[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji.
[00:15] - Mole książkowe i filmowe, wystąp! Wszyscy na miejscu? To dobrze, bo właśnie teraz zaczynamy kolejne spotkanie w Bibliotekarium Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:40] - Dzień dobry wieczór państwu. Ja nie wiem, jak to jest u państwa, ale jak ja zaczynam popadać w jakąś rutynę, to dosyć szybko dochodzę do wniosku, że nie ma nic nudniejszego i nic takiego niefajnego niż rutyna. Później szybko to zmieniam. Mam wrażenie, nieodparte, że zaczynamy popadać trochę w rutynę, jeśli chodzi o Bibliotekarium 2.0. No bo cóż teraz będzie, proszę państwa? Teraz oczywiście będą polecanki, zapowiedzi książkowe. Potem oczywiście będzie cykl zwany „Korepetycje filozoficzne”. Trochę to chyba nudne. To znaczy na tej zasadzie, że powtarzalne. Już zaczynam kombinować, jak to troszeczkę zmienić, jak to przepoczwarzyć, jak sprawić, że ten uporządkowany, fajny świat stanie się przynajmniej na chwilę chaosem.
Jeszcze dobrego pomysłu nie mam. W związku z tym pójdźmy starym, przetartym śladem i zacznijmy od polecanek książkowych, od zapowiedzi książkowych. Dzisiaj bierzemy na tapet wydawnictwo Zysk i Spółka. Tym razem tylko jedna pozycja, ale za to myślę, że znacząca. To zakończenie trzytomowego cyklu. W związku z tym chyba warto sięgnąć, a już na pewno sięgnąć muszą ci, którzy przeczytali pierwsze dwa tomy. Pozycja ukaże się 12 marca tego roku. Nosi ona tytuł „Krew wilka. Dzieci starych bogów”. Autorką jest Agnieszka Miela.
Cóż czytamy na temat owej książki? Gorsze od milczenia bogów jest czas, gdy ponownie przemówią. Ziemie Keraholory — strasznie trudna nazwa — pogrążają się w mroku. Karmazynowe Bractwo, ślepo posłuszne woli Jarlego, nieświadomie realizuje jego plan, przyspieszając moment uwolnienia się Fenrira. Wystarczy jeszcze, by żyjący w przejściu pokierował odpowiednią mocą ziaren, a świat, który wszyscy tak dobrze znali, na zawsze odmieni swoje oblicze. Heine i Bertram muszą ostatecznie zmierzyć się z przeznaczeniem, którego nici upletli dla nich starzy bogowie. Tym razem nie mogą już przed tym uciec, a za każdą z podjętych przez siebie decyzji przyjdzie im zapłacić najwyższą cenę. Jak wiele będą gotowi poświęcić, by zawalczyć o to, co dla nich najważniejsze i jaką rolę odegra w tym Catbad? Nadchodzi czas, kiedy ten, którego nazywają tchórzem, będzie zmuszony opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu. Demony zaś odkryją przed ludźmi swe prawdziwe oblicze.
Zbliża się era nowych bogów. To jest, proszę państwa, zwieńczenie trylogii „Dzieci starych bogów”. Tom ostatni, tom, w którym pewne zawiązane wcześniej intrygi, pewne zaplecione intrygi, te wydarzenia tu się rozwiążą. Czy będzie ciekawie? Tego nie wiem, bo to zapowiedzi. Nie znam tej książki, ale jeśli ktoś czytał pierwsze tomy, to proszę państwa, nadchodzi czas, kiedy wszystko się rozegra, kiedy wszystko się okaże. Przypominam, ten tom ukaże się 12 marca 2024 roku. Proszę państwa, teraz czas na korepetycje filozoficzne i przyznam się państwu, ostatnie dwa wydania Bibliotekarium 2.0 to było odwołanie się do mojego jak najbardziej prywatnego kanału zatytułowanego „Wehikuł wyobraźni”. Dzisiaj po raz trzeci i po raz ostatni zapraszam państwa bardzo serdecznie na ten kanał, a tytułem zaproszenia serwuję państwu opowieść, którą na tym kanale również znajdziecie. Tym razem jest to opowieść o wszechświatach Everetta.
O co chodzi? Otóż bardzo często zastanawiano się, jak to jest z fizyką kwantową, jak to jest, że to, co obserwujemy w świecie kwantowym, nie do końca odpowiada temu, co obserwujemy w świecie realnym, fizycznym, który my obserwujemy. Everett, Hugh Everett III chciał na to pytanie odpowiedzieć i w jakimś tam stopniu oczywiście odpowiedział, ale przy okazji stworzył hipotezę wieloświata. Ona odpowiada między innymi na pytanie, dlaczego tak bardzo różni się świat, który obserwujemy Od świata kwantów. Według Everetta tak bardzo się nie różni, tylko my mamy wgląd w pewną część owego świata kwantów. Czyli w momencie, kiedy dokonywany jest wybór, chociażby ten sławny wybór z kotem Schrödingera, że on jest i martwy, i żywy jednocześnie, to hipoteza Everetta mówi o tym, dlaczego tak jest i że w tym momencie świat się dzieli. W jednym świecie, wszechświecie nawet, kot żyje, w drugim nie żyje. I w związku z tym cały problem z kotem Schrödingera jest pozorny. Wiem, namieszałem i to bardzo mocno. Myślę, że warto posłuchać tego podcastu, który jest jednocześnie zaproszeniem na kanał Wehikuł Wyobraźni.
A zatem żeglujcie państwo w tamtą stronę. Tam jest już w tej chwili całkiem sporo różnych, myślę, że ciekawych filmów. Bardziej podcastów. Dobrze, niech będzie podcastów. W każdym razie myślę, że jest ciekawie, a w każdym razie bywa ciekawie. A teraz zapraszam państwa na omówienie wszechświatów Everetta. Będzie i filozoficznie, i fizycznie, i chyba trochę do pomyślenia, i to na dłużej. Zapraszam. W języku angielskim przedrostek uni oznacza jedyny, a multi wiele. Stąd też universe oznacza jedyny świat, a multiverse wieloświat.
Polska nazwa wszechświaty równoległe zawiera w sobie błąd semantyczny i dlatego została zastąpiona określeniem wieloświat. W artykule Tadeusza Pabajana „Teoria wielu światów. Nauka czy filozofia?” czytamy: „Współczesna nauka uczy pokory. Nie tylko dlatego, że pozwala się przekonać, z jak wielką starannością wszechświat strzeże swoich tajemnic, a każda uzyskana odpowiedź na postawione pytanie generuje dziesiątki nowych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Nauka uczy pokory, ponieważ dostarcza argumentów za tym, że świat, w którym żyjemy, nie jest skrojony na naszą miarę. Odkrywane przez naukę obszary fizycznej rzeczywistości, które różnią się od świata znanego z codziennego doświadczenia o wiele rzędów wielkości, a o istnieniu których ludzkość nie miała pojęcia przez większą część swojej historii, muszą budzić respekt. Prawdziwym powodem frustracji nie jest jednakże samo istnienie tego typu obszarów, ale to, że prawie wcale nie znajduje w nich zastosowania kategoria zdrowego rozsądku, która umożliwia zrozumienie reguł, w oparciu o które funkcjonuje świat makroskopowy. Teorie naukowe, które opisują fizyczną rzeczywistość na poziomie niedostępnym dla zmysłów człowieka, najczęściej nie posiadają naturalnej, zdroworozsądkowej interpretacji. Nie posiadają, ponieważ język matematyki, który pozwala precyzyjnie opisywać odpowiednie fragmenty wewnętrznej struktury tej rzeczywistości, nie znajduje prostego przełożenia na zdroworozsądkowe kategorie języka potocznego. Nic dziwnego, że interpretacje tego typu teorii nie są ani jednoznaczne, ani oczywiste, a obraz świata, jaki z nich się wyłania, bardzo często jest dziwny i zagadkowy.
Zgodność z matematyczną strukturą teorii przemawia za tym, by takich interpretacji nie przekreślać jedynie z tego powodu, że są sprzeczne z intuicyjnym wyobrażeniem na temat tego, jak świat powinien wyglądać. To właśnie dlatego wielu fizyków poważnie rozważa dzisiaj hipotezy i teorie, które jeszcze niedawno wydawały się zupełnie absurdalne, ponieważ całkowicie zaprzeczały intuicji. Intuicji wykształconej na zdroworozsądkowym podejściu do świata. Przykładem tego typu koncepcji jest teoria wielu światów.” Koniec cytatu. Szanowni Państwo, witam bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Dzisiaj porozmawiamy o wieloświecie albo właściwie wielow wszechświecie Everetta. Teoria, którą sformułował ten uczony, jest bardzo ważna. Pozwala bowiem przełamać pewne wątpliwości, które w bardzo wielu ludziach budzi teoria kwantowa. Nie twierdzę, że Everett dał odpowiedź na wszystkie możliwe nasuwające się pytania dotyczące tego, jak zachowują się cząstki w superpozycji i jakie są konsekwencje tego rodzaju stanów. O tym za chwilę.
Chciałbym jednak na początku zaprosić państwa do wielkiej przygody. Wieloświat Everetta czy światy Everetta to jest pewien krok na drodze zrozumienia tego, jak skomplikowaną materią jest wszechświat. Chociaż właściwie powinienem powiedzieć coś innego.
[12:05] - ... iż Wszechświat jest, zdaje się, znacznie bardziej skomplikowaną machiną, niż nam się do tej pory wydawało. Dzisiejsza audycja dotyczyć będzie spraw dosyć skomplikowanych, a mianowicie fizyki kwantowej. Tak jak usłyszycie to Państwo w jednym z cytatów, fizycy są bardzo sceptyczni, jeśli chodzi o możliwość zrozumienia fizyki kwantowej. Może nie jest aż tak źle, ale pozwolę sobie dzisiaj niektóre tezy powtarzać kilka razy. Może dzięki temu łatwiej będzie ogarnąć dosyć skomplikowaną materię, w jakiej poruszał się Everett. A my poznając jego teorię wieloświata, będziemy musieli poruszać się razem z nim. Co wcale nie oznacza, że ja przypisuję sobie rozumienie teorii kwantowej. O nie. Ja tylko mam nadzieję, że rozumiem ją na tyle, aby móc się podzielić z Państwem owocami pewnych przemyśleń.
Jednym z naukowców, który już w latach 50. zakładał, iż multiwersum jest realną alternatywą o charakterze naukowym, był Hugh Everett III. Urodził się 11 listopada 1930 roku, zmarł 19 lipca 1982. Był amerykańskim fizykiem, który opracował kwantową teorię wielu światów. Ale fizykę porzucił właściwie tuż po obronie pracy doktorskiej, bowiem jego teorie zostały przyjęte niezbyt przychylnie przez środowisko naukowe. Wręcz musiał się zmierzyć z krytyką ocierającą się o, powiedzielibyśmy dzisiaj, ostry hejt. Tak. Kiedy powiedziałem o tym, że zostały przyjęte niezbyt przychylnie, to było pewne niedopowiedzenie, bo w rzeczywistości został dojechany za tę swoją koncepcję. Pracował potem między innymi dla wojska jako analityk do spraw systemów obrony, przetwarzania danych, a w tak zwanym międzyczasie jedną ze swoich teorii wykorzystał do analizy zmian cen na giełdzie. Poza tym Hugh Everett III był typowym antybohaterem.
Pił nałogowo, palił nałogowo, jadł byle co. Był skrajnym egocentrykiem. Dla swoich dzieci był ojcem emocjonalnie niedostępnym. Po prostu jednym z mebli przy stole. A jakby tego wszystkiego było mało, wyznawał daleko posunięty solipsyzm. Przypomnę solipsyzm od łacińskiego solus – jedyny, ipse – sam. Solipsyzm to taki pogląd, który głosi, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający. Cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń. Wszystkie obiekty, ludzie etc., których doświadcza jednostka, są tylko częściami umysłu tejże jednostki, podmiotu poznającego. Mamy więc w wykonaniu tej jednostki subiektywno-idealistyczny ogląd świata i to w pełnej krasie.
Za twórcę owego poglądu, znaczy się solipsyzmu, uznaje się Gorgiasza, sofistę żyjącego na przełomie V i IV wieku przed naszą erą, który w dziele „O naturze albo o niebycie” napisał: „Nic nie istnieje. Nawet gdyby coś istniało, nikt nie mógłby o tym wiedzieć. Nawet gdyby ktoś o tym wiedział, nie mógłby tego nikomu zakomunikować”. Nad solipsyzmem kiedyś jeszcze się pochylimy, bo to temat rozległy. Na razie wróćmy do Hugh Everetta III. Jak już Państwo usłyszeli wcześniej, był to człowiek interesujący. Użyjmy takiego właśnie eufemizmu. Ale był także człowiekiem ze złymi doświadczeniami, jeśli chodzi o tak zwane środowisko naukowe. Już o tym wspominałem. Wspominałem, że jego oryginalny pomysł, w jaki sposób zajmować się mechaniką kwantową, aby nie dostrzegać w niej wyłącznie gąszcza paradoksów, został potraktowany niechętnie przez utytułowanych fizyków.
O co chodziło? Otóż XX-wieczni fizycy wiedzieli, że cząstki lub ich zbiory mogą istnieć w tak zwanej superpozycji stanów. Dotyczy to na przykład położenia czy prędkości. Chodzi o to, że te cząstki lub ich zbiory mogą być niejako na przykład jednocześnie tu i tam lub jednocześnie być szybkie i powolne. Wrócimy jeszcze do problemu superpozycji za momencik. Fizycy nie mieli jednak pojęcia, jaki obraz świata wyłania się z tego stanu nieokreśloności. Owe stany dotyczyły bowiem Świata subatomowego. W życiu codziennym, naszym, makroskopowym podobne zjawiska nie mają miejsca. Moneta spada albo na orła, albo na reszkę. Nie może spaść na obie strony jednocześnie.
Większość badaczy wybierała drogę pozytywizmu logicznego, a zatem rejestrowała dane pojawiające się w wyniku doświadczeń, ale nie wdawała się w filozofowanie. W tworzenie obrazu całościowego. Całościowego obrazu świata. To tak zwana interpretacja kopenhaska. Aby sprawę nieco rozjaśnić, zacytuję Państwu fragment artykułu Piotra Lipskiego „Równoległa rzeczywistość”, który ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2022 roku. „Erwin Schrödinger, jeden z twórców mechaniki kwantowej, opisał w 1935 roku eksperyment myślowy, za pomocą którego chciał unaocznić dziwne własności układów kwantowych. Wyobraź sobie, czytelniku, kota, który znajduje się w odizolowanym pomieszczeniu. Wraz z kotem w pomieszczeniu umieszczono fiolkę trucizny, atom radioaktywnej substancji o znanym okresie połowicznego rozpadu oraz zmyślny mechanizm łączący jedno z drugim”. Przerwę na chwilę lekturę artykułu i coś dopowiem. Przypomnę, że czas połowicznego rozpadu, zaniku to czas, w którym liczba nietrwałych obiektów lub stanów zmniejsza się o połowę.
Co ważne, nie możemy być pewni, czy ten atom z przykładu podanego w artykule pana Piotra Lipskiego będzie tym, który się rozpadnie, czy też tym, który rozpadowi nie ulegnie. Myślę, że warto o tym pamiętać. Wróćmy teraz do artykułu. „Jeśli atom ulegnie rozpadowi, mechanizm stłucze fiolkę i uwolni truciznę, która zabije kota. Jeśli nie rozpadnie się, fiolka pozostanie cała, a kot żywy. Gdy po wspomnianym okresie rozpadu zajrzymy do pomieszczenia, to zauważymy albo martwego kota, albo żywego, co będzie oznaczało odpowiednio albo rozpad atomu, albo brak rozpadu. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że nawet gdybyśmy nie zajrzeli do środka, to kot i tak byłby albo martwy, albo żywy. Atom albo uległby rozpadowi, albo nie. Matematyczny opis mechaniki kwantowej sugeruje jednak, że dopóki nie dokonamy obserwacji, sytuacja jest dziwnie odmienna. Atom znajduje się wówczas w tak zwanej superpozycji wspomnianych stanów.
Jednocześnie rozpada się i nie rozpada się. Dopiero obserwacja redukuje superpozycję możliwych stanów do jednego z nich. Ponieważ stan kota jest bezpośrednio zależny od stanu atomu, zatem również kot przed otworzeniem pomieszczenia nie powinien być ani żywy, ani martwy po prostu, ale raczej żywy i martwy jednocześnie. Dopiero obserwacja redukuje ten dziwny stan do jednej z opcji. Niestety niemożliwe jest bezpośrednie obserwowanie układów w stanie superpozycji. Obserwowane układy są zawsze zredukowane i to właśnie jest źródłem różnych interpretacji mechaniki kwantowej. Więcej na ten temat znajdziecie Państwo w artykule T. Bigaja we wspomnianym numerze dwumiesięcznika „Filozofuj”. Według interpretacji zaproponowanej przez Hugh Everetta w momencie obserwacji świat rozszczepia się na tyle różnych światów, ile jest możliwych wyników obserwacji. W każdym świecie realizuje się inny wariant.
W przypadku kota świat dzieli się na dwa. W jednym kot żyje, w drugim nie. Oba są równie realne, choć całkowicie od siebie odseparowane”. Tu koniec cytatu. Interpretacja kopenhaska funkcji falowej jest interpretacją probabilistyczną, znaczy związaną z prawdopodobieństwem. Ja Państwu ją odczytam, ale się proszę mocno trzymać i jeśli czegoś Państwo nie zrozumiecie, to proszę zupełnie nie mieć do siebie pretensji. Zanim Państwu tę interpretację odczytam, to powiem, że Everett określał tę interpretację mechaniki kwantowej mianem monstrum. Więc już wiecie Państwo, czego możecie się spodziewać. Otóż według interpretacji kopenhaskiej gęstość prawdopodobieństwa znalezienia cząstki w danym punkcie jest równa kwadratowi modułu funkcji falowej pomnożonej przez jej sprzężenie w tym punkcie. Warto podkreślić, że abstrakcyjność tej interpretacji jest tak duża, że nawet Wikipedia podkreśla, cytuję: „Interpretacja kopenhaska nie jest jedyną możliwą interpretacją.
Alternatywy to między innymi teorie zmiennych ukrytych, na przykład teoria De Broglie'a–Bohma oraz hipoteza wieloświata Hugh Everetta czy dekoherencja kwantowa. Dyskusja na ten temat ujawnia ciekawe problemy na styku fizyki i filozofii nauki”. Koniec cytatu z Wikipedii. A co mówił o sprawie Everett? Zamiast superpozycji proponował bifurkację, rozdwojenie stanów równowagi. O tym mówił cytowany artykuł z dwumiesięcznika „Filozofuj”. A zatem Everett mówił o bifurkacji funkcji falowej, co w potocznym języku można tłumaczyć jako rozgałęzienie się świata na równoległe ścieżki. Ścieżki, w których realizowane są wszystkie możliwe jego ewolucje. A zatem pojawiają się nazwy takie jak multiwers, multiwszechświat, kwantowy wieloświat. Zacytujmy fragment artykułu Deana W.
Zimmermana „Naukowa kosmologia. Problem zła.” Artykuł w przekładzie Michała Buraczewskiego. Tekst ten pojawił się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2018 roku. Kwantowa hipoteza wielu światów powstała ze względu na problemy mechaniki kwantowej. Równanie Schrödingera, podstawowe prawo teorii kwantów to opis ewoluujących stanów cząstek. Jednak pewne stany, które ono przewiduje, są kombinacjami, superpozycjami stanów niekompatybilnych, nieprzystawalnych, niezgodnych. Jak na przykład orzeł i reszka wypadające jednocześnie w rzucie monetą. Można się zastanawiać, jak wyjaśnić fakt, że nigdy nie obserwujemy stanów niekompatybilnych, a tylko orła bądź reszkę. Teoretycy często odpowiadają, że równanie Schrödingera nie opisuje wszystkiego i dodają proces nazywany kolapsem funkcji falowej, który daje określony wynik orzeł albo reszka. Od siebie dodam, że ów kolaps ma miejsce w makroświecie, w świecie wielkich obiektów, takich jak człowiek, dom, samochód czy moneta.
Superpozycje charakterystyczne są natomiast dla mikroświata. Cytuję dalej artykuł Deana W. Zimmermana. W latach 50. ubiegłego wieku Everett zaproponował śmiałą alternatywę. Zamiast kolapsów jego teoria zawiera tezę, że wszystkie części tych połączonych superponowanych stanów są częściami równie realnych, choć względnie izolowanych światów, co stosuje się nie tylko do rzutów monetą, ale do wszystkich stanów fizycznych. Są więc takie całkowite kopie wszechświata, w których w rzucie monetą wypadnie orzeł. Są też takie, w których wypadnie reszka. Są wszechświaty, w których ktoś zdąży na pociąg i przyjedzie punktualnie do pracy i są takie, w których mu się to nie uda i tak dalej. Te drobne różnice stwarzają liczne, częściowo identyczne wszechświaty, które rozgałęziają się z pewnego stanu początkowego, tworząc wielkie drzewo świata.
Koniec cytatu. Zanim przejdziemy dalej, wspomnę tylko, że cały tekst Deana W. Zimmermana pojawi się niedługo na kanale Wehikuł Wyobraźni w wersji audio. Dla miłośników fantastyki naukowej Everett pozostaje bohaterem, który wymyślił kwantową teorię wielu wszechświatów. Jak już mówiłem, losy Evereta w naszej odnodze wszechświata nie były wesołe. On sam był człowiekiem, który został niedoceniony. A jeżeli teoria wielu światów opracowana przez niego w połowie lat 50. jest poprawna, to w jego życiu było tak wiele różnych zwrotów, iż z pewnością przynajmniej w jednym z wszechświatów został doceniony. Wieloświat Evereta stał się przełomem w interpretacji zasad działania mechaniki kwantowej, ale koncepcja ta nawet obecnie nie jest powszechnie akceptowana. A teraz odrobina historii.
Wszystko zaczęło się od szalonego pomysłu, jak pisze w swoim artykule Peter Byrne. Pewnej nocy w 1954 roku, po jednej lub dwóch szklaneczkach sherry, Everett i jego kompan z roku Charles Misner oraz zagraniczny gość Aage Petersen, asystent Nielsa Bohra, wymyślali różne szalone konsekwencje mechaniki kwantowej. I właśnie podczas tego spotkania Everettowi przyszedł do głowy pomysł teorii wielu światów, który w ciągu kilku następnych tygodni rozwinął w swojej rozprawie doktorskiej. Ale gdy ją przedstawił promotorowi, ten nakazał mu wycięcie większości z jej objętości. Także to, co przedstawił na obronie, było zaledwie cieniem pierwotnej rozprawy. Everett zmierzył się ze znanym problemem pomiaru w mechanice kwantowej, który trapił fizyków od początku lat 20. Mówiąc w wielkim skrócie, chodzi o sprzeczność, która pojawia się, gdy cząstki elementarne, takie jak elektrony i fotony, oddziałują na mikroskopowym, kwantowym poziomie rzeczywistości. I co się dzieje, gdy są mierzone, obserwowane z klasycznego poziomu makroskopowego? W kwantowym świecie cząstka elementarna lub zbiór takich cząstek może istnieć w superpozycji dwóch lub więcej stanów. Na przykład elektron może być w superpozycji różnych położeń, prędkości i orientacji swojego spinu.
I zawsze mierząc jedną z tych wielkości otrzymamy konkretny wynik. Dokładnie jeden z elementów Tej superpozycji, ale nie ich kombinacja. Nigdy też nie zobaczymy superpozycji makroskopowych obiektów. Problem pomiaru sprowadza się do pytania jak i dlaczego jednoznaczny świat naszych wrażeń wyłania się z wielu możliwości dostępnych jako elementy świata kwantowego? Aby poradzić sobie z problemem pomiaru wielu twórców mechaniki kwantowej, szczególnie Bohr, Werner Heisenberg i John von Neumann zgodziło się na jedną z interpretacji mechaniki kwantowej, znaną jako przytaczana już interpretacja kopenhaska. Ten model rzeczywistości postuluje, że mechanika świata kwantowego redukuje się do klasycznie obserwowanych zjawisk. To podejście wyróżnia zewnętrznego obserwatora, umiejscawiając go w klasycznym świecie, który jest odmienny od kwantowego świata obserwowanego obiektu. Chociaż zwolennicy interpretacji kopenhaskiej nie byli w stanie wyjaśnić natury granicy między światem kwantowym i klasycznym, to jednak wykorzystywali mechanikę kwantową i to z dużym powodzeniem. Kilka pokoleń fizyków uczono, że równania mechaniki kwantowej działają tylko w jednej części rzeczywistości. W mikroświecie natomiast nie obowiązują w innej, w makroświecie.
I to większości fizyków w zupełności wystarczyło. I mam wrażenie, że dalej im wystarcza. Everett połączył świat mikroskopowy z makroskopowym. Obserwatora uczynił integralną częścią układu podlegającego obserwacji oraz wprowadził uniwersalną funkcję falową, która łączy obserwatorów i obiekty jako części jednego układu kwantowego. Opisywał makroskopowy świat za pomocą mechaniki kwantowej i uważał, że również duże obiekty istnieją w kwantowej superpozycji. W przeciwieństwie do Bohra i Heisenberga nie był zmuszony do wprowadzania nieciągłej redukcji funkcji falowej. W jakim celu dręczę Państwa opowieściami o fizyce? Chodziło o stworzenie pewnej podbudowy do tego, o czym opowiem za chwilę. Ale ponieważ są zdolniejsi ode mnie, to posłużę się cytatem ze strony Kosmiczne Podróże Orland Krzyżanowski. W tekście „Gdy wszechświat to za mało.
Koncepcja wieloświatów Everetta” czytamy: „Zdarzyło się zapewne niejednej osobie wydarzenie, które miało bezpośredni wpływ na nasze życie, a jednocześnie szanse takiego splotu okoliczności, logicznie myśląc, wydawały się absurdalnie małe. Po wyjątkowo nieudanym dniu wracam do domu. Okazuje się, że na domiar złego zgubiłem klucze od mieszkania. Ślusarz może przyjechać dopiero za kilka godzin. Z braku pomysłu idę poczekać do pobliskiej kawiarni. Nigdy tam nie byłem, bo nawet nie lubię kawy. Po kilku latach zastanawiałem się razem z żoną przy kieliszku wina, jakie były szanse na to, że tam się poznamy, a jak mało brakowało i nigdy byśmy się nie spotkali. Myślę, że wszyscy mamy parę podobnych epizodów w życiu. I gdzieś tam kiełkuje podstawowe pytanie dlaczego akurat mnie? Kwantowa odpowiedź.
Jeśli odpowiedź na ostatnie pytanie w stylu mam szczęście lub mam pecha to za mało. Zaczynamy szukać innego rozwiązania. W końcu jest duża szansa, że trafimy na kwantową teorię wielu światów skonstruowaną przez fizyka Hugh Everetta. Dojście do tej postaci zajęło trochę czasu, gdyż jego teorie były ostro krytykowane przez środowiska naukowe, w tym przez niekwestionowanego ojca mechaniki kwantowej Nielsa Bohra. Pamiętajmy jednak, że ten ostatni był krytykowany przez Alberta Einsteina, który przez długi czas kwestionował fizykę kwantową w całości. Stąd cytat Bóg nie gra w kości. Tak ustosunkowywał się do koncepcji stanów splątanych, dzisiaj istniejących w pełni legalnie. Wielki uczony uznał również, że teoria kwantowa jest po prostu brzydka. Przerwę na chwilę cytat. Swoją drogą zbieżność sądów.
Einstein mówiący o brzydocie i Everett mówiący o interpretacji kopenhaskiej jako o monstrum. Da się zauważyć pewną zbieżność. Wróćmy jednak do cytatu ze strony Kosmiczne Podróże Orland Krzyżanowski. Wszechświat to za mało. Koncepcja wieloświatów. Co nam daje teoria wieloświatów? Najprostszą, a przy tym najbardziej celną odpowiedzią byłoby prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś wydarzenia rośnie wraz z ilością podjętych prób. W skali makro obrazuje to szanse na powstanie wszechświata, gdyby miało się to odbyć tylko raz. Kosmos jest cudowny, ale jest taki dlatego, że niesamowita ilość niezależnych czynników zaistniała, reagowała ze sobą i dała efekty, jakie widzimy oraz jeszcze więcej efektów, których nie widzimy. Od galaktyk, gwiazd, planet po człowieka, naszą świadomość i świat mikroskopowy.
Szansa zatem, że tak skomplikowany świat odpaliłby od jednego wybuchu, była tak astronomicznie mała- Że Everett doszedł do wniosku, że prób musiało być odpowiednio dużo i to jednocześnie występujących. Miliony milionów wielkich wybuchów. I gdzieś tam wszystko wyszło jak należy. Konkretnie tutaj oczywiście. Przechodząc do sedna. Wieloświatowa interpretacja mechaniki kwantowej zakłada, że wszystko może się zdarzyć i zdarza się jednocześnie w kolejnych rzeczywistościach, które rozgałęziają się na podobieństwo drzewa przy każdej podjętej decyzji lub wypadku losowym. Everett zakłada, że każdy stan superpozycji, czyli stan, w którym coś istnieje i nie istnieje jednocześnie. Porzućmy logikę, drodzy czytelnicy. To teoria kwantowa. Więc ten stan superpozycji jest jednakowo prawdopodobny i zdarza się równolegle.
Nieustannie powstają w przestrzeni nowe wszechświaty. Za każdym razem, gdy pojawia się we wszechświecie wybór na poziomie podstawowym, jak i wysoko zorganizowanym. Gdy dana cząstka może poruszyć się kilkoma drogami, powstaje tyle nowych wszechświatów, ile jest możliwych dróg, a w każdym z nich cząsteczka porusza się po innej drodze. W takim wypadku, gdy postanowiłem udać się do kawiarni, zaistniał wszechświat, w którym pomyślałem, że poczekam przed domem i poczytam oraz zaistniał wszechświat, w którym przypomniałem sobie, że dziś mam klucze w plecaku, a nie w kieszeni, jak zazwyczaj. Wszedłem do mieszkania, włączyłem telewizor, zastanawiając się, w jaki sposób poznać fajną dziewczynę. Koniec cytatu. Po raz kolejny zacytuję Tadeusza Pabajana i jego tekst. Teoria wielu światów. Nauka czy filozofia? Ceną, jaką należy zapłacić za uporanie się z problemem pomiaru w ramach koncepcji Everetta jest absurdalnie wielka liczba wszechświatów, które pojawiają się za każdym razem, gdy dowolny obserwator dokonuje jakiegokolwiek pomiaru.
Tylko w wyjątkowych sytuacjach i przy wyidealizowanych eksperymentach, na przykład z kotem Schrödingera, wszechświat rozszczepia się na kilka kopii. W większości przypadków pomiar generuje nieskończoną liczbę nowych światów. Funkcja falowa wszechświata najczęściej znajduje się w superpozycji N stanów kwantowych, gdzie N jest liczbą nieskończoną. Everett nie określił precyzyjnie, co należy uważać za pomiar. W przypadku Wszechświata największego z możliwych układów kwantowych samo odróżnienie obserwatora, który wykonuje pomiar i układu obserwowanego, na którym pomiar jest wykonywany, traci sens. Jednakże w teorii tej za każdorazowe rozszczepienie Wszechświata odpowiadają nie pomiary wykonywane na Wszechświecie jako całości, ale jakiekolwiek pomiary wykonywane w obrębie wewnątrz tego mega układu. Jakiego rodzaju muszą to być pomiary? Ścisłe reguły sformułowane w ramach standardowej interpretacji mechaniki kwantowej zostają w tym przypadku uchylone i dlatego pomiar rozumiany jest tu bardzo szeroko, na przykład jako określone oddziaływania pomiędzy fizycznymi układami. Oznacza to, że do rozszczepienia wszechświatów nie jest potrzebny obdarzony świadomością obserwator. Wystarczy normalna, niekontrolowana przez nikogo ewolucja dowolnego atomu w jakimkolwiek miejscu wszechświata.
Wniosku takiego nie sformułował wprost Everett, ale jeden ze zwolenników jego teorii Bryce DeWitt. Właśnie w taki sposób interpretuje mechanizm odpowiedzialny za rozszczepienie światów. Cytat: "Każde przejście kwantowe zachodzące w dowolnej gwieździe, w dowolnej galaktyce, w dowolnym zakątku wszechświata powoduje rozszczepienie naszego lokalnego ziemskiego świata na niezliczone kopie." Koniec cytatu. Nic dziwnego, że przeciętnemu fizykowi robi się słabo na samą myśl o tej teorii. Chociaż Everett nie zajmuje się w swojej teorii ontologią wszechświatów równoległych, to jednak wszystko wskazuje na to, że zakłada on, iż każda z nieskończenie wielu kopii wszechświata, zawierająca jedną z nieskończenie wielu niemal identycznych kopii każdego z mieszkańców planety Ziemi, istnieje w sposób jak najbardziej realny. Z punktu widzenia teorii dowodzi Everett. Wszystkie elementy superpozycji, wszystkie gałęzie są rzeczywiste. Pomiędzy równoległymi światami nie jest możliwa żadna komunikacja. Dlatego mieszkańcy tych światów nie mogą przekonać się o swym istnieniu, co ma tę dobrą stronę, że żyją oni w błogim przekonaniu o swojej niepowtarzalności i nie doświadczają frustrującej schizofrenii. Warto zauważyć, że właśnie w tym miejscu, w którym pojawia się problem realności stanów kwantowych, rozchodzą się interpretacyjne drogi teorii wielu światów i standardowego sformułowania mechaniki kwantowej.
Interpretacja kopenhaska głosi, że przed momentem pomiaru funkcja falowa wszechświata, pozostając w stanie makroskopowej superpozycji, nie opisuje rzeczywistych światów. Ale jedynie światy istniejące potencjalnie. To właśnie pomiar jest tym, co sprawia, że tylko jeden świat uzyskuje fizyczną realność, a wszystkie inne bezpowrotnie znikają, nie doświadczywszy przywileju realnego zaistnienia. Teoria Everetta jest w tym względzie bardziej liberalna. Pozwala istnieć realnie nie tylko jednemu światu, w którym obserwator rejestruje określony wynik własnego pomiaru, ale także wszystkim innym światom odpowiadającym kwantowym stanom składającym się na superpozycję funkcji falowej całego układu przed momentem pomiaru. Żeby uwolnić się od kłopotliwej konieczności podawania technicznych szczegółów mechanizmu podziału, rozszczepienia układu tak wielkiego jak cały wszechświat niektórzy ze zwolenników teorii Everetta, na przykład David Deutsch zakładają, że całkowita liczba wszechświatów jest stała i dlatego podczas pomiaru nie dochodzi do mechanicznego podziału wszechświata, a jedynie pomiędzy odpowiednimi wszechświatami pojawiają się okresowe różnice. Znane ze standardowej interpretacji prawdopodobieństwo otrzymania danego wyniku pomiaru informuje w tym przypadku o tym, w jakiej ilości, w jakim procencie wszechświatów wynik ten zostanie zaobserwowany. Za podobną koncepcją opowiada się Stephen Hawking. Jego zdaniem kwantowy charakter początkowej osobliwości decyduje o tym, że już w pierwszej chwili po Wielkim Wybuchu pojawia się nieskończenie wiele potencjalnie możliwych historii Wszechświata. W momencie dokonywania pomiaru nie następuje zatem mechaniczny podział Wszechświata na kilka podobnych kopii.
Otrzymany wynik oznacza jedynie, że obserwator wybiera jedną z potencjalnych historii wygenerowanych w początkowej osobliwości. A teraz posłuchajmy, co o teorii Everetta mówi Dan W. Zimmerman w artykule „Naukowa kosmologia a problem zła”. Kwantowa hipoteza wielu światów powstała ze względu na problemy mechaniki kwantowej. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku Everett zaproponował śmiałą alternatywę. Zamiast kolapsów jego teoria zawiera tezę, że wszystkie części tych połączonych, superponowanych stanów są częściami równie realnych, choć względnie izolowanych światów, co stosuje się nie tylko do rzutów monetą, ale do wszystkich stanów fizycznych. Są więc takie całkowite kopie wszechświata, w których w rzucie monetą wypadnie orzeł. Są też takie, w których wypadnie reszka. Są wszechświaty, w których ktoś zdąży na pociąg i przyjedzie punktualnie do pracy. Są i takie, w których mu się to nie uda i tak dalej.
Te drobne różnice stwarzają liczne, częściowo identyczne wszechświaty, które rozgałęziają się z pewnego stanu początkowego, tworząc wielkie drzewo świata. Według starszej teorii kwantowej jest niewielkie prawdopodobieństwo, że w przyszłości sprawy potoczą się bardzo źle. Konsekwencją tej teorii jest również to, że patrząc z dowolnego punktu w przeszłości, historia mogła się potoczyć dużo gorzej. Kwantowa teoria wielu światów uznaje, że te możliwości się ziściły. Przewiduje więc, że są odgałęzione wszechświaty, w których sprawy potoczyły się tak źle i jak to możliwe. Wyobraźmy sobie na przykład katastrofę, w wyniku której wszyscy ludzie są głęboko nieszczęśliwi, ale zachowują zdolność do rozmnażania się. Jeśli jest minimalna choćby szansa, iż się ona wydarzy, to istnieje takie odgałęzienie na drzewie świata, w którym sprawy przybierają ten właśnie obrót z pokolenia na pokolenie. Są zatem światy, w których powstanie ludzkości okazuje się zupełną tragedią, a przynajmniej tak się wydaje. Religijny zwolennik Everetta może mieć nadzieję, że Bóg po prostu przycina drzewo i zostawia jedynie te gałęzie, gdzie dobro zwycięża zło. Jak jednak wskazał Jason Turner, filozof z Uniwersytetu Arizony, takie przycinanie narusza równanie Schrödingera.
Jeśli Bóg nie pozwala na powstanie najgorszych wszechświatów, to w takim razie to deterministyczne prawo nie opisuje tak naprawdę ewolucji wszechświata. Nie wystąpią wszystkie stany superponowane, które ono przewiduje, ale tylko te, które Bóg oceni jako wystarczająco dobre. Nawet jeśli argument przycinania nie jest skuteczny, istnieje jeszcze inny powód, aby sądzić, że kwantowa teoria wielu światów nie stanowi poważnego zagrożenia dla wiary w Boga. Wieloświat Everetta to tylko bardzo powiększony świat podobny do naszego. Odkryć, że do niego należymy, to jak dowiedzieć się, że znajdujemy się w świecie z wieloma dodatkowymi, niezamieszkanymi planetami, z których niektóre są gorsze niż najgorsze miejsca na naszej planecie, a inne są lepsze od najlepszych. Nawet najgorsze części wieloświata Everetta są tylko szczególnie paskudnymi odmianami Ziemi. Koniec cytatu. Chciałbym teraz przytoczyć kilka myśli Seana Carrola, fizyka teoretyka pracującego w California Institute of Technology, Caltech. Jest autorem takich książek jak „Stąd do wieczności i z powrotem. Nowa perspektywa o chodzenie życia, świadomości i wszechświata” Oraz „Cząstka na końcu wszechświata”.
Ta ostatnia otrzymała nagrodę Royal Society. W książce Carola „Coś głęboko ukrytego. Światy kwantowe i energia czasoprzestrzeni” możemy przeczytać właśnie o kwantowej teorii wielu światów Hugh Everetta. W przeciwieństwie do interpretacji kopenhaskiej, gdzie cząsteczka w momencie pomiaru losowo wybiera swój stan spośród różnych możliwości, w koncepcji Everetta realizują się wszystkie możliwe scenariusze, każdy z nich w osobnym kwantowym uniwersum. Słuchacze Mindcup wiedzą, że Carol podchodzi do koncepcji Everetta z prawdziwą nabożnością. W swojej książce stara się przekonać do niej czytelników. W warstwie tłumaczenia teorii kwantowego wieloświata trudno książce coś zarzucić. Carol krok po kroku wyjaśnia, na czym ona polega i jakie są jej konsekwencje. Dzięki temu czytelnik może wejść znacznie głębiej w mechanikę kwantową niż przy lekturze znakomitej większości innych książek jej poświęconych. Carol nie ma wątpliwości, że koncepcja Everetta to najprostsze wyjaśnienie.
Zerknijmy na chwilę do literatury pięknej. Pierwszy raz terminu multiverse użył w latach 60. XX wieku brytyjski pisarz science fiction Michael Moorcock. W jednej ze swoich powieści powołał się właśnie na kwantową hipotezę wielu światów amerykańskiego fizyka Hugh Everetta, który sam nazwał ją nieco skomplikowaną nazwą wieloświatowej interpretacji mechaniki kwantowej. I powtórzę to po raz kolejny. Zakładała ona, że wszystko, co się może wydarzyć, na pewno będzie miało miejsce w którejś z odnóg rzeczywistości. Innymi słowy, każdy wybór, którego dokonujemy w życiu, posiada swoje przeciwieństwo, które musi się wydarzyć we wszechświecie równoległym. Warto dodać, że oprócz krytyków Everett miał również zwolenników. Jednym z nich był wspomniany już brytyjski fizyk David Deutsch. Jako pierwszy podszedł on do hipotezy multiwersum poważnie.
Stworzył własną interpretację mechaniki kwantowej, która zakłada, że przestrzeń jest wypełniona nieskończoną ilością wszechświatów, w których robimy to samo, co w naszym wszechświecie lub podejmujemy wybory alternatywne. Istnieją też wszechświaty, w których nigdy nie rozwinęło się życie lub nawet nie powstała materia. Mogą tam panować zupełnie inne prawa fizyki. W artykule „Czy istnieją wszechświaty równoległe?” Paweł Łebkowski napisał: „Większość fizyków i kosmologów podchodzi do teorii wieloświata z dużym dystansem. Uważana była jedynie za pewien eksperyment myślowy, niepoparty żadnymi dowodami materialnymi. Naukowcy ci uważają, że choć można stworzyć matematyczny model wieloświata, nie istnieją żadne potwierdzone dowody na oddziaływania hipotetycznych wszechświatów równoległych z naszym. Naukowcy podkreślali, że żadne ze znanych nam zjawisk nie może być efektem interakcji z rzeczywistością zewnętrzną. A może jednak coś przeoczyliśmy?” Koniec cytatu. A na koniec zacytuję jeszcze jeden fragment artykułu „Czy istnieją wszechświaty równoległe?” Pawła Łebkowskiego, który ukazał się w Rzeczpospolitej. W 2015 roku zespół australijskich naukowców z Uniwersytetu w Brisbane pod kierownictwem profesora Howarda Wisemana przedstawił nową, intrygującą hipotezę wielu interakcyjnych światów.
Jest ona zgodna z kopenhaską interpretacją mechaniki kwantowej. Zakłada, że równoległe wszechświaty są nie tylko prawdziwe, ale występują w tak ogromnej liczbie, że gdybyśmy chcieli zapisać ich liczbę za pomocą jedynki i zer, to tych zer musiałoby być więcej niż wszystkich atomów we wszechświecie. Australijscy naukowcy uważają, że dowodem na istnienie wieloświata są fluktuacje kwantowe, których nie potrafimy wyjaśnić. „Świat, w którym żyjemy, jest tylko jednym z gigantycznej liczby wielu nieznanych nam wszechświatów, z których niektóre są prawie identyczne jak nasz, ale w większości są one od siebie zupełnie różne” – podkreśla profesor Wiseman. Wielki amerykański fizyk i noblista Richard Feynman twierdził, że tak naprawdę nikt nie rozumie mechaniki kwantowej. Szczególną trudność sprawia naukowcom wyjaśnienie fluktuacji kwantowych, czyli bardzo krótkich w czasie i niespodziewanych zmian ilości energii w pewnym punkcie przestrzeni. Mówiąc kolokwialnie, chodzi o wyładowania energetyczne na poziomie atomowym w takim miejscu przestrzeni, gdzie w zasadzie nic nie istnieje. Pojawiają się nagle w czasie Plancka, tworząc wirtualną parę cząstka-antycząstka i równie szybko się anihilują. Niektórzy naukowcy uważają, że te tajemnicze zjawiska mogą być zgodnie z teorią inflacji źródłem początkowej budowy naszego wszechświata. Ta teoria inflacji tłumaczy gwałtowną ekspansję wszechświata po Wielkim Wybuchu.
Jednak standardowa mechanika kwantowa nie dostarcza nam na razie żadnych wyjaśnień tego zjawiska. Profesor Wiseman uważa zatem, że wszystkie obserwowane przez nas zjawiska kwantowe wyrastają tylko i wyłącznie z
[54:51] - Z interakcji pomiędzy światami równoległymi. W dalszej części artykułu czytamy, że kluczem do rozwiązania zagadki wieloświata może być także ciemna energia, tajemnicza siła, która przyspiesza ekspansję Wszechświata. Ale o tym już może innym razem. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Wymagało ono sporo cierpliwości i wytrzymałości na fizyczną nowomowę. Mam jednak nadzieję, że było warto posłuchać o koncepcji Hugh Everetta III, koncepcji wieloświata, a właściwie wielowseszwiata. Jeszcze raz pięknie dziękuję i zapraszam na kolejne odcinki Wehikułu Wyobraźni. Proszę państwa, teraz materiał, który przynajmniej we mnie wzbudza takie uczucia. Czuję się rozedrgany po prostu. W 2022 roku wydarzyła się tragedia.
Maja Kosakowska, znana pisarka, zginęła w pożarze domku letniskowego. Maja Kosakowska to była żona innego znanego pisarza, Jarosława Grzędowicza, autora takich książek, jak chociażby cykl „Pan Lodowego Ogrodu”, cztery tomy, czy też bardzo kontrowersyjnej, moim zdaniem bardzo dobrej książki „Hell 3”. Maja Lidia Kosakowska debiutowała w 1997 roku opowiadaniem „Mucha”. Ono było zamieszczone w czasopiśmie „Feniks”. Później na bazie tego opowiadania powstała jednoaktówka, sztuka teatralna. Ale kariera Mai Lidii Kosakowskiej gnała do przodu. W 2001 roku otrzymała Srebrny Glob w kategorii Opowiadanie Roku za utwór „Beznogi tancerz”, a potem szereg innych nagród zdjęła z półki. Kto ciekawy, niech sobie zajrzy. To w końcu są informacje powszechnie dostępne. Autorka niezwykle sympatyczna, taka, po spotkaniu z którą człowiek nagle zaczynał bardziej się interesować literaturą fantasy.
Mówię to z pewnym uśmiechem, bo wiecie państwo dobrze, że nie jestem miłośnikiem tego rodzaju literatury. A jednak! To nie jest takie mówienie przy okazji czy też mówienie okazjonalne. To było tak, że po spotkaniu na przykład na Sedmiconie jednym, drugim, trzecim, zerkałem później do pozycji, które Maja Lidia Kosakowska polecała. Interesowałem się tym, co mówiła. To była osoba, która po prostu swoją pasją potrafiła zanęcić, zachęcić, żeby zgłębiać temat. I ta informacja w 2022 roku w maju zupełnie niespodziewana. Małżeństwo Jarosława Grzędowicza i Mai Kosakowskiej przygotowywało się właśnie wtedy do udziału w Sedmiconie. Niesamowita, po prostu nie do opisania i tragedia, i wiecie państwo, tak po ludzku po prostu. Jedziecie na spotkanie, chcecie wziąć udział w jakimś konwencie i wiecie, że spotkacie tam swoich dobrych znajomych i dowiadujecie się, że ich tam nie będzie.
Jedno z nich nie przyjedzie, bo po prostu zginęło w pożarze, drugie po prostu nie jest w stanie. Rok później na Sedmiconie odbyło się spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem, w którym on dużo mówi o swojej żonie. Wspomina ją, mówi o tym, co lubiła, czego nie lubiła. Wiecie państwo, warto tego posłuchać. Warto posłuchać tych emocji, które brzmią w głosie Jarosława Grzędowicza. Myślę, że to niezwykłe spotkanie, które warto przeżyć. Warto po prostu przeżyć. Może jego jakość techniczna nie jest idealna, przynajmniej w niektórych momentach, ale i tak warto. Zapraszam państwa zatem na spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem, który wspomina swoją żonę Maję Lidię Kosakowską.
[59:41] - Ja się nazywam Jarek Grzędowicz. Z reguły tutaj w Nidzicy miałem prelekcje związane z tematem książki, którą akurat pisałem. Jak pisałem „Pana Lodowego Ogrodu”, to mówiłem na przykład jednego roku o machinach wojennych i technikach takich pseudoartyleryjskich w średniowieczu, a to o jakichś truciznach i rodzaju broni chemicznej. Zawsze robiłem temat, który był związany z tym, co akurat pisałem. W tej chwili piszę książkę o mojej zmarłej żonie, o Mai Kosakowskiej. Chcę po prostu pokazać wszystkim, jaka była. To znaczy, to będzie trochę coś w rodzaju takiego upamiętnienia, pomnika, czegoś w tym rodzaju, żeby jakby została z nami. To będzie książka o naszym życiu podzielona na takie fragmenty tematyczne. Będzie osobny rozdział o kotach. Będzie o wszystkim tym, co było dla nas obojga ważne.
Będzie o kotach, będzie o podróżach, będzie o naszych marzeniach, będzie o pisaniu. Będzie osobny rozdział o Czechach, które dla nas obojga były bardzo ważne. I o tym wszystkim, co budowało nasze życie. O działce, o zamierzeniach. Mieliśmy jakieś szerokie plany. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Jak wiecie, Maja zginęła w pożarze, który strawił nasz domek. Jak się jest ofiarą pożaru, to oprócz tych rzeczy najważniejszych i najistotniejszych, takich jak najbliższy człowiek, także traci się wszystko. Dobytek po prostu. Nic nie zostaje.
A to oznaczało, że pewnego dnia zorientowałem się, że straciłem także wszystkie zdjęcia, bo przecież spłonął mój aparat, komputer, wszystkie twarde dyski, na których miałem zdjęcia, i że wszystkie wspomnienia i pamiątki wyparowały. To uświadomienie sobie tego, bo nie od razu sobie człowiek zdaje z takich rzeczy sprawę, tylko w pewnym momencie przychodzi do głowy: „Kurwa, nie mam też zdjęć”. Rozesłałem widzi po przyjaciołach i ludzie poszukali w swoich archiwach różnych zdjęć. Mieliśmy takiego przyjaciela, który w ogóle jest fotografem amatorem, co oznacza, że nosi przy sobie aparat i często fotografuje, a on miał działkę tuż obok nas, o 200 metrów. Więc często się spotykaliśmy i czy wychodziliśmy na spacer, czy gdzieś, to z reguły taszczył swój aparat pod pachą. To on mi podesłał zdjęcia. Poza tym już w domu w Warszawie w pewnym momencie znalazłem swój stary aparat fotograficzny. I tam były dwie karty pamięci z jakichś wyjazdów. Oczywiście każdy, kto jest amatorem fotografii, strzela zdjęcia bez opamiętania. W związku z tym trochę ich tam było, bo to się robi po 10 ujęć tego samego, żeby mieć pewność, że wyszło.
Ale zmierzam do tego, że dzięki temu w tej książce będą też zdjęcia. To nie będzie jakaś bardzo opasła książka, bo przecież ja nie wiem, czy w ogóle na coś takiego jest zapotrzebowanie. Ja tę książkę piszę dla siebie i dla świadomości, że coś zostanie, żeby zachować wspomnienia, póki są świeże, różnych bardzo wielu chwil. To nie będzie łatwe. Ja już to robię i to jest takie słodko-gorzkie doświadczenie, bo z jednej strony fakt, że to są wspomnienia i koniec, to jest trudne i bolesne, ale z drugiej strony jest się bardziej obok. I dzięki temu to trochę przynosi ulgę, możliwość przeżycia czegoś na nowo. Jak mówię, to będzie trudne przedsięwzięcie, ale chcę je zrobić. Zapytajcie o coś, bo się zacznę plątać za chwilę. Jest taka możliwość. Nie ogłaszam tego oficjalnie, bo nie wiem, czy to się uda, ale zamierzam uważnie przeczytać wszystkie trzy tomy Takeshi'ego i jeżeli zdołam wymyślić, jak to się powinno skończyć, to postaram się napisać czwarty, finalny tom tak, żeby z tych książek powstała całość.
Postaram się domyślić, jaki był zamysł i go zrealizować. Zobaczymy. Tylko może mi się też nie udać. Może się okazać, że przeczytam trzeci tom, na którym historia się urywa i ni diabła nie wiem, co dalej, dokąd to prowadzi. Ale mam nadzieję, że jednak nie, że jednak zdołam coś wymyślić i zakończyć tę książkę. Ona miała notatki, oczywiście, ale miała te notatki ze sobą, więc nic z nich nie zostało. Kiedyś chciała mi powiedzieć, jak chce to skończyć. Bardzo lubiła rozmawiać, oboje lubiliśmy rozmawiać o swoich książkach, o swoich pomysłach, przedyskutowywać je. I chciała mi powiedzieć, jak to się skończy, a ja się nie zgodziłem, bo powiedziałem, że jak mi teraz to powiesz w skrócie, to potem jak będę to czytał, to nie zdołam ocenić, czy to odpowiednio wyświetliłaś i czy czytelnik, który nie wiedział z góry, jak to się kończy, zrozumie. Chciałem czytać to na świeżo, żeby domyślić się, jak mógłby zareagować zwykły czytelnik.
No i przez to nie poznałem zakończenia. Ale zobaczymy, może je wymyślę.
[01:06:27] - Jarku, a jak wyglądało życie dwojga pisarzy? Takie życie codzienne.
[01:06:33] - Różne aspekty. To znaczy to jest tak: kiedy żyjesz z pisarzem, a sama też jesteś pisarzem, to nie robisz problemów o trudności, które się wiążą z tym zawodem. O to, że żyje się w rodzaju niepewności. To nie jest etat. Pieniądze raz są, raz ich nie ma, raz trzeba na nie poczekać. Po prostu się rozumie tego drugiego człowieka. Nie wyskakuje się z nierealistycznymi oczekiwaniami, że zapewni bezwzględne bezpieczeństwo. Tam to są kwestie od medycznych począwszy, po jakieś podatkowe chociażby. Także tu jest wzajemne zrozumienie i to jest bardzo dobre. Po drugie to są wspólne zainteresowania.
Można siedzieć i godzinami rozmawiać o książkach, o własnych książkach, o tym, jak zrealizować jakiś pomysł. Po prostu rozumiemy się bez słów. Co więcej, możemy sobie poradzić, bo wiemy, o co chodzi. Nie trzeba wykładać całej sytuacji od początku do końca, tylko wystarczy powiedzieć dwa słowa, zapytać o radę i ta druga osoba po prostu wie, o co pytasz, bo też tego doświadczała. To może dotyczyć różnych rzeczy, tego, że człowiek jest niezadowolony z odbioru książki albo z recenzji, albo z czegoś. Cywil powie: „A tam, nie przejmuj się” i już. Natomiast drugi pisarz wie, że to jest czasem trudne, czasami irytujące i tak dalej. Nie trzeba mu tego tłumaczyć. Z drugiej strony nie chcę zabrzmieć górnolotnie, ale pisarz to jest jednak osobowość artystyczna. W związku z tym ze wszystkimi przykrymi konsekwencjami.
To znaczy, nie wiem, czy takie słowo przeemocjonalizowany. W każdym razie zbyt emocjonalny, wrażliwy, reagujący na świat trochę inaczej, na rzeczy, które są nawet gdzieś tam poza nami. I to może stwarzać trudności tego typu, emocjonalne. Mogą się pojawiać sprzeczki z jakichś bzdurnych powodów, mogą być takie stany, że coś nie idzie w pisaniu albo w wymyślaniu i człowiek przez to chodzi podbuzowany cały czas i przygnębiony. Więc to ma i dobre strony i też takie, które wynikają z tego, że żyją obok siebie dwie silne osobowości, więc czasami się ścierają. Zwyczajnie. Bo reagują. To jest piękne na swój sposób. Wyjątkowe. Trudne, ale piękne.
[01:09:50] - Pytanie. Pierwszy raz spotkałem cię, kiedy miałeś premierę „Pary 3O” i żeśmy rozmawiali o tym. Ja zadawałem głupie pytania, ty starałeś się dobrze odpowiedzieć. W każdym razie o to, czy pisarz, to moje pytanie, czy pisarz wyłącznie tylko wymyśla? Czy także może działa na rzecz tego, żeby się wizja sprawdziła lub nie sprawdziła? I mnie się spytałeś, czy ja sobie wyobrażam pisarza na czele komisji sejmowej. Omijamy moje własne doświadczenia, ale ja mam do ciebie takie pytanie: jak ty teraz oceniasz z perspektywy na przykład czasu to, co widziałeś w swoich futurystycznych opowiadaniach lub tych, w których pokazywałeś: to jest zła droga. Jak ty widzisz to, jak świat zmierza i jak na to wszyscy inni reagują. W tym pisarze.
[01:10:46] - Tu się nic nie zmieniło od czasu naszej rozmowy. Uważam, że rola pisarza jest taka sama. Nie mamy możliwości ani sposobu na to, żeby ingerować w przyszłość, czy nawet w teraźniejszość, ale możemy ją komentować. Fantastyka jest takim sposobem mówienia o teraźniejszości, który posługuje się metaforą przyszłości. Po prostu pokazujemy ekstrapolację tego, co dzieje się w tej chwili na naszych oczach. Mówimy: zobaczcie, co z tego wyrośnie, jeżeli to będzie się tak kontynuowało. To jak to będzie wyglądało za 25 lat na przykład. I to pozostało bez zmian. A to, że w pewien taki czy inny sposób część tych moich takich satyriczno-przestrogowych wizji zaczęła się spełniać, to jest mi tylko przykro. Ja bym bardzo chciał, żeby rzeczywistość wyglądała w taki sposób, żeby ludzie mówili: „Widzisz, a ty 10 lat temu twierdziłeś, że będzie tak, a wszystko poszło zupełnie inaczej i jest okej”.
To jest moje marzenie. Ale niestety często mam rację, co mi się wcale nie podoba.
[01:12:06] - Czyli taki stan, który najgorzej jak pisarz w zasadzie tam schroni się w formie takiego błazna. Krytyka trochę rozrywki, ale że świat idzie w tą stronę, że ta krytyka, na której robiono stare rozrywka, ona się nie spełnia i nie spełniają się jej koszmary albo jakieś faty szyby, jakbyśmy powiedzieli.
[01:12:31] - Tak, dokładnie tak. Jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje na wojnie. Mam na myśli rolę dronów, czyli ogólnie rzecz biorąc robotów. Fantastyka przestrzegała przed tym od zarania. I nic. I ludzie dalej brną w rzeczywistość rodem z „Terminatora”, z tego wszystkiego, co przestrzegało przed. Coraz więcej mówi się o sztucznej inteligencji, mimo że Przed tym przestrzegano od wielu lat, odkąd ludzie ogarnęli taki koncept jak sztuczna inteligencja. Od „Odysei kosmicznej”, jeszcze wcześniej. A mimo to, to się dzieje. Sztuczne inteligencje są projektowane.
Na razie ludzie się tym bawią, ale to coraz bardziej się robi niepokojące. Są takie programy w internecie, gdzie można nie tylko prowadzić konwersację, ale zadawać pytania, czasem złożone, a czasem prosić o rady nawet. To zmierza w trochę niebezpieczną stronę.
[01:13:51] - Jak podchodziła Maja?
[01:13:53] - Bardzo podobnie. Myśmy się generalnie zgadzali ze swoim podejściem do fantastyki. Mieliśmy je bardzo podobne. Począwszy od roli warsztatu, jego kształtu. Uważaliśmy, że należy pisać, tu się zaczynają schody, bo można tylko mówić banały. Dobrym językiem, z dobrą metaforyką, z naturalnym dialogiem, z opisem, który podlega pewnym regułom, żeby nie był grafomański albo przerysowany, tylko musi być odpowiednio poprowadzony. Oboje uczyliśmy się na klasycznych książkach amerykańskich XX wieku. Na klasyce, ale też na kryminałach, na książkach sensacyjnych, tych najlepszych, jak Chandler chociażby. Na klasyce takiej jak Vonnegut, jak Dick. Fantastyka.
Chcieliśmy niezależnie od siebie pisać taką fantastykę. Taką, która mogłaby się ukazać w „Astounding” albo w jakiejś amerykańskiej antologii, tak żeby nikt nie widział jakościowej różnicy między tym, co my robimy, a tym, co robili ci najwięksi autorzy. Do tej profetycznej roli fantastyki podchodziła podobnie. Tylko ona miała trochę inne podejście artystyczne. Inne spojrzenie na te same sprawy. Ale w założeniach generalnie się zgadzaliśmy.
[01:15:46] - W dzisiejszej fantastyce widzisz jakieś trendy, o których byś powiedział: „Nie, literaturo fantastyczna, nie idź tą drogą.”?
[01:15:55] - Przede wszystkim widzę we współczesnej literaturze amerykańskiej, że ona idzie drogą propagandy. Nie ma w tej chwili innych wizji przyszłości niż te, które kreśli klimatyzm. Oczywiście, że można pisać taką fantastykę i ona potrafi być dobra, ale jeżeli wszyscy to będą robić, to z tego się zrobi taka papka. Brak różnorodności idei, brak różnych pomysłów, tylko wszyscy na jedno kopyto, na to, co się głosi. I to się zrobi monotonny przekaz propagandowy zamiast różnorodnej literatury. I ten trend mi się niespecjalnie podoba. Nie lubię ujednolicania. Szczególnie myśli, poglądów pod jedną kreskę i koniec. Nie wolno inaczej. A taki proces widzę.
Zresztą Maja też go widziała. Zresztą myśmy tyle rozmawiali i tak często o fantastyce, że wytworzył nam się spójny punkt widzenia. Były aspekty, w których się różniliśmy, czy jakieś oceny, które mieliśmy inne, ale generalnie patrzyliśmy na to podobnie.
[01:17:16] - A jakie były jej ulubione książki?
[01:17:19] - Jak ona nie znosiła tego pytania. To jest tak, że ulubione książki może wymienić ktoś, kto ich przeczytał w życiu dziesięć, a nie tysiące. Bardzo różne. Ja mogę powiedzieć na przykład o tych niektórych, które ona bardzo sobie ceniła, a ja nie lubiłem specjalnie. Ona uwielbiała Gene'a Wolfa. W zasadzie wszystko, co napisał. A do mnie to nie trafia. Ona kochała, w tej chwili mi wyleciał z głowy autor. Chyba się nazywało „Księgi umierającej Ziemi”. Coś takiego.
Tak, Vancé. Do mnie to też nie trafia. W wypadku Wolfa ja na przykład twierdziłem, że on nie kończy swoich książek. One prowadzą z reguły do niczego, do żadnej konkluzji. A Maja na to: „Tak, ale jak on rozumie mentalność człowieka średniowiecza”. Co tam jeszcze było? Ostatnimi czasy jakieś słowo w pamięcią. To też Wolfe, to, co mi się przypomniało. „Pieśń kata” to też Wolfe, prawda? Ona uwielbiała „Pieśń kata”, ja tak średnio.
Ja doceniałem to, że Wolfe pisze dobrze. Natomiast nie podobały mi się jego historie specjalnie. Na pewno nie podobały mi się te zakończenia. Ona uwielbiała całą masę klasyki fantastycznej. Miała wszystko przeczytane od Strugackich przez Bradbury'ego. Bradbury'ego uwielbiała pasjami po prostu. I tu się akurat zgadzaliśmy, bo ja też. Uwielbiała Dicka, uwielbiała Vonneguta. Fantasy? Jak które.
Wspomniany Wolfe to jest bardzo często fantasy. Lubiła takie. Jest kilka książek, które ona bardzo lubiła, a do mnie nie trafiły w ogóle. I dlatego zapomniałem i autorów, i tytułów, bo ich w końcu nie przeczytałem. Rozgrzebałem, porzuciłem, więc nie potrafię tego tutaj sobie przypomnieć i przytoczyć. To były jakieś takie dziwne rzeczy. Ona takie lubiła. Co to było?
[01:19:59] - „Lofka”?
[01:19:59] - Słucham?
[01:20:00] - Może „Lofka”?
[01:20:01] - Nie. To nie o to. To było mniej więcej współczesne. I to właśnie było fantasy, ale jakieś takie popieprzone.
[01:20:11] - Neil Gaiman.
[01:20:13] - Neila Gaimana lubiliśmy oboje. To na przykład było „Coś tam smoka jaula”.
[01:20:28] - To jest Szyper.
[01:20:29] - Szyper. Akurat to o tym jakiś fał.
[01:20:37] - Z tego, co pan mówi, czego nie lubiła?
[01:20:43] - Jak czegoś nie lubiła, to nie czytała. Po prostu były typy literatury, które ją odrzucały i już. Trudno by mi było konkretnie wymienić, bo ona po prostu wybierała sobie to, co jest wartościowe, a resztę olewała. Istotne jest to, że myśmy nie byli jakimiś bliźniakami jednojajowymi. Różniliśmy się, mimo dużych podobieństw pod pewnymi względami. Różniliśmy się czasem zasadniczo nawet w tak podstawowych rzeczach, jak dobór książek. Każde z nas miało jakiś swój wycinek i to się czasem pokrywało w dość dużym stopniu, a czasem nie. Nie chcę tutaj głosić banałów w rodzaju, że nie lubiła słabej literatury. To nic nie wnosi. Kupowała sobie durne fantasy dla dziewczynek z fabułą na kotki.
Jakieś klany kotków żyjących gdzieś tam nad rzeką, noszących jakieś indiańskie imiona. Tych książek było ze 20 chyba. Ona kupowała potajemnie, bo ja się brałem za głowę, mówiąc: „Te wszystkie książki są identyczne”. I w ogóle to nawet mogła być najdurniejsza historyjka, jeśli chodziło o kotki, to tak. To była taka jej wstydliwa przyjemność. Przy czym ona wiedziała, że to jest generalnie bezwartościowe. Takie głupiutkie cykle, które się po prostu ciągną bez końca. Po prostu kolejne przygody bohaterów i już.
[01:22:32] - Z tego, co mówisz, to takie dosyć mroczne klimaty lubiła.
[01:22:37] - Też. Zdecydowanie lubiła mroczne klimaty. Nie wyłącznie, wide te kotki.
[01:22:47] - Mroczne kotki.
[01:22:49] - To znaczy dla mnie to było trochę mroczne, ale cóż, taka była. Co? Wampiry? Niekoniecznie. Kupiliśmy sobie kiedyś książkę, która była w pewnym sensie o wampirach. „Trupia otucha”. Ale oboje odpadliśmy od tego. Tam jakiś był bałagan z bohaterami. Autor co zbudował jakąś grupę bohaterów, którym można było kibicować, to ich powytracał od razu wszystkich. Jakieś takie rzeczy.
Tam wampiry też były jakieś takie antypatyczne i obrzydliwe dosyć, co akurat jest dobrym pomysłem moim zdaniem, ale to nie pomagało w czytaniu, bo tam nie było na kim oka zawiesić. To było też autora, który mi wyleciał z-
[01:23:46] - Simmons.
[01:23:48] - Simmons, tak. Simmonsa generalnie oboje lubiliśmy, przy czym tam czytaliśmy go trochę inaczej. Na przykład jak czytaliśmy „Terror”, to „Terror” fajnie, ale ona się znała trochę na wierzeniach ludów syberyjskich i indiańskich, więc od razu ten potwór, który tam istniał, ma jakieś swoje miejsce w mitologii, więc ona patrzyła przez pryzmat tego. „Gród” jej się podobał, też Simmonsa. Mnie się w sumie też podobał, ale tak bez szału. Miała specyficzny gust, nie ma co ukrywać.
[01:24:29] - A jak było w temacie warsztatów? Mówiłeś o tym, że był dobry, poukładany, kolokwialnie mówiąc, warsztat. Jak było w projektu tych warsztatów? Jak to się spisało? Jak to było rozłożone w warstwach? Czy elementy fantastyczne musiały podlegać-- i w ogóle jaką sobie założyliście-- czy fabuła musiała podlegać bardziej elementom fantastycznym, które były założone? Czy to było wszystko ufol? Czy można było jakoś to-
[01:25:05] - To w ogóle nie tak jest, dlatego że pomysł na utwór powstaje w postaci takiej syntetycznej i przy tym skrótowej. To zawiera i założenia fabuły I tam element fantastyczny jest częścią fabuły, z której wynika opowieść. I to opowieść jest tutaj nadrzędna. Tam, gdzie trzeba, tam się wstawia fantastykę, a tam, gdzie to nie jest potrzebne, nie. To, czy coś jest elementem fantastycznym, czy nie, jest podporządkowane opowieści. I tutaj mieliśmy w zasadzie jedno zdanie, mimo że dochodziliśmy do niego różnymi drogami. Ona nigdy nie miała nic wspólnego z Klubem Twórców ani w ogóle z fandomem do momentu, kiedy nie zadebiutowała. Więc jej droga pisarska była inna. Ja jednak po drodze potrzebowałem warsztatów Klubu Twórców, tych wszystkich różnych rzeczy. Potrzebowałem swojego mentora na samym początku, który mi pokazywał, co źle robię i dlaczego.
Ona tego nie miała, z czego wynika, że była po prostu bardziej utalentowana. Więcej tego miała sama z siebie. Zdolności rozpoznawania dobrego i złego zdania, pasującego kontekstem zdania i niepasującego. Ona się tego nauczyła sama i prawda, że nie była nieomylna, ale doszła do tego sama zupełnie. Nikt jej niczym nie radził. Jedyne, co mogła, to czytać dobre książki i przyglądać się im sekcyjnym okiem, żeby domyślić się, dlaczego one działają. Jest taki autor, który jest pewnym fenomenem literatury amerykańskiej. Legenda głosi, że każdą książkę pisał pod innym pseudonimem, czyli za każdym razem debiutował i za każdym razem ten debiut to był bestseller New York Timesa, top listy przebojów. A znam jedną jego książkę. Ona się nazywa „Autostrada”.
Tutaj był pod pseudonimem bodajże Graham Nord. Książka jest rzeczywiście świetnie napisana. Ja jej nie znałem wcześniej. Maja mi ją dała do ręki. To jest książka z lat gdzieś 60., 70. Fabuła jest dość banalna. Jest tam jakiś wątek kryminalny, który się toczy, ale to jest wszystko zbudowane wokół autostrady prowadzącej z Nowego Jorku do New Jersey w długi weekend, chyba połączony ze świętem 4 lipca czy coś takiego. Kiedy jest ileś tam wątków ludzi, którzy wyjeżdżają z Nowego Jorku, w korku stoją na tej autostradzie i jadą w stronę New Jersey. I wszystkie wątki są z tym związane. Jest tam policjant, którego syn powoduje wypadek na końcu i jest jakiś morderca.
Jest kobieta, która rozstaje się ze swoim facetem i wyjeżdża. Jest ileś tam wątków. Nie dzieje się żadne trzęsienie ziemi, natomiast język tego jest tak fenomenalny, że można spędzić godziny przyglądając się warsztatowi i zastanawiając, dlaczego to tak dobrze działa, jak on to zrobił. Książka jest bardzo dobra. Jak mówiłem, nie znałem jej wcześniej. Maja mi ją dała do ręki, ja przeczytałem i potem dużo o niej rozmawialiśmy.
[01:29:00] - Ty tu wspominałeś o sztucznej inteligencji, o zagrożeniach. Wspominałeś o przewidywaniu przyszłości. I ja tak sobie teraz cały czas myślę o tych wszystkich ChatGPT i innych. I jak przeczytałam w lutym, że to był bodajże internetowy magazyn Lightspeed, zamknęli przyjmowanie tekstów, bo w lutym dostali- aha, tak, ale też internetowy. Dostali chyba 2000% więcej tekstów i w zasadzie wszystkie były napisane przez ChatGPT. Jak myślisz, jak to wpłynie w ogóle na pisarstwo?
[01:29:59] - Będą się zdarzały sytuacje, kiedy dostaniemy produkt sztucznej inteligencji, ponieważ tak naprawdę przy odpowiednim stopniu skomplikowania we wszystkim można znaleźć jakiś algorytm. Tylko jedno pytanie jest takie, czy to będzie dobre? Czy to nie będzie się robiło homogeniczne? Ponieważ algorytm da ileś odpowiedzi na to, jak napisać optymalną opowieść, ale on ich jest skończona liczba, więc one wszystkie będą optymalne według algorytmu, ale mogą być mało oryginalne na swój sposób. Po prostu może naiwnie, ale wierzę w to, że umysł człowieka jest jednak wyjątkowy, a to, co tworzy AI, to jest imitacja. Może wierna, ale to jednak dalej jest imitacja. Przecież za tym nie stoją na przykład żadne przemyślenia ani rozterki. Za tym stoi algorytm. Za tym nie stoją żadne trudne pytania. Czy może stać imitacja trudnego pytania, ale to nie będzie prawdziwy problem egzystencjalny, tylko coś, co go udaje.
Nie wiem, w naszych czasach można w niektórych miejscach spotkać bardzo realistycznie zrobione z wielu materiałów I bardzo precyzyjnie i starannie sztuczne kwiaty i rośliny. I to nie jest takie plastikowe gówno, jak dwadzieścia parę lat temu. Jeszcze to mogło udawać roślinę z daleka i z przymrużonymi oczami. Tylko coś, co trzeba naprawdę wziąć do ręki, żeby się zorientować, że to jest imitacja. Albo inaczej. Jest w Japonii cały przemysł tworzenia imitacji jedzenia. To jest przeznaczone do restauracji i to się ustawia po prostu na wystawie, i to wygląda rzeczywiście jak świeża porcja sushi. Ikra z łososia błyszczy i wydaje się, że nori mają odpowiednią fakturę. Ryba wygląda jak świeżutka, pokrojona ryba. No ale chcielibyście to jeść?
Jednak jest różnica. Albo te rośliny. No kto by chciał je mieć w ogrodzie? To ma swoje zastosowanie, ale nie zastąpi nam rzeczywistości. Czaję taką ma nadzieję. Mówię, to może być jakaś naiwna wiara z mojej strony, ale uważam, że to, co się rodzi w umyśle człowieka, oczywiście nie każdego, bo są różni ludzie, jest rzeczą bardziej wartościową niż to, co stworzy nam algorytm.
[01:32:46] - Ja szybko jeszcze tam pana zastanów z innej strony. Właśnie jak zacząłeś o sztucznych inteligencjach. Czy to nie jest tak, że część fantastyki, ale nie twojej literackiej, nie ciebie ani nikogo tutaj na sali, ale części fantastyki, tak zwanej popfantastyki, szczególnie w kontekście gier i innych rzeczy, które czasami się pojawia na tej konie raz na rok. Czy część z tej właśnie fantastyki nie jest odpowiedzialna za to, że ludzie zaczynają się nabijać, że taki ChatGPT to jest sztuczna inteligencja, że ChatemGPT się zdarza skądś, a w ogóle to zaraz będziemy mieli ChatyGPT ludzi, którzy odeszli. Czy byłaby to wina części fantastyki dla właśnie tego, że nie pomyśleli za wszystko otocz?
[01:33:36] - Nie widzę tutaj większego związku. To znaczy jest tak, że ta cała popkultura fantastyki, że tak to nazwę, czyli taka fantastyka czysto i absolutnie ludyczna. Anime, żeby daleko nie sięgać. Przynosi tylko taki efekt, że u większej ilości ludzi pojawia się sposób myślenia ukształtowany przez jakieś elementy fantastyki. Łatwiej im to przyjąć do wiadomości, bo to jest częścią ich świata rozrywki, bo widzieli to w grach, widzieli to w anime. W związku mogą myśleć w kategoriach zjawisk fantastycznych i tylko tyle. To nie jest zjawisko jakieś jednoznacznie złe, bo to nam poszerza potencjalny krąg odbiorców. Część konsumentów takich animacji czy komiksów, czy czegoś może też sięgnąć po książkę głębszą trochę i odrobinę bardziej wartościową i w ten sposób dołączyć do naszego grona tutaj. W miłośniku takiej magii czy anime siedzi nasz potencjalny czytelnik. A z kolei wnioski płynące z istnienia AI.
No właśnie nie wiem, co tu było pierwsze. Czy to jest po prostu wykorzystanie jakichś nowych cybernetycznych, powiedzmy, możliwości i eksperymentowania z nimi, czy chęć świadomego stworzenia konceptu wynikającego z fantastyki. To znaczy, że fantastyka wymyśliła sztuczne inteligencje kiedyś, już dość dawno temu, a ktoś inny mówi: „Kurde, zrobię to, to się da zrobić.” Zresztą tak może działać w obie strony wszystko.
[01:35:46] - Jak powiedziałeś, że ktoś zainspirowany fantastyką mógł sięgnąć i stwierdzić: „A może spróbuję to zrobić? Bo ten pomysł mi się jednak podoba.” Hugo Gernsback to lata dwudzieste, dziewięćdziesiąte poprzedniego wieku. W czasach kryzysowych patentowej USA postulował, że pisarze science fiction, którzy wymyślali jakieś gadżety, powinni dostawać w zamian za to jakiś patent. Czyli właśnie taki wstępny patent na to urządzenie, które potem ewentualnie ktoś wymyśli, żeby ktoś, kto wymyśli, ten pomysł bardzo mu podoba.
[01:36:18] - Zawsze istniała literatura schematyczna i nieschematyczna. Na przykład bardzo da się zalgorytmizować. No, jest taki pisarz, który napisał „Księżniczka Marsa”. Jest jedenaście tomów tego. Każdy tom się składa z trzech opowiadań, więcej jednakowych. Zmienione są tylko wiesz, graty, realia. One są napisane, jak czyta się tego typu książkę. Napisane jest ach, napiszę algorytm, który tak jak powieści będzie generował.
[01:36:52] - Spodziewam się, że będzie powstawało coś w rodzaju „Księżniczki Marsa.”
[01:36:56] - I tak powstają i tak bardzo duże, które zyskują. To jest pytanie. Pozostaje pytanie, po co jest literatura i dlaczego czytamy i czy warto ją czytać szerzej.
[01:37:13] - Klasyfikowania takiego nie literatury wagodowej, coś jak kupował na chodniku z pociągu czy załap w pociągu i wyrzucał przez okno.
[01:37:22] - Albo zostawiał w pociągu.
[01:37:25] - Maja cały czas czyta.
[01:37:29] - Jak pytasz o sens, to ten cały cykl, nie pamiętam, „Wojownicy nocy” się nazywał czy coś, o tych kotkach walczących o terytoria. To też jest typ takiej literatury, a mimo to Maja miała potrzebę, żeby to czytać. Ona mówiła, że to jest głupiutka rozrywka, która ją wycisza, uspokaja, daje jej bezpieczny wewnętrzny świat i ona tego potrzebuje jako relaks. I ja to rozumiem. Trochę bez związku, ale w moim obecnym życiu potrzebuję też czasami wyciszenia i bezpieczeństwa. Oglądam filmy na YouTubie i nie wszystkie są mądre, zdecydowanie. Ale na przykład stwierdziłem, że poczucie bezpieczeństwa dają mi, obiektywnie rzecz biorąc, potwornie nudne filmy o tym, jak ktoś zatrzymuje się w czasie śnieżycy gdzieś w górach i tam funkcjonuje w przyczepie kempingowej albo w namiocie. Tam się kompletnie nic nie dzieje. Facet sobie przygotowuje opał, posłanie. Najpierw stawia namiot.
Bardzo często te filmy się w ogóle odbywają w milczeniu, bo on nie komentuje tego, co robi. Wyciąga różne szpeje z plecaka, kuchenkę, skręca coś, potem sobie gotuje zupę. To trwa pół godziny. Ja to oglądam i to mi daje poczucie komfortu. Chwilowe. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale są też takie zjawiska.
[01:39:16] - Pytanie, czy śledzisz czasami, co się dzieje ogólnie w internecie związanym z fantastyką? Ale nie mówię tutaj dyskusje fantastyki. Mówię o twórczości internetowej.
[01:39:29] - Nie. Ja nawet nie wiem, gdzie tego szukać. Ja generalnie nie korzystam z mediów społecznościowych.
[01:39:35] - Tylko ci powiem, że na YouTubie, jak się wpisze „creepypasta”, to są takie opowiadania z... To kojarzysz?
[01:39:42] - Kojarzę co to jest creepypasta. Ale nie śledzę tego pilnie wszystkiego. W czasach, kiedy czytałem Wykop, to tam się pojawiały takie. Czasami. Jak się ogląda przeglądy memów, to się czasem pojawia coś takiego.
[01:40:02] - Ja mam taką własną psychozę, że ile razy przychodzę na jakiś większy lub mniejszy konwent i ludzie narzekają, że młodzi nie czytają fantastyki, młodzi nie czytają horroru i tak dalej. Patrzę, są całe kanały z creepypastami. Codziennie dostaję przynajmniej trzy powiadomienia, że jest kolejna: „Eksplorowaliśmy dom, zaatakował nas wilkołak.” Coś tego typu. W zasadzie jest gdzieś jedna nisza. Mi się wydaje, że ci młodzi chcą się realizować, ale nie mają kontaktu z tym środowiskiem normalnie.
[01:40:37] - To wszystko wina tego, że nie mamy więcej czasopism fantastycznych.
[01:40:42] - To prawda.
[01:40:43] - Bo to była najprostsza droga do debiutu i do kontaktu z innymi autorami. Właśnie nie internet, nie fora jakieś, nie tego typu rzeczy, tylko właśnie pismo. Można sobie publikować w internecie, ale opublikowanie w czasopiśmie oznaczało, że to przeszło przez jakąś selekcję. Ktoś to przeczytał, ktoś wybrał to, stwierdził, że to jest lepsze od innych rzeczy, opublikował i zapłacił honorarium. To była pewna gwarancja jakości. I to zmieniało sytuację. Natomiast publikowanie w internecie jest tak, jak żebrolenie na ulicy. Uliczny grajek może być lepszy lub gorszy, ale raczej nie skończy w filharmonii albo na scenie. Tutaj mi sygnalizują, że zbliżamy się do końca, więc jeżeli się trafi jeszcze jedno pytanie, to chętnie odpowiem.
[01:41:46] - Maja kochała koty. Będziesz miał kota lub masz?
[01:41:50] - Na razie to jest dla mnie za trudne. Chciałbym w przyszłości, ale w tej chwili jakoś tak się potoczyło, że nie miałbym nikogo, kto mógłby się zająć moim kotem, gdybym miał gdzieś wyjechać. Więc to jest trudność. A po drugie emocjonalnie nie jestem jeszcze gotowy. Ja reaguję takim lekkim skurczem gardła, jak widzę koty moich przyjaciół. Po prostu sam widok kota jest dla mnie bolesny. Nie, to jest ten sam problem. W wypadku psa jeszcze jest tak, że ja wolałbym mieć kota. Pies jest znacznie bardziej kłopotliwy. Jednak dyscyplinuje, zmusza do wychodzenia na spacer.
On musi wyjść, bo to jest kwestia higieniczna, a ja nie jestem gotów na przyjęcie odpowiedzialności za drugą istotę w tej chwili. Dobra, w takim razie dziękuję wszystkim bardzo. Dzięki, że jesteście.
[01:43:07] - Proszę państwa. Miejmy zatem nadzieję, że cykl nieukończony przez Maję Lidię Kossakowską, cykl „Takeshi”, uda się jej mężowi ukończyć. Mam taką nadzieję. Deklaracja w czasie spotkania padła. Trzymajmy kciuki. Może się uda. A teraz zapraszam Państwa na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzisiaj się chyba trochę nie będziemy ze sobą zgadzać. Takie mam wrażenie.
Dzień dobry wieczór Piotrze. Filmotekarium zaczynamy.
[01:43:49] - Tak, zaczynamy. I przyszedł ten moment, w którym nam brakło nowości. Albo inaczej racjonalna analiza i odrobina poczucia godności, a także docenienie naszych słuchaczy doprowadziło nas do wniosku, że niektórych nowości nie ma co recenzować, bo to nawet filmy nie są. Czas poszukać czegoś lepszego, starszego, czego żeśmy nie ruszali, bo na przykład było nieco starsze niż pierwszy odcinek Filmotekarium i nasz wybór padł tym razem na coś nie tak starego, ale w miarę dostępnego. Bo czasem mówicie, że filmów, o których opowiadamy, nie da się znaleźć tak szybko. A tutaj jak sobie wpiszecie tytuł, to od razu wam wyskoczy. Chodzi o film "Wounds" — "Rany" z roku 2018, który jest dostępny na pewnej popularnej platformie. Ja tutaj Marku tylko dodam może jeszcze słowo, że jest to debiut pana, który się nazywa Babak Anvari, a jeżeli ktoś się nazywa Babak, to się kojarzy z bobokiem i tu już wiemy, że będzie to horror. Przedstawia nam się "Wounds" jako horror psychologiczny, chociaż po obejrzeniu raz i drugi to ja nie wiem, czy do końca to jest horror psychologiczny. Jak jest w Twojej opinii?
[01:45:13] - Ty jesteś jednak Piotrze człowiekiem delikatnym. Powiedziałbym, że wręcz subtelnym. Bo ja po obejrzeniu tego filmu tak sobie sparafrazowałem jego spolszczenie. Spolszczenie, przypomnę, "Rany". No to ja powiedziałem sobie: o rany, o rany. Dlaczego? Bo ten film miał duże szanse, żeby zaistnieć nie tylko jako ten film o rany, ale rzeczywiście jako taki horror i prawdziwy horror. Może czasami niesmaczny, może tam jakiś budzący odruchy wymiotne, ale jednak mocno wchodzący w swoją rolę horrorową właśnie. Tymczasem dostajemy produkt filmowy, który czaruje nas albo w każdym razie usiłuje nas czarować takim obrazem: wiecie, rozumiecie, będę was straszył, będzie strasznie. I rzeczywiście na początku ten obraz całkiem nieźle się rozwija.
Mamy małe miasteczko amerykańskie oczywiście. Mamy człowieka bardzo szarego, przeciętnego, zwykłego, który pracuje w barze, czyli takie wieczorno-nocne zmiany. Polewa gościom drinki, wódę im leje, po prostu burbona i to takiego nie najlepszego. No ale to się nazywa bar i wszystko okej. Czasami piwo podaje. Bar jest dosyć obskurny, a o tej obskurności świadczy plaga robactwa, które tam wyłazi spoza różnych miejsc. Zza butelek wychodzi na przykład. No okej. Później przychodzą do tego baru młodzi ludzie. Dochodzi w tym barze do bójki.
Młodzi ludzie prawdopodobnie są niealkoholowi w wydaniu amerykańskim, bo tam przypomnę, trzeba mieć 21 lat, żeby się czegokolwiek napić. Nawet piwa. Oni chyba tych 21 lat nie mają, bo kombinują. Prowadzą negocjacje z barmanem, czyli z głównym bohaterem. On przymyka oko, w końcu im to piwo daje, chociaż nie ma pewności, że 21 lat mają. Banał, ale to dobre wprowadzenie do horroru. Banalne wprowadzenie nigdy nie jest złe w horrorze. Dochodzi do bójki. To nie ci młodzi się biją, tylko zupełnie inni ludzie. Pewna osoba zostaje mocno, ale to bardzo mocno poraniona butelką.
No to się młodzi zwijają, w ogóle część osób się zwija z tego baru. Nie pozwalają wezwać policji. To jest takie zawiązanie. I barman, nasz bohater znajduje telefon komórkowy, smartfonik. No tak. I tak się właściwie zaczyna to wszystko. Jeszcze tylko dodam, że główny bohater, ten barman ma dziewczynę. Jakoś tak mnie tknęło. Od początku wiedziałem, że w tym związku się coś psuje. Skąd wiedziałem?
Nie wiem. Może umiem czytać mowę ciała, może umiem czytać pewne znaki filmowe, a może sobie tak po prostu reżyser to zaplanował. No i to jest niejako punkt wyjścia. Tak, dopiero punkt wyjścia do tego filmu, który od razu powiem, nie zachwycił mnie, ale o tym to za chwilę.
[01:48:49] - Ja ci tak powiem i się przyznam, że ja ten film oglądałem więcej niż raz. Kiedyś na pewno z półtora raza, bo raz oglądałem całego. Zrobił na mnie wtedy wrażenie. Potem pewnie zasnąłem na nim. Natomiast pamiętam go dość dobrze i przy pierwszym podejściu, tym świadomym nawet mi się podobał. Robił pewne wrażenie, bo to jednak była jakaś historia, wiesz, dość wielowątkowa i wyrazista. Ja tych horrorów oglądam dużo i "Wounds" pod tym względem się wyróżniało trochę na tle reszty, że po prostu jakiś jest. Jest inny, jest tam jakiś pomysł. No bo nie oszukujmy się, że w większości tych filmów to jest tak, że mamy jeden scenariusz wałkowany i one są bardzo odtwórcze, ogólnie prawie zawsze rozczarowują. Oczywiście jest tutaj dyskusja taka, czy ten film nie jest trochę przerobiony, że jest za dużo wątków.
O tym za chwilę. Jak powiedziałeś, poznajemy tam Willa, barmana. Ważne jest to, że on był kiedyś studentem uczelni, ale wylądował w barze, do którego, warto dodać, przychodzą same oryginały. Karaluch na karaluchu w tym barze.
[01:50:05] - Jego była dziewczyna tam przychodzi z chłopakiem.
[01:50:09] - Tak. I telefon tajemniczy zostawiony przez nastolatków. On zabiera ten telefon do domu. Udaje mu się go odblokować, bo któryś nastolatek chyba jadł coś tłustego i zrobił znak paluchem jak odblokować tymi kropeczkami. On sobie pisze do nich, a potem się zaczyna coś takiego, co mnie przy drugim podejściu do tego filmu trochę rozczarowało. Na pierwszy ogień on jest okej. Formalnie on jest dość zagmatwany, bo znalezienie telefonu staje się kluczem do wciągnięcia bohaterów w jakiś kult okultystyczny, którego celem ostatecznym jest, można tak powiedzieć, przywołanie jakiegoś demona. Przy czym przy pierwszej konfrontacji z tym filmem ta głębia zamierzona przez autorów albo sens tego filmu przechodzi nam koło nosa. Nie wiem, czy ty nie odniosłeś wrażenia, że tam się za dużo dzieje. Tam się za dużo dzieje.
Tam jest za dużo wątków w tym filmie i w pewnym momencie nie wiemy już, na który patrzeć, który jest tym wiodącym. Zaraz powiem, dlaczego tak jest możliwe. Powiem, dlaczego tak może być. Ale potem dzieje się seria bardzo dziwnych rzeczy. Ta kwestia technologiczna, że budowana jest nam historia w oparciu o telefon, o smartfon, też jest dla mnie w pewnym stopniu ciekawa. Ja ci mówiłem już kiedyś przy okazji innych horrorów opartych o te kwestie współczesnych technologii, że mnie to bardzo interesuje, w jaki sposób można budować fajne historie w oparciu o streaming, internet, komórki, aplikacje i tak dalej. To jest na czasie. To nam pokazuje giętkość, oryginalność różnych pomysłów i czasami się to fajnie ogląda. Pewnie za 100 lat się będą ludzie z tego śmiali, tak jak my się śmiejemy z kolejowych horrorów Grabińskiego. Natomiast „Wounds” przy drugim podejściu jakoś mnie rozczarowała.
A może jeszcze słowo, Marku, bo nie wiem, czy tu powinniśmy rozwijać, robić spoiler, dlatego, że ta historia, choć wielowątkowa, to w głębi jest dość prosta. Jeszcze za chwilę powiemy, bo tam jest oprócz tej warstwy, którą oglądacie, warstwa symboliczna, o której się dowiedziałem, powiem ci, czytając dopiero o tym filmie na Wikipedii.
[01:52:50] - Wiesz co, Piotrze, pewno warstwa symboliczna jest, ale ten film w niektórych momentach razi dosłownością. Wybacz, ale jak w pewnym momencie widzę coś w rodzaju oka łypiącego z rany, to chyba to przekracza pewną granicę dosłowności. Bo owszem, ten film stara się pokazywać, że pod pierwszą warstwą coś jeszcze jest, ale ja właśnie mam wątpliwości, czy pod tą pierwszą warstwą coś naprawdę jest. On dosyć dobrze stwarza takie wrażenie, ten film. Wiecie, rozumiecie tu coś tam. Musicie wejść głębiej. Mam niestety takie głębokie poczucie tego, że jak się wchodzi głębiej, to tam nic nie ma. To jest właśnie urok kina, a może jego słabość w tym wypadku, że można pewne rzeczy zamarkować, pewne rzeczy udawać i jak ktoś zmruży akurat oko, to może to przejdzie. Mam wrażenie, że ty, Piotrze, za pierwszym razem te oczy zmrużyłeś i się wcale nie dziwię, że to mogło zagrać wszystko, bo w tej warstwie takiej bardzo dosłownej mamy taki horror trochę z elementami przesadzę, ale trochę gore. Rana rozcięta na policzku.
Jeden z przyjaciół, ten, który się pobił w barze, przyjaciel głównego bohatera. On go odwiedza, tamten cierpi, ale nie chce się na przykład do lekarza udać. A mówiłeś o wielości wątków. Owszem, jakieś SMS-y przychodzą czy MMS-y, nie wiadomo, o co w tym chodzi. W pewnym momencie główny bohater wraca do domu i zastaje swoją dziewczynę, partnerkę w rodzaju katatonii. Ona się wpatruje w ekran, tam widzi jakiś tunel. Specjalnie to motam państwu, żebyście się państwo niczego nie domyślili i żebym ja nie poszedł w spoilery, ale na przykład mówiłem o tym, że ta para jest ze sobą, ale tak już chyba ten gorący płomień miłosny wygasł, bo oni mają do siebie stosunek, delikatnie mówiąc, chłodny. W dodatku główny bohater podejrzewa, że ta jego dziewczyna Która chyba studiuje albo się może doktoryzuje, dokładnie nie pamiętam. Sypia ze swoim wykładowcą i on nie jest zadowolony z tego. Zresztą rzadko kto byłby zadowolony.
Ogólnie ma ta para do siebie jakieś pretensje, ale jednocześnie przynajmniej na pierwszym etapie jakoś tam próbuje się wspierać. To dosyć dyskusyjne to wsparcie, ale powiedzmy. Wiecie państwo, wychodzi z tego taka historia psychologiczna, a ja mam wrażenie, że pseudopsychologiczna. Bo wiecie państwo, ja mam takie wrażenie, że część z reżyserów, scenarzystów też próbuje nas czarować i im bardziej zaplecie, zamota, zapierdzieli dany film, to on jest psychologiczny. Nie na tym polega psychologia, żeby coś zrobić maksymalnie, żeby było skomplikowane, zamotane, żeby pewne reakcje i pewne działania ludzi były maksymalnie trudne do zinterpretowania, ale jednak otwarte na tę interpretację. Chyba nie o to chodzi w kinie psychologicznym. Kino psychologiczne ma pokazywać człowieka w pewnym działaniu, nie akcyjnym, takim jak lubię, że się strzelają, ale w pewnym działaniu właśnie, którego podbudową tego działania jest psychologia. Są pewne odczucia ludzkie, które prowadzą jednostki ku jakimś tam działaniom, jakimś tam celom, jakimś tam rozwiązaniom. Tymczasem my otrzymujemy taki miszmasz w filmie „O rany", parafraza tytułu. Otrzymujemy taki miszmasz, który ma nam sugerować, że to jest film psychologiczny.
Moim zdaniem nic z tych rzeczy. To jest markowanie psychologii i to takie, moim zdaniem, nieudolne. Już rozbawiłem się, jak facet odkrył, że ma ranę pod pachą. Cholera wie skąd ma tą ranę, ale ma. On się zetknął z czymś tajemniczym. Ma tę ranę i z tego wynikają pewne konsekwencje. Jego kolega też ma ranę i też z tego wynikają konsekwencje. Powiem tak: ja sobie usiłowałem zracjonalizować cały ten kult, który gdzieś tam się zbliża. Ci nastolatkowie, to przyzywanie złych mocy, a może po prostu mocy. I to takie szalenie durne mi wyszło.
No dobrze, mówię okej, może ja racjonalizuję nie w ten sposób. Może odrzućmy jakieś tam interpretacje. Popatrzmy na to chłodno. Mimo wszystko jak próbowałem popatrzeć na to chłodno, to mnie się to też nie kleiło. I ktoś powie, zresztą bardzo mądrze, że przecież horror czy opowieść grozy nie jest po to, żeby ją racjonalizować. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym, też się zgodzę. Tylko właśnie stajemy w takim rozkroku. Z jednej strony dostajemy obraz, którego się zracjonalizować nie da, a z drugiej mamy obraz, który nie wiem, Piotrze, mnie on nie przerażał. Mnie czasami ten obraz brzydził, to prawda, ale grozy to ja poczułem tam niewiele. Przeczytałem bardzo celny komentarz na jednym z portali, że grozy to tam było tyle, jak ten piszący komentarz odczuwał, kiedy ojciec wracał z wywiadówki.
To mniej więcej taka groza w tym filmie panuje.
[01:59:17] - To musiał być dobry uczeń. Wiesz, powiem ci tak: ten film ma potencjał ogólnie i szczerze ja go polecam. Tylko że jest pewien problem z nim. Ten problem polega na tym, że on jest trochę oszukańczy. To jest film o rzeczach bardzo mrocznych i ten horror powinien się rozgrywać w trochę innym otoczeniu, ewentualnie trochę to powinno być inaczej rozegrane, bo to jest horror o zjawiskach demonicznych. My otrzymujemy horror o zjawiskach demonicznych wtłoczony w towarzystwo barowo-rozrywkowo-intelektualne. I nasz główny bohater to jest człowiek taki bardziej jajcarz. I kiedy my ten film oglądamy, to do pewnego momentu sobie myślimy, że będzie śmiesznie, fajnie. Potem mamy ten wątek horrorowy. Wątek wręcz mistyczny, bym powiedział.
Bo tak, to się opiera o jakąś głębszą mistykę, o gnostyku, o cierpienie, o naturę duszy i tak dalej. I wiesz, konfrontacja tego stylu życia, tego człowieka, naszego głównego bohatera, konfrontacja tego, co się w ogóle dzieje w tym filmie z sensem jest zrobiona trochę nieudolnie. Powinno to być po pierwsze bardziej uwypuklone na zasadzie jeszcze większych kontrastów, jeszcze większych zaskoczeń. Po drugie, powinni twórcy wytłumaczyć, o co tam w ogóle chodzi, skąd się te niektóre dziwne zjawiska biorą, bo można tego po prostu nie skumać. Tak to wygląda. O ile to jeszcze w jakiś sposób jest do oglądania i jest straszne przy pierwszym razie, to przy drugim już jest gorzej. Ja ogólnie rzadko kiedy oglądam filmy dwa razy, ale wiesz, nie wszystko tutaj było takie złe. Nie wszystko było złe. Powiem ci tak: jest plus. Nie wiem, czy się zgodzisz.
To są dość barwnie zarysowane postaci. Łatwo jest w filmie przesadzić z barwą postaci, stworzyć jakąś mgłę z kogoś albo jakiegoś mega ekscentryka. I to nam wychodzi wtedy bardzo teatralnie i bardzo nadekspresyjnie. Tutaj mamy ukazanych wiele barwnych i wiele ekscentrycznych postaci i wszystkie są wyraziste w miarę. Chociaż może oprócz tej Dakoty Johnson tam nie mamy aktorów z pierwszej ligi, chociaż to nie zawsze świadczy o O jakości filmu. Także pod tym względem nie jest źle, tylko fabuła jest zrypana. I tutaj minus od razu powiem. Tak jak mówiłem, we współczesnych horrorach dziwne zdarzenia, straszne wydarzenia są tylko tłem, powiedzmy, dla historii obyczajowej, dramatycznej, rzadziej jakiegoś romansu. A tutaj w filmie "Wounds" mamy trochę za dużo wątków i to jest drugi minus, bo pierwszy minus jest tak jak mówiłem, że to jest osadzone w świecie, który jest bardzo chaotyczny i jest tych wątków za dużo. Główny bohater ma problem z alkoholem, z urojeniami, ze swoim związkiem.
Inni w sumie też mają takie problemy. I ten jeden facet ma w dodatku zainfekowaną ranę. I tutaj, w tej sferze obyczajowo, nie wiem nawet jakiego, psychologiczna to ona nie jest, obyczajowo-wydarzeniowej się jest bardzo łatwo zgubić. A ta historia horrorowa, która ma nas przerażać, ona jest bardzo koronkowa, zbyt zawiła. I nie mówię, że to jest złe. Natomiast ten film lepiej wygląda jako spektakl w teatrze. Gdyby go przerobić. Mamy tam symbole jakieś, mamy jakieś zdarzenia, włączyć jakąś ekspresję i wypadłby chyba lepiej niż w przypadku „Wounds". Chociaż jak mówię, to się da obejrzeć i jak ktoś nie ma co robić to polecam.
[02:03:04] - Ująłeś to pięknie, Piotrze. Ująłeś to pięknie, że jak ktoś nie ma co robić, to polecasz. Ja w sumie też, bo wiecie państwo, ten film się da obejrzeć. Natomiast przyjemność to już jest pod znakiem zapytania. Co więcej, ja muszę państwu powiedzieć, że tak jak to Piotr ujął, ten wątek horrorowy, on tam nie wybrzmiewa. My właściwie nie wiemy, czego się boimy, a właściwie czego mamy się bać. Bo ja się niespecjalnie bałem na tym horrorze, bo pewne rzeczy wychodzą płasko. Właśnie to oko łypiące z rany. Słabe to było, ale co więcej, my dostajemy w filmie, który też udaje film psychologiczny. Dobrze, muszę to powiedzieć.
Główny bohater ma kryzys w związku. W związku, notabene z tym próbuje, jak to powiedzieć delikatnie, to powiem to niedelikatnie: próbuje bzyknąć swoją byłą dziewczynę, która jest w innym związku. Ale dziewczyna, o ile gotowa się jest kilka razy pocałować z głównym bohaterem, to już na dalszą część nie ma ochoty. Co więcej, odczuwa wyrzuty sumienia, a później zresztą skarży się swojemu aktualnemu chłopakowi, że to jakoś tak nie do końca. To też kolejny konflikt. Proszę państwa, to jest tak banalne. To jest tak banalne, że opieranie na tym fabuły filmu jest dosyć wątpliwe. Takie historie w świecie zdarzają się właściwie nagminnie, że były partner ma ochotę na swoją byłą partnerkę. Ja wiem, że to bardzo seksistowskie i w ogóle, ale ujmuję to tak, jak to jest przedstawione w filmie. Więc tu tytułem usprawiedliwienia, jakby ktoś miał takie tendencje, żeby tropić jakieś przejawy niepoprawnego myślenia, to tak to wygląda.
No wiecie państwo, wracając do tego wątku, który zarysowałem. Słabe to jest po prostu. To, że tak może być okej, ale to ja się nie dziwię w ogóle przy takim układzie, że ten facet ma kryzys w związku, bo on sobie tylko pomyślał, że wykładowca jego partnerki może sypiać z jego partnerką i już nabrał ochoty na swoją byłą partnerkę. Specjalnie to komplikuję, żeby pokazać absurd tego wszystkiego. Okej, ale główny bohater może być zanurzony w tego rodzaju akcjach, tylko to w ogóle nie popycha akcji horrorowej do przodu. To jest zupełnie osobne. Można by dwa filmy z tego zrobić tak naprawdę. Historia nieudanego związku głównego bohatera mogłaby w ogóle być odcięta od wątku horrorowego i by jakoś tam się broniła. To byłby film klasy B albo C, ale jakoś by się tam obejrzało. Ktoś, kto lubi na przykład harlekiny, mógłby się wzruszyć na tym filmie bardzo, ale połączenie takiego harlekinowego filmu o tym, jak ktoś kogoś zdradza albo chce zdradzić z horrorem, który gdzieś tam zahacza przynajmniej lekko o takie klimaty gore, to w ogóle ja tego nie rozumiem.
Nie rozumiem konwencji i nie rozumiem, dokąd to prowadzi. Tym bardziej, że moim zdaniem, nie wiem jak to Piotrze widzisz, ale moim zdaniem prowadzi donikąd.
[02:06:45] - No tak, przy okazji mówię chyba z piąty raz, że to się da obejrzeć. Tylko ktoś tu przedobrzył. Ktoś tu za dużo rzeczy nawrzucał. Pomysł może jakiś tam był, tylko wyszło nie tak, jak trzeba. Inaczej, człowiek się spodziewał więcej. Dodam jeszcze jedną rzecz. W sumie dwie, które mnie zadziwiły. W amerykańskich filmach jest tak, że oni tam chlają, a potem jeżdżą samochodami. Albo tam mają wódkę słabą, albo dużo promili dopuszczonych. Mówię o tym, bo tu główny bohater tak jeździ też.
A druga rzecz-
[02:07:24] - To ci powiem. W sporej części Stanów dopuszczalne jest 0,8. Proszę ciebie, 0,8 to się w Polsce idzie do więzienia za takie rzeczy, a w każdym razie ma się spore kłopoty. Tam jest 0,8, pod warunkiem, że jak wysiądziesz z samochodu, zrobisz jaskółkę, przejdziesz prosto i tak dalej. W związku z tym amerykańskie imprezy odbywają się w ten sposób, że wszyscy chleją, a kierowca też chleje, tylko nieco mniej.
[02:07:55] - Ale właśnie to mnie dziwi, bo oni tam wyglądają tak... U nas delikatność jest przy tym, jak oni tam jeden za drugim, i to nie kieliszeczek, tylko od razu stakan, jak to się mówi i bach, bez popite. Ja wam radzę zwrócić na to uwagę, jak się pije w amerykańskich horrorach przede wszystkim. To jest naprawdę straszniejsze nawet czasami niż sam horror, bo ja wiem, że tak by nie było, że oni by od razu odeszli. Druga sprawa jest taka, że na przykład te karaluchy, co tam łażą po tym barze, to nie są zwykłe karaluchy. To nie jest karaluch gatunku, który tam występuje naturalnie. To jest karaluch hodowlany, madagaskarski tak zwany. Ma to do siebie, że jest 10 razy brzydszy od zwykłego i oczywiście dużo większy. Dlatego też robi wielkie wrażenie. Także to też mi się strasznie rzucało w oczy.
I to takie dwa dodatkowe minusy. Oczywiście jeden taki entomologiczny, drugi nie wiem, jak go nawet nazwać. Także film „Wounds” według mnie obejrzeć można, ale raz. Nie jest to najgorsza rzecz, którą żeśmy omawiali. Nie jest najgorsza rzecz, tylko przedobrzono z wersją symboliczną. Chciał reżyser coś powiedzieć, a w sumie mu wyszło tak, że nie wie jak.
[02:09:19] - Tak, w zbyt ambitne klimaty to wszystko poszło. Bo jeśli nawet odjąć by troszeczkę tego symbolizmu albo pseudosymbolizmu, ja raczej będę się upierał przy tym pseudo, to by chyba dobrze zrobiło temu filmowi, gdyby tak nie epatowano pewnymi obrazami właśnie natury symbolicznej, to by było takie filmidło, które byśmy ocenili w ten sposób: da się obejrzeć, rewelacji nie ma. A tutaj musisz robić zastrzeżenie. Tak, obejrzeć można, ale wiecie państwo, ta symbolika, która prowadzi donikąd, bo właśnie to jest słabość tego filmu, że mamy film, w którym jest dużo symboliki, która nas prowadzi na manowce. Niestety, proszę państwa, na manowce. I to jest moim zdaniem chyba największy zarzut, jaki mogę sformułować w stosunku do tego filmu.
[02:10:18] - Dokładnie, zgadzam się w 100%. Piszcie, czy wam się „Wounds” spodobało, bo może, jest na to duża szansa, ktoś już to z was oglądał.
[02:10:28] - Pozdrawiamy. Proszę państwa Mars, ciekawa planeta, czerwona planeta. Skoro już mówiłem o kanale Wehikuł Wyobraźni, to wspomnę, że na tym kanale natkniecie się państwo na dwa filmy o Marsie. Jeden o tajemniczych tunelach na Marsie, przezroczystych tunelach. To pierwszy film. Drugi film o Fobosie, jednym z księżyców Marsa. Polecam państwu bardzo serdecznie. A teraz, jeśli już o Marsie mówimy, to zapraszam państwa na kolejny odcinek powieści Władysława Sadkę, który pisał pod pseudonimem Abul. Ta powieść nosiła tytuł „Goście z Marsa”. To ja teraz zapraszam państwa na rozdział szósty księgi drugiej.
[02:11:30] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar.
[02:11:52] - Nie odpowiedziałeś mi jeszcze na pytanie, która rasa zapanowała po Słowianach na Marsie.
[02:11:58] - Wszak to tak łatwo się domyśleć. Mongołowie.
[02:12:02] - Moja Japonia.
[02:12:03] - Mylisz się. Chiny.
[02:12:05] - Chiny? Nie Japonia? Przecież my o tyle wyżej wznieśli się nad Chińczyków pod każdym względem.
[02:12:12] - Lecz oni wnet was prześcignęli, a nawet was pochłonęli. Zrozumiesz mnie wkrótce, gdy ci wykażę, iż oni to posiadali wszystkie warunki do przyszłej wielkości. Przed przeszło 150 wiekami, a dla was przed przeszło 60 wiekami, był to naród jeszcze słaby, wątły jak dziecię kilkumiesięczne. Zamieszkiwał wtedy stoki i doliny Kuen-lun i wzrastał coraz bardziej, choć powoli w siły, stale się rozszerzał i wzmacniał. Poruszył rasę kaukaską i zmusił ją do szukania nowych siedzib na zachodzie Azji i w Europie. Parł na Mongołów i rzucił ich przez cieśninę do Ameryki. Rozszerzał się coraz bardziej w Azji i już to pokojowo, już to przemocą zajmował coraz większe obszary i pochłaniał w siebie coraz nowe ludy. Sifian, Miao- tse, Lolo. Ileż to burz szalonych przeszło nad jego głowami przez tyle wieków! A jednak, choć chwiał się tylokrotnie, nie upadł ani na chwilę.
Ileż dynastii zmieniło tron w tym kraju, ale nie zmieniło charakteru narodu. Jaka siła potężna tkwiła w nim. Istnienie tego narodu ukrywa się w nieprzebitej pomroce historii, bo już na 3000 lat przed Chrystusem przebijał kanały, posiadał ministra robót publicznych i płacił podatki gruntowo. Istniała już policja, wydawano paszporty, ograniczono prawo polowania na pewne miesiące. Ustanowiono ochronę gniazd ptaków śpiewających, zabroniono noszenia broni i szybkiej jazdy na koniu przez ulice miast. Już za czasów Yu, założyciela pierwszej dynastii, liczyły Chiny przeszło 13 milionów mieszkańców. Aby podobnie uregulowane stosunki społeczne już w tym czasie pojawić się mogły, na ile wieków przedtem musiał powstać taki naród? A przecież Europejczycy drwili z Chińczyków, kiedy ci zwali ich barbarzyńcami, wyśmiewali ich pytania „Czy i wy macie tak dawne rodziny liczące po 2000 lat i więcej istnienia?” Przezwali Marka Pola Messer Milione, Paplo Milionowym, gdy ten opowiadał o gęstym zaludnieniu Chin i ich olbrzymich miastach. Wobec wiekowego istnienia tego narodu czy inne nie były malcami nawet jeszcze w XIX wieku? Cóż bowiem znaczą wobec Chin takie państwa jak Grecja, Asyria, Persja, Rzym, a nawet Egipt z swą historią czterdziestowiekową?
A cóż mówić o takich narodach jak Hiszpania, Francja, Niemcy, Anglia liczących zaledwie kilka wieków. Sam pojmiesz łatwo, iż naród ten musiał posiadać osobliwsze warunki, aby utrzymać się przez tyle tysięcy lat. Istotnie, on jeden skupił w sobie wszystko to, co inne narody tylko oddzielnie i pojedynczo posiadały. Nie sądź jednak, iżby, jak to lubili wywodzić europejscy filozofowie, warunki te pomyślne leżały tylko poza narodem, na zewnątrz niego, w geograficznym położeniu kraju, w meteorologicznych stosunkach, w gruncie urodzajnym. Nie można zaprzeczyć, iż i one przyczyniają się wielce do rozwoju pewnego narodu, ale nie są przyczyną jedyną. Wszak Grecja i Rzym miały tak dogodne warunki istnienia, a gdzież się podziały? Wszak rozwojowi Europy, według twierdzenia jej własnych filozofów, najbardziej sprzyjały wszystkie okoliczności i istotnie zapanowała całym Marsem na jakiś czas. A gdzież jej potęga teraz? Gdyby ci filozofowie byli tak mądrzy, za jakich się wydawali, byliby z charakteru narodu zdołali przewidzieć jego dzieje przyszłe i wyliczyć lata jego istnienia. Bo przyszłość narodu nie tkwi w zewnętrznych jego stosunkach, ale w jego charakterze.
Oni szukali zwykle przyczyn upadku lub rozwoju w okolicznościach bliższych, w sąsiadach, w religii, w położeniu geograficznym, w formie rządu lub w jego monarchach. A przecież wszystkie te okoliczności są tylko skutkiem dalszym charakteru narodu. Bo naród silny, zdrowy potrafi zmusić te okoliczności, aby one przystosowały się do niego. Słaby zaś, chorowity, niedołężny ulega ich wpływom. Któreż to warunki były sprzyjające rozwojowi Chin? Jest ich bardzo wiele, ale ograniczę się na wyliczeniu najważniejszych tylko. Śmiało można by powiedzieć, iż Chiny zawdzięczają wszystko, a zatem i swą wielkość głównie jedynie świętości rodziny. Ponieważ naród składa się tylko z rodzin poszczególnych, przeto ten jest silniejszym i ma byt zabezpieczony, u którego rodzina jest związkiem świętym, nierozerwalnym. Takie rodziny posiadały w zamierzchłych wiekach, w początkach swego istnienia niektóre narody Semitów i Indo-Germanów, ale świętość jej nie utrzymała się poza pierwsze wieki barbarzyńskie. Jedynie Chińczycy utrzymali ją mimo wszelkiego rozwoju, co się nie udało żadnemu innemu narodowi.
Cóż za przyczyna wpływała odmiennie na Chińczyków, jak na inne ludy? Ta, którą Europa tak chętnie i tak głośno wyszydzała. Ich konserwatyzm, ich przywiązanie do wszystkiego, co pozostało po praojcach. Ten konserwatyzm znowu zawdzięczają swym zdolnościom mniejszym, które nie dozwoliły im na szybki rozwój umysłowy. Zdolność bowiem wybitna goni coraz nowe pomysły i idee, zanim porządnie wsiąknąć mogły w głąb narodu, zanim się mogły utrwalić. Temu więc, co zwykle Europa i Ameryka uważały za największe nieszczęście, więc słabemu rozwojowi umysłowemu, brakowi wybitnych zdolności zawdzięczają Chiny dzisiejsze swe panowanie. Świętość rodziny, stosunek patriarchalny nie mógł się utrzymać w narodach innych przez dłuższe wieki, bo cywilizacja kroczyła zbyt raźnym krokiem. A jak już wspomniałem, wraz z nią kroczy zawsze i wszędzie demoralizacja, a więc w pierwszym rzędzie upadek rodziny. U Chińczyków natomiast z powodu właśnie powolnego rozwoju świętość rodziny weszła tak w krew i ciało wszystkich jednostek, iż obecnie mogłaby się spodlić i wytępieniem całego narodu. Nie rozumiem, dlaczego przyznajesz rodzinie tak wielkie znaczenie.
Nie rozumiesz? Ależ od tego zawisła cała przyszłość. Od tego zależy cały byt narodu. Gdzie rodzina jest instytucją świętą, tam demoralizacja nie ma przystępu. Świętość rodziny nadaje głowie jej władzę nieograniczoną. Jest to wprawdzie według waszych zasad filozoficznych despotyzmem, tyranią, ale w praktyce życia jest to stosunek możliwie najlepszy między ludźmi. Sprzeciwia się wprawdzie filozofii, ale na szczęście Chińczycy nigdy filozofami nie byli. Porządek w domu, ład, zgoda, miłość. Najważniejsze zalety każdej rodziny tylko tam istnieć mogą, gdzie nią kieruje jedna wola. Europa dozwalała na panowanie domem najmądrzejszemu, częściej najsilniejszemu, a właściwie najchytrzejszemu.
Stąd powstało, że tam rządził chwilowo ojciec, chwilowo matka, a często nawet dziecię kapryśne. Skutkiem też tego rodzina nie miała znaczenia, szacunku. Rozbijała się wkrótce, bo brakło węzła łączącego. W Chinach głowa rodziny była najmądrzejszą i ona zarządzała domem. A ponieważ głowa ta była ojcem zawsze dobrotliwym, chętnie przebaczającym, a ustawicznie dobro swoich mającym na względzie, dlatego też jej nigdy się nie obawiano, ale zawsze szanowano, kochano, uwielbiano. On nie wymagał nigdy miłości, szacunku, posłuszeństwa, a jednak nigdy nikt nie ośmielił się mu ich odmówić. A wiesz ty, jakie donośne skutki wywiera ta świętość rodziny na wszystkie stosunki społeczne? Posłuchaj. Pierwszym i najgłówniejszym skutkiem stosunków patriarchalnych jest wielki wzrost rodzinny, a zatem coraz szybsze zaludnianie. Dla narodu jest to sprawą pierwszorzędnej wagi, bo wraz z ludnością większą potęguje się jego dobrobyt.
Zwłaszcza gdy naród mało jest wymagającym. Wzrasta w siłę i rozszerza swe granice bez walki, gdyż zdrowe, silne jednostki wypierają pokojowo autochtonów słabszych, zajmując ich dotychczasowe siedziby. Kolonizacja chińska była wprost przeciwną kolonizacji Semitów i Indo-Germanów. Ci przemocą zmuszali autochtonów do posłuszeństwa. Tamci bez walki wypierali ich. Kolonie pierwszych były tylko czasowe, tych trwałe. Świadczy o tym zabór całych Chin Południowych, który się odbył właśnie w ten sposób na dwa wieki przed Chrystusem. Również tylko stosunkom patriarchalnym zawdzięczają Chiny, iż dotąd się nie zdemoralizowały, ponieważ wszyscy synowie i wnukowie, nawet żonaci, nie opuszczają ojca rodziny, przeto wyżywienie jej jest znacznie łatwiejsze. Skutkiem tego znów młodzi ludzie nie znajdują przeszkód w rychłym zawieraniu małżeństw, a zmuszani do przysparzania środków wyżywienia rodziny nie szukają na zewnątrz rozrywek szkodliwych.
[02:22:31] - Zdaje się, że pod tym względem nie istniały w Chinach korzystniejsze warunki niż w Japonii. Zapominasz bowiem o poligamii, o domach, gdzie kobiety sprzedawały herbatę.
[02:22:40] - Wcale nie zapomniałem, a mimo to twierdzę, że demoralizacji w Chinach nie było. Najpierw co do poligamii. Instytucja ta była jeszcze wzorem moralności dla wysoko oświeconych Europejczyków, którzy bez wyjątku hołdowali jej, choć skrycie. Następnie Chińczyk brał drugą żonę wówczas tylko, gdy z pierwszą nie miał syna. Brak syna uważano wszędzie w społeczeństwach podobnie urządzonych za upośledzenie. Aby więc temu zapobiec, brał Chińczyk drugą żonę, nie poniżając jednak tym sposobem pierwszej. Domy znowu dla spijania herbaty znajdowały się tylko w miastach otwartych dla Europejczyków, jak Fuczęu, Szanghaj, Kiengang i Kanton. Tam rozpanoszyła się demoralizacja pod każdym względem, ale tylko pod wpływem Europejczyków, którzy ją rozwozili po wszystkich częściach świata i głównie w ten sposób wyniszczali autochtonów. Cywilizacja europejska była zabójczą dla Indo-Germanów samych, a bardziej jeszcze dla tych, do których ją wprowadzali. Całym szczęściem dla Chin był ich konserwatyzm, który przez wieki opierał się skutecznie wszelkim zabiegom Europejczyków.
Ta miłość ich dla dawnych zwyczajów, a niechęć ku wszelkiej zmianie nie dopuściła, aby demoralizacja wkroczyła poza obręb miast powyższych.
[02:24:03] - Wspomniałeś już kilkakrotnie o konserwatyzmie Chińczyków. Jakaż była tego przyczyna?
[02:24:09] - Pozwól, że odpowiem ci na to jutro. Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[02:24:36] - UFO to jest taki temat, o którym wiem, że bardzo wielu z państwa ten temat po prostu lubi, a nawet więcej pasjonuje się tym tematem. No to w dzisiejszym Sentymentalniku postanowiliśmy z Piotrem Cielebiasiem dostosować się do państwa preferencji. Będziemy rozmawiali o UFO w PRL-u, a właściwie nie tyle o UFO w PRL-u, co o relacjach zamieszczanych przez PRL-owską prasę na temat, no właśnie, tu się język trochę zmienił, na temat latających talerzy. Dzień dobry wieczór Piotrze. Sentymentalnik najwyższy czas zacząć.
[02:25:25] - Dokładnie, dokładnie. Witam wszystkich.
[02:25:28] - Cóż Piotrze, dzisiaj będziemy rozmawiać o rzeczy dla ciebie bardzo tajemniczej i na pewno rzadko się z nią spotykasz. To znaczy, że będziemy rozmawiali o UFO.
[02:25:40] - Tak. Dzisiaj rzecz w sumie niezwykle ciekawa. Znaczy UFO jest ogólnie ciekawe, ale dzisiaj jest podwójnie ciekawie, bo powiemy kilka słów o tym, jak w polskiej prasie, dokładnie jak w prasie PRL-owskiej do roku 1978 opisywano zjawisko UFO. Dlaczego do roku 1978? No bo wtedy się już coś zmieniło. Pojawił się Emilcin Mieliśmy pierwszą ogólnopolską sensację, taką nowoczesną, bo wcześniej też były pewnego rodzaju sensacyjki związane z latającymi talerzami, ale w innym wymiarze. I ten nasz dzisiejszy odcinek jest pierwszym z serii. On obejmuje okres od lat 50. po 1978 rok. Tak to będzie dzisiaj wyglądało.
Powiemy, jak prasa odbierała zjawisko UFO, jak podchodzili do tego dziennikarze, jaki przekaz szedł w świat. Muszę ci powiedzieć, że niektóre z dzisiejszych wątków są dość zaskakujące, bo my dzisiaj wychodzimy w odcinku od czasów, których ani ja, ani ty nie pamiętamy ich w ogóle. Ale nim zaczniemy, bo mówimy tu o tych najwcześniejszych latach, potem już będziesz w stanie coś powiedzieć, powiedz proszę, czy sobie przypominasz cokolwiek z tych kwestii ufologicznych ze swoich lat najmłodszych, acz świadomych. Czy fenomen UFO był obecny w kulturze masowej w okresie twojego późnego dzieciństwa, lat nastoletnich? Czy dopiero się tam jakoś ukorzeniał, wchodził? Bo faktem jest, że UFO zagościło w prasie polskiej na stałe praktycznie w połowie lat 50. Natomiast potem widzimy taką tendencję falową.
[02:27:38] - Z tą tendencją falową to prawda. Nie pamiętam, co się działo w latach 60., bo byłem wtedy człowiekiem niepiśmiennym, a nawet nie miałem zadatków na jakiekolwiek czytanie. Natomiast lata 70. i tu być może niektórych z państwa zaskoczę, to był prawdziwy wysyp informacji o UFO. Co więcej, pojawiały się książki o paleoastronautyce, pojawiały się książki i książeczki, bo to właśnie tak mniej więcej wyglądało, więc trochę tego było. Trudno to nazwać obecnością w kulturze masowej, ponieważ tak zwani poważni ludzie na takie tematy nie rozmawiali. To były książki, książeczki oraz artykuły zarezerwowane. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale ówcześni celebryci naukowi robili to bez ogródek. Mówili, co o tym sądzą, że to jest absolutnie niemożliwe i tak dalej. Nie chcę państwa katować różnymi epitetami, którymi określano UFO i w ogóle jakiekolwiek zainteresowanie tą tematyką.
Natomiast pamiętam, że w prasie tego było sporo, ponieważ w moim domu, jak to w domu dziennikarza, mój ojciec był dziennikarzem, prasy było sporo codziennej i chcąc nie chcąc, tę prasę przeglądałem. Jakoś taki byłem dziecko dziwne, że czytałem gazety. Sam się sobie dziwię, ale tak było. Co więcej, to moje przeglądanie gazet wzmocniła w pewnym momencie wychowawczyni. Byłem w piątej klasie i pani wychowawczyni zażyczyła sobie, żeby na godzinie wychowawczej, pamiętam, to był zawsze w poniedziałek po porannym apelu, bo zawsze o 8.00 rano był apel. Wszyscy musieli przyjść na galowo w białych koszulach i w ogóle, proszę państwa, pełna gala. Ale zaraz po apelu była godzina wychowawcza i pani, która była naszą wychowawczynią, zażyczyła sobie, że na co drugiej godzinie wychowawczej będziemy robili przegląd prasy i każdy z uczniów ma przygotować jedno wydarzenie z Polski i jedno wydarzenie ze świata z poprzedniego tygodnia. Pamiętam konsternację, kiedy ja jako wydarzenie ze świata wyciągnąłem gazetę i przeczytałem dosyć krótki artykuł o porwaniu, które miało miejsce w Ameryce Południowej. Już nie pamiętam szczegółów. Ważne było to, że jeden z porwanych zniknął.
Jego koledzy go szukali. Ja zakończyłem to swoje przemówienie, omówienie artykułu wydawało mi się wtedy bardzo głębokie. Dzisiaj sami państwo ocenią, że nie za bardzo, ale tak sobie rzuciłem w eter, że tak powiem, że my tu sobie siedzimy. Wydaje nam się, że świat jest taki zwykły, a być może ten człowiek jest już wśród obcych, jest może na innej planecie, gdzieś bardzo daleko i my o tym nie wiemy. I tak podkreśliłem, że to mnie bardzo ekscytuje i że to w ogóle jest jakieś takie bardzo tajemnicze. Muszę powiedzieć, że wprawiłem swoją wychowawczynię w absolutną konsternację, bo ona właściwie nie wiedziała, jak to skomentować. Bardzo się jej to nie podobało. Dla niej to nie było wydarzenie zagraniczne, które przytaczałem. Z drugiej strony spełniałem niby wszystkie warunki, które postawiła. Wiem, że jakoś kąśliwie, nie pamiętam szczegółów, ale jakoś kąśliwie to skomentowała i przeszła do kolejnego ucznia.
Nie spodobało się to, a ja byłem w sumie chyba wrednym gówniarzem, bo na następne, czyli za dwa tygodnie takie spotkanie prasówkowe również przygotowałem artykuł. Ten był krótszy i się zabezpieczyłem, bo miałem jeszcze na podorędziu inny, już niedotyczący UFO, troszkę dłuższy. Bo à propos tej krótkości notek o różnych pojazdach przybywających z nieba, to ja jeszcze pewno będę mówił, ale teraz tobie, Piotrze, oddam głos.
[02:32:14] - Tak. Teraz dokonam małej podróży w czasie. Otóż, drodzy państwo, prawdopodobnie pierwsza publikacja o UFO w naszym kraju, książkowa, miała miejsce w roku 1950. Było to tłumaczenie pozycji radzieckiej. Natomiast przyjmuje się, że w 1951 roku w czasopiśmie „Problemy” pojawiła się pierwsza drukowana relacja o dziwnym obiekcie. Taka relacja świadka. Ale dopiero połowa lat 50. przynosi przełom. Pojawiają się cykle publikacji Kazimierza Zalewskiego, Andrzeja Trepki. Znamienne jest to, że w prasie regionalnej pojawia się dużo tego typu artykułów.
Ja nie wiem w sumie, jak to wtedy funkcjonowało. Wiesz, to oni się nie wymieniali tymi materiałami jakoś. „Gazeta Pomorska”, „Echo Krakowa”, „Gazeta Białostocka” drukowały bardzo dużo już wtedy tego typu relacji. I co ciekawe, one nie zawsze dotyczyły naszego kraju. Nie zawsze były to też takie publikacje pochodzące z listów czytelników. Czasami to były jakieś depesze z zagranicy, z Włoch, z Anglii i tak dalej. Charakterystyczne też jest to, Marku, że w zasadzie od tamtego okresu do mniej więcej lat 70., i to takiej grubej połowy lat 70., to termin UFO w prasie początkowo się w ogóle nie pojawia, bo on wtedy nawet dopiero raczkuje. Natomiast jeszcze do lat 70. się używa terminu latające spodki, latające talerze. I muszę powiedzieć, że nawet ten termin latające talerze jest stosowany w przypadku, kiedy mamy jawnie do czynienia z obiektem, który wygląda inaczej.
Jest to dość zabawne. Natomiast potem w latach 70. już możemy natrafić na termin UFO. Także lata 50. wydają się takie siermiężne, ale tu się okazuje, że w Polsce, nie wiem, czy na fali odwilży, czy z racji tego, że był to po prostu dość nośny temat, pojawiło się sporo tych notek, publikacji na temat UFO. Istnieje w ogóle coś takiego jak bibliografia polskich publikacji ufologicznych. To jest dość rzadko dostępna pozycja w naszym kraju, ale rzeczywiście tam są wymienione wszystkie publikacje prasowe i książkowe na temat UFO, które w Polsce się ukazały. I można powiedzieć, że pod koniec lat 50. doszło po pierwsze do istnego boomu na tego rodzaju raporty w prasie, a był on spowodowany tym, że mieliśmy pierwszą polską falę UFO. Czyli tutaj mamy z jednej strony boom prasowy, a z drugiej strony mamy wysyp relacji, które są bardzo spektakularne czasami.
I tu się już robi tajemniczo, Marku, bo dawniej pierwotnie ktoś coś widział, ktoś coś widział za granicą, a tutaj dziennikarze prasy regionalnej nie tylko styka się po raz pierwszy z falą spotkań z obiektami niezidentyfikowanymi. I tutaj pierwsze zaskoczenie. One nie przypominają latających talerzy. Te relacje z Polski koncentrują się mniej więcej w regionach południowych, w górach. To jest w ogóle ciekawe, że chociaż góry w późniejszych latach nie są kojarzone z jakąś nadzwyczaj dużą aktywnością UFO, to w tej pierwszej polskiej fali mieliśmy tych doniesień stamtąd sporo. Te obiekty się pojawiały i w dzień, i w nocy. Najczęściej przypominały po prostu duże, bardzo duże kule światła. Niekiedy były one tak ogromne, że świadkowie mylili je dosłownie ze słońcem na przykład. Pojawiają się też pierwsze komentarze astronomów. Ale oczywiście relacje świadków są najciekawsze.
Ja na ten temat nagrałem odcinek na kanał „UFO Historie” o tej pierwszej polskiej fali UFO. Także jak ktoś chce, to sobie może rzucić uchem, że tak powiem. Ale tak jeszcze powiem, że kiedy zagłębiamy się w te historyczne relacje, przecież to też nie było tak dawno, to widzimy jedną rzecz. Dawniej ludzie precyzyjniej opisywali rzeczywistość. To się rzuca w oczy. Nawet jeżeli ktoś wysyłał krótki list, że widział coś dziwnego do gazety, to tam zawierał szereg bardzo istotnych informacji, na przykład o położeniu tego obiektu w przestrzeni. Dzisiaj ludzie nie są już zawsze do tego zdolni. Także jest to też bardzo interesujące, że dzisiaj ktoś by napisał: „O, widziałem UFO, widziałem światło”, a wtedy w bardzo wielu tych relacjach było dokładnie powiedziane co, gdzie i jak, z próbą wyliczenia nawet rozmiarów tego obiektu.
[02:37:10] - Piotrze, to jest troszeczkę chyba bardziej jeszcze skomplikowane. Oczywiście nie zamierzam nawet nic dodać na temat tej fali UFO w Polsce, natomiast ja odnoszę wrażenie i opierając się na swojej pamięci, i przeglądając różnego rodzaju wycinki archiwalne, że w prasie PRL-owskiej, w gazetach lokalnych traktowano te doniesienia najczęściej agencyjne. Najczęściej tam jest powołanie się na Polską Agencję Prasową. Traktowano jako zapchajdziury. Ja wiem, że to serce krwawi, kiedy ludzie interesujący się zjawiskiem zwanym UFO stwierdzają takie sprawy, ale zaraz poprę swoje podejrzenia jakimiś konkretami. Otóż te notki, gros notek w prasie lokalnej miało 10, góra 15 linijek na jednej kolumnie. Czyli tak naprawdę to malusieńka ilość słów Co więcej, z jednej strony dobrze, z drugiej źle, ale wyraźnie widać, że traktowano te notki jako takie wypełniacze dla pierwszej i drugiej strony. Dlaczego? Ponieważ tam na tej pierwszej i drugiej stronie na ogół znajdowały się najważniejsze wiadomości. Z kim się partia spotkała albo jakie plenum odbyła, albo gdzie pojechał Edward Gierek, jaką wstęgę przeciął, ewentualnie jakich robotników odwiedził.
Ale wtedy, przypomnę, gazety były składane na tak zwanym gorącym składzie. Żadnych komputerów nie było. Na linotypach, czyli pisano na klawiaturze i tam czcionki odlewały się automatycznie. Tak w skrócie mówiąc, tak wyglądał linotyp od razu w drukarni. W związku z tym czasami spośród tych poważnych, partyjnych i niepartyjnych materiałów zostawały takie małe dziurki. To się brało agencyjne doniesienie, trochę skracało albo wydłużało i już było takie coś, żeby wstawić w tę lukę, która się pojawiała na pierwszej bądź drugiej stronie. Ja państwu zacytuję, jak wyglądały takie notki, to za chwilę zrobię. Natomiast zdecydowanie wtedy, tak jak Piotr powiedział, przeważało określenie „latający talerz”. Już nawet nie spodek. Talerz.
To były latające talerze. I tak jak Piotr powiedział, one były latającymi talerzami bez względu na kształt, jaki te obiekty przyjmowały. I tu macie państwo najlepszy dowód. Notka z Kuriera Polskiego z 1975 roku, ze stycznia: „Latający talerz wylądował pod Saragossą?” Znak zapytania obowiązkowo, żeby nie było tak, że wylądował. On być może wylądował. I teraz przeczytam państwu notkę. Ona ma 11 linijek. „Władze hiszpańskie zarządziły przeprowadzenie dokładnego śledztwa w sprawie lądowania tajemniczego obiektu w pobliżu Saragossy. Według zeznań trzech żołnierzy zauważyli oni w czasie odbywania patrolu, cudzysłów, »duży stożek wydzielający oślepiające światło« koniec cytatu. Obiekt wylądował w odległości 500 metrów od nich.
Początkowo żołnierze zamierzali zbliżyć się do niego, ale przestraszyli się niezwykle silnego światła”. Koniec notki. W związku z tym zobaczcie państwo, takich notek ja byłbym w stanie znaleźć naprawdę bardzo dużo. Pamiętam to w Gazecie Pomorskiej, bo ta była mi dostępna, czasami w Ilustrowanym Kurierze Polskim. Wymieniam tytuły obecne tutaj na terenie Pomorza i Kujaw. To była norma. Tego rodzaju notki pojawiały się bardzo często. Ja jakoś tak zainfekowany, ale pozytywnie zainfekowany tym, co robił Lucjan Znicz, który też był człowiekiem, już kiedyś państwu o tym opowiadałem, wycinającym, też zacząłem te notki wycinać i stosunkowo szybko miałem sporą kolekcję tychże artykulików. Bo to chyba dobre określenie. Artykulików.
Rzadko kiedy one były troszeczkę dłuższe niż ten, który przytoczyłem przed chwilą. Miałem całkiem sporo tego. Już wtedy wpadłem na pomysł, że może by to trzeba archiwizować. Ale umówmy się, nastolatek to nie jest wzór jakiejś takiej systematyczności i takiego działania bardzo kompleksowego, uporządkowanego. Ja to sobie pokolekcjonowałem przez dwa tygodnie, może przez dwa miesiące i skończyło się. Być może przez jakiś czas notki się nie ukazywały, to się zniechęciłem. Już tak dokładnie nie pamiętam. Ale podsumowując to nieco przydługie przemówienie, mam wrażenie, że to nie wartość informacyjna, nie chęć pokazania pewnych ciekawych zjawisk kierowała redaktorami, którzy odpowiedzialni byli za dane wydanie. Raczej potrzeba wypełnienia strony. A powtarzam, wtedy wypełnić stronę, to trzeba było dobrze pogłówkować, bo to był proces nieco trudniejszy niż w tej chwili, kiedy właściwie wszystko robi się na komputerze, cała gazeta jest łamana tamże i właściwie można się tym bawić.
Wtedy było troszeczkę, a nawet bardzo trudno.
[02:43:13] - Ja się tak zacząłem zastanawiać, skąd się w języku polskim wziął termin „latający talerz”, bo tak naprawdę we wszystkich językach europejskich zachodnich mamy do czynienia z określeniem UFO pierwotnie, które podkreśla, że to są spodki. Natomiast u nas się pojawia talerz i się zastanawiam nawet, czy to nie jest taka kalka językowa z rosyjskiego, bo tam też były talerzyki latające i może stąd to do nas przyszło. Ale mamy lata 50., w końcu rok 1959 i dwie rzekome katastrofy UFO, także wzmiankowane w prasie dość obficie. Pierwsza w Gdyni, druga prawie nieznana pod Plutyczami na Podlasiu. Zaczyna się era zintensyfikowanych lotów na orbitę i różne rzeczy zaczynają, Marku, z nieba spadać. O tych katastrofach też mówiłem w UFO historiach, także nie będę tego tutaj rozwijał. I one były relacjonowane w prasie, to znaczy ta pod Plutycz szczątkowo, natomiast ta gdyńska trochę bardziej kompleksowo. Na tym przykładzie Gdyni widzimy, że dziennikarze zaczynają już podchodzić lekko śmieszkowato do tematu UFO. Zaczynają racjonalizować. Przypominam, że „Wieczór Wybrzeża” organizuje nawet takie próby nurkowania, wyławiania szczątków tego rzekomego obiektu, który tam wpadł.
UFO zaczyna być traktowane z dystansem, chociaż cały czas się też pojawiają relacje bardzo konkretne, często krótkie, ale pełne informacji, że coś tam było widziane. Takim znamiennym przykładem tego, jak relacja UFO staje się punktem wyjścia do rozmowy na łamach, jest sprawa z Muszyny. Jedno z najsłynniejszych polskich zdjęć UFO wykonane w roku 1958 przez pewnego lekarza z Warszawy. Ale rok 1959 zamyka nam pewien bardzo gorący okres, bo gdy wchodzimy w lata 60., to już tych obserwacji jest zdecydowanie mniej. Obserwacji w Polsce jest mniej, natomiast relacje prasowe na temat tego, co widziano gdzieś za granicą, cały czas się pojawiają. W Polsce one się gdzieś tak przeżydzają po roku 1961. Po tym, jak donosi się obserwacji takiego jakiegoś ogromnego balonu nad Warszawą. Potem ta fala opada, tendencja spadkowa się mocno uwidacznia. Natomiast prasa cały czas publikuje doniesienia na temat zjawisk powietrznych. One już mają właśnie taki ciekawostkowy bardziej charakter niż charakter reporterski.
Wreszcie UFO też wchodzi do czasopism, na przykład takich jak „Forum”. Nie wiem, Arku, czy ty pamiętasz „Forum”, to w sumie jest bardzo fajny tygodnik. Był, nie jest, bo on niedawno przestał wychodzić. Swego czasu to było moje ulubione pismo i to była taka forma, która zbierała najciekawsze artykuły z opiniotwórczej prasy ogólnoświatowej. I tam też UFO się zagnieżdża. I potem mamy lata 70. Czas, kiedy coraz powszechniej się używa terminu UFO oraz NOL. Chociaż na początku lat 70. tych relacji o UFO jest wciąż stosunkowo mało. Mało, ale to się niebawem zmieni.
Dla wielu osób jeszcze może być zaskakujące to, że nim nastąpił boom na UFO pod koniec lat 70. za sprawą relacji Jana Polskiego między innymi, to w prasie polskiej można było, i to jest bardzo ciekawe, przeczytać o sprawach, często oczywiście bardzo skrótowo, które są takimi sztandarowymi historiami, przypadkami ufologicznymi. Mamy na przykład wzmianki o UFO nad bazami wojskowymi. Coś, o czym się cały czas mówi. Mamy wzmianki o przypadku Travisa Waltona, o którym się cały czas mówi. O kapralu Valdésie, o którym się mówi może trochę mniej. To był facet bodajże chilijski wojskowy, którego UFO porwało na oczach kolegów i go zwróciło, tylko okazało się, że jakby mu się trochę czas przesunął. Były też wzmianki oczywiście z drugiej strony świata, zza żelaznej kurtyny, z tej naszej części żelaznej kurtyny, między innymi sprawa pietrozawodzka, rok bodajże 1977. Także jakby nie było, powiem ci, że Polacy i tak w jakiś skromny sposób byli z tymi zdarzeniami zaznajamiani. Prasa coś tam przebąkiwała.
Ja pamiętam, że nawet o Pascagouli pisano. Pascagoula to jest ten słynny przypadek, kiedy dwaj wędkarze zostali porwani na pokład dziwnego obiektu przez istoty, które wyglądały wręcz potwornie. I powiem ci, że to jest dość ciekawe. To znaczy może nie było książek, może nie było zbyt wielu informacji, ale jednak ktoś zawsze jakiś fajny wątek do prasy przemycił.
[02:48:44] - A ja ci powiem, że ja bym zaryzykował jednak twierdzenie, że czasy Gierka, szczególnie połowa lat 70., naprawdę tych notek było, o których wspominałem wcześniej, bardzo dużo. Inna sprawa, że to był też czas, kiedy już Lucjan Znicz prowadził swoje okienko w „Faktach”, w tygodniku „Fakty” i tam Klub Kontaktów Kosmicznych działał bardzo prężnie. Ale muszę się z państwem jeszcze czymś podzielić, bo ja stoję na stanowisku, że tych doniesień z racji technicznych było bardzo dużo. Natomiast wzruszyłem się, bo właśnie po pierwsze znalazłem ten artykuł, przeglądając archiwum, którym dysponuję dzięki Piotrowi. Znalazłem ten artykuł, który tak bezczelnie odczytałem pani na lekcji i była taka skwaszona. Zaraz go państwu przytoczę, bo jego forma też jest bardzo ciekawa, ale jednocześnie muszę się przyznać, że wszystko pomieszałem w pierwszym wejściu. Otóż pomyliły mi się dwa spotkania z panią, której odczytywałem te artykuły o UFO. Otóż ten z Ameryki Południowej to był drugi artykuł, a pierwszy nie był z Ameryki Południowej, tylko z Ameryki Północnej i nosił tytuł, i to już panią musiało mocno zbrzydzić: „Czy pierwsza ofiara Marsjan?” Znowu znak zapytania. I mamy informację PAP-owską z Nowego Jorku: „Sześciu robotników leśnych zatrudnionych w Parku Narodowym Apache w stanie Arizona ma zostać poddanych w najbliższym czasie specjalnym testom przy użyciu tak zwanego wykrywacza kłamstw. Ludzie ci twierdzą, że byli świadkami, jak ich kolega, 22-letni Travis Walton, został porażony promieniem niebieskiego światła z latającego talerza i następnie uprowadzony.
Z zeznań robotników wynika, że w momencie, kiedy powracali ciężarówką z pracy, po zmierzchu zauważyli obiekt podobny do latającego talerza unoszący się nad szosą. Walton wyskoczył z ciężarówki i pobiegł w kierunku tajemniczego obiektu, aby mu się dokładnie przyjrzeć. Następnie z latającego talerza wystrzelił promień niebieskiego światła i Walton upadł na ziemię. Koledzy byli tak przerażeni, że odjechali, pozostawiając ofiarę. Kropka. Kiedy po 15 minutach wrócili, nie znaleźli ani Waltona, ani latającego talerza. Poszukiwania przeprowadzone przez policję również nie dały żadnego rezultatu. Miejscowy szeryf oświadczył, że jakkolwiek cała historia brzmi nieprawdopodobnie, to jednak może być całkowicie wymyślona. Wiadomości te podajemy na odpowiedzialność agencji Reutera. Po pierwsze zwróćcie państwo uwagę, że ten przypadek jest znany.
Zupełnie przypadkowo nadziałem się na rzecz, o której się do dzisiaj mówi. A po drugie jednak pamięć bywa zawodna. Pomieszałem dwa artykuły. To był troszeczkę dłuższy artykuł i też pamiętam, że był na pierwszej albo na drugiej stronie, zatopiony w powodzi zupełnie innych doniesień. Ale zobaczcie państwo ten dystans. Znak zapytania. Marsjanie. A skąd tu Marsjanie w ogóle? Sam język jest tak dziwny, ośmieszający w jakiś sposób. I to zastrzeżenie na końcu, że podajemy na odpowiedzialność kapitalistycznej wrażej agencji Reutera.
Bo my w PAP-ie nigdy byśmy takich bzdur nie podawali. Jakieś poczucie wyższości i to zastrzeżenie, że my jesteśmy correct. No cóż, ale wzruszyłem się, muszę powiedzieć, bo to taka podróż do młodości, dzieciństwa właściwie. I pewnego postawienia się wychowawczyni, że ja tu interesuję się UFO i będę mówił o UFO. Podróż sentymentalna, jak to na sentymentalnik przystało.
[02:53:00] - Dokładnie. To może podsumujmy już trochę. Jeżeli weźmiemy prasę jako wyznacznik zainteresowania pewnych procesów, które fascynują odbiorców, to widzimy od lat 50. w Polsce stałą, momentami eskalującą się ilość doniesień z kraju, a także doniesień ze świata. Ja bym ogólnie oddzielił te dwie sfery. Nie wiemy do końca, jak było w tygodnikach. Na pewno temat poruszano, bo to były takie miejsca, gdzie sobie pozwalano na jakieś komentarze. W PRL-u było tak, że tych tygodników się też ukazywało bardzo dużo, bo były czasami nawet bardzo niszowe czasopisma branżowe dla literatów, dla intelektualistów i tam pewnie rozwijano temat UFO też na wielu polach. Wszystko się wywróciło w latach 70., między innymi za sprawą Jana Wolskiego. I tam już ta publicystyka ufologiczna idzie nam w zupełnie inną stronę.
Bo do tej pory to UFO było, pojawiało się, byli tam jacyś świadkowie, widywali jakieś kuleczki, jakieś kule, latające talerze. Ale nagle się okazuje, że ci wyszydzeni Marsjanie, wyszydzeni przybysze, którzy nie mają prawa się tutaj pojawiać, pojawiają się w Polsce. Co jeszcze, Marku, ja bym dodał. Dzisiaj prasa o UFO praktycznie nie pisze. Tylko że co to dzisiaj jest prasa? Czy prasa dzisiaj to jest to, co jest w papierze? Czy prasą są portale informacyjne? Nam się świat prasowy tak mocno zmienił, że dla ludzi, którzy funkcjonowali w latach 70. byłoby to chyba niewyobrażalne. Natomiast zmieniło się na gorsze to, że o UFO w tej elektronicznej prasie się praktycznie w Polsce w ogóle nie pisze.
I to odnośnie zdarzeń z kraju i ze świata. I ta zmiana jest widoczna, czyli jakiś regres w stosunku do tego, co było w PRL-u, w tym zakresie przynajmniej nastąpił.
[02:55:15] - Tak. Myślę, Piotrze, że temat UFO w PRL-u absolutnie nie jest wyczerpany i słusznie postawiłeś granicę na roku 1978. Pewno gdzieś tam w przyszłości przed nami kolejny odcinek Sentymentalnika, który będzie dotyczył tych doniesień z lat 80. Z początku lat 80. i ze środka, i z końca. To się zmieniało. Aż jestem zdziwiony, jak bardzo się to zmieniało. Wtedy człowiek tego nie zauważał, a jednak widać było, że czy za sprawą polityki, czy za sprawą jakiegoś dojrzewania, sam nie wiem właściwie dlaczego, przede wszystkim ton i język się zmieniał z takiego politowania, z jakiegoś dystansu, z jakiegoś takiego nabijania się z tematu. Marsjanie. Marsjanie to był w 70.
latach już obciach. Chociaż jak się dzisiaj patrzy na te różne doniesienia o Marsie, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy to nie były jakieś doniesienia wieszcze. Ale wróćmy do tematu. Wtedy to był obciach mówienie o UFO, Marsjaninie, więc jakoś tak próbowano z jednej strony podawać te informacje, z drugiej strony je dyskredytowano. Sam nie wiem dlaczego, ale tak jak powiedziałem Zmieniało się to i lata 80. to już był inny ton. W dalszym ciągu oczywiście nasi ulubieni intelektualiści, naukowcy mieli z tego przynajmniej taką deklarowaną bekę. To znaczy: „Nie, w ogóle nic takiego nie ma”. Ale jednak prasa zaczynała już używać troszeczkę innego języka. Ten język był bardziej wyważony i bardziej były dobierane słowa, ale to dopiero przed nami.
Za ten okres weźmiemy się za jakiś czas.
[02:57:17] - Tak. Ja nawet proponowałbym, abyśmy się przyjrzeli temu, jak pisano o Emilcinie, jak stawiano sprawę Wolskiego, jak starano się ją zracjonalizować, a czasami nawet ośmieszyć. Także do usłyszenia w kolejnym odcinku przeglądu prasowego ufologicznego za kilka tygodni.
[02:57:39] - W ostatniej audycji mówiłem państwu, że cykl „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego nieuchronnie zmierza ku końcowi. Przypomnę, ten literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego odszedł w 2022 roku. Nie ma go już z nami. Zostały te recenzje, te omówienia książek, które w cyklu „Labirynt książek” prezentuje. Ale patrzę i nieuchronnie ten cykl się kończy. Korzystajmy zatem z ostatnich odcinków. A dzisiaj książka zatytułowana „W Kalabrii”.
[02:58:48] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo czas, by odsłuchać naszego kolejnego spotkania w moim labiryncie książek. Dzisiaj zapraszam państwa do klasyka. Na spotkanie z klasykiem. Klasykiem bardzo specyficznym, bo niewielu jest pisarzy, którzy przez kilkadziesiąt lat wierni są jednemu tematowi, a kimś takim jest Peter Beagle. Dziś 93-letni, choć według najnowszych wieści ciągle cieszący się całkiem niezłym zdrowiem pisarz, zasłynął w latach 60., gdy zaczął pisać o jednorożcach. Na pewno spotkaliście się państwo z takimi jego książkami jak „Sonata jednorożca” albo „Ostatni jednorożec”. Zresztą ta książka w polskim wydaniu osiąga jakieś zawrotne i nieprawdopodobne wręcz kwoty, bo można ją kupić na Allegro za około dwie stówki. Ale ja dzisiaj chciałem powiedzieć państwu o książce, która została wydana całkiem niedawno, a właściwie kilka tygodni temu, napisana zaś pierwotnie w roku 2017. To „W Kalabrii”.
Właściwie nowela. Zgodnie z angielskim rozumieniem tego słowa, to krótka opowieść, nieprzekraczająca 200 stron tekstu. W polskim wydaniu wydawnictwa MAG ma tych stron 162. W tłumaczeniu bardzo dobrym i to trzeba podkreślić, chyba debiutującej w serii „Uczta wyobraźni” Agnieszki Hałas. Debiutującej oczywiście jako tłumaczki, bo wykonała kawał naprawdę dobrej roboty i może być z siebie bardzo zadowolona. Przynajmniej mnie się to świetnie czytało. Czym jest opowieść „W Kalabrii”? Oto w małej wiosce gdzieś tam we Włoszech żyje sobie Bianchi. Bianchi ma 47 lat, rozwiódł się z żoną. Jak się okazuje dlatego, że mieli dziecko, które nie przeżyło porodu.
Żona nie potrafiła sobie z tym poradzić. Bianchi mieszka w starym domu na niewielkim skrawku, płachetku ziemi, który niespecjalnie rodzi cokolwiek. Ma kozła, psa Garibaldiego i kilka kotów. Trzy dokładnie. Ten trzeci jest tym trzecim kotem, stąd można zapamiętać, ile ich realnie jest. Ma jakieś krówki, jakąś świnkę. Żyje z tego, co zdoła wyhodować na swoim niewielkim, oddalonym od miasteczka poletku. Odwiedza go raz w tygodniu listonosz. I to byłby mniej więcej cały kontakt jego ze światem. Ale Bianchi nie jest zupełnie zwykłym człowiekiem.
Bianchi jest niespełnionym poetą. Bianchi czuje poezję, choć nie wie jak. Nie ma wykształcenia, jest człowiekiem prostym, ale ma coś, co chyba najprościej byłoby nazwać wyobraźnią. I oto na jego poletku, na jego ziemi, ni stąd, ni zowąd pojawia się Jednoro gini. On sam zresztą używa takiego określenia. Tu świetna gra słów, kolejny punkt dla Agnieszki Hałas. Uważam, że to bardzo trafne oddanie feminatywu w tym wypadku. Jednoro gini jest w ciąży, więc za jakiś czas będzie miała urodzić. I to pojawienie się Jednoro gini zmieni wszystko. Bo chociaż Bianchi będzie starał się robić wszystko, żeby uchronić swoją gościnie przed mediami, ludźmi, a nawet miejscową – oczywiście nie można mówić mafią, bo tylko – garettą, która rządzi tamtymi terenami, Kalabrią, oczywiście jest to nie do końca możliwe.
Bowiem ta powieść nie uchroni się też przed miłością do siostry listonosza Giovanny, dwudziestoparolatki. To bowiem samo pojawienie się Jednoro gini wywołuje zmiany w świecie, bo tak naprawdę oczywiście na poziomie fabuły o nią chodzi, ale starzejący się autor mówi nam coś znacznie więcej. Jego wczesne powieści są smutne Zwłaszcza ostatni „Jednorożec” to opowieść, która jednocześnie trzyma w napięciu, ale jednocześnie jest bardzo smutna. Tak mi się zawsze kojarzyły opowieści Beagle'a. Tym razem jednak to jest opowieść nostalgiczna. Ten 47-letni Bianchi ma tak naprawdę znacznie więcej lat. Zapamiętałem wiek, bo mniej więcej jestem w tym samym momencie życia. Nawet jestem od niego ciut starszy, a mimo to funkcjonuję troszeczkę inaczej. Oczywiście nie jestem kalabryjskim chłopem, ale cały świat, który otacza Bianchiego, Kalabria narysowana bardzo ciepło, naszkicowana z jednej strony z miłością, taką ciepłą miłością kogoś, kto bywał na pewno tam. Kogoś, kto próbuje też oddać specyfikę tych ludzi, bo niewielka jest galeria postaci, które przez tę powieść się przewiną, a jednak są bardzo charakterystyczni.
Jak na przykład miejscowa wróżka, która naprawdę wie więcej niż się wszystkim wydaje. Chociaż Bianchi ją cały czas podejrzewa, że po prostu ma niezły słuch i jest dobrą psycholożką, mówiąc naszym językiem. Ale tak naprawdę to opowieść o przemijaniu, to w dużej mierze opowieść — i tutaj naprawdę warto zwrócić na to uwagę — o tym, jak Kalabria gaśnie. Właśnie od tego się powieść zaczyna. Od tego, że jest coraz mniej turystów. Ziemia rodzi coraz mniej, bo zmiany klimatyczne i one są tam zasugerowane bezpośrednio. Przypominam, jesteśmy przed 2020 rokiem, więc to oczywiście nie jest jeszcze czas pandemii. Są uparci chłopi. Jest miejscowa organizacja przestępcza, która nie zważa na nic i jest Jednorożini, która w pewnym sensie przynosi ukojenie i sprawiedliwość, bo myślałem, że ona jest jak Woland w Moskwie u Mistrza i Małgorzacie. Przebywa, tylko że ona jest tam bez słów.
Oczywiście ona nie mówi, ale dotyka. Najpierw dotknie ramienia Bianchiego, gdy za bardzo zaczął się bać, a później pozwoli się dosiąść, gdy sprawa będzie naprawdę niebezpieczna. I ona zmienia świat. Nie poprawia go, nie rozwiązuje jego problemów. No dobra, rozwiązuje problemy Bianchiego, ale daje jakiś, mówiąc moim językiem uczonym, postmetafizyczny przebłysk innego, lepszego świata. Świata, do którego tęsknimy. Na pewno tęsknią, nie wiedząc nawet tego bohaterowie tej powieści, do którego tęskni Giovanna, która jest młodą, mądrą, dwudziestoparoletnią kobietą, która gdy czegoś chce, to po prostu przychodzi i bierze co chce. A Bianchi, który głównie parska, że ona jest dzieckiem, bo on pamięta, jak ona była dzieckiem. Przyjmuje ją, nawet nie zauważając, że to ona obdarowuje jego. A może zauważając, tylko próbując tego do końca nie pokazać, bo Bianchiemu trudno się nawet pogodzić z tym, że Giovanna umie jeździć samochodem i motocyklem, że świat się zmienił.
Bo oczywiście świat Kalabrii to świat patriarchalny, świat żyjący przeszłością. I może właśnie dlatego musiała się zjawić Jednorożini, by wymusić zmianę, by ci ludzie zobaczyli, że wszystko, co dotąd im się wydawało stałe i niezmienne, in garretta w gruncie rzeczy nie jest stałe i nie jest niezmienne. Ale to również opowieść o mediach, o ucieczce przed mediami, o tym, jak bardzo wkroczyły one w nasze życie i nie pozwalają nam normalnie żyć. Bianchi bowiem toczy nieustanne boje z kolejnymi dziennikarzami, którzy dowiedzieli się, że choć bardzo długo nikt Jednorożini nie widział. Oczywiście poza Bianchim i Giovanną, bo Bianchi uratował Jednorożini życie, bo urodziła dzięki niemu. Bo Giovanna zobaczyła ten gest. Nie bezpośrednio, ale widziała, odczuła ten gest i zrozumiała, że to jest człowiek, którego warto pokochać. Albo inaczej, którego po prostu kocha. Jak państwo widzicie, to jest bardzo prosta historia. Nie tak wymyślna jak te wszystkie, o których opowiadałem do tej pory, albo o których najczęściej opowiadam do tej pory.
Ale też nie jest to historia banalna, bo Jednorożini, Bianchi, Giovanna to postacie bardzo prawdziwe w swej zwyczajności. To tylko kozioł na widok Jednorożini głupieje i pada przed nią na kolana. Zwierzęta jej towarzyszą, ale koty, jak to koty, robią to o wiele mniej ostentacyjnie. Jest więc w tej króciuteńkiej powieści, której przeczytanie zajmie państwu pewnie jedno popołudnie, może dwa. Ciepło, nostalgia, momentami całkiem krwista akcja i coś, co mnie zachwyciło: upór. Ja bym powiedział, że upiorny upór kalabryjskiego chłopa, który przyjmuje świat takim, jakim jest. Jednorożini przyszła, znaczy przyszła dlatego, że trzeba się nią zająć i gotów jest w jej obronie oddać życie. Ale co to było za życie? Ale gdy naprawdę zaczyna grozić mu niebezpieczeństwo, błaga Giovannę o jedno, by więcej nie przyjeżdżała. Giovanna odpowiada w jedyny logiczny sposób: też cię kocham.
I takie proste kody. Te kody nie są skomplikowane, ale myślę, że o ile pewnie dla kobiet czytelniczek są jasne i oczywiste, o tyle myślę, że dla wielu mężczyzn wcale takimi nie są. Bo Bianchi jest prawdziwym facetem, dobrym, ciepłym, uważnym, a jednocześnie bardzo zgorzkniałym. Jak bardzo? A to już musicie zobaczyć sobie państwo.
[03:09:27] - Sami. Do zobaczenia. Stało się już pewną tradycją, że w Bibliotekarium 2.0 prezentuję państwu po dwa odcinki Gości z Marsa. To podtrzymajmy tę tradycję. A zatem Władysław Sadce, pseudonim Abul. Księga druga, rozdział siódmy.
[03:10:03] - Władysław Sadce. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadan.
[03:10:24] - Konserwatyzm swój zawdzięczają Chińczycy bardzo powolnemu rozwojowi cywilizacji, skutkiem czego-- przepraszam cię, o tym już słyszałem. Chciałbym się raczej zapytać, skąd pochodzi słaby rozwój ich cywilizacji. Jak widzę, chciałbyś dojść powoli, tak aż do pierwotnej przyczyny wszechrzeczy, która jednak, jak już wspominałem, będzie na zawsze zakrytą ludzkiemu oku. Mimo to będę się starał wytłumaczyć ci, o ile zdołam. Człowiek zajmujący się ustawicznie zaspokojeniem tylko swych potrzeb codziennych nie jest zdolnym do wydania ani jednej myśli ogólnej, gdyż myśl wymaga koniecznie zastanowienia swobodnego. Bez swobody nie ma myśli. Jest to zdanie pewnego Anglika wypowiedziane przed wieloma wiekami. Cywilizacja zatem każda wyłoniła się ze swobody, wprawdzie nie wszystkich, ale poszczególnych jednostek. Taką swobodę w pierwszym rzędzie mógł uzyskać człowiek tylko skutkiem ulgi w pracy codziennej, a to tym sposobem, iż kazał za siebie lub wraz z sobą pracować zwierzętom, a następnie niewolnikom. Gdzie człowiek nie zdołał oswoić zwierząt na swe usługi, tam nie znajdziesz ani śladu prawie cywilizacji.
Jak tego dowodem Australia, południowy cypel waszej Ameryki. Gdzie zaś znowu zaprowadzono niewolnictwo, jak w Egipcie, Persji, Babilonie, Grecji, Rzymie, a nawet w Peru i Meksyku. Tam cywilizacja wzrosła do najwyższego stopnia. Tam bowiem znalazło się najwięcej ludzi, którzy mogli się oddać swobodnemu myśleniu. Ależ u Francuzów, Niemców, Anglików od wieków nie masz już niewolnictwa, a przecież cywilizacja właśnie w czasach ostatnich wzmaga się tam najszybciej. Mylisz się. Niewolnictwo istniało tam także i istnieje dotąd, jakkolwiek w nieco odmiennej formie. Skoro są ludzie mający przywileje pewne, skoro żyją tam tacy, którzy bez pracy na chleb codzienny mogą żyć w zbytku, w rozkoszach, oddawać się próżnowaniu lub nauce, to koniecznie muszą też istnieć ludzie, którzy na ich utrzymanie i zbytek pracują. Przyznasz Atorii, iż ci ostatni niedobrowolnie oddają się pracy dla pierwszych. Są zatem zmuszeni do tego.
Przeto są niewolnikami, wprawdzie nie osób pewnych, ale społeczeństwa. Między nimi a niewolnikami istotnymi jest niewielka różnica. W każdym razie cywilizacja Zachodu rozkrzewiła się i zakwitła jedynie przy pomocy zwierząt domowych, niewolników lub klasy pracującej. U Chińczyków wszystkie te stosunki były zupełnie inne i oni zajmowali się w zamierzchłej przeszłości polowaniem, a potem jako pasterze wiedli życie nomadów. Lecz już cesarz Shi Huang przyuczył ich rolnictwa. Jako rolnicy pozostali dotąd. Mimo to, iż trudnili się myślistwem, byli zawsze łagodnymi, nie uciemiężali nigdy ani zwierząt, ani ludzi. Stąd też pochodzi, że nie znali nigdy niewolnictwa, że ich domowemi zwierzętami są właściwie tylko wieprze, psy i kaczki, a bardzo nielicznie tylko woły i konie. Z ludów rolniczych jedni Chińczycy tylko nie posiadali nigdy u siebie niewolników. Jest to znamieniem bardzo szczególnym i dotąd niewytłumaczonym, bo wszystkie ludy stale osiadłe, a zatem zajmujące się rolnictwem, a nawet rybołówstwem, posiadały niewolników.
Wszak nawet Indianie północnej Ameryki, jak Kodiaki, Kolusze i Jachty na wyspie Vancouver, którzy żyli li tylko z rybołówstwa, mieli swych niewolników, chociaż ich krewni w głębi lądu jako myśliwi składali się z samych wolnych. Myśliwy mógł zaledwie siebie z rodziną utrzymać, więc jeńców wojennych zabijał, bo żywić ich nie był w stanie. Rolnik natomiast potrzebował jak najwięcej rąk do pracy i dlatego też ujarzmiał zwierzęta, a nie wolił ludzi. Mimo tej tak widocznej, zwłaszcza w czasach barbarzyńskich potrzeby, Chińczycy nie mieli niewolników. Nawet ludy przez nich ujarzmione, jak Lolo, Miao tse zażywają zarówno z Chińczykami wszelkiej wolności. Skutkiem tych stosunków rozwój umysłowy Chińczyków nie mógł postępować szybkim krokiem, bo nie było jednostek oddających się swobodnemu rozmyślaniu. Każdy z nich musiał ciężko na utrzymanie siebie i rodziny pracować. Mimo to zupełnie błędnym jest u was mniemanie, jakoby Chińczycy wcale nie postępowali. U nich istnieje postęp, ale powolny i w innym niż u Europejczyków kierunku. Pomysły jednak ich nie przeganiają się wzajemnie, bo brak swobody ku temu.
Postęp ich na polu technicznym wypłynął tylko stąd, iż miliony ludzi przez lat tysiące na jednym poziomie nie mogą się nigdy utrzymać, a potrzeba zmusza do ulepszenia rolnictwa i przemysłu. Wszystkie twe słowa świadczą, jakbyś wychwalał Chińczyków dla ich łagodności. Ja tymczasem upatruję w braku niewolnictwa tylko szkodę dla nich wynikającą. Mimo waszej tak głośno wychwalanej inteligencji widocznie nie umiesz myśleć logicznie. Wszak to tak łatwo wywnioskować, że jakkolwiek Chińczycy stracili rzekomo na cywilizacji, jednak w innych względach zyskali bardzo wiele. Ciekaw byłbym, w których. Rychło cię zaspokoję. Z niewolnictwem jest nierozłączny despotyzm, a następnie kastowość. Kto zdoła posiąść największą ilość niewolników, ten staje się panem wszechwładnym, bo za pomocą nich ujarzmia innych. Rządy też jego nigdy nie będą ojcowskie, dobrotliwe, łagodne, ale muszą być tyrańskie, bo tylko grozą, karą, srogim postępowaniem zabezpieczyć sobie zdoła panowanie.
Jego rządy nie są wypływem stosunków przyrodniczych, ale sztucznie wywołane. Nie potrzeba obrony, opieki zgromadziła pod nimi ludzi nie dla dobra społeczeństwa, są mu podwładni posłuszni i ulegli, ale z przymusu. Obok tego nastąpić musi odróżnianie zewnętrzne wolnych i niewolnych, co wytwarza szlachtę. Tę kastę znajdziesz wszędzie, gdzie tylko istnieje lub istniało niewolnictwo. Wne przywileje ogólne, a nadto zyskuje u despoty nowe. Te przywileje, jako też oznakę wolności, przelewa się na potomków bez względu na ich osobiste zdolności i zasługi. Również i majątek osiąga coraz większe znaczenie, bo umożliwia utrzymanie większej ilości niewolników, a tym samym rodzina nabiera niezasłużonego rozgłosu, znaczenia i władzy bez najmniejszej zasługi osobistej. Powstaje zatem rodowa szlachta, pełna buty, dumy, zarozumiałości, a popierana przez despotę z rozmysłem, aby mieć w niej silnych sprzymierzeńców. Lecz niewolnictwo silnie rozwinięte staje się zawsze przyczyną rozpusty, próżniactwa, osłabienia moralnego i umysłowego. Tak więc instytucja, która stała się przyczyną silnego rozwoju cywilizacji, wnosi w nią wraz z sobą i zarodek przyszłego upadku.
Wszystkich tych tak szkodliwych, a niebezpiecznych następstw unikali zupełnie Chińczycy właśnie skutkiem braku niewolnictwa. Co mówisz? Wszak w Chinach istnieje dotąd despotyzm i kastowość pewnego rodzaju. Jak wy po dziecinnemu jeszcze myślicie? W Chinach nie było, nie ma i nigdy nie będzie ani despotyzmu, ani szlachty. Cesarstwo chińskie jest tylko rozszerzoną ideą patriarchalną. Jak głowa rodziny nie jest u Chińczyków despotą, tak i cesarz jest tylko ojcem narodu, lecz nigdy tyranem. Z despotyzmem łączy się koniecznie władza nieograniczona i nieodpowiedzialność przed nikim. Taką władzę posiada właściwie u Europejczyków i głowa rodziny, i głowa narodu. U panujących despotów rasy śródziemnej była kara śmierci na porządku dziennym.
W Chinach należy ona do nader rzadkich wyjątków. W Europie podwładni przeklinali tyrana, a w Chinach błogosławią go nawet za karę otrzymaną, bo uważają i kochają cesarza jako ojca, który niechętnie, ale zmuszony przystępuje do ukarania swych podwładnych. Gdzie znajdziesz naród na ziemi, który by był posłuszniejszym dla praw i panującego niż w Chinach, mimo że wojska dla utrzymania porządku prawie nie ma? Zresztą w Chinach cesarz nie jest władcą nieograniczonym, bo go krępują wiekowe przepisy i rada państwa, która prawa wydaje i załatwia sprawy w najwyższej instancji. Jest to więc formalna raczej monarchia. A jednak na cesarzu jako ojcu państwa ciąży odpowiedzialność za wszelkie nieszczęścia na naród spadłe, nawet za klęski elementarne. Przecież ta odpowiedzialność jest tylko iluzoryczną chyba. Tak jest, tego nie zaprzeczam. A mimo to ta forma rządu jest tak wzniosłą, jakiej żaden naród rasy śródziemnej u siebie nie wyrobił. Mimo iluzorycznej odpowiedzialności każdy z monarchów chińskich musiał się liczyć z tą właściwością, a zakorzeniła się ona tak głęboko w naród cały, że nawet zdobywcze dynastie Mongołów i Mandżuu ściśle się do tego zastosowały.
Chociaż jako zwycięzcy mogli stać się tyranami i wszechwładnymi, bez wszelkiej odpowiedzialności. Aby w sobie wyrobić taką rozsądną zasadę, aby zmusić zwycięzców do postępowania nie tyrańskiego, ale ojcowskiego z narodem, przyznasz sam, iż trzeba być bardzo silnym, bardzo zdrowym, bardzo rozsądnym. Ponieważ każdy cesarz powinien być tylko ojcem narodu, ponieważ miłość, szacunek narodu zyskać może tylko ten monarcha, który istotnie okazał się dobrotliwym dlań ojcem. Przeto nie mogło tam istnieć przywiązanie do dynastii, ale tylko do osoby. W Chinach przeto mogły się zmieniać dynastie, lecz to nie wpływało zupełnie na wewnętrzne stosunki kraju, nie zmieniało charakteru narodu, bo monarcha musiał się zastosować do narodu, a nie naród do cesarza. Gdy cesarz posiadał te przymioty, mógł liczyć na bezwarunkowe jego posłuszeństwo. Całą zaletą chińskiej budowy państwowej jest ta tak naturalna, tak prosta podstawa patriarchalności. I temu tylko zawdzięczają Chiny swe istnienie tylo wiekowe, swą siłę, która im dozwoliła przetrwać, przebyć tyle burz, zamieszek, nieszczęść od czasu do czasu je nawiedzających. Tam nie znajdziesz nic sztucznego, nic wyrafinowanego. Tam jest wszystko naturalne, dlatego i trwałe.
Jak przyroda nie zna stanu uprzywilejowanego, tak i Chiny go nie mają. Jak w przyrodzie zależy byt jednostki od jej zdolności, zasługi osobistej, tak i Chiny mają tylko stan, który sobie każdy wywalczyć musi i może. Nie ma tam szlachty rodowej, dziedzicznej. Istnieje tylko szlachectwo osobiste, uzyskane na podstawie próby sił fizycznej i umysłowej. Zdaje mi się, że idealniejszych stosunków, bardziej zgodnych z prawami przyrody nie napotkasz nigdzie, w żadnym narodzie. Co więcej jeszcze, patriarchalność ta, czysty wypływ świętości rodziny sprawiła, że wiek i doświadczenie mają szczególne poszanowanie, czego nie znajdziesz wiele przykładów u innych narodów, a nadto, że pochodzenie i bogactwo nie mają żadnego znaczenia. Jaki doniosły wpływ wywierają te stosunki na byt i siłę narodu, nie potrzebuję ci dowodzić. Skutkiem tego bowiem troska każdego obywatela państwa nie skupia się w fałszywym utrzymaniu nieskazitelności rodu ani w gromadzeniu pieniędzy, tego źródła demoralizacji wszelkiej i upadku narodu liczebnie i fizycznie, ale każdy stara się o posiadanie jak największej ilości wiedzy, która jedynie otacza go szacunkiem, nadaje mu znaczenie i pewne przywileje. Ponieważ szlachectwo jest każdemu otwarte, skutkiem tego zostają mandarynami ludzie ze wszystkich warstw społeczeństwa, ludzie ci wiodą życie proste, skromne, wcale nieokazałe. Ta okoliczność, wraz z zasadą, że pieniądz nie daje nikomu żadnego przywileju i znaczenia, sprawia najpierw brak wszelkiego zbytku, tak nieodzownego cywilizacji europejskiej, a następnie brak namiętności i chciwości do skupiania majątku.
Dalszym zaś skutkiem tego jest właściwość społeczeństwa chińskiego, że rozdział własności i dobrobytu jest bardziej równomierny. Dla tych przyczyn nie istniały u Chińczyków nigdy walki między patrycjuszami a plebejuszami, między zamożnymi a ubogimi, między pracodawcami a robotnikami. Nie pojawił się u nich żaden nigdy ani socjalizm, ani nihilizm, ani anarchizm. Nie było rewolucji o równe prawa, o zniesienie pańszczyzny i niewolnictwa. Zapewne ci jednak wiadomo, że ideałem państw europejskich są rządy parlamentarne i rzeczypospolite. Trudno przecież zupełnie zaprzeczyć Europejczykom rozsądku w tym względzie. Wcale nie mam tego zamiaru i twierdzę, że dla ich zdemoralizowanej filozofii jest to istotnie forma rządu może najodpowiedniejsza. Z drugiej strony znowu zapytam się ciebie, czy nie byłoby to niedorzecznością, gdyby sobie rodzina ojca wybierała? Wszak jest to sprzeczne z przyrodą. Rzeczypospolite popełniają właśnie ten błąd.
Władysław Sadle Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:26:28] - Nic, proszę państwa, tak mnie nie rozbawia i nie wprawia w dobry nastrój jak tytuły audycji, które układa Katarzyna Prychacz. No to już państwo wiecie, że właśnie przed nami Alchemia Tworzenia. A dzisiejszy tytuł brzmi: Huśtawka pełna życzeń.
[03:26:54] - Świąteczne halo, halo Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Tym razem nagrywam we wtorek na środę i serdecznie zapraszam was na Alchemię Tworzenia. Alchemia Tworzenia. No to mamy odcinek numer osiem, czyli odcinek świąteczny i miał być wyjątkowy i obiecałam, że będzie inaczej i że będzie coś nowego. No i będzie. Pomyślałam sobie, że skoro święta Bożego Narodzenia i prezenty i czas rodzinny i ogólnie tak wiecie, pomyślałam o spełnianiu marzeń i o szczęściu
[03:27:45] - I sięgnęłam dzisiaj po karty z gry Tajemnicze Domostwo. Tutaj będziemy mieli karty postaci, karty takie fantazyjne, właśnie coś w stylu Dixit, karty lokacji i karty artefaktów. Także full wypas zestaw. I co ja z tymi kartami będę robić? Pomyślałam, że dzisiaj opowiemy sobie trzy historie, albo właściwie może nawet jedną historię trzech postaci. Taki mam plan. Konkretniej, w sumie będę chciała wyłożyć trzy karty postaci i każda z tych postaci będzie miała wyłożoną kartę marzenia. I tak pomyślałam, że możemy w skrócie omówić sobie właśnie, na czym miałoby to marzenie polegać, skąd się wzięło to marzenie u tej postaci. I pomyślałam, że później wylosujemy jedną lokację. To będzie lokacja z czymś magicznym, co spełnia życzenia.
Nie wiem, co tam na tych kartach będzie, ale coś wybierzemy. Wiecie, trochę jak taka studnia życzeń czy coś takiego. No i po prostu te trzy osoby spotkają się właśnie w tej lokacji w odpowiednim dniu. Zrobią, co trzeba, żeby to życzenie się spełniło i to coś magiczne w tej lokalizacji da im właśnie artefakt, który jest spełnieniem ich marzenia. I koniec. Brzmi prosto, a znając mnie pewnie się tak rozgadam, że znowu nam wyjdzie milion godzin. Ale okej, nie przedłużam. Lecimy, bo nie ukrywam, że wiecie, czeka mnie jeszcze tutaj kandyzowanie imbiru przedświąteczne i inne cuda. Dlatego ciśniemy dzisiaj z tematem, ale myślę, że będzie miło. Nie wiem, na ile będzie świątecznie, bo w sumie nie idę w kierunku świąt Bożego Narodzenia, ale na pewno będzie pełno marzeń i myślę, że szczęścia dla naszych bohaterów.
Ale zobaczymy. Dobra, losujemy karty postaci. Klasycznie, wiecie co? Wylosuję trzy, ale nie będę odkrywać. Tak samo wylosuję później od razu do nich marzenie i wtedy będzie nam wygodniej po prostu tutaj. Albo wiecie co? Ja wylosuję od razu wszystko i potem tylko będę odkrywać. Ha! Taki jest plan. Dobra, dobry czas.
Mam nadzieję, że ja się w tym wszystkim z wami w ogóle przywitałam. Wybaczcie, ale już od tylu dni jestem po prostu tak w pełnej energii. Wiecie, tutaj sprzątanie, tu gotowanie, tu układanie, jeszcze pakowanie prezentów. Aaa! I mnie roznosi. Jeżeli się nie przywitałam, to witam was serdecznie. Dobra, lecimy. Okej. Pierwszy bohater, drugi bohater, trzeci bohater. Karty odkładam.
Marzenia. Przetasuję, żeby nie było. Okej. Pierwsze marzenie. Drugie marzenie. Trzecie marzenie. Karty odkładam. Lokacja. Cyk, mamy lokację i jeszcze trzy artefakty. Takie fajne, malutkie karty z tych artefaktów.
Takie urocze! Dobra, gdzie je rozłożę? Raz, dwa i trzy. Dobra, wszystko mamy wyłożone jak w prawdziwym tarocie. Teraz mogę odwracać. Nie, ale wiecie co? Ten odcinek z tym takim tarotem z Dixita. Ja kiedyś nagrywałam takie wideo tak wiecie, bardziej dla żartu, więc myślę, że to jest warte po prostu ponowienia. Nie wiem, jak to na podcaście się sprawdzi, ale zobaczymy. No dobra, to kim jest nasz pierwszy bohater?
Okej, tak. Patrzę na tą fotografię. To chyba kolejarz. Taki wiecie, mężczyzna w mundurze. Czapka tutaj z jakimś, czymś metalowym, ozdobnym, ale tak nie wiem. Skojarzyło mi się od razu z kolejarzem. Pewnie wyjdę na jakiegoś ignoranta, ale wiecie co? Będę się trzymać pierwszego skojarzenia. Hmm. I tutaj jeszcze mamy jakiś przedmiot.
Czy to jest świecznik? Świecznik chyba. Taki. Wiecie, bo tutaj karty postaci w tej grze wyglądają tak, że mamy fotografie, mamy jakieś przedmioty. To trochę jak z takich notatek, nie? No ale faktycznie jest tutaj, no tam w tle jakieś pióro, listy, znaczki pocztowe. Poczta! No właśnie, to jest listonosz. O, może nawet ciekawiej będzie, jak to będzie listonosz. A to, co wzięłam za świecznik, słuchajcie, to jest chyba stempel pocztowy.
No dobra. Klasycznie nie wiem, nie będę wymyślać imion tutaj. Chyba że z jakichś przedmiotów w tle, ale nie wiem, co tutaj. Jakiś paw na znaczku jest. No to co? Paweł? No dobra, niech będzie. Listonosz Paweł. W sumie on tak w tym mundurze elegancko. Może to jest taka funkcja jak komendant poczty?
Czy już dzisiaj nie ma czegoś takiego? Znaczy może dzisiaj nie ma, ale kiedyś chyba był. No ale tak wygląda, wiecie, taki komendant poczty, głównej poczty, o! I ten stempel tak pozłacany z jednej strony. No dobra, czyli komendant poczty Paweł. Zobaczymy, jakie ma marzenie. Okej. Karta przedstawia wielkie organy, ale wiecie, nie takie jak z człowieka, tylko ten instrument taki, nie? Z takimi wielkimi rurami. To rury, nie?
Takie rury, rury. Piszczałki to się nazywa? Nie no, to te malutkie pewnie. I one są spowite we mgle. No, tutaj też takie jakby kartki fruwają, to pewnie te karty, kartki z nutami. Partytura? Nie wiem, nie pamiętam. I tutaj jeszcze, bo to trochę fantazyjna grafika, więc mamy ludzi, którzy płyną do tych ogromnych organ. One wyglądają jak miasto, to jest taki ogromny gabaryt i ci ludzie płyną na łódkach. Co może być jego marzeniem?
Czy nauka gry, czy może same organy? Może jakiś koncert? Ale są łódki. Wiecie co? A może podróż do Australii? Skojarzyło mi się z Sydney, z tą operą. Pewnie tam nie ma organ, ale tak mi się skojarzyło z tym pięknym budynkiem tej opery. Więc może to. Może przy tym zostańmy. Nigdy nie robiłam tej formuły, więc nie wiem, dokąd mnie to doprowadzi.
Zobaczymy. Będę się pewnie później trudzić z artefaktem. Dobra, artefakty oczywiście na później, więc teraz lecimy drugą postać. Okej, tu ewidentnie mamy kucharza, a może nawet i piekarza. Tu mamy solniczkę, łyżeczkę, ale mamy też wykrawaczki do ciastek. Tu mamy kwiatek i serduszko, jakaś niebieska szarfa. Może on zdobywał nagrody w konkursach, był taki wyróżniony. To równie dobrze może być szalik, ale czemu taka niebieska szarfa by tu była? Dobra, i teraz jeszcze miałam wymyślić mu jakieś imię na podstawie tych przedmiotów w tle. Z Pawem i Pawłem było łatwo, a może tu będziemy mieli „mistrz” i jakieś jego nazwisko?
Nie wiem, jak po polsku szef. Szef kuchni? Nie no, on będzie takim mistrzem. Mistrzem Szaliczyński? Arturo Szaliczyński. Dobra, taki szef kuchni nagradzany bardzo, już taki światowy, żebym ja później te nazwiska pamiętała jeszcze. Szaliczyński Arturo przez dwa „r” albo trzy, a co będziemy żałować? Dobra, jakie ma marzenie nasz Arturo? O, proszę, tu się dużo dzieje. Grafika przedstawia plażę, właściwie fale morskie z pianą i jest rysunek na piasku, który te fale podmywają.
Tu jeszcze łódeczka z papieru jest złożona, jakaś muszelka, więc łódeczka sobie pływa po tej wodzie. Powiedziałam „fale morskie”, bo pomyślałam o tej pianie, ale w sumie to mogą być bardziej spokojne jak jezioro. I tutaj rysunek, bo to myślę, jest najbardziej istotne. Mamy taką kratownicę narysowaną trochę jak do gry w kółko i krzyżyk, czyli mamy dziewięć pól. Tylko że na każdym polu jest inny symbol. Mamy tutaj księżyc, kłódkę, tam jest chyba uśmiech, ale mam tutaj kadr ucięty. Mamy uścisk dłoni, słońce, serce, kwiatek, czaszka i klucz. I na tym rysunku przekreślone pod rząd są uścisk dłoni, słońce, które jest w środku i serduszko. I to jest przekreślone. A może to są marzenia, które on już zdobył?
Może on ma listę marzeń? Bo tu kwiatek mógłby być nowym życiem. Tak mi się skojarzyło, jako roślina, więc może dziecko. Dalej mamy tą trupią czachę, więc z kolei to wygląda jak śmierć. To co, marzyłby o śmierci? Wiecie, o wszystkim można marzyć. Może o czyjejś śmierci? Chyba że to może być też taki święty spokój, że on już jest przemęczony. Owszem, super te konkursy, ale jest też w tym wszystkim popularny, rozchwytywany i że może właśnie nie tyle chciałby umrzeć dosłownie, tylko może zapaść się na chwilę pod ziemię, zniknąć, żeby na chwilę nie być sławnym, żeby sobie po prostu odpocząć. Dalej klucz.
Może jakiś sekret? Może znalezienie tajnego składnika? Może już się znudził, już wypróbował wszystkie składniki na świecie, wszystko już ugotował i właściwie jego praca przestała być dla niego wyzwaniem. A jednak cały czas wierzy w to, że jeszcze znajdzie jakiś tajny składnik. Tutaj jeszcze sobie wrócę do góry. Ten ucięty uśmiech to byłoby szczęście. Mamy jeszcze ten księżyc. Właśnie księżyc też mógłby być odpoczynkiem. I kłódka. Kłódka też jak sekret.
Bo patrzę z tych zrealizowanych to mamy serduszko, to idźmy po skojarzeniach, czyli znalazł miłość życia. Słońce to pomyślałabym o sukcesie, że ogromny sukces odniósł. I ten uścisk dłoni, może właśnie takie uznanie społeczne. Słuchajcie, zostańmy przy tym, bo nie wiem, jak tutaj zdecydować się na jedno marzenie. I ta kłódka. Co ona by mogła oznaczać jeszcze? A może on szuka jakiegoś tajnego składnika? Do jakiejś potrawy. Chyba że do życia. Powiem tak: zostawiamy to.
Super karta się trafiła. Mamy człowieka sukcesu, który faktycznie ma dużo marzeń. Co ja tu poradzę? Fajnie. I trzecia postać to... mamy kobietę, słuchajcie. Myślę, że to jest pani archeolog w takiej czapce. Nic, tylko ją dać do piramidy. Swoją drogą właśnie w tle mamy piramidy, Sfinksa, mamy krzyż życia, ankh. Nie wiem nigdy, jak go się wymawia poprawnie.
On jest też naszkicowany. Oczywiście mamy czarnego kotka w złocie, takiego egipskiego. Mamy szczoteczkę, pędzelek archeologiczny, skarabeusza. Mamy jakieś kryształy. Nawet skorpion gdzieś się znalazł. No właśnie, pustynia. Chciałam powiedzieć, że skorpion nie pasuje. Trzeba by jej tu jakieś nazwisko wymyślić. Patrzę na twarz. Jakie by jej imię pasowało?
Może Joanna? Joanna z twarzy. I nazwisko. Nie wiem, chciałam do tego skorpiona, ale jakoś tak... Skorpion. A może jad skorpiona? Joanna Jadowska. JJ. Nieustraszona pogromczyni piramid. Dobra, podoba mi się Joanna Jadowska.
JJ. Tak by było. Fajnie. Dobra, zobaczymy, jakie ma marzenie nasza Joanna. O proszę, ale tu się ciekawie dzieje. Karta przedstawia parę, która stoi właściwie po dwóch stronach drzwi. Może powinnam najpierw zakreślić nam tutaj tło. Generalnie wygląda, jakby stali na piwnicy. Wygląda, jakby stali na pustyni. I na tej pustyni co chwilę stoją drzwi.
Nie ma ścian, tylko są wmontowane same drzwi. Tu jeszcze jest pranie porozwieszane. Między tymi drzwiami są porozciągane linki. Tu wiszą jakieś sukienki, spodnie, parasole nawet tam wiszą. Wszystko tam wisi. A w centrum kompozycji mamy wielkie zielone drzwi. Po jednej stronie mamy gustownie ubraną kobietę. Tak trochę epokowo. Taka zwiewna biała suknia, buciki takie do kostki na obcasiku. Kapelusz z dużym rondem i z jakąś wstęgą.
Nawet rękawiczki ma na rękach. I ona szarpie drzwi po jednej stronie, a po drugiej stronie mężczyzna ma też taki epokowy: koszula, postawiony kołnierzyk, brązowe spodnie, szeleczki, dłuższy trochę włos. Wąs chyba też tam mamy. I on też szarpie te drzwi. Właściwie to tak patrzę na ich miny. Chciałam powiedzieć w pierwszej chwili, że on wygląda, jakby był zły. A może to nie jest wąs, tylko właśnie zdegustowane usta. A ona ma taką twarz bez wyrazu. Ale ich ciała mówią, że... I teraz pytanie, czy oboje chcą otworzyć te drzwi?
Czy oboje chcą nie dopuścić do otwarcia tych drzwi? No dobra, Joanna i jej marzenie. Można byłoby pójść w dwie strony. Albo że jest zakochana w jakimś mężczyźnie i chce po prostu się do niego dostać, a nie wie jak. Nie wie, jak otworzyć te drzwi, a on trzyma te drzwi z tamtej strony, żeby ona ich nie otworzyła. Albo właśnie to ona trzyma te drzwi. Może ona jest oddana swojej karierze i chciałaby mieć święty spokój, w sensie nie być w związku, a tu się jakiś amant, może jeden nawet konkretny, dobija. Ale wiecie co? Myślę sobie, że jak ona jest odkrywczynią, to może właśnie chciałaby odkryć klucz do serca tego mężczyzny. A może to jest jej mąż i po prostu w ostatnim czasie się bardzo kłócą.
I ona już nie wie, co zrobić, żeby przestali się kłócić. Może właśnie kłócą się o tą jej pracę. Niebezpieczną pracę. No dobra, zróbmy tak. Zróbmy tak, że ona chce dowiedzieć się, co tkwi w głowie jej męża, co tutaj jest kluczem, żeby się porozumieć. Dobra, mamy to. To teraz odwróćmy lokację i zobaczymy, jak ja te osoby teraz tam doprowadzę. Dobra. Ciekawie. Wiecie co?
Mamy tutaj ogród, bo chciałam powiedzieć w pierwszej chwili park. Trochę mroczny ten ogród. Mroczny... Takie drzewa mają gałęzie trochę już pozbawione liści. To właściwie jest jesienny ogród, więc te liście pospadały po prostu. Mamy budynek z szarego kamienia. Przy nim stoi bicykl, taki stary rower z dużym kołem z przodu. To się chyba bicykl nazywało, co? Czy monocykl? Nie, monocykl to by było jedno koło.
No tak, bicykl oparty o ścianę. Mamy tutaj też taki postument ogrodowy, taki cokół właściwie i na nim stoi wino i dwa kieliszki. A może to szampan? Co my tu jeszcze mamy? Gra w polo może? Patrzę, że leży taka rakieta podłużna, dziwna decha z kijem i czerwone piłki. To chyba... Nie, polo to było na koniach. Krykiet? Nie, krykiet to był z młoteczkiem.
Dobra, nieistotne. Jakaś tam gra. Więc ewidentnie jest to jakiś ogród rozrywkowy. Tu można na rowerze, można w coś pograć. Więc może to jest jakiś bankiet? Oczywiście w tle mamy wielkie drzewo z wyrytymi schodami, więc można sobie na to wielkie drzewo wejść po schodach. Jest też przy nim huśtawka, a między innymi dwoma drzewami jest rozwieszony hamak i na tym hamaku mamy różowy kocyk. Najpierw pomyślałam o ogrodzie przy jakiejś posiadłości, bo dużo tutaj rzeczy meblowych, ale może właśnie jakaś impreza. W sumie wszystkie trzy postacie odniosły sukces. Mamy tutaj Pawła, komendanta Poczty Głównej, mamy Arturo, naszego mistrza kuchni i mamy Joannę, która też tutaj jako sławna odkrywczyni.
Więc może to jest jakiś bankiet, gdzie przyznają jakieś nagrody? Tak myślę. Czy nagrody? Nagrody popularności, nagrody zasług dla miasta może. Więc może spotkali się na tym bankiecie. I teraz co by mogło spełniać tu życzenia? Patrzę sobie, że to drzewo ze schodami jest mistyczne w pewien sposób. A może huśtawka? Ta huśtawka, która z niego zwisa. Tam w tle wygląda, jakby była za nią mgła.
Więc może to jest jakaś magiczna huśtawka? To nawet jest trochę kuriozalne, że mieliby się huśtać na tej huśtawce, ale może każdy z nich z jakiegoś powodu usiadł na tą huśtawkę albo jej na przykład dotknął, nie? I może na przykład tutaj nasz poczmistrz, nasz komendant poczty. Pomyślałam o wspomnieniu z dzieciństwa, ale może ta postać ma jednak troszeczkę tragiczną przeszłość. Może miał córkę. Dobra, bo chciałam już uśmiercić tą córkę. Może po prostu ta córka już jest dorosła i się bardzo pokłócili i ona wyjechała. Może właśnie do tej Australii, do której on chce pojechać. A może ona była muzykiem? Może to ona grała na tych organach i jego marzeniem jest odnaleźć córkę.
To może właśnie nie Australia, tylko może on nie wie, gdzie jej szukać? Nie, dobra Australia to jest ten trop, który on ma. Dobra, to brzmi fajnie. Więc podszedł do tej huśtawki, bo mu się skojarzyło, przypomniało mu się, jak tą córkę huśtał w dzieciństwie i usiadł sobie w takiej melancholii. No i wtedy ta huśtawka wyczarowała mu jakiś artefakt. Na przykład będzie sobie siedział na tej huśtawce i nagle usłyszy, jakby mu coś wypadło z kieszeni. Ale to nie będzie jego. No i dobra, to od razu sprawdźmy, co wypadło. O matko! No tego to się nie spodziewałam.
Jak ja to połączę? Nie wiem, jak to się nazywa profesjonalnie. Shuriken może? To jest taka gwiazdka zaostrzona. Jak ninja rzucali czymś takim, nie? Ale dobra, jest fajnie. Jest tutaj na bogato abstrakcja. I to by było spełnieniem jego marzeń. Tylko jak? Teraz myślę, czy to byłby po prostu trop w jego poszukiwaniach.
Dobra, czyli tak: chciał odszukać tą córkę i marzył o tym wyjeździe do Australii. Może on był przekonany, może ona zawsze o tym marzyła i on był przekonany, że on ją tam znajdzie, bo była muzykiem świetnym. Była organistką. Teraz patrzę jeszcze na te organy, że tam dym wychodzi z nich jak z kominów. A może znalazł to pod nogami to coś, wziął to. A może ona w dzieciństwie była zafascynowana ninjami? Kto tam był? Żółwie ninja były, no właśnie. I może to mu da do myślenia. A może mu się przypomni, że zawsze ją to fascynowało, a w końcu została muzykiem.
Ale przypomni mu się, że prawdziwego ninja nie da się znaleźć. To on sam musi chcieć się dać znaleźć, nie? Że może spełnieniem tego marzenia paradoksalnie będzie to, że on odpuści. Ale nie na zasadzie, że przestanie chcieć się pojednać z córką. Tylko że może sobie uświadomi, że to pochłania jego życie, że on się tym katuje, że tutaj cierpi i że może po prostu musi spróbować się pogodzić z taką sytuacją, że może jednak się nigdy z tą córką nie spotkać. I może właśnie w przyszłości paradoks będzie polegał na tym, że w momencie, kiedy on przestanie tak uporczywie chcieć, to może właśnie wtedy córka przyjedzie na święta. Ha! Dobra, mamy to. Będzie odcinek świąteczny. Więc może w najbliższe święta Bożego Narodzenia dostanie najpiękniejszy prezent w swoim życiu, bo córka przyjedzie.
A to tylko dzięki temu, że on postanowił spróbować żyć bez niej. Ha! Mamy to. Magiczna huśtawka, cholera. Dobra, szef kuchni. Jaki związek z huśtawką? Dlaczego on poszedł na tą huśtawkę? On może był marzycielem, jak miał w sumie tyle tych marzeń. Huśtawka jest na uboczu, więc może chciał po prostu odejść od tych wszystkich fanów i od tej całej imprezy i chciał sobie przez chwilę pomyśleć w ciszy, bo może rozważał zakończenie kariery, bo w sumie wszystko znalazł. Nie miał tych składników.
Może on zadał pytanie, czy jest jeszcze jakiś składnik, którego nie zna? On bardzo nie chciałby kończyć swojej kariery, ale nie widzi sensu w kontynuowaniu, bo już wszystko odkrył, wszystko zmieszał, co się dało. On po prostu nie widzi tutaj rozwiązania. I to może było to marzenie, żeby jeszcze jakiś taki jeden składnik, jakaś inspiracja, jakieś natchnienie. Tego pragnął. I teraz zobaczymy, co wypadło z jego kieszeni. Ja pierdzielę, wypadł młotek. Słuchajcie, mamy młotek. Bo te artefakty to chyba są w ogóle narzędzia zbrodni w tej grze. Młotek.
Jaki to byłby składnik? Drzazga. A może nie chodzi o składnik, tylko o narzędzie, że młotek jako narzędzie. Może on sobie uświadomił, że źle do tego wszystkiego podchodził, że on szukał jakichś przypraw, jakiegoś rodzaju mięsa, jakichś warzyw, owoców. Cuda wianki, wszystko. A może chodziło o zmianę działania? Może innowacją w jego karierze będzie jakiś tam rodzaj kuchni, a może jego kuchnia była bardzo wykwintna. Te molekularne cuda, takie mini. Może wszystko właśnie takie. A tutaj zrozumie, że może warto wrócić do podstaw, do bardzo prostej kuchni, bo w sumie ta wykwintność już się wszystkim przejadła, że on już jest z tego znany.
A może właśnie teraz spróbuje na nowo podejść do potraw takich trochę prostszych. A może właśnie teraz rzuci sobie takie wyzwanie, że na przykład będzie prowadził kuchnię z pięciu składników. Więc może właśnie to. Ten młotek mu się skojarzył z prostotą, ale i z narzędziami prostymi. Nie jakaś kuchnia molekularna czy jakieś gotowanie, podpiekanie, opalanie palnikami, tylko po prostu garnek, łyżka i nóż na przykład. Może właśnie uproszczenie procesu i to by z automatu spełniło mu marzenie o tym, że nie chciał kończyć kariery, że chciał znaleźć ten składnik, ale jednocześnie nowe życie. Czyli tutaj myślałam o tym kwiatku jako o dziecku, ale może właśnie jego kariera będzie miała to nowe życie, a z automatu zyska też trochę spokoju, bo już nie będzie wykwintny. Już na chwilę jego sława przycichnie, bo przez moment nikogo nie będą interesowały jakieś proste potrawy. Nikt nie będzie widział tego jako innowacji. Będą myśleli, że on zaliczył jakiś regres i w ogóle.
Także mamy spełnione wszystkie marzenia z listy. Dobra, i teraz zobaczymy, co się podzieje z marzeniem Joanny. Najpierw dlaczego ona na tą huśtawkę weszła? Może pierwsza randka z mężem? Zabrał ją do parku na romantyczny spacer i była huśtawka, plac zabaw dla dzieci i tak wiecie, no nie wypada niby i w ogóle. A jednak on ją zaniósł na tą huśtawkę i ją huśtał i w ogóle było pięknie, cudownie, romantycznie i bardzo chciałaby wrócić do tego czasu, do tej ich relacji. I właśnie może to wspomnienie wzbudziło magię huśtawki i zobaczymy, co wypadło z kieszeni Joanny. Pięknie. Słuchajcie, żelazko, takie starodawne metalowe żelazko z duszą. I wiecie co?
Patrzę na tą kartę z tym jej marzeniem, bo nie wiem, czy pamiętacie, jak mówiłam, że tam wisiało pranie na linkach. A może cała ta kłótnia wynikała z tego, że ona nie prasowała ubrań, że ona nie miała czasu? Ona i tak była ciągle w piachu, w podartych ubraniach, zakurzonych. Po tych piramidach tam ganiała, odkopywała różne rzeczy tymi pędzelkami. Teraz tylko myślę, dlaczego ona miałaby prasować te ubrania. W sensie co jest w tym prasowaniu takiego? Może prasowanie po prostu będzie tutaj takim Może ona sobie uświadomi, że tak naprawdę ich wielkie kłótnie to były, klasyka rodzaju, o jakieś małe pierdoły, takie codzienne. I może do niej dotrze, że przez to, jak była zafascynowana swoją pracą, bo nie widzę tego, żeby ona była typowym karierowiczem, że chce osiągać sukcesy. Tylko ona po prostu była pasjonatem. Ona kochała swoją pracę.
Od dziecka chciała być archeologiem i to ją pochłaniało tak na zasadzie pasji, fascynacji. Ale może uświadomiła sobie, że mimo wszystko może mężowi brakowało żony. Nie chodzi mi tu o stereotyp, że baba do sprzątania, do prasowania i tak dalej. Tylko chodzi o funkcję żony, że nawet jak była w domu, z tych podróży wracała, to głową dalej była w swoich odkryciach, że nie była żoną dla męża tak naprawdę, tylko była tam ciałem. Po prostu. I tutaj może właśnie podniosła to żelazko zaszokowana. I tak trzymając je w dłoniach, rozmyślała i urwała się z imprezy. Od razu pobiegła do domu, bo byli pokłóceni, więc mąż jej nie towarzyszył i ona stwierdziła, że nawet nie będzie odbierać tej nagrody. Nieważne. Pobiegła do męża.
Pobiegła i postanowiła. Już znalazła klucz do jego serca, do tych drzwi, które on trzymał. I okazuje się, że ona sama była tym kluczem, tylko nawet nie wiedziała. Dobra, słuchajcie, mamy. To jest pięknie, jest poetycko. Trzy piękne historie. Jakby je rozpisać ładnie, to myślę, że nawet byłyby bardzo wzruszające. Nie wiem, czy na siłę święta Bożego Narodzenia montujemy? Okej, bo już u naszego komendanta poczty mamy święta, to może nasz Arturo wyprawi spektakularną kolację wigilijną, ale właśnie taką klasyczną. Takie proste, najprostsze z możliwych potrawy oczywiście będą przesmaczne, bo to jednak spod jego rąk, ale będą pozornie wyglądały jak zwykłe potrawy.
Dopóki się ich nie zje, to się nie będzie czuło tej magii. Teraz się skupi na tym. Będzie opracowywał jakieś przepisy, jakieś metody i urządzi taką pokazową, spektakularną kolację wigilijną, do tego czasu sobie odpocznie i wróci. Wróci na salony właśnie tą kolacją wigilijną dla jakichś może szych właśnie. A Joanna? Wiecie co, tak pomyślałam, że może ubieranie choinki, że jednak z jednej strony to jest tylko dekoracja, ale z drugiej to może być bardzo piękne. Zwykle jest w większości domów. Jest to piękny rytuał, taki spajający rodzinę. Więc może właśnie tutaj. Może się zbliżały święta i ona nigdy nie dbała o to.
Ona nie chciała tej choinki, jej to było obojętne, a dla męża na przykład było to ważne. I ona mówi: „Jak chcesz, to se rozkładaj”. A teraz właśnie nawet sama pobiegła i... Ale słuchajcie, to nie musiała. Dobra, wiecie co? To będzie fajne, jeżeli na przykład załóżmy, że to był lipiec i ona pobiegła do tego męża i powiedziała, żeby ubrali choinkę. Że chce nadrobić te wszystkie choinki, które zignorowała, które odrzuciła, bo kariera i tak dalej. I chce teraz to wszystko nadrobić i chce z nim ubierać te choinki. I chce, żeby to był ten piękny rytuał. Może właśnie taki, jak był u niego w domu i on to chciał dalej kultywować.
Super, dobra, mamy to. To co? Ja się będę z wami żegnać. Czas mamy bardzo, bardzo dobry. Też nie chcę was tutaj za długo trzymać. Ale co? Przede wszystkim, moi drodzy zdrowych, wesołych, radosnych, rodzinnych świąt. Nieważne czy je obchodzicie, czy nie. Życzę wam, żeby te dni były dla was takim ukojeniem, żebyście odczuli taki błogostan, spokój. Żebyście naprawdę poczuli szczęście.
Cokolwiek będziecie robić, gdziekolwiek będziecie, czy będziecie z rodziną, czy będziecie sami, czy będziecie świętować, czy będziecie w pracy. Ale żebyście mieli chociaż w jeden z tych dni świątecznych taki moment właśnie może trochę jak na tej huśtawce nasi bohaterowie dzisiaj. Takiej zadumy, która przyniesie jakieś rozwiązania. Może niekoniecznie niech wam tam już te młotki z kieszeni nie wypadają, nie? Ale żeby jakiś taki artefakt z rozwiązaniem pojawił się w waszych umysłach. A może właśnie po prostu jakaś inspiracja do działania, żeby nowy rok okazał się dla was pięknym rozdziałem. Pięknym rozdziałem, który przyniesie wam zarówno świetne i ciekawe wyzwania, jak i właśnie może rozwiązania, ale przede wszystkim dużo radości, miłości, szczęścia i wszystkiego, czego tylko sobie zapragniecie. No, tego wam życzę. Ja, Katarzyna i tutaj mój obok śpiący koci asystent i wszystko inne w mojej Wiedźmiej Chacie. Trzymajcie się cieplutko, co by śnieżek był za oknem i był piękny, ale mróz was tutaj nie męczył za bardzo.
Słuchajcie, słyszymy się za rok. Słyszymy się w Nowym Roku. Pa!
[04:04:21] - Czy lubicie Państwo książkę „Mistrz i Małgorzata”? Zdania są różne. Jedni twierdzą, że nudne to jest, przeciągnięte, głupie i tak dalej. Inni uważają tę książkę za arcydzieło. Cóż mam powiedzieć? Zawsze się komuś narażę. Ja uważam, że to jest naprawdę doskonała książka, tylko trzeba wejść w jej klimat. Jeśli człowiek tego klimatu nie złapie, to przykro mi, ale będzie miał wrażenie, że tego się czytać nie da. Natomiast jeśli państwo załapiecie klimat, jeśli będziecie wiedzieli, co wynika z tego, że Anuszka rozlała olej albo co to jest — już nawet nie będę zdradzał — ryba drugiej świeżości, to będziecie się państwo bawili nieźle. Poza tym ta książka w warstwie symbolicznej jest naprawdę godna podziwu.
A zatem zapraszam państwa na recenzarium Evivy. Dzisiaj Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska będzie mówiła właśnie o „Mistrzu i Małgorzacie”.
[04:06:02] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy chcielibyście spotkać diabła? Nie mam tu na myśli śmiechu wartego czerwonego goblina z rogami i ogonem, tylko prawdziwego szatana. Jeśli w tym momencie pomyśleliście o nieśmiertelnym dziele Bułhakowa, macie rację. Właśnie o nim chcę mówić. „Mistrz i Małgorzata” jest to dzieło unikalne. Spotkałam się z opiniami ludzi, którzy przeczytali, ale nic nie zrozumieli. Również takich, którzy zaczęli, ale nie dali rady dokończyć. Rzecz w tym, że aby zrozumieć, o czym tak naprawdę jest ta książka, trzeba dobrze znać realia Rosji stalinowskiej, duszę rosyjską oraz nawet samego Bułhakowa. O czym bowiem mówi ta książka?
Oto w Moskwie między zwykłymi obywatelami zajętymi pogonią za codziennymi sprawunkami, kłopotami mieszkaniowymi oraz innymi rzeczami, takimi jak na przykład podlizywanie się szefowi albo wręcz przeciwnie, próby wygryzienia go ze stanowiska, nagle pojawia się diabeł we własnej osobie. Nie wygląda wcale strasznie. Jest nawet na swój sposób przystojny i nikt, a zwłaszcza marksista, zatwardziały materialista, nie wziąłby go za diabła. A jednak Woland nim jest. Czego szuka w Moskwie? Trudno powiedzieć. Jak on sam twierdzi, po prostu ciekawi go, jak rozwinęło się to miasto od czasu jego ostatniej wizyty. Jego pierwszą ofiarą jest Misza Berlioz. Nie kompozytor, tylko przewodniczący Masolitu, czyli stowarzyszenia literackiego, oraz jego znajomy, poeta Iwan Bezdomny, specjalizujący się w pisaniu wierszy na specjalne życzenie według wytycznych. Ci dwaj mężczyźni, niewierzący ani w Boga, ani w diabła, spotykają nagle pewnego osobnika, który przedstawia im się jako profesor konsultant.
I to jest początek końca dla nich obu. Dla jednego w sposób bardzo gwałtowny, dla drugiego w zasadzie tylko koniec dotychczasowego życia, ponieważ od tej pory wszystko będzie już inaczej. To jest tak jakby rozgrzewka, bo zaraz potem diabeł ze swoimi pomocnikami zaczyna rozrabiać całkiem na serio, w czym bardzo pomaga mu fakt, że w całej Moskwie, a nawet w całym Związku Radzieckim nikt w niego nie wierzy. Bułhakow podkreśla to w swojej książce. To, że ludzie nie wierzą w diabła, bardzo pomaga mu w jego dziele. Z drugiej strony, obserwując reakcje Rosjan, można dojść do wniosku, że właściwie takie odwiedziny wielu z nich są bardzo na rękę, zwłaszcza tym, którzy nic nie znaczą i nie mają żadnych znajomości. Po prostu żyją od wypłaty do wypłaty, mordując się w mieszkaniach. Było coś, co się nazywało obszarżyźń, czyli ogromne mieszkania należące dawniej do elity, a zasiedlone przez często skłócone ze sobą rodziny na mocy przydziału. Otóż ci ludzie bardzo się cieszą, że się ten diabeł pojawił, że sypnął rublami, że kogoś zamienił w świnię, a kogoś innego wyekspediował do Jałty. Należało się draniowi.
Tak naprawdę mistyczne podłoże tego wszystkiego nic ich nie obchodzi. To jest jedna warstwa książki. Jest i druga. Albowiem opowieści o przygodach szatana oraz jego popleczników są przeplatane nową wersją procesu i śmierci Jezusa Chrystusa. Jest to coś, na co właściwie żaden z radzieckich pisarzy by się nie poważył. Bułhakow to zrobił głównie dlatego, że jego psychika już wtedy była na tyle zaburzona, że stracił instynkt samozachowawczy. Ten wielki pisarz niejako dusił się w rzeczywistości Związku Radzieckiego. Pchnęło go to do alkoholizmu oraz do narkomanii, a miał łatwy dostęp do środków odurzających, był bowiem lekarzem. I nawet w pewnym momencie wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Może właśnie dlatego było mu już wszystko jedno i po prostu chciał napisać tę książkę, co jest rzeczą ogromnie dziwną.
Wydano mu ją, chociaż z pewnymi cięciami. Teraz można już kupić egzemplarz, w którym znajdują się usunięte fragmenty. Bardzo one pomagają zrozumieć, jak ciężka była sytuacja ludzi zmuszonych do życia w tym raju na ziemi, a także dlaczego właśnie diabeł miał tam takie łatwe zadanie. Zadanie... Właściwie nie, bo trudno powiedzieć, żeby ktoś mu coś zlecił. On po prostu chciał pojawić się w Moskwie, trochę namieszać i zobaczyć, jak ludzie zareagują. Zareagowali różnie. Żeby zobaczyć jak, trzeba oczywiście przeczytać książkę. Jeżeli o mnie chodzi, sięgnęłam po nią jako dziecko, zafrapowana opowieścią mojej mamy o kocie, który wsiadał do tramwaju. Jest to jedna z najlepszych scen w całej książce.
Oczywiście wtedy niewiele z niej zrozumiałam, jednak spodobała mi się tak bardzo, że została moją ulubioną lekturą aż do dzisiaj. Oczywiście teraz rozumiem z niej dużo więcej oraz apokryficzna powieść Mistrza wpleciona we właściwą fabułę przestała mnie już tak razić, ponieważ początkowo wydawała mi się strasznie bluźniercza. Zrozumiałam jednak, że jest to po prostu inne spojrzenie na to, co się działo w czasach ewangelicznych. Inne spojrzenie, w sumie dość zgodne z Biblią, a w każdym razie nieodbiegające od niej na tyle, na ile mi się wydawało. Przy czym Bułhakow skupił się raczej na postaci Poncjusza Piłata. Nie będę tutaj opowiadać wszystkiego, ponieważ to mijałoby się z celem. To trzeba przeczytać samemu. W każdym razie do tej pory nie zdarzyło mi się wziąć do ręki książki, która poruszałaby temat istnienia szatana w naszym życiu w sposób równie realistyczny, przekonujący. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że Bułhakow przedstawił Wolanda jako nie tyle wcielone zło, co po prostu całkowicie odmienny byt, osobę, której nie sposób zrozumieć z ludzkiego punktu widzenia. Naprawdę trudno jest określić, jakie emocje budzi Woland.
On jest troszkę straszny, trochę kuszący, a przy okazji śmiertelnie poważny. Jego możliwości są rzeczywiście nieograniczone i jeżeli weźmiemy to pod uwagę, zrozumiemy, że nasze postrzeganie diabła jest śmieszne i dziecinne. Myślę, że powinniśmy go widzieć właśnie takim, jakim go widział Bułhakow. Podejrzewam, że zobaczył go właśnie w tym szpitalu psychiatrycznym, osławionej psychuszce, która naprawdę była krańcowo odmienna od nowoczesnej, wychuchanej kliniki, którą opisał w swojej książce. Także polecam wszystkim, którzy jeszcze się nie zapoznali z „Mistrzem i Małgorzatą” odrobienie zaległości. Tak na marginesie dodam, że całkiem niedawno Rosjanie nakręcili doskonały serial dziesięcioodcinkowy osnuty właśnie na tej książce. Bardzo dobrze dobrani aktorzy i znakomita muzyka, naprawdę zapierająca dech w piersiach. Polecam państwu jedno i drugie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:14:02] - Już pewno państwo podejrzewacie, że zapomniałem, że kolejny cykl został przeze mnie przerwany. Nie zapomniałem. Właśnie za chwilę cykl „Bez tajemnic”, czyli rozmowa o spirytyzmie. Mamy kolejny Q&A, odcinek ósmy. Życzę państwu dobrego odbioru. Dzisiejszy odcinek Q&A taki troszkę improwizowany, dlatego nie ma montażu i z tego też powodu spośród wszystkich pytań, które w ostatnim czasie do mnie nadesłaliście, wybrałem tylko pięć, na które odpowiem i to po to, aby właśnie za bardzo nie przedłużać. Pytanie numer jeden: numerologia. Co sądzę o numerologii? Muszę przyznać, że tak jak kiedyś byłem co do tej numerologii sceptycznie nastawiony, tak jakiś czas temu zmieniło się moje nastawienie, ponieważ jedna z moich widzów zaprezentowała mi przez internet, na czym ta numerologia polega. I muszę przyznać, że informacje, które zdobyła, uzyskała o mnie dzięki numerologii były prawdziwe i w 100%, a może w 99% trafione.
Ja mimo to nie zgłębiałem numerologii w jakiś szczególny sposób, ale dało mi to do myślenia, ponieważ skoro ludzie są w stanie poprzez wzory matematyczne opisać świat materialny, to dlaczego nie mielibyśmy potrafić zrobić tego samego ze światem duchowym właśnie poprzez numerologię? Oczywiście trzeba być świadomym, że numerologia opisuje tylko maleńki skrawek naszej duchowej rzeczywistości, ponieważ jeśli na przykład weźmiemy pod uwagę ilość wiedzy zgromadzonej na temat świata materialnego i obok ilość wiedzy zgromadzonej na temat świata duchowego, to też nie ulega wątpliwości, że wiedza o świecie duchowym, którą posiadamy my jako ludzkość, jest bardzo skromna. Numerologia też opisuje maluteńki skrawek tej naszej rzeczywistości. Ja numerologii nie ogarniam, ale uważam, że jest w tym coś fascynującego. Drugie pytanie: czy chęć przeprowadzenia operacji zmiany płci... Mam tu taką małą karteczkę, takie sobie notatki zrobiłem. Czy chęć przeprowadzenia operacji zmiany płci ma coś wspólnego z wcześniejszą reinkarnacją? Ja już kiedyś nagrałem odcinek o homoseksualizmie, a nawet napisałem w książce rozdział na ten temat, więc możecie sobie zerknąć albo tu, albo tam i znajdziecie dużo szczegółowych informacji, których nie będę tutaj przytaczał. Krótko mówiąc, jeżeli jakiś duch wielokrotnie inkarnował się w ciele męskim i nagle inkarnuje się w ciele żeńskim, to jego mentalność pozostaje niezmieniona. Kobieta ma mentalność mężczyzny, a w analogicznej sytuacji odwrotnej mężczyzna ma mentalność kobiety.
To tak skrótowo. To jest ten homoseksualizm. W materiale filmowym, w którym skupiłem się tylko na tym temacie, wyjaśniłem to bardziej dokładnie, więc jeżeli was to interesuje, to zapraszam do oglądania. Będzie mi bardzo miło. W każdym razie mamy sobie tutaj geja i lesbijkę i teraz jedno z nich bądź oboje postanawiają zmienić płeć. Wydaje mi się, że ludzie dokonują zmiany płci przede wszystkim dlatego, że mogą sobie na to pozwolić, że technologia na to pozwala. Oczywiście nie wszyscy homoseksualiści dokonują takiego zabiegu. W moim mniemaniu zabieg przeprowadzenia zmiany płci może, nie musi, ale może być sprzeczny z postanowieniami ducha, które każdy duch wybiera. Duchy wybierają sobie plan życiowy i według tego planu powinny żyć. Ale w momencie, kiedy już trafiają w to ciało materialne na Ziemi, w głowach im się czasami zmienia.
Patrząc na świat z ludzkiego punktu widzenia zaczynają kombinować nie tak, jak powinni. We wszystkich dziedzinach. Tu nie chodzi tylko o zmianę płci. W każdym razie taki duch, który postanawia zmienić płeć, może działać wbrew swoim wcześniejszym postanowieniom. Ale nie musi, ponieważ przynajmniej teoretycznie taka operacja zmiany płci może przecież stanowić część planu duchowego, gdzie duch na przykład może chcieć sprawdzić się w takich konkretnych okolicznościach. Wówczas wszystko jest w porządku z punktu widzenia ducha. Ale jeżeli duch miał na celu przeżyć swoje życie w ciele drugiej płci i nagle będąc już w ciele ludzkim zmienia zdanie, to już coś jest nie tak. Ten duch tak jakby postanowił zawrócić w górę rzeki i płynąć pod prąd. Wtedy może mu się troszkę komplikować życie. Według wiedzy, którą posiadam w tym temacie, jeśli chodzi o dalszą perspektywę, w dalszej perspektywie osoby, które postanowiły zmienić płeć po iluś tam latach jednak już nie doznają takiej satysfakcji z przeprowadzenia tego zabiegu, jaką doznawały zaraz bezpośrednio po operacji.
Jeżeli rzeczywiście tak jest, może to wynikać właśnie z tego faktu, że te duchy miały zaplanowany zupełnie inny żywot, a postanowiły sobie, tak jak powiedziałem, popłynąć pod prąd. Wtedy muszą się z tym zmagać. W takiej sytuacji można powiedzieć, że w pewnym sensie duch troszeczkę, nie można tak naprawdę powiedzieć, że marnuje, ponieważ nic się nie marnuje, ale nie realizuje swojego planu życiowego takiego, jaki powinien ten plan być. Tak to ujmę. Dobra, kolejne pytanie. Czy zmarły pamięta nas, widzi, słyszy, zna intencje, czy poznaje prawdę, której nie znał za życia? Przed duchem nie da się ukryć swoich intencji, swoich odczuć, więc w momencie, gdy ktoś umrze, od razu dowie się, czy jego bliscy darzyli go sympatią. Natomiast nie ma takiej możliwości, aby duch zmarłej osoby zajrzał nam w mózg i nas prześwietlił. Nie może poznać naszych sekretów, o których myślimy, nie może poznać naszych wszystkich tajemnic, ponieważ te tajemnice są w nas zamknięte. To znaczy duchy wyższe, owszem, mogą nas prześwietlić, mogą wiedzieć, o czym myślimy, ale duchy znajdujące się na niższym bądź tym samym poziomie rozwoju już nie.
Więc nie musimy się obawiać, że jakiś bliski, który przejdzie na drugą stronę, z automatu dowie się, o czym myślimy i co skrywamy w naszej duszy. Owszem, jeżeli kierujemy do zmarłego nasze myśli, ten zmarły może te myśli odebrać i je rozszyfrować, zrozumieć. Ale to jest jedyna sytuacja, w której duch bliski może zrozumieć nas bez słów. Myślę, że takie porównanie jest odpowiednie. Więc bez obaw, nasze sekrety pozostają naszymi sekretami. Dalej kolejne pytanie. Zerknę sobie na moją ściągę. Tutaj widz pyta, czy w zaświatach, gdy umrzemy, spotkamy naszych bliskich, którzy teoretycznie przecież mogliby się już zdążyć reinkarnować. Po pierwsze, według literatury spirytystycznej duchy nie reinkarnują się tak szybko, więc teoretycznie w momencie, gdy umrzemy, możemy w zaświatach spotkać jeszcze nawet naszych pradziadków. Ale nawet gdyby się reinkarnowali, to też w czasie snu duch człowieka jest tak jakby uwolniony i może komunikować się z innymi duchami.
Między duchami dochodzi do różnego rodzaju interakcji, więc gdy będziemy znajdowali się w zaświatach, zawsze będzie możliwość komunikowania się z osobami, z duchami, które są inkarnowane w ciałach materialnych. A nawet podam tutaj jeszcze inny przykład. Jest coś takiego jak intuicja, która oczywiście składa się z naszych doświadczeń życiowych, ale również jest też element wpływu innych duchów na nasze ciało, na nas. Duchów opiekunów, które podpowiadają nam na jawie, w jaki sposób powinniśmy bądź nie powinniśmy się zachowywać, bądź duchów złośliwych, które chcą nam zaszkodzić. I to wszystko odbywa się, jak już powiedziałem, na jawie, więc funkcjonujemy normalnie w czasie dnia, a mimo to świat duchowy ma na nas wpływ. To też jest w pewnym sensie dowód na to, że duch człowieka nie jest zamknięty w ciele ludzkim jak zapałki w pudełku po zapałkach albo sardynki w puszce konserwowej. Tylko my, ludzie i nasze duchy cały czas mają kontakt z tym światem duchowym. Więc bez obaw. I tu zwracam się konkretnie do widza, który zadał to pytanie. Po twojej śmierci na pewno będziesz mógł spotkać swojego tatę, nawet gdyby zdążył się reinkarnować, chociaż nie sądzę.
Ale z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że każdy z nas dostaje to, na co zasługuje i to, czego potrzebuje. Więc sytuacja może być taka, że zaraz po naszej śmierci jednak nie będziemy mogli spotkać jakiegoś konkretnego bliskiego, jednego czy drugiego, z różnych powodów. Ale nie są to sytuacje permanentne, więc jeżeli danej bliskiej osoby nie możemy spotkać teraz, to na pewno spotkamy ją za jakiś czas, może w innych okolicznościach. Mówię za jakiś czas, chociaż wiadomo, że w świecie duchowym czas płynie inaczej i tego w ogóle nie ma co porównywać, ale nie będę tego tematu teraz rozwijał. Kolejne pytanie. Czy to prawda, że obrzędy nie pozwalają duszy po śmierci spokojnie odejść z tego świata? Czy chrzest ma negatywny wpływ na szyszynkę i rozwój duchowy? To ja może zacznę najpierw od tego chrztu. Widziałem kiedyś na YouTubie taki materiał filmowy, który pokazywał w jakimś kraju gdzieś daleko, po drugiej stronie półkuli względem nas, naszego położenia. Był taki rytuał, gdzie niemowlęta zrzucano z dosyć dużej wysokości 10, kilkanaście metrów i na samym dole te niemowlęta łapano.
Nie wiem, co ten rytuał miał dać. Może chodziło o to, żeby dzieci po prostu były bardziej odważne, ale nieważne, co myślę na ten temat. Taki rytuał zrzucania dzieci rzeczywiście, wydaje mi się, może mieć negatywny wpływ na szyszynkę. Szyszynka, jeśli ktoś nie wie, to jest część mózgu, która pozwala medium komunikować się z zaświatami. I czy chrzest może mieć wpływ na szyszynkę? Nie sądzę, aby chrzest mógł mieć negatywny wpływ na mózg. To jest w końcu tylko rytuał polania dziecka wodą. Więc myślę, że jednorazowy zabieg nie ma wpływu. Myślę, że wpływ negatywny może mieć wszystko to, co później następuje po tym chrzcie. Te wszystkie nauki religijne i tak dalej, które na przestrzeni kolejnych lat są wpajane dzieciom, osobom dorosłym.
I w wyniku których dorośli, osoby umierające bądź nawet takie, które już zmarły, mogą być przeświadczone w tym, że jakiś konkretny rytuał jest im niezbędny do przejścia na drugą stronę. Taki duch, który umrze, dajmy na to, bez ostatniego namaszczenia, jest przekonany, że to ostatnie namaszczenie jest niezbędne. Na przykład taki człowiek może umrzeć w wyniku jakiejś katastrofy, wypadku samochodowego, wypadku lotniczego, statek zatonie na oceanie i tak dalej. Utopi się w basenie. I taki duch wtedy, zamiast przejść dalej, pozostaje na ziemi i można taki scenariusz zakładać, że będzie się tułał po ziemi, poszukując tego ostatniego namaszczenia, bez którego w jego mniemaniu po prostu nie ma szans, aby przejść dalej. I to może być właśnie ten negatywny wpływ. Ale pamiętajmy też o tym, że duchy zmarłych nie są pozostawione same sobie. I po drugiej stronie też są duchy, które nas wspierają. Więc taki duch zagubiony, pragnący, dajmy na to, tego ostatniego namaszczenia, bądź poprzez na przykład kontakt mediumiczny, może zrozumieć, że to ostatnie namaszczenie nie jest potrzebne. Tak samo duchy, które już znajdują się w zaświatach, mogą wytłumaczyć takiemu świeżo zmarłemu, że może spokojnie kontynuować swój duchowy żywot bez tego rytuału, bądź takiemu duchowi poprzez jakieś tam media i tak dalej, taki rytuał może zostać udzielony po to tylko, żeby ten zmarły doznał spokoju i przeszedł dalej.
Więc myślę, że to jest jedyna forma takiego negatywnego oddziaływania obrzędów, ale myślę, że to chyba nie ma większego znaczenia. Dobrze, już kończę ten troszeczkę chaotyczny odcinek Q&A. No i do następnego odcinka. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[04:31:42] - Proszę państwa, Archiwum ABW. Gdybyśmy byli politykami i prowadzili audycję polityczną, to zabrzmiałoby groźnie. Na szczęście w Bibliotekarium 2.0 Archiwum ABW oznacza coś zupełnie innego. Oznacza, że zaproszę państwa na opowiadania, które były pierwotnie prezentowane w audycji ABW, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Tam nadsyłane były opowiadania przez różnych autorów. Wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem te opowiadania ocenialiśmy, omawialiśmy, doradzaliśmy i tak dalej. Zostało całkiem sporo tekstów, które przypomnę, czytał Marek Sęk "Ivellios", które gdzieś tam mniej lub bardziej, to w zależności od autora, od tekstu, gdzieś tam mniej lub bardziej zapisały się w pamięci czy to państwa, czy mojej. No i myślę, że taka podróż sentymentalna gdzieś tam kilka lat wstecz każdemu się przyda. Zapraszam zatem na Archiwum ABW. Kilka fajnych tekstów przed nami.
[04:33:03] - Marek Myszograj, „Zakazane historie”. Prolog: trójka przyodzianych w skóry mężczyzn podążała w kierunku południowym. Kierowali się pragnieniem przetrwania. Byli głodni, zmęczeni oraz mocno zziębnięci. Zaledwie kilka tygodni wcześniej żyli na terenie porośniętym bujną roślinnością. Nie znali zimna oraz białego puchu. Zmiana pogody zaskoczyła ich dosłownie z dnia na dzień. Instynkt mówił im, że idąc w kierunku impulsywnych świateł, odnajdą pożywienie oraz bezpieczeństwo. Jeśli plan zadziała, sprowadzą tutaj kobiety i dzieci. Mylili się.
Strumień światła przyszedł z nieba. Po chwili nastąpił błysk, który rozprzestrzenił się nad okolicą. W paryskiej piwnicy budynku przy Rue des Saussaies numer 11 odbywało się jedno z wielu mocno rutynowych przesłuchań. Za biurkiem skromnie urządzonego pomieszczenia siedział trzydziestoletni oficer SS o nienagannym wyglądzie. Palił papierosa. Niespełna godzinę temu wylądował specjalnym samolotem z Berlina w celu spotkania się z zatrzymanym i poprowadzenia śledztwa. Major starał się ukryć emocje. Pomagało mu kilkuletnie doświadczenie, które nauczyło panować nad sobą. Wojna zmienia ludzi. W tej chwili wpatrywał się w wystraszoną twarz przesłuchiwanego.
Był o jakieś 10 lat starszy od niego samego. Sięgnął do kieszeni po zapalniczkę oraz paczkę ulubionych Echt Orient, by poczęstować nieszczęśnika i rozluźnić w ten sposób nieco atmosferę przesłuchania. Musiał wzbudzić zaufanie. „Nazywam się Thomas Müller i jestem majorem SS” – odezwał się łamaną polszczyzną. „Dzisiejszej nocy mam zaszczyt z panem porozmawiać” – kontynuował powoli, lecz bez większego trudu. – „Jeśli jednak odmówi pan współpracy ze mną, to doskonale pan wie, gdzie się znajdujemy. Zatem, panie Adamski, proszę się nie krępować, zapalić i przygotować na nieco dłuższą pogawędkę.” „Panie majorze, zdaję sobie sprawę, po co tu pana przysłano” – odpowiedział przesłuchiwany, by po chwili sięgnąć po papierosa, włożyć go w usta i odpalić użyczoną, przyozdobioną w swastykę zapalniczką. – „Proszę, niech pan major zadaje pytania. Wszystko i tak jest stracone.” „Spokojnie, panie Adamski, mamy czas. Proszę, może pan zacząć od ekspedycji.
Kto był zleceniodawcą, kim byli uczestnicy i tak dalej.” „No tak, cholerna ekspedycja. Gdyby nie ona, nie byłoby tego całego gówna. Gdzieś w okolicach października 1937 roku wyruszyliśmy dość dobrze zaopatrzonym statkiem w kierunku Antarktydy. Sama ekspedycja była podobno kosztownym przedsięwzięciem. Przynajmniej tak nam się wydawało, ale nikt nie zadawał pytań, z jakiego źródła pochodzą pieniądze i dla kogo konkretnie pracujemy. Zresztą wszystko było owiane tajemnicą. Większość załogi nie znała się wcześniej, a naszym zadaniem było wykonanie przeróżnych badań przed kongresem naukowym w Ameryce. Tak nam to wyjaśniono. Statek wypłynął z Wielkiej Brytanii, by po jakimś może miesiącu dotrzeć na biały ląd. Na miejscu przejęła nas ekipa z Ameryki obsługująca kilka baraków zwanych bazą.
Amerykanie wyznaczyli nam cel, po czym uprzedzili, że no właśnie, wie pan, majorze, że coś znaleźli. Z początku myśleliśmy o skambilinach, zamarzniętych szczątkach mamuta lub nawet dinozaura. Inni zaś roili o odkryciu nowych form życia, na przykład drobnoustrojów, które mogłyby zagrozić ludzkości. Majorze, zna pan historię o pandemii grypy po Wielkiej Wojnie? To mogła być podobna sytuacja, tylko na większą skalę. Naprawdę obawialiśmy się i szukaliśmy rozwiązań na wypadek przeróżnych sytuacji. Jednak to, co nam Amerykanie przekazali, przeszło oczekiwania nas wszystkich. Przewieźli nas do takiego miejsca, gdzie spoza lodu wyrasta trójkątny czubek skalny i kazali nam po prostu przejść przez szczelinę w ścianie wzniesienia. Już na pierwszy rzut oka uznaliśmy, że nie była to naturalna formacja skalna. Majorze, proszę sobie wyobrazić: gdy tam na miejscu zaczęliśmy ustawiać oświetlenie, to nas zatkało.
Znaleźliśmy się w innym świecie. To był jakby hangar albo stocznia czy coś podobnego. To tak, jakby porównać biedaka, który znalazł się nagle na balu bogaczy. Człowiek używa przez całe życie jedynie łyżki i widelca, a tu nagle ma do dyspozycji komplet 12 sztućców. Coś niesamowitego. Tam na miejscu nasze zadanie nie polegało... niczego tam właściwie nie odkryliśmy. Raczej stwierdzaliśmy, czego tam nie ma. A nie było przede wszystkim drzwi i okien. Nie zauważyliśmy oświetlenia, tablic informacyjnych, książek czy też jakiejkolwiek dokumentacji.
Nie było toalet, kuchni, garnka, talerza. Z czasem stwierdziliśmy, że jak na tak dziwną budowlę mechaniczną to brakowało instalacji elektrycznej. Oczywiście miejsce przypominało, a raczej mocno kojarzyło się z halą remontową lub właśnie hangarem. Tylko w środku nie było żadnych pojazdów ani narzędzi. W pomieszczeniach, powiedzmy socjalnych, tak je można umownie nazwać, ponieważ były zdecydowanie mniejsze od hali właściwej, do której przylegały, znajdowały się krzesła i stoły. Ale majorze, tamto krzesło porównać z tym, na którym ja tu teraz siedzę.” – Adamski uśmiechnął się ironicznie. – „Tamto krzesło... Nie, nie. Wszystkie tamte krzesła przypominały siedziska królów. Każde co najmniej trzy razy większe od naszych.
Bogate w ozdoby i takie guziczki w miejscu, gdzie mogły spocząć dłonie. Te krzesła, niczym fotele, miały miejsca na plecy, głowę, łokcie, a nawet na ułożenie nóg. Każde jedno. A naliczyliśmy przecież ich około stu. Rozumie pan, majorze?” „Panie Adamski, proszę mi jeszcze powiedzieć, czy udało wam się dowiedzieć, w jaki sposób natrafiono na to miejsce.” „Wiem jedynie, że z tej okolicy rozchodził się nietypowy sygnał radiowy. Podczas odtwarzania były to głównie piski w różnych tonach. Raz na tydzień w ciągu 10 minut piski zanikały i można było usłyszeć dźwięk lecącego bąka. Taki zmienny ton. Wiem, że to dziwne. Wszystkie informacje pochodziły od Amerykanów, więc może to oni wiedzą coś więcej.
Zatem czy nie lepiej ich zapytać?” Po czym przesłuchiwany drwiąco spojrzał na majora. W tym momencie do pomieszczenia wszedł funkcjonariusz Gestapo, niosąc tacę z dwiema filiżankami kawy. Pierwszą podał od niechcenia przesłuchiwanemu, po czym sięgnął po drugą. Może to z powodu późnej pory lub strachu, a może raczej z dziwnego niemieckiego poczucia respektu, ręka mu zadrżała. Kawa w niewielkiej ilości rozlała się na biurko. „Im Ordnung” powiedział ze sztucznym uśmiechem major do młodego gestapowca, który jak nagle i niespodziewanie pojawił się, tak równie szybko wyszedł. „Widzi pan” kontynuował major, sięgając ponownie po papierosy, by jednego rzucić Adamskiemu, natomiast drugiego wyciągnął dla siebie. „Tak to już Stwórca skonstruował nasz świat. Przez przypadek? Może.
Może niekoniecznie i wszystko jest zaplanowane. À propos Stwórcy, czyli tak zwanego Boga. Nawet nie zdaje sobie pan sprawy, jak mocno Go prowokujemy.” Przyłożył płomień zapalniczki do papierosa przesłuchiwanemu, po czym powtórzył tę czynność, odpalając swojego Echt Orienta. „Jego naród wybrany właśnie wymiera, ginie, a On wciąż milczy. Dziwna sytuacja, nie uważa pan?” Chwycił filiżankę kawy, by uronić jej łyk, po czym zaciągnąć się dymem nikotynowym. „Znalazł się pan, panie Adamski, w trudnej sytuacji” kontynuował. „Po naszej rozmowie będzie pan miał dwie możliwości: albo dalsza współpraca z nami, albo... Zresztą powtórzę. Sam pan wie, gdzie się znajdujemy. By pana zachęcić, zdradzę panu kilka tajemnic.
Jedną z nich jest to, że współpracujemy z Amerykanami.” Spojrzał przenikliwie na Polaka. „O, widzę, że nie wywarło to na panu większego wrażenia. Otóż właściwie mamy kontakt głównie z firmą IBM. Druga to to, że w 1938 roku Trzecia Rzesza postanowiła stworzyć podwaliny Nowej Szwabii na Antarktydzie. Statek o nazwie Schwabenland tuż przed wybuchem wojny został skierowany w rejon waszej wcześniejszej eksploracji. Trzecia tajemnica to osoba Rudolfa Hessa. Całkiem nie tak dawno, bo w maju tego roku, Hess udał się do Wielkiej Brytanii. Oficjalnie miała to być misja pokojowego zakończenia tego całego gówna. Nieoficjalnie mieliśmy, chcieliśmy — tak, to lepsze określenie — chcieliśmy po prostu nawiązać współpracę, złapać kontakt z aliantami w sprawach, które wyraźnie nas przerosły.” Major odchylił się do tyłu, by wysunąć szufladę biura. Wyciągnął fotografię, po czym ułożył ją z niemiecką precyzją naprzeciwko przesłuchiwanego.
Adamski spojrzał na nią. Poczuł nagłe ukłucie w żołądku. Ukłucie, które w jednej chwili sparaliżowało każdą część ciała. Zamarł, wpatrując się w obrazek. Jak przez mgłę i pisk w uszach przyszło wspomnienie z dzieciństwa o tamtej nocy. Adamski miał pięć, góra sześć lat. Mieszkał z rodzicami w podwarszawskim dworku. Którejś letniej nocy obudził się i zobaczył ich. Zobaczył ich nad łóżkiem. Księżyc oświetlał trzy wydłużone sylwetki.
Nie rozmawiały ze sobą, jedynie gestykulowały w jakiś nienacki sposób. To był jedynie moment, krótka chwila. Wydawało się, że nie trwało to dłużej niż kilka wdechów i wydechów. Rano bał się opowiedzieć rodzicom, co zobaczył. Do końca dnia przyjął, że musiało mu się to wszystko tylko wydawać lub było tylko nocnym koszmarem. Po latach zapomniał o tej historii. Teraz, gdy łza strachu spływała mu po policzku, wpatrując się w fotografię, miał uczucie olśnienia. Ta sama sylwetka, to samo wydłużone ciało leżało na śniegu, a wokół niej pozowało kilku niemieckich żołnierzy w zimowych mundurach. „Hans!” ryknął w stronę drzwi major. W jednej chwili do środka wszedł gestapowiec i pchnięciem ręki zmusił Adamskiego, by pochylił głowę do przodu.
Szarpnął tylną część kołnierza, odsłaniając bark z niewielką blizną. Adamski, oszołomiony, czekał na cios. „Das stimmt” usłyszał za plecami. „Wszystko się zgadza.” Major wyszczerzył zęby w uśmiechu. „Tym tutaj” wskazał palcem na fotografię „to sam Hess.” Przesunął palec na kolejną osobę. „Może pan nie poznaje, ale byłem tam osobiście. Jest pan cennym nabytkiem i zapewne ma pan pytania, na które możemy wspólnie poszukać odpowiedzi.” Czy Adamski miał wybór? Epilog. 3 sierpnia 1947 roku kilku amerykańskich żołnierzy obserwowało dziwny spektakl nad pustynnym niebem. Dwa obiekty poruszały się w nietypowy dla siebie sposób.
Obniżały lot, ukazując kształty, po czym w mgnieniu oka były już niemal poza zasięgiem wzroku, by ponownie zbliżyć się i oddalić kilkukrotnie. „Chyba walczą ze sobą” powiedział niepewnie i raczej sam do siebie jeden z wojskowych. Nagle jeden z obiektów pozostał nieco dłużej w prostej linii lotu za drugim. Nie padł żaden strzał. Nie dało się zauważyć żadnego błysku, jednak upolowany cel runął na ziemię kilkaset metrów od obserwatorów. Po drugim nie było już śladu. Cholera, będziemy mieli kolejny obiekt do badań. Justyna Karolak „Cisza i bezczas”. Fragment powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Tego dnia mężczyzna postanowił wpaść do mnie niespodziewanie.
Wieczór upłynął zwyczajnie i mile, więc poszliśmy do łóżka w dobrych nastrojach. Obudziłam się wcześnie rano, nagle i od razu przytomna. Otworzyłam oczy z uczuciem, jak gdyby czekało na mnie coś pilnego. Pomyślałam, że to dziwne i niepasujące do rzeczywistości uczucie. Spojrzałam na ścienny zegar. Było dwadzieścia jeden po piątej. Za wcześnie. Otuliłam się kocem, zamknęłam oczy, ale nie mogłam zasnąć, mimo że mi na tym zależało. Kręciłam się wbrew swojej woli i byłam bardzo świadoma i rozbudzona. Kręciłam się z zamkniętymi oczami przez mniej więcej dziesięć minut.
Ponownie spojrzałam na ścienny zegar. Zdziwiłam się. Było wciąż dwadzieścia jeden po piątej. Wskazówki nie drgnęły ani o minutę. Pewnie czas mi się dłużył. To wszystko. Jeszcze raz zamknęłam oczy i spróbowałam zapaść w sen. Starałam się odprężyć. Skupiałam umysł na perspektywie snu. Tym razem utrzymałam się w tym stanie chyba piętnaście minut.
Po upływie kwadransa zrozumiałam, że po prostu nie mogę już spać i postanowiłam się z tym pogodzić. Otworzyłam oczy i znowu spojrzałam na ścienny zegar. Pokazywał wciąż dwadzieścia jeden po piątej. Obsypał mnie dreszcz upiornego niepokoju. Najpierw pojawiła się racjonalna myśl ratunkowa, że w zegarze wyczerpały się baterie, że zegar stanął. Ta myśl zdążyła mnie ukoić, kiedy zauważyłam, że sekundnik porusza się. Cyk, cyk, cyk. Zegar odmierzał czas podzielony na sekundy. Zegar żył. Wcale nie wyczerpały się baterie.
Tylko dwie główne wskazówki zamarły, całkiem znieruchomiały. Wskazywały nieugięcie godzinę piątą i dwadzieścia jeden minut. Nie mogłam tego pojąć. Wpatrywałam się w zegar przez kilka kolejnych minut. Jestem pewna, że to były minuty, ale nic się nie zmieniało. Godzina była przez cały czas ta sama. Byłam tym absolutnie oszołomiona. Działo się ze mną coś dziwnego, szalonego, zimnego. Moje oczy widziały wciąż tę samą godzinę na zegarze, chociaż sekundnik się ruszał. Nie mogłam znaleźć logicznego wytłumaczenia tego, co widzę.
Raptem przyszło mi do głowy, żeby pójść do kuchni i spojrzeć na zegar, który tam wisi, żeby porównać godzinę na zegarze w sypialni z godziną na zegarze w kuchni. Byłoby logiczne, gdybym tak zrobiła, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie mam pojęcia co. Nie potrafię tego określić. To było uporczywe, odśrodkowe uczucie, żeby niczego nie sprawdzać, żeby zostawić sytuację, jaką jest, nie ingerować. To nawet nie była myśl, żadna świadoma intencja, tylko przeświadczenie, że nic nie muszę robić, a wręcz nie powinnam. Absurdalne przeświadczenie, które dezorientowało i zarazem utwierdzało, że wokół dzieje się coś obiektywnego, a nie coś związanego z moim subiektywnym postrzeganiem. I wtedy odniosłam wrażenie, że czas się zatrzymał. I to wrażenie nie było już podobne do uczucia, tylko do surowej, czystej, w nic nie ubranej myśli. Po prostu uświadomiłam sobie, że czas się zatrzymał dla wszystkich ludzi, dla całego świata.
Oprócz mnie. Ja jedna pozostałam w ruchu i byłam przytomna, ponieważ dla mnie jednej wskazówka sekundnika niezachwianie wędrowała do przodu. Ale dla całego świata, dla wszystkich ludzi czas się zatrzymał. Nie widziałam w tym najmniejszego sensu ani logiki, ale coś podobnego przyszło mi do głowy i miałam stuprocentowe przekonanie, że to jest prawda. Wtedy odwróciłam głowę od zegara i spojrzałam na mężczyznę, który spał obok. Zauważyłam, że nie oddycha. Jego klatka piersiowa nie unosiła się i nie opadała, nie drgało skrzydło nosa. Powieki się nie poruszały, choć jego twarz miała wyraz mówiący o tym, że mężczyzna jest pogrążony w głębokiej fazie snu. Jednak nie było w nim żadnego ruchu, iskry życia. Znowu obsypał mnie upiorny dreszcz.
Przestraszyłam się gwałtownym pomysłem, że on nie żyje, że umarł w nocy. Może powinnam przynieść do łóżka lusterko i przyłożyć mu do nosa, do ust, żeby zobaczyć, czy osadzi się para świadcząca o oddechu. Przyznaję, że byłoby to racjonalne, logiczne, ale ja nie pomyślałam o lusterku dlatego, że widziałam wyraźnie, że on nie oddycha. Wiedziałam, że się mylę. Przyszło mi do głowy, żeby dotknąć jego czoła, twarzy, żeby w ten sposób rozstrzygnąć, czy on żyje, czy nie. Tak zrobiłam. Miał ciepłe czoło, normalną dla żywego człowieka, przyjemną temperaturę. Poza tym wyczułam życie w tym dotyku, w jego skórze, pod swoimi palcami. Rozumiałam, że tętni w nim krew. Wyczułam, jak gdyby żywe naczynia krwionośne gdzieś w środku jego skóry, kiedy głaskałam go po czole i po twarzy.
A więc mężczyzna żył. Byłam tego pewna. Nie umarł, lecz mimo tego nie oddychał. Znowu spojrzałam na zegar. Mimo że sekundnik parł w przód, godzina była wciąż ta sama. Wróciłam wzrokiem do mężczyzny. Ułożyłam się na boku i wpatrywałam w jego niby umarłą twarz. Zrozumiałam, że czas dla całego świata się zatrzymał, a tylko dla mnie jednej nie. Nie mogłam pojąć dlaczego ani po co. Zaczęłam świadomie nasłuchiwać odgłosów zza okna, ale nic nie słyszałam.
Nie przejechał ani jeden samochód, nie zaszczekał pies, nie rozległy się odgłosy niczyich obcasów na chodniku. Wszystko się zatrzymało. Poczułam to wyraźnie. Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Nie rozumiałam, dlaczego coś takiego przytrafiło się właśnie mnie. Nie widziałam w tym ani sensu, ani tym bardziej celu. Nie umiałam dopatrzyć się przyczyny. Nie wiedziałam, co doprowadziło do zaistnienia tej dziwnej, anormalnej sytuacji, lecz wydało mi się, że dziwne, anormalne rzeczy powinny czemuś służyć, pojawiać się z jakiegoś powodu i być przeznaczone w jakimś celu. I to nie z byle jakiego powodu i nie w dowolnym celu.
Musiała istnieć precyzyjna przyczyna, dla jakiej to spotkało właśnie mnie. I musiałam doszperać się w tym, co mnie spotkało, precyzyjnego znaczenia i motywacji do działania. Pomyślałam, że w życiu jest tak, że to zwykłe sytuacje następują, toczą się bez celu. Praca, zakupy, pranie, jedzenie, spanie, myślenie to są sytuacje, codzienne sprawy, zupełnie zwykłe i potoczne, ale i bezcelowe. Pomyślałam, że to normalne, że prozaiczne czynności nie mają sensu, że donikąd nie prowadzą. Pomyślałam, że to normalne, ale kiedy dzieje się coś anormalnego, wyjątkowego, to przecież nie może dziać się po nic. Dlatego starałam się nadać znaczenie temu, co mnie tego ranka spotkało, ale nie potrafiłam nadać żadnego znaczenia. W tym naprawdę nie zawierało się nic. Jednak skoro właśnie ja zyskałam ten dodatkowy czas, ponieważ wszyscy inni zastygli w bezruchu, a pozostałam świadoma tylko ja, to wydało mi się logiczne, że powinnam w tym dodatkowym czasie dojść do jakichś błyskotliwych wniosków. Powinnam mieć tu i teraz jakąś iluminację, objawienie.
Powinnam wykorzystać ten czas i potraktować go jak wielką wygraną na loterii. Powinnam dokonać czegoś z jego pomocą. Powinnam w tym czasie poczynić jakieś ogromne odkrycie intelektualne. Kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Po prostu zupełnie niczego wokół siebie nie zauważałam. Żadnego punktu zaczepienia. Zero matrycy dla ukształtowania jakiegokolwiek wniosku, nie mówiąc o ogromnym odkryciu. Ogarnęła mnie cisza i bezczas. Poczułam to wyraźnie. Zagięła się dla mnie czasoprzestrzeń.
Znalazłam się w pętli czasowej. Właśnie ja. Lecz pomyślałam, że to się stało przez zupełny przypadek, że w rzeczywistości wcale nie chodziło o mnie, a może nawet nie chodziło w ogóle o nikogo. To się stało przez zwykłą omyłkę. Pomyślałam, że czas też ma swoje wady, że nie jest doskonały. Czasowi także może przydarzyć się usterka, niedociągnięcie, awaria. Pomyślałam, że to jest tego typu sytuacja. Trywialna awaria. Przeglądałam się zatrzymanemu w czasie mężczyźnie, z którym spędziłam noc, który spał teraz obok mnie wczesnym rankiem i który nie oddychał. Jego głowa była absolutnie pusta, ale nie tak, jak pusta byłaby skorupka po jajku, tylko tak, jak gdyby wszystko w jego głowie zastygło i stało się przeźroczyste.
Nie dostrzegałam w tym mężczyźnie, w jego wnętrzu ani jednego szczegółu, z jakim biłoby ciepło. Na pewno winny był temu bezczas, w którym się znalazłam, ale nie mogłam wyłuskać z siebie ani jednej emocji do tego mężczyzny. Był mi całkiem obojętny. Przyszło mi do głowy, że mogłabym przeżyć z nim resztę życia. Wstawałabym co rano na dźwięk budzika i szła przed siebie, a on leżałby w ten sposób i spał, nie oddychając i nie myśląc przez wszystkie dni, wieczory, noce, świty i zmierzchy naszej wspólnej codzienności. Pomyślałam, że wcale by mi nie przeszkadzało, gdyby on tak leżał i był w moim łóżku pusty, nieświadomy, zatrzymany w czasie na wieki wieków. Do tego stopnia był mi obojętny, że ani trochę nie przeszkadzałaby mi jego milcząca obecność. Opowiadanie pod tytułem „Cisza i bezczas” to fragment mojej powieści pod tytułem „Kobieta w pomarańczach”. Fragment ten w książce jest poszerzony, zawiera więcej szczegółów, stanowiąc istotny element szerszego kontekstu i służąc rozwojowi fabuły. „Kobieta w pomarańczach” to opowieść o 36-letniej dziennikarce Dorocie, przed którą w wyniku przypadkowego spotkania ze znacznie starszym mężczyzną otwiera się dziwny nurt zdarzeń.
Wychowana przez zaborczą matkę, nieznająca ojca, nagle zaczyna oglądać świat oczami i ciekawskiego i zagubionego dziecka. Wcześniejsza egzystencja okazuje się albo nieprawdziwa, albo niewystarczająca dla potrzeb krystalizującej się wewnętrznie, a nadal młodej kobiety. Koszmary mieszkające za ścianą w ukrytej alternatywnej rzeczywistości, choć skutecznie budzą myśli z przydługiego zimowego snu, zarazem pchają głowę w kompletnie obce i zawiłe rewiry. By sprostać układom chaotycznym i własnemu cieniowi, Dorota musi uporządkować trzy relacje: z młodym kochankiem, z dojrzałym redaktorem naczelnym gazety, dla którego pracuje i z owym tajemniczym starszym mężczyzną. To nie romans, to nie powieść obyczajowa. To literatura piękna, oniryczna, surowa, brutalna, a zarazem prostolinijna i zanurzona w akwenie świadomej jaźni i sennych mar. Analogicznie do tego, jak proste i jednocześnie absurdalne oraz surrealne potrafi być samo życie. Powieść pod tytułem „Kobieta w pomarańczach” aktualnie znajduje się w procesie przygotowawczym do wydania i ukaże się za pewien czas. Data oficjalnej premiery nie jest jeszcze wyznaczona. Bruno Kadyna „Turlaj się”.
„Chciałem znowu być kawalerem, ale już ze świadomością, jak to jest w małżeństwie, żeby w żadnym wypadku nie szukać sobie baby jak jakiś durny cielak, romantyk zasmarkany. Cieszyć się wolnością, zarabiać tylko na siebie i dla siebie. Nie tłumaczyć się z każdego kroku. Wystarczy, że kiedyś musiałem tłumaczyć się matce. Chciałem przestać czuć się ograniczany, tłamszony, bez chwili spokoju. Przestać słuchać, że ciągle mnie nie ma, że mam ją gdzieś, że robię to i tamto. W końcu miałem gdzieś i faktycznie uciekałem. Na każdego SMS-a reagowałem alergią. Zbierało mi się na pawia, kiedy wracałem do domu, bo wiedziałem, co mnie tam czeka. Nie pamiętam normalnej rozmowy, spaceru, który nie kończyłby się kłótnią.
Sam nie wiem, jak do tego doszliśmy. Chyba żadna para nie wie, bo to standard przecież. Kobieca i męska natura. Oko i pięść. I mam swoją wolność. Ola odeszła i chyba już nie wróci. Jakoś jeszcze nie mogę odetchnąć pełną piersią, ale to pewnie minie. Wchodzę do dużego pokoju, rozglądam się. Nie wiem, co z sobą zrobić. Kurde, jak ten zegar głośno tyka.
Nigdy wcześniej nie zwracałem na to uwagi. No bo jak w takim bajzlu? Olka go kupiła, sam nie wiem po co. Praktycznie wszystko kupiła. To znaczy wybrała. Ja płaciłem. Nam facetom jest wszystko jedno. Zgadzamy się prawie na każdą pierdołę, żeby je zadowolić, bo im zależy, a one tego nie doceniają. Firanki, meble, tapeta co rok inna, obrazki, ramki co chwilę inne, podkładki na stół, dywaniki, doniczki, zazdrostki, serwetki, bzdetki. A przy tym to gderanie pod nosem, naburmuszone brzęczenie, że nie chcę milionowy raz powiedzieć: czy ładne?
W dupie mam czy ładne. Dlaczego kobiety chcą zrobić z facetów kobiety i wkurzają się, kiedy to się nie udaje? Może lepiej było się na to wszystko nie zgadzać, pozwalać na niewiele. Wtedy może by doceniała to, co ma. Opadam na kanapę. Jak dobrze, że mam to za sobą. Chociaż dziwnie tu bez niej. To normalne po tylu latach. Przejdzie ci. Nawet mój głos brzmi dziwnie, kiedy jej nie ma.
Mam w domu jakiś alkohol? Nie piję dużo, raz, dwa razy w miesiącu i czasami szklaneczkę whisky albo lampkę wina do filmu. Ale teraz mam ochotę napić się porządnie. Zaglądam do lodówki. Jest tylko resztka tej gównianej whisky z Lidla, którą zawsze częstuję brata. Jemu jest wszystko jedno. Przecież teraz możesz sobie chłopie normalnie wyjść do sklepu i kupić co chcesz, bez tłumaczenia i słuchania, że znowu wychodzisz. Uśmiechnięty idę ubrać buty i dzida do monopolowego po coś dobrego. Nie śpieszę się. Spacer jest przyjemny, kiedy nie ciąży w głowie świadomość, że w domu czeka wściekła osa.
A co, szarpnę się. Kupuję torfową whisky za prawie dwie stówy. Próbowałem kiedyś takiej u kuzyna. Pyszotka. Wracam do domu pogwizdując sobie jak wieśniak. Potem nalewam szklaneczkę, rozsiadam się w fotelu i próbuję. Niebo w ziemi, jak mawiał Wiesiek Wszywka. Smak dymu i ciepło rozchodzi się pięknie w ustach i w gardle. Takiej whisky nie pije się szybko. Ciumka się i delektuje.
Najlepiej w dobrym towarzystwie. A właśnie! Wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię. Halo, Boyson, paróweczko ty moja — mówię. No cześć Dętka, co tam? Ty masz ochotę na whisky? Kupiłem takiego lagavulina jak ty kiedyś miałeś. No proszę. A co na to Olka? Poszła.
Wyprowadziła się wczoraj do matki. To koniec. Dawaj, jestem sam. Trzeba to oblać. No co ty dajesz? Kipiało, aż wykipiało. Sam wiesz, jak było. No tak, u mnie nie lepiej. Chętnie bym wpadł, ale nie dzisiaj. Właśnie wracam z farbą do domu.
Będę malował pokój. Lucyna zaprzęgła cię do roboty? Jak woła na roli. Cmoknęła i dała klapsa, żebym się ruszył. Ja mam to z bańki. Oble. Pewnie się zejdziecie. A w życiu! Wolałbym się wyhuśtać. To co?
Nie wyrwiesz się? Coś ty, nie ma szans. No nic, żałuj. Zostawię ci trochę. Okej, chętnie. To zacna gorzelnia. Narazicho. Tymczasem Dętka. Jeszcze tylko on tak na mnie mówi. Kiedyś pracowałem w wulkanizacji.
Już w czasie szkoły, stąd ta ksywka.” Wtedy najbardziej tęskniłem za Olką. Poznaliśmy się jeszcze w podstawówce. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Chodziliśmy ze sobą do czasu, aż się wyprowadziła na drugi koniec miasta do domu na wzgórzu. To chyba najwyżej położone osiedle w naszym mieście. Ta odległość zniszczyła nasz dziecięcy związek, ale ja nie mogłem o niej zapomnieć. Ona o mnie też, jak się później okazało. Widziałem się z nią jeszcze kilka razy, a potem kontakt urwał się na parę lat. Kiedy miałem 17 lat, zacząłem pracę w wulkanizacji. Z okna widziałem jej dom w oddali.
Przez to nie było dnia, żebym o niej nie myślał. Co u niej? Czy żyje? Czy kogoś ma? Zacząłem ją idealizować, pompować uczucie, aż miłość zaczęła mnie rozpierać i nie mogłem już wytrzymać. Musiałem ją zobaczyć. Głupi cielak. Biorę kolejnego łyczka. Niestety, to był czas, kiedy spasłem się strasznie i wstydziłem siebie. Mówiłem sobie, że nie będzie mnie chciała widzieć takiego, że jest zbyt cudowna, zbyt piękna, żeby zwrócić na mnie uwagę.
I na co ja w ogóle liczę? Gruby, głupi cielak. Kolejny łyczek. Szlag mnie trafi z tym tykaniem. Wstaję z fotela, zdejmuję zegar i wyciągam baterie. Wpadam na pomysł. O tak! Sto lat nie słuchałem muzyki, bo Olga nie lubi jazzu. Pokaźna kolekcja jeszcze z czasów kawalerskich była tylko z tobą. Wybieram płytę i odpalam dawno nieużywany sprzęt.
Tak jest. Dźwięk ulubionej trąbki wypełnia pokój. Siedzę po ciemku. Wystarczy latarnia za oknem. Jej światło załamuje złoty płyn w szklance. Pociągam kolejny łyk dymu. Myśli wracają do wulkanizacji i młodziutkiej Olki. Poddaję się temu, sam nie wiem po co. Wpadłem wtedy na pomysł, że przecież nie muszę się spieszyć. Mogę schudnąć i dopiero wtedy do niej pojechać.
Natychmiast zabrałem się za siebie. Ależ się zawziąłem. Zacząłem ćwiczyć, biegać. Zachowywałem się jak stuknięty. Chciałem jak najszybciej osiągnąć cel. Trzeba się było nażreć pączków, durniu. Nie pamiętam, ile czasu minęło, ale zrzuciłem prawie 20 kilo. Co tydzień się ważyłem i powtarzałem: „Jeszcze trochę”. Powinienem schudnąć więcej, ale już nie mogłem wytrzymać. Musiałem ją zobaczyć.
I kiedy nadszedł ten dzień, ubrałem najlepsze ciuchy, wypachniłem się, kupiłem kwiatka i pojechałem w nieznane, pełen nadziei. Przynajmniej schudłem. Tyle dobrego. Odstawiam szklankę, wstaję z fotela i idę do kuchni. Coś bym zeżarł. Najlepszy do whisky byłby ser, ale w lodówce mam tylko jajka, mleko, śledzie w oleju. Fuj, to Olgi. Ja wolę w occie. Jeszcze są kabanosy. A byłeś w sklepie, głupku.
Wygrywają kabanosy. Biorę całą paczkę i wracam do pokoju. Robię głośniej. To mój ulubiony kawałek. Lecę jeszcze do kibla odlać się i mogę zalec w fotelu na długo. Kabanosy całkiem nieźle smakują z dymną whisky. Zjadam wszystkie i uzupełniam dym w szklance. Żyć nie umierać. Biorę łyczka i nikt nie gdera nad głową. Przypominam sobie, że kiedy do niej jechałem, denerwowałem się bardziej niż przed jakimś egzaminem.
Stawka była o wiele większa, chociaż na nic nie liczyłem. Chciałem ją tylko zobaczyć, sprawdzić, czy wszystko z nią okej, czy jest szczęśliwa. Co za pedał. Śmieję się z siebie. Na szczyt, gdzie mieszkała, nic nie jeździło. Trzeba było 10 minut pod górę dygać z laczka. To już chyba była jesień, ale wczesna. Całkiem ciepło. Ja w sweterku. Coraz bardziej zdenerwowany i zgrzany, co dodatkowo mnie stresowało.
Nie dość, że nagle się pojawię nie wiadomo skąd, to jeszcze spocony jak hydraulik mocujący się z zabezpieczonym śrubunkiem. Pod koniec szedłem naprawdę wolno, żeby jak najmniej się zmęczyć. Gdyby dzisiaj serce waliło mi tak jak wtedy, pewnie z miejsca dostałbym zawalca. W końcu stanąłem przed furtką i nacisnąłem guzik domofonu. Odezwał się szwagier Olki i powiedział, że jej nie ma. Całe powietrze ze mnie zlazło, a badyl w ręce oklapł. No nic. Podziękowałem i zacząłem schodzić. Wtedy jeszcze nie było komórek, a numeru stacjonarnego nie znałem. Musiałem próbować ją zastać do skutku.
Kiedy jeszcze byłem u góry, zobaczyłem Olę w oddali. Wracała do domu. Wszędzie bym ją poznał. Szła, jakby miała serdecznie dość łażenia pod tę górę. Zatrzymałem się i patrzyłem na nią. Widziała mnie z daleka, ale nie poznała. Zmieniłem się. Nie zapomnę, jak wtedy wyglądała. Miała długie, kręcone włosy, skórzaną czarną kurtkę, dżinsy i czarne buciory. Materializowało się moje marzenie.
Była dla mnie najpiękniejszą istotą na ziemi, a im bardziej się zbliżała, tym bardziej miękły mi kończyny. Dziś bez oślego zachwytu powiedziałbym zwyczajnie, że jest młodziutka i śliczna. W końcu mnie rozpoznała, a jej cudowną buzię rozpromienił uśmiech zdobny w białe ząbki. Za to moja gęba wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć. „Ale gruby” powiedziała i zasłoniła sobie usta, żeby się za mocno nie śmiać. „Cześć” odpowiedziałem i pomyślałem, co by powiedziała, gdybym tyle nie schudł. Uścisnęliśmy się, a ona położyła na chwilę głowę na moim ramieniu. Poczułem się jak ktoś, kogo straciła dawno temu i właśnie odzyskała. Pachniała cudownie młodą kobietą. Było już po mnie.
Przepadłem. Gdyby mi wtedy powiedziała: „Oddaj wszystko, co masz”, zrobiłbym to bez wahania. Miałem ochotę paść przed nią na kolana i błagać, by była moja. Głupi siurek. Śmieję się i dolewam whisky. Młodzieńcza miłość jest piękna. Uczucie intensywne, zaślepiające, a przy tym energetyczne. Szkoda, że tak szybko mija. Nie sposób potem je sobie przypomnieć. Kolejny łyczek dymu.
Trąbka staje się melancholijna, a ja już mam szmergla. Tylko nie na smutno, Stefek. Nie na smutno. Gdyby ta młodzieńcza miłość gdzieś w nas zostawała, można by sięgnąć po nią w razie potrzeby. Nie byłoby tych wszystkich problemów. Stałyby się małe, nieważne, bo ta miłość jest bardzo wyrozumiała. Nie widzi szczegółów, które potem wadzą. Nie byłoby kłótni. Może tylko o to, kto kogo bardziej kocha. Kurde, czkawka!
I bąk poleciał przy okazji. Stałem tak z Olką chwilę i patrzyłem na nią jak cymbał, jak misio na miodek. Musiała mieć niezły ubaw. „Byłeś u mnie?” – zapytała. „Byłem w pobliżu i pomyślałem, że wpadnę. To dla mnie ta róża?” „A tak. No przecież.” Denerwowałem się strasznie. Do tego nie mogłem oderwać od niej oczu. Ona była spokojna. Pewnie czytała we mnie jak w otwartej książce, bo cały czas gapiłem się na jej usta.
Wstaję z fotela i zmieniam płytę. W głowie szumi coraz bardziej. Dlaczego nigdy nie rozmawialiśmy o tym spotkaniu? Nie wspominaliśmy początków? Siadam z powrotem. Tym razem leci blues. Stary, leniwy, wygrywany chyba na jednej luźnej strunie do szpingu południowoamerykańskim. „Masz ochotę na spacer?” – zapytałem. „Chętnie. Tylko wejdę do domu po jakieś jabłko.
Umieram z głodu.” W moim mózgu zamulonym zachwytem ruszyły tryby. Zacząłem kombinować, jak tu zaspokoić jej potrzebę. Ale ona już szła pod górę, a ja za nią, nie śmiąc jeszcze spojrzeć na jej tyłek. Wzrok miałem przywiązany do jej głowy, rozpuszczonych włosów. Marzyłem, żeby się w nich zanurzyć. Zaprosiła mnie do domu. Był ogromny i otwarty na gości. Mieszkała z matką, siostrą i szwagrem. Czekałem w przedpokoju. Ola miała tylko wziąć coś na ząb, ale moja przyszła teściowa zobaczyła w ręce córki różę, zagwizdała i z miejsca zaczęła robić sobie ze mnie jajca.
„No jaki ładny chłopiec” – powiedziała. „Widzę, że to nie przelewki. Poważna sprawa.” W życiu nie miałem tak nadwyrężonych naczyń krwionośnych twarzy, jak wtedy. Dodała, żebym nie stał jak ta pipka i wszedł dalej. A do Olki: „Zrób chłopakowi coś do picia. Widać, że jest spragniony.” Tłumaczyłem, że nie trzeba. Właśnie idziemy na spacer, ale teściowa nalegała. Nawet Ola nie miała nic do powiedzenia. Spodobałem się kobiecie, ale mnie przeszmaglowała konkretnie. Olka co jakiś czas próbowała mnie ratować.
„Mamo!”, ale mama machała tylko ręką i jechała ze mną dalej jak z ostranymi gaciami. W końcu wyszliśmy z domu. Ledwo żyłem. „Zamorduję ją kiedyś” – powiedziała Ola. „Masz w porządku mamę. Jak ona się zachowuje? Jakbyśmy już się mieli chajtać.” W jej głosie doszukiwałem się choć cienia przychylności. Na pewno było w nim rozbawienie. „Martwi się o ciebie” – powiedziałem. Jasne, martwi.
Widzi cię pierwszy raz po latach, różę i sobie dopowiada. „Przepraszam za tę różę. Nie pomyślałem, że możesz mieć chłopaka. Mógłby być zły.” Ola uśmiechnęła się do mnie pięknie. Marzyłem, żeby powiedzieć jej, że wciąż ją kocham, że nigdy nie przestałem. „Nie mam chłopaka, a róża jest piękna.” Nic nie odpowiedziałem, tylko serce zabiło mi szybciej. Miałem nadzieję, rzecz jasna, ale nie wierzyłem, że będzie moja. Wkręciłem sobie, że nie mam szans z takim ryjem. Chciałem tylko powiedzieć, co czuję, żeby już mnie to nie męczyło, żebym potem nie żałował, że nic nie zrobiłem. Wyszliśmy na ulicę.
„Pokaż tę swoją okolicę” – powiedziałem. „Ładny tu jest tylko widok. Chodź, zobacz.” Nie odeszliśmy daleko. Dom stał jako ostatni w szeregu na stromej skarpie. Weszliśmy na punkt widokowy porośnięty trawą. „Ja, ale petarda” – powiedziałem. Przed sobą widzieliśmy kawał północnej części miasta. „To jest najlepsze w tym syfiastym miejscu pełnym niezadowolonych ludzi.” Pokiwałem głową. Byłem nastolatkiem, więc bez rozwijania tematu wiedziałem, co ma na myśli. Też przeżywałem ból istnienia.
„Usiądziemy?” – zapytała. „Pewnie.” Trawa była wysoka i wyblakła. Usiedliśmy blisko siebie. Poczułem silnie jej zapach i nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zwiedzałem jej twarz jak turysta Luwr. W końcu zorientowałem się, że zaczyna ją to krępować. Z trudem oderwałem od niej gały, żeby patrzeć przed siebie. Długo nic nie mówiliśmy, zawstydzeni swoją obecnością i ckliwością kołaczącą w głowach. Widok był kozacki. Zapadał zmierzch i zapalały się światła w mieście.
„Czad” – powiedziałem. Wtedy jakiś typ przechodził za nami. Chyba był dziabnięty. Miał pewnie trochę mniej lat niż ja teraz. „Ej, nie bądź głupi, zepchnij ją, niech się sturla na sam dół, a ty uciekaj. Oddal się dostojnie.” Zaczął pokazywać krąg defiladowy. „Nie pakuj się w to. Mówię ci, niech się turla. Nie będziesz żałował.” Odmaszerował, a my patrzyliśmy za nim. „Co za pajac” powiedziała Ola.
„No, ale śmieszny.” Potem podchwyciłem jego słowa i często drobne sprzeczki kończyliśmy słowami: „Turlaj się.” Wiele napięć to rozładowało, ale dawno o tym zapomnieliśmy. Tam na wzgórzu nie było jeszcze przyszłości, nie było nas. Oparłem się z tyłu na rękach. Ona zrobiła to samo. Nasze dłonie znalazły się na tyle blisko, że poczuliśmy, jak napręża się ziemia pomiędzy nimi, a serca zabiły nam szybciej. „Byłam ciekawa, co się z tobą dzieje. Wiedziałam, że wcześniej czy później się spotkamy.” „Skąd wiedziałaś?” Spojrzała na mnie, jakbym palnął głupotę. „Kobieca intuicja.” A, no tak. Niewielkie miałem pojęcie o kobiecej intuicji. W ogóle o kobietach.
„Dlaczego teraz?” — zapytała. Wiedziałem, że albo powiem jej, co czuję dzisiaj, albo już nigdy. Jakoś nie wyobrażałem sobie umawiać z nią po koleżeńsku i męczyć z miłości, aż na moich oczach pojawiłby się ktoś inny. Parskam śmiechem, aż się zapluwam. I pękłoby mi serduszko. Czkawka przeszła. Dolewam sobie. Cieszę się, że o tym wspominam. To takie, kurde... Wznoszę szklankę.
Oczyszczające, kurde. Jestem pijany, ale myślę w miarę jasno. Wspomnienia, alkohol, blues i mrok pasują do siebie. To jedna z tych spontanicznych chwil, które mają w sobie wyjątkowy klimat i zostają w umyśle na zawsze. I nie ma ciebie, moja piękna małżonko, żebyś mi ją zepsuła. Nie wiedziałem, jak jej wtedy odpowiedzieć. Chciałem to zrobić jak najlepiej, w odpowiednim momencie. „Widzisz tamten dom?” Pokazałem paluchem. „Który?” Był dwie dzielnice stąd. Maciupki.
Opisałem charakterystyczne budynki dookoła. „Aha, widzę” — powiedziała. „To wulkanizacja. Pracuję tam.” „No coś ty. Jak to? A szkoła?” „Właścicielem jest kolega mojego ojca. Pracuję tam po szkole i w soboty. Już ponad rok.” „Nieźle. Tam jest takie jedno okno. Widzisz?” „Mhm.” „Codziennie widzę twój dom.
Okno twojego pokoju na poddaszu. Dalej masz tam pokój?” „No jasne.” „Zastanawiałem się, co u ciebie. Czy siedzisz teraz w swoim pokoju? Co robisz? W końcu musiałem cię zobaczyć.” „Bo kiedyś byłeś we mnie zakochany.” — roześmiała. To był ten moment. Spuściłem głowę i powiedziałem śmiertelnie poważnie: „Nigdy nie przestałem cię kochać.” Ola spojrzała na mnie zaskoczona. Spodziewałem się, że powie teraz, że nic by z tego nie wyszło, że możemy być przyjaciółmi i takie tam. Nie szkodzi. Byłem na to przygotowany, ale i tak się wstydziłem.
Patrzyłem w ziemię i czekałem jak na wyrok. A Ola dotknęła mojej twarzy i mnie pocałowała. I to w usta, kurde — mówię i odstawiam szklankę. Szczać mi się znowu zachciało. Niestety prostata już nie ta co kiedyś. Dźwigam się z fotela i idę do klopa. Siadam na kiblu. Na stojąco strumień byłby jak pląsająca za fletem kobra. Nie chce mi się z nią walczyć, jeszcze bym poległ i musiał sprzątać. Myję ręce i patrzę w lustro.
Ale ja już jestem stary. Wory pod oczami, morda robi się skapciała. A taki byłeś śliczniuchny — mówię do dziada w lustrze. Szczególnie wtedy, kiedy wszystko się zaczęło. Ten pocałunek był najpiękniejszy ze wszystkich, jakie pamiętam. Wszechświat przestał istnieć. Były tylko jej usta. Pełne miękkie wargi. Pachniały i smakowały niesamowicie świeżo i kobieco. Poezja.
Tak pomyślałem o tamtej chwili, kiedy czułem jej usta i język. Poezja. Nie miałbym nic przeciwko, żeby spędzić wieczność w tamtym uczuciu. Nie było w nim jeszcze pożądania, seksualności. Była tylko miłość. Mogłem ją też popchnąć, żeby się sturlała. Nie pamiętam, czy to przez moje uczucia, czy Olka miała w sobie coś wyjątkowego, że jej usta smakowały milion razy lepiej od ust innych dziewczyn. Wracam do pokoju, biorę ze stołu szklankę i sadzam dupsko. Ciekaw jestem, czy teraz, w tej chwili, kiedy sobie o tym przypominam, jej usta smakowałyby tak samo albo chociaż podobnie. Czy siedzi teraz w oknie swojego starego pokoju na poddaszu i patrzy na miasto?
Czy coś z tamtej dziewczyny zostało w Oli? Musiałbym pewnie zapomnieć o całym tym kiblu między nami. Kurde, nie pamiętam, kiedy się całowaliśmy ostatnio. Staram się sobie przypomnieć, ale dupa. Od tak dawna ze sobą walczymy, że nie pamiętam nawet, kiedy się ostatnim razem bzykaliśmy. Dotykam telefonu w kieszeni, wyciągam i kładę na stół. Wpadł mi do łba szalony pomysł, żeby do niej zadzwonić i zapytać, czy pamięta tamten pocałunek. Weź, durniu, lepiej się napij. Opróżniam szklankę i wyciągam korek z butelki. Została jakaś jedna czwarta płynnego dymu.
Pewnie, że pamięta. Może inaczej, ale pamięta. Ciekawe, czy pamięta, jak było później. Motyle w bebechach to mało powiedziane. Latałem do niej codziennie jak ze sraczką do kibla. Pod górę wbiegałem w podskokach jak po chmurkach, a będąc z nią czułem mrowienie w całym ciele. Całowaliśmy się bez przerwy. To było główne zajęcie podczas spotkań. Chyba że szliśmy do jakiejś knajpki, kina czy do znajomych. Ponadprzeciętnie długo utrzymywała się między nami ta romantyczna, esencjonalna miłość.
Prawie do ślubu. Potem najwyraźniej się wyczerpała i opadła jak zasłona, która zakrywała nasze wady. Wtedy zaczęły się problemy. Nie chce mi się o tym myśleć. Chciałbym poczuć tamtą miłość, jej uniesienie i miękkość, smak i zapach. Nie tylko o niej pamiętać. Dlaczego musi się skończyć? I wyłażą problemy, pretensje, wymagania okraszone gniewem. Przez chwilę nie myślę o niczym. Nie mam ochoty na analizę, szczególnie po pijaku.
Po co zresztą? Przecież już koniec za nami. Wyprowadziła się. Kurczę, musiała mieć mnie dość. Ja też miałem. Upewniam się. Chociaż ona pewnie inaczej. Tylko jak inaczej? Przecież mówiła, ale nie słuchałem. Sygnalizowała, że czuje się samotna, niedoceniana, niekochana.
Jak? Przecież tak ją kochałem. Przestałem? Kiedy? Drapię się w głowę. Nigdy nie przestałem. Marszczę czoło i odstawiam szklankę. Nic mi się tu nie zgadza. Skoro wciąż ją kocham, to dlaczego od niej uciekałem? Wina leży pośrodku.
Wpadam. Zamykam oczy. Czuję się jak głupiec, który próbuje zwalić winę na kogoś innego. Może i wina leży pośrodku, ale nic nie zrobiłem, żeby to zmienić. Jedno nie chciało ustąpić drugiemu. Zero empatii, chęci dojścia do porozumienia. Własna krzywda była najważniejsza. Własna racja, jej i moja. Jestem idiotą. Odechciało mi się pić.
Tyle mogłem zrobić. Jest tyle możliwości. Trzeba tylko ruszyć mózgiem i dupą, poprowadzić nas jak facet powinien. Na pewno spróbować. Gdybym był prawdziwym mężczyzną, wiedziałbym, jak ją traktować, jakim być przewodnikiem, żeby była szczęśliwa i traktowała mnie jak trzeba. Przecież na początku wiedziałem. Wiem, że to da się zrobić. Można się dogadać, rozwiązać każdy problem, jeśli będziemy bardzo chcieli i podeprzemy się na miłości do siebie. Będziemy się słuchać nawzajem. Muszę spróbować.
Może się udać. Tylko czy będzie chciała jeszcze ze mną gadać? Jak nie umarło, to będzie chciała. Może na początku nie być łatwo. Ola może mówić podobnie jak do tej pory, że zakochała się we mnie, a ja okazałem się oszustem. Nie dbałem o nią. Myślałem tylko o sobie. To zrozumiałe. Nie zniechęcę się. Biorę do ręki telefon.
Nie mogę do niej zadzwonić, bo bełkoczę i pomyśli, że whisky mówi przeze mnie. Napiszę, ale nie może to być nic banalnego w stylu: kocham cię, żałuję i więcej nie będę, tylko wróć do mnie. Wiem. Wysyłam: turlaj się. Nie spodziewam się, że odpisze. Ważne, żeby sobie przypomniała. Jutro kupię róże i pojadę. Zaparkuję na dole, żeby przejść się pod górę tą samą drogą co kiedyś. Może będzie miała ochotę na spacer albo zechce usiąść na punkcie widokowym. Muszę spróbować, żeby potem nie żałować.
Długo walczę, żeby nie zasnąć, ale w końcu kapituluję i niewyraźnie, daleko ponad powierzchnią snu słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości.
[05:27:06] - Proszę państwa, i to już koniec dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję za towarzystwo. Pięknie dziękuję za ewentualne uwagi, które państwo zgłosicie, propozycje, na które zawsze bardzo czekam. W tym tygodniu mogę się wykazać tym, że nie tylko zaproszę państwa na audycję za tydzień, ale też zasugeruję, powiem po prostu, co za tydzień będzie. Oczywiście stałe punkty programu to oczywiste, ale za tydzień porozmawiamy o książce „Klub Murakamiego”. Powiało japońską nutą? Nie. Autor jest jak najbardziej polski. Piotr Witold Lech, którego znacie państwo. W odcinkach wakacyjnych prezentowałem audiobooki z powieściami tego autora, jak najbardziej science fictionowymi.
„Klub Murakamiego” to jest książka mainstreamowa. Zaraz państwu powiem, o czym opowiada. Zbiór opowiadań, który mówi ogólnie o tym, że współczesny mężczyzna może być osobą absolutnie samotną. Powinien być macho, powinien być dominujący. Według współczesnego modelu niby nie powinien, ale chciałby być dominujący, jakiś taki macho. A tak naprawdę współczesny mężczyzna może być bardzo, ale to bardzo samotny. I to nie dlatego, że jest nieudacznikiem, tylko dlatego, że nasz świat chyba zwariował. Zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Witoldem Lechem i tomem jego opowiadań „Klub Murakamiego”. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejszą audycję. Pięknie dziękuję, tak jak powiedziałem, za wszelkie uwagi.
Pozdrawiam i do usłyszenia za tydzień. Dobrej nocy.
[05:29:19] - Mówił do zasobów państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.