Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Zapowiadali mrozy, ale jakoś te mrozy, nie wiem jak do was, ale do mnie nie chcą dojść. Ale my i tak rozgrzejemy zaraz antenę kolejnymi ciekawymi książkami, ciekawymi filmami i równie ciekawymi gośćmi. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:47] - Dzień dobry wieczór państwu w 75. wydaniu Bibliotekarium 2.0. A w ogóle to już proszę państwa ho ho, a może i więcej. Naprawdę dwie setki przekroczyliśmy bardzo dawno temu. No cóż, na początku każdej audycji od pewnego czasu są polecanki. Dzisiaj też będą polecanki, ale nietypowe. Po raz kolejny nietypowe, bo dzisiaj będzie absolutna prywata. Nie będzie książek, ale będzie o książkach. Otóż w chwili, kiedy państwo słuchacie tych słów, pierwszy dzień Poznańskich Targów Książki minął. Minął, był burzliwy, ale nie wiem jeszcze, bo ja to nagrywam dzień wcześniej.
Ale targi trwają i stąd ta prywata. Bo ja państwa zapraszam na sobotę na targi w Poznaniu, na sobotę na spotkanie z moją, jak to się mówi, nieskromną osobą. Tam na Targach Książki w Poznaniu, 9 marca o 16:00 w salce F na antresoli pawilonu F odbędzie się spotkanie ze mną, które poprowadzi Wojtek Sedeńko. To będzie spotkanie o mojej twórczości, o moich książkach, ale nie tylko. O tym, co robię w YouTubie również troszeczkę opowiem, ale też opowiem o swoich planach, tych dotyczących Bibliotekarium i tych dotyczących mojego jak najbardziej prywatnego kanału Wehikuł Wyobraźni. I gdybyście państwo, tak sobie zażartuję, misiem Barei przechodzili akurat stragarzami, to ja bardzo serdecznie zapraszam na spotkanie. Troszeczkę zawsze jest tak, że to widzowie kształtują przebieg spotkania. To znaczy ja tam w głowie i prowadzący Wojtek Sedeńko coś tam w głowie mamy przygotowanego, żeby państwu opowiedzieć, ale bardzo często jest tak, że to sala bierze żywy udział w spotkaniu i czasami to sala kieruje tematyką takiego spotkania. Pytania, które padają, czy też sugestie, które padają, czasami decydują, czasami wręcz zmieniają program takich obrad festiwalowych, że tak sobie to powiem. A tak naprawdę, jeśli chcecie państwo żywego kontaktu, to on będzie jak najbardziej żywy i bardzo serdecznie państwa zapraszam.
Ale to nie będzie jedyna atrakcja przygotowana przez zespół Bibliotekarium na Targach w Poznaniu, na Poznańskich Targach Książki. Otóż mówiłem o tym w zeszłym tygodniu. Będzie na targach również Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz startuje ze swoimi warsztatami o godzinie 12:00, również na terenie targowym. I cóż, bardzo poważnie się to nazywa trening kreatywności Creative Quest i Katarzyna Prychacz zapraszają na warsztaty pisania abstrakcyjnego. Bardzo poważnie brzmi, ale oddajmy głos Katarzynie Prychacz, która o tej imprezie napisała w sposób następujący: „Zapraszam serdecznie na Poznańskie Targi Książki, gdzie w sobotę 9 marca będę miała okazję poprowadzić dwie partyjki moich kreatywnych rozgrywek. W dużym skrócie powymyślamy sobie wspólnie historię, ale żeby nie było za łatwo, to gra na każdym kroku będzie nas popychać w jedynie sobie wiadomych kierunkach”. Ci z państwa, którzy śledzą alchemię tworzenia, wiedzą, jak to się odbywa, że jest element losowy w tym wszystkim. I chyba nie ma lepszej mistrzyni wymyślania takiego ad hoc jak Katarzyna. A to będzie na żywo.
W dodatku będziecie państwo mogli wziąć udział w tym wymyślaniu i taki czynny udział. To znaczy to nie będzie tak, że Katarzyna będzie wymyślać, a państwo będą siedzieć i słuchać. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Raczej Katarzyna wciągnie państwa w tę zabawę. I co więcej, to jest zabawa nie po to, żeby się dobrze bawić, chociaż też, ale przede wszystkim służy to temu, żeby pokazać, jak można rozruszać swoją wyobraźnię. Bo my bardzo często wpadamy w taki stupor i mówimy sobie: „Nie, no ja nic nie jestem w stanie wymyślić. Głupi jestem, nic nie wymyślam. Nie dam rady”. Okazuje się- że większość z nas sama siebie nie docenia. Jesteśmy w stanie wymyślać historie absolutnie rewelacyjne i pojechane, w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Tylko trzeba spróbować. Trzeba się odważyć, żeby to zrobić. Trzeba poznać kilka myków, sposobów, jak otworzyć swoją wyobraźnię i nawet nie tylko po to, żeby pisać książki czy opowiadania. Czasami po to, żeby stać się duszą towarzystwa, opowiadać po prostu ciekawe historie. Wiecie państwo, zbliżają się wakacje, czas ognisk, czas różnych spotkań. Zawsze cenieni są ludzie, którzy potrafią fajne historie opowiedzieć. To chociażby takiemu bardzo prostemu celowi może służyć. A jeśli ktoś postanowi to wszystko później spisać, zapisać, wydać, to tym lepiej. Wszyscy będą z tego zadowoleni. Zatem proszę państwa, będę się powtarzał, ale zrobię to z przyjemnością.
Sobota, dziewiąty dzień marca, godzina 12.00 do 16.00. Katarzyna Prychacz i jej warsztaty kreatywnego pisania, a później o godzinie 16.00 kończą się warsztaty i zaczyna się spotkanie z moją nieskromną osobą. Trwa tylko godzinę. Opowiem troszkę o „Wojnie cieni”, o mojej trylogii, która na razie jest dylogią, ale trzeci tom się pisze, a w dodatku pisze się też spin off. Cóż więcej? Ale nie tylko. Opowiem też o „Samochodzikach”. W końcu 13 tomów się napisało, a opowiem też o innych swoich książkach. Tych, które już powstały i tych, które powstaną. Myślę, że będzie ciekawie, a może akurat w tym wypadku nie tyle autor, czyli ja, będzie gwarantował państwu dobrą zabawę i dobrą rozrywkę, ale też prowadzący.
Przypomnę, Wojtek Sydenko, znany w Polsce wydawca fantastyki naukowej. Człowiek, który o fantastyce polskiej i zagranicznej wie jeśli nie wszystko, to prawie wszystko. W związku z tym myślę, mam taką nadzieję, że ten nasz team będzie państwa w stanie przez tę godzinę w miarę dobrze zabawić. To niniejszym były dzisiejsze polecanki. Odfajkowane, czyli następny punkt programu. A tym następnym punktem programu są oczywiście korepetycje filozoficzne. I proszę państwa, dzisiaj będzie temat ciężki i niejednoznaczny. I ja wcale nie twierdzę, że powinno być tak, jak będzie w artykule, który dzisiaj przedstawię. Powtarzam, temat wcale nie jest oczywisty i myślę, że autor artykułu, czyli Wojciech Załuski, doskonale o tym wie i wspomina o tym, bo poznamy dzisiaj artykuł Wojciecha Załuskiego „Nie legalizujmy eutanazji”. Tekst ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku, w numerze piątym i tak jak zawsze dostępny jest na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Wojciech Załuski to jest profesor, doktor habilitowany, pracownik Katedry Filozofii i Etyki Prawniczej na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest autorem kilkunastu książek, w tym „Przeciw rozpaczy. O tragicznej wizji świata i sposobach jej przezwyciężenia”. To zostało wydane przez Copernicus Center Press w Krakowie w 2015 roku. Jest też w dorobku autora tytuł „Etyczne aspekty doświadczenia czasu”. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2017 rok. Jest też profesor Wojciech Załuski autorem wielu artykułów z zakresu filozofii prawa oraz etyki, a hobby pana profesora jest sport oraz muzyka. Zapraszam państwa zatem na odsłuchanie artykułu profesora Wojciecha Załuskiego „Nie legalizujmy eutanazji”. Zwolennicy legalizacji eutanazji, to jest dokonywanego przez lekarza i motywowanego współczuciem zabójstwa cierpiącej osoby na jej żądanie, na poparcie swojego stanowiska przywołują zwykle dwa argumenty. Po pierwsze, że eutanazja jest wyrazem szacunku dla autonomii cierpiącej osoby, pomaga jej uczynić to, czego rzeczywiście pragnie, a po drugie, że jest wyrazem humanitaryzmu.
Kładąc kres cierpieniom pacjenta, przyczynia się w perspektywie indywidualnej do zwiększenia jego dobrostanu, a w ogólniejszej do realizacji postulatu minimalizacji cierpienia na świecie. Argumenty te mają uzasadniać legalizację eutanazji niejako po obu stronach: pacjenta i lekarza. Pacjent ma prawo zwrócić się do lekarza z żądaniem eutanazji, a lekarz ma prawo albo nawet obowiązek jej dokonać. Mogą się one wydawać na pierwszy rzut oka przekonujące. Czy są jednak takie w istocie? Wątpliwa autonomia. Rozważmy dokładniej pierwszy argument. Zakłada on, iż cierpiący pacjent potrafi podjąć w pełni autonomiczną decyzję. To jest posiada odpowiednią wiedzę na temat swojego stanu zdrowia, czyli wie, że choroba powodująca jego cierpienie jest nie tylko nieuleczalna i śmiertelna, ale chwila jego śmierci jest nieodległa. Jest ponadto w stanie racjonalnie rozważyć wszystkie racje przemawiające za i przeciw decyzji o eutanazji.
I dodatkowo nikt nie wywiera na niego presji, aby podjął taką decyzję. Pierwsze dwa założenia będą jednak spełnione rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Pacjent nie może wiedzieć na pewno, ile miesięcy czy lat może przeżyć ze swoją chorobą. Nie może wiedzieć, ponieważ nie wie tego nawet sam lekarz. Liczba błędnych prognoz medycznych dotyczących przeżycia pacjentów, na przykład z chorobą nowotworową, jest tak duża, że byłoby naiwnością wierzyć, że medycyna na obecnym etapie jej rozwoju w ogóle uzasadnia formułowanie tego rodzaju przepowiedni. Jej słabość przejawia się zresztą już w kontekście samych rozpoznań choroby. Na przykład Ryszard Feniksen w swojej pracy „Przysięga Hipokratesa” twierdzi, że co najmniej 20%, a prawdopodobnie około 40% rozpoznań jest błędnych. Krótko rzecz ujmując, większość cierpiących, którzy podejmują decyzję o eutanazji, nie może wiedzieć, jaka jest oczekiwana długość ich życia, a w wielu przypadkach nie wie także, jaki jest prawdziwy stan ich zdrowia. Co do drugiego założenia o zdolności do podejmowania racjonalnej decyzji, już sam opis warunków eutanazji, pacjent przeżywa cierpienia fizyczne o ogromnej intensywności, każe wątpić, czy osoba znajdująca się w takim stanie jest zdolna podjąć racjonalną decyzję. Wątpliwość ta okaże się tym bardziej uzasadniona, gdy zważy się, iż pacjent cierpiący fizycznie przeżywa często także cierpienie psychiczne, na przykład tkwi w depresji.
Jeśli chodzi o założenie trzecie, nie można bagatelizować ryzyka związanego z tym, że samo istnienie opcji eutanazji może wywierać mniej lub bardziej silną presję na cierpiącym pacjencie, aby zwrócił się do lekarza z prośbą o jej dokonanie, nawet gdy tak naprawdę jej nie pragnie. Może mieć bowiem poczucie winy, że stanowi obciążenie czy to dla rodziny, czy dla systemu opieki zdrowotnej, utrudniając lekarzom zajęcie się lepiej rokującymi pacjentami. Presja ta może zresztą przybrać postać mniej abstrakcyjną. Lekarz, zwłaszcza silnie wierzący w racjonalność eutanazji, czy członkowie rodziny zniecierpliwieni czy psychicznie wyczerpani opieką nad chorym, w mniej lub w bardziej bezpośredni sposób, gestem, tonem głosu, a także argumentacją mogą zasugerować pacjentowi, że żądanie eutanazji będzie najlepszym rozwiązaniem. Jeszcze jedna ważna rzecz. Czy przy legalizacji eutanazji lekarz będzie miał uprawnienia do jej wykonania na żądanie pacjenta, czy też może obowiązek? Jeśliby przyjąć, że to drugie, mielibyśmy do czynienia z możliwą kolizją autonomii pacjenta i lekarza, a także pole dla rozważań o ewentualnej klauzuli sumienia w tym kontekście. Nadgorliwy humanitaryzm. Także argument z humanitaryzmu okazuje się przy bliższej analizie nieprzekonujący. Jego podstawową słabością jest to, że nie uwzględnia możliwości uśmierzania bólu cierpiącego pacjenta, jakimi dysponuje współczesna medycyna paliatywna.
Oczywiście będą występować pojedyncze przypadki, w których medycyna okaże się bezradna. Są one jednak, jak można sądzić, rzadkie, a i w tych przypadkach można ulżyć pacjentowi, wprowadzając go za pomocą środków farmakologicznych w stan sedacji, obniżenia aktywności układu nerwowego, któremu może towarzyszyć wyłączenie świadomości. Czynność ta może przyspieszyć śmierć pacjenta. Jeśli jednak intencją lekarza dokonującego tej czynności i jej bezpośrednim skutkiem jest uśmierzenie bólu pacjenta, a przyspieszona śmierć stanowi wyłącznie skutek uboczny i niezamierzony, choć przewidywany, to jest ona dozwolona, przynajmniej zgodnie z tak zwaną zasadą podwójnego skutku dopuszczającą skutek zły, jakim jest w tym wypadku śmierć, jeśli był on drugi, to jest niezamierzony i niestanowiący środka do realizacji skutku pierwszego, dobrego, jakim w tym przypadku jest uśmierzenie bólu pacjenta. Przeciwnicy eutanazji często podnoszą także zarzut, że względy humanitarne mogą skłaniać lekarzy do dokonywania eutanazji wbrew woli pacjenta, rzekomo dla jego dobra, ulżenia jego cierpieniu, wyzwolenia go z jego beznadziejnej kondycji, czyli do tak zwanej eutanazji niedobrowolnej, będącej kryptanazją, ukrytą eutanazją. Zarzut ten jest oparty na tak zwanym argumencie z równi pochyłej, zgodnie z którym jeśli uznaje się za dopuszczalną pewną czynność A, to doprowadzi to z dużym prawdopodobieństwem do uznania dopuszczalności jej bardziej radykalnego wariantu A+. Jest to argument sam w sobie kontrowersyjny. Dane empiryczne na temat jego zasadności w kontekście eutanazji są także niejednoznaczne. Traktuję go więc jako marginalny w mojej argumentacji przeciw legalizacji eutanazji. Troska o zaufanie między lekarzem i pacjentem.
Argumentacja ta miała do tej pory charakter negatywny. Stanowiła odparcie dwóch najczęściej podnoszonych i najsilniejszych argumentów za legalizacją eutanazji. Na zakończenie chciałbym jednak przedstawić moim zdaniem najbardziej przekonujący argument pozytywny przeciw legalizacji eutanazji, wskazujący na jej niepożądane skutki dla etosu lekarza. Może w pojedynczych przypadkach eutanazja jest uzasadniona. Decyzja pacjenta jest autonomiczna, a jego cierpienie jest niewyobrażalne i nie daje się uśmierzyć. Rozważając jednak kwestię legalizacji eutanazji, mówimy nie o konkretnych przypadkach, lecz o zbiorze pewnych sytuacji stypizowanych w przypisie prawnym. W tym zbiorze, wbrew temu, co twierdzą zwolennicy legalizacji, przypadki ewidentnie uzasadnionej eutanazji będą, jak argumentowałem, nieliczne i ich obecność nie zrównoważy najważniejszego negatywnego skutku związanego z legalizacją, jakim jest podważenie tradycyjnego hipokratejskiego etosu lekarza jako osoby mającej troszczyć się wyłącznie o zdrowie i życie pacjenta. Legalizacja eutanazji zrodziłaby pęknięcie w tym etosie. Lekarz miałby także prawo doprowadzić do śmierci pacjenta, a w rezultacie mogłoby to spowodować erozję zaufania między pacjentem i lekarzem. Jeśli bowiem powstanie wśród lekarzy klimat przyzwolenia na eutanazję, w tym zwłaszcza na eutanazję niedobrowolną, motywowaną opacznie pojmowanymi zasadami humanitaryzmu, to wśród pacjentów, a także ich rodzin będzie rodzić się podejrzenie, czy lekarz rzeczywiście robi wszystko, co możliwe, aby uratować życie pacjenta.
Nie jest to snucie czarnej, nierealnej wizji. Richard Veenhoven, przywoływany już w pracy „Przysięga Hipokratesa”, w poruszający sposób, opierając się na swoim bogatym doświadczeniu klinicznym w szpitalach holenderskich, pokazał, że jest to wizja jak najbardziej realna. Być może gdyby przypadki ewidentnie uzasadnionej eutanazji były częste, zrównoważyłoby lub nawet przeważyłoby ten skutek. Ponieważ są one jednak, jak próbowałem wykazać, rzadkie, argumentacja przeciw legalizacji eutanazji okazuje się dosyć jednoznaczna. Nie musimy ważyć argumentów za legalizacją eutanazji i przeciw, ponieważ argumenty za uzasadniają eutanazję tylko w nielicznych przypadkach. Polskie konserwatywne rozwiązanie prawne, artykuł 150 Kodeksu karnego, przewidujące penalizację eutanazji jako tak zwanego zabójstwa eutanatycznego. Przepraszam, trudne słowo, ale traktujące ją jako tak zwane zabójstwo uprzywilejowane, to znaczy karane łagodniej z uwagi na szczególne okoliczności, w tym przypadku współczucie wobec cierpiącej osoby. Takie konserwatywne rozwiązanie należy więc uznać za racjonalne i wyważone. To jest, proszę państwa, koniec artykułu. Cóż, stanowisko jak stanowisko.
Pewno wśród słuchaczy zdania są podzielone. Ja też jestem, mówiąc szczerze, w pewnym takim intelektualnym dysonansie, dosyć sporym. Na pewno można o argumentach pana profesora dyskutować. Na pewno nie warto mówić, jak powinno być. Ja zawsze boję się ludzi, którzy wiedzą, jak jest. Którzy już dzisiaj wiedzą, że tak albo nie. Nie wiem. Nie wiem. I oczywiście być może w pewnym momencie, analizując różne aspekty tej sprawy, dojdę do jakiegoś wniosku, ale ja naprawdę boję się decyzji, a w tym wypadku decyzji o życiu lub śmierci podejmowanych pod wpływem chwili, podejmowanych pod wpływem odruchu. Mówi się często o odruchu serca.
Rzeczywiście współczucie to jest rzecz niezwykle cenna, ale czasami być może podpowiada rozwiązania, których nie powinno się stosować. Nie wiem. Nie jestem do końca pewien. Odnoszę wrażenie, że pan profesor znakomicie naszkicował stan rzeczy, ale jak to filozof, nie daje ostatecznej odpowiedzi. Nie miejmy też pretensji, bo ja wcale nie jestem pewien, czy można ją dać. I ta końcówka, która mówi o tym, że lepsza jest sytuacja, w której jest to takie zabójstwo, ale traktowane łagodniej, być może nawet niekarane, czy odstępuje się od wymierzenia kary, kiedy rzeczywiście... Nie wiem. Z drugiej strony mogłoby to być źródło różnego rodzaju nadużyć. Po prostu nie wiem. Poddaję się, ale w każdym razie myślę, że pan profesor dostrzega tę sytuację i pisze zresztą o tym, że czasami skrócenie cierpień wydaje mu się również zasadne.
Ciężko jest dać zadowalającą odpowiedź. Zostawiam państwa z tym problemem. Może warto sobie rzecz przemyśleć. A teraz, proszę państwa, zapraszam na świeżutkie, nowiutkie, nieopatrzone i takie niezużyte jeszcze opowiadanie Bruno Kadyny zatytułowane „Hannah”. Uśmiecham się, kiedy mówię „niezużyte”, bo Bruno ma tę piękną w sumie cechę, że stara się docierać do czytelników ze swoimi opowiadaniami. Często je publikuje na swojej stronie, w różnych innych miejscach internetu. Opowiadanie „Hannah” jest świeże. I ja państwa zapraszam na to opowiadanie. Ono jest... No właśnie.
Rzadko mi się zdarza, że zapominam języka w gębie, ale się zdarzyło właśnie teraz, bo szukam słowa. Kiedy już państwo wysłuchacie go do końca, ono jest wzruszające? Ono jest nostalgiczne, w pewnym stopniu nostalgiczne. Co ja państwu będę opowiadał, o czym jest opowiadanie i jakie wywołuje skutki? Posłuchajcie państwo, bardzo serdecznie zapraszam. Bruno Kadyna, „Hannah”.
[27:23] - Bruno Kadyna, „Hannah”. Stałem na dziobie łodzi wynajętej do pływania po mazurskich jeziorach. Byliśmy zatunowani. Zjedliśmy przed chwilą obiad. Wtedy tuż przede mną bezdźwięcznie coś eksplodowało pomarańczowym światłem. Zaskoczony prawie wypadłem za burtę. Oczy potrzebowały chwili, żeby znowu zacząć widzieć po rozbłysku. Stała przede mną kobieta. Uśmiechała się. Skąd ona?
Miała oczy niemal czarne jak węgiel. Piękne. „Skąd się tu wzięłam?” – zapytała. – „Pani nie wie?” I nie wiem, jak to się stało. Przez jej zagubienie może, czy w jakimś odruchu obronnym. Przysięgam, w ogóle o tym nie pomyślałem, ale chwyciłem ją za rękę, przyciągnąłem do siebie i pocałowałem. Niemal od razu poczułem, jak się rozluźnia i oddaje. Już nie musiała wiedzieć, skąd się tu wzięła. Wargi miała pełne, cudownie miękkie, wybornie młode. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
Należała do mnie, a ja do niej. Nie wiem, skąd ta pewność. Odwróciłem głowę za ptakiem, który przeleciał nisko i napotkałem wzrokiem na małżeństwo przyjaciół, które pływało ze mną. Stali z rozdziabionymi gębami, a ja uśmiechnięty, mrużąc oczy przed słońcem, jedynie wzruszyłem ramionami. „To jest Hannah!” – wydarłem japę radośnie. Później z nimi rozmawiałem. Pomyśleli, że przypłynęła wpław w suchej sukience. No to łodzią ktoś ją podrzucił. Mówili tylko o pocałunku i dlaczego ukrywałem tę kobietę przed nimi. Hannah uśmiechnęła się i wtuliła głowę w moje ramię.
To, że wiedziałem, jak miała na imię, było tak naturalne jak to, że była tu dla mnie. „Usiądziemy?” – zaproponowałem. Jej skóra lśniła w słońcu. Refleksy wody puszczały na nią zajączki. „Halo, gołąbeczki” – usłyszeliśmy z rufy. – „Macie ochotkę na drinka?” Ewelina uśmiechała się szeroko. „Pewnie!” – zawołałem. „I to rozumiem.” Przyjaciółka się odwróciła. W tym momencie moja ukochana zniknęła. Pyk.
Nie ma. Siedziałem z drinkiem swoim i Hanny, zagubiony i w szoku. „Miałem przez chwilę prawdziwą ukochaną” – pomyślałem. Towarzysze niewidzący jej zniknięcia nie uwierzyli w to, co się stało i dlaczego bez sensu się upierałem przy jakiejś bzdurze dla słabego żartu. Ktoś po nią podpłynął, a oni z rufy nie zauważyli niczego. Tydzień później, w sobotnie przedpołudnie Hana pojawiła się znowu. Tak samo niespodziewanie i w rozbłysku jak na jachcie. Drzemałem sobie jeszcze, kiedy rozbłysło na pomarańczowo pod kołdrą i pościel się wybrzuszyła. Zsuwałem kołdrę, odsłaniając powoli uśmiechniętą Hanę. Przeciągała się zmysłowo.
Miała na sobie białą sukienkę. Wow! Poczułem taki wybuch radości, jakbym był dzieckiem i wygrał torbę cukierków. Pochyliłem się, żeby ją pocałować, a ona objęła moją szyję i odwzajemniła pocałunek. Stęskniony. Byłem szczęśliwy. Wtedy moja mama i siostra wlazły mi do mieszkania bez pukania. Zmaszerowały do sypialni i rozsunęły zasłony. Lipcowe słońce dało mi po oczach. Ledwie zdążyłem przykryć Hanę.
Przylgnęła do mnie i zamarła. Czułem ją całą. Mama z siostrą stanęły nad łóżkiem i piekliły się, że już późno, że za dwie godziny ślub kuzynki, a ja jeszcze w łóżku. Mnie interesowało tylko ciepło Hany. „Po co te nerwy? Już się zbieram” — powiedziałem od niechcenia. Mieszkały piętro wyżej. Stanowczo za blisko. „Ślub” — szepnąłem pod kołdrę. Pora się odkryć, bo mamę mocno zaciekawiło dziwne wybrzuszenie.
Zerwałem kołdrę. „Ła!” — zawołała Hana. „A!” — mama wrzasnęła raz a dobrze. „Czemu nie mówiłeś, że ktoś jest u ciebie?” Siostra się cofnęła. „Dzień dobry, jestem Hana.” „Dzień dobry, Grażyna.” Mama miała zwarcie. Trzymała się za serce. „Dobrze, to zbierajcie się, żebyśmy nie musieli gonić na ostatnią chwilę” — powiedziała i uciekły. Całowałem Hanę. Śmialiśmy się do siebie szczęśliwi, że znów byliśmy razem. Nie pytałem, gdzie była, skąd przybywa.
Nie miało to żadnego znaczenia. Była tylko miłość, młoda i czysta. Rozpierała mnie tak bardzo, że miałem ochotę tę kobietę wchłonąć, żebyśmy stali się jednym ciałem. „Musimy się zbierać” — powiedziała. Staliśmy w przedpokoju. Ona wciąż tu była, przy mnie, tak blisko, jak to tylko możliwe. Zajęta szykowaniem się do wyjścia na to nic nieznaczące wydarzenie. „To nasz ślub?” — zapytałem zza jej pleców. Zaśmiała się pięknie. „Nie, głuptasie.” Znów podmuch miłości.
Unosiłem się nad ziemią, jakbym był pod wpływem narkotyku albo latawcem. Kocham tę kobietę niesamowicie, a przecież nic o niej nie wiem i w każdej chwili może zniknąć. Była ze mną na ślubie i w pierwszych godzinach wesela. Inni nie istnieli. Zachowywaliśmy się jak przerysowane postacie z romantycznej bajki. Prowadziłem samochód, trzymając ją za rękę, a potem szliśmy wszędzie jak na autopilocie. Nawet złożyć życzenia młodej parze. Na sali weselnej krążyły komentarze zdumienia, że nie widzieli mnie wcześniej tak zakochanego, że moja wybranka jest piękna. Na tym weselu oświadczyłem się Hanie chyba z milion razy, a ona złapała moją twarz, obdarzyła długim, kosmicznym pocałunkiem i powiedziała, że nie musiałem tego robić, bo przecież już była moja na zawsze i dobrze o tym wiedziałem. O godzinie 20:00 zniknęła.
Szukałem jej wszędzie, wiedząc, że to nie ma sensu. Musiałem być czymś zajęty. Potem patrzyłem na puste miejsce po niej i piłem wódkę. Tłumaczyłem sobie, że przecież nie umarła. Jest gdzieś i muszę poczekać, być czujny, wypatrywać rozbłysku. Pojawiła się już dwa razy przecież. Za drugim razem na dłużej. Szybko zerwałem się z wesela. I tak nie miałem ochoty na zabawę i byłem pijany. Tej nocy śniłem o Hanie.
Szliśmy chodnikiem w jakimś mieście, gdzie były bardzo wysokie budynki, jak w Stanach Zjednoczonych. Ludzie mówili po angielsku, ale ruch był lewostronny. Jeździły tramwaje, nowe i stare jak u nas w latach 80. Nie była to Anglia na pewno. Klimat był zbyt suchy i od razu widać, że to nie europejskie miasto, choćby po szerokości ulic. Głupoty, jak to we śnie. Szliśmy dokądś, zatrzymując się co jakiś czas na przytulanie i całowanie. Nie było w tym seksualności, żadnego pożądania. Nie wiem czemu. Chcieliśmy tylko być blisko.
Wstałem skacowany. Długo nie mogłem się zwlec z łóżka. Nie chciałem nawet. Była niedziela i nie miałem żadnych obowiązków. Myślałem o śnie, jak to bywa zaraz po przebudzeniu. Skupiłem się z całych sił, żeby jak najwięcej sobie przypomnieć, bo Han w nim była. I najlepiej jednak zapamiętałem miejsce, gdzie spacerowaliśmy. Gdzieś już widziałem. Chodziła mi po głowie jakaś fotografia. Jednak bezlitosny kac, upierdliwy jak imprezowy sąsiad tępak, kazał ją schować z powrotem do pudełka.
„Pośpię jeszcze” — wymamrotałem. Nic nie pospałem. Jest ważne, dlatego pamiętam. Gdzieś widziałem już ten kremowy budynek i szeroką, stromą ulicę. Słońce było nieprawdopodobnie pomarańczowe, a ulica pięła się ku niebu. Ciepło wlewało się do miasta. Tak! No tak Wiedziałem, dlaczego sen skojarzył mi się z fotografią. Sięgnąłem po telefon i wlazłem na mapę Google. Wpisałem Melbourne, Australia.
Tam mieszkała Maria, moja pierwsza miłość. Dostałem od niej kiedyś pocztą kilka zdjęć analogowych zrobionych w centrum. Jeszcze nie było smartfonów. Teraz mogłem pospacerować wirtualnie tam, gdzie stoją wysokie budynki. „O w mordę” — szepnąłem. To jest to miasto. Maria to odległa przeszłość. Nie ułożyło się nam. Już nie pamiętam dlaczego. Przez niedojrzałość chyba.
I żeby takie połączenie? Chyba że to przypadek. Ona mnie wkurzała. Przypomniałem sobie. Przeżyliście to może? Śnicie o kimś albo myślicie i w tym momencie ten ktoś odzywa się, jakbyście byli połączeni. Telepatycznie się wywołali. Marysia napisała do mnie na Messengerze 10 minut później. Uniosłem się, żeby usiąść. „Hej Marek”.
Hej Mysza. Taką miała ksywę kiedyś. Nie lubiła swojego imienia. „Żyjesz jeszcze?” „Żyję. Śniło mi się dzisiaj twoje miasto” — napisałem. „No proszę, jak miło”. Kiedy ja z nią ostatni raz rozmawiałem? Odzywała się raz na parę lat. Nie wiadomo po co. „Mnie się ostatnio śniło wesele” — napisała.
„Wczoraj byłem na weselu”. „Fajnie było?” „Towarzyszka mi chciało”. „Jak to?” „Przepadła. Rozpłynęła się w powietrzu. Może wróciła na Mazury, gdzie ją poznałem”. „Śniły mi się niedawno Mazury. Pływałam jachtem z kimś wyjątkowym”. No proszę. „Ja leżałem na jachcie tydzień temu z tą samą osobą, z którą wczoraj byłem na weselu. Zniknęła nagle, jak wtedy na jachcie”.
Krzywię się. Po jaką pałę jej to piszesz? Głupi jesteś? Odrzucam od siebie telefon. Lepiej sobie jeszcze podrzemię. Potem odpiszę. Hana to powinna być tajemnica. Przyszła kolejna wiadomość. Pomyślałem, żeby ją olać, ale ciekawość silniejsza. „Przed weselem sypialnia?” — napisała Mysza.
Włosy mi stanęły dęba. „Tak”. „Zrób bu”. Japa się rozdziawiła. O żesz w mordę. „Mogę zadzwonić?” — zapytałem. Ledwie zdążyłem poprawić pozycję w łóżku na bardziej godną, kiedy zadzwoniła z wideo. Nie przypominała siebie sprzed 20 lat. Była gruba i miała zmarszczki. Młodość szybko mija, niestety.
Ja też nie byłem już Adonisem, ale nie to było ważne. Była podekscytowana. „Opowiedz o jachcie” — powiedziała. „Tydzień temu byłem na jachtach ze znajomymi i przeżyłem coś niesamowitego. Nieprawdopodobne jak sen. Ale był środek dnia. Nie spałem”. „U mnie była noc. Ja śniłam”. Spojrzałem na zegarek.
Dziesiąta. „Która jest u ciebie?” — zapytałem. „8 wieczorem. Jest między nami 10 godzin różnicy. Co ci się śniło dokładnie?” Opowiedziałem. „A dziś w nocy?” Opowiedziałem o spacerze w Melbourne, a jej coraz szerzej otwierały się oczy. „Ash” — wyszeptała. „Słucham?” „Mam pewną teorię”. „Co?” Już robi mi się w głowie jakieś zwarcie, bo słyszę w jej głosie miłość do mnie. Krępujące to strasznie.
„Jak ja mam na imię?” — zapytała. Przecież nią nie była. Nie chciałem, żeby była. „Hana”. Uśmiechnęła się. „Ładnie”. Potarłem skronie. „Chcesz wiedzieć, co myślę?” — zapytała. „No”. „Pamiętasz, jak bardzo się kochaliśmy?” Wzdrygnęło mną, ale zanurzyłem się w pamięci.
Nie sposób przypomnieć sobie tamtego uczucia, a nie miałem zamiaru przypisywać Marii tego, co czułem do Hany, ani porównywać nawet. Pamiętam, że był ośli zachwyt i tyle. „Szaleństwo” — powiedziałem. „Byliśmy zapatrzeni w siebie. Mimo że nie kochamy się od dawna i mamy własne życia, to co by się nie działo, pierwszej miłości się nie zapomina. Zgodzisz się?” „Nie da się nawet chyba”. „Pierwsza miłość wytycza szlak w głowie. Wydaje mi się, że w naszych podświadomościach ta pierwsza miłość wciąż żyje”. Co ona wrócić chce do mnie? Jakby zauważyła, o czym pomyślałem.
„Tylko nie schlebiaj sobie. Pomyślę o tobie raz na jakiś czas najwyżej, co u ciebie i tyle. Kocham mojego męża i dzieci najmocniej na świecie. Ale ta pierwsza miłość musi wciąż żyć w nas, we mnie i w tobie. Jest ukierunkowana ku nam podświadomie. Istnieje sama z siebie”. Co za pieprzenie. Nie wiem, co powiedzieć. „Jest tak silna, że przybiera fizyczne postacie. Pojawia się błysk, a w nim Ash”.
Wzrusza ramionami, jakby to było coś normalnego. „Żebyś ty widział, jaki on jest cudny”. Jakby nastolatka bredziła, przeżywając serial fantasy. Ale jak miałbym zaprzeczyć? Smutno mi się zrobiło, że Hana nie była prawdziwa. Wiedziałeś, że nie jest. „Co taki smutny?” Maria czujnie obserwowała. „Szkoda, że Hana nie jest prawdziwa.” „Przecież jest. Nie panikuj.” „Jak jest? Mieszka w twojej podświadomości.
Materializuje się, kiedy śnisz o mnie, a moja podświadomość nadaje jej wygląd i odwrotnie. Dobrze rozumiem?” „Czyli istnieje naprawdę.” „Życie chwilą” – mruknąłem. „Gdybym mogła ci obiecać śnić więcej.” Nienaturalnie parsknęła śmiechem. Złośliwa. „A skąd ta teoria?” „Jestem kobietą przecież. My mamy szósty zmysł i jesteśmy od was mądrzejsze.” „Ja śniłem się tobie więcej razy niż ty mnie.” „Widać nie możesz pogodzić się z tym, że mnie straciłeś.” „No na pewno.” Zaczęła się sztucznie śmiać. „I co teraz?” – zadałem pytanie i od razu tego pożałowałem. Zakończyć rozmowę. „Musisz z tym żyć.” – roześmiała się, mając na myśli to, że nie mógłbym bez niej żyć. „Nie o to pytałem.” „Nic nie możemy zrobić.
Mój Ash jest najwspanialszym, najprzystojniejszym mężczyzną, o jakim mogłam tylko marzyć. Kiedy się pojawia w tym ogniu, sikam ze szczęścia.” „A co na to twój mąż?” „Ash jeszcze ani razu nie pojawił się przy nim. Byłeś przy tym. Powinieneś pamiętać.” „Nie pamiętam.” Bo i po co? „No tak. Zawsze o wszystkim zapominałeś” – powiedziała, pokazując przesadne rozbawienie. Klepnęła się nawet w udo. No pokaż, jak świetnie mnie znasz. Chciałem odpowiedzieć, że nie pamiętam, ale się powstrzymałem. Wprowadziłem za to chwilę milczenia, żeby dać do zrozumienia, że uszczypliwość to zła droga.
Najlepiej wrócić do naszego fenomenu. Tu jest przecież sporo do omówienia. „A co u ciebie? Dalej sam i bez celu w życiu?” – wypaliła. Co ona? „Dlaczego bez celu?” „Chodzą słuchy, że zawiesiłeś się jak małolat i nic nie robisz ze swoim życiem. Martwię się o ciebie.” „A, no tak.” – zrozumiałem. Utrzymywała kontakt z moją siostrą i znajomymi, z którymi ja od dawna się nie trzymałem. Mieli, podobnie jak moja siostra, nie wiedząca o mnie prawie nic, bardzo dużo do powiedzenia na mój temat. Informacje nawet nie z drugiej ręki, a wyssane z palca.
Dużego od nogi. I już przypomniałem sobie, dlaczego się rozstaliśmy. „No cóż, nic na to nie poradzę” – powiedziałem, mając na myśli jej pozorne zmartwienie o mnie. „Zawsze można się wziąć w garść.” Ech, nie wiem, dlaczego nie mogła się powstrzymać od złośliwości, ale przypomniało mi się, że nie tęskniłem za tą wredną babą nawet jednego dnia po rozstaniu. „Podobno nie chce ci się nawet pracować. Odbiło ci? Jeździsz jakimś starym gratem.” Co? Obraziła mojego rumpelka. Lubiłem go. To klasyk.
Podobnie ulubione, rozpadające się już szmaty do chodzenia po domu, w których wyglądałem jak bezdomny. A zarabiałem jakieś cztery razy więcej, niż potrzebowałem. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się z niczego. Żałowałem, że pokazałem swoją tęsknotę do Hany. „Czas kończyć rozmowę. Dzięki, że napisałaś i za wyjaśnienia.” „Czemu chcesz kończyć? Nie można z tobą już normalnie porozmawiać?” Idiotka. „Zaczęliśmy całkiem dobrze.” „Kochany, ze mną można konie kraść. No, może nie każdy.” Sztuczne rozbawienie wcale nie miało zniknąć. „Nie boisz się, że Ash więcej się nie pojawi przez tę uszczypliwość?” – zapytałem.
Przestała się uśmiechać. „Facet ucieka od niemiłych kobiet nawet w snach” – powiedziałem. „Wątpię, żebym śnił o tobie w najbliższym czasie. Może kiedy znów trochę o tobie zapomnę, ale wspomnienie niesprowokowanej niczym złośliwości może długo siedzieć w głowie. Zgodzisz się?” Mówiłem poważnie. Nie miałem zamiaru oddawać tym samym. Patrzyła wystraszona. Teraz ona miała zwarcie w głowie. „U ciebie jest już wieczór. Także dobrej nocy” – powiedziałem.
„Nie myśl sobie, że będę o tobie... ” Rozłączyłem. Miałem nadzieję, że naprawdę nie zapomnę tej rozmowy i nigdy więcej nie odpowiem, kiedy napisze czy zadzwoni. Nie wyobrażałem też sobie, że ona śni o mnie. odstręczała mnie ta myśl. Jednak tylko tak mogłem spotkać Hanę. Co za głupota. Przeżywaliśmy z Marią coś niezbadanego i niesamowitego. Może jako pierwsi ludzie doświadczyliśmy połączenia na takim poziomie czy cokolwiek to było. I w takiej sytuacji nie mogła się powstrzymać.
Ale zacząć umiała normalnie. Obiad zjadłem w restauracji. Miałem ochotę na wygodę po usłyszanych rano bredniach. Nawet uniosłem z uśmiechem kieliszek wina do tych, co wymyślają głupoty na mój temat. Wtedy poczułem czyjś dotyk z tyłu głowy. Odwróciłem się. Hana. A jednak. Złoza zasnęła. Poderwałem się z krzesła.
Cudownie pachniesz. Jakby na żądanie skłoniłem głowę, szukając sedna jej woni przy uchu jak niewolnik lub uzależniony. Położyła głowę na moim ramieniu i westchnęła. Nie miała w sobie niczego z Marii. Tęskniłam za tobą. Tylko to miało znaczenie.
[48:52] - Proszę państwa, Piotr Cielebiaś już czeka. To widomy znak, że czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj film nakręcony na 70-lecie. Czego 70-lecie? 70-lecie Godzilli, bo Godzilla po raz pierwszy w wersji czarno-białej pojawiła się na ekranach kin w roku 1954. A dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o najnowszej produkcji godrillowej „Godzilla Minus One”. Dzień dobry wieczór Piotrze. „Filmotekarium” przed nami.
[49:37] - Tak, „Filmotekarium” kolejne z gorącą i w sumie nie wiem, czy kontrowersyjną nowością, czy nie. Film „Godzilla Minus One”.
[49:48] - I się strzelają. Strzelają się wreszcie.
[49:51] - Ale strzelają do potwora. I pozwolę sobie na chwilę szczerości, jeżeli mogę. Powiem ci tak: Godzilla czy Godzira to jest dla mnie temat trudny i bliski jednocześnie. I nie wiem, jak go ugryźć, bo to jest coś, co lubię z jednej strony, a z drugiej strony nie lubię, bo zawsze te filmy są spartolone. Chodzi mi o te nowe filmy z Godzillą. Tutaj powiedzmy sobie od początku, że będziemy używać tej formy, którą się u nas używa, bo pewnie jacyś tam puryści czy miłośnicy powiedzą: „Tutaj paplają, mówią jak Amerykanie”. To przyjmijmy, że to jest nie Godzira, tylko Godzilla, tak jak jest w tytule, chociaż w filmie jest inaczej. Zacznijmy od tego, że film upamiętnia 70-lecie tej marki czy tego uniwersum. Wiem, że ono ma w Polsce wielu fanatyków i oni, powiem jeszcze raz, oddzielają tą amerykańską zamerykanizowaną Godzillę od oryginalnej Godziry. Natomiast dzisiaj się skupimy na filmie, który jest moim zdaniem bardzo ważny.
Ważny jest z tego powodu, że jakby nie patrzeć, to chyba jest najstarsza na świecie seria filmowa, która jest nadal kontynuowana.
[51:16] - Skoro była prywata z twojej strony, to prywata z mojej również musi być. Po pierwsze, ponieważ na początku filmu jest mowa o tym, że to w 70. rocznicę, to ja sięgnąłem po te filmy z 1954 roku. Obejrzałem. Dwa są takie filmy blisko siebie. Obejrzałem. To są czarno-białe filmy. Specyficzne bardzo, tak to powiem. Ale też oczywiście sięgnąłem po filmy późniejsze, które już oglądałem. Bo tak się naprawdę zaczęła moja przygoda z kinem w latach 70.
Byłem takim małym Markiem, który jeszcze sam do kina nie chodził, więc zacząłem chodzić do kina z ojcem. I mój ojciec bardzo cierpiał, bo w mojej klasie były bardzo modne filmy o potworach, to ja chodziłem na filmy o potworach. Zacząłem od takiego obrazu „Pojedynek potworów”, a później zacząłem chodzić na Godzillę. Pojawiały się kolejne Godzille: „Godzilla kontra Mechagodzilla”, „Godzilla kontra Gigan”, „Godzilla kontra coś tam”. Tych filmów było od groma i trochę, kręcone w różnych konwencjach, czasami nawet komediowych. Godzilla raz była fajniejsza, raz mniej fajna, ale w każdym razie to było życie takiego małego Marka i w ogóle życie tych młodzieńców, ale wczesnych młodzieńców w latach 70. To był powiew takiego wielkiego kina. Chociaż umówmy się, filmy o Godzilli to są filmy klasy B, to i tak dobrze powiedzieć. One są w dodatku japońskie i to specyficzna kultura, specyficzny sposób kręcenia, specyficzny sposób narracji. Ale coś z sentymentu u mnie zostało.
To znaczy ja w gruncie rzeczy, podobnie jak ty, Piotrze, zresztą nie wiem, nie deklarowałeś, mówiłeś raczej o innych ludziach. Ja generalnie też nie dostrzegam amerykańskiej Godzilli. W ogóle dla mnie nie istnieje. Wiem, że oglądałem i wiem, że gdzieś tam się osadziła w mózgu, ale Godzilla to jest produkt japoński i tego się trzymajmy. I troszeczkę, jeśli chodzi o ten film „Godzilla Minus One”, to była taka podróż sentymentalna, bo nagle zobaczyłem kino jakby nie z naszych czasów. Nie wiem, jakie to jest twoje wrażenie, ale ja odniosłem wrażenie, że ten film mógł być nakręcony w latach 70. zupełnie spokojnie, bo to jest ten sposób prowadzenia kamery, ten sposób opowiadania historii, bardzo liniowy, ale jednocześnie taki bardzo kawaławiczny. Wszystko jest wyłożone. Jednocześnie są takie zaskoczenia, takie cliffhangery to może za dużo powiedziane, ale takie właśnie, że coś się dzieje i myślimy, że tak się stało, ale to się stało zupełnie inaczej. Nagle się wszystko wyjaśnia.
To jest kino jakby nie z tego świata, nie z naszego świata. I sam nie wiem dzisiaj, czy ono mnie zafascynowało dlatego, że to sentyment, czy dlatego, że właśnie jest jakby nie z naszych czasów, czy też dlatego, że ono jest Ono jest niepretensjonalne to kino o Godzilli, ten najnowszy film. Ten film się nie sili na jakiś psychologizm, na jakieś ukryte treści, na tym podobne rzeczy, których my bardzo często w filmach, my, mówię o naszym teamie, doszukujemy się. To jest prosta, liniowa opowieść o bohaterze, jego dziewczynie, potworze, dzielnych naukowcach i tak dalej. I jakoś nie czuję się specjalnie sponowany tym, że musiałem to obejrzeć. Wręcz przeciwnie. Chyba czasami taki oddech, takie odskoczenie do kina nie dość, że egzotycznego, to z drugiej strony kina, które nie podąża za światowymi trendami, czasami dobrze robi.
[55:36] - Tak. Ogólnie, tak jak powiedziałem, ja jestem trochę fanem Godzilli w tym względzie, że lubię te filmy. Zaraz powiem, co w nich lubię. Natomiast problem jest w tym, że wiele z nich było złych i nudnych, ale to jest konwencja. Inaczej jest w przypadku Godzilli amerykańskiej, bo tutaj naprawdę jest źle. Szczególnie w tym filmie z '98 roku. To jest naprawdę koszmar. Tak samo „Godzilla kontra Kong” to jest masakra. Nie chcę użyć innego słowa. Nie będziemy dzisiaj rozdrapywać różnic między Godzillami.
Ja bym się skupił na wniosku, że to chyba jednak nigdy nie były takie filmy, poza może Japonią, które wywoływały takie emocje jak „Gwiezdne Wojny” czy ekranizacje Marvela. Poza Japonią Godzilla straszy, fascynuje, atakuje też przecież inne kraje, Stany Zjednoczone, ale nie widzę takiej chemii między innymi kręgami kulturowymi a Godzillą. To się roznosi, to ludzie oglądają, ale chyba nigdy nie ma takiej reakcji jak chociażby na te „Gwiezdne Wojny”. Zapytacie, dlaczego ja lubię Godzillę? Powiem ci Marku tak: za tą subtelną atmosferę grozy w starych filmach. Ta groza towarzyszyła też innym produkcjom science fiction, także tym z innych kręgów kulturowych. Natomiast to jest taki pewien dyskretny urok, którego nie dają już dzisiejsze produkcje, że nawet widząc te kartonowe scenografie i tych poprzebieranych aktorów, to się uruchamiało wyobraźnię, dlatego że aktorzy robili robotę. Dodam tylko, że to uniwersum Godzilli się rozrastało. Całkiem niedawno powstał serial, nawet też nie najgorszy, ale o nim sobie może kiedyś powiemy. I powiedziałem, że nie da się dzisiaj w tych współczesnych filmach o Godzilli, a ich jest naprawdę całkiem dużo, wyczuć tej subtelnej atmosfery grozy.
I tutaj jest inaczej. Tutaj trochę jej jest. Tylko że ten film na dłuższą metę budzi bardzo mieszane uczucia. Skoro mowa o potworze, to powiem, że budzi potwornie mieszane uczucia. Ale zacznijmy może od takiego zaprezentowania, co się tam w ogóle dzieje, bo mamy końcówkę II wojny światowej i młodego kamikadze, który sobie ląduje na wyspie. I tutaj już trzeba pewne rzeczy wyjaśnić. Tę wyspę atakuje nagle Proto Godzilla, bo to nie jest jeszcze ten potwór, który nam się potem objawi. To jest względnie niewysoki stworek, legendarny z tego powodu, że to jest stworzenie mitologiczne. I ten dinozaurek, tak sobie możemy powiedzieć, atakuje tych żołnierzy. Kamikadze oczywiście strzela, ale nie wykonuje rozkazu, nie rozwala tego stwora i on sobie potem cały czas pluje w brodę przez cały film, że mógł go zniszczyć, a nie zniszczył, bo potem potwór urósł i zaatakował stolicę.
I tutaj mógłbym powiedzieć kurtyna, bo w zasadzie cały film jest dość nieskomplikowany, ale potem mamy już kontynuację. Czyli dokleja nam się historię obyczajową, że on wraca do domu, ma bardzo skomplikowane życie rodzinne, pracuje jako likwidator min. I w czasie tej swojej pracy likwidatora natyka się po raz kolejny znowu na tego stwora, tylko już tak bardziej na sterydach. Nie wiem Marku, ta archaiczność scenariusza, ta liniowość tego scenariusza sprawia, że cokolwiek byśmy tutaj nie powiedzieli, w którymkolwiek kierunku byśmy nie poszli, to zawsze powiemy o słowo za dużo, bo to są takie filmy, ogólnie te filmy z potworami, że one się zawsze kończą tak samo. Także tutaj się nie spodziewajcie nie wiadomo czego po tym filmie. Raczej chodzi o efekciarstwo. Raczej chodzi o to, w jakim kierunku on został poprowadzony. Nie wiem, co byś tu jeszcze dodał do tego, bo ja w tej naszej części pluso-minusowej powiem o tym, jak została poprowadzona ta wersja obyczajowa związana z tym, że próbowano dokleić pewną historię melodramatyczną wręcz do filmu o potworach. Natomiast ja mam takie wrażenie, że owszem, to jest film, który oddaje hołd dawnej Godzilli. Owszem, to jest film, który jest przesycony jakimiś smaczkami i odniesieniami do przeszłości, natomiast on jest koniec końców pozszywany z różnych elementów, które niestety do siebie nie pasują.
I te dwie godziny, które mijają
[01:00:55] - To jednak wynudzimy się trochę. Wynudzimy się dlatego, że ktoś zrobił tutaj jakiś błąd. I powiem ci, że chociaż oglądałem ten film względnie niedawno, nie wiem, w którym momencie przeholowali z jakimś elementem. Myślę, że ty już go wskazałeś bardzo dokładnie. Zszycie filmu o potworze z historią obyczajową, taką typowo japońską, opartą o pewną kulturę, a właściwie stosunki międzyludzkie panujące w społeczeństwie japońskim. Chociaż nie przesadzajmy, one też w jakiś sposób są zeuropeizowane. W każdym razie wpływ zachodniej kultury na to ewidentnie oddziałuje. Ale okej, widzimy pewne oddziaływania pomiędzy chłopakiem, pomiędzy dziewczyną, dziewczyną z dzieckiem, ale to nie jest taka prosta historia, co państwo pomyśleliście, że dziewczyna z dzieckiem. To też nie jest takie proste. Pewna specyficzna kultura odnoszenia się mężczyzny do kobiety i tak dalej.
Wystarczy sobie trochę o Japonii poczytać i już człowiek wie, że mało wie. W związku z tym pewne relacje pomiędzy bohaterami filmu mogą się wydawać dziwne, chociaż i tak są lajtowo przedstawione, żeby były strawne jednak dla widza z różnych części świata. I to, co powiedziałem: zszycie tych dwóch opowieści, opowieści o potworze z opowieścią typowo obyczajową, z dzieckiem w tle i w ogóle, i z traumą wojenną tego kamikadze, ponieważ kiedy powiedziałeś, że potworek był mały, mój Boże, był mały, ale duży. Był za duży, dokonuje pewnej masakry na tej wyspie i to jest właśnie coś, co gnębi głównego bohatera. A ponieważ go gnębi, to on później musi jakoś odreagować i to w filmie później oglądamy. Oglądamy też masakrę Tokio. Po prostu Godzilla przychodzi z gościnnymi występami i to możemy sobie śledzić. Więc zestawienie tego wszystkiego w jeden film, już nie mówię o potworze i masakrze Tokio, ale właśnie z tymi wątkami obyczajowymi, to jest chyba eksperyment nieudany, bo jak powiedziałem, obejrzałem wcześniejszy „Godzilla” z 1954 roku, czarno-biały i tam, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, film „Godzilla” był inspirowany, ponoć, filmem amerykańskim „Bestia z 20 000 sążni”. Sama nazwa filmu amerykańskiego sugeruje, że to nie mógł być dobry film i ja nie wiem, czy ktokolwiek poza jakimiś historykami kina dzisiaj w ogóle słyszał o tym filmie. Te filmy początkowe o Godzilli takie są proste.
Trzeba pokonać potwora za wszelką cenę. Trzeba go zabić, zniszczyć, zamordować, bo on będzie mordował nas. I wszystko się na tym schemacie opiera i to działa, i to mogło działać. Chociaż dzisiaj te filmy z lat 50. ogląda się już trochę ciężko, bo inaczej się kino robi w tej chwili. Ale ten film na 70-lecie nawiązuje do tamtego kina, ale nawiązuje w sposób umiejętny w tej warstwie potworowej. Natomiast cały ten wątek, nazwijmy go obyczajowy, chyba trochę ciąży temu filmowi. Tak, ale gdyby go nie było, to my byśmy z Piotrem teraz mówili, że to taka historia płytka, głupia i się tylko z potworem leją, w związku z czym film jest głupi. Ale film może by trwał wtedy godzinę 20 i byłby nieco łatwiejszy do przyswojenia. Mam wrażenie, ale jednocześnie pewności nie mam, że to połączenie nie wychodzi na dobre.
Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że on być może trochę czyni to kino nieco bardziej ambitnym. Chociaż nie oszukujmy się, proszę państwa, ambitne kino to to nie jest. Ale ja też nie jestem koneserem kina ambitnego. Wręcz przeciwnie. Podkreślam to nieraz, że lubię jak się strzelają, lubię jak się coś dzieje i w tym kinie rzeczywiście się dzieje. Co więcej, jest jakiś feler w tym wszystkim, bo dla mnie przynajmniej akcja była dosyć przewidywalna. Ktoś powie: „Tak, ale filmy z potworami zawsze są przewidywalne, bo trzeba potwora pokonać w jakiś tam sposób. Różnie bywało w historii Godzilli, ale jakoś go trzeba pokonać”. Tak, zgoda, ale tutaj to chyba te wszystkie rozterki moralne to To nie do końca gra, chociaż i tak jestem zadowolony, że po wielu odcinkach kina ambitnego, europejsko-amerykańskiego, w którym wszystko było wydumane i takie: „O, trzeba tu zrobić wielkie kino”. To jest kino proste, niepuszące się, niesilące się na jakieś kino wielkie i ambitne.
To jest kino, które myślę, że bardzo wielu widzów spragnionych rozrywki może zabawić. Chociaż ta uwaga Piotra jest jak najbardziej godna tego, żeby ją uwzględniać, bo poza dobrą rozrywką, bo potwora biją, ten wątek obyczajowy nie każdemu musi przypaść do gustu.
[01:07:41] - Tak. Ja jeszcze mam takie wrażenie, że w naszym kraju, ogólnie na Zachodzie, jest wiele osób, które się fascynują kulturą japońską. Ja jakoś tak, szczerze mówiąc, niespecjalnie. Nawet mam wrażenie, że oni w Japonii strasznie wykorzystują tą swoją inność. To jest trochę tak jak z kuchnią włoską. Dużo dobrego się o niej mówi, a efekt jest taki po prostu, jaki jest. Ja sam Japonią, po prostu nie rozumiem czasami wielkiej fascynacji tym krajem. Krajem, który bardzo skutecznie też maskuje swoją paskudną przeszłość tak naprawdę. Tak jak Austria, tak jak Niemcy. Nie oszukujmy się, nie kochają ich tam za bardzo w Azji.
I są miłośnicy kina japońskiego. Pamiętasz, gdzieś na początku filmu o „Tokarium” omawiałeś taką książkę. Niestety nie pamiętam autora. To była książka pewnego Amerykanina, która służyła do tego, żeby Amerykanie mogli się wczuć w mentalność japońską. Ja ją przeczytałem.
[01:08:50] - To jest „Antema i miecz”.
[01:08:52] - Tak, jeżeli ktoś to przeczytał, jeżeli ktoś czuje tą kulturę, nawet jeżeli do niej nie należy, bo w ogóle też trzeba powiedzieć, że japońska kultura wbrew temu, że ona jest taka otwarta, to wcale taka nie jest. Musisz być Japończykiem. Dobrze, nie będę już wchodził w to. Oni mają tam te swoje cenzusy urodzeniowe i tak dalej. W każdym razie nie to, żebym tutaj jakoś depresjonował tą kulturę, tylko po prostu nie za bardzo rozumiem hype, który jest wobec Japonii. I powiem ci tak: jeżeli ktoś czuje tą kulturę, jeżeli ktoś się tym fascynuje, to ci biegający, krzyczący ludzie, ta nadekspresyjność może do niego przemawiać. Do mnie na przykład nie przemawia absolutnie. Mnie się bardziej podobała „Godzilla” z roku 2014 niż „Godzilla Minus One”. Także tutaj łyżka dziegciu z mojej strony, ale przejdźmy może do tych naszych plusów i minusów. Wierność oryginałowi.
Powiem ci tak: tutaj jest zbieg okoliczności. 70 lat. Fakt, że ten film, o którym mówimy, jest rozpowszechniany przez Toho i tak dalej. Oczywiście potwór musi przypominać pierwowzór. I tak jest. Nie jest to taki tyranozaur na koksie jak w amerykańskich produkcjach. Natomiast jeżeli ktoś w ogóle nie zna tego uniwersum, to powiem ci tak: będzie to Godzilla zabawkowa, kojarząca się bardziej z wizerunkiem jakiegoś smoka i nie wszystkim się będzie podobać. Będą tacy, którzy będą szydzić, mówić: „Zobaczcie, jak ona wygląda”. Ale szczerze mówiąc, mnie się podobało. Paradoksalnie, bo korzystanie z tych archaicznych wzorców sprawia, że mamy do czynienia z wizerunkiem, który nie do końca pasuje do współczesnej kinematografii.
Ale przecież mamy do czynienia z potworem. Potworem, czyli czymś anomalnym, czymś, co w sumie nie jest podobne do czegokolwiek. Im bardziej ten potwór jest nienaturalny, tym bardziej mnie przeraża. Także ten wygląd Godzilly w tym filmie oczywiście in plus. On się nawet porusza tak dziwnie, zauważyłeś w tym filmie? I prócz tych nawiązań do wyglądu, to przecież, jak wspominałeś o tych pierwszych filmach, mamy bardzo głębokie inspiracje, chociażby tym pierwszym filmem nawet, bo w „Godzilla Minus One” też dużo rzeczy się dzieje tak jak w tym pierwszym filmie, chociaż są pewne drobne różnice. To był mój pierwszy plus o minus, akurat w tym przypadku plus.
[01:11:42] - To ja coś powiem. Dla mnie „Godzilla” z tych filmów z lat 70. i 60. była zgrabniejsza. Ta „Godzilla” z filmu, który omawiamy, ma trochę za duże uda. Śmiejecie się państwo w tej chwili i słusznie. Jakaś taka strasznie udziasta ta bieżąca „Godzilla”. Wolałem tę z 60., 70. lat. Była zgrabniejsza po prostu.
I tu już wchodzimy naprawdę na wysoki poziom abstrakcji: zgrabność Godzilli. Ale wierzcie mi państwo, nie podobała mi się po prostu ta „Godzilla” tak do końca. Ale to zostawmy. Stopień piękności Godzilli każdy sobie ocenić musi sam. Natomiast ja mam poważne wątpliwości, bo ja lubię, jeśli uniwersum filmowe jest w jakiś sposób spójne. I jeżeli sobie państwo przypomnicie historię Godzilli, to Godzilla W tym pierwszym filmie z '54 roku zostaje nie tylko pokonana, ale jest nawet taka scena, w której ona nie tak prosto zostaje pokonana, ale w każdym razie oni ją tak doprowadzają, że jej szkielet opada na dno morza. Czyli wykańczają Godzillę, co nie przeszkadzało później nakręcić kolejnego filmu o Godzilli. Ale co jest jeszcze ważniejsze, to, że ona się odradza to mały pikuś. Natomiast w tych pierwotnych filmach była mowa o tym, że do powstania Godzilli przyczyniła się próba jądrowa. A w ogóle wiecie państwo, Japonia i bomba jądrowa, atomowa, wodorowa czy jakakolwiek owa to zawsze jest temat trochę tabu.
Godzilla miała być skutkiem głupoty ludzkiej i właśnie tych prób jądrowych. No dobra, ale te próby w pobliżu wysp japońskich nie za szybko były. Wtedy się podobno Godzilla urodziła. Natomiast my tutaj spotykamy część historii, którą trzeba będzie dopiero do tego uniwersum dokleić. Bo Godzilla w filmie „Godzilla Minus One” pojawia się pod koniec wojny. Przecież ten pilot ląduje na wyspie, jest '45 rok i Godzilla sobie hasa po tej wyspie. Czyli jednak nie wybuch jądrowy ją powołał do życia. Zatem była jeszcze wcześniej Godzilla. Piotr mówi o Proto Godzilli. Dobrze to brzmi, ale skąd ona się tak naprawdę wzięła?
Cholera wie. I to jest coś do rozegrania, bo przecież mamy do czynienia z potrzebą uporządkowania uniwersum. Przynajmniej dla mnie. Historie mogą być niesamowite pod warunkiem, że są spójne. Tu spójność tego uniwersum, dla mnie przynajmniej, lekko się rozchwiewa, jeśli nie rozpada. Trzeba będzie czekać na jakiś obraz, a być może to się nigdy nie pojawi, ale ja liczę na to, że ktoś mi wreszcie tę nieco podejrzaną sytuację z chronologią i z pojawianiem się kolejnych Godzilli wyjaśni.
[01:15:40] - To teraz będzie trochę minusów. Narzekania. „Godzilla Minus One” jest inspirowana tą oryginalną, ale niestety ten film, mówiłeś o tym na początku, jest dość nakręcony archaicznie. To znaczy jest w nim zbyt mało akcji. Nie, bo cały czas się coś dzieje, cały czas coś robią i krzyczą i biegają. Emocji też nie brakuje, tylko chodzi o to, że wszystko zrobione jest tak, że współczesny widz ma wrażenie, że ogląda jakiś teatr. Czyli ta historia rozterek głównego bohatera na tle ataku potwora jest dość mdła, a w ogóle to sam bohater jest tak mdły i tak nieistotny i przypomina w sumie każdego innego Japończyka, że nawet ja zapomniałem, jak ma na imię.
[01:16:37] - Wiesz Piotrze, ale to może wynikać z takiego naszego europocentryzmu. Być może ta gra aktorska głównego bohatera, w ogóle jego zachowanie, jego pozycja z punktu widzenia Japończyka są bardzo przekonujące. Dla mnie poziom wrzasku w tym filmie wynikający właśnie z pewnej ekspresji naturalnej Japończykom. Myślę, że naturalnej. Nie jestem ekspertem od Japonii, a oni tam dużo krzyczą, ale odnoszę wrażenie, że oni nie krzyczą dlatego, że krzyczą tylko dlatego, że taką mają ekspresję zachowań. Oni się po prostu tak zachowują. Z drugiej strony, to jest ten minus może, ale są sceny jakby żywcem wzięte z tego filmu z lat 50. Taka scena picia sake w otoczeniu: kobieta polewa, mężczyźni piją. Niemal identyczna scena jest w jednym z pierwszych dwóch filmów o Godzilli. Naprawdę, aż przecierałem oczy.
Nawet naczynia są podobne. Mówię sobie: „Kurczę, to już była wyższa szkoła jazdy”. Ale wracając do pierwotnej myśli. Rzeczywiście dużo krzyku, ale wynikają z takiego kulturowego krzyku, więc ja nie do końca potrafię na przykład ocenić grę aktorską albo ocenić sposób, w jaki aktorzy oddają pewne sytuacje, bo ja po prostu nie znam tej kultury, nie rozumiem jej. Raczej patrzę tak naskórkowo, co się dzieje na ekranie. No i dzieje się tam, proszę państwa, trochę się dzieje. Ta historia, tak jak powiedziałeś, Piotrze, ja też to wcześniej mówiłem. Ona jest bardzo liniowa, ale też jest bardzo prosta. Ty powiedziałeś o rozterkach. Tak, rzeczywiście te rozterki są, mamy wierzyć, że one są i ten główny bohater miotany jest tymi rozterkami.
Co więcej, on podejmuje taką egzystencjalną decyzję w pewnym momencie. Nie będę państwu zdradzał, o co chodzi, ale taką bardzo radykalną. Oczywiście, wiecie państwo, nic nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej. że tak sobie trochę pośmieję się z pewnego powiedzenia. Tu mamy do czynienia z takim właśnie rozwiązaniem i w sumie bardzo dobrze, bo to jest też film i o tym sobie chyba warto powiedzieć. Ja nawet nie wiem, czy to jest plus, czy to jest minus. To jest film, w którym wszystko musi się dobrze skończyć. Potwór musi zostać pokonany, bohaterowie muszą wyjść na prostą, muszą być szczęśliwi i to się wszystko musi dobrze skończyć. Ja wiem, być może część z widzów oczekuje takich właśnie zakończeń. Patrząc na popularność filmów tej firmy japońskiej Tojo to chyba ono się Toho nazywa, tak?
Nigdy nie pamiętam tej nazwy, ale wiem, że logo mają. Jak się oglądało w latach 70. to logo, które tak promieniowało. Ach, to był powiew wielkiego świata proszę państwa, to było w latach 70. Dzisiaj to już taki powiew nie jest, ale trzeba powiedzieć, że to jest taki film, który stoi w rozkroku. Chciałby mocno uderzyć na Zachód i chyba częściowo mu się uda. A z drugiej strony odwołuje się do dosyć hermetycznej japońskiej kultury, którą część ludzi się fascynuje, ale nie aż tylu, żeby napędzić ludzi do kina.
[01:20:21] - Tak, coś w tym jest. Ja nie zmierzałem do tego, że wszyscy bohaterowie wyglądają podobnie, bo w polskich filmach też jest tak, że wszyscy ci nowi aktorzy młodego pokolenia, te roznerskie też są wszyscy tacy sami. Też ich nie rozróżniam. Chodzi mi raczej o mdłość taką, że z jednej strony wydaje mi się, że Japończycy trochę zmiękczają po prostu swoją historię, że wiesz, tutaj mamy kamikadze, który jest fanatykiem, z drugiej strony ma jakieś rozterki. Oj Boże, nie skomentuję tego nawet.
[01:20:56] - Ale wiesz, ludzki jest bardzo, bo to jest bliskie kulturze europejskiej. Bo Japończyk to według ich kultury powinien pierdyknąć w jakiś amerykański krążownik albo lotniskowiec i zginąć dzielnie. A tymczasem on nie chce ginąć. Nie chce ginąć, to widzimy w pierwszych minutach filmu. Nie ma zamiaru. Wymyśla awarię samolotu, ląduje i każe sobie go naprawić, chociaż oni tam żadnej awarii nie znajdują, bo on nie chce zginąć, a jego rozterka moralna pojawia się zupełnie z innego powodu.
[01:21:34] - Tak. Co jeszcze bym tutaj dodał? On jest mdły jednak. Jest mdły strasznie i to sprawia, że się go nie chce oglądać za bardzo. Nie ma takiego apokaliptycznego dreszczyku w "Godzilli Minus One", co w tamtych filmach z lat 50., 60. i później było. Nawet jeżeli wszystko wyglądało badziewnie, jakoś tam nawet gorzej, to jednak aktorzy podchodzili do tego dość poważnie. Mieliśmy taki teatr z jednej strony groteski, z drugiej strony horror. A tutaj mamy taki dziwny miszmasz w tym filmie. Dlatego on się wydaje taki nijaki, że chcieliby coś powiedzieć.
Z jednej strony jest tam też pełno symboli, ta Godzilla wywołuje te ataki jądrowe i tak dalej, wszystko wybucha, oni giną. Za dużo jest tego wszystkiego. Także tak to wygląda i to sprawia, że ta historia jest jednocześnie i to jest chyba w ogóle jakiś ewenement, że ona jest wciągająca i nużąca jednocześnie. Może do tego jeszcze zaraz powrócę, ale powiem ci tak: zbalansowane jest to w sposób niezbyt przyciągający współczesnego widza. Myślę, że oni czerpali wzorce, wątki z różnych filmów. Oczywiście wielki ukłon w stronę tych starych "Godzilli", ale jednak nie wyszło. To jest trochę tak, jakby próbować przeszczepić ten film na współczesny grunt, ale jednak współczesny widz, może ten pozajapoński, oczekuje czegoś więcej. Czegoś więcej, bo przecież to, co w tym filmie jest, to już było wiele razy widziane. Jakkolwiek się nie pokaże zachowanie, wygląd tego potwora, to jak on niszczy miasto, to to już wszystko było. Nawet jeżeli się mówi, że to jest ukłon, to trzeba zrobić coś takiego.
Pamiętasz, jak robili te nowe "Gwiezdne wojny" przypominając starych bohaterów? Zrobili to w tak sprytny sposób, że nawet jeżeli to była badziewna opowieść, to jednak jakieś tam zaskoczenie było. A tutaj ta Godzilla przychodzi i nudzi i łazi i niszczy. No i w sumie co? I tyle, nie?
[01:24:13] - Ale film o Godzilli, musi być scena, gdzie Godzilla niszczy miasto. Być może trzeba było ją lepiej rozegrać. Ale wiesz co? Powiem ci jedno. Chyba lepiej niż ty nie podsumuję tego filmu, bo rzeczywiście jest tak, że spędzamy przy filmie dwie godziny i kiedy się kończy, mamy takie rozdwojenie. Z jednej strony sentyment i pewne takie odwołanie się do filmów o potworach, a z drugiej strony poczucie i nawet zadowolenie, że kolejna historia jest zaliczona przez nas, a z drugiej strony poczucie tego, że kurczę, to się jednak ciągnęło dwie godziny. Bo zauważcie Państwo, są filmy, które trwają dwie godziny i ledwo to zauważamy. A tu jednak czujemy tę presję czasu, że to jednak dwie godziny, że trzeba było wytrwać na tym, bo pojawiały się takie fragmenty filmu, które niekoniecznie nas porywały.
[01:25:23] - Tak. I wręcz nużyły. Od tego momentu, kiedy mamy scenę wstępną, pierwszą konfrontację z Godzillą, to potem jest trzydzieści minut smętów, a potem kolejnych kilkadziesiąt minut i mamy film katastroficzny, kiedy ten potwór tam grasuje. Czymś, co jest wielkim minusem, albo inaczej, wielkimi minusami, są efekty specjalne. Powiem ci, że jeżeli tej Godzilli się nie ma co przyczepić, to na przykład niektóre efekty specjalne, szczególnie te związane z użyciem broni, te czołgi, to po prostu jest makabra. Nie wiem, czy to jest specjalnie zrobione.
[01:26:08] - Ja odniosłem wrażenie, przerwę ci, ale ja odniosłem wrażenie, że to miało nawiązywać do tych kartonowych, modelowych czołgów i w ogóle tych scen i plansz, które były stosowane w dawnym kinie. Ja to tak potraktowałem. Być może niesłusznie, być może dorabiam interpretację, ale ja to tak traktowałem, że to miało być takie nawiązanie wprost do tego, jak kiedyś tę Godzillę skręcano. Ale jeśli ktoś mi powie, że dorabiam filozofię do kawałka ciała, to się nie obrażę.
[01:26:47] - Tak. Tylko że wiesz, to bym wytrzymał. To jest do zniesienia, taki środek wyrazu. Natomiast kiedy po raz piąty słyszysz na ekranie: „O, strzelamy, ona nie ginie, nie da się jej zabić, strzelmy następny raz”, to po prostu nuży. I tak w koło Macieju. Strzelają, a jej nic. To jest wszystko bardzo rozwleczone i ogromny minus tego filmu jest taki, że dopiero gdzieś pod koniec pada pomysł, jak tą Godzillę załatwić w ogóle. Tam też jest taka dziwna sytuacja, powiem ci, bo nagle, nie wiem do końca, jak to powiedzieć, bo ten film jest z jednej strony bardzo hermetyczny, że mamy kilku bohaterów. Nagle nam się okazuje, że bohater jest zbiorowy, bo całe miasto cierpi, a potem, kiedy dochodzi do rozprawy z tym potworem, to nam się robi pięciu Japończyków na krzyż i oni myślą, jak tego potwora załatwić. Te filmy z lat 50.
nawet były dużo bardziej realistyczne. Tam się wkradał taki niepokój. Mogłeś sobie coś dopowiedzieć i ja nawet zaryzykuję takie stwierdzenie, że tak jak w wielu horrorach, o czym często mówimy, lepiej by było tą Godzillę pokazać dosłownie na trzech, czterech ujęciach i budować emocje, niż od początku straszyć tym potworem. Ja rozumiem, że to jest ukłon w stronę tego starego kina, ale jeżeli ktoś chciał w siedemdziesięciolecie uniwersum czy też serii sprawić, żeby kolejne pokolenia się zafascynowały tym filmem, to zrobił błąd. Jest wręcz odwrotnie. Ten film jest nudny, po prostu jest nudny. I tak jak na przykład, powiem ci, czasami sobie lubię wrócić do tej „Godzilli” z roku 2014, tej amerykańskiej, takiej typowej, chociaż nie jest zła, to ja do tej „Godzilli Minus One” nie wrócę. Szczerze mówiąc, bardziej mi się podoba ten serial, który jest osadzony w tym uniwersum, ten z Kirtem Russellem, niż to, co Japończycy wyprodukowali. Może to jest herezja dla miłośników kultury japońskiej, miłośników „Godzilli”, ale po prostu to jest nudne. Jeżeli coś jest nudne, to chyba coś nie zagrało tam.
Zaczynam się też zastanawiać, czy w ogóle filmy typu kaiju, tak się chyba to wymawia, czyli te filmy z potworami, to już nie jest trochę melodia przeszłości, bo one nam, Marku, nie oferują nic nowego poza utartym schematem. Były próby reanimacji tego formatu, na przykład w ramach tego cyklu „Cloverfield”, ale to też w sumie była nuda. Cały czas jest powtarzanie jednych schematów. Ja myślę, że tak jak w przypadku na przykład science fiction, jak w przypadku horrorów, trzeba dolać trochę świeżej krwi. Tylko jak? Bo mieliśmy całkiem niedawno tak głupie, po prostu głupie produkcje jak „Godzilla kontra Kong” i „Godzilla Minus One” tak naprawdę nie polepsza tego wizerunku. Żeby jednak nie było, to nie jest coś, co jest strasznie złe. To się da obejrzeć, natomiast się dłuży, nudzi i na pewno ogląda się lepiej na dużym ekranie niż na małym. Natomiast emocje w tym i tym przypadku są raczej niewielkie.
[01:30:38] - A ja na koniec podzielę się z państwem takim osobistym doznaniem. Przeglądając filmy o Godzilli, dotarłem do filmu, który pamiętam jeszcze z lat młodzieńczych. Oglądałem go w kinie. „Godzilla kontra Gigant”. I to jest film, być może to jest rzecz do przemyślenia, bo to jest film, który łączy film o potworach z filmem natury komediowej. Częściowo komediowej, bo tam mamy kosmitów, którzy są karaluchopodobni. Jest nieziemska scena, w której te karaluchopodobne istoty giną i rozmawiają jeszcze przed śmiercią ze sobą. Po prostu nieprawdopodobne. Jeśli chodzi o użycie efektów specjalnych, chciałoby się powiedzieć. Właśnie nieużycie efektów specjalnych.
Może bardziej tak, ale to jest cały czas wersja komediowa, zrobiona bardzo prosto. W dodatku te potwory, bo to obcy oczywiście atakują naszą planetę, używając dwóch kosmicznych potworów Gigana i króla Ghidory chyba, jakoś tak się na Ghidora chyba. I ci obcy są głupi i ludzie są głupi, a jedyna mądra jest Godzilla, która jeszcze z kumplem przychodzi ludziom na pomoc, żeby te kosmiczne potwory wykończyć. Dlaczego o tym wszystkim opowiadam? Bo ten film ewidentnie ma w sobie pewną nutę komediową. Być może nadszedł czas, żeby te filmy o potworach właśnie w takiej konwencji kręcić. Z lekkim przymrużeniem oka. Jako kino takie wiecie, nic nie rozumiecie. No tu jest potwór, no i kręcimy o nim film. Być może ten film z początku lat siedemdziesiątych „Godzilla kontra Gigan” byłby drogowskazem dla przyszłych filmowców, którzy chcieliby po motyw Godzilli sięgnąć po raz kolejny.
[01:32:51] - To jest więcej niż pewne, że sięgną, tylko że to potrzebuje liftingu. W jaki sposób? Nie wiem. To jest jednak taki trochę gatunek mocno odległy od europejskiego kina. Rzadko też, szczerze mówiąc, sięga po to kino amerykańskie. Także potwory zaprzątają naszą wyobraźnię, jednak okazuje się, że po pewnym czasie nudzą. I „Godzilla Minus One” jest tego doskonałym przykładem. Jeszcze raz zaznaczam to nie jest tak zły film, tylko jest po prostu nudny. To jest tak trochę jak „M jak miłość”, gdzie nagle Lucjan Mostowiak przemienia się w gigantycznego żółwia i terroryzuje tą miejscowość, w której mieszka. Zapomniałem.
Grabinę. Tak, to mniej więcej tak by było. I wszyscy są w szoku. Tak.
[01:33:48] - Piękna wizja jest to Piotrze i myślę, że trzeba ją zatrzymać pod powiekami. Dlatego niniejszym skończmy tę audycję. Ten obraz żółwia terroryzującego Grabinę niech zostanie z państwem.
[01:34:08] - Trzymajcie się. Cześć.
[01:34:12] - Proszę państwa, teraz czas na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj przed nami odcinek pięćdziesiąty czwarty, a w nim „Zapach śmierci” Simona Becketta.
[01:34:47] - Dzień dobry wieczór lub dzień dobry. W końcu nie wiem, kiedy macie państwo czas, by zajrzeć i odsłuchać mojego labiryntu książek. Chociaż tym razem trochę będzie to odcinek zakończony nieco prywatą, więc wolałbym, żebyście odsłuchali państwo szybko, najlepiej we wtorek lub w środę, chociaż oczywiście nie mam na to najmniejszego wpływu, ale o tym na końcu naszego spotkania. Dzisiejsze spotkanie będzie nieco bardziej niezwykłe, może horrorowate. Odwyczaiłem już państwa ostatnio od zapraszania do lektury kryminałów, a już na pewno nie przypominam sobie, nawet bym kiedyś zaproponował państwu kryminał anglosaski. Tym razem więc o nim będę opowiadał. Skuszony nazwiskiem Beckett, pisane przez dwa „t”. Ja wiem, część z państwa na pewno państwo znacie pisanego przez jedno „t” Thomasa Becketta, słynnego świętego, zresztą Kościoła katolickiego, słynnego dwunastowiecznego biskupa, który przeciwstawił się władzy królewskiej. Ale nie, nie o niego mi chodziło. Chodziło mi o dwóch innych Beckettów.
Mojego ulubieńca, mojej, dobra dzieciństwo to przesada, młodości Samuela Becketta, czyli noblisty, jednego z najbardziej niezwykłych twórców teatru absurdu i powieści niemożliwej do opowiedzenia. Pół Irlandczyka z francuską duszą, jak sam o sobie mówił. Oraz Chrisa Becketta. A tego już możecie państwo w ogóle prawie nie znać. Bardzo ciekawego pisarza SF, w Polsce znanego z takiej serii Eden, wyszedł „Ciemny Eden” i „Matka Eden”, wydane w niesamowitej jak zawsze Uczcie Wyobraźni. Być może kiedyś wrócę do tych tekstów i trochę o nich państwu poopowiadam. Tym razem jednak będę mówił o powieści kryminalnej. A więc mamy taki korytarzyk z kryminałami. Jak państwo wiecie, czasami do nich zaglądam. Ja nawet do romansów zaglądam, tylko nie chcę państwa nimi męczyć, bo zwykle wrażenia mam nienajlepsze.
No ale ze względu na pracę, którą wykonuję i prowadzenie zajęć z literatury popularnej w ogóle, oczywiście szczególnie z fantastyki, ale w tym wypadku będzie to kryminał, który również na swoich zajęciach omawiam. Simon, właściwie pewnie Beckett stworzył postać antropologa sądowego Davida Huntera i właśnie o nim, a dokładniej w powieści „Zapach śmierci” Całkiem fajny tytuł swoją drogą. Chciałem państwu opowiedzieć. Dlaczego? Dlatego, że zbliża się, już za półtora tygodnia majówka, więc będziecie państwo mieli trochę luzu. Rozumiem, bo i ja czasami potrzebuję lektury, przy której mogę chociaż chwilę odpocząć, a nie tylko męczyć mój umysł. Chociaż zaraz się państwo przekonacie, że nawet dla mnie kryminał nie jest taki oczywisty. Cóż więc mamy? Oto David Hunter, pracujący na Uniwersytecie Londyńskim antropolog sądowy. To jest bardzo ciekawy zawód.
Myślę, że niektórzy z państwa kojarzą go, ponieważ taki zawód w ramach pracy policyjnej wykonywała również bohaterka serialu „Bones”. Tytułowa zresztą. Tak, to znaczy „Kości”. Hunter pracuje przede wszystkim dla uniwersytetu, ale również współpracuje z policją londyńską przy szczególnie trudnych sprawach. Z czegoś żyć trzeba. Ma przeszłość z poprzednich części. Wciąż go ściga, dlatego że jest ścigany przez pewną kobietę, która go tak bardzo nienawidzi, że prawie udało się jej go zabić, bo uważa, że jest odpowiedzialny za śmierć jej brata, co nie jest zresztą prawdą, ale tu z szaleńcami się nie dyskutuje. Natomiast sam Hunter próbuje poskładać sobie życie po śmierci żony i dziecka. Wiąże się z przepiękną panią oceanograf ze względu na sytuację. W związku z tym, że ta ścigająca go zabójczyni prawdopodobnie uciekła po ostatniej próbie zamachu, zmienia mieszkanie.
Opiekuje się takim bardzo dobrym mieszkaniem w dobrej dzielnicy, ale to mieszkanie mu się nie podoba. Nie czuje się w nim, bo jest zbyt bogate. Ale tak naprawdę prawdziwa akcja tej powieści rozgrywa się właściwie w ruinach starego szpitala, takiej nieco zapomnianej i szybko biedniejącej dzielnicy. Już tutaj zatrzymuję się na chwilę, dlatego że ten obraz zniszczenia i rozpadu to coś, co w ostatnich latach w literaturze londyńczyków się dosyć często pojawia. Mnie się to od razu przypomina powieść Zady Smith „London NW”, którą czytałem kilka lat temu. Mniej więcej pewnie z tego samego okresu pochodzi ta powieść. Zwraca też na to uwagę wspominany przeze mnie, co prawda w bardzo SF-owskiej powieści China Miéville, ale China jest też londyńczykiem, więc na przykład jego „Kraken” toczy się właśnie w Londynie i za każdym razem, niemal jak w powieściach Dickensa, ten Londyn jest smutny, przesiąknięty wonią rozkładu. À propos woni rozkładu, nasz bohater zostaje wezwany do dziwnej sprawy. Otóż na dachu przeznaczonego do rozbiórki, a dokładniej do wyburzenia szpitala znajdują zwłoki zmumifikowane. Zwłoki młodej kobiety, które zostały gdzieś tam na poddaszu tego szpitala znalezione, zupełnie przypadkowo zresztą.
Bohater ma spróbować po pierwsze dociec przyczyn jej śmierci, a po drugie oczywiście, jak długo znajdowały się na tym strychu. I tutaj dochodzi do wypadku. Oto bowiem strych jest zgniły, zmurszałe deski i patolog sądowy, bo wiadomo, nasz antropolog miał dopiero wkroczyć jako drugi, ale oczywiście jego również interesują oględziny miejsca znalezienia zwłok. Pod antropologiem sądowym, starszym profesorem, załamują się te deski i spada w dół. I mamy kolejne dwa trupy. Jesteśmy więc w niezwykłej sytuacji. Hunter jest przekonany, że ma pełne zlecenie, więc przybywa następnego dnia rano, gdy udaje się, co nie było wcale takie proste, odkryć miejsce, oczywiście po akcji ratunkowej wokół naszego biednego profesora. Udaje się odnaleźć zamurowane zresztą wejście do pomieszczenia, w którym tych dwoje prawdopodobnie zostało zagłodzonych na śmierć. Prawdopodobnie, chociaż potem to wszystko będzie bardziej skomplikowane. Ale wtedy okazuje się, że policja londyńska wynajęła inną firmę jako antropologa sądowego i zjawia się zupełnie inny człowiek.
Nazywa się Mosley, jest młody, ambitny, taki, которому się wydaje, że wszystko umie. I on dostaje te dwa kolejne ciała. Sprawa kobiety, która zresztą, jak się okazuje, była w ciąży w momencie śmierci, pozostawiona zostaje Hunterowi. Pikanterii dodaje fakt, że śledztwo prowadzi młoda policjantka, która również jest w ciąży mniej więcej w tym samym momencie, w którym znaleziono ciało. Sprawy się oczywiście coraz bardziej komplikują. Miejscowi chcieliby, żeby nie tylko tego szpitala nie wyburzono, ale żeby przywrócić go do świetności. Z kolei człowiek, który wygrał możliwość niszczenia tego budynku, oczywiście nie za swoje pieniądze, jest wściekły, bo znowu wszystko się oddala, dlatego, że oczywiście trwa zaciekła walka. Pojawia się oczywiście działający pro publico bono, bardzo sprytny zresztą adwokat, który również ma coś do powiedzenia. Oczywiście młody, gniewny tanatolog, bo tak sam siebie nazywa ten młody człowiek, z kolei walczy z doświadczonym Hunterem na umiejętności. A na to wszystko gdzieś tam w tle Wciąż grozi widmo tej ścigającej huntera kobiety.
Jak więc Państwo widzicie, mamy dużo postaci. Potem zresztą sprawy jeszcze bardziej się skomplikują. Hunter bowiem, jak to bohaterowie powieści detektywistycznych, ma zwyczaj wsadzać nos niekoniecznie tam, gdzie powinien go wsadzać, a czasami działa impulsywnie albo jest zbyt dobry dla innych. Tak czy inaczej, mamy dobrze skonstruowaną fabułę. Mamy wszystkie potrzebne nam elementy, które lubimy również w tych serialach kryminalnych, które oglądamy. Hunter oczywiście jakoś tam przypomina Bones, oczywiście poza płcią, czy innych bohaterów seriali kryminalnych. Jest naprawdę sprawnie skonstruowaną postacią, ale jednocześnie mamy ten upadający Londyn, dlatego że oczywiście w ruinach kościoła zgromadzili się narkomani, prowadzono tam ciemne interesy. Zresztą pierwsza koncepcja w sprawie śmierci trójki osób, bo jakoś zaczyna się łączyć te postacie. Pada podejrzenie, że poszło o porachunki mafijno-narkotykowe, gdyż szybko się okazuje — między innymi Hunter jest w stanie ustalić — że przynajmniej ta młoda kobieta w ciąży, którą znalazł, używała narkotyków. Zresztą chwilę później udaje się odkryć, kim ona była, bo oczywiście zaczyna się od problemu z ustaleniem tożsamości.
To zresztą jest jedno z zadań należących do antropologów w takich sytuacjach. Bardzo dobrze jest przedstawiona strona pracy antropologa. To jest takie Holmesowskie, czyli stara, dobra brytyjska szkoła pisania powieści detektywistycznych. Mnie się bardzo podobało. Przyznaję, że dawno nie czytałem powieści, w której po pierwsze miałem do czynienia nie z policjantem i nie z amatorem, ale z kimś, kto naprawdę się na tym zna. Właściwie mogę to porównać z serią powieści o patologu sądowym Tess Gerritsen, hawajskiej z kolei pisarki. Cała ta powieść czyta się faktycznie lekko, dobrze. Co więcej, rzadko mi się też zdarza, żeby to nie jest tak, że nie rozpoznałem dość szybko osoby, która odpowiada za tę zbrodnię, bo jeżeli rozumiemy strukturę tekstu kryminalnego i jest ona naprawdę zachowana, to nie jest to bardzo skomplikowane. Nie chodzi o to, żebym się chwalił, bo to nie w tych kategoriach. Po prostu struktury powieści kryminalnej są stałe i jeżeli one są naprawdę dopilnowane, ich budowy, to nie ma mowy, żebyśmy nie rozpoznali w miarę szybko — przynajmniej w moim przypadku — zbrodniarza.
To jednak właśnie ten klimat rozpadającego się Londynu. Będę wykorzystywał ten tekst na zajęciach przy omawianiu powieści kryminalnej, ponieważ autor naprawdę zadbał o napięcie, takie wchodzące niemal w thriller. Zadbał o to, by zaskakiwać. Właściwie każdy rozdział kończy się takim cliffhangerem jak ten, w którym nagle nasz starszy profesor patolog, łamie się pod nim dach i spada piętro niżej i znajdujemy kolejne dwa trupy. Takich cliffhangerów w tej powieści jest kilkanaście, a właściwie niemal każdy rozdział w ten sposób się kończy, więc budowanie napięcia jest bardzo ciekawe. Wprowadzanie wątków ubocznych, no i oczywiście mylenie tropów czytelnika są naprawdę zbudowane w sposób godny szacunku. Pewnie wrócę jeszcze kiedyś do Simona Becketta, ale już nie będę miał okazji o nim z Państwem porozmawiać. Za to pewnie będę dalej męczył moich ulubionych skandynawskich pisarzy i od czasu do czasu polskich. Obiecuję Państwu — i to jest taka moja prywatna, a gdy ja prywatnie coś przyrzekam, zwłaszcza przed nikim nienękany, to zwykle dotrzymuję słowa — że w tym roku postaram się przeczytać i omówić dla Państwa wszystkie kryminały polskie, które znajdą się w ścisłym siedmiotekstowym finale konkursu na najlepszą polską powieść kryminalną. Na razie jest półfinał.
Na razie mamy 18 tych powieści. Ja spokojnie poczekam, aż jury, do którego nie należę, żeby nie było nieporozumień, więc mogę sobie gadać, wybierze tą czołową siódemkę i obiecuję Państwu, że nie tylko przeczytam, ale też po kolei, pewnie gdzieś tam w tempie jeden na miesiąc. Dużo więcej czasu nie będę miał, jak ich jest siedem. Czyli będę musiał co najmniej jeden na miesiąc Państwu kryminał zaoferować. Dziękuję Państwu.
[01:49:35] - Piotr Cielebiaś czeka po raz drugi. Tym razem Piotr Cielebiaś zrobi ze mną wywiad, coś w rodzaju wywiadu, ale to żaden nowy format, bo to będzie, proszę państwa, Sentymentalnik. Dzisiaj będziemy mówić o „Świecie Młodych”, czasopiśmie, które ukazywało się w PRL-u. Zmarło w 1993 roku, na początku III Rzeczypospolitej. Powiedziałem o wywiadzie, bo Piotr „Świata Młodych” w jego rozkwicie, w jego najlepszym czasie, nie mógł z racji wieku doświadczyć tego boomu. Ja go doświadczyłem. W związku z tym troszeczkę dzisiaj zmieniamy formułę, ale Sentymentalnik pozostaje Sentymentalnikiem. Bardzo serdecznie zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Dzień dobry wieczór w Sentymentalniku.
[01:50:41] - Witam, witam. A cóż, dzisiaj sytuacja dość nietypowa, bo idzie na tapet tytuł prasowy, a jednocześnie trochę zjawisko kulturowe i rzecz jest ciekawsza dla mnie, niż się na pierwszy rzut oka może wydawać. Ja się przyznam od razu, na samym początku, że ja nie pamiętam „Świata Młodych”. To znaczy pamiętam go o tyle, że miałem go w rękach, ale nie mogłem aktywnie partycypować w lekturze. Już pewnie wiecie, o czym mówimy.
[01:51:14] - Tak, „Świat Młodych” to było czasopismo, nie waham się nadużyć tego słowa, kultowe w latach 70. O 80. to już mogę mówić tylko połowicznie, bo powiedzmy z początku lat 80. jeszcze mocno korzystałem. To jest oczywiście pismo, które powstało pod koniec lat 40. W 1949 roku bodajże wystartowało, ale ja mogłem śledzić jego losy właśnie w latach 70. i na początku lat 80. Wiem, że dotrwało do roku 1993, już w nieco marnej formie i w sierpniu 1993 roku zakończyło swój żywot. O tym jeszcze pewno powiemy, bo to się wiązało z czasami, w jakich przyszło mu egzystować pod koniec. One były specyficzne i nie sprzyjały tego rodzaju inicjatywom wydawniczym, ale zanim nastąpił ten smutny koniec, to te lata, które mogłem obserwować, czyli powtórzę jeszcze raz do znudzenia, 70.
i 80., to było, proszę państwa, zjawisko – Piotr powiedział – zjawisko kulturowe. Tak, bez wątpienia. Czasopismo, które wychodziło trzy razy w tygodniu. I wierzcie mi państwo, ono nazywało się, że to pismo jest harcerskie. Uwierzcie mi państwo, ja z harcerstwem w latach komuny za dużo wspólnego nie miałem. Zuchem chyba byłem, ale za dużo z harcerstwem wspólnego nie miałem. A co więcej, znałem kilku ludzi, którzy od harcerstwa jak najdalej, wręcz przeciwnie, a nawet bardzo wręcz przeciwnie, a „Świat Młodych” czytali. Bo „Świat Młodych” poza tą ideologiczną otoczką, a nawet nie ideologiczną, tylko właśnie harcerską, organizacyjną otoczką, bo tam w sumie harcerstwa było naprawdę bardzo niewiele. Raczej „Świat Młodych” zajmował się tym, czym bardzo młodzi i młodzi ludzie się interesowali i w latach komuny trafiał w punkt. Po prostu trafiał w punkt, dlatego był pismem rozczytywanym, zaczytywanym.
Proszę sobie wyobrazić, że w czasach komuny pojedynczy numer miewał pół miliona nakładu. Gdzież tam, proszę państwa, dzisiaj takie nakłady. Dzisiaj w ogóle schyłek prasy, ale nawet w komunie to był jednak ewenement, to było w końcu pismo dla młodzieży.
[01:54:01] - Tak. Jak mówię, nie pamiętam go jako czytelnik. Natomiast moi wujkowie posiadali niektóre numery archiwalne. Bardzo charakterystyczne to zresztą było pismo, też wizualnie wyróżniające się na tle innych. Pamiętam tylko tyle, że pewnie coś z niego wycinałem, a potem nagle, jak mówisz, znikło, ustępując miejsca bardziej drapieżnym tytułom. I mam takie wrażenie, że nastolatki w III RP, kiedy „Świat Młodych” umarł, stały się trochę inne niż wcześniej. Były trochę już jak ta cała epoka lat 90. Krzykliwe, modne, tandetne i trochę nie za mądre. Dlatego też zauważ Marku, że stopniowo znikają nam i znikały pisma opiniotwórcze w jakiś sposób niosące jakikolwiek przekaz. Dzisiejsza prasa to są już albo jakieś tematy niszowe, albo plotkarskie, ewentualnie polityka.
Po prostu tygodniki są narzędziem partii politycznych. Ale „Świat Młodych” był magazynem o bardzo specyficznym profilu i tematyce. Trochę już powiedziałeś. Jak wyglądały te cotygodniowe wydania i które z nich, bo one się dzieliły tematycznie, były na najwyższym poziomie, a które były najpopularniejsze? Bo sądząc po dzisiejszych trendach, to chyba największym wzięciem cieszyłyby się te związane z tak zwanymi zespołami i aktorami, bo celebrytów jeszcze wtedy nie było.
[01:55:34] - Powiem ci tak, że to wcale nie jest takie oczywiste. Najpierw zacznijmy od tego podziału, a później od tej oczywistej nieoczywistości. Otóż mówiłem, że wychodziło to pismo trzy razy w tygodniu. Był numer wtorkowy. On miał niebieską winietkę. To logo było na niebieskim tle i to był numer poświęcony generalnie, bo nie cały oczywiście, sprawom nauki, astronomii, ale nauki. To będzie lepsze określenie. Astronomii dlatego, że na przedostatniej stronie, na siódmej, bo uwierzcie państwo, to było pismo w formacie gazetowym, czyli dosyć duże, ale jednak składające się z ośmiu stron. Wszystkie kolorowe, ale osiem stron to niby nie jest dużo, a jednak tam była masa treści. I na siódmej stronie w numerze wtorkowym był zawsze „Tomik”.
Została ta nazwa. Wcześniej było Towarzystwo Miłośników Astronomii i Kosmosu, ale zrezygnowano z tej nazwy, bo ona długa i nie bardzo wpadająca w ucho. Więc został „Tomik” i ta siódma strona, tak trzy czwarte tej strony, a troszkę może więcej, poświęcone było właśnie sprawom kosmosu, planet, różnych dziwnych rzeczy związanych z naszym Układem Słonecznym, ale i z wszechświatem. Co więcej, pojawiały się tam nawet materiały dotyczące UFO. Może nie jakoś tak nagminnie i w dużej ilości, ale pamiętam, kiedy pojawiła się sprawa z Emilcina pana Wolskiego, to tam to było dosyć omawiane. Przypomnę zresztą całkiem niedawno nasz czołowy jasnowidz polski mówił na swoim kanale o tym, że odnalazł, a właściwie otrzymał elektroniczną wersję „Świata Młodych”, w którym to numerze ogłaszał się jako taki chętny do nawiązania korespondencji, bo tam właśnie można było też zdobyć przyjaciół, z którymi można było w formie listowej. To, proszę państwa, były tak analogowe czasy, że ludzie pisali do siebie listy i w tej formie analogowej można było nawiązać kontakt z ludźmi innymi w kraju, którzy również kosmosem się interesowali. Cóż, proszę państwa, ale to nie było wszystko. W tym numerze wtorkowym pojawiały się też różne inne doniesienia ze świata z szeroko pojętej nauki, od paleontologii, archeologii, fizyki, ale tej stosowanej, praktycznej, jakichś wynalazków. Tu nie jestem pewien.
Musieliby mnie państwo poprawić. To było albo w numerze wtorkowym, albo w numerze czwartkowym. Cholera wie, przepraszam, ale były też nowoczesne samochody i pamiętam, wycinało się te samochody, bo tam się pojawiały absolutnie nieziemskie fury. Co było robić? Znałem ludzi, którzy wklejali, wycinali te zdjęcia samochodów na gazetowym papierze. To sobie państwo wyobraźcie, jakie te zdjęcia były. To nie była kreda, to był gazetowy papier. Ale te samochody były cudowne. Po prostu były cudowne. One były zresztą z omówieniem, co tam pod maską siedzi, jakie to jest.
Pamiętam do dzisiaj artykuł, który traktował o tym, dlaczego te bolidy Formuły 1 nie odlatują gdzieś w powietrze, pomimo tego, że osiągają tak wielkie prędkości. Tam było tłumaczenie, jak te spoilery działają, jak dociskają. Co się stało, kiedy pewien spoiler się odzajączkował od takiego bolidu i poleciał prosto w trybuny przy tej prędkości. I tak dalej, i tak dalej. Wierzcie mi, państwo, ten wtorkowy numer dla mnie był niezwykle interesujący. Naprawdę niezwykle interesujący. Były też numery czwartkowe i to były numery, które były poświęcone sprawom, tak najogólniej, znowu proszę nie traktować tego, że tam wszystko było tym nabite, ale sprawom przyrody, geografii, z cyklu poznaj świat troszeczkę i to tak najogólniej, najbardziej ogólnie. I wreszcie te numery sobotnie, kiedy rzeczywiście tam było sporo zespołów, tego, co dzisiaj nazywamy celebryctwem, bo też aktorów, zespołów muzycznych, piosenkarzy. To znowu tak było. Czekajcie państwo.
Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta strona to były te miejsca, gdzie tak szeroko te rzeczy omawiano, ale nie tylko oczywiście. I w zależności od tego, czym się kto pasjonował, a młodzież w PRL-u była dziwna, bo interesowała się różnymi rzeczami. Jedni się interesowali właśnie celebryctwem, inni nauką, jeszcze inni właśnie jakimiś innymi zagadkami naszego świata. W związku z tym, paradoksalnie te numery wtorkowe, czwartkowe i sobotnie cieszyły się, sobotnie były czerwone, czwartkowe były zielone, bo nie wiem, czy to powiedziałem, już nie pamiętam. W każdym bądź razie one się cieszyły w miarę równym powodzeniem. To pismo znikało z kiosków. Ja miałem znajomą kioskarkę. Właściwie moi rodzice mieli znajomą kioskarkę, która zostawiała mi numery poszczególne, ale czasami się jej ręka omsknęła i wydała. Zanim schowała do teczki, to wydała. I wtedy miałem braki i strasznie nad tym bolałem, że gdzieś tam mój numer poszedł w ludzi.
Straszne to było dla mnie, ale to się zdarzało na szczęście rzadko. Co jeszcze ważne, te pisma, poszczególne ich wydania miały element łączący. Tam zawsze na ostatniej stronie był komiks i to były naprawdę znaczące. Nie wiem, czy to są pióra, flamastry. Znaczący rysownicy rysowali, bo tam był Papcio Chmiel, był Christa z Kajko i Kokoszem. Papcio Chmiel to wiadomo, że z Tytusem, ale tam się zdarzały różne inne świetne komiksy. Naprawdę, wierzcie mi państwo, świetne. I w każdym wydaniu na stronie ósmej i siódmej była powieść. Te powieści były różne – od młodzieżówek, obyczajówek po młodzieżówki SF. Więc wierzcie mi państwo, było co czytać.
I ja się wcale nie dziwię, że w tym stosunkowo biednym PRL-u po to pismo nie tyle ustawiały się kolejki, tylko była taka rywalizacja cicha wśród młodzieży, żeby „Świat Młodych” zdobyć. Zdobyć jest tutaj słowem kluczowym.
[02:02:57] - A jak to było z fantastyką w „Świecie Młodych”? Czy tam oprócz tych opowiadań, oprócz powieści, przebijało się coś o filmie? O hitowych filmach science fiction z Zachodu typu „Star Wars” czy „Obcy”? Czy pisano coś o takich powiewach z wielkiego świata?
[02:03:18] - Pisano. Nie pamiętam „Obcego”. Myślę, że był, ale to był taki czas, kiedy „Obcy” się pojawił u nas w Polsce, kiedy ja akurat przechodziłem z podstawówki do liceum i miałem troszkę mniejszy kontakt ze „Światem Młodych”. On zresztą później troszeczkę na chwilę wrócił, ale wtedy na tym przejściu miałem mniejszy kontakt i być może w tamtych numerach były omówienia. Natomiast świetnie pamiętam szał, jaki się zrobił, kiedy na ekranach pojawiły się „Gwiezdne wojny”. Omówienia tego filmu, pierwszej części, która dzisiaj się nazywa „Nowa nadzieja”, były naprawdę rozbudowane, okraszone zdjęciami, których zawsze było mało. I wierzcie mi państwo, to było. Co więcej, o ile mnie pamięć nie myli, to również niezbyt udany polski film zatytułowany „Test pilota Pirxa” również na łamach „Świata Młodych” został omówiony i to dosyć szczegółowo, i znowu okraszony zdjęciami. Jeśli chodzi o powieści, to tak pierwsze z brzegu, nawet nie sięgając jakoś w głąb swojej pamięci, to przytoczę, autora nie pamiętam niestety, „Chłopiec z pięcioma nie”. To dzisiaj taka pozycja, która może nie jest swobodnie dostępna, ale ona funkcjonuje.
I to jest taka powieść radzieckiego czy rosyjskiego właściwie pisarza. I wierzcie mi państwo, ta fantastyka była troszeczkę inna, ale ciekawa. Na przykład specyficzna perspektywa człowieka, który gdzieś wychowywał się przed II wojną światową. Tam zresztą losy tego młodzieńca są tak zarysowane, kiedy dowiaduje się, że w latach, kiedy będzie chciał się skontaktować z pewnym przedstawicielem innej cywilizacji, nie będzie już pań telefonistek, tylko wystarczy, że nakręci pewien numer. Bardzo prosty. Wiecie państwo, te sceny, które tam się pojawiały... To jest dobra książka. Nie czytałem jej od tamtego czasu, ale została w mojej pamięci, a to się nie zawsze zdarza, więc nie wiem, czy dzisiaj bym się nie rozczarował i nie uśmiechnął z politowaniem nad swoim gustem literackim z tamtych czasów. Chcę wierzyć, że to jest dobra powieść, ale młodzieżowa. Pamiętajmy o tym, że to była młodzieżówka.
Inną taką książką, którą tam drukowano, tam w ogóle był jej pierwszy start w Polsce. Później się oczywiście ukazała w formie książkowej. Była książka Strugackich „Chłopiec z piekła”. Na początku już nie pamiętam, jak ona się ukazała. „Przyjaciel z piekła” to w ogóle powinno mieć tytuł. W Polsce taki tytuł to miało albo odwrotnie. W każdym razie tam nawet w trakcie ukazywania się tej powieści zmieniono tytuł. Najpierw był, zdaje się, właśnie „Chłopiec z piekła”, później był „Przyjaciel z piekła albo odwrotnie. Wybaczcie mi państwo, to już jest wiek podeszły i skleroza. Jakoś tak mi nie służy pamięć.
W każdym razie tam się takie opowieści pojawiały i to też jest cenne, że „Świat Młodych” nie zamykał się. Oczywiście on pewno był ideologicznie kontrolowany, ale nie zamykał się na pewne trendy. Jeśli młodzież interesowała się fantastyką, to tę fantastykę podsuwał tym dzieciakom. Jeśli interesowała się samochodami, zespołami, czymkolwiek się interesowała, to też podsuwał to, bo ktoś tam przytomnie doszedł do wniosku, że albo będziemy tworzyć nowego socjalistycznego człowieka, czyli łamać kręgosłupy, albo będziemy w sposób jakiś taki mało zauważalny wciągać młodzież, pokazując jej, że my jesteśmy z wami. Być może ja żyłem w tych fajniejszych czasach fajniejszego PRL-u, bo przypuszczam, nie wiem, nie mam wiadomości, jak to było, że ten „Świat Młodych” w latach 50. i 60. Mógł wyglądać tak, że narzucał pewne treści. Ja miałem to szczęście, że poznałem „Świat Młodych” w wersji przyjaznej dla młodego człowieka.
[02:08:05] - Wspomniałeś tutaj o UFO i Emilcinie. Myśmy jakiś czas temu mówili o tym, co prasa w PRL-u pisała o UFO. A jak to było ze „Światem Młodych”? Bo mówiłeś, że w jednym z numerów było sporo o astronomii, a od astronomii tylko krok do UFO. Czy ty pamiętasz coś jeszcze, jak pisano o tej zagadce latających spodków? Bo jest to ciekawe, czy młodzi ludzie w PRL-u na tle tych wszystkich treści edukacyjnych, przyszłościowych zobligowani byli do niewiary w UFO.
[02:08:39] - Nie, to tak nie wyglądało, chociaż też nie wyglądało różowo, bo pamiętam po Emilcinie pojawiło się jakieś doniesienie z prasy lokalnej, nie pamiętam już z jakiej części Polski, o tym, że bodajże to były dziewczynki idące do szkoły, jakaś mała miejscowość albo wieś nawet.
[02:09:04] - Tak, to Przyrownica. Słynna sprawa z Przyrownicy.
[02:09:08] - Spotkały ponoć obcych i to było najpierw doniesienie i ktoś nawet napisał, że mu się to wydaje nawet bardziej, bo to młodzież pisała te artykuły. Oczywiście one były redagowane później przez rasowych redaktorów, ale to młodzież pisała te listy i ktoś w komentarzu napisał, że to wydarzenie wydaje mu się bardziej prawdopodobne niż nawet sprawa z Emilcina. I nie ukrywam, że z pewną satysfakcją redakcja bodajże tydzień, dwa po tym artykule doniosła, że jednak te dziewczynki przyznały się, że to była dęta sprawa, wymyślona kompletnie i to może być ślad tego, że entuzjazm na temat UFO w redakcji nie panował. Natomiast przypuszczam, że to były względy tak zwane socjologiczne, czyli starano się nie pokazywać, że jeśli nawet dokonuje się pewnych manipulacji na czytelnikach, to nie robić tego w sposób chamski i oczywisty. Czyli starano się zachowywać na przykład tak zwany zdrowy dystans i analizę tego wszystkiego. Więc pozory były zachowane, tak to może ujmijmy. Ja pamiętam zresztą, że w ramach tego kącika, który nazywał się „Tomik”, przypomnę, miał w logo taką rakietę nieco skrzywioną. Fajne to wszystko było. Tam od czasu do czasu pojawiały się takie doniesienia ufologiczne, tak to określmy, ale one nie były częste. Zdecydowanie nacisk był w tym kąciku na twardą naukę, na doniesienia o sondach Voyager, o sondach Viking, opisy poszczególnych planet.
Tam się młodzi ludzie wykazywali, zasięgając różnych źródeł, opisując na przykład jak wygląda Mars, jak wyglądają księżyce poszczególnych planet, wielkich planet szczególnie. Zauważmy, że wtedy, lata 70., wiedza o tamtych rejonach kosmosu była jednak w porównaniu z dzisiejszą znacznie skromniejsza. A mimo wszystko starczało materiału, pożywki takiej dla tego, żeby zaciekawić młodego czytelnika. Tam oczywiście pojawiały się rzeczy, które też przyciągają i przyciągały młodych ludzi, czyli zdjęcia. Takie zdjęcia z kosmosu, pewno szperane gdzieś w agencyjnych serwisach, zdjęcia prosto z NASA. Ale to były rzeczy wówczas niezwykłe. Nawet na tym gazetowym papierze. I w związku z tym ten kolorowy druk był taki, jaki mógł być na gazetowym papierze. On był co prawda lepszej jakości, był biały i to całkiem nieźle wyglądało, ale umówmy się, kolorowy druk na takim papierze nigdy nie wygląda doskonale. A mimo wszystko te kosmiczne pejzaże, te zdjęcia planet z różnych próbników, które były, to było fascynujące.
Dzisiaj tego się nie da zestawić, bo my dzisiaj nie znamy tego świata analogowego. Dzisiaj wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Klikamy, pyk i jesteśmy w internecie. Mamy tysiące zdjęć do obejrzenia. Wtedy każde takie zdjęcie z Marsa, innych planet było na wagę złota i pobudzało wyobraźnię. I o ile moi koledzy wycinali samochody, ja też to zresztą robiłem, nie ukrywam, ale ja bardziej wycinałem te kosmiczne pejzaże. Zawsze byłem na tym punkcie lekko trzepnięty i „Świat Młodych” to było takie okno, może nie na świat, ale na swoje pasje. Ludzie odkrywali w tym czasopiśmie to, czym się interesują. To taki paradoks, który państwu przytaczam, ale tak rzeczywiście było. Przypuszczam, powtórzę to, że ktoś tam doszedł do wniosku, że nie ma co z młodzieżą walczyć.
Trzeba młodzieżą ewentualnie manipulować i sterować. Stąd sobota byli aktorzy i byli piosenkarze, zespoły. Czwartek była przyroda, nie bardziej nauka, tylko geografia, przyroda, a wtorek nauka i kosmos. Myślę, że mieli opanowane to spektrum młodzieżowe dosyć dokładnie.
[02:14:11] - Tak już reasumując, to jeszcze Świat Młodych przyznawał też tytuł gry roku dla planszówek. I co ciekawe Świat Młodych zginął, a plebiscyt pozostał. Czy ty masz takie wrażenie, że gdyby to czasopismo przetrwało, byłoby publikacją o grach komputerowych na przykład albo czymś w rodzaju Bravo? Bo na koniec taki smutny wniosek. Nie wiem, czy smutny, może taki znak czasów, że zobaczcie w sumie, co jeszcze względnie niedawno było treściami dla młodych, a co jest dzisiaj. Różnice są kolosalne między tym, co oferował Świat Młodych, a co dzisiaj oferuje YouTube, TikTok i tak dalej. Oczywiście na obu tych platformach znajdziemy też treści edukacyjne, natomiast tutaj nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale ja odnoszę takie wrażenie, że Świat Młodych miał takie walory właśnie, albo przynajmniej celował w to, żeby mieć jednak ten charakter lekko edukacyjny, jakby nie było przybliżający świat młodzieży w PRL-u. I to się chyba udawało, prawda?
[02:15:24] - Udawać się udawało, ale wcześniej powiedziałeś o tym, czy Świat Młodych miał szansę przetrwać. Dzisiaj post factum każdy z nas jest mądrzejszy. Ja też i uważam z perspektywy, że nie miał szansy przetrwać, bo kiedy zaczął się upodabniać do takich pism, które wówczas wychodziły Brawo, Brawo Girl czy jakieś takie kolorówki, to zaczął tracić swój charakter, który ewidentnie miał. Ale chciał być lepszy, bo młodzież podobno chciała czytać. Nie podobno. Naprawdę chciała czytać. Była spragniona tego Brawo. Ja pamiętam, jak jeszcze nie wychodziła polska wersja Brawo, to numery zachodnioniemieckie kupowane w antykwariatach przez młodzież osiągały astronomiczne ceny. W związku z tym młodzież chciała czegoś, czego nie dostawała w Polsce i próba podrabiania tych pism oryginalnych była moim zdaniem z góry skazana na niepowodzenie. Czy mogło to być pismo o grach?
Mój Boże, pismo o grach też się pojawiło w III Rzeczypospolitej w latach 90. Naprawdę sporo. Jedne były lepsze, drugie były gorsze. Nie mnie to oceniać. W każdym razie, kiedy nagle Świat Młodych został ze swoją ofertą trochę w szczerym polu, bo nagle wszyscy... Wiecie państwo, tak przez daleką analogię, na początku lat 90. wszyscy chcieli w Polsce zostać biznesmenami. Każdy chciał mieć swój biznes, bo wiadomo, że jak człowiek ma biznes, to musi być bogaty. To oczywiście mit, ale tak wtedy wszyscy wierzyli, aż mi się samemu nie chce w to wierzyć. Ale rzeczywiście tak było.
I podobnie było z czasopismami. Przez analogię tak to powiem, że wszyscy wierzyli, że tamto, co z Zachodu musi być lepsze, bo u nas w Przaśnej Rzeczpospolitej nie może powstać nic dobrego, nic wartościowego, nic fajnego. Stało się, jak się stało. Taka droga ku przepaści. Najpierw Świat Młodych zaczął tracić swój charakter, a jak stracił swój charakter, to nie był konkurencją dla tych pism oryginalnych. W związku z tym był coraz mniej atrakcyjny. Był taki moment, że w pewnym momencie chyba do Świata Młodych przyciągały już tylko komiksy. A i te pod koniec były już dosyć marne. Zresztą tak na koniec odpowiem państwu to, co powinienem powiedzieć na początku. Moje pierwsze zetknięcie się ze Światem Młodych to było tak, że mama przyniosła do domu pierwszy numer i oczywiście powiedziała, że jestem miłośnikiem Tytusa, Romka i A'Tomka, o którym też w swoim czasie na Sentymentalniku opowiemy.
Natomiast wiedziała, że jestem miłośnikiem i przyniosła mi ten numer, ale powiedziała: „Pamiętaj, że jak będziemy kupować to czasopismo, to żebyś nie tylko ten komiks czytał, ale również te rzeczy, które są w środku, te inne rzeczy”. Oczywiście zapewniłem, że będę czytać, ale oczywiście pierwszą rzeczą, którą przeczytałem od deski do deski, nie było tego dużo, to był ten komiks. Ale rzeczywiście było tak, że chcąc spełnić oczekiwania mojej rodzicielki, a wiedziałem, że to jest dosyć wnikliwa osoba i mnie może przepytać z tego numeru. Co zresztą zrobiła oczywiście. Więc ja ten numer przeczytałem dosyć dokładnie od deski do deski i połknąłem bakcyla, bo się okazało, że poza tym komiksem też jest ciekawie. Też są tam treści, które mnie wciągają. I tak gdzieś w połowie lat 70. zostałem kupiony i Świat Młodych towarzyszył mi przez kolejnych kilka lat. Nie żałuję tego. To było w jakiś sposób formujące dla młodego człowieka.
Nie będę w tej chwili udawał starego, wszystkowiedzącego człowieka, który powie: „A to dzisiaj powinno być tak samo”. Nie wiem, jak powinno być, ale dla mnie wtedy to była rzecz ważna i myślę, że dla ludzi z mojego pokolenia to mogło być bardzo podobnie.
[02:20:02] - Właśnie tak. No cóż, ja dzisiaj wystąpiłem trochę w roli odpytującego. To może zakończę już Marku. Przesyłajcie propozycje do Sentymentalnika, do kolejnych odcinków. I komentarze przede wszystkim. Piszcie, jak zapamiętaliście. Świat młodych. Szczególnie interesują mnie te wątki związane z fantastyką i z UFO. Cóż, do usłyszenia.
[02:20:27] - Do usłyszenia. Pozdrawiam. To ja teraz zapraszam na opowieść o spirytyzmie. To w takim razie audycja bez tajemnic zatytułowana: „Zobacz prawdziwego ducha”.
[02:21:09] - Fotografia transcendentalna, czyli zdjęcia osób żywych, na których pojawiły się twarze duchów. W porównaniu z tym, co możemy zobaczyć w internecie, są to zdjęcia według mnie jedne z bardziej wiarygodnych, jeśli chodzi o ukazywanie wizerunku ducha. Internet odkąd zalał nas różnego rodzaju fotografią, nie twierdzę, że wszystko, co tam jest, jest sfałszowane, ale takie zdjęcia jak na przykład to, które tutaj widzimy, według mnie to jest ewidentny fotomontaż, którego celem jest jedynie spowodowanie strachu u osób oglądających to zdjęcie. Później napatrzymy się, do tego jeszcze dojdzie jakiś tani horror produkcji Hollywood, historie, które babcia opowiadała w dzieciństwie czy koledzy na ognisku i później ten strach gdzieś tam się z tyłu w głowie zaszczepia i później pozostaje na długie lata. Ale przecież wystarczy sięgnąć po poważną literaturę, która temat ten porusza i możemy rozwiać swoje wątpliwości, możemy znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania. I tutaj z tej literatury możemy dowiedzieć się między innymi, jak to się dzieje, że taki duch może się pojawić. Wiele osób w duchy nie wierzy, bo przecież jeżeli jakiejś istoty nie można pochwycić, nie można złapać, uwięzić, jeżeli jakiejś istoty nie widać, to znaczy, że taka istota nie istnieje. A tu jednak okazuje się, że wiele osób widziało duchy lub wiele osób duchy po prostu sfotografowało wbrew własnym oczekiwaniom. Teraz pytanie, w jaki sposób, jak to się dzieje, że taki duch może się pojawić? Dlaczego niektórzy go widzą, inni nie?
Zaraz o tym wszystkim pokrótce opowiem, ale generalnie są dwa sposoby. Dwie możliwości, w jaki sposób taki duch może się pojawić. Jedna możliwość to jest taka, że duch po prostu manifestuje, pokazuje się, manifestuje swoją obecność na zasadzie takiego odbijanego światła, które dociera do oka ludzkiego i oko ludzkie po prostu widzi tego ducha tak samo, jak wszystkie inne przedmioty, które nas otaczają. Drugi sposób to tutaj już trzeba mieć zdolności medialne. W jaki sposób niektóre media widzące dostrzegają duchy, podczas gdy wszyscy inni tych duchów nie widzą? Tutaj mówi się, że medium widzące widzi ducha oczami swojej duszy, więc tutaj organy materialne nie mają żadnego znaczenia. Medium postrzega ducha oczami swojej duszy. To już jest szczególna zdolność. Jak wiadomo, niewiele osób tak naprawdę posiada taką zdolność. To już jest górna półka, że tak powiem.
Ale teraz tak. Jest ten duch. Czym jest ten duch? W jaki sposób ten duch może nam się pojawić? Czym w ogóle jest? Tutaj trzeba sobie zadać kolejne pytanie: czym jest człowiek? Z czego składa się człowiek? Tutaj są trzy elementy, o których trzeba wiedzieć. Człowiek składa się ze swojego ciała biologicznego, o którym uczymy się na lekcjach biologii. Tego tematu nie będę rozwijał.
To jest medycyna, więc temat nie na tę chwilę. A w człowieku biologicznym znajduje się coś takiego jak dusza i ciało duchowe. Dusza, czyli to jest ten element tworzony przez Boga, który jest elementem myślącym, istotą myślącą i dusza posiada coś takiego jak ciało duchowe, które może ulegać zmianie. Poza tym mówi się także o dwojniku eterycznym. Tutaj bardzo fajnie pisze na ten temat André Moreira, brazylijski lekarz spirytysta w książce pod tytułem „Leczenie i samouzdrawianie”. Polecam tę książkę, ponieważ w oryginale jej nie czytałem, ale jest przetłumaczona na język polski i czyta się tę książkę bardzo przyjemnie. Tam można dowiedzieć się paru szczegółów dotyczących właśnie budowy ciała eterycznego, czyli tego ciała duchowego. Ponieważ chociaż Allan Kardec ograniczył się do jednego takiego hasła jako ciało duchowe, tak naprawdę mówi się, że to ciało duchowe, które właśnie ludzie postrzegają w trakcie manifestacji ducha, składa się tak naprawdę z siedmiu różnych części. Tutaj mówi się o ciałach astralnych, czyli wszystkie te osoby, które interesują się ezoteryką czy bioenergoterapią Mogą potwierdzić, że takie ciała astralne rzeczywiście istnieją. I tutaj spirytyści niczego nowego tak naprawdę nie wymyślają.
To jest jedynie kwestia wyjaśnienia, skąd biorą się niektóre fenomeny. Więc mamy duszę, która posiada ciało duchowe oraz dwojnik astralny. Dwojnik astralny to jest pewnego rodzaju materia, pewnego rodzaju nić, która wiąże, łączy ducha z ciałem biologicznym i dzięki temu duch może oddziaływać na ciało materialne, ciało biologiczne, o którym wszyscy, jak już wcześniej wspomniałem, uczyliśmy się na biologii w szkole chociażby. I tutaj jeszcze nawiązując do ciała duchowego. André Moreira w książce „Leczenie i samouzdrawianie” informuje, że to duch programuje ciało, więc wszelkiego rodzaju choroby, które w sobie gdzieś tam przechowujemy, są wynikiem tak naprawdę wpływu ducha. Ponieważ duch, i tutaj pojawia się kolejny temat reinkarnacji, przenosi w sobie obciążenia karmiczne, które wpływają na ciało. I w zasadzie taki najprostszy przykład. Czasami mówi się, że oczy człowieka są zwierciadłem duszy. Patrząc tylko w czyjeś oczy możemy odczuwać strach, możemy odczuwać jakiś przyjemny dreszczyk, możemy kogoś polubić, możemy kogoś znienawidzić za nic tak naprawdę. Więc tutaj te oczy, spojrzenie, wydaje mi się, że każdy może potwierdzić, że rzeczywiście coś w tym jest.
Nawet jeżeli państwo nie zgadzacie się z tym, co w tym momencie próbuję państwu przekazać. Jednak w tym spojrzeniu zawsze coś jest i każde spojrzenie każdego człowieka jest inne. Przekazuje jakiś inny ładunek energetyczny, mimo że biologicznie nasze ciała wszystkie są w zasadzie takie same. Dlaczego o tym powiedziałem? Dlatego, że tutaj duchy, w zależności od tego, jakie obciążenie karmiczne transportują, możemy podzielić na różne kategorie. I tutaj Allan Kardec stworzył taką klasyfikację duchów. Ja tutaj sięgnę po „Księgę duchów” Allana Kardeca i prosto z tej książki przytoczę tylko kilka przykładów. Nie będę wchodził w szczegóły, ponieważ to jest dosyć długa lista i przynajmniej z pół godziny stracilibyśmy na omówienie wszystkich przypadków. Generalnie tak, są trzy rzędy: duchy niedoskonałe, duchy dobre oraz duchy czyste. I teraz krótka charakterystyka.
Niestety tak. Duchy niedoskonałe. Dominacja materii nad duchem, skłonność ku złu, brak wykształcenia, duma, egoizm i wszelkie wychodzące z nich złe żądze. I do tych duchów jest nam, ludziom, niestety bardzo blisko. I tutaj są różne klasy: pseudoświatłe, neutralne, stukające, niepokojące, nieczyste, lekkomyślne. Drugi rząd duchów. Ja zaraz jeszcze wytłumaczę, skąd te rzędy się wzięły. Duchy dobre. Charakterystyka ogólna duchów dobrych. Dominacja ducha nad materią, pragnienie dobra.
Ich cechy i zdolność praktykowania dobra mają związek ze stopniem rozwoju, który osiągnęły. Jedne posiadają wiedzę, inne mądrość i dobroć, a te najbardziej rozwinięte oprócz wiedzy mają także zalety moralne. No dobrze. I tutaj też mamy kilka klas duchów. Duchy światła, duchy wyższe. Duchy wyższe to są między innymi te, które opiekowały się pierwszymi spirytystami, Allanem Kardecem i jego przyjaciółmi, którzy tworzyli filozofię, spisywali filozofię duchów. Oraz rząd pierwszy. Duchy czyste. Ogólna charakterystyka. Całkowity brak wpływu materii na strefę ducha w porównaniu z duchami innych rzędów, wyższość intelektualna przy absolutnej moralności.
I tutaj warto zwrócić uwagę, że za każdym razem pojawia się kwestia wpływu materii. Duchy niedoskonałe, czyli trzeci rząd duchów, czyli ten, który jest nam najbliższy, jest od tej materii bardzo uzależniony. Ta materia ma na niego bardzo duży wpływ. I tutaj rola reinkarnacji. Wbrew przekonaniom buddyjskim, według spirytyzmu człowiek nie może reinkarnować się w zwierzę, ponieważ taka reinkarnacja nie wpływałaby pozytywnie na jego rozwój. Nie mógłby wykorzystywać wszystkich swoich zdolności, aby się rozwijać. A jednak tutaj bardzo ważną sprawą jest to, że duch w rozwoju nie może się cofnąć, więc może iść tylko do przodu. Duchy reinkarnując się, przyjmując kolejne ciała, mają obowiązek przede wszystkim rozwijać się moralnie oraz pomagać innym w rozwoju. Więc tutaj pojawia się kwestia pracy na rzecz innych, o której wspominałem także już w innych częściach wideobloga. Człowiek musi pomagać rozwijać się innym, a także musi uwolnić siebie od wpływu materii.
Czym bardziej będzie wolny od wpływu materii, tym jego duch będzie czystszy i będzie ewoluował, będzie rozwijał się, będzie przeskakiwał kolejne szczebelki w rozwoju, w hierarchii duchowej. Ta hierarchia, ta lista, która została przed chwilką przedstawiona, to jest umowne. Nie należy tego traktować aż tak dosłownie, ponieważ wśród duchów, tak samo jak wśród ludzi żyjących tu wokół nas, jest tak samo dużo różnych charakterów, różnych skłonności, różnych osobowości, więc należy przyjąć, że u duchów jest tak samo jak u ludzi. Niestety duchów złych jest więcej niż tych dobrych. Przynajmniej wokół nas duchy są wszechobecne. Duchy cały czas mają na nas wpływ, cały czas mogą nam coś podszeptywać. Rzymianie mówili o bogach, którzy nakłaniają ludzi do złych rzeczy. My mówimy o duchach nisko rozwiniętych, które również próbują nas ściągnąć na nieodpowiednią drogę. I wśród tych duchów nisko rozwiniętych znajdują się także duchy, o których moglibyśmy mówić, że są to demony. Demony, czyli duchy, które być może niektóre są tak niewyobrażalnie złe, że mogłyby uchodzić za szatany, za diabłów, za lucyferów, o których mówi katechizm Kościoła katolickiego.
Jednak spirytyści nie wyrażają się w ten sposób, ponieważ nazwanie ducha demonem oznaczałoby, iż duch ten jest skazany na wieczne zło, z czym filozofia spirytystyczna nie zgadza się. Według spirytystów wszystkie duchy, nawet te nisko rozwinięte, nawet te, o których moglibyśmy powiedzieć, że są najgorsze, są skazane na rozwój, są skazane na szczęście w przyszłości. Więc nie przekreślajmy żadnych istot duchowych. Wszystkie potrzebują pomocy, wszystkie potrzebują rozwoju. Rozwój ten w jaki sposób się odbywa? Można powiedzieć na Ziemi duch się reinkarnuje i sobie żyje. Ale to nie jest tylko tak. Filozofia spirytystyczna mówi także o wielości światów, czyli światy, które istnieją na różnym poziomie energetycznym. Ziemia znajduje się gdzieś tu, a nad nią jest dużo innych kolejnych światów, w których żyją sobie różne duchowe istoty w zależności od stopnia ich rozwoju. Więc jeżeli inkarnuje się kilkadziesiąt, może kilkaset razy na Ziemi i będę pracował nad swoim rozwojem, za którymś razem już na tę Ziemię nie powrócę, tylko pójdę do świata szczebelek wyższego.
Stąd też duchy, które są bardzo nisko rozwinięte, mogą rozwijać się w światach jeszcze niższych niż nasza Ziemia. Natomiast tak jak mówię, trzeba pamiętać, że Ziemia jednak znajduje się w tej hierarchii dosyć nisko. Stąd tak dużo wokół nas duchów niedoskonałych, duchów niskich, a także duchów niskich, ale inkarnowanych wśród wszystkich osób, które nas otaczają. Stąd niesprawiedliwości, stąd różne krzywdy, które dzieją się nie tylko nam, ale także naszym sąsiadom. Mówiliśmy tutaj na samym początku o tym, że duchy się manifestują. Po co one do nas przychodzą? Duchy nie przychodzą tutaj bez powodu. Bądź mają zadanie, bądź pragną pokazać nam, że jednak poza tym światem materialnym coś istnieje. Najczęściej duchy jednak pokazują się po to, aby czegoś od nas nie powiem zażądać, ale o coś nas prosić. Jeżeli śnią nam się na przykład lub zobaczymy zjawę jakiegoś lub usłyszymy, lub poczujemy obecność jakiejś istoty duchowej gdzieś w naszym pobliżu i nabieramy przeświadczenia, że jest to jakaś konkretna osoba, na przykład zmarły dziadek, to znaczy, że zmarły dziadek czegoś od nas pragnie.
Najczęściej pragnie modlitwy, ponieważ duchy, które są jeszcze przywiązane do materii w większym lub mniejszym stopniu, aby poczynić kolejny krok w rozwoju, ale w tym świecie duchowym, o którym mówi się, że jest tym światem, tym prawdziwym naszym światem, w którym żyjemy. Świat materialny jest tylko takim chwilowym tranzytem, takim chwilowym pobytem, chwilowym naszym domem. Te duchy, które żyją tam w zaświatach, które jeszcze nie inkarnowały się i potrzebują pomocy, żeby poczynić kolejny krok w rozwoju. I taka modlitwa bliskich osób może im bardzo w tym pomóc. Więc jeżeli duch nam się zamanifestuje, nie lećmy od razu po aparat fotograficzny, nie krzyczmy, wzywając wszystkich świętych, ale może po prostu pomódlmy się za taką osobę i pomóżmy jej w rozwoju, ponieważ my, gdy już któregoś dnia opuścimy ten świat, także będziemy takiej pomocy potrzebowali. Tutaj, jeśli chodzi o manifestację, możemy także mówić o opętaniach, czyli takie natarczywe zjawianie się jakichś istot duchowych. Które nie chcą nas opuścić. Ale kwestia opętania to już jest kolejny długi temat, o którym myślę, że opowiem w innym wideoblogu. A póki co, jeśli chodzi o zdjęcia duchów, które zamieszczone są w Internecie, tutaj sugeruję, aby za bardzo się tymi zdjęciami nie przejmować. Aby jednak popatrzeć na naszych duchowych braci i duchowe siostry w troszeczkę bardziej przyjazny sposób.
[02:39:37] - Czas na przybyszy z Marsa. Władysław Stattke Goście z Marsa. Księga trzecia. Rozdział drugi. Czyta Reda Paweł Haddad. Władysław Stattke Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad. Rozdział drugi. Księga trzecia. Trudno mi tu oddychać.
Nadto rzadkie powietrze dzisiaj. Musisz się zastosować do nas, bo czujemy się z każdym dniem słabsi. A mamy ci jeszcze tyle do opowiadania. Opowiadajcie mi więc coś o sobie. Dobrze. Będziemy mówili o sobie, a przy tym poznasz obecne nasze stosunki na Marsie. Przybywamy z Ach King w Kaukazie, który jednak dzisiaj skutkiem erozji jest znacznie niższy od Kaukazu waszego. Elbrus wznosi się zaledwie do tysiąca stu pięciu metrów. Ja zamieszkuję to miasto już od lat szesnastu. To jest od czasu otrzymania numeru człowieka pożytecznego.
Jakiego numeru? Zapomniałem ci objaśnić o tem. U nas istnieje zwyczaj od wielu już wieków z całą ścisłością przechowywany, iż młodzieniec i dziewica po ukończeniu lat czternastu staje się obywatelem dojrzałym, a na znak przyjęcia w poczet pożytecznych otrzymuje numer wraz z czarną czapką, jaką tu widzisz na naszych głowach. Nic z tego nie rozumiem. Co oznacza poczet pożytecznych? Do czternastego roku uważają u nas człowieka jako takiego, który może być społeczeństwu użytecznym, który dopiero sposobi się na pożytek ogółu. Po ukończeniu zaś tego wieku przynosi istotny pożytek. Przed tym wiekiem zatem nosi czapkę czerwoną i numer wyższy nad dziesięć tysięcy, potem zaś czapkę czarną i otrzymuje numer człowieka pożytecznego mniejszy od tej liczby. Ja na przykład posiadam numer tysiąc trzydzieści siedem tu na czapce wybity, który zarazem świadczy, iż jestem mężczyzną. Po czymże to poznać?
Jakie twe nazwisko? Nazwisk nie posiadamy żadnych, ponieważ to by mogło doprowadzić do nierówności. A mężczyznę poznajesz po liczbie nieparzystej. Jakimże sposobem nazwisko może zachwiać waszą równością? Zapewne nie przypuszczasz, aby i w naszym społeczeństwie nie było wyjątkowo większych ludzi, tak pod względem nadzwyczajnych zdolności, jako też cnót szczególnych. Jakkolwiek ogół od dawna przywykł nie poczytywać im tych zdolności ani cnót za zasługę, mimo to dla zabezpieczenia się, by sam lub który z jego potomków nie chlubił się tym nazwiskiem i nie naruszył naszej równości, zniesiono od wieków już u nas wszelkie nazwiska, a nadano numera i to mężczyznom nieparzyste, a kobietom parzyste. Wątpię, czyście się tym sposobem zabezpieczyli od nierówności. Wszak ambitny potomek może się zamiast nazwiskiem ojca chlubić jego numerem. A jednak to się nigdy nie może wydarzyć. Najpierw numer otrzymany nie jest dożywotnim, gdyż zmienia się, skoro posiadacz jego przenosi się do innego miasta.
Następnie my swoich rodziców nie znamy nigdy. Jak to może być? Bardzo prostym sposobem. Dziecię nowo narodzone wpisuje się wprawdzie w księgi charakterów obok ojca i matki, ale wstęp do tej księgi jest dozwolony tylko pewnym osobnikom i to w nadzwyczajnych tylko wypadkach, ponieważ rodzice atoli po pewnym czasie zmieniają pobyt i numer. Przeto wkrótce i pamięć o nich ginie dla współczesnych, a tym bardziej dla niemowlęcia, które nadto pozostaje przy matce do ukończenia pierwszego tylko roku. Po upływie tegoż zabierają je i przenoszą do innego, oddalonego miasta, gdzie pozostaje znowu aż do ukończenia roku szóstego. Następnie znowu zamieszkuje inne miasto aż do roku czternastego, a jako obywatel już pożyteczny przenosi się tam, gdzie jego usług właśnie w tym czasie potrzebują najbardziej. Po cóż te ustawiczne przenoszenia? Po pierwszym roku oddziela się dzieci od matki, aby nie znało nigdy swoich rodziców, aby się nie obudziło w nim uczucie miłości ku rodzicom, jak również aby ci zatracili ku niemu przywiązanie. Wy zabijacie w człowieku miłość rodzicielską i dziecinną?
Ależ to najokropniejsza, niesłychana tyrania! I wy macie jeszcze śmiałość chlubić się waszą cywilizacją. Widocznie niewiele skorzystałeś z nauki, oburzając się tak wielce na zasadę konieczną, nie poznawszy dotąd skutków cywilizacji. Czyś nie zauważał jeszcze dotąd, że cywilizacja dąży coraz bardziej do krępowania woli i czynów ludzkich? Któryż człowiek jest swobodniejszy w myślach i uczynkach? Dziki czy inteligentny? Wszak tego krępują niezliczone prawa, zasady, zwyczaj, a najbardziej czcze formy towarzyskie, od których pod groźbą wygnania ze społeczeństwa lub nawet śmierci wyzwolić się nie może. Podczas gdy pierwszego powstrzymuje tylko chyba siła pięści. Tamten staje się tak dalece niewolnikiem, że nawet w samotności nie umie korzystać ze swobody. Ten czuje się wolnym wszędzie i zawsze.
Drugiego nie krępuje ani rodzina, ani społeczeństwo. Zależy jedynie od przyrody. Pierwszy natomiast nie czuje się nigdzie i nigdy wolny, bo na każdym kroku, w każdej chwili musi baczyć, by nie wykroczył przeciw prawu, zwyczaju lub formom. Ależ my tak od młodości przywykli do tego, że nie czujemy prawie tych kajdan. I my też wszyscy nie odczuwamy tego, co nazwałeś tyranią. Nasze prawa jednak i zwyczaje nie powstały z kaprysu, ale jedynie dla utrzymania społeczeństwa. A któż ci powiedział, że odbieranie dzieci matkom po roku pierwszym jest kaprysem tylko? Więc po cóż ta tyrania? Również dla utrzymania gatunku, jak i wasze formy grzeczności, których zniesienie mogłoby poważnie zachwiać istnieniem cywilizowanego społeczeństwa. Mimo tylo wiekowych starań naszych nie byliśmy dotąd w stanie przytłumić zupełnie miłości macierzyńskiej.
A ta jest to już niezaprzeczalną pewnością wpływa nader szkodliwie na przyszłość dziecka. Obudzą się w nim bowiem najrozmaitsze uczucia, które dla cywilizowanego społeczeństwa stanowczo szkodę przynoszą. Opór, gniew, nieposłuszeństwo, zwłaszcza przywiązanie do pewnych miejsc i ludzi, a pogarda dla innych to są wady wprost u nas niemożliwe. Nasze społeczeństwo bowiem wymaga koniecznie bezwarunkowego posłuszeństwa, miłości i dobroci dla wszystkich, przywiązania do całej planety. W waszym świecie egoistycznym, gdzie nikt, a tym bardziej dziecię niedołężne nie było pewnym dnia jutrzejszego. Tam opieka i miłość matki musiała sięgać daleko w życie dziecięcia i otaczać je swymi skrzydłami często aż do dwudziestego roku. W zamian za to bezpieczeństwo życia musieliście przyjmować też bez szemrania najmniejszego także i wady, jakie wpoiła matka swą zbytnią najczęściej miłością w swe dziecię. Zresztą w waszym społeczeństwie były często nawet te wady obroną w życiu, podczas gdy u nas zachwiałyby bytem wszystkich. Przechodzi moje pojęcie. Najczystszą, najwznioslejszą miłość macierzyńską, najwyższym uczuciem ludzkim pogardza cywilizacja na Marsie.
Wszak i zwierzęta kochają swe młode. Wy zatem upadliście pod tym względem niżej najniższych zwierząt. Ani jednego zdania nie wypowiedziałeś rozsądnego. Najpierw nikt tym uczuciom nie pogardza u nas, jakkolwiek staramy się je wytępić i wkrótce to zapewne osiągniemy. Następnie nie my, ale wy stoicie niżej od zwierząt, przedłużając miłość macierzyńską do czasu nieograniczonego. Wszystkie zwierzęta zajmowały się swymi młodymi tylko do pewnego ich wieku, dokąd same nie nabrały dość siły do walki samoistnej. U was natomiast rozciąga się opieka rodzicielska nie tylko poza rok czternasty, ale w przeważnej części aż do dwudziestego i późniejszego nawet roku. Na taki zbytek opieki możecie sobie pozwolić, mając jeszcze pod dostatkiem żywności. Gdyby u nas istniał ten zwyczaj dotąd, byłaby na niechybną zgubę narażona nasza równość, a zarazem nasze istnienie nierozłączne z równością. A to jakim sposobem?
Bo by pewne jednostki pod wpływem rozmaitych charakterów matek rozwinęły się silniej fizycznie i umysłowo niż inne, a zatem mogłyby się stać niebezpiecznymi dla innych. Więc u was istnieje nawet równość pod względem zdrowia, siły i rozumu? Przynajmniej staramy się o to wszelkimi siłami i doprowadziliśmy już prawie do zupełnej równości pod tym względem, a zawdzięczać to mamy jedynie naszym zdrowym, rozsądnym zwyczajom przez wieki nabytym. Co za okropna jednostajność musi u was panować. Nie, to życie byłoby dla nas nie do zniesienia. Pojmuję i rozumiem. Czy młodzieży podobało się kiedyś życie starców? Czy nie skarży się, nie szydzi nawet z zimnego rozsądku, z jednostajnego życia starszych. Tak i wam wygląda nasze życie zbyt nudnym i zimnym. I wyznać musimy, że i my tęsknimy często nadto, może nawet często za młodością ludzkości w dawnej, ubiegłej przeszłości Marsa.
Czy zdarzy się też, że matka stawia opór rozłączeniu jej z dziecięciem? Są to nader rzadkie wypadki już obecnie, bo przecież matka każda sama wie o tym, iż to się dzieje li tylko dla dobra ogółu. Aby jednak miłość macierzyńska, która jak wszystkie uczucia i zdolności jest dziedziczną, nie przelewała się na potomków, nie pojawiała się w nich w spotęgowanym stopniu, nie dopuszczamy matki obdarzonej podobnym uczuciem do ponownego macierzyństwa. Więc ty nie znasz swoich rodziców? Nie znam ich zupełnie, bo po ukończeniu pierwszego roku odwieziono mnie, jak wszystkich innych do innego miasta, gdzie się zajęto moim wychowaniem i nauką. Nauką? Może was w tym wieku już uczą czytania i pisania? Nie, lecz uczą nas poznania całego świata i otoczenia naszego. Uczą nas chodzić i biegać, by rozwinąć siły fizyczne, które są tem bardziej potrzebne, że przychodzimy na świat niedołężniej się od was. Uczą nas używania wzroku, słuchu i mowy, by późniejsze rozwijanie sił umysłowych tem szybciej postępowało.
Uczą nas pobierania żywności, by poprzestawać na małym. Wystawiają nas na wszystkie niebezpieczeństwa, którymi nas przyroda otacza, by być zbrojnym we wszystkich przypadkach życia, by nie zaznać nigdy strachu, by nie stracić nigdy rozwagi i krwi zimnej. Uczą nas, co najważniejsza, pogardy życia i śmierci. Nadto wpajają w nas ustawicznie wyznawanie prawdy, a to tym sposobem, że nikt nigdy nie zbrudzi ust swych kłamstwem, że niczego nie ukrywają przed nami, że nam wszystko wyjawiają otwarcie, że nie napełniają umysłów naszych ani ideałami, ani odrobiną fantazji, że dla żadnych celów nie przedstawiają nam nic, co by było niezgodnym z prawdą. Wychowawcy z całą otwartością przyznają się do niewiadomości. Jeśli pytanie dziecka wyjdzie poza obręb ich wiedzy. W końcu wpajają w nas nieprzerwanie zasadą dawną chińską. Za winę poszczególnego człowieka odpowiada społeczeństwo. Chciałbym dłużej pozostać, ale brak mi powietrza. Zastrzegam sobie jednak pewne pytanie.
Władysław Tatke. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Proszę państwa, czas na Alchemię Tworzenia. To ja skorzystam z okazji i powtórzę, no może nie w takiej, w takiej ilości, jak to robiłem na początku Bibliotekarium, ale powtórzę. Alchemia Tworzenia to format radiowy. Natomiast Katarzyna Prychacz czeka na państwa w Poznaniu w sobotę 9 marca o godzinie 12.00 na terenie Poznańskich Targów Książki. Tam będziecie państwo z Katarzyną Prychacz
[02:51:23] - Mogli wspólnie powymyślać kryminalne przygody. A teraz już zapraszam na kolejną Alchemię Tworzenia zatytułowaną „Ściany mają uszy”.
[02:51:37] - A kuku! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. Alchemia tworzenia. Dobry wieczór. Dobry wieczór w jedenastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Podcastu, w którym wymyślanie nie zna granic. Cześć wszystkim! Jak minął tydzień? U mnie jak zawsze petarda. Dużo się działo, ale ja lubię jak się dzieje.
I co? Nawet prawdę mówiąc nie wiem, kiedy ten tydzień minął, ale lecimy z nowym odcineczkiem. Słuchajcie, tak sobie myślę, że ja się świetnie tydzień temu bawiłam. Podoba mi się historia i to, w jakim to kierunku poszło. W ogóle super, że te postaci się trafiły z tych poprzednich historii, więc pomyślałam, że zrobimy tą formułę znowu. Może jeszcze jakieś inne postaci nam się trafią. Tak czy siak, tak jak tydzień temu wylosuję trzy karty, może cztery, bo ostatnio jednak wyszło, że jeszcze jedna była potrzebna. Mam dzisiaj wylosowane dwa nowe zestawy Story Cubes. To jest ta seria po trzy kości. Zaraz przejdę, bo zaraz wam zdradzę, co tym razem mamy.
Co jeszcze? Zapraszam na YouTubki, jak chcecie pooglądać te kości, karty, które wyciągam. Oczywiście ja wam tu je opiszę, ale jak chcecie sobie razem ze mną patrzeć na obrazki, to w soboty staram się premierować właśnie odcinek w wersji, że tak powiem, półwizualnej, bo nie nagrywam tego jako wideo, tylko mamy tam zdjęcia. Co jeszcze? Zapraszam was w ogóle na fanpage'a. Co prawda na razie tam staram się po prostu wrzucać post z informacją o premierze odcinka, ale z czasem może jakbyśmy tam zrobili większy ruch, to myślę, że byłoby to też miejsce może właśnie na jakieś fajne notatki, czy może mielibyście ochotę jakieś tematy przegadać, a może jakąś historię wspólnie rozwinąć. Ja się jak najbardziej cieszę na takie akcje, więc zapraszam. I co? Chyba nie ma co więcej ględzić. Lecimy z tematem.
Dzisiaj zestawy kości, które wylosowałam to jest atom i odkrycia. Więc tak jak ostatnio mieliśmy tajemnicze kataklizmy, tak dzisiaj mamy atomowe odkrycia. Tak jak ostatnio może było trochę chaosu, może dzisiaj będzie nowość, może coś się z tego narodzi. Zobaczymy. Także okej. Tasujemy karty, żeby nie było i od razu sobie wyłożę. Jeszcze nie będę odwracać. Dobra. Karta numer jeden, numer dwa i numer trzy. I na razie odkładam, a w razie czego tak jak wspominałam, jak będę potrzebowała jeszcze jakiejś, to sobie dobiorę.
Tak jak ostatnio. I co? Kosteczkami będę rzucać na bieżąco. No to co? To chyba czas-- ale dzisiaj jakoś tak sprawnie mi poszło. No ale okej, przechodzimy w takim razie, co tu więcej gadać, do pierwszej karty. Zaraz tutaj się zapoznamy. Czy to będzie miejsce? Może bohater? Może jakiś wyzwalacz do naszej historii?
No to co? Odwracamy. Jakaś nowość. Powiem wam szczerze, że chyba ani razu jeszcze tej karty nie wylosowałam tutaj w naszych historiach, w naszym podcaście. Aha, nie wspomniałam chyba, że karty z klubu detektywów. Ciekawa grafika, dużo uszu tutaj. Tutaj dosłownie ściany mają uszy. Wyobraźcie sobie. To jest jedna taka ściana. Potem mamy taką wyrwaną podłogę, wiecie, jakby się świat zawalił.
Gdzieś tam w oddali, daleko są drzwi. I też na tej ścianie z drzwiami jest kolejna para uszu. I jeszcze za tą ścianę sięga sznurek od puszki. Wiecie, jak się kiedyś bawiło w dzieciństwie w głuchy telefon, taki, że się robiło z kubeczków albo z puszek. Łączyło się to sznureczkiem i faktycznie ten dźwięk się przenosił po tych sznurkach. Tutaj właśnie mamy na pierwszym planie tą puszkę i sznurek sięga właśnie tam za tą ścianę z tymi drzwiami, które tutaj odpadły. Ciekawa grafika i może, nie wiem, patrzę, bo mieliśmy ten atom, jakieś odkrycia. Tak naprawdę to tutaj może właśnie ta puszka wygląda na to, jakby była jedynym takim połączeniem, jedyną komunikacją może z tym światem za ścianą. Więc może zastaliśmy tutaj trochę taki porozpadany świat. Może nie tyle po wybuchu atomowym, ale może właśnie po jakimś czymś groźnym, wielkim wybuchu.
Ale nie chciałabym pójść w klimaty postapo, tylko właśnie bardziej może w coś takiego magicznego, ale absurdalnego. Tak patrzę, że te ściany tutaj są tak poprzewracane, że kojarzy mi się to zdecydowanie z surrealizmem, z takimi klimatami właśnie. Jak surrealizm, to ja od razu mistrza Dalego widzę. Kto słuchał zwłaszcza pierwszego sezonu, to wie, że akurat Salvador Dali jest bardzo ważnym, nie autorytetem, ale takim modelem. To taki mój mistrz od kreatywności. Więc tutaj nic dziwnego, że moje myśli od razu poszły w tym kierunku. Bo mamy tutaj troszeczkę, mimo że forma jest twardsza, rodzaj takiego dalijskiego chaosu, tajemniczości. Więc może zastaliśmy ten świat w naszej fabule, który próbuje się połączyć. Może z jakiegoś powodu został porozrywany na strzępy. Nie wysadzony w powietrze, tylko tak jak patrzę na tą popękaną podłogę, że może jakieś linie czasu się poplątały, może coś takiego.
I teraz ludzie próbują się skomunikować. Ta puszka wygląda, jakby zza tamtej ściany z drzwiami ktoś ją przerzucił, żeby móc się komunikować z tą częścią z urwaną podłogą. Więc może to uznajmy za lokalizację, za jakiś wyznacznik początku. Ciekawie. Ostatnio miałam bohatera, to było jakoś łatwiej. I coś czuję, że teraz będzie mi brakowało bohatera, ale zobaczymy. Dobra, losuję sobie. Wybieram jakieś trzy kosteczki. Ach, musiałam gadać w trakcie hałasu, ale okej. Mam w łapce trzy kosteczki.
Tym razem chyba dobrze pomieszałam, że może uda się, że będziemy mieli wymieszane serie, a nie, że najpierw jedna, potem druga. Dobra, rzucam pierwszą kością i zobaczymy co tutaj mamy. Oczywiście, że na kancie. No ale dobra, mamy człowieczka. I co? Seria. Co ja tam miałam? Jakieś odkrycia i atomowe rzeczy. Może i to jest z serii odkrycia. Tak czy siak mamy człowieczka, który ma bardzo powykrzywianą w emocjach twarz i trzyma się za brzuch, więc może tutaj jest jakaś choroba.
A może nasz główny bohater jest za tamtą ścianą z drzwiami? Może my tak naprawdę nie wiemy, kim on jest, ale wiemy, że za wszelką cenę próbuje się skomunikować z innymi częściami świata. Myślę, że właśnie jak te uszy zinterpretować? Że ściany mają uszy. Skupiłam się na tym porozrywanym świecie, a zapomniałam chyba właściwie o najważniejszej części tej karty. Chociaż uszy, komunikacja. A może te uszy to są jacyś kosmici? Może był jakiś atak kosmitów albo jakiegoś dziwnego bytu, który wszystko słyszy. I ten głuchy telefon, jak za starych dobrych czasów, może jest jedyną szansą, żeby spróbować się zorganizować przeciwko temu dziwnemu wrogowi. Bo może przez taką puszkę aluminiową te uszy nie słyszą.
Może to coś takiego być, nie? Że może jak się będzie szeptało w tą puszkę, to ta ściana nie ma szans usłyszeć. I patrzę teraz już na tą kość z tym człowieczkiem. Może nasz bohater jest ranny. Może jest chory, ranny i próbuje się wydostać zza tamtej ściany. Tak myślę. Czy coś wtedy więcej? Tu była chęć połączenia tych światów, a teraz patrzę, że może to jest po prostu chęć pomocy. Może tak być. No dobra, tak czy siak wiemy, że bohater jest za ścianą i coś mu jest fizycznie, jest ranny.
Rzucam kolejną kość. Dobra, to tutaj chyba jest to ta seria już bardziej atomowa. Tylko dobrze, że mi wypadł ten obrazek, bo niektórych to tu nie chyba bym nie umiała odczytać, co to jest. Dobra. Tak czy siak kolejny człowieczek mi tutaj się wylosował. Najpierw pomyślałam o człowieczku, który się poddaje, że macha białą flagą. Bo faktycznie ten tutaj leży na ziemi i nad głową macha białą flagą, ale przed nim jest krzyżyk. Taki X na ziemi. Więc z drugiej strony on może po prostu się położył, żeby zatknąć tą flagę, oznaczyć cel czegoś albo jakieś miejsce. Więc teraz tak.
Co to może znaczyć? A może to jest drugi bohater? Badacz. Może oni byli razem i w momencie, kiedy świat się zaczął rozpadać, to jeden został po jednej stronie, drugi po drugiej. Moglibyśmy pójść w lekarza i pacjenta. Ale nie. Wydaje mi się, że tutaj dobrze, jakby te postaci były na równi. Nie że jedna bardziej zależna od drugiej. Może to oni doprowadzili do tej zagłady świata. I może przez to ten jeden jest ranny, czy właśnie się pochorował.
A może to z niego te uszy wychodzą? Może on jest zainfekowany. To też byłoby fajne, że oni specjalnie doprowadzili do tego rozpadu świata czy do rozdzielenia się na te dwie części, bo ten za ścianą bohater, który jest chory, to może on był pacjentem zero i mamy pacjenta. Chodzi mi o to, że może on był zainfekowany czymś dziwnym i na wszelki wypadek chciał zabezpieczyć resztę świata, żeby to się nie rozprzestrzeniało. Może ten kosmita był w nim, może to jest jakiś demon, ale jednak próbuje się komunikować ze swoim przyjacielem. Może tak postanowili, bo z drugiej strony dlaczego by przerzucał puszkę? Chyba że to przyjaciel przerzucił. Tak patrzę. Dobra, nieistotne. Załóżmy, że już nieważne, kto przerzucił pierwszy puszkę.
Więc po jednej stronie mamy kogoś, kto doprowadził do zagłady świata. W jakiś sposób z niego bezpośrednio się to wydobywa, a drugi jest badaczem, naprawiaczem, analitykiem może jakimś, który próbuje tą całą sytuację jakoś ogarnąć. Dobra, trzecia kość. Teraz tak patrzę po kolorach kości, że chyba jednak do tej pory mieliśmy dwie kości z serii odkryć, a tutaj mamy teraz coś atomowego i mamy tu potwora. Taka jakaś uchachana gęba, włochata, więc mamy taką samą mordkę z wytrzeszczem, włochatą taką. I teraz pytanie: czy to jest ten potwór, czy może to jest też jakiś byt z kosmosu czy ze świata, gdzie są te uszy? Może on tutaj będzie im pomagał w jakiś sposób? A może ten badacz zauważył, że w trakcie tego kataklizmu wypadło coś jeszcze i może dlatego się rozdzielili. Kurde, tyle fajnych opcji, bo teraz pomyślałam, że skoro on jest badaczem, to mógł poczuć ten zew odkrywcy i w trakcie podziału światów jednak przeskoczył gdzieś dalej, bo zauważył, że coś oprócz tego czegoś strasznego wypadło to włochate coś. Że chciał złapać to żyjątko i dlatego teraz on jest oddzielony.
I to byłoby super w sumie, że on jest samotny na takiej dryfującej części. Dlatego też tamten przyjaciel rzucił tą puszkę. Próbuje się z nim skomunikować. To, że jest chory, czy że coś z niego wyszło, to przy okazji. Może po prostu jest ranny po tym wszystkim. A ten jest z tym dziwnym stworkiem, który właściwie siedzi, nic tam nie robi, nie zjada go ani nie zagraża mu. Siedzi taki roześmiany. Wygląda, jakby się uśmiechał. Więc może tutaj badacz się zastanawia, co z tym fantem zrobić. Nie ukrywam, że tak od razu przyszło mi do głowy, że ten stworek mógłby być rozwiązaniem tutaj tej sytuacji.
Może właśnie jakąś kontrsimą, bo wiecie, tak często jest w różnych fabułach, że w momencie wybuchu zła, jeżeli jest jakaś trucizna i tak dalej, to zaraz gdzieś jest antidotum. Jeżeli jest wybuch i pojawia się zło, to mimo wszystko gdzieś tam zaraz się pojawia odpowiedź, nawet razem z tym się rodzi odpowiedź, jak temu zaradzić. I może właśnie tutaj wybuchła ta złowroga siła, która słyszy wszystko, ale jednocześnie coś poszło nie tak i pojawiła się jakaś kontrsila. Potwór, który zjada uszy na przykład. To byłoby ciekawe w sumie. Tak teraz patrzę, że w sumie jakbyśmy jednak zrobili z tego jednego bohatera, to może nasz bohater jest ranny, bo mu ten odgryzł ucho. No ale dobra, już nie mieszajmy. Mamy tego potworka. Dojechaliśmy do drugiej karty, więc zobaczmy, dokąd nas to doprowadzi. Co my tutaj mamy?
Ta karta była już gdzieś w podcastach, ale chyba w jakichś tych krótszych historiach. Może właśnie z drugiego sezonu. Nie będę sobie teraz na siłę przypominać tego, ale mamy drzewo. Aż tak nie umiem w drzewa, więc po liściach wam nie powiem, jakiego typu to jest drzewo. Nie wiem, czy to tak światło pada. Może jest taka trochę kora w moro. To morwa miała takie coś? Taką korę któraś odmiana? Ale nie wiem, jakie miała liście. Nieistotne.
Mamy drzewo, właściwie koronę drzewa. Wielki napis „Welcome” z taką strzałką do góry, a w tym drzewie jest samochód. Znaczy na tym drzewie. Jest taki nadziany na to drzewo. Trochę jak z Harry'ego Pottera ten samochodzik Weasleya, który wpadł w wierzbę bijącą. Ale ten samochodzik jest już taki trochę udomowiony, w sensie przerobiony na domek, bo tutaj od niego wychodzi drabinka. Zamiast jednego koła jest w ogóle ciastko. Zamiast świateł mamy dwa lizaki. I tak wygląda, jakby właśnie ktoś w tym samochodziku mieszkał. Fajnie, tylko teraz absurdu i chaosu ciąg dalszy.
Co to może być? A może w tym miejscu w fabule mielibyśmy jakąś retrospekcję? Może właśnie to wspomnienie z dzieciństwa. Może to był domek na drzewie i może tych dwóch bohaterów to są kumple z dzieciństwa i może mieli właśnie taki stary samochód przerobiony na domek na drzewie i może wtedy też coś się rozpadło. Tak myślę. To wspomnienie musiałoby w jakiś sposób tutaj podziałać, jakoś go popchnąć do rozwiązania. Dobra, tu już mamy, tak pomyślałam, że może tam się komunikowali tymi puszkami, ale tu już tak czy siak to już jest, więc to nam by nie popchnęło fabuły do przodu. Może tak sobie to wytłumaczył. Wiecie co? Nie będę tutaj na siłę nic szyć.
Rzucam kolejną kostką i zaraz zobaczymy, jak mi się to poskłada. Dobra, wypadła mi tu jakaś groźna ryba, pirania. Czyli mamy tego włochatego potworka, a tu teraz ta pirania, która może coś symbolizować. A może to badacz miał ten domek na drzewie? Może on tam przesiadywał sobie w tym samochodziku, może tam pierwszy raz czytał jakieś księgi o zwierzętach, o egzotycznych zwierzętach na przykład. I teraz patrzę, ten stworek ma tam jakieś cztery zęby na krzyż. Ta pirania ma cały piękny komplet ząbków, ale może tutaj właśnie to była ta retrospekcja, która była powrotem myślowym do książki. Może właśnie próbując zrozumieć tego stworka, nasz bohater zaczął wertować wspomnienia w głowie i przypomniał sobie moment, w którym czytał tę książkę wtedy w dzieciństwie o rybach głębinowych czy potworach z głębin. I teraz tylko ja aż tak się, kurde, nie znam na tych cudactwach, tych pięknościach z głębin. Zwykle jak świecą, to świecą po to, żeby zwabiać ofiary.
A może ten stworek co jakiś czas świecił? A może zauważył, że raz na ileś... nie wiem, czy wkurzał tego stworka. Pomyślałam o tym, że skoro tu mamy wszędzie uszy, to może co jakiś czas ten stworek robiłby coś, co sprawiało, że te uszy się kierowały na tego stworka, czyli tak jakby przestawały słuchać w jakimś konkretnym kierunku, nasłuchiwać, tylko tak jakby stworek był rozproszeniem dla tej siły albo na przykład zakłóceniem jej słuchu czy coś. I że może tak mu się skojarzyło z tymi rybami, że to taki mechanizm polowania. A może stworkowi burczało w brzuszku? Myślę, w którym kierunku pójść. Nie ukrywam, że te uszy to aż się proszą, żeby je poodgryzać ze ścian. Nie pytajcie, nie wiem, czemu mam taką myśl, ale jak ten stworek wypadł, to od razu widziałam takiego uroczego, puchatego stworka, który odgryza te uszy ze ścian. W ogóle taki rodzaj słodkiego stworka, który był potęgą, to nie wiem, czy znacie, jest taki film animowany, animacja „Final Space”.
To jest serial, zdaje się trzy sezony. I tam właśnie jest taki, chyba Ciastuś na niego mówią, taka zielona uroczość lewitująca, która później się okazuje niezłym pogromem. Nie będę wam spoilerować, ale właśnie tak od razu mi się rodzaj tego bohatera skojarzył z czymś takim, z tym Ciastusiem. Chociaż ten tu nie ma koloru, ale nie wiem, widziałam go od razu takiego jak potwór ciasteczkowy. Wiecie, taki niebieski, puchaty, takiego tu widziałam tego naszego. Może też w momencie, kiedy się robi ciemno, on ma tę fluorescencję taką swoją, że na przykład świeci na niebiesko. Może nasz badacz zaobserwował jakieś tutaj zależności. Albo właśnie jak burczało mu w brzuszku, to zaczynał świecić na niebiesko i dlatego nasz bohater pokapował to trochę z tymi rybami głębinowymi, że jak są głodne, jak chcą zapolować, to mają te swoje takie czy tam światełko, czy jakieś inne ozdoby na ciele świecące. I może jak on zaczynał świecić, to te uszy się nakierowywały, tak się małżowiny podnosiły w kierunku tego potworka. Myślę, czy ten potworek, a może on nie chodził?
To może byłoby to, że wtedy nasz badacz odważyłby się dotknąć tego potworka, podnieść go, bo w sumie i tak już nie ma nic do stracenia i na przykład go przybliżył do tego ucha, bo widział, że ten potworek też się tam gapi na przykład w te uszy. Ale dzisiaj absurd. Rzucam kolejną kostką. Okej, dobra. Co to jest teraz? Weźcie mi powiedzcie. Nie ukrywam, że te pierwsze zestawy miały prostsze rysunki. A tutaj już właśnie chyba z tej serii atomowej. I teraz nie wiem, czy to jest jakieś szkiełko z mikroskopu, jakieś próbki pod nim, czy nie wiem, jakieś gwiazdy na niebie. Czy to jest domek?
Nie mam totalnie pojęcia. Takie kropki jakieś. Może to do góry nogami? Też nie. Wiecie, pierwsze wersje zawsze prostsze, potem już są kombinacje. Może to są nadciągające potworki. Może nasz bohater zbliżył potworka, potworek zeżarł ucho, tę małżowinę ze ściany jedną i głośno beknął i wezwał tym inne potworki. Kombinuję, bo na tej grafice można powiedzieć, że jest jakiś rój kropek. Tak jakby na dole był domek i chyba muszę przyjąć taką interpretację, bo nic innego mi do głowy nie przychodzi. Jest malutki domek z kominem, chyba z niego coś dymi i nadciągają takie kropki jakieś lecące.
Ale z drugiej strony, skoro potworek ugryzł, to może być tak, że te uszy próbują się obronić i one coś wysłały. A może nie. Słuchajcie, jesteśmy bliżej końca historii. Dobrze byłoby tu wymyślić rozwiązanie tej absurdalnej sytuacji. Może właśnie ten najedzony stworek był taki zadowolony. Może ten badacz go pogłaskał, bo zobaczył, że on nie jest dla niego groźny, że to takie puchate stworzonko, urocze. I go pogłaskał, więc ten taki najedzony, dopieszczony. Żartowałam z tym beknięciem, chociaż przy tak absurdalnej historii to nawet może byłoby takim fajnym dośmiesznieniem sceny, ale może wtedy właśnie wezwał inne stworki. Po prostu wydał jakiś dźwięk swój specjalistyczny i przyleciały te stworki. I ostatnia kość.
Zobaczymy co dalej. Okej. Nie mam teraz pojęcia w ogóle. Niby atomowe, po czym mamy tu jakiegoś stwora w todze, tak jakby podniósł ręce do góry i coś tam machał. A nie, wiecie co? To nie są chyba ręce. To chyba jest obcy. To wygląda jak taki obcy w todze. I to, co ja wzięłam za ręce, to jest taki kołnierz, wiecie, postawiony taki jak u hrabiego Draculi gdzieś tam z filmów kostiumowych. A on ręce trzyma złączone, ma tą togę przewiązaną pasem i te ręce trzyma na brzuchu.
I ma taką podłużną głowę. W sumie w niektórych teoriach spiskowych były chyba historie o tym, że właśnie albo ci współcześni obcy niby gdzieś tam są albo nie są, że mają te podłużne czaszki. Albo właśnie też były teorie, że kiedyś był taki ród, że nawet Egipcjanie nie mieli takich śmiesznych kapeluszy, tylko że oni po prostu mieli takie czaszki, że to byli kosmici, od których gdzieś tam później zaczął się gatunek ten nasz dzisiaj albo część wymarła. Wiecie co, teoria to historia. Więc mamy tutaj coś takiego. Może skoro przybyły te stworki zjadać te uszy, to jednak może ten kosmita w todze to jest może jakiś przewodniczący tej siły kosmicznej od tych uszu. Kurde, jak to brzmi. Ja tak mam czasami w trakcie tych historii, że zrobię pauzę i usłyszę to, co przed chwilą powiedziałam. O matko. Pauzę taką w życiu, nie że w nagrywaniu.
No dobra, czyli przyleciały te puchate stworki z taką interwencją dla naszych bohaterów, ale przyleciał jednocześnie też ten ich zarządca, przeciwnik, może właśnie kosmita, który zesłał te uszy tutaj. Dobra, odkręcamy ostatnią kartę i zobaczymy, czy mamy tutaj jakieś zamknięcie. Cyk. Aż mi kotka odpowiedziała. Swoją drogą mamy tu kotka też między innymi na tej grafice. Grafika przedstawia jakiegoś owada, świerszcza, coś tego typu w kapelusiku, oczywiście w ubranku i on niesie skrzynię z owocami. Wygląda, jakby niósł te owoce na swój stragan, bo tu mamy też ten stragan. Czyli to jest jakiś taki owad sprzedawca. Oczywiście zza tego straganu mamy mordkę czarnego kotka, który tu się wychyla i obserwuje, więc możemy się spodziewać chaosu, jaka jest obecność czarnego kotka. Taka scenka totalnie wyrwana, tu jakieś owoce, a może jego owoce ożyły i poleciały.
I to nie było kiwi, tylko stworki z kosmosu te włochate. Dobra, co to nam może dać? Tu nasi bohaterowie. Totalnie mam wiecie co, jakby karty z trzech światów. Te przyleciały. Tu ten kosmita duży. Czyli tu byśmy mieli tak naprawdę wojnę między tymi dwoma gatunkami i trzeci gatunek, który został tu wmieszany. Może tutaj ten owad sprzedawca jakoś pomoże? Może ten kotek przyszedł go zawiadomić? A może to nie jest mały czarny kotek, tylko jeden z tych puchatych potworków i wszystkie potworki się zerwały i na wezwanie tamtego poleciały, a ten jeden został.
Może był bardziej ucywilizowany. Może zaczął się uczyć świata, w którym żył i przyszedł powiadomić swojego przyjaciela insekta, żeby coś zaradził, że to będzie kataklizm, że te stworki zwabione pysznymi małżowinami zginą. Może ten kosmita od uszu jest jednak bardzo potężny i ten kotostworek udawał kotka, żeby się wtopić w otoczenie. Może jedyny miał czarne futerko i wszyscy myśleli, że on jest kotkiem, a się okazało, że nie jest i przyszedł po pomoc. Teraz patrzę na te owoce. Może te stworki też się żywią owocami, a może właśnie one nie powinny jeść mięsa. To jest taki gatunek, że może lubią ten smak, ale dostają wtedy jakieś korby potem. Może wtedy stają się krwiożercze i dlatego na przykład żyły na planecie, gdzie są tylko owoce, że są owady, które hodują owoce. Nie ma tutaj czegoś takiego jak mięso, nawet nie ma ludzi, którzy byliby pożywieniem dla nich. To jest ciekawe i w sumie tak się teraz zastanawiam, że może przy tym, co się stało w tym świecie, że te uszy wyrosły ze ścian, może to jest jakaś anomalia.
Tak pomyślałam, że to nie zawsze są uszy. Może bohater za ścianą zrobił coś, może robił jakieś doświadczenie, może nakarmił kawałkiem swojego ucha czy kawałkiem ludzkiego mięsa. A może on został ugryziony przez coś kosmicznego. Może znalazł jakieś jajo i przez to nastąpił taki à la atomowy wybuch, tylko nie taki rozwalający, tylko atomowy w sensie, że się atomy połączyły, pomieszały, a że to coś, co go zaatakowało, miało możliwość tworzenia czegoś takiego, a miało próbkę. Może faktycznie go w ucho ugryzło. Odgryzło mu kawałek ucha i miało ten materiał genetyczny. To brzmi spoko. Czyli ten stworek zeżarł ucho. Tam leci chmara stworków, żeby pozjadać te uszy ze ścian. Przybył kosmita, więc może ktoś z jego gatunku ugryzł naszego bohatera à la pacjenta zero.
On przyjechał tam sprzątać. Stworki przyleciały się najeść. Nasz badacz nawet nie wie, w jak śmiertelnym zagrożeniu za chwilę się znajdzie. Czy właściwie cała ludzkość może się znaleźć, bo świat światem. Światy się porozpadały, ale jednak dalej są. A jak przylecą stworki, to zjedzą wszystko, co się składa z białek. Nie. Owoce i warzywa też mają białko chyba. Może nie wszystkie. Mięso.
Nie wnikajmy w to aż tak. Nie piszemy tego jeszcze, nie trzeba robić researchu. Stworki przyleciały zjeść wszystko, co jest z mięsa, a zasmakowały w małżowinie, która poniekąd miała ludzkie DNA z tamtego bohatera. Jak już zjedzą wszystkie uszy ze ścian, to będą się zabierały za mniejsze obiekty, które też mają ten smak. Dobra i wtedy co? Nasz owad by tu był jakimś takim superbohaterem, a może rozjemcą. Może on jest negocjatorem. Rozjemca chyba, tak? Ten, co tam... Zabrakło mi teraz słowa.
Ten, co między sporami. Mediator. Dobra, to jednak losuję czwartą kartę i zamykamy historię. Ze środeczka, żeby już nie mieszać tutaj. Cyk. Ojej. Kolejne drzwi. Tak jak tydzień temu mieliśmy fajne przejście, portal. Tutaj mamy korytarz podwodny. Uwaga, mamy rybkę głębinową z piękną lampką, taką z płomieniem.
Ta rybka wygląda jak przewodnik. Ona prowadzi inne rybki. Tak mi się wydaje. Tu pełno bąbelków powietrza, ale jest taki ciemny korytarz i drzwi podwodne. Te rybki sobie przepływają tymi drzwiami do pomieszczenia, gdzie mamy plażę, deskę surfingową i jest druga deska, tylko że złamana. Tak jakby rybki z głębin wypłynęły na plażę, na powietrze. Może ten nasz owad jest rodzajem takiego latarnika, przewodnika, a może on umie okiełznać te stworki. Wiecie, jak był ten, nie pamiętam, flecista z Hameln? Nie pamiętam, jak się nazywała ta bajka. O tym, co szczury zaklinał, co grał na flecie i myszy.
Miał tak zrobić, a chyba chcieli go tam przekręcić na kasę i zabrał dzieci z miasta wszystkie. To może ten owad, a może ten kotek, ten, co udawał kotka, powie mu, jak zapanować nad stworkami, jak uratować to wszystko, żeby ten ich głód okiełznać. Wtedy przylecą jakimś statkiem, zależy co przyjmiemy, jaką konwencję. Nie dość, że przywiozą owoce. A teraz by się faktycznie przydał któryś taki. Banany mają chyba białka dużo, nie? Dobra, nieważne. To może jakiś w ogóle nieznany owoc. Przecież to jakieś kosmosy są. Może jakiś białkowy owoc, który jest dobrym substytutem mięsa.
I może ten stworek nauczył go dźwięków, może właśnie jakiejś takiej pieśni. A może on będzie przywoływał inne stworki, a ten zwabi je do światełka i będzie rzucał na przykład owoce i te stworki w takim głodzie będą może na statek wracały. Czy do jakiegoś pojemnika. Pomyślałam o zwabianiu ich, zapędzeniu ich do jakiegoś pomieszczenia, żeby je zabrać z tej planety. A wtedy ten kosmita w todze może on po prostu posprząta ten bajzel, który tutaj ludzie zrobili. Może on wcale nie był zły. Oni się bali tych uszu. Może właśnie sobie wkręcili, że to jacyś kosmici przylecieli ich podsłuchiwać w ogóle. A tak naprawdę ten kosmita po prostu taki zdegustowany przyleci i co za ludzie muszą się jeszcze tyle nauczyć. Posprząta, połączy te światy, ale tylko dzięki temu, że tamci zabiorą stworki, bo inaczej musiałby z tymi stworkami walczyć albo je zgładzić.
Może właśnie ta karta z tą rybką przewodniczką to właśnie byłoby to rozwiązanie, czyli wywabienie stworków. Właśnie też to światełko. Fajnie to się zamknęło w sumie, jak od razu pomyślałam, że jak tamten zaczął świecić na jakieś kolory, to może tutaj też tamten z czarnym futerkiem. Właśnie może przez to, że miał czarne futerko, to był taki zawsze trochę odrzucony, bo on nie mógł świecić. Mimo że na przykład świecił na te jakieś kolory, to nie było tego widać, bo nie miał. Właśnie chciałam powiedzieć, że nie miał koloru, bo czarny to brak koloru, ale miał po prostu czarne futerko. Dlatego musieli coś tam zaimprowizować, wymyślić jakieś specjalne światło, które by imitowało to światło tych stworków. A może on umiał? Wiecie, że jak ten owad mu zamontował jakąś latarnię, to tamten może w tej latarni umiał skumulować to światełko swoje. Bo w sumie skoro futerko mu świeciło, tylko nie było tego widać, to może nawet ta latarnia mogła być takim pryzmatem, albo czymś takim.
Czy jakimś w ogóle kryształem, który by po prostu złapał światło i je przetworzył. Wyemitował z siebie jakby. Przechwycił, nie przetworzył. No dobra, okej, dzisiaj absurdalnie trochę daleko od ziemi, ale chyba to mamy. Mamy problem, mamy rozwiązanie, mamy ciekawe smaczki gdzieś po drodze. Słodkie istotki. Okej, słuchajcie, ja nie przedłużam. Mamy też bardzo dobry czas, bo tydzień temu trochę się rozgadałam. Więc na dzisiaj kończę. Serdecznie dziękuję wam za uwagę.
Naprawdę. Ja słyszałam legendy, że tutaj jesteście, że mam tutaj stałych słuchaczy cotygodniowych. Także ja wam bardzo dziękuję. Nawet jeżeli wiem o was tylko z legend, to jednak się cieszę. Cieszy mnie ta legenda. Niech będzie. Fajnie, że jeżeli trwacie ze mną do końca tego mojego ględzenia, do końca tych odcinków, to w ogóle bardzo dziękuję, że inwestujecie swój czas tak, żeby spędzić go z moim głosem, z moimi pomysłami. Naprawdę jestem bardzo wdzięczna. Dobra, trzymajcie się cieplutko i powiem szczerze, że takie tu się historie kroją, że nie mogę się doczekać następnego tygodnia. Także do usłyszenia za tydzień.
Pa.
[03:32:32] - Ja już państwa uprzedzałem, że dzisiejsze Bibliotekarium z racji targowego czasu będzie nieco krótsze. I rzeczywiście będzie nieco krótsze, ale dawka literacka będzie całkiem spora. Ja państwa zapraszam na archiwum ABW. No to, proszę państwa, prawie półtorej godziny opowiadań. Słuchamy.
[03:33:03] - Julian. Szczęśliwa liczba. „Może się uda” – skoncentrowany wycedziłem przez zęby. Jeśli dam radę i tym razem w tak trudnych warunkach, zostanę bohaterem. Rozległ się sygnał głównego alarmu. Pomiotłem wzrokiem najważniejsze wskaźniki. Padła lewa sekcja silników manewrowych. Cała lewa strona. Jeszcze to. Teraz wylądować będzie dużo trudniej.
Musiałem działać bardzo delikatnie. Wielkość statku, olbrzymi ciąg silników i duże trudności w sterowaniu. Ostra jazda. Oby nie skończyło się kangurami nad gruntem zero, jak w anegdotach o kursantach pierwszy raz z afterami. Wprowadziłem poprawki do komputera. Niech on oblicza. Moja rola to wybrać odpowiednią procedurę. Na bocznym ekranie spostrzegłem jasnobrązową ścianę, która zbliżała się błyskawicznie. To burza piaskowa. Istna masakra.
I bez tego było trudno. Cholerny Mars. Jak zwykle gościnny, nie ma co. Musiałem siadać natychmiast. Uderzenie huraganu w boczną powierzchnię transportowca rzuciłoby nim o kilka, może kilkadziesiąt metrów w najtrudniejszym momencie tuż nad ziemią. Bardzo nierówny teren, ale na nic już nie miałem czasu. Lądując na skalistym podłożu usłyszałem łoskot rozdzieranej stali i giętych wręg. Na stypę, na śmierć zapomniałem o ładunku. Luki wypełnione były do granic nośności. Zresztą na moje życzenie.
Zdjąłem hełm i przetarłem spocone czoło. Daj jeszcze raz symulację lądowania, tym razem patrolowiec. Na przykład na Uranie. Ponownie założyłem hełm. W centrum pola widzenia zobaczyłem skalistą planetę, ale program wszedł w tryb pauzy kilka sekund po starcie. Pan Adelan Deadron proszony jest o założenie skafandra próżniowego i zajęcie miejsca w fotelu. Proszę zapiąć pasy. Lądowisko docelowe nie posiada ciśnieniowego korytarza. Lądujemy za 14 minut. Spokojny głos przekazywał informację z głębokim przekonaniem.
Przestałem sobie zaprzątać głowę symulacją. I tak bym nie zdążył. Podpłynąłem do stacji overolowej. Mój kombinezon, nieużywany od tygodnia, straszył, wisząc jak omdlały. Wciśnięcie się w niego i uszczelnienie połączeń nie zajęło więcej niż trzy minuty. Czułem lekką ekscytację. Może nie miejscem, raczej zadaniem, a dokładniej samodzielnością i odpowiedzialnością, jaką mnie obarczono. W pierwszych trzech miesiącach stażu wysyłali mnie na różne morza Księżyca. Jakieś głupie próby sejsmiczne, pobieranie próbek z nawiertów. Tu też żadna lokalizacja i poszukiwania mało wybredne.
Miałem koncentrować się na wszystkim, na czym kompania mogłaby zarobić. Jednak powodzenie całej misji zależało tylko ode mnie. Na miejscu ktoś mieszkał. Trzeba będzie gnieździć się we dwóch w kilku pomieszczeniach bazy. Z drugiej strony może trafi się sympatyczny koleś. Wszedłem do śluzy. Po wyssaniu powietrza wrota powoli rozsunęły się i rzuciłem pierwsze spojrzenie na nowy świat. Rzuciłem też pierwsze przekleństwo, ale szybko wybaczyłem sobie takie przywitanie Hesperii. Wszystko czarno-białe i miało prawo zrobić na mnie depresyjne wrażenie. Odbiłem się lekko samymi stopami, aby ocenić siłę grawitacji i wyskoczyłem z wysokości kilku metrów, ignorując drabinkę.
Już spadając wiedziałem, że będzie słabo. Skoczyłem za mocno do przodu. Z tego powodu, coraz bardziej gubiąc oś w krótkim locie, uderzyłem nogami o grunt pod kątem jakichś 60 stopni. Poleciałem na mordę. Wyciągając przed siebie ręce, jakoś zamortyzowałem uderzenie. Kiedy tylko wstałem, rozejrzałem się uważnie, czy nikt nie widział tego pechowego starzenia. W oknie pierwszego piętra bazy stał ktoś z rękami założonymi na piersiach i patrzył z beznamiętnym wyrazem twarzy. „To ten koleś” powiedziałem. Sądziłem, że po mnie wyjdzie. Ja bym wyszedł.
W śluzie pospieszyłem się trochę z rozszczelnieniem hełmu. Różnica ciśnień dmuchnęła gwałtownie. Ostro zakłuło w uszach. Oczy oślepione jaskrawym światłem niewiele widziały po rozsunięciu się włazu. Mój współlokator stał tyłem. Klepnąłem go lekko w łopatkę. „Cześć, jestem Adelan.” Odwrócił się powoli i spojrzał mi głęboko w oczy. „Prze-przepraszam.” Chwilę tak zbadałem wzrokiem jego twarz. Ten człowiek miał grubo po siedemdziesiątce. „Witaj na Hesperii.
Co cię tak zatkało? Spodziewałeś się kobiety czy za szybko zdjąłeś hełm?” „Jestem... Nie, skąd. Wiem, wiem. Mówili mi, jak się pan nazywa. Miło mi pana poznać.” „Do końca korytarza i w lewo. Tam jest twoja kajuta. Zaokrętuj się i zapraszam na kawę.” „Skrzynia z moimi narzędziami została przy lądowisku. Może tam zostać?” „Jeśli nic z niej nie ukradniesz, to będzie bezpieczna. Idę zrobić kawę.” Chwilę później trzymałem w rękach kubek z fusami na dnie.
Kto pije jeszcze takie paskudztwo? Gdybym wiedział, zabrałbym jakieś instanty ostatnich kawowych hitów. Facet chyba nie wie, co dobre. „Na długo przyleciałeś?” „Według harmonogramu wracam za tydzień. Chyba że znajdę coś szczególnie interesującego. Pan tu jest od dwóch lat? To musiało być strasznie nudno.” „Nie narzekam. Nigdy się ze sobą nie nudziłem. Chyba że byłem nieprzytomny.” Uśmiechnął się pod nosem. „Ze mną nie będzie się pan nudził.
Nie zgadnie pan, ile się już wydarzyło w moim życiu. Na przykład teraz, jak wsiadałem na patrolowiec. Okazało się, że na wyposażenie wszedł nowy model biokomputera. To PG3. Maszyna jest naprawdę fryczna. Ona ma mózgi trzech piksu, to znaczy świń ustawione w triangel. Miał pan z nią do czynienia?” Może. Jeśli poza mózgiem na resztę trafiłem w konserwach. Jak to? Żart.
W czasach mojej młodości świnie nie służyły do konwersacji, a jedynie konserwacji. To szkoda. Nie zrozumiałem, co w tym śmiesznego. Ostatnio lądowałem na Księżycu w deszczu meteorytów. Było ciężko, ale dałem radę. Zrobiłem niezły manewr. Ręcznie sterowałem ciągiem, bo komputer się przywiesił. Na Marsie było jeszcze trudniej. Lubi pan symulacje? Ten komputer jest niesamowity.
Wszystko jest zupełnie jak w rzeczywistości. Lądował pan kiedyś na czymś takim? Na wszystkim – odpowiedział, przypatrując mi się sam nie wiem jak. Jakoś trochę badawczo. Pewnie mówiłem o niezrozumiałych dla niego sprawach. Tak, z pewnością. I musiał się mocno koncentrować, żeby nadążyć. Pan był komandorem? Czemu tu pana zesłali? Nie miał pan znajomości, żeby się z tego odwirować?
Sam chciałem. Czego tu będziesz szukał? Zastanowiłem się przez chwilę, jak odpowiedzieć, żeby nie urazić starego. Mam nadzieję, że znajdę coś wartościowego i nie będę musiał kończyć wydobycia. Jednak na dziś jeszcze nic nie wiadomo. Mam nadzieję, że twoje doświadczenie pozwoli wykonać obowiązki na najwyższym poziomie i Eldorado nie straci płynności finansowej z powodu pochopnej decyzji zdolnego już prawie eksogeologa. Ależ nie! Firma prowadzi ponad 60 takich inwestycji. Bez obaw, poradzą sobie. A nawet jeśli, pogadam z szefem.
Zawsze coś dla pana znajdą. Mój wzrok padł na telefon. Model rodem z muzeum. Telefon z tarczy – szepnąłem pod nosem. Przepraszam, nie dosłyszałem. Spoglądał na mnie zmęczonym i odległym wzrokiem. Mówię, że telefon z tarczą. Ciekawe urządzenie, zapewne z historią. Tak jak pan – dodałem dużo głośniej. Tak, to prawda.
To jedyny w Układzie Słonecznym bezprzewodowy telefon z tarczą. Świetnie działa, tylko trzeba uważać, żeby się nie potknąć. Niby bezprzewodowy, ale jakiś tam przewód jednak ma. Można powiedzieć, że jest prawie bezprzewodowy. Pierwszy raz wybuchnął głośnym śmiechem. Od razu widać, że dziadkowi mieszają się epoki. Wolałem nie ciągnąć tematu. Podziękowałem za wyborną kawę i poszedłem spać. Jutro miałem rozpocząć badania. Odpuściłem sobie poranną gimnastykę.
Nie miałem aż tyle sił, żeby wystarczyło na ćwiczenia i jednoczesną realizację planu. Za kilka dni mijały dwa lata. Koniec kontraktu. Czułem, jakby to były dwa miesiące. Chciałem pożegnać się z Hesperią, na której zostawiłem cząstkę życia. Po lekkim śniadaniu natknąłem się na młodego wilczka. Dziś zdawał się jeszcze bardziej pluszowy, wypełniony batonikami z karmelem i wagą swojej misji. „Dzień dobry. Dobrze, że pana widzę” – rzucił, zakładając kombinezon. „Ma pan dziś coś ważnego do roboty?
Przydałby mi się ktoś do pomocy. Prosta sprawa. Coś podać albo potrzymać. Zresztą ja powiem wszystko, co trzeba robić. W centrali mówili, że mogę liczyć na pana pomoc.” „Cześć kolego.” Wymusiłem delikatny uśmiech. Przyszło to tym łatwiej, kiedy przypomniałem sobie jego radosne wyjście z patrolowca. Przebywać cały dzień w towarzystwie tego zadufanego dzieciaka było ponad moją wytrzymałość. Mówili? W centrali nie robią nic innego. Przykro mi.
Mam już ustalony harmonogram do końca pobytu. Poradzę sobie. Jestem przeszkolony do takich zadań. Nie wątpię. W kosmos nie wysyłają byle kogo. Zabierz rakietnicę i czerwone flary. Przez radio dogadasz się co najwyżej ze swoim pojazdem. Poczułem ulgę, kiedy wyszedł. Może byłem niesprawiedliwy. Zdziczałem trochę, a tu nagle taki trudny przypadek.
Postaram się być dla niego bardziej wyrozumiały. Dziecko swoich czasów, nie jest temu winien. Podszedłem do leżącego na biurku pamiętnika. Pozostało napisać ostatnie zdanie. Coś, co klamrą zepnie wszystkie wypełnione strony. Nie potrafiłem nic wymyślić. Nieśpiesznie włożyłem go do szuflady i skierowałem kroki do stacji serwisowej kombinezonów. Wybór był oczywisty. Kopalnia odkrywkowa była najbliżej. Działo się tam może i mniej niż w hucie, ale Adonis, czy jak mu tam, miał korzystać z któregoś z pojazdów, a każdy kolejny oderwany od zadań za mocno psuł porządek dnia.
Pozostał dwukilometrowy spacer w jedną stronę. Stąpałem ostrożnie. Teren był trudny, a ja słaby. Niby dwa lata, ale czułem różnicę. Cóż, lepiej nie będzie. Samobieżny laser właśnie ustawiał się przed kolejną ścianą. Miał wypalać kilkumetrowe otwory na górnicze ładunki wybuchowe. Spodziewałem się, że za chwilę maszyna sczyta dokładne dane i zacznie kuć ścianę. Błękitną igłą z dokładnością do jednego milimetra. Zapomniałem, że tu nie ma atmosfery.
Spektakl będzie więc mniej widowiskowy. Akcja rozpoczęła się nagle. Lawa chlupała z powstających otworów i pryskała na wszystkie strony jak fajerwerki w odcieniach bieli, pomarańczy i czerwieni. Maszyna była piekielnie precyzyjna i bardzo szybka. Kiedyś chyba nawet przeglądałem jej dane, ale nie pamiętałem, jaką moc generowała. Z pewnością liczono w megawatach. Stałem i patrzyłem urzeczony. Miniaturowe wulkany bluzgały jaskrawą, białą, płynną skałą, która stygnąc w locie zmieniała barwę. U podnóża ściany czerwieniły się zachlapane połacie. Laser bił w skały krótkimi impulsami.
Czasem, kiedy nitka ogromnej energii trafiła na obłok gazu powstałego wskutek odparowania minerałów, na mgnienie oka można było uchwycić fioletowo-błękitny promień. Dolinę rozświetliły reflektory kolejnego pojazdu przejeżdżającego za moimi plecami. Stałem samotnie, zupełnie z boku i obserwując zmagania tego stalowego jednorożca z grubą tubą na szczycie zapomniałem o bożym świecie. Antrakt w teatrze jednego widza trwał krótko. Buldożer zakręcił gąsienicami każdą w inną stronę i momentalnie ustawił się przed kolejnym celem. Z niedowierzaniem spojrzałem za siebie. Niska ściana, tylko kilka metrów wysokości. Nigdy bym nie pomyślał. Maszyna przeliczała współrzędne do kolejnej salwy. Machnąłem rękami, aby szybciej nachylić się i ruszyć jak najprędzej przed siebie, jak najdalej od tej kamiennej, karłowatej narośli.
Padłem na jedno kolano. Zabolało, jakby mi staw pękł na pół. Kiedy jęcząc z bólu prawie się wyprostowałem, ściemniała osłona hełmu. Blisko przede mną jechał jakiś pojazd. Rozpędzony do absurdalnej prędkości oślepiał mnie rzędem reflektorów. Mikrosłońca rozbłysły po mojej prawej stronie. Stupor czy praktycznie brak drogi ucieczki, efekt identyczny. Stałem. Bestia z prawej za kilka sekund odparuje mnie zupełnie nie przeszkadzając sobie tym w pracy. Druga, ta bardziej z lewej za dwie sekundy mnie rozjedzie.
„Padnij bałwanie!” To był ostatni krzyk umysłu odwykłego od silnych wyrzutów adrenaliny. Spodziewając się, co się za chwilę wydarzy, ruszyłem ostro do przodu. Próbowałem w jakiś sposób zatrzymać pracę wszystkich maszyn na Hesperii, ale jedyny wyłącznik awaryjny był w biurze, a łączności z centralnym komputerem brak. Setki różnych symulacji. Kto sobie poradzi, jeśli nie ja? Plan wykluł się lotem błyskawicy. Nie był może idealny, ale na więcej kalkulowania nie mogłem sobie pozwolić. Samobieżny laser przed momentem zaczął wypalać skały. Aby nie tracić czasu na zbędne manewry na razie jechałem prosto na niego. Hydrauliczne ramię, niezależnie od podskoków na nierównościach wisiało na jednej wysokości.
Znakiem tego żyroskop sprawował się jak powinien. Stary przewracał się. To mogło tylko pomóc. Gwałtowny skręt po zblokowaniu jednej gąsienicy i natychmiast podstawiłem wysięgnik, aby upadł na jego koniec. Robiłem wszystko, aby zapakowany w skafander człowiek wisząc na końcówce ramienia nie odczuł pędu maszyny. Szybko podniosłem go i opuściłem po drugiej stronie kabiny. Był bezpieczny przez kolejnych kilkanaście sekund. Cały świat nagle zrobił salto w tył. Obrazy na monitorach wirowały. Czułem się, jakbym koziołkował w próżni.
Straciłem kontrolę nad pojazdem. Prawdopodobnie wykonałem zbyt ostry zwrot na kamienistym podłożu. Samobieżny laser pojawił się na monitorze przede mną na ułamek sekundy przed zderzeniem. Chwyciłem kurczowo za jakiś uchwyt. Uderzenie nie było silne. Maszyna wzniosła się na tyłach gąsienic i przepchnęła laserowy czołg o dobry metr. Cofając się zdążyłem zanotować, że bezwładne ramię wysięgnika chlasnęło w grubą tubę ciała. Niesamowite szczęście, że wysięgnik w wyniku zderzenia najprawdopodobniej uległ uszkodzeniu. Rurowa obudowa lasera zablokowała się w jednej pozycji. Pojazd nadal raził impulsami.
Pruł ciągle w to samo miejsce. Miał proste zadania i prosty komputer. Rozpoczęta sekwencja nie mogła być zatrzymana. Jego analogowe sterowniki pewnie nawet nie otrzymały informacji, że coś jest nie tak. W okolicy, w jaką celował, powstało niewielkie jeziorko jaskrawo pomarańczowej lawy. Ratrak wycofał się o kolejny metr. Hydrauliczne ramię, ostrą końcówką służącą do rozbijania skał opadło na dach drugiej maszyny. To powstrzymało ostatnie salwy. Niezdarnie wylazłem ze środka pojazdu. Delikatnie, z tym większym wysiłkiem starałem się podnieść leżące ciało.
Z ciężarem na rękach dopiero za trzecim razem porządnie złapałem pion i sprostałem zadaniu. Komandor był na granicy przytomności. Słabe, niezborne ruchy dawały znać, że żyje. Miał uszkodzoną szybę w hełmie Cała w pajęczynie pęknięć. Na szczęście kompania nie oszczędzała na bezpieczeństwie. W bazie były najnowsze modele kombinezonów. Nawet jeśli trochę przepuszczał, wydajny system podtrzymywania życia przez kilkadziesiąt minut poradzi sobie z utrzymaniem minimalnego ciśnienia. Ale czy w trakcie testów ktoś brał poprawkę na tak starego człowieka? Przestał się poruszać. Wszystko to wyglądało coraz gorzej.
Rozejrzałem się bezradnie. Sam nie wniosę go przez własne środka. Przyczepy zostawiłem w bazie. Nie były mi potrzebne. Spojrzałem na ratraka. Wymyśliłem coś. Trochę to ryzykowne, ale jak sądziłem, jedyne sensowne rozwiązanie. Ułożyłem go na maksymalnie wychylonym do góry lemieszu i po chwili ruszyłem w stronę zabudowań. Regulowałem prędkość tak, aby dotrzeć możliwie szybko, jednak całkowicie bezpiecznie. Jeśli doznał jakiegoś poważnego urazu, wstrząsy mogły pogorszyć jego stan.
Tuż przed bazą udało się nawiązać łączność radiową. Wysłałem komunikat o sytuacji zagrażającej życiu człowieka. Główny komputer zarządził alarm. Od tej chwili wszystkie prace na planetoidzie, które mogły być, zostały wstrzymane. Facet miał szczęście. Byłem jedynym, który miał szansę go uratować i zrobiłem to pierwszego dnia pobytu. Dojechałem do bazy. Obudził mnie ból głowy. W okamgnieniu wspomnienia ostatnich wydarzeń zalały mnie zimną falą. Zrobiło mi się wstyd.
Wstyd podwójnie, że zachowałem się jak stary głupiec i co być może ważniejsze, że nie doceniłem chłopaka. Usłyszałem kroki. Szybko zamknąłem oczy. Otworzyłem je po trzech sekundach. Odwlekanie zderzenia ze skutkami braku własnej odpowiedzialności to głupie. „Obudził się pan? To dobrze. Martwiłem się. Jak się pan czuje?” „Kolano boli. Samo chyba nie przejdzie.” „Kolano kolanem, ale był pan trochę niedotleniony.
Z głową okej?” „Prawie. Wiem, jak się nazywam, ale nie pamiętam, jak ty.” „Adelan Dedron.” „Pirx.” Ze zbolałą miną podałem mu rękę. „Wiesz Adelan, chciałem cię przeprosić za wczoraj. Byłem trochę szorstki. Okazało się, że się pomyliłem. Na moje szczęście myliłem się. Dziękuję za wszystkie dni, które mi podarowałeś.” „Każdy zrobiłby wszystko, ażeby pomóc innemu człowiekowi. Szczególnie tu, poza Ziemią, gdzie jesteśmy dla siebie jak bracia. To nasza matka. Musiałaby nigdy nie usłyszeć o menopauzie.” Zaśmialiśmy się obydwaj.
„Panie komandorze, nikomu nie powiem o tej wycieczce.” „Nie mów. Dziękuję ci. Zdradziłbyś ostatni rozdział mojego pamiętnika.” „Nobliwie? Opisze pan to?” „Pewnie. Twoją akcję także. Była świetna.” „Panie komandorze, ale ja...” „Wiem, co mówię. Byłem na granicy świadomości, ale coś pamiętam. Przeniesienie mnie ramieniem, a szczególnie atak na pojazd laserowy. Masz talent, chłopcze.” „Ale ja właśnie chciałem powiedzieć, że pogubiłem się trochę. Miałem-- chciałem powiedzieć, że obaj mieliśmy dużo szczęścia.” „Szczęście sprzyja zwycięzcom.
Nie przejmuj się, nie ma czym.” „Da mi pan w końcu powiedzieć? Ja nie wiem, jak to się stało, jak to się działo. Straciłem panowanie nad maszyną. Wszystko dla mnie wydarzało się zbyt prędko. Co bym nie zrobił, maszyna nie reagowała. Albo moje starania przynosiły odwrotne skutki. To, że pan żyje, to przypadek. Wszystko działo się tak szybko, że nawet gdybym to ćwiczył przez rok na symulatorach, pewnie nie dałbym rady.” Przyglądałem się chłopakowi. Kręcił głową, rozkładał bezradnie ręce. „Nie rozumiem tego” – dodał na koniec.
„Jaki...” Zawahałem się na moment. Znalazłem szybką, pierwsza z brzegu alibi i dopytałem: „Jaki numer miała ta twoja maszyna?” „Czemu pan pyta?” „No odpowiedz proszę.” „Zaraz. Tak. Na pewno żółtą farbą. Czterysta dwanaście. A co za różnica?” Zaskoczony przyglądał mi się nadal. Przestałem widzieć go ostro. Walczyłem, aby jakoś się wchłonęły, żeby ani jedna nie spłynęła. Z tego byłoby trudno się wytłumaczyć. „Widzisz, bo suma daje siódemkę, a to od zawsze była dla mnie szczęśliwa liczba” – odpowiedziałem nienaturalnie zachrypniętym szeptem.
Epilog. Półleżąc, półsiedząc z uszczytnioną nogą, rozglądałem się leniwie i dumałem zarazem. Już nic mnie nie goniło. Życie w Centrum Weteranów na Lunie było wygodne aż do mdłości. Mogłoby się wydarzyć coś, cokolwiek. Jakaś mała panika na przykład. Pielęgniarki biegające z piskiem, strażnik z wyjętą bronią. Ale nie. Wszyscy ułożeni, empatyczni i trochę nudni. Jak już mnie postawią na nogi, coś wymyślę tak na miarę mojego wieku, żeby nie zgnuśnieć, ale i nie zsinieć.
Tymczasem do napisania zostało to jedno ostatnie drażniące mnie zdanie. Trzymając rękopis w dłoniach, przypominałem sobie najważniejsze sceny z ostatnich dwóch lat Przecież podświadomie zakładałem, że nie wydarzy się w tym czasie już nic godnego uwagi. Moja historia była pozornie zakończona tuż przed zapisaniem pierwszego zdania w pamiętniku. Jak będzie po zapisaniu ostatniego? Zastanawiając się cały czas, powolnym ruchem sięgnąłem za pióro, bo jak sądziłem, odnalazłem to, czego szukałem. U kresu mego czasu uzmysłowiłem sobie to, co przeczuwałem sercem przez te wszystkie lata. Zrozumiałem, że życie jest tak zdumiewające, że dopóki będzie szansa na kolejny oddech, dopóty nie da się napisać ostatniego zdania, które byłoby prawdziwie nieomylne. Z tego powodu na koniec z całkowitą pewnością mogę jedynie postawić te trzy znaki. Kropka. Kropka.
Kropka. Bruno Kadyna „Reset”. Basia śpi jak zabita. Powinienem jak ona spać z otwartą japą i smacznie się ślinić. Zamiast tego wiercę się jak dwulatek. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Jestem przecież potwornie zmęczony. Mam tak od kilku nocy, pomimo prochów nasennych. Czas je odstawić, bo tylko mnie zamulają. Wstaję, biorę telefon i idę do łazienki.
Siedzę na dzbanku dłużej niż powinienem, bo zaglądam na Facebooka, Instagram i Twittera. A to trwa. Kiedy jestem przy Twitterze, mdli mnie i odbija się porządnie. Prawie puszczam pawia. Uuu, niedobrze. Przeszukuję łepetynę, czy nie zżarłem czegoś niezdrowego, ale nie przypominam sobie. Jadłem to, co zawsze. I przecież czuję się tak od kilku dni. Przede wszystkim w pracy. A może to właśnie przez robotę?
Nie cierpię jej. Znowu mi się odbija. Odkładam telefon na pralkę i oddycham głęboko. Przechodzi. Coś się ze mną dzieje niedobrego. Nie powiem Baśce, bo będzie się darła, że mam iść do lekarza i nie odpuści. Ta mała pchła jest tak uparta, że prędzej zdechnę od jej trucia niż od tego, co mi tam jest. Lepiej nic nie mówić. Nic mi nie jest, gadam do siebie. To stres.
Wychodzę z łazienki. Idę do kuchni, gaszę pragnienie wygazowaną oranżadą i wracam do łóżka męczyć się dalej. „Znowu kiepsko spałeś?” — pyta Basia. „Mhm” — mruczę. Nienawidzę gadać z rana, szczególnie taki niewyspany i ze świadomością, że muszę iść do tej gównianej pracy. Koła zębate korporacyjnej wyżymaczki będą dziś zgrzytać przeze mnie. To pewne. Dostanę szału, jeśli dołożą mi roboty. Jak przyjdzie ten kierowniczyna esesman, to rozwalę mu na łbie klawiaturę i może w pierdlu się wyśpię. „Mój biedaku, poprawić ci jakoś humor?” Mała unosi jedną brew.
Kocham tę drobniutką, skoczną świntuszkę. „Nie teraz, łobuzico. Kurde, nie czuję się dobrze.” „To od tej chemii, którą się futrujesz. Wiesz o tym?” „Od zawsze tak jem.” „Nasyciłeś organizm syfami i w końcu wysiada. Czas zacząć jeść zdrowo.” „Okej, zacznę” — mówię na odwal. Basia podchodzi. Już widzę, co się święci. Moja śliczna mała kobietka, jędrna i sprężysta. Cycuszki wypięte, kuperek odstaje. „To jak?
Sprawić ci przyjemność?” — pyta. „Muszę się spieszyć. Zobacz która godzina.” „He” — podaje obrazę i zarzuca kuperkiem, wychodząc z kuchni. Co ma znaczyć, żebym żałował. I jakaś część mnie na pewno żałuje. W autobusie zaczyna boleć mnie głowa. W pociągu już napierdziela zdrowo. Może to od czytania na telefonie. Może muszę iść do okulisty. Nie wiem.
Nie mogę usiedzieć na miejscu. Wiercę się. W końcu wstaję. Codziennie te same twarze. Męczy mnie, że nikt ze sobą nie rozmawia. Udaje, że nie widzi drugiego. A przecież już się znamy. Kim my w ogóle dla siebie jesteśmy? Dokąd zmierzamy? „Co za masowy, nieludzki idiotyzm” — mówię na głos.
Ludzie tylko zerkają na mnie i z powrotem w obojętność. Jak poczuję się lepiej, zacznę z nimi gadać. Chociaż spróbuję. Pewnie pomyślą, że jestem jakiś stuknięty, a potem na Facebooku poudostępniają posty o ludziach, którzy robią dobre uczynki. W ten sposób pokażą swoją wrażliwość, ludzką stronę. Żenada. Najgorzej będzie w pracy. Tam prawie każdy zamienia się w lizusa, byle przekonać do siebie przełożonych za wszelką cenę. Bez własnego zdania, życzliwości, empatii, trzymając się rygorystycznie litery korporacyjnego prawa. Przed oczami tylko procedury i formułki.
Jak roboty. Nigdy nie przestanę się wobec tego buntować. W windzie biurowca robi mi się niedobrze, jakby ktoś wstrzyknął mi coś w żyłę. Jestem chyba zielony na twarzy, bo ludzie patrzą na mnie dziwnie. Kiedy siadam za biurkiem w open space'ie i odpalam kompa, wymiotuję na klawiaturę barwną fontanną. Nawet ekran obrywa. Paw jest tak niespodziewany, że nie zdążam się odwrócić i obrzygać kierownika. Podszedł właśnie przypieprzyć się o parę minut spóźnienia. Zostaje natychmiast zwolniony do domu. Jedyne dobre.
„Mogę ukryć nocne nudności, ale nie będę kłamał, dlaczego wyszedłem z pracy zaraz po wyjściu i mam kilka dni wolnego”. „Takie układanie ściemy nie jest zdrowe dla związku, szczególnie tak kozackiego. Jutro rejestruję cię do lekarza” mówi Basia. Nie słyszę, co mówi. Siedzę przy stole w kuchni, podpieram brodę, popijam energetyka i gapię się na las za oknem. „Sławek!” „What?” „Jutro do lekarza”. Krzywię się. „No spróbuj się wykręcać, to wpierdziel” dodaje. Sięga mnie ledwie po pachę, ale to zawodnik, z którym lepiej nie zadzierać. Jesteśmy z sobą dwa lata i jest świetnie.
Zero bzdurnych kłótni czy przepychanek. Jasne sytuacja. Nie wkradają się między nas nieokiełznane damskie emocje i pretensje ani nadmierna męska zlewka i niedocenianie. „Dobra, kurde, pójdę”. „Nikt cię w ogóle nie pytał o zdanie”. Jest tak śmieszna, kiedy się zachowuje w ten sposób, że rozwala mnie dokumentnie. Wstaję od stołu, podnoszę ją i niosę do sypialni na jednym ręku jak dzieciaka. „Gdzie mnie niesiesz?” „Pokażę ci, śpirusko, że nic mi nie jest”. Cieszy się. Ja też.
Zapominam o kiepskim samopoczuciu, ale rano łobuzica i tak rejestruje mnie do lekarza. Wdech, wydech, osłuch, pytania, macanie brzucha, lekarskie gryzmolenie w karcie, skierowanie na badania krwi, sików i już. Robię to wszystko w ciągu trzech dni i oczywiście wychodzi, że jestem zdrów. Dostaję skierowanie na inne badania, między innymi czachy. Wyjdzie na jaw, że jestem pieprznięty. Wcześniej sam dochodzę, co mi jest. Zawsze czuję się gorzej przy kompie, telewizorze i z telefonem w ręku, nawet kiedy gotuję na indukcji. „Mam uczulenie na technikę”. Basia mnie wyśmiewa. Upiera się przy chemii, sztucznym żarciu i napojach energetycznych, że nie jem nic zdrowego.
Wszystko przetworzone, napompowane i zmodyfikowane. Pewnie po części ma rację. „Skąd ci się wzięło, że od techniki?” pyta. „Sama zobacz”. Idziemy do łazienki. Kucam przy sedesie, biorę telefon do ręki, włażę na Instagrama i przeglądam fotki. Po chwili kręci mi się w głowie i wymiotuję. „O kurczę, Sławuś!”. Odkładam telefon i oddycham głęboko. „Widzisz, kurde?” „Nie.
To musi być od czegoś innego”. „Mdli mnie tylko, kiedy siedzę przed kompem albo patrzę w telefon”. Podnoszę się, płuczę gardło i myję zęby. „Może to jakieś uczulenie na promieniowanie z elektroniki czy coś” mówi Basia. „Mhm. Haha. Tak”. Wypluwam pastę i płuczę usta. „Po tylu godzinach grania w Force of Globaliti wcale się nie dziwię, że mózg ci się zlasował. Ile można grać?” Dostaję klapa w dupę.
Prostuję się natychmiast, bo zapiekło. Te małe łapki są naprawdę cięte. „Nie, bo tobie się nie lasuje od tych seriali, wieśniaro”. „Chcesz kopa w jaja?” „Zawinąć cię w ręcznik i zrobić naleśnik, klucho?” „No spróbuj tylko”. I wystarczy. Żarłoczne pożądanie dopada nas natychmiast. Jest między nami jakieś dziwne, niesamowicie dzikie uczucie. Potrafimy rozmawiać na trudne tematy, czytamy razem, gramy w gry planszowe albo gotujemy, ale wystarczy mały impuls nie wiadomo skąd i każde zajęcie kończy się w łóżku. W końcu zeżrę tę małą małpę albo ona mi coś odgryzie. „Co ci jest?” pyta Basia.
„Znowu mnie mdli”. „To odłóż telefon”. Kręcę głową i odkładam. Wkurza mnie, że nie mogę nawet sprawdzić, co w trawie piszczy. Zaczynam się bać. „Jutro idziesz na badania”. Przewracam oczami. „Co? Bez dyskusji, chłoptasiu”. Nie dyskutuję.
Nie ma sensu. „Masz ochotę na spacer?” pytam. „Nie mam siły”. Zagrzebuję się w betach. Tylko nos wystaje. „Nie marudź, tylko się ubieraj. Idziemy do lasu. Musimy się dotlenić” mówię. „Ty musisz. Ja zostaję w łóżku”.
„Co?” Wychyla buzię spod kołdry. „Ty musisz. Ja zostaję w łóżku”. „Wstawaj, poniosę cię na barana”. Taka mała babeczka jest bardzo praktyczna. „Jeszcze zakręci ci się w głowie i mnie zrzucisz. Nie chcę”. „I potoczysz się jak ten jeżyk w zarośla”. „Uważaj, żebyś ty się zaraz nie potoczył, dziki wieprzu”. „No już wyłaź, bo cię wyciągnę”.
Podchodzę, a ona znika w czeluściach pościeli. Wsuwam rękę pod kołdrę i szukam, ale wymyka się, kiedy tylko jej dotknę. W końcu łapię małą stópkę, wyciągam bez wysiłku i całuję. Nie może jej wyrwać, tylko rzuca się i kotłuje. „Przestań, dziku, proszę. Zabierz ryja”. „Ryja?” Dodatkowo podgryzam i liżę, żeby łaskotało bardziej. Kiedy widzę, że ma dość, puszczam. Stopa natychmiast znika pod kołdrą. „Fuj, jaka mokra!
Obrzydlistwo”. Ubieraj się, idziemy. Idź sam dziku. Powinnaś wykorzystać wolne i zaczerpnąć świeżego powietrza. Jutro pójdziemy razem. Dzisiaj cały dzień chcę spędzić w łóżku. Jak chcesz. Zjem i idę. Czekam przy stole w kuchni, aż zupka chińska się zaparzy. Patrzę za okno.
Dopiero niedawno się dowiedziałem, że to największy las w północnej Polsce. Ciekawe, czy można w nim zabłądzić. Chyba nie ma już takiego lasu czy puszczy w naszym kraju, gdzie można by się zgubić. Najwyżej po pijaku. Zupę popijam szklanką coli. Odbija mi się niezdrowo. Jest źle. Chyba mała ma rację. Za dużo sztucznego żarcia. Czekam, aż mi przejdzie, ale żołądek wścieka się i wygania mnie do łazienki.
Chcę jak najszybciej wyjść. Sam nie wiem, skąd ten pośpiech. Może przez pracę, w której normalnie o tej godzinie zasuwam jak chomik w kołowrotku. Może organizm to kuma. Idę do kuchni napić się wody. „Wyluzuj chłopie. Relaks” – gadam do siebie. Co mówiłeś prosiaku? – słychać z sypialni. – Ubieraj się i chodź ze mną.
Cisza. Wiedziałem. Pewnie jak wyjdę, włączy jakiś odmóżdżający serial. Patrzę za okno. Wciąż myślę o drzewach, liściach, o leśnym zapachu i zwierzętach. Dziwne, bo mieszczuch ze mnie pełną gębą. Nie przepadam za przyrodą, nie ciągnie mnie. W dupie mam, że wycinają lasy i puszcze. Obcowanie z naturą ograniczam do plaży i kąpieli w morzu. A teraz cieszę się, że pójdę do lasu.
Naprawdę dziwne. Mieszkamy tu od roku i na palcach jednej dłoni można policzyć, ile razy tam byliśmy. Wkładam szklankę do zmywarki. Przed wyjściem mam ochotę znów wyłowić stopę Basi, ale powstrzymuję się. Jeszcze się podjaram i nie wyjdę. Wychodzę pipko. Nie biorę telefonu. A idź dziku, przynieś trufli. Wchodzę do lasu. Wczoraj padało i dziś ładnie pachnie.
Biorę duży haust powietrza. „Aaa” – wypuszczam głośno. Ups! Zawstydzam się. Jeszcze ktoś mnie weźmie za świra. Ludzie na pewno tłumnie spacerują tu z psami. Widzę jakąś panią w oddali między drzewami. Dotyka jednego. Idę głębiej. Słońce przebija przez korony.
Gra świateł i cieni przyjemnie uspokaja. Ptaki, drądzioby, cichną odgłosy osiedla. Miałem gdzieś drzewa. Szczególnie to, jak się nazywają. Nie żebym ich nie lubił, są mi po prostu obojętne. Ale teraz mam ochotę ich dotknąć. Podchodzę do sporego z gładką, szarą korą. Zbliżam kinol i zaciągam się porządnie. Ale pachnie! Znowu się zapominam.
Uciekam stąd żwawo, jakbym pierdnął głośno w galerii handlowej. Nawet widzę kilka osób między drzewami. Im dalej w las, tym czuję się lepiej. To był dobry pomysł nawdychać się świeżego powietrza. Dotykam kolejnych drzew. Obejmuję, przytulam i wącham. Mam nawet ochotę posmakować. Ale przecież to wariactwo lizać korę. Nigdy taki nie byłem. Debil.
Czuję dziwną tęsknotę, jak za babcią, jakąś rodziną z przeszłości, której nie poznałem, bo umarli długo przed moim urodzeniem. Ale jest między nami jakaś silna więź. Zielonego pojęcia nie mam, skąd to się wzięło. Zbaczam ze ścieżki pomiędzy drzewa i po kilkudziesięciu metrach wychodzę na malutką polanę zalaną światłem. Trawa wygląda jak miękkie, soczyste posłanie. No proszę, ale tu fajnie. Kiepskie samopoczucie dawno minęło, za to ogarnia mnie znużenie. Dają o sobie znać nieprzespane noce. A co tam, mam wolne. Kładę się na chłodnej trawie.
Nade mną błękit nieba okolony zielenią. Płyną chmury leniwe. Wielkie pierogi. Żałuję, że nie ma ze mną Basi. Polanka jest dobrze ukryta. Można tu siedzieć na golasa, nawet pofiglować. Następnym razem łobuzica się nie wykręci. Weźmiemy koc, żarcie, jakieś wino i spędzimy tu trochę czasu. Zamykam oczy. Słucham ptaków, szmeru liści.
Jest tak przyjemnie i kojąco, że odjeżdżam. Nie wiem, jak długo śpię. Budzi mnie ciepły podmuch i dziwny odgłos. Otwieram oczy i prawie robię w gacie. Widzę łeb rudej krowy albo byka. Zasłania mi cały świat. Sapie na mnie. Ani drgnę. Ma ogromne rogi, jakieś nietypowe. Zastanawiam się, skąd tu bydło.
Jest w lesie jakieś gospodarstwo? Staram się odsunąć i nie rozjuszyć bydlaka. O ja pierdziu! Widzę coś gorszego. Obok byka siedzi niedźwiedź. Prawdziwy wielki grizzly czy coś. Jak z filmu z Leonardem DiCaprio. Łeb ma ogromny. Patrzy na mnie małymi ślepiami jak naćpany psychopata. Dziury w nosie ma jak tunele.
Czuję mrowienie poniżej pasa, ale chyba niczego nie popuszczam. „Dobra, tylko spokojnie” – myślę. Wycofuję się na siedząco i trafiam głową na coś włochatego. Przełykam ślinę. Najchętniej zamknąłbym oczy i udał, że mnie tu nie ma. Odwracam się powoli. Wielki szary pies siedzi sobie i pochyla nade mną. Może wilk? Za nim widzę kilka podobnych osobników. Rozglądam się.
Pełno dookoła zwierzaków. Jakieś wielkie ptaki drapieżne chyba. Jest lis, ryś, jakieś wydry i mały miś podobny do skunksa. Za nimi sarny i jelenie z wielkimi rogami. Chyba jelenie. Nie znam się. Kurde, i łoś! Taki jak w serialu „Przystanek Alaska”. Ten ma gigantyczne poroże, czy jak to się nazywa. Wyglądają jak wielgaśne, szerokie dłonie.
Żałuję, że jestem takim ignorantem w kwestii zwierząt i przyrody, ale jedno rozumiem już dobrze. Dlatego jestem spokojny. „Nie ma was. Śpię jeszcze” – mówię głośno. Nie reagują, więc na pewno śpię. Nie mam wątpliwości. Takie zwierzaki w takim lesie? I nie atakują mnie ani siebie nawzajem. To abstrakcja. Zaraz pewnie któryś zacznie gadać.
„Jakaś Narnia czy coś?” – mówię i wstaję. Las też wygląda inaczej. Drzew jest więcej. Dookoła wielkie paprocie i gęste krzaczory. Pełno powalonych drzew porośniętych mchem. Las wygląda jak nieruszony przez człowieka. Tak tu nie było, kiedy przylazłem. Musiałbym się przedzierać. Zarośla zaszeleściły. Co teraz wyjdzie?
Lew czy jakiś człowiek pierwotny? Pytam się byka i miśka. Szelest zamienia się w trzask łamanych gałęzi. To nie człowiek ani nawet lew. Korony drzew trzęsą się jedna po drugiej. Sen? Nie sen. Muszę przyznać, jestem z lekka spiętrany. Z mroku wyłazi olbrzymi żubr. Nie taki, jakie żyją w puszczy, ale taki jak z reklamy piwa.
Wielkie rogi wyrastają ze łba z jednej i drugiej strony jak długie ciosy słonia. Można by na nich rozwiesić pranie. Zbliża się. Ale z ciebie kloc. Ma niesamowicie szeroki nos. Morda porośnięta skołtunioną sierścią. Prawie nie widać oczu. Jest wyższy ode mnie o jakieś półtora metra, a mam ponad metr osiemdziesiąt. Jak słoń. Byk wygląda przy nim jak cielak, a niedźwiedź jak, kurde, Puchatek.
Trawa prawie się kładzie od jego oddechu. Czuję podmuch. Pewnie zaraz odezwie się głosem Fronczewskiego i powie, że nie ma jak towarzystwo żubra czy coś. Czekam na to. Ale nie gada. Patrzy na mnie z zaciekawieniem, jak reszta zwierząt. Jakby szef wszystkich szefów przyszedł sprawdzić, co się dzieje na jego ulubionej polance do srania. Sen jest naprawdę rzeczywisty. Czuję nawet zapachy. Ten olbrzym śmierdzi gorzej niż spocony robol w autobusie w upalny dzień.
Zbliża łeb, wącha mnie i parska, aż mi koszulka faluje. Widocznie śmierdzę mu tak samo jak on mnie. Sprawdzam, czy mnie obsmarkał. Burak z ciebie niewychowany, ale rogi masz kozackie. Można by usiąść jak na gałęzi albo zawiesić huśtawki dla dzieci i jeszcze byłoby miejsce. Bydlę odwraca się z zadem do mnie. Dupę masz ufajdaną koło ogona. Nie reaguje. Znika w lesie. Reszta zwierząt też się rozchodzi.
Zostaję sam. I co teraz? Mógłbym się położyć, ale jakoś się rozbudziłem w tym śnie. Spróbuję wrócić do domu. Ciekawe, czy zaraz wszystko się rozjedzie i znajdę się w Łodzi na morzu. Albo moja przyszła teściowa poda do stołu, gdzie siedzą już zwierzaki z polanki ubrane w garnitury, a ja się spóźniłem i jestem na golasa, rzecz jasna. Zarośle utrudniają przedzieranie. Wszystko jest inaczej. Ptasie wrzaski są głośniejsze niż na jawie. Pełno dookoła życia.
Nie ma ścieżki, którą szedłem. I sen jest spójny. Nic się nie rozjeżdża. Zaczynam się bać, jakbym rzeczywiście się skubił. W mordę. Mega rzeczywisty sen. Mam nadzieję, że idę w stronę osiedla na południe. Chyba. Nic nie wygląda jak wcześniej. Paprocie, krzaki i zagajniki przeszkadzają jakby specjalnie.
Pełno wszędzie powalonych drzew i wiatrołomów. Wyrżnąłem się dwa razy i podrapałem trochę, a uświniony już jestem jak menel. Muszę uważać, żeby nie złamać giry. Wydaje mi się, że idę bardzo długo. Pewnie dlatego, że nie jest łatwo. Niektóre zwierzęta podchodzą za blisko. W rzeczywistości by tak nie było, ale to i tak niewielki odchył jak na sen. Pogwizduję dla kurażu, bo sraczka w majtkach coraz większa. Dobrze myślałem, że osiedla nie ma. Pewnie nic nie ma.
Widać śnie o odległej przeszłości. Może cała Polska to las. Pewnie nie ma jeszcze Polski. Zero ludzi albo bardzo mało. Tylko Malbork, Frombork, Gniezno. Jakieś grody otoczone fosą, coś takiego. Gówniany byłem z historii. Kretyńskie myśli. Wszystko przez to, że to takie prawdziwe. Słyszę najdrobniejszy dźwięk, nawet ziewanie komara i powietrze smakuje świetnie.
Świeżo jak nigdy. Mózg jest niesamowity. Stworzył każdy szczegół. Rozglądam się sam nie wiem za czym. Mam dość. Chcę się obudzić i wrócić do Basi. Ale szczypanie tu i ówdzie i trzepanie w pysk nic nie daje. Łażenie nie ma sensu. Siadam na powalonym drzewie. I co teraz?
Do zachodu słońca jeszcze trochę, ale w gęstym lesie mrok zapada szybciej i ciągnie od niego chłód. Koszulka i krótkie spodenki marnie grzeją. A co jeśli przeniosłem się w czasie? Śmieszne, ale pomysł zostaje w głowie. Wszystko przez realność tego snu. Ale muszę mocno spać. Jeśli przeniosłem się w czasie, hipotetycznie oczywiście, bo wiadomo, że to bzdury, to doszło do tego na polanie. Wracam tam. Po co tu siedzieć? Osiedle nie istnieje, a las pewnie ciągnie się aż do Adriatyku i Morza Śródziemnego.
Tylko jak teraz znaleźć polanę? Jest coraz ciemniej i straszniej. Nic nie widzę. Próbuję iść tak samo. I lipa. Gdzie ja w ogóle jestem? Czuję mrowienie w dupie jak wtedy, kiedy zgubiłem się w magii. Zapomniane uczucie, które żywo wraca. To ciekawe. Widać jest w nas pełna gama emocji.
Niektóre nigdy nie wychodzą na wierzch, ale są w środku uśpione na specjalne okazje. W tym lesie nie da się nie zgubić. Księżyc słabo świeci, chmur jest za dużo. Słychać coraz więcej, a widać coraz mniej. Czuję podmuch skrzydeł jakiegoś wielkiego ptaka. Przelatuje tuż nad głową. Ożeż w ryj! Kucam. Ostatni koszmar śnił mi się w dzieciństwie i chyba nigdy tak realny. To pewnie od tych problemów ze snem i zdrowiem.
Coś na przemian pohukuje, pobiskuje, szaleści i łamie gałęzie. Zaraz narobię w gacie. Kawałek dalej dociera do mnie, że to nic nie da. Równie dobrze mogę kręcić się w kółko. Lepiej znaleźć schronienie. Łatwo powiedzieć. Szepczę. Myślę, żeby zagrzebać się w liściach i liczyć, że nic mnie nie zeżre. Dziwne, że do tej pory jestem cały. Co to za durny sen?
Wpadam na inny pomysł. Wlezę na drzewo. Na drzewie bezpieczniej, choć w liściach pewnie trochę cieplej. To sen przecież. Wybieram liście. Co to? Wielki kształt nade mną. Serce wpada w panikę. Zaraz rozerwie mi klatę albo ucieknie dupą. To coś szeleści, zbliża się, a ja nie mogę się ruszyć ze strachu.
Chcę się obudzić. Teraz to idealny moment. Już się kurde wyspałem. Kiedy kształt jest jakieś 2 metry ode mnie, rozpoznaję tego wielkiego żubra. Teraz zaatakuje. Tak się boję, że trzęsę się jak pinczer na mrozie. Zbliża gigantyczny łeb, parska i trąca mnie lekko. Czego? Znów trąca. Chyba chce, żebym za nim poszedł.
Idę. Co mi szkodzi. Ależ śmierdzi. Rozpoznaję polankę dopiero kiedy na niej jesteśmy. Sam bym tu nie trafił. Co teraz? Żubr mruczy, pochyla łeb i skubie trawę. Rozglądam się chwilę i siadam. Co innego robić? „Dzięki" mówię i się śmieję.
Takie to idiotyczne. Tutaj się zaczęło. Położę się, zasnę i może obudzę z tego porąbanego snu. Trzęsę się z zimna. Spałem jak zabity. Później pewnie rozwali mnie przeziębienie wszech czasów. Zaczyna świtać. Prażubra nie ma. Po puszczy ani śladu. W porównaniu z nią las wygląda jak park albo jak drzewa między grobami na cmentarzu.
Aż smutno jakoś. W mordę. Całą noc tu byłem. Myślę o mojej świętoszce. Ależ się musi martwić. Powrót do przyszłości. Zrywam się i pędzę w stronę ścieżki. Jest! Po kilkunastu minutach między drzewami w brzasku wyłania się osiedle niczym zaginione miasto Majów. Co za ulga.
Basia wrzeszczy, kiedy słyszy mnie przez domofon. Dobrze, że jest w domu, bo nie wziąłem kluczy. Wyszedłem przecież na chwilę. Jestem brudny tak samo jak we śnie. Mam też te same zadrapania. Lunatykowałem? Nie wiem, jak to wytłumaczyć i nie mam teraz na to siły. Mózg potrafi płatać figle i tyle. „Sławek!” Wskakuje na mnie. Przywiera tak, że dynamitem bym nie oderwał.
„Dusisz mnie, babo.” Zaskakuje i wyprowadza cios w bęben. „O tfu.” Zginam się wpół. Od razu dostaję kopa w zadziec. Prostuję się. „Co ty? Gdzie byłeś? Jak ty wyglądasz?” „W lesie przecież.” Łapię tę małą pchłę i zanoszę do sypialni. Rzucam na łóżko, ale natychmiast się podrywa. Nie odczytuje mojej tęsknoty jak trzeba. Pracuję w trybie wojowniczym, nie romantycznym.
„Co się z tobą działo?” „Zabłądziłem w lesie” – próbuję się zbliżyć. Odskakuje. „O nie, nie bratku. Gadaj, co się z tobą działo. Niebo i ziemię poruszyłam. Byłam na policji.” „Na policji? Po co?” „Gadaj!” Szykuje się, żeby znowu mnie przelać. „Zaraz wszystko wyjaśnię.” Unoszę łapska. Poddaję się. „I wio do łazienki, śmierdzielu.” „Najpierw zjem, bo zdechnę.” Myję się i opowiadam, że chciałem tylko poleżeć, ale zasnąłem głęboko.
Basia siedzi na sedesie i obdzwania wszystkich. Daje znać, że się znalazłem. Wycieram się i próbuję zwrócić jej uwagę. Prężę się, wyginam, a odwracając się prawie pacam w głowę swoją najważniejszą kończyną. Ale mała jest za bardzo przejęta, żeby to odczytać jak trzeba. „Głupi jesteś” – strzela mnie w poślad. Zapiekło. „Szukaliśmy cię. Niektórzy wzięli psy” – wyrzuca z pretensją. Policja olała sprawę, bo od zniknięcia nie minęły 24 godziny.
Wyobrażam sobie tropiącego Ratlera Hanki yorka Kuby. Śmieję się i dostaję w łeb, bo małej nie jest do śmiechu. „Widocznie nie trafiliście na polankę.” „Trafiliśmy na całe mnóstwo polan i polanek. A ilu spotkaliśmy dziwnych ludzi. Przytulali się do drzew, leżeli na liściach.” „Świrów nie brakuje.” „Obeszliśmy tylko połowę. Kuba tak zaplanował poszukiwania, żebyśmy niczego nie pominęli.” „To w końcu survivalowiec.” Czuję zazdrość. „Szukaliśmy do późnej nocy. Z samego rana mieliśmy szukać dalej. Wysłał mi mapę, co już sprawdziliśmy.” Basia odpala komputer, a mnie znów kręci się w głowie. Awersja do elektroniki nie minęła.
Fajnie, że w lesie czułem się wybornie i przynajmniej pospałem. „Stanę z tyłu” – mówię. Oglądamy mapę. Na przeszukanym terenie nie widać polany. Zdjęcia satelitarne też jej nie zdradzają. Widocznie jest za mała. Ale wiem, gdzie się znajduje. Mniej więcej. Na pewno tam, gdzie szukali. Powinniście bez problemu mnie znaleźć śpiącego na łonie natury, na samym jej futerku.
Łapię Basię od tyłu za piersi. Ręcznik, którym jestem zawinięty poruszył się. „Zabieraj łapska. Nie zasłużyłeś.” „Biorę, co moje.” „Nie twoje, skoro wolisz futerko natury zamiast mnie gładziutką.” „I po co to przekomarzanie, pchełko?” Załącza jej się tryb ulękły i namiętny. „No chodź” – mówię. Biorę ją na ręce i niosę do sypialni. Patrzę w zielone oczy, na malutki nosek i lekko kuszący uśmiech. „Ale ty jesteś śliczna koteczko.” W sypialni moja stopa wita się małym palcem z nogą łóżka. „Ała! Kurde.
Szlag.” „Ha, ha, ha, ha, ha” – śmieje się ze mnie zaraza. Wypuszczam ją z rąk na wyro. Odbije się jak piłeczka. „Zaraz nie będziesz się śmiała.” Siadam i masuję giry. Basia przestaje się śmiać, a ja cieszę nią oczy. „Niefajnie długo cię nie widzieć, ślicznotko” – mówię. „Musisz się teraz dobrze przyjrzeć.” Zdejmuje koszulkę. „Przyjrzę się z bliska.” Zapominam o palcu. Leżymy. Patrzę na las za oknem.
„Chcesz zobaczyć tę polanę?” – pytam. „Możemy iść, ale wcześniej kawy bym się napiła.” „Okej.” Zabieram do łazienki telefon. Sprawdzam nieodebrane połączenie, SMS-y i wiadomości na WhatsAppie, potem Fejsa, Insta i Twittera. Zawroty głowy prawie ściągają mnie z klopa, ale nie odpuszczam. Wpisuję w Google „wilk” i szukam grafik. Te w moim śnie były większe. Wpisuję też „pierwotny żubr” i wyskakuje podobne bydle jak ten mój. Coraz bardziej kręci mi się w głowie. W końcu wymiotuję. „Co mi jest, kurde?” Nie poddam się.
Płuczę usta, siadam na podłodze i szukam dalej. Łudzę się, że w końcu się uodpornię. Szukam zdjęć byka. Ten mój był sporo większy od zwykłego i rogi miał inne. Jak był prażubr, to może był też tur. Wpadam. Te w necie wyglądają podobnie. To musiał być tur. Czuję się jeszcze gorzej. Odkładam telefon, łykam powietrze i próbuję nie zemdleć.
Jak mam funkcjonować? Jak pracować? „Muszę iść do tego lekarza” – mówię do siebie. „Dzisiaj miałem iść na badania.” Nawet mała zapomniała. Puka do drzwi łazienki. „Sławek, idziemy?” „Już wychodzę.” Dźwigam się z podłogi, myję twarz w zimnej wodzie i wychodzę. Telefon zostawiam przy pralce. Nigdy się z nim nie rozstawałem i dbałem jak o dziecko swoje ukochane, a teraz gardzę jak czymś wstrętnym. Na dworze jest ładniej niż wczoraj. Idziemy za rączkę.
Wygłupiamy się jak młodzi zakochani, tylko deczko stuknięci. Popychamy się, podstawiamy sobie nogi, wrzucamy szyszki za kołnierze. Muszę uważać z doborem siły. Kiedyś pchnąłem kruszynkę za mocno i wleciała w pokrzywy. Odwdzięczyła się błyskawicznie. Wrzuciła mi w gacie szyszkę i zapaliła kopa. Dobrze, że zatrzymała się na pośladku, a nie we wrażliwszych rewirach. „Słyszysz ptaki? Nieźle, co?” Pytam. Baśka patrzy na mnie zdziwiona.
„Zawsze miałeś gdzieś, jak mówiłam, że ładnie śpiewają.” „Wczoraj zacząłem zwracać uwagę. Kurde, nie mają ust, tylko dzioby. Nie mogą ich układać jak my, a wyśpiewują takie melodie, zmieniają tony i tak dalej. Słyszysz tego, jak napieprza pięknie?” „Naprawdę jesteś chory. Albo dojrzewasz.” „To romantyzm, wieśniaro.” Dochodzimy do ścieżki. „A tej co?” Pyta Basia. Młoda kobieta przytula drzewo. Wącha świerk? Może chce zgwałcić. Głupek.
Przechodzimy obok. Nie istniejemy dla niej. Skupia się na pniu. Wącha, obejmuje, jakby witała bliską osobę po rozłące. Pełno takich wariatów widzieliśmy wczoraj. Nie gap się tak. Dostaję kuksańca w bok, bo dziewczyna jest ładna. Ciekawe dlaczego się tak zachowuje. W głębi lasu obraz kobiety się ulatnia. „Już niedaleko” mówię.
„Zaraz odbijemy na polankę.” „Sławek” Mała szepcze i ściska moją rękę. „Co?” „Patrz.” Pokazuje na coś między drzewami. „Tam ktoś jest” mówi. „No to co?” „Na ziemi. Wczoraj widzieliśmy dwie osoby, jak tak leżały, ale ruszały się i nie podchodziliśmy.” W końcu widzę. Kilkanaście metrów dalej leży facet zagrzebany w liściach. Może ten nie żyje. W głowach włączają się projekcje zbrodni, że ktoś kogoś zamordował i w pośpiechu chował ciało. „Rusza się” mówię. Zdemaskowany mężczyzna odwraca głowę, jakby się wstydził.
„Halo. Pomóc panu?” Pytam. Nie odpowiada. „Może coś mu się stało” mówi Basia. Patrzę na bezstrachę i uśmiecham się. „No co?” Pyta. Facet nie jest zakryty zupełnie, wystaje w kilku miejscach. Chowa twarz, kiedy podchodzimy. Jest jakoś w moim wieku. Po dwudziestce, max trzydzieści lat.
Kucam. „Hej kolego. Coś się stało? Możemy jakoś pomóc?” Pytam. „Nie, proszę mnie zostawić.” „Okej” mówię i wstaję. Mnie tyle wystarczy. „Ale dlaczego pan tak leży? Zdradzi pan powód?” Pyta Basia. „Ścipskie baby” myślę. Ale chłop odpowiada: „Wiem, jak to wygląda.
Proszę mnie zostawić.” „Możemy zadzwonić po kogoś. Tylko z domu, bo nie wzięliśmy komórek” mówi mała. „Nie zwariowałem. Moi już próbują mi pomóc. Proszę mnie zostawić.” „Ale co panu jest?” „Nie wiem. Inni też to mają. Nie mogę wrócić do domu.” Żarcik mi się nasuwa. Wypalam: „No tak, wielu ma żony zarazy.” Dostaję z łokcia od Baśki. „Zaczęło się od elektroniki i samochodu” mówi gościu. Zamieramy.
Facet siada. „Co się zaczęło?” Pytam. „Wymioty i mdlenie. W domu było coraz gorzej. To jakiś wirus cywilizacyjny. Badają moją krew. Żona z bratem i z mamą załatwiłem wszystko, bo ja musiałem uciec ze szpitala.” „Dlaczego?” Pyta mała. „Umarłbym tam. Jestem już wrażliwy na wszystko, co sztuczne. Dadzą mi pewnie jakieś leki odczulające.” „Na pewno.
Proszę się nie martwić” mówi Basia. „I tylko tutaj czuje się pan dobrze?” Pytam. „Tak. Blisko ziemi i drzew. Mam halucynacje. Nawet ciekawe.” „Jakie halucynacje?” Pytam. „Ziemia mówi do mnie, jak to było kiedyś. Jak powinno być.” „Jak mówi?” „Mieszkam w szałasie. O, tam w wąwozie.” Pokazuje głową kierunek. „Sam zbudowałem, bo w sztucznym namiocie bolała mnie głowa.
Często budzę się w innym miejscu. To znaczy w tym lesie chyba. Ale setki albo tysiąc lat wcześniej. Tak ziemia do mnie mówi. Jestem pewien.” Czuję mrowienie w gaciach. Coś tam się skurczyło. „Po co?” Pytam. „Nie wiem. Jestem tam, dopóki znowu się nie położę i nie obudzę. Chociaż ostatnio coraz częściej kładę się i budzę dalej w przeszłości.
Boję się, że zostanę tam na zawsze.” Teraz stado ciarek przebiegło mi przez plecy. „Widzisz zwierzęta?” Pytam. „Mnóstwo. Nawet wymarłe gatunki. Co, ty też?” „Nie. Musimy iść. Trzymaj się.” Odciągam Baśkę. „Czekaj. Czemu już chcesz iść?” „Może nas zarazić. Chodź” szepczę.
„Wygląda na to, że już jesteś chory. Sławuś. Wystraszyłeś się?” Nie odpowiadam. Pokażę jej polanę i wracamy do domu. „Sławek, mów do mnie.” „To nie może być prawda.” „Co takiego? Ty też masz takie objawy.” „To świr. Złapaliśmy jakiegoś wirusa i może podrażnia go elektronika jak mnie. Ale on sobie wkręcił, żeby mieszkać w lesie. To wariat.” „Myślisz? Ja nie mam zamiaru przeprowadzać się do lasu.
To paranoja.” Opuszczamy ścieżkę i po chwili jesteśmy na polance. „To tu?” Pyta Basia. „No tu.” Zadowolony mrużę oczy przed słońcem. „Fajnie, nie? Przyjedziemy tu jutro z kocykiem i pogilam cię trawką po cyrkach.” „Sławek, my tu byliśmy.” „Nie byliśmy tu jeszcze.” Już widzę, jak dobieram się do jej stópek. „Byliśmy tu, kiedy cię szukaliśmy. Na pewno.” „Niemożliwe. To musiała być inna polanka. Spałem tu przecież.” Wskazuje soczysty zielony dywan. „Było ciemno.
Pomyliło ci się.” „Nie dziku. Byliśmy tu na pewno.” „Nie wierzę.” Kobieca orientacja w terenie jest słaba. Nie ma sensu ciągnąć tematu. „No to nie wiem. Fajnie tu, co?” Pytam. „Martwię się o ciebie, dzikusie. Ty też lepiej czujesz się w lesie, co? Widzę po tobie różnicę.” „Każdy przecież dobrze czuje się w lesie.” „A co jeśli rzyganie od telefonu to dopiero początek?” Łapię małą w talii i podnoszę wysoko. „Przestań szukać problemów, świrusko. Nic mi nie jest.” „Postaw mnie.
Tam ktoś jest.” „Kurde, znowu? To miała być nasza prywatna polanka.” Basia ląduje na nogach. Odwracam się w kierunku, w którym patrzy. Widzę ludzi między drzewami. „Następni stuknięci?” Pytam. Kawałek dalej, oparci o drzewo siedzą jacyś ludzie. Chyba trzy osoby. Jedna z nich wstaje. Kobieta. „Idzie tutaj.
Sławek, boję się.” „Uspokój się.” Zatrzymuje się na skraju drzew. Wygląda normalnie. Ma jakieś 40 lat. „Przepraszam państwa. Macie może telefon? Gdybyście mogli zadzwonić do mojego męża, byłabym ogromnie wdzięczna.” „Nie mamy. Przykro nam” mówi Basia. „Ach, szkoda. Też to macie?” „Co mamy?” Pytam. „Tę alergię na wszystko, co sztuczne.” Patrzymy na siebie.
Małej drży broda. „Ja mam” mówię. „Jakie stadium?” „Nudności od komórki i komputera.” Czuję się jak na jakimś meetingu chorych na to samo. Kobieta kiwa głową. „Potem jest gorzej?” Pyta Basia. „Wrażliwość na chemię w jedzeniu, na plastik, nawet na farbę na ścianach, na sztuczne ubrania. Może być tylko bawełna bądź len. Cały nasz świat jest sztuczny, a przecież my nie jesteśmy sztuczni. Zawsze to mówiłam.” Kobieta chowa twarz w dłonie i zaczyna płakać. Basia też już płacze.
„Spokój mała.” Ściskam jej rękę. Jeden z towarzyszy kobiety podchodzi i ją obejmuje. „Macie halucynacje?” Pytam. „To nie są halucynacje. Przenosimy się naprawdę na coraz dłuższe okresy czasu” mówi facet. „Chodźmy stąd” szepcze Basia i ciągnie mnie za rękę. „Naprawdę? Jest pan pewien?” „Zabrałem stamtąd rośliny, które dawno wymarły. Mogę panu pokazać, jeśli się pan na tym zna.” „Nie znam się kompletnie.” Baśka ciągnie uparcie. „Do widzenia” mówię.
„Do zobaczenia. Możecie się do nas przyłączyć. Znajdzie nas pan nad rzeczką. Tutaj spotykamy się z rodzinami.” Unoszę ramię na pożegnanie. „Wystraszyłaś się? Coraz więcej ludzi na to choruje.” „I co to za przenoszenie? Gdzie? O jakich halucynacjach mówiłeś?” „Zbieram myśli. Może wciąż śpię.” „Sławek, mów wreszcie!” „Nie mogliście mnie znaleźć, bo byłem na tej polanie, ale w przeszłości, w prehistorii albo w średniowieczu. Nie wiem.” Kręcę głową i śmieję się, jak kretyńsko to brzmi.
„Nie żartuj dziczku, nie mam nastroju.” „Myślisz, że ja mam? Opowiadam o zwierzętach i lesie jak wyglądał.” „Po co to? Nie rozumiem.” „A myślisz, że ja rozumiem?” „Dlaczego te zwierzęta się tak zachowywały?” „Nie mam pojęcia.” Przestajemy rozmawiać. Spotykamy innych zaintrygowanych. Całe mnóstwo. To nie spacerowicze. Z pewnością. Niektórych znamy z widzenia. Mieszkają na osiedlu. Ich oczy błyszczą rozpaczą i strachem przed nieznanym.
Przyglądają się nam, bo wracamy tam, skąd uciekli. „Dlaczego jedni chorują, a drudzy nie? Chodźmy szybciej, może znajdziemy coś w necie” mówi Basia. Na samą myśl o internecie odbija mi się niezdrowo. Czuję, że w domu będzie źle. Już swędzą mnie stopy i dupsko, bo klapki sztuczne i spodenki z plastiku. I miałem rację. Zawroty głowy dopadają mnie już na klatce schodowej. Chwilę później swędzi mnie już wszystko. Nie wyobrażam sobie wziąć do ręki telefonu.
Basia wraca z sypialni z tabletem, wskakuje na kanapę w salonie i grzebie w necie. Ja zdejmuję spodenki i zostaję na gaciach, bo bawełniane. Wysypka nie grozi. Niczego nie dotykam. „Musi coś być” mała mówi do siebie. Czuję się coraz gorzej. „Chcesz mnie uratować, moja mała ślicznotko?” Nie odpowiada. Nie jest jej do śmiechu. Mnie też, ale próbuję stwarzać pozory. „Malutka, zostaw to.
Chodź do mnie. W sypialni nie ma żadnych urządzeń. Możemy tam posiedzieć.” Chcę być z nią jak najdłużej, bo coś mi się wydaje, że to szukanie jest daremne i rozstanie nas nie minie. Szybciej niż sądzimy. Cicho, może coś znajdę. Bierze ze stołu pilota. Może coś w TV będzie. Włącza kanał informacyjny i dalej grzebie w tablecie, ale przestaje, kiedy słyszy, o czym mowa w telewizji. Mamy doniesienia z całej Polski. Sytuacja w innych krajach wygląda bardzo podobnie.
Wiemy o kilku ogniskach w Niemczech i Francji. Z godziny na godzinę docierają kolejne informacje. Panie profesorze, to świeże zjawisko postępuje w zastraszającym tempie. Najwięcej zachorowań odnotowano w dużych miastach. Co możemy zrobić? Skąd się to wzięło? Uczeni próbują to rozwikłać. Tak, ale do tej pory nic nie ustalono. Czy są jakieś domysły? Mówi się o wirusie, pandemii.
Prowadzone są badania, które mają to wyjaśnić. Niektórzy mówią, że to wirus albo silny alergen, który zmutował w miastach. Czy przyczyną może być smog? Profesor się śmieje. To najpewniej patogen, który trzeba zidentyfikować. A co pan na to, że nie wszyscy chorują? Niektórzy są odporni. Twarz profesora zdradza irytację ciągłym przerywaniem. Badani są jedni i drudzy. Przepraszam, mamy już połączenie z jednym z ekologów.
Łączymy się z Kampinoskim Parkiem Narodowym, gdzie jest Krzysztof Nowak. Witamy. Na pierwszym planie pojawia się grubasek z grzywką zaczesaną na bok. Dociska słuchawkę w uchu. W lesie za nim widać całe mnóstwo ludzi zmuszonych do ucieczki z miasta. Witam państwa. Panie Krzysztofie, proszę powiedzieć, co pan sądzi o tych, którzy są zdrowi i wspierają bliskich. Czy im nic nie grozi? Pyta kobieta ze studia. Facet czeka chwilę, aż głos do niego dotrze.
Wydaje się, że niektórzy są odporni, jednak z naszych obserwacji wynika, że to zależy od uwarunkowań organizmu i jest tylko kwestią czasu. Obawiam się, że czeka to każdego. Czy to niezbyt daleko posunięte przypuszczenie? To nie przypuszczenie. To się dzieje naprawdę na naszych oczach. Oczywiście możemy się mylić, ale coraz więcej osób, którym wcześniej nic nie było, zgłasza typowe objawy, czyli złe samopoczucie w kontakcie z telefonem komórkowym na przykład. Miejmy nadzieję, że szybko uda się temu zaradzić. Dziękujemy. Ekolog znika z ekranu i wracamy do studia. Co pan na to, panie profesorze?
Oczywiście nie wiemy wszystkiego. Czy to może być jakaś agresywna choroba cywilizacyjna XXI wieku? Pani redaktor, możliwe, ale poczekajmy na opinię ekspertów. Z pewnością wykażą przyczynę. Być może sami wywołaliśmy problem. Zapewne my. O tym właśnie mówiłem. Z pewnością gdybanie i wywoływanie paniki w niczym nie pomoże. Miejmy nadzieję, że uda się pomóc poszkodowanym i szybko wrócą do normalności. Inaczej bardziej niż dotychczas będziemy potrzebowali lasów, których tak niewiele sobie zostawiliśmy.
Dziękuję panu. Był z nami profesor uniwersytetu. Basia wyłącza telewizor. Spogląda na mnie. Pierwszy raz widzę taki smutek na jej buzi. Przełykam gorzką kluchę i robię dobrą minę. Co to za smutek, świrku? Będzie dobrze. Zamieszkam w lesie, dopóki nie znajdą lekarstwa. Dobrze, że mamy blisko i jest lato.
Próba wesołości wypada cienko. W głowie krążą myśli, co jeść w lesie, jak żyć. Wyobrażam sobie tłumy chorych. Jak się pomieszczą? Przecież wybuchnie anarchia. Ludzie zdziczeją, będą walczyć o jagody i grzyby. Wzdrygam się na samą myśl i otrząsam z tego. Nie chcę marnować czasu. Malutka chodź. Basia podchodzi wtulić się we mnie.
Zanoszę ją do sypialni i wykochuję porządnie. Śpi. Mnie ból głowy nie pozwala zasnąć. Oczy szczypią, w nosie i w gardle drapie od plastiku, farb, klejonych mebli z płyt wiórowych i paneli podłogowych. Cała ta chemia atakuje jak wrogie środowisko. Nie mogę znaleźć pozycji, w której czułbym się dobrze. Chcę się napić wody, ale zamiast tego lecę do łazienki i wymiotuję. Wracam zrezygnowany i staję przy oknie. Las przeciąga zaczerwienione oczy. Chwieję się jak pijany.
Nie wytrzymam tu dłużej. Szukam bawełnianych spodenek. Łobuzi co? Szepczę. Nie chcę jej budzić, ale znaleziony później liścik pewnie wkurzyłby ją niemiłosiernie. Mała wariatko. Co? Co jest? Zakotłowało w pościeli. Śpisz, a tu środek dnia.
Porąbało cię wieśniaku? Przytula kołdrę, kicha i chce spać dalej, ale przypomina sobie, co się dzieje. Co robisz? Pyta. Nie odpowiadam. Patrzę na nią. Od razu rozumie. O nie. Zaczyna płakać i kichać raz za razem. Kręci cię w nosie?
Nie wiem. Zatapiam się. Nie wygłupiaj się, Sławuś. Ledwie stoję. Nie mam czasu na gadanie. Ruszam do drzwi. Chwytam się toaletki, potem futryny. Przedpokój obraca się jak bęben pralki. Lecę na ścianę i na suwane drzwi szafy. Słyszę kichanie Basi.
Zbliża się. Czuję jej ręce. Podtrzymuje mnie od tyłu. Chodź, kochanie Prawie spadamy ze schodów. Na zewnątrz jest trochę lepiej. Nie musi mnie trzymać, ale budynek, chodnik i samochody na parkingu wydzielają toksyczne opary. Niemal je widzę. Śpieszymy do lasu i dopiero między drzewami jest jak ręką odjął. Chociaż igły i szyszki wgryzają się w podeszwy gołych stóp. A twoje buty?
Nie mam niesztucznych przecież. Basia jest przerażona. „Co teraz będzie?” — pyta. Nie wiem. Muszę sobie jakoś poradzić. Wróć do domu i przynieś mi proszę scyzoryk, zapałki, bawełniane spodnie dresowe i mój wełniany sweter. Mamy jakiś koc niesztuczny? „Nie wiem” — zaczyna ryczeć. No weź Szajbusko, przecież będę tu cały czas blisko ciebie. Nawet do ciebie nie zadzwonię, żeby zapytać, czy wziąć coś jeszcze.
Będę tu czekał. Nigdzie nie pójdę. Możemy tu sobie spędzać dnie na kocyku, dopóki nie znajdą lekarstwa. A jak nie znajdą? Ludzie sobie kiedyś radzili, kiedy nie było techniki. My też sobie poradzimy. Przystosujemy się. Nie mam pojęcia, co gadam. Nie wyobrażam sobie tego, ale muszę być silny. W końcu jestem facetem.
Samcem. Co z tego, że zupełnie oswojonym. „Okej, idę. Czekaj tutaj” — mówi Basia. Zaciskam pięści. Będę musiał o nią zadbać, kiedy do mnie dołączy. Karmić i chronić. Trochę zdziczeć. Mimo tego, że jestem przerażony i chyba nie do końca dociera do mnie powaga sytuacji, to jest nawet ekscytujące. Jakbym wyruszał w nieznane.
Liczę, że koleżka Kuba mnie czegoś nauczy. Zna się na przetrwaniu. Moja wrażliwość rośnie z każdą chwilą. Wyczuwam toksyny bijące z osiedla. Są jak smród z pobliskiego wysypiska, ale naturalna bariera ochronna lasu nie pozwala im się wedrzeć. Ciekawe czy tu doszedłem, kiedy mnie przeniosło. W czasy bez toksyn. Jesteśmy wirusem. Ciekawe co mnie czeka. Czy znów mnie przeniesie?
Kurde, moje giry. Siadam pod drzewem i masuję stopy. Jest cicho i przyjemnie. Ptasie trele odprężają. Korony drzew przyciągają wzrok. Czuję się jak przed domem, do którego mam wejść. Jakby w środku czekało przytulne wnętrze, gdzie mój spokój stanie się jak rzeka i będzie płynął bez końca. Patrzę na osiedle i zaczynam rozumieć. Ale my jesteśmy głupi. Nie będzie żadnego lekarstwa.
Przyroda cofa się tam, gdzie nie było syfu, naszych frajerskich wynalazków i szkodliwej władzy. Zwierzęta przypilnują, żebyśmy już niczego nie spieprzyli.
[04:55:38] - Na koniec dzisiejszej audycji zapraszam na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj odcinek pięćdziesiąty czwarty z książką, o proszę państwa, to jest klasyk. „Umierając żyjemy”.
[04:56:21] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Wszyscy lubimy superbohaterów, prawda? Kochamy tych, którzy mają nadnaturalne zdolności i wychodzimy z założenia, że jeśli ktoś takowe posiada, to z miejsca staje się superbohaterem i ratuje świat. No albo staje się superzłoczyńcą i usiłuje ten świat zniszczyć albo nim zawładnąć. Do wyboru. A gdyby tak posiadacz owych niezwykłych mocy w ogóle nie miał ochoty ani świata ratować, ani nim władać, ani tym bardziej go niszczyć? Bo weźmy pod uwagę też idiotyzm takiego niszczenia świata. Po co? No po co? Świat jaki jest, każdy widzi.
Chęcią zawładnąć nim, to już emocja ludzka. Ale niszczyć? Przecież niszcząc świat niszczy się jednocześnie siebie i wszystko, na czym człowiekowi zależy. Dlatego koncepcja globalnych superzłoczyńców zawsze mnie trochę śmieszyła. No ale kogoś, kto ten świat ratuje, już zrozumieć łatwo. Prawie każdy chce być dobry, szlachetny, a ponadto podziwiany. No, akurat na przykład takim X-Menom to się nie zawsze udawało, ponieważ często cokolwiek dobrego by nie zrobili, to wszyscy mieli do nich pretensje. Mniejsza o to. W każdym razie, tak jak już wcześniej powiedziałam, istnieje trzecia opcja człowieka, który do swojej mocy w sumie nie dorasta. To znaczy ma ją, to ma.
Próbuje wykorzystać jakoś we własnym celu, ale nawet mu się nie śni, żeby zrobić coś dla tak zwanego dobra ludzkości. I to nie dlatego, że jest człowiekiem złym. Wcale nie. Po prostu dlatego, że jest człowiekiem zwyczajnym, który pragnie tylko żyć najprzyjemniej jak się da i nie mieć kłopotów. A przede wszystkim, żeby się go nikt nie czepiał. No i właśnie taki jest David Selig, bohater książki „Umierając żyjemy” Roberta Silverberga. Posiada on zdolność wnikania w cudzy umysł. Tylko że jest to na zasadzie odczytywania myśli, odczytywania emocji. Natomiast nie potrafi ludźmi sterować. Próbuje owszem to robić, szczególnie wypróbowuje tę umiejętność, teoretyczną umiejętność na młodszej siostrze, ale zawód wtedy jest srogi.
Ale umie tylko w jedną stronę stosować tę swoją umiejętność. I dochodzi do wniosku, że jemu to wystarczy. Dzięki temu, że wie, co powiedzieć w danym momencie, wie, na czym ludziom zależy oraz wie to, co oni wiedzą, może nie- I manipulować. Chociaż nawet to nie jest jego szczególnym celem. Wykorzystuje w życiu dorosłym swoją umiejętność po to, żeby móc jakoś zarobić i jakoś przeżyć. Żyje sobie w marnej dzielnicy, przeważnie z trudem wiążąc koniec z końcem, ale żyje. Zarabia na to życie, pisząc eseje i prace magisterskie dla studentów. Jest to dla niego łatwe, bo wystarczy, że pójdzie na wykład danego profesora, do którego ma iść praca i już wie, co ma napisać, żeby profesor był uszczęśliwiony. Pewnego jednak razu okazuje się, że jego niezwykła zdolność zaczyna zanikać i z przerażeniem uświadamia sobie, że będzie musiał nauczyć się żyć bez niej. Książka Roberta Silverberga jest niełatwa w odbiorze.
Fikcja właściwa jest przeplatana esejami pisanymi przez Davida oraz rozważaniami filozoficznymi, które mogą męczyć do tego stopnia, że ciężko jest ją przeczytać na jedno posiedzenie. Jednak w sumie stanowi ona udany obraz psychologiczny człowieka, któremu dostały się zdolności przerastające jego, jakby to powiedzieć, jego własny intelekt i jego własną zdolność radzenia sobie ze światem. Nie jest złym człowiekiem, nie chce nikomu szkodzić. Jak już powiedziałam, chce po prostu sobie w miarę wygodnie i przyjemnie żyć. I to nawet nie do tego stopnia wygodnie i przyjemnie, jak żyją, powiedzmy gwiazdy czy ludzie posiadający jakieś ogromne sumy pieniędzy. Jego potrzeby nie sięgają daleko. Jak już wcześniej zaznaczyłam, jest człowiekiem całkowicie zwyczajnym i potrzeby też ma zwyczajne, takie przeciętne. Zaspokaja te swoje potrzeby wspomnianą działalnością. Jednak któregoś dnia musi stanąć w obliczu wyzwania, oto nie może już robić tego, co dotychczas. Stracił swoją supermoc.
Jak sobie z tym poradzi? Czy odkryje przede wszystkim, co jest najważniejsze w życiu i czy będzie mógł istnieć z ogarniającą go obecnie samotnością? Wcześniej przyjaciół, znajomych, rodzinę zastępowały mu niejako myśli innych ludzi, które ciągle słyszał wokół siebie. Odkąd otacza go jedynie cisza, będzie musiał zrewidować swoje poglądy na życie. W gruncie rzeczy książka jest bardzo śmieszna. David Selig jest człowiekiem wyobcowanym, niezrozumianym, omijanym przez innych, bo uważanym za dziwaka. Kimś w rodzaju głębokiego autystyka. Kiedy już musi otworzyć się na świat, jest to proces bolesny i długotrwały. Pozostaje nam mieć nadzieję, że mu się to uda, bo w gruncie rzeczy budzi on sympatię czytelnika. Czyli łatwo się z nim identyfikuje, ponieważ poza superzdolnością w Davidzie Seligu nie ma nic z superbohatera, ani też superzłoczyńcy.
Jest taki jak my. Właśnie dlatego łatwo go polubić, łatwo mu współczuć. Książka, tak jak wcześniej wspomniałam, nie jest łatwa. Wręcz przeciwnie, jest trudna w odbiorze, ale mimo to warto się z nią zapoznać. Nie tylko dlatego, że stanowi jedną z perełek światowego science fiction. Po prostu jest bardzo ciekawa pod względem analizy psychiki człowieka. Nawet nie konkretnego człowieka, tylko po prostu ludzkości. Można jeszcze dodać, że książka się ukazała w serii Wehikuł Czasu wydawanej przez Rebis i zawierającej same takie same perełki jak ona. Jedne się czyta lepiej, drugie gorzej, ale każda z nich zasługuje na poznanie, do czego gorąco zachęcam. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:02:23] - Ja państwu mówiłem, że dzisiejszy odcinek Bibliotekarium 2.0 będzie nieco krótszy i jest nieco krótszy. Wiecie państwo, czas przedtargowy ma swoje prawa. Ja jutro muszę wcześnie pomykać do Poznania. Dla państwa to będzie-- znowu z czasem mamy problemy, bo ja nagrywam to w czwartek. Dla mnie jutro to jest piątek rano. Dla państwa to już przeszłość. To à propos zabawy czasem. Ale ja państwu pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Cóż, namawiam na spotkanie za tydzień. Myślę, że będzie ciekawie.
Uśmiecham się, bo znowu państwu nie zdradzę, co będzie. Oczywiście stałe punkty programu będą, ale mam przygotowaną pewną niespodziankę. Pytanie... Ach, to szczegóły techniczne. Będzie ciekawie. W każdym bądź razie zapraszam za tydzień. 76. wydanie Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za dzisiaj. Zapraszam za tydzień.
Dobrej nocy życzę.
[05:03:30] - A mówi to chyba do państwa jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Marek Żelkowski, a jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radio Paranormalium i Book Radio.