Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Do startu, gotowi, start! Rozpoczynamy kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:36] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 przed nami. Czas jest gorący, proszę państwa, gorący, bo zbliżają się Poznańskie Targi Książki. Za tydzień od dzisiaj, bo mówię słowa do państwa 1 marca, w piątek. Za tydzień od dzisiaj będę na targach książki. W piątek będę prowadził spotkanie z Martą Kładź-Kocot, autorką nominowaną w 2023 roku do Nagrody Zajdla. O włos przegrała z laureatem, którym został Radek Rak. Przegrać z takim zawodnikiem to nie wstyd, to nie grzech. Będę prowadził o 14:00 w Poznaniu na targach spotkanie z Martą Kładź-Kocot. Bardzo serdecznie państwa zapraszam.
To myślę będzie fajne spotkanie, bo po pierwsze autorka znamienita, po drugie prowadzący też będzie się starał przynajmniej. Dosyć żartów. W każdym razie bardzo serdecznie państwa zapraszam, jeśli ktoś akurat będzie przechodził koło targów, przechodził z tragarzami albo bez, to zapraszam. Wejście na targi nie jest drogie, a naprawdę autorów w tym roku będzie sporo. Na to spotkanie z Martą Kładź-Kocot warto przybyć. Ale to nie wszystkie atrakcje, bo w sobotę, czyli 9 marca, dwie ogromne atrakcje. Jeśli jesteście państwo miłośnikami cyklu prowadzonego przez Katarzynę Prychacz, czyli Alchemia Tworzenia, to będziecie mogli przeżyć Alchemię Tworzenia na żywo. Katarzyna Prychacz w sobotę o godzinie 12:00 zaczyna warsztaty właśnie na targach w Poznaniu. Czterogodzinne od godziny 12:00 do 16:00. Katarzyna będzie dawała czadu, jak to zresztą Katarzyna.
Te warsztaty, wierzcie mi państwo, warto je przeżyć. Ja wiem, że Katarzyna jak zawsze przygotowuje się do nich niezwykle starannie i to będzie rzecz, która tym wszystkim, którzy zdecydują się przybyć na owe warsztaty, na pewno pomoże. Ja nie wiem, czy w pisaniu książek, ja nie wiem, czy w ogóle w pisaniu, ale na pewno poprawi humor. Katarzyna ma tę unikalną, a w każdym razie rzadką cechę, że potrafi zamienić proces tworzenia w naprawdę niezłą zabawę. I człowiek nawet nie czuje, że rymuje. No nie, z rymowaniem to nie, ale nie czuje, że tworzy. I tak naprawdę o to w tym wszystkim chodzi. Nie żeby się spinać i mówić: „Milczcie wszyscy wokoło, bo ja teraz tworzę, tworzę arcydzieło, wielkie coś, będzie ogromne i przytłoczy was wszystkich”. Nie, chodzi o to, żeby tworzyć i albo tego nie zauważać, albo się nieźle przy tym bawić. Jeśli państwo patent na tego rodzaju aktywność chcecie uzyskać, to przypomnę: 9 marca, sobota, godzina 12:00 na terenie Targów Poznańskich Katarzyna Prychacz zaprasza.
Naprawdę to będzie niezła jazda, niezła zabawa. Ale to nie wszystko. Nie koniec atrakcji, mam nadzieję przynajmniej, że to nie jest koniec atrakcji, bo o godzinie 16:00 w sobotę odbędzie się również spotkanie z moją nieskromną osobą. Godzina 16:00. Musicie państwo sprawdzić, to bodajże jest sala F, scena F tak zwana. To spotkanie ze mną poprowadzi osoba znaczna i osoba świetnie zorientowana, jeśli chodzi o fantastykę naukową, a mianowicie Wojtek Sydeńko z wydawnictwa Stalker Books. Mój wydawca, więc poprowadzi spotkanie. Zapraszam na nie bardzo serdecznie. Będzie okazja porozmawiać nie tylko o tym, jak pisze się książki, ale też o konkretnych książkach. Czy to o „Samochodzikach”, czy to o „Wojnie cieni”.
Cóż, ja będę państwa dłużej czarował. Zapraszam bardzo serdecznie. Przypomnę: sobota, godzina 16:00. To ja teraz szybko zrekapituluję. Piątek, godzina 14:00, spotkanie z Martą Kładź-Kocot i prowadzę je ja. Sobota, 9 marca. Najpierw spotkanie z Katarzyną Prychacz, godzina 12:00. Warsztaty od 12:00 do 16:00, a o 16:00 spotkanie ze mną. Moją nieskromną osobę będzie wprowadzał na scenę i przepytywał Wojtek Sydeńko. To tyle o tym gorącym czasie, bo przyznaję, że czas przedtargowy zawsze jest czasem mocno napiętym, takim związanym z organizowaniem Milionem problemów i tak dalej.
Nie będę Państwa w tę kuchnię wtajemniczał. W każdym razie czas gorący. Pójdźmy rutynowo, czyli po prostu rozpocznijmy audycję. Jak zwykle zaczynamy od polecanek. Tym razem zapraszam na polecanki Nieznanoświatowe, bo to numer marcowy, już w kioskach. To czas go omówić. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór Państwu. Kolejny miesiąc minął i kolejne omówienie numeru, a to znaczy, że pięknie witam Piotra Cielebiasia.
[06:43] - Witam, witam. Rzeczywiście miesiąc minął jak z bicza strzelił.
[06:48] - Tak. To zaczynamy przegląd kolejnego numeru Nieznanego Świata. Piotrze, ja mam taką dużą chęć, żeby rozpocząć omówienie numeru marcowego od twojego artykułu. O czym może być artykuł Piotra? Oczywiście o UFO. I bardzo dobrze.
[07:11] - Tak. Ja tylko przypomnę, że do kiosków, teraz to już się w sumie nie powinno mówić do kiosków. Do sprzedaży wszedł nowy numer marcowy Nieznanego Świata i pamiętajcie, że go możecie znaleźć na stanowiskach z prasą, także w popularnych marketach i na przykład na stacjach benzynowych. Bo Marku, słyszałeś, że kioski to niedługo będą kebaby sprzedawać ponoć. I ten numer rozpoczyna dość odważnie postawione przez autora, czyli przeze mnie pytanie: wielkie ujawnienie czy wielka ściema? Myśmy dobrze ten temat podsumowali w poprzednich wydaniach Nieznanego Świata. Mocno go eksploatujemy i mówimy wiele na ten temat w naszych audycjach, na kanałach moim, twoim, na Radiu Paranormalium. Ale w bardzo dużym podsumowaniu sprawa wygląda tak, że spodziewano się ujawnienia chociaż cząstki bardzo kontrowersyjnej, skomplikowanej prawdy o UFO. A jak się okazało? Wiemy, jak się okazało.
Nic nie ustalono, nie pozwolono, by prawda wyszła na jaw, jak to niektórzy mówią. Ale też z perspektywy czasu, z perspektywy tych kilku miesięcy, które mijają od tego słynnego kongresowego przesłuchania i wystąpienia Davida Gruscha, to da się zauważyć, że coś jest nie tak. Grusch powiedział to, co ludzie chcieli usłyszeć. Potwierdzono obiegowe teorie spiskowe. W świat poszedł też bardzo konkretny przekaz. Pytanie, jaki to wszystko miało cel? Czy było związane z tym, co się dzieje obecnie w polityce i czy to jest koniec ujawnienia? Moim zdaniem nie jest to koniec. Ostatnio się pojawiły informacje, że w tym roku może dojść do kolejnych wystąpień sygnalistów, ale na to jeszcze musimy poczekać i na pewno Nieznany Świat i my tutaj wszyscy związani z miesięcznikiem będziemy trzymać rękę na pulsie w tej kwestii. Także zobaczymy.
Na razie to jednak wygląda tak, jak to przedstawiłem, że coś tutaj z tym ujawnieniem, coś tutaj z tym disclosure, jak się ładnie mówi, jest nie tak.
[09:19] - Kolejnym ciekawym tekstem jest tekst dobrej naszej znajomej. Pozwalam sobie tak to ująć, ponieważ pani doktor Joanna Bohaczyk-Trąbska była gościem Bibliotekarium. Dosyć często pojawia się w naszych zapowiedziach, a w tym numerze mamy artykuł o czarnych i białych krukach.
[09:43] - Tak, kiedy mowa o tej autorce, to też jest taka gwarancja jakości. Temat kruków jest fascynujący. Nie chodzi tutaj wcale o jakieś przyrodnicze aspekty czy ornitologiczne, ale autorka nam pokazuje, w jaki sposób przetrwały do naszych czasów bardzo rozległe wierzenia naszych przodków na temat przyrody i związana z nią symbolika. To wszystko wywodzi się jeszcze z czasów, które się tak ładnie nazywa przedchrześcijańskimi, dawniej się mówiło pogańskimi. I ten kruk tytułowy, który wiosną składa jaja, to też jest takie nawiązanie do okresu, który obecnie trwa. Jeszcze nie ma wiosny, ale prawie. Dzisiaj kruk uchodzi za ptaka przede wszystkim bardzo inteligentnego, wiemy, ale też tajemniczego. Nadal się ciągnie za nim taka ciemna legenda, spuścizna z tych dawnych wieków. Ale prócz czerni i tych wszystkich związanych z nią negatywnych aspektów mamy przecież kruki białe, te przysłowiowe. I o tym wszystkim pisze doktor Joanna Bohaczyk-Trąbska, która pochodzi z miasta, jak kiedyś mawiano, z krukiem w herbie.
Ale kruk niestety całkiem niedawno wyleciał z herbu Częstochowy. Także taka sytuacja.
[11:01] - Kolejną gwarancją jakości są teksty pisane przez twojego dobrego kolegę, członka redakcji Nieznanego Świata, Wojciecha Chudzińskiego. To jest zawsze uczta, chciałem powiedzieć duchowa, intelektualna bardziej, bo naprawdę podróżujemy wspólnie z autorem przez różne problemy. Nie wiem, czy można przez problemy podróżować. Tak mi się to skojarzyło, ponieważ podążamy za Wojtkiem jako przewodnikiem. Stykamy się z zagadnieniami, które nie są łatwe, ale właśnie dzięki Wojtkowi one stają się bardziej zrozumiałe, przejrzyste.
[11:47] - Tak, one nie są łatwe. Ja bardzo chciałbym, żeby ten cykl Wojtka był taką lekturą obowiązkową dla wszystkich. To jest bardzo ważny temat. Tutaj nie przesadzam w żaden sposób. Przekrojowo prezentuje nam nie tylko kwestie świadomości jednostkowej, ale świadomości wyższej również. I w tym odcinku Wojtek wchodzi na tematy, które już się ocierają o teologię prawie. Bo jednak pytanie o to, czy istnieje w kosmosie jakaś jedna świadomość, jeden rozum, demiurg, Bóg, stwórca, jakkolwiek to nazwiemy, jest nadal aktualne, paradoksalnie. Tekst jest świetny i oczywiście wszystkim go polecam, chociaż jest nieco trudny.
[12:35] - Zerknijmy w takim razie na tekst też znanego z „Łamów Nieznanego Świata”, pana Mateli.
[12:45] - Tak, Leszek Matela jest znany nie tylko z „Łamów Nieznanego Świata”, to przede wszystkim znany radiesteta, pisarz. W numerze marcowym on nam z dalekiej Australii nadaje korespondencję. Otóż pan Matela się udał na Antypody, poszukując miejsc mocy i znalazł ich bardzo dużo, od słynnej Uluru po złowieszczą Wiszącą Skałę, z którą się wiąże wiele legend oraz słynna powieść. Ona też się okazała trochę paradoksalnie silnym energetycznie punktem. Ale tutaj w tym tekście o Australii jest jeszcze jeden ciekawy wątek, którego się praktycznie nigdy nie pomija w ezoterycznych publikacjach o tym kontynencie. Chodzi o czas snu, czyli taki wątek zwierzeń aborygeńskich, który dotyczy czasów sprzed tysięcy lat, kiedy ludzie, przodkowie, zwierzęta i bogowie chodzili wszyscy ręka w rękę. Fascynująca sprawa, choć kraj bardzo odległy. Marku, a teraz to ja bym cię chciał zapytać o opinię, wziąwszy pod uwagę tematykę, w której się specjalizujesz, twój kanał „Wehikuł Wyobraźni”. Otóż w marcowym numerze „Nieznanego Świata” pojawia się taki temat: światy równoległe w średniowieczu. Kolejny artykuł opublikowany w „Okruchach Przeszłego Świata”.
Jak to jest możliwe, że koncepcje, które tak bardzo nam się kojarzą ze współczesnością, po prostu już były?
[14:19] - Podobno wszystko już było i to nie tylko w literaturze, ale w myśli ludzkiej. Takie ulubione, a w każdym razie dosyć rozpoznawalne wśród filozofów hasło brzmi, że cała filozofia to są właściwie przypisy do Arystotelesa. Niektórzy dodają, że do Platona jeszcze, więc do Platona i Arystotelesa, bo świat mamy ilościowy i jakościowy, podobno. I nic bardziej zwiewnego filozoficznie właściwie ludzkość nie wymyśliła. Nawet pojawiły się postulaty, że należałoby się cofnąć do czasów przedplatońskich, żeby może gdzieś tam w odmętach filozofii odnaleźć jakąś trzecią drogę. Zostawmy, bo temat się robi polityczny. W każdym razie pojawia się tekst dotyczący tego, że idea światów równoległych pojawiła się w średniowieczu. Ten tekst mnie niezwykle zainteresował, ponieważ on przynajmniej częściowo dotyka bardzo podobnych problemów, którymi zajmowałem się, pisząc taki dosyć obszerny tekst dotyczący obcych w kulturze. Ale nie paleonautów, raczej sama figura obcego mnie interesowała i pojawiają się nawet w tym tekście te same postacie z dziejów filozofii, na które się powoływałem. Pojawia się oczywiście święty Tomasz, który korzystał z pism arystotelesowskich, nawet miał zlecenie od papieża, żeby z tych pism korzystać, bo jego zadaniem było opisanie świata poprzez pryzmat filozofii Arystotelesa.
I rzeczywiście pewne tezy przeprofilowane przez świętego Tomasza na filozofię chrześcijańską nie spodobały się kilku osobom. Tu między innymi autor Robert Kościelny powołuje się na biskupa, którego, wybaczcie państwo, pewno nazwisko pokaleczę, bo francuski to nie jest język, który jakoś dobrze opanowałem. W każdym razie pisze się tego biskupa Tempier. Jak się wymawia, to wybaczcie państwo, nie wiem. On w XIII wieku zaczął polemizować z niektórymi tezami, bo znowu, tak jak zawsze w całej historii filozofii, pewne tezy przytoczone przez Tomasza, tak jak powiedziałem, zaczerpnięte z Arystotelesa, były bardziej atrakcyjne, a inne mniej. Tam się pojawiła taka dosyć skomplikowana figura. Żałuję trochę, że autor nie przytacza jej, bo to było takie trochę oparte na podwójnym przeczeniu i później się pojawiła z tym polemika. Biskup pewne rzeczy zakwestionował, ale ponieważ Arystoteles był bardzo modny, skracając i płynąc do brzegu, bo się rozgaduję na temat filozofii, ale ja zawsze się rozgaduję na temat filozofii. Chodzi mi po prostu o to, że ten tekst jest niezwykle ciekawy. Przykuł moją uwagę i przeczytałem go z dużym zainteresowaniem, ale myślę, że upraszcza pewne zjawiska.
Być może to jest to moje takie zainteresowanie niezdrowe filozofią powoduje, że ja w ogóle twierdzę, że filozofia nie znosi pewnych uproszczeń, a tu Przykłady, na które powołuje się autor, ja bym może w przypisach, ale rozbudował, bo one naprawdę były bardzo ciekawe. Ta dyskusja pomiędzy przyszłym biskupem Paryża, o ile dobrze pamiętam, tym Pierrem a tezami arystotelesowskimi, a właściwie tezami tomaszowymi, ona była bardziej subtelna i bardziej skomplikowane tu wszystko było, niż jest przytoczone w artykule, ale to tak naprawdę nie jest zarzut, tylko raczej taka tęsknota, żeby pewne rzeczy dokładniej wytłumaczyć. W dodatku z radością czytałem ten tekst dlatego, że co prawda on traktuje o wszechświatach równoległych czy światach równoległych, ale tak naprawdę bardzo dużo takich i obrazów, i tez znalazłem, które zawarłem również w swoim artykule, o którym wspomniałem. Dlatego czytało mi się to lekko. W dodatku odkrywałem nowe rzeczy z tego, co już napisałem. Autor naświetlał mi, że można było jeszcze o tym albo o tym, albo o czymś jeszcze. W sumie tekst ciekawy, chociaż jak bywa z takimi tekstami, kiedy my próbujemy rozumieć dawne czasy poprzez pryzmat dzisiejszej wiedzy, moim zdaniem on jest zbyt optymistyczny, tak bym to określił. Pewne rzeczy po prostu widziane z naszego XXI wieku są jasne, ale troszeczkę inaczej się odbywały w tamtych czasach. Filozofia średniowieczna bardzo często jest kojarzona z prostactwem, z tymi aniołami albo diabłami na końcu szpilki. To ja tylko tak już na koniec powiem, że to tak w ogóle nie było.
Filozofia średniowieczna jest niesłychanie subtelna. Należy ją oddzielić od obskuranckiego zwyczaju kościelnego, który wtedy, w średniowieczu czasami się pojawiał. Natomiast średniowieczna filozofia, ta scholastyka, która dla takich pooświeceniowych kręgów stała się po prostu przedmiotem kpiny, jest filozofią, która jest, proszę państwa, właśnie to się trochę pokrywa z tezą artykułu. Filozofia średniowieczna odkrywała rzeczy, o których my zaczynamy czasami dyskutować dopiero dzisiaj. Nie jest przypadkiem, że filozofowie przełomu XIX i XX wieku świadomie, znaczy czasami nieświadomie, ale bardzo szybko później uzupełniali to, czego nie powiedzieli, nawiązywali właśnie do filozofii średniowiecznej. I z tych względów ten tekst był dla mnie niezwykle ciekawy.
[21:12] - Dziękuję za wyczerpującą opinię. Ja tylko dodam, że w numerze marcowym Nieznanego Świata przeczytacie również o ezoterycznym BHP, o wątku podróży w astrologii, o zwierciadłach Kozyrewa i wielu innych ciekawych sprawach. Przypominam, że numer do nabycia na stanowiskach z prasą, a jeżeli ktoś nie chce szukać, to polecam opcję prenumeraty, którą można znaleźć na stronie www.nieznane.pl. Do usłyszenia za miesiąc.
[21:46] - Skoro były polecanki, to teraz oczywistym jest, że pojawią się korepetycje filozoficzne. No i pojawią się rzeczywiście. Zapraszam państwa na artykuł o transhumanizmie. Transhumanizm to temat niezwykle modny, chociaż jak czasami słucham ludzi, którzy się na ten temat wypowiadają, to mam takie nieprzyjemne wrażenie, że nie wszyscy z tych ludzi wiedzą, o czym właściwie mówią. Tekst, który państwu przedstawię: Transhumanizm — kierunki i perspektywy wyszedł spod pióra Aleksandry Przegalińskiej. Ten artykuł jest opisem stanu rzeczy, to znaczy jak ów prąd myślowy, transhumanizm, to specyficzne myślenie o człowieku, jak ono wygląda dzisiaj. Tekst jest napisany z pozycji badacza zjawiska, a więc bez emocji, spokojnie, opisowo. Ja przy okazji skorzystam i zaproszę państwa na kolejne wydanie Wehikułu Wyobraźni. To przypomnę mój kanał na YouTubie, bo w środę 6 marca na tym kanale ja zaprezentuję państwu kilka artykułów o transhumanizmie. Transhumanizm, ten artykuł, który jest dzisiaj, będzie tam również w zestawie, bo to jest artykuł, który opisuje, tak jak powiedziałem, na chłodno bada zjawisko, opisuje takie nurty, tacy myśliciele, to, tamto wymienia, rekapituluje, powtarza, punktuje.
Mamy po prostu zbadane zjawisko. Ja natomiast oprócz tego artykułu zaprezentuję państwu w Wehikule Wyobraźni, pokażę inne punkty widzenia, bo tam na Wehikule Wyobraźni oprócz tekstu przytoczonego dzisiaj pojawią się jeszcze dwa inne teksty. Pierwszy z nich jest napisany z perspektywy entuzjasty transhumanizmu, a mianowicie Nicka Bostroma. To jest człowiek, którego Państwo zapewne znacie, który jest takim guru osób, które o transhumanizmie myślą bardzo poważnie. To jest też człowiek, który dużo mówi o sztucznej inteligencji. Dużo też mówi o teorii symulacji. Notabene na kanale Wehikuł Wyobraźni artykuł Nicka Bostroma dotyczący tego, jakie jest prawdopodobieństwo, że żyjemy w symulacji, również Państwo znajdziecie. On tam już sobie wisi od jakiegoś czasu. A więc poza artykułem Aleksandry Przegalińskiej będzie artykuł entuzjasty Nicka Bostroma. To właściwie jest wywiad z Nickiem Bostromem, ale ponieważ nie ma osoby prowadzącej, to odnoszę wrażenie, że to po prostu sam Nick Bostrom przyjął taką formułę, żeby w sposób bardziej przejrzysty przedstawić swoje stanowisko.
Natomiast trzeci artykuł, który zaprezentuję, to jest artykuł Nataszy Szuty o takim budzącym niepokój tytule: „Nowy wspaniały świat i transhumanizm”. Jeśli ktoś czytał książkę Aldousa Huxleya zatytułowaną „Nowy wspaniały świat”, to wie, o czym mówię, kiedy wspominam o tym tytule budzącym niepokój. W każdym razie ten trzeci tekst jest rodzajem przestrogi. Przestrogi, aby dążąc do udoskonalenia człowieka, nie wejść do labiryntu, z którego być może nie ma wyjścia. Zatem dzisiaj pierwszy tekst, ten tekst natury porządkowej, a w najbliższym wydaniu Wehikułu Wyobraźni znajdziecie Państwo dwa pozostałe. Zapraszam, zapraszam. Tytuł artykułu, który chciałbym Państwu zaprezentować brzmi: „Transhumanizm — kierunki i perspektywy”. Jego autorką jest Aleksandra Przegalińska. Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2017 roku w numerze szóstym. Tekst dostępny jest na licencji Uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Aleksandra Przegalińska doktoryzowała się w dziedzinie filozofii sztucznej inteligencji w Zakładzie Filozofii Kultury Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jest adiunktem w Center for Research on Organizations and Workplaces w Akademii Leona Koźmińskiego. Prowadzi badania w Massachusetts Institute of Technology w Bostonie. Jest absolwentką The New School for Social Research w Nowym Jorku. Interesuje się rozwojem nowych technologii, zwłaszcza zaś technologii zielonej i zrównoważonej, humanoidalnej sztucznej inteligencji i robotów społecznych. Transhumanizm — kierunki i perspektywy. W debacie publicznej coraz więcej mówi się o rozmaitych ruchach ideowych skupiających entuzjastów nowych technologii, w tym również tych, którzy postulują maksymalne wykorzystanie technologii i zdobyczy nauki do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń. Transhumanizm z Doliny Krzemowej. Transhumanizm zyskuje ostatnio coraz więcej zwolenników. Zapatrzona jest w niego duża część mieszkańców Doliny Krzemowej zatrudnionych w progresywnych technologicznie startupach.
Mark Zuckerberg funduje nagrody za przełomowe badania w dziedzinie przedłużania ludzkiego życia. Ray Kurzweil, znany futurysta będący dyrektorem programowym agendy badawczej Google'a, nieustannie mówi o transferze umysłu do sieci. Elon Musk chce nas wysłać na Marsa, żeby zapewnić ciągłość gatunku ludzkiego w razie wyczerpania się ziemskich zasobów. Słyszymy wiele o ekstrawaganckich, przynajmniej pozornie, projektach tego typu, o nadchodzącej osobliwości. Brakuje jednak debaty i przestrzeni, w której można byłoby z dystansem spojrzeć na to, czego te projekty są świadectwem, w jakiej jesteśmy jako cywilizacja zachodnia kondycji i jakie scenariusze rozwoju dla siebie widzimy. Marzenia o utopii. Jerzy Szacki w swojej książce „Spotkania z utopią” podzielił wizje alternatywnej, lepszej rzeczywistości na heroiczne i eskapistyczne ze względu na odmienne potrzeby duchowe, jakie one zaspokajają. Te pierwsze dostarczają środków, dzięki którym rzeczywisty świat ma zostać zmieniony. Te drugie umożliwiają ucieczkę od trudności i frustracji realnego świata, stwarzając swego rodzaju mentalny azyl. Utopie heroiczne zwrócone są na zewnątrz, ku światu, natomiast utopie ucieczkowe kierują się ku przestrzeni wewnętrznej ich twórców.
Do utopii eskapistycznych, które Szacki z kolei podzielił na utopie miejsca, utopie czasu i utopie wiecznego ładu, zaliczają się te marzenia o lepszym świecie, które nie pociągają za sobą nakazu walki o jego zmianę. Utopie miejsca ukazują krainy szczęśliwości, takie jak Atlantyda. Utopie czasu. Uchronie ukazują szczęśliwe kiedyś, istniejące najczęściej dawno temu. Teraźniejszość może być krytykowana z jak największym patosem i żarliwością, lecz nie zwalcza się jej w praktyce, a ucieka się od niej w marzenia. Formułą takiej eskapistycznej utopii może być przekonanie, iż technologia będzie rozwijać się w nieskończoność i dzięki niej ludzie będą żyć w coraz większym dostatku i szczęściu. Tego typu myślenie panuje chociażby w Dolinie Krzemowej, gdzie szerzy się specyficznie rozumiany milenializm. Przekonanie, że niedoskonały świat, w którym żyjemy, zostanie wkrótce zniszczony i zastąpiony lepszym dzięki technologicznemu zaawansowaniu. Zwolennikami tego poglądu są między innymi tacy znani reprezentanci transhumanizmu jak Nick Bostrom czy Ray Kurzweil. Nurty transhumanizmu.
W definicji transhumanizmu zawiera się największe i najbardziej paradoksalne pragnienie ludzkości: przekroczenie granic tego, co wyznacza bycie człowiekiem. Dla jednych to przyszłość, w której wszyscy będą wiecznie młodzi i nieśmiertelni, a problemy wojen, chorób czy głodu zostaną wyeliminowane. Dla drugich apokaliptyczna ziemia jałowa, gdzie garstka technokratów ma dostęp do zdobyczy ludzkiego postępu, zmuszając resztę do wegetacji na pozostałościach dawnej cywilizacji. Nie ma jednak zgody co do tego, co znaczy termin transhumanizm. Poza tym, że przyszłość, którą kreśli, to dystopia albo utopia. Niewątpliwie jest to radykalny pogląd filozoficzny, ale także pewna forma wiary w naturalistycznego Boga, jak również formacja o politycznych ambicjach budowania lepszego świata tu i teraz. W obrębie transhumanizmu istnieje wiele wariantów utopii i sposobów jej osiągnięcia. Na przykład eskapizm to wczesna wersja transhumanizmu naszkicowana przez Maxa More'a, autora „Principles of Enthropy” i szefa Alcor Life Extension Foundation, laboratorium krionicznego zlokalizowanego w Arizonie, w którym około tysiąc zawieszonych pacjentów spoczywa w kapsułach z ciekłym azotem, czekając na rezurekcję. Eskapizm cechuje proaktywna postawa wobec ewolucji, wiara w rozum i optymizm wobec postępu jako kategorii niezaniegowanej. Ufność w rychłe zmiany, które przyniesie pomnożenie mocy obliczeniowej komputerów, a także przekonanie o możliwości radykalnego przedłużenia życia dzięki nowym odkryciom z dziedziny bio- i nanotechnologii, transferu umysłu czy wreszcie samej krioniki.
Z kolei singularitism, który prezentują choćby Vernor Vinge czy Ray Kurzweil zakłada, że świat postludzki nastąpi nagle, w momencie tak zwanej osobliwości. Trop apokaliptyczny w wersji pozytywnej obecny jest w wielu odmianach transhumanizmu. Osobliwości, czyli momentu pojawienia się superinteligencji. Singularitarianiści argumentują, że ludzkość powinna się na ten moment przygotować, aby czerpać z przemiany jak najwięcej korzyści. Twórca abolicjonizmu bioetycznego, David Pearce, połączył wątki transhumanistyczne z hedonistycznym utylitaryzmem. Imperatyw hedonistyczny, który także jest tropem silnie obecnym w transhumanizmie, zakłada likwidację cierpienia, które przeżywa każda forma świadomego życia poprzez stworzenie raju inżynierii genetycznej. Synteza wątków transhumanistycznych i egalitarno-lewicowych oraz uznanie dla procedur demokratycznych daje tak zwany transhumanizm demokratyczny. Jest to koncepcja stworzona przede wszystkim przez Jamesa Hajjesa, założyciela Institute for Ethics and Emerging Technologies. Transhumanizm demokratyczny wspiera przede wszystkim równy dostęp do HET, Human Enhancement Technologies, technologii przedłużających życie, promując równość społeczną w tym zakresie. Równość ta na pewno nie jest priorytetem na przykład dla Raya Kurzweila.
Wspiera także ideę bezwzględnego dochodu podstawowego przy jednoczesnych działaniach na rzecz przyspieszenia automatyzacji pracy. Po drugiej stronie politycznego spektrum jest transhumanizm libertariański, czyli połączenie dość radykalnej wersji libertarianizmu i transhumanizmu. Reprezentują go między innymi Ronald Bailey, Glenn Reynolds, Timothy Leary czy znany inwestor z Doliny Krzemowej, Peter Thiel. Transhumanizm libertariański proponuje postawę racjonalnego egoizmu etycznego. Samowzmocnienie postrzega jako prawo jednostki i egzekucję wolności obywatelskich. Odrzuca regulacje rządowe, zwłaszcza z zakresu HET. Istnieje także transhumanizm explicite religijny, reprezentowany między innymi przez Mormon Transhumanist Association, stowarzyszenie istniejące od 2006 roku, liczące 530 członków oraz niedawno powstałe Stowarzyszenie Chrześcijańskich Transhumanistów prowadzone przez Mika Readinga i Christophera Beneka. Transhumanizm uważany jest przez rosyjskich kosmistów jedynie za pierwszy krok na drodze ewolucji ludzkości. Kosmizm to koncepcja organicznego związku wszystkich bytów, a także istnienia ścisłej, immanentnej relacji między jednostką ludzką a całością wszechświata. Jak sugeruje sam termin, centralną kategorią jest tu pojęcie kosmosu, pewnej wyższej, rozumnej, wszechogarniającej rzeczywistości.
Doktryna kosmizmu znajduje swój konkretny wyraz w wielu aspektach, zarówno metafizycznym, jak i epistemologicznym, etycznym, antropologicznym, a także w filozofii przyrody i nauki. W związku z tym w filozofii rosyjskiej zwykle wyróżnia się tak zwany kosmizm religijny reprezentowany przez myślicieli głoszących ideę wszechjedności oraz kosmizm naukowy lub przyrodniczy występujący w twórczości filozofujących uczonych: Ciołkowskiego, Czyżewskiego, Wernadskiego. Kosmizm naukowy nie podejmuje wprost problematyki stosunków między Bogiem a człowiekiem, koncentrując się bardziej na przyrodniczym aspekcie ewolucji predestynującej człowieka do przekroczenia samego siebie. Prócz ontologicznej idei całościowego rozpatrywania rzeczywistości obydwa rodzaje kosmizmu łączy przywiązywanie dużej wagi do etycznego wymiaru działalności człowieka na Ziemi. Transhumanizm jest bez wątpienia silnym, coraz bardziej widocznym nurtem w kulturze. Niewykluczone, że w tym wieku stanie się, przynajmniej przez jakiś czas, paradygmatem wiodącym czy dominującym. Powinniśmy zatem dyskutować o nim więcej, choćby w imię transparentnej debaty na temat naszej przyszłości i tego, jak chcielibyśmy ją kształtować. Przyszłość może bowiem zdarzyć się sama bez naszego udziału, jeśli wykładniczego rozwoju technologii nie uzupełnimy odpowiednim namysłem. To teraz, proszę państwa, czas na „Filmotekarium”. „Filmotekarium” o filmie...
Ten film, mówiąc krótko, dał tytuł dzisiejszemu wydaniu „Bibliotekarium 2.0”. „Superposition” to jest film, o którym długo dyskutujemy. Wydawać by się mogło, że ponieważ ani Piotr, ani ja nie wyrażamy jakichś ochów i achów, to powinniśmy krótko go załatwić. Okazuje się, że to wcale nie jest takie oczywiste, bo może nie w każdym momencie wyrażamy ochy i achy, ale jednak najwyraźniej ten film jakoś nas zainteresował. Ale o szczegółach to za chwilę. Zapraszam serdecznie. Piotrze, „Filmotekarium” przed nami. „Filmotekarium”, w którym znowu będziemy mówić o filmie, który interesował mnie niezwykle i podtrzymał to zainteresowanie, ponieważ w jakimś stopniu dotyka mojego konika, a więc wszechświatów równoległych, symulacji, a może jeszcze innych wariantów, zjawisk absolutnie dziwnych.
[40:16] - Tak. Witam wszystkich, witamy z kolejną nowością, a jest to film, nie wiem, czy dobrze wypowiem nazwę, formalnie „Superposition”. Superpozycja chyba jest takim polskim wątkiem. Jest to produkcja europejska, duńska konkretnie, z ubiegłego roku. Dość trudna do sklasyfikowania. Coś między thrillerem sci-fi a horrorem psychologicznym, a w rzeczywistości to chyba połączenie tego wszystkiego. Cóż, ja tylko dodam, że dziwnym zbiegiem okoliczności ten film jest na pewnej płaszczyźnie podobny do tego, o czym rozmawialiśmy tydzień temu. Czyli chodzi o film „Brightburn”. To znaczy ich nie łączy podobieństwo stylowe, scenariuszowe może deczko, ale kiedy ktoś spotyka kopię siebie samego, to już pewne podobieństwa się pojawiają. I tutaj od razu mówię, że to tego filmu nie przekreśla.
Podejrzewam, że ani jeden twórca, ani drugi nie czerpał z... Inaczej. Reżyserzy „Brightburn” i „Superposition” chyba się nie wzorowali wzajemnie na sobie. Natomiast jakimś takim zbiegiem okoliczności rzeczywiście, Marku, jest tak, że filmy opowiadają historię na pewnej kanwie, jak powiedziałeś, związanej z rzeczywistościami równoległymi czy wszechświatami równoległymi. Ja może zacznę. Film ten nam opowiada historię pewnej duńskiej pary mieszczuchów, którzy porzucają w ramach, nie wiem, czy to dobrze ujmę, pewnego projektu życie w wielkim mieście i się przenoszą do szwedzkiej głuszy. Do szwedzkiej, tak.
[42:01] - Wiesz, Piotrze co? Tak delikatnie to powiedziałeś. Ja jednak jeszcze przynajmniej tę część filmu chciałbym rozszyfrować, bo my bardzo szybko dowiadujemy się, że tak, że oni się przenoszą do głuszy, ale tak naprawdę mają poważny kryzys w tej swojej parze małżeńskiej. Kryzys, który będzie ciężko zeszyć wszystko, ale próbują. Bo w ogóle jest jakoś tak, że te skandynawskie społeczeństwa one Po pierwsze żyją w trochę innym niż nasz świecie, jeśli chodzi o obyczajowość, ale też troszeczkę inaczej postępują z czymś, co się popruło, zepsuło, rozbiło. Próbują to skleić, ale to "ale" pewno będziemy jeszcze dzisiaj eksploatować. Więc mamy dwie motywacje. Z jednej strony rzeczywiście ta para mieszczuchów przenosi się na wieś, żeby trochę wiejskim powietrzem, a właściwie znowu mamy jezioro, więc takim nadjeziornym powietrzem trochę pooddychać. Z drugiej strony mamy pewien projekt, nazwijmy to terapeutyczny, ale jednocześnie radiowy po części. Z trzeciej strony ta terapeutyczność jest ściśle związana z sytuacją, nazwijmy ją egzystencjalną tego małżeństwa.
A to tyle.
[43:31] - Tak. Oni są bardzo mocno miejscy. Wyjeżdżają do tej Szwecji i się przenoszą do szwedzkiej głuszy, ale to też nie jest tak, że to jest jakiś bushcraft, survival. Nie, oni wynajmują domek, który jest formalnie oddalony od cywilizacji i to ma służyć, że tak powiem, wyciszaniu klienta na łonie przyrody, ale oni tam mieszkają ze wszystkimi dobrami techniki. To nie jest tak, że oni się odcinają i walczą o przetrwanie w dżungli szwedzkiej. Oczywiście żart, że w dżungli szwedzkiej. I to ma być taki okres kwarantanny od cywilizacji i ma ich uzdrowić nie tylko psychicznie, ale też na stopie personalnej, ma uzdrowić ich związek. Tutaj warto dodać, że projekt, w jakim biorą udział, jest taki trochę zlecony. To znaczy ten główny bohater, głowa rodziny, ma tam kręcić sobie jakieś podcasty i wysyłać do radia. Oni tam sobie siedzą i pracują, jak to się mówi, kreatywnie.
Grzyby zbierają, kurki. Zresztą powiem ci, taka pierwsza rzecz, która mnie mocno zdziwiła. Facet mówi na samym początku, że on nie wie, jakie to drzewa są na świecie, że on się tak oddalił od tej przyrody, a potem żona jego przychodzi, on coś tam pichci i ona się patrzy, co tam pichci, że tak ładnie pachnie. On jej pokazuje grzybki, coś, co wygląda na kurkę. Powiem ci, że jak ja bym był tam żoną, to ja bym nie jadł. Z prostej przyczyny. Istnieje coś takiego jak lisówka. To jest grzyb, który jest po prostu łudząco podobny do kurki. Kurka wiadomo jak wygląda, bo wszyscy znają kurkę. Kurkę można nawet kupić w markecie.
On mówi, że je zebrał tam gdzieś pod domem. Trochę powiem ci, że nie za bardzo bym to jadł albo bym się obawiał. Jeszcze te grzyby popijają alkoholem. Tak się nie robi. Myślę, że się przekonali o tym, może nawet jakoś talentowo, tylko nam już tego twórcy nie pokazali. Ale dobrze. O tym, co się tam dzieje, zaraz sobie jeszcze powiemy. Między nimi co się dzieje. Ale pewnego dnia sielanka się kończy i życie się wywraca ich do góry nogami, bo ich syn Nemo znika. Znika podczas spaceru po lesie tymczasowo.
I tutaj sprawy zdają się przybierać dziwaczny obrót od tego momentu. Niestety to jest jeden z takich filmów, po raz kolejny się to okazuje w programie, że to są dobrze skręcone, fajnie zrealizowane, proste historie. A że film jest nowy, to chyba nie będziemy za dużo też mówić. Ale Marku, jakbyś mógł, to kilka słów komentarza jeszcze do tej części filmu.
[46:35] - Powiem tak, że można odnieść wrażenie, że te grzybki, o których wspomniał Piotr, najprostsze co można, to były jakieś grzybki zmieniające świadomość. Ewidentnie, bo od tego momentu, może niedokładnie od tego, ale gdzieś tam w tych okolicach zaczyna się robić dziwnie, bo zaginięcie syna jest też jakieś takie dziwne, w dziwnych okolicznościach nie tylko przyrody, ale takich sytuacyjnych, bo matce wydaje się, że kogoś widzi. Jesteśmy pewni, że kogoś widzi, a później to się rozmywa. Syna nie ma. Następuje rodzaj paniki. Proszę państwa, zaczyna być niebezpiecznie. Wydaje się, że jest niebezpiecznie, ale syn tak najogólniej znajduje się. Tylko słyszymy z jego ust, że jego mama nie jest jego mamą. I wtedy, proszę państwa, czujemy takie lekkie ciarki na plecach, bo zdajemy sobie sprawę, że coś pękło w tej rzeczywistości, coś jest nie tak. Groźnie chyba jest.
[47:58] - Tak, jest groźnie. Tylko nie wiem, czy tutaj będziemy przechodzić dalej, bo to i tak nam się wysypie. Może przejdźmy do tych plusominusów tradycyjnych. Dość szybko to się dzieje na filmotekarium, ale też nie chcę się za bardzo rozgadywać, żeby wam nie psuć przyjemności z filmu, ale taki plusominus, który wam nie zepsuje, to Marku powiem. Nie wiem, jak się do tego odniesiesz. Otóż ten film jest niezły, natomiast bohaterowie denerwują mnie. Na przykład denerwowali mnie strasznie. Nie potrafiłem się z nimi zidentyfikować. Irytują, nawet nie wiem, jak by to powiedzieć czym. Reprezentują taki postępowy Typ Europejczyka.
On filozof, ona pisarka, a tak w sumie niczego nie tworzą mądrego ani dobrego. Ona jest jakąś aspirującą pisarką. On to w ogóle nie wiadomo kim. Dochodzę powoli do takiego wniosku na podstawie tego filmu, że niedługo ideał społeczeństwa to będzie taki, że będą sami twórcy, a nie będą ludzie, którzy będą chcieli czytać i słuchać. Trudno mi też uwierzyć w te realia, które są tam promowane. Pani się zamyka i pisze wspaniałą powieść. Hrabina i jej szofer. To oczywiście żart. On tak samo, kręci jakąś audycję. Dla kogo ty kręcisz tą audycję?
Dzisiaj to nawet trudno znaleźć podróżnika, żeby mu media zasponsorowały podróż gdzieś daleko na kulę ziemską. A tutaj facet smędzi jakieś rzeczy i ktoś mu jeszcze za to płaci. Ja się tutaj czepiam realiów życia i powiem ci, że irytowali mnie ci ludzie. Okropnie.
[49:51] - To się dobrze składa, że poruszyłeś ten wątek, bo ostatnio w jednym z komentarzy pod naszymi audycjami filmotekaryjnymi przeczytałem, że kładziemy zbyt mały nacisk na grę aktorską. Będzie okazja troszkę o tej grze porozmawiać, ale najpierw skupię się na tym, co powiedziałeś. Rzeczywiście jest tak, że para bohaterów, Piotr powiedział to delikatnie, że go irytowali. Ja użyłbym grubszego słowa, bo po pierwsze rzeczywiście, mogę uwierzyć jeszcze w to, że facet sprzedał jakiejś rozgłośni radiowej swoje rozmowy terapeutyczne z żoną, bo to oni nagrywają. Pamiętasz jedną z tych pierwszych scen, kiedy oni rozmawiają o swojej relacji i on jej tam robi takie wyznanie, już tak pretensjonalne, że on tu przyjechał z nią po to, żeby odkryć ich, ich relację, ale i ją również na nowo. Proszę państwa, to tak śmierdzi takim tanim psychologizmem, taką próbą autoanalizy psychologicznej. Nie mam lepszego słowa, bo nie chcę używać tych fachowych terminów. Trudno mi uwierzyć, pójdę śladem Piotra, trudno mi uwierzyć, że jakakolwiek rozgłośnia chciałaby emitować te pogwarki małżeńskie o tym, jak oni odnajdują sens wspólnego życia. Jedyne, za co można pochwalić ten akurat wątek, mówię o tych rozmówkach, pogwarkach, to jest to takie tanie, bo tanie, ale jednak skuteczne zagranie reżysera. Przypuszczam, że scenarzysty zawsze staram się wymieniać to w parze.
Otóż my na początku sądzimy, że to będą takie przyjazne pogwarki i dajemy się nabrać, że oni tak mówią o sobie, że się szanują, kochają i tu się przyjechali odnaleźć. I ta pierwsza scena jest sympatyczna. Oni się nawet do siebie uśmiechają. Dosyć szybko wychodzi i z codzienności oraz z tych pogwarek, że oni się chyba jednak nie lubią, a w każdym razie jakaś tam kosa jest pomiędzy nimi. Dosyć szybko się okazuje i tu można powiedzieć, że reżyser osiągnął swój cel, ponieważ zostaliśmy nabrani. Sądzimy, że to tak będzie miło, przyjemnie. To takie fajne rozmowy. One szybko przestają być fajne. Gdzieś tam się pojawia pretensja. My się w końcu dowiadujemy, jakie jest źródło tej pretensji.
Oczywiście tym razem nie dam się złamać i nie powiem, jakie jest źródło, ale można się w sumie domyślać. Więc jeśli chodzi o grę aktorską, bo o tym mówiłem. Nie wiem. Ta ekspresja ludów skandynawskich jest nieco inna niż ta, do której przyzwyczaiło nas kino światowe, czytajmy amerykańskie głównie, trochę polskiego. Jest to jednak inne. Ci ludzie mają inne problemy, co często odbija się na ich reakcjach. Na grze aktorskiej trudno powiedzieć, na ekspresji może, która jest wyrażana przez aktorów. I to jest ściśle powiązane z tym, czego dotknął Piotr, czyli z taką nowoczesnością, ale rozumianą jak najgorzej. Oni są, przepraszam, tak postępowi, że to czasami człowieka zaczyna zastanawiać. Bo ja na przykład tak postępowych osób nie znam, które były takie postępowe jak ta para.
Nie doszukujcie się państwo drugiego dna. Tu się nic drastycznego nie dzieje, ale po prostu oni całym swoim, znowu przesadzę, jestestwem wyrażają tę postępowość. I to jest, proszę państwa, wrócę do słowa Piotra, irytujące, żeby nie używać słów grubszych. I jeszcze raz wrócę. I gra aktorska moim zdaniem jest przeciętna. Ja nie widzę tam wielkiego aktorstwa. A co ty, Piotrze, na ten temat?
[54:34] - Maciek, ja powiem ci tak. Ten główny bohater jest po prostu irytujący z zasady. Chciałbym powiedzieć, że z wyglądu, ale nie wypada. To jest ponoć wielka gwiazda kina duńskiego. Natomiast ja znałem takich postępowców i każdy z was zna takich postępowców, formalnie ktoś na przykład jest modelką na Instagramie albo pisarzem, blogerem i tak dalej. Dzisiaj każdy może być, kim chce. Tylko kiedy oglądamy film realistyczny, bo to jest film realistyczny, on jest wręcz ultrarealistyczny momentami, ja chcę zobaczyć prawdziwe realia, a nie wymuskany świat zachodnich bananowców. Bo tak to wygląda niestety. Kto by facetowi płacił za nagrywanie kilkuminutowych wstawek, jakichś filozoficznych rozmówek ze swoją żoną? Wiem, że ja się tutaj czepiam teraz może nadmiernie, ale kiedy dostajecie to na początku filmu, który nie od samego początku was straszy, to się zaczynacie zastanawiać: "Oże, jak tam jest dobrze na tym Zachodzie.
Oni tam mogą nic nie robić i ktoś im funduje tutaj życie w lesie przez rok". Także ci bohaterowie denerwują, naprawdę denerwują, może irytują bardziej. Druga rzecz jest taka, Marku, że w tym swoim alternatywnym świecie pełnym pseudointelektualizmu, gdzie każdy ma napompowane ego, jest większym cudakiem od drugiego, oni skaczą z takiej skrajności w skrajność. To też jest mocno zaakcentowane w filmie, że z buczącego miasta, z tych klatek schodowych oni się przenoszą w absolutną ciszę, w głuszę totalną. I to jest dla mnie nierealne. Człowiek, który rzekomo jest tak mocno uzależniony od życia w mieście, nie przeskoczy od razu pięć minut do radzenia sobie, bo oni muszą sobie radzić z niektórymi rzeczami fizycznie, do radzenia sobie z życiem w ciągłym, zakupami, zdobywaniem jedzenia, czasem na prowincji. I dobrze, że w pewnym momencie w ten film się wkrada groza, tylko ona się wkrada za późno. Oczywiście, kiedy się ta groza wkrada i się zaczyna robić dramatycznie, to uczucie dystansu do głównych bohaterów mija. Kiedy, jak powiedziałeś, ten chłopiec zaczyna mówić matce, że nie jest prawdziwą matką, chociaż nie chcę tutaj idealizować Hollywoodu, ale nam się robi naprawdę horrorowo. Tylko zaczynam się zastanawiać, czy ten film trochę nie przesadził, źle zbalansował te elementy filozoficzne, dramatyczne z tym, co powinno nas naprawdę przerażać, bo po prostu się zrobił nierealistyczny.
Pamiętasz, jak omawialiśmy swego czasu, to było chyba w tamtym roku, na początku nawet, horrory duńskie, holenderskie, które się wysypały trochę wtedy. Nie było ich jakoś bardzo dużo, ale rozmawialiśmy o nich. Były też takie, które oglądałem, a potem nie omawialiśmy ich. I muszę powiedzieć, że tutaj "Superposition" wypada kiepsko na tle tamtych. To znaczy ten film, i tutaj wiem, że się przyczepisz za chwilę, brzydko mówiąc, zrealizowany w miarę nienagannie. To znaczy wszystko jest okej, tylko że on nas dystansuje na samym początku. Nie wiem, czy masz takie wrażenie. Na samym początku, powiem tak, że musimy czekać dobrych kilkadziesiąt minut, żeby się przekonać, że się tam będzie działo coś godnego naszej uwagi.
[58:33] - Powiem ci tak, że ja jednak w tym filmie odnalazłem bardzo ciekawe zjawisko. O tym zjawisku za chwilę powiem. Najpierw, kiedy mówiłem o tym, że ta gra aktorska jakoś mnie nie zachwyciła, to mam na to argument. Otóż ja nie znam zbyt wielu aktorów duńskich, ale sami się państwo zastanówcie, czy ich znacie zbyt wielu. Zbyt wielu nie znam, ale pamiętam film, a właściwie serial polecony mi zresztą przez Wojciecha Chudzińskiego, "Most nad Sundem". Cztery sezony. I proszę państwa, tam aktorstwo jest na doskonałym poziomie, naprawdę na poziomie takim oho. Tam mamy Sofię Helin, ona gra panią komisarz. Nie pamiętam stopnia, ale po prostu brawurowo gra postać, w którą się wciela. I naprawdę to jest aktorstwo wysokiej klasy.
Znam też innego aktora. On w pierwszym sezonie przynajmniej, w drugim się pojawia już sporadycznie. Kim Bodnia, chyba to tak się wymawia. Absolutnie rewelacyjny aktor. Nie ma się do czego przyczepić. Zresztą sam serial jest rewelacyjny. Po co to zestawiam? Po to, żeby powiedzieć o tym, że to aktorstwo w tym filmie nie porywa niczym. Absolutnie. Oni mają do odbębnienia pewne sceny i je odbębniają bez zachwytu z mojej strony.
Miałem powiedzieć o pewnym zjawisku. Ono jest ważniejsze od moich doznań, od podziwiania aktorów duńskich. Otóż to zjawisko, czekałem nawet na nie z pewną niecierpliwością i wyszło. Otóż oni są na początku, jak powiedzieliśmy, tacy poprawni, tacy postępowi i w ogóle tacy, wiecie państwo, hoho. Nie będę mnożył słów, bo już to państwo wiecie. Natomiast w pewnym momencie i znowu nie będę wchodził w szczegóły, wychodzi, że to jest, proszę państwa, mit Ta postępowość to takie pozytywne nastawienie do świata, jakaś taka otwartość. Nic z tych rzeczy, bo zarówno bohaterka, jak i jej mąż okazują się w gruncie rzeczy ludźmi, którzy postawieni w sytuacji dosyć dramatycznej natychmiast zapominają o swojej postępowości, o swoim - muszę to powiedzieć, to jest to samo - progresywiźmie. Musiałem to słowo wypowiedzieć, bo ono mnie niezwykle bawi. Więc o tym progresywiźmie zapominają. Stają się takimi zwykłymi, prostymi ludźmi jak my wszyscy, działającymi już nie z takim przesłaniem dla całego świata, jacy powinniśmy być, jacy jesteśmy i zróbmy coś z tym, żeby być lepszymi.
Nie, oni się zachowują całkiem normalnie. Nie wiem, czy normalnie. W każdym razie w sposób, który już nie jest taki bardzo postępowy. Walczą o przeżycie. To oczywiście wszystko usprawiedliwia. Sarkazm zamierzony, bo się okazuje, że postępowość porzuca się w pewnym momencie i to z dużą, chciałem powiedzieć, że radością. Zapominamy o nim natychmiast. Już nie chcemy o nim pamiętać, bo mamy swoje sprawy do załatwienia. Coś takiego wychodzi. I to jest ciekawe zjawisko, które ten film pokazuje i to na plus należy mu zaliczyć, bo my dzisiaj w naszym świecie rzeczywiście bardzo często odgrywamy role.
Im młodsze pokolenie, tym chętniej i z dużym entuzjazmem odgrywa. Ja już widziałem znakomitych dziennikarzy, którzy mieli lat 20 i nikt im oczywiście nie odmawia zdolności, ale oni już byli w swoim mniemaniu tak utytułowani i tak opanowali warsztat. To jest wszystko możliwe. Tylko później przychodziła weryfikacja i okazywało się, że oni właściwie nie potrafią nic poza lansem i mówieniem, jacy są wspaniali. To na niwie dziennikarskiej. Podobnie jest na niwie pisarskiej, podobnie jest właściwie w wielu innych zawodach. Bardzo często spotykam ludzi, którzy mają do perfekcji opanowaną autopromocję. Tylko tam jak podrapać nic nie ma. I tu mamy zjawisko zarysowane, że ta świetna pisarka skończyła świetną szkołę pisarską i pisze tę swoją powieść, proszę państwa, któryś rok. Gdzieś tam chyba do dziesiątego roku się zbliża pisania powieści.
No, wiecie państwo, ja nie jestem zwolennikiem pisania książki w trzy miesiące, ale miejmy pewną miarę, jeśli to jest nawet opus magnum, a rzadko kiedy pierwsza książka bywa opus magnum. Zdarza się to oczywiście, więc nie będę herezji plótł, ale jednak. Pisze to około 10 lat i to jest zdolna, znakomita, wspaniała pisarka? Przypuszczam, że wątpię. On też jest jakiś taki oczywiście wspaniały, ale im dalej podążamy za akcją filmu, tym coraz trudniej mi jest w to uwierzyć. I myślę, że akurat to zjawisko film bardzo dobrze nakreślił.
[01:04:29] - Tak, mnie to tak z tego mojego prostego, wiejskiego punktu widzenia, jak ktoś 10 lat pisze książkę, nic więcej nie robi, to Boże, z czego on żyje? No chyba nie z tych grzybów, co tam zbiera.
[01:04:42] - Nie, no to jest inna sprawa, to oczywiście ja już pomijam pewną realistyczność tego wszystkiego. Ale Piotrze, nic innego nie robi i pisze książkę. Już 10 lat pisze. No rany. To jakby cała stroniczkę dziennie by pisała, to by napisała już trzytomowe dzieło.
[01:05:03] - Tak, „Cichy Don” już napisała. Pamiętam, że czepiałem się Kinga za to, że w jego twórczości tak często się pojawia pisarz, ale z nim jest zawsze związane coś dziwnego, prawda? I są emocje. A tu? A może napisze, a może nie napisze. Może w ogóle nie będzie pisać. I tutaj przechodzimy do warstwy psychologicznej. Ja nie wiem, czy będziemy o tym dużo mówić, bo to jest taki film jak to w Europie otwarty na milion interpretacji. Ty go pokaż jakiejś, przepraszam, że tak powiedziałem, posłance Jachirze i ona od razu ci dorobi do niego ideologię. Ten film jest otwarty na miliony interpretacji, często bardzo daleko idących.
Oczywiście to jest in plus, tylko ja bym sobie to darował, jak to robimy w Filmotekarium, na rzecz samej historii, bo historia nas interesuje. Historia nas straszy. Historia sprawia, że oceniamy dzieło, czy jest wartościowe, czy nie. Bo możemy naładować tam z jednej strony symboli, odniesień, patosu, z drugiej strony możemy naładować do filmu efektów specjalnych i efekt będzie tak czy tak zły. A tutaj mamy historię, która i tutaj, wiesz co, nie jestem przekonany, czy ona jest rzeczywiście tak dobra. Ona jest oparta o bardzo prosty scenariusz, o bardzo prostą kanwę, przepraszam. A jeżeli wejdziemy z kolei na pola tej interpretacji, na tej wieloznaczności, to my się tam pogubimy. Możemy zadać wiele pytań filozoficznych, bardzo daleko idących. Na przykład mówię o tym filmie. Czy jeżeli żyjemy w jakimś matriksie, jeżeli żyjemy w rzeczywistości, która jest dla nas pojmowalna tylko dlatego, Może mamy zmysły, że widzimy trzy wymiary, ale tak naprawdę w trybikach rzeczywistości dzieją się rzeczy, które są dla nas wręcz mistyczne.
Jeżeli tej rzeczywistości nie rozumiemy, to czy nie jest przypadkiem tak, że wiedza o rzeczywistości pełna nas depersonalizuje, bo nagle dojdziemy do wniosku, że nie ma czegoś takiego jak ja, oryginalny ja, że niczym się nie wyróżniam, bo tutaj może zdradzę za dużo. Nie, nie powiem więcej. Chociaż nie, powiedzieliśmy, że to jest multiwszechświat. Gdzieś tam żyje inny ja. Identyczny nawet, mający inny zestaw cech, inną historię, może lekko inną genetykę. Czy ten film uderza w takie tony? Oczywiście, że uderza. Tylko że takich filmów było dużo. Samym dowodem jest to, że rozmawialiśmy o jednym z nich tydzień temu, ale mimo wszystko powiem ci, że zarówno „Bridewood", jak i „Superposition" się bronią. Ja w tak zwanym międzyczasie, zawsze mówię w tak zwanym międzyczasie, bo pamiętam, jak profesor na studiach, Zakrzewski, profesor bardzo sympatyczna postać, zresztą zainteresowana zjawiskami z pogranicza, mówił, że nie ma czegoś takiego jak międzyczas.
Nie, jest czas jeden. Zawsze tak tępił, że mi to zapadło w pamięć. Ale chodzi o to, że ukazały się filmy, których żeśmy nie omawiali, a nawet ich nie proponowałem, które też ten temat poruszały, zagubienia w matriksie, równoległych rzeczywistości i tak dalej. Powiem ci, że były kiepskie. Były bardzo kiepskie. Tutaj jednak i ten dzisiejszy film, i ten z poprzedniego tygodnia się bronią. I to jest lekko napawające optymizmem, bo zobacz, że na podstawie prostej kanwy, prostej koncepcji można zrobić fajną opowieść, jeżeli się nie przegnie. Ja myślę, że trochę w przypadku „Superposition" przegięli, przeciągnęli warstwę psychologiczną, i nam wyszło coś takiego nie dla wszystkich strawnego. Dodam jeszcze jedną rzecz. Swego czasu w internecie polskim pojawiły się informacje, że „Superposition" to najlepszy horror roku.
To były informacje gdzieś z drugiej połowy 2023. I powiem ci, że tu bym dyskutował, bo ten film jest względnie dobry. Na pewno jest niepokojący, ale też myślę, że do miana najlepszego horroru ubiegłego roku mu wiele brakuje. Zresztą nie wiem, jaki jest najlepszy horror ubiegłego roku. Natomiast ta dawka grozy, mroku jest za mała, żeby mogła wstrząsnąć, szczerze mówiąc. Także sama koncepcja nie jest wysoce oryginalna. Fajnie, że to wykorzystali. Zrobili to w miarę dobrze. Film jest udany, ale jednak coś jest jeszcze nie tak. On utrzymuje napięcie, ale on jest za mało mroczny.
Pomimo wszystko, że ten strach jest, ale jest za mało mroczny. Mało się bałem, powiem ci. Nawet szczerze ci powiem, że wystąpiła u mnie taka forma... Inaczej, dobrze przewidziałem to, co się w tym filmie stanie, chociaż nie czytałem żadnych informacji na jego temat, a nawet to, co gdzieś mi się obiło o uszy na temat „Superposition", to były informacje błędne, bo okazuje się, że ten film był o czymś zupełnie innym.
[01:10:39] - Powiem ci, Piotrze, że ja odnoszę wrażenie, że najlepsze, co jest w tym filmie, to jest to, czego nie widzimy na ekranie, bo ten film uruchamia naszą wyobraźnię. Stąd się biorą nasze wyobrażenia o tym, jakie jest rozwiązanie czysto techniczne, fizyczne całego tego galimatiasu, który pojawia się na ekranie. Tam w rezultacie mamy sytuację dosyć złożoną, dosyć trudną i tak czysto po ludzku trudną, ale też taką trudną, kiedy wyobrażamy sobie, jakie prawa fizyczne za tym wszystkim mogły stać. Stąd też, tak jak powiedziałem, najlepsze jest to, co dzieje się w naszej głowie. U mnie się natychmiast pojawiły jakieś odwołania, chociażby do filmiku, podcastu, który nagrałem na Wehikule Wyobraźni o wszechświatach Everetta. To „Superposition" też nas kieruje w kierunku takiego rozwiązania ocierającego się o fizykę kwantową, o te rzeczy. Więc kiedy myślimy o wszechświatach Everetta, to z czymś takim mamy do czynienia. Z tym że kiedy mówimy o wszechświatach Everetta, to tam jest takie zastrzeżenie, że one nigdy, pod żadnym pozorem nie mogą przenikać się. Tu mamy natomiast sytuację nieco inną, więc musimy albo zweryfikować swoje poglądy na temat wszechświatów Everetta, albo ukłuć sobie nową teorię. Tam zresztą pojawia się siłą rzeczy, kiedy myślimy o tym, co się dzieje, jeszcze kilka innych możliwych teorii.
To akurat dobrze robi, ale to są rzeczy, tak jak powiedziałem, teorie wywołane są nie tym, co dzieje się na ekranie, tylko logicznym podążaniem za fabułą. Czyli z jakiegoś powodu musiało się tak stać, jak się stało. Mówię to, co najfajniejsze w tym filmie dzieje się w naszych głowach. Nie wiem, czy to jest akurat najlepsza rekomendacja. Może tak, może nie. Nie rozstrzygam. Natomiast ja cały czas podkreślam to i ten z zeszłego tygodnia film niewątpliwie interesujący i ten z tego tygodnia też interesujący, ale że tak powiem, z przekąsem się nie strzelają, nie biegają, nie ma akcji takiej żywiołowej. Z tym strzelaniem to może przesadziłem, ale to nie jest takie strzelanie, o jakie mi chodzi. Natomiast mamy tutaj też, mówiliśmy o tym, pewną sytuację psychologiczną. Moim zdaniem przegiętą, ewidentnie przegiętą.
I tu pełna zgoda z Piotrem. Trzeba mieć miarę troszeczkę i jak się za dużo tej psychologii wstawi, szczególnie w pierwszej części filmu, to do drugiej pewna część publiczności może już po prostu nie dotrwać. Umówmy się, filmy natury psychologicznej nie każdego kręcą i nie każdy ma ochotę oglądać. Ja tylko państwu powiem, że ja z lubością czytam różnego rodzaju komentarze na różnego rodzaju forach i to, co napisano złego o tym filmie, dużo złego napisano o tym filmie. Mam wrażenie, że pisały osoby, które nie dojechały do końca, znaczy odpadły w tej pierwszej części. Absolutnie nie pierwszej połowie, pierwszej części, bo tam rzeczywiście mamy pewne przegięcie. Moim zdaniem to niedobrze robi. To nie jest to, co do filmu zaprasza. Jeśli natomiast ktoś lubi takie smęty typu, że małżeństwo musi coś ze sobą zrobić, okej, tylko jak ono to robi, to małżeństwo i robi, i robi, i tyra, i tyra, aż tam wszystko mu zapira. Nie.
I dlatego trudno mi jest proponować, żebyście państwo oglądali ten film od drugiej połowy, bo nic nie będzie. Czy od drugiej części, bo nic nie zrozumiecie państwo, bo trzeba ten początek obejrzeć. No właśnie trzeba i westchnięcie to chyba najlepsze podsumowanie. W sumie czy oglądać? Tak, obejrzyjcie państwo, ale myślę, że będziecie państwo, jeśli oczywiście nie jesteście miłośnikami kina psychologicznego, to będziecie państwo mieli mieszane uczucia, dużo wyobraźni poruszonej i moim zdaniem poczucie zmarnowanego przynajmniej częściowo potencjału, jaki w tym obrazie był.
[01:15:58] - Tak, ja jeszcze dodam tak na koniec, że czasami jak się czyta o życiu wielkich artystów, aktorów ekstrawaganckich, twórców, plastyków, malarzy i tak dalej, to czasem oni wiedli sobie bardziej skromne życie, nie mieli tak napompowanego ego jak nasi główni bohaterowie. Ale trzeba było te postacie tak przejaskrawić, żeby ten film był dobry? Nie, można to było, myślę, zrobić lepiej. Pamiętasz taki duński film z tamtego roku, żeśmy omawiali też o małżeństwie z wielkiego miasta, które sobie pojechało na wieś do znajomych w Holandii i tam zrobiono to wszystko dużo lepiej. Historia zupełnie inna, natomiast pewne podobieństwa były. Czy "Superposition" to najlepszy europejski horror ubiegłego roku? Nie wiem, może to jeszcze będziemy oceniać sami. Dajcie znać jak się wam podobało, bo z tego co wiem w niektórych kinach ten film leciał.
[01:17:11] - To jeszcze powiem zupełnie na koniec, to scena ze znikającym psem jest absolutnie tandetna. Pięknie państwu dziękujemy, do usłyszenia. Proszę państwa, nadszedł czas na alchemię tworzenia. Tylko przypomnę to, co mówiłem na początku audycji. Jeśli chcecie państwo alchemię tworzenia przeżyć na żywo, to zapraszam do Poznania na Targi Książki 9 marca o 12.00 startuje Alchemia tworzenia na żywo. Katarzyna Prychacz zaprasza. Godzina 12.00 do 16.00. Jeśli ktoś będzie chciał wyjść wcześniej nie ma problemu, ale myślę, że to będzie fajna zabawa. A teraz kolejny odcinek Alchemii tworzenia zatytułowany Toksyczne mistrzów poszukiwanie.
[01:18:09] - Dobry wieczór, Bóg Radiowa Ludności. Oczywiście, że jak tradycyjnie w każdą środę. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam Was na Alchemię tworzenia. Alchemia tworzenia. Witam Was w jubileuszowym, bo dziesiątym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia tworzenia. Oczywiście to jest podcast, w którym właściwie już od dwóch sezonów sobie wymyślamy różne rzeczy, różne niestworzone mniej lub bardziej historie. I tak sobie pomyślałam, że mieliśmy właśnie już pierwszy odcinek po Nowym Roku, tydzień temu. Natomiast stwierdziłam, że potrzebuję nowej formuły, ale paradoksalnie postanowiłam, że sięgniemy po klasykę. Natomiast wiecie co było takim moim przemyśleniem? Tak zastanawiałam się, co nowego wymyślić, w którą stronę pójść.
I przypomniało mi się, że czasami wydaje mi się, że to już w niejednym serialu, jakimś takim bardziej futurystycznym czy w filmie widziałam taki motyw. Jak są już takie typowo sci-fi produkcje, pokazane są te czasy, gdzie raczej ludzie żyją na statkach niż na planetach i często na tych statkach właśnie jest taka komora czy kabina, czy jak to tam nazwać, pomieszczenie, w którym przy użyciu sztucznej inteligencji można sobie na przykład ćwiczyć różnego rodzaju kompetencje. Czyli jest tworzona jakaś symulacja, w której możemy się sprawdzić albo właśnie możemy wymyślać różne historie i ta sztuczna inteligencja je urzeczywistnia w pewnym sensie. Oczywiście, bo to by trzeba było ubrać jakieś okulary albo właśnie są specjalne ściany, które sprawiają, że to wszystko jest takie prawdziwe i tak dalej. Ale że nie mam takiej komory i tak gdzieś zastanawiałam się, jak to może połączyć czy jaką konwencję tutaj zrobić. No i sobie przypomniałam, że tam jakieś futurystyczne komory. Przecież mamy nasz alchemiczny kocioł. I pomyślałam, że po prostu możemy z niego sobie te historie wyciągać. Ale swoją drogą to właściwie to jak tak głębiej pomyślę nad tym, to nasza wyobraźnia to jest właśnie taka komora, nie? Nie wiem, jak to u was się odbywa, bo ja mam dosłownie tak, że ja czuję zapachy i ja wszystko widzę.
Czy nawet jak zaczynam pisać, to ja dosłownie wchodzę w ten świat, w tych bohaterów, więc no niezła faza. Niezła faza. Wiecie, takie ćpanko bez ćpanka. Polecam każdemu zawsze i wszędzie. No dobra, nie ględzę. I jakie klasyki dzisiaj mamy? Oczywiście, że moje serce od pierwszego wejrzenia zostało skradzione i nie wiem, czy cokolwiek innego je przejmie, ale oczywiście są to kości opowieści Story Cubes. Jeżeli nie mieliście nigdy do czynienia, polecam nawet sobie kupić jeden zestawik. Wiecie, czy będziecie tego używać do pisania, czy do zabawy z dzieciakami, czy na soto zakrapiane imprezy. Polecam.
Polecam, bo naprawdę prosta rzecz. Wiecie, kości z obrazkami. Oczywiście tego już jest tyle. Jest po prostu tyle odmian, że mamy różnego typu obrazki. Możemy sięgać po jakieś konkretne dziedziny, w których dane obrazki są. Ale wiecie, prosta rzecz, rzuca się obrazek i się opowiada historię. Ale żeby nie było tak za łatwo, bo też już tutaj robiłam takie odcinki w tym podcaście i to właściwie bardzo szybki odcinek jest wtedy, jak rzucam dziewięcioma kośćmi. Więc dzisiaj pomyślałam, że połączę to z kartami, właśnie z fajnymi grafikami. Oczywiście karty typu Dixit, natomiast na dzień dzisiejszy moje ukochane to są te z Klubu Detektywów. No po prostu uwielbiam te grafiki.
Nie wiem, z czego to wynika. Jakoś tak działają na mnie bardziej, jeżeli chodzi o moją inspirację niż karty te z Dixit, z oryginalnej wersji. Oczywiście w Dixit jest masa też fajnych dodatków, tam mam parę na oku, ale póki co Klub Detektywów zagościł tutaj na naszych salonach już właściwie dawno temu i cały czas praktycznie jest. I jak będzie wyglądała dzisiejsza procedura? Dzisiejsze nasze zasady. Pomyślałam, że wylosuję w sumie trzy karty, czyli jedną na start, jedną w środku i jedną na zakończenie. Nie wiem jeszcze, czy to będą miejsca, postaci. Zobaczę. Po prostu stwierdziłam, że dzisiaj totalnie płyniemy z tematem. Bez takich może bardzo restrykcyjnych zasad jak zawsze.
A oczywiście między kartami pomyślałam, że włożymy po trzy kości. Czyli karta, trzy kości, karta, trzy kości, karta i mamy koniec historii dzisiaj. I żeby też było ciekawiej, jeżeli chodzi o Story Cubes nie wzięłam dzisiaj tego podstawowego zestawu, tylko wylosowałam ze swojej kolekcji. A że ja swoją kolekcję rozszerzałam dawno, więc załapałam się jeszcze na wersję kości, które były pakowane po trzy. Bo dzisiaj już mamy właśnie więcej tych zestawów po dziewięć, takich ładnie wydanych. Natomiast ja jeszcze mam właśnie takie jak była premiera wiecie, no na przykład tam nie pamiętam. Załóżmy, że to była seria jakaś tam prehistoria czy coś tam. No i tam właśnie w skład tej serii wchodzą odkrycia, prehistoria i chyba zwierzęta. A ja mam jeszcze właśnie te w trzech pudełeczkach, więc sobie z tych potrójnych pudełeczek wylosowałam. Postanowiłam, że wylosuję dwa pudełeczka i na dzisiaj mamy to.
Czekajcie, sięgnę, żebym nic nie pomyliła. Jedno pudełeczko, czyli trzy kości dotyczą kataklizmów, a pozostałe trzy kości dotyczą tajemnic. Także brzmi ciekawie. Brzmi, jakby miał dzisiaj nam tutaj nadejść może jakiś chaos, może coś bardziej mistycznego. Może właśnie pójdziemy w jakąś fantastykę, bo kataklizmy, no może i jakieś sci-fi zahaczymy, zobaczymy gdzie nas karty zaprowadzą. Oczywiście wiecie co, żeby nie było, ja te kości wymieszam ze sobą, więc zobaczę, bo ja nie zawsze pamiętam, które są z której serii, ale wiadomo, chodzi o obrazek. Dobra, klasycznie chyba żeby nie robić bałaganu to kości odłożę na bok na razie Wylosuję trzy karty, ale nie odkrywam. Będziemy sobie na bieżąco ich doświadczać. Oczywiście przypomnę, że staram się, bo jeżeli ktoś faktycznie słucha tego, co mówię na temat YouTube'a, to pewnie zauważył, że nie zawsze udaje mi się jednak na sobotę przygotować materiał, ale staram się, żeby on wtedy jak najszybciej dotarł. Plan mam taki i dajcie mi jeszcze czas, żebym się nauczyła, tak jak się nauczyłam z podcastem regularności, żebym się i z tym YouTubem spięła i zrobiła.
O co chodzi z YouTubem? Po prostu ten dzisiejszy odcinek możecie sobie w sobotę odsłuchać na YouTubie „Katarzyna Prychacz". Mam taki swój tam z moim zdjęciem i tam postanowiłam wrzucać odcinki trzeciego sezonu „Alchemii Tworzenia" z taką różnicą, że są tam na bieżąco zdjęcia kart czy właśnie kości i tak dalej, tego, co na bieżąco wyciągam. Czyli tutaj po prostu sobie posłuchacie, ja wam opowiem, co jest na karcie, a tam jest taka różnica, że jednocześnie możecie sobie wtedy patrzeć razem ze mną na tę kartę. Możecie też wyłączyć moje gadanie na chwilę czy zrobić pauzę, zanim zacznę gadać i sami sobie tę kartę przeanalizować, zobaczyć, z czym wam to się kojarzy i na przykład jak wy byście to zinterpretowali albo w jakim kierunku wasze skojarzenia z tej karty by poszły. Myślę, że jest to na pewno ciekawsza wersja, jeżeli faktycznie w jakiś sposób słuchacie tego podcastu jako inspiracji czy sobie po prostu wyciągacie stąd pomysły, a nie macie na przykład takich kart w domu, to może właśnie ten YouTube będzie odpowiedzią, żebyście sobie nawet popatrzyli jak to wygląda, jakie są te grafiki. Może wtedy sięgnięcie po tę grę dla własnych celów, na własny użytek. Swoją drogą „Klub Detektywów" też jako gra jest super. Tam prowadzimy śledztwo, takie małe śledztwo skojarzeniowe, więc to jest takie trochę połączenie Dixitu z takim właśnie trochę elementem śledztwa. Nie wiem, czy graliście w Sabotażystę.
Chodzi o to, że ktoś nie wie, o czym mówi, a mówi i jak jest dobry w bajerowanie i szycie, to ma szansę wygrać grę, nawet nie mając pojęcia, jakie na przykład było hasło przewodnie, które tutaj wszyscy znali. Tylko ten jeden właśnie, tutaj nie wiem, czy on jest określany agentem, czy nawet nie chyba. Nie pamiętam aż tak, bo tak w sumie graliśmy parę razy bez tego nazewnictwa, tylko tą mechaniką. Dobra, lecimy. Trzy karty, żeby nie było, przetasuję. Już. Wyjęłam ze środka i tak, ale niech jest. Karta jeden, karta dwa i karta trzy. Dobra, karty odkładam i teraz sobie myślę, co z kośćmi. Chyba będę rzucać na bieżąco, żeby też sobie nie spoilerować tych rysunków.
Będzie ciekawiej. Dobra, to co? To lecimy pierwszą kartę. Zobaczymy co my tutaj dzisiaj mamy. Czy to będzie postać, czy zobaczymy. Cyk. Jest fajnie. Lubię tę kartę. W sumie w sezonie drugim chyba mieliśmy tego kościanego buntownika, taką na parę odcinków historię. I tam właśnie ta karta symbolizowała jednego ze zwiadowców z wioski czy z takiej osady buntowników.
Także w ogóle bardzo miło mi się kojarzy ta karta. W sumie miłe wspomnienia o tej historii. Tak, wiem, bardzo chcę kiedyś ją spisać i do niej wrócić, bo naprawdę uważam, że ma potencjał. Ale najpierw pierwsze rzeczy pierwsze, więc aktualnie swoje starsze projekty muszę trochę odgruzować. Dobra, co my mamy na karcie? Na karcie mamy mężczyznę eleganckiego. Taki tutaj frak albo garnitur. Nie wiem, bo widzimy go właściwie tak, mamy popiersie tego mężczyzny prawie, więc właściwie widzimy ramiona i głowę, ale widzimy, że ma i tutaj szarą marynarkę i chyba jest tutaj jeszcze kamizelka pod tą marynarką. Kamizelka jest żółta, trochę jak ser, ma takie kropki, jakby miała dziury od sera. Jest biała koszula i niebieska mucha, też właśnie w białe grochy takie.
Mężczyzna ma taką głowę pochyloną. On nie patrzy, że tak powiem, w obiektyw czy na odbiorcę. Może wygląda, jakby był właśnie w takiej zadumie. Cylinder tutaj, znaczy właśnie rondo jego cylindra przesłania nam oczy, więc nie widzimy. Ta głowa jest trochę pochylona. Oczywiście cylinder przepasany żółtą taśmą, więc idealnie pasuje do tej kamizelki. Trzeba przyznać, szykowny gościu. I co tutaj jest taką anomalią? Białe myszy, a przypuszczam, że to chyba nawet bardziej są szczury niż myszy, bo jednak gabaryt jest. Trochę mięska tutaj jest.
I te szczury siedzą mu na ramionach, właśnie na cylindrze. Jeżeli chodzi o tło i się wpatrzymy, tło jest z pozoru ciemne, szare, czarne prawie. Ale jak się dobrze przyjrzymy, to widzimy czerwone, świecące oczy. I bardzo możliwe, że za tym mężczyzną w ogóle stoi bardzo wielki szczur, bo tak wiecie, jak zjawa czy jak coś tego typu. Może niech on będzie bohaterem naszej historii. A może i ten zwiadowca mógłby być tym bohaterem dzisiejszym. Ale cholerka, nie pamiętam imienia. To była para. Oni mieli imiona na Z jedno i drugie. Aż kurde, będzie mnie teraz męczyło.
Ale to byłoby w sumie fajne nawiązanie do tamtej historii. Dobra, wiecie co? Jak nigdy wyjątkowe rzeczy w nowym roku. Robię pauzę w nagrywaniu, idę szukać tych imion i zaraz do was wracam. Wy i tak w montażu nie będziecie wiedzieli, że tu była pauza. Znaczy już teraz wiecie. Dobra, zaraz wracam.
[01:31:25] - A few moments later.
[01:31:28] - Dobra, już mam. Ta parka to była Zelda i Zap, więc mamy dzisiaj Zapa, który nas odwiedził. Z racji tych szczurów wtedy pisałam o tym, że miał wyjątkową relację z małymi gryzoniami. W sumie jak mam notatki, to może wam przypomnę. I faktycznie niech on dzisiaj będzie bohaterem tej historii. Jaram się, podoba mi się to. Podoba mi się ta nowa konwencja i dobrze używać tych samych kart jednak. Co ja tu mam? Elegant w cylindrze. Wyjątkowa relacja z małymi zwierzętami, że umie z nimi rozmawiać czy w jakiś sposób się porozumiewać.
Uwielbia słodycze i ryzykuje dla nich nawet życiem. Obserwacje prowadzi z drzew. Bo to byli zwiadowcy, więc on był zawsze schowany, a z kolei Zelda to był taki kameleon. Ona zawsze wchodziła w tłumie, gdzieś tam wśród wrogów. I co tu jeszcze ostatnie o Zapie? Gra na wszystkim, co złapie. Nawet się zrymowało. Super, fajnie. Aha, bo ona śpiewała. Ależ to była fajna parka, to pamiętam.
Miło mi się to wymyślało. Też macie wspomnienia ze swoich wymyślań? Może nawet nie tych, co koniecznie spisaliście, ale jak macie, to wiecie, co czuję. A jak nie macie, to może czas zrobić swoje wspomnienia z wymyślań. Powymyślać trochę. Nie mylić ze zmyślaniem. No dobra, to zobaczymy w takim razie teraz trzy kości. I cóż tu się będzie działo z naszym bohaterem? Dobra, wylosuję sobie. Myślę, czy ja mam wylosować sobie trzy i nimi rzucić.
Chyba tak będzie tutaj wygodniej mi, dzisiaj mało miejsca na stole. Dobra, nie patrzę, biorę jakieś tam trzy pierwsze kości. I leci pierwsza. Okej, jest bardzo grubo na starcie. Pierwsza kość przedstawia beczkę, więc najprawdopodobniej już widzę, że jest to z serii kataklizmy. Mamy tutaj beczkę. Nigdy nie pamiętam, które to te symbole. Czy to jest radioaktywne, bo biochemiczne to ma chyba takie pazurzaste, bo to bio, nie? A tutaj takie... Tak czy siak beczka z jakimiś chemikaliami.
Tak to wygląda. Coś tu wypływa. No dobrze, to zacznijmy. Może szczury doniosły naszemu bohaterowi, że coś jest nie tak, że może gdzieś ktoś wyrzucił taką beczkę. To brzmi jak początek jakiejś historii o superbohaterach, nie? Że jakiś wielki złol się napił z tej beczki i teraz będzie masakrował miasto. A może to byłaby historia powstania naszego bohatera? Napił się z beczki i rozmawia ze szczurami. Nie no, słuchajcie, miała być akcja, więc mamy to miasto. Ja nawet nie pamiętam, czy ja to miasto jakoś nazwałam, bo mieliśmy osadę buntowników.
Miasto nie doczekało się wtedy nazwy żadnej. Właściwie tam chyba nie było to istotne, ale może faktycznie gdzieś na mokradłach i teraz czy właśnie wypłynęła. Ktoś może jakąś podejrzaną beczkę wyrzucił. Może tak to zróbmy. Tak myślę, jakie tam jeszcze lokacje były. Ogólnie tam biegaliśmy trochę po lasach. Dobra, nasz bohater dowiaduje się o niebezpiecznej beczce i może pójdźmy w taką klasykę rodzaju, że została wystawiona przy jakimś bajorku czy w jakimś bajorku i tam ryby i małe stworki chorują na przykład. Może nie uśmiercajmy ich od razu, ale że chorują i może któryś ze szczurów wrócił chory, ale przy okazji poinformował o tej beczce. Zobaczymy drugą kość. Dobra, tutaj nie wiem.
Słuchajcie, to są chyba dalej kataklizmy. Jak ja pomieszałam te kości, to ja nie wiem. No nic, będę teraz patrzeć. Najwyżej może ja ich w ogóle nie pomieszałam albo tak chwyciłam. Po prostu nie wierzę. Mając sześć kości, musiałam chwycić akurat te trzy, a wydaje mi się, że je pomieszałam wcześniej w ręku. No ale dobra, mamy tutaj taką blokadę drogową. W sensie taki rozkładany, jak to powiedzieć, czworonóg? Kozioł to się mówi? I na to się brało dwa kozy i stawiało się blat, na przykład roboczy.
Takie dwa trójkąty i z poprzeczną belką. Taka przegródka, zakaz przejścia. Więc może w momencie, kiedy nasz bohater dociera na miejsce, to już może jednak te służby zamkowe. Nie wiem, gdzie to osadzimy w sumie, bo w tamtej historii to był człowiek, który przejął w sposób trochę taki magiczny władzę nad królestwem, ale potem to się odmieniło. Oni później odzyskali swoje królestwo, więc się zastanawiam, może to już czasy po tym wszystkim? A może w ogóle nie osadzajmy tego w fabule tamtej. Po prostu historia z kiedyś. Jedna z historii naszego bohatera. Więc miasto, w którym był, może właśnie poszedł, wybrał się na te mokradła i zauważył, że już zostało to najprawdopodobniej zaobserwowane przez władze. Znaczy, jak to powiedzieć, przez rycerzy?
No nieistotne. Teren został zabezpieczony i właśnie poszła w osadach, w wioskach okolicznych, w całym królestwie poszła informacja, żeby się tam nie zbliżać, że tam się dzieje jakaś zła magia, coś jest złego i zaczęli to po prostu grodzić płotami. Myślę, że ta kość tutaj mogłaby po prostu być taką przeszkodą, płotem. A nasz bohater nie robił sobie nic z takich przeszkód, ale oczywiście z racji, że obserwował wszystko uważnie, więc gdzieś tam schowany za drzewami patrzył, co się tam dzieje. Sam też czuł się coraz słabiej, więc czuł też tutaj wpływy tego czegoś dziwnego. Wiecie, tutaj na kości mam taką metalową beczkę, ale myślę sobie, że to wszystko było osadzone w takich trochę klimatach bliżej średniowiecza, więc może to po prostu byłaby drewniana beczka. No to wiadomo, że z tej beczki by po prostu wypływało wszystko i może wtedy zrobimy tutaj jakieś takie, wiecie, właśnie nie klątwę, ale odpady alchemiczne. No tak, bo alchemia jest to w sumie pierwowzór chemii, jaką dzisiaj znamy. Były też tam doświadczenia właśnie na różnego rodzaju pierwiastki, tak? Wszystko, klasyka, podstawy chemii.
Więc może tutaj ołów jest na przykład bardzo toksyczny, a alchemicy zawsze próbowali zamienić ołów w złoto, więc może tutaj po prostu były jakieś nieudane eksperymenty. Może takie coś było w tej beczce, nie? Dobra, rzucam trzecią kością i zaraz przejdziemy do drugiej karty. Zobaczymy jakiś rozwój akcji większy. Dobra, no mamy tutaj hełm, hełm wojenny. Tak myślę, czy wojenny, to ja nie wiem, czy on jest wojenny. No hełm, ale ma też takie gogle, wiecie, zaczepione, że moglibyśmy ubrać hełm i wsunąć te gogle na oczy. To może to jest bardziej taka czapka lotnika? Znaczy, no wiecie, wygląda trochę jak hełm, jak jednak coś takiego militarnego, ale może właśnie... Myślę, co byłoby ciekawsze.
Moglibyśmy tutaj zrobić kogoś, jakiś nalot, nie? Że ktoś by coś tam zrzucał z góry. A może, nie wiem, wojsko? A może ta beczka to była z jakiegoś wrogiego królestwa? Może tak, no może zróbmy, że tutaj hełm jako symbol żołnierzy, tak? Więc żołnierze króla i może tam właśnie oni są w jakimś konflikcie albo podejrzewają sabotaż, że zostało to właśnie, że specjalnie trują im rzeki. I to leśne bajoro, ale przez nie przechodzą wszystkie rzeki na przykład. Więc cała woda w mieście jest zatruta i podejrzewają, że to jest taki cichy atak z królestwa na przykład, z którym są skłóceni. Także w sumie takie trochę współczesne, a jednak takie może być w klimacie średniowiecznym. No ale dobra, prawda jest taka, że te współczesne problemy to przecież miały źródła dużo wcześniej.
Dobra, zobaczmy do jakiej to karty nas doprowadziło i gdzie ta karta w ogóle nas dalej popchnie, nie? No bo muszę pamiętać, że jesteśmy już w połowie historii. Dobrze się gada, ale dokądś trzeba zmierzać, nie? Dobra i cyk. Okej, okej, jest fajnie, jest ciekawie. Karta przedstawia drzwi, wokół których lewitują klucze. Te drzwi stoją na takim wyrwanym kamiennym, to nawet nie wiem, nie mogę powiedzieć, że to jest tylko postument, bo to jest właściwie kawał skały z takimi à la schodkami i wokół jest woda, wzburzone jakieś fale. Więc tutaj na tych schodkach stoi też dziewczynka w żółtym płaszczyku. Patrzę, czy ona trzyma lizaka, czy... Chyba lizaka trzyma.
Czerwona torebunia, jaka urocza. Uuu. W centrum tych drzwi mamy wielką dziurkę na ten klucz, więc może właśnie z tych lewitujących kluczy trzeba wybrać jakiś, ten właściwy. A może każdy klucz prowadzi do innego świata? W ogóle uwielbiam motyw drzwi, wiecie? To jest takie coś, że w ogóle i w Dixitcie, czy często w tego typu właśnie kartach z grafikami przynajmniej wydaje mi się, że jedna w zestawie jest karta z drzwiami wyrwanymi z kontekstu. Albo takie mam tylko może i błędne wrażenie, ale mam, mam. Chyba w Dixitcie też jest taka karta. Uwielbiam w ogóle takie drzwi wyrwane z kontekstu, bo mój mózg wtedy biegnie, nie? Wiecie, czasami się zdarzają takie jakieś akcje artystyczne czy instalacje, że czasami gdzieś w lesie czy na polanie stoją drzwi.
I wiecie, nie wiem, czy mieliście styczność z takimi drzwiami, ale bardzo często, jak też rozmawiam, sama miałam styczność z takimi drzwiami, ale jak rozmawiam właśnie z ludźmi, którzy gdzieś czegoś takiego doświadczyli, to wiecie, niby to są drzwi i każdy wie, że to są po prostu drzwi, a jednak jest ten taki moment adrenaliny czy takiej, nie wiem, strachu, lęku, żeby te drzwi otworzyć i przez nie przejść, wiecie? Że ta symbolika drzwi czy w ogóle przejścia przez próg, przez drzwi jest tak głęboko w nas zakorzeniona, że nawet jak wiecie, ktoś tam nie interesuje się fantastyką, tak? Nie jest pisarzem, nie używa wyobraźni tak bardzo na co dzień na przykład czy gdzieś tam nie wymyśla rzeczy. To jednak też fizjologicznie czuję coś takiego przy tych drzwiach, że jest ten moment takiego właśnie: „kurde, a co jeśli?”. W sumie podobna sprawa, można by powiedzieć, było idź do OBI, tam masz serię drzwi na przykład czy innych marketów budowlanych. Można sobie przez te drzwi przechodzić, ale to jest jednak inaczej, jak mamy dział z drzwiami, a inaczej jak napotykamy porzucone drzwi gdzieś. Świetna akcja, ciekawe wrażenia uważam. Ale i właśnie ile inspiracji, że może i przejdziemy tymi drzwiami, nie zauważymy różnicy, ale może jednak będziemy w innym świecie. A może coś się w tym świecie zmieni? I tutaj myślę, co te drzwi mogłyby wnieść do naszej historii.
Jeszcze jedna rzecz, o której nie powiedziałam. Tutaj też mamy postawiony taki stoliczek. Wiecie, jak się na przykład podaje śniadanie do łóżka albo jakiś posiłek. Taki malutki stoliczek. Na tym stoliczku mamy piękną różę w wazoniku, mamy czajniczek, filiżankę i klucz. Malutki złoty klucz. W sumie to też tak trochę jak w „Alicji w Krainie Czarów”, że też może właśnie trzeba wypić herbatkę, żeby się zmniejszyć albo zwiększyć. Myślę, jaki to może mieć związek z naszą beczką, z naszym bohaterem. Może co on mógł zaobserwować? A może to jest w ogóle poza sceną?
To jest taka historia pokazana od drugiej strony, że może to wcale nie jest atak wrogiego królestwa. Słuchajcie, a może to jest ta współczesna beczka? Może w wyniku jakiejś nieudanej klątwy po prostu skrzyżowały się linie czasowe i ta beczka z chemikaliami to jest faktycznie beczka ze współczesnego dla nas świata, która przez te drzwi przypadkowo wypadła albo ktoś ją tam wrzucił. Myślę jeszcze nad tym, że ta dziewczynka w tym płaszczyku tutaj na tej karcie, to mogłaby być też taka ciekawa postać. Wiecie, jak jest gdzieś tam jakaś wiedźma, jakiś pustelnik i tak dalej. I tu mogłoby być właśnie takie magiczne miejsce, może jakaś grota, przez którą trzeba byłoby przejść. Taka klasyczna grota, ale taka ze zbiornikami wodnymi. W ogóle w tej historii chyba gdzieś mieliśmy coś takiego i była też z wulkanem czy z magmą. Tam też jest taka scena i może tutaj właśnie gdzieś w tej grocie jest takie miejsce, do którego nie każdy wie, jak dotrzeć. Miejsce właśnie z tymi drzwiami.
I tam faktycznie lewitują te klucze. To byłoby w ogóle, jakbyśmy na przykład mieli nagrać film tego typu, to byłaby bardzo piękna scena. Może byłoby naprawdę bardzo fajnie to ograć. Wiecie, trochę jak te sławne sceny lasów w „Avatarze”. Te różne świecidełka, fruwające jakieś roślinki. To tutaj te klucze mogłyby takie być, bo mówię, na tej grafice mamy bardzo dużo ich. Od góry jest światło na te drzwi, więc ta scena naprawdę mogłaby być bardzo magiczna. I w tym wszystkim, w tej całej ciemni właśnie ta mała dziewczynka w żółtym płaszczyku, która właśnie mogłaby być rodzajem strażnika tych drzwi. Może właśnie nie wiem, czy bóstwa, czy jakiejś istoty magicznej, która właśnie przeprowadza przez te drzwi, ale tak wiecie, trochę pokrętnie, trochę jak sfinks albo jakiś taki duszek nie do końca dobry, że może właśnie zawsze jest jakaś zagadka. Może tam trzeba powiedzieć życzenie, marzenie, ale to życzenie trzeba mówić właśnie precyzyjnie, bo może zostać zupełnie odwrócone.
Jak w mitologii, zdaje się dżiny. Tak w tej prawdziwej mitologii, to one chyba tak działały, że to nie był taki do końca miły, przyjemny jak ten z „Aladyna”, który spełniał wszystkie życzenia, tylko właśnie nawet chyba gdzieś film był taki. Już nie pamiętam, czy to był dżin, ale coś tego typu, co niby spełniało życzenia, ale jak ktoś nie był precyzyjny, to w bardzo czasami ostateczny sposób dla życzącego sobie. Więc to też nie jest tak, że każdy sobie tymi drzwiami przejdzie. Tylko teraz myślę, co mogłoby naszego bohatera naprowadzić tutaj na to? Bo wiecie, pomyślałam, że może coś poszło nie tak. Może ta istota na przykład jest ranna. Ktoś sforsował drzwi. Wiecie, o czymś takim pomyślałam, że tutaj może jest ten strażnik na przykład, czy ta strażniczka, ta dziewczynka. To w sumie nawet nie musiała być wcale mała dziewczynka, tylko ta istota przybrała sobie taką formę, że ona na przykład właśnie leży ogłuszona, a może właśnie otruta tą herbatką czy tam ogłuszona.
No wiecie, w sensie struta, że żyje, ale jest nieprzytomna. I drzwi są wyważone. Może właśnie te zacieki. To mogło być takie trochę śledztwo, że z tej beczki wylane chemikalia. A może właśnie te chemikalia też ją w jakiś sposób przytruły trochę, nie? I teraz tylko jak ten bohater? Też idziemy w proste rozwiązania, że myszy mu doniosły? A może on zauważył właśnie, jeżeli przyjmiemy, że ta beczka to była taka metalowa z naszych czasów, że tak powiem, to może on właśnie się zorientował, że jeżeli cokolwiek nie pasuje, bo nigdy nie widział takiego materiału, nie miał pojęcia, co to jest. Może bohater mógł na wszelki wypadek uznać, że- Że zasłoni twarz tkaniną. Możemy użyć do tego maski doktor śmierci, co te dzioby przy dżumie używali.
Ale zasłonił twarz. Wiedział, że w takich sytuacjach, jeżeli zwierzęta gdzieś naokoło padały czy były chore, miał na tyle podstawowej wiedzy, żeby nasączyć jakąś tkaninę w kieszonce marynarki, poszetkę. Wiecie, jakąś chustę czy coś nasączył ziołami, zasłonił tym twarz i podszedł do tej beczki obejrzeć ją. Na przykład też jakimś kijem w tę beczkę stukał czy coś. I zobaczył, że ona brzmi jak z metalu. Tylko że z metalu to się raczej wykuwa w kuźniach różne rzeczy. I on nigdy nie widział zbiornika metalowego. I zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest to jakaś rzecz z innego świata. Nie pamiętam teraz, bo któryś z bohaterów rysował chyba dobrze. Już nie będę teraz się rozpraszać na notatki.
Załóżmy, że pozyskał szkic tej beczki czy opowiedział o tej beczce i postanowił skonsultować się z tą istotą, z tym strażnikiem drzwi. Czy może ona wie, czy w którymś ze światów nie ma takich beczek? Albo jeżeli są te beczki, to co to jest? Albo jak zaradzić temu, żeby te zwierzęta nie umierały? W międzyczasie oczywiście straż zamknęła dostęp do tego. Ludzie są przestrzegani i możemy, tak mówię ogólnie w mieście, że może też zmagają się z tym, żeby spróbować tę wodę oczyszczać w jakiś sposób. I na przykład magowie i alchemicy połączyli siły, i medycy, i próbują wymyślić, jak uzdrowić wodę w mieście. To nawet ładnie brzmi, że woda zachorowała. Nasz bohater dociera do tej istoty i jest świadkiem tej sytuacji, w której w pierwszej chwili on też myśli, że ona nie żyje. Drzwi są sforsowane, więc skoro te drzwi prowadziły wszędzie, to możemy zrobić, że tam nie widać po drugiej stronie może nic, tylko jakąś mgłę może.
Może jak to w „Rick i Morty” było, że takie zielone coś tam, taki wir był. Chyba że od razu będzie przejście do tego świata. A może takie klasyczne postapo, zniszczony, spalony świat. Oczywiście bohater nie przekroczył tego progu, ale zobaczył może też ślady butów na tych schodach i zabrał tę istotę, próbował ją ocalić. Możemy zrobić, że pro forma zamknął drzwi. Może w jakiś sposób spróbował naprawić te drzwi czy coś. Nie wiem. Trzeba pomyśleć. Może miał tu jakichś sojuszników, a może powiedział szczurom, czy może jakieś inne zwierzątka tam były w jaskini. Nietoperze?
Małe gryzonie? Nie no, w sumie nietoperz jest ssakiem. A czy gryzoniem? Nie chyba. Tak czy siak poprosił te zwierzątka, żeby wezwały znachora albo jakiegoś uzdrowiciela. Bo to w sumie jest byt magiczny, więc może tutaj niekoniecznie znachor, bardziej może jakiś mag, jakiś ktoś. Mieli też chyba uzdrowicielkę w swojej osadzie. Może to jest dobry kierunek. Dobra, czyli pomoc w drodze, a on po prostu zajął się w tym momencie zamykaniem, próbowaniem, zamknięciem tego portalu. Dobra, bierzemy kolejne kostki i lecimy, bo jak zawsze się rozgadałam.
Okej, co to jest? Tak jak mówiłam, oczywiście mamy tutaj serię tajemnice. Myślałam, że jakiś zegarek, ale widzę, że to jest jakieś ogłoszenie na słupie, jakaś kartka. To tak jakby zdjęcie. Może ktoś zaginiony. Więc teraz jak byśmy to mogli połączyć z naszą historią? Nie wiem, może ktoś już umierał wcześniej? Nie wiem, co mogliby szukać na słupach. Bo tak sobie pomyślę, jak idę w klasyczne fantasy, to były te słupy ogłoszeniowe, gdzie były właśnie jakieś zlecenia do wzięcia. Tylko co to by mogło tu symbolizować?
A może tutaj na zasadzie, może niekoniecznie te kartki tam wisiały, tylko bardziej że ktoś zaczął ginąć. Może ludzie zaczęli być porywani na przykład albo jakieś przedmioty ginęły. Dobra, wiecie co? Chyba rzucę następną kością, bo myślę, co by tu mogło być motywem właściwie? Co tu się dzieje? Że tutaj wpadła ta beczka, jest truta woda. A może jednocześnie medycy byli zaginieni? Albo osoby, które były związane z... Ta cała ekipa na przykład, która się zajmowała. Może eksperci albo mistrzowie, którzy tutaj nauczali, którzy mieliby najszerszą wiedzę właśnie w kontekście oczyszczania wody, uzdrawiania zwierząt, ludzi i tak dalej.
Może od jakiegoś czasu zaczęli ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach i te rodziny po prostu się upominały, próbowały ich znaleźć. I tak naprawdę, mimo że królestwo się mierzyło teraz z tym problemem, to może jednak nasz bohater dotarł do informacji, że tak naprawdę to ci, którzy się tym zajmują, nie mają w ogóle pojęcia, co robią. I to są na przykład uczniowie dopiero na początku swojej drogi, którzy nawet nie zdążyli odebrać wszystkich nauk. Co z drugiej strony też może być paradoksalnie bardzo ciekawym wyzwaniem dla nich. A może zmowa mistrzów, żeby dać nauczkę uczniom? Ale nasz bohater zaczyna łączyć te sprawy ze sobą, sprawę tej beczki i zaginięć. No dobra, rzucamy dalej. Mamy tutaj buźkę, minkę, taką zaciętą minę. Oczy takie zacięte, ale zamek zamiast ust. Oczywiście kością rzuciłam, więc to jest bardzo prosta grafika.
Myślę, że to mógłby być taki symbol milczenia, że wiem, ale nie powiem, że to nawet nie jest, że te usta są zaszyte, tylko zamknięte na taki zamek błyskawiczny. Co znaczy, że nie ktoś mnie zmusił do myślenia, tylko ja sam nic nie powiem, nie sypnę. Więc może... I teraz myślę, czy to jest mistrz, czy może ktoś trochę wyższej rangi niż uczeń, ale jednak jeszcze nie mistrz? A może to jest jego spisek? Może on uwięził mistrzów i chciał udowodnić, że nie umieją nauczać, że ci uczniowie i tak nic nie wiedzą, a on był niedoceniony, że on się uważał, że on powinien być mistrzem, ale nigdy tego tytułu nie dostał. I może właśnie, nie wiem, w jakiej branży jeszcze, w jakiej dziedzinie, ale może właśnie tutaj mamy obraz naszego złego charakteru, złola naszego. No właśnie, że może. Myślę, skoro powalił tą istotę magiczną, to może jednak jakiś niedoszły mistrz magii. A może go wyrzucili z zajęć, może zabronili mu władać magią, bo może zauważyli, że nie ma czystego serca na przykład, albo że ma takie tendencje do władzy, że może być niebezpieczny, jeżeli nauczy się magii i może odmówiono mu nauki.
I on teraz się może właśnie w ten sposób mści, bo chciał udowodnić, że jest potężny i zasługuje na tytuł mistrza. Ale chciał właśnie pokazać przez tą sytuację, że mistrzowie też nie zasługują, że oni wcale nie są tacy super, bo uczniowie nie dadzą rady. A może właśnie paradoksalnie w naszej historii, mimo tego wszystkiego, uczniowie pod presją i taką presją naprawdę życia i śmierci, łącząc siły, może właśnie łącząc dziedziny, zaczęli jednak metodą prób i błędów, ale szukać tych rozwiązań i znajdować, przede wszystkim znajdować te rozwiązania. I paradoksalnie to brzmi jak w sumie całkiem dobra nauka, mimo że była źle umotywowana. Ale faktycznie samodzielne szukanie rozwiązań, niekorzystanie z gotowej wiedzy, czyli tak naprawdę wyważanie drzwi od nowa. Ale czasami trzeba te drzwi wyważyć. Czasami nie mamy dostępu do całej wiedzy, do całej nauki, więc jesteśmy zdani na siebie, tak jak właśnie w tej sytuacji nasi bohaterowie. Ludzie chorują. Może jeszcze nie umierają, ale chorują. Bardzo chorują.
Nikt nie może im pomóc. Woda choruje, zwierzęta chorują. Za chwilę rośliny będą chore. No jest po prostu kataklizm. Więc mamy dzisiaj nasze tajemnicze kataklizmy i może to sprawiło, że to skupienie, cała uwaga poświęcona tylko na jedno zajęcie sprawiła, że ci uczniowie po prostu zaczęli korzystać też z mechaniki działania jakiejś innej dziedziny. Czyli na przykład może mieliśmy tutaj może też budowniczych, bo potrzebowalibyśmy osoby, które może by budowały jakieś zapory czy jakieś filtry do wody i zawsze to była prosta rzecz, skręcanie przedmiotów ze śrubek, ale musieli na przykład wykonać ten... Jak wam to wytłumaczyć, co ja mam na myśli? Chodzi mi o proces myślenia, że na przykład inaczej będzie myślał chemik, a inaczej będzie myślał inżynier i będzie brał pod uwagę inne okoliczności, inne szanse zagrożenia, innego typu rzeczy. A tu na przykład jeżeli mamy budowniczego, który miałby skonstruować filtr, to i tak musiałby się zastanowić, jak ten filtr ma działać. Albo może właśnie dzięki temu, że oni połączyli siły z alchemikami, to wiedzą, że są rzeczy, jest drugie dno, że to nie jest tylko skręcenie śrubek i zrobienie na przykład jakiegoś sita.
No bo okej, sitem możemy oddzielić kamyki, ale tutaj jest ta woda, która jest płynna i nie widać zanieczyszczenia w tej wodzie. To znaczy, że trzeba użyć jeszcze czegoś oprócz kamyków. I tak może na przykład stworzyli filtry do wody. Może właśnie połączyli to z piaskiem, z jakimiś innymi kamieniami, właśnie z jakimiś tkaninami i sprawili, że ta woda faktycznie była dużo czystsza, że może właśnie pozbawiona tych dziwnych, złych właściwości, które nabyła tej trucizny. Fajnie, podoba mi się ta historia. Robi się nam głęboka. Rzucam ostatnią kość. Ostatnia kość to jest taśma, taka rolka starego filmu. Jak kiedyś były kamery czy w ogóle filmy poklatkowe. Tak myślę.
Mamy tutaj, nie pamiętam, jak to się nazywało. Chyba taśma. Po prostu taśmy. Tak się mówi też, że jakieś tam taśmy, jakieś afery. Więc mamy tutaj taką taśmę filmową i co ona tu może symbolizować? Bo faktycznie tego typu wynalazków może jeszcze nie mamy w naszym świecie, tutaj, w tej naszej historii. A może to będzie rozwiązanie dla naszego złoczyńcy? Pomyślałam, że może nie zostanie mistrzem magii, ale może zajmie się tworzeniem jakiegoś spektaklu czy czegoś, ale jaki to miałoby związek? Jeszcze mamy szansę, że ostatnia karta może nam przynieść tropy, jeżeli chodzi właśnie o złapanie złoczyńcy czy ukaranie go. Albo może tu chodzi o to, że nikt nie wierzył w takie rzeczy, że to wszystko było takie abstrakcyjne jak jakaś opowieść bajarza przy ognisku.
Nasz bohater. Co ja tam jeszcze pisałam? Że jakieś tam słodycze lubił, ale że grał na jakichś instrumentach. Właśnie myślę, czy to była konfrontacja z tym złoczyńcą, bo on był zwiadowcą. Może tak: zrobił to śledztwo, dotarł do tego złoczyńcy i może rycerze go złapali. Bo tu było, że nic nie powie. Czyli musieli go złapać. Wzięli go na przesłuchanie, a on nic nie mówił. I teraz może ta taśma filmowa, może nasz bohater przyjdzie przesłuchać tego złoczyńcę. Bo oni przecież muszą się dowiedzieć, co się stało z mistrzami, gdzie są mistrzowie.
A jeszcze mieliśmy otwarte drzwi do tego innego świata. Może ta taśma to mógłby być trop, gdzie są mistrzowie. Tylko teraz jak ją przełożyć na takie trochę średniowieczne klimaty? Może film, może scena? Tylko co ta scena by nam dała? Bo tam mówiłam, mamy za tymi drzwiami taki świat postapo. Pomyślałam, że może w tamtym miejscu, w tamtym świecie ukryłby mistrzów, ale może nie. Może stamtąd po prostu ukradł tą beczkę. A mistrzowie są ukryci gdzieś tutaj. Kurde, taśma, film.
Nie wiem, jak to połączyć. Tak myślę. Może artyści? Może pójdźmy w tym kierunku. Czyli jak większość innych dziedzin, takich bardziej praktycznych, musiała się połączyć. Bo nawet kucharze, żeby zająć się chorymi. Ich wiedza też była w tym wszystkim cenna. To byłoby ciekawe, jak nagle wszyscy mistrzowie wszystkich dziedzin znikają z miasta. Ale może nasz złoczyńca nie docenił artystów. Tak teraz pomyślałam, że może film byłby tu symbolem całej tej grupy ludzi kreatywnych, bajarzy, pisarzy, śpiewaków, bardów i tak dalej.
Cała ta gildia artystyczna. I może on nie pomyślał, że wśród nich też są mistrzowie. Oczywiście mistrzowie grania na lutni, ale mogą to też być mistrzowie, którzy oprócz muzyki, teatru i tak dalej mają też inne, bardziej praktyczne zainteresowania albo inną wiedzę. I może oni też wnieśli bardzo dużo do tych grup. Tak myślę, tych grup, które pracowały nad rozwiązaniami. A może właśnie nasz bohater do nich poszedł. Sam w sumie też poniekąd reprezentował, należał do tej grupy ludzi jako taki grajek na wszystkim. Może dzięki temu wiedział, że tam są naprawdę tęgie umysły i może tamci ludzie zrobili burzę mózgów razem z nim i spróbowali znaleźć miejsca w ich królestwie, gdzie w ogóle można byłoby taką grupę ludzi ukryć. Bo nawet w najgorszym scenariuszu, jeżeli by zostali zamordowani, zabici i tak dalej, to też gdzieś tyle ciał trzeba byłoby ukryć. Myślę, że to jest dobry trop.
Więc nasz bohater wraz z artystami debatowali nad tym, próbowali znaleźć mistrzów, a w międzyczasie oczywiście uczniowie się uczyli szukać, i to coraz bardziej skutecznie, lekarstwa na te chemikalia, na to wszystko. Zobaczymy, co jest na ostatniej karcie, czyli to będzie finał naszej dzisiejszej historii, ale myślę, że jakby to rozwiązanie się udało, to może i można byłoby uleczyć tamten postapokaliptyczny świat. Może właśnie to też jest ciekawa furtka, ciekawe drzwi do połączenia, do następnej historii. Gdyby to miała być powieść, to mogłaby to być druga część albo kolejny rozdział czy kolejna część jakiejś serii. Ostatnia karta. Okej. To chyba też była karta, która symbolizowała postać z tej historii. Mi się wydaje, że to był rycerz i on był w parze z uzdrowicielką. Chociaż nie, mamy jednego bohatera, to muszę sięgnąć po drugiego, więc może on tutaj pomoże nam. Ta karta przedstawia — i chyba tak samo jak wtedy będę się teraz zastanawiać, czy to jest królik, czy zając.
To jest chyba zając. Patrzę, że te uszka ma całkiem długie. Zając w zbroi, uzbrojony jest właściwie w chochle i tarczę i wyszedł z okopu, z norki, ale są tu też worki z piachem. Ogólnie jest ostrzał marchewek i on się przed nimi broni. Mięsożerny zając. Zaraz, już tutaj mam moje notatki i zobaczę, co my mamy na temat tej postaci, bo to właśnie był rycerz. Rycerz, tylko myślę, że on nie był takim zwyczajnym rycerzem, z tego, co pamiętam. Tu są osadnicy, zwiadowcy, wojownicy. Wiecie co? A może on był archiwistą, a nie rycerzem?
Tak! Tak jest. To był archiwista Roland. Bo jeszcze archetypy im losowałam. Więc to był właśnie bohater rycerz, czyli taki zaprawiony, zaraz leci bronić uciśnionych. Uwielbia walczyć, walczy wszystkim. Czyli tak jak Zap gra na wszystkim, tak ten walczy wszystkim. Świetny wojownik. Darzy ogromnym szacunkiem drzewa, uwielbia z nimi rozmawiać. Jest archiwistą.
Księgi to świętość. I tu mamy jeszcze rytuał tworzenia papieru. Bo w tamtych czasach on też się tym zajmował. No właśnie, czyli mógłby być też takim trochę nieocenionym mistrzem, bo oczywiście na pewno wspierał wszystkich tą wiedzą książkową, tym, co miał w archiwum. Może właśnie też tam szukał rozwiązań. Może właśnie jak o tym usłyszał pierwsze co poleciał i tam się zabunkrował. Czyli on by był rozwiązaniem naszej historii. Okej, czyli mamy debaty z artystami. A może właśnie ta debata przyniosła naszemu głównemu bohaterowi, w tym wypadku Zapowi, do głowy pomysł, żeby udać się do archiwum? Co się dzieje, że gdzieś tam tak pomyślał?
Myślę właśnie, dlaczego jeszcze o tym rycerzu mógł pomyśleć. Nie no, dobra, największy związek tutaj byłby właśnie z wiedzą, tak? A wiecie co? Jeszcze patrzę, bo tu miałam spisane relacje i cofnę się. Jeszcze dobrze pamiętam, że on był w związku z uzdrowicielką, więc może właśnie po rozmowie z uzdrowicielką nasz bohater postanowił odwiedzić Rolanda w archiwum. Jeszcze tylko się upewnię, żebym tu wam nie ściemniała. Tak, to była uzdrowicielka. Ej, słuchajcie, ale! A może ona była mistrzynią i ona zaginęła? No.
I dlatego ten Roland się zakopał w tym archiwum i szukał też rozwiązania, żeby swoją ukochaną odnaleźć. I może właśnie to parcie, ta jego wojowniczość sprawiła, że trafił na trop tych mistrzów. Fajnie, kurde, znowu odpływam w historię. Wiecie co? A może ja wylosuję jeszcze jedną kartę? Bo pojawił nam się ten drugi bohater, czyli fajnie, nawiązujemy sojusz i może właśnie on gdzieś w księgach wertował plany królestwa czy w ogóle plany całego królestwa. Nie tyle, że sam zamek, ale właśnie wszelkie lokacje okoliczne, osady i tak dalej, wszystkie budowle. Może odkrył... Idziemy klasyka rodzaju, jakieś tajne korytarze, tajne tunele, może właśnie jakaś komnata. Teraz tylko gdzie byłaby trudność?
Dobra, wiecie co? Losuję jeszcze jedną kartę i ona będzie lokacją, w której będzie rozwiązanie naszej historii, czyli w której znajdziemy mistrzów. Dobra, wyjmę coś ze środeczka, żeby już nie tasować. Okej, mam kartę i zaraz odwracamy. Odwracamy i mamy finał. O matko z córką! Okej, mamy tutaj taką bardzo dziwną krainę, arbuzową krainę i tu skaczą owieczki. Tu mamy trawę, to są właśnie te zielone skóry arbuzów, no i w międzyczasie są tak jak góry, te czerwone części arbuza. No i mamy owce, które tam skaczą, jakieś chmurki u góry. Totalnie taka cukierkowa kraina, można powiedzieć.
Cukierkowa, bo kolory takie. Kto widział arbuza, ten wie. A połączmy to jeszcze z pięknym błękitnym niebem, białymi chmurkami i owieczkami, to już w ogóle jest tak milusio. Co prawda dosyć opustoszała ta kraina, ale ta kraina wygląda trochę jak senna kraina. Jak liczenie owiec. I tak sobie myślę, może nasi mistrzowie są uśpieni. I teraz W jakimś miejscu, że może ten nasz złoczyńca wcale nie chciał ich zabić i w ogóle pozbyć się ich. Chciał im po prostu dać nauczkę, zyskać w ich oczach, więc podstępem ich otruł, uśpił. Może to musiało być miejsce, w którym byli zebrani. Żeby nie musiał sam w pojedynkę tych ciał, śpiących ludzi przenosić.
Może to była jakaś tajna narada Mistrzów. Może on zorganizował taką jakąś... A może ich właśnie tą beczką zwabił? Może on jako pierwszy dał przeciek o tej beczce Mistrzowie, żeby nie tworzyć paniki. On musiał znać procedurę, może była taka procedura w królestwie. Zwabił ich do jakiejś tajnej kryjówki. I teraz kryjówka. Pamiętam, bo to miał być trop dla chłopaków naszych, żeby odnaleźć to miejsce. A wam dzisiaj nie wspomniałam o tym, że ta uzdrowicielka, ta Lis, bo właśnie ona miała tak na imię, ona była niewidoma. Może ostatnia rozmowa Rolanda z ukochaną, może ona mu opowiedziała o tym miejscu, ale z racji, że nie rejestruje oczami, tylko bardziej dotykiem, to może te arbuzy, czy można powiedzieć egzotyczne jakieś owoce byłyby tropem.
Może Roland będzie opowiadał o tym, że ona wspominała o miejscu, w którym... Teraz tak fajnie, jakby mówiła o kolorach, ale załóżmy, że nie. Że miała wrażenie, jakby na przykład chodziła po kulach czy po tych egzotycznych okrągłych owocach. Trzeba by podjąć decyzję, czy arbuzy były w tym uniwersum, czy nie. Może właśnie tak. Tak sobie wyobrażam, co ona by mogła opowiadać. Albo na przykład na ścianach, że na ścianach jak szła, dotykała ręką ściany tego korytarza, to zawsze jej się ta sala podobała, bo miała wrażenie, jakby dotykała okrągłe owoce czy skóry tych twardych owoców na ścianie. To mogły być jakieś takie kule skórą tłoczone na przykład. Tak wyobrażam sobie tą salę. Wtedy to byłoby na tyle charakterystyczne, że na przykład Roland nie miał pojęcia, o jaką salę chodzi, ale na przykład Zap jako zwiadowca albo może zwierzaki mu doniosły, że jest taka sala, że w podziemiach, gdzieś w jakimś korytarzu jakaś sala, gdzie kiedyś jakieś tajne narady się odbywały.
I miała takie te wybrzuszenia na ścianie i dzięki temu może te zwierzaki ich doprowadziły tymi tunelami albo wskazały na mapie, gdzie jest to miejsce. Tam odnaleziono śpiących Mistrzów. Oczywiście ocucono ich, wszystko było z nimi w porządku, a największym zwycięstwem tej całej historii był fakt, że uczniowie z tych wszystkich dziedzin znaleźli rozwiązanie. Znaleźli neutralizator na tą toksynę, oczyścili wody i w momencie, kiedy już ocuciła się ta istota, ten strażnik drzwi, to Zap z Rolandem zaproponowali, że mogą udać się na misję do tego zniszczonego świata, żeby tam oczyścić wodę, żeby ten ich wynalazek zamontować w tamtym świecie. Nie mogą zrobić nic więcej. Tam nie było niczego, co żyło, ale pomyśleli, że jeżeli oczyszczą wodę, to może tamten świat sam się zrestartuje. W sensie sam zacznie żyć. Stwierdzili, że chociaż tyle mogą dać tamtemu światu. Oczywiście też tamtą zneutralizowaną beczkę oddali, bo też była taka zasada, żeby nie wynosić rzeczy z tych światów. Tamta beczka, mimo że została zneutralizowana, ale została zwrócona do tamtego świata, a tam zamontowali te oczyszczacze na tej wodzie.
I może właśnie raz na ileś doglądali tego świata, jak to tam wszystko działa tak z ciekawości. Dobra, mamy to. Mamy fajną historię, fajne lokacje. Cieszę się, że pojawili się bohaterowie z historii, którą tutaj wymyślaliśmy. Fajnie było spędzić z nimi trochę czasu. Myślę, że dla was też dzisiejszy odcinek był ciekawy. I co? Ja kończę. Słyszymy się za tydzień. Także samych cudowności.
Nie wiem, jak u was. U mnie pogoda dosyć wietrzna, mokra, ostatnio taka wiecie, ni to jakaś wczesna wiosna, ni to zima. Prawdopodobnie zima ma jeszcze nadejść, ale czuję w moich operowanych kolanach tą wilgoć w powietrzu. Także sobie życzę ciepełka w kolanach i wam też życzę zdróweczka i żebyście się czuli świetnie i mieli inspirację na każdym kroku. Trzymajcie się. Pa!
[02:19:06] - Tak sobie myślę, że wspomnienia to jest w sumie fajna sprawa. I kiedy Piotr Cielebiaś wymyślił cykl audycji zatytułowanych „Sentymentalnik”, to strzelił gola. Naprawdę trafił w punkt, bo myśmy od jakiegoś czasu rozmawiali z Piotrem o tym, żeby tak czasami powspominać. A to było fajne, a tamto było fajne. A pamiętasz to? A pamiętasz tamto? No tak, ale tak sobie gadaliśmy. Czasami gdzieś tam wpletliśmy w jakąś rozmowę na antenie te swoje wspomnienia Ale trzeba było tego impulsu w postaci pomysłu Piotra, żeby wystartowała audycja Sentymentalnik. Dzisiaj kolejny Sentymentalnik, a będziemy rozmawiali o postaci kultowej w PRL-u, a mianowicie o kapitanie Żbiku. Tym, którzy są mało zorientowani, bo wtedy nie żyli albo niekoniecznie interesowali się kulturą masową, wspomnę tylko, że kapitan Żbik to bohater serii komiksów.
Ponad 50 zeszytów z tej serii pokazało się na rynku. Zapraszam. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Dzisiaj będzie milicyjnie. Sentymentalnik czas zacząć.
[02:20:39] - Tak, powspominamy z Markiem, jak nas pałowali. Nie, żartuję, nie moglibyśmy takich rzeczy wspominać. Ja bym nie mógł. Za mały byłem. Dziś kapitan Żbik, polski Dick Tracy, choć nie wiem, czy to jest dobre porównanie. Prawdopodobnie najbardziej znana komiksowa postać PRL-u. Nie wiem, Marku, czy ja tu teraz nie przesadzam, ale postać PRL-u w tym znaczeniu, że to nie był ktoś wyrwany z kontekstu, jakiś superbohater, tylko ktoś, kto pomagał porządkować życie codzienne władzy ludowej. Kapitan Żbik był komiksem oryginalnym i swego rodzaju fenomenem kulturowym. Tworzył go tabun ludzi i ci ludzie to nie byli ludzie z łapanki. Oni próbowali nadać temu komiksowi i tym opowieściom wrażenie wiarygodności.
To był taki komiks ludowy. Komiks, bohater ludowy, komiks ludowy i przede wszystkim edukacyjny. Czy on się cieszył popularnością? Na pewno tak. Potem go jednak dopadł hejt, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, a to z bardzo prostej przyczyny. O jakiej za chwilę powiemy. Są ludzie, którzy wspominają tego Żbika bardzo dobrze. Zaraz ci oddam głos. Nie wiem, czy się z tym wszystkim zgodzisz, co powiem. Chociaż może te motywacje stojące za stworzeniem takiej postaci i takiej serii już takie piękne nie były.
Jak ty wspominasz tą postać, te komiksy i tą zakończoną historię kapitana Żbika?
[02:22:15] - Tak sobie westchnąłem w duchu, bo właściwie należałoby wzorem pewnego polityka powiedzieć, że otworzyłeś puszkę z Pandorą. Tak, otworzyłeś, bo trudno oceniać jednoznacznie tę postać literacko-komiksową, czyli kapitana Żbika, bo to był fenomen kulturowy, cieszący się ogromnym powodzeniem w latach PRL-u, kiedy, umówmy się, młodzi bardzo ludzie już gdzieś tam z mlekiem matki wysysali, że milicjant to twój wróg i na ogół wredna postać. Jednak paradoksalnie te zeszyty o kapitanie Żbiku cieszyły się ogromnym powodzeniem. Ja za chwilę troszkę o tym powiem na podstawie tak zwanej własnej historii, ale sięgnijmy do źródła, bo rzeczywiście ty, Piotrze, zacząłeś o tym mówić. Motywacja do stworzenia serii była jak najbardziej polityczna. W drugiej połowie lat 60. był sobie taki generał Milicji Obywatelskiej oczywiście. Nosił nazwisko Pietrzak. Imienia, wybaczcie państwo, nie pamiętam, ale może to nie jest najważniejsze. W każdym razie to był szef Milicji Obywatelskiej, bo tak się to wtedy nazywało.
Kombinował dobrze. Doszedł do wniosku, że trzeba by w społeczeństwie poprawić coś, co nazwalibyśmy dzisiaj wizerunkiem Milicji Obywatelskiej. Trzeba by to jakoś nowocześnie zrobić. Myślano i wymyślono oczywiście, żeby powstał komiks. Zresztą ja nie wiem, czy to był efekt myślenia, czy też takiej obserwacji dosyć wnikliwej. Po prostu, ponieważ wtedy milicjanci oraz tajniacy kręcili się gdzie popadło, to kręcili się między innymi po różnych miejscach, gdzie handlowano tym wszystkim, co przywożono z Zachodu. Bardzo szybko doniesiono owemu generałowi, że komiksy to się na przykład na bazarze Różyckiego cieszą ogromnym powodzeniem. Oczywiście myślę o komiksach przywożonych z Zachodu. Pokombinowali i wymyślili, że trzeba by zrobić jakiegoś milicjanta bohaterem komiksu. Jak państwo tego słuchacie, ja jak to mówię, to właściwie jestem głęboko przekonany, że to był przepis na kompletną klapę.
Nie mogło się udać. Naprawdę milicjant bohaterem komiksu i to jeszcze czytanego chętnie? Nie, to bzdura. Jednak się udało. Nie wiem, czyja to była zasługa. Czy to była zasługa, wtedy nie używano tego zwrotu, ale tak zwanego PR-u? Czy to była zasługa po prostu świetnych rysowników, czy też świetnych scenariuszy? Z takich ciekawostek, tego akurat nie wiedziałem, wyczytałem to ostatnio, że do Napisania scenariusza do jednego z komiksów startował nawet Leszek Moczulski. Wtedy jeszcze nie wiedział, że założy KPN, więc startował, żeby napisać scenariusz. Tych autorów było całkiem sporo.
Notabene bardzo demokratycznie, bo trochę kobiet również startowało. W tamtych czasach to nie była rzecz oczywista. Ja nie wiem, czy to, że były dobre scenariusze, musiało odegrać rolę, ale myślę, że najważniejsze było to, że świetni rysownicy wzięli się za rysowanie „Kapitana Żbika". Myślę, że państwo kojarzycie nazwisko Grzegorz Rosiński. Tak, proszę państwa, Grzegorz Rosiński rysował „Kapitana Żbika". Zapewne kojarzycie państwo nazwisko Bogusław Polch. Tak, on również rysował „Kapitana Żbika". Poza nimi, poza Rosińskim i Polchem sporo zeszytów, ale naprawdę z naciskiem na sporo, narysował Jerzy Wróblewski, którego musicie państwo znać, bo to jeden z najbardziej płodnych w swoim czasie komiksiarzy w Polsce. To były nazwiska, które gwarantowały, że ta kreska, ona różna była, ale jednak przyciągnie potencjalnego czytelnika. A ich historie były ciekawe i bardzo różne.
Ta rozpiętość była ogromna. Były komiksy, w których kapitan Żbik walczył z gitowcami. Proszę państwa, kto wie dzisiaj, kim byli gitowcy? Proponuję to sprawdzić, ale to była subkultura dosyć popularna to złe słowo, dosyć rozpowszechniona w czasach PRL-u, lata 70. Tacy ludzie szemrani w bardzo młodym środowisku, szemrani, którzy się oznaczali tatuażami, bardzo dyskretnymi. Nie to co dzisiaj, takie dyskretne kropeczki w odpowiednich miejscach. Kapitan Żbik walczył z gitowcami, ale walczył też ze szpiegostwem przemysłowym. Wykrywał też problemy związane z jakimiś innymi infiltracjami natury politycznej. Chociaż od razu zaznaczmy, kapitan Żbik w politykę nie wchodził. Wiadomo, że państwa zachodnie ziały nienawiścią i czyhały, ale to wszystko było bardzo delikatnie nakreślone.
Kapitan Żbik śledził również pewne sprawy związane z morderstwami. Więc, proszę państwa, dostaliśmy komiks, który odpowiadał na pewne zapotrzebowanie. Wówczas dosyć popularną literaturą w PRL-u były kryminały, zarówno pisane przez polskich autorów pod pseudonimami, na ogół zachodnimi, chociaż nie zawsze, ale też kryminały zachodnie. A młodzież czytała „Kapitana Żbika". Wtedy jeszcze na rynku, żeby państwu zakreślić, jak to wyglądało, innym konkurencyjnym komiksem był „Kapitan Kloss". Tu wiadomo, że to się rozchodziło jak świeże bułeczki. Ale władza, oczadziała sukcesem, wymyśliła sobie, że zrobi jeszcze komiks o Armii Ludowej, jak to walczyła w czasie wojny, a później wyzwalała wspólnie z Armią Radziecką nasz kraj. I to, proszę państwa, było straszne. Ja miałem kilka zeszytów. Oj, to, proszę państwa, była polityka, a właściwie propaganda lever heart i tego się nie, że nie dało czytać.
Przeczytałem, ale tam już było czuć, że nie sięgnę po następne zeszyty. A w przypadku „Kapitana Żbika" owszem, sięgałem, ale ja to byłem skromnym czytaczem tych komiksów. Znałem osoby, dla których kapitan Żbik był, tu cudzysłów, ale taki mały cudzysłów, przewodnikiem życiowym.
[02:30:31] - To powiem ci grubo, ale mógł być. Bo co go wyróżniało? Kapitan, potem major był milicjantem, obywatelem wzorowym, bohaterskim, inteligentnym. Kimś w rodzaju milicyjnego Klossa. Był bez wątpienia superbohaterem PRL-u. Pamiętasz, jak niedawno mówiliśmy o hydrozagadce i tym, dlaczego w Polsce nie było superbohaterów z supermocami na miarę tych z Marvela czy DC. Byli, tylko to byli bohaterowie z ludu. I takim była omawiana dzisiaj przez nas postać. Ponieważ ja tego komiksu w oryginale nie pamiętam, to znaczy na tyle, na ile się interesowałem komiksem, to docierałem do wznowień i reedycji. Ale mnie osobiście w komiksach bardziej od treści i czytania interesowała kreska i historia.
Scenariusz. Ja nie lubię czytać komiksów, ale uważam, że bardzo się trudno je tworzy i takie komiksy na poważnie to jest bardzo trudna robota fabularna. Nie mówiąc już o tej części plastycznej. To jest taka kuźnia dla wyobraźni i podstawa do tworzenia bardziej skomplikowanych scenariuszy. Marku, co charakteryzowało te opowieści z kapitanem Żbikiem w roli głównej, że ludzie sobie tak brali to do serca? Bo mówiono na przykład, że on nie za bardzo pasuje do PRL-u swoim profilem, że on jest taki inteligencki bardziej, nawet na milicjanta niektórym nie wyglądał.
[02:31:59] - Właśnie on nie wyglądał na milicjanta, bo był inteligentny. Wówczas w społeczeństwie pokutował albo właściwie funkcjonował taki obraz, że milicjant to musi być tępak, głupek i tak dalej. Tutaj państwo dopiszcie dowolne epitety. Każdy właściwie, który będzie odpowiednio uwłaczający, to będzie odpowiedni. Więc milicja nie cieszyła się jakimś specjalnym poważaniem. A kapitan Żbik owszem, bo był inteligentny, wykrywał pewne zbrodnie, rozwiązywał zagadki pozornie nie do rozwiązania. Miał jeszcze jedną wielką zaletę. W pewnym odcinku komiksowym odwiedził Bydgoszcz. Narysowany był nieistniejący już dzisiaj Dworzec Główny. Ten zeszyt był szczególnie ukochany.
Żarcik taki, ale rzeczywiście to było. Powiem państwu jeszcze coś. Te treści bywały różne, ale nie były naiwne. To znaczy było pewne wypośrodkowanie. One oczywiście poruszały się w sferze, ujmijmy to w ten sposób, pewnych jednak uproszczeń, ale te uproszczenia nie szły zbyt daleko. I kiedy te historie dzisiaj śledzimy, to one nie są kompletnie odjechane. Dałoby się je zaakceptować. Myślę, że w filmie zagrałyby bardzo spokojnie. To mogłoby zupełnie dobrze funkcjonować. Powiedziałem o tym przewodniku duchowym.
Powiedziałeś, że grubo, ale to się z tym wiąże pewna historia. Kiedy chodziłem do podstawówki, klasa była zróżnicowana, jak to się mówi, przegląd społeczny. Wówczas szkoły były bardzo przekrojowe, chodziły różne klasy społeczne, właściwie dzieci różnych klas społecznych. Taki przegląd przez ówczesne społeczeństwo. I to nie było złe. Ale miałem koleżankę, miała na imię Basia i jej marzeniem tak mniej więcej od piątej, może szóstej klasy, to marzenie brzmiało: zostać milicjantką. Ale nie jakąś lodzią, która kieruje ruchem. Basia chciała być w dochodzeniówce. Marzyła o tym. Wszyscy się z niej śmiali.
Pamiętam, był taki kolega, miał na imię Jarek. Zawsze krzyczał za Basią: „Ty glino!” Innych epitetów nie przytoczę, bo nie ma co. W każdym razie Basia była przedmiotem drwin, ale tak naprawdę to od Basi dowiedziałem się, że ktoś taki jak kapitan Żbik funkcjonuje, ponieważ ona namiętnie tego Żbika czytała, ekscytowała się tym. Powiem, wcale się nie dziwię, bo te historie jak dla uczniów szkoły podstawowej to one były wypasione. Czas PRL-u był specyficzny, więc były wypasione. Ja dzięki niej postać poznałem, a potem zacząłem kupować te komiksy. Od razu powiem, że znowu sytuacja jest do nakreślenia, bo dzisiaj jak się chce kupić komiks, to się idzie i kupuje. Wtedy trzeba było na komiks trafić w kiosku, że akurat był. Wykazać się refleksem, czyli kupić go natychmiast, bo za chwilę go nie będzie, bo go wykupią, więc trzeba było go kupić. Trzeba było mieć gotówkę w związku z tym.
Co jeszcze? Wiecie państwo, komiksy w tamtych czasach, w tych takich naprawdę szarych, uwierzcie mi państwo. Co prawda to nie było tak, jak zapytał mnie jeden z moich siśniaków, czy świat wtedy był czarno-biały, bo na zdjęciach widział, że czarno-biały i kiedy się stał kolorowy? Był dzieckiem, to na usprawiedliwienie. Czarno-biały nie był, ale koloru było mało i komiksy z kapitanem Żbikiem miały kolorowe okładki. Bajeczne. Wówczas nawet książki były drukowane oszczędnie, niekoniecznie zawsze z pełnym kolorem. A tu tymczasem macie full wypas, pełen kolor, a w środku w dodatku też. Już na takim gazetowym papierze, ale jednak kolor. To, proszę państwa, to ciągnęło.
Przyciągało nie tylko wzrok, ale w ogóle chęć posiadania, chęć zgłębienia tej historii. Wróćmy do Basi. Basia nie została tą milicjantką z tego, co mi wiadomo, ale przez długi czas jeszcze jak skończyła podstawówkę, jak się kształciła w szkole średniej, to jej marzeniem po skończeniu szkoły średniej było pójście do szkoły milicyjnej. Nie wiem, czy tu troszkę zaszkodziło tym planom to, że w latach 80., na początku lat 80. milicja nie wykazała się specjalnie przed społeczeństwem, raczej pokazała swoją drugą, dosyć wredną twarz. Być może to wpłynęło na decyzję Basi. Bo Basia poza tym, że chciała zostać milicjantką, to jednak swoje wartości takie bardzo niemilicjne miała odziedziczone po rodzinie. W związku z tym ja nie wiem. Tam musiał być spory konflikt. Zostawmy to, bo nic o tym, a w każdym razie niewiele o tym wiem.
Natomiast ważne jest to, że Basia kilka zeszytów mi streściła, takich, których nie zdobyłem. Do kilku mnie zachęciła. Pamiętam, że pierwszym komiksem z serii „Kapitan Żbik”, takim komiksem, który kupiłem To był, jak to się nazywało, "Wieloryb z peryskopem." Chyba taki to był tytuł. Nie pamiętam już dzisiaj, jakoś tak kojarzę. To była historia, z której dowiadujemy się, że w pewnym jeziorze funkcjonuje nadmuchiwana łódź podwodna. Sięgnijcie sobie państwo po tę historię. Nie będę jej opowiadał, ale to była historia stworzona dla mnie. Uwielbiałem ją za pewien rys fantastyczny, a jednocześnie był on do pewnego stopnia prawdopodobny. W związku z tym, już byłem kupiony po tym komiksie o wielorybie z peryskopem. Chyba nawet dwie części były.
Drugiej części, jaki nosiła tytuł, nawet nie pamiętam. Ale to była historia też skomplikowana. Ona się wiązała zresztą z młodzieżą, bo młodzież wypływa na jezioro i łódź zostaje wywrócona jakąś falą. Nie wiadomo skąd ta fala się wzięła. Później się wyjaśnia, że łódź podwodna, nadmuchiwana podkreślę, miała w tym swoją rolę. Z dalszych historii, które pamiętam, to ten zeszyt, kiedy przybywa kapitan Żbik do Bydgoszczy, jakżeby inaczej. Pamiętam historię, w której komunikaty pomiędzy złoczyńcami były przekazywane za pomocą stepowania na scenie. Pamiętam tik tik tok tok, jakoś tak to było stepowane, ale to było stepowane alfabetem Morse'a. I oczywiście kapitan Żbik, chyba mnie pamięć nie zawodzi, wpadł na to, odczytał ten komunikat i wpadł na trop pewnej afery w aferze. I tak dalej.
Proszę państwa, na tamte czasy to były historie, które musiały porywać młodzież, bo kapitan Żbik, tak jak już powiedziałem wcześniej, nie mieszał się w politykę. Był równym chłopem, pomagał młodzieży. Stał zawsze po stronie sprawiedliwości, ale takiej pojmowanej ludowo, czyli dobro zwycięża, zło przegrywa. To było bardzo dobrze eksploatowane w tych zeszytach i w związku z tym kupowało młodzież wbrew rozsądkowi, wbrew temu, co młodzież sądziła o milicji. Kapitan Żbik był czytany po prostu. Co jeszcze powiem? Kapitan Żbik był swoim chłopem. Dzisiaj to jest w ogóle nie do pomyślenia. Żyjemy w innych czasach, ale kapitan Żbik, z tego, co pamiętam, był ostrym palaczem i to był taki element, który wówczas nie niszczył życia młodym ludziom, nie rujnował go, a jednak dawał pewną wiarygodność owemu kapitanowi. Cóż jeszcze?
Wspomnienia.
[02:41:13] - Pamiętam, że kapitan Sowa też był palaczem. Tylko kapitan Sowa to są chyba jeszcze czasy wcześniejsze. Ale tu przejdźmy do tej drugiej strony, bo to był komiks nie tylko rozrywkowy, ale i jak mówiłem edukacyjny. Najbardziej mnie obchodził oczywiście zawsze aspekt wychowawczy. W PRL-u tak było, że w różnych okresach starano się uczłowieczyć albo odbrązowić milicjantów w produkcjach bardzo znaczących i popularnych, ale też w tych mniej popularnych. I mieliśmy próby wywyższania, bohateryzowania milicjantów, jak w Żbiku, ale takiego wywyższania ludowego. Bohater ludowy w tamtych czasach to nie jest taki, co stoi na pomniku. To jest taki, co jak dziecko do niego przyjdzie, to cukierka da i tak dalej. Żbik był pochłonięty pracą na rzecz społeczeństwa. Nie miał czasu chyba na życie prywatne.
Ale mieliśmy też innych. Mieliśmy bardziej nonszalanckiego, ludzackiego kapitana Sowę, w którego się wcielił Gołas. Mieliśmy Borewicza dużo później, takiego cwaniaka rodem z Dzikiego Zachodu.
[02:42:17] - Erotoman, w dodatku Borewicz był erotomanem ewidentnym.
[02:42:21] - Tak. Wreszcie mieliśmy milicjantów w pomniejszych produkcjach od "Wakacji z duchami", o których mówiliśmy. "Poszaleństwa Majki Skowron." Były filmy fabularne, kryminalne typu "Złote koło." Powiem ci, że to "Złote koło", taki bardzo popularny kryminał z PRL-u. Kto tam grał? Pamiętałem. Janczar. Powiem ci, że on mnie jakoś się najbardziej z kapitanem Żbikiem kojarzył. Ta postać, która tam była, tego milicjanta. Co tam jeszcze mieliśmy? Mieliśmy prawdziwych twardzieli milicjantów, jak w "Przepraszam, czy tu biją?" czy też ludzi rozwiązujących trudne zagadki typu CSI, jak w filmie "Anna i wampir." Nie wiem, czy go pamiętasz.
Wymieniać można długo. Żbik się wpisuje w ten tok. Może nawet jest jednym z pierwszych ogniw. Ale nie oszukujmy się, że z czasem zawód ten się stał mało popularny i niejako się przyczynił do uśmiercenia samego komiksu. Zdano sobie sprawę, że po stanie wojennym ludzie nie będą za bardzo chcieli tego czytać, że formuła się już wyczerpała. Wyczerpało się chyba zaufanie. Ci, którzy czytali Żbika kilkanaście lat wcześniej, już nie będą za bardzo chcieli. Ktoś tam nawet, jak sobie czytamy, z decydentów powiedział, że Żbik się musi skończyć, bo oni się mają nie przyjaźnić z milicją, tylko się jej bać. I tu nam padł kapitan Żbik, ale się odradzał. Ale nie masz wrażenia, że niestety nie ma on prawa w warunkach naszej kultury i tego, jak się PRL przedstawia, zestarzeć się dobrze?
Bo on zawsze będzie kojarzony z tym elementem propagandowym. Ale paradoksalnie jednak coś się udało, bo istnieje szeroka grupa fanów, istnieją wydania fanowskie, z tego, co wiem nawet, że ktoś sobie wypuścił jako fan takie nieautoryzowane odcinki. Pojawiły się reedycje, sequele, spin off nawet i była taka seria prezentująca przygody wnuczki kapitana. On jest też niekiedy wspominany w innych produkcjach. Nie pamiętam, w którymś filmie Rubaszenki chyba był. Ale uważam, że w przeciwieństwie do innych bohaterów PRL-u, Klossa, Pancernych, to on już odszedł w przeszłość. On nie ma takiej siły przebicia i oddziaływania. Zastąpili go bohaterowie, nie wiem nawet, jak to określić, czy bardziej ludowi jeszcze, czy bardziej pamiętani. On się stał ofiarą polityki w dużym mierze. Będą te komiksy z kapitanem Żbikiem czymś dla koneserów, dla miłośników oldschoolu i sentymentu.
Jest w nich coś urzekającego, coś, czego nie mają dzisiejsi wymuskani detektywi z tych wszelkich seriali w telewizji. Ale zmieniają się czasy i się zmieniają gusta. Ja osobiście powiem ci, że nie jest to mój ulubiony typ komiksu ani serialu, w którym występują policjanci. Ale zapytam cię jeszcze o dwie rzeczy. Jak oceniasz podejście do stróżów prawa w dzisiejszym mainstreamie? Bo Żbik nam się wydaje nietypowy. Mamy seriale i programy o detektywach, ale zauważ, że teraz w polskim, jak i w zagranicznym wydaniu oni nie chodzą w mundurach. On chodził. I nie chodzi?
[02:46:07] - On chadzał w mundurach, natomiast bardzo często był w cywilnych ciuchach. Nie ukrywajmy tego.
[02:46:14] - Tak, ale się pojawiał. A spójrz na przykład na tych współczesnych detektywów. Ja nawet tego za bardzo nie oglądam. Wiem, że jest dużo takich paradokumentalnych seriali o policjantach, o jakichś detektywach, oni są wszyscy po cywilu. Colombo, Kojak, w sumie Borewicz, Monk i wielu innych. Oni munduru nie mają albo się rzadko pokazują. Policjanci z Miami, nie wiem, kogo tam jeszcze wymienić. Czy myślisz, że w Stanach Zjednoczonych się pokopano wcześniej, że policjant się będzie źle kojarzył i przerzucono go w prochowiec na przykład?
[02:46:49] - Ja myślę, że przyczyna jest zupełnie inna i podobnie było z kapitanem Żbikiem. Po prostu policjant w mundurze może cię na ulicy wylegitymować i to jeszcze jak ma podstawę prawną. Natomiast ci, którzy wykonują robotę, czy to w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii, czy w Polsce, nawet w PRL-u, oni rzadko chadzają w mundurach. I znowu nawiążę, Żbik to w mundurze chodził, jak się zjawiał na spotkaniu w szkole na przykład. Natomiast większość czasu, nie oszukujmy się, łaził po prostu po cywilnemu. Kogo obchodzi praca milicjanta czy policjanta, który łapie na suszarkę kolejnych kierowców albo kogo obchodzi jakiś, przepraszam, to nie ma być obraźliwe, tylko obrazowe, jakiś krawężnik, który coś tam bada albo kogoś zatrzymuje. To oczywiście są prace potrzebne i to, co powiedziałem, nie ma na celu dezawuowania ich pracy, tylko powiedzmy sobie szczerze, praca większości z nas nie obchodzi innych ludzi. Ona ma być wykonana. I podobnie z milicjantami było i z policjantami jest obecnie. W związku z tym to jest mało wdzięczny temat.
Ja wiem, te tak zwane paradokumentalne seriale troszeczkę inaczej to ujmują, niech im będzie. Natomiast dobrze, że Żbik się wpisał w pewien trend, który się pojawił. Właśnie wymieniłeś seriale z Zachodu, przywołałeś seriale z Polski. Kapitan Sowa z lat 60. również koło munduru chodził wyłącznie. To pewna tendencja. Dochodzeniówka rzadko kiedy ubiera mundury, jak jest odznaczana albo przyznaje się jej kolejny stopień, to wtedy jest w mundurze, a tak to raczej w cywilnych ciuchach łazi. Ja pamiętam szok, był taki serial "Detektywi" i oni tam też łazili w ciuchach cywilnych. Gdzieś tam była jakaś uroczystość i się pojawili w mundurach policyjnych, to wyglądali, wybaczcie państwo, śmiesznie. Tak byłem przyzwyczajony do ich wizerunku nieco cywilnego.
Jakoś tak jest z tym mundurem. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Żbika, bo Żbik to jest taka postać, która była kreślona przez komiksiarzy, tak to sobie ujmijmy, tych, którzy pisali scenariusze i rysowali, dosyć specyficznie. Komiks nie zawracał czytelnikowi głowy życiem prywatnym kapitana Żbika. Nic o nim właściwie nie wiemy, przynajmniej z komiksów. Ale jeśli ktoś dobrze czytał cały zeszyt od deski do deski, to wie, że w niektórych z tych komiksów pojawiały się takie mini komiksy o różnych bohaterach, którzy ryzykowali życie, żeby kogoś ocalić. Ale od czasu do czasu pojawiał się list kapitana Żbika do czytelników i z tych listów tak naprawdę możemy troszeczkę o życiu kapitana Żbika się dowiedzieć. I uwierzcie mi państwo, ta historia jest banalna. Nawet taka mocno propagandowa, bo gdzieś tam go kiedyś milicjanci uratowali i kapitan Żbik poczuł w sobie taką wolę Bożą. Chyba nie Bożą, bo to on był w milicji, to jakąś taką materialistyczną wolę poczuł, że musi też zostać milicjantem. Tam w ogóle zagraża mu esesman, z tego, co wspomnę.
W związku z tym mus był, żeby został milicjantem. Ale to są szczegóły. Wiele więcej o nim nie wiemy. Zdaje się, że nie miał żadnej żony, żadnych dzieci. Ja przynajmniej nic na ten temat nie wiem. I to chyba dobrze. Taka enigmatyczna postać, która wkracza w momentach kluczowych, bardzo ważnych, ale o której niewiele wiemy. Przywołam: a co my wiemy tak naprawdę o Świętym? Kim on był? Co robił?
Niewiele wiemy. Wiemy, że Święty w filmie miał twarz Rogera Moora. W książkach miał nieokreśloną twarz. Niewiele wiemy o tych bohaterach i to jest paradoksalnie chyba duża zaleta tego rodzaju narracji, że nie skupiamy się na życiu wewnętrznym bohatera, tylko na tym, co się dzieje. Ja myślę, że w bardzo wielu kryminałach współczesnych istnieje przegięcie w drugą stronę. Jak czytamy o jakimś komisarzu, czy to ze Szwecji, czy z Zachodu, gdzieś z krajów anglosaskich albo z Polski, to my natychmiast musimy się dowiedzieć, że on ma kłopoty, jak nie z żoną, to z córką, jak nie z alkoholem, to z narkotykami i tak dalej. Musi być jakaś ciężka trauma, jakieś przeżycie, coś go musi gnieść i w ogóle musi mieć życie nieuporządkowane. Ale on się poświęca dla społeczeństwa i to społeczeństwo chroni, wykrywa bandytów i wszystko jest okej dzięki jego działaniom. Wierzcie mi państwo, że ja chyba jednak wolę proste historie, w których bohater jest jednoznacznie dobry, taki, który działa na rzecz, a co on w życiu prywatnym robi, naprawdę nie jest dla mnie aż takie ważne. Jeszcze o jednej rzeczy chciałbym wspomnieć à propos tego, że kapitan Żbik odszedł w niebyt.
Oczywiście dorobiono do tego historię, którą przytoczyłeś, że któryś tam z szefów milicji powiedział, że się mają bać. Ja myślę, że prawda była nieco bliżej bruku. To znaczy początek lat 80. w drukarniach to była rzeźnia. Nie było papieru, nawet takiego gazetowego za bardzo nie było, już nie mówiąc o kolorowym. I w związku z tym drukowanie komiksów, które wymagają jednak pewnej minimalnej dobrej jakości, było zadaniem niewykonalnym, przynajmniej w pierwszej połowie lat 80. Więc dorobiono filozofię do „Kawałka ciała”, po prostu nie drukowano. Żbik umarł śmiercią naturalną, nie męczeńską. Umarł i to tyle. To chyba tajemnica zgonu kapitana Żbika, bo ja to śledziłem na przykładzie literatury fantastycznonaukowej.
Kaw, który wydawał książki o kolorowych okładkach, później przeszedł na wielki format, czyli na A4, bo tylko takie przydziały papieru gazetowego dostawał i pierwsze okładki w tej wielkiej serii z glizdą, bo była mała seria z glizdą i wielka seria z glizdą, czyli w formacie A4. Pierwsze okładki były koszmarne. Nawet jeszcze Zajdel się na koszmarną okładkę załapał. Cała prawda o planecie Xi wyglądała... Nie chcielibyście państwo tego zobaczyć, bo tego się nie da później odzobaczyć. Dopiero gdzieś tak po kilku latach zaczęto tej serii w formacie A4 drukować okładki kolorowe. Już Marcin Wolski z powieścią „Numer”, już kilka innych powieści wychodziło z kolorowymi okładkami i to jakoś wyglądało. Więc myślę, że prawda była brutalna, związana właśnie z papierem. Tak bym chciał o tym sobie powiedzieć. Cóż jeszcze?
Jeszcze jedna rzecz à propos kapitana Żbika. Myślę, że tego się nie da już dzisiaj reaktywować. Nie zapominajmy, że żyjemy tak naprawdę w zupełnie innych czasach i nie zapominajmy przede wszystkim, że jesteśmy w audycji Sentymentalnik. To do pewnej grupy osób postać kapitana Żbika jeszcze przemawia, bo gdzieś tam w ich życiu ta postać się pojawiła. Czytali te komiksy. Myślę, że dla dzisiejszego młodego czytelnika kapitan Żbik to jest postać, nie wiem, czy zabawna. Nijaka, zupełnie z innych czasów, zupełnie niezrozumiała, zupełnie inna, jakby z innej planety przybyła. I o tym też pamiętajmy. Czasy się zmieniają. My oczywiście możemy sobie wmawiać, że wszystko, co było kiedyś, było lepsze.
A dzisiaj wszystko jest parszywe i niedobre. Możemy żyć z takim przekonaniem. Ja jednak bym namawiał, żebyśmy pamiętali, bo to sentymentalnik w końcu, że gdzieś tam kapitan Żbik był. Jeśli znajdziemy podatny grunt, to postarajmy się podsunąć komuś młodemu tamte zeszyty, ale nie spodziewajmy się sukcesu. Myślę, że czas kapitana Żbika przeminął. Moim zdaniem nieodwołalnie. I oczywiście pojawiały się różnego rodzaju żarty, jakieś próby wmawiania, że nawet film zostanie kręcony. Wystawiono w swoim czasie, nie widziałem tego musicalu, ale podobno w 2020 roku wystawiono musical „Kapitan Żbik i żółty saturator”. Myślę, że to była taka komedyjka, że to było raczej z przymrużeniem oka zrobione. Nic nie wiem na temat tego przedstawienia.
Ważne, że to było zrobione w Teatrze Syrena na 75-lecie teatru. A Teatr Syrena ma określoną renomę, ale specyficzną renomę teatru, w którym gra się specyficzne sztuki. A później wielki fake w 2023 roku, że powstanie niby film. Nawet tytuł komiksu podano „Grzech to za mało” i że w rolę kapitana Żbika ma się wcielić Grzegorz Małecki. To wszystko okazało się wielkim żartem, który nie miał żadnych podstaw w rzeczywistości osadzonych. Był po prostu żartem kolegi dla kolegi, a wymknął się spod kontroli i trafił do ludzi. Nadzieje na to, że kapitan Żbik ożyje na srebrnym ekranie, wygasły. I dobrze moim zdaniem, że wygasły, bo to nie jest postać, która dzisiaj byłaby w stanie porwać ludzi. Chyba że mamy na myśli na przykład moje pokolenie. Może bym poszedł, ale nie wiem, czy z entuzjazmem.
Po prostu pewne dzieła kultury masowej odchodzą w niebyt. Są ciekawe tylko dla badaczy, dla ludzi zainteresowanych tamtejszą kulturą. I chyba się trzeba z tym pogodzić. Tak myślę.
[02:59:11] - Też tak myślę. Czekamy na wasze propozycje do sentymentalnika i cóż, do usłyszenia w kolejnym.
[02:59:20] - Proszę państwa, przed nami ostatni odcinek gości z Marsa. Nie, to głupia zapowiedź. Ostatni odcinek drugiej księgi gości z Marsa. Od razu powiem, że jest jeszcze księga trzecia. No cóż, żeby nie przedłużać. Księga druga, rozdział dziesiąty. Władysław Sadke, „Goście z Marsa”. Czyta Reda Haddad.
[02:59:51] - Jakkolwiek słuszności twym wywodom zaprzeczyć nie mogę. Mimo to zastanawiają mnie one bardzo, gdyż obecnie ogólnem jest mniemanie, jakoby Chiny chyliły się do upadku. Wszak od pół wieku już tracą coraz więcej ze swych posiadłości, a pod względem politycznym nie mają żadnego prawie znaczenia. Wojna z Anglią, tak zwana wojna o opium, wykazała całe ich niedołęstwo. Kraj za Amurem i ogromne przestrzenie Mandżurii stracili do Rosji. Mahomedański awanturnik Jakub Beg zdołał utworzyć u granicy zachodniej osobne, niezawisłe państwo w Kashgarrii. Te okoliczności przecież nie świadczą o wzroście potęgi chińskiej. Delikatnością zbytnią wiedziony nie dodałeś jeszcze, że dzięki twym rodakom Korea uwolniła się spod zwierzchności Chin, a Formoza stała się posiadłością Japonii. Ja ci jeszcze nadto mogę przepowiedzieć, że za lat kilkadziesiąt cała Mandżuria przejdzie na własność Rosji, że Francja również u południa zagarnie jeszcze spory kawał kraju. A mimo to wszystkie te okoliczności niczego nie dowodzą.
Za cesarza Wuwanga z dynastii Czechu na 11 wieków przed Chrystusem nie istniały prawie Chiny, bo rozpadły się na kilka księstw. A jednak po 900 latach znowu stały się potęgą, kiedy dynastia Tsin tron zagarnęła i wszystkie księstwa połączyły w jedną całość. W trzy wieki po Chrystusie rozpadły się Chiny na dwa odrębne państwa i zdawało się, że hordy tureckie i mongolskie rozedrą Chiny na szmaty. A jednak 200 lat później znowu się połączyły w jedną całość. W kilkaset lat później rozumni według twierdzeń Europejczyków monarchowie dynastii Song nie mogli znowu utrzymać państwa w całości, bo północne prowincje pozostawały przez długie wieki pod panowaniem Mongołów, dokąd dynastia Yuan, a właściwie Czyngis-chan i wnuk jego Kubilaj-chan nie zagarnęli Chin całych. Panowanie tej dynastii było na pozór świetne. Zbliżyło Chiny do Europy, zezwoliło na wprowadzenieАОizmu i chrystianizmu do kraju. A jednak następni monarchowie tak zniewieścieli, że Chińczyk Czu, człowiek niskiego pochodzenia, zdołał zrzucić jarzmo mongolskie, ogłosić się cesarzem pod nazwą Hongwu i stać się założycielem nowej dynastii Ming. Już po latach 300 i Mingowie osłabli fizycznie i moralnie, a Chiny przebyć musiały okropne nieszczęścia. Przez kilka lat, kilkadziesiąt mordy, pożogi, piraci, rokoszanie i Mandżurowie zalewali całe państwo i nie było można znaleźć kącika spokojnego na całym obszarze.
Zniewieściali, niedołężni Mingowie ustąpić musieli przed zdrową i silną dynastią Taicun do dnia dzisiejszego na ziemi panującą Widzisz zatem, iż Chiny przebyły już gorsze nieszczęścia niż dzisiejsze, a jednak na nowo się podnosiły, by zajaśnieć blaskiem jeszcze świetniejszym. Tam dynastie powstają, wzrastają i upadają jak osobniki, a naród ciągle wytrwale, lecz powoli się pod nimi podnosi. Tam pierwsi zwykle panujący z każdej dynastii są niepospolitych zdolności, a następcy niedołężnieją. Tak na przykład masz wielkich monarchów z pierwszych dynastii na osiem tysięcy lat przed Chrystusem. Fu Hi i Yu, Wu Wang z Szefu, Szwang Siang Wang z Tin, Kubal Chan z Wen, Hong Wu z Ming, Kang Hi i Ken Long z Taj Sin. Nieszczęścia zatem, jakie od pół wieku spotykają Chiny i aż prawie do dwudziestego pierwszego wieku ich nie opuszczą, świadczą tylko o niedołężstwie przestarzałej już dynastii, tej teraźniejszej, która wnet silniej zdrowej ustąpić musi. Więc Mandżu ustąpią? Tak jest. Z początkiem dwudziestego wieku, po czterystuletnim prawie panowaniu. Kiedy z końcem dwudziestego wieku Rosjanie stłumili wreszcie i swoją najserdeczniejszą przyjaciółkę Francję, kolonie azjatyckie tej ostatniej, zwłaszcza Tonkin i zagarnięta prowincja chińska Kuangtung, ujrzały się bez wszelkiej pomocy kraju ojczystego.
Wówczas Sokong, wicekról prowincji Fukchan i Czajkiang wyruszył dla zawojowania tych kolonii, co mu się dość łatwo udało, ponieważ krajowcami byli przeważnie Chińczycy. Tym czynem zyskał sobie miłość i szacunek trzystu tysięcy armii, którą dowodził. A ponieważ był mężem bardzo wykształconym, ponieważ nadto dla swych podwładnych okazywał się zawsze prawdziwym ojcem, skutkiem czego był ogółem szanowany i lubiany. Przeto mógł liczyć i ufać tak na pomoc mieszkańców, jako też i armii. Po odniesionym zwycięstwie nad Francuzami cesarz chiński, według dawnego zwyczaju, chcąc zapobiec wzrostowi jego potęgi, przeniósł go do dalekiej prowincji Kansu. Wówczas Sokong odciął kosę włosów na znak pogardy dla dynastii Mandżu, która ten zwyczaj w Chinach zaprowadziła, a cała armia jego, mimo że trzecią część tejże stanowili Tatarowie, poszła za jego przykładem. Wnet i mieszkańcy obu prowincji to samo uczynili, dając do zrozumienia, że chętnie godzą się na rokosz przeciw znienawidzonej już zupełnie dynastii, która od stu lat okazała się niedołężną do rządzenia. Wówczas doniósł Sokong cesarzowi, że posłuszny jego rozkazowi udaje się niezwłocznie na swe miejsce przeznaczenia. Ale tej armii. Wprawdzie cesarz gotował się do obrony przeciw wicekrólowi wysłał armię z samych Tatarów złożoną.
Atoli w pośpiechu zebrane wojsko było niedostatecznym do stawiania oporu wicekrólowi, do którego przyłączyli się nadto inni Futaj, czyli zarządcy prowincji. Sokang odniósł też pod Kiafu świetne zwycięstwo nad wojskami cesarskiemi, a w kilka dni później stanął pod murami Pekinu, gdzie się dowiedział, że panujący z rozpaczy zadał sobie śmierć sztyletem. Sokong wkroczył do stolicy, która go przyjęła z entuzjazmem. Ogłosił się cesarzem pod nazwą Tao Kiang i stał się założycielem ostatniej dynastii chińskiej, której wdzięczna potomność nadała przydomek Tianhou. Dlaczegóż nazwano ją rzeką rzek? Bo żadna rzeka nie rozlała wód swych tak szeroko, jak się Chińczycy rozprzestrzenili za panowania tej dynastii. Podczas gdy w Chinach zaledwie świtać poczynało, stanęła Rosja u zenitu swej potęgi. Cała Europa była już w jej posiadaniu, a Konstantynopol jej stolicą rozciągającą swe potężne ramiona ponad trzy części świata. Mongolia, Persja i Indie Wschodnie, tudzież Egipt, Tripolis, Algier były prowincjami najpotężniejszej dotąd monarchii na Marsie. Kolonie przedtem angielskie, niemieckie i francuskie w Afryce tworzyły osobne państwa utrzymujące ożywiony handel ze Słowianami.
Australia i Ameryka żyły dla siebie odrębnie. W ogólnym tym potopie Japonia i Chiny tylko utrzymywały swą niezależność. W Starym Świecie liczne drobne państewka niezawisłe w Himalajach. Rosja uzyskawszy Mandżurię, co jej dozwalało przeprowadzić w prostej linii kolej sybirską aż do Oceanu Spokojnego, nie mieszała się więcej w sprawy chińskie, lekceważąc państwa, które według ich mniemania zdołałyby w kilku miesiącach zająć. Natomiast prowadzono u wszystkich granic bardzo ożywiony handel z Chinami. Najwięcej mają Chińczycy do zawdzięczenia swemu cesarzowi Sokong i jego następcom. Pozornie ci panujący nic nie zmienili w dotychczasowym ustroju państwa, a jednak wpływ ich panowania okazał się w doniosłych skutkach. W pierwszym rzędzie foiizm niepopierany, ale też nie prześladowany, bo Chińczycy największą zawsze odznaczali się tolerancją religijną, skoro obce wyznania nie mieszały się do spraw państwowych. Zaczął sam chylić się gwałtownie do upadku, a wyznawcy Konfucjusza z każdym dniem wzrastali liczebnie. Następnie otworzono liczne szkoły przy wszystkich miastach, w których młodzież chętna zawsze do nauki kształciła się na pożytecznych obywateli kraju.
Monarchowie ci popierali szczególnie szkoły żeńskie i oświatę kobiet, wychodząc z zapatrywania, że kobieta jest podstawą państwa, jego potęgi i dobrobytu. Jest podwaliną trwałą, niezachwianą wszelkiej cywilizacji. Ponieważ atoli znajomość języków odgrywała w szkołach podrzędną rolę, ponieważ idealizowanie młodzieży nie było planami objęte, a nauka filozofowania i religii była zupełnie wykluczona, przeto wnet zakwitły tylko matematyka, budownictwo, inżynieria, nauki przyrodnicze, które w tak praktycznym narodzie znalazły jak najszerszy przystęp. Z końcem dwudziestego drugiego wieku nie było Chińczyka, który by nie skończył szkoły jakiej. Chociaż utrzymanie tych zakładów najrozmaitszych wymagało wiele ofiar ze strony narodu. A naród chętnie podnosił te ofiary? Wiadomo ci, że Chińczycy byli zawsze chętni do nauki i chlubili się swym systemem, który umożliwiał najniższemu zostać mandarynem pierwszej klasy. Wiadomo ci także, że Chińczyk wszystko poświęcał dla swych dzieci i od wieków był praktycznym człowiekiem. Poznawszy przeto widoczną korzyść, jaką te nauki przynosiły każdemu z nich, nie żałował niczego dla wykształcenia dzieci swoich. A nauki te nie demoralizowały ludności jak w Europie?
Demoralizacja nie miała tu nigdy przystępu, bo Chińczycy nigdy nie byli skłonni do filozofii i nie posiadali wielkiej fantazji. Chińczyk wyciskał z tych nauk jedynie to, co mogło się okazać praktycznym. Dlatego też wnet udoskonalili flotę i jazdę powietrzną za pomocą elektryki, nad czym Europejczycy wieki stracili. Kierowali więc balonami? Tak jest. I tym sposobem uniknęli dalszych budowy kolei, na którą jako naruszającą groby ich przodków zawsze niechętnie spoglądali. Za pomocą floty i balonów rozpowszechnił się handel, zakwitł przemysł, wzmógł się dobrobyt do takiego stopnia, do jakiego nie doszło nigdy za czasów panowania rasy śródziemnej. Wszystko to jednak nie naruszyło ani na chwilę charakteru narodu. Rodzina pozostała świętą, płodną sługę, a praktyczność za największą zaletę, a władzy udzielano tylko na podstawie egzaminów. Właściwości charakteru przez lat tysiące w każdą odrobinę Chińczyka wsiąknięte nie naruszyły te tylko zewnętrzne stosunki dotykające innowacje.
Nie były to więc reformy, które wymagają równocześnie gruntownej zmiany wszystkich innych stosunków, bo stosunki państwowe, społeczne, rodzinne mogły i zostały niezmienione. Czy to wpłynęło i na polityczne stosunki? W wysokim stopniu, rozumie się. Wszak dobrobyt większy spowodował i większą płodność Chińczyków, a okręty i balony roznosiły nadmiar ludności po wszystkich częściach świata. Chińczycy bowiem tak teraz, jak i przed wiekami nie wysyłali zbrojnej ekspedycji na zajęcie krajów pod kolonie nowe, tylko wyprawiali się w obce kraje jako ludzie szukający pożywienia. Nie podbijali przeto innych ludów, lecz wypierali ich pokojowo z ich pierwotnych siedzib, co im tym łatwiej przyszło, że przybywali jako cisi, spokojni rolnicy i robotnicy, zadowalniający się czymkolwiek i nie mącący spokoju publicznego. Czyż Słowianie nie zauważyli niebezpieczeństwa im grożącego? Może i spostrzegli jak dziś Amerykanie i koloniści Australii, lecz w niedołęstwie swym i zarozumiałości na własną swą potęgę i cywilizację lekceważyli temi mrówkami, nie bacząc, że i mrówki wypędzały niegdyś całe kolonie osiadłe po Orinoko i Amazonką, że i bakterie niszczyły rokrocznie miliony ludzkich istot. Zresztą cywilizacja zdemoralizowała i zdegenerowała ich prawie zupełnie. Potrzebowali ludzi do pracy, by sami oddać się próżniactwu, wygodom i zbytkom, więc chętnych i skromnych Chińczyków, którzy wyręczali ich w mozolnej pracy za lichym wynagrodzeniem.
Czyżby brakło już Europejczyków do pracy? Wszak dziś wypędzają zewsząd Chińczyków i Japończyków jako odbierających zarobek rasie śródziemnej. Zapomniałeś widocznie, iż każda cywilizacja pociąga za sobą ubytek ludności, a nadto europejska zasadza się głównie na dostarczaniu wygód, przyjemności i rozkoszy. Potomków więc Europejczyków ubywało coraz bardziej we wszystkich częściach świata. A Europa sama poczęła się już w XXV wieku wyludniać tak dalece, iż z braku rąk do rolnictwa i przemysłu sama żądała Chińczyków do przesiedlenia się w ich kraje. Nastąpiło to głównie wówczas, kiedy po rozbiciu się państwa słowiańskiego na drobne państewka i rzeczypospolite, wiodące między sobą ustawiczne walki i wyniszczone anarchią zabrakło dla stron wojujących dostatecznego pokarmu. Kiedyż to nastąpiło? W XXV i w XXVI wieku, a w pięćset lat później nie znalazłeś zakątka tak ukrytego, gdzie by Chińczyka nie było. Wkrótce też Chińczycy wyparli krajowców prawie bez krwi rozlewu ze wszystkich krajów i ze wszystkich okolic aż po koła biegunowe. Mogło się takie ogromne państwo utrzymać?
Musiało przecież roz- O tym usłyszysz jutro. Pozwól mi jeszcze na jedno pytanie. Przed chwilą twierdziłeś, że wszelka reforma jest szkodliwa. Tak jest, jeśli ta reforma nie wyszła z wewnętrznej potrzeby narodu, jeśli ją jako obcą charakterowi jego chciano przyswoić, zapożyczając się u innych. A zatem reforma religijna, o jakiej przed chwilą wspomniałaś, musiała przynieść szkodę Chińczykom. Która reforma? Wygaśnięcie zupełne. A zatem reforma religijna, o jakiej przed chwilą wspomniałeś, musiała przynieść szkodę Chińczykom. Która reforma? Wygaśnięcie zupełne foiźmu.
Ależ to nie było reformą żadną, bo Chińczyk przyjął niegdyś tę religię tylko jako ciemny jeszcze człowiek, który szuka oparcia w siłach nadprzyrodzonych. Skoro atoli dostarczenie się wykształcił, wystarczyła mu zupełnie nauka moralności od wieków przez jego przodków zebrana ku temu celowi tylko aby naród utrzymać w najodpowiedniejszym stanie dla przyszłego rozwoju. Wygaśnięcie foiźmu, który nawet nie był czystym buddyzmem, nazwać można tylko powrotem Chińczyków do pierwotnych im właściwych zasad istnienia. Ale reformą tego nazwać nie można, bo zasady te nie były sprzeczne z charakterem narodu. Bo nie zapożyczano się od obcych. Władysław Staff. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Czas teraz na recenzarium Evivy. Dzisiaj na tapet nasza recenzentka bierze książkę Zbigniewa Brzozowskiego "Złota kareta".
Nie słyszeliście państwo o tej książce? Nic nie szkodzi. Za chwilę nadrobicie państwo zaległości.
[03:15:10] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Wiele dziewczynek pragnie być księżniczkami, wojowniczkami, modelkami, aktorkami, piosenkarkami i cholera wie tam czym. A czy któraś pragnie być czarownicą? Może inaczej. Załóżmy, że są czasy sprzed Harry'ego Pottera, który zdrowo namieszał w tym światku. Czy któraś z dziewczynek chciałaby być wtedy czarownicą? Zresztą nawet teraz bardziej chyba czarodziejką, wróżką, magiczką. Samo czarownica ma taki brzydki posmak. Jeśli chodzi o mnie, to jeszcze dzisiaj nie miałabym nic przeciwko temu, żeby nią być. Ale załóżmy, że cofamy się w czasie, mocno w czasie.
Która dziewczynka powie: „Chciałabym być czarownicą”? A jednak chyba były takie. I także o tym mówi książka Zbigniewa Brzozowskiego „Złota kareta”. Książka jest niewielka, w porównaniu do dzisiejszych cegieł niemalże niedostrzegalna. Wydana dawno temu przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Skromniutka, format kieszonkowy, cieniutka, ale jakże bogata w treść. A treść to to, czego czasem naprawdę brakuje tym wielkim, rozbuchanym tomiszczom. Gdyby je ścisnąć, pociekłaby czysta woda. Ale skupmy się na „Złotej karecie”. O czym więc jest ta książka?
Kasia jest małą dziewczynką. Ma normalną rodzinę, ojca, matkę oraz ukochaną babcię. Babcię traktuje rodzina z szacunkiem, ale też z lekkim dystansem. Mama Kasi nawet gniewa się czasem, że babcia nabija dziecku głowę jakimiś głupstwami. Tymczasem babcia opowiada dziewczynce o czarach. Nie o czarach bajkowych, tylko o czarach ludowych. O tym, jak użyć dzieła, jak można zobaczyć chochlika albo rusałkę. Opowiada jej wszystkie dawne legendy. Nic więc dziwnego, że Kasia jest wpatrzona w babcię niczym w obraz. Za jej sprawą pewnego dnia poznaje nawet prawdziwą czarownicę, przyjaciółkę babci z dzieciństwa.
Czarownica Janina przybywa do niej, zorientowawszy się, że babcia Kasi jest bardzo chora. Próbuje jej pomóc. Niestety, czary wbrew temu, co się o nich mówi, nie wszystko mogą. Tak więc pewnego dnia wydarza się najgorsze. Jednak czary wcale nie uciekają z życia Kasi. Pamięta o nich i kiedyś okazują się bardzo pomocne. Książka Zbigniewa Brzozowskiego jest opowieścią o życiu, o wielkiej miłości, o utracie, o rozpaczliwych próbach zbudowania sobie szczęścia i jednocześnie o tej magicznej stronie naszego życia, która została już tylko w spisanych legendach, ponieważ na serio nikt ich nie opowiada. W swojej pracy pisarz korzystał z dzieł etnografa Oskara Kolberga, o którym zresztą wspomina. W jego książce i czarownice, i zmory, i strzygi, i nawet sam diabeł pojawiają się jako zupełnie zwyczajne postacie. Po prostu są.
Można z nimi porozmawiać, zwłaszcza jeżeli umie się rozpoznać ich naturę. Chociaż nie zawsze jest to łatwe. Czasami one same nie dają sobie rady we współczesnym świecie. Ale ten świat też nie jest łatwy dla nikogo. I o tym także ta książka mówi. Poza tym, o czym tutaj już wspomniałam, to znaczy o motywie przewodnim książki, jest ona też czymś więcej. Czymś więcej nawet niż opowieść o życiu najpierw Barbary, czyli babci Kasi, potem o problemach samej Kasi, potem o jej córce. To jest o czymś więcej. To jest o magii świata. Magii, którą gubimy ostatnio.
O zrozumieniu. O tym, jak ważna jest jedność z otaczającą nas naturą. Trzeba przyznać, że ta niewielka książeczka jest też przesiąknięta niezwykłą poezją. Kiedy człowiek ją przeczyta, odczuwa wzruszenie. Wielkie wzruszenie i żal, że tak szybko się skończyła. Albowiem, jak już wspomniałam, to cienka książeczka formatu kieszonkowego. Wiem, że teraz wielu czytelników ceni sobie właśnie cegły. Książki, które trzeba czytać przez tydzień, żeby dotrzeć do końca. Nie wiem, może to jest chwilowa moda. Za czasów PRL-u modne były wydania kieszonkowe i ta moda przeminęła, może i ta przeminie.
W każdym razie jakby nie było, wszystkim polecam zapoznanie się ze „Złotą karetą”. Nie tylko miłośnikom fantasy, ale też ludziom, którzy po prostu mają, jakby to powiedzieć, serca po właściwej stronie. Albowiem z tej książki można też się nauczyć tego, co teraz jest pomijane. Tego, jak ważną osobą w życiu rodziny jest senior czy seniorka. W tej chwili pojęcie rodziny się rozpada. Dzieci są w szkole, rodzice w pracy, staruszkowie przeważnie w domach opieki. Spotykają się rzadko i pokolenia przestają się rozumieć. Kiedyś, kiedy domy były wielopokoleniowe, żyło się jednak dużo zdrowiej. To też warto przemyśleć. W każdym razie, jeżeli gdzieś znajdziecie „Złotą karetę” Zbigniewa Brzozowskiego, radzę przeczytać.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:20:58] - Był ostatni rozdział księgi drugiej. Czas na księgę trzecią. To widomy znak, że przed nami Władysław Sadke, a właściwie nie tyle Władysław Sadke, co jego powieść „Goście z Marsa”.
[03:21:13] - Prolog i rozdział pierwszy części trzeciej. Zapraszam. Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Goście z Marsa. Część trzecia. Bathurst, 20 października 1892. Kochany redaktorze, w życiu moim jeszcze nie pracowałem tak usilnie jak w dniach ostatnich, bo tak się spieszę z ukończeniem tych sprawozdań, tak bym pragnął wyjechać stąd jak najrychlej. Dobrze mi tu u Malczyckiego, a jednak w domu najlepiej, bo tam jestem na swym chlebie własnym, a tu objadam ziomka w czasach, kiedy by mógł na takim jak ja stołowniku zarobić tysiące.
Zresztą przyznam się, że w tym natłoku najrozmaitszych ludzi wcale przyjemnie życia nie spędzam. Pragnę zatem wybrać się stąd natychmiast, skoro Uniwersytet Sydneyjski zabierze zwłoki Marsjan, co za kilka już dni nastąpi. Posyłam ci w załączeniu pierwszy rozdział trzeciej części mych sprawozdań i chciałbym ją kilkoma słowami poprzedzić, ale tylko dla wiadomości twojej, nie twoich czytelników, przed którymi nie chciałbym się pochwalić swą niewiadomością i swym nieuctwem. Jeśli część poprzednia była częściowo przynajmniej zrozumiałą, zawdzięczać to należy jedynie tej okoliczności, iż zajmuję się prawie wyłącznie sprawami wszystkimi nam dobrze znanymi. Inaczej rzecz się ma z częścią następną. Tu Marsjanie opowiadali o swym życiu, które przebiegało im w zupełnie odmiennych od naszych warunkach. Stąd pochodzi, że Shaw Mai pojąć ich dobrze nie mógł. Łatwo to wytłumaczyć, gdyż i Murzyn australijski nie byłby zdolny do zrozumienia naszych stosunków społecznych, rodzinnych, ekonomicznych, naszych kolei żelaznych, telegrafów, elektryki. A kto wie, czy między dzisiejszymi Marsjanami a nami nie zachodzi większa różnica niż między nami a Murzynami australjskimi. Jeśli więc natrafisz na jakąś sprawę niejasną, niezrozumiałą, nie miej mi tego za złe.
Bo i cóżem ja temu winien lub Shaw Mani, że zajmujemy wobec Marsjan tak niskie jeszcze stanowisko cywilizacyjne? Obiecuję ci jednak solennie, iż po latach dziesięciu tysiącach, jeśli wrócę na Ziemię i będę znacznie mądrzejszy, wówczas poczynię odpowiednie wyjaśniające uwagi do tych sprawozdań. Kochany redaktorze, gdybyś wiedział, jak trudno mi przychodzi pisać te sprawozdania, uroniłbyś, jestem tego pewny, jedną łzę współczucia nad moim losem. Co za chaos trudny do uporządkowania! Ileż to zagadek nie do rozwiązania, ile ciemnych miejsc i spraw niemożliwych do rozjaśnienia. Ale trzeba się brać do pracy, aby ciebie tem rychlej przy ciepłym kominku powitać i pogawędzić z tobą trochę z cygarem w ustach, przy kryształowym kielichu pełnym złotawego płynu. Tęsknię zatem i za tobą. Bądźże mi zdrów i oczekuj cierpliwie za tygodni kilka twego W. Władysław Sadge. Goście z Marsa.
Czyta Reda Paweł Hadar. Pytałeś się wczoraj, jakim sposobem może się utrzymać państwo obejmujące całą planetę. Opowiem ci na to, iż wobec braku wszelkich wrogów, przy łagodnym, niewojowniczym charakterze Chińczyków, jest to zupełnie naturalnym wyrostem. Ogromne państwa, jak perskie, rzymskie, angielskie i słowiańskie, upaść z czasem musiały, bo podbite narody pożądały zaraz wolności, skoro zwycięzcy osłabli. Bo sąsiedzi wojowniczy natychmiast skorzystali, skoro potęga utrzymująca ich zaborczość w karbach nie była zdolna do oporu. Tego Chińczycy już w XXXI wieku obawiać się nie potrzebowali, gdyż podbitymi narodami nie władali, skoro cała prawie planeta zamieszkana była przez samych Chińczyków, a zdegenerowani Słowianie zamieszkujący okolice podbiegunowe u północy i Anglosaksoni przyparci do bieguna południowego nie mogli nawet przedstawiać wroga poważnego. Czeski Mosi-Wasi lub Peżhara mogą stać się groźnymi dla Europy? Więc u was cesarz chiński rządzi dzisiaj całym Marsem? Aby ci wytłumaczyć obecny stan, muszę się jeszcze na chwilę cofnąć w dalekie wieki przeszłe. Wspomniałem ci już, iż dynastia Kiang-ho odznaczała się głęboką wiedzą i nadzwyczajnym rozumem.
Szczególniejszym wypadkiem nie było między cesarzami z tej dynastii prawie ani jednego, który by nie przewyższał zdolnościami wszystkich swych podwładnych, który by nie okazał się najlepszym dla narodu swego ojcem. Jakby w przewidywaniu przyszłości dążyli oni wraz z narodem głównie do dwóch celów, to jest do rozszerzenia wiedzy i do zniesienia prawa własności. W rasie śródziemnej byłaby podobna dążność czystą mrzonką, gdyż całe istnienie tej rasy opierało się tylko na własności. Wszystko też, czego ta rasa dopięła niegdyś, zawdzięcza jedynie prawu, a najmniejsze niemza chwianie groziło natychmiast zupełnym zanikiem nie tylko narodu pewnego, ale całego szczepu, całej rasy. Inaczej ta rzecz się miała w Chinach. W charakterze narodu chińskiego spoczywała od wieków cześć dla nauki, pogarda dla majątku. Wszak przypominasz sobie, że w odległej przeszłości istniał już przez kilka wieków pewnego rodzaju komunizm. Dążenie zatem cesarzy do zupełnego zniesienia własności nie napotkało na tak wielkie trudności, jakoby to sądzili Europejczycy, a naród wcale nie okazywał się temu niechętnym, zwłaszcza że oświata zdrowa o kierunku li tylko praktycznym czyniła ogromnie szybkie postępy. Powoli, przez wieki całe przygotowywał się naród do tej reformy. Dopiero atoli ostatniemu cesarzowi, zwanemu słusznie Tao, udało się doprowadzić dzieło do skutku.
Z końcem LXXX wieku zniesiono na Marsie, bez najmniejszego oporu ze strony mieszkańców, zupełnie wszelką własność. Czy możebna ludność na to się zgodziła? Ależ naród dążył sam do tego od wieków. Więc brakło zachęty do pracy? Czy utrzymanie życia nie jest zachętą dostateczną, zwłaszcza w czasach, kiedy Mars, wycieńczony nierozsądną gospodarką wieków poprzednich, nie chciał już wydawać owoców bez usilnej pracy? Ty, jako dziecię młodzieńcze jeszcze i szczodrej planety, nie możesz pojąć, że u nas czas zbytków, wygód i rozkoszy minął już bezpowrotnie. A ponieważ rasa śródziemna bez tej zachęty, a właściwie bez nadziei na przyjemności, nie umiała nawet wyobrazić sobie życia, dlatego musiała ustąpić miejsca tym, którzy od wieków byli mniej wymagającymi i chętnie przystali na nader skąpe dary Marsa. Mimo to nie mogę sobie przedstawiać życia bez własności. Nie jest to dla mnie nic dziwnego, bo przecież wiem, jakie u was zachodzą stosunki, które czynią niemożliwym życie bez własności i pieniędzy. Wszak u was wynalazek tego środka zamiennego uważano za największą zdobycz cywilizacji.
U nas jednak, jak ci wiadomo, pieniędzy właściwie nigdy nie było. Nikt też nie mógł czuć tak wielkiego przywiązania do majątku, nikt też nie mógł go zbytnio pożądać, bo w społeczeństwie naszym odgrywał on bardzo mało znaczną rolę, bo nie dawał żadnych przywilejów, a do zbytków, wygód i rozkoszy życia nie byliśmy nigdy zbytnio przyzwyczajeni. Myśmy od wieków ustawicznie o życie walczyć musieli w kraju zawsze gęsto zaludnionym. Zrozumiesz zresztą lepiej nasze stosunki z dalszych rozmów. A teraz pozwól, iż znowu prawić będę o cesarzu Tao. Zniesienie prawa własności wymagało koniecznie zrównania wszystkiego i wszystkich. Cóż to znaczy zrównania wszystkiego? Chcąc zrównać ludzi, trzeba było, o ile możności, wyrównać najpierw przyrodę. Nic nie rozumiem. Wytłumaczę ci więc jaśniej.
Tao postarał się o to, co następne wieki wydoskonaliły jeszcze więcej, że wszystko, cokolwiek znajdowało się na Marsie, miało jednakową wartość, a właściwie, że nie miało żadnej wartości. Wszystko, co było niezbędnym do życia, dostarczali wszyscy dla jednego, a jeden dla wszystkich. A reszta przedmiotów straciła zupełnie wszelką wartość. Tobie trudno to przyjdzie dobrze zrozumieć, bo wyście jeszcze przywykli do wygód, a nadto prawo własności wyrobiło u was od wieków ten zgubny zwyczaj, iż nie tym wynosiliście się nad innych, co posiadaliście pożytecznego, ale bez względu na pożyteczność tym, czego inni nie mieli. U was rozkosz z posiadania nie wypływała z walki o byt. To jest, aby z ogólnej walki wyjść zwycięsko i własności nabyte przekazać potomkom, ale z nadzwyczajnego egoizmu, z chęci użycia. Posiadanie martwych kapitałów w brylantach i w perłach, fałszywego rozgłosu sławy i cnót wszelakich obudzało nadto u was rozkosz nadmierną tylko dlatego, że was wynosiło ponad innych. Waszą przyjemnością najwyższą było obudzić zazdrość w innych. Chcąc zatem wyrównać ludzi, należało w pierwszym rzędzie znieść wszelką wartość wszelakich przedmiotów materialnych i doprowadzić do zupełnej nicości wartość umysłową i moralną. Byłoby to możebnym tylko u Chińczyków, i to nie u waszych dzisiejszych, ale u tych oświeconych z XXX wieku, u których więcej już było egzaminowanych mandarynów niż posad, u których sława wielkości umysłowej odkrywcy i wynalazcy nigdy nie miała wielkiego znaczenia.
Tao zatem zniósł urzędownie właściwie tylko własność ziemi, co także nie napotkało na wielki opór, bo własność ziemska u Chińczyków była od wieków już bardzo małą, a w istocie w czasach ostatnich nie była właściwie już własności prywatnej, ale istniała jedynie własność gminna. Ze zniesieniem tej własności zabezpieczał wszystkim dostateczny pokarm i przytułek, których miała dostarczyć gmina w zamian za pracę składaną dla ogółu. Lecz to istotna reforma. A wczoraj uznałeś wszelkie reformy jako szkodliwe dla narodu. Reforma jest to zmiana wprowadzona przez kilku światłych lub sfanatyzowanych ludzi dla rzekomego zbawienia narodu. Ci ludzie upatrują w niej korzyść i narzucają ją narodowi, który zwykle ani jej nie rozumie, ani pożąda, ani nie jest do niej skłonny, ani nie ma odpowiedniego ku temu wykształcenia i usposobienia, bo nie wypływa z wewnętrznej potrzeby ludu. Dlatego też taka reforma jest szkodliwa, bo zmienia wszystkie zwyczaje i prawa, nadaje myślom tok niezwykły, demoralizuje i degeneruje społeczeństwo. Zupełnie inaczej działo się w Chinach. Tam naród od wieków przygotowywał się, choć bezwiednie, do tych reform, a ostateczną zmianę w ustroju społecznym, zniesienie własności było tym łatwiej uskutecznić, że w Chinach od kilku już wieków okazywała się dążność do bezwzględnej równości. Już pierwsi cesarze tej dynastii wyrównywali wszystkie wsie z miastami, nie tylko pod względem przywilejów, ale nawet pod względem ludności.
Strój mężczyzn i kobiet od dawna już ujednostajniał się powoli, a za panowania cesarza Tao znikła już wszelka różnica między ubiorem mandarynów a ludzi zwykłych. Ponieważ oświata szerzyła się coraz bardziej, znikała też powoli różnica pod względem stanowiska społecznego. W ten sposób ludność, już prawie pod wszystkimi względami równa, wyrównała się też wreszcie i pod względem materialnym. Skoro własność przestała istnieć na Marsie, trzeba było jeszcze ukoronować ostatecznie dzieło wszystkich wieków poprzednich. Tao więc zrzekł się imienia własnego i swych wszystkich następców na najdalszą przyszłość tronu i stanął do pracy jako równy z równymi. Słucham cię, jakbyś bajkę opowiadał. Czy wasze stosunki obecne nie byłyby bajką dla ludzi takich jak Epikur, Arystoteles albo Lao Tse? A cóż powiesz na to, że te reformy cesarza Tao doszły później do możliwej doskonałości? W jakim kierunku? W każdym.
Równość przyprowadzono do możliwych granic ostatecznych. Dziś nie znajdziesz na Marsie miast większych i mniejszych, ale wszystkie liczą po 10 000 dojrzałych mieszkańców tylko. Może nawet w równym oddaleniu od siebie? Tego nie powiem, bo to zależy od ukształtowania powierzchni, od wód i od urodzajności ziemi. W ogóle można powiedzieć, iż najgęściej zabudowano miasta w strefie gorącej, mniej już w umiarkowanej. Liczniejsze są nad brzegami mórz, rzek i kanałów niż wśród lądów stałych. Mimo to twierdzić można z całą stanowczością, iż w porównaniu z waszą Ziemią Mars nasz przedstawia najśliczniejszy ogród, choć męczy oko niezwykłą dla was jednostajnością. Szczególnie zauważyć się to daje w równinach, gdzie miasta i pola wszystkie niczym się nie różnią od siebie. Nasze bowiem falanstery wysokie na kilkadziesiąt pięter. Po cóż tak wysokie domy?
Aby posiadać więcej miejsca pod uprawę roślin pożytecznych. Nasze więc falanstery są wszystkie jednakowe. Nasze pola wydają wszędzie te same owoce. Ludzie mają ten sam wygląd i jednakowe ubranie. Wyznam, że musi to być strasznie nudno, jednostajnie. Nie przeczę wcale, ale było to wpływem konieczności. Bo jak woda dąży ustawicznie do wygładzania powierzchni ziemi, jak ciepłota dąży do wyrównania we wszechświecie i sprowadzenia do zaniku wszystkich sił w przyrodzie, tak człowiek mimowolnie kroczy od wieków do równości, czyli do zniszczenia ludzkości. Wszystko na świecie rodzi się z zarodkiem śmierci, tak pojedynczy osobnik, jako też gatunki całe, tak drobne ziarenka piasku, jak cała planeta, jak wszechświat cały. Więc równość to śmierć. Tak jest.
A jednak przed kilku dniami twierdziłeś, że nierówność jest prawem przyrody. Dla młodej przyrody i ziemi, dla rozwijającego się gatunku, dla młodzieńczej ludzkości. Bo tylko nierówność osobników może zabezpieczyć rozwój gatunku, doskonalenie się ludzi. Gdy atoli z powodu okoliczności, zmiany warunków, niezależnie od osobników walczących, rozwój ten wstrzymany zostanie, jak na Marsie dla ludzkości z powodu braku dostatecznego pokarmu, natenczas śmierć poprzedzić musi wyrównanie jako najsprawiedliwszy i jedyny środek utrzymania przy życiu jak największej ilości osobników. Dla rozwoju konieczną jest nierówność, aby tylko najodpowiedniejsze osobniki przekazywały potomkom swe własności najlepsze do walki. Przed wygaśnięciem znowu musi nastąpić wyrównanie wszystkich własności, bo każda trwalsza nierówność świadczyłaby o ponownym rozwoju, co by się sprzeciwiało wygasaniu. Ludzkość więc na Marsie już wygasa? Tak jest. Od czasu panowania dynastii Qian Huo. W którymże wieku żyje się dzisiaj?
W 74. wieku naszej ery, poczynającej się od dnia, w którym Tao zrzekł się tronu. Długo jeszcze ludzkość tam będzie istniała? Wiemy, żeśmy starcami, ale dnia śmierci nie możemy oznaczyć. Walczyliśmy i walczymy ciągle jeszcze, lecz przewidujemy, że wkrótce nie starczy nam sposobów do utrzymania życia, mimo naszych nader skromnych wymagań. Zaniech sił daje się nam odczuwać wszystkim, bo nasza planeta już bardzo się postarzała i czuje się niezdolną do wyżywienia swych istot najwyższych, a tym samym najbardziej wymagających opieki i starań.
[03:36:50] - Władysław Tatke. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:37:14] - Teraz już pamiętam, żeby do każdego odcinka Bibliotekarium 2.0 wmontować cykl Bez Tajemnic. Ja myślałem, proszę państwa, tak na początku, że to taka będzie trochę, wybaczcie państwo, zapchajdziura. O, jakżeż się pomyliłem. Okazuje się, że część ze słuchaczy bardzo tę serię polubiła. Nie wiem. O duchach? O spirytyzmie? No dobra. Dzisiaj fragment książki Wandy Prątnickiej „Opętani przez duchy”.
[03:38:04] - „Opętani przez duchy” Wanda Prątnicka. Czyta Agnieszka Krzemień. Dlaczego dusze zostają? Niestety, większość dusz, które opuściły ciało fizyczne, nie przeszła na drugą stronę kurtyny śmierci. Co gorsza, stale przybywa dusz, które pozostają zawieszone między niebem a ziemią, które z jakichś powodów nie zdecydowały się pójść do Boga. Przyczyn tego stanu może być wiele. Omówię je po kolei. Najważniejszą jest fakt, że dusze po śmierci często nie wiedzą lub nie wierzą w to, że umarły. Nic się dla nich nie zmienia. Przeoczyły własną śmierć i sądzą, że nadal żyją.
Nie uświadamiają sobie, że mogłyby pójść do światła. Uważają, że jako żywi nadal należą do ziemi. Nawet gdy długo cierpiały w trakcie ciężkiej choroby, myślą, że teraz są już zdrowe. Jeżeli były starszymi czy niedołężnymi ludźmi, nagle czują, że odmłodniały lub przynajmniej nabrały sił i energii. Dzieje się tak tylko w pierwszym momencie po wyjściu z ciała. Nadal widzą świat fizyczny i myślą, że mogą w nim funkcjonować. Nie widzą innych dusz, które są w takiej jak one sytuacji. Takich przebywających obok siebie dusz jest ogromna ilość, lecz najczęściej przez długi okres czasu nie widzą one i nie słyszą się nawzajem. Każda chwila utwierdza je w przekonaniu, że żyją jak dotychczas. Zauważają, że istnieją, co napawa je przekonaniem, że właściwie nic się nie zmieniło.
Są to zastępy zagubionych dusz, nadal żyjących w iluzji życiem na niby. Bardzo często to są nasi najbliżsi. Ojciec, matka, brat, siostra, ukochana babunia, dziadek, przyjaciele, sąsiedzi, koledzy ze szkoły czy pracy. Gdy pytam taką błąkającą się duszę: "Czy wiesz, że nie żyjesz?" Zazwyczaj spotykam się z wielkim zdziwieniem. "Nie wiem. A nie żyję?" Często przeżywają w tym momencie szok. Skąd mogą wiedzieć? Nikt im wcześniej nie powiedział, że życie po śmierci jest aż tak realne. Słyszałam to tysiące razy. Słyszę to niemal codziennie.
Niestety, w dziedzinie tej panuje wielka ignorancja. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się napisać tę książkę, było pragnienie przekazania wiedzy, która pozwoliłaby zrozumieć tak ważne dla nas wszystkich kwestie. Chodzi o to, żeby czytelnicy mogli przygotować siebie i swoich najbliższych do przejścia na drugą stronę kurtyny śmierci. Wszyscy prędzej czy później będziemy musieli zmierzyć się z problemem własnej śmierci. Dla kultur Wschodu rozmowa o śmierci, o tym, co nas po niej spotka, jest sprawą zupełnie normalną, codzienną. Wiedzą o tym nawet małe dzieci. Taka postawa sprawia, że śmierć ich nie zaskakuje. Wiedza ta chroni umierających i tych, którzy pozostają przy życiu. Warto przenieść ten zwyczaj do kultury zachodniej. O ile mniej byłoby wtedy samotnych, bezradnie błąkających się duchów, zupełnie niewiedzących, co ze sobą zrobić, nieznajdujących nigdzie ratunku w niezrozumiałej dla nich sytuacji.
Jeżeli nie prowadzimy takich rozmów na co dzień, to moment ciężkiej choroby jest najbardziej odpowiedni, żeby ten temat poruszyć. Bardzo ważne jest, aby nakłonić chorego do dyskusji o tym, co zamierza zrobić, jeżeli przytrafi mu się śmierć. Zazwyczaj boimy się z chorym rozmawiać o śmierci. Po pierwsze nie chcemy go przestraszyć. Sądzimy, że nie wypada. Zastanawiamy się, co sobie o nas pomyśli. Być może czekamy na spadek i chcemy być z nim w jak najlepszej komitywie. Możemy obawiać się, że chory pomyśli sobie, że pragniemy jego śmierci. Kiedy ma on jednak uporządkować swoje sprawy, jak nie wtedy, gdy jest chory? Nie mówię o takiej chorobie jak katar czy przeziębienie, ale o takiej, której mógłby nie przeżyć.
Taka rozmowa wcale nie oznacza, że chory zaraz umrze. Chodzi o rozważania prowadzące do odpowiedzi na pytanie, co byłoby, gdyby umarł. Jeżeli jest mu dane umrzeć, to na głębszych pokładach świadomości chory i tak o tym wie. Nawet gdy najbliżsi i lekarze go oszukują, że jest inaczej. Rozmowa o śmierci jest bardzo ważna zarówno dla umierającego, jak i dla pozostających przy życiu, ale o tym w dalszej części. Głównym powodem, dla którego dusze przeoczyły własną śmierć, jest fakt, że nie wiedziały, że aż tak niewiele zmieni się ich egzystencja po śmierci. Gdyby wiedziały, łatwiej byłoby im to zrozumieć, zauważyć. Umiałyby się skonfrontować ze swoim nowym stanem. Uniknęłyby wielkiego zaskoczenia. W jeszcze trudniejszej sytuacji są ludzie, którzy przed śmiercią nie wierzyli w życie pozagrobowe.
Nawet gdy rozpoznają, że umarli, to zupełnie nie wiedzą, co mogliby dalej ze sobą począć. Trudno jest uwierzyć we własną śmierć nawet tym duchom, które długo chorowały czy były w podeszłym wieku. Co w takim razie musi dziać się z duszami, które śmierć zaskoczyła nagle? Po tej stronie kurtyny śmierci istnieje olbrzymia rzesza błąkających się duchów, których śmierć zastała w najlepszym momencie życia. Nigdy dotąd o śmierć nie myśleli. Byli młodzi, zdrowi, a tu bęc i nie żyją. Nagły wypadek, brak symptomów, które by na niego wskazywały ani chwili do namysłu. Mówię o nagłych wypadkach samochodowych, lotniczych, górniczych. Takie dusze w ogóle nie chcą słyszeć, że już nie żyją. Pomiędzy ich życiem a śmiercią była tylko chwilka, mgnienie oka, a one jej nie wychwyciły.
Gdyby wiedziały o życiu po śmierci, miałyby szansę domyślić się, że już nie żyją. W sytuacji, w której się znajdują, nie wierzą, choćby nie wiadomo kto lub co im o tym mówiło. Dla wielu z nich śmierć to koniec wszystkiego, a nie dalsze życie. Niektóre dusze już na długo przed śmiercią bywają silnie oszołomione. Gdy przez nią przechodzą, nie są zdolne rozpoznać swojego prawdziwego stanu. Należą do nich nieuleczalnie chorzy, którym podawano silne środki przeciwbólowe, narkomani, alkoholicy. Umysł chorego, który dostaje środki znieczulające, można porównać do umysłu narkomana. Jeszcze długo po śmierci nie jest on w stanie dojść do siebie. Gdy oprzytomnieje, nadal brak mu wiedzy o życiu po śmierci. Konsekwencje takiej niewiedzy opiszę w dalszej części książki.
Następnym powodem, dla którego dusze nie idą do światła, jest fakt, że boją się kary za swoje uczynki. Ich grzechy czasami są drobne, ale za życia wierzyły w okrutnego, mściwego i karzącego Boga. Teraz czują się niegodne dostąpić łaski przebaczenia, mimo że w chwili śmierci czeka na nie wspaniała asysta złożona z ich przewodników duchowych i bliskich, którzy zmarli przed nimi oraz miłujące światło. One odwracają się i odmawiają pójścia dalej. Nie wierzą, że Bóg mógłby wybaczyć im grzechy. Wynika z tego, że nie umiały one wybaczać ich samym sobie. Moment śmierci można porównać do kolejki jadącej do nieba, do której wsiadają tylko ci, którzy mają bilet na przejazd. Bilet otrzymuje darmowo każdy, kto uważa się za godnego wejścia do nieba. Wszyscy inni pozostają na dworcu. Kolejka odjeżdża, a na dworcu pozostaje tłum duchów, które zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić.
Mogli odjechać. Zapraszano ich do środka, ale oni zrezygnowali. Bardzo bali się kary. Przewinieniem, o które się oskarżają, a które nie pozwoliło im jechać, gdyż w ich ocenie wymaga ono kary, mogło być dosłownie wszystko. Niedotrzymane słowo, nieoddana pożyczka, zjedzenie mięsa w piątek, niepójście na mszę w niedzielę, różnego rodzaju oszustwa, nadużycia, aż po najcięższe grzechy, jak rozboje, zbrodnie, gwałty, morderstwa. Bali się kary za grzechy i pragną jej uniknąć. Ile jest duchów, tyle różnego rodzaju lęków przed karą. A zatem na dworcu pomiędzy niebem a ziemią przebywają duchy, które mają w sumieniu zarówno drobne przewinienia, jak i wielkie grzechy. Nie wierzą w to, że wystarczyłoby przebaczyć sobie własne grzechy, a wtedy i Bóg by im przebaczył. Dlaczego tak się dzieje?
— spytacie. Gdyż Bóg dał nam wolną wolę. Jeżeli pragniemy czuć się winnymi i ciągle karać siebie za swoje uczynki, to możemy tak robić. Bóg nic nie zrobi wbrew naszej woli. Gdybyśmy natomiast uwolnili się od poczucia winy za popełniane grzechy, mielibyśmy szansę w tej samej sekundzie przejść do światła. Duchy, nie mając tej wiedzy, są zrezygnowane i twierdzą, że dla nich jest już za późno. Spodziewały się surowej kary w postaci czyśćca lub piekła. Chciały jej za wszelką cenę uniknąć. Dlatego pozostały po tej stronie kurtyny śmierci. Nie zdają sobie sprawy, że same zgotowały sobie to, czego tak bardzo się obawiały, gdyż pozostając, tworzą rzeczywistość, która staje się ich czyśćcem lub piekłem.
Dlaczego tak się dzieje, że jedne dusze, mając na sumieniu nawet poważne grzechy, potrafią sobie wybaczyć i przejść do światła, a inne nie? Wszystko zależy od tego, czy dusza za życia kochała siebie, innych, Boga. Jeżeli w sercu człowieka była tylko rozpacz, smutek, brak nadziei, to brakowało tam miejsca na miłość. Miłość jest substancją, która rozświetla mroki w sercu człowieka. Daje wielką siłę. Człowiek, który kocha siebie, nie skrzywdzi siebie ani nikogo innego. Taki człowiek jest też kochany przez otoczenie. Wierzy, że i Bóg go kocha i jako dobry ojciec wybaczy swojemu dziecku. Taki człowiek potrafi wybaczyć sobie i innym. Ktoś, kto nie kocha siebie, nie umie pokochać nikogo innego.
Nienawidzi wszystko i wszystkich, włączając w to siebie samego. Nienawidzi też Boga. Czuje się złym człowiekiem. Naokoło widzi tylko zło i czyni zło. Myśli, że ponieważ jest zły, to jego ojciec też jest zły, a taki nie przebacza. Nie chce i nie potrafi uwierzyć, że mogłoby być inaczej, że Bóg jest miłością, która potrafi wybaczyć wszystko. Jak może uwierzyć w miłość, skoro nie wie, co to jest? Miłość to Bóg, ale on nie wierzy w Boga. Świat bez miłości i bez Boga nie tylko wydaje się, ale i jest okrutny. Żyjąc w okrutnej rzeczywistości, człowiek staje się okrutny dla siebie i dla innych.
Nie wybacza, nie współczuje, stosując zasadę oko za oko, ząb za ząb. Obraca się w zaklętym kręgu. Miłość oznacza tam słabość. Cóż za paradoks. To, co w świecie dobra jest największą siłą, tu oznacza słabość. Kiedyś trzeba ten krąg przerwać. Śmierć jest ku temu doskonałą okazją. Wtedy jest czas na przebaczenie sobie, innym, nawet Bogu. Pozostali przy życiu mają możliwość przebaczenia nam. Bóg także nam przebacza.
Nawet gdy człowieka nie ma już wśród nas, możemy mu przebaczyć. Nigdy nie jest na to za późno. W ten sam sposób pomagamy nie tylko umierającemu, ale przede wszystkim sobie. Dlaczego sobie? Opiszę w dalszej części książki. Następna bardzo duża grupa, która pozostaje w świecie duchów, to dusze, które za życia nie wierzyły w Boga, a zatem nie miały do kogo pójść po śmierci. Myślały, że życie kończy się w grobie, a potem czeka na nie już tylko otchłań, nicość. Jeszcze inne dusze bardzo wierzyły w Boga, ale myślały, że w grobie będą leżeć do dnia sądu ostatecznego i dopiero po zmartwychwstaniu ciała pójdą do nieba. Stały się zatem ofiarami tego, w co wierzyły, a konkretnie tego, w co kazała im wierzyć religia. Czują się teraz oszukane, nie mając co ze sobą począć.
Czekać na sąd? Karę? Ale gdzie? W grobie? Nadal żyją. Nie mogą zatem czekać w zawieszeniu. Uświadomiły to sobie dopiero po śmierci, gdy jest już odrobinę za późno. Spytacie: za późno, na co? Na pójście do światła. W chwili śmierci fizycznej powinni byli zdecydować, dokąd pójść.
Do tej grupy zaliczają się też ludzie, którzy za życia byli bardzo zapobiegliwi i dokładnie zaplanowali swoje życie po śmierci, sądząc, że będą leżeć w grobie do dnia sądu ostatecznego. To ci wszyscy, którzy za życia budowali sobie i bliskim grobowce, wystawne pomniki, planowali, w co zostaną ubrani do trumny, by jak najlepiej w niej wyglądać. Zastanawiali się, ilu ludzi przyjdzie na pogrzeb, co będą o nich mówić w mowie pogrzebowej. Wszystkim im do istnienia potrzebna jest energia, tak jak ludziom powietrze. Krążą więc po cmentarzu i kradną ją od przychodzących tam ludzi. To zakrawa na żart, ale żartem nie jest. To o nich są te dowcipy o wstających z grobu nieboszczykach. Członkowie tej grupy silnie utożsamiają się ze swoim ciałem, ale my jako ludzkie istoty nie jesteśmy naszymi ciałami. W ten sposób utknęło na swej drodze bardzo wiele duchów. Gdy po śmierci uświadamiają sobie one, co tak naprawdę zaszło, okazuje się to dla nich wielkim szokiem.
Nadal nie wiedzą jednak, co ze sobą począć, gdyż ich czas przejścia na drugą stronę kurtyny śmierci już dawno minął. Nie mają zatem innego wyjścia, jak czerpać energię z ludzi albo wniknąć w kogoś na stałe. Największą chyba grupą dusz pozostających po śmierci w świecie duchów są ci wszyscy, którzy za życia tak bardzo byli przywiązani do ziemskich spraw, że nie są w stanie się od nich uwolnić. Mogą to być rzeczy materialne lub niematerialne. Może to być dom, samochód lub inne majętności. Każdy zapewne słyszał o nawiedzonych domach i o straszących w nich duchach. Inni za życia za bardzo kochali jeść, pić, brać narkotyki, uprawiać seks lub hazard. Jeszcze inni tak bardzo lubili decydować o sprawach swoich najbliższych, wtrącać się we wszystko, że teraz trudno im z tej władzy zrezygnować. Następnym powodem pozostawania duchów jest chęć skorygowania błędów popełnionych w dotychczasowym życiu. Myślą one, że pozostając po tej stronie, będą mieli możliwość naprawić to, co źle zrobili.
Są też duchy, które nie mogą odejść w spokoju, gdyż rzucono na nie klątwę, złorzeczono im, posłużono się przeciw nim czarną magią. Następną sporą grupę stanowią samobójcy. Niektórym duszom trudno jest opuścić ziemię, gdyż pozostawiły kogoś, kim w ich mniemaniu trzeba się opiekować. Na przykład rodzice małego dziecka, troskliwe dzieci swoich starych, samotnych rodziców. Dusze wymienione powyżej pozostają na ziemi ze względu na to, że taką podjęły decyzję. Jest jednak wielka grupa dusz, która bardzo chciałaby przejść na drugą stronę, do nieba, ale nie pozwala im na to rozpacz ich najbliższych. Dusze te rozdarte są między dobrem swoim a dobrem tych, których pozostawili. Mogą nawet mieć świadomość, że dla dobra wszystkich lepiej jest, żeby odeszli, ale żywi im na to nie pozwalają. Trzeba zatem pamiętać, żeby w czasie żałoby, pomimo żalu, pomyśleć i o tych, którzy mają prawo odejść. Robimy to, aby w konsekwencji nie skrzywdzić siebie i ich.
Wiem, jak to trudne, gdyż sama przez to przechodziłam. Moja mama potrafiła jednakże zażądać, abym jej nie zatrzymywała. Jak wiele dusz to czyni? Bardzo niewiele. Czy nie jest zadziwiający fakt, że człowiek po śmierci odnajduje siebie w świecie, w którym urzeczywistnia się dokładnie to, w co wierzył za życia? Jeżeli wierzył w niebo, to poszedł do nieba. Jeżeli nie czuł się dostatecznie godny lub bał się kary za swoje przewinienia, to urzeczywistnia piekło dla siebie i swoich najbliższych.
[03:57:14] - Teraz, proszę państwa, labirynt książek. Labirynt książek Mirosława Gołuńskiego. Powtarzam to już od kilku audycji. Nieuchronnie zbliżamy się do ostatniego odcinka. Cały czas jakoś tak nie mogę się otrząsnąć. Człowiek, który regularnie przysyłał kolejne omówienia książek, w pewnym momencie zamilkł i to zamilkł na zawsze. Czasami nie mogę uwierzyć. Tak się czasami zdarza. Dzisiaj „Jaskółki z Czarnobyla".
[03:58:09] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie mieli państwo czas odsłuchać moje zaproszenie do „Labiryntu książek”. Dzisiaj zapraszam państwa po takich bardziej fantastycznych odcinkach do troszeczkę innego korytarza. Z jednej strony przywołuje on sytuacje, w których funkcjonujemy od ponad prawie dwóch miesięcy, bo będę dziś mówił co nieco o Ukrainie, ale też to korytarz w moim labiryncie, który wykopuję ze względów zawodowych. Otóż jedna z moich seminarzystek postanowiła pisać o Czarnobylu w różnych tekstach literackich i dlatego od czasu do czasu będę państwa karmił opowieściami o tym, jak Czarnobyl funkcjonuje w literaturze. I nie zawsze będą to książki bardzo poważne, tak jak na przykład dzisiaj. Kiedyś mówiłem o Aleksiejewicz, ale dzisiaj będę mówił o kryminale. I co ciekawe, nie kryminale białoruskim czy ukraińskim, czy nawet polskim, ale będę mówił o kryminale francuskiej autorki Morgane Owic zatytułowanym „Jaskółki z Czarnobyla”. Tytuł piękny, prawda? Historia brutalna, jak to we współczesnym kryminale.
Ale króciutko: akcja kryminału zaczyna się mniej więcej w roku 2016, 2017, na co wskazuje zarówno to, że trwa wojna, z czego nie zdawaliśmy sobie często w Polsce sprawy czy wypieraliśmy z pamięci, że od 2014 roku tak naprawdę Ukraina cały czas była w stanie wojny z Rosją. Co prawda w ograniczonym zasięgu, bo w okolicach Donbasu i Ługańska. I oczywiście już po zajęciu Krymu, ale jednak. Otóż pewnego dnia w Prypeci, mieście, które zostało zbudowane dla ludzi obsługujących elektrownię atomową w Czarnobylu, a następnie po wydarzeniach z 26 kwietnia 1986 roku, o czym będę jeszcze mówił, porzucone. Chociaż oczywiście odbywają się tam teraz wycieczki. I to jest wszystko prawda. Autorka zrobiła do tej powieści bardzo dobry research. Otóż pewnego dnia jedna z wycieczek, takich ekstremalnych wycieczek do strefy czarnobylskiej znajduje zwłoki mężczyzny. Śledztwo prowadzi zgorzkniały policjant ukraiński, którego największym problemem jest to, że został zesłany na tą prowincję. Ma też problemy z żoną, która nieświadoma tego, że tak naprawdę zagrożenia wielkiego już nie ma, coraz bardziej wypycha go z domu, a jednocześnie jego syn jako ochotnik, możemy się domyślać, że w batalionie Azow, o którym tyle teraz się mówi, walczy w Donbasie.
Jego największym problemem jest to, że nie może synowi kupić porządnej, kuloodpornej kamizelki kevlarowej, bo go na to nie stać. Razem z nim śledztwo prowadzi młoda policjantka Nowak, młoda porucznik policji, która z niewiadomych względów, potem się wyjaśnia dlaczego, mimo że była świetną kadetką i ukończyła szkołę policyjną na pierwszym miejscu, ląduje na tak potwornym zadupiu. I oczywiście w miejscu bardzo niebezpiecznym. Łącznie z tym, że nawet nie mówi mężowi, że codziennie dojeżdża do strefy czarnobylskiej. I to jest jedna część śledztwa. Oczywiście śledztwa tak faktycznie mocno po wschodniemu i po naszemu opieszałego. Łącznie z tym, że ktoś prawie ukręca łeb. W tym sensie, że nie zostaje długo przeprowadzona sekcja zwłok, bo nikt nie chce robić sekcji zwłok człowieka, który przez ileś tam dni był wystawiony na promieniowanie, a jednocześnie to jest wojna. I na przykład nie ma kto przeprowadzić autopsji, bo co chwilę trzeba robić autopsję ludzi, którzy zginęli w czasie wojny. Jeden trup, dość specyficznie potraktowany, jest mniej warty niż ginący żołnierze.
Tym bardziej że, co udaje się zdobyć informacje, ofiarą jest Rosjanin. Tym bardziej mamy problem. Ale to nie jest byle kto. Otóż okazuje się, że ojcem Leonida jest polityk, biznesmen rosyjski, który jest bardzo zainteresowany tym, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Co ciekawe, Rosjanin, znaczy ten ojciec ofiary, był mieszkańcem Prypeci, a dokładniej był szefem miejscowej partii, więc brał udział bezpośredni w zdarzeniach z 26 kwietnia '86, czyli dnia awarii czarnobylskiej. Jakby tego było mało, tego właśnie dnia, a właściwie tej nocy, 26 kwietnia 1986 roku, ja ciągle powtarzam, bo ta data jest bardzo ważna w myśleniu o Czarnobylu, zginęła jego żona. Jego żona została zamordowana w daczy innej kobiety. Ta kobieta również została zamordowana. Ta kobieta z kolei była żoną inżyniera w W Czarnobylu. A więc mamy tutaj do czynienia z podwójnym zabójstwem w '86 i trzydzieści lat później ginie syn tamtej ofiary.
Śledztwo zostaje też powierzone Rybakowowi, a dokładniej zostaje on wynajęty za koszmarne pieniądze przez Sokołowa, czyli przez ojca ofiary. Ma on po pierwsze ustalić, kto zabił, a potem zabić tego, kto zabił. Rybakow jest moskiewskim policjantem. Został wybrany do tej roboty, po pierwsze dlatego, że pochodzi z Prypeci i zna ukraiński, co jest oczywiście istotne przy prowadzeniu tego śledztwa. Co więcej, zgadza się na wykonanie tej roboty, ponieważ otrzymał informację, że jest chory na raka. Pokłosie tego, że również on w dniu wybuchu elektrowni w Czarnobylu przebywał w tej Prypeci. Co więcej, jego ojciec oddał życie, ponieważ był strażakiem. Przeżyli z matką. I tu jest kolejny problem. I to jest akurat dość ciekawe, ponieważ pisząca o tym z perspektywy Francji autorka wykorzystuje pewną trudną rzecz.
Rybakow nie jest biały. Matką tego detektywa była, bo już nie żyje w czasie trwania powieści, Kubanka, która studiowała w Rosji, zakochała się w Rosjaninie i została. Wylądowali razem w Prypeci. Ona uczyła w szkole, w której zresztą uczyły również zamordowane przez nieznanego na razie sprawcę kobiety. Detektyw więc wyrusza, by rozwiązać zagadkę. Po drodze odkrywa, jak to w powieści kryminalnej, wychodzą na jaw kolejne zagadki. Na przykład to, że gdy dokonuje samodzielnie autopsji pierwszego z zabitych mężczyzn, znajduje go z zaszytymi ustami i oczami, a gdy w końcu go rozcina, znajduje wewnątrz wypreparowanego sokoła. To jest w ogóle istotny element. To znaczy to, że wszędzie w tej powieści pojawiają się wypchane zwierzęta. Jeszcze ciekawsze jest to, że pomaga mu w śledztwie kobieta.
Za pieniądze. Znaczy wynajął ją jego zleceniodawca Sokołów. Pomaga mu za pieniądze od Sokołowa Ninel, trzydziestoparolatka, która prowadzi na terenie strefy coś w rodzaju stowarzyszenia występującego w obronie przyrody. Sama Ninel ma swoją tajemnicę i długo ona nie wychodzi na jaw. Ale w końcu oczywiście nasz dzielny Rybakow zdoła rozwiązać wszystkie zagadki. Ninel oczywiście nienawidzi wypychania zwierząt i tak dalej, ale ma na tyle dużo znajomych na terenie zony i wokół niej, że faktycznie okazuje się bardzo pomocna. Po drugiej stronie działają faszyści i od czasu do czasu o naszym detektywie mówi się per małpa. Trudno, wyróżnia się. Trudno mu się schować w tłumie, a jednak ta Ukraina w dużej mierze jest jednak pokazywana. Ta Ukraina do 2016 jest pokazywana jednak jako taka właśnie wschodnia, może nie satrapia, ale na pewno kraj szowinistyczny, rasistowski.
Nie mamy elementów związanych z seksualnością, bo nie. To jest kryminał, jakby nie to, to jest istotne. Natomiast elementy takiego rozkładu państwa, elementy tego, że wszystko można załatwić za łapówki. I właśnie dziwne jest to, gdy tych łapówek nie ma, pojawiają się. Co więcej, to jest ciekawe. Myślę, że autorka naprawdę znała ludzi stamtąd, czyli Ukraińców, którzy z nią rozmawiali, bo okazuje się, że banderowcy w cudzysłowie oczywiście, którzy pojawiają się w tej powieści, są tak naprawdę na usługach mafii. I właściwie nie wiemy, jakie oni mają realnie poglądy. Oni po prostu tworzą właściwie taką specyficzną mafię i ją też będzie musiał prześwietlić nasz detektyw. Policja sobie z tym kompletnie nie radzi. Ale też jest wojna.
Tam w tle ciągle toczy się wojna i odpryski tej wojny uderzają również w śledztwo. Oczywiście po pierwszym zabójstwie nastąpią następne i zginą jeszcze co najmniej dwie osoby i zanim uda się wreszcie rozwiązać sytuację, są w bardzo dramatycznych okolicznościach. Tak więc dostajemy tutaj świat pełen przemocy, bo jednak ta wojna w tle jest odczuwalna. Jednak świat, który jest ściśle powiązany z tym, co wydarzyło się w '86 w Czarnobylu. Bo nawet to pierwotne zabójstwo, którego oczywiście łatwo się domyślić, właściwie to wiemy od początku, z którym drugie zabójstwo syna Sokołowa, Leonida, ma ścisły związek, jest również w tej atmosferze osadzone. Ale właśnie zabójstwa Mamy tam przedstawiony system działania KGB, bo oczywiście zginęła żona funkcjonariusza partyjnego. W związku z tym śledztwo przejęło KGB i ono nie tyle próbowało – ciekawy wątek, też świadczący o nie najgorszej znajomości realiów Europy Wschodniej – nie tyle próbowało znaleźć zabójcę, co wskazało zabójcę. Jest to wbrew pozorom wcale nie subtelna różnica. Mamy równolegle prowadzone dwa śledztwa: śledztwo prowadzone przez detektywa Rybakova oraz przez, mimo wszystko, milicjanta, który chce. Ważna jest jeszcze motywacja Rybakova.
Otóż Rybakov rozwodzi się z żoną. Żona się z nim rozwiodła, bo nie wytrzymała pracy z policjantem. I to jest chyba też taka dosyć stała cecha kryminału, jak państwo zwrócicie uwagę, ale jego córeczka nie słyszy. Ma wrodzony niedosłuch, który można wyleczyć za grube pieniądze przeprowadzając specjalną operację. Dla żony Rybakova to jest tragedia, ponieważ ona sama jest uznaną pianistką. W związku z tym pracuje w konserwatorium. Oczywiście jasnym jest, i Rybakov tak to odczuwa, że jego córka jest spóźnioną ofiarą Czarnobyla i o tym również w powieści się mówi. On wie, że z tej wyprawy mówi mu się, że zostało mu trzy do sześć miesięcy, więc gdy wyrusza na wyprawę, to nie wie, czy przeżyje, ale ma obiecane, że córeczka otrzyma umówioną zapłatę, jeżeli wykona robotę i będzie mogła tę operację przeprowadzić. Okazuje się, że to jest ostatni dar ojca dla córki. Mamy więc, proszę państwa, średnio skomplikowaną fabułę, która jednak pozwala autorce na opowieść, taką subtelną tak naprawdę, bo wiadomo, że podstawową kwestią jest śledztwo, zarówno o 1986, jak i może nawet w większym stopniu o tym, co się dzieje w Zonie czy w okolicach strefy 30 lat później, czyli niemalże dziś.
Mówi dużo o systemie. Ewidentnie autorka korzystała z książki Aleksiewicz „Czarnobylska modlitwa”, ponieważ przenosi całe motywy, na przykład motyw zabijania zwierząt tuż po awarii, kiedy uznano, że trzeba wystrzelać wszystkie zwierzęta domowe na terenie Zony. Ma sporą wiedzę na temat tego, jak Zona wygląda dziś. O tym, że odżyły tam zwierzęta, że na nowo pojawiły się dziki, wilki et cetera, a jednocześnie to jest cały czas życie w cieniu promieniowania. To promieniowanie, o którym się mówi, że jest znacznie mniej groźne, niż się wydaje, jednak ciągle wpływa nie tylko fizycznie na bohaterów, ale przede wszystkim wpływa na nich psychicznie. Milicjanci, którzy zostają zesłani do Zony, dosłownie zesłani, traktują to właśnie jak zesłanie. Główni śledczy byli niepokorni, więc dostali robotę w Zonie, bo i tak nikt jej nie chce robić, żeby sobie przemyśleli własną głupotę. A jednocześnie gdzieś tam w Kijowie, odległym o sto kilkadziesiąt kilometrów, toczy się normalne życie. Oczywiście, proszę państwa, czytanie dzisiaj tej powieści nie jest łatwe. Ja przyznaję, że – taki wątek osobisty przez minutę, dwie – przyznaję, że temat moja studentka wybrała wcześniej, przed 24 lutego 2022 roku.
Te daty są ważne, naprawdę są bardzo ważne i nawet przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie odpuścić, ale zgodnie stwierdziliśmy – ja nie naciskałem na moją magistrantkę, bo byłoby to bardzo nie fair – ale zdecydowaliśmy się nie odpuszczać i zrobić to, bo uznaliśmy, że w pewnym sensie tak trzeba. Na pewno gdybyśmy ustalali temat później, byśmy go nie wzięli, bo to oczywiście wiąże się z emocjami bardzo trudnymi. Dzisiaj, gdy czytam te książki, a czytam ich całkiem sporo, zarówno faktograficznych, jak i prozy fikcjonalnej, to tam są bardzo różne rzeczy, czasami głupiutkie, czasami bardzo głębokie i poruszające, ale na pewno czytane w dzisiejszym kontekście nie ułatwiają życia. Ale trzeba. I tak zgodnie to potraktowaliśmy. Dlatego mimo wszystko zapraszam państwa do tej lektury, bo wydaje mi się, że jest tego warta. Dziękuję bardzo i do usłyszenia.
[04:15:20] - No i proszę państwa, ten tytuł powinien budzić kontrowersje. Na szczęście ich nie budzi, bo już państwo wiecie, że kiedy zapowiadam archiwum ABW, to nic groźnego ani takiego politycznego państwa nie czeka, tylko czeka na państwa kolejna porcja opowiadań z archiwalnych audycji „Antologia Bibliotekarium. Warsztaty”. No to przed nami jakieś 45 minut. Proszę, cała lekcja by się zapełniła opowiadań różnych autorów. Czyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios".
[04:16:05] - Julian. „Przelecieć Amerykę bez lewego skrzydła”.
[04:16:11] - Usiadłem wygodnie. Wszystko dopięte tak, jak lubiłem. Zasłonięte zasłony i rozświetlone światło, mimo że słońce nasłoneczniało pokój. Kawa po prawej stronie myszy, mysz po prawej stronie klawiatury. Teraz oderwać myśli od przygruntowego smogu i znaleźć temat. Może o miłości i zdradzie? Banał. Dziś ludzie mają tego pełno po obu stronach srebrnego ekranu. O tym, że życie jest ciężkie? To w takim razie powinienem napisać autobiografię na tyle uniwersalną, żeby pasowała do każdego.
To mógłby być bestseller. Autobiografia uniwersalna. Na okładce, zaraz pod autorem miejsce na dane osobowe, jak na dyplomie i marker w gratisie. Wszystko już zostało wymyślone i spisane. Zamknąłem oczy. Do hotelowego pokoju wpada granat. Pięciu mężczyzn patrzy na turlający się po drewnianej podłodze stalowy walec. Wszyscy jak jeden mąż padli na kolana, próbując go chwycić. Myśl, myśl co dalej? Sześć, pięć, cztery.
No niech coś zrobią! Skoncentrowany do granic poruszałem gałkami pod zamkniętymi powiekami. Mężczyźni stanęli na baczność i zasalutowali. Dwa, jeden. Błysk eksplozji. Siła podmuchu rozrzuciła poranione ciała. Nie zdążyłem. Przyjrzałem się bliżej tym ofiarom losu. Wstali z kolan. Ale wymyśliłem.
Może jakby się zastanowić, dziś to ktoś doceni. Śmierć na baczność znaczy honorowa. Mogliby dostać medale, a rodziny zapisać wnuki do młodzieżówki ZBoWiDu. Pomysł rozwiał się i odszedł razem z nimi. Przecież są tacy, którzy piszą o byle czym. Tak, pomyślałem głębiej, ale oni piszą o byle czym. Dobrze. Można też pisać byle jak, ale na dobry temat. Musi być balans. Wiadomo, najlepiej być pięknym i bogatym.
Ja na tę chwilę byłem co najwyżej spójnikiem. To może o obcych? Oni jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. Wyobraziłem sobie niewielki lądownik na czterech amortyzowanych łapach. Lądują i wychodzą. Jak wyglądają? Mają rybie pyski, w skafandrach wodę i wielkie płaskie buty. Pochodzą z wodnego świata. I co robią? Idą ociężale i chlupiąc przy każdym kroku znikają w pobliskim zagajniku.
Jeden z nich zachowuje się nieprzyzwoicie. Wygląda, jakby sikał idąc, ale jednak nie. To nic obscenicznego. Uspokoiłem się. Po prostu akurat w tym miejscu ma przebity skafander. Później do nich wrócę. Ale, ale! Otwiera się portal. Przez tę energetyczną taflę wpadają do naszego świata kolejni przybysze. Rozbiegają się jak karaluchy po zapaleniu światła w kuchni studenckiej stołówki.
Zastanawiałem się, gdzie toczy się akcja. Niedobrze. Na całym świecie. Oczami wyobraźni widziałem setki portali i jeszcze więcej lądujących pojazdów obcych. Mnożyli się jak wirus. Istna inwazja. Starałem się dostrzec, jak na to reagują ludzie, ale jakoś nie mogłem ich nigdzie dojrzeć. Obcy powoli zapełniali ulice. Różnobarwne korowody. Stało cieplej i zmiennokształtni.
Świetliste smugi i blaszane kanciaki. Kupowali puby i restauracje, kościoły i sklepowe pasaże. A może gdyby tak inwazja Międzygalaktycznej Federacji miała ściśle określone miejsce? Muszę ograniczyć to ich pączkowanie. Pomysł fajnie rokował, bo nikt przede mną nie zapełnił całej ziemi, ale miałem zamiar napisać opowiadanie, a nie trylogię. Do tego na konkurs o ściśle określonych tematach. Fabułę dopasuję, jak coś się zacznie dziać. Kreatywnie poprowadzę akcję, żeby w miarę podpasowała. Tymczasem ta nadmiernie wybujała ilość bohaterów potrzebna tu jak, jak plac zabaw w tunelu. Dziś nawet celnego porównania nie potrafiłem wymyślić.
Och nie, nie mogę tracić czasu na poboczne wizje. Na ostatnim łuku toru, tuż przed tunelem, bo w kolejnictwie nie ma zakrętów, pojawiła się lokomotywa odmalowana w ostrzegawcze barwy. Jak wielki stalowy szerszeń ciągnący łańcuch cystern. Czy to przypadkiem nie amoniak? Szybko przeskoczyłem myślami. Dobre maniery, kultura, finezja. O czym będzie bezpiecznie pomyśleć? O filharmonii. Tu też dotarł tłum. Czy oni są tak mało inteligentni?
Nikt nie używał instrumentów zgodnie z prawidłami sztuki. Mimo to wywoływali skandaliczny harmider. Miks odgłosów jak z zakładu ślusarskiego, długiej przerwy w podstawówce i ubojni trzody chlewnej. Najbardziej rozbawiła mnie obca, wielka samica ani to płci pięknej, ani tym bardziej słabej. Próbowała zagrać na oboju, ale że złośliwy instrument nie wydał żadnego dźwięku, wyprostowała trójkąt gołymi łapskami i tym prętem zabrała się za przepychanie. Kiedy nic to nie dało, rzuciła instrumentem do środka fortepianu i poprawiła różową sukienkę założoną na głowę. Uciekłem myślami. Sam już nie wiem, czy nie lepsza byłaby masakra na torach. „Obcy na Madagaskar” — wyrwało mi się półgębkiem. Nie wszyscy posłuchali.
„Firanki byś zawiesił” — dotarło do mnie z kuchni przez niedomknięte drzwi. Udałem, że nie słyszę. Niech zawieszają ci, co wpadli na pomysł zdejmowania. Co dalej z tymi obcymi? Łażą po ulicach, wchodzą do opuszczonych ludzkich domostw i przymierzają ubrania wyciągane z szaf. Rechoczą przy tym. Inni rżą albo parskają. W sumie mają prawo — konstatowałem. Poczucie humoru nie jest jedynie ludzkim wynalazkiem. Mogą się śmiać, ale z pewnością dziwnie.
Każda rasa inaczej. Niektórzy na przykład kłapią paszczami, a im śmieszniej, tym więcej śluzu na podłodze. To wszystko bez sensu. Obcych było coraz więcej. Co za burdel! A właśnie, co z nimi? Śliski temat. Myśli błądziły zbyt blisko własnego ego. Wszystkie nieziemskie prostytutki były podobne do sąsiadki. Tylko nie miały dzieci.
Chociaż kilka żeńskich stworów miało tak niezręczne pyski, że niezależnie od pewnego podobieństwa najchętniej deportowałbym je karnie z Ziemi za sam wygląd. Albo przynajmniej kazał przejść się do najbliższej drogerii. To drugie... Nie byłem pewien, czy cokolwiek mogłoby pomóc. Dobrze, że moich myśli nie widzą dzieci. Także te z tunelu, uratowane w ostatniej chwili. Dość. Byłem bliski rozpaczy. Nie umiałem wydobyć z głębin umysłu przyczyny, dla jakiej przybyli, nie mówiąc nawet o przybliżonych zamiarach. W desperacji rozważałem rozprawienie się z całą tą międzygalaktyczną bandą.
Obojętnie czy potopem, czy popularnym rozkazem masowego odlotu. Persona non lata z naszego świata. Usłyszałem hałasy od strony kuchni. Wstałem i uchyliłem drzwi. Natychmiast stanął w nich jakiś chudy młokos, który nie chciał mnie wypuścić. Wyjrzałem. W pomieszczeniach było kilka roześmianych osób, głównie młodych kobiet. Próbowałem delikatnie odsunąć rękę smarkacza zagradzającą wejście. Spojrzał na mnie z wymalowaną na twarzy jawną agresją. Chwyciłem więc mocno, aż zbielały kostki i zdecydowanie powiedziałem: „Koleś, jestem u siebie i to ja tu rządzę”.
Odpuścił i wycofał się. Zwołałem wszystkich do przedpokoju i przyjrzałem się. Każde z nich miało maskę, podobiznę ludzkiej twarzy. Pokażcie swoje prawdziwe oblicza. Natychmiast opadły kamuflaże. Każde lico z innej parafii. Były dzioby, mordy, paszcze, ryje i pyski. Żadnej buzi. Wychodzimy, ale już! Wypychałem ich za drzwi.
Idźcie piętro niżej. Sąsiadka jest bardziej imprezowa. Zamknąłem drzwi za ostatnim na obie zasuwy. „Mecz się zaczął” — kolejny raz dobiegło zza drzwi. Zaraz przyjdę. Niech grają. Obejrzę końcówkę. Czułem, że za chwilę może coś wymyślę. Pomysły kręciły w nosie, a jak wiadomo stamtąd miały blisko do obszaru zarządzającego wyobraźnią abstrakcyjną. Pomysły kręciły w nosie, a jak wiadomo stamtąd miały blisko do obszaru zarządzającego wyobraźnią abstrakcyjną.
Ale wyszło jak z kichnięciem. Kiedy w nosie kręci, kręci, otwiera się już nawet usta i rusza głową, żeby przyspieszyć to cholerne „apsik” i... nic. Tak właśnie z głupawą otwartymi ustami ruszałem głową, ale jedyne co do niej wpadło to obraz zwłok obcego z rybim pyskiem w dziurawym kombinezonie. Ten mi już nie pomoże. „Dwa dwa, zaraz tie break”. Zrezygnowany usiadłem przed telewizorem. Podekscytowany komentator twierdził, że doprowadzenie do remisu to i tak sukces, biorąc pod uwagę, że praktycznie cały mecz gramy bez lewego ataku. Jeśli w tym dramatycznym półfinale pokonamy Amerykę, to o złoto z Brazylią może pójść gładko — kontynuował, wykrzykując słowa, aby zakończyć frazę przed zagrywką Polaków. Nadal jest więc szansa na obronę tytułu.
Kurek mocno, świetnie odrzucił rozgrywającego od siatki. Ani meczu, ani opowiadania. Zły na świat zdryfowałem myślami na krótką chwilę. Sfrustrowany dałem pomysłom ostatnią szansę. Niech to będą przygody tajemniczego obcego, który ma do wykonania sekretną misję. W tym absurdalnym natłoku przybyszów próbuje znaleźć miejsce w hotelu, ale wszystkie są zajęte, nawet te na uboczu. Dobrze. Dalej jakoś pójdzie. Robert Zawadzki „O strachu”. Artur wrócił do mieszkania po 19:00.
Ostatnio zmienili mu godziny w pracy i nie wyrabiał się teraz na wcześniejszy autobus. Najpierw skierował się do kuchni, nastawił wodę na kawę i wsypał do szklanki dwie łyżeczki. Pił czarną bez mleka i cukru. Nie chodziło o smak. Chciał jedynie wykrzesać z siebie jeszcze parę iskierek energii, zanim pójdzie spać. Tego wieczoru iskierki zdecydowanie były potrzebne. Przypomniała mu o tym różowa, samoprzylepna kartka, która tkwiła przyczepiona do laptopa. Było na niej tylko jedno słowo nabazgrane koślawymi, wielkimi literami. Konkurs. Przypomniał sobie, że wynalazł go wczoraj wieczorem i dzisiaj miał się nim zająć.
Pasją Artura było pisanie. Co prawda nie miał teraz na to zbyt wiele czasu. Chęci też były mizerne, zwłaszcza kiedy wracał wieczorem z roboty, czyli niemal codziennie. Do pisania potrzebował symbolicznej trójki: energii, czasu i chęci. „Żadnego dnia bez kreski” nie było jego dewizą. W sumie to zdanie kojarzyło mu się raczej z ludźmi z korporacji, którzy w okresach wzmożonej aktywności, czyli zawsze, nie licząc wyjazdów służbowych i świąt, musieli wspomagać się dopingiem w formie białego proszku. On był tylko skromnym pracownikiem fizycznym i od narkotyków trzymał się z daleka. Miał powody. W każdym razie obiecywał sobie, że kiedy znajdzie nową pracę, to znacznie częściej będzie pisał. Teraz jednak musiał zadowolić się tymi nielicznymi wieczorami, kiedy mimo kilku godzin harówki był jeszcze zdolny do myślenia i wystukiwania tych myśli na klawiaturze, a powstałe w ten sposób ciągi liter nie wyrażały jedynie frustracji i niechęci do czegokolwiek.
Dzisiaj nie było tak źle. Otworzył stronę, którą dzień wcześniej dodał do zakładek. Regulamin konkursu był przejrzysty, a gatunek horror jak najbardziej mu odpowiadał. Pozostawało jedynie zerknąć na temat i brać się do pracy. „Strach” – tak brzmiał temat. Mało oryginalny. Artur skupił się jednak na tym pojedynczym słowie i przed oczami stanęły mu obrazy. Te, które naprawdę wzbudzały w nim strach. Mały chłopiec nasłuchuje kroków na schodach. To pijany ojciec wraca z baru.
Słychać krzyk matki i huk. Potem otwierają się drzwi. Stoi przed dyrektorem i nauczycielką. Mówią, jak się na nim zawiedli i jak brak promocji do następnej klasy wpłynie na jego przyszłe życie. Opisują jego przyszłość jako kryminalisty albo ulicznego pijaczka. Łzy pojawiają się nie wiadomo kiedy. Siedzi w kotłowni na rannej zmianie, zmęczony, śpiący. Kiedy widzi kierownika, wie, co oznacza jego wizyta. Wymówienie przyjmuje bez słowa. Jego Marysia, jego ukochana Marysia szorstkim głosem tłumaczy, dlaczego nie może już tak dłużej.
Dlaczego odchodzi. Znika za drzwiami, a w mieszkaniu robi się pusto i zimno, jakby razem z nią zniknęło wszystko, co dobre. Butelki. Dziesiątki butelek rozrzuconych po mieszkaniu. Pijany leży między nimi i płacze. Rozbija jedną o ścianę, a w zielonym szkle widzi odbicie twarzy. Twarzy swego ojca. Swojej twarzy. Zbiera puszki w parku. Grupka dzieciaków krzyczy coś w jego stronę.
Jeden podchodzi bliżej. Zaczyna wyzywać go od brodasów, śmieci i żuli. Czuje uderzenie w brzuch. Potem kolejne zlewają się w jedno. Świat się przewraca, bo on się przewraca. Czuje kopnięcia. Dziesiątki kopnięć. Setki kopnięć. Nieskończoność kopnięć. Budzi się w szpitalu.
Najpierw nic nie czuje. Potem ból zaczyna do niego docierać i traci przytomność. Jest w noclegowni. Ze szpitala wypuścili go tydzień temu. Ma złamaną rękę i utyka, ale reszta już jest w porządku. Facet z łóżka obok każe mu oddać jedzenie. Nie zgadza się. Widzi błysk noża. Widzi krew kapiącą na brudną podłogę. Klęczy pod kościołem.
Nieliczni wierni wychodzący ze środka rzucają mu drobne. Większość tylko odwraca się z obrzydzeniem na widok jego brudnej twarzy i zniszczonego ubrania. Za nimi wychodzi ksiądz. Przyczepia do tablicy ogłoszeń klepsydrę. Wstaje z klęczek i podchodzi do gabloty. Zaczyna płakać. Jest na pogrzebie matki. Stoi z dala. Wszyscy mają garnitury, on jedynie dziurawy sweter. Płacze, kiedy opuszczają trumnę.
Chce odejść, ale ktoś łapie go za rękę. To Adrian, jego brat. Mówi, że go szukał, że chciał mu pomóc, ale nie mógł go znaleźć. Mówi, że teraz wszystko się ułoży, że on się nim zajmie, znajdzie mu pracę i załatwi mieszkanie. Mówi, że może już przestać się bać. Mówi prawdę we wszystkim z wyjątkiem ostatniego. Rozbolała go głowa. Stwierdził, że chyba jednak przełoży pisanie na kolejny dzień. Ale miał już plan. Pradawny demon, który żywi się ludzkim strachem i rośnie dzięki niemu w siłę.
Nieustraszony poszukiwacz przygód stawia mu czoło i więzi w ruinach świątyni na wieki. Tak, to będzie dobre opowiadanie. Takie jak trzeba. Ze strachem, który zostaje pokonany. Strachem bezpiecznym, obojętnym, nierzeczywistym. Strachem, który nie jest nasz, jest niczyj. Nie strachem przed samotnością, przed odrzuceniem, przed stratą. Nie przed śmiercią i przegranym życiem. Trzeba tworzyć bezpieczne strachy. Strachy odległe, możliwe do pokonania.
Te drugie, te prawdziwe, te, które naprawdę nie dają spać w nocy, tworzą się same. Julian. Spuścizna. Tisuhit pojawił się w odległym układzie ramienia galaktyki spiralnej S231. Misja zwiadowcza R/436 trwała od 18 dni uniwersalnych. Kolejny układ słoneczny zaplanowany do zbadania w katalogu REN opatrzony był numerem S231/81. Cała załoga w części wojskowej, jak i cywilnej miała nadzieję, że pula pecha skończy się wraz z nowym miejscem. W połowie czasu trwania zwiadu zdążyli stracić dwa lądowniki planetarne. Niestety wraz z załogami. Pierwszy w wyniku awarii samego pojazdu, drugi zestrzelony przez autonomiczne działa laserowe.
Pozostałość po cywilizacji, która ze względu na duży wzrost temperatury na planecie dawno ją opuściła. Do końca misji pozostało im odwiedzić i wstępnie przebadać osiem układów z obecnym włącznie. Nigdy nie lecieli w ciemno, nie szukali po omacku. Wszechświat był zbyt rozległy, aby mogli sobie na to pozwolić. Analitycy już na wstępie odrzucali gwiazdy neutronowe, nadolbrzymy lub wszystkie te obiekty, które charakteryzowały się niestabilnością. Celem również nie były słońca młode. Tam życie, a w szczególności życie inteligentne na wysokim stopniu rozwoju, teoretycznie nie miało czasu się rozwinąć. Major pełniący rolę dowódcy statku zwiadowczego Tisuhit dokonał pierwszego wpisu do dziennika pokładowego w nowym układzie. Przybycie do S231/81 dnia 694, 6251 roku według kalendarza układu Tsin. Tisuhit na ciasnej orbicie piątej planety.
Wytypowano siedem obiektów do zbadania, w tym trzy planety i cztery księżyce. Planety w kolejności: druga, trzecia, czwarta i cztery największe satelity obiektu piątego. Stan załogi i sprzętu nie zmienił się od ostatniego wpisu. Oficer zakończył przekaz i udał się do Penetratora 2. Wpadł wcześniej na pomysł, aby chociaż na krótko oderwać się od rutynowych zajęć. Załoga niewielkiego międzyplanetarnego statku cierpliwie czekała. Pozostałe dwie jednostki tej klasy już rozpoczęły eksplorację ustalonych obiektów układu. Penetrator 2 miał lecieć na trzecią w kolejności planetę systemu. Badany układ planetarny był ciekawym miejscem — rozważał major — z dość dużą liczbą zróżnicowanych obiektów. Szansa na odkrycie zaawansowanej cywilizacji była jednak niewielka.
Od pierwszej chwili po przybyciu skanowano układ na wszystkich pasmach częstotliwości pod kątem transmisji radiowych. Nie znaleziono żadnego sztucznego sygnału, a to źle rokowało. Statek zwiadowczy po kilkudziesięciu minutach lotu dotarł do celu. Na orbicie znajdował się pierścień o symbolicznej gęstości. W ich składzie wykryto obok wielu metali, także złożone związki polimerowe. Analiza wykazała, że są pochodzenia sztucznego. Konkluzja była jasna. Wokół planety krążyły duże ilości szczątków. Zbliżyli się do granicy atmosfery. Obraz, jaki pojawił się na wielkim monitorze, dawał do myślenia.
Na planecie widać było ślady cywilizacji technicznej. Zauważyli, że obszary zurbanizowane były zdegenerowane, zniszczone tym bardziej im były rozleglejsze. Wystrzelili sondę. Jej detektory natychmiast rozpoczęły przekazywanie danych. Skład atmosfery, ciśnienie, temperaturę i wielką liczbę zdjęć. Sonda dotarła na kilka kilometrów od powierzchni i kontakt z nią się urwał. Ostatnie przekazane przez nią dane dotyczyły gwałtownego wzrostu promieniowania. Odpowiedzialnymi za to pierwiastkami były pluton, uran oraz w mniejszym stopniu kilkadziesiąt innych izotopów. Maszyny analityczne, biorąc pod uwagę ostatnie dane, postawiły tezę, że na planecie doszło do konfliktu, w którym użyto broni działającej na zasadzie rozpadu jąder ciężkich pierwiastków, uranu i plutonu. Po określeniu poziomu lżejszych izotopów znajdujących się w atmosferze, dość dokładnie oszacowały moment tego dramatycznego wydarzenia.
Z dużym prawdopodobieństwem mieli do czynienia ze skutkami ataku wrogiej tubylcom cywilizacji. Major wydał rozkaz do powrotu. Spóźnili się niewiele. Jednocześnie należało zwiększyć czujność. Ktokolwiek doprowadził trzecią planetę do całkowitej destrukcji, mógł znajdować się blisko. Dowódca jednym poleceniem zaostrzył poziom środków bezpieczeństwa do maksymalnego. W połowie drogi powrotnej do macierzystego statku do dowódcy podszedł pierwszy oficer Penetratora. Melduję, że otrzymałem informację z jedynki. Gdzie oni polecieli? Na czwartą planetę.
Czytałeś, czego chcą? Melduję, że czytałem w trakcie dekodowania. Odkryli jakiś pojazd na orbicie. Dowódca rozwinął osobisty ekran i wszedł w odebrane przekazy. Przygnębiony tragiczną historią trzeciej planety skupił przez chwilę uwagę na najświeższej informacji. Na silnie wyciągniętej eliptycznej orbicie czwartej planety odnaleziono pojazd oraz inne pomniejsze artefakty. Ze względu na podwyższony standard zabezpieczeń znaleziska nie będą transportowane do Tisuhita. Po zbadaniu i wykonaniu dokumentacji pozostawimy je na orbicie. Brak oznak istnienia życia na czwartej planecie. Gdzie oni są teraz?
Dokują na Tisuhicie. Prześlij rozkaz, aby przygotowali prezentację i niech się pospieszą. Będziemy na miejscu za chwilę. Oficer podniósł wysoko głowę i z metalicznym odgłosem stuknął obręczowymi dystynkcjami. Dowódca ponownie pogrążył się w rozmyślaniach. Zobaczymy wytwór obcej cywilizacji. Czy to produkt obrońców, czy agresorów? Pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Wlecieli do jasno oświetlonego doku. Jak zwykle przy wyrównywaniu ciśnień w powietrzu pojawiła się mgła, kłębiąc się dynamicznie.
Chwilę później dowódca statku wszedł do pomieszczenia konferencyjnego. Żołnierzu, czy prezentacja gotowa? Melduję, że tak jest. Sierżant wyprężył dumnie pierś. To zaczynajcie. Major usiadł w głębokim fotelu i sięgnął po izotoniki wieloketonowe z podstawionego usłużnie stolika. Przygasły pomarańczowe światła. Rozpoczęła się projekcja. Prelegent rozpoczął omawianie pierwszych trójwymiarowych obrazów obiektu. Pierwszy hologram.
Widzimy czwartą planetę i wykres orbity omawianego obiektu, która zdaje się być przypadkowa. Na kolejnym slajdzie widać pojazd, wytwór innej cywilizacji. Jest w opłakanym stanie i z pewnością nie udałoby się nam uruchomić tego czegoś. W wielu miejscach widoczne są otwory. Te przebicia konstrukcji to efekt uderzeń mikrometeorytów. Obiekt był na orbicie od dłuższego czasu. Znając średnie zagęszczenie rojów w tamtej okolicy, będziemy mogli określić tę chwilę dokładniej. Oto hologram obiektu ukazujący go ze wszystkich stron. Zatrzymajmy się na chwilę. Pojazd jest bardzo dziwny.
Mieliśmy zbyt mało czasu, aby dokładnie go przebadać. Nie mamy pojęcia, jaki jest jego napęd, system sterowania i w rezultacie przewidywany sposób i cel użytkowania. Udało nam się uchylić osłony. Napęd tego pojazdu nie przypomina niczego, co mogłoby być wykorzystywane w przestrzeni. Jak to mogło w ogóle latać i jak tym sterowano? To dla nas zagadka. Może mieli dostęp do technologii bezpośredniego sterowania umysłem. Wracając do spodu pojazdu. Posiada cztery okrągłe stopy lądownicze ułożone w dziwaczny sposób. Sztuczne tworzywo, które stanowiło powłokę zewnętrzną omawianych elementów służących do lądowania, rozpadło się na proszek.
Sądzimy, że uległo degeneracji pod wpływem niskiej temperatury, promieniowania kosmicznego i wiatru słonecznego. Ogólnie pojazd niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia wykonany jest z setek elementów. Teraz najważniejsze. W obiekcie znaleźliśmy skafander próżniowy. Tak nam się przynajmniej wydawało na początku. Dużym zaskoczeniem były dla nas wnioski, do których doszliśmy. Pomimo wielu uszkodzeń, nawet w okresie swojej świetności nie miał prawa być szczelny. Prawdopodobnie istoty korzystające z niego potrafiły przynajmniej przez jakiś czas przebywać niezabezpieczone w otwartej próżni. Ich ciała musiały być bardzo odporne. To humanoidy większe od nas siedmiokrotnie, także i silniejsze fizycznie.
Świadczą o tym przekroje dolnych i górnych rękawów skafandra oraz wielkość pięciopalczastych osłon na dłonie. Analizy będą trwały nadal. Za jakiś czas będziemy wiedzieli więcej. Dowiemy się o roli niektórych elementów, ale nie wierzę, abyśmy znaleźli sensowne odpowiedzi na najważniejsze pytania: co to jest, kto to stworzył i w jakim celu? Kolejny hologram przedstawia, jak sądzimy, tył pojazdu. Widać ciąg symboli. Możliwe, że to nazwa tej jednostki, a może statku lub portu macierzystego. Równie dobrze może to być ozdoba albo cokolwiek. Niektóre z elementów są nawet trochę podobne do naszego starożytnego pisma. Hologram rozrósł się w przestrzeni.
Zgromadzeni mieli szansę przyjrzeć się przez chwilę nic niemówiącemu ciągowi znaków Tesla. To jednak nie wszystko. Kolejne slajdy przedstawiają inne, pomniejsze obiekty. Podobnie jak na pojeździe, są tam jakieś oznaczania. Wiele bym dał, aby udało się rozgryźć ich znaczenie. W centralnej części pomieszczenia pojawił się inny hologram. Oto kolejne znalezisko. Dziwny mały pojazd w kształcie sześcianu z centralnie umieszczonym otwieranym iluminatorem. Jest sprytnie zbudowany. Pilot w środku mógł przebywać w nieruchomym bębnie, kiedy cała obudowa wirowała wokół własnej osi.
Do środka wszedł jeden z naszych. Pokręciliśmy trochę sześcianem. Wszystko działało, jak powinno. Tak jak na poprzednich hologramach mamy ciąg znaków Samsung. Wybierzemy ciemną materię. Ale to nie koniec odkryć. Kolejne są jeszcze dziwniejsze. Namierzyliśmy ruiny kilku tysięcy prawdopodobnie małych ogniw paliwowych. To niewielkie podłużne przedmioty zbudowane ze złożonych związków węgla i nasączone głównie triacyloglicerolami. Pomiędzy nimi był niewielki kontener.
I znów te tajemnicze znaki. To my, frytki z McDonald's, eskadra zwiadowcza. Przed nami ostatni hologram. Na końcu leciał duży, cylindryczny aluminiowy pojemnik otwarty z jednej strony. Wewnątrz zamrożona mieszanina złożonych substancji organicznych. Niezrozumiałe znaki ułożyły się w ciąg: bigos narodowy. Marek Myszograj „Akta: kontrolują pana”. Może to nie jest przyzwoite opowiadać własną historię, ale sytuacja mnie niejako do tego zmusiła. Jestem po prostu przygnębiony i czuję się wewnętrznie wypalony. Zdarzało się, że chciałem zwyczajnie z kimś po ludzku porozmawiać, ale w tym świecie jest to niemożliwe.
Wszystko zaczęło się od pewnej soboty. Byłem mocno zmęczony, gdyż wczorajszego wieczora miałem dość ciężką zmianę. Zamiast normalnie rozpocząć weekend, musiałem się nieźle naherować. Dewizą naszej firmy był i jest slogan „Indywidualna dyskrecja to sukces czystej podróży”. Mogłeś spotkać holopanale reklamujące w ten oto sposób nasze usługi. Jedyny problem odnosił się do słowa „czystość”. Ktoś, kto wymyślił takie głupio mądre hasło, rozumiał zupełnie inaczej pojęcie czystości. Odnosiła się ona raczej do tak zwanej poprawności społecznej, a w rzeczywistości miała się jak dupa słonia do mrowiska, czyli nijak. Wracając do wczorajszego wieczoru, miałem sporo roboty przy uprzątnięciu wozu. Wiozłem jakiegoś ważniaka z dwiema panienkami do jego rezydencji.
To był gość, jeden z tych, co odziedziczyli dorobek życia po ojcu. Brak szacunku do pieniędzy, pracy i człowieka. Z życia brali tylko to, co sprawiało im przyjemność. Gość w ogóle nie przejmował się moją obecnością. Miał immunitet, więc chlał wszystko, co zawierało alkohol i wciągał do nosa to, co było akurat do wciągnięcia. Nie żałował również swoim towarzyszkom, a te w zamian raczyły go perwersyjnymi pieszczotami. Nie wypadało przerywać im chwili uniesienia, więc krążyłem po okolicy. W niedługim zresztą czasie pieszczoty przeszły w ostre rżnięcie. Umowa zobowiązywała mnie do utrzymania pojazdu w czystości. Po zjechaniu do bazy musiałem wysprzątać cały syf, wyczyścić fotele z mokrych plam i zdezynfekować całość.
Sporo roboty jak na koniec zmiany. Wracając jednak do tej konkretnie soboty, bo to właśnie od niej chciałbym zacząć opowieść. Sobota to ten dzień, gdy można pozwolić sobie na zasłużony odpoczynek. Należy się człowiekowi taki jeden wolny od wszystkiego dzień. Nie było wówczas mowy o imprezkach weekendowych, a zwyczajne małe piwko było poza moimi kompetencjami. Choć jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, to wszystko miało się w niedługim czasie zmienić. Na moje szczęście wszechkontrola przeoczyła takie miejsce z papierowymi przedmiotami poukładanymi pionowo na licznych regałach. Jedną z niewielu pozakontrolowanych rozrywek była ucieczka w świat marzeń, fantazji i fikcji literackiej. Przed opuszczeniem pomieszczenia otwórz okno w kuchni, następnie wyjdź z mieszkania, zamknij drzwi wejściowe, a następnie zamknij okno. System operacyjny modułu mieszkalnego wymagał poprawek.
Rządził się własnymi prawami i nie wynikało to bynajmniej z jego sztucznej inteligencji. To był zindywidualizowany program do wszechwszystkiego, a twórcy systemu coś spaprali i tyle w temacie. W konsekwencji, aby wyjść z mieszkania, musiałem czasami wykonać kilka dziwnych rzeczy. Gorzej jak chciałem do mieszkania wejść, a trzeba było najpierw spuścić wodę w spłuczce. Niby jak to miałem zrobić? Spłuczka była wewnątrz mieszkania, a ja jeszcze na zewnątrz. Czasami podejrzenia kierowały mnie na spisek sieci handlowych. Wczoraj na przykład przy kasie nie mogłem zapłacić za zakupy. Rabat nie może być uwzględniony. Proszę dodatkowo dobrać dwa produkty obiadowpodobne i spróbować ponownie przyłożyć nadgarstek celem realizacji transakcji.
Zwykłe naciąganie. Z człowiekiem przy kasie można było kiedyś pogadać, jakoś coś tam ugrać. Teraz każdy ma chipy, a system wszystkim zarządza. Nic nie wskórasz. Mam swoje lata i jestem tradycjonalistą. Tęsknię za normalnymi czasami. Kiedyś pieniądz można było dotknąć, wziąć do ręki i w kieszeń go schować. Podobnie jest z tak zwanymi książkami. W dzisiejszych czasach nikt już ich nie czyta. Owszem, ciekawe teksty można znaleźć w sieci.
Również te tak zwane książki są wydawane i można je kupić, ale kosztują bajeczne sumy. Poza tym są to raczej pozycje wychwalające wszechustrój i tak dalej. Na moje szczęście instytucja biblioteki w tym cholernym 2050 roku ma się całkiem dobrze. Jako chyba jedyny właśnie się do niej wybierałem. Naturalnie, o ile uda mi się w jakiś sposób opuścić mieszkanie. W bibliotece rzędem stały archaiczne blaszane pudła z podłączonymi monitorami, klawiaturami i manualnymi myszkami. Nikt z nich nie korzystał. Były, bo były. Po przeciwnej zaś stronie znajdowała się ściana z regałami wypełniona przedmiotami z pozszywanych i posklejanych papierów. Najpierw jednak skierowałem się do mojej dobrej znajomej.
Widywaliśmy się średnio dwa razy w tygodniu. Nie, to nie były randki czy coś w tym rodzaju. Spotykaliśmy się oczywiście wyłącznie tutaj, w bibliotece. Ona przyjmowała moje przeczytane już pozycje, by później wydać mi nowe. I tyle z naszej znajomości. „Dzień dobry” – przywitałem się. Bibliotekarka, przerywając czytanie, uniosła wzrok i odwzajemniła się miłym uśmiechem. „Pani tu jeszcze pracuje?” – zapytałem. „W jakiś sposób system omija to miejsce” – odparła, po czym dodała: „Miejmy nadzieję, że dzień mojego końca nigdy nie nastąpi”. „Wczoraj chciałem kupić coś na bóle w osiedlowej aptece” – kontynuowałem rozmowę.
„I wie pani co?” Spojrzała zaciekawiona. „Tam system już jest. Jeszcze kilka miesięcy temu mogłem porozmawiać z aptekarzem. Teraz jest to niemożliwe. Zakupy w takiej aptece to koszmar. Wie pani, że do zwykłego opakowania tabletek przeciwbólowych musiałem dokupić coś na wątrobę, osłonę jelit i syntetyczne witaminy?” „Kontrolują pana” – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. „Teraz przez te chipy wszystko o nas wiedzą. Pamięta pan czasy, jak je instalowali?” Odpowiedziałem ruchem ramion, unosząc i opuszczając je. Obiecali, że chipy pomogą zwalczyć choroby, poprawią zmysły, zniknie otyłość, zawały. Miało być lepiej, niemal doskonale.
Wie pani, że jakoś zapomniałem o tym. Ale coś kojarzę. Chyba rzeczywiście mogło tak być, jak pani mówi. Rzuciłem od niechcenia. Miasto to ruch i przenikliwy hałas. Miasto to wszechobecne reklamy oraz ciągi komunikacyjne. Wydawałoby się, że nie uciekniesz, nie schowasz się przed szumem informacyjnym, wyciem syren, klaksonów, pisków, zgrzytów trakcyjnych i wiecznie uśmiechniętych bohomazów z kolo-reklam. W tym mieście jest jednak takie miejsce jak to. Moja oaza. Wchodzę do budynku, zamykam za sobą drzwi i jest cicho.
Zegar biologiczny zwalnia, by po chwili między regałami z tysiącami tak zwanych książek zatrzymać się zupełnie. Dzisiaj było podobnie. Chciałem znaleźć coś wyjątkowego, coś, czego jeszcze nie czytałem. W dziale techniki i nowych technologii zdębiałem. Takich pozycji w życiu nie widziałem. Dwie szczególnie przykuły moją uwagę. „Poznaj swego BIOSA” oraz „Win 98. Poradnik”. Wziąłem obie tak zwane te książki. Zacząłem je w domu czytać i okazało się, że z fikcją literacką nie miały nic wspólnego.
Jakieś starocie, a pochłonęły mnie bez reszty. Nie zdawałem sobie sprawy, że wywołają we mnie tyle emocji. Zaczęło mi się powoli, krok po kroku w głowie układać. Choć tak zwane książki były już wiekowe, to poruszone problemy idealnie komponowały się z aktualną rzeczywistością. Byłem zachwycony prostotą pewnych rozwiązań, które musiałem oczywiście wypróbować w realu. System rozpoznawania namierzył mnie bez problemu. Dla panującego wszechustroju byłem przecież wrzodem na tyłku. Kamery obserwowały moje zachowanie. Sięgnąłem po mleko w kartonie i wrzuciłem je do koszyka. Jeden z kilkudziesięciu smart paneli umieszczonych po całym sklepie zwrócił się bezpośrednio do mnie.
„Dzień dobry. Dziękujemy za skorzystanie z naszej sieci. Podaj proszę rodzaj preferowanych zakupów”. „Jednorazowe śniadanie dla mnie” – odparłem, rozglądając się po pustym sklepie. „Dzisiaj w promocji mamy świeże bułeczki z nadzieniem serowym, idealne do porannej kawy z mlekiem”. Przemieszczałem się powoli, popychając sklepowy koszyk. Omiatałem wzrokiem zalegające towary na półkach. Smart panele pełniły funkcję indywidualnego konsultanta. Klient poruszając się mija dziesiątki takich smart paneli. Zatrzymałem się przy konserwach rybnych.
Smart panel oferował właśnie kawę instant. Sięgnąłem po zapuszkowane śledzie i wrzuciłem je do koszyka. Następnie zrobiłem w tył zwrot i skierowałem się do działu z przetworami. Smart panel oferował w tej chwili ciemne pieczywo. Tym razem powoli wybierałem słoik z dżemem. Kompletnie nie zwracałem uwagi na wyświetlaną indywidualną sugestię. Przyjrzałem się dokładnie konfiturą o smaku śliwki. Czułem wzrok kamer. Poobracałem kilkukrotnie słoik w rękach, po czym wrzuciłem go do koszyka. Chwilę później stałem już przy koszach ze świeżym pieczywem.
Jednocześnie obserwując umieszczony na wysokości oczu smart panel, przyłożyłem dłonie do dezynfektora. „Świeże pieczywo ziarniste”. Sięgnąłem po takie jak z wyświetlanej reklamy. „Już teraz kup dwie kostki masła, a otrzymasz...”. Odłożyłem ziarnistą z powrotem na miejsce i zacząłem ponownie przebierać w koszu pełnym pieczywa. „Skorzystaj z promocji, kup trzy różne wypieki, a w prezencie dostaniesz pięć procent rabatu”. Jednak zdecydowałem się na dwupak czekoladowych bułeczek do samodzielnego wypieku. Według instrukcji należało podpiec je trzy sekundy w kuchence unisującej. „Nowość. Płyn czyszczący do twojej łazienki”.
Skierowałem się po sugerowany płyn opakowany w sprayu. Chwilę później znalazłem go i wrzuciłem do koszyka. „Skorzystaj z okazji”. Teraz udałem się po bitą śmietanę. System indywidualnego konsultanta nie mógł rozpoznać moich zamiarów, więc pozwoliłem sobie, aby poszukiwania potrwały nieco dłużej. Po chwili odnalazłem ją. Wziąłem do ręki pojemnik, który zawierał bitą śmietanę pod niskim ciśnieniem. Opakowanie było niemal identyczne z czyścikiem kuchennym. „Oferta specjalna. Już dziś, już za cztery godziny przyjdź i kup zestaw deserowy, a drugi otrzymasz pięćdziesiąt procent taniej”.
Zgodnie z planem odłożyłem czyścik kuchenny na półkę. Postawiłem go obok kilku podobnie wyglądających sprayi z bitą śmietaną. Smart panel jakby na chwilę z wrażenia zaniemówił. Ruszyłem po ostatni produkt. „Drogi kliencie, pozostawiając za sobą porządek, otrzymasz kartę upominkową”. Ostatni produkt musiał być idealny. Coś, co zdezorientuje system. Ogórki kiszone. Tak, właśnie. Kiszone ogórki.
Zestaw śniadaniowy składający się z mleka, ryby, bułek czekoladowych z dżemem oraz bita śmietana w połączeniu z ogórkiem kiszonym. Taki był plan obejścia systemu. Przy kasie po zeskanowaniu produktów smart panel nieco już większego rozmiaru zapytał, czy rzeczywiście jest to indywidualny zestaw śniadaniowy. Potwierdziłem. „Szanowny kliencie, w sklepie obowiązuje procedura kontroli sprzedaży. Jeśli coś może tobie po spożyciu zaszkodzić, muszę zainterweniować”. „Rozumiem” — odparłem. „Czy wyglądam na kobietę w ciąży lub nieletniego?” „Nie, drogi kliencie.” „Zatem proszę wszystko podliczyć, uwzględniając mój rabat śniadaniowy.” „System odznaczył każdy produkt kolorem żółtym. Proszę dobrać dodatkowe produkty, aby wszystkie po zsumowaniu otrzymały kolor zielony.” „Proszę o sugestie.” „Pańskie życzenie zostało spełnione. Proszę wrócić na teren sklepu oraz kierować się sugestiami indywidualnego konsultanta.” „Chwileczkę.
Zrób symulację czasową. Zaproponuj najszybsze śniadanie z sugerowanych produktów. Uwzględnij drogę, jaką mam do pokonania z domu do firmy.” Mówiąc to, przyłożyłem dłoń z nanochipem do skanera celem identyfikacji. „Czy zdążę do pracy?” „Będzie miał pan 40-minutowe spóźnienie z tolerancją 10-minutową.” „Zatem przesuń mi z terminala sugerowane produkty na jutrzejszy dzień” — poleciłem. „Przesuwam. Potwierdzam również, że wszystkie wybrane przez pana produkty otrzymały kolor czerwony z warunkowym zielonym.” „Wszystkie?” — wolałem się upewnić. „Wszystkie. Może pan warunkowo przeprowadzić transakcję.” „Skoro mam ustaloną procedurę kupna, to proszę mi dodatkowo wydać litrową butelkę Psich Szczyn.” Obok kasy znajdowała się metalowa skrzyneczka. Coś w niej zaszumiało, załopotało, po czym roleta pełniąca rolę drzwiczek tejże skrzyneczki uniosła się w górę. Wewnątrz niej na dnie leżała pożądana zdobycz.
Psie Szczyny. Napój w szklanej butelce koloru żółtego. Nazwa nieco irytująca, ale litr alkoholu to wyjątkowa rzadkość do kupienia. Za nielegalne posiadanie można było trafić na sterynołchusty do ośrodka resocjalizacyjnego. Należałem do marginesu społecznego i od czasu do czasu mogłem sobie pozwolić na kupno butelki. Nie było to wcale takie proste, jednak tym razem udało się obejść system. Byłem dumny i zadowolony z siebie. Wypożyczone tak zwane książki przydały się do czegoś. W ten oto piękny sposób można było zacząć poniedziałek i każdy następny dzień.
[05:01:40] - Proszę państwa, dobrnęliśmy do końca audycji. Już miałem taką pokusę, żeby powiedzieć, że za tydzień audycji nie będzie, bo będę na targach. Ale nie, nie będę opowiadał głupot. Audycja będzie. Być może ona będzie troszeczkę krótsza. No bo wiecie państwo, czwartek, kiedy nagrywamy, a tu w piątek trzeba rano wstać i do Poznania jechać, to ja nie jestem przekonany, że audycja osiągnie ten minutaż, który osiąga zazwyczaj. Ale jedno jest pewne. Za tydzień zapraszam państwa bardzo serdecznie na kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. W dodatku, to taka moja mała mania, to w dodatku będzie kolejne okrągłe, jubileuszowe wydanie, bo 75. Każda okazja, proszę państwa, jest dobra, żeby świętować.
To 75. odcinek Bibliotekarium 2.0, bo o tych wcześniejszych to w ogóle nie wspominam, bo by się nam zrobiło ponad dwie setki, więc nie wspominam, ale 75. odcinek już za tydzień i już teraz państwa zapraszam. A dzisiaj pięknie dziękuję. Życzę dobrej nocy. Pozdrawiam.
[05:03:02] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.