Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Piątek, weekendu początek, a skoro piątek i skoro minęła godzina 20:00, to znaczy, że czas najwyższy w Radiu Paranormalium i Book Radio na kolejne spotkanie w Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Kłaniam się z Bydgoszczy. I cóż, startujemy z kolejnym Bibliotekarium 2.0 numer 69. Ludzie mają różne skojarzenia z tą liczbą. No i to pomińmy milczeniem. Tytuł dzisiejszej audycji „Czy żyjemy w symulacji?”. Ja to później państwu wszystko wyjaśnię. A zaczynamy jak zwykle od polecanek. Polecanek czytelniczych. Dzisiaj na tapet bierzemy wydawnictwo Zysk i Spółka.
Książki. Pierwsza z książek, które chciałbym państwu zarekomendować, pojawi się na rynku wydawniczym 30 stycznia, a więc już całkiem niedługo. Jakby to powiedzieć? Tytuł jest dosyć dziwny. Cytuję: „Nacisk śruby i inne opowieści o duchach”. Autorem jest Henry James. Zobaczmy cóż to takiego. W notce redakcyjnej czytamy: „Wybór opowieści o duchach, szaleństwie i rodzinnych tajemnicach. Wybór pióra jednego z najwybitniejszych pisarzy przełomu XIX i XX wieku. Henry James tworzył na styku dwóch kultur amerykańskiej i brytyjskiej i dwóch epok literackich realizmu i modernizmu.
Ma w swoim dorobku nie tylko wnikliwe powieści psychologiczne, lecz również liczne opowiadania grozy, których wybór znalazł się w tej książce. Najsłynniejsze z nich »Nacisk śruby« jest prawdopodobnie najczęściej analizowanym, interpretowanym czy omawianym opowiadaniem o duchach w dziejach literatury. To gotycka opowieść o młodej guwernantce przekonanej, że jakieś tajemnicze siły prześladują znajdujące się pod jej opieką dzieci. Książka zawiera także inne utwory pisarza, między innymi Radosny zaułek, Upiorny czynsz i Sir Edmund Orme”. To była pierwsza pozycja. Druga pozycja. Kiedy to nagrywam, to właściwie jest dzień premiery, czyli 23 stycznia. Natomiast dla państwa to już będzie książka, która się ukazała. Jej tytuł „Jak sprzedać nawiedzony dom”. Autor, już czytam, Gardy Henrix.
I cóż o tej książce możemy powiedzieć? Przerażająca, równocześnie mrocznie zabawna opowieść, której nawiedzony dom przywołuje sekrety z rodzinnej przeszłości. Kiedy Louise dowiaduje się, że jej rodzice zmarli, boi się wracać do domu. Nie chce zostawiać córki z byłym mężem i lecieć do Charleston. Nie chce mieć do czynienia z domem rodzinnym wypchanym po brzegi pozostałościami po karierze naukowej ojca i życiowej obsesji matki na punkcie lalek. Nie chce uczyć się żyć bez dwóch osób, które najlepiej znała i najbardziej kochała. Przede wszystkim zaś nie chce mieć do czynienia ze swoim bratem Markiem, który nigdy nie opuścił ich rodzinnego miasta. Jest bezrobotny i ma siostrze za złe jej życiowy sukces. Niestety będzie potrzebowała jego pomocy, aby przygotować dom do sprzedaży, ponieważ wprowadzanie go na rynek będzie wymagało czegoś więcej niż tylko pomalowania ścian i usunięcia wspomnień z całego życia. Niektóre domy nie chcą bowiem zostać sprzedane.
Ten również ma inne plany. Josh Malerman, autor bestsellera „Nie otwieraj oczu”, napisał o tej książce: „Mistrzowskie połączenie horroru i humoru. Ale największy atut książki »Jak sprzedać nawiedzony dom« to emocjonalność, analiza dynamiki stosunków między bratem i siostrą. Henrix znakomicie relacjonuje podróż do koszmarów z dzieciństwa”. Tak, proszę państwa, to są polecanki na dzisiaj. Ale to nie jest koniec polecanek, bo książkowe polecanki zamieniamy na polecanki czasopiśmiennicze. Tak, proszę państwa, właśnie ukazał się nowy numer Nieznanego Świata. A skoro się ukazał, to jest mus o tym numerze porozmawiać. Zapraszam zatem państwa na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[05:48] - Dzień dobry wieczór Marku. Witam ciebie i wszystkich w kolejnym przeglądzie Nieznanego Świata, nowego numeru. Trochę wyszedłem przed szereg. Przepraszam, wiem, że to ty jesteś tutaj gospodarzem, ale jakoś mnie tak wzięło.
[06:02] - No cóż, a ja po prostu pogrążyłem się w refleksji, bo muszę powiedzieć coś banalnego, ale po tym, jak spotykamy się przy omawianiu kolejnych numerów, to Na podstawie tego wnioskuję, że czas jednak upływa bardzo, ale to bardzo szybko.
[06:22] - Dokładnie. A ten numer, czyli numer lutowy z roku 2024, też ma swoją charakterystykę. Mówiłem to już wcześniej, że są takie numery, które mają swoją charakterystykę. W numerach lutowych przyznawany jest bowiem certyfikat „Nowe Wzorce Sztuki” i w tym roku jego laureatem został uznany kompozytor Andrzej Rejman, współpracownik między innymi Monroe Institute, twórca muzyki improwizowanej o bardzo bogatym dorobku. Postać także w zakresie współpracy z innymi twórcami. Polecam zatem zapoznać się z laureatem i z jego dorobkiem. Ale w tym numerze oczywiście wiele innych interesujących i Marku, nie powiem, dość kontrowersyjnych treści, bo-
[07:05] - No właśnie, jest wywiad i o tym wywiadzie jakbyś opowiedział.
[07:10] - Tak, bo lutowe wydanie otwiera wywiad z bardzo głośną postacią, Christiną von Dreien. To młoda kobieta, która zasłynęła tym, że jako dziecko przekazywała różnego rodzaju oświecone nauki, często dyskusyjne. To nie jest tak, że ona ma grono samych zwolenników. Uznana została za cudowne dziecko. Dzisiaj już jest dorosła oczywiście. Kryształowe dziecko. Mówiła o konieczności przemian na Ziemi. Z drugiej strony była uznawana za objawienie na europejskiej scenie ezoterycznej, za jedną z najbardziej wpływowych młodych osób na tym polu. I ona mówiła i mówi nadal o wielu rzeczach, o potrzebie duchowej przemiany. Oczywiście zahacza też o procesy polityczne, a nawet kontakt z obcymi.
Nie wszyscy się jednak z nią zgadzają, nie wszystkim odpowiada jej bardzo osobliwa forma przekazu i nie wszyscy też wierzą w jej szczerość, twierdząc, że to osoba wykreowana przez pewne środowisko. Nie wiem, czy się ty zetknąłeś w ogóle z fenomenem Christiny.
[08:15] - Mówiąc szczerze nie, nie będę udawał. A wywiad państwu polecam, ponieważ przede wszystkim prowadzi go szefowa „Nieznanego Świata” wspólnie z jednym z zastępców. Akurat nie z Piotrem, tylko w tym wypadku mówimy o Wojciechu Chudzińskim. Nie będę państwu za dużo opowiadał. W każdym razie obojętnie, czy państwo jesteście za, czy przeciw, to ten wywiad mus jest po prostu przeczytać. Jest niezwykle ciekawy. A wnioski już wyciągniecie państwo sami.
[08:49] - Tak, najlepiej o von Dreien sobie poczytać i jakąś opinię wykreować samemu. Nie ukrywam, że czekam na komentarze, szczególnie osób, które są zainteresowane ezoteryką, bo to jest osoba nie tylko znana w internecie. Ona zasłynęła tym, że przecież miała te wykłady, wywiady swoje na YouTubie, ale jest także autorką bardzo poczytnych książek. Ale to oczywiście nie jedyna rzecz, jaką odnajdziecie w tym numerze lutowym.
[09:18] - Tak, bo jakoś od pewnego czasu mocno wgryzłem się w problematykę snów. To oczywiście trochę wiąże się z moimi różnymi zainteresowaniami i w tym numerze dostaję taki bardzo ciekawy materiał snów właśnie dotyczący.
[09:37] - Tak, jest to tekst, publikacja interpretatorki snów, osoby, której doświadczenie i wiedzę bardzo cenię. Chodzi tutaj o Kingę Kościak. Ona już wielokrotnie gościła w „Nieznanym Świecie”, raczej z takimi, powiedziałbym, standardowymi interpretacjami snów. Natomiast tym razem ona zwraca uwagę na pewne nieoczywiste aspekty symboliki marzeń sennych. I to jest bardziej ezoteryczny tekst. To znaczy, powiem w dużym skrócie, ona twierdzi, że niektóre problemy natury energetycznej, związane na przykład z pracą czakr, mogą się objawiać pod postacią bardzo konkretnych symboli sennych. Także jak mówię, to jest kolejny z tych artykułów ezoterycznych. Ten numer jest dość mocno ezoteryczny, ten lutowy, ale tak wyszło.
[10:25] - Niezwykle intrygujący tytuł. Czasami to jest połowa sukcesu. Jest taki tytuł intrygujący w tym numerze: „Jadłospis smoka”. Cóż to takiego?
[10:36] - Tak, chodzi o Smoka Wawelskiego konkretnie. W tym tekście doktor Joanna Bohaczek-Trąbska skłania nas do nieco innego, szerszego spojrzenia na krakowską legendę. Bo o, Smok Wawelski, każdy o nim słyszał. Postać bajkowa, dobrze znana. Zazwyczaj przechodzimy obok niej obojętnie. Po prostu nam się osłuchał po tylu latach. Ale cóż, jeżeli w tej legendzie jest jakieś drugie dno, jakieś przysłowiowe ziarno prawdy? I tutaj autorka nas pyta, skąd się mogły te pogłoski wziąć? Czy one się wzięły z licznych kości na przykład mamutów znajdowanych w Krakowie i okolicach, które skłoniły ludzi do wiary, że żył tam kiedyś potwór? A może rzeczywiście tam mieszkało jakieś nietypowe stworzenie, którym się powinni zająć kryptozoolodzy?
A może odpowiedzi trzeba szukać w symbolice? A może gdzieś na przecięciu historii i mitologii? Bo to może być tylko symbol, jakaś alegoria, że pod tą łuskowatą skórą nie skrywał się smok taki jak znany z chociażby Tolkiena czy ze współczesnych filmów fantasy, ale jakiś barbarzyński najeźdźca, który w czasach bardzo zamierzchłych nękał gród Kraka i żądał ofiar z ludzi. Ale nie oczywiście był kanibalem, tylko potrzebował niewolników. Także mogło też tak być. Na te nieoczywiste kwestie, takie jak legendy, czasami właśnie powinniśmy patrzeć nieco głębiej i to nam może powiedzieć bardzo dużo o tym, co zostało ukryte za warstwą symboli, fantazji. Bardzo polecam ten tekst.
[12:08] - Myślę, że mówiąc o numerze lutowym nie można nie wspomnieć o „Dotknięciu Nieznanego”. W tym numerze Szczególnie ciekawa historia.
[12:20] - Tak, historia szczególnie ciekawa. Opowieść z miejscowości Lisi Ogon koło Bydgoszczy. Dlaczego ta sprawa jest tak interesująca? To jest bliskie spotkanie z obiektem UFO, do którego doszło w dość prozaicznych okolicznościach. Młoda kobieta wracała do domu ze szkoły i nagle zobaczyła jakiś dziwny obiekt. Odcisnęło to na jej życiu wyjątkowe piętno. Zresztą to przeżycie, to spotkanie z obiektem było bardzo nietypowe. Ono w pewnym momencie wyglądało tak, jakby to była jakaś forma testu, próby sondowania inteligencji i tak dalej. Najciekawsze były może nie tyle emocje, co wpływ tego obiektu na funkcjonowanie jej mózgu, na postrzeganie w następnych dniach. Otóż nie czuła się ona do końca sobą.
Potem jej to wszystko minęło, ale jednak tuż po tym bliskim spotkaniu z UFO wyglądało to tak, jakby jednak została poddana jakiemuś oddziaływaniu. Tutaj w grę nie wchodziły żadne uprowadzenia, po prostu wiązało się to z jakimś nieznanym fizycznym oddziaływaniem na mózg świadka. Ja powiem jeszcze może, co w tym numerze znajdziecie. Między innymi drugą część artykułu o Mai Deren i jej badaniach nad voodoo, także trzecią część artykułu o historii matematycznej i jej wskazaniach na przyszłość, także coś o czarnej dziurze w centrum Drogi Mlecznej i wiele innych artykułów. „Nieznanego Świata” szukajcie na stoiskach z prasą, także w popularnych marketach. Pamiętajcie o możliwości opcji wykupu prenumeraty na stronie www.nieznany.pl, gdzie znajdziecie też bogatą ofertę książek, suplementów, ale nie tylko.
[13:58] - Pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia w przyszłym miesiącu.
[14:03] - Pozdrawiam.
[14:06] - Proszę państwa, w tym miejscu powinien być punkt programu zatytułowany „Korepetycje filozoficzne”. No i on będzie i nie będzie jednocześnie. Bo normalnie w tym punkcie programu pojawia się artykuł najczęściej z dwumiesięcznika „Filozofuj”, w którym zgłębiamy rozmaite problemy filozoficzne. Od razu to powiem, najczęściej takie, które jakoś szczególnie mnie fascynują. Może niekoniecznie muszą fascynować państwa, dlatego ja zawsze wdzięczny jestem za jakieś sugestie pod audycją, kiedy to piszecie państwo, co chcielibyście w „Korepetycjach filozoficznych” usłyszeć. Bo tak to już jest, że ja czymś tam się interesuję i troszeczkę to zakrawa na to, że sprzedaję państwu w audycji swoją obsesję albo swoje zainteresowania, a państwo możecie interesować się czymś innym. W związku z tym zapraszam. Wystarczy pod audycją napisać, co by was interesowało, a ja postaram się te państwa marzenia, te państwa zainteresowania obrócić w późniejsze „Korepetycje filozoficzne”. Ale dzisiaj będzie troszeczkę inaczej. Jakiś czas temu, bodajże pod koniec września ubiegłego roku, ruszył sobie na YouTubie taki kanał zatytułowany „Wehikuł Wyobraźni”.
I żeby nie przedłużać napięcia, to od razu powiem, że to jest mój kanał youtubowy, do którego namówił mnie Piotr Cielebiaś, który święci wspaniałe sukcesy na YouTubie ze swoim kanałem „UFO Historie” i widocznie doszedł do wniosku, że mam coś ciekawego do powiedzenia. W związku z tym mówi: „Marek, ja już założyłem kanał, a ty ze swoją gadką musisz coś takiego założyć”. Ja na początku nie byłem entuzjastą tego pomysłu. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. Ale Piotr to jest człowiek, jakby to powiedzieć, zdecydowany. To chyba najlepsze określenie. I tak długo wiercił mi dziurę w brzuchu, aż ten kanał założyłem. I wcale nie mówię, że żałuję. Spotkania z państwem na kanale „Wehikuł Wyobraźni” są fascynujące. Nie mówię, że składają się tylko z radosnych chwil, ale to wiecie państwo, na YouTubie rzecz normalna, że pojawiają się ludzie, którzy wiedzą wszystko lepiej.
I pomimo że tłumaczę, że to jest wehikuł wyobraźni i ja nie do końca namawiam, żeby we wszystko wierzyć, tylko raczej puścić wodze swojej fantazji, żeby wyobraźnię uruchomić, to jednak zdarzają się osoby, które mówią mi, że źle myślę albo nie powinienem tak myśleć. Oczywiście przyjmuję to z pokorą, ale robię swoje i zachęcam państwa do fantazjowania na różne tematy. I ten kanał sobie sukcesywnie od tego września działa. Jedną z pierwszych audycji, nie, co ja państwu będę ściemniał. Pierwszą audycją, która się pojawiła na tym kanale, była audycja dotycząca tego, czy żyjemy w symulacji komputerowej, a właściwie czy żyjemy w ogóle w symulacji. „Komputerowej” tam nie było. To jest tak naprawdę historia pojęcia. Przedstawiam w tej audycji historię, jak myślano o symulacji, kiedy jeszcze sama nazwa nie funkcjonowała, czyli nie było symulacji. Natomiast filozofowie podejrzewali, że z naszym światem nie do końca wszystko jest correct, że nie wszystko jest tak, jak nam się wydaje, że my oczywiście możemy traktować nasz świat jako coś materialnego, coś oczywistego i coś, co jest tak oczywiste, że jest oczywistą oczywistością. Ale nie, okazuje się, że od starożytności wielu myślicieli miało wątpliwości, czy aby na pewno to, co my mówimy o świecie, to, co możemy o świecie stwierdzić, to, co możemy przełożyć z naszych zmysłów na nasze myśli, czy aby na pewno to wszystko ze sobą się zgadza i zazębia i czy to się da spasować ze sobą.
O tym jest ta moja wypowiedź, rozbudowana, nierozbudowana. Sami państwo to ocenicie. Ona mocno czerpie z filozofii ostatnich dwóch i pół tysiąca lat, ale bardziej przenosi się w czasy współczesne. Mniej mnie interesuje to, co mówili starożytni Grecy, chociaż gdzieś tam o tym wspominam. Troszkę więcej mówię o Kartezjuszu, Berkeley'u, Locku i Hume'ie, ale najwięcej mówię o współczesności i o tym, co o symulacji mówili współcześni. I znowu ja bardzo państwa namawiam do tego, żeby spojrzeć na cały ten wykład. Nie, nie wykład, nie przesadzajmy, może bardziej prelekcję. Proponuję spojrzeć nie przez pryzmat tego, jaki jest, tylko pryzmat wątpliwości. Ja wcale nie twierdzę, że symulacja jest oczywistą oczywistością. Ja nie potrafiłbym tego udowodnić, tak jak państwo nie potraficie udowodnić, że nie jest.
Każdy z nas ma swoje głębokie przekonania o tym, jak jest. Tylko bardzo często pozostawiamy poza naszym postrzeganiem to, że w gruncie rzeczy przyjmujemy pewne założenia, pewne aksjomaty. Z definicji aksjomatów się nie dowodzi, po prostu się je przyjmuje i w związku z tym cały obraz świata budujemy na tych aksjomatach. W zależności od tego, jakie aksjomaty przyjmiemy, taki obraz świata budujemy. W związku z tym proszę mnie nie podejrzewać o głuptactwo kompletne, że ja państwu będę wmawiał, że żyjemy w Matrixie. Ja tego nie wiem po prostu. I państwo też tego nie wiecie. I to tak naprawdę staram się pokazać w tej prelekcji. Otóż to, że my w gruncie rzeczy o naszym świecie, chociaż jesteśmy przekonani, że bardzo dużo wiemy, to tak naprawdę wiemy bardzo mało. I to tyle.
Ja teraz państwa po pierwsze zapraszam na prelekcję o tym, czy żyjemy w symulacji, ale przede wszystkim zapraszam państwa na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam opowiadam nie tylko o symulacji. Tych filmów jest tam prawie 40. W związku z tym da się coś znaleźć takiego, co może niekoniecznie jest o symulacji. Opowiadam o różnych rzeczach. Łączy te filmy jedno: wehikuł wyobraźni, uruchomienie naszej wyobraźni, naszej fantazji, nie blokowanie się tym, że coś jest niemożliwe. Zapewne tak i spora część tych opowieści moich jest o rzeczach, które tak naprawdę być może nie istnieją. Ale dobrze jest pomyśleć, zdrowo jest pomyśleć, że istnieją. I jak fajny byłby świat, gdyby istniały. I o tym jest ten kanał, żeby się odblokować, żeby nie racjonalizować wszystkiego, bo zarówno racjonalizacja taka, która nas na co dzień dotyka, że wszystko staramy się zracjonalizować, nie jest dobra w gruncie rzeczy.
To może być pewien obraz świata, który budujemy właśnie na racjonalizowaniu, ale też rozum przede wszystkim. Ale możemy też opierać cały nasz ogląd świata na zmysłach. Ale właśnie, czy jesteście państwo pewni, że nasze zmysły to jest najlepsza metoda poznawania tego, co nas otacza? O tym trochę mówię w tej prelekcji, że zmysły przecież można oszukać. Nie przedłużając, bardzo serdecznie państwa zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni, ale teraz zapraszam państwa na prelekcję „Czy żyjemy w symulacji?” Czy symulacja rzeczywistości to pomysł wariatów, czy może filozofów? Kim jest Hilary Putnam i czy ukradł pomysł Stanisławowi Lemowi? Czy film „Matrix” oprócz Wachowskich ma jeszcze trzeciego współautora? Co twórca powieści „Solaris” pisał o symulacji? O co chodzi w historii złośliwego demona? Czy Berkeley żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku mógł roić o symulacjach i czy pisał o nich Platon?
Szanowni Państwo, odpowiedź na te oraz inne pytania dotyczące otaczającej nas coraz bardziej rzeczywistości znajdziecie w premierowym odcinku mojej autorskiej serii „Wehikuł Wyobraźni”. Ja nazywam się Marek Żelkowski i mogliśmy się już spotkać w sieci w internetowym radiu o książkach Book Radio, na kanale Radia Paranormalium w audycji Bibliotekarium 2.0 lub w debatach ufologicznych, a także na kanale Piotra Cielebiasia UFO Historie. Notabene to właśnie Piotr namówił mnie do stworzenia tego miejsca na YouTubie. Część z państwa może mnie również kojarzyć jako autora książek będących kontynuacją serii stworzonej przez Zbigniewa Nienackiego, serii o Panu Samochodziku. Z tym kojarzeniem może jednak nie być tak prosto, gdyż tam występuję jako osobnik o personaliach Marek Żelech. Napisałem także sporo książek science fiction, takich jak „Dzieci Hildora”, „Wojna cieni 1: Oszukać niebo, aby przekroczyć morze” i „Wojna cieni 2: Aby uniknąć tego, co silne, trzeba uderzać w to, co słabe”. Tych książek było zresztą znacznie więcej, ale nie czas i nie miejsce ani na bibliografię, ani na przechwałki. W opisie mojego kanału znajdziecie państwo takie oto przesłanie: dzieci i filozofowie są mistrzami zadawania trudnych pytań oraz nieskrępowanej wyobraźni. Spójrzmy zatem na świat oczyma kilkulatka, a być może staniemy się filozofami. Bardzo namawiam do takiej postawy życiowej.
Doszedłem do wniosku, że wizje twórców fantastyki Nie różnią się od prognoz nawet największych uczonych i dlatego proponuję Państwu wspólną podróż przez świat zjawisk niezwykłych oraz świat wyobraźni. Chcę się podzielić ze słuchaczami nie tylko ciekawymi historiami o świecie i wszechświecie, ale zarazić Państwa pewnym sposobem myślenia, otwartym podejściem do rzeczy niezwykłych. Otwartość nie oznacza jednak naiwnego przytakiwania, ale raczej próby wyjaśnienia danego zjawiska na różne, może nawet czasami szalone sposoby, którym bliżej do literatury science fiction niż kostycznego podejścia licznych naukowców, dla których ważne jest jedynie szkiełko i oko. To jednak nie oznacza wcale, iż odrzucam naukę. Wręcz przeciwnie. Ale z dziejów filozofii wiem, jak zwodnicza może być tak zwana wiedza naukowa. Problem polega na tym, że nauka nie zawsze nadąża za rzeczywistością. Były czasy, w których twierdzono, że kamienie nie mogą spadać z nieba i wypowiadały się w tej sprawie tuzy ówczesnej nauki. Z miłosierdziem nie wspomnę ich nazwisk. Dzisiaj zjawisko meteoroidów oraz ich pozostałości w postaci meteorytów są oczywistą oczywistością.
I kiedy sobie pomyślę, że dzisiaj część przedstawicieli świata nauki wykazuje podobną postawę jak badacze sprzed wieków, postawę, którą da się złośliwie opisać hasłem: To my decydujemy, czy coś jest możliwe, czy nie. A jeśli obserwacje, fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów, no i ewentualnych obserwatorów. Co znajdziecie Państwo na tym kanale? Przede wszystkim sporo ciekawych, przeważnie nie do końca wyjaśnionych historii o wszechświecie, obcych cywilizacjach, hipotezie symulacji, UFO, kontaktach z ET, zagadkach nauki, kosmosu i wiele, wiele innych. Historii, które w zadziwiający nawet dla mnie sposób sytuują się na pograniczu oficjalnej wiedzy oraz zjawisk uznawanych za paranormalne. To jednak nie wszystko. Będę proponował Państwu uruchomienie wyobraźni i szukanie wyjaśnień tam, gdzie nie szuka się ich zbyt często. Postaram się pokazać, iż nauka, zjawiska nazywane niezwykłymi, filozofia i literatura science fiction, jeśli zostaną połączone, mogą odsłonić niezwykłą rzeczywistość. Rzeczywistość, która niedostępna jest tym wszystkim, którzy już wiedzą, jak jest i bardziej skłonni są nauczać innych ludzi, wtłaczać im do głów swój obraz świata i zbierać wyznawców pod swoimi skrzydłami, serwując im bajki o tym, że świat nie ma już właściwie tajemnic z prawdziwego zdarzenia. Dla mnie świat pozostanie niekończącą się zagadką i nieodmiennie uważam się za odkrywcę.
Dlatego tych wszystkich, którzy czują podobnie, zapraszam do Wehikułu Wyobraźni. Kanał startuje w formie podcastów, pewnie nieco zbyt długich, ale ja z natury jestem gadułą. Co przyniesie przyszłość? Czas pokaże. Jeśli ta nowa inicjatywa oraz odcinek spodobają się Państwu, zostawcie łapki i komentarze. Chyba nic tak bardzo nie motywuje autora, jak odzew ze strony słuchaczy. Zaczynamy zatem pierwszy odcinek. Proponuję na początek hipotezę symulacji, a właściwie wstęp do tego niezwykłego zagadnienia. Zagadnienia, które wcale nie jest obecnie domeną oszołomów. Takich oszołomów, którzy naoglądali się filmów z serii „Matrix”.
Dzisiaj zagadnieniami symulacji rzeczywistości, możliwości jej istnienia oraz tego, że tkwimy w jej wnętrzu, nie zajmują się ludzie szaleni, tylko naukowcy i filozofowie. Powiedziałbym pierwszoligowi. Sporo na ten temat znajdziecie Państwo także w literaturze SF. A jednak wielu ludzi twierdzi, że to bajki, bzdury. Od razu podkreślam, nie wiem jak jest, ale problem symulacji wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłem go Państwu przybliżyć. Zacznę od historii jakoś powiązanej ze Stanisławem Lemem. Chociaż tak naprawdę hipoteza, iż z naszym światem jest coś nie tak, sięga bardzo odległych czasów, o czym nie omieszkam oczywiście wspomnieć. Zanim jednak opowiem historię związaną z Lemem, muszę zrobić krótkie wprowadzenie. W drugiej połowie XX wieku, w 1981 roku Hilary Putnam w artykule „Mózgi w naczyniu” zaproponował filozoficzny eksperyment myślowy. Eksperyment, który można uznać za współczesną formę sceptycyzmu.
Autor przedstawił następującą sytuację: ludzki mózg zamknięty zostaje w naczyniu i podłączony do aparatury mogącej wytwarzać rozmaite bodźce zmysłowe. Za pośrednictwem owej aparatury można generować spójne i realistyczne złudzenia, na przykład istnienie przedmiotów, ludzi, zdarzeń. Doznania te są wyłącznie wynikiem działania impulsów elektrycznych wysyłanych przez urządzenie. Idąc drogą rozumowania Putnama, można by wysunąć koncepcję, że wszyscy ludzie, a nawet wszystkie organizmy dysponujące zmysłami, trwają dziś w opisanym wyżej stanie jako wypreparowane z ciał mózgi złożone w naczyniach i podłączone do generatorów wrażeń. Tak można byłoby opisać w skrócie ideę Putnama. O co chodzi z tą symulacją? Chodzi o to, że człowiek nie postrzega otaczającej go rzeczywistości w sposób bezpośredni. Chodzi o to, że nie odbieramy bodźców ze świata mózgiem, pośrednikiem. Jest za każdym razem jakiś zmysł. Obojętnie, czy dotyczy to wzroku, dotyku, zapachu, smaku, czy dźwięku.
Wyobraźmy sobie ten mechanizm na przykładzie oka. Ja uproszczę cały proces, gdyż w rzeczywistości jest on bardziej skomplikowany, ale to ostatecznie nie jest lekcja biologii. Światło trafia do ludzkiego oka. Fotony przedostają się przez źrenice, uderzają w siatkówkę. I co dzieje się dalej? Pomiędzy okiem a mózgiem znajduje się nerw wzrokowy i to, co mózg wie o otaczającej nas rzeczywistości, otrzymuje za jego pośrednictwem. Za pośrednictwem impulsów elektrycznych pędzących przez układ nerwowy. Dlatego też gdybyśmy potrafili podłączyć się pod ów nerw wzrokowy i potrafilibyśmy odpowiednio stymulować sygnały, które docierają do mózgu, to moglibyśmy ów mózg oszukać. Odpowiednio dobrze naśladując owe sygnały, moglibyśmy człowieka zwodzić, tworzyć obrazy. Obrazy, których nie ma.
I teraz wyobraźmy sobie, że rzecz dotyczy wszystkich pozostałych zmysłów. Wówczas moglibyśmy oszukiwać totalnie. Tworzyć rzeczywistość fikcyjną, tak naprawdę nieodróżnialną od tej, którą uznajemy za prawdziwą. Oczywiście jest taka naturalna tendencja, żeby traktować symulację, to, co dostaje się do naszego mózgu z przekonaniem, iż potrafilibyśmy odróżnić ją od rzeczywistości, że nie byłoby z tym większego problemu, bo ona zawsze byłaby niedoskonała. I to jest, proszę państwa, nieprawda. Rzecz zależałaby wyłącznie od tego, jak precyzyjne będą sygnały docierające do mózgu. Jeśli będziemy je symulować odpowiednio doskonale, to i owa symulacja będzie doskonała. Wróćmy do historii symulacji. Mówiłem o Hilarym Putnamie i jego mózgach w naczyniu. Czas zatem przybliżyć inne ważne nazwisko.
Przyjmuje się, że prekursorem teorii, iż nasza rzeczywistość to tylko symulacja, jest brytyjski filozof Nick Bostrom z Oxford University. To chyba jednak nieprawda. Postaram się to za chwilę wykazać, ale na razie powiem tylko, że wszystko wskazuje na to, iż Bostromowi należy się palma pierwszeństwa, jeśli chodzi o samo pojęcie. O słowo „symulacja” użyte do opisu sztucznej rzeczywistości. W pracy naukowej pod tytułem „Modelowanie” wydanej cztery lata przed stworzeniem hollywoodzkiego filmu „Matrix” zasugerował, że najprawdopodobniej żyjemy w wielkiej symulacji. Badania przeprowadzone przez innych naukowców oraz myślicieli również wskazują na to, że nasz wszechświat jest dobrze wykonaną holograficzną iluzją. Jedna z teorii zakłada, że z pomocą wirtualnej rzeczywistości ktoś może dokonać symulacji czasów przeszłości lub odtwarzać, jak żyli ich odlegli przodkowie. A jeśli żyjemy w symulowanej rzeczywistości, to ma to konkretne konsekwencje. Każde uczucie, każde wspomnienie może zostać wygenerowane przez superkomputery. Innymi słowy, wszystko jest produktem wysoce zaawansowanego kodu komputerowego.
Idee filozoficzne mają to do siebie, że wcześniej lub później przenikają do kultury popularnej. I tak się stało. Dzisiaj o symulacji mówi się dużo i bardzo chętnie. Natomiast kiedy pod koniec XX wieku filozof Nick Bostrom stwierdził, że otaczający nas świat może być wielką iluzją i symulacją, to tak naprawdę powtórzył starożytne stwierdzenia Platona, cyników, cyrenaików, sceptyków oraz późniejsze z filozofii Berkeleya, Hume'a, Locke'a, Husserla czy Putnama. O wyżej wymienionych jeszcze opowiem, a na razie kilka słów o fantastyce naukowej. W końcu za chwilę mam mówić o Stanisławie Lemie, który dla jednych był wielkim pisarzem, dla innych równie wielkim filozofem. Otóż autorzy science fiction pisali o rzeczywistości wirtualnej od lat 60., kiedy pojęcie virtual reality jeszcze nie istniało. Pisarze uważali, że owa technologia odnowi sięgający starożytności spór dotyczący naszego dostępu poznawczego do świata zewnętrznego. Starożytni sceptycy uznawali ten problem za niemożliwy do rozstrzygnięcia. Podważali zasadność wszelkich pozytywnych koncepcji filozoficznych dążących do wyjaśnienia natury świata.
Zakwestionowali także zasadność przekonania, iż oprócz zjawisk postrzeganych zmysłowo istnieje niezależny świat rzeczy zewnętrznych. Sceptycy uzasadniali to brakiem bezwzględnie wiarygodnego kryterium, w wyniku czego podejmowane przez nas wysiłki poznawcze, wysiłki wykroczenia poza zjawiska zawsze nieuchronnie okazują się daremne. Wielokrotnie próbowano przezwyciężyć argumentację sceptyków. Do najbardziej znanych prób podjętych u początku czasów nowożytnych należy koncepcja Kartezjusza. Wedle niektórych była to próba udana, wedle innych niekoniecznie. Kartezjusz pragnął, aby filozofia stała się naukowo równie rzetelna jak na przykład matematyka. Zastosował wobec wiedzy filozoficznej tak zwane metodyczne wątpienie. Pozornie przypominało ono starożytny sceptycyzm. Różnica polegała jednak na tym, że u Kartezjusza był to punkt wyjścia rozważań filozoficznych. Ani ich rezultat.
Descartes odrzucił wiedzę empiryczną, ponieważ była oparta na świadectwie zmysłów i przez to zawodna. Filozof odrzucił również twierdzenia nauk formalnych jako niezrozumiałe oraz nieakceptowane przez ogół. W rezultacie doszedł do twierdzenia niepowątpiewalnego, którego nie można odrzucić. „Cogito ergo sum”. I tu nieuchronna dygresja. Właściwie bardzo podobne sformułowanie jak „Cogito ergo sum” pojawiło się po raz pierwszy w dziele świętego Augustyna „O wolnej woli”. Ponoć zostało ono napisane w latach 388 do 395 naszej ery. Augustyn wskazywał, że człowiek może wątpić niemal we wszystko, na przykład w istnienie świata czy nawet Boga. Nie może jednak wątpić w to, że sam istnieje. Gdyby bowiem nie istniał, nie mógłby wątpić.
Fakt, że jednostka może się mylić, nie ma większego znaczenia wobec faktu, iż skoro się myli, to istnieje. Sformułował więc swoje przesłanie „Dubito ergo sum” – „Wątpię, więc jestem”. Święty Augustyn nie mógł przypuszczać, że ponad tysiąc lat później René Descartes, zwany Kartezjuszem, skorzysta z tej podpowiedzi, formułując swoje sławne przesłanie „Dubito ergo cogito, cogito ergo sum” – „Wątpię, więc myślę. Myślę, więc jestem”. To proste zdanie zmieniło bardzo wiele, gdyż jest ono swoistym zaproszeniem, aby nasz świat poznawać. I dlatego bez żadnej przesady można nazwać Kartezjusza ojcem filozofii nowożytnej. Wróćmy do kartezjańskiego „Cogito ergo sum”. Był to aksjomat, na którym Kartezjusz oparł dalsze rozumowanie. Człowiek może wątpić we wszystko, ale nie może zakwestionować swojego aktu wątpienia, myślenia. Człowiek jest zatem myślącym ja, rzeczą myślącą res cogitans.
Rzeczą, która przebywa w mechanistycznie pojętym ciele. Descartes nie potrafił jednak wskazać relacji między duchowym ja a światem materialnym, przyrodniczym. Nie potrafił bez odwoływania się do istnienia Boga. To był gwarant obiektywności świata. Ale po co były mu te rozważania? Paradoksalnie zbliża nas to do pojęcia symulacji. Descartes wymyślił dla celów swego rozumowania tak zwanego złośliwego ducha czy jak chcą inni demona. Wykoncypował świat ułudy, w którym ktoś świadomie i celowo wprowadza ludzi w błąd. Inni myśliciele skupiali się raczej na tym, czy taka ułuda świata jest w ogóle możliwa, a także dowodzili, że człowiek nie jest w stanie rozstrzygnąć, czy jego obserwacje mają coś wspólnego z rzeczywistością. Kartezjusz wprowadził nową jakość.
W swym eksperymencie myślowym powołał demona, świadomą istotę oszukującą człowieka w sobie tylko znanych celach. Proszę zauważyć, że program „Matrix” w uniwersum Wachowskich pełnił dokładnie taką samą rolę. Był sterowany przez samoświadomą, złośliwą i wrogą człowiekowi inteligencję. Inteligencję, która bezwzględnie eksploatując ludzi, doceniała jednak ich przydatność dla swoich celów. Niedocenianie Kartezjusza jako twórcy koncepcji złośliwego demona może wynikać stąd, że filozofa nie interesowały pobudki owego ducha, a przede wszystkim nie zajmowała go metoda, jakiej używa, aby omamić człowieka. Mechanizm tworzenia fikcji nie zastanawiał Descartesa, ponieważ nie był mu potrzebny do rozważań. Dla Kartezjusza istotniejsze było znalezienie niepowątpiewalnego twierdzenia, którego odrzucić nie można, a zatem twórcą świata ułudy był tylko teoretycznie. I teraz nareszcie obiecana już dawno historia związana ze Stanisławem Lemem. Zadziwiające, że świat akademicki, dyskutując o idei Hilarego Putnama i analizując ów eksperyment myślowy, nie zauważał, iż niemal identyczną koncepcją posłużył się nasz pisarz dwadzieścia lat wcześniej. Miało to miejsce w opowiadaniu ze „Wspomnień Iona Tichego” numer jeden „Profesor Corcoran”.
To opowiadanie zostało opublikowane po raz pierwszy w zbiorze „Księga robotów”, a późniejsze wydania tego cyklu nosiły tytuł „Dzienniki gwiazdowe”. W opowiadaniu Stanisław Lem przedstawia naukowca, który w żeliwnych skrzyniach umieścił układy elektronowe wytwarzające świadomość, które pomimo odmiennej struktury i ingrediencji stanowiły odpowiednik ludzkiego mózgu. Cytuję tekst mistrza: „Nasze mózgi, uważaj pan, podłączone są, że tak powiem, do świata zewnętrznego za pośrednictwem zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej. Natomiast te tutaj – wyciągniętym palcem wskazał skrzynię – mają swój świat zewnętrzny tam w środku. Te skrzynie mają receptory, organy działające analogicznie do naszego wzroku, węchu, słuchu, dotyku i tak dalej. A druty do tych receptorów jak gdyby nerwy zamiast do świata zewnętrznego, jak nasze, podłączone są do tego bębna tam w kącie. Znajdują się tam specjalne taśmy z zarejestrowanymi bodźcami elektrycznymi, takimi, które odpowiadają stu czy dwustu miliardom zjawisk, z jakimi człowiek może się spotkać w najbardziej bogatym we wrażenia życiu. Gdyby pan podniósł pokrywę bębna, zobaczyłby pan tylko błyszczące taśmy pokryte białymi zygzakami jak pleśń na celuloidzie. Ale to są, Tichy, to są upalne noce. Południa i szmer fal.
Kształty ciał zwierzęcych i strzelaniny. Pogrzeby i pijatyki. I smak jabłek i gruszek. Zawieje śnieżne. Wieczory spędzane w otoczeniu rodziny u płonącego kominka i wrzask na pokładach okrętu, który tonie. I konwulsje choroby. I szczyty górskie. I cmentarze. I halucynacje majaczących. Ionie, Tichy.
Tam jest cały świat. Tyle Lem. Opowiadanie mistrza Stanisława było próbą wykreowania idei sztucznej inteligencji wiodącej wedle swojego przekonania prawdziwe życie. Inteligencja ta nie podejrzewała, że jest ono tylko symulacją. Ostatecznie również bohater opowiadania, profesor Corcoran okazał się zamkniętym w skrzyni mózgiem. Mózgiem mającym do tego znajdować się w miejscu odległym od opisywanych w tekście wydarzeń. Stanisław Lem poruszył problem wirtualnej rzeczywistości również w dziele zatytułowanym Summa Technologie. Autor poświęca tam problemowi virtual reality rozdział zatytułowany Fantomologia. Zastanawia się w nim, w jaki sposób można byłoby stworzyć sztuczne, niematerialne światy, nieodróżnialne dla istot rozumnych od rzeczywistości prawdziwej, a jednocześnie podlegające na przykład odmiennym prawom. Lem rozważa aspekty praktyczne, ale także zagadnienia konsekwencji psychicznych związanych z możliwym wprowadzeniem opisanej wyżej technologii.
Ponieważ termin wirtualna rzeczywistość nie był jeszcze używany, pisarz zaproponował pojęcie fantomatyki. Definiował je jako utworzenie dwukierunkowych połączeń pomiędzy odbiorcą a sztuczną rzeczywistością. Problem sztucznej rzeczywistości był frapujący szczególnie dla twórców literatury SF przełomu lat 60. i 70. XX wieku. W roku 1976 ukazał się w Polsce tomik prozy zatytułowany Robot nr 3. Zamieszczone w nim opowiadanie Adama Jaromina Kłopoty wynalazcy podjęło problem rzeczywistości wirtualnej. Chociaż sama nazwa nigdzie nie została użyta. Podjęło problem rzeczywistości, kreując ideę stworzenia urządzenia nazwanego w opowiadaniu kontynuatorem, do którego pamięci można przesyłać zawartość ludzkiego mózgu, ukrywając ten fakt przed skopiowaną świadomością. Fikcyjny twórca owego urządzenia ulega poważnemu wypadkowi.
Gdy zaś budzi się w szpitalu, nie ma pewności, czy jest nadal człowiekiem, czy tylko świadomością zamkniętą we wnętrzu maszyny. Początkowo bohater nie potrafi rozstrzygnąć tego problemu, a kiedy już znajduje rozwiązanie, brak mu odwagi, aby poznać prawdę. Cytuję fragment opowiadania. Czy nie ma jednak sposobu, aby upewnić się, kim jest w istocie? Jest taki sposób? Jest. Jeśli powie głośno wiem, że jestem kontynuatorem i nic się nie stanie, będzie to znaczyło, że jest człowiekiem. Jeśli zaś jest kontynuatorem, oni usłyszą jego głos. Stwierdzą, że eksperyment się nie udał i skasują zapis jego mózgu. Kontynuator znów będzie pusty, czysty jak nowo kupiona taśma magnetofonowa.
Może jednak nie będą tak okrutni. Może przez szacunek dla niego, swego byłego szefa, nie skasują zapisu. Może pozostawią go przy życiu, bo to jest życie. Koniec cytatu. Bohater waha się długo, powtarzając jedynie słowa wiem, wiem. Wreszcie, kiedy wydaje mu się, że przełamał strach i jest gotowy do konfrontacji, ku własnemu zaskoczeniu wypowiada: wiem, że nic nie wiem. Wybiera więc życie bez pewności prawdziwe bądź wirtualne, wiedząc, że nie jest w stanie odkryć prawdy bez ryzyka utraty życia, a dokładnie by tak rzec, jego wyłączenia. Słowa przypisywane Sokratesowi, które padają w finale opowiadania, wydają się rodzajem drogowskazu pozwalającego zrozumieć filozoficzny kontekst opowiadania. Postać filozofa znamy przede wszystkim z platońskich dialogów. Obrona Sokratesa, Krition, Fedon, Uczta.
Nie wiadomo, na ile wiernie uczeń Sokratesa przekazywał jego poglądy, ale historycy filozofii skłonni są twierdzić, że Platon ustami mistrza wygłaszał swoje poglądy. Notabene w żadnym z platońskich dialogów nie ma zdania wiem, że nic nie wiem. Można jednak przyjąć, że stwierdzenie to stanowi proste, stylistyczne ujęcie dłuższej wypowiedzi zawartej w obronie Sokratesa. Świat, w którym żyjemy, może nie być rzeczywisty. Taki wniosek nasuwa się po lekturze opowiadania Kłopoty wynalazcy. To konkluzja, która koresponduje z poglądami Platona. Filozof, pisząc o jaskini, w której więźniowie widzą przez całe życie cienie na ścianach, pokazywał, że świat, który uznajemy za realny, wcale realny nie jest. To tylko świat cieni. I gdyby nawet komuś udało się zerwać kajdany, a następnie wyjrzeć z jaskini na prawdziwy świat, to gdyby opowiedział później współwięźniom o swoich obserwacjach, ci z pewnością by mu nie uwierzyli. W jednej z prac omawiających twórczość Platona czytamy: moment uświadomienia sobie, jak wygląda rzeczywistość i chęć przekazania tej wiedzy dawnym współwięźniom mógłby być początkiem końca skazańca.
Mógłby on zostać zabity przez niedających wiary jego opowieściom współwięźniów. Problem, przed jakim staje bohater przedstawionego przed chwilą opowiadania Adama Jaromina, do złudzenia przypomina sytuację ludzi w platońskiej jaskini. W roku 1984 ukazała się powieść Williama Gibsona „Neuromancer". Akcja rozgrywa się w rzeczywistości o charakterze dystopijnym. Olbrzymia sieć komputerowa jest środowiskiem, które nadaje się do zamieszkania w równym stopniu co świat realny. Aby móc wędrować po bezkresnej matrycy, należy połączyć się fizycznie z komputerem. Cyberprzestrzeń – odpowiednik wirtualnej rzeczywistości – angażuje wszystkie ludzkie zmysły, dzięki czemu jest miejscem ucieczki od koszmarów rzeczywistości: wojny, chorób, skażeń. W wyniku splotu wydarzeń bohater opowieści, haker wykonujący zlecenia mafii, zostaje ukarany wstrzyknięciem środka, który uszkadza jego system nerwowy i w rezultacie uniemożliwia powrót do świata wirtualnego. Świata będącego paradoksalnie jedynym miejscem, w którym bohater czuł się naprawdę żywy. Eskapistyczne tęsknoty głównego bohatera powieści „Neuromancer" nie dziwią.
Realny świat jutra przedstawiony w powieści jest ponury i pełen pułapek. Haker zachowuje się tak, jak wspomniany już uciekinier z platońskiej jaskini. Pragnie porzucić swój świat i przedostać się do innego, lepszego. Nie interesuje go, czy wybrana rzeczywistość jest prawdziwa. Ważniejsze jest dla niego to, że w wymarzonym, a niedostępnym świecie wszystko jest inne, lepsze i koresponduje ze światem pragnień. Wróćmy jeszcze na chwilę do Platona. W jego dziele „Fedon" czytamy: „Ale jak długo będziemy mieli ciało i dusza nasza będzie złączona z takim wielkim złem, nigdy w świecie nie potrafimy zdobyć i posiadać w pełni tego, czego pragniemy. A powiadamy, że tym jest prawda. Bo tysiączne nam kłopoty sprawia ciało, któremu pokarmu trzeba, a do tego, jeśli na nas jeszcze jakieś choroby spadną, przeszkadzają nam w szukaniu tego, co istnieje. Pragnieniami i żądzami, i obawami, i widziadłami różnorodnymi, i głupstwami nas napełniają licznymi, tak że, jak mówią, naprawdę przez to niczego nigdy na rozum wziąć nie jesteśmy w stanie.
Toż i wojny, i rozruchy, i bitwy znikąd nie pochodzą, tylko z ciała i z jego żądz". Bohater „Neuromancera" poznał, co znaczy porzucić fizyczne ciało i uciec do świata marzeń, gdzie niemal wszystko jest możliwe. Dziełem, które sprawiło, że problematyka wirtualnej rzeczywistości oraz mistyfikacji wyszła poza ramy science fiction i zaczęła być szeroko dyskutowana, był film „Matrix" z 1999 roku. Wizja Wachowskich sugeruje, że współczesność, jaką znamy, może być mistyfikacją i to mistyfikacją tak realną, że umysły będą bronić się przed jej ujawnieniem, nawet wobec dowodów, iż rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Bohater, który dowiaduje się, że otaczający go świat jest fikcją, fikcją stworzoną przez komputerowy program zwany Matrixem, musi kojarzyć się z człowiekiem opisanym przez filozofa George'a Berkeleya. George Berkeley wyjaśniał świat teorią wrażeń. Według niego wszystkie przeżycia człowieka są tylko wrażeniami. To one składają się na dostępną nam rzeczywistość. Filozof zrezygnował z refleksji nad substancją i materią. Według niego materia nie istnieje.
Jest ona jedynie zbiorem ludzkich wrażeń oraz odczuć. Nawet rzecz tak człowiekowi bliska jak jego własne ciało to jedynie zbiór wrażeń zmysłowych. Ludzie w filmie Wachowskich podłączeni byli do programu Matrix i to on wyświetlał im życie. Taką rolę pełni w filozofii Berkeleya Bóg. To on jest ową maszyną stymulującą ludzi bodźcami, wzbudzającą w nich wrażenia, które uznają za obrazy świata zewnętrznego. Tymczasem zdaniem Berkeleya tak naprawdę jedynie śnimy, a jedyną dostępną rzeczywistością są obrazy pojawiające się w naszych mózgach. Owe obrazy są tak sugestywne, iż wydaje się nam, że gdzieś przebywamy, poruszamy się, dokonujemy interakcji ze światem. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Przez cały czas pogrążeni jesteśmy w rodzaju śpiączki. W tym samym czasie co „Matrix" pojawił się film, którego akcja również wykorzystuje pomysł wirtualnej rzeczywistości.
Obraz nosi tytuł „Trzynaste piętro" i został nakręcony na podstawie książki Daniela Galloweya „Simulacra 3" z 1964 roku. Kiedy w jednej ze scen bohater dociera do granic rzeczywistości, którą zamieszkuje, wygenerowanej w superkomputerze i widzi dalej schematyczne, błyszczące linie będące przedłużeniem szosy oraz powierzchni Ziemi, skojarzenie z filozofią Davida Hume'a jest automatyczne. Tenże Hume, autor dzieła „Badania dotyczące rozumu ludzkiego", twierdził, że rzeczywistość nie ma takich własności jak kolory, faktury, smaki czy zapachy. Tego rodzaju informacje są dodawane przez ludzki umysł i dzięki temu w umyśle powstaje kopia prawdziwego świata. W humowskiej koncepcji empiryzmu dostrzec można agnostycyzm i sceptycyzm. Według niego poznajemy nie rzeczywistość obiektywną, lecz nasze przedstawienia. Hume, inspirowany przez Locke'a, dokonał podziału przedstawień na wrażenia – przedstawienia pierwotne oraz na idee – przedstawienia wtórne. Idee wypływają z wrażeń, są ich kopiami. Hume był też sceptykiem, choć jego sceptycyzm nie miał charakteru skrajnego ani tym bardziej absolutnego, lecz postulował ostrożność i bezstronność w wygłaszaniu sądów. Natomiast wspomniany John Locke uznawał, że człowiek nie poznaje rzeczy w sposób bezpośredni.
To, co dostępne jest naszemu poznaniu, to idee wywodzące się z doświadczania owych rzeczy lub z przeżyć wewnętrznych. W przeciwieństwie do tradycji platońskiej, w której idee traktowano w sposób realny i obiektywny, idee Locke'a mają charakter psychologiczny. Locke krytykował ideę wiedzy wrodzonej i twierdził, że umysł człowieka to czysta, niezapisana karta tabula rasa. Karta, którą napełniają treścią jedynie doświadczenia. Filozof rozróżniał rodzaje owych doświadczeń. Pierwsze z nich zewnętrzne, kiedy to przedmioty materialne oddziałują na narządy zmysłowe. Drugie to doświadczenia wewnętrzne. Zmysł wewnętrzny. Wrażenia powstają w wyniku obserwacji swego umysłu. Z tych dwóch źródeł poznania wywodzą się abstrakcyjne pojęcia, wyobrażenia i fantazje.
Locke uważał, że umysłowi są dostępne jedynie idee, a nie rzeczy. Idee odpowiadają jakościom zmysłowym dwojakiego rodzaju. Pierwotnym, istniejącym obiektywnie. I tu wymieniał masywność, rozciągłość, kształt, ruch lub spoczynek oraz liczby. Były też oczywiście jakości zmysłowe wtórne, mające subiektywny charakter, takie jak barwa, dźwięk, smak, zapach. Filozof wprowadził rozróżnienie między właściwościami pierwotnymi rzeczy. Niepodobna usunąć ich z ludzkiego wyobrażenia owej rzeczy i są postrzegane wieloma zmysłami. Wymieniał też właściwości wtórne dostępne tylko jednemu zmysłowi. Posiłkując się filozofią Hume'a można stwierdzić, że bohaterowie filmu „Trzynaste piętro" widzą sztuczny świat plastycznie i w sposób pełny, ponieważ ich umysły płynnie uzupełniają szkielet tworzony przez superkomputer. Tak dzieje się, dopóki przebywają w granicach Los Angeles z roku 1937 wykreowanego w komputerze.
Kiedy jednak bohater wyjeżdża daleko poza miasto, okazuje się, że jego umysł przestaje uzupełniać obraz podstawowy i świat jawi się jako świetlisty szkielet rzeczywistości. Inną ważną kwestią poruszoną w filmie i książce, na podstawie której powstał scenariusz, jest problem kreowania sztucznych, świadomych osobowości. Czy człowiek powołany do życia wewnątrz wirtualnej rzeczywistości jest takim samym człowiekiem jak ten zrodzony w naszym świecie? W latach 70. XX wieku w Polsce powstało opowiadanie, w którym istota działania sztucznego świata, a właściwie światów, jest niemal identyczna jak w dziele Wachowskich oraz ta z adaptacji książki Simulacron-3. Tekst nosi tytuł „Anioł przemocy" i został stworzony przez Andrzeja Wiśniewskiego-Snerga. Podobieństwa są na tyle duże, iż przez pewien czas mówiło się, że opowiadanie mogło zainspirować twórców Matrixa. W opowiadaniu Snerga życie ludzi upływa w świecie wirtualnym. Jest on nieodróżnialny od świata rzeczywistego. Jedyna różnica polega na tym, że w virtual reality nie można umrzeć.
Każda śmierć jest tylko furtką do kolejnej ułudy. Kiedy bohaterka zyskuje prawo do jednego dnia życia w prawdziwej rzeczywistości, wykorzystuje tę okazję, aby popełnić samobójstwo i przerwać niekończącą się historię elektronicznych wcieleń. Przekonanie o tym, że świat jest rodzajem ułudy, towarzyszyło Adamowi Wiśniewskiemu-Snergowi niemal we wszystkich utworach wydanych za życia. W powieści „Nagi cel" autor zadaje pytanie: czy cała nasza rzeczywistość jest tylko trójwymiarowym filmem dla ludzi z przyszłości? A jeśli tak, to w jaki sposób odróżnić prawdziwego człowieka od filmowej postaci? Mechanika świata, w którym toczy się fabuła, przypomina tę ze wspomnianego już opowiadania „Anioł przemocy". Inny rodzaj tworzenia mistyfikacji stosowany w fantastyce naukowej polega na wszczepianiu ludziom sztucznych wspomnień. Człowiekowi przypisuje się wówczas znajomość miejsc, w których nigdy nie był, oraz wydarzeń, w których nigdy nie uczestniczył. Wspomnienia są tak plastyczne i tak realne, że każda próba wyjaśnienia, jak było naprawdę, byłaby skazana na niepowodzenie. To, co przechowuje mózg w powszechnym mniemaniu uznawane jest za realny dowód zaistnienia jakichś wydarzeń.
O tym, że tak nie jest, przekonywał Philip Dick w opowiadaniu „Przypominamy to panu hurtowo", które powstało w roku 1966. Pisarz zastanawia się, czy istnieje jakiś sposób zweryfikowania i odróżnienia wspomnień prawdziwych od fałszywych. Wnioski nie są budujące, zwłaszcza w kontekście konstatacji, że fałszywa rzeczywistość zapisana w umyśle człowieka może służyć zarówno rozrywce i uatrakcyjnieniu szarego życia, jak i zakusom mającym na celu zniewolenie człowieka. Swobodnymi adaptacjami opowiadania są filmy „Pamięć absolutna" z roku 1990 i 2012. Filmy te, znacząco zmieniając fabułę zaproponowaną przez Dicka, pozostawiają pierwotny pomysł wszczepiania fałszywych wspomnień. O sztucznych wspomnieniach oraz ich wszczepianiu pisał również Krzysztof Malinowski w opowiadaniu „W czasy państwa Atkins", które ukazało się po raz pierwszy w miesięczniku Młody Technik w 1973 roku. Oś fabularną opowiadania stanowi oferta firmy proponującej klientom urlopy w przeszłości. W rzeczywistości turyści, zamiast odbyć podróż w czasie, są usypiani, a ich umysły zostają poddane stymulacji, aby uwierzyli w sztuczne wspomnienia. Cytuję fragment opowiadania: Wiecie co on z wami zrobił? Wsadził was do kabin, a potem oszołomił was specjalnym gazem i poddał telehipnozie.
To bardzo skuteczny i nieszkodliwy środek sugestii. Podświetlał was kwarcówkami. Ssaliście tubki z pastą rybną przekonani, że jecie pieczeń z gnu. Nadstawialiście twarz na podmuch wentylatora, przekonani, że wystawiacie ją na wiatr z sawanny. Koniec cytatu. Przedstawione powyżej przykłady z utworów science fiction są charakterystyczne dla tego gatunku. Pokazują, że po okresie fascynacji problematyką kosmiczną, problematyką podboju innych światów oraz podróżami w czasie, problem kosmosu wewnętrznego, tak zwanego inner space, stał się dla fantastyki naukowej równie ważny. O realności bądź nierealności świata zaczęli już zatem rozmyślać nie tylko filozofowie, ale także autorzy prozy popularnej. Tymczasem warto zapamiętać, że to Berkeley, chociaż żył na przełomie XVII i XVIII wieku, postawił słuszną diagnozę. Jeśli bodźce dostarczane do mózgu będą odpowiedniej jakości, to chociaż nie będą miały związku ze światem materii, zapewnią pełną iluzję rzeczywistości.
Iluzję, której nie będzie można zakwestionować na gruncie żadnego eksperymentu, ani też rozumowania. Podobnie naiwne jest przekonanie o tym, że sztuczne rzeczywistości będą miały konstrukcje liniowe, jak niektóre współczesne gry i to pozwoli zdemaskować sztuczność świata. Problem ten podjął Stanisław Lem już w pierwszej połowie lat 60. we wspomnianym już tekście o profesorze Corcoranie. Zacytuję go raz jeszcze. Myśli pan pewno, że tam w tym bębnie są utrwalone różne sygnały jak na płycie gramofonowej, że wypadki ułożone są tak jak melodia ze wszystkimi tonami i czekają tylko jak muzyka na płycie, aby ożywiła je igła. Że te skrzynie odtwarzają po kolei zespoły przeżyć do końca już z góry ustalonych. Nieprawda, nieprawda — wołał przeraźliwie, aż dudniło echo blaszanego stropu. Zawartość tego bębna jest dla nich tym, czym dla pana świat, w którym pan żyje. Panu nie przychodzi przecież do głowy, kiedy pan je, śpi, wstaje, podróżuje, odwiedza starych wariatów, że to wszystko jest płytą gramofonową, której dotyk nazywa pan teraźniejszością.
Los moich żelaznych skrzyń nie jest ustalony z góry do końca, gdyż wypadki znajdują się tam w bębnie na szeregach równoległych taśm i tylko działający zgodnie z regułą ślepego przypadku selektor decyduje o tym, z której serii taśm będzie zbierak zmysłowych wrażeń danej skrzyni czerpał w następnej chwili. Naturalnie tak proste, jak powiedziałem, to nie jest, ponieważ skrzynie same mogą wpływać do pewnego stopnia na ruchy czerpaka, a selekcja przypadkowa zachodzi w pełni wtedy tylko, kiedy ci stworzeni przeze mnie zachowują się biernie. Wszelako mają wolną wolę, a ogranicza ją to samo tylko co nas. Posiadana struktura osobowości, pasje, przyrodzone kalectwa, warunki zewnętrzne, stopień inteligencji. Tyle Lem. Dowodem sztuczności świata nie mogą być nawet ewentualne zakłócenia i błędy dostrzeżone w rzeczywistości. Wystarczy przypomnieć, że w filmie Wachowskich zjawisko déjà vu tłumaczono przekłamaniami pojawiającymi się w Matrixie. Skoro tam było ono błędem, to czym jest w naszej rzeczywistości? Zapewne rację mają neurolodzy i neuropsycholodzy wskazujący, że u podstaw fenomenu leżą zaburzenia neurologiczne, ale to tylko jedno z możliwych wyjaśnień. Idąc dalej, czym jest nasza rzeczywistość?
Déjà vu można tłumaczyć na różne sposoby fizjologicznie, psychologicznie. Można również zacząć zastanawiać się nad realnością naszego świata. Jednak z pewnością wspomniane zjawisko nie może stać się dowodem na wirtualność rzeczywistości ani w świecie Matrixa, ani w naszym. O błędach w środowisku sztucznych światów pisał Stanisław Lem w przytaczanym już opowiadaniu o profesorze Corcoranie. Cytuję. Kiedyś, bardzo, bardzo dawno temu zwątpiłem w realność świata. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Tak zwana złośliwość rzeczy martwych. Tichy. Kto jej nie doświadczył?
Nie możemy znaleźć jakiegoś drobiazgu, choć pamiętamy, gdzieśmy go widzieli po raz ostatni. Nareszcie odnajdujemy go gdzie indziej z uczuciem, że przyłapaliśmy świat na gorącym uczynku jakiejś niedokładności, bylejakości. Dorośli mówią oczywista, że to pomyłka i naturalna nieufność dziecka zostaje w ten sposób stłumiona. Albo, albo to, co nazywają le sentiment déjà vu, wrażenie, że w sytuacji niewątpliwie nowej, przeżywanej po raz pierwszy już się kiedyś było. Całe systemy metafizyczne, jak wiara w wędrówkę dusz, w reinkarnację powstały w oparciu o te zjawiska. A dalej prawo serii. Powtarzanie się zjawisk szczególnie rzadkich, które tak chodzą parami, że lekarze nazwali nawet to w swoim języku duplicatus casuum. A wreszcie duchy, o które pana pytałem. Czytanie myśli, lewitacji i ze wszystkich najbardziej sprzeczne z podstawami całej naszej wiedzy, najbardziej niewytłumaczalne przypadki, prawda, że rzadkie przepowiadania przyszłości. Fenomen opisywany od najdawniejszych czasów.
Wbrew wszelkiej możliwości, gdyż każdy naukowy pogląd na świat go wyklucza. Koniec cytatu. Myślę, że Stanisław Lem najlepiej podsumował dzisiejszy temat Symulacja, jeśli istnieje, jest ze swej natury niemożliwa do udowodnienia przez osoby w niej zanurzone. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby twórcy owej symulacji lub jej użytkownicy zechcieli przekazać nam jakiś sygnał lub informację. No co by było? Co? Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i obiecuję, że do tematu symulacji będziemy jeszcze wracać, gdyż mam wrażenie, że zaledwie zaczęliśmy temat. Tak, proszę państwa, jeśli czujecie się lekko skołowani albo niepewni tego, co was otacza, nie przejmujcie się.
Ja jednak proponuję podchodzić do sprawy lekko, bo jak państwo znajdziecie jeden z filmów na kanale Wehikuł Wyobraźni, chodzi mi konkretnie o ten film, w którym rozmawiam z Wiktorem Żwikiewiczem. On rozbrajająco prosto mówi w tym wywiadzie: „A co mnie to obchodzi, czy ja żyję w symulacji, czy ja żyję w realnym świecie? Jeśli żyję w symulacji, to i tak to jest dla mnie jedyny realny świat, w którym żyję. W związku z tym oczekiwanie, że ja się będę tym przejmował. Nie. Ja zamierzam po prostu w tym świecie żyć. Obojętnie, czy on jest sztuczny, czy jest prawdziwy. To jest mój świat i w nim będę żył do końca swoich dni”. Myślę, że to jest bardzo zdroworozsądkowe podejście, bo można oczywiście filozoficznie dzielić włos na czworo, ale może niekoniecznie trzeba to robić. Może trzeba przyjąć postawę Wiktora Żwikiewicza, bo ona mi się wydaje, wybaczcie państwo, wydaje mi się po prostu zdrowsza.
Zostawmy już problemy filozoficzne. Czas korepetycji filozoficznych minął. To ja państwa teraz zapraszam na ponowne spotkanie z Piotrem Cielebiasiem na „Filmotekarium”. Proszę państwa, dzisiaj będzie film, do którego przymierzaliśmy się dosyć długo. Wierzcie mi państwo, pół roku. Zawsze powinniśmy ten film omówić. Powinniśmy. „Ale wiesz co, Marek, to może w następnym tygodniu, bo teraz to mam lepszy film”. A w następnym tygodniu było odwrotnie. „Wiesz, Piotr, co?
Może powinniśmy ten film omówić, ale ja mam taki inny. To może ten omówmy”. I tak pykło, proszę państwa, pół roku i w końcu wzięliśmy sobie trochę na ambit, że okej, pół roku to jest wystarczający czas, żeby jednak się do tego filmu przymierzyć. I się w końcu przymierzyliśmy. A zatem nie zdradzając tytułu, zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:10:01] - Witam, witam w kolejnym „Filmotekarium”, a jeszcze dodam, że „Filmotekarium” tak jakby przedoskarowym.
[01:10:09] - No tak, i dzisiaj to chyba w ogóle będzie na różowo „Bibliotekarium”. Nie, żebym jakoś lubił ten kolor albo żeby mi się dobrze kojarzył, ale ewidentnie powinien być jakiś taki różowawy odcień dzisiejszego odcinka.
[01:10:24] - No tak. A w nim film, do którego się przymierzaliśmy od dawna, ale jakoś nie było okazji, a teraz jest, bo to jest obraz nominowany do Oscara w wielu kategoriach. Film... No cóż, „Barbie”. Film „Barbie” jaki jest, każdy widzi. Chciałoby się rzucić klasykiem. Obraz w reżyserii Grety Gerwig, która się zajmowała dotąd kinem niezależnym, stał się dziełem, nie chcę powiedzieć kultowym, ale na pewno latem ubiegłego roku to był jakiś fenomen kulturowy. Z racji konkurencji z „Oppenheimerem”, którego też żeśmy zresztą omawiali. Jeszcze do tej konkurencji przejdziemy. Co w ogóle robi w programie takim jak „Bibliotekarium” film osadzony w świecie lalek?
W programie, gdzie się zajmujemy fantastyką. Bo to też jest, Marku, jakaś forma fantastyki. Bo Barbie przybywa ze swojego świata do naszego. Tutaj szuka na Ziemi sensu życia i korzeni. Okazuje się, że ten jej świat od naszego dzieli jakaś bardzo cienka powłoka. Można tutaj dotrzeć. A czemu szuka? Bo nagle dopada ją jakaś przemiana, jakiś kryzys. Ona sobie żyje w tym swoim sztucznym Barbielandzie z innymi, nie wiem, jak to powiedzieć, Barbiami, jej siostrami, z takimi Kenami różnymi. I nagle się budzi i okazuje się, że ma płaskie stopy.
Nie to, że ma plakusa, tylko nie ma tak ukształtowanych stóp jak lalka, żeby na nią szpilki pasowały. I zaczyna poszukiwanie swojego prawdziwego ja w tym filmie ta Barbie.
[01:11:57] - Tak, a w dodatku powiem w ten sposób: to jest film, który wspomniałeś o lecie zeszłego roku. To był jakiś fenomen, bo rzeczywiście było tak i sam byłem świadkiem tego, nie żebym ja to robił, ale byłem świadkiem par, które przychodziły do kina i szły najpierw na „Oppenheimera”, a później na „Barbie”. Albo odwrotnie, najpierw na „Barbie”, a później na „Oppenheimera”. To wynikało wyraźnie z rozmów takich par. Troszeczkę się śmiałem, że w zależności od tego, kto w danym związku był osobą dominującą, to ten film był pierwszy. Oczywiście żartuję tak naprawdę, ale to w jakiś sposób nawiązuje też do treści filmu, o którym będziemy dzisiaj rozmawiać. Bo ta treść... Jak by to państwu powiedzieć? To byłby może niezły film, ale ja mam nieprzeparte wrażenie, że gdzieś tam w pewnym momencie zaczęła dominować nad opowieścią i nawet taką opowieścią z morałem, zaczęła dominować, zastanawiam się, czy użyć tego słowa, ale ideologia. Ja za chwilę będę pewno o tym mówił i to już mi się nie do końca podobało, bo film momentami bywa zabawny, to trzeba wejść w tę konwencję.
Od razu umówmy się, jeśli ktoś nie lubi filmów z przymrużeniem oka, z pewnym jednak dystansem, że to jednak nie jest prawdziwe życie, to może nie wejść w tę konwencję. I wówczas ja się wcale nie będę dziwił, jeśli ktoś powie, że tego się oglądać nie da. Ale jeśli jesteśmy podatni na różne konwencje i gotowi jesteśmy, przynajmniej w ramach eksperymentu, w taką konwencję wejść, to jak już wejdziemy, to później kac po obejrzeniu całości może być, ale nie musi. To w zależności od tego, jakie dźwięki w naszej duszy grają. Powiem państwu, muszę to powiedzieć, bo pęknę inaczej. Rozmawiamy w środę przed „Bibliotekarium”. Mamy dzień 24 stycznia i dzisiaj rano słuchałem pani Scheuring-Wielgus, która się właśnie w RMF panu Mazurkowi pochwaliła, że też była w takim trybie, że najpierw na „Barbie”, a później na „Oppenheimera”, bo pani deklaruje, że uwielbia chodzić do kina, uwielbia żyć kinem i tak dalej. Tu się podparłem pewnym autorytetem to może za dużo powiedziane, ale w każdym razie osobą publiczną, która potwierdza moją historię i zostawmy to. Przejdźmy może do tego, co się w tym filmie dzieje i tego, co możemy państwu powiedzieć bez czynienia jakichś tam wielkich szkód.
[01:15:16] - Właśnie. I tu jest problem, na który natrafiamy dość często, bo ten film jest prosty. Powiem ci tak: do pewnego momentu to się ogląda dobrze, tak jak mówisz, dopóki nie wchodzimy w tą sferę takiego patosu, dydaktyki trochę nachalnej. Ten film jest momentami zabawny. On jest dobrze zrealizowany i to się da obejrzeć w przeciwieństwie do innych. Nie jest zły w takim rozrachunku ogólnym. Tylko to nie jest arcydzieło. Tak samo jak ten „Oppenheimer” też nie był. Nie oszukujmy się. „Barbie” jest wypełniona bardzo modnym przesłaniem o matriarchacie, patriarchacie, akceptacji, byciu sobą, jak mówił jeden z polskich youtuberów i tym wszystkim, co jest teraz modne, postępowe, właśnie w duchu posłanki czy ministry Scheuring-Wielgus, która mam nadzieję, że nie będę mówił, bo mnie potem zjedzą.
Nie, ja się o polityce nie wypowiadam. Ale Marku, może zrobilibyśmy pewien duży błąd i moglibyśmy zaszkodzić naszym słuchaczom, bo jeżeli ktoś tego filmu nie oglądał do tej pory, a ma chęć przed Oscarami, to powiedzmy może tyle. Dodajmy to do tego, co już powiedziałem, że ta Barbie się budzi w tym swoim Barbielandzie i przechodzi przemianę. Okazuje się, że musi dotrzeć do ziemi, musi dotrzeć do swojego parafium, jak to się mówi, czyli do swojej właścicielki, do swojej twórczyni, do macierzystej firmy. I to jej się udaje. W podróży towarzyszy jej Ken. I tutaj chyba jedyne takie wątki fantastyczne w tym filmie, że jest nam pokazana jakaś, zresztą oni tam chyba nawet o tym mówią, że ten Barbieland funkcjonuje gdzieś w równoległej rzeczywistości. Pada tam jakieś takie słowo, ja już nie pamiętam tego dokładnie. Wiesz, co mi jeszcze przyszło na myśl tak mocno? Że tak jak rok temu mówiliśmy odnośnie filmu „Wszystko wszędzie naraz”, który też przecież był przebojem oscarowym.
Te filmy są bardzo podobne. One są takie jakieś baśniowe, trudno je zdefiniować. One się charakteryzują taką samą żywiołowością scen, tym silnym przejaskrawieniem emocji, atmosferą baśni filmowej. I powiem ci, że tak jak uważam film „Wszystko wszędzie naraz” za trudnostrawny z perspektywy, to w przypadku „Barbie” ktoś tam odrobił lekcje, bo to się ogląda, ogólnie rzecz biorąc, dobrze do pewnego momentu. Ten film nie męczy, on jest lekki. On nie jest głupi. Wbrew temu, co się wiele osób spodziewało, on nie jest głupi. Momentami jest śmieszny, tylko on w pewnym momencie, nawet nie wiem, trudno mi powiedzieć kiedy, robi taką woltę i nam się robi taka tragikomedia trochę z morałem właśnie takim ideologicznym. Bo Marku, okazuje się, że problem cały tam się wiąże z oczekiwaniami, z akceptacją, z przełożeniem życia idealnego na rzeczywistość. I z tym się styka Barbie z Kenem, kiedy lądują po raz pierwszy w Ameryce XXI wieku.
[01:18:51] - Tak. Dodajmy, że podróż z Barbielandu do naszego świata odbywa się samochodem, więc tu już państwo mniej więcej wiecie, w jakiej konwencji to jest wszystko utrzymane. Ja tylko powiem o „Wszystko wszędzie naraz”, o tym obrazie z zeszłego roku. Powiem tak, że uważam „Barbie” za znacznie lepszy film, przynajmniej pod względem przejrzystości obrazu. Bo tak naprawdę, jak człowiek mocno wysili mózg, to w filmie „Wszystko wszędzie naraz” dopatrzy się chociażby nawiązania do wszechświatów Everetta, do tego, co jest istotą owych wszechświatów Everetta. Kto ciekawy, to zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam o tych rzeczach mówię. To zostawmy na razie. Natomiast „Barbie” jest prostszym obrazem, bo z filmu „Wszystko wszędzie naraz” trudno się zorientować, czym są owe wszechświaty Everetta i jak wygląda ich mechanika. I konia z rzędem kto, nie wiedząc o tak zwanych wszechświatach równoległych, naprawdę złapie, o co w tym filmie chodzi.
Ale być może czegoś nie doceniam. „Barbie” natomiast jest prostszym obrazem. Prostszym o tyle, że opowiada historię naprawdę taką, powiedziałbym, komiksową. I to zresztą bardzo dobrze pasuje. Ja się w sumie tak między nami zastanawiam, ile firma Mattel, właściciel marki, musiała zapłacić, ile włożyć pieniędzy w ten obraz. To musiały być kosmiczne sumy. To zresztą widać w tym filmie. Ale tak jak Piotr powiedział, bardzo długo ten film jest sympatyczny. Żyjemy w świecie Barbie, patrzymy, co ona wyprawia. Od razu, od początku widać, że to bajka i to taka bajka prześmiewczo-złośliwa.
Barbie to jest lalka i ze swoimi siostrami traktuje tych Kenów jako takich jełopów, takich przygłupów. Nie wiem, jak to jeszcze określić, nieważne. I wybiera się do naszego świata właśnie z tym Kenem. Ken zabiera się na tak zwany krzywy ryj, czyli po prostu zabiera się i to się okazuje w drodze, więc już jedzie z Barbie. Barbie dociera do naszego świata. Ken oczywiście też. I tu następuje przełom, bo Ken dowiaduje się, że można być szowinistyczną męską świnią i to mu się bardzo podoba. Naprawdę bardzo mu się to podoba i postanowi to wcielić w życie. Dalej nie będę opowiadał, ale to mu się do pewnego stopnia udaje i to jest później napęd, oś drugiej połowy filmu. Z tym się mierzymy, ale powiedziałem w pewnym momencie naszej rozmowy, że ja jednak nie lubię filmów o wyraźnym przegięciu ideologicznym, a tu w tym obrazie, dla mnie przynajmniej, to przegięcie ideologiczne jest.
Czyli facet, jak mu pozwolić, to wiadomo, że nie dość, że szowinistyczna męska świnia, to ma szereg takich przymiotów, czy może raczej wad, które powodują, że on w ogóle nie nadaje się do tego, żeby być współczesnym człowiekiem, tylko mu pałę wręczyć i do jaskini zapędzić, bo to do tego się tak naprawdę sprowadza. I cały wysiłek Barbie oraz jej sióstr sprowadza się do tego, żeby przywrócić pewną równowagę. Zauważcie państwo zresztą, że zaraza przychodzi z naszego świata. Z naszego świata zostaje zainfekowany Barbieland i przemienia się w koszmar. Przynajmniej koszmar dla Barbie. Dla Kenów to jest może świat cudowny, wspaniały, ale my nawet jako te Keny żyjące w naszym świecie widzimy, że on jest totalnie przegięty. Ten świat jest wręcz karykaturalny. Te Keny żyjące w Barbielandzie to są karykatury mężczyzny, ale widać takimi osobnikami chcą nas widzieć osoby żeńskie, a przynajmniej niektóre osoby żeńskie, a już na pewno te, które były odpowiedzialne za produkcję tego filmu. I dlatego, mówiąc szczerze, ten film lekko mnie denerwował, ponieważ nie ma chyba nic gorszego niż nachalna propaganda. Bo to samo, w gruncie rzeczy ten film nie opowiada rzeczy oderwanych od jakiejś tam obiektywnej prawdy.
Tak się rzeczywiście może zdarzyć. I ludzie tacy są, mężczyźni tacy są, kobiety takie są. To się wszystko może zdarzyć. Natomiast ten film podkręca to do takiego rozmiaru max XXL, przynajmniej jeśli tych iksów jeszcze nie pomnożyć. W związku z tym otrzymujemy obraz karykaturalny, który troszeczkę to mnie raziło, sprowadza się do tego: żeńskie to jest dobry pierwiastek, męskie to z definicji jest zły pierwiastek. I w związku z tym cała odkrywczość i cały sens świata polega na tym, że należy stłumić pierwiastek męski, bo tylko stłumiony pierwiastek męski przez ten pierwiastek żeński sprawia, że świat jest harmonijny, fajny i w ogóle do przyjęcia. Zdaję sobie sprawę, że po wysłuchaniu takiej relacji z owego obrazu publiczność mogła się podzielić. Ludzie, którzy nas słuchają, mogli się podzielić i to troszeczkę według płci. Ja po prostu nie przyjmuję takiego obrazu świata, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus i to cokolwiek implikuje, i że tak naprawdę jest, i że to się da Wtłoczyć w pewną codzienność, w pewien obraz świata, który naprawdę funkcjonuje. To moim zdaniem są bzdury.
I teraz warto by rozważyć, czy obraz pod tytułem „Barbie”, on to mówi na poważnie, czy też on nas przed czymś przestrzega. Bo w zależności od odpowiedzi na to pytanie pojawią się również oceny i pojawi się również podsumowanie tego, czy to był dobrze wydany pieniądz, kiedy szliśmy na ten film. Ale to już musicie państwo odpowiedzieć sobie na to pytanie we własnym zakresie.
[01:25:50] - Tak, bo ten film był zrobiony w taki sposób, żeby budził emocje związane z, uwaga, tutaj słowo klucz: z ideologią gender. Tak. Ale nie, to na pewno był taki zabieg marketingowy. Wrócę do filmu „Wszystko wszędzie naraz”. One są podobne, jeżeli chodzi o styl i „Wszystko wszędzie naraz” mnie męczyło. Ja ledwo wytrzymałem. Tutaj „Barbie” nie męczy ze względu głównie na doborową obsadę, przede wszystkim na fakt, że ten film jest zwyczajnie krótszy. Dzieje się wszystko bardzo szybko. Do pewnego momentu jest zabawnie. Film ten ogólnie jest zabawny w taki nienachalny sposób, nieamerykański.
To jest jakiś plus, ale to nie jest też tak, że siądziecie i: „Ho, ho, ho, ale śmieszne chłop z baby przebrany”. Nie, nie. To jest taki delikatny humorek. Ale przejdę do mojego drugiego plusominusa, bo tutaj wyczerpałeś chyba temat tych konfliktów filozofii żeńskiej, filozofii męskiej, matriarchatu, patriarchatu, jak sobie to tam nazwiemy. Dla mnie „Barbie” to nie jest arcydzieło, nawet w swojej wymowie. Ogólnie to nie chciałbym tego, żeby kino szło dalej w stronę takich produkcji, bo rok po roku mamy dwa filmy, które są takim czymś. Ale chyba będzie tak, że będzie szło w tym kierunku, bo teraz jest „Łąka”, który jest praktycznie identyczny. Także te zachwyty nad „Barbie” uważam za mocno przesadzone. Ta konkurencja z „Oppenheimerem”, który też według mnie arcydziełem nie był, był nudny. To było genialne posunięcie, ale ze strony marketingowej.
Zobacz, jak się dużo ludzi dało na to nakręcić. Nakręcono spiralę emocji, podzielono ludzi. Jak oglądasz „Oppenheimera”, to żeś jest mądry. Jak oglądasz „Barbie”, to jesteś głupszy. I tutaj całe dyskusje w internecie na ten temat, ale nie oszukujmy się, moim zdaniem to był po prostu prosty marketingowy zabieg, bo te filmy weszły do kin razem chyba nawet ze sobą i ściągnięto masę ludzi na całym świecie do kin, które są w kryzysie tak naprawdę. W kryzysie związanym z tym, że prym wiodą teraz sieci streamingowe. Osobiście nie rozumiem zatem fenomenu Barbenheimer, tak się to, Marku, chyba nazywało. Dla mnie to była swoista prowokacja i taki bait na widzów, bo żaden z tych filmów nie sprawił, że bawiłem się setnie, że się stałem nagle mądrzejszy i że się zmienił mój światopogląd. Nie, ja się po prostu jakoś tak zastanowiłem, po co ja to wszystko oglądam i czy to jest warte w ogóle, czy to rzeczywiście są aż tak wielkie arcydzieła. Wspomniałeś o tym ładunku marketingowym ze strony firmy Mattel i to też jest wyraźne, i to też mnie tak troszeczkę wkurza, bo ja gdybym miał ocenić ten film z perspektywy, to bym powiedział, że to jest właśnie film marketingowy.
Oto firma produkująca lalki, wiedząc, że może być hejtowana w przyszłości przez różnej maści postępowców, że produkuje lalki takie, a nie inne, że lansuje taki wzorzec piękna, dokonuje samokrytyki poprzez film, a przy okazji nieźle na tym wychodzi, bo reklamuje swój produkt, robi sobie potężną reklamę i nagle pokazuje, jacy to są wyluzowani i trendy, że umieją spojrzeć na siebie z perspektywy i tak dalej. Nie wiem, czy wzrosła sprzedaż lalek, ale logo i historia firmy były eksponowane. Wszystko zostało pokazane w krzywym zwierciadle i nie wiem, jak oni na tym wyszli. Natomiast do ludzi poszedł bardzo wyraźny sygnał. Oni zmiękczyli swój wizerunek i pokazali, jacy są cool. Jeszcze jedna rzecz. My tak za bardzo nie wiemy, jak funkcjonuje kultura amerykańska, ale jeżeli rzucicie okiem na to, jak dyskusja o równości, jak dyskusja o lansowaniu takich wzorców, a nie innych tam się rozwija, to dochodzi co naprawdę momentami do karykaturalnych sytuacji. Tutaj Mattel się, że tak powiem, wykpił, pokazał, że może obejść ten kontrowersyjny problem, że jeżeli ktoś się ich czepi, to oni powiedzą: „A myśmy już odeszli od tej polityki ukazywania jakiegoś tam ideału piękna. Wiemy, że wszyscy ludzie są piękni. A jak pan nie wierzy czy pani nie wierzy, proszę obejrzeć film Barbie.
Tam o tym mówimy”. I to jest taka nowa polityka tej firmy. Dlatego to było takie trochę odniechęcające dla mnie, bo tutaj jakieś gadki o zmianach, o tym, że wszyscy jesteśmy fajni i że matriarchat, patriarchat, a tu buch, firma, która zarabia miliony na gumowych lalkach. Dziwne.
[01:30:47] - Ja poza tym mam takie nieodparte wrażenie, że coś się dzieje niedobrego ze scenarzystami, bo historia opowiedziana w filmie „Barbie” jest tak przeraźliwie prosta. I to nie musi być w gruncie rzeczy zarzut. Tak sobie o tym w tej chwili myślę. Nie musi, ale ona jest tak prosta, że jak pamiętam komedie z lat 90. czy z przełomu lat 80. i 90. Na przykład była taka komedia, której w tej chwili tytułu nie mogę sobie przypomnieć, ale polegająca na tym, że ojciec z synem zamienili się umysłami i mały funkcjonował w ciele dorosłego, a dorosły w ciele małego. Kompletnie wyleciało mi to z głowy. Ale ten film, pomimo że tam też były pewne rzeczy poprzemycane, on jednak jeśli chodzi o scenariusz, to był rozbudowany. Nie był wiele dłuższy, ale był rozbudowany ten scenariusz i tam się dużo działo.
W „Barbie” scenariusz jest szczątkowy. Może nie szczątkowy. Jest prosty, jest bardzo prosty, a nawet bardzo prosty. Jakby to próbować rozrysować albo zbudować drabinkę scenariuszową, to wierzcie mi państwo, aż człowiek nie może uwierzyć, że tak prosty film rozrósł się do pełnometrażowego kinowego formatu, a w dodatku dało się tę opowieść przez tak długi czas, nomen omen, taki pełnometrażowy, utrzymać. Ta opowieść, siłą rzeczy nie zdradzamy szczegółów, ale ona jest naprawdę przeraźliwie prosta. Owszem, ratują tę opowieść szczegóły chociażby z Barbielandu. Człowiek na to patrzy i mówi: „Kurczę, co oni jeszcze wymyślą?”. Ten Ken, który ma surfować po falach, ale nigdy nie surfował po tych falach, ponieważ fale mają pewną zadziwiającą z punktu widzenia normalnego świata właściwość. Obejrzyjcie państwo jaką. I w ogóle ten świat jest tak zabawny.
Barbieland z dominacją Barbie jest tak zabawny, że to przechodzi, ale kiedy później wchodzimy w te głębsze przemyślenia, to on już ani zabawny nie jest i zaczyna być sztampowy. A ja myślę, że film może być kontrowersyjny, może być czasami obrazoburczy, ale sztampowość filmowi zawsze szkodzi. I mam wrażenie, że „Barbie” do pewnego stopnia jest sztampowa i ja wiem, że zapewne zostanie obsypany ten film Oscarami i zdziwię się, jeśli nie zostanie obsypany. To i tak nie zmieni mojego spojrzenia na ten film. Myślę, że kiedyś jednak Oscarami obsypywane były filmy, które były filmami w pełnym wymiarze, sensu stricto. Natomiast tu mamy obraz, który byłby komedyjką, może taką opowiastką. Ja nawet nie wiem, czy z tego trzeba było kręcić. Tak, ale ponieważ się pojawia ideologia, to trzeba było. Mamy pełnowymiarowy obraz i cóż, zostaniemy z tym obrazem. I pomimo tego narzekania, które państwu serwuję, ja nie mogę powiedzieć, że to jest zły film i to jest film, który w ogóle mnie nie zainteresował.
Nie, oglądałem go i to chwilami z przyjemnością, nawet z uśmiechem, ale gdzieś mnie tam jednak kłuje ta ideologia. Ta dosyć nachalna teza, która głosi, że co prawda i mężczyźni, i kobiety to są jednostki równowartościowe i w ogóle tak tworzy się świat, z tym że wiadomo, że kobiety są lepsze. Mniej więcej tyle z tego filmu wynika. Nie do końca, chyba to jest dla państwa zrozumiałe, mogę się z tą tezą zgodzić.
[01:35:11] - Jeżeli chodzi o warstwę fantastyczną, to ona rozbudowana raczej nie jest. Zresztą w drugiej części film się robi bardziej baśniowo-dydaktyczny i to już jest kino mocno naiwne. Podsumowując, w „Barbie” nie było nic złego, chociaż nie wywołało u mnie jakichś emocji. Jeżeli to dostanie milion nagród, to ja nie wiem, co oni tam w tej Ameryce. Bo na przykład może dla nich jest to produkt kultowy związany z popkulturą. Ja z lalkami żadnych wspomnień nie mam. To też film mnie ani nie ziębi, ani nie parzy. Jakiś tam super ekstra tam też nie był, ale jak mówię, był dużo lepszy od bardzo podobnego pod wieloma względami „Wszystko wszędzie naraz”.
[01:36:00] - I cóż, Piotrze, pewno nic więcej na temat „Barbie” nie powiemy.
[01:36:06] - Nie powiemy, bo się nie da, bo tam się niewiele dzieje. Natomiast teraz te filmy się tak kręci, że rzuca się jakąś wędeczkę ideologiczną, a potem ludzie dyskutują, o co tam naprawdę chodziło, a nikt nie wie, o co chodziło. Bo właśnie o to chodzi, że ma nikt nie wiedzieć, że się mają ludzie domyślać. Dla mnie to jest takie troszeczkę już nie do strawienia.
[01:36:31] - No cóż, i tym analitycznym komentarzem Piotra kończymy dzisiejsze „Filmotekarium”. Pięknie państwu dziękuję. Pięknie dziękuję tobie, Piotrze. Do usłyszenia.
[01:36:44] - Pozdrawiam.
[01:36:48] - Proszę państwa, to tyle jeśli chodzi o „Barbie”. A ja teraz państwa zapraszam na „Alchemię tworzenia”. Biję się w pierś. Naprawdę. To, co mnie spotkało, słusznie, oczywiście absolutnie słusznie, w ostatnim wydaniu „Bibliotekarium 2.0” nie było „Alchemii tworzenia”. Zdarzają się głosy krytyczne, ktoś nie lubi „Alchemii”, ale nie spodziewałem się, że na mojego mejlika Przyjdą, proszę państwa, cztery maile, to to jest w przypadku naszej niszowej audycji jednak tłum ludzi. Tłum ludzi wypomniał był mi, że nie było „Alchemii”. To w poczuciu winy, bijąc się w pierś, zapraszam państwa na „Alchemię tworzenia” Katarzyny Prychacz. Tytuł: „Krótka przypowieść o biznesie”. Ale zanim audycja, to ja państwu jeszcze powiem.
W dniach 8-10 marca odbywają się w Poznaniu Targi Książki. Katarzyna Prychacz w sobotę, nie potrafię jeszcze podać godziny, będzie prowadziła na tej imprezie warsztaty literackie. Poświęcone to będzie tworzeniu krótkich opowiadań. Ponieważ zostało sporo czasu i jeśli ktoś z państwa nie ma co robić w ten weekend, to ja zapraszam na sobotę do Poznania na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, gdzie Targi Książki się odbywają, na spotkanie z Katarzyną Prychacz. Bo jeśli państwu podobają się te warsztaty, które ona prowadzi na antenie „Bibliotekarium 2.0”, podoba się państwu „Alchemia tworzenia”, to ja zapraszam na „Alchemię tworzenia” na żywo. Wierzcie mi państwo, że Katarzyna Prychacz przygotowała, ja nie wiem, czy wolno na YouTubie przeklinać, to tak powiem cicho: zajebisty program, naprawdę. Jak się zapoznawałem, to aż państwu zazdrościłem, że spotkacie się państwo z Katarzyną na tychże warsztatach. A więc przypominam: 8-10 marca odbywają się targi. W sobotę, dziewiątego, zapraszam na spotkanie z Katarzyną Prychacz na warsztatach. Wierzcie mi państwo, naprawdę warto.
A teraz już „Alchemia tworzenia. Krótka przypowieść o biznesie”.
[01:39:30] - Wieczór dobry, Bóg Radiowa Ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na: „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w piątym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj rozegramy temat troszeczkę inaczej, jako że troszeczkę niedomagam na zdrowiu. Trochę mam gardełko chore, dlatego nie chcę go nadużywać. Ale żeby was nie zawieść i żeby jednak wymyślania stało się zadość, postanowiłam, że po prostu dzisiaj sobie zrobimy jakąś krótką historyjkę. Wylosuję pięć kart grafik i sobie coś powymyślam. Także mam nadzieję, że wybaczycie mi, że dzisiaj będzie krócej, ale mam nadzieję, że będzie mimo wszystko ciekawie. Zobaczymy, dokąd nas zaprowadzą karty. Bo naprawdę nie ukrywam, że troszeczkę moje siły aktualnie skupiają się na regeneracji.
Czasem trzeba się poregenerować. Zwłaszcza że święta nadciągają, także muszę mieć werwę na gotowanie i inne cuda. Dobra, słuchajcie, dzisiaj nie będzie nawet archetypów. Nie tykam ich. Zostały nam dwie pary na dwa odcinki. Także dzisiaj mam tylko karty z gry „Klub Detektywów”, czyli to coś takiego jak „Dixit”, kto nie wie. Z tego, co pamiętam, był jakiś motyw przewodni dzisiaj. W sensie święto nietypowe. Białe skarpety? To był dzień...
Nawet nie czystych skarpet, tylko chyba Dzień Białych Skarpet. Zaraz się upewnię jeszcze, żeby nie było, że was okłamuję. I chwila prawdy. 30 listopada. Tyndydydym! Załadowało się. Dzień Białych Skarpetek. Także może to dzisiaj będzie naszym motywem przewodnim. O, wiecie co? A tu jest jakiś cytat dnia.
Może spróbujemy jeszcze gdzieś na tym cytacie się poopierać. Okej, to cytuję: „Miłość na oko łagodna, w istocie bywa jednak jak pantera głodna. I chociaż ślepa, drogi przyjacielu, najkrótszą drogą podąża do celu”. William Szekspir. Jaki gruby cytat! Nawet nie wiedziałam. W ogóle kto to ustala, te cytaty dnia? Czy to jest wylosowane? Czy jest ktoś gdzieś mądry, kto to ustala? Dobra, czyli mamy też miłość.
Miłość ślepą, ale która zawsze dąży do celu. Ślepa, wygłodzona miłość i Dzień Białych Skarpetek. Jak zawsze już jest ciekawie. Dobra, słuchajcie, wylosuję sobie pięć kart, natomiast będę je odkrywać na bieżąco. W sensie nie, że wszystkie od razu, tylko będę odkrywać. Także potasujmy. Wiecie, może jest choroba chorobą, ale nie może być za łatwo, nie? Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Dobra, mamy pięć kart. Mogłam wyjąć dziewięć, nie?
To jak tarot by było. Dobra. Dzień Białych Skarpetek. Kurczę. Myślę, czy jakieś jeszcze ustalenia by mi się przydały. Nie, dobra, słuchajcie, nie chcę sobie tutaj wymyślać. Lecimy z tematem. Odkrywam pierwszą kartę. Okej, jest fajnie, słuchajcie. Muszę się oduczyć tego „słuchajcie”, więc wybaczcie mi za te wszystkie „słuchajcie”.
Karta przedstawia, chciałam powiedzieć smoka, ale to jest wąż. Może to właśnie taki wąż wodny, bo ma taki grzebień jak smok. W ogóle mordkę ma jak smok, ale ewidentnie jest wężem. I on jest, chciałam powiedzieć otulony. On zaciska swoje ciało na owocu, więc tak jakby on jest na drzewie, nie? Trochę mordkę ma jak konik morski. Dobra, i taki zielony wąż i zaciska się na śliwce? To taki trochę jak jakiś balon może. Dobra i kto by mógł być tutaj naszym bohaterem? Bo wiecie, wąż to taka trochę lipa z tymi skarpetkami, nie?
Chyba że chodził w takiej jednej długiej skarpecie. Ale może w sumie skarpety mogą być jak węże. W ogóle skojarzyła mi się ta karta z tą sceną biblijną, kiedy wąż kusił Ewę. Wy tym bardziej tego nie widzicie, ale akurat właśnie zgasła mi świeczka, więc jest klimat. Kto może być bohaterem? Może jakiś ogrodnik? Nie, tak pomyślę, a wąż, że grzech na przykład, że coś z grzechem. Nie wiem, może jakiś przestępca? A kusiciel to jaki jest odpowiednik dzisiaj? To właśnie mógł być jakiś oszust, może jakiś miejscowy oszust, który oszukuje na owocach.
Wiecie co? Nie wiem. Losuję drugą kartę. Może ona nam coś tutaj rozjaśni, bo też sobie właściwie na te karty nie ustaliłam przebiegu fabularnego. A może tak jak w tym sezonie tutaj po prostu sobie poopowiadamy o tym bohaterze. Może stworzymy takiego trochę bohatera, a może niecałą fabułę. Myślę, że to jest może dobry plan. Dzisiaj też wybaczcie, nie będę sięgać po książeczki, bo nawet jakoś tak nie mam werwy buszować na regale. Dobra, odkrywam drugą kartę i zobaczymy, co dalej. Czego się dowiemy z drugiej karty na temat naszego bohatera.
Dobra, widzę, że dalej jesteśmy w temacie drzew i owoców. Mamy tutaj wielkie drzewo, do którego nawet jest podstawiona drabina i z tego, co widzę, to na tym drzewie rosną pomidory. Na jednym z pomidorów nawet siedzi jakiś mężczyzna w kapeluszu, taki z wąsem. Niebieskie ma ubranko, więc możemy założyć, że może takie ogrodniczki dżinsowe. Na dole pomidory właśnie spadły z tego drzewa. To może faktycznie sadownik byłby tutaj, sadownik oszust byłby tutaj bohaterem. Patrzę może jeszcze jakie tropy. Pod drzewem leży rozlana konewka. W sensie konewka, która upadła i tutaj z niej się wylewa zarówno przez tą główkę, tą dziurkowaną, jak i tą, gdzie się nalewa wody. Więc może druga postać na tych drzewach.
Ktoś, kto zbiera plony. Ktoś, kto zbiera owoce. No dobra, na razie zostańmy faktycznie w tym wariancie. A może on sprzedaje jakieś magiczne pomidory, a oszukuje ludzi, że to są zwykłe pomidory? A może ma nasiona? Jakie to było to drzewo poznania prawdy czy dobra i zła? To było po prostu drzewo poznania. I tam jak zjedli te owoce, to poznali prawdę. Dobra, słuchajcie, to jest fajne. Więc mamy gościa, który hoduje takie owoce, ale może z jakiegoś powodu trzyma sekret.
Nie mówi ludziom o tym, co te owoce robią. Może później obserwuje swoje, że tak powiem, ofiary. Może te owoce są bardzo drogie i jeżeli ktoś się zdecyduje je kupić, to on na przykład później może śledzi te osoby. Jakoś tak pomyślałam o przestępcach, grzesznikach. Może zrobimy takiego psychopatę. Znaczy socjopatę właściwie. Nie, no słuchajcie, a może po prostu takiego prześladowcę. Też nie. Bo właściwie to ciekawość go pcha, on nic złego nie chce. Ale może lubi patrzeć, w jaki sposób prawda działa na ludzi.
To mógłby być ciekawy taki case. W sumie wiecie, jak się teraz pewnie nieraz sami stykacie się z takimi sytuacjami. A może jednak sami macie taką metodę działania, że wiecie, że coś wypada, coś nie. Czasami coś się owija w bawełnę albo mówi się delikatniej, a czasami może dla czyjegoś dobra się temu komuś czegoś nie mówi. I może nasz bohater zaobserwował takie coś i stwierdził, że to jest nie fair, że on się brzydzi kłamstwem i nawet takie na przykład według niego owijanie w bawełnę jest Jest rodzajem kłamstwa. Jest pozbawianiem drugiej osoby prawdziwej prawdy. Pełnej prawdy, pełnego poznania. I może z dziada na pradziada ich rodzina ma taką misję. Może są przodkami ogrodników biblijnych. Mają te nasiona i może w taki sposób, może nawet pokrętny, ale w pewnym sensie pomagają ludziom.
A on może lubi sobie jeszcze przy okazji zabrać ze sobą pudełeczko popcornu i patrzeć przez okienko, jak ludzie stają w obliczu prawdy. No dobra, słuchajcie, trzecia karta. Boję się, że dzisiaj to za szybko będzie. Dobrze, żeby chociaż jakieś pół godziny pogadać, a tu jesteśmy już na trzeciej karcie. Najwyżej wylosuję jednak dziewięć tych kart jak w tarocie. Dobra, trzecia karta. Mamy tutaj białą mysz. Może to i szczur. W sumie aż tak nie wiem, czym one się różnią. Może i szczur, taki większy wygląda.
I on jest przywiązany na sznurku i wskakuje do studni. Nawet ma taką czapeczkę, jak często w jakichś bajkach czy filmach Robin Hood miał taką zieloną czapeczkę z zatkniętym piórkiem. I on wskakuje. Tam na górze studni zostały inne-- a może to i myszy, bo takie jakieś uszy mają na boki. Więc inne myszy patrzą, takie przerażone. Patrzą, co się dzieje. Może on kogoś ratuje w tej studni. A jeszcze oprócz tego ten szczur leci na lince, a trzyma chyba monetę w łapkach. Nie wiadomo do końca co, ale wnioskuję, że to jest moneta, bo jeszcze w tle są obok dwie. Chyba że to właśnie chodzi o takiego Robin Hooda, że ktoś tu wrzuca monety, a on je łapie w locie i daje biednym na przykład.
No dobra, to teraz myślę, czy to jest cały czas ta sama postać, czy może pójdziemy gdzieś dalej tą fabułą. Bo poniekąd ten nasz bohater, ten sadownik, trochę jest jak Robin Hood, bo stawiając ludzi przed prawdą, to właściwie według niego on daje im bogactwo. Bogactwo życia, bogactwo tej prawdy. Ale to najpierw musiałby zabrać bogatym i dać biednym. Chyba że to odwrócić. No tak, bo mówiłam, że przecież te owoce są bardzo drogie, czyli nie każdy je kupuje. Może po to one są drogie, żeby tylko ci ludzie, którzy najczęściej się gdzieś tam ukrywają. Chociaż ja wiem, czy najczęściej. Tak pomyślałam, że bogaci ludzie, ale bogaci w sensie finansowym. Ale to wcale nie oznacza, że oni mniej zatajają prawdę niż ci ludzie, którzy na przykład się nie dorobili czegoś w życiu.
Co jeszcze się z myszą, tak myślę. Myszy, szczury. Tu mamy studnię. O studniach mówi się, że są studniami bez dna. Lecą te monety. Taka inwestycja bez dna. No właśnie, bo one nie wypadają ze studni, tylko wpadają do studni. Więc okej, dobrze mi się to określiło. Tylko dokąd nas to prowadzi? A może owoc został zjedzony przez człowieka, który nigdy nie kłamał?
I może na niego ta moc tego drzewa poznania zadziałała w ten sposób, że skoro nie musiał się mierzyć, nie musiał stawać w prawdzie, bo stał już w tej prawdzie, to może właśnie dzięki temu dowiedział się więcej o jakichś niepisanych zasadach świata. Może w ogóle zaczął zmieniać swoje życie, swój biznes, może swoje postrzeganie świata. Może zrozumiał, że sam jest inwestycją. Że to nie tylko monety są wrzucane w tą studnię jego, tutaj w kontekście na przykład jakiegoś jego biznesu, ale że on sam na tym sznurze raz po raz skacze z tymi monetami, spada. Ale może zrozumiał właśnie, że ta lina, asekuracja, że nigdy tak naprawdę się nie poddał temu. Jest taki przedsiębiorca, czasami też prowadzi wykłady, Grant Cardone. Taki człowiek. Nie wiem, jak na rynku polskim, jeżeli chodzi o tłumaczenia, ale napisał parę świetnych książek odnośnie podchodzenia do swoich finansów, do biznesu. Ale tak mi utkwiło w pamięci, bo on podkreślał— ja nie wiem, czy my w Polsce mamy dobrą frazę na to— mówił o tym, że jeżeli chce się dobrze prowadzić biznes, to trzeba mieć na jego punkcie obsesję. W Polsce nie ma, bo tam jest be obsessed.
U nas nawet nie opętany. Ale wiecie, o co chodzi. Ja to na przykład rozumiem w ten sposób, że warto wtedy poświęcić temu biznesowi całego siebie, ale nie w kontekście zdrowia, jak to często, mam wrażenie, błędnie jest rozumiane, czy bardzo często przedsiębiorcy wpadają siłą rzeczy w takie pułapki biznesu, że że wypruwają sobie dosłownie żyły. Ci ludzie faktycznie w wieku 40 lat mają zawały, choroby, bo biznes jest bardzo wymagającą kochanką. Ale faktycznie, zwłaszcza na samym początku siedzi się tam praktycznie całe życie, to jest biznes, ale można to robić z głową. I może właśnie ten nasz bohater, ten biały szczur zrozumiał, że mimo że cały czas był przemęczony i inwestował zarówno swój czas, pieniądze, swoje zdrowie i na przykład swoje kontakty towarzyskie. Bo patrzę, te myszy u góry są przerażone, więc może jego rodzina też się o niego martwiła, a on w pogoni za pieniądzem wpadł w pewnym sensie w taką obsesję, ale nie wpadł w obsesję na punkcie swojego projektu, tego, co robi. Nie żył tym projektem, tylko żył zarabianiem pieniędzy. I może właśnie zjedzenie tego owocu pozwoliło mu zrozumieć, że są rzeczy ważniejsze i nie będą wykluczały zarabiania przy tym pieniędzy. Ale popatrzył zupełnie od nowa na swój pomysł biznesowy, na swój projekt, na coś, co budował przez wiele lat i faktycznie sporo krwi swojej upuścił w to.
Ale był już w takim momencie, że to nie rodziło satysfakcji. Było więcej problemów niż rozwiązań. Owszem, były pieniądze, ale też bardzo dużo pieniędzy było wkładanych. Może tym razem postanowił skoczyć do tej metaforycznej studni, ale bez linki. Postanowił zainwestować swoją uwagę, swoją obecność. Tak jak te wszystkie monety, które tam wrzucał i one spadały na dno i kiełkowały. Tak samo postanowił, nomen omen, spaść na dno. Widzicie, zatrzymałam się na tym, że przyjęło się, że „spadać na dno” mówi się w kontekście czegoś złego. Że ktoś osiągnął dno, spadł na dno. Ale wiecie co?
Dlaczego my rozpatrujemy to jako coś złego? Wybaczcie, może i mam jakąś gorączkę, może nie. Może jakiś filozof mi się włączył. Ale przecież gdybyśmy raz na ileś nie sięgali stopami dna, to nie moglibyśmy się od niego odbić, żeby wypłynąć z nową energią, nie? Czy tak samo gdyby rzeczy, które siejemy, czy to dobre uczynki, dobre słowa, czy złe uczynki, złe słowa, ale gdyby one nie spadły na dno, na grunt, to nie mogłyby w żaden sposób wykiełkować. Więc może o to dno chodzi. Może tym razem postanowił zobaczyć, jak to dno wygląda, poznać samego siebie, swój projekt od tego dna. Tak jak miałby obsesję na jakimś punkcie. Tak jak się mówi, że jak jest obsesja, to ktoś chce wiedzieć wszystko na jakiś temat. Zatraca się w tym.
Właśnie zatracać to słowo zatracania. Kurczę się taka tutaj nam przypowieść robi, nie? Zaczęło się grubo od Biblii. Teraz idziemy dalej. Jakieś filozoficzne dysputy. Dobra, losuję kolejną kartę, bo zaczęłam już odpływać w filozoficzne rozważania. Właśnie wy nie widzicie. Wy nie widzicie, wy też nie wiecie, jak czasami muszę wyciąć coś, bo jeszcze żebym w trakcie mówiła, nie? To byście byli na bieżąco. A ja tak czasami prowadzę dialog wewnętrzny.
Dobra, czwarta karta. O proszę, te historie same się tworzą. Całą kartę praktycznie wypełnia wielka, chciałam powiedzieć żaba, ale to jest ropucha jak nic. Ma takie świecące oczy, gały żarówy. I trzyma łapę na monetach. Zagarnia te monety do siebie, więc fajnie, mamy ten motyw pieniężny tutaj. I teraz można by powiedzieć, że mamy też nawiązanie do obsesji. Może to można byłoby nazwać bardziej jakimś wyznaniem czy kultem, ale naprzeciwko tej żaby stoi człowiek w todze, w kapturze, w brązowej todze, która jest przepasana sznurem i trzyma wielką koronę. Tak jakby tą koronę daje żabie. A ta żaba wygląda, jakby patrzyła i się zastanawiała.
I na tych pieniądzach trzyma rękę, jakby miała coś zaraz powiedzieć, może właśnie ważnego. W sumie to jeszcze myślę żabki, korony to jak te królewny zaklęte w żabki. Więc nasz bohater tak patrzę, skoczył do tej studni. Może właśnie na dnie tej studni znalazł to coś, co go pchało do tego jego biznesu. Może właśnie ta pieniężna żaba. W ogóle się zastanawiam, czy to w kulturze chińskiej? To nazwijcie mnie ignorantem, bo nie wiem, czy w japońskiej, ale bardziej by mi to pasowało do chińskiej. Czy gdzieś żaba była symbolem obfitości? Właśnie coś mi się taki motyw żabki z monetą. Tylko nie pamiętam teraz czy ta żaba siedziała na monecie, czy miała tą monetę w pyszczku i to gdzieś przynosiło szczęście.
Tak właśnie myślę, że może właśnie znalazł to szczęście na dnie tej studni. Będę miała dzisiaj montażu. Kurczę, co chwila kaszelek, oszczędzę wam go. Spokojnie, już nie słyszeliście parę razy. Myślę jeszcze, jaki biznes może mógłby robić ten nasz bohater. Ta czapka Robin Hooda. Może on miał właśnie jakiś rodzaj biznesu, który pomagał ludziom, czy może rozwiązywał jakiś bardzo ważny problem? Białe myszki to mi się tak z alkoholem kojarzą. Moglibyśmy pójść w jakąś fundację, tak? Że tutaj pomoc cierpiącym na alkoholizm czy tam na uzależnienia jakieś.
Ale to nie to. Nie, tutaj wiecie co, wydaje mi się, że nie fundacja, a firma, biznes. No dobra, nieistotne, bo też nie przychodzi mi do głowy to nic na siłę. Są te monety. Może właśnie jakiś kantor, może miał mennicę. Ale może ta żabka. Może właśnie zastanawiając się nad sobą może przypomniał sobie właśnie ten moment, w którym postanowił założyć tą swoją firmę. Może właśnie był gdzieś w podróży. Może znalazł żabę? Nie wiem.
Tak pomyślałam, że może ta żaba była jakimś elementem biznesu. Tylko teraz co? Lekarstwa? Że pomoc innym, że żaba. No z żab się pozyskuje jakieś toksyny. Znaczy z ropuch też można. No z żabek też w sumie. Jakieś leki się robi, nie? Nie wiem, czy to jad w skórze jest, nie wiem, jak się nazywa ta substancja. Ale branża medyczna.
Nie wiem, co jeszcze się kojarzy z żabkami. Jakieś stawy, może jakieś kwiaty, te lilie wodne. No dobra, uparłam się, sama się stopuję, nic na siłę. Ale może właśnie odkrywając, przypominając sobie ten pierwszy moment w ogóle w jego życiu, tą chwilę, w której on postanowił, że założy firmę. Może to pozwoliło mu właśnie odzyskać tą energię, nową siłę i to pozwoliło może mu znaleźć odpowiedzi na jakieś te właśnie-- tak jak wcześniej powiedziałam, że było więcej problemów niż rozwiązań i może właśnie wynikały one z tego, że on się bał odciąć linę, że bał się zaryzykować. No bo właściwie jeżeli czegoś się boimy, no to często dlatego, bo nie jesteśmy czegoś pewni, nie? Nie wiemy, co nas czeka, co się stanie. A zauważcie, że pewnie nie raz w życiu zdarzyło wam się nawet po czasie dopiero zorientować się, jak bardzo ryzykowaliście. Bo po prostu wtedy się nie zastanawialiście, nie? Coś chcieliście zrobić na czymś czy na przykład na kimś wam zależało i po prostu zrobiliście, co trzeba.
Nawet nie było czasu na to, żeby myśleć, jakie mogą być tego konsekwencje. Czy to zagraża życiu na przykład, czy to zagraża właśnie interesom, czy dobrym, że tak powiem, myślom na nasz temat, naszemu dobremu imieniu. I może tutaj właśnie to się zadziało. Dobra, ostatnia karta, moi drodzy. Także szu! Dobra, i tera to ja nie wiem. Nie no dobra, oczywiście, że wiem. Karta nam się wylosowała ciekawa, powiem szczerze w jakiś sposób niespójna z poprzednimi. Na karcie mamy wielką ośmiornicę. Ma takie gęste, rude, zakręcone wąsiory i monokl w oku.
Jest w takich oparach, właściwie we mgle, a przeciwko niej jest rybka. Taki welonek. Taka pomarańczowa złota rybka tak też często chyba jest nazywana. Ona jakby stoi przed tą ośmiornicą. Co jeszcze? Ta ośmiornica jeszcze trzyma w dwóch mackach zabawki. W sensie takie żołnierzyki drewniane. Nie wiem, jak to powiedzieć. No takie lalki, coś takiego. I teraz co to może symbolizować?
Znaczy najpierw chciałam się skupiać na ośmiornicy, ale też pomyślałam o tym, że ośmiornica ma tyle tych macek, więc może właśnie tutaj nasz bohater zrozumiał, że może w tej początkowej wizji jego biznes miał mieć gałęzie, miał nie być jednotorowy, tylko właśnie miał na przykład łączyć w sobie ileś płaszczyzn. Może właśnie tu jest ta pomoc ludziom, tylko że robił to w jeden sposób, a przypomniał sobie, że to nawet nie chodziło o to, że chciał budować imperium czy coś takiego, tylko chciał pomagać ludziom tak porządnie, tak na przykład na wielu płaszczyznach naraz. I może właśnie ta podróż w głąb tej swojej studni inwestycyjnej sprawiła, że przypomniał sobie, że może właśnie te odnogi są potrzebne, że to nawet nie jest to, że on może w pewnym momencie, bo nie było czasu, nie było finansów czy innych zasobów, więc odsuwał je w czasie. A może zrozumiał, że właśnie powinien je wystartować tak jak miało być na samym początku. Nawet powolutku, ale wystartować i dzięki temu właśnie wtedy ta studnia nie byłaby tylko głęboka, ale może właśnie też byłaby szeroka. Albo powstałyby właśnie wtedy nowe studnie zasilające jego finanse. Złota rybka Życzenia, magia. Może właśnie dzięki tym owocom on dostał swoje życzenie. Może coś, o co by poprosił złotą rybkę, gdyby miał okazję, ale nigdy takiej nie spotkał. A okazało się, że sam był dla siebie złotą rybką, że wystarczyło zatrzymać się i powspominać początek swojej drogi, przyjrzeć się jeszcze raz temu wszystkiemu.
Ta ośmiornica wygląda na dystyngowaną, takiego lorda trochę z tym monoklem, aż brakuje jakiegoś cylinderka na głowie. Może właśnie ta mądrość wewnętrzna czy wszechstronność umysłu. Może właśnie z tej myszy zrobiła się ośmiornica. Tak niedosłownie. Myślę o tym, że zjedzenie tego owoca wprawiło umysł naszego bohatera w tak skupioną pracę, uruchomiło jakieś obszary, o których nawet nie miał pojęcia. Nie wiedział, że ma takie umiejętności. A dzięki temu, że miał czyste serce, że nie kłamał, to wtedy podziałało tak, że poznał wszystkie tajemnice świata. Stał się istotą wszechpotężną w sensie takim, że miał wiedzę w bardzo wielu dziedzinach, ale nie to, że władał światem czy przejął kontrolę nad światem, tylko poświęcił to wszystko. Wpadł w zdrową obsesję na punkcie swoich działań, swojego biznesu i postanowił dalej niezmiennie pomagać ludziom. Tak jak kiedyś potrzebował, na wielu płaszczyznach, z głową, z inteligencją.
Patrzę na te zabawki, więc może jeszcze przy tym dobrze się bawiąc, sprawiając radość sobie, ludziom i swoim bliskim. Może już od tamtej pory, tak jak tutaj on skacze na tej linie i ta rodzina jest przerażona. A może dzięki temu wszystkiemu, mimo że nawet już przestał skakać z tą liną w te swoje studnie, skakał bez asekuracji, ale rodzina wiedziała, że nic się nie wydarzy, że nie musi się o niego bać, że on po prostu wie, co robi, że jest tym tak pochłonięty, że dla niego to nie jest ryzyko. Nie ma czegoś takiego jak zagrożenie, jak ryzyko. Jest po prostu robienie swoich zadań, realizowanie swojej wizji. Dobra. Ja nie wiem, czy coś tu więcej trzeba dodać. Nie ukrywam, że moja ambicja czuje niedosyt, bo pewnie jak będzie pół godziny dzisiaj, to będzie dobrze. Tak że wow, pobiłam swój rekord. Ale to chyba jest całkiem fajna historia.
Spójna pod tym względem. Taka trochę może nawet z niejednym morałem ukrytym w środku, jakby to spisać. Może faktycznie byłaby z tego świetna bajeczka, przypowiastka. To może jeszcze jakieś zamknięcie. Patrzę na tego ogrodnika, sadownika. A może on był przedwieczny? A może ten wąż, który mówi się, że nakłonił do grzechu. Właściwie to on nie nakłonił do grzechu, tylko do złamania zasad panujących w raju. Może właśnie to nakłanianie do łamania zasad tutaj w naszej przypowiestce nie było zło. Może chodziło o to, żeby złamać jakieś zasady, żeby nie wpadać ślepo w jakieś zasady, bo będzie wiele rzeczy nam umykało.
Nie odważymy się na przykład zrobić czegoś, bo nie wolno, bo nie wypada na przykład. Może ten ogrodnik, sadownik, który obserwował swoje ofiary, może to był rodzaj jakiejś klątwy? Znalazł tego wybrańca o czystym sercu i może mógł odejść wreszcie z tego świata. Mógł zaznać szczęścia albo spokoju. Może właśnie po to przez te wszystkie lata, może nawet nie przez pokolenia, tylko on żył od momentu. Może on był tym wężem. On sadził te owoce. Mogłoby to być zakończenie. Pytanie, gdzie byśmy się chcieli zatrzymać? Jak byśmy do tego podeszli technicznie, już mówię.
Ale myślę, że to byłaby ładna scena, gdyby on tak, trochę jak w „Opowieści wigilijnej”, jak duchy pokazywały przeszłość, przyszłość Scrooge'owi i patrzyli jak zza szyby, jak zza okna jakiegoś, tacy niewidoczni dla innych. Może on też tak w te okna patrzył i tak widzę tę scenę, że taki wreszcie uśmiechnięty po wielu latach, może nawet dumny z tego człowieka i się rozmywa w powietrzu. Tak jakby nigdy wcześniej nie istniał. Tak jakby istniał tylko po to, żeby tego człowieka zawrócić na jego właściwą drogę, na tą, która była mu pisana. A może wiedział, że z czasem, mając tą wiedzę, mając to poznanie świata, ten nasz bohater, ten szczurzy dobrodziej że on może sam znajdzie sposób na to, jak tworzyć te owoce i on przejmie pałeczkę po naszym bohaterze. A może w prezencie nasz bohater na pożegnanie zostawił paczkę nasion na przykład. Dużo opcji fajnych, ale naprawdę można byłoby to bardzo ładnie opisać. Jak ktoś z was ma ochotę, to oczywiście, że częstujcie się. Nawet potem będę wdzięczna, jak podeślecie. Z chęcią się zapoznam z ciekawości nawet.
Zobaczę, czy widzieliśmy w głowie to tak samo. A jestem przekonana, że dorzucicie dużo fajnych rzeczy od siebie. Dobra, słuchajcie, ja myślę, że na dzisiaj zakończę. Oczywiście przypominam, że w sobotę jak zawsze będzie premiera na YouTubie moim tego samego odcinka. Tego właśnie, czego słuchacie. Natomiast tam możecie, jeżeli macie ochotę posłuchać jeszcze raz, to tam będzie ta różnica, że w trakcie mówienia o karcie będzie się pojawiało zdjęcie tej karty. Tak jak w poprzednich odcinkach mówiłam o książkach czy losowałam inne komponenty historii, to tam też umieszczałam zdjęcie, żebyście mogli patrzeć razem ze mną na tą kartę, bo to jednak zawsze jest oprócz dźwięku jeszcze mamy wizję, więc dodatkowe inspiracje, dodatkowe pomysły. Dobra, fajnie, mamy to. Mi się podoba. Potrzebowałam takiej historii dzisiaj.
Właściwie takiej płynnej, inspirującej, takiego fajnego zamknięcia. Nie wiem, czy zamknięcia. Uważam, że każda historia jest potrzebna właściwie. Czy ta, która mi się tutaj spontanicznie rodzi z kart, czy te historie w mojej głowie, więc zawsze coś można fajnego dla siebie wybrać. Mam nadzieję, że wy też dzisiaj wybraliście coś dla siebie albo chociaż raz się uśmiechnęliście. Albo może pomyśleliście, może postanowicie dzisiaj szukać źródła swojej projektowej obsesji. Życzę wam jak najlepiej. Pamiętajcie zawsze z ciepłym serduszkiem do was. I ja się ulatniam nabierać sił, żebyśmy za tydzień mogli poszaleć jak zawsze. Wam życzę też dużo ciepełka i dużo zdróweczka.
I słyszymy się za tydzień. Pa.
[02:16:44] - Tak, proszę państwa, tak. Było jedno spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Było drugie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Czas na trzecie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Zapraszam państwa na MAUP. Dzisiaj z tak zwanych książek z pogranicza omawiamy książkę, która sporo zamieszania zrobiła przynajmniej na polskim rynku wydawniczym. Od razu powiem, że nie tylko na polskim rynku wydawniczym. To jest książka Grahama Hankooka. Wiecie państwo, moje problemy z angielskim są powszechnie znane. Hancocka.
Tak, oczywiście. Moje problemy z angielskim są powszechnie znane. Nie wiem, czy akceptowane, ale ja lubię myśleć o tym, że jednak akceptowane, że państwo patrzycie na to przez różowe okulary albo przynajmniej przez palce. Na sposób, w jaki wypowiadam różne nazwiska. Mniej więcej państwo wiecie, o co chodzi. W każdym razie zapraszam państwa na omówienie książki „Ślady palców bogów”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:17:58] - Dzień dobry wieczór, serdecznie witam.
[02:18:01] - Cóż, kolejna książka z pogranicza przed nami. Dzisiaj dla mnie przynajmniej rarytas. „Ślady palców bogów” Grahama Hancocka. Chyba tak to się wymawia. Ja zawsze mam problemy z tymi nazwiskami. W każdym razie książka, o czym powiem za chwilę, w pewnym momencie mojego życia opętała mnie.
[02:18:26] - Przypomniało mi się, jak z Ivelliosem robiliśmy wywiad z Hancockiem na temat nowej książki. Wtedy nowej książki, to było dobrych kilka lat temu, która była bezpośrednim następstwem „Śladów palców bogów” i to byli „Magowie bogów”, o których dzisiaj opowiemy. Tak, to jest dzieło jednego z najbardziej znanych autorów obecnie z dziedziny, nie wiem nawet jak to nazwać, historii alternatywnej, którego popularność ostatnio wzrosła, kiedy się pojawił w bardzo popularnym dokumencie na jednej z platform streamingowych. Wspomniany Graham Hancock od początku swojej działalności skupiał się na tajemnicach historii, choć prawda jest taka, że historykiem nie był i to mu zawsze wywlekano i to mu zarzucano, że on pisze o czymś, a się nie zna. W jego przypadku jest tak jakoś dziwnie, że miał niebywałe szczęście, bo nagle po latach środowisko naukowe zaczęło potwierdzać hipotezy. Oczywiście nie wszystkie, ale które on popularyzował. I ta jego główna hipoteza o istnieniu tej cywilizacji matki, cywilizacji X, jak ją sobie tam nazwiemy, tak nazwiemy, też się powoli przydziela do tak zwanego mainstreamu. Może nie jest nazywana jeszcze ta kultura, ten zbiór kultur cywilizacją, jednak jest już niemal pewne, że Sumer, Egipt nie wzięły się znikąd i czerpały z jakiegoś tła cywilizacyjnego jeszcze starszego. Druga sprawa, pojawiły się takie odkrycia jak Karahan Tepe, Göbekli Tepe, i to też wspierało jakoś Hancocka i jego wizję dziejów. Ale jego wizja dziejów jest trochę bardziej skomplikowana, co pokazuje nam właśnie książka „Ślady palców bogów”.
Z którego masz roku to wydanie? Bo to jest książka, która była wznawiana w Polsce wiele razy. Jej oryginalne wydanie to jest rok 1995. U nas się ukazała chyba w 1996 albo 1997.
[02:20:39] - W 1997 i z tego roku mam wydanie. Ono jest pewno w stosunku do tego najnowszego nie do końca kompletne, ale to mi specjalnie nie przeszkadza, bo tak jak powiedziałem wcześniej, to była książka, która w swoim czasie mnie opętała. Dlaczego? Ja nie wiem, czy on ma rację. Ja nawet nie wiem, czy te wszystkie teorie, które on tu snuje w książce są prawdziwe albo chociaż stały koło prawdy. Ale facet chyba umie pisać i to się czuje. I nie chodzi mi o styl, bo styl siłą rzeczy poznajemy dzięki tłumaczowi na język polski, ale też struktura tekstu. Ona owszem, bywa chaotyczna, tylko że on nadrabia to tym, że w ramach danego boksu informacyjnego, czyli powiedzmy jakiejś tam historii, którą snuje, to wszystko, co on tam snuje, jest wciągające. On niepostrzeżenie wciąga czytelnika w swoją zabawę czy też w swoją analizę. To w zależności od tego, jaki państwo macie stosunek do tego, co on pisze.
Niemniej jednak te historie są wciągające, bo rzeczywiście jest tak, że on rozbija ten tekst na szereg różnych historii, które się mają złożyć w jedną większą i niektóre się składają, niektóre może trochę mniej. Ale owszem, mamy tę historię o cywilizacji matce, o jakiejś takiej formacji kulturowej, kulturowo-naukowej, kulturowo-techniczno-naukowej, która gdzieś tam zaszczepiła nam pewne przekonania, ale też pewne takie cywilizacyjne dążenia chociażby. Ale mamy też w jego książce pewną wizję katastrofy kosmicznej sprzed wielu tysięcy lat. Dość zadziwiająco pewne obrazy pokrywają i pewne fakty według Hancocka pokrywają 12 tysięcy lat i tak dalej. Mamy jeszcze dodatkowo opowieść o tym, że coś mogło być z płaszczem Ziemi i to przesunięcie. I tu dostajemy opowieść o Antarktydzie, o Ameryce Południowej. Dlaczego to tak, a nie inaczej? Mamy też historię potopu i tak dalej. Już z tego krótkiego przeglądu, który zrobiłem, uwierzcie mi państwo, zaledwie dotknąłem różnych tematów i tak bardzo pobieżnie, to już widać, że ten facet, powtarzam, może on nie jest historykiem, może on się nie zna, ale opowiadać umie. Trochę chaotycznie, ale umie opowiadać, a w dodatku on po prostu te historie opowiada w taki sposób, że one wciągają, one angażują czytelnika i w związku z tym dosyć gruba książka, dosyć taka nabita tekstem jednak przemyka nam przed oczyma dosyć szybko.
[02:23:47] - Z Hancockiem jest tak, że on prezentuje nam w sumie wiele tych samych tematów, o których mówili autorzy zajmujący się paleoastronautyką. I o ile w tych książkach o starożytnych astronautach nie zawsze się wszystko kleiło, bo taki Däniken, kiedy nam pisał o tych bogach z kosmosu, to on miał na myśli zarówno Sumer, jak i cywilizacje, które istniały w XV wieku. Także to trzeba sobie było tam trochę dodać do tego, o czym on pisał, żeby to sobie uszeregować i stworzyć jakąś zwartą koncepcję. Natomiast tutaj ona była rzeczywiście. Ponadto, jak powiedziałem, po latach się okazało, że ten komfort ma Hancock, że koncepcje o cywilizacji matce wspierają chociaż odkrycia we wschodniej Anatolii, wspierane są też przez ustalenia naukowców te wnioski o kosmicznej katastrofie, o tym młodszym Dryasie i tak dalej. Pewnie żeście to już wszystko słyszeli. Także jest to naprawdę interesujące. On tego oczywiście nie wymyślił, on to pozbierał też z różnych źródeł, od różnych autorów, ale jego pozycja jest teraz jakby nie patrzeć bardzo silna. Chociaż powiem ci, mnie tam najbardziej z dzisiejszej perspektywy intryguje to, co on pisze o Antarktydzie właśnie. Ten wątek tegoż kontynentu, który jest jednym z niewielu miejsc na Ziemi, które jeszcze są nieznane i on siedzi mi cały czas w głowie, tak samo jak wielu ludziom, tak samo jak wielu zwolennikom teorii spisku, którzy się zastanawiają, co tam jest pod tym lodem, prawda?
Zresztą powiedzmy jeszcze jedną rzecz odnośnie jego związku z tą literaturą, która się zajmuje tajemnicami historii. Paleoastronautyka była krytykowana, była uznawana za fikcję, natomiast on trochę już idzie bardziej w stronę rzeczywistości historycznej. Oczywiście był krytykowany, ale umiał sobie to wszystko poskładać. On się jednak nie dystansuje od takich tematów jak powiedzmy alternatywna technika albo jakaś taka zagadkowa technika, którą wykorzystywano, ale on się nie odwołuje bezpośrednio, że tak, przylecieli kosmici i nam to dali. Także o popularności tej książki może świadczyć to, że Ona była wielokrotnie w Polsce wznawiana. Chociaż ja mam takie pewne wrażenie, nieodparte, że jednak przez długi czas i w sumie do względnie niedawna, jeżeli chodzi o tą część rynku, powiedzmy alternatywna historia, to jednak prym wiedli autorzy zajmujący się starożytnymi kosmitami. Hancock pojawił się, natomiast to jest takie moje wrażenie, to było fascynujące, to było fajne, ale on nigdy nie zdobył takiej popularności jak chociażby Däniken. Tak mi się wydaje.
[02:26:55] - Pewnie tak, ale to jeszcze moim zdaniem o niczym nie świadczy. Rzeczywiście Däniken i jemu podobni dawali prostsze prawdy, nie układali tego w system, nawet taki malutki systemik, jeśli to już. Natomiast Hancock stara się zbudować pewną historię alternatywną, pewną całość, powiązać to wszystko ze sobą. Dlaczego Egipt? Dlaczego Ameryka Południowa? Skąd się pewne rzeczy na Bliskim Wschodzie wzięły? I tak dalej. Dosyć to, przynajmniej w werbalny sposób, ten pisany, uzasadnia. Tam można znaleźć silne, czasami słabsze argumenty, ale jedno jest dla mnie pewne. Ta historia po pierwsze się klei, po drugie układa się w opowieść.
To moim zdaniem jest coś, czego nie można zaniedbywać. To trzeba cenić, bo nie wszystkie te historie o paleoastronautyce układały się w jakiś taki obraz dosyć klarowny. U Hancocka obraz jest w miarę przejrzysty. Mamy pewną wizję katastrofy cywilizacji matki, a co więcej, on jeszcze dorzucił jeden element, który też z punktu widzenia współczesnego czytelnika jest atrakcyjny, o czym świadczy chociażby historia roku 2012, czy tego, co miało nastąpić w roku 2012. Otóż Hancock mówi o tym, że zdarzyła się tysiące lat temu katastrofa, która zmiotła z powierzchni Ziemi cywilizację matkę. Zostały po niej resztki i dzięki temu pojawiły się pewne cywilizacje w różnych częściach Ziemi i dzięki temu w ogóle ludzkość przetrwała i tak dalej. Ale on mówi jeszcze coś, że fragment, bo to miała być ponoć kometa, że fragmenty tej komety sobie w dalszym ciągu gdzieś tam krążą po bliskim kosmosie i prawdopodobnie czeka nas analogiczna albo w każdym razie podobna katastrofa jak ta przed tysiącami lat. I jego teza brzmi w ten sposób, że gdzieś tam po całym świecie rozłożone są ostrzeżenia, pewne symbole, pewne budowle, pewne posągi i tak dalej, mają nas przestrzegać przed tym, co nadejdzie. Proszę państwa, nic lepszego nie może spotkać autora niż właśnie taki pomysł, że połączę wam ciekawą historię i jeszcze dam ostrzeżenie. Bójcie się.
Proszę państwa, strach, a w każdym razie taka obawa, co będzie, jak to on ma rację, to zawsze jest bardzo dobry motor, taki napędowy silnik, powiedziałbym odrzutowy, który sprawia, że książka cieszy się powodzeniem i może on nie przebijał innych ludzi, którzy się zajmowali tą tematyką, ale dla mnie jedna rzecz jest pewna. Jeśli już ktoś wgryzł się w tę książkę, to niełatwo mógł ją zapomnieć, bo on zbiera, tak naprawdę wyciąga od tych innych autorów różne ciekawe fakty. Co więcej, rozbudowuje je bardzo często, wzbogaca o taką twardą, merytoryczną wiedzę. I można odnieść wrażenie, że Hancock królem.
[02:30:32] - Tak. Ja tutaj mówiąc o tym, że on nie był tak popularny, to się odnoszę do swoich osobistych wrażeń, które wyniosłem na przykład z tego, ile razy spotkałem nazwisko Hancock w prasie, w literaturze przedmiotu, w internecie nawet. On się pojawiał w Polsce dość rzadko. U nas panowało takie myślenie raczej skupione na paleoastronautyce. Ja nie mówię, że nie było książek, które ocierały się gdzieś o taki sposób widzenia historii alternatywnej, jak on to robił, bo były. Natomiast jest też teraz w Polsce taki autor internetowy, nie wiem, jak go nazwać, który też głosi podobne rzeczy, że będziemy mieli powtórkę resetu i tak dalej. I to wszystko jest w jakiś sposób oparte też między innymi o Hancocka, ale tak naprawdę było wielu, którzy się tym zajmowali. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tej książki. O kompozycji powiedziałeś. Ona jest rzeczywiście taka bardzo, z jednej strony nabita faktami, z drugiej dość zasobna w informacje, natomiast momentami się robi taki chaosik z tych informacji, który jest na końcu oczywiście jakoś tam te wszystkie kropki są połączone.
Ja jestem przyzwyczajony do takiego stylu, bo miałem często do czynienia z literaturą paleoastronautyczną, która niekiedy po prostu wykorzystuje taki sam schemat, że pokazuje się różnego rodzaju dowody i na koniec się to łączy jakąś klamrą. Nie wszyscy są zgodni co do tego, że im to pasuje. Natomiast była jeszcze jedna kontrowersja z Hancockiem związana. Chyba możemy to powiedzieć. Otóż on swego czasu powiedział, a nie było to dawno, że pisząc swoje książki, w tym właśnie „Ślady palców bogów”, był wiecznie na, nie chcę powiedzieć na bani, ale na jakimś tam haju cały czas był na marihuanowany I tu się pojawiły zarzuty w internecie: „A, to dlatego ta książka taka chaotyczna, że się pan palił, a nie patrzył, co pisze”. I rzeczywiście sprawdzałem komentarze na pewnym polskim portalu recenzującym książki były właśnie takie, że widać tam, że on cały czas upalony siedział. Nie wiem, szczerze ci powiem, ja tego jakoś tak bardzo nie zauważyłem. Może dlatego, że myśmy czytali to w wersji polskiej, to może tłumacz wiedząc o tym usunął albo skrzętnie przetłumaczył to tak, że nie było widać tego chaosu tak za dużo. I tak to wygląda. Ale polecam tą książkę.
Przede wszystkim które wydanie? To ostatnie, bo ono jest oczywiście uzupełnione. Nie wiem, kiedy wyszło. Na pewno całkiem niedawno. To cały czas wydaje Amber. Polecam tą książkę szczególnie fanom Dänikenów i innych, także tym, którzy oglądali zawzięcie serial „Starożytni Kosmici”, żeby oni zobaczyli, że są też możliwe inne scenariusze rozwoju. Zresztą Hancock się pojawiał przecież w tym serialu. Co w tym wszystkim jest dobre i ciekawe? Nie wiem, czy jest dobre i ciekawe, bo akurat to nam pokazuje, że nasza cywilizacja to twór bardzo kruchy, ale to fakt, że czasami nawet najdziksze wizje różnego rodzaju autorów, nawet uważanych za szarlatanów w środowisku się sprawdzają. I dzisiaj, chociaż nie potwierdza się całości pracy Hancocka, to jednak się okazuje, że niektóre rzeczy, o których pisał, stają się albo przebijają się do naukowego mainstreamu.
[02:34:11] - Ja powiem jeszcze tak: ta książka bardzo mi pasuje i ona bardzo pasuje na kanał Wehikuł Wyobraźni, ponieważ uwierzcie mi państwo, ja nie jestem w stanie powiedzieć, czy te wydarzenia, te fakty, czy też pseudofakty, na które powołuje się Hancock, one tak naprawdę zaistniały i czy one się układały w taki ciąg przyczynowo-skutkowy, o jakim on pisze. Tego nie wiem, ale facet obojętnie jakich środków używał, to widać, że ma fantazję, wyobraźnię i nie używa tej wyobraźni w sposób szalony, czyli nielogiczny. Czyli: „Tak, a sobie coś napiszę, oni i tak przeczytają”. Nie. On jednak tworzy pewien system. Oczywiście dyskusja może rozgorzeć na temat tego, na ile ten system jest prawdziwym systemem i na ile on jest wiarygodny. Oczywiście zawsze taka historia, taka dyskusja może się pojawić. Natomiast fakt jest faktem, że jeśli chodzi o stosowanie wehikułu wyobraźni, to ewidentnie ten facet ma ów wehikuł i potrafi z niego korzystać. To ewidentnie. I czy on się z prawdą zmija, czy też podąża za prawdą?
Nie wiem, ale jeśli mamy do czynienia z pierwszym czy z drugim przypadkiem, to nie ma właściwie znaczenia. Dzięki temu, że on wehikułu używa, to to jest po pierwsze atrakcyjne czytelniczo. Zdecydowanie polecam państwu tę książkę, bo to się czyta po prostu. A potem przychodzi czas wyciągania wniosków. A te wnioski to już każdy musi wyciągnąć sam. Na ile to, co przeżył, to co przeczytał, to co odczuł, jest wiarygodne czy też niewiarygodne, na ile musiał dany czytelnik zawiesić swoje wątpliwości, swoje wątpienie, a na ile nie musiał tego robić, bo go Hancock przekonywał i robił to w sposób taki wiarygodny. Na ile go fascynowały niektóre koncepcje zgłaszane przez autora. Mnie na przykład ta koncepcja z przesunięciem się skorupy Ziemi na płaszczu i w ogóle tam. Ja nie wiem, czy tak było, ale fakty podawane z Ameryki Południowej, z jeziorem Titicaca, właśnie z Antarktydą, czy to się wszystko zmieniło. Tam też oczywiście analizy są wręcz astronomiczne, dotyczące nieboskłonu, dotyczące gwiazdozbiorów i tak dalej.
Nie opowiem państwu oczywiście książki, ale fakt jest faktem. Książka nabita faktami, ale nie rozsypanką faktów, tylko właśnie on stara się budować system i to, jak państwo zauważyli z moich nieco przydługich wypowiedzi, wyraźnie mnie fascynuje i fascynuje mnie do dzisiaj.
[02:37:12] - Ja myślę, że to by było na tyle.
[02:37:14] - Tak. Pięknie, Piotrze, dziękuję i do usłyszenia.
[02:37:17] - Trzymajcie się. Cześć.
[02:37:21] - Proszę państwa, „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj Mirosław mówi o książce, która, słyszycie państwo, że dobieram słowa, a właściwie nie wiem, jak o tym powiedzieć. To jest książka Ursuli Le Guin, czy jak sobie państwo to wypowiadacie. Książka zatytułowana „Wydziedziczeni”. I to jest książka, która budzi skrajne emocje, bo powiem szczerze, nie wiem, czy to jest kwestia tłumaczenia, czy to jest kwestia sposobu, w jaki Ursula Le Guin to napisała, ale to jest książka, która w przeciwieństwie na przykład do „Lewej ręki ciemności”, która w przeciwieństwie do „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, do szeregu innych książek, które Ursula Le Guin napisała, książka „Wydziedziczeni” czyta się, z mojej perspektywy przynajmniej, dosyć ciężko. Ale Mirosław Gołuński jest tą książką zachwycony. Ja w gruncie rzeczy przyznam się państwu, że też, ale muszę to powiedzieć, że tę książkę, być może z powodu tłumaczenia, ale mnie się czytało bardzo ciężko. Musiałem się przebijać przez kolejne strony. Od razu powiem — nie żałowałem. Absolutnie nie.
To był czas dobrze spędzony, dobrze zainwestowany. Lektura była jak najbardziej correct, ale materia była ciężka. Warto tę książkę przeczytać. Naprawdę warto. Myślę, że Mirosław Gołuński zachęci państwa do tego znacznie lepiej. Ja tylko powiem: zostaliście państwo ostrzeżeni, ale książka, którą warto przeczytać chociażby z tego względu, że to jest taki kanon fantastyki naukowej. Nie można czuć się pełnowartościowym znawcą literatury SF, jeśli się tej książki nie zna. Ale łatwo nie będzie. Zapraszam na „Labirynt książek”.
[02:39:54] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo mieli czas, zwłaszcza dziś, zwłaszcza w tym czasie, by wysłuchać tej audycji. Bardzo trudno jest po prawie trzech tygodniach wojny zebrać się i opowiadać państwu o kolejnej książce. To olbrzymia odpowiedzialność. Dziś chyba trudniej niż kiedykolwiek ją unieść, ale oczywiście jednocześnie to konieczność. Również po to, by podtrzymać w nas nadzieję, wiarę, że będzie lepiej. Ale też czytając książki, czytając literaturę, możemy lepiej zrozumieć świat, który nas otacza. I wówczas okaże się, że powieści, które pozornie są o czymś zupełnie innym, mogą nam pomóc w zrozumieniu tego, co się dzieje, albo na przykład ludzi, którzy żyją tak, jak żyją. I dlatego wybrałem dla państwa dzisiaj powieść „Wydziedziczeni” Ursuli Le Guin. Napisana w 1974 roku.
Rok później otrzymała nagrodę Hugo, drugą po „Lewej ręce ciemności”, którąś kolejną nagrodę dla królowej fantastyki, w tym wypadku królowej SF, ponieważ Le Guin sprawdzała się w obu tych formach, czyli w fantasy i w SF. Wszyscy ją pewnie kojarzą przede wszystkim z „Ziemiamorzem” i słynnym „Czerwonym księżycem z Archipelagu”. Ale tak naprawdę, i to mogę potwierdzić jako badacz literatury fantastycznej, właśnie „Wydziedziczeni” i „Lewa ręka ciemności” to dwie powieści, ale zwłaszcza właśnie „Wychodźcy”, to ta powieść, która najczęściej jest interpretowana w anglosaskiej literaturze przedmiotu. Po takiej zapowiedzi możecie państwo zapytać: co w niej takiego jest, że warto ją czytać dziś, w ten naprawdę ponury i ciemny czas? Jest w niej człowiek. Człowiek, ja bym powiedział, radziecki. Ale po kolei. Mamy dwie przestrzenie. Mamy Urras i Anarres. Urras to planeta, Anarres to jej księżyc.
170 lat przed trwaniem akcji utworu mieszkańcom Urras udało się zasiedlić mimo wszystko mało gościnny księżyc zwany Anarres. Rzecz polega na tym, że na Anarres, czyli na księżyc, wyruszyli ludzie, których my byśmy określili jako anarchistów. To znaczy powodowani ideologią odoniańską, jak to się w powieści nazywa, postanowili odciąć się od hierarchicznego, skłóconego świata swojej planety i stworzyć nowe społeczeństwo. To oczywiście metafora. Co prawda bezpośrednio w tytule oryginału autorka wpisuje, że jest to dwuznaczna utopia, ale 50 lat praktycznie po jej napisaniu powiedziałbym, że to jednak jest dystopia, dlatego że świat Anarres nie jest dobry z założenia. Nie ma tam zwierząt, ponieważ nie ma tam ku temu warunków. Jest owszem woda, ale dość skąpa. Powiedzmy, że to są tereny niemal półpustynne, które z wielkim trudem zdołali zasiedlić wychodźcy i sześć, siedem pokoleń później księżyc trwa nawet. Ciężko powiedzieć, że się rozwija, ale właściwie relacje między nimi są trochę jak relacje między centrum a kolonią. To znaczy mamy tam mur — skojarzenie z murem berlińskim oczywiste — który okala kosmodrom.
Na tym kosmodromie lądują statki z Urras, które przywożą rzeczy, których brakuje na księżycu, a więc skomplikowane urządzenia mechaniczne, również książki. Tylko trzeba się do tego nauczyć języka Urrasu, ponieważ mieszkańcy Anarres mówią prawickim. Natomiast zabierają stamtąd kopaliny, czyli główny produkt eksportowy planety. Planeta nie jest zhierarchizowana. To znaczy ludzie są tam absolutnie wolni. Przynajmniej tak się wydaje na początku i tak się wydaje głównemu bohaterowi tej powieści, Szewekowi. Bo właśnie mówię państwu o tej powieści, nie chcąc zdradzać całej akcji, bo nie w tym rzecz, ale Najbardziej zaintrygował mnie Shevek. Shevek jest genialnym fizykiem. Przygotowuje własny projekt, własną teorię czasu. Gdzieś w tle pojawia się Einstein, zabawnie przekształcony w Einsteina w tej powieści.
Ponieważ gdzieś tam w tle jest Ziemia, czyli Terra, możemy powiedzieć, że akcja nie toczy się bezpośrednio na Ziemi, ale trudno nie rozpoznać aluzji do tego, co się na początku lat 70. na świecie działo. Bohater urodził się, jest w szóstym pokoleniu mieszkańcem Księżyca. Shevek to imię przedziwne, ale ono jest losowane, ponieważ komputery losują imiona wszystkim mieszkańcom. Wszyscy mają pięcio- lub sześcioliterowe słowa. Absolutnie czasami idiotyczne zbitki słów, które człowiek może przyjąć. Co to oznacza? Oczywiście chodzi o to, że nie ma aż tak silnych związków rodzinnych. One nie są wykluczone, jak się okazuje w trakcie powieści, ale nie są konieczne. Większość małych Anarresyjczyków wychowuje się w żłobkach i to jest kluczowe dla ich rozwoju.
A później dorastają, uczą się tego, czego chcą, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, żeby pracowali. Pracowali dla dobra wspólnoty, w której podkreślam wszyscy z założenia — i to jest początek dystopii, jak się za chwilę okaże — są równi. Trudno powiedzieć, na czym wzorowała się Le Guin, ale mam ciche podejrzenie, że chodzi jednak przede wszystkim o izraelskie kibuce. Choćby ze względu właśnie na te trudne warunki atmosferyczne, na tą czasami niemal pustynną atmosferę. Z kolei Urras, czyli planeta, do której przybędzie Shevek, wzorowana jest na Ameryce prawdopodobnie lat 50. Silnie patriarchalnej, oczywiście heteroseksualnej — co ma pewne znaczenie w powieści — odsuwającej kobiety od wszystkich możliwych prac intelektualnych. I oczywiście hierarchicznej. Hierarchia oczywiście wynika z zamożności. Shevek przez pierwsze prawie 40 lat życia spędzi na Anarres i to ten świat go ukształtuje. Dlatego ta powieść jest tak ważna.
Dlatego, że mimo że niby na Anarres jest super, niby każdy może być, kim chce. Ludzie wchodzą w związki, rozstają się, pracują tam, gdzie chcą. Oczywiście każdy musi pracować fizycznie, by chronić niewielkie zasoby. Wszyscy razem głodują. Ale jeżeli uważnie przyjrzymy się tej powieści i będziemy ją bardzo uważnie czytać, to okaże się, że Le Guin, która oczywiście miała już wtedy lewicowe poglądy, zasłynęła antywojenną i w pewnym sensie amerykańską powieścią „Słowo las znaczy świat”, ewidentnie odwołującą się do sytuacji w Wietnamie. Tak naprawdę jednak w tej powieści Shevek jest kimś jak everyman, ale everyman, który jest asurańczykiem, a więc odonianinem. Być może czytam w tym momencie tę powieść trochę wbrew intencjom autorki, ale jak państwo wiedzą, mnie intencje samych autorów nie do końca przekonują i mam, jak każdy, prawo do własnych odczytań. A ja mam poczucie, że Shevek jest dzieckiem swojego świata. Uświadomiłem to sobie, oglądając relacje z Rosji i widząc efekty rosyjskiej propagandy. Propaganda na Anarres jest bardzo zbliżona.
To się zaczyna już jako autokontrola. Nie wolno egoizować. To znaczy nie wolno myśleć w ogóle o sobie najlepiej. Wszyscy mają być altruistyczni. A potem nagle się okazuje, że to nie jest takie proste. Że owszem, mówią prawickim i generalnie nie czytują literatury z zewnątrz, czyli z Urras, ale szef — bardzo złowieszcza postać i bardzo prawdziwa — szef naukowy, który sam jest nie dojdą, jest po prostu bardzo kiepskim naukowcem, ale dobrze ustawionym w systemie. Już państwo chyba zaczynacie kojarzyć świat, o którym opowiadamy. Każe bohaterowi, każe Shevekowi uczyć się urryjskiego, ponieważ dzięki temu będzie mógł czytać teksty naukowe z tamtego świata. Bo ambicją Anarres jest wykazanie, że mają równie dobrych naukowców jak Urrasyjczycy. Problem polega na tym, że mogą ich mieć wyłącznie w naukach teoretycznych, dlatego że system, który stworzyli na Księżycu, nie pozwala im z jednej strony na większe budowle, bo na nie musieliby się wszyscy zgodzić, co byłoby problemem.
Poza tym jest tak trudno przetrwać w tym świecie, że temu trzeba poświęcać wszystkie siły. Shevek nie rozumie, że chociaż ma przyjaciół, którzy buntują się, równie inteligentnych jak on, a życiowo chyba nawet bardziej inteligentnych od niego i zaradnych. Bo Shevek długo się nie buntuje. Shevek uznaje, że odonianizm jest idealną ideologią. Jest ideologią jedyną w swoim rodzaju i ona wystarcza. Ona tak naprawdę powoduje, że człowiek powinien być szczęśliwy, a jak nie jest szczęśliwy, to jest z nim coś nie tak. Znamy to. Są nawet psychuszki jak w Rosji, ale Shevek, owszem, tam trafia jego najbliższy przyjaciel, ale Shevek stwierdza: „widocznie zwariował”. Gdy Bedup, jego najbliższy przyjaciel, mówi mu, jak jest, że wbrew temu, co się twierdzi, nie wszyscy są równi, bo niektórzy są uprzywilejowani. Shevek w to nie wierzy.
Odrzuca to nawet gdy dostaje jawne dowody. Bo tak naprawdę system Urrasyjski, a raczej przedstawiciele tego systemu grają z Shevekiem w przedziwną grę. Ile jest w stanie znieść? Na przykład w pewnej chwili żyje z partnerką, która urodziła ich pierwszą córeczkę. Ale ponieważ panuje głód, są kiepskie zbiory, zostaje siłą delegowany do walki, do żniw czy do tego typu sytuacji związanych z wyżywieniem. Gdy wraca jednak po dwóch miesiącach, żonę już oddelegowano gdzie indziej, a on nie może za nią pojechać, chociaż został wyrzucony z uczelni, bo był zbyt inteligentny i nie pasował szefowi. Oczywiście szef mętnie uzasadnia to ideologią, a on jest coraz bardziej załamany. Zaczął od bardzo dobrych tekstów, które zostały pchnięte na planetę i tam zrobiły duże wrażenie, ale to się nie spodobało szefowi, który oczywiście po pierwsze jest wstecznym naukowcem, w takim sensie konserwatywnym, podczas gdy idee Sheveka są bardzo postępowe, jeśli chodzi o fizykę. Ale równocześnie szef pilnuje, żeby nikt go nie przeskoczył, bo to daje poczucie władzy. Shevek tej władzy nie chce, więc zostaje wykolegowany z systemu.
Zaczyna się opowieść od tego, że Shevekowi udaje się polecieć na Urras. Jest pierwszym od dziesięcioleci przedstawicielem, może nawet pierwszym w ogóle, który poleciał na planetę. I tutaj możemy dać się zwieść, dlatego że cały czas widzimy świat oczami Sheveka. Co prawda nie jest to narracja w pierwszej osobie, ale jednoznacznie to zza jego pleców przyglądamy się tej opowieści. I to jest niezmiernie ważne, ponieważ to jest oczywiście skrzywiona perspektywa. Ponieważ patrzymy i postrzegamy Urras nie w sposób zobiektywizowany, ale przez pryzmat idealisty. Najbardziej nieprawdopodobne jest to, że Shevek w końcu wyleciał z tej planety. Opuścił ją, ale jego partnerka i dzieci nie mogły. Mimo upokorzeń, które dostał na Urras dalej uważa, że Księżyc jest lepszy jako system. I trudno mu oczywiście z jego perspektywy odmówić racji.
Tym bardziej, że tutaj ległem bardzo odważnie. Na przykład w roku 1974, bo to jednak jest istotne, pozwala również spełniać się seksualnie mieszkańcom Urras i jeżeli ktoś jest gejem, to nikt z tego nie robi problemów. Życie w parach jest jak najbardziej dozwolone, ale te pary mogą być również jednopłciowe. Nie to jest problemem. Oczywiście mamy równość. Kobiety są na równi z mężczyznami. Dwie najważniejsze osoby, które uczyły Sheveka fizyki to kobiety. Dla mieszkańców Urras to jest niezrozumiałe, tak jak nieposiadanie nazwiska, a już nie mówiąc o odczestwie. Mamy więc do czynienia ze światem absolutnie zideologizowanym. Shevek jest tak zaprogramowany, że nawet jeżeli pojawiają się oznaki ewidentnej słabości jego świata, bo to się oczywiście zdarza, to je odrzuca.
Gdy z kolei ląduje na Urras, cały czas ma poczucie, że jest wykorzystywany przez miejscowych. Nie rozumie, bowiem on w ogóle nie zna wartości pieniądza, bo na Księżycu tego nie ma. Nie płaci się pieniędzmi. On jest altruistą. Jego badania fizyki są altruistyczne i nie widzi powodu, żeby za to brać pieniądze. Więc gdy zostaje zaproszony i osadzony na uniwersytecie, takim typowym angielskim uniwersytecie z lat 50., 60. XX wieku, w którym nie ma jeszcze miejsca dla kobiet wykładowczyń, o czym doskonale dzisiaj wiemy. On czuje się wyłącznie wykorzystywany. Nie rozumie, że też na tym zyskuje, ponieważ ideologia, którą mu wpojono, rządzi jego postępowaniem. Jeżeli z tej strony spojrzymy na „Wydziedziczonych”, to myślę, że możemy poprzez tę powieść mieć jakiś wgląd w ludzi oczadzonych ideologią i propagandą.
Oczywiście Shevek był uczony tej ideologii od dziecka. Ona była jak Biblia i tak naprawdę, z czego on absolutnie nie zdaje sobie sprawy, odonianizm jest religią. Jest jakąś formą religii. Oczywiście bez Boga, bo to świat ateistyczny, ale jednocześnie ewidentnie widać, że jego uzależnienie od odonianizmu, łącznie z tym, że musiał pojechać na grób twórczyni ruchu, bo ona zmarła na planecie, ma znamiona kultu religijnego. Możemy oczywiście w tym momencie jeszcze zapytać, czy Shevek jest następcą Austona Smitha, czy strażaka z „Fahrenheita”. Oczywiście Smitha z 1984, Orwella czy strażaka z powieści „Fahrenheit 437” Bradbury’ego. Odpowiedź brzmi tak i nie. Tak, bo oczywiście to postać mężczyzny, który zaczadzony ideologią tak jak oni realizuje, tylko że oni realizują do pewnego momentu. On też wydaje się w pewnym momencie trzeźwieć. Poza tym różnica też jest oczywiście taka, że tu mamy do czynienia nie ze zwykłym przedstawicielem gdzieś tam z klasy dolnej, średniej, tylko mamy tu do czynienia z niezwykle inteligentną osobowością.
I ta osobowość nie potrafi zobaczyć Świata, w którym żyję. Jak pisywał mój ukochany Parnicki na końcu listów Chozroesa do Marki w „Słowie i ciele”: „Sapientae sat” — mądremu dość. A resztę zostawiam już państwu.
[02:57:50] - Proszę państwa, to czas na odrobinę literatury. Od jakiegoś czasu śledzimy losy gości z Marsa. „Goście z Marsa” — książka napisana, wydana tuż pod koniec XIX wieku przez polskiego autora Władysława Satkego, który ukrywał się wówczas pod pseudonimem Abul. To jest książka, ktoś by powiedział i ja pewno bym powiedział, że bardzo wczesne science fiction wyprzedzające „Wojnę światów”. Tak, to wszystko prawda, ale muszę powiedzieć coś jeszcze. To jest książka osadzona dosyć mocno w nurcie myślowym, bardzo popularnym pod koniec XIX wieku. Ten nurt myślowy nazywał się teozofią i to jest książka, która bardzo mocno bazuje na tym nurcie myślowym. Chociażby z tego względu warto się z tą książką zapoznać. Ja i „Bibliotekarium 2.0” dajemy państwu na to szansę. To jest perełka polskiej literatury.
Może nie pierwszoplanowa, ale jednak perełka. Niniejszym zapraszam państwa na rozdział dziewiąty księgi pierwszej. To jest rozdział ostatni tej pierwszej księgi, ale tych ksiąg jest kilka, w związku z tym całkiem spokojnie. Czyta jak zwykle Reda Haddad.
[02:59:30] - Władysław Satke „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Haddad.
[02:59:52] - Zaraz po śmierci Marsjan zażądał od rady miasta Bathurst Uniwersytet w Sydney wydania zwłok tychże dla przeprowadzenia sekcji, gdyż jak słusznie sądzić należało, ustrój ich wewnętrzny musiał przedstawiać wiele ciekawych nadzwyczaj szczegółów. Wszak tryb życia tak odmienny od naszego musiał znacznie wpłynąć na wszystkie składowe części ich ciała. Słuszność tego żądania uznawali sami panowie aldermanie. Mimo to odmówili temu żądaniu, chcąc dla siebie z tej okoliczności jak największe korzyści wyciągnąć. Wówczas Uniwersytet powyższy udał się do gubernatora Sydney, zawiadującego kolonią w New South Wales, w której leży także Bathurst, aby mocą swej władzy wymógł wydania zwłok Marsjan. Temu rozkazowi nie mogła sprzeciwić się już rada miasta i nastąpiła ugoda tej treści. Pocisk Marsjan pozostanie na zawsze własnością miasta. Zwłoki zaś pod zapewnieniem zabezpieczenia ich od rozkładu mają być wręczone po dniach 40 od dnia śmierci deputacji Uniwersytetu, która po nie w dniu 25 października się zgłosi i odbierze celem przywiezienia do Sydney. Ponieważ Uniwersytet na ten warunek się zgodził, przystąpiono więc natychmiast do zabezpieczenia zwłok od rozkładu. Pozostawiono zwłoki w tym samym położeniu jak za życia, a za pomocą pomp rozrzedzono w pocisku powietrze do możliwych granic.
Tej okoliczności mam do zawdzięczenia, że osobiście widziałem Marsjan i ich pocisk, a opis tychże posyłam w załączeniu. Zwłoki ich bowiem są dobrze widzialne przez cztery okna znajdujące się w pocisku oświetlonym tym samym światłem, jakiego używali jeszcze za życia nasi goście. Dla lepszego uwidocznienia ich budowy rozebrano zwłoki prawie zupełnie z szat ich okrywających, przy czym spostrzeżono szczególne okoliczności, o których wspomnę poniżej. Nadmieniam tu jeszcze, iż rada miasta uchwaliła także, aby nie rozbierać pocisku, nie badać jego części składowych ani szat Marsjan aż dopiero po wywiezieniu zwłok do Sydney. Postanowienie to o tyle jest korzystne dla tysięcy przybyłych tu obecnych, iż mogą swobodnie opatrywać te przedmioty, co by było niemożliwem, gdyby je wzięto do badania fachowego. Wprawdzie ciekawość jest u wszystkich wielka, z czego wyrobiono takie arcydzieła kunsztu. Co to za światło? Z jakiej materyi sporządzono szaty? W jaki sposób Marsjanie postępowali, aby powietrze w ich pocisku się znajdujące uczynić zdatnym do oddychania dla siebie i dla Ziemian? Ale wszyscy zgadzają się na to, iż o tym wszystkim dowiedzą się wkrótce z pism i z dzieł fachowych i wdzięczni są aldermanom za umożliwienie obaczenia tych wszystkich cudów osobiście i w całości jeszcze.
W pocisku na niskich sofach leżą dwie postacie należące do płci odmiennej. Wysokość ich nie przenosi zapewne 0,5, 0,6 metra. Uważać ich przeto należy za karłów. To szczególniejsze jeszcze, iż na pierwszy rzut oka nie ma między nimi najmniejszej różnicy. Mężczyzna jest zupełnie podobny do kobiety pod każdym względem prawie. Przy dalszym więc opisie nie będę czynił między nimi różnicy chyba tam, gdzie tego konieczność wymagać będzie.
[03:03:19] - Głowa jest może nieco za duża. Wielkość ta jednak jest może tylko pozorna, bo brak wszelkich włosów na czaszce czyni ją większą, niż jest w rzeczywistości. Zresztą nie byłoby to nic szczególnego, gdyby czaszka ich była istotnie większa od naszej. Wszak wyższy rozwój umysłowy, jaki dziś panuje na Marsie, musiał wpłynąć koniecznie na większy rozwój mózgu. Czoło wysokie, uszy małe, oczy nieco skośne jak u naszych Mongołów. Natomiast nos dość duży, prawie rzymski. Usta wdzięczne, choć dziś blade i wąskie. Według naszego pojęcia estetycznego szpeci je brak zupełny zębów. Broda krótka, dość gruba. Na szczególną wzmiankę zasługuje okoliczność, iż budowa twarzy jest bardzo szlachetną, co się uwidocznia głównie w kącie twarzowym.
Kąt przy nasadzie nosa, o ile mogę sądzić okiem, jest mniejszy znacznie niż u Ziemian. Wątpię, czy wynosi 60 stopni. Okoliczność ta jest dość ważna, bo świadczy o wielkim rozwoju rasy mongolskiej na Marsie. Wiadomo nam przecież, że u dzisiejszych Mongołów prognatyzm, to jest kąt twarzowy wynoszący więcej niż 68 stopni, nie jest rzadkim zjawiskiem. Podobnie jak na czaszce brak wszelkich śladów włosów na twarzy. Nie mają oni ani brody, ani wąsów, ani brwi, ani rzęs. A jednak są to ludzie liczący przynajmniej po lat 30. Okoliczność ta właśnie sprawia, że z twarzy nie mógłby nikt rozróżnić mężczyzny od kobiety. Nadmienić mi tu jeszcze wypada, że oczy obojga są uzbrojone szkłami bardzo grubymi. Świadectwo ich krótkowzroczności.
Szyja gruba, kadłub pozornie równy naszemu, a jednak lekarze pielęgnujący ich w czasie choroby twierdzą, że na nim znajduje się bardzo gruby pokład tłuszczu, z czego wnosić należałoby, iż piersi są bardzo małe i wątłe. Zgadza się to zupełnie z wywodem poprzednim dyrektora Matthewsa, według którego powietrze na Marsie jest znacznie rzadszym od naszego. Piersi u kobiety prawie zanikły. Zaledwie istnieje mała różnica pod tym względem między mężczyzną a kobietą. Tył ciała nadzwyczaj silnie rozwinięty. Ręce są dość długie, cienkie. Palce długie, piękne, delikatne, widocznie nieprzywykłe do robót ciężkich. Natomiast nogi grube, ale krótkie. Stopa krótka, palce u niej prawie zanikłe. Odnóża tylne robią wrażenie, jakoby nie służyły nigdy do chodu.
Skóra na całym ciele zdaje się być nieco żółtawą, choć trudno ten sąd wydać przy czerwonym świetle. Wygląda atoli delikatną i miękką. Również i tu nie spotykamy nigdzie śladów jakichkolwiek włosów. Jakkolwiek postacie te różnią się tak wielce w budowie ciała od Ziemian, mimo to wyznać muszę, iż tak na mnie, jako też na wszystkich widzów, całość ich robi bardzo miłe, przyjemne wrażenie. Może odgrywa w tym niemałą rolę współczucie z ich cierpieniem, litość nad ich losem nieszczęśliwym, który ich tak daleko zagnał od ojczyzny. A może być nie przeczę, a jednak trudno było mi pożegnać się z widokiem, kiedy po upływie 15 minut przypatrywania się tym postaciom kazano mi odstąpić od okna dla zrobienia miejsca innym, nie mniej ciekawym przybyszom. Przykryto ich częściowo szatami składającymi się z dwóch sztuk. Jedna służyła do okrycia kadłubu i rąk, druga nóg. Ubranie to jest czarne. Wygląda, jakby było aksamitne.
Znawcy jednak twierdzą, iż musi to być materia bardzo cenna, delikatna i nader ciepła. Szumanin nadto głosi, iż jest bardzo elastyczna, miękka, nie przeszkadza w żadnym ruchu. Pocisk Marsjan jest to kula o średnicy przeszło jednego metra, u dołu ścięta płasko, u góry zakończona stożkiem. Wysokość całego pocisku wynosi półtora metra. Całość jest z metalu białego, lśniącego jak srebro. Zdawałoby się, jakoby była z aluminium, ale Arkan twierdzi na podstawie wielkości i lekkości pocisku, albo mieszanina aluminium z innym metalem. Kula ta ma cztery okna z kryształu, z nadzwyczajnym kunsztem wprawione w metal, bo tworzą z nim jakoby jedną całość. Około wierzchołka znajduje się kryształowy pierścień, również i u dna pocisku, tuż około zewnętrznej krawędzi spłaszczenia ma być także podobny pierścień wprawiony. Okna te, jako też i pierścienie służyły Marsjanom do oglądania świata zewnętrznego. Na to u dna pocisku znajdował się szczególny przyrząd, który wydobyto z piasku rzeki i ustawiono obok pocisku w szopie.
Jak wiadomo z mych listów pierwszych spostrzeżono w rzece po usunięciu pocisku słup metalowy tkwiący głęboko w piasku. Słup ten po wydobyciu okazał się na półtora metra wysokim, wyrobionym z tegoż samego metalu co pocisk. Składa się on jednak z kilkudziesięciu rur cienkich, wchodzących szczelnie jedna w drugą. Przypuszczają zatem, iż rury te miały cel podwójny. Skoro Marsjanie dostali się w pocisku na granicę przyciągania Marsa i Ziemi, rury te sprawiły odwrócenie się pocisku dnem ku Ziemi, w którym właśnie znajdować się musiał punkt ciężkości. Celem ich następnym było uśmierzenie gwałtownego uderzenia, kiedy pocisk dotknął się ziemi. W tym wypadku bowiem jedna rura wciskała się w drugą, a tarcie rur osłabiło znacznie upadek pocisku, a nawet, jak widzieliśmy, zabezpieczyło życie Marsjanom. Oprócz powyższych własnych spostrzeżeń nie ośmielę się tu pominąć milczeniem także nie mniej wiarygodne spostrzeżenia tych ludzi, którzy za życia Marsjan wchodzili z nimi w bezpośrednią styczność, a mianowicie Arkana, Ach-Sunga, Szumaniego i lekarzy. Wszyscy ci świadkowie zauważyli najpierw, że Marsjanie bardzo cichym głosem przemawiali zawsze. Że głos ten nie był tylko skutkiem osłabienia ich, dowodzi okoliczność, iż się wzdrygali, usłyszawszy zwykły głos mowy Ziemian.
Drażniły ich wielce wszystkie hałasy, turkoty, poświsty, zgiełki i wrzaski, nawet z wielkiego oddalenia zasłyszane. Nawet pukanie do okien wstrząsało nimi gwałtownie, a przypadkowy krzyk ludzki w szopie lub w pobliżu niej wydany rzucał ich na sofy. Jak oświadczyli lekarze, byli oni w wysokim stopniu zdenerwowani, nie przywykli zupełnie do głosów i tonów tak zwykłych dla uszu naszych. Orkiestra, której raz dla próby ich ucha muzykalnego kazano grać w dość wielkim od nich oddaleniu, obudziła była ich z apatii, ale tylko chwilowo. Następnie zaś byli zupełnie nieczuli na dźwięki tonów melodyjnych. Również i obrazy pierwszorzędnych artystów naszych nie sprawiały na nich żadnego wrażenia. Dla wszelkiej sztuki okazali się zupełnie obojętnymi. O ile ich słuch był silnie drażliwy, o tyle wzrok był przytępiony, bo odznaczali się szczególną krótkowzrocznością. Tylko blasku słońca, mimo nałożenia na zwykłe okulary jeszcze szkieł innych znieść nie mogli. Również do oglądania czegoś drobniejszego musieli uzbrajać swe oczy szczególniejszymi szkłami.
Szkła te są tak silne, iż ani Chaumani, posiadający wzrok bardzo krótki, ani lekarze nie mogli nic przez nie widzieć, a patrząc kilka sekund załzawiali obficie oczy. Jako pokarmu używali jakiegoś półgęstego płynu, który ma być istotnie według twierdzenia doktora medycyny Whitestone'a bardzo pożywny. Nadto wypijali sporą ilość silnego bardzo wina i whisky, które atoli na nich nie wywierały żadnego wpływu szkodliwego. Widocznie musieli być przywykli do obfitego używania trunków. W pocisku po rozcieńczeniu powietrza mogli się jeszcze jako tako poruszać i choć z trudnością władać członkami. W obecności jednak Ziemian, a zatem po otwarciu pokrywy pocisku musieli leżeć jak martwi, gdyż zbytnie ciążenie Ziemi, jako też nader wielki ciężar powietrza naszego ubezwładniał ich zupełnie. Jakiejś żywości, wesołości, uśmiechu jakiegoś nie zauważono u nich wcale, ale również nie czuli. Obojętni, zimni byli na cierpienia wszelkie, na boleści i przykrości. Co więcej jeszcze, iż nie spostrzeżono u nich ani śladu jakiejś ciekawości, zainteresowania się czymkolwiek. Zachowywali się zawsze, jakby ich ta nasza, im tak obca planeta, ten świat tak odmienny wcale nie obchodził lub też był im znany w najdrobniejszych prawie szczegółach.
Co się tyczy wewnętrznego urządzenia pocisku, twierdzą naoczni świadkowie, iż wnętrze tegoż jest wyłożone jakąś drogocenną, aksamitną materią. Musi to być jakaś materia zupełnie nieprzemakalna, kiedy pod nią, według zapewnienia Marsjan, ma się znajdować gruba warstwa jakiegoś płynu. Musi to być płyn szczególny, bo jest zupełnie elastyczny, której własności nasze płyny nie mają. Nadto płyn ten chciwie pochłania tlen, gdyby się go zbytnio w pocisku nagromadziło. Ku temu potrzeba tylko odkryć pewną część materii zewnętrznej, a błona cieniuchna pod nią się znajdująca dozwala na łączenie się tlenu z płynem. O własnościach tych przekona się Chaumani i inni naocznie, bo zapewniał, iż wnętrze pocisku jest skutkiem tego płynu wyłożone ze wszech stron, jakoby największym puchem. Do wytwarzania potrzebnego tlenu mają osobne przyrządy w sofach. Trudno było dostać się do nich i przekonać się, co to były za przyrządy, lecz przypuścić należy, iż wytwarzają tlen za pomocą elektryczności, bo jak zapewniali, mieli silne, choć bardzo małe baterie elektryczne. Za pomocą tych baterii wytwarzali też światło o tyle tylko szczególne, że drobne, a pełne szklanne kulki wydają przyjemne bardzo światło czerwone, które ma być według ich mniemania najzdrowsze dla oczu. Oprócz tego mają się znajdować w pocisku liczne skrzynki i nieznośne przyrządy, których zbadanie jednak postanowiono wraz z pociskiem oddać fachowym uczonym dopiero po 25 października.
Wkrótce więc dowie się świat wiele spraw nadzwyczajnych, o których nie śniło się naszym największym nawet filozofom. Jakkolwiek niechętnie muszę w końcu wspomnieć o jednej jeszcze okoliczności, która wydaje mi się nader podejrzana. Zaraz po śmierci Marsjan ogłosił był Chaumani, jakoby płyn wyścielający wnętrze pocisku był materią wybuchającą o ogromnej sile. To spowodowało radę miasta do przeniesienia pocisku w otwarte pole, aby uchronić mieszkańców od możliwego nieszczęścia. Jakkolwiek pocisk znajduje się tu już od dwóch miesięcy, nic jednak dotąd nie świadczy, aby słowa Chaumaniego zawierały w sobie prawdę. Z obowiązku atoli korespondenta wywiązującego się zawsze sumiennie ograniczam się zatem na tej wzmiance tylko, bo nie przypisuję tej okoliczności żadnego większego znaczenia. Koniec części pierwszej. Za chwilę część druga: Przeszłość Marsa. Władysław Satge. Goście z Marsa.
Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:14:10] - Proszę państwa, Labirynt Książek już był. No to oczywista oczywistość. Musi być recenzarium Ewiwy. Idźmy tą drogą. A zatem dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska proponuje państwu tytuł "Małpi król."
[03:14:56] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. W swoich programach omawiałam już książki z różnych stron świata, tych bliższych nam i tych bardziej dla nas egzotycznych. Albowiem coś takiego jak fantasy tak naprawdę nie ma ojczyzny. Narodziło się bardzo dawno i przeżyje nas wszystkich. Książka, o której dzisiaj będę mówić, pochodzi z kraju uznawanego kiedyś za najbardziej czarodziejski. Z Chin. Oczywiście to, czy Chiny kiedykolwiek były krajem czarodziejskim, czy też nie, nie ma tu nic do rzeczy. Pisarz Wu Cheng'en po prostu spisał dawną legendę wspólną dla Chin
[03:15:33] - I dla Indii. Legendy o małpim królu nie wymyślił jej. Krążyła z ust do ust przez wiele wieków. Ale dobrze się stało, że są pisarze, którzy zajmują się utrwalaniem takich ulotnych opowieści. Albowiem w dzisiejszych czasach nikt już nie podaje metodą z ust do ust takich cudownych, czarownych historii. Mamy przecież media. Kiedyś ich nie było. Byli jednak ludzie, którzy całymi latami ćwiczyli swoją pamięć właśnie po to, żeby móc przechowywać w niej opowieści o różnych rzeczach. Dzięki takim ludziom przetrwały historie, o których inaczej byśmy zapomnieli. O czymże więc mówi książka pod polskim tytułem „Małpi bunt”?
Jest to pierwsza część tryptyku. Dwie pozostałe części nigdy nie zostały w Polsce wydane, ale dobrze, że mamy chociaż tą. Otóż pośrodku ogromnego morza, z którego wyłoniło się według legend wszystko, co żyje, wznosiła się ogromna góra, na której leżał cudowny głaz. Z biegiem czasu rozpadł się, odsłaniając tkwiące w jego środku jajko, które pod wpływem żywiołów przeistoczyło się w kamienną małpę. Nie był to jednak posąg. Kamienna małpa żyła. Kiedy zyskała świadomość, początkowo udała się do innych małp, żeby żyć razem z nimi. Małpy obwołały ją swoim królem i rządziła nimi przez jakiś czas. Później jednak zdecydowała, a raczej zdecydował, ponieważ był to małpi król płci męskiej. Otóż tenże małpi król zdecydował, że nie może marnotrawić swojego życia tylko na przewodzeniu małpom.
Chciał poznać tajemnice świata i to nie tylko świata widzialnego, ale i niewidzialnego. Dlatego wyruszył po nauki do mędrca. Tenże mędrzec, początkowo bardzo niechętny przyjęciu w szereg swoich uczniów małpy, dał się przekonać. Nadał małpie imię Sun Wukong, które oznaczało „Sun, który poznał niebyt”. Albowiem jego historia była absolutnie niezwykła i wiadomo, że nie był zwyczajną małpą. Postanowił wyuczyć go magii i to nie tylko zwykłej magii, ale takiej, która — jak pragnął tego Sun — zapewnia nieśmiertelność. Jednak osiągnąwszy wiele, małpi król zapragnął jeszcze więcej. Zapragnął dostać się do niebios, do siedziby samego Nefrytowego Cesarza. I mało tego, postanowił zostać jednym z dostojników jego dworu. Ponieważ rzeczywiście wtedy, kiedy udało mu się do niebios dostać, był już biegły w naukach magicznych.
Nefrytowy Cesarz postanowił zrobić go swoim koniuszym. To jednak małpie nie wystarczyło. Domagał się coraz więcej i więcej, i w końcu jego pycha sprowadziła na niego nieszczęście. Za swoje wybryki został uwięziony pod wielką górą, skąd już nigdy nie miał wyjść. Uratowała go — właściwie nie uratowała — ulitowała się nad nim bodhisattwa Kuan Yin i obiecała, że przyśle mędrca, który uwolni go spod góry, ale pod warunkiem, że Sun Wukong zaprzestanie odtąd swoich wybryków i zostanie mnichem. Uwięziona małpa zgodziła się na to, ale co z tego wynikło? No to już musicie się dowiedzieć sami. Szczerze zachęcam do czytania tej książki, ale trzeba wiedzieć jedno: ci, którzy wezmą ją do ręki, powinni najpierw dowiedzieć się czegoś o wierzeniach dawnych Chińczyków, jak również o wierzeniach hinduistycznych. Przede wszystkim zorientować się, że w tych kulturach małpa nie była zwierzęciem postrzeganym tak jak u nas, jako złośliwe, brudne, nieprzyzwoite i głupie stworzenie. Przeciwnie.
W niektórych rejonach Indii była istotą świętą. Również Chińczycy traktowali ją zupełnie inaczej niż Europejczycy. Także małpi król był u nich przedmiotem szacunku. Również warto, zanim się zacznie czytać, zorientować się, kim tak naprawdę był Nefrytowy Cesarz i jego dwór oraz kim na przykład była bodhisattwa Kuan Yin. Co właściwie znaczy słowo bodhisattwa? Można powiedzieć bogini, ale nie do końca. Wierzenia hinduistyczne i wierzenia dawnych Chińczyków są pod tym względem bardzo skomplikowane. Dlatego jeżeli ktoś bierze się za lekturę „Małpiego buntu”, dobrze by zrobił, gdyby jednocześnie przeczytał jakieś opracowanie na wspomniane przeze mnie tematy. Opracowanie, które pozwoli mu zrozumieć, o czym tak naprawdę jest ta książka, o czym naprawdę jest opowieść o małpim królu i dlaczego, chociaż rzeczywiście początkowo przejawiał wszystkie możliwe przywary typowej małpy, a także wielu ludzi, dlaczego później zyskał taką moc i dlaczego ostatecznie stał się istotą naprawdę godną najwyższego szacunku. To właśnie jest w religiach Wschodu dość niezrozumiałe dla Europejczyków, ponieważ produkt wyjściowy może być dowolnie paskudny, ale może dotrzeć bardzo daleko w drodze do nieśmiertelności.
Do nieśmiertelności pojmowanej jako doskonałość duchowa. Każdy może to zrobić, jednak musi odnaleźć drogę, która będzie właściwa. To jak w buddyzmie. Budda, wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie jest przecież bóstwem. Każdy może zostać Buddą pod warunkiem, że uda mu się swojego ducha doprowadzić do pewnego poziomu doskonałości. I buddyzm naucza, że każdy z nas ma do tego predyspozycje i tylko od nas zależy, czy staniemy się Buddami, czyli oświeconymi, czy też nie. A jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej, jak ta droga może wyglądać i jak potoczyły się losy małpiego króla, kogo spotkał na swojej drodze i z czym miał do czynienia, no to musicie sięgnąć po „Małpi bunt”. Nie ma rady. Powtarzam, autorem książki jest Wú Chěng'ēn. Szukajcie go w dziale literatury chińskiej.
Być może w którejś bibliotece znajdziecie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:21:52] - Proszę państwa, był Władysław Sadke, byli goście z Marsa. I skończyliśmy księgę pierwszą. Nie mogę państwu tego zrobić. Skoro skończyliśmy księgę pierwszą, to czas zacząć księgę drugą. Zróbmy to. Zapraszam państwa na rozdział pierwszy księgi drugiej. Władysław Sadke, „Goście z Marsa”.
[03:22:23] - Władysław Sadke. „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:22:45] - Część druga. Przeszłość Marsa. Bathurst, 17 października 1892. Kochany redaktorze! Zanim przystąpię do przedłożenia ci dalszego ciągu sprawozdania z mego poselstwa, muszę je kilkoma słowami poprzedzić. Profesora Shaumaniego z Marsjanami sposobem stenografów. Ten sposób pisania jest koniecznym dla reporterów zmuszonych codziennie przesyłać swej redakcji najnowsze wiadomości. Ja jednak śmiało mogę od tego zwyczaju odstąpić, bo mam przed oczyma cały już materiał gotowy. Mogę go więc uporządkować i tak w całości go tobie przedłożyć. Aby jednak zachować choć w części sposób, w jaki istotnie odbywały się rozmowy, zamierzam oddać w dalszym ciągu przeważny głos Marsjanom, a dozwolić tylko profesorowi Shaumaniemu od czasu do czasu przerwać im dla zadania ważniejszego pytania.
Tym sposobem odpowiem zupełnie rzeczywistości. Nadto jeszcze ośmielam się przypuścić, iż Marsjanie znają doskonale wszystkie nasze stosunki, co, jak się sam później przekonasz, wcale nie jest zgodnym z istotnym stanem rzeczy. Rozumie się także samo przez się, iż w rozmowie z profesorem Shaumanim oboje Marsjanie brali równy udział, atoli dla uproszczenia wprowadzam dialog zamiast trialogu, co rzeczy wcale nie zmienia. Uprzedziwszy cię więc w ten sposób o dalszym ciągu mego sprawozdania, załączam zarazem pierwszy ustęp z opowiadań Marsjan. Czyż mam ci mówić o narodzeniu naszej planety? Wiesz o tym tak dobrze, jak i my. Mars jest tak samo synem Słońca, jak Ziemia córką jego. A chociaż obaj należą do najmłodszych jego dzieci, mimo to nasza planeta jest o kilkaset tysięcy lat starszą od swej siostry. Rozumie się też, że i dalszy rozwój obu planet był zupełnie podobny. Inaczej też być nie mogło wobec tego, że obie mają tego samego rodzica.
Zatem na ich utworzenie składały się te same materie i te same siły. Różnica w pierwszym rzędzie, jaka zachodzi między obiema, byłaby ta, że Mars zrodził się wówczas, kiedy rodzic jego był młodszym. Ziemia zaś powstała w późniejszym wieku. Stąd materie składające Marsa są nieco delikatniejsze, lżejsze niż w skład Ziemi wchodzące. Natomiast znowu Słońce, jak każda matka, kocha bardziej swe młodsze dzieci i udziela Ziemi obecnie więcej światła i ciepła niż starszemu synowi swemu. Różnice te atoli znoszą się prawie zupełnie, jeśli uwzględnisz, iż Mars otrzymał jeszcze przed narodzeniem Ziemi więcej tego ciepła i światła, bo samo Słońce było wówczas w pełnej sile wieku większe, zdrowsze i młodsze. Zważywszy te okoliczności, przyznać musisz, że rozwój na obu naszych planetach postępował jednakowo, bo Ziemia nasza jest i musi być kopią tylko starszego brata swego, jak Mars był znowu obrazem nieszczęśliwej, starszej swej siostry Junony, rozbitej przedwcześnie na kilkaset ciał drobnych, błąkających się obecnie w przestworzu między naszą planetą a Jowiszem. Wy zapewne, wnosząc z obecnego stanu waszej inteligencji, sądzicie, iż tam w tym bezmiernym oceanie światów gwiaździstych panuje ład i porządek wzorowy, którego nikt i nic naruszyć nie zdoła. Że tam każda odrobina ma wytoczoną swą drogę, której miliony lat nie zmienią, że tam wśród tych ogromów wkorzeniono salonową grzeczność, aby jeden w czas ustępował, gdy drugi z kaprysu jedynie przecina jego drogę. Gdzie tam!
I tam nie znajdziesz ładu jak między ludźmi. I tam kaprys chwilowy pozbawia życia miliony stworzeń. Nasza Junona najlepszym tego dowodem. O jakiej Junonie mówisz? Czy o asteroidzie? Nie o asteroidzie, ale o planecie Junonie, która niegdyś krążyła swobodnie między Marsem a Jowiszem. Przed wieloma tysiącami lat jednak przybył jakiś przybłęda z innego systemu i rozbił ją na setki drobnych ciał, które znowu często między sobą się potykają i niszczą. Te cząstki dawnej Junony zwiecie obecnie asteroidami, więc takie zetknięcie się jest możliwe. U nas utrzymuje się przekonanie, jakoby tam panował niezmierny ład, który od czasu do czasu przerywa jedynie zgon powolny któregoś ze systemów słonecznych. Co wy o tym możecie mówić?
Wasza astronomia jest jeszcze w pieluchach, boście się jeszcze nie nauczyli nawet czytać na księdze wszechświata, a wasze przyrządy zaledwie sięgają poza obręb naszego systemu. Gdybyście umieli zajrzeć we wszystkie zakątki systemów słonecznych zawartych w obrębie naszej Drogi Mlecznej, gdybyście mogli wzrokiem dosięgnąć w miliony innych obrębów otoczonych Drogami Mlecznymi, przekonalibyście się łacno, jak często się zdarzają podobne zetknięcia we wszechświecie. Jak między roślinami, zwierzętami i ludźmi, tak i między światami wre odwieczna walka o byt, która je doskonali, wyrównuje, a wreszcie do zaniku zupełnego wiedzie.
[03:27:43] - I to jest prawem przyrody. Kiedy równowaga istniejąca na początku stworzenia w całym wszechświecie naruszoną została, ruch ten udzielał się stopniowo całej materii wypełniającej przestwór w nieskończoność. Z ruchu tego powstały światy, obręby soczewkowe zawierające tysiące systemów słonecznych, a z naruszenia równowagi powstała walka siły światów między sobą, jak istnieje walka ich tworów, roślin, zwierząt i ludzi. Cały świat walczy. Makrokosmos i mikrokosmos, żyjące i martwe stworzenia. Jakiż cel ma ta walka? Celem jej, jak każdego naruszenia równowagi, powrót do równowagi po osiągnięciu najwyższego możliwego stopnia doskonałości, który jest koniecznym wypływem poprzedniej walki. I tak długo nie ustanie walka we wszechświecie, dokąd znowu wszystkie siły się nie zrównoważą, to jest dokąd spokój, cisza, ciemność i martwota wieczna nie ogarnie wszechświat cały. Martwotę poprzedza zawsze równowaga sił. A po cóż naruszono równowagę, jeśli celem bytu ma być znowu powrót do równowagi?
Na to pytanie nikt ci nie odpowie. Czy życie na Marsie powstało w ten sam sposób jak na Ziemi? Mars przechodził wszystkie i te same stopnie, jakie poznaliście na waszej Ziemi. Powoli ostygał, gromadził pokłady wulkaniczne, a potem neptuniczne. Wytwarzał pierwsze organizmy, z których następnie powoli powstawały coraz to nowe, wyższe, doskonalsze gatunki. W jaki sposób jednak powstało pierwsze życie? My tak samo o tym nie wiemy, jak i wy. Mimo naszej inteligencji nie dotarliśmy jeszcze do rozwiązania tej zagadki. Zwłaszcza że coraz mniej zajmujemy się temi sprawami. Wy jeszcze zabawiacie się ideałami.
Wy dążycie ustawicznie jeszcze do odkrycia prawdy. Wy chcielibyście wiedzieć, dopatrzyć, wyśledzić wszystko. Daremny trud, daremna praca. Ideały to zabawka dla dzieci, bo jesteście istotnie dziećmi jeszcze. Zazdrościć wam musimy, boście szczęśliwi jeszcze. Dążycie do odkrycia prawdy. My zaś zwątpiliśmy już w jej istnienie i wnet się sami przekonacie, że prawda jest okryta tysiącami różnorodnych zaś dwie nowe się okażą. I tak prawda jakoby się oddalała od waszego umysłu w kwadratowym stosunku jego rozwoju. Do prawdy więc pierwotnej nigdy dostać się nie można. Przenigdy!
Bo odkrycie prawdy jest zastojem zupełnym, którego ludzkość osiągnąć nie może. Ale dążenie do prawdy jest wzniosłym celem dla was jako dla dzieci. Nie dla nas, ludzi dojrzałych, których troska o byt gniecie, którzy już od dawna pozbyli się mrzonek celów idealnych, bo im ledwie czasu starcza na cele materialne. Stopień rozwoju waszego jest jeszcze zbyt młodzieńczy, abyście poznać mogli, zrozumieć zdołali ludzi dojrzałych. Wszak i u was młodzież opiera się, zżyma, nawet wyszydza. Wydrwiewa przestrogi starszych, bo krew gorętsza nie może pojąć trybu życia i myśli wieku, w którym krew już ostygła. Łudzicie się ciągle w waszych zamiarach i celach, aż naga kiedyś rzeczywistość okaże wam swą brzydotę i z żalem przyjdziecie do poznania, że celu nie dosięgniecie nigdy, aż ze zgrozą przyznacie sami, iż cel, nawet gdyby był możliwy do osiągnięcia, nie wart kłopotów tak wielkich, cierpień tak okropnych. Wasze jednak rośliny i zwierzęta muszą zapewne być w kształcie i budowie odmienne od ziemskich. A to dlaczego? Bo przecież tam istnieją odmienne warunki bytu.
Teraz, w czasach najnowszych, lecz w dawniejszych znajdował się Mars w tych samych warunkach co Ziemia. Musiał zatem wytwarzać te same płody, jakie Ziemia wydaje dzisiaj. Wszak i na Ziemi były w dawnych okresach geologicznych odmienne od dzisiejszych rośliny i zwierzęta, bo były odmienne warunki bytu. Wszelkie stworzenie musi się przystosować do równoczesnych warunków albo ginie. Ale obecnie muszą istnieć na Marsie inne rośliny i zwierzęta niż na Ziemi. Tak jest, bo warunki się zmieniły. Kiedy Ziemia dojdzie w swym rozwoju do tego wieku co Mars, kiedy Słońce dla was tak się zestarzeje jak dla nas dzisiaj, wówczas będzie Ziemia posiadała te same gatunki, jakie obecnie istnieją na naszej planecie. Więc Ziemia nasza jest wiernym tylko odbiciem Marsa. Rozumie się! Zupełnie wiernym obrazem.
Wszak te same przyczyny muszą wywoływać te same skutki. Ależ Mars jest znacznie mniejszym od Ziemi. Ależ Mars jest znacznie mniejszym od Ziemi. Stosunkowo też do jego wielkości mają i jego stworzenia odpowiednie rozmiary. W tem tylko zachodzi różnica między Marsem a Ziemią. Pomyśl tylko nieco, a musisz sam przyjść do tego wniosku. Materia Marsa a Ziemi jest jednakowa. Siły działające na obu planetach są te same, z pewną różnicą tylko w napięciu. Jeśli zaś przyczyny pierwotne są równe, to i wszystkie skutki następne, wynikające przez szereg wieków muszą być sobie równe. Te same zatem gatunki roślin i zwierząt, które wy znajdujecie w waszych pokładach, odkopano i u nas w tychże samych warstwach.
Wasze dziś istniejące stworzenia odnajdujemy i my jako skamieliny w warstwie napływowej, bo warunki istnienia były te same, bo walka o byt toczyła się w równej mierze tam i tu, bo te same prawa przyrody muszą rządzić na obu planetach. Tak samo w ciągu dalszej walnością jest rozwój myśli. Myśl ta istnieje także i w innych, niższych od niego stworzeniach, lecz te doskonaląc tylko swe własności fizyczne nie potrzebowały. Myśl ta istnieje także w innych, niższych od niego stworzeniach, lecz te doskonaląc tylko swe własności fizyczne nie potrzebowały wykształcenia myśli. Człowiek zaś już w pierwszych słabych zaczątkach swoich byłby nieodwołalnie zginął, gdyby jako słabe pod względem fizycznym stworzenie nie rozwijał się umysłowo. W braku broni naturalnej, w braku chyżości większej i zwinności był zmuszony pójść tą drogą, którą nie szli dotąd jego poprzednicy. Zamiast więc rogów, siły i pazurów wykształcał coraz bardziej swój rozum, myśl swoją i ta własność, która go wybawiła od niechybnej zguby, stała się zarazem największym przekleństwem jego. Jak to? Myśl, którą się tak chlubimy, byłaby przekleństwem? Czy nie masz tysiące przykładów podobnych w przyrodzie?
Wszak wszystkie prawie wyższe zwierzęta istniejące u nas przed wiekami wyginęły z czasem jedynie skutkiem tych własności, które wywalczyły im przedtem byt na Marsie. Ruch jelenia dany ku obronie stał się przeszkodą w ucieczce przez lasy. Antylopa umyka w niebezpieczeństwie, lecz ta chyżość nóg rzuca ją w przepaść. Ptak rajski dla cudnych piór swoich, których piękność ciągle tylko rozwijał, padł pod tępymi strzałami Papuasów, a drapieżców dla ich zbytniej siły wytępił w pierwszym rzędzie człowiek. Tak więc pierwotne zalety stały się przez zbytni rozwój zgubą ich własną. A które zwierzęta pozostały dziś na Marsie? Tylko wieprz i owca. Właśnie te, które dla siebie żadnych własności wyższych nie rozwinęły, bo człowiek wstrzymał ich rozwój dla celów egoistycznych w samym początku. Zresztą, Albusztoju, w waszym stanie dzisiejszym nie poznasz łatwo, że głupiec stokroć szczęśliwszym od rozumnego, że idiota rozkoszniej życie przepędza niż człowiek myślący. Rozwój więc człowieka marsowego odbywał się zupełnie identycznie z ziemskim.
Mieliśmy bowiem i my w czasach pierwotnych okres kamienny, po którym nastąpił kruszcowy. Mieliśmy i my Egipt, Asyrię, Babilon, Fenicję, Grecję i Rzym. Jak to? Mieliście te same państwa, które istniały na Ziemi? Czy te same przyczyny mogą wywołać skutki rozmaite? Uznaję tę prawdę, lecz nie sądziłem, by te przyczyny odnosiły się aż do tak drobnych spraw przyrodziew. Ja cię znów pytam, czy logika jest jedna w całym świecie, czy odmienna na różnych planetach? Zapewne, że jedna musi być w całym wszechświecie. Zatem na obu naszych planetach musiały istnieć te same narody i ich nazwy. Ale nazwy mogły powstać wbrew wszelkiej logice przypadkowo.
Czy tak zwany przypadek nie musiał być wynikiem logicznym? Wszak i na przypadek muszą się składać pewne przyczyny, a te musiały być na obu planetach te same, bo były skutkami tych samych przyczyn poprzednich. W takim razie musieli chyba istnieć u was ci sami ludzie co u nas. Tak jest. Ci sami wielcy i mali, znani i nieznani. O tych samych wspomina nasza historia. O innych istotnie wielkich zapomniała. Mamy i my naszego Cezara, Nerona, Mahometa, Konfucje, Sakjumaniego i wszystkich, którzy już was poprzedzili. I u nas istniał przed laty tysiącami taki sam Szumanim, jak teraz tu przed nami siedzi i z wami rozmawia. I u was kiedyś znowu po wiekach znajdzie się dwoje istot jak my.
Z tą jedynie różnicą, że wasi przybędą z Ziemi na Wenerę, gdy ta planeta będzie liczyła ten wiek, jaki posiada obecnie wasza Ziemia, a Ziemia dojdzie do rozwoju Marsa. Przestańcie, przestańcie, bo mnie się w głowie mąci!
[03:36:51] - Władysław Satger. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Hadar.
[03:37:16] - Dobrze się słucha literatury na antenie Paranormalium. No to idźmy tym śladem. Zapraszam państwa na spotkanie, długie spotkanie z opowiadaniami świniorijskimi. Przemysław Cichoń wydał książkę w Bibliotekarium właśnie „Pewnego razu w Świnioryjach”, ale archiwum ABW, do którego państwa zapraszam, zanotowało opowieści świnoryjskie w ich pierwotnej wersji, jeszcze takiej surowej, nie do końca obrobionej, takiej przedksiążkowej. I to jest swoista wartość, bo do dzisiaj państwo możecie zamówić „Pewnego razu w Świnioryjach”, książkę Przemysława Cichonia. I tam to wszystko jest przepatrzone przez redaktora, dopracowane, doszlifowane przez autora i wszystko jest super i tak dalej. W archiwum ABW natomiast macie państwo opowiadania tak jak one powstały na początku. Jeszcze trochę surowe, jeszcze troszeczkę takie nie do końca sprecyzowane, ale już fascynujące. Absolutnie fascynujące. No to cóż, proszę państwa, ja zapraszam na niemal półtorej godziny spotkania ze Świnioryjami.
[03:38:52] - Przemysław Cichoń. Pewnego razu w Świnioryjach. Część siódma. Seryjny. W Wandkowej bramie stało czarne Porsche 911 Carrera GT3 z 99. roku. Nikogo to już nie dziwiło, ale na początku, kiedy zaczęły się tu pojawiać, wzbudzało duże zainteresowanie. Różnie ludzie gadali, że to jakaś mafia do Wandka po porady przyjeżdża, albo że biznesmen z Olsztyna, któremu Wandel doradza w interesach. Ale wkrótce się okazało, że to inspektor Smutkowski. Maciej Smutkowski przyjeżdżał poradzić się Wandka w co ważniejszych sprawach.
Z którymi cała wojewódzka policja rady sobie dać nie mogła. Właściwie teraz, odkąd został awansowany na inspektora i mianowany komendantem wojewódzkim policji, przyjeżdżał tu regularnie przynajmniej dwa razy w miesiącu. Nowy komendant powiatowej z Kiczewa też czasami zaglądał. Tylko tamten przyjeżdżał korsą. Waldek nie mógł narzekać na brak zajęć i towarzystwa. Oczywiście wszystkich tych porad udzielał nieoficjalnie i rzec by można w wielkiej tajemnicy. Jednak jak to na wsi, w Świnoryjach wszyscy dokładnie wiedzieli, czym od jakiegoś czasu zajmuje się Waldek Paciaja. Mundek musiał porządnie wciągnąć brzuch, żeby zmieścić się między słupkiem a zaparkowanym samochodem i nie urwać przy tym lusterka. W Waldkowych oknach paliło się światło. Zapukał i nie czekając na zaproszenie wszedł do sieni, a potem przez otwarte drzwi do izby oświetlonej czterema ledowymi żarówkami nowego żyrandola.
Przy stole siedział inspektor i tłumaczył coś Waldkowi. Na stole stał jak zawsze słoik z ogórkami, ale teraz był zakręcony. Obok stała kwadratowa butelka whisky. „Witam pana inspektora” — przywitał się Mundek. „O Waśka, przestań z tym inspektorem. Przecież wiesz, że jestem tu incognito”. „A no tak, zupełnie zapomniałem, Maćku. Po prostu czuję respekt do policji. Mam to we krwi”. „Nie piernicz Waśka, tylko weź se krzesło i siadaj.
Spróbujesz tego.” Waldek chwycił butelkę za szyjkę i przechylił, by Waśka mógł zobaczyć naklejkę. To jeszcze lepsze niż to brandy, które Maciej przywiózł ostatnio. Robią to w Tennessee, w Stanach. Mundek zmrużył oczy i na głos przeczytał napis na etykiecie. „Jacek Danieles Whisky?” „Jack Daniels” — poprawił go inspektor. „Właściwie to burbon”. Waldek wyjął drugą szklankę i nalał Waśce solidną porcję bursztynowego płynu. Wypili, stukając się szklankami, inspektor kubkiem z kawą oczywiście. Mundek chuchnął w rękaw i wyciągnął rękę po ogórka. Wtedy Waldek trząsnął go po łapie.
„No co ty Wala, odbiło ci?” — obruszył się Mundek. „Po whisky się nie przegryza” — upomniał go Waldek. „Jak to nie przegryza? To chociaż daj coś na przepitkę, bo bardzo pachnący ten wasz rumbon”. Inspektor i Waldek wybuchnęli śmiechem. „No co? Ja tam wolę czystą. Nie masz jakiejś oranżady?” — zdziwił się Mundek. Siedzieli przy stole i rozmawiali. Mundek w zasadzie się tylko przysłuchiwał.
Czasem wtrącił jakąś uwagę. Sprawa miała się następująco: w okolicach Olsztyna, Szczytna i Lidzbarka znaleziono w przeciągu ostatnich trzech miesięcy zwłoki czterech młodych kobiet. Ponieważ, jak dowodzą badania toksykologiczne zwłok, wszystkie ofiary były przed śmiercią odurzone tą samą substancją, a schemat postępowania sprawcy we wszystkich czterech przypadkach był podobny, policja podejrzewa, że sprawcą tych morderstw jest jedna i ta sama osoba. Ponadto sprawca jest sprytny, bo nie zostawia śladów. Jak do tej pory nie udało się zabezpieczyć żadnych śladów DNA. Co prawda patolog stwierdził, że dziewczyny przed śmiercią były zgwałcone, to jednak sprawca prawdopodobnie używał prezerwatywy i gumowych rękawiczek, bo na ciele, a także w nim nie znalazł żadnych śladów pozwalających na identyfikację sprawcy. Prawdopodobnie dlatego, że ofiary były odurzone i nie broniły się, to nawet za paznokciami nie znaleziono żadnego obcego materiału biologicznego. Na miejscach, gdzie odnaleziono zwłoki, też nie dało się zabezpieczyć żadnych istotnych śladów. Za każdym razem miejsce zbrodni było wysprzątane jak po akcji Sprzątanie świata. Żadnych niedopałków, śliny czy włosów.
W zasadzie były tylko poszlaki i hipotezy. Jedna z nich zakładała, że sprawca zna się na policyjnej robocie. To znaczy albo pracował kiedyś w policji, albo ma w policji kogoś bliskiego. Dlatego potrafi skutecznie zacierać ślady i wodzić policję za nos. Równie dobrze mógł też czytać dużo współczesnych kryminałów. Ale to, że sprawca był osobą nad podziw inteligentną, nie podlegało dyskusji. Sprawa jest poważna, bo jesteśmy prawie pewni, że wkrótce znów uderzy. Tylko nie wiemy gdzie i kiedy. W zasadzie nic nie wiemy. Stołeczna już mi dupę suszy, a wyników żadnych.
Jak tak dalej pójdzie, to mi przyślą specgrupę z Warszawy, a wtedy to już po mnie. Wrócę do Kiczewa na posterunkowego. „Maciuś, ty się nie zadręczaj, nie będzie aż tak źle” — pocieszał inspektora Mundek. „Wala na pewno coś wymyśli. Ja tam w niego wierzę. No Wala, jeszcze po jednym?” Waldek nalał po szklaneczce i wypili do dna, a inspektor wycedził przez zęby resztkę kawy z kubka tak, że zostały już tylko fusy. „Z fusów to Wala nie wróży” — zażartował Mundek, ale ośmiał się z żartu sam. „Tu mam zdjęcia z miejsc zbrodni i oględzin zwłok” — powiedział Maciej, wyjmując z teczki dużą żółtą kopertę i wysypując zdjęcia na blat. „Kurde, to obrzydliwe” — stwierdził Mundek i odwrócił wzrok. Zdjęcia przedstawiały zwłoki dziewczyn w wieku mniej więcej dwudziestu, trzydziestu lat, w różnych pozach i z różnej perspektywy.
Ubrudzone, półnagie, blade, z rozrzuconymi rękami i nogami. Leżały bezładnie gdzieś w zaroślach, na ziemi, wśród liści i patyli. Ich włosy były zmieszane ze ściółką i glebą, a nawet błotem. Inne ukazywały w dużym zbliżeniu szczegóły obrażeń, siniaków, wybroczyn, zadrapań. Zrobione prawdopodobnie w kostnicy podczas sekcji zwłok. Waldek przyglądał im się z uwagą, ale w końcu nie wytrzymał i odsunął ręką zdjęcia w stronę policjanta. „Schowaj to. Już się napatrzyłem. Jak mi coś przyjdzie do głowy, to zadzwonię jutro z Waśkowego telefonu, jak zwykle. A teraz muszę się napić”.
Mundek odprowadził Maćka do samochodu. „Masz tu dwie stówki, bo on nigdy by ode mnie nic nie wziął. No chyba że gorzałkę. Jak coś będzie potrzebował, to mu kup. Mogę na ciebie liczyć?” – powiedział Maciek, wsiadając do samochodu. „Jasne, jak zwykle” – odparł Mundek, wkładając banknoty do kieszeni. Jeszcze poklepał porsche po tylnym spoilerze i wrócił do Waldka. Ten siedział przy stole i wpatrywał się z powagą w prawie pustą butelkę. „Waśka, jakim trzeba być skurwysynem, żeby robić takie rzeczy?” – zapytał nagle. Mundek nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie.
A zresztą butelka już się skończyła i zbierał się właśnie do domu. Następnego dnia Waldka nie było za sklepem. Mundek poważnie się zmartwił. „Już dziewiąta, a Wali jak nie ma, tak nie ma. Trzeba sprawdzić, co się stało” – pomyślał i postanowił od razu ruszyć z ewentualną odsieczą. Zakupił Wyborową, chłodną z zaplecza, nie z półki i poszedł wprost do Waldka. Nikt nie reagował na pukanie, ale drzwi były otwarte. Mundek wszedł ostrożnie do środka. Waldek leżał na łóżku w opakowaniu, tak jak go wczoraj zostawił, a na podłodze walały się buty i skarpetki. Mundek podszedł do okna i otworzył je.
Potem to samo zrobił z drugim. Świeże powietrze zaczęło wypełniać izbę, a smród Waldkowych skarpetek ustępował mu miejsca. Wrócił do łóżka i lekko tyrpnął kumpla w ramię. „Wala, już prawie dziesiąta. Może byś tak wstał? Dobrze się czujesz?” Waldek poruszył się, odwrócił na bok i przykrył sobie głowę poduszką. Mundek jednak nie dawał za wygraną. „Wala, no wstań żeż, do jasnej cholery! Nie będziesz chyba spał cały dzień. Wstawaj, bo ci oczy zgniją”.
Waldek zsunął poduszkę z głowy i rozszczelnił powieki. Zupełnie jakby uwierzył, że oczy mogą mu zgnić. Po czym coś wybełkotał: „Uwaaa, jak mnie bie w łowa”. Na stole stały dwie puste butelki po whiskey i jedna po coca-coli. „Kurna, Wala, ja nie żartuję. Też mam kaca po tej cholernej amerykańskiej okowicie. Napijmy się klina porządnej polskiej, czystej gorzały. No, wstawaj”. To mówiąc, postawił na stole butelkę Wyborowej. Wziął do ręki jedną ze szklanek i podsunął sobie pod nos.
Wciągnął powietrze i z obrzydzeniem momentalnie odsunął szklankę na wyciągnięcie ręki. „Łee, w życiu się już tego nie napiję” – powiedział sam do siebie. Wziął drugą szklankę i obydwie opłukał starannie pod bieżącą wodą, po czym wrócił do stołu i napełnił je Wyborową, każdą do połowy. „Ja tam jednak to mam duszę patriotę. Zagraniczne trunki mi nie służą” – pomyślał. „Wala, nie żartuję. Jak zaraz nie wstaniesz, to przyniosę wiadro wody i wyleję ci na łeb. Zabiorę butelkę i pójdę sobie za sklep. Tam na pewno ktoś się tam ze mną napije”. Waldek otworzył szerzej oczy, choć nadal nie za bardzo orientował się, co się dzieje.
Słyszał głos Waśki, ale nie mógł go ani zlokalizować, ani nie rozumiał żadnego słowa, które do niego wypowiadał. Zupełnie jakby Waśka gadał coś w jakimś obcym języku. Cały świat zewnętrzny wirował. Izba i wszystkie sprzęty, których zarysy zaczął już powoli dostrzegać, orbitowały wokół jego głowy. Dźwięki docierały do jego uszu zniekształcone i jakby przepuszczone przez elektroniczny wokoder. Natomiast jeśli chodzi o świat zewnętrzny, to widocznie dopiero powstawał na nowo po jakiejś apokalipsie. A jak wiadomo na początku był chaos. I takiż pierwotny chaos panował teraz niepodzielnie w Waldkowej głowie. Kiedy udało mu się zatrzymać przestrzeń i wyostrzyć słuch na tyle, by odfiltrować z głosu Waśki tylko te częstotliwości, które były istotne dla zrozumienia przekazu werbalnego, uchwycił sens ostatnich trzech słów z dość długiego monologu Waśki: „ze mną napije”. Jeszcze w tej chwili nie wiedział, czy to stwierdzenie, czy może pytanie, ale sam fakt, że słyszał słowa i rozumiał ich znaczenie, napełnił go przekonaniem, że jednak żyje.
Spróbował się rozejrzeć, ale to tylko znowu wprawiło przestrzeń w ruch wirowy. Zamknął oczy. Otworzył. Nic. Wszystko nadal poruszało się wokół niego. Zamknął je jeszcze raz i zacisnął ze wszystkich sił powieki, aż poczuł przeżywający ból pod czaszką. Otworzył znowu. Przed nim z wiadrem w ręce stał Waśka. „Co ty, kurde, z tym wiadrem?” – wymamrotał. „Muszę cię dobudzić, bo już prawie południe, a o drugiej ma tu być doktorowa.
Co ci, Wala, pamięć całkiem odjęło? Obiecałeś doktorowej, że zdradzisz jej tajemnicę, co dolega doktorowi. Sam jestem ciekaw”. „A! Doktorowa. Ta doktorowa”. „Tak, ta. A co, znasz inną? Mamy tu tylko jednego doktora i jedną doktorową. No, chyba że o czymś nie wiem.
Kurde, Wala, jakbym wiedział, że tak będzie, to bym się nie podejmował dbać o twoje interesy”. „Ale póki co to nadal jesteś moim agentem?” – niepewnie zapytał Waldek. „Jasne, że jestem. Na dwudziestu procentach. Pamiętasz?” „Pamiętam, Waśka, pamiętam. Podaj mi, proszę, buty”. Waśka kopnął w stronę Waldka granatowe adidasy za kostkę zapinane na rzepy. „Dzięki, dam radę” – westchnął Waldek. Zaczął zakładać buty, ale niestety były jakieś za małe czy co? W ogóle nie chciały wchodzić, nawet wypadały z Waldkowych rąk.
Mundek z politowaniem kiwając głową, uklęknął i pomógł Waldkowi założyć buty. „Jestem twoim agentem, zgoda, ale zakładanie ci butów nie należy do moich obowiązków. Zrobiłem to tylko dlatego, że jesteś nadal moim najlepszym kumplem”. Waldek obuty w adidasy i ubrany w dżinsy firmy Diesel wstał o własnych siłach i wciągnął w spodnie podkoszulek z nadrukiem „I love New York”. „No dobra Waśka, to co ty w ogóle do mnie mówiłeś?” Mundek walnął się otwartą dłonią w czoło tak głośno, że Waldek aż przykucnął i zmrużył oczy. „To nie ma sensu. Najpierw się napij” – stanowczo zażądał Mundek. Podszedł do stołu i odkręcił słoik z ogórkami. Próbował dosięgnąć jednego palcami, ale dłoń nie mieściła mu się w otworze słoika. W końcu zrezygnował i powiedział: „Sam se wyjmij”.
A po chwili dodał: „I dla mnie też jednego”. Waldek podszedł i wkładając całą dłoń do słoika wydobył cztery ogórki i położył je na zakrętce. Wypili po pierwszym i zakąsili ogórkami. „No widzisz Wala, nie lepsza czyściocha. Ale zaraz... ” Mundek spojrzał wymownie na Waldka. „Ty przecież nigdy po pierwszym nie przegryzasz”. „No widzisz Waśka, chyba się starzeję” – odparł Waldek i w zadumie pokiwał głową. O 14 przyjechała doktorowa. Mundek koniecznie chciał być przy rozmowie, ale Waldek stanowczo się temu sprzeciwiał, aż w końcu kazał Mundkowi iść do Maśniakowej po wino.
Nie takie normalne wino, tylko czerwone, wytrawne. Gdy Mundek wrócił ze sklepu, doktorowa już się zbierała do wyjścia. Waldek wziął wino od Mundka i wszedł na chwilę do chałupy mówiąc: „Zaraz wracam, tylko dodam lekarstwo do wina”. Wszedł do środka i po dwóch minutach był już z powrotem. W ręce trzymał butelkę wina z wciśniętym do połowy korkiem. Podał ją doktorowej i powiedział: „Tylko niech pani zrobi wszystko dokładnie, jak powiedziałem”. „A czy to na pewno zadziała?” – zapytała z nutką niepewności w głosie. „Ręczę pani, że już jutro doktor będzie zdrów jak ryba”. „To wspaniale. Bardzo panu dziękuję, panie Waldku.
Gdyby pan kiedyś coś... ” „Oczywiście, pani doktorowo, gdybym kiedyś coś, to na pewno. No, proszę już jechać i pamiętać, co mówiłem”. „Oczywiście, panie Waldku kochany, wszystko tak, jak pan powiedział. Co do joty. Do widzenia”. „Pa”. Doktorowa wsiadła do samochodu i odjechała z piskiem opon. „No dobra Waśka, chodź, trzeba się napić”. Weszli do chałupy.
Mundek usiadł za stołem, a Waldek wyjął świeżą butelkę z kredensu. Postawił ją przed Mundkiem i wręczył mu dwudziestozłotowy banknot. „Co to?” – zdziwił się Mundek. „Jak to co? Twoje 20%”. „Czyś ty zwariował? Wziąłeś od niej tylko stówkę. To wino kosztowało 29 złotych” – wydzierał się Mundek. „To moje koszty. Ty masz prowizję według umowy” – tłumaczył się Waldek.
„Czy ja cię muszę wszystkiego uczyć od podstaw? Wino, do tego lekarstwo”. „Jakie lekarstwo?” – spytał zdziwiony Waldek. „Jak to jakie? To, które dolałeś do wina”. „Nic nie dolewałem do wina. Otworzyłem tylko butelkę, żeby wyglądało, że coś dolałem. Myślałeś, że będę truł doktora jakimś świństwem?” „Tak, przecież powiedziałeś doktorowej, że idziesz dolać lekarstwo”. „No powiedziałem. I co z tego?
Problem doktora jest o wiele poważniejszy, niż ci się wydaje i żadne lekarstwo by mu i tak nie pomogło”. „To znaczy, że oszukałeś doktorową, tak?” „W pewnym sensie tak, ale dla dobra jej i doktora. Zobaczysz, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to doktor już jutro będzie zdrowy”. „Jakim cudem?” „No właśnie cudem. Cuda, mój drogi, się zdarzają i to na każdym kroku. Trzeba tylko umieć je dojrzeć”. Mundek spuścił z rezygnacją głowę i nie miał już zamiaru polemizować z kolegą. „Wiesz co, Wala, ty to jesteś równo porypany. Napijmy się i nie gadajmy już o tym. I tak przy tobie nie dojdę do majątku”.
Wypili flaszeczkę rozmawiając o bardziej przyziemnych i przyjemniejszych rzeczach niż interesy. Po wyjściu Mundka Waldek zdjął tylko buty i dżinsy i położył się do łóżka. Długo leżał na wznak, nie mogąc zasnąć. Myślał o tych dziewczynach, o ich półnagich, zimnych ciałach leżących w nieładzie w zaroślach. Widział ich włosy potargane i zmieszane z ziemią, blade, chude nogi rozrzucone na boki, ich martwe oczy. Widział ich włosy potargane i zmieszane z ziemią, blade, chude nogi rozrzucone na boki, ich martwe oczy. Szedł ścieżką przez niezbyt gęsty las. Nie znał tego miejsca. Nie wiedział, gdzie tak naprawdę jest. Widział tylko drzewa i to z każdej strony.
Otaczały go szczelnie. Zaczął tracić orientację. „Uspokój się, skoncentruj, bo za chwilę się zgubisz” – mówił do siebie. Chyba w myślach, bo nie słyszał słów. Usłyszał trzask łamanych gałęzi, a potem stłumiony krzyk. Bez zastanowienia ruszył w tamtą stronę. Już teraz wiedział, że to mu się śni. Nogi prawie nie dotykały ziemi. Mknął, jakby szybując tuż nad nią. Drzewa obok migały jak za szybą pędzącego samochodu.
Wreszcie dojrzał coś na wprost, pomiędzy drzewami. To były brzozy. Te drzewa to były brzozy. Pomiędzy białymi pniami, w odległości przynajmniej stu metrów stał mężczyzna. Pomimo dystansu, jaki ich dzielił, widział go dokładnie. Stał w rozkroku i patrzył na ziemię. Stał tyłem, bo gdyby się odwrócił, Waldek na pewno zobaczyłby jego twarz i zapamiętał. Ale on stał cały czas tyłem i ani myślał się odwrócić. Waldek nagle zdał sobie sprawę, że to on, ten facet, który jest temu wszystkiemu winien. I wtedy zobaczył, jak sto metrów dalej, pod stopami tego faceta coś się poruszyło.
Wtedy zrozumiał i od razu wiedział, co musi zrobić. Właściwie nawet się nie zastanawiał. Ruszył biegiem w jego stronę, nie martwiąc się tym, czy tamten go usłyszy, czy nawet zobaczy. Widział teraz, jak pod stopami tamtego faceta wije się związana, drobna, spanikowana dziewczyna. Ma potargane blond włosy, zakneblowane usta i olbrzymie, przerażone niebieskie oczy. Starał się z całych sił przebierać nogami, by jak najprędzej znaleźć się przy nich. Nie zastanawiał się, co będzie, jak tam dotrze, co zrobi. Na razie skupiał się z całych sił, by przyspieszyć. Wiedział, że śni i wysilanie mięśni na nic się nie zda. Musi się skupić i biec.
Biec nie nogami, lecz mózgiem. Biegu, przynajmniej tak mu się wydawało, ale dystans dzielący go od dziewczyny i jej oprawcy wcale się nie zmniejszał, a każdy ruch wymagał od niego coraz to większego wysiłku. Powietrze było gęste jak syrop. Stawiało opór większy niż woda w basenie. Każdy krok wymagał nieopisanej siły. Ale on biegł, tylko jakby na zwolnionym filmie. Biegu i obserwował tamtego faceta, który klęczał teraz nad przerażoną dziewczyną ze spuszczonymi do kolan spodniami. Po chwili położył się na niej i zaczął kopulować. Waldek biegł, a to, że każdy krok, każdy ruch dosłownie okupiony był prawie fizycznym bólem, nie było wcale najgorsze. Najgorsze było to, że widział wszystko dokładnie, jakby stał nad nimi i patrzył.
I nie mógł przestać. Nie mógł przestać biec i nie mógł przestać patrzeć. Czas i przestrzeń zmiksowane razem tworzyły coraz gęstszy syrop, ale ów syrop był całkowicie bezbarwny i klarowny. Patrzył przez niego, jak wstaje i zapina spodnie. Potem jeszcze raz nachyla się nad nią i dusi. Jego dłonie w gumowych rękawiczkach pozostawiają sino brunatne ślady na białej, smukłej szyi. Jej oczy patrzą nieruchomo w niebo tego samego koloru. I wtedy czas przyspieszył. Przestrzeń zaczęła umykać, a dystans szybko się kurczył. Wtedy on, to znaczy ten facet, go zauważył.
Pozbierał jeszcze coś do niebieskiego foliowego worka i ruszył biegiem przed siebie. Dokładnie w chwili, kiedy Waldek znalazł się o krok od niego. Spojrzał na dziewczynę. Wiedział, że nie żyje. Ruszył w pościg za mordercą. Ścigany był szybki i zwinny. Pomimo wielkiego wysiłku Waldek nie mógł zmniejszyć dystansu. W pewnym momencie doznał olśnienia, czy jakby tego nie nazwać. Zobaczył na leśnej drodze samochód. Srebrne BMW.
Stało zaparkowane na leśnym trakcie, nieopodal niego wylotu na asfaltową drogę. Wtedy jakaś siła zawróciła go w biegu i pociągnęła w odwrotnym kierunku. W kilka sekund znalazł się na tej drodze tuż przy BMW. Zatrzymał się. Rozejrzał wokoło. Ani żywej duszy. Wyjął z kieszeni nóż i przez chwilę patrzył się na niego, ściskając w ręku. To był kozik Waśki. Skąd wziął się w jego kieszeni? Przypomniał sobie, że przecież śni, a we śnie wszystko jest możliwe.
Położył się pod samochodem i przeciął gumowe przewody hamulcowe. Z tyłem nie poszło już tak łatwo, ale po kilku minutach obydwa przewody były przełamane. Wyszedł na asfalt i rozejrzał się w jedną i w drugą stronę. Przy rowie stał drogowskaz. Lidzbark Warmiński, dwadzieścia sześć kilometrów. Przeszedł na drugą stronę drogi i wszedł w las. Przed nim było wzniesienie. Postanowił wejść na szczyt. Las kończył się kilkadziesiąt metrów przed wierzchołkiem wzniesienia. Nie rozumiał, dlaczego jeszcze się nie obudził.
Powinien się teraz obudzić, zadzwonić do Macieja i szybko przyjechać z nim w to miejsce. Dziewczynie raczej już nie pomoże, ale mogą schwytać mordercę. Daleko nie zajedzie bez hamulców. Wszedł na sam szczyt wzniesienia, skąd rozciągał się malowniczy widok. Poniżej wiła się asfaltowa droga pośród mniejszych pagórków i jezior. W pewnym momencie zobaczył nadjeżdżający drogą samochód. Szosa na tym odcinku dość stromo schodziła w dół. Teraz widział już dokładnie. To było srebrne BMW. Pędziło jak na złamanie karku.
Lawirowało po asfalcie, jakby kierowca rozpaczliwie próbował zahamować. Droga schodziła coraz niżej, aż skręcała wzdłuż jeziora. Samochód wszedł w zakręt z taką prędkością, że żadna siła nie mogłaby go utrzymać na drodze. Wypadł z niej i kilkoma dużymi susami dosięgnął jeziora. Rozległ się głośny plusk i już po chwili po BMW nie było nawet śladu. Waldek odetchnął z ulgą i obudził się we własnym łóżku, zlany potem i wycieńczony. Spojrzał na ścienny zegarek. Była piąta dwadzieścia. W zasadzie to nie musiał się spieszyć. Maciej zaczynał pracę o siódmej.
Do tego czasu zdąży coś zjeść i się przebrać. Dziewczynie nie uratuje już życia, a mordercą też może się już nie przejmować. Wypił kawę, umył się przy zlewie, założył czysty podkoszulek, tym razem z napisem „You win or you die”. Usiadł przy stole i głęboko zaciągnął się papierosem. Przypomniała mu się twarz błękitnookiej. Stracił apetyt. Wyjął z kredensu butelkę i nalał pół szklanki. „Dorwałem skurwysyna” – pomyślał i przełknął setę potągurka. Była siódma lub kilka minut po, kiedy załomotał do drzwi Waśki. „Czego kurna?
Kis buj wodę mąci” – jak zwykle entuzjastycznie witał gości Mundek. „Bierz komórę i dzwoń do Maćka” – bez przywitania polecił mu Waldek, gdy tylko ten otworzył mu drzwi. „Co, złapałeś go?” „Można tak powiedzieć. Dzwoń. Powiedz, że mam trop”. Mundek wybrał z listy kontaktów numer inspektora Macieja Smutkowskiego. „Halo, tu Mundek Waśka. Mamy trop. Przyjeżdżaj”. Potem się rozłączył.
Waldek siedział na schodach i palił papierosa. „Daj i mnie zapalić i opowiadaj” – upomniał się Mundek. Siedzieli tak sobie na schodach do Mundkowej chałupy i palili papierosy, a Waldek opowiadał Mundkowi swój sen. Zdążył jednak opowiedzieć tylko do momentu, jak zaczął gonić uciekającego mordercę, kiedy na drodze rozległ się sygnał policyjnego radiowozu. Wyszli zza budynku i pomachali w stronę samochodu. Radiowóz zatrzymał się, po czym cofnął i wjechał na podwórko Waśki. Z samochodu wysiadł Maciej i szedł w ich kierunku. „Dzień dobry. Inspektor Smutkowski, komenda wojew...” – urwał, jak odszedł już wystarczająco daleko od radiowozu i gdy kierowca już go nie słyszał. „Cześć Maciek” – powiedział szeptem Mundek.
We trzech udali się do drewutni. Tu też już zagościła Unia Europejska, jak śmiał się z Waśki Waldek. W drewutni było zainstalowanych wiele udogodnień. Pierwszą z nich był barek ukryty w ścianie równiutko poukładanych szczapek drewna. Na pozór wyglądało to tak, jakby pod ścianą poukładane były drwa, jednak po naciśnięciu jednego klocka odblokowywały się ukryte drzwiczki i ukazywała się jakże zacna zawartość. Była też podłoga z palet, oświetlenie i elektryczna termodmuchawa, żeby zimą nie marzły stopy. Mundek od razu otworzył barek i wyjął z niego trzy szklanki. „Ja to nie mogę. Rozumiecie? Jestem na służbie” – oponował inspektor.
„A tam pierdzielisz. Chcesz złapać mordercę, to pij” – przemówił mu do rozsądku Mundek. „Zabił kolejną. Zgwałcił i udusił następną dziewczynę”. Waldek zaczął opowiadać bez większych emocji. Dopiero teraz widać było, że jest wycieńczony i niewyspany. Mówił, jakby opowiadał marny film, zupełnie bez emocji. Gdy dotarł w opowiadaniu do tego momentu, w którym skończył opowiadać Waśce, przerwał i zawahał się przez chwilę. Potem kontynuował: „Wyszedłem na drogę i zobaczyłem drogowskaz «Lidzbark Warmiński, 26 kilometrów». No i wtedy się obudziłem”.
„A morderca? Jak wyglądał? Dokąd uciekł?” – zaczął gorączkowo zadawać pytania inspektor. „Nie wiem. Nie widziałem go dokładnie. Może jak będę na miejscu zbrodni, to coś więcej zobaczę” – skłamał Waldek. „Dobra, zabieram was na komendę, zbierzemy zespół i zaczniemy poszukiwania w terenie”. Wypili jeszcze na drugą nogę i ruszyli w stronę radiowozu, który czekał na podjeździe. Wsiedli i natychmiast ruszyli do Olsztyna. Waldek prawie całą drogę drzemał wsparty o ramię Mundka.
Gdy dotarli do stolicy województwa, włączyli sygnały i na kogutach przemknęli przez zatłoczone miasto wprost do komendy. W gabinecie komendanta dostali kawę, a Waldek nawet jakąś kanapkę. Dyskutowali nad rozłożoną na dużym stole mapą. Jeden z policjantów przyniósł cyrkiel i wbijając igłę w Lidzbark Warmiński narysował okrąg o promieniu 26 kilometrów. Oczywiście po przeliczeniu według skali. Waldek przyglądał się mapie i wytypował dwa miejsca w pobliżu drogi wojewódzkiej i powiatowej, obydwa w okolicach jezior. Po dokładnej analizie okazało się, że do przeszukania jest około czterech hektarów lasu. Inspektor wydał odpowiednie dyspozycje i wszyscy policjanci rozeszli się organizować poszukiwania. Zostali tylko we trójkę. „Bo widzisz, Maciej, to była taka droga jak ta, na której chciałeś mnie zastrzelić.
Pamiętasz? Niedaleko Świnioryjów”. „Pamiętam. Szukaliśmy wtedy tej zaginionej dziewczyny”. „Tak. Byłem wtedy jeszcze komisarzem w powiatówce”. „I ty ją na drugi dzień znalazłeś w tym bunkrze. Pamiętam. To była akcja”. „Tej już nie uratuję” – ze smutkiem w głosie powiedział Waldek.
„Ale może złapiemy drania i nikogo już więcej nie zamorduje” – pocieszał go inspektor. „Na pewno już nikogo nie zamorduje” – dodał bez żadnych emocji Waldek. W tym momencie do gabinetu wszedł jakiś oficer i powiedział: „Panie inspektorze, wszystko gotowe. Możemy ruszać”. „W porządku. Najpierw na tą powiatówkę. Mam przeczucie” – polecił Smutkowski. Na miejscu byli po jakichś 45 minutach. Wysiedli z radiowozu dokładnie przy drogowskazie „Lidzbark Warmiński, 26 kilometrów”. Waldek rozejrzał się dookoła.
Wszystko wyglądało podobnie. „Jeśli to ten znak, a wszystko na to wskazuje, to trzeba szukać tam”. Wskazał palcem kierunek. Las był brzozowy, niezbyt gęsty i delikatnie schodził w dół. Wszystko pasowało. Waldek był już prawie pewny, że to tu. „Chcesz tam iść?” — zapytał inspektor. „Po co?” — odparł beznamiętnym głosem Waldek. „I tak już nic się nie da zrobić. A mogłem ją uratować.” „Co ty pieprzysz Wala?
Przecież to był tylko sen. Jak miałeś ją uratować?” — włączył się Mundek. „Mógłbym, gdybym był silniejszy.” „Na mózg ci chyba padło. Nic nie mogłeś zrobić. Śniłeś. Rozumiesz?” Waldek już nic nie mówił. Siedział na tylnej kanapie radiowozu z nogami na zewnątrz i palił papierosa. Inspektor rozmawiał z jakimiś mundurowymi, a Waśka pociągał z piersiówki. Nagle zacharczał radiotelefon. „Znaleźliśmy zwłoki w lesie czterysta metrów poniżej drogi.
Przyślijcie techników i koronera.” Do Waldka podszedł inspektor. „Znaleźli ją. Nie żyje.” „Wiem. Słyszałem przez radio” — odparł Waldek. „Chcesz tam iść zobaczyć to miejsce?” — zaproponował Smutkowski. „Nie. Po co? Już to wszystko raz widziałem. Nie zniósłbym tego drugi raz.” „Może byś coś poczuł, zobaczył? No w sprawie mordercy.
Rozumiesz? Musimy go złapać, żeby już nikomu nie zrobił krzywdy” — próbował motywować Waldka inspektor. „On już nikomu nie zrobi krzywdy” — odparł spokojnie Waldek. „Nie żyje.” „Jak to nie żyje?” — zdziwił się Smutkowski. „Skąd wiesz?” „Wiedziałem to.” „Co widziałeś? Gdzie są zwłoki?” „Wiedziałem, jak wpadł do jeziora razem z samochodem.” „Z jakim samochodem?” „Srebrne BMW na olsztyńskich numerach. To niedaleko. Jak chcesz to pokażę to miejsce i go sobie wyciągniecie później. Teraz chciałbym już jechać do domu. Jestem wykończony i bardzo chce mi się spać.” To mówiąc, ziewnął teatralnie.
„W porządku, jak chcesz. Możemy jechać tym radiowozem. Wezmę tylko ze dwóch posterunkowych.” Po kilku minutach stali na feralnym zakręcie, a dwóch posterunkowych przeprowadzało oględziny śladów opon na poboczu i na łące poniżej drogi. Wszystko potwierdzało jak na razie słowa Waldka. „Możesz mnie teraz zawieźć do domu” — poprosił Waldek, słaniający się dosłownie na nogach. „Jasne. Jak sobie życzysz” — odparł Maciej. „Zaraz ktoś nas zawiezie z powrotem.” Wrócił do samochodu i przez szczekaczkę wezwał drugi radiowóz, który zjawił się w pięć minut. Po prawie półtoragodzinnej jeździe byli w Świnioryjach. Waldek całą drogę przespał na tylnej kanapie.
Teraz wyglądał o wiele lepiej i nawet się uśmiechnął, żegnając się z sierżantem, który odwiózł ich pod sam dom Waldka. „Wala” — zaczął rozmowę Waśka. „Skąd wiesz, że on jest w tym samochodzie na dnie jeziora?” „Ano wiem, Waśka. Jestem pewny, bo ja go tam wysłałem.” „Jak to ty? Przecież wtedy spałeś.” Waldek opowiedział koledze resztę swojego snu. Gdy skończył, Waśka siedział naprzeciwko niego z otwartymi ustami i miał zamiar o coś zapytać, ale Waldek go wyprzedził. „Masz Waśka przy sobie ten kozik?” „Jasne, że mam. Zawsze go przy sobie noszę.” „To pokaż.” Waldek wyciągnął rękę w stronę kumpla. Waśka pogmerał w kieszeni i wyjął swój kozik. Otwarł ostrze, podsunął sobie pod nos i powąchał.
Był śliski i śmierdział płynem hamulcowym. Potem oddał go koledze. Przemysław Cichoń. Pewnego razu w Świnioryjach. Część ósma: Zawał. Mundek zrobił jak co dzień poranne zakupy. Kawa, mleko, masło, chleb tostowy, jajka i kiełki rzodkiewki. Zapakowawszy wszystko w foliową zrywkę wyszedł ze sklepu z butelką złotego Bachusa w ręku. Za sklepem na rampie siedziało już kilku smakoszy. „Cześć Mundziu, co tam u naszego jasnowidza?” — odezwał się pierwszy Kawka.
„Jakiego jasnowidza?” — udał zaskoczenie Mundek. „Co ty gazet nie czytasz, czy Greka udajesz?” — dodał Walendziak, który właśnie wczoraj wyszedł z pierdla. „U Waldka Paciaji.” „A jaki tam z niego jasnowidz?” — próbował jakoś wybrnąć Mundek. „No nie gadaj! W Fuxie napisali, że pomógł policji wyjaśnić sprawę seryjnego mordercy. Nawet jakąś nagrodę dostanie” — kontynuował Kawka. „No to może co postawi, jak dostanie taką kasę?” — podchwycił Walendziak. „Ja tam nic nie wiem o żadnej nagrodzie” — stwierdził Mundek. „Gazety różne bzdury wypisują, a dopiero taki Fux.” Dopił piwo i czym prędzej skierował się w stronę domu. Gertruda już pewnie czekała na grzanki i kawę.
Po południu, kiedy to wykonał już wszystkie prace zlecone mu przez małżonkę, postanowił odwiedzić kolegę. Była może czwarta. Zapukał, ale nikt nie otworzył. Zapukał więc jeszcze raz. Nadal nic. Szarpnął za klamkę. Nowiutka Gerda w Waldkowych drzwiach nie dała mu żadnych szans. „Nie ma go” — pomyślał. „Znowu gdzieś polazł, a o koledze zapomniał.” W każdym razie Waldka na pewno nie było w domu. Zaglądnął jeszcze tylko przez okno jedno i drugie, po czym postanowił go poszukać.
Za sklepem też go nie było. Wypił dwusetkę i trochę mu się rozjaśniło w głowie. Ruszył w stronę jeziora. Na pomoście, tam, gdzie zwykle ze spuszczonymi nogami i przygarbionymi plecami siedział Waldek i patrzył beznamiętnym wzrokiem w wodę. „Co ty tu robisz? Wszędzie cię szukam” — zganił kolegę Mundek. Widząc jednak wyraz jego twarzy, jeszcze raz zapytał: „Dobrze się czujesz?” Co się stało? Waldek nie odpowiedział. Nawet na niego nie spojrzał. Gapił się tylko w wodę i powoli przebierał nogami.
Wiatr niósł od zachodu zapach jeziora, specyficzny zapach trzcinowiska, mułu i rybiego śluzu. Teraz dołączył do niego jeszcze kwaśny zapach potu. Mundek usiadł po nawietrznej i rozpiął kapotę, bo zrobiło mu się trochę gorąco od szybkiego marszu. Waldek miał minę jak zbity basset. Mundkowi zrobiło mu się go żal. Mimo swej postury i tęgiego głosu, który wzbudzał respekt, Mundek miał gołębie serce. Nie rozumiał wielu rzeczy. Nie rozumiał też, czemu jego kumpel cierpi, ale wiedział, że cierpi i było mu z tego powodu przykro. Pragnął mu za wszelką cenę jakoś pomóc, ale nie miał pojęcia jak. Wyjął zza pazuchy butelkę i bez słowa tyrpnął nią kolegę w ramię.
Waldek spojrzał w jego stronę. „Dzięki, może tego mi właśnie potrzeba” – powiedział bez entuzjazmu i wziął od kumpla butelkę. „Co ci jest Wala? Taki jakiś przybity jesteś. W ogóle ostatnio jesteś jakiś smutny, a powinieneś się cieszyć. W Fuxie o tobie napisali.” „Wiem, ale to nie jest raczej powód do radości.” „Czemu? Będziesz sławny. Będziesz miał masę kasy.” „Myślisz, że tego właśnie chcę?” „Nie wiem czego chcesz, Wala. Może mi powiesz? W końcu jestem przecież twoim najlepszym kumplem.
No i twoim agentem. Pamiętasz?” „Pamiętam, Waśka. Na 20%. Nie zapomniałem. A teraz mianuję cię jeszcze moim rzecznikiem prasowym. Co ty na to? Za następne 10%.” Mundek zrobił dziwną minę, jakby nie za bardzo wiedział, na czym ma polegać jego nowa funkcja, ale po namyśle odparł: „Czemu nie? Za dodatkowe 10%.” Splunął treściwie do wody i zapytał: „To co niby miałbym robić jako ten rzecznik?” „Na razie nic, ale jak się to stanie, to będziesz mnie musiał bronić przed tymi hienami.” „Wala, wiesz, że ja za tobą to mordy poobijam, jak tylko będą ci chciały krzywdę zrobić. To znaczy te hieny. A tak przy okazji, to o co z tymi hienami?” „Waśka, nie o to mi chodziło.
Nikogo nie będziesz obijał. Chodzi mi o to, że już niebawem zjawią się tu pismaki z różnych czasopism i będą chcieli ze mną gadać, a ja wcale nie mam na to ochoty. Dlatego ty, jako mój rzecznik prasowy, będziesz udzielał w moim imieniu wywiadów. Pamiętaj, że się zgodziłeś. Za dodatkowe 10%.” „Teraz to już przeginasz, Wala. Zgodziłem się, bo nie wiedziałem, że mam jakieś wywiady i w ogóle.” „Dasz sobie radę, Waśka. Zresztą wszystko ci wytłumaczę. Na zadane pytania będziesz odpowiadał krótko: tak, nie lub nie wiem. A jak w ogóle nie będziesz wiedział, o co chodzi, to powiesz: nie będziemy tego komentować albo nic mi o tym nie wiadomo i tyle. Prosta sprawa” – tłumaczył Waldek.
„To jak taka prosta, to czemu sam nie będziesz mówił: nie będziemy tego komentować, co?” „No bo widzisz, Waśka, mnie nie wypada wykręcać się od odpowiedzi i dlatego mam ciebie – rzecznika prasowego. A rzecznikowi wszystko wolno.” „Serio? To mogę im gęby poobijać?” „Nie! Powiedzieć wszystko mu wolno. I jakby co, to zawsze może wyjaśnić, że się pomylił albo nieopatrznie odebrał słowa wypowiedziane w zupełnie innym kontekście, albo po prostu zaprzeczyć, że cokolwiek takiego powiedział.” „Wow, Wala, ty to byś się na rzecznika nadawał” – nie ukrywając zachwytu podsumował Mundek. „A teraz chodźmy już, bo zaczyna się ściemniać, a tu jeszcze by się trzeba napić i poćwiczyć to rzecznikowanie.” W Waldkowej bramie stał samochód. Nie było to Porsche. Zwykły sedan francuski. Obok stał młody mężczyzna. Gdy tylko ich zauważył, zaczął iść w ich stronę.
„Dzień dobry” – odezwał się uprzejmie. „Ja do pana Paciai.” Mundek wysunął się przed kolegę i spytał: „Tak? A w jakiej sprawie?” „Jestem dziennikarzem z Kuriera Mazurskiego. Nazywam się...” „Pan Paciaja nie udziela dziś żadnych wywiadów.” Rozłożył ręce jak bodyguard i stojąc tyłem do dziennikarza zrobił miejsce dla Waldka, by ten mógł bezpiecznie przejść przez furtkę. „Ale ja tylko chciałem spytać, czy pan Paciaja potwierdza doniesienia prasowe co do jego udziału...” „Nie będziemy tego komentować. Dziękujemy panu. Przepraszam.” I zatrzasnął furtkę tuż przed nosem dziennikarza. Weszli do domu. Waldek dokładnie zamknął drzwi na zamek. „I jak?
Nieźle go załatwiłem, co? I to bez prania po pysku” – przechwalał się Mundek. „Jutro może już nie być tak łatwo” – próbował sprowadzić go na ziemię Waldek. „Dlaczego?” „Bo coś czuję, że będzie ich więcej.” Nazajutrz przed Waldkowym płotem stało kilkanaście samochodów, w tym dwa telewizyjne wozy transmisyjne. Kręciło się też masa dziennikarzy i operatorów z kamerami. Każdy chciał nagrać newsa na tle Waldka chałupy. Mundek stawił się u Waldka punktualnie o szóstej, tak jak się wczoraj umówili. Wtedy przed furtką stał tylko jeden samochód, a zaraz potem przyjechał wóz transmisyjny telewizji TVM. Teraz siedzieli właśnie przy oknie, popijali małe co nieco i patrzyli z przerażeniem na to, co się działo za płotem. Będziesz musiał iść wygłosić oświadczenie – stanowczym głosem stwierdził Waldek.
Nie no, co ty! Nawet nie ma mowy. Widziałeś, ile ich tam jest, tych hien? Nie pękaj, Waśka. Zaraz coś wymyślimy. Może powiemy, że mnie nie ma? Nie. Ten młody z „Kuriera” stoi tam od wczoraj i widział, że nigdzie nie wychodziłem. To może powiesz, że pracuję właśnie nad bardzo ważną sprawą i... Nie.
To ich jeszcze bardziej rozjuszy. Wiem! Waldek wyjął z szuflady kredensu pamięcy, zeszyt i długopis. Położył to na stole i zaczął coś pisać. Po 15 minutach wręczył kartkę Waśce i powiedział: Masz. To jest moje oświadczenie. Ty tylko je przeczytaj, a jak będą pytać, to powiesz, że nie jesteś upoważniony, by w tej chwili cokolwiek komentować. Dasz radę? Mundek wziął kartkę z rąk Waldka i zlustrował ją wzrokiem. Myślę, że jakoś sobie poradzę, ale muszę najpierw poćwiczyć.
A potem dodał, jakby bardziej do siebie: Że też ja się zgodziłem na to rzecznikowanie i to za 10%. W ramach treningu Waldek przeczytał Mundkowi na głos treść oświadczenia, a potem Mundek odczytał je jeszcze kilka razy, aż stwierdził niezbyt pewnym głosem: No to chyba już pójdę. Raz kozie śmierć. Nie pękaj, Waśka. Dasz radę. To twoje pierwsze publiczne wystąpienie w mediach. Będzie dobrze. Mundek oczywiście ubrany był jak przystoi na rzecznika. Biała koszula, marynarka, którą Gertruda kupiła mu na wesele swojej chrześnicy jakieś pięć lat temu. Do pełni elegancji brakowało tylko krawata, ale Mundek posiadał dwa krawaty i rano, gdy się ubierał, nie mógł się zdecydować, który założyć, więc postanowił w ogóle z krawata zrezygnować.
Ogólnie prezentował się nie najgorzej, może tylko te adidasy, ale w telewizji rzadko pokazują stopy, a pantofli nie mógł znaleźć. Jak tylko wyszedł na podwórko, wśród dziennikarzy za płotem zrobiło się poruszenie. Gdy podszedł do furtki, która na szczęście była solidnie zadrutowana grubym miedzianym drutem, tłum dziennikarzy zaczął napierać i wszyscy naraz zaczęli wyciągać w stronę Mundka swoje dyktafony i zadawać pytania. Powstał taki harmider, że Mundek nawet nie słyszał własnych myśli. Proszę o ciszę – zawołał, ale nikt nie zareagował. Zamknąć mordy! – ryknął wreszcie swoim tubalnym głosem. Za płotem zapadła prawie idealna cisza. Wszystkie oczy zwrócone były na Mundka. Nazywam się Edmund Waśka – zaczął Mundek, trzymając przed sobą kartkę wyrwaną z Waldkowego zeszytu.
– Jestem rzecznikiem pana Waldemara Paciai i chciałbym odczytać jego oświadczenie. Proszę o uwagę – mówił płynnie i donośnym głosem, a właściwie czytał, bo wszystko to miał zapisane na kartce. – W związku z nieadekwatnym do zaistniałej sytuacji zainteresowaniem mediów chciałbym oświadczyć, iż mój udział w wykryciu sprawcy przestępstw dokonanych w naszej okolicy był marginalny, a redakcja „Fuksu”, manipulując faktami, podała do publicznej wiadomości nieprawdę. Ze względu na dobro prowadzonego śledztwa, jak i fakt, że nie jestem do tego upoważniony, nie mogę się wypowiadać w sprawie. Po wszelkie informacje na ten temat proszę się zwracać do rzecznika prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Dziękuję. Mundek odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wycofał z powrotem do chałupy. Wtedy rozpętało się piekło. Dziennikarze zaczęli napierać na wątłe ogrodzenie ze spróchniałych sztachet. Jeden przez drugiego zaczęli wykrzykiwać w stronę oddalającego się Mundka: Gdzie jest Paciaja?
Czy możemy z nim porozmawiać? Co się stało z mordercą? Czy może potwierdzić...? Reszty już nie słyszał, bo wszedł do chałupy oczekiwany przez Waldka już na progu. Kurde, omal mnie nie pożarli. Daj mi się szybko czegoś napić, bo cały się trzęsę. To jakaś dzicz. Ale chyba nieźle mi poszło, co? Jasne, że nieźle. Świetnie.
Za jakiś czas się zniechęcą i pójdą sobie. Mam nadzieję. W tej chwili doszedł ich z zewnątrz jakiś hałas. Wyjrzeli przez okno. Część dziennikarzy podnosiła się właśnie z ziemi, inni leżeli jeszcze jeden na drugim na przewróconym płocie, który legł pod ich naporem razem ze słupkami. Otrzepywali ubrania i rozmasowywali potłuczenia. Mundek i Waldek spojrzeli na siebie i wybuchnęli spontanicznym śmiechem. No teraz to już będziesz musiał postawić nowy płot – stwierdził, śmiejąc się prawie do rozpuku Mundek. Część dziennikarzy rozjechało się od razu. Część rozeszła się wypytywać sąsiadów, a co bardziej wytrwali sterczeli jeszcze na drodze do zmroku.
Ale w końcu i ci dali sobie spokój i odjechali. Wiesz co, Wale? Nie myślałem, że sława może być taka uciążliwa i stresująca. Że nie wspomnę o roli rzecznika prasowego. Ten to ma dopiero ciężką pracę. Nie narzekaj. Podwyżki i tak nie dostaniesz. Zgodziłeś się na dodatkowe 10, to masz teraz 30%. No tak, 30% od niczego to nadal nic – powiedział cicho, niby to do siebie Mundek. Skończyli butelkę i Mundek poszedł do domu.
Waldek położył się do łóżka, ale nie mógł długo zasnąć. I wtedy zadzwonił telefon. Komórkę, którą dostał od Macieja. Był to wzmocniony model Hammera ze standardową klawiaturą, latarką i gumowaną obudową. Był oczywiście też wodoszczelny, wstrząsoodporny i odporny na ignorancję i głupotę użytkownika. Co prawda Waldek bronił się bardzo przed przyjęciem prezentu, ale w końcu uległ namowom przyjaciela i obiecał Maciejowi, że będzie go regularnie ładował. Na liście kontaktów były tylko dwa numery: Mączka Waśki i Smutkowskiego. Właśnie ten drugi wyświetlał się teraz na ekranie. Po namyśle postanowił odebrać. „Halo, Waldek z tej strony.” „Wiem.
Cześć. Co tam słychać? Słyszałem, że miałeś najazd pismaków, a nawet telewizji” ni to spytał, ni to stwierdził Smutkowski po drugiej stronie niewidzialnego drutu. „Nic strasznego. Jakoś daliśmy radę. Tylko płot przewrócili.” „Jak to przewrócili? Jaki płot?” „Był stary i tak miałem rozebrać. Zaoszczędzili mi nieco roboty.” „Jakby się nadal naprzykrzali, to dzwoń. Wyślę z powiatowej radiowóz i ze dwóch szweji, to sprawę raz dwa załatwią.” „Dzięki, nie trzeba. Daliśmy sobie radę.
Już nie ma po nich śladu. Poza oczywiście przewalonym płotem” — podsumował Waldek. „Pomyślałem sobie, że chciałbyś wiedzieć. Ustaliliśmy wreszcie tożsamość tego gościa z podwodnego BMW. Okazało się, że to gość z abweery. Znaczy były funkcjonariusz ABW, wywalony ze służby za niesubordynację kilka lat temu. Jak ustaliliśmy, leczył się psychiatrycznie. Potem zniknął. Leży teraz schłodzony w szufladzie. Kompletujemy dowody, żeby zamknąć sprawę.
W samochodzie był worek z fantami. Teraz pracują nad tym technicy. To tylko formalność. Nadinspektor dzwonił do mnie i zasugerował, by do materiału dowodowego dołączyć wzmiankę o udziale w śledztwie jasnowidza. To podobno ostatnio jest modne i może podwyższyć nasze rankingi wśród innych województw. Poza tym chciałby się z tobą spotkać i zaproponować ci stałą współpracę. Takie rzeczy się już praktykuje w policji na całym świecie. My nie jesteśmy przecież gorsi, prawda? Co ty na to?” „Nie wiem. Muszę się zastanowić, bo widzisz, bardzo mnie to męczy.
To mnie po prostu zaczyna przerastać. Czuję się coraz gorzej. Dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie wiem co, ale zaczynam się martwić. Jestem taki słaby.” Waldek w tym momencie począł odpływać. Słyszał jeszcze jak przez sen słowa Macieja, ale nie mógł już nic powiedzieć. Ogarnęła go taka niemoc, że powieki pod własnym ciężarem, za sprawą grawitacji opadły i za nic w świecie nie mógł ich podnieść. Na piersiach czuł taki ciężar, jakby ciemność, która zaczęła go ogarniać, stawała się coraz gęściejsza i cięższa i zaczęła go przygniatać, aż całkowicie stracił przytomność. Mundka obudziło przeciągłe wycie nadjeżdżającej karetki. Wyjrzał przez okno i w tym momencie wycie ustało.
Za to przestrzeń za oknem wypełniło pulsujące niebieskie światło. Karetka przejechała pod jego oknami i zatrzymała się kilka domów dalej. Niewiele myśląc, zbiegł na dół i wcisnął się w spodnie. Po kilku minutach był już przy zaparkowanym ambulansie. Stał na poboczu i nasycał powietrze niebieskim blaskiem. W środku nikogo nie było, za to na podwórku Waldka zespół karetki bezskutecznie próbował się dostać do środka. Mundek czym prędzej podbiegł do ratowników. „Co się dzieje, panowie?” — zadał pytanie. „Pan tu mieszka?” — jeden z ratowników jemu zadał pytanie. „Nie, ale mój kumpel tu mieszka.” „Waldemar Paciaja?” „Tak.
Co z nim?” „Mieliśmy wezwanie, a teraz nie możemy się dostać do środka. Ma pan klucz?” „Nie, skąd? Ale może oknem.” — wskazał na uchylone okno. Ratownicy szybko poradzili sobie z oknem i otworzyli drzwi od wewnątrz. Już po paru minutach nieśli na noszach nieprzytomnego Waldka w stronę karetki. „Co mu jest? Żyje?” — gorączkowo dopytywał się Mundek. „Gdzie go zabieracie?” „Do szpitala powiatowego w Kiczewie” — rzucił Mundkowi jeden z ratowników, wsuwając nosze z Waldkiem do ambulansu. Następnie wszyscy wsiedli do samochodu i nie włączając syreny, tylko w asyście błękitnych rozbłysków, odjechali szosą w kierunku Gniewa. Mundek wrócił do domu i obudził Gertrudę.
„Kochanie, śpisz?” — zadał bezsensowne pytanie. „Jasne, że nie śpię. Co się stało?” „Waldek miał zawał albo coś takiego. Zabrała go karetka.” „I co? Jak go zabrali do szpitala, to nic mu nie będzie. Teraz zawały się leczy.” „Wiem kochanie, ale miałbym do ciebie taką wielką prośbę.” „Co znowu?” „Mogłabyś mnie zawieźć do Kiczewa? Proszę.” „Czyś ty już do reszty zwariował w środku nocy? Rano pojedziesz PKS-em” — powiedziała, ziewając i przewróciła się na drugi bok. Po czym dodała: „dobranoc”. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach”.
Część dziewiąta — wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Od przystanku PKS-u do szpitala powiatowego było dobrych 15 minut marszu. Była już prawie jedenasta. Mundek przez ten kwadrans wyobrażał sobie najgorsze. Jakież było jego zdziwienie, gdy na oddziale chorób wewnętrznych, gdzie według pani z informacji leżał pacjent Paciaja Waldemar, zastał uśmiechniętego, dowcipkującego w najlepsze i flirtującego z pielęgniarkami Waldka. „Cześć stary, co tak późno? Myślałem, że już nie przyjdziesz” – przywitał go entuzjastycznie Waldek. „Ten pieprzony PKS nie przyjechał i musiałem czekać prawie dwie godziny na następny” – tłumaczył się Mundek. „Ależ Waśka, wyrażaj się. Tu są damy.” Waldek skinął głową w stronę dwóch młodych pielęgniarek, które rozmawiały z pacjentem leżącym na łóżku przy drzwiach.
Zachichotały, mówiąc coś szeptem jedna do drugiej. „Przepraszam” – poczerwieniał Mundek zmieszany. „No to gadaj teraz, co tam w świnio ryjach.” „Jak to co? Przecież to było wczoraj” – odparł zaskoczony pytaniem Mundek. „Co było wczoraj?” „No wczoraj cię zabrali do szpitala.” „A, no właśnie.” „To gadaj, jak to było, jak mnie zabrali do szpitala?” – dopytywał się Waldek. – „Bo za Chiny nic nie pamiętam.” „No więc” – zaczął Mundek. – „Obudził mnie sygnał karetki. Wyjrzałem przez okno, a ona staje gdzieś koło ciebie. Pomyślałem, że na pewno coś się stało. Pobiegłem i widziałem, jak cię zabierali.
Byłeś nieprzytomny.” „No patrz, kiedyś mi się to zdarzało notorycznie i nigdy mnie karetka nie zabierała.” „Co ci się zdarzało motorycznie?” – spytał zdezorientowany Mundek. „No-to-rycznie. To znaczy często, cyklicznie, prawie codziennie. Rozumiesz?” „Nie rozumiem. Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie miałeś zawału.” „Jakiego zawału? Wcale nie miałem żadnego zawału. Doktor mówi, że mam zaburzenia elektrolitowe, prawdopodobnie na skutek złej diety. Do tego stres. No i mam też wrzody na żołądku i nadkwasotę. To prawdopodobnie na skutek nerwicy.” „Kurwicy to zaraz ja tu dostanę i wrzodów na mózgu.
Jesteś tak ciężko chory i się jeszcze śmiejesz. Pamiętasz Kucharskiego? Też miał wrzody na żołądku i już będzie pięć lat jak ziemię gryzie.” „Waśka, teraz na wszystko są tabletki. Nawet na nerwicę, stres, chandrę, kurwicę.” – Pokazał Waśce garść niewielkich różowych tabletek wyjętych z kieszeni szpitalnej piżamy. – „Super lekarstwo. Pomaga prawie na wszystko, nawet na ból zębów.” „Skąd to masz?” – zaniepokoił się Mundek. „Cii. Mój znajomy z sali numer siedem ma tego pod dostatkiem. Wziąłem dwadzieścia na kredyt. Wiedziałem, że przyjdziesz.
Chcesz jedną?” „Wygłupiasz się. To może ci zaszkodzić. Lekarz o tym wie?” – zapytał ściszonym głosem Mundek. „Coś ty. Czasem mu nie mów. Lekarze są bardzo konserwatywni i nie uznają niekonwencjonalnych metod leczenia. Ja po tych tabletkach czuję się rewelacyjnie.” „Oddaj mi je w tej chwili” – stanowczo, już nie szeptem zażądał Mundek, wyciągając w jego kierunku dłoń. „No co ty Waśka? Dałem za nie pięć dych. To znaczy jeszcze nie dałem, ale muszę oddać.” „Oddasz mi te tabletki albo idę powiedzieć wszystko lekarzowi.
I o tym gościu z siódemki, który tym handluje, też wspomnę.” „Nie wygłupiaj się Waśka. Bez nich... ” „Oddawaj albo idę do lekarza.” – Mundek podniósł głos. „No już dobrze. Masz.” – Waldek wysypał na dłoń Mundka dziesięć tabletek. „I z drugiej kieszeni też.” – nie ustępował Mundek. Waldek oddał Waście wszystkie tabletki i spojrzał na niego z miną dziecka, któremu ktoś właśnie zabrał lizaka. Niewzruszony Mundek zacisnął dłoń z tabletkami i wyszedł bez słowa z sali. Po chwili wrócił i wręczył Waldkowi niebieski banknot. „Idź, zwróć pieniądze temu gościowi i powiedz mu, że jak ci jeszcze raz sprzeda jakieś prochy, to będzie miał ze mną do czynienia.” „No już dobrze, Waśka, dobrze, idę.
A co z nimi zrobiłeś?” „Wywaliłem do kibla i spuściłem wodę. Jak już cię wyleczą i wyjdziesz do domu, to się porządnej gorzałki napijemy, a nie będziesz się truł jakimś świństwem.” Waldek wrócił ze spuszczoną głową do sali. Zaraz za nim weszła pielęgniarka. „Pan Paciaja?” – spytała. „Tak, to ja.” – Uśmiech szybko wrócił na twarz Waldka. – „Chciała mnie pani zaprosić na randkę.” „Niezupełnie na randkę, panie Paciaja, ale pójdziemy razem na UKG.” „Uroczą kolację pod gwiazdami?” – żartował sobie Waldek. „Nie. Ultrasonokardiografię. Echo serca. Chcemy znaleźć przyczynę pańskiej arytmii.
Badanie jest nieinwazyjne i zupełnie bezbolesne. Proszę usiąść. Zawiozę pana.” – Wskazała wózek, który ze sobą przyprowadziła. Waldek zaczął protestować: „Nie ma takiej potrzeby. Pójdę nogami” – stwierdził stanowczo. W końcu jednak dał się przekonać. Grzecznie usiadł na wózku i pojechał z pielęgniarką na badanie. Mundek postanowił na niego poczekać. I tak nie miał nic do roboty. Co prawda nie cierpiał szpitali, choć nigdy w żadnym nie leżał.
Ostatnio był w szpitalu odwiedzić ciotkę Danutę, która leżała tu ze skrętem kiszek. Następnego dnia dostał takiej biegunki, że nawet myślał, że się tym skrętem od ciotki zaraził. Okazało się jednak, że był to tylko objaw stresu i biegunka ustąpiła po trzech dniach. Ale przez te trzy dni to miał dosłownie przesrane. Szpitali po prostu unikał. Ale to była zupełnie inna sprawa. Wala to przecież jego najlepszy kumpel i choćby miał srać przez tydzień, to musiał przecież go odwiedzić i się nim zaopiekować. Gdy tylko Waldek wraz z pielęgniarką wyszli, a właściwie wyjechali z sali, do Mundka zwrócił się pacjent, który leżał na łóżku pod oknem i do tej pory nic się nie odzywał. „Panie, ten pana kolega to jakiś jasnowidz czy coś?” — spytał nieśmiało. „A co?
Co się stało?” „Panie, jak go tu przywieźli, to było nad ranem. Przyszedł doktor, co to miał dyżur. Marnie wyglądał ten pański kolega i był bardzo słaby. A na tym łóżku pod drzwiami leżał taki Nowak, młody facet przyjęty z dusznością, ale nikt nie wiedział, co mu jest. Różne tu doktory u niego były. Badali, dawali mu jakieś leki i obserwowali. I nic. A ten pański kolega od razu, jak go zobaczył, a może dopiero jak mu podał rękę, tego dokładnie nie wiem, coś wyczuł. Powiedział doktorowi, żeby go od razu zabrali na OIOM, bo chłopina się tu lada moment przekręci. Z początku to się ten doktor ośmiał, ale pański kolega powiedział mu coś na ucho i za moment wieźli już Nowaka na intensywną terapię.
Okazało się, jak się później dowiedziałem, bo mam tam znajomą pielęgniarkę, że ten Nowak miał jakiś zator w płucu czy coś. Jakby go nie wzięli na ten OIOM, to by się faktycznie przekręcił. A tak podali chłopu heparynę i jakieś inne leki. I chłopina se żyje i całkiem nieźle się czuje. Co on panie, jaki doktor jest? Czy może energoterapeuta?” Mundek wysłuchał z zaciekawieniem opowiadania i odparł: „Nie, on normalny człowiek jest. Żaden tam doktor, po prostu nieraz mu się co przyśni i tyle.” „Jak to przyśni?” — dopytywał pacjent spod okna. „No tak jak każdemu. Panu się nigdy nic nie śni?” „No pewnie, że mi się śni, ale nie rozpoznaję u ludzi zatorów płucnych na podstawie uścisku dłoni.” „To pewnie przypadek. Taki zbieg okoliczności, jak to mówią.
A jeśli można wiedzieć, panu co dolega?” Mundek niezręcznie usiłował zmienić temat. Do sali wjechał właśnie rozgadany Waldek wraz ze śmiejącą się do rozpuku pielęgniarką pchającą wózek, na którym siedział. „No i po bólu” — oświadczył wszem i wobec Waldek. „Serce mam jak dzwon. Nie wiem tylko, dlaczego każą mi tu zostać, skoro jestem zdrowy.” „Nie tak zupełnie” — wtrąciła pielęgniarka. „Ma pan spory mętlik w organizmie, że tak powiem. Musi pan przyjmować leki, aż ustabilizują się wyniki z krwi. Elektrolity ma pan do niczego. Za mało wapnia, potasu, magnezu, sodu. Wszystkiego ma pan za mało.
No tylko poczucia humoru to ma pan aż nadto. Ale na to, to już nie ma lekarstwa.” Korpulentna blondynka w białej spódniczce i błękitnym, dopasowanym wdzianku bez ostatniego guziczka przy kołnierzyku nachyliła się nad Waldkiem i podłączyła dręt z kroplówką z powrotem do wenflonu, który miał na lewym przedramieniu. „Teraz niech pan sobie poleży, żeby zeszła kroplówka. Potem przyjdę pobrać panu krew do badania.” Waldek grzecznie wykonywał wszystkie polecenia pielęgniarki i wciąż zerkał na jej dekolt. Widocznie drażnił go ten brak guzika. A może zastanawiał się, czy tam kiedykolwiek był. Znaczy ten guzik. „Wala, może ci coś przywieźć? No wiesz, maszynka do golenia, szczoteczkę, ręcznik.” „Waśka może tak... Przywiózłbyś mi...” „Co takiego?” „No wiesz.” „Nawet o tym nie myśl.
Nie ma mowy. Jesteś chory i...” „Waśka, ja chciałem tylko słoik ogórków. Jedzenie tu jest takie mdłe. Różni się tylko kolorem, a za ogóreczkiem mi tęskno. I poczęstowałbym kolegów.” Pacjent spod okna pokiwał głową z aprobatą. „Nie ma sprawy Wala, jeśli tylko chcesz, to ci przywiozę całą beczkę.” „Nie przesadzaj. Słoik wystarczy.” Trochę jeszcze porozmawiali o wszystkim i o niczym, jak to starzy kumple i Mundek zaczął się zbierać. „Muszę już lecieć. Jutro przyjadę z samego rana pierwszym PKS-em. Chyba że znowu nie przyjedzie.” „Nie musisz się spieszyć.
Coś czuję, że mnie tak szybko nie wypiszą. Ale jest jeden plus tego, że tu trochę zostanę. Widzisz, przez ten czas ucichnie trochę sprawa z tym seryjnym i pismaki może dadzą mi spokój.” „Masz rację.” „To daj klucz od chałupy i będę uciekał.” Waldek wskazał Mundkowi szufladkę w przyłóżkowej szafce, skąd ten wyjął klucz. Nowiutki, gerdoski klucz do nowiutkiego zamka. Mundek odwiedzał Waldka codziennie przez siedem dni. W końcu nadszedł piątek. Dzień, w którym Waldek miał zostać wypisany ze szpitala. Mundek z torbą pełną ciuchów zjawił się już o ósmej rano. Przywitał się z Waldkiem i innymi pacjentami z sali, z którymi zdążył się już zakolegować przez ten tydzień. „Jak tam, obiboku, wychodzisz dzisiaj na wolność?” — zażartował.
„Wszystko się okaże po wizycie.” „Jak to? To nie jest jeszcze pewne, że cię wypiszą?” „No niby tak, ale ostatnie słowo należy do lekarza.” W tym właśnie momencie lekarz wszedł na salę. „Dzień dobry panom.” — przywitał się uprzejmie i od razu podszedł do Waldka. „I co? Chciałoby się iść do domku, nie?” — poklepał Waldka po ramieniu. „A pewnie, panie doktorze, żeby się chciało.” „No to zobaczmy ostatnie wyniki.” Doktor zaczął wertować jakieś papiery w tekturowej teczce, którą trzymał w ręku. „No tak, wyniki krwi w normie” — mówił pod nosem, jakby do siebie. Elektrolity już okej. Lemkocyty, erytrocyty, hematokryt, wskaźnik obniżony, hemoglobina trochę za niska. Oby w porządku.
Myślę, panie Paciaja – zwrócił się teraz bezpośrednio do Waldka – że mogę pana wypisać, ale za dwa tygodnie pojawi się pan w przyszpitalnej przychodni na badania, okej? Okej, doktorze, ale martwię się trochę, jak pan sobie tu beze mnie poradzi. Ja też się trochę martwię, ale myślę, że dam sobie jakoś radę. A gdyby coś, to będę dzwonił, by się skonsultować – oświadczył lekarz i wybuchł spontanicznym śmiechem. – Proszę się pakować. Sekretarka przygotowuje właśnie dla pana wypis. Jak skończę wizytę, to będę u siebie. Niech pan do mnie zajrzy po wypis i skierowanie na badania. To mówiąc, podszedł do następnego pacjenta i zaczął z nim rozmowę. Waldek z Mundkiem wyszli na korytarz.
No Wala, ty to jesteś twarda sztuka. Wyślizgnąłeś się śmierci spod kosy. Jakiej śmierci? Waśka, co ty pieprzysz? Dali mi trochę witamin i pokrzyku. Gertruda mówi, że to wszystko przez to, że się źle odżywiasz. Teraz przez jakiś czas będziesz jadał u nas obiady. I nie próbuj odmawiać, bo się Gertruda wkurzy, a jak ona się wkurzy, to wiesz, co mnie czeka. Więc lepiej się zgódź. Oczywiście do czasu, jak się nauczysz sam gotować.
Gertruda zaoferowała, że cię nauczy. Nie możesz żyć tylko kanapkami i kiełbasą z grilla. Ale ja nawet nie mam garnków. Monika wszystkie zabrała, a jedyny rondelek spaliłem w zeszłym miesiącu. Już masz. Jak to już mam? No normalnie. Zobaczysz, jak wrócimy do domu. Po wizycie Waldek odwiedził jeszcze gabinet ordynatora i z wypisem i skierowaniem w ręku wraz z kumplem udali się na dworzec PKS. Podwórko Waldka wyglądało prawie tak samo, nie licząc nowego płotu od frontu.
Mundek otworzył zamek kluczem i przepuścił Waldka przodem. W środku panował porządek, jakiego nie było tu od czasu, kiedy Monka się wyprowadziła. Przy piecu stała czteropalnikowa kuchenka gazowa, obok szafka z blatem roboczym. Nad nią wisiała półka, na której stały jakieś słoiki i blaszane pudełka z przyprawami. W drugim rogu stała lodówka z zamrażarką. Waldek stał tuż za progiem z rozdziawioną gębą i nie mógł się zorientować, gdzie jest. Co to ma znaczyć? – wydukał. No bo widzisz. Gertruda skrzyknęła kilka osób, jak cię nie było, żeby ci jakoś pomóc.
No i urządziły ci taką prowizoryczną kuchnię, żebyś mógł sobie gotować. Szafki i kuchenka z butlą są od Nowickich. Niedawno zrobili sobie nową kuchnię. Garnki przyniosła Walendziakowa, a tę półkę to dostałem od Maśniakowej ze sklepu. I te przyprawy też od niej – tłumaczył Mundek. A nie pomyślałeś, że ja może nie mam ochoty gotować? Pomyślałem, Wala, pomyślałem, ale Gertruda powiedziała, że gówno ją to obchodzi, co ja myślę i nie będzie ze mną dyskutować. Zrobiły, jak chciały – przyznał się Mundek. A ta lodówka jest wielka jak krowa i w dodatku prawie nowa – zauważył Waldek. Lodówkę to przywiozła doktorowa.
Jak się dowiedziała, że jesteś w szpitalu, to zaraz na drugi dzień kupiła sobie nową, a tą przywiozła samochodem doktora, bo do jej Peugeota się nie mieściła. A zajrzyj tylko do środka. Powiedziała, że będziesz się musiał teraz dobrze odżywiać i napchała ją po brzegi różnym żarciem, a w zamrażalniku to masz chyba pół świniaka. Tłumaczyła, że to w ramach podziękowania za poradę i lekarstwo dla doktora. Podobno już jest całkiem zdrowy. A tak przy okazji, to co mu było? Waldek popatrzył na kumpla, potem jeszcze raz omiótł wzrokiem mieszkanie i znowu spojrzał na Mundka. To tajemnica Jasnowicka – odparł po namyśle. No już dobra, nie denerwuj się. Jak będziesz chciał, to pomogę ci to wszystko powynosić.
A póki co, to i ja coś dołożyłem do tej lodóweczki. Podszedł do lodówki, otworzył ją i z półki na drzwiach wyjął butelkę wyborowej. Chłodniutka – powiedział i pomachał butelką przed twarzą Waldka. Waldek wyjął z kredensu szklanki, a Mundek w tym czasie poszedł do spiżarki po ogórki. Usiedli przy stole i odkręcili słoik. W szklaneczki od Johny Walkera szronił już klarowny, dobrze schłodzony trunek. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – powiedział Waldek. Chuchnął w rękaw i zakąsił ogórkiem. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach”. Część dziesiąta: „Pieruńskie ożywienie”.
Lipiec był wyjątkowo deszczowy tego roku. Po bezśnieżnej zimie natura postanowiła wyrównać wodne rachunki. Lało jak z cebra. Deszczowa aura utrzymywała się od początku miesiąca. Przez pierwsze dwa tygodnie lipca spadło więcej deszczu niż przez ostatnie pół roku. Na domiar złego co jakiś czas przechodziły przez północno-wschodnią Polskę gwałtowne burze z porywistym wiatrem, a nawet gradem. Jednak jak do tej pory zjawiska te szczęśliwie omijały Świnioryje. Waldek siedział w domu i doskonalił swój kunszt kulinarny. Dziś na obiad miały być mielone z pieczarkami, do tego ziemniaki z wody i surówka z kiszonej kapusty. Na stole leżała tęga książka kucharska, którą Waldek dostał w prezencie od Gertrudy, kiedy to przeszedł już podstawowy kurs gotowania jej autorstwa.
Zdarzały mu się jeszcze czasem małe wpadki, ale radził sobie w kuchni całkiem nieźle. W garnku wolniutko pyrtoliły się pod przykrywką ziemniaki, a Waldek właśnie zaczął smażyć kotlety, gdy nagle wodnistą, szarą, prawie czarną przestrzeń za oknem rozświetlił blask błyskawicy, a zaraz potem powietrze rozdarł huk potężnego wyładowania. Niemiłosierny łoskot wprawił na chwilę w drgania wszystkie sprzęty w Waldkowej kuchni. Garnki zagrały tusz, a światło zgasło. Zapadły prawie egipskie ciemności. Prawie, bo niewielki gazowy płomień pod garnkiem otulał niebieskim światłem Waldka dłonie, a przez okno wlewał się do wnętrza ciężki od wilgoci półmrok deszczowego popołudnia. Jasna cholera! Musiało walnąć w transformator – pomyślał Waldek i podszedł do okna, potykając się przy tym o krzesło. Krajobraz za oknem przypominał scenę z filmu o końcu świata. Deszcz, a teraz też grad, tłukł niemiłosiernie w okna, jakby zakłopotany tym, że szyby jeszcze nie rozsypały się w drobny mak.
Wszystko to przypominało bardziej październikową noc niż lipcowe popołudnie. Trwało to niecały kwadrans, po czym burza odeszła na wschód. Niskie burzowe chmury powoli odpływały w stronę horyzontu, powłócząc leniwie słabnącą ulewą. Miejsce październikowej gradowej nocy zaczęło znowu zajmować co prawda jeszcze pochmurne, ale jednak lipcowe popołudnie. Zrobiło się dużo jaśniej. Wprawdzie nie wyjrzało słońce, ale miejsce czarnych, ciężkich jak ołów burzowych chmur zajęły teraz rozciągnięte i poszarpane stratocumulisy, przez które momentami prześwitywały wątłe promienie słońca. Waldek postanowił, gdy deszcz już całkiem przestał padać, wyjść i rozejrzeć się po okolicy. Ten piorun musiał uderzyć gdzieś blisko. Ubrał gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy, który zawsze zabierał na ryby. Na zewnątrz było rześko.
Waldek udał się drogą w stronę transformatora oddalonego od jego chałupy o jakiś kilometr. Gdy znalazł się już na miejscu, nie stwierdził żadnych widocznych uszkodzeń. Transformator wyglądał normalnie, ale nie mruczał jak zwykle. Brak zasilania – pomyślał. Zaczął rozglądać się po okolicy. Nigdzie nie było żywego ducha. Zaraz za transformatorem odchodziła od głównej wąska polna droga prowadząca na wzgórze, gdzie znajdował się cmentarz. Spojrzał w tamtą stronę. Było cokolwiek daleko, ale zdawało mu się, że widzi dym. A może to tylko mgła podnosząca się po gradowej nawałnicy.
Ruszył więc dróżką w stronę cmentarza. Cmentarz był stary. Pamiętał jeszcze czasy zaborów. Wtedy ta wieś nazywała się Schweineschnautzen i liczyła sobie tylko 36 kominów i zaledwie 150 dusz. Ale był tu ewangelicki kościół i cmentarz. Po wojnie kościół całkowicie spłonął. Na jego miejscu postawiono nowy, już rzymskokatolicki, ale na cmentarzu stała jeszcze do dziś drewniana kaplica z czasów, w których Świnioryje zamieszkiwali prawie sami luteranie. Podchodząc w górę wzniesienia, Waldek miał coraz większe wrażenie, że coś jest nie tak. To nie była mgła. Powietrze przesycone było wyraźnym zapachem ozonu i dymu.
Kiedy doszedł do cmentarnej furty, już wiedział, co go tak intrygowało. Nie było kaplicy. Stara drewniana kaplica zniknęła. Postanowił to sprawdzić. Wszedł przez niedomkniętą furtę i podreptał brukowaną kamieniami alejką pod górę do miejsca, gdzie do niedawna znajdował się stary luterański cmentarny przybytek. Dotarłszy na szczyt pagórka zrozumiał już, co tutaj się wydarzyło. Znajdował się teraz sporych rozmiarów krater. Wokoło porozrzucane były tlące się deski i belki konstrukcyjne, które jeszcze niedawno stanowiły XVII-wieczny zabytek. Znajdujące się najbliżej nagrobki były uszkodzone, trawa wokół była wypalona. Wszędzie unosił się dziwny zapach.
Dopiero gdy przyjrzał się bliżej, stwierdził, że ów zapach pochodził z tlących się poczerniałych kości, których całe mnóstwo leżało porozrzucane wśród desek i spalonej trawy. Kiedy zdał sobie sprawę z pochodzenia owego dziwnego zapachu, zaczął się krztusić i kaszleć. Wtedy ją zobaczył. Stała może 20 metrów od niego. Zgarbiona, podpierająca się laską stara kobieta ubrana w czarne łachmany, bo ubraniem tego raczej by nie nazwał, a na głowie miała czarną chustkę. Stała odwrócona do niego plecami. Zastanawiał się, kto też to może być, ale nie mógł nikogo skojarzyć z tą postacią. Może tylko stara Skowronkowa przychodziła mu na myśl, ale ona przecież już nie żyje ze trzy miesiące. Nawet był na jej pogrzebie. Pochowano ją gdzieś niedaleko tego miejsca.
Jego ciekawość zaczęła go już tak uwierać, że w końcu nie wytrzymał i zawołał: „Dzień dobry!” Kobieta nie odwróciła się, nawet się nie poruszyła, jakby była głucha. „Dzień dobry!” – powtórzył, tym razem głośniej. Żadnej reakcji. Zaczął iść w jej kierunku i dopiero wtedy się odwróciła. Waldek stanął jak wryty. Mój Boże! – pomyślał. Stał jak słup soli i wlepiał wzrok w twarz staruchy. Jej oczy były matowe, niemalże białe. Nie było prawie w ogóle widać źrenic.
Nos był zapadnięty do wewnątrz czaszki. Jej skóra koloru zielonej pleśni wyglądała, jakby naprawdę pokrywała ją pleśń. Z jej otwartych ust oblamowanych szarą mazią warg wypadały na czarną chustę, którą była okryta niewielkie, białe, wijące się czerwie. Waldek był tak przerażony, że nie mógł się ruszyć. Ba, nie mógł nawet mrugnąć oczami. Stał i patrzył na starą kobietę, a ona podniosła wolną rękę i wskazała go chudym, kościstym palcem zakończonym długim, czarnym, zakrzywionym pazurem. To naprawdę była Skowronkowa i naprawdę nie żyła. Kiedy ruszyła, wolno powłócząc nogami w jego stronę, Waldek się w końcu otrząsnął. Odwrócił się i zaczął uciekać, ale po kilku krokach potknął się o fragment przewróconego nagrobka i upadł. Już miał wstać, kiedy poczuł, że ktoś go chwyta za kostkę.
To niemożliwe, by Skowronkowa tak szybko go dopadła. Odwrócił się i zobaczył, że za kostkę lewej nogi trzyma go jakaś ręka wyzierająca z grobu, o którego leżącą na alejce część nagrobka się potknął. W kilka sekund później w okolicy jego głowy, spomiędzy patyków i odłamków ludzkich kości porozrzucanych przez eksplozję, wychynęła z ziemi następna dłoń, tylko częściowo pokryta rozkładającą się tkanką. Waldek wyrwał nogę z uścisku kościstej dłoni i zaczął pędzić na łeb, na szyję, nie oglądając się za siebie w stronę cmentarnej furty. Gdy przez nią przelazł, zaczął z całych sił dopychać zardzewiałe żelazne skrzydło, by ją zamknąć. W pewnym jednak momencie zreflektował się, że mur, którym ogrodzony był cmentarz, nie był w najlepszym stanie i w kilku miejscach znajdowały się w nim wyrwy o wiele szersze od tej furtki. Zaprzestał bezsensownych wysiłków i rzucił się biegiem w stronę wsi. Mundek właśnie stał przy swojej bramie, oparty na zbrojeniowym pręcie, którym jeszcze przed chwilą próbował udrożnić przepust pod swoim mostkiem, by woda odpływała dalej rowem, a nie wlewała się na podwórko. Najpierw usłyszał krzyki, a dopiero później zobaczył biegnącego w jego kierunku Waldka. „Waśka!
Waśka!” – krzyczał Waldek, z trudem łapiąc pomiędzy okrzykami powietrze. „Co się Wala drzesz, jakbyś ducha zobaczył?” „Gorzej, Waśka. Dużo gorzej.” Dopadł furtki i nie bacząc na wielką kałużę, pobiegł na przełaj przez podwórko Waśki, krzycząc: „Zamykaj szybko chałupę. Idą tu.” „Kto idzie?” – zapytał Waśka, gdy już dogonił kolegę prawie pod swoimi drzwiami. „Zombiaki.” „Kto?” – zapytał jeszcze raz Mundek i rozdziawił japę. „No przecież mówię, że zombiaki” – powtórzył Waldek. „Coś ty Wala pił. Jakie zombiaki? Co ty wygadujesz? Wala, opanuj się, bo zaraz ci jakaś żyłka pierdyknie.
Opowiadaj spokojnie, gdzie te zombiaki widziałeś.” „Gdzie Gertruda?” – zapytał ni z gruszki, ni z pietruszki Waldek. „W kościele. A gdzie ma być? Dziś niedziela, to śpiewa w chórze.” „No cóż, może tam będzie bezpieczna. Rozumiesz, poświęcona ziemia, święte miejsce.” – usiłował tłumaczyć Waldek. „Co ty bredzisz? Mów normalnie, co się stało.” „Na trzeźwo nie dam rady, Waśka. Chodźmy do drewutni.” Poszli. Mundek od razu wyjął z tajnego barku dwie szklanki i pełną butelkę wyborowej. Walnęli po jednym.
Waldek od razu podsunął Mundkowi szklankę, żeby ten nalał mu jeszcze. Mundek to zrobił i patrzył szeroko otwartymi oczyma na swojego przyjaciela. Waldek wychylił drugą szklankę i dopiero teraz zakąsił ogórkiem ze słoika stojącego na warsztacie koło szlifierki. Wypuścił głośno z płuc przegrzane powietrze i zaczął. „Na pewno widziałeś tę burzę. Nie sposób było jej nie zauważyć. Zwłaszcza jednego pioruna, który uderzył gdzieś blisko. Myślałem, że walnęło w trafo, bo zaraz po tym zgasło światło, więc jak tylko przestało lać, poszedłem zobaczyć, co się stało, ale transformator był w porządku. Co prawda nie działał, ale to nie od pioruna. Brak zasilania.
Musiało walnąć gdzieś w linię i wywaliło jakieś zabezpieczenie na podstacji. Poszedłem więc szukać miejsca, gdzie i w co tak walnęło. Na logikę to najwyżej w okolicy jest cmentarz i tam też poszedłem. Wyobraź sobie, że się nie myliłem. Piorun walnął centralnie w kaplicę na cmentarzu. Teraz nie ma po niej śladu. A właściwie jest ślad. Spory lej jak po bombie. No to nalej jeszcze jednego, bo zasycha mi w gardle.” Mundek ocknął się z zasłuchania i polał Waldkowi trzy czwarte szklanki. Ten wypił duszkiem, chuchnął w rękaw, zakąsił ogórkiem i kontynuował opowieść.
„Tylące się jeszcze deski i belki były porozrzucane w promieniu kilkunastu metrów. Nagrobki były poprzewracane, a pomiędzy nimi walały się ludzkie kości. Krajobraz jak po wojnie. I wtedy zobaczyłem Skowronową. Pamiętasz Skowronową?” „Pamiętam, ale ona już nie żyje jakiś czas. W kwietniu był chyba pogrzeb.” – odpowiedział rzeczowo Mundek. „No właśnie. N-I-E-Ż-Y-J-E. Nie żyje.” – prawie przeliterował Waldek. – „Otóż stała tam ubrana na czarno.
Gdy zobaczyłem jej twarz, przeraziłem się i zacząłem uciekać, ale się przewróciłem o jakiś nagrobek i wtedy oni zaczęli po kolei wyłazić z grobów. Zaczęli się wygrzebywać. Jeden nawet złapał mnie za nogę, ale się wyrwałem. Uciekłem i przybiegłem tutaj.” „Ale kto oni? Umarlaki?” – nie dowierzał Mundek. „Umarlaki, żywieńcy, nieumarli, zombie. Nazywaj ich, jak chcesz.” Mundek nadal stał wpatrzony w przyjaciela, a w ręku trzymał naboczętą butelkę. „To co? Jeszcze jednego?” – odezwał się wreszcie do Waldka, wykonując gest butelką w jego kierunku. „A polej.
Już mi trochę lepiej.” „Zaczynam się uspokajać” – powiedział Waldek i podsunął swoją szklankę w stronę Mundka. Tym razem Mundek nalał i sobie. Wypili. „Wiesz, musimy coś z tym zrobić” – podsumował Waldek. „Ale co chcesz zrobić trupom? Przecież ich nie zabijesz. I tak już nie żyją.” „Oglądałem kiedyś z Moniką taki film o zombiakach. Noc żywych trupów czy coś takiego. I w tym filmie załatwiali zombie, strzelając im w głowę. A jak który ugryzł kogo albo zadrapał do krwi, to ten też stawał się zombiakiem.” „To może osikowy kołek i srebro na sztuczce?” – zaproponował Mundek.
„Nie, to na wampiry. I jeszcze czosnek.” – zganił go Waldek. „Musimy wziąć jakąś broń. Masz jeszcze ten pistolet?” „Jasne, że mam.” „To leć po niego, ja skompletuję resztę.” Mundek pobiegł do domu po pistolet, który bezpiecznie leżał sobie pod podłogą w sieni. Waldek w tym czasie wziął szpadel i małą siekierę, a właściwie toporek, który wcisnął sobie za pasek od spodni. Wychodząc zabrał też siekierę wbitą w pniak przed drewutnią. Ze szpadlem w jednej, a siekierą w drugiej ręce ruszył w stronę chałupy. Spotkali się w połowie drogi. „Masz gnata?” – spytał Waldek. „Mam” – odpowiedział Mundek.
Waldek wręczył Mundkowi jeszcze siekierę i ruszyli w stronę cmentarza. Pierwszego ożywieńca spotkali już na głównej drodze. Coś mruczał i wyciągał do nich ręce. Mundek trafił go pierwszym strzałem w sam środek głowy. Mózg, czy co to tam było, rozprysł się zaniem na asfalt. Zachwiał się i upadł na jezdnię. Nie tracąc czasu, zepchnęli go tylko nogami do rowu i poszli dalej. Następny wisiał na płocie Chabrowskich, nabity na jeden z ozdobnych kołców solidnego, kutego ogrodzenia. Drugi strzał także był precyzyjny. Na płocie został tylko tors, a głowa poszybowała gdzieś na podwórko.
Zbliżając się do kościoła usłyszeli krzyki. Na schodach przed świątynią stało kilka kobiet i jedna przez drugą coś krzyczały. Przed nimi stał ksiądz proboszcz z kropidłem i wymachując nim w powietrzu kreślił jakieś dziwne znaki. Na pewno nie krzyża. Jednak na zebranych pod kościołem zombiakach nie robiło to większego wrażenia. „Wynocha wszyscy z powrotem do kościoła i zamknąć drzwi.” – ryknął Waśka swoim tubalnym głosem. – „My się tym zajmiemy.” Podniósł do góry rękę z pistoletem. Proboszcz Kuleczka, bo tak go nazywał Mundek z powodu jego dość znacznej nadwagi, zagonił baby z powrotem do kościoła i zamknął drzwi dokładnie tak, jak mu Mundek polecił. „Oszczędzaj naboje.” – krzyknął do niego Waldek wykonujący właśnie manewr oskrzydlający. Teraz pomiędzy nim a Waśką znajdowało się pięciu nieumarłych.
Poruszali się niemrawie, powłócząc nogami, człapiąc raczej niż idąc. Ich koordynacja ruchów też pozostawiała wiele do życzenia. Mieli bardzo słabą orientację w terenie. Nie byli też zbyt spostrzegawczy, ale kiedy już cię zobaczyli, parli do przodu, nie bacząc na przeszkody. Walka z jednym takim była banalnie prosta. Wystarczyło z zaskoczenia, a nie były to zbyt bystre bestie, przywalić szpadlem w kolana, by zwalić zombiaka z nóg. Potem już tylko odrąbać mu łeb. Pestka. Problem zaczynał się, gdy było ich więcej. Na przykład tak jak teraz.
Trzech truposzczaków jednocześnie szło na Waśkę. Człapali powoli, ale z determinacją, popychani pierwotną żądzą krwi. Czy mózgów? W każdym razie Mundek wyjął gnata i wycelował w pierwszego z brzegu. Nacisnął spust. Nic. Zamek się zaciął. Nacisnął spust jeszcze raz. Nadal nic. Ożywieńcy byli już o kilka kroków i wyciągali do niego swoje suche, kościste ramiona.
Waldek, wyciągając właśnie toporek z czaszki drugiego zombie, ruszał na odsiecz koledze. Zamaszystym, półkolistym ciosem szpadla zwalił dwóch umarlaków na ziemię, druzgocząc im piszczele. Mundek trafił siekierą precyzyjnie w kark jednego z nich. Zamachnął się drugi raz i trzymając siekierę za koniec styla, poprawił, rozgniatając jego czaszkę na miazgę. Waldek skończył ze swoim i spojrzał na Mundka. Został jeden. Mundek zamaszystym ciosem obucha powalił zombiaka pod stopy Waldka, a ten szpadlem odrąbał czerep od reszty zwłok. Gratulując sobie nawzajem i poklepując się po plecach ruszyli dalej w stronę cmentarza. Na polnej drodze napotkali jeszcze jednego. Nie miał nóg.
Ciągał się biedak, kłapiąc bezdźwięcznie szczęką. Jeden cios Mundkowej siekiery załatwił sprawę. Weszli na teren cmentarza. Niektóre groby były nienaruszone, ale im bliżej miejsca, w które uderzył piorun, kiedyś stała kaplica, a teraz znajdował się pięciometrowej średnicy lej jak po bombie, coraz więcej grobów było rozkopanych. Gdzieniegdzie poruszały się jakieś okaleczone, niekompletne zwłoki i wyciągały do nich ręce, jakby z niemą prośbą o litość. Waldek załatwiał to jednym uderzeniem szpadla. Trzeba przyznać, że Mundek dbał o narzędzia. Szpadel był solidnie oprawiony i porządnie naostrzony. Gdy obeszli już cały cmentarz, a zajęło im to dobrą godzinę, Waldek przystanął i ni stąd, ni zowąd zapytał Waśkę: „Ty, widziałeś gdzieś Skowronkową?” Mundek stanął jak wryty. Masz rację.
Nie widziałem. Spojrzeli jeszcze raz na siebie i bez słowa ruszyli biegiem w stronę wsi. Baby zaczęły już wyłazić z kościoła i powoli rozchodzić się do domów, omijając z daleka leżące pokotem na placu przed kościołem szczątki umarlaków. Proboszcz Kuleczka oddawał właśnie na jednego z nich objądek, nie mogąc powstrzymać targających nim torsji. Gertruda z dwoma jeszcze koleżankami z chóru krzyknęła w stronę chłopaków: „To wy ich tak urządziliście?” „Ktoś musiał” — odpowiedział, nie zatrzymując się Mundek i dodał: „Zmykaj szybko do domu i zamknij dobrze drzwi.” Byli już niedaleko domu Zdzicha Skowrona. Gdy dopadli furtki, ta była otwarta na oścież. Drzwi do chałupy też. Ruszyli bez zastanowienia. Gdy weszli do izby, Skowronowa już chciała zanurzyć zęby w szyi leżącego na łóżku z nogą w gipsie Zdzicha Skowrona. Jeden precyzyjny cios Mundkowej siekiery na długim stylu odrąbał jej głowę i posłał ją w kąt izby.
Z głowy, gdy toczyła się po podłodze jak z zepsutej grzechotki, wysypywały się niczym ryż białe robaki. Reszta Skowronowej osunęła się do tyłu i z cichym plaskiem upadła na podłogę. „Co się stało?” — odezwał się przebudzony i zaskoczony widokiem Mundka i Waldka stary Skowron. „Nie, nic. Śpij dalej. Z tą nogą i tak nam nie pomożesz, a mamy trochę sprzątania.”
[05:12:54] - Proszę państwa, tym kończymy główne wieczorne wysyłanie brytyjskiego rozgłośni w słoweńskiej mowie. Tak mniej więcej kiedyś BBC kończyło. Ja ten dowcip często powtarzam, ale tak kiedyś BBC kończyło wydanie audycji, którą nadawało do naszych południowych sąsiadów. Mniej więcej tak. I tym kończymy dzisiejsze spotkanie z „Bibliotekarium”. Już dzisiaj zapraszam państwa na spotkanie z „Bibliotekarium” numer 70 za tydzień. I w przeciwieństwie do poprzednich dwóch „Bibliotekariów”, w których nie do końca potrafiłem określić, co będzie, co nie będzie, to ja dzisiaj państwa zapraszam na spotkanie z autorem, który pisze fantasy, takie trochę historyczne, ale pisze też książki fantasy, które są książkami jednocześnie marynistycznymi. Myślę, że to nie jest częste zjawisko w literaturze fantasy. Co więcej, autor powiedziałbym, że się bardzo dobrze zna na tych wątkach marynistycznych i to jest duża zaleta książek, które pisze. No to cóż, proszę państwa, za tydzień spotykamy się w klimatach fantasy, ale jednocześnie klimatach marynistycznych.
Cóż, już dzisiaj zapraszam. Pozdrawiam pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że nie zanudziłem państwa na śmierć. Pozdrawiam i pięknego weekendu państwu życzę. Do usłyszenia za tydzień.
[05:14:47] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.