Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Mrozy wracają, a my niezmiennie grzejemy. Na antenie Radia Paranormalium i Book Radia grzejemy kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry, wieczór państwu. Trochę mnie Ivellios zbił z tropu, bo ja tu czytam z kolei w prognozach, a może to w Bydgoszczy takie pozytywne prognozy, że przed nami jakieś potężne ocieplenie. Wiosna w lutym prawie 20 stopni. Nie, na drugim portalu piszą, że tylko 16, a Ivellios mówi o mrozach. Pewno jedno i drugie jest prawdziwe, bo jak coś się polepszy, to później sami wiecie, co się dzieje. Pewno najpierw się ociepli, a później zaraz przyładuje jakieś -20. Tak to przynajmniej ostatnimi czasami bywa. Proszę państwa, zaczynamy kolejne Bibliotekarium i tradycyjnie to kolejne Bibliotekarium zaczynamy od polecanek książkowych. Dzisiaj wydawnictwo Skarpa Warszawska i takie nowości, a właściwie zapowiedzi, które już o rzut kamieniem, za chwilę będą, bo wszystkie książki, które dzisiaj państwu polecę, pojawią się na rynku już 14 lutego tego roku. Zaczynajmy.
Przeglądajmy kolejne tytuły. Pierwszy z nich to „Przeprawa” Jacka Ketchuma. Arizona, rok 1848. Rok zakończenia wojny meksykańskiej. Przeznaczenie i pistolety sprawiły, że na swojej drodze w Little Fanny Saloon stanęli reporter Marion Bell i legendarny zwiadowca John Charles Hart. Miasteczko Gable Ferry, słynące z handlu rzecznego, powstało niemal z dnia na dzień. Brakuje w nim jednak kościoła, szkoły i więzienia. Choć niektórzy uważają, że potrzebne byłoby jedynie więzienie. W ciężkim miejscu, w czasach bezprawia, któregoś dnia Hart i Bell natknął się na Elenę, młodą i ciężko ranną Meksykankę. Naga kobieta opowiada im o porwaniu i niewoli, której ona i jej siostra doświadczyły z rąk Hermana de Lupo, złowrogich sióstr Balezura i ich poplecznika Paddy'ego Ryana.
Wszystko to wydarzyło się w obozie niewolników po drugiej stronie rzeki nazywanej Granta del Diablo. Usta diabła. Minęło zaledwie 300 lat od czasów Corteza. 300 lat od chwili, gdy starzy bogowie Meksyku byli w pełnym i przerażającym rozkwicie. Bóg księżyca i nocy, pożeracz plugastwa czy Xipe, władca obdartych ze skóry. Krew zamiast deszczu, krew w nagrodę. Brzmi to nieco enigmatycznie, ale myślę, że na tyle intrygująco, żeby przynajmniej niektórych z państwa nakłonić do lektury. Jedźmy dalej, bo kolejna książka czeka. Przypomnę, to wszystko są książki, które pojawią się na rynku już za kilka dni, 14 lutego. Druga książka autora, którego państwo zapewne świetnie znacie.
Niedawno ukazała się książka, którą polecałem z cyklu „Szczury Wrocławia”. Teraz właśnie 14 lutego 2024 roku pojawi się tom „Szczury Wrocławia. Szpital” Roberta Szmidta. Wrocław, rok 1963. Na tyłach Zakładu Karnego nr 1 stoi zwalisty poniemiecki gmach mieszczący klinikę psychiatryczną. To właśnie w jej murach rozegra się kolejna odsłona dramatu mieszkańców miasta. To tutaj późnym popołudniem 9 sierpnia trafia uznany za szaleńca pacjent, który twierdzi, że jego żona zmarła, po czym zmartwychwstała. Samobójstwo bredzącego w malignie mężczyzny będzie zarzewiem ciągu krwawych zdarzeń, którym stawi czoła załoga szpitala. Już na pierwszy rzut oka za mało liczna, by odeprzeć śmiertelne zagrożenie. Bestsellerowa seria „Szczury Wrocławia”, która zmieniła oblicze polskiego gatunku i na stałe wpisała autora na listę bestsellerów.
To była druga propozycja wydawnictwa Skarpa Warszawska. To trzecia. Teraz czas na trzecią. „Śmierć na bogato” Jacka Ostrowskiego. Też 14 lutego na Walentynki. Czy można sam moment zejścia z tego świata skomercjalizować? Na taki pomysł wpada pewien duchowny, który pod kuratelą Watykanu zakłada zagadkową firmę o nazwie Pomocna Dłoń. Bogaci klienci na finiszu życia za grube pieniądze zaspokajają swoje nawet najskrytsze marzenia. Wszystko wygląda na pozór ładnie i legalnie. Ale czy za tym wszystkim nie kryje się jakaś mroczna tajemnica?
Agata, Polka urodzona w Płocku, ale wychowana w Stanach Zjednoczonych, weteranka amerykańskiej armii. Kobieta po przejściach, walcząca z zespołem stresu pourazowego. Kobieta ta jest na życiowym zakręcie i wtedy dostaje propozycję pracy w „Pomocnej dłoni”. Przyjmuje ją skuszona zaskakująco wysokim wynagrodzeniem, ale szybko pożałuje swojej decyzji. Problem tkwi w tym, że bardzo potrzebuje tych pieniędzy. Jest to dla niej sprawa życia i śmierci. „Śmierć na bogato” to mroczny thriller o bardzo zaskakującym zakończeniu. Proszę państwa, to tyle polecanki. Normalnie i nienormalnie, ale normalnie jest czas na korepetycje filozoficzne. Ja się odwołam do tradycji, ale tej troszkę nowszej.
To znaczy ostatnimi czasy polecałem państwu w korepetycjach filozoficznych swój kanał „Wehikuł wyobraźni”. To dzisiaj tradycji stanie się zadość. Po raz trzeci zapraszam państwa na kanał youtubowy „Wehikuł wyobraźni”. Tam gadam, może nie to, co ślina mi na język przyniesie, ale o różnych ciekawych sprawach. Dzisiaj kolejne przeszczepienie z mojego kanału do audycji. Zapraszam państwa na omówienie historii, ale nie tylko historii sekty. Tak, sekty pitagorejczyków. Porozmawiamy o tajemnicach Pitagorasa i pitagorejczyków. A było tych tajemnic całkiem sporo. To moja długa pogadanka, która ma pokazać, że filozofia jest czymś fascynującym.
Mam nadzieję, że dojdziecie państwo do tego samego wniosku. To jeszcze raz. Teraz zapraszam na pogadankę, na prelekcję czy jakkolwiek to nazwiemy o tajemnicach Pitagorasa i pitagorejczyków. Ten tekst, tę audycję znajdziecie państwo również na kanale „Wehikuł wyobraźni”, ale mam nadzieję, że znajdziecie państwo również tam szereg innych ciekawych audycji. Zapraszam. Sekta pitagorejska przed nami. Pitagoras już w starożytności był postacią legendarną. Już wtedy trudno było oddzielić plotkę od rzetelnej wiedzy. Dotyczyło to zarówno jego poglądów, jak i jego osoby. W wieku około 40 lat musiał ponoć opuścić rodzinne strony.
W mieście Krotona założył szkołę filozoficzno-religijną, tak zwany Związek Pitagorejski. Przez wieki Pitagoras z Samos był filozofem, który obecny był zarówno w historii filozofii, jak i w legendzie. Legendzie, którą do dzisiaj trudno oddzielić od historii. Informacje pewne oraz potwierdzone na temat myśliciela są raczej skąpe, żeby nie powiedzieć mgliste. Ale legenda? Ta jest rozbudowana i wielowątkowa. Pitagoras zainaugurował ruch pitagorejski, który przypominał raczej sektę religijną niż klasycznie rozumianą szkołę filozoficzną. Może przesadzam. Może bardziej przypominało to wszystko zakon. Dzisiaj nie da się już rozróżnić, które twierdzenia filozoficzne pochodzą bezpośrednio od inicjatora ruchu, a które od jego uczniów.
Stało się tak między innymi dlatego, że Pitagorasowi po śmierci oddawano niemal boską cześć i wszystkie odkrycia oraz idee, jakie się pojawiały, przypisywano właśnie jemu. Innym ważnym powodem trudności w rozpatrywaniu bezpośredniego przekazu filozofa jest to, że nauki pitagorejskie przez bardzo długi czas były sekretem. Nie wolno było ich spisywać ani dzielić się nimi z kimś, kto nie należał do stowarzyszenia. Zgodnie z nauką pitagorejską ciało stanowiło dla duszy więzienie. Dusza mogła się z niego wyzwolić dzięki kolejnym wcieleniom. Jakby nie patrzeć, ewidentnie reinkarnacja. Karą za występne życie było odrodzenie jako zwierzę lub nawet jako roślina. To dlatego pitagoreizm głosił wegetarianizm. Zwierzęta to przecież upadłe dusze ludzkie, więc jakoś nie wypadało ich krzywdzić. Pitagoreizm głosił więc wegetarianizm i zakazywał jedzenia roślin strączkowych.
I tu nie bardzo wiadomo, o co tak naprawdę chodziło. Możliwe, że rośliny te uznawano za siedliska dusz jeszcze bardziej potępionych? Związek Pitagorejski był tajemniczym stowarzyszeniem ludzi nazywających siebie filozofami. Ludzi, którzy odprawiali religijne obrzędy i traktowali wiedzę jak religię. Jak wspomniałem, pitagorejczycy wierzyli w wędrówkę nieśmiertelnych dusz i nieskończoną ilość światów, a pierwszą zasadą każdego świata była według nich liczba. Sam Pitagoras otoczony był kultem. Rzeczą ciekawą jest to, że swoje nauki kierował także do kobiet. Mogły one zostać członkami związku. Z czasem ze stowarzyszenia wyodrębnili się matematycy, którzy podejmowali badania o charakterze naukowym. Kategorie liczbowe stały się dla nich sposobem opisu świata i w nich poszukiwali wyjaśnienia Wszelkich zjawisk.
Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni i zapraszam na drugi odcinek w playliście Machina Filozoficzna. Dzisiaj, jak już się państwo zorientowali, porozmawiamy o Pitagorasie i pitagorejczykach. Zarówno postać filozofa, jak i jego uczniów owiane są tajemnicą, a zatem mogą stanowić zachętę do tego, aby swobodnie odpalić wehikuł wyobraźni. Wehikuł, jaki każdy z nas ma w swojej głowie. Zacznijmy zatem opowieść o Pitagorasie i jego uczniach. Filozof urodził się zapewne około 570 roku przed Chrystusem na wyspie Samos, a zmarł około 490 roku przed Chrystusem w Metaponcie. Ale w tym drugim przypadku, w przypadku śmierci, natraficie państwo również na rok 497 przed naszą erą. Wątpliwości dotyczą nie tylko dat śmierci, ale również okoliczności zejścia, o czym nie omieszkam jeszcze wspomnieć. O twórczości i osiągnięciach Pitagorasa można mówić naprawdę wiele, ale zanim to uczynimy, warto podkreślić, iż był między innymi spadkobiercą Ferekydesa z Syros i Hermodamasa z Samos. Pierwszy z nich, Ferekydes, był starogreckim myślicielem pochodzącym z wyspy Syros.
Uznawano go za pierwszego prozaika. Był autorem dzieła zatytułowanego „Pentemychos" – pięciokąt, znanego również jako „Heptamychos" – siedmiokąt. Dzieło to przedstawiało mitofilozoficzny opis stworzenia świata, z którego zachował się tylko początkowy fragment oraz wzmianki u późniejszych autorów. Drugi z wymienionych filozofów, Hermodamas, zgłębił ponoć tajemnice Hermesa, pismo hieroglificzne, mistyczne liczby, poezję oraz muzykę. To mogło mieć duże znaczenie dla rozwoju młodego Pitagorasa. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę późniejsze wojaże filozofa oraz jego zainteresowanie innymi kulturami. Hermodamas nauczył się również na pamięć i głęboko ożywił treści „Iliady" i „Odysei", a w dodatku nauczył obu tekstów osiemnastoletniego Pitagorasa. Warto wiedzieć, że szkoła założona wiele lat później przez Pitagorasa w Krotonie, będziemy o tym mówić szerzej nieco później. Otóż ta szkoła z czasem zyskała duże wpływy polityczne, a polityka ma to do siebie, że budzi spore emocje. O tym sami państwo wiedzą najlepiej.
Członkowie bractwa pitagorejskiego zaczęli być atakowani i to fizycznie. A że kiedyś emocje wyrażano znacznie dynamiczniej niż dzisiaj, spora ich część, spora część pitagorejczyków zginęła. Ówczesne losy Pitagorasa nie są znane. Według niektórych miał zostać spalony żywcem podczas prześladowań. Inne źródła podają, że uratował się w cudowny sposób, uciekając do Lokrii, skąd przeniósł się do Tarentu, a następnie do Metapontu, miejsca swej śmierci. Zmarł ponoć w domu zapaśnika Milona, co świadczyłoby o tym, że został ocalony z pogromu w Krotonie. Ale pamiętajmy, iż przed chwilą mówiłem, iż mógł owej zadymy w ogóle nie przeżyć. Żeby jeszcze bardziej zaciemnić obraz, powiem, że pojawiają się twierdzenia, iż podczas pogromu Krotony nie chodziło wcale o politykę. Szarym obywatelom przeszkadzała po prostu hermetyczność bractwa pitagorejskiego i niedopuszczanie obcych do tajemnic bractwa. W myśl zasady: panie, oni tam siedzą i knują, a jeśli knują, to na pewno przeciw nam.
Taa, na pewno knują. Zabijmy ich pierwsi, zanim oni to zrobią z nami. Tak można byłoby zrekonstruować sposób myślenia ludzi nienawidzących pitagorejczyków. W każdym razie tajemnica spowodowała ponoć zawiść tak olbrzymią, że niedopuszczeni przez Pitagorasa do wtajemniczeń oraz wspólnoty postanowili się zemścić i podczas święta muz wystąpili przeciw pitagorejczykom w sposób zdecydowany, wręcz morderczy. Podałem na początku daty urodzin i śmierci Pitagorasa, ale nawet one nie są do końca pewne. Według większości dostępnych źródeł Pitagoras żył około 80 lat, ale istnieje relacja anonimowego autora stwierdzająca, iż żył on aż 104 lata. Trudno jednak doszukiwać się oficjalnych potwierdzeń w tym zakresie. Jak chce tradycja, Pitagoras był uczniem Ferekydesa z Syros. O nim już mówiłem, ale również Anaksymandra z Miletu i Talesa z Miletu. Tak, to były ważne postacie, jednak decydujące dla jego wykształcenia filozoficznego okazały się liczne podróże opisane w pitagorejskich legendach.
O tych podróżach za chwilę. Są naprawdę ważne. Ale najpierw krótkie wprowadzenie. Pitagoras był inicjatorem mistyczno-religijnego ruchu pitagorejczyków. Przyjmował, że arche świata stanowi liczba. O tym arche również za chwilę powiem, bo to również ważne. Pitagoras udowadniał, że światem rządzą relacje matematyczne, a wszystko, co w świecie zachodzi, można tłumaczyć za pomocą matematycznych wzorów i proporcji. Jako pierwszy w dziejach posłużył się określeniem filozofia, aby nazwać swoją naukę, a i siebie samego określał mianem filozofa. Miałem powiedzieć o podróżach. Agnieszka Ziołowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego w pracy „Pochwała kontemplacji.
Norwid wobec Pitagorasa, pitagoreizmu- Przywołuję pracę Diogenesa Laertiosa „Żywoty i poglądy słynnych filozofów”, w której czytamy: „Jako człowiek młody i chciwy nauki chciał poznać wszystkie greckie i barbarzyńskie misteria i w tym celu opuścił ojczyznę”. Koniec cytatu. Tak, Pitagoras najwyraźniej podróżował po świecie. Trudno wprawdzie stwierdzić, czy był we wszystkich miejscach, które za chwilę wymienię, ale jego filozoficzna spuścizna wyraźnie świadczy o tym, że zetknął się z mędrcami, kapłanami Wschodu. Wiedzę matematyczną zaczerpnął ponoć w Egipcie. W dzisiejszej opowieści często będę używał tego słowa-klucza „ponoć”. A dlaczego czynię to tak beztrosko? Ponieważ ślady, które pozostały w filozofii Pitagorasa, świadczą wyraźnie, że czerpał z wielu źródeł i po prostu musiał stykać się z różnymi kulturami. Niestety Pitagoras nie pozostawił po sobie żadnych pism, które dotrwałyby do naszych czasów. Jego uczniowie i następcy dla podkreślenia autorytetu mistrza i własnej skromności przypisywali mu często swoje dzieła.
Także dzisiaj trudno jest oddzielić jego oryginalne poglądy od poglądów kontynuatorów. Pitagorasowi przez długi czas przypisywano wprawdzie tak zwane „Trzy księgi” oraz „Złote wiersze”, ale wszystko wskazuje na to, że są one falsyfikatami pochodzącymi z czasów znacznie, ale to znacznie późniejszych. Mówi się nawet o pierwszych wiekach epoki chrześcijańskiej. Wróćmy do podróży. A zatem Pitagoras miał ponoć pobierać nauki w Persji, Syrii, Babilonie, wymienianym już Egipcie, Judei. Nawiązał też prawdopodobnie kontakty z Chaldejczykami, babilońskimi i perskimi magami, egipskimi, indyjskimi, arabskimi oraz żydowskimi kapłanami. Wszystko to sprawiło, że sam uzyskał status najmądrzejszego spośród wszystkich ludzi. A, miałem wspomnieć jeszcze o arche. Arche. Tym pojęciem Grecy określali początek, zasadę, podstawę.
Termin ten wprowadzony został do filozofii najprawdopodobniej przez Anaksymandra z Miletu. Oznaczał źródło, początek, praktworzywo, przyczynę całości bytu, głównie materialną, budulec rzeczywistości, ale jednocześnie niezmienną zasadę, naturę istnienia. Warto też dodać, że to właśnie wokół problemu arche koncentrował się początkowy okres rozwoju starożytnej filozofii. Filozofii greckiej oczywiście. Można było powiedzieć, że od Talesa po Arystotelesa większość filozofów szukała właśnie arche. Tak naprawdę filozofia była bowiem na początku filozofią przyrody. Zajmowała się fizyką. Nie do końca w dzisiejszym znaczeniu. Zajmowała się bowiem badaniem physis, to znaczy przyrody, może bardziej natury. Wśród pierwszych filozofów znajdowali się Tales z Miletu.
On uznał, że arche świata jest woda. Anaksymander. On wspominał o apeironie, czyli bezkresie. Był też Anaksymenes. On z kolei upatrywał arche w powietrzu. Potem Heraklit z Efezu. Dla niego arche świata był ogień, a Ksenofanes z Kolofonu uznawał, że arche jest ziemia. No to jedźmy dalej. Był jeszcze Empedokles. Ten mówił o żywiołach.
Arche to były woda, ogień, ziemia i powietrze. Anaksagoras mówił o nasionach, zarodkach. Nazywał je homoomerami. Potem wymienić należy Demokryta z Abdery. On uznał, że arche świata są atomy. Parmenides mówił o bycie. To dosyć niejasne. Arystoteles mówił o wodzie, ogniu, ziemi i powietrzu. A zatem podobnie jak wymieniony już wcześniej Empedokles. Ale Arystoteles dodawał jeszcze eter.
A, zapomniałbym jeszcze o Archealosie z Aten. On, mówiąc o arche, miał na myśli nieskończone powietrze, które utożsamia się z umysłem. No i był jeszcze Diogenes z Apolonii. On z kolei arche utożsamiał z powietrzem, pra materią, ale w dodatku wyposażoną w siłę duchową. Jońska filozofia przyrody bywa przeciwstawiana często filozofii uprawianej w Wielkiej Grecji. Południowa część Italii i Sycylia, w której to rozwijał się pitagoreizm, a później szkoła elejska. Parmenides, Zenon z Elei. Dlaczego to przeciwstawienie? Otóż gdy jońscy filozofowie przyrody szukali arche w którymś z żywiołów, a więc w konkretnym materialnym elemencie rzeczywistości, pitagorejczycy jako pierwsi wskazali zupełnie niematerialne arche. Przyjęli, że zasadą świata jest liczba.
Zanim opowiem szerzej o poglądach Pitagorasa i jego uczniów, jeszcze kilka słów o życiu filozofa. Sławę mędrca przyniosła mu już pierwsza szkoła, którą założył na Samos. Jednak nie potrafił zaakceptować rządów tyrana, niejakiego Polikratesa, a to nieuchronnie doprowadziło do opuszczenia rodzinnej wyspy. Wówczas spory polityczne załatwiano w sposób radykalny. Kto więc chciał ocalić głowę na karku, wiedział, co powinien zrobić. W każdym razie Pitagoras wiedział. Przeniósł się do Italii i tam W Krotonie założył drugą słynną szkołę zwaną Związkiem Pitagorejskim. Stworzona przez niego wspólnota miała charakter zarówno naukowy, jak i religijny oraz polityczny. O tym już państwo wiecie z wcześniejszych wypowiedzi, bo nieco żartując, tylko działalność polityczna może wkurzyć ludzi do tego stopnia, że zaczynają wyłapywać mądrali i wyduszać ich, dosłownie wyduszać. Związek Pitagorejski nosił wszelkie znamiona wspólnoty zakonnej i misteryjnej.
Powtarzam to, bo warto o tym pamiętać. Ujmę to jeszcze brutalniej. Ruch Pitagorejski przypominał raczej sektę religijną niż klasycznie rozumianą szkołę filozoficzną. Pitagoras, będący dysponentem tajemnicy, uznawany był przez członków grupy za istotę niemal boską, a w każdym razie zdecydowanie ponadludzką, obdarzoną niesamowitą, wszelką wręcz mądrością. Mądrością, której udzielał swoim uczniom. To on decydował o przyjęciu kandydatów do Związku Pitagorejskiego, przeprowadzając swego rodzaju egzamin, w trakcie którego sprawdzano charakter, zainteresowania, a nawet relacje rodzinne. Następnie kandydaci poddawani byli trzyletniej próbie wytrwałości w zdobywaniu wiedzy. Ale to nie wszystko. Próba dotyczyła również obojętności wobec zaszczytów, sztuki milczenia oraz słuchania. Ale i to jeszcze nie był koniec.
Po trzech latach sprawdzania czekało ich kolejne pięć lat nowicjatu. Oceniano wówczas zdolności intelektualne kandydatów i predyspozycje charakterologiczne. Dopiero po pozytywnej ocenie i właściwej inicjacji wolno im było przebywać w obecności Pitagorasa. Wcześniej nowicjusze widywali go jedynie w nocy, ukrytego za zasłoną. Nie wiem jak państwo, ale dla mnie skojarzenie z sytuacją zaprezentowaną w „Fundacji” Asimova było bardzo silne. Może przesadzam, a może nie. I jeszcze jedna mała dygresja. Dygresja, ale częściowo na temat, więc chyba nie do końca dygresja. Przepraszam za te zabawy słowne, ale czasami nie umiem się powstrzymać. Pitagoras kazał zatajać nauki pitagorejskie, gdyż uważał, że nieprzyzwoite jest uliczne filozofowanie.
Jak wskazuje Jamblich, funkcjonowanie wspólnoty w ujęciu Pitagorasa było stosunkowo zaskakujące, bowiem we wspólnotach pitagorejczyków w czasie pięcioletniej nauki adept nie posiadał żadnej własności prywatnej. Potwierdzenie można znaleźć w następujących słowach wspomnianego powyżej autora: „Nakazał więc, by dobra pitagorejczyków były wspólne i by pędzili wspólny żywot przez całe życie. Natomiast pozostałym polecił, by każdy miał swój majątek, lecz by schodzili się razem dla wspólnych nauk”. I tu niezbędna jest dygresja. Kim był Jamblich, zapytacie państwo. Otóż był on założycielem neoplatońskiej szkoły syryjskiej i jednym z ostatnich wybitnych pogańskich filozofów późnej starożytności. Filozofem starającym się nadać nową teoretyczną podbudowę pod pogański politeizm. Życie Jamblicha jest słabo znane. Według Księgi Suda, leksykon bizantyjski z X wieku naszej ery obejmujący około 30 tysięcy haseł, z czego około 900 to artykuły rzeczowe, w większości historyczne i literackie. Otóż według Księgi Suda oraz według słów swego biografa Eunapiusza, Jamblich urodził się w zamożnej rodzinie w Chalkis, w Celesyrii pod Libanem około 250 lub 270 roku.
Pobierał nauki u biskupa Laodycei Anatola, a następnie uczył się w Rzymie u Porfiriusza. Do rodzinnej Syrii powrócił około 303 roku. Założył tam własną szkołę filozoficzną, tak zwaną Platońską Szkołę Syryjską. Na wielkie uznanie, którym cieszył się Jamblich, wskazywać może przydomek „Najbardziej boski”, którym obdarzali go jego uczniowie. Pochowany został w cylindrycznym grobowcu w Palmirze nad Tygrysem. Wróćmy jednak do adeptów pitagoreizmu. Tak jak powiedziałem, dopiero po pozytywnej ocenie i właściwej inicjacji wolno było nowicjuszom przebywać w obecności Pitagorasa oraz zgłębiać jego nauki. Kiedy ktoś stawał się uczestnikiem wykładów mistrza, był zobligowany do zachowania tajemnicy. Tyczyło to treści owych wykładów i było pieczętowane uroczystą przysięgą. Reguła sekretności, zachowanie milczenia stanowiły ważne elementy postawy pitagorejskiej.
Uniemożliwiało to przy okazji swobodne rozpowszechnianie nauki Pitagorasa. A to z kolei sprawiało, że nie są dzisiaj znane myśli, które przekazywał. To znaczy nie są znane jego oryginalne twierdzenia. Wszystko, co wiemy o pitagorejskiej myśli, wiemy z późniejszych omówień, a sam filozof ograniczał się prawdopodobnie tylko do nauczania ustnego. Powtórzę, nauki pitagorejskie były sekretem. Pod żadnym pozorem nie wolno było ich spisywać, nie wolno było się nimi dzielić z kimś, kto nie należał do szkoły pitagorejskiej. Powtarzam to do znudzenia, ale to było clou Działania systemu, w jakim działała ta sekta. Owo milczenie, owa tajemnica miały swoje konsekwencje. Między innymi takie, iż dzisiaj nie da się już rozróżnić, które twierdzenia pochodzą od inicjatora ruchu, a które od jego uczniów. Członkowie związku dzielili się na prowadzących badania ezoteryków, tak zwani pitagorejczycy i egzoteryków, tak zwani pitagoryści, którzy byli jedynie biernymi słuchaczami głoszonych w szkole nauk.
Tym, co ich łączyło, była cześć dla osoby Pitagorasa, a także realizowanie w praktyce nowej pitagorejskiej wizji życia. Życia ascetycznego. Wiadomo też, że dostać się do sekty było niesłychanie trudno, ponieważ oznaczało to złożenie kilkuletnich ślubów milczenia, przestrzeganie rygorystycznych praw i wtajemniczanie się w misteria pitagorejskie. O tych misteriach będziemy jeszcze mówić, bo to może wydawać się mało ważne, a w istocie było jednym z najważniejszych elementów nauczania Pitagorasa. Z czasem ruch pitagorejski podzielił się na trzy grupy. Pierwsza z nich to grupa akuzmatyków, którzy byli jedynie słuchaczami wykładów mistrza. Druga to grupa polityków. Byli ponoć najbardziej zaawansowani w ogarnianiu wspólnotowości w polis, natomiast trzecia to grupa matematyków, czyli matematykoi, zainteresowanych rozważaniami spekulatywnymi, od których pochodzi nazwa matematyka. Ale w starożytnej Grecji nic nie mogło być naprawdę proste. Zatem to jeszcze nie koniec zaciemniania.
Podkreślam zaciemniania, nie ściemniania z mojej strony. Bo kiedy w piątym wieku przed naszą erą doszło w gronie pitagorejczyków do rozłamu, wydzieliły się dwa odłamy: akuzmatycy, którzy większą wagę przywiązywali do obrzędów religijnych i mistycznych oraz matematycy, którzy skupiali się na badaniach naukowych. Mówiłem to już kilka razy. Sekretów sekty pitagorejskiej nie wolno było zdradzać i zalecenie to długo utrzymywało swoją moc. Dopiero w czasach Sokratesa, Filolaos z Krotony albo z Tarentu, o którym jeszcze wspomnę. Znaczy o Filolaosie, nie o Tarentcie. Jako pierwszy z pitagorejczyków opublikował swe dzieła. Trudno jednak przypuszczać, choćby ze względu na upływ czasu, aby mogły one w pełni odzwierciedlać idee pierwotne pitagoreizmu. A zatem, jak twierdzi Giovanni Reale, XX-wieczny włoski filozof i historyk, taki ze średniej półki, nie da się oddzielić Pitagorasa od pitagorejczyków, to znaczy mistrza od uczniów. Trzeba o nich mówić łącznie, uznając jednorodność założeń w obrębie różnych faz rozwoju myśli pitagorejskiej i pamiętając, że pitagorejczycy tworzyli szkołę, co oznacza, że pracowali zespołowo, podzielając pewną wizję rzeczywistości i rozwijając ją nierzadko anonimowo.
Pitagorejczycy zajmowali się kwestiami etycznymi, brali czynny udział w polityce i intrygach świata antycznego. To już państwo wiecie. Związek zasłynął jednak nie z powodu swoich przekonań i wierzeń, ale z powodu wkładu, jaki wniósł do nauki. Warto również przy tej okazji wymienić główne dogmaty szkoły pitagorejskiej. Pierwszy: droga do prawdziwej wiedzy wiedzie przez oczyszczenie duszy, czyli naukę, ascezę i doświadczenie mistyczne. Dwa: pitagorejczycy związani są więzami dozgonnej przyjaźni i lojalności. Gdy zachodzi potrzeba, oddają życie jeden za drugiego. Trzy: bezwzględnie należy szanować mentora i być mu zawsze posłusznym. Cztery: uczniowie Pitagorasa nie składają przysiąg. Każde ich słowo jest prawdziwe.
Pięć: swoje osiągnięcia naukowe i magiczne przedstawiać należy bez chęci wyróżnienia się, najlepiej anonimowo. Według tradycji Pitagoras jako pierwszy użył terminu filozofia na oznaczenie ludzkiego dążenia do osiągnięcia mądrości. Zakładał jednak, że człowiek nie może jej zdobyć, bo posiadanie mądrości jest w gestii bogów. Dla człowieka możliwe jest tylko dążenie do mądrości, ciągłe przybliżanie się, miłość do niej nigdy niespełniona. I stąd właśnie bierze się nazwa filo-sophia, umiłowanie mądrości. Jeśli państwo pamiętacie swoje pierwsze zetknięcie z filozofią, to zapewne w taki sposób tłumaczono państwu istotę filozofii, nie zawsze dodając, że myśli te sformułował Pitagoras. Filozofię Pitagoras pojmował jako badanie natury rzeczywistości. Uznawał, że świat jest kosmosem, harmonią elementów przeciwstawnych, uporządkowaną matematycznie strukturą, dla której liczba stanowi arche, czyli jest integralną zasadą wszystkich rzeczy, podstawą poznania oraz boską mocą władającą rzeczywistością. Nie chcę wydać się Państwu monotematyczny, ale czy nie macie Państwo skojarzenia, że bardzo podobny opis świata mógłby dać zwolennik teorii symulacji, o której mówię w kilku innych audycjach? Przecież dla zwolennika tejże symulacji istota świata mogłaby być właśnie liczbą.
Ta playlista to jednak nie miejsce, w którym rozmawiamy o symulacji. Także tylko sygnalizuję. Pitagorejczycy postrzegali zatem wszechświat jako harmonium przeciwieństw, takich jak ograniczone i nieograniczone, parzyste i nieparzyste, męskie i żeńskie i tak dalej. Natomiast źródłem owych przeciwieństw miało być, ich zdaniem, niepoznawalne jedno. Co ciekawe, owo jedno było czasem utożsamiane z monoteistycznie rozumianym Bogiem. Wszystko to uzasadniało badania matematyczne prowadzone przez pitagorejczyków między innymi nad relacjami liczbowymi ukazującymi liczbę dziesięć jako liczbę najdoskonalszą. Tak zwana arcyczwórka. Liczba dziesięć dlatego była tak doskonała, gdyż zawierała w sobie proporcje oraz ład. O tym dlaczego, dosłownie za chwilę. Bez najmniejszej przesady można powiedzieć, że członkowie Związku Pitagorejskiego niemalże czcili liczby.
Widzieli w nich pierwotne źródło porządku świata. Świata, który składał się z figur geometrycznych związanych proporcjami, liczbami. Co ważne, porządek liczbowy był przez pitagorejczyków utożsamiany z pięknem. W ten sposób stworzyli wielką Teorię. To pisane jest z wielkich liter, która zakładała, że piękno polega na uzyskaniu idealnych proporcji między częściami danej całości. Przykładem tego piękna miał być wszechświat. Oni nazywali go raczej kosmosem. Słowo to łączyło znaczenia takie jak świat, porządek, ale i ozdoba. Poglądy filozoficzne pitagorejczyków z naszego punktu widzenia są nieco dziwacznym pomieszaniem mistyki z matematyką. Mieli oni również zwyczaj, dla niektórych zapewne wkurzający.
Otóż mieli zwyczaj prezentowania swoich twierdzeń w postaci krótkich pytań i jeszcze krótszych odpowiedzi. Liczba była dla pitagorejczyków zasadą wszelkiego bytu. Zauważali, że różne zjawiska w świecie dają się sprowadzić do relacji liczbowych. Co za tym idzie, liczby wyjaśniają świat. Przy czym liczby wyobrażali sobie jako wielkości przestrzenne, jako byty mające kształty. Uwaga, uwaga! To ważne. Liczby nie były materią wszechświata, lecz jego formą. To spora różnica w stosunku do filozofów przyrody. W myśleniu pitagorejczyków pojawiała się teoria o dualizmie świata, w którym istnieje to, co jest kształtowane, czyli materia i to, co kształtuje, czyli forma.
W tym przypadku liczba. Poszczególnym liczbom przypisywali znaczenie symboliczne. Jeden to był punkt, dwa linia, trzy figura geometryczna płaska, cztery ciało geometryczne, figura w przestrzeni. A tak przy okazji świętość i siła. Pięć to były własności ciał fizycznych. Na przykład barwa. Sześć życie. Siedem duch. Osiem miłość. Dziewięć roztropność i sprawiedliwość.
Dziesięć doskonałość. Mówiłem o tym specjalnym znaczeniu liczby dziesięć. To właśnie teraz postaram się to wyjaśnić. Dziesięć tak jak powiedziałem, to była doskonałość wszechświata. Także dlatego, że dziesiątka jest sumą pierwszych czterech liczb. Jeden plus dwa plus trzy plus cztery równa się dziesięć. Obrazowano to za pomocą trójkąta zwanego tetraktyś. Tetraktyś był symbolem arcyczwórki świętej liczby dziesięć. Tetraktyś to był trójkąt, na którego każdym boku mieszczą się cztery kamyki i pozostaje jeszcze miejsce na dziesiąty wewnątrz. Wiem, że niektórym osobom trudno jest to sobie wyobrazić.
Proszę zatem zapamiętać nazwę tetraktyś. Po wpisaniu hasła do wyszukiwarki zobaczycie Państwo, o co chodzi. Jedno warto podkreślić pitagorejczycy uznawali, że cały otaczający ludzi świat przenikają relacje i proporcje matematyczne. To mówiłem. Mówiłem też, że zakładali, iż to właśnie owe proporcje i relacje nadają światu ład. Dzięki liczbie można odnaleźć harmonię i poznawać mechanizmy, jakimi rządzi się rzeczywistość. Wielkim wkładem pitagorejczyków w rozwój wiedzy było uprawianie matematyki, która dzięki nim stała się nauką, mimo że dotąd pozostawała wyłącznie wiedzą praktyczną, związaną z namysłem nad konkretnymi przedmiotami życia codziennego. Za sprawą Pitagorasa Zaistniała jako abstrakcyjna teoretyczna dyscyplina naukowa. Liczba stanowiąca arche uzasadniała również badania geometryczne, w myśl których kula uchodziła za najdoskonalszą z brył. Kosmos przyjmował postać sferyczną, zaś Ziemia okazywała się według myśli pitagorejskiej okrągła.
Dociekanie matematycznego porządku świata poprowadziło Pitagorasa i jego uczniów również w stronę muzyki. Jak wiadomo, pitagorejczycy odkryli muzyczne interwały i rządzące nimi prawa matematyczne. Z przejęciem nasłuchiwali też muzyki sfer, będącej wyrazem ładu świata i źródłem najwyższego duchowego oczyszczenia. O muzyce sfer tradycyjnie jeszcze wspomnę. Uprawianie filozofii oznaczało dla Pitagorasa skupienie uwagi także na zagadnieniach etycznych. Część badaczy wyraża przekonanie, że to właśnie owe zagadnienia stanowiły dlań w istocie problem pierwszoplanowy. Badania naukowe były bowiem w tym środowisku nie celem, lecz środkiem prowadzącym do określonego sposobu życia. Filozof, który bada kosmos, zgłębia jego zasady, poznaje, czym jest forma i ład. Dzięki temu sam staje się kosmos. To znaczy jego dusza, a w konsekwencji on sam staje się uładzony.
Uwaga, uwaga! To, co powiem za chwilę, może zainteresować wszystkich, którzy fascynują się reinkarnacją. Pitagorejczycy mieli bardzo konkretne wyobrażenia na temat ludzkiej duszy i jej eschatologicznego przeznaczenia. Przypomnę: eschatologia to doktryna dotycząca ostatecznego przeznaczenia świata ludzkości człowieka. Pitagoras przejął orficką koncepcję duszy nieśmiertelnej, dążącej do wyzwolenia z cielesności, do zjednoczenia się z bóstwem. Uznał, że droga do tak rozumianego celu wiedzie przez metampsychozę. Wielokrotne bytowanie w ciele ludzkim lub zwierzęcym pozwalało, zdaniem zarówno orfików, jak i pitagorejczyków, odpokutować popełnione winy. Pitagoras sformułował przy tym szereg zasad, których respektowanie było podstawą pitagorejskiej formacji etycznej i duchowej. Mówiąc językiem współczesnym, gwarantowało zachowanie czystości serca. No ja wcale nie wiem, czy to jest język współczesny.
Filozof podawał owe zasady w formie zbioru nakazów i zakazów, łącząc surowo etykę z normami ładu, miary, sprawiedliwości, które wynikały z matematycznego oczywiście modelu kosmosu, jakim posługiwali się pitagorejczycy. Nakazywał zatem szacunek dla rodziców, oddawanie czci bogom, respekt dla prawa, troskę o zdrowie. Jednocześnie formułował medyczne i ascetyczne reguły abstynencji. Abstynencji różnego rodzaju. Badania matematyczne pitagorejczyków miały wszechstronne zastosowanie. Były przydatne dla mistycznej nauki zakonu głoszącej tezę o palingenetycznej wędrówce dusz i reinkarnacji, podczas której dusza ma się doskonalić, aby nie odrodzić się jako roślina lub zwierzę, lecz by wyzwolić się od cielesności. Drobne wyjaśnienie. Miałem nie używać wyrazów, których znaczenia nie wyjaśniam. Zatem palingenetyczny to tyle, co ciągle odradzający się. Zgodnie z nauką pitagorejską ciało jest więzieniem dla duszy.
Dla duszy, która musi wyzwolić się dzięki kolejnym wcieleniom. Ewidentnie reinkarnacja, chociaż Grecy używali raczej terminu metampsychoza. Karą za występne życie jest odrodzenie jako zwierzę lub nawet roślina. Mówiłem to na początku dzisiejszego spotkania, ale powtórzę. To prawdopodobnie dlatego pitagoreizm głosił wegetarianizm, bo zwierzęta to bądź co bądź według poglądu pitagorejczyków dusze ludzkie. Pitagoreizm zakazywał również jedzenia roślin strączkowych. Możliwe, całkiem możliwe, że były to rośliny uznawane za siedliska dusz jeszcze bardziej potępionych niż te w ciałach zwierząt. A skoro już poruszyliśmy temat duszy i reinkarnacji, skoro podstawowym dogmatem pitagorejczyków była wiara w nieśmiertelność duszy ludzkiej oraz metampsychozę, czyli wędrówkę dusz przez serię kolejnych wcieleń, to było to nawiązanie do orfizmu, którego twórcą wedle tradycji miał być mityczny śpiewak Orfeusz. Orfizm albo orficyzm to był nurt religijny w starożytnej Grecji, powstały w VII wieku przed naszą erą. Był on związany z kultem Dionizosa.
Cechował się wiarą w wędrówkę dusz i przekonaniem, że są one wyższym bytem niż ciało. Według orfickiej wersji mitu Dionizos miał być synem Zeusa i Persefony. Ale to nie było tak prosto, że w wiadomy przecież sposób Para ta spłodziła syna. Nie, rzecz była bardziej złożona. Otóż dziecko narodzone ze związku Zeusa i Persefony nosiło imię Zagreus i miało, przejmując władzę od Zeusa, zapewnić światu wieczną szczęśliwość. Jednak siedmiu tytanów, wrogów Zeusa, ugotowało i zjadło małego Zagreusa. Jeśli ktoś mi powie, że starogrecka mitologia nie była kompletnie dziwna, to w takim razie co bardziej dziwnego można spotkać? Otóż można. Jeśli państwo dobrze wgłębicie się w greckie mity, to włos się na głowie jeży. Siedmiu tytanów ugotowało i zjadło małego Zagreusa.
Za karę Zeus spalił ich piorunem. Przy okazji z popiołu powstali ludzie. Mają więc w sobie zarówno cząstkę zła – tytani i boskości – szczątki dziecka. Dzięki specjalnym procesom oczyszczania można rozwinąć w sobie cząstkę boską. „A gdzie Dionizos?” – zapytacie. Otóż Atena ocaliła serce Zagreusa, z którego narodził się Dionizos. Orficy mieli wyznawać i rozwijać naukę o wędrówce dusz. Zgodnie z ich wierzeniami dusza istnieje niezależnie od ciała i pozostaje nawet po jego śmierci, wcielając się w inne ciała. Dla Orfików, podobnie jak dla pitagorejczyków, ciało było więzieniem dla duszy, a wcielanie się było karą za grzechy. Dusza zostaje wyzwolona z ciała po przejściu cyklu oczyszczeń, oddając swą boską część Dionizosowi.
Gdy stanie się tak ze wszystkimi ludźmi, we wszechświecie zapanuje wieczna radość i harmonia. Cierpienie egzystencji w ciele można złagodzić poprzez praktyki religijne, misteria i ascezę. W związku z wiarą w metempsychozę Orficy powstrzymywali się od zabijania zwierząt i spożywania mięsa. Ruch miał się wywodzić od na wpół mitycznego poety Orfeusza, znanego z mitu o Eurydyce, któremu przypisywano wprowadzenie w Grecji misteryjnych form kultu dionizyjskiego. Wyznawcy orfizmu energię czerpali z pieśni śpiewanych przez Orfeusza, do których przygrywał na swej tajemniczej lirze. Pieśni te miały często charakter miłosny, gdyż natchnieniem Orfeusza była jego ukochana Eurydyka. Ludzie często odnajdywali w jego utworach przesłanie, które pomagało im w dalszym życiu. Pitagoras okazał się reformatorem orfizmu. Od razu dodam, że część historyków zaprzecza istnieniu orfizmu. Uznaje go za zbiór różnych praktyk misteryjnych związanych z postacią Orfeusza, które tradycja skompilowała w jeden system religijny.
System, którego tak naprawdę nie było. Jak tu powiedzieć coś pewnego o tamtych greckich, starogreckich czasach? Jak było naprawdę, pewnie się nie dowiemy, ale byłby to niezły trop dla wyjaśnienia, skąd pitagorejczycy wzięli pomysł reinkarnacji. A może było jeszcze inaczej? Może liczne podróże Pitagorasa zaowocowały zetknięciem się z kulturą, która reinkarnację uważała za coś oczywistego. Kierunek indyjski wydaje się bardzo prawdopodobnym śladem. Pitagorejczycy, podobnie jak Orficy, zakładali antropologiczny dualizm. To znaczy uważali, że dusza istnieje oddzielnie od ciała i w przeciwieństwie do niszczejącego z upływem czasu ciała jest tym, co w człowieku nieśmiertelne. Pitagorejczycy podlegali wyjątkowo rygorystycznej edukacji moralnej i cielesnej, obejmującej zarówno oczyszczenia fizyczne, rytualne ablucje, sposób ubierania się – biała szata, jak i ćwiczenia mnemotechniczne i duchowe, w których rolę katartyczną, to znaczy rozładowującą silne uczucia w wyniku głębokiego przeżycia, odgrywały między innymi muzyka, taniec, recytacja, śpiew, a nawet swego rodzaju rachunek sumienia. Rezultatem przestrzegania reguł miało być osiągnięcie pożądanych cech, takich jak umiarkowanie, powaga, dyskretna powściągliwość, ale także łagodność, umiłowanie harmonii, miłosierdzie dla wszystkiego, co żyje, kult przyjaźni.
Kluczową rolę w procesie oczyszczenia duszy odgrywało jednak uprawianie badań naukowych i to odróżniało Pitagorasa od wyznawców orfizmu, o których już wspomniałem. Przypomnę: Orficy czcili Dionizosa, patrona ekstatycznego, orgiastycznego zjednoczenia duszy z Bogiem, natomiast pitagorejczycy swego bóstwa opiekuńczego upatrywali raczej w Apollinie. Apollinie, którego postać odwoływała się raczej do świadomości, rozumu i nauki. Uznaje się, że Pitagoras był wtajemniczony w misteria delfickie. Dla niektórych pitagorejczyków uchodził nawet za wcielenie Apollina. I w ten oto sposób orficka koncepcja duszy została połączona z Logosem, który na potrzeby tej prelekcji określmy jako zasadę prawdziwości. Rzecz jest bardziej skomplikowana, ale tyle na teraz wystarczy. A zatem logos został zespolony z nauką oraz filozofią. Prowadząc filozoficzne studium istoty kosmosu, pitagorejczycy celebrowali wzniosłe misteria nauki, ale jednocześnie dopełniali aktu uwolnienia umysłu, oczyszczenia duszy. W ten sposób zapoczątkowali nowy typ życia.
Życie kontemplacyjne. Nazywano je także po prostu życiem pitagorejskim, czyli życiem, które szuka oczyszczenia w kontemplacji prawdy i uzyskuje je dzięki wiedzy i poznaniu. Poznawać i oglądać. Oglądać świat. Oglądać niebiosa. Tak opisał w „Zachęcie do filozofii” istotę życia pitagorejskiego Arystoteles. A zatem było to życie człowieka oddanego bezinteresownej intelektualnej kontemplacji. Cyceron napisał o tych poglądach Arystotelesa następujące słowa: „Życie ludzkie przypomina ów zjazd, który się odbywa z największą okazałością podczas uroczystych igrzysk w Grecji. Albowiem podobnie jak jedni ubiegają się tam o sławę i zaszczytny wieniec, innych sprowadza chęć zarobku i zysku na kupnie lub sprzedaży, a są też tacy, i to chyba najszlachetniejsi, którzy nie szukają poklasku ani zysku, lecz przybyli po to, żeby zobaczyć i pilnie się przypatrzeć, co i w jaki sposób tam się odbywa. Tak samo i my przyszliśmy do tego życia i świata, jak gdyby z jakiegoś miasta na uroczysty zjazd.
Jedni, by służyć sławie, inni pieniądzom, a rzadko zdarzają się i tacy, co za nic mają wszystko, gorliwie dociekając istoty rzeczy. Tych Pitagoras nazywa miłośnikami mądrości, to jest filozofami. I tak jak tam najbardziej szlachetne jest tylko przyglądać się, niczego dla siebie nie zyskując, podobnie i w życiu oglądanie i poznawanie istoty rzeczy znacznie przewyższa wszelkie inne zainteresowania. Zacytujmy fragment artykułu Agnieszki Ziołowicz z Uniwersytetu Jagiellońskiego, która w pracy „Pochwała kontemplacji. Norwid wobec Pitagorasa i pitagoreizmu” napisała: „Pomimo nakazu zachowania ścisłej tajemnicy, filozofia Pitagorasa znalazła swych licznych kontynuatorów. Elitaryzm i ezoteryzm nie były przeszkodą dla tej najwyraźniej atrakcyjnej propozycji światopoglądowej. Pitagorejczycy odważnie przekroczyli bowiem horyzont intelektualny filozofii jońskiej, skoncentrowanej na sferze physis, proponując w zamian twórczy związek religii, misteriów i racjonalizmu, życia ascetycznego i teoretycznego. Sam Pitagoras został w związku z tym obwołany nie tylko twórcą nowej doktryny filozoficznej, ale i charyzmatycznym prorokiem nowej wiary opartej na etyce ascezy. O inspirującej sile jego myśli i postawy świadczy ogromny wpływ pitagoreizmu na późniejszą refleksję filozoficzną. Co oczywiste, kontynuowali nauczanie mistrza jego uczniowie, między innymi Filolaos, Alkmajon, Archytas, ale w kręgu oddziaływania Pitagorasa pozostawali również wielcy filozofowie starożytności, przede wszystkim Platon.
Świadczą o tym Państwo, Fedon, Gorgiasz, Prawa, Kratylos, Timajos, ale także Arystoteles. Wspomniana już Zachęta do filozofii, zaginiony traktat o pitagorejczykach, pierwsza księga Metafizyki. Pod wpływem myśli pitagorejskiej pozostawali również inni perypatetycy, uczniowie Arystotelesa, tacy jak Teofrast, Aristoksenos, Sotion z Aleksandrii oraz przedstawiciele hellenistycznych szkół filozoficznych, neoplatonicy, pierwsi pisarze chrześcijańscy, na przykład Klemes z Aleksandrii. Niesłabnącemu zainteresowaniu pitagoreizmem towarzyszyły studia nad literaturą pitagorejską i pseudopitagorejską, obejmującą nie tylko sentencje i poematy Pitagorasa, ale również liczne żywoty założyciela związku pitagorejskiego. Najsłynniejsze wyszły spod pióra Porfiriusza i Jamblicha, czy też rozpowszechniane pod jego imieniem lub pod imionami uczniów apokryfy. Wiele zapisów przekazali nam uczeni kompilatorzy, między innymi Symplicjusz, Aleksander Polihistor, Diogenes Laertios, Stobajos. Koniec cytatu. Wróćmy do poglądów naukowych Pitagorasa i pitagorejczyków. Mieli oni sporo do powiedzenia o świecie, który nas otacza. Nie zapominajmy jednak, że filozofowie pitagorejscy przez cały czas pamiętali o arche.
Arche, którym była liczba oraz o tym, że światem rządzą relacje matematyczne. Twierdzili, iż wszystko, co w świecie zachodzi, można tłumaczyć za pomocą matematycznych wzorów oraz proporcji. Pitagorejczycy uprawiali matematykę dla samej matematyki, więc dla zgłębiania mądrości zawartej w świecie. To miało przysłużyć się duchowej doskonałości. O tym, że Pitagorasowi przypisuje się dziś twierdzenie, które przekształciło matematykę w pełnoprawną naukę, to o sumie kwadratów długości przyprostokątnych wiedzą chyba wszyscy. Ale o tym, że wcale nie jest pewne, czy to Pitagoras je wymyślił, czy może tylko upowszechnił, wiedzą już nie wszyscy. A przypomnę, że filozof dużo podróżował i to po krajach, w których matematyka była traktowana jako wiedza praktyczna. Czy naprawdę nie wiedziano tam, że w trójkątach prostokątnych suma kwadratów długości przyprostokątnych jest równa kwadratowi długości przeciwprostokątnej? Może i nie, ale raczej wątpię. Dzięki Pitagorasowi i pitagorejczykom powstało również sporo nowych pojęć, takich jak parabola, elipsa, hiperbola.
Dociekania pitagorejczyków okazały się też istotne dla badań. Dzisiaj powiedzielibyśmy akustycznych oraz związanych z teorią muzyki. Muzykę uznawano za siłę oczyszczającą, a badając zjawisko dźwięku pitagorejczycy odkryli, że jego źródłem, przyczyną jest ruch. Potem już w prosty sposób obliczyli relacje matematyczne zachodzące między długością struny a konkretnymi akordami. Rozpisali to w schematy i wiedza ludzka została poszerzona. Pitagorejczycy zastosowali również naukę i wyciąganie wniosków do badań astronomicznych. Zaowocowało to różnymi rewelacjami. Na przykład taką, że Ziemia ma kształt kuli. Dlaczego? O tym za momencik, bo trudno to, skądinąd właściwe twierdzenie, uznać za wywiedzione naukowo w przypadku pitagorejczyków.
Stwierdzono również, iż ruch sfer niebieskich musi wytwarzać pewne dźwięki, tak zwaną niebiańską muzykę. Nie można jej jednak usłyszeć, ponieważ gra stale, a w związku z tym zachodzi zjawisko takie, jak w przypadku przyzwyczajenia się do towarzyszącego nam bez przerwy określonego zapachu lub smaku. Część nauk pitagorejskich była jednak nieco ekscentryczna. Przede wszystkim filozofowie z tej szkoły uznali, że liczby parzyste są doskonalsze od nieparzystych. Wyjątek stanowiła jedynka. Dlaczego? Ano dlatego, że jeden dodany do jakiejkolwiek liczby zmienia jej parzystość w nieparzystość lub odwrotnie. Tak na marginesie Grecy nie znali zera. Dlaczego uznawali je za coś zbędnego? Ano dlatego, że zero to przecież nic, a o niczym nie można, nie da się dyskutować.
Tak zapewne to uzasadniali. Cyfry zapisywano wówczas jak litery alfabetu. Do każdej dodawano jednak apostrof, aby było wiadomo, że to nie litera, lecz cyfra. Pitagorejczycy wyróżnili liczby niewymierne, wykombinowali system dziesiętny i wymyślili coś, co dla niektórych uczniów w szkole i niektórych dorosłych do dzisiaj bywa udręką. To znaczy tabliczkę mnożenia. O, to też jest ważne. Grecy nie znali rozróżnienia pomiędzy słowami niedokończone a nieskończone. Pitagorejczycy również. A dla nich to, co nieskończone, było niedoskonałe. I dlatego uznali, że świat musi mieć swoje granice i posiadać kształt idealny.
Kształt kuli. To dlatego nieco kwestionowałem naukowość tego poglądu w przypadku Ziemi. Ale ponieważ w Grecji nauka rozumiana w sposób współczesny w ogóle nie istniała, więc chyba się czepiam. Tytułem anegdoty dodam, że umiłowanie doskonałości było wśród pitagorejczyków tak wielkie, że gdy jeden z uczniów Pitagorasa obliczył liczbę Pi uważaną za doskonałą, niedługo potem popełnił ponoć samobójstwo. Z jakiego powodu? Otóż Pi było liczbą niewymierną, niekończącą się po przecinku, a zatem niedoskonałą. Dążenie pitagorejczyków do wyrażenia świata w proporcjach i równaniach matematycznych zostało zwieńczone obmyśleniem tetraktysu, o którym już mówiłem. Tetraktysu, czyli trójkąta złożonego z dziesięciu punktów. Był to dla pitagorejczyków najważniejszy schemat zawierający naczelne idee istnienia rzeczywistości. O tym, że zdaniem pitagorejczyków Ziemia ma kształt kulisty, już wspomniałem i to kilka razy.
Czas zatem opowiedzieć odrobinę o budowie wszechświata. Otóż Ziemia wraz z pozostałymi ciałami niebieskimi, zdaniem pitagorejczyków krążyła wokół ognistego środka. Nie, nie chodziło o Słońce. A zatem budowę wszechświata wyobrażali sobie następująco: w samym centrum znajdowała się ognista kula, tak zwane ognisko wszechświata. W każdym kierunku rozciągała się nieskończona przestrzeń wypełniona eterem, lotnym, czystym powietrzem albo też kosmicznym tchnieniem. Owo tchnienie przenikało wszystko, co istnieje. Przenikało i podtrzymywało przy życiu również ludzi. Wokół ognistego środka krążyło dziesięć ciał niebieskich. Najbliżej usytuowana była Ziemia otoczona powietrzem, ale była też przeciwziemia. Tak, pitagorejczycy wierzyli w istnienie drugiej Ziemi na tej samej orbicie.
Wróćmy do ciał okrążających ognisko Wszechświata. Dalej krążyć miał Księżyc, Słońce, które oświetla jedną stronę Ziemi oraz pięć znanych w tamtym czasie planet. A najdalej krążył tak zwany Olympos, czyli kula gwiazd stałych. Planety Ziemia, Księżyc, Słońce poruszać miały się dzięki swej własnej wewnętrznej sile. Pitagorejczycy odkryli, że szybkość owego ruchu planetarnego jest odwrotnie proporcjonalna do ich odległości od Słońca. Ustalili zatem mniej więcej to, co potwierdzone zostało dopiero w XVII wieku przez Johannesa Keplera. Wszechświat jawił się pitagorejczykom jako arcydzieło ładu i regularności. Kosmos nie był jednak w ich przekonaniu bezduszną, precyzyjnie funkcjonującą maszynerią. Był wieczny, logiczny, przemyślnie urządzony, a przy tym piękny i sam siebie wprawiający w ruch, a zatem boski. Stosunek pitagorejczyków do świata, podobnie zresztą jak większości starożytnych Greków, miał wyraźny podtekst religijny.
Dziś powiedzielibyśmy, że Kosmos był miejscem, w którym ujawniało się sacrum. A skoro o Kosmosie mówimy, to warto zaznaczyć, że pitagorejczycy uznawali monarchię, ponieważ król panuje nad państwem tak jak Jedno panuje nad całym Wszechświatem. Przypomnę Jedno to źródło przeciwieństw utożsamiane niekiedy z monoteistycznym Bogiem. Natomiast za bardzo duże zło pitagorejczycy uznawali anarchię. Sprzeciwiali się też demokracji. Warto zauważyć również kwestie etyczne, które występowały wśród pitagorejczyków. Wyznawana przez nich etyka przypisywała dużą rolę przyjaźni. Uważali oni, że przyjaźń opiera się na podobieństwie charakterów oraz że jest ona ważniejsza niż więzy pokrewieństwa. Podejrzewa się nawet, że powiedzenie Zenona z Elei „Przyjaciel to drugie ja” może mieć korzenie pitagorejskie. Natomiast wartością autoteliczną, to znaczy będącą celem samym w sobie, była zdaniem pitagorejczyków sprawiedliwość.
Jak wskazują liczne informacje, wyznawano zasadę: kto domaga się przebaczenia dla przestępcy, zdradza tym samym, że sam jest gotowy popełnić podobne czyny. Szkoła pitagorejska przetrwała 150 lat i szacuje się, że liczyła w sumie ponad dwustu pitagorejczyków. Nie wszyscy jednak byli matematykami, a wśród tych ostatnich znaleźli się: Hipokrates z Chios, Teodor z Cyreny, Filolaos, Archytas z Tarentu, Hipiasz. W szkole pitagorejskiej narodziły się trzy wielkie problemy. Podwojenie sześcianu, podział kąta na trzy części, tak zwana trysekcja kąta oraz kwadratura koła. Problemy, które należało rozwiązać za pomocą cyrkla i linijki bez podziałki. W czasie istnienia szkoły pitagorejczycy odkryli twierdzenie o sumie kątów dowolnego wielokąta. Rozpatrywali wielościany foremne. Poza zagadnieniami z zakresu geometrii interesowali się również teorią liczb. Spośród wszystkich liczb naturalnych wyróżnili pewne nieskończone ciągi liczb zwane liczbami wielokątnymi.
Rozpatrywali tak zwane liczby gnomiczne i liczby doskonałe. Nie będę teraz omawiał tych pojęć, gdyż utonęlibyśmy w dygresjach i nie wiem, o której skończylibyśmy dzisiejsze spotkanie. Pitagorejczycy szukali także par liczb zaprzyjaźnionych oraz zajmowali się proporcjami. Szczególne znaczenie dla dalszego rozwoju matematyki miało odkrycie przez nich liczb niewymiernych. Odkrycia liczb niewymiernych pitagorejczycy dokonali w związku z odkryciem twierdzenia o przeciwprostokątnej, które dziś nazywamy twierdzeniem Pitagorasa. Okazało się, że istnieją związki geometryczne, których nie można wyrazić żadną znaną liczbą. Podważało to ich cały światopogląd, według którego liczba rządzi nie tylko miarą i wagą, ale także wszystkimi zjawiskami zachodzącymi w przyrodzie. Liczby, które nie są ani liczbami naturalnymi, ani ułamkami nazwano alogoi - niewyrażalne. Taa, pewnie mógłbym tak jeszcze długo, ale w sumie najważniejsze rzeczy o Pitagorasie i pitagorejczykach powiedziałem, a nawet kilka razy powtórzyłem. Pięknie państwu dziękuję za dzisiaj i zapraszam na kolejne spotkanie do Wehikułu Wyobraźni już niedługo.
Pozdrawiam. Proszę państwa, tydzień temu obiecałem państwu słuchowisko. No to dzisiaj to słuchowisko będzie, jak to się mówi, z pełnym rynsztunkiem i naprawdę zrealizowane tak jak na warunki w końcu prostego radia, prostej audycji, no to z takim dużym przytupem. Jego autor, autor słuchowiska to Igor Friender, a właściwie Igor Wojciechowski, bo Igor Friender to oczywiście pseudonim. Autor urodzony 14 października 1974 roku w Poznaniu, jest polskim poetą, pisarzem, dramaturgiem, ale także działaczem społecznym, który działa na rzecz kultury, i to kultury niezależnej. Jest też redaktorem Zeszytów Poetyckich, a wcześniej redagował artzine „Na bezdrożach”. Jest absolwentem Uniwersytetu Śląskiego. W 2000 roku uzyskał tytuł magistra oraz Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. W 2020 obronił doktorat na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Medycznego imienia Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Prowadzi wykłady i zajęcia uniwersyteckie na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu.
Publikuje również rozprawy naukowe. Debiutował literacko w 1994 roku książką „Ksenofrenia”. To antologia wierszy z tomików wydawanych w obiegu alternatywnym i nie tylko, a pod redakcją Pawła Dunina-Wąsowicza. To było wydawnictwo Lampa i Iskra Boża. W tym wydawnictwie publikował swoje wiersze między innymi razem z Mariuszem Grzebalskim, Jackiem Podsiadło i innymi. W 2020 roku wydał pierwszą polską powieść kryminalną z gatunku giallo pod tytułem „Człowiek Jadka”. W 2023 rozpoczął serie wydawnicze Literatura SPP Dramat tom pierwszy dramatem „Jak obalić człowieka” oraz serię Poezja tom pierwszy książką poetycką „Mamy sztorm”. Jest też współorganizatorem literackiego festiwalu Literatura do Poznania. W 2023 roku w Teatrze Polskim aktorzy Kornelia Trawkowska i Jakub Papuga przeczytali performatywnie jego dramat „Jak ocalić człowieka”. Razem z Dawidem Jungiem prowadzi przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich w Poznaniu warsztaty literackie dla grupy młodych twórców w ramach projektu Literatura tej.
Od stycznia 2023 roku pełni funkcję sekretarza SPP oddział w Poznaniu. Za swoje dotychczasowe osiągnięcia został przez Sergiusza Sterna Wachowiaka uhonorowany Srebrną Odznaką za zasługi dla Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. To autor powieści „Rozwidlenie”, „Człowiek Jadka”, „Mordercza proteza” i „Upiór w masce”. Wspomniałem też o kilku książkach poetyckich, a także mówiłem o tym, o książkach będących zapisami utworów scenicznych. Mówiłem już o dramacie „Jak obalić człowieka”. Jest też drugi „Jak wskrzesić człowieka”. To tom drugi. My dzisiaj poznamy utwór zatytułowany „Jak obalić człowieka”. Bardzo serdecznie państwa zapraszam.
[01:16:35] - Igor Friender „Jak obalić człowieka”. Dramat w trzech aktach. Dla Jane. Prolog. Nie jestem perfekcjonistą. Wszystko robię na opak, bo nie lubię robić nakazanych rzeczy. Znam się na wszystkim powierzchownie, bo to wiedza na pokaz. Ludzi trzymam na dystans. Trochę pożartuję i idę do domu. W biurku mam wszystko poukładane - wiedzę i perfekcję.
Wolę psy wyprowadzić na smyczy niż patrzeć na ludzi. Posługuję się logiką artysty. Za oknem wesołe miasteczko zmierza do zagłady. Bądźmy cicho. Ściany mają uszy. Wieczorem postawię ci pół litra. Potem zakręcimy wesołym miasteczkiem jak karuzelą i wreszcie obalimy człowieka. Akt pierwszy. I co? Co myślisz?
[01:18:17] - Tak, to oni. Nic się nie zmienili.
[01:18:22] - Przyjrzyj się dokładnie. To jest Kowalski, to Nowicki, a to Eddie.
[01:18:28] - Poznaję. Tak, to oni. Na pewno oni. Bez wątpienia. Nic się nie zmienili. A trochę czasu już minęło. Czas się dla nich jakby zatrzymał.
[01:18:38] - No tak. Chociaż dla ciebie też się zatrzymał.
[01:18:43] - Dobra, każdy się zmienia.
[01:18:45] - Wiesz co, Rozalio? Nie będę udawał. Po prostu muszę zadać ci pewne pytanie.
[01:18:53] - Jakie pytanie? Brzmi to bardzo poważnie. Taki przybrałeś ton, że aż mnie przeszły dreszcze. O co chodzi? Nie uspokajasz mnie. Widzę, że to dla ciebie ważne.
[01:19:08] - Właśnie tak. Muszę wiedzieć.
[01:19:11] - Nic nie musisz, tylko możesz. To proszę, pytaj.
[01:19:15] - W sumie nie mam nic do ukrycia. Tylko wiesz, żeby to pytanie nie było zbyt osobiste. Takich pytań to ja nie lubię.
[01:19:22] - Nie, to proste pytanie. Powiedz mi proszę, jak się czujesz?
[01:19:29] - I już? Już po? To było to pytanie, na które tak długo zbierałeś siły? Takie zwykłe pytanie, więc ci na nie odpowiadam, że całkiem dobrze. A ty?
[01:19:43] - Ja też. Ale nie o to chodzi. Po prostu chcę wiedzieć, jak się czujesz tak naprawdę. Wiem, że miałaś ciężki wypadek.
[01:19:52] - A to cię trafi. To interesujące. Fakt, przeżyłam ciężki wypadek. W sumie to cudem mnie odratowali. Nawet nie wiem, jak to się stało. Niewiele pamiętam. Mam w głowie jakieś krótkie przebłyski i nic poza tym. I to chyba dla mnie dobrze. Ale jak widzisz, chyba nawet teraz czuję, że mnie obserwujesz, wyglądam doskonale.
[01:20:21] - Wyglądasz po prostu-
[01:20:23] - Nie odpowiadaj, bo znowu zasypiesz mnie komplementami i nie będę miała czym oddychać. Znów poczuję się jak na pustyni przysypana piachem. Znam to bardzo dobrze. Aż za dobrze.
[01:20:40] - To był pijany kierowca?
[01:20:43] - Nie tylko. Ogólnie po prostu źli ludzie. Zły czas, zła droga. Ale ciągle jestem. Żyję i wiem, dlaczego żyję. Trzeba wielu zmian.
[01:20:58] - Ciągle nosisz mój, to znaczy ten pierścionek?
[01:21:04] - Tak, ale tylko dlatego, że jest ładny.
[01:22:00] - Dzień dobry, panie Kowalski.
[01:22:02] - Dzień dobry.
[01:22:03] - Proszę, niech pan usiądzie. O, tutaj będzie najlepiej.
[01:22:08] - Tutaj tak?
[01:22:08] - W sam raz. Teraz będziemy się dobrze widzieć. Proszę. Tak, dobrze. Muszę, to znaczy musimy ze sobą trochę porozmawiać. Po prostu nieco się poznać. Rozumie pan. Chcę wiedzieć, w jakiej jest pan kondycji albo w jakim jest pan stanie umysłowym.
[01:22:25] - Chce pan wiedzieć, w jakiej kondycji i w jakim stanie umysłowym jestem? Czy ja czegoś nie rozumiem? W jakiej sprawie tutaj jestem? Bo była mowa o czymś innym. Z tego, co pamiętam.
[01:22:36] - A to nic wielkiego. Proszę, panie Kowalski, nie przesadzać. Tu jest pan bezpieczny. Mamy tu przyjazną atmosferę i po prostu pewne sprawy chcemy znać od razu. Takie poznanie się bez emocji, bez zbędnych testów. Chcemy wiedzieć, tylko wiedzieć, czy jest pan za, czy przeciw.
[01:22:57] - Ale zaraz, kto chce wiedzieć i co?
[01:23:00] - Ja. Tylko ja chcę to wiedzieć, czy jest pan za czy przeciw.
[01:23:04] - Trochę się zaczynam gubić. Pan, doktorze, chce wiedzieć, czy jestem za, czy przeciw i na podstawie tego pan określi mój stan umysłowy. O co tutaj chodzi, doktorze? O co chodzi z tym za i przeciw?
[01:23:18] - Panie Kowalski. Wiem i rozumiem. Mówię trochę zagadkowo. Przepraszam. Po prostu często ludzie na wszystko się zgadzają, nie sprzeciwiają się i na tym tracą. Dlatego chcę wiedzieć, czy pan jest za, czy przeciw.
[01:23:36] - Ale-
[01:23:36] - Spokojnie, panie Kowalski, tu nikt nie będzie robił czegoś wbrew pana woli ani przeciwko panu. Nikt nie będzie pana sprawdzał. Ja tylko tak. To jak? Jest pan za czy przeciw? Tak pytam po prostu. Ogólnie.
[01:23:53] - Nie trzeba niczego sprawdzać. Jestem przeciw. Zawsze byłem i nadal jestem przeciw. Wystarczy?
[01:24:01] - A zawsze jest pan przeciw. No teraz ja nie rozumiem.
[01:24:08] - Niech będzie, że zazwyczaj. Czy lepiej?
[01:24:12] - Zdecydowanie. To już daje pewien pogląd taki a pełniejszy obraz. Ale jednak zrobię, to znaczy zrobimy krótki, naprawdę krótki test. Człowiek często mówi nie, a w gruncie rzeczy jest na tak. Takie jest po prostu życie. Tak to jest. To jest wpisane w nasze życie. Często też jesteśmy do tego zmuszani.
[01:24:34] - Ale mnie nikt do niczego nie zmusza, doktorze.
[01:24:36] - No i to jest właściwe. Wreszcie doszliśmy do całkowitego porozumienia. Tu nikt nikogo do niczego nie zmusza i można być za albo przeciw wszystkiemu. Lecz człowiek nie zawsze mówi prawdę, a może bardziej nie zawsze jest w stanie powiedzieć prawdę.
[01:24:53] - To pan tak twierdzi, doktorze. Ja mówię prawdę.
[01:24:56] - I to się panu chwali. To jest odwaga godna, bezkompromisowa postawa. Brawo! Proponuję szybkie badanie.
[01:25:04] - I w tej sprawie zostałem tutaj zaproszony na badania. Co to ma być? Ja przepraszam, ale to jest dla mnie coś dziwnego. Nie rozumiem sytuacji. To nie dla mnie.
[01:25:14] - Panie Kowalski, zapewne się pan domyśla, że mam zamiar panu powierzyć bardzo ważne i intratne stanowisko w naszym instytucie. Ale żeby to zrobić, muszę przeprowadzić naprawdę bardzo proste badanie.
[01:25:29] - Staram się zrozumieć, ale badanie? Na czym to ma polegać? I w ogóle jakie stanowisko mi pan tutaj oferuje?
[01:25:39] - Spokojnie, uporządkujmy sytuację, bo widzę, że czuje pan dyskomfort. Jest pan zdezorientowany. Za co pana, panie Kowalski, bardzo przepraszam. Po pierwsze mam dla pana ważne kierownicze stanowisko. Po drugie, jeżeli chodzi o badanie, to powtarzam, nic wielkiego. Po prostu krótka rozmowa. Pytanie, odpowiedź.
[01:26:02] - No nie wiem.
[01:26:03] - To już pan wie.
[01:26:04] - Taka rozmowa kwalifikacyjna.
[01:26:08] - Nie całkiem, ale bez obaw. Coś bardzo podobnego.
[01:26:12] - Skoro tak należy, to niech pan doktorze mówi. Działajmy. Ale nie do końca jestem o tym przekonany. Nie wiem, jakoś to do mnie nie przemawia.
[01:26:24] - To co? Chociaż spróbujmy. Zaczynamy?
[01:26:28] - Dobra, niech będzie.
[01:26:33] - Ile widzi pan palców?
[01:26:37] - Cztery.
[01:26:39] - Jeszcze raz. Proszę się skupić. Ile widzi pan palców?
[01:26:45] - Powiedziałem cztery palce. Cztery.
[01:26:48] - Spróbujmy pójść dalej, panie Kowalski. Spokojnie. Ile widzi pan palców? Skoro ja też je widzę, to znaczy, że widzimy pięć.
[01:26:58] - Ja widzę cztery. Nadal widzę cztery palce.
[01:27:02] - Dobrze. Niech mi pan powie. Nosi pan okulary?
[01:27:06] - Nie i nigdy nie nosiłem.
[01:27:08] - Czy jest pan pewien tego, co widzi?
[01:27:10] - Pewien? Oczywiście, że jestem pewien. Tak, nadal widzę cztery palce. A pan, doktorze, widzi pięć, bo liczy pan też kciuk, który pan zgiął. A ten palec jest dla mnie niewidoczny. A dla pana tak, doktorze. To bardzo proste.
[01:27:22] - Dobrze, panie Kowalski, odpocznijmy chwilę. Po raz kolejny zadam to pytanie. Ile widzi pan palców? Skoro ja też je widzę, to znaczy widzimy teraz pięć?
[01:27:36] - Teraz to widzę pięć, panie doktorze.
[01:27:41] - O tak, zdecydowanie lepiej. Cieszę się. Powtórzmy test. Ile widzimy teraz palców?
[01:27:49] - Ale nie. Znowu pan pokazuje cztery palce. Widzę cztery palce, doktorze. Cztery. Co pan wymyśla, doktorze?
[01:27:58] - Jak może pan widzieć cztery palce, skoro ja widzę pięć i pokazuję pięć, panie Kowalski? Nie jest z panem dobrze. Jestem zaniepokojony sytuacją, w jakiej pan się znajduje.
[01:28:06] - Jaką sytuacją? Co pan wygaduje, doktorze? To pan ma problem i to poważny problem. Pan pokazuje cały czas cztery palce, a widzi pan pięć. To w końcu kto ile ma widzieć? To nie jest dla mnie. Tu dzieje się coś dziwnego i wcale mi się to nie podoba. Pana to może śmieszy, doktorze, ale dla mnie to marnowanie czasu. Jakaś bzdura, niezrozumiała gra. Pan pokazuje cztery palce, a mówi pan, że pokazuje pan pięć.
Nie, to jest niedorzeczne.
[01:28:30] - Proszę nie wstawać. Proszę usiąść. Nie ma się co obrażać.
[01:28:35] - Nikt się nie obraża. Żartować to pan może z kogoś innego. Co to ma być z tymi czterema palcami?
[01:28:42] - Pięć, panie Kowalski. Pięć. No właśnie. To ja pokazuję palce i to ja decyduję, ile pan widzi palców. Skoro ja widzę pięć, to pan też powinien widzieć pięć. Istotny jest tutaj punkt widzenia, a patrzymy zawsze od mojej strony, z mojego punktu widzenia. Jeszcze raz. Czyli ile widzimy palców?
[01:29:05] - Doktorze, to jest niedorzeczne. Pan nadal pokazuje cztery palce. Mam tego serdecznie dosyć. Za chwilę stąd wyjdę. Pan decyduje, kto ile widzi palców? Coś się panu miesza, doktorze.
[01:29:22] - Uparty z pana człowiek, panie Kowalski. Dobrze, zacznijmy od początku. Ile widzi pan palców, skoro ja widzę pięć palców?
[01:29:34] - Cztery. Cztery. Cztery. Cztery.
[01:29:39] - Jeszcze raz. Niech pan będzie za, a nie przeciw.
[01:29:43] - To już jest chamstwo. Jawna bezczelność. Nadal widzę cztery palce. Co to ma być? Do jasnej cholery. Cztery. Cztery i tylko cztery. Nie zobaczę pięciu, tylko cztery.
[01:29:57] - I cały czas się pan myli, panie Kowalski. Muszę to powiedzieć. Niestety muszę. Ale jest pan wyczerpany emocjonalnie i po prostu zmęczony. Zmęczony psychicznie. Odpocznijmy chwilę. Proszę się odprężyć. Nie, niech pan nie wstaje. Proszę mi zaufać. To już jest koniec.
Bardzo proszę usiąść. O, dziękuję. Napijemy się herbaty, panie Kowalski. Zachowajmy spokój. To tylko prosty, krótki test. Nie ma czym się tak przejmować. Nie ma nic lepszego o tej porze, wieczorowej porze niż ciepła herbata. Zgadza się pan?
[01:30:41] - Ale to przecież to jest wódka. To jest jakaś manipulacja, niedorzeczność. Co się tutaj dzieje? Co to jest za miejsce?
[01:30:54] - Proszę pana. Bunt buntem, a umiar umiarem. Trzeba znać granice. Trzeba na pewne rzeczy umieć trzeźwo, zaznaczam trzeźwo spojrzeć, prawda? To ile widzimy palców?
[01:31:40] - O-o-osiem. Osiem? O-o-osiem.
[01:31:49] - Sanitariusze, zabrać mi go stąd. Ten człowiek myślał, że częstuję go herbatą. Poprosił nawet o cukier. Zabrać go. Dziś już nie przyjmuję. Jestem naprawdę zmęczony.
[01:32:00] - Ja stanowczo protestuję. Ja, kurwa, protestuję. Składam, kurwa, wielki protest! Co to ma być? Zostałem tu niby zaproszony, a wy mnie tu młotem poubijewacie? Mnie? Mnie? Mnie, człowieka, który jest zawsze przeciw. To znaczy za czy tam przeciw. Na jedno wychodzi, bo czy się leży, czy się siedzi, to się palce widzi.
[01:32:33] - Zabierzcie mi go stąd.
[01:32:34] - No to ile tych palców miałem niby widzieć? Kurwa, cztery, pięć czy kurwa osiem, a może jedenaście?
[01:32:43] - Idziemy.
[01:32:44] - Co to za ścierwo, kapusie społeczne. Dupę daje w bramie, na ulicy i w sraczu. Testy, kurwa, z dupy mi tu daliście, a ja się nie dałem. Nie poddałem. Nie, ja sobie nie pozwolę. O nie, to była jawna prowokacja.
[01:33:07] - Dawaj, dawaj.
[01:33:08] - O wy prowokatorzy na usługach alkoholu. Wy absurdalnie sprzedajne kurwy!
[01:33:14] - No dawaj.
[01:33:15] - Muszę, co? Chcecie mnie zniszczyć? Jeszcze zobaczymy. Nie dam się. Nie poddam się manipulacji. Wyrwę was bez mydła czy tam bez oliwy.
[01:33:29] - Co za chamski typ. I co? Zorientował się?
[01:33:34] - Gdzie. Nawet nie miał takiej możliwości.
[01:33:36] - To świetnie. Mamy tutaj naprawdę dobre warunki. Cieszy mnie to. Pierwsza część planu została wykonana.
[01:33:42] - No zgadza się. Aczkolwiek jak widzisz, kosztowało mnie to trochę czasu i zdrowia. Typ był trudnym graczem.
[01:33:51] - Trzeba się poświęcić, doktorze.
[01:33:53] - Poświęcić? Nie lubię tego słowa. Raczej wolę zdecydować się na-
[01:33:59] - Dobrze, niech ci będzie. Nazywaj to, jak chcesz.
[01:34:05] - Śniłem o tobie.
[01:34:07] - To najwyższy czas się obudzić.
[01:34:11] - Ale kiedy ja naprawdę marzę i śnię o tobie.
[01:34:17] - Wytrzeźwiej, człowieku. Nie mamy już po 20 lat.
[01:34:38] - Widzę tu wiele książek. Kiedyś dużo czytałem i powiem panu, że w pewnym momencie straciłem orientację w życiu. Nie wiedziałem, którą drogą mam iść, kim zostanę i co będę robił. Aż w końcu przestałem czytać i zacząłem studiować Pismo Święte. Pracowałem nad duchem i jestem teraz, kim jestem. Miałem szczęście. Nadmiar książek jest niedobry dla duszy, panie doktorze.
[01:35:13] - Lubię czytać.
[01:35:14] - Doktorze. Sam pan przecież wie, że człowiek nie zawsze powinien robić to, co lubi, a zwłaszcza jeżeli chodzi o rozwój. Człowiek zdezorientowany nadmierną wiedzą z książek może zbłądzić, zagubić się w swoim życiu i zatracić duszę. Bo nie zawsze to, co lubimy, służy naszej duszy. A tutaj widzę powieści fabularyzowane, które w sposób znaczny rozpraszają duszę. Ja już takich książek w ogóle nie czytam. Ja o swoją duszę dbam.
[01:35:59] - Duszę?
[01:36:00] - O tak, doktorze. Nadmiar wiedzy, która jest zawarta w książkach, często odsuwa naszą duszę na drugi plan, niszczy ją, a nawet powoduje zwątpienie w jej istnienie. To dzieje się naprawdę i jest rzeczywiście niebezpieczne.
[01:36:21] - Niewiedza za to zniewala, proszę księdza.
[01:36:24] - Nie do końca się z panem zgodzę, doktorze, ale wiadomo, całkowity brak wiedzy może czasami zaszkodzić. Nadmiar wiedzy jednak szkodzi bardziej. Zresztą proszę doktora, ludzie tak naprawdę nie pragną wolności, lecz zbawienia. Tak, po prostu zbawienia. Życie jest proste, nie ma potrzeby go komplikować. No naprawdę.
[01:36:56] - Ciekawie ksiądz mówi, proszę księdza. Z wielką chęcią bym z księdzem na ten temat podyskutował, ale rozumie ksiądz, mam dzisiaj jeszcze trochę pracy. Cieszę się bardzo, że mnie ksiądz odwiedził. Proszę więc powiedzieć, w jakiej ksiądz przyszedł sprawie.
[01:37:16] - Bardzo dobra herbata. To ciasteczko też wygląda pysznie. Ale przechodząc do rzeczy. Tak, trzeba to powiedzieć. Najwyższy czas, doktorze. Otóż moi parafianie lękają się, że tutaj dzieje się coś złego, że do jakichś eksperymentów dochodzi, że tak powiem. Parafianie są wręcz przerażeni.
[01:37:54] - Tutaj niby mają być te eksperymenty?
[01:37:57] - No a gdzie? Nie żartujmy sobie, doktorze. Ludzie się lękają. To normalne. Szepczą czasem w parafii. Dobrze, aby pan mógł nieco naświetlić sytuację, rozwiać te strachy i wyjaśnić, czy moi parafianie słusznie prawią. Ja im wszystko na spokojnie przekażę.
[01:38:22] - Nie wiem, czy to księdza sprawa, czy księdza owieczek.
[01:38:26] - I po co ten sarkazm, doktorze? No naprawdę, po co?
[01:38:31] - Proszę księdza, skoro już miał ksiądz odwagę tutaj przyjść.
[01:38:35] - Odwagę? Ależ doktorze, to jest przede wszystkim moja powinność, mój obowiązek wobec parafian. Czy może pan jednak usiąść? Tak będzie nam się łatwiej rozmawiało. No naprawdę.
[01:38:53] - Proszę księdza, pozwoli ksiądz, że to jednak ja zdecyduję, co będę robił u siebie. Wyjaśnię to panu w kilku słowach. Aktualnie znajduje się pan w instytucie, gdzie podejmujemy się zadania, które polega na... Które krótko rzecz ujmując polega na unowocześnieniu, ulepszeniu człowieka. Koniec.
[01:39:23] - Człowieka? Chcecie ulepszyć człowieka?
[01:39:28] - W jakim sensie?
[01:39:30] - Wiara i moralność to domena duchownych. Powiem szczerze, nie podoba mi się to. Tego się nie spodziewałem.
[01:39:40] - Szanowny księże, nie wiem, czy jest sens rozpoczynać dyskusję, bo naprawdę nie mam czasu na wyjaśnienia. Dobrze jednak ksiądz sobie zdaje sprawę z tego, w jakim obecnie stanie jest świat, dokąd zmierza i co się dzieje z ludźmi. My chcemy ulepszyć ludzi i to powinno księdza ucieszyć.
[01:39:59] - Nie cieszy mnie, bo dobrze to znam. To, co pan teraz mówi, to cywilizacja śmierci, dominacja hedonizmu, konsumpcjonizmu, skrajnego indywidualizmu. Napisane jest: zło dobrem zwyciężaj. Dlatego stoję po stronie cywilizacji miłości.
[01:40:24] - Nie, myli się ksiądz. My nie mamy nic wspólnego z tym, co ksiądz powiedział. Jest wręcz odwrotnie. Tylko bez tej duchowej otoczki. Zadam księdzu jedno pytanie. Jedno proste pytanie.
[01:40:38] - Z całym szacunkiem, ale nie mam nic do powiedzenia.
[01:40:40] - Spokojnie. W żadnym razie tym pytaniem nie podważę księdza użyteczności społecznej. Dajmy sobie szansę. Proszę mi powiedzieć, czy ksiądz je mięso?
[01:40:52] - A to wyszło na jaw? Pan z tych przedstawicieli ekologii na diecie bez mięsa?
[01:40:58] - Nie no, nic z tych rzeczy. Chcę po prostu przygotować obiad dla władców tego miasteczka.
[01:41:07] - Raczej prędzej chciał pan powiedzieć ludzi zaangażowanych w sprawy tego miasta.
[01:41:13] - O, wyjął mi to ksiądz z ust. To je ksiądz mięso, proszę księdza?
[01:41:19] - Tak, oczywiście, że jem i nawet mogę panu pomóc przy tym obiedzie.
[01:41:25] - Tak? A w jaki sposób?
[01:41:30] - A wie pan, mam dziczyznę w domu. Sam upolowałem.
[01:41:35] - Poluje ksiądz?
[01:41:37] - Każdy z nas ma jakąś słabość. Ja też przecież mam do tego prawo. Jestem tylko człowiekiem. Polowanie to moje hobby.
[01:41:49] - W takim razie już wszystko wiemy. Dziękuję księdzu.
[01:41:52] - Już? Tak prędko? Ale w takim razie ja zapraszam na posiłek, na plebanię.
[01:42:00] - Mogę teraz tylko tyle powiedzieć, że wybiorę się z księdzem na polowanie i chętnie z moją przyjaciółką zapolujemy na księdza. Akt drugi. Tak, właśnie przeglądamy. To znaczy ponownie przeglądam pana akta personalne i czytam w nich, że przeżył pan spotkanie bliskiego stopnia. Bardzo ciekawa rzecz. Muszę przyznać, jestem zaintrygowany tym faktem. To całkowicie zmienia ogląd spraw ludzkich. Pan przeżył spotkanie trzeciego stopnia. To fascynujące, nieprawdopodobne. Naprawdę aż nie wiem, co mam powiedzieć.
[01:43:06] - Tak, panie doktorze. Przeżyłem spotkanie trzeciego stopnia.
[01:43:10] - Czyli krótko rzecz ujmując, widział pan UFO. Prawdziwe UFO.
[01:43:16] - UFO może być tylko prawdziwe, bo jak nie jest, to nie jest UFO. Proste jak drut. Nie wiem czemu, ale wyczuwam delikatną drwinę w pana głosie, doktorze. I powiem szczerze, niespecjalnie się tym przejmuję, bo ludzie często sobie ze mnie szydzą. Z takich jak ja. Nie potrafią rozpoznać prawdy, a rzecz dotyczy właśnie szczerej prawdy.
[01:43:36] - Tak, oczywiście, panie Nowicki. Spokojnie. Absolutnie nie było moim zamiarem z pana kpić w żaden sposób. To nie jest w mojej naturze. Nawet nie śmiałbym. Przecież to ja pana tutaj zaprosiłem, prawda?
[01:43:51] - No tak, prawda. Z tego, co pamiętam, mówiła to pana asystentka, że podobno Badacie zjawiska paranormalne.
[01:43:59] - Nie podobno, lecz badamy. Jesteśmy placówką, która bada tego typu zdarzenia. Jest mi pan bliski, ponieważ ja też coś takiego przeżyłem, ale tkwi to głęboko w mojej podświadomości i powiem szczerze, jeszcze nie potrafię o tym swobodnie rozmawiać. To nie ten czas.
[01:44:21] - To są konsekwencje wyparcia tego zjawiska, które jest, istnieje w pana podświadomości, doktorze. Trzeba to zjawisko wyzwolić, najlepiej jakimś wstrząsem. Może być hipnozą. I bardzo dobrze się składa, bo jestem nie tylko medium, ale też hipnotyzerem. Fakt ten stwarza nam jeszcze większe szanse poznania.
[01:44:40] - Myślę jednak, że hipnoza nie będzie konieczna, bo gdy usłyszę pana historię, a liczę, że ją pan dosyć szczegółowo opowie, wtedy nie będzie to łatwe dla mnie przeżycie, ale dam radę. To właśnie na podstawie pana doświadczeń będę umiał zweryfikować to, co sam przeżyłem. Będę mógł to zinternalizować.
[01:45:04] - Ładnie, doktorze. Bardzo ładnie rozsądek przez pana przemawia. Z wielką chęcią opowiem. Tym bardziej że pan, panie doktorze, mnie rozumie i dzięki panu nie odczuwam już żadnego skrępowania. Cieszę się, że po tylu latach ktoś zainteresował się moim dziwacznym, ale autentycznym spotkaniem z istotami spoza kuli ziemskiej. Wtedy nawet pisano o tym w gazetach. Nieźle, co? Czy mam zaczynać opowieść?
[01:45:30] - Zanim przejdziemy do rzeczy, panie Nowicki-
[01:45:32] - Wolę, zdecydowanie wolę, jak się do mnie mówi medium. Jestem medium i czuję się jak medium.
[01:45:40] - Nie ma problemu, panie medium. To żaden problem, już się robi. Jednak zanim przejdziemy do rzeczy, panie medium, chciałbym uzupełnić dokumentację. Lubię mieć porządek w papierach. Proszę podać swoje wykształcenie. Jak sam pan widzi, w tym miejscu, akurat w tym, nie mamy żadnego wpisu. Nie wiem dlaczego. Coś musieliśmy przeoczyć.
[01:46:04] - I słusznie, i bardzo słusznie, że nie macie żadnego wpisu, bo dla mnie wykształcenie w ogóle nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak wykształcenie. Człowiek wykształcony to żaden człowiek. Człowiek wykształcony przez system kształcenia jest człowiekiem zniewolonym przez ten system, panie doktorze. Tkwi w obyczajach, tradycji, religii, wyznaczonej moralności. Po prostu jest przypisany grupie społecznej, a nie o to chodzi, żeby kogoś przypisywać grupie społecznej, zaszufladkować. Ja jestem zdecydowanie na nie. Poza tymi sprawami. Wiem i pan też wie, że system niszczy człowieka i prowadzi do chorób psychicznych. Zapewne pan zauważył.
Każdy z nas to widzi, że coraz silniej rozwija się inwigilacja. Otacza nas nieustanna reklama i to przede wszystkim wszechobecne oszustwo, które staje się normą. Istota ludzka, moim zdaniem, zatraciła instynkt samozachowawczy i sama sobie zagraża. Stoi na skraju przepaści i widzę, że najsłabsi już w tę przepaść wpadają.
[01:47:00] - Ciekawy i bardzo zajmujący wywód, panie medium, ale jednak wrócę do tego, że muszę odnotować pana wykształcenie. To jest ta urzędnicza formalność. Nikt z nas jej nie lubi, ale co zrobić? Nic na to nie poradzimy. Zrobię wpis i zapomnimy o sprawie. Proszę mi tylko powiedzieć, czy ukończył pan szkołę podstawową, liceum, a może studia?
[01:47:25] - Nie chcę się tu wyrażać zbyt dosadnie, panie doktorze, ale dla mnie to jest kompletna bzdura. Ja nie muszę swojego wykształcenia podawać. Nikt nie jest w stanie tego wymiernie wymierzyć. Ale dobrze. Dla świętego spokoju proszę wpisać: szkoła podstawowa. Myślę, że ta informacja powinna w zupełności wystarczyć.
[01:47:44] - Wpisałem i po sprawie, panie medium. Mamy to za sobą. Teraz już zapominamy o procedurach i możemy wysłuchać pana opowieści.
[01:47:54] - Czy mam rozpocząć?
[01:47:56] - Oczywiście, jak najbardziej, panie medium. Ale chwileczkę. To może naleję sobie kieliszek koniaku?
[01:48:03] - Czemu nie, jak pan chce. Jest pan u siebie.
[01:48:06] - A pan?
[01:48:08] - Co ja? Ja nie jestem u siebie.
[01:48:12] - Nie. Ja pytam, czy pan się napije.
[01:48:15] - Odmawiam. Nie, dziękuję. Dziękuję bardzo. Ja nie uznaję alkoholu.
[01:48:19] - W takim razie ja sobie naleję, a pan może zaczynać. Zamieniam się w słuch.
[01:48:26] - Patrzy pan na mnie. Wiem. Widzę pana zdziwienie, że robię takie miny, ale kiedyś byłem na kursie aktorskim i tam przed dłuższą wypowiedzią zalecano takie rozprężenie mięśni mimicznych. Zresztą kiedyś nawet wystąpiłem na scenie.
[01:48:42] - Tak? Ale to bardzo ciekawe, niebywałe.
[01:48:46] - Żeby pan wiedział, doktorze. Stres mnie pożerał, ale jakie to było ogromne przeżycie. Startowałem wtedy w konkursie poetyckim. Ach, co to była za deklamacja. Cała sala zamarła, nie było słychać jednego szmeru. Wszyscy zastygli. Przeczytałem wtedy dwa wiersze na scenie teatru. To było w teatrze. Wyleciało mi z głowy.
[01:49:08] - Świetnie, świetnie. Proszę jednak, niech pan zacznie swoją opowieść.
[01:49:12] - A, tak. Trochę się rozczuliłem i odbiegliśmy od tematu. Ten teatr nazywał się Powszechny. Nie. Może Ludowy?
[01:49:21] - Dobrze, dobrze. No to proszę, zaczynamy.
[01:49:27] - Pamiętam to doskonale. A powiem panu, że minęło już trochę czasu. To było w piątek. Piątek wieczór, późny wieczór. Po obejrzeniu Dziennika Telewizyjnego, czy jak to się teraz nazywa, nieważne, postanowiłem pójść do sklepu, kupić coś do jedzenia, bo zgłodniałem. Wiadomo, w piątek wieczór wolny i nie miałem nic do roboty. A nie, wtedy był chyba mecz. Tak. Nasi grali z... Nieważne.
Chciałem kupić flagę albo pożyczyć. Oni tam u nas przed sklepem zawsze flagę wieszali. Takie mamy patriotyczne miasteczko i ja Też jestem patriotą. Oczywiście z tych prawdziwych, niefarbowanych.
[01:50:02] - Cudownie, ale czy szanowne medium może zostawić dygresje na później? Bardzo proszę o rzeczową relację ze spotkania trzeciego stopnia. Panie medium.
[01:50:13] - Oczywiście. Wróćmy do tego, co się wydarzyło w piątek wieczorem. Otóż, jak powiedziałem, szedłem do sklepu. Była pełnia, dużo gwiazd, szum wiatru, wycie wilków. Może z tymi wilkami to przesadziłem, ale wyraźnie czułem mrowienie na plecach i taki jakiś trudny do opisania niepokój. Jako że jestem medium, potrafiłem zidentyfikować to zjawisko. To byli zmarli, którzy kroczyli za mną i chcieli mi coś powiedzieć. Chcieli mnie ostrzec przed tym, co nastąpi. Mając ich u boku, już się nie bałem. Byłem jednak świadomy, że wydarzy się coś niepospolitego i tak się stało.
Wchodząc na leśną drogę, w oddali dostrzegłem dziwną postać niewielkiego wzrostu o dużej arbuzowej głowie. Na moment się zatrzymałem, ale to trwało tylko chwilę i znowu ruszyłem do przodu. Zbliżyłem się do tego czegoś na odległość około dwóch metrów. Wyglądało naprawdę zaskakująco. Duża twarz, a może bardziej coś na kształt twarzy. Rysy zupełnie nieludzkie. Zwierzęce też nie. Oczy jedynie duże, szeroko rozstawione na skroniach, takie trochę rybie. Nie dostrzegłem nosa ani ust. Zwisały mu długaśne ręce, a i chude to było.
Ociekało dziwnym śluzem. Wzdrygnąłem się, ale nie pozwoliłem, aby strach zawładnął moją osobowością. Jako medium i hipnotyzer potrafię rządzić moim ciałem. Postać ta cuchnęła na kilometr. Widząc, że się jej przyglądam, wydała dziwne dźwięki. Nie potrafię określić jakie. Nie była to mowa ludzka ani porozumiewanie się zwierząt. Może coś w stylu pisku? A potem pojawił się nie wiadomo skąd dźwięk tamburynu. Przyznam, że to mnie ruszyło.
Coraz bardziej odczuwałem zagrożenie. Czułem, jak ten stwór próbuje spętać moje ciało niewidzialnymi kajdanami. Na głowę wciskał mi cierniową koronę. Ja jednak nie traciłem władzy nad moim umysłem. Walczyłem. Ten przedziwny stwór próbował opanować moje ciało, niszczył, zgniatał moje serce, lecz ja wygrałem. Stawiłem opór i się wyzwoliłem. W pewnym momencie, kiedy ta obleśna istota zaczęła zbliżać się do mnie, wpadłem w afekt i postanowiłem zgładzić tę istotę, zanim ona zgładzi mnie. Wyciągnąłem nóż. Odezwał się we mnie instynkt przetrwania.
Nie pamiętam dokładnie, co się dalej działo z istotą. Kiedy odzyskałem świadomość, nie było jej już, a ja znajdowałem się w domu.
[01:52:26] - Bardzo interesujące spotkanie, lecz jednak jest pewien problem w pana opowieści.
[01:52:30] - Proszę mi nie przerywać doktorze, jeszcze nie skończyłem. Jest faktem niejednokrotnie stwierdzonym, że istoty z poza Ziemi odwiedzają nasz świat i tu nie ma na ten temat żadnej dyskusji. Ja, tak, właśnie ja jestem tego żywym dowodem, ale niestety nie było mi dane spotkać przyjaznej istoty. Tę, którą spotkałem, cechowała agresja i wrogość w stosunku do ludzkości naszego kontrowersyjnego, ale przecież pokojowo nastawionego gatunku. Dlatego moja reakcja bez wątpienia była słuszna. Co do kwestii mojej agresji, ma ona bezpośredni związek albo może bardziej była bezpośrednią reakcją na agresję tej nieznanej mi istoty. Nie będę z siebie robił tutaj bohatera, lecz należy wspomnieć z całą mocą, że być może, raczej bardziej niż może, uchroniłem mieszkańców pobliskich wsi przed śmiercią.
[01:53:16] - A czy ta napotkana istota była zielona?
[01:53:19] - Co za pytanie. Doktorze, oczywiście, że tak. Cała od góry do dołu.
[01:53:24] - A czy potrafi pan, panie medium, określić płeć tego osobnika?
[01:53:28] - Skąd!
[01:53:30] - Jest pewien mankament w pana opowieści.
[01:53:33] - Mianowicie jaki?
[01:53:34] - Skąd pan, panie medium, miał przy sobie nóż?
[01:53:37] - Zawsze noszę nóż przy sobie. W każdym razie wtedy nosiłem. Wie doktor. Po prostu przeczucie.
[01:53:44] - Mówił pan, że ukończył pan kurs aktorski, ale czy jest pan dobrym aktorem?
[01:53:49] - Dziwne pytanie. Zdaje się bez sensu, chociaż nie do końca. Ma ono jakiś sens. Bo tak, właśnie tak. Już mówiłem, w szkole wróżono mi karierę aktorską. Zresztą kiedyś napisałem dwa wiersze i brałem udział w konkursie recytatorskim. O tym też mówiłem. Wystąpiłem na deskach teatru. Mój pierwszy wiersz, który zaprezentowałem, nosił tytuł Nie. To znaczy tak, nosił tytuł...
Tak. Teraz go panu doktorze wyrecytuję. Nie. To jest właśnie treść tego wiersza. Człowiek często mówi tak, a w gruncie rzeczy chce powiedzieć nie. Taki paradoks istnienia, taka prawda doktorze. I teraz proszę się skupić, doktorze. Mój drugi wiersz, który wtedy przedstawiłem na konkursie. Wiersz pod tytułem Pusta kartka. Moment.
Tak, doktorze. To po prostu pusta kartka. Tak jak nasze życie zapisuje się na pustych kartkach. To wiersz bez słów. To zwizualizowany wiersz. Nowoczesna poezja.
[01:54:57] - Gratuluję panu. Wróćmy jednak do naszej sprawy. Na wspomnienia przyjdzie jeszcze czas. Chciałbym coś panu przeczytać.
[01:55:06] - Pan mnie? Nie rozumiem.
[01:55:10] - Myślę, że po tym, co zaraz przeczytam, wszystko się panu wyjaśni.
[01:55:14] - A co ma mi się niby wyjaśnić? Ten pieprzony ufolud był zielony.
[01:55:17] - To, że stwór był zielony mamy już za sobą. Proszę pozwolić, przeczytam coś panu, panie medium. To potrwa chwilę. Już w szkole podstawowej mówiono, że mam zdolności aktorskie. I byli też tacy, co sugerowali, że powinienem zostać aktorem. I okazało się po kilkudziesięciu latach, że ci, co tak mówili, mieli rację. Bez wątpienia byłem doskonałym aktorem i wreszcie tego dnia stałem się nim. Naprawdę zadziwiłem sam siebie. Nic nie zauważyli, nie drgnął mi żaden mięsień. Pokonałem swoją nieśmiałość.
Można powiedzieć, że ją zabiłem, ale o tym proszę głośno nie rozmawiać. Sprawa jest ciągle w toku, a przed chwilą odegrałem rolę życia i zmyliłem wszystkie tropy kierujące podejrzenia w moją stronę. Teraz zadałem pytanie mojemu sumieniu, czy uczyniłem dobrze? Sumienie jak dotąd milczy. Być może gdzieś się schowało, ale to nie problem. Od lat nie żyjemy w specjalnej symbiozie. Raz się odzywa, raz nie, lecz w końcu i tak przemówi. Trudno powiedzieć, jak zniosę ten wewnętrzny dialog, bo ostatnio miałem z tym poważny problem. Straciłem wówczas rachubę czasu. Niemal źle się to skończyło.
Jednak słusznie uznałem, że to, co sobie wyobrażam, istnieje naprawdę. Wieczorem, kiedy oglądałem mecz, zadzwonił telefon. Nikt nigdy do mnie nie dzwonił o tej porze, ale biorąc pod uwagę zdarzenia tamtego dnia, odebrałem i usłyszałem: „Czy wie pan, co się stało z...?”. Tu ku mojemu zdziwieniu padło moje imię i nazwisko, którego z wiadomych względów nie podam. „Jestem przy telefonie” — odparłem. „Jak to? Przecież to niemoralne. Pan się przyczynił. To znaczy pan zabił”. Powiem szczerze, że wyraźnie się zdenerwowałem.
W pierwszym odruchu chciałem rzucić telefonem, ale wytrzymałem i odpowiedziałem na to bezczelne pomówienie: „Kto niby zabił? Ja nie zabiłem żadnej swojej nieśmiałości. Była tu policja i nic na mnie nie mają. Co to ma znaczyć? Kto dzwoni?” „A gdzie jest teraz pana brat?” To pytanie zwaliło mnie z nóg. Zachwiałem się. Palcami strzepnąłem krople potu z czoła. „Jaki brat? Ja nigdy nie miałem. Nie, to niemożliwe”.
Rzuciłem się w stronę okna. Mój narcystyczny sobowtór został w pokoju.
[01:57:49] - Ja tak. Ja napisałem to opowiadanie. Ja. Tylko ja.
[01:57:54] - No właśnie. Więc niech pan, panie medium, powie nam, to znaczy mnie powie prawdę. Kogo napotkał pan wtedy na drodze?
[01:58:03] - Jak to kogo? Zielonego ufoluda.
[01:58:06] - Słuchaj, przestań kłamać.
[01:58:07] - Kto kłamie? No kto? Nie jesteśmy na ty.
[01:58:10] - Słuchaj, nie pajacuj mi tu, ty pajacu. My dobrze wiemy, kogo wtedy napotkałeś i zabiłeś. Odkryto ciało.
[01:58:16] - Nie, nie dam się. O nie. To prowokacja. Próbujecie mnie wrobić w jakąś brudną, śmierdzącą sytuację. Od początku czułem smród. To od was śmierdzi. Gnijecie, gnoje śmierdzące. Jeszcze zobaczymy, kto stoi po właściwej stronie. Nie obalicie mnie. Zmarli mi wszystko powiedzieli.
Ostrzegali mnie, ale nie posłuchałem i przyjąłem wasze zaproszenie ku memu zatraceniu. Pycha we mnie wygrała. Sława i gratyfikacje, które obiecaliście, zawładnęły mną, a oni mnie ostrzegali. Przybyłem tu z nadzieją i ufnością. Głupi byłem, a przecież nie jestem głupi. Nie pozwolę się zmanipulować. Ucieknę stąd. Zahipnotyzuję was, a potem zgniotę jak pluskwy. Nie obalicie mnie. To ja was wyrzucę na margines społeczny.
Hipnoza zadziała. Wszędzie są te ufoludy. I wy też nimi jesteście.
[01:59:02] - Proszę. Proszę, niech pan siada. Tu nie ma żadnego ufoluda.
[01:59:08] - Pan, doktorze, tym sarkazmem atakuje mnie werbalnie. Nie wytrzymam. Dajcie mi święty spokój. Chcę wrócić do domu. Proszę. Chcę do domu. Nikogo nie zabiłem.
[01:59:25] - Burza nad nami gra błyskawicami. Huk nieziemski stapia piersi. Uderza w rzeczywistość jak klapa o ceramiczny sracz. Nie ma żadnej nieskończoności, skoro ja jestem skończona. Do nędzy! W tej brudnej chacie nie ma nawet chleba. Ni głodny się nie posili, ani nędznik nie odzieje.
[01:59:52] - Brawo Rozalia! Twoja poezja rozwija się tak niekonwencjonalnie.
[01:59:57] - I co? Zorientował się?
[02:00:01] - Nie miał na to szans.
[02:00:04] - Co to za typ? Co się tutaj dzieje? Nie, nie dam się. Nie.
[02:00:28] - Co panią do mnie sprowadza? Niedawno był u mnie ksiądz. Teraz pani, pani burmistrz.
[02:00:35] - Ksiądz by tylko wszystkich pouczał. Ale trzeba żyć w zgodzie. I w tej sprawie do pana przyszłam. No bo wie pan, zgoda buduje. Tego nam trzeba dla naszych obywateli. Rozumiem, że mogę zapalić.
[02:00:53] - W zasadzie to nie palimy. W ogóle nie palimy. Ale niech pani poczeka, znajdę jakąś popielniczkę.
[02:01:00] - Niech pan nie szuka. Ja tylko na chwilę. Nie róbmy sobie kłopotu już na samym początku naszej znajomości. Niech pan siada. Dajmy spokój z tą popielniczką. Lubię papierosy, ale bez przesady. Potrafię wytrzymać. Więc powtarzam: dajmy spokój i przejdźmy do meritum. Proszę mi powiedzieć, co tutaj się wyprawia? Co się dzieje?
[02:01:29] - Trochę dziwne pytanie. Tu nie dzieje się nic, co mogłoby pani czy państwu zagrozić.
[02:01:37] - Cieszy mnie fakt, że nic nam nie grozi, bo dlaczego miałoby nam grozić? Czy może pan powiedzieć coś więcej?
[02:01:46] - Niestety nie mogę.
[02:01:49] - To ja jednak za panem. Oczywiście żartuję. Szkoda, że nie może pan nic więcej powiedzieć. Jestem tu szanowaną kobietą i ludzie się ze mną liczą. Zawsze mogę pomóc albo... Oboje możemy sobie pomóc.
[02:02:06] - Dziękuję za dobre słowa i dziękuję za wizytę, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. Projekt jest tajny, ale powtarzam bezpieczny.
[02:02:17] - Tajny, nie tajny. To mnie w sumie nie interesuje. Po prostu chcę wiedzieć, czy będzie tu porządek.
[02:02:23] - Z tym to nie będzie problemu. Tu wszystko chodzi jak w zegarku i nie ma zagrożenia.
[02:02:30] - No cóż, niewiele mi pan powiedział. To znaczy chce pan powiedzieć, ale powiedzmy, że jestem uspokojona i że zaufam panu. Bądźmy po tej samej stronie, a będzie zgoda i zwycięstwo.
[02:02:46] - O, dobrze to pani powiedziała. Zgoda buduje. Tylko nie wiem, z kim walczymy ani o co chodzi z tym zwycięstwem.
[02:02:55] - To takie moje powiedzenie. Chociaż wrogów ma się zawsze i wszędzie, a ja mam do nich nosa. Wyczuwam ich na kilometr. Dam panu szansę, bo wiem, że w końcu pan do mnie zajrzy. Pewnych niby tajnych informacji udzielił mi już ksiądz. Do zobaczenia. Panowie, spotkaliśmy się tutaj, ponieważ jak wiecie, na naszym terenie powstał instytut niewiadomego pochodzenia. Jestem zaniepokojona tym faktem.
[02:03:43] - Ja także odczuwam niepokój i głęboki żal, że pominięto nas w organizacji tego instytutu. Moi wierni odczuwają lęk. Dużo się tu mówi o tym. Modlimy się obecnie w parafii o pokój serc wiernych i ich rodzin.
[02:04:01] - Nie dziwię się. Chodzą słuchy, że to futurystyczny projekt dotyczący naprawy człowieka.
[02:04:07] - Cóż to za naprawa? Nasi wierni to ludzie pełni pokory i współczucia dla innych. A ten niejaki doktor, szef tej placówki, to oczywiście obrońca praw zwierząt. Pytam, czy chce się te dusze ludzkie zatracić? Zrobić z nich bezrefleksyjne maszyny? Czy naprawdę o to im chodzi? Jako sługa Boży nie mogę do tego dopuścić.
[02:04:36] - Reprezentuję to miasto i również mojej zgody na to nie ma. Widziałam też tę jego wyuzdaną kobietę, która sieje zgorszenie wśród mieszkańców. Czegoś takiego u nas jeszcze nie było. To nieprzyzwoitość. Skandal! Oni mogą zburzyć spokój naszych obywateli. Co pan na to, komisarzu? Czy nie powinien pan tam zajrzeć? Pójść, interweniować?
[02:05:03] - Nie mam nic do powiedzenia. To się dzieje na terenie prywatnym. Oczywiście wybiorę się tam, ale zmiany muszą nadejść. I to się właśnie dzieje.
[02:05:14] - Zmiany? Jakie zmiany? Każdy z nas jest tylko człowiekiem.
[02:05:19] - Kiedy słyszę zdanie: jestem tylko człowiekiem, to mam ochotę wyjść, ściskać małpę, a temu tylko pokazać klatkę. Kiedy słyszę zdanie: jestem tylko człowiekiem.
[02:05:41] - Akt trzeci.
[02:05:43] - Dzień dobry. Co pana do mnie sprowadza?
[02:05:46] - Jak to, co mnie sprowadza? Przecież pan wie. To pan mnie tutaj zaprosił.
[02:05:51] - Tak, tak. Wiem, panie Eddie. Powiedziałem to trochę z przekorą. Człowiek często zaskakuje sam siebie. Dostrzega coś, co być może w oczach innych nie istnieje albo po prostu nie jest zrozumiałe. Czasami jest też tak, że człowiek wizualizuje swoje pragnienia, by ukryć traumatyczne wydarzenie.
[02:06:09] - Dziwne to, ale potrafię zrozumieć.
[02:06:13] - Jesteśmy placówką, w której badamy, czy może bardziej poznajemy ludzi o nietypowych zdolnościach. Pan bez wątpienia do nich należy.
[02:06:24] - A co ma wynikać z tego zaproszenia? Darmowy pobyt, dobre jedzenie. Fakt, to rzeczy bardzo miłe. Lecz co dalej?
[02:06:32] - Powiem tak. Ludzi takich jak pan czeka sława. Zacznie się zapewne od wywiadów, potem będą artykuły, a co za tym idzie też gratyfikacje finansowe.
[02:06:44] - I o to chodzi doktorku. Ja doskonale wiem, że jestem człowiekiem niepospolitym.
[02:06:51] - Oczywiście, panie Eddie, to nie podlega dyskusji. Pana niepospolitość jest fascynująca, bo potrafi pan połączyć intelekt z instynktem.
[02:07:01] - Można to tak ująć.
[02:07:04] - Jak to się u pana zaczęło?
[02:07:07] - Co? Już przechodzimy do rzeczy?
[02:07:10] - Nie ma na co czekać. To jak to się u pana objawiło?
[02:07:16] - Objawiło. Tak. Objawiło. To właściwe słowo, doktorku. Kiedyś, dawno temu pracowałem w sklepie meblowym i wtedy na głos czytałem instrukcję do skręcania mebli. Miałem czas i chęć, by coś robić dla siebie, rozwijać się. I powiem szczerze, że praca w sklepie meblowym jest niezmiernie nudna, ale do czasu. Jeżeli ktoś postawi na swój rozwój, ma szansę stać się kimś ponadprzeciętnym.
[02:07:50] - I to tam zaczął pan porozumiewać się z meblami?
[02:07:53] - Nie od razu, doktorze. Najpierw rozmawiałem ze sobą i były to niekończące się monologi. Potem, kiedy już zrozumiałem istotę rzeczy, tak Istotę rzeczy, bo rzecz też ma w sobie istotę. To zacząłem prowadzić dialogi i to właśnie z meblami, ale nie tylko z meblami, w ogóle z rzeczami. One same nawiązały ze mną kontakt. Komunikowały się ze mną.
[02:08:23] - Aha. Może pan podać przykład?
[02:08:28] - Pierwszy odezwał się do mnie stół, kiedy jadłem obiad.
[02:08:34] - A co mają do powiedzenia meble w tym pokoju?
[02:08:39] - Na przykład pańska szafa, doktorku, mówi, że to, co pan w niej ukrył, wyraźnie jej przeszkadza.
[02:08:54] - Bardzo ciekawe. A co tam niby ukryłem?
[02:08:58] - Wcale nie niby. Tam, w tej szafie znajduje się coś, co może pana zniszczyć.
[02:09:08] - Ciekawe. Ja jednak nie przypominam sobie, żebym coś takiego trzymał w tej szafie.
[02:09:20] - Jesteś pewien? Dajmy temu spokój.
[02:09:26] - A co mówi weźmy na to lustro?
[02:09:29] - Lustro. Lustro chce wyjść na spacer.
[02:09:36] - Na spacer?
[02:09:37] - Tak, na spacer. Chce się wypróżnić i ma dosyć ludzi.
[02:09:44] - Czy nie uważa pan, ale tak szczerze, że rozmowa z meblami zakrawa na absurd?
[02:09:51] - Wie pan, doktorze, faktycznie dla większości pospolitych zjadaczy chleba rozmowa z rzeczami jest niemożliwa i wydaje się bardzo śmieszna. Być może ci bardziej oczytani nazwał to chorobą psychiczną.
[02:10:04] - No tak, właśnie. To jest jakby sedno tej sprawy. Choroba.
[02:10:11] - No a co pan powie, doktorku, na kobiety rozmawiające z psem albo z kotem, albo z ptakiem? Bo przecież są takie sytuacje, możemy spotkać je na co dzień.
[02:10:22] - No właśnie, to tym bardziej rozmowa z meblami jest pozbawiona sensu. Jak można rozmawiać z meblami?
[02:10:28] - Można. Doktorze, niech pan spróbuje.
[02:10:34] - Niech będzie. Jestem człowiekiem otwartym na różnego rodzaju zjawiska. Nie, no nic nie słyszę.
[02:10:48] - Proszę próbować dalej.
[02:10:50] - Nic nie słyszę. Chociaż zaraz. Jakieś mruczenie, chrzęst. Nie no, to pewnie myszy. Chociaż biurko szepcze, że nawet mnie lubi.
[02:11:06] - A nie mówiłem doktorze.
[02:11:08] - Co jeszcze mówi? Co jeszcze mówi? O, teraz nawet krzyczy bardzo wyraźnie.
[02:11:13] - No co? Co krzyczy to biurko doktorku, hę?
[02:11:16] - Ono wrzeszczy. Wrzeszczy, że jest pan zwyczajnym debilem. Pan, doktorze, zadebił sobie ze mnie. Jest mi bardzo przykro, dlatego w trybie natychmiastowym opuszczam to miejsce, choć wiązałem z nim tyle nadziei. Do widzenia.
[02:11:49] - Czyli doktorze, czas na finał.
[02:11:52] - Rozalio, jak się czują nasi podopieczni?
[02:11:55] - Sprecyzuj pytanie. Każdy czuje się inaczej.
[02:11:59] - Zacznijmy od początku. Co u Kowalskiego? Dla mnie to buntownik z charakterem.
[02:12:06] - Kowalski? Nie, mylisz się. To tylko maska. Owszem, to zwykły urzędnik, ale cały czas czujny, na usługach systemu, który wciska ludziom swoje poglądy. Cały czas udaje buntownika. Konformista, który chciał ci zaimponować swoim buntem. Po eksperymencie z palcami zapragnął opuścić nasz ośrodek, ale jak wiadomo, nie miał na to szansy. Początkowo był agresywny, teraz się uspokoił, ponieważ zapewniłam go, że wkrótce będzie wolny i wróci na swoje stanowisko do urzędu.
[02:12:36] - Rozumiem. A co u Nowickiego? Tu już nie mam wątpliwości. Łgarza i mordercy.
[02:12:43] - Nowicki podobnie. Na początku agresja, później lekkie uspokojenie. Teraz dużo śpi. Nie wiem. Zdaje mi się, że on przejmuje się tym wszystkim najmniej.
[02:12:55] - Czyli sytuacja jest klarowna. Nie ma z nim większych problemów. A co z tym trzecim? Jak mu tam było? Edyp? Eddie.
[02:13:05] - Eddie to pijak i złodziej. Zarazem chyba największy tępak z tej trójki. Nie wiem, czy on cokolwiek zrozumiał. Dalej rozmawia z meblami, namawia je do ucieczki.
[02:13:18] - Teraz zdecyduj Rozalio. Co z nimi robimy? Czy któregoś z nich chcesz puścić wolno?
[02:13:23] - O wolności dla tych osób nie ma mowy, bo już są zniewoleni przez uzależnienia. Nasączeni obrzydliwą nienawiścią, dzikim i niekontrolowanym buntem wobec wszystkich i wszystkiego. Czyli w gruncie rzeczy są konformistycznymi narcyzami, mordercami własnego rdzenia tożsamości. Wieczni chłopcy, Piotrusie Panowie, którzy zakładają maski, by się przypodobać innym. Żaden z nich nie potrafi mówić prawdy. Chcą władzy nad światem. Chcą rządzić nami. A na to, mój kochany przyjacielu doktorze, nie ma naszej zgody. Rewolucja się dokonała i nie ma odwrotu. Każdy z tych ludzi krzywdził ciebie i mnie i na tym nie poprzestał.
[02:14:08] - Ale sprawiają wrażenie ludzi chorych. Wierzą w to, co mówią.
[02:14:12] - Nie łam się. A kto jest zdrowy? Postąpimy z nimi tak, jak się umawialiśmy. Trzeba obalić w nich egocentrycznego człowieka i stworzyć nowego. Po prostu wyprać im mózgi. Nie ma odwrotu. Uruchomiłam już maszynę. My podczas rozstrzygania dylematu moralnego nie kierujemy się emocjami, egoizmem ani przyzwyczajeniami. A to właśnie emocje zabijają człowieka. Człowiek niszczy, zabija, skazuje na śmierć, zdradza, tłamsi psychicznie drugiego człowieka.
[02:14:43] - Rozalio, czy ty to wszystko przeżyłaś?
[02:14:49] - Proszę, nie pytaj mnie o to. Dobrze wiesz. A jeżeli nie, to mi zaufaj i wiedz, że oni wszyscy mnie krzywdzili. Dajmy temu spokój.
[02:15:05] - Ale czy to na pewno dobry wybór?
[02:15:08] - A myślisz, że co? Że to wszystko tak łatwo przyszło? Ot, tak sobie pstryknęłam palcami i stało się? Nie, to nie tak. To wymagało ciężkiej pracy zarówno fizycznej, jak i umysłowej. I teraz mamy to, co mamy. A to, co mamy, nam wystarczy. Nie trzeba więcej, bo więcej spowoduje, że staniemy się tacy jak oni, a tego nie chcemy. Jesteśmy ponad tym. To my teraz wybieramy i to my dajemy innym wybór.
[02:15:35] - Czyli to my, przyjaciółko, ustalamy, z czego ludzie będą mogli wybierać i określamy zasady tego wyboru?
[02:15:43] - Czego jeszcze nie rozumiesz, doktorze?
[02:15:45] - Wszystko wiem, ale chcę się dokładnie rozeznać, na czym stoimy.
[02:15:56] - Faktycznie mam pięć palców. Mam pięć palców.
[02:16:06] - U mnie cały czas cisza.
[02:16:09] - Nie, nic nie działa. Ludzie, za chwilę wybudzę was z tej szalonej hipnozy. Ludzie! Ludzie! Ludzie!
[02:16:27] - Ksiądz i pani burmistrz byli już u pana, doktorze, więc kolej na mnie.
[02:16:33] - I pan też ma do mnie pytanie, panie komisarzu?
[02:16:36] - Nie, raczej nie. Nie interesuje mnie ani pani burmistrz, ani ksiądz. Ja po prostu chcę pana poznać.
[02:16:47] - Miło mi, ale to wymaga czasu.
[02:16:50] - W zupełności wystarczy mi powierzchowne poznanie.
[02:16:54] - Współcześnie ludzie po prostu nie mają czasu, by się lepiej poznać.
[02:16:58] - Prawda. Dlatego, żeby panu nie zajmować jakże cennego czasu, coś panu opowiem o moich śledztwach. Myślę, że wtedy i pan mnie pozna.
[02:17:11] - Tak od razu, teraz?
[02:17:12] - A na kiedy?
[02:17:14] - A co w zamian? Też mam coś opowiedzieć?
[02:17:17] - Nie, to nie będzie konieczne.
[02:17:21] - No to w takim razie proszę.
[02:17:24] - Kiedyś znałem człowieka, który twierdził, że zdobył i posiadł wszelką wiedzę i że jest po prostu najmądrzejszy, że jego ocena sytuacji jest zawsze trafna i bezwzględnie najważniejsza.
[02:17:40] - Teraz, przy tak powszechnym dostępie do informacji takich typów jest wszędzie pełno. Cywilizacja takich tworzy. Nie czytają książek i myślą, że są najmądrzejsi. Wiedzę czerpią tylko z mediów oraz sieci, choć sami tkwią w sieci.
[02:17:55] - No właśnie, doktorze. On też nie czytał, bo twierdził, że już i tak niczego nowego się nie dowie. Uważał się za geniusza. Mówił, że już wszystko w życiu poznał. I wie pan, co z nim zrobiłem?
[02:18:12] - Miało nie być pytań.
[02:18:14] - Ale to nie dotyczy pana placówki. Po prostu pytam.
[02:18:19] - Nie mam pojęcia, co pan komisarz z nim zrobił.
[02:18:22] - Wsadziłem go do pierdla. Notabene był moim przełożonym. Znałem też kiedyś wielkiego patriotę, dumnego i pewnego siebie. Mesjanizm, wallenrodyzm, winckelridyzm, Polska Walcząca. Wie pan, takie sprawy. Skoro tak bardzo obnosił się ze swoim patriotyzmem, zapytałem go, czy przeczytał na przykład „Kolumbów” Bratnego. Wie pan, co mi odpowiedział?
[02:18:52] - Nie mam zielonego pojęcia.
[02:18:54] - Że co nasz naród ma wspólnego z Kolumbem?
[02:19:02] - No i co pan zrobił?
[02:19:04] - To samo co z tamtym. Wsadziłem go do pierdla. Znałem też typa, który twierdził, że całkowicie wolny czuje się wtedy, kiedy ma władzę nad ludźmi.
[02:19:18] - I co pan z nim zrobił, komisarzu?
[02:19:21] - Nic nie zrobiłem, bo on jest tu u was. Myślę, że u pana jest pod pełną kontrolą i to mi wystarczy. Ten człowiek zabił swojego brata. Po prostu, doktorze, współpracujmy. Ja jestem po waszej stronie.
[02:20:10] - Teraz ja muszę zadać ci pytanie. A właściwie pytania. Powiedz mi, przyjacielu, czy ty kiedykolwiek rozmawiałeś z samym sobą?
[02:20:24] - Oczywiście, że tak. Jak każdy z nas.
[02:20:29] - A czy udawałeś kiedyś kogoś innego niż jesteś?
[02:20:34] - Nie. Raczej zawsze byłem sobą. Trochę nie rozumiem tych twoich pytań. Robisz mi test?
[02:20:43] - Pozwól, że dokończę i potem udzielę ci informacji. Powiedz mi, czy kiedyś kłamałeś.
[02:20:49] - No tak.
[02:20:51] - A czy wiesz, kto wymyślił kłamstwo?
[02:20:56] - Nie wiem. Świnia? Skąd tyle pytań, Rozalio?
[02:21:01] - Proszę, zachowaj powagę. Kto wymyślił kłamstwo?
[02:21:05] - Człowiek?
[02:21:06] - A jednak. Widzisz. Myślę, że powinieneś przejść resocjalizację. Resocjalizację.
[02:21:19] - Ty jednak nie żyjesz. Zginęłaś wtedy w tym wypadku. Zabili cię. Co oni ci zrobili? Czy jesteś kopią samej siebie? Chciałaś obalić człowieka sama nie będąc człowiekiem? Obiecuję, że zrobię to za ciebie. Epilog. Czy podeptałeś komuś mózg, udając kogoś, kim nigdy nie będziesz? Nie rozmienię ciebie na drobne, nawet nie dotknę.
Mam pusty portfel. Nie mieścisz się w żadnej torbie, nie uznajesz szuflad, mebli. Nawet nie masz kuchni ani dobrego smaku. Zawartość twojej głowy jest twoim łóżkiem. Chyba niezbyt wygodnym. Nie można cię zrozumieć. Wyczerpane ciało zrywa się do lotu. Każdego dnia podpalasz swoją duszę, a wystarczy wyciągnąć rękę. Każdy cię przecież zna i wie, że ty znaczy ja. Nie zawsze jest odwrotnie.
Gniew wykrzywia twarz jak ciepła wódka. W pobliżu nie ma wody. Proszę, nie zapadaj się w fotelu. Usiądź na taborecie i pomyśl o przyszłej roli. Na ulicy postawiono śmierć pijaną od szarego dymu spalin. Skrzyżowanie. Tramwaj zadzwonił niecierpliwie. Ktoś włączył klakson. Z okna bloku wyjrzała kobieta ubrana na czarno. To nie jest jej pora, choć jej twarz mówi, że to już.
Prezentuję nowy garnitur na wystawie sklepowej. Z wyglądu nie jestem podobny do nikogo. Po drugiej stronie moja ukochana wystawia białą suknię. Z wyglądu też nie jest podobna do nikogo. Żadne z nas nie musi oddychać.
[02:24:04] - Udział wzięli: doktor Waldemar Cis — Kamil Pruban. Rozalia — Monika Chrzanowska. Kowalski — Krzysztof Szczepaniak. Ksiądz Albert — Leszek Filipowicz. Nowicki — Maciej Kowalik. Pani burmistrz — Joanna Jeżewska. Komisarz — Adam Bauman. Eddie — Artur Bocheński. Muzyka — Dominik Lehmann. Proszę państwa, proszę państwa, późno się zrobiło, ale trzymamy rękę na pulsie.
Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem ruszamy z Filmotekarium. Dzisiaj film, proszę państwa, takiego filmu to chyba jeszcze u nas nie było. Mam na myśli jego skład etniczny, ale nie będę się rozwijał, bo teraz mus jest taki, żeby o etnicznych sprawach nie rozmawiać. Zatem powiem krótko: film „Animalia”. Coś więcej? Młoda kobieta zbliża się do końca ciąży, gdy nadprzyrodzone wydarzenia wywracają otaczający ją świat do góry nogami. To tyle tytułem wprowadzenia. A teraz już odpalamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
Filmotekarium. Zaczynamy.
[02:25:41] - Tak, zaczynamy. Drodzy państwo, w dzisiejszym odcinku kolejna nowość. Tak, tak, myśmy zapowiadali, że sięgniemy po trochę starsze filmy, bo taka się nam posucha trochę zrobiła, ale skoro jest coś nowego i to jest coś o kosmitach, to dajemy temu pierwszeństwo. A chodzi tu o film „Animalia” i ja się wysypę, Marku, na samym początku. On mi się podobał i to mi się podobał bardzo. Pamiętajcie, że to jest program subiektywny od samego początku. Tym bardziej dlatego namawiamy wszystkich do weryfikowania tych naszych osądów i wydawania osobistych decyzji.
[02:26:20] - A ja to, Piotrze, muszę powiedzieć, że ja znowu robię za tę żabę, która się musi rozdwoić, rozerwać albo coś takiego Bo moja deklaracja cały czas pozostaje aktualna. Ja jednak lubię, jak w filmie jest akcja. Cytując Majkę: „się strzelają”, a tu się nie strzelają. Akcja jest taka sobie. Na pewno nie jest dynamiczna i właściwie powinienem ten film skreślić. A wyobraźcie sobie państwo, że ja ten film od początku do końca obejrzałem i to bez jakiegoś wstrętu. I sam właściwie nie wiem, dlaczego. Nie wiedziałem. To lepsze określenie. Nie wiedziałem.
Po czym się zagłębiłem w sobie, analizowałem i doszedłem do wniosku, że może ten film nie ma dynamicznej akcji, że się nie strzelają i w ogóle obcy nie wyłażą z każdej lodówki, z każdego ciemnego pomieszczenia. No nie, tak nie ma. Ale z drugiej strony, co by nie powiedzieć o różnych mykach w tym filmie, ten film znakomicie, moim zdaniem, buduje pewne napięcie. On się odwołuje, w moim przypadku chociażby, do takiego dziecięcego marzenia, że jest strasznie, jest niezwykle. Ciekawe dlaczego? To ja od razu, tu uwaga, spoiler. Jeśli ktoś nie chce, to proszę przewinąć albo zatkać uszy na mniej więcej pół minuty. Otóż to marzenie moje polega na tym, żeby dowiedzieć się, dlaczego coś się dzieje tak, jak się dzieje. W tym filmie niestety nie dowiadujecie się państwo, dlaczego się dzieje tak, jak się dzieje, a w każdym razie nie ma prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Raczej troszeczkę tak to ogródkami idzie, co nie zmienia, i tu już jest właściwie koniec spoilera, co nie zmienia faktu, że ten reżyser, ale to nie tylko, scenariusz jest tak skonstruowany.
To jest po prostu zbudowane w taki sposób, że napięcie narasta, zaciekawienie tym, co właściwie się dzieje i to się dzieje w coraz bardziej niesamowity sposób. W związku z tym, z tej mojej przydługiej i nieco może nie do końca dobrze skonstruowanej wypowiedzi wynika jedno, że ja jestem w pewnym rozkroku, bo ten film nie powinien mi się podobać. Absolutnie nie powinien. On nie spełnia tych moich takich mało wyśrubowanych, za to takich kategorii, którym jestem dosyć wierny. Nie spełnia ich niestety. A jednak bez bólu, bez jakiegoś krwawienia z nosa tudzież uszu, przetrwałem ten film. Nie, właśnie złe określenie. Nie przetrwałem. Ja po prostu z tym filmem byłem i patrzyłem do końca z jakimś rodzajem fascynacji, a sam się sobie dziwię.
[02:29:39] - Tak. Dlaczego na przykład ten film się podobał mi? Po pierwsze pokazuje on problem kontaktu z perspektywy innej kultury niż europejska i azjatycka albo, powiedzmy, zachodnia i azjatycka, które zazwyczaj produkują filmy tego typu. Po drugie, on się odnosi do bardzo ważnej kwestii, jaką są odmienne stany świadomości towarzyszące zjawisku UFO. I po trzecie, i to może cię ujęło, było w nim coś takiego mocno niepokojącego i realistycznego jednocześnie, co rzadko znajdujemy w filmach na ten temat, bo oczywiście tam nie pokazano nam za dużo, ale coś nam powiedziano. Powiem od razu. Ten film jest o inwazji czegoś, ale głównych sprawców inwazji nie widzimy za bardzo albo widzimy rzadko. Historię przeżywamy z perspektywy jej ludzkich uczestników i ich całkiem przyjemnych perypetii w tle takiego paraliżu komunikacyjnego, społecznego, jaki ogarnia Maroko po przybyciu obcych. Widzimy, co się dzieje. Także jak powiedziałeś, strzelania do UFO ani pościgów za kosmitami tam nie ma.
Może słowo o twórczyni. Jest nią młoda reżyserka Sofia Alaoui, pół Francuzka, pół Marokanka, co ciekawe także autorka scenariusza. No i cóż, Marku, ja ci powiem tak: to jest zdolna osoba, bo z prostej opowieści tworzy fajną historię, w miarę realistyczną, w którą się wdzierają zdarzenia, powiedzmy, ze sfery fantastycznej. Sama opowieść jest dość krótka. Znaczy się ona jest prosta. Skoncentrowana jest głównie na problemie znalezienia przez kobietę pochodzącą z bogatego domu. Chodzi o to, że ona musi znaleźć męża, który razem z rodziną utknął gdzieś na prowincji, wśród tych problemów wywołanych inwazją tego czegoś. Po drodze do męża czeka ją sporo problemów i zderzenie z rzeczywistością, ze światem biednych ludzi, normalnych ludzi, a ona się przecież też z takiego świata, jak się dowiadujemy, wywodzi. Może jeszcze dodam jedną rzecz, Marku. Skąd tytuł „Animalia”?
Otóż ta inwazja jest w jakiś sposób wyczuwana przez zwierzęta. W filmie widzimy to głównie na przykładzie psów bezpańskich, które się zachowują dziwnie. Oczywiście to nie oznacza, że one zostały zaczarowane przez obcych. No nie, one tak jakoś odbierają ich przybycie. Przejdźmy może tak na szybko, chyba że chcesz coś jeszcze dodać tutaj z takich ogólnych uwag.
[02:32:13] - À propos zwierząt chciałbym dodać. Powiedziałeś o psach, ale tam mamy absolutnie kapitalny wątek, kiedy pies jakby przekazywał informacje jakiemuś, nie wiem, co to był za ptak, ale jakiś ptak odbiera informacje od tego psa i towarzyszy przecież głównej bohaterce. Pojawia się w pewnym momencie po raz kolejny i to jest Budowanie nastroju tajemnicy, tajemniczości wokół niedopowiedzeń, ale bardzo wyraźnie pokazanych, które musimy sobie tłumaczyć sami. A wiecie państwo, to jest tak, że jak dostajemy niepełną informację i uzupełniamy ją swoją wyobraźnią, to w naszej głowie zaczynają się dziać rzeczy naprawdę dziwne. I nie ukrywam, że ten zabieg reżyserki, scenarzystki był, moim zdaniem, niezwykle sprawny, bo pokazywał nam tajemnicę, ale niby tam nie było tajemnicy. To myśmy tę tajemnicę tak naprawdę budowali. Poza tym tam jest z kolei użyty też inny zabieg, już ograny, ale tu świetnie zagrał, czyli komunikatów telewizyjnych, radiowych, takich, które w strzępkach docierają. Coś się dzieje. Tyle wiemy. Z tych strzępków staramy się zrekonstruować, co właściwie się dzieje.
I znowu jesteśmy skazani na własną wyobraźnię. I to w gruncie rzeczy znakomicie, bo to już dawno pisarze tworzący horrory czy też powieści grozy, czy literaturę grozy, zorientowali się. Państwo, myślę, też o tym doskonale wiedzą, co nie znaczy, że się państwo temu nie poddajecie. Otóż odkryto już dawno, że najlepiej konstruować opowieści grozy w taki sposób, żeby czytelnik, ewentualnie widz, sam uzupełniał ową grozę. Jego wyobraźnia uzupełniała to, czego autor nie dopowiedział. I to moim zdaniem w tym filmie świetnie gra. Jest wykorzystane w absolutnie dobry sposób, taki, który napędza naszą ciekawość, a z drugiej strony nie pozwala wyjść. Bardzo ciężko nam ludziom wychodzić poza schematy, szczególnie kiedy dostajemy pewne przesłanki, to w tych schematach pozostajemy. I w tym filmie dobrze to widać. I bohaterowie tego filmu, osoby przemykające przez ekran, jak i my pozostajemy więźniami swoich wyobrażeń.
Tymczasem reżyserka puszcza do nas oko, jakby sugerowała: a może jest zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażacie? A jak? To zacznijcie sobie wyobrażać po raz wtóry, tylko już naprawdę oderwijcie się od schematów. I to być może jest kolejny element tego filmu, który mnie tak do ekranu przykuł.
[02:35:39] - Wiesz, tydzień temu żeśmy narzekali, że sci-fi się musi trochę zmienić. Muszą się pojawić takie filmy, które nie są kręcone przez cały czas na statku kosmicznym i tam się rozgrywają dramaty. Nie, to powinny być dramaty, filmy bardziej obyczajowe, w które jest wpleciony fajny wątek fantastyczny, taki, który porywa. W historię ludzi jest wpleciony fantastyczny wątek, bo te historie, na odwrót, że dzieją się wielkie rzeczy i na tle są ludzie, albo wymagają ogromnych nakładów, żeby je przełożyć na język filmowy, albo po prostu wiele z tych rzeczy już było. Natomiast „Animalia” to jest film mocno realistyczny. Tak samo jest z grą aktorską. My mamy wrażenie momentami, że oglądamy dokument. Jest on też dość niepokojący i muszę powiedzieć, że pomimo tego, że jest osadzony w innej kulturze, to gra na emocjach. W zasadzie cały czas nie wiemy, co się dzieje. Nie wiadomo, dlaczego zamknięto drogi, nie wiadomo, czemu nie da się dojechać do miasta.
Jest niepokój. Taki sam niepokój trochę był w filmie „Nowy początek”, ale tam nam pokazano więcej. Ale też taki niepokój był w tym filmie, zapomniałem tytułu, co się rozgrywał na wsi. Był ten milioner czarnoskóry i była Sandra Bullock. I tam ten niepokój też był, ale tam za dużo wpleciono już tych wątków i zrobił się taki maślak. To jest mój pierwszy punkt. Pozwolę sobie też zahaczyć o drugi. Druga sprawa jest taka, chociaż już o tym wspomniałem, że ten film nam ukazuje oddziaływanie obiektów UFO na świadomość, która może nawet u bohaterów tego filmu przechodzi jakieś transformacje. Wspomniałeś o tym wątku z wróblem. To też jest bardzo ciekawe.
Widzimy w „Animalii” zetknięcie z czymś, co automatycznie przenosi człowieka w inną sferę mentalną, w jakiś oniryczny stan. I najbardziej fantastyczna scena w tym filmie właśnie o tym mówi. Czyli jest jakiś stan, świadkowie się z niego budzą, natomiast rzeczywiście dochodzi u nich do zmienionego stanu świadomości. To jest bardzo ciekawe, bo w filmach o UFO, o inwazji dominuje nam raczej takie klasyczne ukazywanie przybyszów. Nie to, że nie ma filmów, w których opętują ludzi, powiedzmy, bezcieleśni kosmici, bo są, ale dominuje nam ten wątek, że to są jednak istoty groźne, cielesne, silniejsze, ewentualnie liczniejsze, mające lepszą broń. A tutaj mamy rzecz nie do końca wyjaśnioną, bo nawet nie mamy powiedziane, czy to, z czym się ludzie kontaktują, to jest siła dobra czy zła.
[02:38:13] - Co więcej, tak naprawdę, jakbyśmy chcieli szczerze odpowiedzieć, to my do końca nie wiemy, jaki charakter ma to umowne UFO. Czy to jest taki charakter jak najbardziej materialny, inwazyjny, wypadają z tych pojazdów i opanowują Ziemię, czy też może jest to jakieś nawiązanie do istot demonicznych, do kryptoziemian? Wiecie państwo, tu Wyobraźnia szaleje. Nie dostajemy zbyt wielu informacji, które pozwoliłyby nam zidentyfikować tych obcych czy to, co w ogóle się dzieje. Bo nawet słowo obcy w tym wypadku jest już pewnym mentalnym, a właściwie językowym nadużyciem, bo my możemy tak sądzić, a może przyjść ktoś inny i powiedzieć: „A moim zdaniem w tym filmie ukazane jest uwolnienie się sił demonicznych, jakieś przełamanie, powrót starych bogów” i tak dalej. To się oczywiście wszystko ze sobą może połączyć. W każdym razie dostajemy obraz naprawdę niepokojący. I paradoksalnie ja zawsze byłem przekonany, że film czy też książka, bardziej książka, nigdy nie opowiada historii jako historii, tylko opowiada historię przez pryzmat człowieka. I tu potwierdzenie. Mamy historię człowieka, kobiety, która jest w zaawansowanej ciąży, kobiety, która przeżywa w gruncie rzeczy dosyć proste historie związane z zagrożeniem, ale jednak proste, związane z nieuczciwością sąsiada, związane z pobytem w hotelu, związane z pobytem w miasteczku, które jest obce.
Niby takie proste historie, a jednocześnie to jest obraz, który gdzieś tam zostawia nas z wielką niewiadomą. I ten los kobiety, owszem, my go śledzimy i on nas w jakiś sposób zajmuje, a tymczasem niepostrzeżenie dostaje się do naszych głów historia. No właśnie, ktoś powie inwazji, ktoś powie to, wymieni to wszystko, o czym już mówiłem. Nie wiemy, co to jest, ale wiemy jedno: jest groźnie. Jest na tyle niepokojąco, że gdzieś tam armia postawiona jest w stan gotowości. Są jakieś zony wyznaczone, przez które jedni przechodzą, a drudzy nie przechodzą albo muszą się opłacić, muszą jakąś łapówę wręczyć czy cokolwiek. W każdym razie historia, którą otrzymujemy, tak jak powiedziałem, deklaruję to od początku naszej rozmowy dzisiejszej, wprawiła mnie w jakieś takie rozedrganie. Może zacznę zmieniać powoli swoje podejście do filmów. Nie wiem, chyba że to jest chlubny wyjątek i że na tle kina, które jest nam obecnie serwowane, to jest taka gwiazdka, która rozbłysła i zgaśnie i nikt tego nie będzie kontynuował. Ale myślę, że taki sposób podawania grozy jest dosyć obiecujący.
To jest metoda, to jest sztuka, która może sprawić, że groza zmieni swój troszeczkę wymiar, bo my jesteśmy przyzwyczajeni do amerykańskiej grozy. Albo zombie gdzieś tam lata bez sensu się snuje, albo inne jakieś krwawe potwory i tak dalej. Co ja państwu będę opowiadał. Znacie to znakomicie. Tu groza wypełza z codzienności i chyba dlatego jest taka groźna. Wiem, to banał jest to, co mówię, ale tak jest w tym filmie. Niby prosta sytuacja, a groźnie jest. Sam bym nie podejrzewał.
[02:42:47] - Tak. I ostatnia rzecz: ten film nam ukazuje problem inwazji czegoś z perspektywy islamskiej, z perspektywy też raczej grup, powiedziałbym, konserwatywnych, bo są to ludzie wierzący w większości. Także nasza główna bohaterka jest osobą bardzo wierzącą. Jedną z rzeczy, którą zabiera w swoją podróż, jest taki mały Koran. Ludzie przed niewiadomym chronią się w meczecie. To też jest ciekawe. W ogóle dość odważne podejście tej autorki. Ale żeby nie było, to tam w tym filmie, i to jest bardzo ciekawe, mamy pokazane, może za dużo będę zdradzał, bardzo ciekawą młodą postać, która jest być może kluczowa w tej historii. Jest dość niepokojące jej pojawienie się, ale mamy też ateistę, który kwestionuje nie tylko sens wiary, ale sens wiary też w perspektywie tego, co się dzieje. Gdzie jest Bóg, kiedy tutaj coś do nas przylatuje?
To widzimy, że jest bardzo niewygodne dla głównej bohaterki. Także nie wiem. Chyba reasumując, Marku, dla mnie ten film jest bardzo dobry. Jak powiedziałeś, jest jednym z tych, które przywracają nadzieję w to, że da się zrobić fajne kino o kosmitach i inwazji. Przypomnę, komu on się nie spodoba. Miłośnikom sensacji i tym przede wszystkim, którzy się lubują w takim klasycznym, fantastycznym ujęciu inwazji z kosmosu albo inwazji czegoś, gdzie są efekty specjalne i inne rzeczy, i jest patos i napięcie. Tu tego patosu nie ma, ale jest ten niepokój i ten niepokój naprawdę fajnie podany. W kilku filmach już występował. Ja takie coś lubię. Na pewno się to udało lepiej niż w dotychczas omawianych przez nas filmach o UFO, które były jednak bardzo różne, trzeba powiedzieć, ale naprawdę „Animalia” polecam.
Wielki plus.
[02:44:53] - A ja bym jeszcze coś dodał. Jeśli miałbym sobie ponarzekać, a tradycyjnie muszę sobie ponarzekać, to ja bym troszeczkę jeszcze ten film wydłużył, nieznacznie. Gdzieś pod koniec, żeby nie psuć pewnego nastroju, nie tak jak w amerykańskim filmie, ale troszeczkę mocniej, bardziej skonkretyzowałbym owo zagrożenie. To mogłoby być na linii horyzontu, coś, co jeszcze bardziej podbiłoby, podkręciło wyobraźnię. Tutaj zostajemy i mamy takie poczucie, że zostajemy z własną wyobraźnią, ale nic nam się właściwie nie mówi. Nie wiem, jaki to powinien być zabieg. Nie jestem filmowcem. Ostatnio miałem okazję się przekonać, jak bardzo różni się język literatury od języka filmu. Mówiąc szczerze, proszę państwa, to było doświadczenie niezwykłe, które mocno przeżyłem, bo te dwa media, jeśli tak to można nazwać, różnią się tak radykalnie, że dobry pisarz może być absolutnie złym scenarzystą, bo to jakby pisarze mówili w jednym języku, a scenarzyści filmowi w zupełnie innym. Nawet jeśli adaptują na język filmu dzieła literackie, to opowiadają to zupełnie inaczej.
Muszą opowiadać to zupełnie inaczej. I stąd to takie moje trochę rozdwojenie, że właściwie nie wiem, co mi jest bliższe. A jeśli chodzi o film, to ja bym zaryzykował. Wiem, opowiadanie o cudzym filmie, co ja bym w nim zrobił, to już jest w ogóle niskie i takie chyba nie do końca konstruktywne, ale ja bym jednak tam jakiś element wysyłający trochę w kosmos naszą wyobraźnię gdzieś dodał. Nie wiem, na ile on powinien być realistyczny, na ile może jeszcze taki trochę mitotwórczy, ale coś bym tam jeszcze podkręcił. Chociaż może nie mam racji, bo końcówka tego filmu jest taka patetyczna, trochę zastanawiająca. Dostajemy pewne myśli do przemyślenia. Możemy je przyjąć, możemy je odrzucić, ale nie sposób o nich zapomnieć. Może to jest klucz do tego filmu? Nie wiem.
W każdym razie powiem tak, podpinając się troszeczkę pod to, co powiedział przed chwilą Piotr. Po takich filmach, które były może bardzo nowoczesne, może obstawione świetnymi efektami, niektóre mniej, niektóre bardziej, to z dwojga tych propozycji, czy z trojga, czy może jeszcze większej ilości, to „Animalia” to była niezła propozycja, bo co prawda się nie strzelali, ale groza była.
[02:48:19] - Dodam tylko może jeszcze, że takie delikatne prowokowanie, nawet straszenie widza jakimiś subtelnymi, nie bardzo rozbudowanymi efektami specjalnymi by się przydało. To mógłby być cień, to mogłoby być coś na horyzoncie, to mogłaby być nawet jakaś bardzo sugestywna scena. I to myślę, że też by było dobre dla popularyzacji tego filmu, bo tak to on zostanie sklasyfikowany jako produkcja typu indie, czyli jakieś kino prawie balansujące na krawędzi tego kina artystycznego i pewnie przeciętny mieszkaniec Ziemi tego nie obejrzy. A szkoda, bo warto. A tak to może by trochę przyciągnęło ludzi, do których też przemawia ta bardziej sensacyjna strona. Ale cóż, jak mówię, ja polecam głęboko i gorąco, bo to w Maroku się dzieje.
[02:49:15] - I ja też. Jeśli jesteście państwo zaskoczeni albo będziecie zaskoczeni, kiedy ten film obejrzycie, to wspomnijcie: ja, miłośnik kina sensacyjnego, w którym się strzelają, również ten film polecam. Proszę państwa, to czas teraz na literaturę, taką literaturę z myszką, taką literaturę, która powstała jeszcze w XIX wieku. To widomy albo słyszalny może bardziej znak, że na antenie zagoszczą goście z Marsa. Władysław Sadke „Goście z Marsa”, księga druga, rozdział czwarty. Czyta Reda Haddad.
[02:50:10] - Władysław Sadke "Goście z Marsa". Czyta Reda Paweł Haddad.
[02:50:32] - Jakież przyczyny składały się na to, by zapewnić Rosji hegemonię nad światem? Są nader rozliczne. Istnienie Rosji jako państwa datuje się właściwie tylko od XV wieku, kiedy wyzwoliła się z niewoli mongolskiej. Wzrost jej w początkach był bardzo powolny, a to głównie z powodu mieszania się krwi kaukaskiej z mongolską
[02:50:57] - Ta ostatnia, jak się jeszcze przekonasz, wstrzymała rozwój umysłowy Rosji, bo to jest jej właściwością. Natomiast wpoiła w krew kaukaską kilka zalet, których jej brakowało, a między innymi posłuszeństwo bezwzględne i brak takiego fanatyzmu, jakim się odszczególniały inne religie i wyznania rasy kaukaskiej. Wzrost jej był więc powolny, ale właśnie skutkiem tego zgromadziła w sobie tym większe siły. Europa zaledwie z pogardą raczyła spoglądnąć na Daleki Wschód, gdzie młody naród z każdym rokiem garnął pod swe drapieżne szpony barbarzyńskie ludy Wschodu. Cóż ją mogły obchodzić walki dzikich? Tymczasem Rosja wzrastała coraz bardziej, rzucając się wpierw ku granicom wschodnim. Despotyzm wyrabiał charakter narodu. Płatni Niemcy, Anglicy, Francuzi kształcili Rosjan w sztukach i naukach i myśl ich rozwijali. W tym XVIII wieku dopiero miesza się Rosja w sprawy środkowej Europy i zachodniej. W XIX staje się groźną, a w XX zwycięża i staje się władczynią trzech części świata.
Oprócz charakteru narodu przyczyniło się wielce do wzrostu potęgi rosyjskiej także geograficzne położenie kraju. Pierwszym takim bodźcem do jej wzrostu był brak portu niezamarzającego. Jak to? Taka drobnostka? Tak jest. Z początku borykała się ze sąsiadami jak chłopczyk poczuwający w sobie zbytek sił i podbijała ich pod swą władzę. W dojrzalszym jednak wieku od Piotra Wielkiego, który pierwszy spostrzegł brak portu, dążyła jedynie do posiadania takiej przystani wolnej, niezamarzającej, z której mogłaby wywozić zbytek materiałów surowych. Te bowiem traciły wielce na tym, iż musiano je transportować drogami przez obce kraje wiodącemi. Rosja atoli aż do XX wieku nie mogła zdobyć takiego portu, bo północne jej morza były zimą zamarznięte. Klucz od południowych zaś spoczywał w rękach Turka i Chińczyka.
Tak więc stało się powodem wmieszania się jej w waszą wojnę, którą z takim powodzeniem wiedliście z Chinami, jak również w sprawy zachodniej Europy, by zdobyć Konstantynopol. Następną przyczyną było położenie kraju wśród dwóch kontynentów, bo to położenie umożliwiło silnemu i zdrowemu narodowi rozprzestrzenienie się we wszystkich kierunkach. Dla najbliższych sąsiadów miała pięść, dla dalszych łaskę i w ten sposób umiała grozić, przerażać, imponować i głaskać. Nie kierowała się nigdy humanitarnością, tym wymysłem słabych i niedołężnych umysłów, ale prawem pięści, prawem przyrodą wskazanem. Dodać też nadto jeszcze należy przebiegłość i konsekwencję wszystkich dyplomatów rosyjskich dążących od wieków zawsze statecznie, choć powoli, ku jednemu celowi. Wszystkie inne sprawy, jakie Rosja od Piotra Wielkiego załatwiała w Europie, w Azji, a nawet w Afryce i Ameryce, były tylko środkami ku zdobyciu Konstantynopola w jednej stronie, a Morza Żółtego w drugiej. Pozyskawszy te porty, zawładnęła wkrótce prawie bez dobycia oręża światem całym. Pochwyciła w swe dłonie cały handel. Zwłaszcza gdy niezmierzone obszary Syberii stały się w XX wieku skutkiem licznych sieci kolejowych dostępne dla handlu i przemysłu. Więc Słowianie może dotąd wodzą rej na Marsie.
Co mówisz? Ledwie ślad ich pozostał na naszej planecie. Wszak ci już mówiłem, że Słowianie poszli śladem starszych swych braci. Po zapanowaniu światem dobrobyt płynął do nich ze stron wszystkich i wzbogacił niezmiernie pewną kastę. Dumni ze zwycięstwa lekceważyli podbite ludy i plemiona. Dwie te okoliczności przyczyniły się do ich zguby. Wraz z dobrobytem wlewało się do nich strumieniami zepsucie obyczajów wzięte w spadku po pokonanych narodach w zachodniej Europie. Demoralizacja przesiąknęła powoli wszystkie warstwy, osłabiła ich z czasem fizycznie, moralnie i umysłowo. Myśl rozwinęła się szeroko i według naszego pojęcia nader pięknie, bo cywilizacja ich postąpiła znowu o jedną falę wyżej po skośnej linii. Ale tej cywilizacji nie mógł się oprzeć rząd dotąd despotyczny.
Ustąpił więc monarchii konstytucyjnej, a wreszcie Rzeczypospolitej, która nie mogąc zapanować nad całym tak ogromnym obszarem, rozpadła się wnet na liczne drobne państewka. Podniosły się sztuki i nauki. Wprawdzie do niebywałej dotąd wysokości, ale równocześnie z niemi począł filozofować naród coraz bardziej. Stał się niechętnym wszelkim rządom i podnosił coraz groźniej prawicę, chcąc druzgotać wszystko i wszystkich. Socjalizm, komunizm, anarchizm, nihilizm, potwory wylęgłe w mózgach Aryjczyków, które już przed zaborem Słowian nurtowały i podrzynały podwaliny państw europejskich, a ucichły tylko pod potęgą despotycznej Rosji. Teraz tem gwałtownie upominały się o zadośćuczynienie swym zachciankom i rozumie się osłabiały, a nawet niszczyły organizm poszczególnych państewek. Pod presją tych od wieków w głowach filozofów wylęgłych, a w umysłach ludu wybujałych, teorii musiało wiele tych państewek wprowadzić socjalizm w najobszerniejszym słowa tego znaczeniu. Już za panowania Romanów i Germanów walka o byt stawała się coraz trudniejszą. Rolnictwo, handel, przemysł był coraz bardziej niepewny. Przyszłość każdego człowieka poszczególnego wątpliwszą.
W okresie wszechwładztwa Słowian w końcu wszystko coraz bardziej żądało zapewniania bytu od rządu, oddając mu w zamian swą wolę i swobodę. To zabezpieczenie bytu i starości i chęć użycia rozkoszy, to pragnienie zbytku i wygody wzrosło skutkiem cywilizacji tak dalece, że ludzie zaprzedawali rządom najdroższy swój skarb: wolność. Dziki przenosi śmierć nad niewolę. Cywilizowany oddaje dobrowolnie swą swobodę za kawałek chleba smaczniejszego. Rządy, upatrując w tym korzyść podwójną, początkowo tylko dla zysku materialnego, lecz później, co ważniejsze, dla zapewnienia bezwzględnego posłuszeństwa podwładnych zagartywały powoli pod swe skrzydła poczty, telegrafy, koleje, szkoły. Potem stały się i fabryki i kopalnie własnością rządu, a wreszcie wydziedziczono i posiadaczów ziemi. Nie było więc już własności prywatnej w państwie i nastał wiek idealny przez filozofów aryjskich tak upragniony, przez lat tysiąc oczekiwany. Według mniemania Europejczyków dosięgła cywilizacja za panowania Słowian najwyższego szczytu swego. Upojenie nie trwało atoli długo. Wkrótce, już po kilku latach zauważono, że stosunki te nie odpowiadały zupełnie ideałom wymarzonym.
Pojawiła się tyrania, jakiej historia wszystkich wieków poprzednich nie zanotowała na swych kartach. Praca stała się wprawdzie obowiązkiem każdego, ale brakło bodźca do niej, skutkiem czego wnet zakradła się nędza w państwie. Rodzina rozprzęgła się zupełnie, bo nic jej członków nie wiązało z sobą. Demoralizacja, dzikość obyczajów ogarnęła wszystkich. Niezadowolenie, niechęć do rządu, apatia do życia nurtowały tak długo, dokąd się nie objawiły w formalnym buncie. W krwawej rewolucji, w walce wszystkich przeciw wszystkim powstały nowe teorie zbawienia ludzkości. Wkorzeniono w tłum nowe mrzonki i przedstawiano je jako nowy wiek złoty ludzkości. Anarchia bezwzględna, powrót do stanu zupełnej dzikości, bez praw wszelkich, dozoru, rządu, rodziny, zwyczajów i własności. Nawet łączenie się w gromady na wzór zwierząt roślinożernych uważano za krępowanie zbyteczne swobody ludzkiej. Przeto ideał szczęścia upatrywano w życiu drapieżców.
Teorie te zyskały już były wielu zwolenników, bo brakło już siły, która by grozą krwi i kajdan tłumiła myśl zgubną w zarodzie. Tego dokonać może tylko żelazna ręka despotyzmu. Dlaczegóż nie utrzymał się nadal despotyzm u Słowian, kiedy uważasz go za tak zbawienny dla ludów? Bo jest według pojęć filozofów europejskich niesprawiedliwym, a mimo to jedynie odpowiednim dla istnienia narodu. Jak we wszystkich sprawach ludzkich, tak i tu teoria nie zgadza się z praktyką. Społeczeństwo ludzi szczepu aryjskiego zwłaszcza nie da się inaczej kierować, jak tylko bezwzględną wolą jednego, bo oni swymi umysłami filozoficznymi nie mogli się nigdy wznieść do zrozumienia dobra społeczeństwa. Nie umieli swego ja ofiarować dla szczęścia narodu. Pojęli altruizm, ale go w praktyce nie wykonali. Nie byli zdolni do posłuszeństwa, a wymogów, pragnień ich nikt nigdy nie był w stanie zaspokoić. Zdaje mi się, że mylisz się w tym wypadku, bo właśnie wszystkie narody szczepu aryjskiego wyliczają w swej historii mnóstwo takich bohaterów, którzy ofiarowali wszystko, nawet życie, gdy chodziło o zbawienie ojczyzny, zachowanie religii albo zwycięstwo innych idei.
Nie mylę się stanowczo. Wszyscy ich bohaterowie i męczennicy pojawiali się jedynie w czasie wzrostu narodu, a zatem wówczas, gdy naród silnym był fizycznie i moralnie. Potęga wywalczona osłabiała jednak wkrótce charaktery i w tym okresie istnienia narodu nie napotkasz już żadnych bohaterów. Nadto zmniejsza ich zasługę ta okoliczność jeszcze, że w większej części byli to fanatycy, którzy wprawdzie dla idei ginęli, nie rozumiejąc jej jednak dobrze. A cywilizacja Aryjczyków była tak bogatą w idee. Było to też zupełnie prawidłowym, bo panowanie ich przypada właśnie na wiek młodzieńczy ludzkości. Któż zapanował światem po Słowianach? A jutro się dowiesz, bo dziś nadto zmęczeni jesteśmy. Władysław Sadge. Goście z Marsa.
Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:03:04] - Czas na odrobinę niesamowitości, odrobinę spirytyzmu To znaczy, że kolejny odcinek cyklu Bez Tajemnic za chwilę stanie się dźwiękowym faktem. Zapraszam zatem na audycję Piotra Struczyka. Tym razem dalej ciągniemy Q&A. To już chyba siódmy.
[03:03:47] - Witam w nowym odcinku Q&A. Nowe miejsce, nowa lokalizacja, studio nowe, które jest w trakcie organizacji na strychu mojej kamienicy. I też nowy look, ale to tylko dlatego, że czasami statystuję w filmach i ostatnio grałem więźnia obozu koncentracyjnego, ale niestety nic więcej powiedzieć nie mogę. Więc z utęsknieniem czekam, aż fryzura mi troszeczkę odrośnie. A póki co przechodzę do pytań, które mi zadaliście, a których troszeczkę się uzbierało. Więc pytanie pierwsze: panie Piotrze, a co się dzieje z duszą osoby zamordowanej? Jak wygląda jej reinkarnacja? Osoba zamordowana teoretycznie jest ofiarą, więc można by rzec, że taka osoba, taki człowiek nie musi się obawiać żadnego specjalnego traktowania. Jakie prowadził życie, taką będzie miał reinkarnację. Ale jeśli mówimy konkretnie o osobach, które zostały zamordowane, to wiele zależy od tego, jakie emocje towarzyszyły ich śmierci.
Czy na przykład były przepełnione gniewem, czy mają ochotę się mścić. Bo jeżeli morderca, tutaj myślę, że chodzi o zamordowanie, zabicie z premedytacją, ale dajmy na to, że ktoś spowoduje nieszczęśliwy wypadek, ale zamordowany, zabity będzie miał ochotę się mścić, to wtedy rzeczywiście taka osoba zamordowana, pełna negatywnych emocji, sama urządza sobie to piekło, które powinno być teoretycznie zarezerwowane dla osoby mordującej. Więc wiele zależy od emocji, z jakimi rozstaje się człowiek z tym światem. Czy na przykład był bardzo przywiązany do materii, czy na przykład, powtarzam się już troszeczkę, czy ma żal do osoby, która go zamordowała. Ja ten temat troszeczkę rozwinąłem i pokazałem w taki zabawny sposób, tak mi się wydaje, w odcinku pod tytułem „Niemiec”, więc tam możecie sobie obejrzeć i zobaczyć, jakie są mniej więcej te relacje między osobą, która zabiła i osobą, która została zabita i co może takiej osobie później grozić. Więc zachęcam do obejrzenia odcinka pod tytułem „Niemiec”. Kolejne pytanie: czy spowiedź ma sens? Spirytyzm nie uznaje żadnych obrzędów, więc spowiedź jako tako też z punktu widzenia spirytyzmu nie ma większego znaczenia. Dlaczego nie może mieć znaczenia? Ponieważ ksiądz nie może odpuścić nam naszych win.
Ponieważ my te winy z punktu widzenia spirytyzmu musimy odpracować. Więc to nie jest tak, że przyjdzie ksiądz, powie: „Dobra, jesteś bez winy. Tabula rasa. Masz czyste konto”. Nie, my musimy nad tym pracować, ale od tego są także warunki dobrej spowiedzi, czyli żal, postanowienie poprawy i zadośćuczynienie. To są warunki, które są także ważne w spirytyzmie. Czy z punktu widzenia spirytyzmu osoba, która popełniła jakieś wykroczenie, nie chcę tutaj używać specjalnie słowa grzech, ale taka osoba ma możliwość poprawienia się, naprawienia swojej winy, jeżeli żałuje i jeżeli zadośćuczyni i oczywiście będzie miała szczere postanowienie poprawy. Wtedy można powiedzieć, że po spełnieniu tych warunków ten grzech, ta wina niweluje się. W taki też sposób działa prawo karmy, które pozwala nam właśnie te warunki dobrej spowiedzi zrealizować mimo woli. Poza tym, jeśli chodzi o sam ten akt spowiedzi, może mieć takie znaczenie, że człowiek musi się do tej spowiedzi przygotować i musi przemyśleć, zastanowić się nad swoim postępowaniem, zrobić sobie listę swoich przewinień.
I wtedy tak przygotowana spowiedź może pozwolić takiemu człowiekowi na poprawę, poprawienie swojego zachowania względem innych. Ale tak jak powiedziałem na początku, ksiądz nie ma mocy odpuszczania grzechów, przynajmniej według spirytyzmu i wydaje mi się, że właśnie tak to jest. Kolejne pytanie. Czy przez medytację możemy odnaleźć znajomą duszę w jakiejś osobie, duszę z poprzedniej reinkarnacji? Ja myślę, że medytacja w ogóle otwiera przed człowiekiem wiele takich na co dzień zamkniętych drzwi, gdzie człowiek potrafi poprzez medytację zajrzeć w samego siebie, odczytać jakieś zakamarki, zajrzeć w zakamarki własnej duszy. I myślę, że tym sposobem można Że tak powiem, przeczuwać, że na przykład w danej osobie jest jakaś stara dusza, z którą kiedyś się spotkaliśmy. Ale nie jestem przekonany, czy osoba nieposiadająca zdolności medialnych może poprzez samą medytację określić życiorys czy wcześniejszą inkarnację jakiegoś drugiego człowieka. Tak to widzę. Myślę, że jest coś takiego jak intuicja, coś takiego jak przeczucia. Jeżeli człowiek się tą intuicją posługuje na co dzień, to łatwiej trafi na duszę, z którą już kiedyś miał do czynienia we wcześniejszej inkarnacji.
Kolejne pytanie, takie pokrewne. Skoro wcielona dusza nie pamięta swojego poprzedniego życia, to skąd ma wiedzieć, że pokutuje za złe uczynki? Już wspomniałem, że prawo karmy pozwala nam mimo woli odpokutować nasze wcześniejsze przewinienia z poprzednich wcieleń, inkarnacji, więc dusza nie musi tak naprawdę pamiętać, co zrobiła. Po prostu przed naszym wcieleniem dusza planuje sobie życie czy najważniejsze etapy swojego życia i te etapy się realizują. Jeżeli na przykład człowiek popełni samobójstwo, to ten plan życiowy przejdzie na kolejną inkarnację. Ale dusza wcale nie musi wszystkiego szczegółowo pamiętać. Tak jak mówię, jest coś takiego jak intuicja i my poprzez naszą intuicję, jeżeli jej słuchamy, wiemy mniej więcej, czy idziemy w dobrym, czy w złym kierunku. Kolejne pytanie. Czy moment reinkarnacji następuje natychmiastowo, zaraz po śmierci, czy na przykład po jakimś czasie przebywania duszy w zaświatach? To jest kwestia względna.
Informacje, które spirytyści pozyskują z literatury spirytystycznej chociażby, wskazują na to, że dusza nie reinkarnuje się od razu, ale ponieważ na przykład umierając, spotykamy w zaświatach naszych dziadków, naszych rodziców czy na przykład jeszcze osoby, które żyły wcześniej. Czas w zaświatach jest rzeczą względną, więc teoretycznie możemy przenieść się do zaświatów tam, spędzić, dajmy na to w cudzysłowie oczywiście, kilkanaście, może kilkadziesiąt lat i następnie reinkarnować się z powrotem na Ziemi, podczas gdy niewiele upłynie tego czasu ziemskiego. Może upłynąć na przykład kilka dni, kilka miesięcy, może kilka zaledwie lat, podczas gdy duch będzie miał wrażenie, że ten czas w zaświatach rozciągał się znacznie bardziej niż tutaj na Ziemi. Więc wszystko to jest względne. Kolejne pytanie. Są historie o duszach, które w czyimś śnie przychodzą i proszą o modlitwę za nie, aby mogły wyjść z czyśćca i pójść do nieba. Czy istnieje piekielna, wieczna kara dla ludobójców, takich jak na przykład naziści? Nie. Nie ma wiecznej kary. Każdy ma możliwość odpracowania, odpokutowania, odkupienia swoich win.
Dusze przychodzą i proszą o modlitwę, ale jeżeli chcą wyjść z czyśćca, czyli chcą, żeby ta modlitwa im ulżyła w cierpieniu. I to jest fakt, że osoby modlące się mogą pomóc przejść te katusze, które one przeżywają. Na przykład jakieś rozterki w zaświatach, jakieś wyrzuty sumienia bądź próbują zrozumieć, na czym polegał ich błąd. Czy na przykład ateiści, którzy znajdują się nagle po śmierci w zaświatach, nie wiedzą, co się dzieje. Oni też mogą w którymś momencie przyjść i prosić o modlitwę, żeby tą modlitwą ich wesprzeć. Generalnie można by takich przykładów szukać. I wtedy takie dusze rzeczywiście mogą mówić o czyśćcu na przykład i żeby pójść do nieba. Czyli niebo to jest ten spokój, który dusza osiąga w momencie, kiedy już uporała się z tymi wszystkimi swoimi problemami. Kolejne pytanie. Skoro według spirytyzmu Bóg istnieje, to jak wygląda istnienie szatana i demonów, które w sytuacjach egzorcyzmów potrafią ujawnić swoje imiona?
Ja już mówiłem w wielu odcinkach, że coś takiego jak demon nie istnieje. To znaczy są duchy, które są bardzo złe bądź nisko rozwinięte i one rzeczywiście mogą zasługiwać na miano demona, ale określenie demon już tworzy pewną charakterystykę ducha. Żaden duch nie jest skazany na wieczne zło. Natomiast jeśli chodzi o szatana, to taki duch jak szatan też nie istnieje, aczkolwiek należy domniemywać, że gdzieś tam jest duch, który jest tak niewyobrażalnie zły, że mógłby być tym szatanem. Jest to duch, który jest najniżej w hierarchii spośród wszystkich duchów, jest najgorszy. I pytanie tylko, czy tak zły duch, o jakim mówimy, miałby dostęp do naszego świata znajdującego się na naszym poziomie energetycznym? Więc to jest pytanie do kolejnych rozważań i do tematu dotyczącego wielości światów, o których też już wielokrotnie na moim kanale wspominałem. Kolejne pytanie: czy medium mogłoby wykryć ducha zmarłej osoby w jakiejś żyjącej osobie na odległość, czy raczej nie byłoby to możliwe? Też już o tym mówiłem. Medium może skontaktować się z duchem osoby żyjącej, jeżeli ta osoba na przykład śpi.
I wtedy rzeczywiście taki duch teoretycznie mógłby podać informacje o swojej wcześniejszej inkarnacji, kim był, co robił, kogo znał. Więc teoretycznie to jest możliwe. Czy media to robią? Nie wiem. Spirytystom za czasów Allana Kardeca przynajmniej raz to się udało, więc czemu by nie? Kolejne pytanie: czy są jakieś pułapki spirytyzmu, na przykład nieskończona ilość wcieleń i tożsamości dla pojedynczego ducha? A gdzie jest początek i koniec? Czy jest śmierć duszy? Pułapki spirytyzmu. Nieskończona ilość wcieleń.
Trudno powiedzieć, ile tych wcieleń dokładnie jest. Duchy czyste przestają się inkarnować w którymś momencie, ale nam do tych duchów czystych jest bardzo daleko. Gdzie jest początek? Początek jest w momencie, kiedy Bóg stworzy duszę i ta dusza jest taką tabulą rasa, jak to się mówi. I ta dusza po prostu przez szereg kolejnych reinkarnacji zdobywa doświadczenia. To jest początek. Gdzie jest koniec? Końca nie ma. Mówi się, że dusza jest nieśmiertelna i taką informację również podają duchy. Czy istnieje śmierć duszy?
Nie, śmierć duszy nie istnieje, chociaż niektórzy ezoterycy mówią, że dusze skrajnie niepokorne względem Boga zasługują na śmierć i Bóg tak jakby je resetuje, resetuje im pamięć. Ale spirytyzm o czymś takim nie mówi i ja osobiście nie sądzę, aby taka rzecz miała miejsce. Czy ateizm lub agnostycyzm z punktu widzenia duchów i spirytyzmu jest negatywny? Ja już chyba wspomniałem w odcinku dzisiejszym, że ateiści, którzy trafiają w zaświaty, są zagubieni. Nawet już kiedyś też pojawił się taki odcinek na moim kanale. I to jest taka pułapka tego ateizmu, że po prostu duchy później nie wiedzą, co się dzieje dalej. Tak samo wszelkiego rodzaju religie narzucają już ludziom jakiś sposób myślenia o zaświatach i te duchy mogą później w tych zaświatach, po swojej śmierci ciała cielesnego, ciała materialnego, mogą się czuć zagubione bądź kreować sobie jakąś swoją duchową rzeczywistość i przez jakiś czas w tej rzeczywistości tkwić. Ale ten stan nie jest permanentny i duchy prędzej czy później trafiają do tego, że tak powiem, czystego świata duchowego, który nie jest nacechowany żadnymi, że tak powiem, religijnymi jakimiś naleciałościami, ideami. Ciąg dalszy tego samego pytania. Aha, dobra, to ja troszeczkę streszczę pytanie.
Czy takie rzeczy jak na przykład heavy metal czy jakieś satanistyczne obrzędy, czy na przykład malarstwo Beksińskich, o tak oto ono wygląda, czy to ma wpływ, czy to ma jakieś znaczenie? Czy to ma wpływ na ludzi, na duszę? Ja bym powiedział, że raczej tego rodzaju sztuka, artyzm, tak to ujmę, jest odzwierciedleniem tego, co siedzi w duszy artysty i to raczej należałoby w ten sposób na to spoglądać. Więc rzeczywiście ktoś, kto tworzy tego rodzaju sztukę, tego rodzaju muzykę, może być gdzieś tam w środku troszeczkę tak duchowo, emocjonalnie zaburzony. Natomiast czy taka sztuka działa na innych? To wszystko zależy od tego, jakie emocje dana sztuka budzi. Jeżeli takie malarstwo na przykład budzi negatywne emocje, to chyba nie jest to nic pozytywnego z punktu widzenia duchowego. To tak krótko. Dalej. Aha, wiem, że nigdy więcej nie inkarnuję się na Ziemi.
To było takie pytanie. Chyba chodziło o to, żebym potwierdził bądź zanegował taką tezę. Na Ziemi na pewno znajdują się ludzie i duchy reinkarnujące się w ludzkich ciałach, które z pewnością w kolejnym wcieleniu się nie reinkarnują na Ziemi. Ale ja myślę, że procent ludzkości w takiej sytuacji jest bardzo znikomy. Ja na przykład sam o sobie z pewnością nie powiedziałbym, że na pewno w kolejnym wcieleniu nie odrodzę się na Ziemi. Myślę, że przede mną jeszcze dużo ziemskich wcieleń i generalnie sugeruję, aby podchodzić do tego rodzaju myśli z dużym dystansem, z dużą rozwagą, ponieważ wydaje mi się, że osoby, które rzeczywiście nie reinkarnują się po raz kolejny na Ziemi w kolejnym wcieleniu, są to osoby, które są bardzo uduchowione i które prawdopodobnie same o sobie nie pomyślałyby czegoś takiego. Czyli być może uważają się za jeszcze w pełni niedoskonałe, gdzie w rzeczywistości, w kategoriach ziemskich ich doskonałość może być już na tyle wysoka, że wcielą się w świecie bardziej eterycznym, bardziej doskonałym. Kolejne pytanie Panie Piotrze, gdzie w takim razie jest nasz duch opiekun w momencie, gdy popełniamy grzech? Czy stoi obok i bezczynnie się przygląda? Gdyby odciągał nas od złych zamiarów, to na świecie nie byłoby tyle krzywdy i wiele spraw byłoby prostszych.
Oczywiście łatwo jest winę za nasze przewinienia zrzucić na innych, ale prawda jest taka, że gdy duch opiekun próbuje nas odciągnąć od jakiegoś złego uczynku, a my go nie słuchamy, to jest to nasza wina tak naprawdę. To my mamy obowiązek kontrolowania się i nie możemy winy za nasze przewinienia zwalać na naszego ducha opiekuna. On tu jest, on może nam podpowiedzieć, ale on nie ponosi konsekwencji. On nie ma winy w tym, że my jesteśmy grzeszni. Więc tutaj trzeba troszeczkę inaczej spojrzeć na tę kwestię. Nie obwiniać innych za nasze słabe strony, tylko raczej warto się zastanowić, dlaczego zachowaliśmy się w taki, a nie inny sposób. Kolejne pytanie. Jeszcze jedno pytanie: jak się ma do spirytyzmu prawo przyciągania, wizualizacje, afirmacje i tym podobne? Bo mówił pan, że właśnie dusza może wybrać, że chce żyć w biedzie, a mówi się, że poprzez wizualizacje, afirmacje jesteśmy w stanie przyciągnąć na przykład właśnie bogactwo. To jest bardzo fajne pytanie.
Tak, duch wybiera sobie scenariusz swojej inkarnacji i jeżeli na przykład uznaje, że ma potrzebę żyć w biedzie, to reinkarnuje się w takich okolicznościach, w których nigdy nie dorobi się pieniędzy i całe życie będzie ciułał, a bieda będzie aż piszczeć i żadna wizualizacja nie sprawi, że stanie się bogaty. W takim razie dlaczego mówi się o tych wizualizacjach? Człowiek, bez względu na to, jakie sobie wybrał życie, powinien czerpać z tego życia pełnymi garściami. Jeżeli człowiek będzie wierzył w to, że mu się uda osiągnąć cel, nawet jeżeli ten cel jest mu niepisany, to on będzie starał się całymi swoimi siłami osiągnąć jakiś zamierzony cel. Będzie walczył, będzie prowadził walkę dnia codziennego i taka osoba będzie w stanie w pełni wykorzystać swój żywot, swoją inkarnację. Natomiast gdybyśmy od razu z góry założyli, że przecież w końcu bogactwo nie jest mi pisane, że przecież i tak mi się nic nie uda, to taka osoba będzie flegmatyczna, będzie zniechęcona, będzie depresyjna, nie będzie chciała nawet ruszyć się z łóżka, żeby cokolwiek zrobić ze swoim życiem. A przecież nie wiemy, czy na przykład naszym celem życiowym nie jest właśnie dorobienie się tego wielkiego bogactwa poprzez własną ciężką pracę. Może nie chodzi o to, że ktoś musi od razu wygrać w Totolotka. Może po prostu rodzi się w biedzie i dochodzi do wielkiego bogactwa poprzez ciężką pracę po to właśnie, żeby nauczyć się, że ciężka praca przynosi efekty, a następnie będzie musiała taka osoba tym bogactwem się dzielić z innymi. I na tym może polegać życiowa praca tego ducha inkarnującego się, który narodził się w biedzie.
Przecież widzimy przykłady aktorów, którzy urodzili się w biednych rodzinach, ale poprzez swoją pracę, swój talent, jakieś szczęśliwe zbiegi okoliczności po prostu udało im się dojść do wielkiej fortuny, osiągnąć wielki sukces. Więc ta afirmacja pozwala nam się zmotywować, ale to wcale nie oznacza, że na pewno osiągniemy bogactwo. Kolejne pytanie. Proszę powiedzieć, miałem w tym roku pogrzeb teściowej, papier toaletowy rozwalony w łazience, butelka na oknie zaczęła się ruszać. Gdy mówiłem „przestań”, automatycznie przestało. Mam wrażenie, że czasami ktoś za mną podąża i tym podobne. Czy to mogła być teściowa? Często bardzo mi się śni. Modlę się cały czas. Owszem, to mogła być teściowa.
Wanda Prątnicka w swoich książkach, szczególnie książka „Opętani przez duchy” jeśli dobrze pamiętam, opisuje wiele takich przypadków. Warto po tę książkę sięgnąć. Być może tak. Jeżeli to jest teściowa, być może prosi o modlitwę. Jeżeli dochodzi do jakichś zjawisk spirytystycznych, czyli jakieś przesunięcia przedmiotów i tak dalej, to oznacza, że gdzieś w pobliżu znajduje się osoba ze zdolnościami mediumicznymi. Być może ten duch prosi o pomoc, być może próbuje zwrócić na siebie uwagę, więc jedyne, co możemy zrobić w takiej sytuacji, to modlić się. Modlić się, ewentualnie prosić o kontakt takiego ducha, który wtedy przychodzi we śnie i ewentualnie może nam przekazać jakąś swoją potrzebę. Wtedy to odbywa się wszystko na takim etapie bardziej intuicyjnym, jeżeli człowiek nie jest medium. Natomiast jeżeli posiada zdolności medialne, to też ten kontakt może stać się bardziej konkretny, że tak powiem, ale w takiej sytuacji niczego nie można wykluczyć. Chciałbym też przy tej okazji uczulić na tego rodzaju sytuacje, gdzie osoby, które kogoś straciły bliskiego, nagle zaczynają zauważać wokół siebie pełno zjawisk spirytystycznych, ale chciałbym podkreślić, że bez medium do takich zjawisk nie dochodzi.
Więc jeżeli przed śmiercią danej bliskiej osoby nie zauważyliśmy u siebie, na przestrzeni całego życia, zdolności medialnych, to też jest mało prawdopodobne, że te zdolności nagle obudziły się w chwili, gdy- Ktoś bliski nam zmarł. Oczywiście teoretycznie jest to możliwe, ale raczej mało prawdopodobne, więc nie dorabiajmy do wszystkich zjawisk jakiejś ideologii duchowej. Nie w każdej sytuacji, gdzie coś dziwnego się dzieje, swoje eteryczne palce macza jakiś duch. Szukajmy raczej rozwiązań przyziemnych, fizycznych. Na pewno częściej znajdziemy odpowiedź na nasze pytania niż doszukując się duchów i tak dalej, czy aktywności duchów. Kolejne pytanie, ostatnie. Co dzieje się z zapłodnionym jajeczkiem w probówkach, które nieraz lata mogą czekać? Dobra, okej. To ja streszczam to pytanie. To pytanie jest bardzo długie.
Chodzi o in vitro. Osoba, która zadała to pytanie, pyta, jak to jest, że te duchy są w tych komórkach jajowych zamrożone i te duchy są tak jakby zablokowane. Ja ten temat już poruszyłem w mojej książce i ten temat jest także poruszony już na moim kanale, więc ja odpowiem tylko bardzo krótko. Proszę sobie odszukać film, który rozwija ten wątek. Bóg nie robi niczego niepotrzebnego. Żadna akcja Boga nie jest bezużyteczna, więc jeżeli wiadomo tam u góry w momencie, gdy wiedzą, że z danej komórki jajowej nigdy nie wykluje się człowiek, to też taki duch nie jest do takiej komórki jajowej uwiązany. To po prostu byłoby bez sensu. A nawet jeżeli lekarz później weźmie taką komórkę jajową i wszczepi kobiecie, to też do niczego nie dojdzie. Po prostu nie będzie z tego człowieka, krótko mówiąc. Nie zakładajmy, że jesteśmy mądrzejsi od Boga.
Jeżeli coś nie ma sensu, to po prostu to się nie stanie i tyle. Więcej, tak jak powiedziałem, poszukajcie sobie na moim kanale. Tam jest odpowiedź na to pytanie. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:30:31] - To teraz proponuję wrócić jeszcze do Marsjan, do Marsa i do tego dziwnego ustroju, tego dziwnego świata, który zaczyna nam się objawiać w tej książce. Cóż, Władysław Stake. „Goście z Marsa”. Księga druga, rozdział piąty.
[03:30:57] - Władysław Statke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:31:19] - Podczas gdy rasa kaukaska dzierżyła berło, Mars przebiegł już wiek młodzieńczy i stał się już dojrzałą planetą. Odpowiednio do tego stanu musiała się zmienić ludzkość, bo warunki były już inne jak poprzednio. Rozumie się samo przez się, iż rośliny i zwierzęta również uległy radykalnej, choć powolnej zmianie. Dla dojrzałej planety, która już oszczędniej wydziela z siebie owoce i nie marnotrawi swych zasobów sił jak w wieku dziecinnym i młodzieńczym, była rasa kaukaska nieodpowiednią. Ona wymagała już ludzi dojrzałych, praktycznych, zadowalających się mniejszą ilością pokarmu, a mimo to wykonujących ściśle przykazania przyrody. Jakież to przykazanie? Przyroda, o ile dotąd można było z jej czynności wywnioskować, kieruje się jednym tylko przykazaniem: utrzymaniem gatunków najodpowiedniejszych. Przejrzyj tryb życia roślin i zwierząt. Wszędzie spostrzeżesz tę jedyną dążność przyrody. Nie zważa ona na jednostki i ich cierpienia.
Troszczy się jednak o tyle tylko o nie, by zabezpieczyły życie potomstwu. Celem istnienia stworzeń nie jest ich życie własne, ale tworzenie nowego życia tego samego gatunku. Jednostka wykonawszy ten cel może i powinna zaginąć, skoro byt potomstwa jest zabezpieczony. Wszystkie urządzenia w przyrodzie dążą do tego celu. Niższe twory wydają na świat tysiące i miliony jednostek, byle w walce o byt kilka ich tylko doszło do ich wieku dojrzałego. Wyższe stwarzają po kilka lub tylko po jednemu. Natomiast jednak rodzicom przykazano życie dłuższe celem zabezpieczenia bytu i pielęgnowania młodych aż do czasu, odkąd już samoistnie dalej rozwijać się mogą. Dla zabezpieczenia też tylko bytu posiadają niektóre stworzenia dążność do łączenia się w gromady i w trzody. Inne znowu mają osobne przyrządy do przechowania młodych i do ich karmienia. Wszystko więc, nawet życie samo służy do obdarzenia życiem nowych istot tego samego gatunku.
Tego przykazania nie umiała rasa kaukaska w całej rozciągłości wykonać i dać wolne miejsce rasie innej, doskonalszej pod tym względem. Wszystkie trzy szczepy rasy kaukaskiej były nadto lekkomyślne, młodzieńcze, aby mogły się nadal przy panowaniu utrzymać. Wszystkie ich zasady sprzeciwiały się temu głównemu przykazaniu przyrody. Ich płodność naturalną powstrzymywały religia, ekonomia, filozofia, sztuki i nauki, stosunki społeczne. W ogóle wszystko, czym się kierowały w czasach swej przewagi.
[03:33:57] - Każda jednostka u nich żyła więcej dla siebie niż dla potomstwa. Nie umieli wznieść się do miłości gatunku i w najwyższym swym rozwoju doszli zaledwie do objęcia narodu tem uczuciem. Wprawdzie w ostatnich wiekach ich panowania, a zwłaszcza w czasach hegemonii Słowian, miłość ich przekroczyła już ciasne granice patriotyzmu i oparła się już była nawet o najdalsze granice plemienia, ale poza to wznieść się nie zdołali. Mimo to jednak zaludnili całą Europę i wtargnęli do innych części świata, wytępiając autochtonów. Grozili nawet przez lat kilkaset Mongołom w Chinach i Japonii. Jak widać, nie ująłeś dotychczasowej historii Europejczyków i Azjatów. Uważaj zatem! O Chamitach nie ma właściwie co wspominać, bo ci nie panowali nad światem, mimo że Egipcjanie pod względem cywilizacji wznieśli się nader wysoko, a właściwie najwyżej. Semitów mogli Fenicjanie zawładnąć starym kontynentem, ale wady rasy kaukaskiej występujące u nich w spotęgowanym stopniu nie dozwoliły ich rozszerzać i utrwalić swych kolonii. Zakładali osady na wszystkich miejscach nadbrzeżnych ówczesnego świata, ale one nie przetrwały upadku ojczystego kraju.
Ze Semitów w ogóle najdłużej jeszcze utrzymali się Izraelici, a zawdzięczać to mają dwom zaletom swoim, zgodnym z przyrodą: utrzymaniu rodziny i umiarkowaniu swemu. Ale wady ich natomiast były tak wielkie i tak liczne, że nie byli przeznaczeni do zapanowania nad innymi ludami. Z Aryjczyków Rzymianie podbili świat cały, ale nigdzie się nie utrzymali. Podboje ich bowiem nie pochodziły z wewnętrznej potrzeby narodu, ale raczej z buty, ze zbytku sił młodzieńczych. Kraje podbite utrzymywali w zależności od siebie, ale nie starali się zaludnić tymi obywatelami, bo tych nie mieli do zbytku. Zresztą Rzymianie, jak poprzód Grecy, wynaradawiali się szybko pod wpływem autochtonów, bo charakter ich, jak wszystkich ludów rasy kaukaskiej, nie był stałym, trwałym, ale zmiennym, uległym wszelkim najdrobniejszym nawet zmianom warunków. Podobnie zachowują się i inni Aryjczycy w krajach zabranych. Zatracają powoli pod wpływem innych ras i ludów swą cechę i przekształcają się w jakiś lud mieszany albo giną zupełnie po kilku wiekach, pozostawiając zaledwie ślad swego istnienia w języku potomków i niektórych zwyczajach. Po osadach Fenicjan, Greków, Kartagińczyków zaledwie wspomnienie pozostało w historii. Po Wandalach i Gotach i śladu nie znajdziesz w Hiszpanii i Afryce.
Po Maurach napotkasz martwe tylko rzeźby i budowle. Po kilku już wiekach nastąpiła zupełna zagłada nawet pamięci o ludach tak niegdyś potężnych. Zważ nadto, jak liczne i obszerne pozakładali osady Romani po wszystkich częściach świata. A gdzież się one podziały? Portugalczycy w walce z Hiszpanami potracili prawie wszystko w Azji i Afryce, a ich kolonie amerykańskie oddzieliły się od kraju ojczystego i stanowią osobne kraje, aby term łatwiej zaginąć. To samo stało się już w XIX wieku z Hiszpanami. Oba narody, niegdyś wszechpotężne na oceanach, po tem zapanowania Germanów nie były zdolne utrzymać nawet poszczególnych miast własnych w innych częściach świata. U nas przed wiekami już to samo stało się z Francuzami, Niemcami i Anglikami. Chociaż na ziemi osady ich istnieją jeszcze w pełnym rozkwicie. Kilkaset lat starczyło, aby z tych olbrzymich kolonii we wszystkich częściach świata zniknęło nawet wspomnienie.
To samo spotkało i Słowian po dziesięciu wiekach. Dziś na Marsie mógłbyś napotkać tych niegdyś dumnych, zarozumiałych, pewnych siebie władców jako niedołężnych, skarłowaciałych, idiotycznych ludzi, którzy zatracili wszelką pamięć nawet o swej przeszłej wielkości. Czy ludy rasy kaukaskiej nie mogły się przystosować do nowych warunków? Wszak dziś zdołają istnieć tak pod słońcem równikowym, jak wśród wiecznych śniegów i lodów biegunowych. Nie słońce ich zabiło, ale ich niepraktyczność, ich filozofia, których przy zmianie warunków bytu nie zdołali równocześnie i odpowiednio przekształcić, bo weszły w ich krew i kości. Stały się nierozłączną cechą ich istnienia. Chamita, Semita, a najbardziej już Aryjczyk przychodził na świat niedołężnym, bo w czasie rozkwitu cywilizacji rodzice jego skutkiem demoralizacji, jakotoż natężenia umysłowego, byli sami słabi już fizycznie. Dalsze wychowanie, zwłaszcza zbytnia troska rodziców o zdrowie dziecięcia, a nadto przeciążenie umysłowe w naukach osłabiało go tylko bardziej jeszcze pod względem fizycznym i moralnym. Nauka ta jednak była konieczną, bo społeczeństwo tak było już urządzone nędznie, że walka o byt toczyła się na polu rzekomo umysłowym, mówisz? Czy nie uznajesz doniosłości i potęgi nauki ówczesnej?
Czy właśnie nie tą bronią zawładnęli całym światem? Dziecinnym jesteś i myślisz jak Aryjczyk. Wykażę ci wnet potem całą nędzotę ich wiedzy. Raczej waszej, bo ty jako Japończyk przejąłeś się zupełnie ich zasadami i ich nauką. Młodzieniec więc obarczony umysłowo ogromną ilością wiedzy niepraktycznej występował do walki ze światem, nie nauczywszy się jednak poprzód walczyć o byt potomstwa swego, co powinno być jego pierwszym i jedynym celem życia. On występował do walki tylko swą wygodę osobistą, o jak największe rozkosze życia. Gorzej jeszcze wychowywano kobiety, bo kształcono je jedynie jako towar do zbycia. Od lat najmłodszych przyuczano je do udawania, do blagi, do starannego ukrywania wad, a do ukazywania zalet nieposiadanych. Kobieta rasy kaukaskiej była to wielka zagadka, bo wątpić musiałeś nawet często, czy ciało jej było ciałem istotnie. Dziwni to ludzie ci Aryjczycy.
Dziwni to ludzie ci Aryjczycy swoją cywilizacją narzucają ją gwałtem ludom innym. Umieją zabłysnąć rozumem, ale utrwalić się nie zdołają. Ich postępowanie z kobietami. Oddają, bo muszą im oddać z braku czasu cały zarząd domem i wychowanie dzieci. A jednak nie przyuczają ich do tej czynności, zapominając, że dom rodzicielski jest najważniejszym czynnikiem w wychowaniu Że matka jest główną nauczycielką swych dzieci, że ona wzorem dla ich przyszłego postępowania. Tymczasem gospodynie nauczycielkę wzór ten pojął jedynie morałami o cnocie, skromności, posłuszeństwie. Nie rozwijają ich umysłu naukami realnymi, ale wrodzoną im fantazję rozbudzają estetyką, literaturą, muzyką i wytwarzają w ten sposób nerwowo rozdrażnione, wietrzne, kłamliwe, podstępne, lubujące się w błyskotkach i w bladze istoty. Czy podobne matki mogą wychować zdrowe, silne ciałem i duchem, rozumne i prawdomówne potomstwo? Czy dzieci podobnych matek mogą stać się energicznymi i utrzymać naród na wysokości doprowadzonej przez ich ojców? Nie dziw też, że cywilizowane narody aryjskie po pewnym czasie upaść musiały, bo ich cywilizacja ograniczała się jedynie na pewnej kaście i to mężczyzn wyłącznie, a nie stała się udziałem ogółu.
Chcąc, by ogół był cywilizowanym, musi się oświecać lud cały, a chcąc umysły ludów wznieść ponad zwykły poziom, trzeba najpierw kształcić kobiety, które odpowiednio wychowywać będą swe dzieci. Oświata kobiet jest podstawą i miarą cywilizacji. Z niej wypływa dobrobyt rodziny i kraju. W niej spoczywa bogactwo i potęga narodu. Podczas gdy oświata ograniczona jedynie na pewnej warstwie mężczyzn jest tylko blichtrem, fałszywym połyskiem. Gdy kobieta jest wykształconą, przez nią oświata dostanie się w najgłębsze warstwy narodu, przesiąknie wszystkie umysły i w nich się utrwali. Podczas gdy oświata mężczyzn nigdy nie zagłębi się w niższe warstwy, lecz pływa po wierzchu brudu i zgnilizny. Do zrozumienia atoli prawd powyższych nie doszły nigdy narody aryjskie. Przeciwnie, każdą dążność w tym kierunku tłumiły w zarodku wszelkimi siłami. Aryjczycy uważali kobietę jedynie jako przedmiot rozkoszy i dostarczycielkę wygody.
Odmawiali jej nawet duszy, zdolności i uczucia głębszego. Zapatrywali się na nią jak na dziecię nieletnie i niedołężne, mimo że wszystko jej zawdzięczali: swych bohaterów, swych geniuszów i mędrców, swe szczęście całe. Gdyby byli zdolni do uznania w kobiecie choćby równą sobie istotę, byliby po koniec istnienia ludzkości przewodzili ziemi. Ale pogarda dla nich zemściła się okrutnie, by jej to zawdzięczyć głównie muszą swój tak rychły, bo jej to zawdzięczyć głównie muszą swój tak rychły, a bezpowrotny upadek. I w tym wypadku charakter Aryjczyków chętny do panowania bezwzględnego nad innymi ich zgubił, bo ta własność uczyniła ich kobiety niewolnicami. Rozumie się też samo przez się, że podobni mężczyźni i podobne kobiety nie umiały, nie były nawet zdolne do utrwalenia rodziny. Rodzina ich też ta główna podstawa każdego społeczeństwa okazywała się tylko we wspólnym imieniu, którego nieskazitelności broniono krwią i życiem. Ale o tyle tylko, aby o czynie hańbiącym rodzinę świat się nie dowiedział. Gdy była pewność ukrycia, popełniano z lekkim sercem najokropniejsze zbrodnie. Oprócz honoru imienia nie łączyło rodziny prawie nic więcej, bo troską o pożywienie tylko obarczał siebie pan domu.
Resztę całego ciężaru składał na głowę żony. Co za ironia! Mężczyzna wykształcony poruczał cały zarząd domu i wychowanie swych dzieci istocie, której wykształceniu sprzeciwiał się stanowczo. I cóż było wynikiem tego stosunku? Oto wydawano na dom tyle, iżby za to można było utrzymać podwójną liczbę ludzi, a dzieci stadła tego stawały się istotami zdenerwowanymi, słabymi, niedołężnymi, bez najmniejszego wykształcenia praktycznego. Oprócz tego istniało błędne mniemanie, iż trzeba się strzec wielkiej ilości potomstwa, bo nie rozumiano doniosłości dla istnienia narodu właśnie w pomnażaniu ludności. Fałszywe to pojęcie w tym kierunku wypływało z egoizmu rodziców, którzy pragnęli tylko sami używać użycia, a nie chcieli ograniczać swych potrzeb dla dzieci. Ta okoliczność wraz z demoralizacją i przesytem naukowym sprawiła, iż każdy naród doszedłszy do szczytu cywilizacji zmniejszał się ilościowo, a tym samym nie mógł swym obywatelami zaludnić kolonii. Co gorsze jeszcze, iż musiał zezwolić na napływ cudzoziemców do swego własnego kraju. Osady ich też zamorskie łączyła z nim nie krew i przywiązanie, ale władza tylko.
Nie wspólność dążeń, ale obawa przed przemocą, bo ludność składała się przeważnie z autochtonów. W razie upadku ojczyzny tubylcy łatwo wywalczali sobie wolność u garstki osadników rozpanoszonych, zniewieściałych, a nie popartych przez zwyciężoną ojczyznę. Jak miecz Damoklesa wisiała zawsze nad nimi groźba przeludnienia, o której prawili wszyscy, choć mało kto ją rozumiał. Był to postrach na wróble. Bajka dla dzieci. Wprawdzie większa ludność potrzebuje więcej pokarmu, ale tam, gdzie ludzie mało wymagają, człowiek zawsze więcej przysporzy pokarmu, niż go spożyje. Gdyby tylko ci wielcy filozofowie raczyli zwrócić wzrok swój na Chiny w XIX wieku, byliby się przekonali, że tu jeden kilometr kwadratowy żywi stu, a nawet dwustu ludzi, podczas gdy w Europie tylko trzydziestu siedmiu, to jest trzecią część. Gdzież tu mowa być mogła o przeludnieniu, zwłaszcza przy tak zachwalanej nauce i wiedzy? Cóż to za umiejętności, które zaledwie zdołałyby zabezpieczyć byt trzydziestu siedmiu ludziom na jeden kilometr kwadratowy? Co warte byłyby te wszystkie nauki?
Co one wam dają? Czym się chlubicie? Taka garstka Europejczyków żyła na tak ogromnych przestrzeniach i drżeli przed zmorą duszącą ich we śnie i na jawie. Wszak ani Japończycy, ani Chińczycy nie włożyli tyle życia, tyle zdrowia, tyle mienia na nauki zdołali utrzymać trzykroć i sześciokroć większą ludność. Zresztą czy to życiem nazwać można? Gdzie nadto z pewnością połowa żyła w najokropniejszej nędzy, umierała powoli przez lat kilkadziesiąt. To skutki tej wielkiej nauki, że jeden spożywa za dziesięciu, a nawet za stu innych, że na jednego musi stu innych pracować, że jeden ginie na zbytku rozkoszy, a dziewięćdziesięciu dziewięciu dla braku najniezbędniejszych potrzeb. To skutki waszej nauki, że okazaliście biednym, głodnym wszystkie zbytki, uciechy, rozkosze zamożnych, żeście w nich podniecili żądze i namiętności, żeście obudzili w nich pragnienia, których zaspokoić nie możecie. I cóż dziwnego, że on niezadowoliony z życia staje się pesymistą, wrogiem waszym, który zaledwie uspokoi się chwilowo, brocząc we krwi i wzniecając pożogi, niszcząc ostatnie szczątki waszej cywilizacji, źródło wszelkiego nieszczęścia jego Lecz wasza nauka unieszczęśliwiała nie tylko biednych, ale zamożnych także i samych uczonych nawet, bo wyście niczym nie byli nasyceni. Oprócz zaspokojenia głodu aż do obrzydzenia, pragnienia aż do wstrętu, namiętności aż do zupełnego osłabienia, rozkoszy aż do samobójstwa i szaleństwa z przesytu, wyście stworzyli nadto żądzę sławy, znaczenia, odszczególnienia i władzy.
U was pragnienia, żądze rosły w miarę ich osiągnięcia. A to są wszystko skutki waszej tak uwielbianej nauki, tak zachwalanej wiedzy. I czegóż tam nie uczono? Martwych i obcych języków, historii, poezji, retoryki, filozofii, rachunków zawiłych, śpiewu, malarstwa, rzeźbiarstwa. Co za ludzie niepraktyczni! Zajmowali życie całe zabawkami, mrzonkami, podczas gdy obok nich ginęli inni tysiącami, którzy krwawą pracą rąk swych musieli na te zabawki pętkliku, zamiast włożyć swą pracę na zaspokojenie głodu innych milionów. Tak jest urządzone wasze społeczeństwo. To są skutki waszej filozofii. Myślicie, że może wasze nauki realnie korzystniejszy wpływ wywarły na społeczeństwo? Astronomia zdarła wszystko z oczu waszych, a w zamian dała nieskończoność, wieczność, ogrom, których nikt niezdolny był pojąć.
Szczęściem całym jeszcze, iż nie mogła dotrzeć do warstw najniższych, bo byłaby wszystkich przytłoczyła niepojętnością swoją. Na odwrót znowu wasze mikroskopy odkryły świat stworzeń drobnych, które również mąciły wasze umysły. Makrokosmos i mikrokosmos były za wysokie dla waszego mózgu i pochwyciły tak silne objęcia, iż dusiły jak zmora, iż sobie dać rady z nimi nie mogliście. Do podobnej wiedzy trzeba silnych, wypróbowanych umysłów walce o byt, a wyście byli na to za młodzi. Wyczerpaliście na to za wcześnie wasze siły umysłowe. A z chemii, fizyki, z nauk przyrodniczych, tych nauk, tych potrzebnych walce o byt, tak odpowiednich dla ludów młodzieńczych, chcących sobie zabezpieczyć starość. Coście wynieśli? Uczyniliście je dostępnymi dla garstki ludzi, którzy je wyzyskiwali. Dosiadali tę wiedzę w takim jak wy stopniu, byliby zapewnili byt tysiącu ludziom na jeden kilometr kwadratowy, jeśli bez tej wiadomości zdołali utrzymać stu do dwustu na tej przestrzeni. Cóż z waszej nauki?
Jesteście w ogóle za młodzi, choć zdolni, niepraktyczni, bo zbyt idealni. Czy mam ci jeszcze więcej mówić o waszych niedorzecznościach na każdym kroku popełnianych? A, hołbicie się sprawiedliwością! A jak ona wygląda w rzeczywistości? Fałszujecie historię, byle tylko obrzydzić waszych wrogów. Zabijacie mordercę, wysławiacie wodza, który w jednej bitwie kładzie trupem kilkudziesięciu tysięcy nieprzyjaciół. Karzecie złodziei, oszustów, a rabujecie bezkarnie całe kraje i części świata, wytępiając autochtonów. Szanujecie matki, kobiety, a zaprzeczacie im nawet prawo do bytu, czyniąc je zupełnie zależnymi od mężczyzny, zezwalając im na uczucie miłości tylko pod pewnymi warunkami, karząc strasznie słabą, uwiedzioną, puszczając bezkarnie uwodziciela. Wszak u was, w najbardziej oświeconych narodach składano wszelką winę na kobietę za zbrodnię przez mężczyzn popełnioną. Do jutra nie skończyłbym wyliczania tych zbrodni okropnych, jakich dopuszczacie się pod płaszczykiem sprawiedliwości.
A wasza moralność osławiona. W imieniu jej tysiące kobiet ginie w cierpieniach i boleściach, w domach dla obłąkanych lub żyje w najokropniejszej pogardzie. W jej imieniu żyje miliony w nędzy, w głodzie, wije się w rozpaczy, w jej więzach, choć zbytek innych olśniewa im oczy. W jej wreszcie imieniu przepełniacie wasze więzienia i wiedziecie setki na rusztowanie. Jak w rękach dziecka każdy przedmiot jest dla nie bezpiecznym, bo może się nim uszkodzić. Tak w charakterze rasy kaukaskiej nawet zalet stał się powodem jej zguby. Taka rasa dłużej istnieć nie mogła i musiała upaść, skoro miara jej błędów się przepełniła, kiedy warunki istnienia się zmieniły. Uczucia miała wiele, nadto wiele, rozumu za mało. Stąd wieczna u nich walka między uczuciem a rozumem. Stąd ustawiczna sprzeczność między teorią a praktyką.
Stąd ciągłe poprawki praw, nowe zasady, nowe pojęcia o sprawiedliwości i moralności. Nie byli to ludzie złej woli, ale niedołężne dzieci. Nie brak chęci do poprawy ich zniszczył, ale młodzieńcza lekkomyślność, brak naturalnego rozsądku, doświadczenia właściwego tylko ludziom dojrzałym. U nich, jak u dzieci, przeważało uczucie nad rozumem. A ponieważ panowanie uczucia jest niepraktyczne, bo pozbawia bezpieczeństwa na widok późniejszych ludzi, którzy kierowali się wyłącznie rozumem, a tym samym byli pewni długiego żywota. Zadziwia mnie twe rozumowanie. Wszak Europejczycy uważają swą cywilizację za najwyższy stopień rozumu, bo jest nim w istocie w porównaniu z przeszłością. Mimo to i ja mam słuszność. Europejska cywilizacja to rozum studenta, który sądzi, że swymi pomysłami świat zbawi, choć starsi mu przedstawiają niedorzeczność tych pomysłów. On im nie wierzy, bo brak mu doświadczenia.
Brak mu jeszcze realizmu życia. Młodzieniec jednak ustatkuje się później. Młodzieńcza zaś rasa nigdy. Pierwszy zmieni z wiekiem swe zapatrywania, bo one powstały w nim sztucznie, pod wpływem wymarzonych ideałów. Rasa zaś nie zdoła ich zmienić, bo ideały weszły w jej krew od setki wieków. Młodzieniec się z czasem starzeje, rasa zaś kaukaska musi umrzeć młodą, bo nie umie się zastosować do starzejącej się planety. Władysław Sadge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadda. Teraz, proszę państwa, na Maupę.
Maupa, no to wiadomo, że będziemy mówić o książkach z pogranicza. Dzisiaj Johannes von Buttlar chyba to się czyta. Buttlar. No Niemiec to chyba Buttlar. A tytuł: „Szczelina czasu. Spotkanie z niepojętym”. Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem startujemy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:51:56] - Witam, witam, witam, witam.
[03:51:59] - Tak, no dzisiaj trochę takim szlachectwem i to szlachectwem niemieckim powieje, bo nasz autor, von Buttlar, no to musi być niemiecka szlachta, ale to może nie jest aż takie ważne. To był autor, który w swoim czasie
[03:52:18] - Za sprawą jednego z wydawnictw, nawet nie wiem, czy ono jeszcze istnieje, chyba nie, wydawał całą masę książek i muszę przyznać, że coś takiego było w tym jego pisaniu, że pomimo, że to są książki proste i to do bólu, to jednak on bardzo mocno przykuwał uwagę czytelników i był dosyć ostro kupowany, co miałem okazję obserwować. A jakie są twoje wspomnienia?
[03:52:48] - A ja ci powiem Marku tak, że z niego taki niemiecki szlachcic jak ze mnie baron cygański, bo Johannes von Buttlar nazywa się naprawdę Bussacker. I powiem ci tak: w dzisiejszym przeglądzie książek paranormalnych będziemy mówić o „Szczelinie czasu". To jest właśnie dzieło von Buttlara. Mnie się wydaje, że akurat w tym dzisiejszym przypadku autor jest ciekawszy dużo bardziej niż jego książki, a zaraz powiem dlaczego. Masz rację, on jest znany w naszym kraju z bardzo wielu publikacji. Swego czasu wychodził po prostu taśmowo i muszę powiedzieć, że jeszcze względnie niedawno, pamiętam, że już w Nieznanym Świecie przygotowywałem recenzję, to tam jeszcze tego Buttlara książkę wydawnictwo bodajże Amber wznowiło, jeżeli sobie dobrze przypominam. Natomiast ja może zacznę od tego, kim w ogóle jest autor. Powiem ci tak: on się urodził w roku 1940 i to chyba jest jedyna pewna informacja o nim. Przeczytam tutaj wam fragment jego życiorysu z jednej ze stron polskich, która poświęcona jest książkom. Studiował psychologię, filozofię, astronomię, fizykę i matematykę.
Pracował w renomowanym Instytucie Informacji Naukowej w Filadelfii. W swoich pracach zajmował się możliwościami przedłużenia ludzkiego życia, prędkością światła, teorią kwantów, zjawiskami paranormalnymi. Jest członkiem Royal Astronomical Society. Ale powiem ci tak: mało co z tego jest prawdą. Nawet nazwisko jest nieprawdziwe. Facet się nazywa Bussacker. To jest pseudonim literacki, próba podpięcia się pod szlachecką rodzinę. Druga rzecz, którą mu wyciągnięto: był członkiem Royal Society, ale nie płacił składek i wyleciał. Czyli to takie korespondencyjne członkostwo było. Tak jak ja bym się zapisał do klubu filatelistów w Koszalinie i bym tam należał i bym sobie to pisał potem w swoim CV.
Taki poważny magazyn „Stern” podważył jego wykształcenie naukowe i informację o tym, że Buttlar jest tym, za kogo się podaje, bo wbrew temu, co tutaj zacytowałem, on się w innych krajach podawał za astrofizyka. I śmieszne było to, te informacje pochodzą z mediów niemieckich, że te informacje o jego wykształceniu i kolejnych specjalizacjach raz się pojawiały, raz znikały. Zależało od tego, co mu tam wyciągnięto. Ale powiem ci, że to jeszcze nie jest szczyt, ale o tym za chwilę. Oddaję ci na moment głos.
[03:55:35] - Ja powiem tak: ja pana podrabianego szlachcica niemieckiego odbieram jako bardzo sprawnego kompilatora. Słowo kompilator nie tyle, że ma dwa znaczenia, tylko można rozumieć dwojako: albo faceta, który skleja to, co nie od niego pochodzi, ale robi to sprawnie i dzięki temu to wszystko jakoś funkcjonuje. Można też traktować to jako taki zamiennik, bardziej elegancki, człowieka, który przepisuje cudze utwory. Jak jest w tym przypadku nie wiem. Jedno natomiast wiem, że jego książki znakomicie, nie wiem, czy go nie będę krzywdził w tej chwili, może trochę, znakomicie udają książki popularnonaukowe, a nawet takie już zahaczające o pewną naukowość. Zauważ, że książka, o której dzisiaj mówimy, „Szczelina czasu. Spotkanie z niepojętym", zawiera na końcu skorowidz. Można sobie spokojnie odszukać nazwy i tak dalej. Ale poza skorowidzem mamy obszerną bibliografię, mamy też słowniczek pojęć. Ja sobie zajrzałem do tych pojęć, do ich tłumaczenia.
Całkiem to czasami przyzwoite, a czasami może nie do końca. Nie o tym zresztą. Chodzi o to, że ta jego książka, ta i szereg innych, one robią na człowieku, który z pracami naukowymi albo z jakimiś opracowaniami nie ma za dużo wspólnego, bo nie musi mieć. W końcu nie każdy musi czytać jakieś prace naukowe. Akurat to jest zajęcie dla osób z pewnego kręgu, ale on znakomicie nauczył się udawać taką pracę z ambicjami, właśnie tak jak powiedziałem, z pewnymi dodatkami. Poza tym, jeśli już odwołujemy się do „Szczeliny czasu", on dosyć zgrabnie, być może jest to zasługa tłumacza, tego nie wiem, ale dosyć zgrabnie manipuluje ludzką ciekawością. To zauważyłem, śledząc kolejne rozdziały książki, o której dzisiaj mówimy. Otóż on trochę skacze od Sasa do Lasa. Łączy to pewnymi wątkami, ale mamy w tej książce i o UFO, i o reinkarnacji pojawiają się wątki, więc troszkę skacze sobie, ale poszczególne tematy omawia, na przykład Ta książka zaczyna się od rzeczy, która kiedyś mnie niezwykle fascynowała, to znaczy od biblioteki liści palmowych. Ona mnie fascynowała, ponieważ w Bydgoszczy żył człowiek, zresztą związany z wydawnictwem Limbus, który na własne oczy widział bibliotekę liści palmowych.
Nie wiem, czy dokładnie tę samą, ale widział. Co więcej, był zafascynowany, bo przyniesiono mu jego liść. Kto ciekawy, o co w tym wszystkim chodzi, to musi chociażby do książki von Buttlara sobie zerknąć. Ale przyniesiono mu jego liść i odczytano po pierwsze kim jest, co go czeka i tak dalej. Fascynujący jest ten rozdział. Być może on mnie zafascynował z tego względu, że znałem kogoś, kto niejako potwierdzał tę historię. Kolejne rozdziały też są pisane w sposób fascynujący, ale zwrócę jedną uwagę, że to, co Piotr powiedział, że człowiek zaczyna się po zamknięciu książki zastanawiać, ile z tego, co przeczytaliśmy, to są fakty, a ile jest w tym wszystkim ssania palca. Zresztą nie bez przyczyny zauważcie państwo, że te książki von Buttlara nazywane są thrillerami naukowymi czy popularnonaukowymi. Może tak, thrillerami. Czyli świadomość była w autorze i w wydawcy, że te książki bardziej czarują faktami, niż przywołują fakty.
Nie wiem, czy się sam nie zaplątałem we własne słowa. Chodzi o to, że być może te książki pewne fakty wręcz kreują, stwarzają i człowiek w pewnym momencie przestaje, myślę, że takie zjawisko może wystąpić, przestaje odróżniać to, co jest fikcją od tego, co jest jakimś tam zbliżeniem się do faktu. I dlatego te książki, tu cudzysłów, są w jakimś stopniu niebezpieczne, bo z jednej strony one mogą stanowić taki zaczyn, mogą zachęcić kogoś do zainteresowania się różnymi zjawiskami. Tak jak powiedziałem, reinkarnacją, biblioteką liści palmowych, nieznanym, UFO. Rzeczywiście może być to zachęta, bo ktoś przeczytawszy taką książkę z wypiekami na twarzy, później może sięgnąć po następne. I to byłby plus. Natomiast jeśli ktoś zacząłby mi w rozmowie, w dyskusji cytować von Buttlara, to ja bym się zastanowił, co mam właściwie odpowiedzieć, bo należałoby te argumenty dosyć dokładnie prześwietlić.
[04:01:23] - Tak, to by był chyba jedyny plus z jego twórczości. Ja ci powiem tak, że sobie prześledziłem trochę jego życiorys i wytykano mu wielokrotnie, już samo to, że podważano jego wykształcenie, to automatycznie rzutowało na to, że podważano jego wiedzę o zjawiskach, o których on pisze, a pisał w sposób bardzo zawiły, chaotyczny. Nie to, że trudny, tylko chaotyczny, ale o tym jeszcze za momencik. Kolejny zarzut do von Bussakera, von Buttlara, przepraszam, to był taki, że on był tak sprytnym kompilatorem, że kompilował swoje teksty z materiałów innych ludzi i nie podawał ich jako autorów. I tutaj to były naprawdę duże nazwiska. Ale było coś jeszcze. Coś, co się tyczy „Szczeliny czasu”. Otóż wyobraź sobie, że „Szczelina czasu” to jest książka, która w 50% jest inną książką, wcześniejszą, do której coś tam dopisano. I to by może tłumaczyło, bo to jest trochę nieuczciwe wobec czytelnika. To był też kolejny zarzut wobec Buttlara, że on wydaje coś nowego, a potem się okazuje, że to jest stara rzecz, do której coś tam dopisano albo w której coś zmieniono.
Zresztą nie on jeden tak robi. Natomiast w „Szczelinie czasu” jest tak, że ta książka jest dziwna, kompozycja jest dziwaczna i muszę powiedzieć, że trochę chyba widać to, że ona się składa z jakiejś wcześniejszej publikacji, do której coś dokoptowano, żeby to miało ręce i nogi. Czy ma ręce i nogi? Nie ma. Książka jest absurdalna moim zdaniem. Szczerze mówiąc, ja pamiętam różne słabe pozycje na temat zjawisk paranormalnych z lat 90., ale Buttlar w to jest trochę mistrz. Tutaj nic się z niczym nie wiąże. To jest taki jeden esej wielki, felieton taki o wszystkim i o niczym jednocześnie. Tytuły rozdziałów robią czytelnikowi nadzieję na jakieś poważne analizy ciekawych zjawisk, a potem dostajemy jakieś historyjki takie jak z „Prasy kolorowej”, z „Chwili dla ciebie”, coś takiego. I książka o czasie jest formalnie.
Ona nam mówi na przykład o Majestic 12, o jakimś małym zlodowaceniu, o duszy wszechświata. I ona nie mówi kompletnie o niczym. Jak mówię, to są takie luźne przemyślenia na różne tematy. Co mu się udało dokleić, to mu się udało dokleić. Co nie, to tam dopisał. Nie ma klamry, która to wszystko spina. Może ta klamra gdzieś jest między wierszami. Jestem za głupi, żeby to wyłapać. No i muszę powiedzieć, że jest koszmar. Zastanawiam się czasem, czemu wydawcy, mając przed sobą taki chłam, decydują się na wydawanie czegoś takiego.
Sam powiedz, ilu sprawnych, nawet niebędących znawcami tematu polskich autorów napisałoby coś, co ma jakąkolwiek wartość informacyjną. Buttlar nie ma. I w ogóle on robi jeszcze taki myk manipulacyjny, że jak spojrzysz na bibliografię, to tam masz bardzo wiele pozycji, bardzo wiele mądrych książek, czasami naukowych, wielkie nazwiska. I on z tego niby korzystał. Nie bardzo, dlatego że styl Budlara, to, że on w sumie bardzo trywializuje niektóre zjawiska sprawia, że ja nie wierzę, że na przykład książki Einsteina czy coś o kosmologii akurat zainspirowało go do stworzenia tego gniota. To coś jest ciekawe, jeżeli mamy osobę, która w ogóle się nie interesuje takimi zjawiskami i okej, to może być dobre. Ona sięga po to i ma szybkie wprowadzenie, a potem powinna o tym zapomnieć, wyrzucić książkę do kosza, przekonać się, że niemiecki szlachcic nie jest niemieckim szlachcicem i obracać się w kręgu zupełnie innej literatury. Ja myślę, że polskim autorom, którzy się zajmują UFO, zjawiskami z pogranicza, wydawcy robili i robią bardzo duże kuku. Dlatego, że mówiliśmy o tym Marku nie raz, u nas się woli wydać zagraniczniaka, bo ma nazwisko niż fajnego autora, niż nawet wznowić fajnego starego autora. To jest jeszcze takie myślenie z lat 90.
Ja pamiętam całkiem niedawno wydawane książki, które były absolutnie bezwartościowe, poświęcone na przykład zjawisku UFO. I to już się powtarzam, ja już o tym mówiłem, ale w tym samym czasie, kiedy wydawnictwo X wydawało książkę autorów, którzy nie istnieją, Arek Miazga, Damian Trela musieli własnym sumptem swoje książki wydawać, bo wielka oficyna się nimi nie interesowała. I ja o tym zawsze będę pamiętał i kiedyś może nawet powiem, które to są wydawnictwa, które w taki sposób do autorów podchodzą, a z drugiej strony pozują na wielkich wydawców literatury parapsychicznej.
[04:06:34] - Wiesz Piotrze, w sumie potwierdzasz to, co mówiłem, że rzeczywiście ta książka jest dobrym wstępem dla kogoś, kto w ogóle wcześniej z tematyką dziwności nie miał nic wspólnego. Mówiłeś o klamrze, że nie ogarniasz tej klamry. Nie ogarniasz jej, bo jej szukasz zbyt głęboko. Ona jest na powierzchni. Ona sprowadza się do stwierdzenia mało oryginalnego, powiedziałbym wręcz banalnego, że świat jest dziwny. Trochę to za mało, żeby osobę taką jak ty zainteresować tym, co jest w środku. To, że świat jest dziwny, to zdaje się wiesz już pewno od przedszkola, a w każdym razie zaraz potem. Natomiast książka „Szczelina czasu” w przypadku ludzi takich, którzy się tym nie interesują, może tę pozytywną rolę spełnić. Pytałeś, czemu się to wydawało? Tu zdradzę troszeczkę kuchni wydawniczej.
Otóż książka, o której mówimy, to są, o ile dobrze pamiętam, lata 90., ale mogę coś przekręcić, więc sobie zerknę. Lata 90. czy nie lata 90.? Tak, 90. Więc wtedy się robiło tak: kupowało się tak zwane opcje na danego autora i w tych opcjach wydawniczych kupowało się 40 tytułów na przykład. Później się miało 40 książek tego autora, które trzeba było przetłumaczyć i seryjnie wydawać. I mam wrażenie, że oficyna, o której mówimy, tak postąpiła w przypadku von Bühlera. I rzeczywiście tych książek tam na kopy wyszło. To się zauważa. Sam to zauważyłem mając kilka książek, że rzeczywiście całe fragmenty w jednej książce odpowiadają innym fragmentom w innej książce, są przeklejone słowo w słowo.
Dziwny to zabieg, czasami usprawiedliwiony tym, że tutaj mamy o świecie wysokiej dziwności i tak jak powiedziałeś, poszczególne rozdziały się nie łączą, ale świat jest dziwny. Ale kiedy później gdzieś coś się pisze na przykład o Marsie, to dobrze byłoby wyciągnąć jakiś fragment albo fragment fragmentu o tym, co by się przydało i się to wkleja do książki o Marsie, a może o czymś jeszcze innym. I tak mnoży się kolejne arcydzieła, a kasa się zgadza. Natomiast powiem tak: to była praktyka lat 90. I jak sobie tego Bühlera kupili na kilogramy, to go wydawali po prostu. Dziwi mnie natomiast, że to dalej funkcjonuje i niestety, bo przypadki, na które się powoływałeś Arka Miazgi czy Damiana Treli świadczą o tym, że niewiele się zmieniło na rynku i to są kuriozalne przypadki po prostu, bo wystarczy, że ktoś sięgnie po ich książki i wie po prostu, że to są ludzie, którzy po pierwsze nie są wariatami, którzy na wszystko, co się świeci na niebie, reagują w sposób taki: „Och, ach, cudowne”, tylko analizują zjawisko i to analizują je bardzo głęboko i patrzą na nie z wielu kątów, patrzą na różne perspektywy. I co? I to są książki bezwartościowe. I w dalszym ciągu jest przecież tak i to myślę, że nie mnie potrzeba, żeby to potwierdzić, że wychodzi cała masa chłamu w dalszym ciągu, ale z zagranicznymi nazwiskami. Von Bühler był tylko prekursorem tego nurtu niejako.
I ja mam, myśląc o nim takie mieszane uczucia, bo z jednej strony oddaję mu to, co może być jego zasługą, o czym już mówiłem, że mógł zachęcać, ale z drugiej strony Jak się czyta trzecią książkę mniej więcej tego von Buttlara, to człowiek ma wrażenie, że już to czytał kilka razy przynajmniej. I to nie jest wrażenie biorące się znikąd.
[04:11:07] - Tak. Dlaczego dzisiaj bardzo duże warszawskie wydawnictwo sięga po Buttlara znowu w kontekście Roswell, kiedy facet nie dość, że praktycznie nie ma o tym żadnego pojęcia, to jeszcze pewnie pospisywał rzeczy, i to jeszcze kilkadziesiąt lat temu, z istniejących źródeł, a to się u nas wydaje i to przechodzi. Przechodzi jako najlepsza książka najlepszego specjalisty. Dlaczego-
[04:11:32] - A w „Ścieżynie czasu" też jest o Roswell przecież.
[04:11:35] - A wiesz, a na przykład jest tam taki Kevin Randle, który pisze o nowych, w sumie trudno o coś nowego, ale analizuje to wszystko na nowo i o nim się tam nie pamięta, gdzie tam. I tak jest. Tak samo jest na przykład, wydaje się jakiś chłam ezoteryczny czy paranormalny, jakiś tam wróżek z Massachusetts. Czemu się nie wznowi chociażby Borunia, który jest nadal aktualny i jego późne książki na temat parapsychologii? Bo Boruń się nie nazywa Barbara Johnson na przykład i nie ma blond włosów długich. To jest straszne. Muszę wam powiedzieć, że to mnie przeraża osobiście. Ale to by chyba, Marku, było na tyle. Pamiętajcie, że von Buttlar żaden butler. Zwykły buszager.
[04:12:28] - Proszę państwa, czas na kącik recenzencki. To recenzarium w takim razie. Recenzarium. A Luiza Eviva Dobrzyńska ma dzisiaj dla państwa omówienie książki, którą chyba wszyscy świetnie znają, co nie znaczy, że nie warto o niej posłuchać. A zatem Luiza Eviva Dobrzyńska i omówienie „Małego Księcia". Zapraszam.
[04:13:25] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. „Mały Książę". Czy można sobie wyobrazić bardziej obgadaną książkę? Naprawdę w tym momencie pewnie niejeden z was przewrócił oczami, myśląc sobie: „I co ona może nam nowego o tym powiedzieć?". Nowego może nie, ale warto spojrzeć z trochę innej strony. Wielu ludzi żyje w błędnym przekonaniu, że „Mały Książę" to bajka dla dzieci. Nawet w tym charakterze utwór dostał się na listę szkolnych lektur. Tymczasem jest to książka, która zupełnie się dla dzieci nie nadaje. Przede wszystkim dlatego, że niewiele z niej zrozumieją. Trzeba by, żeby móc coś pojąć z fabuły, zrozumieć, dlaczego książka została napisana i co było inspiracją.
Warto wiedzieć, teoretycznie może o tym wiedzieć każdy, ponieważ są to informacje znane powszechnie, ale zdarzyło mi się nieraz zetknąć z ludźmi, którzy o tych elementarnych sprawach nie mieli żadnego pojęcia. Otóż warto wiedzieć, że Antoine de Saint-Exupéry był pilotem, pilotem cywilnym i wojskowym, człowiekiem niezwykle odważnym, obdarzonym też pewną żyłką sportową, bowiem bodajże w 1935 roku zeszłego wieku podjął się próby przelecenia z Paryża do Sajgonu, co wtedy, jak na jednoosobowy samolocik było ogromnym wyzwaniem. Lotu nie ukończył, ponieważ rozbił się na pustyni libijskiej. To, co tam przeżył, stało się dla niego podstawą do napisania znacznie później krótkiej książki, którą ubrał w baśniowe elementy. Dlaczego to zrobił? Właściwie trudno powiedzieć. „Mały Książę" nie jest jedynym utworem tego autora. Jest również twórcą kilku książek już całkowicie adresowanych do dorosłych i nie mających nic wspólnego z żadną bajką. Dlaczego więc nagle „Mały Książę"? Trudno powiedzieć.
Do tej pory krytycy oraz specjaliści od analizy tekstu, a także zwykli czytelnicy spierają się, co właściwie autor chciał nam powiedzieć, co chciał przekazać. Zetknęłam się też z takimi, którzy z wielką pasją wyszukują w książce nielogiczności, sprzeczności i tym podobne rzeczy. Skoro ich to bawi, ich sprawa. Ale przecież ta książka nie powstała po to, żeby być spójna logicznie. Tu chodzi o coś zupełnie innego. A żeby to zrozumieć, musimy się cofnąć do owego 1935 roku, kiedy to pisarz, prowadząc swój samolot, rozbił się na pustyni libijskiej. Spędził tam wiele dni i tylko ktoś, kto był w takiej sytuacji, może zrozumieć, dlaczego jego umysł pracował, można powiedzieć, na innej płaszczyźnie. Upał w dzień, zimno w nocy, brak wody. Wspomniał o tym w książce. Próby naprawy samolotu własnoręcznie.
Nie było nikogo innego, kto mógłby mu pomóc. Wyobraźcie sobie siebie w jego sytuacji. Dosłownie umieracie z pragnienia i zdajecie sobie sprawę z tego, że waszą jedyną szansą jest naprawienie tego przeklętego samolotu. Na dodatek ten potworny upał w dzień oraz zimno w nocy. Nic dziwnego, że można mieć halucynacje. I za taką właśnie halucynację niektórzy uznają postać Małego Księcia. Czymże on był? Personifikacją jakiegoś wewnętrznego ja autora, duchem opiekuńczym? Co powiedzieć? Bo oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie była to postać rzeczywista, bo trudno w ogóle sobie nawet wyobrazić, załóżmy, nawet kosmitę.
Załóżmy, że kosmita mógłby przybrać postać małego dziecka zmiennokształtny albo dysponujący jakimś urządzeniem do wytwarzania hologramu. Ale wtedy chyba nie opowiadałby bredni o tym, że mieszka na maleńkiej planecie, która ze względu na swoje rozmiary nie byłaby w stanie utrzymać atmosfery, więc nikt tam mieszkać nie może. Tak jak już wspomniałam, podobnych nielogiczności jest w książce więcej. Niektórzy okropnie lubią się w związku z tym na książce wyżywać. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ jest ona przede wszystkim filozoficznym traktatem o ludziach. O tym, co jest dla nich ważne. O tym, jak marnują swoje życie. O tym, jak nie widzą tego, co mają dosłownie pod nosem. Najlogiczniej byłoby ująć, że na tej pustyni Antoine de Saint-Exupéry rozmawiał po prostu sam ze sobą. Tak jak wspomniałam, ze swoim wewnętrznym dzieckiem, swoim ja, takim swoim alter ego.
Wielu ludzi robi podobnie i nie ma w tym nic dziwnego, bo tak naprawdę coś, co uważamy za naszą integralną osobowość, składa się z bardzo wielu elementów i gdyby je rozdzielić, naprawdę byłoby o czym rozmawiać. Tak czy inaczej, pisarz stworzył utwór unikalny i to właśnie dzięki niemu został zapamiętany. Jego bardziej realistyczne utwory cieszą się bardzo miernym zainteresowaniem. Natomiast „Mały Książę" został i zostanie w zbiorowej pamięci. Tylko mówię, niepotrzebnie daje się tę książkę do czytania dzieciom. Trzeba być dorosłym, swoje przeżyć, żeby móc zrozumieć, o czym ona naprawdę mówi, żeby móc spojrzeć na ten świat właśnie oczami Małego Księcia, czego i wam, i sobie życzę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:19:02] - Nikt mnie, proszę państwa, tak bardzo nie zaskakuje jak Katarzyna Prychacz. Tytuły jej kolejnych programów, proszę państwa, powiem tak delikatnie, budzą zastanowienie, bo tytuł dzisiejszej „Alchemii tworzenia" to „Pijaczka z obrazu". Macie państwo już jakąś wizję? Bo ja owszem mam. A co wymyśli Katarzyna Prychacz? No cóż, zapraszam. Za chwilę się państwo dowiecie.
[04:19:39] - Dzień dobry wieczór, bookradiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na „Alchemia tworzenia". Cześć, z tej strony Katarzyna z przyszłości. Zanim zaczniemy, chciałam was wtajemniczyć w pewien, nie wiem na ile to błąd, ale w coś, co się wydarzyło. Otóż jak zapewne wiecie, ja lubię nagrywać podcast dla was, że tak powiem, na świeżo. Więc w każdy wtorek nagrywam dla was podcast, żebyście w środę mieli premierę. I tym razem oczywiście, że było tak samo. Z tą jednak różnicą, że byłam przekonana, że jest wtorek, a dopiero po nagraniu podcastu zorientowałam się, że jest poniedziałek. Więc wybaczcie mi. Tym razem będzie przesunięta data.
Także wy go słuchacie 14 grudnia, natomiast ja go nagrywałam na 13 grudnia. Myślę, że nie będzie to dla was duży problem. Natomiast musicie mi wybaczyć. Sorry. Biję się w pierś. W ostatnim czasie po prostu bardzo wkręciłam się na nowo w pracę artystyczną i nie ukrywam, że ja nawet nie wiem, kiedy mi te dni mijają. Po prostu nie po drodze mi z kalendarzem, a tutaj to ja nie wiem, co się zadziało. Także nie przedłużam. Bawcie się dobrze. No halo, w siódmym odcinku naszego podcastu, naszej „Alchemii tworzenia".
Powiem szczerze, że zbliżamy się tutaj do przerwy świątecznej. Chciałam powiedzieć do tej ciepłej przerwy, ale patrząc za okno ślicznie jest. Nie wiem, czy u was już jest. U mnie jest pełno śnieżku dzisiaj, także nacieszam oczy. Jak się ładnie dzisiaj zmieszczę w czasie to może jeszcze spacerek zaliczę albo chociaż na bosaczka po balkonie. Zobaczymy. Okej, słuchajcie, co my dzisiaj robimy. Robimy właściwie po raz ostatni dzisiaj tą naszą, jak to nazwać, procedurę. Tą naszą formułę, którą zaproponowałam w tym sezonie. Z takiej prostej racji i przyczyny, że dzisiaj odczytamy dwa ostatnie z archetypów osobowości, które nam zostały.
To jest jeden powód, a drugi chyba się trochę nudzę. Więc oczywiście za tydzień będziemy mieli świąteczny odcinek specjalny, także jeszcze nie wymyśliłam co dokładnie, ale na pewno zrobię coś fajnego, bo mam taką bardzo silną potrzebę zrobienia czegoś fajnego. Także tak, swoje nabuzowanie przeniosę na za tydzień. Dzisiaj dokończymy. I co? Aha, co dzisiaj? Dzisiaj sprawdziłam, że jest 13 grudnia, a to oznacza, że jest to światowy czy międzynarodowy Dzień Księgarza, moi drodzy. Jakoś mi ten grudzień nie pasował. Nie wiem, tak bardziej mi albo marzec, albo maj. Ale to może był Światowy Dzień Książki?
Coś tam chyba 23 albo 24 chyba maja, nie pamiętam. Więc tak aż sprawdziłam dwa razy, nie? Także dzisiaj motywem przewodnim zatem niech będą księgarze, książki i ta cała magia zaklęta w okładkach. I myślę, że to w ogóle jest bardzo fajna klamra. Z racji, że tutaj mamy tą formułę z researchem. Dzisiaj też przygotowałam trzy książeczki i myślę, że na razie na tym zakończymy. Jeżeli chodzi o research, więc ten Dzień Księgarza idealnie nam się spina. Co ja powiem? Idealnie. Co dalej?
Co dalej robimy? Czy ja coś muszę więcej wam powiedzieć? Nie. Zawsze jak sobie zadaję to pytanie, to wam zaczynam gadać o fanpage'u. Ale kto wie, ten wie, kto nie wie, ten niech się dowie. Zapraszam do poprzednich odcinków. Dobra, przechodzimy do losowania. Czyli będę losować sobie tutaj, od razu potasuję i losujemy. Jeszcze nie będę odwracać. Wizerunek dla naszego protagonisty i wizerunek dla naszego antagonisty.
Cyk. Protagonista. Antagonista. Jeszcze nie wiem, co tam jest. I archetypy. Dwie karty, ale niech będzie. Przetasuję. Dobra i niech będzie z góry dla protagonisty, z dołu dla antagonisty. No dobra, no to co? No to chyba lecimy z tematem.
Bo tak, bo wszystko, co mamy, to mamy. Może dzisiaj uda mi się spiąć. Może pokonamy ten rekord, może zmieścimy się w krócej niż 50 minut. Spróbujemy. Dobra, to nie gadam. Lecimy. Cyk. Ale fajnie, ale fajnie. Już wam mówię, jak wygląda nasz protagonista dzisiejszy. Właściwie co mamy na tej karcie?
Mamy widok na-- odruchowo chciałam powiedzieć na drzwi, ale teraz zauważyłam, że jest to obraz na ścianie. Wiecie, taki jak w Harrym Potterze były te ruchome obrazy. To tak wygląda, jakby właśnie ten obraz był też taki. Na tym obrazie mamy kobietę, która podąża gdzieś po schodach. Jej suknia tak fajnie się wylewa z tej ramy obrazowej. Kobieta trzyma w ręku filiżankę. Ma taki piękny, stylowy kapelusz z kwiatami. No ta suknia właśnie też jest taka... Pewnie to jest któraś tam jakaś epoka, ale ja się na tym nie znam. Akurat w modę tak bardzo nie wchodziłam, więc wam nie powiem, z jakiej to epoki, jakie to mogą być lata, czy w ogóle jaki rejon.
Co tu jeszcze jest charakterystyczne, że ta kobieta ma bardzo czerwony nos i ucho. Ale wiecie, no może ta filiżanka jest wypełniona może jakąś kawką lub herbatką z prądem. Nawet trzyma tą filiżankę, wiecie, tak po arystokratku. Więc tutaj no ewidentnie nie jest to zwykła, że tak powiem, chłopka, tylko mamy tu do czynienia z kimś z wyższych sfer, bo oczywiście trzyma filiżankę, wiecie, z małym palcem, takim z antenką, nie? I co tu się dalej dzieje? Ogólnie to jeszcze przed obrazem, a właściwie z drugiego obrazu mamy to ucięte w kadrze, ale widzimy, to jest chyba... Chciałam powiedzieć, że to jest kocia łapa, ale wiecie, że to może być trąba słonia równie dobrze. Bo ten obraz ma nawet taki fragment takich liści, wiecie, tych takich z dżungli, które to teraz modne takie. To nie był filodendron, to jakaś monstera? No wiecie, o co chodzi.
Te takie śmieszne, dziurawe liście na czasie. I ta właśnie tutaj, no mówię, myślałam kiedyś tak jak w pierwszej chwili, jak patrzałam, że taka puchata kocia łapka albo ogonek. Ale słuchajcie, to może być trąba słonia, to nawet będzie ciekawe. No i ta trąba słonia trzyma właśnie czajniczek, z którego wydobywa się para. I no ewidentnie możemy założyć, że ta arystokratka przyszła tutaj do tego czajniczka i słoń nalał jej tej herbatki z prądem. Coś jeszcze? A no i tutaj ten czajniczek, który został poruszony, to tu nieopodal mamy rozsypane karty do gry. No i co więcej, to chyba jest najważniejsze. No ciekawe, ale sporo wiemy. Myślę, że taka tutaj lekka, zwiewna, piękna arystokratka, może właśnie z jakimś zamiłowaniem do picia herbatki z prądem.
Czemu nie? I jakieś safari. Wiecie, ten kapelusz, no to nie jest kapelusz jak z safari, chociaż ma też taką wstążkę. No może... A może to jest kapelusz safari, ale z jakimiś kwiatami przywiązanymi. No w sumie moglibyśmy ustalić, że taka arystokratka to, że może właśnie wybierała się na jakieś takie różne wyjazdy. A może, skoro Dzień Księgarza, może była stałą bywalczynią księgarni, może kolekcjonowała książki, a może właśnie uwielbiała czytać i gdzieś... No właśnie. Znaczy myślę, czy biblioteka, czy księgarnia, ale myślę, że księgarnia będzie czymś ciekawszym tutaj, no bo jednak to jest sklep, więc mamy tu większy ruch, więcej się dzieje. A tak myślę sobie, że mogłaby być jednak w tym wszystkim bardzo taka, wiecie, rozgadana.
Nie wiem, na ile głośna, ale no towarzyska, tak? No wiadomka. Herbatka z prądem robi swoje. Więc może właśnie coś takiego. Od razu mi się, jak pomyślałam o tej księgarni, skojarzyła mi się ta Bella z „Pięknej i Bestii”. Co prawda ona-- chciałam powiedzieć, że ona w bibliotece, ale ona przecież chyba w antykwariacie była, czy mi się wydaje. No nieistotne. Ładna kobieta, elegancka i pełno książek. Tak to zamknijmy. Zobaczymy, jaki ma archetyp, jakie te cechy, które w niej dominują.
I uwaga! Tim diridim. Towarzysz. Okej, przybliżam, co Gabriela Borowczyk tutaj nam skróciła, jeżeli chodzi o charakterystykę. Partner zawsze blisko drugiego człowieka. Możesz liczyć na jego pomocną dłoń. Rozumie i wspiera. Wysłucha. Pójdzie razem z tobą. Zwykły człowiek, który też ma swoje słabości.
Jest realistą, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Przyjaciel, współpracownik, członek grupy. Po raz kolejny dzisiaj jest idealnie. Myślę, że ona by mogła być kimś w rodzaju doradcy klienta w księgarni, że może ona faktycznie jest bardzo bogata. Ona nie potrzebuje pracować. Może ma swój ogromny majątek, może jakiś biznes czy coś jest rozhulane i działa świetnie. Ona jest takim, rentier chyba, że dochód pasywny ma. Ale żeby być bliżej ludzi, bo jest taka towarzyska, to może kręci się w jakiejś księgarni i tam wspiera tych ludzi. Powiem wam szczerze, że to jest taki dla mnie sentymentalny dzień, bo ja sama byłam księgarzem przez dwa lata. Mam wrażenie, że ja nim dalej jestem, mimo że nie pracuję w księgarni.
Ale to było coś takiego, taki rodzaj nie powiem, że powołania, ale czegoś, co od kiedy we mnie w tamtym czasie zakwitło, to dalej jest, że dalej mam coś takiego, że pewnie bym mogła wejść na dziko do księgarni i ludziom doradzać. Gdzieś ten związek z książkami, ale w kontekście pomagania ludziom czy szukania na przykład prezentów dla kogoś. W tym byłam dobra. Miałam swoich klientów, którzy jak szli po prezent, to przychodzili do mnie. Także pomyślałam, że może tutaj. Tak mi trochę zagrało, jak tu jeszcze ten towarzysz się pojawił. W sumie sama byłam wtedy nie tyle sprzedawcą, co takim towarzyszem klienta. Zarówno tego, kto wiedział, po co przychodzi, jak i tego, kto totalnie nie miał pojęcia, na przykład nie czytał książek, ale przyszedł, żeby kupić komuś mądry prezent jakiś, nie? Także jeżeli chodzi o towarzysza, to nie wiem czy coś więcej tu trzeba dodać do tej naszej bohaterki. Myślę, że jest fajnie.
Zobaczymy zaraz tego antagonistę. Zawsze w tych korelacjach wychodzi najwięcej. Tutaj patrzę jeszcze. Właśnie, zwykły człowiek, który też ma swoje słabości, więc myślę, że ta herbatka z prądem mogłaby być jej słabością. Realista, który potrafi udzielić rozsądnej porady. Może ona mimo młodego wieku też przeżyła bardzo dużo. Może miała bogatych rodziców i to safari, tak teraz patrzę na tego słonia, że może wiele podróżowała jako dziecko z rodzicami, a jak wiadomo podróże kształcą. Więc może dzięki temu miała okazję na własne oczy zobaczyć wiele kultur, wiele klimatów, środowisk i tak dalej. Może też dzięki temu jest takim jeszcze bardziej interesującym towarzyszem. A książki są w sumie może dla niej rodzajem innych światów, wiecie, takich niezbadanych lądów, po które nie trzeba wyjeżdżać daleko.
Wystarczy się przejść spacerem na przykład na drugi koniec ulicy, nie? Dobra, w sumie księgarnia to byłby motyw. W sumie każda księgarnia jest takim portalem do wielu światów, nie? Tak jak biblioteka czy antykwariat. Ale to ładnie brzmi. Ładnie brzmi, tak magicznie. W sumie jak tak patrzę na te obrazy w ścianach, to, że ona z tego obrazu wychodzi. A może ona wychodzi z obrazu? Może znalazła sposób podróżowania między światami. A może jest takim malowidłem, tym żywym obrazem jak w Harrym Potterze.
Z tym że znalazła na przykład sposób, jak może fizycznie wyjść z tego obrazu i może ona faktycznie jest sprzed iluś tam czy iluś nastu lat, może jeszcze dłużej, z jakiejś innej epoki, a tutaj po prostu sobie wychodzi i wszyscy myślą, że to jest jakiś jej kostium, wizerunek, a ona dosłownie jest z innej epoki i tak chodzi do tej księgarni, nie? To by też mogło tłumaczyć, dlaczego ona nie musi zarabiać i tak dalej, nie? Super, dobra. Ach, pomysły się lęgną jak zawsze. Dobra, lecimy. Kim jest nasz protagonista? Okej, ciekawie. Mamy tutaj rycerza na ropusze. A ten rycerz to jest świerszcz? Nie wiem, co to za owad, prawdę mówiąc.
On jest też taki trochę uczłowieczony. Bo modliszka to nie jest. Jakiś zielony robaczek. Owad właściwie, nie robaczek. Siedzi na swoim rumaku, na tej ropusze. On oczywiście jest w zbroi, żeby nie było i trzyma w dwóch łapkach kopię. Kopia to była. Nie widzimy czubka, ale to chyba nie jest dzida, tylko właśnie kopia. Żaba oczywiście ma uzdę, ma też taki śmieszny hełmik z piórkiem, a i ma też na klatce piersiowej tarczę. Rumak uzbrojony.
Oczywiście w tle mamy piękną łąkę, mamy wiatrak i balon gdzieś u góry lata. Myślę, że to może lekkie nawiązanie do Don Kichota. Ta walka z wiatrakami, tak? Wyruszył z kopią na wiatraki. Może nasz antagonista będzie tutaj takim marzycielem? Może człowiekiem, który nie chcę mówić o tym, że zwariował czy coś. Tylko bardziej, że ma jakieś błędne przekonanie na temat świata, że może wojuje z czymś, co wcale nie jest zagrożeniem. Nie wiem, co tu mogłoby być Chyba że to jest jakiś strażnik, że on tam pilnuje, żeby nikt z innych światów nie przechodził i wtedy mógłby ścigać tę dziewczynę. Ale nie wiem. Dobra, lecimy z jego archetypem, bo patrzę, czy tu jeszcze jakąś inną symbolikę wyjmiemy.
Na pewno jest ten wiatrak. Wszystko mi się skojarzyło właśnie z tą walką z wiatrakami, ale mamy taki balon na ciepłe powietrze. Piękne łąki. Nie wiem. Lecimy z archetypem, może to nam się jakoś fajnie powiąże. Uwaga! Niewinny. Idealista, czasem nadmiernie ufny romantyk, czysty i transparentny, szczery. Nie ma nic do ukrycia. Czasem dziecięco naiwny, bezinteresowny, nieskażony i prostoduszny.
Wierzy, że może zmienić świat na lepszy i tą wiarą emanuje dookoła. Jednak jeśli trzeba, będzie bronił swoich ideałów i uniwersalnych wartości. Ciekawie. Faktycznie pasuje nam tutaj taki strażnik, jakiś obrońca. Tu patrzę właśnie te swoje ideały, ale i uniwersalne wartości. Może zmienić świat na lepszy. Może tutaj ta wizja świata, że według niego świat jest zły i będzie go chciał zmienić na lepszy. Może nawet nie zły. Po prostu według niego czegoś w tym świecie brakuje i będzie chciał go zmienić. Teraz tylko w jaki sposób miałby zagrażać tej naszej bohaterce?
A może właśnie on będzie myślał, że ona jest bogatą arystokratką, a bogacze to źli ludzie i w ogóle. Może on na przykład żyje w takim przekonaniu. I może tę jej towarzyskość on będzie odbierał właśnie jako jakąś pijaczka, która naprzykrza się ludziom w księgarni. Myślę. Od biedy mogłoby to być, że może on jest ochroniarzem w księgarni. A może on tam jest pracownikiem, może on jest sprzedawcą i jest zły, że przyszła nie wiadomo skąd jakaś arystokratka, która myśli, że jej wszystko wolno i że ona mu zabiera pracę. Może że właściwie to od kiedy ona się pojawiła w księgarni, to on stał się kasjerem, a nie sprzedawcą. Może właśnie ludzie nie przychodzą, nie pytają go o porady, o jego asortyment, o jego towar w sklepie, tylko właśnie od razu czekają na tą dziewczynę, bo ona świetnie doradza, bo świetne historie opowiada i może właśnie on nie widzi w tym pozytywów, tego, jak mógłby użyć ją, jeżeli chodzi na przykład o marketing i tak dalej. Tylko widzi w niej zagrożenie swojej posady. I może ta walka z wiatrakami byłaby tutaj właśnie taką walką, którą on chciałby zrealizować, ale w sumie to wie, że nie może, bo kiedy wyrzuci tą dziewczynę z księgarni, to klienci będą niezadowoleni.
To jest taka trochę może dla niego sytuacja patowa, bo z jednej strony ona go wkurza, ale z drugiej strony ci klienci faktycznie przychodzą, przychodzą nowi klienci, bo usłyszeli od poprzednich klientów, że tutaj takie coś się dzieje i że faktycznie obroty księgarni wzrosły. A on się może właśnie czuje bezużyteczny. Tu patrzę, jest szczery i nie ma nic do ukrycia, a tu z jakiegoś powodu nie będzie chciał powiedzieć. Może to jest coś, co on zrobi wbrew sobie, że może właśnie ta niechęć do tej dziewczyny go zaślepi i on zamiast powiedzieć tak, jak normalnie by powiedział, że ej, słuchaj, trzeba zrobić tak i tak, albo nie podoba mi się, co robisz, to on po prostu generuje w sobie taką toksyczność jakąś, może zazdrość właśnie i szuka, knuje jakąś intrygę, szuka sposobu, jak się tej kobiety pozbyć, tak żeby klienci nie mieli problemu. Dobra, mamy to. I teraz powiem wam szczerze, że dzisiaj pomyślałam, że kluczem do wybierania książek z regału po prostu będzie Dzień Księgarza, ale pomyślałam bardziej o swoich uczuciach. Tak wzięło mnie po prostu na jakieś wspominki, sentymenty i nie ukrywam, że książki, które wybrałam, mogą mi jednak utrudnić troszeczkę teraz tą historię. Ale okej, lecimy. Pierwsza książka, którą wybrałam, to jest „Poradnik hodowcy. Smoki”.
Pewnie były jakieś inne stworzenia. Ten dotyczy smoków. Dlaczego ja wzięłam tą książkę? Pamiętam, że to były jakieś pierwsze moje dni w księgarni, jak zapoznawałam się z tym wszystkim. Ja oczywiście uwielbiałam dział młodzieżowy, wiadomo, fantastyka też, ale na młodzieżówce było dużo różnych książek z pogranicza fantastyki i młodzieżówki. Więc tam jedna z pierwszych książek, która wpadła mi w łapki, to właśnie był ten poradnik. On jest bardzo ładnie wydany, ma taką grubą okładkę. Ona jest w ogóle wypchana czymś miękkim. Często książki dla małych dzieci mają taką okładkę albo właśnie te książki Takie niby kierowane do dzieci czy młodzieży, ale czasami o tematyce trochę grubszej, bo mam chyba też podobnie wydany poradnik „Łowcy demonów”. To o Van Helsingu jest książka, ale właśnie w formie tak jakby Van Helsing robił poradnik swój, jakieś szkice i tak dalej.
I on też ma taką właśnie większą, ale też taką miękkawą okładkę. Tu jeszcze wracając do tego poradnika o smokach, to tutaj jeszcze nawet smok w oku ma cyrkonię taką czerwoną, świecącą, wklejoną. Czy w ogóle bardzo ładna grafika tutaj jest. Ten smok nawet trzyma w łapkach jakiś puchar ze smokiem. Ciekawe wydanie. Teraz wymyślmy, jak to połączyć. Bo wzięłam tą książkę z sentymentów. Naprawdę ma śliczne ilustracje. Ciekawe też są tutaj informacje, że niby to jest wydane jak dla dzieci, ale jest bardzo dużo treści. Jest sporo właśnie nawiązań do mitów, ale i do, nie wiem, jak to nazwać.
To jest chyba kryptozoologia, tak? Jeżeli mówimy o takiej nauce, która zajmuje się rzekomo potworami czy istotami, które mogły być, ale generalnie to są zmyślone. Kryptozoologia czasami zakłada, że coś bardziej było niż nie było. Tak czy siak mamy tutaj typy smoków, mamy właśnie smoka w postaci węża morskiego, mamy tutaj węża ze skrzydłami, mamy wiwerny, czyli właściwie skrzydła i dwie nogi. I tak dalej. Mamy też rozpisane, czym w ogóle jest smok i są tutaj potencjalnie informacje, co z czym zostało skrzyżowane. Także bardzo fajna rzecz. Dużo jest też tutaj właśnie pokazanych tych rodzin smoków czy rodzajów tak jak mówiłam. Przeglądam tak na bieżąco, bo złamałam swoją zasadę. Widzę, nie szukałam spisu treści, a mamy spis treści.
Będzie na pewno szybciej. Oczywiście, że mamy. Więc tutaj mamy bardziej taką część pierwszą „Czy powinieneś hodować smoka?”. O, to jest dobre pytanie. Czym jest smok? Dlaczego właściwie smok? Co warto rozważyć? Jakie są twoje intencje? Dalej mamy rasy smoków. Już w drugiej części całą genealogię i mamy tutaj właśnie przykłady różnych smoków, bardziej znanych.
To już tam nie będę ich wszystkich teraz wymieniać i patrzę, czy coś tu więcej. Oczywiście w części trzeciej mamy jak wyhodować idealnego smoka. Wybór smoka, siedliska smoka i tak dalej. Na wolnym powietrzu nawet jakiś sprzęt i zaopatrzenie, żywienie, porozumiewanie się ze smokiem. Dalej część czwarta „Tresura smoka”. Tak jak ten był „Jak wytresować smoka”, nie? Ta animacja właściwie chciałam powiedzieć film animowany. Ujeżdżanie smoków wodnych. Ujeżdżanie smoków lądowych. Słuchajcie, ujeżdżanie smoków latających.
Ma to sens, że to jest różnica. I w części piątej publiczne występy smoków, wypożyczanie smoka, udział w wystawach. Co oceniają sędziowie? I tak myślę, skoro popatrzę i to już jest koniec, że tak powiem kontentu. Wylęg smoka tu jeszcze żywienie. No dobra, to, to już było. Wiecie co? I tak myślę, jak tej książki można byłoby użyć w tej naszej historii, która zaczęła się tu kroić. Może właśnie ta nasza bohaterka. Z racji, że wyszła z obrazu, to może ona ten świat obrazów zna.
Tam jest bardzo dużo historii. Może właśnie to dzięki temu ona ma tak szeroką wiedzę i może właśnie ona w tej księgarni opowiada takie, można powiedzieć, dla zwykłego człowieka, śmiertelnika niestworzone historie, nie? I może ją zafascynowały smoki. W ogóle była chyba seria książek. Cholera, nie pamiętam teraz tytułu, ale właśnie tam była taka arystokratka. Ona się interesowała smokami i to też były właśnie jakieś takie czasy. Nie wiem, czy to steampunkowe mogło być też trochę. Może niekoniecznie, ale takie bardziej chyba to są wiktoriańskie czasy. Ogólnie, że kobietom nie wypada takich rzeczy. To są męskie zajęcia i kobieta ma pięknie wyglądać, tak?
Ma doglądać domu, ma być w domu i ma być taka wiecie, żona trofeum, nie? Więc cholera, nie pamiętam teraz. Widzicie, aż mnie biała kartka w głowie. Nieistotne. Tego chyba cztery części mi się wydaje wyszły. Sympatyczne, też w formie dziennika. Może to właśnie tam był dziennik jakiś w tytule. Czy dzienniki smoków? Nie. Nieważne.
Więc tak czy siak, może właśnie ona opowiadała różne takie rzeczy. Może jest zafascynowana smokami i moglibyśmy właśnie użyć tych informacji jako właśnie takie gdzieś rozwijanie postaci na przykład w naszym opowiadaniu. A może ona jest ze świata, gdzie smoki to jest coś normalnego i ona jest na przykład zadziwiona, że tutaj ludzie jeżdżą na koniach na przykład. Gdzie oni wszyscy od dzieciaka uczą się poruszać na smokach, nie na jakichś, wiecie, nie ma wozów, nie ma samochodów, tylko właśnie są smoki. Może to jest coś takiego. W sumie trochę jak „Jak wytresować smoka”. Tam chyba też te smoki były czymś normalnym, nie? Tak czy siak sami widzieliście, że jest tak duży przekrój, że można byłoby już nawet zaskoczyć czytelnika, chociażby takim podziałem, jak właśnie, że na przykład omawiałaby różnice między tym, jak się ujeżdża smoka wodnego, a jak się ujeżdża lądowego na przykład, nie? Ciekawe. Ciekawe.
Dobra, daliśmy radę, połączyliśmy. Lecimy dalej, by nie przedłużać. Kolejna książka, trochę sentymentalna. Książka, o którą musiałam powalczyć, bo jak się pokazały, to bardzo szybko znikały z półek i musiałam w nią wtedy trochę zainwestować. Tu jest cena 69. Chyba właśnie tyle to było. Natomiast to tak rzutem na taśmę, bo pamiętam, że tego był, przynajmniej u nas, mały nakład i ja też sama zapisywałam klientów na tą książkę. W sumie od klientów się dowiedziałam, że to będzie. Także byłam zafascynowana. I cóż to za książka?
„Atlas lądów niebyłych”. Śliczne wydanie, twarda oprawa, piękne ryciny w środku. I tutaj dopisek: „Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów”. Po prostu piękna pożywka, jeżeli chcemy tworzyć własne uniwersum albo w jakiś sposób uświetnić uniwersum. Może korzystamy ze świata współczesnego na przykład. To uniwersum nie musi być czymś przez nas od podstaw kreowanym. Może być z naszych obserwacji, może być miksem wszystkiego. Natomiast tutaj zawsze można gdzieś wplątać jakąś fajną teorię. Już czytam wam spis treści. Co prawda spis treści to tak naprawdę są poszczególne lądy, te wszystkie historie, więc tak wybiórczo.
Oczywiście mamy Atlantydę klasycznie, mamy jakieś australijskie morze wewnętrzne. Patrzę coś, co może być jeszcze bardziej znane. Ziemia Davisa. Wyspa Demonów. Też ciekawie może być. Raj na ziemi. Eldorado. Płaska Ziemia. Te wszystkie teorie są rozpisane i tego jest dużo. Ja pomijam, bo patrzę.
Wielka Irlandia. Patrzę na nazwy, które faktycznie mogą komuś dzwonić, bo i tak nie będziemy się wczytywać w te wszystkie, więc nie będę wam smaka robić na to. Zaginione kontynenty Lemuria i Mu. Korea jako wyspa. Góry Księżycowe. Norum Bega. Stworzenia z mapy w kronice świata. Więc widzicie, nawet mamy tutaj jakieś zapewne potworki. Giganci patagońscy. To też wygląda, jakby był jakiś ród tych gigantów.
Też spotkałam się z tymi teoriami, że ci olbrzymi różni czy giganci z mitów to nie były mity, to nie były stworzenia wymyślone, tylko faktycznie podobno istnieli naprawdę. Zresztą nie wiem, nie sprawdzałam, więc wam nie powiem jak jest na pewno, ale gdzieś chyba w którymś muzeum nie wiem, czy nie jest autentycznie szkielet giganta znaleziony. Musielibyście wygoglować, bo też nie sprawdzałam na ile to jest. I teraz nie pamiętam jak się nazywa ta sztuka, że mamy kryptozoologię i mamy na przykład taksydermię. To jest wypychanie zwierząt. A jest jeszcze taka sztuka, która polega na tym, że się łączy różne gatunki zwierząt. Teraz nie pamiętam. Były podejrzenia, że najprawdopodobniej to nie jest prawdziwy szkielet. Ale zawsze dwie strony się ścierały i nie wiem też, czy nie jest w jakimś takim muzeum nie z teorii, tylko w jakimś porządnym, prawdziwym muzeum. Ale nie pamiętam.
Cholera, nie pamiętam, więc kończę temat, bo nie chcę was w błąd wprowadzać. Zasiewam ziarenko. Jak kogoś zaciekawiło to po prostu googlujcie. Patrzę czy coś tu jeszcze takiego... To wszystko są dla mnie nieznane nazwy. Jakieś widmowe krainy z mapy Zeno. Świetnie, bo też jest wybór bibliografii, więc jak najbardziej jak ktoś się wkręci w tematy to zawsze są nowe tropy, gdzie jeszcze warto zajrzeć. Mamy nawet coś takiego jak indeks lądów niebyłych i fantasmagorii. Świetne. Dobra, a co ja tutaj mówiłam?
Zajrzyjmy sobie. Chciałam w tą Wyspę Demonów, ale dobra, nie będę, bo znając mnie, ja znam siebie, wy też już trochę mnie znacie, więc jak zacznę przeglądać książkę, to tam utonę. Mogę wam tylko zdradzić, że oprócz rycin są stare mapy pokazane, przytoczone, są różne grafiki, fragmenty map. Jest naprawdę petarda. Praktycznie do każdej krainy jest jakaś mapka. Mamy morskie potwory z Carta Marina i też jest jakaś rycinka tutaj. O, proszę, jest cała mapa nawet tych różnych potworów. Ktoś sobie zadał trudu, żeby je rozpisać gdzie są jakie. Piękne rycinki. Ach.
Dobra, a to co tu są? Nie, tu jeszcze jakieś zimowe krainy. Dobra, bo miałam nie zaglądać. Jak to mogłoby nam się przydać? To chyba akurat byłoby tutaj śmiesznie proste, bo jeżeli ona jest z tych obrazów, to mogłaby o każdym z tych lądów opowiadać. Pomyślcie sobie, nawet postawić powieść na tym. Połączyć. Tu mamy poradnik smoków. Połączyć, wybrać sobie, wylosować z tego spisu treści na przykład sześć krain, o których mogłaby nasza bohaterka opowiadać. Mogłoby to być z perspektywy tego antagonisty i on by się wściekał i opowiadał historię tej dziewczyny.
Jakie ona głupoty tym ludziom gada na przykład. Że opowiada niestworzone historie tak, jakby one istniały naprawdę. Może to wariactwo on przypisywał tej dziewczynie, a może sam wpadnie w psychozę, w coś takiego, że będzie coraz bardziej się nakręcał. Ten nasz niewinny o mały włos może stać się winnym, jeżeli źle ta historia zostanie poprowadzona. Ciekawe. Mega potencjał, bo to nam daje, jeżeli nawet miałoby być to opowiadanie, to nie musi być bardzo rozbudowane uniwersum samo w sobie, skoro można byłoby wpleść te różne światy i różne stwory oprócz smoków w historię naszej bohaterki. Super. Dobra. A bym czytała. Naprawdę bym czytała.
Może to jest pomysł na coś więcej, ale ja fizycznie mam za dużo pomysłów. Muszę się trochę spiąć i realizować po kolei wszystko, bo mi doby braknie. Dobra, trzecia książeczka, którą mam, którą wzięłam, była dla mnie zaskoczeniem. Tak wam powiem, dlatego ją wzięłam. „Historia brudu” to było zaskoczenie, bo w czasach chyba licealnych sobie upolowałam „Historię piękna” i „Historię brzydoty”. Przygotowywałam się do matury z historii sztuki, więc tutaj prezentację miałam, potrzebowałam, bo też miałam temat na prezentację z języka polskiego odnośnie motywu brzydoty w ogóle. W sztuce, w literaturze i tak dalej. I później książki na historii sztuki też mi się mega przydawały. To Umberto Eco jest autorem „Historii brzydoty” i „Historii piękna”. Akurat tutaj, co wam mówię.
Tutaj „Historia brudu”. Jak to zobaczyłam, czy ja to znalazłam na półce, czy ja to widziałam w katalogu? Nie, chyba wjechała dostawa książek i zaczęłam to rozpakowywać. „Historia brudu”. Przecież nie mogłam nie wziąć tej książki, nie? W ogóle ktoś spisał historię brudu. Sam pomysł jest niesamowity. Zajrzyjmy sobie do spisu treści. Cóż my tutaj mamy? Okej.
Jakiś wstęp. „No przecież śmierdzieli” taki tutaj cytat jakby. Rozdział pierwszy: Kąpiel towarzyska. Grecy i Rzymianie. Rozdział drugi: Brudni grzechem, czyści chrztem. Dalej mamy Parowe interludium. Czyżby jakaś pierwsza sauna? Zamiłowanie do czystej bielizny. Potem Woda. Reaktywacja.
Kąpiele i jak ich zażywać. Europa. Mokra robota. Ameryka. Opera mydlana. Świetne tytuły. I tu jeszcze mamy Domowe sanktuarium od roku 1950 do dziś. I tam już mamy oczywiście podziękowania, bibliografię także i źródła tekstowe, więc świetnie, bo można poszerzać wiedzę. Uwielbiam, jak książki mają coś takiego, bo czasem jak człowiek wsiąknie w jakiś temat, to trudno znaleźć tropy. A tutaj mamy listę tropów.
Cóż więcej, magia researchu. I tutaj mamy sporo treści. Tu akurat chyba zdarzają się zdjęcia czy fragmenty obrazów. Ale mi się otworzyła jakaś tutaj krwawa łaźnia. „Znienawidzony przez lud i siebie samego Konstans około 323–350 poniósł śmierć wskutek spisku, niewykluczone, że inspirowanego przez biskupów stolicy Sycylii. Jeden ze służących, zaczajony w łaźni, oblał mu głowę ciepłą wodą, a potem uderzył go w nią z całej siły dzbanem. Cesarz upadł ogłuszony ciosem i zadławiony wodą, a służba, zdziwiona nurzącą zwłoką, przyglądała się obojętnie ciału konającego władcy. Edward Gibbon, „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego””. Ciekawe. Nawet mamy takie tutaj przypisy.
Dobra, nie zagłębiam się. Pytanie klasyczne, jak to może nam się tutaj przydać? A może bohaterowie wejdą w jakiś konflikt? Może ten nasz antagonista będzie nie za czysty? Patrzę na te łąki tutaj. Może on jest nie tyle rolnikiem, nie miałby czasu na księgarnię, ale może na przykład mieszka gdzieś na obrzeżach miasta i na przykład zawsze ma obłocone buty. A nasza arystokratka, ona ą, ę przez bibułkę i ona za każdym razem zwraca mu uwagę na te obłocone buty. I może to zapoczątkowało ich konflikt i to sprawiło, że on jej wypowiedział taką cichą vendettę w środku za te buty. Za czepianie się do jego butów, do jego stylówki. Może tak być.
I może wtedy też ona mogłaby sypać jakimiś faktami z tej historii brudu. Może gdzieś, albo chociaż jakiś jeden rozdział, gdzie rozpętała się cała dysputa na temat czystości. Opcji jest wiele, jak zawsze. Dobra, losujemy w takim razie kartę z problemem, czyli karta z krainy snów. Dwa słowa, grafika. Teraz będę miała za zadanie to wszystko spiąć i faktycznie stworzyć problem, więc może się okazać, że wcale nie chodziło o buty, nie? Dobra, ze środeczka cyk i odwracam. I co my tutaj mamy? Łopata, farmaceuta. O matko!
A na karcie mamy farmaceutę. Człowieka w okularkach, w białym kitlu. W fartuchu właściwie, nie kitlu, bo tutaj widać ma dżinsy czy jakieś buty robocze. Wygląda, jakby wyskoczył z apteki, bo mamy tutaj szyld Krzyża. Chciałam powiedzieć czerwonego, ale ten jest turkusowy. I ten nasz farmaceuta trzyma łopatę w taki sposób, jakby grał na gitarze, tylko że gra na łopacie. Wiecie, o co mi chodzi. Taki dosyć przebojowy farmaceuta. Farmaceuta, łopata. I to miałoby stanowić nasz główny problem.
Myślę, co mogłaby łopata symbolizować. Na pewno mogłaby się wiązać z tym mieszkaniem gdzieś na wsi z obrzeżami. Może to byłby artefakt, który nasz bohater jednak zawsze trzyma czy zawsze nosi ze sobą. A może to byłaby też, tak pomyślałam od innej strony, że wiecie, wyjaśniać komuś coś łopatologicznie, nie? Tak łopatą do głowy. Może nasza bohaterka uważałaby tego sprzedawcę w księgarni jednak za jakiegoś matołka. Może on wcale nie był matołkiem, tylko po prostu był małomówny. I z racji, że nie był przychylnie do niej nastawiony, to przecież nie czuł potrzeby rozmowy czy rozwijania się, czy wchodzenia w większe dyskusje. Dlatego ona tak naprawdę nie wiedziała, co on ma w tej głowie. A może właśnie czuła potrzebę wyjaśnienia mu wszystkiego.
I okej, w sumie widzicie, to miałoby sens, że ona by go też zarzucała jakimiś pouczeniami, historiami, czy choćby ta sprawa z butami. Teraz ten farmaceuta jeszcze. Tu patrzę, taki przebojowy ten człowiek. Może by się właśnie pojawił gdzieś w tej sytuacji, gdzie to apogeum by było. Czyli tak, ta łopata byłaby stałym problemem. Ta łopata, czyli to nastawienie jej do niego. A może właśnie w ten dzień, kiedy ona się po raz kolejny doczepiła do tych jego butów, może w księgarni jeden z klientów, na przykład miejski farmaceuta czy aptekarz, może on właśnie też był. I może jak ona zaczęła o tym brudzie nawijać, może on jej przyznał rację, może zgodził się z tymi teoriami i w pewnym momencie oboje wsiedli na tego naszego sprzedawcę, tego antagonistę. I może wtedy właśnie antagonista wybuchł. Znaczy wybuchł, poprzysiągł sobie gdzieś w swoim wnętrzu, że chce się pozbyć tej kobiety, że ona tutaj jest właśnie tą kością niezgody i zepsuła jego życie.
Że do tej pory to było miłe, sielankowe. Był szanowany, a teraz zaczyna być uważany za jakiegoś głupka i brudasa na przykład, nie? Może właśnie ten dzień, w którym farmaceuta nawiedził księgarnię, stałby się tym wezwaniem do wyprawy. Aczkolwiek tutaj główną bohaterką niby miała być ta dziewczyna. Ale już wcześniej wspominałam o perspektywie antagonisty. Czemu nie? To jest ciekawe. To jest ciekawe, że wszystko byśmy widzieli jego oczami. Może dzięki temu na przykład w tej fabule nie od razu byśmy wiedzieli, skąd ta laska się wzięła, nie? Że może to, że ona wychodzi z obrazu, wyszłoby właśnie w trakcie tego prywatnego śledztwa, które nasz antagonista uskutecznił w celu, żeby ją zlikwidować, nie?
Może później. Zależy, czy będziemy szli w happy end, czy nie. Mógłby na przykład podpalić później ten obraz, może spróbować w jakiś sposób zniszczyć czy zakryć czymś ten obraz, żeby ona nie mogła wychodzić, nie? No dobra, myślę, że tutaj łapiemy się w ten problem. Ta łopatologiczność wywołała konflikt. I teraz jeszcze wylosujemy motto. Trzymajcie kciuki, żebym wiedziała, bo jak nam się trafi jakieś przysłowie, którego nie znam, to oczywiście będę musiała znowu nazmyślać, nie? Dobra i coś ze środeczka. Mamy to. Indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb ucięli.
Okej, mamy tutaj motto, czyli cała historia musiałaby zmierzać do odkładania w czasie. Bo to jest coś w stylu chyba, że nie rób czegoś jutro, skoro możesz to zrobić dziś. Bo nigdy nic nie wiadomo, nie? Może ona się z kimś umówiła. A może tutaj jednocześnie się jakiś romans wiązał. Może niekoniecznie z farmaceutą, ale może właśnie ona też się w kimś zakochała z tego świata i może właśnie umówili się na jakiś inny dzień. A niestety ona nie pojawiła się w księgarni, bo nasz antagonista zniszczył obraz. I może dalej w tej fabule ten ukochany tej dziewczyny z obrazu, może właśnie on będzie prowadził śledztwo. Wiecie, w sumie może nam się zmienić w trakcie opowiadania czy powieści perspektywa. To też jest ciekawy zabieg.
Może w chwili, kiedy ten nasz antagonista spali obraz, to już od następnego rozdziału mogłaby być w ogóle totalnie Nawet dla czytelnika zaskakująca, czy może nawet zbijająca z tropu sytuacja, w której będziemy nagle patrzyli oczami innego mężczyzny. Kogoś, kto się szykuje na tą randkę, nie może się doczekać. I przychodzi do księgarni, a tam lipa. A tam nie ma jej, gdzie zawsze była codziennie. Klienci zaczynają pytać, a nasz antagonista rozkłada ręce. Twierdzi, że nie wie, co się wydarzyło. Może gdzieś jest drugie śledztwo i w jakiś sposób może nasz amant dziewczyny z obrazu orientuje się, o co tu chodziło. A może mamy przeskok w czasie. Może minęło ileś lat, a ona wróciła, bo zajęło jej ileś lat przejście tym światem, żeby wyjść tym drugim obrazem. Tym ze słoniem.
Że w jej świecie ona musiała przez ileś lat podróżować, żeby dotrzeć do miejsca tego konkretnego, gdzie jest ten konkretny słoń, który jej polewał herbatkę, żeby mogła wyjść tym drugim obrazem. To też byłoby ciekawe. I po iluś latach może właśnie wróciła. No dobra, mamy to. Podoba mi się. Mamy to. Czas mamy zajedwabisty, że tak powiem. Ja na dziś kończę. Słyszymy się za tydzień i będziemy sobie troszeczkę błądzili po świątecznych krainach. Także ja się już nie mogę doczekać.
Trzymajcie się cieplutko i do usłyszonka. Pa.
[05:07:27] - Proszę państwa. Jak to dzisiaj szybko upłynęło. Przed nami ostatni punkt programu: „Labirynt książek” Mirosława Gołubińskiego, a w nim Jacek Dukaj. Właściwie omówienie twórczości Jacka Dukaja. Tak sobie patrzę na licznik kolejnych odcinków. Kiedy startowałem, kiedy pojawiały się pierwsze omówienia książek w wykonaniu Mirosława Gołubińskiego, to wydawało mi się, że jest ich bardzo dużo. A zbliżamy się, proszę państwa, powoli i nieuchronnie do końca. W każdym razie: „Labirynt książek. Twórczość Jacka Dukaja”. Zapraszam.
[05:08:41] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo mieli czas i ochotę wysłuchać mojego zaproszenia do „Labiryntu książek”. Dzisiaj mamy 50. spotkanie i jak już państwo pewnie zwrócili uwagę, staram się kolejne dziesiątki czcić opowieścią o pisarzach, których szanuję jeszcze bardziej, których nie umiem wybrać jednego utworu, a jednocześnie bardzo chcę przybliżyć państwu czy zaproponować państwu ich lekturę. Dzisiaj wybrałem pisarza niezwykłego, polskiego. W końcu mamy 50. spotkanie. Jak państwo doskonale wiecie, opowiadam państwu zarówno o książkach polskich, jak i zagranicznych autorów i autorek oczywiście, bo to jest oczywiste. Ale tym razem na tą taką małą rocznicę pierwsze pół setki, co oznacza, że spotykamy się już prawie od roku. Była krótka przerwa w sierpniu, ale i tak w sumie to już prawie rok minął od naszego pierwszego spotkania na antenie Book Radia.
Chciałem państwu dziś opowiedzieć o Jacku Dukaju, bo to pisarz, który co prawda ostatnio pisze mniej, w ogóle nigdy nie pisał zbyt wiele, ale to opowieść o pisarzu, który jest trudny do zdiagnozowania, trudny do przedstawienia, a jednocześnie kolejnym jego powieściom, bo na nich się przede wszystkim dziś skupię: „Lodowi”, „Perfekcyjni niedoskonałości”, „Innej pieśni”, „Ekstensom”, „Córce upieżcy”, „Czarnym oceanom”, zbiorom opowiadań, oczywiście „Starości Askalotla” czy „Imperium chmur”. Można by poświęcić osobne spotkania, osobne zaproszenia do „Labiryntu”, które ten korytarz, w który bym państwa wprowadził, nazywałby się po prostu Jacek Dukaj. I właściwie za każdym razem byłaby to długa, dwudziestokilkuminutowa opowieść i za każdym razem moglibyście państwo zobaczyć, że to jest za każdym razem trochę inne. Ale zasady, które sobie sam nałożyłem w naszej audycji powodują, że mam tylko jedno spotkanie. Mam jedną jedyną możliwość opowiedzenia państwu o tym pisarzu, którego jedni nazywają następcą Lema, inni mówią o nim jeszcze różne inne dziwne rzeczy, a ja chciałbym po prostu przejść krótko przez jego twórczość, na tyle, na ile pozwala nam nasze spotkanie i powiedzieć, dlaczego warto. Dlaczego od Dukaja trudno się oderwać. Dlaczego z Dukajem trudno się też nie kłócić, ale przede wszystkim trudno nie doceniać jego perfekcyjnej niedoskonałości. Myślę, że ten tytuł jednej z jego lepszych powieści, zresztą notabene nigdy niedokończonej trylogii, jest Jest najlepszym oddaniem jego twórczości. To pisarz młody, zaledwie rok młodszy ode mnie. Rocznik 74.
Debiutuje w roku 91 jako właściwie czternastolatek w ostatnim numerze „Fantastyki”, zanim „Fantastyka” stała się „Nową Fantastyką”, opowiadaniem „Złoty Galeon”. Już wtedy Maciej Parowski mówił w prywatnej rozmowie, że gdy przeczytał to pierwsze opowiadanie, był przekonany, że rozmawia co najmniej z kimś, kto czyta tak, jak ktoś, kto co najmniej studia skończył, a on dopiero do końca podstawówki dobijał. To filozof, co akurat w nosze SFFce, tej wielkiej, o którą przynajmniej tak uważamy z lat 80., 70. było rzadkością, gdyż wtedy raczej pisali utwory ścisłowcy albo lekarze jak Lem i powieści, które podrzuca nam czy proponuje przez faktyczne 20 lat swojej kariery, czyli od „Ksawera Szawryżyna” do „Imperium chmur” z 18., a potem do „Po piśmie” takiego eseju, w którym też zresztą idzie śladami Lema po trosze. To za każdym razem teksty, które sprawdzają jakąś możliwość po to, by ją wyczerpać do cna. Myślę, że świetnym przykładem są na przykład „Czarne oceany” z 2001 roku, które były, a przynajmniej tak mi się wydaje, jego własną wersją jakże dziś popularnego dzięki grze cyberpunku. Ale to powieść, która od samego początku ma znacznie większe ambicje. To powieść, w której pokazuje, że jest bardzo sprawnym pisarzem, świetnie rozumiejącym konwencję, której się podejmuje i jednocześnie lubi pisać długie powieści, chociaż podobno tą jeszcze mu nieco niedawno zmarły niestety Mirosław Kowalski, redaktor „Supernowej” nieco przyciął i może to wpłynęło na to, że jak na Dukaja „Czarne oceany” czyta się wyśmienicie. Mamy sprawną akcję, mamy kilka bardzo ciekawych momentów zwrotów akcji, ale też mamy pewne drugie dno, w którym już wtedy, czyli właściwie jeszcze ciągle u początku swojej kariery Dukaj pokazuje się mimo wszystko jako pisarz dość najogólniej rzecz ujmując konserwatywny. Z jednej strony oglądający rzeczywistość, w której żyjemy, ale z drugiej strony poddający i ekstrapolujący szalone, wydawałoby się wtedy rozwiązania.
Na przykład to, że ludzie umawiają się na spotkanie, na schadzkę miłosną, nie będąc parą, jest najpierw załatwiane przez prawników, czy na pewno jest to dozwolone etc. Co jest zapewne reakcją na wówczas coraz mocniej dobijające się jednak głosy o tym, że jednak kobieta musi godzić się na seks i inaczej to trochę głupio wygląda. I tutaj właśnie to są te elementy, z którymi ja oczywiście będę zawsze z Dukajem się kłócił, ale ja akurat tak mam, że ja po prostu doceniam wybitność i sprawność pisarską, nawet jeżeli nie zawsze zgadzam się, przynajmniej w pełni nie zgadzam się z głoszonymi przez autora czy wynikającymi z opowieści przesłankami. „Ekstenza” to minipowieść tak naprawdę, która w pewnym sensie mówi wszystko to, co Dukaj chce powiedzieć o postapokaliptyczności. Mamy wszystkie elementy, które się na nią składają, a jednocześnie jest coś znacznie głębszego. Rok później już ukazuje się obszerniejsza powieść Dukaja, czyli w 2003 „Inne pieśni”. „Inne pieśni” z kolei to powrót, bo już „Ksawery Szawryżyn” był rodzajem historii alternatywnej, tylko że tutaj jest ona rozwinięta do nieprawdopodobnych rozmiarów. W „Innych pieśniach” bowiem podstawowym punktem jest próba zastanowienia się, co by było, gdyby antyczna wizja kosmosu, fizyki była tą autentyczną. Nie da się tej książki czytać, a przynajmniej nie warto tak do końca nie znając podstaw filozofii greckiej, bo wówczas, gdy znamy, ta powieść jest jeszcze ciekawsza i jeszcze głębsza. Co więcej, jednocześnie on przyjmuje dla „Innych pieśni”, wychodząc z takiego tła, bardzo przygodową formułę, mnie się absolutnie kojarzącą z „W pustyni i w puszczy” i z przygodami Stasia i Nel.
Bohaterowie oczywiście przeżywają co inne przygody, chociaż tam już też, bo ja tam jednak widzę inną powieść XIX-wieczną. Ten XIX wiek jakoś zawsze prześladuje Dukaja, bo ja tam widzę oczywiście „Lalkę” Prusa i Wokulskiego. Oczywiście o Wokulskim Dukaj napisał „Imperium chmur”, ostatnią jego prozę, ale nie zmienia to faktu, że nie potrafię nie widzieć tamtych skojarzeń, relacji, usytuowania bohatera, który oczywiście inaczej ma na imię, ale jego relacji wewnątrz tego świata. Z kolei „Perfekcyjna niedoskonałość” z 2004 roku, wtedy pisał właściwie rok w rok, karmił nas kolejnymi opowieściami. To hard SF w najlepszym wydaniu. Przyznaję, że ja tych hard SF-ek w ciągu ostatnich kilku lat przeczytałem już kilkadziesiąt i to raczej szukam tych dobrych. Mieliście państwo Robinsona, ale pewnie kiedyś powrócę do Wattsa czy Gana. Dla mnie spośród żyjących najwybitniejszych twórców hard SF czy Strossa choćby z „Accelerando”, to ta powieść absolutnie może stać na jednej półce z nimi. „Perfekcyjna niedoskonałość” jest powieścią wybitną, dlatego że ona łączy hard SF z filozofią. To nie jest porównanie, które ma docenić Dukaja, bo myślę tutaj o Neilu Stevensonie i jego „Panatemie”, ale ma tylko pokazać półkę wielkości twórcy.
A ja akurat Stevensona bardzo cenię. Szczerze mówiąc, to był jeden z moich typów na dzisiejsze nasze spotkanie. Więc to nie jest tak, że ja uważam Dukaja za polskiego coś tam. Nie, absolutnie. Ja w ogóle nie lubię tego typu porównań, bo uważam, że dobre po polskie, zwłaszcza gdy jest naprawdę dobre, a powieści Dukaja są absolutnie wyśmienite. I wreszcie moja ulubiona powieść Dukaja, chyba najgrubsza, z 2007 roku. Co ciekawe, miało to być opowiadanie w jednym z jego lepszych zbiorów opowiadań „W królestwie bólu”. Tymczasem rozrosło się to w potężną, ponad tysiącsłownicową opowieść. Oczywiście myślę o „Lodzie”. To jest kolejna, podobnie jak „Ekstensa” i „Xawra z Wyżyn”, historia alternatywna.
Tym razem to już jest klasa sama w sobie. Jeżeli ktoś zachwyca się powieściami typu „Człowiek na Wysokim Zamku” Dicka, to „Lód” to przebija o kilka długości. Bez przesady. Akurat w życiu przeczytałem sporo historii alternatywnych, bo się trochę tym zajmowałem i przyznaję, że „Lód” to jest absolutna światowa ekstraklasa. Jedyny problem z „Lodem” jest oczywiście taki, że wbrew różnym twierdzeniom „Lód” jest bardzo polski. W tym sensie, że dla mnie to jest akurat jego wartość dodana. Można pewnie „Lód” przetłumaczyć, gubiąc czy rezygnując z pewnych wewnętrznych polskich dystynkcji, które w tym tekście występują. Tylko ja pytam: po co? Zarysuję tym razem wyjątkowo tło. Czyli jest to powieść, w której słynny meteoryt tunguski, który spadł w 1908 roku, tu też spadł, ale zmienił historię świata.
Zapanowała wielka zima. Gwałtownie spadły temperatury na całym świecie, również na terenie Cesarstwa Rosyjskiego, którego Polska jest częścią. Nie było pierwszej wojny światowej. Polska dalej jest pod zaborami, ale powstała nowa gałąź przemysłu. Mamy liczne problemy zarówno polityczne, jak i gospodarcze, ale również techniczne związane z tą sytuacją. Główny bohater, Polak, zostaje wysłany w głąb Rosji, ponieważ ma odnaleźć swojego ojca, który być może może jakoś przełamać problem tej zmarzliny. Bo ona nie jest naturalna oczywiście. Ale tak naprawdę, proszę państwa, to jest tylko warstwa, bardzo dobrze zresztą napisana, przynajmniej od pewnego momentu. Wszyscy się męczą na początku. Mnie akurat już początek zachwycił.
Potem mamy podróż w głąb Rosji, prawie jak w „Morderstwie w Orient Expressie” Agathy Christie, a jednocześnie akcję sensacyjną jak z dobrego filmu, jakiegoś thrillera. Strzelają się prawie jak w „Psach 2”. Natomiast to jest opowieść znacznie głębsza. Nie jest przypadkiem bowiem, że przemieszczający się lód nazywa się Soplica. Tak, ten Soplica. Że wśród bohaterów powieści znajduje się brat Józefa Piłsudskiego, Bronisław. W końcu bohaterowie, jak się domyślamy, jak w „Poszukiwaniu lodów” to jedziemy na Syberię. Że gdy bohater wchodzi do szewca na Dalekim Wschodzie, nagle zaczynają rozmawiać językiem szewców Witkacego. Sam początek jest gombrowiczowski. Oczywiście w polemice z Gombrowiczem, z gombrowiczowską wizją świata.
Ale ta polemika jest zakodowana na znacznie wyższym poziomie tekstu niż narracja. To jest wielka rozprawa z polskim romantyzmem. Nie tylko z tym romantyzmem soplicowskim. Od niego się zaczyna, bo pojęcie Soplica pojawia się na pierwszych stronach tekstu. Tym razem oczywiście pisane małą literą, niewielką. Ale, i to jest może jeszcze ważniejsze, mamy kolejne etapy tego romantycznego myślenia w literaturze polskiej. Stąd Piłsudski, który dopełnia tego obrazu. Stąd pojawiający się tam Gombrowicz czy wspomniany już Witkacy. Mamy pojawiające się różne wersje. Mamy tam oczywiście bardzo wiele z dobrze przeczytanej filozofii rosyjskiej.
Na tym opiera się zresztą cały główny pomysł powieści. Nieprzypadkowo powieść ta była nominowana do Nike po wydaniu, czyli w 2008 roku. Zdobyła wtedy Seidla i bardzo słusznie, bo to jest powieść, która absolutnie przekracza, nie tylko gatunkowo, fantastykę. Ja zresztą coraz bardziej przychylam się do zdania, że nie ma fantastyki i mainstreamu, są tylko powieści dobrze lub źle napisane lub po prostu dobre i złe jakościowo. Bo „Lód” jest opowieścią o nas samych. Główny bohater tej powieści jest taki jak my. Głupio odważny, biedny, czasami bezradny wobec rzeczywistości, ale jednocześnie uparty jak muł, co zresztą sprawia, że ma wiele z tym problemów. Mamy więc, proszę państwa, powieść, która moim zdaniem stanie się kiedyś klasyką literatury polskiej. I teraz będą państwo zastanawiać się: „No dobra, stary, mogłeś mówić tylko o lodzie. Mogłeś dać mu te 30 minut.” Nie, nie mogłem.
Ponieważ Dukaj nie jest tylko "Lodem". Myślę, że w "Lodzie" osiągnął szczyt swoich możliwości i myślę, że on też o tym wie. Ale to nie znaczy, że inne jego powieści są gorsze. Ba! Świadomie nie wspomnę o "Staroście z Calotla", bo za chwilę mamy przecież serial netflixowy na pomyśle ze "Staroście z Calotla" oparty. Obejrzycie państwo serial, potem przeczytacie mikropowieść i się zdziwicie. Ale tak to wygląda. Moja półka z Dukajem jest podwójna. Jedną półkę mam z papierowymi książkami, bo właściwie prawie wszystko mam, tak jak się przyglądam temu, co wychodzi i patrzę na swoją półkę w tym momencie. A jednocześnie czasami mam jedno, a nie dwa wydania najwyżej, bo większość wydań mam tych nowszych już z Wydawnictwa Literackiego, a nie wtedy, kiedy zaczynał w Supernowej.
Powieści z tego okresu nie mam, bo ich po prostu wtedy nie znałem. Nie zajmowałem się wtedy fantastyką tak, jak to robię dzisiaj, ale przyznaję, że 2020 był u mnie rokiem Dukaja. Albo 2019, już nie pamiętam. Wtedy przeczytałem właściwie wszystko, co napisał. Wszystkie duże powieści, większość opowiadań. I nie mam wątpliwości, że to jest pisarz bardzo ważny. Nie tylko, tak jak powiedziałem, dla polskiej fantastyki, bo to jest oczywiste, ale to jest przede wszystkim twórczość, którą trzeba czytać powoli, którą trzeba się rozsmakowywać. Ma też w sobie coś, co ja uwielbiam u współczesnych pisarzy. Czy w ogóle lubię u pisarzy. Za każdym razem, chociaż pisze o podobnych sprawach w sensie ideowym, to za każdym razem pisze inaczej i za każdym razem jest to jedna powieść.
Tak, zdradzę państwu, nie przepadam za seriami. Zniosę serię hyperiońską Dana Simmonsa. O Danie Simmonsie pewnie kiedyś państwu opowiem. Jasne, że bez problemu przeczytam "Władcę Pierścieni", bo to jest tak naprawdę powieść w trzech tomach, które od początku jako trzy były założone. Ale przyznaję, że jak czytam pierwszy tom bardzo przeciętnego fantasy, które ma na końcu ciąg dalszy w tomie drugim, to ja już wiem, że tego tomu drugiego nie będę czytał, bo mnie to nudzi. Przyznaję bez bicia, ja nie przyzwyczajam się do bohaterów. Bohaterowie, szczerze mówiąc, przelatują mi przez głowę, bo są ciągle do siebie podobni. Bez złudzeń. Nie mam specjalnie emocjonalnego stosunku do aktu lektury. Trochę wbrew książki "Przyjemność lektury" Barthes'a.
Natomiast nie ma wątpliwości, że dlatego Dukaj nie znudzi mnie, bo za każdym razem pisze coś nowego. Owszem, w 2019 opublikował słynny już dziś tom esejów "Popiśmie". Generalnie zbieraninę. Jeżeli tylko wspomnę, że powstał, to głównie dlatego, że go po prostu nie trawię. To jest jeden z tych tekstów, z których absolutnie z autorem się nie zgadzam. Uważam, że to nie jest dobra pozycja, zwłaszcza gdy przestaje mówić o tym, jak tłumaczy, a zaczyna snuć zbyt szerokie jak na mój gust refleksje, absolutnie abstrahujące od rzeczywistości, w której żyjemy, bo tam jednak trochę z niego ten konserwatyzm wychodzi i ja mam z nim po prostu zwyczajnie problem. Ale pozostanę wierny Dukajowi pisarzowi, bo to chyba najlepszy polski fantasta ostatnich lat. Oczywiście w swojej klasie. Sapkowski to zupełnie inny sposób pisania. A może inaczej.
Najlepszy to zawsze niebezpieczne słowo, ale na pewno w tej trójce, piątce najwybitniejszych polskich, obecnie żyjących twórców fantastyki. I tyle na dziś. Dziękuję państwu.
[05:28:28] - Proszę państwa, tak jak mówiłem, to był ostatni punkt dzisiejszego programu. I teraz się, proszę państwa, zacznie coś, czego ja nie lubię, ale z drugiej strony muszę pobiadolić sobie trochę, więc sobie trochę, wybaczcie państwo, na koniec audycji pobiadolę. Znowu nie powiem państwu nic więcej poza tym, że Bibliotekarium 2.0 za tydzień będzie. I tradycyjnie państwa bardzo serdecznie zapraszam w imieniu własnym i Marka Sęka "Ivelliosa", i w ogóle wszystkich, którzy dla państwa tę audycję tworzą.
[05:29:03] - No i Piotra Cielebiasia oczywiście również.
[05:29:06] - I Piotra Cielebiasia, i Katarzyny Prychacz, i Redy Haddada, i Piotra Struczyka. I pewno o kimś niebacznie zapomniałem i później będą pretensje. Ja bardzo przepraszam wszystkich, których nie wymieniłem. Bez was w każdym razie ta audycja by nie powstawała. Tak, ale pewną tajemnicą nawet dla mnie jest to, czy znowu moje plany na przyszły tydzień się powiodą. Zatem tradycyjnie powiem państwu, że jak się uda, to się uda, a jak się nie uda, to się państwo o tym nie dowiecie. Coś w każdym razie w audycji będzie na pewno. A to, co sobie planuję na przyszły tydzień, najwyżej się odwlecze. I tradycyjnie powiem zgodnie z przysłowiem: ale nie ucieczę. No cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiaj.
Naprawdę było mi bardzo miło po raz kolejny z państwem się spotkać. Do usłyszenia. Dobrej nocy życzę.
[05:30:11] - A mówi tu do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.