Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, dzisiaj ja i mój zacny imiennik Marek Żelkowski możemy brzmieć troszeczkę inaczej, bowiem dopadła nas, że tak to ujmę, solidarnie zwykła grypka. Mamy nadzieję, że nieco inne brzmienie naszych głosów nie wpłynie na komfort słuchania dzisiejszego Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. A więc zaczynamy. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:51] - Dzień dobry wieczór państwu. Jak to zapowiedział mój zacny kolega, ja również zabrzmię dziwnie, a nawet bardzo dziwnie. Ja się po Marku zastanawiam, jak to się dzieje, bo kiedyś wirusy były komputerowe i takie zwykłe i jedne roznosiły się przez powietrze albo inne ośrodki, a drugie przez elektronikę. Ale przypadku, żeby członkowie jednej redakcji, którzy jednak oddaleni są od siebie o kilkaset kilometrów, zarazili się przez mikrofon i słuchawki od siebie, to ja nic takiego nie słyszałem. Żart oczywiście, ale wszystko wskazuje na to, że nas huknęło w jednym czasie i ktoś kogoś zaraził.
[01:39] - A ja doszedłem do takiej smutnej jeszcze konstatacji, że ja muszę się naprawdę porządnie pochorować, żeby mieć taki głęboki bas.
[01:48] - Ja się zastanawiam z kolei, czy jednak nie brzmię dziwnie z tym obniżonym głosem. Nic na to niestety nie jestem w stanie poradzić. W związku z tym, proszę państwa, proszę przyjąć za dzisiejszą normę, że brzmieć będziemy z Markiem dziwnie. Może nie do końca, bo Marek będzie czytał dla państwa duży fragment. Nie, to nie fragment. Duży tekst.
[02:20] - Duży fragment mojej długiej serii.
[02:24] - Tak, ale czyta go jeszcze normalnym głosem, więc Marek będzie brzmiał normalnie, przynajmniej w części audycji. I normalnie będzie brzmiał Piotr Cielebiaś, bo nic nam nie wiadomo o tym-
[02:38] - Jeszcze nie wiemy, jak Piotr będzie brzmiał.
[02:42] - Nie no, powiem ci w tajemnicy, że przed audycją słuchałem jego live'a czy też lajta. I brzmiał normalnie, więc nie sądzę, żeby w ciągu iluś tam minut mu się pozmieniało.
[02:55] - Nigdy nie wiadomo.
[02:56] - No cóż. Oczywiście to à propos takiego filozoficznego podejścia. Póki czegoś nie stwierdzimy w sposób, w tym wypadku zmysłowy, to pewności mieć nie możemy. I tu mój ulubiony konik, na którego sobie na chwilę wsiądę. Nawet jeśli będziemy Piotra słyszeć, to też nie możemy mieć pewności. Ale jeśli państwa interesują te rozważania, w kierunku których zmierzałem, to ja państwa zapraszam na ten swój kanał pod nazwą Wehikuł Wyobraźni. Tam daję do wiwatu, jeśli chodzi o teorię symulacji, ale nie tylko oczywiście teorię symulacji. Szaleję też, jeśli chodzi o filozofię i kilka innych tematów. Tam rozwijam skrzydła. Nie, ja ich tam nie rozwijam.
Ja tam po prostu daję państwu pretekst, sobie zresztą też, do tego, żeby puścić wodze i dać pogalopować wyobraźni ku takim przestrzeniom, które ja uważam za niezwykłe i takie, które warto eksplorować. To ja zapraszam oczywiście jeszcze raz na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam już sporo filmów czeka. A dzisiaj zajmijmy się tym wakacyjnym, bo to ferie w końcu są akademickie, w związku z tym wakacyjnym wydaniem Bibliotekarium. Zaczynamy. W zeszłym tygodniu nie było polecanek, nie było wykładu filozoficznego. Dzisiaj wykładu też nie będzie. Nie będzie korepetycji filozoficznych, ale polecanki będą, bo w końcu zaprzyjaźnione media należy promować. A zatem Piotr Cielebiaś już czeka i omawiamy najnowszy numer Nieznanego Świata. Koniec miesiąca i kolejny numer Nieznanego Świata już na rok 2024 pojawił się w kioskach.
To mus jest porozmawiać o tym, co znalazło się w numerze. Witam cię Piotrze.
[05:13] - Witam. Jak to się mówi: „Święta, święta i po świętach”. Ale nawet, że po świętach to chyba warto sięgnąć po Nieznany Świat. To numer styczniowy, a numer styczniowy się charakteryzuje zawsze pewnym otwarciem na to, co niesie przyszłość. Często publikujemy proroctwa i tak dalej. I pierwsza rzecz, która stałym czytelnikom przychodzi na myśl odnośnie numeru styczniowego Nieznanego Świata, to jest prognoza astrologiczna doktora Piotrowskiego. Chociaż ona się znajduje na końcu numeru, to cóż, od niej zaczniemy, bo założę się, że wiele osób od niej właśnie zaczyna lekturę.
[05:54] - Tak, to ja jestem między innymi. Zawsze jak jest ten numer styczniowy, nie ma siły, proszę państwa, muszę tam zajrzeć. Muszę się odszukać w tym wszystkim. To po prostu mus jest przeczytać i myślę, że Piotr ma dobrą diagnozę. Myślę, że spora część, znacząca część czytelników Nieznanego Świata W numerze styczniowym zaczyna właśnie od tego.
[06:21] - Tak. A co tam widzi doktor Piotrowski na rok 2024? Pisze o nim tak: „Rok Słońca jednych oświeci, innych oślepi. Nadchodzi czas wstrząsów zapowiadanych przez Urana oraz okres plutonicznych transformacji, którym będzie podlegać nie tylko Polska”. Brzmi to nie za dobrze chyba, ale jakoś tak pasuje do nurtu wydarzeń, które mają miejsce od dobrych kilku lat. Powiem ci, Marku, że chociaż ogólnie dla mnie astrologia jest dość hermetyczna i nie do końca zrozumiała, to nie mogę wyjść z podziwu dla pasji dla tych prawdziwych astrologów, takich jak doktor Piotr Piotrowski, którzy się tym zajmują i którzy rozumieją historię i tradycję tej dziedziny, że są nam w stanie opowiedzieć, skąd pewne rzeczy się wzięły. I tworzą oni takie koronkowe, skomplikowane horoskopy. Zdaniem niektórych bardzo trafne. Ale jeżeli mówimy o tej przyszłości, to w styczniowym numerze znajdziecie też artykuł na temat innej metody wyliczania przyszłości. Chodzi o tak zwaną historię matematyczną.
W dużym skrócie jest to dziedzina, która się skupia na analizie powtarzalności pewnych zdarzeń, cykli, tendencji na przestrzeni lat. I okazuje się, że niektóre zjawiska, jak na przykład wojny czy rewolucje, występują cyklicznie. Kluczem do badania przyszłości pod kątem matematycznym jest zastosowanie kilku zasad, ale nie tylko. Autor tego artykułu, Maciej Wojewódka, powołując się na opinie światowych i rodzimych ekspertów od historii matematycznej, sugeruje, że powoli wchodzimy w początek końca złotego okresu. Ale chyba nie chcemy was straszyć. A może te wyliczenia się koniec końców nie okażą prawdą? I to w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o przyszłość. Ale Marku, doktor Piotrowski niesamowita postać. Mówisz, że on zawsze cię przyciąga tą swoją prognozą.
[08:21] - Tak, to prawda. Doktor Piotrowski budzi mój najwyższy szacunek i tak naprawdę ta część nieświadoma mojego mózgu oczywiście gdzieś tam galopuje w kierunku owych przepowiedni, tego, co się stanie. Ale jest też ta część świadoma i ona z kolei galopuje i wręcz przyklęka przed wiedzą doktora Piotrowskiego, ponieważ to jest człowiek, który poza tym, że uprawia tę sztukę, właściwie to jest gdzieś na pograniczu wiedzy i sztuki, to poza tym, że ją uprawia, to też świetnie zna historyczne umocowania. Wszystko to, co wiąże się z pewną tradycją, zakotwiczeniem astrologii i to jeszcze większy szacun. Dlatego ja naprawdę, proszę państwa, można w astrologię wierzyć, można jej nie wierzyć. Chociaż tak jak powiadam, ja nie do końca wierzę, a i tak pierwsze co robię, to zaglądam. Ale jeśli nawet państwo jesteście sceptykami i nie wierzycie i absolutnie was to nie przekonuje, to ogrom wiedzy autora jest naprawdę powalający. Przynajmniej mnie. Piotrze, idźmy dalej, bo poza tym, o czym już powiedziałeś, to jest coś takiego jak inżynieria życzeń i o tym się dowiadujemy z „Nieznanego Świata” z numeru styczniowego.
[09:52] - Tak, autorką artykułu na ten temat jest dobrze państwu znana także z anteny Bibliotekarium doktor Joanna Bochaczek-Trąbska. Pisze ona właśnie o inżynierii życzeń, a inaczej pyta, jak dobrze życzyć, ale nie komuś, tylko sobie. I nie chodzi tutaj wcale o życzenia składane na Wigilię czy na Sylwestra. Kluczem do rozważań, takim punktem wyjścia może, jest książka „7 reguł spełniania marzeń”. I chodzi o to po prostu, jak formułować intencje w naszej psychice, w naszej podświadomości je zakorzeniać, aby dążyć do tej realizacji, tak mówiąc najprościej, o tym jest ten artykuł. Nie chodzi tu, jak mówię, tylko o życzenia, bo ten okres świąteczno-noworoczny to coś, co się nam z nimi oczywiście kojarzy. Ale jest też taka sfera, która mówi raczej o tym, jak wzmocnić naszą ewentualną sprawczość w realizacji, wizualizacji. O, tak to ładnie powiem.
[10:56] - Piotrze, ale numer styczniowy to również numer z kolejnym artykułem twojego kolegi redakcyjnego. I znowu jest to artykuł, który jest taki przewracający troszeczkę w głowie, ale w tym pozytywnym znaczeniu tego sformułowania. Bo Wojciech Chudziński po raz kolejny, to moje określenie może nieparlamentarne, ale oddające to, co można przeżyć, czytając ten tekst, dorzuca do pieca.
[11:36] - Dokładnie. Chodzi o tekst pod tytułem „Stwórca, który ewoluuje” i jest to kolejny odcinek z serii poświęconej świadomości. Gdybym, szczerze mówiąc, mógł i miał takie możliwości, to bym wydał ten cykl jako książkę. Oczywiście wymagałaby jeszcze uzupełnienia. Natomiast jest to tak fascynujące ujęcie tematu świadomości, bo dzisiaj słyszymy wszędzie: świadomość to, świadomość tamto, rozwiń swoją świadomość. To się stało taką jakąś kartą przetargową, takim sloganem, hasełkiem w środowisku ezoterycznym, że wszyscy nagle o tej świadomości mówią, ale dopiero kiedy się stykamy z tym cyklem Wojtka, to widzimy, jak głęboki jest to obszar, jak głębokie jest to pole. I tutaj Wojtek zadaje nam w swoim artykule takie prowokacyjne pytanie: a co jeżeli Stwórca Ewolizuje wraz ze swym dziełem. Co to ma wspólnego ze świadomością? Bardzo dużo, jeżeli zapoznaliście się z poprzednimi odcinkami tego cyklu. Ale Wojtek idzie trochę dalej.
On pyta, czy we współczesnej filozofii jest miejsce dla idei Stwórcy jako źródła świadomości, czy został wyrugowany na przykład przez hipotezę symulacji, czy nie. Czy da się go jakoś połączyć z nowoczesnymi koncepcjami świadomości? Bo się okazuje, że koniec końców, pomimo tego, że mamy wiek XXI, w niektórych kwestiach wracamy, nie chcę powiedzieć do korzeni, ale do tego, co już było i co znamy. Czyli te hipotezy, które dzisiaj uchodzą za awangardowe czy nowatorskie, tak naprawdę w przeszłości już były stawiane, wysuwane. Tylko że niektóre rzeczy, niektóre terminy były zupełnie inne. Oczywiście słysząc ten tytuł, można zapytać, czy stwórca, który ewoluuje wraz ze swoim dziełem, byłby stwórcą niepełnym, półbogiem? Nie do końca może o to w tym artykule chodzi, ale mimo wszystko jest to rzecz niezwykle fascynująca.
[13:55] - Powiem ci, Piotrze, że od wielu lat obserwuję przemyślenia Wojtka dotyczące tematu, o którym teraz pisze i jestem naprawdę pełen podziwu. W dodatku pytałeś w trakcie swojej wypowiedzi, czy da się to pogodzić na przykład z teorią symulacji. Po wielu rozmowach już, a mam nadzieję na więcej, prowadzonych na kanale, który nieśmiało prowadzę, Wehikułu Wyobraźni, jestem przekonany, że albo nie ma granicy pomiędzy stwórcą a symulacją, że to tak naprawdę są odłamki tego samego obrazu rzeczywistości, który my jakoś staramy się nazwać i dlatego używamy nazw takich jak wcześniej wymieniłem: symulacja, stwórca, jeszcze wielu innych. Ale gdzieś tam, chociażby z tekstów Wojciecha Chudzińskiego, wyłania się pewien obraz, który zdaje się przekonywać czytelników, ludzi, którzy teorią symulacji się fascynują, ale nie tylko teorią symulacji, że tak naprawdę to my sami stawiamy sobie ograniczenia, starając się za wszelką cenę określić coś jednym słowem, jednym określeniem, powiedzieć, że coś rozciąga się odtąd dotąd. I to są nasze ograniczenia, bo tak naprawdę Wojtek pisze o rzeczach, które chyba nie mają granic.
[15:34] - W styczniowym numerze na uwagę zasługuje też bardzo ciekawy artykuł. To jest akurat pierwsza część na temat Mai Deren oraz jej inspiracjach i badaniach nad voodoo. Była to taka amerykańska badaczka pochodzenia żydowskiego, która tuż po wojnie bodajże udała się na Haiti, żeby zbadać tamtą tajemniczą sferę wierzeń, która później zaczęła się kojarzyć z czarną magią i ze wszystkim, co najgorsze. Ona na własne oczy doświadczyła pewnych dziwnych zjawisk, o których będzie mowa w części drugiej, ale tutaj możecie się zapoznać z jej sylwetką oraz tym, jak na to Haiti trafiła.
[16:16] - Piotrze, pięknie ci dziękuję. Numer styczniowy w kioskach. Państwo obojętnie czy w wersji papierowej, czy w wersji elektronicznej możecie już po ten numer sięgnąć, do czego zachęcam ja, do czego na pewno zachęca Piotr. Myślę, że nie dajcie się państwo zachęcać, po prostu sięgnijcie po ten numer. Proszę państwa, czas na Filmotekarium. A Filmotekarium dzisiaj supernowość. Właściwie rzecz pokazała się na rynku troszkę ponad tydzień temu, a może nawet mniej. Sam już nie wiem, zgubiłem się. W każdym razie nowiutki wytwór made in USA. Wiecie państwo co?
Wielkie nadzieje. Naprawdę wielkie nadzieje. Piotr też miał wielkie nadzieje z tego, co wiem. A jak było, to się państwo dowiecie już za chwilę. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[17:25] - Dzień dobry wieczór. Witam w kolejnym Filmotekarium.
[17:29] - Tak, dzisiaj wielka fantastyka przed nami. Wielka fantastyka naukowa. Już państwo czujecie, że kpię. Słusznie państwo czujecie.
[17:40] - Tak, idziemy tym tokiem co do tej pory, czyli recenzujemy wam nowości. A dzisiaj w tych nowościach film dziwaczny, który wzbudził rozochocenie widzów na równi z rozczarowaniami. To jest „Rebel Moon”. W zasadzie pierwsza część cyklu. Film przedziwny, bo w dużym skrócie każdy, kto go zobaczy, powie jedno: że to jest w zasadzie kalka na kalce. Zestaw skopiowanych koncepcji ze wszystkich możliwych hitów science fiction. To jest taka space opera opowiadająca nam losy grupy buntowników przeciwko macierzy, która rządzi ich kosmosem. Jest to film Zacka Snydera. Nie jest on ekranizacją żadnej książki, tylko dziełem tandemu scenarzystów. Chociaż, jak sam reżyser przyznaje, był on głęboko inspirowany „Gwiezdnymi wojnami” i miał być taką bardziej dorosłą wersją „Gwiezdnych wojen”.
Tutaj prychłem, kiedy to, Marku, czytałem. A że gospodarzem programu jest Marek Żelkowski, człowiek, który popełnił space operę, to on nam dzisiaj parę rzeczy powie na ten temat, bo to jest rzeczywiście rasowa space opera. Powiem ci, że nie widziałem dawno tak sztampowego, kiepskiego filmu. Co cechuje w ogóle, Marku, space operę na przykładzie Rebel Moona?
[19:12] - No właśnie nie. Powiem tak: jeśli państwo są zainteresowani space operą, tym, czym ona się charakteryzuje oraz tym, co można ciekawego powiedzieć o historii space opery, o tym, jak ona się narodziła, jak to wszystko przebiegało, to radzę sięgnąć do czasopisma wydawanego przez Stalker Books. Ono się nazywa „Sfinks” i w dwóch ostatnich numerach wspólnie z Wojtkiem Sydeńko rozmawiamy. To są obszerne rozmowy, kilkunastostronicowe. Proszę państwa, około 100 000 znaków czytania. To tak będzie poręczniej, żeby sobie to przeliczyć. Około 100 000 znaków czytania, kiedy rozmawiamy z Wojtkiem Sydeńko właśnie o space operze, ale tej prawdziwej space operze. Bo to, co dostaliśmy pod szyldem Rebel Moon, wybacz Piotrze, ale to nie jest do końca space opera. To reklamuje się jako space opera i pewno niektórzy uznają to za space operę. Tu właśnie jest pewna nieostrość definicji.
Otóż kiedy powiedziałeś, że to był film wzorowany na Gwiezdnych Wojnach, to parsknąłem śmiechem, ale zasłoniłem mikrofon, bo on się być może wzorował na Gwiezdnych Wojnach, ale na tej ostatniej serii. Być może. Ale w ogóle, jeśli ktoś kojarzy Gwiezdne Wojny ze space operą, to muszę tutaj wprowadzić pewne zastrzeżenie. Otóż część badaczy, i tu proszę się na mnie nie powoływać, raczej na ludzi badających literaturę i filmografię, tego się nie da oddzielić już we współczesnym świecie. Ci ludzie twierdzą, że Gwiezdne Wojny od początku, od pierwszej serii nie są space operą. To jest coś, co oni określają mianem science fiction albo coś takiego. Bo to jest pogranicze takiej opowieści kosmicznej w kosmicznych pejzażach, ale z drugiej strony mamy coś w rodzaju magii. Ja wiem, że to są te midichloriany i tak dalej, różnie to wyjaśniano. W każdym razie świat Gwiezdnych Wojen bywa różnie określany i nie wszyscy określają go mianem space opery. W związku z tym Rebel Moon, jeśli wzorował się na ostatniej serii, moim zdaniem bardzo nieudanej.
Dlaczego? To jest inne rozważanie. Jeśli państwo jesteście tym zainteresowani, to napiszcie pod filmem. Jeśli państwo wyrazicie takie życzenie, to porozmawiamy o space operze jako istocie, co jest istotą space opery. Natomiast teraz w skrócie powiem tak: Rebel Moon nie jest również tak do końca space operą, jest wyrobem space opero-podobnym, nawiązującym do wielu tradycji space opery, ale uznanie tego za taką klasyczną space operę jest jednak możliwe. Dobrze, ja lubię czasami sam sobie zaprzeczać albo sam ze sobą dyskutować. To bywa czasami dosyć przewrotne, ale tak, lubię ze sobą dyskutować, bo z jednej strony podzielam to zdanie. To nie jest do końca space opera, ale wszelkie dekoracje zdają się temu przeczyć. Rebel Moon jest jak najbardziej, jeśli chodzi o dekoracje, typową space operą. I w związku z tym ja mam problem, Piotrze, jak ci odpowiedzieć na to pytanie, bo ja, i tu mogę walnąć pięścią w biurko w tej chwili, jak chcecie państwo, bez efektów dźwiękowych, nie uznaję Rebel Moona za klasyczną space operę, najwyżej za space operkę.
To brzmi pogardliwie i chyba tak miało właśnie zabrzmieć.
[23:34] - Film jest dziwaczny. Powiedzmy sobie krótko, co się tam dzieje. Mamy utopijną planetę rolników, na której żyje wiecznie skwaszona kora i na tą planetę przybywa delegacja kosmicznych faszystów, żądając zboża, wprowadzają terror i natychmiast na tej planetce wybucha bunt.
[23:55] - No cóż, Piotrze, jeszcze powiem jedną rzecz. Powiem, że... Jak to ująć tak delikatnie, bo staram się jednak być taki politycznie poprawny. Dobra, tego nie chcę powiedzieć. Powiem o czymś innym. To nie tyle jest planeta, co jest księżyc krążący wokół gazowego giganta. W związku z czym mamy piękne pejzaże o zachodzie słońca, widzimy tego gazowego giganta i ten księżyc, na którym żyją rolnicy. Trochę żałuję, że nie powiedziałem tego, co miałem na końcu języka, ale nie, nie powiem tego. Trudno. Będzie to z pewnym wyłomem z takiej narracji, ale gdybym miał szczerze powiedzieć o pewnych rzeczach, które mi przyszły na myśl, to chyba YouTube by nam zablokował tę rozmowę.
[24:57] - Tak. I tutaj parafrazując znaną piosenkę góralską: pod tym gazowym gigantem, pod czerwonym. Hej, orze, Kora siwym koniem. Jesce skiby nie złorała, kiedy ją zawołali do świetlicy. Ale dokładnie tak jest, ja sobie nie żartuję. Tak jest. Zawołali ją do świetlicy-
[25:20] - Potwierdzam.
[25:21] - Bo tam jest święto. Po tym święcie przybywają ci naziści. Oczywiście ona przejmuje stery w mgnieniu oka. Tam się w ogóle wszystko strasznie szybko dzieje, bo się okazuje, że ta Kora jest kosmiczną komandoską. Towarzyszy jej w dalszych przygodach rolnik pochodzący z tej planety. I tak w bardzo dużym skrócie, żeby wam nie psuć zabawy, bo to jest nowy film, który wszedł na jedną z najpopularniejszych platform w Polsce, to oni potem sobie latają po kosmosie z odpowiednikiem Hana Solo. Zbierają ekipę do tego, żeby albo zrobić totalny przegród, albo obronić swój księżyc. W międzyczasie zostają zdradzeni przez tego niby Hana Solo, ale w wyniku finalnej konfrontacji z Atticusem Noblem, czyli tym führerem, który do nich przyleciał, głównym złoczyńcą, odnoszą zwycięstwo i koniec filmu. Potężny spoiler zrobiłem, ale tak to jest. Tam się w zasadzie, jeżeli chodzi o główny wątek, to nic nie dzieje.
Film na szczęście lub nieszczęście będzie miał jeszcze drugą część pod tytułem "Scargiver". I powiem ci wprost, ja nie będę tego oglądał. Żeby było śmiesznie, Snyder mówi, że chciał, żeby to był początek całego uniwersum, nowego uniwersum, że miała być gra, że pewnie będą też seriale. Cóż ja mogę powiedzieć? Wygląda to tak, jakby on chciał stworzyć swoje „Gwiezdne wojny", przy czym rozpoczyna z najniższego możliwego pułapu. Ten film nie dość, że jest odtwórczy, to jest cholernie nudny. Jak takie coś, Marku, się ma przerodzić w kultową serię, kiedy się zaczyna od takiej stypy? Ja nie wiem, co by się tam musiało w tym filmie stać, żeby on odniósł sukces. Zasadniczo ja sobie zdałem sprawę, że chcąc rozmawiać o „Rebel Moon", to się nie da nic powiedzieć. Nie da się powiedzieć nic konkretnego, dlatego że ja gdzieś po kilkudziesięciu minutach oglądania tego dzieła, które jest bardzo długie, doszedłem do wniosku, że moja cierpliwość się wyczerpała.
Ale mówię: dobrze, dam szansę. Po chwili znowu było to samo, że moja cierpliwość się wyczerpała, że nie można przekraczać pewnej granicy w tych inspiracjach. Z drugiej strony sobie pomyślałem: Piotr, a co ten chłop mógł wymyślić innego? Przecież wszystko już w fantastyce było. To jeżeli chciał się powołać, to na coś dobrego.
[27:59] - Ależ on się powołuje na coś dobrego. Przecież nawet z tego, co powiedziałeś, to odniesienia do klasyków filmowych są oczywiste. Ja to państwu powiem, ale to już wielu z państwa słyszało albo widziało w tym filmie. Odniesienia do „Siedmiu wspaniałych" albo „Siedmiu samurajów" są oczywiste. To jest w ogóle nieukrywane. I co? I nic, proszę państwa. Bo te odniesienia nic ze sobą par excellence nie niosą. Ani to nie jest twórcze rozwinięcie, ani to nie jest kolejna wersja tych „Siedmiu samurajów", „Siedmiu wspaniałych", czyli wersja kosmiczna, bo on rzeczywiście twórczo rozwija pomysł, ale rozwija go tak, że najgorszemu wrogowi nie życzę. Co więcej, proszę państwa, chrząknąłem sobie, bo muszę przytoczyć fragment pewnej recenzji, która moim zdaniem oddaje bardzo mocno to, co się w tym filmie dzieje albo to, co można z tego filmu odczytać.
Otóż w jednej z recenzji przeczytałem, że w pierwszej scenie, w zależności od tego, co państwo widzicie na ekranie, czy statek kosmiczny przekraczający barierę, pewne pęknięcie w nadprzestrzeni, pewną dziurę taką, przez którą się przeciska z innej części wszechświata statek kosmiczny. Czy to państwo widzicie? Czy też widzicie państwo takiego kosmicznego fallusa, który robi to, co fallus w tak zwanym życiu biologicznym najczęściej robi, do czego jest stworzony. Bo tak to mniej więcej wygląda i w zależności od tego, co państwo widzicie w pierwszej scenie, tak będziecie państwo postrzegać ten film. Ja nie zdradzę oczywiście, jak to dalej jest rozwijane. Poszukajcie ewentualnie państwo tej recenzji w internecie. Natomiast coś jest w tym opisie. Otóż Piotr powiedział o tym, że ten film nie ekscytuje i zadeklarował, że nie obejrzy drugiej części, a ja deklaruję, że ja ją obejrzę. Nie, żebym miał nadzieję, że to się wszystko rozwinie i będzie dobrze. Nie.
Ja po prostu chcę tę drugą część obejrzeć. Ona będzie gdzieś tak chyba w marcu, kwietniu, nie pamiętam już dokładnie, ale chcę ją obejrzeć, ponieważ nie będzie wtedy zmiłuj się. Bo dzisiaj twórca może mówić Nie, państwo nie rozumiecie idei tego filmu, bo ona jest bardzo głęboka i wszystko się wyjaśni w drugiej części. I wtedy dopiero państwo siądziecie i powiecie sobie: geniusz. Po prostu geniusz. Ja to chętnie zobaczę, ten geniusz twórcy. Nie spodziewam się, ponieważ końcówka filmu zdradza brak geniuszu. Zresztą od razu powiedzmy, że twórca tego filmu to nie jest no name, tylko człowiek, który ileś tam filmów po drodze wyprodukował. I ja nie lubię tych filmów. Od razu to powiem.
Nie lubię tych filmów, ale zawsze dajmy twórcy szansę. Dlatego ja obejrzę drugą część po to, żeby wybuchnąć szyderczym śmiechem, bo moim zdaniem choćby trzy godziny trwała ta druga część, to nie jest w stanie, moim skromnym zdaniem, nadrobić tego całego shitu, który został wyprodukowany w części pierwszej. Ktoś powie: to są świadome nawiązania, to nie żadne kalki, tylko świadome nawiązania. Proszę państwa, być może ja jestem naiwny, ale to nie są, proszę państwa, żadne świadome nawiązania. To jest próba zbicia kapitału z budowania uniwersum na historiach, które są znane. I to nie jest grzech. Powtórzenie "Siedmiu samurajów" w wersji kosmicznej jest do przyjęcia pod warunkiem, że jednak jakoś się broni, a to się niestety nie broni. Ja tylko wspomnę, że nawet macie państwo w tym filmie knajpę, oberżę, jakiś przybytek rozpusty wszelakiej, w którym akcja się dzieje. Wiecie państwo, w każdym marnym fantasy jest jakaś karczma, w której coś się rozgrywa. Tego już się czytać nie da ani oglądać.
Jak się pojawia karczma w filmie albo w książce fantasy, to ja ją zatrzaskuję albo wyłączam, bo to znaczy, że kalka goni kalkę. My tu mamy taką kalkę kolejną. Jest karczma czy też jakiś inny przybytek. Nawet nie wiem, jak to określać, bo tu mamy oczywiście wersję kosmiczną, więc nawet nie wiem, czy to karczma. W każdym razie coś jest takiego w tym filmie, co z jednej strony odrzuca, ale żeby nie być tak do końca krytycznym, bo rzuciliśmy się z Piotrem na ten film tak, że właściwie od początku go szarpiemy i nie dajemy mu żyć, to ja powiem coś pozytywnego. Z trudem mi to przychodzi, ale powiem. Otóż ten film ma szereg tak zwanych interesujących lokacji. Ale to głupio brzmi. Naprawdę bardzo się staram. Ma szereg interesujących lokacji, które pozwalałyby ten film pociągnąć w różnych ciekawych kierunkach.
Ale reżyser, scenarzysta tego nie robią. Oni idą na rympał. Po prostu pokażemy wam nowy świat i będzie cudownie. Nie jest cudownie. To są wszystko rzeczy, których nie chcecie państwo oglądać, ale obrazki, niektóre przynajmniej obrazki w tym filmie są interesujące. I to jest takie pęknięcie, które odczuwam w przypadku tego filmu, bo film moim zdaniem i powiem to szczerze i bez ogródek, tak jak większość internetu zresztą i tu się czuję w pewnym dyskomforcie, bo ja nie lubię podążać za mainstreamem, ale w tym wypadku chyba muszę. Film jest moim zdaniem denny, kompletnie denny, ale obrazki, przynajmniej niektóre w tym filmie, są interesujące i dałoby się z tego zrobić fajny film.
[35:24] - Dziwne jest to, że ten film z tego, co się dowiadujemy, był pokazywany w kinach w bardzo ograniczonym stopniu, ale był, a potem trafił szybko na Netflixa. I to już jest samo w sobie dziwne, bo takie filmy się ogólnie rzecz biorąc ogląda w kinie, bo tam takie kwestie jak pejzaż, jak świat przedstawiony, jak kosmos, różnego rodzaju megastruktury robią ogromne wrażenie i robią robotę tak naprawdę. Natomiast tu nam to wszystko przeskakuje na platformę streamingową. Wiadomo, część osób to będzie oglądać na komputerze, część na smartfonie. I tutaj efektu nie będzie. Nie da się ukryć. Jedyny plus tego filmu jest taki, że ten film jest w miarę ładny. Jest dobrze zrealizowany, ale też bez przesady, że on wnosi coś nowego w ogóle do tego gatunku, który sobie nazywamy space fantasy już z konieczności. Do "Diuny" on się nie umywa i nawet przy tej nowej "Diunie" nie leżał, jeżeli chodzi o oryginalność świata przedstawionego. Oczywiście pominąć należy wiele pytań i wątków, które się tam naturalnie rodzą, na przykład skąd ludzie w tym kosmosie?
Skąd te mitologiczne, antyczne nazwy? Dość takie trąci myszką już. Przejdźmy do postaci. I tu Marku oddam ci głos, bo ten film jest Skonstruowany tak, że w zasadzie najpierw mamy przedstawiony problem, z jakim się przychodzi zmierzyć społeczności na tym Rebel Moon, a potem przedstawia się nam herosów. Jest ich dużo. Każdy ma swoje cechy, moce, coś go charakteryzuje. Ale pomimo tego nacechowania, bo to są tacy superbohaterowie, których się nam próbuje kreować, oni są nudni. Oni są tak nudni, że dam tutaj porównanie do filmów Marvela, gdzie mamy przedstawionych w sposób bardzo typowy komiksowych bohaterów, superbohaterów. I da się to oglądać. Tutaj są to postacie kompletnie płaskie.
A powiem więcej, główna bohaterka pogrąża ten film na całej płaszczyźnie. Jest nudna, jest wiecznie skwaszona i w ogóle ten film ma coś takiego, zadęcie takie, żeby być epopeją. Tak naprawdę to jest pukłuczyną. Chyba. Nie wiem, co byś tu dodał. Ja byłem w pewnym momencie zszokowany tym, że ogląda się film dla poznania historii kilku bohaterów i nagle się okazuje, że tym bohaterom, chociaż nawet zapominam, jak oni mają na imię, poświęca się więcej miejsca, poświęca się więcej miejsca ich wizerunkowi zewnętrznemu niż temu, co oni naprawdę wnoszą do tego filmu. To w ogóle jest paradoks. Tam jest dużo takich idiotycznych wątków, że w sumie oni lecą zbierać ekipę po kosmosie. I kogo nie spotykamy, to: „Tak, lecę z wami, lecę. Super, nakopmy tym złodupcom z tej macierzy”.
Tam się nikt o nic nikogo nie pyta. Nie wiadomo, po co oni lecą, co oni tam robią. Balans sił przedstawiony nam w tej opowieści wskazuje na to, że raczej wielkich szans nie mają. I po pewnym czasie, kiedy już zauważamy, co się tam dzieje, zauważamy te wszystkie odwołania, jak chce Snyder. Ja chyba pomyliłem imię na początku. Powiedziałem Chuck, chyba Zack. I kiedy zauważamy te nawiązania, które tak ochoczo Snyder robi, które są de facto kalkami, przechodzi nam dalsza ochota na oglądanie tego filmu, bo finał tej opowieści jest również skopiowany skądś. Również widzimy coś, co już żeśmy gdzieś widzieli, może w innej formie. I powiem ci, że jest cienko. Nie wiem, co tu można jeszcze pociągnąć dalej.
To jest może dobry materiał na długi serial. Bardzo długi serial, grę, ale jeżeli ktoś chce tworzyć nowe uniwersum, kapitalizować to uniwersum, to po prostu trzeba wciągnąć widza. Tu jest tak płasko, jak na płaskowyżu.
[40:08] - To jeszcze coś dorzucę. Otóż wydaje mi się, że jeśli chodzi o prawdziwą space operę, akurat film „Rebel Moon” możemy sobie odpuścić, ale jeśli chodzi o prawdziwą space operę, to istnieją przynajmniej dwa zasadnicze podejścia. Albo przedstawiamy losy pewnego uniwersum, pewnej społeczności, idziemy trochę socjologicznie i wówczas pojedyncze postacie nas specjalnie nie interesują jako autora, czy też jako czytelnika, bo interesuje nas sprawa. I są takie książki, wybitne zresztą, jeśli chodzi o gatunek space operowy, w których to powieściach bohater jest marginalizowany. Oczywiście występuje, bo powieść ma to do siebie, że bohatera mieć musi, ale on jest pewnym pretekstem do przedstawienia historii i wówczas nie pogłębiamy tego bohatera. Sam zresztą tę zasadę w swojej space operze stosuję. Tym bardziej, że bohaterów jest dużo i w związku z tym nie będę się bawił w pogłębianie ich historii, bo to tak naprawdę zjadłoby całą historię, jakbyśmy zaczęli na przykład kilku bohaterów pogłębiać. W związku z czym wyrzucamy to pogłębienie, interesujemy się historią, interesujemy się intrygą, interesujemy się akcją, która ma przebiegać, a te ludziki biegają po scenie, biegają po kartach książki i oni mają wykonywać pewne zadania. I wtedy ważne jest, żeby zadanie, żeby akcja była na tyle interesująca, aby wciągnęła. A te ludziki sobie tam biegają.
Jest druga wersja, kiedy pogłębiamy bohatera i też mamy space operę. Zresztą jeśli sięgniecie państwo po wspomniane przeze mnie artykuły w kwartalniku „Sfinks”, to przekonacie się państwo, że space opera to jest gatunek bardzo niejednorodny. Z jednej strony czasami pojawiają się utwory, które bardzo są nastawione, personifikują i główny bohater jest bardzo ważny, ale są też takie utwory, w których bohater jest, ale ważniejsze jest to, co się dzieje, cudzysłów, na ekranie. To potwierdzenie tych dwóch wersji. I w związku z tym pamiętać należy, że jeśli mamy do czynienia z taką oto sytuacją, to Tak. Dobrze, zostawmy te dywagacje, bo będę podążał i będę niepotrzebnie przedłużał naszą rozmowę. Ale odwołam się do "Rebel Moona". Otóż w tym przypadku mamy do czynienia z absolutną klęską, bo bohaterowie nie są pogłębieni, ponieważ interesuje nas sprawa. Przesadziłem. Nas nie interesuje ta sprawa.
To reżysera, scenarzystę interesuje ta sprawa, bo ta sprawa walki z tamtejszym imperium w ogóle jest nieinteresująca. Pretekst, ten rolniczy pretekst, który tam jest przywoływany, nie wciąga. I to jest właśnie ta subtelna różnica, którą należałoby bardzo mocno podkreślić, bo spotkacie państwo w internecie bardzo wiele takich podkreśleń, że ten film nawiązuje, wspominałem już, do "Siedmiu samurajów", "Siedmiu wspaniałych". Obejrzyjcie państwo te filmy. Ja nie będę się wypowiadał, nie jestem filmoznawcą, cały czas to podkreślam, ale jeśli się ogląda któryś z tych wymienionych tytułów, to tam bohaterowie są pogłębieni. W przeciwieństwie do tego filmu zapamiętujemy poszczególnych bohaterów, czy to w tym westernowym wydaniu, czy to w tym wydaniu japońskim. Zapamiętujemy. Ja do dzisiaj. Oglądałem film "Siedmiu samurajów" po raz pierwszy w dzieciństwie i zapamiętałem takiego bohatera, który był bardzo niski. To był taki bardzo niski samuraj.
Zginął zresztą. Przepraszam za spoiler, ale zginął. Było mi autentycznie żal, że on zginął i czułem się z nim związany. Co więcej, obaj reżyserzy potrafili z tych postaci wycisnąć bardzo dużo. Co więcej, mamy z tym samym problemem do czynienia. Teoretycznie bohaterowie nie mają żadnych szans, a jednak ekran pokazuje nam, że zarówno w przypadku "Siedmiu samurajów", jak i "Siedmiu wspaniałych" może nie mieli szans, ale wykorzystali element zaskoczenia, wszelkie inne elementy, które pozwoliły im zwyciężyć i zwyciężają. W filmie "Rebel Moon" oni zwyciężają, bo są głównymi bohaterami i to jest jedyny, moim zdaniem przynajmniej, nośnik tego, że zwyciężają, bo są głównymi bohaterami. Nie ma moim zdaniem żadnych twardych podstaw, twardych korzeni do tego, żeby oni zwyciężyli. Oni są dobrzy, a przeciwnik jest zły, to oni dobrzy muszą zwyciężyć. Przeciwnik musi być pogłębiony i jak w każdym wieloczęściowym filmie, w tym wypadku podobno dwuczęściowym, zło musi się jakoś odrodzić i ono się gdzieś tam odradza w sposób taki niemal czarodziejski, mistyczny, a w każdym razie taki wow.
I co z tego, że ono się odradza? Ja się boję, bo ja podkreślam, obejrzę drugą część. Ja się boję, że z drugiej części to ja przyjdę do państwa uhahany po prostu. Kpinom i szyderstwom nie będzie końca, bo ja naprawdę po tej pierwszej części nie spodziewam się niczego dobrego w części drugiej. Chociaż wiem, że obrońcy tego filmu powiedzą: "Zaraz, zaraz, panowie, panie Cielebiaś, panie Żelkowski, jak można tak szydzić, tak katować film, którego zakończenia, którego drugiej części panowie nie znają?". Tak, czuję się zgnieciony tą argumentacją, niemniej jednak pozostanę przy swoim. To się nie może udać. Absolutnie nie może się udać.
[47:23] - Nie może się udać pomimo inspiracji. A jeżeli chodzi o inspiracje w "Rebel Moon", to mamy tutaj morze możliwości i to chodzi nie tylko o inspiracje, takie czasami nawet dosłowne, konstrukcyjne. Pewne rozwiązania, wzorowanie postaci są skądś brane. Oczywiście pierwsza rzecz to jest "Star Wars". Pamiętamy, że Snyder mówił, że chciałby zrobić taką dorosłą wersję "Gwiezdnych wojen". Widzimy też odwołania, ale bardziej takie konstrukcyjne do "Władcy Pierścieni", do "Diuny" oczywiście, do "Mandalorianina", do "Obcego" trochę, jeżeli chodzi na przykład o przedstawienie planety, która jest kopalnią. "Matrix", jeżeli chodzi o nadużywanie slow motion w produkcji i tak dalej. Zapomniałem dodać, że istnieje tutaj bardzo duży wątek takiej space fantasy bym to nazwał, że ten film nie da się koniec końców jednoznacznie sklasyfikować. Tylko że ta sfera baśniowa tam nam wkracza bardzo w takie podstawowe rzeczy. Tam się nikt nikogo o nic nie pyta.
Wszystko jest przyjęte na wiarę. Ten film nie dość, że płaski, to jeszcze strasznie naiwny. Te postaci są niedopowiedziane i te błahe i banalne sceny związane na przykład z jakimś tam bohaterem, który ma znaczenie drugorzędne, są przerysowane i przeciągnięte na tle problemu, który nas powinien interesować najbardziej, bo my w pewnym momencie dowiadujemy się, że ta Kora jest osadzona w dużo bardziej Kompleksowej historii, która mówi nam o dynastii jakiejś tam, o królu, o spiskowcach i tak dalej, i tak dalej. To nas przestaje interesować. Ja w pewnym momencie w ogóle straciłem wątek, o co w tym chodzi. Ale wiesz co? Jest jeszcze w tych space operach albo paraoperach coś, o czym należy wspomnieć. To są kosmici. Tutaj szału nie ma, bo wielu obcych wygląda podobnie jak postaci spotykane w „Gwiezdnych wojnach”. Wspomniałeś przed chwilą o tej karczmie, która jest tam na tej planecie przedstawiona.
To jest tak, jakbyście oglądali tą scenę ze „Star Warsów” każdą, kiedy oni wchodzą do tawerny i tam widzą Shreków i Raz, które sobie chlają po prostu i grają w ruletkę na przykład. I jest duży minus kolejny. Sporo postaci z „Rebel Moon” wygląda zwyczajnie jak orki z „Władcy Pierścieni” albo „Pierścieni Władzy”. Mamy też kosmiczne zwierzęta, które były wiadomo w „Gwiezdnych wojnach”, które były w Johnie Carterze, bo to też gdzieś nam się John Carter tam kołacze. One wyglądają jak nasze zwierzęta ziemskie. Jest też taka, powiem ci, ale to już jest naprawdę absurdalna scena inspirowana — to oczywiście jest żart — filmem „Sami swoi”. W pewnym momencie aż się chce powiedzieć: „Patrz Kaźmirz, Witia na kruku leci”. Ja już po tej scenie dałem sobie absolutnie spokój z traktowaniem „Rebel Moon” na poważnie.
[50:59] - Tak westchnę sobie, bo bolesne wspomnienia przywołałeś. Scena „Witia na kruku leci” to chyba była kulminacja absurdu w tym filmie.
[51:15] - Tak. Z drugiej strony jeszcze jedna sprawa. Ten bohater jest inspirowany Conanem albo Johnem Carterem, albo Conanem i Johnem Carterem jednocześnie. Tego się nie-
[51:26] - Wiesz co, krzywię się trochę, oczywiście masz rację. Tylko to jest tak zwana tania wymówka, jeśli chodzi o scenarzystę i reżysera, bo dzisiaj nawiązanie do Conana czy do Cartera to jest naprawdę gra, której nie można pochwalić. Otóż właściwie każdego mięśniaka, każdego silnego człowieka można odwołać, można próbować odwoływać. To jest nawiązanie. Nie dajmy się zwariować. Ja wiem, że współczesna literatura, współczesny film lubi sam siebie cytować, lubi cytować dzieła i później cytować w cytacie i cytować w cytacie cytat. Wszystko to wiem. Podobno tak wygląda współczesna kultura. Niemniej jednak to się w tym filmie nie broni. To nie są cytaty, to są nieudolne próby nawiązań do tych postaci i one są nieudane.
Po prostu. Jeśli się komuś coś skojarzy, to świetnie, że się skojarzyło. Tylko wiecie państwo, na tej zasadzie można skojarzyć wszystko ze wszystkim. Tak jest skonstruowany ludzki mózg, że jak się trochę w nim pogrzebie, to się gdzieś komuś coś z czymś skojarzy, na przykład z kapitanem Sową albo z wojną domową, albo z „Miodowymi latami”, albo z jakimś amerykańskim serialem. Co tam państwo wybierzecie. Tak, to się wszystko da skojarzyć. Tylko pytanie, na ile jest to przypadek, na ile jest to ruletka, taka ruletka intelektualna, a na ile jest w tym tak naprawdę zamysł reżyserski, scenariuszowy? Moim zdaniem nie było pewnych rzeczy tam i one się mają nam kojarzyć niejako przy okazji. I to w sumie świadczy o głębi państwa intelektu, że próbujecie państwo wyszukać, co tam jest, do czego to nawiązuje. Chwała państwu za to, ale tak naprawdę ten film jest pusty i państwa wysiłek nie ma sensu, bo ten film udaje, że do czegoś nawiązuje, a tak naprawdę on stwarza tylko preteksty.
On usiłuje państwa oszukać, że on jest taki głęboki, bo on nawiązuje do „Władcy Pierścieni”, nawiązuje do tego, śmego i owego, a tak naprawdę to jest, moim zdaniem, ordynarny skok na kasę, próba stworzenia uniwersum i teraz będziemy tak jak „Gwiezdne wojny” eksploatować przez dziesięciolecia. Jeszcze za 30 lat będą kręcić 156. odcinek „Rebel Moon”. Moim zdaniem nie będą. Nie wróżę tej serii powodzenia. Moim zdaniem jest to projekt upadły. Mam tego pewność? Powiem państwu tak: nie mam pewności, ale życzę tego państwu, żeby ten projekt się nie udał, bo to jest produkt z gruntu fałszywy, oszukujący, stwarzający pozór głębi. Tej głębi tam nie ma. Absolutnie tej głębi tam nie ma.
I to jest próba wykreowania, że się komuś z państwa coś skojarzy. Może napiszecie recenzję, później scenarzysta ją przeczyta i dopisze entą część i powie: „O, jaki byłem mądry, skojarzyło mi się”. Nie, moim zdaniem jest to produkt popkulturowy w najgorszym wydaniu Tego, co można nazwać popkulturą, bo ja mam wielki szacunek dla popkultury. Popkultura to nie jest gorsza kultura. To jest kultura, która czerpie z całej kultury, tej głębokiej, tej wysokiej kultury i z tej popularnej, ale tworzy coś nowego. A film "Rebel Moon" nie tworzy nic nowego. Nic. On tylko udaje. To jest produkt, który udaje, że jest, że tworzy uniwersum, że coś. Nie, proszę państwa, absolutna fikcja.
Tam nie ma nic, co byłoby świeże, co byłoby nowe, na czym warto by zawiesić oko. Powiem coś wbrew sobie. No dobrze, powiem. Ten film jest gorszy od trzeciej serii "Star Warsów". To wierzcie mi państwo, państwo nie wyczuwacie tego, ale w moich ustach to jest obelga i niech tak zostanie.
[56:32] - Tak naprawdę my byśmy się nie czepiali tego "Rebel Moona" tak, gdyby to się dało oglądać, gdyby z tych po prostu zużytych, wyświechtanych elementów stworzono opowieść, która jest po prostu fajna. Mało razy tak było, że ktoś się na czymś wzorował, że ktoś nakręcił nową wersję czegoś tam i była lepsza od pierwowzoru. A tutaj jest niestety gorzej. W ogóle jest źle. Chodzi o to, że tego się nie da oglądać. To jest nudne. Mam wrażenie, że coraz bardziej filmy zaczynają przypominać gry albo teledyski, że my się mamy skupiać na pewnych postaciach, a tam fabuła to tam fabuła, co tam. My byśmy się nie czepiali. Chyba, nie wiem, zgodzisz się ze mną, "Rebel Moona", gdyby nie fakt, że on nie ma sensu. Bo gdyby tam było co obejrzeć, gdybyśmy nie byli tak zawiedzeni i znudzeni w sumie po tych chyba dwóch godzinach, które tam przeszły, no to w sumie nikt by się nie czepiał.
Powiedziano by, że są wielkie odwołania, wielkie inspiracje, a tutaj jest cienko, po prostu cienko, strasznie. Nie wiem, czy z tej historii coś będzie. Poza tym sam fakt, że ona trafia na streaming po tym, jak znika z kin, dużo o niej mówi, że chyba ta koncepcja stworzenia uniwersum nowego też musi zostać zrewidowana. Moim zdaniem, Marku, wszystkie te mankamenty sprawiają, o których wspomnieliśmy, że ten film to jest niewypał i to absolutny. I on trafi na listę tych niewypałów science fiction. Nie ma sobie co robić nadziei na poprawę. I koniec końców nie wiem, czy ja będę oglądał tą drugą część, bo nie wiem, co tam znajdę i nie wiem, czy to będzie ciekawe, ale dziwi mnie, że w czasach, kiedy się tyle mówi o zapaści finansowej w tym świecie filmowym, kiedy w zasadzie kina stają na krawędzi wymarcia, nagle się ładuje taką ogromną ilość kasy w produkcję, która w zasadzie od początku nie ma sensu. Wiesz, tam jest jeszcze ciekawa rzecz, którą należy zauważyć, że "Rebel Moon" nie ma znanych aktorów. On ma może jakichś aktorów w tej pierwszej części oczywiście, może ma takich aktorów, którzy gdzieś byli, których gdzieś widzieliście. Natomiast nie ma takich ikonicznych twarzy, nie ma takich charyzmatycznych postaci.
Są postaci, które są wiecznie naburmuszone i zadęte. I to wszystko, na tym się to kończy. Napiszcie proszę swoje wnioski o "Rebel Moonie" w komentarzach, bo jesteśmy bardzo ciekawi, jakie tam jeszcze odniesienia żeście wypatrzyli.
[59:18] - A ja jeszcze powiem jedną rzecz, przewrotnie i nieco sadystycznie, ale obejrzyjcie państwo ten film. Obejrzyjcie państwo ten film. Ja wiem, napędzicie platformom streamingowym oglądalność, ale nie przeceniajmy. W końcu Bibliotekarium 2.0 to nie jest jakieś potężne medium, które tam nagle zmieni statystyki. Ale obejrzyjcie państwo ten film, żebyście państwo doskonale wiedzieli, czego unikać, jeśli chodzi o fantastykę naukową, fantastykę w kinie. Bo dobrze państwu zrobi taka porcja nieświeżego sosiku. Bo taki film to jest właśnie nieświeży sosik, który można przełknąć, ale skutki mogą być różne, czasami opłakane. Ale spróbujcie państwo, zróbcie państwo eksperyment na swoim organizmie, na swoim umyśle. Będziecie państwo dokładnie wiedzieć, czego unikać, czym się nie fascynować i co omijać szerokim łukiem, naprawdę szerokim. A ja i tak deklaruję, że drugą część obejrzę.
I oczywiście oczyma duszy widzę taką scenę, kiedy gdzieś tam w kwietniu przyszłego roku biję się w pierś, szlocham i mówię, żebyście mi państwo wybaczyli, bo to genialny film był, bo ten początek on nas miał wprowadzić w błąd, a w drugiej części była taka jazda. Ona odwróciła wszystko i ja odszczekuję, i to był genialny film. Ja oczyma duszy to widzę, ale nie przypuszczam. Obejrzę ten film, żeby dobić go, po prostu dobić, zobaczyć skalę tego, jak oderwany od rzeczywistości może być reżyser i scenarzysta. Oderwany od rzeczywistości, od widza po prostu, od pewnych oczekiwań widza może być ta para reżyser, scenarzysta może być oderwana. Bo tak podejrzewam, że to się niestety tak skończy. A wersja z tym, że szlocham przed państwem i proszę o wybaczenie jest wersją karykaturalną, przynajmniej na razie. Nie, proszę państwa, to nie jest dobry film, ale obejrzyjcie go państwo. Naprawdę obejrzyjcie, bo może wzorem Piotra nie będziecie oglądać części drugiej, co w gruncie rzeczy nikomu żadnej różnicy chyba nie sprawi.
[01:02:02] - Tak, ja już chyba wolę obejrzeć tego Kolargola w kosmosie.
[01:02:06] - Wiesz co, powiem ci, że to jest pewne wyzwanie. Kolargol w kosmosie niesie pewne dydaktyczne przesłanie, ale to w końcu jest bajka dla dzieci, baśń z dydaktycznym przesłaniem, bo Kolargol generalnie niósł dydaktyczne przesłania, ale to przynajmniej nie udaje czegoś, czym nie jest. A Rebel Moon udaje. Właściwie przez cały czas coś udaje i ja chyba nie do końca jestem gotowy to zaakceptować. Nie, nie akceptuję tego, ale i tak masochistycznie powiem: i tak obejrzę część drugą. Proszę państwa, mniej więcej rok temu... Nie mniej więcej. Dokładnie rok temu o tym czasie w Bibliotekarium pojawiła się ramotka. Ramotka, czyli takie opowiadanie albo nowelka z pewnego cyklu przedwojennego, drukowanego namiętnie w dziesiątkach tomików. To był Lord Lister, podróbka Arsène'a Lupina czy cholera wie czego.
W każdym razie dosyć atrakcyjne i dosyć popularne, jeśli chodzi o przedwojenną Polskę. Ponieważ ten cykl, jak powiedziałem, liczy sobie naprawdę sporo tomów, to jest dobra okazja, żeby podtrzymać tradycję i w ostatniej audycji tegorocznej odpalić kolejny odcinek Lorda Listera. Dzisiejszy nosi tytuł: „Klejnoty Amazonki”.
[01:04:03] - Lord Lister. Tajemniczy nieznajomy. Klejnoty Amazonki. Raffles się nudzi. Lord William Aberdeen alias Lord Lister, dobrze znany policji londyńskiej pod nazwiskiem Johna Rafflesa, siedział przy suto zastawionym stole. Zgodnie z angielskim zwyczajem śniadanie jego składało się z szynki na jajach, ryby, owsianki i grzanek. Tajemniczy nieznajomy jadł bez apetytu i równocześnie niedbałym ruchem przerzucał stronice „Timesa”. Czytając gazety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nic nie dzieje się ciekawego na świecie – rzekł do wchodzącego właśnie sekretarza Charlesa Branda. Nasz poczciwy przyjaciel Baxter mógłby spokojnie udać się teraz na urlop. Charles Brand spostrzegł od razu, że Lord Lister jest w nieszczególnym humorze.
Nie dał tego jednak poznać po sobie. Czy masz coś dla mnie do roboty, Edwardzie? – zapytał. Niestety nic. Najwyżej moglibyśmy porozmawiać ze sobą na oderwane tematy. Czyżby naprawdę była aż taka posucha? – zapytał sekretarz. Czy przejrzałeś dokładnie drobne ogłoszenia? Z pewnością znajdzie się w nich coś, co przy twoich zdolnościach i twoim sprycie da się w odpowiedni sposób wykorzystać. Zaczynasz mi pochlebiać, Charlie.
Nigdy nie miałeś tego w zwyczaju. Znam cię zbyt dobrze, abym śmiał prawić ci komplementy. Jeśli mówię o twym sprycie i zdolnościach, to tylko dlatego, że posiadasz te zalety w stopniu wyróżniającym cię od otoczenia. Czyż nie im zawdzięczasz, że cała policja Scotland Yardu trudzi się od lat, aby cię schwytać? To prawda – przyznał Raffles. Musisz jednak przyznać, że nie trzeba wiele sprytu, aby wyprowadzić Baxtera w pole. Nie mówię o Baxterze – odparł Charlie lekceważąco. To prawdziwy dureń, ale poza nim są jeszcze inni. Żarty na stronę. Nie dałeś mi odpowiedzi na moje zasadnicze pytanie: czy przejrzałeś dział ogłoszeń?
Jeszcze nie. Pochłonęło mnie sprawozdanie z mowy wygłoszonej wczoraj w parlamencie na temat handlu żywym towarem. Ho, ho – mruknął Brand. Po raz pierwszy mówi się głośno o tak drażliwych kwestiach. Muszę przyznać, że mnie to trochę dziwi. Masz rację, przyjacielu. Nasza kochana stara Anglia czyni wyraźne postępy. Mówiąc to, Raffles rzucił pobieżnie okiem na dział ogłoszeń. Brand nie spuszczał wzroku z jego twarzy. Raffles czytał tymczasem coś z zainteresowaniem.
Czy wiesz, że przybył do miasta cyrk Alberta Althoffa? – zwrócił się nagle żywo do sekretarza. Słyszałem o tym klubie. Czy mówisz o klubie, którego jestem prezesem? Właśnie o tym samym. Nic w tym dziwnego. Przyjazd wędrownego cyrku jest dla tych starszych i bogatych panów nie lada rozrywką. Dlaczego? Nie brak nam przecież w Londynie stałych cyrków. To zupełnie co innego, chłopcze.
Przelotny romansik z woltyżerką zatrudnioną w wędrownym cyrku jest bez porównania bardziej atrakcyjny. Czy wiesz, kto wchodzi w skład zespołu tego cyrku? Nie, nie czytałem jeszcze afiszów. A więc pozwól sobie powiedzieć, że będziesz miał okazję ujrzenia nie lada atrakcji. Przyjeżdża Olga Dmitriev, najsławniejsza woltyżerka i doskonała amazonka. Musi to być coś niezwykłego, skoro wyrażasz się o niej w takich superlatywach. Jesteś przecież niezwykle wymagający na punkcie konnej jazdy. Tak, sam jeżdżę nieźle i oglądałem już wielu wspaniałych jeźdźców wśród Kozaków Dońskich. Muszę jednak przyznać, że Olga Dmitriev jest moim zdaniem najlepszą amazonką świata. Czy jeździ lepiej od ciebie?
— zapytał z niedowierzaniem Charlie. O wiele lepiej. Czy jest ładna? Czarująca. Młoda? Może mieć najwyżej 20 lat. To ciekawe. Jak wygląda? Odznacza się niezwykłą urodą. Wyobraź sobie wspaniale zbudowaną młodą dziewczynę o cudownych, rudawa złotych włosach.
Oczy jej posiadają dziwny odcień jasnozielonkawy. Czy nie ma przypadkiem śniadej, ciemnej cery? Tak, ale skąd wiesz o tym, Charlie? Czyś ją widział? Opis twój zgadza się dokładnie z wyglądem kobiety, którą spotkałem wczoraj, wychodząc z klubu. Czy byłeś sam? Nie. Razem ze mną byli hrabia Hyborn i baron Bornmouth. Dwaj szlachetnie urodzeni uwodziciele. Raffles odłożył gazetę i spojrzał bystro na swego sekretarza.
Mam nadzieję, że nie zaliczasz tych dwóch panów do rzędu swych przyjaciół. Nie mam zasadniczo uprzedzeń do ludzi, ale wolałbym raczej dać się niezwłocznie zaaresztować przez mego wroga Baxtera, niż nazwać ludzi tego pokroju swoimi przyjaciółmi. Całkowicie podzielam twoje zdanie, Edwardzie. Właściwie nic mnie nie łączy z tymi panami. Przypadek sprawił, że równocześnie wyszliśmy z klubu. Czy oni również zauważyli Olgę Dmitriev? Oczywiście. Jakie wywarła na nich wrażenie? Hrabia Hyborn oglądał się z zaciekawieniem i pożądliwością. Mhm — mruknął lord Lister.
I co dalej? Dalej usłyszałem kilka słów, na które nie zwróciłem początkowo uwagi. Gdybym wiedział, że ta osoba budzi w tobie specjalne zainteresowanie, wówczas... Przy tych słowach lekki uśmiech ukazał się na ustach Branda i z ledwie dostrzegalnym odcieniem ironii spojrzał na swego przyjaciela. Lord Lister słynął z zupełnej obojętności w odniesieniu do kobiet. Mógłby zdobyć najpiękniejsze i najbogatsze, gdyby chciał, ale najwytworniejsze damy z żalem ścigały wzrokiem jego wspaniałą męską sylwetkę i jego twarz o szlachetnych, lecz niewzruszonych rysach. Lord Lister przyjmował te hołdy zimno, traktując wszystkie kobiety jednakowo grzecznie, ale bez entuzjazmu. Charlie zrozumiał szybko, że i tym razem zainteresowanie lorda Listera nie ma podkładu osobistego. Jakież to były słowa? — zapytał lord Lister, wracając do poprzedniego tematu.
Hrabia Hyborn spojrzał na swego nieodłącznego przyjaciela, barona Bornmoutha, i obaj zawołali: „Diablo! Przystojna bestyjka!” Po czym oboje wybuchnęli głośnym, niemiłym śmiechem. Wiele pięknych kobiet widziałem w swoim życiu — ozwał się wreszcie hrabia — ale ta bije wszystkie rekordy. I cóż ty na to, Charlie? — zapytał John Raffles, przyglądając się uważnie swemu sekretarzowi. Nie odezwałem się. Muszę przyznać, że i mnie ta kobieta podobała się. Twarzyczka jej tchnęła przy tym taką niewinnością, że słowa obu panów wydały mi się wcale nie na miejscu. Nie pozostało mi nic innego, jak ukłonić się uprzejmie miłym towarzyszom i odejść. Co później się stało?
Wielkie nieba, Edwardzie! — odparł Charlie Brand ze zdumieniem. Od kiedy to jesteś w tak gorącej wodzie kąpany? Gdy uszedłem kawałek drogi, obejrzałem się za siebie i... I co? W odległości kilku kroków za dziewczyną biegli obaj nasi przyjaciele. Zawróciłem więc i począłem śledzić całą trójkę. Niestety nie mogłem słyszeć tego, o czym mówili. Zaczęło mnie to nudzić, dlatego zbliżyłem się jeszcze bardziej. Wówczas hrabia Hyborn odezwał się tak głośno, że słowa jego musiały z całą pewnością dojść do uszu ściganej dziewczyny.
Czy uwierzysz mi, baronie, że chętnie sprzedam jedną z mych włości, aby zdobyć na własność to piękne stworzenie? Ale chyba nie na zawsze? — odparł ze śmiechem zagadnięty, starając się dotrzymać kroku swemu przyjacielowi. Oczywiście, że nie. Ładna bo ładna, ale gdyby nawet była księżniczką krwi, nie zniosłbym jej obecności dłużej niż przez jeden tydzień. Masz rację, przyjacielu — odparł baron. Ciekaw jestem, jak się zabierzesz do dzieła. Z tymi słowy obaj panowie zbliżyli się do Olgi Dmitriev. Muszę przyznać, że z trudem panowałem nad sobą. Wierzę ci, Charlie.
Opowiadaj dalej. Obydwaj wyprzedzili dziewczynę o kilka kroków, po czym nagle zatrzymali się przed nią. Obaj jak na komendę zdjęli cylindry z głowy. Sądzę, że zbliża się kulminacyjny punkt dramatu. Masz rację, jeśli można nazwać to zajście dramatem — odparł Charlie Brand z uśmiechem. Wobec tej niemiłej zaczepki ze strony obcych mężczyzn woltyżerka zatrzymała się na miejscu jak wryta. Następnie rzuciła się odruchowo do ucieczki, biegnąc w moją stronę. Ukłoniłem się uprzejmie i zapytałem z szacunkiem: Bardzo przepraszam, że ośmielam się mówić do pani, nie będąc jej przedstawionym. Jeśli jednak zachowanie tych panów sprawia pani przykrość, proszę rzec słowo, a skarcę ich należycie. Dziewczyna spojrzała na mnie z wdzięcznością.
Bardzo panu dziękuję — rzekła dziwnie melodyjnym głosem. — Przykro mi tylko, że mogę sprawić panu kłopot moją osobą. Gdyby nasi panowie uznali wówczas swą porażkę i pozostawili kobietę jej losowi, historia na tym skończyłaby się. Ale hrabia Highborn spojrzał na mnie jakby urażony i rzekł: Mister Brand, nie rozumiem, dlaczego się pan miesza do nieswoich spraw. Zwracam panu uwagę, że hrabia Highborn nie pozwoli się obrażać bezkarnie w obecności damy. Rozumiesz sam, jaki sprawa musiała przybrać obrót. Zbliżyłem się do niefortunnego hrabiego i patrząc mu w oczy, rzekłem: Pańskie zachowanie przynosi ujmę hrabiowskiemu tytułowi. Jeśli niezwłocznie nie przeprosi pan tej damy, wcisnę panu przemocą cylinder aż po szyję. Wiesz, że nie rzucam słów na wiatr, Edwardzie. Nie minęły więc trzy sekundy i cylinder hrabiego nasunął mu się na twarz aż po same usta.
Hrabia czynił jakieś przekomiczne gesty, chcąc się pozbyć nieprzewidzianej przeszkody, a tymczasem baron Bournemouth stał obok, nie śmiąc wyrzec ani słowa. Raffles zaśmiał się. Byłem niewdzięczny skarżąc się na brak urozmaicenia — rzekł wreszcie. Dlaczego, u licha, nie opowiedziałeś mi o tym wcześniej? Z bardzo prostej przyczyny. Nie pytałeś mnie o to, a nie sądziłem, aby moja przygoda mogła wzbudzić twoje zainteresowanie. A co się stało z Olgą Dmitriev? Zachowała się jak prawdziwa dama. Nie czekając na rezultat sprzeczki między panami, oddaliła się śpiesznym krokiem. Doskonale się spisałeś, Charlie.
Czy na tym koniec? Mógłbym odpowiedzieć twierdząco, Edwardzie. Wiem jednak, że przed tobą nic się nie ukryje. Nie mogłem się powstrzymać i postanowiłem wycisnąć na ich twarzach odciski moich pięciu palców. W Windsor Clubie. Wieczorem tego dnia Raffles siedział spokojnie w swym gabinecie, z rozkoszą ćmiąc cygaro. W drzwiach ukazał się Charlie Brand. Widzę, że jesteś we fraku, Edwardzie — rzekł, zwracając się do tajemniczego nieznajomego. — Czy zamierzasz wyjść z domu? Tak, muszę obleć się w skórę lorda Aberdeena i ukazać się w Windsor Clubie.
Nie byłem tam już od dawna. Charlie spojrzał na swego przyjaciela ze zdumieniem. Mam nadzieję, że twoja wizyta nie pozostaje w żadnym związku z moją wczorajszą przygodą. Popełniłbyś bowiem nieostrożność. Dlaczego? — zapytał Raffles z uśmiechem. Rozumiesz chyba, czego się obawiam. Dopóki wszystko idzie gładko, nikomu nie przyjdzie na myśl, że pod postacią wytwornego lorda Aberdeena ukrywa się znany policji John Raffles. Z tą chwilą, kiedy narazisz się na niepotrzebny konflikt z dwoma wpływowymi członkami klubu, sprawy mogą przybrać dla ciebie inny obrót. Rozpoczną się dociekania, sprawdzania i inne przykrości.
Możesz być o mnie spokojny, chłopcze. Czy masz jakiś konkretny plan działania? Jeszcze nie. Wszystko będzie zależało od okoliczności. Czy ja również mam zjawić się w klubie? Jak chcesz. Musielibyśmy się zachowywać, jak gdybyśmy byli zwykłymi znajomymi, a nie bliskimi przyjaciółmi. Widzę, że planujesz jakiś nowy wielki figiel w twoim stylu. Zgadłeś, Charlie. Od dawna mam już na oku obu panów.
To jest hrabiego Highborna i barona Bournemoutha. Postanowiłem dać im solidną nauczkę. Nacisnął guzik elektrycznego dzwonka. W drzwiach ukazał się kamerdyner Gaston. Podaj mi futro i cylinder — rzekł Raffles. — Czy czytałeś wieczorne wydanie Timesa? — dodał, zwracając się do Branda. Jeszcze nie. Przejrzyj więc sobie tę gazetę. Może znajdziesz w niej coś, co cię zainteresuje.
A teraz żegnaj. Mam nadzieję, że wrócę z dobrymi wiadomościami. Mocno uścisnął na pożegnanie dłoń przyjaciela i opuścił willę na Cromwell Road. Charlie zabrał się do przeglądania gazety. Zajęło mu to prawie godzinę czasu. Nagle wzrok jego padł na ogłoszenie następującej treści: Baczność właściciele cyrków! Pierwszorzędny akrobata cyrkowy, chwilowo bez zajęcia z powodu nieporozumień wynikłych między nim a jego menedżerem, szuka pracy w zamian za skromne wynagrodzenie. Niezwykle atrakcyjne numery. Oferty składać pod Stefano w redakcji pisma. Tam, do licha!
— zaklął Brand, dwukrotnie przeczytawszy treść ogłoszenia. — Dam się wziąć żywcem Baxterowi, jeśli ogłoszenia tego nie umieściłby nasz przyjaciel Raffles. Ale jaki miałby w tym cel? Podczas gdy Charlie Brand głowił się nad rozwiązaniem tej zagadki, Raffles jako lord Aberdeen wkraczał do sali Windsor Clubu. Do klubu tego należeli ludzie o najwspanialszych nazwiskach w Londynie. John Raffles obracał się w tym środowisku ze swobodą człowieka wyrosłego w tej atmosferze. Było jeszcze dość wcześnie i na sali znajdowało się niewiele osób. Raffles powoli zbliżył się do stolika, przy którym siedziało dwóch wywraczonych panów. Obaj milczeli jak zaklęci, a z miny ich można było łatwo wywnioskować, że trapią ich niewesołe myśli. Byli to hrabia Highborn i baron Bornmouth.
Raffles ukłonił się im uprzejmie. „Mam nadzieję, że panom nie przeszkadzam. Czy wolno mi zająć obok was miejsce?” Obaj panowie śpiesznie zaczęli go zapewniać o tym, że obecność tak miłego człowieka może im tylko sprawić przyjemność. Lord William Aberdeen uchodził za człowieka niezmiernie bogatego i należał do najstarszych rodzin angielskich. Raffles zapalił papierosa. „Obawiam się, że wam jednak przeszkadzam” — rzekł po chwili. — „Robicie wrażenie ludzi, których dręczy jakaś ukryta troska. Nie weźmiecie mi chyba za złe tej szczerej uwagi.” „Oczywiście, że nie” — zapewnił śpiesznie hrabia Highborn. — „Pochlebia nam pańskie zainteresowanie.” „Słusznie ujmuje pan sprawę, hrabio” — rzekł Raffles z niedostrzegalnym uśmieszkiem. — „Chciałbym wiedzieć, co znaczą owe czerwone ślady na waszych policzkach.
Ślad ten widnieje na lewym policzku hrabiego, na prawym zaś policzku barona. Czy to skutek jakiejś nieostrożności? Mam nadzieję, że to nic poważnego.” Hrabia Highborn zaczerwienił się jak piwonia. „Drobnostka, milordzie” — rzekł. — „Wszystkiemu winien jest ten niezdara fryzjer. Zaciął mnie przy goleniu.” „Czy i pana spotkała ta niemiła przygoda?” — zapytał Raffles z udanym współczuciem, zwracając się do barona. „Nie, milordzie. Nie zwykłem powierzać mej cennej twarzy rękom niedbałych fryzjerów. A zresztą muszę panu wyznać prawdę. Sądzę, że nie należy ukrywać przed naszym wiceprezesem klubu, jak się rzeczy naprawdę mają.” „Sądzisz, że tak będzie lepiej?” — przerwał mu hrabia Highborn, spoglądając nań ze zdziwieniem.
„Oczywiście! Lord Aberdeen jest człowiekiem honoru i udzieli nam niewątpliwie dobrej rady, jak należy postąpić w trudnej dla nas sytuacji.” „Hm...” — mruknął hrabia Highborn. — „Cała rzecz w tym, że Brand jest przyjacielem lorda.” „Cóż znowu?” — zawołał Raffles, udając oburzenie. — „Uważacie pana Branda za mego przyjaciela? Muszę przyznać, że nadajecie temu pojęciu zbyt szeroki zasięg. Oczywiście spotykam się z tym panem, jak z większością członków naszego klubu, lecz nie świadczy to bynajmniej, że jest on moim przyjacielem.” „A więc tak.” — odetchnął hrabia Highborn z wyraźną ulgą. — „Wobec tego śmiało możemy panu opowiedzieć, jaka nas przykrość spotkała.” „Obracam się w słuch” — odparł Raffles z uwagą. Obaj panowie rozpoczęli długi i pełen oburzenia opis zajścia, które nazwali niesłychaną, bezczelną napaścią. Wiceprzewodniczący Windsor Clubu wysłuchał ich z uwagą. Ani jeden muskuł nie drgnął na jego męskiej, opanowanej twarzy.
„Oczywiście wezwaliście go panowie niezwłocznie na pojedynek.” Hrabia Highborn spojrzał nań z przerażeniem. „Na pojedynek?” — powtórzył, łykając ślinę. „Oczywiście” — odparł Raffles. — „Nie mogliście puścić podobnej obrazy płazem.” Nagle hrabia przypomniał sobie o ostatniej desce ratunku. Wypiął po bohatersku pierś i rzekł dumnie: „Byłbym to uczynił niezwłocznie, gdyby nie uniemożliwiła mi tego pewna okoliczność.” „Powinienem był się tego domyśleć!” — zawołał Raffles, udając, że ciężar spadł mu z jego piersi. „Widzi pan, milordzie, sytuacja przedstawia się w sposób następujący. Napastnik wcisnął mi na głowę cylinder tak głęboko, że nie mogłem ani mówić, ani widzieć. Gdy baron Bornemouth oswobodził mnie wreszcie, nasz napastnik był już daleko.” „Tym niemniej macie panowie możliwość wezwania go na pojedynek w ciągu najbliższych godzin.” „Dlaczego?” „Przysługuje panom prawo wyboru broni.” — ciągnął dalej Raffles, jak gdyby nie słyszał lękliwego pytania. „Czy... czy to konieczne?” — zapytał odważny hrabia, jąkając się ze strachu.
„Oczywiście! Musicie panowie wiedzieć, że mister Brand jest mistrzem na szablę i florety i z odległości 50 kroków trafia do asa pikowego.” Hrabia Highborn zbladł jak płótno. Na czole jego ukazały się grube krople potu. Zmowa. „Mistrzem na florety i szablę. Z odległości 50 kroków trafia do asa.” — powtórzył nieszczęsny hrabia, drżąc jak liść na wietrze. Jedwabną chusteczką począł ocierać pot z czoła. Raffles z wysiłkiem ukrywał uczucie niesmaku, jakie wzbudzał w nim widok trzęsącego się mężczyzny. „Tak jest w istocie” — rzekł. — „Oczywiście zdarza mu się czasem, że chybia, ale nie więcej niż o połowę asa.
W każdym bądź razie panom, jako stronie obrażonej, przysługuje prawo wyboru broni. Jak słyszałem, władacie obaj wprawnie szpadą.” Hrabia Highborn westchnął głęboko. „Mówi pan o obrażonej stronie, milordzie.” — rzekł. — „Ale, na Boga, dlaczego brać sprawy tak tragicznie? Pan Brand w porównaniu ze mną jest jeszcze młodym chłopcem. W jego wieku popełnia się często rzeczy, których się potem żałuje. Pewien jestem, że nasz młody przyjaciel wstydzi się tego, co uczynił. Był to wybryk, który należy potraktować wyrozumiale.” Raz jeszcze jedwabna chusteczka wyciągnięta została na światło dzienne. Ma pan rację, hrabio — rzekł Raffles z kamiennym spokojem. — To był wybryk i nie warto nim się przejmować.
Nieprawda? — podchwycił hrabia Highborn, nie posiadając się z radości z tak szczęśliwego obrotu sprawy. — Ponadto mam wątpliwości, czy szlachcic ma prawo pojedynkować się z mieszczańskim synem. Zupełnie słusznie — odparł Raffles. — A więc zostawmy kwestię pojedynku i przejdźmy do sprawy daleko ważniejszej, bo dotyczącej pięknej kobiety. Czy wiecie panowie, że mi jeszcze nie opisaliście, jak ona wygląda? Na Boga! Zapomnieliśmy o najważniejszym. Otóż nasza piękna nieznajoma jest kobietą słusznego wzrostu, o falujących rudo-złocistych włosach i wspaniałych wielkich oczach. I o dziwnie ciemnym odcieniu skóry — dodał Raffles.
Tak. Twarz jej posiada przedziwnie czysty, regularny owal? Zupełnie słusznie, milordzie — odparł ze zdziwieniem hrabia Highborn. — Czy wolno mi zapytać, skąd pan o tym wie? Zaraz panom powiem. Skoro zaczęliście mi mówić o jej niezwykłych oczach i rudych włosach, przypomniała mi się kartka, którą jakiś uliczny roznosiciel reklam wcisnął mi w Hyde Parku. Była to reklama cyrku Alberta Althoffa i przedstawiała fotografię Olgi Dmitriev, woltyżerki i akrobatki. Na twarzy hrabiego wystąpiły krwawe rumieńce. Czy ma pan przy sobie tę kartkę, milordzie? Oczywiście.
Wziąłem ją zupełnie bezwiednie z rąk roznosiciela. Hrabia Highborn chwycił skwapliwie pocztówkę. To ona! — zawołał ze zdziwieniem. Co do tego nie żywiłem najmniejszych wątpliwości. Nie ma dwóch podobnie pięknych dziewcząt w Londynie. Ma pan rację, milordzie — westchnął hrabia Highborn. Czy zwrócił pan uwagę na regularność jej rysów? Owszem, rozumiem pański zachwyt. Zachwyt, któremu pańskie słowa dorzuciły iskierkę nadziei — dokończył hrabia.
— Skoro nasza ubóstwiona jest woltyżerką cyrkową, nietrudno będzie ją zdobyć. Tysiąc funtów szterlingów wystarczy. Słowom tym towarzyszył cyniczny śmiech. Raffles z trudem zachowywał spokój. Porozmawiał chwilkę z obu panami, po czym pożegnał się i wsiadł do auta. Wkrótce znalazł się już w swojej wspaniale urządzonej willi na Cromwell Road. Sekretarz jego nie położył się jeszcze, oczekując przybycia swego mistrza i przyjaciela. Raffles zbliżył się do kominka, na którym płonął ogień. Usiadł w wygodnym fotelu i wyciągnął nogi. Widzę, że wieczór minął ci przyjemnie — odezwał się Charlie.
Skąd o tym wiesz? — zapytał tajemniczy nieznajomy. Ot, po prostu — odparł Charlie. — Niepowodzenia i niebezpieczeństwa nie wywołują najmniejszej zmiany na twojej twarzy. Gdy natomiast udaje ci się realizacja któregoś z twych śmiałych pomysłów, na wargach twych pojawia się uśmiech zadowolenia. Musisz mi opowiedzieć, co zaszło w klubie. Przed tym jednak wytłumacz mi, proszę, po co umieściłeś owo dziwaczne ogłoszenie w Timesie. Charlie wstał i podał lordowi Listerowi wieczorną gazetę. Ogłoszenie, o którym wspominał, podkreślone było przez niego czerwonym ołówkiem. Cóż widzisz w tym dziwnego?
— zapytał. Nie udawaj, Edwardzie. Dokładnie wiem, żeś to ty je zredagował. Nie rozumiem tylko, w jakim celu. Zaraz ci to wyjaśnię, Charlie. Tym akrobatą cyrkowym jest Raffles. Cóż ty na to? Charlie Brand spojrzał na niego, otwierając ze zdumieniem usta, na co Raffles wybuchnął śmiechem. Od szeregu lat jesteś moim najbliższym współpracownikiem i przyjacielem, Charlie. Byłeś świadkiem moich najdziwniejszych przygód i powinieneś raz wreszcie przestać się dziwić.
Czy naprawdę zamierzasz występować w cyrku? Oczywiście. W ten sposób będę mógł śledzić z bliska posunięcia obu naszych przyjaciół, hrabiego i barona. Ci panowie postanowili za wszelką cenę uwieść biedną woltyżerkę. Nie dopuszczę do tego. A jeśli Albertowi Althoffowi nie jest potrzebny akrobata? Zdziwiłoby mnie to bardzo. Umyślnie zredagowałem ogłoszenie w ten sposób, aby każdy dyrektor cyrku mógł się na nie złapać. Nigdy to nie zawadzi uzyskać dobrą siłę cyrkową za psie pieniądze. Jeśli ten sposób zawiedzie, zaoferuję mu swoje usługi jako żongler lub chłopak stajenny.
Gotów jestem mu nawet dopłacić, jeśliby zaszła taka potrzeba. A czy ja nie otrzymam jakiejś roli w tej tragikomedii? To się rozumie samo przez się — odparł Raffles z uśmiechem. — Ani mi w głowie walczyć samemu z tylu przeciwnikami. Liczę na twoją pomoc, drogi chłopcze. Czy dobrze jeździsz konno? O to możesz być spokojny. Wspaniały arab, którego dostałem od ciebie, nie należy do łatwych koni, a jednak dałem mu radę. Tym lepiej. Być może, iż będę zmuszony uciec się do twych jeździeckich umiejętności.
Nie każesz mi chyba wyczyniać akrobacji na koniach? — zapytał Charlie z przerażeniem. Kto wie. Wślizgniesz się do cyrku jako chłopiec stajenny. Później prawdopodobnie wystąpisz w roli Amazonki. Wielkie nieba! — zawołał Charlie przerażony. — Nie każesz mi chyba przebrać się za kobietę? Podziękuj raczej Bogu za twą delikatną, bez zarostu twarz i szczupłą figurę. Dzięki temu możesz bezkarnie paradować w kobiecych strojach i nikt nawet nie domyśli się, że przed sobą ma mężczyznę.
„Czy mógłbyś mi tego zaoszczędzić, Edwardzie?” – jęknął płaczliwie Charlie. „Niestety. Mówiąc po prostu, będziesz musiał przebrać się za Olgę Dimitrieff.” Charlie aż jęknął. „Jakie są twe plany?” „Wyjaśnię ci je, gdy jutro będziemy w cyrku.” „Czy mam coś załatwić w mieście?” „Nie. Wszystko, co nam jest potrzebne, znajdziemy w naszej rekwizytorni. Dobierzesz najpierw kostium odpowiedni dla stajennego. Przedstawię cię jako mego przyjaciela, który chętnie zgodzi się pracować choćby za parę centów dziennie. Musisz przy tym sprawdzić w redakcji, czy na moje ogłoszenie złożono jakąś ofertę. Jeśli tak, natychmiast udamy się razem do cyrku.” Raffles w roli cyrkowego akrobaty. Następnego ranka Raffles zerwał się z łóżka świeży i wypoczęty.
Wykąpawszy się we wspaniałej łazience, zadzwonił na kamerdynera. „Musisz udać się niezwłocznie do administracji Timesa” – rzekł do starego służącego. „Zapytasz się, czy przyszły jakieś odpowiedzi na umieszczone we wczorajszym numerze ogłoszenie. Jeśli tak, przyniesiesz mi je do domu. Gdyby cię pytano o szczegóły, odpowiesz, że nie wiesz o niczym.” Gaston wziął z rąk swego pana gazetę, w której wspomniane ogłoszenie zakreślone było czerwonym ołówkiem. Po jego wyjściu Raffles zaczął ubierać się. W lustrze stwierdził z zadowoleniem, że wygląda jak typowy sztukmistrz cyrkowy. Kilka umiejętnymi pociągnięciami ołówka nadał swej twarzy zgoła specyficzny wyraz. Na oczy nasunął zniszczoną cyklistówkę oraz pudełko papierosów najpośledniejszego gatunku. Tak wystrojony udał się do pokoju jadalnego.
Charlie Brand wyglądał przez okno na ulicę. Dzień był ponury. Za oknami wisiała gęsta, typowo londyńska mgła. Na odgłos kroków Charlie odwrócił się. „Wielkie nieba, Edwardzie!” – zawołał ze zdumieniem. „Wyglądasz wspaniale.” „A jak ja ci się podobam?” Raffles spojrzał nań badawczo. „Zupełnie nieźle. Tylko maleńka uwaga: chłopcy stajenni nigdy nie wiążą tak krawatów.” Związał krawat mocno na węzeł i przesunął go na lewą stronę. „Teraz jest dobrze” – rzekł z zadowoleniem. „Dzięki Bogu” – mruknął Charlie.
„A kiedy mam się przeobrazić w amazonkę?” „Sam jeszcze nie wiem. Możliwe, że będzie to niepotrzebne. Będzie to zależało od posunięć hrabiego Hayburga. Postanowiłem dostać się do cyrku tylko po to, aby pokrzyżować jego plany wobec Olgi Dimitrieff.” Zdążyli zjeść spokojnie śniadanie, gdy w jadalni zjawił się Gaston. Trzymał w ręku dwa listy. Wręczył je swemu panu, który otworzył koperty. „To z hipodromu” – rzekł, odkładając jeden z listów. „To mnie nie interesuje.” Rzucił z kolei okiem na drugi list. „Wspaniale!” – zawołał z zadowoleniem. „Posłuchaj tylko.
Szanowny panie, w odpowiedzi na ofertę umieszczoną we wczorajszym numerze Timesa uprzejmie proszę o przybycie do mego biura. Jeden z członków Tria Bellini złamał nogę i zmuszony jestem znaleźć zastępcę. Z poważaniem Albert Althoff. Czy nie mówiłem?” – zawołał Raffles z radością. „Jesteśmy na doskonałej drodze.” „Słusznie, Edwardzie. Musimy tylko dowiedzieć się, czy i ja otrzymam zajęcie.” Raffles schował list do kieszeni i wraz ze swym sekretarzem wyszedł z willi. Wsiedli do autobusu, a następnie zamienili ten środek lokomocji na kolej podziemną. Cyrk rozbił swe namioty na wielkiej polanie jednego z przedmieść Londynu. Panował tam jeszcze chaos i nieporządek. Raffles poruszał się wśród tego zgiełku z właściwą sobie swobodą.
Nagle zastąpił mu drogę jakiś parobek o niemiłej, brutalnej twarzy. „Czego tu się pan pętasz?” – zagadnął go ostro. Raffles zmierzył go zimnym spojrzeniem. „Nie przypuszczasz chyba, że ci zechcę odpowiedzieć. Wódka cuchnie od ciebie z daleka.” Parobek zbliżył się jeszcze bardziej do Rafflesa i począł wymachiwać pięścią tuż pod jego nosem. „Przyjrzyj się tej pięści, głupcze.” Raffles począł oglądać pięść z udanym zainteresowaniem i gwizdnął przeciągle. „Wygląda nieźle” – rzekł. „Trochę zbyt czerwona, ale z pewnością silna.” Dookoła nich poczęła zbierać się grupka ciekawych. Tu i ówdzie rozległy się pod adresem parobka dopingujące nawoływania. Raffles rozejrzał się dookoła wzrokiem tak obojętnym, jak gdyby jego osoba w ogóle nie wchodziła tu w grę.
Napastnik stawał się tymczasem coraz pewniejszy siebie i coraz bezczelniejszy. Podsunął drugą pięść pod nos tajemniczemu nieznajomemu i zawołał: „A jak ci się ta pięść podoba?” „Bliźniaczo podobna do poprzedniej” – odparł Raffles. „A może chciałbyś obejrzeć i moje pięści?” Podniósł do góry swe zaciśnięte, delikatne, lecz mocne dłonie. „Damskie paluszki” – mruknął pogardliwie brutal. „Dobre tylko do całowania.” „Przekonasz się zaraz o ich wartości” – odparł Raffles z pogardą. Stajenny zrzucił z siebie marynarkę, podwinął rękawy w brudnej koszuli i stanął w pozycji gotów do walki. John Raffles nie wyjął nawet papierosa z ust. Rozpiął tylko swą marynarkę i rozejrzał się szybko za siebie, chcąc sprawdzić, czy ma dość miejsca. Jednym uderzeniem pięści w podbródek rozciągnął swego przeciwnika na ziemi. Dookoła rozległ się szmer podziwu.
Raffles nie spojrzał nawet na leżącą na ziemi ofiarę. Skinął na swego sekretarza i ruszył naprzód. Po kilku krokach znalazł się naprzeciw mężczyzny w stroju dżokerskim. Był to Albert Althoff we własnej osobie. „Cóż to za harmider?” — zawołał. — „Ile razy mówiłem wam, że nie życzę sobie bójek na moim terenie. Kim pan jest?” — zwrócił się do Rafflesa. — „Jak pan śmie przychodzić tutaj i rozbijać moich ludzi?” „Nazywam się William Stanton” — odparł Raffles. — „Zgłosiłem się na skutek oferty złożonej do administracji Timesa. Nie poczuwam się do żadnej winy.
To właśnie pański człowiek zaczepił mnie i zaatakował brutalnie. Kazał mi podziwiać swoje pięści. Zastosowałem się do jego życzenia, a że przy okazji zawadziłem o niego moimi pięściami, to już sprawa przypadku.” Raffles powiedział to takim tonem, że właściciel cyrku uśmiechnął się mimo woli. Okiem znawcy obrzucił atletycznie zbudowanego mężczyznę i dał mu znak, aby udał się za nim. Po chwili znaleźli się obaj w biurze. „Kogo sprowadził pan ze sobą?” — zapytał, wskazując na Branda. „Kolegę. Podobnie jak i ja bez pracy. Znam go parę lat i mogę zaświadczyć, że doskonale obchodzi się z końmi. Pracowałby chętnie za niską opłatą.” „Dobrze, niech wejdzie” — mruknął pod nosem dyrektor.
Biuro mieściło się w namiocie, którego ściany obwieszone były fotografiami artystek filmowych i koni. Na ziemi wałęsały się żelazne ciężary. Albert Althoff wskazał swym gościom dwa wyplatane stołki i rzekł do Rafflesa: „Niech się pan rozbierze.” Raffles spojrzał na niego ze zdumieniem. „Czy to konieczne?” — zapytał. „Oczywiście. Inaczej nie mogę ocenić pańskiej budowy.” „Wystarczy chyba, że rozbiorę się tylko od góry” — odparł Raffles, który w pośpiechu zapomniał zmienić swą wytworną bieliznę. „Tak, to wystarczy. Śpiesz się pan, bo mam mało czasu.” Raffles ściągnął z siebie zręcznie marynarkę wraz z koszulą. Dyrektor zbliżył się do niego i począł oglądać go. Dotknął jego bicepsów i mruknął z ukontentowaniem: „A teraz niech mi pan pokaże, co pan potrafi.” Bez słowa Raffles podniósł z ziemi parę ciężkich halterów, wyprostował ręce i uniósł je do góry tak, jak gdyby trzymał w nich lekkie słomki.
Dyrektor spojrzał na niego z podziwem. „Widzę, że nie jest pan pierwszy lepszy. Jak pan sądzi, ile te haltery ważą?” „Nie wiem dokładnie. Przypuszczam, że od 110 do 120 funtów.” „Myli się pan. Ważą 150 i niewielu ludzi potrafi unieść je z ziemi bez wysiłku. Ciekaw jestem, czy potraficie zastąpić chorego kolegę w trio Belliniego. Numer ten umieściłem już w programach i trudno by mi było go skreślić.” Rozpoczęła się rozmowa pełna fachowych wyrażeń. Raffles czynił wrażenie cyrkowca doskonale obeznanego ze swoim zawodem. W kwadrans później Raffles i Charlie Brand mieli już w kieszeni tygodniowe kontrakty. „Udało nam się doskonale” — rzekł Raffles, gdy znaleźli się na ulicy.
— „Czy nie boisz się próby?” „A dlaczego miałbym się bać? Pewien jestem, że w pół godziny nauczę się wszystkich sztuczek tria Bellini. Poćwiczę trochę na przyrządach w naszej sali gimnastycznej i to wystarczy.” Nagle Brand zatrzymał się i chwycił Rafflesa za rękę. Tajemnicza wycieczka. Raffles skierował wzrok za wzrokiem swego przyjaciela i ujrzał Olgę Dmitriev. Młoda dziewczyna przeszła spokojnie tuż obok Branda, nie poznając go. Obaj świeżo upieczeni pracownicy cyrkowi spojrzeli na siebie ze zdumieniem. „Próba zaczyna się dopiero o godzinie pierwszej” — szepnął Raffles. — „Ruszajmy szybko za nią, aby sprawdzić, dokąd najdzie.” „Ale czy ja mogę się stąd wydalić?” „Oczywiście. Twój kontrakt rozpoczyna się dopiero od jutra.
Chodźże.” Szli za nią w przyzwoitej odległości, aby nie wzbudzić podejrzeń. Piękna woltyżerka wsiadła do autobusu idącego w kierunku centrum Londynu. Raffles i Brand wskoczyli do tego samego wozu i zatrzymali się na peronie. Olga Dmitriev wysiadła na Ludgate Circus. Raffles i Charlie poszli za jej przykładem. Woltyżerka skinęła na taksówkę i cicho rzuciła szoferowi jakiś adres. Raffles i Brand spojrzeli na siebie. „I co teraz będzie?” — zapytał sekretarz. „Nic. Przecież nie brak taksówek w Londynie.
Zaraz złapiemy następną.” Gwizdnął i natychmiast z pobliskiego postoju ruszyła w ich stronę taksówka. „Jedź pan za tamtą taksówką” — rozkazał Raffles, wskazując szoferowi auto, do którego wsiadła Olga Dmitriev. „Aż dokąd?” „Choćby do samej Tamizy. Dam panu znak, gdzie się zatrzymać. Nie ominie pana suty napiwek.” „Dobra” — odparł szofer i zaśmiał się z zadowoleniem. Raffles i Brand wsiedli do taksówki, która natychmiast ruszyła z miejsca. Droga wiodła przez najludniejsze dzielnice Londynu. Obaj przyjaciele niewiele mówili podczas jazdy. Nagle, po upływie pół godziny auto zatrzymało się gwałtownie. Raffles pochylił się ku szoferowi.
„Dlaczego się pan zatrzymał?” — zapytał. „Ponieważ nie jadę już dalej.” „Doskonale. A czy można zapytać dlaczego?” „Ponieważ taksówka, którą mi pan wskazał, również zatrzymała się.” „Trzeba było od razu tak powiedzieć. Gdzie stanęła?” „Przed drzwiami.” „Czyście oszaleli, człowieku? Przed jakimi drzwiami?” „Przed drzwiami domu, do którego parę dni temu wszedłem wbrew swojej woli.” „Zostawcie te zagadki. Sądząc z waszej miny, nie jest to chyba knajpa.” „Zgadł pan. Jest to główna kwatera policji.” „Scotland Yard?” — zapytał Raffles ze zdumieniem. „Zupełnie słusznie, panie szanowny.” Raffles spojrzał na Charley'a, który zrobił niewyraźną minę. „Cóż ją, u licha, sprowadza do Scotland Yardu?” — mruknął sekretarz. „Nie wiem.
Sądzę jednak, że wkrótce zdołamy wyjaśnić tę sprawę.” Obaj nieodłączni przyjaciele wysiedli z taksówki. Raffles wsunął szoferowi w rękę napiwek, który przekroczył jego najśmielsze oczekiwania. „Dałbym wiele, abym mógł w tym momencie zobaczyć twarz naszego serdecznego przyjaciela Baxtera” — rzekł Raffles. „Dlaczego? Czy sądzisz, że do niego udała się nasza woltyżerka?” „A do kogóż by?” „Może byśmy się postarali dostać do środka.” „Na to jesteśmy zbyt słabo ucharakteryzowani. Nie chcę narażać się na niebezpieczeństwo rozpoznania. Najlepiej będzie tu na nią zaczekać.” „A co po tym?” „Po tym zobaczymy, co dalej będzie. Może jakiś przypadek przyjdzie nam z pomocą.” „Co będzie z próbą?” „Nie możemy jej opuścić oczywiście. Nie zacznie się chyba przed godziną drugą. Zdążymy jeszcze wprowadzić w czyn nasze zamierzenia.” Baxter zakochany.
Olga Dmitriev weszła do biura i wręczyła dyżurnemu policjantowi swą kartę wizytową. Agent przeczytał ją. „Do inspektora Baxtera?” „Odgadł pan trafnie” — odparła woltyżerka. „Skąd pan wie?” „O, to bardzo proste.” — uśmiechnął się agent. — „Wielekroć młoda i piękna kobieta zjawia się w biurze policji, zawsze ma jakiś interes do inspektora Baxtera.” Olga Dmitriev przyjęła to oświadczenie z lekkim zdziwieniem. „Zapewniam pana, że jest pan w błędzie co do celu mojej wizyty. Proszę mnie zameldować inspektorowi. Przychodzę w ważnej sprawie.” Dyżurny policjant wzruszył z niedowierzaniem ramionami i skierował się niechętnie w stronę gabinetu inspektora. Baxter siedział za biurkiem, opierając głowę na dłoni. Robił wrażenie człowieka pochłoniętego całkowicie rozstrzyganiem najważniejszych problemów.
Naprzeciw niego siedział jego sekretarz, przezwany przez swych kolegów Pchłą. Pchła, w aktach stanu cywilnego Markholmem zwany, zajęty był przeglądaniem stosu urzędowych papierów piętrzących się przed nim na biurku. Od czasu do czasu rzucał badawcze spojrzenia w stronę swego przełożonego, chcąc wysondować, w jakim jest nastroju. Humor szefa Scotland Yardu pogarszał się bowiem z dnia na dzień. Pozostawało to w ścisłym związku z naganą, jaką poczciwy Baxter otrzymał ostatnio od swych zwierzchników. Miara głupstw popełnionych codziennie przez Baxtera poczęła się przebierać i cierpliwość władz była już na wyczerpaniu. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł dyżurny, trzymając w ręku kartę wizytową. Zatrzymał się w progu, prężąc się służbiście. Jedyną bowiem rzeczą, na którą Baxter zwracał szczególną uwagę, była dyscyplina.
Baxter spojrzał niechętnie na kartę, zamierzając pod byle jakim pretekstem pozbyć się natręta, który przerywał mu smutne rozmyślania nad swym losem, gdy nagle wzrok jego padł na nazwisko i zawód petentki. Olga Dmitriev, woltyżerka cyrku Alberta Adhoffa. Pochylił się ku dyżurnemu. „Ładna?” — zapytał cicho. „Wyjątkowo piękna, szefie.” „Młoda czy stara?” „Młodziutka, prawie dziecko.” W Baxterze obudził się lew. Powiódł dookoła władczym wzrokiem i zawołał: „Wprowadź natychmiast tę damę!” Dyżurny opuścił gabinet. Inspektor podbiegł do lustra, poprawił włosy, przygładził brodę i zabrał się do polerowania paznokci. „Nie macie tu chwilowo nic do roboty, Markholm.” — rzekł, zwracając się do swego sekretarza. — „Możecie wyjść na śniadanko do miasta.” Markholm spojrzał na swego szefa z ironią. Wiedział, czemu zawdzięcza to nagłe zwolnienie.
Baxter nie chciał mieć świadków rozmowy z piękną kobietą. „Ten stary dureń gotów popełnić nowe szaleństwo. Ale Bóg z nim. Nigdy już chyba nie uleczy się z tej fatalnej słabości do kobiet.” — mruknął do siebie sekretarz, chowając papiery do szuflady. Przysięgał sobie w duchu, że nie wróci już dzisiaj z powrotem do Scotland Yardu. Gdy zniknął za drzwiami, dyżurny wprowadził Olgę Dmitriev. Inspektor Baxter spodziewał się, że ujrzy przed sobą przystojną, może nawet więcej niż przystojną kobietę. Lecz to, co ukazało się jego oczom, przekroczyło wszelkie oczekiwania. Inspektor zbladł, potem zaczerwienił się. Wreszcie usiadł ze wzruszenia w fotelu.
Po chwili jednak zerwał się jak oparzony i złożył przybyłej głęboki, pełen szacunku ukłon. „Proszę mi wybaczyć, piękna pani, ale nie mogę przyjść do siebie z wielkiego wrażenia.” „Cóż tak pana uderzyło, inspektorze?” — zapytała zimno. Baxter spostrzegł, że się zagalopował. „Nic. Czy wolno mi zapytać, czemu zawdzięczam zaszczyt pani wizyty?” „Opowiem to panu w kilku słowach” — rzekła spokojnie woltyżerka. „Chodzi mi o moje klejnoty, które noszę na sobie w czasie występów. Przedstawiają one dość znaczną wartość. Jestem przesądna i wierzę, że gdy je mam na sobie, nie może mi się przytrafić nic złego.” Gdyby słowa te wypowiedziała mniej piękna kobieta, inspektor Baxter wyśmiałby ją z pewnością, ale w danym wypadku pochylił tylko głowę i słuchał z niesłabnącą uwagą. „Proszę, niech pani mówi dalej” — rzekł zachęcająco. „We wszystkich miastach, w których występujemy, zwracam się natychmiast po przybyciu do policji o udzielenie mi ochrony.
Myślę oczywiście o ochronie płatnej. Odbywa się to zazwyczaj w ten sposób, że policja przydziela mi jednego lub dwóch agentów, którzy obserwują przy wejściu ludzi przybywających do cyrku. Policja zna swych klientów i orientuje się, czy na sali nie ma osób podejrzanych. Zajmuje to najwyżej godzinę czasu. Chętnie poniosę wszelkie związane z tym koszta.” „Wielce szanowna pani” — odezwał się Baxter z ukłonem. „Proszę mi wierzyć, że bezpieczeństwo pani i jej mienia leży mi gorąco na sercu. Oddaję do pani dyspozycji dwóch mych najzdolniejszych agentów. Ponadto nad osobą pani sprawować będę dozór sam osobiście.” Jeśli Baxter sądził, że słowa te wywrą na pięknej petentce piorunujące wrażenie, to zawiódł się sroce. Olga Dmitriev przyjęła to oświadczenie w sposób obojętny i zdawała się nie przywiązywać do niego szczególnego znaczenia. Ochłodziło to trochę zapał inspektora.
„Cóż — pomyślał sobie w duchu — nawet najsilniejsze twierdze poddają się po dłuższym oblężeniu.” „Musi mi pani podać ważniejsze szczegóły odnoszące się do tych klejnotów” — rzekł głośno. „Jak one wyglądają?” „Zaraz je panu opiszę. Posiadam naszyjnik z pięknych pereł, dalej bransoletkę z grubych złotych ogniw w kształcie końskich podków, następnie pierścień złoty w kształcie węża z oczami z rubinów, jeszcze jeden pierścień z rubinem i kolczyki diamentowe.” Inspektor Baxter udawał, że pilnie notuje wszystko na ćwiartce papieru. W rzeczywistości kreślił na niej jakieś znaki bez żadnego znaczenia. „To wystarczy, droga pani” — rzekł po chwili. „Proszę być dobrej myśli. Zapewniam panią, że wyjeżdżając z naszego miasta zabierze pani ze sobą wszystkie swe kosztowności.” „Dziękuję za to zapewnienie. Muszę jednak wspomnieć panu o pewnym fakcie, który wzbudził we mnie niepokój.” „Cóż się takiego stało?” „W gruncie rzeczy nic wielkiego. Zostałam zaczepiona na ulicy w sposób brutalny przez dwóch jegomościów, przyzwoicie, a nawet elegancko ubranych, którzy starali się zastąpić mi drogę.” „Jak oni wyglądali?” „Jeden był średniego wzrostu, drugi zaś niski, o okrągłej czerwonej twarzy i krótkich nóżkach.” „Nie zdziwiłbym się, gdyby to była sprawka Rafaelsa” — mruknął inspektor, który wszędzie dopatrywał się obecności tajemniczego nieznajomego. „Jestem nawet tego zupełnie pewien.
Prawdopodobnie zastąpił pani drogę po to, aby przyjrzeć się pani klejnotom.” „O Boże, czyżby to mogło być prawdą?” — zawołała przerażona. „Niech się pani nie obawia. Skoro inspektor Baxter przyrzekł czuwać osobiście nad pani bezpieczeństwem, nic pani nie grozi. Gotów jestem skoczyć w ogień dla pani.” Piękna woltyżerka przyjęła to oświadczenie z taką samą obojętnością, z jaką przyjęła poprzednie. „Mogę więc liczyć na pańską pomoc?” — rzekła. „Oczywiście” — odparł z zapałem. „Co pan zamierza uczynić, jeśli wolno mi o to zapytać?” „Będę się starał przebywać przez cały czas w pobliżu pani, w garderobie lub na arenie. Podejrzewam, że Rafaels gotuje jakąś nową niespodziankę. Muszę się tak przebrać, aby nikt nie mógł mnie poznać. Być może ubiorę sobie strój chłopaka stajennego lub jednego z pogromców zwierząt.” „Czy nie poświęca pan mi zbyt wiele trudu, panie inspektorze?” „Ależ nie!
Cóż znowu.” Z tymi słowy Baxter odprowadził Olgę Dmitriev aż do drzwi. „Zapewniam panią, że w mojej obecności nikt nie odważy się sięgnąć po pani kosztowności.” Po wyjściu Olgi Dmitriev Baxter począł przemierzać gabinet nerwowymi krokami. Nagle zetknął się twarzą w twarz z sekretarzem Marholmem. „Czy nie kazałem wam pójść na śniadanie?” — wrzasnął inspektor ze wściekłością. „Tak jest, panie inspektorze, ale ja nie skorzystałem z tego pozwolenia.” „Dlaczego?” „Jest mgła. Wilgotne powietrze nie służy mi.” „Gdzie się dzieliliście przez cały czas?” „W pobliżu.” Czy słyszeliście, o czym mówiłem? Słyszałem każde słowo. Trudno. Zresztą nie ma w tym nic złego. I tak musiałbym wam powiedzieć, o co chodzi.
Czy widzieliście tę panią? Tak. Podglądałem przez dziurkę od klucza. Jak wam się podoba? Nadzwyczajnie, inspektorze. Nieprawda, Marholme? Oczy Baxtera zwilgotniały z zachwytu. Czy mogę dać panu jedną radę? — wtrącił się sekretarz dobrotliwie. — Niech pan się wycofa z tej historii, gdyż w przeciwnym razie utonie pan w oceanie głupstw.
Wiem, czym to pachnie. Nie jestem ciekaw waszych rad. Nie wiem, co mnie wstrzymuje od tego, aby was wyrzucić za drzwi. Wie pan doskonale, inspektorze — mruknął Pchła do siebie. — Beze mnie nie mógłby pan sobie dać rady. Jestem potrzebny po to, aby naprawiać pańskie głupstwa. Czy zamierza pan dziś wieczorem być obecny na przedstawieniu? — zapytał głośno. Oczywiście. Będę bronił damy, która zaufała mi swoje mienie.
Wielkie nieba! W jaką znów ten człowiek wplącze się kabałę — szepnął Marholme. — Co to z tego będzie? Jakże mu pomóc, skoro ten biedny głupiec szaleje na widok każdej ładnej twarzyczki? Wyprostował się i jak gdyby nagle przyszła mu nowa myśl do głowy, rzekł: O ile dobrze słyszałem, wystąpi pan w przebraniu. Tak. Coś mi się zdaje, że za tym wszystkim ukrywa się Raffles. Dałbym pięć lat życia, aby móc raz nareszcie ująć tego łotra. Istnieje przysłowie, Marholme: „zobaczyć Neapol, a potem umrzeć.” Ja zaś mówię inaczej: zaaresztować Rafflesa, a potem przejść na emeryturę. W takim razie pańska pensja emerytalna nie obciąży nigdy kasy skarbowej — mruknął Marholme.
Co wy tam mówicie? — zapytał inspektor podejrzliwie. Nic, panie inspektorze. Zastanawiam się właśnie, jaki strój będzie dla pana najodpowiedniejszy. Przypuszczam, że strój głupiego Angusa. Baxter zastanawiał się przez chwilę, czy ma się obrazić. Postanowił jednak przyjąć tę radę za dobrą monetę. Sądzicie, że to będzie najlepsze? — zapytał. Oczywiście, inspektorze.
Wystarczy włożyć pańską cywilną marynarkę podszewką do góry, zgolić brodę, a pewien jestem, że pańska aparycja wzbudzi w cyrku sensację. Baxter spojrzał z niedowierzaniem na swego sekretarza. Pchła zrobił tak niewinną minę, że wątpliwości inspektora pierzchnęły. Może macie i rację, Marholme. Dawniej często brałem udział w przedstawieniach amatorskich i wykazywałem wielkie zdolności do komedii. Potrafię wspaniale mówić przez nos i śpiewam tak zabawnie, że ludziska śmieją się do łez. Były to dawne czasy. Miałem 25 lat i wszystkie dziewczęta kochały się we mnie na zabój. Marholme znał już prawie na pamięć opowiadania Baxtera o jego powodzeniu. Usiadł więc na krześle i przygotował się do wysłuchania długiej tyrady.
Tym razem jednak Baxter szybko zmienił temat. Bardzo mi będzie żal rozstać się z moją brodą — rzekł. Może pan zostawić sobie małą hiszpańską bródkę. Tę bródkę łatwo będzie ukryć pod warstwą szminki lub też zalepić trykotem cielistego koloru. Potrzeba mi jeszcze peruki i pary wielkich butów. Czy zamierza pan występować, inspektorze? Nie róbże ze mnie głupca. Czy inspektor ze Scotland Yardu może ośmieszać się występami na arenie cyrkowej? Pozostanie więc pan za kulisami? Oczywiście.
Będę krążył po korytarzach, stajniach i innych zakamarkach cyrku niedostępnych dla publiczności. Dziś po południu odbędzie się generalna próba. Muszę tam pójść. A kto zajmie się bieżącymi sprawami? Dasz sobie doskonale z nimi radę. Korzystałeś przecież przez tak długi czas z moich światłych wskazówek. Marholme chciał coś odpowiedzieć, lecz pohamował się w ostatniej chwili. W milczeniu zajął miejsce Baxtera za biurkiem. W kilka chwil później inspektor opuścił gabinet. Marholme odprowadził go spojrzeniem.
Gdybym nie wiedział, że na ulicy mgła i deszcz, przysiągłbym, że ten człowiek doznał udaru słonecznego. Raffles kontra Baxter. Raffles i Brand ukryli się w pobliżu bramy Scotland Yardu. Z tego miejsca widać było wszystkich wchodzących i wychodzących z biura policji. Zauważyli więc i Olgę Dimitrieff, która wyszła z gmachu śpiesznym krokiem i szybko wsiadła do przejeżdżającej taksówki. „Musimy jeszcze trochę poczekać” — rzekł tajemniczy nieznajomy do swego przyjaciela. — Nasza młoda gwiazda udała się z całą pewnością do cyrku. Gdybyśmy zechcieli pójść za nią, nie dowiedzielibyśmy się nic ciekawego. Przeczucie mi mówi, że wkrótce zobaczymy tu jednego z naszych dobrych znajomych. Brand znał szybkość, z jaką pracował mózg Rafflesa i dlatego też nie usiłował nawet podążać za biegiem jego myśli.
Niedługo czekał na wyjaśnienie słów przyjaciela. W 10 minut po ukazaniu się Olgi Dimitrieff z bramy Scotland Yardu wyszedł Baxter. „Byłem tego pewien” — mruknął Raffles. — Nasza woltyżerka uciekła się do pomocy policji. Czy nie pozostaje to w związku z ową scenką uliczną, o której ci wspominałem? Możliwe, ale nie sądzę. Młoda i energiczna kobieta potrafi doskonale dać sobie radę z napastującymi ją na ulicy Adonisami. To dziewczyna z pierwszorzędnej rosyjskiej rodziny, siostrzenica hrabiego Witte. Żartujesz chyba. Mówię poważnie.
Po rewolucji rosyjskiej córki znakomitych rodów muszą niejednokrotnie szukać chleba na arenie cyrkowej. Tak rozmawiając, obaj przyjaciele zbliżyli się nieznacznie do Baxtera, do którego przyłączyli się przednio dwaj tajni agenci. Dziś wieczorem o godzinie siódmej stawicie się w cyrku. Usłyszeli słowa inspektora skierowane do agentów. Roztoczycie obserwację nad wchodzącymi i będziecie czekać na dalsze rozkazy. Doskonale, inspektorze — odparł jeden z nich. Na tym rozmowa została zakończona. Baxter pożegnał się z agentami i ruszył w inną stronę. Czy nie miałem racji, Brand? — zwrócił się Raffles do swego sekretarza.
Jak zwykle Edwardzie. Nasza trójka ma widocznie czuwać nad bezpieczeństwem klejnotów woltyżerki. Gotów jestem przyjść im z pomocą. Wierzę ci. Jak sądzisz, co należy teraz czynić? Przede wszystkim musimy pójść śladem Baxtera. O ile się nie mylę, kieruje on kroki w stronę swego domu. Jakie ma zamiary? Nie wiem, lecz trochę domyślam się. Pozwól, że ci pomogę.
Jeśli wyjdzie z mieszkania z dużą walizą w ręku, będę wiedział, co mamy o tym myśleć. Po 20 minutach Baxter wszedł do domu, w którym mieszkał. Zadzwonił i zniknął w wejściowych drzwiach. Po upływie kwadransa ukazał się po raz wtóry. Raffles pociągnął Branda za rękę. Obaj przyjaciele ukryli się za autem stojącym na jezdni. Czy widzisz? — zapytał szeptem. Ale co? Oczywiście walizę.
Widzę. I cóż z tego? W tej walizie znajduje się wszystko, co mu jest potrzebne do przebrania się. Tak sądzisz? Jestem tego pewien. Zbliżamy się. Mamy jeszcze trzy kwadranse czasu. Pozwolili inspektorowi przejść tuż obok siebie, po czym ruszyli za nim. Uszedłszy około 100 metrów, inspektor zniknął w zakładzie fryzjerskim. Oczekiwałem tego — rzekł Raffles z zadowoleniem.
Ty, Charlie, możesz mu śmiało się ukazać. Wyglądasz jak typowy parobek stajenny i nikt nie domyśli się, kim jesteś. Stań przed wystawą sklepu i zobacz, jakiego koloru perukę nabył nasz przyjaciel. Charlie przeszedł na drugą stronę ulicy, zatrzymał się przed wystawą sąsiedniego sklepu i z zainteresowaniem począł przyglądać się wystawionym tam obrazkom. W rzeczywistości jednak zerkał z ukosa do sklepu perukarza. Baxter stał przed kontuarem, mierząc cudaczną rudą perukę, jakie noszą zazwyczaj błazny w cyrku. Charlie z trudem powstrzymał się od śmiechu. Szybko pobiegł w stronę Rafflesa i opisał mu scenę, której był świadkiem. Dziś wieczorem spłatamy naszemu inspektorowi figla, o którym długo będzie pamiętał — zaśmiał się Raffles. Musimy tylko jeszcze sprawdzić, jakie dalsze szaleństwa popełni nasz przyjaciel.
Nie na tym bowiem koniec. Charlie udał się przeto po raz wtóry na swój posterunek przed wystawą. Spostrzegł, że Baxter zniknął w głębi męskiego salonu. Charlie chwilowo nie miał nic do roboty, wrócił więc z powrotem do Rafflesa. Nasz szanowny inspektor zdaje się poświęcił brodę — rzekł. Szkoda. Zdaje się, że jak świat światem nie było jeszcze brodatego błazna. Po upływie kwadransa Baxter ukazał się na progu zakładu. Trudno powiedzieć, że operacja ta uczyniła go piękniejszym — rzekł Raffles z uśmiechem. Masz rację.
Uważaj, bo jeszcze gotów cię poznać. Nie ma obawy. Baxter tak jest pochłonięty swymi myślami, że nikogo nie zaszczyca ani jednym spojrzeniem. Wiem już mniej więcej, jak nasz przyjaciel będzie wyglądał dziś wieczorem. Możemy spokojnie udać się do cyrku pewni, że się przed nami nie ukryje. Próba generalna. Gdy Raffles i Brand znaleźli się w cyrku, próba generalna była już w pełnym toku. Wielką arenę uprzątnięto już na wieczorne przedstawienie. Raffles przedarł się szybko przez tłum robotników i zbliżył się do loży, w której siedzieli bracia Bellini, pogrążeni w rozpaczy po przygodzie ich trzeciego partnera. Raffles przedstawił się i wyraził nadzieję, że zdoła zastąpić kolegę.
Obaj akrobaci, wspaniale zbudowani mężczyźni, obrzucili nowego krytycznym wzrokiem. Egzamin ten musiał wypaść dla Rafflesa pomyślnie. Obaj bracia znali się na doskonałości męskiej budowy. Raffles udał się do garderoby i szybko wciągnął na siebie obcisłe trykoty. W tym przebraniu wrócił z powrotem na arenę. Rozpoczęła się próba numeru Bellinich. Gdy Raffles kilka razy przerobił pokazane mu akrobacje, wykonywał je z taką wprawą, jak gdyby nic innego nie czynił przez całe życie. Ten człowiek to prawdziwy fenomen — mruknął do siebie Brand. Im dłużej go znam, tym głębszego nabieram przekonania, że wszystko potrafi zrobić, co zechce. Z podziwem spoglądał na Raffelsa, który z swobodą i łatwością dokonywał prawdziwych cudów zręczności.
Po upływie trzech kwadransów na twarzach braci Bellini ukazał się wyraz zmęczenia. Raffels natomiast był tak świeży, jak gdyby zaledwie przed chwilą rozpoczął ćwiczenia. „Sądzicie, że pójdzie?” — zapytał obu akrobatów. „Jeszcze pan pyta!” — zawołali prawie jednocześnie. — „Nigdy w życiu nie mieliśmy jeszcze tak doskonałego partnera. Nasz towarzysz prawdopodobnie po wypadku nie powróci już na arenę. Może zająłby pan jego miejsce na stałe?” Raffles uśmiechnął się zagadkowo i pożegnał się chwilowo ze swymi partnerami. Zarzucił na siebie płaszcz i udał się na poszukiwania Branda. Znalazł go przy wejściu do stajni. Uśmiech jaśniał na jego obliczu.
„Widzę, że masz dla mnie dobre nowiny.” „Doskonałe. Czy wiesz, kogo zauważyłem podczas gdy zajęty byłeś treningiem?” „Nietrudno odgadnąć. Inspektora Baxtera we własnej osobie.” „Doskonale. Brak nam jeszcze do kompletu Olgi Dimitrieff i naszych dwóch szlachetnie urodzonych przyjaciół klubowych.” „Mogę cię uspokoić. Nasza woltyżerka znajduje się w cyrku. Przed kwadransem widziałem ją, jak wchodziła do boksu, w którym stoi jej koń.” Mówiąc to, Raffles spojrzał w kierunku głównego wejścia. „Mamy szczęście” — rzekł. — „Oto i nasi panowie.” Istotnie, hrabia Highborn i baron Bornmouth pewnym krokiem zdążali w stronę areny. Sam dyrektor torował im drogę, poczytując sobie za zaszczyt wizytę arystokratycznych gości. Gdy przechodzili obok Raffelsa i Branda, do uszu naszych przyjaciół doszły wypowiedziane przez nich słowa.
„Gdzie się znajduje obecnie pańska piękna woltyżerka?” — zapytał hrabia, pociągając w specyficzny sposób nosem. „Panowie mają na myśli Olgę Dimitrieff?” — zapytał dyrektor. „Oczywiście” — odparł hrabia Highborn, skubiąc mizernego wąsa. „Jest w cyrku, ale chwilowo nie będą panowie mogli z nią rozmawiać, ponieważ zajęta jest przygotowaniami do swego numeru.” „To nic nie szkodzi. Chętnie przyjrzymy się temu.” „Jak panowie sobie życzą. Czy panowie zaszczycą dzisiejsze przedstawienie swoją obecnością?” „Oczywiście” — odparł hrabia Highborn. „Proszę. Może panowie zechcą obejrzeć stajnie? Śmiem powiedzieć, że posiadam najlepszą stajnię w Europie.” „Przekonamy się o tym wieczorem.” Raffles i Brand nie uronili ani jednego słowa z tej rozmowy i spojrzeli na siebie porozumiewawczo. „Wiem, co to znaczy” — mruknął Brand.
„Oczywiście” — odparł Raffles. — „Dziś wieczorem damy im nauczkę.” „Ale cóż to takiego?” — przerwał, spoglądając niespokojnie na schody wiodące do garderoby artystów. Charlie poszedł w kierunku jego wzroku. Na schodach stała jakaś postać przebrana w cudaczny strój błazna. Miała ona na sobie o wiele za długie i za szerokie spodnie, spod których wyglądały czuby olbrzymich, fantastycznie powykręcanych butów, czarną marynarkę z długimi połami i wysoki kołnierzyk zachodzący aż na brodę. Spod krótkich rękawów wyglądały poszarpane mankiety. Całości dopełniała źle przymocowana peruka. Postać ta trzymała w jednej ręce potężnych rozmiarów parasol, w drugiej zaś czerwoną chustkę do nosa. Powoli i ostrożnie błazen schodził ze schodów. Raffles i Brand z trudem powstrzymali się od śmiechu.
Tą śmieszną figurą był sam inspektor Baxter we własnej osobie. „Nie rozumiem, dlaczego on nie występuje” — szepnął Charlie. — „Miałby zapewnione powodzenie. Każdy błazen zazdrościłby mu z duszy serca.” „Oczywiście” — odparł Raffles. — „Musimy mu się przedstawić.” „Czy nam to w niczym nie grozi?” „Cóż znowu. Będzie nas uważał za swych kolegów. Jesteśmy przecież doskonale ucharakteryzowani.” Baxter zdołał wreszcie z ogromnym trudem zejść ze schodów. „Czy mogę przywitać się z kolegą?” — zapytał Raffles, zbliżając się do niego. — „Należę do trupy Bellini, a to mój przyjaciel, stajenny.” „Bardzo mi przyjemnie” — jąkał Baxter. Przykro mu było w pierwszej chwili, że potraktowano go jako cyrkowego klauna.
„O ile się nie mylę, należy pan do najwybitniejszych członków zespołu.” — zagadnął go Raffles przyjaźnie. „Ja? Z pewnością są lepsi ode mnie.” — brnął dalej inspektor. „Wygląda pan znakomicie. Klasyczny okaz głupiego Angusa. Czy idzie pan na próbę?” „Na próbę?” — powtórzył Baxter z przerażeniem. — „Nie. To znaczy jestem zwolniony od prób, ponieważ doskonale znam swój numer.” „Tym lepiej. Do zobaczenia wieczorem.” „Do zobaczenia.” Raffles ukłonił się inspektorowi, który odpowiedział mu równie uprzejmym ukłonem. „Nigdy jeszcze nie widziałem nic równie zabawnego” — rzekł Charlie po jego odejściu.
— „Wygląda jak prawdziwe straszydło na wróble.” „Słusznie” — odparł, śmiejąc się Raffles. — „Raz nareszcie wcielił się we właściwą postać.” Uwodziciele. Hrabia Highborn i baron Bornmouth ruszyli w stronę stajen krokiem tak pewnym, jak gdyby całe życie przebywali za kulisami cyrku. Dyrektor przepraszając ich tysiąckrotnie pozostawił ich własnemu losowi. „Jesteśmy więc w paszczy lwa, hrabio” — rzekł z uśmiechem Bournemouth, gdy znaleźli się w stajni. „Czy ma pan już jakiś plan działania?” „Jeżeli nie uda się wziąć jej na lep złota ani klejnotów, wpadłem na sprytny pomysł, który z pewnością złamie jej opór.” „Bardzo jestem ciekaw.” „Przede wszystkim zaopatrzyłem się u mego jubilera we wspaniały złoty pierścień w kształcie węża z oczami z rubinów. Pierścień ten zaofiaruję dziś naszej woltyżerce i jeśliby mimo to stawiała jeszcze opór.” „Cóż wtedy?” „Wtedy uciekniemy się do podstępu. Muszę zdobyć tę dziewczynę.” „A cóż na to policja?” „Urządzę to w ten sposób, aby policja nie mogła mi nic zrobić.” Mówiąc to, zbliżył się do boksu, w którym stał wspaniały arab Olgi Dmitriev, Sułtan. Chłopiec stajenny zajęty był właśnie oporządzaniem konia. Hrabia Highborn przez pewien czas przyglądał mu się w milczeniu.
„Jakież to piękne zwierzę, przyjacielu” — rzekł wreszcie. Stajenny nie podniósł oczu i mruknął: „Lepiej mu niż niejednemu człowiekowi, sir.” „Jak to?” „Żarcia pod dostatkiem, a roboty mało. Ja na przykład zarabiam tylko tyle, aby nie umrzeć z głodu.” Hrabia Highborn nadstawił uszu. Ten parobek stanowił dla niego niesłychanie cenny materiał. „Widzę przyjacielu, że nie mielibyście nic przeciwko nadprogramowemu zarobkowi.” „Rozumie się” — odparł stajenny, spoglądając uważnie na niezwykłego gościa. „Czasy są podłe i człowiek lada dzień może zostać bez roboty.” „Sądzę, że porozumiemy się ze sobą, przyjacielu. Chodzi mi o to, aby ten koń przez parę dni nie był zdolny do użytku.” „A to w jakim celu?” — zapytał parobek ze zdziwieniem. „Chodzi o zwykły żart, przyjacielu. Czy nie lepiej zagrać ze sobą w otwarte karty? Proszę nie przypuszczać, że macie do czynienia z głupcem.” Po krótkim namyśle przyszedł do wniosku, że trzeba będzie dopuścić tego człowieka do sekretu.
„A więc dobrze” — rzekł z lekkim wahaniem w głosie. „Muszę ci się przyznać, że piękność twej pani wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Muszę zdobyć ją nawet wbrew jej woli. Dziś będę wiedział, czy zgodzi się zostać moją. Jeśli nie, będziesz musiał mi pomóc.” „I za taką sprawę ośmielił się pan zaofiarować mi tak śmieszne wynagrodzenie?” — zawołał parobek z pogardą. „O nie, mój panie. Teraz pogadamy ze sobą zupełnie inaczej. Mniej niż za sto funtów nie kupicie mnie. Jeśli nie zgodzicie się na tę sumę, pędzę natychmiast do patrona i powiem mu, z jakimi propozycjami przyszliście do mnie.” Hrabia Highborn zrozumiał, że człowiek ten nie żartuje. Wyciągnął z kieszeni portfel i wyjął z niego paczkę banknotów.
Skinął niedbale ręką i w towarzystwie barona Bournemoutha wyszedł majestatycznie ze stajni. Parobek odprowadził ich wzrokiem. W oczach jego zapaliły się dziwne błyski. Schował paczkę banknotów do kieszeni i pogwizdując cicha skierował się w stronę areny cyrkowej. Raffles stał spokojnie, opierając się plecami o drzwi. Parobek zbliżył się do niego i szepnął: „Mam ich, Edwardzie. Wpadli w pułapkę. Zarobiłem przy tej okazji sto funtów.” Baxter odnosi sukcesy na arenie. Zapadł wieczór. Wielki cyrk płonął tysiącem świateł.
Zwarty tłum gęstą rzeką płynął do kas i przez wejście sączył się na widownię. Właściciel cyrku zacierał ręce z zadowolenia. Takiego powodzenia nie miał już od dawna. Nowy akrobata przyniósł mu widocznie szczęście. Postanowił więc za wszelką cenę zatrzymać go w swoim zespole. Baxter siedział w garderobie solistów. Inspektor przypuścił dyrektora cyrku do sekretu i podał mu swe prawdziwe nazwisko oraz charakter służbowy. Trzeba przyznać, że dyrektor nie był tym zbytnio zachwycony. Skoro dowiedział się jednak, że idzie o klejnoty jego najlepszej woltyżerki, oświadczył gotowość przyjścia Baxterowi z pomocą. Przyrzekł inspektorowi, że dotrzyma tajemnicy, a zwłaszcza, że nie piśnie słowa przeklętym reporterom, jak ich nazywał Baxter.
Zbliżył się do areny. Spojrzenie jego padło na dwóch wyfraczonych panów, którzy rozmawiali ze sobą półgłosem. „Przypominają mi oni owych dwóch osobników, o których wspominała Olga Dmitriev” — szepnął do siebie. „Jeden z nich wygląda jak suszony stockfish, drugi jak dziecinny balonik na krótkich nóżkach. Nie dziwiłbym się, gdyby jednym z nich był Raffles. Musimy zbadać tę sprawę.” Zbliżył się do rozmawiających i stanął za ich plecami. „A więc ma pan przy sobie pierścionek?” — zapytał niski jegomość swego towarzysza. „Oczywiście” — odparł zagadnięty. Szczęście sprzyjało Baxterowi tego wieczora. W międzyczasie Olga Dmitriev zjawiła się w cyrku i lekkim krokiem zbliżyła się do areny.
Obaj panowie ruszyli za nią, jak gdyby przez niewidzialną sprężynę pchnięci ze swych miejsc. Olga Dmitriev zatrzymała się jak wryta. Ze zmarszczoną niechętnie brwią spoglądała na natrętów, którzy tak niedawno niepokoili ją na ulicy. „Madame — rzekł hrabia Highborn, kłaniając się nisko. — Przybyliśmy umyślnie po to, aby podziwiać pani talenty akrobatyczne i niezrównaną jazdę figurową, którą zdobyła pani sobie zasłużoną sławę w całym świecie. Uważam, że kobieta tak piękna powinna ukazywać się publicznie tylko w należytej oprawie. A czyż może być właściwsza oprawa niż złoto i drogie kamienie?” Z tymi słowy wręczył jej otwarte pudełko, w którego wnętrzu lśnił cenny klejnot. Olga Dmitriev zmierzyła go wyniosłym wzrokiem. Chwyciła pudełko z pierścieniem i szybkim ruchem rzuciła je na piasek areny. „Oto los, który spotyka niemiłe mi prezenty” — rzekła.
Hrabia Highborn spojrzał na swego przyjaciela, przyjaciel zaś spojrzał na niego. „W życiu nie przeżyłem nic podobnego” — wyjąkał wreszcie Highborn. — Uciekniemy się więc do innego sposobu. Zastosujemy wobec tej małej prawdziwie koński środek. Siłą złamiemy jej upór. Idźże, baronie, natychmiast do owego stajennego i przypomnij mu, że liczymy na jego pomoc. Obaj przyjaciele wzięli się pod rękę i oddalili szybko. Zbliżała się godzina ósma. Zaczęto przedstawienie. Na pierwszy ogień szedł dyrektor Onthoff ze swą tresurą koni.
Później wkroczyło na arenę trio Bellini. Po kilku dalszych numerach rozpoczęła się pauza. Charlie Brand wziął Rafflesa na stronę. Udali się do bufetu, gdzie kilku klaunów popijało piwo. Raffles poklepał jednego z nich przyjaźnie po ramieniu. „Czy chcecie zarobić po pięć funtów i spełnić jednocześnie dobry uczynek?” — zapytał. Uśmiechnęli się z niedowierzaniem. Wystarczyło jednak spojrzeć w jego twarz, aby zrozumieć, że mówi prawdę. Odbyto wspólnie coś w rodzaju narady wojennej. Antrakt dobiegał końca.
Publiczność, która w przerwie zwiedzała stajnie, wracała powoli na swoje miejsca. Znów zapłonęły światła na arenie. Hrabia Highborn i baron Bournemouth zasiedli spokojnie w swojej loży. Nagle stało się coś nieoczekiwanego. Świat cały zawirował dookoła Baxtera. Pochwyciły go czyjeś silne ręce i przemocą wyciągnęły na arenę. Na widowni rozległ się huraganowy śmiech. Publiczność zrozumiała, że nadszedł kulminacyjny punkt programu. „Puśćcie mnie! Puśćcie!” — wył Baxter.
W samym środku areny ustawiono zwykły stołek kuchenny i umieszczono na nim miednicę z ciepłą wodą. Dwóch błaznów ciągnęło ku niej Baxtera. „Jeśli mnie natychmiast nie puścicie, wsadzę każdego z was na pół roku do więzienia!” Publiczność wiła się ze śmiechu. Wreszcie jeden z błaznów chwycił dzbanek i począł polewać wodą oblicze błazna. Spod grubej warstwy szminki wyjrzała twarz szefa Scotland Yardu. Zapanowało ogólne zdumienie. „Łotry! Rozbójnicy! Puśćcie mnie! Wsadzę was wszystkich do więzienia!” Nagle spojrzenie jego padło na lożę hrabiego Highborna.
Obaj panowie widać dość już mieli zabawy, bo wstali ze swych miejsc i poczęli torować sobie drogę ku wyjściu. „Uwaga! Łapać ich! Łapać złodziei!” — krzyczał Baxter, wskazując na obu dżentelmenów. — To oni skradli klejnoty Olgi Dmitriev. Powstało zamieszanie. Co się stało z Baxterem, gdy na zającz niewinność obu panów wyszła na jaw? O tym historia milczy. Koniec.
[02:25:08] - Proszę państwa, spotkanie z Piotrem Cielebiasiem było jedno, było drugie. Ale Bóg Trojcu lubi, czas na trzecie spotkanie. Czas na sentymentalnik. Dzisiaj, proszę państwa, taki trochę przekrojowy sentymentalnik, bo porozmawiamy o filmach francuskich, a właściwie o kreskówkach francuskich. Rozpiętość będzie duża, bo będziemy mówili o Barbapapie, o Shadokach, o Shagmie, o filmie „Był sobie człowiek”, „Było sobie życie” i kilku innych produkcjach francuskich. Cóż, proszę państwa, ja nie jestem człowiekiem obiektywnym, jeśli chodzi o te wymienione tytuły, ponieważ to jest moja młodość. A tak to już bywa, że jak człowiek wspomina lata szczeniątce, to emocje biorą górę nad twardym osądem. Toteż ja sobie troszeczkę pewne rzeczy odświeżyłem, utrwaliłem. Nie wszystkie, ale jednak. Pewne rzeczy doprecyzowałem.
Myślę, że będę dyskutantem merytorycznym. A powiem państwu szczerze, kiedy sobie tak to dobrze przemyślałem, to kilka z wymienionych wcześniej tytułów to są perełki. Minęły lata, właściwie dziesiątki lat, a w dalszym ciągu to są perełki. A jeśli dorzucimy do tego wszystkiego wspomnienia, to, co jest istotą sentymentalnika, to okaże się, że jest o czym rozmawiać Zapraszam zatem na Sentymentalnik. Piotrze, Piotrze, kolejny Sentymentalnik. Dzisiaj będziemy mówić po francusku. Nie, nie będziemy, proszę państwa, mówić po francusku, ponieważ nie mam nic wspólnego z tym językiem. Lubię go słuchać, ale jak pomyślę sobie, że miałbym te słowa wydawać z siebie, to chyba się nie czuję na siłach. Natomiast okazuje się, że w PRL-u było sporo filmów z tamtego obszaru językowego i to filmów, które sądząc po wpisach na mediach społecznościowych, a także pod filmami z cyklu Sentymentalnik, te audycje, te filmy zostały w państwa pamięci. To spełniamy życzenia.
I dzisiaj zajmiemy się filmami rysunkowymi, powiedzmy to od razu, ale związanymi z tematyką niezwykłości, fantastyki szeroko pojętej, ale z obszaru frankofońskiego. A w ogóle to czołem Piotrze.
[02:28:13] - Witam, witam. Tak, na „Żandarma z Saint-Tropez" i „Fantomasa" jeszcze przyjdzie czas. Natomiast dzisiaj się zajmiemy, jak powiedziałeś, filmami animowanymi i to jest taki odcinek, który jest zrealizowany na prośbę słuchaczy trochę, bo wiele osób wspominało o pewnych serialach, których ja nie pamiętam. To znaczy powiem ci tak: w miarę jak będziemy o nich mówić, to się okaże, że one gdzieś tam z tyłu głowy są, bo gdzieś potem były emitowane raz jeszcze, może nawet częściej niż raz i się je widziało, ale one już nie miały wtedy, czyli na przykład w latach 90., takiej siły oddziaływania. Ja to jestem taką małą nogą w tej tematyce filmów animowanych, bo nigdy nie byłem ich wielkim miłośnikiem, nawet za dzieciaka. I tutaj chyba pierwsza rzecz. Nawet w czasach mojego dzieciństwa to filmy animowane się oglądało, te lepsze, te z importu. One się raczej oglądało z tego powodu, że one leciały. A jak już leciały i się miało te trzy kanały na przykład, to nie wypadało nie oglądać, prawda? Oczywiście one nie wszystkie mnie jednakowo interesowały, ale ja pamiętam taki trend na przykład już z lat 90., może gdzieś tam z końca lat 80., że wszystko, co zza granicy, wszystko, co takiego lepszego sortu, to były takie audycje niedzielne, niedzielno-świąteczne, emitowane właśnie w weekendy czy w święta.
I powiem tak: pewnie wielu z was, jeżeli myśli o produkcjach francuskich, to im się przypomina trochę nieszczęśliwy „Kolar Gold", koprodukcja polsko-francuska. Natomiast nie. My dzisiaj powiemy o czymś zupełnie innym, może nawet bardziej minimalistycznym, przynajmniej w jednym przypadku.
[02:30:12] - Tak. „Kolar Gold" to była zdecydowanie produkcja polska. Nie, nie. Oczywiście Francuzi też maczali swoje palce, a właściwie to maczali swoje pieniądze, bo oni tak naprawdę finansowali i polskie studio to wykonywało. Myślę, że z tego wyszła całkiem niezła seria, która zachwycała. Był też „Kolar Gold w kosmosie". O tym kiedyś wspominaliśmy, ale dzisiaj nie o „Kolar Gold". Odwołam się do tego, co państwo proponowali w różnych wpisach pod filmem, pod filmami właściwie. I tak chronologicznie. „Barbapapa" to, proszę państwa, w Polsce, w głębokim PRL-u, już tak koło połowy PRL-u, leciało, jak to się mówi popularnie, w dobranockach.
Barbapapa to taki osobnik różowawy. Źle to brzmi, powiem, źle to brzmi, ale różowawy, który jest osobnikiem zmiennokształtnym. Tak na oko przypomina gruszkę. Ma oczywiście ten Barbapapa żonę. To będzie Barbamama. I mają całą masę dzieci w różnych kolorach. Ja tego wtedy nie wiedziałem, bo w domu był telewizor czarno-biały, więc tylko w odcieniach szarości. Później się przekonałem, jak to kolorowy był film, ale tak jak możecie państwo przeczytać w różnych omówieniach, podobno, bo powtarzam nie znam języka francuskiego, nie wiem, czy nad tym boleję, ale nie znam. W każdym bądź razie podobno nazwa Barbapapa to jest nawiązanie do francuskiego określenia waty cukrowej. Być może.
Wierzę na słowo. W każdym bądź razie w takiej nomenklaturze fantastycznej to były takie istoty zmiennokształtne. Barbapapa, Barbamama i ich dzieciaki. Ile ich było? Siódemka chyba, tak mi się wydaje. One się różnie nazywały. Ja już nie pamiętam. Proszę państwa, przyznam, że nie pamiętam. Wiem, była jakaś Barbalala albo Barbabella. Wybaczcie państwo, naprawdę to było takie wszystko Barba coś tam.
W każdym bądź razie to były istoty, które rozmnażały się w sposób... Tak, o dobranocce mówimy, bo to leciało w ramach dobranocki PRL-owskiej, więc one się rozmnażały, one rosły z ziarenek. W ten sposób się rozmnażały. Taki dziwny miały ten cykl rozrodczy, ale nie o cykl rozrodczy w tych dobranockach chodziło. Tak naprawdę dzieciaki chyba lubiły ten serial, bo on nie był dydaktyczny, a w każdym razie nie był nachalnie dydaktyczny. To chyba lepsze określenie, bo on oczywiście swoje wartości, swoje różne fiku-miku przemycał, ale jednocześnie był filmem, który wciągał potencjalnego odbiorcę i zamieniał go już w nie potencjalnego, tylko takiego przywiązanego. Sam wiem, że ja już w połowie lat 70. to z przyczyn tożsamościowych „Dobranocek” nie oglądałem, byłem już prawie dorosły, miałem 12 lat na przykład. Człowiek jest wtedy naprawdę bardzo dojrzały i tak naprawdę „Dobranocek” przecież nie będzie oglądał. Z jednym albo z dwoma wyjątkami.
Właśnie jednym z tych wyjątków to był „Barbapapa”, ponieważ tam się pojawiały, z racji jego zmiennokształtności, bardzo ciekawe sytuacje, które fajnie się obserwowało i to po prostu tyle. Chyba nie mam więcej do dodania, bo wiecie państwo, ja już nawet nie pamiętam, mówiąc szczerze, poszczególnych odcinków. Nie wymagajmy zbyt wiele, ale muszę powiedzieć, że coś w tym serialu musiało być, bo już w XXI wieku pojawiły się kontynuacje tego serialu, bardzo poważnie realizowane. Proszę państwa, to znaczy, jeżeli gdzieś się pojawia na Zachodzie kontynuacja, to znaczy, że temat, film, seria zażarła po prostu i widzowie gdzieś tam tęsknie wyciągają dłonie, wyciągają umysły, żeby była kontynuacja. I kontynuacja się pojawiła. Piotrze, czy ty w ogóle kiedyś zetknąłeś się z „Barbapapą”?
[02:35:14] - Szczerze mówiąc, to słyszałem o tym, ale tak świadomie to nie. Natomiast jeżeli chodzi o, tutaj już druga sprawa, jeżeli chodzi o francuskie filmy animowane, szeroko pojęte rysownictwo, tak to nazwijmy, w tym komiksy, to tutaj powiedzieć mogę znacznie więcej. Ale to nie jest temat na dzisiejszy odcinek, przepraszam. Jeżeli zaś chodzi o to, ile seriali animowanych Francuzi zrealizowali, to będziecie zaskoczeni, bo często nawet nie kojarzycie, nawet sobie nie zdajecie sprawy, że dany serial, który żeście oglądali jako dzieci na przykład już w latach 90. czy nawet później, był produkcją albo koprodukcją francuską. Jest naprawdę mnóstwo seriali. Mówię wam, zajrzyjcie na Wikipedii do takiej strony, gdzie są wypisane francuskie seriale animowane i będziecie mega zaskoczeni, bo nie wiedzieliście, że ten kraj dany serial współprodukował. Wynikało to po prostu z kwestii czysto technicznych czasami i tak dalej. Ale jeżeli chodzi o rzeczy, które pamiętam ja i które się wiążą z Francją, jest coś takiego jak „Było sobie życie” i to pewnie już wielu z was kojarzy. To się formalnie z PRL-em wiąże.
Dlaczego? Dlatego, że to jest serial, który powstał w drugiej połowie lat 80., pod sam koniec de facto PRL-u. Był emitowany także w Telewizji Polskiej po raz pierwszy w roku 1987. Natomiast ja pamiętam ze swojego dzieciństwa, że ten serial był niemiłosiernie katowany i powtarzany, bo oprócz „Było sobie życie” był też „Był sobie człowiek”. To jest serial animowany. Pewnie wiecie, o czym to było. Taka bardzo charakterystyczna seria, animacja, bardzo charakterystyczna kreska. „Było sobie życie” oczywiście opowiadało o biologii. „Był sobie człowiek” opowiadał o historii świata. Przedstawiano tam za pomocą takich prostych historyjek zagadnienia z natury edukacyjne.
[02:37:45] - Piotrze, powiem tak, że zanim się pojawiło w drugiej połowie lat 80. „Było sobie życie”, to „Był sobie człowiek” już funkcjonował w polskiej telewizji na przełomie lat 70. i 80. Wybaczcie państwo, ale ja nie pamiętam tak dokładnie, gdzieś chyba w 1981. W każdym razie charakterystycznie się zaczynał, bo zaczynał się Toccatą i Fugą d-moll Jana Sebastiana Bacha. I muszę powiedzieć, że ta czołówka zawsze przyprawiała mnie o dreszcze. Nie tylko ze względu na muzykę tam użytą, ale również na pewną kreskę i pewną narrację pokazaną w animacji rozpoczynającej ten serial. Poza tym ja wówczas byłem na etapie fascynacji historią i ten serial dokładnie przyszedł w odpowiednim momencie. Ja mam pełną świadomość, jak wiele było w tym serialu uproszczeń, jak wiele było w tym serialu Dziś mogę powiedzieć spokojnie, pewnej ideologii i pewnych wręcz zafałszowań. Niemniej jednak wtedy byłem bardzo młodym człowiekiem, który o pewnych rzeczach nie miał pojęcia i ten serial wydawał mu się, mówię tutaj o „Był sobie człowiek", wydawał mnie się naprawdę czymś fascynującym.
Od starożytności wędrujemy z historią człowieka, z historią imperiów, z historią wydarzeń i z historią zjawisk różnego rodzaju przez kolejne wieki. I wierzcie mi państwo, wtedy to było dla mnie objawienie. To była dla mnie opowieść o całości historii. To było bardzo naiwne. Oczywiście, kiedy sięgnąłem po książki, historia okazała się znacznie bardziej fascynująca. Niemniej jednak chyba o to właśnie w filmach dla dzieci i dla wczesnej młodzieży chodzi, żeby zasiać ziarno. Ziarno ciekawości, ziarno pewnej fascynacji. I to w moim przypadku się udało. Ja do dzisiaj jestem fascynatem historii. O Piotrze nie muszę mówić, bo on historię wręcz w sposób akademicki ukończył.
To samo przez się rozumie. Ale powiem tak: wiem, że Piotr ma dosyć sceptyczne zdanie na temat tego serialu. Niemniej jednak ja to musiałem powiedzieć. Mnie ten serial historią nie tyle zachwycił, co wzmocnił. Wzmocnił we mnie to dążenie do wiedzy. I za to mu chwała. A kolejne seriale, o których mówił Piotr, „Było sobie życie", „Był sobie kosmos". Tam jeszcze coś było, tylko już niestety... „Byli sobie wynalazcy i odkrywcy" chyba, coś takiego. To była seria z podobną kreską, z podobnymi postaciami i moim zdaniem to się sprawdzało.
Ale już miałem z tymi kolejnymi filmami mniejszy kontakt i mniejszą więź sentymentalną. Pozornie powinienem mieć duży kontakt, dużą więź z serialem „Był sobie kosmos", ale w ogóle mnie, mówiąc szczerze, akurat ta część owej megaserii nie interesowała. Ta historia wydała mi się banalna, chociaż Francuzi potrafią, cudzysłów, robić dobrą fantastykę naukową. Ale o tym za chwilę.
[02:41:38] - Tak, to chyba dlatego, że „Było sobie życie" było nomen omen młodsze od „Był sobie człowiek" i dlatego ja to pamiętam, że to tak katowano, bo wtedy po prostu na początku lat 90. to było coś nowego. Ja chyba najlepiej z tego pamiętam tą część poświęconą właśnie wynalazcom albo odkrywcom. Tu już nie pamiętam. To jeszcze było przyswajalne. Natomiast ja nie mogłem, teraz tego nie oglądam, wiadomo, ale nie mogłem zdzierżyć tego i w wieku lat kilku i trochę więcej. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów nie byłem fanem tej serii. Wydawała mi się irytująca po prostu. Infantylna momentami. Nie można się było skupić na tym przekazie edukacyjnym i w sumie jakoś ona, w przeciwieństwie do wielu innych seriali francuskich, które cieszyły się wspaniałą kreską, nie przyciągała uwagi.
Mojej przynajmniej. Ona była taka lekko odpychająca. Chaotyczna była bardzo. Takie miałem wrażenie. To jest wszystko chaotyczne. Chaotyczne, jeżeli nie pamiętam, czy to było z dubbingiem na początku, czy to było z lektorem, ale ten chaos i ten brak skupienia się na czymkolwiek powodował, że nie przyswajałem tego jako dziecko. Ale Marku, jest jeszcze jedna rzecz, którą pamiętamy już oboje.
[02:43:06] - Tak. A co masz na myśli?
[02:43:08] - Mówiłeś o „Shadoki", tak?
[02:43:11] - A, „Shadoki". Proszę państwa, to był serial, który... właśnie, tu mam pierwszy problem. Tu mam pierwszy problem, jeśli chodzi o „Shadoki", bo ja sobie jakoś zapamiętałem, być może błędnie, tak przynajmniej twierdzi źródło wszelkiej absolutnie natchnionej wiedzy, czyli Wikipedia, że to się nazywało „Shadoki". Ale ja zapamiętałem z początku lat 80., że to był serial, który się nazywał „Oto Shadoki". Nie wiem skąd ten dysonans. Nie znalazłem potwierdzenia, chociażby właśnie w tej wspomnianej boskiej Wikipedii. Niemniej jednak gdzieś mi tam w pamięci to zostało. Serial absolutnie szalony. Serial składający się z takich trzy-, czterominutowych, chyba czterominutowe to już przesada, ale trzyminutowych krótkich arcydziełek o Shadokach.
Takich ptakopodobnych istotach. Ja miałem jeszcze to szczęście, bo po raz pierwszy w Telewizji Polskiej ten serial był emitowany między 15.00 a 16.00 w dni powszednie. Pewno bliżej 16.00, bo ja zdążyłem zawsze z liceum dojechać do domu, żeby ten trzyminutowy serialik obejrzeć. I był jeszcze jeden plus tego serialu. Otóż w pierwotnej wersji, w tej właśnie pierwszy raz emitowanej w Polsce za lektora robił Frączewski. I to było absolutnie genialne. Po prostu to, co wyprawiał tam Piotr Frączewski, to przechodzi ludzkie pojęcie. Próbowałem znaleźć I nie znalazłem w internecie. Znajduję wersję z lektorem, z napisami, różne wersje znajduję, ale dubbingu Piotra Fronczewskiego nie ma. I wierzcie mi państwo, że ja do dzisiaj nie jestem przekonany, czy ja kochałem ten serial za to, że był taki abstrakcyjny.
To był szalony serial. Do dzisiaj pamiętam odcinek, przy którym po prostu popłakałem się ze śmiechu i myślałem, że... Dobra, zostawmy kwestie fizjologiczne. W każdym razie popłakałem się ze śmiechu. To był serial o durszlakach czy cedzakach, czy czymś takim. To było absolutnie szalone. Gra słów, gra sytuacji. Rewelacyjne. Ale to zniknęło. Nie ma.
Shadoki są dzisiaj dostępne, ale w takiej wersji troszeczkę bardziej zgrzebnej. Jaką ty, Piotrze, znasz wersję?
[02:46:01] - Oj, czego to ci już nie powiem. Na pewno tą drugą, dlatego że ponieważ jest to bardzo krótki format, to był stosowany jako wypełniacz w niektórych programach dla dzieci i młodzieży, które były emitowane na przykład w ferie, w niedzielę i stąd to znam. Bo tak naprawdę produkcję Shadoków zakończono względnie niedawno, jeżeli chodzi o Francję. Natomiast jak mówię, jeżeli nie znacie tytułu i się wam z niczym nie kojarzy, to popatrzcie sobie na YouTubie, co to było i wtedy sobie przypomnicie. Wtedy sobie przypomnicie tylko, że w latach 90. to już służyło jako właśnie taki dodatek, wypełniacz, który się pojawiał gdzieś tam obok bardziej znaczących produkcji czy bardziej znaczących produkcji Telewizji Polskiej, czy też tych zakupionych, prawda? Także-
[02:46:55] - Tak, Piotruś. Powiem ci jeszcze jedno. To może źle zabrzmi. Wybaczcie mi państwo, ale dużą zaletą tego serialu było to, że bohaterowie, czyli te Shadoki, tak jak powiedziałem, ptasio-, ptakopodobne istoty o, powiedzmy to jakoś tak poprawnie politycznie, znikomej inteligencji. To może będzie najbardziej delikatne. I z tej znikomej inteligencji wynikały sytuacje, które po prostu budziły śmiech, budziły łzy ze śmiechu. I wierzcie mi państwo, nie ma nic gorszego niż opowiadanie dowcipów na antenie w takim trybie relacji. Nic gorszego nie może państwa spotkać niż opowiadanie o dowcipach. Ten serial trzeba po prostu zobaczyć. Sądzę, jestem przekonany, że nawet bez Piotra Fronczewskiego on dzisiaj, może nie wszystkie odcinki, ale on dzisiaj dalej będzie bawił.
[02:48:03] - Jeżeli chodzi o te inne produkcje francuskie, to ja pamiętam na przykład „Buli”. To był hit lat 90. wczesnych w naszym kraju. Nie będę wam opowiadał, oszczędzę wam tego. Ja mówię, że to tylko pamiętam. Podejrzewam, że gdybym do tego wrócił, to mój sentyment, jak przy wielu sprawach, by się rozwiał. Ale pamiętam bardzo dobrze na przykład serial „Lucky Luke”, też koprodukowany przez Francuzów, bo w ogóle zapomnieliśmy, Marku, dodać, że tak jak wiele innych francuskich animacji, tak w przypadku „Było sobie życie, był sobie człowiek” to były chyba koprodukcje japońskie i to było troszeczkę widać w stylu tego serialu. Nie to, że tam to było anime, ale tam jakieś takie wtręty były tej japońskiej szkoły. Tak jak mówiłem na początku, jeżeli byście byli zainteresowani tym, które seriale animowane były jeszcze z kraju, o którym mowa, to możecie się nieźle zdziwić. No i co?
Chyba, Marku, warto zachęcić naszych słuchaczy do dzielenia się swoimi wspomnieniami na temat takich produkcji. Może dzisiaj nie było za bardzo fantastycznie w 100%, ale jednak jakaś tam nić sentymentu jest, a przynajmniej wspomnień.
[02:49:30] - I państwo myślicie, że to jest koniec audycji? Nie, proszę państwa, to nie jest koniec audycji, bo wszystko to, o czym z Piotrem mówiliśmy, to było przygotowanie, podprowadzenie pod serial, o którym pisało najwięcej naszych słuchaczy. Serial „Shagma albo zaginione światy”. Ja państwu tego po francusku nie wypowiem absolutnie, ale to jest serial, który udowadnia, że Francuzi naprawdę wiedzą, na czym polega fantastyka i na czym polega fantastyka naukowa. Cóż, „Shagma albo zaginione światy” to jest serial, który dzieje się w głębinach ziemi. Tam jest rasa ludzi, ale oni się nazywają Arkadianami i żyją tam od czasu bliżej nieokreślonego wielkiego kataklizmu. I kiedy wewnątrz ziemi, zauważcie państwo, jakie tu zaraz będą wątki, takie, które często przewijają się w naszych audycjach i w ogóle w audycjach Radia Paranormalium na przykład. Więc we wnętrzu ziemi żyją ci ludzie, Arkadianie i w pewnym momencie ich wewnętrzne słońce zaczyna przygasać i pojawia się mus, żeby wyruszyć na wyprawę, żeby coś zrobić, żeby to słońce odzyskało swoją moc. Po tym wielkim kataklizmie, kiedy ludzie schowali się we wnętrzu Ziemi, trzeba chociażby to życie uratować. Wierzcie mi państwo, kiedy ja po raz pierwszy w połowie lat 80., bo wtedy był emitowany w Telewizji Polskiej ten serial, obejrzałem, to było absolutne objawienie.
Ja wiem, że często używam słowa absolutne, absolutnie, absolutny i tak dalej. Ale proszę państwa, wyobraźcie sobie, że człowiekiem, który skomponował muzykę do tego serialu był Vladimir Cosma. Sprawdźcie sobie państwo, kto to taki. W każdym razie muzyka jest rzeczywiście porażająca. Co więcej, ja już byłem wtedy oczywiście człowiekiem, który fantastyką naukową zajmował się w sposób szalony i ten serial bardzo szybko skojarzył mi się z opowiadaniem człowieka, który się nazywa Barrington Bayley i napisał opowiadanie „Rejs po promieniu”. To opowiadanie ukazało się w „Rakietowych szlakach” numer dwa. One się ukazały, te „Rakietowe szlaki”, ten zbiór opowiadań amerykańskich, anglojęzycznych ukazał się w drugiej połowie lat 70. I ten „Rejs po promieniu” opowiada o wyprawie pojazdu, wehikułu, który wędruje w głąb Ziemi. Więcej państwu nie zdradzę. Radzę sięgnąć po to opowiadanie, ale te moje skojarzenia z „Shag-pou” nie były przypadkowe.
I teraz powiem w ten sposób, że ten serial tak, jak na razie opowiedziałem, to byłby banalny. Sobie wędrują gdzieś z wewnętrznego świata, szukają czegoś. Ale ten serial miał wiele zalet, ale jedną, tą podstawową, dla mnie bardzo ważną były związki kulturowe. Otóż to był niby serial przygodowy, nawet z elementami pewnego humoru, bo tam ci piraci, Mathemat, Mass Media i dziwne te nazwy były, ale zasadne jak najbardziej. W każdym razie było w tym serialu tyle odwołań do kultury, do historii kultury europejskiej, do filozofów, do odkrywców. Tam mieliśmy wręcz takie kalki, powtórzenia historii, które znamy z dziejów. One odbywały się jakby na nowo. Troszeczkę tak, jak mamy do czynienia z jakimś takim misterium. Odtwarzanie pewnej historii po raz kolejny i kolejny. I w tym serialu mieliśmy odtworzenia historii, które znamy z kultury, historii dotyczących filozofów, dotyczących wydarzeń, dotyczących odkryć, dotyczących sporów, które pojawiały się na linii nauka, na przykład wiara i tak dalej.
Ja oczywiście nie będę państwu opowiadał tego serialu, ale to był serial, który ja jestem bardzo ciekawy. Nie odważyłem się na ten krok zgodnie z pewną zasadą, którą z Piotrem wspólnie wyznajemy, żeby jednak nie sięgać po filmy dzieciństwa. Nie odważyłem się obejrzeć tego serialu, ale kiedy przywoływałem wspomnienia i kiedy troszeczkę poczytałem, co dzisiaj pisze się o tym serialu, to te wspomnienia wróciły. Wierzcie mi państwo, przynajmniej w tej wersji czytanej i w tej wersji wspomnieniowej to jest serial, który udowadnia, że fantastyka naukowa to jest coś, czym można się bawić w sposób totalny. Można po prostu obrócić nasz świat, wywrócić go na drugą stronę i zrobić z tego pasjonującą historię. Historię, która wręcz wciąga, wsysa nas bez reszty po prostu. I serial „Shag-ma” albo „Zaginione światy”. Nie wypowiem tego państwu po francusku, wybaczcie, ale naprawdę to jest serial, który w tych latach 80., w drugiej połowie lat 80. mnie fascynował. Fascynował pod wieloma względami.
A jak u ciebie, Piotrze było?
[02:55:43] - A ja ci powiem szczerze, że ja go absolutnie nie pamiętam w ogóle. To znaczy nie udało mi się dotrzeć do informacji, czy on był potem wznawiany. Podejrzewam, że był, ale jakoś mi umknął na tle innych. Może dlatego, że był lekko bardziej skomplikowany. Może wy pamiętacie, czy on się jeszcze pojawiał? Bo to było tak, że po prostu jeżeli coś tam TVP emitowało, to potem w latach 90., nawet jeszcze w 2000 niektóre rzeczy leciały. Niektóre rzeczy leciały, potem można się było natknąć na nie na tych kanałach dedykowanych w zupełnie czasach nam współczesnych. I tak to wyglądało. Ja tutaj ponowię mój apel. Jeżeli macie jakieś wspomnienia związane właśnie z tą francuską szkołą animacji, to dajcie znać.
Podzielcie się, co wam najbardziej do gustu przypadło, że tak powiem.
[02:56:38] - Ja tak zupełnie na koniec. Jedyny odcinek, który pamiętam w miarę, bo mnie zafascynował, to on miał chyba tytuł „Macki” albo „Macki demona”. Wybaczcie państwo, ale znowu nie jestem pewien. No to, proszę państwa, to jest materiał wręcz na powieść SF. Dałoby się z tego zrobić powieść SF bez całej tej otoczki oczywiście, tej wędrówki, tego pojazdu, który gdzieś tam zmierza ku prawdzie, ku odkryciu tego, co się ma zdarzyć. Zresztą Jeszcze muszę powiedzieć, że kiedy ta Shagma, to słońce zaczyna przygasać, to tam mamy taką banalną historię na początku. Mogłoby się wydawać, że to jest głupie, że takie dzieci weszły do zakazanego muzeum. Tam znalazły ślady przeszłości, ale nie było żadnego planu owej Shagmy. Więc one postanowiły się zaangażować, żeby coś zrobić w tej kwestii, żeby uratować Arkadię. Później się zaczyna cała akcja.
Tak naprawdę każdy początek bywa banalny, ale ten serial, wierzcie mi państwo, nie wiem, napiszcie państwo, jak go wspominacie, bo w mojej pamięci on został jako absolutne objawienie. Ja siłą rzeczy czytając tyle fantastyki naukowej, mój umysł jest zdominowany przez fantastykę naukową anglosaską. I jest ten jeden wyjątek. Oczywiście gdzieś tam się pojawia takie dwa tytuły, które w PRL-u się pojawiały, czyli „Odysea pod kontrolą” to pod innym tytułem się ukazało w serii z glizdą. „Remedium”. Tak, to było „Remedium” po francusku „Odysea pod kontrolą”. To była francuska powieść, która się ukazała. I byli jeszcze „Bogowie wojny”, to w latach 70. I ci „Bogowie wojny” to już była bardzo poważna fantastyka, ale jednocześnie bardzo rozrywkowa. Tej fantastyki francuskiej ukazywało się niewiele.
Później był jeszcze chyba „Tranzyt”, o ile dobrze pamiętam, ale tej francuskiej fantastyki ukazywało się niewiele i być może dlatego ja „Shagmę” kojarzę tak dobrze, jeśli chodzi o fantastykę naukową. Proszę państwa, to tak jakby się okazało, że my już dzisiaj chyba temat, przynajmniej ten zadany przez słuchaczy, jeśli chodzi o francuskie produkcje animowane, to chyba wyczerpaliśmy Piotrze.
[02:59:36] - Też mi się tak wydaje, bo jeżeli wejdziemy na inne pola, to jednak warto je oddzielić od animacji.
[02:59:44] - Pięknie ci Piotrze dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Do usłyszenia w kolejnym Sentymentalniku. Proszę państwa, dzisiejsza audycja zdecydowanie krótsza, ale wybaczcie państwo, tym nieco baranim głosem, którym do państwa przemawiam, ciężko jest prowadzić jakiekolwiek dłuższe audycje, a i tak już myślę, że mój głos wyeksploatowałem w stopniu znacznym. W związku z tym ja pięknie państwa dzisiaj już pożegnam. Wiem, że krótko było. Nie do takich standardów państwa przyzwyczaiłem, ale w końcu mamy wakacyjne, feryjne wydanie Bibliotekarium 2.0. W związku z tym na takie krótsze czasy można sobie pozwolić. Jeszcze za tydzień też będzie wydanie wakacyjno-feryjne. A potem wracamy do rutyny i do tych dłuższych wydań.
[03:00:46] - Mam nadzieję wracamy do naszych normalnych głosów.
[03:00:50] - Też mam taką nadzieję. Życzyłbym sobie, bo ten utracony głos zaczynam już powoli, jak siebie teraz słucham, zaczynam za nim troszeczkę tęsknić. Proszę państwa, za tydzień stałe punkty programu, kawałek fajnej prozy i oczywiście i Filmotekarium i jeszcze jakaś niespodzianka na pewno się pojawi. Do usłyszenia. Pięknie dziękuję. Proszę państwa, zdrowia, przede wszystkim zdrowia.
[03:01:19] - A mówił do szanownych państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.