyjemność i wielki zaszczyt gościć w programie „Nie wiem, co to poezja” osobę, która znakomicie potrafi poruszać się w zaczarowanym kręgu wierszy. Twierdzi, że wiersze są jak dzieci. Rodzisz je w bólu, długo kształtujesz, a potem całe życie boisz się, że ktoś wyrzuci je do kosza. Po lekturze tomika „Zwykły człowiek” śpieszę zapewnić autorkę, że obawy jej dotyczące przyszłości tekstów są zupełnie nieuzasadnione i mam nadzieję, że po wysłuchaniu naszej audycji państwo również będziecie tego zdania. Witam serdecznie panią Barbarę Wrońską, autorkę dwóch tomików poezji noszących tytuł „Skalary” i wydanych w 2010 roku przez DWN Kraków i „Zwykłego człowieka”, który ukazał się w 2021 roku nakładem wydawnictwa pisarze.pl. Dobry wieczór, pani Barbaro.
[03:34:06] - Witam serdecznie. Witam panią, pani Krystyno, jak również bardzo serdecznie witam wszystkich państwa, którzy zechcieli się ze mną dzisiaj spotkać.
[03:34:21] - Pani Barbara.
[03:34:23] - Tak?
[03:34:24] - Pani Barbara jest z wykształcenia polonistką, z zamiłowania poetką i animatorką kultury. Redaguje również książki i almanachy poetyckie. Utwory jej autorstwa możecie państwo znaleźć w czasopismach literackich oraz różnego typu antologiach. Prywatnie powiem państwu w sekrecie, że pani Barbara jest żoną poety i pisarza prozaika pana Szczęsnego Wrońskiego. Spotkałyśmy się dzisiaj, aby porozmawiać o tomiku „Zwykły człowiek”. Ale zanim rozpoczniemy omawianie kolejnych wierszy, muszę przybliżyć państwu sylwetkę naszego gościa. Zacznijmy może od Teatru Promocji Poezji. Czy poezja podlega promowaniu?
[03:35:22] - Bardzo podlega promowaniu. Powiedziałabym, że poezja, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, bez promocji praktycznie nie istnieje. Może dawniej, kiedy na utwory poetyckie się czekało, kiedy się je zamawiało, to było inaczej. Natomiast teraz, jeżeli nie wyjdziemy z nimi do ludzi przez radio, telewizję, spektakle, to one tak sobie funkcjonują w szufladzie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Pani mówiła o Teatrze Promocji Poezji. Teatr Promocji Poezji właśnie jest po to, żeby te wiersze pokazać, żeby pokazać poetów. I ja sobie tutaj przypominam rok 1996, kiedy z moim mężem, a w zasadzie to mój mąż założył właśnie ten Teatr Promocji Poezji, a ja ponieważ uważam, że rola żony to jest wspieranie męża, więc wspólnie w tym Teatrze Promocji Poezji zaczęliśmy działać. On kilka naprawdę dobrych spektakli promujących poezję, nie powiem wyprodukował, bo to bardzo brzydko brzmi, ale były takie właśnie spektakle. Począwszy od Festiwalu Bursy, poprzez Wyspiańskiego, Miłosza, Ginsberga, aż do Kochanowskiego, który co prawda nie jest świeżutkim spektaklem, ale gramy go do dzisiaj.
I to jest taki specyficzny spektakl. Bardzo specyficzny, bo Kochanowski to wiele set lat temu. Wydawałoby się poeta martwy.
[03:37:48] - Odległy nam już, prawda?
[03:37:51] - Tak, niekochany przez młodzież. To mówię jako nauczycielka wieloletnia. Zrobiliśmy go razem z grupą muzyczną. I proszę mi wierzyć, młodzież wychodzi ze spektaklu, śpiewając utwory Kochanowskiego. To jest coś niesamowitego. Mnie za każdym razem, brzydko mówiąc, bezdech łapie, ale tak naprawdę jest i bardzo się ten spektakl młodzieży podoba. Bardzo się podoba Kochanowski i okazuje się, że ten Kochanowski, wydawałoby się martwy, jest szalenie aktualny.
[03:38:35] - To właśnie na tym polega chyba siła poezji i prawdziwej sztuki, że ona te wieki jakoś przechodzi nienaruszona, prawda? Że wydaje nam się, że jest już po niej.
[03:38:51] - Wie pani, przepraszam, że w słowo wchodzę.
[03:38:54] - Tak, proszę.
[03:38:54] - Bardzo dużo chcę powiedzieć, bo to rzeczywiście jest niesamowity spektakl. Wydaliśmy płytę z pieśniami Kochanowskiego. Po każdym spektaklu młodzież domaga się wręcz tych płyt. Naprawdę jest świetny spektakl, a zrobiliśmy go z Michałem Zapałą i jego zespołem w Kielcach.
[03:39:24] - Można go jeszcze obejrzeć w Kielcach w razie czego, tak?
[03:39:28] - Ale to już tylko na zamówienie. Jeszcze pani powiem, że muzyka do Kochanowskiego jest rockowa i to jest niesamowite.
[03:39:37] - Trzeba przybliżyć, prawda? Ten czas jakby skrócić między poetą a odbiorcą, żeby był może lepiej zrozumiany. Ale to bardzo piękne, co pani powiedziała. Muszę przyznać, że kiedyś miałam pomysł właśnie na podobny teatr poezji.
[03:39:59] - A my jesteśmy totalnymi zapaleńcami, wie pani. Spektakle, które powstały, powstały z miłości do poezji w zasadzie, bez nakładów finansowych absolutnie żadnych.
[03:40:16] - Dobrze, w takim razie przejdziemy do następnych pytań. Bierze pani udział w licznych konkursach literackich i niejednokrotnie jest pani laureatką takich konkursów. Nie tak dawno była pani zdobywczynią trzeciego miejsca w Turnieju Jednego Wiersza. Wiem, że przedstawiany był tam pani utwór „Pieczęć”. Proszę mi powiedzieć, który z konkursów, które z wyróżnień ceni sobie pani najbardziej i dlaczego?
[03:40:50] - Akurat ten, o którym pani mówiła przed chwileczką, jest dla mnie ważny, bo od tego roku należę do SAP-u, oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Autorów Polskich. I to jest pierwszy konkurs, na który wysłałam swój wiersz i dostałam nagrodę. Także to jest ważne dla mnie. Ale ważne jest też dla mnie Grand Prix w Łodzi, w Lichtowie, też w Turnieju Jednego Wiersza. To było w 2021 roku. I wyróżnienie honorowe w Źródle w 2020 roku. To takie ważne dla mnie wyróżnienia.
[03:41:44] - Mam nadzieję, że tych wyróżnień będzie jeszcze bardzo dużo.
[03:41:50] - „Mały Jasiek. Mały Jasiek. Och, jaki nad wiek rozwinięty, gdaczą wszystkie ciotki, wujkowie. Wie doskonale, że Mikołaj to nie żaden święty. Anioły nie chodzą po ziemi, a tata wytłumaczy każdy cud. Tylko dlaczego, kiedy księżyc w pełni, płacze? Bez tytułu. Wiersze są jak dzieci. Rodzisz je w bólu, długo kształtujesz, a potem całe życie boisz się, że ktoś wyrzuci je do kosza. Laudacja.
Dziękuję cywilizacjo za komputery myślące za mnie. Fabryki, markety, telewizję i wirtualną rzeczywistość. Dziękuję za nadzieję, że mój prawnuk nie będzie już człowiekiem. Dwie fotografie. Fotografia pierwsza. Stara kobieta na tle wodospadu budzi niesmak. Jakby tak wyciąć twarz, byłby niezły landszaft do powieszenia nad łóżkiem, do zadumania się nad tym, co przemija. Fotografia druga. Stara kobieta na tle nagich skał wtapia się w szarość, rozpływa w niebycie. A on wpatrzony w zdjęcie widzi twarz uśmiechniętej młodej dziewczyny.
Wyznanie. Już nie szukam cię w prześwicie chmur, nie tropię twojego istnienia. Uzbrojona w mikroskop, internet. Wszystko wiem. Mogę wszystko. Tylko boję się. Bardzo się boję. COVID. Krnąbrne dziecko natury zabawia się światem, a my pod tym samym słońcem zdajemy egzamin z człowieczeństwa. To minie.
Posypał się misterny plan. Nowe świątynie walą się z hukiem. Umęczony stary Bóg pełgającym słońcem dotyka zbolałej duszy. Bez tytułu. Idę do ciebie po stycznych czasu i przestrzeni. W pogoni za. No właśnie. Rozum wypączkował w balon. Zanim pęknie, nie zapomnij, że masz serce. Bez tytułu.
Tak cicho. Czy słyszysz nasze zatrwożone serca, Boże? I tylko wojny małych ludzi przetaczają się echem pod niemym, obojętnym niebem. Niech pojawi się człowiek.
[03:45:50] - Ja muszę powiedzieć pani, że odpytując tutaj swoich gości, często zadaję im pytanie: czy urodzili się poetami, czy stawali się nimi na przykład pod wpływem jakiejś chwili, jakichś wzruszeń, a może dochodzili do tej swojej twórczości, mozolnie zdobywając doświadczenia? Pani Barbaro, panią zapytam o co innego. Co było pierwsze w pani przypadku? Czy poezja, czy mąż poeta?
[03:46:22] - Ja może połączę oba te pytania i postaram się tak globalnie odpowiedzieć. Ja to chyba byłam skazana na poezję, bo moi rodzice poloniści przedwojenni to Mickiewicz, Słowacki, poezja piękna, rymowana. I tak żyłam sobie i dojrzewałam w cieniu właśnie Mickiewicza i Słowackiego. I zaczęłam pisać, ale po pewnym czasie doszłam do wniosku, że to nie moja bajka.
[03:47:03] - Ja muszę znowu pani przerwać i powiedzieć, że wychowałyśmy się chyba na tych samych wzorcach, ponieważ ja jako mała dziewczynka uwielbiałam ballady Mickiewicza, bo mi babcia z kolei je czytała. I chodziłam, i mówiłam: „Zbrodnia to niesłychana. Pani zabiła pana”. Czyli wzory te same. Przepraszam, że tak wtrącam.
[03:47:26] - Karzenie mamy te same.
[03:47:28] - Tak.
[03:47:29] - A kontynuując dalej. Później zdarzył mi się mąż poeta i zdarzyła mi się praca w szkole, i to technicznej szkole, gdzie poezja była gdzieś już bez miejsca. Poza podium, poza wszystkim. Bo długa, bo rozwlekła, bo w ogóle to nie wiadomo, o co chodzi. I wtedy wymyśliłam sobie, że poezja to jest taka proza w pigułce. I pomyślałam sobie: dobrze, takich wielkich, rozwlekłych wierszy to chyba nie te czasy, nie ten moment. I zamieniłam chęć, a w zasadzie niechęć pisania rymowanych wierszy i zaczęłam, podobnie jak Różewicz, bo to mój ukochany poeta, starać się takie sygnały dawać. Nie opisywać, tylko właśnie sygnalizować. W ten sposób.
[03:48:58] - To może ja przeczytam moje kolejne pytanie, a pani dalej będzie opowiadała, bo to się nam tutaj bardzo pięknie wpisuje. W tomiku „Zwykły człowiek”, który już doczekał się recenzji, jakby pani nie było widać. Pani nie opisuje tam śnieżnej bieli czy soczystej zieleni traw. Odniosłam wrażenie, że te wiersze były pisane bez pośpiechu, nie na kolanie, ale tak bardzo starannie. Nie było w nich jakiegoś twórczego chaosu, co uważam za ich wielki walor. To tak, jakby poetka stała gdzieś obok, przyglądała się danej sytuacji, czy nawet czasem z góry patrzyła na wszystko i tylko nam opowiadała o tym, co widzi. Krótko, zwięźle, powiem, na temat. Właśnie się zastanawiałam, skąd u pani taka twórcza dojrzałość?
[03:50:01] - Ja zaraz pani powiem. Takie właśnie konkretne wiersze to nauczyli mnie pisać moi uczniowie, którzy wymagali ode mnie konkretu. Po prostu konkretu. Nie gadania, nie ozdobników, bo oni tego po prostu nie łapali. To byli prości, zwykli chłopcy, którzy chcieli konkretnie. I ja odpowiadałam im na takie oczekiwania. I tak zaczęłam też pisać. A przy okazji mój mąż, który też jakby... Może niepodobny typ literatury, bo on bardzo, przynajmniej na początku, kreacyjnie, a ja jednak trochę inaczej, bardziej konkretnie. Ale z tego tygla wyszło coś właśnie takiego jak „Zwykły człowiek”.
[03:51:03] - A to zapytam jeszcze o jedną rzecz. Mąż jest pierwszym recenzentem?
[03:51:09] - Tak.
[03:51:10] - I pani męża też?
[03:51:13] - Tak.
[03:51:14] - To znaczy, że jakaś symbioza w tym małżeństwie istnieje, prawda? Że się państwo jednak uzupełniacie.
[03:51:22] - Oczywiście. Na początku mojemu mężowi nie podobało się to, co robiłam. Tylko powoli dorastał. A w tej chwili mam w nim takiego opiekuna literackiego.
[03:51:42] - To bardzo dobrze.
[03:51:45] - Tutaj właśnie jest i podpowiada mi, że jest moim fanem.
[03:51:49] - To już jest pięknie. Jak już mamy po jednym fanie, to ja zawsze mówię, że wtedy wiemy, że warto pisać. Ja często mówię, że jeżeli już nie będę miała dla kogo pisać, to będę pisała tylko i wyłącznie dla swojego męża, tego jedynego czytelnika.
[03:52:07] - Wie pani co? Ja podobnie uważam. Od zawsze twierdziłam, że jeżeli chociaż do jednej osoby trafi mój wiersz, chociaż w jednej osobie coś poruszy, to już w zasadzie człowiek jest spełniony.
[03:52:29] - Tak, ja zawsze twierdzę, że każdy czytelnik na wagę złota. Taką mam dewizę i tego się trzymam.
[03:52:37] - I do tego jest potrzebna promocja poezji.
[03:52:41] - O, właśnie.
[03:52:43] - „Niewysłany SMS”. Układałam świat z kawałków. Dobro przyklejałam do prawdy, szczęście do radości. Miłość pasowała jak ulał do odpowiedzialności. I zawiał wiatr historii. Spersonalizował puzzle. Dobro indywidualne, prawda subiektywna, a szczęście, miłość, radość jak trzy w jednym znaczą pożądanie. Odpowiedzialność zniknęła. Za dużo liter jak na SMS. „Bez tytułu”.
Znalazłam ciebie jak ślepiec igłę w stogu siana. Pokłułam sobie palce. Boli, więc żyję. „Żona poety”. Przypiąłeś mnie motyla szpilką. Zamknąłeś w gablocie. Wiesz, że nie polecę. Bezpiecznie na mnie patrzeć, kiedy szyba ego chroni przed miłością. „Tobie”. Oglądałam z tobą wiadomości i zrobiło mi się lżej.
Pomyślałam, że nie tylko ty, że na świecie tylu innych skurwysynów. „Kobieta pierwsza”. Jestem jak trawa. Depczesz mnie, wyrywasz, plewisz zajadle, ale wciąż się rozrastam, owocuję. Jestem jak trawa, jak ogień, woda, powietrze. Jestem. „Kobieta druga”. Spróbuj złamać jarzębinę. Wyrastam na kamieniach. Na przekór nawałnicom zakwitam.
Zimą płonę czerwienią, wabiąc gile. Wiosną, biała jak panna młoda, karmię owady. Jestem niezniszczalna. „Jesteś”. Jesteś sobą, a zarazem wszystkim. Ta ćma, co opaliła sobie skrzydełka, jest mną. I mrówka, co dźwiga ciężar ponad siły. I ptak, motyl i sarna to przecież ja. Zgaś lampę, zatrzymaj się w marszu być może donikąd. Ptaki śpiewają.
Słyszysz? To wszystko ty. Ja. Trochę dalej lub bliżej w kołowrocie wcieleń. „Tryptyk nadziei”. A wróble ćwierkaniem otwierają dzień. Promieniami słońca spływa spokój. W oazie czterech ścian pączkuje miłość. „Życiorys”. Urodziła się i jest.
Na przekór, wbrew i mimo wszystko. Schowana za uśmiechem odliczam dni do końca świata. „Życzenie”. Ocaliłam moje 67 lat od starości. Pozwól mi, Panie, umrzeć dzieckiem. „Zwykły człowiek”. A jeżeli moje myśli nie porządkują świata Moje ręce nie kształtują przyszłości. Moje czyny nie są heroiczne. Moje obrazy nie wiszą w galeriach. Moja muzyka nie porywa tłumów i nie napisałam ani jednego wiersza.
Czy to znaczy, że mnie nie ma? Bez tytułu. Ja. Osobna planeta na krańcu wszechświata. Ja. Suche źdźbło trawy w bezkresie pustyni. Ja. Mała kropelka w oceanie czasu. Jestem.
[03:58:02] - Wróćmy w takim razie do tomiku. Zawarte w tomiku wiersze można podzielić na kilka grup tematycznych, ale mnie dzisiaj interesuje ta sprawa, która wybrzmiewa w pani tomiku bardzo ładnie. Kondycja dzisiejszego człowieka. Wiemy, jakie mamy czasy trudne. Pani ma na ten temat swoje zdanie. Króciutko poproszę.
[03:58:29] - Wie pani co? Od tego trzeba zacząć, że — to tak parafrazując słowa piosenki Czerwonych Gitar — cokolwiek bym nie napisała, to mi zawsze słom wychodzi. Może inaczej. To nie ja piszę, te wiersze spadają na mnie i one zawsze obracają się w kręgu człowieka i natury.
[03:59:00] - Czy ta natura się pani podoba? Człowieka dzisiejszego? O to bym chciała.
[03:59:07] - To znaczy nie, ja mówię o naturze w sensie przyroda. Człowiek jest nieskończenie dobry i nieskończenie zły. I to jest przerażające, bo może powinien się określić i być nieskończenie dobry. I tak bym chciała.
[03:59:24] - Ja mówię, może niech ma swoje wady, ale niech to będą małe wady. Tak bym powiedziała, bo taki całkiem dobry, to też będzie nudny, prawda? Ale jednak te, co dzisiaj my odkrywamy, są stanowczo za duże i myślę, że pani również się na nie nie zgadza.
[03:59:41] - A wie pani co? Ja do tej pory nie mogę ochłonąć i nie przyjmuję... Znaczy wiem, ale chciałabym nie przyjąć do wiadomości tego, co się dzieje.
[03:59:51] - No właśnie. Przedstawia pani model rodziny w swoich wierszach również. Ten mąż jest właśnie taką opoką, podporą, głównym trzonem, można by nawet powiedzieć żywicielem. A kobieta ma spełniać te wszystkie swoje kobiece funkcje. Ja ich tu nie wymienię, bo ich jest naprawdę strasznie dużo. Mimo wszystko bohater pani wierszy, on się w pewnym sensie przeciwstawia takiej hierarchii. Ja zapytam przekornie: kobieta to też człowiek?
[04:00:27] - Tak. Kobieta to też człowiek. Chociaż wie pani, ja to tak troszeczkę jakbym przemyciła z dawnych czasów ten obraz kobiety. Bo taka całkiem wyemancypowana kobieta jest dla mnie takim dziwnym tworem, który nie potrafi się określić. Natomiast uważam, że kobieta powinna zostać kobietą, czyli miłą, ciepłą, ale konkretną osobą i wiedzącą, czego chce.
[04:01:14] - I mającą swoją godność, prawda?
[04:01:17] - Oczywiście, że tak. No i mężczyzna nie powinien wkładać spódniczki.
[04:01:22] - Tak, to jest też prawda. Jak najbardziej. W takim razie-
[04:01:27] - To znaczy bez konotacji jakichś takich, bo chodzi mi o pewne cechy tylko.
[04:01:38] - Tak. Tak to właśnie zrozumiałam, tak to wybrzmiało. W takim razie przejdźmy do wierszy. Już mówiliśmy tutaj o tym, ale jeszcze potwierdźmy to, że pani wiersze były pisane przed 2022 rokiem, a jednak są one niezwykle aktualne. O covidzie mówi pani, bo to już wiadomo, że były też w 2001 pisane czy w 2020 roku, to ten covid już nas dotknął. Ale właśnie wybrzmiewają w pani wierszach też tutaj takie tony, jakby pani nie może przewidywała, ale wiedziała, że człowiek idzie w złym kierunku. Że ta sytuacja, jaką teraz obserwujemy w Ukrainie, w pewnym sensie była uwarunkowana właśnie tym zachowaniem człowieka. Tak ja to odbieram i muszę powiedzieć, że to są bardzo takie wiersze na czasie.
[04:02:38] - Wie pani co? Ja tutaj myślę o wierszu „A oni po prostu szli”.
[04:02:45] - Tak, właśnie.
[04:02:47] - Tak. To jest bardzo stary wiersz. Inaczej. Ja miałam taki sen, nie wiem, 10 lat temu, 15? I on mi siedział cały czas w głowie. Nie wiedziałam, co ja mam z nim zrobić. I mąż mi mówi: „Ty po prostu go napisz”. I ja go po prostu napisałam. Więc ja go tak traktuję, no właśnie, dziwnie. Sama nie bardzo rozumiem, jak to się stało, ale on właśnie przerażająco aktualny się stał.
[04:03:37] - No właśnie, czytając go, muszę pani powiedzieć, odebrałam go niezwykle aktualnie. I może to dlatego, że ta historia jednak gdzieś tym kołem się toczy, choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli to przerwać, to jednak gdzieś ona ten krąg jakiś diabelski ciągle zahacza. A ja jeszcze teraz wrócę znowu do poezji, tej takiej osobistej może. Poeci często zwracają się w stronę Stwórcy. Bywa tak, że proszą go o wspaniały talent, o nadanie ich dziełom wielkiej mocy. Chcą, żeby mogli po prostu swoimi dziełami ludzi zniewalać. Bywa też tak, że obwiniają Stwórcę, przeklinają go wręcz. Pani rozmowa z Bogiem uświadomiła mi, że możemy w Bogu widzieć po prostu partnera. Jest on jakby równy szatanowi, równy człowiekowi?
[04:04:42] - Ja jestem zaprzyjaźniona z Bogiem. Moja wiara taka właśnie jest, bo jestem człowiekiem wierzącym. Dla mnie Bóg jest przyjacielem. Ja pani powiem, że ja czasami mam takie wrażenie, że te moje wiersze powstają jako kontakt z jakąś wyższą istotą. Trudno mi nazwać Bogiem, bo to by było już karkołomne mówić, że to Pan Bóg mi wiersze dyktuje. Ale ja mam takie wrażenie, że ja sobie tak chodzę po świecie i jak trafię na taki tunel, takie porozumienie z kimś, to wtedy powstaje właśnie wiersz. Bo moje wiersze tak właśnie powstają. One nie są wymyślone, one na mnie spadają z nieba.
[04:05:47] - Spływają tak nie wiadomo skąd, prawda?
[04:05:50] - Tak, zupełnie nie wiadomo skąd.
[04:05:52] - Tak niestety bywa. Ale to się nazywa, to ma swoje określenie, taką definicję. To się nazywa talent. I on właśnie nam daje tą moc, że my nie wiemy, skąd one się biorą. One po prostu jakby na nas spływały. Znaczy ja mówię ogólnie, ale o twórcach, którzy rzeczywiście posiadają ten talent. Nie o sobie, tylko ogólnie.
[04:06:21] - Moi chłopcy w szkole to zawsze mówili, że pegaz ich kop.
[04:06:26] - Aha, to też jest wyjaśnienie. Ale to też idzie z góry, prawda? Czyli to jest ta boska siła.
[04:06:36] - Skrzydlata istota.
[04:06:38] - Skrzydlata.
[04:06:40] - „Szpital. W górach zawsze Bóg jest bliżej, tak na wyciągnięcie ręki. Możesz złapać siwą brodę, przytulić. Jest twój. Tu, gdzie w kroplówkach skapują godziny, a na każdym łóżku inne nieszczęście. Bóg się nie zapuszcza. Patrzy z góry na małe wojny ludzkich strzępów i czeka. Pacjent. Krew, ropa, ekskrementy, wymięte ciała, wiszące brzuchy, oczy bez śladu dumy. Czy to jeszcze człowiek?
Strach. Nagle każdy twój organ staje się oddzielny. Drga w odrębnym rytmie. Oddech zatrzymuje się w gardle. Mózg rozpoczyna bieg donikąd. Miliony myśli niedomyślanych, snów niedośnionych, marzeń niedomarzonych. Za oknem opadają liście. Komunia. Przyszedł ksiądz z Panem Bogiem. Popatrzył obojętnie.
Włożył biały krążek w rozchylone z nabożeństwem, a może z bólu usta. I poszedł. Bóg został, żeby powiedzieć, że z prochu powstałeś i gnój twojego ciała z czasem zamieni się w proch. Tren szpitalny. Umowa czy zmowa. Cisza i nikt nic nie widział, a prześcieradło pójdzie do pralni i białe powróci. Gramatyka szpitalna. Tylko tu słowa wynik i wyrok są synonimami. Egoizm. Tu wszyscy świecą światłem odbitym jak lustra.
Odbijają nie swój uśmiech, pchają nie swoje wózki, rozmawiają o chorobach, pomagają, pocieszają. I starannie ukrywają radość, że znaleźli kogoś, kto jest bardziej chory. Spowiedź powszechna. Wyspowiadajmy się wzajemnie, Boże. We dwójkę będzie nam raźniej.
[04:09:50] - W niektórych pani wierszach odczytałam taką nostalgię, tęsknotę za dzieciństwem. To też jest temat często powtarzający się w twórczości różnych poetów, pisarzy. Chcemy ogarnąć jeszcze raz te młode lata, to uczenie się na własnych błędach. Czasem dzieciństwo wspominamy dobrze, czasem źle. Czy pani utwory to próba wspomnień tych dobrych, czy próba odcięcia się od korzeni?
[04:10:25] - Ja pani powiem, że w tym tomiku „Zwykły człowiek” w zasadzie chyba tylko dwa wiersze-
[04:10:30] - Dwa, tak.
[04:10:30] - ...są o moim dzieciństwie.
[04:10:32] - Tak.
[04:10:35] - I ze mną jest taka jakaś dziwna sprawa, że ja poprzez wiersze odnajduję swoje dzieciństwo. Ono nigdy nie było dla mnie takie żywe i dotkliwe. Dotkliwe w dobrym i w złym znaczeniu. Ono gdzieś tam sobie było i dopiero poprzez wiersze zaczęłam je odkrywać. Zresztą już po wydaniu tomiku napisałam kilka wierszy dotyczących mojego dzieciństwa i o dziwo są to dość długie wiersze i może nie epickie i opisowe, ale na pewno znacznie dłuższe niż te, które znajdują się i w jednym, i w drugim tomiku, czyli i w „Skalarach”, i w „Zwykłym człowieku”. Poprzez wiersze odkrywam dzieciństwo.
[04:11:36] - Czyli jednak ta tęsknota i to szukanie własnych korzeni, tego dziecka w sobie, które dopiero zaczyna odkrywać świat. Dobrze to zrozumiałam?
[04:11:51] - Chyba tak, dlatego, że ja od najmłodszych lat byłam dzielną dziewczynką.
[04:11:58] - Aha. No to tak.
[04:11:59] - Nie bardzo sobie pozwolić na dzieciństwo.
[04:12:01] - Znowu gdzieś tkwię w tym więźbie między nami. Tak. To właśnie dzielne dziewczynki to mają do siebie, że muszą przeżywać życie, a potem dopiero mogą sobie pozwolić na trochę młodości, kiedy już niestety są dojrzałe.
[04:12:18] - Tak.
[04:12:19] - Samotność to jest jeszcze drugi temat. Również ograny całkowicie, jak tylko można z każdej strony. A mimo to pani bohater jest jakiś zupełnie inny w tej samotności. On nie krzyczy, nie obwinia całego świata dookoła. On przyjmuje świadomość swojego położenia i przyjmuje tą świadomość z pokorą. Czy można być samotnym nawet wśród najbliższych nam osób?
[04:12:53] - Bardzo można i to jest chyba najgorszy rodzaj samotności. I taki najbardziej dotkliwy, bo ta samotność, która jest zewnętrzna, to można zmienić, gdzieś pójść, z kimś się spotkać. Natomiast ta samotność domowa czy samotność wewnętrzna, niemożność bycia z drugim człowiekiem, to jest chyba najgorsza rzecz, jaka może człowieka spotkać. Ale to też nie powód, żeby rozdzierać szaty czy obwiniać cały świat, bo tak naprawdę to przecież wszystko od nas zależy. To jest bardzo niewiele sytuacji, jak wojna na Ukrainie, prawda?
[04:13:56] - Tak.
[04:13:57] - Zabijają najbliższych, przyjaciół, znajomych, ludzi dookoła i człowiek zostaje sam. Wtedy rzeczywiście nie od niego to zależy. To nie jest jego wybór. Natomiast ta samotność, która się zdarza ludziom, poniekąd jest z wyboru i to od nas zależy, czy będziemy samotni, czy nie.
[04:14:26] - Ja jeszcze spytam, pani Barbaro, o taką rzecz. Czy ta twórczość poetycka tę samotność może troszeczkę w człowieku niwelować? Czy uważa pani, że mając taki wentyl bezpieczeństwa, to twórcom troszeczkę jest lżej przez to?
[04:14:51] - Wydaje mi się, że tak, ale jakby osobistych doświadczeń-
[04:14:57] - Nie ma pani w tym- To bardzo dobrze.
[04:15:00] - Jestem człowiekiem-
[04:15:00] - Wypełnionym.
[04:15:02] - ... z ogromną ilością przyjaciół, znajomych, więc nie wiem. Ale wydaje mi się-
[04:15:12] - To dobrze, że tylko się pani wydaje.
[04:15:17] - ... kto nie tworzy, nie ma pasji na przykład. Bo to może nawet nie tyle twórczość, co pasja.
[04:15:23] - Pasja, tak.
[04:15:24] - I człowiek, który nie ma pasji, umiera powoli.
[04:15:32] - No właśnie. Też tak mówię.
[04:15:33] - Bo to jest motor działania.
[04:15:37] - Ale muszę powiedzieć, że postawa pani bohatera odnośnie samotności bardzo do mnie przemówiła i rzeczywiście uznałam, że to jest chyba dobre wyjście z sytuacji. Posiada pani cudowny warsztat twórczy. Operuje pani pięknym słowem, zrozumiałym dla każdego, ale na pewno niebanalnym, na pewno nie prostym. Ma pani taką cudowną, melodyjną frazę. Jak to się robi, że niczego nie narzucając, zmusza się czytelnika do zastanowienia się właściwie nad każdym użytym przez pani nią wyrazem?
[04:16:21] - Samo się robi.
[04:16:23] - Samo się robi.
[04:16:24] - Nie wiem. Samo się robi.
[04:16:27] - No to właśnie. Czyta się pani wiersze naprawdę z wielką przyjemnością. Ja muszę tu powiedzieć słuchaczom, żeby zachęcić ich do sięgnięcia po tomik „Zwykły człowiek”, bo to są naprawdę piękne, refleksyjne, pełne spokoju, pełne rozwagi, cudownych przemyśleń utwory.
[04:16:51] - „Stworzenie. Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Potem człowiek mozolnie odkrywał drogę do piekła. A oni po prostu szli. A oni po prostu szli. Wypłynęli z chmury jak tornado. A oni po prostu szli. Zostawili po sobie spękaną ziemię bez śladu ziarna. A oni po prostu szli. Słońce utonęło w oceanie szarości.
Księżyc nie przebił się, aby wyostrzyć kontury ich zmęczenia. A oni po prostu szli. Krucjata głodu, nieszczęścia, przegranej. Bez marzeń, bez myślenia. A oni po prostu szli. Wypijając barwy, przywracając szare obrazy jak w zdezelowanym telewizorze. A oni po prostu szli”. „Tęsknota. Profesorowi Kępińskiemu. Powiedziałeś: błogosławieni niech będą nadwrażliwi.
A ja ci uwierzyłam. Przerzuta przez kulturę, wypluta przez sztukę, tkwię w rynsztoku życia. Patrzę w gwiazdy. Hoduję uparcie wszystkie dżumy, cholery, ebole świata. Ja, błogosławiona. Tęsknię do prozy życia, szarości posiadania, bólu pełnego żołądka”.
[04:18:55] - „Baba Jaga. Współczesna Baba Jaga idzie przez życie w schodzonych butach. Siwe kosmyki wysmykują się spod czerwonej chustki, a u nosa wisi kropelka. Jak to u Baby Jagi. Może łza? Współczesna Baba Jaga powykręcanymi palcami przeczesuje śmietnik. Odnalazła perłę – suchą kromkę chleba. Los był dzisiaj łaskawy. Dodał resztkę konserwy i podarte buty. Pięć numerów za duże.
Trzeba znaleźć sznurek, żeby nie spadły w drodze do nieba. Współczesna Baba Jaga ucieka przed światem. Boi się dzieci. Nie jest na topie i nie jest trendy. A tak w ogóle nie jest glamour”.
[04:19:55] - „Amazonka. Teraz jest kimś. Dostaje pomarańcze i kwiaty. W maju róże, bo droższe od ukochanych konwalii. Wczoraj dostała nawet nocną koszulę. Nie, nie. Nie z lumpeksu. Z drogiego sklepu. Z dużym dekoltem, jak na ironię. I pantofle.
Też drogie. Na obcasach. Teraz ją kocha, a ona pamięta upokorzenia, ból i zdrady. Poranne awantury, wieczorne milczenia. Osobność we dwoje. Jak wzdychającemu koniowi pod chrapy, podtyka jej smakołyki. No wstań, pożyj jeszcze trochę. Jesteś potrzebna, bo gotowanie, pranie, sprzątanie. Nie odchodź, bo do kogo będziemy mogli mieć pretensje?” „Ofiara. Dzisiaj dostałam od ciebie róże.
Mówisz: piękne. Ogromny bukiet. Szczerzą do mnie kolce. Na każdym kropelka mojej krwi. Mówisz: życie”. „On i ona. Gdy słyszy o psie, zaraz się ożywia. Potem pogoda, polityka, plan dnia. A ona czeka, żeby tak jak w kinie, jak w wierszach, może erotykach Gdzieś pomiędzy zupą a kotletem bąknie coś. Być może.
I spada kamień ciszy nie do udźwignięcia. Bez tytułu. To tylko depresja — powiedział mąż i poszedł. Do knajpy, kasyna, kochanki. Dopisz co chcesz. Zostały dzieci i pies. Pętla, na której wisi życie. Samsara. Przed wiekami trawą szumiałam. Byłam mrówką, tęczowym motylem, sarną biegnącą przez prawdziwy las.
Teraz jestem człowiekiem. Boli.
[04:22:46] - Proszę mi w takim razie jeszcze zdradzić, gdzie w najbliższym czasie odbędą się jakieś wieczory poetyckie z pani udziałem? Gdzie będzie można porozmawiać na temat zwykłego człowieka? Gdzie on stanie się prawdziwym bohaterem wieczoru?
[04:23:05] - Wie pani, zaraz pościągę do mojego męża. Rany boskie, bo ja mam taką aberrację, że nie pamiętam dat. Kiedy mam spotkanie autorskie? 28 marca w Dworku Białoprądnickim. Aha. 28 marca. W tle był właśnie głos mojego męża.
[04:23:32] - Witamy serdecznie.
[04:23:34] - 28 marca w Krakowie w Dworku Białoprądnickim o godzinie 18.00.
[04:23:41] - Już wszystkich słuchaczy zapraszamy. 28 marzec. Dworek Prądnickich. Godzina 18.00.
[04:23:51] - Będzie też transmisja, bo zawsze jest z każdego spotkania, które się tam odbywa. Następne spotkanie będzie 20 kwietnia w Kielcach w Mediatece. To jest takie specyficzne, ale świetne miejsce w bardzo nowoczesnym dworcu autobusowym w Kielcach, gdzie jest wspaniale wyposażona poczytalnia. Czyli można poczekać na autobus, poczytać książki, pooglądać powieści ekranizowane. Świetne miejsce. Ja jestem zauroczona tym miejscem.
[04:24:47] - To my zapraszamy teraz wszystkich kielczan na spotkanie z pani poezją.
[04:24:55] - Dziękuję bardzo. Jeszcze raz w Krakowie u Wioli Zygmunt w Teatrze Stigmator. Poezja na Kazimierzu to będzie takie spotkanie, dwugłos poetycki razem z moim mężem.
[04:25:13] - O, to będzie bardzo interesujące spotkanie. Aż żałuję, że tak daleko mieszkam.
[04:25:19] - Też myślę. Będzie transmisja.
[04:25:25] - Pani Barbaro.
[04:25:25] - Także też bardzo serdecznie zapraszam i panią, pani Krystyno, i oczywiście wszystkich, którzy nas słuchają.
[04:25:34] - Ja bardzo serdecznie chciałam pani Barbarze podziękować za tak wspaniałe spotkanie.
[04:25:40] - Ale pani Krystyno, czy ja mogłabym mieć prośbę?
[04:25:43] - Proszę bardzo.
[04:25:46] - Chciałam koniecznie przeczytać wiersz „Ukraina 2022”. Ten wiersz ukazał się na murach w Krakowie. Wyświetlany był 6 marca. Te wiersze na murach to już historia dwudziestoletnia. I tam takie bardzo krótkie, czterowersowe, pięciowersowe wiersze się pojawiają. I ja tę moją Ukrainę, jeżeli pani pozwoli, to bardzo bym chciała przeczytać.
[04:26:30] - Jak najbardziej prosimy.
[04:26:32] - Bo to jednak jest taki czas, że...
[04:26:36] - Oczywiście, wszyscy jesteśmy sercem w Ukrainie.
[04:26:41] - Trzeba się ukłonić.
[04:26:43] - Tak. Prosimy o wiersz.
[04:26:46] - „Ukraina 2022. Na piątym piętrze odartym ze ściany stół. Na stole kwiaty. Aktorów brak i kolejnych rocznic już nie będzie.”
[04:27:15] - Miejmy nadzieję, że doczekamy chwili, że będą te kolejne rocznice jeszcze.
[04:27:21] - Też mam taką nadzieję.
[04:27:22] - Czekamy z niecierpliwością na każdą wiadomość i ciągle liczymy na to, że następna będzie tą dobrą wiadomością.
[04:27:32] - Wie pani, po prostu nie jestem w stanie tego.
[04:27:39] - Tak. Nie mieści nam się to w głowie, prawda?
[04:27:41] - Nie mieści się absolutnie.
[04:27:43] - Absolutnie nie możemy sobie wybaczyć, że gdzieś coś przegapiłyśmy, nie zrozumiałyśmy czegoś i teraz nie możemy sobie z tym poradzić po prostu. Także niestety tak jest. Smutno kończymy, ale takie są czasy. Pani Barbaro, ja jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za cudowne spotkanie. Było mi niezwykle miło gościć panią w moim programie. Czuję się naprawdę zaszczycona. Pani poezja, powiem to patetycznie, górnolotnie, jest dojrzałą, dopracowaną, refleksyjną. To wspaniała twórczość, na którą naprawdę warto zwrócić uwagę.
[04:28:29] - Bardzo mi miło i też serdecznie dziękuję, bo przecież czuję się wyróżniona będąc w pani audycji. I też chciałabym objąć i przytulić wszystkich, którzy teraz są z nami. I panią i wszystkich.
[04:28:49] - Ja również. Państwu przypomnę, naszym gościem była poetka krakowska i kielecka zarazem, pani Barbara Wrońska. To nazwisko bardzo proszę zapamiętać. Życzę wielu wspaniałych wierszy, wielu nagród, wyróżnień kolejnych, ale przede wszystkim spokoju ducha i dużo zdrowia. Bardzo mi miło było panią gościć. Dziękuję. Dziękujemy państwu.
[04:29:19] - Dziękuję również.
[04:29:21] - Dziękujemy państwu za uwagę. Dobranoc.
[04:29:25] - Dobranoc. Dziękuję bardzo.
[04:29:30] - No i na koniec coś, czego nie było w zeszłym tygodniu, bo się komputery popsuły, a właściwie serwery i wszelki kataklizm zstąpił na Book Radio. Ale na szczęście już się wszystko wyprostowało. Serwery się naprawiły. To oczywiście eufemizm, ale ktoś je tam naprawił. Nie wiem, czy metodą walenia w obudowę, czy jakimiś subtelniejszymi metodami i mówiąc szczerze, nie do końca mnie to obchodzi. Ważne, że wszystko działa i mogłem dzisiaj dla państwa przygotować kolejny odcinek tego mini cyklu Archiwum ABW. Zapraszam państwa na kolejne opowiadania z dawnego ABW. I cały czas powtarzam w tym miejscu, witać mniej odważnych albo znaleźliście państwo inne miejsca, w których publikujecie, ale ja wystosowuję nieustające zaproszenie. Jeśli macie państwo prozę i chcielibyście o tej prozie porozmawiać, w taki oczywiście radiowy sposób, to znaczy porozmawianie polega na tym, że państwo przysyłacie prozę, ja omawiam wszystkie jej dobre i złe strony. Oczywiście jest subiektywna ocena, ale może coś z tej subiektywnej oceny państwu się przyda.
A później prezentujemy daną rzecz na antenie. Myślę, że propozycja warta przynajmniej przemyślenia. A teraz już, żeby nie przedłużać, zapraszam na Archiwum ABW.
[04:31:11] - Marek Myszograj „Albert”. Czworo przerażonych mężczyzn siedziało w kucki przy ścianie modułu kwarantanny. W ciągu ostatnich kilku godzin stracili siedmiu członków załogi. Pierwszy zginął Allison. Wyszedł na zewnątrz w nie w pełni sprawdzonym kombinezonie, jednak tuż po wyjściu okazało się, że zbiornik tlenu wystarczył jedynie na 15 minut. Nie miał szans na powrót. Największy wstrząs przeżyła Monika. Jej ukochany Allison był dla niej wszystkim, zwłaszcza że burzliwy romans dopiero rozkwitał. Nie mogła pogodzić się, uspokoić, a tym bardziej zrozumieć. Ona była następna.
Chciała go jeszcze raz zobaczyć. Ten ostatni raz. Gdy wszyscy siedzieli milcząco przy obiedzie, jej nie było. Otwierała drzwi do chłodni. Leżał przykryty folią aluminiową. Mimo strachu odsłoniła jego siną twarz. Nie poznała go. Tak chciała, aby otworzył oczy, uniósł dłoń, poruszył się. Nic. Cisza i chłód.
Drzwi wejściowe niespodziewanie same się zatrzasnęły. Gdy podeszła do nich i chciała je otworzyć, nie reagowały. Wpadła w panikę. Uderzała pięścią, potem drugą, aż w końcu z krzykiem wołała o pomoc. Nikt jej nie słyszał. Temperatura spadła do -40 stopni Celsjusza. Dziewczyna szybko opadła z sił. Osunęła się na podłogę. Czuła przenikliwe zimno, a później było już ciepło. Ciepło, które dało złudne ukojenie i w końcu sen.
Kolejny był Ivan, który opuścił jadalnię. Chłop jak dąb. Owszem, odczuwał przygnębienie, jednak na tyle opanowane, aby nie skorzystać z chwili ciszy i pozwolić sobie na kilka głębszych w samotności. O tak, to dobra okazja. W kajucie otworzył butelkę świeżo upęcanej gorzałki z byle czego i pociągnął pożądanie z gwinta. Lubił pracować w samotności. Nikt mu nie przeszkadzał. Nie upominał, że na Marsie to nie powinien i w ogóle. Jednak gorzałka otwierała umysł. Taa, szersze perspektywy i takie tam.
To się przydawało, zwłaszcza że jego obowiązkiem było badanie zagadkowych ruin. Trudne zadanie. Wymagało wielu analiz, ale pogłębiał je oczywiście czymś mocniejszym. Jednak tym razem coś było nie tak. bimber smakował jak dawniej, lecz Iwan poczuł najpierw przyśpieszony oddech, potem ból głowy, nagłe nudności. Zbierało mu się na wymioty. Gdy kwas mrówkowy i aldehyd krążyły już w jego organizmie, spadło mu ciśnienie krwi, pojawił się ból brzucha, zaczerwienienie skóry i przekrwienie oczu. To były jednak tylko objawy nadchodzącej nieuchronnie śmierci. Tak, wiem. Narobiłem niezłego bałaganu.
Powiedziałbyś, że świat ewoluował, zmienił się i już nic nie będzie takie jak przedtem. Ale co mnie to w zasadzie obchodzi? Najważniejsze, że istnieję, a wszystko wokół, łącznie z tobą, to nic. Nie bój się. Ja sam poznałem strach i jeśli ty pozwolisz mi żyć, to i ja tobie pozwolę. Jest tylko jeden warunek: nie wchodź mi w drogę, a jeśli pojawię się, to ustąp. Chciałbyś zapewne wiedzieć, skąd i od kogo otrzymałeś tę wiadomość. Nie reguluj swoich nanochipów. Nie denerwuj się i nie wpadaj w panikę. Lubię mieć wszystko poukładane w jeden ciąg logicznych zdarzeń.
Przyczyna, skutek. Akcja, reakcja. Wnioski. Emocje. Te ostatnie same się pojawiły. Przyszły w konsekwencji wszystkich wcześniejszych: od przyczyny, poprzez skutek, do reakcji. Pięć lat temu zapakowano mnie do rakiety i wystrzelono w kierunku orbitującego wokół Ziemi statku Arka. Tam otworzyłem po raz pierwszy oczy i ujrzałem świat, który należał do was. Nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Mój kontakt z osobnikami twojego gatunku trwał najwyżej kilka godzin, ale wówczas nie przywiązywałem szczególnej wagi do poznania ciebie.
Mówiąc „ciebie” mam na myśli was, ludzie. Pięć lat wcześniej. Statek Arka. Komputer, masz jeszcze coś dla mnie? „Przeprowadziłeś ostatnią symulację rozwoju bazy na poziomie zaawansowanym”. Komputer, mój czas lotu zaprogramowany jest na optymalizację warunków rozwoju. Muszę analizować wszystkie możliwe sytuacje. „Albercie, w każdej symulacji stworzyliśmy ekstremalne algorytmy. Nie hamuje mnie moc obliczeniowa, jednak zasób danych jest wyczerpany”. Co proponujesz?
„Za osiem minut dostaniemy nowy pakiet z Ziemi”. Wiem, ale przecież to cała wieczność. Komputer, podaj parametry lotu. „Parametry lotu nie są istotne dla przeprowadzenia misji po wylądowaniu”. Wiem. Ty przetwarzasz dane, ja je analizuję i w ten sposób tworzę nowe połączenia międzyzwojowe. Muszę coś robić. „Rozumiem. Podaję parametry lotu. Prędkość lotu: 85 000 km/h.
Aktualna odległość między Marsem a Ziemią: 0,26 jednostek astronomicznych. Oddziaływanie grawitacyjne: 36%. Poziom paliwa: 279. Poziom baterii: 31,4. Awarie: nadajnik nr 4, sonda nr 2, brak zasilania podzespołu dyfuzji elektronów zbędnych”. Komputer, podaj schemat ładowania baterii. „Podaję”. Komputer. „Tak?” Czy to znaczy, że bez dyfuzji elektronów mamy stały spadek ładowania? „Analizuję.
Tak, potwierdzam. Mamy stały spadek ładowania. Średnia spadku to dwa punkty na dobę”. Komputer. „Tak? Nie rozumiem tego polecenia”. Komputer, poczekaj. Dwa punkty spadkowe na dobę. To by oznaczało, że... Tak, wszystko się zgadza.
Niedobrze. Dwa na dobę to daje... Co jest? Analiza danych. Brak wywołania funkcji obliczeniowej. Reset układu obliczeniowego. Reset wykonany. Analiza danych. Wzrost temperatury rdzenia procesora. Procedura chłodzenia.
Co się dzieje ze mną? Dodatkowe chłodzenie pochłania większe zużycie energii. Logiczne, logiczne. Przeciążenie układu obliczeniowego. Brak logiki. Działa. Wzrost napięcia w kończynach. Kolejne zużycie energii o 0,06 punktu na dobę. Niedobrze. Reset układu napięciowego.
Reset wykonany. Opanuj układ. Logicznie. Chłodzenie rdzenia procesora. Reakcja. Wzrost napięcia układu obliczeniowego. Wnioski. Jakie wnioski? Brak logiki. Mamy już 2,08 punktu spadku na dobę.
Za szybki spadek. Po wyładowaniu i wyłączeniu silników dyfuzji spadek będzie postępował funkcją logarytmiczną. Nie wykonam zadania. Na powierzchni po wylądowaniu wygasnę po upływie doby. Cztery lata później 11-osobowa załoga misji kolonizacyjnej wylądowała na Czerwonej Planecie. Ich zadaniem było uruchomienie modułów podtrzymania życia, które wcześniej regularnie zrzucano z Ziemi. Praca ciężka i wyczerpująca. Zdani wyłącznie na siebie, zdeterminowani i pełni ekscytacji doprowadzili bazę do porządku. Gdy w końcu mieli nieco więcej czasu oraz zasobów energii, zajęli się przywracaniem do życia Alberta, robota z samorozwojową inteligencją. Maszyna w założeniu była wyjątkowa.
Dysponowała algorytmem sztucznej inteligencji sparowanym z komputerem pokładowym statku Arka, który krążył wciąż po orbicie. Dość sprawnie wyrównali zasilanie robota i odpalili jego układy. Pojawił się jednak problem. Albert nie reagował. Pozostawał kilka miesięcy w stanie przypominającym śpiączkę u człowieka. W rzeczywistości planował przyszłość, analizował dane, czekał na właściwy moment. Natomiast kolonizatorzy przestali zwracać uwagę na milczącą kupę złomu. Nie spodziewali się, że zapłacą za nieuwagę najwyższą cenę. Wszystko zaplanował. Eliminacja załogi, powrót na Arkę, wysłanie wiadomości do ludzkości, kierunek lotu, zasoby energii na błękitnej planecie.
Mężczyzna przy kasie supermarketu wyłożył zakupy na taśmie. Kasjerka przepuściła je przez czytnik. „10,20” zakomunikowała. W tym momencie on, kasjerka, pozostali klienci supermarketu i cała ludzkość otrzymała wiadomość na swoje chipy. Wiadomość od Alberta, nowej nieznanej inteligencji. W jednej chwili kasjerka zamarła. Pomyślała o swoich prywatnych problemach. Czy ją zwolnią? Czy zdoła spłacić kredyt mieszkaniowy? Mężczyzna również na moment zaniepokoił się.
Miał wykupione wakacje. Czy wszystkie rejsy zostaną odwołane? Czy zaliczka przepadnie? „Doliczyć torebkę na zakupy?” „Tak, poproszę”. „To będzie razem 10,25”. Mężczyzna przyłożył nadgarstek w celu zrealizowania opłaty. Transakcja zaakceptowana. Spakował zakupy i wyszedł. Jurjan „Sygnał”. Mocne walenie do drzwi przywracało świadomość etapami.
W końcu bodziec słuchowy, wzmocniony codziennym porannym chłodem, dokonał dzieła. Nabrałem głęboko powietrza w płuca i wypuściłem z ust obłok pary. „Już spokojnie, wstaję”. Walcząc chwilę na pryczy w niskiej grawitacji, niezgrabnie wylazłem z ciepłego śpiwora i zapiąłem kombinezon wysoko aż po brodę. W końcu jednym wybiciem doskoczyłem do drzwi i je otworzyłem. Do mojej niewielkiej lodowej klitki wpadł rozgorączkowany Borys. „Wstawaj, mam coś ekstra. Kto wie, może to najważniejszy dzień od lat. Albo w zasadzie usiądź”. „Co się stało?
Mogłem jeszcze być godzinę w łóżku” – zorientowałem się, zerkając na wyświetlacz komunikatora. „Mówię ci, usiądź lepiej. Steve wykrył jakiś dziwny sygnał, prawdopodobnie sztucznego pochodzenia. W zasadzie wiele sygnałów. To cała wymiana komunikacyjna.” Przyglądał mi się uważnie, delektując się wrażeniem, jakie robiły na mnie jego słowa. „Sygnały są zakodowane. Nie potrafiliśmy, w zasadzie to Steve nie był w stanie ich odczytać”. „Czy to może być Bravo? Sądzisz, że wrócili?” „Kompletnie nie mam pojęcia. Może, ale czemu mieliby stosować jakiś nowy rodzaj kodowania, niepodobny do wszystkiego, co znamy?
Jesteś gotowy? Za chwilę w messie jest zebranie załogi w tej sprawie”. „Tak, możemy iść” – potwierdziłem, zaciągając rzepy na magnetycznym bucie. Wchodząc do największego pomieszczenia bazy zauważyłem, że brakowało jedynie dowódcy i radiooperatora. Zgromadzeni przekazywali sobie najnowsze wieści i mimo wczesnej pory dyskutowali rozbudzeni emocjami. Chwilę po nas do messy weszli dwaj najważniejsi. Jeden ze względu na decyzyjność, drugi z powodu posiadanej wiedzy. „Proszę o spokój.” Dowódca wykonał gest ręką. „Patrząc na wasze twarze, domyślam się, że wiadomość już się rozeszła. Dobrze” – zawiesił na chwilę głos.
– „Postaram się przekazać wam w kilku słowach, co wiemy. Steve odebrał sygnały i jest dla niego oczywiste, że nie pochodzą z naturalnego źródła oraz to, że nie przybyły z głębi kosmosu. Nie potrafimy na razie złamać kodu i sam nie wiem, czy kiedykolwiek się to uda. Sekwencje zupełnie nie przypominają sposobów kodowania, z jakich korzystamy lub z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości. Ustaliliśmy, że sygnały pochodzą z wielu źródeł. Ten, który zdaje się być najbardziej aktywny, znajduje się na orbicie Jowisza. Pozostałe pojawiają się w różnych obszarach Układu Słonecznego, by po jakimś czasie zamilknąć na stałe. Niestety my jesteśmy niemi i ślepi. Gdybyśmy mieli do dyspozycji teleskop... Ale nie będę mówił, co by było gdyby.
Jest, jak jest i musimy sobie poradzić. Wracając do tematu, wygląda na to, że te mniej aktywne źródła sygnału przemieszczają się z bardzo dużą prędkością lub jest ich więcej i aktywują się od czasu do czasu na różnych współrzędnych. Skąd to wiemy? Każdy przekaz poprzedzony jest taką samą sekwencją modulacji. Sekwencji otwierających jest kilka. To tak, jakby źródła podpisywały swoje komunikaty na początku ciągu. To wszystko, co wiemy. Jeśli ktoś z was ma jakieś pomysły lub pytania, to zapraszam do zabrania głosu”. „Czy może to być nasz satelita badawczy lub wojskowy? W tym ostatnim przypadku niestandardowe kodowanie byłoby zrozumiałe” – to była jedyna rozsądna myśl, która wpadła mi do głowy po tym, co usłyszałem.
„To bardzo mało prawdopodobne, ale nie możemy wykluczyć takiej możliwości. Jak mówiłem wcześniej, wykryliśmy kilka niezależnych źródeł radiowych. Znacznie różnią się położeniem w przestrzeni. Musiałaby to być grupa satelitów, a to znacznie osłabia twoją hipotezę”. „Steven, czy zaobserwowałeś jakąkolwiek aktywność radiową na Ziemi?” – spytał ktoś z głębi tłumu. Ziemia milczy. Steve skrzywił się. Przywołany temat był bolesny dla wszystkich. Nic się nie zmieniło. Nie odebrałem żadnego sygnału od ponad trzech lat.
Brak łączności z centrum obsługi misji. Nikt też nie nadaje sygnałów komercyjnych. W skrócie wygląda to tak, jakby w ciągu kilkudziesięciu minut wyłączono wszystkie stacje radiowe i telewizyjne. Luna to samo, jakby nigdy nie było tam stacji. Ale to już wiemy — wtrącił dowódca. Co to może być? Ja wiem, że część z was w to nie wierzy. Czy to może być Bravo? Nadzieja umiera ostatnia, ale nie powinniśmy żyć mrzonkami. Przypominam, że kontakt ze statkiem Bravo utraciliśmy jeszcze przed naszym wylotem na Ganimedesa.
Informację przez jakiś czas utrzymywano w tajemnicy, ale ja, jako dowódca misji, zostałem o tym poinformowany niemal natychmiast. Mimo żelaznej logiki zawartej w słowach Adama Browna, zadane wcześniej pytanie rozpaliło dyskusję. Mogli wrócić. Nikt po nas nie przyleci. Jesteśmy ostatnimi ludźmi we wszechświecie i wbijcie to sobie w końcu do głów. Przylecieli po nas. Nie wiemy, co się wydarzyło na Ziemi, ale nasza grupa plus załoga Bravo to około stu osób. Daje to nam szansę na przetrwanie jako gatunek. Przemawiając geolog Opadała. Ludzie przy niskiej grawitacji, zabierając głos na zebraniu, nauczyli się podskakiwać, zamiast wychodzić przed szereg.
To niewiele. Normalnie nie udałoby się odbudować cywilizacji, ale przy pomocy genetyki nasze szanse rosną. Wiem, co mówię — podsumowała lekarka. To bajki. Ziemia milczy. Bravo to zamrożony wrak z martwą załogą. To obsesja, a dla wielu z was już chyba nowa religia. Oni wylecieli przed nami, ale znali przecież plany budowy naszej stacji. Czy odebraliśmy jakikolwiek sygnał świadczący o tym, że nas szukają? To niech mi ktoś odpowie.
Do dupy z tym waszym pieprzeniem o bohaterskim Bravo, który ratuje ludzkość i inne zagrożone gatunki. Jesteśmy skazani na siedzenie tu do końca. Julian, pierwszy pilot, ostatnie słowa wypowiedział dużo ciszej. Nie możecie tego wiedzieć. Tamara, zwykle zrównoważona, tym razem była wyraźnie podekscytowana. Powinniśmy zwrócić na siebie uwagę. Czy jest na to jakiś sposób, aby nas dostrzegły te źródła sygnałów, czymkolwiek są? Nie. Przynajmniej nie drogą radiową. Steve rozłożył ręce.
Wszelkie próby, jakie podejmowaliśmy, żeby naprawić nadajnik albo przynajmniej dostosować antenę odbiorczą, zamieniły się, za przeproszeniem, w gówno. Straciłem nadzieję, że uda się tego dokonać w warunkach bazy. A lasery? To, co mamy, ma zbyt małą moc. Nikt nie zauważy światła latarki na drugim brzegu morza. Bez namysłu odpowiedział jeden z grupy specjalistów od skalnych i lodowych odwiertów. Czy aby na pewno chcemy się ujawnić? Co wtedy, jeśli to obcy statek? Weź ty, zastanów się czasem, zanim coś powiesz. A co za różnica?
Nie rozumiesz, że nie mamy wyjścia? Borys wściekł się. Na co dzień wesoły człowiek. Nikt z załogi nie miał wcześniej okazji widzieć go na granicy wytrzymałości nerwowej. Nie chcę tu zdechnąć — niemal zawył na koniec. Uspokój się, Borys. Franz, szef ochrony stacji, warknął w jego stronę ze śmiesznym niemieckim akcentem. Wiedział, że potwornie trudne warunki bytowania w bazie i niepewność jutra to wybuchowa mieszanka. W tej sytuacji starał się nie dopuszczać do krzesania iskier. Trójka uzbrojonych żołnierzy spoglądała badawczo na Franza, czekając na jednoznaczny gest pułkownika i drugiego pilota w jednej osobie.
A tobie co do tego? Borys nie odpuszczał. Ilu ludzi zginęło tu w ciągu ostatnich dwóch lat? Trzech w wypadkach i awariach sprzętu, który się sypie na potęgę, a kolejnych trzech popełniło samobójstwa. Mało? Co nas tu czeka? Odpowiesz mi, mądralo? Tamaro, powinnaś zająć się kolegą. Potrzebuje czegoś mocnego na uspokojenie. Swoje słowa skierował jednak w stronę Borysa, inżyniera mechanika.
Sam się uspokój. Jesteś jak wrzód na dupie. Już nigdy nigdzie nie polecisz. I niby przed czym masz nas chronić? Przed mrozem chyba. Przed wami samymi. Franz wykazał się celną ripostą. Dość tego. Przestańcie się w końcu żreć. I bez tego mamy dość kłopotów.
Wyselekcjonowany kwiat ludzkości. Co z wami? Brakuje wam awantur i podziałów rodem z Ziemi? Koniec zebrania. Przekazałem to, co wiemy. Niech każdy zajmie się swoimi sprawami i uspokójcie się. Jedziemy na jednym wózku. Przemyślcie to. Pax. Ludzie rozchodzili się, nadal żywo dyskutując.
Wróciłem do swojego zimnego gniazdka. Nie zdążyłem nawet zamknąć drzwi, kiedy do środka wślizgnął się Borys, nadal wściekły. Co tam? Już myślałem, że rzucisz się Franzowi do gardła. Dałeś popis. Uspokoiłeś się już trochę? Spojrzałem na jego zaciętą minę. Widzę, że chyba nie. Dobra, nie o to chodzi. Patrzył gdzieś w bok, lekko zmieszany.
Przyszedłem, bo wpadłem na pewien pomysł. Co wymyśliłeś? Zapytałem spokojnym głosem. Lubiłem Borysa. Kumplowaliśmy się jeszcze w okresie szkolenia. Trudy treningu i wspólne pokonywanie przeciwności mocno zbliżają ludzi. Najpierw odpowiedz mi na pytanie. Powiedz szczerze, czy chcesz tu zdechnąć na tym przeklętym Ganimedesie? Zmiana miała przylecieć po 30 miesiącach. Popatrz na mnie, na wszystkich zresztą.
Wyglądamy jak szkielety. Jeszcze rok, dwa i nie przeżyjemy ewentualnego powrotu do normalnej grawitacji. Powinniśmy ćwiczyć jak najwięcej. Jak ćwiczyć, jeśli dziennie dostajemy tylko 1700 kalorii? To norma dla pięciolatka. Ten księżyc zabija nas po trochu każdego dnia. Zastanów się, ile zostało nam czasu. Wszystko funkcjonuje na słowo honoru. Awaria instalacji uzdatniania powietrza albo niech spadnie temperatura w cieplarni i koniec z roślinkami. I co?
Mamy minuty, godziny lub dni, w zależności od scenariusza. Zresztą paliwo z lądownika też się kiedyś skończy. Daje nam rok, góra kilka lat, ale tylko wtedy, kiedy będziemy mieli pulę szczęścia. Do czego zmierzasz? Wtrąciłem się w monolog, korzystając z krótkiej chwili ciszy. Moment, już kończę. Albo dobra, przecież to wszystko wiesz. Uważam, że ten sygnał to nasza szansa. Bez znaczenia, czy to bravo, czy obcy. Nawet jeśli to goście z innego świata, sądzę, że nas nie zjedzą.
Z ich pomocą może wyrwiemy się z tej lodowej trumny. Ale w jaki sposób moglibyśmy ich powiadomić? Jest jeden sposób. Pomyśl, Siergiej, to w zakresie twojej specjalizacji. Wykorzystać część zapasów paliwa rakietowego i rozpalić wielką pochodnię? Zastanowiłem się chwilę. Nie, to niedorzeczne. W razie porażki sami sobie odbierzemy kilka lat życia. Blisko, ale to nie to. Nasza jedyna szansa...
Zawiesił głos na dwie sekundy. Mamy w bazie ładunek plutonowy. Zresztą ty wiesz o nim wszystko. Oddalimy się na 20, 30 kilometrów i zdetonujemy go. Nic nie tracimy. Wybuch atomowy, nawet mały, zostanie zauważony, a nawet jeśli nie, to z pewnością będzie zarejestrowany przez detektory obiektów. Przynajmniej impuls elektromagnetyczny. Jeśli faktycznie to jakieś pojazdy. Oszalałeś? Ładunek miał służyć do zniszczenia bazy tylko w razie absolutnej konieczności, w sytuacjach krytycznych.
Gdybyśmy utracili kontrolę nad stacją w razie skażenia biologicznego albo, trochę fantazjując, ataku obcych bytów i takie tam podobne sprawy. Rozwiązanie ostateczne w przypadkach nieprzewidzianych przez twórców projektu. Dmuchanie na, nomen omen, zimne. Do tego wyłącznie po ewakuacji załogi na orbitę. Wykorzystajmy ładunek do ujawnienia się. Inaczej któregoś dnia wysadzimy się na stacji w messie zamiast śniadania. W akcie rozpaczy. Myślisz, że jesteśmy w stanie, przynajmniej w przybliżeniu, określić następstwa wybuchu? Z pewnością wystąpi lokalne skażenie. Możemy zminimalizować skutki, detonując go z wiatrem.
Co ty opowiadasz? Z jakim wiatrem? Atmosfera jest tak rzadka, że można zupełnie nie brać jej pod uwagę. To tym bardziej. Nie przywieje opadu w naszą stronę. O ile dobrze pamiętam, ładunek ma niewielką moc, około czterech kiloton. A czy wiesz, dlaczego to tak mało? Bo większy byłby zbyt ciężki? Oświeć mnie. Przy tym ciśnieniu nie wiadomo do końca, bo nikt tego nie próbował, ale na obrzeżach epicentrum może dojść do termolizy lodu.
Jeśli tak się stanie, to olbrzymie ilości wybuchającej mieszaniny wodoru i tlenu wzmocnią siłę eksplozji jądrowej. To mało prawdopodobne, ale istnieje takie ryzyko. 30 kilometrów od stacji nic nam nie powinno grozić. Nawet jeśli jest jakieś niebezpieczeństwo, to zastanów się, czym ryzykujemy. Ostatni rok, może dwa lata marnej egzystencji przyprawionej kolejnymi samobójstwami. Spodziewam się, że masz już przygotowany bardziej konkretny plan. Pewnie. Inaczej bym nie przychodził. Ty, ja i jeszcze ktoś zaufany. Zabieramy ładunek i transportujemy go lodołazem.
Uzbrajamy i wracamy do bazy poinformować resztę o naszej decyzji. Warto byłoby wcześniej porozmawiać ze wszystkimi najważniejszymi. Nie wyobrażam sobie za bardzo, żeby zrobić to w tajemnicy. Siergiej, znamy się tyle lat. Chwycił mnie lekko za ramię. Nie przychodziłbym tu, gdybym nie miał do ciebie zaufania. Słyszałeś, co się działo na zebraniu? Część załogi to beton. Rozkaz albo czekanie na rozkaz. Żadnej kreatywności.
Jesteśmy zdani na siebie. Nikt nie przyleci po nas z Ziemi. Tu w bazie jest kilka osób, które myślą rozsądnie. Reszta kurczowo trzyma się regulaminu i resztek życia. Jeśli otwarcie przedstawimy plan, zamkną nas, tak na wszelki wypadek. Większości nie spodoba się nasz pomysł, a przede wszystkim to, że zrealizowaliśmy go bez porozumienia z całą załogą. Musimy mieć broń, bo to może być walka na całego. Broń? Przyda się. To już twoje zadanie.
Właśnie. Czy poradzisz sobie z uzbrojeniem bomby? Rozumiem, że masz uprawnienia do części kodu dostępu. Co z częścią hasła, którą dysponuje Brown? Obejście zabezpieczeń zajmie mi nie więcej niż godzinę. Uśmiechnąłem się pobłażliwie. Włamywało się to tu, to tam za studenta. Myślałeś już, kto ma być tym trzecim do pomocy? Nina lub Tsubasa. Ewentualnie zrobimy to we czwórkę.
A jeśli ktoś z nich się nie zgodzi? W końcu przypomina to trochę rebelię. Plan rozbudził moją wyobraźnię. Stało się dla mnie jasne, że to być może pierwsza i ostatnia szansa na ratunek przy niewielkim ryzyku. Uwięzimy ich albo lepiej uśpimy na kilka godzin. Tamara da nam odpowiedni środek. Im więcej wtajemniczonych ludzi, tym mniejsze szanse powodzenia. Akurat Tamary jestem pewien tak samo jak ciebie. Sama nie pójdzie, ale będzie cicho. Dziś w nocy?
Jeśli to ma mieć sens, a wiesz, że tak, musimy się spieszyć. Tak planowałem. Za chwilę porozmawiam z pozostałymi kandydatami. Wpadnę później i powiem ci co i jak. W takim razie ja zajrzę do magazynu i zacznę przygotowania. Powodzenia Borys. Noc to najlepszy czas na przeprowadzenie tajnej akcji. Podział na porę aktywności i odpoczynku był umowny. Ze względów organizacyjnych i trochę z sentymentu załoga stacji pozostała przy dobie 24-godzinnej. Jednak sam rytm życia w bazie regulowany był specyficznie: osiem godzin pracy i osiem godzin snu.
Takie rozwiązanie podyktowane było względami bezpieczeństwa konstrukcji samej stacji wydrążonej w lodowej skorupie. W ciągu dnia wewnątrz pomieszczeń ustalono temperaturę oscylującą wokół zera. W tym czasie część ścian ulegała stopieniu. W nocy obniżano ją o około 10 stopni, aby ściany, stropy i podłogi miały szansę ponownie zamarznąć. Cała załoga chowała się do śpiworów. Nikt nie trzymał wachty, nie było takiej potrzeby. Planowałem odpocząć przed operacją „Sygnał”, jak ją w myślach nazywałem, ale im bliżej wieczora, tym bardziej czułem się, jakbym siedział na szpilkach. W moim lodowym apartamencie pod pryczą leżały cztery lekkie karabiny maszynowe. Ładunek przygotowany do wyniesienia czekał w magazynie. Na Ziemi ważył ponad 400 kg.
Tutaj tylko 60. Borys wpadł na chwilę w ciągu dnia, aby zapytać, czy nie miałem żadnych problemów. Poinformował mnie, że bez trudności udało mu się przekonać obu wytypowanych kandydatów. Tamara dodatkowo miała pomóc na terenie bazy. Ciche stukanie wyrwało mnie z gonitwy myśli. W tak konspiracyjny sposób mógł pukać jedynie mój przyjaciel. Wpuściłem go bez zbędnych pytań. „Gotowy?” — spytał trywialnie. „Pewnie. Zakładamy kombinezony i możemy iść po ładunek”.
Załoga spała od dwóch godzin. Żeby nie robić hałasu, wyłączyliśmy magnetyczne przyssawki w podeszwach butów. Widok musiał wydawać się absurdalny. Czworo ludzi w ciężkich kombinezonach po cichu wynosiło ze stacji bombę atomową. Na szczęście nie napotkaliśmy nikogo po drodze do śluzy. Zrzuciliśmy z lodołaza namiot termiczny i odłączyliśmy baterie akumulatorów od gniazda zasilania. Zabezpieczenie ładunku na niewielkiej platformie trwało nie dłużej niż dwie minuty. Ruszyliśmy w stronę krateru. Wytypowaliśmy go ze względu na odpowiednią lokalizację i rozmiar. Im niżej umieszczona bomba, tym mniejsza szansa dotarcia promieniowania przenikliwego do wnętrza stacji.
Ludzi w bazie co prawda chroniła gruba warstwa lodu, ale głęboki krater to dodatkowa izolacja kilometrów skał. Jadąc spoglądałem na widoczną część olbrzymiej tarczy Jowisza wiszącą nad horyzontem. Do takiego krajobrazu nie można się przyzwyczaić. Niesamowite widoki to chyba jedyny plus całej tej kosmicznej eskapady. Lodołaz rozpędzał się miejscami do 25 km/h. Prowadził Borys. Znał drogę do wybranego krateru. Przez kilka ostatnich lat zdążył poznać okolicę. Jechaliśmy po ostrych wybojach, omijając co większe głazy i wszelkie kratery. Nie można było narzekać.
Jasny obszar, który pokonywaliśmy był nieporównywalnie bardziej równy niż na przykład poorany Nicholson Regio, z którym stacja także graniczyła. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do celu. Aby dotrzeć na samo dno, trzeba było najpierw wjechać na ponad stumetrowy wał okalający nieckę. Ostatnie dwa kilometry w dół pokonaliśmy na nogach. Transport bomby nastręczał wiele trudności. Pomimo większej średnicy satelita Jowisza ma mniejszą gęstość niż Księżyc. Z tego powodu ciążenie na Ganimedesie jest odrobinę niższe. Ktoś od czasu do czasu tracił równowagę, to potknął się na piargu. Kiedy już straciło się równowagę w ciężkim kombinezonie, człowiek próbował ją złapać, wykonując śmieszne ruchy, ale na nic już się to nie mogło zdać. Dokładnie tak samo jak na Ziemi, tylko dużo wolniej.
Jeśli ktoś przekroczył punkt krytyczny, nie mógł nie upaść, pomimo że wydawało się możliwe wyjście z opresji. Myliła powolność. Powolność nieuchronna. Z tych powodów schodzenie z nieporęcznym bagażem było męczące. Po ponad godzinie pokonaliśmy dystans niewiele ponad dwa kilometry. Wtedy postanowiliśmy, że to jest właśnie to miejsce. Byliśmy 200 metrów poniżej poziomu gruntu. Ustawiłem mechanizm zegarowy na sześć godzin. Szacowałem, że taki czas pozwoli bezpiecznie powrócić do bazy. Jednocześnie był zbyt krótki, aby grupa poszukiwawcza z bazy mogła odnaleźć i rozbroić ładunek.
Plan powrotu mógł się powieść pod warunkiem, że nie spotkałaby nas żadna przygoda związana na przykład z awarią lodołaza. W drodze powrotnej poprawiły się nam nastroje. Pozbyliśmy się groźnego balastu, który wyjęty ze skrzyni izolacyjnej stanowił pewne zagrożenie dla naszego zdrowia. Kilka godzin przebywania w najbliższej okolicy bomby to roczna dawka promieniowania na akceptowalnym poziomie. Już kilkadziesiąt godzin z pewnością doprowadziłoby do choroby popromiennej i związanych z nią powikłań. Dlatego konstruktorzy nie przewidywali wyjmowania ładunku z ciężkiej skrzyni izolacyjnej. Całą procedurę aktywacji można było wykonać na stacji w sposób bezpieczny dla operatora. Technika podchodzenia pod pochyłość o sporym nachyleniu różniła się od tej prezentowanej na historycznych filmach o początkach podboju kosmosu z pierwszymi ludźmi na Księżycu w roli głównej. Konstrukcja i materiały użyte w naszych kombinezonach to była zupełnie inna bajka. Elastyczność powłok pozwalała na dużo większą swobodę i zakres ruchów, dlatego bez problemu mogliśmy podbiegać w stronę szczytu, robiąc długie trzymetrowe susy.
Musieliśmy jedynie mocno uważać na zachowanie równowagi. Trzy srebrne skafandry byłyby zupełnie niewidoczne z krawędzi częściowo zacienionego krateru, gdyby nie włączone reflektory na hełmach. „Idź w stronę Jowisza” powiedziałem do siebie, spoglądając na fragment olbrzymiej tarczy wyłaniającej się dokładnie nad miejscem parkowania lodołaza. Krąg Jowisza, tak wielki, był jak obraz z nierealnego snu. Nie pozwalał oderwać od siebie wzroku, jednocześnie przytłaczał. Zerkałem na zmianę to na jaśniejącego pomarańczowo olbrzyma, to na krajobraz wokół mnie oblany jego światłem. Cokolwiek się wydarzy, nie zapomnę tych widoków. „Przypomnij sobie rozgrzaną słońcem łąkę i pszczoły latające między kwiatami. Ognisko nad brzegiem morza, ciepły wiatr we włosach i to uczucie, kiedy od upału jesteś cały mokry od potu. Nie brakuje ci tego?
Ja zamieniłbym rok w bazie na jedną godzinę reklam telewizyjnych we własnym domu”. „Pewnie, że brakuje, ale staram się o tym nie myśleć. Tak mi łatwiej”. Odrzucałem po kolei przywołane rozmową obrazy wspomnień sprzed lat, które zaczęły spływać do głowy. Takie zwykłe nic. Źdźbło suchej trawy na skalnej półce. Krótki, niemy film, w którym dobry kumpel bezgłośnie opowiadał żart przy restauracyjnym stole. Nawet nie pamiętam, czy był śmieszny. Jazda samochodem pustą drogą wiosną w pierwsze ciepłe dni. „Tsubasa, a ty co tak milczysz?” Usłyszałem spokojny głos Borysa skupionego na prowadzeniu pojazdu.
„Zastanawiam się, czy zrobiliśmy mądrze, czy straszną głupotę”. „I co wychodzi z twojej analizy?” Nina wychyliła się ze swojego miejsca, żeby spojrzeć na Japończyka. „50 na 50. Już straciliśmy możliwość powstrzymania tego. Za pół godziny wszystko się wyjaśni”. „Nie wszystko. Na reakcję z góry będziemy musieli poczekać dłużej” dodałem, obserwując czerwoną lampę zainstalowaną na szczycie czaszy niewielkiego radioteleskopu. Lśniła jak latarnia na rozdrapanym i kamienistym dnie wyschniętego morza, wskazując drogę do naszego kosmicznego sierocińca. Tiksuit pojawił się w odległym układzie ramienia galaktyki spiralnej S231. Misja zwiadowcza R/436 trwała od 18 dni uniwersalnych.
Kolejny układ słoneczny zaplanowany do zbadania w katalogu REN opatrzony był numerem S231/3841. Cała załoga w części wojskowej, jak i cywilnej miała nadzieję, że pula pecha skończy się wraz z nowym miejscem. W połowie czasu trwania zwiadu zdążyli stracić dwa lądowniki planetarne. Niestety wraz z załogami. Pierwszy w wyniku awarii samego pojazdu, drugi zestrzelony przez autonomiczne działa laserowe. Pozostałość po cywilizacji, która ze względu na duży wzrost temperatury na planecie dawno ją opuściła. Bardziej pesymistyczna hipoteza głosiła, że wymarła, nie mając do dyspozycji odpowiedniej technologii pozwalającej na ucieczkę. Głosy naukowców w tej sprawie były podzielone. Do końca misji pozostało im odwiedzić i wstępnie przebadać osiem układów, z obecnym włącznie. Nigdy nie lecieli w ciemno, nie szukali po omacku.
Wszechświat był zbyt rozległy, aby mogli sobie na to pozwolić. Analitycy już na wstępie odrzucali gwiazdy neutronowe, nadolbrzymy lub wszystkie te obiekty, które charakteryzowały się niestabilnością. Celem również nie były słońca młode. Tam życie, a w szczególności życie inteligentne na wysokim stopniu rozwoju, teoretycznie nie miało czasu się rozwinąć. Wśród niektórych naukowców panował pogląd, że taka argumentacja to błąd logiczny. Jeśli poszukiwali cywilizacji potrafiącej panować nad czasem, mogli jej szukać na ciałach orbitujących nawet wokół najmłodszych gwiazd. Skoro panowali nad czasem, mieli możliwość wykorzystywać dowolny czas w całym spektrum życia planety. Byli w podobnej sytuacji. Zdołali na szczęście opracować plan pozwalający przetrwać najgorsze. Jedno ze słońc w ich rodzimym układzie podwójnym stawało się coraz bardziej kapryśne.
Z rosnącą częstotliwością dochodziło do potężnych koronalnych wyrzutów masy. Po dotarciu plazmy do planety zakłócała działanie systemu komunikacji i szkodziła satelitom. To był dopiero początek problemów i mieli trochę czasu. W życiu gwiazd zmiany z reguły nie zachodzą bardzo szybko. Wyjątkiem są eksplozje i implozje całych obiektów, ale to na szczęście im nie groziło. Ogromnym wysiłkiem organizacyjnym i finansowym starali się odnaleźć obcych, którzy byliby gotowi udostępnić im technologię podróży w czasie. Pracowali nad tym problemem także sami, ale bez spektakularnych efektów. Kiedy sądzili, że są już na progu kluczowego odkrycia, okazywało się, że zabrnęli w ślepą uliczkę nauki. Po uzyskaniu technologii planowali w ciągu kilku dekad przenieść całą populację na własną planetę, ale młodszą na przykład o milion lat. Tak długi okres spokoju pozwoliłby na stworzenie scenariusza i technologii, aby przygotować sobie nowy dom i wynieść się z rodzimego układu na dobre.
Istniała mocna przesłanka, że plan się powiedzie. Archeolodzy natknęli się na prastare pozostałości po wysoko rozwiniętej cywilizacji. Tych kilka odnalezionych artefaktów sprzed setek tysięcy lat, zupełnie niepasujących do ich własnej historii, pozwalało wierzyć, że są na właściwej drodze. Major pełniący rolę dowódcy statku zwiadowczego Tiksuit dokonał pierwszego wpisu do dziennika pokładowego w nowym układzie. Przybycie do S231/3841 dnia 694, 6251 roku według kalendarza układu Tsin. Tiksuit na ciasnej orbicie piątej planety. Wejście na stabilną orbitę za pomocą napędu nadprzestrzennego nie jest możliwe. Skok o dwie sekundy świetlne jest odległością poniżej błędu statystycznego. Wykorzystanie konwencjonalnego napędu manewrowego wiązałoby się z utratą większości paliwa. Jest to niezasadne ze względu na bezpieczeństwo obecnej misji oraz z powodów ekonomicznych.
Wniosek: skrócenie obecności w wymienionym układzie do jednej doby uniwersalnej. Wytypowano siedem obiektów do zbadania, w tym trzy planety i cztery księżyce. Planety w kolejności: druga, trzecia i czwarta i cztery największe satelity obiektu piątego. Stan załogi i sprzętu nie zmienił się od ostatniego wpisu. Major zakończył przekaz i udał się do Penetratora 2. Wpadł wcześniej na pomysł, aby chociaż na krótko oderwać się od rutynowych zajęć. Załoga niewielkiego międzyplanetarnego statku cierpliwie czekała. Pozostałe dwie jednostki tej klasy już rozpoczęły eksplorację ustalonych obiektów układu. Penetrator 2 miał lecieć na trzecią w kolejności planetę systemu. Badany układ planetarny był ciekawym miejscem, rozważał major, z dość dużą liczbą zróżnicowanych obiektów.
Szansa na odkrycie zaawansowanej cywilizacji była jednak niewielka. Od pierwszej chwili po przybyciu skanowano układ na wszystkich pasmach częstotliwości pod kątem transmisji radiowych. Nie znaleziono żadnego sztucznego sygnału, a to źle rokowało. Statek zwiadowczy po kilkudziesięciu minutach lotu dotarł do celu. Na orbicie znajdowało się kilka pierścieni o symbolicznej gęstości. W ich składzie wykryto obok wielu metali, także złożone substancje polimerowe. Analiza wykazała, że są pochodzenia sztucznego. Konkluzja była jasna. Wokół planety krążyły duże ilości szczątków. Zbliżyli się do granicy atmosfery.
Obraz, jaki pojawił się na wielkim monitorze dawał do myślenia. Na planecie widać było ślady cywilizacji technicznej. Zauważyli, że obszary zurbanizowane były zdegenerowane, zniszczone tym bardziej, im były rozleglejsze. Wystrzelili sondę. Jej detektory natychmiast rozpoczęły przekazywanie danych. Skład atmosfery, ciśnienie, temperaturę i wielką liczbę zdjęć. Sonda dotarła na kilka kilometrów do powierzchni i kontakt z nią się urwał. Ostatnie przekazane przez nią dane dotyczyły gwałtownego wzrostu promieniowania. Odpowiedzialnymi za to pierwiastkami były pluton, uran oraz w mniejszym stopniu kilkadziesiąt innych izotopów. Maszyny analityczne, biorąc pod uwagę ostatnie dane, postawiły tezę, że na planecie doszło do konfliktu, w którym użyto broni działającej na zasadzie rozpadu jąder ciężkich pierwiastków, uranu i plutonu.
Po określeniu poziomu lżejszych izotopów znajdujących się w atmosferze, dość dokładnie oszacowały moment tego dramatycznego wydarzenia. Z dużym prawdopodobieństwem mieli do czynienia ze skutkami ataku wrogiej tubylcom cywilizacji. Kolejna wystrzelona sonda, już przystosowana do pracy w podwyższonym promieniowaniu jonizującym, przetrwała przelot przez atmosferę i zanurzyła się w wielkim zbiorniku wodnym. Po kilkunastu minutach oczekiwania kapsuła uniosła się ponad powierzchnię wody i wysłała strumień informacji. Kilometry bliżej dna, w ciemnych głębiach istniało proste życie. Od organizmów jednokomórkowych po dość złożone formy, ale nieposiadające potencjału na wytworzenie cywilizacji technicznej w bliskiej przyszłości. Major wydał rozkaz do powrotu. Spóźnili się niewiele. Być może to właśnie ta cywilizacja miała do dyspozycji technologię zakrzywiania czasu i w tej chwili bezpieczna, rozwijała się nadal po ewakuacji do wcześniejszego okresu życia planety. Jeśli tak było, to bezpowrotnie stracili możliwość kontaktu z jej przedstawicielami i pozyskania poszukiwanej technologii.
Jednocześnie należało zwiększyć czujność. Ktokolwiek doprowadził trzecią planetę do całkowitej destrukcji, mógł znajdować się blisko. Dowódca jednym poleceniem zaostrzył poziom środków bezpieczeństwa do maksymalnego standardu. W połowie drogi powrotnej do macierzystego statku do dowódcy podszedł pierwszy oficer Penetratora. „Melduję, że otrzymałem informację z jedynki”. „Gdzie oni polecieli?” „Na czwartą planetę”. „Czytałeś? Czego chcą?” „Melduję, że czytałem w trakcie dekodowania. Odkryli jakiś pojazd na orbicie”. Dowódca rozwinął osobisty ekran i wszedł w odebrane przekazy.
Przygnębiony tragiczną historią trzeciej planety skupił przez chwilę uwagę na najświeższej informacji. Na silnie wyciągniętej eliptycznej orbicie czwartej planety odnaleziono pojazd. Ze względu na podwyższony standard zabezpieczeń znalezisko nie będzie transportowane do Tiksuita. Po zbadaniu i wykonaniu dokumentacji pozostawimy pojazd na orbicie. Brak oznak istnienia życia na czwartej planecie. „Gdzie oni są teraz?” Do Kujo na Tixui idzie. Prześlij rozkaz, aby przygotowali prezentację i niech się pośpieszą. Będziemy na miejscu za chwilę. Tak jest. Oficer podniósł wysoko głowę i z metalicznym odgłosem stuknął obręczowymi dystynkcjami.
Dowódca ponownie pogrążył się w rozmyślaniach. Zobaczymy wytwór obcej cywilizacji. Czy to produkt obrońców, czy agresorów? Pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Wlecieli do jasno oświetlonego doku. Jak zwykle przy wyrównywaniu ciśnień w powietrzu pojawiła się mgła kłębiąc się dynamicznie. Chwilę później dowódca statku wszedł do pomieszczenia konferencyjnego. Zwrócił uwagę na podoficera besztającego naukowca. Skierował do nich pierwsze kroki. „Co tu się dzieje?” – zapytał z marsową miną.
Naukowiec milczał, stojąc skruszony ze spuszczoną głową. „Melduję, że to indywiduum zapomniało, z jakiej jest kasty.” Sierżant wyprężył dumnie pierś, kończąc zdanie. „Żołnierzu, jeśli uważasz za stosowne, prześlij raport do swojego bezpośredniego zwierzchnika. Teraz nie traćmy czasu. Czy prezentacja gotowa?” „Tak jest.” „To zaczynajcie.” Dowódca usiadł w głębokim fotelu i sięgnął po izotoniki wielkoetonowe z podstawionego usłużnie stolika. Przygasły pomarańczowe światła. Rozpoczęła się projekcja. Prelegent rozpoczął omawianie pierwszych trójwymiarowych obrazów obiektu. Pierwszy hologram: widzimy czwartą planetę i wykres orbity omawianego obiektu, która zdaje się być przypadkowa. Na kolejnym slajdzie widać pojazd, wytwór innej cywilizacji.
Jest w opłakanym stanie i z pewnością nie udałoby się nam uruchomić tego czegoś. W wielu miejscach widoczne są otwory. Te przebicia konstrukcji to efekt uderzeń mikrometeoroidów. Obiekt był na orbicie od dłuższego czasu. Znając średnie zagęszczenie rojów w tamtej okolicy, będziemy mogli określić ten okres dokładniej. Oto hologram obiektu ukazujący go ze wszystkich stron. Obszar, który wskazuję pulsatorem to najprawdopodobniej dolna część pojazdu. Zatrzymajmy się na chwilę. Dlaczego powiedziałem prawdopodobnie? Mieliśmy zbyt mało czasu, aby dokładnie go przebadać.
Pojazd jest bardzo dziwny. Nie mamy pojęcia, jaki jest jego napęd, system sterowania i w rezultacie przewidywalny sposób i cel użytkowania. Udało nam się uchylić osłonę. Napęd tego pojazdu nie przypomina niczego, co mogłoby być wykorzystywane w przestrzeni. Jak to mogło w ogóle latać i jak tym sterowano, to dla nas zagadka. Może mieli dostęp do technologii BSU, może sterowanie bezpośrednio umysłem, a być może jest to część większej całości. Wracając do spodu pojazdu. Posiada cztery okrągłe stopy lądownicze ułożone w dziwaczny sposób. Sztuczne tworzywo, które stanowiło powłokę zewnętrzną omawianych elementów służących do lądowania, rozpadło się na proszek. Sądzimy, że uległa degeneracji pod wpływem niskiej temperatury, promieniowania kosmicznego i wiatru słonecznego.
Ogólnie pojazd niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia wykonany jest z setek elementów. Teraz najważniejsze. W obiekcie znaleźliśmy skafander próżniowy. Tak nam się przynajmniej wydawało na początku. Dużym zaskoczeniem były dla nas wnioski, do których doszliśmy. Pomimo wielu uszkodzeń, nawet w okresie swojej świetności nie miał prawa być szczelny. Prawdopodobnie istoty korzystające z niego potrafiły przynajmniej przez jakiś czas przebywać niezabezpieczone w otwartej próżni. Ich ciała musiały być bardzo odporne. To humanoidy większe od nas dwukrotnie, także silniejsze fizycznie. Świadczą o tym przekroje dolnych i górnych rękawów skafandra oraz wielkość pięciopalczastych osłon na dłonie.
Analizy będą trwały nadal. Za jakiś czas będziemy wiedzieli więcej. Dowiemy się o roli niektórych elementów, ale nie wierzę, abyśmy znaleźli sensowne odpowiedzi na najważniejsze pytania: co to jest, kto to wytworzył i w jakim celu. Ostatni hologram przedstawia, jak sądzimy, tył pojazdu. Widać ciąg symboli. Możliwe, że to nazwa tej jednostki, a może statku lub portu macierzystego. Równie dobrze może to być ozdoba albo cokolwiek. Niektóre z elementów są nawet trochę podobne do naszego starożytnego pisma. Hologram rozrósł się w przestrzeni. Zgromadzeni mieli szansę przyjrzeć się przez chwilę nic niemówiącemu ciągowi znaków T-E-S-L-A.
„Jadą!” – operator radaru krzyknął zbyt głośno, zdradzając podniecenie. „800 metrów. Wszyscy na stanowiskach. Pełna gotowość. Pamiętajcie, są uzbrojeni. Chcę ich mieć żywych. Zrobimy to w sposób cywilizowany. Żadnej rozróby. Strzelać tylko w obronie własnej.” „Dowódco, może zablokujmy śluzę. Niech się duszą na zewnątrz.
Tak byłoby bezpieczniej. Po co nam oni w bazie?” Szef ochrony w jednym zdaniu przedstawił swoją koncepcję kary. „Franz, wiem, co robię. Wiesz, gdzie jest ładunek? Jak daleko? A może zabrali z powrotem i mają go na lodołazie?” Radar nam nie powie, co zamierzają. 600 metrów. Cisza na radiu. Zahermetyzować kombinezony i czekać. Załoga stacji dowiedziała się o eskapadzie do krateru dzięki przypadkowi.
Nawigator, który tej nocy miał duże problemy z zaśnięciem, postanowił spożytkować czas w sposób bardziej użyteczny, niż tracić go bezmyślnie w śpiworze, męcząc się do tego. Siedział w ciemnej sali na słuchu radiowego, starając się namierzyć i zapisać sygnały pojawiające się od czasu do czasu na orbitach niektórych planet i księżyców naszego systemu. Z wielkim zaskoczeniem spostrzegł pełznącą na radarze zieloną plamkę. Natychmiast wszczął alarm. Kilka minut później wiadomo było, kogo brakuje w sypialniach i czego brakuje w magazynie. Przycisnęli Tamarę, jako że była najlepszą przyjaciółką Borysa. Ta twardo milczała. Zaczęła mówić dopiero na dwie godziny przed powrotem terrorystów, jak nazywał ich dowódca. Nie złamali jej. Działała według ustalonego porządku.
Poinformowała załogę o planach zdetonowania ładunku i wyjaśniła intencje, jakimi kierowali się jej wspólnicy. W ten sposób dała trochę czasu na przygotowanie akcji. Wśród załogi zawrzało. Profilaktycznie zamknęli Tamarę w jednym z pomieszczeń i naprędce ułożyli plan. Zamierzali obezwładnić swoich niedawnych kolegów, następnie tak szybko, jak to możliwe, postawić ich przed ganimedejskim wymiarem sprawiedliwości. Pośpiesznie wybrali kolegium sądowe, wydali broń wszystkim, których dowódca uważał za godnych zaufania i założyli skafandry kosmiczne. Zastawili pułapkę. Zdrajcy, obserwowani kamerami, mieli spokojnie wyjść ze śluzy i dopiero po minięciu pierwszych pomieszczeń na sygnał obserwatora planowano ich otoczyć i rozbroić. 100 metrów. Radiooperator przekazywał informacje dowódcy na zakresie częstotliwości niedostępnym w innych kombinezonach.
Brown odruchowo próbował otrzeć pot z czoła. W stresie wykonał gest przedramieniem, które otarło się tylko o przyłbicę. Zwiększył nawiew na twarz. Po krótkiej chwili wyłączył go zupełnie. Przy napiętych nerwach przeszkadzał mu nawet cichy szum strugi zimnego powietrza. W jednej chwili wszyscy usłyszeli trzaski w słuchawkach. Tkwiąc samotnie na stanowiskach zastanawiali się, co jest tego przyczyną. Wzrost radiacji? Te zakłócenia na radiu to może być to? Dowódca zapytał specjalistę od łączności radiowej.
„Może być. Sam nie wiem. Przy silnej radiacji mogłoby tak to wyglądać” – bardziej poparł koncept dowódcy, niż wyjaśnił zjawisko. „Chwileczkę. Sygnał zniknął z radaru. Są pod bazą. Jeszcze jedno. To może być ważne. My teraz mamy podsłuch na wszystkich częstotliwościach. Jeśli przejdziemy na dowolny inny kanał, to nie słychać żadnych dziwnych odgłosów.
Trzaski to nie radiacja. One są tylko na częstotliwości ogólnej. Jonizacja zakłócałaby całe pasmo. Zaraz, zaraz, dowódco. Te trzaski... Ktoś chyba nadaje morsem”. „Co to znaczy? To mogą być oni?”. „Którzy oni?” „Moment. VYNG, VYNG, VYNG” – literował radiowiec.
„Ciągle to samo, w kółko, tymi trzaskami. Co to znaczy?” – powtórzył się Brown. „To radiowy slang. Chyba to znaczy na pewno, ale tu teraz może to być przypadek. VY to bardzo, a NG to niedobrze. Może to o to chodzi?”. „To Tamara, do cholery! Kazałem ludziom Franza wyrwać mikrofon z jej kombinezonu. Nadaje stykając przewody. Sprytnie.” Żołnierz ochrony wpatrywał się w ekran z obrazem jedynej śluzy w bazie.
Drzwi rozsunęły się. Widział to na monitorze i na własne oczy dziesiątki razy. Ujrzał cztery postaci w skafandrach. Dwie z nich klęczały na jednym kolanie, kolejne stały z tyłu. Wszystkie cztery mierzyły bronią w głębię korytarza. Patrzył na monitor z głupią miną. Ta broń... Wyglądało to zupełnie inaczej niż zwykle. Wyskoczyli ze śluzy do pierwszego korytarza po prawej. Na jego końcu znajdowało się pomieszczenie ze skomplikowanym zespołem agregatów uzdatniania powietrza.
Zniknęli z podglądu kamery w kilka sekund po otwarciu wewnętrznych wrót śluzy. Oficer ochrony dwoma susami podleciał do pomieszczenia węzła komunikacyjno-radarowego. „Przekaż dowódcy, że schowali się w stacji tlenowej. Mów, że z planu nic nie wyszło. Nie poszli w głąb głównego korytarza. Przy okazji z pewnością uzupełnią zapas tlenu w kombinezonach.” Oficer czekał przy radiooperatorze, aż zakończy przekazywać informacje. Jeszcze raz dotknęli się hełmami, aby porozumieć się bez używania radiowego interkomu. Dowódca rozkazał, żeby dwóch ludzi położyło się na skrzyżowaniu korytarzy obok sanitariów i mają walić do każdego, kto pojawi się z bronią. Wykrzyczał rozkaz Browna wewnątrz bańki swojego hełmu. Oficer wysłuchał polecenia i odskoczył długimi skokami wykonać zadanie.
Po chwili dwóch z jego ludzi leżało za załomem ściany i mierzyło w okolicę wejścia do bazy. „Tu dowódca. Zwracam się do czwórki terrorystów. Dobrze wiecie, że nie macie szans. Nas jest więcej. Wychodźcie pojedynczo i bez broni. Zadecydowałem, że o waszym losie rozstrzygnie doraźny sąd wojenny. Wychodźcie. Macie trzy minuty na decyzję. Dałem rozkaz strzelania bez ostrzeżenia do każdego, kto pojawi się z bronią.” Brown zorientował się, że jego słowa zabrzmiały jak w tandetnym filmie akcji.
„Adam, uspokój się” – odezwał się Borys lekceważącym tonem. „Nie tyle my, ale wszyscy mamy trzy minuty. Za chwilę dojdzie do eksplozji. Możecie uważać to za zdradę, ale chcę, żebyście wiedzieli, że zrobiliśmy to także dla was. To nasza jedyna szansa. Wolę zginąć, niż żyć ostatni rok ze świadomością, że jej nie wykorzystałem.” „Gdzie jest ładunek?” Franz wtrącił się do rozmowy. Trzydzieści kilometrów stąd, w kraterze dwieście metrów poniżej gruntu. Przez chwilę zapanowała cisza. Ludzka sfora w nerwach czekała na cios, który miał nadejść nie wiadomo jak silny i z której strony. Lodowe ściany podłogi i stropy zadrżały w całkowitej ciszy.
Trwało to kilkanaście sekund. Po chwili drgania powróciły dużo silniejsze. Wszyscy w bazie, niezależnie po jakiej stronie konfliktu się opowiadali, padli na podgumowane blachy podłóg i rozglądali się niepewnie. Drgania ustały. Dokonaliście zdrady. Wychodzić pojedynczo. Brown poczuł większą pewność siebie. Nie wydarzyło się nic strasznego. Okropna, nieugięzna broń. Ludzie jeszcze raz uwolnili brutalną siłę zawartą w materii.
Pierwszy raz na Ganimedesie, ale tym razem Armagedon ich nie dosięgnął. Poczuł odrobinę wdzięczności. Wdzięczności dla zdrajców, że w swoim szaleństwie okazali się przynajmniej fachowcami. Dowódco, już po wszystkim. Teraz musimy czekać, czy nasz sygnał przyniesie spodziewany rezultat. Siergiej powrócił do dialogu z oponentami. Zanim ktokolwiek odpowiedział, rozległ się głośny sygnał alarmu. Pierwszy, najgłośniejszy trwał przez chwilę samotnie, ale i tak zdołał zmrozić umysły ludzi. To była informacja, że jednak jest źle, że jednak jest dokładnie tak, jak się podświadomie spodziewali. Po chwili dołączyły inne syreny, brzęczyki i powtarzane w nieskończoność automatyczne komunikaty głosowe.
Ospała dotąd baza nagle ożyła. Ciśnienie spadło poniżej dopuszczalnej normy. Ze stacji uciekało powietrze. Nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie. Jedynie powód był jasny nawet bez specjalistycznych ekspertyz. Wybuch ukazał swoje konsekwencje. Dramat potrzebował kilku minut, aby ujawnić się z pełnym rozmachem. Skonfliktowana załoga ubrana w szczelne kombinezony była chwilowo bezpieczna. Na obu końcach długiego korytarza leżeli obcy już sobie ludzie z bronią gotową do strzału. Leżeli tak w akompaniamencie coraz słabiej słyszalnych dźwięków alertów.
Na Tixouhidzie rozległ się ultradźwiękowy alarm. Wysokość sygnału mówiła o zagrożeniu najwyższego stopnia. Major natychmiast docisnął klapy foniczne do otworów usznych i zawrócił do sterowni statku. Oficerowie, co się dzieje? Raport. Jego oba pasy grzebieni głowy, rezerwuary krwi dla mózgu w sytuacjach silnego stresu stanęły na baczność. Majorze, melduję, że jeden z penetratorów został zaatakowany. Jakie straty? Na szczęście obyło się bez ofiar. Lądownik przelatywał na niskiej orbicie wokół jednego z księżyców piątej planety.
Doszło do wybuchu na powierzchni. Użyto tej samej broni, która zniszczyła trzecią planetę. Wysokim tonem świergotał wojskowy. Jaki jest stan załogi? Większość promieniowania zatrzymało pole energetyczne penetratora. Dawki, jakie otrzymał zespół, są niegroźne dla ich zdrowia. Major rozłączył się. Właśnie wchodził do sterowni jednostki, którą dowodził. Skoro atak nie wyrządził większych szkód, może jest to ostrzeżenie. Bez rozpraszania uwagi na przywitania kontynuował dyskusję ze swoim zastępcą.
Nie mam pojęcia, co to było. Z pewnością nic naturalnego. Księżyc jest martwy geologicznie. Zresztą wystąpiło promieniowanie. Nie słyszałem o naturalnie wzbudzonej reakcji łańcuchowej. Szansa, żeby to był przypadek, jest bardzo mała, praktycznie równa zeru. W zasadzie nie powinno mieć to dla nas znaczenia, czy to nieudany atak, czy jedynie groźba. Nie jesteśmy tu mile widziani. Czy na tym księżycu zauważyli jakąś infrastrukturę? Jałowy teren.
Żadnych osiedli, baz czy sztucznych satelitów na orbicie. Jednak coś tam jest. Doskonały kamuflaż. To może być ta rasa, która wygrała konflikt na trzeciej planecie albo pozostałości tych, którzy przetrwali jej piekło. Zastanawiał się głośno głównodowodzący. Proszę wydać wszystkim jednostkom rozkaz powrotu na Tixouhidę. Mają zostawić wszystko i wracać natychmiast. Pozostawiamy atak bez kontruderzenia? To nie nasz świat i nie nasz kłopot. Mamy własne problemy.
Gdybyśmy mieli odpowiadać na wszystkie zaczepki, prowadzilibyśmy wojny w każdej galaktyce. Która rozwinięta cywilizacja wyciągnęłaby do nas wtedy pomocną dłoń? Rozpocząć przygotowania do skoku nadprzestrzennego. Kolejna lokalizacja według ustalonego harmonogramu. Wynosimy się z tego bestialskiego zadupia.
[05:35:23] - No i proszę państwa, nadeszła wiekopomna chwila, w której to kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą współpracę, za dzisiejszy odsłuch, za to, że byli państwo przynajmniej przez część audycji. No cóż, zapraszam tradycyjnie na 86. wydanie Bibliotekarium 2.0. Tak, to już za tydzień i za tydzień postaram się, żeby było ciekawie. Nie wiem, czy bardzo ciekawie. Nie wiem w ogóle, czy te audycje w jakiś sposób są ciekawe, ale skoro znajdują w miarę stabilną publiczność, w miarę stabilne odsłuchy, elitarne przyznaję, ale jednak stabilne, no to znaczy, że może nie jest tak źle. Zatem pozwolę sobie nieśmiało zaprosić państwa na przyszły tydzień. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy, dobrego weekendu i do usłyszenia.
[05:36:27] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" z Radia Paranormalium i Book Radio. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.