Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. W kalendarzu piątek, na zegarze godzina 20:00. Właściwie to już po 20:00, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejne spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi. Czyli kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:48] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, 70. spotkanie w ramach Bibliotekarium 2.0, a jeśli dobrze liczę, to 220. w ogóle jako Bibliotekarium. Zaczynają się, proszę państwa, liczby, które przynajmniej mnie imponują. Jeśli doliczyć do tego ponad setkę wydań dawnego ABW, będziemy je dzisiaj zresztą wspominać, to ta liczba robi się już naprawdę bardzo solidna. Przy okazji jakiejś okrągłej audycji można sobie trochę powspominać i jakiejś tam martyrologii. Nie, złe słowo. W każdym razie jakichś takich wspominek kombatanckich, o, to może lepsze, państwu zaprezentować. Ale obiecuję, że tych wspominek kombatanckich nie będę zbytnio eksploatował.
Czas na kolejną audycję. Tradycyjnie rozpoczniemy ją od polecanek, właściwie zapowiedzi wydawniczych. Dzisiaj mamy kolejne książki. Tym razem żeglujemy w kierunku różnych gatunków. Jakież to gatunki? Zaraz państwu to przedstawię. Zapowiedź książki, która ukaże się 12 marca, więc jeszcze trochę czasu nam zostało. 12 marca 2024 roku. Tytuł: „Spirala zła”. Autor francuski, więc mogę się potknąć.
W każdym razie Bernard Minier to się chyba czyta. Otóż ten Bernard Minier, jego książki są niesłychanie popularne, tłumaczone, z tego, co się dowiedziałem, na 27 języków i jest on ponoć jednym z najsłynniejszych autorów dreszczowców we Francji. Serial zatytułowany „Lód” został nakręcony na podstawie jego pierwszej książki zatytułowanej „Bielszy odcień śmierci”. Ta książka ukazała się w Rebisie w roku 2012. A jeszcze jestem winny państwu informację, że książki, o których dzisiaj mówimy, właśnie z wydawnictwa Rebis będą pochodziły. Później Rebis kontynuował wydawanie Bernarda Miniera. I cóż, pokazało się tych książek całkiem sporo. Mianowicie w 2013 roku to był „Krąg”, w 2014 „Nie gaś światła”, rok później „Paskudna historia”, 2018 „Noc”, 2018 druga książka „Siostry”, „Na krawędzi otchłani” to już rok 2019, „Dolina” 2020, „Polowanie” 2021 i „Lucia” 2022. Wymieniam te książki po to, że być może kiedyś państwo natknęli się na tego autora. Być może czytali jego książki.
To zapraszam do „Spirali zła”. To jego najnowsza powieść. Tak jak powiedziałem, 12 marca będzie dostępna na rynku. Cóż jeszcze mogę o autorze powiedzieć? Przede wszystkim to, że na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu w 2019 roku Bernard Minier otrzymał Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru. Ta nagroda w światku literatury sensacyjnej, kryminalnej ma już spore znaczenie, więc chyba warto docenić, że autor z dalekiej Francji, ja wiem, czy ona jest taka daleka? W każdym razie z Francji taką nagrodę otrzymał. Więcej państwu o tej książce powiedzieć niestety nie mogę, ponieważ na stronie wydawnictwa na temat fabuły niewiele napisano. Właściwie mówiąc szczerze nie napisano nic. Warto w takim razie zaufać powodzeniu, jakim cieszy się autor, jakim cieszą się jego książki i sięgnąć po tę kolejną.
Przypomnę zatem: „Spirala zła” 12 marca dostępna na rynku. Co jeszcze Rebis przygotował na najbliższy czas? Otóż pod koniec lutego, a konkretnie 27., pojawi się na rynku książka „Wąska droga między pragnieniami” Patricka... No właśnie. I znowu jest nazwisko, które nie wiadomo skąd pochodzi, a już na pewno nie jest polskie. Rothfussa. To może nie jest takie ważne to nazwisko, jak kolejna informacja jest znacznie bardziej ważna. Jeżeli pamiętacie państwo taki cykl „Kroniki Królobójcy”, to jest zaproszenie. Autor ten sam, a ta książka „Wąska droga między pragnieniami” to jest powrót do bestsellerowej serii „Kronik Królobójcy”. Od razu powiem świat fantasy.
Ci wszyscy, którzy gustują w takich klimatach na pewno już wiedzą, o czym mówię. Cóż, ta historia to jest wspaniale napisana historia Basta, najbardziej czarującej postaci z cyklu „Kroniki Królobójcy”. A opowieść, jak pisze wydawca, zachwyci zarówno nowych czytelników, jak i zagorzałych fanów twórczości Patricka Rothfussa. Bast umie się targować. Wymiana przysług jest dla niego równie naturalna jak oddychanie. Obserwowanie go podczas negocjacji przypomina oglądanie artysty przy pracy, ale nawet mistrzowi przytrafiają się wpadki. Towarzyszymy Bastowi przez jeden dzień od świtu do północy, przyglądając się jego sprawdzonym sposobom działania. Przemyślane plany i ukradkowe podchody zawsze są wirtuozerskim balansowaniem na granicy kłopotów. Kłopotów, z których jednak zwykle udaje mu się wyślizgnąć z niespotykaną gracją. W końcu jaki pożytek z ostrożności, jeśli trzyma z dala od niebezpieczeństw i spełnienia pragnień?
Patrick Rothfuss studiował między innymi chemię, psychologię, literaturę angielską. Jest wykładowcą akademickim w Wisconsin. Gdy nie czyta, a czyta nałogowo i nie pisze, to marnuje czas. To oczywiście weźmy w cudzysłów, na gry komputerowe i eksperymenty z formułami alchemicznymi. Tak, tak. Naprawdę to robi. Sięga po alchemię. Myślę, że w Radiu Paranormalium godzi się taki fakt podkreślić. No i wreszcie ostatnia zapowiedź. Ona też datowana jest na 27 lutego tego roku.
Nosi tytuł „Mewa”. To jest książka Richarda Bacha. A cóż o niej więcej? Ani fantastyka, ani sensacja. Posłuchajcie państwo. „Mewa” Richarda Bacha to niezwykła, inspirująca opowieść o nieograniczonych możliwościach człowieka i jego dążeniu do doskonałości. Jej bohater, Jonathan Livingston Seagull, jest uosobieniem pragnień drzemiących w każdym człowieku. Tę opowieść pokochają ludzie, którzy chcą podążać za głosem swojego serca, żyć na własnych zasadach i ci, którzy wiedzą, że życie oferuje coś więcej niż to, co widzą oczy. To nowe, kompletne wydanie tej filozoficznej klasyki, idealnej dla czytelnika w każdym wieku. To wydanie zostało uzupełnione o czwartą część podróży Jonathana.
Wybaczcie państwo, znowu nie wiem, jak odczytać oraz posłowie autora, co dało temu ponadczasowemu dziełu całkiem nowe życie. Richard Bach jest pisarzem i lotnikiem, autorem kilku powieści. Pisuje artykuły i opowiadania zarówno dla specjalistycznych periodyków lotniczych, jak i czasopism przeznaczonych dla szerokiego grona czytelników. Niemal co dzień zasiada za sterami samolotu. I to już koniec zapowiedzi. Wybrałem książki bardzo różne, ale cóż, ostatnia z nich, tak jak to państwu powiedziałem, zahacza przynajmniej częściowo o filozofię. To widomy znak, że teraz po filozofię sięgniemy. I podobnie jak w ostatniej audycji, ja nie będę państwu czytał kolejnego artykułu z miesięcznika „Filozofuj”, dwumiesięcznika „Filozofuj”, ale sięgnę do niego. Otóż po raz kolejny postanowiłem państwa w taki podstępny, pokrętny sposób zaprosić na swój kanał „Wehikuł Wyobraźni”. Dzisiaj przedstawię państwu wywiad z Christopherem Grau pochodzący właśnie z dwumiesięcznika „Filozofuj”.
Mam nawet wrażenie, że kiedyś, dawno, dawno temu ja ten wywiad już przedstawiałem. Ta wersja nagrania jest bogatsza, bo właśnie pochodzi z mojego kanału „Wehikuł Wyobraźni”. Bogatsza jest w moje gadanie, a konkretnie w komentarze dotyczące tego, co Christopher Graul mówi w wywiadzie. A o czym mówi? Mówi o symulacji. To jest taki mój konik, moja mała obsesja. Nie żebym wierzył w to, że na pewno żyjemy w symulacji. Tak, pojęcie wiary jest tutaj jak najbardziej zasadne, bo to, o czym często powtarzają ludzie zajmujący się symulacją, my z wnętrza symulacji mamy niewielkie szanse, żeby stwierdzić, że w tej symulacji żyjemy, a zatem możemy oczywiście bujać w obłokach, myśleć, czy żyjemy, czy nie. Ale to jest eksperyment filozoficzny. Eksperyment, który gdzieś zahacza nawet o wiarę i tyle.
Christopher Grau zdaje się twierdzić troszeczkę inaczej. Ja państwu nie będę opowiadał artykułu, ale chodzi o to, że coraz więcej głów uczonych wokół nas mówi o tym, że prawie na pewno żyjemy w symulacji albo na pewno żyjemy w symulacji. Bardzo często są to głowy nie tyle uczone, co posiadające duże zasoby gotówki, tak zwani celebryci, ale może ci mniej artystyczni, bardziej ci finansowi celebryci naszego świata. Od razu powiem: oni sobie tak mogą mówić. Ja pozostaję dosyć sceptyczny. Zapewnienia, że na pewno, schowajmy między bajki. Natomiast ja namawiam do jednej rzeczy. Namawiam do tego, żeby się zastanowić, żeby pomyśleć, czy to w ogóle jest możliwe, jakimi drogami by to wszystko szło i jaki to miałoby sens właściwie. Można pójść bardzo wąsko, wyobrazić sobie: „Nie, bez sensu, głupie to jest” i koniec dyskusji. Tak bardzo często reagują ludzie i ja się wcale nie dziwię.
Są też ludzie, którzy tak jak Wiktor Żwikiewicz mówią o tym: „A co to zmieni, jeśli nawet doszedłbym do wniosku, że tak, oczywiście żyjemy w symulacji, to jest jedyne miejsce, w którym mogę żyć i w którym żyłem od dziecka. To co się zmieni, jak stwierdzę, że żyję w symulacji? Nic. Będę żył dalej, bo to jest jedyne miejsce, tak jak już powiedziałem, jedyne miejsce, w którym żyć mogę i tylko będę żył ze świadomością, że może to, co wokół mnie, to może nie do końca jest tak realne, jak na początku sądziłem. Ale co z tego?” No to cóż, proszę państwa, ja bardzo serdecznie zapraszam na swój kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam podobnych materiałów jak ten, który zaprezentuję za chwilę, znajdziecie państwo całkiem sporo. Tam również odnajdziecie państwo różne archiwalne odcinki z serii na przykład Sentymentalnik, z serii Książki z pogranicza, wreszcie z serii dotyczącej filmów, czyli Filmotekarium. Ale są też materiały z filozofii, dotykające filozofii, dotykające niesamowitości tego świata, dotykające archeologii. A z czegoż ja tam, proszę państwa, nie dotykam? Więc czujcie się państwo zaproszeni na kanał Wehikuł Wyobraźni.
A teraz mała próbka z tego kanału. Zapraszam na wywiad z Christopherem Grau zatytułowany „Idea symulacji przestaje wydawać się jedynie wymysłem”. Witam państwa bardzo serdecznie w Wehikule Wyobraźni na playliście Symulacja i okolice. Dzisiaj audycja, jakiej jeszcze w tym raczkującym dopiero kanale nie było. Zapraszam państwa do lektury, a właściwie odsłuchania czytanego przeze mnie wywiadu z profesorem Christopherem Grau. To profesor filozofii na Clemson University, a doktoryzował się na John Hopkins University. Specjalizuje się w etyce, metafizyce i filozofii w filmie. Redaktor książek takich jak „Philosophers Explore the Matrix” wydanej przez Oxford University Press i „The Oxford Handbook of Philosophy of Love”. Tę książkę stworzył z Aaronem Smatsem. Wywiad, który przedstawię, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” z 2020 roku, w numerze czwartym, 34.
z kolei. Tekst jest dostępny na licencji Uznanie autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Wywiad nie jest długi, ale uznałem, iż jest bardzo interesujący, ponieważ syntetyzuje pewne kwestie. Ważnym elementem, o którym będę zapewne jeszcze mówił, jest zwrócenie uwagi na to, że do zagadnienia symulacji można podchodzić w rozmaity sposób. Mnie szczególnie podekscytowało to, iż profesor Grau zwraca uwagę na pozornie mało istotny element, taki jak to, czy symulacja jest „wyświetlana umysłowi, który fizycznie gdzieś istnieje”. Sytuacja chociażby z filmu „Matrix”. Czy też sam umysł jest symulowany w symulacji. Dotykamy bowiem zagadnienia kreacji sztucznych inteligencji, ale nie w rozumieniu tych, o których mówi obecnie cały świat. Chodzi o takie prawdziwe, z pozorami wolnej woli, samoświadomością i tak dalej, ale bez fizycznego nośnika. Poprawka: bez fizycznego nośnika w tradycyjnej postaci, w postaci mózgu, bo przecież fizycznym nośnikiem owej inteligencji byłaby sama symulacja.
I tu natychmiast, niczym diabeł z pudełka wyskakuje kolejny problem. Bo kto powiedział, że mózg jest naprawdę nośnikiem fizycznym świadomości, inteligencji, umysłu? Równie dobrze może być tylko przekaźnikiem, odbiornikiem tego, co spływa
[18:17] - Skądś tam. To jednak temat na odrębny odcinek. Nie można łapać wszystkich srok za ogon. Zapraszam zatem na wywiad z profesorem Christopherem Grau. Nie mam pojęcia, czy należy to nazwisko odmieniać. Niby w języku polskim jest zasada, iż odmienia się wszystko, co odmieniać można, ale dwumiesięcznik „Filozofuj” jednak tego nie robił. Zatem zapraszam na wywiad z profesorem. Rozmowa nosi tytuł: „Idea symulacji przestaje się wydawać jedynie wymysłem”. Jeszcze jedno. Po każdym pytaniu i odpowiedzi będę wtrącał swoje trzy grosze.
Czasami, aby zwrócić uwagę na jakiś fragment wypowiedzi, czasami, aby nieco rozszerzyć temat. Dobrze, czas na wywiad. Jak rozumieć hipotezę symulacji? Czy powinniśmy ją ujmować w wąskim sensie jako symulację komputerową, czy też szerzej, na przykład jako obejmującą platońską koncepcję świata cieni? Przykłady wielu filozofów pokazują, że nie ma co się ograniczać w wymyślaniu sposobów, na jakie nasz świat może być iluzoryczny. Mogą to być na przykład platońska jaskinia, leibnizowskie monady, kartezjański demon czy putnamowskie mózgi w naczyniu. Sądzę jednak, że dzisiaj idea symulacji komputerowej przyciąga naszą uwagę w sposób szczególny, ponieważ dzięki rozwojowi technologii komputerowej przestaje się ona wydawać jedynie oderwanym od rzeczywistości wymysłem. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie istnieją dobre racje, aby nadal wątpić w tę możliwość albo nawet nie dostrzegać niespójności hipotezy symulacji komputerowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że taki scenariusz coraz bardziej przykuwa naszą uwagę. Wydaje się to potwierdzać coraz większa ilość literatury i filmów z gatunku science fiction wykorzystujących wątek symulacji.
Uwaga, uwaga! Po prostu muszę się w tym momencie wtrącić. Ci z państwa, którzy znają mnie z audycji „Bibliotekarium 2.0”, z wywiadów, które tam prowadzę, wiedzą doskonale, że uwielbiam przerywać swoim rozmówcom. Tutaj zastosuję bardzo podobne narzędzie, czyli przerywanie i to właściwie po każdym pytaniu. Zdaję sobie doskonale sprawę, że katowanie państwa artykułem filozofa, który pewne rzeczy mówi jednak skrótami, jest dosyć okrutne. Niemniej jednak bardzo chciałem, żebyście państwo dostali do ręki pewne argumenty, tak zwane silne. Oto filozof, człowiek, który na co dzień zajmuje się hipotezą symulacji, przytacza pewne bardzo silne argumenty i myślę, że warto o nich pamiętać. One nie zawsze przy pierwszym przesłuchaniu wydadzą się państwu atrakcyjne, wydadzą się państwu w jakiś sposób naprawdę silne. Tu jest moja rola, żeby troszeczkę państwu o niektórych sprawach poopowiadać. Zwróćcie państwo uwagę, że w pierwszej odpowiedzi nasz filozof Christopher Grau tak naprawdę zachęca do filozofowania w ogóle.
Przypomnijcie sobie państwo, jeśli czytaliście kiedyś książkę filozoficzną, to ona na ogół zaczyna się od takiej zachęty do filozofowania, żebyśmy otworzyli umysł i patrzyli na świat troszeczkę inaczej. Dokładnie to samo robi profesor Christopher Grau. To podążmy za jego sugestią. Myślę, że bardzo ważne były słowa, które padły przed chwilą. Nie ma co się ograniczać w wymyślaniu sposobów, na jakie nasz świat może być iluzoryczny. Przyznam się państwu, że już tylko za to można człowieka naprawdę polubić. Filozof przytacza platońską jaskinię, monady Leibniza. Mówi też o demonie Kartezjusza, putnamowskich mózgach w naczyniu. Ja dołożyłbym jeszcze do tego Berkeleya oraz zwróciłbym państwa uwagę na to, co pojawi się za chwilę. Otóż za niedługo profesor Christopher Grau powie o tym, że istnieje spora różnica.
Warto się na to nastawić. Istnieje spora różnica pomiędzy umysłem symulowanym w ramach symulacji, czyli stworzonym w obrębie tego czegoś, co zwykliśmy symulacją nazywać. Więc istnieje różnica pomiędzy takim tworem a tworem niejako zanurzonym w symulacji. To znowu odwołanie do „Matrixa” tu byłoby chyba najlepsze. Wyobraźcie sobie państwo, że jest symulacja, a nasz umysł jest do niej wrzucany, ale gdzieś fizycznie istnieje, tylko jest podłączany do tej symulacji. Oczywiście umysł tworzony w symulacji To jest zagadnienie filozoficzne, o którym pewno jeszcze dzisiaj wspomnę, bo musimy sobie uświadomić, że tworzymy istotę, która nie ma ciała, nie ma swojej fizyczności, jest zanurzona gdzieś w głębi tego czegoś, co symulację tworzy. Stare pytanie filozoficzne: czy ona jest, czy jej nie ma? Skoro jest umysłem spełniającym wszelkie wymogi tego, że jest inteligentny, to dlaczego odmawiać tej istocie, temu umysłowi realnego istnienia? Ale jesteśmy przyzwyczajeni, że realne to jest to, co jest materialne. Na przykład Neo leżący sobie w tej wieży, gdzie był otoczony jakimś płynem i dostarczał energii, a jednocześnie symulowany był mu świat.
To jest umysł realny. A te byty, które żyją w ramach symulacji i są tylko stworzone po to, żeby Neo w tej symulacji czuł się lepiej? One mogą być dwojakiego rodzaju. Mogą być bytami, które tylko udają, że są inteligentne i wówczas nie ma problemu. Ale mogą być to byty inteligentne naprawdę. To mogą być umysły, które nie mają swojego odpowiednika w materialnej rzeczywistości, ale istnieją realnie. Uważam, że to jest spory problem. Ale przejdźmy do dalszej części wywiadu. Czy możemy powiedzieć, że nasz świat symuluje inną rzeczywistość tylko pod pewnymi względami, a pod innymi niekoniecznie? Na przykład, że symulowany świat nie jest materialny.
Andy Clark napisał fascynujący esej na ten temat „The Twisted Matrix: Dream, Simulation or Hybrid?“, w którym pokazuje, że symulacje świata generowane przez nasze mózgi podczas snu są dla nas przekonujące po części dlatego, że chemiczne i neurologiczne zmiany, kiedy zachodzą w nas podczas snu, nieco nas ogłupiają. Łatwiej jest kogoś nabrać na myślenie, że fałszywy świat jest czymś realnym, jeśli jest mniej czujny i mniej inteligentny. Nie trzeba wówczas dostarczać pełnej symulacji ani martwić się o szczegóły, których nie dojrzy poznawczo ograniczony świadek. To budzi raczej niepokojące podejrzenie, że być może żyjemy w marnej jakości symulacji, ale jesteśmy zbyt nierozgarnięci, aby się tego domyśleć. Proszę państwa, znowu muszę przerwać. Zwracam państwu uwagę na ten fragment, w którym mowa jest o snach, a właściwie o tym, że w trakcie snów jesteśmy nieco ogłupiali. Łatwiej przyjmujemy różnego rodzaju sugestie, które nam się w głowie lęgną. Pamiętacie państwo? Sny tuż po zbudzeniu się wydają się takie realistyczne, takie fajne, takie wspaniałe. Im dłużej później o nich myślimy na jawie, tym się wydają bardziej durne.
Nie mówię tu o snach świadomych, tylko o takich zwykłych, codziennych, jakich większość z nas doświadcza. Otóż te sny niestety bardzo często wydają się po prostu głupkowate. Jakby to państwu powiedzieć dalej? Dzięki substancjom, które pojawiają się w naszym organizmie. Tak sobie pomyślałem, że to zagadnienie jest na tyle ciekawe, że zrobię o nim osobną audycję. O środkach psychoaktywnych, chemicznych, które sprawiają, że gotowi jesteśmy uwierzyć w dziwną rzeczywistość. Co więcej, są środki psychoaktywne, które mogą tworzyć iluzję rzeczywistości. Utwory science fiction przewidują, że tego rodzaju substancje będą produkowane coraz częściej i w coraz większych ilościach. Bo nasz umysł nie tylko daje się stymulować, oszukiwać. Nie tylko da się mu wmówić, że gdzieś tam istnieje coś realnie.
Nasz umysł odpowiednio zmiękczony odpowiednimi substancjami jest gotowy uwierzyć, praktycznie rzecz biorąc, we wszystko. To zadziwiająca sytuacja, w której my tacy racjonalni, tacy wspaniali, tacy odporni na manipulacje pod wpływem wielocząsteczkowych związków nagle tracimy tę naszą niezłomność. Nagle różnego rodzaju bzdury, może za dużo powiedziane bzdury, różne dziwne sytuacje zaczynają nam się wydawać wow! Bardzo realne. Okazuje się, że chemią można manipulować człowiekiem równie dobrze, jak tym, co nazywamy symulacją. A może jedno z drugim ma bardzo wiele wspólnego? Bardzo jestem ciekawy, co myślicie Państwo o podejrzeniu naszego autora Christophera Graua, że żyjemy w symulacji, która jest marna, a to, że jest marna, jest niejako przykrywane, maskowane takimi właśnie substancjami chemicznymi. Tak, to rzecz niezbędna, żebyśmy w jednej z przyszłych audycji porozmawiali trochę o środkach psychoaktywnych. Tych, które istnieją realnie, tuż obok nas, ale tych, które są na razie w fazie projektu. Nie, to za dużo powiedziane.
W fazie imaginacyjnej, czyli w głowach fantastów. Jedźmy dalej. Jaki pańskim zdaniem jest najsilniejszy argument na rzecz tezy o symulacji? Jeśli mówimy o argumentach mających wykazać nie samą możliwość symulacji, jak na przykład czynił to Kartezjusz, ale że jest ona całkiem prawdopodobna, to najmocniejszy argument, jaki znam, zaproponował Nick Bostrom. Po raz pierwszy uczynił to w artykule „Are You Living in Computer Simulation?” z 2003 roku. W artykule, w którym sugeruje, że dzięki postępom w badaniach nad sztuczną inteligencją będziemy w stanie mnożyć wirtualne światy zawierające umysły. W konsekwencji doprowadzi to do tego, że szanse pojedynczej osoby na to, by zamieszkiwała ona realny świat, a nie symulację, okażą się bardzo niewielkie. Nie znam innego argumentu filozoficznego na rzecz symulacji, który nie byłby zasadniczo jakąś wersją argumentu Bostroma. Istnieją też argumenty naukowe na rzecz pewnego prawdopodobieństwa, że żyjemy w symulacji. Na przykład ten zaproponowany przez fizyka Jamesa Gateisa, oparty na myśleniu o „kodach korygujących błędy wbudowanych w teksturę wszechświata”.
Jako niespecjalista nie czuję się jednak kompetentny, aby właściwie ocenić empiryczne założenia takich argumentów. Opieram swoją ich ocenę na opiniach uznanych ekspertów. A jak do tej pory wygląda na to, że tego rodzaju argumenty muszą jeszcze przekonać innych fizyków i filozofów fizyki. No i znowu muszę się wtrącić. Czy nie macie państwo wrażenia, że profesor Grau, powołując się na Nicka Bostroma, sprowadza wszystko do absurdu? Przypomnę fragment wypowiedzi. „Dzięki postępom w badaniach nad sztuczną inteligencją będziemy w stanie mnożyć wirtualne światy zawierające umysły. W konsekwencji doprowadzi to do tego, że szanse pojedynczej osoby na to, by zamieszkiwała ona realny świat, a nie symulację, okażą się bardzo niewielkie”. A teraz już mój komentarz. Czyli doprowadzimy do sytuacji, a może już doprowadziliśmy, tylko o tym nie wiemy, że symulacji oraz umysłów w nich zagnieżdżonych będzie tak dużo, iż w sumie trudno będzie rozróżnić, czy jesteśmy w realu, czy w symulacji.
Więcej. To nie pojawia się w tekście wprost, ale uważam, że można to w ten sposób odczytać. Otóż autor zdaje się sugerować, że to nie będzie miało większego znaczenia. Realność i symulacja wydają się, przynajmniej zdaniem profesora Grau, stać na tym samym poziomie. Cóż, z jednej strony można byłoby się zgodzić, skoro jak już wielokrotnie mówiłem podczas naszych spotkań w Wehikule Wyobraźni, nie potrafimy rozróżnić symulacji realu, można byłoby przyjąć, że to rzeczywiście nie ma znaczenia. A jednak coś się w człowieku buntuje. Chciałby wiedzieć, co jest prawdą, a co fikcją. Tylko czy to ma sens, skoro różnicy nie potrafimy wskazać? Sens jest jeden. Dążenie do poznania świata i ogarnięcia jego istoty.
Jest to, owszem, pewna motywacja, ale nie przeceniałbym jej zbyt mocno. Może się okazać, że poza naukowcami filozofami cała reszta ma to głęboko w nosie. To, co mówi w dalszych częściach wywiadu profesor Grau, zdaje się potwierdzać takie podejście. A może nadinterpretowuję? Słuchajmy dalej. A który argument przeciwko symulacji wydaje się najbardziej przekonujący? Moim zdaniem problem z argumentem Bostroma polega na tym, że zakłada on bardzo kontrowersyjny model świadomości. Zbyt mało wiemy o tym Jak generować świadome doświadczenie, aby mieć pewność, że cyfrowa symulacja będzie w stanie rzeczywiście odtworzyć, a nie jedynie symulować świadomość? John Searle, Colin McGinn i wielu innych filozofów podnosi podobne wątpliwości. Niemniej w przeciwieństwie do Searla nie uważam, że udało mu się wykazać niemożliwość duplikacji świadomości za pomocą symulacji.
Uważam natomiast, że wskazał on na wystarczającą ilość wątpliwości, aby odpowiedzialny filozof przyjął agnostyczne stanowisko w omawianej tu kwestii. To ja tradycyjnie już wetnę się w tym miejscu. Mówiłem o tym, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Najpierw jednak cytat. „Zbyt mało wiemy o tym, jak generować świadome doświadczenie, aby mieć pewność, że cyfrowa symulacja będzie w stanie rzeczywiście odtworzyć, a nie jedynie symulować świadomość.” Koniec cytatu. W sytuacji matrixowej problem się nie pojawia. Nośnik, ewentualnie odbiornik świadomości jest poza symulacją i jest do niej niejako wrzucany. Co natomiast z kreowaniem świadomości bezpośrednio w symulacji? Dzisiaj nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, czy możemy stać się kreatorami sztucznych, świadomych bytów. To, że możemy tworzyć podmioty, które znakomicie udają świadomość, to już wiemy.
Obecna AI to właśnie robi. Udaje świadomy byt, ale nim nie jest. Każdy z nas może stwierdzić: „Jestem świadomy swojego istnienia.” Jednak powiedzenie o kimś innym, choćby nam najbliższym, że jest świadomy, to jest jednak pewne założenie. Bardzo realistyczne, przyznaję, ale jednak założenie. Zdaję sobie sprawę, że część z państwa może w tym momencie zaprotestować. To naturalne. Niemniej jednak nie jesteśmy w stanie przesiąść się do głowy drugiego człowieka, a zatem nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest on świadomą jednostką, czy też botem symulującym takową jednostkę. W związku z tym proponowany agnostycyzm proponowany przez profesora Graua jest jak najbardziej zasadny. Tu przypomnę agnostycyzm to jest taki pogląd filozoficzny, według którego obecnie niemożliwe jest całkowite poznanie rzeczywistości. Najczęściej agnostycyzm odnoszony jest do spraw wiary, a najzabawniejsze podsumowanie tej kwestii dał Bertrand Russell w broszurze „Kto to jest agnostyk?”.
To właśnie tam stwierdził on, że chrześcijanie twierdzą, że wiemy, iż Bóg jest. Ateiści, iż wiemy, że Boga nie ma. Natomiast agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć. Jedźmy dalej. Wywiad czeka. Ważąc wszystkie za i przeciw, która odpowiedź, afirmacja czy negacja symulacji wydaje się panu bardziej prawdopodobna? Jako osoba podchodząca sceptycznie do idei świadomości cyfrowego systemu, systemu działającego w oparciu o odpowiednie oprogramowanie nie uważam, aby argument Bostroma był bardzo groźny. Muszę jednak przyznać, że pandemia w połączeniu z nieodpowiedzialnymi liderami politycznymi w Stanach Zjednoczonych, ale i gdzie indziej, skłaniają mnie do myślenia, czy czasem ktoś nie bawi się naszym kosztem, zmuszając nas do przebrnięcia przez szczególnie absurdalną i okrutną symulację. I po raz kolejny przerywam profesorowi Grau, tym razem z niczym wielce istotnym. Ale czy nie macie państwo wrażenia, że rozmówca dwumiesięcznika „Filozofuj” trafił w sedno?
Ja coraz częściej zastanawiam się nad kondycją naszego świata i podobnie jak profesor Grau, mam wrażenie, że coś jest z tym światem nie tak. I nie chodzi mi o to, że nasz świat bywa absurdalny. Jeśli jest lub bywa losowy, to owa absurdalność jest po prostu wpisana w jego istnienie. Ja mam na myśli te wszystkie tak zwane teorie spiskowe. To wyjątkowo krzywdzące określenie, przynajmniej w odniesieniu do sporej części z nich. Nie macie państwo wrażenia, że wszystkie te teorie spiskowe spełniają się na naszych oczach? Nie będę wchodził w szczegóły, żeby nie prowokować pobocznej dyskusji, ale ja naprawdę jestem przeświadczony, że w ostatnich czasach na naszych oczach materializują się niejako największe strachy, traumy, które dręczą ludzkość od bardzo, bardzo dawna. Co więcej, można odnieść wrażenie, że spełniają się niektóre wizje, proroctwa, przepowiednie. Ale dobrze. I tak pojechałem już zbyt daleko.
Chociaż bardzo jestem ciekaw, jakie macie państwo zdanie w tej kwestii. Piszcie w komentarzach zarówno w tej sprawie i we wszystkich innych poruszanych w dzisiejszej audycji. Kiedy na tym kanale nastanie czas live'ów czy też lajtów. Bardzo mi się to określenie Piotra Cielebiasia podoba i chyba mu je ukradnę. Zatem kiedy nadejdzie rzeczony czas, państwa komentarze będą jak znalazł. Wróćmy do wywiadu. Jakie miałoby dla nas konsekwencje odkrycie, że naprawdę żyjemy w symulacji? Zależałoby to w dużym stopniu od tego, jakiego rodzaju byłaby to symulacja. Myślę, że David Chalmers w przekonujący sposób argumentował w „Matrix as metaphysics”, że jeśli znajdujemy się w symulacji à la Matrix, to znakomita większość naszych przekonań o świecie pozostaje prawdziwa. Chalmers zapożycza pewne idee od Hilarego Putnama, aby pokazać, przy założeniu sposobu, w jaki terminy odnoszą się do swoich desygnatów, że jeśli znajdowalibyśmy się w Matrixie, słowo takie jak na przykład „stół” odnosiłoby nas do cyfrowego stołu.
Zatem moje przekonanie, że naprzeciwko mnie znajduje się stół, nadal okazywałoby się prawdziwe. Fałszywe okazywałyby się moje głębsze przekonania metafizyczne dotyczące fundamentalnej natury rzeczywistości. Chalmers dochodzi do wniosku, że hipoteza Matrixa nie jest tak straszna, jak mogłaby się początkowo wydawać. Chociaż skłaniam się do myślenia, że odkrycie fałszywości naszych głębszych przekonań metafizycznych może okazać się dosyć szokujące. Ponadto jego argument nie stosuje się do wszystkich możliwych scenariuszy symulacji. I znowu ja z natrętnym komentarzem, tym razem na szczęście krótkim. Sygnalizowałem to już wcześniej. Teraz macie państwo potwierdzenie. Grau uważa, cytuję: „Fałszywe okazałyby się moje głębsze przekonania metafizyczne dotyczące fundamentalnej natury rzeczywistości. Chalmers dochodzi do wniosku, że hipoteza Matrixa nie jest taka straszna, jak mogłaby się początkowo wydawać”.
A co państwo sądzicie na ten temat? Straszno i śmieszno? A może tylko straszno? Wróćmy do wywiadu. Czy istnieją jakieś rodzaje własności, na przykład wartości, obowiązki moralne, umysły, które nawet w symulacji nic nie tracą ze swojego istnienia? Nawiązując do odpowiedzi na poprzednie pytanie, jeśli Chalmers miałby rację, a myślę, że ma, wówczas duża część naszego fizycznego świata nadal kwalifikowałaby się jako realna. Jeśli symulacja zawiera autentyczne umysły, nie tylko nasz własny, to jak sądzę, wiele z naszej moralności, także struktura wartości, również pozostałyby niezmienione. Jeśli okazałoby się, że inne umysły to jedynie symulacje, wówczas symulacja zrobiłaby się nieco skomplikowana. Nie mam pojęcia, dokąd by to doprowadziło. Do jakiegoś bałaganu.
I znowu ja wchodzę cały na biało. Zacznę od cytatu. „Jeśli symulacja zawiera autentyczne umysły, nie tylko nasz własny, to jak sądzę, wiele z naszej moralności, także struktura wartości, również pozostałoby niezmienione. Jeśli okazałoby się, że inne umysły to jedynie symulacje, wówczas sytuacja zrobiłaby się nieco skomplikowana”. Koniec cytatu. A zatem może jesteśmy w symulacji sami, a wszyscy inni to tylko boty? Pytanie, świadome czy nie? Jeśli tak by było, to skoro ja jestem, to za Kartezjuszem mogę stwierdzić z całą pewnością, ale już nie mogę mieć pewności, że państwo też jesteście. Po co w takim razie mówię do państwa i nagrywam podcasty? Nie, nie.
To wyraźnie ślepa uliczka. Chyba. Nie brnijmy w tym kierunku, bo ilość paradoksów będzie tylko rosła. Ważne jest to, że możemy być w symulacji sami. Taki full wypas świat, w którym możemy wszystko, ale o tym nie wiemy. A może część z nas wie? Może są gdzieś panowie tego świata, panowie, którzy tu rządzą, a nasze zwykłe szare świadomości to tylko świadomości samoświadomych botów. Prawdziwy gospodarz symulacji albo gospodarze bawią się nami zupełnie świadomie. Bawią się niczym marionetkami. I jak tu się dziwić powstającym teoriom głoszącym, że istota tego, jak nasz świat działa, wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje?
Prosty przykład. Kto z państwa chce trzeciej wojny światowej? Kto chciał wojny drugiej i pierwszej? A jednak się odbyły. Ktoś nas w nie wepchnął i nie pytał społeczeństw o zdanie. Ciągle nam się wydaje, że coś od nas zależy, że coś możemy. To jednak chyba nam się tylko wydaje. Prosta, niespiskowa odpowiedź: wepchnęli nas w tę wojnę politycy. Owszem, to możliwe, ale ja mam czasami wrażenie, że politycy bywają tak mocno zagubieni, stojąc wobec mechanizmów rzeczywistości, dokładnie tak samo zagubieni jak przeciętny człowiek. Trudne to i mało optymistyczne.
Wróćmy zatem do wywiadu. Czy uważa pan, że my, ludzie, będziemy kiedyś zdolni do tworzenia symulacji naszego świata zamieszkałych przez autentyczne umysły? A jeśli tak, to jakie miałoby to moralne lub inne konsekwencje? Może istnieją jakieś mocne moralne racje przeciwko tworzeniu takich światów symulacji? Wiele zależy od tego, czy rzeczywiście kiedykolwiek uda nam się stworzyć świadome byty cyfrowe. Jeśli tak, wówczas, jak sądzę, będziemy musieli się poważnie zastanowić, czy nie powinniśmy zrezygnować z powoływania do istnienia takich bytów, jeśli nie będziemy w stanie zapewnić im godziwej egzystencji. Ten sam problem rozważam w nieco innym kontekście, skupiając się na moralnych implikacjach powoływania do życia nie tyle wirtualnych świadomości, co robotów. Rozważam to w moim eseju „There is no I in robot”. Co by pan zrobił, gdyby doszedł do przekonania, że naprawdę żyjemy w symulacji? Nalałbym sobie czegoś mocniejszego.
I to już koniec wywiadu. Przynajmniej w ostatnim zdaniu powiało optymizmem. Żartuję, ale przyznacie państwo, że profesor Grał okazał się luzakiem. Po co rozpaczać i denerwować się sprawami, na które nie mamy wpływu? To nie ma większego sensu. Szklaneczka whisky czy co tam państwo lubicie, w ostateczności może być dobra kawa albo herbata. A zatem owa szklaneczka wydaje się najrozsądniejszym wyjściem. Z tekstami filozoficznymi, ale i wywiadami filozofów jest tak, że warto się przysłuchać kilka razy. Człowiek odkrywa, że przy każdym kolejnym seansie w jego głowie pojawiają się nowe skojarzenia i nowe pytania. Spróbujcie państwo.
Ja przy drugim czytaniu byłem zadziwiony, ile nowych, ważnych rzeczy odkryłem. Owocnych przemyśleń życzę. Zapraszam do komentowania dzisiejszej audycji, do łapkowania w górę i podumania na tematy poruszone przez profesora Grała. Zdecydowałem się, że jednak będę odmieniał jego nazwisko. Może się okazać, że myśli filozofa zaprowadzą państwa nie tylko do tematów symulacji, ale również do innych ciekawych zagadnień natury filozoficznej. Jeśli macie państwo jakieś sugestie odnośnie tematyki poruszanej na playliście „Symulacja i okolice”, to zapraszam do podzielenia się nimi. A teraz już żegnam się z państwem. Do usłyszenia. Serdecznie pozdrawiam. Proszę państwa, porcja filozofii zaliczona.
No to teraz czas na gościa, a gościa będziemy mieli niezwykłego. Tak państwo powiecie, ja zawsze mówię, że goście są niezwykli. No to chwileczkę, zaraz wszystko udowodnię. Naszym gościem będzie Cezary Czyżewski. I już czytam życiorys. Zaraz wszystko pokaże się jak należy. Urodzony w połowie lat 70. ubiegłego stulecia miał zostać konserwatorem zabytków, ale pragnienie przygód zwyciężyło i wygnało go najpierw do Irlandii, a potem na morza i oceany. Ale wiecie państwo co ja tu będę takie oficjalne życiorysy przytaczał? Ja może oddam głos samemu bohaterowi.
Zerknę sobie na stronę autorską Cezarego Czyżewskiego i cóż tam czytamy? Okazuje się, że marzenia spełniły się, bo z zawodu konserwator zabytków, z zamiłowania żeglarz, a obecnie scenarzysta i twórca światów w branży gamedev. „W przeszłości” — pisze autor — „w przeszłości publikowałem opowiadania w Starym Science Fiction. To opowiadania »Pieśń pożegnalna« i »Piwnica« i na portalach internetowych Valkiria, Nowa Gildia, Terra Fantastica i wielu innych. Obecnie współpracuję z wydawnictwem Dziewięć, gdzie publikuję swoje powieści” i cytuję państwu dalej ze strony autora: „Fantastykę odkryłem jako nastolatek. Najpierw zaczynając od klasycznego SF, potem poznając Tolkiena, Ursulę Le Guin i innych klasyków. Moimi ulubionymi pisarzami są Glen Cook i nieżyjący już mistrz epickiej fantasy David Gemmell. Grę o tron uważam za przeciętną, przereklamowaną i za długą. Sporo lat grałem w RPG i jeździłem na dziesiątki konwentów. Do dzisiaj gdzieś w szafie mam worek z około 60 identyfikatorami z konwentów z całej Polski”.
[54:47] - Gdy przyszedł czas, by wreszcie spoważnieć, nieco wydorośleć, zostawiłem fandom, wciąż pozostając wiernym fantastyce. Po kilku latach spędzonych w Irlandii wróciłem do Polski i odpowiedziałem sobie, może trochę późno, na to najważniejsze pytanie: co chcę robić w życiu? I zacząłem żeglować na poważnie. Niestety pandemia koronawirusa sprawiła, że znów trzeba było zmienić kurs w życiu. Choć żeglarstwo wciąż zajmuje dużo miejsca w moim sercu, obecnie pracuję w jednej z bydgoskich firm tworzących gry komputerowe, gdzie zajmuję się pisaniem scenariuszy i tworzeniem fantastycznych światów. To tyle tytułem przedstawienia. Ja tylko jeszcze dorzucę, że nasz gość jest autorem trzech sporych, objętościowo poważnych i treściowo całkiem fajnych powieści. „Alazza” to pierwszy tytuł. Drugi tytuł „Mgły przeszłości” i całkiem niedawno wydana książka „Ametyst. Krążąca krew”.
Zapraszam państwa na spotkanie z Cezarym Czyżewskim. Tak jak mówiłem, naszym dzisiejszym gościem jest Cezary Czyżewski, autor książek, ale o książkach to za chwilę. Ja zawsze zagaduję swoich gości. W związku z tym najpierw dzień dobry, wieczór, Cezary.
[56:27] - Dzień dobry Marku. Witam wszystkich.
[56:29] - Tak, ja mam taką niestety manię, że zanim dopuszczę swoich gości do głosu, to mija sporo czasu i tak naprawdę już nie raz dostałem za to po głowie od słuchaczy. W związku z tym dzisiaj naprawiam błędy. Ale wróćmy do tego, co chciałem powiedzieć. Jesteś autorem kilku książek. Specjalnie nie powiem ilu, bo to oddam tobie głos. Jesteś już autorem opowiadań i to z czasów, kiedy wychodziło takie ważne dla polskiej fantastyki naukowej, w ogóle dla fantastyki ważne pismo, mianowicie „Science Fiction”. Już wtedy pisałeś. Mówię już, bo to było tak naprawdę prawie 20 lat temu. W związku z tym nie jesteś na literackim rynku nowicjuszem.
[57:20] - Pisałem nawet wcześniej. Oczywiście duża część to były tak zwane juvenilia, czyli młodzieńcze wprawki, które oczywiście są potrzebne, bo bez nich nie byłoby szkolenia, warsztatu, nie byłoby rozwoju. Ale moje pierwsze kroki skierowałem tak naprawdę, jeśli mogę sobie tutaj pozwolić na dygresję pewną, do fantastyki, do nieodżałowanego Macieja Parowskiego. Miałem wtedy chyba 19 lat. Napisałem pierwsze opowiadanie, którego w moim przekonaniu mogłem się nie wstydzić, pokazując innym. A były to jeszcze czasy przed internetem, więc funkcjonowało coś takiego jak starożytna poczta papierowa, znaczki, skrzynki pocztowe. I wysłałem mój tekst do działu polskiego, czyli właśnie do Parowskiego. I jakież było moje miłe zaskoczenie, gdy tydzień, dwa tygodnie, miesiąc później, nie pamiętam, w swojej skrzynce pocztowej znalazłem kartkę pocztową od Parowskiego, nakreśloną w paru miejscach, z uwagami i z podkreślonym podsumowaniem: „Tekst na granicy druku. Czekam na poprawki”. I ja z Maciejem odbijaliśmy sobie ten tekst.
On koniec końców nie został opublikowany, bo sam stwierdziłem, że może lepiej napisać go od nowa. Tylko że go nigdy nie napisałem wtedy. Ale sam fakt, że Maciej Parowski poświęcił czas nieznanemu totalnie młodemu chłopakowi i zajął się tym tekstem, świadczy o nim jak najlepiej. Ja potem miałem okazję go spotkać na konwencie jednym, drugim, trzecim i ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu on pamiętał mój tekst. Kojarzył. „A Cezary Czyżewski, tak? Pamiętam, pamiętam. Ty do nas coś przysłałeś”. Także tak naprawdę moją pierwszą próbą był kontakt z Maciejem Parowskim. Natomiast tutaj słusznie zauważyłeś, że pierwszy pełny, udany debiut był na łamach „Science Fiction” i było to opowiadanie, o ile ja dobrze pamiętam, żebym nie skłamał, nigdy nie wiem które.
To była albo „Pieśń pożegnalna”, albo „Piwnica”. Powiem szczerze, nie pamiętam, bo oba się pojawiły i w dość krótkim odstępie od siebie. No właśnie, sam powiedziałeś, że to było ze dwadzieścia parę lat temu. Ja powiem szczerze nie wiem, które było moim debiutem. Mam to gdzieś zapisane, ale nigdy nie jestem w stanie tego sprawdzić.
[59:48] - Tak. Czyli pewne fakty z biografii mamy wyjaśnione, to ja śpieszę dla naszych słuchaczy z następnymi faktami. A te następne fakty o naszym gościu to takie, że z wykształcenia jest historykiem sztuki. Z pasji, zamiłowania, jakiejś takiej energii wewnętrznej jest miłośnikiem żeglarstwa. To podkreślam oba te fakty, ponieważ one nam się jeszcze w toku audycji przydadzą. Natomiast ja bym się na początek chciał skupić na tej historii sztuki. Słyszałem, ale nigdy nie doświadczyłem, że to po pierwsze jest bardzo trudny kierunek, a po drugie, że przynajmniej na niektórych uczelniach panuje tam taka atmosfera Szukam dobrego słowa: mobbingu albo nieprzyjemnych przejść. Czytałem cały reportaż na ten temat. To cóż, oddaję ci głos. Jak tam było na historii sztuki?
[01:00:51] - Może nie tyle sprostuję, co uszczegółowię to, dlatego że ja kończyłem w Toruniu na UMK, na Wydziale Sztuk Pięknych, kierunek konserwatorstwa i muzealnictwa, a dokładnie ochrony dóbr kultury. To jest dość skomplikowana kwestia nazewnicza. Generalnie chodzi o konserwację zabytków. Oczywiście nie można być konserwatorem zabytków bez bycia jednocześnie historykiem sztuki. Do pewnego stopnia przynajmniej. Powiem tak: poza personalnymi przypadkami wykładowców, którzy byli ciężkimi typami charakterów, użyję eufemizmu, nie spotkałem się z czymś takim jak mobbing. Oczywiście były wymagania ze strony profesorów i innych wykładowców. Oczywiście zestaw zasad, które obowiązywały studentów z kwestiami zaliczeń, z kwestiami poprawek, z kwestiami punktualności na zajęciach. Natomiast nie spotkałem się z czymś, co dzisiaj możemy nazwać mobbingiem. Ale ja zaczynałem studia, jak to się mówi, w poprzednim tysiącleciu, więc nie wiem.
Być może współcześni studenci są tak przewrażliwieni, że coś nazywają mobbingiem. A może po prostu miałem szczęście, że na Wydziale Sztuk Pięknych panowała profesjonalna atmosfera, gdzie oczywiście, jak w każdej tego typu placówce są znajomości. Nie chcę tutaj mówić, używając słowa układ jako coś nielegalnego, tylko pewne naturalne konsekwencje znajomości z kimś. Ale ja uważam, że moje studia były rzeczywiście trudne, wymagające, ale były bardzo dobre. Bardzo wiele rzeczy się nauczyłem jako młody, dorosły człowiek na temat świata, na temat filozofii, na temat ludzkiej wrażliwości, estetyki. Oczywiście, jak to wszystko było później wyrażane przez setki czy tysiąclecia przez artystów, architektów, malarzy, rzeźbiarzy. Tak, te studia nie są łatwe. Też pewnie nie są dla każdego, ale zostawiają bardzo dużo wiedzy w głowie tego, kto chce się uczyć.
[01:03:14] - Wybacz, teraz pytanie pewno bardzo laickie. W sensie, że ja jestem laikiem w tym rozumieniu. Co jest ważniejsze na tych studiach, na konserwatorstwie zabytków: historia czy sztuka? Wybacz, być może to pytanie wydaje ci się naiwne albo bardzo proste, ale myślę, że również nasi słuchacze chcieliby się tego dowiedzieć.
[01:03:41] - W żadnym wypadku nie biorę tego jako pytanie naiwne. Wręcz przeciwnie, uważam, że o pewnych takich rzeczach dobrze jest mówić. Wydaje mi się, że nie ma zrozumienia sztuki dawnej bez zrozumienia historii jako takiej. I jednocześnie nie ma dobrego zrozumienia historii, czyli tego ciągu dziejów, który miał miejsce w naszej przeszłości, bez zrozumienia ludzkiej wrażliwości, ludzkiej etyki, która towarzyszyła poprzednim pokoleniom. A skąd możemy to najlepiej odczytać, jak nie z rzeczy, które zostały po tych ludziach? Uczymy się historii przecież nie tylko z kronik i ksiąg, które pisane są przez zwycięzców, ale także przez świadectwa materialne. Zawsze miałem troszeczkę romantyczne podejście, wręcz można powiedzieć mistyczne. Dlaczego wybrałem konserwatorstwo, a nie na przykład czystą historię czy historię sztuki? Dlatego, że chciałem obcować z tym materialnym światem pozostałości. I jeśli oczywiście mogę, tutaj chciałem przytoczyć jedną z bardzo ciekawych historii, które mi się przydarzyły na studiach.
Byliśmy w ramach wyjazdu w Gnieźnie, w bibliotece katedralnej. Z tym że wiadomo, jako studenci zwiedziliśmy więcej niż to, co jest ogólnie w zbiorach pokazane. Zostaliśmy zaprowadzeni przez księdza kustosza do części archiwalnej zamkniętej dla zwykłych śmiertelników i oglądaliśmy te egzemplarze, które normalnie nie są wystawiane ze względów zabezpieczeń, delikatności, unikatowości. I w białych bawełnianych rękawiczkach, oczywiście w specjalnym klimatyzowanym pomieszczeniu, gdzie te wszystkie książki mogły być w ogóle otwierane z tych pudełek, zabezpieczeń, ksiądz kustosz wyciągnął w sumie tak naprawdę niedużą, niepozorną książeczkę, może mniejszą nawet niż format A5, grubą, oprawioną w skórę. I gdy wziąłem ją do ręki i otworzyłem okładkę i zobaczyłem na pierwszej stronicy Anno Domini 800, uświadomiłem sobie, że trzymam w ręku przedmiot, który ma 1200 lat. To jest właśnie ten element mistyki takiej, którą Przeżywam zawsze, gdy trafiam na jakiś stary kościół, dotykam starych murów, czy właśnie spotykam się z takim przedmiotem, że nie jest to jakaś współczesna podróbka, tylko jest to coś, tak jak mówił Napoleon do swoich żołnierzy: „40 wieków na was patrzy”. Na mnie wtedy patrzyło 1200 lat. To był tak naprawdę brewiarz, ale nie ma to znaczenia. To była księga, książka, którą napisano dla pewnego iroszkowskiego mnicha 200 lat przed Mieszkiem I, przed zjazdem gnieźnieńskim. To były czasy Karola Wielkiego i trzymałem w ręku książkę, która była świadkiem Europy w czasach Karola Wielkiego.
I to jest właśnie esencja. Myślę, że nic więcej nie muszę mówić. Może oprócz takiej anegdotki, którą właśnie kustosz nam sprzedał, że ta książka była od nie wiadomo jak długo w gnieźnieńskich zbiorach. Odkryto ją w czasie inwentaryzacji w okresie międzywojennym i wysłano do Krakowa do ekspertyzy. Zrobiono tam dokładne badania grafologiczne, niegrafologiczne, materiałowe. A może to było po II wojnie światowej? W każdym razie już ileś lat temu i przyszła odpowiedź od profesorstwa, że niestety nie jest to oryginał z roku 800. Jest to kopia młodsza o jakieś 30, 40 lat. Więc czy 1200, czy 1150 nie ma to znaczenia, ale nie był to oryginał z czasów Karola, tylko kopia młodsza o jakieś jedno pokolenie. Dlatego właśnie uważam, że bez zrozumienia czasów Karola, czasów Ottonów, bez świadomości tego, ile pokoleń czy ile mileniów minęło od powstania jakiegoś przedmiotu, ciężko zrozumieć jego kontekst.
A więc nie można być dobrym historykiem sztuki, nie rozumiejąc historii. I też sama historia czysto tak brana, jak to się mówi, na podstawie źródeł, przedruków, na podstawie opracowań też nie będzie żywą historią, którą możemy zrozumieć. To jest oczywiście tylko moja opinia. Każdy pewnie ma swoją.
[01:08:08] - Nie wiem, jak na to patrzą nasi słuchacze, ale na mnie podziałała ta mistyka. Kiedy wyobraziłem sobie, że trzymam przedmiot, który ma ponad tysiąc lat, to takie dreszcze po mnie przeleciały, przeskoczyły, więc chyba jestem na tego rodzaju klimaty dosyć wrażliwy. Ja myślę zresztą, że większość ludzi odczuwa to takie niezwykłe napięcie, kiedy przedmiot jakby zaczynał do nas mówić, a w każdym razie mówi do nas nasza własna wyobraźnia i to, co niesie jakiś taki przekaz pozawerbalny. Takie przedmioty, które gdzieś tam z głębi dziejów do nas docierają. Zostawmy na chwilę sztukę. Zostawmy na chwilę historię, bo gdzieś z boku, przynajmniej na chwilę, zostawiliśmy twoją wielką pasję, czyli żeglarstwo. I to żeglarstwo po morzu, jak wyczytałem. I tak się zastanawiałem. Człowiek, który mieszka w Bydgoszczy, takie dosyć śródlądowe państwo, miasto. Czyli skąd ta pasja?
Skąd ten bakcyl, który cię zapędził na morze?
[01:09:24] - Wziął się z literatury, można powiedzieć. Wracamy pętlą z powrotem do książek. Przygoda to było to, co młodego chłopaka zawsze pasjonuje. Myślę, że większość chłopców, którzy mają po kilka, później po kilkanaście lat marzy, by zostać żołnierzami, królami, kapitanami, zdobywcami, odkrywcami. Jest to pewna naturalna cecha umysłu i wydaje mi się, że wszyscy chłopcy, mówię, że tylko chłopcy, bo ja mogę mówić za siebie, jestem chłopakiem, ale właśnie gdzieś w tym okresie dojrzewania jest taka potrzeba poznawania świata, fascynacji tym, co jeszcze nieodkryte. Oczywiście na początku jest to podwórko, potem osiedle, potem własne miasto, a potem coraz dalej. I dodatkowo podlana sosem literatury moja wyobraźnia, bo oczywiście Verne i nawet nie te książki stricte fantastyczne, ale chociażby „Dwa lata wakacji” czy „Piętnastoletni kapitan”, czyli takie typowo, powiedzmy obyczajowo-przygodowo-młodzieżowe. Oczywiście historie o historii II wojny światowej, czyli historie pilotów, historie marynarzy, czy wreszcie historie żeglarzy, którzy opływali świat, począwszy od Kolumba, Magellana, a skończywszy nawet na naszym kapitanie Baranowskim. To było wszystko, co gdzieś tam w jakiś sposób zapładniało moją nie tylko wyobraźnię, bo o tym jeszcze oczywiście porozmawiamy, ale właśnie tą żądzę przygody. I mając te kilkanaście lat miałem okazję pojechać na wakacje na obóz żeglarski, żeby spróbować sił.
Spodobało mi się to od samego początku. Mogę powiedzieć tak troszeczkę nieskromnie, że chyba nawet jestem niezłym żeglarzem. Może niedoskonałym, ale na pewno na tyle bezpiecznie żeglowałem, że nie zdarzały mi się nigdy zbyt duże jakieś problemy na wodzie. A z czasem po śródlądziu, bo tutaj też nie jest tak, że dzielimy na śródlądzie i morze. Żeglarze pływają i tu, i tu. W Bydgoszczy zawsze była dość duża i prężna grupa żeglarzy, zarówno śródlądowych, którzy na Zalewie Koronowskim czy w Borach Tucholskich pływali, czy na Mazurach oczywiście. A w końcu z drugiej strony nie oszukujmy się, to jest 200 kilometrów do Gdańska, to jest żadna odległość, więc dużo żeglarzy z Bydgoszczy też pływa po morzu. Po morzu, po morzach. Także akurat to nie jest nic dziwnego. Ja stosunkowo późno trafiłem na morze, bo dopiero gdzieś po trzydziestce kolega mnie wyciągnął na Bałtyk we wrześniu.
Na małą, dziewięcioipółmetrową łódkę popłynęliśmy do Szwecji. Jeszcze sztorm nas przytrzymał, więc spóźniliśmy się z powrotem. Musiałem brać dodatkowe dni urlopu, ale wróciłem, jak to się mówi, brudny, zmęczony, wykończony, ale szczęśliwy i zakochany w morzu całkowicie. Stwierdziłem, że to jest jeszcze większa miłość niż żeglarstwo śródlądowe i chcę to robić. Wtedy można powiedzieć, że nastąpiło to całkowite zatopienie się w morzu, jeżeli chodzi o pasje.
[01:12:55] - Tak. Takim dużym skrótem, używając dużego skrótu, nawiążę do twojej ostatniej wydanej książki. Ona nosi tytuł „Ametyst. Książęca krew” i to jest książka, w której poświęcasz się albo ujawniasz swoje pasje, bo mamy tu sporo morza, mamy też fantastykę, fantasy właściwie. Sporo jest takich klimatów, które gdzieś tam jednak do historii nawiązują. Może nie wprost, ale nawiązują. A zatem czy to jest, przynajmniej na razie — jesteś młodym człowiekiem, więc trudno powiedzieć — ale czy to jest na razie twoje opus magnum?
[01:13:45] - Miło, że mnie, dziesięciolatka, nazywasz młodym człowiekiem. Jest mi bardzo miło.
[01:13:51] - We własnym, dobrze pojętym interesie, nie ukrywajmy tego.
[01:13:55] - Nie, to nie było sarkazmu. Naprawdę jest mi bardzo miło, że ktoś jeszcze uważa mnie za młodego człowieka. Nie wiem, czy opus magnum, bo o opus magnum można mówić na łożu śmierci, bo wtedy już wiadomo, że się nic więcej nie napisze. Natomiast jest to książka na ten moment.
[01:14:12] - Dlatego się zastrzegłem.
[01:14:13] - Oczywiście. Myślę, że na ten moment jest to najlepsza czy najbardziej dojrzała. Te wszystkie słowa po części dobrze opisują tą książkę. Włożyłem w nią na pewno dużo pracy właśnie po to, żeby była jeszcze lepsza niż poprzednie moje książki. Zarówno pod względem samej pracy na tekście, jak i obmyślania fabuły, jak i opracowywania tego, co nazywamy researchem autorskim. I tak, jest to połączenie moich dwóch pasji, czyli właśnie żeglarstwa, marynistyki, morza, tej miłości do morza, ale też fascynacji światami alternatywnymi, fantastyką, tajemniczymi, w sensie jeszcze niepoznanymi rzeczami. Wielu moich znajomych mówiło mi przez te wszystkie lata, gdy pływałem: „Słuchaj, przecież ty piszesz książki, piszesz opowiadania, masz dobre pióro, napisz coś żeglarskiego”. Ale ja cały czas nie miałem pomysłu. Już pomijam swoje wspomnienia, bo przecież za młody jestem, żeby bawić się w jakieś pamiętnikarstwo. Ale gdzieś cały czas czułem, że na przykład opisanie powieści czysto historycznej, marynistycznej, przy całym szacunku dla kunsztu tych autorów, którzy to robią, byłoby dla mnie zbyt ograniczające.
Myślę, że nie odnalazłbym się w marynistyce typowo historycznej czy nawet fikcji przygodowej w naszym świecie. Jednak ten pęd do kreowania własnego świata z własnymi miastami, ludźmi, zwyczajami, magią, czymkolwiek innym był na tyle silny, że w pewnym momencie stwierdziłem: „No dobrze, to zróbmy mariaż jednego i drugiego. To znaczy napiszmy...”. Nie wiem, dlaczego mówię w liczbie mnogiej. Może ja i mój umysł. Załóżmy, że ja często sami dyskutuję sam z moim wewnętrznym ja i kłócimy się czasami ostro, ale zdecydowałem się napisać coś, co z jednej strony zaspokoi tą moją potrzebę kreacji świata, takiego mojego własnego, takiego, jak chcę, a z drugiej strony da upust tej miłości do morza, do fal, do całej atmosfery, którą człowiek przeżywa, gdy znajduje się na pokładzie jakiegokolwiek pływadełka na morzu. Myślę, że to mi się udało, ponieważ „Ametyst” jest z jednej strony powieścią o morzu jako takim, o statku, który jest tym zwornikiem, tym kluczem całej historii, i o ludziach, którzy trafiają na jego pokład albo ocierają się o niego, dosłownie i w przenośni. Myślę, że to mi się właśnie udało, że jest oczywiście akcja, jest przygoda, jest intryga dziejąca się trochę na lądzie, dziejąca się trochę na morzu. Ona się zamyka, przynajmniej pewien rozdział oczywiście zamyka się w tej książce. Nie jest to zamknięta całość na zasadzie takiej, że zamknięta i koniec.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zostawił sobie paru wątków. Ta druga część się pisze, ona się cały czas pisze. I tak, wiem, przepraszam wszystkich, ale myślę, że w tym roku się w końcu napiszę, ponieważ cały czas mi mało. Cały czas te postacie na pokładzie chcą więcej przygód. Cały czas ten świat aż kipi wydarzeniami, które mam w głowie, a które chciałbym w końcu przelać na papier, na monitor, później na papier. Więc tak to wygląda z „Ametystem”. Jest „Książęca krew”. Drugi tom będzie miał podtytuł „Wichry Północy”, ponieważ akcja przeniesie się na północ tego świata, który jest światem fikcyjnym, ale Do pewnego stopnia nawiązuje do naszej Europy wieku XV, XVI. Oczywiście jest to fantasy, więc nie stawiam prostej paraleli między rokiem, załóżmy, 1550. Jest to mniej więcej okres wielkich odkryć geograficznych w naszym świecie, czyli zaawansowania jednostek pływających, kultury morskiej, rozwoju kupiectwa, rozwoju podróży morskich, przy jednoczesnym założeniu, że w moim świecie jest tego jeszcze bardziej, ponieważ jest jeszcze więcej wysp, jeszcze więcej miejsc, do których raczej można dopłynąć niż dojechać czy dojść suchą nogą.
Stąd koncepcja świata pod żaglami, świata żeglarskiego, gdzie małe dzieci bardzo często zanim nauczą się czytać i pisać, umieją już wiązać węzły żeglarskie.
[01:19:06] - Tak. O jednej rzeczy w przypadku „Ametysta” nie powiedziałeś. Powiedziałeś o różnych niuansach tego świata, ale o jednej rzeczy nie powiedziałeś. To ja ją szybko wyciągnę. Sporo jest w tej książce, to nie jest wyrzucone na pierwszy plan, ale sporo jest polityki. Polityki adekwatnej do czasów, które mniej więcej nakreśliłeś czy odpowiednika tych czasów, ale jednak tam się dzieje w tle polityka, a ona właściwie jest dosyć ważna. To może jeszcze troszeczkę na ten temat.
[01:19:45] - Tak, oczywiście. Pominąłem to nie dlatego, że jest to rzecz mało ważna, ale jest to pewne tło. Ważne, bo czym byłby obraz bez dobrego tła? W każdym razie tak. Pomyślałem sobie, że o ile w przypadku budowy, załóżmy, opowiadania, które jest trochę jak szkic graficzny. Szybka kreska, parę półcieni i już mamy coś. Książka jest niczym obraz, duży obraz. I jeżeli chcemy, żeby ten obraz przemówił do widza autentycznym światem, czyli do czytelnika jako powieść, powinien zawierać także tło naturalne. Czym byłby świat żagli, świat portów, świat gildii bez handlu, bez władców, bez państw, które między sobą handlują lub też się kłócą o coś, bez zawirowań dynastycznych? Bez tego wszystkiego, co stanowi smaczek dobrej powieści.
Mój wydawca, Krzysiek Biliński, którego oczywiście tutaj serdecznie pozdrawiam, nawet lubi mówić, że „Ametyst” ma w sobie coś z „Gry o tron” Martina. Chodzi o wielowątkowość polityczno-historyczną. Mimo że jest to historia alternatywna, to jednak dzieje się wiele w sferze polityki, relacji międzypaństwowych. Nie jest to taka typowa fantasy, że jest grupa bohaterów z mieczami, z magicznymi różdżkami, idą nie wiadomo gdzie, zdobywają nie wiadomo jakie artefakty i tak naprawdę nikt nie wie po co. Ja chciałem, żeby ten świat ukazał się czytelnikowi w pełni, czyli nie tylko w losach poszczególnych osób, ale także na tle czegoś więcej niż tylko ich własna linia fabularna. Cieszę się, że, Marku, o tym wspomniałeś, bo to oznacza, że to tło jest widoczne i czytelne, i to mnie bardzo cieszy jako autora tej książki.
[01:21:48] - Muszę jeszcze jedną rzecz poruszyć, mianowicie bohaterów. Tu bohaterem zbiorowym zdecydowanie jest załoga „Ametysta”, która sobie płynie. Specjalnie to upraszczam. Płynie, która przeżywa przygody. Żeby nie opowiadać książki i jednak skłonić naszych słuchaczy do sięgnięcia po książkę, to za dużo opowiadać nie mogę. Mamy bohatera zbiorowego, załogę „Ametysta”. Ale gdybyś miał powiedzieć trochę o ludzkim wymiarze swoich bohaterów, to kogo byś przywołał?
[01:22:25] - Zacznę może od pewnych wzorców, jeśli mogę oczywiście. Czy inspiracji, może to jest lepsze słowo, ponieważ jestem gorącym zwolennikiem zarówno twórczości Glen Cooka, a ściślej jego „Czarnej Kompanii”. I to było pierwsze ziarenko, które zakiełkowało, gdy myślałem o konstrukcji załogi „Ametysta”. A z drugiej strony, jeżeli chodzi o profilowanie postaci, budowanie pewnych epickich postaw, to David Gemmell, nieżyjący już angielski pisarz, też jeden z moich ulubionych. Może jego historie były do pewnego stopnia sztampowe, ale postacie, które kreował zwłaszcza w cyklu d’Rysajskim, bo on pisał czasami coś bardziej historycznego, czasami troszkę mniej historycznego, a czasem całkowicie fantasy pisał, były bohaterskie. Ja może nie pamiętam fabuły danej książki, ale doskonale pamiętam postać, która brała w niej udział. Pamiętam Drusa od Topora, pamiętam Waylandera, pamiętam paru innych bohaterów i bohaterki, mimo że dokładnie nie pamiętam, gdzie oni byli. I teraz, gdy pomyślałem sobie o „Ametystie”, myślałem: „Załoga, w porządku, to trochę taka moja czarna kompania będzie, gdzie będą różnego rodzaju obwiesie, gdzie musi być jakiś kapitan, muszą być oficerowie, pewnie będzie kucharz”. A ponieważ w moim świecie oczywiście istnieje też magia, bo cóż to byłby za świat fantasy bez magii. Więc na pokładach żaglowców, myślę, że to nie będzie spoiler, bo jest to część świata, może wręcz zachęcę czytelników, otóż W tym świecie używa się magii do wspomagania pracy żaglowców.
Każdy szanujący się żaglowiec posiada czarodzieja wiatru, nazywanego często swojsko wiatrołapem. Na Ametystcie znajduje się postać. To też jest ciekawa rzecz, ponieważ miała to być kolejna z epizodycznych postaci. Królik miał być łysym, nieco zawadiackim weganinem o posturze wychudłego buddyjskiego mnicha chodzącego cały czas w troszeczkę hipisowskich szatach. Ale po paru rozdziałach, które rozsyłałem do moich beta readerów, ta postać tak się im spodobała, że zostałem zmuszony do tego, żeby powiększyć nieco wątek Królika. I owszem, mag czy czarodziej Królik zaczyna mieć swoją własną linię fabularną, która zwłaszcza w drugim tomie będzie bardziej widoczna. Ale właśnie postacie, bohaterowie. Myślę, że chociaż moją oczywiście ulubioną jest główny bohater „Ametysta”, czyli Garen. Specjalnie nie będę mówił, jaką pełni funkcję na pokładzie, bo zdradziłbym część fabuły, ale chyba jednak taką najbardziej charakterystyczną, najbardziej wyrazistą postacią będzie Królik. Oczywiście jest to jego ksywa.
On posiada swoje imię i nazwisko i jest ono w książce w pewnym momencie zdradzane czytelnikowi w okolicznościach. Niemniej wszyscy zwracają się do niego Królik, bo uwielbia marchewki. Jest w końcu weganinem.
[01:25:50] - Teraz mam pytanie, za które wielu autorów mnie nie lubi, ale ja konsekwentnie wszystkim autorom zadaję. Więc nie mogę sobie wyobrazić audycji, w której bym tego pytania nie zadał. Gdybyś miał napisać blurb'a, może być taki trochę dłuższy blurb o swojej książce, o książce „Ametyst”, miałbyś polecić czytelnikom, to co byś wyeksponował? Ja mam trochę problemy. Zawsze się boję, żeby nie powiedzieć za dużo i nie zrobić złej roboty autorowi, opowiadając zbyt wiele z książki, spoilerując. Chociaż mam takie czasami ciągoty, więc ja zamilknę. A ty, jeżeli mógłbyś w tej chwili ukuć coś w rodzaju blurb'a, to ja bardzo zachęcam.
[01:26:46] - Ależ oczywiście Marku, ja nie powiem, że mam ci za złe. Ja jestem jak każdy żeglarz przygotowany na każde warunki morskie. Jestem sam autorem blurb'a, który znajduje się na tylnej stronie książki, na tylnej stronie okładki i myślę, że udało mi się zakląć w nim nie tylko treść, ale do pewnego stopnia charakter i ducha powieści. I teraz w takim razie, jeśli pozwolisz, to pójdę na łatwiznę i po prostu przeczytam ten akapit, który lepiej niż słowa improwizowane odda to, czym ja uważam, że jest „Ametyst”. O czym jest? „Ametyst” to historia pachnąca morską bryzą, pełna gwarów portowych zaułków i cichych zaklęć magów wiatru. To opowieść o ludziach morza w fantastycznym świecie, w którym poznamy wolnych żeglarzy, dumnych piratów północy oraz honorowych rycerzy i oficerów floty gotowych oddać życie za króla. „Ametyst” to żaglowiec, którego załodze przyjdzie zmagać się nie tylko z przeciwnymi wiatrami czy intrygami możnych, ale także z przeklętymi koszmarami przyczajonymi w odmętach mórz. I myślę, że to w najlepszy sposób podsumowuje powieść.
[01:27:59] - Tak. Omówiliśmy sobie twoją ostatnią powieść, ale wszystkich naszych słuchaczy, którzy już wstają, bo się audycja skończyła, od razu uprzedzam, że za wcześnie. Absolutnie za wcześnie, bo teraz troszeczkę cofniemy się, cofniemy czasy i sięgniemy po twój debiut książkowy. Nie wiem, jak się ten tytuł wymawia. Aladza?
[01:28:26] - Są tacy, którzy mają go po włosku. Natomiast ponieważ jest to imię pochodzące, czy stworzyłem je na podstawie języka arabskiego, dlatego ja osobiście jako autor po prostu czytam je Alazza przez „z” na końcu.
[01:28:43] - Okej, a zatem powieść „Alazza” to jest twój debiut książkowy i książka po części bliska mojemu sercu z takich względów geograficznych, bo ona dzieje się w Bydgoszczy. I tak sobie pomyślałem, kiedy sięgałem po książkę: w Bydgoszczy nie może się dziać nic ciekawego. Jestem trochę hipokrytą, bo sam kilka książek z Panem Samochodzikiem umieściłem w Bydgoszczy i jakoś wtedy widziałem, że się może dziać coś ciekawego. A kiedy sięgałem po książkę „Alazza”, wmawiałem sobie, że nie. O, proszę państwa, jakże mile się rozczarowałem, bo okazuje się, że spod pióra Cezarego wyszła historia pełna mroku, ale też przygód, zagadek kryminalnych. Taka powieść o wielu wątkach, wielu tłach, wielu wreszcie odniesieniach. I wiecie państwo, taka trochę multi... niemedialna. Szukam słowa. Tak.
W każdym razie dużo się dzieje i to z odwołaniem do różnych gatunków powieściowych. To ja tyle. A ty teraz się tłumacz ze swojego debiutu.
[01:30:08] - Nie mam się z czego tłumaczyć. Czuję się dumny ze swojego debiutu.
[01:30:12] - Nie mam co do tego wątpliwości.
[01:30:16] - Dobrze. Rzeczywiście, tak jak powiedziałeś, o ile "Ametyst" możemy lepiej czy gorzej zakwalifikować do nurtu czy gatunku marynistycznej powieści fantasy, o ile rzeczywiście z "Alazą" mam ten problem, że nawet ja sam nie potrafię znaleźć jakiejś jednolitej szufladki. Ponieważ nie jestem zwolennikiem tworzenia bytów ponad potrzeby, więc zwykle mówię, że jest to miks paru różnych gatunków, bo tak jest w rzeczywistości. Ja pokrótce opiszę to, czym jest ta książka. Ona się dzieje w naszych czasach, w naszym świecie, ale tylko z pozoru. Jest to świat, gdzie tak naprawdę istnieje jego drugie tło. Niesamowite, magiczne, ocierające się o historię, o teorie spiskowe, o religię, o magię najróżniejsze. Załóżmy przez chwilę, że te wszystkie rzeczy są prawdziwe, tylko ukryte. Nie jest to do końca urban fantasy. Jeżeli mógłbym troszeczkę skorzystać z jakiejś analogii, to może trochę nawiązania do amerykańskiego cyklu „Supernatural”.
Po naszemu to się nazywało „Nie z tego świata”, były te seriale. Ja osobiście chyba wymiękłem przy 11. sezonie, a słyszałem, że chyba do 14. dojechali. Generalnie chodzi o to, że w naszym świecie dzieją się niesamowite rzeczy. One gdzieś tam cały czas są i po prostu dzieją się ludziom. Historia zaczyna się jak zwykły kryminał. Nawet początkowo słyszałem takie zarzuty, że to się zaczyna zupełnie jak jakaś obyczajówka albo kryminał. Ale tak właśnie miało być. Ja chciałem, żeby ten nasz bohater, Tadeusz Siekierski, który jest zwykłym fizykiem.
Celowo wymyśliłem sobie postać z odmiennym wykształceniem niż ja. Choć ja bardzo lubię fizykę, żeby nie było. O ile z matematyką zawsze gdzieś tam było mi nie po drodze w okresie młodzieńczym, to fizyka jako element poznawania świata, próby zrozumienia, jakie mechanizmy rządzą światem, zawsze mnie fascynował. I wymyśliłem sobie fizyka, któremu zaczynają zdarzać się rzeczy, których nie potrafi wstawić w swoje wzory, nie potrafi ich zdefiniować, nie potrafi ich ogarnąć racjonalnie, co go oczywiście frustruje, ale jednocześnie budzi jego ciekawość i pociąga dalej w poznawanie tej historii. Więc zaczyna się „Alaza” jako zwykły kryminał, zaczyna się morderstwem, a potem jest coraz więcej magii. I oczywiście kończy się jakimś punktem kulminacyjnym, gdzie po drodze mamy okazję dowiedzieć się paru rzeczy o duchach i demonach szamańskich, bliskowschodnich arabskich wierzeniach, nawet o naszych lokalnych czartach, że tylko Węgliszka wspomnę. I nie mam wcale na myśli knajpy Węgliszek, która swego czasu istniała, tylko naszego rodzimego bydgoskiego czarta nazywanego Węgliszkiem, który nie od węgla pochodzi, od węgła, czyli od rogu czy naroża budynku. A kończy się to wszystko prawie że armagedonem, ale nic już więcej nie powiem właśnie po to, żeby za dużo nie spalić na początku. Dość powiem, że drugi tom, który się pojawił. Czy mogę od razu do niego przejść, Marku, czy na razie mamy się skupić tylko na pierwszej części?
[01:33:51] - Nie, oczywiście, bo już się spinałem do skoku, żeby powiedzieć, że ta historia nie kończy się, a właściwie kontynuowana jest w tomie „Mgły przeszłości”.
[01:34:04] - Tak. I właśnie, o ile w pierwszym tomie poznajemy naszych bohaterów, wszystkich, nie tylko Tadeusza i tych najważniejszych, ale też paru innych, to „Mgły przeszłości” są książką, oczywiście jest to ciąg dalszy dziejący się w podobnym świecie, ale ma nieco inny charakter. Tam akcenty są troszkę bardziej równomiernie rozłożone pomiędzy wszystkich poszczególnych bohaterów. Troszkę więcej czasu antenowego dostaje główna bohaterka, która musi wejść w mgły swojej przeszłości, żeby dokonać rachunku. Mówię troszkę enigmatycznie, ale wszystko po to, żeby nie zdradzać fabuły, bo przecież to nie chodzi o to, żebym teraz opowiedział tutaj książkę. Niemniej jest to bardzo zamierzchła przeszłość, bo i nasza bohaterka jest niezwykłą istotą. Oczywiście nasi ludzcy bohaterowie mają swoje własne perypetie związane z historią nieco bliższą. I tutaj świadomie powiem, że tak jak zawsze, przynajmniej w naszym narodzie, czarny mundur z trupią główką od Hugo Bossa budzi zawsze dreszczyk grozy i pewne jasne konotacje i wspomnienia z okresem II wojny światowej. I tak i w „Mgłach przeszłości” nasi bohaterowie muszą stawić czoła demonom przeszłości właśnie z tamtego mrocznego okresu naszej historii. Rzecz się kończy w sposób dość zaskakujący.
Niektórzy nazywają to cliffhangerem. To jednak chyba jest od hang angielskiego, czyli cliffhanger, czyli właśnie tym suspensem. To jest o wiele sympatyczniejsze słowo. Ja osobiście uważam, że w zasadzie po drugim tomie można byłoby historię Tadeusza i Alazy zakończyć, ponieważ ich losy są w pewien sposób tam wydawałoby się, że przypieczętowane. Ale wiadomo, nigdy nie mówmy nigdy. Gdzieś pomysły drzemią, pomysły krążą, moi bohaterowie żyją cały czas w mojej wyobraźni, więc w żadnym wypadku nie zarzekam się, że nie powstanie kiedyś trzeci tom przygód Tadeusza i Ali.
[01:36:28] - Troszeczkę mam takie wrażenie, że to właściwie jest rodzaj deklaracji, że jednak ten trzeci tom powstanie, bo ja rozumiem, że w tej chwili twoją główną aktywnością jest drugi tom „Ametysta”. Ale myślę, że ta historia, która się zaczyna w tomie „Alassa” i później kontynuowana jest w „Mgłach przeszłości”, warto by ją jeszcze pociągnąć. Powiem jeszcze jedno, że kiedy te fragmenty nawiązujące do dokumentów z czasów II wojny światowej, to się, proszę państwa, chwilami czyta — nie wiem, czy robię w tej chwili komplement, z mojego punktu widzenia jak najbardziej — to się czyta troszeczkę tak, jak bliskie mojemu sercu „Samochodziki”, bo tam też jest tajemnica sięgająca głęboko w przeszłość, ale nie aż tak głęboko, żebyśmy musieli ją wyobrażać w sposób magiczny. Jest to historia odwołująca się do czasów hitlerowskich, do dokumentów, do tajemnic. Jak najbardziej pojawia się klimat samochodzikowy, co jeszcze dodatkowo napędzało moje zainteresowanie. Wniosek mój, że ty bardzo eksperymentujesz i próbujesz różnych aktywności literackich, różnych gatunków, ale też różnego sposobu obrazowania. Te książki są wielkim i w dodatku udanym, co warto podkreślić, ale eksperymentem, w którym poznajemy spektrum twoich możliwości. To jest niezwykle ciekawe, bo dostajemy autora i dostajemy jego dzieło i pokazuje autor: „Patrzcie, ja naprawdę wiem, jak to robić”. To jest wniosek, którym chciałem nieco przydługą wypowiedź zakończyć, zostawiając autora w trochę niezręcznej sytuacji, bo będzie musiał odnosić się do moich komplementów. Ale to już jest problem autora.
[01:38:47] - Znowu odbiję piłeczkę, to żaden problem, ponieważ od najmłodszych lat ćwiczyłem się w mistrzostwie ciętej riposty, Marku, więc z największą przyjemnością odpowiem ci, że tak, oczywiście, „Pan Samochodzik”, moja pierwsza i chyba najbardziej ulubiona część, czyli według cyklu część ósma, „Tajemnica tajemnic”, była moim pierwszym zetknięciem się z „Samochodzikiem”, a dopiero potem poszła cała seria. Teraz dodatkowo jeszcze jeden argument, dlaczego poszedłem na takie, a nie inne studia, bo ja zawsze chciałem być połączeniem Indiany Jonesa i Pana Samochodzika. To à propos tych młodzieńczych marzeń, starożytności, akcja, odkrywanie skarbów, przygoda, ale przede wszystkim historia. Słusznie tutaj zauważasz, ja zresztą mówię o tym wprost, że troszeczkę na historii sztuki i kultury się znam. Tutaj nie chodzi o przechwalanie się, tylko chociażby z racji mojej edukacji. Znam się na tym bardziej niż na biologii molekularnej, więc łatwo mi było, używając aparatu, którego pełni mojego szacunku profesorowie nauczyli mnie na studiach, czasami wbijając twardo tymi podręcznikami wiedzę do mojej głowy, ale z sukcesem, jak widać. Pokazałem, że historia to po pierwsze nie jest tylko suchy katalog dat i wydarzeń, że historię pisali ludzie żyjący przed nami, nasi przodkowie, bezpośredni, pośredni to już nie ma znaczenia, że historia to nie tylko fakty, które, jak wspominałem o tym, mogą być różnie interpretowane, mogą być mylnie wręcz uważane za fakty, ale także pewne rzeczy, które dzieją się na pograniczu domysłów, przypuszczeń. I w tym momencie, gdy zaczynamy tworzyć powieść, która z definicji będzie zawierała fikcję czy realizm magiczny, czy jakkolwiek inaczej to nazwiemy, to nie tylko ta granica przestaje być przeszkodą, ale ona wręcz staje się, dla mnie przynajmniej, pewną główną osią, wokół której krążyłem, gdzie z jednej strony posługiwałem się prawdziwymi terminami dotyczącymi religioznawstwa, archiwistyki, archeologii, konserwatorstwa czy nawet fizyki, bo konsultowałem się z moimi kolegami z zawodu fizykami na temat optyki, na temat paru innych rzeczy, które miały uwiarygodnić postać głównego bohatera. Ale z drugiej strony, gdy wracałem do linii realizmu czy granicy, wchodziłem w elementy mistyczne, w elementy na przykład okultyzmu nazistowskiego czy tych wszystkich rzeczy, które się przydarzają już w sferze fantazji. I celowo nie rysowałem tej linii ostro, dając czytelnikowi czy wręcz stawiając przed nim wyzwanie: „Drogi czytelniku, zapraszam cię do zabawy w moim świecie”.
Chodząc po ulicach Bydgoszczy z tą powieścią, nawet poszukując miejsc, gdzie ta akcja miała miejsce, gdzie odbywała się ta akcja, bo niektóre są oczywiste, znane nam, ale zaułki pewnych ulic, jest parę miejsc nieistniejących. Odkryj je, czytelniku. Odkryj, co jest historią, co jest faktem, co rzeczywiście pochodzi z naszego świata, a co już pochodzi z tego świata za mgłą. I to był zamysł, który przyświecał mi w pisaniu obu tych części tak naprawdę. Także nie widzę tutaj powodu, żeby się tłumaczyć. W końcu co nas pociąga, jak nie tajemnica, którą możemy rozwiązać? A co nas pociąga jeszcze bardziej niż tajemnica, której nie jesteśmy w stanie rozwiązać, bo ona pozostaje nadal nierozwiązana?
[01:42:55] - Mogłoby się wydawać, że z wcześniejszych wypowiedzi i z moich wcześniejszych pytań zamknąłem sobie drogę do pytania kolejnego. To tylko pozór. Otóż to kolejne pytanie dotyczy Szeroko pojętych planów na przyszłość, literackich planów na przyszłość. I to już państwo wiecie, że się pisze druga część dotycząca Ametysta. Gdzieś tam w zamysłach jest trzecia część nawiązująca do tomu Alazza i Mgły przyszłości. Tak, to już wiemy. Ale jeśli bym zapytał ciebie, co jeszcze gdzieś tam w twojej głowie siedzi? Na jakie terytoria nieznane zaprosisz swoich czytelników? Jakieś takie bardzo ogólne, a może bardzo szczegółowe plany? Literackie plany.
[01:43:52] - Marek, proszę, czy na pewno chcesz, żebym otworzył tę puszkę?
[01:43:55] - Jak najbardziej! Marzę o tym. I to nie tylko dlatego, że myślę, że również nasi słuchacze są tego ciekawi, ale te plany pisarskie, z mojego doświadczenia wiem, że to są historie niezwykle ciekawe, ale też mam swój ukryty cel, bo bardzo często te historie się pojawiają, a później są weryfikowane i czasami to jest świetny moment. Będziecie państwo za chwilę świadkami takiego momentu. Autor coś planuje i to się za ileś lat pojawi. Czas zweryfikuje. To normalne dla pisarza, że czas i pewna materia pisarska weryfikują plany. I bardzo dobrze. To jest wszystko proces, ale pośledźmy razem, w każdym razie zacznijmy śledzenie tego procesu. Zapraszam.
[01:44:52] - Dobrze. Zacznę od pewnego preludium jeszcze. Pozwól, że troszeczkę opowiem o sobie, ale właśnie nie dlatego, żeby głaskać się po swoim ego, natomiast żeby słuchaczom lepiej przedstawić moją motywację. Moim, nazwijmy to darem, czasami nazywam to przekleństwem, czasami błogosławieństwem, jest niesamowita wyobraźnia. Zwłaszcza wizualna. Ja od dziecka po prostu mam w głowie tysiące filmów w kolorze, stereo. Ja śnię praktycznie co nocy różne rzeczy się dzieją. Oczywiście są czasami sny lepsze, gorsze, ale one zwykle są żywe, one zwykle są w kolorze. W pewnym momencie też nauczyłem się, tak powiem bez wstydu, podejrzewam, że to kwestia dyscypliny umysłu, śnić świadomie. To znaczy mam świadomość, że jestem we śnie.
Zwykle wtedy większość ludzi się już budzi, bo to jest ten moment, gdy wypływamy. A jednak ja nauczyłem się gdzieś w pewnym momencie, że tak, żyję w tym śnie, ale on jest taki fajny. To pośnimy jeszcze trochę. Nawet do tego stopnia, że czasami otwieram jedno oko, patrzę która godzina. Tymczasem druga półkula nadal jest w tym śnie i ja się potem zanurzam w ten sen. Nie wiem, może to już kwalifikuje się do psychiatry, bo ja żyję w dwóch światach równolegle, w świecie moich wyobrażeń, moich fantazji. Oczywiście mam pełną świadomość tego, co jest fantazją, co jest światem rzeczywistym. Niemniej oba te światy są dla mnie bardzo realne i dlatego o tym wspomniałem. To jest to nasiono, które gdzieś chce wykiełkować w dziesiątki najróżniejszych kierunków. Nie tylko Alazza, nie tylko Ametyst.
Lubię science fiction. Ba! Moje pierwsze spotkanie w ogóle z fantastyką to był komiks Frankiego Kovalya na łamach „Fantastyki” z lat 80. Znalazłem gdzieś na wakacjach stertę starych „Fantastyk” gdzieś u znajomych i po prostu czytałem je. Więc fantastyka naukowa, science fiction jak najbardziej. Czy w myśl space opera i tak dalej. Próbowałem swoich sił w horrorze. Mam pewne pomysły, nawet popełniłem jedno opowiadanie. Czy mogę tutaj zastosować bezczelną autoreklamę?
[01:47:12] - Jak najbardziej, zapraszam.
[01:47:14] - Myślę, że gdzieś być może będzie można na stronie „Paranormalium” czy gdzieś w audycji umieścić adres do mojego bloga autorskiego, gdzie mam właśnie parę opowiadań, z czego opowiadanie „Królewski pakt” jest pewną próbką zmierzenia się z czymś, co nazywam historyczną fantasy dziejącą się w połowie XIV wieku w Polsce za czasów Łokietka i Kazimierza Wielkiego. Zapraszam wszystkich do przeczytania, bo sam jestem ciekaw odbioru tego. Ja osobiście uważam, że ten tekst jest dobrym nasionkiem, z którego mogłaby wyniknąć całkiem ciekawa historia. Więc gdy zapytasz mnie, Marku, o jakieś konkretne kierunki, to ja ci powiem wszystkie. Zresztą aktualnie pracuję jako scenarzysta czy twórca fabuły w firmie game developerskiej, gdzie odpowiadam za fabularną stronę projektów. Więc naprawdę czasami wystarczy pretekst, jakieś słowo, jakieś zdanie, żebym od razu zaczął budować do niego fabułę. Mam nadzieję, że to przynajmniej, to jest owszem, troszkę taki unik, bo nie mówię o konkretach, ale też jak zapytasz mnie, czy mam jakieś konkretne plany, odpowiem ci nie. Owszem, plany konkretne są. Dokończyć „Ametyst”? Pewnie.
Napisać trzeci tom Alazzy, być może trzeci tom Ametysta gdzieś kiedyś, ale tu już powoli wchodzimy w taką sferę, gdzie kiełkują moje najdziksze pomysły i naprawdę czasami łapię się tym, że budzę się rano po jakimś śnie, bo przyśniła mi się jakaś fabuła. Co ciekawe, po przebudzeniu część oczywiście staje się bezsensowna, ale część tych historii, które mi się śni, one po przebudzeniu i po przeanalizowaniu nadal mają sens. Kilka moich opowiadań w ten sposób powstało. Gdzie właśnie sen jako to zarzewie i później świadome wygładzenie, uporządkowanie koncepcji. Więc ja piszę trochę z własnych snów, można powiedzieć. I dlatego ciężko mi mówić o planach, bo moje plany są trochę jak moje sny. Przyjdą albo nie.
[01:49:22] - Troszeczkę zacznę uprawiać w tej chwili prywatę, ale w końcu to jest autorska audycja, więc i na prywatę mogę sobie pozwolić, bo zastrzygłem uchem, z zainteresowaniem oczywiście, kiedy mówiłeś o science fiction, o twardej science fiction. Interesowałoby mnie twoje spojrzenie na ten gatunek, podgatunek, czy w każdym razie na ten element świata fantastycznego, jakim jest science fiction, na twoje doświadczenia i twoje marzenia, plany, sny. Tu już wybierzmy odpowiedni rzeczownik. Cóż, to co o science fiction byś powiedział w twoim pisarskim doświadczeniu, w twoich pisarskich planach, w twoim pisarskim świecie po prostu?
[01:50:13] - Jestem pełen szacunku do tego nurtu w fantastyce i do twórców piszących dobrą fantastykę naukową. Czy będzie to ta technologiczna czy socjologiczna, ale celowo rozgraniczam to na fantastykę naukową i na coś, co możemy określić space operą czy space fantasy. Myślę, że nie muszę dalej tego rozgraniczać. Czym innym jest gwiezdny kapitan z laserem walący do obcych, a czym innym jest na przykład powieść czy opowiadanie opowiadające o jakichś zdarzeniach z pogranicza nauki, z pogranicza nieznanego, które nasi bohaterowie poznają za pomocą języka fantastyki. I wiem, że to nie jest łatwe. Próbowałem swoich sił. Oczywiście o wiele prościej i łatwiej jest mi tworzyć właśnie tak zwane space fantasy, czyli kosmiczne historie o gwiezdnych kapitanach, bo owszem, i parę takich popełniłem. Jest kilka opowiadań, próbowałem robić coś większego, ale gdzieś mi zaginął. Nie, nawet chyba nie zaginął. Mam chyba parę rozdziałów tego.
Natomiast próbowałem kiedyś tworzyć typową fantastykę opartą na założeniach naukowych i wiem, jakie jest to trudne. Trudne w sensie wymagające. Jest to ambitne, żeby stworzyć coś, co z jednej strony obroni się literacko, ale z drugiej strony, jak to się mówi, nie pobudzi uśmiechu politowania u na przykład mojej koleżanki Ewy, którą bardzo pozdrawiam, bo jest fizykiem, matematykiem i Marka, jej męża notabene też, bo oni są często moimi konsultantami. Głupio jest pisać o napędzie Alcubierre'a i walnąć jakiegoś babola, który na przykład jest stricte nienaukowy. Nie właśnie w tej sferze potencjalnych możliwości fantastycznych, w jaki sposób możemy go wykorzystać, co się może z nim zdarzyć, ale na przykład walnąć jakiś błąd, jakiegoś babola w cytowaniu teorii tego hiszpańskiego pomysłodawcy. Dlatego tak, uważam, że fantastyka naukowa jest ambitną, trudną dziedziną, ale jak najbardziej godną kultywowania. I tak, kto wie, może kiedyś jednak spróbuję polecieć w kosmos i coś napisać. Choć jeśli pozwolisz, taka krótka anegdotka właśnie z Robertem Schmidtem i nomen omen Science Fiction w roli głównej. Dowiedziałem się kiedyś, że Science Fiction organizuje konkurs może nie dla debiutantów, ale właśnie dla młodych autorów w dwóch kategoriach, w kategorii fantasy i w kategorii fantastyki naukowej. Były to shorty do 10 000 znaków i zostały mi trzy dni.
Za trzy dni upływał termin. Mówię: „No co? Ja nie dam rady?” Pomyślałem jeden dzień, drugi dzień napisałem. Szybka, krótka redakcja. Wysłałem dwa teksty w obu kategoriach. No i myślałem, że wiadomo, ja się czuję lepiej w fantasy, bo to historia sztuki i tak dalej. I jakie było moje zaskoczenie, gdy czytałem wyniki i okazało się, że pierwsze wyróżnienie w kategorii fantasy Cezary Czyżewski. No fajnie! Zostałem wicezwycięzcą, a w kategorii science fiction zwyciężyłem. Zająłem pierwsze miejsce.
Ta opowiadanka gdzieś u mnie leży na dysku, tak że Marku, mogę ci kiedyś nawet do oceny z przyjemnością ci prześlę. Natomiast byłem szczerze zaskoczony, że ku mojemu całkowitemu właśnie... znaczy teraz znowu popełnię błąd językowy, że jestem zaskoczony, że ku mojemu zaskoczeniu. Ale właśnie nie spodziewałem się tego, że w kategorii, w której osobiście uważałem, że jestem niespecjalnie sprawny językowo, to właśnie tę kategorię wygram. Także tu jeszcze taka anegdotka właśnie à propos fantastyki naukowej.
[01:54:29] - Proszę państwa, dzisiaj gościliśmy na naszej antenie autora trzech tomów, po które warto sięgnąć, a mianowicie „Alassa” czy „Alazza”. Naprawdę będę miał z tym problem.
[01:54:43] - Ale proszę bardzo.
[01:54:45] - Jasne. Natomiast „Alassa. Mgły przeszłości” i ostatnia wydana książka, czyli „Ametyst. Książęca krew”. To są książki, po które naprawdę warto sięgnąć. Ale ja mam dla państwa jeszcze jedną informację. Słyszymy się na antenie Radia Paranormalium, słyszymy się na antenie Book Radia w audycji „Bibliotekarium 2.0”. Ale ja już dzisiaj państwa uprzedzam, że nasz dzisiejszy gość, Cezary Czyżewski, będzie również gościem mojej autorskiej audycji, mojego autorskiego kanału, który nosi nazwę „Wehikuł Wyobraźni” i tam, oj proszę państwa, tam puścimy wodze fantazji i będziemy rozmawiać o czymś, co sobie już dzisiaj nazwałem, nieoryginalnie zresztą, bo to nazwa serii wydawanej w swoim czasie w Polsce, „Zwrotnice historii”. O takich zwrotnicach historii za jakiś czas w „Wehikule wyobraźni” będziecie mogli państwo posłuchać. A teraz już pięknie dziękuję naszemu gościowi.
Przypomnę, naszym gościem był dzisiaj Cezary Czyżewski.
[01:56:02] - Dziękuję państwu. Do widzenia.
[01:56:06] - Proszę państwa, to nadeszła wiekopomna chwila i ruszamy odkrywać nowy film. Tym razem w „Filmotekarium” produkcja ... koreańska. Państwo często narzekacie, że ostatnio z Piotrem siedzimy jak te dwa borowe dziady i narzekamy, że to się nam nie podoba, a tamto też się nam nie podoba. Ktoś nawet zaproponował, żebyśmy byli bardziej pozytywni i mówili takie dobre, fajne rzeczy o fajnych filmach. Tylko problem polega na tym, że coś się takiego porobiło, że jak się człowiek rozgląda, to w nowościach tych tak zwanych fajnych, nowych, dobrych, świetnych, a nawet jeszcze lepszych filmów jakoś brakuje. Już w akcie rozpaczy zaczynamy z Piotrem kombinować, czy ten pomysł z Filmotekarium sięgającym po jakieś zabytki filmowe, zabytki może nie przesadzajmy, ale filmy z ostatniego dziesięciolecia to nie byłoby dobre wyjście, bo tam przynajmniej są jakieś filmy, o których można coś dobrego powiedzieć. Co powiemy dzisiaj? Państwo już zaczynacie podejrzewać, że jednak nie będzie dobrze, bo chyba przynajmniej z mojej strony nie będzie. Dobrze, ruszamy do Korei, ruszamy w kierunku kosmicznym.
To będzie twardy science fiction takiego bliskiego zasięgu. A co powiemy? Sami państwo posłuchajcie. Dzień dobry wieczór Piotrze. Filmotekarium. Czas zacząć. Dzisiaj będziemy, proszę państwa, mówić po koreańsku.
[01:57:58] - Tak. W dzisiejszym Filmotekarium idziemy w kolejną nowość, jaką jest film "Moon". To jest jedna z trzech wersji tytułu. Koreańska produkcja figurująca jako science fiction. W rzeczywistości nie do końca, ale z racji tego, że ostatnio żeśmy się zastanawiali, czy fantastyka doszła do ściany i czy kręcenie niezależnych, niskobudżetowych produkcji ma w ogóle jakikolwiek cel, to pozwolimy sobie przy tym filmie na taki szerszy komentarz. Marku, ja ci powiem tak: ten film mnie trochę oszukał, bo kiedy spojrzałem sobie na polski tytuł, to zobaczyłem "Mroczna strona księżyca". O rany — pomyślałem — to musi być dobre. Poza tym ocena była dość wysoka. Zresztą o ocenie tego filmu jeszcze powiem. I sobie mówię: nie, tutaj mroczna strona księżyca.
Przecież Chińczycy jakiś czas temu lądowali na tej ciemnej stronie księżyca. Znaleźli tam jakiś dziwny obiekt. Ona jest w ogóle taka tajemnicza. Tam pamiętam, członkowie załogi jednej z misji Apollo otrzymali jakieś dziwne dźwięki, przebywając właśnie po tej ciemnej stronie księżyca. Mówię: to musi być dobre. I niestety nie było. Powiedzmy sobie od początku, ale nim do tego przejdziemy, to takie pytanie mam do ciebie, bo nie oszukujmy się, że kino azjatyckie w Filmotekarium gości rzadko. Jeżeli chodzi o tamtejsze science fiction, to cóż, omawialiśmy niedawno co prawda w naszym programie serial bodajże "Silent Sea", także opowiadający o perypetiach Koreańczyków na Księżycu. Natomiast nim przejdziemy do rozbierania na czynniki pierwsze dzisiejszego filmu, a to będzie bardzo krótka procedura, to powiedz mi Marku, jakie jest twoje podejście do kina dalekowschodniego, bo są tacy, którzy je kochają, ale są też tacy, którzy traktują je z pewną rezerwą.
[02:00:02] - Odpowiem ci tak: ja mam wśród swoich znajomych ludzi, którzy kochają kino irańskie i mają szereg bardzo przekonujących argumentów na temat tego, że jest to kino ambitne, jest to kino dobre. Jest to kino, które porywa tą magią kina i ja im wierzę. Natomiast jakoś nie odważyłem się, żeby podążyć tą drogą. Nie oglądałem wybitnych dzieł kina irańskiego, pewno ze stratą dla siebie. Zawsze byłem jakiś taki tradycjonalny. Jednak kino uważałem, że to taka opowieść, która najlepiej jak to kręcą Amerykanie, mogą kręcić tam na Zachodzie, czasami jak Polacy kręcą, ale kino dalekowschodnie jakoś średnio mnie ujmowało. Myślałem, że zmienię zdanie, kiedy gdzieś pojawił się taki militarystyczny trochę film chiński "Operacja Morze Czerwone". Efekty były niezłe, tylko to się ciągnęło tak niesamowicie długo. Film sensacyjny, wojna, panie strzelają się i to niby powinno mi się podobać, tylko to za długie było. Później jeszcze luknąłem sobie na kilka produkcji chińskich i co sobie luknąłem, to było gorzej.
Po tym, jak obejrzałem film o walce Chin tych ludowych pod wodzą Mao Zedonga z Chinami, tymi już takimi, co się później ewakuowały na Tajwan od Czang Kaj-szeka, to już było po prostu niestrawne. To już była propagandówa taka, że oho. I trochę z tym kinem dalekowschodnim mam problemy. Oglądałem też w swoim czasie pewną produkcję science fiction, gdzie Ziemia dostaje wielkie silniki i się ewakuuje, bo trzeba ją wycofać trochę dalej w Układzie Słonecznym. Wiem, kaleczę ten film strasznie. To też jakoś takie było dla mnie niespecjalnie porywające, więc miałem doświadczenia z kinem dalekowschodnim takie sobie. Oczywiście nie traktujemy "Wejścia smoka" jako kino dalekowschodnie, bo to jednak Amerykanie w tym maczali palce. Zupełnie nie science fiction, ale to film kultowy dla mojego rocznika. Państwo już mogą tego nie rozumieć, ale po pierwsze chodziłem na ten film na wagary. Byłem na tym filmie minimum 20 razy, bo to był dobry film na wagary, ale poza tym to był film, który w latach 80.
bił wszelkie rekordy frekwencji. Zostawmy te wspominki. Tak naprawdę współcześnie jedynym koreańskim filmem, który dobrze wspominam, to był ten film "Squid Game". Trudno to nazwać fantastyką naukową. Raczej to jest film ocierający się trochę o fantastykę. Bardziej film o charakterze społecznym, bardziej film o charakterze sensacyjnym. I to "Squid Game" było jeszcze do przyjęcia. Ja to jeszcze łyknąłem bez bólu. Natomiast film, o którym rozmawiamy dzisiaj i ten serial, który też się dzieje na Księżycu, znosiłem z dużym bólem. Serial, mniej więcej od połowy wiedziałem, w kierunku czego to żegluje, a poza tym nie podobały mi się efekty specjalne typu: widzimy przez okno Księżyc, tylko ten Księżyc cholera wyklejony jest, w ogóle nieprawdziwy i w ogóle nie ma głębi i ma się wrażenie, że cofnęliśmy się do lat 70., do "Kosmosu 1999", gdzie tego rodzaju triki były na porządku dziennym.
Tu mamy rzecz podobną. Więc dobrze, zniechęcony do serialu sięgnąłem po film, który też się dzieje na Księżycu. Jest fantastyką bliskiego zasięgu. To takie specyficzne określenie, które mówi nam, że to już za progiem, że już jutro, może pojutrze. Film, o ile dobrze pamiętam, dzieje się w roku 19... Trochę jestem jednak osadzony w XX wieku. W roku 2029. Relacjonuje nam wyprawę na Księżyc, koreańską wyprawę na Księżyc. Pierwsza wyprawa Koreańczyków nie udała się. Oni mieli pewne problemy ze światową organizacją, która się lotami zajmuje.
Jakoś tacy zostali troszeczkę w szczerym polu zostawieni, bo nikt ich nie popierał, a oni i tak wysłali kolejną wyprawę. I ta wyprawa dociera gdzieś w pobliże Księżyca i tu się film zaczyna. Te początki, to wyruszenie i to dotarcie trwa w filmie z błysk i już są. Oni są blisko Księżyca i tu się zaczyna film, i ja do teraz nie mogę wyjść z szoku, że można zrobić tak długi film, który notabene nie jest długi, ale tak długi film, który jest, wybacz Piotrze, ale jest właściwie o niczym. O tym, że trzeba gościa uratować, ale oni go ratują na tyle różnych sposobów i tyle tam się dzieje, i w jakichś uprzężach. Wybaczcie państwo, ja to z trudem znosiłem. Daję w tej chwili wyraz swojej frustracji, bo też się dałem, mówiąc szczerze Piotrze, dałem się nabrać.
[02:05:42] - Tak, jeżeli chodzi o kino azjatyckie, to ja powiem tylko dwa słowa, bo odniosę się do horrorów. Wiem, że w naszym kraju są istni fanatycy tego gatunku w wydaniu dalekowschodnim. Dla mnie one są dość przewidywalne. Dzisiaj mówimy akurat o filmie science fiction. Powiem ci tak: ja mam do Korei jakiś sentyment, głównie kulinarny, ale filmy to kiepskie o Księżycu robią. Przejdźmy może już do tego "The Moon" czy "Mrocznej strony Księżyca". Przypominam, ten tytuł wprowadza w błąd. Film to jest de facto żaden science fiction. To jest thriller survivalowy osadzony w realiach księżycowych. Korea Południowa wysyła kolejną misję w kosmos po poprzedniej, która się, powiedzmy, nie udała.
No i wiesz, rzeczy się dzieją szybko. Tutaj się szybko dzieją rzeczy złe, jak w filmie "Grawitacja", który też uważam za niesamowitego gniota. Nasz główny bohater zostaje na orbicie sam. I tutaj Marku główny zonk i najgorszy wątek w tym filmie, najsłabsze ogniwo. Co tam ten człowiek, ten jedyny astronauta, który został, robi? To wygląda tak, jakby on ten bilet w kosmos wygrał w Familiadzie i znalazł się na tej orbicie absolutnym przypadkiem. I ten człowiek w ogóle, jego zachowanie, dyletantstwo psuje ten film absolutnie. I ja powiem ci, już na samym początku się zacząłem zastanawiać, jak twórcy się mogli zdecydować na taki zabieg. Chodzi o to, że to jest po prostu jakiś melodramat dla ludzi, którzy... Inaczej.
To jest aktorstwo na poziomie serialu i to jeszcze kiepskiego tak naprawdę. Jeżeli sobie wyobrażaliście, że astronauta, który się zgubił w kosmosie, to taki chłop ze stali. Wiecie, Hermaszewski, szerokie bary, co się nie goli w ogóle, wszystko potrafi zreperować, zupę ugotować z kabli. To nie. Tutaj nasz bohater wygląda, jakby miał 14 lat i tak jakby nie wiadomo, o co mu chodziło, czy żyje, czy nie. To jest koszmar. Naprawdę to jest strzał w stopę. I ja to nie mówię tylko ze swojej perspektywy, bo ja powiem ci, zajrzałem do ocen tego filmu i zaskoczyłem się, bo powiem ci tak, że okazuje się, że to jest jedna z produkcji, która ma radykalnie różne oceny. To znaczy, powiem ci, jedni ocenili na jeden, ale są tacy co na 10. Ja tam sobie przeczytałem na przykład na takim bardzo znanym portalu, że to jest najlepszy koreański film ubiegłego roku.
O! To ciekawe, jak wygląda ten najgorszy. Kiepskie. Ten film wprowadził nas w błąd i co najważniejsze doprowadził do kilku wniosków, o których za chwilę powiemy. Ale Marku, tam oprócz tego, że jest fakt uwięzienia astronauty w kosmosie, to jest też naziemna część historii, która wcale nie jest ciekawsza. Jeszcze musicie jedno wiedzieć: język koreański, sposób wypowiedzi, sposób akcentowania, nie wiem, jak to ująć. On dla odbiorcy europejskiego, który się z tym nie zetknął, to Marku, może sprawiać takie wrażenie dość patetycznego czasami zachowania, wręcz dyktowania. To jest wszystko bardzo teatralne w tych filmach, ale musimy wziąć pod uwagę, że to jest taka specyfika języka. Natomiast ten film jest naprawdę zły i wy nas czasami pytacie: „Dlaczego recenzujecie złe filmy?” Za chwilę będzie odpowiedź z mojej strony, ale przejdźmy Marku jeszcze do tego, co się tam dzieje na Ziemi, bo oni go próbują ratować. I ta część melodramatu, która się rozgrywa na naszej planecie, jak mówię, wcale ciekawsza nie jest.
[02:09:47] - Oj Piotrze, powiem tak à propos języka to waćpan mało filmów chińskich widziałeś, bo tam dopiero dramaturgia rozgrywana językiem, sposobem wypowiadania bardzo specyficznym, tam dopiero jest zabawa. Ale zostawmy, bo się jakoś wyzłosliwiamy, jeśli chodzi o ekspresję poszczególnych nacji. Wróćmy do Koreańczyków. Powiedziałeś o orbicie. Ja tylko dodam, że to już jest orbita księżycowa, nie ziemska. Oni sobie podlatują pod ten księżyc. I tam się rozgrywa główny dramat, bo trzech kosmonautów, astronautów, tajkonautów nie, koreanautów, w każdym razie trzech facetów z Korei jest już blisko Księżyca, już tam się obraca. I nagle doznają zawodu, a przynajmniej dwóch z nich doznaje zawodu. Bo jakoś tak się dziwnie składa to żaden spoiler. W ogóle, proszę państwa, w przypadku tego filmu nie ma mowy o jakichkolwiek spoilerach, bo to wszystko jest przewidywalne.
Zostaje jeden. Tak jak w powieści Agathy Christie było dziesięciu Murzynków, czy też Indian, bo to w jednej wersji filmowej byli Indianie. Było dziesięciu, został się jeden. Tu też było trzech, został się jeden. I tak jak Piotr powiedział, usiłuje się go uratować. Troszeczkę tak, jakbyśmy nagle się przenieśli do opowieści o Apollo 13. Trzeba sprowadzić gościa na Ziemię, trzeba go ocalić. W dodatku on ma jeszcze taką skomplikowaną sytuację rodzinną. Nie będę państwu szczegółów zdradzał, ale ma skomplikowaną, taką chwytającą za serce. To trzeba gościa sprowadzić.
Ja powiem tak oglądając ten film z łezką w oku wspominałem film, to chyba telewizyjny był film amerykański. Ja szukałem później, jakoś go nie znalazłem. To się chyba nazywało, w 70. latach nadany film, nie nocnym, „Alarm w kosmosie” o sprowadzeniu amerykańskiej załogi bodajże stacji kosmicznej Skylaba, a może to nie było nazwane Skylab. W każdym razie amerykańscy astronauci są tam i są awarie i trzeba ich sprowadzić, ale się nie da. Piękna scena, kiedy rakieta kosmiczna, która ma ich uratować, startuje w oku cyklonu. Jeżeli ktoś pamięta tamte czasy, to ponieważ wtedy wszyscy oglądali jeden program telewizyjny, bo Dwójka się kończyła wcześniej, kino nocne było w Jedynce. W związku z tym możecie to państwo pamiętać. I tamten film miał w sobie jakąś dramaturgię. Amerykanie, co by o nich nie powiedzieć, może to są prości rolnicy, może to są w ogóle prostacy, ale filmy takie sensacyjne potrafią kręcić i wtedy też potrafili.
W związku z tym ten serial, ten film pamiętam do dzisiaj, a myślę, że koreańskiego filmu o Księżycu to nie będę pamiętał długo. Zresztą postaram się o nim szybko zapomnieć, bo tu niby sytuacja jest analogiczna. Tam w amerykańskim filmie też cały sztab pracuje tak jak zresztą w Apollo 13. Cała Ziemia ta astronautyczna pracuje, jak tu im nieba przechylić, żeby oni wrócili. I wszędzie w tym filmie „Alarm w kosmosie” też pracują, żeby wrócili i w tym koreańskim też pracują, żeby w tym wypadku wrócił już. Ale jakość tej pracy, a właściwie jakość dramaturgiczna tego, co się dzieje, jest taka sobie. To, że oni się na tej Ziemi mylą i wprowadzają często głównego bohatera w większe tarapaty, niż on sam siebie wprowadza, to jest jeszcze pikuś, ale to jest wszystko na takim levelu, że ja w to nie wierzę. Ja po prostu nie wierzę w te problemy, które oni mają tam na Ziemi, w te dramatyczne zwroty akcji, które się tam niby dzieją. To jest mało wiarygodne. Ja jeszcze jestem w stanie uwierzyć w to centrum sterowania lotem, w to centrum koreańskie, które stara się porozumieć.
Z NASA się stara porozumieć, ale NASA ich nie bardzo lubi tych Koreańczyków, oczywiście jest podany powód, dlaczego ich nie lubi. Oni się ogólnie starają. Tylko z tych starań to wychodzi więcej problemów niż ten facet tam na W pobliżu Księżyca mógłby sam sobie zrobić. Ja w dodatku państwu powiem, zdradzę, znowu was spoileruję, że on w gruncie rzeczy był na orbicie, a w końcu trafia na Księżyc. I jak on się miota w tej uprzęży, bo oczywiście żeby odnieść jak najmniejsze szkody, to jeszcze go w taką uprząż na pokładzie tego statku montują. Wybacz Piotrze, wybaczcie państwo, którzy tego słuchacie, ale to jest wszystko tak wiarygodne, jak moje zabawy żołnierzykami dawno temu. Wszystko było dla mnie wtedy bardzo wiarygodne, ale dzisiaj jak na to patrzę, to aż ciężko mi uwierzyć, że się bawiłem w taki, a nie w inny sposób. Trochę tak jest z tym filmem koreańskim o Księżycu. Ja patrzę i nie wierzę.
[02:15:16] - Powiem ci tak, po raz kolejny się okazuje, że filmowa nowość z naszej dziedziny jest gniotem i często w komentarzach pytacie: dlaczego recenzujecie słabe filmy? Odpowiem jak prezydent USA: because we can. Ale tak naprawdę robimy to w ramach pewnego eksperymentu, bo wiadomo, że filmy, które trafiają do kin są zwykle albo dobre, albo lepsze, albo całkiem niezłe. Z filmami w tak zwanym obiegu drugim, z tymi na streamingach i powiedzmy niezależnymi, jest trochę inaczej. Tutaj się trzeba przekonać na własnej skórze. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi, na perełkę czy na kompletny gniot. I wiele razy się okazywało, że te filmy, które były nikomu nieznane, tymi perełkami były. Nie wiem, pamiętasz, bo tutaj mówimy o science fiction, taki film „Aniara”, który opowiadał o losach zagubionego w kosmosie statku. To świetny film, zrealizowany po kosztach, ale świetny. Coś, co nigdy nie jest promowane, może się okazać naprawdę ciekawym filmem.
Ale niestety tutaj się okazało, że jest na odwrót, ponieważ film „Mroczna strona Księżyca”, o którym tutaj mówimy, nie ma ani plusów, w sumie ma same minusy. Nie ma głębszego sensu opowiadać o naszych innych uwagach, jak to często robimy, ale odnieść się do ogólnej kondycji filmów science fiction, bo powiem ci, że to mnie bardzo mocno ubodło. Jak sobie zobaczyłem ten film, to pomyślałem: Boże, to jest kolejny film science fiction, który oglądam, którego się nie da obejrzeć, który jest stratą pieniędzy i stratą czasu. Po pierwsze ja się zastanawiam, po co niektóre filmy robić? Mówię to w oparciu o dwie inne nowości. Tak, jeszcze będą dwa filmy, one nie będą omówione, one będą wzmiankowane, bo szkoda czasu. Jeden to „Aporia”, drugi „Foe”, czyli wróg. Oba są zrealizowane poprawnie, oba nawet z jakimś pomysłem, nawet większym niż ten koreański film o Księżycu. Tylko w przeciwieństwie do tego filmu koreańskiego „Aporię” i „Foe” ogląda się ciężko. „Foe” szczególnie ciężko.
Przypomina mi to „Something in the Dirt” – „Coś z płachetku ziemi” to się nazywało. Dochodzę do wniosku, bo nie będę wam tych filmów streszczał, bo są naprawdę złe. To się da obejrzeć, tylko za jaką cenę? One męczą. Są filmy, które męczą. Tak było w tym przypadku. Ale zacząłem się zastanawiać, czy filmy science fiction o określonym budżecie nie doszły do pewnej ściany. Są wyjątki, jak mówiłem „Aniara”, „Vivarium”, ale jest ich niewiele. Są też filmy science fiction, które się kręci tylko po to, żeby były. One się dzieją w jednym pomieszczeniu na przykład i tam się rozgrywa dramat.
To jest coś à la teatr telewizji. I powiem ci, że dochodzę do wniosku, że lepiej czasami czegoś nie robić, niż tracić pieniądze i tracić uwagę widzów. Ja jestem mocno rozczarowany produkcjami science fiction w ostatnim czasie, bo nawet jeżeli jest pomysł, to ten pomysł w realizacji filmowej chyba nie za bardzo przypomina zamysły pisarzy, realizatorów, twórców scenariusza. Ciężko jest. Ja nawet, powiem ci Marku, tracę nadzieję powoli.
[02:18:51] - Ależ Piotrze, proste recepty są jednak zbyt proste, ale powiem inaczej. Film, który wzmiankowałeś, „Aporia”, przecież to jest tak wtórne. Szybko zdradzę, chodzi o podróże w czasie. Ale czemu są podróże w czasie? Bo pewna dama straciła męża w wypadku samochodowym, o ile dobrze pamiętam, i postanawia, żeby on jednak wrócił, żeby nie zginął w tym wypadku. A tak się jakoś przypadkiem składa, że jej znajomy skonstruował wehikuł czasu. I to jest świetny pomysł, żeby nie dopuścić do śmierci męża. Czy państwu coś to przypomina? A co się dzieje w klasycznej książce Herberta George'a Wellsa? Czy przypadkiem tej historii nie napisał właśnie Herbert George Wells?
Troszkę inny wariant, ale jednak w gruncie rzeczy o coś podobnego chodzi. A jeśli państwo film widzieli jeden czy drugi, bo dwa razy to zostało sfilmowane, jeśli chodzi o filmy kinowe, to już państwo wiecie, że mniej więcej o to. Ja mam wrażenie po prostu, Piotrze, to jest długa odpowiedź na to pytanie, które zadałeś, że w tej chwili fantastyka naukowa w kinie zaczyna w sposób szczególnie przyspieszony pożerać własny ogon. Zaczyna budować kopie tego, co już było. Albo, to oczywiście dzieła ambitniejsze, starają się nadinterpretowywać albo nawiązywać, budować kolejne piętro, ciągnąć z dzieł, które już były, budować kolejne piętro. My zrobimy to inaczej, ale jeszcze lepiej oczywiście w domyśle i w związku z tym zapożyczymy stamtąd i zrobimy to jeszcze lepiej. Tylko to jeszcze lepiej na ogół nie wychodzi. I mam wrażenie takiego dekadenckiego kina, które jest schyłkowe dlatego, że nie potrafi wymyślić nic nowego, nie potrafi użyć tych wspaniałych efektów specjalnych. Jeśli chodzi o kino superbohaterskie, to tam się dzieją cuda. Tylko że to kino mnie specjalnie porywa.
Niektórzy mówią, że to science fiction. Pozwolę się zgłosić votum separatum. Dla mnie filmy superbohaterskie to nie jest science fiction. To już powiedziałem, co wiedziałem. Natomiast jeśli chodzi o kino stricte science fiction, to to jest kino, które powiela pomysły. Nie ma tam świeżej krwi, nie ma nowości. Zdarzają się oczywiście, ale to jest też kino, które nie rozwija skrzydeł. Próbuje się coś robić, jakieś filmy na przykład o wirtualnej rzeczywistości, jakieś filmy o tym, że całe nasze życie będzie śledzone. Znacie państwo serial zrobiony na podstawie powieści „Modyfikowany węgiel”, której Wiktor Żwikiewicz nienawidzi szczerze i serdecznie. Próbuje się w tę stronę iść.
To się udaje różnie, ale generalnie science fiction nie ma nowych idei w kinie, bo w literaturze, proszę państwa, są. Tylko tak się dziwnie składa, że science fiction zawsze wyprzedza możliwości kina. Tak do tej pory było. Kiedy powstawały w 50., wcześniej w 40. latach dzieła science fiction, to kiedy próbowano to przenosić na ekran, to wychodziły gluty, gnioty. Wtedy technika filmowa nie była do tego dostosowana i to, co się nieźle czytało, to się oglądało tak sobie. Zdarzały się wyjątki, na przykład „Zakazana planeta”, ale generalnie było słabo. Dzisiaj jest bardzo podobnie. Pisarze głównonurtowi, jeśli chodzi o science fiction, to oni wymyślają rzeczy naprawdę niesamowite, dziejące się na innych planetach, w innych rzeczywistościach. Cuda, proszę państwa, cuda.
Ale współczesne kino nie potrafi zrobić, już nawet nie chodzi o efekty specjalne, bo to by jeszcze potrafiło, nie potrafi tych opowieści zsekuć na język filmowy, bo tak się niestety dzieje, że książki science fiction, literatury nie przenosi się jeden do jednego. Trzeba znaleźć klucz do tej opowieści. I mam wrażenie, że powstaje w tej chwili masa świetnych książek science fiction. Kto gdzieś chociażby lekko czyta po angielsku albo korzysta z translatora, ale świadomie korzysta z translatora, czyli nie bierze wszystkiego, co translator przetłumaczy, to wie o tym, że na Zachodzie, w Stanach Zjednoczonych, w świecie anglosaskim powstają rewelacyjne dzieła, naprawdę rewelacyjne. Rzeczy, które się trochę pojawiają w Polsce w różnych seriach. MAG wydaje taką kultową serię, gdzie się naprawdę arcydzieła pokazują literatury science fiction albo fantastycznej. To wszystko jest, ale mam wrażenie, że kino wie lepiej. Dzisiaj już się zetknąłem z kilkoma takimi wypowiedziami. Scenarzyści, a szczególnie producenci nie będą się zajmowali tymi głupotami, które piszą tam jacyś pisarze. Oni wiedzą lepiej, czego trzeba temu widzowi, który będzie oglądał.
Ja mam wrażenie, że jednak nie wiedzą, bo ludzie nie chcą durnych historyjek, płaskich, niedorobionych. Chcą przeżycia, chcą czegoś, co naprawdę ich porwie. I w literaturze to jest, a w kinie tego nie ma. Dla mnie wniosek jest bardzo prosty. Kino po prostu odkleiło się od korzeni. Stara się produkować rzeczywistość i to nie jest rzeczywistość atrakcyjna. Takie mam wrażenie.
[02:25:22] - Jeżeli chodzi o ten drugi film, o którym mówiłem, czyli „Faux – Wróg”, to jest bardzo ciężka opowieść, bardzo długa historia o tym, że po prostu wysyła się ludzi na misje na planety inne niż Ziemia. I to jest taki system loteryjny i główny bohater zostaje wybrany i wtedy przeżywa niesamowite przygody. Żartuję, nie przeżywa żadnych przygód. Obserwujemy to, co się z nim dzieje przed wylotem. Czasami mam wrażenie, że jest jakiś twórca alternatywny, który sobie kręci film i on w tym filmie zawiera jakieś swoje pomysły, koncepcje, uczucia, które są tylko jemu znajome i trudne do odczytania. Także jeżeli będziecie mieli gdzieś pod ręką film „Faux”, to nie oglądajcie. Szkoda czasu. Science fiction doszło do ściany. Powiem ci, że dojdzie do takiego momentu jak w horrorze, że zaczną być realizowane filmy, które nie tylko nam wizualizują przyszłość. Jest cały świat rozbudowany, rzeczy niezwykłe, które się dzieją, ale będą na tym tle osadzone naprawdę dobre historie obyczajowe, thrillery i tak dalej, dla których te fantastyczne historie powinny stanowić tło.
Ale wiesz co, jeszcze druga rzecz z tych rzeczy, które chciałem poruszyć. Ja sobie nie jestem w stanie przypomnieć filmu osadzonego w realiach księżycowych z ostatnich kilkunastu lat, który by mnie nie rozczarował. Nawet Apollo 18, który zapowiadał się kusząco, to jest naprawdę stary film, okazał się dość słaby. Księżyc, chociaż interesuje tabuny ludzi, jeżeli idzie o związane z nim zagadki, to jakoś ma taki niefart. Są trudności z przełożeniem tego zainteresowania zagadek na język filmowy. Nie zmieniają tej sytuacji patowej dwa najnowsze koreańskie filmy. Znaczy jeden to serial, ale ten najnowszy film Mroczna strona księżyca to jest coś do zapomnienia, podobnie jak wiele innych produkcji science fiction z ostatniego okresu. Dodam tylko może jeszcze, w sumie to przypomnę, że ten film ma zwodniczy tytuł. Nie dajcie się nabrać, ma zawyżone oceny. Nie wiem, może przez jakieś działania zakulisowe.
Także cóż, Marku, będziemy musieli trochę zmienić formułę Filmotekarium, bo przyjęliśmy sobie taką zasadę na samym początku tego roku, Filmotekarium 2.0, że my będziemy się zajmować głównie nowościami. Do pewnego czasu te nowości były i były nawet znośne. Im bardziej brniemy w rok 2024, tym jest gorzej. Filmy stają się nie do oglądania, filmy stają się słabe, w sumie absolutnie do kosza w wielu przypadkach, bo czasami kiedy coś oglądam, to się potem okazuje, że to naprawdę szkoda oczu, szkoda słów, żeby w ogóle się tym zajmować. I wiesz co? Będziemy chyba zmuszeni do tego, żeby wrócić teraz do kilku filmów, których żeśmy nie zdążyli zrecenzować, opowiedzieć, które mogą być nieco starsze. To znaczy one się mieszczą w przedziale dwa, pięć lat, ale nie zdążyliśmy ich opowiedzieć w Filmotekarium. I to zrobimy. Zrehabilitujemy się, przekażemy wam, pokażemy wam, opowiemy wam przede wszystkim o kilku filmach, na które warto zwrócić uwagę i które nie zyskały może należytej uwagi w tym świecie recenzenckim, internetowym, ale są dobre i można na nie dość łatwo trafić.
[02:29:27] - Bardzo się z tego cieszę, bo wielu słuchaczy naszej audycji sugerowało, żebyśmy jednak sięgnęli po te starsze filmy, zamiast mówić o rzeczach, o których nie da się powiedzieć nic pozytywnego, ale też szkoda czasu po prostu. Jednak jedną rzecz muszę powtórzyć. Otóż ciśnie się na usta to stare powiedzenie, że pycha kroczy przed upadkiem. Otóż naprawdę, uwierzcie mi państwo, powtórzę to, co mówiłem w poprzednim wejściu. W tej chwili na naszych oczach albo na naszych uszach, albo w ogóle gdzieś tam w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii powstają książki, które są absolutnie magiczne. Naprawdę to, co robi współczesna science fiction, to aż zazdroszczę tym ludziom, którzy bardzo płynnie czytają po angielsku. Bo niestety ja do pewnych rzeczy nie mam dostępu. Nie mam, bo nie władam tym językiem tak dobrze, żeby czytać literaturę. Zatem zazdroszczę, bo tam powstają rzeczy wielkie, a jednak kino tego nie przenosi. Mam niestety takie doświadczenie kilku rozmów z ludźmi kina i oni są przekonani, naprawdę, uwierzcie mi państwo, i to nie są tylko Polacy.
Są przekonani, że kino jest w tej chwili doskonałym medium, które robi doskonałe rzeczy i jakakolwiek próba powiedzenia tym ludziom, że w ogóle nie czują, nie kumają czaczy, nie wiedzą, o co chodzi, jeśli przynajmniej chodzi o filmy science fiction, że w ogóle to nie w tym kierunku idzie. To, co oni robią, to w ogóle nie ma nic wspólnego z tym, co science fiction w tej chwili tworzy. To w ogóle nie dociera. To w ogóle nie dociera, ponieważ oni sobie wyobrażają science fiction jako taką opowieść, w której się musi dużo dziać. Bez sensu, ale się dużo dzieje. Nie. Współczesna science fiction, która sięga naprawdę granic wszechświata już dzisiaj opowiada historie zatykające dech w piersi. Ale kino tego nie odzwierciedla. Kino serwuje nam stare gluty, tylko czasami lekko odnowione. Ten przykład z podróżą w czasie z filmu Aporia jest tylko takim rzuceniem kamyczka do ogródka, że to po prostu są stare gluty i nie ma co przerabiać jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz tej samej historii.
Warto zerknąć na to, co produkuje, co wytwarza, co tworzy współczesna literatura science fiction. Ale powiedziałem o tej pysze kroczącej przed upadkiem. Kino ma to w pompie, mówiąc ordynarnie. Nie, czy my będziemy jakichś debili wspierać? Nie. My wiemy, co jest lepsze. Otóż uwierzcie mi państwo, wiem, że żaden z twórców filmowych, ani polskich, zagranicznych to już na pewno w ogóle nie zwróci uwagi, nie będzie miał szansy usłyszeć tego, co powiem. Otóż- Nie wiecie państwo, czego chce publiczność. Nie wiecie państwo, kto jest tworzony. Nie czujecie państwo tego nurtu.
Uznaliście, że science fiction to jest maszynka do produkowania pieniędzy i usiłujecie produkować na science fiction pieniądze. A to jest zła droga, bo science fiction, jak sięgnę pamięcią, a jak czytam w różnych esejach, zawsze była to literatura, która nawiązuje do wizji, do rzeczy, które nie muszą mieć czegoś wspólnego z pieniędzmi, ale muszą mieć coś wspólnego z marzeniem, z wyobraźnią, z czymś niesamowitym, co chcemy przeżyć, przynajmniej za pośrednictwem literatury albo ekranu filmowego. To zniknęło, tego nie ma i to nie jest ostatni czas. My jeszcze w ostatnim okresie streszczaliśmy państwu produkcje, które gdzieś tam się toczyły siłą inercji. To owszem, ale myślę, że ta diagnoza Piotra, ja się pod nią podpisuję. Kino science fiction w takim wydaniu, jak jest serwowane przez Hollywood i inne miejsca, doszło do ściany. Jeśli się nie obudzi i nie zacznie patrzeć na twórców science fiction, tych prawdziwych, tych, którzy czują tę literaturę, to właśnie niniejszym ogłaszam śmierć kina science fiction. Zje własny ogon. Ta filmografia, ten film zeżre sam siebie, bo nie potrafi czerpać z tego, co właśnie powstaje. Wiem, że to nie jest diagnoza, która budzi optymizm albo jakoś szczególnie porywa.
Być może jest przesadzona, być może czarnowidzę w tej chwili, ale mam takie nieodparte wrażenie, że coś się porypało w gildii scenarzystów, w gildii producentów i reżyserów chyba.
[02:35:00] - Dokładnie. Do usłyszenia za tydzień.
[02:35:08] - Proszę państwa, nie wiem, co się ostatnio dzieje ze mną, ale co audycja, to zaliczam jakąś wpadkę. A to zapomnę podłączyć jednej audycji i nagle znika Katarzyna Prychacz i jej seria dotycząca tworzenia literatury. Alchemia tworzenia wyparowuje. Niby to takie normalne zjawisko w alchemii, że coś wyparowuje, ale dostaję po głowie, że nie ma alchemii. Innym razem zapominam wrzucić inną audycję i dostaję po głowie, że zapomniałem. Czego zapomniałem ostatnio? Ostatnio, proszę państwa, zapomniałem cyklu i tu szczególnie dostałem po głowie. Zapomniałem cyklu Bez Tajemnic. I słusznie dostałem po głowie. Dzisiaj naprawiam ten błąd.
Cykl Bez Tajemnic. Po raz kolejny będzie autor tego cyklu mówił o spirytyzmie. Dzisiaj w takiej małej podserii Q&A, część szósta, a zatem o spirytyzmie raz jeszcze.
[02:36:28] - Czym lepszym mógłbym rozpocząć nowy rok, jak nie nowym odcinkiem Q&A? Od jakiegoś czasu nadesłaliście sporo różnych pytań. Bądź nadesłaliście, bądź te pytania pojawiły się pod moimi filmami na YouTubie, więc na niektóre z tych pytań postanowiłem odpowiedzieć, a na inne nie, ponieważ powtarzają się albo są to tematy, które już przynajmniej kilka razy poruszałem na moim kanale. Więc nie przedłużam i zaczynamy. Mój znajomy był żonaty, rozwiódł się i jego eks źle mu życzyła. Jego nowa dziewczyna dostała guza piersi i zamiast pójść na chemioterapię, poszła w leczenie niekonwencjonalne, zielarstwo i tym podobne. Nie chciała dać sobie wyjaśnić, że robi źle i dopiero gdy leżała na łożu śmierci, opuchnęła jak balon. Powiedziała, że nie wie, co ją natknęło, co się stało, że postąpiła tak nierozsądnie. Dlaczego była tak głupia? I dopiero gdy przed samą śmiercią otworzyły jej się oczy, po dwóch dniach zmarła.
Czy to było jakieś opętanie, czy inna forma nawiedzenia? Według mnie nie. Ludziom bardzo często na łożu śmierci otwierają się oczy. Zaczynają rozumieć, że żyli w nieodpowiedni sposób albo przewartościowali niektóre rzeczy, zmieniają im się priorytety. Niestety w tym wcieleniu już jest za późno, aby cokolwiek zrobić. Jest to dla nich nauczka, że tak powiem, na kolejne wcielenie, więc nic się nie marnuje. Nawet jeżeli człowiek już w ostatniej chwili, minutę przed śmiercią zdał sobie sprawę, że popełnił błędy. Ta nauczka, ta lekcja, którą wyciąga, może mu posłużyć w kolejnej inkarnacji. I tak naprawdę, tak jak już powiedziałem, nic się nie marnuje. Czy to jest jakieś opętanie?
Nie. Ja myślę, że ta kobieta rzeczywiście mogła wierzyć w te metody niekonwencjonalne, tak jak moja babcia wierzyła, że Pan Bóg, jeżeli będzie chciał, uratuje ją od choroby i nawet nikomu nie zakomunikowała, że była chora na raka. Pan Bóg miał inne plany w stosunku do niej niż te, które mógłby mieć z naszego ziemskiego punktu widzenia. Moja babcia zmarła w wierze, ale też tutaj nie miało to nic wspólnego z jakimś opętaniem. Człowiek ma prawo podjąć taką decyzję. Jeżeli później uznaje, że jednak się pomylił, no to trudno. Inaczej postąpi w kolejnym wcieleniu. W każdym razie nie należy tutaj dopatrywać się jakichś opętań i tak dalej. To była decyzja zbyt ważna, aby można było tutaj podejrzewać wpływ jakichś złych duchów, które mogły ją w ten sposób nakierowywać, inspirować, że tak powiem, aby odrzuciła medycynę naukową. Ale z drugiej strony są też dobre duchy, które też podpowiadają i w ostateczności to jednak my jesteśmy odpowiedzialni za decyzję, którą podjęliśmy.
Więc nawet jeżeli jakiś duch ją źle inspirował, to i tak ona jest odpowiedzialna ostatecznie za to, co się stało. Czy złorzeczenie, czy jakaś klątwa? O klątwach będziemy jeszcze dzisiaj mówić. Nie sądzę. Myślę, że powód śmierci tej kobiety jest bardziej przyziemny, niż nam się może wydawać w momencie, kiedy poruszamy takie tematy duchów, opętań i tak dalej. Kolejna sprawa. Chodzi mi o rytuały, obrzędy stosowane w celu osiągnięcia jakiegoś celu w naszym świecie, w cudzysłowie, na przykład u plemion afrykańskich w celu uzdrowienia i nie tylko. Ofiary krwi zabitego koguta, ofiary z ludzi, ofiary na przestrzeni historii. Tutaj to wszystko jest wymienione. Co mówią o tym duchy, jeśli chodzi o spirytyzm?
Czyli generalnie jest to pytanie dotyczące różnych obrzędów. Takie obrzędy nie działają. We wszystkim jest intencja. Jeżeli szaman chce rzeczywiście kogoś uleczyć swoim magnetyzmem i wie, jak się do tego zabrać, to może to zadziałać. Ponieważ czy szaman afrykański, czy medium amator, czy bioenergoterapeuta amator, czy medium leczące i tak dalej, oni wszyscy mogą posługiwać się swoją intuicją. Tutaj nie trzeba kończyć szkół, nie trzeba mieć dyplomów i tak dalej. Można posługiwać się intuicją. Podam przykład: Jezus, który leczył. Czy on kończył jakieś szkoły, które mu podpowiadały, w jaki sposób ma to robić? Nie.
On się posługiwał swoją intuicją. My wiemy, że to był duch wysoce rozwinięty, który inkarnował się na ziemi, ale mimo wszystko posługiwał się intuicją. Więc szaman owszem, może kogoś wyleczyć, ale takie typowe rytuały jak zarzynanie koguta czy ofiary ze zwierząt i tak dalej, jeżeli skupiamy się przede wszystkim na tym rytuale, to on jest nieskuteczny, a wręcz może narobić jeszcze większych szkód. Ponieważ jeżeli na przykład mamy do czynienia z opętaniem i są złe duchy, które ingerują w czyjeś życie, a my takim rytuałem możemy sprawić, że przyciągniemy do siebie jeszcze więcej niskich duchów. Ponieważ to głównie takie duchy biorą udział w tego rodzaju obrzędach, więc nie można oczekiwać, że duch wyższy weźmie udział w obrzędzie, gdzie się zarzyna zwierzę. Takie jest stanowisko spirytyzmu i ja też uważam, że ma to sens. Kolejne pytanie. Wierzę w reinkarnację. Zastanawiam się, czy dusze zmarłych mogą odwiedzać nas tylko do czasu, w którym nie przyjmą jeszcze jakiegoś kolejnego wcielenia. Jeśli moja babcia reinkarnuje się, zmarła babcia, reinkarnuje się przed moją śmiercią, to nie spotkam jej w zaświatach?
Nie. My przecież tutaj jesteśmy wcieleni na ziemi, a w czasie naszego snu możemy spotykać naszych zmarłych. Tak samo, gdy my już się odinkarnujemy i będziemy po drugiej stronie, domyślam się, że tak samo my będziemy mogli w taki sam sposób spotkać naszych przyjaciół, którzy inkarnują się na ziemi. Więc jeżeli na przykład babcia osoby, która napisała to pytanie będzie wcielona, to ona i tak w czasie swojego snu będzie mogła opuścić ciało, żeby spotkać się ze swoją aktualną wnuczką w świecie niewidzialnym. Ten kontakt między żywymi i umarłymi czy żyjącymi w zaświatach jest żywy. Poza tym spirytyści udowodnili, że można wywołać ducha człowieka żywego. To znaczy, że duch nie jest zamknięty w ciele materialnym jak w klatce, z której w ogóle nie może wyjść. Więc moja odpowiedź jest tak. Nawet jeżeli babcia się inkarnuje, my będąc w zaświatach będziemy i tak mogli tę babcię spotkać. Kolejne pytanie.
Co sądzisz o takiej-- a nie, to pytanie zostawiłem sobie do innego odcinka. Dalej. Pracuję w domu starców i na co dzień mam do czynienia z demencją. Jeśli człowiek nie jest świadomy tego, co się z nim dzieje i z jego duszą, zastanawiam się, jaki sens ma taka egzystencja. Przychodzi mi do głowy lekcja dla krewnych, ewentualnie personelu. Aha, czyli innymi słowy osoba, która zadaje to pytanie, chciałaby wiedzieć, czy taka egzystencja jak warzywo ma jakiś sens dla tego ducha, czy może jest to tylko lekcja dla opiekunów, rodziny. To może być jedno i drugie. To znaczy duch, który inkarnował się w takim ciele, bądź po prostu już cierpi na demencję starczą, bądź jeśli mamy na przykład do czynienia z osobami niepełnosprawnymi, to może być z jednej strony kara za jakieś grzeszki, które dany duch popełni w kolejnym wcieleniu, bądź to może być misja, gdzie na przykład dany duch postanowił się inkarnować w wadliwym ciele, aby doświadczyć bliskich, którzy też zgodzili się na to, że będą musieli w czasie wcielenia taką osobą się opiekować. Więc może tak być. Również można też popatrzeć na to od drugiej strony, gdzie osoby opiekujące się takim chorym mogą również wykonywać swoją misję, czyli na przykład mogą pomagać takiej chorej osobie odpracowywać swoje dawne przewinienia, jeżeli ta osoba inkarnująca się w takim ciele jest ukarana.
Więc jedno i drugie. Tutaj jest możliwości wiele. Kolejne pytanie. Co się dzieje z duchem zmarłego dziecka? Z tego, co pamiętam, to dusza stopniowo pamięta swoje wcielenia. Jednak jak to jest w przypadku dzieci? Nie umiem sobie wyobrazić dwuletniego świadomego dziecka. Podejrzewam, że przechodzą jakiś inny proces. Nie. Po prostu duch dziecka jest duchem w pełni rozwiniętym.
To znaczy oczywiście są duchy, które są rozwinięte bardziej lub mniej, znajdują się na różnych poziomach rozwoju. Z dziećmi jest tak samo. Jeżeli dziecko umrze, można tutaj różne scenariusze już sobie wymyślać bądź przytaczać, zastanawiać się. Na przykład jakiemuś człowiekowi, który przedwcześnie umarł w poprzednim wcieleniu, jakiemuś duchowi, który odinkarnował się przedwcześnie, mogło brakować na przykład dwóch lat życia w ciele materialnym, żeby czegoś dopełnić w swoim rozwoju. I on się wcielił w ciele małego dziecka, wiedząc, że to ciało po dwóch latach przestanie z jakiegoś powodu funkcjonować. Może mieć na przykład wadę serca, cokolwiek. I wtedy taki duch, takie dziecko umiera i duch odchodzi z powrotem do świata niewidzialnego, gdzie jest normalnie osobą w pełni świadomą tego, co się z nim działo. W dziecku nie siedzi duch dziecka. To jest duch rozwinięty, który ma za sobą wiele inkarnacji. I tyle.
Więc w takim sensie dzieciom przedwcześnie umierającym nie dzieje się jakaś szczególna krzywda, która nie działaby się osobom dorosłym, które również umarły z punktu widzenia duchowego. Jeżeli dziecko umiera, z punktu widzenia duchowego to jest tak samo, jak gdyby umarł starzec. I tyle. I nie ma tutaj chyba nic do dodania. Po prostu duch jest duchem. Dalej. Czy jeśli zrobiło się w życiu coś złego, na przykład kradzież, której nie da się już naprawić, w sensie oddać komuś pieniędzy, czy może zostać to jej wybaczone jeszcze w tym życiu? Czy w kolejnym wcieleniu przyjdzie jej to odpokutować? Na przykład zostanie ona okradziona, ta osoba, która okradła. Dobra, to znaczy tak.
Pytanie, czy zostanie to wybaczone. To zależy od osoby, która została poszkodowana, czy ona to wybaczy. Bo Bóg wybacza, że tak powiem. Można powiedzieć, że Bóg sobie siedzi obok gdzieś tam i sobie spogląda na to wszystko, a to my musimy sobie wzajemnie wybaczać szkody, które sobie czynimy. Jeżeli osoba okradziona wybaczyła swojemu złodziejowi, że tak to ujmę, to ta osoba, właśnie ten wybaczający, on tak naprawdę sam robi sobie dobrze. Natomiast osoba, która okradła, rzeczywiście będzie musiała to w jakiś sposób zadośćuczynić. Jeżeli zostanie złodziej okradziony, to jest bardziej nauczka dla niego, aby poczuł, jak to jest być w tej drugiej skórze. A później oczywiście jakoś będzie trzeba to zadośćuczynić. Jeżeli taka osoba, która na przykład okradła kogoś, ukradła komuś pieniądze i nie może tych pieniędzy zwrócić, bo na przykład nie zna swojej ofiary, to może w jakiś inny sposób odpokutować to. Na przykład może przekazać te pieniądze.
To jest ważne, żeby z tych pieniędzy nie korzystać, bo jeżeli skorzysta, no to już jest pozamiatane. Ale chodzi o to, żeby na przykład oddać, przekazać te pieniądze na jakiś cel dobroczynny i w jakiś sposób żałując tego czynu, po prostu na przykład wykonać jakąś pracę albo komuś pomóc. Każda osoba musi to odpracować sama w swojej duszy. A później zobaczymy, co tam będzie. Ja też nie mam na wszystko odpowiedzi. Dalej. Przy śmierci starszej osoby było obecnych kilka osób, ale tylko jedna poczuła bardzo intensywny zapach lilii. Czy to może oznaczać wizytę duchów wyższych, które przyszły po zmarłego? I tak, i nie. To znaczy wiadomo, zapachy mogą docierać z różnych miejsc i to niekoniecznie musi być jakiś sygnał z zaświatów, aczkolwiek wiemy, że tego rodzaju manifestacje nie należą do jakichś rzadkości i zmarli nieraz dają o sobie znać poprzez zapach.
Jeżeli ktoś używał na przykład jakiegoś perfumu, ten perfum może się pojawić w danym pomieszczeniu. Ale to też nie oznacza, że to duchy wyższe przyszły, ponieważ skoro zwykli zmarli, że tak powiem, szeregowy Kowalski może w ten sposób się zamanifestować, to duchy wyższe wydaje mi się, że też mogą, ale niekoniecznie musi taki zapach oznaczać, że jest obecny duch wyższy. I oczywiście nie oznacza to też, że ten duch, który tak się zamanifestował, akurat przyszedł po daną osobę, która zmarła. Więc i tak, i nie. Także odpowiedziałem tak na jedno pytanie, nie na kolejne potencjalne. Dobra, ciąg dalszy. Pewna osoba uzależniona od alkoholu po raz kolejny trafiła do szpitala, jednak tym razem zaczęła widzieć anioła. Pięknego, ze złotymi włosami. Nic nie mówił, tylko pokazywał pewne znaki. Ten chory.
Trwało to jakiś czas. Niestety, gdy znowu ta osoba sięgnęła po alkohol, anioł zniknął. Czy to mógł być anioł stróż? Mógł, ale jeżeli ktoś ma problem alkoholowy, w jego głowie dzieją się różne rzeczy. Jest dużo ofiar śmiertelnych wśród neuronów i taka osoba może mieć zwidy. Ja zawsze powtarzam, żeby nie traktować zbyt poważnie ludzi, którzy bądź mają problemy alkoholowe, bądź nadużywają narkotyków. Mówię nadużywają, bo jeżeli ktoś czasami wypali skręta, to jeszcze krzywda mu się nie stanie. Ale jeżeli ktoś notorycznie jara, to może mieć różne zwidy i to niekoniecznie są anioły ani duchy wyższe. Proponuję podchodzić do tych rzeczy z bardzo dużą rezerwą. Nie bagatelizować, ale też nie padać na kolana, gdy tylko ktoś z mniejszą ilością neuronów w głowie powie, że widzi anioła.
Chyba wyjaśniłem to w sposób prosty. Dalej. „Moja 56-letnia krewna po śmierci jej matki zaczęła widzieć duchy. Przychodzą do niej regularnie w nocy, wychodzą z szafy” i tak dalej. Tu jest cała sytuacja opisana, ja to troszeczkę pomijam. „Czy takie zdolności mediumiczne po śmierci bliskiej osoby są częstym przypadkiem?” Zdolności mediumiczne budzą się w człowieku wtedy, kiedy muszą. Na przykład pani Rosemary Brown, która jest znana z tego, iż była medium, kontaktowała się z pianistami, z duchami pianistów i kompozytorów. Jej zdolności mediumiczne pojawiły się dopiero po śmierci jej męża. Możemy domniemywać, że pojawiły się właśnie wtedy, ponieważ w momencie, kiedy prowadziła życie rodzinne ze swoim mężem, może miała coś innego do odpracowania i chodziło o to, aby te zdolności mediumiczne nie odciągały jej od innego zadania, które było na nią nałożone. Niekoniecznie to musi być śmierć kogoś bliskiego.
Może tak być, jak tu widzimy na załączonym obrazku, ale to może być cokolwiek. Zdolności mediumiczne to jest narzędzie, które ma nam służyć. „Znam osobę, która widzi duchy od urodzenia i do tego ma też silne zdolności magnetyczne, jednakże nie ma zamiaru ich rozwijać. Czy może być tak, że po śmierci ta osoba będzie ukarana za nierozwijanie tego talentu? Czy może ta osoba ma wolny wybór, wolną wolę?” Oczywiście każdy człowiek ma wolny wybór, wolną wolę. I to nie będzie tak, że jeżeli ta osoba nie będzie chciała rozwijać tych zdolności, to po przejściu na drugą stronę Bóg stanie nad nią ze skórzanym paskiem w ręce i zacznie ją nawalać po plecach. Jeżeli ta osoba wbrew swojej intuicji nie będzie chciała tych zdolności rozwijać, to ona po przejściu na drugą stronę zda sobie sprawę z tego, co straciła, a co mogła osiągnąć. Ale jeżeli ktoś ma misję, to na pewno jego intuicja podpowie mu, żeby jednak skupił się na tych zdolnościach i nie trwonił ich. Ale tak naprawdę nic się nie gubi. Jeżeli nie wykorzystamy tego teraz, wykorzystamy to następnym razem.
I tyle. Dalej. „Czy wszystkie zwierzęta widzą duchy? Mam na myśli te bardziej rozwinięte typu pies, kot, ptak, małpa i tak dalej”. Zwierzęta generalnie mogą mieć zdolności medialne. Czy wszystkie widzą duchy? Nie, tak samo jak wszyscy ludzie nie widzą duchów. Przypuszczam, że tak samo jest u zwierząt. Zwierzęta mogą mieć bardziej rozwiniętą intuicję, mogą być bardziej sensytywne niż ludzie, ponieważ jednak są one bliżej natury. My w dużo większym stopniu od nich przecież korzystamy z rozsądku, z logiki.
Staramy się logicznie myśleć, chociaż to różnie czasami wychodzi, ale staramy się logicznie myśleć. Jesteśmy bodźcowani ze wszystkich stron i te zdolności są u nas uśpione, więc zwierzęta mogą mieć zdolności medialne, ale to nie oznacza, że wszystkie zwierzęta są mediami widzącymi. Poza tym, tak samo jak w przypadku ludzi i duchów, musi być między mediami ta kompatybilność. I na pewno jest tak samo w przypadku zwierząt, gdzie zwierzę ze zdolnościami medialnymi nie będzie w stanie zobaczyć czy poczuć każdego ducha, który pojawia się w pobliżu. Ta kompatybilność jest bardzo istotna. Kolejne pytanie: „W »Księdze duchów« nie poświęcono dużo miejsca wiedźmom, zaklęciom. Często słyszy się, że wiedźmy, szeptuchy istnieją i praktykują. Czy jest to prawda? Jeśli tak, czy korzystają one z usług, w cudzysłowie, duchów?” Coś już dzisiaj wspominałem na temat takich, że tak powiem, amatorskich mediów, czyli osób, które nie mają wiedzy, ale korzystają ze swojej intuicji i kontaktują się z tymi duchami. Wiedźmy, to się kojarzy troszeczkę ze średniowieczem.
Szeptuchy, jakieś tam wróżki i tak dalej. Jeżeli nie mówimy o szarlatanerii oczywiście, zakładam, że mówimy tutaj o osobach, które mają autentycznie jakieś zdolności. Oczywiście, że mogą korzystać z pomocy swojego ducha opiekuna. Mogą korzystać z obecności innych duchów, które na przykład przychodzą, które je inspirują. Jeżeli to nie są stricte takie media, które słyszą, widzą i tak dalej, ale to mogą być inspiracje na przykład. Oczywiście, ale to tak jak w przypadku każdego człowieka, każdy duch może przyjść i próbować inspirować drugiego człowieka dobrze bądź źle. Czy ktoś jest wróżką, czy nie, tak naprawdę podlega tym samym prawom i te relacje między duchami i ludźmi są dokładnie takie same w przypadku wszystkich osób. Dalej. „Witaj”. Witaj.
„Mam pytanie dotyczące” Pewnej historii z życia Eda i Lorraine Warren. Na faktach. Zapewne ją kojarzysz. Chodziło o rzucenie klątwy na chłopaka, który następnie pod wpływem tej klątwy zabił mężczyznę. Został nakręcony film na podstawie tej historii: „Obecność na rozkaz diabła”. Moje pytanie brzmi: czy to możliwe? To nie jest tak, że duch nie może sprowokować zabójstwa. Jeżeli jest opętanie, to osoba opętana pod wpływem ducha, mówię o twardym opętaniu, oczywiście nikogo nie zabije. Taka osoba zawsze ma możliwość, żeby się powstrzymać. Ale duchy mogą na przykład inspirować ludzi.
Przed chwilą mówiłem o inspiracjach. Mogą podszeptywać. Jakiś zły duch czy nawet gromada duchów mogą kogoś opętywać w taki sposób, że będą mu cały czas podpowiadały, żeby ta osoba wzięła nóż i kogoś zamordowała. I przy jakichś okolicznościach, w których dany człowiek nie będzie w stanie się kontrolować, na przykład pod wpływem narkotyków albo alkoholu, taka osoba wtedy może pod wpływem tych duchów rzeczywiście wziąć nóż i kogoś zabić. Ale ostatecznie to ta osoba opętana jest odpowiedzialna za śmierć, której jest sprawcą, ponieważ człowiek zawsze ma możliwość, żeby oprzeć się negatywnym wpływom. Jeżeli ten chłopak zabił mężczyznę, mogło się to odbyć w taki sposób, jeżeli rzeczywiście miały wpływ na niego jakieś duchy. Mam pytanie: czy w trudnych sytuacjach dotyczących losu całej ludzkości duchy wyższe mogą pomóc nam odpowiedzieć na pytania dotyczące wskazówek i instrukcji, jak się zachować w takich chwilach, jak na przykład pandemia? Podpowiedzieć nam, dokąd to wszystko zmierza? Owszem, według tego, co jest napisane w księdze duchów, duchy podpowiadają medykom, lekarzom, myślę tutaj o pandemii, po to, aby wiedzieli, w którą stronę zmierzać, aby wiedzieli, jak leczyć, aby wiedzieli, jak na przykład stworzyć antidotum, lekarstwo, szczepionkę. To nie będzie tak, że wywołamy ducha i ten duch nam odpowie na wszystkie pytania, ponieważ wtedy nasza obecność tutaj na Ziemi w ogóle nie miałaby sensu, a przynajmniej ten sens byłby troszeczkę zniwelowany.
Przychodzi mi do głowy takie porównanie z mądrym rodzicem, który nie podsuwa wszystkiego swojemu małemu dziecku pod nos, tylko ewentualnie stwarza sytuacje, w których to dziecko będzie zmuszone sobie radzić, a interweniuje dopiero wtedy, kiedy to dziecko jest zagrożone, bądź kiedy dana sytuacja to dziecko po prostu przerasta. Tak samo jest z nami. Po to tutaj się inkarnujemy na Ziemi, żeby stawiać czoło wszystkim przeciwnościom losu. Jeżeli wybuchła pandemia, to albo sami jesteśmy temu sobie winni, albo po prostu ta pandemia podlega takim samym prawom natury, jak wszystko inne, co nas otacza i musimy sobie z tym radzić. Więc duchy nie pozostawiają nas tutaj samych sobie. Zresztą mówi się, że nawet w modlitwie można prosić Boga, prosić duchy o pomoc i tak dalej. Ale to jest dokładnie na takiej samej zasadzie. Duchy nam pomagają, ale to my musimy się wysilić. To było ostatnie pytanie. Więcej już nie ma.
A korzystając jeszcze z okazji, że jest to pierwszy odcinek w 2022 roku, życzę wam wszystkim i waszym rodzinom, bliskim przede wszystkim dużo, dużo zdrowia. Mam pytanie. Dziwne. Wydawało mi się, że widziałem kogoś na korytarzu. Tutaj z tyłu, za aparatem są drzwi, a tam jest światło zgaszone i nikogo nie ma w domu. A wydawało mi się, że widziałem jakiś cień, który machał ręką. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:01:20] - Teraz, proszę państwa, seria, która cieszy się dużym powodzeniem, ale tylko u niektórych słuchaczy, bo to jest seria ageistowska, która głównie przyciąga tych słuchaczy, którzy mają ileś tam krzyżyków na karku. Pamiętają coś, czego młodzi już nie pamiętają i właściwie nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle. Młodzi twierdzą, że po co jakieś tam ramoty rupiecie oglądać. Starsi natomiast absolutnie się z nimi nie zgadzają. A ja troszeczkę jak ta żaba. Nie wiem, czy się rozdwoić, czy nie i się rozerwać, czy nie. W związku z tym, po tym wstępie zapraszam na spotkanie z sentymentalnikiem. Piotr Cielebiaś już czeka. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:02:16] - Witam, witam. Witam ciebie, witam słuchaczy.
[03:02:20] - Tak, sentymentalnik. Kolejny sentymentalnik. Czas rozpocząć. I dzisiaj film, który pokrył się już taką grubą warstwą kurzu. Spora część naszych słuchaczy, ja nie wiem, czy nawet o tym filmie słyszała.
[03:02:37] - Tak, muszę powiedzieć, że jest to film tajemniczy i dość zapomniany. Film „Wielka, większa i największa”, będący adaptacją opowieści Jerzego Broszkiewicza. Powiedziałem, że on jest zapomniany z takiego powodu, że on miał premierę w roku 1963. I powiem ci szczerze, ja osobiście nie pamiętam, by go kiedykolwiek za tak zwanej mojej kadencji na tym świecie emitowała TVP. Nie pamiętam go w ogóle z czasów dzieciństwa, żeby się gdzieś pojawiał. Jeżeli się pojawił, co sprawdziłem, to dopiero w stacjach emitujących stare polskie filmy. I jestem mocno pewien, że są osoby, które o tym filmie nigdy nie słyszały. A to jest film, który ma bardzo duży ładunek Fantastyki. Fantastyki także naukowej, bo tam występuje Roman Wilhelmi przebrany za kosmitę.
[03:03:34] - Tak. A jeszcze warto dodać, ty się podzieliłeś swoją pamięcią sięgającą dzieciństwa, to ja też się podzielę. Ja ten film w TVP widziałem, ale to było bardzo dawno temu. Wtedy dinozaury się zastanawiały, czy zejść z tego świata, czy nie. Czyli były lata 70. I w teleferiach, było kiedyś coś takiego, ponieważ telewizja nie działała w trybie 24-godzinnym, to przed południem o 9 rano startowały teleferie. To był program dla tych dzieciaków, które akurat miały ferie. Wtedy ferie w całej Polsce były w jednym terminie i ruszały, jak powiedziałem, teleferie i tam puszczano różne filmy. Różne były programy, które miały zainteresować młodych ludzi czymś tam, na przykład tworzeniem gry planszowej albo różne rzeczy. Różne były pomysły na te teleferie.
I właśnie podczas jednych zimowych teleferii nagle zobaczyłem film "Wielka większa i największa". Jest z tym związana, obejrzałem go wtedy z wypiekami na twarzy. Tym bardziej, że im on dalej sięga w swój licznik czasowy, to staje się bardziej science fiction. Na początku on jest tylko fantastyczny, a na początku to jeszcze dziwne dzieciaki, później się troszeczkę odkręca w kierunku science fiction. Ale coś jeszcze jest dla mnie ważne. Otóż ja ten film znałem, zanim jeszcze obejrzałem film. Już wyjaśniam ten bełkot. To polega na tym, że mój ojciec dawno temu pracował w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu. Był tam człowiekiem od różnych rzeczy, w każdym razie między innymi kierownikiem literackim. Pilnował tam scenariuszy i pewnego razu adaptował na scenę, ale to znam z opowieści, to jeszcze nie za moich czasów, jeszcze wcześniej.
Adaptował na scenę właśnie ten utwór "Wielka większa i największa", bo zdajmy sobie sprawę, że to jest powieść, która później została filmem, ale została też sztuką teatralną i mój ojciec adaptował to i opowiedział mi, jak kiedyś to robił. Zapamiętałem tę historię, a potem odkryłem ją na nowo w filmie "Wielka większa i największa". To było dla mnie takie dotknięcie, dziecięce oczywiście, dotknięcie czegoś niesamowitego. Znałem utwór z opowieści ojca, a potem zobaczyłem go w filmie. To duże przeżycie. Ja wiedziałem, że będzie tam Opel Kapitan, że jedna, druga, trzecia przygoda, bo to trzy przygody i na czym one będą polegały. A i tak jako dzieciak, taki naprawdę dzieciak, oglądałem ten film z dużym ładunkiem emocji. I stąd jakiś sentyment do tego filmu.
[03:06:43] - Tak, tutaj może się nasunąć pierwsze pytanie, dlaczego ten film się stał niepopularny? Czy jest w nim coś, co z dzisiejszego punktu widzenia jest niepolityczne? Bo musimy sobie powiedzieć jasno, że na przykład produkcje z lat 50. bardzo rzadko goszczą ogólnie w telewizji publicznej. One się pojawiają na jakichś kanałach, które emitują stare polskie filmy, natomiast one z telewizji publicznej zniknęły. Tutaj chyba nic takiego politycznego nie ma miejsca, natomiast chodzi po prostu o jakość tego filmu, o styl. Nie to, że on jest bardzo zły, tylko on już jest troszkę archaiczny pod kilkoma względami. Jego ogromnym plusem jest to, że jako jedyny i tutaj musicie mnie poprawić, bo nie wiem, czy dobrze mówię, ale ja nie jestem sobie w stanie przypomnieć innego filmu, w którym są pokazani kosmici dla dzieci, filmu dla dzieci z PRL-u. Może poza "Panklex w kosmosie", w którym właśnie ten wymiar kosmiczny jest eksplorowany. Dobrze, to może nim przejdziemy do rozkmin innych, to powiedzmy sobie, o czym to w ogóle jest.
Warszawa. Facet kupuje stary samochód i to jest w ogóle Opel. I okazuje się, że tam dzieci są, para dzieci. Te dzieci odkrywają, że ten zdezelowany stary samochód to nie jest zwykła maszyna. W rzeczywistości skojarzył mi się od razu David Hasselhoff i taki serial nieustraszony "Knight Rider". I oni z Ameryki powinni płacić tantiemy za zasugerowanie się, ściągnięcie pomysłu właśnie z Polski, bo ten Opel to jest właśnie taki samochód, który mówi i ma cudowne właściwości. I ten, czym jeździł David Hasselhoff, to jest nic, to jest wypierdek przy tym, co miały te dzieci. I on ich zabiera na te trzy wielkie przygody. One są takie z jednej strony wielkie, z drugiej bardzo dydaktyczno-umoralniające. To tam się dzieje w tym filmie, Marku, jeszcze.
Co jest warte wspomnienia, bo jeżeli ktoś bardzo chce, oczywiście obejrzy, znajdzie go nawet na YouTubie, bo nie oszukujmy się, jest tam.
[03:09:01] - Jeszcze na chwilę wrócę do tego, o czym mówiłeś. Dlaczego ten film nie stał się popularny? Ja mam swoją teorię na ten temat. Uważam po prostu, że jakiś czas potem nakręcono znacznie bardziej atrakcyjne filmy dla dzieciaków z bardziej porywającymi dziecięcymi aktorami. Wspomniany przez nas chociażby film, serial "Wakacje z duchami" Czy później takie filmy, seriale jak "Podróż za jeden uśmiech", jak "Pan Samochodzik i templariusze" i tak dalej. To były filmy, które porywały nie tylko fabułą, ale też aktorstwem dziecięcym. I to dziecięce aktorstwo-
[03:09:48] - Przerwę ci Marku, bo przyszło mi coś do głowy, że coś tu jest. Zobacz sobie film "Szatan z siódmej klasy". Ta wersja z roku 1960, która była starsza od "Wielka, większa i największa". I rzeczywiście widzimy różnicę. Widzimy różnicę w poziomie aktorów, tych seniorów i tych juniorów. I tutaj rzeczywiście powiem ci, że to może być coś, co przyczyniło się do jego degradacji tak naprawdę.
[03:10:16] - Tak, bo on jest poprawny. To znaczy, to wszystko jest zagrane poprawnie, ale nieporywająco i stąd być może bierze się to, że on rzeczywiście jakoś tak przysiadł, jeśli chodzi o popularność. Pytałeś o kosmitów. Rzeczywiście nie potrafię skojarzyć żadnego filmu polskiego. Jedyny, który mi się kojarzy, to pewno film, który w swoim czasie omówimy w Sentymentalniku. Film zatytułowany "Spadła z obłoków" i to był film produkcji, wtedy istniała Czechosłowacja, więc czechosłowackiej. On przyciągał rzesze oglądaczy. Tym bardziej że był na przełomie 1981 roku, czyli czasów Solidarności i stanu wojennego. Ostatni odcinek w stanie wojennym był emitowany i tam też kosmitka była, ale rzeczywiście kosmitów tak mocno nie prezentowano w różnego rodzaju filmach z obszaru demoludów, obszaru socjalistycznego. A wracając do przygód, rzeczywiście tytuł dobrze oddaje to, co się dzieje, bo pierwsza przygoda to jest odnalezienie w Warszawie, jakżeż starej Warszawie, chłopca, który zaginął na dworcu.
Wydawać by się mogło, że nie taka rzeczywiście wielka przygoda. Tu samochód Opel, jak powiedziałeś Opel Kapitan to taka marka. Taka była jego ksywka i tak się ten model nazywał. Opel Kapitan nawet kierunkowskazów nie miał, tylko nie wiem, jak się to nazywało. Te takie wihajstry, które wyskakiwały po stronie, w którą się skręcało. Wybaczcie Państwo, ale tej nomenklatury już nie znam. W każdym razie ten Opel pomaga w odnalezieniu tego chłopca. Druga przygoda, a ta już jest taka bardziej porywająca. Otóż z Opla Kapitana dzieciaki przesiadają się do samolotu, do Jaka, takiego starego Jaka śmigłowego i lecą nad Saharę, bo tam rozbił się, a w każdym razie przyziemiał na pustyni samolot pasażerski i trzeba było odnaleźć załogę oraz pasażerów, bo groziła im śmierć. I to taka nieprzyjemna jak to na pustyni.
I to się też udaje. A trzecia przygoda Iki i Groszka, bo tak się bohaterowie nazywają, to są ich ksywki, a to jest przygoda związana właśnie z takimi klimatami science fictionowymi. Oni sobie przebywają nad morzem i nagle patrzą, a tu nad plażą jest kula. Interesują się tym, a co się dalej dzieje, to ja już Państwu nie będę opowiadał. Natomiast kontakt z obcymi ewidentnie następuje. On ma oczywiście swoje konsekwencje znaczące i dla Ziemi, i dla samych bohaterów dziecięcych, ale to dla mnie była oczywiście jako miłośnika science fiction taka najbardziej treściwa, najbardziej porywająca przygoda. Ona zresztą jak na lata, kiedy film powstał, jest technicznie całkiem interesująco rozegrana. Zdajmy sobie sprawę, przełom lat 50. i 60. to nie był czas, kiedy w kinie epatowano jakimiś przesadnymi efektami specjalnymi, a już w kinie socjalistycznym to ich prawie nie było.
Tu jednak jest to zrobione dosyć interesująco. To tyle, jeśli chodzi o treść filmu.
[03:14:15] - Tak, powiem ci, że to jest fakt, że ten film pod względem realizacji jest całkiem fajny. Gorzej jest z aktorstwem tych dzieci. Gorzej jest też z tym, jak się ten film zachował, bo zachował się naprawdę kiepsko. Tutaj jeszcze jest taki ciekawy wątek, bo ten samochód to mówi z takim w ogóle dziwnym akcentem. Mówi po polsku, ale mówi z akcentem skandynawskim. Zauważyłeś? Nie wiem, co jest tego powodem. Może nie zauważyłem. Może to jest niemiecki akcent, tylko ja jestem jakiś taki mało sprytny. Roman Wilhelmi w roli kosmity bodajże z Wegi robi wrażenie.
Zanim Roman Wilhelmi się stał Ogierdem i zanim się stał Stanisławem Aniołem i oczywiście Nikodemem Dyzmą, to był kosmitą z Wegi. Sami bohaterowie tego filmu to dzieci zwykłe. Żadni tam superbohaterowie czy członkowie subkultur. Może są nawet lekko nudnawi, grzeczni, za grzeczni. Na tego typu film, ale książka i film musiały mieć walory edukacyjne. Ale co możesz powiedzieć o Broszkiewiczu? Dlaczego ten autor nam umknął? On zniknął. O ile "Pan Samochodzik" jest pamiętany na przykład, nawet dobre nawiązanie powiem ci akurat do tego kapitana, ale "Pan Samochodzik" jest pamiętany, "Wakacje z duchami" lecą cały czas, a tutaj jednak Broszkiewicz nam umyka.
[03:15:50] - Powiem ci, że to jest dla mnie pewna tajemnica, bo Broszkiewicz w latach 70. XX wieku był niezwykle popularny. Ja zaraz powiem o kilku tytułach. I był w dodatku dosyć nowocześnie piszącym, jak na tamte czasy, książki dla młodzieży. Ale najpierw chwila jeszcze o "Wielkiej, większej i największej". Warto wiedzieć, że w latach 70. to była lektura w szkole i ja pamiętam, jaki byłem podekscytowany, bo to myśmy przerabiali. W mojej klasie była ta książka przerabiana i ja się czułem taki niesamowicie ważny. Jakoś tak się czułem: tak, wreszcie jest książka, w której coś się dzieje takiego science fictionowego. To mi bardzo imponowało i napychało trochę moje ego, bo ja byłem tym, który się fantastyką interesował.
Moje koleżanki i koledzy nie za bardzo. W związku z tym to mi naprawdę bardzo imponowało i ja się bardzo czułem dobrze z tą lekturą. Ale wracając do Broszkiewicza, to był facet, który miał różne epizody niefajne w życiu. Był między innymi z tego, co pamiętam, chyba nic nie pomyliłem, był karmicielem wszy za okupacji, czyli gdzieś tam się ocierał tak naprawdę o niemiecką machinę. W każdym razie te wszy hodowano w takim instytucie, który zajmował się tyfusem i chorobami. W każdym razie Niemcy robili tego rodzaju eksperymenty. To może nie jest najważniejsze, co w życiu spotkało Broszkiewicza, ale taka ciekawostka. Natomiast on zaczynał swoje życie literackie zaraz po wojnie. W 1945 roku napisał powieść, której nie znam, od razu się przyznaję, która mówiła o Goethcie. To był debiut książkowy, czyli zapowiadało się tak sobie.
Później jeszcze jakąś powieść o Fryderyku Chopinie napisał. Z mojego punktu widzenia, wybaczcie państwo, może nie jestem specjalnie zafascynowany muzyką Chopina. Może błąd popełniam. Zdaję sobie oczywiście z tego sprawę, ale jakoś mnie to nie porywało i nie sięgałem po to. Jeszcze tam były nie tylko opowieść o Chopinie, jakaś opowieść olimpijska była. Nie znam tego, więc trudno mi cokolwiek na ten temat powiedzieć. W każdym razie powieść "Wielka, większa i największa" to był rok 1960. I zauważcie państwo, jaki był krótki odcinek pomiędzy napisaniem powieści a jej zrealizowaniem, przeniesieniem na ekran. To takie inne czasy były. I to była taka powieść, która rzeczywiście dotykała science fiction.
I to się chyba Broszkiewiczowi spodobało, bo dwa lata później, w 1962 roku napisał powieść "Ci z dziesiątego tysiąca". I to była powieść, którą ja poznałem, zanim jeszcze usłyszałem o "Wielkiej, większej i największej". Usłyszałem od ojca, że coś takiego było. Ojciec po prostu podejrzał, że czytam Broszkiewicza. Właśnie książkę "Ci z dziesiątego tysiąca" to jest rzecz, która się dzieje na kosmolocie. Tam jest przestrzeń kosmiczna, tam są rzeki meteorytów, w kosmosie latają. To się dzieje, tam się, proszę państwa, dzieje. Oczywiście załoga dziecięca trochę przypomina to powieści Peteckiego. Może nie są tak płynnie, tak świetnie napisane, jak Petecki to robił, ale to jednak przyciągało uwagę. Co więcej, po książce "Ci z dziesiątego tysiąca" z 1962 roku on napisał kontynuację.
Dwa lata później na rynku wydawniczym pojawiła się kontynuacja tej książki "Ci z dziesiątego tysiąca". To nosiło tytuł "Oko Centaura" i to ewidentnie fantastyka naukowa pełną gębą. Ja do dzisiaj, być może moja pamięć mnie zwodzi, ale mam wrażenie, dawno nie czytałem po prostu, że te książki zestarzały się nie tak bardzo, jak można by podejrzewać. Książka z lat 60. Ktoś powie: "Nie, no bzdury, jakieś bzdety, głupoty." Mam wrażenie, że nie aż tak bardzo się to zestarzało. Dalej jest jeszcze ciekawostka, bo Ika i Groszek, czyli bohaterowie "Wielkiej, większej i największej" żyją po raz drugi w książce już zupełnie nie science fictionowej, zatytułowanej "Długi deszczowy tydzień". Ja też pamiętam, czytałem tę książkę. To książka bardziej o charakterze kryminalnym. Tam jest pewna zagadka związana z miejscem, w którym oni przebywają na wakacjach. Tydzień jest rzeczywiście długi i deszczowy.
Pomiędzy Iką a Groszkiem rodzi się jakieś takie dziecięce uczucie, ale już bardzo damsko-męskie, jeśli można użyć takiej frazy. I "Długi, deszczowy tydzień" też był nieźle napisany, przynajmniej dla dzieciaka, który to czytał. Przyznaję się, że od czasów nastoletnich tej książki nie miałem w ręce, w związku z czym pamięć może mnie zwodzić, ale odnoszę wrażenie, że to jednak było świetnie napisane, przynajmniej dla dzieci. Ale moim zdaniem ukoronowaniem kariery pisarskiej w zakresie science fiction dla Broszkiewicza była książka "Mój księżycowy pech". Ja tę książkę czytałem pasjami na wakacjach. Bohaterem jest nastolatek, który wybiera się na Księżyc, ale mamy już XXI wiek, nawet dzieci latają podręcznymi rakietami i on bierze udział w wyścigu. Tam się różne rzeczy dzieją. To jest naprawdę świetnie napisane, z dużą swadą, z pazurem. Tam się dzieje. To już nie jest Ika i Groszek, to już nie jest "Wielka, większa i największa".
Ja państwu z czystym sercem "Mój księżycowy pech" polecam. Jeśli chodzi o fantastykę, to on napisał taką książkę "Mr. D.", a mi się wydaje, czytam, że to "Mr. D.", ale to się chyba nazywało "Czy pan istnieje, Mr. D.?". Ja to zapamiętałem jako taki tytuł. To jest taka książka, nazwijmy ją fantastyczna. Nie będę państwu tego opowiadał. W każdym razie warto o tym autorze pamiętać. On już rzeczywiście, tak jak Piotr powiedział, zagubił się w tym oceanie czasu, ale kilka książek, właśnie "Czci dziesiątego tysiąca", "Oko Centaura" i "Mój księżycowy pech" z czystym sercem państwu polecam jako fantastykę młodzieżową, fantastykę naukową młodzieżową.
A jeśli chodzi o "Wielką, większą i największą", trudno mi powiedzieć, jak się książka zachowała. Dawno jej nie czytałem. A film traktuję troszeczkę jako przeniesienie się do dzieciństwa, czyli zgodnie z tytułem naszego programu, absolutny sentymentalnik.
[03:23:54] - Tak. Ja nawet nie wiem, czy ten film będzie łatwo odczytywalny dla pokoleń, które pojawiły się na świecie trochę później, bo "Wielka, większa i największa" nie miała takiej sławy jak na przykład inne filmy, które są emitowane do dziś. Wspominałem "Wakacje z duchami", ale wspominałem też "Szatana z siódmej klasy", tą starą wersję. One się nie zestarzały. Natomiast wydaje mi się, że trochę "Wielka, większa i największa" się zestarzała. Ten film jest zrealizowany poprawnie. Jak mówię, zachował się w nie najlepszym stanie. Tyle że dzisiaj to jest dzieło w pełni sentymentalnikowe. Nie wiem, Marku, czy ono kogoś dzisiaj porwie. Jeżeli tak, to kogoś, kto jest zainteresowany historią filmu.
Natomiast to nie jest złe jak na tamte czasy. Pamiętajmy, że to jest rok 1963 i gdyby, nad tym trochę ubolewam, polska kinematografia dołożyła nieco starań i pociągnęła temat kosmitów, moglibyśmy mieć naprawdę ciekawe produkcje. Czyli tutaj Broszkiewicz był, jakby nie było, wizjonerem. To naprawdę trzeba docenić. A czy wam się ten film spodoba? Chętnie się przekonamy z Markiem. Czekamy na wasze komentarze.
[03:25:19] - W końcu jesteśmy w audycji "Sentymentalnik". Jeśli nawet państwa fabuła nie porwie albo sposób realizowania tego filmu, to ci wszyscy, którzy lubią czasami sięgnąć po stary film albo czują się z tamtymi czasami, z tymi dawnymi czasami jakoś sentymentalnie związani, to mus jest to, proszę państwa, po to sięgnąć. I cóż, tym optymistycznym akcentem kończymy kolejny "Sentymentalnik". Proszę państwa, jak wam się podoba tytuł "Kanibale w lombardzie"? Mnie się podoba. Powiem państwu, że Katarzyna Prychacz to jest osoba, która za same tytuły swojej serii "Alchemia tworzenia" powinna jakąś nagrodę literacką dostać, bo te tytuły bawią i uczą. Uczą i bawią, czasami nawet przestraszają. Ja od razu powiem, że wszyscy, którzy nie mają skonkretyzowanych planów na początku marca, a konkretnie w sobotę 9 marca, to ja zapraszam do Poznania. Tam Katarzyna Prychacz będzie prowadziła warsztaty na żywo pod egidą Bibliotekarium, pod egidą wydawnictwa i audycji. Właśnie, Bibliotekarium.
Będzie długie spotkanie warsztatowe, w którym będzie można napisać wspólnie z autorką swoje opowiadanie. Podczas tego spotkania czterogodzinnego Katarzyna Prychacz zdradzi państwu różne techniki, takie myki pisarskie, które może niekoniecznie od razu doprowadzą do powstania arcydzieła, do powstania grubego tomiszcza powieści, ale opowiadanie da się na pewno wystrugać. Więc zanotujcie sobie państwo, jeśli będziecie przechodzili Stragarzami. W okolicach Poznania 9 marca, w sobotę, o godzinie 12:00 zaczynają się warsztaty z Katarzyną Prychacz z Alchemii Tworzenia. A dzisiaj kolejna próbka tego, co może Katarzyna zrobić z kawałkiem pomysłu. Kanibale w lombardzie.
[03:27:49] - Uszanowanko. Z tej strony Katarzyna Prychacz i zapraszam was serdecznie na Alchemię. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w szóstym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Podcastu, w którym sobie wymyślamy różne mniejsze lub większe głupoty. A konkretniej ja wymyślam. Albo ja i mój zespół wewnętrzny. Okej, słuchajcie. Ach, i znowu te „słuchajcie”. Powinnam mieć tutaj asystenta, który za każde moje nadużycie słowa „słuchajcie” w potylicę tak .
Dobra, skupmy się. Wracam z nową energią, jak zapewne słyszycie. W poprzednim odcinku drobne przeziębionko. Właściwie nawet nie przeziębionko, a nie wiem, co to było. Uczulonko może nawet bardziej w moim przypadku. Niemniej już się czuję dużo lepiej i dzisiaj klasycznie będę pobijać swój rekord, żeby nie ględzić godzinę. W poprzednim odcinku mieliśmy skróconą formułę, natomiast już teraz wracamy na tory. Dowiedziałam się, że zostały nam trzy odcinki, łącznie z tym, do przerwy świątecznej. Dlatego muszę wymyślić coś na ten trzeci odcinek. Muszę coś wymyślić takiego wow.
Albo po prostu pójdziemy w klimaty świąteczne. Niemniej dzisiaj wracamy, jak już wspomniałam, do poprzedniej formuły, czyli będziemy sobie omawiać protagonistę i antagonistę. Nie stricte fabułę. Siłą rzeczy i tak mi zwykle ta fabuła wychodzi, ale nie taka od punktu A do punktu B, tylko bardziej takie gdybanie o tych osobach. Oczywiście dzisiaj wjeżdżają na salony archetypy osobowości w opracowaniu Gabrieli Borowczyk. Jak wspominałam w przedostatnim odcinku zostały nam ostatnie dwie pary, więc myślę sobie, że na ten odcinek i na następny. A na świąteczny bez archetypów, ale pomyślę nad czymś fajnym. Może wprowadzimy w obieg jakieś nowe karty. Nie wiem. Pomyślę, czy ja coś jeszcze mam, co moglibyśmy wprowadzić w obieg.
Okej. Do każdej postaci losuję kartę-grafikę z „Klubu detektywów”, archetyp do każdej z tych dwóch. Dzisiaj nie szalejemy. Pogadamy sobie o nich i później mam ze sobą cztery książki. Chcę w tym sezonie popropagować research. Taki papierowy z książek. Także wybrałam jakieś cztery książki, które mi się skojarzyły z motywem przewodnim dzisiejszego odcinka. A tym motywem będzie... Według kalendarza i systemu, który chciałam wprowadzić na ten sezon, powinien być dzisiaj motyw lotnictwa cywilnego, bo takie święto wypada na 7 grudnia. Natomiast na moje szczęście lub nieszczęście spojrzałam w rozszerzoną wersję tego kalendarza i zobaczyłam, jakie święto przypada na 6 grudnia i na 8 grudnia i wydały mi się dużo ciekawsze.
Wiecie co? Ja chyba nie mam ochoty na militarne klimaty. A zwykle w środy nam się trafia takie święto jakieś. Jak nie dyplomacja, to lotnictwo. Jeszcze były chyba służby jakieś zagraniczne czy graniczne? A może to właśnie o tę dyplomację chodziło. Już nie pamiętam. Raz też był jakiś, tylko wybrałam inny. A dzisiaj akurat tylko to jedno święto wypada. Więc z racji tego, że 6 grudnia między innymi oprócz oczywiście Mikołajek.
Mam nadzieję, że fajne gifty znaleźliście w bucikach. Oprócz Mikołajek wypada dzień, z tego, co pamiętam, lombardu. Jeżeli nie przekręcam. Natomiast ósmego wypada Dzień Kupca. I tak pomyślałam, że lombard, kupiec to wszystko się ładnie zapętla. Więc dzisiaj będę chciała pójść w kierunku spieniężania rzeczy. Bo nawet nie stricte pieniędzy, ale może też troszeczkę w kierunku perturbacji życiowych. Bo jak tak pomyślę o lombardzie, to bardzo często coś dajemy w zastaw, kiedy jesteśmy w sytuacji podbramkowej najczęściej. Bo jeżeli nie jesteśmy, zawsze można towar sprzedać. Aczkolwiek lombard też jest swojego rodzaju pośrednikiem, więc może to jest pomysł też na takie odczarowanie lombardu.
Ale zwykle kojarzy mi się z czymś takim, kiedy już naprawdę nie mamy wyjścia. Więc pomyślałam, że możemy też trochę poruszyć tematów, kiedy nie mamy wyjścia. Na przykład co w naszych postaciach musiało się zadziać takiego. I trochę o sprzedaży porozmawiamy, bo w sumie jednak jak lombard z perspektywy... Jak się nazywa człowiek, który prowadzi czy sprzedaje w lombardzie? lombardziarz? lombardownik? Sprzedawca w lombardzie lub właściciel lombardu. Pomyślałam, jednak te umiejętności sprzedaży są przydatne. Ale dobra, bo ja tu spoileruję.
Do książeczek przejdziemy dalej. Ja nie ględzę. Dobra, losujemy. Coś jeszcze? Aha, klasycznie wspomnę, że na Facebooku mamy fanpage, więc fajnie jak dacie lajka, będziecie na bieżąco. Ja tam wrzucam zdjęcie kart, które wyciągam. Natomiast jeżeli chcecie jeszcze raz sobie odsłuchać ten odcinek i patrzeć jednocześnie jakie karty wyjmuję i jak o nich gadam, to zapraszam w każdą sobotę o 20:00 na YouTube na mój autorski, może nie autorski, ale wpiszecie Katarzyna Prychacz, takie czarno-czerwone zdjęcie. Tam ten sezon publikuję też, natomiast robię montaż ze zdjęciami, więc w momencie kiedy wyciągam kartę, to u was się będzie na YouTube pojawiała ta karta i będziemy mogli razem patrzeć jeszcze raz i omawiać. Dobra, lecimy. Najpierw wylosuję dwie karty grafiki i później będę odwracać, więc na razie jeszcze nie widzę.
Dobra. Protagonista, antagonista. Cyk. I te karty, dziękujemy, na bok. I oczywiście nasze ostatnie cztery archetypy, ale potasuję. Dobra. I protagonista, antagonista. Dobra. Cyk. Mamy to, moi drodzy.
Muszę się zorganizować na stole, tu jak zawsze dużo dobrobytu. Tak sobie rozłożę. Okej, zobaczymy kto jest dzisiaj naszym głównym bohaterem. I cyk. Okej . Dobra. Co ja tu widzę na tej karcie? Widzę kosz z owocami. Tylko ten kosz właściwie jest w chmurach. W oddali widać samolot, więc może ten kosz został wyrzucony z samolotu.
I oczywiście ten kosz leci dnem do góry, więc właściwie widzimy ten moment, w którym wysypują się z niego owoce. Mamy tam dwie kolby kukurydzy, aż mi się zachciało. Nie jadłam w tym roku. Kurde, może jeszcze gdzieś znajdę. Potem mamy dwa jabłuszka, mamy śliweczkę, taką węgierkę. Potem nie wiem, może jakaś morela, brzoskwinia, bananek i jeszcze tam jakiś owocek spada. I to wszystko nad chmurami się dzieje. A z tych owoców pojawia nam się uśmieszek. Taka buźka. Te kukurydze to są włosy, jabłka, oczy, węgierka, nosek, banan, uśmiech, a ta brzoskwinia czy tam morela, liszaj.
Nie wiem, wypada w takim miejscu, że nie wiem. Dobra. I co to może znaczyć? Może pójdziemy w bardziej taką symbolikę, że może nasz główny bohater... Bo tak jak pomyślałam, że z tego samolotu został wyrzucony kosz owoców, które kojarzą się jednak z pewnego rodzaju obfitością, bogactwem, plonami, to może to jest osoba majętna. Słuchajcie, i to by nam do tego lombardu pasowało. To by się fajnie klikało. To by się fajnie łączyło. No dobra, to może on dokarmia biednych, wyrzuca owoce z samolotu. Z matką, z córką.
Ale kto bogatemu zabroni? No dobra, ale weźmy to jako symbol. Więc może on po prostu przewoził tym samolotem. Przewoził samolotem? Czy przelatywał samolotem? Wiecie, o co chodzi. Dostarczał tym samolotem owoce i warzywa na przykład. W sumie nie na przykład. Jak nic, kukurydza to jest warzywo, nie? Chociaż jak pomidor to owoc, a ślimak to ryba.
Dzisiaj wszystko jest możliwe. No dobra, czyli do biednych dzielnic. O, wyspa. Jakoś widzę, jak samolot, to musi być jakaś wyspa nad wodą. To może jest jakaś odległa wyspa, gdzie może właśnie jakiś nieurodzaj panuje. A może nie mają takich owoców? Może on wozi, tam mają być jakaś egzotyka. Tu wszystko na bogato. Znaczy dla nas mieszczuchów na bogato. Natomiast on może im wozi właśnie takie owoce z innych regionów.
Na przykład jabłka to Polska jak nic. A kukurydza? Nie wiem czemu pomyślałam o Kanadzie, ale kukurydza jest wszędzie. Ale w sumie Stany Zjednoczone to oni tam na tej kukurydzy ciągle jadą. Bananki gdzie? Też w wielu miejscach, też w ciepłych krajach. No dobra, ale jabłka i śliwka węgierka to są takie nasze, więc może on importował owoce z Polski na jakieś egzotyczne wyspy. Brzmi super. A ten samolot to jest awionetka? Wiecie, on ma śmigiełko z przodu i takie kółeczka.
Taki malutki. Jak gdzieś tam na filmach, na krótkich dystansach. Właśnie często na wyspy latają, jak są jakieś sceny. No dobra, to taki malutki prywatny samolot. I sobie ten bogaty człowiek dostarcza te owoce. Spełnia się tak misyjnie. Dobra, zobaczymy jaki on ma archetyp. No idealnie. Archetyp opiekun, więc jakbym wiedziała, a zapewniam, że dopiero teraz odwróciłam kartę. Super, fajnie.
Czyli opiekun idealnie opiekuje się tymi ludźmi na wyspie w jakimś sensie. Przeczytam wam, co Gabriela tutaj opracowała, jeżeli chodzi o opis, charakterystykę tego archetypu osobowości. „Uważny na innych, empatyczny i troskliwy. Chętnie wyjaśnia, radzi i udziela pomocy. Służy zarówno słowem, jak i działaniem. Strażnik. Daje poczucie bezpieczeństwa, ochronę i wsparcie. Poczuwa się do odpowiedzialności. Często działa bezinteresownie. Potrafi być stanowczy, zawsze gotowy do obrony uciśnionych.
Oddany, ofiarny altruista. Dobra, słuchajcie, mamy tego opiekuna. To ja chyba idę dalej, bo właściwie to wiemy coś o tym naszym głównym bohaterze. Zobaczymy teraz antagonistę, kto nam tutaj pomiesza szyki i w jaki sposób. I wtedy może nam wyjdzie, gdzie jest problem. Jak to z tym lombardem powiążemy? Problem będziemy losować później po książeczkach. Dobra, lecimy. Ciekawe. Karta, którą miałam przypisaną tutaj jako taki symbol antagonisty.
Dzisiaj mamy strasznie dużo symboliki, bo nie mamy na kartach takiej typowej postaci. Zwykle jest jakiś człowiek, jakieś zwierzątko, a dzisiaj mogę bardzo płynąć w symbolice. Tutaj mamy wielkie otwarte morze, może nawet ocean i z kamienia jest... To nawet nie jest wyspa. A teraz mi się pomysł fajnie spiął. Chodzi o to, że mamy drzwi wbudowane w taką kamienną ścianę. To nie jest żaden budynek, więc można wziąć te drzwi za portal do innego świata. Te czerwone drzwi są uchylone i z tych drzwi wybiegają białe szczury. I na zwieńczeniu tej obudowy z kamienia jest też taka łódź przebita wiosłem. Ona z jednej strony wygląda jak ozdoba niesymetrycznego łuku, a z drugiej może ktoś płynął tą łodzią tak, jakby nagle ta łódź została zdruzgotana, zdewastowana, bo te drzwi wyrosły spod wody na przykład.
I może, bo to miało symbolizować antagonistę. A to by nawet fajnie się składało, że nasz bohater leci nie na wyspę, tylko gdzieś na środek oceanu do tego portalu na przykład. Kurde. I teraz nie wiem. Nie muszę się upierać, że antagonista tutaj. Chyba że w tym świecie będzie antagonista, że może faktycznie ten nasz bohater lata do jakiegoś alternatywnego świata na przykład i zawsze wszystko było w porządku. A może właśnie teraz ktoś się dowiedział o tych drzwiach, o tym portalu. Słuchajcie, te drzwi są uchylone, więc może nasz bohater przyszedł czy przyleciał. Prawda, że tu nie ma lądowiska? Chyba że na tej łodzi u góry ląduje.
To nie byłoby głupie. Albo nie wiem, jak się nazywają te samoloty. Wodolot? Bo ten niby na rysunku ma kółeczka, ale te samoloty mają takie płozy, że się unoszą na wodzie. Więc może nasz bohater takim samolotem latał, więc sobie parkował ten samolot przy tych drzwiach i nimi przechodził z darami. I może tym razem zobaczył, że te drzwi są uchylone. Czyli może właśnie ktoś wyszedł. Może właśnie była jakaś między nimi umowa, że okej, on im przynosi te inne owoce. Może na przykład tylko handlowali. W sumie lombard.
A może on był właścicielem lombardu? Tylko w lombardzie nie handluje się owocami, cholera. Chyba że on wymieniał owoce na inne dobra, że on im przywoził owoce, a oni mu dawali jakieś wyroby, jakieś rzeczy, które on po prostu w tym lombardzie sprzedawał jak w sklepie. Kto go tam będzie kontrolował? Dobra, a tym razem zastał drzwi otwarte i wszystko wskazywało na to, że ktoś wyszedł. Może te myszy były takie przerażone. Wybiegły go zaalarmować. Dobra, zobaczymy jaki archetyp. Może tutaj też coś fajnego mi się połączy. Może się dowiemy, kto z tych drzwi wyszedł.
Kto jest tą osobą. Także uwaga! Tyndydydym! Ej, fajnie. Mędrzec, moi drodzy. Pewien mędrzec wyszedł. Okej. Cóż to jest za typ osobowości? Posiada rozległą wiedzę, jak i doświadczenie. Mentor, nauczyciel, mistrz.
Potrafi łączyć fakty i wyciągać wnioski. Występuje często z pozycji tego, który wie lepiej. Ma zawsze gotową odpowiedź. Lubi edukować i oświecać. Chętnie dzieli się wiedzą i doświadczeniem. Tu nie chodzi o funkcję w historii, funkcję mędrca, tylko o osobę z takimi tendencjami. Więc trudny przeciwnik, powiem szczerze, jeżeli mieliby stanąć gdzieś w jakimś boju. Wiedza, doświadczenie rozległe. Tutaj jest łączyć fakty i wyciągać wnioski. Może on się w jakiś sposób dowiedział albo połączył kropki i zorientował się, że może rzeczy, które oni dają w zamian za te owoce, że to się nie opłaca.
Może w jakiś sposób on się dowiedział, że te owoce są na przykład czymś codziennym, normalnym w naszym świecie, znaczy w świecie naszego bohatera. A z kolei może on jakąś technologię od nich brał, może jakieś wynalazki. Ta łódź tutaj jest, tak patrzę. Jest jeszcze jakaś latarnia taka z rączką. A może on faktycznie sprzedawał łodzie? A może oni robili jakieś dzieła sztuki? Jak są statki w butelkach, to może oni robili łodzie w słoikach? Coś z tymi łodziami. Albo wiosła, takie rzeźbione na przykład piękne, wykrawane wzory w tych drewnianych wiosłach. No okej.
Chyba że ten mędrzec postanowił się dowiedzieć. Ale słuchajcie, to byłaby fajna historia. W sumie świetny początek, nie? Bo mamy bohatera, który zawsze robił, wszystko było dobrze, a tym razem przejdzie przez te drzwi, przez które zawsze przechodził i zastanie totalnie inny świat. Ale w sensie nastawienia ludzi do niego. Może połączyć fakty, wnioski. Patrzę jeszcze na charakterystykę tego mędrca. Lubi edukować i oświecać. Jeżeli on swoją edukację i to oświecanie innych stawia na swojej wiedzy i doświadczeniu, to wystarczy na przykład, że on coś by źle zrozumiał w tym innym świecie i mógłby nawet nieświadomie nastawić, bo po prostu źle zrozumiał i źle z automatu wtedy przekazał błędne informacje. Co jest też swoją drogą, jeżeli chodzi o archetyp mędrca, może być właśnie nie złą stroną archetypu, tylko trudnością.
Jeżeli na przykład u was dominuje taki archetyp, to możecie się zmierzyć nieraz w życiu z takim czymś, że będziecie święcie przekonani, że wiecie coś. Bo ktoś wam powiedział, a wy na przykład nie sprawdziliście, ale zaufaliście tej osobie na tyle, że przyjęliście to jako fakt, jako pewnik i przekazujecie tą wiedzę dalej. Przecież nie robicie tego w złej wierze, a jednak wprowadzacie całą grupę ludzi w błąd. I przez to później konsekwencje tego dla tych ludzi będą negatywne. Albo dla jednego z tych ludzi. Więc tutaj może coś takiego się zadzieje. Może on właśnie w ten sposób będzie antagonistą. Bo ten głód wiedzy. Co prawda głód wiedzy akurat jest jeszcze w innym archetypie, ale posiada rozległą wiedzę. Czyli z automatu też ją w jakiś sposób zdobywa.
I te kropki połączył, poszedł się upewnić i wydawało mu się, że się upewnił. Tylko teraz co on zobaczył po wyjściu przez te drzwi? Chyba że on wyszedł tymi drzwiami. Trafił na kogoś, a może coś znalazł? Nie wiem. No dobra, słuchajcie, to nie jest istotne teraz. Bo tu nie chodzi o taką stricte fabułę. Ja już bym chciała. Ja już głodna historii jestem. Okej, sięgnijmy do książek, które dzisiaj przygotowałam, które mi się skojarzyły właśnie z kupiectwem, z lombardami.
I pierwsze, co tym tropem, że zwykle w lombardach są jednak mimo wszystko cenne rzeczy, zwłaszcza dla tych, którzy je oddają tam, nie? Ale pomyślałam jak cenne rzeczy, to co to może być? I wiecie co? Sięgnęłam po książkę pod tytułem „Kamienie szlachetne”. Kamienie szlachetne jako taki symbol pewnego rodzaju bogactwa. Bo też jak pomyślę o tych rzeczach w lombardzie, to często są to rzeczy, pamiątki rodzinne na przykład. Albo nasz ukochany telefon czy komputer. Byliśmy zmuszeni je oddać, znaczy sprzedać. Więc te bogactwa mnie przywiodły do tej książki. I tutaj jeżeli chodzi o spis treści, książka w ogóle z 1982 roku.
I tutaj w tej książce mamy bardzo dużo zagadnień, jeżeli chodzi o te kamienie szlachetne, bo tak jak mamy tutaj na przykład występowanie i powstawanie kamieni szlachetnych w przyrodzie. Czyli mamy takie rzeczy bardziej związane z naturą. Tu nawet mamy jakieś ogólne wiadomości o Ziemi, składy chemiczne skorupy ziemskiej, minerały i tak dalej. Mamy też właściwości chemiczne i fizyczne kamieni, ale mamy też na przykład opis poszczególnych, różnych ważniejszych kamieni, jak na przykład właśnie diament czy korund. Tu nawet rubin, szafir to jest grupa kamieni chyba. Dobra, książki są po prostu dla mnie mega pokusą. Ale do czego chciałam zmierzać? Bo z tego, co pamiętam, w tej książce też jeszcze były informacje na przykład na temat szlifowania i rodzajów, jeżeli chodzi o szlify. Także mieliśmy też trochę taką obróbkę kamieni. Fajnie, bo tu mamy tak inne kamienie barwne i tu one są po prostu wymienione i mamy też drogie kamienie pochodzenia organicznego, co też jest ciekawe.
Czyli tutaj właśnie perły, bursztyn czy kość słoniowa. Właściwie kość słoniowa to chyba nie kamień, nie? Ale to, z czego się tą biżuterię wyrabia. Gagat. Powiem szczerze, że nie wiem, czy to jest odmiana agatu, bo tak mi coś dzwoni. Czy to jest jeszcze coś. Ale ciekawa nazwa. Jak gagatek, nie? A może od tego to pochodzi? Właśnie, skąd się wziął gagatek?
Aj, nie wiem. Dobra. Obiecałam sobie, że nie będę researchu robić w trakcie, więc nie będę. Badanie i stosowanie kamieni szlachetnych. No właśnie. Szlifowanie i polerowanie kamieni szlachetnych. Metale używane do oprawy kamieni. Eliminacyjne badanie kamieni szlachetnych, cokolwiek to oznacza. I tu jeszcze mamy później właściwości w tabelach i bibliografia, i tak dalej. I to jest koniec.
I teraz tak: jak moglibyśmy użyć tej książki do fabuły? Bo to po to te książki zabieram ze sobą, a nie po to, żeby utonąć. Już bym tyle rzeczy tutaj przeczytała. Takie fajne stare opracowania jeszcze i zdjęcia fabryk i maszyn. Dobra. No właśnie, moglibyśmy. Może hobby naszego bohatera to byłyby kamienie szlachetne. Albo może jego dziadek był jubilerem czy ktoś z rodziny. Może jego najlepszy kumpel obrabia kamienie i on zaszczepił mu taką żyłkę sprzedaży, żyłkę obracania cennym towarem. I na przykład nasz bohater mógł sobie pomyśleć, że okej, tu są kamienie, tu jest produkt natury i tak dalej.
Od dawien dawna właściwie chyba kamienie i paciorki to była pierwsza waluta, zanim sięgnęliśmy jako gatunek po monety czy później po banknoty papierowe, czy tam płócienne, zależy, to właśnie się wymieniało na kamyczki. Wiecie, chlebek za kolorowe kamyczki, jak ktoś robił biżuterię, potem ta biżuteria za buciki i tak dalej. Handel wymienny. Więc może nasz bohater wpadł na taki pomysł, żeby handlować właśnie też tymi drogocennymi rzeczami, ale właśnie w postaci pamiątek, w postaci czegoś, z czym ludzie byli emocjonalnie zżyci. Może on im też pomagał przy okazji. Wiecie, że brał to do tego lombardu, bo ustaliliśmy, że jest bogaty. To może ten lombard tutaj nie jest takim smutnym miejscem, tylko może on tam miał całą filozofię w tym swoim lombardzie, że na przykład szukał odpowiedniego właściciela. Że tam nie chodziło tylko o pieniądze. On na przykład może w ogóle płacił tym ludziom pieniądze wcześniej jakieś większe czy coś. Wiecie, żeby ci ludzie mogli wyrównać swoją sytuację życiową, ale jednocześnie dbał od strony psychologicznej, no bo w końcu był opiekunem.
Miał ten dryg taki tego strażnika dawania poczucia bezpieczeństwa, więc dbał może właśnie o ten komfort psychiczny. Czyli okej, rozumiem twoją sytuację i daję ci tą równowartość. Tak jak wyceniliśmy te twoje przedmioty. Nie że daje jałmużnę czy dał za dużo, tylko tak jak wycenili, tak im dał. Może to wyjątkowy lombard, który nie zaniża wyceny, a jednocześnie zapewnił, że znajdzie odpowiedniego właściciela dla tego przedmiotu, że ten przedmiot będzie bezpieczny, że trafi w dobre ręce, a nie że na przykład jakaś pamiątka rodzinna, ktoś jej nie będzie szanował na przykład. Może to taki tego typu lombardzik będzie. I teraz jak tą książkę, kończąc temat, no to właśnie moglibyśmy, jakbyśmy na przykład mieli spisywać to jako fabułę czy jako opowiadanie, no to moglibyśmy właśnie przemycić parę smaczków na temat szlifowania kamieni na przykład. Że coś wywołało wspomnienia na przykład w naszym bohaterze i przypomniał sobie, jak w ogóle założył ten lombard, jak rozmawiali, jak jego przyjaciel z tą pasją opowiadał o tych kamieniach, a może nawet był u niego w pracowni i ten mu pokazywał i naszego bohatera to absolutnie nie interesowało. W ogóle go nie obchodziło, jak się szlifuje kamienie, ale jednocześnie patrząc na to, z jaką pasją przyjaciel mu o tym opowiadał, bo może na przykład świeżo się nauczył albo odkrył jakiś nowy rodzaj szlifu na przykład, to może siłą rzeczy nasz bohater zapamiętał, jak się to szlifuje. Nie chcę już teraz kopać w tej książce, ale może jest jakaś mądra nazwa na przykład na jakiś rodzaj szlifu, która mogłaby się nam z czymś skojarzyć i można byłoby zrobić taką scenkę sytuacyjną, że gdzieś to słowo padło albo coś się stało, co przywołało to słowo w pamięć naszego bohatera.
I wtedy możemy sobie wrzucić taką gdzieś małą retrospekcję, żeby też trochę pokazać tą przeszłość naszego bohatera, czyli z automatu sprawić, żeby był taki wiecie, jeszcze bardziej 3D. No dobra, mamy to. Lecimy dalej. Kolejną książkę, którą postanowiłam dzisiaj zabrać na wycieczkę z regału, to „Piekielnie dobra książka o sprzedaży”. Powiem wam szczerze, mam sporo książek właśnie czy to z marketingu, czy sprzedaż, biznes, prowadzenie projektów i tak dalej, ale to jest książka, która na zawsze pozostanie w moim serduszku, bo ona jest naprawdę piekielnie dobra. Zaraz wam przeczytam spis treści. Oprócz tego, że jest świetnie opracowana, bo mamy tutaj troszeczkę historii z życia właściwie autora. Mamy też jakieś inne anegdoty czy anegdoty ludzi, z którymi się spotykał. Oczywiście, że mamy też tam parę takich jakichś ramek, w których możemy sobie planować swoje cele i tak dalej. Wiecie, takie też rzeczy techniczne, które moglibyśmy użyć, ale jest to tak fajnie z jajem pisane.
Ja się w ogóle świetnie bawiłam, czytając tą książkę, a przy tym siłą rzeczy bardzo dużo zapamiętałam. Czy nawet jak po latach wracam do tego, to nawet nieświadomie widzę, że zaczęłam stosować bardzo szybko w życiu. I teraz tak. I teraz mamy spis treści, czyli takie na przykład rzeczy podstawowe jak nastawienie i zaangażowanie. Wszystko zaczyna się właśnie od tego. Nie będę wam czytać wszystkiego, żeby też nie przedłużać. Sprzedawcy odnoszący sukcesy kontrolują sytuację. Plan działania. Dlaczego go potrzebujesz? Trzy cechy skutecznego planu zapisanego przez ciebie.
Pierwsza i najważniejsza sprzedaż ma miejsce w twoim własnym domu. Co tu jeszcze? Gdzieś skoczymy. Na przykład jeszcze: sprzedawcy odnoszący sukcesy wiedzą, co i dlaczego kupują klienci. Rozdziałów jest piętnaście, nie będę wam tutaj teraz wszystkiego przytaczać, ale mając taką książkę, moglibyśmy nawet chwycić jakiś jeden rozdział. Co tu było takiego? O, pierwsza i najważniejsza sprzedaż ma miejsce w twoim własnym domu. Fajny temat. Nie będę teraz wnikała tak dokładnie, jaka tam była historia opisana, ale możemy na przykład też umieścić to w historii naszego bohatera. Może on miał kiedyś wstręt do pieniędzy albo na przykład pochodził z rodziny, w której się brzydzono pieniędzmi.
Na przykład upatrywano się w pieniądzach zła, grzechu. Mamona. Miesza ludziom w głowach i tak dalej. I jak on miał aspiracje na bycie bogatym, no to gdzie tam, rodzice go zaraz sprowadzali na ziemię, bo on nie będzie złym człowiekiem. A jednak może w tym wszystkim był tak zawzięty, tak mu się podobało w ogóle sprzedawanie, samo w sobie, proces sprzedaży, że może właśnie sprzedawał rodzicom tak, że rodzice nawet nie wiedzieli, że on im sprzedawał. Że może właśnie rodzice byli dla niego najtrudniejszymi klientami w historii jego wszystkich klientów. A jednak udało mu się im na przykład finalnie coś sprzedać, przehandlować. Właśnie takim handlem wymiennym. To by też tłumaczyło, skąd on ma ten archetyp opiekuna rozwinięty tak bardzo, że tutaj jest jako dominujący. Więc może właśnie rodzice działali charytatywnie, może pomagali małym społecznościom, zaszczepili w nim to, że przede wszystkim człowiek.
Że okej, człowiek może nam przynieść pieniądze, ale przede wszystkim jest dla nas człowiekiem, jest żywą istotą i dlatego na przykład on w tym swoim lombardzie najpierw przedkłada ten komfort swoich-- właściwie ci, którzy przychodzą sprzedać do lombardu, są klientami. Więc ten ich komfort przedkładał na przykład przed swoje zarobki czy to, ile mógłby z tych przedmiotów zarobić. Więc może właśnie pomysł na ciekawą historię albo właśnie na pokazanie, że po pierwsze wy jako autorzy zrobiliście research i coś tam poczytaliście o sprzedaży, o tajnikach sprzedaży i jednocześnie możecie przemycić jakieś fajne lekcje dla swoich czytelników i jednocześnie jeszcze bardziej tą postać rozbudować. Zrobić to całe tło dla naszej postaci. Dobra, odkładam, bo dzisiaj chcę jednak sprawnie, żeby to poszło. I teraz tak: za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się motyw sprzedaży, motyw w ogóle obracania pieniędzmi, kupiectwa, to ja mam po prostu trochę taki odruch Pawłowa. Nie wiem czemu, ale od razu w mojej głowie pojawia się temat Hermes. Ten bóg ze starożytnej Grecji. Bóg kupiectwa, z tego, co pamiętam, też i złodziejstwa w tym wszystkim. Ale pomyślałam sobie, że sięgnę.
Właśnie mam taką serię, jakieś „Mitologie świata”. Nie całą serię mam, ale akurat starożytnych Greków mam. I pomyślałam sobie, że jakbym miała spisywać, to na pewno bym gdzieś wcisnęła ten motyw Hermesa czy skrzydeł, czy tych skrzydlatych sandałów. On jeszcze chyba jakąś miał laskę kupiecką taką. W sensie nie pamiętam właśnie atrybutów już, kurczę, trochę zardzewiałam w tematach mitologicznych. Natomiast nawet jeżeli mielibyśmy to pisać w-- załóżmy, że patrzę, jedynym elementem takim à la fantastycznym byłby tutaj ten portal. Ale jeżeli na przykład mielibyśmy to pisać w świecie bez takiej typowej magii z fantasy, to też mimo wszystko możemy sięgnąć po mitologię, niezależnie jaka to będzie mitologia. Ale chodzi o to, że też możemy to w jakiś fajny sposób przemycić. Czy może właśnie chociażby jako ornamenty, jako ozdoby jakichś obiektów czy rzeczy, które się będą przewijały. A może nasz bohater będzie miał w szyldzie skrzydła?
Może z jakiegoś powodu gdzieś tam sięgnął po to. Zaraz możemy doczytać o tym, bo tutaj właśnie zmierzam do tego, że jest opis Hermesa. Może zaraz zobaczymy, jak można byłoby to fajnie powiązać z jego działalnością. Ale jeżeli chodzi o książkę, co my tutaj mamy? Mamy ogólnie tą kosmologię, czyli świat, powstanie świata, podział na podziemne krainy, ciała niebieskie, dzień, noc. Sam Olimp, gdzie mieliśmy tę właściwie siedzibę bogów. I co my tu jeszcze mamy? Jeszcze jakieś wyroki boskie i dzieje ludzkie, cokolwiek to znaczy. Dalej mamy właśnie tutaj bogów wymienionych. Mamy też postaci mitologiczne, więc tutaj mamy bardziej Amazonki, muzy czy jakieś tam potwory.
I mamy też konkretne mity. Wiecie co? Do mitów zaraz sobie przejdziemy, ale bardziej tylko po spisie treści. To podstawa podstaw, bo to są te małe książeczki. Na YouTubie będziecie mieli zdjęcie i będziecie mieli też zdjęcie grzbietów na fanpage'u w razie czego. Zobaczymy z ciekawości o tym Hermesie. Nie jest strasznie zły czas, więc Hermes, strona 72. I co dużo jest? Niedużo. Dobra.
Chyba że sobie tu pobieżnie zerknę. Właśnie, nie będę czytać całości, bo tu mamy fajną tabeleczkę i mamy między innymi atrybuty. Pasterska piszczałka i kaduceusz. Kaduceusz to jest właśnie laska. I teraz sobie zabiłam w głowę ćwieka, bo kaduceusz to jest w medycynie... Symbolem medycyny mamy te węże dwa, nie? Nie, zaraz. Dobra, nie. To jest Eskulap. Laska Eskulapa.
Ale dlaczego ja to skojarzyłam z kaduceuszem? I nie mogę zrobić researchu. Nawet nie wiecie, co teraz się we mnie dzieje w środku. Jakbym się w klatce szarpała. A tu nie ma zdjęcia tej laski. Natomiast kaduceusz, z tego, co pamiętam, to jest rodzaj laski i chyba też miał węża. Ale teraz już zdurniałam, więc przejdę dalej. A w sumie co do zdurniania. Ulubione zwierzęta: owce i barany. Czyli kaduceusz taka chyba laska, ale nie pasterska.
Niemniej dobrze mi wcześniej dzwoniło, że miał jakąś laskę ze sobą. I co my tu jeszcze mamy? Szeroki podróżny kapelusz i uskrzydlone sandały. Może kapelusz. Może to jest właśnie to. Nawet nie musimy o tym Hermesie wspominać na przykład w opowiadaniu, ale nasz bohater może tak wyglądać. Może mieć na przykład jakieś stylowe sandały, jakieś bardzo ozdobne. Stać go, to co sobie będzie. Na przykład taki miał pomysł na siebie, że zawsze miał charakterystyczne sandały z różnymi ozdobami i nosił kapelusz. Albo na przykład zawsze nosił ze sobą jakiś kij czy laskę, czy może na te wyprawy do tego innego portalu, przez ten inny portal, przez portal do innego świata.
Może tam gdzieś ta laska mu była potrzebna, może tam było dużo jakichś zarośli czy czegoś. Mamy tu tak skrócone: Hermes w starożytności był przedstawiany jako chłopiec lub brodaty młody mężczyzna. Kolejne tropy. Mógł mieć brodę nasz bohater. Nosił grecki kapelusz z szerokim rondem. Czasami znajdowały się na nim skrzydła, na nogach zaś miał uskrzydlone sandały. Wyglądem przypominał typowego heleńskiego podróżnika. Posągi poświęcone Hermesowi stawiano często na rozstajach dróg. Początkowo miały one prawdopodobnie postać zwyczajnych kamieni przydrożnych. Kolejne fajne tropy.
Może być tak, że nasz bohater miał taką nietypową stylóweczkę. Ten kapelusz z rondem i tak dalej. I odkrył kiedyś, leciał tym samolotem i zobaczył coś dziwnego na tym morzu i wylądował. I odkrył ten portal. I na przykład pierwszy raz jak tam przeszedł, to może tam czcili Hermesa i może tamta populacja pomyślała, że on jest Hermesem, bo mieli takie posągi. Że gościu wyglądał identycznie jak ten z posągów, jak to ich bóstwo. I może tutaj właśnie to będzie tym problemem, że ten antagonista połączy kropki, że to nie może być Hermes. Może na przykład odkrył, że on się nie objawiał tam znikąd czy z jakichś zarośli, tylko on przechodził po prostu drzwiami z innego świata. I może to jest to. I dlatego te drzwi są otwarte.
To jest znak, że antagonista odkrył sekret naszego bohatera. A może go szantażuje? Może to też być tak, że tutaj wygada. A może skoro oni go traktowali jako bóstwo, to może oni mu dawali jakieś dary? Że okej, on im przynosił dary w postaci owoców, zsyłał na nich to bogactwo owoców, ale oni mu dawali na przykład te wiosła z metalu. Śmieję się, ale dobra, to nie jest wcale głupie. Ale jakieś te piękne wiosła czy piękne jakieś takie rzeczy oni mu dawali w darach. Albo on zabierał z ołtarzu to i w zamian oddawał owoce. I może w którymś momencie ktoś go zobaczył, nie? To się robi już na bogato.
I widzicie, jedna taka książeczka. Dobra, wracam do spisu treści, bo dlaczego ja się jeszcze na tych mitach zatrzymałam? Oczywiście te mity to jest rodzaj, tak jak w Piśmie Świętym mamy przypowieści, w Starym Testamencie chyba z tego, co pamiętam, najwięcej ich było. Więc i mity są rodzajem próby zrozumienia, wyjaśnienia świata, mechanizmów, problemów ludzkich i też przede wszystkim źródłem lekcji. I na przykład mamy tutaj mity wypisane. Dedal i Ikar. Myślę, że większość z was coś tam kojarzy. Tutaj jest nawet fajny dopisek, czyli tęsknota za wolnością. I wiecie, same te mity, na przykład jeżeli rzucilibyście sobie taki quest pisarski. Ile ich my tu mamy?
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć. Mamy dziewięć mitów w tym spisie treści. Moglibyście na przykład zrobić, stworzyć w jakimś opowiadaniu, w jakiejś powieści na przykład dziewięciu klientów, o których będzie wspominał nasz bohater na przestrzeni całej fabuły. Że z jakiegoś powodu oni odbili to piętno na nim i na przykład najbardziej pamięta ich historie. I tutaj mamy na przykład Dedal, Ikar, tęsknota za wolnością. Więc może właśnie jakiś problem między ojcem i synem. Może tam właśnie była zagrożona jakaś wolność, a może właśnie syn przykozaczył, poniosła go brawura i zginął. I może teraz ojciec nie dość, że musi się mierzyć ze stratą syna, to dodatkowo długi na przykład, coś. Albo może po prostu zbiera pieniądze na kaucję albo na prawnika dla syna na przykład. I już można by fajną historyjkę, taką dygresję naszego bohatera wprowadzić.
A może właśnie ta historia przypominałaby mu jakiś problem z jego życia, może jego relacje z ojcem na przykład. Dalej Tezeusz w labiryncie. Tutaj mamy Minotaura z tego, co pamiętam i te cudawianki. Więc mamy też błądzenie w przestrachu. Może klient, który się zmagał z jakimś problemem. Może klientka, tak myślę. A może w ogóle osoba, która mierzy się z rozdwojeniem jaźni albo schizofrenią. Albo nawet nie trzeba kombinować, wystarczy anoreksja czy depresja. Są to też zagrożenia. Czyli topór, który właściwie wisi cały czas nad człowiekiem, w każdej chwili może opaść.
Jest to zagrożenie, coś się dzieje destrukcyjnego, a jednocześnie się w tym błądzi. Bardzo ciężko czasami się zebrać, pomóc sobie czy dać sobie pomóc. Jak w tym labiryncie czasami będą ślepe uliczki. Może takie historie. Dalej mamy tu łaczki Odyseusza. To opuszczenie domu, powrót do domu. Potem to, czy rodzina go pozna, czy go nie pozna. Te różne sprawdziany. Może tutaj też klient, który podróżuje, z jakiegoś powodu obudził się i postanowił wyruszyć w podróż życia dookoła świata i przyniósł swój dobytek jako zastaw. Rodzina nawet nie wie o tym.
Gościu po prostu bierze pieniądze i rusza w świat. Albo zastawia te rzeczy, żeby pieniądze były dla jego rodziny regularnie, że ze sprzedaży tych rzeczy pieniądze mają iść na rodzinę, a on wyruszył w świat. Dzieje tragicznej miłości. Wybaczcie, nie chcę patrzeć w książkę, o jaki mit konkretnie chodzi, więc to ominę. Trudy Heraklesa, czyli 12 prac Heraklesa, 12 wyzwań, z którymi on się mierzył. Wyzwań na różnym poziomie. To też byłaby ciekawa osoba. Może to byłaby grupa osób, może to właśnie byłaby grupa 12 osób albo sześciu osób i każdy się mierzyłby z dwoma problemami. Same 12 prac można byłoby na pewno użyć jako symbolikę do konkretnych problemów. Po prostu dorobić problemy do nich.
Wyprawa po złote runo. Tu mamy tą cenną rzecz, legendarną cenną rzecz i też te wyzwania. Zatykanie uszu woskiem i tak dalej, żeby się nie poddać pokusom syren. Beznadziejna praca Syzyfa. To brzmi jak taki stereotypowy, zwykły szary Kowalski, który turla od rana do wieczora na etacie i potem nie ma siły żyć, nie ma siły nic robić. W sumie zarabia tak, że nawet na wakacje nie zarobi na nic, tylko to, co zarobi, to na życie codzienne wydaje i nic więcej z tego nie wynika. Taka niewolnicza praca można powiedzieć. A jednak z jakiegoś powodu jest skazany na to, żeby utrzymać mieszkanie i tak dalej. Toczy ten swój głaz pod górę. Może to nawet nie musi być klient, a może to jest któryś z pracowników i nasz opiekun.
Nasz protagonista może też jest rodzajem opiekuna, ale który nie ułatwia. Czyli on nie daje na tacy. On nie daje ryby, on daje wędkę. On może po prostu czeka na ten moment. Może próbuje sprowokować swojego pracownika, żeby ten poprosił o podwyżkę, bo to nie jest problem dać mu podwyżkę. Tylko jeżeli nawet człowiek, który nie ma chęci, nie ma ambicji na coś takiego, nie czuje potrzeby, to nawet jeżeli dostanie tą podwyżkę, to niekoniecznie będzie wiedział, co z nią zrobić. Już nie będę szła na regał, ale mam jedną fajną książkę o tym, że bardzo często nasze podejście do pieniędzy, do zarabiania sprawia, że popadamy w taki autosabotaż. Jest też coś takiego w biznesie jak termostat finansowy. To jest taki fajny case jak ludzie, którzy wygrali w Totolotka. Całe życie zarabiali najniższą krajową, żadnych dodatkowych zleceń nie mieli.
Najniższa krajowa. Nie wiem teraz jaka ona jest. Inaczej, załóżmy, że całe życie ktoś zarabiał 4000 miesięcznie i nigdy więcej. On po prostu fizycznie nawet nigdy nie widział więcej niż 4000 naraz. Jakby miał wypłacić z bankomatu te pieniądze czy na jego koncie nigdy nie było więcej niż 4000. I teraz nagle taka osoba z dnia na dzień dostaje milion. Bardzo często to po prostu się nie mieści w głowie. Ta osoba nie jest gotowa na dostanie takiej kwoty i dlatego bardzo często te pieniądze są po prostu marnowane. Bo tutaj dał rodzinie, tutaj wydał na jakieś uciechy, kupił samochód, kupił wypasiony dom. Tylko w pewnym momencie pieniądze się kończą i zaczynają się długi, bo dom trzeba utrzymać, bo właściwie to on nie odłożył pieniędzy.
Cieszył się, wpadł w taki pieniężny haj. Przyćpał pieniędzmi, nawet nie ćpiąc narkotyków. Wiecie, o co mi chodzi. Na tym polega ten termostat, że bardzo powoli, sukcesywnie warto sobie swoją percepcję czy patrzenie na te pieniądze powolutku, stopniowo, krokami. Jeżeli na przykład chcemy rozbudować biznes, czy chcemy coś zacząć swojego, wypiszmy sobie cele, ustawmy te tak zwane kamienie milowe, czyli progi. Czyli nie, że dzisiaj mam 4000, a jutro milion, tylko na przykład jutro będę miała 6000. Pojutrze 10 000. Tak powoli i w momencie, kiedy będziemy widzieć te kwoty, to wtedy się to zaczyna trochę rozwiązywać. To nie jest tak, że będzie co 2000 przeskakiwał ten termostat, bo może z dnia na dzień skoczyć z tych 4000 na przykład na 20 000 i to nie będzie problemem. Wiem, że to brzmi trochę jak czarna magia, ale polecam.
Poszukajcie sobie, wygooglujcie. Zobaczycie, bo to jest całkiem fajny mechanizm i jak jesteśmy jego świadomi, to wiadomo, że łatwiej nam przejąć nad tym kontrolę. Dobra, kończę chyba tę książkę. Tu jeszcze mamy wojnę trojańską, więc możemy tu mieć jakiegoś weterana. I Edyp ofiarą wyroczni. Właściwie gdyby nie usłyszał tej przepowiedni, to pewnie ona by się nie spełniła. Może tutaj ofiara oszukanej wróżki czy jakiegoś jasnowidza. Oszusta na przykład. Dobra. I tu koniec.
Tu jeszcze mamy jakieś święta, obrzędy i tak dalej. Koniec z mitologią. I jeszcze ostatnia książka, którą trochę dla żartu wzięłam, ale wzięłam, bo jest ciekawa. Bo cały czas miałam za punkt odniesienia ten lombard i trochę tych tragedii, które sprawiają na przykład, że człowiek jest zmuszony skorzystać z tego lombardu. I pomyślałam, że sięgnę po książkę pod tytułem „Historia używek. Rośliny, które uzależniły człowieka”. Oczywiście wzięłam to jako żart, ale faktycznie to nie jest tajemnicą, że uciekamy w różne używki. To już nawet nie chodzi o narkotyki, alkohol, papierosy czy coś, czy nawet seks, hazard. Czasami uzależnieniem tak naprawdę może być życie w samotności. Że w pewnym momencie zamykamy się i popadamy w rutynę, że nic się nie dzieje, w taki właśnie stan odrętwienia.
I przyzwyczajamy się do tego. Bo ja wychodzę z założenia, że każdy nałóg, każda używka, każde uzależnienie... Używka to jest coś, co na chwilę sprawia, że czujemy się lepiej. A jak się czujemy lepiej, to zaczynamy się z tym oswajać i do tego przyzwyczajać. I tak się pojawia wtedy nałóg. Więc pomyślałam, że może wielu klientów takiego lombardu... Ja nie wiem, jak jest. Ja nie wiem, czy ja kiedykolwiek w ogóle byłam w lombardzie. Oglądałam przez szybę pewnie tylko jakieś rzeczy. Na 100% oglądałam przez szybę, ale też nie miałam potrzeby tam wejść i kupować tych rzeczy.
Tak z ciekawości patrzyłam. Więc nie wiem, jacy ludzie tam dają rzeczy, jak zastawiają, co zastawiają i tak dalej, z jakich powodów. To wszystko ja sobie tak tutaj gdybam tylko. Ale jeżeli na przykład chcielibyśmy na potrzeby tego opowiadania przyjąć, że ten nasz opiekun będzie ściągał takie osoby i w pewnym sensie będzie im pomagał, to możemy też w ciekawy sposób poprzemycać te używki. A może na przykład jeszcze inny pracownik tego lombardu będzie pasjonatem, będzie na przykład historykiem czy będzie zgłębiał różne kulinarne wyskoki i może tutaj będzie wtedy to pole, żeby na przykład zanudzał wręcz czy zasypywał naszego protagonistę jakimiś od czapy ciekawostkami na temat roślin, używek. Patrzę, jakiego tu mamy rzeczy. „Betel, kata i kola. Żucie na nieziemskiej orbicie”. Ciekawe jeszcze są. Dobra, bo zaczytałam się.
Między innymi mamy tutaj na przykład „Kawa przez V to nie kawa. Remedium na robaki żołądka. Roślinna amfetamina”. Takie rzeczy. Tu mamy dalej. „Konopie. Złoto dla zuchwałych. Zioło dla zuchwałych. Zagadka wonnej trzciny. Ekonopie.
Zmora i nadzieja cywilizacji Zachodu”. Na przykład. „Krasnodrzew. Kokainowa zemsta Inków. Talizman diabła”. Co tu jeszcze jest. „Natchnienie Zygmunta Freuda”. O, proszę, to brzmi jak turbofajna ciekawostka, turbo od czapy, którą moglibyśmy przemycić w jakimś opowiadaniu. Szczerze? Postać trickstera.
Tu już mówię o funkcji fabularnej. Ten pracownik lombardu mógłby co jakiś czas rozluźniać fabułę jakimiś takimi wrzutkami. Dobra, bo klasycznie już zaraz dobijam do godziny. To już nie czytam dalej, bo tutaj mamy fajne różne roślinki, podrozdziały i o tytoniu jest. Dobra, zamykam. Koniec książek. Zamknijmy ten odcinek. Losuję kartę Problem. To jest karta z „Krainy snów”, z takiej gry. Mam dwa słowa, mam grafikę i będę to jakoś łączyć w problem.
I ze środeczka cyk. I odwracamy. Cyk. Lampa, szynka. Okej. Grafika przedstawia udziec szynka włoska prosciutto albo hiszpańska, nie wiem, ale też mi się kojarzy z Hiszpanią. Wiecie, jak te takie nogi czasami całe wiszą. Ta szynka jest jako trzon lampy. I klasyczny biały abażur na to nałożony. Wokół oczywiście piękne ruloniki z tej szynki.
Aż mi się cholera mięsa zachciało. Po nagrywaniu idę splądrować lodóweczkę. I na niebie mamy, chciałam powiedzieć zamiast gwiazd żarówki, ale widzę, że one wiszą na kablach. I nawet, słuchajcie, skrzydlata świnia. Co tu się w ogóle dzieje? Im dłużej patrzę, tym więcej cudów. W tle mamy zamiast drzew sałatę, tą taką strzępiastą, a z niej na słupkach wystają takie światła, sygnalizacja świetlna uliczna. Czerwone, zielone, pomarańczowe. O matko, niezłe combo. Lampa, szynka.
Jeżeli to jest lombard, możemy tutaj mieć lampę. Lampa, ale z drugiej strony oświecenie, bo tu mamy problem z tym mędrcem. Może właśnie ta sygnalizacja świetlna jako znak stopu. Szynka, mięso. Może oni będą chcieli go zeżreć tam? Może dlatego te białe myszy uciekały, bo może tamta cywilizacja ogólnie była owocożerna. Już wiem! Słuchajcie, może to byli kanibale, a on im pokazał owoce. Pokazał, że owoce są super, że one są dobre i też są zdrowe, pożywne i tak dalej. I oni stali się spokojną cywilizacją.
Może to trwało lata. Dlatego on ich dokarmiał tymi owocami, żeby nie byli tacy na przykład krwiożerczy. I może sami zauważyli, że dzięki temu ich plemiona się rozrastały, że nie zżerali się nawzajem. A teraz z racji tego, że im podpadł i został przedstawiony w złym świetle, to może właśnie tutaj nasz protagonista będzie realnie zagrożony. Będą chcieli go na taką szynkę przerobić. Dobra, i lampa jako oświecenie, rozjaśnienie, że im się wydaje, że przejrzeli na oczy, że odkryli prawdę, że to jest oszust. Dobra, mamy to. To jest gruby problem, powiem szczerze, jak na naszą historię. I jeszcze szybko quiz o przysłowiach. Jakieś przysłowie wylosujemy.
Mam nadzieję, że wiem, co oznacza, bo już było, że nie wiem parę razy. Może raz. Co ma piernik do wiatraka? Generalnie to ma mąkę, nie? No właśnie. Więc może tutaj też będzie rodzaj błędu poznawczego. A może protagonista nie miał pojęcia o tym, że oni myśleli, że on jest Hermesem czy ich bóstwem? Może on nigdy nie widział tych posągów. On po prostu był sobą i on nie rozumie, dlaczego oni go w ogóle oskarżyli o oszustwo. Wiecie, co ma piernik do wiatraka?
Jakie oszustwo? Jakie podawanie się za bogów? On tu po prostu przywoził owoce, nie? Więc może to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem i może właśnie to motto jest tu idealne i może jednak nie dojdzie do rozlewu krwi, tylko oni się po prostu dogadają. Może jednak ten opiekun w jakiś sposób będzie umiał jeszcze raz ich ułaskawić, uspokoić troszeczkę, żeby doszło do dialogu. Żeby oni właśnie znowu nie popadli w to zżeranie się nawzajem. A może obiecał, że im przywiezie jakąś dobrą szyneczkę? Dobra, słuchajcie, mamy to. Kończę. Dziękuję za wysłuchanie.
Każdy, kto dotrwał do końca jest dla mnie po prostu złotem. Wysyłam serduszka i pozytywną energię. I co? Kończę. Słyszymy się za tydzień. Także pa, pa, pa, pa.
[04:25:34] - Proszę państwa, no to teraz sięgamy po recenzję. „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego dzisiaj żegluje w kierunku opowieści Johna Harrisona. Bardzo proszę nie mylić z Harry Harrisonem. John Harrison to inne pokolenie i zapraszam państwa na opowieść Mirosława Gołuńskiego o książce „Urządzenie centauryjskie”.
[04:26:27] - Dobry wieczór lub dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy w tym nie najlepszym czasie będziecie mieli państwo okazję odsłuchać mojego zaproszenia do „Labiryntu książek”. Pozostaniemy przy SF. W zeszłym tygodniu proponowałem państwu próbę zrozumienia człowieka rosyjskiego poprzez „Wydziedziczonych” Le Guin. Dzisiaj książka, powieść napisana zaledwie rok po „Wydziedziczonych”, ale z zupełnie innej perspektywy. M. John Harrison, czyli Michael John Harrison, brytyjski autor, pisarz SF napisał liczne książki, najlepsze z nich przetłumaczone na język polski przez różnych pisarzy, między innymi przez Michała Jakuszewskiego i tłumaczenie jego „Urządzenia centauryjskiego” będzie mnie dzisiaj najbardziej interesowało. To jest właśnie ta powieść z 1975 roku, ale oczywiście wyszły w cudownej serii u Czte Wyobraźni, którą będę zawsze państwu polecał. Między innymi „Viriconium”, „Światło”, „Nova Swing”, „Pusta przestrzeń”, „Droga serca”. Zaś „Urządzenie centauryjskie” wyszły jako starsze nieco.
Wyszły, i to jest absolutna niemalże nowość, w serii Artefakt. Jest coś, co łączy dalece oczywiście powieść Harrisona, pisarza oczywiście znacznie mniej znanego niż Ursula Le Guin, ale też inaczej piszącego te dwie powieści, czyli „Wydziedziczonych” i „Urządzenie centauryjskie”. A jednocześnie bardzo wiele te powieści dzieli. Co łączy? Łączy przede wszystkim to, że znowu mamy dwie strony konfliktu. Tyle że tym razem główny bohater, Truck John Trakk nie jest częścią żadnego z tych konfliktów, żadnej z tych grup. Nie czuje się w ogóle częścią tego konfliktu. Natomiast przez obie te strony chce być wykorzystany. Otóż okazuje się, że na jednej z odległych planet, na tym Centauronie, znajduje się przedziwne urządzenie. Nikt nie wie, czemu ma służyć, ponieważ lud, nacja czy rasa, która to urządzenie stworzyła, przestała istnieć.
Trakk okazuje się ostatnim przedstawicielem tej społeczności. Oczywiście już rozbełtany, bo matka była Centauryką, jego ojciec już nie, ale jest ostatnim przedstawicielem. Zanim przejdziemy do tego, co będzie robił Trakk, warto zastanowić się, kim jest. Otóż gdy czytałem tę powieść, szybciutko sprawdziłem relację historyczną wobec pierwszej części „Gwiezdnych wojen”. Okazuje się, że nie. Han Solo co najwyżej mógł być wzorowany na Traku, ponieważ powieść, tak jak powiedziałem, powstała dwa lata przed emisją czwartego epizodu, ale tak naprawdę pierwszej części „Gwiezdnych wojen”, w której słynnego Hana Solo poznajemy, bo Trakk jest też dowódcą starego kosmicznego statku, który ma tylko jednego członka załogi, który też pochodzi z innej nacji. Nie jest to Chewbacca jak u Hana Solo, ale niemniej jest to jego wierny towarzysz. Niekoniecznie wierny, ale w każdym razie gotów wyciągać go z różnych opałów. A sam Trakk jest takim wędrowcem, trochę banitą, trochę tricksterem. Trickster to taka postać z mitów.
Sama postać pochodzi z mitów afrykańskich, ale tak naprawdę na przykład tricksterem jest Loki. Czyli trochę kłamcą, trochę hochsztaplerem, trochę cudotwórcą, który zawsze trochę zamieszał w mitach. I właśnie Trakk ma okazję zamieszać w całym świecie, a właściwie wszechświecie, bo on ma najpierw dotrzeć do urządzenia centauryjskiego, a potem go użyć. Przynajmniej tak to sobie wyobrażają dwa zwalczające się w tym świecie obozy. Oczywiście Trakk jest antybohaterem. W gruncie rzeczy sporo ma z „Wiedźmina” Sapkowskiego, a z drugiej strony jest to postać jakaś z crime novel noir Philipa Marlowe'a, ponieważ on, mówiąc delikatnie, dość często obrywa, aczkolwiek w każdej okazji wychodzi obronną ręką. Jak więc państwo widzicie, motywacja Trakka i cała konstrukcja jego postaci jest bardzo złożona. I tak jest zawsze zresztą w powieściach Harrisona. Harrison pisze ironicznie, prześmiewczo, więc by odebrać to, co nam proponuje, musimy uzbroić się w cierpliwość, ale też przede wszystkim czytać bardzo uważnie. To nie jest szybka powieść.
Ale powiedzmy sobie szczerze, w latach 70. nie pisało się przecież tak jak dziś. Oczywiście jest to przygodówka, jest to w dużej mierze soap opera, ale soap opera, która gra różnymi schematami. Nie zaskoczę państwa, jeśli powiem, że głównym schematem jest w gruncie rzeczy to, że on jest antybohaterem na wzór Froda tolkienowskiego, ponieważ musi dotrzeć. Oczywiście on ma zdobyć artefakt. Powstaje tylko pytanie, czy on go zdobędzie i użyje, czy zdobędzie i zniszczy. Bo on oczywiście nie chce się mieszać. On, mimo że lubi przygody, to jednocześnie jest w nim coś takiego dobrodusznego bohatera szajki. A te dwie strony, które rywalizują ze sobą, to na czele jednej stoi żydowska pani generał, na czele drugiej stoi palestyński pułkownik. Oczywiście w świecie, w którym toczy się akcja „Urządzenia centauryjskiego”, te podziały narodowościowe nie mają już takiego znaczenia.
I to jest jasne, bo to są wszystko organizacje, które wyłoniły się, a to z Ligi Arabskiej, a to z ONZ. Ale z drugiej strony oczywiście w tym momencie Harrison puszcza do nas oko, bo osadza jednak tę powieść w kontekście jasnym. Lata 70. to okres narastających konfliktów między Izraelem a państwem palestyńskim. W 1967 mamy wojnę sześciodniową, a w 1972 słynny atak terrorystów palestyńskich na żydowskich sportowców w czasie olimpiady w Monachium. Myślę, że pierwsi czytelnicy tej powieści, zwłaszcza że, tak jak powiedziałem, Harrison jest Brytyjczykiem, więc dochodzi do tego specyficznie brytyjskie poczucie humoru, ale też te kwestie europejskie są ewidentnie lepiej postrzegane i lepiej rozpoznawane przez Harrisona niż przez większość pisarzy pochodzących z Ameryki. Oczywiście nie mówię tutaj o przywoływanej od samego początku naszego spotkania Le Guin, dlatego, że Le Guin była obywatelką świata i widziała znacznie więcej. Tak czy inaczej, opowieść o urządzeniu centauryjskim to niezła zabawa. Z jednej strony zdecydowanie ja się dobrze bawiłem, nawet jak czasami człowiek zaczyna się wkurzać na Trakka. Mamy tam serię wybuchów, eksplozji, bitew.
Oczywiście jest jeszcze trzecia strona, czyli anarchiści, która próbuje rozgrywać własną partię. W kosmosie oczywiście, bo cały czas jesteśmy w obrębie tego wszechświata, ale jednocześnie za łatwymi rozwiązaniami, takimi oczywistymi. To są klisze i tak naprawdę Harrison nie ukrywa przed nami, że to są klisze. Kryje się coś więcej. Kryje się ocena świata, a przede wszystkim w tym chorym świecie trudno Trucka nie lubić, bo ten świat jest chory. Właściwie nie ma w nim nic ładnego. To świat albo zniszczony wojnami, albo niszczony wojnami, albo głęboko zmilitaryzowany. Czy tak jak na przykład Anglia, która jest więzieniem. Właściwie w pewnym momencie chyba nawet pada takie stwierdzenie, co jest oczywiście dla Brytyjczyków absolutnie oczywistą aluzją do Hamleta, który mówi o tym, że Dania jest więzieniem. Z tym, że Anglia jest naprawdę więzieniem, ponieważ w pewnym momencie Truck ląduje w wielkim kompleksie więziennym, w który właściwie został zamieniony Londyn.
Pewnie jest tu coś też z Wellsa. Mamy więc, proszę państwa, autora i tekst, który może nas bawić, jeżeli lubimy angielskie poczucie humoru. Momentami bardzo absurdalne, gdzieś tam może nie montypythonowskie, ale tak naprawdę niedaleko mu do tego. A z drugiej strony mamy bohatera, którego tak naprawdę nie możemy lubić, który nas wkurza, ale jednocześnie pewnego momentu zaczynamy go rozumieć. Truck próbuje ocalić po pierwsze swoje życie. To jest najbardziej skomplikowane zresztą w całej tej opowieści. Po drugie, on nie chce brać udziału w wojnie. W tym sensie jest właśnie antybohaterem. Podobnie jak Geralt Sapkowskiego nie chce stać po żadnej stronie konfliktu. On po prostu jest przemytnikiem i jest mu bardzo z tym dobrze, bo jego statek kosmiczny lubi latać.
Dobrze lata w przestrzeni kosmicznej. Przewozi dziwne, przedziwne towary. Lubi chodzić na łatwe panienki, których oczywiście nie brakuje w poszczególnych portach kosmicznych i nie ma z tym problemu. Jest człowiekiem. Nie jest stworzony na bohatera. I nagle ten przemytnik okazuje się ostatnim dzieckiem. Ostatnim przedstawicielem wymarłej rasy. Proszę państwa, powinno nas to trochę rozbawić, a jednocześnie pokazać pewien, dla mnie przynajmniej, pewną przypadkowość świata, bo ten świat jest przypadkowy. W tym świecie właściwie nic się nie dzieje tak, jak ktoś sobie założy. Ot, prawo Murphy'ego rozwinięte do n-tej potęgi.
Dlatego ta powieść jest interesująca, tak jak oczywiście interesująca jest w ogóle cała seria „Artefaktów”. To jest dwudziesty szósty tom z tej serii, z której zresztą już państwu o niektórych powieściach, na przykład o Danie Simonsie i jego tetralogii hyperiońskiej już wcześniej mówiłem. Pewnie w którymś momencie powrócę do Gibsona, który też jest przecież klasykiem SF-ki i od niego w ogóle cała ta seria się zaczęła. Jak więc państwo słuchają, widzą, wizualizują sobie, to powieść, którą czyta się szybko. Powieść, która może irytować, jeżeli nie lubimy brytolskiego poczucia humoru, ale która wbrew pozorom daje do myślenia. I z tym namysłem i z pytaniem: co Truck zrobi, jeśli zdobędzie urządzenie centaurejskie i w ogóle czym ono naprawdę jest? Zostawiam państwa dzisiejszego wieczoru do widzenia.
[04:39:12] - Czy śledzicie państwo losy gości z Marsa w świetnej interpretacji Reda Haddada? Jeśli nie, to wystarczy cofnąć się kilka audycji i tam znajdziecie państwo początek tej serii. A ja teraz zapraszam na kolejny odcinek. Księga druga, rozdział drugi. Goście z Marsa i Reda Haddad. Władysław Stare. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad. Pierwotny człowiek, u którego myśl rozwijać się zaczęła, pojawił się w strefie gorącej, gdzie przyroda nie macochą, ale bardzo dbającą matką dlań się okazała
[04:40:14] - Wśród licznych niebezpieczeństw wzrastał coraz bardziej, ale powoli w rozum, co mu dozwaliło utrzymać swe istnienie w otoczeniu dlań nieprzychylnym. Ale wraz ze wzrostem ludności musiał przenosić się śladem innych stworzeń do innych okolic. Ojczyzną jego pierwotną była Lemuria, ląd w Oceanie Indyjskim, skąd zaludnił wszystkie części świata, wędrując na północ, południe i zachód. Warunki w nowej ojczyźnie zmieniły go pod względem budowy ciała i w ten sposób powstały rasy. Lecz nie wszystkie plemiona znalazły się w dogodnych warunkach. Jedne z nich napotkały w Australii na bardzo słabo rozwiniętą walkę o byt i dlatego też nie mogły postąpić znacznie w rozwoju myśli. Przybyszom do Afryki więcej sprzyjała przyroda. Jednak i tu ląd stały, ograniczony morzem ze wszech stron i puszczą Saharą nie przedstawiał zbyt korzystnych warunków do rozwoju. Zwłaszcza, że przyroda była tu zbyt kapryśną. Udzielała hojnie jedną ręką wszystkiego, co potrzeba było do życia, drugą zaś ręką groziła ustawicznie i przerażała słabe jeszcze umysły, otoczywszy je zewsząd wrogami nader srogimi.
Murzyni australscy i afrykańscy nigdy też nie zabłysnęli swym rozumem wśród ras innych. Najbardziej sprzyjającą okazała się przyroda dla tych ludzi pierwotnych, którzy kroki swe skierowali ku północy. Zastawszy ląd stały o ogromnym obszarze, na którym od wieków już wrzała między zwierzętami silna walka o byt, człowiek musiał wytężyć wszystkie swe siły, aby zachować życie i przekazać je nadto potomstwu. Tu też przyszły do tej potęgi największe dwie rasy: mongolska i kaukaska, które od wieków rywalizowały ze sobą i staczały ustawicznie boje o panowanie nad całą planetą. Obie te rasy nabyły z czasem szczególnych właściwości. Kaukaska odznaczała się pojętnością bystrą, ale brakiem wytrwałości, która cechuje właśnie mongolską. Pierwsza była odważną, rycerską, ale na wymogi wielkie i zbyt chętną jest do panowania bez względu na bliźnich. Natomiast druga jest bardzo płodną i zadowala się czymkolwiek. Ludy rasy kaukaskiej indywidualizują się rychło, a następnie stają przeciw sobie jako wrogowie, osłabiając się wzajemnie. Ludy zaś mongolskie, oddzielone nawet religią, łączą się chętniej w jedną całość.
Bój zatem wiekowy między obiema rasami jest to walka o przewagę zalet i wad. Cechy te obu ras ujawniły się już nawet w dotychczasowej historii Ziemi. Mongołowie zaludnili z czasem całą Azję, wysłali nawet słabsze plemiona do najgłębszej północy w Azji i Europie. Kiedy brakło im znowu miejsca w Azji, wysyłały przez lat kilkaset swe hordy dla podbicia Europy. Tu starły się obie rasy, lecz ponieważ rozwój kaukaskiej odbył się szybciej niż mongolskiej, ta zwyciężona ustąpić musiała z pola walki. Natomiast bez przeszkody wysyłała ta rasa swe ludy do Ameryki, którą też w końcu zaludniła całą. Niektóre z tych ludów, silniejsze fizycznie, zająwszy najodpowiedniejsze kraje, jak środkową Amerykę i wschodnie stoki And w Południowej, doszły nawet do samoistnej wysokiej oświaty. Inne, słabsze wypędzono w najdalsze okolice północy i południa, gdzie się wcale rozwinąć nie mogły dla ustawicznej walki z przyrodą i dla braku chwil swobodnych. Lecz i tu wreszcie spotkały się po tysiącach lat obie rasy i znowu mongolska zwyciężona znikła zupełnie w tej części świata. W pierwotnej swej ojczyźnie, w Azji, rozwinęli się Mongołowie silnie i przez lat tysiące opierali się skutecznie wszelkim napadom rasy kaukaskiej.
Mając za sobą wytrwałość, małe wymogi, a nadto wielką płodność i jedność w olbrzymim państwie, zdołali stawić czoło przemocy białych, chociaż długo się chwiali na swych podwalinach i często podchylali już ku upadkowi. Była to zemsta rasy kaukaskiej za napady Tatarów. A gdzie zemsta za wytępienie rasy mongolskiej w Ameryce? Jakkolwiek w przyrodzie sprawiedliwości nie ma, bo cnota ta jest tylko wymysłem ludzkim. Mimo to w tym wypadku… Ale posłuchaj dalej. Wprawdzie wiadomo ci z historii to wszystko, o czym mówię, jednak dla zrozumienia przyszłości muszę nadmienić o przeszłości, która jest przyczyną pierwszej. Rozwój umysłowy istniejący dziś w Chinach na Ziemi jest obecnie jedynym, który Mongołowie sami z siebie zdobyli. Oświata chińska jest autodydaktyczna, podczas gdy wszystkie inne są zbieraniną najrozmaitszych innych cywilizacji przeniesionych od wszystkich ludów na Ziemi. Czyż i to jest szkodliwe?
Przyjmować to, co się uzna za dobre? Tak jest i dlatego też wszystkie te cywilizacje miały być tylko jednodniowe. Przyznasz sam, iż rośliny zebrane ze stref rozmaitych, a przesadzone do jednej oranżerii nie będą równocześnie się rozwijały, bo każda z nich wymaga odmiennych warunków do życia. Zresztą któryż ogrodnik jest tak dalece pewny, że jedna z roślin do wspólnej oranżerii przeniesionych nie jest szkodliwą dla innych? Tak też się dzieje z cywilizacją jako zbieraniną. A Japonia na Marsie? Dowiesz się o tym. Czekaj. Jak już powiedziałem, Chiny jedynie mają swoją naturalną oświatę wydobytą samoistnie z jednostek je składających, wkorzenioną od wieków w każdą żyjącą tam istotę wyrosłą wśród nich i z nimi, a zatem naturalnie na tym samym gruncie się rozwijającą. Jest to potęga, której nie wzruszy lada wicher, która się oprze najsilniejszym wstrząśnieniom.
Zachwieje się często, pochyli się nawet czasem, ale tym dumniej potem wzniesie głowę ku niebiosom. Prócz Chińczyków nie ma obecnie narodu na Ziemi i rozumie się nie było na Marsie, który by się mógł poszczycić podobnym wypielęgnowanym, własnym a silnym i zdrowym dziecięciem. Inaczej działo się z rasą kaukaską. Indywidualizacja tej rasy okazała się zaraz w początkach istnienia. Rozdzieliła się bowiem zaraz na szczepy, a nieco później na plemiona i narody stojące wrogo względem siebie. Z Chamitów zamieszkujących północną Afrykę pierwsi przyszli do znaczenia Egipcjanie, bo im najbardziej sprzyjała przyroda. Początkowo mieli oni swą własną jak Chiny cywilizację i dlatego też utrzymali się najdłużej ze wszystkich ludów tej rasy, bo cywilizacja ich przetrwała cztery tysiące lat. I byliby nadal może rej wodzili wśród plemion kaukaskiej rasy. Może byliby nawet zawładnęli światem, mając wszystkie warunki po temu, gdyby ta cywilizacja była się stała własnością ogółu. Ale cecha rasy kaukaskiej, chęć rządzenia bezwzględnego bliźnimi, ujawniła się już w tym narodzie i sprawiła, że kapłani ich w celach egoistycznych zachowali ją tylko dla siebie.
Religią przez siebie wytworzoną zapanowali nad ludem, a nawet nad monarchą i tym sposobem nie dopuścili ludu swego do rozwoju umysłowego i zagrodzili mu drogę do potęgi. W końcu poczęli się zapożyczać u sąsiadów. Wprowadzili do kraju inne ludy z nowymi pojęciami, zdemoralizowali powoli społeczeństwo i przygotowali niechybny upadek. Po nich odziedziczyli cywilizację ludy z plemienia Semitów, jak Chaldejczycy, Babilończycy, Asyryjczycy, Persowie, Fenicjanie, Izraelici. Wszystkie te ludy porównać można do orłów żywiących się padliną egipską. Na zdrowie im to nie wyszło, bo padły zatrute pokarmem odpowiednim tylko dla sępów. Nadto jeszcze żarły się między sobą, osłabiały się wzajemnie, by stać się tym rychlej łupem pokrewnych orłów. Cywilizacja ich to blask chwilowy. Takim blaskiem zajaśnieli jeszcze później Semici i Chamici, kiedy wstrząsnęli posadami Europy, Azji i Afryki, jak Arabowie i Maurowie. Po Semitach przeszła władza na trzecie plemię rasy kaukaskiej Indo-Germanów, najliczniejszych w tej rasie.
Atoli i to plemię poszło śladem brata swego rodzonego Sema. Żywiło się nie własną pracą, ale spadkiem odziedziczonym po braciach stryjecznych. Potęga przechodziła z rąk do rąk, do młodszych braci rodzonych. Po Grecji zawładnął światem Rzym, po nim rozkazywali innym to chwilowo Hiszpanie, to znowu Francuzi, dalej Anglicy i Niemcy. To są już ostatnie dzieje na Ziemi. Więc kto teraz zawładnie światem? Kto podyktuje prawa innym? Sam myśl logicznie, a musisz przyjść do niezawodnego wyniku. Uważaj, jak kroczyła cywilizacja w rasie kaukaskiej. Ze Wschodu, od Nilu przez Azję do południowej Europy przeszła przez trzy półwyspy, dostała się przez Pireneje i Alpy do środkowej Europy, a zatem teraz chyba kolej na Amerykę, jak to wielu przepowiada.
Mylicie się wszyscy. Amerykanie to konglomerat ludów niezdolny do zapanowania nad światem. Ich hasło skromne: Ameryka dla Amerykanów. Nie ma tam jedności pojęć i dążeń. Brak trwałości zasad, bo nie było despotyzmu, monarchii wszechwładnej. Nie utrwalił się charakter, bo tam nie ma państwa o jednolitym narodzie. Wszystkie narody, szczepy i rasy pomieszały się tam, ale nie tak gruntownie, aby mogły tworzyć jednostkę na zewnątrz. Takie narody nie mają przyszłości. Więc któż zdobędzie hegemonią? Z Indo-Germanów pozostali jeszcze Słowianie, którym się dostanie przyszła władza na Ziemi.
Może Rosja? Tak jest! Wróg największy Japonii. Władysław Sadle. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar. Proszę państwa, to teraz odstępuję mikrofon Evivie. Luiza Dobrzyńska dzisiaj opowie państwu o klasyce absolutnej science fiction. Nie absolutnej science fiction, tylko absolutnej klasyce science fiction, a mianowicie opowieści Stanisława Lema, bardzo wczesnej powieści Stanisława Lema zatytułowanej "Obłok Magellana". Ja przyznam się państwu, że mam słabość do tej powieści.
Nie ze względu na to, że jest to najlepiej napisana powieść Lema, bo nie jest moim zdaniem. I nie dlatego, że porusza on tam naprawdę niesamowite problemy, o niesamowitych problemach wykłada, mówi i tak dalej. Też nie. To jest książka, która owszem, zapowiada wielki talent pisarski, zapowiada głębię przemyśleń, ale umówmy się, to nie jest książka, za którą człowiek w zwykłych okolicznościach przyrody by tęsknił. Moim zdaniem Lem napisał później dużo, dużo, dużo lepszych książek. A jednak mam do książki "Obłok Magellana" duży sentyment. Już państwu wyjaśniam. Być może już kiedyś nawet o tym mówiłem. Otóż ja pamiętam w latach 70., nawet w pierwszej połowie lat 70. mieliśmy w domu psa.
Pies miał na imię Togo. Był wyżłem niemieckim, krótkowłosym, czekoladowym. No ale to był pies myśliwski. On się musiał wybiegać i zawsze po obiedzie z ojcem wędrowaliśmy do lasu, żeby pies sobie pobiegał. No ale pies sobie biegał, a ja byłem dzieciakiem i chciałem ciekawych historii. No to ojciec opowiadał mi ciekawe historie i ja lubiłem historie o wojnie. No to opowiadał mi o tej wojnie, ale ile można opowiadać? Nawet jak już pewne historie zaczął wymyślać i zaczął koloryzować, no to w pewnym momencie jednak wena się skończyła.
[04:52:26] - I postanowił podczas jednego ze spacerów mój ojciec opowiedzieć mi książkę. I to był absolutny przełom w moim życiu, bo ja niby już trochę taką fantazją się interesowałem, ale opowiedział mi właśnie „Obłok Magellana”. Podróż statku Gea. Niesamowity, dzisiaj byśmy mówili statek pokoleniowy, a w każdym razie taki statek, na którym podróżuje olbrzymia załoga, ma odkryć nieznane. Ta powieść mnie zafascynowała, a właściwie ta opowieść ojca mnie zafascynowała tak bardzo, że zanim zacząłem, umówmy się, mieszkaniec drugiej klasy szkoły podstawowej z czytaniem „Obłoku Magellana” miał pewne problemy, więc ja na początku bazowałem na tym, co opowiedział ojciec. I wyobraźcie sobie, zwariowałem. Zacząłem rysować. Najpierw wypytałem ojca, jak to wyglądało, a potem statek kosmiczny Gea zacząłem rysować z taką kopułą na przedzie. Proszę państwa, to były arcydzieła rysowane przez ucznia drugiej klasy. To sobie możecie państwo mniej więcej wyobrazić, jaki to miało wygląd.
Od razu dodam, że talentu rysowniczego nie posiadam w najmniejszym stopniu. Jak rysuję psa, to zgodnie ze starym dowcipem nie wiadomo, czy to pies, koń, czy może jeszcze coś innego. Ale statek Gea rysowałem z dużym zaangażowaniem i jakiś czas potem przeczytałem tę książkę. I wiecie państwo, tam są momenty fascynujące, kiedy na przykład Gea odkrywa statek Atlantów, Atlantydów, już nie pamiętam nawet. W każdym razie to jest taki amerykański księżyc, który miał zastosowanie bojowe, a się z tego pojawiają różne problemy. Sięgnijcie państwo, jeśli jesteście ciekawi. Są też w książce takie fragmenty, które dzisiaj już sprawiają, że człowiek patrzy na tę książkę z pewnym dystansem. To tak najdelikatniej. Ja się wcale nie dziwię, że Lem przez jakiś czas nie pozwalał wznawiać „Obłoku Magellana”, bo tam znajdziecie państwo na przykład opowieść o tym, że Ziemia to już jest taka utopia komunistyczna. Wszyscy mają wszystko i w ogóle każdemu według potrzeb.
Mamy też rozdział, w którym Lem pisze o komunistach. Być może było rzeczywiście tak, że to był swoisty trybut płacony przez autora, żeby ta powieść science fiction ukazała się w ogóle, to trzeba było o pewnych dziwnych sprawach pisać, żeby władza była zadowolona, a jednocześnie żeby książka się ukazała. Łatwo jest oceniać tamte czasy z perspektywy kilkudziesięciu lat. Nie wiem, jak było. Książka, tak jak powiedziałem, to nie jest zła książka, ale też nie jest wybitna. Warto po nią sięgnąć, ale posłuchajmy, co na ten temat powie nam nasza recenzentka Eviva Luiza Dobrzyńska dzisiaj o „Obłoku Magellana”. Być może jej wnioski będą zupełnie inne niż moje. Zapraszam.
[04:56:25] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Z twórczością Stanisława Lema zetknęłam się jako dziecko. Wtedy właśnie dostałam od babci książkę „Obłok Magellana”. Można powiedzieć, że nie jest to może najlepsza pozycja dla rozpoczęcia przygody z Lemem, szczególnie kiedy jest się dzieckiem. Ale zawsze byłam wszystkożernym czytelnikiem, więc wzięłam się i za nią. Trzeba przyznać, że wtedy niewiele z niej zrozumiałam, a mimo to byłam oczarowana. „Obłok Magellana” jest to, można powiedzieć, sztandarowa książka Lema. Książka, za pomocą której ugruntował swoją pozycję na niełatwym PRL-owskim rynku. Na pewno można dzisiaj robić mu zarzut z tego, że konstruując fabułę wyśpiewał całą litanię pochwał na temat komunizmu. Ale gdybyśmy tak zechcieli zanalizować dokładnie to, czy rzeczywiście ukazuje on społeczeństwo komunistyczne.
Tak, Lem je tak określa. Ale poza słowami, co my tam mamy z komunizmu? W zasadzie wiele rzeczy jest dostępnych, można powiedzieć, bezpłatnie. Ludzie pracują dla ogólnego dobra, a dostają według potrzeb. Ale moi państwo, czy my coś innego mamy w „Star Treku”? Na pewno niejeden trekker żachnie się w tej chwili. Ale niepotrzebnie, bo w „Star Treku” właśnie mamy dokładnie to, co w „Obłokach Magellana”. Żywność pochodzi z replikatorów. Nie ma wielkich hodowli przemysłowych zastawionych na zdobywanie mięsa, mleka i tym podobnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Każdy otrzymuje to, czego mu potrzeba.
Gene Roddenberry pewno by przewrócił się w grobie, gdyby to usłyszał. Ale taka jest prawda. O czymże mówi „Obłok Magellana”? Poznajemy w nim świat oczyma narratora. Jest on lekarzem i pochodzi z bardzo dobrze sytuowanej rodziny. To, że jest dobrze sytuowana, to ma może mniejsze znaczenie, bo w zasadzie w tej przyszłości wszyscy są dobrze sytuowani. Ale jest to rodzina ogromnie zasłużona dla społeczeństwa, więc wszyscy oczekują, że najmłodszy potomek również taki będzie. W związku z tym lekarz, którego nie poznajemy z imienia, całe Swoje młode życie usiłuje zdobywać kolejne szczyty. Być najlepszym na studiach, pobijać rekordy sportowe, być w zasadzie kimś w rodzaju Supermana. Uwieńczeniem tego ma być podróż do gwiazd na supernowoczesnym, olbrzymim statku.
Kiedy tak się wczytujemy w to wszystko, możemy zadać sobie pytanie, czy ten lekarz naprawdę jest wzorem do naśladowania? Z jego wielu czynów przebija zwykły egoizm, skupienie na samym sobie. Dlatego podróż do gwiazd będzie dla niego również podróżą do granic poznania samego siebie, do zmiany, której potrzebuje. Dopiero w tej podróży pozna głębię ludzkiej natury, o której nie ma pojęcia. Zna bowiem tylko wyidealizowany świat, o którym uczyli go rodzice i nauczyciele. Pozna również, czym jest prawdziwa miłość i prawdziwe poświęcenie. Rzeczy, o których dotąd nie wiedział. Jasne, Lem w tej książce przedstawia, można powiedzieć, formę komunizmu, która nam wszystkim wydaje się bardzo pociągająca, przeciwstawiając jej krwiożerczy kapitalizm, który doprowadził do wysłania w kosmos ciężko uzbrojonych statków. Na te statki natykają się podróżnicy. Są to oczywiście statki amerykańskie, bo Amerykanin naszym wrogiem jest, jak wiadomo.
Ale poza tym Lem raczej nie mówi o tym, czego byśmy oczekiwali, nastawiając się na hymny pod adresem komunistów, komunizmu i wszystkiego. W jego świecie nie ma partii komunistycznej, która rządzi światem. Nie. Światem rządzą naukowcy, którym pomagają superkomputery. Także ten komunizm tak naprawdę gdzieś się rozmywa. Pozostaje ubrany w inne słowa „Star Trek” Roddenberry'ego. Tyle że nie mamy tutaj kosmitów, przynajmniej na początku. Książka, która pokazuje podróż w rejony tam, gdzie dotąd nie był żaden człowiek. Tak, ukłon w stronę „Star Treka” kolejny. Przede wszystkim bardzo dużo mówi o ludzkiej naturze, o tym, co poznaje młody lekarz, co go zaskakuje.
Bo doskonale znając ludzkie ciało i jego funkcjonowanie, tak naprawdę wyruszając, ma on nikłe pojęcie o tym, jak funkcjonuje ludzki umysł, ludzkie serce, żeby to tak określić. A taka podróż właśnie jest bardzo dobrą okazją, żeby się tego nauczyć. Opisywane przez Lema cuda techniki są ogromnie ciekawe, zwłaszcza z naszego punktu widzenia, kiedy wiele z nich ma już swoje odpowiedniki w naszym świecie i w zasadzie „Star Treka” nie znając, bardzo wiele rzeczy jest tam zbieżnych z tym, co mamy na pokładzie Enterprise. Wielkie umysły myślą podobnie, jak wiadomo. Cóż można jeszcze powiedzieć o „Obłoku Magellana”? Jest to książka piękna i w sumie, mimo zawartej w niej miejscami goryczy, optymistyczna. Niejako jej antytezą później stało się „Fiasko” poruszające dość podobny temat kontaktu z inną cywilizacją. Nie z inną formą rozumnego bytu, tak jak w „Solaris”, ale cywilizacją. To jest rzecz bardzo trudna. Lem był zdania, że nawet niemożliwa, ale to już można zanalizować, kiedy weźmiemy na warsztat wspomniane „Fiasko”.
Na razie wszystkich zachęcam do zapoznania się z „Obłokiem Magellana” i niezrażania się wspominaniem autora o komunizmie, bo tak naprawdę ten świat z komunizmem ma niewiele wspólnego. Własność prywatna istnieje nadal, nikt nikogo nie zamyka w łagrze, jak ten ma inne zdanie. Także można powiedzieć jest to komunizm tylko z nazwy. Tutaj mamy po prostu przyszłość bardzo różową, bardzo piękną, której wszyscy chcielibyśmy zaznać, a o której znając ludzką naturę wiemy, że jest raczej mało prawdopodobna. Ale co z tego? Czy my czytamy książki po to, żeby poznawać rzeczy prawdopodobne? Raczej nie. Często sięgamy po nie właśnie po to, żeby się oderwać od rzeczywistości, od tego, co nas otacza. „Obłok Magellana” bardzo się na to nadaje, chociaż musimy od razu wziąć pod uwagę, że akcja tam nie będzie się toczyć z piorunującą szybkością. Przeciwnie, książka raczej jest pełna filozoficznych rozważań, a akcja postępuje niespiesznie naprzód.
Bardzo dużo czasu autor też poświęca sprawom obyczajowości. Nie ma tam wielkich bitew z kosmitami, strzelaniny w próżni. Jest jedna, ale w każdym razie jest bardzo uzasadniona. Nie służy tylko temu, żeby podnieść napięcie. W mojej ocenie „Obłok Magellana” jest fantastyką taką, jaka fantastyka powinna być. Zachęcam więc do zapoznania się z tą książką, jeśli jeszcze nie znacie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:03:38] - Proszę państwa, był rozdział drugi „Gości z Marsa”. To tak mnie korci i to zrobię. Zaserwuję państwu jeszcze rozdział trzeci księgi drugiej. Tam się robi, proszę państwa, coraz bardziej ciekawie. Ja przypomnę, to jest książka jeszcze z XIX wieku, z samej końcówki, ale z XIX. Zapraszam zatem. Władysław Sadkę, piszący pod pseudonimem Abul, „Goście z Marsa”, księga druga, rozdział trzeci. Czyta Reda Haddad.
[05:04:17] - Władysław Sadke. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad. Jakkolwiek wierzę ci zupełnie, że Ziemia jest tylko wiernym odbiciem Marsa, mimo to sądzę, że twierdzenie twe, jakoby Rosja na Marsie dzierżyła hegemonią świata, jest nieco przesadzonym Sam wyliczałeś wczoraj te narody jako przodujące w dziejach świata, które odszczególniły się najbardziej w rozwoju umysłowym. Tymczasem w końcu oznajmiłeś panowanie Rosji, która właśnie obecnie między Aryjczykami zajmuje najniższe stanowisko pod względem cywilizacji. Tu zatem widoczna sprzeczność. Nie ma w tym ani odrobiny sprzeczności, bo rozwój umysłowy nie poprzedza rozwoju fizycznego ani nie jest z nim równoczesny, jak ty sądzisz, ale kroczy za nim. Kiedy stanęli Babilończycy, Asyryjczycy, Grecy, Rzymianie, Maurowie, Francuzi, Anglicy, Niemcy na szczycie cywilizacji? Dopiero po zapanowaniu nad wrogami, odniósłszy świetne zwycięstwa, upokorzywszy nieprzyjaciół, zabezpieczywszy spokój na zewnątrz i wewnątrz, może dopiero naród myśl swobodnie rozwijać. I to jest rzeczą zupełnie naturalną.
Nie ten zapanuje nad innymi, który najwyżej wzniósł się umysłowo, ale ten, który jest fizycznie najsilniejszy. To jest prawem przyrody. Tak między roślinami, zwierzętami, jak i między ludźmi. Silny zwycięża, a nie rozumny. Prawo pięści jest prawem najwyższym w rozwijającej się przyrodzie. Ależ prawo pięści potępia bezwzględnie nasza cywilizacja! Jest to zupełnie zrozumiałym i logicznym, bo słabi nie znoszą silnych, choćby tylko z obawy przed ich pięścią. Przyroda jednak nie zważa na prawa cywilizacji i czyni to zupełnie słusznie. Cóż by stałoby się z ludzkością, gdyby chorowici, ale rozumni ludzie pozostali przeważnie na Ziemi? Ludzkość musiałaby rychło wyginąć, a to w stanie obecnym waszej planety nie może być jeszcze jej celem.
Ludzkość wasza bowiem znajduje się obecnie w rozwoju, a ku temu potrzeba silnych i zdrowych jednostek, a rozumu o tyle tylko, aby w walce z przyrodą mogła utrzymać się przy życiu i przelać swe zdrowie i siły na potomstwo. Silnym fizycznie zaś może być tylko zdrowy organizm, a zdrowe, silne narody wychowują się tylko pod rządem surowym, jak to ci wkrótce wytłumaczę. Aby być zdrowym, trzeba pochodzić od zdrowych rodziców i samemu być obyczajnym, moralnym, umieć panować nad swą wolą, nad swymi namiętnościami. Charakter taki może się wyrobić u narodu tylko pod żelazną ręką despoty lub naczelników bezwzględnych rzeczypospolitej. Ostatni wypadek jednak jest bardzo rzadkim. W takim narodzie śpi jeszcze cywilizacja w pieluchach, a panuje bezwzględna surowość co do uobyczajnienia poszczególnych jednostek. Twej teorii sprzeciwia się fakt, że narody europejskie pokonują ludy Ameryki i Afryki. Wcale nie. Murzyni afrykańscy mają wprawdzie rząd despotyczny, a Indianie amerykańscy posiadali siłę fizyczną, atoli tych ludów nie można uważać za zdrowe organizmy. Oprócz bowiem despotyzmu i zdrowia musi naród posiadać o tyle kultury, aby zdołał wyżywić wielką ilość jednostek, a na tyle dzikich, pierwotnych zwyczajów, aby te jednostki były silne i zdrowe.
Tych warunków brakowało ludom Afryki, Ameryki i Australii. Od czasu do czasu pojawia się taki naród w Europie i w Azji, a wówczas biada bliższym i dalszym sąsiadom jego, bo potęgą swą miażdży ludy chorowite bez względu na stopień ich cywilizacji. Niestety, zwycięstwa zawierają w sobie jad, jak każdy rozwój. Pokonanie wrogów wbija w dumę zwycięzców, wyradza pogardę, lekceważenie dla pokonanych sąsiadów, a w tym już mieści się niebezpieczeństwo przyszłe dla panującego narodu. Nadto zwycięstwo sprowadza dobrobyt, ale ten dostaje się w udziale głównie pewnej tylko kaście w narodzie. Dobrobyt ten jest zawsze największym nieszczęściem, umożliwia bowiem wielu życie bez trosk i kłopotów. Niektórzy wprawdzie używają tych chwil wolnych, swobodnych na rozwój umysłowy, skutkiem czego w ogóle podnosi się cywilizacja. Przeważna jednak część zamożnych używa bogactw swych na rozkosze, skutkiem czego wkrada się coraz bardziej demoralizacja. Obie kasty jednak, tak bogatych, jak też uczonych, wnoszą w swój naród stanowczo zgubę i śmierć powolną. Pierwsi demoralizacją, drudzy filozofią.
Pierwsi drażnią lud ubogi zbytkiem, wygodą, rozkoszami bez miaru. Od drugich dostają się w lud ciemny, niedojrzały zapatrywania, zdania, twierdzenia i ideały, których pojąć nie może, ale którymi się zachwyca i nasiąka. Ta nierówność olbrzymia pod względem materialnym i umysłowym staje się główną i jedyną przyczyną upadku każdego narodu zwycięskiego. Wprawdzie i w zaczątkach każdego narodu istnieje pewna, ale słaba nierówność materialna. Natomiast wszyscy są sobie mniej więcej równi umysłem. Gdy jednak do pierwszej przyłączy się nierówność druga, wówczas mina pod naród jest już podłożoną. Myśl bowiem raz wygłoszoną rozbierają masy ludu niegdyś ciemne. Spostrzegają tę nierówność podziału dóbr doczesnych i pragną również dla siebie cząstkę tego, co za szczęście uważają. Żądza ich nie ma granic. Wymagają równości pod każdym względem, chociaż właśnie nierówność jest rzeczą konieczną dla przyrody rozwijającej się.
Gdy tłumy były ciemnymi, uznawały prawo nierówności. Filozofia atoli wyższej cywilizacji wpoiła w nich zasadę równości. Ponieważ zaś ta równość jest dla nich właśnie zgubną, przeto albo demoralizacja sama, albo wraz z filozofią musi powoli osłabić organizm narodu. Na poparcie powyższych twierdzeń mógłbym ci wyliczyć ogromną ilość przykładów. Ograniczę się jednak tylko do kilku. Wysoko rozwiniętych Egipcjan ujarzmiają dzicy Persowie, a Ateńczyków — Spartanie, Rzym — barbarzyńscy Germanowie, Maurów — Hiszpanie, Cesarstwo Bizantyjskie — Turcy, Azteków i Inkasów — dzikie hordy Corteza i Pizarra. Kto tu odnosił zwycięstwa? Charakter narodu nad demoralizacją, bezmyślność nad rozumem. Jeśli naród zwycięski długie wieki wyrabiał w sobie charakter silny, wówczas i po zwycięstwach dłuższy czas jeszcze zdoła oprzeć się demoralizacji i filozofii toczących powoli jego organizm. Stąd też wszędzie spotkasz prawidłło: odpowiednio do czasu potrzebnego na wzrost narodu następuje jego upadek.
Czym szybsze dojrzewanie, tym rychlejsze sił zatracanie. W końcu zawsze nastąpić musi śmierć, jak u jednostek, tak też w społeczeństwie, które jest tylko organizmem złożonym. Rozwój w rasie śródziemnej, jak sam musiałeś uważać, odbywał się w szczególniejszy sposób. Mianowicie kroczył on falisto, ale po skośnej, dość stromo wzniesionej linii. Otóż plemie Chamitów i Semitów doszło po tej pochyłości zaledwie do trzeciej części tej linii. Większa część pozostała Aryjczykom do przekroczenia. Stąd też pochodzi, że pierwszych dwóch plemion narody ginęły przeważnie tylko skutkiem demoralizacji, Aryjczycy nadto jeszcze skutkiem filozofii. Myśl bowiem rozwijała się już poprzód dość szybko, ale doszła do szczytu w czasie przewagi Aryjczyków, gdyż u nich rozwinęła się filozofia, która przyspieszyła ich koniec. Z tej sztuki myślenia rozkrzewił się pesymizm niszczący jak rak zdrowe ciało narodów. Wyrobiły się sprzeczne przyrodzie jednostki poświęcające życie całe mrzonkom i nauce.
Powstała myśl bezwzględnej równości wszystkich. Filozofia więc stała się drugą drogą demoralizującą społeczeństwo. Pierwsza niszczyła ciało tylko, druga i ciało, i umysł. Rozpatrz się tylko w historii Greków, Rzymian, Francji i Niemiec, a wszędzie napotkasz tamtego robaka w postaci dobrobytu płodzącego demoralizację w podwójny sposób: jako występek cielesny i umysłowy. Oba przyspieszają tylko śmierć ludu.
[05:13:31] - Lecz ten wywód twój jakąż ma styczność z mym pytaniem?
[05:13:34] - Nie rozumiesz? Wszak to jest historia Rosji, która pójdzie i musi pójść śladem swych braci starszych. Różnice są nieznaczne, ale o nich pomówimy jutro.
[05:13:49] - Władysław Staff. Goście z Marsa. Czyta Reda Wahby.
[05:14:14] - Dotarły do mnie wieści, że... Sam się dziwię właściwie dlaczego. Widać państwo kiedyś nie słuchali ABW, ale ten cykl z archiwum ABW cieszy się powodzeniem. No to super. Korzystajmy zatem z okazji. Dzisiaj kolejna porcja opowiadań z tej audycji, którą wspominam z łezką w oku. Nadchodziły opowiadania, czytaliśmy, Ivellios czytał z dużym zaangażowaniem i dużym nakładem pracy. Nie ukrywajmy tego. Myśmy później omawiali te opowiadania z Wiktorem Żwikiewiczem. No to cóż, ocierając łezkę z oka, zapraszam państwa na kolejny odcinek cyklu z archiwum ABW.
Sporo opowiadań różnych autorów dzisiaj.
[05:15:06] - Piotr Pocałuń, „Kolejna planeta”. Szedł z pokładu naukowego na mostek dowodzenia, aby zdać raport z postępu badań. Korytarz wydawał się nie mieć końca. Jasnozielonkawa poświata z oświetlenia przypodłogowego sprawiała, że wydawał się znacznie dłuższy, niż był w rzeczywistości. Codzienny raport był rytuałem od ponad dwóch lat. Wystarczająco długo, aby zacząć mieć dość planety, nad którą zawisł statek zwiadowczy. Procedury, jakie obowiązywały we flocie, zabraniały dokonywania inwazji przed całkowitym zbadaniem i poznaniem warunków panujących w danym świecie. Najpierw trzeba było poznać przeciwnika, wszystkie aspekty kulturowe, militarne oraz techniczne. „To bzdury i niepotrzebne marnotrawstwo czasu” — pomyślał, ale nie mógł nic zrobić. Od czasu przegranej wojny z Urianami rada surowo karała za złamanie procedur.
Nic tak nie boli jak porażka. Cwaniaki z Uria tak sprytnie ukryli swoją broń, że do końca wydawało się, iż podbicie ich planety to łatwizna. Klęska była straszna i trzeba było wycofać się ze sporymi stratami. To wówczas powstała rada, która nadzorowała ekspansję. Ja już dawno podbiłbym tę planetę i do cna wyczerpał jej zasoby, gdyby nie te głupie zasady. Jednak z drugiej strony, odkąd naszymi podbojami rządzi rada, jesteśmy praktycznie nie do pokonania. Skończyła się biologiczna gra. Niepraktyczne i nieproduktywne osobniki są natychmiast usuwane i zastępowane nowymi, przynoszącymi wymierne korzyści. Dzięki temu podbiliśmy już pół galaktyki. A tu na całej planecie da się zauważyć różnorodność.
Co więcej, różnice wiekowe są powszechne. To nie jest normalne. Muszą coś ukrywać, bo ze znanych mi cywilizacji, tak, ani jedna nie tolerowała osobników zbędnych, chorych lub starych. A może to jest jakaś ich rada? Tajna rada rozproszona na całej planecie i tym samym ukryta. Tak, to mogłoby być niebezpieczne. Drzwi do kabiny dowodzenia rozsunęły się z sykiem. „Panie admirale” — zwrócił się do dowódcy starszy oficer naukowy — „melduję się na odprawie. Co nowego?” Admirał odwrócił się od pulpitu kontrolnego. „Jak postępy w badaniach?” „Niestety bez zmian” — odparł z widocznym żalem w głosie.
„Szarkler!” — zaklął dowódca. Był wyraźnie wściekły. „Mijają dwa lata. Dwa lata wiszenia nad tą śmierdzącą planetą. Muszę w końcu wysłać raport do Rady.” „To zadziwiające. To prawie niemożliwe, ale nie mogę znaleźć klucza. Ani ja, ani moi współpracownicy.” „W czym jest problem, do cholery? Podbiliśmy tyle planet. Dlaczego ta sprawia takie kłopoty?” „Moim zdaniem największy problem to niezidentyfikowany dźwięk wytwarzany w różnych centrach osadniczych. Nasze centrum analiz uważa, że może być niebezpieczny.
Poza tym oni mają bardzo dziwne podejście do produktywności oraz postępu” — odparł oficer. „Wiem to wszystko, ale dlaczego, do cholery, nie możemy zidentyfikować tego dźwięku?” „Nie możemy znaleźć klucza. Mamy podejrzenie, że chodzi o jakiś rytuał, ale to tylko hipoteza robocza, admirale. Nie jest to sygnał naturalny. To wiemy, ale nie spotkaliśmy się jeszcze nigdy z czymś podobnym. To niemal na pewno wytwór jakiegoś mechanizmu. Bywa połączony z dźwiękiem wydawanym przez istoty żywe. Coś takiego nie występowało w żadnej z kultur, jakie dotąd spotkaliśmy. Natomiast jeśli chodzi o osobniki nieproduktywne i starsze, to podejrzewam, że to może być jakieś gremium kierownicze, odpowiednik rady. Rozproszyli je po całej planecie, żeby trudniej było sparaliżować obronę.
Ale to również tylko hipoteza. Jednak jestem przekonany, że są przygotowani na inwazję znacznie lepiej, niż nam się wydaje.” „Ten dźwięk to broń?” — zapytał admirał. „Nie wiemy, ale to możliwe.” „No cóż” — powiedział admirał, spoglądając chłodno na oficera. „Musimy postępować zgodnie z procedurami Rady. Opuszczamy ten układ gwiezdny. Proszę zaznaczyć w raporcie, że inne patrole oraz statki zwiadowcze również powinny go omijać.” Oficer naukowy zgodnie z procedurą przygotował raport dla Rady. Załącznikiem była próbka dziwnego sygnału namierzonego na planecie podstępnej cywilizacji. Zanim skierował przesyłkę do terminala nadawczego, postanowił po raz ostatni przesłuchać dziwacznej kakofonii dźwięków. Szóstą macką trzeciej kończyny wcisnął włącznik. Z głośnika popłynęły dźwięki nieprzyjemnie drażniące jego słuchnice.
„Last Christmas I gave you my heart. But the very next day, you gave it away. This year, to save me from tears. I'll give it to someone special.” Jakub Karbownik „Niewinne dziobanie”. Robotnicy zaczęli schodzić się dosyć wcześnie. Był ciepły letni poranek. Poniemiecki budynek służył jako siedziba Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej. Ze względu na wartość zabytkową zdecydowano się na odrestaurowanie elewacji oraz wymianę zużytego chodnika wzdłuż obiektu. Rusztowanie powstało jakiś tydzień wcześniej i ozdobione zostało siateczką ochronną. Przeszło pozytywnie testy BHP i teraz czekało dumnie na swoją załogę.
Po porannej kawie oraz szybkim śniadaniu robotnicy rozpoczęli mozolne przygotowania do pracy. Renowację mieli rozpocząć od góry, a następnie w miarę postępu robót stopniowo schodzić w dół. Natomiast chodnik czekał na dostawę kostki brukowej. Stare, popękane płyty zostały już usunięte i wywiezione. Student architektury, wchodząc przez główne wejście, wyrzucił kawałek niedojedzonej słodkiej bułki. Jedzenie zwabiło latających amatorów resztek. Skubali, dziobali, skakali i walczyli, rozgrzebując piach, który miał być podłożem pod betonową kostkę. Robotnicy nie przejmowali się tym zbytnio. Ostatecznie i tak mieli dopiero zagęścić piasek. Ku uciesze ptactwa dorzucali nawet resztki ze śniadania.
Tuż za ulicą, jakieś 12 metrów od rozkopanego chodnika rozciągał się park. Przy dwóch oczkach wodnych rezydowały tam kaczki i łabędzie, a pod taflą wody czaiły się ryby. Drzewa nie rosły gęsto, ale dawały przyjemny cień. Na jednym ze wzniesień przycupnęła niepozorna kapliczka. W parku, jak należy, wytyczone było miejsce zabaw dla dzieci oraz szerokie chodniki, idealne zarówno dla biegaczy, jak i dla miłośników spacerów. Pas zieleni w środku miasta przyciągał studentów, którzy w wolnych chwilach zalegali na miękkiej trawie, zupełnie lekceważąc drewniane parkowe ławki. Na jednej z nich siedział staruszek. Karmił gołębie lekko czerstwym chlebem. Kiedy skrzydlate towarzystwo wyjadło już wszystko co do okruszka, wówczas przeniosło się dalej, aby poszukać nowych potencjalnych żywicieli. Natomiast siedzący na ławeczce siwy mężczyzna w kaszkiecie zaczął uważnie lustrować prace restauracyjne na elewacji jego ukochanego budynku.
W pewnej chwili poczuł delikatne wibracje w prawej kieszeni. To była wiadomość od syna. Czekał na nią od kilku godzin. Odblokował smartfona i otworzył MMS-a. Syn przesłał mu parę zdjęć z Japonii oraz króciutką relację z pobytu na obczyźnie. Chwalił się też swoimi sukcesami. W Kraju Kwitnącej Wiśni nie było łatwo zabłysnąć w dziedzinie robotyki. Staruszek uśmiechnął się. Kochał swoje dzieci i był z nich dumny. Dla ojca nie ma większego szczęścia niż zdolne dzieci.
Zerknął na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Słońce zdołało już nieco podnieść temperaturę powietrza. Pracownicy z rusztowań zmierzali właśnie na kolejną przerwę śniadaniową. Mężczyzna spoglądał na niewinnie dziobiące w piachu ptaki. Z nadzieją szukały ostatnich okruszków. To się przewróciły, to poganiały, robiąc coraz to większe zagłębienia. Tuż obok ławki przeszedł wysoki wąsacz, który przekroczył już nieco granicę wieku średniego. Ukłonił się z uśmiechem i powiedział: „Dzień dobry, panie profesorze”. Nawet nie zwolnił i udał się prosto w stronę budynku akademickiego.
„Dzień dobry” – odpowiedział po dłuższej chwili staruszek. Zrobił to z dużym opóźnieniem, a jednak kosztowało go to bardzo wiele wysiłku. Po ostatniej operacji osłabiony organizm odmawiał pełnej współpracy z umysłem. Zwykłe przywitanie stawało się wyczynem porównywalnym do zdobycia sporego górskiego szczytu. Na ławkę dotarł rano dzięki uprzejmości sąsiada. Pan Mietek miał też po niego wrócić około południa i zabrać na obiad. Jednym z niewielu miejsc, do których choroba nie miała dostępu, była głowa staruszka. Lata nauczania fizyki wyostrzyły jego umysł do granic. Ze względu na brak innej rozrywki coraz częściej zatapiał się w otchłani swych przemyśleń lub skupiał się na uważnej obserwacji. Zauważał zmiany.
Patrzył na świat inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej, ale to właśnie tego ranka wskoczył na zupełnie nowy poziom. Odblokował swego rodzaju synestezję. Połączenie praw fizyki, dynamiki zmian w materii ożywionej i nieożywionej, rachunku prawdopodobieństwa, a na koniec pokaźnego zakresu wiedzy ogólnej dawało mu szeroki obraz rzeczywistości. Bardzo szeroki. Czuł się tak, jak gdyby wkroczył w nowy wymiar. Świat pozostał właściwie taki sam, ale zmienił się sposób, w jaki starszy mężczyzna patrzył na swe otoczenie. Nie czuł się przytłoczony potężną falą informacji. To wszystko było dla niego naturalne. Z wyprzedzeniem wiedział, co się wydarzy. Wartości niezauważalne dla przeciętnego człowieka.
Wartości, które znajdują się daleko za przecinkiem ułamka, miały kolosalne znaczenie. Teraz dopiero widział to w pełni. Teraz to wiedział. Często zastanawiał się nad sytuacjami, które rzekomo zsyłane były przez los. Czy to nie była po prostu wymówka ukrywająca brak wiedzy o świecie? A może raczej przyznanie się do limitu poznawczego? On właśnie przełamał ten limit. Przerwał filozoficzne dywagacje. Coś się stało, coś niedobrego. Chwila skupienia.
Będzie wypadek. Wie o tym. Czuje to. Wiedzi. Chce jakoś ostrzec ludzi, ale nie może. Całą życiową energię pobiera mózg. Wcześniejsze „dzień dobry” stało się wyczynem nie do powtórzenia. Huk. Pisk. Fala uderzeniowa.
Widzi, jak ona sunie, automatycznie opisywana przez jego umysł skomplikowanymi fizycznymi wzorami. Widzi, jak rozpędzony tramwaj uderza w ciężarówkę. Na szczęście nikt nie stracił życia. Ale to nie koniec. Fala pędzi prosto w kierunku rusztowania. Jedna z aluminiowych podpór nie została odpowiednio zabezpieczona. Energia wywołana uderzeniem bezlitośnie zatrzęsła rusztowaniem. Robotnicy na wysokości, zabezpieczeni pasami, odruchowo łapią się najbliższych elementów konstrukcji, ale zaraz potem zaczynają pośpieszną ewakuację. Zdążą. Staruszek wie to.
Zanim aluminiowe nogi zakończą swój taniec, a rozchwiana konstrukcja runie, wszyscy będą już w bezpiecznym miejscu. Wrzawa. Biegacze stanęli. Ptactwo z okolicznych oczek zerwało się do lotu. Studenci przerwali swoje błogie nicnierobienie i spojrzeli w kierunku rusztowania. Matki zaczęły nerwowo nawoływać dzieci. On sam był bezpieczny. Wiedział to. Jednak było jeszcze dziecko. Dziewczynka, która nie wiedzieć skąd znalazła się w pobliżu rusztowania.
Różne scenariusze zaczęły przemykać przez głowę mężczyzny, aktualizowane o coraz to nowe zmienne. „Jest szansa” – krzyknął w myślach. „Można uratować to dziecko”. Tą zmienną niosącą nadzieję okazał się jeden z robotników. Był najwidoczniej spóźniony, ale teraz nie miało to znaczenia. Ważne, że zareagował. Ten warunek został spełniony. Ale to nie był jeszcze koniec. Jeden z elementów walącego się rusztowania spadł pół metra od dzieciaka. Aluminiowa rura wbiła się niemal pionowo w piach i zaczęła przechylać się w stronę sparaliżowanej strachem dziewczynki.
Robotnik miał dwie, góra trzy sekundy. Tyle wystarczyło. Chwycił dziecko w pół i odskoczył z nim w bok. „Uratowani” – pomyślał starzec. Wypuścił z wolna powietrze. Nawet nie zauważył, że wcześniej wstrzymał oddech. Ludzie wiwatowali na cześć bohatera. Brawurowy wyczyn przykrył na razie pytania, dlaczego w ogóle rusztowanie runęło. Ale uratowanie dziecka to nie była wyłącznie zasługa robotnika. Staruszek widział to teraz wyraźnie.
Gdyby roztrzepany student nie wyrzucił resztek jedzenia na piach, gdyby nie zrobili tego później robotnicy, nie powstałyby wówczas zagłębienia zrobione przez ptaki. Te małe, wydawać by się mogło nic nieznaczące dziury w piasku dały szansę na uratowanie dziecka. Gdyby element rusztowania wbił się w gładki piach, to od razu runąłby na dziewczynkę. Wgłębienie tylko minimalnie zmieniło rozkład sił działających na aluminiową rurę, ale to opóźniło upadek ciężkiego elementu i w rezultacie dało szansę na uratowanie dziecka. Niewinne dziobanie ptaków było jednym z koniecznych warunków do zaistnienia scenariusza z happy endem. Starzec uśmiechnął się radośnie, ale nie trwało to długo. W pierwszej chwili wydało mu się, że traci wzrok. Później poczuł rozdzierający ból. Złapał się za serce i z przerażeniem spojrzał na klatkę piersiową. Wiedział już wszystko.
Jego serce niedługo się zatrzyma. Powodem były emocje wywołane wypadkiem. Ciało staruszka opadło bezwładnie na oparcie ławki. Wydawać by się mogło, że w ostatnich chwilach życia nic ważnego nie może się już wydarzyć. A jednak, gdy sekundy dzieliły profesora od śmierci, jego umysł wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Staruszek zrozumiał, co jest po drugiej stronie. Zrozumiał sens życia i tego wszystkiego, co spotkało go w życiu. „Szkoda, że nie mogę im tego wszystkiego przekazać” – pomyślał. Z uśmiechem na twarzy zamknął oczy. Tuż przy nim zebrało się kilka ptaków.
Wyglądało to tak, jakby chciały towarzyszyć profesorowi w ostatniej podróży. Precyzyjnie i mozolnie dziobały napis na ziemi. Jednak nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi na koślawe litery, a czas i wiatr na zawsze zakrył to, co niewinnie wydziobały. Tomasz Andrzejewski „Okno na świat”: Całymi dniami stoję wpatrzony w okno skierowane na zachód. Pomimo żelaznych krat i grubej warstwy brudu, wciąż mogę przez nie dostrzec zapłoconą wiejską drogę, wzdłuż której rośnie kilka starych wierzb płonących żółcią i czerwienią w promieniach jesiennego słońca. To teraz cały mój świat. No, może oprócz ciasnej i śmierdzącej szpitalnej izolatki o odrapanych szarych ścianach. Tak bardzo chcę wyjść, pooddychać świeżym powietrzem, poczuć ciepły wiatr mile pieszczący twarz. Lecz oni mi na to nie pozwalają. Twierdzą, że jestem niebezpieczny, obłąkany, że zabiłem już trzy osoby i mogę to zrobić znowu.
Tyle razy im tłumaczyłem, nierzadko ze łzami w oczach, iż jestem niewinny, a prawdziwym zagrożeniem jest ta mroczna postać, która zawsze podąża za mną i szepcze mi do ucha najgorsze możliwe plugastwa. Każe robić rzeczy, których nawet najgorszy ze wszystkich ludzi nie byłby w stanie dokonać. Nie pamiętam żadnej chwili w moim życiu, jakiej bym nie spędził bez niego. Nawet wtedy, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem z trudem stawiającym pierwsze kroki, on już górował nade mną niczym mroczna zapowiedź nadchodzącego koszmaru. Wtedy jeszcze nic nie robił, ani też nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie czarnymi, martwymi oczami. Wyłącznie ja go dostrzegałem, a wszelkie próby opisania tego monstrum moim najbliższym kończyły się tylko żartami z naiwnej, dziecięcej wyobraźni. Na szczęście w miarę dorastania powoli uczyłem się lekceważyć mojego prześladowcę, co pozwoliło mi przeżyć w miarę normalnie pierwsze lata dzieciństwa. Nie przewidziałem jednak, że prawdziwa groza dopiero nadchodzi. Miałem równo dwanaście lat, gdy on przemówił po raz pierwszy. Początkowo tylko szeptał niewyraźnym głosem, lecz szybko jego słowa stawały się coraz donośniejsze.
Rozkazywał mi krzywdzić ludzi, których kocham i obrażać tych, którym powinienem okazywać szacunek. Zatykałem z całej siły uszy, byleby odciąć się od tych okropieństw, lecz one nadal rozbrzmiewały w mojej głowie. Od tego czasu cierpiałem bez przerwy każdego dnia. Zbyt przerażony oskarżeniami o obłęd starałem się stłumić w sobie wszystkie negatywne emocje, przez co w oczach innych zawsze uchodziłem za człowieka może i roztargnionego, ale przynajmniej zdrowego na umyśle. Jak się wkrótce okazało, najgorsze wciąż było przede mną. Co prawda, pomimo bezustannych zagusów demona potrafiłem się przeciwstawić jego jadowitym słowom przesiąkniętym złem. Problem tkwił jednak w tym, iż on sam odnalazł sposób, aby zerwać się ze smyczy mojej woli, a następnie bez litości krzywdzić, ranić i zabijać. Co gorsza, potrafi dokonać tych okropności w ten sposób, aby wszystkie dowody wskazywały na mnie. Pierwszy raz uczynił tak w Boże Narodzenie roku pańskiego 1848. Do tamtego czasu miałem żonę i maleńkiego synka oraz wiodłem w miarę szczęśliwe życie i to pomimo gnębiącego mnie od wczesnego dzieciństwa przerażającego upiora.
Wieczorem, w przeddzień masakry, pokłóciłem się okropnie z żoną o typowe małżeńskie błahostki. Wykrzyczałem wtedy wiele paskudnych słów wymierzonych w moją małżonkę i nieletniego potomka. Żałuję ich jak niczego w życiu i oddałbym wszystko, byleby cofnąć czas i je odwołać. Tymczasem nie dano mi nawet szansy, abym powiedział proste „przepraszam”. Następnego ranka po awanturze obudziłem się pełen złych przeczuć. W moim odziedziczonym po rodzicach wiejskim domu panowała niczym niezmącona cisza, choć zazwyczaj już od samego świtu wszystkie jego pokoje rozbrzmiewały śmiechem pięcioletniego, kipiącego życiem chłopczyka. Na łożu u mego boku nie znalazłem również Anny, mojej żony, uroczej kobiety o czułym, aksamitnym głosie. Szukałem obu tych tak drogich mi osób we wszystkich pokojach, ale bez najmniejszego rezultatu. Dopiero kiedy zdecydowałem się wyjrzeć na zewnątrz domu, ujrzałem wąski ślad świeżej krwi. Odcinał się wyraźnie na śniegu i prowadził meandrami do stojącej nieopodal szopy.
Poszedłem tam pomimo przejmującego mnie strachu. Nie miałem już żadnej nadziei, iż moja żona i syn żyją. Jednakże nic nie mogło mnie przygotować na widok, który zastałem w małym drewnianym budynku. Oni leżeli martwi na podłodze z poderżniętymi gardłami i wyłupionymi oczyma, a tuż obok nich leżał umazany krwią sierp. Upadłem na kolana, z płaczem obejmując okaleczone ciała. Emocje odebrały mi zdolność racjonalnej oceny sytuacji, toteż nie zważałem na fakt, że brudzę swoje ręce i ubranie, co później uznane zostało za jeden z dowodów mej winy. Lęk na krótką chwilę eksplodował przerażeniem, aby przemienić się w pełną udręki rozpacz. Mój oprawca nawet w tak trudnym dla mnie momencie nie odstępował ode mnie ani na krok, bezustannie sącząc ze swych ust jad. „I po co się tak żalisz, obłudnie?” — szeptał. — „Sam wczoraj mówiłeś, że życie sobie marnujesz z tą jędzą.
A ten rozwrzeszczany gówniarz? Aż trudno uwierzyć, abyś to ty spłodził tak nieudanego syna. Anna na pewno oddawała się każdemu chętnemu, kiedy nie było cię w domu.” „Zostaw mnie, ty potworze!” — ryknąłem z bólem i odwróciłem głowę w kierunku zmory. Dopiero teraz zauważyłem, że po jego długich, szponiastych palcach wąskimi strumykami ścieka krew. „Ty?” — krzyknąłem oniemiały. — „Ty to zrobiłeś?” „A czy to nóż zabija, czy raczej ręka, która go dzierży?” — odpowiedział pytaniem. — „Nie odebrałbym im życia, gdybyś ty tego nie chciał.” W napadzie szału skoczyłem na dzieciobójcę z pięściami, lecz ten zdążył rozpłynąć się w powietrzu, nim zdołałem go dotknąć. Choć straciłem go z oczu, w dalszym ciągu słyszałem jego śmiech. Obleśny rechot, który bezlitośnie wył w mojej głowie, podczas gdy ja opuściłem miejsce kaźni i rzuciłem się biegiem przez ośnieżone pola w kierunku najbliższej wioski. Gdy już tam dotarłem, wędrowałem od jednych drzwi do drugich, łomocząc w nie i błagając ludzi o pomoc.
Jak łatwo można się domyśleć, nikt nie wierzył w moją niewinność i wyłącznie dzięki histerycznemu oskarżaniu o całe popełnione zło nieludzkiej istoty, którą jedynie ja mogłem dostrzec i usłyszeć, uratowałem się przed stryczkiem. Zamiast tego zamknęli mnie w szpitalu dla psychicznie chorych przestępców. Śmiem jednak twierdzić, iż los, jaki mnie spotkał w tym szarym, ponurym gmachu leżącym w znacznej odległości od miasta, okazał się gorszy od samej śmierci. Władzę nad ośrodkiem sprawowała grupa sadystycznych pseudolekarzy stosujących przemoc jako standardowy środek sprawowania kontroli nad pacjentami. Pobicia, przymusowe głodówki czy też okrutne metody leczenia były tutaj na porządku dziennym. W tym obrzydliwym piekle brudu, nienawiści i cierpiących dusz znalazła się jednak jedna jedyna osoba, która przynosiła mi ukojenie. Był nią psychiatra o imieniu Adam. Starszy, siwy mężczyzna w okularach o drobnym, wątłym ciele i wielkiej dobroci. Był on wielkim zwolennikiem leczenia moralnego, czyli traktowania osób obłąkanych jako pełnoprawnych ludzi, obdarzonych takimi samymi uczuciami jak wszyscy inni. Jako jedyny z całego personelu nie gardził mną, a wręcz przeciwnie, głęboko mi współczuł.
Nieraz ochronił mnie przed okrutnymi pielęgniarzami oraz dbał o to, abym chociaż raz na jakiś czas zjadł coś lepszego niż śmierdzące odpadki. Pewnego letniego popołudnia Adam przyszedł do mojej sali i poprosił o chwilę rozmowy. Usiadłem na krawędzi łóżka, a on spoczął tuż obok na krześle, po czym uśmiechnął się do mnie i zapytał o samopoczucie. „Bardzo tęsknię za bliskimi” — odpowiedziałem. — „Chciałbym zobaczyć kogoś z rodziny albo jednego z moich przyjaciół. Kiedyś miałem ich tak wielu.” „No cóż” — zrobił zatroskaną minę. — „Nie jesteś jedyny. Do żadnego z moich pacjentów nikt nie przychodzi w odwiedziny. Nawet do tych, którzy nikogo nie skrzywdzili.” „A czy mam szansę kiedyś stąd wyjść?” Przerwałem mu. Przecież jestem posłuszny.
Z nikim się nie kłócę. Zawsze dobrowolnie poddaję się zabiegom, jakkolwiek okropne by one nie były. „Posłuchaj, Edwardzie.” Adam położył mi dłoń na ramieniu, żeby mnie uspokoić. „To wszystko prawda. Jesteś jednym z moich ulubionych pacjentów i wzorem dla całego szpitala. Jednak ze względu na to, co zrobiłeś, wypuszczenie cię na zewnątrz wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem. Musisz się pogodzić z tym, że spędzisz tutaj resztę swojego życia.” Te słowa przeszyły moje serce niczym zatruty sztylet. Nie pozostało mi już nic innego, jak ukryć twarz w dłoniach i zapłakać. Czy to właśnie taki cel chciała osiągnąć gnębiąca mnie kreatura? Zniszczyć mnie?
Jeżeli tak, to w pełni mu się to udało. „No jak tak można?” Dobiegł do mych uszu znajomy, obśmiewczy głos. „Przecież jesteś człowiekiem i to wysoko urodzonym, a nie jakimś zwierzęciem, które można zamknąć w małej, brudnej klatce.” Podniosłem wzrok. Czarny upiór stał dokładnie za Adamem i zbliżał pazurzaste dłonie do jego szyi. Wrzasnąłem, zrywając się z łóżka, lecz upiór okazał się szybszy. Chwycił lekarza za gardło i rzucił nim na podłogę. Ten, sparaliżowany, nawet nie próbował się bronić, podczas gdy demon silnym chwytem miażdżył mu krtań. Bez wahania ruszyłem na pomoc memu przyjacielowi, lecz niewiele mogłem zdziałać. Choć próbowałem oderwać smoliście czarne palce z szyi lekarza, te nie ustępowały i nim do pomieszczenia wtargnęli zwabieni mym krzykiem pielęgniarze, Adam skonał. „Zostaw go, bydlaku!” Warknął jeden z sanitariuszy, po czym, nie czekając na moją reakcję, uderzył mnie z całej siły w twarz.
Odpełzłem w kierunku ściany, trzymając się za broczący krwią nos. Jednak napastnicy bynajmniej nie zamierzali poprzestać tylko na jednym ciosie. Zamiast tego zaatakowali mnie, kopiąc bez litości po całym ciele, aż straciłem przytomność. I tak wylądowałem tutaj, w izolatce o wymiarach dwa metry na jeden. Moje miejsce do spania to kupka spleśniałej słomy. Wyposażenie celi stanowią ponadto zardzewiały kubeł na fekalia oraz gruby, ciężki łańcuch, którym przykuto mnie do ściany. Złamana podczas brutalnego pobicia noga zrosła się krzywo, przez co poruszanie nawet po takiej małej klitce przychodziło mi z trudem, a jedyny kontakt z innymi ludźmi miewam tylko rano oraz wieczorem, kiedy jeden z pielęgniarzy przynosi mi talerz obrzydliwej zupy i opróżnia wiadro z odchodami. Bardzo rzadko się przy tym odzywa, a raczej tylko patrzy wzrokiem przesyconym pogardą i nienawiścią. Co gorsza, czarna kreatura wciąż jest przy mnie. W dzień bezustannie naśmiewa się z mojego cierpienia, nocą zaś drapie pazurami po ścianach, nie pozwalając mi zasnąć.
Nawet teraz, gdy spoglądam na zachód przez małe, zakurzone okienko, widzę w nim również odbicie jego odrażającej twarzy. Zastanawiam się tylko, czy kiedy już przyjdzie mi umrzeć, to ta bestia podąży za mną w zaświaty, by tam również mnie dręczyć. A może umarłem jeszcze przed własnymi narodzinami i właśnie teraz pogotuję w piekle? Marcin Huber, „Poczekalnia”. „Proszę pana, niech pan się obudzi.” Zerwałem się gwałtownie. Natychmiast musiałem przesłonić oczy dłonią, gdyż słoneczne promienie dosłownie mnie oślepiły. „Gdzie ja jestem i co się dzieje?” – wychrypiałem. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że właściwie to nie wiem, kim jestem. „To chyba jakaś plaża” – powiedziała dziewczyna, która przed chwilą mnie obudziła. Moje oczy przyzwyczaiły się już do słońca, mogłem więc dostrzec, że była szczupła.
Włosy opadające na ramiona niczym wodospad miały kolor ciemnobrązowy. Nieznajoma ubrana była w zwiewną, lekko prześwitującą sukienkę. „Przepraszam panią, ale kim pani jest? Kim ja jestem i skąd tu się wziąłem?” Byłem zdezorientowany, ale nabierałem coraz większej pewności, że już kiedyś widziałem jej twarz. „Nie mam pojęcia. Nie wiem, kim pan jest. Nie wiem nawet, kim ja jestem. Obudziłam się na tej plaży i…” Rozejrzałem się. Na piasku było mnóstwo śladów stóp, ale w zasięgu wzroku nikogo nie było widać. „Przepraszam, ale…” zaczęła z wahaniem.
„Proszę, niech pani pyta, śmiało.” Zdawałem sobie sprawę, że o cokolwiek zapyta, najprawdopodobniej nie będę potrafił odpowiedzieć. „Czy pan cokolwiek pamięta? Jakieś imiona bliskich, adres, numer telefonu, cokolwiek?” Było dokładnie tak, jak przypuszczałem. Nie potrafiłem odpowiedzieć na żadne z zadanych pytań. „Niestety, mam w głowie pustkę. Nic, dosłownie nic nie pamiętam.” Usiadłem na wilgotnym piasku. Czułem na twarzy delikatny wiatr niosący charakterystyczną woń morza. Dziewczyna usiadła obok mnie. „Adam. Będziesz miał na imię Adam” – powiedziała po dłuższej chwili.
„Słucham?” Wytrzaszczyłem oczy. Nie miałem pojęcia, o czym ona mówi. „Skoro nie pamiętamy swoich imion, będę cię nazywała Adamem. A ty, ty wymyśl jakieś imię dla mnie.” Na poważnej dotąd twarzy dziewczyny zajaśniał w końcu uśmiech. Śmiały się również jej oczy. „Nie wiem. Nie mam pojęcia, jak masz na imię” – stwierdziłem. „Ale ja nie pytam cię, jak mam na imię. Proszę tylko, żebyś jakieś imię wymyślił dla mnie”. Spojrzałem w niebo.
Było piękne, błękitne. Tylko tu i ówdzie żeglowały po nim delikatne, postrzępione obłoki. Męczące uczucie związane z brakiem jakichkolwiek wspomnień nieoczekiwanie mnie opuściło. Spojrzałem na dziewczynę, wziąłem głęboki oddech i powiedziałem: „Marta, niech będzie Marta”. Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, a potem opadła na plecy. Leżąc na piasku zamknęła oczy i chyba zasnęła. Stwierdziłem, że to nie jest zły pomysł. Piasek pod moimi plecami był gładki i przyjemnie ciepły. Zamknąłem oczy, a potem obraz, którego nie rozumiałem. Karetka, błyskające niebieskie światła, nosze, Marta i te krzyki.
„Tracimy go. Tracimy. Masaż serca, szybko!” Gdy otworzyłem oczy, Marta przekazała się nerwowo, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. „Stało się coś? Coś sobie przypomniałaś?” – zapytałem. Wstałem i podszedłem do niej. Była zdenerwowana i smutna, ale po chwili wyraźnie się uspokoiła. „Miałem dziwny sen. Widziałam lekarzy i pielęgniarki. Chyba byłem w szpitalu”.
Poczułem na plecach zimny dreszcz. Zastanawiałem się przez chwilę, czy powiedzieć jej o tym, co mi się przyśniło. „A ty? Tobie coś się przypomniało?” Nic. Kompletnie nic. Gdy zapadł zmrok, a na niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy, pozbierałem trochę drewna. Miałem w kieszeni zapalniczkę, więc z rozpaleniem ognia nie było problemów. Marta siedziała, wpatrując się w płomienie, a w jej oczach pojawiły się łzy. „Dlaczego płaczesz?” „Nie wiem, czy to tylko sen. Mam złe przeczucia.
Boję się, że stało się coś złego”. Przysiadłem bliżej, a potem delikatnie objąłem ją ramieniem. Marta spojrzała na mnie zdziwiona i wyraźnie zaskoczona. „Czy ty się do mnie przystawiasz?” – zapytała z lekkim uśmiechem. „Nie, nie. No skąd” – odpowiedziałem, próbując ukryć zażenowanie. Marta przysunęła się do mnie jeszcze bardziej. Siedzieliśmy tak wpatrzeni w ogień. Drewno cicho trzaskało. Ciepły dym omiatał nas od czasu do czasu, a gwiazdy nad nami delikatnie mrugały.
„Gdyby to była randka, byłoby cholernie romantycznie. Tylko wina brakuje” – pomyślałem. Marta jakby czytała w moich myślach. Wstała, przeciągnęła się lekko i powiedziała: „Może to dziwne, ale mam ochotę tańczyć”. „Nie ma żadnej muzyki” – powiedziałem i dokładnie w tym momencie usłyszeliśmy, że ktoś gra na gitarze. Pobiegliśmy w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Za wydmą zobaczyliśmy ognisko i siedzących przy nim dwoje starszych ludzi. Mężczyzna grał na gitarze. Kobieta miała piękny uśmiech. Wtulała się w ramię partnera i trzymając w dłoni kieliszek wina, słuchała muzyki.
Podeszliśmy powoli do nieznajomych. „Dobry wieczór” – powiedziałem. „Dobry wieczór. Nie jesteście za młodzi, żeby tu być?” – bardziej stwierdziła, niż zapytała kobieta. Starszy pan odłożył gitarę i wskazał ręką miejsce przy ognisku. „Mam na imię Michał, a to moja żona Natalia”. „Miło nam. Ja jestem…” Marta zauważyła, że się zawahałem i dokończyła za mnie: „Jestem Marta, a to Adam. Czy wiedzą państwo, gdzie jesteśmy? Chyba się zgubiliśmy”.
„Jesteście tu, gdzie nie powinno was być” – powiedział pan Michał. Marta chyba się przestraszyła, gdyż złapała mnie za rękę tak mocno, iż poczułem, jak jej paznokcie wbijają się w moją dłoń. „Nie bójcie się, nic wam nie zrobimy. Siedzimy tu w tym romantycznym zakątku. Czekamy na nasze dzieci. Niedługo tu przyjdą”. Mówiąc to, pani Natalia wyraźnie posmutniała. „Wcale nie chcę, żeby oni tu przyszli” – pomyślałem. „Dawno nie mieliśmy okazji, aby ot tak, po prostu pogadać z kimś nowym” – powiedział pan Michał. „Nowym?
Ale co? Co to znaczy?” – zapytałem zaniepokojony. Mężczyzna podał mi dwa kieliszki. Jeden dla mnie, drugi dla Marty. Pani Natalia nalała nam wina. „Jesteście tu, gdzie mieliście się spotkać”. Pan Michał powiedział to tak, jakby to miało nam wszystko wytłumaczyć i było zupełnie oczywiste. Podniósł gitarę i zaczął grać melodię smutną, a zarazem optymistyczną. Marta przytuliła się do mnie, kładąc głowę na moim ramieniu. Te wszystkie enigmatyczne odpowiedzi, które rodziły właściwie jeszcze więcej pytań, niż przynosiły wyjaśnień.
Amnezja moja i Marty, dziwne sny. To było zbyt wiele. Powoli zacząłem nabierać przekonania, że wszystko to tylko mi się śni, że zaraz się obudzę. Pani Natalia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się jakoś tak dziwnie, jakby czytała w moich myślach. „Adamie, nie możemy powiedzieć wam, gdzie jesteście ani dlaczego tu jesteście” – powiedziała. „Tego nie wolno nam zrobić. Pogódźcie się z tym. Po prostu bądźcie tu z nami i czekajcie.” Marta nie wytrzymała. „Na co mamy czekać? Na co?
No i z czym? Z czym mamy się pogodzić?” – krzyknęła. Pan Michał przestał grać. Odłożył gitarę, wstał i powiedział: „Myślę, że powinniście trochę ochłonąć. Przejdźcie się, uspokójcie. Może wtedy wszystko stanie się jaśniejsze.” Schylił się, podał mi nieodkorkowaną butelkę wina i szepnął: „Wróćcie, jak już zrozumiecie.” Nasze ognisko prawie zgasło. Marta podniosła z piasku muszelkę i podała mi ją, prosząc, żebym schował ją do kieszeni na później. Tak powiedziała. Otworzyłem butelkę i usiedliśmy na piasku. W oddali słychać delikatny ton gitary.
„Chyba mieliśmy zatańczyć” – powiedziała Marta i uśmiechnęła się do mnie. Nie potrafiłem poskładać myśli. Czułem, że to wszystko mnie przerasta. W mojej głowie huczało echo słów wypowiedzianych przez panią Natalię i pana Michała. „Jesteście tu, gdzie mieliście się spotkać. Po prostu bądźcie tu z nami i czekajcie.” Marto, a tobie jak się wydaje? O czym oni mówili? „Jak zatańczymy, to może ci powiem” – stwierdziła zalotnym tonem. Marny jest ze mnie tancerz, a właściwie to w ogóle nie potrafię tańczyć. Marta wtuliła się we mnie.
Jej policzek delikatnie musnął moją szyję. Muzyka wyznaczała nam rytm. Ogień rzucał blask na włosy dziewczyny. W tej jednej chwili zapomniałem o wszystkich zmartwieniach i wszystkich tych pytaniach bez odpowiedzi. Nic nie wiedziałem o Marcie. Mało rozmawialiśmy, a jednak czułem, że jest mi bliska. Czyżbym się w niej zakochał? W każdym razie ona czytała mnie jak otwartą książkę, a jeśli tak, to wie również o moim śnie. Adam, czy wiesz, co się stało? A co miało się stać?
Marta zatrzymała się w tańcu i spojrzała mi głęboko w oczy. Potem podniosła dłoń do mojej twarzy i delikatnie pogładziła palcami moje usta. Adam, wiesz, o co pytam. Dlaczego tu jesteśmy? Nie wiem i nie daje mi to spokoju. „Ja już wiem, ale nie mogę ci tego powiedzieć. Jeszcze nie mogę.” Było tak romantycznie, tak cudownie. A potem cały ten romantyzm prysnął. Marta zaśmiała się głośno, złapała mnie za rękę i krzyknęła: „Wróćmy do tych ludzi. Teraz!
Chodź.” „Szybko uporałaś się z tą zagadką” – stwierdziła z uznaniem pani Natalia. „Już wiesz.” Marta spojrzała na mnie i powiedziała: „Umieramy.” Poderwałem się z miejsca i mało brakowało, a przewróciłbym się o koc, na którym wcześniej siedziałem. O czym ty mówisz? Jak to umieramy? – krzyknąłem. Poczułem się tak, jakbym miał za chwilę zemdleć. Moje serce, no właśnie, ono nie biło. Marta wstała i przytuliła mnie mocno. „Uspokój się. Im szybciej zrozumiesz to, co się tu dzieje, tym szybciej zaznasz spokoju.” Jak to umieramy?
– jęknąłem. Przecież jestem. Widzę, słyszę i czuję. Ty też tu jesteś. To znaczy, że też umierasz? Oni też umierają? Gospodarze popatrzyli po sobie zaskoczeni. Adam, posłuchaj mnie. Ja już jestem spokojna. Pogodziłam się z moim losem i wiem, że mnie kochasz.
Musisz wiedzieć, że i ja cię kocham. Przypomniałem sobie wszystko. Na drodze, którą jechałeś na tę plażę, był wypadek. Auto, które prowadziłeś, uderzyło w tył mojego auta, a potem wypadliśmy z drogi. Przed moimi oczami pojawił się obraz dachującego samochodu. W ustach czułem krew, a klatka piersiowa bolała mnie jak wszyscy diabli. Nie mogłem złapać oddechu. Widziałem karetkę, Martę na noszach, jej zakrwawioną sukienkę. Upadłem na kolana i zacząłem bić pięściami w piach. Marta dotknęła mojej głowy i klęknęła tuż obok.
„Uspokój się. Mieliśmy się tu spotkać i spotkaliśmy się. Zawsze się kochaliśmy i zawsze będziemy się kochać. Nie było nam dane tym razem przeżyć wielu pięknych chwil, ale ja na ciebie zaczekam.” Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. To było nierealne, ale tak dokładnie opisywało to, co zobaczyłem i poczułem w przebłysku wspomnień. Jeśli to prawda, to nie wybaczę sobie tego, co się stało. Bo jak mam pogodzić się z tym, że umieram, że tracę miłość, której tak naprawdę nie znam? Miłość, która jest na wyciągnięcie ręki. „Zobaczymy się szybciej, niż ci się wydaje i znowu będziemy mogli zatańczyć. Zatańczyć na tej plaży.” Marta pocałowała mnie w czoło, a potem nagły ból zaczął rozrywać moją klatkę piersiową.
Obudziłem się na szpitalnym łóżku. Nie czułem nic poza przeraźliwym bólem. Odwróciłem wzrok w stronę drzwi. Były zamknięte. Chciałem krzyczeć, ale rura w moim gardle skutecznie to uniemożliwiła. Zacząłem się dławić. Jakiś czas później do pokoju weszła pielęgniarka. „Doktorze, pacjent się wybudził.” Do sali wszedł jakiś młody lekarz. Był wyraźnie zdziwiony. Widocznie nie dawał mi wielkich szans.
„Ktoś tam na górze nad panem czuwa” – powiedział. „To prawdziwy cud, że pan żyje. Stracił pan płuco. Połamane żebra uszkodziły serce. Nie mam dla pana dobrych wieści.” W tym momencie straciłem przytomność. Nic mi się nie śniło. Nie było plaży, nie było niczego. Kolejne tygodnie w szpitalnym łóżku były niekończącą się męką. Cierpiałem przy każdym oddechu, a moje ledwie słyszalne prośby przelatywały obok odwiedzających i personelu niezauważone. Gdy w końcu zebrałem się na krzyk, pielęgniarka podeszła do mnie.
„Siostro, co się stało z pacjentką z wypadku?” – zapytałem. – „Z tą, z którą mnie przywieziono.” „Przykro mi, ale pani Marta… Ona zmarła jeszcze tego samego dnia.” Marta? A jednak miała na imię Marta. Uśmiechnąłem się do swoich myśli i niemal w tym samym momencie zacząłem płakać. Serce zakłuło mnie boleśnie. Zacisnąłem pięści i ból w jednej chwili ustąpił. Poczułem woń morskiego wiatru. Jeszcze raz spojrzałem w stronę wejścia do sali. Marta stała tam, uśmiechając się do mnie.
Nie czułem już bólu. Wstałem z łóżka i razem z Martą przeszliśmy przez drzwi. Znowu byliśmy na plaży, ale tym razem było tu mnóstwo ludzi. Piotr Pocałuń, „Prawdziwa miłość”. Budynek, w którym znajdował się urząd pocztowy, nie wyróżniał się niczym szczególnym, jak to w małym, zapydziałym miasteczku. Wewnątrz również nie było nic, na co można byłoby zwrócić uwagę. Po lewej stronie na półce znajdowała się wystawka nowych znaczków dla filatelistów oraz zabawki z logo „Strażak Sam”. Ani jeden, ani drugi towar prawie nigdy nie znajdował nabywców. Natomiast po prawej stronie leżała sterta poradników siostry Zofii, jak zrobić najlepsze przetwory mączne oraz dziwaczne kolorowanki dla dzieci, które mogły je raczej przestraszyć niż nauczyć kreatywności. Pieprzona Poczta Polska.
Paczka, polecony, przelew i tak do usranej śmierci. Tę ponurą, ale ze wszech miar słuszną refleksję przerwała mu wysoka brunetka około czterdziestki, która weszła szybkim krokiem do punktu obsługi klienta. „Panie Andrzeju, za chwilę ósma” – powiedziała, stojąc obok. – „Niestety dziś nie będzie pani Ani i słowem, jest pan sam. Da pan radę?” – zapytała, chociaż doskonale wiedziała, że nie pozostawia swemu pracownikowi żadnego wyboru. „Oczywiście, pani kierownik” – odpowiedział, a w myślach dodał: „Niech cię szlag”. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie. 7:50. No to zaraz się zacznie. Pod drzwiami wejściowymi stał już klient.
Trudno było określić jego wiek, gdyż miał na głowie kaptur. Nerwowo szarpał za klamkę, jakby wysłanie jakiejś gównianej paczki było na wagę życia lub śmierci. „Poczekaj chwilę. Wytrzymasz. Na pewno wytrzymasz” – pomyślał i spojrzał na zegar. 8:00. Klient wszedł chwiejnym krokiem i rzucił niedbale kopertę na ladę przed Andrzejem. „Polecony do Warszawy” – powiedział. – „To dla mnie życie lub śmierć. Albo jakoś tak.” Andrzej wyczuł woń nieprzetrawionego alkoholu.
„Nadużyło się wczoraj” – stwierdził w duchu, a głośno powiedział: „Dobrze, ale proszę pana, musi pan wypełnić druczek.” Podał mężczyźnie blankiet i odwrócił wzrok. „Ale ja nie mogę. Nie mogę, bo mi się ręce trzęsą. Niech pan wypełni.” W tym momencie do pomieszczenia weszła kierowniczka poczty i spojrzała wymownie na Andrzeja. „Oczywiście, pomogę panu” – odparł, a w duchu pomyślał: „Niech cię szlag trafi, dziadu.” „Do kogo adresujemy?” – zapytał. „Agnieszka Justasz” – odpowiedział mężczyzna. „Proszę teraz podać ulicę i kod pocztowy.” „Sobieskiego 23/13. Ale kodu nie znam. To w Warszawie.” „Proszę pana, Warszawa ma wiele kodów. Nie zna pan właściwego?” „A pan pracuje na poczcie i też pan nie zna?
To co pan tu robi?” – odparł, wyraźnie zdenerwowany, chwiejąc się na nogach. „Nie mogę znać na pamięć wszystkich kodów” – odpowiedział Andrzej. – „Ale mogę sprawdzić w internecie” – dodał i mimo woli spojrzał w stronę, gdzie stała kierowniczka poczty, od której niestety zależała jego premia. „No! I to właśnie jest obsługa klienta.” – dodał podpity jegomość, nachylając się w stronę lady. Nieprzyjemna woń wczorajszego alkoholu buchnęła na Andrzeja. „Panie Andrzeju, czy napije się pan kawy?” – zapytała kierowniczka, gdy na poczcie nie było już żadnych oczekujących klientów. „Jeśli pani taka dobra, to chętnie.” Odparł. „Tak myślałam. Proszę kupić sobie coś nowego.
Ten pana niebieski sweter jest już, jak by to powiedzieć, nie najnowszy. Proszę się częściej golić. Sam pan rozumie, tu przychodzą ludzie.” Droga z poczty do domu jak zawsze była męcząca. Ciągle spotykał tych samych ludzi. Dzień po dniu te same twarze. Przerażające. I każdy chce, żeby mu powiedzieć „dzień dobry”, bo tak wypada. Gówno wypada! Skąd wiecie, że dzień jest dobry? Czy jest dobry i czy go wam życzę?
W bloku, w którym mieszkał, starsza kobieta zamiatała podłogę klatki schodowej tuż przy drzwiach do jego mieszkania. Niby taka porządna, ale on dobrze wiedział, że to tylko pretekst, aby szpiegować sąsiadów. Kto, kiedy, a najważniejsze z kim wraca do domu. „Ta wiedźma chyba specjalnie zaśmieca klatkę” pomyślał. „Zaśmieca, żeby mieć pretekst do niekończącego się zamiatania.” „Panie Andrzeju” zawołała z daleka kobieta. „Coś pan dzisiaj niewyraźny.” „Szlag. Następna” pomyślał, ale na głos stwierdził: „Za to pani wygląda kwitnąco.” „Panie Andrzeju” złapała go za ramię. „Niech pan wpadnie na herbatkę. Mam pyszne ciasteczka maślane. Nikt pana nie odwiedza.
Żyje pan jak pustelnik. Martwię się o pana.” „Lepiej być pustelnikiem, niż jeść z tobą ciasteczka” pomyślał. Wersja wypowiedziana na głos brzmiała jednak inaczej. „Pani Joanno, na pewno przyjdę, ale jeszcze nie teraz. Wie pani, że jestem zapracowany.” „E tam, zapracowany. Całymi wieczorami przesiaduje pan w domu. Nikt pana nie odwiedza. I jeszcze jedno.” Nie pozwoliła mu wejść do mieszkania, zastępując stanowczo drogę. „Kto to jest ta Marzenka, o której pan mówił? Pamięta pan?
Wtedy jak pan był w dobrym humorze.” „Pani Joasiu, powiem pani, jak będę gotów.” „Dobrze, dobrze” odpowiedziała. „Ale nigdy jej tu nie widziałam ani nikogo innego, kto by pana odwiedzał.” „Do widzenia” stwierdził szybko, a następnie przemknął się obok kobiety, otworzył drzwi i wbiegł do mieszkania. Energiczne trzaśnięciem, które niemal wyrwało zawiasy z futryny, było tylko logicznym dopełnieniem sceny. Pokój, w którym leżał, był zaniedbany. Andrzej nie miał czasu ani ochoty na remonty. Liczyło się tylko nocne spotkanie z Marzenką. Która godzina? Dopiero dziewiąta. Nie, na pewno nie przyjdzie. Trzeba czekać.
Warto. Wypadł z mieszkania niczym błyskawica. Kierował się w stronę pobliskiego parku. Światło gwiazd i blask księżyca, jak zawsze w pełni, oświetlały teren. Można było rozpoznać gatunki poszczególnych drzew, a nawet zwierzęta chowające się za pniami. Ona schowała się natomiast za niebieskimi kwiatami bzu. Jak zawsze. Dostrzegł ją jednak z daleka. Lubiła się z nim droczyć. „Dlaczego się ukryłaś?” zawołał.
„A nie chcesz mnie szukać?” dodała przekornie i uśmiechnęła się do niego. Po powrocie ze spotkań zastanawiał się zawsze, jak ona naprawdę wygląda. Znał ją tylko z nocnych randek i prawie nigdy nie umiał przypomnieć sobie szczegółów jej twarzy ani sylwetki. Zawsze myślał o niej jak o promiennej, ciepłej istocie, która spadła mu z nieba. „Chodź, pobiegniemy nad potok” powiedział, próbując złapać ją za rękę, ale jej dłoń wymknęła się uściskowi. „Nie teraz. Coś ci opowiem. Wiesz, poznałam nowe gwiazdy” powiedziała, wskazując na nocne niebo. „Nowe?” zdziwił się. „Przecież wiesz” stwierdziła i delikatnie musnęła go ustami w policzek.
„To moi przyjaciele. A wczoraj rozmawiałam z drzewem.” Wskazała na stojącą obok alejki sosnę. „Powiedziała mi, że jestem piękna. A co ty o tym sądzisz?” „Powiem ci, jak ty mi powiesz” odpowiedział, głęboko wciągając powietrze do płuc. „Jaki masz kolor oczu, Marzenko?” „Powiem ci jutro, Andrzejku. Obiecuję” odparła. „Ale teraz musisz już iść. Musisz. Wiesz o tym.” Zostały jeszcze dwie godziny do szóstej. „Chwilę się zdrzemnę” pomyślał.
Nastawił budzik w komórce i rzucił się w ubraniu na tapczan. Głośny dźwięk telefonu wyrwał go z głębokiego snu. Szlag by to trafił. Pieprzona Poczta Polska. Tuż po ósmej rano na poczcie jak zwykle było dużo ludzi. Andrzej nie dawał rady wszystkiego ogarnąć, gdyż Anki w dalszym ciągu nie było. „Co się z tobą dzieje?” rzuciła ostrym tonem kierowniczka. „Wyglądasz, jakbyś całą noc nie spał. Co ty wyrabiasz?” „Nic takiego. Spałem, pani kierownik.
Spałem jak aniołek, naprawdę” odparł cicho. „Może jestem chory.” „Chore to jest twoje tłumaczenie. Ty masz pracować.” Spojrzała na niego z góry. „Zrobię ci kawę, żebyś stanął wreszcie na nogi, chłopie.” Paczka, polecony, przekaz. Paczka, polecony, przekaz. Paczka, polecony, przekaz. Pieprzona Poczta Polska. Wieczorem znów pobiegł do parku, ale Marzenki nie było. Dopiero po dłuższej chwili przepełnionych lękiem poszukiwań odnalazł ją nad brzegiem potoku. „Marzena, bałem się, że nie przyjdziesz” – wyszeptał.
„Przecież chciałeś dowiedzieć się, jaki mam kolor oczu” – odpowiedziała i wskazała na płynący między drzewami potok. „Patrz.” Podeszła do strumienia i zanurzyła ostrożnie dłoń w wodzie. Ze wszystkich stron podpłynęły do jej palców kolorowe rybki, ale dziwnym trafem te o odcieniu brązowym były jakby bardziej śmiałe. Podpływały najbliżej i nawet delikatnie muskały skórę. „Brązowe. Masz brązowe oczy” – krzyknął. „Tak, zawsze miałam.” Zaśmiała się, a następnie zatańczyła. Jej bose stopy zdawały się nie dotykać trawy. „A ty? Jakie ty masz oczy?” „No cóż” – odpowiedział zmartwiony.
„Niebieskie. Niestety niebieskie.” „Czemu się smucisz?” – zapytała, dotykając dłonią jego ust. „Niebieskie jest niebo, ocean. Niebieskie mogą być również marzenia, ale zależy, o czym marzysz.” „To piękne. Piękne to, co mówisz.” Uśmiechnął się i chciał ją przytulić, ale jak zwykle umknęła mu i schowała się za krzakiem bzu. „Musisz już iść.” – pomachała mu ręką. „Noc się kończy.” Na poczcie znowu nie było Anki. Musiał wszystko robić sam. „Niech to wszystko szlag trafi. Mam już dość” – myślał raz po raz.
Do pomieszczenia weszła kierowniczka i spojrzała na niego z pogardą. „Panie Andrzeju” – stwierdziła. „Są skargi na pana opieszałość i brak kultury. Mówiłam panu, żeby zmienił pan w końcu ten sweter. W końcu reprezentuje pan urząd, Pocztę Polską.” Nie wytrzymał. Wstał i rozrzucił leżące na biurku kartki oraz koperty. „W nosie mam Pocztę Polską” – powiedział, a potem, nie czekając na reakcję przełożonej, wybiegł z budynku. „Co się stało, panie Andrzeju?” – zapytała staruszka zamiatająca klatkę schodową. „A, to pani. Pani też jest z nimi w zmowie.” – odburknął złośliwie.
„Dobrze wiem, że mnie pani szpieguje.” „Co pan?” – cofnęła się do ściany. „Przecież wie pan, że pana lubię.” „Przepraszam panią.” Zrobiło mu się trochę głupio. „Jutro zaczynam nowe życie.” „Jakie? Jakie?” – zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi, bo on zamykał już drzwi od mieszkania. „Dopiero 20:00.” – pomyślał, leżąc na tapczanie. „Ale wytrzymam. Wytrzymam. Zostanę z nią.” Nie wytrzymał. Jeszcze przed 22:00 wybiegł z mieszkania i skierował się w stronę parku. Marzenki nie było.
„Muszę chwilę poczekać. Jestem za szybko” – pomyślał. Księżyc był jak zwykle w pełni i jak zawsze nie było słychać samochodów ani żadnych innych odgłosów całego tego gównianego miasta. „Cześć.” – zaskoczyła go. Podeszła od tyłu i połaskotała go delikatnie w kark. „Jestem.” „Witaj.” – uśmiechnął się. „Podjąłem decyzję. Zostaję z tobą.” „Ale wiesz, co to oznacza?” – odparła, przeczesując zalotnie włosy dłonią. „Nie ma odwrotu. I jeszcze powiem ci, jakie mam kolor włosów.” – dodała, chowając się za krzakiem bzu.
„Ale ja już wiem!” – zawołał, biegnąc za nią. „Masz włosy koloru słońca.” „Jesteś pewien?” „Mam cię.” – zawołał, chwytając ją mocno za dłoń. Spomiędzy drzew zaczynały prześwitywać pierwsze promienie wschodzącego słońca. Delikatne światło tańczyło na kroplach rosy, jakby mówiąc: „Już czas. Już czas. Już czas.” Syrena karetki pogotowia obudziła mieszkańców bloku przy ulicy Parkowej. Na miejscu była już policja. Stojąca w drzwiach wejściowych staruszka nerwowo zacierała ręce. „Proszę się uspokoić i opowiedzieć jeszcze raz.” – łagodnym głosem poprosił jeden z policjantów. „Panie komisarzu” – wykrztusiła.
„Tak jak mówię, tuż obok mieszka pan Andrzej. Od dwóch dni nie wychodził z domu, a wiem, bo widziałam go zawsze, jak wychodził i wracał z pracy. A od dwóch dni nic się nie dzieje.” „Dobrze, spokojnie.” – odparł policjant. Próby pukania i dzwonienia nie przyniosły efektów. W końcu ktoś zniecierpliwiony chwycił za klamkę. Drzwi były otwarte. Bałagan panujący w mieszkaniu wskazywał, że osoba w nim mieszkająca nie miała zamiłowania do porządku i czystości. W sypialni młody mężczyzna około trzydziestki leżał na tapczanie w skotłowanej pościeli. Prawdopodobnie nie żył. Lekarz z karetki stwierdził zgon.
Mężczyzna nie żył od co najmniej dwóch dni. „Czy miał jakąś rodzinę lub znajomych?” – policjant zwrócił się do staruszki. „Nikt go nie odwiedzał. Raczej nie miał.” – odparła. „Coś mówił o jakiejś Marzence, ale nigdy jej tu nie widziałam. Panie doktorze” – staruszka zwróciła się do lekarza. „Może to ważne. On często mówił, jak miał dobry humor, że dusza może we śnie opuszczać ciało i gdzieś wędrować. Mówił o jakichś podróżach. Nie pamiętam tego określenia.” As...
astro... astralnych. Domyślił się lekarz. Słyszałem o tym. Niektórzy ludzie wierzą, że we śnie ich jaźń podróżuje do innych światów. Ale to bujdy. Proszę w to nie wierzyć. Więc co mu się stało, panie doktorze? Zawał. Zwykły zawał.
Nic magicznego. To powiedziawszy, ruszył w kierunku wyjścia. Starsza kobieta stała obok tapczanu Andrzeja i przez długą chwilę patrzyła na twarz zmarłego. Dziwne, pomyślała. Rysy mężczyzny były pogodne. Miała wrażenie, że nieżyjący sąsiad uśmiecha się delikatnie. Poczuła zimny dreszcz na plecach. Przecież nie można cieszyć się z zawału, pomyślała. Marzenko, już wiem, jaki masz kolor oczu. Wiem, jaki jest kolor twoich włosów.
Czuję twój dotyk. Powiedz mi, co będzie dalej. Chodź, pokażę ci. Odpowiedziała, ściskając mocno jego dłoń i poprowadziła go w kierunku potoku. Ubrany w sportowy strój mężczyzna jak co rano biegł parkową alejką. Jednak tego dnia coś niezwykłego przykuło jego uwagę. Co do cholery? Pomyślał. Obok płynącego między drzewami potoku stały dwa krzaki bzu zrośnięte ze sobą. Nigdy ich tu wcześniej nie było, pomyślał mężczyzna.
Nieważne. Nie mam czasu na bzdury. Ostatecznie udało mi się w końcu zdobyć pracę. Zwolniło się stanowisko na poczcie.
[06:20:34] - Tak, proszę państwa. No i dotarliśmy do brzegu. Dotarliśmy do portu. Co w kontekście gościa, którego dzisiaj mieliśmy, Cezarego Czyżewskiego i jego powieści „Ametyst” to jest bardzo à propos. Przypomnę, ta powieść opowiada o losach załogi Ametysta, statku, który sobie w takiej krainie fantasy żegluje. Jest ciekawie, a nawet bardzo ciekawie, ale to musicie sobie państwo, jeżeli przybyliście na końcówkę audycji, przewinąć. Otóż to tyle o dzisiejszej audycji, a ja powiem co za tydzień. A bowiem dzisiaj już jestem pewien. Za tydzień, proszę państwa, będziemy mieli w Bibliotekarium prawdziwy teatr radiowy. Jeżeli pamiętacie państwo jedno z ostatnich zwykłych Bibliotekariów, tam gościem był Igor Frender, autor kryminałów, takich kryminałów retro dziejących się jeszcze w PRL-u w latach 80.
na przykład, gdzie jest milicja, gdzie są dekoracje z tamtej epoki. Porywające kryminały, ale za tydzień Bibliotekarium, paranormalium i my wszyscy, ale przede wszystkim Igor Frender zaprosi państwa na prawdziwy teatr radiowy. Nic więcej nie powiem, niech to będzie niespodzianka, ale za tydzień nastawcie się państwo na to, co w dawnych czasach nazywano słuchowiskiem. Już dzisiaj zapraszam za tydzień na 71. wydanie Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo, za słuchanie, wnikliwe słuchanie. Ja o tym wiem, że państwo słuchacie, bo później dochodzą do mnie komentarze. W związku z tym wiem, że robicie to państwo niezwykle wnikliwie. Bardzo za to dziękuję. Pozdrawiam i do usłyszenia za tydzień.
[06:22:39] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.