[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Majówka niby się skończyła, ale majówka książkowo-filmowa w Radiu Paranormalium i Book Radiu trwa można powiedzieć praktycznie cały rok. Cały rok rozbieramy na czynniki pierwsze ciekawe książki, ciekawe filmy. Gości może nie rozbieramy, ale że tak to ujmę, eksploatujemy ich głosowo. Także zawsze jest czego posłuchać. A dzisiaj, 10 maja, jak zawsze, 2024 roku witają państwa techniczny Marek Sęk "Ivellios" oraz gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:56] - Dzień dobry wieczór państwu. Ładnie to Ivellios powiedział. Majówka, majowy czas książkowy. Wszystko fajnie. Tylko wiecie państwo co? Czasami jest tak, że się wszystko sypie. I ja mam wrażenie, że dzisiaj to był właśnie taki dzień, że wszystko dosłownie się sypało. Tu mam na myśli głównie sprawy sprzętowe, a właściwie głębiej, sprawy związane z funkcjonowaniem Book Radia, funkcjonowaniem jego archiwum, a właściwie brakiem tego funkcjonowania. Także przygotowanie dzisiejszej audycji, ze względów technicznych było dosyć trudne. Zastanawiam się, czy nie użyć bardziej adekwatnego słowa.
Nie, nie użyję, bo musiałbym się sam wypikać. W każdym razie było ciężko. W dodatku jakoś tak się porobiło, że tydzień temu straszyłem państwa, że audycja będzie krótsza, a była taka jak zawsze. Co prawda dzięki długiemu opowiadaniu Wiktora Żwikiewicza, ale jednak miała te pięć godzin z kawałkiem. Odnoszę wrażenie, że ze względu na to, iż dzisiaj nie będzie archiwum ABW, właśnie ze względów technicznych, niemożliwe okazało się wyciągnięcie niektórych opowiadań z archiwum. To dłuższa historia. Nie będę państwa tym męczył. Być może zrekompensuje brak dzisiejszego archiwum w przyszłym tygodniu. W każdym razie dzisiaj archiwum nie będzie i odnoszę wrażenie, że pomajówkowa audycja może okazać się krótsza niż zwykle. To się oczywiście jeszcze zobaczy.
No ale mówię, czasami są takie dni, że sypie się dosłownie wszystko. A jeśli chodzi o względy techniczne, to dla Book Radia, bo nie dla Radia Paranormalium, ale dla Book Radia to był dzisiaj, nie chcę nadużywać, ale to był sądny dzień. Na początku myśleliśmy, że w ogóle nastąpił jakiś atak hakerski i tak dalej. Wiecie państwo, historia brutalna z gatunku tych, które jeżą włosy na głowie administratorom i tym podobnym. Na szczęście okazało się, że rzecz jest banalna, ale w dodatku jako że była banalna, to się okazała wyjątkowo upierdliwa. I pewno jeszcze z kilka dni powalczymy ze skutkami tak zwanej technicznej niedyspozycji serwera czy jakkolwiek to określimy. Zostawmy, proszę państwa, te kłopoty, bo one, myślę, aż tak bardzo państwa nie interesują. Przejdźmy do tak zwanych stałych punktów programu. Mam nadzieję, że dzisiaj właśnie ze względów technicznych, przeskakując pomiędzy różnymi stronami, uda mi się państwu przedstawić wszystko w miarę nie dość, że rzetelnie, to w miarę sprawnie. Zaczynamy jak zwykle od polecanek książkowych, od zapowiedzi książkowych.
Dzisiaj na tapet bierzemy wydawnictwo MAG. Wydawnictwo zasłużone. Wydawnictwo, które publikuje dużo fantastyki, dużo fantastyki naukowej, trochę fantasy, kilka serii. Co ja bym chciał dzisiaj państwu polecić? Chciałbym polecić książkę, która może się wydać bardzo frapująca. Książkę, która się składa z dwóch mniejszych utworów literackich. Książkę tę napisała osoba o nazwisku Wells, ale nie, nie Herbert George Wells. Martha Wells. Tytuł tego tomu to „Protokół buntu” i drugi tytuł „Strategia wyjścia”. Ta książka ukaże się na polskim rynku pod koniec czerwca tego roku, konkretnie 28 czerwca 2024.
Cóż możemy o tej książce przeczytać? Najpierw o „Protokole buntu”. Głównym bohaterem jest człekokształtny android, nieustannie wciągany w przygodę za przygodą, choć tak naprawdę chce mieć tylko święty spokój, z dala od ludzkości i pogawędek. Kto by pomyślał, że bycie bezduszną maszyną do zabijania wiązało się z taką ilością dylematów moralnych? Ulubiona antyspołeczna SI znowu ma zadanie. Sprawa przeciw zbyt wielkiej, by upaść korporacji Gray Cris utknęła w martwym punkcie, a co istotniejsze władze zadają coraz więcej pytań doktor Menage o miejsce pobytu jednostki ochroniarskiej, a Mordbot wolałby, żeby nikt o to nie pytał. Nigdy. Macie państwo wrażenie, że nie wszystko zrozumieliście? Ja też mam takie wrażenie, ale sama fabuła, a właściwie to, co o tej fabule napisano, wydaje mi się interesująca. Zerknijmy do drugiego utworu.
Przypomnę, to jest książka składająca się z dwóch dłuższych utworów. Ten drugi nosi tytuł „Strategia wyjścia”. Znowu bohater jakby ten sam, Mordbot. I tego Mordbota nie zaprogramowano do przejmowania się, więc jego decyzja ruszenia na pomoc jednej istocie ludzkiej, która okazała mu szacunek, musiała być usterką systemu, prawda? Po przybyciu połowy galaktyki w celu odkrycia mrocznych szczegółów swych własnych zbrodni oraz tych popełnionych przez korporację, Mordbot wraca do domu, by pomóc doktor Menș, byłej właścicielki, obrończyni, przyjaciółki, przedstawić dowody, które mogą uniemożliwić korporacji w swej niekończącej się misji zwiększania zysków, zniszczenie kolejnych kolonistów. Tylko kto uwierzy zbuntowanej jednostce ochroniarskiej i co się z nią właściwie stanie? Już państwo się zdołali zorientować, że to jest taka fantastyka naukowa. Bardzo modny temat. Sztuczna inteligencja, jednocześnie jednostka sztuczna, która działa wbrew tym osławionym prawom robotyki, które sformułował Isaac Asimov. Bo ona nie tylko nie chroni człowieka, ale nawet ma zadanie, kęsim, kęsim, w każdym razie usuwać.
W związku z tym zobaczymy. Ja też, proszę państwa, tej książki nie znam, ale wydała mi się ciekawa, dlatego państwu ją polecam. „Protokół buntu. Strategia wyjścia” i podtytuł „Pamiętniki Mordbota”. Jedźmy, proszę państwa, dalej. Nie wiem, proszę państwa, czy przypominacie sobie autora, który nazywał się James Dashner. Pamiętacie państwo „Więźnia labiryntu” i później kontynuacje, czy to w wersji książkowej, czy w wersji filmowej? To nie była moja ulubiona seria, a tu się nagle, proszę państwa, dowiaduję, że po trzech tomach powstał tom czwarty, chociaż niektórzy nazywają go tomem trzecim i pół. Zerknijmy, co o tym tomie możemy przeczytać. Wspomnę tylko, że ta książka ukaże się 19 czerwca tego roku.
Nosi tytuł „Pałac szaleńców” i jak powiedziałem, autorem jest James Dashner. Zerknijmy do tomu trzy i pół. Newt przeszedł przez piekło ze swoimi przyjaciółmi. Strefa, labirynt, pogorzelisko, pomieszczenia dreszczu. Teraz jednak nosi brzemię, którym nie może się podzielić z Thomasem i innymi. Po żądle nie może znieść myśli, że jego przyjaciele będą patrzeć, jak poddaje się wirusowi, pogrążając się w obłędzie. Pozostawiając za sobą wiadomość, Newt opuszcza kurwnolot nim streferzy powrócą z misji w Denver. Od tej chwili doświadcza koszmaru życia na ulicy, uciekając przed zarażonymi i ich prześladowcami, aż w końcu trafia do Pałacu Szaleńców, ostatniego miejsca zrzutu dla tych, których opuściła nadzieja. Chociaż sądził, że uciekł od przyjaciół, by ratować ich przed sobą, po drodze spotyka młodą matkę, Aisha oraz jej syna Dantego, którzy ratują go w sposób, jakiego nigdy sobie nie wyobrażał. Sam nie wiem, proszę państwa, czy to będzie się nadawało do czytania, ale ponieważ wiem, że ta seria „Więzień labiryntu” miała swoich zagorzałych zwolenników, to uczciwie informuję o tym, że taki tom się pokaże.
Przypomnę, „Pałac szaleńców” pojawi się 19 czerwca 2024 roku. James Dashner. Idąc za ciosem, musiałem o tym państwu powiedzieć. Otóż okazuje się, że James Dashner nie zasypia gruszek w popiele. Po tym labiryncie postanowił napisać kolejny cykl, który z labiryntem się wiąże. Co więcej, zaraz się państwo przekonacie, że wprost nawiązuje do historii, o której mówiłem wcześniej. Jedźmy. „Dziedzictwo labiryntu”. Już sam tytuł wskazuje, co to może być. Może nie co, ale do czego w każdym razie można ów nowy cykl przywiązać.
Znowu mamy oczywiście Jamesa Dashnera i to „Dziedzictwo labiryntu”. Ta książka pokaże się również 19 czerwca tego roku. 73 lata po wydarzeniach leku na śmierć, kiedy Thomas i pozostali odporni zostali wysłani na wyspę, by przeżyć wywołaną wirusem apokalipsę. Ich potomkowie, już dorośli, Sadina Isaac, Jackie poznali przykrą historię o strefach z Księgi Nefta i opowieści starego patelniaka. Lecz kiedy pewnego dnia pojawia się stara, zardzewiała łódź z kobietą przynoszącą mroczne wieści z lądu, wszystko się zmienia. Wraz z przyjaciółmi z wyspy muszą wyruszyć na stały ląd, gdzie przekonują się, że poparzeńcy ewoluowali w ich bardziej brutalną i inteligentną wersję. Są ścigani przez bogów, naród pozostałych i naukowców, którzy mają swoje własne plany. Gdy ich ścieżki krzyżują się z Milo, z narodu pozostałych, niebezpieczeństwo staje się realne i nie wiedzą, komu mogą zaufać. Będą musieli przeżyć na tyle długo, by dowiedzieć się, dlaczego ktoś wziął ich na cel, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem i jaką przyszłość bogowie zaplanowali dla ludzkości. To, proszę państwa, były trzy książki z wydawnictwa MAG.
Przypomnę w kolejności, w jakiej omawiałem. Pierwsza z nich to „Pamiętniki Mortbota”, a konkretnie dwie opowieści: „Protokół buntu” i „Strategia wyjścia”. Druga książka „Pałac szaleńców” Jamesa Dashnera. Nie wiem, mówiąc szczerze. I trzecia książka tegoż samego autora „Dziedzictwo labiryntu”. Może warto po to sięgnąć. W każdym razie jest czas na zastanowienie. Książki ukazują się w drugiej połowie czerwca. Życzę pomyślnego rozważania. Zakupić, nie zakupić?
No cóż, proszę państwa, to kolej na tak zwany stały punkt programu numer dwa, czyli na korepetycje filozoficzne. No to zaczynajmy je dzisiaj. Tytuł ten, co zwykle. Mam na myśli tytuł czasopisma, czyli „Filozofuj”. „Filozofuj” to był miesięcznik o tematyce filozoficznej, bardzo popularny, zamieszczający teksty bardzo proste, takie troszeczkę mające zachęcić do filozofowania w takim bardzo prostym, rzekłbym nawet podstawowym poziomie. Dzisiaj weźmiemy na tapet artykuł Stanisława Judyckiego zatytułowany „Niematerialna dusza”. To jest, proszę państwa, artykuł, który ukazał się w miesięczniku „Filozofuj” w dwumiesięczniku „Filozofuj”, tak jak już mówiłem, ale w tych bardzo wczesnych numerach w 2015 roku. I cóż, proszę państwa, tak jak zawsze dostępny jest dla państwa dzięki temu, że dwumiesięcznik „Filozofuj” udostępnia te teksty na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. I dzięki temu ja mogę je państwu przybliżać. Stanisław Judycki to jest profesor filozofii, kierownik Zakładu Metafizyki i Filozofii Religii Uniwersytetu Gdańskiego.
Zajmuje się epistemologią, filozofią religii i historią filozofii współczesnej. Ja myślę, że te zainteresowania pana profesora już dużo mówią o tym, z czym dzisiaj się zetkniemy. Ja tylko zwracam państwa uwagę, zresztą sam autor też o tym pisze, że ja to państwu proponuję, ale ja jestem tutaj małym pikusiem, jeśli nawet panem pikusiem, to najważniejsze, że profesor mówi o tym, że chyba nie warto najeżdżać się i łączyć wypowiedzi tego artykułu czy wydźwięku tego artykułu z jakąkolwiek religią jako taką. Bo wiecie państwo, dzisiaj jest tak, że i chyba na szczęście nie musimy wyznawać jednej zawsze tej samej i tak dalej. Ja myślę, że pan profesor Judycki pisze tutaj o duszy jako czymś, co oderwane jest. Idea duszy oderwana jest od tego powiązania z religią jakąś konkretną. Pierwszą, drugą, trzecią, już żeby nie używać nazw. Więc proponuję spojrzeć na ten tekst jako właśnie tekst filozoficzny, który rozważa możliwości, bo tym się głównie w gruncie rzeczy zajmuje filozofia. Rozważaniem możliwości, a nie mówieniem, jak jest, bo tego na ogół filozofia nie wie. Przystąpmy zatem do lektury.
Stanisław Judycki. „Niematerialna dusza”. W ostatnich czasach wyraźnie daje się zauważyć niemalże propagandę na rzecz przekonania, że człowiek jest czysto materialny, a za wszystko, co robi, odpowiedzialne jest wyłącznie jego ciało, w szczególności zaś mózg. To mózg myśli, czuje, chce czegoś, przeżywa stany radości, depresji i tak dalej. Jednak są mocne racje, by włożyć to między bajki. To, co w tym krótkim tekście zostanie przedstawione, trzeba potraktować wyłącznie jako zgęszczenie wielorakich racji na rzecz tezy, że dusza ludzka jednak istnieje i że żadne z dotychczasowych odkryć empirycznych nie wyeliminowało, ani w przyszłości nie wyeliminuje tego pojęcia i rzeczy przez nie oznaczanej. Umysł nie jest z neuronów. Duszę ludzką należy pojmować jako siłę konfigurującą działania ludzkiego ciała i mózgu tak, aby były one zdolne do życia, ale przede wszystkim jako siłę umożliwiającą wytwarzanie wielorakich treści kulturowych, w tym też tworzenie treści naukowych i treści należących do poznania potocznego i tak dalej. Współcześnie przeprowadza się komputerowe skanowanie różnych obszarów mózgu i na podstawie bardzo ogólnych korelacji, czyli współwystępowania między określonym stanem ludzkiej świadomości a konkretnym obszarem mózgu wyciąga się wniosek, że to mózg myśli. Jednak z korelacji nie wynika generacja, czyli z tego, że stany mózgowe współwystępują ze stanami umysłowymi, nie wynika, że mózg wytwarza umysł.
Analogicznie obserwując z samolotu miasto oświetlone nocą, moglibyśmy wyciągnąć wniosek, że światła w oknach ludzkich domów są tym samym, co myśli ludzi, którzy w nich mieszkają. A gdy światła te zgasną, trzeba byłoby wnioskować, że nikt o niczym już nie myśli. Załóżmy, że w przyszłości nauki empiryczne dostarczą nam bardzo dokładnych neuronalnych korelatów wszystkich zjawisk umysłowych, czyli takich zależności, że jeśli występuje dane zjawisko psychiczne, na przykład myśl, że dzisiaj jest gorąco, to występuje również odpowiedni, ściśle określony stan umysłu układu nerwowego. Załóżmy dalej, że będą to korelaty o charakterze praw naukowych, czyli mówiąc językiem technicznym, o charakterze nomologicznym, a więc zależności, które nie dopuszczają wyjątków i nieokreśloności. Musielibyśmy wówczas tym samym przyjąć, że tego rodzaju neuronalne korelaty dadzą się ustalić zarówno dla treści i prawd odkrywanych przez logikę i matematykę, jak i dla wszystkich ludzkich wytworów kulturowych. To jednak wydaje się nie tylko czymś fantastycznym, lecz także czymś, co przekracza granice jakiegokolwiek rozumienia. W przypadku logiki i matematyki należałoby założyć, że mogą istnieć prawa neurofizjologii ludzkiego mózgu opisujące i wyrażające na przykład treść twierdzenia Pitagorasa. Gorzej jednak należałoby przyjąć, że neurofizjologia ludzkiego mózgu jest naszym ostatnim słowem na temat świata, gdyż musiałoby się dać również odkryć neuronalne korelaty umysłowe o charakterze nomologicznym dla wszystkich praw fizyki. W ten sposób, jak sądzę, wyraźnie widać, że naturalizacja rozumu, czyli próba wyjaśnienia jego istoty i funkcjonowania wyłącznie w kategoriach nauk przyrodniczych, jest czymś, czego całkowicie nie jesteśmy w stanie nawet pojąć. Musiałoby również dać się odkryć neuronalne korelaty o charakterze nomologicznym takich treści umysłowych jak „Litwo, ojczyzno moja” lub też treści, które pojawiają się w naszych świadomych umysłach, gdy słuchamy etiudy rewolucyjnej Chopina i tak dalej.
Trzeba bowiem pamiętać, że choć wszystkie twory naukowe, a szerzej wszystkie twory kulturowe, mogą w pewien sposób zostać zakotwiczone w jakimś rodzaju trwałego materiału, to jednak wzięte jako takie wszystkie te twory są treściami mentalnymi wytwarzanymi, odkrywanymi i niesionymi przez ludzką, świadomą siebie duszę. Mózg nie wyręczy duszy. Co jest zatem najlepszym możliwym wyjaśnieniem faktu, że człowiek ma dostęp do tak różnorodnych treści? Czy to, że neuronowa plątanina jego mózgu zaczyna w pewnym momencie swojego rozwoju być zdolna do myślenia? Czy to, że ta biologiczna struktura jest wyłącznie przekaźnikiem dla bodźców płynących ze świata i jako taka jest konfigurowana przez całkowicie inny czynnik, który tradycja myśli ludzkiej od praczasów nazywa duszą? Co ma wspólnego słoń z, powiedzmy, liczbą siedem? Niezbyt wiele, poza tym, że obie te rzeczy są przedmiotami w najszerszym rozumieniu słowa przedmiot. A zatem co mają wspólnego ze sobą niesłychanie skomplikowane treści umysłowe, do których wytwarzania i pojmowania zdolni są ludzie? Co mają wspólnego z neuronami? Jeszcze raz trzeba podkreślić, że w wypadku współistnienia czynników tak różniących się od siebie jak rozum, dusza rozumna i materia, za czystą fantazję należy uznać hipotezę, iż korelacja równa się generacji.
Gdybyśmy pewnego dnia z naszej domowej pralki zaczęli wyjmować nie mokre ubrania, lecz traktaty naukowe i najsubtelniejsze w treści i wyglądzie dzieła sztuki, to czy nagle uznalibyśmy, że to mechanika pralki prowadzi do ich powstania? Jestem przekonany, że ci, którzy twierdzą, iż musi tu chodzić o generację albo sami w to nie wierzą, albo nigdy dobrze nie zastanowili się nad tym, co twierdzą. Wpływ czynników fizycznych i cielesnych na stany umysłowe - alkohol, środki odurzające i tym podobne - oraz wpływ stanów umysłowych na ciało - silne uczucia powodujące zaczerwienienie się twarzy i tak dalej. Te rzeczy były znane od niepamiętnych czasów. A zatem co nowego na temat powstawania naszych myśli powiedziało nam komputerowe skanowanie mózgu? Ja, czyli dusza. Siła konfigurująca, którą jest ludzka dusza, przejawia się w doświadczeniu wewnętrznym, w naszej świadomości. Przejawia się ona w postaci "ja" różnego nawet od samego strumienia przeżyć świadomych. W każdym przeżyciu świadomym jest obecne to, że ja je przeżywam. Nasza dusza nie jest czymś niejako tylko do nas doczepionym, lecz jesteśmy własną duszą, a doświadczamy tego cały czas, gdy czujemy się określonym podmiotem, określonym ja.
Doświadczanie bycia określonym ja posiada bardzo szczególne właściwości. Podmiot ja, którym jest każdy z nas, jest czymś różnym od własnych stanów świadomych. One mijają, choć moje i twoje ja trwa. Przypominając sobie różne treści i obrazy, jesteśmy w stanie odnieść się do przyszłości. Wtedy także ujmujemy siebie jako coś różnego od doznań świadomych, jakie nastąpią. Moja dusza, moje ja nie posiada ani żadnych części przestrzennych, ani żadnych części czasowych, a zatem jest ona czymś pozaprzestrzennym i pozaczasowym. Nie ma sensu powiedzenie, że przedmiot, którym jestem, ma dwa metry rozciągłości. Choć moje świadome przeżycia mijają, to ja pozostaję jako ten, który może je sobie przypominać, jak również jako ten, który będzie w przyszłości czegoś doświadczał. A stąd należy twierdzić, że moje ja, trwając w zamianach, jest przez to niejako wyjęte z upływu czasu. Z tych powodów można uznać, że jako pozaprzestrzenne i jako pozaczasowe ja, podmiot, którym jest każdy z nas, jest czymś pozamaterialnym.
To, co materialne, musimy definiować zawsze jako coś, co posiada określone części przestrzenne i czasowe. A zatem to, co takich części nie posiada, musi być czymś istniejącym poza materią. Prostota duszy ujawnia się w doświadczeniu wewnętrznym jako prostota ja. Każdy rozpad musimy pojmować jako dekompozycję części, a zatem coś, co nie posiada żadnych części, nie może podlegać rozpadowi. Stąd zaś prostota naszej duszy jest gwarancją jej nieśmiertelności. Wiemy - zarówno dzięki doświadczeniu potocznemu, jak i dzięki naukom przyrodniczym - że nasze ciało ciągle się zmienia, a zatem ciągle zmieniają się komórki naszego mózgu. One żyją, powstają i giną. Lecz my, jako podmioty naszych stanów, trwamy. Tradycja filozoficzna przez substancję rozumiała to, co trwa w zmianach i mimo zmian oraz to, co jest przedmiotem tych zmian, czyli czymś, w czym się one dokonują. Nasza dusza, nasze ja trwa w zmianach i jest podmiotem różnorakich zmian oraz nie posiadając ani części przestrzennych, ani czasowych, jest czymś prostym.
Na tej podstawie twierdzono, że dusza jest substancją duchową. Jeszcze więcej argumentów za niewystarczalnością mózgu. Poruszone tu dwie kwestie: niepojmowalność naturalizacji rozumu ludzkiego oraz natura doświadczenia wewnętrznego nie wyczerpują zbioru racji na rzecz istnienia niematerialnej i nieśmiertelnej duszy ludzkiej. Na zakończenie można tylko wymienić pozostałe racje lub argumenty. Argument modalny stwierdza, że do natury stanów mentalnych nie należy koniecznie związanie z ciałem, tak jak na przykład konieczne dla natury barwności jest to, że zawsze musi być czymś przestrzennym. Argument z nieograniczonej plastyczności naszego umysłu. Gdyby umysł był zdeterminowaną strukturą materialną, to nie mógłby przyjmować do siebie nieskończenie wielorakich struktur, a wiemy, że może to czynić. Jest na przykład w stanie dokonywać zarówno przestrzennych percepcji zmysłowych, jak i pojmować abstrakcyjne oraz ogólne struktury matematyczne. Argument odwołujący się do niemożliwości mechanistycznej interpretacji treści mentalnych. Odwołanie się do czystych relacji mechanicznych, syntaktycznych w komputerach nigdy nie wyjaśni nieskończonego bogactwa treści semantycznych, które zdolny jest rozumieć umysł ludzki.
Argument z niewyobrażalności redukcji tego, co świadome i umysłowe, do tego, co nieświadome i czysto fizyczne. Nawet najprostsze doznania świadome, jak na przykład doznawanie bólu lub zapachu, są czymś całkowicie różnym w swej naturze od- Od wszelkich zdarzeń lub procesów fizycznych. Argument odwołujący się do faktu, iż jesteśmy w stanie kontaktować się z koniecznymi stanami rzeczy. Na przykład logika i matematyka. A przecież zawsze mamy dostęp wyłącznie do skończonych odcinków doświadczenia, z których żadnej konieczności nigdy nie bylibyśmy w stanie wywnioskować. Jeśli tak jest, to nasz umysł jest w stanie kontaktować się z rzeczywistością pozafizyczną, z rzeczywistością koniecznie istniejących idealnych stanów rzeczy. Niektórzy powołują się w tym kontekście również na różnorakie doświadczenia i eksperymenty spirytystyczne, lecz dane na ten temat pozostają zawsze obarczone wieloznacznością i dlatego nie dają tej pewności, jaką może osiągnąć analiza filozoficzna. Tak, proszę państwa, dzisiaj nie było prosto. To nie był prosty tekst. Myślę, że warto go przeanalizować.
Warto sięgnąć do niego po raz kolejny. Ja nie wiem, czy autor, czy profesor Stanisław Judycki ma rację. Tak bardzo potocznie mówiąc, mieć rację to znaczy odkryć prawdę. Ja sądzę, że w każdym świecie dostępnym człowiekowi odkrywanie tej prawdziwej prawdy to jest jednak do pewnego stopnia abstrakcja. Bardzo trudno jest dojść istoty, chociaż niektórym wydaje się, że wszystko widać, jaki świat jest, każdy widzi. Obawiam się, że to nie jest takie proste i jeśli nawet argumentacja profesora Judyckiego nie do końca do państwa przemawia, a zdaję sobie sprawę, że część przytoczonych przez profesora argumentów jest co najmniej dyskusyjna, ale dyskusyjna oznacza „podejmijmy dyskusję, a nie machajmy ręką i mówmy my wiemy lepiej”, bo to jakoś nie wypada przynajmniej. W każdym razie są to argumenty dyskusyjne, to jednak dyskutujmy. Jeśli uważamy, że profesor nie ma racji i rzeczywiście nasza świadomość jest ściśle związana z tym kawałkiem materii zamkniętej pod kopułką naszej czaszki, to oczywiście po pierwsze mamy do tego prawo, tylko spróbujmy to uargumentować jakoś tak podobnie, jak zrobił to profesor. Tak jak powiedziałem, zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy tekst nie był łatwy. W dodatku jeszcze ja przejęty dzisiejszymi problemami technicznymi może nie czytałem go tak idealnie, jak należało.
To mi państwo, mam nadzieję, wybaczą. I cóż, proszę państwa, korepetycje na dzisiaj skończone. Zdaję sobie sprawę, że były trudne. Podkreślę to po raz kolejny. A teraz chciałbym państwa zaprosić na spotkanie z Wojtkiem Sydenko. To ważne spotkanie, ponieważ to spotkanie będzie w jakiś sposób reklamowało, to może złe słowo, rekomendowało państwu cykl, który ruszył na kanale Wehikuł Wyobraźni. Tam co czwartek, przynajmniej na razie co czwartek o 19.30 pojawia się audycja zatytułowana „Opowieści o książkach i autorach”. W tym podcaście wspólnie z Wojtkiem Sydenko rozmawiamy o książkach i autorach. Przyjęliśmy klucz alfabetyczny. Na kanale znajdziecie państwo już kilka odcinków.
Jest odcinek o autorach na literę A. Tam macie państwo Adamsa, Asimova, macie państwo Oldisa. Pojawił się odcinek o antologiach. Mam wrażenie, że nie wymieniłem przynajmniej jeszcze jednego autora. Oldis, Asimov, Adams i Paul Anderson oczywiście. Widzicie państwo, czasami warto dokonać rekapitulacji. Jest drugi odcinek poświęcony właśnie antologiom, który państwo za chwilę wysłuchacie w ramach promocyjnej audycji, ale pojawił się już odcinek drugi o literce B. To nie będą wszystkie nazwiska na literę B, bo odcinków o literce B będzie aż trzy. W tej chwili na kanale funkcjonuje sobie pierwszy. W pierwszym odcinku o literce B znajdziecie państwo postacie i napisane przez te postacie książki: Bułyczowa, Bradbury'ego, Ballarda i Bestera.
Jeszcze później dwa odcinki też o literce B, bo literka B okazała się niezwykle rozległa, jeśli chodzi o nazwiska autorów. Więc ja już państwa w ramach promocyjnej audycji zapraszam do odwiedzenia kanału Wehikuł Wyobraźni. Tam wreszcie audycja dla moli książkowych, dla ludzi, którzy lubią czytać, lubią fantastykę. Myślę, że to przynajmniej na razie jedyna w internecie taka audycja. Swoisty alfabet fantastyki naukowej. Zapraszam państwa na audycję o antologiach science fiction. Dzień dobry wieczór państwu. Jeżeli państwo sądzili, że wyczerpaliśmy w ostatnim odcinku literkę A, to prawie macie państwo rację. Prawie wyczerpaliśmy, ale dzisiejszy odcinek też będzie na A. A jak antologie.
Pięknie witam Wojtka Sedeńkę, bez którego tej audycji na pewno by nie było.
[37:03] - Dziękuję. Antologie to jest mój konik w fantastyce. To jest coś, co mnie nakręca od trzydziestu kilku lat, bo pierwszą swoją własną antologię zrobiłem 34 lata temu. Dlaczego tak się dzieje? Chodzi o to, że w science fiction opowiada się o przyszłości, o podróżach w czasie, o lotach w kosmos, o obcych światach, nieludzkich cywilizacjach, czyli cywilizacjach obcych. Punktem wyjścia do takich ekstrapolacji jest zwykle pomysł. Powie ktoś, że pomysł tak naprawdę dotyczy każdego gatunku, ale muszę powiedzieć, że w żadnym z tych gatunków nie ma czegoś takiego, że pomysł wyjściowy jest aż tak ważny jak w fantastyce naukowej. Bo w fantastyce naukowej pomysł ekstrapoluje przyszłość, przewiduje ją na podstawie naszych znanych już warunków czy technologicznych, czy społecznych, czy po prostu naszej rzeczywistości. W dodatku pomysłowość pierwszych autorów science fiction tworzących zręby tego gatunku musiała wciąż zaskakiwać. W latach 30., 40.
i 50. przez trzy dekady istniały dziesiątki magazynów publikujących fantastykę naukową i ich redaktorzy wciąż poszukiwali nowych talentów, nowych pomysłów. Oryginalność była wówczas bardzo w cenie i chyba właśnie wtedy to nowatorstwo pomysłów było znakiem firmowym SF. Często fabuła opowiadania była mało istotna. Ważne było, żeby w tym opowiadaniu pojawił się jakiś pomysł, którego nie było nigdy wcześniej. Nie dalej jak wczoraj redagowałem opowiadanie z antologii „Imagination”, w którym właściwie sama fabuła jest banalna. Błąd planet zewnętrznych. Ziemia chce je podporządkować albo i nie. Jakiś bohater, który chce być dyktatorem. Po prostu zwykłe fabularne knify.
A tymczasem w samym środku opowiadania pojawia się coś takiego jak tunel podprzestrzenny łączący Wenus z Marsem. I to był ten pomysł, który się w tym opowiadaniu po raz pierwszy pojawił. Także opowiadania to clou science fiction. Opowiadania o różnej objętości. One ukazywały się w pulp magazynach, czasami w odcinkach, jeżeli była to dłuższa nowela. Nie ukazywały się za to w tamtych czasach w wydaniach zwartych, czyli książkach. Dopiero w 1945 roku ukazała się pierwsza antologia. Słynna, kultowa, przedrukowana przez poważne serie wydawnicze, jak na przykład Modern Library. Ale najpierw były to antologie podsumowujące wybory z pulpowych magazynów. I taką absolutnie pierwszą antologią, która pokazywała noc science fiction, to była „Adventures in Time and Space”, której redaktorami byli Francis McComas i Raymond Hilly.
Ta antologia miała kolejne wydania już rok później, w 1947, 1948, 1949. I oczywiście oni poszli na skróty. To znaczy mając do wyboru kilkaset magazynów pulpowych, po prostu wybrali rzeczy, które według nich były dobre. Ale trzeba powiedzieć, że ta antologia promieniowała na wszystkie inne kraje, również na redaktorów w Polsce, bowiem pierwsi twórcy antologii fantastyki naukowej w Polsce, Lech Jęczmyk czy Julian Stawiński korzystali z tejże antologii. Z tej antologii znamy absolutnie wszystkie opowiadania. Kolejną taką antologią, która wywarła akurat na mnie wielki wpływ, to była antologia „Dangerous Visions” „Niebezpieczne wizje” pod redakcją Harlema Ellisona. Ona została wydana w 1967 roku i było to absolutne objawienie. Okazało się bowiem, że można wydać w antologii same oryginalne opowiadania pisane do niej. We wszystkich moich antologiach polskich również stosuję do dziś tę praktykę, czyli zamawiam teksty oryginalne, pisane specjalnie dla mnie. W dodatku Ellison poważił się na bardzo śmiałą rzecz.
Mianowicie zwrócił się o opowiadania nie tylko do znanych firm science fiction, ale również do głównonurtowców. I nie zawsze były to teksty stricte SF, ale literacko stały na poziomie bardzo wysokim i razem to bardzo fajnie zagrało. W Polsce takiej rzeczy podjął się Jacek Dukaj, tworząc kilka lat temu, już chyba dekadę minęła, antologię „Polska plus pięćdziesiąt” o fantastyce bliskiego zasięgu, o Polsce za pół wieku. Potem u Ellisona jeszcze się pojawiła dwutomowa edycja „Dangerous Visions 2” oraz legendarny, już obrosły mitami tom trzeci, który się nigdy nie ukazał. Plotki w sieci wciąż krążą, że pojawi się wydawca, który te plany Ellisona po jego śmierci zrealizuje. Nie wydaje mi się. Kiedy zmarł Harlem Ellison, wkrótce zaraz potem zmarła jego żona. Ellison nie miał agenta. Był znany z tego, że przez całe lata walczył z Internetem o przestrzeganie praw autorskich. To zabierało mu wiele energii, a także pieniędzy, chociaż większość tych swoich spraw wygrał.
Jeśli chodzi już o Polskę, bo będziemy mówili tutaj głównie o polskich antologiach, tych, które są znane polskiemu czytelnikowi, na które warto zwrócić uwagę, poszukując w antykwariatach na Allegro czy chcąc się zainteresować fantastyką, to my mieliśmy kilku naprawdę wybitnych redaktorów, którzy wprowadzali nas w arkana fantastyki naukowej właściwie w bardzo podobny sposób, jak miało to miejsce za oceanem. Mianowicie był redaktor Zbigniew Przyrowski, który żył w latach 1921-2008. Zwany był czasami polskim Campbellem, czyli odpowiednikiem amerykańskiego słynnego redaktora magazynu „Amazing Stories”. Był on założycielem i długoletnim redaktorem naczelnym „Młodego Technika”. „Młody Technik” zaraz po odwilży w 1956 wpuścił na łamy „Młodego Technika” polskich autorów SF i mocno im kibicował. Namawiał do tworzenia fantastyki naukowej, chociaż sam był humanistą, co jest ciekawe, a nie był inżynierem jak wielu autorów, którzy wówczas u niego zaczęli publikować. Dla nas było jeszcze marzeniem powstanie takiego czasopisma jak „Miesięcznik Fantastyka”, później „Nowa Fantastyka” i naprawdę szczytem marzeń była publikacja wówczas u Zbigniewa Przyrowskiego w „Młodym Techniku”. To pismo było, podobnie jak wiele pism amerykańskich, pulpowych, skierowane do młodych pasjonatów techniki, do radioamatorów, przyszłych inżynierów. W ’64 roku Przyrowski postanowił ten swój dorobek z „Młodego Technika”, a także pokłosie konkursów literackich, które na łamach „Technika” rozpisywał, opublikować w antologii „Posłanie z piątej planety”. „Posłanie z piątej planety” to jest pierwsza polska antologia fantastyki naukowej.
W niej znaleźli się Weinfeld, Zajdel, Zegalski, Czechowski, czyli bardzo dobrzy autorzy piszący twardą fantastykę. I ona pokazała nam kierunek, ku któremu należy podążyć. Przyrowski zrobił jeszcze trzy antologie. One wszystkie się opierały na konkursach, na pracach pokonkursowych z „Młodego Technika”. Była to antologia „Drugi próg życia” i „Wołanie na Mlecznej Drodze”. Tutaj się pojawili na przykład Parowski, oprócz Zajdla, Malinowski, Stach, Czechowski, Prostak, Dworak, Zwikiewicz. Była wydana w ’76 przez Iskry. Zrobił też jedną antologię, która się nazywała „Nowa cywilizacja”. W ’73 roku była to antologia, w której Przyrowski chciał pokazać ciągłość polskiej fantastyki. To znaczy chciał pokazać, że fantastyka polska nie zaczęła się w latach 50.
czy w międzywojniu, ale znacznie wcześniej. Były tam opowiadania od Prusa przez Langego, Żuławskiego, Polema i Fiałkowskiego. Także warto zwrócić uwagę na dorobek Przyrowskiego. A kolejnymi redaktorami, którzy równocześnie tworzyli, ale nie w wydawnictwie Nasza Księgarnia, które było skierowane do młodego czytelnika, to byli Julian Stawiński i Jan Zakrzewski. Obaj zrobili antologię, która do dzisiaj jest uznawana za wzór antologii polskiej. Jest odrosła mitami i jest bardzo poszukiwana przez czytelników. Osiąga niezłe ceny w antykwariatach. To są „Rakietowe szlaki”. Do tego tytułu będziemy jeszcze parokrotnie wracali w dzisiejszym podcaście. „Rakietowe szlaki” ukazały się w Iskrach w ’58 roku i dokładnie 20 lat później, w ’78, kiedy w „Czytelniku” pojawił się jako redaktor od fantastyki Lech Jęczmyk, to ukazało się w okrojonej wersji to pierwsze wydanie Stawińskiego i Zakrzewskiego i zaraz potem tom drugi „Rakietowe szlaki 2”.
Stawiński zredagował także dla „Wiedzy Powszechnej” antologię „W stronę czwartego wymiaru”. Była to taka antologia, podzielona została na trzy części: wczoraj, dziś, jutro, gdzie w pierwszej części prezentowano odkrycia ludzkości, które odmieniły nasz świat. Lot braci Wright, pierwszy przelot nad Atlantykiem Berga, odkrycia w głębinach oceanów, pusto, a w kolejnych działach była fantastyka. I ta antologia zaznaczyła, skąd się science fiction wzięła. Z nauki, z fascynacji nauką, z odkryć naukowych, z możliwości, jakie może nam przynieść technika. A w ’66 roku w Iskrach w serii Fantastyka Przygoda ukazała się antologia Stawińskiego, która miała na mnie olbrzymi wpływ. Ja tę antologię kupiłem, jak tylko się ukazała w Kiosku Ruchu i połknąłem ją po prostu momentalnie po lekcjach w szkole. Był to „Kryształowy sześcian Wenus”. Był to absolutny szok poznawczy, okno w świat i zdecydowanie jest to książka, przez którą tkwię w fantastyce już od tylu lat. Sam wznowiłem większość opowiadań z tejże antologii.
Były tam opowiadania Matthesona, Leiberra, Sheckleya, van Vogta, Bestera, Barra, Browna, Wallace’a. Tu oczywiście Stawiński zaproponował opowiadania z antologii amerykańskich, do których miał dostęp, ale to było naprawdę w 60. latach nieprawdopodobne odkrycie.
[47:21] - Oj, dużo się pojawiło zagadnień. Przede wszystkim nawiążę do tej antologii „W stronę czwartego wymiaru”, bo tam we wstępie Stawiński napisał rzecz bardzo ważną. Rzadko kto czyta wstępy. Ja robię to i to z taką dużą pasją. Tam wyczytałem rzecz, o której ty, Wojtku wspomniałeś, że na początku fantastyka naukowa była tworzona przez ludzi, którzy bardzo często nie byli literatami. Co więcej, bardzo często byli naukowcami, ludźmi raczej niekojarzonymi z humanistyką. I ci ludzie w jakiś sposób stawiali pierwsze kroki właśnie na tej niwie literackiej, ponieważ nauka rozumiana w sposób współczesny ma to do siebie, że nie zawsze dopuszcza tak zwane śmiałe teorie. Jeśli one są zbyt śmiałe, to środowisko naukowe okazuje się konserwatywne i nie do końca taki naukowiec jest traktowany wówczas poważnie. Jest duża szansa, że na przykład narobi sobie wrogów w środowisku naukowym. A literatura science fiction to był taki wentyl bezpieczeństwa dla ludzi z różnymi śmiałymi wizjami, z pewnym rozumowaniem stricte naukowym.
I oni tam na polu literackim się wyżywali. O tym Stawiński pisze, pokazuje to, dlaczego to tak działało. To zresztą widać, bo kiedy spojrzy się na te opowiadania z lat 30., 40. Początku pięćdziesiątych, to rzeczywiście niektóre z nich są napisane takim dosyć twardym językiem, tak bym to określił. To znaczy, tam nie ma żadnej specjalnej maestrii literackiej. To jest właśnie proste przedstawienie pomysłu, o którym Wojtek już mówił. Pomysłu, który rzeczywiście odgrywa najważniejszą rolę w tych opowiadaniach. Tylko niektórzy wspinali się troszeczkę wyżej. To zresztą niespecjalnie przeszkadzało, bo znowu, umówmy się, opowiadania, których rzeczywiście wtedy powstawały setki, tysiące właściwie, one się czytały z racji tego, że były oparte na świetnym pomyśle. To był początek literatury SF, złoty wiek i wtedy rzeczywiście najważniejszy był pomysł, a potem fabuła.
Język, jeśli nie był zbyt giętki, to można było darować. I Stawiński to bardzo dobrze we wstępie do zbioru „W stronę czwartego wymiaru” podkreśla. Ja zresztą z tym zbiorem „W stronę czwartego wymiaru” mam takie swoje wspomnienia. Powiedziałbym, że absurdalne, ponieważ to był tomik, na który natrafiłem w bibliotece swojego wuja. A wuj był też miłośnikiem fantastyki i pożyczyć tomik pożyczył, ale jakoś nie mogłem, nawet proponując wujkowi drogę kupna, że ja bardzo chętnie. Jakoś wuj nie był chętny. To ja pożyczyłem ten zbiór i wyobraźcie sobie państwo, pod koniec lat siedemdziesiątych po prostu ten zbiór przepisałem do zeszytów. Tak mi się te opowiadania podobały. Oczywiście to było szaleństwo, ale tak wyglądał wtedy rynek. Wiedziałem, że w inny sposób z tymi opowiadaniami kontaktu nie będę miał.
To je po prostu przepisałem. Powiedziałeś Wojtku, że on się dzieli na trzy części: wczoraj, dziś, jutro. Ale tam jest niespodzianka, bo w części „Dziś” pojawiają się już dwa opowiadania SF. To jest opowiadanie „Impuls” Erica Franka Russella oraz opowiadanie autora, którego nie znam, Macka Reynoldsa. Nie znam go z innych opowiadań. „Siewcy niezgody” o inwazji na naszą planetę małych mikrobów z planety Glantok. Pamiętam, zielona masa opanowująca właściwie zwłoki. Jak to się wszystko odbyło, to musicie państwo po to sięgnąć. Ale to był ten zbiór, który przybliżył polskiemu czytelnikowi dwóch autorów naprawdę bardzo ważnych. Pierwszym z nich był William Tenn.
Tam jest opowiadanie „Moje potrójne ja” o paradoksie podróży w czasie, które pokazuje pewne specyficzne rozumienie podróży w czasie. To pierwsze opowiadanie, ale tam są jeszcze dwa opowiadania Williama Tenna. „Wyzwolenie Ziemi” — absolutny klasyk. Złośliwe. Widać, że autor nie ma żadnych wątpliwości, jak funkcjonuje polityka. Tak to ogólnie powiedzmy. Ale jest jeszcze jedno opowiadanie Williama Tenna „W otchłani wśród umarłych”. Pamiętam, że to opowiadanie o ożywionych trupach, ale nie przywiązujcie się państwo do tego określenia, zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Być może była to kwestia tego, że posucha była na rynku spora, a być może dlatego, że to było po prostu świetne opowiadanie. W tym zbiorze pojawia się też Frederick Brown, o którym powiemy, kiedy się pojawi w naszym cyklu literka B.
To są dwa opowiadania: „Pikawki” i „Zwariowana planeta”. To ostatnie opowiadanie, „Zwariowana planeta” rzeczywiście jest zwariowane. Opiera się na grze słów i naprawdę to były świetnie dobrane opowiadania. Jeśli chodzi natomiast o „Rakietowe szlaki” z pięćdziesiątego ósmego roku, to wiecie państwo, ja mam tam kilka swoich ukochanych opowiadań. Jedno z nich, opowiadanie o zagubionej planecie daleko gdzieś w kosmosie, która żyje. I tak naprawdę jest rodzaj takiej materii, która na tej planecie jest. Może to ocean właściwie. Ona tam jest, ma na imię Alex i kocha ludzi. Po prostu ich kocha, uwielbia z nimi być. To ma oczywiście swoje konsekwencje.
To opowiadanie napisał Murray Leinster, jeżeli dobrze wymawiam to nazwisko. Tam zresztą był szereg opowiadań, na przykład opowiadanie Raya Bradbury’ego z tomu „Kroniki marsjańskie”. Kiedy znowu nadejdzie literka B, to zobaczycie państwo, jak to opowiadanie wbiło mi się w pamięć i wbiło mi się w ogóle w moje rozumienie fantastyki. Wiecie państwo, jeśli chodzi natomiast o redaktora Przyrowskiego, o którym wspomniał Wojtek, to ja to znam niestety z drugiej ręki. Ale muszę się z państwem podzielić pewną historią, bo ona pokazuje, że redaktor Przyrowski to był pan, który z jednej strony promował fantastów, ale też bardzo dbał, żeby to nie były takie opowiadania, jakie komuś spod pióra wyskoczą, tylko żeby to były opowiadania opracowane. Znam z relacji Wiktora Żwikiewicza taką oto historię, że Wiktor pewny swojego talentu i w ogóle przekonany o tym, że jest wielki, ale wtedy jeszcze wielki nie był, wysłał opowiadanie do „Młodego Technika” i czekał przekonany, że to przecież wydrukują. Po jakimś czasie, to był czas analogowy, więc przyszedł list do Wiktora, który zaczynał się mniej więcej tak: „Opowiadanie jest świetne, absolutnie rewelacyjne, ale...”. I tu następowała dosyć długa lista tego, co należałoby w tym opowiadaniu zmienić, wyprostować, wyrzucić i tak dalej. Wiktor to zrobił, wysłał. Teraz już był przekonany, że to opowiadanie się ukaże.
Po jakimś czasie przyszedł kolejny list z kolejną listą. I tak panowie korespondowali przez kilka miesięcy. Ale Paryż- Wart jest mszy, bo to opowiadanie się w końcu ukazało. To była ciężka praca redaktora Przyrowskiego przy kształtowaniu, przy formowaniu przyszłych pisarzy. Tych pisarzy zresztą uformował całkiem sporo. Wiktor był tylko jednym spośród wielu. Wojtek wymienił już inne nazwiska. Redaktor Przyrowski oczywiście kochał ludzi, którzy piszą fantastykę, ale też nie pobłażał im bez sensu, tylko starał się, żeby to, co jest pisane, to co jest drukowane później w „Młodym Techniku” miało jak najwyższy poziom. Po prostu to była dla niego bardzo ważna rzecz. I okazuje się, proszę państwa, że rola redaktora, pewno o tym Wojtek powie za chwilę jeszcze sporo więcej, ale rola redaktora, czy to w czasopiśmie, czy później redaktora antologii nie polega tylko na tym, żeby zadać temat, poskładać to wszystko do kupy i wydrukować.
Rzecz jest znacznie bardziej skomplikowana, ale już na ten temat to zdecydowanie więcej ma do powiedzenia Wojtek.
[56:13] - Wiesz, dobrze, że powiedziałeś o roli redaktora, który ma kierować autorami, wskazywać błędy, rozmawiać, dyskutować. Oczywiście nie pełnisz takiej roli żandarma. To jest źle. Proszę napisać tak, jak mi się wydaje, ale to musi być relacja dwustronna. Ja zaznaczyłem specjalnie, że Przyrowski był humanistą, bo to było bardzo ważne, dlatego, że do „Młodego Technika” pisali ludzie z wykształceniem technicznym lub przyszli inżynierowie, osoby interesujące się techniką. I im się właśnie wydawało, że wystarczy trochę tej nauki, jakichś przyszłościowych wynalazków wpakować i to już będzie miało ręce i nogi i wszyscy po prostu padną na kolana i będą krzyczeli: „Cóż za wspaniałe opowiadanie!” Przyrowski był pierwszym z takich redaktorów w Polsce, którzy potrafili współpracować z autorami i kreowali i szlifowali talenty. I na pewno Zajdel był jedną z tych osób, które bardzo skorzystały na współpracy z Przyrowskim. Ale skoro już była mowa o Stawińskim, o Zakrzewskim, to czas przejść do osoby redaktora, który wprowadzał literaturę zagraniczną, anglosaską oraz rosyjską. Lech Jęczmyk. Lech Jęczmyk żył w latach 1933–2023.
Jest bardzo ciężko mówić o Lechu, z którym się przyjaźniłem w czasie przeszłym i zbyt niedawno ta śmierć Lecha nastąpiła. Był to tłumacz, redaktor, wydawca. Był szefem redakcji w „Iskrach”, potem w „Czytelniku”. Jest człowiekiem, który odkrył dla polskiego czytelnika bardzo wiele nazwisk gwiazd fantastyki. Zresztą nie tylko, przecież jest znany z przekładów nie tylko fantastycznych dzieł. Dla fantastów tłumaczył Le Guin, Gicka, fantastyczne książki vonneguta. I zapamiętamy go na pewno z kilku serii, bo jeżeli ktoś wspomina o Lechu Jęczmyku jako redaktorze, to natychmiast mówi o antologii „Kroki w nieznane”. Ta antologia, a właściwie almanach, dlatego że była wydawana corocznie w latach 1970–1976, zawierała fantastykę ze Wschodu, Zachodu oraz materiały popularnonaukowe. To była nie tylko fantastyka brytyjska i amerykańska, ale pojawiały się opowiadania japońskie, pojawiały się rzeczy francuskie. Te materiały popularnonaukowe to były głównie rzeczy tłumaczone z języka rosyjskiego.
Jęczmyk był rosycystą, o czym mało kto wie, bo tłumaczył przede wszystkim z języka angielskiego. I ta antologia to była absolutnie dla polskich fantastów rzecz znakomita. Do dzisiaj jest stawiana w pierwszym szeregu arcydzieł na polskim rynku fantastyki naukowej. Szkoda, że była drukowana dosyć kiepsko. Większość tych antologii w bibliotekach widziałem z oderwanymi grzbietami, ponieważ były one dosyć kiepsko łączone. W ’76, kiedy zakończył pracę nad „Krokami w nieznane”, mówiło się o tym, że dlatego, że w kolejnym tomie Lech Jęczmyk wybrał wyłącznie brytyjskie, a nie było opowiadań radzieckich, co było niezgodne z polityką PRL-u, więc dlatego musiał odejść. Powody są inne, nie ma już co do nich wracać. W każdym bądź razie Lech Jęczmyk jako człowiek bardzo niezależny, prawomyślny postanowił zmienić pracę. Przeszedł do „Czytelnika”, gdzie stworzył inną legendarną serię. Serię z kosmonautą, w której poznawaliśmy fantastykę angielską, radziecką, polską, a także francuską.
I Lech Jęczmyk, o czym wcześniej wspomniałem, nawiązał do „Rakietowych szlaków” Stawińskiego, wydając okrojoną wersję jako „Rakietowe szlaki I”, by zaraz potem stworzyć tom „Rakietowe szlaki II”, w której już opowiadania były wybrane przez niego. Była to już fantastyka troszeczkę inna niż ta u Stawińskiego, bo była to fantastyka już publikowana w latach 60., a nawet 70. Te fantastyki się różniły. To, o czym zaczęliśmy rozmawiać, czyli fantastyka złotego wieku amerykańskiej science fiction, to była fantastyka pomysłu. Fantastyka pisana przez osoby, które często były inżynierami, miały wykształcenie techniczne, a więc pisali językiem drewnianym, bardzo sztywnym. Akcja była pchana dialogiem, były wymieniane pomysły. Czasami opowieść o pomyśle, wynalazku była dosyć nudna, ale nam się to jakoś podobało. Później zaczęli dochodzić do fantastyki humaniści. Zaczęło się zapotrzebowanie na to, żeby opowiadanie miało jednak pewien styl literacki, żeby napisane było lepiej. To już zaczęły wprowadzać niektóre magazyny pulpowe, jak „Galaxy” czy „If” Frederica Paula.
Później już w fantastyce, o tym będziemy jeszcze wielokrotnie mówić przy okazji innych autorów, zaczęły się pojawiać różne rewolucje stylistyczne, jak pojawienie się Nowej Fali, pojawienie się 20 lat później cyberpunku. Fantastyka cały czas ewoluowała. Tutaj wspomniałeś o Leighu Leicesterze oraz o Macu Reynoldsie. To byli bardzo znani autorzy tamtej ery. Leicester na pewno będzie omawiany przy literce L, ale Reynolds niekoniecznie. To był autor znany z kilku krótkich powieści oraz z całkiem niezłych opowiadań, ale właściwie jego gwiazda dosyć szybko zgasła. Na polskim rynku są w moim wydaniu niektóre powieści Reynoldsa. Szykuję też zbiór jego opowiadań. Po wielu latach, kiedy już ja sam zaplanowałem wydawanie almanachu „Kroki w Nieznane”, zwróciłem się do Lecha Jęczmyka, czy zechciałby użyczyć tytułu. On się oczywiście natychmiast zgodził.
„Kroki w Nieznane”, wydawnictwo Solaris, ukazywały się w latach 2005-2014. Było to 10 tomów ukazujących się regularnie w grudniu kolejnych lat. Odszedłem tutaj od tego dodatku popularnonaukowego, ale nadal był prezentowany szeroki wachlarz narodowy fantastyki, bowiem były to opowiadania tłumaczone z wielu języków. Dwa z tych 10 tomów zredagował Konrad Walewski. Pierwszy w 2005 był razem z Lechem Jęczmykiem, a kolejne osiem redagował Mirek Obarski. Tu już była fantastyka nowa, w której Lech Jęczmyk nie był już oczytany i zaznajomiony. Zajmował się przekładami głównie literatury głównonurtowej. Ale chciałem wrócić do starej fantastyki, ponieważ „Kroki w Nieznane” już szły w stronę tej nowej. Ja chciałem wrócić do tej starej, w której ja się wychowałem i również Lecha Jęczmyka poprosiłem o wykorzystanie tytułu „Rakietowe Szlaki”. Stawiński już nie żył, więc pomyślałem, że Lech Jęczmyk, który w „Czytelniku” to robił, wyda taką zgodę.
I w latach 2011-2012 przez dwa lata wydałem siedem tomów, z których dwa pierwsze zawierały powtórki ze starych antologii. Głównie celem przypomnienia, ale także żeby uhonorować Lecha Jęczmyka, bo bardzo dużo było przekładów literackich Lecha. Dzisiaj jest to już ta antologia siedmiotomowa osiągająca olbrzymie ceny na Allegro. I mogę tu zapowiedzieć jedną rzecz, która na pewno ucieszy słuchaczy podcastu. Mianowicie planuję w tej samej szacie graficznej jeszcze tomy ósmy i dziewiąty zawierające raczej starsze teksty, ale nieznane polskiemu czytelnikowi. Tam będą rzeczy prapremierowe, może też i troszeczkę nowszych rzeczy. A ponieważ w tym roku obchodzę 25-lecie pracy wydawniczej, to chciałbym parę rzeczy ważnych dla mnie, dla wydawnictwa Solaris i obecnie Stalker Books przypomnieć. Najprawdopodobniej wyglądajcie tego późną jesienią w wznowie w tej samej starej szacie graficznej, tomy „Rakietowych Szlaków” jeden-siedem.
[01:04:30] - Proszę państwa, ja tak dosyć szybko przemknąłem po opowiadaniach, które były w „Rakietowych Szlakach”, ale nie mogę sobie odmówić tego, żeby o nich jeszcze nie wspomnieć, bo w pierwszym tomie, tym z lat 50., tam były po prostu perełki. Con Bluta „Czarna walizeczka”. Zauważcie państwo, że to opowiadanie jest dzisiaj przewrotnie jeszcze bardziej aktualne niż wydawało się wtedy. Ale dalej mamy opowiadanie Scalny Nurek. To było moje pierwsze zetknięcie się z Harry Harrisonem. Jest Sheckleya „Instynkt myśliwski”. To są takie klasyki. Ale van Vogt „Zaczarowane miasto”, które ponieważ dzieje się na Marsie, połączyło mi się z opowieściami Bradbury’ego i przez długi czas pomieszało mi się, że to to samo uniwersum. Oczywiście, że nie. Ale to było tak mocne.
No i wreszcie „Pomocna dłoń” Paula Andersona to było opowiadanie, które znowu jest tak aktualne w naszym świecie, że aż się trochę tego boję. A tom drugi, wierzcie mi państwo, rzeczywiście Wojtek powiedział o tym, że to już była inna fantastyka, inne opowiadania, ale proszę państwa, absolutnie cudowne rzeczy. Na przykład Alan Dean Foster „Polacy to ludzie łagodni”. Proszę państwa, to takie opowiadanko, które dobrze podbija nam nasze polskie ego. Kiedy Polska jest mocarstwem i właściwie rządzi całym światem, a Stany Zjednoczone muszą się słuchać. Nie tylko zresztą Stany Zjednoczone. Jest tam opowiadanie w drugim tomie Ursuli Le Guin „Rękopis na ziarenkach akacji”. To jest opowiadanie, którym bardzo często posługuję się, żeby wytłumaczyć, jak trudno jest czasami dogadać się, może nie tylko z inną rasą, ale czasami pomiędzy ludźmi, że po prostu bardzo ważne są tak zwane okolice języka i sposób jego rozumienia. Ale w tym tomie pojawia się też William Tenn z Bernie Faustem. No i absolutnie kultowe opowiadanie, które kto wie, czy później nie oddziaływało jakoś na kulturę amerykańską i nie tylko amerykańską Rogera Zelaznego „Diabelski samochód”.
I tych opowiadań tam jest wiele więcej niż wymieniłem. Ale to były naprawdę opowiadania, które Tak. Tymi dwoma tomami w latach 70. ja po prostu żyłem. To było coś, co było dla mnie ważne. Jeszcze takie jedno, które wspominam z rozrzewnieniem. Nie znam tego autora w ogóle, ale opowiadanie „Piekłomiot IV” bardzo mi się podobało. Autor nazywał się Robinette. Nigdy później nie zetknąłem się z jego opowiadaniami. Chyba że coś Wojtek ewentualnie jest w stanie na temat tego autora powiedzieć, ale myślę, że to był taki meteoryt, który sobie przemknął i więcej o nim nie usłyszeliśmy.
Natomiast jeśli państwo zagłębicie się w kolejne tomy wydawane później Solaris, to tam jest absolutna kopalnia opowiadań, od których się państwo nie oderwiecie. To ja państwu gwarantuję. Jesteście co prawda skazani na moje zapewnienia, to może to lepiej po prostu sprawdzić.
[01:07:38] - Zdecydowanie warto sprawdzić. Ja oczywiście, jak zwróciłeś Marku uwagę, nie opowiadam więcej o tych tekstach i nowelach głównie dlatego, że chciałbym do nich wrócić już przy omawianiu poszczególnych autorów. Ale faktycznie w „Rakietowych szlakach” były opowiadania do dzisiaj uznawane za genialne. Opowiadanie Fostera o łagodnych Polakach bardzo osobiście lubił Lech Jęczmyk. Foster nie miał nic wspólnego z Polską i Polakami. Po prostu chyba potrzebował jakiegoś narodu, który wyniesie do góry i pokaże, że Amerykanie nie są aż tacy ważni. No i padło na nas. Mam nadzieję, że nie w wyniku połudź joyski miało to być jakimś takim odwróceniem ról. Ja bardzo w tych starych „Rakietowych szlakach” i przeze mnie wydanych czy opowiadaniach z „Problemów”, bo Lech Jęczmyk redagował przez jakiś czas „Żółte kartki” w „Problemach”, bardzo lubiłem opowiadania Sheckleya, chociażby „Zwiadowca minimum”. Opowiadanie po prostu kapitalne o tym, że agencja, która ma do zbadania jakąś obcą planetę i sprawdzenia, czy nadaje się dla kolonistów, wybiera po prostu największą łazęgę, jaką udaje im się znaleźć, a daje mu do pomocy super robota, który będzie zastępował, kiedy człowiek sobie nie poradzi.
I ten biedny gość zostawiony na obcej planecie razem z robotem musi sobie poradzić. Oczywiście tam, gdzie on popełnia błędy, tam natychmiast naprawia je robot. Ale w miarę jak rosną umiejętności głównego bohatera w radzeniu sobie z zasadzeniem pola, z wyrębem lasu i tak dalej, tym bardziej zaczyna mu się przychyl ten robot, który zaczyna mu rzucać kłody pod nogi. I w końcu, kiedy nasz główny bohater jest już naprawdę takim bohaterem i potrafi sobie radzić, to ten robot ma zamiar go zabić. I jeżeli ta łazęga sobie da radę na takiej obcej planecie, to według Sheckleya tej agencji da sobie radę każdy. Świetne opowiadanie, naprawdę. Tak samo jak „ Bezgłośny pistolet” Sheckleya. Kolonista otrzymuje na obcej planecie super broń, bezgłośny tytułowy pistolet, który po prostu wycina fragmenty rzeczywistości za pociągnięciem spustu, ale nie wydaje dźwięku. W związku z tym wszelkie drapieżniki, które giną tam setkami, w ogóle się nie boją tego Ziemianina. I kiedy przylatuje wyprawa, żeby sprawdzić, jak sobie kolonista daje radę, to okazuje się, że on tym bezgłośnym pistoletem, super bronią po prostu wbija paliki ogrodzenia kolbą, nie używając tej broni, a do odganiania dzikiej zwierzyny używa łuku i innych urządzeń, pułapek, które po prostu odstraszają te zwierzęta.
Tutaj wspomniałeś o Harrym Harrisonie, że to było twoje pierwsze spotkanie przy okazji „Skalnego nurka”. To muszę ci powiedzieć, że to było w ogóle pierwsze spotkanie z Harrym Harrisonem wszystkich, dlatego, że było to jego debiutanckie opowiadanie. Opowiadanie również literacko bardzo drewniane, ale tam się liczył ten pomysł, że są urządzenia, dzięki którym poszukiwacze, geolodzy potrafią przenikać skały w poszukiwaniu złóż mineralnych, złota, srebra i tak dalej. I oczywiście jest akcja kryminalna bardzo łatwa do przewidzenia, ale opowiadanie czyta się cudownie. Zakończywszy sprawę „Rakietowych szlaków”, zakończywszy opowieść o Oleku Jęczmyku, to chciałbym przejść do drugiego redaktora, który miał wielki wpływ na polskich autorów, zwanego czasami redaktorem wszystkich fantastów, czyli Maciej Parowski, nieodżałowany, żyjący w latach 1946–2019. Człowiek, który przyszedł do fantastyki z chwilą, kiedy była tworzona i został szefem działu, jednoosobowego działu fantastyki polskiej. I był to człowiek, który nie znał fantastyki i nagle zaczął ją po prostu odkrywać. Natychmiast wszyscy inni redaktorzy zaczęli mu podrzucać różne książki do przeczytania i on bardzo szybko nadrobił zaległości w fantastyce, ale był człowiekiem bardzo obeznanym w literaturze, w filmie, także w komiksie. Wielkim był znawcą komiksu, że ponieważ był taką osobą z zewnątrz, świetnie potrafił doradzać autorom fantastom. Dość powiedzieć, że debiutowali u niego i rozwinęli swoje skrzydła tacy autorzy jak Andrzej Sapkowski, jak Marek Huberath, Jacek Dukaj, Sobota.
Naprawdę wielu świetnych polskich autorów. I Maciej był też pisarzem, ale również redaktorem antologii. Z tym że tutaj muszę powiedzieć trochę zgryźliwie, że miał tutaj dobrze, dlatego dużo łatwiej niż ja, ponieważ redagował antologię z tych tekstów, które napływały mu do miesięcznika, więc było mu naprawdę dużo łatwiej. Zredagował antologię „Pożeracz szarości”, „Co większe muchy”, „Trzecia brama”, „Bliskie spotkania” dwie części i „Miłosne dotknięcie nowego wieku”. Miał łatwiej. Ja to mówię tylko z przekąsem, ale i z uśmiechem, bo znał wszystkich autorów, którzy po prostu do tego szefa działu polskiego, a potem naczelnego Nowej Fantastyki po prostu się garnęli, a on mógł spokojnie wybierać do antologii to, co się u niego ukazało. Ale cały czas współpracowaliśmy. Czasem ja mu podawałem jakiś adres, telefon do autora, czasem on mnie. Nie było absolutnie konkurencji między moimi wizjami alternatywnymi a Maciejem. Chociaż zazdrościł mi czasami niektórych opowiadań, które uważał, że napisali jego autorzy, ponieważ on ich w jakiś sposób odkrył.
I bardzo mi zazdrościł opowiadań Sapkowskiego, Ziemkiewicza czy Dukaja. Na pewno wrócimy do Maćka Parowskiego więcej przy okazji Litery P, dlatego że był również bardzo uzdolnionym pisarzem. Niedocenionym, ale uważam, że świetnym. Kolejnym redaktorem polskiej fantastyki, który wyselekcjonował jedną antologię, był Tomek Kołodziejczak, który dawno temu szefował wydawnictwu Prześwit. Sam będąc autorem, świetnym znawcą i miłośnikiem polskiej fantastyki, przyjaźnił się z pokoleniem Klubu Twórców. Wydawał taki nieregularnik „Voyager”, a w 1991 zredagował antologię „Jawna grzesznica”. Tam znalazły się naprawdę fajne opowiadania. Część była już znana z miesięcznika „Fantastyka”, ale były to opowiadania Ziemkiewicza, tytułowe, Baranickiego, Kargoro, o której będzie mowa, Krzyśka Kochańskiego, a także Sapkowskiego i Dukaja. Tam pojawia się słynna „Złota Galera” Dukaja oraz „Wiedźmin” Sapkowskiego, czyli te opowiadania, od których kariera tych dwóch autorów się zaczęła. Tyle może o tych autorach selekcjonerach, bo teraz chciałbym troszeczkę rozmawiać o sobie.
[01:14:27] - Ja jeszcze na chwileczkę, zanim powiesz o antologiach, które zredagowałeś, chciałbym na chwileczkę jeszcze wskoczyć do „Trzeciej bramy”, którą redagował Maciej Parowski. Bo spojrzenie chociażby na spis treści tej antologii pokazuje, jak czasami trzeba mieć oko, żeby wyłowić autora. To oczywiście nie jest działanie takie: „O, widzę i on już na pewno autorem będzie”. Bo kiedy przygląda się temu spis treści, to tam się pojawiają nazwiska dla polskiej fantastyki znaczące, takie jak chociażby Feliks Kres, jak Marek Hemmerling. I to niejeden raz. Ale jest tam sporo nazwisk, które później nie przebiły się do szerszego kręgu. I to właściwie nic nie oznacza. Mieli swoją szansę. Co więcej, wykorzystali ją. Te opowiadania, które się w tomie „Trzecia brama” pojawiły, to są opowiadania godne, ale na sicie zostało zaledwie kilku autorów, którzy później ciągnęli ten wózek i tak naprawdę działali, pisali i stali się autorami naprawdę cenionymi.
Podobnie zresztą było z „Pożeraczem szarości”. Tam również nie wszyscy autorzy. Niby to jest oczywiste, ale chyba warto to podkreślić. Opowiadanie to tak jak z wierszem. Opowiadanie w życiu pewno każdy z nas może napisać jedno przynajmniej. Ale jeśli już ktoś myśli o tym poważniej, to jakieś działania bardzo systematyczne, bardzo rzeczywiście związane z literaturą, z jej zgłębianiem, ale też ćwiczeniem warto podjąć. Taka mnie refleksja przy tym naszła. Ty, Wojtku, zacząłeś swoją przygodę z antologiami bardzo dawno temu. O tym już mówiłeś, ale kiedy sobie to sprawdziłem, to naprawdę były czasy absolutnej partyzantki. Jak sobie przypomnę, w którym momencie naszej rzeczywistości zrobiłeś swoją pierwszą antologię, to nawet nie podejrzewałbym wtedy, że są ludzie tak odważni, żeby w tamtych czasach, w tamtej dziwnej rzeczywistości, która była taka neokapitalistyczna, naprawdę bardzo dziwna, pewno o niej zresztą powiesz.
Tacy ludzie, którzy się odważą w tamtych czasach antologię wydawać. A ty właśnie jak najbardziej.
[01:16:56] - Pierwsze kroki, Marku, zacząłem wykonywać w 1989 roku, a dokładnie po czerwcu, kiedy już byliśmy pewni. Nawet pewna aktorka ogłosiła koniec komunizmu w Polsce. To tak szybko nie nastąpiło jednak. Po prostu wiedziałem, że to jest mój czas. Fantastyka zmieniała się w nową fantastykę. W 1990 roku organizowałem Polcon. Pisarzy dzięki konwentom znałem już większość tych, którzy funkcjonowali wówczas na rynku. I w tym 1989 roku wiadomo było, że przestanie istnieć cenzura, że powstaną pierwsze polskie prywatne wydawnictwa, czyli skróci się ta ścieżka wydawnicza. Bo jak dobrze wiesz, pod koniec lat 80. można było napisać książkę w roku 1980.
W 1983 podpisano ją do wydania, a nie ukazała się do 1989. Więc tak wyglądała rzeczywistość wydawnicza. Podpisałem wtedy umowę z takim jeszcze półprywatnym wydawnictwem BiałoWierza, zorganizowanym przy Białostockich Zakładach Graficznych. Redaktorem tam był, drukarzem Andrzej Bołakirew, już nieżyjący. I zrobiłem ten pierwszy tom. Pamiętajmy, że były to czasy, kiedy właściwie jeszcze tych komputerów z edytorami tekstów nie było, że nie mieliśmy takiego dostępu jak dzisiaj do druku, że nie było telefonów komórkowych, tylko były telefony stacjonarne, że właściwie jedynym sposobem porozumiewania się między autorami to było — bo mogłeś oczywiście zadzwonić, ale jak nie było go w domu, nie odebrał, nie wiadomo było, co się z nim dzieje — to było pisanie listu. Listy pisało się ze względu na to, żeby ktoś ciebie odczytał. To pisało się na maszynie. Ja miałem taką, do dzisiaj mam maszynę walizkową, a także taki jeden starszy egzemplarz, ale już chyba by się nie nadał do napisania czegokolwiek. I pisałem te listy.
Zaproponowałem to, co zrobił Karel Nelson. Zaproponowałem autorom polskim napisanie opowiadań. Na dowolną tematykę fantastyczną i zróbcie to opowiadanie, a ja w ciągu dosłownie trzech, czterech miesięcy opublikuję taką antologię. To było coś niewyobrażalnego wówczas. Maciek Parowski się trochę ze mnie podśmiechiwał, a potem był bardzo zły, kiedy Rafał Ziemkiewicz do tego pierwszego tomu napisał „Szosę na Zaleszczyki”. I jest to do dzisiaj uznawane za absolutnie najlepszy tekst Rafała Ziemkiewicza SF, jaki zrobił. Już kiedy jechałem do Białegostoku oddać maszynopisy, bo to były maszynopisy z moimi poprawkami odręcznymi, które następnie korektorki i panie w wydawnictwie nanosiły, przepisywały na nowo. Szło to do składu i jeszcze w składzie na Ozalidach się poprawiało. Już tuż przed wyjazdem przyszło opowiadanie w liście, oczywiście pisane na maszynie od Andrzeja Sapkowskiego. Było to opowiadanie „Muzykanci”.
Sapkowski był już znany z tekstów o Wiedźminie, a tymczasem przysłał mi tutaj opowiadanie, które jest takim trochę urban fantasy z elementami grozy. Opowiadanie zostało dostrzeżone rok później przez jury nagrody imieniem Natalii LL. Jest to jedna z ważniejszych nagród literackich w Polsce. Nie tych takich medialnych, tylko po prostu poważanych, od poważanych środowisk. I tak to się zaczęło. Antologia była wydrukowana w dosyć dużym nakładzie, ale mieliśmy ten dziki kapitalizm i nie wszędzie chyba trafiła. Dzisiaj te egzemplarze pierwszych „Wizji” są poszukiwane. Ja tych „Wizji alternatywnych” zrobiłem łącznie sześć tomów plus jeden taki, który nazywam troszeczkę jak „Wizje alternatywne”. Była to antologia o tytule „Czarna msza”. Tytuł wrócił sam Sapkowski.
Ostatecznie do tej antologii tekstu nie napisał, ale w antologiach pojawiali się autorzy tacy jak Dukaj, Ziemiański, Grzędowicz i wielu, wielu innych. Te wszystkie opowiadania później w takim zbiorze dosyć grubym i wieluosobowym na trzydziestolecie ukazania się tej antologii pierwszej, czyli „Wizje alternatywne”. Tam jest prawie dziewięćset stron tekstu, taka jakby przegląd polskiej fantastyki końca XX wieku i początku XXI. Później doszły antologie, jeszcze zanim zacząłem redagować inne rzeczy poza „Wizjami alternatywnymi”. To były te antologie „Kroki w nieznane” i „Rakietowe szlaki” pod redakcją innych osób. Ja byłem tylko i wyłącznie wydawcą, aczkolwiek jakiś tam wpływ na teksty miałem, a także na zdobywanie praw autorskich. A zrobienie takiej antologii to trzeba jasno powiedzieć, nie jest wcale prostą rzeczą, bo jeżeli mamy w tomie dwadzieścia opowiadań, to tak naprawdę masz dwadzieścia razy więcej pracy, bo musisz podpisać dwadzieścia umów. Oczywiście po wcześniejszej selekcji. Musisz znaleźć tych autorów, a nie jest łatwo znaleźć. Agencje niechętnie odpisują, kiedy poszukuję na przykład jednego opowiadania.
Jak chcę kupić pięć, dziesięć, no to już tak. To jest kwestia prowizji, ale także właśnie konieczności napracowania się. Trzeba znaleźć, jeżeli autor nie żyje, spadkobierców. Trzeba znaleźć agenta, a to wcale nie jest oczywiste. Nie ma takiego wykazu, kto ma prawa do czego. Są agencje, które mają część praw do utworów jakiegoś autora, inne mają do innych. Po prostu przeszukać bazę jest bardzo trudno, a zwłaszcza było to trudno robić w latach dziewięćdziesiątych, kiedy tych baz internetowych nie było. Dzisiaj jest naprawdę dużo łatwiejsze przeszukiwanie. Później, po tym wszystkim, kiedy już antologię mamy gotową, to trzeba wypełnić niezliczone IFT. To jest takie polskie zgłoszenie do Urzędu Skarbowego opowiadania zachodniego, które jest opublikowane.
W tym IFT trzeba, proszę państwa, podawać mnóstwo danych, bo polskie urzędy nie zdają sobie sprawy, że na Zachodzie są to procedury uproszczone. Na przykład w druku IFT należy podać na przykład numer ubezpieczenia Amerykanina. Amerykanie absolutnie się nie zgadzają na podawanie ich numeru ubezpieczenia, bo uważają, że jest to próba kradzieży tożsamości. Więc jest naprawdę mnóstwo cyrków z wypełnianiem tych dokumentów, które zawierają rubryki absolutnie niepotrzebne z punktu widzenia Urzędu Skarbowego, bo najważniejsza jest kwota. Tu jeszcze trzeba powiedzieć, że na przykład jeżeli Polska ma z Ameryką, z Kanadą czy z innym krajem podpisaną umowę międzynarodową, wówczas płacimy podatek taki jak w kraju rezydenta. Czyli na przykład jeżeli jest to autor kanadyjski, jak Sawyer, no to płacimy zero procent. Nie ma podatku dlatego, że Kanadyjczycy nie płacą podatku autorskiego. Jest to bardzo fajna, uważam, rzecz. W dodatku antologia jest jeszcze droższa. Opowiadanie, powiedzmy średnia cena, uznajmy tak, jest to sto dolarów czy tam sto euro.
No to jeżeli przeliczymy to sobie razy dwadzieścia opowiadań, no to wychodzi całkiem spora kwota. Można czasami kupić dwie pomniejsze powieści za te pieniądze. Jak wspomniałem, wielu autorów nie ma agentów, zwłaszcza tych autorów pulp magazynowych, więc trzeba uderzać bezpośrednio. Jeśli mają agenta, to czasami do niego przekierują wtedy i trzeba uderzać do agencji jakiejś amerykańskiej. Amerykańska przekierowuje na przykład na agencję polską. I tak to wygląda. Czasami, i ja tutaj miałem bardzo dużo szczęścia dzięki Festiwalowi Fantastyki, na który zapraszałem autorów. Czasami po prostu pomogą sami autorzy. Na przykład mi osobiście przy „Rakietowych szlakach” pomógł Bob Silverberg. Powiedziałem mu, że nie mam kontaktu do wielu autorów i on rozesłał wici, ponieważ sam jest selekcjonerem antologii i jest bardzo znanym autorem wśród Amerykanów.
Rozesłał te wici i naprawdę, wierzcie mi państwo, otworzyło się przede mną fantastyczne niebo, bo na ten tekst Boba zareagowali tacy autorzy po prostu, przy których nie wiedziałem, co tam odpowiedzieć i chciałem się dosłownie tak przylizać i przymilać do nich, że nie wiem. Bo przy korespondencji, jaką wysłała do mnie Ursula Le Guin forwardowała między innymi ten mail od Boba i zrobiło mi się ciepło, bo były tam bardzo miłe rzeczy o mnie jako redaktorze i płatniku. A widać, że w Stanach Zjednoczonych to, czy wydawca płaci, jest dosyć ważne. I Bob zresztą dał się namówić na zrobienie siódmego tomu cyklu „Majapur” i jakby nie zwrócił uwagi wcześniej, że napisał oddzielne opowiadania z tego cyklu do różnych czasopism i antologii i nie zdawał sobie sprawy, że z tego udałoby się zrobić zbiór. No i wydanie amerykańskie, a także później polskie zadedykował mojej osobie. Była to bardzo miła współpraca i myślę, że jeszcze będę ją ciągnął przez następne lata. Bardzo anegdotyczna jest sprawa mojego spotkania z Johnem Varleyem. Adres do niego znalazłem na jego osobistej stronie, więc oczywiście napisałem taki list otwierający, przedstawiający się, jakie antologie robię, że zbieram do antologii takich a takich autorów, żeby wiedział, że nie jest jakimś autorami z piw-piw, ale z pierwszej ligi światowej. I czy byłby skłonny sprzedać mi kilka swoich opowiadań. Kiedy wysłałem tego maila, trafiłem na niego właściwie chyba online.
Nie pamiętam już pory, kiedy pisałem. On mi natychmiast odpowiedział: „Dobra, niech będzie. Które? Krótko i datę.” To ja mu wymieniłem. Dziękuję za szybką odpowiedź i wymieniłem pięć opowiadań, a były to opowiadania, nowele same nagradzane, między innymi „Naciśnij enter”. Genialne opowiadanie Varley'a, o którym będziemy na pewno przy literce V mówili. I on zaraz potem odpowiedział mi: „Okej, a za ile?” To ja odpowiedziałem stawkę sto dolców, czyli łącznie pięćset. On odpowiedział: „Okej.” Szybka jeszcze wymiana, w jaki sposób można przekazać. Okazało się, że miał PayPala. Właściwie tego samego dnia zostało mu to zapłacone.
Odesłał umowę podpisaną. I słuchajcie, kilka godzin, proszę państwa, i miałem pięć świetnych opowiadań do „Rakietowych szlaków”. Nie było zawsze tak łatwo jak z Johnem Varleyem, bo na przykład z tym wspomnianym przez ciebie Williamem Tennem to się troszeczkę starłem, bo on odpowiedział na korespondencję Silverberga do mnie, ale w taki sposób właściwie: „Czego chcesz?” Chciałem wtedy opowiadanie „Bernie Faust” i jeszcze jakieś i Ten mi odpowiedział stawkę jak za powieść. Mówię: „Dobra, trudno, nie będę miał opowiadania Williama Tenna.” Ale korespondowałem z agencją Milenkowićów w Belgradzie, która jest reprezentantem wielu autorów zachodnich na rynki wschodnioeuropejskie. Jedna z największych agencji. I zapytałem się z głupia po prostu, czy reprezentują Williama Tenna. Okazało się, że reprezentują, a że kupowałem wtedy i Le Guin, i kilku innych autorów, w sumie ponad dwadzieścia opowiadań, to mi tego Tenna sprzedali. Muszę powiedzieć, że za cenę dziesięciokrotnie mniejszą niż William Ten zaproponował przez maila. Najprawdopodobniej nie zrobił tego z jakiejś złośliwości. Po prostu mu się nie chciało.
William Ten rok później już nie żył i był to po prostu starszy pan. Stwierdził: „Co ja będę tutaj jakieś umowy o jedno opowiadanie podpisywał?” Już mu się najprawdopodobniej zwyczajnie nie chciało. Byli autorzy, którzy nie pamiętali swoich opowiadań. Lech Jęczmyk opublikował i przetłumaczył taki tekst Tuliego Kupferberga o dialogu między kulą karabinową i bombą atomową. Świetny tekst, świetny króciak. Kupferberg to był taki performer amerykański i on już nie bardzo pamiętał, jakie to opowiadanie jest. Odpowiadała jego asystentka, bo Kupferberg w wyniku cukrzycy już był ślepy wówczas. Zresztą jakieś dwa lata przed jego śmiercią. Odpowiedział: „A wie sobie pan.” Po prostu dał zgodę w mailu, że mogę to opublikować. Zresztą opowiadanie było dosłownie kilkuzdaniowe.
Wielką pomocą też już nieżyjący Michael Bishop. Spieszył i bardzo służył i swoimi opowiadaniami, i pomocą w organizowaniu dostępu do innych autorów. Ja bardzo cenię jego teksty. W Polsce zaledwie dwie książki się ukazały, zresztą nagrodzone Nagrodami Nebula. Zrobiłem też kilka antologii rosyjskich i ukraińskich, bo ten kierunek rosyjski bardzo mnie interesował z tego względu, że fantastyka radziecka była zupełnie inaczej pisana niż ta amerykańska. Oczywiście na początku też często chodziło o wynalazek, o jakiś tam pomysł, ale fantastyka radziecka miała dużo wcześniej niż amerykańska taką pogłębioną psychologię postaci. I naprawdę, jeżeli nie znając autora ani tytułu, zaczniecie czytać dwa teksty, od razu będziecie wiedzieli, które są amerykańskie, a które radzieckie. Nawet jeżeli w tym radzieckim zamiast Olega i Iwana będzie występował John i Harry. Wydałem taką antologię podsumowującą. Mieliśmy taki plan z Pawłem Laudańskim, który jest specem od fantastyki rosyjskiej ze Wschodu.
Mianowicie ja zrobię tom klasyki radzieckiej fantastyki do roku '92, jak się rozpadał Związek Radziecki, a Paweł zrobi antologię rosyjską. Miały się ukazać jednocześnie. Ja swój tom przygotowałem. Były to opowiadania od Greena, Bułhakowa aż po '92 rok, po Strugackich. W '92 zmarł Arkadij Strugacki, tak w jakiś sposób się zamykała ta radziecka fantastyka pętlą, bo zmarł w roku rozpadu Związku Radzieckiego. I antologię też opatrzyłem takim dużym esejem historycznym. Chcieliśmy zrobić tę antologię rosyjską z opowiadaniami współczesnymi. No ale Rosjanie napadli na Ukrainę i po prostu okazało się, że duża część tych autorów to są autorzy proputinowscy, którzy wręcz pochwalają mordy wykonywane przez sołdaków putinowskich na Ukrainie. I natychmiast nam ta sprawa bardzo zbrzydła. Paweł podłamany, bo my mieliśmy już część nawet kupionych praw.
Część opowiadań była przetłumaczonych. Myśmy sobie z tego zrezygnowali, ale dochodzimy powoli do wniosku, że jest dosyć duża grupa autorów rosyjskich żyjących na emigracji, absolutnie niepopierających reżimu Putina i będziemy mogli z tego zrobić taką antologię prawomyślnych opowiadań. Myślę, że ta klasyka rosyjskiej science fiction ukaże się w ciągu najbliższych dwóch lat. Jakby na zasadzie wolty Zrobiłem też antologię „Język Babilonu”, antologię podsumowującą ukraińską fantastykę. Wyboru tego dokonał Wołodymyr Areiniew przy współpracy Pawła Udańskiego, polskich tłumaczy. Wszyscy pracowaliśmy przy tej antologii non-profit, bo cały dochód z książki został przeznaczony na pomoc dla Ukrainy. Pomysł oczywiście od razu w lutym 2022 roku. Antologia się ukazała jesienią tego samego. Wymagała sporo pracy, zwłaszcza od Wołodzi, który przecież z chwilą, kiedy Rosjanie byli już pod Kijowem, nie mieli prądu, byli bombardowani. Trudno było nawet zlokalizować autorów, gdzie są.
Niektórzy byli w obleganym Charkowie. Więc ta antologia jest dla mnie ważna. Ja dosyć często bywałem na konwentach na Wschodzie, głównie na Ukrainie, czyli Charków, Kijów. Bywali wtedy na konwentach też autorzy rosyjscy. Ponieważ wszyscy rozmawialiśmy po rosyjsku ze sobą, to trudno mi było wyczuć, którzy autorzy są rosyjscy, którzy ukraińscy. Po czasie zorientowałem się, że właściwie ci ukraińscy to byli ci wszyscy, którzy siedzieli koło delegacji polskiej, bo oni byli ciekawi Zachodu, a rosyjscy siedzieli i pili gdzieś po kątach i ten kontakt był rzadszy. Zrobiłem też kilka antologii tematycznych, bo to jest też ciekawe zjawisko na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych antologii tematycznych rozgrywa się kilka rocznie, a ja zrobiłem dwie antologie postapokaliptyczne. Fantastyka postapo ostrzegająca przed zagrożeniami to właściwie jest sam początek fantastyki naukowej, bo większość tej pierwszej fantastyki naukowej to były teksty ostrzegające przed zagrożeniami. Poza tym zrobiłem antologię marsjańską, epidemiczną.
Zapomniałem powiedzieć o antologii, która została napisana przez Rosjan i Ukraińców, ale została zainspirowana twórczością Andrzeja Sapkowskiego. Mianowicie w rozmowie z Andrzejem poprosiłem go, czy wyraziłby zgodę na zrobienie antologii rozgrywającej się w stworzonym przez niego świecie „Wiedźmina”, ale napisanej przez autorów ze Wschodu. I on wyraził na to zgodę, aczkolwiek zaznaczył od razu, że chodzi tylko o jednorazowy projekt. I taka antologia pod tytułem „Opowieści ze świata Wiedźmina” się ukazała. Ona w Rosji była absolutnym hitem. Zrobiliśmy to razem z Pawłem Udańskim. Ona była nagrodzona w Rosji jako najlepsza antologia i Rosjanie oczywiście chcieli następne tomy szybko. Nawet proponowali, jacy autorzy napiszą teksty. Ale ja odpowiedziałem „nie”, czego naprawdę nie potrafili zrozumieć. Przecież jak coś przynosi pieniądze, to trzeba tłuc dalej, dalej i dalej.
Taki dziki kapitalizm. Ja mówię: „Słowo Andrzejowi dane i nie będziemy kontynuowali”. Aczkolwiek wydawnictwo Supernova taką antologię później zrobiło na rynku polskim. Opowiadania napisane przez Polaków.
[01:34:55] - Wojtku, ja jeszcze chciałbym nawiązać do może nie stricte antologii, ale wydałeś całkiem sporo wyborów opowiadań „The Best Of”. I tu padają takie nazwiska jak Harlan Ellison, Robert Silverberg, Paul Anderson, Connie Willis. To w ogóle dwutomowy zbiór. Absolutna rewelacja. Szczerze państwu polecam. Mam to na półce i absolutnie kupować. Nie patrzeć, tylko kupować. Ale wśród tych „The Best Of” był jeszcze Mike Resnick, Ted Chiang, Shepard, wspomniany już tutaj kilka razy Leinster, Ian Watson i Henry Kuttner. Dlaczego ja o tym przypominam? Nie tylko dlatego, że to wielki hołd dla autorów, którzy zostali wymienieni, ale padły tu dwa tytuły.
Pierwszy z nich to „Naciśnij enter”, a drugi „Pożeglować do Bizancjum”. Tak sobie z Silverbergiem to opowiadanie zawsze kojarzę. A to jest ślad do jeszcze jednej antologii, o której chyba zapomnieliśmy. Zapomnieliśmy bowiem o antologii, która się ukazywała w latach 80. i budziła niezwykłe emocje, a przede wszystkim te emocje budziła dlatego, że to było coś, czego wcześniej w Polsce nie było. Styk z najlepszymi opowiadaniami z poprzedniego roku to było coś, czego miłośnicy fantastyki bardzo chcieli, a nawet bardzo chcieli i dostawali to. I te opowiadania „Naciśnij enter”, absolutnie rewelacyjne, prorocze wręcz, czy też to „Pożeglować do Bizancjum” Silverberga, one się właśnie u Dona Wollheima... Niestety ta seria się za szybko skończyła, bo też skończyło się życie Wollheima. Ta seria się skończyła, ale te opowiadania, które wymieniłem, tej antologii wollheimowskiej się znalazły. A jeśli już robimy remanenty i takie, nie wymieniłeś, Wojtku, jeszcze jednej antologii, która jest naprawdę godna polecenia.
To jest antologia, która jest taka przestrzegająca. Ona nosi tytuł „Przedmurze”. Znaczący tytuł, który warto zapamiętać. Warto po prostu po książkę sięgnąć, bo tam naprawdę plejada autorów polskiej fantastyki absolutnie top one. To jeśli chodzi o jakieś takie remanenty. Ale jeszcze jeden temat przed nami.
[01:37:31] - Wiesz, Marku, tu mój zaprzyjaźniony statystyk podliczył, że mam już pięćdziesiąt parę antologii wyselekcjonowanych, więc czasami o niektórych zwyczajnie zapominam. Przepraszam polskich autorów. „Przedmurze” jest antologią udaną. Jest to powrót po wizjach alternatywnych do polskiej fantastyki naukowej po wielu latach, kiedy pomyślałem, że czasy mamy w Europie takie, że warto pomyśleć znowu o antologii socjologicznej fantastyki. A z tego podgatunku polska fantastyka w latach 80. i 90. słynęła. Zrobiłem jeszcze antologię tematyczną Mars, czy ostatnio w zeszłym roku ukazała się antologia Epidemia. Jeśli chodzi o Dona Woolheima, chyba celowo nie wspomniałem o tym, bo ostatni tom się ukazał w '89. To nawet niekoniecznie była sprawa śmierci Woolheima, tylko tego, że przechodziliśmy przez transformację i wydawnictwo Alfa pod redaktorem Wiktorem Bukato, który tę serię promował, po prostu straciło rację bytu.
To i tak było fajnie, że wydawnictwo techniczne prowadziło razem z Bukato i z Markiem Nowowiejskim tak kapitalne serie jak Dawne Fantazje Naukowe czy Biblioteka Fantastyki. To były kapitalne serie pokazujące historię SF. Ja bardzo tę serię ceniłem, a także współpracę zarówno z Markiem Nowowiejskim, jak i Wiktorem Bukato. Woolheim był też wydawcą. Wydawnictwo DAW to jest skrót od niego Donald A. Woolheim. DAW Books to było jedno z największych wydawnictw wydających science fiction w Ameryce. I Woolheim miał po prostu hobby. To jest też człowiek, który zakładał fandom, który był od samego początku przy tworzeniu science fiction. I on doskonale wiedział, wydaje mi się, że nawet trochę wcześniej niż inni, kto zdobędzie nagrodę Hugo i te antologie bardzo szybko po WorldCon-ach, na których wyniki ogłaszano, one się ukazywały i pokazywały faktycznie najlepszą fantastykę z danego roku.
A jeśli chodzi o zbiory typu Ellison, Willis, Resnick, Aldiss, Watson, Ciant i tak dalej. Shepard. Bardzo lubię ten zbiór Sheparda. To są jednak zbiory autorskie, więc do nich będę wracał przy okazji kolejnych liter. Resnick to jest autor, który jest mało poważany u nas, a wielka szkoda. Zresztą niewiele brakowało, aby pojawił się w Polsce. Niestety okazało się, że ma raka. Dosyć szybko po tej diagnozie diagnozie umarł, a już rozmawialiśmy o jego przylocie do Polski. I chyba czas przejść do końca naszej opowieści o antologii, czyli do antologii o opowiadaniach złotego wieku amerykańskiej SF. Chciałem pokazać dorobek amerykańskiej fantastyki w kilku antologiach, które nazwałem Złoty Wiek SF.
Ale złoty wiek w ogóle jest dla każdego kraju inny. W Polsce złotym wiekiem to chyba będą lata 80. Dla Amerykanów są to lata 30., 40., powiedzmy do końca 50. I wydałem tam 12 tomów opowiadań autorów bardzo często w Polsce nieznanych. W te antologie się niezwykle podobały, ale ja poczułem taki troszeczkę przesyt przy redakcji dwunastego tomu, że ciągnę taką serię już almanachową, a uważam, że nie powinny się serie wydawnicze ukazywać w nieskończoność, tylko powinny mieć zaplanowany początek i pewną granicę. Koniec, ku któremu zmierzamy. Czasami nam się ta praca rozrasta, ale powinna być w jakiś sposób zakończona. Oczywiście czytelnicy natychmiast: „A kiedy już zapowiadałeś trzynasty, czternasty, piętnasty?” A ja powiedziałem: „Ja zaraz zaproponuję wam coś innego,” bo już w głowie miałem dziesiątki innych pomysłów. Zrobiłem takie podsumowanie w twardej oprawie tych częściowo opowiadań ze złotego wieku, częściowo opowiadań z innych moich antologii amerykańskich, bo było ich jeszcze w wydawniczej serii Galaktyka Gutenberga sześć. Więc postanowiłem zrobić takie dwa tomy.
Przyszła moda na twardą oprawę, więc dwa tomy w twardej oprawie z dużym wstępem o historii początków amerykańskiej science fiction. I to się nazywa Złoty Wiek Amerykańskiej SF, tomy I, II. I kiedy zamknąłem już za sobą te drzwi i pomyślałem, że teraz wreszcie sięgnę po to, co powinienem był zrobić już dawno, czyli po fantastykę amerykańską z pulp magazines. Ja już korzystałem z baz danych amerykańskich i publikowałem opowiadania, ale dopiero taki większy, szerszy research, który zrobiłem, pokazał, że wszyscy nasi redaktorzy Julian Stawiński, Lech Jęczmyk i inni, którzy robili w amerykańskiej fantastyce, tak naprawdę korzystali tylko z kilku antologii. Z kilku antologii, które poprzez agencje docierały do nich i oni z tych antologii the best of the best wykonali kilka tych antologii, o których dzisiaj już mówiliśmy. Lech Jęczmyk miał trochę dostępu jeszcze do innych antologii amerykańskich Terry'ego Cara, Damona Knighta, więc miał szerszy przegląd. Ale to, co trafiało na nasz rynek, to jest tak naprawdę wierzchołek góry lodowej, bo cały ten amerykański złoty wiek to są tysiące opowiadań, często na dosyć podobnym, zbliżonym poziomie literackim. Nie wszyscy autorzy przebili się później, bo nie każdy oprócz opowiadań tworzył też powieści. Nie wszyscy odnieśli jakiś sukces wydawniczy jak Asimov, Heinlein, Silverberg, ale były to opowiadania na niezłym poziomie. Przede wszystkim jeśli chodzi o pomysły.
Zresztą redaktorzy tacy jak Gold, Campbell i inni nie przyjmowali chłam. Opowiadanie musiało ich zaintrygować, żeby zostać wydrukowane. I myli się ten, kto myśli, że opowiadania w tych magazynach to były naprawdę byle jakie opowiadania. I po prostu pomyślałem, że fajnie byłoby zwyczajnie zaprezentować te opowiadania z pulp magazines, dzieląc je właśnie magazynami. I tak powstał pomysł na przygotowanie całej serii antologii w twardej oprawie, szytej z podsumowaniem, opisem danego magazynu, historią redaktorów i tak dalej. Zrobienia ... poszczególnych magazynów. I tak już w zeszłym roku ukazała się Galaxy, jeden z najlepszych magazynów pulpowych. Antologia to jest volume jeden, bo myślę, że uda się zebrać co najmniej trzy tomy antologii tylko z tego magazynu. Już w maju ukaże się tom Imagination, o którym na wstępie mówiłem, o jednym z opowiadań.
Pod koniec roku powinna być antologia Planet Stories, a w następnych latach If, Amazing, Astounding, Weird Tales i wiele innych. Ja wstępnie oceniam, że będzie to około 15 antologii, dwa do trzech tomów w ciągu roku, prędzej dwa, więc jest to praca obliczona na lat sześć, siedem. Oby tylko zdrowie dopisało i myślę, że to będzie bardzo piękna seria. To są głównie opowiadania prapremierowe. W każdym tomie przynajmniej 90% to będą teksty prapremierowe. Od razu się usprawiedliwię: jeżeli w danym piśmie ukazywało się świetne opowiadanie Bradbury'ego, Leiber'a, które już się w Polsce ukazało i często w mojej antologii, to dlaczego nie mam go w tym zestawie pokazać? Ale zapewniam, że 90% to będą teksty prapremierowe. I ta seria, kto wie, czy to nie będzie moje opus magnum jako selekcjonera antologii.
[01:45:43] - Perspektywa piękna. Tym bardziej że te pulpowe magazyny były niejednorodne. Jestem ciekaw, jak sobie poradzisz z tymi, które publikowały ciekawą, ale jednak trochę odstającą od wybitności, tak to określmy, fantastykę. Bo niby to było literacko gorsze, a jednak było ciekawe. To mnie bardzo interesuje, jak sobie będziesz z tym radził.
[01:46:14] - Ja już mam przeselekcjonowane, przesiane sporo tekstów. Faktycznie każdy magazyn kierował się czymś innym, ale tekstów spływało tak dużo, że bardzo często redaktorzy na przykład Galaxy czy Astounding musieli tworzyć takie magazyny, które będą wychodziły, bo to były zwykle dwumiesięczniki, że będą wychodziły w tym miesiącu, kiedy Galaxy się nie ukazuje, będzie wychodził inny ich magazyn, który będzie drukował inne opowiadania. Poza tym dzięki temu polski czytelnik będzie mógł się przekonać o bardzo szerokim spektrum zainteresowań fantastów i redaktorów, dlatego, że redaktora Galaxy interesowało coś innego. Kiedy Paul był szefem If, to były tam naprawdę kapitalne rzeczy. Kiedy w Imagination starano się na przykład nastawić na wielką wyobraźnię i akcję. Planet Stories to są opowieści o lądowaniu, o kontaktach z obcymi cywilizacjami albo o wojnach z obcymi cywilizacjami. Weird Tales to są opowieści, w których bardzo często publikował Cutner, ale były też teksty Lovecrafta, innych mistrzów grozy. Będą opowieści fantasy, więc naprawdę będzie szerokie spektrum. Ja myślę, że jak ta seria się ukaże, to i przyszłe pokolenia będą mogły sobie po to sięgnąć po polskie przekłady i przekonać się, że ta fantastyka to naprawdę było coś.
[01:47:41] - Proszę państwa, myślę, że to bardzo optymistyczny akcent na koniec. Jest perspektywa wielu fajnych tomów przed nami. Tomów, jak powiedział Wojtek, w twardej oprawie, a więc zawsze dobrze na półce wygląda. To szczególnie dla estetów, ale i środek przecież ważny. Myślę, Wojtku, że ten dzisiejszy odcinek poświęcony antologiom niniejszym możemy uznać za zakończony. Chyba że wpadnie nam jeszcze coś do głowy, to zrobimy jakiś aneks, ale to przy okazji.
[01:48:12] - Tak. Dziękuję bardzo za wysłuchanie.
[01:48:14] - Dzięki wielkie. Do usłyszenia. Proszę państwa. Myślę, że po tych przeżyciach związanych z fantastyką naukową, przeżyciach dotyczących antologii SF, różnych, tych starych i tych całkiem nowych, teraz nie od rzeczy będzie wybrać się na film. Piotr Cielebiaś już czeka. A zatem zapraszam państwa bardzo serdecznie na kolejne wydanie „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:48:54] - Witam serdecznie.
[01:48:56] - Tak sobie myślę w tej chwili, że dzisiaj seans filmowy, o którym będziemy mówili, który będziemy wspominali, to jest seans stricte jeszcze kinowy. Sprawdzałeś ten film w momencie, kiedy nagrywamy dla państwa tę audycję. On w dalszym ciągu jest w kinach. Dobrze pamiętam?
[01:49:23] - Tak, jeszcze leci, jeszcze go można gdzieś znaleźć. I gdyby nie ten fakt, że od jakiegoś czasu poruszamy te nowości kinowe, to pewnie film „Nietokalana” nie trafiłby w ogóle do naszego programu. A w roli głównej wschodząca gwiazda Hollywoodu Sydney Sweeney. I nie wiem, jak by tu zacząć opowieść o tym filmie. A może od tego zacznę, że ostatnio mamy, w ostatnich latach powiedzmy, takie zatrzęsienie filmów osadzonych realiami w Kościele katolickim. Nawet kilka tych filmów żeśmy w ubiegłym roku omówili. Na przykład „Egzorcystę Papieża”, który dostał Złotą Malinę, na przykład „Egzorcyzmy siostry Ann”. Zresztą jakby nie patrzeć, przecież „Filmotekarium” to wystartowało właśnie od omówienia filmu około kościelnego, polskiej produkcji pod tytułem bodaj „Ostatnia wieczerza.” Ale te filmy związane z Kościołem, a jest ich sporo naprawdę, bo była „Zakonnica 2” i takie inne, których nie potrafię nazwać, ale które widziałem. A, „Siostra śmierć” jeszcze na przykład.
[01:50:31] - A nie jest tak, Piotrze, że w tej chwili, zdaje się, ma wyjść „Omen”, ten nowy i on też jest związany po części z klimatami, przynajmniej na początku, kościelnymi.
[01:50:43] - No właśnie i zobacz, to świadczy o czymś. One muszą budzić zainteresowanie. Gdyby nie było zapotrzebowania, to pewnie filmowcy by tak często po ten temat nie sięgali. A dlaczego sięgają? Nie wiem. Ktoś w Hollywoodzie uznał, że najwyraźniej, skoro się przejadły pewne schematy, skoro filmy o duchach, o nawiedzeniach, o egzorcyzmach już nie straszą, to może warto poruszyć temat instytucji starej, mrocznej, cieszącej się ostatnio nie najlepszą prasą, czyli Kościoła katolickiego. I tutaj w te buty wchodzi nam amerykański reżyser Michael Mohan, człowiek o dość skromnym dorobku, ale zaczyna z przytupem. Zaczyna, że użyję takiego sformułowania ze świata skoków narciarskich, z wyższej belki. On chce w swoim założeniu zszokować świat. Chce zawrzeć w swoim filmie wątki z różnych dzieł, które były legendarne, które stały się legendami kina.
Chce pokazać rzeczy, których dotąd na ekranie nie było. Chce złamać schematy. Czy mu się udaje? Ocenicie na pewno sami, ale moja opinia jest taka. Albo zanim przejdziemy do mojej opinii, to Marku oddam ci głos i może byśmy powiedzieli w trzech słowach, co się w tym filmie w ogóle dzieje, bo napomniałeś o tym początku, który był obiecujący. Co cię tam urzekło?
[01:52:19] - Taka prosta filmowa historia, która w dodatku, żeby tak troszeczkę sobie zaprzeczyć, bo nie ma nic fajniejszego niż coś powiedzieć, a później samemu sobie zaprzeczyć. Więc ona jest fajna, taka filmowa, ale z drugiej strony wydała mi się mało prawdopodobna. O co chodzi? Z dalekiej Ameryki przybywa do Europy młoda zakonnica. Ona ma swoją przeszłość. Kiedyś została cudownie ocalona i przybywa do Europy, żeby tutaj osiąść w klasztorze i oddawać się praktykom religijnym. To ma jakiś swój klimacik, chociaż powiedziałem, że sam sobie zaprzeczę. Zacząłem się zastanawiać, na ile to jest częste zjawisko, że zakonnica ze Stanów Zjednoczonych przyjeżdża do Europy, żeby osiąść w klasztorze. To mi się jednak wydało dosyć egzotyczne, ale może się nie znam. Fakt, że jakieś życie klasztorne jest mi dosyć mało znane, odległe od tego, co na co dzień przeżywam.
W związku z tym mogę się mylić, ale tu gdzieś miałem takie poczucie, że jakoś tak okej. I ona przybywa do tego klasztoru i wiemy jedno, że z jednej strony niby ją tam witają w sposób taki miły, ale bardzo oficjalny, a z drugiej strony gdzieś wieje chłodem. Ona bardzo szybko się o tym przekonuje. A później, proszę państwa, zrobię przeskok. Okazuje się nagle, że tam różne gremia zakonno-kościelne się zbierają, zadają jej dziwne pytania, bo też jej stan, nazwijmy to, zdrowia się jakoś tak dziwnie zaczyna zachowywać. Nie wiem, czy stan się może zachowywać. Nieważne. Czasami człowiek musi sobie pobredzić. W każdym razie ona wykazuje objawy bardzo dziwne. I w końcu pada pytanie, takie bardzo zadane wprost, czy ona w ostatnim czasie miała jakieś kontakty seksualne.
I bardzo szybko się widz orientuje, zanim to pada jeszcze na ekranie, że, jakby to powiedzieć, zakonnica zaciążyła. Ale ona mocno oświadcza, że absolutnie nic z tych rzeczy, żadnych takich. Absolutnie nie. I ja znowu przesadzę, ale mamy wrażenie, jakby się to towarzystwo lekuchno ucieszyło. Nie wiem, czy coś dalej jeszcze mówić, bo im dalej będziemy brnęli, to zaczniemy ten film mocno opowiadać i nie wiem, ile jeszcze można. Ale towarzystwo się cieszy i mamy takie wrażenie, że oni czekali. A później zaczynają pojawiać momenty, w której ta siostra zostaje zaatakowana przez inną siostrę zakonną, która też, odnosimy wrażenie, jakby też chciała, ale nie została. Gdzieś mamy takie poczucie, że tak jak mamy do czynienia z poczęciem bez udziału mężczyzny, to historia jakby się powtarzała. To są oczywiste wnioski. Tam to nie musi jakoś specjalnie wybrzmiewać czy nie musi być widać z tego ekranu.
To się samo nasuwa, bo się ma samo nasuwać. Mam wrażenie, że to jest jednak trochę topornie zrobione. Nie wiem, jakie, Piotrze, twoje wrażenia, ale trochę topornie to wszystko jest podane. I otóż, proszę państwa, mamy zakonnicę w ciąży i cały klasztor się cieszy, że ona w ciąży jest. Może nie wyraża tego powszechnym entuzjazmem, ale w gruncie rzeczy to i siostry zakonne, i hierarchowie kościelni widać, że są po prostu- Uchachani, a w każdym razie szczęśliwi.
[01:56:31] - Tak. Tutaj powiedziałeś, czy stan się może zachowywać i tutaj będzie suchar: może się zachowywać stan, jeżeli to jest na przykład stan Borys. Ha, ha, ha. Ale ten żart był tak suchy jak ten film. Ta siostra Cecylia się dowiaduje, że jest brzemienna, ale potem to już jest festiwal absurdu i zostaje wyniesiona na ołtarz, bo tak to można powiedzieć. Ale się zaczyna buntować, bo tam coś jest nie tak. I tak się buntuje, a już popłynę, że puszcza ten konwent prawie z dymem. Sorry za spoiler, ale kluczowe sceny się rozgrywają nieco wcześniej, kiedy przełożona pokazuje jej taką relikwię specjalną, która jest przechowywana w tym klasztorze. Bo w ogóle dodajmy, że ona tam przyjeżdża nie do kontemplacji, tylko do roboty, bo to jest klasztor, który jest jednocześnie domem opieki dla starszych, niepełnosprawnych zakonnic. Ona ogląda podczas swojej — jak to się mówi?
— podczas składania tej przysięgi, zapomniałem niestety. Ogląda tą relikwię i to się wszystko toczy. Dowiadujemy się też, że działa tam tajne sprzysiężenie, którego celem jest — no jak już popłynęliśmy tak daleko, to popłyńmy dalej, ponieważ jest to zły film, to myślę, że możemy — wyhodowanie, wykreowanie, sklonowanie Zbawiciela. I tutaj już ukisnąłem, Marku, naprawdę.
[01:58:02] - No tak, a jeszcze wcześniej były nieudane próby.
[01:58:06] - Tak, to widzimy dosłownie. I ukisnąłem, i sobie zadałem pytanie: już wyście tam w tej Ameryce nie mogli naprawdę wymyśleć nic innego? Wszystko jest podane na łopacie, wszystko jest wyciosane siekierą. W ogóle tak, okazuje się jeszcze, że tam są postaci poboczne, które są bardzo ważne i w to sprzysiężenie mające na celu wyhodowanie nowego Mesjasza wplątani są księża, biskup, lekarz i oczywiście matka przełożona. Co się dzieje dalej, albo w międzyczasie co się dzieje, bo co się dzieje dalej to wiecie, nie będziemy wam zdradzać i chyba psuć zabawy, chociaż tam nie ma żadnej zabawy. To jest taki film, który nawet się go nie chce pamiętać. Ale przejdźmy może, Marku, do naszych takich tradycyjnych plusów, minusów albo punktów zaczepienia, jak to nazwałem. Może-
[01:59:06] - Jeszcze chwilka, tylko jedną rzecz muszę powiedzieć, bo inaczej się rozpęknę, bo jak topornie zrobiony jest ten film, to podam państwu przykład. Zaraz na początku filmu dowiadujemy się, że pod klasztorem są katakumby, ale wejścia do nich nie ma i nie ma i nie będzie i w ogóle nie. No to ta strzelba zawieszona w pierwszym akcie, zgodnie z rozkładem, wypala w akcie ostatnim. Otóż do katakumb się da wejść. Straszno jest? Bardziej śmieszno jest tam niż straszno w tych katakumbach. One są takie mało groźne, ale bohaterka się boi, miota się po tych katakumbach. To zaraz pod koniec filmu jest, więc co będzie dalej, to już państwu nie powiem, bo zakończenie jest oczywiście mocne. Takie mocne, proszę państwa, jeszcze takiego zakończenia nie było. No i faktycznie chyba nie było.
Ale uwierzcie mi państwo, to, że nie było takiego zakończenia, to nie znaczy, że jest to zakończenie dobre. To teraz już, Piotrze, przejdźmy do tego, co zainicjowałeś.
[02:00:26] - Tak, przejdźmy do tych naszych tradycyjnych wątków, plusów, minusów. Pierwszy jest taki ode mnie, że to jest strasznie sztampowo-kliszowy film. Zamiast jakichś nowości, to mamy szereg komunałów i scen, które na bank widzieliście w innych filmach, horrorach gatunku kościelnego, tak go nazwałem. Czyli tak: mroczny klasztor mamy, pokręcone zakonnice ześwirowane, surową matkę przełożoną, księża, którzy się tam w ogóle kręcą około tego zakonu, jakby tam mieszkali. Jest biskup, który nie wygląda w ogóle jak biskup. Jest w tym klasztorze też zbuntowana zakonnica, taka, która pali papierosy i która jest przyjaciółką głównej bohaterki. No i oczywiście jest wielka tajemnica zakonu. Czyli "Niepokalana", jakby nie było, nie wyróżnia się niczym absolutnie na tle innych filmów. Oczywiście jednak muszę to powiedzieć, były filmy dużo gorsze i głupsze, na przykład "Zakonnica" czy "Egzorcysta papieża". "Zakonnica 2" była szczególnie głupia, ale "Niepokalana" wcale nie stoi klasę wyżej.
Ten film jest tylko trochę lepszy dlatego, że jest lepiej nakręcony, trochę lepiej obsadzony, ale on po prostu takiego kopa nam daje w pewnym momencie, o którym zresztą wspomniałeś. Mówię o tych nieudanych próbach, że nie chce się oglądać, a już na końcu mamy tą scenę mocną i tą mocną scenę rozpoczyna darcie, krzyk głównej bohaterki, która się drze. Można krzyczeć Marku, ale ona to robi przez dobrych kilkanaście sekund.
[02:02:08] - Tak sobie westchnąłem, bo proszę państwa, żeby nie powstał fałszywy obraz. Ja rozumiem, że Kościół katolicki to jest instytucja, do której można mieć sporo zastrzeżeń, tak to powiem delikatnie, żeby nikt się nie poczuł dotknięty. A że można mieć do niej sporo zastrzeżeń, że ona bywa czasami dziwna i to znowu jest niedopowiedzenie, że tam nie wszystko styka i nie wszystko jest correct, i tak dalej. To wszystko rozumiem. Co więcej, nie wydaje mi się to specjalnie dziwne, że ludzie to zauważają. Ale istnieje jednak pewna różnica, proszę państwa, w takiej świadomości, że wiemy o tym, jakie mroczne tajemnice albo też mroczne historie kryją się za historią Kościoła. To jest jedno, ale różnica polega na tym, że z tego filmu wynika, że instytucja Kościoła jest patologiczna od góry do dołu i w każdym aspekcie, że tam nie ma właściwie ludzi normalnych. To chyba jednak nie tak. Chociażby nie chce mi się wierzyć, że w tym klasztorze nie było żadnej zakonnicy, która byłaby tam w dobrej wierze po to, żeby tam być, po to, żeby opiekować się chociażby tymi starymi, umierającymi zakonnicami. Z tego filmu zaczyna w pewnym momencie wynikać, że w tym klasztorze, a pewno i w całym Kościele, tym instytucjonalnym Kościele oczywiście, nie ma ludzi dobrych.
Wszyscy są uwikłani, umoczeni i w ogóle to jest mafia prawie że. I ja wiem, że tego rodzaju opowieści, powieści czy też takie skróty myślowe są obecne w społeczeństwie. I temu też się nie dziwię. To nie chodzi o to. Tylko jak film zaczyna być jednowymiarowy, czyli są czarni i są biali, jest dobro i jest zło. Właściwie samo zło jest. Jest tylko jedna dobra prześladowana zakonnica, główna bohaterka, którą ten Kościół instytucjonalny, powtórzę, obłapia i zmusza, zabiera jej wolność i w dodatku jeszcze przymusza do czegoś, czego ona nie tyle nie chce, co ma wątpliwości i tak dalej. Pandemonium, proszę państwa. I to mi się wydaje głupie, bo te najbardziej udane filmy w historii zawsze operowały półcieniem. To znaczy, że nic nie jest do końca dobre i nic nie jest do końca złe, że jednak w ludzkiej naturze leży coś takiego, że ci bardzo dobrzy na ogół mają swoją mroczną stronę i odwrotnie: najgorsi, najbardziej zdegenerowani ludzie, w nich jest czasami jakiś błysk, jakieś światło.
Jeśli nawet państwo w to nie wierzycie, bo czasami życie nam pokazuje, że trudno w to uwierzyć, z tym się też zgadzam, to dobrze. Jeśli tak nawet w życiu do końca nie jest, to film się rządzi swoimi prawami. Im mocniej wybrzmiewają te obrazy, w których uwzględniono, że jest strefa szarości, światłocień, że to, co powiedziałem na początku, jest dobro, zło i rzadko kto ktoś bywa jednowymiarowy: albo jasny, albo ciemny. Tymczasem tu dostajemy obraz mroku i tej ciemności przeciwstawia się główna bohaterka. Wiecie państwo, ja tego nie kupuję po prostu.
[02:06:21] - Tak. Mamy taką sytuację, że są ludzie, którzy wydają się bardzo pozytywnie do niej nastawieni, bardzo dobrze i tak dalej. Tylko że widz od początku wie, że coś jest nie tak. Nie powinno tak być, prawda? Czyli jak chcesz dodać do filmu trochę emocji, to nie przybierzesz od razu jakiegoś czarnego charakteru w opaskę na oczy czy pasiak więzienny. Tak to niestety wygląda w tej „Niepokalanej”. Zresztą ten film jest pełen takich scen, które są w ogóle wyrwane z kontekstu. Widać, że reżyser zajmował się czymś takim po raz pierwszy. Ale jest coś gorszego. Ten film nie buduje klimatu.
Bo nawet jakby był nieudany czy był po prostu głupi, mógłby tym nadrobić. Jest wyczuwalny ciężar tego miejsca, ciężar tych murów. Ale to miejsce nie straszy. Ono ani nie jest ładne, ani nie jest mroczne, ani się tam za bardzo nie chce przebywać. Takie dziwne wrażenie miałem w tym filmie, że pokazany nam jest klasztor, który formalnie jest ogromny, bo tam jest mnóstwo ludzi, ale widzimy wizualnie tylko niektóre przestrzenie i on się rozgrywa w zasadzie w kilku pokojach. To jest takie trochę klaustrofobiczne i dla mnie to było absolutnie nie do przyjęcia, muszę powiedzieć. To miało być mroczne, miało być gotyckie. Z drugiej strony jest cholernie nijakie, straszne po prostu. Ta nijakość w ogóle nam towarzyszy przez cały film. Powiem ci, że ja bym był na siebie wściekły, gdybym poszedł na to do kina.
To jest strata pieniędzy. To się nie mieści w głowie, że coś takiego nie trafia na jakiś tam stream do internetu, tylko leci do kin prosto. Sorry, ale to jest naprawdę słabe. Przeciętne to jest za dużo powiedziane. Oczywiście można by ten film jeszcze czymś wzbogacić, ale to już by przechodziło skalą głupoty egzorcyzmy siostry Ann. Zresztą powiem ci też tak: sięgając po te kościelne tajemnice, bo ja naprawdę oglądałem wiele tego typu filmów w ostatnich dwóch latach, to twórcy tych horrorów mają do wyboru niewiele scenariuszów. Albo tam gdzieś wplątać diabła, szatana, albo duchy, albo właśnie majstrowanie przy klonowaniu Jezusa. Sama historia głównej bohaterki przedstawiona na początku też w ogóle jest jakaś dziwna. Otrzymujemy odpowiedź, ale ona jest nieprzekonująca. Dlaczego ona została wybrana na nową Matkę Boską?
I zamiast szokować, to ten film jest żenujący i śmieszny przez patos, przez brak realizmu. I stąd chyba ta ostatnia scena inspirowana „Dzieckiem Rosemary”. Tak mi się wydaje.
[02:09:27] - Ja nie wiem, czy „Dzieckiem Rosemary”, bo to jednak inaczej tam się odbywało w „Dziecku Rosemary”. Dobrze, jakieś podobieństwo może. Ale powiem tak: mnie najbardziej w tym filmie przeszkadza to, o czym już mówiłem. Aż tam się chce zacytować Gogola. W „Martwych duszach” jest taki fragment, który idealnie pasuje do tego filmu. Jeden tam tylko porządny człowiek, prokurator, ale i ten prawdę mówiąc świnia. I tu wszyscy są świniami. Po prostu poza główną bohaterką wszyscy są naprawdę umoczeni. Nawet jak się uśmiechają albo są mili, tak jak Piotr powiedział, to w gruncie rzeczy mają w tym jakiś interes. Knują, to podłe świnie i tak dalej.
I proszę państwa, ja już to mówiłem, ale ja nawet rozumiem, że Kościół zbiera żniwo tego, co przez długi czas robił. W tej chwili odbiła wajcha i niestety to nie jest dobra prasa w tej chwili. Natomiast nie można przesadzać. Mamy do czynienia w końcu z dziełem filmowym i nie chodzi o to, żeby dowalić Kościołowi. Od tego są inne, nazwijmy to, instytucje. Da się to zrobić za pośrednictwem prasy, w innych mediach i tak dalej. Tu mamy do czynienia, przynajmniej teoretycznie, z dziełem sztuki. Przepraszam państwa, ale się prawie zakrztusiłem z własnego powiedzenia. Koło dzieła sztuki to tu nie stało, ale teoretycznie film przecież dziełem sztuki jakimś mógłby być. Więc nie, proszę państwa, mamy do czynienia w tym filmie z nachalną propagandą.
I mnie nawet nie chodzi o wydźwięk tej propagandy, tylko znowu to przestaje pełnić rolę może nie dzieła sztuki, ale sztuki w ogóle. Jeżeli mamy jednowymiarowe postacie i właściwie całą bandę postaci jednowymiarowych, z których tam jeden człowiek porządny, a on, prawdę mówiąc, świnia, to nie da się zrobić. I jest ta główna bohaterka. I wiecie państwo, to jeszcze tak wygląda, że jest główna bohaterka, która jest dobra, a w każdym razie zabierają jej wolność i ona walczy o tę swoją wolność. Wypisz, wymaluj sytuacja we współczesnym świecie. Zabierają nam wolność, to walczymy o tę wolność. I mamy ostatnią scenę. I to pasuje żywcem do tego Gogola, że tylko jeden człowiek porządny, a prawdę mówiąc, to i on świnia. I się okazuje, że ta główna bohaterka, prawdę mówiąc, też świnia. Chociaż ona w dobrej wierze.
Sam nie wiem. Widzicie państwo, kpię w tej chwili, ale chyba na nic innego mnie nie stać, jeśli chodzi o ten film, bo tak jak Piotr powiedział, z jednej strony stracone pieniądze, jeśli ktoś pójdzie na to do kina. Ale ja wiem, chodzi przede wszystkim o to, że głupotę bądź mądrość filmu, to chyba za duże słowa, ale mierzy się właśnie w ten sposób, czy bohaterowie, czy ta sytuacja jest w jakiś sposób realistyczna. Paradoks. Horror, film science fiction czy jakieś inne takie obrazy, które fantastyką się posługują. Mówienie o realizmie to się wydaje sprzeczne. Nie, proszę państwa, nie. Horrory z duchami, z diabłami czy z czymkolwiek innym mogą być realistyczne pod względem psychologicznym. Ja nie jestem wielkim psychologiem ani nie znam się na tym aż tak bardzo, ale jako osoba coś tam pisząca w życiu jestem uczulony jednak na pewną wiarygodność. To nie musi być tak, że ta postać musi być taka wycięta ze spiżu albo że musi być logiczna.
Nie, człowiek nie jest logiczny. W życiu nie jesteśmy logiczni. Czasami zaprzeczamy samym sobie. Czasami postępujemy jednego dnia inaczej i drugiego dnia inaczej. To za bardzo nie świadczy o naszej logiczności. Niemniej jednak jesteśmy jakąś jednością, czymś spójnym, jakimś tworem, który porusza się po tym świecie w sposób taki, że da się nas określić jako jednostkę, że ma takie i takie albo jeszcze inne cechy. Tymczasem my dostajemy paradę postaci. Wszystkie są jednowymiarowe, a prawdę mówiąc główna bohaterka, która wydaje się, że walczy o wolność. Końcowa scena zdaje się temu zaprzeczać, chociaż z drugiej strony może ona walczy o naszą wolność. Sam już nie wiem.
Sam się zaczynam gubić we własnych domysłach i ktoś powie: „To dobrze. To znaczy, że film wielowymiarowy”. Nie, proszę państwa, to tak naprawdę, co zaprezentowałem w tej chwili, to jest raczej śledzenie niekonsekwencji tego filmu i pewnych takich dziwnych przepoczwarzeń i dziwnych zawijasów, które ten film kręci bez entuzjazmu.
[02:14:55] - Jeszcze tylko odniosę się do tego, co mówiłeś o wiarygodności, o realizmie tego filmu, bo tam nie ma tak naprawdę mocno wyeksponowanych sił paranormalnych. Są pewne wierzenia i są pewne próby, które się mogą wydawać fantastyczne próby naukowe. I tutaj właśnie jest pies pogrzebany, że to nie jest tak, jakby jakaś magia się tam odbywała. To jest czysto hollywoodzki zabieg. Dlatego ten film mi się nie podoba. Można było temu nadać jakieś rysy realizmu, że porywamy dziewczynę ze Stanów i robimy tam niecny eksperyment, który ma jeszcze niecniejsze rzeczy uczynić na świecie, a dostajemy historyjkę, która jest okropna. Po prostu jest okropna, nudna, niesmaczna, płaska. W ogóle mam takie wrażenie, że oni tam w Ameryce sięgając po tajemnice Kościoła, to mają chyba wrażenie, jako w większości protestanci, że jest to jakaś strasznie tajemnicza instytucja. A to, jak oni pokazują Kościół i mamy dowód tego nie tylko w filmie, o którym dzisiaj mówimy, ale też w „Egzorcyście papieża” przede wszystkim i w „Zakonnicy 2. W egzorcyzmach siostry Ann” były jeszcze dwa filmy, z których jeden był szczególnie głupi, ale nie mogę sobie przypomnieć tytułu.
Oni przedstawiają ten Kościół w sposób przerysowany. Tam jest wszystko dziwne, głupie. To nie jest Kościół, jaki my znamy z takiego życia codziennego. To jest przejaskrawione, takie nienaturalne, co sprawia wrażenie, że oni nie wiedzą, o czym te filmy w ogóle kręcą. Mają do czynienia z jakąś instytucją, która pewnie dla takiego sztandarowego człowieka z Hollywoodu jest tak tajemnicza jak świat Pokemonów. Nie da się tego inaczej określić. Ale jak powiedziałem, jeżeli chcecie iść na ten film do kina, to lepiej wpłaćcie donejta na Filmotekarium, bo nie warto. Nawet tego nie warto oglądać, jak będzie w jakimś streamie. Ja tylko powiem jedno jeszcze na koniec. Aktorka grająca główną rolę, Sydney Sweeney, to jest, że tak powiem, wschodząca gwiazda Hollywood.
Jeżeli ktoś ją zna, to wie dlaczego. Ona dodatkowo ubarwiała tą rolę, a przynajmniej miała ubarwiać, co jest widoczne w scenach, kiedy one biorą kąpiel w tych mokrych halkach. I to chyba miało dodatkowo działać jako taki czynnik obrazoburczy. W rzeczywistości to nawet nie stało koło „Matki Anny” Danielu, ani innych filmów, które miały oburzać. Ale na obronę tej aktorki, bo niektórzy mogą powiedzieć, że ona ma atuty zupełnie inne niż gra. Dobra, tutaj pominę to, bo to jest może niezbyt eleganckie, ale powiem tak: ona się pojawiła w bardzo ciekawym horrorze, który nigdy nie był omawiany w naszym programie. Jeżeli chcecie już coś obejrzeć z Sydney Sweeney, to jest film „Nocturne” sprzed paru lat. Ona była jeszcze wtedy mniej znana. Jest na tym filmie o wiele młodsza. Natomiast polecam ten film.
Polecam „Nocturne” zamiast „Niepokalanej”. Na pewno będziecie się, może nie lepiej bawić, bo to też nie jest jakieś wielkie dzieło, ale będziecie się bardziej zastanawiać, co się na tym ekranie dzieje. Bo w „Niepokalanej” macie wszystko praktycznie na samym początku już wyłożone jak na tacy.
[02:18:46] - Ale wiesz Piotrze co? Ja muszę jeszcze coś powiedzieć, bo z tak zwanych innych źródeł dowiedziałem się, że główna aktorka, o której mówiłeś, bardzo chciała w tym filmie zagrać. Co więcej, ona partycypowała i tak dalej. Ona przez długi czas nie mogła znaleźć reżysera, wszystkich tych rzeczy techniczno-finansowych dla sfinansowania tej produkcji i cały czas parła do tego, żeby zagrać w tym filmie i żeby ten film w ogóle powstał. Ona była tym filmem wręcz zafascynowana i ja się zastanawiam, co musi siedzieć w głowie aktorki, która chce zagrać w takim filmie, bo uważa, że to jest arcydzieło, że to po prostu podniesie jej karierę, wywali w kosmos i w ogóle sprawi, że to wszystko się zmieni w jej życiu. Co musi być w tej głowie, żeby tak przeć do tego filmu, żeby on powstał? Bo ja nie widzę sensu, żeby ten film powstał. Świat nie byłby inny bez tego filmu. Ani piękniejszy, ani brzydszy. Ten film nie ma, moim zdaniem, żadnego znaczenia.
Powstał, bo powstał. Tylko dlaczego my go mamy oglądać? Chyba już bardziej wredny nie mogę być w tej chwili, ale robię to z pełną świadomością, bo proszę państwa, to nasze Filmotekarium ma czasami ocenić pozytywnie, czasami negatywnie, ale myślę, że jest jeszcze jedna rola. Czasami ma państwa przestrzec, żebyście się nawet z kijem nie zbliżali do takiego filmu, nawet przednim prawym kołem samochodu nie najeżdżali na ten film. Po prostu nie ma sensu. I wierzcie mi państwo, darujcie sobie. Ja to mówię tylko w swoim imieniu. Darujcie sobie państwo ten film. Absolutnie sobie go darujcie. Myśmy go obejrzeli za państwa i wystarczy.
[02:21:05] - Ja tylko dodam, że nie mówimy tak źle o tym filmie z tego powodu, że on jest obrazoburczy, że on uderza w Kościół. Nie.
[02:21:13] - Nie, absolutnie nie.
[02:21:14] - On jest po prostu zły. I gdyby tą historię pokazano inaczej, to też by było dobrze. Byłoby fajnie. Chętnie bym to zobaczył. Tylko to jest po prostu marnotrawstwo w przypadku wielu innych filmów. Po co tyle pieniędzy na to wydają? Po co idą pieniądze na wiele innych filmów, o których wkrótce powiemy.
[02:21:43] - Tak. To tyle o przeżyciach horrorowych. Myślę, że teraz zaserwujemy sobie recenzarium Ewiwy. Proszę państwa... Dzisiaj państwu nic nie powiem. Niech powie sama Luiza Eviva Dobrzyńska. Zapraszam.
[02:22:31] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Od razu powiem jedno: nie jestem miłośniczką Stephena Kinga. Powód tego jest w zasadzie dość banalny. King specjalizuje się w książkach, których objętość mocno przekracza średnią, a ja nie przepadam za tak zwanymi cegłami. Poza tym te parę razy, kiedy próbowałam czytać jego książki, zauważyłam, że ta objętość jest pompowana sztucznie. Innymi słowy, leje się tam za dużo wody. Poza tym ogólnie styl Kinga do mnie nie przemawia. Istnieją jednak pewne wyjątki. Zdarzyło mi się bowiem czytać jego książki i znaleźć je całkiem interesującymi, jak na przykład „Cmentarz dla zwierzaków”. Dzisiaj jednak chciałabym się skupić na jednej.
Jest to książka o niewielkiej jak na Kinga objętości i nazywa się „Chudszy”. Tak, powieść sfilmowana i bardzo popularna, chociaż nie tak jak inne. Szkoda, bo ta akurat jest ciekawa. Naprawdę ciekawa i nie zawiera zbędnych fragmentów. Bohaterem powieści jest wzięty adwokat, zmagający się z poważną nadwagą, Millian Halleck. Znany jest z tego, że w zasadzie wygrywa każdą sprawę, którą weźmie w ręce, w czym pomaga mu kumplowanie się z sędziami oraz znajomości w policji. Jest to człowiek, który zbytnio przejmuje się skrupułami. Jeżeli może naciągnąć prawdę, to ją naciągnie. Jeżeli może coś wykorzystać, to wykorzysta, niezależnie od tego, czy to jest obiektywnie rzecz biorąc moralne czy nie. Jest po prostu adwokat.
Któregoś dnia, jadąc z żoną samochodem, oboje ulegają, jakby to powiedzieć, nastrojowi chwili. Przechodzą do figli, które w żadnym wypadku nie powinny się odbywać za kierownicą jadącego samochodu. Efekt jest taki, że pan adwokat potrąca śmiertelnie starą Cygankę. Ponieważ, jak już wcześniej powiedziałam, ma znajomości w wymiarze sprawiedliwości i wśród policji, udaje mu się uzyskać wyrok uniewinniający. Odpowiednie służby udowadniają, że w żaden sposób nie mógł widzieć swojej ofiary. Jak było naprawdę? Wie Halleck, wie jego żona i wie też jeszcze jedna osoba. Stary Cygan, ojciec ofiary. Kiedy Halleck wychodzi z sądu, tenże Cygan podchodzi do niego, dotyka go i wypowiada jedno słowo: „Chudnij”. Oczywiście adwokat nie przywiązuje do tego żadnej wagi.
Wkrótce jednak okazuje się, że rzeczywiście zaczyna chudnąć, co początkowo ogromnie go cieszy. Nie mija jednak wiele czasu, kiedy orientuje się, że to chudnięcie, jako niemające nic wspólnego z dietą, sportem ani z czymkolwiek, jest jakieś dziwne, a może okazać się groźne. Początkowo szuka ratunku u lekarzy. Później orientuje się, że jego stan jest wynikiem klątwy i że chudnięcie nie zakończy się wcześniej, aż umrze. Przerażony tą przerażającą perspektywą udaje się po pomoc do jednego ze swoich dawnych klientów. Gangstera. Tak, tak to z grubsza wygląda. King zawarł w tej powieści kilka rzeczy. Przede wszystkim ostrzeżenie, że wszystko, co robimy, ma swoje konsekwencje i że te konsekwencje wcześniej czy później poniesiemy. Poza tym nakreślił bardzo dobrze obraz wymiaru sprawiedliwości jako cynicznego, skorumpowanego i przyjaznego wyłącznie dla swoich.
Skądś to znamy, prawda? Drugą stroną w jego książce są Cyganie. Cyganie z jednego konkretnego taboru. Pewnie dzisiaj by mu nie wydali tej książki w dobie poprawności politycznej, gdyż obraz Cyganów nakreślił bardzo brutalnie. Nie brak tam rzeczywiście stereotypów. U Kinga są to ludzie bardzo agresywni, podstępni, pozbawieni empatii i w zasadzie zamknięci w swoim kółku. Każdy spoza ich grona jest automatycznie ich wrogiem. Cóż, rozwój akcji powoduje, że mimo bezsprzecznej winy pana adwokata zaczynamy mu współczuć i raczej niechęć czytelnika obraca się przeciwko cygańskiemu królowi oraz jego rodzinie. Po prostu ich zajadłość staje się czymś nie mniej paskudnym niż fakt, że Halleck wywinął się od odpowiedzialności dzięki swoim znajomościom. I pieniądzom.
Owszem, jego postępek był niewybaczalny. Tyle tylko, że w zasadzie nie on był winien temu wypadkowi. Klątwa obróciła się na niego oraz na tych, co pomogli mu wywinąć się. Ale winny tak naprawdę jest zupełnie kto inny. Możemy wziąć pod uwagę to, że ta osoba na koniec prawdopodobnie, ponieważ inaczej niż w filmie, książka pewne rzeczy zostawia niedopowiedziane, ale możemy się domyślać, że ta osoba dostała niejako za swoje. Tyle tylko, że nie tylko ona. Albowiem wszelkie klątwy mają to do siebie, że bardzo łatwo oberwać przy tym osobom postronnym. Cygańskiego króla to nie obchodziło. Ten stary człowiek, sam śmiertelnie chory, w ogóle nie przejmował się tym, że może ktoś niewinny ucierpieć. To go zupełnie nie interesowało.
Dla niego zresztą każdy, kto nie jest Cyganem, musi być winny. To taki swoisty rasizm, który obserwujemy u wielu grup etnicznych. Jest on niejako uwarunkowany historią, ale kompletnie nielogiczny i nie powinien być tak łatwo tolerowany. Chódzczy to książka, która pokazuje, jak łatwo ze sprawcy nieszczęścia można stać się ofiarą, jeżeli poszkodowani zaczynają się mścić i przebierają miarę. W zasadzie można powiedzieć, że dość niesympatyczny na początku adwokat staje się w książce najmniej niemiłą osobą. Bo w końcu kogo my tam nie mamy? Żonę zdradzającą męża, przyjaciela męża, który bez skrupułów uwodzi mu żonę, uzależnionego od kokainy lekarza. No i na koniec samych Cyganów, którzy przepełnieni są nienawiścią do wszystkiego, co niecygańskie. Można powiedzieć, że śmierć tej nieszczęsnej kobiety, którą adwokat potrąca, stała się katalizatorem. Ale to nie tylko o to chodzi.
Po prostu przepełniająca członków taboru agresja oraz ogólnie ich zły charakter jest tak uwydatniony, że nie sposób żywić do nich jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Zastanawiam się, czy King specjalnie to w ten sposób napisał, ponieważ po prostu nie znosi Cyganów, czy też wyszło mu to przypadkiem. Sądzę jednak, że jeżeliby przeczytali tę książkę, poczuliby się mocno urażeni. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do sięgnięcia po "Chódczego" i zastanowienia się trochę nad tą lekturą, ponieważ poza wszystkim ona pokazuje też całkowitą bezcelowość zemsty, jak dalece jest ona absurdalna i nieprzynosząca nikomu nic dobrego. Wiem, że to brzmi trywialnie, ale tak właśnie jest. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:30:19] - Jak Państwo doskonale wiecie, po „Filmotekarium” Piotr Cielebiaś nie oddala się zbytnio, ponieważ zawsze serwujemy Państwu jeszcze dodatek. Raz to jest sentymentalnik, raz tak zwana małpa. Dzisiaj w tej serii o książkach z pogranicza będziemy mówić o książce legendzie. O książce, która ukazała się w latach 70. To jest książka Andrzeja Dunimirskiego „Przybysze z kosmosu. Rzeczywistość czy fantazja?” Zapraszam serdecznie na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem, ale przede wszystkim z książką Andrzeja Dunimirskiego. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[02:31:12] - Witam, witam, witam serdecznie.
[02:31:15] - No dzisiaj książka legenda. Trochę się boję, mówiąc szczerze, bo my tutaj w tej naszej audycji traktujemy książki dosyć ostro, powiedziałbym. A to jest książka legenda. Ona się ukazała w połowie lat 70. Ja mam w tej chwili przed sobą drugie jej wydanie z drugiej połowy lat 70. Ale już sam fakt, że w PRL-u miała dwa wydania tak blisko siebie ustawione, świadczy o tym, że cieszyła się ogromnym powodzeniem. I może PRL nie był tak bardzo ekonomicznie ustawiony, że jak się coś cieszyło powodzeniem, to należało to drukować, ale w tym wypadku był. To wydawnictwo Śląsk, wydawnictwo, które trochę takich rzeczy drukowało i wcześniej, i później. A mówimy dzisiaj o książce Andrzeja Dunimirskiego „Przybysze z kosmosu. Rzeczywistość czy fantazja?” Zanim cię Piotrze dopuszczę do głosu, no to oczywiście muszę zagadać temat, bo ja tę książkę dostałem od babci.
Miałem taki układ z babcią, ponieważ babcia mieszkała w Białymstoku, a ja mieszkałem w Bydgoszczy. Trochę nas kilometrów dzieliło. No to babcia obsyłała mnie paczkami z książkami, a ponieważ wiedziała, że lubię fantastykę naukową oraz te wszystkie rzeczy związane z tematyką kosmiczną, ufologiczną i tak dalej, no to takie książki mi do tych paczek wkładała i ja później byłem całkiem zadowolony. I pamiętam, otworzyłem paczkę i tu wyskoczyła na mnie książka. Pierwsze wydanie, takie czerwone z symbolami ludów Ameryki, bodajże Południowej. Na drugim wydaniu jest z kolei japońska figura. Nieważne. Wyskoczyła na mnie ta książka i ja ją- Za przeproszeniem zgoliłem w jedno popołudnie. To były takie dla mnie nowości. Więc się dzisiaj boję trochę tej naszej audycji, że legenda mi padnie.
[02:33:32] - Myślę, że na początku trzeba zaznaczyć to, że ta książka jest z roku 1976 i to sobie trzeba zachować w umyśle, bo my jej dzisiaj ocenić z naszej perspektywy nie ocenimy. Dlaczego? O tym za chwilę powiem. Ale wydaje mi się, że to będzie bardziej program o autorze, o dość zapomnianym autorze. Chciałoby się powiedzieć takim arystokracie wśród pisarzy, którzy się zajmowali tematyką nieznanego i to w sensie dosłownym, Marku, bo ten zmarły w 2013 roku Andrzej Donimirski z Buchwaldu herbu Brochwicz szczycił się właśnie takim pochodzeniem. I tutaj sobie wzdycham, bo tutaj hrabia, ale nie to, co inni. Ale kim był ten urodzony w Bydgoszczy autor? Bo się okazuje, że on w Bydgoszczy się urodził. Takie przynajmniej informacje znalazłem. Napisał on kilkaset artykułów prasowych, kilkanaście książek.
Wśród nich największą popularnością cieszyła się nie ta, o której dzisiaj rozmawiamy, ale prawdopodobnie „Reinkarnacja”. Też wznawiana kilkakrotnie. Były też książki „Zagadkowy świat”, „Umarłe miasta” i tak dalej. Niestety o Donimirskim próżno szukać jakichkolwiek informacji w internecie. Współpracował z Nieznanym Światem, to wiadomo, ale pisywał rzadko, nawet bardzo rzadko, ale miał kontakt z Markiem Rymuszko i pamiętam, że taki wywiad nawet był z Donimirskim. Ja tam jeszcze nie pracowałem wtedy, ale był wywiad z Donimirskim, a potem się okazało, że zmarł. Niestety nikt nie poinformował Nieznanego Świata o tym fakcie. Postanowiono odświeżyć trochę tą postać. Przypomniano ten wywiad, który Marek Rymuszko przeprowadził z Donimirskim w Krakowie, bo tam mieszkał pod koniec życia, ale mimo wszystko pamięć o nim się jakoś rozpłynęła, mimo że właśnie w latach 70. i 80.
był płodnym, oryginalnym i czytywanym autorem. Chociaż nie wiem, czy oryginalnym. O tym jeszcze będziemy mówić. I tenże Donimirski na początku drugiej połowy lat 70. wydaje książkę „Przybysze z kosmosu”, o której dzisiaj mówimy, czyli de facto kopiuje Dänikena trochę, ale na łamach pisma „Urania”, czyli postępy astronomii, Ludwik Zeidler, który oczywiście powinien się przejechać po takiej książce i powiedzieć, że to są jakieś pseudonaukowe głupoty, przyznaje co prawda, że mamy do czynienia w przypadku tej publikacji Donimirskiego z literaturą prawie fantastyczną, ale chwali autora, co ciekawe, za szerokie podejście do tematu, za myślenie nieszablonowe i za większy krytycyzm niż Däniken. Czyli to była taka naprawdę godna rekomendacja i myślę, że dużo nam mówi o tej książce. Natomiast ona jest nieco przykurzona i zapomniana. Na pewno Donimirski dzisiaj jest rzadziej wspominanym autorem niż Znicz-kawicki czy Mostowicz. Jest pytanie dlaczego? Jest to z jednej strony bardzo niesprawiedliwe, bo sam wspominasz, że to jest autor książki kultowej, ale dzisiaj nikt o nim praktycznie nie pamięta.
Dlaczego się tak stało twoim zdaniem?
[02:37:12] - Mam na ten temat teorię. À propos jeszcze tego nazwiska, które wymieniłeś. Ludwik Zeidler. On jest obficie w tej książce cytowany. To może dlatego tak potraktował tę książkę. Ja nie ukrywam, że nie oparłem się i mocno wczytałem się po wielu dziesięcioleciach ponownie w tę książkę. Znalazłem w tej książce potwierdzenie tego, o czym wspomniałeś. Przemknąłeś nad tym, ale coś w tym jest. Otóż Donimirski to nie jest oryginalna książka. To jest zbiór różnych ciekawostek ze świata podszytych Dänikenem i to ewidentnie widać.
Uporządkowane to jest oczywiście nieźle, ale widać w tej książce jeszcze jedną rzecz. Być może dlatego ta książka była troszkę pochwalona, w każdym razie nie była ganiona. Otóż autor spłaca tam swoisty dług. Może oficjalnej nauce, może marksizmowi, nie wiem czemu. Zostawcie państwo, bo zaraz pomyślicie, że mam obsesję marksizmu. Może trochę. W każdym razie o co mi chodzi? Otóż pisząc o różnych ciekawych rzeczach od Indii, Chin, Ameryki i tak dalej, o tych wszystkich śladach, czy to przybyszy z odległych czasów, czy też śladach tych bardzo współczesnych, pisząc o latających UFO, w każdym razie pisząc o tym wszystkim, jednocześnie pojawiają się tam długie fragmenty tekstów, w których on tłumaczy, dlaczego ci obcy przybyć tak naprawdę tu nie mogą. Tłumaczy, jak zbudowany jest wszechświat, jak te planety, jak te gwiazdy, jak to daleko, jakie to prędkości by trzeba osiągać i tak dalej. I to właściwie, jak się czyta te fragmenty, to one przeczą temu, co jest kilkanaście, kilkadziesiąt stron wcześniej, bo tam jest, że obcy prawie na pewno tu są, a tu z drugiej strony przecież być nie mogą, bo jest daleko i tak dalej.
I na to zwróciłem uwagę, że ta książka się rozpada na dwie części. To nie da się książki przełamać na pół. One są powtykane, te fragmenty, takie, nazwijmy je pseudosceptyczne, które mówią, jak wygląda wszechświat na przykład. I to dla mnie jest doskonały wręcz materiał, może nie badawczy, ale porównawczy do tego, jak postrzegano wtedy wszechświat. I wyobraźcie sobie państwo, w końcu lata 70. to nie są prawieki, to nie są ciemne wieki, to nie są lata, o których wszyscy zapomnieli. A jednak obraz wszechświata, ba, obraz Układu Słonecznego był zupełnie inny. A się tak wydaje, że to się nic nie zmieniało, że postęp nauki i te rzeczy. Otóż nie, proszę państwa, jak się sięgnie po książkę „Przybysze z kosmosu. Rzeczywistość czy fantazja?" widać, jak bardzo nauka zmieniła obraz wszechświata.
Jak nagle w tak zwanym międzyczasie pojawiła się ciemna materia, ciemna energia, o której on nie wspomina, bo wspominać nie było wtedy jeszcze o czym. Ale co więcej, pojawia się też w tej książce to według mnie nieznośne przekonanie świata naukowego, że wie wszystko. Otóż naukowcy w latach 70. również wiedzieli już wszystko i ślad tego w tej książce znajdujemy. Dlaczego naukowcy są sceptyczni? Tam to Niemirski pisze, dlaczego są sceptyczni. A że prędkość, którą osiągają statki kosmiczne, które leciały na Księżyc albo przynajmniej udawały, że tam lecą, to byłaby taka, że do najbliższej gwiazdy trzeba by lecieć 80 tysięcy lat na przykład. A to, a tamto, owamto. A że bardzo rzadko są planety rozmieszczone, bo to w ogóle jest rzadkość, a w ogóle trudność zobaczyć. My wiemy dzisiaj, że planety rozmieszczone wokół innych układów gwiezdnych wcale nie są rzadkością.
Wtedy o tym nie wiedziano, bo nie było możliwości technicznych, aby tego rodzaju odkrycia pojawiały się wtedy. Ale ta nieznośna pewność nauki, że już wie, że planet jest mało i w związku z tym, jak jest mało planet w wielkiej galaktyce, to w związku z tym życie jest rzadkością. A jak życie będzie oddalone od nas o tysiąc lat świetlnych, to już nie ma fizycznej możliwości, żebyśmy się z nim skontaktowali. Opisane są odległości, opisane są paradoksy związane z prędkościami prześwietlnymi. Jak to się czas zmienia, jak się tam to wszystko wydłuża, w zależności od perspektywy, z której patrzymy. Ale nic nie ma na przykład na temat tego, że można by jakoś przestrzeń zakrzywiać. Może jakieś przeskoki podprzestrzenne, nadprzestrzenne. Ja wiem, że to jest domena fantastyki naukowej i tu przeze mnie przemawia miłośnik fantastyki naukowej, ale dzisiaj zwrócę państwa uwagę na to, dzisiaj już fizycy wcale nie krzyczą i nie uciekają, kiedy mówi się im o tego rodzaju podróżach przez przestrzeń. A zatem fizyka już zaakceptowała taki myk, że może niekoniecznie musimy osiągać prędkość światła, żeby podróżować po kosmosie. I zamykając tę wypowiedź, chodzi o to, że ta książka poza tym, że pokazuje różne sprawy związane z UFO, związane z paleoastronautyką, ona pokazuje również w sposób bardzo popularny, ale stan wiedzy z lat 70., stan wiedzy dotyczącej przestrzeni kosmicznej wszechświata.
I to jest, proszę państwa, taka nauczka, że jak dzisiaj wam naukowcy mówią, że coś jest niemożliwe, to bardzo dobrze sięgnąć sobie po tę książkę, bo oni tam też mówili, że różne rzeczy są niemożliwe, które dzisiaj są całkiem poważnie rozpatrywane przez fizyków czy innych naukowców.
[02:44:16] - Tak, bardzo dobry komentarz to jest, bo przypominam jeszcze raz, to jest książka stara, natomiast my dzisiaj oceniamy ją tak, jak była przyjmowana w swoich czasach. Ja sięgnąłem po nią dość późno. Znalazłem ją gdzieś w antykwariacie, kupiłem za jakieś grosze. Pamiętam, to było chyba w liceum. Otworzyłem, przeczytałem to i owo. Oczywiście ona nie była zaskakująca, ale jednak było widać, że pisze to ktoś inteligentny, sprawnie posługujący się piórem. Nie jakiś tam ezo oszołom, że tak powiem. I chociaż ta zawartość, jak mówiłem, wcale nie była taka nowatorska, bo tam w większości były znane informacje albo już takie, które były lekko przeterminowane, to język i sposób podania akurat mnie się podobał. Albo takim białostocczyzmem polecę, bo tutaj wspominałeś Białystok, dla mnie się podobał. To się dało czytać.
Czytało się dobrze. W przeciwieństwie do ciężkiego Znicza, w przeciwieństwie do trochę ciężkiego Mostowicza, to się czytało dobrze, trzeba to powiedzieć. I powiem ci, że nie dziwię się tym, którzy po Niemirskiego sięgali, ale dziwię się niezmiernie, czemu on został jako autor niemal zapomniany. Bo jest to zastanawiające. Ta książka, o której dzisiaj mówimy, z dzisiejszego punktu widzenia jest dość przestarzała. Chociaż z tej perspektywy patrząc, o której powiedziałeś, że jeżeli chcemy się zapoznać z historycznym punktem widzenia, to ona oczywiście ma jakąś wartość i nie możemy jej odstawiać do lamusa, ale musimy pamiętać, kiedy powstała. Można się z niej, na podstawie tego dowiedzieć, dlaczego niektóre sprawy, niektóre tematy tak nas dzisiaj jeszcze fascynują. Natomiast jak ktoś po nią sięga dzisiaj albo zamierza sięgnąć, to trzeba to czytać bardzo uważnie, bo w wielu przypadkach, nie tylko odnośnie kosmosu, sporo się zmieniło. Donimorski nie tylko nie mówi o ciemnej materii czy energii, ale też pomija takie kwestie jak Göbekli Tepe, te wszystkie, które zmieniły sposób postrzegania historii. Chyba też nie za bardzo bierze pod uwagę wszystkie wątki odnośnie katastrofy tunguskiej, o UFO już nie mówiąc.
Także książka to taki typowy zlepek tajemni od inteligencji pozaziemskich, przez Atlantydę, Muu, Sumerów, Ezechiela i zagadkę UFO. Wszystko to jest zaprezentowane bardzo przekrojowo. Zdaniem niektórych, bo czytałem sobie opinie w internecie, co ciekawe, Marku, ta książka, w ogóle cała twórczość Donimirskiego jest mocno oceniana w internecie, na tych współczesnych portalach. To znaczy, że ktoś go czyta. Ale powracając do tej książki, o której dzisiaj mówimy, powiedziałbym, że to jest taki esej o tajemnicach historii. Ona jest dużo lepsza od książek, które się pojawiły w latach 90. i były takimi, pamiętasz takie publikacje, gdzie było kilkadziesiąt pozycji tematycznych i o każdym była krótka notka. Donimirski robi to dużo lepiej. Natomiast ja nie pokuszę się o jasną odpowiedź na pytanie, czy tę książkę polecam, bo chyba ciekawszym tematem niż ta książka jest autor. Zadałem ci to pytanie, dlaczego Donimirski został praktycznie zapomniany i nie jest tak często wspominany jak Znicz.
I chyba doszedłem do wniosku sam dlaczego. Bo ta prostota przekazu u Donimirskiego, ten publicystyczny styl i fakt, że on za często się nie odnosił do tematu UFO, jednak nie wchodził w to za głęboko, sprawiały, że po pierwsze miał dużą konkurencję nie tylko w postaci publicystów prasowych, ale i takich, którzy o bogach z kosmosu również pisali. Donimirski był poprawny stylistycznie, ale nie zmuszał do takich intelektualnych wygibasów, przynajmniej w taki sposób intensywny jak inni autorzy. Chociaż ci inni autorzy, jak Mostowicz, Znicz też mieli swoje mankamenty i może przez to on jest tym autorem zapomnianym, że to już nie jest publicystyka na nasze czasy. To była dobra publicystyka, kiedy nie było takich pozycji, kiedy się łaknęło wiedzy na ten temat. Był dobry autor, był sprawny pisarz. Cyk, powstała fajna książka i to był produkt na tamte czasy. Tylko ciągle nie mam odpowiedzi na pytanie, dlaczego o Donimirskim się nie pamięta, a ile razy mówiliśmy już o tym Zniczu całym, czy o Boruniu chociaż.
[02:49:19] - Piotrze, rzeczywiście ja może nie do końca odpowiedziałem na twoje pytanie. Skupiłem się bardziej na swojej fascynacji przeszłością i stanem wiedzy. Natomiast ja być może mam jedną z odpowiedzi. Otóż jak przejrzałem sobie dosyć dokładnie tę książkę ostatnio, mówiąc krótko prawie ją przeczytałem, to doszedłem do wniosku, że w tej książce nie ma nic nowego i nie było nic nowego wówczas. Tylko wówczas książki denikena na polskim rynku, ja dokładnie nie pamiętam, kiedy wyszła ta najważniejsza, a może pierwsza książka denikena o wspomnieniach, bo nie pamiętam, po prostu nie pamiętam daty. Natomiast to wszystko, co jest w książce Donimirskiego, to jest w innych książkach. Donimirski zebrał, na tym PRL-owskim rynku to był jednak rarytas, bo zebrał różne doniesienia, bo tak jak mówiłem od Chin, Indii, przez cały świat, przez Ameryki, przez Afrykę i wszystko wszędzie, różne takie ciekawostki. I nie bawił się tak jak Znicz w jakieś analizy, ściąganie, rozbebeszanie tematu. Nie. On po prostu zebrał pewne informacje, pewne doniesienia, pewne przypadki.
Te najważniejsze. Myślę, że je mocno przesiał, przeselekcjonował, wybrał te najbardziej hitowe. A to mamy tą płytę z Palenque, a to mamy te właśnie japońskie figurki, to mamy Amerykę Południową z jej różnymi tajemnicami. Są Olmekowie, te ich wielkie głowy i wszystko właściwie. Chiny są z tymi, nigdy nie wiem, jak się to wymawia, w każdym razie z tymi kolistymi płytkami i być może z przybyszami, którzy tutaj przymusowo się osiedlili. W każdym razie to jest i on to zebrał z wielu książek. Pewno brał denikena, ale nie tylko. I myślę, że wtedy to było świeże, nowe, bo tego nie było, a później ludzie zaczęli dostawać książki i to wszystko, co w latach 70. Donimorski przybliżał, znaleźli ci ludzie niejako szerzej omówione, bo Donimorski pisał rodzaj pracy bardzo popularnonaukowej, gdzie nawiązywał do pewnych sytuacji, opisywał je. Ale w innych książkach te przypadki bywają opisane bardziej szczegółowo.
Kiedy ma się wybrać tę bardziej szczegółową książkę, bardziej szczegółowe informacje, więcej tych informacji, to nie oszukujmy się, ludzie sięgną po te bardziej szczegółowe informacje, po te szerzej opisane przypadki. W związku z tym ta książka Donimirskiego siłą rzeczy była coraz bardziej spychana na margines, bo ona była książką w jakiś sposób odtwórczą, która powielała pewne informacje bez zaangażowania własnego, wkładu własnego. Ona po prostu sprawnie, jak powiedziałeś, bardzo sprawnie. Co więcej, z pewną narracją, to się po prostu ciekawie czyta, bo to jest podane nie jako suche fakty, jak to czasami bywa u Znicza, ale to jest podane w taki sposób, że się czyta. Czyli mamy pewną narrację, za którą podążamy. I to jest wielka zasługa Donimirskiego, ale wrócę do przerwanej myśli. Natomiast ludzie sięgnęli po oryginały i dlatego ta akurat książka gdzieś jest zapomniana, ale tak jak powiedziałeś, zapomniana, z tym że nie do końca. Bo znowu to się często pojawia w naszych audycjach. Ja nie wiem, czy dzisiaj tę książkę, tak jak powiedziałeś, można polecać czy nie polecać. Ona jest zabytkiem.
Powiedziałem, dlaczego dla mnie jest cennym zabytkiem. Był jeszcze taki inny autor, który w tych latach pisał. Nazywał się Marks, o ile dobrze pamiętam. Tam jest jeszcze więcej informacji o stanie wiedzy ówczesnej fizyki, astronomii. Dzisiaj to jest zabawna lektura chwilami. Oczywiście ona nie odrywa się od pewnej naukowości, całe tabelki są przytaczane, jak relatywizuje się czas na przykład i dlaczego w związku z tym te podróże kosmiczne z prędkością światła są bez sensu. I tak dalej. To też tutaj notabene w tej książce jest. To wszystko, tak jak powiedziałem, ten mój prywatny konik nie powinien przesłaniać tego, co w tej książce jest. Owszem, jest ten stan nauki na tamte czasy, ale jeśli chodzi o fakty, jeśli chodzi o ciekawostki, to powtarzam, wtedy ta książka mogła pasjonować, bo niewiele na rynku było.
Dzisiaj jest wiele bardziej szczegółowej, chyba lepszej, jeśli chodzi o ilość faktów, literatury poświęconej tej tematyce.
[02:55:05] - Tak. O zagadkach historii, tak je chyba można nazwać, pisało dużo osób przed Donimirskim i po nim. Tylko jak wspomniałeś, wszyscy pisali to samo. Zresztą to nie tylko wtedy, ale dzisiaj też. Przecież można otworzyć czasami książkę o UFO i wiedzieć, co w niej będzie. Ale ta sama rzecz czytana wiele razy po prostu nudzi. Z drugiej strony pisarze ufologiczni w PRL-u i chyba już na początku III RP moim zdaniem mieli trochę szersze grono odbiorców, ale przez krótki czas. Ale przecież Donimirski to nie tylko ta książka, o której dzisiaj mówimy, ale to też jego, zdaniem niektórych, kultowa „Reinkarnacja”, o której też mało kto dzisiaj pamięta. I nie wiem, po prostu nie wiem, co rządzi w przypadku pisarzy, w przypadku takich osób jak on, tą dolą pisarską. Czy są pamiętani ci, którzy są często wspominani?
Czy są pamiętani ci, którzy byli oryginalni pod względem stylowym czy intelektualnym? Pewnie ta druga wersja jest bardziej prawdopodobna, ale czy zostaną zapamiętani wieszczy, którzy byli takimi rzemieślnikami, byli poprawni stylowo, kompilowali wiedzę i przybliżali rzeczy w kraju, w którym jednak łaknęli ludzie pewnych informacji. I nie można powiedzieć, że takie osoby były niepotrzebne. Zobacz, ile emocji dostarczył taki Donimirski swoimi książkami, ile on umysłów otworzył na różne tematy. On był tym pierwszym czasami, a za nim poszli dopiero następni. I tutaj chyba trzeba o nim pamiętać. Chociaż te książki, przynajmniej ta, o której mówimy, ta „Reinkarnacja”, może o niej kiedyś powiemy. Zaglądałem do niej, ona się trochę mniej zestarzała, ona się lepiej trzyma. Dlatego te książki niektóre Donimirskiego pokrył kurz i one chyba nie wrócą jako literatura, która bawi i uczy. Raczej będzie traktowana jako literatura poglądowa, pokazująca nam stan wiedzy w dawnych czasach.
Zresztą wcale nie tak dawnych.
[02:57:39] - A coś jeszcze muszę powiedzieć, bo skrót myślowy, którego użyłem, był chyba zbyt duży, bo ja państwu powiedziałem, że Donimirski pisze o prędkości świetlnej, przyświetlnej i że nie pisze nic o nadprzestrzeni. To nie do końca prawda. On pisze o tej nadprzestrzeni, ale ja państwu zacytuję, na czym polega główna idea tej nadprzestrzeni. Ale co pisze na zakończenie? „A więc jest to po prostu bajka, po prostu super science fiction. Doskonały temat do opowieści fantastycznonaukowych”. Być może. Właśnie, pokazał, że nie traktował tego tematu poważnie. W związku z tym poświęcił mu jedną stroniczkę. Dokładnie jedną stroniczkę o tej nadprzestrzeni czy podprzestrzeni.
To mówię, ponieważ nasi słuchacze są niezwykle dokładni i pewno by mnie to wytknęli, że tego nie uwzględniłem. Więc mówię tak, owszem, pisał, ale właśnie w taki prześmiewczy sposób, a to bardzo, tak jak mówiłem, odróżniało się od tego, jak dzisiaj fizycy mówią o nadprzestrzeni. Zupełnie inaczej. Zobaczcie państwo, Donimirski chwalony na łamach „Uranii” za pewno jednak takie odwoływanie się do świata nauki, a przynajmniej częściowo. Jednocześnie przypisywał temu odwołaniu to, że pewne rzeczy są niemożliwe, bo nauka dzisiaj tak mówi. Okazuje się, że minęło kilkadziesiąt lat i nauka już mówi coś innego, a cały czas jest to ta sama nauka. Dla mnie, podkreślam, z tej książki da się wyciągnąć to, że owszem, nauka jest w naszym życiu niezwykle ważna. To jest coś, bez czego współczesna cywilizacja obyć się nie może. Ale z drugiej strony argument naukowości bywa zbyt często nadużywany, zbyt często szafuje się nim zupełnie bez sensu. To jest coś, co mnie nie tyle martwi, o czym cały czas pamiętam i jeśli mogę coś państwu doradzać, to warto pamiętać, że nauka rości sobie prawa do mówienia tego, jak jest, a po kilkunastu, kilkudziesięciu latach znowu mówi, jak jest, tylko to jest zupełnie inaczej.
[03:00:25] - Doskonały komentarz, ale to chyba na oddzielną audycję jest dyskusja. Zresztą to było kiedyś poruszane w naszych rozmowach, że ten scjentyzm powoli zjada własny ogon, jest obecny w tak zwanym mainstreamie. Czyli dobrze jest być scjentystą albo tylko można być scjentystą w mediach głównego nurtu. Natomiast internet i cała reszta jest dla oszołomów, którzy zadają pytania. I to chyba dobra puenta.
[03:00:57] - Proszę państwa, to jak już poruszyliśmy tematy poważne, bo w końcu UFO, paleoastronautyka jednym mogą się wydać tematami wariackimi, ale jesteśmy w końcu między innymi w Radiu Paranormalium, a tutaj te tematy nie tylko cieszą się szacunkiem, ale przede wszystkim cieszą się zainteresowaniem. Można mieć różne zdanie, ale nie sposób nie zacząć tym tematem po prostu, jak to teraz górnolotnie zabrzmi, żyć. Okej, ale zostawmy już te tematy poważne. Teraz zajmijmy się sztuką pisania. Zapraszam państwa na alchemię tworzenia. Katarzyna Prychacz już czeka. Tym bardziej że kontynuujemy wątki z poprzednich audycji, bo takiego śledztwa ciąg dalszy. To już kolejny odcinek w cyklu. Dzisiaj będzie rozwinięcie tego, o czym Katarzyna Prychacz mówiła w poprzednich wydaniach. Bo jeżeli pamiętacie, ostatnio była mowa o grzybkach i fermentach.
Te grzybki i fermenty ciągną się już za nami od jakiegoś czasu. Żeby tradycji stało się zadość, zapraszam na kolejny odcinek grzybków i fermentów. Oddaję głos Katarzynie Prychacz.
[03:02:39] - Wieczór dobry. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na moją alchemię tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 20. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Jest to podcast dotyczący wymyślania. W dużym skrócie powiem wam, że od paru już odcinków, właściwie kilku odcinków toczymy tutaj iście kreatywne śledztwo, improwizowane śledztwo. Tak jak kiedyś w drugim sezonie był Chuck Malkers. Jeżeli nie kojarzycie, to zapraszam was na listę odcinków. Jeżeli patrzycie na bookradio.pl to tam mamy w podcastach listę tych moich poprzednich odcineczków.
Jeżeli oglądacie teraz to na YouTubie, to pewnie wyświetliła wam się grafika właśnie z tą listą, także zachęcam. To też było świetne śledztwo. Myślę, że niezmiennie jest godne spisania w jakiejś dłuższej formie. Natomiast teraz Prowadzimy sobie nasze śledztwo pod roboczym tytułem „Grzybki i fermenty”. Naszą ofiarą jest alchemik Bimbrownik, w dosyć bestialski sposób zamordowany. Nie będę dzisiaj rozwlekać tego, bo z odcinka na odcinek ta część, w której przypominam, o co chodziło, zajmuje coraz dłużej. Więc zachęcam albo do zapoznania się z poprzednimi odcinkami. Będzie mi bardzo miło, jak zechcecie całość przesłuchać sobie czy to na bookradio.pl w podcastach, czy na moim osobistym YouTubie pod hasłem „Katarzyna Prychacz. Alchemia tworzenia”. Co wpiszecie, powinno was przekierować.
Tam cały trzeci sezon na YouTubie znajdziecie. On jest też wraz od razu z tymi kartami, więc w miarę jak losuję komponenty gry, to wy od razu też je sobie możecie na YouTubie widzieć. Jeżeli nie macie czasu, ochoty i tak dalej, a jesteście niecierpliwi, to może pomocny okaże się dla was skrót tych odcinków. Właściwie nawet nie wiem, czy można powiedzieć tu o skrócie odcinków. Tam macie po prostu karty, jakieś klucze inspiracyjne i podsumowania, co z tych kart wyniknęło dla naszego śledztwa. Już mówię gdzie. Otóż serdecznie was zapraszam na Facebooka, na fanpage „Alchemia tworzenia podcast” i tam w zdjęciach znajdziecie sobie album pod tytułem „Grzybki i fermenty”, gdzie staram się przynajmniej na bieżąco wrzucać wam takie troszeczkę notateczki. Teraz już powinniście mieć na dzień dzisiejszy wszystkie odcinki te, które dotyczyły tego śledztwa. Jeżeli oglądacie na YouTubie, to też zapewne już widzieliście grafikę z krótką instrukcją, jak znaleźć ten album, jak tam kliknąć. Bo może nie każdy wie, że na Facebooku w ogóle jest taka funkcja jak album ze zdjęciami.
Także serdecznie zachęcam rzucić tam okiem. Tam też jest świetne miejsce na to, że jeżeli przyszło wam coś do głowy, może macie jakieś swoje skojarzenia, może propozycje, jak inaczej mogłabym poprowadzić coś, czy może właściwie takie alternatywne śledztwo, to sekcja komentarzy jak zawsze jest dla was otwarta. Także z chęcią poznam, co jest w waszych głowach, bo to, co jest w mojej, to chciałam powiedzieć, że wiem i znam, ale te odcinki mi pokazują, że absolutnie nie. Nawet często sama później po tym wszystkim siedzę, patrzę na te karty i mam takie: „Wow, że ja to wymyśliłam. Że takie skojarzenie padło”. Dla mnie to niesamowita przygoda. Cały czas rośnie we mnie ochota, żebyśmy razem coś porobili, żebyśmy razem przeżyli taką przygodę. Także pewnie niedługo wezmę sprawy w swoje ręce i coś zorganizujemy, ale to zobaczymy. A teraz co? Nie przedłużam.
W dużym skrócie o socjalkach powiedziałam. Wspomniałam, że jeżeli dzisiaj słuchacie mnie na przykład w środę z samym audio, jeżeli macie ochotę jeszcze raz to posłuchać i patrzeć razem ze mną na to, co losuję, to zachęcam, żebyście odwiedzili w sobotę YouTube. W każdą sobotę o 20:00 to, co mamy na Book Radio w środę o 20:00, to na YouTube pojawia się z taką, można powiedzieć, wizualizacją. To może nie jest dobre słowo, ale wiecie, o co chodzi. Audio z obrazem, w takim skrócie. Dobra, co my dzisiaj będziemy robić? W poprzednim odcinku miałam taką ambicję, taki zamiar, żeby ten odcinek był właściwie oficjalnym zakończeniem śledztwa. Takim ostatecznym. Bo tak sobie pomyślałam, że odcinek 20. Taka ładna liczba i że możemy to sobie zakończyć.
Tylko wiecie co? Tak później pomyślałam, zwłaszcza jak te notatki robiłam, że chciałabym zobaczyć, dokąd mnie te karty zaprowadzą. Szkoda mi tego ucinać, bo sama postanowiłam. Lubię to, że czasami wydaje mi się, że coś już jest bez sensu, że nie ma wyjścia, że jest na siłę. Po czym wypada kolejna kość albo jakaś karta i nagle to wszystko zaczyna się łączyć. I mam chyba taką w sobie ogromną ciekawość, żeby zobaczyć, jak długo, jak daleko te karty nas zaprowadzą. Ja myślę, że już jesteśmy bliżej niż dalej. Zaraz powiem, co dzisiaj zrobimy, ale myślę, że już kwestia max trzech odcinków i powinniśmy to zamknąć. Ale zobaczymy, bo mam ochotę pobawić się trochę konwencją, faktycznie podejść do tego jak do takiego śledztwa. I tak jak w poprzednich odcinkach mieliśmy troszeczkę poruszania się po lokalizacjach, trochę ekspertyz, tak dzisiaj pomyślałam, że moglibyśmy zrobić taki odcinek trochę bardziej statyczny w takim sensie, że moglibyśmy troszeczkę popatrzeć na te poprzednie ofiary, bo w toku śledztwa wyszło, że ten alchemik Bimbrownik nie jest jedyny.
Że w takim stowarzyszeniu alchemików tajnym co jakiś czas okazuje się, że wielu z nich zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. I wyszło też, że przy każdym z nich znaleziono na ciele, które było wystylizowane w jakiś dziwny sposób, złotą statuetkę, a obok było jakieś rozprute, zarżnięte zwierzątko, które miało bezpośredni związek z tą statuetką. Czyli tak jak w przypadku naszego alchemika Mieliśmy królika, zająca chyba. Mieliśmy zarżniętego zająca, a na ciele ofiary leżała złota marchew. Pomyślałam sobie, że to mógłby być motyw, który się powtarzał. W poprzednim odcinku wyszło też, że nasz śledczy odkrył miejsce, gdzie jest gablota ze złotymi figurami i niektórych figurek brakowało. Ta myśl dała mi kolejną myśl, żeby tego nie zrobić w ten sposób, że każda ofiara miała inne zwierzątko i inny przedmiot ze złota. Dzisiaj wyobraźmy sobie, że ten nasz śledczy, co też muszę zaznaczyć, już nie prowadzi oficjalnego śledztwa. W bardzo dziwny sposób to śledztwo zostało zamknięte. Morderstwo zostało przypisane jakiemuś wariatowi, komuś, kto się przyznał, że jakiś borsuk go nawiedził i kazał mu mordować ludzi.
Natomiast nasz śledczy wie, że to było trochę grubymi nićmi szyte, że wcale nie jest winny, że to było bardziej bestialskie niż ten potencjalny winny. On nie miał świadomości o tym, co mówi. Pomyślałam, że dzisiaj ruszymy do archiwum. Może nie stricte typowego archiwum, bardziej archiwum w salonie naszego śledczego. Są to materiały, które dzięki współpracy, może też dzięki ludziom ze Stowarzyszenia Alchemików, dzięki swoim wieloletnim budowanym relacjom z innymi śledczymi czy archiwistami i tak dalej, on będzie miał dostęp do tych danych, mimo że nie prowadzi oficjalnie śledztwa. To śledztwo, skoro zostało zamknięte, zostało mu automatycznie zabrane, bo go nie ma. To wszystko jest działanie na własną rękę. Chciałabym, żebyśmy dzisiaj oczami naszego śledczego spróbowali usystematyzować całą wiedzę, którą mamy, a przy okazji dowiemy się może, jakie tam zwierzątka były, jakie figury mogły się znajdować na ofiarach. Wpadłam na pomysł, bo zostały mi story cubes, te nasze potrójne, o których mówiłam w poprzednich odcinkach. Została mi ostatnia paczuszka, ta potrójna, której wydaje mi się, że nie mieliśmy w tym sezonie.
To są mity. Myślę, żeby to wykorzystać, pójść w tę mitologię, żeby troszeczkę powiązać, spróbować może jeszcze nie stricte profilować samego w sobie tego zabójcy, tylko na razie prześledzić jego sposób działania. Ja zawsze to przekręcę. Czy to jest modus operandi? Chyba to. Modus operandi jako działanie, klucz jego działania. Czasami mi się to myliło z czymś innym. Nieistotne. Motyw działania. Dzisiaj użyjemy komponentów, jak już wspomniałam, story cubes z serii potrójnej „Mity” i moich ekspertyz.
Weźmiemy też jedną kartę moich autorskich ekspertyz, których wcześniej używaliśmy, ale to na koniec. Oczywiście, że sięgamy po karty z „Klubu Detektywów”. Uwaga, będzie dzisiaj siedem tych kart, ale nie będę bardzo się nad nimi rozckliwiać. Wpadłam na pomysł, że skoro mam trzy kości, to zrobimy tak, że wylosujemy trzy ofiary na jedną kość. Czyli jedna kość i trzy ofiary. Pomyślałam sobie, że ten nasz morderca mógłby działać cyklami, czyli jedna kość, która w jakiś sposób jest powiązana z mitologią. Zobaczymy, co nam się wylosuje. Może mi się uda jeszcze te kości między sobą powiązać w jakiś sposób. To byłoby idealne wtedy. Te trzy ofiary były pod szyldem jednego mitu, jednej kości.
Wylosujemy kolejne trzy ofiary na kolejną kość. Skoro mamy już naszego Alchemika, to chciałabym, żeby on rozpoczął ten ostatni, kolejny cykl z dziewięciu. Jego karty oczywiście już nie będziemy losować, ale możemy spróbować przewidzieć może kolejną ofiarę, która może się wydarzyć. Może poszukać też jakichś związków między ofiarami a zwierzętami, które zostały do nich przypasowane. Powiem wam szczerze, niezłe combo i sama jestem ciekawa, jak to wszystko nam wyjdzie. Sięgnęłam dzisiaj też po to, żeby były zwierzątka. Bardzo stary, odkopałam jeszcze z Granny, quiz o zwierzętach. Wzięłam parę kart z tego quizu, stamtąd wylosujemy zwierzątka. Obawiam się, że będę musiała w jakiś sposób zrobić research, ale zobaczymy. Może jak zaczniemy improwizować.
Mam nadzieję, że trafią się zwierzątka, które gdzieś znam albo mam jakieś pojęcie o nich, żeby dobrać pokarm do tych zwierzątek. Bo tak jak mówiłam, tu mieliśmy fizycznie rozprutego królika czy zająca, a złota była marchew. Myślę sobie, że kluczem może być to, że będzie rozprute zwierzątko, a ten przedmiot to jest pokarm, taki najbardziej znany pokarm, którym się żywią dane zwierzątka. Czyli siedem kart „Klubu Detektywów”, sześć albo siedem kart o zwierzakach i jedna ekspertyza. Myślę, że całe dzisiejsze poszukiwania archiwalne zakończymy jakąś ekspertyzą. Może czymś, na co wpadł nasz śledczy, co mogłoby doprowadzić do potencjalnej ofiary albo do drugiego podejrzanego. Przypomnę, w poprzednim odcinku mamy potencjalną podejrzaną, a najprawdopodobniej napastników jest dwóch. Dobra, czyli formułę mniej więcej wam opisałam. Sama pewnie też będę tu coś jeszcze improwizować. Dobra, to chyba nie ma co przedłużać, tylko losujemy.
Wylosujemy chyba tak jak zawsze od razu wszystkie karty i później po prostu będziemy sobie odwracać i rzucać kośćmi na bieżąco. Albo właściwie kośćmi dzisiaj to chyba mogę rzucić od razu, też wykładając karty. No dobra, to lecimy z dzisiejszym odcinkiem. Okej, najpierw karty z klubu detektywów. Zawsze je tasuję, ale przecież ja tak naprawdę nigdy nie wiem, co tam jest i właściwie jaką to mi różnicę robi. Dobra, to tak: wezmę sobie od razu raz, dwa i trzy, żeby było szybciej. Czyli mamy trzy ofiary, te pierwsze, które były. I może teraz te z dołu wezmę kolejne trzy. Cyk, cyk, cyk. I to są kolejne trzy.
I mówiłam, że jedna na koniec na ekspertyzę, też już jest. Albo wzięłam z końca, weźmiemy ze środka, co? Żeby tak było. A co? O, i jeszcze jakaś do góry nogami się trafiła, to wezmę tą. Dobra, to odkładamy. Teraz zwierzątka. No tych nawet nie znam. No, ale dobra, przetasuję, żeby nie było. I teraz tak: też trzy zwierzątka.
No to niech będzie, że tak trzy z góry, tak jak tam było, trzy z dołu. O matko, aż się boję. I wiecie co? Rozważałam, żeby wylosować potencjalne zwierzątko, to, które mogłoby być kolejne po tym zającu. No dobra, zróbmy to. Zróbmy to i najwyżej będę się martwić w trakcie. Dobra, też ze środka, tak jak było. Okej. I co nam zostało? Ekspertyza.
Dobra, ekspertyza na sam koniec. Cyk, wylosowana. I teraz rzucimy jeszcze kosteczkami i zobaczymy, jakie tutaj się mity trafią. Mam nadzieję, że też będę znała je albo jakoś powiążę chociaż trochę z jakimś czymś, co znam. Zobaczymy. No dobra, no to kość numer jeden, czyli ten mit, który przyświecał pierwszym trzem ofiarom. I teraz co to jest? Nie wiem. Dwaj ludki. Jeden złapał za ramię drugiego.
Tak wiecie, objął go jakby i patrzy taki zawadiacko na niego. Może ma jakiś miecz z tyłu? I teraz nie wiem. Nie wiem w sumie jakich to mitologii dokładnie dotyczy. Myślałam, że greckiej mitologii, ale teraz to sama nie wiem. Nie pamiętam z greckiej mitologii... Tu mi się od razu przyszło do głowy wiecie, Kain i Abel i zabójstwo brata. I najprawdopodobniej w mitologii greckiej też mieliśmy taką historię. Tylko kurde nie pamiętam. No dobra, ale może jakieś bratobójstwo tutaj, może coś z bractwem jakimś związane, braterstwem?
No nie wiem. Zostawię tą kość, bo nie chcę też naginać zasad i rzucać jeszcze raz i tak dalej. Więc już wypadło to wypadło. Gra jest bezwzględna czasami, więc zostawiam. Druga kość. Okej, tu mamy tron, taki na wzniesieniu. Tutaj jakieś ognie płoną. I teraz pytanie, czy to tron któregoś z władców? Bo to mógł być jakiś tron Zeusa, chociaż czemu ogień? Ogień to się zastanawiam, czy może nie bardziej Hadesa?
Gdzieś w Hadesie, właśnie w podziemiu. Co prawda kogo mieliśmy? Czekajcie, bo Mars był w rzymskiej. I kto jest odpowiednikiem Marsa w greckiej? Bóg wojny. Ares! Ares, tak, był też bogiem ognia. Czyli co? Władca jakiś? Ogień?
No, Hades, władca podziemia też by był ciekawy. Powiem wam szczerze, że może zobaczymy też, jakie zwierzątka nam się wylosowały, czy gdzieś może te karty postaci same nas tutaj naprowadzą, bo tutaj akurat mam dużo skojarzeń z tym tronem. Też w pierwszej chwili jak pomyślałam o jakimś królu z mitologii, no to też król Midas, który zmieniał wszystko w złoto. Co prawda to byłoby, myślę, nawet bardzo idealne do tej historii, która tu jest na każdym kroku przeplatana tym złotem, ale zobaczymy. Tutaj gdzieś tam bardzo ważna postać, na takim naprawdę wzniesieniu jest ten tron, więc przypuszczam, że to może chodzić jednak o jakiegoś takiego boga, który królował jakimiś krainami, czyli właśnie Zeus albo Hades, bo tutaj wody żadnej nie mamy, to nie może być Posejdon. Ares też nie był chyba takim bogiem głównym, gdzieś siedzącym, tylko gdzieś, no nie wiem, jak to powiedzieć, może mniej dowodzącym. Ciekawe, ciekawe to. Dobra, ostatnia kość, która będzie tutaj przewodziła naszym następnym ofiarom. Okej, jest to bohater z mieczem i z tarczą. I zawsze, jak patrzę na tą kość odwrotnie, to widzę taki mózg na emeryturze jakby o lasce chodził.
Natomiast to, co mi się z tym mózgiem kojarzy, najprawdopodobniej teraz albo... bo mi się to też kojarzyło z mackami i pomyślałam o zamordowanym zabitym Krakenie, którego właśnie teraz nie pamiętam, czy Perseusz go pokonał, czy go tam przepędził, czy go zabił. Tylko że wiecie, im dłużej patrzę na ten obrazek, no to tutaj widzę w ogóle bohatera, który stoi na jakimś wzniesieniu, na jakiejś czaszce, czy tam czymś, jakiejś skale, a u jej podnóża leżą hełmy? Bez sensu w ogóle. Bo co tu innego może być? Myślę, że ten Perseusz i Kraken byłby ciekawy. Czy w ogóle postać jakiegoś herosa stąd. Nie wiem, jak tego zająca byśmy powiązali. Powiem szczerze, że ta część będzie bardzo trudna bez researchu, ale będę polegać tutaj akurat na swojej wiedzy, na swoich wymysłach, bo tu chyba nie ma co się napinać, więc jakoś będziemy myśleć. Marchew, zając.
Myślę, z jakim to herosem? Pewnie w jakiejś mitologii znaleźlibyśmy coś takiego, jakiegoś półboga. Zobaczymy. Dobra, czyli chyba wszystko mamy. Tu jest jakaś karta z poszlaką. Brakuje mi tutaj jeszcze czegoś, ale trudno. Dobra, lecimy z tematem. Powiem szczerze, że już jest gruby czas. Nawet się trochę zestresowałam, że za długo będziemy dziś gadać. Dobra, damy radę.
Mam nadzieję, że zmieszczę się tak jak ostatnio w tych 40, 40 paru minutach. Dobra, lecimy. Najpierw odwróćmy sobie te karty ofiar, tych pierwszych, czyli pierwsze trzy ofiary. Czekajcie, żebym nie pomyliła kolejności. Ja sobie tak pogrupuję. I teraz ofiara numer jeden. Okej, ofiara numer dwa. Dobra, odwrócę i zaraz wam wszystko omówię, bo to chyba będzie tak najlepiej. Asę wymyśliłam. Asę trudne wymyśliłam.
Okej, zanim odwrócę zwierzątka, to omówię wam karty. Więc tutaj karta dotycząca ofiary numer jeden. Takiej w ogóle jeden najprawdopodobniej z tego, co tutaj wiemy w naszych archiwach. Ta karta przedstawia miecz wbity, chciałam powiedzieć właśnie w ziemię, ale on jest wbity w rzekę, natomiast woda go oblepia tak, jakby zamarzła. Jakby ten miecz zmroził w jakimś sensie tę wodę. Trochę jak Excalibur, który był wbity w kamień, tak ten jest wbity w kamienną wodę, w lód. W tle mamy oczywiście tę piękną rzekę, która gdzieś daleko płynie i ona płynie między górami. W oddali jest chyba jeszcze jakieś zamczysko. Na mieczu też mamy jakąś pomarańczową taśmę. Kiedyś rękojeść się oplatało sznurami, żeby była bardziej stabilna w dłoni, żeby się nie ślizgała.
I tu może to pękło, może to się trochę rozwiązało. Chyba że już po wbiciu w ten lód ktoś zawiązał taką szarfę, wstęgę na tym mieczu. Powiem szczerze tak: miecz ma złotą rękojeść, więc też trochę kusi. I nie wiem, kto by tutaj mógł być. A tu mieliśmy jakieś niby bratobójstwo czy jakąś zdradę może. Te dwa ludziki, przypominam, tutaj przyświecały. Może jakiś kowal albo kolekcjoner broni. Zobaczymy co dalej, bo myślę, że skoro to musi być powiązane, to będę szukała chyba bardziej po całości tych powiązań. My to w sumie robimy fabułę od drugiej strony. Druga karta z kolei to jest też trochę w temacie, bo też mamy rycerza.
Tak myślę. Nawet takiego rycerza, trochę magika. On ma na plecach zamiast tarczy... To wyglądało w pierwszej chwili jak tarcza, ale to jest jak guzik ogromny, przytroczony do tego bohatera i ten bohater unosi dłonie tak, jakby czarował. I nad tymi dłoniami są dwie szpilki, z których wychodzi nitka. Właściwie teraz patrzę, że są szpulki z tymi nitkami. Co prawda nie są to typowe igły, tylko jak szpilki z kolorowymi łebkami. Mamy tutaj czerwoną i niebieską. Trochę jak Matrix, jak te dwie tabletki, pigułeczki. I oczywiście od czerwonej kulki jest niebieska nić, a od niebieskiej kulki jest czerwona nić.
I ten nasz bohater stoi pod zamkiem, pod bramami tego zamku. Ten zamek ma takie nietypowe wrota, ponieważ są zamknięte zamkiem błyskawicznym, takim suwakiem do góry. Więc może jak dobrze ten nasz bohater tutaj zaczaruje tymi igłami czy nawet przywiąże po prostu nici do tego uchwytu od suwaka, to otworzy sobie wejście do tego zamku. Tu chyba nic więcej. Sam ten zamek, te mury. Myślałam najpierw, że to są okienka w wieżyczkach, a widzę, że to są groźne oczy, więc tak jakby sam zamek był ożywiony. Myślę, że tutaj może jakaś krawcowa by mogła być albo krawiec. Czyli ciekawie. Czyli moglibyśmy tu pójść może w coś rękodzielniczego. Jak tam pomyślałam o kimś, kto robił broń, tu może ktoś, kto właśnie szył jakieś rzeczy, ubrania.
Jak pomyślę sobie o tym stowarzyszeniu alchemików, to faktycznie alchemia jest taką nauką bardzo szeroką, można powiedzieć. To nie jest tak jak teraz mamy chemię na przykład, bo często ludziom nazwa podobna. Natomiast alchemia też dotyczyła w bardzo dużym aspekcie kwestii duchowych czy nawet czasami mistycznych. Więc tutaj akurat rozwój umysłu, czy może właśnie jakiejś kreatywności. Tak jak w legendach czy mitach się mówi o umiejętnościach magicznych, to w pewnym sensie tworzenie czegoś z niczego. Czy tak jak rzeźbiarz bierze kawałek drewna i tworzy z tego piękną figurę. Czy jakąś statuetkę, czy misę, czy jakieś narzędzie. Można by powiedzieć, że jest to pewien rodzaj magii, że sama kreatywność jest czymś takim jak magia. Nie bez powodu słuchacie podcastu o nazwie „Alchemia tworzenia”. Nie byłabym sobą, jakbym nie upatrywała w kreatywności magicznych rzeczy.
Trzecia karta z kolei przedstawia nam dziwną chatkę w środku lasu. Ta chatka wygląda trochę jak ścięty pień drzewa i w nim osadzony jest czajniczek. Ta chatka nie ma zwykłego komina, tylko jest dziobek czajniczka, z którego leci fioletowy dym. Oczywiście całość w pięknym leśnym anturażu, naprawdę bajkowym. W tle to sama nie wiem, czy bardziej widać jeszcze słońce, czy już księżyc. Coś tam przyświeca i do tej chatki zmierza postać w klasycznej czarownicowej szacie, w todze i czapce szpiczastej. Co prawda czubek ma złamany i niesie też laskę, zakręconą, magiczną. Ogólnie sam domek jest bardzo bajkowy. Tak jak mówiłam, ścięty pień, w nim są drzwi, a po bokach wyrastają muchomorki. Znowu wracamy do naszych alchemicznych klimatów, typowo alchemicznych, tak jak nasz alchemik tytułowy.
Nie tytułowy, ale grzybki tytułowe, więc od grzybka się zaczęło. Grzybki i fermenty, czyli nasz alchemik, który robił różne magiczne eliksiry i inne pędził trunki. Może tutaj też jest ktoś w takim leśnym domku. Powiem wam szczerze, że gdyby w kolejnym secie kart, których jeszcze nie odkryłam, też nam wyszło coś związane z lasem, z chatką, z takim klimatem, to by mogło być ciekawym motywem, bo może określone typy osób są tutaj mordowane. Może mielibyśmy kogoś, tak jak patrzę na ten miecz, kto się zajmuje bardziej rzeczami może nie tyle mniej kreatywnymi, nie wiem, jak to powiedzieć, zimnymi, twardymi. Jednak miecz, broń, stal. Może jeżeli to był kowal, to tutaj mamy siłę. To jest osoba, która ma dużą siłę. Dalej mielibyśmy osobę, która w jakiś sposób pracuje z ludźmi czy dla ludzi. Krawiec, czyli ktoś, kto szyje szaty, coś, co ludzie na co dzień noszą ze sobą, od czego często też zależy ich samopoczucie albo to, jak się czują.
Niektóre ubrania dodają pewności siebie. I trzecia grupa osób to byłyby osoby, które w jakiś sposób dbają o zdrowie wewnętrzne ludzi. Ten krawiec mógłby być ten, który dba. Tak sobie teraz myślę. Poczekajcie, bo mamy umysł, ciało i ducha. Może tu byłyby takie trzy grupy, że ten alchemik, ta wiedźma, chatka tutaj, czy ta bajkowa chatka, wszystko, co jest związane z eliksirami, z naparami, to mogłaby być grupa osób, która dba o ciało, o organizm od środka, żeby był zdrowy. Dalej patrzę na ten miecz, czyli tu możemy pójść w umiejętności, bo broń bronią, ale to są też sztuki walki. To jest coś, co owszem, też trochę dba o ciało, ale z drugiej strony przede wszystkim o umysł związany z umiejętnościami, z rozwojem, szlifowaniem cech czy rozwojem umiejętności. Natomiast ten krawiec, tak teraz pomyślałam, że to by mogła być osoba, która zajmuje się duchem, czyli tymi bardziej emocjonalnymi rzeczami, tym, kim się czujemy, jak się czujemy i tak dalej. Jeżeli kiedykolwiek mieliście okazję być u krawca czy ktoś wam robił jakieś typowo dla was, pod was szyte ubranie, same poprawki już czasami zabierają dużo czasu.
Tu trzeba coś podpiąć, tu trzeba zmierzyć. Jeżeli chcemy zrobić coś na zamówienie, też trzeba omówić projekt. Jeżeli mamy dobrego krawca, on nam też może jakiś krój doradzić. To jest trochę jak pójście do fryzjera, do kosmetyczki, do kogoś, kto w jakiś sposób będzie wpływał na to, jak wy się czujecie. Same te zabiegi trochę trwają i często się podczas nich rozmawia, jeżeli ktoś czuje taką potrzebę. To byłoby bardzo ciekawe i tłumaczyłoby też to, dlaczego mamy te morderstwa co trzy. Jeszcze nie wiem, jak to połączymy z tym bratobójstwem czy zdradą jakąś. Brakuje mi tego mitu i nie ukrywam, że tak trochę miałam nadzieję, że wypadnie może coś z jakiegoś konkretnego mitu. Dobra, ale nie będę się tym przejmować. Odkryjemy zwierzaczki i zobaczymy.
Teraz to będzie Kongo, więc lecimy przy naszym mieczu. Co tu był za zwierzak? Okej, mamy tutaj idealnego bohatera gołębia. Jak gołąb, to przecież od razu widzę jakieś ziarno albo taką skórkę od chleba. Nie wiem, czy dzieje się czasami, jak one wydziobują to miękkie ze środka i czasami w tym ferworze wydziobywania niechcący sobie zarzucają na szyję taki łańcuch ze skóry chlebowej. Złote ziarna. Przypomnę, bo te figurki, ja mówię takim skrótem myślowym, że one były złote, te na ofiarach. Natomiast w ostatnim odcinku wpadłam na pomysł, żeby to był tombak, czyli sztuczne złoto. I teraz nie pamiętam. Miedź i cyna?
Nie pamiętam. Ja mam zakaz researchu, więc może musicie sobie sami wygooglować, co to jest tombak. Ale to był stop jakichś metali. Taka podróba złota. Czasami w mniejszych miastach. W większych miastach, jak się szło jeszcze te 20 lat temu czy 15 lat temu na rynek, można było zakupić złoto. Tanie złoto. Oczywiście to był tombak. Takie żółte złoto najczęściej wyglądało. Wiecie, takie, które może nie do końca jest postrzegane jako eleganckie.
Takie złoto na pokaz. Bardzo złote żółte złoto. I z tego będą te figury, te odlewy zrobione. No i teraz myślę czy ziarno, czy korci mnie ta kromka chleba. Bo przypominam, że całość oczywiście dzieje się... To nie jest fantasy, nie jesteśmy w klimatach średniowiecznych, gdzie ta alchemia była czymś normalnym, że tak powiem, tylko to są czasy współczesne. Więc może ta skórka z chleba, może w ogóle kromka chleba po prostu. Mimo że karmienie, pamiętajcie, ptasiorków nie karmimy chlebem. Nasionkami, ziarenkami, ale nie chlebem. Nieprzetworzonymi ziarenkami.
Więc tutaj do pomyślenia. Ale jak wyobrażę sobie kromkę chleba ze złota, z tego metalu, brzmi tak prawilnie, nie? Dobra, wstępnie zostajemy. No i wiadomo, niestety musieliśmy tutaj zarżnąć gołębia. Zobaczymy dalej. Kolejne zwierzątko dla naszego krawca lub krawcowej. Szop pracz. To się aż prosi o jakieś śmieci ze złota, nie? Nie wiem, bo szopy też owocki zjadają, ale chyba też jakieś owady. Wiem, że jak ktoś ma hodowlę szopów czy ktoś ma szopa w domu, to się je, z tego, co pamiętam, kocią karmą karmi.
Czyli one są mięsożerne też. Jaki smuteczek, że musimy szopka tutaj ciachnąć na potrzeby naszej fabuły. Okej. Nie no, żartowałam z tymi śmieciami, ale wiecie, teoretycznie te mordy miały w jakiś sposób... Zastanawiam się, czy w każdym wypadku, bo w poprzednich odcinkach wyszło nam, że nasza ofiara miała odciętą głowę, pośmiertnie miała ten kołnierz, kryzę ubraną i włosy z arbuza, wiecie, jak klaun taki. Nie wnikałam już w makijaż twarzy właściwie, czemu nie. Więc zastanawiam się teraz, czy każda z tych osób była tak ustylizowana, czy może właśnie... Kraken, ta trzecia kość. Może też samo stylizowanie tych ofiar by było w obrębie trzech spójne. Czyli teraz właśnie będziemy szukać, że tak powiem, kolejnego klauna.
Znaczy mam nadzieję, że już nie będzie kolejnej ofiary w naszym śledztwie. To te trzy też musiały być w jakiś sposób powiązane, nie? Dobra, trzeci zwierzak i zobaczymy, jak to się nam łączy. Czy to się w ogóle łączy. Misio. Znaczy niedźwiedź, nie? A co niedźwiedź je? Miodek? One chyba też mięsko, ale i owocki. Jabłuszka też się wysypuje.
Tak jak dla dzików, tak dla misiów. Wiadomo, w bajkach misie lubią miodek, lubią słodkości. Więc taki złoty ul. Nie, złoty plaster miodu. W ogóle miód jako taki królewski. Sam w sobie jest złoty, nie? Dobra, tutaj weźmy plaster miodu. Przy szopie nie wiem, co weźmiemy. Śmieci byłyby fajne. Aha, bo ja tam się zatrzymałam.
Zaczęłam o klaunie mówić. Właśnie chodziło mi o to, że to też by mogło w jakiś sposób ośmieszać. Że śmieci ze złota, nie? Dobra, jakieś tam śmieci ze złota. Czyli mamy kromkę chleba, śmieci i plaster miodu. Te figury. Ale w ogóle niedźwiedź, nie? To znaczy, że teraz koło tej ofiary musiał leżeć zarżnięty niedźwiedź, no na grubo. Wiecie, inaczej jakbyśmy to planowali tak z głowy tą fabułę, a tutaj wszystko jest do góry nogami. Muszę to wszystko wiązać jakoś.
Szopa mamy. Też w sumie gołąb jest bardziej taki miejski, szop jest taki na pograniczu, a misio jest w lesie. Tak jak w sumie tu się fajnie złożyło, że ta chatka w środku lasu. Więc tutaj niedźwiedź. Co to za mit mógł być? Totalnie nie wiem. Na tej pierwszej kości. Może ktoś kogoś kusił. No nie wiem. Ten ludek ma takie coś z tyłu.
Taki podejrzany typ jakiś. Dobra, zostawię to na razie. Zobaczymy trzy kolejne ofiary i czy uda nam się na razie je pogrupować tak jak poprzednie na te trzy bloki. Będziemy od ogółu do szczegółu. Detalami się zajmiemy później. Dobra, kość z tym tronem teraz była, nie? To było tak, żebym nie pomieszała. I na razie odwracamy karty. Dobra, ja się tu nie mieszczę dzisiaj, tych kart nawymyślałam. To mamy teraz O matko, już tak dużo czasu, a ja jestem w lesie jeszcze.
Okej, pierwsza karta to jest łóżko. W tle mamy niebo, więc nie wiem, czy to łóżko lewituje, czy nie. Mamy tylko fragment i po tym łóżku idą na rogach dwie poduszki. Jakby nóżki miały te jedne rogi. I na pierwszym planie mamy taką niebieską poduszkę. Ona wygląda dosyć smutna i z tyłu jest druga. Ona raczej takiej miny nie ma. Taka jest neutralna. Czyli tutaj może sklep z łóżkami, sklep z pościelą, może ktoś, kto zajmuje się snem. Zobaczymy dalej, tak?
Bo będę starała się odnaleźć te trzy grupy ludzi, tak jak poprzednio. Na kolejnym mamy kawę na pierwszym planie rogaliki, nie wiem, czy to te croissanty, to nawet mogłyby być drożdżowe. I ta kawa wydziela oczywiście piękny zapach. Paruje. I w tle mamy sarkofag, który się uchyla i z niego wychodzi mumia przywabiona tą kawą. Więc może właśnie jakaś restauracja, może szybki bar, może kawiarnia. Czyli tam ludzie przychodzą na kawę, trochę się czasami obudzić, trochę posocjalizować. Lecimy dalej. Zaraz do tego wrócę jeszcze. Na ostatniej karcie mamy schody.
Właściwie te schody są stworzone z mieczy i na szczycie jest, wyobraźcie sobie tron. Nad tym tronem lewituje czapka błazna. Tron jest pięknie oświetlony, do tego tronu prowadzi czerwony dywan. Tylko żeby się tam dostać, musimy przejść po ostrzach mieczy. Więc trochę trudna ta droga. Krwawa dosyć, tak, żeby się dostać do tego tronu. I tu przypominam, że właśnie tron na wzniesieniu króluje nad tymi trzema ofiarami. Jest czymś spójnym z nimi. I teraz tak. Najpierw trzy grupy.
Więc może tutaj byśmy mieli polityka. Tak sobie myślę o tym tronie, że to taka ostra gra, walka, wojna. Ale właśnie te umiejętności głowy bym tutaj dała, te trochę zimne, techniczne umiejętności. Pośrodku mamy coś na zasadzie leczenia. Tak myślę sobie, że kawa jako napar to równie dobrze może być jakaś herbata, tak? Ewidentnie chodzi mi o to, że ta mumia aż wyszła z sarkofagu, ożyła, nie? Wróciła na nogi. Więc myślę sobie, że tu byśmy mieli tę grupę, ten filar ludzi, którzy odpowiadają za to zdrowie, za dobrze funkcjonujące ciało. Natomiast łóżko, poduszki. Może jakiś masażysta, może ktoś, kto będzie pozwalał zharmonizować ducha, tak?
Może wejść w jakieś ukojenie. Może ktoś, kto się zajmuje hipnozą, może właśnie jakiś psycholog po prostu albo psychiatra jak łóżko, kozetka, szezlong. Więc tutaj moglibyśmy mieć... Czekajcie, to tak: załóżmy, że tam mieliśmy kowala, krawcową i alchemika. Kogoś od eliksirów. Zielarza takiego. Tutaj mamy psychiatrę, właściciela kawiarni i polityka jakiegoś na wysokim stołku, to nie wiem. Senator jakiś może. Dobra, senator. Przyszedł mi do głowy senator to jest senator.
I teraz tak, tu mamy powiązania niby z tym tronem, z władzą może właśnie jakąś. To może... No dobra, senator to jest proste. Czyli może to będą po prostu ludzie bardzo wpływowi, którzy byli w tym stowarzyszeniu. No tak, bo przecież oni są jeszcze członkami tego stowarzyszenia. To nie są przypadkowe osoby. Więc to byli reprezentanci nie tyle władzy, tylko właśnie wpływu. Tak jak tutaj mamy polityka wysoko postawionego, tutaj mamy psychiatrę, który też przecież rozmawia z ludźmi, zajmuje się ludźmi, prowadzi terapię, więc ma też niekiedy dostęp do osób bardzo wpływowych samych w sobie, które mogą do niego przyjść. Może właśnie ta hipnoza, może tu był lęk, że ten człowiek będzie próbował właśnie psuć te- aha, bo tutaj chyba nie mówiłam w tym odcinku, że nasza ofiara wywołała, zabrakło mi słowa teraz. Wypowiedziała, znaczy brała udział w takiej trochę nieoficjalnej wojnie przeciwko postępowi, ale nie postępowi w ogóle cywilizacji, tak?
Nie rozwoju ludzi, tylko temu postępowi, który wypiera ludzi. Wymienia ludzi na maszyny, czyli postęp, który nie pozwala ludziom wzrastać, tylko wręcz umniejsza ludziom. Czyli tutaj też pojawił się ten transhumanizm czy przerabianie ludzi, ulepszanie ludzi technologią czy jakimiś chipami, czy wszczepianymi jakimiś kończynami dodatkowymi, czy takimi rzeczami. To nasz bohater i całe to stowarzyszenie właśnie stara się przywrócić ten poprawny postęp, czyli postęp taki właśnie, że może funkcjonalność ciała można poprawić eliksirami, ziołolecznictwem czy właśnie wtedy jakimiś obrzędami, wyciszaniem, taką mistyką, wiecie, pracą nad sobą. Cały ten dział. Więc dobra, a tutaj tak jak mówiłam, ta hipnoza mogłaby wchodzić w grę. Dlatego ktoś wynajął tego mordercę, który właśnie morduje te postaci. Ja też nie ustaliłam, bo myślałam, że każda ofiara będzie z innego miasta Wiecie, jak to jest stowarzyszenie, to ono ma też pewnie jakieś swoje okręgi i jakichś przewodniczących w tych okręgach. I może właśnie są grupy, tak jak tutaj mamy te trzy działy, że tak powiem, rozwoju. Bo jakbyśmy spojrzeli też na rozwój osobisty czy rozwój duchowy, tak już off top na razie, wychodząc z historii, to są właśnie te trzy filary, które jeżeli chcemy zadbać o siebie, to powinniśmy rozwijać.
Czyli zarówno naszą wiedzę, nasze umiejętności, nasze ciało, tak żeby było zdrowe, ale właśnie też nasz stan psychiczny, tego naszego ducha. To też była jakaś teoria, w takim fajnym trójkącie to się rozrysowywało. Nie pamiętam czyja. Nieistotne. Natomiast załóżmy na przykład, że w każdym mieście te stowarzyszenie ma swoich takich właśnie przedstawicieli. I dlatego ten globalny wróg, na razie nieznany nam, wynajął zabójcę, mordercę. Wiadomo, strategia jest taka: jeżeli odetnie głowę, to wtedy reszta się rozpadnie. Reszta po prostu się nie będzie umiała zorganizować. Dlatego tych przedstawicieli mordują. Jeszcze nie wiem, jaki związek te zwierzęta mają, ale może zaraz wyjdą.
Fajnie nam się to klei. Jaram się, powiem szczerze. I tutaj mieliśmy tych przedstawicieli wpływu. Wiecie, może w tym pierwszym, tak patrzę te dwa ludki, bo ja tam widziałam, dopatrywałam się zdrady czy jakiegoś tam bratobójstwa, ale może po prostu weźmy to jako takich zwykłych ludzi. W sensie takich wiecie, w archetypach to chyba była jakaś dziewczyna z sąsiedztwa. Nie pamiętam, jak to się w tej wersji archetypów u Gabrieli Borowczyk nazywało. Taki towarzysz, przyjaciel. To nie są jakieś osoby bardzo wpływowe, ale osoby uwielbiane na przykład w danym otoczeniu. Osoby, które darzone były wielkim zaufaniem. Takim, że człowiek z chęcią szedł się tam zwierzać.
Patrzę jeszcze teraz, czy w obrębie kości damy radę zrobić trzy sektory. Jeżeli tu będziemy mieli ludzi wpływu, możemy wpływ uznać za umiejętności. Tak patrzę, te takie techniczne. Jeżeli tu pójdziemy w emocje, tu byśmy musieli mieć ciało. Tak? Dobrze mówię. Tego ducha, emocje tam. No dobra, podoba mi się to. Już was wtajemniczam. Czyli te pierwsze trzy ofiary.
Ta kość, która wypadła, to jest ta cecha wspólna dla tych ofiar. To były osoby właśnie, które wspierały ten rozwój ducha, tę empatię, emocje. Czyli mamy tutaj te miękkie cechy. Może właśnie to była jakaś taka rada i oni byli reprezentantami tego sektora. Dalej mieliśmy tych ludzi właśnie wpływu, o których rozmawialiśmy. I teraz to, gdzie jest ten nasz alchemik bimbrownik, to są ludzie. Wiecie, tak patrzę na tę kość, że mamy tutaj herosa. Już nie będę wnikać, czy to jest ten Perseusz, czy co to jest. Człowiek z tarczą, z mieczem. To może w ogóle jest Troja.
Kto tam był? Achilles był. A teraz to ja myślę, a Parys gdzie był? Nie, to Perseusz zabił tego. Nieistotne. Tak jak już powiedziałam, mamy tu herosa. Człowieka, który umie walczyć, umie też stawiać czoła różnym przeciwnościom. W mitologii greckiej herosem nazywano półbogów. Czyli to były dzieci z człowieka i boga. W religii chrześcijańskiej nefilimy to były.
Pół anioł, pół człowiek. Więc tutaj to są osoby właśnie, które... Patrzę, bo tu potrzebujemy tego ciała. Musiały mieć to wszystko naraz i dodatkowo jeszcze pracę nad tym ciałem. I okej. I to nam się składa pięknie, ponieważ nasz alchemik bimbrownik opracowywał te eliksiry swoje, właśnie te funkcjonalne, o których mówiłam. Tak jak Wiedźmin tam sobie łykał dany eliksir i miał jakąś podbitą moc, umiejętność i tak dalej. Więc były to eliksiry. Możemy uznać, że na przykład ta ofiara dzisiaj wylosowana z tej chatki to może właśnie był typowy zielarz. Ktoś, kto bardziej uleczał ciało, wiecie, od strony, no nie wiem, kogoś boli wątroba, ktoś ma chore płuca i tak dalej.
Natomiast nasz alchemik może właśnie zajmował się bardziej umiejętnościami ciała, powerem dla ciała, wytrzymałością. Do niego przychodziło już zdrowe ciało, które miało zostać podrasowane, czyli miało mieć na przykład lepszą wytrzymałość, może właśnie szybsze gojenie ran i tak dalej. Tak jak u herosów, tak jak u półbogów moglibyśmy pomyśleć. Więc tutaj też kolejne dwie ofiary będą związane z takim, brakuje mi słowa, z takim wyspecjalizowaniem, nie, z takim utwardzeniem ciała. No dobra, nieistotne. Nie ma słowa, to nie ma. Nie losowaliśmy jeszcze zwierzątek, więc wracam czem prędzej do naszego psychiatry, do tej karty z poduszkami. I tutaj mamy zwierzątko tukana. Tukan pierwsze, co mi przychodzi do głowy, owoce, owocki chyba jadł. A tu nawet mamy, przecież to karty z quizu.
I tu akurat mamy pytanie, które nam pomoże. Co jada tukan? Dobra odpowiedź właściwa: głównie owoce i jagody, czasem małe zwierzęta. No dobra, czyli mój pierwszy trop z tymi owocami był dobry. To nie wiem, jakiś egzotyczny owoc. Patrzę tu mamy psychiatrę. Nie wiem, jakiś banan, jakaś brzoskwinia? Banan to taki freudowski by tu był nawet, nie? Co jeszcze? Papaja może.
Dobra, wiecie co? Jak psychiatra, jak Freud. Dajmy tego banana. Niech będzie złoty banan. Jak ma być to poryte, to niech będzie. W ogóle zaraźnięty tukan, nie? To jest jakieś... No dobra. Dalej. Właściciel kawiarni.
Może to będzie sieć kawiarni, bo to też miał być taki wpływowy właściciel. Może po prostu jakiś przedsiębiorca, wiecie, bardzo bogaty. Jakie on tu miał zwierzątko? Cyk. O matko z córką! Kleszcz. A jaki nażarty na tym zdjęciu! Ten taki zwierzęcy. Jak widzieliście kiedyś, to wiecie. Wiecie, na co teraz patrzę?
Łe! Okej, no to jak wiemy kleszcze żywią się krwią. Krew. Myślę, bo to teraz musimy tą krew zrobić ze złota. A może u niego jakaś fiolka z płynnym złotem? No bo co, krew w tych workach się przechowuje. No bo co, jak sama kropla, to by nie świadczyła o tym, że krew. A się zastanawiam, wiecie, tak model chemiczny. Ale nie no, krew jest bardzo złożona, to tak by się nie dało. No nie wiem.
Czerwone krwinki. Nie każdy by to ogarnął. Co się jeszcze może z krwią kojarzyć? Co? Zęby, wampir, jakaś igła. Nie wiem. Nie wiem sama, co by tu mogło leżeć. No chyba najwięcej sensu miałaby może właśnie torebka. Taka wiecie, jak krew się tam pobiera, tak? W banku krwi i może wypełniona tą substancją, nie wiem, właśnie jakimś takim złotem, ale w płynie.
Może to to. No ciekawe to. Dobra, niech jest. No niech jest. Na razie przyszło do głowy, to niech jest. Wiecie, jakbyśmy mieli to spisywać, wtedy możemy sobie szlifować. Mam też fajną książkę o krwi, o symbolice krwi, więc myślę, że oczywiście, że jakbym miała pozwolenie na research, to właśnie bym do niej biegła, żeby sprawdzić, jak fajnie i tu można byłoby tą krew w złoto zamienić, nie? Dobra i nasz senator polityk. Wiewiórka. Orzechy.
Pierwsze co mi przyszło do głowy — żołędzie. O, złote żołędzie. No! To jest fajne. Czy nawet listek dębu. No ale żołędzie, tak? Mieliśmy się trzymać pokarmu. Dobra, no to to mamy. No i teraz wylosowałam jedną kartę zwierzaka zapasową dla tej naszej potencjalnej ofiary, tak? Bo tam mamy co, tego naszego alchemika z zającem.
No to myślę, co tutaj mogłoby sprawić, wiecie, podrzucić tropy naszemu śledczemu. Więc może najpierw wylosujemy kartę ekspertyzy i spróbujemy później w jakiś sposób ją powiązać z tym zwierzakiem, tak? I to będą w następnym odcinku kolejne kroki. Na przykład sprawdzenie, tak? Czy gdzieś ktoś te zwierzęta... No zależy, jaki zwierzak nam się wylosuje, bo jakby nam się kolejny tukan wylosował, no to byłoby super, nie? Bo to jest zwierzę egzotyczne i to łatwo wyśledzić. Dobra. To tak. Próbujemy z ekspertyzą.
Klasycznie, jak w poprzednich odcinkach najpierw odwrócę tą kartę ilustrację i pierwsze co zobaczę, to to będzie nasza poszlaka, a później dopiero zobaczymy tą ekspertyzę całą, nie? No dobra. No to uwaga, odwracamy. Cyk. Bąbelki. Pierwsze co widziałam to są bąbelki. Zawsze sobie utrudnię. Co do całej karty widzimy tutaj młynek taki ręczny, wiecie, jak do pieprzu czy do kawy. Taki z korbą. Z tym że ten młynek nie ma szufladki tak jak zawsze, tylko ma kranik i z tego kraniku się wylewa coś żółtego do kieliszka.
Właśnie takiego spienionego. No można pomyśleć, że piwo, ale z drugiej strony są te bąbelki. No kieliszek jest jak bardziej do jakiegoś brandy, do koniaku. No pomyślałam o szampanie, nie? Bo ten kolor taki złocisty, w ogóle złocisty kolor. Kolejny złoty motyw. Co tu jeszcze jest? Na korbie, na rączce wisi liść klonowy, ale nie wiem, czy z klonu się robi jakiś alkohol. Nie wiem. Pomyślałam o alkoholu, wiecie, no eliksiry.
Co tu jeszcze jest ważnego? Nad tym kieliszkiem jest wielka mucha. Ona sobie tu przyleciała i sobie patrzy gdzieś tam w ten kieliszek. Dobra, ale bąbelki. To teraz zobaczymy jaką mamy ekspertyzę i jak to powiążemy z bąbelkami. Jeszcze z tym wszystkim. Kasia. Kasia błagam cię, zawsze se zrobisz. Dobra ekspertyza. Analiza podejrzanej substancji z miejsca zdarzenia.
No akurat wiecie, kranik, płyn w kieliszku, petarda. Podejrzana substancja z miejsca zdarzenia. Substancja nie musi być płynna w sumie, no ale dobrze jakby była. Substancja. Tak się zastanawiam. Nie, ona nie jest płynna, nie? Że na przykład jakbym miała jakiś pył, to też jest substancja. Zakaz researchu. Płaczę w środku, bo wcześniej mówiłam o tym, że nasz śledczy zabrał z gabloty tą próbkę właśnie tego tombaku i że rozważałam, czy ta próbka nie została też znaleziona, podobna próbka na miejscu zbrodni. No to czyli trochę to zaspoilerowałam.
No bo moglibyśmy pójść w ten sposób, że teraz, tak? Badając tutaj tę ofiarę, no teraz wszystko się składa, te wszystkie złote rzeczy, czy na przykład nasz śledczy poprosił może o to, żeby każdy z tych innych śledczych, tak? Pobrał próbkę, że to nie jest— czy to na pewno jest prawdziwe złoto, tak? Bo właściwie nikt, nikt tych posążków nie badał. No uznali, że złoto i tyle. Więc teraz poprosił o to, żeby pobrali próbkę i wysłali mu tutaj te substancje. No te próbki, tak? Ekspertyzy, z czego te posążki są zrobione, żeby się upewnić, że to jest z tego samego źródła. I w tym momencie mamy też materiał do porównania zarówno z tej marchewki, tak? Znalezionej tutaj na naszym alchemiku bimbrowniku.
Mamy też pobraną z gabloty Jakąś skruszoną, jakiś fragment, gdzie nasz śledczy zobaczył brakujące różne posążki. I jeszcze przypominam, że do tej całej przetapialni złota nasz śledczy trafił dzięki złotej wizytówce, więc może też z tamtej wizytówki mogła zostać pobrana próbka. Podejrzana substancja. Tylko czemu ona podejrzana? Dobra, słuchajcie, bąbelki miały tu być motywem przewodnim, bo się skupiłam na tym złotym w szklance. Bąbelki. Jak by to mogło teraz doprowadzić do kolejnej ofiary? Bo to by tylko nas utwierdziło w tym, co jest. Dobra, odkręcam tę ostatnią kartę zwierzaka. Może ten zwierzak nam coś pomoże.
Uwaga, cyk. Koala. Eukaliptus. To jest pierwsze, co mi przyszło do głowy. I tu nawet jest, czytam pytanie oczywiście, że dlaczego koala pachnie eukaliptusem? I odpowiedź jest: bo żywi się liśćmi eukaliptusa. Dobry trop w mózgu zakodowany. Eukaliptus. On był czymś łatwopalnym. Czyli należałoby się spodziewać, że znajdziemy liście eukaliptusa na kolejnej ofierze.
Miś koala. Skąd on by wiedział? Skąd mógł się dowiedzieć? Może jednak gablota? Może na tej gablocie były podpisane różne zwierzaki. Nie zwierzaki. Właśnie! Pokarmy. Czyli nasz śledczy zrobił zdjęcie gabloty i jeżeli uznamy, że w tej gablocie były jakieś figurki i one na przykład były podpisane, to w momencie, kiedy nasz śledczy dopasował te figurki znalezione na miejscach zbrodni, wmontował, widział, że to się zgadza z tymi brakami w gablocie, zauważył, że kolejną, której nie znalazł jeszcze ofiary, ale jej nie ma w gablocie, to był właśnie liść eukaliptusa. I teraz, jak eukaliptus, to nasz śledczy skojarzył, że koala.
Z racji, że jest to dosyć egzotyczne zwierzę, najprawdopodobniej nie można chyba go wywozić. Koala to Australia chyba raczej, nie? Ale nie ma na przykład czegoś takiego, że koalę można sobie wziąć do domu i hodować. Zastanawiam się, czy może w jakimś zoo? Trzeba by zobaczyć. Ale możemy przyjąć na potrzebę naszej historii, że pierwsze kroki kierujemy do naszego okolicznego zoo, żeby dowiedzieć się, czy nie zaginął misio jakiś. Więc teraz mamy misia. Może ten misio da nam trop do podejrzanego w następnym odcinku. To byłoby super. Myślę teraz, jaka to osoba.
Bo teraz jeszcze by się przydało te zwierzaki dopasować do typu, do działu tych osób, do reprezentanta danego działu. Więc jak tu mieliśmy, patrzę, tu był gołąb i wiewiórka. One takie, nie wiem. Bo tam wcześniej się upatrywałam, że las, że miasto. Ale tu mamy egzotykę. Patrzę po jakichś gatunkach. Wiecie co? Musiałabym to chyba sobie bardziej przemyśleć, ale obawiam się, że chyba nie znajdziemy powiązań między zwierzakami. Ale może między przedmiotami. Dobra, ja to rozpiszę.
Ja kończę odcinek, bo ja muszę rozrysować, bo troszeczkę trudno mi wszystko sobie przypominać, patrząc na karty. Myślę, że dotarliśmy do ważnych momentów, więc w następnym odcinku mamy wycieczkę do okolicznego zoo, żeby się dowiedzieć, co dalej, czy misio nie zaginął. A w międzyczasie najwyżej podzielę się z wami też jakimiś swoimi notatkami czy czymś takim, co mi tu przyszło do głowy teraz. Okej. Kończę na dziś. Jest bardzo długo. Mam nadzieję, że nie nudziliście się, bo dzisiaj dużo materiału. Tak że trzymajcie się cieplutko. Słyszymy się za tydzień. Pa.
[04:03:10] - Proszę państwa, żeby tak się stało teraz bardziej poetycko, to zapraszam na cykl Krystyny Śmigielskiej „Nie wiem, co to poezja”. Ja wiem, że nie wszyscy poezję lubią, a niektórzy to ją nawet z trudem przepuszczają przez zęby. O innych czynnościach, które z nielubieniem poezji się wiążą, nie będę mówił, bo to już gdzieś o palenie książek się prawie ociera. Żart, ale tak jak to czasami ator mówi, kiedy usiłuje być zabawny, to wtedy mi nie wychodzi. To właśnie był taki przykład. Żeby nie przedłużać, zapraszam państwa na poetyckie spotkanie.
[04:04:06] - „Nie wiem, co to poezja”.
[04:04:18] - Dobry wieczór państwu. Dookoła nas dzieją się wydarzenia, o których prawdopodobnie wszyscy będziemy bardzo długo pamiętać. W tych historycznych chwilach musimy jednak zachować normalność, ponieważ tylko w ten sposób możemy mieć spokój i równowagę, a dzisiaj one są nam naprawdę niezwykle potrzebne. W programie „Nie wiem, co to poezja” staram się prezentować państwu poetów, których twórczość nie zmieściła się na pierwszych stronach gazet. Zadaniem tej audycji jest stworzenie możliwości naszym gościom zaprezentowania swojej twórczości szerszemu gronu odbiorców. Nie jesteśmy jednak osamotnieni w promowaniu niszowych artystów. Często tak bywa, że nie mogąc przebić się do głównego nurtu i dotrzeć do większej rzeszy czytelników, artyści sami zakładają wydawnictwa, zrzeszają się w fundacjach, gromadzą wokół grup literackich. Mam przyjemność przedstawić Państwu panią Magdalenę Kapuścińską, naszego dzisiejszego gościa. Dobry wieczór, pani Magdo. Miło mi panią gościć.
[04:05:42] - Dobry wieczór, witam panią redaktor. Witam także słuchaczy Book Radio.
[04:05:47] - Porozmawiamy dzisiaj o poezji, ale nie tylko o niej. Chcemy też pokazać, że sztukę można promować w różny sposób. Zanim jednak zaprezentujemy pani działalność, chciałabym, żeby przeczytała nam pani swój wiersz, który pasuje do dzisiejszych czasów, niestety. Jest wzruszający i piękny. „Zabawa w Boga”.
[04:06:15] - „Zabawa w Boga. Na moim podwórku chłopcy najczęściej bawili się w wojnę. Grabili, zabijali, umierali. Patrzyłam z przerażeniem na nich, kiedy wczuwali się w role, unicestwiali się wzajemnie. Bywało, że musiałam przejść przez to piekło, by dotrzeć na drugą stronę ulicy i udzielić pomocy młodszemu bratu w łapaniu jakiegoś przestępcy. Nie umiałam pojąć radości z pyrosowego zwycięstwa, tak jak oni nie potrafili pojąć daru kreacji. Dla nich zawsze byłam tylko dziewczyną z iskrą, która niosła światło tam, gdzie go zbrakło. Moją ulubioną zabawą była zabawa w Boga. Siadałam zazwyczaj na szarym krawężniku, który niczym margines wytyczał obszar. Nie odwracając wzroku otwierałam zeszyt.
Na białym obłoku kartki słowem kreowałam świat w pozytywnych odcieniach emocji. Niebieskim tuszem zakraplałam lalkom duszę. Nigdy nie zapraszali mnie do swoich zabaw. Mówili, że dla Boga i kobiet na wojnie miejsca nie ma. Mieli rację. On jest wiecznością, a wojna? Każda wojna kiedyś się skończy”.
[04:07:39] - Zainteresowała mnie w pani twórczość satyryka. Była pani redaktorką roczników poetycko-satyrycznych. Organizuje pani różnego rodzaju spotkania, turnieje satyryczne. Wiem, że jest pani laureatką V Gdańskiego Turnieju Satyrycznego, który odbył się w 2014 roku. Poprosiłabym o kilka słów na temat tamtego turnieju i odpowiedzi na pytanie, czy satyra w pani twórczości odgrywa ważne miejsce?
[04:08:15] - Już odpowiadam. Satyra zajmuje szczególne miejsce w moim życiu, w mojej twórczości, ponieważ ja uważam, że dobry satyryk powinien być zawsze w opozycji. Nieważne i niezależnie od tego, kto akurat rządzi naszym krajem, niezależnie od tego, co się dzieje na świecie, czuje się w obowiązku, żeby pisać o tych ważnych sprawach dla społeczności, dla świata. Stąd nie ukrywam, że ta satyra tak naprawdę podniosła mi skrzydła do poezji, bo od satyry tak naprawdę wszystko się zaczęło. Czyli tutaj teraz chciałabym nawiązać do tego turnieju, który zwyciężyłam w 2014 roku. To był okres, kiedy jeszcze mieszkałam w Gdańsku. Tak naprawdę po tym turnieju dwa miesiące później przeprowadziłam się do Wielunia, gdzie dzisiaj mieszkam i to jest jedno z moich najpiękniejszych wspomnień, jeśli chodzi o to miasto. Wystąpiłam tam z kilkoma swoimi utworami. Turniej rządzi się oczywiście swoimi prawami. To nie jest tak jak konkurs literacki czy poetycki, że wysyłamy swoje teksty.
Z tymi tekstami trzeba stanąć na scenie przed publicznością, przed jury i trzeba obronić swoje słowa. Trzeba obronić swoje utwory, swoje teksty, zachwycić nie tylko słuchaczy, ale przede wszystkim jury. No i mi to na szczęście się udało.
[04:09:51] - Bardzo cieszy mnie, że podołała pani tak trudnemu wyzwaniu.
[04:09:58] - Ja również się cieszę. „Fajrant. Siedzą chłopy, co zarobią, to przepiją. Potem filozofią, chłopię, swoje żony biją. A że czasy teraz takie, baby na gigancie piją, bo życie nijakie, zwłaszcza przy fajrancie. Apel do czytelnika. Dziś już nikt nie czyta książek. Bibliotek nie chcą odwiedzać. Młodzi i te pe smarkacze nie wiedzą, że tam jest wiedza. Leżą odłogiem słowniki.
Muchy kopulują na skryptach. Zgodnie z prawami logiki burak i dureń nic nie czyta. Balon głupoty pęcznieje. Ty zamiast za bzdetem latać, weź z półki Juliusza Verne'a i leć z nim dookoła świata. To na ciebie czekają regały. Tu mój apel do czytelnika, by książniczki w pracy nie spały. Wypożycz książkę i czytaj”.
[04:11:09] - Przejdźmy w takim razie do następnego pytania. Są w naszym życiu rzeczy ważne i ważniejsze. Myślę, że w pani twórczości bardzo szczególną rolę odegrał rodzinny projekt pod nazwą „Magiczne Pióro”. Jest to napisana przez panią przy współpracy z córką Amelią mini baśń. Ukazała się ona nakładem pani wydawnictwa w 2018 roku. Ciekawi mnie, jak układała się paniom współpraca i czy rozbudzona kreatywność Amelii nadal procentuje?
[04:11:49] - Ta bajka, to opowiadanie baśni, jak można to zwać, narodziła się z pomysłu. Pewnego dnia przyszła do mnie córka, która wówczas jeszcze chodziła do przedszkola, z prośbą, bym napisała dla niej sztukę teatralną, bo ona chciałaby wystąpić w pierwszoplanowej roli. A ponieważ w przedszkolu zazwyczaj była obsadzona w epizodycznych rolach do odegrania, trochę ją to zabolało, zakuło i poprosiła mnie, żeby napisać sztukę tylko dla niej. Ja wtedy byłam bardzo zajęta i mówię: „Wiesz, sztuka to jest ciężka sprawa. Może zacznijmy od jakiejś bajki, może napiszę dla ciebie bajkę, baśń”. I ona wtedy stwierdziła lekceważąco: „Mamo, baśń to ja mogę sobie napisać sama”. Więc ja mówię: „Dziecko, to w takim razie pisz”. I zaczęło się od tego, że wspólnie zaczęłyśmy wymyślać postaci, wątki. Zabawy było przy tym co niemiara, bo jak już nam się wydawało, że kończymy baśń, to Amelia co chwilę zmieniała albo charaktery postaci, albo imiona i ciągle była niezadowolona z tego.
[04:13:06] - A czy te twórcze zapędy pozostały jeszcze nadal w córce? Bo rozumiem, że już kilka lat minęło. Dzieci szybko dorastają.
[04:13:15] - Tak. Ona wtedy złapała bakcyla. Ona też pisze. Stara się pisać, składać pierwsze wiersze.
[04:13:22] - To bardzo ładnie. Ja muszę powiedzieć, że kiedyś pisałam książkę, może nie całkiem, ale przy współpracy, opowiadań wnuczki z przedszkola. Ona była pierwszą recenzentką i bardzo wnikliwie słuchała, czy to babcia czegoś nie przeinaczyła i nie napisała niezgodnie z prawdą. Współpraca z dziećmi była naprawdę bardzo przyjemna.
[04:13:53] - „Diabełek. Jestem ciotką Anastazji. Biegle władam każdym piórem i tak myślę przy okazji spisać cechy jej natury. Tak więc oto dziewczę miłe, urodzone w dzień poezji, nosi w sobie wielką siłę, aby piękne wiersze klecić. Żyje w nieustannym ruchu, tak też karmi swój intelekt. Wyskakuje z każdych butów. Przez dzień cały wciąż szaleje. Ona budzi świat do życia, gdy już leci na rezerwie. Nawet jej prababcia Krysia dostawała od niej werwy. Recytuje wiersze brzydkie.
Stroi miny, stroi foszki, dziadkom ciągle płata figle. W nosie swym hoduje muszki. Babcia się za głowę łapie. »Dziecko drogie« — krzyczy na głos. »Nie skaczemy po kanapie. Proszę, nie rób babci na złość!« Wciąż się modli nad obiadem. Dziadek włosy z głowy rwie i choć mały z niej jest diabeł, trudno wprost nie kochać jej. Śnięta królewna. Jeszcze się nie obudziłam, jeszcze płynę w noc bezkresną. Jeszcze sen wczorajszy spijam, walcząc we śnie z własną bestią.
Jeszcze stąpam stopą bosą w pajęczynę ślepych ulic. Jeszcze ciszę karmię nocą, prosząc, by mnie ktoś przytulił. Jeszcze nie drgnął we mnie atom. Jeszcze cała moja ciemność daje powód innym światom, by ukryły się przede mną. Jeszcze rosną we mnie żale, dosięgając moich ramion. Nie chcę się obudzić wcale, gdy dzień jawi się tak samo”.
[04:15:56] - Zajmijmy się teraz „Dokarmianiem motyli”. Tomik o takim tytule wydała pani również w 2018 roku. Powiem „miłość”, a panią poproszę o rozwinięcie i przekazanie nam emocji związanych z tekstami zawartymi w „Dokarmianiu motyli”.
[04:16:17] - Jak wszyscy wiemy, miłość składa się z różnorodnej, różnokolorowej palety emocji. Głównie w tym tomiku chciałam zawrzeć temat odnośnie do miłości między partnerami, między kobietą a mężczyzną. Miłość w wymiarze zarówno duchowym, emocjonalnym, ale także i fizycznym. Bo nie ma co ukrywać, przecież seks jest bardzo ważny w życiu każdego człowieka i nie można się okłamywać, że jest mniej ważny czy w ogóle jest nieważny. Ponieważ to jest spoiwo naszych relacji.
[04:17:08] - My tą sferę staramy się gdzieś zakamuflować, o niej nie mówić. Ale ma pani rację, jak najbardziej. Seks jest właściwie motorem wszystkiego, jedną z najważniejszych emocji naszego życia. I ja uważam również, że powinniśmy bardzo dużo o niej mówić, uczyć się nawzajem, jak przeżywać tak, żeby było najlepiej, najpiękniej, najcudowniej. A przede wszystkim zbliżać się do siebie w ten sposób.
[04:17:38] - „Dotyk przeznaczenia”. Wystarczyło przepaść w otchłani twoich oczu, by poczuć na skórze jeszcze nieśmiały i drżący dotyk przeznaczenia. Szukałam cię wśród najpiękniejszej poezji i szarej prozy życia, chłonąc każdy ślad, który zostawiłeś w naszej przestrzeni. Odnalazłam w moim sercu. Nie przypadkiem, nie dzisiaj. Ten krzew od dawna się zielenił. „Kamek”. Znalazłeś mnie na straganie rozmaitości. Intuicyjnie wyciągnąłeś rękę po kamyk uwięzionych, skrajnych emocji. Strzegłeś mnie jak źrenicy oka, przekonany, że jestem prawdziwym diamentem wśród miliona tanich podróbek.
Ściskałeś mocno w dłoni, lecz potknąłeś się o nieprzychylność losu. Oślepiony blaskiem tykoń, wypadłam z twoich rąk. Przepadłam jak kamień w wodę.
[04:18:53] - A teraz zwróćmy uwagę na inną formę poezji. Poezję skierowaną do najmłodszego czytelnika, do dzieci. Ona się rządzi bardzo specyficznymi prawami. Uważa pani, że ten rodzaj twórczości jest bardziej czy mniej absorbujący dla poety niż teksty dla dorosłych? I interesuje mnie jeszcze taka kwestia, czy pisane przez panią rymowanki były pisane dla konkretnego czytelnika, słuchacza, czyli dla pani pociech?
[04:19:27] - Tak. Z początku pisałam dla swoich dzieci. Najpierw pisałam dla mojego syna, który już jest, można powiedzieć, dorosłym mężczyzną, ponieważ w tym roku kończy 19 lat, więc te wierszyki dla dzieci tworzę od 20 lat. Moje dzieci już wyrosły z wierszyków dla dzieci. Jeszcze Amelka łapie się w tej kategorii wiekowej, ponieważ ona ma 11 lat, ale już też woli taką normalną poezję. Wyznaje zasadę: im krócej, tym lepiej. Mówi: im mniej czytania, tym człowiek się mniej zmęczy. Więc jak czasem napiszę coś za długiego, to ona mówi: mamo, skreśl to, bo to jest za długie. Mnie to zaczyna męczyć. To jest taki fajny krytyk domowy, gdzie mogę się podeprzeć jakimiś sugestiami czy uwagami.
Bo tak naprawdę dzieci są odbiorcami tych wierszy i chciałabym, żeby jak już coś tworzę, to żeby miało to odbiór i ktoś czerpał z tego jakąś radość.
[04:20:34] - No tak, mamy zawsze takiego wirtualnego czytelnika przed oczami i zawsze dla kogoś tam piszemy, prawda? Więc musimy się liczyć też z jego zdaniem. Czy odbiór akurat naszego tekstu będzie dobry. Tak, to bardzo dobrze, jak się ma takiego domowego korektora.
[04:20:54] - Tak. Ta poezja dla dzieci jest bardzo absorbująca. Trzeba się bardzo starać, bo trzeba wziąć pod uwagę, że dzieci jeszcze nie znają tylu słów. Trzeba im powoli te nowe słowa wprowadzać w jakiś wiersz czy utwór, ale żeby ich nie zmęczyć, żeby ich nie zniechęcić, ale przede wszystkim, żeby je zaciekawić, żeby chciały odkrywać ten świat słów.
[04:21:19] - Tak, to jest właśnie bardzo ważne i bardzo trudne w literaturze dziecięcej. Tu się z panią zgodzę.
[04:21:26] - „Muza chwilowych wzruszeń”. Trzymasz mnie w garści jak książkę na pozór banalną. Przelatujesz wzrokiem, ślinisz palce, pocierasz o moje kartki. Śmiało otwórz nowy rozdział. Odlećmy stąd, oderwijmy od rzeczywistości. Będę twoim ulubionym trunkiem, ostatnią deską ratunku na smuty, smuteczki, smutki lub upojeniem i ukojeniem zarazem. Co prawda zbyt krótkim. Wyparowałabym nad ranem, zanim słońce ograbi nas z marzeń. Zanim odłożysz mnie na potem lub sięgniesz po nową którąś, zwyczajnie znudzony lekturą. Zanim stanę się tatuażem, nieścieralnym śladem, muzą chwilowych wzruszeń.
Zanim opuścisz mnie nad ranem. „Poza czasem”. Z każdym dotykiem oddalamy się od siebie, by zatęsknić jeszcze raz. Z każdym zwątpieniem zmuszeni odnajdywać się na nowo. Upływające dni w samotności naszym wrogiem i sprzymierzeńcem zarazem. Czas nie jest absolutem. To jedynie miernik naszej miłości, od kiedy los uwięził nas w jednej chwili.
[04:23:02] - To w takim razie przejdźmy jeszcze do monodramu. To jest naprawdę interesująca forma spektaklu teatralnego. Walka jednego aktora z tekstem, której przysłuchują się, oglądają to widzowie. Pokusiła się pani na sprawdzenie swoich sił i w tej dziedzinie. Proszę nam opowiedzieć, jak powstał i o czym opowiada monodram „Pieśń nocy”.
[04:23:34] - Monodram tak naprawdę, zanim stał się monodramem, był fragmentem wierszy, listów i wywodzi się ze spektaklu, który wyreżyserowałam i wystąpiłam wspólnie z moim przyjacielem Kamilem Dudkiem, poetą z Wielunia również, który pewnego dnia napisał do mnie, że może byśmy coś stworzyli razem i przesłał mi swoje listy do ukochanej. Z tym, że to były listy do osoby, która była nieobecna w jego życiu. Ja nie do końca wiem, nie do końca to mam sprawdzone, czy ta osoba rzeczywiście istniała, istnieje. Ale te wiersze były tak poruszające, że postanowiłam coś z tym zrobić. I Kamil mi wtedy mówi: „Wiesz, muszę być odpowiedzialna za te listy”. Ja mówię, że nie, absolutnie. To nie są listy do mnie, nie chciałabym odpowiadać za kogoś. Natomiast mam swoje listy gdzieś trzymane w szufladzie w odchłani komputera i chciałabym sprawdzić, jak one korelują ze sobą. Okazało się, że te nasze listy mniej więcej są o tym samym i one bardzo fajnie skorelowały się, więc postanowiliśmy stworzyć taki mini spektakl na podstawie naszych listów. Nazywał się „List kliwie”.
Wystawiliśmy go w Miejskiej Gminnej Bibliotece w Wieluniu pod koniec chyba 2019 roku, o ile dobrze pamiętam. Ostatnio wznowiliśmy ten spektakl. Gościliśmy w prywatnym domu seniora tutaj w Wieluniu i także został bardzo pozytywnie odebrany. Z tego wywodzi się mój monodram. Mieliśmy stworzyć z tego wspólny projekt, natomiast Kamila zatrzymały prywatne sprawy i nie mógł się zdecydować w wczesnym czasie na stworzenie wspólnej książki czy tego spektaklu i rozszerzenia. Więc ja zebrałam swoje materiały i stworzyłam z nich monodram pod tytułem „Pieśń nocy”. Moja przyjaciółka, poetka Ewelina Dochnik podjęła się przekładu na język angielski wspólnie ze mną, ponieważ ja się trochę obawiałam tego swojego języka, że nie jest na tyle plastyczny i operatywny, jakim bym chciała, więc musiałam się posiłkować umiejętnościami lingwistycznymi.
[04:26:03] - To bardzo ciekawy projekt, tym bardziej że jest dwujęzyczny.
[04:26:08] - My się zimy nie boimy. My się zimy nie boimy. Zima wcale nie jest zła. Śnieżną bitwę urządzimy. Orła zostawimy ślad. Jej nie trzeba bać się wcale. Mróz już przygotował staw. Łapcie łyżwy, będzie balet. Spójrz na lukrowany świat. My się zimy nie boimy.
Bo cóż zrobić może nam? Mikołaja wszak lubimy. Słychać dzwonki jego sań. My się zimy nie boimy. Zima to prezentów czas. W ferie dziadków odwiedzimy. Przecież są stęsknieni nas. My się zimy nie boimy. Zaraz wiosna przegna ją. W mig w kominku rozpalimy, bo na dworze dzisiaj ziąb.
My się zimy nie boimy. Tylko zwierząt jest nam żal. Ptaki ziarnem nakarmimy i zaopatrzymy las.
[04:27:12] - Mówi pani o sobie poetka, prozaiczka oraz wydawczyni z prawdziwą pasją. Pani Magdo, proszę nam powiedzieć, czy kolejne pani wcielenia wynikały z poprzednich, czy zupełnie niezależnie od swojej twórczej działalności przybrała pani na siebie rolę wydawcy?
[04:27:32] - Rola wydawcy. Bo tak jak ja się śmieję, że u mnie jest z tym wydawaniem trochę jak z poezją. To jest tak zwane z przypadku. Chociaż ludzie twierdzą, że przypadków podobno nie ma. Ale tak to mogę ująć. Po prostu pisząc książkę dla dzieci przyszła do mnie ta poezja. Próbowałam wymyślić jakieś zaklęcie rymowane i od tego tak naprawdę się zaczęło, gdy pisałam swoją „Zimową baśń” dla dzieci kilkanaście lat temu. A jeśli chodzi o wydawnictwo, to życie trochę mnie zmusiło, ponieważ chcąc wydać to, co już miałam napłodzone, te swoje płody literackie czy poetyckie, zgłaszałam się od wydawnictwa do wydawnictwa i nie ukrywam, że miałam straszny kłopot, żeby się przebić, żeby cokolwiek wydać, bo wydawnictwa były nastawione głównie komercyjnie. Tak naprawdę dla nich liczył się zarobek i zazwyczaj mówiono: „Dobrze, wydamy pani. Poprośmy o 5000 zaliczki, odezwiemy się za pół roku” albo „Nie, dziękujemy.
Literatura dziecięca się w tej chwili nie sprzedaje. Poezja się nie sprzedaje”. Więc tak chodziłam od wydawnictwa do wydawnictwa, aż mój przyjaciel zapytał mnie pewnego dnia: „Magda, dlaczego ty nie otworzysz własnego wydawnictwa autorskiego?”. No więc sprawdziłam, czy mogę. Zasięgnęłam porady prawnej i dopytałam u różnych źródeł. Okazało się, że mogę, więc skorzystałam z tej opcji głównie dlatego, żeby wydawać swoje twory książkowe. Natomiast rozeszło się to pocztą pantoflową. Zaczęło się zgłaszać do mnie coraz więcej przyjaciół po piórze z prośbą, czy nie mogłabym im pomóc przy Przy złożeniu książki, przy wydaniu i tak dalej. Ja jestem taką osobą, która jak może, to pomaga. Staram się, żeby ta pomoc gdzieś się niosła w świat.
Tak się zaczęło. Nie sądziłam, że to się tak rozbuja.
[04:29:42] - Takie były początki. Wydawnictwo pani nosi nazwę Wydawnictwo Magdy Kapuścińskiej. Śmiem twierdzić, że niejeden teraz słuchający nas poeta kiwa głową, bo on z autopsji również zna tą trudną drogę po wydawnictwach w poszukiwaniu kogoś, kogo zainteresuje swoją twórczością. Tak jak pani powiedziała, wiersze rzeczywiście nie cieszą się zbytnią popularnością wśród wydawców, a jest dzisiaj bardzo dużo ciekawie, dobrze piszących osób. Właśnie chciałabym, żeby pani udzieliła kilku rad. Pani wydawnictwo opublikowało już ponad 80 pozycji. To już jest spory dorobek. Proszę nam opowiedzieć o tym projekcie dokładniej. Jak można skorzystać z usług prowadzonej przez panią oficyny i kto dobiera teksty do antologii, którą wydaje pani również w projekcie?
[04:30:44] - Początkowo otwierając swoją małą oficynę Wydawnictwa Autorskiego Magdalena Kapuścińska, bo tak to się nazywało, prowadząc jako osoba fizyczna to wydawnictwo, założyłam przy okazji Poetaeriad, czyli inicjatywę twórczą. Stronę na Facebooku, która ma za zadanie promować polskich współczesnych poetów. Dlatego ja na przykład robię zupełnie inną rzecz niż niektóre kulturalne witryny i zamiast przypominać o śmierci jakiegoś autora, staram się pamiętać o jego urodzinach. I chyba jestem jedną z nielicznych takich witryn, gdzie staram się przedstawiać sylwetki autorów żyjących, współcześnie tworzących, promować ich wiersze. Robię mnóstwo różnych projektów poetyckich, antologie, roczniki satyryczno-poetyckie, bo mam mnóstwo pomysłów na różne książki. Robię to trochę też dla siebie, bo chciałabym zbadać społecznie poziom i warsztatu ludzi piszących i ich kreatywności, więc co chwilę wymyślam jakieś inne tematy antologii. Mieliśmy w zeszłym roku rocznik poezji miłosnej pod tytułem „Wierszo wzięci” i poezję witalistyczną pod tytułem „Uskrzydleni”. Mieliśmy rocznik satyryczny pod tytułem „Świństewka”, czyli tak zwana poezja spod lady. Są też antologie dla dzieci „Wierszyki uśmiechem plecione” czy najnowsza antologia „My siedzimy, nie boimy”, czyli wierszyki typowo zimowe dla dzieci. Tych pomysłów na szczęście mam coraz więcej.
Niektórzy się boją, że mi się kiedyś skończą, ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Więc to wydawnictwo wspólnie z Poetaeriad tworzyło taką inicjatywę twórczą, żeby promować poetów, poezję, ale nie tylko, bo wydaje też książki prozatorskie, wydaje też książki dla dzieci, wydaje też sztuki i innego typu książki. Niedawno, tak naprawdę z początkiem lutego otworzyłam Fundację Poetaeriad. Fundacja powstała właśnie na filarach Poetaeriadu, czyli tej inicjatywy twórczej. Jest to działalność wydawniczo-kulturalna i tak naprawdę, gdyby ktoś ma marzenie, żeby wydać książkę, czy to jest poezja, czy proza, czy książka dla dzieci, czy zwykły album z pracami swoimi rzeźbiarskimi czy malarskimi, to zapraszam, zachęcam do kontaktu: fundacja.poetaeriad@gmail.com. Można też mnie znaleźć na Facebooku.
[04:33:39] - O, i o to właśnie mi chodziło. O te konkretne namiary, gdzie ludzie, którzy rzeczywiście mają coś ciekawego do powiedzenia, a nie mogą się, jak mówiliśmy, przebić do głównego nurtu, zgłaszali się do pani, szukali z panią kontaktu i wtedy jest możliwość zaprezentowania swojej twórczości szerszemu gronu.
[04:34:02] - „Pielgrzym”. Moje życie jest eksperymentem, nieustanną podróżą. Idę, bo droga jest moim celem. Bywa, że niepotrzebnie przyspieszam. Przystankiem bywa ludzkie cierpienie, kiedy czuję potrzebę pochylić się nad człowiekiem. Omijam utarte szlaki, wolę dziewicze chaszcze. Wybieram ścieżki trudne i kręte. Często dostaję od losu baty. Nic to. Głos intuicji moim drogowskazem.
Kocham cały świat. Emocje jak gąbka chłonę. Nigdy nie ozdabwiam uczuć. Brzęczą łez bilonem. Szukam prawdy, gubiąc gdzieś siebie po drodze. Pod sukienką trzymam ego. Jestem pielgrzymem zmęczonym wędrówką przez życie. Choć ból stóp dokucza i ust zwilżyć nie ma komu, idę. Idę z nadzieją w sercu, że wrócę kiedyś do domu. „Petunie”.
Moja mama twierdzi, że nie ma ręki do kwiatów, za to ma rękę do poezji i nosa do ludzi. Wychodzi na balkon i uprawia petunie.
[04:35:31] - Poezja kwitnie w dymie nawet jesienią u niej.
[04:35:36] - Bardzo serdecznie pani dziękuję za poświęcony czas słuchaczom Bok Radia i za prezentowanie swojej twórczości oraz wskazówki, jak i gdzie można wydać własny tomik wierszy. Życzę pani wielu wspaniałych publikacji, zarówno własnych, jak i tych, które wzbogacą konto wydawnictwa. Państwu przypominam, naszym dzisiejszym gościem była pani Magdalena Kapuścińska, poetka, pisarka, satyryk, wydawca. Dziękuję za uwagę i żegnam się z państwem z życzeniami spokojnej nocy. Dobranoc, pani Magdo.
[04:36:19] - Dobranoc. Dziękuję za zaproszenie.
[04:36:21] - Ja bardzo dziękuję, że pani je przyjęła i tak pięknie pani nam opowiedziała o swojej twórczości i swoich działaniach. Dobranoc państwu.
[04:36:34] - Proszę państwa, była już Katarzyna Prychacz troszkę wcześniej. Takie pisanie bardzo praktyczne, bardzo nastawione na tu i teraz zrobimy coś ciekawego, napiszemy jakiś fajny kawałek. Jest drugi cykl, który ja państwu bardzo polecam, szczególnie tym wszystkim, którzy chcą pisać, już piszą, początkują i chcieliby swoje możliwości rozwinąć. To jest cykl z dalekiej Islandii, że tak sobie powiem, „Pisząca z fiordami”, który bardzo praktycznie podchodzi. Właściwie to nie cykl, tylko powiedzmy sobie szczerze jego autorka Kamila Ciołko-Borkowska bardzo praktycznie podchodzi do sztuki pisania i dzieli się z państwem wszystkim tym, co sama opanowała, przeżyła, wypraktykowała w toku swoich pisarskich działań. A zatem zapraszam na kolejny odcinek „Piszącej z fiordami”.
[04:38:00] - Dzień dobry, wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór, witam w kolejnym odcinku naszej audycji, w której zastanawiamy się nad warsztatem pisarza. Jak już wspomniałam wcześniej, nie może być dobrej historii bez dialogów, opisów czegokolwiek, opisów przyrody, opisów bohaterów. Jednak zapomniałam wspomnieć o takiej drobniutkiej rzeczy, która w sumie nie może być też pominięta podczas pisania historii, powieści, opowiadania. A mianowicie chodzi tu o to, że należy pamiętać o bohaterach. Bohaterzy muszą być stworzeni w taki sposób, żeby pasowali do historii, żeby historia jednak dotyczyła ich i żeby oni wzbudzali zainteresowanie czytelnika. Jak to zrobić? O tym wszystkim już słuchajcie za momencik. Pierwszy punkt, który można zapisać w jakimkolwiek poradniku, i który należy podkreślić trzykrotnie, napisać go caps lockiem z wykrzyknikiem, nawet trzema.
To podstawowa świętość pisarska, o której nie można nigdy zapomnieć. Mianowicie przy tworzeniu którejkolwiek postaci, czy będzie to postać pierwszoplanowa, czy drugoplanowa, którakolwiek, należy być konsekwentnym. Nie można sobie tworzyć bohatera i zmieniać jego zasad moralnych, zachowań, upodobań ot tak do pasującej sytuacji. Czytelnik to wyłapie bardzo szybko. Przedzę też, że podczas trwania tego odcinka będę o tym powtarzać wielokrotnie, ponieważ według mnie jest to najważniejsza zasada. Taka numer jeden wszystkich zasad. Takie numero uno i koniec. Bez tego nie ma budowania postaci. Dobra, tak więc mogę wam zacząć tu opowiadać. Dobrze jest, jeśli stworzymy tą postać powolutku.
Nie będziemy o niej myśleć pięć sekund przed rozpoczęciem pisania, tylko usiądziemy na spokojnie i zastanowimy się. Ponieważ bohater naszej opowieści powinien sprawiać wrażenie, że jest rzeczywisty, że ma przeszłość, którą powolutku musimy obmyślać, ponieważ podczas pisania będziemy pokazywać różnego rodzaju reakcje, które będą owocem na przykład jego przejść emocjonalnych, jego przeżyć, o których nie piszemy bezpośrednio, ale możemy o nich na przykład napomknąć gdzieś tam w międzyczasie. Dlatego musimy mieć tego bohatera opracowanego na tip top, żeby on gdzieś tam nie miał jakiejś luki. Ponieważ jak już wspomniałam wcześniej, czytelnik nie jest głupi. Czytelnik jest inteligentny i on te nieścisłości wszystkie wyłapie, ponieważ nasz bohater nie jest ot tak po prostu przypadkowy. Stworzyliśmy go konkretnie do tej sytuacji, do tej historii I on musi pasować jak taki puzelek, który wkładamy w tą historię i on tam pasuje idealnie. Nic mu nie wystaje, żadna emocja, żadna cecha charakteru nie jest najmniejszym kawałeczkiem niedopasowana. Wszystko jest jak ulał. Dalej musimy też pamiętać o tym, żeby nasza postać, nawet jeśli będzie ona zupełnie zwyczajna, ponieważ opowieści, na przykład powieści obyczajowe, to są książki zazwyczaj dotyczące zwykłych ludzi, takich przeciętnych, szarych. Chociaż oni najczęściej mają w sobie paletę barw, jednak ich życie, ich osoba jest zwykła, taka zwyczajna.
Jednak musimy pamiętać o tym, by do tej szarości, zwyczajności dodać coś, co spowoduje, że czytelnik polubi naszego bohatera, co spowoduje, że bohater będzie miał cechę, która go wyróżnia spośród tłumu. To nie musi być wielki element. To może być jakiś drobiazg. Coś, co będzie zupełnie inne od całego tłumu, który go otacza. Dlatego musimy też konkretnie, jak już wcześniej mówiłam, obmyśleć jego cechy charakteru lub też cechy wyglądu. Ponieważ jeśli znajdziemy coś, co tego bohatera wyróżnia spośród tłumu, to spowoduje to, że czytelnik zainteresuje się nim bardziej. Ponieważ jeśli czytamy o takim zwykłym człowieku, takim samym jak setki innych, który się zupełnie niczym nie wyróżnia, nawet chociażby tym, że śpiewa przy zmywaniu naczyń. To już jest jakaś cecha charakteru. Nie każdy to robi. To jest cecha charakteru trochę odmienna.
Jeśli napiszemy, że nasz bohater zmywa naczynia i podczas tej czynności zawsze sobie śpiewa jakąś piosenkę, to już jest cecha indywidualna. Jednak pamiętajmy, że nie możemy rozpisywać tego, co robi nasz bohater, tej konkretnej cechy, nie możemy opisywać na trzy strony. Możemy to zrobić w kilku miejscach, powiedzmy linijkę w jednym miejscu, linijkę w drugim miejscu, żeby nie za bardzo. I jak już wcześniej wspomniałam, to musi być konkretnie, totalnie, konsekwentnie prowadzone. Bo jeśli my napiszemy, że nasz bohater śpiewa podczas zmywania naczyń, a później gdzieś tam napiszemy, że nie idzie na koncert do filharmonii, bo on nie lubi muzyki, to czytelnik powie: „No halo, coś tu jest nie tak, coś tu się nie klei". Bo jeżeli ktoś nie lubi muzyki, nie lubi dźwięków, to nie śpiewa podczas zmywania. Dlatego konsekwencja, powtarzam po raz kolejny, jest najważniejsza podczas pisania. Nie tylko podczas tworzenia postaci, ale podczas pisania. Konsekwencja. Tego się trzymajmy.
Bo o ile na przykład takie drobiazgi, ale o tym za chwilę też powiem, takie drobiazgi podczas pisania można gdzieś tam poprawić, o tyle bawienie się w poprawianie braków konsekwencji to jest w sumie pisanie książki od nowa. A to jest naprawdę bez sensu, bo lepiej już napisać coś i później poprawiać, niż napisać, poświęcić temu czas, poświęcić temu energię, a później wyrzucić i musieć pisać od nowa. Ja bym się chyba popłakała, naprawdę. Dobra, co jest jeszcze bardzo ważne? Ja wiem, że może nie każdy się z tym zgodzi, ale drobiazgi uratują każdego bohatera albo go po prostu zdepczą, zniszczą całkowicie. Musimy dopracować nie tylko te wszystkie szczegóły, które są widzialne z daleka, ale też te drobne. Tak jak w tym przypadku to śpiewanie. Musimy o tym wszystkim pamiętać i musimy skupić się też na tych drobniutkich rzeczach. Takich, które się na co dzień wydają nam mało istotne. Jednak podczas pisania historii, podczas pisania książki, powieści, opowiadania nawet, takie rzeczy muszą być zapamiętywane.
Teraz powiem to, o czym przed chwilą mówiłam, że powiem później. Moja bohaterka w mojej książce, tej, którą aktualnie kończę, dopieszczam, nie lubi czekolady. Każdy ma prawo nie lubić czekolady. Moja bohaterka na początku książki wspomina o tym, że nie lubi tego rodzaju słodyczy i są one dla niej mało nęcące. I co ja zrobiłam na koniec? Fakt, że ja tę książkę pisałam dość długo i w międzyczasie zdążyłam zapomnieć o tym, co było na początku, o tych szczegółach. Historia się toczy. Gdzieś tam na końcu jest drobny kryzys głównej bohaterki. Ma ona problem. Nie będę zdradzać tutaj szczegółów historii, jednak pojawia się naprawdę spory dylemat I jest moja bohaterka.
Jest w dołku. Jej anioł stróż, ponieważ książka dzieje się w niebie, więc bohaterka ma anioła stróża, ponieważ ta książka jest kontynuacją pierwszej części, „Niezwykłych przygód nieboszczyki Marysi", które napisałam. Więc nasza Marysia ma problem. Jej anioł stróż, chcąc ją jakoś pocieszyć, podsuwa jej łakocie. W sposób bardzo popularny na Ziemi, często działający na chandrę. I ja napisałam tam, że ten anioł podsuwał jej, uwaga: czekoladę. A na początku napisałam, że Marysia czekolady nie lubi. To nie jest tak, że jeżeli ja trenuję pisanie, to ja tych konsekwencji będę tak się trzymać. A gdzież tam. Uczymy się tego cały czas.
Nawet wielcy pisarze mają czasem z tym problem. To jest zupełnie normalne. Jednak należy starać się być konsekwentnym i pisać jak najlepiej. Dlatego to nie jest tak, że raz się napisze i potem się będzie pamiętało. Nie. Trzeba za każdym razem pilnować się, uważać i tej konsekwencji starać się pilnować jak najbardziej. Bo jeśli ja napiszę na początku, że ona tej czekolady nie lubi, później anioł będzie w nią pchał czekoladę i ona będzie ją z radością jadła, to czytelnik sobie powie: „No to co ty, babo? Nie rób z nas idiotów". Bo co to ma być? Normalny człowiek jak nie lubi czekolady, to jej nie je.
To jest taki drobiazg niewielki, ale czasami ta niekonsekwencja dotyka cech bardziej ważnych, mniej ważkich, bardziej konkretnych, większych, ważniejszych dla historii. Bo to, że ona zjadła tę czekoladę, to jest właściwie niewielki problem, niewielkie przewinienie. Ale czasem używamy tego, pisząc na przykład sytuację, w której nasz bohater dokonuje wyboru. I ten wybór ma być bardzo istotny dla całej historii. Jednak wybiera niezgodnie z cechami, które opisaliśmy na początku. Bo jeśli na przykład nasz bohater będzie teraz wybierał pomiędzy pracą jako nauczyciel i pracą w biurze i na początku napisaliśmy, że nasz bohater nie chce mieć dzieci, bo ich nie lubi, ale wybrał pracę w szkole, to będzie naprawdę wielkie niedopasowanie. Ładnie nawet powiedziałam, ale to będzie wielkie niedopasowanie. Czytelnik na pewno zdecydowanie nie będzie zadowolony, jeśli zrobimy coś takiego. A piszemy dla czytelnika, tak? Więc musimy pilnować się, żeby ta historia nie miała takich sprzeczności.
I tak jak wcześniej wspominałam, że mamy dać bohaterowi jakieś cechy, które będą dla niego wyjątkowe, które go z tego tłumu wydobędą chociaż troszkę, to musimy jednak pamiętać, że nasz bohater nie jest superbohaterem. Takie trochę masło maślane wyszło mi teraz, ale jeśli nie mamy w zamyśle, żeby nasz bohater był super, ekstra, niezwyciężony, niesamowity, to musimy też dać mu cechy zwykłe. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że mam też przykład z własnej działalności pisarskiej. Moja bohaterka, oczywiście nie chcę teraz zdradzać akcji książki, dlatego postaram się tak to powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć. Jednak moja bohaterka ma problem, musi pomóc komuś. W założeniu pomoc ta ma mieć pewną trudność moralną, czyli powinna, pomagając, odczuwać pewien niepokój. Jednak napisałam, wysłałam do mojej niesamowitej bety czytelniczki Marysi też, imienniczki, i ona mi zwróciła uwagę: „Ty słuchaj, a dlaczego ta bohaterka wchodząc tutaj, ratując, pomagając, nie zastanawia się, co zrobić z pozostałymi osobami, którym też należałoby w ten sam sposób pomóc? Ona wchodzi, robi swoje i wychodzi jak komandos". A przez całą książkę pokazuje, że ona jest zupełnie normalna.
Ona ma takie same problemy emocjonalne jak każdy zwykły człowiek. I ona w tym momencie robi rach-ciach-ciach, załatwione. Ona się nie zastanawia, co powinna zrobić z osobami, które też tej pomocy by potrzebowały, ale ona im tej pomocy udzielić nie może. Dlatego tworząc postać, musimy pamiętać o cechach, w które ubraliśmy tego bohatera na samym początku. Czyli jeśli moja bohaterka jest empatyczna i pomaga każdemu, chociażby czasem to było dla niej też problematyczne, to nie mogę jej pod koniec książki umieścić i zrobić z niej komandosa. Chyba że akcja potoczyłaby się tak, że ona by się tym komandosem stała. Jednak w moim przypadku akcja w tę stronę nie idzie. I nie ma takiego wątku, który bohaterkę bycia Inną niż była na początku książki. I nawet nie ma możliwości, żeby ona aż tak się zmieniła podczas trwania tej historii. Dlatego budowanie postaci pierwszoplanowej i też drugoplanowej, drugoplanowej nawet bardziej, jest dość skomplikowane, ponieważ postać drugoplanowa nie może przyćmić postaci pierwszoplanowej.
Musi być tłem. To raz, ale też musi być konsekwentna, też musi być logiczna. Aczkolwiek z tą logiką to też nie zawsze, bo jeśli tworzymy postać, która jest od samego początku nielogiczna, to musimy trzymać się tego. Kiedyś czytałam jakąś historię i na początku było powiedziane, że koleżanka głównej bohaterki przekręca jakieś takie powiedzonka, czyli na przykład gdzie diabeł nie może, tam by kózka nie skakała. To tak dla przykładu. Nie pamiętam dokładnie, jak to wyglądało. Jednak zrobiła to tylko raz podczas trwania całej historii, a przez resztę historii, przez resztę tego opowiadania używała tych powiedzonek w sposób prawidłowy. I tu chciałabym wam pokazać, jak ważne jest bycie tym konsekwentnym podczas tworzenia postaci. Ponieważ jeśli napiszemy, że koleżanka naszej bohaterki, nawet jeśli ona jest tylko drugoplanowym bohaterem, przekręca te powiedzonka, to musimy się tego trzymać. Musimy te powiedzonka przekręcać od samego początku do samego końca, bo bez tego czytelnik będzie czuł się lekko skołowany i możliwe, że później już po naszą historię nie sięgnie, a tego nikt z nas by nie chciał.
Uwierzcie mi. Przynajmniej ja bym nie chciała. Skoro mamy już taki bardzo ładny zestaw rzeczy, które musimy pamiętać, w które musimy ubrać naszego głównego bohatera czy też pobocznych bohaterów, chciałabym wam też zaproponować, przedstawić taką wizję, która mówi, że nasz bohater musi mieć też jakąś słabość. Taką piętę achillesową, która powinna być też istotna dla całej fabuły. To nie może być jakaś przypadkowa rzecz. To musi być rzecz, którą obmyślimy bardzo uważnie, która będzie bardzo istotna dla całej fabuły, którą tworzymy, którą piszemy. Czy na przykład to, że nasz bohater miał w dzieciństwie wielki problem i nie mógł dogadać się z rodzeństwem, czy na przykład stracił kogoś bliskiego. Nie wiem, co tam jeszcze może być. Czy na przykład gdzieś w przeszłości doświadczył prawdziwej miłości i utracił tę miłość, i to się kładzie cieniem na wszystkich jego zachowaniach. To musi być, jak mówiłam, dopasowane do naszej historii.
Bo jeśli piszemy historię stricte fantastyczną i na przykład będzie to science fiction i nasz bohater robi niesamowite rzeczy i my wpiszemy, że kiedyś się nie dogadywał z bratem, a to nijak ma się do tego, co on w sumie robi, podróżuje na przykład w czasie, to czytelnik poczuje, że zmarnował czas. Bo po co to wszystko? Tak samo jak w naszym życiu. Opisując bohatera, pisząc jego życiorys, usiądźmy na chwilę. Takie ćwiczenie możemy sobie zrobić. Usiądźmy na chwilę i pomyślmy nad naszym własnym, prywatnym życiem. Co nami kieruje? Jakie mieliśmy w przeszłości przejścia, przeżycia? Z czym to się wszystko wiąże? Jak wygląda nasza hierarchia wartości?
Dlaczego zbudowaliśmy akurat tak tą hierarchię? Co nami kierowało? Co powoduje, że akurat żyjemy tak, a nie inaczej? Co jest dla nas ważne? Budując postać, zastanówmy się nad tym w oparciu nawet o nas samych czy o kogoś bliskiego, z kim możemy porozmawiać i zapytać go o pewne rzeczy. Ponieważ tak jak my jesteśmy rzeczywiście i nasze zachowania, nasze myśli, nasze emocje to wszystko jest jedną wielką całością. Nie ma dziur. Tak samo nasz bohater czy nasi bohaterowie bardziej, bo książka czy powieść, czy opowiadanie zazwyczaj nie składa się tylko z jednej osoby. Składa się z wielu bohaterów, kilku przynajmniej. I musimy ich wszystkich zbudować.
Ja nie mówię, że musimy siadać i przy pisaniu na przykład opowiadania tworzyć biografię od A do Z, od urodzenia się do chwili pisania opowiadania, rozpisywać kto z kim, kiedy, jak skończył szkołę i co robił, w jakiej drużynie grał. Nie. Przy pisaniu krótszych form dobrze jest obmyśleć sobie chociaż trochę tę postać, żeby to nie było tak, że my w biegu siadamy i piszemy i ta postać widać, że jest niedopracowana. Przy pisaniu jednak powieści, większej książki takiej radziłabym jednak nad tymi bohaterami usiąść, wypisać ich sobie i obmyśleć, jak będzie wyglądała praca z nimi, w jakim kierunku to pójdzie i jaka była ich przeszłość. Przynajmniej zarysować sobie. To wszystko potem można podopisywać, tylko też biorąc pod uwagę Charakter bohatera, żeby nie wyszła jak z moją Marysią, że ona jest empatyczna, a w tym momencie rach-ciach-ciach i wychodzi z niej komar. To tak też nie powinno działać. Dlatego należy to robić powolutku i tworzyć tą postać z głową, tak żeby to miało ręce i nogi. Nie radzę też tworzyć postaci, że tak powiem, na siłę. Że on musi taki być.
To trochę ambitnie wygląda, ale należy zastanowić się, wsłuchać się w tą historię, jak ona ma wyglądać i pod tym kątem też budować naszą postać. Ponieważ jeśli będziemy próbować stworzyć tę postać, że tak powiem, na siłę, to nic nam z tego nie wyjdzie. Ponieważ musimy ich dopracować, żeby, tak jak mówiłam, oni byli autentyczni, żeby czytelnik czytając miał wrażenie, że oni naprawdę żyją, mogą mieszkać gdzieś obok nas. Są prawdziwi z krwi i kości, tacy jak my. Nawet jeśli ich akcja, ich opowieści toczy się w czasach, rzeczywistości zupełnie różniącej się od naszej, w której my teraz żyjemy. Czyli mamy jakieś dinozaury, latające statki czy nie wiem co jeszcze, bo wyobraźnia pisarza nie zna granic i można tworzyć naprawdę niesamowite historie. Jednak musimy pamiętać o tym, że nasi bohaterowie, nie tylko ten główny, mają być autentyczni, mają być konsekwentni. Konsekwentnie prowadzeni przez całą historię tak, żeby nie było tam dziur. Ja mówiłam, że ja to będę o tym powtarzać przez całą audycję dzisiaj, bo to jest clue całego tworzenia postaci. Ta konsekwencja.
Bo bez tego nie stworzymy postaci tak dobrze, jak powinniśmy to zrobić. A powinniśmy to zrobić najlepiej, jak się tylko da, a nawet lepiej. Bardzo dużym błędem jest też, jeśli autor skupia się tylko na głównym bohaterze i myśli, że poboczni bohaterowie, ci z drugiego planu są w sumie mało istotni. Ten bohater wchodzi, robi całą robotę i schodzi ze sceny. Cała reszta to tylko statyści. Nie, właśnie to jest bardzo duży błąd. Chyba że piszemy historię jednej osoby i tak właściwie pozostałe osoby to tylko troskarka, pan, który przywozi mleko i szczeniak. To wtedy owszem, jeśli to jest historia, która rozgrywa się na przykład tylko w salonie, spokojnie, nie ma problemu, mamy tylko jednego bohatera. Chociaż nie wiem, czy da się tak napisać książkę, żeby wciągała. Ale można próbować.
Ja nie mówię nie. Jednak jeśli mamy już kogoś, kto poza głównym bohaterem wkracza na scenę i udziela się, robi coś, mówi coś, pokazuje się, działa, to musimy też pamiętać, że ta osoba, ten bohater też musi być konsekwentny, prawdziwy, taki sam jak nasz główny bohater. Ponieważ tworzymy historię, która udaje prawdziwą. Czytelnik wchodzi w tą historię, czyta ją i musi widzieć, że wszyscy, główny bohater i bohaterowie poboczni, ci drugoplanowi są tacy sami. To wszystko tworzy jedną wielką, spójną, konsekwentną historię, która nie traktuje po macoszemu jakichś aspektów tej historii. To nie może być tak, że budujemy tylko i wyłącznie dobrego bohatera, a omijamy opisy, omijamy pobocznych bohaterów, omijamy na przykład dialog. Nie, bo ta książka wtedy będzie tak zwanym bublem. To będzie bubel. Jeśli skupimy się tylko na jednej rzeczy. Już wcześniej mówiłam w poprzednich audycjach, że musimy pilnować opisów, pilnować dialogów.
Wszystkiego musimy pilnować podczas pisania. To jest masa roboty i naprawdę, uwierzcie mi, wiem, że to jest bardzo trudne, bo też próbuję pisać. Dlatego nie mówię, że jak ktoś się nauczy, to potem już nie ma problemu. Wszyscy się tego uczymy. Tak samo pisarze, którzy już mają na swoim koncie ileś tam książek. Ponieważ każdemu się zdarza, że zrobi jakąś dziurę fabularną, strzeli jakiegoś babola w dialogu czy babola w tworzeniu postaci. Zdarza się każdemu. Tylko to nie znaczy, że trzeba rzucić pisanie w kąt i przestać to robić. Tylko to znaczy, że trzeba wziąć się za siebie i popracować nad historią, dopracować bohaterów, dopracować opisy, dopracować rzeczywistość i załatać wszystkie dziury. Dlatego dobrze jest, jak już wcześniej też wspomniałam w którejś z poprzedniej audycji, mieć kogoś, kto czyta nasze historie i wyłapie takie dziury i wyłapie nam, i powie, pokaże palcem: „Słuchaj, na stronie numer 25 napisałeś, że twój bohater Śpiewa podczas zmywania naczyń, a na stronie 145 twój bohater powiedział, że nie pójdzie na koncert, bo muzyka go drażni.
Popraw to, zmień to, zmodyfikuj. Każdemu się zdarzy strzelić babola, bo pisanie książki czy opowiadania nawet, opowiadanie jest troszkę łatwiej, bo to jest krótsza forma, więc ogarnąć ją jest zdecydowanie łatwiej niż pisanie książki, ponieważ w momencie kiedy skończymy jakiś fragment, przechodzimy dalej, to czasami mija dość dużo czasu i zapominamy. Jeśli sobie nie zapiszemy, zapominamy co napisaliśmy i lecimy dalej. Lecimy dalej, a później się okazuje, że gdzieś tam są nieścisłości i trzeba je poprawiać. Jak już mówię, to się zdarza każdemu i nie należy wpadać w panikę, tylko na spokojnie pooddychać, poprawić. Obmyśleć jak to poprawić, wprowadzić te zmiany i będzie naprawdę rewelacja. I może na samo zakończenie powiem wam też, że jeśli mamy bohaterów drugoplanowych, bo pod koniec audycji skupiamy się już bardziej na bohaterach drugoplanowych, to najczęściej wprowadzamy ich tylko na czas trwania jakiegoś wątku, który jest bardzo istotny dla całej historii. Jednak jest to krótki wątek. Musimy też pamiętać, żeby tych wątków nie było za dużo, to raz, ale to już nie ta tematyka dzisiejszej audycji. Musimy pamiętać, by prawidłowo zakończyć wątek bohatera drugoplanowego, żeby nasz czytelnik nie zastanawiał się, co się stało z tym bohaterem.
Chyba że mamy na niego jakieś plany, to wtedy musimy tak zakończyć, żeby zawiesić tę historię, jednak żeby czytelnik nie czuł całkowitego niedosytu. Żeby on wiedział, że to gdzieś tam będzie dokończone kiedyś, ale nie teraz. Najczęściej jednak dobrze jest skończyć ten wątek, określić właściwie co się stało, jak się zakończyło i co się stało z naszym bohaterem drugoplanowym, żeby czytelnik czuł taką pewność, że historia toczy we właściwym kierunku i nie ma tamtych dziur, o których wcześniej wspomniałam. Dla przykładu pisząc moją pierwszą książkę, miałam w niej kilka wątków. Musiałam niestety usunąć kilka postaci, ponieważ kiedy skończyłam książkę, okazało się, że w sumie tyle wątków nie jest mi potrzebnych i tylu bohaterów drugoplanowych też nie potrzebuję. Dlatego to, co miały zrobić te postaci, których się pozbyłam, włożyłam je w wątki osób, które zostały w tej historii, a bohaterów, których nie potrzebowałam z historii usunęłam. Taką bohaterką była, teraz nie pamiętam jej imienia. W każdym razie miała to być zakonnica z masą kotów i miała bardzo pomóc mojej Marysi. Jednak okazało się, że w sumie jej pracę może wykonać Indianka, a ona jest mi niepotrzebna, ponieważ wprowadziłabym niepotrzebnie ją na mały urywek historii, a to byłoby tylko rozproszenie czytelnika. Zbyt duża ilość bohaterów też nie zawsze jest wskazana, zwłaszcza że w moich książkach nie ma jakiejś niesamowicie wartkiej akcji i nadmiar bohaterów może spowodować to, że czytelnik po prostu się zmęczy.
Dlatego ilość bohaterów pobocznych, tych drugoplanowych też należy dopasować, nie wpychać ich nie wiadomo ile w historię, ponieważ później tego nie udźwigniemy i nie skończymy każdego wątku tak jak trzeba, które zostaną niedokończone. Tak samo jak z tą zakonnicą. Zaczęłam pisać wątek z nią i wszystko było w porządku, dopóki nie skończyłam książki i okazało się, że tego wątku nie zamknęłam. Dlatego stwierdziłam, że zamiast zamykać ten wątek, usunę bohatera i to, co zrobiła ta zakonnica dla mojej bohaterki, to w czym pomogła, przesunęłam na zupełnie innego bohatera. Po prostu ten wątek nie zamknęłam go, tylko przepisałam. Poprawiłam i przesunęłam w zupełnie inną stronę. To pozwoliło na ograniczenie ilości rozpraszających bohaterów, ponieważ nie oszukujmy się, im jest większa ilość bohaterów, tym większy problem czasem czytelnik ma z zapamiętaniem ich wszystkich. Dla przykładu podam „Stulatka samotności”. Tam jest taka ilość bohaterów, że bez wyszytu i długopisu nie ma co podchodzić do czytania, bo się idzie pogubić. Już nic nie mówię o słuchaniu jako audiobooku tej książki, ponieważ ja bym się już w ogóle nie połapała, naprawdę.
Dobra. Myślę, że na tę chwilę wyczerpałam temat tworzenia bohaterów. Jeśli kiedyś w przyszłości wpadnę jeszcze albo możecie też dać znać, że nie objęłam jakiegoś zakresu tego tematu. Jeśli kiedyś wpadnę na to, że czegoś tu brakuje, zdecydowanie się z wami tym podzielę. A teraz dziękuję za wysłuchanie tej audycji i życzę udanego wieczoru do następnego razu. Dobranoc.
[05:13:02] - I tu, proszę państwa, powinien się znaleźć kolejny odcinek archiwum ABW. Ale jak już zapowiadałem na początku audycji, nie będzie dzisiaj odcinka archiwum ABW. No bo się posypało. Już państwo znacie tę historię, więc nie będę zanudzał. I stąd ten dzisiejszy odcinek naszej audycji jest troszeczkę krótszy. Miał być krótszy tydzień temu, to jest krótszy w tym tygodniu. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pora, pomimo krótszej audycji i tak jest już dosyć słuszna, dosyć późna. A więc jeszcze raz pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Tak jak zawsze zapraszam na spotkanie w przyszłym tygodniu na kolejny „Bibliotekarium 2.0”, a przy okazji zapraszam na kanał „UFO Historie” Piotra Cielebiasia.
Tam są, proszę państwa, historie, które na pewno chcecie poznać, nawet jeśli tego w tej chwili jeszcze nie wiecie. Historie, które warte są tego, żeby po nie sięgnąć. Ja oczywiście zapraszam także na youtubowy kanał Radia Paranormalium. Tam z kolei macie państwo Ivellios, co robi mistrzostwo świata. Nagrywa relacje z różnych dziwnych wydarzeń. I macie państwo naprawdę przebogatą w tej chwili bibliotekę dźwiękową tychże wydarzeń. Wystarczy sobie sięgnąć do podcastów. Radio Paranormalium naprawdę tę bibliotekę ma bogatą i nie tak jak niektórzy gdzieś w sieci zapewniają, że kiedyś to tam gdzieś umieszczą i to będzie na pewno i będzie, i tak dalej. To po prostu jest. Wystarczy na ten youtubowy kanał Radia Paranormalium zajrzeć.
I oczywiście, jakżeby inaczej, zapraszam państwa również na kanał „Wehikuł Wyobraźni”. Na tym kanale z kolei troszeczkę różnych innych, nie tylko ufologicznych, dziwnych, a czasami pouczających historii. Pouczających w tym sensie, że staram się państwu zgodnie z ideą kanału pokazać, nie, to złe słowo. Państwo sami doskonale wiedzą, ale może pokazać drogowskaz, jak można na niektóre sprawy tak zwane, tu cudzysłów ogromny, dziwne, jak można spojrzeć tak bardzo praktycznie i jednocześnie patrząc na sprawy dziwne, uświadomić sobie, że te dziwne sprawy, jakby tak oderwane od naszego świata, czasami tkwią w tym naszym świecie głęboko, bardzo głęboko korzeniami i nie sposób tych dziwnych spraw od naszego świata oderwać. To tylko świadomość albo nieświadomość wielu ludzi sprawiła, że te światy zostały rozdzielone. Moim zdaniem niesłusznie. Nie tylko ze względu na to, że lubię historie, które być może czasami podsuwa nam wyobraźnia, a być może są po prostu dziwne, bo nasz świat jest dziwny. Jestem za tym, żeby nasza fantazja łączyła to, co dziwne z tym, co powszechne, zwyczajne, takie sobie wydawać by się mogło. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Zapraszam do wcześniej wymienionych kanałów.
Zapraszam za tydzień na „Bibliotekarium 2.0”. Dobrej nocy życzę. Pozdrawiam.
[05:16:43] - A jeszcze jak Marek tutaj napomknął o relacjach interesujących. Ja pozwolę sobie państwa zaprosić do zajrzenia na kanał „Nieznanego Świata”, gdzie również od jakiegoś czasu ciekawe relacje się ukazują z archiwum rubryki „Dotknięcie Nieznanego”, a na antenie Radia Paranormalium tak ze 100 tysięcy osób zapewne pamięta. Tyle mniej więcej pokazuje teraz licznik pod 60. odcinkiem podcastu „Mówią Świadkowie”. 106 tysięcy wyświetleń do tej pory pod tym właśnie odcinkiem poświęconym bliskim spotkaniom z bardzo dziwnymi istotami. Ja pozwolę sobie państwu zdradzić, że w którąś z najbliższych sobót szykuje się w tym temacie konkretnym powtórka z rozrywki. Mam w tej chwili jakieś, nie wiem, chyba z półtorej czy nawet dwie godziny materiału do kolejnego odcinka o bliskich spotkaniach z przybyszami z innej rzeczywistości. A gdy ten odcinek się pokaże, już będzie gotowy, to oczywiście będzie zapowiedziane. Także śledźcie zapowiedzi na stronie internetowej Radia Paranormalium i na profilach społecznościowych. A przed chwilą mówił do państwa gospodarz AWF Marek Żelkowski.
Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.