Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. No to przed nami, drodzy Państwo, kolejny ciekawy wieczór z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi. Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji startuje. Właśnie tutaj i właśnie teraz. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Pięknie państwa witam. Dzień dobry wieczór. Startujemy z kolejnym Bibliotekarium 2.0, tak jak powiedział Ivellios. I oczywiście startujemy i zaczynamy od zapowiedzi nowości. Dzisiaj mieszanka firmowa, to znaczy różne wydawnictwa, książki, które ukażą się w marcu. To nie są nówki nierdzewki. Te tytuły już na rynku były, ale pojawiają się w nowych wydaniach bardzo ciekawych. Zaczniemy od Rebisu. Tu pojawi się książka Arthura C. Clarka i wspomagającego go autora Gentry Lee „Ogród Ramy”.
To jest poprawione i uzupełnione wydanie trzeciego tomu tej klasycznej serii Arthura C. Clarka. Troszkę mówiąc o treści, no to Rama 2 przetrwał atak rakietowy z Ziemi i opuścił Układ Słoneczny, a wraz z nim, a właściwie na jego pokładzie troje członków załogi. Załogi Newtona, statku, który eksplorował tego przybysza spoza Układu Słonecznego. No cóż, ta załoga zdana jest na własne siły i pozbawiona, wydawać by się mogło, pozbawiona przyszłości. No ale na przekór wszystkim przeciwnościom, ci ludzie, którzy są obecni na Ramie, starają się przeżyć i poznać tych, którzy zdecydowali o ich losie. Ja wiem, że to jest bardzo zagmatwane, no ale już taka jest uroda tekstów, polecajek wydawniczych, że one nie wszystko mówią. A w przypadku książki Arthura C. Clarka z cyklu Rama czasami, jeśli się nie zna tej książki, to nie warto wgłębiać się w treść, zanim nie pozna się samej książki. Ponieważ ja zepsułbym państwu zabawę, zdradzając, co tam do końca się stanie.
Ku zaskoczeniu tej trójki, która jest na pokładzie Ramy, obcy badający inteligentne gatunki dzięki tym pojazdom przemierzającym kosmos, ci obcy decydują się, że powinni wrócić i spotkać się z mieszkańcami planety. Czy to jest nadzieja na nowy Eden? Wręcz przeciwnie może. Może to jest zapowiedź piekła? No i z taką perspektywą państwa zostawiam. Naprawdę cykl Rama Arthura C. Clarka to jest absolutny hit hitów. To są książki, które zostają w pamięci, które nie tylko są klasyką, ale to jest po prostu dobra science fiction. Bardzo, bardzo państwu polecam. Kolejna książka, do której chcę państwa namówić, wyszła w wydawnictwie Zysk i Spółka.
To znowu klasyk Douglas Adams „Restauracja na końcu wszechświata”. A w dodatku smaczkiem tego wydania jest to, że jest to wydanie ilustrowane, bo to jest wydanie jubileuszowe dla uczczenia czterdziestej drugiej rocznicy pierwszej publikacji. Trochę to skomplikowane, ale niech będzie. Czterdziesta druga rocznica. Fenomenalnie zilustrowana książka przez wielokrotnie nagradzanego rysownika i autora książek dla dzieci Chrisa Riddella. A jeśli chodzi o treść, to pewnego dnia młody ziemianin Artur dowiaduje się z zaskoczeniem, że jego najbliższy przyjaciel Ford jest kosmitą, a Ziemia niemal za chwilę zostanie zniszczona. Dlaczego? Dlatego, że znajduje się na trasie planowanej międzygalaktycznej autostrady. Jak mu przekazuje beznamiętnie przyjaciel, informacja o tych planach została już dosyć dawno wywieszona w jakimś galaktycznym urzędzie na planecie Alfa Centauri. Tyle że ziemianie jej nie oprotestowali, co oznacza, że wyrazili zgodę.
Jakież to prawdziwe i jakież to urzędnicze. Unicestwienie ojczystej planety oraz zagłada całego ludzkiego gatunku to dla Artura dopiero początek niesamowitych przygód. Albowiem tuż przed katastrofą Ford zabiera go statkiem kosmicznym w podróż po galaktyce, w trakcie której zbiera materiały do nowej edycji kompendium wszelkiej znanej wiedzy, czyli przewodnika Autostopem przez galaktykę. W trakcie tej niekończącej się podróży, odbywanej między innymi w towarzystwie neurotycznego robota Marvina, Artur próbuje rozwiązać największą zagadkę kosmosu oraz odpowiedzieć na odwieczne pytanie o sens życia. Ja wiem, że to brzmi bardzo poważnie, ale jeśli państwo nie znacie tej książki, to ja gwarantuję, że będziecie się państwo świetnie bawić. Naprawdę. Nic więcej nie mogę powiedzieć, chociaż trochę mnie korci, ale zabawa jest fajna. Trzeba wejść w ten klimat. Nie wszystkich te dowcipy bawią, ale jak już państwo chwycicie pewien komizm i pewien rodzaj dowcipu, to nie oderwiecie się państwo od tej książki. Na koniec zostawiłem sobie edycję specjalną wydaną przez Stalker Books.
To są książki Arthura Conana Doyle'a. Autora państwo znacie z powieści kryminalnych, ale tym razem to nie jest powieść kryminalna. Chodzi o dwa tomy zatytułowane „Przygody profesora Challengera”. Dwa tomy, ponieważ tych przygód jest troszeczkę. Może kojarzycie państwo taki tytuł jak „Świat zaginiony”. To jest ten profesor z tego właśnie tomu, ale okazuje się, że tego profesora spotkamy jeszcze w kilku innych opowieściach pióra Arthura Conana Doyle'a. Pierwszy z dwóch tomów, o których mówiłem, przenosi nas razem z profesorem Challengerem. To jest uczony o wyglądzie troglodyty, a umyśle geniusza. W dodatku to jest człowiek apodyktyczny, żądny chwały, żądny zaszczytów. Nie powiedziałbym, że to wzór cnót wszelakich, ale z pewnością jednostka interesująca.
Pierwszy tom zawiera powieść „Świat zaginiony” oraz dwa opowiadania: „Eksperyment profesora Challengera” i „Groźna maszyna”. „Świat zaginiony” to jest powieść wydana po raz pierwszy w roku 1912. To jest powieść, która natychmiast zyskała wielką popularność. Była wielokrotnie filmowana, bo to jest historia przypadkowego odkrycia w amazońskiej dżungli niedostępnego płaskowyżu, na którym zachowały się prehistoryczne zwierzęta, dinozaury, pterodaktyle, ale również praludzie. Instytut zoologii nie dowierza odkryciu profesora Challengera i wysyła ekspedycję badawczą z powszechnie szanowanym profesorem Summerlee, znanym myśliwym lordem Roxtonem i dziennikarzem Malone'em, który notabene jest narratorem tej powieści. Ekspedycja przeżywa mnóstwo przygód, a ciągle kłótnie między profesorami doprowadzają do zabawnych, ale i czasami tragicznych wydarzeń. Drugi tom, o którym wspomniałem, drugi tom przygód profesora Challengera oraz jego przyjaciół, takich jak reporter Malone i lord Roxton, to jest powieść „Trujące pasmo”. W tym trującym paśmie, w tej powieści Challenger odkrywa, że Ziemia znajduje się w skażonym obszarze kosmosu, w skażonym eterze, a to może grozić katastrofalnymi skutkami dla wszystkich istot na Ziemi. Dla ludzi to najbardziej go interesuje. I znajduje profesor Challenger sposób, żeby ewentualnej katastrofie zapobiec.
Jest w tym tomie również taki utwór noszący tytuł „Kraina mgieł”. To jest pewien rarytas, bo po raz pierwszy ukazuje się w wydaniu książkowym w Polsce. Tym razem Malone prowadzi śledztwo dotyczące coraz popularniejszych stowarzyszeń paranormalnych ludzi, którzy uważają, że media zdolne porozumiewać się z zaświatami są codziennością, pewną realnością. Reporterowi towarzyszy córka Challengera, a także lord Roxton. Sam Challenger, głosiciel empirycznej nauki, stanowczo potępia ich działania, uważając próby porozumienia się z duchami za wierutne kłamstwo i oszustwo. To, proszę państwa, były polecanki z dzisiejszego wydania „Bibliotekarium 2.0”. Przypomnę Stalker Books, dwa tomy, Arthur Conan Doyle „Przygody profesora Challengera”, później Zysk i Spółka, Douglas Adams „Restauracja na krańcu wszechświata” i wreszcie Rebis, Arthur C. Clarke i Gentry Lee „Ogród Ramy”. A teraz, proszę państwa, czas na poważne wyzwanie, na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj porozmawiamy sobie o prawdzie, a właściwie nie tyle o prawdzie, co o...
To za chwilę. Przedmiotem naszego badania, naszego przyswajania będzie artykuł Stanisława Judyckiego „Prawda i iluminacja”. Stanisław Judycki to jest profesor filozofii, kierownik Zakładu Metafizyki, Filozofii Religii i Filozofii Współczesnej Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się epistemologią, filozofią religii oraz historią filozofii współczesnej. Tekst, który państwu przedstawię, czyli „Prawda i iluminacja” ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofu” w roku 2016. Już kilka lat jednak minęło. Tekst jest tak jak zawsze dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A zatem zapraszam na artykuł Stanisława Judyckiego „Prawda i iluminacja”. Jesteśmy istotami z natury dążącymi do poznawania prawdy. Jest to możliwe dzięki zdolności naszego rozumu do pojmowania.
Zdolności, której nie da się wyjaśnić przez odwołanie do czysto fizycznych czynników. Mówienie o prawdzie, zastanawianie się nad nią cechują z pewnością każdą wyżej rozwiniętą kulturę. Istotą prawdy jest zgodność między tym, co myślimy, a tym, jak się rzeczy mają. Zgodność ta nie musi wszakże dotyczyć wyłącznie rzeczy fizycznych. Uznajemy bowiem za prawdziwe także twierdzenia matematyczne, na przykład dwa plus dwa równa się cztery oraz sądy dotyczące przedmiotów fikcyjnych. Na przykład prawdą jest, że Mały Książę z książki Antoine’a de Saint-Exupéry’ego mieszkał na planetoidzie B612. To zgodnościowe rozumienie prawdy zostało nazwane w filozofii klasyczną lub korespondencyjną definicją prawdy. Od istoty prawdy w powyższym sensie należy odróżnić jej kryteria, czyli sposoby odróżniania sądów prawdziwych od nieprawdziwych. Najlepiej byłoby, gdybyśmy dysponowali kryteriami, które byłyby jednocześnie powszechne i niezawodne. Jednakże większość kryteriów prawdy ma charakter częściowy, czyli nie pozwala rozpoznać prawdziwości wszystkich sądów i zawodny, czyli może nas mylić.
Doświadczenie jest kryterium prawdy, lecz może nas na różne sposoby mylić właśnie. Spójność danej myśli z już przyjętymi twierdzeniami może być kryterium prawdy, lecz możliwa jest przecież spójna bajka. Bajka, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Praktyka może być takim kryterium, lecz nie da się go stosować we wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności. Na przykład mogę praktycznie sprawdzić, czy sąd „ta zupa jest gorąca” jest prawdziwy, ale nie mogę praktycznie sprawdzić, czy prawdziwy jest sąd „każdy byt fizyczny składa się z substancji i przypadłości”. Czyjeś świadectwo lub autorytet również wchodzą tu w rachubę, lecz świadkowie sami mogą się mylić, a autorytety czasami okazują się pozorne. Jako niezawodne kryteria prawdy zostają więc elementarne oczywistości. Na przykład jeśli A równa się B, to B równa się A, ale tego rodzaju oczywistości jest bardzo niewiele. Należy jednak zwrócić uwagę, że nawet częściowe i zawodne kryteria są mimo wszystko w jakimś stopniu użyteczne, gdyż uzasadniają nasze roszczenia do prawdy. Roszczenia, które co chwila wypowiadamy w życiu codziennym oraz w różnych naukach.
Prawda i rozum. Podanie istoty lub składników rozumu jest bardzo trudne, ale można powiedzieć, że rozum jest zdolnością do ujmowania związków między różnorakimi treściami oraz zdolnością do analizy siebie samego, w tym do krytyki wydawanych przez siebie sądów, przyjmowanych twierdzeń, akceptowanych ocen i tak dalej. Nasz ludzki rozum jest w stanie formułować ogólne i konieczne prawa w pewnych dziedzinach, na przykład w logice i matematyce, ale w wielu obszarach musi się zadowolić jedynie prawdami o charakterze probabilistycznym. Jednak nawet tylko prawdopodobne prawidłowości mają dużą wartość zarówno czysto poznawczą, jak i praktyczną. Jednocześnie w trakcie poznawania różnego rodzaju praw i prawidłowości rozum cały czas jest czujny wobec samego siebie, a to ze względu na wspomnianą właśnie zdolność do krytyki własnych wytworów. To jest zasadniczym celem rozumu. Należy sądzić, że jedynym odpowiednim dla rozumu celem jest prawda. Rozum nasz byłby czymś całkowicie bezużytecznym, gdyby nie dążył do prawdy. Można nawet obrazowo powiedzieć, że rozum żywi się prawdą. Na to jednak ktoś może zareagować twierdzeniem, że rozum nie zawsze zmierza bezinteresownie do prawdy, lecz jego celem jest przeżycie organizmu, w którym jest zakotwiczony lub tym celem mogą być różnorakie korzyści i przyjemności, oszustwo, manipulacja i tak dalej.
Ta diagnoza jest jednak krótkowzroczna, bo aby przeżyć, trzeba mieć prawdziwy obraz otaczającego świata. Aby manipulować i oszukiwać, trzeba znać prawdę na temat wielu rzeczy. Bez tej osiąganie niegodziwych celów byłoby niemożliwe. W tym aspekcie rozum oszukujący i manipulujący, a jednocześnie zdający sobie sprawę z prawdy tego, co czyni, bliski jest sumieniu, które potrafi nas gryźć nawet wtedy, gdy popadniemy w prawie całkowity stan samooszustwa. Zatem jeszcze raz Rozum żywi się prawdą. Prawda jest zawsze celem rozumu. Bez niej nigdy nie mógłby nawet zacząć funkcjonować. Maszyna niema mentalnie. Jeśli więc rozumu nie da się pojąć bez prawdy i jeśli my, ludzie, jesteśmy tym, kim jesteśmy, dzięki temu, że posiadamy rozum, to należy wnioskować, że nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, gdybyśmy nie posiadali idei prawdy i do niej nie dążyli. Owszem, nasz rozum jest związany z ciałem, z systemem nerwowym, zmysłami i mózgiem, lecz nie ma żadnej sprzeczności w przypuszczeniu, że nasz mózg, mimo całej swojej komplikacji, mógłby być całkowicie niemą mentalnie maszyną biologiczną.
Wiemy przecież, że mózgi niektórych gatunków zwierząt są bardzo podobne do naszego w aspekcie ich wielkości i poziomu biologicznej komplikacji. A jednak w porównaniu z naszym mózgiem są głuche i ślepe. Chociaż w przypadku niektórych rodzajów zwierząt pojawiają się ślady rozumu, to jednak zdajemy sobie sprawę, że są to tylko ślady. I wiemy także, choć często wstydzimy się do tego przyznać, że ślady tego rodzaju odbieramy jako niekiedy wprawdzie wzruszającą, ale tylko karykaturę rozumu ludzkiego. Nie te ślady jednak, lecz co innego jest bardziej dobitnym przykładem przepaści między zwierzęciem a człowiekiem. Zdarzają się sytuacje, w których oczy udomowionych zwierząt jakby szukają w oczach ludzkich porozumienia i uczestnictwa. Lecz trwa to tylko chwilę i oczy zwierzęcia zapadają ponownie we własną zmysłową wewnętrzność. Porozumienie jest niemożliwe, bo tak zwana architektura mózgu nie jest tym samym, co światło, które nas oświetla i sprawia, że jesteśmy istotami rozumnymi. Spojrzenie zwierzęcia, które w oczach ludzkich szuka porozumienia i poczucia uczestnictwa, wyraża niemożliwą dla niego do uświadomienia tęsknotę za tym światem. Za fizyczne światło.
Być może nasz mózg powstał w wyniku skomplikowanych przemian, które nazwaliśmy ewolucją biologiczną. Być może jest do pewnego stopnia zorganizowany tak jak nasze komputery. Te fakty, o ile są to fakty, nie mogą wyjaśnić, w jaki sposób podobna do zwierzęcej struktura jest zdolna do poznawania, do odkrywania tak wielu skomplikowanych prawd. Skąd pochodzą jej twórcze zdolności? Należy więc wnioskować, że aby mogło nastąpić odkrywanie prawd, skomplikowane zwoje naszego mózgu muszą być oświetlane pozafizycznym światłem i to ono sprawia, że ta plątanina komórek zaczyna rozumieć i tworzyć. Weźmiemy pod uwagę rozwój matematyki, lecz nie jako nauki o liczbach, jak się ją powszechnie rozumie, lecz jako nauki o abstrakcyjnych strukturach, to nie widać żadnego powodu, aby sądzić, że to, co w tej dziedzinie dotąd odkrył rozum ludzki, będzie miało jakikolwiek koniec. Jak mogłoby wyglądać zobaczenie, że wyczerpaliśmy całą dziedzinę abstrakcyjnych struktur, które nazywamy matematyką? Podobnie ma się rzecz z twórczością artystyczną. Jak mogłaby wyglądać konstatacja, że w sztuce, malarstwie, muzyce i tak dalej powiedzieliśmy już wszystko, co da się powiedzieć, że dotarliśmy do kresu twórczości w tych dziedzinach. Być może mniej oczywisty jest argument dotyczący poznania świata fizycznego, bowiem kres fizyki jest dzisiaj sugerowany przez pojawiające się od czasu do czasu zapowiedzi odkrycia równania opisującego wszystkie podstawowe zjawiska fizyczne w naszym wszechświecie.
Trzeba jednak zwrócić uwagę, że sam fakt użycia wyrażenia „nasz wszechświat” już świadczy o tym, iż przyjmujemy, że są możliwe inne tego rodzaju struktury, wyposażone w inne cząstki elementarne i w inne rządzące nimi prawa. Jak więc mogłaby wyglądać konstatacja, że doszliśmy do kresu fizyki? Już dawno temu Arystoteles zauważył, że istnienie pewnej ilości prawd wskazuje, że istnieje ogrom prawd, do których ujęcia nasz rozum w tej chwili nie jest dostosowany. I tu cytat z „Metafizyki”: „Bo tak jak oczy nietoperzy są oświetlane blaskiem dnia, tak też i rozum naszej duszy jest oświetlany przez rzeczy najbardziej z natury widoczne. Życie wieczne osób ludzkich, na które wielu ma nadzieję, nie musi być zatem, jak chcą krytycy, nudą, lecz będzie wejściem w obszar niekończącego się odkrywania nowych rzeczy i nowych prawd.” Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Autor, profesor Judycki, ma bardzo sprecyzowany światopogląd. Przedstawia go w tym artykule. Nie wszystkim z państwa te twierdzenia muszą odpowiadać. Jest to pewien pogląd przedstawiony bardzo, moim zdaniem, przejrzyście i jasno. Warto z nim polemizować, chociażby po to, żeby przekonać się, na ile my sami mamy ugruntowane swoje własne poglądy.
Zostawiam państwa z tym tekstem. Zawsze można go przesłuchać jeszcze raz, do czego namawiam, bo teksty filozoficzne mają to do siebie, że lubią, jeśli się je repetuje raz, drugi, trzeci. Pewna mistyka polega na tym, że człowiek odkrywa w tych tekstach za każdym razem jeszcze coś i jeszcze coś nowego. Stąd moja namowa, żeby posłuchać raz jeszcze. A teraz już biegniemy dalej z audycją „Bibliotekarium 2.0”. Czas na spotkanie z autorem. Dzisiaj naszym gościem będzie Paweł Famus. Autor pisze o sobie następujące słowa: „Paweł Famus to mój pseudonim z czasów, gdy grałem namiętnie w „Lineage II”. Czas gier minął, ale zastąpił go czas książek. Z tym że nie chodziło już o ich czytanie, ale pisanie.
Powód był dosyć prozaiczny. Brakowało mi właśnie takich książek, jakie zacząłem pisać. Zacząłem od militarnego science fiction. Konkretnie, dla znawców tematu, polskiej militarnej space opery. Denerwowało mnie, kiedy polscy pisarze pisali kosmiczne sagi o obcych nacjach, a czytelnicy pluli jadem na próby pisania o Polsce w kosmosie. Moim zdaniem świadczyło to o braku fantazji u jednych i obdarzeniu olbrzymim ładunkiem frustracji oraz zaściankowości u drugich. Postanowiłem to przełamać. Seria „Kill” doczekała się czterech odsłon, chociaż aż tylu sam się nie spodziewałem. Uniwersum okazało się dosyć ciekawe i godne kontynuacji. Nadal ma potencjał.
Wobec powyższego cykl „Wojny” został wprawdzie zakończony, ale nowe powieści będą tworzone. A później przyszedł czas na historię alternatywną, serię „Progres wsteczny”. Jest w niej zawarty temat, który również mnie martwił od wielu lat: ludzkich strat i dewastacji kraju. Chciałem znaleźć sposób, żeby tego uniknąć.” Proszę państwa, zapraszam na spotkanie z Pawłem Famusem. Dzień dobry. Tak jak mówiłem przed chwilą, naszym gościem w dzisiejszej audycji jest Paweł Famus, człowiek, który w pewnym momencie swojego życia zapragnął czytać takie książki, jakich na rynku nie było. Znalazł prosty sposób: zaczął je po prostu pisać. Dobry wieczór, panie Pawle.
[27:11] - Dobry wieczór panu. Dobry wieczór państwu. Bardzo mi miło. Tak jak pan powiedział, to jest jedna z definicji, chyba najważniejszych tego, że człowiek podchodzi do pióra, tudzież do komputera i zaczyna pisać.
[27:25] - Tak. Jest mi to bliskie, co pan robi, ponieważ jest pan zainteresowany szeroko pojętą prozą fantastyczną. Zaczął pan od space opery. To już jak najbardziej fantastyka naukowa. Cztery części cyklu nazwanego „Kill”, ale później pojawiła się, jeżeli dobrze odnotowałem, trylogia „Progres wsteczny”. To też fantastyka, tylko taka fantastyka mówiąca o historii alternatywnej, a konkretnie historii alternatywnej II wojny światowej.
[28:05] - Tak, zgadza się. Tutaj jeszcze, żeby dopełnić formalności, historia alternatywna jest działem science fiction. Po prostu chodzi o zmianę czasu. Chociaż tej samej fantastyki w powieści nie ma za dużo, to jednak z definicji jest to science fiction.
[28:25] - Okej, to zacznijmy w takim razie, jakkolwiek to zabrzmi, przesłuchanie naszego gościa. Nawiązałem do tego, co pan sam napisał, czyli że chciał pan pisać książki, których pan na rynku nie znajdował. To ja teraz wyrażę tak zwaną wątpliwość. Naprawdę nie było nic godnego poczytania, czy też to był taki wygodny, dobry powód, żeby chwycić za pióro? Właściwie pewno za klawiaturę.
[28:58] - Trochę daleko pan odbiegł, ale w zasadzie nie było. Chciałem i zacząłem pisać fantastykę w kosmosie, science fiction, space operę konkretnie. I w zasadzie, jak tak się dobrze rozglądnąć, to nie było. Ja tak sobie nie przypominam, żebym jakiś taki cykl przeczytał o polskim uniwersum. Chodzi tutaj konkretnie o polskie uniwersum, czyli ja to w skrócie takim trzypunktowym wyróżniam: lokacje polskie, polskie nazwiska, czyli taka charakterystyka bohatera i charakterystyka grupy całej społecznej, czyli polskie wady, zalety. Jeżeli te trzy punkty są spełnione, to wtedy mamy polskie uniwersum i w zasadzie nie wiem, czy były cykle jakieś. Musiałbym się chyba gdzieś pomylić, ale nie czytałem czegoś takiego.
[29:59] - A czemu ten nacisk na polską charakterystykę owego kosmosu, owej space opery? Co pana tak ciągnie, żeby to akurat było od polskiej strony?
[30:12] - Wie pan, już teraz w kosmosie są wszyscy. Oprócz Amerykanów, Chińczyków, Rosjan i w zasadzie wszystkich narodowości, aż po każdy mały kraj ma jakąś swoją opowieść, a my w zasadzie nie. Ja panu powiem, że to aż tak czasem- Słychać na tych targach, jak ludzie się podśmiechują troszeczkę pod nosem. Polskie science fiction. Nie rozumieją, czym jest uniwersum, więc może nie są czytelnikami wyjątkowo nastawionymi na fantastykę. Ale Polacy w kosmosie brzmi dla nich jakoś odrzucająco, a dla mnie nie. Dlatego chciałem coś takiego zrobić i zrobiłem.
[30:57] - Na razie poruszamy się po sferze stwierdzeń ogólnych. Jakby pan zechciał troszkę naszych słuchaczy wprowadzić w to uniwersum, nie zdradzając oczywiście fabuły książki, ale wprowadzić w to uniwersum. W jakim miejscu, w jakim czasie jesteśmy w tej tetralogii „Kill”?
[31:21] - To jest nawet dość dokładnie napisane na samym początku pierwszego tomu. To jest 1603 albo 13. Tu się mogę pomylić o te 10 lat, ale 1600 rok ery lotów w kosmos. Czyli mamy nową erę i już 1600 lat latamy w tym kosmosie. Konkretnie to jest oczywiście Droga Mleczna. Tutaj nie siliłem się na wymyślanie nowego uniwersum, czyli to, co nas otacza. Troszeczkę skorzystałem z wiedzy, która jest dostępna. Więc niektóre gwiazdy, które znamy z nieboskłonu, się powtarzają. Oczywiście w jakiś sposób są ukierunkowane. Nasza galaktyka jest spiralna z poprzeczką, więc my w tym ramieniu Oriona, w którym jesteśmy, mieszkamy w tym przyszłym imperium.
W takich mniej więcej przestrzeniach dzieje się ta przygoda. To są olbrzymie odległości. To są setki, tysiące lat świetlnych. My to jakoś pokonujemy. Oczywiście ja się pokusiłem o wymyślenie swoich napędów, swoich łączności, swoich patentów na tę powieść. Ale to jest przymusem pisarza, że musi to w jakiś sposób, czy dokładny, czy mniej dokładny, przedstawić swojemu czytelnikowi. Więc tu przechodzimy trochę z lokacji, czyli z naszej galaktyki, z ramienia Oriona do w zasadzie fizyki, którą musiałem stworzyć, choć przynajmniej częściowo na nowo. W tej przestrzeni obracają się nasi bohaterowie i cała ich przygoda się tutaj kręci. To jest w sumie i dużo, i niedużo, ponieważ cała galaktyka jest olbrzymia, to nawet gdybym w procentach chciał zaznaczyć, ile obszaru galaktyki zajmuje to uniwersum, to może będzie koło 1%, więc to jest bardzo mało.
[33:37] - A jaki to jest świat? Ja wiem, to pytanie bardzo trudne, więc ja posłużę się takimi podpórkami. Czy ten świat, który pan wykreował, bardziej przypomina na przykład „Fundację” Asimova, czy może jakiś inny świat, który chciałby pan ewentualnie wymienić, jakoś o nim powiedzieć? W jakim świecie jesteśmy i jaki ustrój panuje? Co łączy poszczególne planety, poszczególne światy ze sobą? Czy to jest jakiś rodzaj federacji? W jakim uniwersum jesteśmy? Jak to politycznie wygląda od strony mechaniki powieściowej?
[34:24] - To jest dosyć trudne pytanie. Chyba najbliżej, jeżeli chodzi o kwestię ustrojową, to najbliżej będzie chyba serialu „Star Trek”. Tak, „Star Trek”. Bo w tamtym uniwersum mamy eksplorację. Tutaj też olbrzymi obszar jest nierozpoznany, więc tu jest takie podobieństwo. Wprawdzie znamy trzy twory państwowe, czyli jest to imperium, które rozrasta się po ramieniu Oriona w stronę centrum. Więc wyobrażacie sobie państwo taki wir, w którym my idąc zakrzywiamy się i trafiamy do centrum galaktyki. Natomiast w drugą stronę rozprzestrzenia się taki twór, wymyśliłem sobie, to wychodziło z analizy, że skoro reszta świata poleciała trochę później niż Polacy w kosmos, więc oni sobie wybrali kierunek w drugą stronę i po ramieniu Oriona odchodzą od centrum. A na samym końcu jest jeszcze taki dziwny i ciekawy twór. To jest Cesarstwo Chińskie, ale to tylko tak na dodatek.
I jeszcze jak sytuacja wygląda w tym naszym państwie, w którym dzieje się ta cała historia. To jest imperium, jest imperator. Sytuacja polityczna jest podobna do I Rzeczypospolitej królów elekcyjnych, z tym że mamy rody imperialne i tylko z tych rodów imperialnych można wybrać imperatora. Zbiera się coś takiego jak konklawe. Jest to opisane bodajże w trzecim tomie. To taki przypadek nieszczęsny. Tak wygląda wybór głowy państwa. Natomiast reszta w dół wygląda całkiem normalnie. To jest sejm i senat, to sobie wszystko tam jakoś funkcjonuje. Natomiast ostatnie słowo ma imperator.
Imperator jest również głównodowodzącym albo decydującym o dowodzeniu po prostu. Tak wygląda sytuacja polityczna. Mamy wrogów. Wrogowie się pojawiają niemalże od samego początku. Zostają w tajemniczych okolicznościach sprowokowani. Ludzie o tym w zasadzie nie mają pojęcia, że coś takiego się właśnie dzieje. Ten wróg wraca i się okazuje, że to są nasi ciemiężyciele sprzed ostatnich 45 tysięcy lat. Ale to taki delikatny spoil. Tutaj on nikomu nie zaszkodzi w zapoznaniu się z powieścią.
[37:06] - Mam teraz jeszcze trudniejsze pytanie. Co takiego stało się w historii ludzkości, że Polska wyrosła na mocarstwo, które opanowuje tę część kosmosu, którą pan opisał, czyli porusza się w kierunku centrum Galaktyki? Co sprawiło, że to właśnie z Polski wyszła taka iskra, która jawi się troszeczkę jako to, że Polska stała się bardzo poważnym graczem. Co się takiego stało, że tym graczem się stała? Na razie, jak patrzymy na rzeczywistość wokół nas, to tak nie wygląda. Ale wszystko przed nami. Gra się toczy. W związku z tym chciałbym, żeby pan powiedział naszym słuchaczom, jak doszliśmy do takiego stanu, że zaczęliśmy trząść poważną częścią Galaktyki.
[38:13] - Nie do końca jestem pewny, czy o tym mówić, jak to się stało, gdyż w pierwszym rozdziale, który ma dwa akapity, około 10 wersów, jest to właśnie opisane.
[38:26] - Okej. Rozumiem. To pytanie jest chociażby po to, żeby zbadać czujność autora. Okazuje się, że autor jest czujny. Nie dał się złapać. Jeśli szukacie państwo wyjaśnienia, to właśnie wskazał państwu nasz gość, gdzie to wyjaśnienie się znajduje. Zatem jest tak zwany dobry powód, żeby Polska takie, a nie inne miejsce zajmowała. W tym wypadku to już na mapie Galaktyki. Okej, odejdźmy na chwilę od cyklu galaktycznego „K.I.L.” Wybrał pan formę, którą nie wszyscy autorzy wybierają, formę self-publishingu. Dlaczego?
Bo często jest to kojarzone, że jak wydawnictwo na autora nie zarzuciło sieci, to musiał sam sobie wydać. Ja odnoszę wrażenie, obserwując pana działalność, że to było działanie jak najbardziej świadome. Słucham, jak to się robi? To może za chwilę, ale przede wszystkim dlaczego tak się robi?
[39:45] - To jest dosyć szeroki temat, bo tutaj jest naprawdę wiele czynników. Dopóki się nie wejdzie w to zagadnienie, to w zasadzie naprawdę mało wiemy na temat self-publishingu i w ogóle rynku wydawniczego w Polsce, ale w zasadzie na świecie. Po pierwsze ja bym chciał przy okazji tutaj wyjaśnić, że obowiązki autora są wszędzie takie same. Czy to w dużych wydawnictwach, czy w małych, czy w self-publishingu, czy nawet w źle ocenianym vanity. Ma takie same obowiązki i w zasadzie w tym momencie strona tego autora jest zamknięta, bo musi napisać książkę i musi pokazywać się ludziom. To jest chyba najprostsza definicja. Natomiast już wejście na rynek to jest zupełnie inna sprawa i tutaj każdy z tych czterech wymienionych przeze mnie twórców ma inne możliwości, ale też inne obowiązki. Ja spróbowałem i z pierwszym tomem „K.I.L.-a”, i z pierwszym tomem „Progresu wstecznego”, bo taki jest tytuł serii historii alternatywnej, pokazać się wydawnictwom i dużym, i średnim, i małym. Nie zostało to zauważone, ale proszę państwa, na wydanie książki autora, który zaczyna, czeka się czasem dwa, trzy lata, a ja tyle nie mam czasu. Ja po prostu chciałem się podzielić swoją wiedzą.
Książki były napisane, czekałem w kolejce. Uzyskałem wiadomość negatywną z dwóch naprawdę dużych wydawnictw. Cieszę się, że ukłon w moją stronę był taki, że wiedziałem, że mam nie czekać. A skoro tak, to zacząłem sam. To była też dla mnie taka wskazówka, że mogę to robić już na własną rękę. Od razu tutaj powiem, że już mi się wielokrotnie zdarzyło. To nie są przypadki jednostkowe. Praktycznie na każdych targach mam takie informacje zwrotne: „Dlaczego pan na przykład nie jest w takim wydawnictwie albo w takim wydawnictwie?” Bo to są książki kierunkowe do kilku i to tych dużych wydawnictw. Dlaczego oni tego nie wzięli? Ja nie wiem.
Nie wiem, jak mam odpowiedzieć pytającym. Natomiast wiem, co mogę ze swojej strony powiedzieć, zachęcić do kupienia i do fajnej zabawy z moimi uniwersami, z moimi bohaterami i ich przygodami.
[42:20] - Tak, powiem tak. Kiedy autor publikuje swoje książki sam, to się zamienia, chcąc nie chcąc, w przedsiębiorcę, który ma na głowie szereg obowiązków, zarówno związanych z wydaniem książki, a więc tymi wszystkimi czynnościami typu redakcja, typu korekta. Nie mówię, że sam to robi, ale gdzieś to musi zlecić. Trzeba to później wydrukować. Troszeczkę energii życiowej Odchodzi na bycie przedsiębiorcą, a w każdym razie częściowym przedsiębiorcą, wydawcą. Troszkę mniej czasu jest na pisanie. Czy to nie jest dyskomfort z punktu widzenia autora?
[43:07] - To zależy od tego, kto co lubi. Czy ma cechy charakteru przydatne do podejścia biznesowego. Oczywiście na początku to nie jest aż tak potrzebne, ale tutaj pan powiedział jedną bardzo ważną rzecz o redakcjach, korektach. Od razu chcę powiedzieć, że 95% self-publisherów, tak zwanych samowydawców, korzysta z usług renomowanych i naprawdę czołowych redaktorów i korektorów. To są często te same nazwiska, które są również w dużych wydawnictwach lub w czasopismach różnego rodzaju. Oni po prostu biorą zlecenia i bardzo chętnie dla nas pracują. I te książki w 95% są opracowane tak, jak powinny być, na najwyższym poziomie. Zresztą na pierwszy rzut oka można zobaczyć również, co się dzieje z grafiką. Jakie są książki self-publisherów. Nie odbiegają w ogóle od standardów.
I tak jak również pan powiedział, stajemy się małymi biznesmenami, ponieważ musimy wydać tę książkę, czyli musimy zlecić te wszystkie czynności, ale również musimy się zająć reklamą. Jestem swoim własnym działem reklamy. Dochodzą do tego różne inne rzeczy, gadżety różnego rodzaju. To trochę nam wspomaga sprzedaż, ale też działa zachęcająco. W sumie można by to podciągnąć pod marketing. Naprawdę bardzo dużo rzeczy człowiek się uczy. Ja w tym jestem drugi rok już tak na czysto, że tylko to. Mam takie pojęcie już średnie i jest tego naprawdę dużo, czym się trzeba zająć. Ma pan rację. Jeżeli ktoś byłby w płodnym okresie pisarskim, tutaj oczywiście rozumiemy, że chodzi o twórczość, to mogłoby przeszkadzać.
Jak wygląda to w moim przypadku? W moim przypadku to wygląda tak, że ja mam kilka książek, na które czeka w kolejce na wydanie. Już nie mam takiego ciśnienia, żeby koniecznie następną książkę napisać. Ja sobie powolutku piszę. Już teraz nie potrzebuję się spieszyć. Mam już następną serię gotową, więc mogę też się zająć, tak jak pan powiedział, biznesem, marketingiem, nadzorowaniem redakcji, korekty. Już na to mam czas. Mogę sobie to spokojnie przygotowywać. Od razu mogę powiedzieć, że właśnie teraz skończyła się redakcja nowego tomu nowej serii, którą będzie urban fantasy i pliki zostały przekazane do pierwszej korekty, więc można to wszystko pogodzić. Można to pogodzić i to jest do zrobienia.
Jednak faktycznie lepiej jest mieć jakieś doświadczenie albo własne, albo kontaktować się z ludźmi, którzy już się tym interesują. A proszę mi wierzyć, jeżeli ktoś jest zainteresowany, to nie jest zamknięte środowisko. Ci ludzie są chętni pomagać następnym osobom, następnym pisarzom, którzy chcieliby wydać właśnie w ten sposób. Jesteśmy w stanie pomóc czy nakierować chociażby. To jest też duży plus, że może niekoniecznie ja wiem, jak to załatwić, ale jestem w stanie pokazać, do kogo trzeba się udać, żeby ta osoba na przykład powiedziała, co i jak zrobić w kwestii wydania książki. A tam kruczków i możliwości jest bardzo dużo, więc jest to trudny kawałek chleba, ale też nie przeszkadza pisać.
[47:03] - Mam teraz pytanie, pewno będzie nieco drażliwe, ale jakiś czas temu, to kilka lat, chociaż czas płynie szybko, kto wie, czy to koło 10 lat już nie będzie, rozegrała się taka internetowa i nie tylko internetowa drama pod tytułem „Pisarze, ci prawdziwi” i self-publisherzy. I pisarze, tu dodam ten cudzysłów, „prawdziwi” mieli pretensje do różnego rodzaju gremiów, które przyznawały nagrody, że książki self-publisherów również są do tych nagród przyjmowane. Ja śledziłem tę awanturkę z pewnym zadziwieniem. Dlaczego? Dlatego, że książka albo się broni, albo się nie broni. W związku z tym troszkę byłem zdziwiony tym wielkim ruchem, który się w internecie pojawił. Ruchem, który gdzieś tam dzielił pisarzy na tych, co publikują w wydawnictwach i self-publisherów. Jak pan się do tego odnosi? Bo ja już nie chcę wypowiadać jakichś ocennych zdań. Natomiast gdzieś tam jakoś to się pojawiło.
W związku z tym chyba warto byłoby to skomentować.
[48:28] - Dobrze, proszę pana, pomówmy w takim razie o faktach. Rynek self-publisherów w Polsce jest oceniany na jakieś 3 do 5%. To nie jest dużo, ale też nie jest mało. Popatrzmy, skąd idą trendy. W naszej szerokości geograficznej trendy idą z Zachodu. W takiej Holandii, Belgii, Niemczech to już jest około 10-15%. Ja oczywiście podaję widełki, ponieważ to się poszerza cały czas. Natomiast w Stanach Zjednoczonych jest to już 30% rynku, czyli 30% autorów wydaje te książki samemu. A potem sprzedawcy, czyli sieci handlowe, do nich się ustawiają po zamówienia. Więc tak zwani prawdziwi autorzy, ja uważam, że wszyscy są prawdziwi, ale prawdziwi autorzy będą skazani na coś takiego, bo to pójdzie w tym kierunku i tylko nie wiemy, gdzie się zatrzyma.
Czy zostaną małe wydawnictwa, które mają coraz większe problemy, czy duże się zmienią? Ciężko to jest powiedzieć. Natomiast wracajmy jeszcze do faktów. Oczywiście ktoś może mieć lekkie pióro, ktoś może mieć ciężkie pióro, ale jeżeli dany tekst przerabia się w ten sam sposób i przerabiają go ci sami ludzie, w sensie redaktorzy, korektorzy, to on w zasadzie nie może być źle przygotowany dla czytelnika. A z drugiej strony, chyba że sama akcja czy uniwersum, tak jak w moim przypadku, jeżeli to będzie zepsute, to tego się już nie da obronić. Ale jeżeli to jest dobre, to będzie dobre i w przypadku kogoś, kto wyda w dużym wydawnictwie i tak samo w przypadku moim.
[50:20] - Zostawmy w takim razie te sprawy, nazwijmy je rynkiem książki. Przejdźmy do pana drugiej serii, która niezwykle mnie zainteresowała. To jest seria, która gdybym tylko tyle powiedział, że toczy się w czasie II wojny światowej, to bym nic nie powiedział, bo jak już sygnalizowaliśmy wcześniej, ta II wojna światowa w pana wykonaniu jest jakaś inna. Specjalnie używam tego pojęcia „jakaś inna”, żeby zostawić panu pole do opisu.
[50:59] - Tak, widzę, że pan mnie tutaj bardzo sprawnie wciągnął. Jest to historia alternatywna. Z samej definicji historii alternatywnych znowu jest kilka rodzajów. Mamy takie, że na przykład zaczyna się jakaś akcja historycznie i to uniwersum przechodzi totalną metamorfozę. I powiedzmy, mamy wojny napoleońskie, w trakcie których w połowie gdzieś pojawiają się, powiedzmy, lasery. To już jest mocne przegięcie. Ale może być na przykład inny scenariusz. Może być scenariusz taki, że punkt zmiany dzieje się 100 lat temu, 1000 lat temu, a my opisujemy czasy współczesne albo historyczne troszeczkę wcześniej, z tym że punkt różnicy był bardzo daleko w czasie przesunięty. Natomiast u mnie jest tak, że ten punkt zmiany historii jest równo z akcją. Nie ma science fiction w tej powieści, natomiast oczywiście z każdą inną decyzją jest związana kolejna decyzja, która już nie wiąże się z historyczną.
I jak ja to mówię, te gałęzie tego drzewa między historią a alternatywą coraz bardziej się rozszerzają i w coraz różnych dziwnych miejscach ta historia się znajduje. Ja się starałem w zasadzie wykorzystać wszystkie możliwości techniczne, które były w II wojnie światowej. Starałem się wykorzystać bohaterów, w sensie polityków, wojskowych, tych, którzy byli. Oczywiście nie dało się nie dodać swoich własnych, ponieważ raz akcja potrzebowała mieć takie postacie, które można by tutaj barwnie opisać, a dwa też trochę się zmieniły warunki podstawy, więc nie można było wziąć żywcem postaci historycznych. I w ten sposób przeszedłem troszeczkę do tego, jak wybudowałem to uniwersum, korzystając po prostu z tego, co było. Oczywiście podejrzewam, że zaraz się pan zapyta, czy ten pomysł, ten scenariusz był mój autorski. Pomysł, żeby uratować 6 milionów mieszkańców to chyba miał każdy pisarz, który się parał polską historią alternatywną. Natomiast moim zdaniem wszystkie te scenariusze miały jeden błąd. Nie mogły się udać. Czy mój mógł się udać?
To też jest oczywiście kwestia otwarta. Ja napisałem, że mogło, ale wiadomo, że tak nie było, więc to jest ciężko jakoś udowodnić. Natomiast ja się starałem jak najbardziej uwiarygodnić to uniwersum, tą powieść. Czyli korzystałem z wszystkiego, co było, wykorzystałem wszystkie możliwości plus różnego rodzaju smaczki, które wyłapywałem przez wiele lat, bo ja się tym problemem zaraziłem już nawet w podstawówce, a że starszy jestem troszkę, więc to już są lata 80. zeszłego tysiąclecia. To już trochę temu, więc było czasu, żeby nazbierać różnych ciekawostek i je wszystkie potem wprawnie wtłoczyć w tą historię. I dlatego wydaje mi się, że wiele osób czytając tą książkę pyta, czemu tak się nie stało, czemu tak nie było.
[54:37] - Ja bym pana chciał w tej chwili namówić, niby się nie powinno tego robić, ale na taki drobny grzeszek. Kiedy następuje, od czego się zaczyna to rozejście historii alternatywnej, którą pan przedstawia i tej prawdziwej historii II wojny światowej? Co stanowi ten punkt rozejścia się, kiedy dwie ścieżki czasu się rozchodzą?
[55:06] - Tak, ja przepraszam, że się wtrąciłem, ale punkt rozejścia nazywa się punktem dywergencji w historii alternatywnej, czyli ten punkt różnicy. I tu chyba jest jakieś podobieństwo do serii „Kill”, ponieważ dzieje się to w pierwszym rozdziale, ale tu się przyznam: jedyną osobą, która była w II Rzeczypospolitej w stanie zmienić sojusze z pięknego, klasycznego sojuszu z Republiką Francuską na bardzo niemiły sojusz z rapkującą Trzecią Rzeszą, a w zasadzie jeszcze Republiką Weimarską, jedyną osobą, która była w stanie namówić obywateli, moim zdaniem był marszałek Józef Piłsudski. I teraz znowuż jego trzeba było namówić, żeby on taką decyzję podjął. I tu jest ten punkt dywergencji. Jak to się stało? Myślę, że tego nie powiem, ponieważ akcja jest dość ciekawa. Rozmowa między marszałkiem a jego adwersarzem jest ciekawa, natomiast on taką decyzję podejmuje. Jeszcze powiem, że jest to 1933 rok. Dlaczego? Dlatego, że do tej wojny trzeba było się przygotować, a jeszcze w 1933 roku mało kto wiedział, co się może wydarzyć.
Także dałem sobie trochę czasu i dałem naszym bohaterom trochę więcej czasu, żeby się przygotowali.
[56:39] - Kiedy słucham tego, co pan mówi, to tak się uśmiecham, bo nasz kraj jest dosyć charakterystyczny. Tu ludzie bardzo szybko się na siebie obrażają, jeszcze szybciej się wyzywają. I w ogóle lubimy te klimaty jako społeczność. Może krzywdzę, ale tylko nieznacznie na pewno. Ja chciałem zapytać, czy w związku z tym manewrem, który pan zastosował w książce, nie spotykają pana jakieś szykany ze strony czytelników oburzonych, że mogło się tak stać, jak to pan opisał?
[57:16] - I tutaj w zasadzie mógłbym wyrazić swoje zdziwienie, ponieważ ja początkowo myślałem, że będzie tak, jak pan mówi, że po prostu pójście z Niemcami. Tylko proszę sobie wyobrazić jedną rzecz. Postawmy się na poziomie lat 30. zeszłego stulecia. Wtedy przecież nikt nie wiedział, jak będzie. Nikt nie wiedział, co się stanie. I dlatego ja kilka razy musiałem taką rozmowę odbyć z osobą, której się to nie podobało. Natomiast powiem szczerze, że bardzo mało jest takich właśnie dyskusji. Często są dyskusje: „Szkoda, żeśmy tak nie zrobili”. I tutaj jest takie moje zdziwienie, że ja owszem, przygotowywałem się na trudne rozmowy.
Bardzo trudny temat strat mniejszości żydowskiej. Wiedziałem, że będzie on podejmowany. Natomiast jednym z moich haseł reklamowych jest: jak uratować sześć milionów obywateli? Więc wychodzę do czytelnika z tą informacją, że ja w powieści podjąłem próbę uratowania wszystkich.
[58:30] - Tak. Powiem tak: chyba udało się panu osiągnąć coś, co, tak jak było w pytaniu poprzednim, nawet mnie to trochę zaskakuje, bo jako nacja jesteśmy dosyć kłótliwi. Nie, żebym kogoś chciał obrażać, tylko my lubimy pewne utarte ścieżki i jak się pojawia temat, który idzie trochę pod prąd, to bardzo często pojawiają się ludzie, którzy bardziej krzykiem niż argumentem próbują udowadniać swoje racje. Ale skoro nie napotkał pan na tego rodzaju problemy w zmasowanej ilości, to chyba dobrze. W każdym takim wywiadzie jak ten, który właśnie się odbywa, musi paść pytanie, skoro ileś tam książek jest na rynku, bo powtórzę, najpierw tetralogia „Kill”, teraz omawiamy drugą alternatywną historię, która też składa się z trzech tomów. Nie też, a ta się składa z trzech tomów. To powiedzmy coś o planach. Wspomniał pan zresztą o tym, że ileś tam książek czeka w blokach startowych, żeby spotkać się z czytelnikiem. To jakby pan uchylił rąbka tajemnicy, co to będzie? Już pan właściwie tak zaczął, ale teraz bym pociągnął pana za język.
Co przed nami?
[01:00:07] - Bardzo chętnie. I tutaj pana i państwa zaskoczę, ponieważ to też będzie seria. Ja lubię tak seriami. Następna seria będzie totalnie niemilitarna. Obie są militarne, te poprzednie, jedna w kosmosie, druga historyczna. Natomiast trzecia seria będzie serią urban fantasy. Pokrótce to jest młody człowiek, który nagle dostaje właściwości magicznych. To oczywiście przypomina chyba większość serii książek. Natomiast przygody jak się już zaczynają, to już jest zupełnie co innego. Takim scenariuszem, jakby ramą scenariusza są cztery dni z życia, kiedy powstaje jakiś problem i ten problem trzeba rozwiązać.
I tutaj okazuje się, że jego zadanie w zasadzie niby go przerasta, natomiast mamy już jakieś uzasadnienie, że może on spróbować je wykonać. I potem następuje seria przygód. Ja może tutaj o scenariuszu skończę, natomiast dzieje się to w końcówce lat 90. Jest to Polska południowa. Kończy się bitwą magów w Krakowie. No i Seria jest już w zasadzie na takim etapie, że z planowanych czterech lub pięciu mam napisane trzy. Pierwsza trafiła do redakcji do korekty, więc sobie tam powoli żyje swoim życiem. Tu od razu powiem, to taki self-publishing wyjdzie. Czym się różni self-publishing od wydawnictwa? Nie ma deadline'u.
Kiedy ja będę miał to gotowe, wtedy to się pojawi na rynku. Najprawdopodobniej będzie to początek jesieni i wtedy bym do państwa podszedł z pierwszym tomem. Prawdopodobnie już wtedy będzie opracowywany drugi, a pewnie już pisany będzie czwarty, czy może nawet napisany. Jak już mam jakiś pomysł, to szybko go realizuję. Tak wygląda trzecia seria. Tak jak powiedziałem, jest ona zdecydowanie inna. I od razu może wyprzedzę pana pytanie. To jest też powieść, która za mną chodziła. Po prostu chciałem stworzyć taką postać w takim trochę podwójnym uniwersum. Nie chciałbym tu porównania do Harry'ego Pottera, ale jest tam parę takich pewnych rzeczy.
Czyli skrywamy uniwersum magów, ale w zasadzie świat jest bardziej ludzki niż magiczny. I to z takich technicznych opowieści to tyle. Coś więcej? Na razie większych planów nie mam. Planuję się skupić mocno na zakończeniu tej serii o tym młodym magu i o jego przygodach, jego przyjaciołach, jego podróżach, bo to się wszystko będzie działo w miejscach, w których ja byłem albo w których pracowałem, które odwiedzałem. Zacząłem o Krakowie, ale to akurat chyba troszeczkę taki ukłon w stronę studiów w Krakowie, który też był w latach 90., tylko na początku. Nasz mag jest później troszeczkę, ale miałem sentyment do tego miasta i uznałem, że warto. A poza tym dużo lepiej opisuje się przestrzeń, jeżeli się ją zna. W ten sposób się moja przyszłość pisarsko-wydawnicza przedstawia.
[01:04:30] - Jeśli chodzi o ten nowy cykl o młodym magu, on będzie nosił tytuł?
[01:04:37] - Jeszcze nie jestem pewny, ale roboczy tytuł jest „Szczęściorz”. To jest tak po śląsku. On po prostu ma szczęście, ten facet. Ta postać ma szczęście. Tak jak powiedziałem, niby go przerastają te zadania, więc trzeba trochę szczęścia. I stąd tak, może nawet nie pokrętnie, tylko wprost napisane, jak się to mu daje. Ma trochę szczęścia.
[01:05:06] - Z tego, co pan mówi, jest pan wielbicielem fantastyki, bo kolejne cykle dotykają kolejnych podgatunków fantastyki. To pierwsze pytanie, które chciałbym zadać, ale drugie mam już w zanadrzu. Pierwsze pytanie, które chciałbym zadać: czy jest jeszcze jakiś podgatunek fantastyki, na który pan się czai? Gdzieś w przyszłości, jeszcze bez sprecyzowanych planów, ale marzy pan, żeby również za ten podgatunek się wziąć?
[01:05:41] - Tak. Tak się akurat złożyło, że fantastyka, ale co by mi się jeszcze podobało, to political fiction albo sensacja. One są troszeczkę podobne. Jest różnica w definicji, więc to zależy, którą z tych opcji bym wybrał. I czasami chodzi za mną kryminał, ale obecnie nie przewiduję jakichś zmian. Musiałbym dokończyć tę serię, a w zasadzie jak piszę, to skupiam się na jednej serii. Nie robię sobie takich przerw, że dopisuję coś w międzyczasie albo piszę coś innego, bo teraz wydaję na przykład to, to piszę coś innego. Nie. Ja wolę się skupić na jednym temacie i jedyne, co przewiduję, to właśnie po serii o magu albo tę sensację, albo właśnie political fiction. Takie rzeczy by mnie interesowały.
[01:06:52] - Powiedziałem, że drugie pytanie mam w zanadrzu i już je właśnie serwuję. Chciałbym zapytać o pana fascynacje literackie, bo skoro tak często pojawia się u pana fantastyka w różnych wydaniach, w różnych podgatunkach, to muszę po prostu zapytać o pana fascynacje literackie takie z tej fantastyki wyciągnięte.
[01:07:20] - Oj, to będzie długa dyskusja w takim razie. Zacząłem w zasadzie od tego, co było dostępne dawno, dawno temu. Od człowieka, który może nie był pierwszym, który pisał fantastykę- Ale od Verne'a. Jego powieści w dzisiejszych czasach patrząc są w zasadzie retro, ale wtedy to była czysta fantastyka, a w zasadzie science. I w młodym wieku przeczytałem w zasadzie wszystkie jego powieści. Nawet próbowałem, bo niewiele osób sobie zdaje sprawę z tego, że on był bodajże psychologiem i pisał też naukowe rzeczy, więc jako młody człowiek z tymi się zderzyłem i niestety albo stety nie byłem w stanie ich zrozumieć. Ale przeczytałem bardzo dużo jego powieści, nawet takich niszowych. A potem to już poszło dość gładko, bo wiadomo Lem, później Asimov, a potem już coraz więcej i coraz bardziej znanych współczesnych obecnie pisarzy. Troszeczkę fantastyki, troszeczkę science. Kilka moich ulubionych space oper.
Akurat dobrze się mi to czyta. Eksploracja kosmosu jest dla mnie bardzo ciekawa.
[01:08:42] - Proszę rzucić tytułami.
[01:08:44] - To cały cykl Honor Harrington Webbera. Oczywiście nie przeczytałem całego, to się chyba nie da zrobić. Może ktoś przeczytał. Ale kilkanaście powieści przeczytanych. Cykl „Starfire”, cykl „Star Carrier”. To są różni autorzy, bo ja teraz sobie nie jestem w stanie na szybko przypomnieć. Zapomniałem, jak się nazywa, ale to jest teraz bardzo modny serial bodajże na Netflixie. Też przeczytałem. I była książka i serial. Zapomniałem.
„Expanse”. Pytał pan o powieści, ale jeszcze przecież mamy kinematografię. „Star Treki”, „Gwiezdne Wojny”. Oczywiście niezapomniany „Kosmos 1999”. Troszeczkę kreskówek. Także lubiłem te tematy i właśnie bardziej mnie interesował wtedy science. Także zostałem przy tym. Ciężko mi teraz się przyznać, ale widzę, że on jest chyba teraz trochę po macoszemu potraktowany i bardzo dużo czytelników weszło, jeżeli chodzi o fantastykę, w krąg fantasy i znowuż w podkręgi w samym głównym fantasy, w tym nurcie. Więc nie ma za bardzo takiego naporu na prozę science fiction.
[01:10:21] - Myślę, że to się będzie powoli zmieniało, ale to zobaczymy. Natomiast ja z tych sfer literackich znowu uderzę w kierunku self-publishingu, bo to jednak jest rodzaj wyrzeczenia. Chciałbym zapytać, na ilu imprezach targowych, konwentowych, różnych innych w ciągu roku pan bywa? Jaka to jest ciemna liczba?
[01:10:50] - Wie pan co, to jest taka sprawa, że ilość takich wyjazdów w sumie zależy od takiego modelu biznesowego, jaki ma dany self-publisher. Niektórzy jeżdżą co tydzień, więc 52, z czego na przykład co drugi to jest związane z fantastyką w różny sposób, czy science, czy fantasy, czy kultura słowiańska gdzieś tam powiązana z fantastyką, czy wikingowie, inne takie sprawy. To potrafi być pół na pół. Ja jeżdżę trochę mniej. Ja staram się wybierać takie miejsca, które liczę, że tam jeszcze nie dotarły moje książki. U mnie też w zeszłym roku to w zasadzie wychodziło pół na pół, ale ten rok chciałem bardziej przeznaczyć na targi książek. Nie bezpośrednio do czytelnika, który jest związany z fantastyką, bo jestem na przykład na jakimś konwencie, evencie fantastyki, ale bardziej w tym roku kieruję swoje kroki i swój wzrok w stronę targów książek. Więc zacząłem w Poznaniu. Następna będzie Warszawa, Targi pod Pałacem. I potem się będę zastanawiał, co dalej, gdzie jeszcze pojechać.
[01:12:25] - Rozumiem, tych imprez książkowych całkiem sporo w Polsce, bo jeszcze targi w Gdańsku całkiem spore, jest Kraków. W Warszawie ja nie wiem, czy w tym roku znowu będą targi podwójne, czyli pod Pałacem i na stadionie, czy też-
[01:12:42] - Będą podwójne, tak.
[01:12:43] - Tak. To też jest swoiste wyzwanie. Jeszcze w Katowicach są targi i we Wrocławiu.
[01:12:51] - We Wrocławiu, w Katowicach, w Łodzi są mniejsze, ale są. Tak, jest tego sporo. Niektóre imprezy na siebie nachodzą. Ja w zeszłym roku jeździłem co drugi tydzień praktycznie, tak pół na pół badając rynek. Natomiast teraz, w tym roku podjąłem decyzję biznesową akurat, żeby jeździć w zasadzie na targi książek. Nie wyrzekam się targów fantastyki, ale głównie będę jeździł na targi książek.
[01:13:25] - Ja teraz chciałem pana namówić na pochwalenie się, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że to jest też związane z biznesem. Dlatego jak pan nie odpowie, to się nie obrażę. Natomiast chciałbym zapytać, jeśli chodzi o sprzedaż, to w jakich nakładach Pan swoje cykle, swoje książki sprzedaje. Jeśli to nie jest tajemnica.
[01:13:49] - Nie jest to tajemnica. To nie są wielkie cyfry, natomiast to już troszeczkę trwa, więc pierwsze powieści to będzie kilka tysięcy egzemplarzy. Z tym, że dlaczego ja tak mówię? Bo ja mam niezbyt dobre możliwości składowania i ja dodruki robię po 200 sztuk na przykład. Z tym że tych dodruków mam kilka w roku. To mówimy o jednej książce. Wiadomo, że seria ma ich kilka, ale mówimy o każdej jednej z każdej serii. Od 200 do 300 książek, raz, dwa razy w roku dodruk. Plus to, że one są już kilka lat na rynku. Na przykład ten „Kill” jest trochę dłużej, bo progres wsteczny w zasadzie zamknął się.
Trzeci tom był w zeszłym roku w kwietniu, ale też już były dodruki, więc tutaj się zbliżamy w tej najmłodszej książce do tysiąca. Już sprzedałem to na pewno. Nie są to oszałamiające cyfry, ale ja od razu powiem, że warto sobie wziąć kalkulator i sprawdzić, ile taki autor dostanie za książkę sprzedaną w 10 tysiącach egzemplarzy. Co jest dość przyzwoitym wynikiem rocznym od wydawnictwa, które mu płaci. Wiem, że o pieniążkach mówimy, ale płaci mu na przykład złotówkę za książkę, ileś procent za książkę. To jest dwa, trzy procent góra chyba, moim zdaniem, za jedną okładkę. Plus tantiemy. To właśnie o tantiemach mówię. Plus prawa autorskie. A ja dostaję komplet.
Ja dostaję 100% sam od siebie, czyli mój wydawca, czyli ja, daje mnie, czyli autorowi konkretną kasę. Ja wiem, ile dostaję za jaki wkład. Więc te ilości nie są równe, natomiast finansowe może w moim przypadku nie są takie podobne do tych najlepiej zarabiających pisarzy. Ale ja znam kilku self-publisherów, którzy spokojnie mają takie wyniki jak bardzo dobrze znani w wielu kręgach, ci tak zwani, jak pan to powiedział, prawdziwi pisarze. Więc moje wyniki nie są jakieś wyjątkowe, jeżeli chodzi o cyfry, natomiast ja jestem dość zadowolony z tego, co mam. Natomiast oczywiście ja się cały czas rozwijam i z każdym miesiącem, z każdym kwartałem to inaczej wygląda. Ja bym nie miał takiej wiedzy, gdyby pan ze mną rozmowę zaczął dwa lata temu, to ja bym był w zupełnie innym miejscu. I teraz jestem w innym miejscu, i pewnie za dwa lata znowu będę w innym miejscu. Także to nie jest do końca porównywalne, ilość książek do efektu.
[01:16:50] - A teraz chciałbym pana zapytać o życie pisarza. Jak wygląda życie pisarza w pana przypadku? Ja wiem, że każdy pisarz to jest osobny świat i różnie to wygląda u różnych autorów, ale teraz pytam o pana. Jak wygląda pana pisarski dzień? Czy to jest każdego dnia chociaż kilka kresek, kilka liter, czy też to nie tak wygląda? Czy to jest określona pora dnia? Czy to są jakieś rytuały związane z pisaniem? Po prostu jak wygląda pana pisarski dzień?
[01:17:26] - Dobrze, że pan powiedział, że to o rytuały chodzi, bo już myślałem, że chce pan się dowiedzieć, jak wstaję z dzieciakiem do szkoły, jak robimy zadania. Ale przejdźmy do konkretów. Ja jestem tego typu pisarzem, który wyznaje teorię pisania codziennego. Owszem, trafi się wena. Piszę, ile wejdzie. Dwa, trzy dni jak mam wenę, bo ona tak mniej więcej trwa dwa, trzy dni raz w miesiącu. Więc wtedy zamiast dwóch stron na przykład piszę 10, powiedzmy. Wtedy to bardzo przyspiesza. Ale tak, ja jestem takim pisarzem, który pisze codziennie. Jestem tym codziennym.
Na pewno ktoś od razu się zapyta, czy jestem tak zwanym scenarzystą, czyli osobą, która pisze sobie scenariusz od A do Z. Co ma być, w którym rozdziale, co ma się jak poukładać. Też nie jestem. Tu akurat nie jestem scenarzystą. Ja znam tylko początek powieści, koniec i trzy punkty. To się może zmienić. Dwa, trzy punkty przełomowe, które chcę w tej książce pokazać i resztę wypełniam opowiadaniem. I uważam, że to jest o tyle fajne, że moi bohaterowie i ich przeciwnicy mają tutaj swobodę. I proszę mi wierzyć, jak czasem autorzy mówią, że im się bohater zerwał z pióra, to to się zdarza. Bo chcemy go gdzieś wysłać, a on tam nie doszedł.
Bo nie pasowało to w trakcie, w tej sekundzie, kiedy się pisało. Nagle się otworzyła taka klapka, przyszło takie, powiedzmy, oświecenie, że on jednak tam nie musi iść. On może zupełnie co innego zrobić. On wtedy robi. I ja to nazywam, że to jest zerwanie się z łańcucha, zerwanie się z pióra. I ta powieść wtedy sobie zupełnie inaczej żyje. I to jest bardzo ciekawe i bardzo fajne. Jako ja, osoba, która to tworzy, pisze, widzę, że to żyje swoim życiem. To ma swój rytm. Oczywiście ja się staram doprowadzić do tych trzech głównych punktów przełomowych, ale poza tym ten bohater ma swoje zachcianki i swoje różki diabelskie i robi swoje cudeńka.
Natomiast wracając jeszcze do pana pytania o rytuały. Ja w zasadzie nie mam rytuałów. Są miejsca, w których lubię pisać i powiem szczerze lubię pisać w kawiarni. Powiedzmy kawiarnia czy piwiarnia, coś takiego. Lubię sobie tam siąść w ciągu dnia. Ostatnio tego nie robię, ale jak trochę pracowałem za granicą, to czasem miałem chwilę dla siebie, to brałem laptop pod pachę, szedłem sobie na jakąś kawkę czy przysłowiową lampkę wina i siedziałem i pisałem. Strasznie mi się to podobało, że mogę sobie wśród ludzi usiąść. Ci ludzie mi nie przeszkadzają. Jakaś muzyka, jeżeli jest w tle, też mi nie przeszkadza. Ja nie potrzebuję mieć utworu muzycznego, który mnie skupi.
Jak piszę jakąś scenę batalistyczną, to ma lecieć Sabaton albo jakaś inna energetyczna muzyka. A jak piszę jakąś chwilę romansu, to coś lżejszego. Muzyka na mnie nie wpływa. Oprócz tego, że lubię usiąść przy ludziach i sobie coś popisać, to w zasadzie nie mam żadnego rytuału. Nie mam, nie.
[01:21:14] - A pora dnia? Rano, wieczorem, w ciągu dnia, czy też nie ma to większego znaczenia?
[01:21:21] - Lepiej mi się pisze wieczorem, ale w zasadzie nie mam wybranego czasokresu, żeby pisać. Może z rana bym chyba nie miał ochoty, ale tak to nie ma dla mnie przeszkód.
[01:21:41] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Czego życzyć można takiemu autorowi jak pan, który sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem?
[01:21:53] - Może większej rozpoznawalności, może czegoś takiego. Zawsze po coś się tworzy. Ja najpierw myślałem, że będę pisał te rzeczy, o których pan mówił, czyli coś, czego nie ma. Ale potem, w trakcie pisania chciałem, żeby moi czytelnicy mieli frajdę z tego. Mieli z tego taką, może niekoniecznie zabawę, ale przyjemność z czytania, że to się dobrze czyta, że to się klei, że te przygody wciągają, że chce się dowiedzieć, co było dalej. A jak już jest taki niedosyt na koniec, dlaczego autor jeszcze więcej nie napisał, a może będzie jakiś sequel albo prequel, żeby coś jeszcze było, to mnie bardzo też energetycznie ładuje i może właśnie takich spostrzeżeń, takich reakcji czytelników mógłbym sobie życzyć.
[01:23:01] - Jeszcze raz pięknie panu dziękuję za rozmowę i do usłyszenia.
[01:23:05] - Dziękuję pięknie. Kłaniam się. Do zobaczenia na targach.
[01:23:10] - Proszę państwa, teraz czas najwyższy na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzisiaj film... Mam z tym filmem pewne problemy, ale posłuchajcie państwo. Czołem, Piotrze.
[01:23:31] - Witam.
[01:23:31] - „Filmotekarium” czas zacząć. Ja ci powiem szczerze, ty stawiasz przede mną coraz trudniejsze zadania. Dzisiejszy film, który będziemy omawiać, to było naprawdę zadanie trudne. Przeszedłem, ale czy zrozumiałem do końca, to nie jestem przekonany, bo się nie strzelali. To taka uwaga na marginesie. Ale dobrze, ja już przyjąłem, że nie muszą się wszędzie strzelać. Natomiast ja po obejrzeniu filmu, o którym będziemy dzisiaj mówili, nawet nie jestem do końca przekonany, że ja go zrozumiałem. To, co się dzieje na końcu, w ostatnich minutach filmu, to mnie już w ogóle rozwaliło i kazało się zapytać samego siebie, czy ja w ogóle rozumiem, co tam się na ekranie działo. Przyznam się, że to mi się dosyć rzadko zdarza tak naprawdę.
[01:24:38] - Nie jest tak źle, jak z innymi filmami, o których żeśmy tutaj opowiadali, bo zauważ, co jest ogromnym plusem, że zaskakuje cię sama końcówka, a ważne to, żeby się bawić przez cały czas. Nie wiem, czy się bawiłeś. Ja się na przykład bawiłem. Czy się bawiłem? Powiem tak, to jest jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat. Ale nim przejdziemy do konkretów, to krótka prezentacja. W dzisiejszym „Filmotekarium” odbijamy trochę od nowości filmowych. Cofamy się o kilka lat do wybitnie ciekawej, moim zdaniem, choć raczej mało znanej kanadyjskiej produkcji pod tytułem „Coma True”. Jest to horror psychologiczny produkcji, jak wspomniałem, kanadyjskiej. Dodam, że bardzo mi się ten film podoba.
Ma klimat, który jakoś do mnie przemawia. Ma też konstrukcję, która mnie w jakiś sposób może nie urzekła, ale wydaje mi się niezwykle interesująca. Będę więc dzisiaj, Marku, trochę w tej swojej recenzji nieobiektywny. Zacznijmy od tego, że to jest jeden z tych filmów, gdzie to, co straszy, pochodzi ze sfery snów. I kiedy cofamy się, jeżeli ktoś jest wytrawnym fanem horrorów, to pamięta te wszystkie senne produkcje, horrory, że tam coś w śnie jest i straszy człowieka. Tylko w nocy i tak dalej. Tu jest trochę lepiej, jest bogaciej. Nie jest tam jakiś demon senny. Demon może jest, ale jest to wszystko trochę bardziej skomplikowane. Nim przejdziemy do krótkiego omówienia, to te moje miłe słowa na temat "Come True", po polsku chyba "Niech się stanie", nie przekonały cię, żeby chociaż trochę ten film polubić?
[01:26:33] - Tu się jakoś zgadzamy. To znaczy ja go lubię za początek, za zawiązanie akcji, bo niezwykła bohaterka jest niezwykła pod różnymi względami. Ma niezwykłą urodę i to nie jest zawoalowane krytykowanie tej urody. Ona jest po prostu naprawdę niezwykła. Pozwólcie państwo tę bohaterkę zobaczyć.
[01:26:58] - Tak, ona może mieć równie dobrze lat 16, 26 i 46 na przykład.
[01:27:05] - Tak. I ona jest naprawdę niezwykła. Co więcej, ta uroda jest niepokojąca, bo można powiedzieć: "A, nie podoba mi się", ale cały czas człowiek mówi sobie: "Kurczę, coś jest w tej dziewczynie takiego, co niepokoi, co sprawia, że człowiek jest przykuty do tego ekranu". I o tym zawiązaniu akcji. To jest właściwie bardzo proste. Dziewczyna trafia, widać, że ona sobie w tym tak zwanym zwykłym życiu radzi średnio, bo jej koledzy, koleżanki i w ogóle jej środowisko chyba nie do końca ją akceptuje. Takie możemy wnioski wysnuć. Zostawmy szczegóły. Ona trafia do miejsca, w którym w sposób naukowy bada się sny. I przyznacie państwo, że to jest naprawdę świetny początek filmu.
[01:28:09] - Tak. Dodajmy tutaj jeszcze tyle, że to jest dziewczyna imieniem Sara, uczennica szkoły średniej, która mieszka z matką. Albo inaczej, raczej bywa w domu, bo ona sypia na dworze, w śpiworze, ewentualnie sypia u znajomych. Jaki jest powód konfliktu z matką? Tego my do końca nie wiemy. Ona jednak w miarę regularnie odwiedza dom, kiedy matki nie ma i stara się normalnie funkcjonować, tyle o ile, bo widzimy, że ma problemy ze spaniem, to rzutuje naturalnie na to, że w szkole sobie nie za bardzo radzi. To nie jest film o szkole, to nie jest film o młodzieży ogólnie i dla młodzieży. Widzimy na samym początku, że ona tam pije litry kawy i niespodziewanie gdzieś tam na świetlicy odnajduje ogłoszenie mówiące o poszukiwaniu ochotników do badań nad snami. Ona się udaje do tego instytutu badawczego, gdzie okazuje się, że to jest naprawdę poważna instytucja. To nie jest jakieś badanie leków na spanie, tylko mamy do czynienia z przedsięwzięciem w zasadzie medycznym.
Całkiem się jej tam podoba na samym początku. Po drugie okazuje się, że ona jest się w stanie normalnie wyspać tam. To do niej przemawia. No i jeszcze płacą. Szybko się jednak ujawniają problemy. Otóż, i to wiemy od samego początku, Sara widuje w snach bardzo mroczne scenerie i krajobrazy, których głównym bohaterem jest tajemniczy cień, tak go nazwijmy. Przerażający typ, który okazuje się bardzo interesujący dla grupy tych naukowców pod kierownictwem doktora Meyera. I tutaj w zasadzie nam się cała akcja zaczyna, a ta akcja jest z jednej strony przerażająca, z drugiej strony bardzo koronkowa. Dla mnie jest do pewnego momentu dość prosta. Nie wiem, czy tutaj za dużo zdradzać i o tym mówić.
Mówiąc chyba tak najprościej, oni się próbują po prostu porozumieć z tym czymś, o czym ona śni, bo sobie zdają sprawę, że jest jedną z niewielu osób, ale tutaj już spoileruję, ale myślę, że temu filmowi nawet takie spoilerowanie nie szkodzi, bo on jest całkiem niezły, że oni są w stanie porozumieć się w sposób otwarty z głębokimi strukturami jej świadomości, z tymi najbardziej mrocznymi strukturami. Tylko że jak powiedziałeś, pod sam koniec otrzymujemy zupełnie niespodziewaną przewrotkę, która nam stawia sprawę w innym świetle. Ale okej. Nim przejdziemy do naszych tradycyjnych plusominusów, to czy byś tutaj jeszcze coś ciekawego dodał do "Come True"?
[01:31:05] - To nie będzie ciekawe, ale powiem i tak. Państwo się pewno uśmiechnęli, kiedy powiedziałem, że się nie strzelają, ale to oczywiście jest takie słowo, które ma coś tam wywołać. Słowo klucz. Bo chodzi mi o to, że akcja tego filmu toczy się nieśpiesznie i to jest i tak pewien eufemizm, bo naprawdę minuty mijają i rośnie nam oczywiście pewien nastrój. Tego też nie można oczywiście zlekceważyć, bo nastrój, pewna otoczka emocjonalna w tym filmie jest bardzo ważna. Tylko ja to często podkreślam i ja tu też jestem w jakiś sposób upośledzony, mniej lub bardziej. Bardziej dokładnie należy to słowo rozumieć, ponieważ ja troszeczkę innych rzeczy, innych emocji po filmie oczekuję. Ja aż tak głęboko nie wchodzę w psychologiczne różne maestrie filmowe. Jednak bym chciał, żeby akcja toczyła się nieco mniej powolnie. Tu tego nie dostaję i przez jakiś czas nawet mówiłem sobie: okej, może nie ma zbyt śpiesznej akcji, ale pewien nastrój grozy, takiej porównywalnej, aczkolwiek nie tożsamej.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest to samo, ale rodzaj takiego napięcia lovecraftowskiego wręcz, takiego nie wiemy skąd, co, dlaczego, ale jest groźnie. Coś takiego jest. Jeśli się poddamy oddziaływaniu tego filmu, to coś takiego odczujemy. Tylko tak jak Piotr powiedział, później ten koniec psuje wszystko i ja nie jestem przekonany, czy nas przypadkowo twórcy filmu jednak w jakiś sposób nie krzywdzą tą końcówką. Bo jeśli przestawię zwrotnicę i jestem gotowy zaakceptować taką, a nie inną poetykę, o tej poetyce już wspomniałem, odejść od swoich strzelanek, od swojego ulubionego szybkiego stylu. Dobra, zostałem kupiony przez pewien rodzaj narracji filmowej. W porządku, ale jak mi się później coś takiego serwuje, to się czuję, nie mam innego słowa, oszukany.
[01:33:45] - Chociaż ten film mi się bardzo podobał, to rzeczywiście końcówka jest... Za dużo tam galopki takiej, trochę jest przesyt. Myślę, że może postawiono na oryginalność, bo było mnóstwo filmów, kiedy coś, co wychodzi ze snu człowieka, że tak powiem, nęka i tak dalej. Tutaj postawiono na coś innego i kiedy to rozpatrzymy w ten sposób, to może to się jakoś broni. Natomiast mam takie wrażenie, że trochę nam się spiętrza to wszystko, że tego w pewnym momencie się robi za dużo i nam umyka cały urok tego filmu, który był w pierwszej części. To jest minus ewidentny. Niemniej jednak jest w jakiś sposób to zakończenie ciekawe. Tylko ja sobie też zaczynam zadawać pytanie, czy oni zrobili to zakończenie takie, jakim jest tylko dlatego, żeby ludzie przyszli w Ameryce zobaczyć, bo do nich takie coś przemawia, czy też stoi za tym jakiś głębszy zamysł. Tutaj niestety nie wiem, ale przejdę do pierwszego plusa. "Come true" jest pełen bardzo ciekawych wizualizacji ze snów Sary, które są, powiedziałbym bardzo takie beksińskie.
Muszę powiedzieć, że to robi pewne wrażenie i stanowi ciekawe dopełnienie. Jest w tym mnóstwo grozy i ta groza jest właśnie czymś takim, co ten film wyróżnia. Jest to bardzo trudno znaleźć w innych produkcjach. Jest to zarówno bardzo realistyczny film, jak i taki, który nas mocno niepokoi. My nie wiemy, co się za chwilę stanie i to jest naprawdę jego mocną stroną. Szkoda, że on nie został w żaden sposób, może w żaden to nie, ale że nie został doceniony. Nie jest tak bardzo znany, ale ten niepokój, który się pojawia, ja go znajduję tylko w bardzo niewielu filmach, które się ukazały, powiedzmy w ciągu ostatnich 10 lat. Także tutaj ogromny plus i jeżeli ktoś lubi taki nastrój, to polecam. Jeżeli ktoś lubi Beksińskiego i mroczne klimaty, to absolutnie też.
[01:36:07] - Ja myślę Piotrze, że w punkt jest to porównanie z Beksińskim. Porównanie obrazu filmowego z obrazami Beksińskiego. Niemniej jednak ja powiem tak: mając pretensje o końcówkę, to już nawet nie o to spiętrzenie, które jest, ale dokładnie o ostatnią scenę, nazwijmy ją sceną komórkową, która nie wiem, jakie jest twoje podejście. Chętnie wysłucham, ale moim zdaniem to rozwala cały film. Ta ostatnia scena miała pełnić taką rolę, że wszystko się przewróci, postawi na głowie. Nie wiem. Moim zdaniem to jest tani chwyt. Zupełnie nie z tego filmu. I dlatego ja mam taki problem z tym filmem, bo powtarzam, jestem gotowy zaakceptować inną poetykę. Niechętnie.
Wiecie państwo, jaki jestem, ale dobrze. Ja się dałem temu kupić. Jest pewien nastrój. To działa. Owszem działa. I na koniec dostajemy tak, jakbyśmy dostali w nos po prostu komunikat na ekranie telefonu komórkowego. Oczywiście nie powiem państwu, co jest napisane, ale to tak moim zdaniem nie fair jest. Po prostu nie fair.
[01:37:31] - Tak. Dlatego powiedziałem, że tam jest trochę nadbudowane tego wszystkiego za dużo. Chociaż to też zależy od widza moim zdaniem. Tam jest więcej tych scen takich pod koniec, które nam mogą dawać takie wrażenie, że to jest wszystko przesadzone. Ale jeszcze ważna rzecz, bardzo ważna. Ten film jest podzielony na takie działy, na segmenty mocno związane z myślą Karola Gustawa Junga. Nie będę tutaj wam mówił za dużo. Natomiast jeżeli chcecie ten film jakoś głębiej zrozumieć i zrozumieć, dlaczego doktor Meyer tak bardzo się interesuje tą dziewczyną, to przypomnijcie sobie, o czym Jung pisał. Warto zgłębić podstawy tych koncepcji. Zresztą ja chyba i tak już dużo powiedziałem, ale jest to interesujące w jakiś sposób.
Można by czasami odnieść wrażenie, że kiedy filmy, szczególnie horrory, robią się takie intelektualne, to wychodzi kiczowato. Tutaj to jednak jakoś się wszystko bierze i zazębia. I to jest całkiem niezłe, muszę powiedzieć. Niezły pomysł. Zresztą kiedy patrzymy na tych naukowców w instytucie, to też mamy takie wrażenie, że to są osoby, które wychodzą poza pewien schemat, który jest stosowany czasami w horrorach, że mamy szalonych naukowców. Tutaj owszem, mamy szalonego naukowca, który jest jednak takim naukowcem pełnokrwistym, jakby nie było. Także "Come True" jest z jednej strony pozszywany z różnych elementów i czasami to pasuje do siebie. Ta końcówka rzeczywiście robi nam taką woltę trochę w zupełnie inną stronę i po tym wszystkim, co otrzymujemy, łącznie z tymi odniesieniami do Junga w pierwszej części, zaczynamy sobie zadawać pytanie, czy aby o to chodzi, czy aby po to nam robiono te wszystkie zabiegi, te wszystkie interpretacje się pojawiały, żebyśmy na końcu się dowiedzieli, że jest zupełnie inaczej, co nie? Tak mi się przynajmniej wydaje. Ja ci jeszcze powiem jedną rzecz, że może nawet to by tak nie waliło po oczach, gdyby nie te sceny bardziej dynamiczne, które się tam pojawiają, bo sobie na koniec zaczynamy zadawać pytanie: dobra, skoro tak, to po co to wszystko było?
Po co ta cała opowieść, która była fajna.
[01:40:06] - Ale żeby państwa nie zostawiać z tym Jungiem i z taką pewną niewiadomą, to rzućmy chociażby jedno hasło: szukajcie państwo słowa "cień", a właściwie archetypu dotyczącego cienia w całej tej opowieści jungowskiej. To państwa naprowadzi, myślę, w dobry sposób na to, o co w tym filmie może chodzić. Tu się zabezpieczam na wszelkie możliwe strony. Może chodzić, bo cały czas mam z tyłu głowy tę końcówkę. Nie daruję, nie jestem w stanie darować twórcom filmu. Moim zdaniem, unikam tych słów grubych, ale głupia jest ta końcówka. Kiedy ta komórka wyświetla komunikat, to to jest po prostu odklejone zupełnie od tego filmu. Zastanawiam się nawet, czy nie powinniście państwo zastosować pewnej cenzury i kiedy się pojawi na ekranie komórka pod koniec filmu, wyłączyć ten film zupełnie spokojnie możecie. Myślę, że wrażenia po filmie będą lepsze, jeśli państwo ostatniej sceny nie zobaczycie. I tak wiem, nie jestem naiwny, że wszyscy dokładnie tę scenę obejrzą i będą żałować.
No cóż, tak jest skonstruowany świat.
[01:41:34] - I tutaj kolejna rzecz, o której już trochę informacji było. Ten film ma bardzo ciekawy klimat, taki oryginalny. Straszy w sumie od samego początku i nawet nie używa do tego żadnych metod filmowych, wręcz używa do tego animacji. Mówię tutaj o tych wizualizacjach jej snów, które są bardzo ciekawe. I powiem ci, że kiedy się wkrada do filmu jakiś element mocno graficzny, animowany, to my się czujemy wyrwani z pewnej poetyki, czujemy dysonans. Tutaj się to jakoś fajnie tak układa, że zrobili to w ten sposób. Chociaż musimy sobie powiedzieć szczerze, że im bardziej się będzie ten film starzał, tym może to bardziej kłuć w oczy. Ale zrobili te wizualizacje snów w taki sposób, że one nie są tandetne, że one mają coś jednak w sobie takiego niepokojącego, co może każdy człowiek w sumie znaleźć w swoich snach i że robi to cholernie dobrą robotę, przynajmniej na mnie. Uważam jednak, że "Come True" jest naprawdę dobrym filmem. Może trochę przeholowanym, ale też takim, z którego współcześni twórcy powinni brać naprawdę przykład.
Bo tak, to jest film, w którym nie mamy aktorów, którzy byliby mega rozpoznawalni. Nie mamy tam wybitnie sensacyjnych scen, ale jednak ten motyw, który się tam ukazuje, jest niegłupi. Jest może trochę za bardzo przeciągnięty, ale pomimo wszystko lekcja jest odrobiona, tak mi się wydaje. I sięgnąć po ten film warto. Warto też, myślę, obejrzeć go nawet raz jeszcze albo wrócić do niektórych scen, żeby je zrozumieć. Tylko że tak jak mówiłem wcześniej, ja mam cały czas takie wrażenie, że tam tak jakby niektóre elementy zostały doklejone tylko po to, żeby on się stał trochę bardziej żywy, żywiołowy, żeby przyciągnął widza. Bo to jednak, nie wiem, ja bym "Come True" nie zaliczał do filmów z nurtu indie czy do jakichś filmów alternatywnych. Natomiast on ma w sobie coś takiego, że on nie jest dla każdego, że on dla takiego widza, który się spodziewa mega rozrywki, to on będzie za mądry. Jeżeli się ktoś spodziewa tego, że zostanie przestraszony przez ten horror, to zostanie przestraszony. Ale wymaga to też pewnego angażu związanego z zapoznaniem się z koncepcjami Junga i przemyślenia tego, co się dzieje.
Także jeżeli ktoś nie jest przygotowany do tego, że że będzie tego Junga interpretował na ekranie od razu, to może się też zawieść, rozczarować.
[01:44:44] - Ciekawe w tym filmie jest jeszcze to, że on dosyć specyficznie podchodzi do koloru. Te wszystkie barwy są przygaszone, jakieś takie niekolorowe. To wszystko jest takie... Zacząłem się zastanawiać, też w sumie problem związany ze snem, jak często śnimy kolorowo, a jak często śnimy w sposób czarno-biały. To też myślę, że materiał do przemyślenia. A druga sprawa, na którą chciałem zwrócić uwagę, zasygnalizować właściwie, podobnie jak z tymi kolorami, zasygnalizować chciałem grę aktorską. Ona jest bardzo oszczędna, ale zarówno w wykonaniu głównej bohaterki, jak i osób pochodzących z otoczenia. Znowu, to słowo jakoś mnie prześladuje. Wszystko to jest oszczędne, ale w gruncie rzeczy mamy chwilami takie wrażenie, jakbyśmy nie oglądali kina, w którym jest reżyser, jest scenariusz, który trzeba zagrać, tylko jakbyśmy oglądali sceny z prawdziwego życia. Te dialogi są bardzo porównywalne do takich dialogów, jakie toczymy w życiu.
Jakieś zacięcia, krótkie komunikaty. Ten język, ta gra aktorów, wymiana myśli, werbalna wymiana myśli. Ona bardzo mi przywodziła na myśl codzienność, życie po prostu. Nie grę aktorską nawet na świetnym poziomie, tylko właśnie codzienność. I to w gruncie rzeczy też jest duża zaleta, zaleta przyczyniająca się do straszenia nas. Bo przez to ci aktorzy, te sceny stają się nam troszkę bliższe. Owszem, czasami wkurza nas lapidarność owych dialogów albo ich pewne niedopowiedzenia, ale z drugiej strony to naśladowanie rzeczywistości takiej, jaka nas otacza, jest coraz bardziej pełne przez to. I my właściwie chcemy czy nie, jeśli pozostaniemy przy tym filmie przez jakiś czas, to dajemy się wciągnąć. Ja powiem państwu zupełnie szczerze, gdybym tego filmu nie musiał obejrzeć, bo w końcu Filmotekarium, to musiałem obejrzeć i gdybym postępował jak mi w duszy gra, to pewno bym go po 15 minutach wyłączył. Może po 20, nie wiem.
I powiedziałbym sobie: „Nie ma co”. I nie wiedziałbym, że popełniłem błąd. Bo jak się przetrwa pewne takie momenty, powiem to wprost, bez owijania w bawełnę, jakieś tam nudy, bo umysł ludzki nastawiony jest, przynajmniej mój, na jednak rozrywkę. Ten film niesie rozrywkę na innym poziomie. Nie w sensie wartościowania, tylko levelu. Taki albo inny. To jest inny poziom po prostu tej rozrywki. I jeśli zbyt szybko skończymy kontakt z filmem, to skończyliśmy. Ale jeśli przetrwamy, jeśli zostaniemy trochę na siłę, powiemy sobie, że musimy, to w gruncie rzeczy, kiedy dojdziemy do przedostatniej sceny, nie będziemy żałować, a w każdym razie nie do końca. I będziemy mieli poczucie jakiejś takiej grozy wkradającej się już nie tylko w obraz filmowy, ale również w nasze życie.
I to jest w tym filmie coś, co niepokoi, a jednocześnie fascynuje.
[01:49:07] - Tak. Ja zawsze mówiłem, że to, co najbardziej realistyczne, czyli rzeczywistość, straszy najbardziej. Ja tutaj dla takiego przykładu podam dwa filmy. Jeden się nazywał "Mara" i on też był o sferze sennej, a drugi się nazywał... W sumie nie pamiętam, jak się nazywał. Była to rosyjska produkcja o Piaskunie, jakimś tam dziadku sennym, demonie sennym. Tak dla kontrastu, te dwie pozycje, te dwa filmy ukazywały nam tą sferę senną w taki sposób, że tam było pełno ekspresji, było pełno scen wyskakiwania jakichś tam potworów z cienia. To się po pewnym czasie przejadało, to po pewnym czasie przestawało się po prostu w jakikolwiek sposób straszyć. Tutaj „Control” jest naprawdę takim czymś, co cię angażuje intelektualnie. To nie jest film dla wszystkich.
To nie jest film w pełni rozrywkowy, ale jednak naprawdę go mocno polecam.
[01:50:13] - Cóż, proszę państwa, pięknie dziękuję tobie, Piotrze. Pięknie państwu dziękuję i do usłyszenia w następnym Filmotekarium. Proszę państwa, teraz czas na Katarzynę Prychacz. Niech żałują wszyscy ci, którzy nie pojawili się w Poznaniu na żywych warsztatach z Katarzyną. Było, proszę państwa, cudownie. Jak bardzo cudownie? To ja państwu podam przykład. Mój szef ukochany, umiłowany, który dowodzi całym wydawnictwem, jak wszedł na te warsztaty, to był problem go stamtąd wyciągnąć, a był potrzebny na stoisku. Opierał się. Nie chciał, bo tak się wciągnął w historię, która była tworzona przez grupę ludzi, którzy na warsztatach się zgromadzili.
Naprawdę żałujcie ci wszyscy z państwa, którzyście nie trafili do Poznania. Ale pewną namiastką tego, co można było przeżyć w Poznaniu, będzie kolejna „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj odcinek zatytułowany „Diamentowy look”.
[01:51:23] - Halo, halo! Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na: „Alchemia tworzenia”. Witam was w dwunastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Jest to podcast, w którym sobie wymyślam mniej lub bardziej stworzone rzeczy, a właściwie to przede wszystkim stworzone przeze mnie. Jeżeli słuchacie na bieżąco, to wiecie. Jeżeli jesteście tu po raz pierwszy, to wam powiem, że teraz od dwóch odcinków mamy formułę wymyślania na podstawie kości Story Cubes i kart z grafikami z gry „Klub Detektywów”. Trzy karty, sześć kości. Znając życie, będą cztery karty, bo poprzednie dwa odcinki pokazały, że jednak potrzebowałam jeszcze zamknięcia na koniec, ale zobaczymy, dokąd dzisiaj nas historia doprowadzi. Czy coś jeszcze przed startem? Klasycznie zapraszam na YouTube'a.
Dzisiaj mamy środę, mamy premierę. Możecie sobie posłuchać, co do was mówię. Natomiast jeżeli będziecie chcieli zobaczyć dokładniej zarówno kości, które wyrzucam na bieżąco, jak i grafiki, to zapraszam was w sobotę o 20:00 na YouTube'a. Piszecie „Katarzyna Prychacz” i znajdziecie. Ten sezon wrzucam regularnie tam. Montuję to razem ze zdjęciami. Więc w momencie, kiedy wyciągam kartę, będziecie mogli na przykład zrobić sobie pauzę, popatrzeć, zastanowić się, jak sami byście chcieli zinterpretować tę kartę i zobaczyć na przykład, czy nasze interpretacje się pokrywają. Kiedy już oczywiście klikniecie z powrotem play, bo na pauzie ciężko będzie. Dobra, bo tutaj mi się jakieś betony w głowie lęgną i suchary. Myślę, że zaczynamy, bo nie ukrywam, że jestem tak podekscytowana tą formułą i jej prostotą, a jednak te historie mnie zawsze popchną nie wiadomo gdzie.
Dzisiaj, jeżeli chodzi o Story Cubes, bo na razie jeszcze mam te pudełeczka potrójne. Wcześniej już wspominałam o tym, że te kości dzisiaj jakbyście chcieli kupić, to najprawdopodobniej na rynku są dostępne już tylko wersje po dziewięć kości, czyli te potrójne serie są złożone w bardzo ładne wydanie dziewięciu kości. Ale to przecież nie przeszkadza. Zawsze możecie sobie albo zobaczyć, jak się kiedyś nazywały te potrójne serie, albo nie zastanawiać się nad motywem tych kości, tylko sobie brać po trzy. Ale najlepiej rzucajcie dziewięcioma, bo większa zabawa. Ja dzisiaj w tym odcineczku wylosowałam sobie pudełeczka, które nazywają się „Odkrycia” i „Salon gier”, więc zobaczymy, gdzie obrazki nas doprowadzą. Sama się nie mogę doczekać, bo odkrycia to mi się kojarzą z takim Indiana Jonesem, z piramidami i opuszczonymi świątyniami gdzieś w dżungli. A z drugiej strony mamy salon gier. To zapachniało dużym miastem. Duża cywilizacja, dużo taksówek, pojazdów, jakieś Las Vegas.
Nie wiem, czemu pomyślałam o Nowym Jorku. Chyba z perspektywy, jak wyobrazimy sobie te taksówki i zatłoczenie miasta. Natomiast salon gier zobaczymy, bo nie ukrywam, że dużo nie przebywałam z tymi kośćmi, więc nie pamiętam, jakie mamy tam obrazki. Mam dodatkową niespodziankę dzisiaj. Dobra, nie ględzę. Klasycznie, żeby było sprawniej, szybciej i żebym miała porządek na stole, teraz wylosuję trzy karty. Albo wiecie co? Od razu wylosuję cztery. Ja już się nawet nie będę zastanawiać, ale ich nie odkryję. Będziemy sobie na bieżąco odkrywać w miarę postępu historii.
No to pro forma tasujemy, żeby nie było, że oszukuję. Dobra. Karta jeden z początku, może dwójkę damy ze środka i trójkę z końca. A czwórka? Rozłożę wachlarz jakiś. Dobra, ta wystająca najbardziej. Okej, mamy cztery karty. No to co? To chyba zaczynamy. Zaczynamy, bo też nie rzucę kośćmi, dopóki się nie dowiem, gdzie nas pierwsza karta popchnie.
Więc zaraz zobaczymy, czy będzie to bohater, lokacja, może jakiś problem. Uwielbiam w ogóle te karty z „Klubu Detektywów”, bo jakoś tak dobrze działają na mój mózg, na moje inspiracje tutaj. I zwykle w takim fajnym, pozytywnym albo jakimś może czasami absurdalnym kierunku. Dobra, nie ględzę, bo jak zawsze przedłużam, a mamy bardzo dobry czas dzisiaj, więc lecimy. Pierwsza karta. No jest na grubo. Jak zawsze. Okej, karta przedstawia... Chyba to są głębiny. Chciałam powiedzieć morskie, ale może i jeziorne, bo właściwie to ciężko stwierdzić.
Jako odbiorca jesteśmy pod wodą, stoimy sobie na piasku. Takim może nawet trochę mulistym. Przed nami na tym piasku są rozsypane skarby. Mamy tutaj jakieś klejnoty, bransoletka z pereł, bo chciałam powiedzieć perły, ale one nie są w ostrygach. To już są przerobione przez ludzi perły. Mamy koronę, piękną koronę, która w tym piasku jest zagrzebana i to, co jest w centrum i pewnie jest najważniejsze na tej karcie albo prawie najważniejsze, to jest pół łódki. Ta połowa łódki ma nawet jeszcze wystające wiosło z takiej dziury, którą miała w kadłubie. Tu chyba autor poleciał trochę z grafiką. Albo jest to jakaś magiczna łódka, która sama wiosłowała i to jest tak jakby jej rączka. Na łódce widzę też mamy wymalowane oko, więc ten dziób łódki jest wbity w ten muł i coś chyba rozgryzło tę łódkę.
Nawet widzę, że są bąble powietrza, więc bardzo możliwe, że jesteśmy świadkami sytuacji, w której ta łódka właśnie została rozgryziona i spada na dno. I to, co jest najbardziej, myślę, że można powiedzieć, niepokojące w tej karcie, to to, co jest w tle za tą łódką, a mianowicie ogromne oko wypełniające całą przestrzeń. Więc bardzo możliwe, że jako odbiorcy stoimy teraz oko w oko z potworem. Może właśnie tym, który rozgryzł łódkę, rozgryzł zagadkę tej łódki. Swoją drogą ciekawa gra słów. Nie wiem, ta łódka mogła zostać złamana. Ten potwór mógł uderzyć macką czy coś. Ale teraz sobie pomyślałam: a czemu by nie? Może niech ten potwór będzie naszym bohaterem i może niech on będzie właśnie takim detektywem podwodnym. A może to jest oko morza, że to nie jest potwór?
To oko nie jest jakieś bardzo groźne tak naprawdę. W sumie możemy pomyśleć, że to morze było świadkiem, że ono to widziało. Jeszcze tak patrzę, tak mi się zdaje, że to coś na łódce to jest oko. To jest oko jak nic. Odwróciłam kartę do góry nogami, to w ogóle ta łódka wygląda jak mordka delfina. Gdyby tę łódkę puścić dnem do góry, jakby miała pływać, to jak taki butlonosy, zdaje się, to był delfin. I to oko wtedy ma więcej sensu. No dobra, to trzeba podjąć decyzję, żeby ruszyć dalej. Może zróbmy takie śledztwo. Czyli wydarzyła się jakaś katastrofa na morzu.
To jest mała drewniana łódka. Może weźmy jezioro. Tak myślę, bo na takiej łódce w morze to już naprawdę trzeba być hardkorem, żeby wypłynąć. Nawet jest dosyć wąska, to pierwsza lepsza fala i właściwie już by była woda w łódce. No dobra, to ustalmy, że to jest jezioro i coś się zadziało na tym jeziorze i może ludzie prowadzą swoje śledztwo. I teraz mnie korci, żeby jezioro było tutaj ożywione. Może zróbmy to, bo ten potwór to było moje pierwsze skojarzenie, ale w sumie oskarżanie potworów, tak z góry osądzanie to jest temat stary jak świat i wiele razy wałkowany. A ożywionych zbiorników wodnych wydaje mi się, że nie było w historiach aż tak dużo. Więc niech naszym bohaterem dzisiaj będzie jezioro. Fajnie.
W ogóle z jeziorami to ja mam taką wyjątkową więź, jako że pochodzę z Olsztyna, warmińsko-mazurskie, kraina tysiąca jezior, więc ogólnie jak czuję zapach jeziora, to taki zapach domu. Tak poczułam się swojsko dzisiaj. Dobra, pomieszam kości, żeby porzucać nie jedną serię tu i tu, tylko żebym coś wylosowała i nie wiedziała co. Więc dobra, mam trzy kości w łapce. Rzucam pierwszą kość i zobaczymy co tutaj się będzie działo. Cyk. Nie poturlała się za bardzo, ale wiecie co sobie teraz uświadomiłam? Że nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale chyba już jednak odkrycia były, a nie zwróciłam uwagi. Nie odłożyłam na bok, bo wyrzuciłam rybkę, która już była chyba. No to musicie mi wybaczyć.
Pojedziemy dzisiaj drugi raz na tych odkryciach. A myślałam, że coś innego było. No nic. No wybaczcie. Po prostu powinnam może zajrzeć wcześniej. Wydawało mi się, że odłożyłam kości. No ale to akurat na historię nie wpływa. Kość, która wypadła to jest ryba taka zębata jak pirania. Ona właśnie była chyba w którymś z odcinków poprzednich, więc w temacie wody jesteśmy. Mamy tą rybę.
To wiecie, może myślę nad tym jeziorem, że ono jest świadkiem wszystkich katastrof, ale nie może się porozumieć z tymi ludźmi i może na przykład właśnie widziało, że tą łódkę zaatakowała jakaś ryba groźna. Tak patrzę właśnie, że może jednak w tym jeziorze pływa takie coś. Wiecie, ta ryba w ogóle tak patrzę, ona ma takie martwe spojrzenie. Ja wiem, że u ryb to tam jakoś bardzo dużo emocji nie ma w tych oczkach, ale jednak pomyślałam o takiej mechanicznej rybie, że może jest tutaj jakaś taka sytuacja, że ktoś sabotuje albo próbuje zastraszyć mieszkańców, czy sabotuje rybaków i wpuścił do tego jeziora mechaniczną rybę, która właśnie terroryzuje różne łódki i albo doprowadza do ich katastrof, albo je właśnie przegryza, niszczy i tak dalej. Więc może ta ryba będzie tutaj zagrożeniem. Nasze jezioro jest świadome tego zagrożenia. Wie. I zobaczymy co dalej, ale możemy pójść w kierunku takim, że będzie próbowało się w jakiś sposób skomunikować na przykład z jakimś śledczym, który prowadzi to śledztwo. Podoba mi się. Historia nabiera rumieńców, a jesteśmy na początku.
Rzucam drugą kością. Dobra, wiecie co? Dobra, jak nigdy rzucę drugi raz, bo ja wiecie, to rzucam na takiej macie i mam wrażenie, że-- bo dosłownie ten sam obrazek mi się wyrzucił, który ostatnio był. O, dobra, muszę może rzucać dalej albo jednak na stole, żeby te kości się bardziej miały szansę poturlać. Na kolejnej kości mamy list w butelce, znaczy taką butelkę dryfującą w wodzie i tam mamy zasadzony list. No i mamy chyba rozwiązanie. To jest taka domena w sumie, jak pomyślę o liście w butelce, to raczej w morzu, nie? Na plażę to wyrzucało. Ale to byłoby fajne, jakby to było takie jezioro i może w ten sposób się komunikowało z ludźmi. Czyli od momentu na przykład, jak zaczęły się te katastrofy, to zaczęły te butelki, listy w butelkach na plażę wypadać.
Zaczęły być wyrzucane przez jezioro. I w jakiej formie te komunikaty mogłyby być? No bo z jednej strony jezioro nie umie pisać. No ale dobra, jeżeli weźmiemy tutaj element magiczny, no to będzie to fajne. Może właśnie jakby to jezioro się jakimiś mądrymi cytatami , jakimiś frazami, nie, takimi enigmatycznymi komunikowało. Albo pytaniami. To też byłoby fajne. Jak pomyślę w kontekście jakbyśmy mieli to spisać, jakby to miała być fabuła jakaś taka trochę dłuższa, nie wiem, czy jakaś nowelka może tam, nie wiem, powieść może niekoniecznie, ale w sumie ciekawe takie sprawy by były jeziorne prowadzone i w sumie to byłoby fajne pole albo do przemycania cytatów z klasyki, z literatury, albo właśnie pytania takie. To jezioro można powiedzieć, że jest taką pradawną istotą, tak? Ma tą magię jakąś, można powiedzieć pradawną.
No to może właśnie by się posługiwało, może nawet jakimś takim trochę jak w Gwiezdnych wojnach był Yoda, który trochę tam szyk wyrazów przestawiał w zdaniach. Może tutaj też by taki jakiś wprowadzić chociażby stary język albo zmiksować parę języków. Lorem ipsum czy jak to się nazywa w grafice to narzędzie do wypełniania tekstem. No dobra, mamy problem. Mamy tutaj ten zarys. Wiemy jak się komunikuje jezioro, czyli nasz śledczy. Może on zobaczy tą zależność, że od kiedy zaczęli ginąć rybacy i tutaj te łódki, te zgliszcza po tych łódkach zaczęły pływać czy dryfować na jeziorze. Zaczęły też wypadać te butelki, więc zainteresował się tymi butelkami. Zbiera te listy i je analizuje, ale podejrzewa, że może jest to jakiś właśnie seryjny. Może właśnie.
Czy robimy mordercę? No tak się zastanawiam. Wiecie co byłoby celem tutaj tego naszego złoczyńcy? Czy zabijanie rybaków, czy może po prostu właśnie niszczenie łódek, żeby rybacy nie łowili ryb na przykład, nie? I stąd ta mechaniczna ryba. Może tak zróbmy, to będzie bardziej taki protest, a nie tyle co. No dobra, no to seryjny sprawca, tak? W tym momencie, a nie morderca. I nasz śledczy myślał właśnie, że tutaj to jest rodzaj takiego dokarmiania sobie ego, bawienia się z policją, że wrzuca jakieś tam podpowiedzi, nie? Dobra i ostatnia kość.
Okej, ostatnia kość to jest kość z tego salonu gier. I to jest chyba jakaś gra. Wiecie, taki układ jak kółko i krzyżyk. Nie pamiętam, jak się nazywają też te gry. Takie, że wiecie, się ścina różne, jak na przykład nie wiem, trzy jakieś figury mamy, nie wiem, obok siebie, to wtedy możemy to zgarnąć, tak? Przynajmniej się to już były gry elektroniczne jakieś, że się po prostu klikało i tu były punkty. Chociaż może i te stare gry co się wrzucało w taką plexi pionową i każdy wrzucał żetony na zmianę, nie? I trzeba było tak rzucić, żeby mieć na przykład po przekątnej nie wiem, cztery swoje kolory. To tutaj właśnie po przekątnej są wykreślone te same figury. Hmm, to może.
Zastanawiam się teraz, bo pomyślałam o czymś takim. Jak to włożyć w naszą fabułę? Że na przykład może te łódki by były niszczone trójkami, że motyw jakoś trójek. I teraz się zastanawiam, czy na przykład nasz śledczy próbowałby powiązać jakoś łódki ze sobą, bo może na przykład się tak wydarzyło, że nie wiem. Na przykład było trzech wędkarzy blondynów, nie? Że wiecie, no będzie próbował znaleźć jakiś ten motyw, no powód, tak? Dla którego te łódki są niszczone. No właśnie, możemy zrobić, że na jeziorze było pełno innych łódek, ale na przykład tylko łódki. Może zanim odkrył, że ten element, mianownik wspólny tych ofiar, można powiedzieć może nie ofiar poszkodowanych, że to była kwestia tego, że oni łowili ryby. No to może on próbował znaleźć połączenie między ludźmi i może tak, że na przykład do tej pory były trzy przypadki.
Patrzę czy coś, no bo tu są takie diamenciki przekreślone. Diamenty. No co? A może zrobimy, że bogacze tylko bogacze by nie łowili? Czy może by mogli łowić w sumie hobbistycznie ryby? Tak wiecie, pomyślałam o takich diamentowych bogaczach. To już jest wysoka liga, aczkolwiek jest to, możemy przyjąć na przykład, że to jest małe miasteczko. To może tutaj po prostu Bogatsi polowali częściej na ryby. Łowili, może mieli ten sprzęt bardziej profesjonalny. Nie wiem.
Chyba że to na razie były zaatakowane. Tutaj na grafice mamy drewnianą łódkę, ale może to były jachty? Może powiązania, że ci zaatakowani rybacy na przykład mieli płacone? Może pracowali na zlecenie jakichś biznesmenów albo jakiejś firmy? Nie wiem. Diamentowy look. W sumie pomyślałam o look jako od Łukasza w angielskiej wersji, ale w sumie mógłby być look jak wygląd przez dwa „o” albo luk jak luk bagażowy. Tylko czemu miałby być diamentowy wtedy? A może firma jakaś związana z modą? A może oni coś robiią z rybami?
A może oni te ryby łowią nie do jedzenia, tylko do testów? Może na przykład odkryli, że z rybiej skóry jakaś nowa kolekcja, że rybia skóra ma jakieś właściwości albo robią jakieś buty wodoodporne z rybiej skóry? Dobra, brzmi abstrakcyjnie, ale już właściwie z samych łusek mogliby coś zrobić. Dobra, ej, słuchajcie, to jest fajne, bo to też by tłumaczyło, że ten człowiek, który skonstruował tą mechaniczną rybę, też walczy z elitami, z bogaczami, z jakąś firmą, która może i wpadła na ciekawy pomysł, ale w bestialski sposób to robi. Diamentowy look. No dobra, ale to jest fajne, to brzmi ciekawie. Okej, trzy kości za nami. Dotarliśmy do karty numer dwa, więc zobaczymy, gdzie nas teraz to popchnie. I cyk! No ciekawie.
Mamy kartę, w centrum której najważniejszym elementem jest ogromne drzewo. Mamy też dla porównania tutaj ludzi, chyba trzymających się za rękę, taką parkę. Stoją przed tym drzewem, więc to drzewo jest naprawdę ogromne. To drzewo jest stylizowane na taką twarz starszej osoby, bo tu ciężko określić, czy to ewentualnie miał być mężczyzna, czy kobieta, ale dosyć groźna ta mina. Więc jakieś zabytkowe drzewo. I tutaj para, która przyszła. I raczej takie tereny, dużo piasku, można powiedzieć pustynne. Chyba że jest to jakaś pożółknięta łąka. Dobra, to drzewo. Wiecie, od razu mi się skojarzyło z taką pradawną mądrością.
A może to jest taki świat? Bo tutaj właściwie mamy jezioro, które ma oczy i jest świadkiem, jest w pewien sposób ożywione. To może i to drzewo. Drzewo mogłoby załatwiać kartki do butelek. Może to drzewo rośnie gdzieś nieopodal i jezioro się komunikuje z drzewem jakoś, nie? Jest też ta para, bo w sumie to oni mogliby te butelki wypisywać, wrzucać. Tylko się zastanawiam, przecież łatwiej by było, gdyby poszli do tego policjanta, nie? Więc myślę, dlaczego mieliby to robić i nie pójść do policji. Chyba że to drzewo hipnotyzowało ludzi. O!
To też jest fajne. Bo w sumie jeżeli dalibyśmy to drzewo jednak w środku na przykład jakiegoś lasu, to mogłoby być takim punktem spotkań. Punktem, gdzie na przykład zakochani chodzili na randki i tak dalej, bo było ustronne miejsce. Więc to drzewo może właśnie w jakiś sposób wpływało na tych ludzi i ci ludzie w takim transie wypisywali te listy w butelkach. Dlatego też na przykład nasz śledczy nie mógł tak naprawdę odkryć, kto był autorem tych listów, ponieważ za każdym razem było inne pismo na przykład, nie? Wtedy raz na ileś mógł być cytat albo pytanie, ale w sumie to bez różnicy, bo to pewnie i tak to jezioro i drzewo by te treści dyktowały. No dobra, ale co nam to daje? Te kartki, papier, drzewo. No dobra, drzewo nam po prostu dało ten fakt w naszej historii, bo my to znamy od podszewki. A jeszcze byłaby wtedy taka historia w historii, nie?
Bo jeszcze musimy tą historię śledztwa zrobić. Nie musimy, ale warto by było. Dobra, biorę pozostałe trzy kości i zobaczymy, co dalej. Rzucam kolejną kością i patrzymy. Dobra, mało się potoczyła, ale okej. Salonu gier jeszcze nie mieliśmy, to już nie rzucam ponownie. Teraz mamy takie serduszko i wokół niego też takie kwadraciki, podkowa. Pewnie to też jest jakaś gra. Mi się od razu skojarzyło, jak się w grze ma ileś żyć. Bo tutaj na dole są trzy serduszka mniejsze i dwa są takie całe zakolorowane czerwone, a jedno jest takie już odkolorowione.
Więc może to jest licznik żyć i to jedno zostało stracone. I teraz czy idziemy dosłownie w może jakąś ofiarę czy coś? Chyba że naprawdę w tym momencie wydarzyła się tragedia na tej wodzie i jednak ktoś zginął. Bo też pomyślałam, że to nie musi symbolizować życia, tylko na przykład jakieś szanse, takie po prostu fabularne szanse. Hmm. Albo wiecie, w sumie tutaj jest, że tak powiem, z trzech serduszek jedno zniknięte, więc może po prostu nie tyle ofiara śmiertelna- Co faktycznie, tak jak zwykle ludzie uchodzili z życiem bez jakichś większych konsekwencji. Może bardziej przerażeni czy zachłyśnięci wodą, ale nikt nie utonął, nikt nie miał żadnych kontuzji. A tutaj może jednak jedna z tych osób została bardzo poszkodowana. Może pogryziona przez tą rybę mechaniczną. Może zrobiło się takie zamieszanie w tej wodzie, że ta osoba wpadła pod wodę albo ta ryba ją zahaczyła niechcący.
Może wtedy, na przykład przyjmijmy, że jeden z rybaków będzie miał uszkodzoną nogę. Ale może też jednocześnie być świadkiem i zobaczył, że ta ryba, która napadała na łódki, to właśnie był robot. Ta ryba wyglądała jak robot, miała jakieś śrubki i tak dalej. I możemy zrobić, że wszyscy myśleli, że on gada głupoty, że on był w szoku, że jak mechaniczna ryba, gdzie tam, przecież nie ma takich rzeczy. I może nasz śledczy zacznie sprawdzać w tym kierunku. To byłoby fajne. To by mogło nam dać trop na twórcę tej ryby, czyli kogoś, kto musi mieć dostęp do śrubek, do blach. Znać się na tym. Dobra, fajnie. Jest fajnie.
Podoba mi się. Rzucam kolejną kością. O matko z córką! Dobra, ostatnia z salonu gier. Co to przedstawia? Salon gier, czyli tu chyba w ogóle mamy różne gry. To wygląda jak człowieczek, który wychodzi z jakiejś dziury, taki zadowolony wręcz, z łapką do góry. I teraz albo może to jest jakiś superbohater, bo to nie są krzaki. Nie wiem, co to jest. To jak taki wybuch wygląda.
Ale wygląda, jakby wylatywał tam, a nie wpadał. No dobra, nieważne. Trochę wygląda, jakby wychodził z krzaków i triumfalnie unosił do góry dłoń, więc może przyjmijmy taką interpretację. I teraz myślę, że to mógłby być nasz śledczy, który wreszcie wpadł na jakiś trop. Może się zaczaił. Patrzę jeszcze na to drzewo. Czy odkryłby, że z ludźmi dzieje się coś dziwnego pod tym drzewem? Czy jednak może odkryłby trop tego inżyniera na przykład, czy jakiegoś kowala? Albo może grupa? Na pewno musi to być jakiś triumf w śledztwie.
Dobra, przyjmijmy, że był ten świadek i ten śledczy miał zasadę, że nawet najbardziej absurdalne poszlaki sprawdzał, więc może stworzył listę osób, które mogłyby czy potrafiłyby stworzyć taką rybę czy jakiegoś robota. I na przykład może znalazł powiązanie, że ten jeden człowiek wszedł kiedyś w zatarg. Aha, ale tutaj nasz bohater jeszcze chyba nie znalazł. No dobra, może być, że znalazł powiązanie z tymi ludźmi opłacanymi przez tą firmę. A może też w którejś butelce było, że na przykład podążaj za diamentowym szlakiem. Coś takiego. I dopiero mu kliknęło, że jakie diamenty, że w ich mieście faktycznie rządzi tym miastem ta elita czy ci bogacze, którzy tą firmę tu wprowadzili. I może zauważył, że te osoby, które do tej pory ginęły, miały powiązania z tamtą firmą, a tu na przykład został ranny człowiek, który tak naprawdę z przypadku znalazł się na tej łódce. Może to był ktoś, kto towarzyszył temu rybakowi. Nie wiem, może jego syn albo na przykład ktoś, kto przyjechał do miasta.
Może chciał się czegoś nauczyć, zobaczyć, zwiedzać. Na przykład wynajął domek nad jeziorem i pomyślał, że fajnie będzie, jak się dogada z rybakami, zapłaci i sobie popłynie łódką. To byłoby fajne. Może też dlatego mu z początku nie wierzyli, bo nie jest stąd. Czyli możemy uznać, że w tym miasteczku jest taka mała, hermetyczna społeczność i nie ufali obcemu, który jakieś tam farmazony zaczął gadać o jakiejś mechanicznej rybie. A nasz śledczy tam poszedł. Dowiedział się przy okazji, że ten tutaj na dziko zapłacił temu rybakowi. Może ta łódka w ogóle nie była przystosowana na dwie osoby. A może też na tyle ten człowiek rozmawiał z tym rybakiem, że się dowiedział, że on tak naprawdę nie łowił tu zwyczajnie ryb na swój użytek, tylko właśnie, że dostał zlecenie z tamtej firmy. I może dzięki temu mamy tu zwycięskiego naszego śledczego, który zaczął właśnie podążać tym diamentowym tropem, bo też mu kliknęło to z tej butelki, że się kręciło na przykład wokół diamentów.
Czyli teoretycznie jezioro donosiło, ale to jest bez sensu. Znaczy i jest, i nie jest, bo pomyślałam, że jezioro będzie donosiło na tego, kto skonstruował rybę. Ale dobra, z drugiej strony jezioro powinno bronić swoich mieszkańców, czyli dlatego doniosło na firmę, która przechwytywała te ryby, jak już ustaliliśmy i coś z nimi robiła niefajnego. Dobra petarda. Ostatnia kość. O proszę, cudownie! Mamy tutaj smutnego człowieczka, który ma związane ręce jakimiś kajdanami i to jeszcze jest przytroczone do jednej nogi, jakby tą kajdanę miał jeszcze na jednej nodze. Właściwie kajdany z długim łańcuchem i jedna obręcz jest na nodze, a druga na rękach obydwu. Więc mamy tutaj ewidentnie aresztowanie. Ale wiecie co?
Musi tu być jednak zaaresztowana osoba, która tę rybę stworzyła. Dzięki tym poszlakom nasz śledczy namierzył tego człowieka, tego konstruktora tej ryby. Niestety ta ryba doprowadzała do zagrożenia życia, dlatego ten człowiek został aresztowany. Przedostatnia karta. Zobaczymy, co dalej z tym aresztowaniem. I cyk. Teraz to mamy absurd. Mamy klimat zimowy. Na pierwszym planie mamy kulę ze śniegiem, co się potrząsa i śnieg pada, a w tle mamy bałwanka i górę, a na jej szczycie jest lodówka. Otwarta, świeci z tej lodówki, więc tak jakby ten cały śnieg czy ta cała góra wypadła z lodówki.
W samej kuli, żeby było zabawnie, to, co widzimy za kulą, to jest też w kuli. Taką mamy trochę incepcję, bo w tej kuli też jest kula i tam jest też kula. Natomiast różnica jest taka, że albo to grafik zapomniał o tym, albo na żywo mamy bałwanka, który patrzy w naszym kierunku. Natomiast w tej kuli bałwanek idzie w kierunku lodówki. Nie ma twarzy bałwanka, więc wygląda, jakby szedł do lodówki, a tutaj wygląda, jakby może wyszedł czy wyjechał z tej lodówki i sobie na nas patrzył. Myślę, że jak to ja zawsze się doszukuję nie wiadomo czego. Jak to może wpłynąć teraz na to wszystko? Może jest zima, może jest zmiana pory roku. Może ten aresztowany człowiek to jest konstruktor lodówek, na przykład budował sprzęty AGD w tym miasteczku. To jest raz.
Stąd bym wzięła tę informację na jego temat. Ogólnie tu jest taki zimny ten krajobraz i ten bałwanek ma też czapeczkę świąteczną, więc może tutaj mamy przeskok czasowy. Teraz myślę, czy w momencie, kiedy został zaaresztowany, te ataki się skończyły. Może będzie musiał siedzieć tam ileś miesięcy, że dopiero na przykład wyjdzie na święta. Ale dobrze, że wyjęłam czwartą kartę, to może z tej czwartej karty zobaczymy, co się stało z tą firmą. Jednak sprawca tych tragedii został aresztowany i ukarany, ale w trakcie śledztwa ten nasz śledczy odkrył ten motyw, że to jest jednak grubsza sprawa i bardzo delikatna. Z tymi firmami, bo na przykład może te butelki dalej wypadały, że po skończonej sprawie jednak butelki się nie zatrzymały i jezioro za wszelką cenę ciągle wysyłało temu śledczemu wiadomości związane z tym, żeby ochronił ryby, żeby z tymi rybami się nie działy jakieś tam... Może robili na przykład jakieś eksperymenty na tych rybach. Może tak pójdźmy, że inaczej kiedy ta ryba zostawała w łańcuchu pokarmowym, czyli po prostu została wyłowiona i zjedzona, a inaczej kiedy te ryby były podtrzymywane w laboratorium w sztuczny sposób, na przykład były żywcem obierane ze skóry i tak dalej, a że w naturze wszystko jest połączone, to może to jezioro też czuło ból tych ryb i chciało za wszelką cenę, żeby ten proceder się zakończył. Takiego wykolejenia natury tej anomalii.
To zobaczmy na tej czwartej karcie, jak zakończyła się ta sprawa. Mamy tutaj kolejną abstrakcję, taką znaczeniową. Mamy miskę, w tej misce mamy włóczki i w te włóczki mamy powbijane druty, wiatraczki takie, co czasami się wtyka w doniczkę, żeby przestraszało ptaki. Czy czasami dzieciaki chodzą z takim wiatraczkiem napędzanym, takie malutkie, kolorowe. Mamy też w te włóczki wbity, wypadło mi słowo. Na czubkach dachów na przykład się montuje taki kierunkowskaz, wiatrowskaz, często z jakimś kogutem albo inną ozdobą. Pokazuje kierunki świata, tak że właściwie można na podstawie tego stwierdzić skąd dokąd jaki wiatr wieje. To to jest wbite. Co tu mamy? U góry mamy jeszcze w ogóle takiego grubego, puchatego pająka.
Mamy pełno pajęczyn. Znaczy taki gruby, jakiś tam krzyżak, bo obstawiam, że tego typu pająk, bo wyplata sieci. Nie że jak tarantula, która skacze, tylko tu mamy ładnie wyplecione sieci. Pewnie jak ktoś się zna na pająkach, to może i nawet po samej sieci by coś tutaj wymyślił czy powiedział więcej. I ten pająk sobie zwisa z tych sieci. Co tu jeszcze? Jeszcze mamy taki wykolejony widelec, tak jakby ktoś próbował może jeść tę włóczkę, ale widelec zęby ma krzywe, takie powykrzywiane. Pierwsze moje skojarzenie z tymi pajęczynami, że minęło bardzo dużo czasu, więc może tak być, że minęło na przykład ileś lat. Włóczka i ten drut taki wbity skojarzył mi się właśnie z taką starszą osobą, która sobie gdzieś tam na tych drutach robi. Tylko teraz myślę, chyba że ten człowiek, który został w areszcie.
Pognieciony widelec. Nie wiem w sumie bezpośrednio, czego symbolem jest widelec. Na pewno ma jakąś swoją symbolikę w sztuce i nie tylko. Ale to jest co? To jest narzędzie, którym się coś je, a jak ma pokrzywione te zęby, to jest zepsute narzędzie. Nie wiem, jakąś taką starość tutaj. Nie wiem czemu z tej karty taki upływ czasu, ale mamy też ten wiatr. Wiatr czasu, wiatr zmian. Mógłby to być rodzaj epilogu w tej naszej historii, że minęło ileś lat. Bo w sumie jeżeli to takie szychy bogate prowadziły ten proceder, to pewnie rozwiązanie tego nie trwało krótko.
Może nasz śledczy się postarzał? Albo może cała historia mogłaby być w ogóle jedną wielką retrospekcją, a na koniec ten epilog byłby po prostu może nawet nie byłby epilogiem, tylko sceną kończącą, że całą tę historię nasz śledczy opowiada już będąc w domu opieki albo już wiedząc, że niedługo jego czas się zakończy i wspominał swoje najdziwniejsze śledztwo. Teraz patrzę, czy coś jeszcze mógłby powiedzieć, jak trafił na trop tej firmy. Nie mamy w sumie dalej rozwiązania z tymi rybami. Patrzę na te zniszczone narzędzie, bo ten rysunek emanuje jednak spokojem. Pomyślałam, że zniszczone narzędzie, czyli mógł doprowadzić do zniszczenia laboratorium na przykład. Ale może ludzie się skrzyknęli? Patrzę na tę włóczkę, te kłębki w miseczce, sznurki więzi mieszkańców na przykład, bo to była mała, tak jak mówiłam, hermetyczna społeczność, więc może wcale dużo nie trzeba było, żeby to się rozniosło, żeby mieszkańcy sami posprzątali swoimi protestami na przykład te wiatraczki. Może właśnie to taki morał, że więzi międzyludzkie przynoszą zmiany. Ten wiatr zmian właśnie taki, że on jako śledczy nie mógł nic zrobić.
Ale możemy założyć, że nasz śledczy do końca nie wiedział o tym magicznym jeziorze i drzewie. A może w jego historii on tak to określił, bo na przykład nigdy nie odkrył, kto tak naprawdę dawał mu te wiadomości. Więc tak trochę w formie baśni to opowiadał, że magiczne jezioro i wielkie drzewo, które wprowadzało ludzi w trans i w ogóle. Może to na przykład wnukom. Był już stary i to opowiadał historię wnukom. Zdaje się, taki motyw był w filmie i to chyba też była książka przede wszystkim, a później film „Narzeczona księcia”, ale nie pamiętam autora książki. Bardzo ładny film. I tam właśnie się wszystko zaczyna, jak wnuczek zdaje się był chory i dziadek przyszedł i mu czytał bajkę. Opowieść całą taką, wiadomo, klasyczne fantasy i piękny wątek miłosny, jakiś w ogóle wątek przygody, cierpienia i tak dalej, różnych przeciwności losu. Polecam.
Naprawdę bardzo miło z dzieciństwa wspominam ten film i może tutaj właśnie też byłby taki moment, że ten śledczy opowiadał swoim wnukom swoje śledztwo w postaci baśni. Może to tak. A co do wiatru zmian, to po prostu firma. Może zostali pogonieni przez ludzi, bo w sumie skoro raz zaczęli krzywdzić ryby, to niewykluczone, że taka bezwzględność nie znika z dnia na dzień. Więc tutaj może faktycznie wyszło więcej brudów z tej firmy i dlatego musieli nawet zniknąć z miasta i na powrót tam się zrobił spokój. Nie brakowało ryb w jeziorze. Jezioro odżyło. Może nawet zrobić, że jezioro od tamtej pory wyglądało uśmiechnięte. Może bardziej błyszczało. Jak byliście gdzieś kiedyś nad jeziorem i widzieliście, jak słońce świeci, to czasami takie diamenciki na tym jeziorze pływały.
To może właśnie takie jezioro odzyskało swój dawny diamentowy look. Dobra, mamy to, nie wymyślam dalej. Fajna historia. Podoba mi się. Jeszcze to wspomnienie mojego ukochanego filmu z dzieciństwa. Tak. Ja kończę historię z takim miłym ciepełkiem w środku. Mam nadzieję, że u was też cieplutko tam w środeczku. Jak nie, to przesyłam wam dobrą energię. Niech się wam dobrze dzieje.
I co? I słyszymy się za tydzień. Pa.
[02:32:02] - Piotr Cielebiaś czeka po raz drugi, bo mamy jeszcze dzisiaj odcinek MałPy. A MałPa dzisiaj o znakomitej książce Wojciecha Chudzińskiego „Ten drugi w nas”. Piotr o tym powie w audycji, ale ja też powiem przed audycją. Tę książkę możecie państwo znaleźć w postaci audiobooka na stronie Radia Paranormalium. Tam długie, ponad ośmiogodzinne wydanie audiobookowe czytane przez Marka Senka Ivelliosa. Wiem z tak zwanych przesłuchów, że pojawią się również odcinki na kanale Nieznanego Świata, ale to jeszcze jakiś czas potrwa. Więc ci wszyscy z państwa, którzy od wydań papierowych, które są dostępne, można je w sieci upolować, wolą audiobooki proszę o skierowanie kroków, a w każdym razie umysłów w kierunku Radia Paranormalium. Tam książka Wojciecha Chudzińskiego „Ten drugi w nas” jest dostępna. A teraz już zapraszam na rozmowę. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:33:18] - Tradycyjnie dzień dobry, wieczór. Witam wszystkich.
[02:33:21] - Dzisiaj kolejna książka z pogranicza. Książka, która przeniesie nas w świat niezwykły. Autorem książki jest Wojciech Chudziński, nasz dobry znajomy. Ale to nie będzie, proszę państwa, omówienie książki po znajomości, bo to jest książka... Jeszcze tytuł. „Ten drugi w nas” ma jeszcze podtytuł: „Od objawień aniołów do malarstwa duchów”. Ale zacząłem pewną myśl. To nie będzie omówienie po znajomości, bo tej książki nie trzeba omawiać po znajomości. To jest moim zdaniem świetna książka, która w idealny sposób wprowadza człowieka nawet nie do końca zorientowanego w sprawach niezwykłości tego świata, w tematykę, która nas wszystkich pasjonuje.
[02:34:25] - Tak. Jak by to zacząć? To jest autor obowiązkowy. Tak bym Wojciecha określił. Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy autor, który pisze o zjawiskach z pogranicza w szerszym ujęciu od Krzysztofa Borunia, od czasów Krzysztofa Borunia. Wieloaspektowość i to, w jaki sposób Wojtek, posiadając ogromną wiedzę z zakresu psychologii, filozofii oraz religii, patrzy na niektóre rzeczy sprawia, że to są niesamowicie wartościowe pozycje. I tak samo jest w przypadku omawianej przez nas książki. Wojtek jest oczywiście zastępcą redaktor naczelnej „Nieznanego Świata”. Tak też jest w przypadku „Tego drugiego w nas”. Ta książka się skupia na ludziach, którzy odkryli w sobie niezwykłe zdolności przybierające bardzo różną postać.
Od rozmów z jakimiś wyższymi bytami po na przykład mediumiczną sztukę, ale nie tylko. Dodam dwie rzeczy organizacyjne. Po pierwsze, tej książki w wersji audio możecie posłuchać na Radiu Paranormalium. Ona jest tam w wersji ośmiogodzinnej, ciągłej. Wiem, że Ivellios przygotowuje nową wersję na kanał Nieznanego Świata, ale jak wam się pali i jak nie znacie jeszcze tej pozycji, a chcecie sobie jej posłuchać, to znajdziecie pod spodem link, gdzie Ivellios czyta wspomnianą publikację. Druga sprawa to jest jedna z kilku książek Wojtka skupiająca się na parapsychologii. Oprócz tego on pisał między innymi o channelingu, o EVP, ale warto wspomnieć moim zdaniem takie trochę opus magnum, czyli ten cykl poświęcony zagadkom świadomości, którego kilkanaście części się ukazało na łamach Nieznanego Świata i jeszcze nie jest książką, ale myślę, że to jest kwestia czasu. Ale Marku, o czym jest „Ten drugi w nas”? Bo to jest w zasadzie opowieść o ludziach.
[02:36:40] - Tak. I to jest w ogóle, tak uznaję, wielka zaleta tej książki. To nie jest książka napuszona, która nas atakuje jakimiś trudnymi pojęciami, jakimiś wywodami filozoficzno-psychologicznymi i tak dalej. Nie. Wojtek przyjął zupełnie inną metodę. Przedstawia w poszczególnych rozdziałach świetnie napisane pod względem literackim, właściwie literackim, bo to oczywiście nie jest beletrystyka, ale to jest literacko świetnie napisane. Przedstawia nam życiorysy. Może nie życiorysy, bo to źle brzmi. Dzieje różnych postaci. Przytoczę tylko kilka.
Mamy postać Joanny d'Arc, mamy Savonarolę, mamy magów takich jak John Dee czy Kelly, mamy Twardowskiego i tak dalej. Tych postaci mógłbym... Mamy Grabiankę. Mówiąc szczerze, przed przeczytaniem książki Wojtka w ogóle nie wiedziałem, kto to był ten Grabianka, a okazuje się, że to postać, jak państwo przeczytacie albo posłuchacie, to się sami zdziwicie, jeśli do tej pory jeszcze nie wiecie. Naprawdę Wojtek wyciąga z historii postacie absolutnie niezwykłe, które przynajmniej tak, jak to śledzimy u Wojciecha, naprawdę zmieniały coś, czy to w kulturze, czy to w ogóle w dziejach. Bo to są, jak zauważycie państwo, postacie z różnych półek historycznych. To mam tylko na myśli. Joanna d'Arc, wiadomo. Ale okazuje się, że ten Grabianka poza tym, że robił w rzeczach niezwykłych, to swoje ambicje, nazwijmy to, polityczne również miewał. I w ogóle to, co czytamy.
Wierzcie mi państwo, kiedy ja przeczytałem tę książkę i przeczytałem o zwierciadle Twardowskiego i uświadomiłem sobie, że ja w tym Węgrowie, gdzie to zwierciadło w kościele jest zawieszone, byłem, patrzyłem, a potem dopiero przeczytałem tę historię, którą Wojtek w sposób mistrzowski podaje w książce, to jak mi się te dwie rzeczy połączyły, to takie zrobiłem: „Wow”. Wiem? I byłem. I to nagle miało dodatkowe znaczenie dla mnie. Wierzcie mi państwo, tych postaci, nie chcę ich w tej chwili wszystkich wymieniać, ale są tam postacie, o których ja na przykład czytając książkę po raz pierwszy nigdy wcześniej nie słyszałem. Ale są takie, jak już wymieniłem, oczywiste postacie, które człowiek zna niejako, sam nie wie skąd je zna, ale zna. To nie ma zresztą większego znaczenia, bo postacie, które opisuje Wojciech, każda z nich pod jego piórem nabiera cech, wybaczcie państwo cudzysłów znowu, takiego Supermana. To się jawią jako postacie naprawdę niezwykłe, naprawdę sięgające, znowu cudzysłów, gwiazd. Naprawdę postacie, które się człowiek dziwi, że tak cicho dzisiaj o niektórych z nich. Sam byłem naprawdę, kiedy czytałem tę książkę po raz pierwszy, byłem autentycznie zafascynowany i rzadko mi się zdarza, żebym książkę niebeletrystyczną przeczytał tak szybko, a w dodatku z jakimś takim przymusem, który większość z państwa, przynajmniej ci z państwa, którzy dużo czytają, nie raz się zetknęła z takim przymusem, że człowiek prędzej skończy tę książkę o czwartej nad ranem, niż porzuci ją, żeby czytać ją następnego dnia.
Coś takiego w tej książce jest, że idziemy w kolejne historie. To tak jak z przyłączaniem seriali na Netflixie czy na innej platformie streamingowej. No jeszcze jeden odcinek. No dobra, jeszcze jeden, ale już środek nocy. No ale dobra, jeszcze jeden. Jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Troszeczkę tak jest z książką Wojciecha.
[02:41:23] - Tak. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że chociaż prezentuje on nam te postacie jako kogoś, kto mocno wpływał na historię, na kulturę, mamy pewną woltę tam, bo „Ten drugi w nas” stawia przed czytelnikiem pytanie o to, skąd się te niezwykłe zdolności i doznania biorą. Czy one są wynikiem zewnętrznych oddziaływań, jakichś tam bodźców, opętań, nawiedzeń, inspiracji bosko-demonicznych? Czy może jest zupełnie odwrotnie, że nosimy w sobie te zdolności po prostu od początku? One są wrodzone, często są fantastyczne. Tyle że to jest tak, że mamy do czynienia ze zdolnościami, czasami też z jakimiś talentami, które po prostu nie są nam dostępne na co dzień. One są w naszej głowie, one są w tym kimś drugim w nas. I jeżeli mowa o tych niezwykłych talentach plastycznych, literackich czy innych, to one mogą należeć do którejś z naszych osobowości. I to się ujawnia w życiorysach osób, o których Wojtek pisze. Joanna d'Arc, Swedenborg.
U nich się nagle aktywował taki wewnętrzny głos, jakiś łącznik z tajemnym światem, sprawiając, że poprzez swoje działania oni się zapisali w historii. Co prawda w różny sposób, ale jednak. I ta książka nam pokazuje też bardzo ważną rzecz, że zjawiska i zdolności, które dzisiaj są wyrugowane poza pole nauki oficjalnej, to de facto przez setki lat kształtowały naszą kulturę, kształtowały historię, mocno wpływały na światopogląd ludzi. Przy czym to też jest tak i to myślę, że jest pewna część tej książki, taka, która nas wpędza w głęboką zadumę, że mamy świat religijny, gdzie takie dary są przyjmowane jako coś, z czym się nie dyskutuje, bo to pochodzi od Boga i to prorok ma te wszystkie zdolności niezwykłe. Ale w pewnym momencie, kiedy chrześcijaństwo zapanowało w Europie, to mieliśmy taką sytuację, że oddzielono sferę doznań mistycznych od czegoś, co zaczęło być nazywane okultyzmem. I tutaj widzimy też, że były osoby, które nie będąc duchownymi, nie będąc w 100% motywowane religijnie, bo można powiedzieć, że Swedenborg jest dobrym przykładem. On się poruszał na granicy między okultyzmem a religią. On miał doznania tego typu, że nazwalibyśmy je dzisiaj czymś w rodzaju OBE, może nawet kontaktów z istotami nieludzkimi. A jednak on to wszystko ubierał w taką formę religijną, bo tylko to było akceptowane. I my widzimy przez tą książkę, że ludzie od zawsze mieli kontakt z czymś, co nie jest do końca wytłumaczalne, ale jednak jest.
I problem jest taki, że dzisiaj nawet jest trochę niezręcznie o tym wszystkim mówić, bo osoby, które mają takie zdolności, są automatycznie stygmatyzowane. Te tematy, o których Wojtek mówi, jak wspomniałem, one są wyrugowane trochę poza pole oficjalnej nauki, ale one mocno przecież nas zbudowały. Ekstrasensi oddziaływali nie tylko bezpośrednio na historię, jak Joanna d'Arc czy raz Putin, ale często pełnili taką rolę królewskich doradców, zauszników. Oni byli gdzieś zawsze w drugim rzędzie. Na przykład wspomniany John Dee czy Edward Kelley. To były ważne osoby, o których roli w historii nie pamiętamy, a to przecież on, John Dee wymyślił termin na przykład Imperium Brytyjskie. Był też jednym z prekursorów kryptografii. Czy kryptologii. Także jest to fascynujące, że nagle patrzymy w przeszłość i widzimy mnóstwo ludzi, których nazwiska czasem znamy, a nie orientujemy się, że z dzisiejszej perspektywy na wielu z nich patrzylibyśmy przez pryzmat sceptycyzmu, że to szarlatani mogą być i tak dalej. Ale jednak te osoby miały kontakt z czymś, co do końca chyba jest niewysłowione.
Bo tutaj z jednej strony możemy mieć do czynienia z inspiracją duchową, że to jest zewnętrzne oświecenie, że to jest zewnętrzny dar pochodzący od innej istoty, która się komunikuje z daną osobą na zasadzie channelingu czy bezpośredniego kontaktu. A z drugiej strony taka blokada nam zapada, że nagle rozpatrujemy to przez pryzmat religijny, ezoteryczny. To jest też wartość tej książki, że ona nam pokazuje, jak się pomimo wszystko zmieniała recepcja ludzi, którzy mieli kontakt z tamtą stroną. To nie chodzi tylko o malarstwo spirytystyczne, ale ja bym sięgnął dalej, że tak naprawdę korzenie tego fenomenu, o którym Wojtek pisze, tkwią w szamanizmie, w naszych początkach.
[02:47:00] - A ja chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej książki. Otóż Wojtek pisze o rzeczach niezwykle ciekawych, ale od razu, jak się po tę książkę sięgnie, czuć, że Wojtek wywodzi się z kręgów literackich. Państwo być może tego nie wiecie, ale Wojciech Chudziński to na przełomie lat 80. i 90. było znaczące nazwisko, jeśli chodzi o polską fantastykę naukową. On publikował zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i wspólnie w teamie z Tadeuszem Oszubskim świetne opowiadania. Te opowiadania znajdziecie państwo chociażby w miesięczniku „Feniks”, w jego pierwotnych numerach z lat 90. Naprawdę sięgnijcie państwo, to jest naprawdę świetna proza. I to widać, kiedy czyta się książkę już niebeletrystyczną, „Ten drugi w nas. Od objawień aniołów do malarstwa duchów”, bo jest to świetnie napisane.
Już to mówiłem, że świetnie pisane. To powtórzę po raz kolejny: świetnie pisane. Ale jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Ta książka jest świetnie zakomponowana, bo mamy dwie części. Poznajemy różne postacie historyczne, mniej lub bardziej dziwne, ale z naciskiem na dziwne. Ta dziwność czasami szokuje, czasami trochę mniej, ale czytamy te historie jedna po drugiej, one nas wciągają. A na końcu książki mamy całkiem rozbudowane zakończenie, w którym Wojtek wykłada nam, po co o tych wszystkich postaciach pisał. I to jest najważniejsza część tej książki, bo my wyposażeni w przykłady, które poznaliśmy jako ciekawe historie, ciekawe życiorysy, nagle dostajemy wykładnię, o co tak naprawdę chodziło, z czym można powiązać te życiorysy, jak można to interpretować. I wierzcie mi państwo, ta kompozycja to też nie jest oczywiście przypadek. To doświadczenie literackie, które podkreślałem, ewidentnie odgrywa tu wielką rolę.
To jest kolejna zaleta tej książki. Ona jest nie dość, że świetnie napisana, do znudzenia będę to powtarzał, to jeszcze jest znakomicie skomponowana, ustawiona w taki sposób, że my pewną wiedzę pozyskujemy przy okazji, a w dodatku dostajemy pewną interpretację, propozycję, jak można odczytywać takie życiorysy, jak można to w ogóle rozumieć. I to jest moim zdaniem ogromna zaleta tej książki.
[02:50:23] - Czytając to, o czym powiedziałeś, zaczynamy się też zastanawiać nad tym, że skoro każdy nosi w sobie tego drugiego, to czy nie byłoby fajnie go aktywować na przykład przy pomocy hipnozy czy różnego rodzaju technik mentalnych? Bo kto by nie chciał mieć jakiegoś supertalentu, nauczyć się nagle malować w taki sposób jak wielcy mistrzowie? Tylko że to tak nie działa. Przy czym od razu się budzą tutaj pytania o to, dlaczego świat, psychika, świadomość działają tak, a nie inaczej. Gdzie leży ta cienka linia oddzielająca świat realny, ten, w którym się obracamy, od tego niewidocznego? To, co bywa nazywane zjawiskami paranormalnymi, jest tak naprawdę czymś absolutnie normalnym, tylko rzadkim. Czy ta granica między paranormalnością a normalnością w ogóle istnieje? Czy to po prostu jest dzieło przypadku, że raz na jakiś czas rodzi się ktoś, kto ma to szczęście albo też nieszczęście, że potrafi komunikować się z tymi ukrytymi pokładami świadomości czy Nie wiem, kroniki Akaszy czy astralu, jak sobie to nazwiemy. Przypominam jeszcze raz, że książka „Ten drugi w nas” jest do odsłuchania w wersji ośmiogodzinnej, YouTube'owej na kanale Radio Paranormalium.
[02:51:54] - Pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia w kolejnym przeglądzie „Książek z pogranicza”.
[02:52:02] - Pozdrawiam i do usłyszenia.
[02:52:06] - Proszę państwa, czas na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Powiem tak, już to sygnalizowałem od kilku audycji. Dzisiaj słuchamy przedostatniego „Labiryntu” Mirosława Gołuńskiego. Książka, którą omawia ten nieoceniony literaturoznawca nosi tytuł „Ptaki, które zniknęły”.
[02:52:52] - Dobry wieczór albo dzień dobry. Nie wiadomo, kiedy znajdziecie państwo czas, by wysłuchać tego zaproszenia do „Labiryntu książek”. Dzisiaj „Sztolnia”. Jeden z moich kochanych i ulubionych. Nie będę tego ukrywał, gdyż chciałbym państwa zaprosić do lektury kolejnej książki wydanej przez wydawnictwo MAG w mojej ulubionej serii Uczta wyobraźni. I to nad tą „Sztolnią” jest oczywiście napis Uczta wyobraźni. To jedna z trzech książek, które wyszły na początku tego roku. O poprzedniej, czyli o „Biglu” i „Kalabrii” już mówiłem kilka tygodni temu. Dzisiaj druga z powieści teraz opublikowanych. Została jeszcze trzecia, ale trochę państwo poczekacie.
Simona Jiméneza „Ptaki, które zniknęły” w bardzo ciekawym przekładzie Wojciecha Pruchniewicza. Dlaczego ta książka jest ważna? Nie tylko dlatego, że wyszła w MAG-u, chociaż pewnie jestem odosobniony. Książki wydawane w tej serii, czyli w Uczcie wyobraźni, z natury rzeczy są dobre. Przyznaję bez bicia, a przeczytałem ich ponad 70. Spotkałem jedną książkę, która była naprawdę bardzo słaba. Dla mnie to absolutny efekt, którego nie udało mi się dotąd wytropić w żadnej innej serii fantastycznej i jakiejkolwiek innej serii, z którą zdarzyło mi się w życiu mierzyć, a trochę ich w życiu, państwo już na pewno się świetnie orientujecie, przeczytałem. Czym są „Ptaki, które zniknęły”? Pozornie to właściwie space opera. Mamy wszystko, co potrzebne.
Superszybkie statki kosmiczne o różnych napędach. Jest niezwykła projektantka naukowczyni Fumiko, która żyje tysiąc lat. Oczywiście nie cały czas jest w stanie działania. Znaczną część czasu śpi w śnie kriogenicznym. Jest wybraniec, który w dużej mierze realizuje projekt wybraństwa. Na ogół ma imię, czym jest Kaede. Realizuje do pewnego stopnia założenia słynnego monomitu Campbella. Z tym, że szybko się okazuje, że tak naprawdę on jest questem. On jest artefaktem, którym trzeba coś zrobić. I tutaj zaczynają się schody.
Jest wreszcie drużyna, na której czele stoi doświadczona kapitan Nia. Drużyna jest zmienna. Są nieskomplikowane relacje, bardzo dobrze opisane. Mamy wreszcie koronkową fabułę, która przemieszcza się w czasach. Wymaga od czytelnika uwagi, ale podstawowe rzeczy są absolutnie zrozumiałe. Akcja zaczyna się na pewnej planecie. Jak się okaże, planeta Umbria jest poniekąd sztuczną planetą. Została zasiedlona przez ludzi jakiś czas temu. Na planecie tej, która właściwie służy wyłącznie pracy, na której hoduje się pewne ziarno, które odbiera kapitan Nia, która lata takim pojazdem kosmicznym, który jest przeznaczony do przewożenia towarów. Nie, to nie jest Han Solo w spódnicy.
To trochę bardziej skomplikowana historia. Na tej planecie stąd i zowąd przebywa niemy chłopiec. Niemy chłopiec, który z nikim nie rozmawia, ale od pewnego momentu zaczyna grać na flecie. Prostym urządzeniu zrobionym na tej planecie. I to jest bardzo ważny motyw tej powieści. Oczywiście nie będę zdradzał, jak to dalej będzie. Mamy potem długie podróże, mamy zadania, mamy zdrady, mamy przemoc. Chociaż nie ma bitew w tym rozumieniu, więc w tym sensie to nagle nie jest space opera. Natomiast fabuła, przestrzenie są wyjątkowo koronkowo splecione ze sobą. Co więcej, nawet jeżeli bohaterowie podróżują i odwiedzają kolejne światy, to nie ma w tym przypadku.
W szerszym polu ideowym powieści każde wydarzenie ma swoje konsekwencje i ma swoje znaczenie w jej rozumieniu. Ale niestety autor nie ma dla nas litości i swoich bohaterów traktuje koszmarnie. To na pewno. I tutaj nie jest to typowy wytwór Hollywoodu, a jednocześnie potrafi być bardzo liryczny, współczujący. Mamy prawdziwe uczucia i jeszcze prawdziwsze interesy. Powieść napisana została z niezwykłym rozmachem, w którym przestrzeń i czas mają znaczenie, ponieważ kurczą się i rozkurczają, czy to w rytm korporacyjnych podbojów, czy zgodnie z technicznymi i nie tylko wynalazkami ludzkości albo odkryciami. Ale to jednocześnie bardzo krytyczna i precyzyjna opowieść o neokolonialnych działaniach dzisiejszych jak najbardziej Ziemskich korporacji. W trakcie lektury przypomniała mi się dziś jeszcze nieudana próba opatentowania w latach 90. DNA człowieka, oczywiście w Stanach Zjednoczonych, który okazał się odporny na AIDS. To była słynna sprawa.
Pewnie u nas przeszła bez echa, ale okazało się, że pewien człowiek ma naturalną odporność na AIDS. Zastanawiano się, prawdopodobnie ma to w kodzie genetycznym, czyli we krwi. Jedna z firm farmaceutycznych chciała się zająć tym problemem, ale chciała sobie zapewnić monopol na wszystko, co z tego człowieka by wyszło, również na jego DNA. Na szczęście dopiero w Sądzie Najwyższym uznano, że DNA jest niezbywalne. W związku z tym człowiek ten obronił swoją własność. Obronił siebie, proszę państwa. Opowiedziana w powieści historia nie różni się aż tak bardzo, poza jednym szczegółem. Nie ma urzędów patentowych, jest wyłącznie naga przemoc. Tak, to jest bardzo ostra historia, chociaż trzeba się jej uważnie przyjrzeć. Ale to również bardzo nowoczesny tekst.
Mówiąc swoim językiem, wręcz ponowoczesny, ponieważ pada pytanie o to, kto jest dobry, a kto jest zły. Czy żyjąca tysiąc lat Fumiko, w powieści obchodzącą swoje tysięczne urodziny, oczywiście w sensie chronologicznym, nie biologicznym, która nie potrafi zapomnieć o porzuconej na ziemi kochance i każe kolejnym nałożnicom mieć jej oczy i włosy, na pewno jest dobra? Im dalej brniemy w tę powieść, tym wszystko jest mniej oczywiste. Kiedyś porzuciła kochankę, bo to też jest bardzo życiowe. Bo chciała kariery. By ją móc kontynuować, podpisała zobowiązanie, że na kilka lat zniknie ze świata, odetnie się od mediów elektronicznych, odetnie się w ogóle od wszystkiego i wszystko, co zrobi w tym czasie dla korporacji, do której się dopisała, z którą podpisała kontrakt. A była bardzo inteligentną, bardzo dzielną kobietą. Przy tym, co ciekawe, Fumiko też jest naznaczona, ponieważ w jej czasach można już było grzebać w DNA i uczynić dziecko z natury pięknym. Jej matka, niespełniona aktorka zresztą, uczyniła Fumiko świadomie brzydką, co oczywiście wywoływało w niej wiele kompleksów. Ale Fumiko spotkała przepiękną Danę, z którą miała krótki, płomienny romans, ale kariera okazała się ważniejsza.
Więc jaka jest? Czy ludzie są mniej egoistyczni niż korporacje? W powieści bowiem Fumiko prowadzi własną grę również z korporacją. Czy z tego powodu możemy ją uważać za kogoś lepszego? Czy będąc człowiekiem zamożnym, geniuszką, na pewno jest lepsza niż korporacja, której służy? Gdzie przebiega granica między wykonywaniem zleceń, poleceń a własną decyzją jednostki? To są pytania, które w tej powieści się pojawiają, ale tak naprawdę przede wszystkim musimy zobaczyć, bo to jest powieść, którą nie do końca odnajdujemy w naszym myśleniu o świecie. Dlatego, że Jimenez to opowieść o kosmicznej korporacji, która nie ma twarzy, ale trwa. Ale równocześnie bardzo łatwo przełożyć to doświadczenie na korporacje dzisiejsze, które również nie mają twarzy, bo w końcu akcjonariusze są tylko ich współwłaścicielami, ale nie oni decydują o strategiach firmy i o nowym kolonializmie. Bo neokolonializm, zjawisko, o którym mówi się od kilkudziesięciu lat na świecie, którego my może nie doświadczamy aż tak bezpośrednio, chociaż częściowo pewnie doświadczamy, tylko nie czujemy jeszcze w szczególności tego wyzysku, sami się wyzyskujemy, okazuje się kluczowy dla tej powieści.
Bo za bardzo ciekawą, dynamiczną akcją z elementami lirycznymi, bardzo dobrze zgranymi, bardzo dobrze wybranych środków fabułotwórczych, autor zaskakuje nas, w tle umieszczając świat, w którym ja się potrafię odnaleźć. Ale to jest trochę tak, jak ze słynną pisarką, w tej chwili również uprawiającą fantastykę, z Jemisin. Otóż Jemisin zdobyła trzy razy z rzędu Hugo, chyba najważniejszą nagrodę w fantastyce i polska krytyczka literacka, z litości nie powiem, nie będę wymieniał jej nazwiska, zauważyła, że po wielu latach kobieta znów zdobyła Hugo. Pierwsze od czasów Ursuli Le Guin. Nieprawda. Od Ursuli Le Guin Hugo zdobyło dwadzieścia kilka kobiet, a może i trzydzieści. Nie liczyłem dokładnie, ale duża grupa. Natomiast to, co wnosi Jemisin, to nie chodzi o kobiecość. Jemisin wnosi swoją afroamerykańskość, tak jak prawdopodobnie Jimenez jest Latynosem, czy jest Latynoamerikano. I Jemisin mówi właśnie o neokolonializmie, ewentualnie o problemach osób LGBT i tak dalej, ale to nie ma nic wspólnego z feminizmem, o który owa krytyczka oskarża „Pękniętą ziemię”.
Ten cyt „Pęknięta ziemia”. I tu jest podobnie. Tu nie chodzi absolutnie o żadne LGBT, gendery i tak dalej. Oni już to mają za sobą. Naprawdę. Ta powieść pyta o korporacjonizm. Tu nie ma państw. Tu są korporacje, które mogą posunąć się do zbrodni, które mogą zniszczyć świat, który nie chce im ulec, które wykorzystują ludzi. W powieści jest ich dwoje co najmniej i zostawiają ich na lodzie, mają ich gdzieś, bo są dla nich nieważni. Akurat mówię tu o wykorzystywaniu perfidnym, kiedy bohaterowie — jedna jest bohaterką, druga to jest narracja dodatkowa — zdradzają najbliższych i nic z tego im nie przychodzi.
Fumiko robiła podobnie. To nie jest świat prostych wyborów, to nie jest świat, po wyjściu z którego będziemy czuli się lepsi. Nie, nie poczujemy się lepiej, ale możemy — i to jest dla mnie wiedza bezcenna, którą się z państwem dzielę — lepiej rozumieć świat, w którym żyjemy, bo temu tak naprawdę powinna służyć fantastyka i temu służy, gdy jest dobra. A dostrzeżenie tych różnic, dostrzeżenie tych nieoczywistości w tej powieści nie jest bardzo skomplikowane, ale musimy wyjść ze strefy komfortu. A i tak będzie bolało. Dziękuję bardzo i do zobaczenia.
[03:05:22] - Czas na odrobinę literatury. Tą odrobiną będzie książka, którą poznajemy już od kilku tygodni. Władysław Sadge, „Goście z Marsa”. Na początek księga trzecia, rozdział trzeci. Czyta Reda Haddad.
[03:05:44] - Władysław Sadge, „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Haddad.
[03:06:03] - I dziś czuję, że powietrze u was jest rzadkie. Nie możemy wyrabiać gęstszego, bo nam coraz więcej szkodzi. Słabsi jesteśmy niż wczoraj, a na to wnet nam zabraknie żywności, więc musimy ją oszczędzać. Mimo to pytaj, chętnie odpowiadać będziemy, jak długo sił starczy. Jaką korzyść odnosicie wpajaniem tej dawnej zasady chińskiej? Na niej opiera się cała moralność nasza, która jest znacznie wyższą od waszej. Mówiłem ci już, że zasadę tę znali już dawni nasi przodkowie, ale jako młodzi jeszcze i niedoświadczeni nie umieli jej wyzyskać we wszystkich kierunkach. Etyka Europejczyków była egoistyczną, jak wszystkie ich zasady wydobyte w wieku młodzieńczym, które tylko siebie ma na względzie. Etyka Chińczyków obejmowała koło szersze, ale znacznie wydoskonaliła się dopiero później, kiedy zakres jej sięgał do ostatnich granic ludzkości. Więc twierdzisz, że etyka chińska była wyższą niż europejska?
To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Oprócz zasady chrześcijańskiej zapożyczonej ze Wschodu „kochaj bliźniego jak siebie samego”, mającej trochę ogólniejsze znaczenie, reszta praw i zwyczajów były czysto egoistyczne, bo wszystko skupiało się w tym twierdzeniu: dobry uczynek jest twą zasługą, zły twoją winą. Jest to twierdzenie zupełnie fałszywe. Stąd też i skutki zeń wynikające musiały być szkodliwymi dla społeczeństwa, bo ani dobry, ani zły uczynek nie należy od pojedynczej jednostki, ale od wielu poprzednich przyczyn i równoczesnych warunków, w ogóle od społeczeństwa całego. Dlatego słusznie zasada chińska obwinia za zły uczynek całe społeczeństwo, wśród którego winowajca żyje, a jeszcze słuszniej uszlachetniało zmarłych rodziców, skądinąd ich dziecią znaczyło się pożytecznym, dobrym uczynkiem. Ja bym zaś chętniej pogodził się z zasadą Europejczyków, według której nagroda i kara spotyka osobnika, a nie społeczeństwo całe. Bo pierwsza zachęca, a druga odstrasza. Zasada zaś chińska ani pobudza do dobrego, ani wstrzymuje od złego. Przyznaję ci słuszność, ale pod pewnym względem tylko. Zasada europejska jest dobrą dla ludów szybko się rozwijających, bo egoizm najbardziej pobudza do dzieł wielkich i najwięcej przestrasza karą jednostkę.
Atoli dla narodu długowiecznego, powoli postępującego, jest zasada chińska znacznie wyższą, bo rozwija bardziej altruizm. Wyznam, żem się nie spodziewał tego wyniku. A przecież tak łatwo go wysnuć. Jeśli nagroda mnie tylko oczekuje za dzieło wielkie, szlachetne i pożyteczne, to wolno mi go nie wykonać, bo cóż, kogo obchodzi moja nagroda? Podobnie wnosić należy w przypadku przeciwnym. Jeśli kara mnie tylko dotknie, wolno mi popełnić zły uczynek, bo ja będę zań tylko odpowiedzialny, bo ja mogę nawet pragnąć tej kary. Podobne wypadki wydarzały się nawet dość często wśród społeczeństwa rasy śródziemnej. Jedni nie pragnęli nagrody ze zbytniej skromności lub z pogardy dla nagrody samej i ludzkości, i zabrali do grobu swe wielkie pomysły, niszczyli przed śmiercią swe wielkie dzieła. Inni znowu przeciwnie, popełniali największe zbrodnie, byle zasłużyć sobie na karę śmierci lub więzienia. Inaczej zupełnie filozofują i muszą myśleć ci, którzy postępują według zasady chińskiej.
Każdy najdrobniejszy dobry mój uczynek, nawet spełnienie tylko choćby obowiązku, nie przynosi mnie tylko korzyść, ale całemu społeczeństwu. Nie wolno mi zatem cofać się od wykonania tego, ale nawet powinienem myśleć o spełnianiu ciągle dobrych uczynków, bo tym sposobem zasłużę się społeczeństwu, a tym samym część korzyści spadnie i na mnie. Wszak jam cząstką tego społeczeństwa. Odwrotnie znowu, za każdą krzywdę, którą wyrządzę sobie lub komu innemu, spadnie kara nie tylko na mnie, ale na całe społeczeństwo. Porównaj dalej wyniki wysnute z tych dwóch zasad. W Europie nikt oprócz płatnych stróżów bezpieczeństwa nie czuł się obowiązany do pilnowania społeczeństwa przed zbrodnią. U nas każdy pilnuje wszystkich, a wszyscy każdego. W pierwszym wypadku dobry lub wielki uczynek wywoływał u innych zawiść, posuniętą często aż do nienawiści, a zły obudzał pogardę. U nas natomiast dobry uczynek musiał obudzić radość wszystkich, a zły na odwrót, był ogólny. Europejska etyka jakkolwiek prawiła wiele o altruizmie, potęgowała tylko egoizm.
Nasza natomiast rozpowszechniła i wydoskonaliła altruizm tak dalece, iż egoizmu pozostało u nas tyle tylko, ile niezbędnie go potrzeba do utrzymania bytu jednostki. Przekonałeś mnie zupełnie. Racz mi teraz mówić o swym dalszym życiu. Cieszy mnie to, ale zanim przystąpię do opowiadania o własnym życiu, muszę jeszcze słów kilka wyrzec o altruizmie. Wiadomo nam, że niektórzy ze społeczeństwa europejskiego posiadali altruizm w wysokim stopniu rozwinięty i że altruizm ten doskonalił się w tym społeczeństwie. Atoli uczucie to Europejczyków nie przewyższało wcale altruizmu, który okazywały inne narody dzikiere, jak na przykład Eskimosi, zanim ich dotknęła cywilizacja europejska. Następnie uczucie to rozbudzało się u Europejczyków w odwrotnym stosunku do ich energii. Pochodziło więc raczej ze słabości ich, ze zniewieściałości, z osłabienia woli, a nie z przekonania. Nadto altruizm u nich wyrobił się jedynie ze współczucia, którego źródło wytryskało w egoizmie prawdopodobnie, a zatem nie był wcale wyższym od naszego, a może nawet i niższym, bo nasz wypłynął z zasady dobra społeczeństwa, z którego część tylko spływała na osobnika. Zresztą nasz altruizm objął całą ludzkość już dzisiaj i jest rozwinięty równomiernie we wszystkich jednostkach.
Podczas gdy w Europie był on tylko wyjątkowym, a zakres jego bardzo ograniczonym. No ba, kiedy u was naród i ludzkość są dzisiaj równoznaczne pojęcia. Tam lepiej dla nas, tem gorzej dla was. Wracam teraz do opowiadania o sobie. Wychodząc z zapatrywania, że podstawa właściwego charakteru człowieka leży właśnie w wieku dziecięcym, kładziemy na wychowanie od roku pierwszego do szóstego największy nacisk. Zwłaszcza że od niego zależy przyszłość całej ludzkości naszej. Jeśli człowiek przebył ten wiek ku zadowoleniu swych wychowawców, na ten czas życie jego przyszłe jest zabezpieczonem. Gdyby zaś chłopak lub dziewczyna okazywał jakieś złe skłonności mogące w przyszłości zaburzyć społeczeństwo, zachwiać jego równością, na ten czas odpowiednio do okazanych skłonności przydzielają mu pracę, gdzie by mógł najmniej wyrządzić szkody, a nadto nie dozwalają mu przenieść swych skłonności szkodliwych na potomków. Tym sposobem powoli pozbywamy się wszystkich skłonności, które by społeczeństwu mogły szkodę przynieść. Więc u was złych ludzi nie ma?
Prawie nie ma. A jeśli się wydarzy wyjątkowo, że... Ach, o tym pomówimy później jeszcze. Po ukończonym więc szóstym roku, po wyrobieniu charakteru znowu nas przenoszą w najrozmaitsze miejsca celem wykształcenia rozumu. Tak wykształcenie charakteru, jako też i rozumu odbywa się wszędzie jednakowo. A zatem my musimy wszyscy być sobie równi. Odziedziczamy bowiem po równych rodzicach równe właściwości, skłonności i zdolności. Charakter wyrabia się u nas wszędzie jednakowo i wszędzie też pobieramy te same nauki. Nie, nie, nie chciałbym żyć na Marsie. Masz słuszność, ale ta jednostajność, jak już wspomniałem, jest konieczną.
W trzecim więc okresie od roku szóstego do dwunastego pobieramy w ogólnych zarysach naukę chemii, fizyki, astronomii, zoologii, botaniki, geologii, meteorologii, matematyki, geometrii, geografii i historii. Ogólne wiadomości z tych nauk każdy z nas posiadać musi, gdyż każdy musi być równo wykształconym. W roku trzynastym uczymy się czytania i pisania, a przez rok następny zwiedzamy całego Marsa i zapoznajemy się ze wszystkimi okolicami, z całą przyrodą naszej planety i z całą jej ludzkością. Po ukończeniu roku czternastego uznano mnie za odpowiedniego do wypasania owiec, a ponieważ właśnie potrzeba było pasterza w górach kaukaskich, kazano mi się przenieść do Achking, gdzie przez lata szesnaście aż do tej pory pozostawałem. Dziękuję, ale proszę, abyś mnie jak najwcześniej stąd wypuścił, bo mdleję z braku powietrza. Zauważyłem to i dlatego spieszyłem z ukończeniem mego opowiadania.
[03:13:44] - Władysław Stare Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:14:03] - W poprzednim wydaniu Bibliotekarium był tylko jeden odcinek i już, co prawda jeden głos, ale się pojawił, że dlaczego jeden, jak były zawsze dwa? Obiecuję, że w dzisiejszej audycji będą dwa. Będzie jeszcze jeden odcinek, ale nie teraz. Teraz zapraszam państwa na Recenzarium Ewiwy. A dzisiaj? A dzisiaj luzik, bo dzisiaj Kajko i Kokosz.
[03:14:56] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj będzie nietypowo, albowiem przedmiotem rozważań nie będzie książka, nawet książka dla dzieci. Tylko komiks. Tak, komiks. Na ogół uważa się ten rodzaj sztuki za pośredni, skierowany głównie do dzieci i to marginesowo. Jednak takie traktowanie komiksu jest cokolwiek niesprawiedliwe. W PRL-u, który dla większości ludzi, szczególnie tych młodszych, stanowi już rodzaj bajki o Żelaznym Wilku, komiksy zachodnie były Praktycznie nieznane. Chyba że ktoś znał angielski i miał do nich jakiś dostęp. Powiedzmy dziecko jakiegoś prominenta, ewentualnie przedstawiciela handlowego jeżdżącego na Zachód. Komiksy zachodnie można było dostać, ale w drugim obiegu, niejako bardziej podziemnym.
A co mieli robić ci, którzy nie znali angielskiego? W PRL-u uczyliśmy się przede wszystkim rosyjskiego. Angielski był dla nas prawie że niedostępny. Prędzej francuski. Dlaczego wspominam o francuskim? No właśnie. Albowiem komiks, o którym będę mówić, ma coś wspólnego z wesołą Francją. Janusz Christa. To nazwisko mówi właściwie wszystko. Jego cykl „Kajko i Kokosz" dostarczył mnóstwa radości PRL-owskiej dzieciarni i do tej pory jest wspominany z nostalgią.
Więcej! Nawet do tej pory jest czytany przez coraz młodszych czytelników, którzy nie są już w stanie wyłapać przemycanych tam smaczków, odniesień do tamtejszej rzeczywistości. Niezależnie jednak od wszelkich aluzji politycznych i społecznych, jest to po prostu kawał dobrej roboty. Jest jednak jedno „ale". Wielu krytyków zarzuca Christi, że delikatnie mówiąc, widać tam inspirację „Asterixem i Obeliksem". Fakt. Można powiedzieć, że jest tam powielony pewien schemat. Mały spryciarz i opasły siłacz o wielkim apetycie. Wioska, w której rządzi głupkowaty wódz zdominowany przez swoją energiczną małżonkę oraz wrogowie, przed którymi owa wioska musi się bronić. To są w zasadzie wszystkie podobieństwa.
Jasne, jest ich sporo. Mimo to „Kajko i Kokosz" to komiks na wskroś polski. Owszem, Christa długo bronił się przed przyznaniem, że pomysł na komiks nasunął mu cykl Gościnnego, bene Polaka. Jednak postacie, które pojawiają się w „Kajko i Kokoszu" stanowią, jakby to powiedzieć, ewolucję wcześniejszych postaci rysowanych przez Christę. Mowa tu o dwóch marynarzach, Kajtek i Koko. Myślę, że podobieństwo wypadło w tym momencie niechcący, przypadkiem. Ponieważ w końcu mowa była o marynarzach i ich przygody nie miały nic wspólnego z Asterixem i Obeliksem. Później Christa zobaczył francuski komiks i pomyślał: „A gdyby tak tych dwoje przenieść w słowiańską prehistorię?" Dwoje. Dwóch. I tak się narodzili Kajko i Kokosz, dwaj dzielni woje kasztelana Mirmiła.
Myślę, że nie należy robić Christi zarzutów z inspiracji. Jego komiks, jak już wspomniałam, jest tak bardzo polski, że już bardziej być nie może. Tak samo jak „Asterix" jest komiksem na wskroś francuskim. Do kogo Christa kierował swoje opowieści rysunkowe? Pierwszy wybór nasuwa się od razu — do dzieci. Oczywiście. Sądzę jednak, że raczej do nastolatków, a nawet do dorosłych. Bo w końcu nie oszukujmy się, wielu dorosłych czytuje komiksy. Zazwyczaj się tego wstydzą, więc się nie przyznają, ale czytają. Dlaczego nie do dzieci?
Ci, co znają twórczość Christy, na pewno przyznają, że dzieci nie byłyby w stanie wyłapać wszystkiego, co w niej jest. A część opowieści tego autora w ogóle się dla dzieci nie nadaje, jak na przykład jego genialna interpretacja bajek. Albowiem Christa nie lubił dzieci. Szczerze ich nie znosił i raczej by się dla nich nie trudził. „Kajko i Kokosz" to komiks, jak mówiłam, przeznaczony dla nastolatków, a także dla ludzi już dorosłych, którzy po prostu chcą się zabawić. I trzeba przyznać, że zabawa jest przednia. Ostatnio wydawnictwo Egmont zatrudniło rysowników, którzy kontynuują przygody dwóch dzielnych wojów oraz w ogóle całego tego uniwersum w nowych zeszytach. Nie zawsze im się to udaje zbyt dobrze. Oczywiście nie są w stanie doścignąć mistrza. Przyznać muszę jednak, że poza pierwszymi próbami, kiedy uczyniono coś w rodzaju konkursu, żeby wyłonić najlepszych rysowników, w związku z czym jako recenzentka musiałam się zapoznać ze wszystkimi pracami, to dalsze wydawnictwa trzymają jednak pewien poziom.
Młodzi rysownicy starają się zachować kreskę Christy, chociaż używają innej techniki. Starają się też zachować jego specyficzne poczucie humoru w pisanych scenariuszach. Naprawdę nie jest to złe. Nie twierdzę, że nie mogłoby być lepsze, bo zapewne mogłoby, ale i tak sądzę, że mimo wszystko nie należy mieć pretensji do Egmontu o tę serię. Sama ją czytam z przyjemnością, chociaż czasami przychodzi mi na myśl: „Christa zrobiłby to lepiej". Możliwe, ale on jednak używał innej techniki. Żył w innych czasach i pisząc swoje scenariusze brał pod uwagę innego odbiorcę oraz inne realia. Warto tu wspomnieć też, że były próby przeniesienia przygód Kajka i Kokosza na ekran, ale nic z tego nie wyszło. Zamysł stworzenia filmu aktorskiego upadł. Film w animacji komputerowej został zmiażdżony i przez krytyków, i przez fanów.
Nie do końca słusznie, ale jednak. Ostatnio Netflix uraczył widzów serią, która bazowała właśnie na specyficznej kresce Christy. Chociaż w porównaniu z komiksami opowiedziane tam przygody były bardzo skrótowe. Pewnie dlatego, że odcinki liczą sobie po kilka minut czy kilkanaście nawet. Dokładnie nie wiem, ale w każdym razie to stanowczo za mało, żeby móc opowiedzieć wszystko, co autor przekazywał w swoich komiksach. No cóż, nie jestem miłośniczką Netflixa w ogóle, ale ta akurat jego produkcja myślę, że przynajmniej spełniła jedną rolę. Uświadomiła młodszym widzom, że mamy też własne dokonania. Być może dzięki niej sięgną po oryginalne zeszyty Kajka i Kokosza. Zrobi im to bardzo dobrze, chociaż nie wszystko z tego zrozumieją. No ale zawsze mogą zapytać rodziców.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:23:09] - No to jest. No to jest, proszę państwa, Władysław Sadge Goście z Marsa. Księga trzecia, rozdział czwarty. Czyta Reda Haddad.
[03:23:21] - Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad. Ponieważ towarzysz mój czuje się nieco zmęczonym. Czy to ja ci dziś będę opowiadała o sobie. Tem chętniej słuchać będę twego opowiadania, że mi dziś lżej przychodzi oddychać w waszym mieszkaniu. Co się tyczy lat dziecinnych, aż do roku czternastego nie mam ci nic do nadmienienia, gdyż wiek ten upłynął mi w ten sam sposób, jak memu towarzyszowi, z tą różnicą, iż byłam w innych miastach wychowaną i wykształconą. Ponieważ atoli nasze wszystkie miasta są zupełnie jednakowe, różnica więc właściwie odpada. Po ukończeniu roku czternastego psycholog uznał mnie za odpowiednią do oddania się historii starożytnej. Przepraszam, że przerywam, ale nie wiem, co rozumiesz pod tym wyrazem psycholog.
Jest to specjalista, który na podstawie budowy całego ciała, a zwłaszcza czaszki, nadto na podstawie charakterów mych rodziców i rodziców tychże, jako też całego przeszłego zachowania się człowieka, orzeka o zdolnościach i charakterze badanego osobnika. On to rozstrzyga o przyszłym zawodzie naszym. On kojarzy małżeństwa i rozdziela je. A to ciekawa osobowość. Istotnie. I nie myli się w swych sądach. Omyłki bardzo rzadko się wydarzają, bo to nie jest znowu tak bardzo trudną rzeczą, jak ty sobie wyobrażasz prawdopodobnie. Nieco ćwiczenia i dobra znajomość psychologii, a głównie nauki o łączeniu się uczuć, wystarcza do wygłoszenia bardzo prawdopodobnego sądu. Cóż to znaczy nauka o łączeniu się uczuć? Wy, filozofowie sławni, nie znacie tej nauki, więc wytwarzać bydło rasowe, znakomite konie wyścigowe, psy do polowania i ku zabawie toście umieli, ale nad udoskonaleniem rodu ludzkiego nie pomyśleliście nawet.
Prawda. Wyście kojarzyli tylko majątek z majątkiem, aby zbytek i wygody doskonalić. Łączyliście ubóstwo z nędzą, by coraz więcej tworzyć niezadowolonych. Oddawaliście młodą, zdrową dziewczynę, szlachetnie urodzonemu lub bogatemu starcowi, by rozmnażać niemoralność. Z takich połączeń trudno było istotnie wydać na świat coś rozsądnego, a przynajmniej tyle głów rozumnych, aby przegłosować mogły bezrozum. Bo co komiczniejsza, u was regułą było, że rozsądek musiał ustępować i milknąć wobec większej ilości głupoty. Stąd pochodzi też, że u was prawa dziedziczności i łączenia się nie znalazły zwolenników, choć były jednostki, które je głosiły. Wśród ustawicznych zabaw i przyjemności, a z drugiej strony wśród ciągłej walki o byt nie znalazło się ani miejsca, ani czasu na myśl rozsądną. A przecież tak łatwo było uskutecznić, skoro przekonano się, że gniew ojca i matki spotęguje go u dziecka, że dobroć obojga dojdzie u potomka do wyższej doskonałości, że zdolność z jednej, a głupota z drugiej wytworzy tylko pośredni stopień. U nas od wieków stosuje się te prawidła.
Obliczają stopnie wad i zalet obojga przyszłych małżonków i według otrzymanego wyniku łączą pary. A prawo to takie surowe i ściśle przestrzegane, że wszyscy bezwzględnie ulec mu muszą. Więc miłość nie odgrywa u was żadnej roli? Usłyszysz o tym później. I osiągnęliście za pomocą tych praw obowiązujących jakie rezultaty? Przecież wszystko prawie im zawdzięczamy. Zrazu powoli, po czym coraz szybciej wyrównywała się ludzkość nasza pod względem fizycznym, moralnym i umysłowym. A dziś nie ma u nas silnych i słabych, bogatych i nędzarzy, geniuszów i idiotów, złych i dobrych. My wszyscy równi sobie pod każdym względem Piękny, cudowny wynik, ale nudny. Nudny aż do omdlenia.
Po ukończeniu więc roku czternastego przeniesiono mnie najpierw na dwuletnią naukę Wandy. Ponieważ okazałam szczególne zamiłowanie do badania historii szczepu indogermańskiego, przeto wysłano mnie jako pomocnika do wiekowego już historyka w Alpach. Czy u was historia uczy tylko o górach? Tak jest. Zwłaszcza starożytnej. A cóż za przyczyna tego szczególniejszego zarządzenia? Bo posiadamy tam archiwa do starożytnej historii. Czy tylko w górach znajdować się mogą takie archiwa? Zapomniałam ci jedną sprawę wytłumaczyć. U nas w górach, jako w miejscach o najczystszym powietrzu, istnieją obserwatoria, których celem jest fotografowanie co godzinę rozmaitych ciał niebieskich.
Te fotografie następnie powiększają coraz bardziej w całości, a dalej w poszczególnych ich częściach. Historycy więc zajmujący się starożytnymi dziejami Marsa, do których i ja się zaliczam, badają te fotografie za pomocą szkieł powiększających i w ten sposób sprawdzają i uzupełniają niektóre dzieła starożytne do naszych czasów przechowane. I te fotografie są dokładne? Tak dokładne, iż z widzenia znam nawet osoby ziemskie, a zwłaszcza naszej starożytnej Europy. Podają one bowiem nie tylko rysy twarzy i postać całą, ale nawet cerę skóry i ubarwienia włosów. Te fotografie składa się u nas według chronologii części świata i przechowuje dla przyszłych pokoleń. Teraz dopiero pojmuję, jakim sposobem tyś tak dokładnie obznajomiona z naszymi stosunkami. Czy mogłeś może przypuszczać, iż byłby ktokolwiek w stanie przeczytać choćby pobieżnie tylko miliony dzieł waszych i stąd nabrać pojęcia o waszym życiu? Czy sądzisz może, że choćby milionowa część z tych dzieł przechowała się aż do naszych czasów? Wszak więcej posiadamy pergaminów rzymskich, papirusów egipskich niż książek drukowanych z waszych czasów na tak lichym papierze.
Wszystko więc prawie co wiemy o was, zawdzięczamy tylko naszej fotografii, która nam przedstawia rzeczywistość, podczas gdy dzieła wasze są przepełnione błędami, rozmyślnymi fałszami. O ileśmy się dotąd przekonali, nie było narodu tak kłamliwego na Marsie, jak Europejczycy wszyscy w tym dziewiętnastym i w dwudziestym wieku. U nich wszystko bez wyjątku przesiąkło fałszem i kłamstwem. Nawet sprawy najżywotniejsze, od których los wszystkich zależy. Ucieszą się zapewne, gdy im ogłoszę twe zdanie. Rozsądni przyznają mi słuszność. Po trzech latach pobytu mego w Andach wiekowy historyk usunął się zupełnie od wszelkiej pracy, a ja zajęłam jego miejsce. Po roku szukano dla mnie męża i uznano, iż pewien młody archeolog zamieszkały gdzieś na drugiej półkuli byłby dla mnie najodpowiedniejszym. W dwa dni później zostałam jego żoną. Jak to?
Wy się łączycie nie znając wzajemnie? A po cóż to znajomość? Czy u was nie pytają o przywiązanie wzajemne, o jakiś cień miłości? Nigdy. Przeciwnie, nawet przywiązanie, miłość małżonków jest wprost wzbronioną, bo oddziaływa nader szkodliwie na wszystkie stosunki społeczne. Miłość bowiem potęguje fantazję, obudza poezję, czyni człowieka nader niesprawiedliwym, nadto egoistycznym i bezwzględnym na wszystko prócz osoby ukochanej, a w końcu skupia wszystkie swe myśli i czynności w potomku, z którym rozłączenie byłoby niemożliwe prawie. Zresztą miłość jest ślepą, nie zważa na żadne prawidła psychologiczne i łączenie się uczuć, skutkiem czego wyrobiłaby się z czasem ludzkość chorobliwa. Miłość sama jest chorobą, podczas gdy my potrzebujemy osobników ile możności zdrowych i rozsądnych. Ponieważ zaś miłość jest dziedziczną, naruszałaby przeto poważnie naszą równość. U nas tak dalece jest wszelka miłość potępioną, że nasze małżeństwa zawierają się tylko na trzy lata z obawy, by przy dłuższym pożyciu wspólnym nie narodziło się jakieś przywiązanie między obojga małżonkami.
Wprawdzie nasze małżeństwa są właśnie z tego powodu mniej płodnymi niż wasze, ale ludności z tej przyczyny u nas nie ubywa i od kilkuset lat utrzymujemy się prawie niezmiennie pod względem ilości. Natomiast jednak zyskała ludzkość znacznie pod względem rozwoju umysłowego i charakteru. Więc wy wytępiliście w człowieku jego najszczytniejsze uczucia, jedyną rozkosz, jaką posiadamy jeszcze w życiu? Co za obrzydliwe stosunki! Cóż warte życie całe bez miłości? Po co wy jeszcze istniejecie na świecie? Niestety, tego uczucia nie udało nam się wytępić zupełnie, mimo tylu i tak rozsądnych środków. Najprawdopodobniej nawet nigdy go nie wytępimy, bo ono jest przykazane przyrodą. Dlaczegóż występujecie przeciw przyrodzie? Bo nie jesteśmy jeszcze doskonałymi i nie umiemy pogodzić wszystkich praw przyrody z dobrem ludzkości.
Wiemy, że tępienie miłości jest sprzeczne dążeniom przyrody, ale przekonaliśmy się także, że nadanie ludziom wolności zupełnej pod tym względem wyrządziłoby nam jeszcze większą szkodę. Wszak u was miłość nie jest jeszcze tak skrępowaną jak u nas. A przecież ile złego wyrządza się tem społeczeństwu, że w pewnych wypadkach jest ona wolną, a na odwrót ile nieszczęść, cierpień staje się przyczyną, że w innych jest nadto skrępowaną. Dziwna ta przyroda. Nikt jej dotąd nie pojął i nikt, zdaje się, jej nie pojmie. Każe walczyć ze sobą, bo darmo, bez pracy, bez usiłowań sama nie udzieli niczego. A przecież równocześnie daje wszystko i często obdziela zachojnie. Każe wszystko wymóc na sobie, każe się pokonywać, a jednak każde nad sobą odniesione zwycięstwo każe ciężko, boleśnie odpoputowywać i mści się okropnie na ludziach za najdrobniejsze, chwilowe tylko wyzwolenie się spod jej władzy. Jak to rozumiesz? Czyż to tak trudne do zrozumienia, co się narzuca samo przez się na każdym kroku?
Człowiek był wolnym, swobodnym, ale zarazem ciemnym i niedołężnym, zanim wykradł przyrodzie tajemnicę ognia. Skoro ją zwyciężył pod tym względem, począł się szybko rozwijać. Odnosił nad nią coraz częstsze zwycięstwa. Ale powiedz, kto byłby w stanie zliczyć te miliony ofiar, okropnych śmierci, strasznych boleści, jakie złożyć musiał człowiek tej potędze? Nie jestże to widoczną zemstą przyrody za jej pokonanie? Człowiek nie mógł zamieszkać okolicy zimnych i stref umiarkowanej bez walki z przyrodą, która chciała jego istnienie ograniczyć tylko na strefę gorącą. Zwyciężył ją, a okrywszy się, dotarł aż pod wieczne śniegi i lody. Natomiast ile chorób i śmierci stało się przyczyną to odzienie, którym się okrył wbrew przyrodzie. Człowiek, jak i inne stworzenia, był przeznaczony do żywności surowej. Przy tej żywności byłby się jednak nie mógł rozplenić po całej planecie, więc począł spożywać potrawy pieczone i gotowane.
Przyroda pokornie rzekomo zniosła to zwycięstwo nad sobą, to upokorzenie, lecz się krwawo zemściła po kryjomu. Za to bowiem przekroczenie rozniosła między ludzi tysiące chorób i boleści, a wreszcie wydarła im wszystkie zęby. Przyroda obdarzyła człowieka ogromnym zapasem miłości i namiętności, większym aniżeli którekolwiek inne stworzenie. Zdawałoby się nawet, jakoby jej prawem była wolna, zupełnie swobodna miłość. Wolność ta jednak degenerowała ludzkość. Człowiek więc ujął ją w karby, nałożył na siebie najcięższe kajdany, uczynił najpotężniejszą córkę przyrody niewolnicą, wprowadzając czystość i jednożeństwo. Ale jak okropnie mści się za to przyroda na nim, to poświadczyć mogą dzieje całej ludzkości i dzieje każdego człowieka pojedynczego. Za to upokorzenie przyroda więcej łez wycisnęła z oczu ludzkich, niż by się pomieścić mogło w zagłębieniach oceanów ziemskich. Więcej cierpień zesłała, niżby fantazja Indusa wymyśleć zdołała. Pod tym przekleństwem cierpi dotąd ludzkość na Marsie.
Pod każdym względem staraliśmy się zbliżyć do przyrody i pogodzić z nią, by uchronić się od jej zemsty. Pod względem tylko miłości nie mogliśmy dotąd doprowadzić do zgody i musimy ciągle cierpieć pod jej mściwymi ciosami.
[03:35:53] - Władysław Szapke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:36:16] - To jeszcze nie koniec spotkań z literaturą. Bo czas na stały punkt programu, a mianowicie archiwum ABW. Znowu spora porcja opowiadań. Zapraszam państwa bardzo serdecznie.
[03:36:35] - Kamila Ciołko-Borkowska, „Piorunujące wyrażenie”. Własna firma to nie jest jakieś tam leniwe pierdzenie w stołek i zbijanie bąków. To ciężka praca i często zarwane noce. Litry wypitej kawy, kłótnie z kontrahentami i wieczne planowanie to elementy dnia codziennego. Mateusz i jego wspólnik nieraz zastanawiali się, czy ciepła posadka na etacie nie byłaby lepsza. Bezduszny ZUS, migający się od zapłaty wspólnicy i pijani robotnicy bez ustanku zajmowali myśli przedsiębiorców. Bardzo często miał ochotę rzucić wszystko w cholerę. „Kochanie, weź głęboki oddech” — mówiła mu wtedy Renata, głaszcząc go po utrudzonej myślami głowie. — „Jesteś panem własnego życia. Idzie ci rewelacyjnie i nie rezygnuj z tego”.
„Może i masz rację. Jestem po prostu w gorącej wodzie kąpany. Babcia mi tak zawsze powtarzała”. „Wiem, słyszałam to już tysiące razy”. „Co ja bym bez ciebie zrobił, kochanie?” Objął kobietę w pół i pocałował w nos. Wtulił twarz w gęste włosy i wciągnął w nozdrza upajający zapach. Nie wyobrażał sobie bez niej życia. To dzięki niej miał siłę walczyć ze wszystkimi przeciwnościami losu. Nie ukrywał, że Tobiasz, najlepszy przyjaciel, z którym prowadził firmę, również wspierał go w gorszych chwilach. „Kocham cię, wiesz?” „Wiem, ale nie na tyle, by się ze mną ożenić.” Zrobiła smutną minę.
„Przecież sama nie chciałaś brać ślubu. Nie rozumiem cię.” „Bo nie chcę. To będzie wyglądało, jakby to był tylko mój pomysł.” „To chcesz czy nie?” Czasami nie mógł za nią nadążyć. Nie rozumiał jej. „Nie chcę.” Obruszyła się i wyszła z pokoju. Uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że teraz jego ukochana przez kilka godzin będzie marudzić. Jednak nie umiała długo się gniewać, a on uwielbiał się z nią drażnić. Zwłaszcza że bardzo podobał mu się sposób zażegnania konfliktów. Renata była tak zmysłowa, że myślał o niej jak o chodzącym ideale.
Spojrzał na zegarek. Za godzinę ma przetarg. Musi zebrać myśli i skompletować dokumenty. Powoli spakował potrzebne rzeczy. Pocałował naburmuszoną narzeczoną w czubek głowy i wyszedł z mieszkania. Ładna pogoda zachęcała do spacerów. Uznał więc, że miejsce spotkania jest na tyle blisko, iż przędzie się pieszo. Dobrze mu zrobi ruch na świeżym powietrzu. Dobry nastrój utrzymywał się, nawet gdy pogoda po zebraniu zadrwiła z jego planów spacerowych. Na ołowianym niebie, wśród grubych chmur zaczynała szaleć burza.
Wiatr szarpał parasolami w ogródku przed restauracją. Ciężkie krople deszczu uderzały coraz częściej. Rozejrzał się i uznając, że nie rozpogodzi się przez dłuższy czas, wyjął telefon i wybrał potrzebny kontakt. „Hej skarbie, słuchaj, może podjechałabyś po mnie? Nie zdążę przed deszczem.” „Nie wziąłeś samochodu?” W słuchawce usłyszał głos pełen nagany. „No nie. Przyjedziesz?” „Jest piątek. Jestem u Kaśki.” „No tak.” Urwał. Paznokcie. „Weź taksówkę.” „Wrócę pieszo.” „Jak chcesz.” Spojrzał na telefon i wzruszył ramionami.
Kobiety są dziwne. Trudno. Przebiegnie przez rynek szybciutko i będzie w domu. Pięć minut drogi. Nie opłaca się nawet czekać na taksówkę. Rozejrzał się, wziął głęboki wdech i wyskoczył na zewnątrz. W dzieciństwie uwielbiał biegać boso po podwórku, gdy lało jak z cebra. Dziś cieszyłby się jak smarkacz, gdyby nie te nieszczęsne wyładowania. Niby nie bał się burzy, jednak każde uderzenie pioruna powodowało przyspieszone bicie serca. Nie zatrzymując się na przejściu dla pieszych przebiegł na drugą stronę ulicy.
Zdenerwowany kierowca samochodu, który zmuszony był zahamować, zatrąbił kilka razy. Miasto. Wbiegł na plac rynkowy. Teoretycznie powinien obiec go dookoła, jednak spieszył się do domu. Nagle gdzieś naprawdę niedaleko uderzył piorun. Mateusz podskoczył wystraszony i przyspieszył. Gdzieś blisko. Dźwięk własnego głosu uspokoił go przynajmniej odrobinę. Dobrze, że drzwi na klatkę schodową były otwarte. Nie musiał szukać kluczy w tę pogodę.
Brrr. Wzdrygnął się. I po co taksówka? Przebiegł przed deszczem. Nawet nie miał zadyszki. Dobry jest. Może zacząłby biegać w maratonach. To ostatnio jest trendy. W tym momencie do budynku weszła Renata. Powoli złożyła parasol, otrząsnęła go z nadmiaru wody i nie patrząc na narzeczonego skierowała się do mieszkania.
Zdziwiony mężczyzna stwierdził, że tym razem pogniewała się nie na żarty. Nawet na niego nie patrzy. Przebłaga ją. Na pewno przebłaga pierścionkiem, który kupił już jakiś czas temu. Nie miał tylko okazji, a może odwagi, by wyznać jej na kolanach, że jest jego jedyną miłością i chce spędzić z nią resztę życia. Nadrobi i to. Zamknęła za nimi drzwi, zrzuciła mokre buty, parasol rozstawiła w łazience. Mateusz spojrzał na swoje ubranie. Był suchy. Wzruszył ramionami.
Przyglądał się swojej ukochanej, gdy ta krzątała się po kuchni. O jej ciągłym zdenerwowaniu świadczył fakt, że zaparzyła tylko jedną herbatę. Gdy napar nabierał mocy, wyjęła telefon. Wyglądała, jakby czekała na jakąś wiadomość. Przygryzła wargę. Typowy sygnał stresu. Wyjrzała przez okno. Lało. Burza miała się w najlepsze. Usiadł w fotelu.
Poczeka. Wiedział, że Renata nie włączy żadnej elektroniki, póki pogoda się nie uspokoi. Póki co siedziała w kuchni na parapecie. Jak opętana gapiła się w okno, jakby na coś czekała. Znów sięgnęła po telefon, odblokowała go i odłożyła. W ciągu pięciu minut sytuacja powtórzyła się z dziesięć razy. Naprawdę nie wiedział, co o tym myśleć. Kiedy zaczęła myć filiżankę, uznał, że nie wytrzyma dłużej. „Kochanie...” Nawet na niego nie spojrzała. Przecież nie narozrabiał za bardzo, nie zasłużył na takie traktowanie.
Podszedł bliżej. Chciał ją przytulić. Kiedy miał objąć szczupłą talię, poczuł, jak jego ramiona prześlizgują się przez ciało kobiety. Odskoczył przerażony. Gdy ponownie zajmowała swoje miejsce obok doniczki z kwiatkiem, on stał jak zamurowany, patrząc na swoje dłonie. „Co, do cholery?” Zapytał na głos. Jednak zanim zdążył się zastanowić nad sytuacją, usłyszał dzwonek telefonu. Renata zerwała się z parapetu. „Tak, słucham” — krzyknęła w słuchawkę. Przy telefonie jej oczy stawały się coraz większe.
Przerażone. Widział ją w takim stanie tylko raz. Po śmierci ojca. Wtedy, tak samo jak dziś, zacisnęła pięści, a podbródek wysunęła do przodu. „Zaraz przyjadę.” Zacisnęła powieki. „Proszę powiedzieć tylko, czy przeżyje.” Słuchała głosu w słuchawce. Chwyciła sweter, torebkę i zaczęła rozglądać się za kluczami, które zawsze odkładała w dziwne miejsca. Widział, że tym razem leżą na parapecie w kuchni, jednak nie miał jak jej tego powiedzieć. Miał pewność, że rozmowa dotyczyła jego. Musi wyjaśnić sytuację, sprawdzić, co się właściwie stało.
Przecież nie może tak do końca świata odstawiać szopki na miarę „uwierz w ducha”. „Co?” Odszekł pełen radości. Przywołał go do porządku. Musi się pilnować, bo inaczej pojedzie bez niego, gdziekolwiek miała jechać. Nie lubił szpitali. Zawsze powodowały ból brzucha. Na pewno nie był jedyny. Szedł za prawie biegnącą korytarzem Renatą. Dopadła dyżurki pielęgniarek, jakby od tego zależało jej życie. Zadyszana potrzebowała chwili, aby złapać oddech.
Pielęgniarka siedząca przy biurku spojrzała na nią ze zrozumieniem. „Dzień dobry” — wysapała w końcu. „Dzwoniliście do mnie. Podobno leży u was Mateusz Żebiałowski.” Dzień dobry. No cóż – urwała, wstając powoli. – Piątek trzynastego nie był łaskawy dla pani męża. Narzeczonego. Tak. W każdym razie wydaje się, uderzenie pioruna nie wyrządziło większej szkody. Poparzenia wyleczymy.
Jednak problemem jest fakt, że pacjent nie odzyskał przytomności. Jaki piorun? – starał się zwrócić na siebie uwagę. Niestety żadna z kobiet nie zareagowała. – Przecież ja tu jestem! Proszę, to ta sala. Pan doktor przyjdzie na obchód. Dziękuję – wyszeptała Renata. Tkwiła w miejscu, jakby bała się ruszyć naprzód. Wykorzystując jej stan, Mateusz stanął przed nią.
– Kochanie, przecież ja tu jestem. Musisz mi jakoś pomóc, proszę. Kobieta, nie słysząc go, zrobiła kilka kroków. Przeszła przez niego, kierując się do łóżka stojącego przy oknie. Aparatura podłączona do leżącego wydawała z siebie ciche popiskiwania. Duch mężczyzny stał, czując się całkowicie bezsilny. Spojrzał na siebie. W sumie nie wyglądał tak źle. Poparzona klatka piersiowa owinięta była opatrunkami. Masa rurek i rureczek doprowadzała i odprowadzała jakieś płyny.
Był przerażony. Jaki piorun? Przecież udało mu się przybiec do domu przed klatką. Zaraz, wróciłaś z paznokci. Spotkaliśmy się na dole. Nie mogłem biec ze spotkania półtorej godziny. Boże! Piorun na rynku. Uderzył mnie piorun na rynku! Chwycił się za głowę.
Patrzył, jak ukochana głaszcze go po twarzy. Popiskiwania maszyny nie zmieniły częstotliwości, jakby w ogóle nie czuł, że coś się dzieje. Nie zniesie tego, nie da rady. Patrzył na siebie samego z rosnącym przerażeniem. Wybiegł ze szpitala. Nie mógł zrozumieć sytuacji. Przerastała go. Nie miał nawet kogo spytać, co tak naprawdę się dzieje. Pierwszy raz w życiu był sam. Całkiem sam.
Ponad tydzień chodził za Renatą jak cień. Nocami patrzył na nią, zastanawiając się, jak wrócić do swojego ciała, do życia. Nic nie przychodziło mu do głowy. Żadnych sensownych pomysłów. Krążyli razem pomiędzy mieszkaniem a szpitalem. Renata wzięła dwa tygodnie zaległego urlopu. Zresztą i tak nie nadawałaby się do pracy z ludźmi. W nocy męczyły ją koszmary. Jęczała przez sen, wiercąc się w wielkim łóżku. Cienie pod oczami podkreślały jej słabą kondycję psychiczną.
Pierwszy raz nie mogła zareagować, gdy zamiast zjeść porządny posiłek, przegryzała coś na szybko. Czuł się okropnie. Patrzył na nią z rosnącą troską. Poniedziałek nie przyniósł ani pomysłu na rozwiązanie problemu, ani poprawy stanu jej fizycznego zdrowia. Powoli zaczął tracić nadzieję. Zostanie w tym stanie już na zawsze. Pukanie do drzwi mieszkania zabrzmiało groźnie. W progu stał Tobiasz. Cześć. Jak się trzymasz?
Wyglądał na naprawdę zmartwionego. Jakoś. Choć nie będę kłamać, jest mi ciężko. W interesach też nie lepiej. Mati ma łeb do tego, co robimy. Bez niego za moment zacznie się robić nieciekawie. Spojrzał na kobietę. Co mówią lekarze? Jego szanse maleją z dnia na dzień. Jeśli nie obudzi się w tym tygodniu, to możliwe, że nie obudzi się nigdy.
Pierwszy raz, odkąd znalazł się w tej sytuacji Renata płakała. Jej szloch rozrywał mu serce. Tobiasz w pierwszej chwili stał jak zamurowany. Wyglądał, jakby nie wiedział, jak się zachować. Jednak po dłuższej chwili podszedł do płaczącej i przytulił ją delikatnie. Pogłaskał ją po plecach i pocałował w czubek głowy. wtuliła się w jego ramiona, jak gdyby to były właściwe ramiona. Będzie dobrze. Obudzi się. Przyglądający się temu Mateusz nie wytrzymał.
Wściekłość zasłoniła mu cały świat. Wiedział, że przyjacielowi podoba się jego ukochana. Nie spodziewał się jednak, że będzie na tyle bezczelny, aby wykorzystać zaistniałą sytuację. Był tak wściekły, że pobiegł do szpitala. Stał więc nad swoim własnym ciałem i krzyczał. Było to jedyne, co mógł zrobić. Może usłyszy choć jedno zdanie, może się obudzi. W końcu jednak zrezygnował. Nie może tak drzeć się do siebie bez końca. Przeszedł się po szpitalnych salach i zniechęcony wrócił do domu.
Na szczęście po gościu nie było już śladu. Przyjrzał się zmizerniałej kobiecie, którą miał przed sobą. Nie daj się tylko omamić temu przystojniakowi, błagam cię! Nie obudził się w ciągu następnego tygodnia. W poniedziałek Renata miała wracać do pracy. Nadzieja umierała powoli. Z każdą godziną było jej coraz mniej. W sobotę w salonie zasiadła rozgadana przyjaciółka Renaty, która przywiozła kartony. Mateusz przyglądał się z zaciekawieniem. Interesowało go, cóż ciekawego wymyśliła jego druga połowa.
Patrzył najpierw z zainteresowaniem, a później z przerażeniem, jak pakuje jego rzeczy w tekturowe pudła, by w końcu zrozumieć. W sumie to nie rozumiem, po co to robisz. Agata łyknęła wina i spojrzała wyczekująco na Renatę. Nie ma szans na jego wybudzenie, a te buble zbierają tylko kurz. Wyrzucisz to wszystko? Po co mi to? Miały wartość dla niego. Przecież... Może się jednak obudzi — wyszeptała cicho Agata. W odpowiedzi otrzymała tylko lekkie wzruszenie ramionami.
Pakowanie trwało nadal. Zresztą jego stan jest stabilny. Nie będą go trzymać w mieszkaniu, nawet jeśli się obudzi — urwała. Lekarze mówią, że nie ma szans na normalne funkcjonowanie. Nie będzie z nim kontaktu. Co planujesz? Myślałam o tym, siedząc przy nim. Oddam go do jakiegoś ZOL-u. Jestem młoda i nie dam się przywiązać do warzywa. Zresztą nie mogę być sama.
Tobiasz zaprosił mnie na kolację. Może coś z tego wyjdzie. Skarbie? — mężczyzna zapytał z wyrzutem, podchodząc bliżej ukochanej. Po tym, co usłyszał, miał ochotę płakać. Nie poznawał jej. To nie miłość jego życia. To ktoś zupełnie inny, obcy. Przecież to twój narzeczony — przyjaciółka cicho zaopiniowała. Nigdy mi się nie oświadczył.
Wzięła do ręki ciężką ramkę ze zdjęciem. Nie, błagam cię, nie wyrzucaj tego. To jedyna pamiątka po dziadkach. Wiesz o tym. Miał łzy w oczach, jednak nikt tego nie widział. Do jasnej cholery, nie wyrzucaj tego! Co to? Wino z kieliszka zniknęło. Stare zdjęcie dziadków Mateusza. Ponoć jedyne, bo reszta spłonęła razem z domem jego rodziców.
Wyrzucasz? Po co mi to? Śmieć jak wszystko inne. Mężczyzna zacisnął pięści. Jak bardzo nie znał kobiety, która żyła u jego boku. Chciał z nią spędzić resztę życia, a okazało się, że był dla niej tylko śmieciem. Stał tak, płacząc. Jednak gdy zdjęcie wylądowało w kartonie z trzaskiem pękającego szkła, coś złamało się też w nim. Kurwa! — krzyknął.
Zerwał się, chcąc potrząsnąć Renatą. Jego dłonie jednak prześlizgnęły się przez jej ciało. Upadł na twarz. Przez chwilę leżał bez ruchu. Opanowało go dziwne uczucie niemożności. Otworzył oczy. Światło raziło jednak tak bardzo, że musiał zamknąć powieki. Z oddali dochodziło ciche, regularne popiskiwanie. Próbował podnieść rękę, jednak była tak ciężka, że musiał odpuścić zrezygnowany. Nie wiadomo skąd pojawili się ludzie.
Świecili mu czymś po oczach, zadawali jakieś pytania, kazali ściskać dłonie i kiwać palcami. Był zmęczony, gdy usiadł obok niego lekarz. Robi pan piorunujące wrażenie. Zaśmiał się wesoło. Żart mu się udał. Jeśli będzie pan współpracował, to postawimy pana na nogi raz dwa. Za pół godziny będzie tu pańska żona. Póki co proszę odpoczywać. Ma czas. Pokaże tej wiedźmie, gdzie jej miejsce.
Jednak teraz musi iść spać. Ciężkie powieki opadły. Zapadł w sen. Jednak teraz wiedział, że nie musi się obawiać. Obudzi się. Leżąc tak w szpitalnym łóżku doszedł do wniosku, że nie mógł opuścić swojego ciała. Cała ta farsa musiała mu się przyśnić. To był bardzo nieprzyjemny i mocno realistyczny sen. Renata przecież wspierała go cały czas podczas pobytu w szpitalu, a Tobiasz zaofiarował się pomóc w powrocie do domu. Kiedy więc lekarze zorientowali się, że pacjent jest w stanie samodzielnie dojść do łazienki, wręczono szczęśliwcowi wypis z masą skierowań.
Cała trójka postanowiła uczcić małe święto sernikiem, który przywiózł Tobiasz. Mama upiekła, gdy tylko dowiedziała się, że wychodzisz. No dobra, pakujemy się. Na miejscu zaparzę nam kawę i pocieszymy się z dala od tego okropnego miejsca. Kiedy tylko znaleźli się u celu, nie mógł oprzeć się ochocie zerknięcia na półkę, na której stał obiekt jego zmartwień. Zdjęcie stało tam, gdzie zawsze. Jednak kiedy zdał sobie sprawę z jednego drobiazgu, który się nie zgadzał, stanął jak słup soli. Ramka, w której stało zdjęcie, była zupełnie nowa. Wściekłość przesłoniła mu cały świat, a dłonie zacisnęły się w pięści. Jedna z nich bezwiednie, z impetem uderzyła przyjaciela w szczękę.
Przejmujący ból orzeźwił Mateusza na tyle, by stwierdził, że możliwe, iż zareagował zbyt pochopnie. Jednak było już za późno. Renata klęczała przy leżącym, pomagając mu wstać. Oszalałeś? Tobiasz rozmasowywał miejsce uderzenia. Wynoś się z mojego domu. Emocje nadal przesłaniały jasność rozumowania Mateusza. Kobieta stała nadal, nie poznając człowieka, którego miała przed sobą. Jej oczy robiły się coraz większe. Mateusz uspokoił się.
Spojrzał na przerażoną kobietę i zdał sobie sprawę z tego, że zareagował niewłaściwie, choć z drugiej strony powinien jakoś sprawdzić, czy mu się to wszystko przyśniło. Nie może całe życie lawirować pomiędzy domysłami. Raz kozie śmierć. Najwyżej się ośmieszę. Spojrzał na zdjęcie. Poważnie? Chciałaś mnie oddać do jakiegoś ZOL-u? Widział, jak nagle pobladła. Szczęka zaczęła jej drżeć, jakby zaraz miała się rozpłakać. Nic nie musiała mówić.
Już wiedział. Opadł na kanapę. Nie miał już na nic siły. „Agata ci powiedziała?” – zapytała, klękając przy nim. Zjadłbym sernika. Nie miał ochoty na jakiekolwiek dyskusje. Atmosfera w przeciągu następnego tygodnia nie napawała optymizmem. Nikt nie poruszał tematu, jakby Mateusz faktycznie zbzikował i wszyscy muszą chodzić na palcach, żeby wrócił do zdrowia. Było mu wszystko jedno. Nawet Renata chodziła bardziej milcząca i zamyślona niż zwykle.
Zdawał sobie sprawę, że to kwestia czasu. W końcu coś wybuchnie. Póki co skupił się na pracy. Inaczej chyba by zwariował. Nie zdziwił się nawet, gdy któregoś piątku do drzwi zapukało dwoje policjantów. Postanowił tego dnia skończyć wcześniej, jakby wyczuwał, że będzie miał gości. Rzadko odwiedzali go policjanci na służbie, więc czuł się zestresowany. Zazwyczaj policjanci wręczali mu mandaty, więc może nie ma się co dziwić. „Czy zna pan może Agatę Tucką?” „Znam. To przyjaciółka mojej narzeczonej.
Czy coś się jej stało?” Posterunkowi spojrzeli na siebie wymownie. „Czy pańską narzeczoną jest Renata Onacka?” „Tak. Czy coś się stało?” „Niestety, pańska narzeczona jadąc pod prąd ulicą Dworcową potrąciła panią Tucką, a następnie wpadła w poślizg i zderzyła się z samochodem dostawczym.” „O Boże!” Zasłonił usta rękami. W sumie niezbyt przejął się sytuacją. Fakt, szkoda mu było Agaty, jednak Renata zasłużyła sobie. Nie mógł jednak pokazać obojętności siedzącym przed nim policjantom. Co z nimi? „Pani Tucka jest aktualnie operowana. Jej stan jest stabilny, natomiast…” Młodszy z gości urwał. Spojrzał na starszego kolegę i chrząknął głośno.
„Natomiast pańska narzeczona nie żyje. Przykro mi.” Siedział tak zdziwiony do reszty. Może nie tym, że coś się stało kobiecie, która kiedyś była dla niego tak ważna. Zaskoczyło go to, że nie czuł nic. Żadnego poczucia straty, żalu czy nawet radości, że ma za swoje. Żmija jedna. Milczał dłuższą chwilę, nie wiedząc, co powinien powiedzieć, czy też co zrobić. Skubał róg poduszki. W końcu jeden z policjantów podał mu kartkę. „Tu proszę zgłosić się po ciało.
Tam podadzą panu więcej szczegółów, a tu” – podał następną karteczkę – „ma pan adres psychologa, gdyby chciał pan skorzystać. W zaistniałej sytuacji polecałbym.” Gdy pożegnał mundurowych, westchnął głęboko. Oparł się o drzwi i rozejrzał po przedpokoju. Jeżeli jesteś tu, to wiedz, że zasłużyłaś sobie. Przemysław Cichoń „Rękawiczki”. Świt był szary i zamglony. Szyby pokrył zimny szron. Padał śnieg. Pierwszy tegoroczny, nietopniejący śnieg. Jakub niechętnie podniósł się z łóżka.
Na wpół śpiący podreptał do szafy i począł w niej szperać. Oczywiście zawsze, kiedy się spieszę, potrzebne rzeczy chowają się po kątach jak zaklęte – fuknął w myślach. Wściekł się na swoje eleganckie rękawice z czarnej skóry. Gdzie, do cholery, się podziały? Żeby dotrzeć na konferencję prasową, potrzebował przebyć ponad 30 kilometrów. Nagły atak zimy nie ułatwi mu pokonania tej drogi na czas. Naprawdę musiał spieszyć się od samego świtu. Garnitur naszykował sobie wieczorem. Ale co, do diabła, z rękawiczkami? Dlaczego musiały zniknąć właśnie dziś?
Odruchowo chwycił telefon, żeby zadzwonić do Grażyny, ale przecież nie byli już w separacji, lecz rozstali się na dobre dwa tygodnie temu. Już nie miał prawa pytać jej o żadne prozaiczne sprawy. Został w wielkim mieszkaniu sam. Przez lata kochał ją na śmierć i życie, aż zmieniła się nie do poznania. Zrobiła się opryskliwa i wyniosła. Zachowywała się, jakby liczyły się dla niej wyłącznie jego pieniądze. „Suka” – warknął pod nosem. Wytrwale szperał po całej szafie, ale myślami był przy niej, przy Grażynie, nie przy jakichś głupich rękawiczkach. Jak to się stało, że z ciepłej Grażynki zmieniła się w podłą, oślizgłą pijawkę? Tak, w pijawkę, która bez opamiętania doiła go z forsy.
Rozbijała się po mieście taksówkami, przesiadywała w barach z przyjaciółkami, stawiając im kosztowne koktajle. Rzecz jasna za jego kasę. Kiedy zrobiła się do tego stopnia wyrachowana? Czy to się zaczęło jeszcze przed ślubem? Chyba nie, ale nie potrafił sobie dokładnie przypomnieć. Na powierzchni pamięci Jakuba unosiła się jeszcze trupio zimna, zacięta mina Grażyny, kiedy dwa tygodnie temu wyszli z sądu z przypieczętowanym rozwodem. Chciał do niej podejść i porozmawiać, żeby jakoś godnie zakończyć małżeństwo, pożegnać się. A ona Spoliczkowała go. Po prostu go spoliczkowała. Ciekawe, czy kiedyś uda mu się zapomnieć wyraz jej twarzy z tamtej chwili.
Wyglądała, jakby chciała, żeby cierpiał, jakby obwiniała go za wszystkie wspólne nieporozumienia, które pomiędzy nimi narosły. Jej twarz w tamtej chwili była demonicjie wręcz wroga. Spoliczkowała go, odwróciła się na pięcie i pobiegła, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Biegnąc szlochała, ale nie wiedział, czy to były łzy rozpaczy, czy wściekłości. Nie wiedział też, że teraz, kiedy on o niej myślał i ona myślami była przy nim, tego świtu siedziała samotnie przy kuchennym stole w małej wynajmowanej kawalerce. Wpatrywała się w czarne skórzane rękawice równo ułożone na blacie. Kawa w filiżance dawno wystygła, a Grażyna tkwiła w bezruchu, gapiąc się na męskie rękawiczki. Zabrała je ze sobą przypadkiem, ale teraz zdało jej się, że przypadków nie ma, że wszystko dzieje się z konkretnej przyczyny i musi dokądś prowadzić. Od rozwodu upłynęły dwa tygodnie i powoli zaczynała myśleć, że może już rozpocząć nowe życie bez frustracji i bez gniewu. Ale jednak wcale nie mogła.
Uświadomiła sobie, że nie może Jakubowi wybaczyć, kiedy szukając w szafce ciepłej bluzki, niechcący natknęła się na jego rękawice. Czarne skórzane rękawice. Powinna mu je zwrócić, choć to tylko głupi drobiazg, ale i tak powinna go zwrócić. Tylko że nie chciała. W głębi duszy wiedziała, że nie jest mu niczego winna. Obszedł się z nią jak z niechcianą zabawką. Była mu potrzebna wyłącznie wtedy, kiedy zachowywała się potulnie, kiedy pozwalała mu o wszystkim decydować, zapatrzona w niego jak w obraz, jak to młoda, zakochana dziewczyna. Z momentem, kiedy zaczęła wyrażać własne zdanie, odsuwał się od niej, aż stał się całkiem nieprzystępny, nieomal ostentacyjny w swojej chłodnej próżności. „Kurwa, co za drań!” zaklęła głośno. Po policzku spłynęła jej pojedyncza łza.
Zimna, niewzruszona jak sopel lodu. Grażyna czuła się wykorzystana i ośmieszona. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy jej ukochany zmienił się w wyrachowanego drania, który wydzielał jej każdy grosz, jakby ona nic do ich małżeństwa nie wniosła, jakby go okradała. Jakub zrezygnował w końcu z dalszych poszukiwań. Pieprzyć te cholerne rękawiczki. Kupię dziś drugie. Ubrał się, zabrał torbę i wyszedł, zamykając kluczem drzwi swojego pięknego, przestronnego i jakże pustego mieszkania. Śnieg był mokry i ciężki. Odśnieżenie samochodu zajęło mu następne 15 minut. „Jak tak dalej pójdzie, to na pewno się spóźnię” pomyślał.
Ruszył z parkingu i wyjechał na główną ulicę. Ręce miał zmarznięte i mokre. Jeszcze raz pomyślał o rękawiczkach. Teraz musiał się skupić na jeździe. Miał 35 minut, by dojechać na miejsce i 30 kilometrów przed sobą. Dodał gazu. W holu przy recepcji zauważył Jacka. Dreptał nerwowo wzdłuż kontuaru. On też go spostrzegł. „No jesteś wreszcie.
Wszyscy już czekają. Jest z 50 akredytacji i drugie tyle wolnych strzelców”. „Miałem problem z samochodem. Rozumiesz, ten cholerny śnieg. A do tego posiałem gdzieś rękawiczki”. „No dobra, chodźmy już”. W sali było tłoczno od dziennikarzy. Panował gwar. Przy stoliku na podwyższeniu stał starszy mężczyzna o siwych włosach spiętych w kitkę i równie siwej brodzie, elegancko przystrzyżonej według najnowszych trendów. To agent literacki Jakuba, Gustaw.
Jakub był pisarzem. Pisał od kilku lat. Wydał kilka książek, ale żadna nie zdobyła większej popularności. Głośno zrobiło się o nim dopiero po wydaniu trzy miesiące temu powieści okrzykniętej przez krytyków jako bezprecedensowej i bardzo odważnej pozycji na rynku wydawniczym w Polsce. „Skurwiele” to historia oparta na faktach z życia elit. Skandale, afery, pieniądze, narkotyki, seks. Wszystko, co ludzi kręci. Nic dziwnego, że książka odniosła tak szybko sukces. Nazwiska i lokacje zostały oczywiście zmienione, ale w internecie pojawiło się masę artykułów na temat przedstawionych w książce epizodów i ich analogie do autentycznych zdarzeń, co oczywiście nakręcało jeszcze bardziej spiralę popularności. Grażyna nie mogła tego wszystkiego przetrawić.
„Że też mógł ją tak po prostu zostawić. I to jeszcze on. On zażądał rozwodu. Skurwiel! To ja powinnam napisać o nim książkę, jakim jest łajdakiem. Nigdy mu tego nie wybaczę” powtarzała sobie w myślach. Od jakiegoś już czasu nie wszystko było z nią w porządku. To była jakaś obsesja, a od dwóch tygodni nie umiała już o niczym innym myśleć, tylko o zemście. Gdyby chociaż miał jakąś babę, sprawa byłaby jasna. Ale nie, on jest święty.
On, wielki celebryta rozrywany przez media. Gdyby oni wiedzieli, jaki jest podły! Ale wkrótce się dowiedzą. Już moja w tym głowa. Konferencja skończyła się o czasie. Odpowiedział jeszcze na kilka mniej oficjalnych pytań i razem z Gustawem i Jackiem udali się do baru. Jakub chciał postawić kolejkę, ale Jacek jako przedstawiciel wydawcy stanowczo zaprotestował i zamówił trzy szklaneczki Jacka Danielsa na lodzie. Usiedli przy barze. „A jak tam sprawy sercowe?” – zapytał Gustaw z przekąsem. Dobrze wiedział, że już po wszystkim.
„Zaczynam dochodzić do siebie. To było straszne. Nie myślałem, że tak to przeżyję.” „Teraz masz to już za sobą” – pocieszał Gustaw. „No nie wiem. Mam dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec.” „Jak to nie koniec? Przecież sprawa zamknięta.” „Sprawa tak, ale z Grażyną nie jest najlepiej. Po sprawie, jak wyszliśmy z sądu, chciałem pogadać, ale dostałem tylko po pysku i nawet nie zdążyłem zapytać za co, bo uciekła. Martwię się trochę o nią.” „Emocje” – skwitował Jacek, zamawiając jeszcze po jednym. Grażyna leżała w łóżku i obmyślała swój plan. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik.
Jeśli chodzi o intrygi, była perfekcjonistką. Kiedyś, dawno temu, pracowała jako stażystka w jednej z korporacji. Przystawiał się tam do niej pewien asystent. Przystojny, inteligentny i miał dobry gust. Podobał się jej, więc ulegała jego namowom. Szef nakrył ich pewnego dnia w magazynku materiałów biurowych, jak bzykali się na stercie papieru do ksero. Jego przeniósł do innego działu, a ją dociskał robotą. W końcu nie wytrzymała. Postanowiła się zemścić. Dokładnie się do tego przygotowała.
Przekopała cały internet, przejrzała kilka poradników, nawet zrobiła niezbędne testy. Cóż, wypadki chodzą po ludziach. Pech i Grażyna chciał, że szef miał wypadek. Zawiodły hamulce. Nie wyhamował i wbił się pod naczepę tira. Przeżył, ale już nie był szefem. Został rencistą. Taki straszny wypadek. Następnego dnia, późnym popołudniem, Jakub dotarł wreszcie do swojego mieszkania na trzecim piętrze apartamentowca w dość elitarnej dzielnicy miasta. Słońce było już bardzo nisko.
Otworzył drzwi i rzucił teczkę w przedpokoju. Wszedł do kuchni i wyjął z kieszeni paczkę Marlboro i zapalniczkę. Zawsze tak robił, gdy wracał z podróży. Grażynie to wiecznie przeszkadzało. Gderała, że cała kuchnia zadymiona, że mógłby iść na balkon. Kiedy on był zmęczony, a papieros koił jego zszargane nerwy. Teraz mógł spokojnie palić, gdzie chciał. Włożył jednego papierosa do ust. Od kiedy wszedł do kuchni zastanawiał go ten dziwny zapach, ale był za bardzo zmęczony, by się nad tym zastanawiać. Pstryknęła zapalniczka.
Świat w jego oczach na ułamek sekundy zrobił się maleńki jak ziarnko maku. Potem eksplodował razem z całym mieszkaniem. Wyfrunął razem z płatkami potłuczonego szkła na trotuar z eleganckiej kostki brukowej trzy piętra niżej i przestał istnieć. Przynajmniej dla Jakuba, który leżał teraz na roztrzanych kafelkach i wyglądał jak przegapiona grzanka. Jurian. Moc marzeń. „Panie kapitanie, postanowiłem, że pan zostanie prezesem ministrów, jednak pod dwoma warunkami. Po pierwsze, nie będzie pan wkraczał zarządzeniami w jakiekolwiek stosunki społeczne. Po drugie…” – Piłsudski nabrał głęboko powietrza do płuc i dobitnie dodał: „W ciągu najbliższych dni stworzy pan ustawę wyborczą w takim tempie, jakby okopy miał pan kopać.” „Tak jest. Zrobię wszystko, a nawet więcej niż to możliwe.
Szczególnie czując za sobą ten szał radości, jaki ludność polską ogarnął. Po ponad 120 latach zerwaliśmy kordony. Teraz nie będzie ich, tylko nasza odpowiedzialność. Wolność. Zjednoczenie. Własne państwo. Chaos? Nic to, że chaos. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od krwiopińców, złodziei i ciemiężycieli.
Od obcych bagnetów i czapek z bączkiem. Sami sobą będziemy rządzić. Dopiero piąte pokolenie doczekało i obiecuję, że nie zaprzepaszczę ciężko wywalczonej niepodległości.” „Dobrze. Więc ustaliliśmy wszystko, co najważniejsze. Pracy przed nami ogrom. Na dziś jednak wystarczy. Zapraszam, posilmy się.” – przyszły naczelnik państwa szerokim gestem wskazał stoły uginające się pod ciężarem półmisków, talerzy i plater. „Nie będę tego jadł.” – Błażej Stolarski półgębkiem mruknął do idącego obok przyjaciela. „Dlaczego? Chory jesteś?” Zilustrował go szybkim spojrzeniem.
Nie widząc niepokojących objawów, zdjął okulary i przetarł je chustką. „Nie, ale jak pomyślę, jaki jest fatalny stan zaopatrzenia, jak ludzie biedują i zmuszani głodni pracować, to jakoś mi nie przystoi.” „A dzieci? Ile z nich nie zjadło dziś kolacji? A tu popatrz tylko.” „Błażeju, dam ci dobrą radę, jeśli pozwolisz oczywiście.” „Słowa, nawet trudne, od przyjaciela zawsze przyjmę.” „Zapytam więc, czy chciałbyś, żeby rolnik albo robotnik pracowali głodni? Przez cały dzień zastanawiali się, jak wykarmić rodzinę?” „No właśnie o tym mówię, że nie. Nie podoba mi się ten przebieg.” „A teraz drugie pytanie. Czy uważasz, że rolnik lub jak mówiłem robotnik, chcieliby, żeby ich premier albo minister egzystował głodny, osłabiony, pracował mniej efektywnie i przez to dłużej? Od twego animuszu zależy, jak długo będą czekać na poprawę bytu swoich rodzin.” „Przekonałeś mnie. To prawda, że po ciężkim dniu głód czuję i zmęczenie jedynie. Może przez to drażliwość mnie ogarnęła.” „I takiego cię lubię, Błażeju.
Usiądźmy więc.” Spora grupa demonstrantów stojąca pod zgliszczami budynku Trybunału Konstytucyjnego zachowywała się spokojnie. Zmęczenie fizyczne i brak perspektyw na powrót do normalności powodowały u zgromadzonych widoczną apatię. Stali jednak mimo przenikliwego chłodu. Chcieli tym pokazać, że nie godzą się na podpalanie kraju i w przenośni, i całkiem realne. Zgliszcza już nie dymiły, lecz smród spalenizny pozostał. „Ludzie idą! Znowu idą!” — wykrzyknął ktoś, dobiegając do tłumu. „Kto? Policja czy bojówki?” „Policja z jednej, bojówki z drugiej. Po obu stronach szucha.
Policja w szyku z tarczami.” Tłum skupił się i przygnął do ogrodzenia. Ktoś krzyknął przez megafon: „Spokojnie, trzymajmy się razem. Nie dajcie się sprowokować. Nie zdecydują się podnieść na nas pałek.” Obserwowali zbliżające się pochody tych w maskach ochronnych z migającymi niebieskimi światłami i tych w kominiarkach pod obłokiem świecącego na czerwono dymu rac. Rozległy się syreny. Sygnały z urządzeń zainstalowanych na dachach najwyższych budynków. Głośny dźwięk wibrował w uszach. Zaniepokojeni ludzie rozglądali się po zdumionych twarzach innych. „Dlaczego syreny?” „To na postrach. Takie działanie na podświadomość.
Nie przejmujcie się.” „Telefony nie działają. Ludzie, działa komuś komórka? Spójrzcie, policja się wycofuje. Może nasi odbili parlament.” Rozpędzony czołg wyłamał biało-czerwony szlaban. Reszta potężnej kolumny, dymiąc z diesli, mijała budynki Straży Granicznej. Żaden z obserwujących to pograniczników nawet nie wyjął broni. Wkraczająca formacja była tak potężna, że stali bez ruchu jak zahipnotyzowani. Agresorzy zamknięci w stalowych bestiach nie zwrócili nawet uwagi na garstkę żołnierzy, których zadaniem była obrona granicy przed armią przemycanych papierosów. W czołgach T-72 i T-90 czuli się jak na defiladzie, jadąc pośród szpaleru drzew. Tak jak się spodziewali, nikt nie stawiał oporu.
Zaskoczyli wroga. Przeczuwali, że zapach prochu być może poczują dopiero na przedpolu stolicy. Po drugiej stronie kraju, dokładnie godzinę później, wkroczyły oddziały obrońców. Leopardy z czarnymi krzyżami przekroczyły granicę. Oficjalne motywacje niechcianych gości były lustrzanym odbiciem wspólnej akcji sprzed kilkudziesięciu lat, ale następstwa identyczne. „Szanowni panowie.” Piłsudski wstał i spodem dłoni przetarł wąsy. Podniósł kryształowy kieliszek do góry. „Tę historyczną chwilę powinniśmy uczcić toastem za świetlaną przyszłość naszej ojczyzny.” Wszyscy powstali wzruszeni. W atmosferze patosu unieśli kieliszki w górę. Część zgromadzonych, porwana entuzjazmem, dołączyła do krótkiej przemowy, z powagą wypowiadając swoje życzenia.
„Za wolność, za demokrację, za konstytucję, za pokój, za Polskę. Sto lat” — wykrzyknął Piłsudski. „Sto lat!” Wspólny, gromki odzew odbił się stłumionym echem od ścian auli. Jurjan, doskonała koncepcja Rudego Proroka. Nagrzewanie. Według Wikipedii proces dostarczenia energii termicznej do ciała w celu podniesienia lub utrzymania jego temperatury. Przede mną prosty i przyjemny etap pracy. Nadawanie kształtu. Szlifierką kątową szło to bardzo szybko. Stal węglowa.
Zdecydowana większość atomów, które tworzyły stop, pochodziła z supernowej. Niewielu ludzi wie, że ciężkie pierwiastki powstały we wnętrzu gwiazdy wcześniejszego pokolenia na chwilę przed jej wybuchem. Istniejemy i my, i cały Układ Słoneczny dzięki tej dramatycznej śmierci. W termonuklearnym piecu żelazo narodziło się w okamgnieniu, biorąc pod uwagę całą długość życia gwiazdy. Wszystko, co widzimy, włącznie z oświetlającym to słońcem, to materia złożona z resztek po wielkim wybuchu i truchła martwej, rozerwanej na strzępy poprzedniczki. Zlepek ponownie wskrzeszony do życia. Fragment wycięty ze starej piły tarczowej leżał jeszcze ciepły na mojej dłoni. Kto zgadnie, czym mogły być w niedawnej przeszłości jej atomy? Gwoździem? Kawałkiem mostu?
Widelcem? Nieważne, z jakich wcieleń reinkarnowały ostatnio. Pierwotnie jako ruda czekały na tę misję ponad cztery miliardy lat. Taki zwyczajny, trochę zardzewiały kawałek stali. Iskry długim snopem sypały się spod korundowo-węglikowej tarczy. Charakterystyczny swąd drażnił nozdrza. Miał w sobie nutę czosnku. Nie wiedziałem, czy to zapach przycinanej stali, czy tarczy, a może połączenie obu. Elektronarzędziami, czasem wspomagając się pilnikiem, po dwóch godzinach żmudnej pracy doprowadziłem do porządku płaskie powierzchnie. Mogłem być zadowolony z wyników.
Niemal doskonała symetria. Odrzucając estetykę, wszelkie niedoskonałości mogły być przyczyną pęknięcia elementu lub wybaczenia kształtu w trakcie hartowania. W takiej sytuacji cała praca poszłaby na marne. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Miałem zajęcie. To mnie uspokajało. W domu, a w zasadzie wśród innych ludzi, nie mogłem już wytrzymać. Zachowywali się irracjonalnie, przynajmniej moim zdaniem. Chaos, agresja, panika i lament. W każdym napotkanym człowieku były te cztery elementy wymieszane w różnych proporcjach.
Czułem do nich odrazę. Subiektywnie uważałem, że moimi działaniami kierowały głównie kreatywność i determinacja. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że tracę czas. Tylko pozornie. Byłem gotów i mogłem sobie pozwolić na luksus samotności. Przez ostatnie sześć dni działałem niemal bez snu. Siódmego musiał odpocząć sam Bóg, tym bardziej ja. Porządnie się wyspałem. Odrywałem się od przygnębiających perspektyw. Kolejne czynności wymagały koncentracji.
Pochłonęły mnie bez reszty. Czasem tylko wracałem myślami do Józefiny, zastanawiając się, jak sobie radzi. Byliśmy umówieni jutro w południe. Od tego momentu planowaliśmy więcej się nie rozdzielać. Miałem nadzieję, że działała według planu i na kartce, którą jej pozostawiłem, odhaczała kolejne punkty. Koniecznie zamknięta we własnym mieszkaniu. W ciągu ostatnich dni usilnie starałem się wyperswadować, by już przestała ćwiczyć. Była harfistką, drobną i zawsze bladą, prześliczną dziewczyną z długimi blond włosami. Spotykaliśmy się od kilku miesięcy. Szczęście w nieszczęściu.
Dołożyłem do paleniska. Żaru powinno być jak najwięcej. Ogień to magia, którą mamy w genach. Od zawsze dawał ciepło, światło. Co najważniejsze, poczucie bezpieczeństwa. Jednak tylko wtedy, kiedy był ogień znany. Jako rozpętany żywioł nie dawał szans. Potwierdzi to każdy, kto widział prawdziwy pożar. Stal wciśnięta między pomarańczowe węgielki powoli nabierała temperatury. Żar też miał swoją tajemnicę.
Patrząc w ognisko, zawsze przypominała mi się zdumiewająca zasada. Niezależnie od rodzaju materiału, czy byłoby to drewno, metal czy szkło, rozgrzane do tej samej temperatury świeciły dokładnie tym samym odcieniem. Stal nabrała koloru jaskrawopomarańczowego. Właśnie następowała przemiana struktury. Józefina. Jeszcze raz zobaczyłem ją oczami wyobraźni. Zagubiona w świecie, którego nie rozumiała. Zatopiona w sztuce odbierała rzeczywistość przez jej pryzmat, który szczególnie mocno wykrzywiał wszelaką podłość. Jak mała dziewczynka, wiecznie zaskoczona, że ktoś coś złego powiedział, haniebnie postąpił, niegodziwie pomyślał. Ujęła mnie tą codzienną, szczerą niewinnością, nawet jeśli korzenie cechy tkwiły w infantylnej naiwności.
Dwa tygodnie temu zadzwoniła do mnie z pytaniem, co o tym wszystkim sądzę. Wtedy nie sądziłem nic, a pytanie zbagatelizowałem, dzieląc jej emocje przez cztery. Wróciłem z terenu. Zmęczony po pracy włączyłem telewizor. Jeszcze tego samego wieczora oddzwoniłem i powiedziałem jej, że trzeba być czujnym. Długo szperałem w odległych zakątkach internetu. Rozruchy na całym świecie, globalne zamieszanie. Ludzie pragnęli prawdy, a czołowe media pełne były wyszczekanych gąb polityków i naukowców, którzy przynudzali żargonem, bo znaleźli kolejną okazję, aby udowodnić gawiedzi swoją wyższość. Każdego dnia lansowali inną narrację. Najpierw problem obśmiewali, potem przekonywali, że to jedynie tsunami głupoty, a teraz apelowali, aby nie popadać w panikę.
Benzyna już się jednak rozlała. Zupełnie inne informacje można było odnaleźć na niezależnych portalach internetowych i w mediach społecznościowych. Zwykli ludzie wiedzieli, że coś jest nie tak. Zagłębiając się w materiały, stawało się dla mnie oczywiste, że rządy państw ukrywają prawdę i robią wszystko, żeby nie dopuścić do chaosu. Najgorzej było w dużych miastach. Plądrowanie sklepów, napady i podpalenia były na porządku dziennym, bardziej w zasadzie na porządku nocnym. Za dnia ulice wyludniały się. Dyscyplinę zaprowadzały ciężkozbrojne patrole policji i wojska. Po zmierzchu nie dawały sobie rady, pomimo godziny policyjnej i strzelania bez ostrzeżenia do wszystkiego, co się poruszyło w ciemnościach. Desperacja ludzi była większa niż ryzyko gwałtownej śmierci od kul.
Dziwiło mnie to. Może nie powinno. Jeśli to niechciwość nimi powodowała, a strach osobliwy sposób na samobójstwo? Ta demoniczna myśl zdawała się być rozsądną w niektórych przypadkach. Minął kwadrans. Kończąc dociekania, powróciłem do bieżącego zadania. Czas na hartowanie. Przepracowany olej silnikowy w roli chłodzącego medium. Wiedziałem, że to nie najlepsze rozwiązanie, ale nic innego nie miałem pod ręką. Hartowanie w ogniu?
Nic bardziej mylnego. Czy człowiek, który chce pokonać swój strach, hartuje odwagę, wchodząc po drabince na trampolinę, czy skacząc z niej do wody? Identycznie ze stalą – hartuje szybkie chłodzenie. Oczywiście bez rozgrzania i przemiany fazowej nie byłoby czego chłodzić. Trzymając obcęgi w grubej rękawicy, chwyciłem jasnopomarańczowy detal i szybkim ruchem włożyłem go do czarnego oleju. Wykonałem kilka pionowych ruchów, aby szybciej oddał ciepło. Gdyby stal stygła powoli, struktura wróciłaby do pierwotnej, miękkiej formy. Dzięki schładzaniu o kilkaset stopni w trzy sekundy można stwierdzić w przenośni, że twarda struktura została zamrożona. Od potężnych naprężeń w materiale stal czasem jęczała, czasem mruczała, a trzaski i stuki mogły świadczyć o powstałych pęknięciach. Wyjąłem hartowany element z oleju i patrząc pod światło ogniska, przyjrzałem się uważnie.
Żadnych widocznych pęknięć ani wypaczeń. Kontrolnie przejechałem pilnikiem. Szorstkie narzędzie znalazło twardszego od siebie rywala i ślizgało się w każdym sprawdzanym miejscu. W końcu mogłem nazwać ten kawałek stali z szacunkiem, na jaki zasłużył: ostrze przyszłego noża, które wytrzyma nawet koniec świata. Hartowanie. Według Wikipedii rodzaj obróbki cieplnej materiału polegający na nagrzaniu danego materiału do odpowiedniej temperatury, wytrzymaniu w tej temperaturze przez czas konieczny do przebudowy struktury wewnętrznej oraz następnym odpowiednio szybkim schłodzeniu. Stałem za rogiem na zimnym wietrze. Błogosławiłem pogodę. Chłód studził umysł przegrzany od emocji. Sklepy pozamykane.
Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązywał od dwóch tygodni. Nie wiadomo, jakim sposobem po ulicach kręcili się podchmieleni i całkowicie pijani. Zresztą może byli trzeźwi, z pewnością niebezpieczni. Obłęd w oczach mógł zmylić każdego. Dziewiąta rano. Józefina stała przed apteką i błagała farmaceutkę, żeby ją wpuściła. Pokazywała receptę, tłumacząc łamiącym się głosem, że chodzi o ludzkie życie. Aptekarka po dłuższej chwili uległa namowom. Moja blond piękność zniknęła w środku. Drżąc cały zapaliłem papierosa.
To była swego rodzaju klepsydra, która miała mi podpowiedzieć, kiedy moja kolej. Paląc zachłannie, odczekałem dwie minuty. Pstryknąłem niedopałkiem przed siebie i ruszyłem ku przeznaczeniu. Wszedłem. Rozejrzałem się z wyrazem twarzy ściętym nerwami. „Nieczynne. Nie ma prądu. Kasa fiskalna nie działa. Nic nie mogę sprzedać.” Farmaceutka zdecydowanym głosem jeden za drugim wystrzeliła komunikaty bez pytania o wagę problemu. A przecież to nie warzywniak.
Widocznie handlujących lekami nie obowiązywała przysięga Hipokratesa. Czułem, że chcę ją sobie pochydzić na siłę. Jednym ruchem przerzuciłem pustą torbę nad szklaną szybą i bez ceregieli wyjąłem nóż. Chwyciłem za czoło stojącą przed ladą Józefinę i przyłożyłem ostrze do jej szyi. „W torbie jest lista. Jeśli za chwilę nie zaczniesz jej pakować, poderżnę gardło.” Na moment uniosłem nóż o wielkim ostrzu i przyłożyłem ponownie do fiotkiej szyi. „Na co czekasz? Głucha jesteś?” Krzyczałem w stanie maksymalnego pobudzenia. Aptekarka z oczami rozszerzonymi strachem stała jak sparaliżowana. „No rusz się, zaraz wszystko będzie w jej krwi.” „Nie” powiedziała cicho.
„Co kurwa nie?” Zabrakło mi argumentów. Rozglądałem się nerwowo, szukając szybkiej podpowiedzi. „Pomóż mi, proszę. On mnie zabije” błagalnie wyszeptała Józefina. „Nic nie dostaniesz. Całe życie bałam się takich jak ty. Teraz wszystko mi jedno. Precz z mojej apteki, bandyto.” Kobieta wpadła w niemy szał. Wyglądała na gotową na wszystko. Stała, wpatrując się we mnie nienawistnym spojrzeniem, dysząc jak nosorożec.
Ostatkami sił kontrolowała zachowanie. Poczułem, jak Józefina chwyta mnie za prawą rękę i delikatnie odsuwa nóż od skóry. Z oporem rozluźniłem napięcie mięśni. Czas stanął w miejscu. Plan upadł. Mijały sekundy, a ja nie mogłem się pozbierać. Napady to nie moja bajka. Kiedy aktorstwo zawiodło, byłem bezradny. Akcja nabrała tempa, gdy w drzwiach apteki pojawił się siwy emeryt. Józefina wyrwała mi nóż z ręki, a ja rzuciłem się w stronę dziadka.
Przewróciłem go na podłogę i ponownie dopadłem do drzwi. Zamknąłem je, żeby powstrzymać wizyty kolejnych niechcianych gości. Kiedy obróciłem się z powrotem, moja kobieta przeskakiwała przez kontuar. Złapała aptekarkę za krótkie włosy i przejechała piekielnie ostrym nożem wzdłuż przedramienia. „Rób, co powiedział, bo zaraz ja poderżnę ci gardło.” Słowa wypowiedziała spokojnie. Tym większe wrażenie musiały zrobić na kobiecie, która rozszerzonymi oczami przyglądała się ręce. Ciemnoczerwona krew strumykiem spływała na podłogę. „Zrobisz porządek z raną dopiero jak torba będzie pełna. Pakuj lekarstwa.” „Ja tylko po insulinę. Może przyjdę później.” Wystraszony dziadek chciał opuścić aptekę, nie rozumiejąc, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie.
W tym momencie na mapie operacji nie powinien uważać się za neutralną Szwajcarię. „Leż cicho!” Postanowiłem nie zwracać na niego uwagi, dopóki nie wpadnie na pomysł ustawienia się w pionie. Byłem wściekły na swoją niemoc. Zmroziła mnie nagła myśl, że następnym razem, kiedy wyjmę nóż, być może ktoś zginie. Dotarło do mnie, że jeśli mamy przetrwać, muszę się wiele nauczyć. Farmaceutka wyjęła z torby kartkę, którą momentalnie zaplamiła czerwonymi kleksami. W widocznych nerwach zaczęła wyciągać pudełka z szuflad. Kilka minut później wyszliśmy z apteki. Podtrzymywałem w pół dziewczynę. Była biała jak ściana.
Slaniała się na nogach. „To teraz pobawimy się w doktora” – próbowałem żartować. Spojrzała na mnie z wyrzutem. Nie odezwała się aż do samego domu. Weszliśmy do jej mieszkania, ignorując wszelkie zasady konspiracji. Przebakowaliśmy leki do woreczków foliowych według zasady jedna torebka, jedna ulotka i wszystkie listki ściągnięte gumką. Zdobyliśmy głównie antybiotyki, trochę silnych środków przeciwbólowych, strzykawki, igły. Na koniec do plecaka powędrowały książki, najnowszy wykaz leków i gruby podręcznik interny. Włączyłem telewizor. W kółko to samo.
Krótkie orędzie prezydenta. Twierdził, że sytuacja jest pod kontrolą. Naukowcy dowodzą, że nie istnieje żadne zagrożenie, że to nieuzasadniona panika podsycana w wielu mediach. Nie mogłem tego słuchać. Do tej pory mówił prawdę tylko wtedy, kiedy się pomylił. Czemu miałbym mu wierzyć teraz? Pozostało nam dopić kawę i na resztkach paliwa wybrać się w ostatnią podróż. Odpuszczanie. Według Wikipedii proces obróbki cieplnej, którego celem jest usunięcie naprężeń hartowniczych oraz zmiana własności fizycznych zahartowanej stali, a przede wszystkim podniesienie odporności na pękanie przy obciążeniach dynamicznych kosztem zmniejszenia twardości. Objęci wpół siedzieliśmy w wilgotnym kanale.
Na szczęście nigdy nie służył jako kolektor ścieków komunalnych. Żadnego odoru szamba. Czuć było jedynie stęchliznę. Kto nie przebywał w takim miejscu, nie wie, co to dłużenie się czasu. Spojrzałem na Józefinę. Była przygnębiona. Chyba ją rozumiałem. Ja mogłem stracić co najwyżej swój świat. Ona oba. Także ten, do którego uciekała w chwilach artystycznego uniesienia.
„Wiem, że to nie miejsce dla ciebie, ale jedynie tu mamy szansę. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co się będzie działo w miastach w ciągu nadchodzącej doby. Mordy, kradzieże, gwałty i samobójstwa. W sumie z twoimi jajami pewnie jakoś byś sobie poradziła.” „Przestań, nie przypominaj mi. Nie wiem, co mi odbiło” szepnęła cicho, jak prawie zawsze miałam w zwyczaju. „Powinienem nazywać cię Józefinką.” Subtelnie, ale i ostro. „Nieraz mnie tak nazywałeś. Co w tym dziwnego?” „Tak, ale bez myślnika przed finką.” „Bo mam jasne włosy?” „Nie, bo finka to rodzaj noża.” Nic gorszego niż tłumaczyć żart. „Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu.” Nieobecna myślami nie zwracała pełnej uwagi na to, co mówiłem. Odpowiadała machinalnie, będąc odległa ponad wszelkimi ściekami egzystencji.
„Nauczymy się żyć na nowo. Poradzimy sobie. Mamy paszporty do nowego świata. Sądzę, że ta torba będzie warta więcej niż złoto, które się do niej mieści.” Leczenie ludzi jest nie tylko szlachetne, ale i dochodowe. Wiem, że żadni z nas lekarze, ale choroby, na które mogą pomóc antybiotyki... Ludzie oddadzą wszystko, żeby uratować bliskiego. „Jeśli sami przeżyjemy” – stwierdziła beznamiętnie. 200 metrów kanałów, kilkanaście zakrętów, a za plecami zabetonowane wejście od strony zakładów. Sądzę, że to najlepsze miejsce w całym mieście i okolicy. „Czego możemy się spodziewać i kiedy?” Spojrzała mi w oczy, wracając z dalekiej podróży.
Nie mam pojęcia. Trzęsienia ziemi, pożarów, fali uderzeniowej, fali ognia, chłodu i głodu. Zimy przez rok, może kilka lat. Ale poradzimy sobie. Najgorszy pierwszy tydzień, miesiąc. Potem musimy zdobyć broń. Coś wymyślę. „Pytałam, jak szybko tu u nas pierwsze skutki?” Ludzie pisali różnie. Jedni, że asteroida uderzy w Amerykę Północną, inni, że w południową. To będzie różnica kilkunastu, może kilkudziesięciu minut.
Nikt nie wie, czy Armagedon dotrze do nas po kilku, czy po kilkunastu godzinach i z jaką siłą. Trzeba byłoby zapytać dinozaury. „Słyszałam, że jest szansa. Może się rozpaść na małe fragmenty i spalić w atmosferze.” Nie wierz w te bzdury. Widziałem filmy. Czytałem, że ma średnicę od 4 do 5 kilometrów. Agencje rządowe od miesięcy wiedziały o niej dokładnie wszystko. Chcieli mieć spokój do ostatnich godzin. Nie zrobili nic, żeby dać szansę ludziom, a sami pewnie są już w schronach. A ta banda debili plądruje sklepy, wynoszą telewizory, komórki.
Po co komuś nowe kino domowe na dwa dni przed śmiercią? „Może się spali. Co mnie obchodzi kino domowe i co kradną?” – skwitowała z nutą rozdrażnienia. Nie, bolid jest zbyt duży. To potwór. Gdyby zawisł dokładnie nad nami, zasłoniłby pół nieba. Zresztą ma taką prędkość, że przez atmosferę przebije się w kilka sekund. Nie zdąży się porządnie nagrzać. „Może jest szansa. Może nas minie.
Blisko, ale minie. Zawsze jest przecież jakaś szansa.” Za dużo faktów przemawia, że to będzie koniec. Zaczynając od wykradzionych filmów i danych z agencji kosmicznych, poprzez ludzi, którzy w nich pracowali, ale odeszli, żeby przerwać milczenie po byłych agentów CIA. Ci ludzie twierdzą, że to dziesiątka według skali Torino, co oznacza, że zdarzenie jest pewne, a siła eksplozji stanowi zagrożenie dla istnienia cywilizacji. Wywiady, filmy, zdjęcia. Na koniec astronomowie amatorzy. Chodzi mi o tych spoza układu. Oni też zrobili swoje. Wiadomo, materiały w gorszej jakości, ale wszystko się pokrywa. Czy ktoś wierzy, czy nie, kleją się do tego nawet przepowiednie.
Biblia, Nostradamus, inni też. Nie pamiętam nazwisk. To, że jest spisek systemu to dla mnie jasne. Największym potwierdzeniem, że władze wszystko negują. Ludzie nie są tacy głupi. No, może za wyjątkiem tych od kina domowego. „A jak agencje komentują to, że niektórzy ujawnili prawdę?” Wyparły się, że mają z nim jakikolwiek związek. Lakoniczne komunikaty. Dementujemy informację, że taki a taki człowiek pracował w naszej agencji lub z nią w jakikolwiek sposób współpracował. Tą metodą nie zagłuszą prawdy.
„Bartek, mam coś. Dziś jest Wszystkich Świętych.” Zaświeciła na chwilę latarkę i wyjęła z kieszeni mały podgrzewacz. „Zapal. Nie wzięłam zapałek. Zapomniałam.” Trafiłaś idealnie. Pewnie już uderzyła. Albo za chwilę się to stanie. Za wszystkich, których znamy. Za tych, którzy zdążyli uciec i za tych, którzy czekają. „Za wszystkich” – dodała matowym głosem.
Popadliśmy w swego rodzaju letarg. Wpatrywaliśmy się w nieruchomy płomyk świeczki bez słów i prawie bez ruchu. Starałem się odganiać tragiczne wizje. Uciekałem do najprzyjemniejszych chwil, jakie mnie spotkały w życiu. Jednak koszmarne myśli niepowstrzymanie zatruwały głowę. Czułem się w tym tunelu zupełnie nagi, niby za parawanem, stojąc przed plutonem egzekucyjnym. Bałem się pytać, jak z tą udręką dawała sobie radę wtulona we mnie subtelna kobieta. Co ciekawe, w tym permanentnym poczuciu zagrożenia była dla mnie ważna jako jaźń czy dusza. Istotne było wnętrze, jakkolwiek nie nazwać, a wszystko, co dotąd zrobiłem, miało na celu uratowanie jej kruchego ciała. Jeśli to miały być nasze ostatnie chwile, nie potrafiłem ich wykorzystać w najlepszy możliwy sposób, ale jakoś przetrwać.
Ten tętnokopyt rozsadzający umysł tak mnie sponiewierał, że od czasu do czasu pragnąłem, żeby dramat się w końcu rozpoczął. Jakkolwiek miałoby się skończyć. Wierzyłem chwilami, że byłoby wybawieniem od przytłaczającego oczekiwania. Strach przed śmiercią paraliżował i pożerał mnie od środka. Żadnego bohaterstwa. Schowały się gdzieś ostatnie skrzepy godności. Pierwsza zapowiedź problemu pojawiła się u Józefiny. Krótko po odpaleniu się knota zaczęła odczuwać mdłości i zawroty głowy. Może to od stresu. Wiesz, ciągłe napięcie podświadome, nawet jeśli go nie widać.
Starałem się ją uspokoić. „Było coś na liście na niestrawność, zatrucia pokarmowe?” Niestety. Przypomniałem sobie, że leki na problemy żołądkowe uznałem za nieistotne. „Puść mnie!” Poczułem, jak zesztywniało jej ciało. Poświeciłem. Próbowała wstać, ale szybko rzuciło ją na kolana. Klęcząc, odkaszlnęła przeciągle dwa razy, trzymając się za brzuch. Dopadł ją silny skurcz i zwymiotowała. „Przepraszam. Masz chusteczkę na wierzchu?” „Proszę.” Szybko podałem całą paczkę.
Otarła wilgotne usta. Była piękna. Nawet tu i teraz. „Jesteś piękna, wiesz?” „Przestań. Mam chyba temperaturę. Może powinnam wziąć antybiotyk. Tu w kanale mogą być jakieś bakterie.” Ale które? Symptomy zbyt mało wyraziste. Najwyżej coś ogólnego. Może tetracyklinę?
Bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. „Daj. Cokolwiek.” Kilka godzin później wymiotowałem i ja. Objawy znacznie się nasiliły w ciągu kilkudziesięciu minut od chwili pojawienia się. Czułem temperaturę i silne osłabienie. Otuliliśmy się śpiworem, trzęsąc się i pocąc jednocześnie. Obudziłem się obolały i bardzo słaby. Włączyłem turystyczną lampkę. Nigdzie nie dostrzegłem Józefiny. Już nie miałem czym wymiotować.
Spojrzałem na zegarek. 21:00 lub 9:00 rano. Nie wiem, ile spałem, ale wielokrotnie przepływałem ze stanu częściowej świadomości do halucynacji. Chowałem się przed dwumetrowymi pająkami o wielkich odwłokach. Próbowały mnie atakować, ukrytego w szczelinie, jamie. Ich kosmate odnóża niemal sięgały mojego ciała. Sprawdziłem na telefonie. Jednak rano. Zacząłem dodawać na palcach. Szło ciężko.
Nie mogłem się skupić. Z wyliczeń wynikało, że od uderzenia minęło mniej więcej 41 godzin. Wstałem i trzymając się ściany kanału, ruszyłem szukać dziewczyny. Gdzie poszła w takim stanie? Te wymioty. Co się z nami stało? Analizowałem sytuację. Fatalne samopoczucie mieszało myśli. Co to za zakłady? Pralnia chemiczna i farbiarnia zamknięte ze 30 lat temu.
Jakich świństw wtedy używali? Coś zostało w powietrzu, na ścianach. Fakty stały się oczywiste, kiedy tylko je powiązałem. To reakcja po zatruciu chemią. Zapragnąłem jak najszybciej opuścić to ponure miejsce, przynajmniej na chwilę i zaczerpnąć zdrowego powietrza. Póki co w kanale nie zaobserwowałem ani dymu, ani wzrostu temperatury. Tyle godzin? Może była mniejsza, niż szacowali specjaliści albo faktycznie poszła bokiem. Zatacając się na miękkich nogach ze spuszczoną głową doczłapałem się w okolice włazu. Zobaczyłem jaskrawe światło.
Pokrywa była uchylona. Żadnych bocznych odnóg. Nie było innej możliwości. Józefina musiała wyjść na zewnątrz. Jak udało się jej otworzyć ciężką żeliwną pokrywę? Wspinałem się, chwytając zimnych żelaznych klamer, aby nie polecieć w dół. Co stopień wkładałem rękę głęboko za szczebel i blokowałem ciężar ciała na przedramieniu. Mrużąc oczy wystawiłem głowę ponad właz. Powietrze miało soczysty, świeży zapach. Wystając od połowy z kanału za plecami usłyszałem głosy dzieci.
Nie ryzykowałem wiercenia się stojąc na kawałku wilgotnego pręta. Podeszły zaintrygowane i otoczyły mnie. W ciszy przyglądały się brudnemu panu wystającemu z ziemi. Na oko pięcio-, może sześciolatki. „A kuku!” Mały rudzielec zaczepił mnie na wesoło, świdrując bystrymi oczkami. Reszta maluchów wybuchła śmiechem i znudzona moją bierną postawą zaczęła zajmować się sobą. „Dzieci! Z powrotem na ścieżkę i łączymy się w pary. Nie ma co tu oglądać.” Opiekunka, zaskoczona widokiem, mimo wypowiedzianych słów, obróciła głowę jeszcze dwukrotnie, oceniając bezpieczeństwo podopiecznych. Udało mi się wyjść mozolnie na czworakach.
Wszystkie rzeczy zostawiłem w kanale. Było mi wszystko jedno. Wstałem, niepewnie utrzymując pion i rozejrzałem się wokół. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nic się nie zmieniło. I te przedszkolaki na spacerze dwie doby po kataklizmie. Dotarłem do najbliższej ławki i usiadłem z ulgą. Spostrzegłem rozrzucone zakrwawione chusteczki. To mogła być ona. Czyżby też odpoczywała w tym samym miejscu? Bardzo możliwe.
Ta ławka była usytuowana najbliżej wejścia. „Joza, gdzie jesteś?” Zawyłem zachrypniętym głosem i ciszej dodałem: „Powiesz im, że ci kazałem... ” Spuściłem wzrok. Nie spodziewałem się rychłego odzewu. Miałem złe przeczucia. Wybrałem jej numer. Od razu włączyła się poczta. Przerwałem połączenie. Nie wiedziałbym, co jej powiedzieć. To wszystko to było dla niej zbyt dużo.
Chciałem dobrze. Sprawdziłem to miejsce. Nawet mocno nie śmierdziało. Co dalej? Internet – pomyślałem. Najszybsze źródło informacji. Dobrze, że działał. Wszedłem w przeglądarkę. Od razu otrzymałem powiadomienie. Stuknąłem palcem.
To ze strony Ruchu Płaskiej Ziemi. Kiedyś zarejestrowałem się na niej, żeby móc niewybrednie skomentować bzdurny artykuł. Teraz czytałem ich przesłanie. Ważny komunikat. Stowarzyszenie Ruch Płaskiej Ziemi oświadcza, że asteroida ENDXR5 jednak uderzyła w Ziemię. Bolid posiadający wielką energię przebił cienką skorupę jak kula karabinowa szybę i poleciał dalej. Planowane są ekspedycje w celu odnalezienia tego przebicia, co ostatecznie udowodni niedowiarkom, jaka jest rzeczywista budowa wszechświata. W związku z tym rozpoczynamy ogólnokrajową zbiórkę, aby zdobyć środki na planowane wyprawy. Osoby wpłacające najwyższe kwoty, w miarę chęci, będą brane pod uwagę przy formowaniu składu ekip. Numery kont.
Zniesmaczony opuściłem witrynę. Potrzebowałem profesjonalnego serwisu. TV Sat 24, oficjalny portal telewizji informacyjnej. Tytuły biły po oczach. Papież dziękuje wiernym za modlitwy. I niżej mniejszą czcionką: Ręka Boska zmieniła kurs. Poniżej inny w migającej ramce. Wielka akcja północnokoreańskich hakerów. Albo ten: Straty światowej gospodarki liczone w setkach miliardów. Straty?
Właśnie, jak wielkie? Wszedłem w ostatni artykuł. Do spowodowania paniki wykorzystano produkcję z Hollywood. Twórcy sądzili, że zamówione materiały miały służyć do montażu reklam. Prezesi wytwórni zasłaniają się tajemnicą handlową i specyficzną konstrukcją umów. Do studiów filmowych wkroczyli agenci FBI. Okazało się, że środki finansowe na ten szeroko zakrojony atak pochodziły z donacji firm i prywatnych osób. Zbierane były przez różne fundacje, głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie. Wiele nici prowadzi do Korei Północnej. Najprawdopodobniej to Kim Min Jung z nas zakpił.
Służby mu podległe doprowadziły do poważnych strat, wykorzystując naszą wiedzę, technologię, a przede wszystkim szlachetność i niestety głęboką naiwność. Genialne. Zrobili to naszymi rękami, za pomocą naszych narzędzi i zapłacili naszymi pieniędzmi. Świat będzie wściekły. Czy jednak nie za szybko wykryli sprawców? Zdecydowanie zbyt szybko. Prowokacje? To mogłaby być mistrzowska intryga. Zyskać poparcie demokratycznych społeczeństw i zdobyć alibi na rozpętanie sprawiedliwej wojny. Telefon wypadł mi z ręki.
Czy kiedykolwiek dowiem się, co mnie zmusiło do tkwienia w tym cholernym kanale? Juza, chciałem cię tylko uratować. Moja gwiazdo, nie zostawiaj mnie — szeptałem do siebie, bo wierzyłem, że słowo wypowiadane ma większą moc niż pomyślane. W głowie jedynie pustka, jak czarna, brzęcząca próżnia i nieokreślony żal. Rzeczywistość sprzed katastrofy już nie wróci. Prawda umarła po długiej chorobie. Dziś nastąpił jej pogrzeb. A kuku. I co? Jeszcze żyję.
Uodporniony na świat jak nigdy dotąd. Z niechęcią podniosłem telefon i go wyłączyłem. Na dobre.
[04:57:22] - Proszę państwa, to koniec audycji. I ja wiem. Nie było dzisiaj ważnego punktu programu, nie było audycji bez tajemnic o spirytyzmie. Moja wina, bardzo wielka moja wina, ale niestety nie udało się. Obiecuję, że w przyszłym tygodniu będą dwie. Muszę jakoś winy swoje odkupić. W związku z tym będą dwie na pewno. Teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Naprawdę było mi bardzo miło. Cóż, zapraszam za tydzień.
Jak zwykle Bibliotekarium 2.0 będzie. Znowu nie mogę powiedzieć, bo nic tak łatwo się nie sypie jak rzeczy zaplanowane. Ja to często powtarzam, ale to mnie coraz częściej dosięga. Im częściej o tym mówię, tym częściej mi się zdarzają różnego rodzaju obsuwy, nie do końca zawinione przeze mnie. Ale co to w końcu obchodzi słuchaczy, że to nie moja wina, tylko kogoś albo czegoś, albo przypadku losowego? Nie, państwa to nie interesuje i macie państwo rację. Dlatego tak milczę we wszystkich znanych sobie językach na temat tego, co będzie w przyszłym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Na pewno będą stałe punkty programu, a ekstra też coś będzie. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Dobrej nocy życzę i w ogóle wszystkiego dobrego.
Do usłyszenia.
[04:58:55] - Mówi do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radio Paranormalium i Book Radio.