Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. No to kolejny piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła godzina 20:00 na naszym zegarze, to znaczy, że czas najwyższy rozpocząć kolejne spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi, czyli Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Dobrze, że ten YouTube'owy transkryptor AI przestał to spisywać jako „Akademia Szynki”. Chociaż „Akademia Szynki” wyglądała też całkiem smakowicie. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:01] - Pięknie państwa witam. Dobry wieczór, a nawet dzień dobry wieczór. À propos tego, co powiedział Ivellios, wiecie państwo, to banalne, ale dobra szynka nie jest zła, chyba że się jest wegetarianinem tudzież weganinem.
[01:20] - A już wynaleziono, Marku, szynkę bezmięsną.
[01:24] - Nie wiem, czy chcę jej skosztować. Nie wchodźmy w tę dyskusję, proszę państwa.
[01:31] - Taka roślinna, tak skomponowana, że podobno smakuje jak szynka.
[01:36] - Jeśli smakuje tak jak szynka, to ja nie mam nic przeciwko, bo wiecie państwo, ja nie jestem jakimś zaczadzonym ideologiem, że koniecznie trzeba żreć mięso, żeby być szczęśliwym albo koniecznie trzeba nie żreć mięsa, żeby być szczęśliwym. To nie jest ten poziom refleksji, przynajmniej u mnie. Być może jestem zacofany. Z mojego punktu widzenia ważniejsze jest to, czy mi to smakuje, czy mi to nie smakuje i to jedyne kryterium, które biorę pod uwagę. W związku z tym gładko w tej chwili schodzę z linii strzału. Nie wchodzę w dyskusję, co warto konsumować, a co może sobie warto darować. Zaczynamy, proszę państwa, kolejne Bibliotekarium 2.0. I tradycyjnie, zgodnie z linią nakreśloną w swoim czasie, zaczynamy od zapowiedzi wydawniczych. Dzisiaj na tapet bierzemy wydawnictwo MAG. I na początek rzecz absolutnie klasyczna.
Rzecz, która po raz pierwszy ukazała się w latach 80. na polskim rynku wydawniczym, a mianowicie powieść Frederika Pohla „Gateway. Brama do gwiazd”. Tym razem wzbogacona w dalszą część, czyli „Gateway. Brama do gwiazd” i kolejna część „Za błękitnym horyzontem zdarzeń”. Cóż to za książka? Powiem państwu od razu: ciekawa, pełne science fiction. Po prostu w naszym Układzie Słonecznym znajduje się takie ciało niebieskie, przynajmniej według Frederika Pohla, gdzie zakotwiczone są statki, którymi można podróżować po wszechświecie. To jest duży skrót myślowy, ale wybaczcie mi go państwo. Nie będę państwu książki opowiadał.
Natomiast co warto o tej książce powiedzieć? To jest wznowienie, ale wznowienie warte państwa uwagi. Wspomnę jeszcze, że pojawi się na rynku wydawniczym 28 lutego. Całkiem niedługo. Frederick Pohl. Ja nie wiem, czy państwu to nazwisko coś mówi. Dla mnie jest to nazwisko kultowe. Dość powiedzieć, że to jest zdobywca wszelkich możliwych nagród, tych takich najbardziej świecznikowych, jeśli chodzi o fantastykę naukową, a już na pewno fantastykę naukową anglosaską. A więc Igo, Nebula, Nagroda Johna Campbella za najlepszą powieść science fiction i tak dalej. Tych wyróżnień Frederick Pohl zdobył całkiem sporo.
Tak jak powiedziałem, „Gateway” to jest określenie ciała kosmicznego w Układzie Słonecznym, swoistej stacji, z której można podróżować do gwiazd. To pozostałość po rasie obcych. Nie wiem, ile państwu jeszcze mogę powiedzieć. W związku z tym nie powiem za dużo. Powiem tyle, że ta stacja kosmiczna, ta Gateway, odblokowała bogactwo wszechświata, ale za cenę niewyobrażalnych koszmarów. Gdy poszukiwacz Bob udał się na Gateway, aby szukać szczęścia na statkach Heechee, to jest ta obca rasa, która te statki pozostawiła, zdecydował, że będzie wiedział, które loty będą dla niego źródłem fortuny. Tak, bo na tych lotach w odległe części wszechświata można się dorobić. Jedni lecą po to, żeby poznać, jak to tam wygląda, a inni przywożą stamtąd, z odległych części wszechświata, rzeczy, przedmioty, które da się w naszym bardzo materialnym świecie po prostu spieniężyć. I stąd ta uwaga, o której powiedziałem. Po kilku wyprawach nasz główny bohater musi zmierzyć się z tym, co go spotkało podczas tych wypraw.
Zmierzyć się też z tym, kim jest. Bo podróż w odległe części wszechświata zamienia się również w podróż inner space, w podróż w głąb samego siebie. A ta podróż okazuje się czasami znacznie bardziej niebezpieczna niż podróż w odległe części wszechświata, w tę międzygwiezdną pustkę. Bo czasami w człowieku pustka jest znacznie bardziej rozległa niż cały wszechświat. Wiem, mówię taką poetycką nowomową. Może nie warto na to zwracać uwagi, ale zobaczmy, co o książce Frederika Pohla piszą periodyki. „Analog Science Fiction and Fact” pisze w następujący sposób: „'Gateway' to jeden z tych rzadkich skarbów. Bardzo ludzka historia osadzona w pełnym cudów i piękna, nieskończonym gwieździstym wszechświecie. Stary mistrz Frederik Pohl otworzył nowe tereny dla powieści fantastycznonaukowych.” Ale to tylko wstęp. „Library Journal” pisze w ten sposób: „Fabuła łączy zagadkę i przygodę z doskonałym profilem mającego duże szczęście antybohatera.
Doskonałe dzieło, bardzo godne polecenia.” Mam dla Państwa jeszcze jedną polecankę. Gdy autor równie uznany jak Frederik Pohl twierdzi, że powieść „Gateway” to jego najlepsze dzieło, należy go uważnie posłuchać. Przeczytaj ją. A kto się podpisał pod tą polecanką? Nikt inny jak Frederik Pohl. Myślę, że warto uwzględnić tę polecankę w swoich planach zakupowych. Żeglujmy dalej. W dalszym ciągu wydawnictwo MAG. Tytuł „Pod cukrowym niebem. W nieobecnym śnie”.
Ta książka pokaże się na rynku wydawniczym 29 lutego. Jej autorką jest Seanan McGuire. To seria „Zbłąkane dzieci”, a konkretnie mamy do czynienia z trzecim i czwartym tomem cyklu „Zbłąkane dzieci”. Zerknijmy, co na ten temat pisze wydawca. Dołączenie do uczniów, Eleanor, i przejdźmy przez drzwi do światów niebezpiecznych, a zarazem niezwykłych. Dzieci zawsze znikają w sprzyjających okolicznościach. Wślizgują się w mrok. W mrok panujący pod łóżkiem albo na przykład w głębi szafy. Wpadają do króliczych nor albo do starych studni i wychodzą z nich, ale zupełnie gdzieś indziej. Magiczne krainy nie potrzebują nadmiaru cudownych dzieci.
I to jest problem. Poznajcie Sumi i jej niemożliwą córkę Rini oraz Lundy, bardzo poważną młodą dziewczynę, która wolałaby studiować i marzyć, zamiast spełniać oczekiwania świata. Tyle wydawca. Myślę, że warto po to sięgnąć. Myślę, że czytelnicy pierwszej i drugiej części sięgną po tę część na pewno. A ci wszyscy, którzy jeszcze tej prozy nie znają, sięgną i po część pierwszą, i po część drugą, i po tę, którą Państwu niniejszym polecam. Przypomnę tę książkę. To jest Seanan McGuire „Pod cukrowym niebem. W nieobecnym śnie”. Jedźmy zatem dalej.
Kolejna polecanka. „Tyrania wiary”, Richard Swan. To znowu seria. Seria „Imperium Wilka”. Książka ukaże się 29 lutego. Poczytajmy, co pisze wydawca. „Tyrania wiary” to epicki sequel bestsellerowego debiutu na liście „Sunday Times”. „Sprawiedliwość królów” to był ten pierwszy tytuł. W tym pierwszym tytule sir Conrad Vonwald, najpotężniejszy i budzący największy lęk cesarski sędzia, musi stawić czoło rosnącemu zagrożeniu dla Imperium. Praca sędziego nigdy się nie kończy.
Nie wiem. Być może. Czytajmy dalej. Bitwa o Glenswell dobiegła końca, jednak wojna o przyszłość Imperium dopiero się rozpoczęła. Zaniepokojony pogłoskami o tym, że władza magistratus słabnie, sir Conrad Vonwald powraca do Sovay i przekonuje się, że stolica pogrążona jest w intrygach i szeptach o budzącej się rebelii. W Senacie patrycjusze otwarcie wypowiadają się przeciwko cesarzowi, a fanatycy na ulicach głoszą tyrady o zemście. Jednak rozprawianie się ze spiskowcami będzie musiało zaczekać, jako że wnuk cesarza został porwany. I to on, to jemu zostało powierzone zadanie uratowania zaginionego księcia. Ta misja zawiedzie głównego bohatera oraz jego sojuszników Helenę i sir Radomira na południową granicę Imperium, gdzie ponownie zmierzą się z fanatyczną furią Bartolomea Klevera i jego templariuszy oraz będą mieli do czynienia z mroczną mocą, która jest o wiele bardziej przerażająca niż główni bohaterowie mogli sobie na początku wyobrażać. Ja wiem, proszę państwa, wiem, że kiedy czytam te wszystkie zapowiedzi wydawnicze, to państwo czujecie, że jeżą wam się włosy na głowach, bo nie do końca rozumiecie, o co w tym wszystkim chodzi.
Ja przyznam się, że w przypadku tej ostatniej książki też nie do końca wiem, o co chodzi. Zakładam jednak, mam dobrą wolę, że to jest ciekawe. Przynajmniej część wątków, które przeczytałem, wydała mi się interesująca. Znowu ci z państwa, którzy czytali tę wcześniejszą część, to już wiedzą, czy warto, czy nie warto. A my, biedne żuczki, które jesteśmy pozbawione tej wiedzy, skazani jesteśmy na notkę wydawniczą. Ja zawsze mam tak zwaną dobrą wolę i zakładam, że rzecz będzie po prostu ciekawa. To tyle, jeśli chodzi o zapowiedzi wydawnicze. Jak państwo zauważyli, koniec lutego w wydawnictwie MAG to będzie czas, kiedy nowe tytuły po prostu do państwa sfruną z tak zwanego procesu wydawniczego. No cóż, to teraz najwyraźniej nastał czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj mam dla państwa artykuł zatytułowany „Mentalna ekonomia”.
Jej autorem jest Artur Szuta. Cóż, tu mała prywata. Bardzo państwu polecam filmik na kanale Wehikuł Wyobraźni, który jest tak naprawdę zapisem mojej rozmowy z panem profesorem Arturem Szutą, rozmowy dotyczącej ogólnie powiedzmy symulacji, chociaż tam wiele innych ciekawych wątków się pojawia, na przykład wątek dotyczący wolnej woli. Kilka innych ciekawych również. To jeśli chodzi o mój ulubiony temat, czyli symulacje. Przypomnę Wehikuł Wyobraźni, filmik, który pojawił się ostatnio zatytułowany „Symulacja. Czym właściwie jest?” A dzisiaj? Dzisiaj tu w Bibliotekarium artykuł Artura Szuty „Mentalna ekonomia”. Ten tekst ukazał się całkiem niedawno, bo w 2023 roku, w numerze trzecim dwumiesięcznika „Filozofu”, i którego nasz gość, Artur Szuta, jest redaktorem naczelnym. Ten tekst dostępny jest na licencji uznanie autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Kilka słów o autorze. Artur Szuta to jest filozof, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, etyce i metaetyce. A jego pasje to takie pasje, powiedzielibyście państwo mało filozoficzne, ale bardzo ludzkie. Cenne jest to, że człowiek sięgający wyżyn abstrakcji jednocześnie jest zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, który pasjonuje się na przykład przyrządzaniem smacznych potraw, pasjonuje się nauką języków obcych, na przykład węgierskiego i chińskiego. Nawet nie wiem, czy odważyłbym się w tym kierunku pożeglować. Węgierski wydaje mi się kosmicznie trudny. O chińskim to w ogóle nie wspominam, ale pewne pasje pana profesora są mi niezwykle bliskie, bo chodzenie po górach i gra w piłkę nożną to jest ta aktywność, która nie tylko mi imponuje, ale sprawia, że czuję się takim mentalnym, przynajmniej mentalnym bratem pana profesora. A zatem dzisiaj artykuł „Mentalna ekonomia”, autorem Artur Szuta. Dawno temu, jeśli sto lat to jest rzeczywiście dawno, na mikronezyjskiej wyspie Yap ludzie dokonywali transakcji handlowych za pomocą kamiennych kół ważących nawet kilka ton.
Pieniędzy tych nikt nie chował do kieszeni, nie trzymał w banku, nawet nie musiał ich taszczyć na swoje podwórko. Prawa posiadania przechowywano w pamięci, w pamięci miejscowej ludności. Czy tego rodzaju mentalna ekonomia na większą skalę byłaby możliwa w naszych czasach albo przynajmniej w niedalekiej przyszłości? Szczególna umiejętność Yapów. Darujcie sobie przeszukiwanie atlasu. Krainy tego ludu na naszych ziemskich mapach nie znajdziecie. Przypadek, który chcę wam opisać, dotyczy innego wszechświata, a przynajmniej innego miejsca niż Ziemia. Na wyspie Yapalandii Żył lud, który różnił się od swoich sąsiadów szczególną cechą. Wiele pokoleń temu Jappowie odkryli w sobie zdolność komunikowania się między sobą w myślach. Przez lata zdolność ta ewoluowała od przypadkowego natknięcia się na myśl innych osób i poczucia obecności innego ja, przez świadome, sterowane zdalne konwersacje, aż do powolnego kształtowania się wspólnego ja.
Współdzielonej jaźni Jappów i ich wspólnej pamięci. Wytworzenie się wspólnej świadomości zmieniło życie Jappów diametralnie i to niemal na każdej płaszczyźnie. Skupmy się jednak na wątku, który ze względu na temat niniejszego numeru dwumiesięcznika „Filozofuj” interesuje nas najbardziej. Przy dokonywaniu jakiejkolwiek transakcji sprzedaży, wynajmu czy zatrudnienia intencje, myśli, odczucia układających się stron były widoczne dla każdego, kto chciał swoją uwagę skierować w ich stronę. Czy to w chwili zawierania umowy, czy później, sięgając do wspólnej pamięci. Trudne początki. Początki wzajemnych oddziaływań w warunkach pełnej transparencji były niezwykle trudne. Duża liczba transakcji nie dochodziła do skutku z powodu nieuczciwych zamiarów, prób oszustwa, prób ukrycia niewygodnych dla sprzedających, czasami i kupujących, niewygodnych faktów. Trudno było Jappom przywyknąć do świadomości, że każda myśl, każde odczucie zostanie uświadomione gdzieś po drugiej stronie, uświadomione przez inną osobę. Doskwierał im brak intymności, bowiem wspólna świadomość obejmowała nie tylko publiczne działania, ale i te, które miały charakter prywatny i nie były przeznaczone dla świadomości innych osób.
Po pewnym czasie jednak Jappowie nauczyli się kontrolować swoją ciekawość i odwracali wzrok, albo raczej świadomość od spraw, do których w oczach wspólnoty nie mieli prawa. Stało się tak, ponieważ niezdrowa ciekawość też nie uchodziła niezauważona i budziła natychmiastową reakcję ludu, aż w końcu, wybaczcie, ale brak mi precyzyjnej informacji dotyczącej trwania tego procesu. W końcu wykształciły się zwyczaje i praktyki poszanowania dla prywatności z jednej strony oraz pełnej transparencji spraw publicznych z drugiej strony. Pozytywne skutki. Okazało się, że opisana powyżej zdolność miała niesamowicie pozytywne skutki dla ekonomii, ale też dla wielu innych dziedzin wspólnego życia, takich jak polityka, nauka, literatura czy obronność. Z braku miejsca ograniczę się do opisania skutków dla ekonomii. Już po kilku miesiącach okazało się, że gwałtownie spadła liczba prób wymuszenia, zawyżenia cen, fałszerstw, wciskania słabej jakości towarów i tym podobnych. Pełna świadomość, że każda nasza myśl, intencja jest widoczna jak na dłoni dla innych, a także pełna świadomość tego, co inni myślą o naszych nieuczciwych zamiarach, skutecznie wykorzeniła tego rodzaju działania. Szybko też powstały nowe zawody, albo może raczej kilka starszych zawodów przeszło gwałtowne przeobrażenie. Analitycy rynku zamiast przeglądać drukowane dane z giełd, informacje na temat kursów walut, zamiast podejmować energochłonne czynności celem badania rynków, oni wysyłali myśli we wspólną przestrzeń jaźni z zapytaniem o potrzeby, po czym w odpowiedzi otrzymywali w postaci w pewien sposób uogólnionego odczucia treści dotyczące tego, na co i gdzie jest zapotrzebowanie oraz jaka jest gotowość poświęcenia własnych środków na zakup danego produktu, ewentualnie usługi.
Pieniądze? Jakie pieniądze? À propos zakupów. Bardzo szybko okazało się, że pieniądze, a raczej ich fizyczne, papierowe czy też metalowe nośniki są zbędne. We wspólnej pamięci przechowywane były wszystkie transakcje, przepływy środków, które określano mianem walorów oraz poziom tychże, jakimi dysponowali poszczególni Jappowie. Nawet proporcja pomiędzy wszystkimi dostępnymi na rynku dobrami a mocą nabywczą mentalnych walorów była aktualizowana w czasie rzeczywistym. Co do ludu Jappów wciąż istnieje wiele niewiadomych. Jak radzili sobie z kryzysami ekonomicznymi? Czy takie w ogóle miały u nich miejsce? Jaki model gospodarczy wyznawali?
Czy niewidzialna ręka rynku w ogóle mogła być tam niewidzialna? Czy istniało jakiekolwiek zagrożenie tyranii? Czy ich udziałem był wzrost gospodarczy, rozwój technologiczny? Czy może cieszyli się stabilną gospodarką, ale taką, która zatrzymała się w miejscu bez wszelkich nowinek technicznych, organizacyjnych? Badania trwają. Z powrotem na Ziemię. Być może zastanawiacie się, jak historia Jappów ma się do naszej rzeczywistości. Jesteśmy świadkami gwałtownego rozwoju sztucznej inteligencji, rzeczywistości wirtualnej, mechanizmów transakcyjnych typu blockchain. Prowadzone są badania nad urządzeniami typu Neuralink. Kto wie, czy rzeczywistość naszych dzieci nie będzie przypominała tej, która była udziałem Jappów.
Może to jednak być odbicie ich świata w złowrogo krzywym zwierciadle. Warto zastanowić się nad tym. Zastanowić się już dziś, póki nie jest za późno. O ile nie jest za późno. To był, proszę państwa, artykuł z dwumiesięcznika „Filozofu” i jego autorem jest profesor Artur Szuta. Jeszcze raz przypomnę – rozmowa z panem profesorem na kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Poszukajcie państwo tytułu: „Symulacja. Czym właściwie jest?” A teraz już żeglujmy dalej, bo kolejne punkty programu „Bibliotekarium 2.0” przed nami. Zapraszam państwa na rozmowę z Piotrem Witoldem Lechem. Piotr Witold Lech to jest historyk z wykształcenia, pisarz, który pisuje fantastykę, ale również literaturę obyczajową, a także książki popularnonaukowe.
Z bardziej znanych publikacji Piotra Witolda Lecha można wymienić chociażby „Ciecia swojego software'u”, „Poliamorię. Space story”, „Pierwszą wojnę polsko-krzyżacką”, ale też szereg innych książek, które już z fantastyką mają niewiele wspólnego. Ale ponieważ pasją Piotra Witolda Lecha jest wędkarstwo, to są tytuły związane z tąże aktywnością. Niedawno, całkiem niedawno wydawnictwo Bibliotekarium, którego jestem skromnym... Może zaraz tam skromnym. Właśnie nieskromnym przedstawicielem, wydało książkę „Klub Murakamiego”. Piotr Witold Lech pasjonuje się amatorsko szeroko pojętą duchowością. Jeszcze na studiach historycznych uczęszczał na wykłady filozofii, religioznawstwa i psychologii. Piotr Witold Lech zainteresowany jest modnym ostatnio nurtem samorozwojowym, ale jako miłośnik science fiction także interesuje się różnymi dziwnymi teoriami, a szczególnie teorią symulacji, co sprawia, że szczególnie jest mi ten autor bliski. Ale ja państwa zapraszam nie w rejony science fiction, nie w rejony symulacji.
Dzisiaj z naszym gościem porozmawiamy o książce mainstreamowej, książce zatytułowanej „Klub Murakamiego”. Tak jak zapowiadałem, naszym gościem jest Piotr Witold Lech. Znacie państwo tę postać z wakacyjnych audycji, kiedy to mieliśmy okazję słuchać twórczości science fiction tego autora. Ale ja dzisiaj państwa zapraszam na twórczość zupełnie nie science fiction. To jest najnowsza książka, która ukazała się w wydawnictwie Bibliotekarium i nosi tytuł „Klub Murakamiego”. Proza absolutnie współczesna, absolutnie mainstreamowa, ale w najlepszym znaczeniu tego słowa. Proszę nie uciekać. A w ogóle to zaniedbałem obowiązki gospodarza. Witam cię Piotrze na pokładzie Bibliotekarium.
[29:14] - Witam serdecznie.
[29:16] - Piotrze, książka, o której dzisiaj będziemy rozmawiali, to jest książka, tak jak już powiedziałem, mainstreamowa, ale to jest książka, która opowiada pewną głęboką psychologiczną prawdę o człowieku, a właściwie o męskiej części ludzkości. Bo tak naprawdę opowiadasz w tej książce o specyficznym, chciałem powiedzieć gatunku, ale specyficznej odmianie mężczyzny – mężczyzny z kłopotami.
[29:55] - Może powiedzmy mężczyzny samotnego i mężczyzny samotnego, takiego już dojrzalszego. Mężczyzny po przejściach, jak to jest w piosence. Czy mężczyzny z przeszłością. Natomiast ja owszem, opowiadam o takich mężczyznach, ale zauważ, że trochę językiem kobiet też. Rzeczywiście masz rację. To jest taka książka, która powstała pod wpływem osobistych przeżyć. To znaczy po prostu rozwodu, który miałem po 25 latach. I wiesz, człowiek taki jak ja, facet dobijający pięćdziesiątki, który wychodzi z sądu, staje sobie i sobie myśli tak: „No kurczę, jestem teraz wolny, więc teraz to pewnie będę mógł się rozejrzeć za jakąś fajną kobietą, z którą będę mógł spędzić resztę czasu”. I tu się okazuje, że wokół owszem, są koleżanki. Jakoś ja może źle szukałem też, bo tutaj troszkę zadymił wielki brat Facebook, gdzie te stare znajomości jeszcze szkolne zaczęliśmy odgrzebywać.
I co się okazuje? Że te koleżanki dawne, które też są po takich różnych perypetiach, takie po czterdziestce kobiety też po rozwodach, one po prostu nie są łatwym materiałem teraz do randkowania, w ogóle do jakichś związków matrymonialnych, a ja też. Wszyscy, okazuje się, mamy jakieś dziwactwa. Tutaj następuje takie zderzenie z jednej strony, z drugiej strony dzieje się coś takiego, że niby jesteś otoczony koleżankami czy znajomymi, możesz się umówić z kimś na kawę, możesz nawet z kimś pójść do kina, ale de facto jesteś wciąż samotny. I między innymi właśnie o takiej sytuacji opowiada „Klub Murakamiego”, gdzie tego typu samotność, która w zależności od tego, jaki jest facet i jaki jest człowiek, bo są ludzie, którzy lubią samotność i dobrze się z tym czują. Natomiast są tacy ludzie, którzy tęsknią za tym ciepłem i to zaczyna z roku na rok coraz bardziej wpędzać takiego mężczyznę, jeśli jeszcze dodatkowo ma inne kłopoty, jakieś emocjonalne, w stany nieciekawe. I tutaj może te opowiadania właśnie tak krążą wokół tego tematu.
[32:48] - Do spraw psychologii i sytuacji, nazwijmy ją egzystencjalnej, twojego bohatera, twoich bohaterów jeszcze wrócimy oczywiście, ale nasi słuchacze nie wybaczyliby, gdybym nie zadał tego oto pytania: dlaczego książka nosi tytuł „Klub Murakamiego”? Murakami to ja przypomnę, znany, ceniony, nawet bardzo ceniony pisarz z Dalekiego Wschodu. I tu nagle taki tytuł. Ja jeszcze się popiszę pewną wiedzą, powiedzmy taką poza ogólnym dostępem. Ten tomik opowiadań miał wcześniej inny tytuł, a jednak w końcu pojawił się „Klub Murakamiego”. To opowiedz nam o tej części historii.
[33:50] - Ten tomik miał jeszcze wcześniej dwa tytuły, bo przed zaproponowaniem „Bibliotekarium” jeszcze nosił tytuł „Raté”. Po prostu od jednego z opowiadań. Potem zmieniłem na „Minus pięć w południe”, także od tej najdłuższej noweli, która rozpoczyna cały tomik. A potem, w trakcie takiej burzy mózgów z Martą Sowiecką, która mi bardzo pomogła na etapie redakcji tutaj i bardzo fajnie mi się w ogóle z nią współpracowało, to muszę tutaj bardzo jej podziękować za współpracę. Ona zasugerowała, że w sumie, bo o co chodzi, że w każdym z tych opowiadań, jako że rzeczywiście jestem ogromnym pasjonatem twórczości Haruki Murakamiego i zostałem przez moją przyjaciółkę Beatę zarażony tym autorem właściwie tak jak, mogę porównać ten szał, który mam w tej chwili na niego do szału, który kiedyś miałem na Dicka, a jeszcze wcześniej na Hemingwaya. Książki tych trzech autorów są u mnie na poczytnym miejscu i właściwie sięgam do niektórych dzieł po kilka razy. I rzeczywiście w tych opowiadaniach unosi się duch Murakamiego, bo Murakami w ogóle generalnie dotyka w swoich utworach właśnie problemu samotności, samotności męskiej i tego znalezienia się człowieka w świecie współczesnym, w świecie takim wśród kobiet. Tylko u Murakamiego jeszcze ostrzej to idzie, bo tam jest inna ta otoczka kontaktów erotycznych i kontaktów uczuciowych. Ale to jest zupełnie inny temat. To jest w ogóle temat na osobną dyskusję.
I rzeczywiście w każdym z tych opowiadań jakoś tak w jednych, być może tak z biegu, bo rzeczywiście czułem tam duch opowiadania na przykład Murakamiego jakiegoś albo jakiejś powieści. I od razu wskakiwał mi jakiś cytat z Murakamiego, do drugich po prostu dopasowałem, bo wydawało mi się, że to opowiadanie, które napisałem, to jakby ilustrowało pewną frazę, którą napisał Murakami. I stąd też Marta Sobiecka to zauważyła i stwierdziła, że fajnie by było stworzyć taki klub, bo w sumie na etapie, kiedy przesyłałem do „Bibliotekarium”, nie było tego całego klubu. Więc ja, zapędzony przez nią trochę batami, siadłem do laptopa i po prostu dopisałem ten klub i okazało się, że to jest dosyć fajny pomysł, rzeczywiście spinający taką klamrą te opowiadania. Tak mniej więcej to wyglądało.
[37:04] - Ja tylko podzielę się refleksją, że obserwując autorów, którzy piszą dla „Bibliotekarium”, a i też dzieląc się z państwem pewnymi własnymi doświadczeniami, muszę powiedzieć, że pani redaktor Marta Sobiecka to jest osoba, która ma jakąś taką zadziwiającą, bardzo pozytywną właściwość, że bardzo często zmusza autorów do dodatkowej pracy. Różnie reagują zresztą autorzy. Jedni się krzywią, drudzy mówią: „Nie, to w ogóle niepotrzebne. Nie, obrażam się”. Jeszcze inni mówią: „Tak, to jest świetny pomysł”, ale de facto jeszcze nie słyszałem, a może to jakaś kurtuazja, ale nie słyszałem autora, który by żałował, że posłuchał luźnych sugestii, bo to czasami nie jest jasno sprecyzowana recepta, co należy zrobić. Czasami jest to tak na pograniczu: „Domyśl się autorze, ale wskazuję ci pewną drogę, z której powinieneś skorzystać”. I naprawdę nie słyszałem jeszcze głosu, który byłby głosem człowieka żałującego. „Nie no, niepotrzebnie się wkręciłem w to”. Wręcz przeciwnie. I tu nie tylko to świadectwo, które wygłosił Piotr.
Ja mogę państwu takie świadectwo również wygłosić. Kilka razy zdarzyło się, że zostałem podczas redagowania książki, mojej książki, zaskoczony pewną sugestią i pierwszy odruch autora, dobrze, pierwszy mój odruch był taki: „Nie no po co? Po co komplikować?” I odkładałem na przykład słuchawkę, czy też wyłączałem telefon i zostawałem z własnymi myślami. Mówię: „Kurczę”. I im dłużej to trwało, pięć, 10, 15 minut, to dochodziłem do wniosku, że to, co usłyszałem od Marty, to jest właśnie to, co powinno się wydarzyć. Bardzo często potem sięgałem po telefon, oddzwaniałem i meldowałem, że po prostu tak zrobię. Rozumiem Piotrze, że było u ciebie bardzo podobnie.
[39:24] - Tak. Ja myślę, że ona ma takiego nosa redaktorskiego czy redakcyjnego. W każdym razie jest na pewno właściwą osobą na właściwym miejscu, bo i współpraca tu była dobra i te sugestie wszystkie. Ja jeszcze przypomnę, że też jakby okładka jest jej zasługa, bo przecież też początkowo były inne pomysły, prawda? Więc ma rzeczywiście wyczucie. A ja jakoś, wiesz co, jak usłyszałem o tym pomyśle, to od razu sobie pomyślałem, że to faktycznie jest fajny pomysł, bo ja czułem, że te opowiadania są dosyć tam w pewnym momencie podobne do siebie i że to może być problem, szczególnie między pierwszym a ostatnim. Ale ja opisywałem pewną konkretną sytuację, więc dlatego był to spór tematyczny, ale faktycznie ta sugestia, którą tutaj od Marty otrzymałem, była naprawdę bardzo dobra. Także ja nie miałem z tym żadnych problemów. Od razu wiedziałem, że jest to dobry pomysł.
[40:38] - Pytania mi się cisną różne. Trochę Murakamiego, ale Murakamiego sobie zostawmy na chwilę. Pytanie o takiego bohatera zbiorowego, bohaterów, czy w każdym razie te męskie postacie, które się pojawiają w twoich opowiadaniach. Mówiąc szczerze, to to są mężczyźni, którzy budzą przynajmniej we mnie takie poczucie: „Cholera, to się każdemu z nas mogło zdarzyć”. Właściwie są postaciami, które w jakimś stopniu są zdegradowane. Nie z własnej winy zresztą często, ale w jakimś stopniu zdegradowane. I mówiąc szczerze, to był ten element w twojej prozie, który bardzo zwrócił moją uwagę, że wydarzenia, które istnieją w naszym życiu, bardzo często prowadzą nas później do tego, że my nie potrafimy już, tak się w popularnym języku mówi, czegoś nie można odzobaczyć albo nie można zapomnieć. No właśnie, twoi bohaterowie tacy właśnie są. Oni jakby nie mogą zapomnieć. I to też jest pewien element ich życia, który powoduje, że nie żyje im się lekko.
Staram się po prostu, mówię tak enigmatycznie, trochę ezoterycznie.
[42:12] - Wiem, o co ci chodzi zupełnie.
[42:14] - Ale staram się nie opowiadać tych opowiadań właśnie i na tym problem polega.
[42:19] - Wiem. I masz tutaj rację zupełną z tym, bo widzisz, tutaj chciałbym powrócić do tego, co ja powiedziałem na początku, że Wychodzisz z sądu po 25 latach i następuje takie przesunięcie czasu, więc czujesz się troszeczkę zagubiony i zaczynasz sięgać do tych elementów życia, które nie są ci obce, które znasz, które pamiętasz. Stąd też ci moi bohaterowie są tacy, że oni jednak będąc pokaleczonymi sobie odświeżają te dobre wspomnienia. Mają nadzieję, że te kobiety, czy dziewczyny, które kiedyś były, które teraz już są dojrzałymi kobietami, okażą się tymi właśnie. Jak właśnie to dobrze pokazane jest, mam nadzieję. Zawsze tak bywa, że zmieniamy się, życie nas zmienia i później odbijamy się od ściany i mamy już zupełnie inny świat. Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, nawet biologicznie, bo przecież co siedem lat mamy wymienione wszystkie komórki. Powiem ci, że tak to postrzegam, ale to jest troszeczkę z autopsji i z takich rozmów. Może to też dlatego, że miałem sporo takich rozmów, a jako że mam takie „zboczenie” autorskie, gdzie po takim ciekawym dialogu gdzieś w kawiarni leciałem do domu, otwierałem laptopa i natychmiast wpisywałem ten dialog, bo sobie myślę: „Nie, to ja muszę to napisać”. Zauważyłeś, że te opowiadania bardziej są dialogowe generalnie.
No tak, właściwie to zaplątałem się, nie wiem, co chciałem jeszcze powiedzieć.
[44:43] - To ja rzucę koło ratunkowe. Powiedziałeś o tej dialogowości opowiadań. To była rzecz, na którą zwróciłem uwagę, bo ja lubię takie opowiadania, więc od razu zwróciłem na to uwagę. Lubię, ponieważ tego rodzaju narracja sprawia, że my bardzo szybko dajemy się wciągnąć takiemu tekstowi, bo stajemy się uczestnikiem wymiany zdań, wymiany myśli de facto. I to jest taki zabieg literacki, który bardzo szybko angażuje czytelnika w to opowiadanie.
[45:26] - Tak, to celowe zabiegi były, żeby wciągać od razu, ale to taki zabieg może bardziej nowelistyczny, bo powieściopisarz taki klasyczny pewnie by to rozległ wszystko. Natomiast ja byłem przyzwyczajony i generalnie bardziej mi leży taka dłuższa forma, więc nawet te powieści, które piszę, jakby spojrzeć z boku, to taki zbiór szybkich opowiadań czy też sekwencji. Ja sam dla siebie, jak piszę nawet powieść, to kolejne części nazywam sekwencjami, nie rozdziałami. Taką sekwencję piszę. No i ten sposób narracji, taki dialog, który wpada nagle. Myślę, że to zupełnie zrozumiałe, czytelne i rzeczywiście widzę, że to się podoba ludziom, bo już nie pierwszą, że tak powiem, mam taką opinię.
[46:36] - Piotrze, ale żeby nie było tak łatwo, to muszę cię zapytać o to, bo to nie jest oczywiście reguła, ale bardzo często, kiedy pojawia się początkujący człowiek, który chce pisać, taki adept literacki, to dialogi bardzo często są słabą częścią jego opowieści. Dialogi wypracowuje się niejako czasami z wiekiem, czasami z kolejnym utworem literackim. Ale tak naprawdę chodzi o to, że dialog, taki dobrze napisany dialog, który nie oszukuje czytelnika, tylko-
[47:23] - Prawdziwy.
[47:24] - Tak, prawdziwy, ale przecież każdy dialog książkowy jest jednak pewną kreacją, nie jest zapisem rzeczywistym. To tak nie jest, że wystarczy przepisać dialog z rzeczywistości. Więc ja cię o to chciałem zapytać: jak się uzyskuje taką lekkość dialogowania? Bo ja nie chcę tutaj snuć naszym słuchaczom jakichś takich ocennych moich przekazów, tylko na pewno te dialogi są lekkie. Moim zdaniem to jest wielki plus, ale teraz się z tego wielkiego plusa postaraj wytłumaczyć.
[48:08] - Tak jak powiedziałem, są to dialogi, które starałem się tworzyć na gorąco. I właściwie więcej dialogów tak tam powstało, że bezpośrednio po jakichś spotkaniach czy po jakichś rozmowach właśnie z kobietami biegłem do domu i po prostu wpisywałem, albo nawet wręcz na dyktafonie, bo ja często na dyktafonie sobie jakoś tam na ulicy nagrywam. I starałem się na świeżo po prostu przeżyć, bo muszę przyznać, być może też ja miałem takie szczęście, że tutaj mam koleżanki naprawdę na poziomie, potrafiące bardzo fajnie dialogować. Dlatego mówię, że kobiety tutaj też miały bardzo duży wpływ na powstanie tych wszystkich opowiadań i stąd też może taka autentyczność tych dialogów. Jeszcze w paru momentach zrobiłem z moją przyjaciółką Beatą, którą często nazywam Beti na Facebooku u siebie. Od razu robię tutaj dementi. Nie jesteśmy żadną parą. To jest moja koleżanka, ale dziewczyna bardzo wykształcona polonistycznie, która mnie faszeruje literaturą i świetnie dialogująca. Miałem dwa razy, to przyznaję się, że zrobiłem z nią taki eksperyment i to się nawet powiodło. Ja powiedziałem jej tak: „Słuchaj, teraz tworzymy dialog.
Ja będę ci zadawał pytania, a ty odpowiadaj tak, jakbyś odpowiadała facetowi”. I to fajnie zagrało w dwóch czy trzech takich sekwencjach. I tak mniej więcej. Starałem się, żeby te słowa, które tam są, w jakiś sposób były słowami nawet w większym stopniu, zdecydowanie w przeważającym nam, żeby to były słowa kobiet. Tam, gdzie mówi kobieta. Myślę, że to jest chyba tajemnica tych dialogów. Ja w ogóle lubię gadać z ludźmi bezpośrednio, a szczególnie już z kobietami, więc znanym jestem gadułą i zawsze muszę ci powiedzieć, że dialog, też byłem zawsze zaskoczony, jak pisarze mi mówili tak jak ty teraz, bo dla mnie większą trudność sprawia mi jakiś dobry opis niż dialog. Dialog jakoś przychodzi mi zawsze naturalnie. I tyle.
[51:11] - Ja ci postawiłem pytanie czysto teoretyczne, bo właściwie powinienem ci przez tę przestrzeń internetu podać dłoń, bo dla mnie zawsze dialog również był tą formą przekazu, która przychodziła mi stosunkowo lekko. Natomiast czasami coś opisać, to marnowałem dużo czasu, żeby to było w miarę przejrzyste, a w dodatku komunikowało się z potencjalnym czytelnikiem w taki sposób, żeby on widział to samo, co ja chciałem opisać. Dlatego ta dłoń wyciągnięta poprzez internet jakoś wędruje-
[51:58] - Pojmuję.
[52:00] - W twoim kierunku. Natomiast mam kolejne pytanie dotyczące opowiadań z tomu „Klub Murakamiego”.
[52:10] - Tak.
[52:12] - Chwilami czułem się przygnębiony. Nie powiem, że cały tom jest przygnębiający. Nie, to tak nie. Natomiast są tam takie momenty, w których ja czułem autentycznie taki ciężar. Czułem się przygnębiony sytuacją egzystencjalną twoich bohaterów. I to tak nie na niby, że czytam kawałek prozy i czuję się przygnębiony. Nie, to nie było deklaratywne. Ja naprawdę czułem, że oni są w ciężkiej sytuacji, w takiej egzystencjalnie ciężkiej sytuacji, z której cholera wie, czy się wyplączą tak naprawdę. Muszę powiedzieć, że to znowu jest in plus dla tego tomu, bo jak to państwu powiedzieć tak najdelikatniej, to stwarzanie atmosfery, stwarzanie pewnego przekazu, pewnego obrazu, pewnej takiej sugestii to jest moim zdaniem duża umiejętność, z której teraz ty, Piotrze, się wytłumacz.
[53:31] - Wiesz co, nie wiem, na ile tam jest warsztatu w tym, a na ile jest takiego wlania się wręcz, bo już nie mówię przelewania, tylko wlania się emocji w te, dawniej byśmy powiedzieli na karty, a teraz w klawiaturę i w ekran laptopa. Myślę, że chyba więcej nawet jest tych emocji, które tam rzeczywiście kierowały moimi palcami. No tak jest. Bardzo się cieszę, że to mówisz, bo osiągnąłem swój cel, czyli przekazałem to, co chciałem przekazać. Przede wszystkim chciałem emocje przekazać. Chciałem przekazać emocje takim pinkfloydowym dołem to nazywam. Tak się czułem wielokrotnie. Tak się czułem wielokrotnie i myślę, że Ale mało tego, bo przecież oprócz rozmów z kobietami przeprowadzałem też rozmowy z mężczyznami, którzy byli w podobnej sytuacji. I muszę ci powiedzieć, że to jest tak, o czym coraz światlejsi psychologowie już zaczynają brzmieć, że faceci sobie cierpią gdzieś tam w ciszy, bo są facetami, ale ich cierpienie jest tak wielkie czasami, że niejednokrotnie prowadzi nawet do tych ostatecznych kroków, o czym mówią statystyki. Chciałem, żeby część tych emocji była przelana na przynajmniej niektóre z tych opowiadań, bo tam nie wszystkie, ale część.
I to właściwie, Marku, cała odpowiedź, bo nie jestem w stanie ci powiedzieć, ile tutaj mój warsztat dał, a ile emocje. Może to, że byłem w stanie przelać te emocje, w pozytywny sposób, w pozytywnym świetle stawia mój warsztat, ale myślę, że tu bym też nie przesadzał, bo cały czas się czuję jak ktoś, kto tej wielkiej, pięknej sztuki pisania się uczy.
[56:14] - Ja muszę powiedzieć, że po lekturze tomu, przypomnę „Klub Murakamiego”, można mieć różne odczucia. Z jednej strony rzeczywiście analiza tego, co się dzieje z mężczyzną po przejściach, tak to określmy, jest moim zdaniem perfekcyjna. To, że świat się człowiekowi zawala, że nagle pół życia, człowiek zastanawia się, czy w ogóle ma sens, czy miało sens.
[56:52] - Tak.
[56:52] - I szuka jakiejś nadziei w przyszłości, ale to się czasami okazuje, że ta nadzieja, jakby to powiedzieć, ona jest taką nadzieją bardzo zwodniczą, nie do końca pełną i nie do końca można na tę nadzieję liczyć. Muszę powiedzieć, że być może to trzeba przeżyć, być może trzeba być w takiej sytuacji, chociaż nie sądzę, bo to jest proza niezwykle sugestywna, pokazująca człowieka w sytuacji, w której tak najprościej byłoby powiedzieć, że jest bez wyjścia, bo to, co było, to było, ale się skończyło. Nie ma, koniec, już, czas przeszły. Czasu przyszłego cholera wie, co będzie, a my jesteśmy tutaj i właściwie gdzieś tam nie wiemy, co ze sobą zrobić. I to jest moim zdaniem dlatego siła tego tomiku prozy, który państwo możecie nabyć drogą kupna, a w każdym razie prześledzić, bo to jest moim zdaniem niezwykle ważne, żeby taką sytuację poznać. To nie jest proza wydumana, wykalkulowana, taka wymyślona. To jest proza napakowana emocjami, to już powiedziałeś. I jeśli miałbym jakąś taką konkluzję, to proszę państwa, nie wiadomo, co człowieka w życiu spotka, a tu dostajecie państwo pewną pigułkę. Złe określenie, głupie, to może inne. Dostajecie państwo taką ściągę, taki bryk, co się może z człowiekiem stać, kiedy o pewne rzeczy los za niego zadba albo fatum, albo jeszcze coś innego.
I nagle jesteśmy w sytuacji, w której czujemy się świetnie. Człowiek właściwie obojętnie ile ma lat, to czuje się zawsze młody, zawsze jest młodym chłopakiem albo młodą dziewczyną, bez względu na to, ile ma lat. Dokładnie. A tu nagle dostajemy sytuację, że otoczenie nam mówi: „Nie, już nie jesteś chłopakiem, nie jesteś dziewczyną”. Chłopakiem, skupmy się na tym. Ty się dalej czujesz, ale rzeczywiście okoliczności zewnętrzne zaczynają ci to potwierdzać. I to jest ten moment, moim zdaniem dramatyczny i świetnie uchwycony w tej książce. Ja dlatego tak ekscytuję się, państwo to zauważyli. Im więcej gadam, tym więcej jestem podekscytowany. To właśnie dlatego ten tom sprawia, że człowiek jest podekscytowany, ponieważ to nie są opowieści dziwnej treści wymyślone przez autora.
W tym czuć autentyzm. Ale to nie chodzi nawet o autentyzm opowieści. Chodzi o ten psychologiczny autentyzm. Ja bym tę książkę przepisywał na receptę ludziom, którzy mają taki trudny moment w swoim życiu, bo oni się mogą jak w zwierciadle przejrzeć w tej książce.
[01:00:32] - Pięknie to powiedziałeś. Chyba nie byłbym w stanie tego zrobić ładniej od ciebie. To, co ja miałem powiedzieć, to powiedziałem w opowiadaniach, bo ja rozmawiałem z czytelnikami emocjami. Które dzięki Bogu udało mi się przełożyć na słowa. Każdy autor ma do siebie jakieś zarzuty, więc i ja mam, ale myślę, że to w miarę się udało. Natomiast czy to recepta? Recepta na pewno. Tylko obawiam się o stan psychiczny tych, którzy już są zdołowani po przeczytaniu niektórych opowiadań, więc nie wiem, czy bym im bardzo pomógł.
[01:01:29] - Ale są tam też treści, które zdecydowanie mogą pomóc, bo twoi bohaterowie nie są niemi. Oni komentują rzeczywistość i moim zdaniem to jest jakieś lekarstwo, jakiś środek zaradczy, jakieś remedium, które moim zdaniem może pomóc.
[01:01:53] - Na zasadzie, że inni też tak mają, więc to można rzeczywiście w ten sposób ująć. Między innymi taka idea była tego zbioru, żeby pokazać facetom przede wszystkim, ale też i kobietom, bo muszę ci powiedzieć, że ja tutaj bardzo dobre opinie od kobiet zbieram. Przecież chyba więcej nawet kobiet do tej pory przeczytało tą książkę niż mężczyzn, więc gdzieś one też czują, że jest tam prawda i wiedzą, o co chodzi. Rzeczywiście taki tutaj mi troszeczkę przyświecał cel, żeby podzielić się z innymi mężczyznami, ale też pokazać kobietom, że popatrzcie, faceci też cierpią.
[01:02:50] - Tak enigmatycznie powiem, że wiem, iż ta proza podoba się kobietom właśnie tak, jak powiedziałeś. Kto wie, czy nie bardziej niż mężczyznom, bo mężczyźni ewentualnie widzą w tej prozie swoje własne traumy. Nie zawsze tak głębokie, jak ty to opisujesz, czasami takie lekkie, ale widzą swoje. Natomiast kobiety myślę, że w tej prozie dostają klucz do tajemnicy, jaką zawsze pozostaje mężczyzna i wzajemnie oczywiście dla mężczyzny kobieta. To zawsze jest tajemnica. Nie do końca da się to rozwikłać. Ty dajesz pewien klucz.
[01:03:44] - I o to właśnie chodziło, żeby pokazać kobietom, że popatrzcie tam pod spodem, pod tą skorupą jest zupełnie inna osoba, która wyciąga do was ręce i chce waszej miłości, waszej czułości, tęskni za wami.
[01:04:08] - Tak, bo współczesny świat ma taką paskudną, moim zdaniem paskudną cechę kategoryzowania wszystkiego. Mężczyzna jest taki albo śmaki, kobieta jest taka albo śmaka. Wszystko wiadomo. Wszystko da się podzielić, rozdzielić, zakwalifikować, zapisać w tabelce.
[01:04:32] - Schemaciki takie.
[01:04:34] - Tak.
[01:04:34] - Jak to mówił de Mello, przykładamy sobie etykietki i bardzo się tych etykietek trzymamy. Ale właśnie o to chodzi, żeby troszeczkę zerwać te etykietki, a już szczególnie właśnie w tych relacjach. Bo wiesz, coś dziwnego się podziało w tych relacjach kobieta-mężczyzna to chyba wszyscy widzimy, wszyscy psychologowie to widzą. I mężczyźni nie nadążają za rozwojem kobiet. Ja nie twierdzę, że to jest źle, że kobiety się rozwijają, bo to bardzo dobrze, że one osiągnęły jakiś swój poziom świadomości i poczucia własnej wartości. Jak najbardziej. Ja mam sam córkę i bardzo się cieszę z tego powodu. Natomiast wydaje mi się, że mężczyźni gdzieś tutaj zostali w tej swojej takiej roli, którą kiedyś wyznaczył im świat i nie bardzo mogą znaleźć się w tych relacjach z tymi nowymi już kobietami, nieco innymi, może bardziej wymagającymi, może też posiadającymi większe poczucie własnej wartości. Ale z drugiej strony to jest tak, jak u wszystkich neofitów. Ja to u kobiet zauważam, że to poczucie własnej wartości kobiet samo w sobie jest bardzo pozytywne i super, że one to mają.
Tylko to zaczyna się przekładać na jednoczesną, w jednych przypadkach delikatną, w drugich bardziej widoczną ironię czy wręcz nawet pogardę w stosunku do mężczyzn. A mężczyźni, którzy nie pokazują tego może na zewnątrz, w środku bardzo to przeżywają. Momentalnie są, ja to nazywam psychicznie wykastrowani przez takie kobiety. One sobie nawet nie zdają sprawy z tego, co robią czasami.
[01:06:54] - Ja mam takie wrażenie, Piotrze, trochę z twoich opowiadań, trochę z tego, co ty w tej chwili mówisz, a trochę z własnego doświadczenia, że dzisiaj pojawia się kolejna nieprawdziwa figura mężczyzny, który jest szowinistyczną męską świnią i inny być po prostu nie może, dlatego, że taki jest.
[01:07:27] - To już jest archetyp.
[01:07:29] - Tak, dokładnie. I mierzony tą miarą mężczyzna bez zdania racji, bo jest mężczyzną, to musi taki być. To jest po pierwsze krzywdzące, po drugie to jest poddawanie się stereotypom i tak naprawdę niszczy relacje, które mogą się zawiązać, bo zarówno jedna, jak i druga strona, tu cudzysłów, zabezpiecza się, żeby ta druga strona, broń Boże nie pomyślała sobie takim stereotypem. W związku z czym następują jakieś zabezpieczenia, a one w gruncie rzeczy wykopują jeszcze większe fosy, rowy czy jakkolwiek to nazwiemy. I w związku z tym to już szans na porozumienie w ogóle nie ma.
[01:08:25] - Oczywiście. Tak, dokładnie. Zgadzam się z tym. Właśnie taki mechanizm zachodzi, takiego stwarzania kolejnych zapór i kolejnej linii obrony. Kogo winić? Nie wiadomo, bo najłatwiej by to było zrzucić na to, że kobiety takie są. Ale ja cały czas uważam, że to dobrze, że one się zmieniają, bo to jest fajne. Tylko że niefajne jest to, że po pierwsze zaczynają postrzegać mężczyzn w taki, a nie inny sposób, a nie podadzą im ręki, żeby: „Słuchajcie, wy stańcie się troszkę inni, ale my wam w tym pomożemy, bo my potrafiłyśmy się stać inne, więc teraz wy musicie doszusować do nas”. I bardziej idzie to w kierunku takiego wyśmiewania mężczyzn czy też wyczpiwania i tak dalej, co przez mężczyzn jest bardzo źle odbierane i nawet jeżeli na zewnątrz tego nie pokazują, to wewnątrz to, tak jak powiedziałem, kastruje mężczyzn. Albo jest to na zasadzie takiej wykopywania, że mężczyzna będzie wiedząc już, że ma do czynienia z taką, a nie inną kobietą, sam będzie stwarzał kolejne zapory, bojąc się przekroczyć pewne granice w takiej relacji emocjonalnej, prawda?
Co jest błędnym kołem, bo w pewnym momencie ta kobieta sama powie: „Kurczę, ja w sumie to bym chciała, ale on nie”. Ale nie wie o tym, że tak naprawdę on stawia te zapory dlatego, że się jej boi.
[01:10:17] - Tak. Dostajemy, Piotrze, coś takiego, co określiłbym bezsensowną walką płci.
[01:10:31] - Dokładnie.
[01:10:31] - Bezsensowną dlatego, że właściwie nie wiadomo, o co walczymy tak naprawdę. Kto wie, czy nie walczymy o to samo, czyli o pewną tożsamość i zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Tylko to nie wygląda przecież tak, że tożsamość zdobywa się dzięki zanegowaniu tożsamości drugiej strony. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
[01:10:58] - Ale ja dlatego to, widzisz, Marku, nazywam takim syndromem neofitów, bo to całe odrodzenie czy też renesans kobiecości w tej chwili takiej silniejszej, to jest śpiewka ostatnich dekad, prawda? Więc ja myślę, że to gdzieś kiedyś musi okrzepnąć i myślę, że już blisko jesteśmy takiego momentu, w którym same kobiety zobaczą, że trzeba tym mężczyznom pomóc troszkę, bo my wyskoczyłyśmy troszeczkę poza te role takie stereotypowe nasze czy archetypiczne. Natomiast oni jeszcze gdzieś nie potrafią się w tym wszystkim znaleźć. Ja jestem tutaj optymistą jednak mimo wszystko. Wierzę w kobiety.
[01:11:59] - Piotrze, mówiłem o tym, że Murakamiego zostawię sobie na koniec i to właśnie jest ten moment, kiedy o Murakamiego zapytam. Po pierwsze zapytam, skąd ta fascynacja prozą z Dalekiego Wschodu? Ale spodziewam się pewnego typu odpowiedzi, bo dzisiaj ludzi czytających literaturę japońską, a nie tylko japońską, w ogóle właśnie z Dalekiego Wschodu, jest dosyć sporo. Fascynacja tamtym kręgiem kulturowym czy kręgami kulturowymi jest spora. No dobrze, ale to jest pierwsza część pytania. Druga część pytania: dlaczego konkretnie Murakami? Częściowo mówiłeś o tym, ale Murakami jest znacznie głębszy. To nie jest człowiek piszący tylko o samotności. To jest człowiek, który Myślę, że jeśli literaturę traktujemy bardzo poważnie, to nie możemy tej postaci na tym firmamencie literatury nie dostrzegać. To jest człowiek, który, nawet zaryzykowałbym takie twierdzenie, pokazuje nam tutaj w Europie, że pewnych rzeczy nie ogarniamy tak do końca, chociaż czujemy się ludźmi cywilizowanymi, czujemy się pisarzami, czujemy się ludźmi oczytanymi i tak dalej.
Murakami to jest takie zjawisko niepokojące literacko.
[01:13:43] - Ale widzisz, przede wszystkim on w pierwszej kolejności pokazywał Japończykom, że można inaczej. I stąd wziął się cały szał na Murakamiego, bo przecież on najpierw stał się znany u siebie w kraju. I to jest bardzo ważny element, bo w ogóle jego życiorys jest dosyć ciekawy. On się urodził w Kioto. Ja czytałem ostatnio gdzieś na Facebooku książkę wspominkową mojego ojcu. Więc te sprawy wojenne, które Japończyków dotykały, czyli wojna w Mandżurii, w Chinach czy wojna japońsko-amerykańska, jak najbardziej się odcisnęły piętnem na rodzinie Murakamiego, szczególnie na jego ojcu, który był żołnierzem. Dopiero Murakami później emigrował do Europy, był we Włoszech, potem do Stanów i poznając tą kulturę zachodnią, ale jego siłą było to właśnie w tych pierwszych książkach, właśnie w „Norwegian Wood” czy w „Tańcz, tańcz, tańcz”, które mu przyniosły największą sławę, że potrafił Japończykom pokazać, bo przecież akcje tych książek dzieją się w Japonii, ale ci bohaterowie Murakamiego się zachowują tak, jakbyśmy przenieśli ich gdzieś z rybkiem do Rzymu, do Nowego Jorku. Nie czujesz różnic kulturowych. Kiedy czytasz innych Japończyków, czujesz o wiele bardziej. Czy Osamu, czy Abo, czy Kawaguchi.
Naprawdę to czuć. A w przypadku Murakamiego to ostatnio miałem chyba tylko przy Kazuo Ishiguro, gdzie też nie czułem tej różnicy. Nie czuć właśnie tego. I ja myślę, że to jest taka siła Murakamiego, która pokazała Japończykom, jak można... To znaczy on opisuje takie rzeczy, które w Japonii z tego, co wiem, sam w Japonii nigdy nie byłem, ale znam osoby, które tam przebywały przez jakiś czas, więc w gruncie rzeczy ta Japonia, która jest opisywana przez Murakamiego, to jest jakby taka Japonia B albo ta Japonia pod spodem, bo na wierzchu jest zupełnie inna, wciąż jeszcze bardziej taka tradycyjna, jeszcze bardziej wydawać by się mogło, taka bardziej pruderyjna, a pod spodem jest tak, jak właśnie opisuje Murakami. To jest pierwsza sprawa i dlatego taka ogromna popularność jego, gdzie Japończycy byli zachwyceni tą prozą, a później z kolei w tą drugą stronę, tą, o której wspominałeś, że z kolei ludziom z Zachodu Murakami pokazywał to, co japońskie. To, co japońskie w sposób zrozumiały dla ludzi z Zachodu. Mi się wydaje, że na tym polega jego siła. Ja to tak odczuwam, bo czytając w ogóle nie wiem, bo dosłownie na palcach jednej ręki mogę autorów policzyć, gdzie czytając książkę, praktycznie rzecz biorąc, identyfikuję się, ale w sposób taki bardzo emocjonalny z tym, co jest tam napisane. To miałem przy Hemingwayu lata temu.
Miałem to przy Dicku i mam to przy Murakamim, gdzie czytając na przykład „Mężczyzn bez kobiet”, to jest taki zbiór opowiadań jego. Praktycznie każde opowiadanie sprawia, że myślę: „Ja pierniczę, przecież to...” Nie wiem. On tak jakby opowiadał to, co ja chciałem opowiedzieć, tylko o wiele lepiej. Więc na tym dla mnie osobiście, bo mówię o swoich wrażeniach, polega siła Murakamiego. Dla mnie. Natomiast on po mistrzowsku tworzy i opisy, postaci, dialogi, sytuacje. Na pewno wiesz o tym, że od wielu lat jest kandydatem do Nobla i jakoś mu się nie zdarza. Ja nie wiem, czy on tego Nobla dostanie w końcu czy nie. Bardzo mu tego życzę.
[01:18:32] - Kiedy sobie przypomnę historię innego sławnego pisarza, Grahama Greena, który też był wielokrotnie zgłaszany do Nagrody Nobla i nigdy tej nagrody nie otrzymał, a jest mistrzem absolutnym, literackim.
[01:18:51] - Ta Nagroda Nobla to powiem ci, że często jest tak, już w tej chwili chyba nie całkiem oddaje typowo artystyczne walory. Twórców, tak mi się wydaje. Bo naprawdę Murakami powinien dostać Nobla za takie powieści jak „Norwegian Wood” czy „Tańcz, tańcz, tańcz”, czy „Kronika ptaka nakrętacza”. „Kronika ptaka nakrętacza” to jest książka na Nobla. Choć ja osobiście mnie bardziej „Norwegian Wood” się podoba i „Tańcz, tańcz, tańcz”. On w krótkiej formie też jest genialny. Właściwie w każdej formie, i w powieści takiej dużej, takiej dwutomówce, i w jednotomówce, i w opowiadaniach. Świetne reportaże pisał, eseje i tłumaczył. Naprawdę człowiek orkiestra, można powiedzieć. A przy okazji jeszcze potrafi biegać maratony.
Potrafił kiedyś, bo teraz już ma swoje lata. Niesamowity facet.
[01:20:11] - Tak, proszę państwa, czytajcie państwo Rahama Greena, czytajcie Harumi Murakamiego. I czytajcie państwo koniecznie Piotra Witolda Lecha. Naprawdę tom opowiadań „Klub Murakamiego” to jest taka literacka perełka. Nic dodać, nic ująć. Czytajcie państwo. Naprawdę zapraszam. Dzięki ci, Piotrze. Dziękuję.
[01:20:40] - Bardzo, Markus, dziękuję. Tyle powiedziałeś wspaniałych słów na temat tego zbioru i mojej twórczości, że nie wiem, chyba przez 30 lat mojego pisania nigdy nie usłyszałem ani nie przeczytałem tylu ciepłych słów naraz. Także bardzo ci dziękuję.
[01:21:01] - Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:21:05] - Do usłyszenia.
[01:21:09] - Tak, proszę państwa, nie mogę sobie w tym momencie odmówić prywaty kolejnej w tym odcinku, bo przyszłą środę, jeśli słuchacie państwo na bieżąco, a jeśli nie słuchacie na bieżąco, to w środę, który to będzie, proszę państwa? Chyba 28. Jeśli dobrze obliczam 28 lutego pojawi się na kanale „Wehikuł Wyobraźni” podcast, rozmowa z Piotrem Witoldem Lechem o poszlakach, które mogą sprawić, iż idea symulacji nie będzie wydawała nam się tak abstrakcyjna, jak bardzo często się nam wydaje. Piotr Witold Lech przytacza argumenty, a właściwie poszlaki, które mogą sprawić, iż nawet tak zwane, tu ogromny cudzysłów, „niedowiarki” zaczną rozpatrywać hipotezę symulacji nieco bardziej na serio. Ale to przyszłość. To środa, 28 dzień lutego. A teraz ja zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj z Piotrem mówimy o filmie niskobudżetowym, ale sam na własnej skórze przekonałem się, że to nic nie oznacza. Mówię nieco enigmatycznie. Zapraszam na „Filmotekarium”.
Panie Piotrze, pan to mnie wpędzasz chwilami w zastanowienie, a chwilami w konsternację, a chwilami to w ogóle w szok poznawczy. Jak ja się dowiedziałem, że film, który będziemy dzisiaj omawiali, kosztował, uwaga, 14 tysięcy dolarów jego zrobienie, to mówiłem sobie: „Nie, panie, to nie ma co oglądać”. Głupi byłem niestety, z podkreśleniem jeszcze raz, głupi byłem, bo to jest jednak film, który przykuwa uwagę i pewno dzisiaj w ciągu audycji trochę sobie tam pomyj wyleję ulubionych swoich. Ale to jednak jest film, który nie pozostawia człowieka obojętnym. A w ogóle czołem Piotrze.
[01:23:56] - Witam. Ja ci się chciałem wtrącić i powiedzieć, że ten film kosztował na przykład 20 złotych albo zero złotych, bo to dobra cena. Nie, kosztował trochę więcej, ale udało się. Witamy w kolejnym „Filmotekarium”. Cóż, nadal się nie możemy oprzeć, gdy się pojawia nowość filmowa albo film dotąd niewidziany i to kusi. Skusiło i w tym przypadku. A dziś przedstawiamy „Brightwood”. To jest film i tutaj jest pewien problem, bo ja znalazłem informację, że to jest 2022 albo 2023 rok produkcji. Cóż, zdradziłeś tutaj tajemnicę, że to jest film niskobudżetowy. Nie strzelają się, ale jednak zagwozdka jest i to nie jest chyba w tym przypadku nic złego, że się nie strzelają.
I to chyba mogę na samym początku powiedzieć: to nie jest film dla wszystkich. To jest film, powiedziałbym, dla widzów kanału „Wehikuł Wyobraźni” na przykład. Ale zanim przejdziemy tutaj do konkretów, to
[01:25:08] - Takie małe wprowadzenie, bo pamiętam Marku, że myśmy dawno, dawno temu, jak Filmotekarium startowało, to mieli taki odcinek dotyczący filmów związanych z dystorsjami czasowymi, z pętlami czasowymi. Chodziło o ludziach zagubionych gdzieś w czasoprzestrzeni. Tych filmów było dużo. Były takie jak "Brightwood", zupełnie kameralne, gdzie się działa rzeczy w bardzo ograniczonej scenerii, po takie, które były naprawdę rozbudowane i pokazywały nam, jak te różnego rodzaju alternatywne rzeczywistości przecinające się z naszą wyglądają. Tutaj oczywiście się kłania jako pierwszy z tych najdroższych "Doctor Strange", ale ten film, o którym dzisiaj mówimy, jest gdzieś w tej kategorii. Jeżeli miałbym mówić o przynależności gatunkowej, to jest film z gatunku mystery, czyli jest tajemnica. Jest tajemnica, tylko że to jest tajemnica, nad którą trzeba będzie się troszeczkę zastanowić. Nie jest to wielkie zadanie. Nie jest to tak, że będziecie musieli na kartce obliczać, co kto zrobił i jakieś równania stosować. Nie jest to też jakaś wielka kinomańska uczta, Marku, nie oszukujmy się.
To jest film rozrywkowy. Rozrywkowy, jeżeli macie dobry dzień. Także na początku już to powiem: jeżeli oglądaliście filmy związane z tym, że ktoś się zagubił w pętli czasowej i miał z tym jakieś problemy, to jest produkcja dla was. Natomiast jeżeli tego nie lubicie, to darowałbym sobie słuchanie o "Brightwood".
[01:26:46] - Piotrze, powiem tak, że ten film sprawia mi trudność, bo po pierwsze ja trochę tracę wiarygodność jako miłośnik filmów, gdzie się strzelają. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że tu, tak jak stwierdziłeś, nie strzelają się w ogóle, a mimo wszystko ten film jakoś mnie zainteresował, więc wiarygodność ewidentnie tracę. Zainteresował mnie, bo on dosyć szybko przechodzi w taką tonację tajemnicy, ale takiej, którą usiłujemy za wszelką cenę rozwiązać. Tak myślowo, automatycznie próbujemy to zrobić. To się nie udaje w związku z kolejnymi wrzucanymi nam przez reżysera, przez scenarzystę faktami. Może nie tyle nie udaje, co mamy problemy z jednoznacznym określeniem, co się tak naprawdę dzieje. Co więcej, pewien natłok informacji takich nie za fajnych powoduje, że ja w pewnym momencie czułem się autentycznie przejęty grozą sytuacji, w której para głównych bohaterów się zaczyna poruszać. Naprawdę jest tak, że miałem wrażenie, że robi się ciężko wokół mnie, że naprawdę wieje grozą. Jak człowiek tak na spokojnie o tym filmie pomyśli, to bez przesady, zagubili się nad jeziorem. Zacznijmy od początku.
Poprzedniego dnia była impreza bogato zakrapiana winem, między innymi winem i pewne małżeństwo, które wszystko na to wskazuje, nie żyje ze sobą zbyt dobrze, a w każdym razie gdzieś tam się to wszystko chyli ku upadkowi. Trochę absurdalnie, żeby się może zrelaksować po imprezie udaje się na wspólny jogging. Może tak ludzie mają. Ja niekoniecznie, ale może rzeczywiście ludzie w ten sposób mają, że najlepsza na kaca jest praca, w tym wypadku praca mięśni. W związku z tym jogging. No tak i od tego ta historia się zaczyna. Oni tak nie lubią się chyba. Są małżeństwem, ale nie do końca się już lubią. Ale biegają. Biegają i w pewnym momencie znika im ta ścieżka, którą dotarli nad jezioro, wokół którego biegają albo mają zamiar biegać.
Nie ma jej. I jak biegają, to ciągle trafiają w to samo miejsce. Bardzo charakterystyczne zresztą. I to jest punkt wyjścia. Dalej to już zobaczymy, ile państwu opowiemy, ale to jest punkt wyjścia i on się na początku wydaje banalny. Takie tam historie to już nie raz państwo widzieli, ale wraz z tym jak minutaż filmu rośnie, łapiemy się na tym, że ta historia zupełnie absurdalnie, sam nie wiem dlaczego, zaczyna nas wciągać i przynajmniej mnie zaczęła wciągać. Nie potrafię do dzisiaj powiedzieć właściwie dlaczego, ale stałem się widzem zaangażowanym.
[01:30:16] - Tak. Tutaj w ogóle, jeżeli ktoś to będzie oglądał, to mam taką radę, żeby zwracać uwagę na to, co oni mówią od samego początku. Poznajemy tam, jak Marek powiedział, parę na krawędzi rozpadu. Kłócą się o to, co było dnia poprzedniego, bo on tam nawywijał na jakiejś imprezie. To jest para, która jest około po 40. tak powiedzmy. Wybierają się na ten jogging. On tam leci za nią, żeby ten konflikt załagodzić i tak to zrozumiałem. I nagle trafiają na ten staw. Małe jezioro, jak on mówi.
Nawet się kłócą o definicję słowa staw z angielska pond. I warto zauważyć tutaj jeszcze jedną rzecz, dość ważną, że film "Brightwood" został oparty o krótkometrażowy film pod tytułem "Pond" właśnie. Czyli po raz kolejny w ciągu roku mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ktoś przekłada taką filmową nowelkę na film pełnometrażowy. No i cóż, jak powiedziałeś, oni się orientują, że zgubili drogę. Po pewnym czasie się okazuje, że błądzą. To jest tak, jakby oni się zamknęli w tej przestrzeni wokół stawu. W którą stronę nie pójdą, to zawsze wrócą tam, skąd wyszli. Oczywiście próbują różnych konfiguracji tej drogi, na skróty, na skróśkę tak zwaną. Nic to nie daje. No i w końcu wpadają w panikę, ale okazuje się, że tam oprócz nich jest ktoś jeszcze.
Ktoś, kogo się pierwotnie boją. Potem okazuje się, że to jest ktoś dla nich bardzo bliski, acz nie do końca przyjazny. I tutaj, Marku, jest zagwozdka tego typu, jaka się pojawia praktycznie od kilku naszych spotkań. To znaczy czy powiedzieć więcej, czy nie powiedzieć więcej? Bo tego typu film, jeżeli za dużo powiemy, to będzie zrujnowany dla odbiorcy. Ewentualnie przyda się to tym, którzy tego filmu nie zrozumieją. Ale nie wiem, czy się zatrzymać w tym momencie, bo oni wpadają w tą pętlę czasową. Tylko to nie jest taka zwykła pętla. O, tu się ugryzłem w język właśnie. Powiedziałbym jedno słowo za dużo.
Co jeszcze powiem ci? Może tak przejdźmy do tych naszych plusominusów tradycyjnych teraz. Takim plusem-
[01:32:39] - Bo jeszcze coś powiem. Być może ten film dlatego wydał mi się interesujący, że miałem taką gonitwę myśli, o której już wspomniałem. Otóż ja starałem się dopasować do fabuły, do tego, co oglądamy na ekranie, różne teorie, kalki z innych utworów, czy to literackich, czy filmowych. Co tam się właściwie dzieje? No i powiem państwu, kiedy Piotr wspomniał o tym, że ten film świetnie pasuje na kanał Wehikuł Wyobraźni, to nie tylko nie wypada mi się z nim nie zgodzić, ale przyklasnę, bo to może być film na przykład o tym, że symulacja jest elementem, który należy rozważyć na poważnie. W pewnym momencie przychodzi nam to do głowy, ale też te zabawy z czasem, że tak sobie to określę, w pewnym momencie wypychają tę pierwotną symulację. Przynajmniej u mnie tak było. Potem jeszcze miałem takie wrażenie, że gdzieś tam dotykamy wszechświatów Everetta, bo po prostu kolejne warianty poznajemy i tak dalej. To nie jest film, w którym dostaniecie państwo odpowiedź albo tak nie do końca. Niemniej jednak wyobraźnia to się państwu z całą pewnością uruchomi.
I bardzo słusznie. Bardzo słusznie, ponieważ da się ten film, jego fabułę, to co państwo widzicie, wytłumaczyć na kilka sposobów przynajmniej. W dodatku, i tu teraz ja muszę uważać, żeby się w odpowiednim momencie w język ugryźć, końcówka powoduje, że państwo mówicie sobie: „Miałem rację”. Tu się śmieję. Bez względu na to, może nie bez względu, ale istnieje szereg teorii, które państwu przyjdą do głowy, które mogą tę końcową sytuację wyjaśniać. Uf, wybrnąłem z ciężkiej sytuacji i nie opowiedziałem państwu filmu.
[01:35:10] - Jeżeli chodzi o te plusominusy, zacznę może od tego, że to jest film, jak powiedziałeś, tani. Nie widzimy tam aktorów, którzy nie wiadomo gdzie grali. To są aktorzy w sumie nieznani dla mnie absolutnie. Ona taka pyskata, on tak się korzy przed nią. I jest element humorystyczny. Ale to nie jest taki element humorystyczny, Marku, jak w amerykańskiej komedii, że wiesz: ha, ha, ha, gag, chłop za babę przebrany. Nie. Jest to dość subtelne i to jest plus według mnie. Od czego by tu jeszcze zacząć, jeżeli chodzi o te kwestie oceny? Bo każda taka kwestia związana z oceną nam podpowiada, słuchaczom, o czym ten film jest.
To może powiem tak: tego typu filmy, chociaż proste, bardzo proste, to są one dla twórców sporym wyzwaniem. Bo stworzyć historyjkę o tym, że się ktoś zagubił w lesie to jest jedno, ale utrzymać napięcie, to jest trochę dłuższy film chyba z tego, co pamiętam, on ma więcej niż 90 minut. Utrzymać napięcie przez ten czas i doprowadzić do sensownego w miarę końca to już jest sztuka. To tak, jakbym poszedł na grzyby i ty byś kręcił, ja bym się zgubił i bym chodził. No to powiedział: „O Boże, co tam można pokazać?” A tu się jednak udaje. I szczerze powiem, że pomimo tego i że mamy tam parę aktorów, staw i trochę lasu, to wychodzi nam naprawdę dobre widowisko. I to jest takie widowisko, które jak mówię, musicie mieć też ochotę, żeby coś takiego obejrzeć. To nie jest film rozrywkowy, aczkolwiek z drugiej strony trochę tak, bo ta zagadka, którą on oferuje, nie jest smętna, przygnębiająca. To nie jest takie science fiction, na które żeśmy się skarżyli jakiś czas temu, że tam jakieś smuty. Jakieś wyobrażenia nie wiadomo po co.
Tu jest to fajnie pokazane. Okazuje się, że najprostszą historię da się przeciągnąć do ponad 90 minut.
[01:37:32] - Właśnie uśmiechnąłem się Piotrze, bo wyobraź sobie, że ten film ma 84 albo 86 minut. I zastanawiam się to, że odniosłeś wrażenie, że on trwał dłużej. To może być in plus albo in minus. Ja oczywiście zakładam variant-
[01:37:50] - Ja się zagubiłem, widać w tej pętli czasowej. Także zauważ, ale coś w tym może być, że ten film się dzieje jednocześnie tak niespiesznie, a jednak podąża do przodu, że mamy wrażenie, że sami się w tym czasie gubimy. Ja miałem wrażenie, że on trwa przynajmniej 100 minut albo coś w tym stylu.
[01:38:11] - Wiesz co, ja się wcale nie dziwię. Rzeczywiście to, na co zwróciłeś uwagę, że te pętle, które się pojawiają, one się nakładają. Człowiek rzeczywiście może mieć takie wrażenie. W związku z tym ta moja interpretacja in plus jest jak najbardziej zasadna. Cóż jeszcze o tym filmie? Powiem Państwu, że on nie przestaje mnie zadziwiać, bo ja podszedłem do niego jak do jeża. Jak sobie dwoje aktorów biega po ekranie, to człowiek na początku ma takie wrażenie, że z tego nie może być nic dobrego, nawet jak się tam później pojawiają dwie następne postacie, takie dosyć enigmatyczne zresztą. I znowu nie mogę Państwu powiedzieć, kim one są, ale przyjmijcie Państwo, że się przynajmniej jeszcze dwie osoby pojawiają. Tak naprawdę niewielu ludzi się po tym ekranie kręci. A jednak to jest film, przy którym ma się wrażenie, że się bardzo dużo dzieje.
A paradoks polega na tym, co już powiedział Piotr, że on się w gruncie rzeczy dzieje niespiesznie. Nie wiem jeszcze, jak oddać nastrój, czy po prostu to, co obserwujemy na ekranie, ale ta przedziwna mieszanka powtarzających się nie tyle scen, co powtarzających się miejsc, powroty w to samo miejsce. Znowu muszę powiedzieć miejsce, tak w to samo miejsce. Znak o zakazie kąpieli. To jest enigmatyczne, co mówię, ale sami się Państwo przekonacie. Jakby zaburzenie nie tylko czasu, ale również przestrzeni. To wszystko sprawia, że my wsiąkamy w tę tajemnicę. I rzeczywiście czas nam się może wydłużyć. I sam byłem tego ofiarą jednak. Tak jak już powiedziałem, traci wiarygodność, bo się nie strzelają.
A z drugiej strony te dialogi, znowu to nie jest film przegadany. To małżeństwo w związku z tym, że oni tak nie pałają do siebie sympatią, przynajmniej na początku, też za dużo ze sobą nie dialogują. I znowu przeskoczmy kilkadziesiąt minut, a w pewnym momencie mówią, że się kochają. Dlaczego i jak to wszystko wygląda? Musicie już Państwo po ten film sięgnąć, ale ja jestem zdziwiony. Naprawdę. Zacząłem dzisiejszą naszą rozmowę, Piotrze, od tych 14 tysięcy dolarów, to naprawdę jestem zadziwiony, że w tej kwocie, w tym budżecie da się zrobić film. Znowu nie przesadzajmy, to nie jest film wybitny, hollywoodzki, z masą efektów specjalnych. Umówmy się, że tu właściwie to nie ma efektów specjalnych. A jednak te 14 tysięcy dolarów, maniakalnie to będę powtarzał, wystarczają, żeby zrobić widowisko interesujące.
Naprawdę interesujące. Cóż, proszę Państwa, zdziwiony jestem. Sam nie mogę w to uwierzyć, ale to jest film, przy którym nie będę narzekał tak bardzo, jak czasami narzekałem przy wielkich hollywoodzkich gigaprodukcjach. Tam nie miałem takiej satysfakcji z obejrzenia obrazu, jak tutaj. Świat stanął na głowie. Zwariował kompletnie.
[01:42:03] - Tak, ale 14 tysięcy dolarów to jest chyba jakieś 50 kilka tysięcy złotych. To powiem ci, że Maja Ostaszewska czy na przykład Andrzej Grabowski, czy inny aktor polski to by nawet nie pierdnął za tyle. A tutaj udało się zrobić coś fajnego. To nie jest arcydzieło, nie oszukujmy się. Natomiast minusem jest trochę dla mnie zakończenie. Nie to, że się czepiam, tylko spodziewałem się czegoś bardziej wysublimowanego w tym wszystkim, bo to zakończenie nam nie daje do końca też odpowiedzi, co się tam wydarzyło, a raczej nam zwraca uwagę na to, jak przetrwać w tym miejscu. Nie do końca mi się to spodobało. To było dla mnie takie amerykańskie zakończenie, że jakby było inne, to by pewnie tamtejsza publiczność powiedziała: „Zanudzili nas”. W pewnym momencie się dowiadujemy, kim są osoby inne niż bohaterowie zamknięci w pętli. Tutaj naprawdę się gryzę w język.
Zaczynamy sobie wtedy zadawać pytania, co tam się dzieje i czy, tutaj już się wysprzęglę, bo już muszę dokończyć, czy ta pętla obejmuje także resetowanie żyć, resetowanie życiorysów? I co przede wszystkim ją wytworzyło? Tu chociaż byśmy stanęli na głowie, to nie otrzymamy odpowiedzi na to pytanie, co się z nimi właściwie stało. Oczywiście zawsze się pojawią takie interpretacje, które zwracają uwagę na psychologiczną stronę tego filmu. Dla mnie to już za dużo by było, by go interpretować w ten sposób. Ale Marku, ciekawa rzecz. W pewnym momencie nasi bohaterowie się zaczynają zastanawiać, czy są w piekle. I powiem ci, dało mi to do myślenia. Od razu mi się skojarzyło z różnymi dywagacjami na temat chociażby natury tego, gdzie żyjemy. Bo przecież pamiętasz taką naszą rozmowę w Wehikule Wyobraźni na moim kanale, gdzie rozwijaliśmy temat alternatywnych wizji życia po życiu.
I pamiętasz, że jednym z punktów było to, że my już w piekle żyjemy. I oni się nagle orientują, przebywając nad tym stawem i widząc nie powiem co, że może właśnie oni w piekle są, że oni już nie żyją i teraz są zmuszeni do obserwowania tego, co się dzieje. Ja myślę, że tutaj chyba taki element uroku tego filmu na ciebie zadziałał, bo to bardzo pasuje właśnie do natury twojego kanału.
[01:44:44] - A poza tym myślę, że ta końcówka, na którą narzekasz, słusznie chyba, słusznie narzekasz, ona jednak dobrze wpisuje się w ten obraz, który przedstawiłeś przed chwilą, czyli piekła, w którym coś przeżywamy i to przeżywamy w sposób taki zmultiplikowany na różnych poziomach. Jesteśmy jednocześnie alfą i omegą. I znowu się muszę gryźć w język, więc na tym pozostanę. Natomiast jeszcze na jedną rzecz zwróciłeś uwagę, niebacznie, ale niestety muszę pociągnąć. Otóż w pewnym momencie myślę, że każdemu widzowi włączy się taki tryb psychologizmu, bo ten film zaprasza do takiego psychologicznego rozwałkowania tego, co widzimy na ekranie. Specjalnie używam tego zwrotu rozwałkowania, bo nie oszukujmy się, jeśli człowiek nie jest, ja przynajmniej nie jestem jakimś znawcą filmu, to siłą rzeczy to, co robię, to jest takie rozwałkowywanie treści, a ewentualnie kuchenna psychologia. Tak bym to określił to, co za chwilę zrobię. Ale ten film można również spróbować interpretować jako opowieść o życiu człowieka, życiu człowieka w małżeństwie, o pewnych wzlotach i upadkach, o tym, jak to w ogóle wygląda nasze życie. Ja mam przez cały czas wrażenie, kiedy to mówię, wypowiadam te słowa, że włączył mi się wtedy gen nadinterpretacji. Nie mogę się pozbyć tego wrażenia.
Niemniej jednak mam obawy, a może to dobrze, że się państwu też włączy, że coś takiego zaistnieje w przypadku większości widzów. Człowiek zaczyna szukać w tym filmie drugiego dna, kiedy już zaczyna, może nie domyślać się, o co chodzi, ale jakąś tam sobie teorię człowiek ukuje, wymyśli i przywiąże się do niej, to zaczyna myśleć o tym filmie jako o takiej wielkiej alegorii obejmującej, tak jak powiedziałem, życie, może małżeństwo, może w ogóle trwanie, kondycję człowieka. I to można tak rozszerzać dowolnie. Sami państwo wiecie, że jak ktoś się bierze za takie psychologizowanie, a szczególnie, tak jak powiedziałem, psychologizowanie kuchenne, to zaczynają mu różne rzeczy wychodzić. Oszczędzę tego państwu, ale zwróćcie państwo uwagę, że da się ten obraz również pod tym kątem oglądać.
[01:47:45] - Powiem ci tak, Marku, ty masz rację z tym psychologizowaniem, bo o to chodzi w wielu produkcjach. Tu się akurat udało zamknąć tą warstwę psychologiczną w tak sprytny sposób, że nie trzeba było tworzyć jakichś tam nie wiadomo jakich scen, instytucji i zabiegów. Ale jesteśmy w Filmotekarium. To jest program, w którym akurat te kwestie są spychane na drugi plan. Nas interesuje fantastyka, science fiction. Owszem, można rozczytać ten film w ten sposób, natomiast czy mnie to by bawiło? Wiesz, ja byłem rocznikiem eksperymentalnym w edukacji i taka ilość głupot, jaką we mnie się kładło odnośnie interpretacji tekstów literackich, to mnie tak mocno zniechęciła do nadmiernego interpretowania, że dziś jestem na to uczulony w znaczny sposób. Co autor miał na myśli, chcąc pokazać staw i dwóch zagubionych małżonków? Dla mnie jako takiego typowego pożeracza filmów i fantastyki, to właśnie to, że jest staw, jest coś dziwnego i jest jakaś gra psychologiczna. Natomiast gdybyśmy się chcieli dopatrywać symboli i odniesień, tym bardziej tych postępowych takich we wszystkim, to byśmy zgłupieli.
Muszę ci powiedzieć. Ja nie zaprzeczam, że ten film taki wydźwięk ma i pewnie to też jest taka gra filmowców i twórców, którzy dorabiają też trochę ideologii do nawet najprostszych obrazów. Ale jak mówię, to jest Filmotekarium, my tutaj Filozofią się interesujemy i bardzo ją popieramy, ale uważamy film za sztukę, przynajmniej w tym zakresie, jaką ją poruszamy, jak to ładnie określasz Marku sztukę ludyczną, czyli nas film ma przede wszystkim bawić i zastanawiać. A do filozofowania to jest Schopenhauer, ewentualnie jakaś telewizja śniadaniowa.
[01:49:53] - Ta telewizja śniadaniowa szczególnie mnie ujęła w wydaniu filozoficznym. Chciałbym to kiedyś zobaczyć. A jakbyście państwo chcieli bardzo zdołować filozoficznie, polecam Hegla, szczególnie późne dzieła. Na pewno państwo przy tym dobrze, szybko zaśniecie. A wracając jeszcze na chwilę do filmu, kiedy ktoś zapytałby mnie wprost: obejrzeć? Tak, jak najbardziej obejrzeć. Czy gwarantuję państwu świetną zabawę? Nie, nie gwarantuję, chociaż zakładam, że spora część naszych słuchaczy przynajmniej nie przestanie tego filmu oglądać. To już jest duży sukces. A poza tym z seansu nie wyjdzie zniesmaczona, najwyżej w jakiś sposób będzie takie poczucie niedopełnienia, niedopowiedzenia.
Chociaż, żeby znowu paradoksy się mnożyły, to tam na końcu jest bardzo jednoznacznie to rozwiązane. Tak jak Piotr mówił, amerykańska publiczność nie wybaczyłaby, gdyby to nie było podane w sposób prosty. Więc jest w sposób prosty podane, ale to można reinterpretować. Ale dzisiaj pojechałem z tą interpretacją. No nieważne. W każdym razie zostawia nas ten film jednak z pewnym poczuciem, że nie do końca wiemy, czy aby na pewno to się stało, co się stało. I to też jest zaleta tego filmu. Ja w każdym razie nie będę państwa namawiał do tego, żebyście ten film porzucili. Wręcz przeciwnie, warto to zobaczyć. Naprawdę.
To nie jest jakiś głupi eksperyment. Warto to zobaczyć chociażby po to, i to jest zupełnie poza rozumem, co w tej chwili powiem, żeby poczuć taki dreszcz grozy pierwotnej. Bo kiedy boimy się, właściwie nie wiemy czego, to jest to zetknięcie z grozą w czystej postaci. Strach. Właściwie nie strach. Lęk. Lepsze określenie. Lęk zdecydowanie, bo za cholerę nie wiadomo, czego tak naprawdę się boimy.
[01:52:21] - Tutaj ostatnie moje słowo. Tydzień temu mówiliśmy o filmie „Wounds" – „Rany" i zobacz, on też był głęboko symboliczny, w sumie też prosty, ale tam jednak przesadzono z pewnymi rzeczami. A tutaj otrzymujemy danie, które jest proste, ale dobre jak frytki. Czyli nie zawsze jest tak, że to, co jest tanie, to co jest tym kinem indie, co jest kinem niezależnym, musi być złe, natomiast też nie zawsze musi być dobre. Pamiętajcie o tym, dlatego, że wybierając filmy do „Filmotekarium", szukając nowości przede wszystkim, natknąłem się już na tyle naprawdę badziewnych produkcji różnego typu, które omijamy, żeby was nimi nie zasmucać i nie przestraszać, że dochodzę do wniosku takiego, że te gatunki, o których mówimy, czyli thriller, science fiction, mystery, horror one cały czas poszukują i one raz trafiają lepiej, raz trafiają gorzej. W przypadku „Bright Woods" mamy taką sytuację, że jest trochę powrót do korzeni. Naprawdę prościutka historia, z której się robi fajne widowisko. I powiem ci, że to nawet jest taka lekcja trochę dla twórców, którzy się wiążą z tymi wszystkimi serwisami streamingowymi. Czasami się okazuje, że to, co proste, przeraża najbardziej. Tak jak wielokrotnie mówiłem, że najdziwniejsza jest rzeczywistość.
Nie trzeba poszukiwać, czasami szukając inspiracji do scenariuszy, nie trzeba sięgać do bardzo wyimaginowanych światów. Warto się czasem przyjrzeć po prostu temu, co się dzieje obok nas. To by było na tyle.
[01:54:20] - Do usłyszenia. Proszę państwa, tak sobie całkiem niedawno przeglądałem archiwa Radia Paranormalium i natrafiłem na jedną z ostatnich audycji „Antologia Bibliotekarium Warsztaty". Był sierpień, a może wrzesień i ta oglądalność, bardziej może słuchalność audycji była taka sobie. Bo czas wakacyjny. Wiecie państwo, jeszcze człowiekowi się nie chce, bo jeszcze rozleniwiony po wakacjach. A wtedy w tym ABW, w tej starej formule ukazał się genialny materiał moim zdaniem. Rozmowa z tłumaczem literatury, z Krzysztofem Sokołowskim, który napisał znakomity tekst o twórczości Wiktora Żwikiewicza. Często państwo piszecie o tym, że Wiktora Żwikiewicza jakby mało w tym nowym „Bibliotekarium" A zdecydowanie nawet za mało. Dzisiaj troszeczkę nadrobimy. Krzysztof Sokołowski, ten artykuł, o którym będziemy mówić, do którego adres państwu podamy, mówi rzeczy mądre o tym, kim jest Wiktor dla polskiej literatury, a zawężając, dla polskiej literatury SF.
Mądre słowa, szczególnie jak patrzy się na to z perspektywy prawie dwóch lat. Sięgnijmy, proszę państwa, nie po raz ostatni dzisiaj do archiwum ABW. Zapraszam państwa na rozmowę z Krzysztofem Sokołowskim o artykule, który napisał o twórczości Wiktora Żwikiewicza. Zapraszam. Otóż ukazał się w periodyku internetowym, który się nazywa „Nowy Napis. Nowy Napis co tydzień” numer 166. To jest numer z 25 sierpnia 2022 roku. W tym numerze, który znajdziecie państwo na adresie internetowym nowynapis.eu, dalej to sobie już państwo wyszukajcie. Tytuł: „Wiktor Żwikiewicz, portrecista wszechświatów”. Tekst jest autorstwa znanego tłumacza literatury, która znajduje bardzo wielu czytelników.
Otóż tłumacza Stephena Kinga, tłumacza Roberta Silverberga, ale nie tylko. Tym tłumaczem jest Krzysztof Sokołowski i radzę poguglać. To naprawdę ważna persona dla polskiej fantastyki naukowej, a pewno w ogóle dla fantastyki. I mamy tego Wiktora Żwikiewicza, portrecistę wszechczasów. To jest tekst jeden z niewielu na rynku, który stara się scharakteryzować Wiktora Żwikiewicza, naszego drogiego nieobecnego jako pisarza. To już nie jest prosta analiza jednego, drugiego czy trzeciego tekstu, tylko raczej próba pewnej syntezy, która się Wiktorowi Żwikiewiczowi najnormalniej w świecie należy, bo polscy krytycy zajmowali się różnymi rzeczami, najrozmaitszymi, a syntezą z prozy Wiktora Żwikiewicza jakoś nie. Myślę, że zamiast tutaj gadać o tym, jak to tam było i jak jest, to ja oddam głos autorowi tekstu, który znajdziecie państwo na stronie, przypomnę, nowynapis.eu. Oddam głos autorowi Krzysztofowi Sokołowskiemu. On najlepiej wytłumaczy, dlaczego ten tekst popełnił i dlaczego warto go przeczytać.
[01:58:42] - Trudno się mówi o tekstach, które samemu się napisało, tak po prostu w przestrzeń, nie widząc, do kogo się mówi i nie wiedząc, czy kogoś będzie interesowało. A jeszcze trudniej jest mówić o tekście, który się napisało, a którego się nie powinno napisać. Nie powinienem napisać tekstu o Wiktorze Żwikiewiczu. Nie pisałem go z tego powodu, że obawiałem się braku obiektywności. Ja Wiktora znam od bardzo dawna, bo to jest jeszcze kwestia zeszłego wieku. Bywał u mnie w Warszawie, potem znikł, potem pojawił się znowu. Potem znajomość się odnowiła i dowiedziałem się z opóźnieniem o okolicznościach, które towarzyszyły jego zniknięciu. I dopiero wtedy przyszła mi do głowy ta myśl, że przecież wszyscy się starzejemy, czas płynie nieubłaganie, realia się zmieniają, my się zmieniamy, wielbiciele fantastyki się zmieniają i coś z tej przeszłości, zwłaszcza gdy jest ona tak niezwykła, należałoby utrwalić. Chodziłem za ludźmi, których znam, którzy albo są krytykami zawodowymi, albo prowadzą wzięte blogi i robią to w sposób dość sensowny, sugerując, prosząc, pytając, przekupując, błagając, grożąc, milcząc i krzycząc, żeby się za Wiktora wzięli. Wiedziałem, że oni czytali Wiktora.
Wiedziałem, że oni znają Wiktora i uważałem, że z pewnego oddalenia od osoby będzie lepiej zapisać to, co się o nim wie, a przede wszystkim oczywiście się o jego twórczości, niż gdyby robił to ktoś, komu dystansu ewidentnie brakuje. Zawiodłem się. Parę osób mnie zawiodło. Parę osób wiem, że mnie zawiodły i paru osobom powiedziałem do słuchu to i owo, ale okazało się w końcu, że tak naprawdę napisać o Wiktorze tekst, który miałby jakieś znaczenie, jakąś wagę krytyczną i który zostałby opublikowany tak, by czytali go nie tylko fanowie, mogę tylko ja. Zrobiłem to. Ten tekst jest obecny na stronie Nowego Napisu i w końcu chyba nie mam wyrzutów sumienia, że coś podbarwiłem albo coś przemilczałem. W każdym razie, że zrobiłem coś dla człowieka, którego uważam za przyjaciela, na tyle, na ile z Wiktorem można się w ogóle zaprzyjaźnić. Jest to jednak postać Z pewnym dystansem i odgrywająca pewną rolę. Żeby ta postać jakoś została opisana, żeby opisana została twórczość związana z tą postacią nieodłącznie, także trzeba było pisać i o twórczości, i o życiorysie. Nie wiem, jak ująć to w słowa, żeby nie wyszło samochwalstwo albo sztuczna pokora, ale mam nadzieję, że przynajmniej jak na taki pierwszy tekst zbiorczy, ten tekst z nowego napisu ma swój sens.
O Wiktorze ciężko się pisze. To jest ciężki artysta, ciężki pisarz. Nie w sensie wielkości oczywiście i wagi, bo to drobiażdżek, ale ze względu na wagę swojej twórczości, dlatego że ona stoi w opozycji do całej tradycji fantastyki polskiej. Streszczać wywodu nie będę, bo chcę, żeby każdy, kogo to interesuje, zajrzał tam sam, ale co mogę zrobić, to nabić robaczka na haczyk i zrobić przynętę na was, którzy mnie słuchacie. I ta przynęta jest taka. Założeniem fantastyki jest to, że istnieje Ziemia i ludzka cywilizacja. Czasami tylko Ziemia, czasami ta Ziemia istnieje razem z koloniami, ale w każdym razie jest jakaś część oswojona wszechświata, którą zajmuje człowiek i jest część dzika, wroga, straszliwa, którą człowiek penetruje kierowany przeróżnymi motywami. One mogą być egoistyczne, takie jak zdobyć surowce na przykład czy podbić obcą rasę. Mogą być altruistyczne, ratować ludzkość przed zbliżającą się zagładą. To w zasadzie nie ma wielkiego znaczenia.
Znaczenie ma to, że ten świat fantastyki, wszechświat fantastyki jest dwudzielny. Jesteśmy my i jesteśmy oni. To jest takie oświeceniowe przeciwstawienie cywilizacji człowieka i dzikości natury. Ono zawsze, nawet u Rousseau to było przeciwstawienie, chociaż Rousseau był zdania, że ludzi należy wychowywać naturalnie i swoim dzieciom zawieszał jedzenie w koszykach na drzewach, żeby się dzieci wspinały jak małpki i nie dostawały tego jedzenia za nic. Musiał być wysiłek. Nawet w tym wypadku ten świat jest dwudzielny. Ten świat jest dwudzielny u wszystkich klasyków fantastyki. Tę dwudzielność widać chociażby u Lema w „Powrocie z gwiazd”. Ziemia to jest to miejsce, ta moja ojczyzna, o powrocie na którą marzy kosmonautka, która ma być znajoma, przyjazna i w ogóle puci puci. Nie okazuje się taka, ale w każdym razie w założeniu tak ma być.
I istnieje w opisach Halabrega ten straszny kosmos. Opisy „Powrotu z gwiazd” są słynne właśnie z grozy i z przekazywania grozy i nieludzkości kosmosu. U Wiktora jest inaczej. Wiktor jakby dokonał samodzielnie przełomu modernistycznego w fantastyce. On po prostu zaprzeczył tej dwudzielności. Jego bohaterowie zawsze są częścią wszechświata. Nigdy nie są jego przeciwstawieństwem. Są w tym wszechświecie, całym wszechświecie, z całą jego zgrozą, dziwnością i niezrozumieniem, są jednak jego częścią. Użyłem w tekście takiej metafory, że są jak tubylcy zamieszkujący tropikalną dżunglę. Oni w tej tropikalnej dżungli są u siebie w domu, są jej obywatelami, są częścią obiegu biologicznego.
To nie znaczy, że ta dżungla jest dla nich przyjazna. Wręcz przeciwnie. Ukrywa tajemnice, ukrywa grozę, ukrywa i ujawnia śmiertelne niebezpieczeństwa. Niemniej pozostaje wrażenie, że to jest mój dom, to jest mój świat i cały kosmos przedziwny Wiktorowy jest właśnie trochę jak ta dżungla, niepojęty, niezbadany. Narrator idzie przez tą dżunglę z szeroko otwartymi oczami i ją po prostu obserwuje i przekazuje swoje obserwacje. Czego on nie rozumie, nie rozumie i czytelnik. Co on pojął, jest w jakiś sposób czytelnikowi podane i wyjaśnione, ale on pojmuje bardzo mało. Jest cały czas ten margines, że on może pojmować źle. Tak jak tubylec idący i widzący lataniec, taki lataniec, jak Stasi i Nel wysyłali przecież nad pustynią, to jest też dobre porównanie. Może uznać, że to jest Bóg, że to jest ptak, że to jest cokolwiek, że to mu zagraża albo jest przyjazne.
Ale nie zmienia to postaci rzeczy, że to są kwestie po prostu tego samego świata. To się dzieje u nich. Inaczej można powiedzieć: to się dzieje u nas w jednym wszechświecie, w którym jest autor, w którym jest jego książka i w którym jest jego czytelnik. Tego nikt nie zrobił przed Wiktorem. To się zdarza dopiero w książkach późniejszych, ale one nie są już tematem tej rozmowy. Niemniej jeden tytuł w tekście przytaczam. I wiedząc teraz, z jak wielką mamy do czynienia indywidualnością w postaci właśnie Wiktora i kiedy wiemy, że jego dzieło jest właściwie zamknięte, ja osobiście nie wierzę, żeby Wiktor napisał coś nowego, możemy spróbować zacząć badać jego dorobek Startując od tego, co ja zrobiłem, czyli od kwestii ogólnej, od wskazania różnic i podobieństw. A może ktoś kiedyś podejmie ten temat, za cholerę nie wiem, ale mam nadzieję, że tak, że będzie to ktoś mądrzejszy ode mnie, który potrafi lepiej opisać to, co w tych trochę zapomnianych jednak i trochę za bardzo na uboczu fantastyki umieszczonych ciągle jeszcze dziełach Wiktora. To, co jest tam, domaga się według mnie dalszych badań.
[02:08:26] - Tak. To ja myślę, że czujecie się państwo zachęceni. Tekst nie jest jakoś przesadnie długi, ale też to nie jest notateczka prasowa. Warto go spokojnie, w skupieniu przeczytać. Może się kilku nowych rzeczy państwo dowiecie o Wiktorze Żwikiewiczu, o sposobie podejścia. Ja tylko wspomnę, że ten tekst Krzysztofa Sokołowskiego rozpoczyna fragment poezji Williama Blake'a, konkretnie utworu „Kryształowa klatka” w przekładzie Zygmunta Kubiaka. On brzmi mniej więcej tak, a właściwie dokładnie tak: „A klatka była kryształowa, zdobiona złotem i perłami. Wewnątrz na świat się otwierała i na maleńką noc z gwiazdami”. Krzysztof Sokołowski rozpoczął ten tekst nie przypadkiem od tego fragmentu poezji, albowiem od tego samego fragmentu rozpoczął Wiktor Żwikiewicz swoje opowiadanie „Zwierciadło nieba”. To jedno z tych opowiadań, które na długo pozostaje w pamięci.
A więc jeszcze raz w imieniu Krzysztofa Sokołowskiego, swoim i przede wszystkim w imieniu Wiktora zapraszam państwa do lektury. Nowynapis.eu, tekst „Wiktor Żwikiewicz, portrecista wszechświatów”. Proszę państwa, Piotr Cielebiaś czeka po raz drugi, bo co by tu państwu nie powiedzieć, czas na MAUP, a zatem nasz bibliotekaryjny przegląd książek z pogranicza. Dzisiaj na tapet bierzemy tytuł „Biała piramida” Hartwiga Hausdorfa. Zapraszam. Piotrze, kolejna książka nieoczywista albo książka z pogranicza przed nami.
[02:10:38] - Tak. Witam wszystkich. Jest to książka pod tytułem „Biała piramida” Hartwiga Hausdorfa. I co my możemy o niej powiedzieć? Klasyk absolutny. W ogóle pisarz swego czasu bardzo popularny w naszym kraju, który zdobył sławę dzięki pisaniu o tym, o czym pisał Daniken, o paleoastronautyce. Hausdorf jej poświęcał wiele uwagi. Jak sobie zajrzycie na internet, jak to się mówi, to on się tam zajmował nie tylko tą historią zakazaną, ale też tajemnicami historii, powiedzmy, tej oficjalnej. Także w Polsce się ukazało sporo jego książek. Z krótkiej biografii dowiadujemy się, że był to człowiek związany zawodowo z turystyką.
On organizował wyjazdy do Chin, gdzieś tam na Daleki Wschód i przywoził stamtąd bardzo dziwne opowieści o tych sprawach paleoastronautycznych, które były dość niedostępne. Dodajmy, Marku, w ogóle na samym wstępie, że w czasach, kiedy się te jego książki o Chinach ukazywały, bo to była jedna z kilku chyba, gdzie on o tej części świata pisze, to Chiny były wtedy krajem dość zamkniętym, niedostępnym dla Europejczyków. Jeżeli sobie dobrze przypominam, to pierwsze wydanie „Białej piramidy” w Polsce to jest rok 1995. Wtedy Chiny dla nas były bardzo tajemnicze. My mogliśmy mieć produkty z Chin, ale nie za bardzo wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Dzisiaj się to mocno zmieniło. Dzisiaj na YouTubie widzimy, jak się żyje na przykład w chińskiej prowincji, ale wtedy Tybet, Chiny, nawet Indie to były rzeczy prawie tak tajemnicze, jak relacje podróżników z pierwszej połowy XX wieku. Także od tego zacznijmy. I nagle Hartwig Hausdorf nas wprowadza w nie tak w sumie odległy, ale niedostępny świat zagadek z przeszłości, w których tle pobrzmiewa nam temat UFO, kosmitów, bogów z kosmosu.
[02:12:58] - Słusznie to podkreśliłeś, Piotrze. Lata 90. to był dziwny czas. Niby już wybiliśmy się na niepodległość, mówię o Polsce. Niby już o świecie dużo wiedzieliśmy, ale tak jak reszta świata o Chinach wiedzieliśmy tyle, ile nam Chiny chciały powiedzieć albo ile gdzieś tam przeciekło. I książka wydana w tamtych czasach mówiąca o Chinach, mówiąca w ogóle o Dalekim Wschodzie, o zagadkach, które gdzieś tam się czają, to była książka, która mocno podkręcała wyobraźnię. Specjalnie podkreślam ten motyw wyobraźni, bo w końcu gdzieś tam czuję się związany z wehikułem wyobraźni. I to jest książka Która z jednej strony opowiada o pewnych ustalonych przez autora faktach, które nie do końca były dostępne wówczas Europejczykowi. Z drugiej strony, kiedy byśmy włączyli absolutną niewiarę i powiedzieli sobie: „Nie, to bzdury są oczywiście", ale to jest książka, która niesamowicie podkręca wyobraźnię i jest materiałem na kilka interesujących opowiadań, jeśli nie powieści z gatunku science fiction, a może czystej fantastyki. To jest pierwsze zagadnienie.
Dzisiaj nie wiem, czy jesteśmy jeszcze w stanie cofnąć się do lat 90., zobaczyć, jak wtedy w Europie postrzegane były Chiny. To w stosunku do tego, co przeżywamy dzisiaj, jest inny obraz zupełnie, inna rzeczywistość. Wtedy Chiny to był jakiś taki koniec świata. Zapyziałe, chociaż z ambicjami, ale jednak kto to będzie, proszę państwa, traktował poważnie? To był stan świadomości na lata 90. Dzisiaj Chiny to jest nie tylko gracz światowy, polityczny, gracz ekonomiczny. Ja właściwie nie wiem, czy są jakieś pola eksploatacji, tak to nazwijmy, w których Chiny nie odgrywałyby jakiegoś poważnego znaczenia. Nie miałyby poważnego znaczenia. To może bardziej poprawnie. Tak, ale wróćmy do książki.
Ona nam opowiada o tym, co na Dalekim Wschodzie wydarzyło się bardzo, bardzo, a nawet bardzo dawno temu. Tam mamy historie sprzed kilkunastu tysięcy lat, które być może się wydarzyły, historie mniej lub bardziej znane. Część z nich ja już poznałem w latach 70. za sprawą książek, które ukazywały się w PRL-u. Tu autor je przywraca, ale muszę przyznać, że opisuje bardziej dokładnie, dogłębnie, otwiera oczy nawet człowiekowi, który śledził tę historię. Tu mam na myśli tę, i tu oczywiście pewno wkopię się z nazwą, Harahua, Barancarahua, jakoś tak to się określało, czyli ślady katastrofy kosmicznej sprzed wielu tysięcy lat i obcych istot, które być może pozostały na Ziemi, bo nie miały innego wyjścia i gdzieś tu oddziaływały na ludzką kulturę, na kultury Dalekiego Wschodu. To wszystko teorie, ale przyznacie państwo teorie, które mocno, naprawdę mocno podkręcają wyobraźnię. I tak naprawdę o to chodzi. Może nie do końca. Jeśli chodzi o wehikuł wyobraźni, to na pewno.
A jeśli chodzi o fakty? No właśnie, Piotrze, jeśli chodzi o fakty?
[02:17:33] - Z faktami to jest na tym polu bardzo różnie. Ja może przejdę do tego, o czym ta książka jeszcze opowiada. Wspomniałeś o tych dyskach Dropa, bo to są te dyski z Bayan Har Bet, czy jak się tam to wymawia, bo to ponoć nie jest prawidłowa nazwa, ta Bayan Karaula, która się pojawia w polskiej literaturze. A ta „Biała Piramida”, no cóż, to nie jest arcydzieło. To też nie jest książka, która jest jakąś Biblią paleastronautyki czy skarbnicą wiedzy o Chinach i Dalekim Wschodzie. Natomiast tak wbrew tytułowi, to ona wcale dużo o tej białej piramidzie nie mówi. To tylko jest jeden z tematów tego dzieła. Ogólnie to jest ono bardzo bogate, choć to jest książka krótka, czyli prezentuje nam zagadnienia starożytnych astronautów, nawet feng shui, UFO, wszystko ze skoncentrowaniem na Chinach i krajach ościennych, tych krajach ościennych typu Tybet, Mongolia. Książka się nie zajmuje Japonią na przykład czy Koreą. Jest to, jak mówiłem, pozycja dość leciwa i chociaż niektóre fragmenty, niektóre rozdziały się zestarzały i mają charakter taki odtwórczy, to inne są nadal bardzo aktualne, bo o tych tematach się pisze niewiele do dzisiaj.
Dzisiaj, chociaż dzięki translatorom możemy sobie tłumaczyć chińskie strony internetowe, to nadal o tym kraju, o wielu aspektach tamtejszego funkcjonowania wiemy niewiele. Tak w sumie nie wiem, od czego zacząć przegląd tej książki, bo jak mówiłem, jest ona wielowątkowa, ale zacznijmy od tych piramid tytułowych, o których Hausdorf pisze, a o których dzisiaj wiemy więcej. Bo chociaż się nadal spekuluje na temat tego, które to piramidy były konkretnie widziane przez amerykańskich lotników, bo to w ogóle sprawa się sprowadza do tego, że piramidy, wiadomo, Egipt, Ameryka Centralna, ale wywołana została sensacja, bo piloci zachodni przelatując nad Chinami widzieli jakieś tam piramidy. No i po II wojnie światowej była cała dyskusja, co to tam jest, że oni do tej pory tego nie pokazali. Dzisiaj wiemy o grobowcach dawnych cesarzy. Znamy nawet lokalizację chińskiej doliny piramid wokół Xian Ale wtedy, jeszcze w latach 90., to robiło wrażenie. Natomiast do dziś mogą wrażenie robić informacje, jakie podaje Hausdorf na temat Tybetu i Mongolii. Powiem ci, że szczerze mówiąc, te aspekty mnie obecnie w „Białej Piramidzie” interesują bardziej. Jest to naprawdę ciekawe i chociaż część z tego to są tak naprawdę relacje przekazane przez wcześniejszych autorów, jak na przykład Roerich, to wciąga. Jest w tej książce coś takiego, że ona ma jeszcze ten smaczek tajemnicy z czasów, kiedy o świecie nie wiadomo było wszystkiego.
Dzisiaj jest internet, dzisiaj wiemy wszystko, przynajmniej formalnie. Natomiast wtedy to był jeszcze taki romantyczny okres, kiedy miało się świadomość, że tam gdzieś są kraje tajemnicze i tam mogą być takie tajemnice, o których się ludziom nie śniło. To jest chyba taki łabędzi śpiew tamtych czasów, ta książka. O tyle jest ona dobra, że tam po raz enty nie dostajemy takiej samej dawki informacji o bogach z kosmosu co gdzie indziej. Tam jest to skoncentrowane na Dalekim Wschodzie, na Chinach. I chociaż to jest proste, chociaż to jest napisane w ogóle bardzo prostym językiem i jest momentami nawet trochę naiwne, to powiem ci, że jak się często czepiam różnego rodzaju książek i autorów, tak tutaj jest to interesujące z tego powodu, że to jest w sumie jedna z niewielu pozycji o tym rejonie świata i o tej tematyce UFO, obcy, bogowie z kosmosu, jaka istnieje. Także jest to okej. Niektóre rozdziały się zestarzały, inne nie, ale jest ciekawie. Nie wiem, czy ta książka broni się do tego stopnia, że mogłaby dzisiaj się ukazać w jakimś nowym wydaniu. Pewnie by to wymagało od autora dużego nakładu pracy, ale jednak takie tajemnice Chin to powiem ci, nęcą, jakby nie było.
[02:22:09] - Nęcą, nęcą. Już powiedziałem to, że ja nie wiem, na ile ta książka koresponduje z faktami. Znaczy część próbowałem sprawdzić, o tym za chwilę powiem. Natomiast to jest książka, przyznaję się bez bicia, która niesamowicie podkręca wyobraźnię i z punktu widzenia wehikułu wyobraźni to jest książka wymarzona. Ona rzeczywiście zabiera nas w świat, w którym myśl sobie podąża zupełnie swobodnie, bez przeszkód. Wyobrażamy sobie, jak to mogło być na przykład kiedy kilkanaście tysięcy lat temu wydarzyła się katastrofa, kiedy obcy, tak jak już powiedziałem, nie mogli wrócić do siebie i osiedli tu na Ziemi. Proszę państwa, z tego się da zrobić powieść, da się zrobić opowiadanie, da się zrobić literaturę po prostu. Ale dobrze, zostawmy. To nie jest audycja o literaturze pięknej albo w każdym razie fantastycznonaukowej. To jest audycja o tym, jak pisano o tematach z pogranicza.
Dobrze, to na tym się skupmy. Próbowałem tę książkę weryfikować poprzez internet, poprzez współczesne różnego rodzaju doniesienia. I powiem ci, Piotrze, że ja wierzę w potęgę internetu. To jest narzędzie totalne, ale jednak kiedy wpisywałem niektóre frazy, czy to po polsku, czy po zagranicznemu, że tak sobie zażartuję, to niektórych fraz nie sposób w internecie znaleźć. Nie wszystko to, co w książce się znajduje, da się oblukać w sieci. To jest dla mnie pewna wartość, to znaczy dyskusyjna wartość, bo albo internet nie uznał tego za rzecz interesującą, to jest pierwsza hipoteza. Druga hipoteza: internet po prostu nie ogarnął tych wszystkich treści, które w książce „Biała Piramida” się znajdują. A jeśli nie ogarnął, to pytanie dlaczego? No i gdzieś tam w ślad za tym: a może właśnie dlatego ta książka jest szczególnie interesująca?
[02:24:58] - Problem, o którym mówisz, może wynikać z tego, że to jest książka tłumaczona z niemieckiego na polski. Natomiast podejrzewam, że z tymi nazwami chińskimi to był problem. Tak jak jest problem z dyskami z Bayan Kara-Ula czy Bayan Chaar Uul. Są one nazywane po prostu dyskami Dropa. Wystarczy czasami jedna nazwa, jedna zmiana sylaby i będziemy mieli zupełnie inną nazwę. Ja się nie upieram, że Hausdorf jest nieomylny i że może nie przybajerzył tam w którymś momencie. Natomiast co bym jeszcze powiedział? Ogólnie to jest tak, że na temat parastronautyki i spotkań z UFO w Chinach wiemy bardzo mało. Jeżeli się próbujemy dowiedzieć, to musimy dysponować ogromną ilością samozaparcia, żeby do tych informacji dotrzeć. Jest to możliwe, powiem ci.
Zaraz powiem, jak to było, bo ja kiedyś też szukałem takiej informacji o UFO w Chinach. Udało się dotrzeć do wielu źródeł, nie powiem. Tylko że jeżeli ktoś to robił przed epoką Kiedy istniał translator Google'a, to miał problemy. Natomiast ciągle jeszcze nie dogoniliśmy, niewypełniona została luka w niektórych sprawach między Zachodem a Chinami. Także ta bariera językowa nadal jest. Nie oszukujmy się. Natomiast w książce Hausdorfa ciekawy rozdział dotyczy właśnie spotkań z UFO w Chinach i to był temat, jak mówię, nęcący i dość nieznany. Tak wielki kraj, kraj tak potężny militarnie. Co on tam o tym UFO wie? Do dzisiaj sobie to pytanie zadajemy.
Kilka miesięcy temu w UFO Historiach na swoim kanale nagrałem odcinek na ten temat i polecam, bo powiem ci, że się można zdumieć skalą zainteresowania UFO w Chinach, w Państwie Środka, jaka tam kiedyś panowała. Tam swego czasu w latach 70., 80. wybuchła istna gorączka na temat doniesień o UFO. Tam tak jak do partii zapisywały się miliony, tak do grup ufologicznych się zapisywały miliony ludzi. Oczywiście to zainteresowanie z czasem wygasło, chyba trochę przymusowo. Teraz w Chinach o UFO się praktycznie w mediach nie mówi nic, ale kiedy się im przyjrzymy, także tym, które opisuje Hausdorf, to się okaże, że po prostu tam się dzieje to samo co na Zachodzie. Te wydarzenia się jakoś nie różnią w żaden sposób, nie ma na nie wpływu kultura. One są często dość spektakularne. Utkiły mi w głowie takie opowieści, jak na przykład chińscy żołnierze osaczyli UFO na jakimś wzgórzu i takich historii było sporo. Natomiast co wyróżnia te doniesienia z Chin, to fakt, że oni bardziej niż na takie bliskie spotkania dziwne zwracali uwagę na to, co mówią na przykład piloci i żołnierze, że to był główny obiekt ich zainteresowania.
I rzeczywiście tych relacji było swego czasu sporo. Natomiast takim znakiem czasów jest to, że obecnie o UFO w Chinach za, że tak powiem, pontyfikatu Xi Jinpinga praktycznie się nic nie mówi. Praktycznie się nic nie mówi. Są jakieś tam doniesienia pojedyncze, ale to dosłownie wszystko. Większość chyba teraz na chwilę obecną doniesień o UFO w Chinach jest wywołanych przez nieudane starty rakiet. Także również pod tym względem książka Hausdorfa jest godna uwagi. Ogólnie jak się z nią zapoznacie, jak ją przeczytacie, to możecie też mieć takie wrażenie, Marku, ja mam takie wrażenie, że ona jest taka bardzo... To jest taki kolaż. Tam tytuł jest dodany trochę od czapy. Rozdziały jest każdy o czymś innym.
Dużo jest tej tematyki, ale mimo wszystko to jest niezłe. To jest niezłe i się ma takie wrażenie, że by się chciało więcej albo że by się chciało zobaczyć na ten temat jakiś film, jakiś dokument. No bo to jest jednak kraj, który ma długą tradycję cywilizacyjną. Oczywiście rodzi się kolejne pytanie: ile z tego, o czym Hausdorf pisze, co mogło świadczyć o kontakcie z tymi bogami z kosmosu, zostało zniszczone w czasie rewolucji kulturalnej? Bo to też jest ważny temat. Także tak to wygląda. Podsumowując już to „Biała Piramida” to jest książka leciwa. Trochę się zestarzała, trochę nie. Arcydzieło to nie jest, ale są tam też pewne powtórzenia z innych książek. Ale są też wątki oryginalne.
I to jest też ciekawe, bo my nie jesteśmy w stanie, pomimo w sumie tych trzech dekad, które minęły, powiedzieć, czy Hausdorf tam napisał prawdę. Bo do tej pory nam nikt nie dostarczył takich informacji, które by w ogóle rzucały jakieś światło na ten temat. Także ta książka jest prosta. Może dla niektórych będzie prostacka, może jest dla niektórych źle przetłumaczona tak na łapu-capu, ale dobrze, że się w ogóle pojawiła, bo ja ją na przykład przyjmuję lepiej niż dziesiątą książkę na temat Nazca, Ezechiela i tych wszystkich rzeczy, które są powtórzone w każdej publikacji na temat starożytnych astronautów.
[02:30:26] - Wiesz co, Piotrze, tak mi przyszło do głowy, że po pierwsze chciałbym zobaczyć książkę „Biała Piramida” 30 lat później, bo to by było niesamowite zestawienie tego, o czym pisze autor z tym, co jest być może teraz. Myślę, że marzenie ściętej głowy, ale ja namawiam państwa do eksperymentu. Otóż nie robiłem tego w przypadku „Białej Piramidy” i tych faktów, które są omawiane w książce, ale kiedyś wszedłem sobie na wyszukiwarkę chińską Baidu i za pomocą różnych translatorów usiłowałem sobie poczytać, o czym chiński lud rozmawia. Wtedy moim celem było zorientowanie się, co sądzi chiński lud o prozie Sapkowskiego, o „Wiedźminie”. I proszę państwa, okazuje się, że to jest możliwe. Pewno to jest niedoskonałe i jak to bywa z mechanicznym tłumaczeniem, bywa toporne, ale jednak zorientowałem się, jak odbiorcy w Chinach traktują prozę Sapkowskiego. Jak „Wiedźmin” sprawdza się w Stanach Zjednoczonych to wiemy. Nakręcili serial i sam nie wiem, czy to zrobili z zemsty na Sapkowskim, czy żeby mu zrobić dobrze. Nie mam co do tego jasnych przekonań. Natomiast w Chinach dyskusja wydała mi się ciekawa Nie będę zdradzał tego, co przeczytałem, tego clue, które tam znalazłem, ale dyskusja była ciekawa.
Nie była jednostronna, nie była na kolanach. Zostańmy przy tym, że była ciekawa. Sprowokowałeś mnie trochę, Piotrze, żeby znowu udać się do wyszukiwarki Baidu, która ma swoje plusy, ale też szereg minusów. Natomiast zdecydowanie można w niej znaleźć ciekawe rzeczy. I chyba zrobię sobie taki eksperyment po naszej rozmowie i poszukam niektórych wątków z białej piramidy w tejże wyszukiwarce. Sam jestem ciekawy co tam znajdę. Pewno trzeba będzie trochę pokombinować z nazewnictwem, bo w tym jest największy ból, że ono się nie do końca przekłada. I te wszystkie nazwy, nazwy własne, czasami trzeba dużych eksperymentów, żeby dojść do celu. Ale nieświadomie namówiłeś mnie na ten eksperyment i ja go ewidentnie muszę wykonać. Czuję się zobowiązany.
To będzie ciekawy eksperyment. W związku z tym, że tej książki „Biała piramida” 30 lat później nie ma, to może samemu trzeba sobie taką książkę przynajmniej mentalnie napisać. I do tego państwa namawiam. Ja w każdym razie do wyszukiwarki Baidu się wybieram.
[02:33:48] - Powiem ci, że jak ja sobie poszukiwałem materiałów ufologicznych chińskich, to one do pewnego stopnia były. Natomiast jest też taka sprawa, że nam się w ogóle w internecie, nie wiem dlaczego, coś pozmieniało, jeżeli chodzi o wyszukiwanie, że teraz dotrzeć do wyników, które są starsze albo które są mniej indeksowane, gorzej indeksowane, to jest trudno. To samo dotyczy każdego innego języka. Także tutaj ta trudność się zwiększa wielokrotnie. Ale to też nie jest tak, że tam o UFO się nie mówiło, nie mówiło się o tych koncepcjach. Mówiło się. Tylko że tak jak powiedziałem, przyszły takie czasy, że teraz niepolitycznie jest mówić o tych zjawiskach, jak mawiał pan Zagłoba. To tyle.
[02:34:37] - Ale wiesz, zabawne jest to, że to, co powiedziałeś, dotyczy wyszukiwarki Google i przyległości. Natomiast zabawne byłoby, to jest tylko eksperyment myślowy, ewentualnie hipoteza robocza, gdyby okazało się, że wyszukiwarka chińska odizolowana od Google'a i tym podobnych wyszukiwarek okazałaby się, jeśli chodzi o temat UFO, bardziej przyjazna niż wyszukiwarki zachodnie. Wtedy chyba bym się długo i rzęsiście śmiał, bo to byłby zastanawiający znak czasów. To teraz, proszę państwa, po książkach z pogranicza czas na luźny materiał o literaturze. Luźny, a właściwie rozrywkowy wręcz materiał o literaturze to widomy znak albo słyszalny właściwie znak, że na antenie pojawi się Katarzyna Prychacz i jej Alchemia Tworzenia. A dzisiaj? A dzisiaj fotografie pełne życzeń.
[02:36:02] - Halo, halo! W Nowym Roku! Z tej strony Katarzyna Prychacz. I skoro ja już jestem i wy już jesteście, no to co? To zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w dziewiątym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Podcastu, w którym wymyślamy sobie mniejsze lub większe głupoty, lepsze bądź gorsze historie i ogólnie cokolwiek i gdziekolwiek mój mózg pobłądzi. Bo właściwie to nie wy wymyślacie, tylko ja i mój zespół wewnętrzny, ja i mój umysł. Okej.
Myślę sobie, że skoro mamy nowy rok, to chciałam powiedzieć, że czas na wielkie zmiany. Nie wyznaję postanowień noworocznych. Jak coś ktoś chce zrobić, to niech robi. Niezależnie od pory czy daty. Aczkolwiek chciałam coś nowego. Ale wiecie co? Nie wiem jak wy, ale ja na odcinku świątecznym bawiłam się świetnie i pomyślałam, że może sobie po prostu przez chwilę pobawimy się tą formułą. I cóż to była za formuła naszego wymyślania? Otóż losowałam sobie przede wszystkim karty z gry Tajemnicze Domostwo. Właściwie chyba tym razem wszystkie kategorie z tej gry.
I co myśmy losowali? Trzy osoby. Do tych trzech osób trzy marzenia. Marzenia? Wtedy były marzenia. Myślałam, czy nie pójść może w jakieś koszmary i tak dalej, ale w sumie pójdźmy dzisiaj w te marzenia. Takie noworoczne niepostanowienia, ale może marzenia, może założenia na nowy rok, na najbliższy czas. Więc zobaczymy, gdzie to nasze postaci doprowadzi. Oczywiście później losujemy kartę lokacji i chcę, żeby to była lokacja, w której te wszystkie trzy postacie się spotkają. W tej lokacji będzie magiczne coś.
Nie wiem, co tym razem. Tydzień temu mieliśmy huśtawkę. Zobaczymy, gdzie dzisiaj podążymy i co dzisiaj mnie zainspiruje. Niemniej ta magiczna rzecz, miejsce, cokolwiek to będzie, będzie spełniało w taki dosyć pokrętny sposób te marzenia. I tutaj wtedy losuję kartę artefaktu, czyli do każdej z tych postaci będzie jeszcze jeden artefakt, z którego będę musiała wyrzeźbić jakiś rodzaj rozwiązania czy spełnienia tego marzenia. Ostatnio wyszło całkiem fajnie, więc myślę, że warto to powtórzyć i zobaczymy co dalej. Jak będę mieć jakieś natchnienie na nową formułę w tygodniu, to wtedy to się zrobi jeszcze nowe. Na razie myślę, że to jest ciekawe. Może warto zrobić parę odcinków troszeczkę krótszych niż godzina, bo jednak zwykle miałam tak skomplikowane te formuły. Właśnie sama nie wiem, jak nazywać tą mechanikę działania podcastu, że faktycznie ciężko mi było, nawet powiem szczerze, w tą godzinę się wyrobić, bo właściwie później to już tak od połowy było przyspieszanie, ale gdybym chciała gadać, to pewnie bym gadała spokojnie z półtorej.
Natomiast myślę, że tutaj szybka rozgrywka, a dla was to pewnie będzie 30, 40 minut mojego gadania, ale myślę, że ostatnio, mimo bodajże 37 minut, wyszła nam naprawdę całkiem fajna historia. Jeżeli nawet ktoś miałby plan to rozpisać sobie później jako jakieś opowiadanie czy jakąś nowelkę, to myślę, że miał całkiem fajną pożywkę, całkiem fajny pomysł na to. Oczywiście jak zawsze zaznaczam, jeżeli macie ochotę, czerpcie z tych pomysłów. Jeżeli gdzieś chcielibyście coś później wydać z tego i mielibyście ochotę gdzieś w książce oznaczyć czy wspomnieć, że to było inspirowane moimi pomysłami, super! Jeżeli nie, też super. Niech wam się to używa. Nie na wszystko poradzę. Inaczej: jeżeli cokolwiek z mojego gadania was zainspiruje, może coś zmieni w waszym życiu, to dla mnie to już jest wygrana i dla mnie to wtedy już jest takie wow. Także ja będę świętować. Dlatego jeżeli mnie oznaczycie, to tym bardziej będę wiedziała, że czas świętować, że czas wam gratulować.
Więc dlatego do tego zachęcam. Dobra, tak jak ostatnio najpierw wylosuję wszystkie karty, a później będę je odwracać. Dlatego lecimy najpierw z kartami postaci. I będzie postać jeden, dwa i trzy. Mamy trzech bohaterów. Karty odkładam. Teraz karty marzenia. To są karty takie dosyć abstrakcyjne, fantazyjne, trochę jak „Klub Detektywów”, „Dixit” czy innego typu gry. Przetasuję, żeby nie było. I pierwsze marzenie, drugie marzenie i trzecie marzenie.
Karty odkładam. Okej, od razu lecimy. Lokacja. I tu może coś ze środka wezmę. Cyk. Dobra i ostatnie artefakty. I zaraz się dowiemy, co to nam się tu wylosowało. Artefakt jeden, dwa i trzy. Okej, mamy wszystko. No dobra, to lecimy.
Spróbuję tym razem też wymyślić jakieś imiona dla naszych postaci. Imiona, nazwiska, chociaż imiona, żeby coś było i zobaczymy, co z tego dzisiaj nam wyniknie. Okej, postać numer jeden. Kobieta, siostra zakonna. Tylko wiecie co? Nie znam się aż tak, bo to taki śmieszny ma czepiec, nie jak zawsze, że taki przyległy i te tkaniny takie spływające, tylko taki właśnie postawiony na sztorc. W sumie jakby miała taki biały dach na głowie. To nie takie czepce, jak kiedyś pielęgniarki miały, tylko jeszcze coś innego. Oczywiście tutaj mamy fotografię kościoła. Mamy jeden różaniec i jakiś wisiorek.
Ciekawe. Różaniec z czerwonymi koralikami. Tu mamy jakąś obrączkę i wisiorek. Patrzę, czy tu jest francuska nazwa tego kościoła. Nie wiem właśnie, czy tego, czy to jest jakieś coś wymyślone. Święty Piotr i zatarte zdjęcie. Alunaj? Du Alunaj? De Santuche jakieś chyba. O ile dobrze czytam.
Czyli Święty Piotr z chyba Alune. Nie wiem. Jest taka miejscowość we Francji, jak ktoś się zna. Dobra, to Alune. Czekajcie. To miałam jej wymyślić imię. Alina niech będzie. Siostra Alina. I tutaj chyba nie będziemy wymyślać więcej. Taką minę ma zaciętą.
Nie wiem, jak to powiedzieć. Taką z jednej strony zaciętą, z drugiej taką bez wyrazu. Nie wiem, coś jest w tej minie takiego niegroźnego czy takiego zobojętniałego chyba. Tutaj to jest coś takiego, bo tu nawet nie mogę mówić o jakimś fanatyzmie czy czymś. Oczywiście nie wiem, czy wspomniałam, na każdej z tych kart postaci mamy fotografię danej postaci, miejsce, które sugeruje zawód tej postaci czy to, czym się zajmuje, czy jakieś zainteresowanie i artefakty gdzieś naokoło. I tak jak mówiłam, że mamy tutaj wokół gdzieś obrączkę porzuconą na stole przy tej fotografii, tak widzę, że na zdjęciu ta siostra ma też obrączkę na dłoni i to na lewej dłoni na palcu serdecznym. Ja tylko nigdy nie wiem, jak to u nas jest na lewej czy na prawej. Bo wiecie, jak się zawiera związek małżeński, to mamy trochę-- chyba w Stanach jest inaczej. Między innymi w Stanach, w paru regionach, w paru krajach jest na lewej i na prawej. Ale powiem wam szczerze, ja nigdy nie pamiętam.
Odruchowo bym ubierała na prawą, więc może u nas jest na prawej? Nie wiem. Kto z was ma obrączkę, ten wie lepiej niż ja. Ja się nie będę wypowiadać. Natomiast tutaj nasza siostra na zdjęciu ma na lewej, a też wiem, że niektórzy przekładają obrączkę. Jeżeli zostają wdową lub wdowcem, to obrączkę też się przekłada. Więc może jeżeli przyjmiemy, że u nas się nosi na prawej, to może siostra jest wdową? Może dopiero po śmierci męża dołączyła do zakonu? Zobaczymy. Mówiłam siostra Alina.
Zobaczymy, jakie jest jej marzenie. Ciekawa karta. Mamy tutaj dużo zieleni. Zieleń tutaj dominuje wszystko. Mamy łąkę, są drzewa, ale takie typowe, jak rosną przy łąkach. To nie jest tak, że jest las gdzieś w oddali, tylko problem w tym, że nawet te drzewa nie mają liści, właściwie same pnie rozgałęzione. W tle mamy góry, tak mi się wydaje. Albo jakieś pagórki, też oczywiście zielone. I mamy tutaj na pierwszym planie dwie postaci. Jedna to taka gotowa na wyprawę.
To jest podróżnik z plecakiem, nawet jest karimata zaczepiona, jest kapelutek z rondem i jakaś laska, kijek. Widzę jeden, więc nie wiem, czy to był po prostu nordic walking, czy faktycznie taka trochę wiecie, jak się gdzieś wyrusza w góry czy w ogóle gdzieś na dłuższe wyprawy, to bardzo często jakaś laska podróżnicza czy duży kij często pomagają. Druga postać z kolei siedzi. Bo tu nie wspomniałam, że ta postać stoi oczywiście z tym kijem i patrzy na drugą postać. Druga postać siedzi załamana, więc możemy przyjąć, że oni nie wyruszyli razem, tylko ten wędrowiec trafił na osobę, która na tej łące, właściwie na środku ścieżki siedzi i wygląda na załamaną. Siedzi też przy drogowskazie takim potrójnym. Trzy kierunki wskazuje tutaj nam ten drogowskaz. Nie ma napisów, więc nie wiem, nie uszyję nic tutaj. I teraz co może być marzeniem siostry? Czy jakaś wycieczka, czy może pomoc komuś?
A może właśnie gdzieś skrycie marzy, żeby ktoś jej pomógł, że może poszła do tego zakonu, ale może nie był on odpowiedzią na jej potrzeby. Bo tak myślę, ta karta miała być marzeniem, bo pomyślałam, że może ona by marzyła o tym, że na jednej ze swoich wędrówek spotka wreszcie kogoś, komu będzie mogła okazać miłosierdzie i pomóc. Spełnić się tutaj jako wysłanniczka Boga, jako ktoś, kto pomaga ludziom odnaleźć właściwą drogę. A może wiecie co? A może wdzięczność? A może ona nie miała okazji odwdzięczyć się swojemu mężowi, który na przykład zmarł przedwcześnie, a bardzo jej pomógł, uratował jej życie w jakiś sposób. Czy może ktoś jej kiedyś pomógł? Może ona właśnie po stracie męża była załamana i może właśnie uciekła z domu, może gdzieś zabłądziła. Słuchajcie, to jest fajne, to mi się podoba. Żeby jej marzeniem było odnalezienie wędrowca, który jej pomógł wtedy.
Że może ona była w tak rozedrganach, była w takim stanie, że nie myślała logicznie. Po prostu ten człowiek zabrał ją z tej łąki przemarzniętą, zaprowadził gdzieś do jakiegoś miejsca, gdzie mogła się ogrzać, mogła coś zjeść, nabrać sił. Może zostawił jej ulotkę. Współcześnie zakony chyba też mają swoje ulotki, co? Może ją właśnie zostawił w zakonie. Może to było na trasie i gdzieś tam ją podprowadził i ona po prostu wie, że gdyby nie ten tajemniczy wędrowiec, to ona by nie przeżyła po prostu. A on po prostu zaprowadził ją, eskortował w bezpieczne miejsce i ruszył w swoją podróż dalej. Więc ona nawet może nie miała okazji, może była zagłodzona, nieprzytomna i tak dalej. Może po prostu siostry się nią zajęły, a ten wędrowiec od razu gdzieś poszedł dalej, że ona nawet nie wiedziała, komu miałaby podziękować. Nie wiedziała, co to za człowiek.
I może jej marzeniem było spotkać tego człowieka, żeby móc mu po prostu tak twarzą w twarz Podziękować za to, że uratował jej życie. Dobra, mamy marzenie. To teraz postać numer dwa. Kolejna kobieta. Dobre rozdanie dzisiaj, bo się martwiłam, bo mam wrażenie, że w kartach jest jednak więcej mężczyzn, więc myślałam, że dzisiaj nam się żadna kobieta nie trafi, a tu proszę. I teraz nie wiem w sumie, jak określić zawód tej kobiety. Wcześniej widzę, mieliśmy jakieś budynki, jakieś miejsca i fotografie, tak tutaj mamy dwie fotografie przedstawiające ludzi i mamy tutaj na jednej fotografii kobietę dosyć, można powiedzieć pulchną, kobietę w czepku. Może gospodyni? Bo ma białą koszulę i to jest sukienka albo fartuszek. Nie widzimy jej dalej, tu mamy takie popiersie właściwie.
Więc na szelkach taka czarna sukienka. I co tutaj mamy? Bo jest włóczka i są klucze, więc nie wiem. Robiła na drutach i miała klucze. Nie wiem. Od razu pomyślałam właśnie o takiej gospodyni, którą majętni ludzie wynajmują sobie, żeby ona prowadziła im dom, żeby mimo wszystko mieli tą taką domową atmosferę, ciepły obiad. Nie wiem, czemu o tym pomyślałam. Może ta włóczka. No i też ta kobieta. Ona wygląda właśnie na taką bardzo ciepłą kobietę.
Tutaj jest też w tle zdjęcie jej i dwójki dzieci. I ona jest taka bardzo tam uśmiechnięta, uradowana. I tak sobie myślę, bo ona ma najprawdopodobniej ciemnobrązowe te włosy, spod tego czepka wystaje grzywka tylko. Natomiast dzieci na zdjęciu, to jest zdjęcie czarno-białe, ale ewidentnie mają jasne włosy, bo i te brwi mają też takie mniej widoczne. Ona ma ciemne brwi i brązowe włosy, więc można by tutaj uznać, że może to nie są jej dzieci. Jeżeli założymy, że była panią domu, znaczy taką gospodynią, nie panią domu. Może ona też była opiekunką dla tych dzieci, może guwernantką. Może to też byłoby fajne, bo klucze można uznać jako taki symbol wiedzy, która jest kluczem do wielu furtek. To może właśnie ona była kimś takim. A że była właśnie taką bardzo ciepłą, kochającą kobietą, to też właśnie gdzieś ten motek włóczki i druty, bo tutaj też widzę druty wystają, więc może im też robiła jakieś fajne rzeczy na drutach.
Te dzieci też może nie są aż tak uchachane. Ona ma tam bardzo ciepły, zadowolony uśmiech na tym zdjęciu z dzieciakami, aż ma oczy zamknięte takie. Widać, że jest po prostu szczęśliwa na tym zdjęciu. A te dzieci, mimo że właściwie mają takie półuśmiechy, wydaje mi się, że to jest chłopiec i dziewczynka, to ten chłopiec wygląda taki pogodny, dziewczynka taka trochę smutna jest tutaj na tym zdjęciu. To takie właściwie już bardziej nastolatki nawet, nie dzieciaki takie małe. Więc może to jest właśnie jakaś opiekunka do dzieci. Zobaczymy jakie marzenie mogłaby mieć tutaj. No bo też z drugiej strony patrząc na to, że to jest czarno-biała fotografia, moglibyśmy uznać, że może to jest coś, co już nie jest. Czyli może ona kiedyś była ich opiekunką, może kiedyś pracowała w domu ich rodziców, a może dzisiaj nie. Nie wiem.
Zobaczymy. Może karta marzenia nam coś więcej tutaj podpowie. O matko! No mamy abstrakcję. Mamy szachownicę i taką rozedrganą tą szachownicę, ponieważ wyobraźcie sobie, że na tej szachownicy siedzi wielki, gruby szczur. Jeszcze ma takie aż futro potargane, ale naprawdę jest taki spaślak. Czy on coś trzyma w rączce? Nie, ale patrzę na te pionki. No jeden pionek tak leci, został strącony i ten ogon tam w tle. Może on tym ogonem coś strącił.
I teraz co by to mogło symbolizować w sumie? Marzenie tej kobiety. Pomyślałam tak wcześniej, że może chciałaby wrócić do tych dzieci, że tam mieli na przykład taką wyjątkową relację, a z jakiegoś powodu straciła pracę. Ale tutaj mamy tą szachownicę. Może ona dalej tam pracuje, ale może na przykład chciałaby poprawić swoją relację z tymi dzieciakami, a ona na przykład grają w szachy, a ona nie potrafi. Że jest trochę jak ten szczur taki na tej szachownicy, że tylko poprzewraca te pionki i może jest właśnie w jakiś sposób też trochę taka niezdarna. No a przy tym niestety nie była tak wykształcona, nie wie, nie umie grać w szachy, nie wie na czym to polega i może ona się właśnie czuje nawet sama zbyt mało wykształcona, żeby grać w szachy. A jednak chciałaby na przykład zaskoczyć dzieciaki. Może chciałaby właśnie móc spędzać z nimi więcej czasu, grając z nimi na przykład w te szachy, bo na przykład te dzieci załóżmy, że uczą się grać w szachy i bardzo dużo czasu spędzają na tym, a ona może chciałaby poszerzyć swoje kompetencje, żeby też z tymi dzieciakami ćwiczyć. I może tak, może nie ma tutaj co więcej dumać.
Myślę, że to jest bardzo jasne marzenie, więc zobaczymy co to będzie, jak to magiczne miejsce nam tutaj ono spełni. Dobra, fajnie, bo tak patrzę tam. Nie będę wtedy gadać więcej. Zobaczymy trzecią osobę tutaj, kto z nami jest, z kim będziemy mieć teraz do czynienia. Dobra, i teraz to ja nie wiem. Chyba kobieta. Dzisiaj mamy żeński odcinek, aczkolwiek powiem wam szczerze, że nie wiem. Może mamy osobę nieokreśloną. Jeszcze ta zacięta twarz. Nie no, powiem wam szczerze, że tak patrząc na tors, to chyba raczej jednak jest kobieta, że tutaj są ewidentnie widoczne piersi.
Nie, strój. Dobra, to jest kobieta, ale wiecie co? Ona ma tak zaciętą twarz, że tak pomyślałam od razu może o jakiejś bardzo surowej nauczycielce. W tle mamy też kałamarz i kartkę zapisaną literami. Takimi wiecie, A małe, A duże i to takimi tymi nie drukowanymi, tylko takimi, jak się uczyliśmy w szkole. Jest linijka, owszem i jest narzędzie, które właśnie nie wiem, czy to jest cyrkiel, czy to nie jest właśnie jakieś narzędzie do kaligrafii, bo nie widzę czubka. Może tam jest stalówka, może nie. Nie wiem. To jest niby jak cyrkiel, ale kształt trochę mi się tu nie zgadza. Trochę jak szczypce jakieś z pokrętłem pośrodku.
I teraz sama się zastanawiam, bo pomyślałam o nauczycielce. Z tyłu jest też taki na zdjęciu budynek, ewidentnie jak budynek szkoły albo jakiejś rezydencji. Ale pomyślałam właśnie o kaligrafii, że mogłaby to być osoba, która się zajmuje kaligrafią. Może to jest właśnie nauczycielka od takiego przedmiotu. Minę ma bardzo zaciętą. Ma krótkie włosy, albo to jest czepek czarny, albo może to jest kok właściwie taki upięty na włosach. Nie wygląda na przyjazną. Twarz ma zaciętą, chyba to jest dobre słowo, bo tutaj nawet nie można powiedzieć, że ona jest smutna, zła, nieszczęśliwa. Bardziej takie wiecie, oczy przymrużone, usta trochę wygięte w łuk taki zacięty. Małe usta, ale wydaje mi się, że chyba to nie wynika też nie tyle z anatomii, co właśnie z takiego ułożenia ust, z takiego zacięcia.
Oczywiście kołnierzyk pod szyję, ubrana tutaj też bardzo elegancko i tak... Zabrakło mi słowa. Wiecie, gdzieś tak zachowawczo, może tak można powiedzieć. Ma tę bluzkę chyba różową, co prawda taką kremową, łososiową czy jakie to tam są kolory i na to kamizelka taka chyba wełniana jakaś nałożona na szeleczki. Dobra, ale to myślę, że możemy to ująć jako sroga nauczycielka od kaligrafii. Aha, ja miałam imiona wymyślać poprzednio. Nie wiem. Dobra, słuchajcie, nic na siłę. Dzisiaj niech będzie zawodami, bo też nie chcę tutaj przedłużać, żebym nie utonęła gdzieś w odmętach świadomości, szukając imion. Zobaczymy, o czym ta nasza nauczycielka od kaligrafii marzy.
Widzę, że dzisiaj szczury zdominowały naszą planszę. Mamy tutaj kolejnego szczura, tym razem czarnego, bardzo włochatego, który siedzi na czymś. I teraz najpierw pomyślałam, że to jest ser, ale wiecie, może to jest naparstek jakiś taki odwrócony dnem do góry. I ten szczur ma taką dziwną maskę. Nie wiem, co ona ma symbolizować, czy to jest jakiś smok, czy coś. Mroczne to zdjęcie, bo wygląda jak jakiś rytuał. Nie wiem, jakby ten szczur właśnie miał jakąś rytualną nawet nie tyle maskę, co czepiec, bo właściwie to widać jego mordkę, a na czole jest ta mordka czy maska. Nie wiem. Skojarzyło mi się to ze smokiem, ale teraz to ja już nie wiem, cóż to dokładnie. W tle mamy też wielką ćmę, która siedzi na ścianie.
A przy tym naparstku mamy karaluchy. Tylko że te karaluchy leżą. Znaczy pomyślałam, że jeden jest zdechły. Może tam z tyłu na pancerzu leży, wiecie, nóżkami do góry, ale jeden wygląda, jakby klęczał i oddawał cześć temu szczurowi. Więc może to jest jakieś... Co to może być? Ale bardzo mroczna grafika. Szczerze? Nie oglądałam wszystkich grafik w tej grze, ale nie myślałam, że niektóre są aż takie. Mamy też oczywiście kolorystykę taką, dużo tu jest czerwieni, kolorów bordo, brązu.
Dosyć ciemna ta karta jest, mroczna jest. Mroczna karta. Czyli może co nasza nauczycielka? Może tak patrząc na tego karalucha, który tu klęczy, może jej marzeniem właśnie byłoby, żeby ją wielbili? Żeby ci wszyscy prości ludzie, te karaluchy, żeby oddawały jej cześć. Może coś takiego, że ona może sama nie czuła się jakoś... Chociaż z drugiej strony szczury to są takie, mówią, że podobno jakby jakaś bomba wybuchła, to i szczury, i karaluchy przetrwają. Więc może ona też się czuła takim, okej, zabrakło mi teraz po polsku słowa. Tym, który przeżywa. Tym, który zawsze spadnie na te cztery łapy, jak ten szczur na przykład.
Taki ciężki do zdarcia. Więc może ona się czuje, mimo że wie, że nie ma jakiegoś ą, ę i w ogóle pochodzenia, czuje się takim trochę szczurem, może z nizin społecznych, ale ma ambicje, marzy o tym, żeby się role odwróciły i żeby oddawano jej cześć, że chciałaby jakąś władzę czy uznanie zdobyć, czy nawet wręcz nie władza, nie wiem, jak to określić. Chciałaby być nawet na pograniczu bóstwa dla ludzi. Kogoś, kogo naprawdę będą wyznawać. Dobra, ciekawie jest. Okej, mamy trzy postaci, to teraz losujemy lokację. Zobaczymy, co w tej lokacji będzie spełniało marzenia i zobaczymy, co dalej. Bardzo ładna lokacja, powiem wam. Trochę na niej bałaganu, ale mamy tutaj taras. To taki z daszkiem, taki retro taras.
Ma piękne balustrady z półkolumnami, można powiedzieć. Płoty bardzo ozdobne i to wszystko jest obrośnięte bluszczem. Mamy też na tej werandzie fotel bujany, stolik, taki stylowy stół. Mamy obrusik, piękną porcelanę, dwa nakrycia. Tu widzę jest otwarty jakiś album, z którego wylatują fotografie. Natomiast mamy tutaj oczywiście też pełno kruków i jedna z fotografii właśnie przedstawia kruka albo potwora. Mamy tak kadr zatrzymany, że jedna z fotografii jeszcze jest w kadrze, ale prawie wiatr ją wywiał. I tu mamy trzech ludzi, którzy wyznają jakiegoś potwora. Najpierw pomyślałam, że to jest kruk, ale to chyba jest jakiś taki z grzbietem, jakaś taka Godzilla czy coś. Album z fotografiami.
Chyba że to nie są fotografie, tylko jakieś szkice może. Mamy jeszcze zabawkę, taki drewniany statek. Tu jakieś porozrzucane słoiczki. Czy nie wiem, co to. Słoiczek, jakiś wazonik. Parasol w tle. No i co? I ostatnio była huśtawka i w sumie tu by mi pasował ten fotel bujany. Ale nie wiem. Z jednej strony nie chciałabym zgapiać.
W ogóle chyba w tym dachu od tarasu jest dziura u góry. Aha, co jeszcze widać z tarasu? Bo to wygląda, jakby to było na wzniesieniu. I mamy też taki trochę jesienny las, bo tu pełno liści takich czerwonych spada, ogołocone drzewa i kruki latają w okolicy. Nie wiem, a może album? Że może każdy, kto trafił na ten taras z jakiegoś powodu siadał w ten fotel, a już jak leżał otwarty album, to każdego to interesowało, więc brał ten album i zaczynał oglądać. I może ten album wprowadzał ludzi w trans, w coś takiego. Może tam się pojawiały fotografie z odpowiedziami. I teraz dobra, jak te trzy postacie się spotkały na tym tarasie? Tu mamy siostrę zakonną.
Ona tutaj poszukiwała człowieka. Ta chciała się nauczyć grać w szachy. Ta chciała, żeby ją wyznawano. Gdzie ten taras mógł być? Bo nawet nie mamy budynku. Nie ma. Nie wiem, a może wyjechały gdzieś? Może każda z nich wyjechała w tym swoim celu i może spotkały się w pensjonacie. Może jakimś w lesie, takim dosyć opuszczonym pensjonacie. Patrzę, w sumie żadna z nich nie była jakoś bardzo majętna, więc może gdzieś tam chciały przyoszczędzić i znalazły pensjonat w lesie.
I może tam się spotkały. Czyli ta siostra zakonna może podążyła tropem tego wędrowca. Może pozostałe siostry jej podpowiedziały, że coś może ten mężczyzna wspominał, że wyrusza gdzieś tam. Więc ona podążyła w to miejsce, żeby zapytać, zorientować się gdzieś w okolicy, czy ktoś go widział. Gospodyni może tam przyjechała uczyć się grać w szachy. I teraz myślę, może to jest jakieś inne miasteczko, w którym jest jakiś mistrz, który gra w szachy. Może ona pojechała właśnie do niego na nauki. No i tutaj nasza nauczycielka od kaligrafii. Może ona słyszała, bo jak tu mamy jakiś kult taki, może ona słyszała o jakimś magicznym artefakcie. Oczywiście ten taras jest taki trochę mroczny i te kruki.
Może ona potrzebowała wyciszenia jakiegoś. Może tak. Może chciała gdzieś jeszcze poukładać jakieś swoje sprawy, może zastanowić się właśnie, jak założyć kult albo jak sprawić, co tutaj będzie odpowiedzią na to, żeby ją wielbiono. Możemy tak zrobić, że każda z nich będąc na tym tarasie, z ciekawości sięgnęła po porzucony na podłodze album, usiadła na fotelu i przeglądała album. Może te zdjęcia, które się pojawiają w tym albumie, wprawiają ludzi w taki szok, że oni z przestrachu wyrzucają ten album i dlatego ten album za każdym razem leży na ziemi i każdy chce go podnieść. A jak już go podnosi, to siłą rzeczy zobaczy, co jest w tym albumie. Dobra, mamy to. Teraz zobaczymy, co w albumie ujrzała nasza siostra Aniela. Ona była? Czy Alina?
Ja i moja pamięć do takich imion na szybkich skojarzeniach. Dobra, nasza siostra zakonna. Nie będę tutaj brnąć. Zobaczymy, co zobaczyła w albumie. Wow! Mamy tutaj kartę z artefaktem i na tej karcie mamy zestaw strzykawek, ale takich retro strzykawek. To było jeszcze za czasów, jak one były metalowe. Trochę jak nożyce z tłokiem i wymienne metalowe igły. Tak wygląda. Chyba że to był pierwotny zestaw do robienia tatuażu.
Nie jestem pewna. Może trzeba by tu zrobić research. Tak czy siak, pudełko czerwonym aksamitem wykładane, ma piękne okucia złote. Pudełko jest ciemne, oczywiście zamykane na zamek. Myślę, czy pójdziemy, bo prawdę mówiąc tatuaż też taką strzykawką można robić. Może pójdźmy w tatuaż, bo moje pierwsze skojarzenie to była strzykawka, ale tatuaż jest też ciekawym tropem. Może któraś z sióstr zakonnych zapamiętała, że mężczyzna miał jakiś tatuaż na nadgarstku. A może tutaj, na tym wyjeździe nasza siostra dowiedziała się, że owszem, był taki mężczyzna i na przykład dodatkową informacją, którą pozyskała to było, że był tatuaż. Może nagle jej się przypomniało, że on coś wspominał, że jest tatuażystą. Może to będzie trop, który pozwoli wreszcie jej spotkać tego mężczyznę.
Bo zwykle jednak każdy tatuażysta ma gdzieś jakiś katalog, jakiś rejestr albo po prostu zwyczajnie pamięta swoje dzieło. Może właśnie tutaj otrzymała wreszcie na tym wyjeździe informację, która może nawet w tym katalogu, w tym albumie objawiła jej się. Coś tu świadczy o tym, że umiała rysować, ale może w poprzednim życiu była malarką, więc może ten szkic, który jej się objawił, może ten album wywołał wspomnienie tatuażu, który miał ten mężczyzna. I to jest to! Po tym tatuażu ona tego mężczyznę odnajdzie. W ten sposób to marzenie zostanie spełnione. Fajnie. Dobra, nic więcej nie dodaję. Podoba mi się. Okej, zobaczymy.
Tutaj nasza guwernantka, gospodyni i jej szachy. Co jej album pokazał? Okej. Co to jest? Bo to jest jakaś kula. Wiecie co? To jest chyba jakaś piłka. Czerwona kula, taka zszyta. Pośrodku sześć linek. Totalnie nie mam pojęcia, co to jest.
Możliwe, że to jest jakaś piłka do gry w krykieta czy w coś, ale nie jestem pewna. Zawsze myślałam, że one są po prostu czerwone. Może mają te szwy. Tak się zastanawiam, jak były te w „Harrym Potterze”. Był jeden tłuczek i były kafle? Któreś były czerwone, bo wydaje mi się, że krykiet to chyba taka typowo angielska gra była, taka trochę z wyższych sfer przez moment. Krykiet. Tylko kurde, krykiet to jest to, z czym ja w poprzednim odcinku miałam problem, bo mi się kojarzy, że krykiet to jest gra, w którą się gra takimi młoteczkami, że po ziemi się kulę toczy. A jest jeszcze gra z takimi paletkami płaskimi. Gra polo, jak się jedzie konno, tylko nie pamiętam, czy może wtedy się tymi paletkami nie uderzało w piłkę.
Nie młotkiem, tylko chyba taką paletką. Okej, widzę, że jak chcę korzystać z kart z tej gry, to chyba muszę poszerzyć swoje wiadomości. Dobra, to jest jakaś piłka do gry. Co to nam może dać? A może w tym ośrodku czy w tym pensjonacie się zatrzymał też ktoś, albo w tym miasteczku? A może ona nie wiedziała, jak zapoznać się z tym mistrzem szachowym? Może przez przypadek w parku go spotkała? Może były te rozgrywki, ona nie wierzyła, że go widzi. Może nie potrafiła w to grać i tak podeszła, że przyglądała się na przykład, jak mężczyźni grają i może oni ją zaprosili do tej gry. Ona powiedziała, że nie umie.
Oni ją nauczyli i może to stworzyło furtkę do tego, żeby się przyznała, że ona wie, kim jest ten mężczyzna, że on jest mistrzem gry w szachy. I że bardzo chciałaby go zaprosić może do tej rezydencji albo właśnie nawet wtedy, skoro już ją tak dobrze nauczył grać, załóżmy, że to jest krykiet. Więc że tak dobrze ją nauczył grać w krykieta, to że może jeszcze by ją nauczył podstaw gry w szachy. Może opowiedziała mu swoją historię. Może właśnie to go ujęło za serce i dzięki temu nasza guwernantka, nasza gospodyni poszerzyła swoje kompetencje, dzięki czemu mogła w jeszcze lepszych relacjach być z dzieciakami. Czyli ta gra w polo doprowadziła do nauki gry w szachy. No dobra, mamy to i zobaczymy co album pokazał naszej, chciałam powiedzieć kultystce, ale ona chyba jeszcze nie założyła tego kultu. Zobaczymy, co jest odpowiedzią na jej pragnienie bycia wyznawaną. Kurde, przy tej postaci bardzo mrocznie jest, wam powiem szczerze. Wylosowała mi się chyba lina.
Nic więcej tu nie mamy. Na takiej szarej, betonowej posadzce kłąb liny, nawet może trochę poplątanej, poprzerywanej. Strasznie zmolestowana ta lina. Co ta lina może symbolizować? Tu jest szkoła. Już nie ukrywam, że powiem szczerze, że to, jak mroczna jest ta lina, skojarzyło mi się z kierunkiem dosyć ostatecznym. Tu mamy drzewa, mamy linę. A może to jej pokaże, że może to wcale nie jest dobre marzenie? Pomyślałam o tym, że jakby miała założyć kult na przykład, to że byłaby w tym uwiązana. Że lina, że uwiązana.
Chyba że to właśnie byłaby ta podpowiedź. Że jeżeli potrzebuje kultu, to musi mieć coś w rodzaju, żeby każdy z potencjalnych wyznawców w jakiś sposób składał przysięgę, może się właśnie do niej uwiązywał. A może właśnie nie trzeba zakładać kultu. Może tutaj odpowiedzią było to. Może żeby stworzyła to uwiązanie ludzi do siebie nie jakąś magią, nie kultem, nie zabobonami, tylko tym, co ona potrafi najlepiej. I może właśnie tutaj mamy tą kaligrafię, może w ogóle nauczanie, czy misja nauczycielska. Może ten wyjazd sprawił, że ona trochę odpoczęła i może zrozumiała, że nie musi mieć kultu. Pomyślałam o słowie uwiązanie, ale może tu chodzi o związek. I nie chodzi mi tutaj o romantyczny związek, o romantyczne relacje, tylko właśnie o po prostu budowanie relacji z ludźmi. Bo ja tu mówiłam, że ona taka dosyć wygląda surowo.
Nawet nie zachęca, żeby do niej podejść, szczerze. Szczerze to bym się bała do tej osoby podejść. To znaczy nie czułabym chyba przyjemności z perspektywy podchodzenia do tej osoby, bo ma tak zaciętą i niedostępną twarz. Taką minę na tej twarzy. I może tutaj troszeczkę miała czasu na przemyślenia i uświadomiła sobie, że może to ona sama sprawia, że właśnie ci ludzie nie chcą do niej podchodzić i przez to ona się czuje samotna, opuszczona i może właśnie gorsza w jakiś sposób od innych, odrzucona. I może w albumie znalazła odpowiedź na to, że po prostu trochę trzeba czasem się otworzyć na ludzi, a zwłaszcza że pracuje w takim zawodzie, że przecież bardzo dużo ludzi tam się przewija. Że tak jak na przykład w szkole są dzieciaki, są rodzice, są inni nauczyciele. Skoro uczy kaligrafii, to równie dobrze mogłaby też uczyć może właśnie w godzinach wieczornych dorosłych, a może właśnie osoby, które są niepiśmienne na przykład w ogóle nie ogarniają pisania w alfabet. Więc może właśnie ten wyjazd uświadomił jej, że ona nie musi szukać ludzi, którzy ją będą otaczać, tylko wystarczy, że się otworzy na tych ludzi i zwiąże się z nimi w jakiś sposób. No dobra.
I co? I mamy to. I to już? Powiem tak: szybka formuła. Szybka formuła, ale może i dzisiaj dojechaliśmy do 40 minut. Zobaczymy, bo ja mam ponad 40 minut, aczkolwiek będę musiała trochę rzeczy wyciąć, bo sąsiad dzisiaj sobie wiercił. Więc co? Ja chyba kończę dzisiaj. Jakoś mrocznie się zrobiło, nie wiem czemu. Ostatnio było tak pięknie, miło i magicznie.
Może jednak karty z tej gry to nie jest dobra odpowiedź na jakieś moje potrzeby wizualne. Ale okej, skoro się wylosowały, skoro mamy takie historie to niech one będą. I tak uważam, że każda z tych postaci jest jednak na tyle ciekawa, że jest to backstory. Jest może trochę nieszczęścia w nich, ale z drugiej strony też mimo tego nieszczęścia zobaczcie, że każda z tych osób miała te marzenia i właściwie całkiem budujące marzenia. Bo nawet patrząc na tą ostatnią postać, trochę mroczną, ale nawet to marzenie o bycie Uznanym, wyznawanym, kimś ważnym, kimś, w kogo ludzie są zapatrzeni jak w obrazek. To jest dalej marzenie, które wiąże się z chęcią życia, z chęcią zmiany na coś lepszego. Więc jakby nie patrzeć, w każdym z tych marzeń jednak było dużo pozytywności i właściwie żadne z tych marzeń nie krzywdziło innych. Nawet to marzenie o kulcie. To nie chodziło o przejęcie władzy nad ludźmi, tylko o bycie uznanym. Więc to też nie było złej woli w tym czy jakiegoś okrucieństwa, tylko może desperackie szukanie sposobu na to, żeby być kimś dla kogoś.
Fajnie. Dobra, mamy to. Dzisiaj w małej melancholii, ale i tak jestem zadowolona. Za tydzień zobaczymy. Może jeszcze dam szansę tym kartom. Chyba że w tygodniu wpadnę na jakiś inny szalony pomysł, to wtedy będziemy działać. Zobaczymy za tydzień. Tymczasem borem, lasem życzę wam cudowności w nowym roku, bo to przecież właściwie pierwszy odcinek w nowym roku. Żeby wam się darzyło, żeby się działo wszystko, co najlepsze. Żebyście mieli bardzo dużo marzeń.
Nie tak jak tutaj nasi bohaterowie tylko po jednym, ale żebyście naprawdę otrzymali w tym roku od waszych podświadomości czy świadomości jakieś piękne marzenia, może cele do zrealizowania. Tak inspirujące, że po prostu zwyczajnie je zrealizujecie. Nie jak w tych postanowieniach noworocznych, że będziemy sobie coś obiecywać, że pierwsze dwa miesiące się pokatujemy, a potem wrócimy do starych nawyków. Nie, bo wiecie, ja uważam, że jak nie ma inspiracji, to nie ma motywacji. Więc życzę wam właśnie takich inspirujących myśli, inspirujących marzeń i inspirujących ludzi wokół, którzy właśnie jeszcze będą was napędzali do realizacji czego tylko sobie zamarzycie. Dobra, słyszymy się za tydzień. Pa.
[03:23:10] - Proszę państwa, pilnuję bardzo nawet, żeby niczego nie przeoczyć. No to śladem tego pilnowania jest kolejny odcinek cyklu „Bez Tajemnic”. Trochę żeglujemy w stronę Q&A, ale zaręczam państwu, że to chyba, o ile dobrze pamiętam, ostatni odcinek Q&A-owy, dziewiąty. Każdy z nich jest ciekawy, a przed nami, proszę państwa, tyle ciekawych, już nie Q&A-owych historii, tylko historii, które w kolejnych wydaniach „Bibliotekarium” historii o spirytyzmie, o duchach, o tym, co tam po drugiej stronie. Te wszystkie historie są przed nami. Dzisiaj Q&A „Bez Tajemnic”. Zapraszam.
[03:24:17] - Witam na kolejnym improwizowanym odcinku Q&A. Tym razem wybrałem sobie troszeczkę więcej pytań, ponieważ chciałbym temat pytań, które zostały ostatnio do mnie nadesłane, wyczerpać i zacząć zbierać kolejne materiały na kolejne odcinki. A tych pytań jest dosyć sporo, więc nie przedłużam. Lecimy. Pierwsze pytanie: czy duchy mówią coś na temat Antarktydy? Która teoria jest poprawna? Nie wiem, czy duchy mówią coś na temat Antarktydy konkretnie. Z pewnością tak, ponieważ duchy lubią opowiadać różne rzeczy. Ile jest duchów, tyle może być różnych ciekawych tematów do poruszenia i Kardec przestrzega nas, żebyśmy nie traktowali wszystkich tych wypowiedzi poważnie, ponieważ jak to powiedział: „Zwróćcie się do kamienia, zadajcie kamieniowi jakieś pytanie, a ten kamień wam odpowie”. Więc duchy lubią podszywać się pod duchy światłe i tak dalej.
Lubią opowiadać różne niestworzone historie i bzdury. Jeżeli będziemy im wierzyć we wszystko, co mówią, to naprawdę daleko nie zajedziemy. Poza tym, nawet jeżeli taki duch chciałby powiedzieć prawdę w jakimś temacie tak naprawdę dla nas mało istotnym, bardziej bądź mniej istotnym, to wiedza, którą nam przekaże, nie może wykroczyć poza naszą epokę. To znaczy, że to my ludzie mamy odkrywać pewne rzeczy. Nie możemy ufać, że po prostu ktoś ze światów przyjdzie i nam wszystko opowie, a my nie będziemy musieli czterech liter ruszyć, aby samemu dokonać jakichś odkryć. Więc przypuszczam, że gdybyśmy w tym momencie zorganizowali sobie jakiś seansik spirytystyczny i zapytalibyśmy ducha, co sądzi na temat Antarktydy i co ma w tym temacie do powiedzenia, to niewykluczone, że uzyskalibyśmy bardzo soczystą, kwiecistą i mądrą wypowiedź, która tak naprawdę nie miałaby albo sensu, albo po prostu byłaby jedną wielką mistyfikacją. Tak to ujmę. Więc ostrożnie z takimi pytaniami, które którymi sami możemy się wprowadzić w myślową pułapkę, która do niczego pozytywnego nie prowadzi. Dalej. Czy duchy mówią coś na temat wielowymiarowości?
W książkach Roberta Monroe można przeczytać, że dusza może równocześnie przebywać w różnych wymiarach i że wcielając się w kolejne życie, może wybrać sobie wymiar, w którym będzie żył. Tak, rzeczywiście, Robert Monroee napisał trylogię i jedna z tych książek, ja nie pamiętam teraz konkretnie tytułu, ta trylogia zaczyna się książką „Podróże poza ciałem”. Potem jest chyba „Dalekie podróże” i „Najdalsza podróż”. Pamiętam, że jedna z tych książek rzeczywiście opisuje inne wymiary, inne światy. To jest całkowicie zgodne z teorią spirytystyczną. Duchy mogą przebywać w różnych wymiarach, ale mogą schodzić do niższych wymiarów w stosunku do swojego poziomu rozwoju. Czyli duch wyższy może przejść przez kilka wymiarów. Natomiast my, na naszym poziomie rozwoju, nie możemy tak po prostu wślizgnąć się do wymiaru wyższego, których energia jest bardziej subtelna. Czy duch może sobie wybrać wcielenie? Oczywiście tak, może sobie wybrać, ale podkreślam, może wybierać wymiary w dół, czyli te, które znajdują się bądź na jego poziomie rozwoju, bądź są na niższym poziomie rozwoju.
Nie może tak po prostu wskoczyć sobie do wyższego. Jeżeli duch uzna, że potrzebuje wcielić się w świecie niższym, to teoretycznie ma taką możliwość. Mówię teoretycznie, ponieważ w praktyce może okazać się, że duchy wyższe są innego zdania i pokierują go tak, żeby wybrał lepiej. Ale myślę, że duchy teoretycznie mają taką możliwość. I trzeba pamiętać, że duchy nie spełniają po drugiej stronie swoich zachcianek, tylko muszą odpowiadać na jakieś potrzeby. Ta potrzeba wcielenia się w świecie niższym musi być autentyczna, która jest niezbędna dla jego rozwoju. Dalej. Czy duchy mówią coś na temat innych istot zamieszkujących naszą planetę, przybyłych z innych wymiarów? Tak jak powiedziałem, duchy mogą podróżować po niższych wymiarach, więc duch wyższy może przyjść do naszego wymiaru. Natomiast duchy znajdujące się na niższym poziomie rozwoju niż my, nasze duchy, nie mają do nas dostępu.
Poruszałem już ten temat w odcinku o opętaniach. Jeżeli na przykład ktoś zostaje opętany przez ducha, który nie był duchem człowieka, to nie znaczy, że ten duch jest gorszy od nas, ponieważ w naszym wymiarze mogą poruszać się tylko duchy, które znajdują się w najgorszym wypadku na naszym poziomie rozwoju. Więc jeżeli na Ziemię przybywają duchy, które nigdy nie były wcielone na naszej planecie, to duchy te pod względem poziomu rozwoju nie są gorsze od nas. Mogą być albo tak złe jak my, albo lepsze. Więc możemy trafić albo na kogoś lepszego, albo na kogoś takiego jak my, jakimi jesteśmy my sami. Dalej. Czy jest możliwe, by dusze podczas podróży astralnych mogły zamieniać się ciałami? Przyznam, że nie do końca wiem, o co autorowi tego pytania chodzi. Wyobrażam sobie taką sytuację, że dwie osoby niezależnie od siebie wychodzą z ciała. I teraz czy duch jednej osoby może wskoczyć do ciała tej drugiej osoby, która wskakuje równocześnie do tamtej?
Teoretycznie to jest możliwe. Ja nie słyszałem o takim przypadku, nigdzie o tym nie czytałem. Teoretycznie jest to możliwe, ponieważ duchy wcielone, które podróżują poza ciałem, mają prawie takie same możliwości jak duch odinkarnowany. Z tym że duch podróżujący poza ciałem jest na stałe przyczepiony do swojego ciała materialnego nicią eteryczną. Więc teoretycznie tak jest to możliwe, ale podkreślam, to nie jest rozwiązanie permanentne, stałe. To się może tylko odbywać na krótki czas i w momencie, kiedy jedna osoba się obudzi, czy druga osoba się obudzi, to ten stan przemija. Nie sądzę, aby było możliwe opętanie w takich okolicznościach, ponieważ te duchy jednak są uwiązane do swoich ciał materialnych, a trzeba też podkreślić, że duch nie może zajmować dwóch ciał materialnych równocześnie. Dobra, to tak skrótowo. Dalej: co pan sądzi na temat programu „Przeżyć śmierć”? Mówią, że można nauczyć się być medium mentalnym, natomiast aby być medium fizycznym, trzeba się takim urodzić.
I tam jest zaraz kolejne pytanie. Nie znam tego programu „Przeżyć śmierć”, ale tutaj jest użyty pewien skrót myślowy. To prawda, że łatwiej być medium mentalnym niż medium do zjawisk fizycznych. I tak jak wielokrotnie mówiłem, ludzie z natury są mediami. Ale teraz jak to wygląda z punktu widzenia spirytyzmu? Allan Kardec oczywiście twierdził, że jest coś takiego jak mediumizm sensytywny, czyli to jest taka najniższa forma mediumizmu, gdzie człowiek może odczuwać emocje innych duchów bądź obecność innych duchów. Allan Kardec twierdził również, że taką podstawową umiejętnością mediumiczną są sny, czyli poprzez sny możemy się kontaktować z innymi duchami. Ale Allan Kardec zaznaczył, że po to tylko, abyśmy się dobrze rozumieli, my jako osoby dyskutujące na temat spirytyzmu, należy założyć, że mediami są dopiero te osoby, które są w stanie przekazać konkretny komunikat. Więc nie chodzi tutaj tylko o jakieś „a wydaje mi się” albo „mi się śniło” czy coś. Nie.
Konkretny komunikat. Duch powiedział to i tamto i ja jestem w stanie to odebrać i przekazać innym. I dla Kardeca w spirytyzmie tu dopiero zaczyna się taki prawdziwy mediumizm, który może służyć jako narzędzie do autentycznej komunikacji. I teraz, aby być medium w takim spirytystycznym znaczeniu, trzeba się z tym urodzić. To znaczy budowa ciała człowieka musi być odpowiednia, aby duchy mogły się po prostu z takim człowiekiem kontaktować. I tak samo jest w przypadku każdego rodzaju mediumizmu w sensie takim spirytystycznym oczywiście. Te umiejętności mediumiczne muszą być rozwinięte, żebyśmy w ogóle mogli mówić o mediumizmie. Dlatego to, co tutaj zostało powiedziane w programie „Przeżyć śmierć” nie jest błędem, ale to jest bardzo duże uproszczenie, więc punkt widzenia spirytyzmu jest taki, jaki wam przedstawiłem. Nie każda osoba posiadająca zdolności mediumiczne według spirytyzmu jest medium. I teraz tu był ciąg dalszy pytania.
W programie „Przeżyć śmierć” jest również mowa o ektoplazmie wychodzącej z ciała medium podczas seansu. Tak, w literaturze spirytystycznej jest bardzo dużo informacji na ten temat. Ta ektoplazma była też kiedyś badana. Jest również zdjęcie pod mikroskopem i z informacji, które posiadam wynika, że jest to substancja o charakterze białkowym. Nie będę tutaj bardziej wnikał, ponieważ temat ektoplazmy jest tematem na zupełnie osobny odcinek, ale tak, te informacje, które tutaj zostały podane w tym pytaniu i pochodzące z programu „Przeżyć śmierć” są prawdziwe, zgodne z teorią spirytystyczną. Dobra, dalej. Czy sny o zmarłych są tylko fantazjami? Przed chwilką odniosłem się do tego pytania. Nie, to nie są tylko fantazje. Jeżeli człowiek budzi się nad ranem i jest święcie przekonany, że miał do czynienia ze zmarłym w czasie snu, to najprawdopodobniej to przeżycie duchowe było autentyczne.
Czy jest autentyczne. Dalej. Czy duchy naszych bliskich, którzy już się reinkarnowali, mogą nas przywitać w zaświatach, gdy umrzemy? Na podobne pytanie odpowiedziałem w poprzednim odcinku Q&A. Tutaj mogę powiedzieć tylko tyle, że jeżeli osoba, która chcielibyśmy, aby nas przywitała, reinkarnowała się i nie może nas przywitać w chwili naszego zgonu, w chwili przejścia na drugą stronę, to z pewnością znajdzie się ktoś inny, kto pofatyguje się, aby przywitać nas w tym drugim świecie. Chciałbym tylko podkreślić, przypomnieć, uświadomić tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą, że przecież skoro mamy za sobą setki, tysiące i więcej inkarnacji, to też to grono osób nam bliskich jest bardzo duże. Więc jeżeli nie spotkamy, dajmy na to w zaświatach naszego dziadka, którego bardzo kochaliśmy, to może spotkamy jakiegoś wujka ducha, który był naszym wujkiem, nie wiem, cztery wcielenia temu, dajmy na to i którego również darzymy wielką sympatią, miłością i na widok którego również będziemy zadowoleni. Więc trzeba na to patrzeć troszeczkę szerzej. Tam, w tym świecie duchowym naprawdę jest bardzo dużo życzliwych nam duchów, które po prostu mogą, że tak powiem, uzupełniać się w tej roli takiego ducha witającego nas po drugiej stronie. Więc bądźmy otwarci, nie ograniczajmy się.
Nie ograniczajmy się przede wszystkim i pozostawmy tym duchom, które znajdują się po drugiej stronie, decydować o niektórych rzeczach, ponieważ oni doskonale wiedzą, jakie są nasze potrzeby i w jaki sposób mogą nas wesprzeć. Trochę wiary , że tak powiem. Przepraszam. Kolejne pytanie: czy zdolności mediumiczne są potrzebne człowiekowi, aby duchy w zaświatach mogły go zobaczyć? Czy te duchy w zaświatach też potrzebują posiadać jakieś szczególne zdolności, aby nas widzieć? Nie. Duch w zaświatach widzi nas tak, jak my widzimy siebie wzajemnie. Zdolności mediumiczne są potrzebne ludziom, jeżeli mamy postrzegać duchy w sposób mediumiczny. Wyjaśniam. Te wszystkie tematy już się powtarzały na moim kanale.
Jeżeli duch chce się zamanifestować, może to zrobić teoretycznie w dwojaki sposób. Po pierwsze może się ukazać medium, dajmy na to medium widzące. Taki duch może się pokazać medium, jeżeli będzie sobie tego życzył. Bądź taki duch może przybrać formę fizyczną, gdzie w sensie fizycznym będzie odbijał światło, które trafia do oczu ludzkich. I wtedy taki duch pojawia się w formie fizycznej. Do czegoś takiego również potrzebne jest medium, ale taką manifestację mogą zobaczyć wszyscy, nawet osoby, które nie są mediami. Natomiast podkreślam, do zaistnienia samej manifestacji, owszem, mediumizm jest niezbędny, ale jeżeli w tłumie ludzi ktoś zobaczy ducha, to nie oznacza, że automatycznie jest medium, ponieważ medium może być ktoś inny, znajdujący się nieopodal. Dalej kolejne pytanie. Czy duch ustala sobie przed wcieleniem, na jakie choroby zapadnie? Takie pytanie zostało zadane pod jednym z moich filmów i ktoś odpowiedział na to pytanie: „Tylko duchy wyższe mogą wcielić się w chorych lub w ich opiekunów.
To jest forma poświęcenia”. Tak skrótowo. Pierwsze pytanie jest bardzo fajne, natomiast odpowiedź na to pytanie jest błędna. Nie tylko duchy wyższe mogą się wcielać i wcielają się w osoby chore lub w opiekunów. To są role, które mogą przyjąć wszystkie duchy, szczególnie duchy, które mają potrzebę doświadczenia opieki nad innymi, ponieważ na przykład są egoistami i muszą zmusić się do nałapania punktów bądź chcą się poświęcić i chcą się zaopiekować kimś, kogo kochają, ponieważ ktoś inny będzie potrzebował doświadczyć na przykład kalectwa. Więc nie tylko duchy wyższe to robią. Poza tym duchy na przykład złoczyńców mogą być zmuszone do inkarnowania się w ciele osoby upośledzonej, niepełnosprawnej. Dlatego patrząc na taką osobę niepełnosprawną jeżdżącą na wózku czy z jakąś formą kalectwa wrodzonego, nie wiemy tak naprawdę, czy w tym duchu inkarnuje się duch niższy, czy duch wyższy. Możemy się domyślać po usposobieniu danej osoby. Jeżeli taka osoba jest na przykład bardzo agresywna, ma dumę w oczach, złość do innych i tak dalej, której brakuje empatii, możemy domyślać się, że w formie kalectwa dana osoba musi coś odpokutować.
Ale teraz czy duch ustala sobie przed wcieleniem, na jakie choroby zapadnie? Tu różnie. Przepraszam. Duch podejmując decyzję o inkarnowaniu się w jakimś ciele, wie, czy dana rodzina ma predyspozycje do zapadania na jakieś konkretne choroby. Następnie można założyć, że to już tryb życia danej osoby w czasie reinkarnacji może przyczynić się do zaistnienia danej choroby bądź nie. Jeżeli na przykład w danej rodzinie jest tendencja do zapadania na raka płuc, a duch inkarnujący się w danej rodzinie zacznie kurzyć papierosy jak lokomotywa, bądź nawet niekoniecznie w takiej ilości, to swoim trybem życia przyczyni się do tego, że ta choroba u niego się ujawni. Ale niekoniecznie tak musi być, bo posiadanie tendencji do zapadania na jakąś chorobę wcale nie musi oznaczać, że ta choroba musi zaistnieć. Więc na takiej zasadzie to działa. Nie będę dalej tego rozwijał. Myślę, że jest to wystarczająco jasne.
Jakie dowody przekonują cię do reinkarnacji? Czy masz jakieś wątpliwości? Długo miałem wątpliwości. Reinkarnacja to był wątek w spirytyzmie, w teorii spirytystycznej, który był dla mnie najtrudniejszy do zaakceptowania. Ale przekonała mnie logika tej teorii spirytystycznej. Poza tym nie tylko spirytyzm mówi o reinkarnacji. Jest dużo informacji, które pochodzą z różnych źródeł w tym temacie, więc potrzebowałem trochę czasu, aby to sobie przemyśleć. Jakie są różnice poglądowe pomiędzy spirytystami a spirytystami chrześcijańskimi? Szczerze powiedziawszy, nie zgłębiłem tego tematu jakoś przesadnie. Brazylijscy spirytyści połączyli spirytyzm z chrześcijaństwem.
Stąd u brazylijskich mediów jest bardzo dużo odniesień do Jezusa Chrystusa i spirytyzm brazylijski jest nasycony obecnością Chrystusa, podczas gdy w Księdze Duchów Allana Kardeca tam chyba nawet w ogóle nie ma odniesienia do Chrystusa, jeśli się nie mylę. Więc taka jest różnica. Czy duchy obchodzą Wigilię? Czy duchy obchodzą ziemskie rodzinne wydarzenia? Jeśli tak, jaki mają w tym cel? To jest ostatnie pytanie. Nie sądzę, aby duchy obchodziły w jakiś szczególny sposób Wigilię czy inne tego rodzaju wydarzenia. Jeżeli osoby żyjące nie przywołują ich swoimi myślami. Myśl przyciąga ducha, więc jeżeli rodzina wspomina kogoś zmarłego, to tak, ten duch może wówczas pojawić się na przykład na Wigilii. Ale myślę, że duchy w zaświatach dostrzegają, że Wigilia jest typowo ziemskim wydarzeniem i tak naprawdę w momencie, kiedy duch już znajduje się po drugiej stronie, nie ma już takiej potrzeby, aby tę Wigilię obchodzić, chyba że jego bliscy na Ziemi, tak jak wspomniałem, potrzebują w taki duchowy sposób obecności tej zmarłej osoby.
Dobra, to już tyle. Zajęło mi to mniej czasu, niż myślałem. Zachęcam do przesyłania kolejnych pytań do kolejnych materiałów Q&A. Dziękuję. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:47:55] - Proszę państwa, jakby to powiedzieć? Wyskaczemy po tej wyobraźni mojej, wyobraźni państwa. Tak sobie hop, hop! Kolejny hop to jest hop w kierunku gości z Marsa. Od jakiegoś czasu prezentuję państwu na antenie powieść, która się ukazała bardzo dawno temu. Cały czas to podkreślam. Pod koniec XIX wieku Władysław Sadke napisał powieść „Goście z Marsa", a ja zapraszam państwa na rozdział ósmy księgi drugiej tej powieści. W dalszym ciągu zgłębiamy historię Marsa. Zapraszam.
[03:48:51] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa". Czyta Reda Paweł Hadar. Jeśli więc rządy patriarchalne są tak dogodne dla istnienia narodów, dlaczegóż Europejczycy je zarzucili? Bo charakter ich nie jest ku temu odpowiedni. Podobne sprawy nie dadzą się narzucić ani nawet wprowadzić za wolą wszystkich. Takie rządy zależą od całej wiekowej przeszłości narodu, a nie od chwilowego kaprysu. Podstawa do nich leżała już w samym zaczątku narodu, a nie wejdzie w krew i życie jego za pomocą filozofowania. Zresztą rząd podobny jest zawisłym od wszystkich innych okoliczności. Chcąc reformę taką zaprowadzić, musiałbyś cały naród zmienić z gruntu.
Musiałbyś przerobić go nie tylko pod względem umysłowym, nie tylko nadać mu zupełnie odmienny kierunek i formę myślenia, ale byłbyś zmuszonym zmienić ich nawet pod względem fizycznym, nadać im zupełnie odmienną krew, zupełnie inne ciało. Jak to? Zadziwiasz mnie. Więc reforma pod pewnym jednym tylko względem nie da się uskutecznić? Nigdy. Wszystkie zwyczaje, prawa, instytucje są tak ściśle z sobą związane, tak przystosowane do charakteru narodu, iż naruszając jedno z nich, wprawiasz w zamieszanie wszystkie. Wiele też narodów padło tylko skutkiem tego, iż wprowadzali zmianę jedną, nie bacząc na sprawy inne, z nią ściśle związane. Czy sądzisz może, iż państwo rzymskie zniszczyło cesarstwo lub Germanów? Wszystko to było już poprzód przygotowane na kilka wieków. Wszak Sulla, Mariusz, Pompejusz, Cezar, Oktawian zastali już Rzym zdolny do przyjęcia cezaryzmu, a to od chwili równouprawnienia patrycjuszów i plebejuszów.
Wszak upadek Rzymu, który nastąpił 400 lat później, można było przepowiedzieć z chwilą nastania cesarstwa, z chwilą pojawienia się chrześcijaństwa, które wzruszało do gruntu społeczeństwo nieodpowiednie do tej reformy. Zdawałoby się przecież niejednemu, że równouprawnienie plebejuszy zmieni tylko nieznacznie ustrój pewnej kasty. Zdawałoby się, że chrześcijaństwo zmieni tylko wiarę, a wszystko inne pozostanie w dotychczasowym stanie. Gdzie tam! Jedna reforma wikła wszystko i naród runąć musi. Najeździe obcych narodów jest tylko tą ostatnią przyczyną, zwykle nawet bardzo słabą i mało znaczącą, która schorzałemu narodowi zadaje cios ostatni. Gdy narody Europy były jeszcze fizycznie silne, kilkuwiekowe napady Tatarów i Turków nie mogły ich upadku spowodować. Gdy Rzymianie byli silni, ani Teutonowie, ani Hannibal nie zdołali ich zniszczyć, choć zwyciężali. Gdy jednak Cesarstwo Bizantyjskie już trupem cuchło, choć umysłowo wzniosło się ponad wszystkie inne państwa, lekki cios Turków pozbawił ich w krótkim czasie egzystencji. Podobny wypadek masz obecnie w Europie.
Narody jej nie są odpowiednie dla rzeczypospolitej i konstytucjonalizmu, bo te formy rządu są nabyte u nich od obcych, a nie wyrodziły się z ich charakteru, z potrzeby ludów. Reforma ta rządu zmienia u nich wszystkie inne instytucje, jak rodzinę, kastowość, rozdział majątków, przemysł, handel. A ludy te nie są przysposobione do takich reform. Ich charakter niewolniczy nie może się przystosować do zmian tak radykalnych. Dlatego to u nich wszystko utyka. Nikt nie jest zadowolony i ciągła odbywa się latanina na wszystkich punktach. Nie pojmuję ciebie dobrze, bo sprzeczne wygłaszasz zapatrywania. Raz uważasz Europejczyków jako żądnych panowania, a przed chwilą znowu nazwałeś ich charakter niewolniczym. Nie zauważyłeś jeszcze dotąd, że żądza panowania pojawia się tylko w niewolniczych charakterach, że tylko niewolnik staje się najokrutniejszym tyranem? Wszak u Murzynów Afryki masz najwyższy despotyzm i najuleglejszych niewolników.
Na odwrót znowu Indianie Ameryki byli najwolniejszymi ludźmi i nigdy nie okazywali najmniejszej chęci do panowania nad innymi. Wolny człowiek szanuje wolność innych. Niewolnik pragnie, pożąda władzy nieograniczonej. Następnie znowu sądzę, że Europa nie mogła nabyć tej formy rządu od nikogo obcego, bo przecież państw konstytucyjnych przedtem nie było. Wszystkie formy rządu istniały już przedtem. Zresztą konstytucja jest u wszystkich ludów europejskich przyswojoną nabytą bezpośrednio od Anglików, którzy tę formę rządu wydali z siebie samoistnie i na nią od wieków się przygotowywali. Dla Anglii jedynie była ta forma dobrą i odpowiednią. Zawładnęli też pod nią wszystkimi lądami i morzami. Inne zaś narody sądziły, iż to, co się okazało dobrem dla Brytanii, można w jednej chwili i u nich zaprowadzić, nie bacząc na to, iż ich charakter był odpowiedni tylko do despotyzmu, a nie do wolności. Pod zaborem Rosji przekonali się też w XX wieku, że mają rząd odpowiedni dla siebie.
Więc Europa czuła się wówczas szczęśliwą chyba? Europejczyk nigdy nie może być szczęśliwym, bo wśród najdogodniejszych nawet warunków filozofuje. Władysław Tatke. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Stałą marką w naszej audycji jest audycja zatytułowana Recenzarium Ewiwy. Luiza Eviva Dobrzyńska żegluje w różnych kierunkach. Zawsze jest to jakoś związane z fantastyką, czasami z tą bardzo poważną, czasami z tą taką bardziej lekką, może skierowaną czasami dla młodzieży, może nawet dla dzieci. Dzisiaj książka zatytułowana Gelsomino. Ja nigdy nie miałem do czynienia z językiem włoskim, więc może Gelsonimo, Gelsonimo obojętnie.
Ten Gelsomino, powiedzmy, w kraju kłamczuchów. Książka absolutnie fenomenalna.
[03:56:50] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj znowu wracamy do literatury dziecięcej. Dlaczego do dziecięcej? Można powiedzieć, że jest w niej mnóstwo fantasy i to fantasy w dobrym gatunku, nieskażonej ani niepotrzebną brutalnością, ani wszechobecnym seksem. To jest po prostu fantasy dla samej fantasy. Ale oczywiście nie tylko. Istnieje mnóstwo książek dziecięcych, które w zasadzie mają tylko opowiedzieć bajeczkę i na tym koniec. Po prostu po to, żeby zabawić maluchy. Ale też są Takie, które mają trochę większe ambicje. Nie każdemu autorowi oczywiście udaje się je zrealizować.
W ogóle pisanie dla dzieci jest bardzo trudne. Początkowo może się wydawać, że ach, co to za problem machnąć coś tam o smoku, czy o królewnie, czy o rycerzu, czy o innym latającym gadzie. Wszystko jedno. Otóż nie. Po to, żeby napisać książkę, która będzie się dla dzieci nadawała, trzeba dużego pomyślunku, że tak powiem, bo tam nie może być ani za dużo, ani za mało. To musi być coś, co przyciągnie uwagę dziecka, nie wystraszy go, ani też nie nasunie mu myśli, których dziecko mieć nie powinno z racji wieku. Pamiętam, jak kiedyś dostałam do recenzji książkę o chłopcu imieniem Lichotek. To miała być książka dla dzieci, ale ja bym w życiu swojemu dziecku tej książki nie dała. Według mnie była przerażająca. Gdybym ja ją przeczytała jako mała dziewczynka, miałabym koszmary przez najbliższe pół roku.
Ale na szczęście nie wszyscy autorzy, którzy biorą się za literaturę dziecięcą, robią to dla wygodnictwa. Bo tak łatwiej. Bo dziecko jest wszystkożernym czytelnikiem i wszystko przełknie. Bowiem ci, co tak myślą, bardzo się mylą. Nie tylko to, co robią, robią źle, ale jeszcze wyrządzają szkodę dzieciom. Na pewno nie można tego zarzucić włoskiemu pisarzowi imieniem Gianni Rodari. To właśnie o jego książce chcę dziś opowiedzieć. „Gelsomino w kraju kłamczuchów”. Przyznam bez bicia, kupiłam ją dlatego, że ilustrował ją mój ulubiony rysownik, czyli pan Szancer. Ale później doszłam do wniosku, że trudno było lepiej wydać te pieniądze.
Książka jest bardzo interesująca i jak myślę wcale nie tylko dla dzieci, choć ewidentnie jest przeznaczona dla nich. O czym więc mówi? Oto w pewnej małej wiosce przychodzi na świat chłopczyk obdarzony niezwykle potężnym głosem. Dzięki staraniom swoich nauczycieli, będąc w wieku szkolnym, uczy się mówić cichutko, tak, żeby nie wyrządzać nikomu szkody, bo kiedy przypadkiem odezwie się tak, jak ma na to ochotę, spadają owoce z drzewa, a szyby wylatują z okien. Któregoś dnia dochodzi do wniosku, że powinien odejść ze swojej wioski. Wieść o jego niezwykłych możliwościach rozeszła się bowiem i ludzie zaczynają gapić się na niego jak na dziwaka. Wyruszywszy w świat, Gelsomino trafia do małego kraju, którego nie ma na mapie. Został on bowiem zagarnięty przez grupę piratów. Piraci postanowili, uprzykrzywszy sobie włóczęgę po morzach, założyć własne państwo. A ponieważ dużo łatwiej jest coś zagarnąć niż budować własne od początku, wybrali tę pierwszą możliwość.
Ponieważ jednak zdawali sobie sprawę z tego, że nadal będą ich nazywali piratami, postanowili zmienić słownik tak, żeby słowo złodziej, rozbójnik, pirat oznaczało uczciwy, porządny człowiek. Tak też zrobili. Początkowo Gelsomino w ogóle nie wiedział, jak się poruszać w tym państwie, albowiem każde słowo, które wypowiedział, było brane w sposób odwrotny. W zrozumieniu tego, co się tu dzieje, pomógł mu rysunkowy kot, który mu się sprzykrzyło siedzieć na murze i z niego zszedł. Kotek imieniem Soppino wyjaśnia mu, na czym rzecz polega. W tym kraju wszyscy zmuszani są do bezustannego kłamania. Nawet psom zakazano szczekać, a kotom miauczeć. Odwrotnie miało być. Koty miały szczekać, psy miauczeć, czyli na swój sposób miały kłamać. Tylko jedna osoba w całym tym kraju wie, że tak być nie powinno i próbuje z tym walczyć.
Ciotka Pinocchia, karmicielka kotów, pragnie doprowadzić do tego, żeby koty ponownie zaczęły miauczeć i w tym właśnie ma jej pomóc Soppino, który będąc kotem rysunkowym nie podlega prawom kraju oraz Gelsomino, przybysz z dalekiego świata. Razem postanawiają złamać potęgę króla Giacomone i przywrócić ludziom prawdę. Piękna opowiastka dla najmłodszych, można powiedzieć. Tyle tylko, że w naszych czasach nabiera specyficznego wyrazu. Nazywanie rzeczy po imieniu już dawno zrobiło się niepoprawne politycznie. Ludzie boją się nie samych zjawisk. Boją się nazywania ich. Właśnie teraz jesteśmy takim krajem kłamczuchów, gdzie na przykład nie wolno czarnemu powiedzieć, że jest czarny, bo się obrazi. Żeby tak wymienić tylko tą sprawę, bo nie chcę tutaj brnąć w głębsze rozważania. Jest to rzecz bardzo smutna, ponieważ wynika z tego, rozbierając rzecz logicznie, że ludzie o ciemnym kolorze skóry sami się tego wstydzą, skoro nie chcą, żeby ich tak nazywano.
Bo gdyby się go nie wstydzili, by powiedzieli: „Tak, jestem czarny i jestem z tego dumny. Czarny to piękny kolor.” Że dotyczy to też innych zjawisk wszyscy wiemy. Tak jak wspomniałam, mówić o tym nie chcę, bo w końcu mówię tylko o książeczce dla dzieci. Gianni Rodari okazał się wizjonerem. Przepowiedział coś, co teraz mamy na co dzień w formie bajeczki dla najmłodszych. Pewnie sam nie przypuszczał, że to się kiedyś ziści. Cóż, jeżeli uważacie, że nie mam racji, sami przeczytajcie. Zachęcam do tego gorąco. Na końcu opowieści jest jeszcze kilka wierszy napisanych przez autora. Wierszy dla dzieci — bardzo mądrych i do tego wszystkiego sympatycznych, ponieważ coś, co jest dla dzieci, oczywiście powinno być nie tylko mądre, ale również i miłe, po to, żeby się nie zraziły.
Dlatego też, jeżeli gdzieś taką książkę znajdziecie, kupcie ją swoim dzieciom, a przy okazji sami przeczytajcie. Jeżeli przystawicie ją do naszej rzeczywistości, włosy wam się zjeżą. Gwarantuję. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:03:11] - Jakżeż mogłoby się odbyć Bibliotekarium — przynajmniej przez kilka ostatnich Bibliotekariów rzecz się potwierdzała — gdyby nie było drugiego odcinka Gości z Marsa? To jest właśnie ten moment Kolejny odcinek Gości z Marsa, tym razem rozdział dziewiąty księgi drugiej przed państwem. Dalej poznajemy historię Marsa. Władysław Sadge Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadda.
[04:04:04] - Przepraszam cię bardzo, jeśli cię znudzę wypytując się o dalsze zalety Chińczyków. Już jako Japończykowi przebaczysz tę ciekawość, za pomocą której mógłbym przysłużyć się mym rodakom w przyszłej walce z Chińczykami. Tak sądzisz? Czy nie słyszałeś już, że wszystko zależy właśnie od charakteru narodu? Więc myślisz chyba, że go zmienić zdołasz? A przecież niektóre wybitne jednostki wiodły słabe przedtem ludy do sławy, znaczenia, zwycięstwa. Spomiędzy wielu wymienię Mojżesza, Mahomeda, Tokugawę, Napoleona. Alboż to zasługa tak przez was zwanych geniuszów? Nie, to wszystko zależało od charakteru ludów, którym przewodzili. Ludy te były od dawna gotowe na to, wcale nie słabe i oczekiwały tylko tych wodzów, a skoro się pojawili, poszły ślepo za nimi.
Największy geniusz nic nie zdoła wykonać. Ogłoszą go za życia i po śmierci szaleńcem, skoro nie zastosował się do charakteru narodu. Mojżesz byłby zginął haniebnie od własnych ziomków, gdyby był się pojawił nie między Żydami, ale na przykład między Persami. Mahomet byłby nie zdołał wygłosić ani jednej zasady religii swojej, gdyby był Chińczykiem. Napoleon nie byłby nawet został porucznikiem u Niemców, bo ich wielkość nie od nich zależała, ale od ludów i okoliczności, wśród których wystąpili. Dlaczego ty nic nie pomożesz nikomu, gdy wyjawisz naszą rozmowę? Bo choć to według was jest śmiesznem, mimo to jest prawdziwem, że ludźmi i ludami rządzi fatum. Fatum? Ty w to wierzysz? Nie inaczej, jeśli przyczynowość jest prawdziwą.
Czy to może nie jest fatum, że jedna przyczyna rodzi drugą ciągle, bez przerwy, z żelazną logiką? Kto by więc chciał odwrócić skutek pewien, musiałby zmienić poprzednią przyczynę, ale ta jest skutkiem znowu poprzedzającej i tak do nieskończoności musiałby się w tył cofać. Dajmy więc temu pokój. Natomiast chętnie ci służę dalszymi wywodami o zaletach Chińczyków, choć będę się starał jak najkrócej przedstawić, bo nie czujemy się dziś zbytnio zdrowymi. Bardzo ważną właściwością Chińczyków jest, że wszystkich i wszystko przystosują do siebie, a nie nakłaniają się do obcego. Mówiłem ci już, że nawet zwycięscy wodzowie stawali się swojemi ludami powoli zupełnie Chińczykami, jak Mongołowie z Kubil Kajnem, Mandżurowie z całym szeregiem cesarzy. Oni religię buddyjską przekształcili na swój sposób i nawet nazwę jej zmienili. Nawet chrystianizm uległ znacznej zmianie, kiedy go Jezuici wprowadzali za cesarza Kang Yi. Skądże to pochodzi? Po części z konserwatyzmu, o którym ci już wspominałem.
Po części zaś z patriarchalności, która nienawidzi wszystko, co obce. Po części w końcu z naturalnych podstaw życia Chińczyków, do których każdy chętnie przylgnie, jeśli go tylko cywilizacja europejska nie zdemoralizowała i skoro się gruntownie zapozna z niemi. Wielką także przypisać należy wagę jeszcze tej okoliczności, iż w religii Konfucjusza, najracjonalniejszej ze wszystkich, nie ma właściwie kapłanów. Dlaczego zowiesz ją najracjonalniejszą? Bo jest najbardziej zbliżoną do przyrody, a nie wyfilozofowaną. Ogranicza się na oddawaniu czci siłom przyrody, w szczególności niebu, ziemi i ludziom. To jest duchom zmarłych, dawnych wielkich monarchów i ludzi, którzy coś pożytecznego wynaleźli. Obywa się zupełnie bez wszelkich dogmatów i objawień. Nie wkracza w życie ludów, rodzin, poszczególnych osób i ich stosunków, a wygłasza jedynie zasady moralności, bez których nie mogłaby istnieć ani rodzina, ani państwo. Ależ do tej wiary przyznaje się tylko świat wykształcony w Chinach.
Jest to największą jej chlubą, bo ten sam świat i w Europie skłania się mimowolnie do tej samej zasady. Zresztą ona to stała się już w XXI wieku ogólną w Chinach. Wiadomo ci zapewne, że w XIX wieku religia Tao pochodząca od Lao Tse niewielu już liczyła zwolenników i była w ogóle pogardzaną. A foizm, czyli buddyzm, jakkolwiek ogarniał miliony ciemnych, upadał coraz bardziej. Skoro oświata w Chinach coraz szersze poczęła zakreślać koła. Dlaczego jednak uważasz brak kapłanów za zaletę religii? Czy ciebie dotychczasowa historia ludzkości nie nauczyła jeszcze, jak ta kasta jest szkodliwą dla rozwoju narodów? Czy nie zauważyłeś, jaką przeszkodę napotyka w niej rząd każdy? Historia twego własnego kraju jest tego najlepszym dowodem. Wszak Japonia odtąd dopiero nabyła pewnego znaczenia w świecie, odkąd mikado zdołał zgnieść prawdziwego władcę kraju.
Wszak szogunami byli tacy zdolni mężowie jak Ieyasu Tokugawa i Iemitsu, syn Hidetady, którzy zabezpieczyli państwu pokój przeszło 250 lat trwający. A mimo to Japonia niczym się nie odszczególniła, niczym się nie dała poznać światu. Od 1868 roku zaś, to jest po ustąpieniu zupełnym szoguna, Japonia zajaśniała nagle pod względem politycznym i umysłowym, bo władza świecka i duchowna skupiona w jednej osobie jest rządem możliwie najlepszym. Taki rząd posiadają Bosja, Japonia, a w najwyższym stopniu Chiny, bo tu nadto brak zupełnie kapłanów. W Chinach monarcha w swej osobie przedstawia najwyższą istotę we wszystkich względach, a zatem posłuszeństwo jemu przynależne nie może napotkać w żadnym kierunku na przeszkody. Tym bardziej jeszcze, że żadne przepisy, ani religijne, ani społeczne, ani filozoficzne nie sprzeciwiają się temu posłuszeństwu. Stąd też pochodzi, że żaden monarcha nie ma tak ślepo posłusznych podwładnych jak cesarz chiński. Teokracja jest bezwzględnie najlepszą formą rządu dla ludów młodzieńczych, jakimi dotąd są jeszcze wszystkie narody na ziemi. Brak zdolności do filozofowania, do idealizowania u Chińczyków spowodował, że naród ten stał się najpraktyczniejszym ze wszystkich. Nie bawił się on nigdy w mrzonki, teorie, ale starał się w pierwszym rzędzie zawsze o dobrobyt dla siebie i swych potomków.
Europa upadła ze swymi teoriami i ideałami. Chiny dotąd się utrzymały. Europa wydała krwawą pracę tysięcy ludzi dla teorii swoich, które później okazały się błędnymi i zupełnie niepożytecznymi. Chiny natomiast wyżywiły te tysiące jednostek, które dały życie kilkunastu tysiącom innych. Chiny nie widziały korzyści w teoriach, ale natomiast udoskonaliły rolnictwo i przemysł, a mimo czci dla zmarłych przeznaczyły im grunta kamieniste i nieurodzajne. Tak praktycznego narodu jak Chińczycy nie wydała ziemia. Do zalet Chińczyków zaliczyć należy ich łagodność, niechęć do walki i do zaborów. Skutkiem tego bowiem bardzo drobne są ich wydatki na militaryzm, który w Europie pochłania tysiące milionów, a tym samym stoi na przeszkodzie płodności i dobrobytowi ogólnemu. Nadto Europa wysila się na wynalazki mordercze, które w Chinach są prawie zupełnie nieznane. Niemałą korzyść przynosi też Chinom brak pieniędzy papierowych i w ogóle płynnych kapitałów.
Wprawdzie cierpi na tym według waszych pojęć handel, ale korzyść z braku tychże jest większa, bo uniemożliwia nagromadzenia bogactw w pewnych tylko rękach. Ponieważ Chiny mają wszystko, cokolwiek jest dla życia potrzebne, przeto handel nie rozszerza się poza granicami kraju, a dla handlu krajowego wystarcza i system dzisiejszy. Zbyt często dawał się też słyszeć zarzut, że kobiety w Chinach nie miały żadnego znaczenia. Były tylko niewolnicami mężczyzn. Zapomniała dumna Europa o tym, że Chiny wszystko zawdzięczały tylko patriarchalnym stosunkom. Dalszemu jednak utrzymaniu tych stosunków byłaby się sprzeciwiła zupełna swoboda kobiet według pojęć europejskich. W rodzinie, w państwie mogła rządzić jedna tylko głowa, a to mógł być mężczyzna jako silniejszy fizycznie. Zresztą mylnym było też twierdzenie, jakoby tam kobieta była niewolnicą. W domu zażywała ona wszystkich praw gospodyni i pań przynależnych. Otaczały ją ogólna cześć i szacunek domowników, a życia publicznego zazdrościć mężczyźnie nie mogła, bo i ci go nie mieli.
Europa zapatrywała się na stosunki chińskie z punktu widzenia własnego, co było mylnym. Kobieta bowiem chińska nie czuła się nieszczęśliwa, a istotnie była znacznie szczęśliwszą od europejskiej kobiety, której pragnienia podsycano nienaturalnie, której wymagania rozszerzono poza granice przyrody. Co się zaś tyczy zawisłości kobiet od mężczyzn, ogólnie biorąc, to nie ulega wątpliwości, że europejska była bardziej zależną od chińskiej małżonki, bo pierwszej okazywali tę zawisłość wszyscy i wszystko: świat, społeczeństwo, mąż i stosunki. Druga nie spotykała się z nią prawie nigdy. Pierwsza była rzekomo swobodną, a jednak ustawicznie ciążyły jej kajdany i wzdychała za swobodą. Druga, rzekoma niewolnica, nie zamarzyła nawet o większej wolności. Kobieta chińska nie była i nie jest nigdzie niewolnicą mężczyzny, bo mężczyzna czci i szanuje ją dla jej wielkich zalet, miłości wytrwałej, wielkiej cnotliwości i towarzyskości, które je wywyższały ponad wszystkie kobiety innych narodów. Dodać nadto należy, że odznacza się zdrowym rozsądkiem, z którego nader często korzysta mąż, a nawet i dyplomata. Nadto muszę jeszcze wspomnieć o dwu zasadach sprawiedliwości chińskiej, które Europa mimo swej filozofii wymyśleć nie zdołała, a które jednak są najbardziej zgodne z przyrodą. Pierwszą zasadą jest to, że dobro osobiste, bez względu na znaczenie i stanowisko osobnika, musi ustąpić przed dobrem ogółu.
Na tym jedynym prawie zasadza się właściwie despotyczna rzekoma forma rządu chińskiego. Chiny od wieków kierują się z żelazną konsekwencją tą zasadą i ofiarują jej w razie potrzeby tak dziny najwyższych dostojników. Ależ to najwyższa tyrania! Gdyby ją monarcha wykonywał dla kaprysu. Lecz nigdy nią nie jest, gdy jako ojciec ratuje tym sposobem miliony swych dzieci od zguby. Drugą, nie mniej doniosłą zasadą ustawodawstwa chińskiego jest, że za winy osobnika odpowiada społeczeństwo, bo ono w istocie jest winowajcą właściwym. Rozważ tylko, jaki dobroczynny wpływ wywierać musi na wszystkich zwyczaj, mocą którego za czyn popełniony przez jednego członka rodziny wszyscy do niej przynależni odpowiadają przed sędzią. Na odwrót znowu, jak głęboko poznali Chińczycy przyrodę. Jeśli za zasługę syna nadaje się szlachectwo nie temuż, bo by się tym sposobem utworzyła kasta szlachecka, ale zmarłym rodzicom. Wątpię jednak, by Chińczycy zastosowali zawsze te zwyczaje w praktyce, gdyż zapewne żaden naród nie lubuje się tak w tajnych stowarzyszeniach jak Chińczycy.
Masz słuszność, ale czy masz coś doskonałego pod słońcem? Jakkolwiek prawo to trudno zastosować zawsze w życiu praktycznym, niemniej za zaletę ustawodawstwa policzyć im to musimy, bo świadczy o zdrowym ich rozsądku. Łatwiej jest zdrową zasadę powoli w praktykę wprowadzić. Sprawiedliwiej jest postępować według tej zasady, aniżeli z błędnej praktyki życia, z niesprawiedliwości dojść z czasem do prawa rozsądnego. Pochwały twe dla Chińczyków są tak liczne, iż by się zdawało, jakoby nie posiadali wad żadnych. Tymczasem u nas zupełnie inaczej sądzą o nich. Odpowiem ci powiastką krótką. Pewien mąż poważny, wiekowy, doświadczony, rozumny i pewien panicz młody, dumny i zarozumiały na swą nabytą wiedzę, przedwcześnie zużyty rozkoszami i wygodami, przypatrywali się życiu pewnego młodzieńca. Obaczyli więc jego pracę usilną dla zabezpieczenia swego życia, jego wytrwałą pilność, powolny postęp umysłowy, a chociaż brakło mu wybitnych zdolności, pogardzał pomocą innych. Ujrzeli też wiele błędów, jakie co chwila popełniał.
Spostrzegli, iż mimo chęci i woli odstępował często od zasad, jakie wygłaszał, choć się niemi nie chlubił. Pewnego razu zawezwano obu, aby wydali sąd o tym młodzieńcu. Panicz więc rzekł: „Jestem prawie pewny, że z tego młodzieńca nic nie będzie, bo zanim sam z siebie wydobędzie rozum odpowiedni do walki o byt, prędzej zginie. Jest pilnym, ale prace jego rozchwycą chciwi sąsiedzi, bo się bronić nie umie, a nadto sądząc z jego licznie popełnianych grzechów, wnioskuję, iż musi to być człowiek słabego i lichego charakteru. Na koniec cały tryb jego życia, postępowanie z innymi, nieumiejętność z wykorzystania sił własnych świadczy mi dowodnie, że jest nader głupi.” Potem odezwał się drugi świadek. „Ten panicz zaledwie z daleka i przez dni kilka, a zatem nader pobieżnie badał życie młodzieńca. Ja zaś znam go od dzieciństwa i poznałem go doskonale. Wnoszę przeto, że młodzieniec ten rokuje świetną przyszłość, bo jest zdrów fizycznie i umysłowo. Zasady jego moralne są wzorowe i nie dozwolą mu nigdy zejść na bezdroża. Rozumu nabywa własnym doświadczeniem, a nie opiera się na błędnych wnioskach innych.
Wprawdzie popełnia częste błędy, bo nie jest jeszcze doświadczonym mężem. Tu i ówdzie grzeszek się znajdzie pochodzący ze zbyt jeszcze gorącej krwi, ale dożyje późnego wieku i zasłynie rozsądkiem, bo charakteru jest prawego, a pilność zastąpi mu zdolności.” Powiedz, który z tych dwóch ludzi miał większą słuszność? Jakkolwiek nie wiem, o kim mówisz, lecz muszę przyznać ją starszemu wiekiem dla większego doświadczenia i rozumu. Otóż widzisz, młodzieńcem owym to Chiny. Paniczem to europejska cywilizacja, a mężem to my, ludzie na Marsie. Zastanawia mnie jednak bardzo, że zowiesz młodzieńcem lud, liczący sześć tysięcy lat istnienia. Bo jest nie tylko młodzieńczym, ale dziecinnie naiwnym jeszcze. Widać to przecież z jego towarzyskości i łagodności, z jego chęci do zabaw i widowisk, z zamiarów odstraszania wrogów dziecinnymi sposobami, z jego ustawodawstwa, które jeszcze nie miało czasu się wyrobić, choć jest znakomite, a które wpływa raczej na ambicję niż na ukaranie winnego. Z jego bezwzględnego posłuszeństwa dla głowy rodziny i dla wszelkiej władzy. Wady zatem jego policzyć należy na karb niedojrzałości, niedoświadczenia.
Ale przyznać musisz, że podstawa do przyszłej wielkości istnieje niezaprzeczenie. Więc Chińczycy liczący dziś około 6 tysięcy lat istnienia nie są jeszcze dojrzałymi? Nie. Stąd możesz wnosić, jak długo jeszcze istnieć będą na Ziemi. Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[04:22:10] - Proszę państwa, cały czas o tym mówię. Mirosław Gołuński, nieodżałowany profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, ale też świetny literaturoznawca. Człowiek, który mnie zaraził wieloma zjawiskami literackimi, książkami, autorami. Myślę, że tego długu nie zdołam spłacić. Kolejny odcinek „Labiryntu książek” Mirosława Gołuńskiego. Cały czas podkreślam, że zbliżamy się do końca tego cyklu przerwanego niespodziewaną, gwałtowną śmiercią autora. To w dalszym ciągu do końca do mnie nie dociera. Zostawmy te rozważania. Skupmy się na tym. „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego.
Dzisiaj książka „Mexican Gothic”.
[04:23:30] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będą mieli państwo okazję odsłuchać mojego zaproszenia do „Labiryntu książek”. Dziś zupełnie inna powieść, zupełnie inna historia, a jednocześnie dobrze znana. Ważne mniej, jak szybko się państwo przekonają, będzie nie to, o czym ona opowiada bezpośrednio. To znane motywy, ale o tym, co najbardziej lubię w literaturze, czyli o tym, co wypowiedziane nie wprost i niebezpośrednio. Tym razem opuszczamy Europę i udajemy się do Meksyku. Moreno Garcia napisała powieść „Mexico Gothic” tak, żeby nie było żadnych wątpliwości, gdzie toczy się akcja i w jaki sposób zostanie ona ukształtowana. Bo tak naprawdę autorka opowiada nam dobrze znaną historię. Nawiedzony dom, mroczna tajemnica. Znacie to państwo na wiele sposobów.
Nawet ja pewnie gdzieś tam już w naszych spotkaniach o takim domu mówiłem, ale ta powieść jest inna. Ta powieść jest inna właśnie dlatego, że może nawet ważniejsze niż ta kolejna wersja znanego motywu fantastyczno-horrorowo-gotyckiego, ważniejsze jest to, co się za nią kryje, a kryje się coś chyba jeszcze mroczniejszego niż sama powieść. Ale po kolei. Noemí Tabada żyje sobie radośnie i bogato pod pieczą ojca, który jest bardzo bogaty, więc należy do bananowej młodzieży meksykańskiej. Akcja zaczyna się w Mexico City, mamy rok 1949. To jest dosyć istotne. Sama Noemí z jednej strony ma świadomość, że jako kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o swoje samopójście, a jednocześnie jest na tyle wyzwolona, dużo bardziej niż to by się zdarzyło w Europie tamtych czasów, zwłaszcza w tych kręgach zamożnych. Chociaż tak naprawdę tamte czasy w przypadku Meksyku ja bym jeszcze o te 30, 40 lat cofnął, bo relacje wewnątrz społeczeństwa meksykańskiego są na pewno bardziej archaiczne właśnie o te pół wieku niż w tym, co znamy z Europy. Tak czy inaczej, Noemí jest bogata, rozpuszczona jak dziadowski bicz i właściwie nie ma żadnych oporów. Zdążyła już studiować kilka kierunków.
Obecnie postanowiła, ku zgrozie rodziców, zwłaszcza ojca, bardzo patriarchalnego, pójść na studia magisterskie w swoim rodzinnym mieście, czyli w Mexico City i studiować antropologię. To jest bardzo ważny trop, bo w całej powieści rozsiane są antropologiczne lektury, które Noemí czyta lub które przywołuje, a które będą pomagały czytelnikowi zrozumieć świat, w którym funkcjonuje Noemí, a przede wszystkim będą i są takim zewnętrznym kokonem, przy pomocy którego Moreno sugeruje, że ta opowieść ma więcej niż jedną warstwę, mimo że jest klasycznym gotyckim horrorem. Pewnego pięknego dnia Noemí została wezwana z kolejnej imprezy. Co ciekawe, Noemí, jak sama przyznaje, w którymś momencie nie straciła dziewictwa, ale właściwie nie tyle z Z obowiązku dotrzymania go dla małżonka, bo tak wyszło. Nie czuje presji, by to uczynić, ale przypominam: nie jesteśmy w wiktoriańskiej Anglii czy w purytańskich Stanach Zjednoczonych. To jest Meksyk. Noemi zostaje wezwana z kolejnej imprezy. Wzywa ją do siebie ojciec. Pokazuje jej list od kuzynki Cataliny. Otóż list jest na tyle niepokojący, dwuznaczny, że ojciec — on już przyszedł wcześniej — napisał do męża Cataliny, który oczywiście spławił go, dlatego, że ojciec podejrzewa, że Catalina jest chora psychicznie.
Były najbliższymi sobie kuzynkami. Noemi dostaje polecenie od ojca, by pojechać do miejsca, w które udała się Catalina z mężem, czyli do Wysokiego Zamku, i wyjaśnić, co się dzieje, odpowiednio zareagować. Ojciec uważa, że jest na tyle szalona, że może to zrobić. Jako nagrodę, takim bonusikiem dla Noemi, ma być możliwość studiowania tejże antropologii, o której tak marzy. Catalina wyrusza. Okazało się, że dlatego ją wezwał, ponieważ do miejsca, w którym mieszka Catalina, dojeżdża tylko jeden pociąg na tydzień. I to jest właśnie ten poranek, kiedy ten pociąg wyrusza. Jak już więc państwo widzicie, mamy dwa światy. Mamy świat Meksyku, miasta Meksyk. Kolorowy, rozśpiewany, pełen zmysłowości, takiej faktycznie w południowym stylu.
A opok niego mamy zagubioną wśród dżungli meksykańskiej przestrzeń. Miejsce, do którego udaje się Noemi, nazywa się Wysoki Zamek czy Wysoki Dwór, a jego właściciele to Brytyjczycy z dziada pradziada, Doyle'owie. I właśnie za jednego z nich, Virgila, czy Virgila, gdybyśmy mówili po hiszpańsku, wyszła Catalina i właściwa akcja powieści oczywiście rozegra się w zamku. Nie zdradzę państwu, bo nie chcę oczywiście państwu przeszkadzać w przeżywaniu tej przygody. A już broń mnie, Panie Boże i ratuj przed zdradzeniem, jak ta opowieść się kończy. Nie powiem nawet, czy dobrze, czy źle. W końcu to horror, ale chciałbym państwu podpowiedzieć tropy, bez których, jak sądzę, nasza lektura byłaby uboższa i byłaby jedynie potwierdzeniem, że czytamy kolejny horrorowy produkt klasy... No nie, to jest dobrze skomponowana powieść w tym sensie, że wszystkie te elementy, do których przyzwyczailiśmy się, czytając horrory gotyckie, a więc nawiedzony dom — oj, jest nawiedzony — mamy wszystkie punkty programu: jest cmentarz, mało mówna służba, tajemnica z przeszłości, dziwne zachowanie patriarchy rodu. Virgil nie jest najstarszy, jest jeszcze jego ojciec. Co więcej, dziwne zachowanie kuzynki, sny.
Bardzo ważny motyw uroborosa, czyli węża połykającego własny ogon, powracającego w różnych momentach. To wszystko w tej powieści jest, tylko układa się w dwa poziomy opowieści. Jeden to faktycznie fabuła, która jak powiedziałem wciąga. Nie jest to długa opowieść, więc czyta się bardzo sprawnie. Wciąga i w swoim gatunku jest na pewno tekstem znaczącym. Natomiast jest w niej coś więcej. Z jednej strony podsuwane nam pod nos są wątki kolonialne, czyli na przykład Doyle'owie są biali. To jest w ogóle ciekawy problem, dlatego że to nagle zaczyna być ważne. Matka Noemi należała do ludów pierwotnych. Natomiast matka Cataliny pochodziła z Europy, więc Catalina jest porcelanowo białą blondynką, natomiast Noemi jest ciemnoskórą, brązowoskórą, czarnowłosą ślicznotką.
Do tej ślicznotki oczywiście jeszcze wrócę, bo była to ironia. Problem polega na tym, że od pierwszego wejścia do budynku Noemi dowiaduje się, że trafiła do domu rasistów. Lektury, które napotyka w swoich wędrówkach po ponurym domu — dom jest klasycznie ponury — to teksty odsyłające do różnic rasowych, eksponujących oczywiście białą rasę. Również tak ukształtowana jest przestrzeń wokół Wysokiego Dworu. To znaczy nawet cmentarz, na którym spoczywają, są chowani członkowie rodu Doyle'ów. Ciekawe, jaki to ma związek oczywiście z Conanem Doyle'em. Jest przeznaczony wyłącznie dla Brytyjczyków. Doyle'owie byli właścicielami kopalni srebra, która została zalana w czasie rewolucji, która wybuchła w Meksyku w latach 10. XX wieku, ale poza tym kilkakrotnie przetoczyła się tam zaraza. To są wszystko elementy, które oczywiście w Meksyku są znane, ale i wówczas na tym cmentarzu chowani byli wyłącznie pracownicy brytyjskiej kadry, natomiast miejscowi Chowani byli albo w zbiorowych mogiłach, ewentualnie w niedalekim miasteczku.
Mamy cały czas odcięcie. Świat wysokiego dworu jest absolutnie odcięty od miejscowych. I to jest ten bardzo ważny element kolonialny. Ta kolonialna spuścizna w tej powieści jest niezmiernie istotna. Oczywiście nie jest to kolonializm już klasyczny, hiszpański, jakbyśmy się spodziewali w przypadku Meksyku. Mamy tu oczywiście do czynienia z kolonializmem ekonomicznym, bo jest opowieść o tym, jak to Doyle'owie po prostu wykupili, na bardzo dziwnych zasadach, od meksykańskich właścicieli kopanie srebra. I oczywiście czują się lepsi. Noemi jest oczywiście w stanie bronić swoich racji, ponieważ jest antropolożką. To, że jest antropolożką naprawdę nie jest przypadkowe, ale jednocześnie jest kobietą. Drugim dołączającym do tych kolonialnych elementów tej powieści jest oczywiście element patriarchalny.
Powiedzielibyśmy, że „Mexican Gothic” to powieść w dużej mierze feministyczna. Co więcej, jest to opowieść o wyzwalającej się kobiecie, która potrafi, bo jest bardzo silna. Wbrew pozorom ta trzpiotkowata, głupiutka, dbająca o każdy element stroju. To jest cudowne. Ja akurat lubię powieści, w których autorzy czy autorki przywiązują wagę do ubioru, bo uważam, że dzisiaj się o tym właściwie zapomina. Tymczasem Noemi gra strojami i autorka świetnie to wykorzystuje, za każdym razem precyzyjnie opisując, w co Noemi chodzi ubrana. Nie tylko służy to budowaniu kolorytu epoki i na przykład temu, że jej radosne, żółte, złociste, atłasowe stroje przeciwstawiają się surowości — i co tu dużo kryć — ubogości byłych kolonizatorów. Bo oni już są w tej chwili właściwie byli. Bo to Noemi jest bogata. Co ciekawe, nie jest też chyba przypadkiem, że ojciec Noemi zrobił biznes na farbach i lakierach, a więc te barwy są dla niej jeszcze ważniejsze.
Ale służy również temu, że Noemi cały czas pokazuje nam, że strój kobiety jest jej tarczą i bronią. Z drugiej strony Noemi jest uwodzona. W każdej powieści gotyckiej te elementy erotyczne są niezmiernie ważne. Oczywiście musi się pojawić incest. Ja nie będę zdradzał jaki, ale oczywiście ten incest, czyli to przekroczenie seksualnych tabu, absolutnie w tej powieści również się pojawia w sposób bardzo niezawalowany, za to bardzo dobrze wpisany w fabułę. Ale z drugiej strony Noemi również ma świadomość swojego ciała, ma świadomość, że jest uwodzona i opór, który stawia temu uwodzeniu nie wynika z jej cnotliwości, jak byśmy przywykli w gotyckich powieściach czy sentymentalnych romansach XIX wieku. Ale wręcz przeciwnie — wynika właśnie z tego, że Noemi ma pełną świadomość swojego ciała i nie ulega pożądaniu, również własnemu, bo nie chce. A więc mamy tutaj do czynienia z kreacją bardzo ciekawej kobiecości. Przyznaję, że gdy sięgałem po tę powieść, zakładałem, że przeczytam inną wersję. Ja lubię czytać fantastykę niepolską, nierosyjską czy nieanglosaską po to, żeby zobaczyć, jak to robi się gdzie indziej.
Bardzo lubię na przykład fantastykę japońską czy afrykańską, więc nie oczekiwałem tutaj nie wiadomo jakich szaleństw czy nie wiadomo jakiego poziomu. Natomiast otrzymałem bardzo przekonującą powieść postkolonialną i to w tym nowym tego słowa znaczeniu. Czyli niezwiązaną już z kolonializmem takim typowo zbrojnym, ale z próbą ekonomicznej kolonizacji, w tym wypadku Meksyku. Ale oczywiście możemy to rozciągnąć w ogóle na Amerykę Łacińską. Otrzymałem ciekawą powieść o walce z patriarchatem, bo ta patriarchalna wizja wysokiego dworu momentami wręcz jest aż przerysowana, ponieważ gdy Noemi przybywa do wysokiego dworu, przybywa tam trzech mężczyzn: Howard — senior rodu, Virgil, czyli mąż Cataliny i Francis — bratanek, właściwie siostrzeniec Virgila. I jedna kobieta — Frances, matka właśnie Francisa. I ta kobieta ewidentnie jest strażniczką patriarchatu. Zarządza domem, ale jednocześnie nienawidzi kobiet. Oczywiście jest jeszcze Catalina, ale Catalina nie jest elementem rozgrywki, bo jest jej przedmiotem, a nie podmiotem. I Noemi musi zmierzyć się z nimi wszystkimi w jakiś sposób.
Najtrudniejszy będzie oczywiście Francis, ponieważ jest w jej wieku. Na swój sposób jej się podoba, jest go jej żal. Niesamowite i bardzo wymagające troszeczkę spostrzegawczości jest to, że na przykład Noemi lubi palić. W zamku palić nie wolno. Ona oczywiście ignoruje ten zakaz. Nie byłaby sobą. Ale to, że ona pali i że nie wolno palić, okazuje się wreszcie niezmiernie istotnym elementem fabuły. Podoba mi się w tej powieści to, że mimo jej prostoty — naprawdę tam nie ma niczego, z czym kiedyś bym się już nie spotkał — jest ona bardzo dobrze skomponowana. Również te elementy, które pozornie nie są fabułą, dodają tej powieści smaczku. Z jednej strony Noemi przywozi sobie tylko jedną książkę Evansa Pritcharda o plemionach afrykańskich, gdzie jeżeli ktoś zna tę książkę — to jest zbiór esejów naukowych oczywiście — to pewne rzeczy szybciej staną się dla niego jasne.
Co więcej, ta książka wyszła zaledwie dwa lata wcześniej niż toczy się akcja powieści, więc nie jest niemożliwe, że ją zna. Pojawia się oczywiście mister Freud, oczywiście nie we własnej osobie, ale Noemi zna koncepcje Freuda i ponieważ mamy sny, więc próbuje je już tłumaczyć w sposób bardzo nowoczesny. Co ciekawe, to się okazuje z różnych względów tego typu freudowskie odczytywanie snów kończy się fiaskiem. Znowu ze względu na fabułę. Jest jeszcze jeden element kolonialny, o którym dotąd nie mówiłem: język. W Wysokim Zamku nie wolno mówić po hiszpańsku. Oni wszyscy mówią po angielsku. Noemi na szczęście jako dziecko meksykańskiej socjety angielskiego uczyła się od szóstego roku życia, więc nie ma z tym problemu. Oczywiście książka Evansa i inne książki, po które sięga, na przykład po mitologię Greków i Rzymian, również czyta w języku angielskim. Jeżeli pojawiają się jakieś książki, jeżeli będziecie państwo czytać, to zwracajcie na nie uwagę, dlatego że niektóre będą waliły związkami z fabułą nam prosto w twarz.
Na przykład gdy bohaterka czyta książkę o mitologii greckiej i rzymskiej, to oczywiście trafia na spotkanie z Persefoną, na porwanie Persefony i ma tam bardzo zmysłowy obrazek, który jest dla niej bardzo istotny. Jest istotny również dla niej w sensie freudowskim i w sensie tłumaczenia jej świata, i na wielu innych poziomach. Ale tak jak powiedziałem, książki Pritcharda Evansa i inne jej lektury antropologiczne — nie było ich wiele w 49., a autorka pilnuje, żeby nie zanurzyć się w anachronizmach — wykorzystuje je również do opowiedzenia swojej historii. Jak więc państwo widzicie, opowiadam państwu o książce pozornie łatwej, takiej typowym gotyckim horrorze, tyle że w meksykańskim przebraniu. Ale jednocześnie to meksykańskie przebranie powoduje, że mamy do czynienia z zupełnie inną powieścią. Mamy do czynienia z powieścią, która rozlicza Meksyk, a może nawet nie Meksyk. Rozlicza świat, rozlicza globalną północ z ekonomicznego kolonializmu, rozlicza sam Meksyk jednak mimo wszystko z patriarchatu, ponieważ ojciec Noemi również jest takim patriarchalnym seniorem rodu, który chociaż już na tyle ulega, że właściwie on by chciał, żeby jego córka wyszła za mąż za tego, za kogo on chce, ale w gruncie rzeczy wie, że córka zrobi, co zechce. Ale jednocześnie jest tam taki drobny, dobry element, dlatego, że on dba o Catalinę, która nie jest jego bezpośrednim dzieckiem. Jest kuzynką Noemi i jest też bogata, ponieważ Catalina jest sierotą, a więc ojciec Noemi czuje się niejako zobowiązany do opiekowania się nią. Jak widzicie państwo, im dłużej mówię o tej książce, tym jest ona bardziej skomplikowana.
Dziękuję państwu za dzisiejsze nasze spotkanie i mam nadzieję, że nadal będę mógł państwa zaskoczyć takimi opowieściami. Do widzenia.
[04:44:38] - No i czas, proszę państwa, troszeczkę powspominać. To o tak późnej porze wspomnienia, a w dodatku wspomnienia związane z literaturą, z ABW, to są dobre wspomnienia. Przynajmniej tak uważam. Zapraszam państwa na opowiadania. Opowiadania zaczerpnięte prosto z audycji „Antologia. Bibliotekarium. Warsztaty”. Przypomnę, to była audycja, w której słuchacze nadsyłali do audycji swoje opowiadania. Wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem ocenialiśmy te opowiadania tak, jak nam wiedza o literaturze oraz pewne doświadczenie nakazywało. Mówiliśmy o tym, co dobre, mówiliśmy o tym, co złe, ale zawsze cieszyliśmy się z tego, że te opowiadania do audycji płyną.
No i dziś w wykonaniu Marka „Sęka” Iwelliosa posłuchacie państwo kilku, myślę, że ciekawych opowieści. Zapraszam.
[04:45:47] - Krzysztof Dzieniszewski „Potwory takie jak my”. Jak już zapewne wiecie, dziś mamy ostatnie zajęcia z historii dawnego świata. Zbliżacie się już do końca szkoły i w kolejnym roku zostanie wam już tylko odrobina historii najnowszej w ramach nauk społecznych. A to już nie moja działka
[04:46:09] - Oświadczył profesor Marton, rozpierając dłonie na blacie przed sobą. Wśród uczniów nie wywołało to specjalnego wrażenia. Wiedzieli o tym od dawna. Ostatnia klasa to zdecydowanie mniej zajęć akademickich, a więcej praktyk w planowanym zawodzie i działań na rzecz społeczności. I znienawidzone przez wszystkich poranki z gryfów. Nasz cykl zajęć chciałbym zakończyć tym, czym rzeczywiście skończyła się historia dawnego świata – Ziemi. Pomówimy zatem o wydarzeniach Roku Ostatniego i tym, co nastąpiło po nim. I uprzedzam, to nie będzie suchy wykład. Zamierzam jeszcze sprawdzić waszą wiedzę, nim nasze drogi się rozchodzą. Tak, Markowski?
A co tutaj sprawdzać? Przecież i tak musimy przez lato napisać dla pana pracę końcową, prawda? Owszem, ale to co innego. Temat pracy wybieracie sami i tylko tym będziecie się zajmować, a ja chcę zobaczyć, czy zapamiętaliście cokolwiek z moich zajęć i co o tym wszystkim myślicie. To nie egzamin, a zwyczajna rozmowa. Chyba jeszcze wszyscy nie zdziczeliśmy na tyle, żeby bać się ze sobą rozmawiać, co? Krzywy uśmiech podstarzałego profesora jakoś nie przekonywał rosłego chłopaka, który tylko westchnął ciężko i z wyrazem rezygnacji na twarzy rozparł się w krześle. Tymczasem Caleb ożywił się na te słowa i odszukał wzrokiem Mairę. Wyszczerzyła do niego zęby i przygotowała pióro i atrament, dając do zrozumienia, że zamierza pilnie notować. Co prawda tylko on planował pisać w swojej pracy o Roku Ostatnim, ale Maira zawsze szczególnie uważała na zajęciach, które go interesowały i pozwalała mu później porównać notatki.
Dobra z niej była przyjaciółka. No dobrze, zatem po kolei. Wiecie na pewno, że Rok Ostatni był czasem wielkiej mobilizacji i wytężonej pracy całej ludzkości. Tak rządów wszystkich państw, jak i zwykłych obywateli, którzy byli w stanie w jakikolwiek sposób przysłużyć się pracom konstrukcyjnym przy arkach, gromadzeniu zasobów lub nawet przygotowywaniu do podróży tych wybranych do hibernacji. Było to wielkie wyzwanie, ale udowodniło ono, że jesteśmy w stanie wydajnie działać we wspólnej sprawie, nawet mimo dzielących nas różnic i przytłaczającego lęku przed nieuniknionym. I nawet jeśli pierwsza reakcja wielu nie była zbyt chwalebna, jeśli poprzedzający go Rok Rozpaczy możemy uznać za ciemną plamę na kartach cyrkowej historii Ziemi, Rok Ostatni z pewnością był czasem dyscypliny, jedności i bohaterstwa. Czy ktoś z was powie mi, jak datowane były te lata według dawnego kalendarza gregoriańskiego? Pierwsza zgłosiła się Maira, unosząc pewnie swą drobną, śniadą dłoń. Rok Rozpaczy to 2253. 4 lutego ogłoszono, że zderzenie z asteroidą jest nieuniknione, a na świecie wybuchła panika.
2254 był Rokiem Ostatnim, zakończonym 24 listopada, kiedy to nasza Arka Nadzieja wyruszyła w podróż. W tym miejscu kończą się nasze informacje na temat dziejów Ziemi, ale według szacunków najpewniej nie doczekała ona grudnia. Bardzo dobrze, panno Lagari. Wszystko się zgadza. W lutym 2253 podjęto decyzję o nadaniu ogólnoświatowego komunikatu. Wykład rozpoczął się na dobre, a Caleb zdał sobie sprawę, że więcej czasu spędza na odpływaniu myślami we własne spekulacje na temat tamtych zdarzeń i zapisywaniu pytań, jakie zada profesorowi w drugiej części zajęć niż na notowaniu jego słów. To wszystko już znał z podręcznika i z opowieści ojca. Wielka asteroida, jak w filmach z XXI wieku. Panika, anarchia, apokaliptyczne kulty, asteroidosceptycy i inni nieszczęśni głupcy jak krety, którzy to uroili sobie, że jeśli wydrążą najgłębszy bunkier w historii, to uda im się tam przeżyć uderzenie. Cały pierwszy rok minął na ogarnianiu tego bałaganu i utworzeniu wspólnego planu przeżycia.
Budowy okrętów wyposażonych w kapsuły kriostazy, gdzie upchnie się tylu ludzi, ilu będzie możliwe. Arki różniły się wielkością w zależności od projektu, przeznaczenia oraz inwestorów finansujących ich powstanie. Nadzieja była jedną z najmniejszych. Mieściła ledwie 10 000 osób. Celem wszystkich była jedyna odkryta dotychczas planeta w pełni gajańska, zdatna do masowej relokacji – Taria. Nazwana tak na cześć żony swojego odkrywcy, multimiliardera pochodzącego z Unii Północnej, który ukrywał jej dokładną lokalizację i miał w planach powolną kolonizację prywatnymi środkami, stała się ostatecznie nowym domem ludzkości. Tyle wiedział każdy, kto kiedykolwiek zainteresował się tematem. I tak po wielu latach podróży w stazie dotarliśmy na orbitę Tarii, a systemy Arki Nadzieja zaczęły nas wybudzać. Oczywiście z zachowaniem kolejności przewidzianej w procedurach, celem uniknięcia zbędnego zamieszania. Wylądowaliśmy tutaj w Dolinie Wiatrów na półkuli północnej i zaczęliśmy jej zasiedlanie, a samą Arkę przekształciliśmy w centralny ośrodek nowej stolicy ludzi, rasy.
Caleb lubił życie w Dolinie Wiatrów. Liczne rzeki, lasy i rozległe równiny o żyznych ziemiach pozwoliły na szybki rozwój farm i sadów, a co bardziej odważni polowali w kniejach na miejscową faunę. Było tu spokojnie i dla każdego wystarczało miejsca, by mógł żyć tak, jak chce na własnym terenie. Jego rodzina mieszkała co prawda przy samej arce i na niej też pracowała, ale sam rozważa przeniesienie się gdzieś indziej. Jeśli chciałby to zrobić, musi w przyszłym roku przyuczyć się do jakiegoś fachu, który mu na to pozwoli. A dlaczego właściwie miasto nazywa się Rasa? Jak rasa, nie wiem, psów albo werpali. Bez sensu – spytał Markowski, nie podnosząc ręki. Kilka osób zachichotało. Nie chodzi o taką rasę, chłopcze – westchnął profesor.
To z łaciny: tabula rasa. Czysta, pusta tablica. Po lądowaniu uznaliśmy, że będzie właściwa. To dla nas wszystkich nowy początek. A to, jakim miastem i stolicą czego będzie Rasa, dopiero się okaże. Osiłek kiwnął głową na znak, że zrozumiał i ponownie zamilkł. Nauczyciel zajrzał w swoje zapiski, potoczył wzrokiem po klasie, po czym powoli okrążył biurko i oparł się o nie plecami, zmniejszając dystans. No dobrze, uznajmy zatem, że dotarliśmy do części konwersacyjnej. Pytajcie, o co chcecie. Śmiało.
Siedząca z tyłu córka małżeństwa inżynierów, Ashley, pierwsza uniosła dłoń. Dlaczego jesteśmy tu sami? Powiedział pan, że wszystkich ark zdatnych do podróży w Roku Ostatnim było aż 16, a tymczasem dotarliśmy tylko my. A my nawet nie powinniśmy być pierwsi. Czytałam, że „Nadzieja” była dopiero siódma według oficjalnego harmonogramu odlotów. Caleb wbił wzrok w profesora. Na swojej liście też miał to pytanie. Tego niestety nie wiem, panno Thompson. Gdy mnie zahibernowano, żadna arka nie opuściła jeszcze Ziemi. Wszystkie odloty planowano na 24 i 25 listopada i nic nie wskazywało na problemy.
Nikt nie wie, co się wydarzyło. Nawet kapitan „Nadziei” i pozostałe osoby, które umieszczono w stazie na samym końcu. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, a potem okazało się, że nad Tarią jesteśmy tylko my i nikt już nie przybył po nas. Teraz przyszła kolej Caleba. Czy to prawda, że na Ziemi to wszystko, co tutaj musimy oszczędzać i czego praktycznie nie ma poza arką, jak elektryczność, komputery, broń palna, było powszechne? Jak na filmach? Cóż, i tak, i nie. Wielu z nas miało w domach i biurach rzeczy, o jakich tutaj możemy najwyżej pomarzyć. Ale to też miało swoją cenę. XXII i XXIII wiek były niestety pod wieloma względami czasem naukowej stagnacji i społecznego rozkładu.
Większość z nas, którzy dostaliśmy się tutaj, żyła w lepszych rejonach Ziemi, bezwzględnie czystych, komfortowych i dobrze zaopatrzonych miastach. Mimo to każde państwo, każda metropolia posiadały tak zwane ciemne regiony, permanentnie odcięte od dostaw prądu. Nie utrzymywano tam biur, nie prowadzono przemysłu. Stopniowo pozbawiano je luksusów zaawansowanego życia. Nie byliśmy w stanie wyprodukować dość energii, zapewnić dość przestrzeni mieszkalnej i bezpiecznej, nietoksycznej żywności. Slumsy powiększały się, pleniły się choroby, a napięcia społeczne coraz bardziej rosły. Planeta nie była w stanie utrzymać wciąż rosnącej populacji na takim poziomie życia, jaki znacie z seansów filmowych na arce. Gdyby nie asteroida, wszystko i tak pewnie by się załamało w kolejnych stuleciach. Profesor spuścił wzrok i potarł tył głowy z zakłopotaniem, a Caleb zmieszał się i wbił wzrok we własne zapiski. Pozostałe pytania, jakie zamierzał zadać, wydały mu się teraz głupie i błahe.
I jego, i Mairę zawsze fascynowała Ziemia, a historia dawnego świata była ich ulubionym przedmiotem. Często zabawiali się fantazjowaniem o tym, kim by byli i gdzie mieszkali, gdyby żaden Rok Ostatni nie nastąpił. Tylko jakoś żadne z nich nie wyobrażało sobie wtedy siedzenia po ciemku w przepełnionych ludźmi ruinach i jedzenia rakotwórczych syntetyków dla biedoty. Chciał wierzyć, że skoro byli zdolni i pracowici, to i na Ziemi zostaliby raczej sąsiadami profesora niż wyrzutkami z ciemnych regionów. Ale nie mógł być tego pewny. Poza tym na taki los nie zasługują nawet głąby pokroju Markowskiego. Może i dobrze, że są tutaj, a w tamten świat pieprznął gigantyczny głaz. Wzdrygnął się, przerażony własnymi przemyśleniami i ponownie skupił uwagę na nauczycielu. Przepraszam was, moi drodzy. Nie chciałem, żeby nasze ostatnie zajęcia przybrały taki ponury charakter – przemówił profesor Marton, siląc się na dziarski ton.
Może zajmijmy się czymś lżejszym. Panno Lagari, ile ma pani obecnie lat? 11, proszę pana. A ile by to było w ziemskich latach? Jakoś 16, 16 i pół. Otóż to. A pan, panie Daniels? Ach nie, zaraz, przecież wy jesteście w jednym wieku. No to może pańska siostra Natalie? Natalie ma 13 – bąknął wyrwany z zamyślenia Caleb.
Tak, dopiero co ją uczyłem. Ale w ziemskich? W ziemskich to będzie 19 z kawałkiem. To prawda. A czemu w ten sposób to przeliczamy? – spytał dla pewności profesor. Bo na Atarrii rok jest dłuższy. Mamy tu 17 miesięcy i jedno okrążenie Słońca zajmuje nam około półtora roku ziemskiego. Marton wyjrzał za okno, oceniając położenie Słońca. No dobrze, widzę, że to nie sprawia wam żadnej trudności.
Jeśli nie macie już więcej pytań, myślę, że na tym zakończymy. Robi się późno. Wiem, że nie dla wszystkich moje zajęcia były szczególnie interesujące. Tu mrugnął do Markowskiego, a ten uśmiechnął się przepraszająco. Ale chciałbym wierzyć, że czegoś was nauczyły. Jesteście pierwszym pokoleniem urodzonym tutaj, na Atarrii, które nigdy nie było na Ziemi i nie może jej pamiętać. Niemniej jednak to stamtąd pochodzimy. Tamten świat nas ukształtował i nie powinniśmy o tym zapominać. Ani o samej planecie, ani o tysiącach lat historii ludzkości, jakie się tam rozegrały. W tym miejscu profesor zrobił krótką pauzę, przesunął wzrokiem po twarzach uczniów i zakończył przemowę, opierając się obiema dłońmi o blat.
Dziękuję wam i nie zapomnijcie o złożeniu prac w terminie. Więc co właściwie zamierzasz napisać o tym Roku Ostatnim? Tamte rzeczy? Maira wskazała palcem na swoje notatki, które Caleb właśnie przerzucał bez szczególnego zainteresowania. To wszystko bzdety. To samo mamy w podręczniku. Może nie ma tam za dużo o slumsach i innych takich, ale tyle, co nam powiedział Marton i tak nie wystarczy na rozdział do pracy. Gdy chłopak wzruszył tylko ramionami i nie odpowiadał, przeciągnęła się jak kotka i oparła plecami o drzewo, pod którym siedzieli. Caleb jeszcze jakiś czas wertował pożyczone zapiski, po czym westchnął ciężko i odrzucił je na bok. Widząc to, Maira jęknęła z wyrzutem: „Ej, weź tak nie rzucaj!
Ciągle jeszcze wieje. Chcesz, żeby mi porwało zeszyt?”. Dolina Wiatrów nazywała się tak, bo codziennie późnym popołudniem dął w niej jednostajny, spokojny wiatr. Dachów z chat nie zrywał, ale na pewno mógłby zagarnąć niewielki notes. Nie czekając na odpowiedź, dziewczyna wychyliła się ponad przyjacielem i prędko przybiła dłonią swoją własność do podłoża. Zaskoczony nagłą bliskością jej ciała i ledwie wyczuwalnym zapachem włosów, Caleb zesztywniał na całym ciele. Ona niczego nie zauważyła. Podniosła notatki i wróciła do poprzedniej pozycji. No więc? Co?
Że praca. Sam nie wiem. Masz rację, że bez żadnych informacji ponad to, co w książce, tekst będzie zwyczajnie nudny. Czegoś takiego nie warto pisać. Tylko co lepszego mam zrobić? Marton chyba nic więcej mi nie powie. Widziałaś, jak się przyblokował po tym gadaniu o Ciemnych Regionach. Zwykłe rzeczy z biblioteki znamy na pamięć. A archiwa? Te komputerowe na Arce?
Przecież tam jest to samo co w książkach. W końcu na tym polegają poranki skrybów, że przepisujemy rzeczy z dysków na papier. Słowo w słowo, jakby w końcu zasilanie szlag trafił. Wiem. Nie tłumacz mi oczywistości. Po prostu może na dyskach jest coś jeszcze, czego nie przepisali. Już sprawdzałem. Robiłem przecież research, zanim wziąłem ten temat. Jest tam trochę więcej, ale nic specjalnie ważnego. To może zmień temat.
Maira westchnęła zrezygnowana. Dobry jesteś z dawnego świata. Wymyślisz sobie coś łatwiejszego. Caleb milczał i siedział bez ruchu, wpatrzony przed siebie. Dziewczyna mu współczuła. Doskonale zdawała sobie sprawę, że bardzo czekał na zajęcia poświęcone końcowi starego świata i liczył, że Marton okaże się kopalnią wiedzy albo przynajmniej wskaże mu jakieś nowe źródła. A tymczasem na pytanie o zaginione Arki i ostatnie dni Ziemi dostali odpowiedź, która brzmiała z grubsza: „Nie wiem i nikt inny też nie wie”. Mówię serio. Szkoda sobie łamać głowę, skoro nie ma skąd wytrzasnąć lepszych danych. Pomóż mi jutro z moim tematem, a potem znajdziemy jakiś nowy dla ciebie.
Maira, daj spokój. Nie chcę pisać o niczym innym. Ech, jaki ty jesteś czasem uparty. No dobra, wracajmy już do miasta, co? Przestało wiać, więc zaraz będzie się ściemniać. Jak się pośpieszymy, może zdążymy jeszcze na chwilę wejść do archiwów i sprawdzić, czy czegoś nie przeoczyłeś. Nie przeoczyłem. Znasz mnie przecież. Był tylko jeden odnośnik, do którego nie mogłem- nie mogłem... Caleb zamarł z głupawym wyrazem twarzy w połowie podnoszenia się spod drzewa, a potem błyskawicznie wyprostował się i wyszczerzył zęby.
Był jeden odnośnik, do którego nie mogłem wejść, bo wyrzuciło mi blokadę uprawnień. Blokadę? Tak, jest kilka podsystemów, do których komputer normalnie cię nie wpuści, jak nie masz uprawnień administratora. Na przykład takich jak mój ojciec. Tylko że zwykle są tym poblokowane jakieś interfejsy obsługujące różne rzeczy w Arce. Wiesz, oświetlenie, dystrybucja energii z paneli słonecznych, kapsuły stazy. Czekaj, bo nie nadążam. Połowa tego to dla mnie bełkot. Nie siedzę w komputerach. Wchodzili między zabudowania rasy, a kilku strażników miejskich z drewnianymi pałkami powoli rozpalało pochodnie, by rozpędzić nieco zapadający mrok wieczoru.
Ja też nie, ale codziennie muszę słuchać gadek ojca i Natalii. Coś tam się zapamiętuje. W każdym razie jak teraz o tym myślę, to dziwne. Ograniczanie dostępu do maszyn, które byle kto może rozregulować, jak zacznie w nich grzebać, ma sens. Ale czemu robić to z jakimś odnośnikiem w artykułach historycznych? Nie mam pojęcia, ale chyba za bardzo się nakręcasz. To pewnie jakiś kolejny mało istotny szczegół, jak te, których jeszcze nie przepisali na papier. Nie no, daj spokój, nie blokowaliby tego, jakby nie było ważne. Myra uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Z jednej strony zadowolona, że chłopakowi powrócił entuzjazm, lecz z drugiej zmartwiona, że jego nadzieja okaże się płonna.
W porządku, niech będzie. Tylko chyba zapominasz o jednej rzeczy. A? No, skoro to było zablokowane, to pewnie nadal takie jest. Niby jak się do tego dostaniesz? Caleb zatrzymał się w pół kroku. No też prawda. Będę musiał nad tym pomyśleć. To myśl, a ja uciekam do domu. Przystanęli akurat w miejscu, gdzie i tak zawsze się rozchodzili, bo ścieżka do chaty Lagarich odbijała w lewo.
Przytuliła go krótko i wydało jej się, że chłopak się wzdrygnął, co ostatnio zdarzało mu się jakby częściej. Uśmiechnął się i wymamrotał jakieś pożegnanie, więc pomachała mu jeszcze i zeszła z głównej drogi. Caleb patrzył za dziewczyną, póki nie znikła mu z oczu, po czym ruszył dalej w kierunku Arki, obok której mieszkał. Kiedy przekroczył próg domu, wpadł w przedsionku na siostrę. Wciąż była od niego trochę wyższa, smukła i zaskakująco piegowata, biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu spędzała na słońcu. O, jesteś! Ojciec trzyma mnie na Arce ile może, bo nauki nigdy za wiele i jego kiedyś zabraknie. A ty i tak wracasz później niż ja. Znów się gdzieś szlajałeś z tą kujonką z twojej klasy, nie? Jak ona ma, Moira?
Usta Natalie wykrzywił zadziorny uśmieszek. Myra. I nigdzie się z nią nie szlajam. Porównywaliśmy notatki z dawnego świata. Mamy pracę do napisania. A, no tak. Co innego mogły robić dwa kujony? Niepotrzebnie się martwię. No nic, ja już zjadłam, a ojca jeszcze nie ma. Jak jesteś głodny, to odpal sobie świece i weź coś ze spiżarni.
Ja spadam spać. Ten wariat zamierza mnie o świcie zaciągnąć na Arkę i sprawdzać, czy pamiętam, jak się kalibruje fotowoltaikę, bo przecież nie wiemy, czy wiatry się nie nasilą. Tu wymownie przewróciła oczami. Pół biedy, że to jest zautomatyzowane, więc wystarczy spamiętać parametry i komendy, a nie łazić po dachu. Weszła w głąb domostwa i już zamierzała się zamknąć w swojej sypialni, gdy Caleb skojarzył fakty i zawołał za nią: Ej, Natalie! Co jest? Masz uprawnienia admina, żeby grzebać w tej fotowoltaice? Jeszcze nie, ale ojciec ma i otwiera dla mnie systemy, kiedy ćwiczymy. A co? No jest taka jedna rzecz.
Pogadamy o tym jutro, dobra? Jak chcesz. Może wieczorem, jeśli zdążę. Dobrej nocy. Dobranoc. Myra i Caleb czaili się we wnęce czytelniczej przy bibliotece Arki, skąd mogli mieć oko na wejście do archiwów. Przesiadywali tam codziennie od kilku tygodni, odkąd chłopakowi udało się nakłonić starszą siostrę do pomocy. Hasło administratora udało jej się podpatrzeć i zapamiętać już drugiego dnia, ale potrzebowali jeszcze kartę dostępu, z którą ojciec się nie rozstawał. Natalie próbowała po prostu poprosić o nią ojca pod pretekstem kontynuowania ćwiczeń, ale ten zawsze odmawiał, a potem nie chciał już o tym słuchać. Ja tam muszę być.
Jeszcze coś pomylisz i tak zostawisz i cała Arka nam padnie – powtórzyła im dziewczyna, udanie naśladując głos pana Danielsa. Gdy Caleb zobaczył ojca wybiegającego truchtem na zewnątrz z zaaferowaną miną i to sporo wcześniej, niż powinien kończyć zajęcia z córką, chłopak już wiedział, że coś jest nie tak. Po chwili z archiwów wyszła uśmiechnięta od ucha do ucha Natalie i przywołała ich do siebie gestem. Widzicie, ćwiczenia nie poszły na marne. Przypomniałem sobie, przed czym staruszek przestrzegał mnie na samym początku i specjalnie wpisałem komendy źle, żeby panele się zakleszczyły. Nie uszkodzi ich to, ale teraz zbierałyby znacznie mniej energii, a odblokować to da się tylko ręcznie, więc poszedł na górę i jakiś czas będzie się tym bawił, a mi kazał tu zostać, żebym obserwowała system. Świetna jestem, nie? Nastolatka aż promieniała z dumy. Jesteś super. Wielkie dzięki.
Ale teraz chodźmy tam już zanim wróci. Caleb przepchnął się w drzwiach obok siostry, ciągnąc za sobą Myrę. Cała trójka dobrała się do komputera, a Caleb przebijał się gorączkowo przez kolejne ustępy tekstów na temat rogu ostatniego, które niegdyś przeglądał, szukając właściwego odnośnika. Gdy Natalie już zupełnie straciła zainteresowanie i była bliska wypędzenia brata z pomieszczenia, ten wykrzyknął: Jest! Kliknął w łączę i zdębiał. Spodziewał się kolejnego długiego dokumentu tekstowego, ale zamiast tego na ekranie uruchomiło się nagranie. Przed kamerą stało dwanaście osób w średnim wieku. Rozpoznał swojego ojca, choć młodszego, kapitana Arki Nelsona Hawthorna Rodziców Ashley Thompson, z którą razem z Myrą chodzili do klasy. Reszty nie poznawał. Kapitan zaczął przemawiać.
„Nie wiemy, czy kiedykolwiek zdecydujemy się pokazać komuś to nagranie, czy będziemy mieli odwagę. Być może ktoś z nas w przyszłości postanowi je skasować. Nie chcemy teraz podejmować żadnych decyzji. Nie czas na to. Czas natomiast, by wyznać naszą zbrodnię i naszą ofiarę, wyjawić prawdę i zachować ją. Odpowiedzieć na pytanie, które na pewno pojawi się w umyśle każdego na Arce, każdego na Tarii”. Kapitan zawiesił głos. Twarz miał zaciętą. Reszta albo patrzyła w obiektyw z podobną determinacją, albo zakłopotana gapiła się w podłogę, przestępując z nogi na nogę. Nikt jednak nie odchodził ani nie zakłócał tej dziwnej ceremonii.
„Jesteśmy dwunastką zahibernowaną jako ostatnia na Arce „Nadzieja” i zarazem dwunastką, która pierwsza wybudziła się po podróży. Wszyscy inni śpią, a my wiemy to, czego nie będzie wiedział nikt inny. Co stało się z pozostałymi Arkami i co zdarzyło się 24 listopada na Ziemi”. W tym momencie kapitan zawahał się, a wątek podjęła matka Ashley. „Ziemia, jaką opuściliśmy, była zdewastowana, zepsuta, skażona. Tak samo ludzie, którzy ją zamieszkiwali. Było nas na niej zbyt wielu, a wzrostu przeludnienia nie dało się zatrzymać. GMO, zielona energia, weganizm, ekologia. Wszelkie te pomysły mające zatrzymać degenerację naszego świata i zapewnić nam metody utrzymania przy życiu tak zatrważające liczby ludności zawiodły i musiały zawieść. Szare jednostki nie mają w sobie dyscypliny, by dobrowolnie umniejszyć jakość swojej egzystencji, odmówić sobie luksusów, przyjemności i cóż, zwykłego, dynamicznego i hedonistycznego stylu życia, jaki jest dla nas naturalny.
Nie jesteśmy ludem ascetów, altruistów. Ludem, który porzuci materializm czy masowo i bez przymusu odmieni swoje przyrodzone zwyczaje żywieniowe i reprodukcyjne. A na wymuszenie tego w świecie demokracji i liberalizacji nikt nie był gotowy. Nikt nie chciał mieć nad sobą totalitarnego tyrana i nikt tym tyranem nie chciał być. Nawet gdybyśmy wszyscy mieli przez to zginąć powolną, paskudną śmiercią w zarazach, wojnach klanowych, w szpitalach z potwornymi nowotworami albo, co o dziwo najbardziej odległe, z głodu i gorąca w wyjałowionym środowisku zabitym przez efekt cieplarniany”. Zamilkła, a mąż położył jej rękę na ramieniu i kontynuował. „Asteroida była gwoździem do trumny, ale ona jedynie przyspieszyła nieuniknione. Kiedy zaczęto budować Arki, zrozumieliśmy, że to jest nowy początek, nowa szansa. Tabula rasa. I tablicy tej nie możemy bezmyślnie pokalać zgniłymi owocami starych błędów.
Zabieranie na Arki jak największej liczby ludzi to pomyłka. Jeśli bezrefleksyjnie, tchórzliwie przeniesiemy na Tarię wszystko to, co mamy na Ziemi, to ona stanie się drugą Ziemią. A my nie chcemy drugiej Ziemi. Zniszczonej, wyeksploatowanej, wypchanej po brzegi wciąż mnożącymi się ludźmi potrzebującymi coraz większych i większych zasobów, których nikt nie może im dać. Nie wolno nam tego zrobić”. Teraz naprzód wysunął się łysiejący mężczyzna, chyba najstarszy spośród obecnych. „Gdy tylko ruszyły pierwsze przygotowania, było dla nas jasne, co musimy zrobić. Zaczęliśmy działać. Mała Arka „Nadzieja” nadawała się idealnie. Kiedy inni tworzyli ogromne Arki rozdęte losowymi ludźmi wszelkiej maści albo wręcz przeciwnie, wyspecjalizowano okręty tylko dla określonych grup, jak Arka „Nobel” dla najwybitniejszych naukowców i artystów czy robotnicza Arka „Założyciel”.
To były bezmyślne projekty klasistowskie, elitystyczne lub odwrotnie kierowane bezkrytycznym, rozemocjonowanym egalitaryzmem. Tylko my stworzyliśmy Arkę przekrojową, skomponowaną w harmonii z ludźmi wszystkich klas, kultur i talentów, w odpowiednich proporcjach, zdolną być wydajną, zdrową miniaturą społeczeństwa zdatnego do sprawnego, autonomicznego funkcjonowania. Bo przecież do czego nada się kapsuła pełna robotników, którymi nikt nie pokieruje, których życia nikt nie umili sztuką, nie olśni nauką? I podobnie, do czego nada się okręt geniuszy, których nikt nie przymusi, by własnoręcznie budowali domy, orali pola czy pracowali w kopalniach? Potrzebujemy siebie nawzajem. Kto twierdzi inaczej, żyje mrzonką”. Caleb, Myra i Natalie patrzyli z niedowierzaniem, jak teraz na czoło grupy wysuwa się pan Daniels. „Lecz my, ludzie, jesteśmy niepowstrzymaną siłą. Istnieją granice tego, jak można nas zmieniać, korygować, pouczać. Przed pewnymi rzeczami jako ogół nigdy się nie powstrzymamy i przez to jesteśmy ciężarem dla siebie nawzajem, ale i dla świata, w którym żyjemy.
Społeczeństwa Ziemi w jego realiach i z jego historią nie dało się już naprawić. Było zbyt późno, by zawrócić ze ścieżki zagłady. Było nas zbyt wielu, a nasze zwyczaje, popędy i pragnienia zbyt silne. Tam już nie było nadziei. Została więc Nadzieja. Ojciec rodzeństwa zmieszał się, a na twarzach wszystkich jego towarzyszy dało się dostrzec napięcie, jakby zbliżali się do czegoś, na co czekali, ale czego jednocześnie nie chcieli doczekać. Kontynuował: „Nasza dwunastka oprócz dbania o arkę, którą mieliśmy lecieć od początku, sabotowała pozostałe. Jesteśmy inżynierami, programistami, astronomami, nawigatorami, osobami, które potrafią zadbać, by okręty dotarły na Tarię albo żeby nie miały szans się tam znaleźć. Wszystko organizowano w atmosferze pośpiechu, determinacji, lęku. Pragniento zdążyć przed asteroidą.
Różne grupy i nacje współpracowały. Nikt nie spodziewał się, że ktoś może chcieć zaszkodzić któremukolwiek ze statków, a co dopiero wszystkim. Nie przeszkadzaliśmy im w pracach, nie opóźnialiśmy przygotowań. Pomagaliśmy. A gdy tracili czujność, upewnialiśmy się, że kiedy przyjdzie czas odlotu, arki nie dotrą do celu, nie wystartują, nie opuszczą atmosfery, eksplodują w podróży albo zagubią się w bezkresnej przestrzeni dzielącej Ziemię od Tarii. Tu rozregulowane elementy reaktora, tam wirus z opóźnionym zapłonem w systemach komputerowych, gdzie indziej skażone paliwo lub dyskretnie zafałszowane mapy gwiezdne. 24 listopada wszystkie sześć ark poprzedzających Nadzieję doznało krytycznych awarii. Wystartowaliśmy jako pierwsi. Dotarliśmy jako pierwsi. W chwili, gdy to nagrywamy i przygotowujemy się do lądowania, a później wybudzania kolejnych pasażerów, nie pojawiła się żadna inna arka.
I jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, już się nie pojawi”. Teraz przed obiektyw wystąpiła jakaś kobieta o długich, czarnych włosach, przedtem trzymająca się z tyłu. Nie rozpoznawali jej. „Przywiedliśmy na Tarię miniaturową, wydajną społeczność. 10 000 ludzi, by zacząć od nowa. Oprócz samej arki i powiązanych z nią systemów nie mamy z nią niemal żadnej wysoko rozwiniętej technologii ani środków, by ją prędko odtworzyć w nowym świecie, ponieważ nie mamy takiego zamiaru. Ten zabieg pchnie nas z powrotem w objęcia życia zbliżonego do ziemskiego średniowiecza, a może nawet starożytności. Oczywiście nie całkiem, bo zamierzamy podtrzymać działanie Nadziei i zbudować wokół niej stolicę, ale będzie ona reliktem dawnych czasów i pewnym drobnym wsparciem, wyjściem awaryjnym, lecz nie zaczątkiem kolejnej zagłady. Nie chcemy kolejnej epoki przemysłowej, kolejnych zanieczyszczeń, eksploatacji ponad miarę i wiecznego wzrostu, którego nie zatrzyma nic prócz wymarcia. Pragniemy dać ludzkości zupełnie nowy dom, nowe społeczeństwo i znacznie więcej czasu, by choć spróbowała nauczyć się sposobu życia, jaki nie zawiedzie jej ku rozpaczy, nowotworom i slumsom”.
Przed kamerę ponownie wystąpił kapitan, a pozostali zbliżyli się do niego i teraz już wszyscy z bólem i dziwnym oporem w oczach wpatrywali się w obiektyw, gdy mówił: „Być może ludowi Tarii się to uda, być może nie. Z całą pewnością zaś to my podjęliśmy tę decyzję i zostaliśmy architektami nowego świata. I zrobiliśmy coś, na co nikt inny się nie odważył. Jesteśmy mordercami, największymi zbrodniarzami w historii wszystkich światów. Przed tą prawdą nie ma ucieczki, a dla nas wybaczenia. Żeby zabić, nie trzeba mieć krwi na rękach. Wepchnięcie tonącego z powrotem w objęcia oceanu to wciąż morderstwo. Niemniej jednak uważamy, iż postąpiliśmy słusznie. Zrobiliśmy, co musiało zostać zrobione. Zapłaciliśmy cenę, żebyście wy nie musieli.
Żyjcie i cieszcie się nowym domem i szanujcie go, by waszych dzieci nie musiały ratować potwory takie jak my”. Nagranie zakończyło się, a Caleb, Maira i Natalie wciąż wpatrywali się w ekran osłupieni. Ich młode umysły nie były w stanie przyjąć tego, co właśnie zobaczyli. Nie drgnęli nawet wówczas, gdy w holu dało się słyszeć kroki powracającego pana Danielsa. Marek Kolender, „Polemos Incorporated”. „Witam państwa serdecznie w naszej korporacji” – powiedział elegancko ubrane człowiek. – „Jako że zebrało się tu dziś mnóstwo bóstw, cały panteon można by rzec, a także inni znamienici goście, zdecydowałem się oprowadzić państwa osobiście. Witam wszystkich bogów greckich i nordyckich, azteckich i egipskich, a także wszystkich innych. Przede wszystkim chciałbym podziękować za przybycie panu Odynowi. Czy może Zeusowi?” „Zwał, jak zwał” – odparł Bóg.
– „Mniejsza o imiona. Jestem, który jestem”. „Tak, tak, oczywiście. Odynowi i towarzyszącej mu szanownej małżonce. To przecież tylko dzięki niemu mogliśmy wprowadzić te wszystkie ulepszenia. Dlatego właśnie zdecydowałem się oprowadzić was dziś osobiście. Od mojego przejęcia steru wiele się tutaj zmieniło. Gdybyśmy zeszli w dół, ujrzelibyśmy całą kolekcję sentymentalnych pamiątek. Istne muzeum, można by rzec. Miecze rodowe, pełne symboliki włócznie, flagi, chorągwie.
To wszystko jest już niepotrzebne. Nie na tym teraz polega wojna. Niemal od zawsze była to domena bogów, coś nadprzyrodzonego. Ares rządził nią żelazną ręką. Czasem co prawda przebierał się w damskie ciuszki i kazał się nazywać Ateną, jednak wszyscy dobrze wiemy, że tak czy siak to dzikość przepełniała te wydarzenia. Ale powiedzmy sobie szczerze, bóstwa nie powinny bawić się w wojnę. Są na to zbyt eleganckie. Zdecydowanie zbyt eleganckie. Przecież czerwony to nie jest kolor właściwy dla takich pięknych pań. Teraz modny jest lazur.
Cóż tu dużo mówić. Dobrze, że zdecydowaliście się przekazać to wszystko przedsiębiorczemu człowiekowi. Na tym piętrze zajmujemy się przeglądaniem paktów pokojowych, traktatów o nieagresji i innych tego typu bzdur. To nie jest najbardziej dochodowa część naszej działalności, ale i tu da się coś uszczknąć. O, no tutaj zaczyna się ciekawiej. Dział łupienia, grabieży i zbrodni wojennych. Mówi się, że zbrodnia nie popłaca. Ludzie jednak naprawdę często zapominają, że historię piszą zwycięzcy. A przecież jeśli nie ma nas kto rozliczyć, to czy kiedykolwiek przyjdzie rachunek? Może przejdźmy dalej.
Niektórzy nie lubią patrzeć na te biedne dzieci z tymi małymi, bosymi stopkami i tymi... Nieważne. Doprawdy żałosny widok. Tutaj mamy dział surowców naturalnych. Wiedzą państwo, ile obecnie kosztuje gaz? O baryłce ropy nie wspominając. A przecież wszystkie te skarby tylko czekają, żeby po nie sięgnąć. Co ci ludzie z nimi robią? Mają to jeść? Na tym samym piętrze znajduje się też dział casus belli.
Tutaj właśnie znajdują się nasze najzręczniejsze pióra. Czasem można napisać coś o niedoborze demokracji, czasem o ochronie bratnich narodów. W pewnym momencie wyjątkowo modne było pisanie peanów o ochronie klasy robotniczej. Ach, to były czasy! Imperia i ich upadki. No nic, zapraszam dalej. W tym dziale, proszę państwa, widzimy naszą wisienkę na torcie. Nasz największy wynalazek od czasu pierwszego zaostrzenia kijka, moją osobistą dumę i- „Streszczaj się” — burknął Odin. Tak, tak, oczywiście. A więc ten sektor zajmuje się handlem bronią.
„I co w tym takiego innowacyjnego?” — spytał nieco poddenerwowany Wszechojciec. „Przecież już od setek tysięcy lat ludzie muszą czymś walczyć, a nie każdy był kowalem, żeby kuć sam dla siebie”. Oczywiście, z tym że dotychczas wyglądało to mniej więcej tak, że to dostawcy odpowiadali na potrzeby rynku. A co miał zrobić taki biedny producent CKM-ów w czasach pokoju? Jeść te naboje? Oj nie, proszę państwa. Największym wizjonerstwem i geniuszem naszych rozwiązań jest to, że rozumiemy rynek, a jeśli chcemy, by ten był nam posłuszny, to podaż musi tworzyć popyt. „I jak to mianowicie działa?” — spytał z nagłym zainteresowaniem Hefajstos. Nie chciałbym być niedyskretny, ale takiemu gronu słuchaczy mogę to stracić. Wszak, jak to się mówi, nie mam przed wami tajemnic.
Spójrzmy na to tak: dotychczas producent broni A dostarczał swoje produkty stronie konfliktu X, a producent B stronie Y. My uznaliśmy, że warto by było, gdyby producent A współpracował ze stroną X, stroną Y, a nawet wkraczającym z pokojową interwencją Z. Oczywiście nie bezpośrednio. Powiem państwu więcej. Nawet w takim przypadku, choć dostawca A zyskałby więcej, to wciąż przecież konflikt wreszcie by się zakończył. Ale to przecież byłoby co najmniej nierozsądne. I tu właśnie wkracza podaż tworząca popyt. Gdy bowiem jedna ze stron zaczyna uzyskiwać przewagę, możemy delikatnie popchnąć tych drugich ku chwale drobną zniżką, może nawet gratisem lub oddziałem dobrze wyszkolonych najemników. Rozumiecie? To samonapędzający się młyn dusz na wieki zsyłających same siebie do Hadesu.
Można by rzec ludzie ludziom zgotowali ten los. A nie ma przecież nic lepszego niż pełnokrwista ofiara z ludzi, prawda? — zakończył prezes. Nastąpiła cisza. Nikt nie śmiał jej przerywać przez dłuższy czas. Wreszcie ktoś z końca sali zaczął nieśmiało klaskać. Ani się obejrzeli, a grom braw rozniósł się po całym piętrze. Słyszeć musiano go nawet w lochach. Jeden tylko Odin stał ze skrzyżowanymi ramionami. Czekał, aż wrzawa ucichnie.
Zaskakująco cierpliwy. Wreszcie odezwał się, a wtedy jego głos przeszył wszystkich jak grom pogodne letnie niebo. „Wszystko pięknie” — rzekł najwyższy z bogów. „Ale ja lubię widzieć konkrety”. Znów zapanowała cisza. Próżno było szukać niedawnej euforii. I to właśnie pokażę państwu na ostatnim najwyższym piętrze. Tym razem schody były wyjątkowo kręte. Wszyscy, a przecież mówimy głównie o bogach, czuli już znużenie każdym kolejnym stopniem. Prowadzący nie odzywał się ani słowem, a to przecież było rzadkością.
Krótko mówiąc, w powietrzu unosiła się misterna aura. Gdy wreszcie dotarli na samą górę, ujrzeli inaczej niż na wcześniejszych piętrach masywne dębowe drzwi. „To tutaj, proszę państwa” — przemówił przewodnik i popchnął wrota. Ich oczom ukazały się nieprzebrane skarby świecące jaśniej od słońca. W tym jednak przypadku trudno było oderwać oczy. „Tak” – kontynuował. – „Wspaniały widok. Oto wszystkie dusze, wszelkie skarby i namiętności, które nagromadziliśmy tym sposobem. Ale powiem więcej. Możecie państwo nawet się w tym wszystkim zatopić.
O tak. Muszę jednak ostrzec, że z tej drogi nie ma odwrotu.” Bogowie, zdawało się, już go nie słuchali. Jeden za drugim zatapiali się w skarbcu pełnym wspaniałości, opici bardziej niż ambrozją czy najprzedniejszym miodem. Szli lekko jak przez wieki. Powoli jednak otoczenie zaczęło się zmieniać, a z okrzyków triumfu i flag zatykanych na szczytach budynków aura zmieniała się w jęki rannych i chorągwie podeptane w błocie. Znajdujemy się teraz na samym dnie naszej wieży, w lochach. Chciałbym wam tego oszczędzić, ale wojna sama w swojej naturze sprawia, że tam, gdzie triumf, jest również i dramat. Z najwyższej góry jest tutaj tylko krok od zimnego, ponurego dna. Oni jednak nie interesowali się jego słowami. Wciąż patrzyli jak zahipnotyzowani, jakby onieśmielało ich piękno ciał wbitych na pale czy dzieci palonych żywcem.
Kroczyli dumnie. Byli wszak bogami wojny. Midasem coś wstrząsnęło, jakby ktoś wbił mu zimny kolec w serce. Czy on na pewno służył bogom, czy może demonom? „Dobrze się spisałeś” – powiedział do niego Odyn, nie patrząc nań. Jego uwagę zwracała jakaś pożoga w oddali. – „Naprawdę wyśmienicie. Można powiedzieć, że idealnie pasujesz do tej pracy, Midasie.” „Dziękuję.” – Skłonił głowę nieco z wdzięczności, a nieco by ukryć odruch wymiotny. Ten pies w oddali właśnie lizał… „Można powiedzieć, że wszystko potrafisz zmienić w złoto.” Król przywołał na usta uśmiech, straszliwie wymuszony.
Bóstwo jednak tego nie zauważyło, wciąż wpatrując się w obraz zagłady. Midas również patrzył na bogów i na ludzi. Ci pierwsi nawet się nie wzdrygnęli. Czy to nie barbarzyństwo? Coraz to bardziej uchodziła z niego duma boskiego potomka, a wstępowały weń ludzkie uczucia. I wtedy w królewskim umyśle zrodziła się straszliwa myśl. Bunt przeciwko bogu. Zdrada ostateczna. Spojrzał na swą dłoń. Jeśli bogowie byli słowni, to powinna wszystko zmienić w drogocenny kruszec.
Również jego samego. A Gromowładny przecież zawsze wypełniał swe przysięgi. Już chciał unieść rękę, wbić palce w jego oczodoły i usta. „Nie radzę” – rzekł Odyn. – „Naprawdę nie radzę. Moja śmierć niczego by nie zmieniła.” Midas opuścił rękę i szedł dalej u boku swego pana. A jednak ziarno buntu zakiełkowało w jego duszy. Było malutkie, a przez to niezauważalne dla potęgi tak wielkiej jak Odyn. Opuścili wreszcie to ponure miejsce. „Teraz czas na poczęstunek” – zapowiedział prowadzący.
Ludzie kręcili się wokół serów i win, choć byli i tacy, którzy woleli tłusty kawał mięsa. Zwłaszcza Nordowie. Ale Hefajstos miał na ten temat podobne poglądy. Wszyscy jednak czekali tylko na jedno – alkoholę. No cóż, przecież nie mleko jest napojem bogów. Zasiedli więc przy ogromnym stole, który z oczywistych względów musiał być okrągły. Midas co prawda ucztował już między olimpijczykami, ale sam nie śmiał zasiąść z nimi jak równy z równym. Nie wiadomo, jak zareagowaliby na taką pychę. Stanął więc jedynie pośrodku stołu, w otworze, jaki miewają takie meble, a już z całą pewnością te najsłynniejsze. Wzniósł w górę złoty kielich.
„O wspaniali!” – zaczął Midas. – „Wielcy bogowie wiecznej wojny. Wylewam tę obiatę ku waszej chwale.” I faktycznie dopełnił tego pradawnego rytuału, który już tysiące lat temu inicjował uczty. Podłoga u jego stóp zaczerwieniła się. Goście również unieśli swoje puchary. Ich zawartości wlali jednak w siebie również ku własnej chwale. I wtedy rozpętało się piekło. Bogowie rozbiegli się po sali, chwytając się za gardła. Ci, którzy jeszcze mogli, darli się w niebogłosy. Odyn doturlał się do Midasa.
Jedną dłoń zaciskał na szyi, drugą wyciągnął w jego stronę, chcąc wykonać podobny ruch. Król tylko uśmiechnął się, gdy zobaczył, że wargi olimpijczyka zmieniają kolor. Były złote. Szlachetna barwa zaczęła, niczym zaraza, rozprzestrzeniać się po całej twarzy. „Tak, oto krew moja, jak ktoś kiedyś powiedział. Zabawne, że również miał na myśli wino.” Odyn wpatrywał się weń oczami pełnymi strachu. Czy to ból, czy perspektywa tak tajemnej dla niego śmierci go przerażała? Nie mógł powiedzieć. Metalowe struny głosowe nie drgały zbyt dobrze.
[05:34:57] - Spytałbyś może dlaczego? Albo może jak? Cząstka mojej krwi w winie. Zaskakujące, że wasze błogosławieństwo tak słabo działa na płyny. Dlaczego to już dobrze wiesz. Nie będziemy dłużej waszym bydłem zabijanym dla uciechy. Jeszcze parę wojen, naprawię świat, a wtedy zapanuje pokój. Boskie spojrzenie powoli się zmieniało. Z niepokoju przeszło w szyderę. Myślisz, że będzie inaczej?
No cóż, zobaczymy. Przynajmniej ja. Przestali się rzucać. Midas został sam w pokoju pełnym groteskowo wykrzywionych złotych pomników. Minęły tysiące lat, ale plan Midasa powiódł się. Nie było już wojen ani rozlewu krwi. Wystarczyło tylko parę małych wojenek. Król wstał ze swojego tronu ukutego z bogów ucztujących z nim tego pamiętnego dnia, zdejmując wcześniej nogi z podnóżka, za który służył mu Odyn. Wyszedł na balkon i podziwiał świat, który stworzył. Złote posągi aż po horyzont i nikogo, kto mogłoby rozlać krew.
Marek Kolender, Leśnica, grudzień 2021 roku.
[05:36:33] - Proszę państwa, proszę państwa i to już koniec. Koniec kolejnego Bibliotekarium. Pięknie państwu dziękuję, że dotrwaliście do tej pory. Albo może nie. Czuję się w jakiś sposób, popełniam faux pas. Ja państwu dziękuję, że chociaż w części tej audycji uczestniczyliście, bo zdaję sobie sprawę, że ten maraton, który państwu funduję, ma różne smaki i nie każdemu wszystkie te smaki odpowiadają. W związku z tym nie czuję się dotknięty, jeśli w pewnym momencie państwo odpadają od audycji albo wracają do niej na przykład po iluś tam minutach, bo mija ta część, która państwu nie leży. Z tego również się cieszę, że dokonujecie państwo wyborów, że towarzyszycie audycji Bibliotekarium 2.0. O jednym mogę państwa zapewnić. Za tydzień kolejne Bibliotekarium 2.0 i zrobię wszystko, żeby to kolejne wydanie było ciekawe.
Mam nadzieję, że to dzisiejsze ciekawe było. A za tydzień słyszymy się na antenie Radia Paranormalium. A potem? Potem i w Paranormalium, i w Bibliotekarium. Pięknie państwu dziękuję. Życzę dobrej nocy i w ogóle wszystkiego dobrego państwu życzę. Do usłyszenia.
[05:38:04] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze Marek Żelkowski, gospodarz AWF. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.