Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Szanowni Państwo, w momencie, gdy będzie startował ten odcinek Bibliotekarium 2.0, gdy będzie startowała premiera krótko po godzinie 20, z dokładnością do godziny może minie 20. rocznica, gdy 5 stycznia 2004 roku, siedząc w jednej z lokalnych kafejek internetowych, wgrałem do internetu małą stronę internetową, która składała się z kilku dokumentów HTML, z kilku obrazków, z małych pierdół. Ale to jest strona, która z czasem wyewoluowała w to, co znacie państwo pod nazwą Paranormalium, a co ostatecznie stało się Radiem Paranormalium. Bo Radio Paranormalium to wbrew pozorom nie tylko radio. To również serwis internetowy i jako serwis do czytania funkcjonowało to przez długi czas. A dzisiaj mija właśnie 20 lat od momentu, gdy ta mała strona, która z czasem się rozrosła do niebotycznych rozmiarów, zawitała do internetu. Bardzo szczególny wieczór, bardzo szczególna data. I tym szczególnym wstępem rozpoczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji.
Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". A po drugiej stronie połączenia internetowego jest ze mną jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[01:57] - Dzień dobry, wieczór państwu. Musimy zacząć od tego, żeby złożyć gratulacje. Proszę państwa, tyle lat, 20 lat. Niektóre instytucje, nazwijmy to kulturalne albo niektóre inne media mogą pochwalić się znacznie krótszym stażem. A zatem Radio Paranormalium ma całkiem fajny jubileusz i sądzę, że różnego rodzaju gratulacjom oraz różnego rodzaju listom pochwalnym, a w każdym bądź razie wyrazom sympatii kierowanym do Radia Paranormalium nie powinno być końca przynajmniej przez najbliższe dni. Bo wierzcie mi państwo, gdyby nie nasz prowadzący sprawy techniczne Marek Sęk "Ivellios", to radio by nie pykało, nie hulało. Ponieważ to jest tytan pracy, który ogarnia te wszystkie techniczne rzeczy, o których jak pomyślę, to mi się słabo robi. On to nie tylko ogarnia, ale też przyciąga szereg ciekawych osób, od których zbiera relacje. Przyciąga też osoby, które tak jak na przykład my z Wiktorem Żwikiewiczem chcieliśmy porozmawiać o książkach i wtedy znaleźliśmy przyjazne miejsce na antenie Paranormalium. Cóż, proszę państwa, ceńmy takie miejsca w internecie, w których jest ciekawie, w których można spotkać ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Cieszmy się tym jubileuszem i życzmy kolejnych. Teraz kolejne wakacyjno-feriowe wydanie Bibliotekarium. Dzisiejsze wydanie rozpoczynamy od Filmotekarium. Od filmu „Dream Scenario”. Piotr Cielebiaś już czeka, niekoniecznie ze świetnymi warunkami głosowymi. Niemniej jednak film godny jest tego, żeby o nim porozmawiać. Dzień dobry, wieczór Piotrze. Ja z głosem już troszeczkę poprawionym, ale z tego, co słyszałem przed audycją, ty właśnie wkraczasz w fazę chorobową.
[04:43] - Ja już chyba wychodzę z niej, ale głos jeszcze z filtrem. Witam wszystkich.
[04:48] - Piotrze. Dzisiaj kolejny odcinek Filmotekarium i powiem film, który mam ambiwalentne uczucia. To nie jest zły film, przynajmniej moim zdaniem. Ale to nie jest film z gatunku, który lubię najbardziej, czyli że się strzelają albo że biegają, albo że się dużo dzieje. Tu niby się dzieje, ale ten film jest, nie mam innego słowa, więc może mi przyjdzie w czasie audycji takie słowo na myśl. Na razie nazwę go filmem w miarę kameralnym, chociaż jeśli weźmie się pod uwagę, że jeden skromny profesor śni się niemal całej ludzkości, może przesadzam, ale sporej jej części, to z kameralnością chyba nie ma wiele wspólnego.
[05:36] - Tak. A w dzisiejszym Filmotekarium przynosimy wam kolejną nowość i świeżynkę. Film „Dream Scenario” z Nicolasem Cage, który właśnie gości w kinach. Nie wiem, Marku, czy on ma polski tytuł, czy nie.
[05:47] - Nie spotkałem polskiego tytułu. Natomiast powiem ci à propos głównego bohatera. Ty wiesz, że ja go nie poznałem? W ogóle go nie poznałem. Przeczytałem to później w napisach.
[06:00] - Serio? Powiem ci, że zmieniony był jak go tam poznałem. Film jest oryginalny, z oryginalnym, wręcz mnemycznym aktorem. Powiem ci, że trudno jest szukać wśród aktorów z tak zwanej górnej półki hollywoodzkiej takich, do których tak często dorabiano jakąś gębę w internecie jak do Cage'a. Nie oznacza to, że on jest kulawym aktorem. Cały czas przecież gra. Często gości w produkcjach, które klasyfikują się nawet do filmotekarium. Grał między innymi w „Nowym kolorze przestworzy", który żeśmy gdzieś tam ominęli, ale może do niego wrócimy. Myślę, że do „Dream Scenario" trafił nieprzypadkowo, ale o tym za chwilę. Reżyserem tego filmu jest Christopher Borgli.
Może mniej znana postać, ale wśród producentów znajdziemy między innymi Ariego Astera. To jest twórca takich filmów jak „Hereditary" czy „Midsommar". O nich sobie jeszcze może kiedyś powiemy, ale myślę, że tutaj w „Dream Scenario" widać wpływ kina Astera. Taką kameralność, o której wspomniałeś, taką wręcz domowość. Zaś główny bohater jest postacią tragiczną, która jest dotknięta zjawiskami albo procesami, których nie rozumie, a które demolują tej postaci życie. I tak jest właśnie w przypadku naszego głównego bohatera, jakim jest Paul Matthews, którego gra Cage. To jest wykładowca akademicki, biolog, człowiek na oko bardzo nudny i chociaż z pasją, to bez wielkich sukcesów. Z filmu się dowiadujemy już na samym początku, że Matthews nieustannie pisze książkę o mrówkach, na którą prowadzi prace badawcze. I chociaż to brzmi absurdalnie i dla niektórych to będzie zły humorek, to nie. Poziom humoru w tym filmie, który jest nazywany komedią sci-fi albo komedią fantasy, jest na poziomie.
To nie jest badziewna komedia amerykańska. Tam czasami ktoś pryknie, ale poziom żartu nie jest nachalny. Myślę, że to jest raczej tragikomedia. Co do życia rodzinnego, to jest on takim typowym ojcem i mężem. Ma dwie córki. Łączy jakoś to życie rodzinne z pracą, z życiem naukowym, chociaż życia naukowego i kariery naukowej nie ma. Udaje, że ją ma. I nagle w ten poukładany na pozór świat wkrada się to. A mówiąc to, mam na myśli fakt, że Matthews zaczyna się śnić przypadkowym ludziom. Nie wiem, czy wy pamiętacie taką akcję z internetu, kiedy rozpowszechniano plakat w języku angielskim z facetem z ulizaną fryzurą i był napis: „Pytanie, czy widziałeś tego człowieka we śnie?".
Film mniej więcej jest oparty o ten schemat i nagle Matthews zaczyna się śnić najpierw dziesiątkom osób, potem setkom, a potem ludziom na całym świecie. Śni się oczywiście w bardzo różnych konfiguracjach i sytuacjach. Natomiast zazwyczaj on przechodzi gdzieś obok. Nie reaguje, nawet jeżeli we śnie się dzieje coś złego. Oczywiście, Marku, moglibyśmy tutaj się jakoś zagłębiać teraz psychologicznie, mówiąc, że to jest takie studium psychologii zwykłego, szarego człowieka, że jak sobie żyje spokojnie, to sobie zarzuca, że jak śpiewano patrzy na życie oczyma widza i nie bierze życia za rogi. A jak już coś robi i decyduje się na odwagę, to się zaczynają rozterki i pytania co dalej, czy czasami kogoś nie krzywdzę. I w pewnym momencie ten film bardzo gładko wchodzi na warstwę symboliczną, ale da się to oglądać jako niezależną historię. Prostą, może trochę zaskakującą, ale jednak przyjemną dla oka.
[09:53] - Ja mam wrażenie, że ten film także bardzo mocno drąży problemy natury społecznej, naszego współczesnego społeczeństwa, bo tam dochodzi w pewnym momencie do sytuacji, że główny bohater bez swojej winy, bo przecież trudno uznać za winę to, że śni się wielu ludziom. A jednak dochodzimy do momentu w tym filmie, że to fajne, nowoczesne, takie bardzo correct społeczeństwo zaczyna głównego bohatera wykluczać, zaczyna nie życzyć sobie jego fizycznego towarzystwa. Tam dochodzi do takiego momentu, że on nie może być obecny na teatralnym występie swojej córki. Wiecie państwo, to zaczęło mi się bardzo mocno kojarzyć z tym, co się bardzo często zdarza we współczesnym społeczeństwie. A mianowicie jak komuś przypnie się jakąś łatkę, to później większość ludzi nie sprawdza, czy ta łatka jest prawdziwa, czy ona w ogóle coś wspólnego z rzeczywistością ma. Tylko przyjmuje się troszeczkę na wiarę, że to jest facet, który ma coś za uszami i w związku z tym w ogóle nie chcemy mieć z nim nic wspólnego. To było trochę takie wytrącające ze strefy komfortu, bo tacy właśnie jako społeczeństwo jesteśmy. Gotowi jesteśmy jednostkę Bogu ducha winną rzucić na żer. To się niby zawsze zdarzało, ale tu to ona jest ta jednostka absolutnie niewinna. Nic.
Absolutnie to wszystko, co się dzieje, jest poza nią, a jednak konsekwencje musi ponosić. Takie społeczne konsekwencje. Ale umówmy się, jeśli coś jest społeczną konsekwencją, to jest również psychiczną, indywidualną konsekwencją dla niego jako jednostki. To jest nadużywane słowo, ale w tym wypadku adekwatne: traumatyczne. Myślę, że to dla niego traumatyczne przeżycie, bo musi się z tym mierzyć. Wcześniej mierzy się zresztą z różnymi sytuacjami. Piotr powiedział o tym prykaniu. To, proszę państwa, jest sytuacja z pogranicza komedii i tragedii, bo myślę, że możemy o tym powiedzieć, to tylko jedna scenka, ale pewna osoba, pewna młoda kobieta wyznaje mu, że akurat w jej snach on pełni rolę jak najbardziej erotyczną. Co więcej, usiłuje ta dziewczyna zorganizować, tak zaplanować sytuację, żeby jej sen stał się jawą. I rzeczywiście główny bohater daje się zwabić do jej mieszkanka, ale tam wszystko przebiega nieco inaczej niż we śnie.
To też można potraktować jako przestrogę, ale może też jako pewną naukę, że życie rzadko bywa snem. Banalne, przyznacie państwo, ale z drugiej strony to jest pokazane tak, że ten banał nagle zaczyna tchnąć w widza pewną mocą i to taką mocą, która zostaje gdzieś z tyłu głowy. Człowiek sobie uświadamia: wow, faktycznie to jest tak, że sen i rzeczywistość, tu truizm, one się nie pokrywają, ale o ile to w literaturze czy właśnie w filmie może mieć taki wymiar banalny, to jak sobie uświadomimy, że w życiu na co dzień my lubimy ulegać takim marzeniom, snom, że świat jest taki wspaniały, to jest takie mocne przywołanie nas do rzeczywistości. Dowiadujemy się tego, co dawno już powinniśmy wiedzieć, że życie rzadko kiedy bywa snem.
[14:22] - Tam się pojawia taka ciekawa scena, kiedy on jest konfrontowany ze swoimi studentami, którym śni się akurat potem już w negatywnym kontekście. I się okazuje, że oni cierpią na jakieś traumy i fobie i się okazuje, że ta ich fobia, chociaż facet im nic nie zrobił, tylko się im przyśnił, nagle się okazuje być rzeczą wymierną. Nie zwraca się uwagi na to, że ktoś ma iluzję, czy że ktoś może konfabulować, tylko na to, że ktoś ma traumę i na niego trzeba kierować oczy. I to mi się nawet podoba, że w tym filmie jest to krytykowane, bo te młode pokolenia to się tak lubią uzewnętrzniać, opowiadają o tych swoich problemach. Ja zawsze mówię tak, że dobra, opowiadajcie sobie o problemach, o orientacjach swoich, ale każdy człowiek ma prawo powiedzieć, że nie chce tego słuchać na przykład. I to jest fajne. Powiedziane jest to w taki sposób, że starsi jakoś sobie dawali radę z tym na co dzień. Natomiast te młodsze pokolenia żyją w takim trochę iluzorycznym świecie wykreowanym przez internet, przez tą poprawność polityczną, która już dochodzi do granic. I myślę, że też Paul Matthews pada jej ofiarą w pewnym momencie. Także pod tym względem ten film jest jednak interesujący, bo wielokrotnie, Marku, było tak, że myśmy schodzili na te poziomy symboliki, jakiegoś tam wydźwięku filozoficznego i się okazywało, że to były takie wertepy, tam było ciężko.
Że często film był fajny, ale ktoś chciał przez niego powiedzieć coś, co było strasznie oklepane i trąciło bardzo jakąś pseudofilozofią. Natomiast to jest fajne. On sam w pewnym momencie próbuje taktyki, którą go zaskoczono, czyli stawia się w roli ofiary. Pokazuje, że tak naprawdę to on został zaszczuty, ale nadal rządzi tłum. Także jeżeli sobie zobaczycie ten film, nie będziemy wam chyba już za dużo mówić o wydarzeniach, bo przecież to jest nowość. Zwrócicie uwagę, jak mistrzowsko się pewnymi rzeczami operuje. I ja tutaj się nie wstydzę słowa mistrzowsko, bo tu nie ma takiego zadęcia, które mnie strasznie irytuje w filmach, które stawiają sobie za cel bycie czymś ważnym. To chyba jest najgorsza rzecz w filmie, kiedy nagle ktoś coś kręci i się okazuje, że to drugie dno, które się tam przebija, które ma dostrzec jakiś publicysta i powiedzieć: „To jest film o równości”. A tutaj nie. Tutaj mamy raczej to powiedziane w sposób łopatologiczny, taki, który ukazuje wszystkie pro i kontra.
Ale jeszcze jest taka sprawa: jak to się dzieje, że on trafia do snów tych wszystkich ludzi? Czy to jest na zasadzie jakiegoś virala? Czy może ma związek ze zbiorową nieświadomością? Oczywiście w filmie się próbuje na to pytanie odpowiedzieć, ale koniec końców te zgubne skutki bycia sławnym nie ze swojej winy stają się dla Paula Matthewsa zbyt obciążające. Wiesz, ja tutaj wrócę do tego Nicolasa Cage'a. Jak go oceniasz w tej roli?
[17:49] - Był przekonujący. Ja się dałem przekonać, że to jest nudny momentami, taki bardzo nudny profesor, który gdzieś tam coś wykłada, ale w gruncie rzeczy nie ma w tych wykładach ani pasji, ani takiego zarażania słuchaczy tym tematem, który jest omawiany. Wyobrażam sobie, kilka nudnych wykładów w życiu przeżyłem, na których musiałem się mocno starać, żeby mi się oczy nie zamknęły, a w każdym razie, żebym się w ogóle skupił na tym, co jest mówione. To ja dobrze czułem, co się może w takiej sali, na której taki profesor wykłada, odbywać. I pod tym względem to było przekonujące, ale nie tylko w tych scenach główny bohater jest przekonujący. Właściwie nie znalazłem bardzo słabej sceny w tym filmie, chociaż lubię się czepiać. À propos tego, co powiedziałeś o tej pewnej łopatologii, moim zdaniem to nie przeszkadza. To jest film, po którym każdy ma powiedzieć: "Wow, złapałem, o co w tym chodzi". Jak już i ja, Żelkowski, złapałem, o co w tym chodzi, to każdy właściwie, proszę państwa, to załapie. Ja się nie mam, tak jak zawsze to powtarzam, za jakiegoś znawcę filmu, więc raczej staram się nie wchodzić nigdy w takie zawiłości interpretacyjne za głęboko.
Myślę, że każdy z widzów bardzo łatwo dojdzie do podobnych, mam nadzieję, może zupełnie innych wniosków. Ten film ma gdzieś bardzo na wierzchu te bebechy interpretacyjne służące do interpretacji. W związku z tym dla jednych to może być poważna wada, dla innych może być to spora zaleta.
[19:57] - Tak. Mówiłem o Nicolasie Cage'u, że on został wybrany do tej roli nieprzypadkowo, bo on przecież w trakcie swojej kariery sam się stał memem. Odczuł pewnie też tego ciężar poprzez zaszufladkowanie, o którym aktorzy często mówią. Jakoś to przekuł w swój sukces. Co roku go możemy oglądać w jakiejś naprawdę wysokobudżetowej produkcji. Ten film mówi nam też dużo o ciężarze, jakim jest rozpoznawalność, sława. W pewnym momencie, kiedy przestajesz być anonimowy, to tak naprawdę zdatny jesteś tylko częściowo na siebie, ale niestety też częściowo na opinię ludzi, których nie znasz i nad którymi nie zawsze panujesz. Stajesz się niewolnikiem konwenansów też, a on jest jeszcze w tej niedobrej sytuacji, że tak naprawdę nie panuje nad swoim fenomenem. On mógłby funkcjonować w przestrzeni internetowej, natomiast to, kim jest w snach ludzi, jest absolutnie poza jego panowaniem, bo celebryci, influencerzy manipulują odbiorem, manipulują opiniami ludzi i z tego żyją. Ale tutaj jest zupełnie inna rzecz i tak naprawdę ja ten film bardzo mocno polecam.
On nie jest zły, nie jest to dzieło sensacyjne, nie jest to też horror. Jest to raczej taka dziwna opowieść. Czasami go klasyfikują jako fantasy. Fantasy to jest bardzo dziwny gatunek filmowy, którego sam nie potrafię tutaj w żaden sposób określić. Myślę, że to jest raczej taka delikatna komedia sci-fi, jakby nie było, ewentualnie mystery, bo tutaj jednak sci-fi to może jest nie za dużo, ale gdzieś się mieści na tym pograniczu. Prostota tego filmu, prosty przekaz, Sam Cage i dobra realizacja, ta kameralność, która jest wyciągnięta z filmów Ariego Astera, one sprawiają, że powiem ci, że ten film relaksuje, nie męczy i rzadko to mówię. Może ostatnio to powiedziałem chyba parę tygodni temu, nie pamiętam przy jakiej okazji, ale ja bym chętnie do tego filmu kiedyś nawet wrócił.
[22:12] - Piotrze, ja myślę, że jednym z takich kluczowych słów, którego użyłeś, a ja bym mocno podbił, to jest słowo "manipulacja", bo w tym filmie ewidentnie stykamy się z manipulacją i to taką społeczną manipulacją. Główny bohater, już o tym mówiłem, staje się w pewnym momencie ofiarą, różnie to można nazwać, hejtu, nie hejtu, w każdym razie jakiejś takiej nagonki. Nawet wolę to słowo "nagonka". Społecznej nagonki. On właściwie nie ma życia. Zaczyna być taki troszeczkę... Prześladowany może za duże słowo, ale w każdym razie zaczyna odczuwać nie skutki sławy, tylko skutki tego, że ktoś mu przypiął łatkę. Gdzie ta manipulacja? Otóż ewidentnie ludziom, którzy obserwują tę sytuację, ludziom z tamtego świata, z otoczenia naszego głównego bohatera, zaczyna się mylić realność ze snem i zaczynają w pewnym momencie oceniać głównego bohatera poprzez pryzmat swoich snów. Chyba nie muszę tego tłumaczyć, że to już jest ewidentna manipulacja, bo tak naprawdę odpowiedzialność głównego bohatera jest, nazwijmy to, znikoma.
Cóż jeszcze chciałbym powiedzieć? O tej manipulacji, to nie ma co tego rozwijać. Każdy z państwa, kto po ten film sięgnie, kto pójdzie na ten film do kina, przekona się o tym, moim zdaniem, bardzo mocno. Mnie to w każdym razie dosyć mocno uderzyło, bo obserwując internet widzę, że my wszyscy poddawani jesteśmy takiej manipulacji na różnych poziomach. Ona dotyczy różnych tematów, ale praktycznie rzecz biorąc bez przerwy. Niby sobie wszyscy zdajemy z tego sprawę, bo każdy z nas mówi: bo media manipulują, bo tworzą się bańki w internecie i tak dalej. Nie będę tego rozwijał, bo każdy, mam nadzieję, zetknął się przynajmniej z podobną diagnozą. Natomiast tego rodzaju filmy, uświadamiając, jak to blisko nas wszystkich jest, jak mocno nas wszystkich to dotyczy, otwierają oczy po prostu. Znowu powtórzę to: my sobie wszyscy zdajemy sprawę, że jesteśmy przedmiotem manipulacji, ale kiedy widzimy, jak niedaleko jest od codziennego życia do tego, żeby stać się na przykład ofiarą prześladowania, ofiarą nagonki, to człowiekowi włosy się jeżą na głowie i robi się bardzo nieprzyjemnie. Człowiek mówi: „Kurczę, właściwie mogę być niewinny i mogę zostać zaszczuty na poczekaniu”.
W przeciągu jednej doby z bohatera ktoś może stać się kimś, kogo absolutnie nie można tolerować. Ktoś, kto jest przedmiotem podziwu, może się zamienić w człowieka, którym wszyscy pogardzają. To jest niesamowite na takim poziomie, jeśli się obserwuje to na filmie, ale w sensie społecznym to jest, wybaczcie państwo, że tak hamletyzuję, ale to jest dramat tak naprawdę, że człowiek może się tak szybko przedzierzgnąć i to nie za swoją sprawą. Nie jest to jego zasługa, tylko ktoś mu to przedzierzgnięcie, mówiąc brzydko, zorganizuje. Moim zdaniem pouczający film, ale boję się, że jak zacznę mówić o tym, jaki on jest pouczający i jakie on ma przesłanie, to państwa skutecznie zniechęcę. To, co Piotr już powiedział, ja tylko sobie delikatnie to powtórzę: ten film jest atrakcyjny. Nie czytelniczo, zawsze te książki za mną biegają. Wizualnie, filmowo jest atrakcyjny. Powtarzam, to nie jest wielka narracja. To nie jest taki film, w którym akcja toczy się z każdą sekundą.
Nie, tu jest dosyć potoczysta, ale w średnim tempie ta akcja, a mimo wszystko ten film zostaje w pamięci. Proszę państwa, to mi się tak może ostatnimi czasami nieczęsto zdarzało, ale ja ten film, pomimo że się nie strzelają, to jednak polecam. Bardzo polecam.
[27:05] - Dokładnie. I to chyba by było na tyle. Nie powiemy wam za dużo, bo to jest jednak film nowy, a i tak chyba powiedzieliśmy za dużo, ale trudno. Jeżeli macie jakieś swoje propozycje, to chętnie je przyjmiemy. Może są takie filmy, których nie widzieliśmy, o których nie słyszeliśmy albo które powinniśmy z jakichś powodów wziąć na tak zwany tapet. Także czekamy na wasze komentarze. Piszcie i trzymajcie się tam w jakiś sposób.
[27:32] - Pozdrawiamy. Proszę państwa, wakacyjne wydanie „Bibliotekarium” jest krótsze. Zawsze jest krótsze, ale jak to państwu powiedzieć? Wracamy do bohatera z poprzedniego odcinka. Otóż wówczas w interpretacji Marka Sęka usłyszeliście państwo o pewnym detektywie. Chciałoby się powiedzieć gentlemanie, ale to już jest zarezerwowane dla Arsène'a Lupina. Niemniej jednak tu też mamy serię i to serię bardzo rozbudowaną. No to cóż, proszę państwa, dzisiaj kolejny odcinek przygód tego bohatera, którego poznaliście państwo w zeszłym tygodniu. A właściwie tak naprawdę to po raz pierwszy w „Bibliotekarium 2.0” ten bohater gościł rok wcześniej w wydaniu około sylwestrowym. Cóż mogę powiedzieć, proszę państwa, dzisiaj będziemy się przyglądać przygodom związanym z podwodnym skarbcem.
[28:53] - Lord Lister. Podwodny skarbiec. Prezes Towarzystwa Emigracyjnego, John Raffles, trzymał w ręce jaskrawo ilustrowany prospekt. Nagle ze złością uderzył pięścią o blat biurka. Charlie Brand drgnął. „Co ci się stało?” — zapytał. „Przygotowuje się oszustwo na wielką skalę” — zawołał Lister, przemierzając w zdenerwowaniu wielkimi krokami pokój. „Nic nie rozumiem” — odparł sekretarz. „Przeczytaj ten prospekt. Ohydna afera!
W najponętniejszych barwach przedstawia się niezamieszkałą pustynię zakupioną w Afryce przez jakieś belgijskie towarzystwo emigracyjne. Wszystko rzekomo rośnie tam z łatwością i prawie bez uprawy. Wystarcza wpłacić 50 funtów szterlingów, aby stać się milionerem. I pomyśleć, że znajdą się setki naiwnych ludzi, którzy w to uwierzą”. Charlie Brand skończył czytanie. Na twarzy jego malował się niesmak i niedowierzanie. „Czy przypuszczasz, że naprawdę znajdzie się ktoś na tyle naiwny, że kupi od tych spryciarzy w Brukseli działkę gruntu, której nie widział na oczy?” „Ba!” — rzekł Raffles. „Czy wątpisz, że głupców pełno jest na świecie? Każdy chciałby się wzbogacić szybko i tanim kosztem. Pan Bóg karze chciwość takich ludzi.” Lecz niestety niesumienne pijawki wzbogacają się ich kosztem i zabierają grosze ciężko przez nich zapracowane.
Przynieś mi z biblioteki mapę Afryki. Charlie Brand położył na biurku gruby atlas. Lister otworzył mapę środkowej Afryki i oznaczył na niej błękitnym ołówkiem teren przylegający do terytoriów francuskich. O tym właśnie terenie wspominały prospekty Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. Wszyscy wiedzą, że ziemie te należą do najbardziej nieurodzajnych na świecie. Grunt ich jest pustynny i kamienisty, spalony przez słońce i porośnięty kolczastymi, trudnymi do zwalczania kaktusami. Woda jest tam rzadkością. Mam zamiar nawiązać bliższy kontakt z tymi belgijskimi łobuzami. Odpowiem na ten prospekt i napiszę bezpośrednio do prezesa tego towarzystwa w Brukseli. Wziął czystą kartę papieru i nakreślił tekst depeszy.
Do prezesa Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego van Bajendorfa w Brukseli. Zainteresowawszy się pańskim prospektem, chciałbym być przyjęty przez pana osobiście w Brukseli. A. Webster, Londyn, Fulton Street 14. Sekretarz wziął tekst telegramu i skierował się w stronę wyjścia. Co robisz wieczorem? — zapytał swego przyjaciela. Raffles zawahał się przez chwilę i przebiegł wzrokiem dział towarzyski leżącej przed nim gazety. Pójdę do Royal Clubu. Zechciej zająć się nadaniem tego telegramu.
Mam nadzieję, że otrzymamy odpowiedź jeszcze przed wyjściem. Istotnie, odpowiedź nadeszła po trzech godzinach i zawierała następującą treść. Do pana A. Webstera w Londynie. Proszę przyjechać natychmiast z pieniędzmi. Mamy bardzo wiele zgłoszeń. All right — rzekł tajemniczy nieznajomy ze śmiechem. Zdążymy jeszcze na okręt, który odpływa o godzinie 11:00 do Calais. Będziemy w Brukseli jutro rano. Towarzystwo Emigracyjno-Kolonizacyjne miało swą siedzibę w Brukseli.
Około południa, przed wejściem do wspaniałego gmachu zatrzymało się dwóch skromnie ubranych mężczyzn. Wygalowany portier wprowadził ich poprzez amfiladę biur do gabinetu prezesa. John Raffles obrzucił go badawczym spojrzeniem. Był to człowiek niski i tęgi, o wywiniętych wargach i małych, chytrych, biegających oczkach. Orli nos nadawał tej twarzy wyraz stanowczości. Prezes spojrzał na przybyszów spoza swych okularów w złotej oprawie i dobroduszny uśmiech zakwitł na jego obliczu. Przywitał ich protekcjonalnym kiwnięciem głowy i prosząc, aby usiedli, rzekł: zbliżcie się, przyjaciele. John Raffles uśmiechnął się pod wąsem. Przybywacie panowie prawdopodobnie w sprawie naszej nowej kolonii — ciągnął dalej prezes. Chcecie się poświęcić uprawie roli.
Leży przed wami trudne zadanie. Nie ma nic piękniejszego bowiem nad krzewienie kultury rolnej wśród barbarzyńskich Murzynów. Ta praca przyniesie wam nadto duże zyski. Każdy funt inwestowany w naszych koloniach da wam 200% dywidendy. Niechaj Bóg wam błogosławi. Amen — rzekł do siebie po cichu John Raffles, po czym dodał głośno: czy pozwoli mi pan, że zadam pytanie? Bardzo proszę, mój przyjacielu. Ładna przyjaźń — pomyślał Charlie Brand. Gdyby ten człowiek wiedział, z kim ma do czynienia. Ciekaw jestem, do czego to wszystko doprowadzi.
Czy chciałby mi pan powiedzieć, jakie są dokładnie pańskie warunki? — zapytał lord Lister. Za 50 funtów szterlingów sprzedamy panu z naszych afrykańskich terenów działkę, którą pan sobie sam wybierze. Jeśli pomyślę, że są to tereny jeszcze dziewicze, cena ta wydaje się śmiesznie niska. Ile pan chce kupić działek, drogi przyjacielu? Chwilowo 10 działek. Jeśli ma pan przy sobie pieniądze, mógłbym panu wydać pokwitowanie. Chętnie zapłacę od razu. Lubię ludzi takich jak pan. Decyzja i czyn powinny zawsze iść w parze.
Niech Bóg panu błogosławi. W jaki sposób będę mógł się dostać do tej kolonii? — zapytał Raffles. Co 15 dni koloniści nasi, eskortowani przez naszego agenta, udają się na nasz koszt z Amsterdamu do Afryki na pokładzie należącego do nas okrętu. W Kilambayo, taka jest bowiem nazwa naszego portu w Afryce, będzie pan mógł nabyć potrzebne narzędzia rolnicze oraz żywy inwentarz. Doskonale — odparł Raffles. Łamałem już sobie głowę nad sposobem zaopatrzenia się w te rzeczy. Jesteśmy po to, aby czuwać nad interesami naszych kolonistów. Otrzymujecie od nas wszystko. Podróż darmo, pożywienie darmo i ziemię prawie za bezcen.
Jestem prawdziwym ojcem dla mych kolonistów. Nie brak im niczego. Zechce pan wobec tego przygotować mi akt sprzedaży 10 działek — odparł Raffles. Gotów jestem w każdej chwili wpłacić panu 500 funtów szterlingów. Prezes nacisnął dzwonek. W gabinecie zjawił się jeden z urzędników. Drogi sekretarzu — rzekł prezes ojcowskim tonem. Oto dwaj nowi przyjaciele naszych kolonii. Dwaj młodzi ludzie pełni zapału i chęci do pracy. Oby Bóg sprzyjał ich poczynaniom.
Ten pan pragnie zakupić dziesięć działek ziemi. Proszę przygotować akt sprzedaży i załatwić wszelkie związane z tym formalności. Zwracając się zaś do Rafflesa dodał: Dziesięć lat temu rozpocząłem swą karierę w Afryce jako biedny emigrant. W tej złotodajnej krainie nieba nie szczędzą swych darów najskromniejszym pracownikom. Niech pan pomyśli, że z biednego emigranta zostałem w krótkim czasie wyniesiony na tak poważne stanowisko. Mam nadzieję, że i was spotka podobny los. Wyciągnął do Rafflesa tłustą, ozdobioną pierścieniami rękę. Nowi pionierzy cywilizacji opuścili wkrótce gabinet prezesa Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. W godzinę później tajemniczy nieznajomy znalazł się w swoim hotelu. Whisky and soda — zażądał krótko.
Wbrew zwyczajowi Raffles opróżnił podaną mu szklankę jednym haustem. Po raz pierwszy w życiu zdenerwowałem się — rzekł do Charlie Branda. Ten człowiek to największy łotr, jakiego znam. Ciekaw jestem, co oczekuje nas w Kilimbayu. Nie zabraknie nam niczego — odparł sekretarz, naśladując ze śmiechem głos prezesa. Błogosławieństwo towarzyszyć będzie w Afryce nam, pionierom nowoczesnej cywilizacji. Masz rację — odparł Raffles. Kelner! Jeszcze jedną whisky. W Kilimbayu.
W dwa tygodnie później Raffles i Brand zgłosili się w Amsterdamie do agenta belgijskiego Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. Zaprowadzono ich do baraku skleconego z desek znajdującego się na podwórzu agencji. Zastali tam kilkanaście rodzin oraz paru samotnych kolonistów. Było tam około pięćdziesięciu osób. Od dwóch dni oczekiwali już w barakach na odejście okrętu. Leżeli tam na wiązkach zgniłej słomy, stłoczeni jak śledzie w beczce. Agent wytłumaczył Rafflesowi, że okręt odejdzie dopiero nazajutrz i zaoferował im nocleg w baraku. Nie przestajemy troszczyć się o dobro naszych kolonistów — rzekł. Za jednego florena otrzyma pan nocleg, podczas gdy w mieście musiałby pan zapłacić co najmniej podwójnie. Bardzo panu dziękuję za to — odparł tajemniczy nieznajomy — że troszczy się pan o mnie i że za jednego florena zaoferował mi pan chlew zamiast przyzwoitego noclegu.
Zanim biedny agent zorientował się, Raffles uderzył go w twarz i opuścił biuro. Następnego dnia o świcie okręt gotów był do odjazdu. Dawny statek niewolników — szepnął lord, wstępując na pokład. Boję się naprawdę przejazdu przez La Manche na pokładzie tej starej skorupy. Cóż dopiero mówić o afrykańskich wodach. Ale nasza misja zmusza nas do powierzenia naszego życia tym spróchniałym deskom. Agent, wściekły na Rafflesa za policzek, zrobił już swoje. Wskazał widocznie wcześniej Rafflesa kapitanowi i przyjaciele nasi otrzymali zamiast kabiny prawdziwą mysią norę. Lord Lister obejrzał ją z ironicznym uśmiechem, podczas gdy Charlie Brand mruczał z niezadowoleniem. Wolałbym już znajdować się teraz w Londynie i spędzać czas na utarczkach z Baxterem, niż wlec się na tej starej skorupie po niespokojnych wodach aż w głąb Afryki.
Nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z losem — odparł lord Lister. Okręt jest już w drodze. Obaj mężczyźni wyszli na pokład. Wybrzeże morskie znikło już z widnokręgu. Nagle rozległ się dźwięk gongu wzywającego na posiłek. Koloniści siedzieli w ciasnej, niskiej, źle utrzymanej sali jadalnej. W powietrzu unosił się stęchły zapach nieświeżego jedzenia. Jeden z marynarzy postawił przed Rafflesem miseczkę z ciemną, cuchnącą cieczą. Słuchaj, chłopcze, oto pięć szylingów — rzekł Raffles do marynarza. Otrzymasz je, jeśli zjesz za mnie tę zupę.
Marynarz zawahał się. Propozycja łatwego zarobku była dość nęcąca, lecz widok ciemnej, gęstej zupy działał odpychająco. Ne minheer — odparł po chwili namysłu. Nie zrobię tego nawet za pięć szylingów. Byłbym chory na żołądek co najmniej przez dwa dni, gdybym zjadł to świństwo. To lubię — odparł Raffles. Odpowiedziałeś mi szczerze. Masz oto pięć szylingów i wylej tę zupę na głowę twego kapitana. O, minheer — szepnął marynarz, rzucając dookoła siebie przerażone spojrzenie. Strzeż się, aby nie usłyszał nikt tych słów.
Kapitan kazałby zakuć pana w kajdany. Raffles zaśmiał się i udał do sali, w której obiadowała załoga. Tutaj przynajmniej pachnie smakowicie — rzekł do Charliego Branda, który chciwie wciągał nosem zapach pieczonej wieprzowiny. Pieczeń wieprzowa — rzekł Raffles z uśmiechem. Przekonamy się, jak jedzą panowie oficerowie. Udał się wraz ze swym towarzyszem do mesy oficerskiej. Zdumienie kapitana nie miało granic, gdy Raffles i jego przyjaciel najspokojniej w świecie zasiedli za jego stołem. „Czego pan tu chce?” — zapytał kapitan ze złością. „Jeść” — odparł Raffles krótko. „Do pioruna!” — ryknął kapitan.
— „Otrzymał pan jedzenie na dole i to powinno panu wystarczyć.” John Raffles podniósł się, zbliżył do swego rozmówcy i spoglądając mu prosto w twarz, rzekł: „Myli się pan, kapitanie. Nawet marynarze pańscy za pięć szylingów nie chcą wziąć do ust tej trucizny. Żądam, aby odtąd rozkazał pan podawać mnie oraz wszystkim innym pasażerom pożywienie godne ludzi, a nie psów.” Kapitan spojrzał na śmiatka oczami pełnymi zdumienia. W całej jego karierze nie wydarzyła mu się podobna przygoda. „Kto mi tu będzie wydawał rozkazy?” — krzyknął. — „Ja tu jestem panem i ustalam, co i kto będzie jadł.” „Może pan wydawać rozkazy swoim podwładnym” — odparł Raffles. — „My jesteśmy pasażerami. Słyszał pan, czego od pana żądam? Oczekuję odpowiedzi w ciągu godziny. Jeśli nie spełni pan tej prośby, opowiem o pańskich machinacjach konsulowi angielskiemu w pierwszym porcie, do którego przybijemy.” Ostatnia pogróżka poskutkowała.
Jak dotąd wśród emigrantów rzadko trafiali się Anglicy. Kapitan rozumiał, że incydent ten mógłby zaszkodzić jego interesom. „Zgoda” — mruknął niechętnie kapitan. — „Wydam rozkaz kucharzowi, ażeby panu i pańskiemu przyjacielowi dawał specjalne jedzenie.” „Nie idzie o mnie i o mego przyjaciela” — odparł Raffles. — „Chodzi mi o wszystkich towarzyszy podróży. Proszę sobie to wziąć pod uwagę. Ponieważ jednak przypuszczam, że pańskie towarzystwo okrętowe wyposażyło pana w sposób niedostateczny, składam do pańskiej dyspozycji 100 funtów szterlingów na koszta związane z lepszym odżywianiem.” Ostatnia propozycja Rafflesa wprawiła kapitana w zdumienie. Pieniądze są bowiem kluczem otwierającym wszystkie drzwi. „Czyżby pożywienie było naprawdę aż tak niedobre?” — zapytał kapitan uprzejmym już tonem. „Może się pan o tym sam przekonać, kapitanie.” Jeden z majtków przyniósł miseczkę pełną cuchnącego płynu.
„Gotów jestem założyć się o dwie butelki szampana, że nie potrafi pan powiedzieć, z czego się ta zupa składa” — rzekł Raffles. — „Może być równie dobrze zrobiona na wywarze ze starych lin okrętowych, jak na wiórach drewnianych lub podeszwach od butów. Należałoby również przypuszczać, że zawiera ona sporą ilość ogryzków śledzi zjedzonych wczoraj przez pańską załogę.” „Przyprowadzić mi tu kucharza” — mruknął kapitan. Gdy tylko Bogu ducha winny kucharz zjawił się w sali, kapitan chlusnął mu w twarz całą zawartość miski. „Synu szatana!” — krzyknął, wylewając nań całą swą złość. — „Widocznie zabierasz do kieszeni pieniądze, które ci daję na wyżywienie pasażerów. Wracaj natychmiast do kuchni i zabierz się do przygotowania obiadu. I żeby mi było dosyć dla wszystkich pieczonej wieprzowiny, smażonych kartofli i kompotu ze śliwek. Strzeż się, abym nie usłyszał najmniejszej skargi na pożywienie.” Kucharz wyszedł. John Raffles położył na stole kapitańskim 10 banknotów dziesięciofuntowych.
Kapitan wsunął je z uśmiechem do kieszeni. Od tej chwili utrzymanie na statku było lepsze. Towarzysze podróży nie wiedzieli, komu zawdzięczać tę szczęśliwą zmianę. Kapitan otoczył obydwóch przyjaciół szczególnymi względami. Przeniósł ich do kabiny znajdującej się na pokładzie. Charlie Brand i Raffles czuli się więc o wiele lepiej niż w poprzedniej nosze. Męczyła ich tylko świadomość, że zdani są na łaskę fal na niepewnej starej skorupce. Dopiero po trzech tygodniach statek zawinął do portu będącego celem podróży. Raffles stał na pokładzie i przez lornetkę polową przyglądał się suchej, pustynnej linii brzegu. „Dałbym 1000 funtów szterlingów każdemu, kto by mi wskazał tutaj choć jedną z oaz o wybujałej roślinności, o której wspominają prospekty” — rzekł tajemniczy nieznajomy.
„Czy zechce pan naprawdę wysiąść na ląd, panie Webster?” — rzekł kapitan, zbliżywszy się do niego. „Oczywiście, kapitanie. Jestem zadowolony, że będę mógł opuścić wreszcie pański statek niewolników.” „Nie przeczę, że i ja nie czuję się zbyt bezpiecznie na tej skorupie” — odparł kapitan. — „Kiedy spędzi pan jednak 24 godziny na tym przeklętym lądzie, będzie pan zadowolony, gdy wróci pan z powrotem na tę skorupę i odpłynie jak najdalej od afrykańskiego lądu.” „Spróbuję” — odparł Raffles. — „Być może ziemia nie wszędzie jest tak nieurodzajna, jak na wybrzeżu.” Kapitan zaśmiał się sucho. „Po raz dziesiąty odbywam tę samą trasę” — rzekł. — „I za każdym razem wyładowuję tu transport złożony z 50 kolonistów. Nie zdarzyło się jednak, aby ktokolwiek z nich powrócił. Diabeł wie, co się z nimi stało. „Ale my się zobaczymy, kapitanie” — odparł Raffles z mocą.
„Życzę panu szczęścia, sir. Usłuchaj pan mej dobrej rady. Nie pozwól się pan pod żadnym pozorem zaprowadzić agentom w głąb lądu. Szedłbyś pan prosto w objęcia śmierci.” Po południu tajemniczy nieznajomy i jego przyjaciel po raz pierwszy wstąpili na afrykańską ziemię. Port w Kilimbayo składał się z kilku baraków o metalowych dachach i z kilkunastu murzyńskich chałup, brudnych i wpół rozwalonych. John Raffles skierował się w stronę baraku, na którego dachu powiewała dumnie chorągiew belgijska. Na drzwiach przeczytał pompatyczny napis: „Pałac Prezesa Belgijskiego Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego.” Pod spodem widniał skromny szyld: „Wygodne pomieszczenia dla panów podróżnych.” Umeblowanie tych pomieszczeń składało się w głównej mierze z pustych pak drewnianych oraz beczek. Dzierżawczyni hotelu, gruba Murzynka, przywitała uprzejmie Rafflesa, ofiarowując mu na powitanie kieliszek brandy. Tajemniczy nieznajomy odmówił uprzejmie i poprosił, czyby mu nie chciała pokazać pokoju na dwie osoby. Poczciwa kobieta zrobiła taką minę, jak gdyby nie rozumiała, o co chodzi.
Raffles musiał raz jeszcze powtórzyć swoją prośbę. „O, Minher, my spać wszyscy razem.” „Doskonale” — odparł Raffles, którego ta sytuacja poczynała bawić. „Pokaż mi więc, gdzie można się przespać.” „Wygodnie wyspać” — powtórzyła stara. „Ja mieć hamaki, które przywiązywać do ściany i Minher spać jak król.” Wyjaśnienie to zadowoliło widać Rafflesa. „To kosztować pięć florenów dziennie” — dodała Murzynka. Raffles i Charlie Brand nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Cena ta odpowiadała wygodnemu pokojowi w eleganckim hotelu w Londynie. Opuściwszy hotel, Raffles udał się do agenta towarzystwa. Dwaj urzędnicy towarzystwa, którzy przybyli jednocześnie z Rafflesem, uprzedzili już widocznie miejscowego agenta, co to za ptaszek. Tym się tłumaczy, że Raffles nie zastał agenta w biurze.
Jedynie pracujący w kasie Metys zapytał Anglika, o co mu chodzi. „Chciałbym nabyć sprzęt rolny i żywy inwentarz” — odparł Raffles. „Powiedziano mi w Brukseli, że będę mógł go nabyć na miejscu.” Metys spojrzał na Rafflesa jak na wariata. Nigdy w życiu nie słyszał nawet, aby można nabyć te rzeczy w Kilimbayo. Widać było, że kłamstwa płynęły z ust prezesa z taką samą łatwością jak błogosławieństwa. Raffles począł się zastanawiać nad sytuacją. Dobre dwie godziny spędził nieruchomo, przyglądając się spienionym falom. Tuż w pobliżu rodziny przybyłych kolonistów usiłowały założyć prymitywne obozowisko. Kobiety i dzieci płakały. Mężczyźni byli w rozpaczy.
Agenci uspokajali ich obietnicą, że nazajutrz zaprowadzą ich w głąb lądu. „W głąb lądu? Do kraju, z którego nikt dotąd jeszcze nie wrócił.” — pomyślał Raffles. Tegoż jeszcze wieczora Raffles odbył długą i męczącą rozmowę z agentem towarzystwa, starym Portugalczykiem, pijanym prawie do nieprzytomności. Z trudem udało mu się wytłumaczyć rzecz całą i kupić u niego konia. Nazajutrz rano lord Lister udał się do obozu kolonistów. Zgromadził nieszczęsnych dookoła siebie i rzekł: „Zrozumieliście chyba, że czeka was śmierć?” — rzekł. — „Towarzystwo oszukało was w sposób haniebny. Ziemie uprawne znajdują się w odległości dwóch dni marszu stąd. Niestety, nie należą one ani do nas, ani do żadnego Europejczyka.
Stanowią one własność dzikich plemion, które zmasakrują was bez litości. Wysłuchajcie tego, co wam powiem. Odkupuję od was tereny, które nabyliście i zabiorę ze sobą na ochotnika kilku mężczyzn. Mam zamiar udać się w podróż trwającą kilka dni dla zbadania całej sytuacji. Następnie odstawię was z powrotem do Europy.” Nieszczęśliwi nie mogli powstrzymać swej radości. Charlie Brand przyszedł do wniosku, że jego przyjaciel Raffles postradał zmysły. „Co będziesz tu robił w tej przeklętej okolicy? Słyszałeś przecież, że jeśli nawet przedrzesz się w głąb lądu, znajdziesz tam tylko pustynię i kamienie.” Lord Lister uśmiechnął się. Następnego ranka ruszył na południe w towarzystwie kilku kolonistów oraz Murzynów niosących wodę i pożywienie. Ku wielkiemu zdziwieniu funkcjonariuszy towarzystwa ekspedycja ta zabawiła przez dwa dni poza granicami Kilimbayo.
Raffles sprawdził, że słowa kapitana zawierały w sobie gorzką prawdę. Przez całe dwa dni maszerowali poprzez piaszczystą pustynię, przerywaną tylko od czasu do czasu łańcuchami skalistych gór. Dopiero w głębi ciągnęły się tereny zdatne do uprawy, lecz tereny te pozbawione były komunikacji z wybrzeżem i nie należały do towarzystwa. Stanowiły one własność dzikich plemion, które przy pomocy zatrutych strzał zdołały wymordować wszystkie dotychczasowe ekspedycje kolonistów sprowadzanych przez agentów towarzystwa. Zbrodnicze towarzystwo dzieliło się zyskami z murzyńskimi kacykami, którzy z nieludzką konsekwencją kontynuowali swe dzieło tępienia białych. Raffles co kilka kroków natrafiał na bielejące w słońcu szkielety ludzkie. Po załadowaniu na pokład transportu kauczuku i kości słoniowej oraz odnowiwszy zapasy węgla, okręt, którym przyjechali, gotów był po trzech dniach do powrotnej podróży. Przed wyjazdem Raffles udał się na pokład i rzekł do kapitana: „Kapitanie, chciałbym wraz z mym przyjacielem dojechać na pańskim statku aż do pierwszego portu hiszpańskiego.” Kapitan przyjął tę nowinę z wybuchem radości. „Cieszę się, że nabrał pan wreszcie rozumu” — rzekł. „Wierzyłem, że nie zostanie pan na tej pustyni.” Koloniści, którym Raffles zapłacił szczodrze za wykupione od nich parcele, chcieli również odbyć powrotną podróż na tym samym statku.
Kapitan nie mógł zadośćuczynić ich prośbie, ponieważ nie wystarczyłyby mu na to środki żywności. Raffles obiecał im, że przyśle po nich z najbliższego portu jakiś parowiec angielski. Lord Lister stał się w ten sposób jedynym właścicielem pasa ziemi ciągnącego się wzdłuż wybrzeża aż do granicy zachodniej Afryki Francuskiej. Na całej tej przestrzeni kazał poustawiać słupki ze swym imieniem i nazwiskiem. Zauważył, że funkcjonariusze towarzystwa ścigali go wzrokiem pełnym nienawiści. Zdenerwowanie ich wzrosło jeszcze, gdy dowiedzieli się, że Raffles zamierza przywieźć z Hiszpanii żywy i martwy inwentarz. „Ten zwariowany Anglik będzie żywił bydło kamieniami, a poił je morską wodą” — mruczeli. W dwa tygodnie później Raffles wylądował w Hiszpanii i pożegnał się z kapitanem. Nie przypuszczał ani przez chwilę, że już więcej nie ujrzy w życiu starego wilka morskiego ani lichej jego skorupy. W tydzień później gwałtowna burza pochłonęła okręt wraz z jego załogą na Morzu Północnym.
Raffles nie miał oczywiście zamiaru kupować w Hiszpanii bydła ani inwentarza. Pierwszym okrętem udał się do Southampton i po tygodniu znalazł się w Londynie. Charlie Brand sądził, że na tym incydent afrykański został zakończony. Jakie było jego zdziwienie, gdy Raffles zwrócił się do niego z uśmiechem na ustach: „Mam nadzieję, że po tygodniu będziemy mogli wrócić do Kilimbaru.” „Chyba beze mnie” — odparł Charlie Brand. „Zrobisz, co będziesz chciał” — zaśmiał się Raffles. „Nie będziesz chyba chciał opuścić dobrej okazji zabawienia się.” „Piękna zabawa” — pomyślał Charlie Brand. Opancerzony skarbiec. Następnego dnia obydwaj przyjaciele zajęci byli przeglądaniem przy śniadaniu gazet. „Doskonale się składa” — rzekł Raffles. „Czytam właśnie wzmiankę, że Sullivan, bogaty właściciel afrykańskich kopalni diamentów, wydaje dziś wieczorem wielkie przyjęcie.
Postanowiłem zawrzeć z nim znajomość.” „Z nim czy z jego diamentami?” — zapytał Charlie. „Zgadłeś” — odparł Raffles. „Potrzeba mi właśnie drogich kamieni i sądzę, że znajdę je u pana Sullivana.” „Czy chcesz je od niego kupić?” „Czy słyszałeś kiedykolwiek o opancerzonym skarbczyku pana Sullivana skonstruowanym na wzór metalowych skarbców Banku Angielskiego?” „Czytałem o tym. Podobno posiada jeszcze mocniejszą konstrukcję.” „Pragnę się o tym sam przekonać. Postanowiłem odwiedzić dziś jeszcze strongroom pana Sullivana.” „Porywasz się na rzeczy niemożliwe.” „Nie ma nic niemożliwego na tym świecie.” „Czytałem w gazetach” — ciągnął dalej Brand — „że nawet najzdolniejszym inżynierom zaopatrzonym w precyzyjne narzędzia udało się w ciągu trzech dni przebić zaledwie dwa centymetry grubej metalowej ściany tego skarbca.” „Zapominasz, Charlie, że masz do czynienia z Rafflesem, a nie z inżynierami. Muszę poradzić sobie ze skarbcem w ciągu dwóch godzin.” „Co zrobisz, jeśli twoje narzędzia zawiodą?” Raffles zaśmiał się prawdziwie ubawiony. „Czy nie znasz materiału bardziej skutecznego od nitrogliceryny, merrinitu lub dynamitu?” Charles spojrzał nań ze zdumieniem. „Nie słyszałem o żadnych innych środkach wybuchowych” — rzekł. „Ja znam jeden” — odparł Raffles, kładąc mu rękę na ramię. „A mianowicie?
Należy go szukać ot tu, w mózgu” — rzekł, wskazując na swą głowę. „Inteligencja ludzka posiada więcej mocy niż najgroźniejsze środki wybuchowe.” Mr Sullivan był jednym z najbogatszych obywateli Londynu. Przyjęcia, które wydawał, stanowiły zazwyczaj sensację sezonu. Bogactwa swoje zawdzięczał kopalniom diamentów w Południowej Afryce. Poprzedniego roku znaleziono w nich właśnie jeden z największych diamentów świata, nazwany od jego nazwiska Sullivan. John Raffles zjawił się na tym przyjęciu jako Lord Melbourne. Przeobraził się w człowieka liczącego około sześćdziesiątki. Zachowywał się tak swobodnie, że zarówno goście, jak i służba przyjęli go za starego bywalca w tym domu. Upłynęła już godzina od czasu, gdy zjawił się na przyjęciu. Raffles postanowił przedstawić się wreszcie Sullivanowi.
„Pozwoliłem sobie” — rzekł z ukłonem — „zjawić się tutaj bez zaproszenia.” Proszę wybaczyć mi moją śmiałość podyktowaną pragnieniem poznania pana osobiście. Dopiero wczoraj powróciłem z Indii. Mr. Sullivan obrzucił nieznajomego podejrzliwym spojrzeniem, jednak jego tytuł i nazwisko rozwiały wszelkie wątpliwości. Mam nadzieję, że będzie się pan dobrze czuł w moim domu i że na przyszłość będzie mnie pan zaszczycał swoją obecnością. Obydwaj mężczyźni wymienili serdeczny uścisk dłoni. Raffles pożegnał gospodarza i począł krążyć po apartamentach urządzonych z książęcym przepychem. Na próżno jednak szukał sławnego skarbca. Tajemniczy nieznajomy dotarł do gabinetu milionera, lecz nigdzie nie mógł natrafić na ślad ukrytych drzwi. Po raz pierwszy w życiu Raffles napotykał na swej drodze przeszkodę tak trudną do przezwyciężenia.
W zeszłym roku gazety rozpisywały się szeroko na temat sławnego skarbca. Ściany miały być obite warstwą grubego metalu i otoczone siecią przewodów elektrycznych. Mówiąc krótko, skarbiec ten wyposażony był we wszystko, co wiedza nowoczesna dawała ludziom do dyspozycji. Muszę za wszelką cenę znaleźć go — rzekł Raffles do Charliego Branda następnego ranka. Sekretarz wzruszył ramionami. Mam wrażenie, że obierasz sobie zadanie nie do osiągnięcia. Nie ma rzeczy, której człowiek nie może osiągnąć. Pozwól mi tylko zastanowić się nad metodą działania. Nie rozumiem, do czego ci to potrzebne. Dopiero dwa dni temu przybyliśmy z Afryki, gdzie nabyłeś nie wiadomo po co kilka działek jałowej ziemi.
Teraz zajmujesz się sprawą skarbca króla diamentów. Skarbce, który jest opancerzony lepiej niż Bank Angielski. Nie znasz się na tych sprawach, mój chłopcze. Tylko Mr. Sullivan znajduje się w posiadaniu diamentów, których mi potrzeba. Nie mogę ich nabyć u żadnego z kupców — odparł spokojnie Raffles. Brzmi to zagadkowo. Bynajmniej. Rychło znajdziesz wytłumaczenie tej zagadki. Być może.
Uważam jednak, że więcej pracy włożysz, aby dostać się do opancerzonego skarbca Sullivana, niż musiałbyś użyć na przedostanie się do Banku Angielskiego. Bank Angielski nie interesuje mnie. Szukam diamentów i to diamentów specjalnego rodzaju. Mówiąc to, Raffles zapalił papierosa i opuścił mieszkanie. Na miejscu. W pół godziny później lokal króla diamentów wręczył swemu panu kartę wizytową, na której widniało nazwisko Lord Robert Melverne. Chciałbym kupić od pana kilka nieoszlifowanych diamentów — rzekł Lord Lister, wchodząc do gabinetu miliardera. Przykro mi bardzo — odparł Sullivan — że nie mogę zadośćuczynić pańskiej prośbie. Na zasadzie umowy zawartej z jubilerami angielskimi nie mam prawa sprzedawać nieoszlifowanych kamieni. John Raffles przybrał zakłopotany wyraz twarzy.
Jaka szkoda — rzekł. Miałem nadzieję, że uda mi się kupić u pana kilka sztuk. W tym celu pozwoliłem sobie nawet przyjść do pana bez zaproszenia. Żałuję najmocniej — odparł król diamentów. Moje zasady handlowe są niewzruszone. Raffles podniósł się i miał zamiar pożegnać się z gospodarzem, gdy nagle do gabinetu wszedł sekretarz Sullivana i szepnął mu po cichu kilka słów. Dobrze — odparł handlarz diamentów. Natychmiast przyniosę kamienie. Proszę poczekać chwilę. Jestem zapalonym wielbicielem drogich kamieni — rzekł Raffles.
Mam nadzieję, że pozwoli mi pan obejrzeć swą rzadką kolekcję. Jest to sprzeczne z moimi zwyczajami — odparł Sullivan. Ponieważ jednak nie mogę zadośćuczynić pańskiemu życzeniu nabycia nieoszlifowanych diamentów, postaram się w nagrodę za to pokazać panu mój skarbiec. Nie uwierzy pan, jak mnie to cieszy — odparł Raffles, nie ukrywając swej radości. Bardzo niewiele osób doznało dotąd tego zaszczytu. Ostatnią z nich był sam król angielski. Potrafię ocenić zaszczyt, jaki mnie spotyka. Czytałem kilka miesięcy temu opis pańskich skarbów oraz skomplikowanej konstrukcji skarbca. Istotnie, nie ma człowieka, który by potrafił wedrzeć się do mego sanktuarium. Nie udałoby się to nawet temu, kto by posiadał klucze, bowiem nie zna kombinacji słów otwierających zamek.
Bardzo przepraszam — wtrącił się do rozmowy sekretarz. Nasz klient niecierpliwi się. Idę tam natychmiast — odparł handlarz diamentów, wstając z miejsca. Sullivan skierował się wówczas w stronę ściany znajdującej się naprzeciw biurka i nacisnął na guzik ukryty w bogatych rzeźbach szafy bibliotecznej. Niewidzialny mechanizm wprawiony został w ruch. Ściana rozwarła się jak obrotowa scena i Raffles ujrzał za biblioteką długi korytarz oświetlony elektrycznymi lampami. Mr. Sullivan ruszył naprzód, a Raffles postępował za nim. Tajemniczy nieznajomy spostrzegł, że korytarz wije się ślimakowato i nieznacznie zagłębia się w ziemię. Wreszcie miliarder zatrzymał się przed stalowymi drzwiami.
Otworzył je. Obydwaj weszli do kwadratowej komnaty, w środku której znajdował się czworokątny basen o szerokości 10 metrów. Ogarnęło go przejmujące zimno. „Znajdujemy się na głębokości piętnastu metrów pod poziomem mego mieszkania” — rzekł Sullivan. „Musimy poczekać kilka minut, aż basen opróżni się.” Handlarz diamentów skierował się w stronę niewielkiej dźwigni umieszczonej w zagłębieniu muru. Otworzył widocznie jakąś ukrytą klapę, gdyż Raffles zauważył, że poziom wody w basenie począł stopniowo obniżać się. „Woda odpływa bezpośrednio do Tamizy” — rzekł Sullivan. „A teraz uwaga. Za chwilę z wody wynurzy się mój skarbiec.” W głębi basenu, w samym środku ukazała się ciężka, granitowa konstrukcja. Ściany jej otaczała sieć czarnych drutów podobnych do sieci rybackich.
Wąskie schody prowadziły w głąb basenu. Sullivan zszedł pierwszy. Za nim ostrożnie posuwał się lord Lister. Na próżno jednak tajemniczy nieznajomy starał się odnaleźć ślady drzwi prowadzących do wnętrza granitowej konstrukcji. Spostrzegł, że miliarder schylił się i przekręcił jakąś rączkę znajdującą się na dnie basenu. Raffles spostrzegł ze zdziwieniem, że jedna z granitowych ścian bezszelestnie zapadła się w dno basenu i oczom jego ukazały się dwoje drzwi z masywnej stali stanowiących dostęp do skarbca. „Dzisiaj zamek otwiera się po ułożeniu z liter słowa Victoria” — rzekł Sullivan. „W chwili, gdy drzwi się otwierają, specjalny system dzwonków alarmowych rozlega się zarówno w moim biurze, jak i na najbliższym posterunku policji. Za każdym razem, gdy zamierzam otworzyć drzwi mego skarbca, muszę wcześniej uprzedzić o tym policję.” „Niezwykły pomysł” — rzekł lord Lister. „Mam wrażenie, że niezrównany Raffles nie zdołałby w tych warunkach przedostać się do pańskiego skarbca.” „Jestem tego pewny” — odparł Sullivan ze śmiechem.
„Idę o zakład, że nie potrafiłby włamać się tutaj w żaden sposób.” W tej samej chwili stalowe drzwi otwarły się bezszelestnie. Jaskrawe światło elektryczne rozjaśniło wnętrze skarbca. W wysokich szklanych słojach leżały bezcenne kamienie. „Cóż to jest?” — zapytał Raffles, wskazując na jakieś szare kamyki wielkości ziarenek grochu lub fasoli. „To nieoszlifowane diamenty” — odparł Sullivan. „Mniejsze z nich, niemające zbyt wielkiej wartości trzymam w zwykłych workach.” Mówiąc to, wskazał na leżące w kącie wypełnione po brzegi worki. „Ciekawe” — rzekł Raffles. „Przyznaję jednak, że przede wszystkim interesuje mnie niezwykła konstrukcja pańskiego skarbca. To rzecz naprawdę niezwykła. Czy to pan sam nakreślił te plany?” Raffles wiedział dokładnie, że autorem planu był Sullivan i w ten sposób starał się wbić w ambicję miliardera.
Uśmiech zadowolenia rozjaśnił rysy handlarza diamentów. „To moja konstrukcja, milordzie” — rzekł Sullivan z dumą. Obydwaj mężczyźni opuścili skarbiec. W chwili, gdy handlarz diamentów układał nową kombinację liter, rzekomy lord Melbourne odezwał się: „Proszę mi pozwolić przyjrzeć się sposobowi zamykania skarbca. Jak by to było, gdyby litery ułożyć w słowo Raffles?” Handlarz diamentów nie mógł wstrzymać się od śmiechu. Pomysł ułożenia liter tak, aby tworzyły nazwisko genialnego włamywacza, wydał mu się niezwykłym żartem. Postąpił tak, jak sobie tego lord Lister życzył. Sullivan zbliżył się następnie do dźwigni ukrytej w murze basenu. Ciężka ściana granitowa poczęła z wolna podnosić się do góry i zamknęła metalowe drzwi skarbca. Miliarder przekręcił ukrytą w ścianie basenu rączkę i woda trysnęła z niewidzialnych rur.
Po półgodzinie powrócili do gabinetu Sullivana. „Późno już” — rzekł handlarz diamentów, spoglądając na zegarek. „Zamierzam dziś jeszcze pojechać do Brighton.” „Jeżdżę bardzo często do Brighton i zatrzymuję się zazwyczaj w hotelu Continental” — rzekł Raffles. „Ja również” — odparł Sullivan. „To najlepszy i najwygodniejszy hotel. Chciałbym pozostać tam ze dwa dni, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Mam nadzieję, że będę miał zaszczyt pana tam widzieć.” Wymienili przyjazny uścisk dłoni. Raffles pożegnał serdecznie uprzejmego gospodarza. Pozostawała najtrudniejsza część zadania. Raffles musiał zdobyć za wszelką cenę klucz od skarbca.
Dwa dni pozostawały mu dla urzeczywistnienia swych planów. Znał przecież słowo pozwalające mu na otworzenie zamka. Darmo jednak suszył sobie głowę nad sposobem zdobycia klucza. Sullivan był człowiekiem niesłychanie ostrożnym. Należało mu w sposób nader sprytny wyciągnąć klucz z kieszeni. Powrócić raz jeszcze do mieszkania Sullivana byłoby igraniem z niebezpieczeństwem. Raffles wiedział ponadto, że handlarz diamentów udaje się najbliższym pociągiem do Brighton. Rozmyślając nad tym zagadnieniem, Raffles uderzył się w głowę. „Znalazłem! Pojadę do Brighton.” Wsiadł do taksówki i kazał natychmiast wieźć się do domu.
Śpiesznie dał Charleyowi Brand najkonieczniejsze instrukcje. W kwadrans później ucharakteryzował się na młodego kupca, Branda zaś przebrał za swego służącego. Przybyli na dworzec dość wcześnie, aby zdążyć na pociąg do Brighton. W jednym z przedziałów Raffles spostrzegł króla diamentów. Aby sprawdzić, czy można go poznać w tym przebraniu, lord Lister usiadł naprzeciw niego. Mr. Sullivan obrzucił go obojętnym spojrzeniem. Miliarder nie spodziewał się bynajmniej, że pod postacią młodego kupca ukrywa się jego niedawny znajomy. W kilka godzin później handlarz diamentów zajechał do hotelu Continental w Brighton. Portier wręczył mu klucze do pokojów oznaczonych numerami 106 i 107.
Prawie równocześnie zjawił się w hotelu młody kupiec. Raffles usiadł w holu, wziął gazetę i udał, że czyta. Nikt nie zwrócił nań uwagi, bowiem wszyscy przyjęli go za gościa hotelowego. Mr. Sullivan zabawiał kilka chwil w swym pokoju i wyszedł, aby przejść się wzdłuż plaży. Raffles spostrzegł, że wręczył on klucze boyowi, który powiesił je na specjalnej tablicy. W pół godziny później nocny portier zastąpił swego dziennego kolegę. Na ten moment czekał właśnie Raffles. „Numery 106 i 107 poproszę” — rzekł do nocnego portiera. Bez cienia wątpliwości portier wręczył mu żądane klucze i Raffles udał się natychmiast do apartamentów zajmowanych przez pana Sullivana.
Na nocnym stoliku leżał pęk kluczy, między którymi znajdował się klucz, którego szukał. Chwycił go śpiesznie i wyszedł pędem z pokoju. Na dole oddał klucze portierowi i opuścił hotel. Zaledwie znalazł się na ulicy, gdy o mało nie zetknął się twarzą w twarz z Sullivanem. Raffles wydał westchnienie ulgi. Brakowało zaledwie paru sekund i plan jego zostałby obrócony w niwecz. Dziwna kradzież. Na dworcu oczekiwał go już Charlie Brand. Około godziny siódmej wrócili do Londynu. Sekretarz nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki był cel podróży Rafflesa do Brighton.
Miał wrażenie, że w ostatnich czasach Raffles zdradzał wielką nerwowość. Nie zdziwił się bynajmniej, że po powrocie do Londynu Raffles udał się wprost do restauracji. Zjedli dość obfitą kolację. Raffles zapłacił rachunek i nie mówiąc słowa, zapuścił się wraz ze swym sekretarzem w ciemne uliczki Londynu. Około godziny pierwszej w nocy zatrzymali się przed domem Sullivana. „Jakie masz zamiary?” — szepnął Charlie Brand. Raffles otworzył okno na pierwszym piętrze i skinął nań. „Szukam drogi do skarbca” — szepnął. „Nie masz przecież przy sobie żadnych narzędzi.” „Mylisz się” — odparł Raffles ze śmiechem. „Mam przy sobie wszystko, czego mi trzeba.
Ani słowa więcej. Chodź za mną.” Zachowując jak największą ostrożność, obydwaj przyjaciele przebyli schody i zatrzymali się w gabinecie Sullivana. Bez trudu udało się Rafflesowi otworzyć sekretne drzwi ukryte za szafą biblioteczną. Po chwili poczęli posuwać się powoli tajemniczym podziemnym korytarzem. W komnacie, w której znajdował się basen, Raffles przystąpił przede wszystkim do wypuszczenia wody z basenu. Po chwili ukazał się granitowy skarbiec. Pozostawała do wykonania najtrudniejsza część zadania. Trzeba było przeciąć wszystkie przewody alarmowe, które łączyły się z posterunkiem policji. Raffles odnalazł wreszcie główny kabel i przeciął drut. Nastawienie liter zamku tak, aby tworzyły umówiony wyraz „Raffles” było już tylko zabawką.
Charlie zaniemówił ze zdziwienia. Wydawało mu się, że śni lub że przeżywa bańkę z „Tysiąca i jednej nocy”. Raffles wydawał mu się nadczłowiekiem obdarzonym tajemniczą mocą. Na widok wnętrza skarbca jaskrawio oświetlonego Charlie nie mógł powstrzymać okrzyku zdziwienia. Drogocenne kamienie lśniły w szklanych słojach. Raffles nie zwracał na nie uwagi. Zbliżył się do worka stojącego w kącie, a zawierającego nieoszlifowane kamienie. Wyciągnął spod marynarki pas, do którego wszyte były dość głębokie kieszenie i począł przesypywać do nich zawartość worka. Napełniwszy kieszenie nieoszlifowanymi diamentami, zamknął worek i wyszedł ze skarbca ku nieopisanemu zdumieniu Charleya. „Czy tylko po to naraziłeś się na tak olbrzymie trudności?” — zapytał zdumiony sekretarz.
Raffles zaśmiał się chytrze. „Ależ oczywiście, Charlie. Diamenty oszlifowane nie przedstawiają dla mnie najmniejszej wartości. Nie mam jednak nic przeciwko temu, abyś ty wziął sobie ich kilka na pamiątkę. Nie krępuj się.” Charlie Brand nie dał sobie tego powtórzyć dwa razy. Wybrał wspaniały wielki brylant, włożył go do kieszeni marynarki i wyszedł ze skarbca. Raffles wręczył mu pas zawierający nieoszlifowane diamenty. „Wracaj na górę” — rzekł. „Ja tymczasem zamknę skarbiec.” W kilka minut po tym ściana z granitu powróciła na swoje miejsce i basen napełnił się po brzegi wodą. Posuwając się na czubkach palców, obydwaj przyjaciele opuścili dom tą samą drogą, którą przyszli.
Gdy znaleźli się w taksówce, Charlie Brand odetchnął z ulgą. Nie rozumiał zupełnie motywów postępowania Rafflesa. „Nie rozumiem, w jakim celu zadałeś sobie tyle trudu, aby zdobyć kamienie posiadające minimalną wartość. Powtarzałem ci już nie raz, że lepiej jest, jeśli nie wszystko rozumiesz.” — odparł Raffles, śmiejąc się. — „Gdybyś wiedział, jakie knuję plany na przyszłość, stałbyś się zbyt nerwowy. Ufaj mi.” Tej samej jeszcze nocy Raffles udał się z powrotem do Brighton. Przybył tam wczesnym rankiem, w chwili, gdy Sullivan ubierał się. John Raffles podał mu się znowu za lorda Melborna. Służący oświadczył mu, że Mr. Sullivan jest właśnie w łazience.
„Jestem serdecznym przyjacielem lorda.” — rzekł. — „Proszę pozwolić mi wejść.” Służący nie śmiał przeciwstawić się woli wytwornego gościa i otworzył mu drzwi. Raffles minął spokojnie salon, do którego wpuścił go lokaj i wszedł do pokoju sypialnego oddzielonego cienką ścianką od łazienki. Słyszał wyraźnie, jak Mr. Sullivan sapał i kaszlał przy myciu się. Miliarder natomiast nie słyszał najmniejszego szelestu i Raffles najspokojniej w świecie odłożył klucz na swoje miejsce na nocnym stoliku. Następnie powrócił do salonu i począł cierpliwie czekać na zjawienie się Sullivana. Na widok lorda Melborna król diamentów zdziwił się przyjemnie. „Jestem w Brighton od dzisiejszego ranka.” — rzekł Raffles. — „Miałem zamiar spędzić tu kilka dni.
Przed chwilą jednak otrzymałem z Londynu telegram wzywający mnie z powrotem. Postanowiłem więc zjeść przynajmniej śniadanie w pańskim towarzystwie.” Sullivana ujęła serdeczna bezpośredniość lorda. W najlepszym humorze zjedli razem śniadanie. Handlarz diamentów odprowadził Rafflesa na dworzec. Około południa tajemniczy nieznajomy znalazł się z powrotem w zaciszu swego gabinetu. Królowi diamentów nie przyszło ani przez chwilę na myśl, że przez całą noc pozbawiony był klucza od swego skarbca. „Jutro wyjeżdżamy do Afryki.” — rzekł Raffles do swego przyjaciela i sekretarza. „Co?” — zawołał Charlie Brand, otwierając z przerażeniem szeroko oczy. „Wracamy do Afryki.” — powtórzył lord Lister suchym tonem, skandując słowa. — „Mam tam wiele do roboty.
Ponieważ jestem zmęczony, chciałbym, abyś załatwił za mnie kilka sprawunków i poinformował się, o której godzinie wyrusza najbliższy okręt.” Charlie Brand nie ośmielił się oponować. Otrzymawszy od tajemniczego nieznajomego karteczkę z piśmiennymi dyspozycjami, wyszedł z mieszkania. Tajemniczy nieznajomy położył się natomiast na kanapie, aby po 44-godzinnym czuwaniu zakosztować wreszcie spoczynku. Charlie Brand zatrzymany. Charlie Brand wrócił do domu z wiadomością, że najbliższy okręt do Afryki wyrusza dopiero za trzy dni. Musieli więc czekać. Tajemniczy nieznajomy wykorzystał czas, który mu pozostawał do wyjazdu na zakupienie dużych zapasów żywności oraz przedmiotów, których by w żaden sposób nie mógł nabyć w Kilimbayu. „Czy istotnie zamierzasz pozostać przez czas dłuższy w Afryce?” — zapytał Charlie. „To będzie zależało.” — odparł Raffles. — „Jeszcze nie wiem, czy interesy moje będą wymagały mojej obecności.” Przechadzali się wzdłuż ludnej ulicy Fountain Street.
Charlie Brand chciał właśnie zwrócić uwagę swego przyjaciela, że nie ma sensu spacerować w jasny dzień po ulicach Londynu, gdy nagle Raffles skoczył w bok i zniknął w otwartych drzwiach jakiegoś sklepu. Charlie nie rozumiał zupełnie postępku swego przyjaciela. Dopiero w chwilę po tym wyjaśniło się wszystko. Jacyś dwaj starsi mężczyźni, których Raffles musiał zauważyć, zanim tamci go spostrzegli, zbliżyli się do Branda. Byli to inspektor policji Baxter i detektyw Marholm ze Scotland Yardu. „Goddamn!” — zawołał inspektor Baxter na widok Charliego. — „Jeśli się nie mylę, mamy przed sobą wspólnika nieuchwytnego Rafflesa.” „Nie ulega kwestii, że to on.” — rzekł Marholm. — „Na nieszczęście sam.” Charlie zastanawiał się właśnie, czy nie skoczyć do przejeżdżającej taksówki, gdy nagle Baxter rzucił się nań, przykładając mu rewolwer do piersi. „Aresztuję pana!” — zawołał. Sekretarz był tak zdumiony, że nie próbował nawet ucieczki.
Baxter i Marholm bez trudu wsadzili go do auta i odprowadzili do Scotland Yardu. Spoza szyby magazynu Raffles przyglądał się całej scenie. Wskoczył natychmiast do drugiej taksówki i kazał jechać za Baxterem. Chciał się przekonać, dokąd zaprowadzą detektywi jego przyjaciela. Nie bez zdziwienia spostrzegł, że auto zatrzymało się na Fountain Street przed komisariatem policji. Inspektor Baxter wysiadł pierwszy, zanim wyskoczył Charlie Brand z kajdankami na rękach. W czasie drogi inspektor Baxter przyszedł do wniosku, że odstawienie więźnia do Scotland Yardu zabrałoby mu zbyt wiele czasu. Postanowił więc zostawić go w najbliższym komisariacie policji i udać się niezwłocznie na poszukiwanie Rafflesa, który zdaniem jego musiał być jeszcze gdzieś w pobliżu. O godzinie szóstej będzie pan mógł odesłać go do prefektury policji autem policyjnym — rzekł do komisarza. Spojrzał na zegarek.
Dochodziła godzina trzecia. Gdy Baxter z Marholmem opuścili lokal komisariatu policji, Raffles zdążył już zniknąć. Obydwaj detektywi poczęli spacerować cierpliwie tam i z powrotem, przyglądając się uważnie twarzom przechodniów. Gdy nagle Maholm spostrzegł, że na Baxtera napadł jakiś pijany marynarz irlandzki. „Nie spocznę” — krzyczał marynarz — „dopóki ci nie wybiję kilku zębów, ty wstrętna gębo!” Słowom tym towarzyszyło tak potężne uderzenie pięści, że inspektor policji upadł na trotuar. Maholm natychmiast nadbiegł na pomoc. Przywitał go ze strony marynarza grad uderzeń. Dopiero wezwani na pomoc policjanci pomogli Maholmowi obezwładnić pijanego wilka morskiego i zaprowadzić go na posterunek policji. „Jeśli któryś z was odważy się dotknąć mnie, połamię mu kości” — wrzeszczał jak opętany. „Milczałbyś lepiej” — wrzasnął Maholm.
— „Odsiedzisz za to przynajmniej dwa tygodnie w pace.” Oddał marynarza w ręce komisarza policji i sam udał się do Baxtera, który oczekiwał go w pobliskiej restauracji. Pomiędzy agentami policji znajdowało się sporo Irlandczyków. Sam komisarz posterunku był również Irlandczykiem. Gdy tylko więc Maholm wyszedł, pijany marynarz otrzymał od swych rodaków potężną butelkę brandy. Pijak począł ciągnąć z niej wielkimi haustami. Nagle butelka wypadła mu z rąk i marynarz zasnął spokojnie. Policjanci ułożyli go na ławie, nie myśląc o nałożeniu mu kajdanek. Około godziny szóstej postanowili zbudzić go, ponieważ auto policyjne czekało już przed drzwiami. Wszystkie ich wysiłki pozostały bez skutku. Wreszcie trzeba go było znieść na dół i umieścić w wozie.
Nawet w aucie pijak nie przebudził się ze swego kamiennego snu. Sprowadzono resztę więźniów, między którymi znajdował się również Charlie Brand. Zamknięto go w malutkiej separatce znajdującej się w wozie. Auto nie zdążyło się jeszcze oddalić od posterunku, gdy pijany marynarz otworzył oczy. Tygrysim ruchem skoczył na eskortujących go agentów policji i zanim zdążyli oni zrobić użytek z broni, rozciągnął ich na ziemi jednym uderzeniem pięści. Wyrwał następnie ogłuszonemu policjantowi klucz od separatki, w której zamknięty był Charlie Brand. Wszystko odbyło się z tak wielką szybkością, że zanim policjanci zorientowali się, do czego marynarz zmierza, wyskoczył on przez otwarte drzwiczki na ulicę, ciągnąc za sobą skutego w kajdanki Branda. Przykład ten podziałał zaraźliwie na innych. Aresztanci poczęli jeden za drugim wyskakiwać na ulicę. Ostatni z nich zatrzasnął z powrotem drzwi wozu.
Gdy wreszcie auto wjechało na dziedziniec Scotland Yardu, otworzono drzwiczki i oczom zdumionych policjantów ukazał się następujący widok: dwaj policjanci eskortujący więźniów leżeli bez przytomności na podłodze wozu, więźniów zaś nie było ani śladu. Maholm oznajmił tę przykrą nowinę Baxterowi. „Czuję w tym coś niejasnego” — zapytał Baxter. — „Jakże to jest możliwe?” „Zupełnie po prostu” — odparł detektyw Maholm. — „Pijany marynarz był właśnie Rafflesem. Zatrzymaliśmy go, nie wiedząc, z kim mamy do czynienia.” „God damn! Będę na przyszłość ostrożniejszy” — zawołał inspektor policji. „Czy przypuszcza pan” — zaśmiał się Maholm — „że każdy pierwszy lepszy osobnik, który rozkwasi panu nos, okaże się w przyszłości Rafflesem? Mam wrażenie, że będzie pan czekał zbyt długo na szczęśliwy przypadek.” Znów w Afryce. Raffles znajdował się jeszcze w Londynie, gdy w gazetach ukazało się powtórnie ogłoszenie Belgijskiego Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego o terenach w Afryce.
Tajemniczy nieznajomy udał się natychmiast do urzędu pocztowego i nadał depeszę z opłaconą odpowiedzią następującej treści: „Do pana Majendorpa, prezesa Towarzystwa Kolonizacyjno-Emigracyjnego w Brukseli. Pragnę kupić trzysta działek ziemi. Odpowiedzi na adres Smithson, Post Restant, Londyn.” Po trzygodzinnym oczekiwaniu Raffles otrzymał odpowiedź twierdzącą. „Oczekiwałem tego” — rzekł do swego przyjaciela. — „Pewien byłem, że skoro tylko ci belgijscy oszuści przyjdą do wniosku, że z kolonistów afrykańskich nie zostało ani śladu, po raz wtóry przystąpią do sprzedaży ich terenów. Nie wiedzą, z kim mają do czynienia.” Po dwutygodniowej podróży John Raffles i jego sekretarz wylądowali po raz wtóry w Kilembeju. Dzień był dniem prawdziwej radości dla kolonistów, którzy stracili już nadzieję wyjścia ze swej sytuacji. Parowiec angielski zabrał na pokład wszystkich emigrantów, z wyjątkiem kilku młodych i dzielnych mężczyzn, których Raffles zaangażował do swojej służby. Tajemniczy nieznajomy porozumiał się z kapitanem okrętu, aby po powrocie do Europy okręt raz jeszcze odbył drogę do Kilimbayo. Po odjeździe okrętu Raffles zabrał się do dzieła.
Przede wszystkim zbudował wygodny namiot oraz hangar na zapasy żywności. Pracę tę polecił wykonać zaangażowanym przez siebie ludziom. "Mam zamiar zrobić tej nocy małą przejażdżkę konną po mych terenach" — rzekł pewnego wieczora do Charlie Brandta. Sekretarz spojrzał nań ze zdumieniem. "Czy masz zamiar polować na hieny lub szakale?" — "Nie. Mam zamiar zastawić sieci na ludzi i musisz w tym mi pomóc." Światło księżyca oświetlało im drogę. Od strony oceanu wiał chłodny wiatr. Charlie Brant jechał w milczeniu tuż obok Rafflesa. Zagłębiali się coraz bardziej w niezmierzona przestrzeń pustyni. Lord Lister przywiązał do siodła mały worek ze skóry.
W odległości dwóch mil do Kilimbayo, Raffles, gwiżdżąc przez zęby wesołą melodię, począł poganiać z lekka swego konia. Co pewien czas tajemniczy nieznajomy sięgał ręką do worka i wykonywał jakiś dziwny ruch, którego znaczenia Charlie nie mógł zrozumieć. Trwało to około trzech godzin. "A teraz możemy wrócić" — rzekł wreszcie Raffles do Brandta. "Czy mógłbyś mi powiedzieć, co to wszystko znaczy?" — zapytał Brandt. Raffles zaśmiał się. "Uprawiam moje pola. Jak każdy dobry rolnik rozpoczyna od siewu." "Nic nie rozumiem" — odparł sekretarz. "Mówisz do mnie rebusami." Dzień już wschodził, gdy powrócili do obozu. Od tego dnia Raffles sypiał w dzień, a w nocy powtarzał regularnie swe dziwne wędrówki.
Charlie przestał już sobie łamać głowę nad rozwiązaniem tego trudnego problemu. Pewnego dnia wartownik stojący u wejścia do obozu zbudził Rafflesa następującym okrzykiem: "Sir, jakiś okręt zbliża się do portu." Lord Lister spojrzał przez lornetkę we wskazanym kierunku i natychmiast rozpoznał okręt Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. "Hello boys!" — zawołał Raffles. "Musimy się przygotować na spotkanie nieproszonych gości. Nie wiadomo, co nam ten okręt przyniesie." Otworzył kilka skrzyń z bronią i amunicją. John Raffles kazał zawiesić na maszcie swego namiotu angielską chorągiew. W dwie godziny później okręt zawinął do portu i stu kolonistów eskortowanych przez agentów towarzystwa gotowało się do zejścia na ląd. Wielkie było ich zdziwienie, gdy naprzeciw nim wyszedł Raffles na czele uzbrojonych ludzi. "Czego tu chcecie?" — rzekł. "Nikt nie ośmieli się stanąć na tej ziemi bez mego zezwolenia." "Kim pan jest?" — padły pytania.
"Właścicielem tego kraju. Z bronią w ręku strzec będę dostępu do mych terenów." Agenci poszeptali chwilę między sobą i wydali rozkaz, aby łódź zawróciła z powrotem do okrętu. Upłynęło pół godziny. Nagle od okrętu odłączyły się cztery łodzie pełne uzbrojonych marynarzy. "Chcą nas wziąć siłą" — zawołał Lister do swych ludzi. "Schronimy się do naszych umocnionych pozycji. Gdy dam znak, poczniecie strzelać do boków łodzi. Uwaga!" Ukryli się za wielkimi złomami skał, gdzie nie mogły ich dosięgnąć strzały marynarzy. Gdy pierwsza łódź zbliżyła się na odległość strzału, Raffles ujął karabin i mierząc starannie strzelił. Po kilku chwilach marynarze siedzący w łodzi poczęli wylewać wdzierającą się wodę.
W tej chwili Raffles strzelił po raz wtóry i ten strzał dosięgnął swego celu. Marynarzom nie pozostało nic innego, jak ratować swe życie. Zawrócili na okręt. Raffles i jego ludzie wydali okrzyk triumfu. Po upływie godziny nowa łódź wypłynęła na fale oceanu. Znajdowali się w niej dwaj marynarze, kapitan okrętu oraz agent towarzystwa. Na maszcie powiewała biała chorągiew. "To parlamentariusze" — rzekł Charlie Brant. Raffles pozwolił im przybić do brzegu i otoczony swymi ludźmi wyszedł na ich spotkanie. "Jakim prawem przyjmuje nas pan jak wrogów?" — zapytał kapitan.
"Nie mam potrzeby przyjaźnić się z łotrami i oszustami." "Jakie ma pan podstawy do tak obraźliwych oświadczeń?" — zapytał kapitan. "Bardzo proste" — odparł Raffles. "Wiezie pan na pokładzie tłum emigrantów, którym Towarzystwo Emigracyjno-Kolonizacyjne sprzedało tereny. Towarzystwo składa się wyłącznie z oszustów. Sprzedają oni tę samą ziemię tyle razy, ile tylko mogą. Dotychczas jestem pierwszym kolonistą, który nie zmarł wskutek głodu i pragnienia ani też nie poległ z rąk krajowców. Towarzystwo gruntowało swoje ciemne interesy na śmierci wysyłanych tutaj kolonistów. Wróćcie do domu i przypomnijcie waszemu prezesowi, że ten, kto zastawia sieci na swych bliźnich, najczęściej sam w nie wpada. Powiedzcie mu również, że jestem zachwycony z zakupienia tej kolonii po tak niskiej cenie, ponieważ..." — tu Raffles zatrzymał się przez chwilę i sięgnął ręką do skórzanego worka — "ponieważ mogę przesłać mu następującą drobnostkę." Otworzył woreczek i wyciągnął z niego kilka szarawych kamieni błyszczących w promieniach słońca jak kawałki nierafinowanego cukru. Czy wie pan, co to jest?
Zapytał kapitana. Nie — odparł marynarz. Tajemniczy nieznajomy uśmiechnął się. Te ziarenka rosną na moich ziemiach — zawołał. — Tak daleko, jak można sięgnąć okiem na południe, znajdzie pan wszędzie te ziarna w piasku. Nie trzeba głęboko kopać, aby je wydobyć. Znajdują się na samej powierzchni ziemi. Agent i kapitan powrócili na statek silnie podnieceni. Charlie Brand ze zdumienia spojrzał na tajemniczego nieznajomego, który zanosił się formalnie od śmiechu. Na pokładzie okrętu agenci towarzystwa odbyli naradę.
Usłyszawszy raport kapitana zdecydowali jednogłośnie, że należy natychmiast wrócić do Belgii i zapytać prezesa o dalsze instrukcje. Walne zebranie. Przewodniczący van Mayendorrs zdumiał się na wieść o dziwnych nowinach przywiezionych przez kapitana z Afryki. Natychmiast zwołał walne zebranie akcjonariuszy, aby powziąć decyzję w tak ważnej sprawie. Czuł, że grunt mu się usuwa spod nóg. Wyrzucał sobie, że sprzedał za niską cenę tereny mogące przynieść miliony. Nie przestawał przyglądać się przywiezionym diamentom. Wezwał do siebie Henry Willarda, jednego z największych znawców kamieni w Brukseli. Diamenciarz przyglądał się przez lupę kamieniom i rzekł: Panie prezesie, kamienie, które oglądam, stanowią okazy diamentów jak najczystszej wody. Grube krople potu wystąpiły na czoło prezesa.
Czy jest pan pewien, że się pan nie myli? — zawołał. Absolutnie pewny. Gotów jestem odkupić od pana te kamienie, kiedy pan tylko będzie chciał. Prezes otarł chusteczką czoło. Prawdziwe diamenty! — jęknął, jak gdyby spotkało go największe nieszczęście. Jubiler zdziwił się. Czy mógłby mi pan powiedzieć, panie prezesie, skąd diamenty te pochodzą? Oczywiście — odparł ten ostatni.
Z naszej kolonii w Afryce. Pozwoli pan złożyć sobie słowa powinszowania, panie prezesie. Dla nas, jubilerów, jest to wydarzenie o dużym znaczeniu. Ciszej — szepnął przewodniczący. Nikt nie powinien dowiedzieć się o odkryciu, którego dokonał w naszych koloniach jeden z naszych agentów, zanim nie przekonamy się, jak sprawa wygląda w rzeczywistości. Trudno będzie zachować długo tajemnicę — odparł jubiler. W tym samym miejscu znajdzie się prawdopodobnie więcej kamieni. Czy mówi pan to na serio? Oczywiście. Gdyby zechciał mnie pan przyjąć do spółki, udzieliłbym panu wielu cennych wskazówek.
Później, później. Wówczas może być już za późno. Dobrze, niech więc pan mówi. Niech pan wprzód zagwarantuje wyłączne prawo nabycia kamieni pochodzących z waszych kopalni. Podzielę się z panem do połowy zyskiem. Prezes uśmiechnął się chytrze. Jubiler odgadł jego myśli. Sądzi pan może, że pragnę pana podejść? — rzekł. — Nigdy w życiu.
Nikt bowiem nie zapłaci panu za karat ani grosza więcej niż ja i nikt ponadto nie podejmie się szlifowania diamentów. Dlaczego? Jubiler uśmiechnął się sarkastycznie. Czy słyszał pan kiedyś o królu diamentów Sullivanie i jego traście? Nie. Zrozumiałem — rzekł dyrektor. Pragnie pan wraz ze mną stworzyć trust konkurencyjny. Słusznie, panie prezesie. Zgoda, załatwimy tę sprawę. Proszę mi teraz wybaczyć.
Oczekuję przybycia akcjonariuszy na walne zebranie. Pomówimy o tym jutro. Z tymi słowy pożegnał jubilera i udał się do sąsiedniej sali. Jakkolwiek był jeszcze dzień, grube portiery przysłaniały okna i światło elektryczne rozjaśniało panujące w sali ciemności. Z udaną powagą prezes powitał zebranych i zajął swe zwykłe miejsce przy stole. Sekretarz położył przed nim teczkę wypchaną papierami. Proszę czuwać nad tym, aby nikt z niepowołanych nie zbliżał się do naszej sali konferencyjnej — rzekł do niego. Sekretarz ukłonił się z szacunkiem i opuścił salę narad. Zgromadzeni akcjonariusze oczekiwali w milczeniu tego, co nastąpi. Prezes wstał ceremonialnie i zagaił zebranie.
Szanowni członkowie zarządu i panowie akcjonariusze! Zwołałem was na dzisiejsze nadzwyczajne zebranie w sprawie niecierpiącej zwłoki. Szczęśliwy jestem, że wszyscy bez wyjątku odpowiedzieli na mój apel. Ujął malutkie tekturowe pudełko i podniósł je do góry. Ze słodkim uśmiechem i z oczyma wzniesionymi do góry ciągnął dalej. Oby niebo zezwoliło nam stać się dzięki zawartości tego oto pudełka władcami tej ziemi. Cóż znaczyć mogło to pudełko? Końcowi palców van Mayendorff wyjął z pudełka i zbliżył je do płomienia świecy. Nikt nie rozumiał znaczenia tych tajemniczych gestów. Promienny uśmiech rozjaśnił napuszone oblicze prezesa.
Drodzy moi przyjaciele, spójrzcie na ten cenny klejnot znaleziony w naszej kolonii. To diament. Prezes towarzystwa zamilkł. Cisza zapanowała wśród zgromadzonych. W sali słychać było tylko przyśpieszone oddechy akcjonariuszy. Mały brunatny kamyk lśnił w ich wyobraźni najcudniejszym blaskiem i stanowił zapowiedź niezmierzonych bogactw, które miały przypaść im w udziale. Nagle z gardła jednego z obecnych wyrwał się radosny okrzyk. Okrzyk ten stał się sygnałem dla wybuchu ogólnej wrzawy. „Diamenty! Bogactwa!” wołano dookoła.
Jakiś szał ogarnął tych łysych, poważnych ludzi. Nawet prezes stracił swoją napuszoną godność. Wszedł na krzesło i nie przestając poruszać dzwonkiem, krzyczał: „Niech żyje nasze towarzystwo! Vivat diamenty!”. Minął kwadrans, zanim zgromadzeni uspokoili się. Wszyscy cisnęli się jak szaleni, aby obejrzeć z bliska szare diamenty. Przewodniczący musiał je schować, aby nie zginęły w chciwych rękach. Wreszcie udało się prezesowi zapanować nad gwarem. „Drodzy moi przyjaciele” — ciągnął Majendorff — „widzicie, że nie przesadziłem bynajmniej, obiecując wam bogactwo.” „Nie, nie” — przerwały dzikie głosy. „Teraz musimy zastanowić się nad sposobem wykorzystania okazji, która nam się nadarza.
Kraj, w którym znaleziono te kamienie, został już przez nas sprzedany.” Nieoczekiwana ta nowina wywołała niemałe wrażenie. „Czternaście razy sprzedaliśmy już tę samą ziemię w naszych koloniach” — odezwał się jeden z wicedyrektorów. „Za każdym razem właściciele jej wymierają i zgodnie z kontraktem ziemia ta powraca do nas. Czy emigranci z ostatniej ekspedycji znajdują się jeszcze przy życiu?” Prezes skrzyżował ręce na piersiach. „Niestety tak” — odparł z boleścią w głosie. „Wszyscy?” „Wszyscy. Prócz nich kilku kolonistów z naszej poprzedniej ekspedycji.” Zapanowała wrzawa. „Czyż to możliwe?” — ciągnął dalej wicedyrektor. — „Widocznie nasi agenci źle wywiązali się ze swego zadania. Czyżby zapomnieli zaprowadzić kolonistów w głąb lądu?
Nie.” „Czy ci ludzie znajdują się jeszcze na naszej służbie?” — zapytał jeden z członków komisji rewizyjnej. „Należałoby natychmiast wyrzucić ich do wszystkich diabłów!” — zawołał jakiś akcjonariusz. „Nie żyją już” — odparł prezes. — „Przypominacie sobie katastrofę, która wydarzyła się kapitanowi Müllerowi na Morzu Północnym w czasie powrotu z Afryki? Wszyscy ludzie postradali w niej życie, a nasz piękny okręt znajduje się na dnie oceanu. Jest to dla nas strata niepowetowana.” „Okręt był ubezpieczony i zrobiliśmy na tym doskonały interes” — mruknął na stronie jeden z akcjonariuszy. „Cóż zrobić, aby otrzymać z powrotem nasze tereny?” „Zorganizować powstanie Murzynów” — zawołał drugi. — „Z łatwością uda się wymordować białych przybyszów.” „Wspaniale!” — zawołali chórem akcjonariusze. „Nie takie to łatwe, jak się panom zdaje” — zauważył przewodniczący. — „Kapitan Stolkenberg i nasz agent przynieśli mi stamtąd jak najgorsze nowiny.
Jakiś Anglik nazwiskiem Webster, pamiętam dokładnie, że był u nas osobiście, odkupił działki od innych kolonistów i jest w chwili obecnej jedynym właścicielem naszej kolonii.” „Niech diabli porwą przeklętego Anglika!” — zawołali akcjonariusze, wygrażając nieobecnemu pięścią. „Agenci nasi usiłowali wylądować w Kilembejo, uciekając się do pomocy zbrojonych marynarzy” — ciągnął dalej przewodniczący. — „Anglik uniemożliwił im dostęp i przeciwstawił im się z bronią w ręku.” „Czy oszalał? Czego ten pies chce w naszych koloniach?” „Chwilowo ziemia ta przestała już być naszą kolonią” — zauważył inny. „Drodzy przyjaciele” — rzekł. — „Sytuacja jest dość skomplikowana. Nie tracę jednak nadziei, że wszystko uda nam się wyjaśnić ku naszemu zadowoleniu. Mam pewien plan. Jutro wyruszę do Afryki w towarzystwie jubilera Willarda, którego panowie znają, oraz członków zarządu.” „Pojedziemy wszyscy!” — zawołali akcjonariusze. „Doskonale, drodzy przyjaciele.
Pojedziemy więc razem.” „Brawo! Brawo!” Znów rozległ się dzwonek przewodniczącego. „Rozpoczniemy z Anglikiem pertraktacje w sprawie odkupienia kolonii i poddamy ekspertyzie Willarda pola diamentowe.” „Chętnie służę moimi wiadomościami” — rzekł jeden z akcjonariuszów, będący profesorem geologii. „Zgoda” — odparł mówca. — „Rozumie się, że nasi eksperci powinni wydać opinię odpowiadającą najlepiej naszym interesom, a więc opinię jak najbardziej obniżającą wartość terenów diamentowych, abyśmy mogli odkupić je po najniższej cenie. Czy przyjmujecie panowie mój plan?” Rozległy się głośne brawa i wszyscy oświadczyli się za projektem prezesa. Trafił frant na franta. Raffles nie zaprzestał tymczasem swej działalności. Przy pomocy swych robotników oraz Murzynów zbudował w Kilembejo coś w rodzaju warownego obozu. W środku wznosił się murowany budynek bez okien, z otworami strzelnic.
Dookoła biegła ostra palisada, na samym zaś szczycie powiewała angielska chorągiew. Raffles odkupił od kapitana dwa działa okrętowe, ustawił je na tarasie twierdzy i ukrył poza obronnym murem. Ciemne ich paszcze skierowane były w stronę zatoki. — Jeżeli strzeli mi do głowy jakaś fantazja, każę się obwołać królem Kilembejo — rzekł Raffles do Brandta. — Pozostawiam jednak ten zaszczyt prezesowi Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. Rozmowę tę prowadzili na tarasie twierdzy. Od czasu do czasu tajemniczy nieznajomy badał horyzont przez swą polową lunetę. — Czy widzisz coś ciekawego? — zapytał Charlie zaintrygowany. Lord Lister zbył go niecierpliwym ruchem ręki.
Sekretarz utkwił w dali swój sokoli wzrok. Po kilku chwilach spostrzegł malutką smugę dymu na horyzoncie. Obłoczek ten zwiększał się z każdą minutą. Wreszcie Charlie Brandt ujrzał wynurzający się czarny kadłub okrętu zmierzającego w stronę Kilembejo. Flaga belgijska powiewała na maszcie. W tej samej chwili Raffles opuścił lunetę i tonem komendy rzucił rozkaz: — Przygotować się do boju! Wkrótce przybędą tu Belgowie, na których czekamy. Nie oddali nam jeszcze należnego salutu — rzekł Raffles do swych ludzi. — Poślemy im pierwszą salwę ostrzegawczą. — Yes, sir!
— zawołali artylerzyści, śmiejąc się wesoło. W chwilę po tym czarna paszcza działa plunęła ogniem i żelasem. Kapitan statku zrozumiał ostrzeżenie. Wydał rozkaz jednemu z oficerów i po chwili bandera belgijska została trzykrotnie opuszczona i wciągnięta z powrotem na maszt, jak wymagają tego zwyczaje morskie. Wówczas dopiero armaty portowe oddały przepisową powitalną salwę. Prezes przekonany był święcie, że okręt został zbombardowany. Padł na kolana i wielkim głosem począł wzywać pomocy. Towarzyszący mu jubiler uspokajał go, jak mógł. Mimo to prezes spoglądał z przerażeniem w stronę fortu. Po wielu perswazjach zdecydował się wreszcie wsiąść do łodzi wraz z kapitanem oraz kilku członkami zarządu.
Na brzegu oczekiwał ich Charlie Brandt w mundurze oficera angielskiego. Gdy kapitan wstąpił na ląd, Brandt zasalutował, a żołnierze sprezentowali broń. — Co was sprowadza do Kilembejo? — zapytał Charlie przybyłych. — Czy jest pan komendantem tego portu? — zapytał prezes Towarzystwa Emigracyjno-Kolonizacyjnego. — Nie — odparł Brandt. — Pragnę mówić z komendantem. Charlie posłał jednego ze swych ludzi do fortu. Prawie natychmiast otwarły się drzwi i Raffles wyjechał konno w stronę portu.
Belgijczyk poznał go natychmiast. Wyszedł mu naprzeciw z otwartymi rękami. — Nie uwierzy pan, drogi przyjacielu, jak się cieszę, widząc pana w dobrym zdrowiu! — Czego pan szuka w mojej kolonii? — odparł Raffles spokojnie. — Słyszeliśmy o odkryciu, którego pan dokonał, i chcieliśmy pomówić z panem o interesach. Zabraliśmy z sobą kilku ekspertów, którzy zbadają miejsca złotodajne. — Po co? — Drogi panie Webster, sądzę, że odstąpiłby pan nam swoje prawa do tej ziemi, gdybyśmy zapłacili za nią dobrą cenę. Lister zamyślił się przez chwilę i rzekł: — W gruncie rzeczy wszystko mi jedno, kto odkupi ode mnie tę ziemię.
Ja osobiście nie mam zamiaru poświęcić się eksploatacji diamentów. Napisałem już w tej sprawie do firmy Sullivan i Spółka w Londynie. Nie chciałbym jednak wyzbywać się ostatecznie mych pól diamentowych. Pragnę, poza otrzymaniem odpowiednio wysokiej ceny sprzedażnej, uczestniczyć w zyskach płynących z eksploatacji. — Zupełnie zrozumiałe — odparł van Meyendorp, który przygotowany był na większy opór ze strony Rafflesa. — All right — rzekł lord Lister. — Zaprowadzę panów na moje pola. Uprzedzam panów jednak, że musicie zwrócić albo mnie, albo moim ludziom wszystkie znalezione kamienie. — Zupełnie słusznie — odparł prezes. — Ani ja, ani moi przyjaciele nie zamierzamy wzbogacić się cudzym kosztem.
Jesteśmy ludźmi honoru. „Nędznymi oszustami” — dodał w duchu Raffles. — Pozwolę sobie zaprosić panów na śniadanie do pałacu prezesa Towarzystwa Kolonizacyjno-Emigracyjnego. To najprzyzwoitszy budynek w tej okolicy — dodał głośno. Akcjonariusze, krzywiąc się lekko, weszli do zachwalanego przez Rafflesa hotelu. Gruba Murzynka przyjęła ich z takim ordynarnych wyspisku. — Widzą więc panowie — rzekł Raffles z uśmiechem — że w tym pierwszorzędnym hotelu nie ma nic do jedzenia i do picia. Na szczęście otwiera on szerokie możliwości wyjazdu. A więc w drogę na pola diamentowe. — Pola diamentowe?
— zapytał jubiler. — Czy rozpoczął pan już kopanie? — Nie — odparł Raffles. — To nie jest potrzebne. Diamenty leżą w piasku. Można je zbierać gołą ręką. Charlie Brandt przysłuchiwał się uważnie tym słowom. Nagle wszystko rozjaśniło mu się w głowie. Zrozumiał teraz, w jakim celu Raffles wyruszał na samotne nocne wędrówki po pustyni. Wszyscy cisnęli się na piaszczyste pola.
Wkrótce oczom Rafflesa i Charleya ukazała się komiczna scena. Prezes towarzystwa oraz akcjonariusze pełzali na brzuchach jak grube liszki, szukając diamentów w piasku. Od czasu do czasu głośniejszy okrzyk świadczył o tym, że poszukiwania ich uwieńczone zostały powodzeniem. Pot strumieniami spływał z ich twarzy. Wkrótce każdy z nich nazbierał sporą garść drogich kamieni. Największe szczęście miał jubiler, gdyż odnalazł diament wielkości ziarna fasoli. Po powrocie do Kilimbayo wznowiono przerwane pertraktacje. Raffles zażądał pięćdziesięciu milionów franków płatnych w gotówce, a nadto akcji mającego powstać towarzystwa kopalin diamentowych. Po długich targach akcjonariusze zrozumieli, że mimo nieprzychylnej opinii biegłego Raffles nie odstąpi od swych żądań. Wręczyli mu więc czek na bank angielski płatny na okaziciela.
Lord Lister ze swej strony oświadczył, że umowę podpisze dopiero po zainkasowaniu pieniędzy. Przed wyjazdem jeszcze raz udano się na poszukiwania diamentów, przy czym profesor geologii zrobił cały szereg ciekawych zdjęć fotograficznych. Po załatwieniu wstępnych formalności Charlie Brand, Raffles oraz biali robotnicy wyruszyli do Europy. W cztery tygodnie później tajemniczy nieznajomy siedział w swym londyńskim gabinecie. Pięćdziesiąt milionów franków zainkasował przed trzema dniami. Pokazywał właśnie Charleyowi Brandowi jakieś pismo ilustrowane. Widniały tam fotografie zrobione przez profesora w Afryce. Jedna z nich przedstawiała prezesa towarzystwa kolonizacyjno-emigracyjnego leżącego na brzuchu i szukającego w piasku diamentów. „Ciekaw jestem" — rzekł Raffles — „kiedy znajdą ostatni diament, który tam rzuciłem”. Koniec.
[01:57:50] - Cóż, proszę państwa, choroba Piotra sprawiła, że dzisiaj nie będzie Sentymentalnika, nie będzie Małpy, ale będzie za tydzień. Nie traćmy nadziei. A ponieważ zbliżamy się nieuchronnie do roku akademickiego, do kolejnej odsłony roku akademickiego, czyli do audycji w normalnych ramach, to dzisiaj tytułem zachęty proponuję kolejny odcinek Alchemii Tworzenia Katarzyny Prychacz. Dzisiaj Dyniogłowa Dyplomacja.
[01:58:40] - Halo, halo! Bóg Radiowaludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. I skoro ja już jestem i wy już jesteście, to co? Zaczynajmy! Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w trzecim odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. I co? No co? Niezmiennie se coś dzisiaj pozmyślamy.
Słuchajcie, ostatnio mówiliśmy właśnie o rzeczach związanych z wynalazcami, że za punkt odniesienia do tematu danego odcinka postanowiłam wziąć właśnie jakieś święto i myślę, że to jest fajny trop. I dzisiaj też sobie zajrzałam, co my tutaj 16 listopada mamy. Jest trochę rzeczy do wyboru. Natomiast wpadło mi w oko coś takiego jak Dzień Służby Zagranicznej. To jest polski dzień, polskie święto na tą datę. I teraz tak, pozwolę sobie tutaj wam zacytować, bo też musiałam sama sobie zobaczyć w ogóle, o co z tym chodzi. Nie będę wam czytała całej historii, tylko na Wikipedii znalazłam fajne takie podsumowanie, co to upamiętnia i jakie jest tego znaczenie. Więc tak, ten Dzień Służby Zagranicznej upamiętnia wysłanie w 1918 pierwszej depeszy zagranicznej przez Józefa Piłsudskiego. I teraz znaczenie: uznanie dla dyplomatów za ich pracę oraz budowanie pozycji Polski na arenie międzynarodowej. I teraz tak.
Nie chcę dzisiaj wchodzić w rzeczy historyczne czy w rzeczy związane z Polską. Świetnie, że takie święta są, że tutaj jednak ta historia gdzieś tam nasza się toczy, dzieje i ktoś w ogóle wymyślił, żeby upamiętniać takie rzeczy. Natomiast skoro to ma być naszym punktem dzisiaj wyjścia do wymyślania, to bardzo spodobało mi się właśnie to uznanie dla dyplomatów. I pomyślałam, że niezależnie od tego, czy to by dotyczyło Polski, czy właśnie jakiegoś innego państwa istniejącego, czy właśnie nieistniejącego. Jeżeli tutaj będziemy wymyślali sobie swoje fabuły, swoje uniwersa. Swoją drogą ciekawy motyw, żeby jak budujecie całe uniwersum faktycznie, czy to pod serię opowiadań, czy to pod serię powieści, pomyślcie nad takimi detalami właśnie jak jakieś święta, jakieś sporty narodowe. Wiecie, coś takiego związanego z kulturą, co też będzie fajnie robiło to uniwersum, będzie bardziej takie namacalne, żywe, w 3D. A czytelnik będzie miał też takie odniesienia, że skoro tutaj w realu, w życiu codziennym mamy jakieś święta na świecie, tak właśnie przypuszczam, że może to być ciekawym wątkiem czy miłym zaskoczeniem, kiedy coś takiego przemycicie gdzieś tam w swoich fabułach. I teraz dyplomacja to w ogóle bardzo ciekawa sprawa. Ciekawe zagadnienie.
Chciałam powiedzieć, że jako umiejętność czy cecha to na pewno świetna rzecz, przydatna nie tylko w polityce. Natomiast nie wiem, czy często się o tym mówi. Tak się teraz zastanawiam. Dla mnie ten temat jest akurat nieobcy, ale ja też często siedzę i siedziałam w rozwoju biznesowym, w rozwoju osobistym, więc techniki retoryki czy dyplomacji tam się przewijają. Nie jest to tylko rzecz związana z polityką. Natomiast jak sobie pomyślę o książkach bardziej lajtowych, rozrywkowych, o beletrystyce, czy nawet o fantastyce, to szybciej znajdziemy motywy struktur wojskowych, czy jeżeli chodzi o struktury polityczne, to bardziej ogólne. Ale mam wrażenie, że dyplomatom nie poświęca się wiele czasu. Oczywiście mają rolę dostarczenia informacji czy czasami rolę oficjalnego czy nieoficjalnego szpiega. Ale czy mieliśmy książkę, żeby główny bohater był dyplomatą? Mówię oczywiście o fantastyce czy o beletrystyce.
Pewnie są takie książki. Nie wierzę, że nie ma. Natomiast pomyślałam, że dzisiaj pokręcimy się w tej dziedzinie, w tych klimatach. W reprezentantach zagranicznych. Czyli postaciach, które z racji zawodu, z racji sytuacji znalazły się poza krajem i są rodzajami reprezentantów, łączników. Tak jak dyplomaci. Dobra, już sobie ściągę wyłączę. Wiemy, w którym kierunku dzisiaj zmierzamy. Jeżeli ktoś jakimś cudem trafił pierwszy raz, to tylko zaznaczę, że wcześniej już wspomniałam, że będziemy zmyślać, wymyślać. Natomiast tu przypomnę tylko, że będziemy zajmowali się dzisiaj zbudowaniem wstępnym protagonisty, antagonisty.
Potem przejdziemy do propozycji książkowych, które mogłyby służyć jako materiał pisarski, jakiś research czy tropy do pogłębienia researchu przy danej historii, przy danej postaci. Potem wylosujemy sobie enigmatyczną kartę, z której będę musiała zrobić większy problem dla naszych postaci. I na koniec polskie przysłowie, które jeszcze to wszystko będzie miało spajać jako motto. Dobra, przebieg mamy, wszystko mamy. Ja staram się dzisiaj pobić swój rekord i może nie ględzić tyle co zwykle, aczkolwiek czasami to silniejsze ode mnie. Próbujemy. Mam nadzieję, że wy się nie nudzicie, że zwykle ta godzina, ale może ktoś z was jednak słucha do końca. Byłoby miło. Jak chcecie dać mi jakieś uwagi, czy może macie pomysły na jakieś tematy, to też was serdecznie zapraszam. Mamy fanpage podcastu „Alchemia tworzenia”.
Zaznaczam, że to jest właśnie „Alchemia tworzenia podcast”. Taka jest nazwa tego fanpage'a, bo drugi to jest grupa warsztatowa, która właściwie póki co jest martwa. Ale jakby nas było więcej, byłoby więcej chętnych do warsztatowej pracy. Może chcielibyśmy którąś historię rozwinąć. A może któraś historia was zainspirowała i chcecie sami poradzić się, napisać. Może macie jakiś problem albo chcecie coś rozwinąć, to wtedy oczywiście na tej grupie też możemy takie rzeczy robić. Na razie zapraszam na fanpage, żeby być na bieżąco z podsumowaniami odcinków. W miarę możliwości staram się wrzucać tam coś, jak pojawia się jakiś ważny odnośnik, czy wrzucać chociażby zdjęcie, na którym macie książki, które omawiam i te karty, które wykładam, bo tu mamy podcast, więc wy nie będziecie widzieć tych grafik. Natomiast jak najbardziej w sobotę. Dzisiaj jest środa, mamy premierę podcastu tutaj na Book Radiu i możecie sobie słuchać.
Natomiast jeżeli chcielibyście sobie drugi raz to odsłuchać na bieżąco, jak wyciągam te karty, to w sobotę zapraszam was na YouTube'a. „Katarzyna Prychacz” jak wpiszecie, powinien być ten mój główny YouTube z moim zdjęciem i tam chcę ten sezon trzeci wrzucać, załączając oczywiście po drodze zdjęcia tych kart, które wyciągam. Czyli w trakcie jak mówię, od razu wy będziecie patrzyli razem ze mną na tą kartę. I znowu się rozgadała. Dobra, już napominam się, wracam na tory. Losujemy na razie wizerunek protagonisty, antagonisty. Najpierw to wylosuję, ale jeszcze nie odkrywam i od razu też wylosuję do nich archetypy i później będę sobie odwracać i wam mówić, co tu nam wyszło. Dobra, tasujemy. Tutaj mamy oczywiście karty Graphic z gry „Klub Detektywów”. Coś jak „Dixit”.
Okej, cyk, cyk. Mamy dwie wylosowane wizerunkowe karty i archetypy osobowości. To są karty autorstwa Gabrieli Borowczyk. Dobra, duże karty, więc się ciężej losuje. Dobra, mamy dwa archetypy. Po jednym na łebka. Ja sobie tu odkładam. Okej, no to lecimy. Jak wygląda nasz szanowny protagonista na dzień dzisiejszy? Okej.
Dobra, już wam przybliżam, co tu mi się na tej karcie wylosowało. Mamy malutki domek. Domek z kamienia i drewna. I on jest na urwisku. Nawet część tego domku wisi poza tym urwiskiem na specjalnej konstrukcji. I na rogu tej konstrukcji, na tarasie można powiedzieć, czy na ganku tego domku siedzi starszy mężczyzna. Tak patrzę. W sumie to nie wiem, czy on jest starszy, ale jest brodaty. To jest chyba lepsze określenie. Długa broda, może nawet nie jest siwa, więc może was okłamałam z tym, że jest starszy.
Siedzi sobie, oczywiście nogi zwisają mu, siedzi nad samą przepaścią, można powiedzieć. W kapeluszu, takim fajnym słomianym, w ogrodniczkach i żeby było zabawnie trzyma wędkę i próbuje na nią coś złapać. I teraz uwaga co on łapie. Koniec tej wędki z takim wielkim hakiem, tam nawet nie ma przynęty. Chciałam powiedzieć, że wpada, ale może zacznijmy od drugiej strony. Wielki bucior, taki roboczy bucior, taka trochę nie oficerka. Nie, to jest taki typowy bucior za kostkę, najprawdopodobniej z jakiejś skóry. Brązowy bucior sznurowany i jemu odpada podeszwa. Ta podeszwa się odchyla i wystają gwoździe. Generalnie to wygląda jak taka wielka paszcza z zębami.
I ten bucior się czai i najprawdopodobniej jakby ta karta była ruchoma, to pewnie zaraz by ugryzł ten pusty, bezprzynętowy hak. Można powiedzieć, że ten mężczyzna łowi stare buciory. Oczywiście tutaj wszystko jest w chmurach. Czyli zamiast wody, zamiast rzeki mamy tą przepaść, mamy chmury. A może tam kiedyś była rzeka? Kto wie, może ta rzeka jest poniżej, a te buciory opanowały przestrzeń nadrzeczną. Dobra i to myślę, są najważniejsze rzeczy. Oczywiście cisza, spokój. Ogólnie wszystko jest w takich jasnych barwach. Jest bardzo jasne niebieskie niebo, właściwie nawet błękitne.
Więc właściwie to mamy taką sielankę, a dopiero po dłuższej analizie możemy tu się dopatrzeć może jakiegoś niepokoju, bo jednak on jest nad tą przepaścią. On siedzi na samym brzeżku. Wystarczy, że ten bucior mocniej pociągnie i ten mężczyzna spadnie, nie? A właśnie, wiecie co? Tu jeszcze jest fajna rzecz, którą teraz zauważyłam, że ten mężczyzna ma podwinięte spodnie prawie do kolan i jest boso. Więc może on poluje na swoje buciory. W sumie fajna abstrakcja by nam tu wyszła. I teraz jeszcze jak to z tą dyplomacją połączyć? Wiecie co? On wcale nie musi być dyplomatą.
Ta dyplomacja ma się przewijać dzisiaj. Aczkolwiek od razu pomyślałam z tym, że on jest starszy, to pomyślałam o tym, że on trochę wygląda jak na emeryturze, że to nawet nie jest urlop. On wygląda na człowieka, który przez lata już coś robił. Jest taki zasłużony i teraz po prostu się relaksuje. Ma swój domek gdzieś na uboczu, z dala od ludzi i sobie łowi te buciory. Więc może to jest były dyplomata, a może to jest dyplomata, który nie miał gdzie wrócić. Może jego kraj został zniszczony doszczętnie, więc musiał się osiedlić tutaj, gdzie był, gdzie miał być łącznikiem. Zobaczymy. Może coś dalej w historii pójdzie. Zobaczymy teraz jaki archetyp, czyli ta jego taka bardziej dominująca cecha osobowości.
Tutaj przyjmijmy te archetypy jako takie cechy, może jakieś czasami nawyki czy źródła mniej wygodnych rzeczy. Okej. O, fajnie! Dobra, słuchajcie, mamy archetyp odkrywcy, czyli nasz emerytowany. Uznajmy, że on jest tym emerytowanym dyplomatą. Pomyślimy w międzyczasie czy jest u siebie, czy jest nie u siebie. Jak to z tym jego krajem było? Przybliżam wam teraz, czytam opracowanie Gabrieli, jak ona tego odkrywcę w skrócie opisała. Odkrywca. Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga.
Poszukuje nowych wyzwań i doznań, nie tylko tych daleko poza horyzontem. Gotów jest też do podróży wewnętrznej, by zrozumieć motywy swojego działania i odkryć nowe możliwości. Ważne dla niego jest poznanie nowego nawet kosztem ryzyka. Nie boi się zmian i tego, co nowe. Każda zmiana daje nowe możliwości i nową jakość. Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Powiem wam, że jak dla dyplomaty czy można nawet powiedzieć, chciałam powiedzieć, że dla szpiega, ale wiecie co? Dla dyplomaty lepsze. Bo jednak ten dyplomata jedzie reprezentować kraj, więc dobrze, jak będzie ciekawy, otwarty. Może też będzie dzięki temu potrafił łączyć na przykład potrzeby tego drugiego kraju z rzeczami, które ma do zaoferowania jego kraj.
Także tutaj ciekawa cecha nam się trafiła, powiem szczerze i myślę, że to może nam dobrze rokować w historii. Te lekcje na przyszłość. Nie boi się zmian. Właśnie tu też ważne jest dla niego poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Więc w sumie ta chatka nad przepaścią, zarzucanie wędki w jakieś chmuro-mgłę jest ryzykiem, ale z drugiej strony w jakiś sposób odkrywa nowe lądy. Dobra, słuchajcie, przechodzimy teraz do antagonisty, więc zobaczymy, jak oni będą relacyjnie powiązani. Słuchajcie, mrocznie jest. W pierwszym odcinku mieliśmy klimat halloweenowy. Powiem szczerze, to jest idealny klimat halloweenowy. Dobra, słuchajcie, co my tu mamy.
Mamy strach na wróble. Pole, patrzę zboże, tylko ja nigdy nie wiem. Żyto? Widzicie, ja człowiek research, od razu bym pędziła sprawdzić, chociaż wygooglować. Ale dobra, to nie jest ważne. Wybaczcie, mój mózg ma czasami takie coś. Przyjmijmy sobie, że to jest żyto. Dobra i już, bo zaczynam znowu rozkminiać nad tym. Na pierwszym planie oczywiście mamy kłosy, piękne złote kłosy. Najprawdopodobniej całość sceny jest nocą.
Oczywiście na strachu na wróble siedzą sobie czarne ptaszydła jakieś. Wydaje mi się, że jeden to jest na pewno gawron, bo to jest chyba za małe na kruka. A drugi siedzi, bo jeszcze ten strach na wróblach są oparte grabie i to takie bardzo chciałam powiedzieć wykolejone. Te zęby mają pozginane. To już są bardzo wysłużone grabie. Grabie jak nic. I na nich siedzi inny czarny ptasior, tylko siedzi frontem do nas, więc prawdę mówiąc to nie wiem, czy to jest drugi taki sam, czy to taki dziobek bardziej przypomina jakąś kawkę, że jest delikatniejszy, wygląda niż tamte, mniej mroczny. Strach na wróble jako głowę ma dynię i ta dynia jest taka klasyczna halloweenowa, czyli ma taką twarz wyrzeźbioną i świeci. I tymi oczami i tym niecnym uśmiechem z małymi ząbkami oświetla te złote kłosy na pierwszym planie. Ciekawą rzeczą jeszcze tutaj jest, myślę, że warto o tym wspomnieć, że na szyi ma on wieniec z kwiatów.
To w sumie nawet taki trochę hawajski wygląda, to nie wygląda jak takie polne kwiaty czy coś, co na przykład można byłoby u nas znaleźć, tylko bardziej jak jakieś hibiskusy czy inne, co tam było? Plumeria, tak? Też z niej się robi wieńce chyba. Nieistotne. Przyjmijmy sobie, że hawajski wieniec ma. I teraz co on mógłby być? Co to może symbolizować? Słuchajcie, w zależności od tego, jakiego typu historię chcielibyśmy tutaj zrobić, bo jeżeli byśmy poszli w takie fantasy, to może to być jakiś demon, może to być zaklęty strach na wróble. Może to on na przykład doprowadził do upadku kraju tego naszego dyplomaty albo ten kraj został pogrążony w jakimś uśpieniu, w takiej klątwie, może właśnie w tej wiecznej nocy i dlatego ten nasz dyplomata jest odcięty i może nie ma pomysłu, nie wie, co ma zrobić, więc po prostu się tam osiedlił i siedzi przy tym domku i łowi rybki. Znaczy buciorki łowi.
Taki ładny czarny charakter. A z drugiej strony na przykład jeżeli mielibyśmy zejść trochę na ziemię, czy nie iść właśnie w fantastykę, to może to byłoby symbolem, teraz widzicie, pomyślałam, że nie urodzaju, że pola zostały opanowane przez jakąś na przykład zarazę i cała gospodarka czy przez to cały kraj tego dyplomaty może upadł, bo nie miał na przykład czym handlować, a na przykład słynął z tych upraw swoich. Chociaż patrzę, że te kłosy to takie dorodne tutaj są. Oczywiście, że na karcie to mogłaby być sytuacja tego, że one jeszcze były dobre, ale już przestały być, nie? A może właśnie ten kraj, w którym nasz dyplomata przyjechał być dyplomatą, może to właśnie oni czają się na zboże i może chcą doprowadzić do zniszczenia tego zboża. I w tym momencie możemy pójść drogą taką, że antagonista to będzie dosłownie ta postać z karty, ale samym antagonistą może też być ten kraj drugi, a może po prostu sama klęska taka, w sumie można powiedzieć żywiołowa. Zobaczymy teraz archetyp ten drugi. Zobaczymy, może on też nas pokieruje w kierunku, poprowadzi nas w jakieś nowe miejsca. Kochający. Dobra, jest ciekawie.
Powiem wam szczerze, uwielbiam takie wyzwania, bo kochający raczej kojarzy się z czymś pozytywnym, nie? Najpierw wam przybliżę, co Gabriela zrobiła tutaj, streściła nam, a później będziemy myśleć, jak to zrobić, żeby pasowało do naszego złola. Kochający. Miłość jest siłą napędową tego świata i motywem działania. Nie ma jednego rodzaju miłości. Jest miłość w rodzinie, braterska, bliźniego, altruistyczna i ta zmysłowa, zarówno bezinteresowna, jak i romans bądź czysta przyjemność. Ważne dla niego jest przywiązanie, troska i intymność. Może być szczery i otwarty, ale także tajemniczy i uwodzicielski. Fajne wyzwanie. Słuchajcie, podoba mi się to.
Lubię wylosować sobie coś takiego, bo to jest coś, czego absolutnie nie przewidziałam. I improwizacja właśnie tutaj nabiera tych smaczków, że teraz jak to posklejać? Muszę pomyśleć, nie? Możemy pójść w jakąś tą miłość. A może miłość w jakiś sposób uśpiła czujność dyplomaty i doprowadziła do upadku? Chociaż wiecie co? A może pójdźmy w tą fantastykę. Jeżeli mamy te buciory z zębami To może faktycznie tutaj mamy jakiegoś stracha na wróble, czarnego charakteru, który uciska kraj tego naszego dyplomaty. Czy to będzie demon? A może to jest jakaś wiedźma na przykład, bo tu patrzę te kruki, te gawrony, czarne ptasiory.
Może to jakaś zła wiedźma, to nawet taka bajka magiczna, że mamy klasyczną wiedźmę, która czyniła zło. Miłość jest siłą napędową tego świata i motywem działania. Więc może tu będzie ta miłość w rodzaju destrukcyjnym. I teraz albo na przykład zemsta, że może ta zła czarownica, czy ten czarny charakter. Albo wiecie co? A może to jest zemsta i ten strach na wróble to jest właśnie może on był wcześniej człowiekiem i może przemienił się w jakiegoś tutaj, czy dał się opętać przez jakiegoś demona, czy przemienił się właśnie w taką jakąś dziwną konstrukcję, w tego stracha na wróble, żeby właśnie zniszczyć tamten kraj, bo może coś tam musiało na przykład doprowadzić do tego, że zginęła jego ukochana. I ten hawajski wieniec mógłby być takim amuletem. Może ona nosiła takie wieńce. I on po prostu nie potrafił sobie poradzić z tą stratą. Ta miłość bezwarunkowa, bezgraniczna, którą darzył tą swoją ukochaną, przerodziła się właśnie, wypełniła się tym bólem i wręcz ten ból go wykoleił w jakiś sposób i zemsta wydawała mu się czymś jedynym słusznym.
Więc może ten dyplomata, a może wiecie, to nie jest dyplomata taki na skalę kraju powołany przez kraj. Tylko może ten nasz główny bohater jest po prostu takim człowiekiem, odkrywcą, który postanowił sam z siebie uratować swój kraj i udać się do tego mężczyzny, do tego demona, tego naszego skrzywdzonego mężczyzny i po prostu z nim negocjować. Może w jakiś sposób spróbować się dogadać. No dobra, słuchajcie, bo prawdę mówiąc miałam w tym sezonie nie skupiać się tak bardzo na historiach, tylko właśnie na konstruowaniu tych postaci. A ja wam tutaj rzucam tropy. Co wam pasuje, to sobie weźmiecie. Fajnie, czemu ja się tak zżywam? Słuchajcie, każda ta historia tak, zawsze mi się takie fajne rzeczy wylosują. Ja nie wiem. Ja nie wiem, czy to po prostu te rzeczy są fajne, czy to mi się wydają fajne.
Mój mózg uznaje za fajne. Okej, ale dobra, mamy te archetypy. Mamy mniej więcej jakąś tam linię, więc teraz myślę, że możemy przejść do tych książek, które przygotowałam, które pozwoliłyby nam w tym temacie według mnie. Nie ukrywam, że wiadomo, sprawdziłam wcześniej temat, więc poszłam na regał i wybrałam książki, które wydaje mi się, że się tu zmieszczą w tym temacie, że są powiązane. Natomiast teraz ta historia, która mi się wylosowała w tym momencie pewnie bym poszła po inne książki, ale okej, jest dalej, jest wyzwanie. Więc przechodzimy teraz do tej części bardziej takiej researchowej. Więc jak sobie pomyślałam o dyplomacji, jeżeli mamy ten Dzień Służby Zagranicznej, to pomyślałam sobie, że z jakiegoś powodu ta służba zagraniczna skojarzyła mi się, nie ukrywam, że z czymś wojskowym, mimo że jakby nie patrzeć, to jednak przede wszystkim ta dyplomacja, ta komunikacja. Ale skoro pierwsze skojarzenie takie już było, to udałam się do mojego regału w stronę bardziej takich leksykonów i wykopałam „Słownik uzbrojenia historycznego”. To wam powiem, jest naprawdę złoto. Jeżeli używacie broni w waszych opowieściach czy konstruujecie bohaterów, czy może jakieś sceny batalistyczne polecam.
Polecam mieć taką książkę. Okej, jak ktoś preferuje też szukanie internetowe to pewnie niejedną stronę znajdziecie z syntezą tych informacji, z jakimś wykazem tej broni. Tutaj mam oczywiście książkę, z którego roku? Patrzę czy mam. Dobra, tu jest jakieś wydawnictwo, że 2010. Druk ukończono w marcu 2010. Ale czy to jest-- no właśnie, to jest trzecie wydanie, więc ciekawe pierwsze wydanie. Nie wiem, tu nie mam chyba informacji. Przyjmijmy, że 2010. Myślałam, że starsza ta książka, ale dobra, wracam do tematu, bo jak zawsze się rozproszyłam.
I tutaj mamy w tej książce oczywiście krótkie opisy. Mamy też jakieś tam wiadomo, aneksy, indeksy, przypisy, dodatkowe rzeczy. Klasyczny leksykon, czyli alfabetycznie mamy te nazwy. Natomiast co jest też świetne, ma tutaj rysunki. Nie jakieś zdjęcia, tylko właśnie takie szkice. O, szkic to jest dobre słowo, żeby też od razu sobie sprawdzić, jak ten dany miecz czy dana broń, bo tu zaraz właśnie przejdziemy do tego. Chociaż widzę, że chyba z mieczami jest najwięcej tych szkiców. Nie, kłamię, wszędzie jest. Dobra. Chodzi o to, że tutaj mamy broń różną.
To tak akurat mi się miecze otworzyły. Między innymi mamy właśnie broń sieczną. I tu mamy te części składowe, więc możemy też się tutaj dowiedzieć ogólnie o tych różnych detalach. Jak tą broń się przenosi, jak się przechowuje. Nie będę strzelać. Nie wiem, czy konserwacja też tu jest wspomniana. Pewnie jest też trochę historii. Z tego co pamiętam przy danej frazie, przy danym rodzaju nie tej kategorii broni, tylko tej nazwie tej konkretnej broni mamy też to tło historyczne. Więc leksykon petarda. Ale do czego zmierzam?
Tworząc sceny batalistyczne chociażby, jeżeli na przykład chcielibyśmy zrobić zbliżenie kadru, że na przykład właśnie mamy, załóżmy taką epokę czy wybieramy sobie taki klimat, że walczą na te miecze, to możemy dużo profesjonalniej, używając tych części składowych broni napisać co się stało, w jaką część ciała ktoś został ugodzony. Ale właśnie jaką częścią na przykład w tym wypadku weźmy tego miecza. Albo może w trakcie walki wojownikowi coś się stało z mieczem. Może ten miecz się uszkodził i wtedy my możemy być precyzyjni i napisać dużo dokładniej, że nawet jeżeli czytelnik nie będzie znał tych części, a będzie dociekliwy, to może sobie wygoogluje czy gdzieś tam poszuka w słowniku tego słowa, którego na przykład nie zna, nie zrozumiał i wtedy będzie widział jeszcze bardziej, jeszcze szerzej. Ta scena nabierze tej głębi. Ale to już nie raz to wspominałam, że detale robią robotę. A jak traficie na czytelnika, który na przykład się zna na tym temacie, to jeszcze tym bardziej doceni, że wykonaliście pracę, żeby napisać to bardziej profesjonalnie. Więc tak jak mówiłam, mamy tutaj broń sieczną, broń drzewcową i obuchową, broń miotającą, broń palną ręczną, broń artyleryjską, uzbrojenie ochronne czy oporządzenie jeździeckie. Nawet to mamy. Także fajna sprawa, fajna rzecz.
Patrzę, czy coś krótkiego mi się wylosuje, żebyśmy wiedzieli o czym rozmawiamy. Ja nie wiem, miecze mi się dzisiaj otwierają. Ja naprawdę się starałam. Oczywiście te wszystkie tutaj rzeczy są alfabetycznie w obrębie danej kategorii, więc mamy na przykład multon, wielki miecz o charakterze ceremonialnym, na przykład miecz poświęcany, przesyłany przez papieży monarchom zasłużonym w walce z poganami. Ciekawe. A może ten nasz dyplomata tutaj właśnie wiózł jakiś rodzaj broni? Bo co tu jest przesyłane przez papieży monarchom zasłużonym w walce. Już tam nie wnikajmy z kim, że z poganami i że przez papieży. Ale samo to, że może właśnie to była misja tego człowieka. Może on po prostu był takim posłańcem, a potem odkrył, będąc w tym drugim kraju, co tam się wydarzyło.
Dlaczego ich kraj ma te problemy, czy jest atakowany. Nie wiem, może coś innego. O, jakaś broń palna ręczna. Czy mamy tutaj coś krótkiego? Bo też nie chcę tutaj nam zabierać czasu. Fuzja. Termin używany dawniej w Polsce w odniesieniu do broni palnej długiej, zwykle myśliwskiej z zamkiem skałkowym, zwanym po francusku fusil. Pewnie to się jakoś fusil czytało. Nie pamiętam jak to się czytało, no ale fusil pewnie, bo fuzja to tak brzmiałoby. To może w ogóle fusil przez „z”.
Fusil i wtedy fuzja by pasowało. Dobra, bo to już jakieś moje dywagacje. Odkładam leksykon. Lecimy dalej. Myślę, że wiecie, o co chodzi. Że coś nam by się tu przydało takiego. Dobra jeszcze będąc w broni, jak już tam zawędrowałam, to wylosowała mi się... Nie no dobra, żartuję. Oczywiście, że nie wylosowałam, tylko wybrałam encyklopedię noży. Swoją drogą może to nie byłoby głupie losować te książki.
Ale dobra i tak są jak wylosowane. Encyklopedia noży. Ta sama mechanika. Też tutaj mamy trochę więcej. Okej, przejdziemy teraz spis treści. Przede wszystkim to tutaj mamy tylko o nożach, ale mamy też oczywiście zdjęcia. To już jest bardziej współ-- chciałam powiedzieć bardziej współczesna. Rok wydania 2003. Natomiast współczesna w tym sensie, że to już jest taka standardowa, nie wiem, jak to powiedzieć, encyklopedia. Tamta wygląda jak takie właśnie coś małego, starego, lekkiego, wygodnego, ze szkicami.
Jak kiedyś leksykony wydawano tego typu. Natomiast tutaj już mamy full wypas, papier kredowy, kolorowe zdjęcia, różne czcionki. Tu nawet mamy piktogramy wprowadzone, dzięki czemu też możemy się zorientować czy to jest nóż miniaturowy, czy nóż nurka na przykład. Co my tu jeszcze mamy? Nóż wojskowy, wielofunkcyjny, limitowana edycja. Ciekawa sprawa. Widać ktoś tutaj naprawdę wydawniczo dołożył bardzo fajną cegiełkę, włożył w to pracę. Jeżeli chodzi o spis treści mamy historię noży, typy noży, wykonanie, rodzaje stali nawet. I to jest słuchajcie też fajny rozdział, bo nawet widzicie z takiego czegoś możemy poszerzyć swoją wiedzę na temat stali, którą niekoniecznie musimy użyć w kontekście noża. Może właśnie nasz główny bohater pracowałby wcześniej w jakiejś, chciałam powiedzieć hucie, ale nie hucie.
Jeśli już, to pewnie kuźni. Kuźnia, tak. Tam ze stali wykuwano różne rzeczy. Może się przyjaźnił z kowalem, może był kowalem i na przykład ta wiedza pozwoliła mu zbudować niewzruszoną konstrukcję tego domu nad skarpą, nad tą przepaścią. I dalej mamy fajną rzecz, którą możemy zastosować jako właśnie jakąś retrospekcję, jakieś przemycenie historii po prostu naszego bohatera. I widzicie wszystko z książki, która dotyczy noży, ale my wcale nie musimy tego używać w kontekście noży. Dobra, co dalej jeszcze mamy? Zamki, blokady, czyli ta technologia, jak bardziej to działa w nożach. Grawerowanie i zdobnictwo. I znowu może kiedyś zajmował się grawerowaniem noży, a ta umiejętność...
Czy może właściwie nasz antagonista mógłby być takim grawerem od noży i może też oprócz tego wieńca hawajskiego będzie nosił ze sobą te grabie, które wygrawerował. Że to nie tyle jest narzędzie, co jakaś może jego broń. Patrzę, te zęby takie wykolejone, jakby były porządnie naostrzone. Takie grabie bojowe, czemu nie? Materiały na rękojeści to też fajna rzecz. I dalej właśnie o materiałach możemy się tutaj dowiedzieć. I tutaj mamy noże od A do Z, więc mamy też, nie będę wszystkiego wam czytać, ale są dosłownie nazwy jakieś Viking, Puma, co my tu mamy? Kabar jakiś. Nie znam się na tych nożach, więc to dla mnie w ogóle... Frank.
Mamy ciekawe nazwy, powiem szczerze, ale nie chcę się też zagłębiać. Wiecie, że ja mam tendencję do odpływania. Dobra, nie zaglądam dalej, bo już mnie obrazki pochłonęły. Detal na głowicy patrzę i jest wygrawerowany, słuchajcie, dinozaur. Nie wiem czego to dotyczy. Nóż integralny Balbacha. Nie wiem, czy ten detal na głowicy dotyczy tego noża konkretnego, czy to jest tylko przykład. Dobra, nie wczytuję, ale widzicie ciekawy motyw. Może ta głowica wygląda... Nie, to chyba metal jest jakiś, bo tak pomyślałem, czy to nie jest w kości grawerowane, ale wygląda jak w metalu.
Czyli na przykład jeszcze te grabie bojowe z grawerunkiem dinozaura. To już mamy Kongo. I tu na przykład, przechodząc do kolejnej książki, odkopałam jeszcze moją z czasów studenckich książkę „Nauki pomocnicze historii”. I tutaj, słuchajcie, to jest skarbnica, jeżeli chodzi o takie rzeczy, to wam powiem. Józef Szymański jest autorem „Nauki pomocnicze historii” z PWN. Powiem szczerze, że jak piszecie i piszecie różnego typu historie, to polecam mieć, bo jest tutaj... Już próbuję dokopać się do spisu treści, żeby wam pokazać, przeczytać, jaki przekrój mamy tutaj zagadnień. Dobra klasyka rodzaju. Z tyłu? Z tyłu.
Bo to jest jedna z takich grubszych książeczek. Zwłaszcza że dosyć mały druk ma, więc dużo wiedzy. Jeżeli chodzi o te nauki pomocnicze historii, do czego zmierzam? Właśnie chodzi o to, że historia jest szeroka, ma wiele płaszczyzn, różne filary swoje ma i dzięki temu, mając tą jedną książkę, możemy mieć fajne punkty odniesienia do jakichś poszczególnych działów. Tutaj mamy oczywiście wiadomości wstępne czy rodzaje i gatunki źródeł historycznych. I to już jest, z jednej strony można powiedzieć, jakieś tam trochę mambo jumbo dla badaczy i historyków, natomiast może właśnie gatunki pisanych źródeł dokumentacyjnych. Może właśnie jakiś gatunek tego pisma, jakiś konkretny, może z jakąś mądrą nazwą, już by się wam przydał gdzieś. Moglibyście właśnie sprawić, że wasza postać na przykład historyka czy może jakiegoś stratega miałaby tutaj już coś więcej do powiedzenia. Coś takiego profesjonalnego. Dalej mamy tutaj, widzę, ogólną kategorię człowiek, czas, miejsce i w tej kategorii mieści się na przykład genealogia, chronologia, metrologia, geografia historyczna, więc to są bardzo już szerokie działy.
Nawet powiem szczerze, nie wiem, metrologia, czy to związane coś z jakimiś systemami metrycznymi? Nie, to nawet są jakieś funkcje społeczne konwencjonalnych systemów metrologicznych. Ale nie, mamy też inercja i tendencje unifikacyjne systemów miar, system metryczny mierzenia. Czyli widzicie, to jest chyba jakieś coś szerokie, nawet mamy pierwotne systemy metrologiczne u Słowian. Ciekawe. Dobra, bo też nie chcę się zagłębiać tutaj, ale już samo to, że gdzieś tam możemy nawet się odnieść do jakichś pierwotnych systemów. Stawiacie w swoim uniwersum jakąś cywilizację? To bazujcie na tym, co już jest. Bazujcie na czymś istniejącym. A może właśnie pogłębienie tego tematu da wam jakieś fajne inspiracje, które będziecie mogli sobie czy umieścić takie, jakie są i nawiązać do czegoś, co istnieje naprawdę, czy na podstawie tego po prostu stworzyć jakiś wasz system.
Dobra, kolejna kategoria to jest język, pismo. I tu mamy język i kultura literacka, paleografia, bibliologia historyczna, coś jeszcze? I właśnie tutaj mamy też dyplomatykę i naukę o archiwach. Oczywiście też tu wspomnę wam, że do każdego z tych działów na samym końcu mamy też bibliografię, dzięki czemu jak któryś ten dział by was zainteresował, zawsze możecie sobie ten temat pogłębić, bo dosłownie w tej książce macie stado tropów do tego, gdzie tam dalej iść i po co sięgać. Mówię, złoto. Tego typu książki to naprawdę, jeżeli chodzi o materiał pisarski, o research - magia, bo właściwie nie musicie kopać, przekopywać internetów, myśleć, szukać fraz, jak właściwie tutaj będziecie mieli Nawet patrząc na tytuły w tej bibliografii może właśnie będziecie mieli listę fraz, które powinniście wpisać w Google'a, żeby się dowiedzieć. Żeby nie biegać, jak ktoś nie chce, nie lubi, żeby nie leciał do biblioteki czy nie musiał gdzieś kupować bądź ściągać PDF-ów. Tylko może wystarczy wtedy ciocia Wikipedia. Dyplomatyka. Tutaj obstawiam, że chodzi o coś związanego z dyplomacją, ale nie wiem.
Prawdę mówiąc tak mi się skojarzyło. Ale szczerze? Nie wiem do końca. Ja z tej książki, oczywiście na historii sztuki nie korzystałam ze wszystkich działów, a też nie miałam wielkiej ambicji, żeby to od dechy do dechy czytać, bo to jednak jest bardziej jako opracowanie naukowe, trochę jak leksykon. Więc nie ma co się uczyć tutaj wszystkiego. To jest tak, jakbyście kuli na pamięć encyklopedię. Ale oczywiście jak ktoś lubi to super, zachęcam. Fajna rzecz. I kolejna nasza kategoria główna: przedmioty i wizerunki. I to myślę, jeżeli chodzi o rzeczy pisarskie, też robi fajną robotę, bo mamy tutaj coś takiego jak nauka o znakach władzy i prawa.
I to są na przykład atrybuty, symbole, znaki rytuału prawniczego. Strój jako forma rytuału prawnego. To na przykład moglibyśmy wziąć i ten nasz dyplomata może właśnie będzie miał specjalny strój. A może ten kapelusz słomiany jest rodzajem nie tyle, że sobie ubrał ten kapelusz, tylko może jadąc do tamtego kraju drugiego wiedział, że tam będzie szanowany, bo osoby nowo przybyłe mają ten kapelusz, żeby nie straszyć mieszkańców. Nie wiem. Słuchajcie, jakbyśmy poszli w fantastykę, to może to byłaby jakaś nacja dyniogłowych. I może jak ktoś miał zwykłą głowę, to ich przestraszał. A ten kapelusz sprawiał, że tak bardzo się nie bali. Dobra, wszystko jest możliwe, zwłaszcza w fantastyce. Dalej.
Numizmatyka. Nauka o monetach. Więc jak najbardziej temat fajny. Mamy też polską monetę średniowieczną, polską monetę nowożytną, moneta państw zaborczych nawet. Oczywiście możemy też dzięki temu zgłębić sobie pojęcie i zakres numizmatyki, rozwój badań, zagadnienia ogólne. I tutaj możemy sobie w bardzo ciekawy sposób i szczegółowy opisać walutę w naszym uniwersum. Więc dalej. Czy będziecie robili to sobie do swoich notatek, czy do jakiejś księgi dotyczącej waszego uniwersum, czy faktycznie wykorzystacie to, pociągniecie jakiś wątek handlowy w waszej powieści i będziecie mieli świetną okazję do tego, żeby napisać więcej o powstaniu waluty, o samej walucie waszego uniwersum. Może jak wymyślicie jakąś super nazwę, to tutaj będzie można poprzez jakąś postać rzucić jakąś ciekawostkę. Mamy też sfragistykę.
To były pieczęcie, z tego, co pamiętam. Tak. Historia pieczęci, budowa pieczęci. Nie wiem tylko, czy to chodziło o te pieczęci takie na listach, woskowe na przykład. Pieczęć to też była, na przykład jak się robiło ceramikę i dany cech, który tę ceramikę robił, miał też swój symbol, swoją pieczęć. Czy tam sygil się nazywał gdzieś też w czymś? Nieistotne. Tak czy siak, listy z pieczęcią woskową. A może będziecie pisali coś, u was będzie to bardziej futurystyczna epoka, więc może koperty czy listy będą na metalowych tabliczkach, może to będzie jakiś futurystyczny tablet i na nim będzie miedziana pieczęć. Czyli taka trochę stylizowana na tą starą woskową, ale w miedzi.
Może właśnie laserową pieczęcią wypalana. Patrzę, czy to w naszej historii by się przydało. Dyplomacja pieczęci jak najbardziej. Może listy w jakiś sposób byłyby tu zapieczętowane. Dobra, lecę dalej, bo widzę, że znowu już jest późno, a książek trochę jeszcze zostało. Co my tu mamy? Sfragistyka. I jeszcze na koniec heraldyka, czyli herby. Więc to samo. Może macie różne kasty, może jakieś klasy w waszym uniwersum, więc możecie się pobawić tymi herbami.
Tak jak nawet w „Harrym Potterze" były te cztery domy i każdy z tych domów miał swój herb, swoje godło i były różne symbole. I za każdym symbolem kryła się jakaś historia. To czemu nie? Czerpmy z tego. Może każdy kraj ma, tak jak w realu, że tak powiem, każdy kraj ma też jakiś swój herb, godło czy jakiś swój symbol. Tak może właśnie też w naszej historii u dyniogłowych będzie jakaś dynia w tarczy. Patrzę, kochający i tu mam grafikę serca. To może dynia w sercu. A jeżeli chodzi o naszego bohatera, to nie wiem. Tak pomyślałam o tych butach, ale buty wydają się czymś nowym.
Nieistotne. Można szaleć. Weźcie sobie nawet czasami naprawdę absolutnie niezwiązaną jakąś rzecz z waszą historią i ją wmontujcie w ten herb i do niej uszyjcie historię, która faktycznie będzie pasowała do waszego uniwersum. I jeszcze ostatnie to tu mam, patrzę, że nazywa się, że kategoria zamknięcie, ale to chyba już jest po prostu zamknięcie całego zbioru. Tak, bo tutaj jest edytorstwo historyczne, pojęcie i zakres edytorstwa historycznego, rozwój badań nad edytorstwem. W sumie to jest nauka pomocnicza chyba to edytorstwo. No tak. Bo historia ktoś musi to edytować. Może tutaj też mamy instrukcje wydawnicze jakieś. Podstawa wydawnicza i jej typy.
Typy wydawnictw źródłowych. Może to też się wam gdzieś do czegoś przyda. Może ktoś będzie wydawcą, może będziecie pisali, może podejmiecie wątek drukarzy i na przykład ich współpracy z historykami. A może tam będzie jakiś konflikt na tle takim, że ktoś chce przekłamać historię i może jakiś edytor w jakiejś drukarni się zbuntuje. Tak jak już nieraz wspominałam w poprzednich sezonach, tak naprawdę wystarczy się często rozejrzeć, niezależnie od tego, gdzie siedzicie, gdzie stoicie czy gdzie idziecie. Inspiracja jest zawsze gdzieś dookoła. Abstrahując od tego, że jest w waszej głowie. Ale jak nie możecie w głowie znaleźć czy się zdecydować, to po prostu się rozejrzyjcie. Dobra i teraz tak. Nauki historii to między innymi ta dyplomatyka, takie rzeczy.
To mnie zainspirowało, żeby to tu przytargać wam. Ale wracając do tematu dyplomacji, pomyślałam jeszcze o umiejętnościach, jeżeli chodzi o mówienie, o retoryce. Więc tutaj mam z tego działu dwie książki ze sobą, między innymi „Zręczność ust. Hipnotyczna sprzedaż i negocjacje". Nie że sama książka, że must have, tylko bardziej ta zręczność ust. Myślę, że to jest bardzo przydatne, jak nie niezbędne w pracy dyplomaty. Patrzymy, co my tu mamy w spisie treści. Jeszcze zaznaczę, tutaj mamy „Hipnotyczna sprzedaż". Tę książkę wzięłam sobie w ramach ciekawostki. Jedną pracę pisałam właśnie na temat manipulacji i takich rzeczy, stąd ta książka u mnie na tym regale.
I tu mamy rozdział: zanim oficjalnie zajmiemy się hipnozą. I tu mamy zrozumienie. Co to znaczy być hipnotyzującym sprzedawcą? Jak osiągać pożądane rezultaty? Przygotowanie do komunikacji niewerbalnej. Kto gdzie siedzi? Widzicie tutaj samo słowo hipnoza. Oczywiście, że możemy wziąć. Może nasz bohater miał takie umiejętności. Natomiast może właśnie to przygotowanie do komunikacji niewerbalnej.
Załóżmy, mając taką książkę i patrząc na ten rozdział, może to by się przydało do jakichś flashbacków. Może właśnie flashbacki z życia naszego bohatera. Może w dzieciństwie któryś z rodziców, może dziadek, babcia. Może babcia przygotowywała go do tej komunikacji niewerbalnej. Chciała coś na nim wymóc, a on tego na przykład nienawidził. A teraz z racji tej samozwańczej roli przypomniał sobie, miał te flashbacki z dzieciństwa. Przypomniał sobie i dopiero po latach był wdzięczny babci za to, że go siłą czasami zaciągała, sadzała na to krzesełko i robili na przykład ćwiczenia czy gdzieś tam ona mu wykłady robiła. Dalej. Hipnotyczna mowa ciała. Do tego dzisiaj wrócimy.
Ale mamy właśnie gesty, przekaz za pomocą dłoni. Ciało pewne siebie, autentyczność, prawda i kłamstwa. Tutaj też dzięki temu rozdziałowi czy zgłębieniu tego tematu możemy dorzucić fajne detale, jeżeli chodzi o nasze postaci. Możemy na przykład zaplanować te gesty czy sposób poruszania się danej postaci. To też wam chyba mówiłam w jednym z poprzednich sezonów. Ja chyba któreś historie wymyśliłam na podstawie jednego mojego opracowania. Między innymi tam była ta kotwica wizerunkowa, czy poruszałam temat tego, jak budujecie postać. To, że im więcej detalu dla siebie zaplanujecie, tym lepiej. A potem możecie sobie dorzucać smaczki w powieściach czy w opowiadaniach. Czyli na przykład to, że nasz bohater będzie robił jakieś gesty, a może na przykład będzie robił nieświadomie gest, który w jakiś sposób będzie wpływał na tych ludzi, będzie ich hipnotyzował, a nasz bohater nie miał pojęcia, że robi to naturalnie.
Dobra. Nawiązywanie kontaktu. Tutaj jest zaufanie do hipnotyzującego sprzedawcy. Właściwy stan. Ostatnie rozważania przed nawiązaniem kontaktu. Tutaj już przechodzimy do tej hipnotyczny sprzedawca zaczyna mówić. Czyli jak już mamy przygotowane, to wchodzimy już bezpośrednio w komunikację. Tu mamy na przykład hipnotyczne wzorce językowe. Tutaj coś może fajnego do przemycenia. Nie chcę też wszystkiego.
Aktywizacja techniki zadawania pytań. To też jest fajna rzecz. Czy przekonania mogą być hipnotyczne? Właśnie, słuchajcie, temat przekonań. A jak przekonania, to często też na przykład poglądy, które wpływają na nasze przekonania. To też jest ciekawy temat do budowania postaci. W sumie w tym opracowaniu o tym mówiłam chyba w poprzednim sezonie. Nieistotne. Mówiłam właśnie o tym, że można postać postawić na tym, że ona będzie miała błędne przekonanie i przez całą historię będzie patrzyła na wszystko totalnie ze złego punktu widzenia. Totalnie ze złego punktu.
Że zrobi jakieś założenia, które na przykład będą dyktowane poprzez jej przekonania i poglądy. A może wystarczyłoby na chwilę spojrzeć z innej perspektywy? Także wszystko możemy gdzieś tutaj sobie przenieść. Czy zamknięcie sprzedaży, ten dział tutaj, to na przykład mogłoby też nam w naszej historii przydać się do tego, kiedy nasz dyplomata wreszcie jednak osiągnie swój cel. Może właśnie przez te wszystkie rozdziały na przykład mógłby zmierzać do tego, żeby wejść w kontakt z tym dyniogłowym, który stracił tę kobietę. I może to zamknięcie sprzedaży to właśnie będzie technika tego dyplomaty i może jednak na samym końcu będą mieli jakiś sojusz, jakiś kompromis. Może wcale nie muszą się zabijać czy coś tam. Może się nie uda, wiadomo. Pewnie się nie uda wskrzesić tej ukochanej. To od nas zależy.
To jest fantastyka. Ale z drugiej strony, jak to był ród dyniogłowych, to może ktoś nieopacznie ściął głowę jego kobiecie. Może oni rosną jak dynie. Chciałam powiedzieć jak mandragora, tylko tam korzeń był całym ludkiem i miał tylko, że tak powiem, włoski nad ziemią. No właśnie, słuchajcie, a może te dynie naprawdę żyją? A nie, kurde, dynie na kablu rosną przecież. To może właśnie te dynie w tym uniwersum będą wyrastały z ziemi. A może właśnie ktoś pomylił młodego dyniogłowego? Czy może te dynie na przykład wchodzą w jakiś letarg? Może na parę miesięcy one wchodzą pod ziemię, że tylko ta głowa wystaje, a reszta ciała się regeneruje na przykład.
I może ktoś przekroczył granicę i po prostu faktycznie wziął to za jakąś dziwną dynię i nie mógł jej wyjąć z ziemi, więc ją odciął. Jest to makabryczne. Ale może w jakiś sposób się uda wyhodować nową głowę ukochanej, a może cofnąć czas. A może po prostu się dogadać, nie wiem, przepracować tę zazdrość, która pochłonęła naszego antagonistę. Może nasz bohater przypomni mu, czym była miłość. Może ten antagonista w nerwach, w krzyku zacznie mówić o tej ukochanej i może w trakcie tego monologu do niego dotrze. Może właśnie on potrzebował, wiecie, rodzaju... Żałoba ma też swoje różne fazy i może on po prostu potrzebował kogoś, kto go wysłucha. A może właśnie nikt go nie chciał słuchać. Może nie miał z kim porozmawiać, może się nie odważył, a tutaj siłą rzeczy był zmuszony i może właśnie chciał zaatakować, czy nawrzeszczał na tego naszego protagonistę i sam się uleczył w trakcie.
Sam zrozumiał tak naprawdę, na czym ta miłość polega i że strata ukochanej wcale nie oznacza straty miłości czy tego, że ta miłość na przykład umarła. Tak wiecie, na amen. Dobra, następna książka. „Szkoła mówców”. Tu już typowo mamy o mówieniu, bo tam mieliśmy ogólnie. Co o wystąpieniach publicznych myślą sami menedżerowie? Ciekawy dział. Nie wiem, czy tutaj wprowadzimy to już typowo biznesowo. Mówca przyszłości. Świadomość prezentacyjna mówcy.
Dziesięć przykazań mówcy biznesowego. Może na podstawie na przykład tych dziesięciu przykazań stworzyć taki dekalog naszego bohatera. A może właśnie ten, który babcia mu tam gdzieś wpoiła za dzieciaka. Jak inspirować i zarażać wizją? Tu jest w biznesie. Natomiast o wizji też już rozmawialiśmy, o inspiracjach. Więc może właśnie te umiejętności oratorskie skłonią tego antagonistę właśnie do tych wyznań. Może on się poczuje sprowokowany, więc zacznie krzyczeć i gdzieś tam wyrzekać wszystko. Może te umiejętności oratorskie sprawiły, że antagonista się uleczy. Tu mamy też o strategii prezentacji, o strukturze prezentacji, nawet kolejne dziesięć przykazań przygotowania nowoczesnej prezentacji.
Dobra, nie chcę się tu zagłębiać. Ile tu rozdziałów! Na drugiej stronie. Ale okej. Przeczytam może te główne rzeczy. Głos i sposób mówienia, czyli jak mówić, żeby nas słuchali. Fajna rzecz i tu z automatu o tym głosie czy o sposobie mówienia możemy właśnie tego użyć do budowania postaci. Mając na przykład też tę wiedzę, jeżeli tutaj nauczymy się, jak mówić, żeby nas słuchali, to z automatu będziemy wiedzieli, jak nie mówić. I w tym momencie nasz protagonista może właśnie nie będzie wiedział. Może będzie się z czymś zmagał i może też w trakcie tej opowieści nauczyłby się wreszcie mówić.
Co ja z tym „nie” dzisiaj. Wybaczcie, mam nadzieję, że dużo tego nie było. Pewnie w trakcie montażu się wścieknę i to będę słyszeć, ale już trudno. Jak oddychać? Ciekawa rzecz. Jak ćwiczyć prawidłową wymowę? Dalej. Przekaz niewerbalny, czyli to, co pokazujesz odbiorcom swoim ciałem, mówi głośniej niż słowa. To też tutaj właśnie mamy o tej mowie ciała. O, fajna rzecz.
Jakie błędy najczęściej popełniają mówcy? I znowu na tych błędach możemy zbudować całą postać i właściwie ścieżkę jej rozwoju. Dobra, bo też tutaj aż za dużo fajnych smaczków. Trening mentalny mówcy, czyli to, co myślisz o sobie, dajesz swoim odbiorcom. To jest ta ostatnia część. Czas na zmiany. Style komunikacji. To też byłoby złoto. I już z tych stylów komunikacji możemy na przykład postawić dwie postaci. W sensie tutaj mówię o naszych dwóch postaciach.
Może właśnie tutaj nam wyjdzie, dlaczego nie mogli się dogadać. Może to właśnie chodzi o jakiś mały detal, różnice między tymi stylami. Że każdy robił to innym stylem i przez to nie było tej płynnej komunikacji. Dobra. Idąc dalej, mam tutaj taką pozycję jak „Twarz rzeźbią emocje. O sztuce czytania z twarzy". Tak jak była mowa ciała czy to, jak siebie kontrolować w trakcie mówienia, tak tutaj z kolei możemy się uczyć czytać w ludziach. Przykłady. Tutaj język poszczególnych części twarzy, więc mamy kłamstwo w twarzy, zdradliwe oczy, język nosa. Nawet nie wiedziałam.
Język brody, uszu, czoła, skóry. Słuchajcie, tutaj jest wszystko. Język włosów a potrzeba dekoracji. Wymowne trzymanie głowy. Dobra, przegląd ogólny, drugi rozdział. Wskazówki podstawowe. Ślady czasu w twarzy. Twarz dominująco otwarta, twarz silnie zredukowana. Więc mamy też typy. Twarz egocentryka.
Mamy typy twarzy, możemy na podstawie tych typów stworzyć twarz naszego bohatera i czasami robić gdzieś jakieś kadry, zbliżenia czy poruszać tą twarzą. Jeżeli dowiemy się, jak czytać z tej twarzy, jakie emocje gdzie są schowane, to dzięki temu możemy uświetnić opisy naszych bohaterów. Dominujące tendencje w twarzy nawet jakieś. I dalej portrety. Aha, i portrety to tutaj nawet są portrety, nie wiem, w jakim kontekście. Pewnie w kontekście malowania. Chociaż nie wiem. Michaił Gorbaczow, George Bush, Zygmunt Freud, Vincent van Gogh, Margaret Thatcher. Dużo nazwisk. Może jednak to są przykłady osób...
Wiecie co? Nie czytałam tego, powiem szczerze. Więc tutaj wam nie powiem, co autor miał na myśli. Aha, już chyba wiem, o co tu chodzi. Otworzyła mi się jakaś Sophia Loren, ale tutaj jej nie ma wypisanej. Ale dobra, wiecie co? Chyba nie do każdego jest ten portret, ale faktycznie gdzieś są co jakiś czas jakieś szkice, więc może wtedy na podstawie tego szkicu czy na podstawie tych person, które zostały tu wymienione, może ktoś tą analizę tutaj robił. Co można z ich twarzy wyczytać? Dobra, odkładam. Oczywiście mam też całą książkę o mowie ciała.
To jest też złoto do budowania postaci, tak jak już mówiłam. Do budowania postaci to jest raz, ale i do budowania kultury. Czy gdybyśmy mieli zająć się dyplomacją czy komunikacją, to jak najbardziej możemy na podstawie tych informacji zbudować też jakiś rodzaj kodeksu czy jakieś obyczaje. Dobra, bo tu mamy raczej najpierw co? Gesty uniwersalne, pochodzenie sygnałów niewerbalnych. Czy można udawać mowę ciała? Też ciekawe tematy. Moc jest w twoich rękach. I tutaj jest już o gestykulacji, o używaniu dłoni. Celowe użycie dłoni do oszukiwania.
Kto pierwszy powinien wyciągnąć rękę? I tu jest o tych obyczajach, tak jak mówiłam. Tu jest na przykład uległy uścisk dłoni. Obstawiam, bo zwykle to jest jednak postrzegane, uległy uścisk dłoni, czy taki ten, nie wiem, czy to jest to samo co ten śledź cały, o którym się mówi. Ale może to byłaby domena dyniogłowych. Tak jak mają te twarde głowy, tak może ciała będą mieli anemiczne, dosyć wątłe. Wiadomo, że ten uścisk dłoni na przykład będzie taki śledziowo zwiędły, delikatny, co wcale nie będzie oznaczało u nich uległości. Gdzie u rasy ludzkiej na przykład oznacza. Dobra, chcę się zbliżać do końca, bo ja już mam godzinę materiału. Coś pewnie wytnę, ale jak zawsze wyszło.
I mamy też magię uśmiechu. O uśmiechu, o gestach rąk całych. Czyli tutaj już mamy też ramiona, czy w ogóle dotyk jako taki, różnice kulturowe, gesty nawet kciuków rozpisane czy palców. Sygnały wzrokowe. To jest akurat bardzo duża książka, którą tu mam. Jak nogi ukazują to, co chcemy zrobić. Terytorialni intruzi. Czyli mamy też tą przestrzeń osobistą. Najczęściej spotykane gesty. Matko z córką.
Myślałam, że to już będzie koniec. No dobra, słuchajcie, nie będę już w to wchodzić. Myślę, że do tej książki pewnie jeszcze raz sięgniemy, to wtedy może trochę więcej czasu jej poświęcimy. Może w ogóle chcielibyście, żeby tutaj trochę spróbować poprzekładać te rzeczy czy zbudować może jakąś postać czy nację na podstawie tej książki. Dobra, słuchajcie, bo naprawdę nie ma co o tym mówić. I ostatnia książka, którą mam: „Filozofia reklamy". Bo jednak dyplomacja to reklamowanie swojego kraju za granicą. Patrzę, czy tutaj na szybko coś weźmiemy, bo już tyle dzisiaj rzeczy zostało powiedzianych. Mamy przypisy. Klasyka rodzaju.
Spis treści. Tu mamy oczywiście historię, definicję reklamy, komunikacja reklamy, komunikacja werbalna i tu mamy retorykę reklamy. Natomiast jak najbardziej możemy ją przełożyć po prostu na komunikację w dialogu. Samo to, że nawet jest podrozdział nawiązywanie dialogu. Bo czy będziemy mieli reklamę z telewizora, czy jakiś plakat, to wszystko jest komunikacją i nawet z plakatem można wejść w pewnym sensie w dialog. Zależy od konstrukcji plakatu oczywiście, czy ulotki i tak dalej. Tu mamy z kolei komunikację niewerbalną reklamy. I tu mamy takie rzeczy jak barwa, światłocień, linia, więc są to też rzeczy, które może na przykład nasz dyplomata przyjechał z ulotkami. Więc moglibyśmy też sobie tutaj opisać, że on uznał, że ta kompozycja jest idealna, a może się okazać, że wcale nie była dobra dla tych dyniogłowych. Może te ulotki ich wkurzyły w jakiś sposób.
Dobra. Odkładam książki. Lecimy. Przyspieszam. Lecimy. Teraz losujemy problem. Karta z krainy snów. Dwa słowa i grafika. Dobra, wezmę coś ze środeczka i cyk! I co my tu mamy?
Okej. Kameleon, bokserki. Mamy tutaj grafikę. Płotek drewniany, trawy, krzewy. Linka z praniem, na której wisi bielizna. Piękne białe bokserki z kameleonami i oczywiście w nie próbował się wcisnąć kameleon. Łaził po tym sznureczku. Nawet rozdarł te bokserki łapkami, pazurkami swoimi. Dobra. Kameleon i bokserki.
I to miałby być na przykład problem tutaj, nie? Może to będzie problem, który w jakiś sposób połączył nasze postaci. Tutaj mieliśmy naszego protagonistę w tym domku, że on sobie tam nie wiem, czy jest na emeryturze, czy coś tam robi. No to najprawdopodobniej można założyć, że suszył pranie sobie tak na wietrze. Więc ten kameleon może właśnie jakiś się przypałętał. A właśnie, była ta rękojeść z dinozaurem, nie? Może. Tak myślę, bo tutaj na grabiach ten miał mieć dinozaura, ten antagonista. Może jakoś ten kameleon-- o słuchajcie, może ten nasz dyplomata nie mógł, tak jak już odkrył, co jest problemem, nie mógł namierzyć tego mężczyzny. Tego, który tam masakrował jego kraj czy tam uprawy, czy coś.
I może ten kameleon się przechadzał po tym praniu i może nasz bohater miał taki wiecie, jakiś flashback albo przypomniał mu się-- może właśnie zdenerwował się na tego kameleona, że mu zaraz podrze tą bieliznę. A może mu się przypomniało, nie wiem. Może w jakiejś karczmie usłyszał o jakimś tajemniczym mścicielu z jakimiś grabiami z dinozaurem. I może tutaj mu kliknęły jakieś fakty. Więc ten problem kameleona, który zaraz mu zniszczy bokserki, może się okazać też wywołaniem, paradoksalnie w pewnym sensie większych problemów dla naszego bohatera, bo będzie musiał porzucić swoją sielankę i na przykład udać się gdzieś na granicę ich krajów. Może to są jakieś mokradła. Mówiłam, tu jest jakaś taka noc, jakiś półmrok. Może to jest jakaś kraina pogrążona w mroku. A może ten bohater z tą swoją złością, ten antagonista sprawił, że tam się tak zrobiło ciemno? No opcji jest dużo, nie?
I wtedy może właśnie ten kameleon w bokserkach będzie wyzwaniem do wyprawy naszego bohatera, a nie takim typowym problemem. A może później? Może gdzieś ten kameleon będzie nie do przejścia. No nie wiem, może trzeba było powiązać też tego kameleona. Dlaczego na przykład na tych grabiach może nie był dinozaur, tylko kameleon? Może kameleon jest czymś ważnym dla antagonisty. Może ta jego kobieta zajmowała się kameleonami, może ona je hodowała. Wiecie co? Ja w sumie nie określiłam, czy to ma być tak do końca problem naszego bohatera, tego protagonisty, tylko napisałam, że problem. A może ten kameleon właśnie będzie problemem dla antagonisty?
Czyli może przez to, że nasz główny bohater przygarnie tego kameleona i będzie z nim podróżował, to kiedy trafi i spotka się z tym antagonistą, to antagonista nie będzie mógł go zabić, bo z automatu musiałby uszkodzić kameleona, a kameleony były ważne dla jego kobiety. I może to sprawi, ten problem sprawi, że ten w tej desperacji, zamiast użyć swoich bojowych grabi. Grabi. Dobrze odmieniłam? No to po prostu zacznie krzyczeć. Zacznie wtedy się oczyszczać z tych nagromadzonych emocji. Dobra, pięknie, mamy to motto i kończymy. Dobra i coś ze środeczka. Cyk. Nie święci garnki lepią.
O matko! No tak. Czyli wiecie co? Tak na 100% nie pamiętam, ale chyba chodziło o to tak w dużym skrócie, że to raczej trzeba ubrudzić ręce, czasami zgrzeszyć, żeby coś ulepić, w sensie żeby coś stworzyć, rozwinąć i tak dalej. Nie wiem. Dobra, przyznaję się, nie znam oczywiście wszystkich przysłów i pewnie teraz wolałabym pójść po słownik języka polskiego i znaleźć definicję. Natomiast weźmy sobie to jako taki-- no bo obaj nasi bohaterowie w sumie nie byli święci i obaj byli ludźmi pracy. Może jednak te grabie bojowe. Może właśnie ten nasz antagonista też był właśnie jakimś rolnikiem czy gdzieś zajmował się jakimś polem i dlatego akurat grabie są jego narzędziem. Może był ogrodnikiem po prostu.
Więc każdy z nich gdzieś dotknął pracy fizycznej, która ich ukształtowała w jakimś sensie. Może też obaj jednak już są dosyć wiekowi i kiedy się spotkają, zobaczą, że to nie ma sensu walczyć jak młodziaki, tylko jeden drugiemu okaże jednak to zrozumienie, że finalnie żaden z nich nie miał łatwo i każdy miał swoje problemy. Ale suma summarum byli, że tak powiem, ludźmi. Jeden był dyniogłowy, ale byli gdzieś tam ludźmi, których bardzo doświadczył czas, którzy swoje przeszli. I właśnie może na starość, zamiast jednak walczyć czy szarpać się w tych złych emocjach, może właśnie to będzie najlepszy czas na ten rozejm. Tak po ludzku. Po prostu podanie sobie swoich zmęczonych życiem dłoni, tak stwardniałych od pracy. Dobra, mamy to. Aż się boję, bo mam wrażenie, że dzisiaj będzie jeszcze dłużej niż do tej pory. A ja miałam postanowienie, że zrobię to szybciej.
Ale wiecie co? Myślę, że ja chyba po prostu będę brać mniej książek. Ustalę ze sobą maks pięć książek, bo to dzisiaj tutaj się rozjechaliśmy w czasie. Dobra, dziękuję serdecznie. Jeżeli dotrwaliście do końca, to dziękuję za to, że dotrwaliście. Trzymajcie się cieplutko i słyszymy się za tydzień. Pa!
[03:09:13] - Proszę państwa, krótko dzisiaj było, ale obiecuję, że za tydzień będzie już w takich normalnych wymiarach czasowych. A teraz odpoczywajcie państwo, nabierajcie sił, bo niestety nadejdzie poniedziałek i żadnego święta w zanadrzu ani w perspektywie. To zawsze jest trochę dołujące. Cóż ja jeszcze mogę państwu powiedzieć? Mogę polecić dwa super kanały na YouTubie. Poza tym, na którym państwo słuchacie obecnego wydania „Bibliotekarium”. Polecam „UFO Historie”. Kto jeszcze nie słuchał audycji Piotra Cielebiasia na tym kanale, to znajdzie tam kilkadziesiąt, już chyba pod setkę podbiega, ale gdzieś tak delikatnie podbiega pod setkę, kilkadziesiąt podcastów Piotra Cielebiasia dotyczących UFO, ale nie tylko UFO. Czasami ja się tam skromnie albo zupełnie nieskromnie pojawiam. W związku z tym bardzo polecam kanał „UFO Historie”.
Jakbyście państwo śladem tych UFO historii sięgnęli również po kanał „Wehikuł Wyobraźni”, a to już jest moja robota, prowokacyjna i czasami bezlitosna. Żartuję sobie. Ostatnio zrobiłem taki bezlitosny numer na tymże kanale. Natomiast bardzo też go państwu polecam. Oczywiście dużo jest tam o teorii symulacji. Nie byłbym sobą, gdybym o tym nie mówił. Sporo jest o filozofii. Tu też ciągnie wilka do lasu, ale czasami pojawiają się też tematy, tak jak na przykład za tydzień pojawi się temat związany z Układem Słonecznym, a właściwie z miejscem, w którym według naukowców, i to podkreślam, według naukowców może czaić się, nie wiem, czy czaić, mogło zrodzić się życie, a teraz może się czai. Nie wiem. Oczywiście na to pytanie państwu nie odpowiem, raczej pokażę możliwości, jakie ukazują naukowcy.
I to tacy prawdziwi, z tytułami, z akademickim doświadczeniem i tak dalej. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość. Polecam się za tydzień i za dwa tygodnie i za kolejne. Pięknie państwu, tak jak powiedziałem, dziękuję. I cóż. Dobrej nocy, dobrego weekendu i w ogóle samych dobrości. Dobranoc.
[03:12:08] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.