Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Proszę państwa, znowu nas trochę przysypało. W niektórych częściach kraju już troszkę odtaje, ale znowu idzie fala chłodu. Troszkę sennie się zrobiło i dzisiaj też może będzie gorąco na antenie Radia Paranormalium i Book Radia, ale będzie sennie, bowiem główną część audycji poświęcimy czasowi snu Aborygenów. Prawda, Marku?
[00:48] - Dzień dobry wieczór państwu. Oczywiście, że prawda. Dzisiaj posłuchamy wykładu, prelekcji Jana Maszczyszyna, świetnego autora świetnych powieści. Nazwijmy je nawiązujących do prozy Verne’a, tylko pisanych współcześnie. Taki styl zwany steampunkiem po części. To nie oddaje pełni prozy Jana Maszczyszyna, ale coś tam jednak o niej mówi. Jan Maszczyszyn, który mieszka w Australii od dawna, od kilkudziesięciu lat, pod koniec lat 80. wyemigrował i tam mieszka, ale pisze po polsku. Pisze świetną prozę, nagradzaną, wyróżnianą i rozchwytywaną przede wszystkim przez czytelników. Radzę sięgnąć.
A dzisiaj opowie nam o Aborygenach i o ich czasie snu. Wierzcie mi państwo, pomimo że autor dawno już mieszka w Australii, w kraju anglojęzycznym i troszkę mu z tą mową polską nie powiem, że nie po drodze, ale zawsze jak człowiek na obczyźnie, to mu trudniej się składa te wszystkie wyrazy w zdania. Jednak wykład, który państwo usłyszycie w dzisiejszej audycji, jest absolutnie fascynujący. Może ma tam swoje jakieś przesłuchy anglojęzyczne czy jakieś nawiązania, czy jakieś składnie. Wierzcie mi państwo, to w ogóle nie ma żadnego znaczenia. To, co mówi Jan Maszczyszyn, jest po prostu fascynujące. Jakżesz byłaby audycja, w której ja nie powiedziałbym, że coś jest niefascynujące? Wszystko jest fascynujące, a to, co usłyszycie od Jana Maszczyszyna, zdecydowanie fascynujące jest. Ale zanim o czasie snu, ponieważ wróciliśmy do trybu ogólnoakademickiego, to dzisiaj już stałe punkty programu. Nie wiem, być może część z państwa się zmartwi, być może część z państwa się zachwyci.
Jedno tylko powiem: sporo będzie dzisiaj prozy. Sporo. Ale zaczynamy tradycyjnie od polecanych wydawniczych. Dzisiaj znane już państwu wydawnictwo Skarpa Warszawska i nowości, które wszystkie trzy ukażą się pod koniec stycznia, a konkretnie 24 stycznia. Pierwsza z tych nowości to powieść Roberta J. Schmidta, człowieka, który jest brawurowym pisarzem od prozy rozrywkowej. Świetne space opery, ale ma na koncie także książki z cyklu „Metro 2033” w uniwersum Gołuchowskiego. Bardzo dobrze przyjęte, bardzo dobrze oceniane, ale ma jeszcze coś na koncie. To coś to są „Szczury Wrocławia”. Opowieść o apokalipsie zombie.
I właśnie 24 stycznia tego roku otrzymamy kolejną odsłonę tegoż cyklu „Szczury Wrocławia: Chaos”. I znowu, jak to tradycyjnie, zerknijmy na notkę wydawniczą. Bestsellerowa seria, którą pokochali czytelnicy, powraca w nowej odsłonie. Wrocław, sierpień 1963. Miasto zostaje odcięte od świata z powodu epidemii. Ja tak się wtrącę, przypomnę, że epidemia jest jak najbardziej prawdziwa. Wtedy we Wrocławiu wybuchła epidemia czarnej ospy. Nie była to może taka wielka epidemia, bo dosyć szybko ją zdławiono, niemniej jednak czarna ospa pojawiła się wtedy chyba po raz ostatni na polskiej ziemi. Wróćmy do notki wydawniczej. Milicjanci są świadkami dziwnych wydarzeń.
Pacjenci atakują przebywających w izolatorium na Psim Polu chorych i personel. Wkrótce do komendy wojewódzkiej napływają niepokojące sygnały o zmartwychwstałych. Zbiera się sztab kryzysowy, który musi podjąć działania. Do izolatorium skierowane zostają oddziały KBW i ZOMO, a rozkaz jest tylko jeden: opanować sytuację. „Szczury Wrocławia” to pełnokrwista polska apokalipsa zombie napisana przez mistrza gatunku Roberta Schmidta. Ci, którzy się poczuli zachęceni, to się poczuli zachęceni, a ci, którzy się wahają Powiem tyle: nie wahajcie się państwo. Robert Schmidt to jest naprawdę świetne pióro. I to jest, proszę państwa, ten moment, w którym miałem zapowiadać drugą książkę i mój internet umarł. I to nie byłoby dziwne, bo internet ma tę zaletę albo wadę, że wysiada od czasu do czasu. Tylko że on umarł mi, dwa routery i jeszcze domowe Wi-Fi postanowiło, że nie połączy mnie z siecią, bo po co mi sieć?
Więc musieliśmy troszeczkę, po naradzie z Markiem, zmienić sposób nadawania. Być może ten dźwięk nieco będzie się różnił od tego pierwotnego, niemniej cieszę się, że mogę dalej do państwa mówić. Korzystając z okazji jedźmy z kolejną książką. Ta książka to książka wydana, tak jak zapowiedziałem na początku, przez Skarpę Warszawską. Tytuł: „Szelezcząca śmierć”. Autorem jest Grzegorz Kalinowski. Sięgnijmy po opis wydawcy. Warszawa, wrzesień 2017 roku, początek nowego roku szkolnego. Dzieci wracają do szkół, a protesty przeciwko zmianom w sądownictwie czołowy polityk przebija zdjęciami z wakacji. W budzącym się po wakacjach mieście dochodzi do serii morderstw popełnionych na majętnych przedsiębiorcach, prawnikach i inwestorach.
Podany przez świadków rysopis jest nie do przyjęcia przez szefów policji i MSW. To, co widzieli, było zbyt fantastyczne, a oni sami są niewiarygodni. Czy można ufać pogrążonemu w alkoholizmie rysownikowi komiksów i chłopakowi, który lubi pobudzić się dopalaczami? Zeznania świadków można podważyć, ale zapis monitoringu? Prowadzący sprawę komisarz Konietny musi zmagać się nie tylko ze zwykłymi trudami śledztwa, ale i ze swoim przełożonym i politykami. „Szelezcząca śmierć” to kolejna powieść z duetem złożonym z Artura Koniecznego i jego partnerki, dziennikarki Joanny Becker. Tym razem w śledztwie pomagają koledzy z telewizji, dziennikarz ekonomiczny i ksiądz. Tak, to była druga pozycja z wydawnictwa Skarpa Warszawska. Czas na trzecią. To tym razem książka z zagranicy.
Też 24 stycznia premiera. Tytuł: „Syndrom ocalałej”. Autorem Robin Giegel. Giegel się pisze. Zerknijmy, co o tej książce napisano. Najlepsza powieść kryminalna roku 2022 według The New York Times oraz Los Angeles Times. Śmierć milionera Charlesa Persona wydaje się zwykłym samobójstwem. W jego rezydencji nie ma śladów włamania ani walki. Pojawiają się nowe poszlaki, a technicy komputerowi odkrywają nagranie głosowe, które obciąża adopcyjną córkę Persona, Anne, która przyznaje się do winy. Rick McCabe nie jest zainteresowana prowadzeniem sprawy, jednak nie potrafi zignorować elementów układanki, które do siebie nie pasują i ostatecznie podejmuje się sprawy, próbując przekonać Anne, by wycofała swoje wcześniejsze zeznania.
Ale ta najwyraźniej wie o wiele więcej. Kogo chroni? Dlaczego? Na jaw wychodzi przerażająca prawda o Personie i jego byłych współpracownikach. To, proszę państwa, były polecanki. To czas teraz na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj korepetycje takie lajtowe w sumie, bo te korepetycje to wywiad z Nickiem Bostromem. To nazwisko powinno być znane wszystkim ludziom, którzy fascynują się symulacją, ale też fascynują się transhumanizmem. A więc mamy dzisiaj Nicka Bostroma w wywiadzie zatytułowanym „Transhumanizm jest sposobem myślenia o przyszłości”. Ten wywiad z profesorem Nickiem Bostromem to jest wywiad z jednym z czołowych transhumanistów i twórcą manifestu transhumanistycznego.
Jest też Nick Bostrom założycielem Instytutu Przyszłości Ludzkości na Uniwersytecie Oksfordzkim. Tekst ukazał się tradycyjnie w dwumiesięczniku „Filozofuj” w roku 2017 w numerze szóstym. I tradycyjnie już powiem, że tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Trochę o udzielającym wywiadu. Nicku Bostromie, urodzony w roku 1973, profesor filozofii na Uniwersytecie Oksfordzkim, autor licznych publikacji z zakresu superinteligencji, wzmocnień ludzkich, symulacji komputerowej i analiz ryzyka przetrwania ludzkości w wyniku różnych katastrof. Jego bestseller „Superinteligencja: scenariusze, strategie, zagrożenia” ukazał się również po polsku, a strona www autora ma następujący adres: nickbostrom, pisane razem, bez kropek, bez myślników, nickbostrom.com. Prosty tytuł, zawsze można zajrzeć. A zatem wywiad z Nickiem Bostromem. Zacznijmy może od najbardziej podstawowego pytania: czym jest transhumanizm? Transhumanizm możemy zdefiniować na dwa sposoby — odpowiada Nick Bostrom.
Po pierwsze jako ruch intelektualno-kulturowy, który podkreśla możliwości i potrzebę fundamentalnej poprawy kondycji ludzkiej poprzez rozwijanie i upowszechnianie technologii mających wyeliminować procesy starzenia się oraz umożliwiających znaczne zwiększenie ludzkich zdolności intelektualnych, fizycznych i psychologicznych. Po drugie jako badanie konsekwencji nadziei i potencjalnych zagrożeń wynikających ze stosowania technologii pozwalających przezwyciężać podstawowe ludzkie ograniczenia, jak również badanie kwestii etycznych wiążących się z rozwojem i użytkowaniem takich technologii. Wiele osób uważa, że transhumanizm jest utopijną i zgubną ideologią. Inni z kolei twierdzą, że to poważny nurt filozoficzny, podobnie jak platonizm, tomizm, marksizm czy fenomenologia. Które stanowisko jest bliższe prawdy? Myślę, że niektóre ze wspomnianych poważnych prądów filozoficznych zawierają utopijne i niebezpieczne elementy ideologiczne. Transhumanizm obejmuje szeroki zakres stanowisk. W jego obrębie możemy znaleźć wiele istotnych i interesujących pomysłów głoszonych przez przenikliwych filozofów, ale również sporo szalonych koncepcji i ekscentrycznych dziwaków. Kolejne pytanie: z jakich tradycji i założeń filozoficznych czerpie transhumanizm? Transhumanizm jest raczej luźno zdefiniowanym ruchem.
Wyrastał powoli, a jego źródeł można doszukiwać się w świeckim humanizmie i w koncepcjach epoki oświecenia. Transhumanizm utrzymuje, że obecną naturę człowieka można usprawnić dzięki zastosowaniu rozwiązań naukowych oraz racjonalnych metod, które mają umożliwić ulepszenie ludzkiego zdrowia, poszerzyć możliwości intelektualne oraz fizyczne, a także umożliwić większą kontrolę nad samopoczuciem czy stanami mentalnymi. Transhumaniści proponują, by każda osoba miała możliwość korzystania z takich środków, które pozwoliłyby na rozwój różnych aspektów zdolności poznawczych, emocjonalnych i fizycznych. Jest to nie tylko naturalne przedłużenie tradycyjnych celów medycyny czy technologii, lecz również wielka humanitarna sposobność prawdziwej poprawy kondycji ludzkiej. Kolejne pytanie. Głównymi koncepcjami w transhumanizmie są superdługowieczność, superdobrobyt oraz superinteligencja. Pana interesuje szczególnie ta ostatnia. Czym jest zatem superinteligencja? Superinteligencję możemy zdefiniować jako każdy intelekt, który pod względem zdolności poznawczych znacznie przewyższa człowieka dosłownie w każdej dziedzinie. To kolejne pytanie: do jakiego stopnia ludzie mogą konkurować ze sztuczną inteligencją?
Ludzkie ograniczenia w przetwarzaniu informacji są znaczące, dlatego przetwarzanie maszynowe znacznie będzie przewyższać te o podłożu biologicznym. Nawet stosując radykalne wzmocnienie poznawcze, nie sprawimy, by nasze mózgi mogły przekroczyć możliwości oferowane przez maszyny. Podobnie jak możliwości naszych mięśni zostały pod względem siły i wytrzymałości przekroczone przez możliwości urządzeń mechanicznych. Być może transludzi nie powinniśmy już uważać za ludzi. Być może te nowe istoty będą czymś innym, jakimś rodzajem postczłowieka. Czasami warto rozważyć zagadnienie potencjalnych przyszłych istot, których podstawowe zdolności będą radykalnie wykraczać poza możliwości obecnych ludzi i nie będą już jednoznacznie ludzkie według naszych obecnych standardów. Jednym z określeń dla tych istot jest postczłowiek. Ważne, by uniknąć nieporozumień. Postczłowiek nie odnosi się do istot żyjących po ludzkiej epoce ani nie ma nic wspólnego z życiem pośmiertnym czy też posthumanistami. W szczególności termin ten nie oznacza, że ludzie nie będą już istnieć.
Rozmawiając o postczłowieku zazwyczaj jednak lepiej jest najpierw skupić się na tym, jakie konkretne cechy tych przyszłych istot mamy na myśli, a dopiero potem debatować o tym, jak te istoty nazywać. Ostatecznie niewiele wynika z dyskusji na temat tego, jaką nazwą należy określić tak złożone zjawisko. Kolejne pytanie: gdzie należy postawić granicę między ludźmi a postludźmi? Kiedy będziemy wiedzieli, że granica została przekroczona? Czy powinniśmy ją przekraczać? Słowo transczłowiek odnosi się do formy pośredniej między człowiekiem a postczłowiekiem. Zważywszy na to, jak zastosowanie na przykład medycyny czy technologii informacyjnych umożliwia nam wykonanie wielu rutynowych czynności, które zadziwiłyby ludzi żyjących w starożytności, można by zapytać, czy już nie jesteśmy transludźmi. Pytanie to z pewnością jest prowokacyjne, ale ostatecznie nie jest ono w pełni sensowne, ponieważ koncepcja transczłowieka jest ciągle zbyt niejasna, by udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. Transhumanista to po prostu ktoś, kto opowiada się za transhumanizmem. Dlatego dziennikarze i pisarze, którzy wskazują, że transhumaniści to osoby uważające siebie za transludzi, popełniają błąd.
Aprobowanie filozofii, która głosi, że pewnego dnia każdy powinien mieć możliwość rozwinięcia się poza granice obecnych możliwości człowieka, z pewnością nie jest tożsame z uznaniem siebie za kogoś lepszego, kogoś bardziej zaawansowanego niż inni ludzie. Wydaje się prawdopodobne, że zwykły fakt życia nieograniczonego czasowo, a przy tym spędzonego w zdrowiu i aktywnego, przy jednoczesnym gromadzeniu i zachowaniu wspomnień, umiejętności i inteligencji będzie wskazywał na kondycję postludzką. Postludzie mogą być całkowicie syntetyczną sztuczną inteligencją, umysłami wzmocnionymi dzięki ich transferowi do środowiska cyfrowego, bądź też być rezultatem wielu drobnych biologicznych ulepszeń człowieka. Zrealizowanie kondycji postludzkiej może więc przebiegać w różnych kierunkach. Gdy staramy się przewidywać dalszą przyszłość postludzkości, tracimy zdolność wyobrażania sobie tego, jakie konkretnie formy mogłaby ona przyjąć. Jeśli oprócz poprawy zdrowia do istoty postludzkości należy zdolność do myślenia i doświadczania, jakich dziś przy naszych obecnych możliwościach nie umiemy nawet sobie wyobrazić, to nie ma się co dziwić, że jesteśmy tak bardzo ograniczeni w naszych przewidywaniach tego, jak postludzkość mogłaby wyglądać. Prawdopodobnie postludzie będą kształtować siebie i swoje otoczenie na tak wiele nowych i daleko idących sposobów, że jakiekolwiek spekulacje na temat szczegółowych cech postludzi i świata postludzkiego z góry wydają się skazane na niepowodzenie. To tyle, jeśli chodzi o wywiad z Nickiem Bostromem. Ja mam nadzieję, że ta nowa forma przekazu, a przypomnę, że Internet i mnie, i Markowi Sękowi sprawił nie lada niespodziankę, jak to Internet, postanowił się na nas wypiąć i skazani jesteśmy na połączenie telefoniczne. Z moich doświadczeń wynika, że to połączenie idealne nigdy nie jest.
Ja tylko mam nadzieję i pokładam całą nadzieję w zdolnościach Marka, który już nie raz cudów dokonywał, że przynajmniej jakoś będę słyszalny. Kontynuujmy zatem, bo Internet najwyraźniej nie ma ochoty do mnie wrócić. Nie wiem, jakichś grzechów dokonałem i cóż takiego zrobiłem, że postanowił się na mnie wypiąć. Ale audycja trwa i tak jak państwu obiecałem na początku proponuję zagłębić się w świat Aborygenów australijskich i zapraszam państwa na prelekcję Jana Maszczyszyna, świetnego pisarza. Ale co ja tu państwu będę opowiadał? Wystarczy wbić w wyszukiwarkę imię i nazwisko Jan Maszczyszyn i wyświetli się państwu nie tylko cały dorobek literacki, ale też postać pisarza. Ja tymczasem korzystając z okazji zapraszam na prelekcję o czasie snu, o Aborygenach australijskich, o ich niezwykłym świecie i o tym, co z ich mitologii, a może właśnie nie mitologii, da się wyczytać. Co współczesny człowiek może w tych opowieściach, chciałem znowu powiedzieć mitologii, ale właśnie w tych opowieściach, co może odczytać o przeszłości ziemi, o przeszłości ludzkości
[24:13] - W ogóle o latach, o których tak zwana oficjalna nauka i to wszystko, co niby wiemy, nie do końca precyzyjnie potrafi się wypowiedzieć. Tymczasem czas snu Aborygenów mówi nam czasami znacznie więcej niż ta oficjalna wiedza. Zapraszam na prelekcję Jana Maszczyszyna. Dzień dobry państwu. Ja jestem Janek i to jest taki artystyczny zespół Aborygenów. Robią to naprawdę świetnie. Ja zostawię to w tle i chodzi o to, że zobaczycie państwo przy okazji, jak to odkrycie kultury Aborygenów zafunkcjonowało w moim życiu, w moim ogrodzie i tak dalej. Także to sobie będzie leciało i będzie po prostu widać w tle. Może zacznę od tego, że miałem taką swoją teorię. Przedstawię to w ten sposób, że gdyby na przykład namalować tutaj jednometrowe koło i będzie ono reprezentowało proton, a elektron będzie reprezentowała kulka wielkości trzech milimetrów i będzie ona oddalona od tego jądra o 30 kilometrów, to będzie to znakomity model wodoru.
Od jądra do elektronu jest ogromna przestrzeń, którą my nazywamy pustką, a tak naprawdę zawiera właściwie w sobie wszystko. Jest to ładunek energii. Są to pola magnetyczne, są to pola elektryczne. Są to również siły jądrowe, które wiążą ten atom razem. Jest to właściwie cała magia rzeczywistości, bo składamy się z pustki, a tak naprawdę składamy się z tych wszystkich właśnie genialnych pól związanych razem. Kiedy zobaczyłem rysunek na skalę przedstawiający dłonie ludzkie, natychmiast ujrzałem ten obrazek, bo gdy na przykład przyłożymy obie dłonie, to one nie mają kontaktu. Chodzi mi o to, że jesteśmy w jednym ciele, a tak naprawdę jesteśmy wielowymiarowi. To znaczy jedna ręka nigdy nie potrafi uczynić tego samego śladu. One są od siebie czasoprzestrzennie oddalone. Także będąc jednym ciałem, istniejemy wielowymiarowo.
Ta czasoprzestrzeń dzieląca krawędzie naszego ciała jest taką formą, w którą właśnie oni wierzą. Formą, która egzystuje w czasoprzestrzeni ich otaczającej, która jest krainą ich przodków, krainą, do której należą ciałem i duchem. Ten duch wywodzi się z ziemi, która ich otacza, przechodzi do ciała, następnie wraca z powrotem do ziemi. I to właśnie jest ta jedność, która po prostu mnie zainspirowała i która mnie zainteresowała w ich kulturze. Ostatnio rzuciłem te kartki i próbowałem na Pyrkonie opowiadać o tym własnymi słowami, ale dużo zgubiłem i będę sobie pomagał tylko. Rozpocznę od tego, że mitologia Aborygenów obejmuje terytorium całej Australii, ale różni się między sobą. Ogólnie jest przyjęte, że Dreamtime istniał, czyli ta mitologia. Ona nazywa się Dreamtime, czas snu. On funkcjonuje w całym kraju i dotyczy wszystkich plemion, które stanowią naród aborygeński, ale różni się między sobą pewną interpretacją. Oczywiście pojawili się biali, znaczy my i wydawało nam się, że możemy ich poniżać, bo wydawałoby się, że w ten sposób, że niczego nowego nie wymyślili, że wszystko to jest skradzione.
Skradzione na przykład, jak oni uważali. Złośliwa propaganda dziewiętnastowieczna twierdziła, że składa się nań mnogość zasłyszanych inspiracji katechizmu, religii liturgicznej lub historii cywilizacji i podręcznika do geografii. Było to zupełnie fałszywe świadectwo. Właśnie na początku, mówiąc o tych dłoniach, miałem na myśli terytorium północne i jaskinie, które tam zostały odkryte jeszcze w XIX wieku, które zawierają rysunki naskalne okresu 40 000 lat przed naszą erą. Mogę przedstawić żywy eksponat. Tutaj jest właśnie taki rysunek naskalny. Wspaniały eksponat. Sąsiad z balkonu. Niedostępne miejsca zachowały niewzmierzone skarby Do czegoż można je porównać? I właśnie muszę się tutaj wspomagać.
Jeszcze nie tak dawno mówiono o takich rysunkach naskalnych, które były, wydaje się, w jaskiniach Francji, w kraju Basków gdzieś. Tak, czekaj momencik. Także tamte właśnie datowane są na trzydzieści dziewięć tysięcy lat przed naszą erą. Najstarsze znaleziska rysunków naskalnych pochodzą z wyspy Celebes czterdzieści pięć tysięcy lat temu. No a właśnie ten tutaj żywy eksponat przedstawia rysunki naskalne około czterdzieści, czterdzieści pięć tysięcy lat temu. Także ciekawe jest to, że opowieści przeniesione drogą werbalną, jeżeli chodzi właśnie o plemiona aborygeńskie, to to, co właśnie robimy research, to nie są takimi plotkami, które na przykład bardzo szybko doznają jakiejś degeneracji poprzez ich powtarzanie. Chodzi o to, że to jest taki przekaz multimedialny. Do tego dochodzi taniec, muzyka, te rysunki naskalne, tradycja i coś takiego, co się nazywa walkabout. To znaczy każda z tych rodzin plemiennych ma swoje totemowe miejsca i na przykład jeżeli ktoś był przypisany do skały, to ta skała jest jego totemem rodzinnym i na przykład ma tutaj swoją wnuczkę i ta wnuczka ma urodzić dziecko, syna, no najlepiej syna, to wtedy udają się rodzice do tego miejsca totemowego. Tam następuje poród i przejęcie jak gdyby mocy pochodzącej z tej właśnie ziemi.
Następnie, gdy już ten synek dorośnie, wybiera się na tak zwany walkabout, to znaczy starszy tego plemienia albo na przykład jego dziadek weźmie go na taki spacer i wyjaśni mu położenie wszystkich miejsc totemowych dookoła okolicy i również wyjaśni mu, no takie historyczne dziedzictwo, skąd się to wzięło, jak wygląda sprawa na przykład no medycyny, jak wygląda sprawa astronomii. No, jest to taki jak gdyby introdukcja kulturalna, wprowadzenie do takiej walki o zatrzymanie, o zachowanie tej tradycji. Właśnie następnie wspomnę, do czego w ogóle malowidła te Aborygenom posłużyły. Otóż wraz z ludami zamieszkującymi archipelagi wysp sąsiednich, Cieśninę Torresa i górne Nowej Gwinei, wierzyli oni, że inspiracja do tego pochodzi właśnie z ich obcowania z duchami, z przodkami tej ziemi. I co jest ciekawe, że pozbawione są te rysunki ust. To znaczy starali się zrobić podobiznę istoty żyjącej w tym parallelalnym świecie dość wierne, ale pozbawione ust, dlatego, żeby te usta nie mogły wpływać na ich życie doczesne, żeby po prostu pozostawały wizerunkiem, a nie ingerowały w życie żywych. I po prostu chodzi, że one są jak gdyby z szacunku zaciemnione. Postacie reprezentują wolę i moc, której nam śmiertelnym nie dane ich jest zakłócać. Także jak opowiadałem na początku o tym właśnie atomie wodoru i o tej przestrzeni i zaklętej w nim masie różnych instrukcji obsługi materii. Pierwotny mieszkaniec Australii żyje w bezczasowym continuum obcowania z wszechświatem, do którego bramą zamyka dostęp rozumienia obcym tylko przez komplikację misji, nieraz trwającej całe życie.
To świat sakralnej fantasy, pełen wyimaginowanych tworów i ponadczasowej mocy. Sen, któremu towarzyszy życie w całej jego pełni ofiarowania się różnorodności ziemi, gdzie człowiek jest elementem wspólnym z naturą, a nie celem samym w sobie. Okej. I no i po prostu zastanawia-- zastanowiłem się nad tą sprawą i zaczynam od lingwistyki. To znaczy jest bardzo zadziwiająca jej skuteczność w śledzeniu ruchów migracyjnych. A więc wyobraźcie sobie Państwo, że według tego, według tej teorii, na samym początku wędrówki ludów na kontynent australijski brały się z półwyspu York, który jest najbardziej wysunięty na północ Australii i pierwsze właśnie, pierwsi ludzie dotarli tam w okolicach sześćdziesięciu siedmiu tysięcy lat temu. To był kontynent glacjalny nazywany był Sahul. To znaczy chodzi tutaj, że podczas, podczas epoki glacjalnej ostatniej poziom wód oceanicznych opadł nawet do dwustu pięćdziesięciu metrów i wyłoniła się taka płyta kontynentalna łącząca Papuę Nową Gwinei, te sąsiednie wyspy. Tu była Australia, gdzieś na dole Tasmania, na południu ona się też połączyła z Australią. Czyli masa kontynentów wzrosła gdzieś tak dwukrotnie i na terenach pomiędzy Nową Gwineą a Australią Powstała taka nizina, na której rozgrzebiło się wręcz diabelskie życie, pełne dziwnych stworów, roślin i gwałtownej pogody, ponieważ przez ten rejon przechodzi ciągły monsun, cyklony.
Jest to najbardziej chyba wilgotna strefa naszej planety i właściwie nie do przeżycia dla człowieka, bo chodzi tutaj o insekty, choroby, krokodyle. Wszystko, co jest dookoła, tak jak w książce Harry'ego Harrisona „Planeta śmierci", po prostu nie pozwalało na przetrwanie słabo uposażonym ludziom, więc oni wybierali dwa kierunki. Kierunek pierwszy to były góry Nowej Gwinei, a kierunek drugi to był półwysep York, który oczywiście górował nad tą niziną. Przesuwali się niżej ku południu i co ich charakteryzowało? Właśnie to samo. Wiara w istniejące, krążące dookoła demony. Mają coś sobie wspólnego z tym, że Nowa Gwinea pozostała bardzo agresywna przyrodniczo, a Australia troszeczkę mimo krążących legend, że jest zabójcza, była jednak znacznie spokojniejsza i nie było właściwie na niej pustyń, tylko były dwa wielkie morza wewnętrzne i pełna była megafauny, czyli zwierząt, które istniały wtedy w Australii, a które już zostały wyniszczone przez plemiona aborygeńskie. Teraz znowu wrócę do werbalnych historii, w których Aborygeni są zdolni przekazać tak skomplikowaną mitologię, niezakłóconą, niezniszczoną przez czas. Zasięgnąłem informacji w internecie, że na przykład jeżeli chodzi o Aborygenów, to te wszystkie języki, które są w Australii, posiadają gdzieś około 6 do 8 tysięcy wyrazów. Chodzi mi o pojemność językową, jak się to przedstawia.
Jeżeli chodzi na przykład o ilość słów obecnych w języku koreańskim, jest ich 1,1 miliona. Portugalski ma 820 000, fiński 800 000, angielski 520, a według Google polski 150 do 200 000. Pod koniec wieku XVIII w Australii było aż 750 różnych aborygeńskich społeczności, z których każda miała 6 do 8 tysięcy słów i tymi słowami operując, budowała swoją fantazję, czyli całą mitologię, której oczywiście nie wierzymy jako biali. Zaznaczyć należy, że wraz z brakiem przekazu językowego ginie pewnego rodzaju historia i tradycja. Ciekawe, że prawdopodobnie chrześcijaństwo zniszczyło naszą werbalną historię w jakimś tam procencie. Zapytajmy teraz o minimum językowe, bo jak już sięgnąłem po maksimum, to zainteresowałem się minimum językowym i na przykład na jednej z Wysp Kanaryjskich, La Gomera, około 20 000 mieszkańców zna język gwizdany nazywany silbo. Wynaleziono go, aby móc się porozumieć na ogromnych górskich przestrzeniach. Pochodzi on z antyku sprzed naszej ery i zdał egzamin praktyczny, ponieważ gdy język mówiony w wysokich górach można usłyszeć na 200 metrów, to język gwizdany jest słyszalny na odległość do ośmiu kilometrów. Teraz drugi język zawierający 48 głosów, które można porównać do mlaskania. To jest język !Kung.
Pod względem ilości spółgłosek to jeden z najbardziej skomplikowanych języków świata. Poza tym jest to język toniczny składający się nie tylko z mlasków, ale i z samogłosek nosowych. Przetrwał dlatego, że życie języka !Kung nigdy nie zakłóciły wpływy cywilizacji. Obecnie żyje około 5600 osób posługujących się tym językiem w Angoli i Namibii i znamy go z filmu komediowego „Bogowie muszą być szaleni". Innym językiem jest, znowu takie dziwne — przepraszam, że odchodzę od tematu — język jawajski. Jest on potrójny, ponieważ mieszkańcy wyspy Jawa zupełnie inaczej zwracają się do przyjaciół, inaczej do pracodawcy, a jeszcze inaczej rozmawiają na ulicy. To jest też ciekawe. Wracając do języka w Australii, plemię Wiradjuri, które jest reprezentantem języka najbardziej adekwatnego, który przedstawia całe bogactwo tej mitologii. Nawet mam słownik tego języka na własnym telefonie komórkowym. Pozórzę się na tym przykładzie omówienia tej mitologii.
Aha, jeszcze jest taki język Piraha. Pochodzi on z dżungli amazońskiej i ma tylko 200 słów i właściwie nie posiada znaczenia nośnego. W tym słowniku dwustuwyrazowym na pewno nie udało by się zapisać żadnej mitologii. To tylko taka ciekawostka. Mamy teraz do czynienia z okresem ery kenozoicznej. Rozpoczęła się dwa i pół miliona lat temu, trwa do dzisiaj i będzie najpewniej trwała do czasu, kiedy człowiek zniknie z tej planety. 11 tysięcy lat temu zakończyło się ostatnie zlodowacenie i wtedy udało się tym plemionom dostać do Australii, która jak już wspomniałem miała dwa wielkie morza wewnętrzne. Jedno z nich nazywało się Eromanga Sea. Również na terenie Alp Australijskich rozciągał się wielki lodowiec o wielkości 7000 kilometrów kwadratowych i jezioro Eromanga istniało na tym terenie od 110 milionów lat i zapewniało zadziwiająco różnorodny mikroklimat obecny w opisowych historiach Aborygenów. W czasach obecnych uległo ono rozczłonkowaniu na kilka słonych jezior.
Rejestrując mity w ich ojczystych brzmieniach australijski lingwista Robert Dixon zaobserwował zgodność pomiędzy niektórymi szczegółami mitologicznych krajobrazów a odkryciami naukowymi. W przypadku opowieści z płaskowyżu Alterton opisujących pochodzenie jezior, badania geologiczne dowiodły, że wybuchy wulkanów, których źródłem są współczesne jeziora i o których wspomniano w tych mitologiach, w historiach, rzeczywiście odbyły się 10 000 lat p.n.e., co pokrywa się z historią Aborygenów. Czyli ich przekaz werbalny był precyzyjny, że nawet tyczył się praw geologii, krajobrazu i oczywiście obecnych w środowisku zwierząt. Na przykład mit Aborygenów z Wiktorii, wczoraj wspominałem o Port Phillipai opisujących obecną zatokę Melbourne jako wyłoniony region i bieg rzeki Yarra, był nazwany wtedy centrum bagien Carrum Carrum. Mit o jeziorze Eyre opisany w roku 1906 mówi, że pustynie Australii Środkowej były niegdyś żyznymi i nawadnianymi równinami podobnymi do ogromnego ogrodu. Ten ostatni mit przetrwał do czasu, kiedy to wielcy odkrywcy tych ziem zdecydowali się na poszukiwanie tego morza Eromangi. Tak barwne i prawdopodobne były to przekazy. Mowa tu o Charlesie Sturt, który wybrał się w poszukiwaniu tych mórz i chciał przeciąć Australię z południa na północ. Ledwo przeżył. Uratowali go Aborygeni, kiedy zabłądził na pustyni.
Jeżeli chodzi o zwierzęta, znowu przekaz werbalny, który opowiada o tym, że przepastne przestrzenie południowego kontynentu były wypełnione megafauną, z którą ci czarni kolonizatorzy sąsiadowali aż 17 000 lat. Jedna z tych historii opowiada o podstępnym krokodylu Gunhar, który leżąc zanurzony w wodzie zwykle obserwował kąpiące się nagie dziewczęta. Od lat marzył o żonie, ale nigdy nie udało mu się schwytać odpowiednio pięknej kandydatki. Pochwycone brzydule natychmiast pożerał. Któregoś dnia szczęście mu dopisało. Porwał jedną najpiękniejszą i przetrzymywał lata uwięzioną w jaskini sobie tylko znanym podwodnym wejściem. Pewnego popołudnia, gdy z lubą wylegiwał się na piasku, zasnął i wtedy ona uciekła. Dotarła do lokalnej wioski i zaalarmowała czuwających tam mężczyzn wojowników. Wojownicy oszczepami przegonili zażarcie walczącą bestię. Dziewczę ocalało, jednak potem wszyscy mieszkańcy okolicznych obozowisk narzekali, odnajdując wokół chaty tajemne, zagrzebane w piasku krokodyle jaja.
Okazało się, że nieszczęsna piękność nie umknęła złośliwości losu. Przebywając i współżyjąc z bestią przez lata, przejęła jego sposób rozmnażania. Historię tę opowiadano ku przestrodze młodym dziewczynom przy zapalającym się ognisku, żeby nie zbliżały się do rzek. Następne zwierzę Thylacoleo było długo nie rozpoznawane na freskach zwierzęciem, lecz wkrótce okazał się być w dowodach kopalnych lwem torbaczem osiągającym wielkość współczesnego lwa afrykańskiego. Jaki dziwaczny wyłania się tutaj obrazek, kiedy oto potwór, ta lwica goni jakąś ofiarę, na przykład człowieka i dopada go, zagryza I potem z jej worka wysuwają się młode i dobierają się już wspólnie do ofiary. To troszeczkę tak jak z „Aliena”. Na wzgórzym wybrzeżu Arnhem Land jest aż 126 malowideł ściennych, które przedstawiają różnego rodzaju zwierzęta już nieistniejące, o których znowu są opisy słowne wskazujące na to, jak one się zachowywały. To jest kapitalna biblioteka werbalna, która jakimś cudem przetrwała i archeolodzy czy paleontolodzy grzebiący w ziemi, wykopujący te kości nawet sobie zdają sprawę, że dysponują danymi faktograficznymi pochodzącymi z kroniki nawet niepisanej, bo Aborygeni nie mają pisma, ale z werbalnej, która w szczegółach mówi o zachowaniu tych zwierząt poprzez kontynuowanie tradycji przekazywania tych historii mitologicznych. I jednocześnie na rysunkach znajdują się pewne szczegóły anatomii tych zwierząt, którymi paleontolodzy się supportują, żeby zbudować konkretny szkielet tego zwierzęcia. I jakoś wszystko się w tej dziedzinie zgadza, więc jest to rzeczywiście wspaniałe narzędzie poznawcze, niezakłócone jak dotychczas przez człowieka białego.
Następne zwierzęta. Pojawia się Zalmplossus, długodzioby ogromny dziobak i towarzyszący mu Genyornis, gigantyczna, bardzo agresywna gęś. Znowu w rysunkach ta gęś się pojawia jako złośliwy potwór z tamtego czasu. Jest też Polarchesters, wielki byk, który przypomina południowoamerykańskiego tapira. Megalania to największy zamieszkujący ląd jaszczur osiągający sześć metrów długości. Są też gigantyczne nielotne ptaki podobne do nowozelandzkich moa, warany dochodzące do siedmiu metrów długości. Jest wąż Wonambi, sześć do dziewięciu metrów długości. Inny wąż, Dupudingala, był największym znanym australijskim pytonem. Dlaczego o tym wspominam? Bo potem wszystkie te zwierzęta zostały inkorporowane do tej mitologii.
Ten wąż jest tutaj dość charakterystyczny. Także odnajdujemy całość powiązań pomiędzy tymi przedstawicielami megafauny a stworzeniami zapewniającymi mitologię. Teraz aż się prosi w tym miejscu, żeby powiedzieć o sferze niebieskiej. I tutaj ujrzymy Obłoki Magellana, najbliższą Ziemi gwiazdę Alfa Centauri, o której oczywiście oni nie wiedzieli, i wtedy mogli inkorporować wszystkie te stworzenia, o których wspomniałem w konstelacji gwiazd, gdzie znowu pozostały jako dokumentacja czytająca się tym naukowcom, którzy badają te sprawy. Dreamtime, czyli czas tego snu to nieprzerwany proces tworzenia, który rozpoczął się dawno temu, w okresie zwanym okresem marzeń. Wtedy to Ziemia otrzymała swe cechy materialne od istot stwórczych. Ich działaniom zawdzięczamy rozwój flory oraz fauny wraz z jej częścią zwaną ludzkim rodem. Z tych samych też czasów pochodzą obrzędy i uroczystości. Według podań cały świat ukształtowany został przez duchowych przodków w mitycznej epoce, do której nadal można się dostać podczas odpowiednich sakralnych obrzędów, czy też będąc pogrążonych w marzeniach sennych. Oni już nie śnią, jak my śnimy.
W tym sensie, że nam się wydaje: śniło nam się coś złego, coś złego nam się wydarzy w dniu następnym albo śniła nam się na przykład teściowa albo coś takiego. Nie będzie to jakiś monster, który nam się śnił, tylko że oni to sobie zinterpretują, że to jest jakiś kontakt z tym światem paralelnym. Także całe ich życie jest podporządkowane istnieniu świata obok, do którego przenikną po śmierci. Jest to na pewno interesujące, przynajmniej dla mnie interesujące bardziej niż na przykład nasza koncepcja nieba, które jest puste, które nie lubi zwierząt, bo zwierzęta nie mają duszy i tak dalej. Ponieważ Australijczycy identyfikują naturę ze sobą, przy naturalnych gatunkach widzą istoty o ludzkich właściwościach. Australijczyk, Aborygen postrzegał wokół siebie niezmienny krajobraz, który tłumaczy sobie tym, że takie właśnie istoty o ludzkich właściwościach stworzyły go w zamierzchłym czasie. Zatem na początku była ciemność i owoczone z życia ląd. Rzeczywistość, w której każda istota już istniała od zawsze i na zawsze przyoblekła się w materialną realność. Dotąd współuczestniczyła. Teraz poczuła się zwolna przekradać z nadrealu do świata obok.
Niektóre plemiona wierzą, że kiedyś niebo było bliskie ziemi, zbyt bliskie. Całym ciężarem więc opierało się o powierzchnię, zmuszając wszelkie obecne stworzenia do pełzania. Fajne obrazy. Należało je podnieść do nieba, by przerwać to niecne, upokarzające świat i odrzucić noc, by nie blokowała więcej świata. Wtedy nastąpił pierwszy wschód słońca. Śniący, pozbawieni kształtu bohaterowie mogli odtąd podróżować poprzez lądy, kryjąc święte miejsca i znaczące formy skalne, takie jak Uluru, Kata Tjuta. Kata Tjuta to jest taka forma bardzo podobna i zaniedbana przez rustykę. Kata Tjuta to jest taka forma skalna, bardzo podobna do Uluru, nawet większa, która znajduje się w tym samym parku. Jak się wjeżdża do parku Uluru, dostaje się bilet i na jedno, i na drugie. Tylko że to drugie jest tak gorące, że temperatura tam panująca około 11 rano to 52 stopnie Celsjusza.
Akurat kiedy ja tam byłem, to tyle było. Nie da rady tam przejść. Bohaterowie potrafili zmienić formę, stając się kolejno człowiekiem i zwierzęciem. Wandjina był jednym z nich. Nie był bogiem pojedynczym, a wielobogiem. Opisywano go jako posiadającego wielkie, mroczne oczy pozbawionego ust demona. Rozpowszechniona wśród młodzieży opowieść głosi, iż wędrował po ziemi i wykreował wszystko, począwszy od rzek i gór po rośliny i zwierzęta. Tutaj wracamy w dalszą część historii, bo na bezkresnych pustyniach pojawił się biały człowiek i jak sobie wymyślił walkę z tymi legendami? Ponieważ nie mógł właściwie konkurować z tym bogactwem odczuć, tego powiązania z ziemią, z Gają, bo właściwie to jest taka hipoteza. Gaja tutaj wspaniale się do tego nadaje, więc wymyślili sobie taki trick, że na przykład wymyślili sobie legendę, która pochodzi od innego plemienia aborygenckiego.
Ci misjonarze po prostu powiedzieli, że oto jest legenda opowieści o Baiame, który będąc również kreatorem i Ojcem Niebieskim, przybył pewnego dnia ze swoją żoną na ziemię. Miała na imię Birra Gnullu i była naznaczona świętym bólem emu po winie płodności. Tutaj spotkali pierwszego człowieka o imieniu Mudgugali. Stał on się wkrótce pośrednikiem między Baiame a ludźmi. Przekazał im od bóstwa spis praw i obyczajów niewiele różniących się od przykazań moralności. Także taki trick, w którym jak gdyby przybliżali mit aborygenjski, który miał tak naprawdę korzenie chrześcijańskie i tym samym było im łatwiej złamać ich jakiegoś takiego ducha i nie zmusić, ale przekonać do tego, żeby stali się chrześcijanami. Co niektórzy zrobili. To tyle, jeżeli chodzi o ten dreamtime. Jest tego mnóstwo, ale nie chcę się zatrzymywać na tym tylko, bo zastanawiało mnie, jeżeli ktoś ma tak wspaniałą i bogatą imaginację, czy odważył się ktoś z nich na przykład napisać fantasy. Ponieważ wszystkiego, co dotkną, to jest od razu sacrum.
Nie można na przykład opowiedzieć o czymś, co było gdzieś dawno, dawno temu, bo naraża się na jakąś zemstę demonów, na nieprzyjemne uwagi od krewnych i tak dalej. Jest to bardzo dość trudne dla takiego kogoś, żeby fantazjować. Więc szukałem jakichś opracowań na temat właśnie powieści wykreowanych przez Aborygenów. Bardzo trudno coś takiego znaleźć. I znalazłem panią w Słowenii, która się zaangażowała właśnie też w poszukiwanie tego typu książek. Więc według słów autorki zmuszona była owrzeć się nad teoretycznym bricolage’u istniejących podejść teoretycznych. Autorka dokonała kompleksowej analizy sześciu tekstów literackich, dzięki czemu można powiedzieć, że studium, ona nazywa się Ivy Pollack, tworzy pewną formę kanonu aborygenskiej science fiction. Dla każdego z tych tekstów Pollack przedstawia odpowiedni kontekst społeczno-historyczny oraz analizy tekstu w ramach fantastyki jako meta zasady. Więc teraz według niej większość tekstów okazuje się hybrydowa, stanowi mieszankę fantastycznych gatunków, takich jak baśń, realizm magiczny, nauka fiction, gotyk i inne. W rozdziale trzecim zajmuje się pracą Erica Wilmota.
„Below the Line”, 1991. Pisarz bada możliwość azjatyckiej inwazji i jego powieść jest identyfikowana jako pierwsza aborygenska książka fantastyczna. Następnie Pollack prezentuje Ellen van Neerven nowelą „Water” 2014, w której pisarka przedstawia plant people, czyli takich ludzi roślin, czyli postać takiego niebieskiego Nową, taki transhumanizm. Dalej Archie Waller opisuje „Land of Golden Cloud” z 1998. Utwór umiejscowiony w bardzo odległej przyszłości i obficie czerpiący z biblijnego motywu drugiego przyjścia Hadhayrra Ta Tsum 1990 to złożona narracja typu slipstream, która dostarcza modeli kulturowego doświadczenia rzeczywistości. Autor powieści, badając aborygenskie żegnienie, ilustrując nagość, prostolinijność poznania uczy bycia ponowoczesnej egzystencji. Rozważany też jest tekst Alex Wright Swan Book 2013. Prowadzi on do konkluzji, że aborygenska science fiction stanowi punkt zwrotny nie tylko w aborygenskiej spekulatywnej fikcji, ale także dla całej science fiction ogólnie. Ogólna pozycja ostrożnego optymizmu wynika z faktu, że omawiani autorzy konstruują przyszłe postkolonialne światy, które świadczą o możliwości przetrwania kolonializmu. Będzie to wszystko suche, jak będę tylko czytał.
Pozwoliłem sobie poszukać tej literatury w sklepie geek shopie, który w Melbourne jest bardzo popularny. Nazywa się Minotaur. Udało mi się dostać Clar Coleman Terra nullis, taka ziemia niczyja. Bardzo pięknie napisana książka. Ja jej nie dokończyłem, bo ją niedawno kupiłem, zanim tu przyjechałem. Ale coś takiego jak kolonializm, ale na innej planecie. Znowu są istoty, które są podobne do Aborygenów i taka kolonizacja planety, w której oczywiście poszkodowanymi są ci mieszkający na tej planecie. Zapytałem się: „Masz jeszcze więcej takich książek?” Nie miał. Mówię: „A co z komiksami? Czy zdarzyło się kiedykolwiek, żeby jakiś Aborygen zrobił komiks?” On mówi, że dwa i pół roku temu ktoś próbował zrobić taki komiks i niestety do tej pory nie wiadomo, co się w tym kierunku wydarzyło.
Chodzi o to, że kiedy oni robią jakiś malunek, kiedy używają odniesienia do przeszłości, do już dawno zmarłych, przepraszają. Oni po prostu czują się winni, że coś takiego nastąpiło. Zajrzałem do internetu, przeszukałem wszystko, co tylko możliwe i dotarłem do tego komiksu. Akurat miesiąc temu został wydany w Perth. Zakupiłem go i go tu mam. Przywiozłem specjalnie dla was. Co ciekawe, kiedy powiedziałem to mojemu zięciowi. Zięć jest z pochodzenia Holendrem. Jego mama była Holenderką, ale on się urodził w Australii i ma siostrę Laurę. Laura zakochała się w Aborygenie, przystojnym zresztą.
Ten Aborygen jest bardzo inteligentny. Pracuje dalej dla rządu w Canberrze. Zajmuje się wszelkimi sprawami dotyczącymi Aborygenów. Jego ojciec był, bo zmarł, znanym artystą. Malował ściany wielu ambasad australijskich na świecie. W końcu zgromadził dość sporą kasę po tym i urządził sobie galerię poświęconą nie tylko jego pracy, ale wszelkiej sztuce aborygenskiej w miejscowości Wodonga. Co ciekawe, udało mu się uruchomić wydział na okolicznym TAFE college'u, który zajmował się tworzeniem, malowaniem, sztuką aborygenską, ale zaprosił do tego również białych. Każdy mógł, nie tylko biali, Hindusi. Ktokolwiek był zainteresowany tym, został poddany takiej introdukcji, jak należy interpretować tą sztukę. Skontaktowałem się z nim.
On ma na imię Scott. Jest teraz w Broome. Tam pracuje dla rządu. Tam został oddelegowany. Kiedy się go zapytałem, czy mogę zaprezentować obrazy jego ojca, on powiedział, że nie mogę tego zaprezentować, dopóki nie zostanie mi wytłumaczone znaczenie tego obrazu. Jakoś się nie udało przed wyjazdem zorganizować takiego meetingu, żeby on miał czas mi to wyjaśnić. Nie mam tych obrazów. Było to bardzo interesujące i kiedy wspomniałem mu o tym komiksie, to przyznał, że zna tego autora. To jest jego przyjaciel. Tak że świat jest mały.
Przedstawia państwu, może po raz pierwszy w Polsce. Nazywa się Dark Heart i to jest Indigi Verse, czyli taki wszechświat indigenous people, czyli tych ludzi, którzy zamieszkiwali dany kontynent jeszcze przed kolonizacją. To jest numer jeden. To jest numer dwa. To jest komiks opowiadający o historii demonów, którzy są rozbudzeni przez białego kampera. Taka sobie historia, ale ciekawa pod względem graficznym. Momencik. To jest z muzyką akurat i to jest Midnight Oil. Oni śpiewają piosenkę. Jest po prostu, kiedy nie można spać, kiedy łóżko pali cię w tyłek.
To znaczy kiedy masz oddać długi, kiedy jesteś na obcej ziemi, w obcym świecie, zachowujesz się jak cham i w tym samym momencie jakim cudem ty możesz po prostu spać? To jest ten kąc. Ja nie wiem, czy nie jestem ostatni raz z wami, bo jestem stary dziad. Także naprawdę jestem szczęśliwy, że tutaj jestem. To tylko jest tak pobieżnie, bo to jest ogromny temat. Jeżeli macie państwo pytania, pogadajmy sobie, bo szkoda, żeby się tak prezentował, a chciałbym słyszeć, czy coś was interesuje, co mogę powiedzieć na temat. Proszę.
[01:07:36] - Powiedziałeś mnóstwo interesujących rzeczy. Język Aborygenów jest tylko jeden. Czy one już się zlały w jeden? Czy jest wiele nadrzeczy?
[01:07:46] - Nie, jest coś takiego, że dream time to jest taki uniwersalny termin. I teraz legendy, bo ja nie wspomniałem tutaj o takim wężu, o różnych rzeczach, ale naprawdę jak zauważyłem z tego mojego researchu, to jest dość popularne. W Polsce jest bardzo dużo artykułów na temat właśnie dream time, tego czasu snu, tych węży tęczowych i tak dalej. Natomiast nikt się nie koncentrował specjalnie nad tymi sprawami epoki lodowcowej i tej wartości faktograficznej związanej z paleontologią, z biologią, z historią, z lingwistyką, co mnie najbardziej porusza w tym.
[01:08:50] - Najbardziej zwięzłej monografii na temat i jest to wytłumaczone. Sama wędrówka, która na tym slajdzie ma odzwierciedlenie w ogóle w mitologii, gdzie poszczególne plemiona, które opadały, są w mitologii. I to było przez naukowców, zwłaszcza Australijczyków, opisywane w jakiś sposób.
[01:09:22] - I bardzo często właśnie tutaj w Polsce, że widziałem, jest naprawdę mnóstwo artykułów na ten temat i ja nie chciałem tego powtarzać, bo chciałem być po prostu oryginalny. I dlatego cała mitologia jest, powiedzmy, taką klamrą. Każde z tych plemion czy ludów ma swoje jakieś legendy dotyczące terenu. Ale co jest ciekawe, to potrafią się poruszać w tej czasoprzestrzeni. Na przykład wiedzeni tylko pieśnią. Mają takie dziwne środki komunikacji, które pozwalają im odnotować totemowe wartości odnaczającej przestrzeni. I to jest takie uniwersalne dla całej Australii i taki rzucony Aborygen byle gdzie nigdy się nie zgubi. To są też rośliny, to są też lecznicze jakieś środki.
[01:10:25] - Oni się w trochę innej warstwie świadomości komunikują z przyrodą niż my. I zapisane w formie pieśni czy nawet gry na bębenku i tańcu.
[01:10:44] - Multimedia.
[01:10:45] - Mit się uzewnętrznia multimedialnie kompletnie.
[01:10:49] - No właśnie.
[01:10:50] - Także nawet całe życie, cały cykl przyrody czy ten obrót był podporządkowany utworzeniu tej drogi, którą mityczne plemię topornistycznie w różnych miejscach przestrzeni, którą zamieszkiwali, się poruszali i każdy element z tego mitu założycielskiego był utwarzany w określonym czasie, był skorelowany z ruchem słonecznym.
[01:11:18] - Z ruchem słonecznym i również co mają ciekawe, na przykład jak byłem na północy Australii, to cały ten obszar jest oddany właśnie Aborygenom. Znaczy oni mają kontrolować ten bushfire, także nie ma tam żadnego problemu ze środowiskiem.
[01:11:35] - Zdając sprawę, że manipulacje środowiskowe, jakie Aborygeni prowadzili, doprowadziły do powstania dosłownie nowego typu środowiska. Coś tak jak u nas łąki kośne, które były bardzo bogate środowiskowo i miały dużo większą produktywność. Także wbrew pozorom przed przybyciem białych ta populacja ludzi była bardzo wysoka na te warunki, które są. I oni oczywiście, tak jak Indianie z powodu chorób były masowo zaczęli wymierać przywleczonych przez Europejczyków, ale ten sposób, właśnie gospodarka żarowa też jest wpisana w mit i to, w jaki sposób wypalało się, było częścią pieśni.
[01:12:23] - Pieśni i również kalendarza takiego biologicznego, który tłumaczył mi taki właśnie Aborygen, że na przykład kwitnienie pewnych kwiatów można dokładnie umiejscowić na przykład w jakimś tam tygodniu czerwca. I oni wiedzą, kiedy co mają robić. Tak samo bardzo było ciekawe, kiedy kąpałem się w ich sakralnych, bo pozwolili na to, sakralnych takich studniach, takich stawach, kiedy nie wolno było dotknąć niczego żywego tam. Oczywiście nie było krokodyli, ale były takie ryby, które mnie ciamkały. Jak się nazywają te ryby? Ja sobie teraz przypomnę. Barramundi.
[01:13:09] - Smaczne były, tak?
[01:13:11] - Nie. Ciekawe, czy się nadaje do jedzenia chyba, ale nie za bardzo.
[01:13:17] - Powiedz nam jeszcze coś o tym myślowym porozumiewaniu się na ogół aborygenów. Co z tym jest prawdy? Jak to wygląda? Zwoływaniu się na spotkania przez myśli, przez telepatię. Czy to jest prawda i jak to wygląda?
[01:13:35] - To już będzie troszeczkę takie hipotetyczne, bo wiadomo, że my, biali, specjalnie nie wierzymy w tego typu porozumienia, ale porozumienie duchowe występuje w każdej grupie. Ja myślę na przykład nawet tutaj. My między sobą nie musimy nawet mówić, a czujemy to samo. Więc jeżeli jest taki Aborygen posuwający się przez wszechświat, w którym istnieje paralelne uniwersum wypełnione duchami przodków i tutaj jest drugie, które służy temu paralelnemu uniwersum, to już są w jakiś sposób powiązani ze sobą. Ja mam takie swoje hipotezy, i je wrzuciłem w ramy książki o teleportacji, o pewnych wierzeniach Aborygenów, które mi posłużyły do napisania „Światów solarnych”. Ja ich tam użyłem do teleportacji całej rasy ludzkiej. Wiesz, w czasach XIX wieku mnóstwo ludzi zginęło, bo w tych statkach, którymi płynęli np. do Australii, rozbijali się o jakieś tam klify. W jednym miejscu, na przykład w Wiktorii, jest 2000 wraków pod wodą. Po prostu nawigacja zawodziła i kto wie, czy nie byłoby możliwe, że Aborygeni pozbierali tych ludzi, zanim zmarli i wywieźli gdzieś tam w głąb galaktyki, co się zdarzyło w moich „Śwatach solarnych”.
Także trudno mi powiedzieć. Musiałbym zasięgnąć informacji dokładnie, czy takie coś istnieje jak telepatia w wierzeniach aborygenskich, ale właściwie wydaje mi się, że oni nawet tego nie potrzebują, bo są tak spójni i tak zjednoczeni w tym, w co wierzą.
[01:15:48] - Tak. Ja chciałbym tylko jedno takie pytanie tobie zadać, gdyż się zorientowałem, że naprawdę długo i dużo czasu spędziłeś w szukaniu kontaktu z ludźmi aborygenami. Ja z moją żoną szukałem przez wiele lat dojścia do właśnie tych Aboriginal, ale zawsze gdzieś zakończyło się to szukanie na jakichś takich turystycznych centrach, które oni w pewnym sensie tworzą, żeby pokazywać malowidła, pokazywać takie kulturalne rzeczy. Ale nie udało nam się wejść w środek ich normalnego życia, w takie wioski. Chcieliśmy tydzień albo dwa tygodnie po prostu z nimi żyć. Tego się nam nie udało. Czy tobie się to udało?
[01:16:42] - Ja mam Aborygena w mojej rodzinie i nawet udało mi się go poczęstować wódką żołądkową gorzką. Także jesteśmy bardzo blisko.
[01:16:54] - Bardzo blisko.
[01:16:55] - Dobrze. Dziękuję bardzo. Już tutaj sobie wybniew. Proszę państwa, skoro już jesteśmy przy snach, a właściwie przy czasie snu byliśmy przed chwilą, to mam dla państwa coś bardzo à propos, a mianowicie kolejny odcinek „Clue: Bez Tajemnic” o spirytyzmie. Dzisiaj odcinek Q&A, część czwarta. I tak się złożyło, że poprzedni materiał był o czasie snu, a ten odcinek „Bez Tajemnic” będzie również dotykał tematyki snów. Zapraszam.
[01:17:59] - Dzisiaj takie szybkie Q&A. Akurat mam kilka pytań, które w większości dotyczą snów, więc będziemy mieli taką tematykę troszeczkę ujednoliconą. Pierwsze zagadnienie dotyczy snu, który miał jeden z moich widzów. W tym śnie zobaczył swojego zmarłego tatę i następnego dnia zmarła ciocia tego widza, czyli siostra tego zmarłego taty. I widz, internauta wyciągnął taki wniosek, że jego zmarły tata zabrał tę ciocię ze sobą, bo nie mógł znieść cierpienia i jej choroby, którą miała od paru lat. Czyli tutaj tak naprawdę pojawia się kwestia tego, czy zmarli przychodzą po żywych po to, żeby ich stąd zabrać. Nie. To znaczy tak, ale też nie. Tak w takim sensie, że nasi zmarli bliscy mogą nam towarzyszyć w tej ostatniej chwili, w tym przejściu na drugą stronę. I to oczywiście jest rzecz, która jest zupełnie naturalna po to, żebyśmy się nie czuli zagubieni, żebyśmy wiedzieli, co się dzieje i tak dalej.
Więc to tak. Oczywiście nasi zmarli bliscy przychodzą Do nas w momencie, kiedy mamy przejść na drugą stronę, czyli opuścić ten świat materialny. To tak. Ale nie przychodzą tutaj i nie mogą nas ci zmarli wyszarpnąć z naszego życia materialnego. To nie nasi bliscy zmarli decydują o tym, czy nasze życie już się zakończyło, czy nie. To jest sprawa troszeczkę bardziej skomplikowana. O tym decydujemy my, jak długo mamy żyć. O tym decydują też sprawy, w związku z którymi narodziliśmy się na tym świecie materialnym. Troszeczkę muszę się rozjaśnić. To są takie rzeczy.
Więc jeżeli ktoś mówi: „Moja ciotka przyszła po kogoś, jakiegoś wujka i tak dalej”, ona przyszła do niego, ale nie po to, żeby go, jak to niektórzy sądzą, zapewne uśmiercić i wziąć ze sobą. Nie. Nasi bliscy zmarli nie mają takiej mocy, żeby nas wysiudłać z tego naszego ziemskiego życia. „Witajcie. Mam do was pytanie. Czy wierzycie w moc czerwonej nitki na uroki przed złymi ludźmi? Czy ktoś z was to nosi?” Wiele osób to nosi, ale przecież nitka nie ma żadnego oddziaływania na to, co się dzieje w głębi naszej duszy, bądź nie ma wpływu na to, jakimi emocjami inni nas darzą. Jeżeli ktoś myśli o nas źle, z jakąś zawiścią na przykład, to taka osoba wysyła w naszym kierunku jakiś ładunek emocjonalny, jakiś ładunek energetyczny i kawałek nitki na ręce na pewno nie jest w stanie tego zatrzymać. To bardziej siła, taka nasza wewnętrzna siła, moc naszego ducha jest w stanie przeciwstawić się tym urokom, ale to zależy od naszego rozwoju duchowego, a nie od tego, kto jakiego koloru nitkę nosi na ręce. Więc sprawa chyba jest jasna.
Ale wiadomo, że są ludzie, którzy w to wierzą. Ja osobiście uważam, że to są bzdury. Jeden z internautów zapytał, czy po swojej śmierci spotka swoją babcię. Tutaj ja nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, ale należy się zastanowić, czy ta relacja między tymi członkami rodziny była na tyle mocna i ważna, aby te duchy miały dalej utrzymywać jakiś kontakt ze sobą. Wiadomo, jak podaje spirytyzm, że duchy lubią się łączyć w jakieś grupy i to są grupy, które mogą później na przykład reinkarnować się, grupy duchów, które mogą się reinkarnować w tej samej rodzinie wielokrotnie, gdzie duchy co jakiś czas przyjmują inne role. Czyli jeden duch jest raz babcią, raz jest wujkiem, raz jest przyjacielem rodziny, innym razem jest córką, potem i tak dalej. Oczywiście może na przykład w takiej grupie duchów reinkarnujących się w jednej rodzinie może się znaleźć jakiś przypadkowy duch, czyli na przykład jakiś duch, który wcześniej z tą rodziną nie miał kontaktu, ale powiedzmy, że na przykład musi wyciągnąć jakąś lekcję, musi się nauczyć, musi poczynić jakiś postęp moralny, powiedzmy, bądź intelektualny. I teraz duch, który jest zacofany w taki czy inny sposób, może na przykład zostać skierowany do inkarnowania się w takiej rodzinie po to, aby ta rodzina miała pozytywny wpływ na tego ducha. Więc jeżeli taki duch odrobi swoją lekcję i przeżyje swoje wcielenie w danej rodzinie, nauczy się czegoś bądź na przykład zmarnuje takie wcielenie, to też nie jest wykluczone, że następnym razem wcieli się w jakiejś innej rodzinie, w jakiejś innej grupie duchów, niekoniecznie w tej samej. Czasami mówimy o tym, że ktoś jest na przykład czarną owcą w rodzinie.
Ja osobiście wierzę, że takie osoby to są tacy spadochroniarze, można powiedzieć. Oni zostali wrzuceni do danej rodziny i oni swoim charakterem, swoimi poglądami w ogóle nie pasują do całej reszty, gdzie inni się bratają, klepią się po ramionach i tak dalej. A tutaj mamy w samym środku kogoś, kto po prostu wpadł jak śliwka w kompot i tak naprawdę nie wiadomo, co on tutaj robi. Więc mnie się wydaje, że to są takie sytuacje właśnie. I teraz czy internauta spotka swoją babcię po swojej śmierci? Jeżeli ta babcia była czy jest duchem zaprzyjaźnionym z tym właśnie internautą, to oczywiście, że się spotkają, ponieważ te duchy kontynuują te relacje później, już po śmierci, po opuszczeniu świata materialnego. Ale jeżeli na przykład ta babcia bądź ten internauta to są tacy spadochroniarze, którzy wpadli tam jak śliwka w kompot i teraz próbują coś ze sobą robić i okazuje się na przykład, że między duchem babci, czyli przodka, a tym duchem, który jeszcze jest wcielony, nie ma jakiejś głębszej relacji, nie ma jakiejś relacji, która miałaby do czegoś w przyszłości prowadzić, to taka relacja nie jest utrzymywana. Więc ja mogę powiedzieć tyle na podstawie informacji, których dostarczył internauta. I to chyba głównie o to chodzi. Ale takie same sytuacje przecież zauważamy w naszym życiu codziennym, gdzie spotykamy ludzi, z którymi później utrzymujemy kontakt.
Nawet jeżeli na przykład w pracy mamy z kimś zrealizować jakiś projekt, to czasami trafiają się fajni klienci, z którymi później człowiek ma ochotę utrzymywać kontakt, a z innymi klientami się żegna. Projekt zostaje skończony, wystawia się fakturę, dziękuję, do widzenia i już nie ma tej relacji. I nawet jeżeli w takiej relacji było coś sympatycznego, coś miłego, ta relacja wcale nie musi być kontynuowana. I dokładnie tak samo jest w tym świecie duchowym. Więc nie wiem, czy spotka babcię. Może tak, może nie. Tyle powiedziałem i tak naprawdę nie powiedziałem niczego. „Dlaczego wiadomości od duchów są zaszyfrowane? Jeżeli po śmierci zachowują świadomość, to dlaczego nie są w stanie udzielić prostych odpowiedzi? Tak było na przykład w książce Test.
Dowód na istnienie życia po śmierci, która bardzo mnie rozczarowała”. Ale zrobiłem się jasny. Tak, ten materiał, o którym pisze internauta, ta książka. Ja o tej książce zrobiłem już dosyć dawno materiał. To znaczy, nie zrobiłem materiału, tylko przetłumaczyłem rozmowy francuskich mediów na język polski, abyście wy, moi widzowie, mogli ten materiał zobaczyć. I rzeczywiście w tej książce medium nie udało się przekazać pełnej informacji od ducha ojca autora książki. Jeżeli ktoś nie wie, o co chodzi, to proponuję, abyście sobie obejrzeli ten materiał o książce Test. Znajdziecie sobie na moim kanale. I teraz dlaczego duchy, czy na przykład ten konkretny duch, nie mógł przekazać tej wiadomości w pełni? Jest kilka powodów.
Po pierwsze duchy, gdy przechodzą na drugą stronę, duchom zmienia się świadomość. To znaczy oni patrzą na nasze życie już z troszeczkę innej perspektywy i nie zawsze uważają, że to, co dla nas jest istotne, jest istotne również dla nich. I oni mogą chcieć bądź mogą nie chcieć na przykład poruszać niektórych tematów, uważając, że nawet jeżeli oni sami zajmowali się tym za życia, to tak naprawdę to są błahostki, które nie mają większego znaczenia, jeśli spojrzeć na nasze życie materialne z dalszej perspektywy. To jest jedna rzecz. Więc duchom może się nie chcieć, ponieważ uważają, że to po prostu nie ma głębszego sensu, nawet jeżeli my jako ludzie tutaj wcieleni uważamy inaczej. Druga sprawa, może być problem nawiązania kontaktu z medium, gdzie ten kontakt z medium jednak, żeby był udany, to duch musi z tym medium dobrze współgrać. Ja wielokrotnie już to tłumaczyłem na moim kanale. Moi stali widzowie wiedzą, o co chodzi. Więc może się okazać tak, że przychodzi ten duch do tych mediów, które wybrał sobie syn denata i ten duch na przykład nie może nawiązać z nimi takiego super dobrego, płynnego kontaktu, więc przekazuje tylko jakieś tam szczątki informacji, ewentualnie przekazuje tylko jakieś emocje i tak dalej. Więc to też może wpłynąć na słabą komunikację z duchem.
Trzeba też pamiętać, że komunikacja duchów z ludźmi wymaga ze strony duchów jakiegoś nakładu energii, więc duchy też przekazują swoje informacje możliwie skrótowo. Oczywiście znamy komunikaty bardzo długie, chociażby z literatury spirytystycznej, gdzie duchy były w stanie dyktować bardzo długie teksty, które były spisane metodą psychografii, przecież w ten sposób powstawały książki, które również znamy, chociażby książki spisane przez Chico Xavier bądź Divaldo Pereira Franco i wiele innych mediów. Więc owszem, duchy mogą przekazywać bardzo długie komunikaty, ale obserwując pracę, że tak powiem, takich przeciętnych mediów, cokolwiek to nie znaczy, to też w wielu przypadkach duchy przekazują tylko takie informacje, które są w stanie ich, powiedzmy, zidentyfikować, gdzie ich bliscy po prostu nabiorą pewności, że ten konkretny duch to jest właśnie ta osoba, a nie ktoś inny, że medium sobie nie wymyśla. Więc czasami nawet takie szczątkowe informacje, które dla ogółu mogą nic nie znaczyć, mogą być bardzo ważne i wystarczające dla adresata. Więc osoby, które obserwują taki kontakt gdzieś z boku, mogą wyobrażać sobie, że to medium coś tam wymyśla. W zasadzie to nie są żadne konkrety, a przecież coś takiego to powiedziałoby każde medium i tak dalej. Nie, ale tutaj nawet składnia zdania, budowa gramatyczna jakiegoś zdania może podpowiedzieć, że tak powiem, klientowi, że medium rzeczywiście połączył się z tym konkretnym duchem. „Mam pytanie, co się dzieje z duszą podczas kremacji, gdy jest silnie związana ze światem materialnym? Mam konkretnie na myśli przypadek Augustine Michel, w nawiasie niebo i piekło według spirytyzmu, która z ciałem fizycznym po śmierci była związana jeszcze przez wiele tygodni i odczuwała z tego powodu ból, a jej ducha ciągnęło do zwłok. Czy kremacja w porównaniu do zwykłego pogrzebu nasili ból, czy raczej je skróci poprzez zerwanie na siłę więzi z ciałem?” To wszystko oczywiście zależy od przywiązania ducha do materii.
Jeżeli człowiek żyje, że tak powiem, dla materii, dla przedmiotów materialnych, a w jego życiu ta duchowość jest mało obecna, nie zajmuje zbyt wiele miejsca, to rzeczywiście duch w chwili śmierci będzie potrzebował trochę więcej czasu, aby opuścić ten świat materialny, aby zerwać więzi, te więzy ze swoim ciałem materialnym. I rzeczywiście zdarza się, że w chwili kremacji duch jeszcze może odczuwać sensacje związane właśnie z tą kremacją, ale w momencie, kiedy ciało zostanie spalone w proch i tak naprawdę przestaje istnieć, to prawdą jest, że przecież tych więzów nie ma, bo ten duch już nie ma z czym się więzić. Z czym się więzić. Wiązać, więzić, w pewnym sensie więzić w materii jak w pułapce, w klatce. W każdym razie ten duch już nie jest związany z tą materią, ale jego usposobienie, jego nastawienie, jego niski rozwój, że tak powiem, sprawiają, że on dalej czuje pociąg do tej sensacji. I w literaturze spirytystycznej mamy przykłady duchów, które już nie miały tego ciała materialnego. Już od dawna to ciało się rozłożyło, a te duchy nadal odczuwały tak jakby wpływ tego ciała. Ale ten wpływ, ta sensacja, te odczucia były, że tak powiem, narzucone duchowi w pewnym sensie, bądź to były odczucia, które duch mógł sobie sam kreować w jego myśli, ale nie ma to nic wspólnego, że tak powiem, z jakąś taką nawet duchową, bym powiedział, rzeczywistością. Więc mamy też, i o tym też robiłem materiał, relacje mediów, które twierdzą, że kremacja w żaden szczególny sposób nie wpływa na ducha. Po prostu tę kremację się dokonuje i duch po prostu odchodzi w siną dal, że tak powiem.
Czy fotografia kirilianowska jest dowodem na istnienie świata duchowego? Jeżeli ktoś nie wie, to jest fotografia na przykład ludzkiej aury, ale nie tylko ludzkiej. Są też fotografowane rośliny, przedmioty. I teraz, czy to czegoś dowodzi? Naukowcy materialistyczni powiedzą, że ta fotografia ukazuje wyładowania elektryczne, które gdzieś tam w naszym organizmie sobie istnieją, sobie funkcjonują, pojawiają się. Ja osobiście widziałem kiedyś film dokumentalny na temat badania aury i to był film, który nie mówił w żaden sposób o świecie duchowym i tak dalej, tylko to po prostu były badania w laboratoriach, gdzie fotografowano mężczyznę i nawet zdaje się, jeśli dobrze pamiętam, już dawno ten film widziałem, w którymś momencie ukłuli go igłą i na fotografii w miejscu tego ukłucia ta aura, która pojawiała się wokół człowieka, miała dziurę, więc to ukłucie wpłynęło faktycznie na tę aurę, która się pojawiała wokół człowieka. Wiadomo też, że ta aura zmienia się, ona nie jest jednostajna, zmieniają się jej kolory w zależności od emocji, w zależności od charakteru człowieka. Nie wiem, czy użyłbym tego argumentu w rozmowie z jakimś materialistą, który wysunąłby jakieś swoje argumenty. I jeszcze ostatnia rzecz. Jakiś czas temu nagrałem, opublikowałem na moim kanale materiał pod tytułem „Opętana rodzina”.
Tę samą wersję materiału, tylko troszeczkę skróconą, przetłumaczyłem, nagrałem w języku francuskim, ponieważ Reynald Russell, medium, które moi widzowie znają, prosił, aby podzielić się z nim tą wiedzą, którą w tym materiale przekazałem. Najwyraźniej temat zainteresował go chociażby z tytułu, który we Francji mógł pojawić się w języku francuskim. W każdym razie ten materiał został przetłumaczony na język francuski i Reynald Russell opublikował to nagranie na swoim kanale na Facebooku, więc to nagranie poszło w świat. Nawet tam widziałem, że jest kilka setek odsłon tego materiału. Nie usłyszałem od Reynalda Russella żadnych krytycznych uwag odnośnie tego materiału i tych moich poczynań, które tam w tym materiale opisałem, więc wychodzę z założenia, że nie minąłem się z prawdą. No bo skoro medium praktykujące i medium kardecjańskie po prostu uważa, że to, co powiedziałem, jest poprawne, to znaczy, że takie po prostu jest. Dla mnie to jest satysfakcja, ale mówię to także w odniesieniu do niektórych komentarzy mniej przyjemnych, które pojawiły się pod tym oryginalnym polskim nagraniem na YouTubie. Niektóre, już takie skrajnie złośliwe komentarze po prostu usunąłem. No bo dlaczego mam się godzić, żeby ktoś mnie obrażał na moim własnym kanale? Więc niektóre takie komentarze usunąłem, ale teraz mówię o tym, ponieważ chciałbym tylko podkreślić, że to, o czym opowiadam w tym konkretnym odcinku o opętanej rodzinie, to nie są jakieś bzdury i wydaje mi się, jestem wręcz przekonany, że ta ścieżka postępowania w takich sytuacjach, którą tam opisałem, jest jak najbardziej słuszna.
Szczególnie, że ta rodzina, o której opowiadałem w tym materiale o opętanej rodzinie, ona nauczyła się z tymi fenomenami żyć. Te fenomeny spirytystyczne ich nie opuściły, ale przynajmniej oni nie panikują. I to jest tylko taka satysfakcja, którą mam, taka mała satysfakcja, że te rady, których mogłem udzielić, bo jedynie w taki sposób teoretyczny mogłem im pomóc, że jednak ma to jakieś swoje oddziaływanie. I nie pomyliłem się w ocenie sytuacji, więc fajnie. I mówię to Po to, abyście wy, moi widzowie, wiedzieli, że ta ścieżka postępowania jest odpowiednia. Tylko trzeba chcieć to zrozumieć. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[01:38:12] - Czy wiedzą państwo, co to są drable? Ci, którzy uprawiają, to wiedzą. Ci, którzy nie uprawiają i nie interesują się specjalnie różnymi eksperymentami literackimi, to wiedzą albo nie wiedzą. Trudno określić. To ja powiem oczywiście. Drable to taki krótki utwór literacki o długości dokładnie 100 słów. Po co się pisze drable? Ćwiczy się dzięki temu zwięzłość. Taka umiejętność to dobre sprawdzenie zdolności autora do wyrażania interesujących i znaczących idei w ograniczonej ilości słów, w ograniczonej przestrzeni literackiej. Skoro już wiemy, co to są drable, to ja zapraszam państwa na drable Krzysztofa T.
Dąbrowskiego. Zapraszam państwa, ale to nie będzie koniec drabli na dzisiaj. W każdym razie pierwsza część drabli Krzysztofa T. Dąbrowskiego przed nami.
[01:39:24] - Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable. Drable. Drable. Drable. Poszedł na kręgle i się niebezpiecznie zaokrąglił. Poszedł na koncert grupy Kombi i coś skombinował. Poszedłby na piechotę, ale boi się, że go zastrzelą.
Wysiadłby, ale martwi się, że mu coś wysiądzie. Napiłby się, ale znowu potem będzie przeciekać. Poszedł postrzelać i trafił go postrzał. Poszedł do komunii i został komunistą. Zakurzyłby fajkę, ale uczulony na kurz. Zaliczyłby pannę, ale słaby z matematyki. Przebiłby piątkę, ale żal mu monety. Jechał metrem, ale wolałby kilometrem. Poszedł do opery i uznał, że woli Internet Explorera. Skoczył do kina z dziesiątego.
Zginął na miejscu. Drable. Czas nie jest linią wiodącą od do. Ma wiele pasów, po których mkną życia, ale każdy pas kiedyś się urywa. Ze starych, nim znikną, wyłaniają się pasma nowego życia. Te przeplotą się z innymi, by tworzyć kolejne. I tak w nieskończoność. Czas plecie się, póki istnieje życie. Mnogość żyć. Splątane pasma tworzą coś w rodzaju czasoprzestrzennego gobelinu, ale on nie jest stały.
Poza czasem skrywają się czasochłony. Bywa, że wyłaniają się z niebytu, kradnąc czyjś czas. Ten ktoś znika, jakby nigdy nie istniał. Gdy znika nić, materiał się pruje. Skutek jest odczuwalny dla całości. Może dlatego jesteśmy świadkami niewytłumaczalnych zjawisk. Drable. W szkole mi dokuczano. Chuligani z osiedla regularnie mnie okradali, czasem bili dla sportu. Przez to wszystko stałem się nieśmiały, więc nie miałem powodzenia u kobiet.
W końcu znalazłem miłość z wzajemnością. Po roku zdradziła mnie z przyjacielem. Okradziono mnie, oszukano. Zaciskałem zęby. Odkryłem swoją pasję. Coś, w czym wreszcie byłem dobry. Osiągnąłem sukcesy, ale zawistnicy ze środowiska sfabrykowali na mnie okropne bzdury, by pozbyć się konkurencji. Zniszczyli mi marzenia. Związany z tym koszmarny stres zrujnował zdrowie. Jesteś kluczową postacią dla tego etapu.
Od ciebie zależy, czy ludzkość przetrwa. Pomożesz nam? Nie. Odpowiadam bez zastanowienia. Niech gniją w piekle. Drable. Dolecieliśmy. Wybudzono nas z hibernacji. Rodzice, gdyby żyli, mieliby teraz ponad 500 lat. Żona 480.
Dzieci. Żadne z nich już nie żyje. Łzy rozmywają widok kilku fiolek. Oto kondensat organiczny. Czy to nadal będą oni? Niby tak. Na dyskach skopiowane są ich wspomnienia i sieci neuronowe mózgów. Gdy ich sklonują, naniesione zostaną wzorce neuronowe. Powrócą jako tak zwani wskrzesiciele. Nie będą o tym wiedzieli.
Wgra im się sztuczne wspomnienia o ewakuacji z umierającej Ziemi. Tylko tyle można było zrobić. Na statku nie było miejsca, by zmieścić wszystkich. Postanowiono uratować tylko elitę. Może ja też? Drable. Chciałabym ją usunąć. Jest pani pewna? Tak. Bo wie pani, to dopiero drugi tydzień.
Ma pani jeszcze cztery do namysłu. Wiem, ale już przemyślałam i nie zmienię zdania. Wie pani, że to będzie kosztować, a wpłaty za klonowanie nie zwracamy. Zdaję sobie z tego sprawę. Po prostu jednak nie byłam gotowa na to, że po świecie będzie chodziła moja kopia. Dobrze. Zatem zapraszam do klonarium. Takie przepisy, że przed aborcją klona osoba rezygnująca musi zobaczyć swoją kopię w sztucznej macicy. Politycy liczyli, że taka konfrontacja doprowadzi co wrażliwszych do zmiany zdania. No cóż, skoro nie da się inaczej.
Drable. Nie mogliśmy się pogodzić ze śmiercią taty. To była droga usługa, ale postanowiliśmy to zrobić. Sklonowaliśmy ojca z zamrożonego uprzednio fragmentu tkanki. Zanim to zrobiliśmy, w naszej rodzinie miała miejsce kolejna śmierć. Tym razem zmarł dziadek. Też zleciliśmy zamrożenie fragmentu ciała, bo i jego zamierzaliśmy przywrócić do życia. Tak w ogóle to cudowna sprawa. Od teraz będziemy żyć wiecznie, bo w razie śmierci będziemy klonowani. Wkrótce okazało się, że w ciele ojca zagnieździła się dusza dziadka.
Dziwna sprawa. Dziadek stał się własnym synem i poniekąd naszym. Sklonowaliśmy dziadka, by wrócił do nas tata. O zgrozo! W klonie dziadka odrodził się złośliwy sąsiad. Drable. Mimo osłabienia mężnie parł do przodu. Przed nim były wrota. Po ich przekroczeniu będzie musiał uważać, by w ciemnościach na nic nie wpaść, nie narobić hałasu. Była to jednak jedyna droga do komnaty, w której znajdzie spokój i ukojenie.
Nie mógł tylko zbudzić. Gdy już był przy wejściu, o dziwo wrota same się otworzyły i na jego udręczoną twarz padło oślepiające światło. „Litości!” — zajęczał. Jednak istota nie zamierzała być litościwa, a co gorsze, kipiała gniewem. Schwyciła go szponami za odzienie i brutalnie wciągnęła do środka. „Ty cholerny pijaku!” — zaskrzeczała jego żona. Drable. Obyś żył w ciekawych czasach. Niestety żyję. Rok temu wybuchł największy skandal w dziejach ludzkości.
Wyszło na jaw, że rząd światowy eksperymentował na swych obywatelach. Wyciekły informacje, że od wielu lat wykorzystywano nasze wszczepy domózgowe do eksperymentów polegających na sprawdzaniu, na ile jesteśmy podatni na manipulacje na odległość. Rządzący mogli wkładać nam do głów obce myśli albo wywołać u nas określone zachowania. Najgorsze, że mogli wywoływać u nas fałszywe uczucia. Wielu wariatów nagle przestało słyszeć głosy. Seryjny morderca okazał się niewinnym człowiekiem. A ja wczoraj rozwiodłem się z żoną, której tak naprawdę nie kochałem. Uczucie było wgrane do mej głowy. Drable.
[01:46:35] - Ktoś z państwa zapyta: a gdzie jest Filmotekarium? Filmotekarium! Dawaj Żelkowski. Już właśnie nadpływa, nadciąga. Piotr czeka w blokach startowych i zaczynamy Filmotekarium. Dzisiaj film „Jules”.
[01:46:54] - Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:46:56] - Witam, witam.
[01:46:57] - Filmotekarium czas zacząć. Waćpan gotowy?
[01:47:02] - I tak, i nie powiem ci. W dzisiejszym Filmotekarium przynosimy wam kolejną nowość. A że filmy o UFO traktujemy zawsze jako priorytet, to dzisiaj takowy znowu u nas gości. Będzie to „Jules”. I tu bym sobie westchnął i chciał coś powiedzieć, ale nie powiem, bo bym spalił na samym początku. Powiem tyle: film opowiadający o bliskim kontakcie między ludźmi a tak zwanym szarakiem, kosmitą. Jednocześnie muszę powiedzieć, że to jest film, o którym słyszałem w internecie od dawna. To znaczy pojawiały się jakieś zapowiedzi, zajawki, jakieś screeny widziałem, ale film się dopiero pojawił względnie niedawno. Uff. Co byś dodał, żeby zachęcić naszych widzów do sięgnięcia po „Jules’a”?
[01:47:51] - Ja nie wiem, czy to, co powiem, zachęci, czy zniechęci, ale ja ten film odbierałem na dwóch płaszczyznach. Jako taki lekko science fictionowy film o UFO. To pierwszy poziom, pierwsza płaszczyzna. I jako film o starości. Taki dosyć przygnębiający film o starości i o tym wszystkim, co się z tym wiąże. W pewnym momencie zacząłem nawet odnosić wrażenie, że reżyser, być może scenarzysta również, to byli wielcy artyści i postanowili opowiedzieć historię rozpadu człowieka, rozpadu jego osobowości, starości po prostu. Postanowili opowiedzieć, używając figury przenośni związanej z UFO, związanej z tego rodzaju zjawiskami, które z UFO się wiążą. I tak naprawdę to UFO, obcy w tym filmie pojawiają się tylko po to, żeby ukazać nam pewien dramatyzm, pewną beznadziejność i tragiczność ludzkiego życia. Taka troszkę książka o sytuacjach granicznych, trochę związana z takim nurtem. Mnie się to zaraz skojarzyło, ale wiadomo, że ja mam fioła na punkcie filozofii, gdzieś tam z Jaspersem, z sytuacją graniczną, z tym, że człowiek to jest tak naprawdę egzystencja i z egzystencjalizmem właśnie.
I później nie mogłem się już z tego wypisać. Już mi trudno było wrócić do tej narracji ufologicznej, bo cały czas mi się to przekładało właśnie W takie filozoficzne wątki i ja już się tym filmem jako filmem o UFO, o obcych nie mogłem cieszyć po prostu. To był dla mnie zupełnie inny film, jakby ktoś mi zwrotnicę przestawił. Ja już nie mogłem wrócić i oglądałem film o staruszkach.
[01:50:09] - Może to było też dlatego, że ten wątek z kosmitą był tak jak kwiatek do kożucha. Był tak mdły, że lepiej było zwrócić uwagę na tą drugą część. Ja powiem tak: trudno dzisiaj o dobre filmy o UFO. I kiedy oglądałem zapowiedzi filmu „Jules", to myślałem, że to będzie właśnie, chociaż utrzymana w lekkim tonie komedia czy komediodrama, że jednak będzie tam wątek fantastyczny. Zawiodłem się. „Jules" jest wyraźnym dowodem tego, że trudno robić filmy dobre o kosmitach. Ogólnie tu mamy problem już na samym początku, bo jak powiedziałeś: UFO, obcy to są tylko preteksty i to jest naprawdę taki symbol, na tle którego są pokazane rozterki głównych bohaterów. Z drugiej strony jakieś takie dziwne skojarzenie z Alfem cały czas miałem i ten film, muszę powiedzieć, mierził mnie. Nie podobał mi się, bardzo mi się nie podobał. Nawet jeżeli mówimy tutaj o tej warstwie symbolicznej, okej, coś w nim było nie tak.
Ale do rzeczy. Mamy tam przedstawioną historię Miltona, wdowca, emeryta, który ma dość utrudniony kontakt ze swoimi dziećmi. Z synem chyba w ogóle nie ma, a jego córka uważa, że powinien trafić do domu starców, ponieważ ma już zaczątki demencji. Jako lokalny aktywista on się snuje po życiu, po ekranie, po tej lokalnej społeczności, aż do jego ogródka spada UFO i niszczy mu grządki. Staruszek, grany przez dość znanego aktora swego czasu Bena Kingsleya, coś tam przebąkuje ludziom o UFO, ale myślą oni, że już mu do końca odbiło. W końcu to taki bardzo duży skrót jest, przekonuje do swoich racji tylko dwie znajome, które mają okazję poznać tego kosmitę, tytułowego Jules'a, niemowę i razem przeżywają z nim niezwykłe przygody. Oczywiście tutaj żartuję. Marku, ważna rzecz: jak ci się podobał ten tytułowy Jules? Czy ta kukła, istota, przebrany człowiek zrobiła na tobie jakieś piorunujące wrażenie? Bo wydaje mi się, że dobrze, że oni uratowali ten film opowieścią o starości, bo popłynęliby całkowicie.
[01:52:20] - Powiem tak, że ja zawsze jestem taki niepoprawny politycznie, ale ten kosmita wyglądał jak jakiś człowiek ogarnięty poważnymi deficytami. Dobieram słowa, bardzo państwo to doceńcie, że staram się jednak nie wywalać kawy na ławę, będąc niepoprawnym politycznie. Więc on sprawiał wrażenie takiego gościa z deficytami umysłowymi to na pewno, a fizycznymi kto wie. Nie znam fizjologii obcych. Tak się gapił, coś tam niby próbował się komunikować, ale niespecjalnie intensywnie. Oglądał telewizję, a w ogóle cały czas się gapił i trochę tempo mi strasznie wyglądał ten obcy. I to nie tylko, że tak z fizjonomii, ale również zobaczcie państwo po zachowaniach, to on też taki zalotny nie był. A w ogóle Piotrze, kiedy powiedziałeś o skojarzeniach z Alfem, jak się to mogło nie skojarzyć z Alfem, skoro w pewnym momencie pojawia się problem kotów. I to nie kotów, tak jak je Alf zamierzał używać, ale te koty w sumie pełnią bardzo istotną rolę związaną z napędem tegoż pojazdu, który się rozbił w ogródku. Ja mam wrażenie, że ten wątek akurat miał podkreślić absurdalność tej sytuacji i jej nierzeczywistość, jej takie właśnie proweniencje związane z tym, że facet po prostu mocno się postarzał.
Jakaś tam demencja być może wchodzi w grę i raczej z tym to jest związane niż z rzeczywistym przybyciem. To jest oczywiście z mojej strony próba narzucenia pewnej narracji, próba pewnego odczytania tego filmu. Nie jedyna i możecie państwo zupełnie inaczej na ten obraz patrzeć. Ja niestety odnosiłem takie właśnie wrażenie, że usiłuje nam się sprzedać historię niby o UFO, żeby ludzie przyszli, a tak naprawdę opowiadamy historię o czymś zupełnie innym, o czym to już powiedziałem. Co więcej, wykorzystuje się pewne preteksty, żeby nam dać ślad, żebyśmy wiedzieli: słuchajcie, to nie jest film o UFO. To jest film o tym, co się ze sporą częścią z was stanie, kiedy przekroczycie tę siedemdziesiątkę, może osiemdziesiątkę, a niektórzy jeszcze później, ale wcześniej czy później te struktury w mózgu zaczynają się rozpadać. No i co ja mam państwu wesołego do powiedzenia? Niestety nic. I w tym filmie też nie jest wesoło. To znaczy od czasu do czasu tam usiłuje się przemycić coś zabawnego, ale to wcale zabawne nie jest.
I ja też odnoszę wrażenie, że to było zrobione, i tu w sumie chwała dla scenarzysty i reżysera, że to było zrobione specjalnie, żeby podkreślić fakt, iż starość to nie jest coś wesołego, coś, co nas szczególnie rozbawi. Nawet jak wydaje się z zewnątrz, że jest wesoło, to tak naprawdę bywa tragicznie. Muszę powiedzieć, że ten film, tak jak już to powiedziałem na początku, nie usatysfakcjonował mnie, jeśli chodzi o UFO, ale jakąś zadrę intelektualną we mnie zostawił i to taką nieudawaną, niestety. Być może dlatego, że jak śpiewano w „Czterdziestolatku" bliżej jest niż dalej i o tym wiem. Być może to jest taka kwestia osobnicza po prostu.
[01:56:28] - Wiesz co, mnie ten film nie podobał się ani na tej płaszczyźnie, powiedzmy dramatycznej, symbolicznej, filozoficznej, mówmy jak chcemy, ani na tej fantastycznej, której w zasadzie tam nie było. Oczywiście ja się tu nie skarżę, bo wiedziałem przecież, że to jest komediodramat sci-fi, ale szczerze mówiąc przypuszczałem, że to nie będzie aż tak płaski, nudny, nijaki. Ten film był nijaki. On nie był ani śmieszny, ani za bardzo tragiczny. Ja sobie zobaczyłem, co piszą inni także na świecie. I tam oczywiście, że to taka cieplutka, podnosząca na duchu opowieść. Dla mnie nie. Ten film mnie nie wciągnął. On mnie wręcz wypluł. Nie wciągnął mnie w żadnym sensie, pod żadnym kątem, w żadnym aspekcie.
Jest tam parę fajnych scen. Fajny wątek, kiedy ten Jules unieszkodliwia napastnika, który chce zamordować jego koleżankę. To ma tam potem jakieś swoje reperkusje, ale niestety to w sumie jedyny element jakiegoś szoku, tajemnicy czy zaskoczenia w tym filmie. Ogólnie jak na film z UFO, nawet takim symbolicznym, to tam brakuje jakiegoś fantastycznego wątku. Tam emocji brakuje, elementu zaskoczenia. Wszystko się toczy w takim bardzo powolnym tempie. Niektórzy powiedzą, że tak musi być, ale pamiętasz, omawialiśmy już chyba nawet nie raz filmy, gdzie to UFO było pretekstem do jakichś wydarzeń, historii, jakiegoś plotu. Był taki hiszpański film, nie wiem, czy pamiętasz, „Extraterrestre” on się nazywał, gdzie trzy osoby były zamknięte, dwie osoby w sumie, potem trzecia doszła. Były zamknięte w mieszkaniu, bo przyleciało UFO i to UFO pokazano chyba dosłownie parę razy, a historia i tak była fajna. A tutaj nie wiem, powiem ci tak: ten kosmita to jest w ogóle niemowa.
W sensie wizualnym to jest bardzo niefajnie zrobiona postać, nieoryginalna, nadająca temu filmowi taką infantylność. Jeżeli dochodzą te skojarzenia z Alfem, to to się robi jakieś naprawdę dziwne i stanowi wartość ewidentnie ujemną. To samo oczywiście dotyczy statku, nawet nie wiem, co tu dodać. Ten film jest nieśmieszny, chociaż chyba miał być śmieszny. Jest ślimaczy pod względem tego przekazu. Brakuje mu takiej bożej iskry, która sprawia, że czasami się chce oglądać nawet największą tandetę, a tutaj tego elementu dramatycznego nie ma. Może to efekt tego, że reżyser, który się nazywa Marc Tartabull, produkował do tej pory właśnie takie przyjazne, wesołe, życiowe produkcje typu komedie romantyczne czy jakieś takie bajery. Muszę powiedzieć, że zmarnowałem te prawie 90 minut na oglądanie „Jules'a", ale oddam ci głos, bo jeszcze jest jedna rzecz, o której chcę powiedzieć. Dlaczego ten film mnie wypluł?
[01:59:26] - Ja powiem jeszcze o jednej rzeczy. Powiedziałeś o elementach komediowych. One tam są, tylko one nie są takie, że się śmiejemy pełnym głosem i w ogóle po prostu słychać taki głośny, donośny śmiech. One są sytuacyjne, te sytuacje komediowe, sytuacje sytuacyjne. Nieźle, jestem w niezłej formie. W każdym razie, kiedy on na kolejnych zebraniach, nie wiem, rady miasta czy czegoś takiego, ciała, które w tym miasteczku obraduje co jakiś czas, on nieustannie zgłasza te same problemy. I kiedy w pewnym momencie wszyscy się ekscytują, bo poza stałą listą owych problemów, które zgłasza na każdej sesji, zgłasza kwestię tego UFO w ogródku, wszyscy przyjmują to tak spokojnie i to na zasadzie takiej: staremu popierdzieliło się w głowie. Oczywista sprawa. Więc te elementy komediowe są wyciszone. One są bardzo związane z sytuacją, w jakiej jest główny bohater.
I one, powtarzam, one nie śmieszą do rozpuku, ale jednak pewien element komediowy, ale też taki komediowo-tragiczny jest. Bo to jest też film pokazujący stosunek społeczeństwa, na przykład córki, na przykład tych ludzi, którzy na tym zgromadzeniu miejskim są zebrani, do starszych ludzi. Dzisiaj zresztą taka tendencja panuje. Jak starszy, to wiadomo, że głupi. Jak starszy, to wiadomo, że nic mądrego nie może powiedzieć, bo przecież nie wie, jak się komputer obsługuje, nie wie jak to, tamto, sramto i owamto. I w związku z tym wiadomo, że jak ktoś ma ileś lat, to głupi jest po prostu. To troszeczkę idzie odwrotnie z przekazem, który towarzyszył nam przez wieki. Kiedyś starość, siwe włosy ceniono, bo może to nie byli ludzie myślący do przodu. Zawsze był ten konflikt pomiędzy młodzieżą a starością, zasadzający się na tym, że młodzież patrzy w przyszłość, a starość już nie do końca, bo nie bardzo jest w co patrzeć. Ale od dawna, przez wieki było tak, że starość miała tym młodym coś do powiedzenia.
Coś, co ci młodzi olewali i to sobie powiedzmy całkiem otwarcie. Olewali, ale po latach to do nich wracało. Kiedy dziadek już był dawno pod ziemią albo babcia, to człowiek sobie przypominał: wow! Kiedyś słyszałem pewną rzecz na ten temat od dziadka czy babci i oni mieli rację. Pewne przekonanie takie panowało, pewien szacunek dla siwych włosów tak to sobie górnolotnie określmy. Tego dzisiaj nie ma. Dzisiaj jest potężny w społeczeństwie, przynajmniej w części społeczeństwa, tak zwany ageism, czyli my młodzi jesteśmy fajni, a wszystko, co tam się rusza po czterdziestce to głupie jest, to przynajmniej. A jak już po pięćdziesiątce to niedołężne, co po sześćdziesiątce to nie wiem, boję się nawet podejrzewać. Troszeczkę w takim klimacie żyjemy i obawiam się, że ten film trochę odpowiada na te nastroje, na to, co się wokół nas dzieje. A jeszcze jedną rzecz chciałbym powiedzieć.
Ten film, powiedziałeś Piotrze, że cię nie zaskoczył. On raz mnie zaskoczył. Miałem wrażenie, że zupełnie pod koniec, ja oczywiście państwu nie powiem, co się stanie, ale miałem wrażenie, że ten film jakoś nawiązuje akcją do filmu sprzed bardzo wielu lat, który nosił tytuł „Kokon”, a właściwie do drugiej części „Kokonu”. Właśnie nie wiem, co powiedzieć, żeby państwu za dużo nie zdradzić. Nie do końca tak się dzieje, jak sobie wyobrażałem, patrząc na ostatnie 10 minut filmu. Miałem nadzieję, ale nie do końca to tak się rozgrywa. Muszę powiedzieć, że tu Piotr, kiedy atakuje ten film bardzo słusznie, ma rację absolutną. Ten film, mam wrażenie, kończy się tak nijako. Właściwie nie wiadomo, jak on się kończy i co z tego ma wynikać. O ile staram się, jak państwo słyszycie, dzisiaj jestem bardzo aktywny i staram się tego filmu, chcąc nie chcąc bronić.
Idzie mi, jak idzie, ale końcówki tego filmu nie jestem w stanie bronić ani obronić.
[02:04:20] - Takim największym zarzutem wobec „Jules'a” jest to, że tam główny bohater w zasadzie nic nie mówi, mógłby nie istnieć, mogli by go tam posadzić i on by sobie siedział przed tym telewizorem w sumie i nic by się nie stało. Natomiast tam nie ma głównego bohatera. Główny bohater, czyli Milton, jest totalnie nijaki. Brak mu charyzmy. W ogóle te postacie są takie powycinane z papieru. To strasznie mi się nie podobało, że oni nie potrafili zrobić fajnej grupki. To nie byli tacy bardzo starzy ludzie znowu, ale powiedzmy seniorów. I to było takie odpychające trochę. W ogóle ten film był odpychający. Nie chodzi mi o wiek, nie chodzi mi o przedstawione problemy.
Chodzi mi, że on miał taki przedziwny klimat, taki sztywny. Ja to zaobserwowałem w wielu innych filmach, które żeśmy omawiali, ale to były zwykle filmy takiej kategorii B albo indie, czyli kino niezależne. I coś sprawia w tym „Julesie”, że my się tam dystansujemy od wszystkich bohaterów w sumie. Od bohaterów, od miejsc, od społeczności. W filmie wszystko jest nam obce. Przynajmniej mnie było bardziej niż ten sam obcy. Ja ci powiem tak, że do tej pory w drugiej odsłonie Filmotekarium żeśmy zrecenzowali chyba dotąd trzy filmy o obcych nowe i one wszystkie trzy były w sumie złe. Nie wiem, który jest na pierwszym miejscu, bo każdy z nich miał jakieś swoje mankamenty. „Julesowi” jest chyba najbliżej do tego filmu „UFO Szwecja”, o którym żeśmy mówili i który był taką przygodówką dla młodzieży. Natomiast „Jules” jest, jak niektórzy piszą, filmem dla nieco starszych osób, że on jest zrealizowany też w sposób trochę bardziej archaiczny, ale ja nie do końca tak myślę.
Widzę tutaj po prostu duży ładunek czegoś przeniesionego z innych filmów, z jakichś tam obyczajówek, z romansideł. I to wyszło taka straszna papka. Film z UFO w tle, ale fantastyka, rozrywka i zabawa to w ogóle jest słaba, przynajmniej dla mnie. Ja osobiście, gdyby nie fakt, że ratuje go może jakiś tam wydźwięk symboliczny, to ja bym tego w ogóle nie radził nikomu oglądać. Taka prawda. Ale rozumiem, że niektórzy z was mogą dostrzec tą wartość, o której Marek powiedział, czyli pokazanie świata z perspektywy starszej osoby. Chociaż wydaje mi się, że to też jest tak nie do końca, że słabość postaci, słabość nawet gry aktorskiej sprawia, że my się czujemy w tym filmie dziwnie i tak naprawdę nic mnie nie przykleiło do ekranu, nawet żadnej nici sympatii nie rozwinąłem z żadnym bohaterem, a to się zdarza właśnie bardzo często w filmach typu niższej klasy.
[02:07:30] - Ja mam wrażenie, Piotrze, że to też mogło być zamierzone, co oczywiście nie broni tego filmu, bo wiecie państwo, jest taka zadziwiająca zdolność filmowców, którzy jak im coś nie wyjdzie i ja nie wiem, czy to jest taki przypadek, ale jak im coś nie wyjdzie, to mówią: „To tak miało być, bo to miało być tak, że mieliście nie lubić tych postaci, mieliście nie wiązać się z nimi, bo to pokazuje, że starość to tak naprawdę jest samotność, że starość jest niezrozumiała, że ci staruszkowie coś mówią i nikt ich nie słucha. Ci staruszkowie mają jakieś swoje pragnienia, jakieś swoje marzenia i wszyscy to mają w nosie”. To tak miało być. Nie jestem przekonany, że to tak miało być. To, że ja staram się to tak odczytać, bo się zafiksowałem na pewnym odczytaniu tego filmu. Sam nie wiem, czy słuszne jest to odczytanie, ale skoro się już przywiązałem, to będę stał na tej pozycji. Rzeczywiście, może bym się nawet dał przekonać, tylko, być może to wynika z mojej ignorancji filmowej, ale nie do końca wiem, czy ten efekt, który opisałem przed chwilą, który częściowo opisał Piotr, to jest wynik nieudolności realizatorów filmu, reżysera, wcześniej scenarzysty, czy wynik tego, że tak miało być. Nie potrafię państwu z ręką na sercu powiedzieć, czego jest to wynikiem, dlaczego uzyskujemy taki oto obraz, jaki opisany był wcześniej i czy my osiągamy dzięki temu coś wartościowego, czy też po prostu tak się udało. Na szczęście może dla tego filmu udało się reżyserowi coś takiego zawrzeć, że się Żelkowski zafiksował na tym i nie musiał się już skupiać na UFO. Jeszcze dodam, dobijając to wszystko, nawet to UFO, proszę państwa, nie jest fajne w tym filmie.
Ono jest takie, wiecie państwo, jak ten obcy. I sztampowe, i takie mało oryginalne. Powiedzmy, te koty w jakiś sposób. Nie powiem, czemu służą koty. Sami państwo, jeżeli zechcecie, musicie obejrzeć. Cóż, Piotrze, to chyba tyle. Myślę, że z niezłym dylematem zostawiamy dzisiaj naszych słuchaczy. Obejrzeć czy nie obejrzeć? Ja tylko powiem jeszcze jedną rzecz. Dajcie państwo na zagnieżdżenie się temu filmowi w umyśle 20 minut.
Jeśli w ogóle nic i absolutnie nie, to wyłączcie państwo z dużym spokojem. Widocznie to nie jest film dla was. A jeśli przetrwacie te blisko 90 minut, to słowo „przetrwacie” jest jak najbardziej adekwatne.
[02:10:32] - Tak, nie jest to oczywiście najgorszy film, jaki żeśmy omawiali, ale coś jest w nim, co sprawia, że jest ogólnie dla mnie nieprzyjemny i nieatrakcyjny. Nie chodzi o starość. Chodzi po prostu o to, jakim on jest wytworem. Taki cukierek o smaku cebuli. To chyba dobre porównanie.
[02:10:53] - Pięknie ci, Piotrze, dziękuję. I cóż, „Filmotekarium” na dzisiaj uważam za zamknięte. Proszę państwa, czas na kolejny stały punkt programu, na „Recenzarium Evivy”. Dzisiaj książka zatytułowana „Hotel Transylwania”. Coś tylko jeszcze państwu powiem. W związku z „Recenzarium Evivy” będę miał pewną niespodziankę, ale o tej niespodziance później. Na razie rozkoszujmy się recenzją „Hotelu Transylwania”.
[02:11:46] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że kochałam wampiry, jeszcze zanim stało to się modne. Już jako małe dziecko obejrzałam stary film o Draculi i płakałam rzewnymi łzami nad biednym wampirkiem, który został tak bezwzględnie unicestwiony. Skąd się to u mnie wzięło? Bóg jeden raczy wiedzieć. W każdym razie kiedyś pochłaniałam każdą książkę traktującą o mocnych krwiopijcach. Przestałam dopiero, kiedy w modę weszły badziewia typu „Zmierzch”. Tego się po prostu nie da czytać. Ale moja sympatia dla wampirów pozostała. Oczywiście dla wampirów w starym, dobrym typie.
Ten, o którym dzisiaj będę mówić, może nie do końca taki jest, ale można go zaliczyć jednak mimo wszystko do wampirzej elity. „Hotel Transylwania”, pióra Shelley Quinn Yarbro. Kupiłam tę książkę właściwie ze względu na tytuł, który mi się bardzo dobrze skojarzył. I nie żałuję. Kiedy młodziutka i niewinna Madeleine de Montalais przybywa do Paryża, wszyscy oczekują, że będzie taka sama jak inne panny z jej warstwy społecznej i w jej wieku. To znaczy piękna, kokieteryjna, słodka i głupia. Ma wyjść za mąż. To jest zupełnie zrozumiałe. W końcu takie jest przeznaczenie wszystkich panien, szczególnie z jej sfery i w jej wieku oraz z jej fortuną. Niemal natychmiast jej adoratorem zostaje Donatien de La Septimie.
Madeleine pozwala mu się adorować. Wierzy również, że będzie musiała wyjść za mąż. Jednak ten pomysł nie budzi jej entuzjazmu. Czuje się niczym towar na sprzedaż i powoli zaczyna się w niej rodzić bunt. Na dodatek poznaje przystojnego i tajemniczego hrabiego de Saint Germain, mężczyznę może nieodpowiedniego wiekiem, gdyż jest od niej dużo starszy, ale w końcu nikt dokładnie nie wie, ile on ma lat. Hrabia również wydaje się być zainteresowany Madeleine. Jednak dziewczyna nie wie, że jest on Niezupełnie człowiekiem. Gdyby wiedziała, przestraszyłaby się zapewne. Jednak to wcale nie jego powinna się bać. Albowiem aspirujący do jej ręki młodzieniec, mimo całej swej ogłady i wdzięku, jest kimś dużo bardziej niebezpiecznym.
Należy bowiem do satanistycznej sekty lubującej się w krwawych rytuałach. Ponieważ Madeleine odrzuca jego awanse, znajduje się w niebezpieczeństwie dużo większym, niż mogłaby się spodziewać. Jej jedyną szansą jest Saint Germain, który sam zainteresowany jest nią dużo bardziej, niż chciałby być. Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że jest to niebezpieczne i dla niej, i dla niego. Shirley J. Arro podeszła do sprawy wampiryzmu w sposób zmiękczony, chociaż nie tak idiotyczny jak to, co mamy w „Zmierzchu” i tym podobnych rzeczach. Hrabia de Saint Germain, notabene postać historyczna, jest tu wampirem bardzo, można rzec, mało krwiożerczym. Nie potrzebuje wiele krwi, nie zabija, chyba że bezwzględnie musi. Poza tym jest dobrym, miłym facetem. Jednak kiedy przyjdzie mu walczyć o swoją miłość, okazuje się być bardzo groźnym przeciwnikiem.
Wyjątkowo groźnym, a na doskonalenie sztuki walki miał niezliczone wieki. Albowiem jego nowa ukochana w porównaniu z nim jest naprawdę niczym jednodniowe pisklę. Kiedy się w końcu o tym dowiaduje, wcale jej to nie przeszkadza. Albowiem wbrew temu, czego się od niej oczekuje, jest inteligentna. To, co pisarka zrobiła, to znaczy uczynienie postaci historycznej osią swojej książki, było z jej strony bardzo zręczne. Hrabia de Saint Germain naprawdę istniał. Jest to postać bardzo tajemnicza i właściwie do tej pory nie wiadomo, co się z nim stało. Teoretycznie umarł, ale istnieją przekazy, że nie wtedy, kiedy o tym mówiono. Za datę jego śmierci przyjmuje się rok 1784. Kłopot w tym, że kiedy później otwarto jego trumnę, okazała się pusta.
Istnieją też dokumenty datowane na 11 i 20 lat po jego rzekomej śmierci, bez wątpienia pisane jego ręką. Także co się z nim rzeczywiście stało, to nie wiadomo. Był natomiast postacią niezwykle barwną, wynalazcą, muzykiem, malarzem, przede wszystkim podróżnikiem i niebywałym fantastą. Zajmował się również alchemią i podobno potrafił zamienić żelazo w złoto, a w każdym razie potrafił dokonać sztuczki sprawiającej, że ludzie w to wierzyli. Jest to o tyle ciekawe, że w jego żyłach płynęła autentyczna książęca krew. Nie francuska, a węgierska, więc jak na księcia miał bardzo ciekawe zainteresowania. Tak jak wspomniałam, na pewno był wielkim fantastą, kimś na kształt barona Münchhausena. Kobiety go uwielbiały, mężczyźni byli nim oczarowani. Jednak jaki był naprawdę, to nie wiadomo do dziś. Jak również nie wiadomo, co się z nim stało.
To właśnie wykorzystała Shirley J. Arro, tworząc swoją wersję jego postaci — wielowiekowego wampira, który żyje, ma mnóstwo przygód i stara się przy tym nikogo nie krzywdzić. To urocze. Można powiedzieć, że jest to wampir zbyt łagodny, ale ostatecznie możemy przyjąć, że wśród wielu krwiopijców mogli się trafić i tacy jak on. Niby dlaczego nie? Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że mogli być gorsi i lepsi. W każdym razie książka otwierająca trylogię o jego przygodach, „Hotel Transylwania”, jest napisana niezwykle barwnym językiem. Bardzo ciekawa. Nie przesadza z opisami seksu, czego bardzo nie lubię. Nie to, że nie ma tam tego w ogóle.
Trochę jest, ale nie za wiele. Natomiast jest bardzo dużo mroku związanego z satanistyczną sektą, przeciw której Saint Germain jest zmuszony wystąpić. Co ciekawe, pewnie nie zrobiłby tego, gdyby nie musiał ratować damy swego serca. Tak naprawdę działalność satanistów nic go nie obchodziła, natomiast Madeleine bardzo. Bo jakby na to nie patrzeć, wampir to jednak też człowiek. Takie dosyć dziwne skojarzenie, ale ostatecznie czymże innym mógłby być? Szczerze zachęcam do lektury tej książki. Nie pożałujecie państwo. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:18:34] - Obiecałem państwu, że drable jeszcze się nie skończyły. To jest ten moment. Znowu Krzysztof T. Dąbrowski i drable, część druga. Zapraszam.
[02:18:49] - Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable. Drable. Typowa ekspedycja na Marsa. Spełniło się w podboju kosmosu. Miliardy ludzi z zapartym tchem śledziły relacje z lądowania na planecie. Historyczne chwile. Pierwszy krok na Marsie, wbicie amerykańskiej flagi, bo przecież to oni wyłożyli lwią część kasy na wyprawę.
Potem pierwszy dłuższy spacer po czerwonym globie i wszystko zapowiadało się tak pięknie, aż tu nagle w oddali dostrzeżono niewielki budynek. Parę minut zajęło dotarcie do niego. O dziwo, nie było to złudzeniem. Stał tam naprawdę i aż błyszczał nowością. Jeszcze większego szoku doznano, gdy dostrzeżono tabliczkę z informacją: „Ośrodek obsługi astroimigrantów współfinansowany z ośrodków Unii Międzygwiezdnej”. Drable. Marek umarł i nie był tego świadom. Po prostu usiadł i ze zdziwieniem zauważył, że odkleił się od ciała, które nadal leżało na łóżku. Po chwili powoli zaczął się unosić coraz wyżej i wyżej. Dalej było to, o czym do tej pory często czytał: tunel, eskortujące go do światła na jego końcu anioły lub jakieś inne istoty.
Potem obowiązkowy przegląd jego życia, a było ono pełne cierpienia, niespełnienia, zmarnowanych szans i rozczarowań. Szczerze mówiąc, cieszył się, że ma to już za sobą. „Cieszę się, że wreszcie trafiłem do nieba” – wyznał szczerze. „Z nieba to ty tu przybyłeś” – poinformowała go świetlista istota. Drable. Zamieszkała staruszka w nawiedzonym domu. Duch grasował, nie skarżyła się nikomu. Dwoił się, troił, upiornie hałasując. Niestety na nic się to nie zdało. Rankiem staruszka spokojnie parzyła kakao.
Strwożył się strach, że taki niestraszny. „Nie mogę wystraszyć głupiej baby?” Postanowił dzień straszyć. Zrozpaczony wpadł na pomysł genialny w swej prostocie. Zatrzasne jej drzwi przed nosem! Tak też zrobił. Zaś babulinka pomyślała, że to przeciąg. „Wpędzi mnie do grobu!” – jęczał duch. Nie wiedział, że baba głucha. „Skończyła się zabawa!” – ukazała swe oblicze zjawa. Zaś staruszka śmiejąc się tako rzecze: „Mam sto lat, mam ducha się bać?
Sama zaraz zemrę”. Drable. Narodziny przed czasem, cesarskie cięcie po uprzednim wybraniu daty. Nienaturalne wydobycie dziecka z brzucha dokonało się. „Jego los miał być zupełnie inny. Miał być wielkim człowiekiem” – mruczy stara kobieta. „Miał realizować marzenia i być kimś niewiarygodnie wręcz szczęśliwym. O takich mawiało się kiedyś, że byli urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą. Ale jemu to odebrano. Skrzywiono mu przyszłość, zniszczono życie.
To fakt. Jest zapijaczonym żebrakiem. Wszyscy wzdychamy ze smutkiem nad losem nieszczęśnika. A wszystko przez to” – kontynuuje profesor od astrologii – „że zmieniono mu datę narodzin i wydobyto go pod złą gwiazdą. Na dodatek ten nieszczęsny układ planet z dnia wydobycia na świat”. Drable. „Znowu Buda” – westchnął zrezygnowany, materializując się w wyimaginowanej klasie. Był sam, choć tak naprawdę było tu wielu innych uczniów. Nie widział ich, oni siebie też. Tylko nauczycielka mogła wszystkich zobaczyć.
Takie zasady. Do sali weszła długonoga blondynka o niebieskich oczach. „Maciek!” – pogroziła mu palcem. „Ale pani profesor!” „Znowu nie skupisz się na nauce”. „No dobra”. Blondynka przemieniła się w otyłą kobietę w średnim wieku. Nauczycielka miała sztucznie wywoływaną osobowość wieloraką. Każda z osobowości uczyła innego ucznia. Zaczęła się lekcja. Odkąd ludzkość opanowała świadome śnienie, sny stały się dla dzieciaków koszmarem.
Na szczęście po przebudzeniu mieli czas tylko dla siebie. „Strajk? A co to jest?” „Żartuję oczywiście. Wszystko polega na tym, by nikt nie chodził sfrustrowany. A dzięki chipom i technologii monitorowania umysłów wiemy, co komu chodzi po głowie i dlaczego. A teraz zadajmy sobie pytanie, czy przeciętny Kowalski, wpadając na piękną kobietę pragnącą zostać jego kochanką, pójdzie protestować czy uprawiać seks? A sfrustrowana, zaniedbywana nauczycielka trafiając na przystojnego, kulturalnego? Teraz rozumiecie. No cóż, mamy mnóstwo takich androidów. Znamy też inne formy uprzyjemniania życia potencjalnym frustratom.
Dzięki temu oni, zatracając się w chwilowych przyjemnościach, zapominają o tym, co ich długofalowo uwiera w życiu. Ale to już tematy na inne historie”. Drable. Wysysamy ich energię życiową, dlatego żyją. Najbardziej smakuje nam wymieszana z cierpieniem, dlatego ich dręczymy. Ale nie można odbierać im nadziei. Mamy wybrańców, którym wszystko w życiu się udaje, ale tak kierujemy ich losem, by na początku mieli wiele przeszkód. To motywuje resztę naiwniaków, którzy potem cierpią, gdy im nie wychodzi. Spowalniamy ich rozwój technologiczny, nękając różnymi religiami. Wystarczą hologramy brodatych cudotwórców i zasady wiary, które na długo zatrzymują w rozwoju.
A gdy się z tego wydobędą i za bardzo rozwiną, podstawiamy kopie światowych przywódców i napuszczamy ich na siebie. Po trzeciej światowej zostaną niedobitki. Wymyślimy im nową religię. Drable. Rok 2057. Kościół pod wezwaniem Kwantowego Anioła. Zasmucony wierny rozmawia z kapłanem. „Proszę księdza, straciłem wiarę. Dręczy mnie to. Chciałbym ją odzyskać.
Tak mi źle bez niej”. Synu, nie trać nadziei, albowiem Pan w swej łaskawości zesłał nam dar, który sprawi, że swą wiarę odzyskasz. Naprawdę? W mężczyznę wstąpiła nadzieja. Chodź ze mną, nakazał ksiądz. Zeszli do podziemi, gdzie znajdowało się nowoczesne laboratorium. Ksiądz i jego pomocnicy pomogli mężczyźnie położyć się na stole zabiegowym. Następnie wstrzyknęli mu jakąś substancję. Możesz poczuć łaskotanie w głowie, poinformował kapłan. A czemu?
Wstrzyknęliśmy ci nanoboty, które odbudują zdegenerowany fragment mózgu odpowiadający za doznania religijne. Trouble, trouble, trouble. Wszystkie zautomatyzowane bazy badawcze na Kasjopei 7X przestały działać. Sztuczna inteligencja zawiadująca pracującymi tam robotami przestała odpowiadać. Potem urwał się kontakt. Nie pozostawało nic innego, jak polecieć tam, sprawdzić, co się stało i naprawić. Gdy tam dolecieliśmy, wszystko było w stanie czuwania. Podłączyliśmy error detektory, które wykazały, że urządzenia i sztuczna inteligencja raz po raz emitują dziwny kod. Po zdekodowaniu okazało się, że się modlą. Byliśmy w szoku.
Przeszukaliśmy dane z rejestratorów i odkryliśmy przyczynę. Był nią silny rozbłysk na Beta Centauri. Po odkodowaniu wiązki, która trafiła do czujników na Kasjopei 7X, ujrzeliśmy wyświetlającą się na kasjopejańskim niebie ogromną postać Jezusa, któraaa... Trouble, trouble, trouble. Kochanie, miałeś naprawić zlew. Jutro, odparłem spokojnie. Zażartowała. Następnego dnia chciałabym jej zrobił moje słynne zapiekanki. Jutro, odparłem. Jutro będzie futro, mruknęła markotnie.
Minęło kilkanaście dni, a ja wciąż odkładałem pewne sprawy na jutro. Jutro będzie futro, syknęła wkurzona, a dziś nie będzie seksu. A znowu jest sytuacja kryzysowa. Wstałem i wyszedłem. Po godzinie wróciłem do domu z futrem. Szczebiotała zachwycona, a łóżko ledwo wytrzymało nasze akrobacje. To już dziesiąte futro w szafie, a ja dziś znowu mogę przez około dwa tygodnie przekładać pilne sprawy na jutro. Czy ktoś powiedział, że pieniądze szczęścia nie dają? Trouble, trouble, trouble. Na tej planecie kwitła kiedyś cywilizacja.
Nasi kosmoarcheologowie wykopali trochę działającego sprzętu sprzed wieków. Okazuje się, że mieszkańcy tego świata wynaleźli coś takiego jak internet. Dziwne to uczucie wiedzieć, że w chwili, gdy w ziemi kruszeją ich kości, oni utrwaleni są na cyfrowych zdjęciach i w postaci tekstów na tak zwanych portalach. Łapki w górę, łapki w dół. Plotki, hejt, próżność. Nic dziwnego, że w końcu wyginęli. U nich to poszło w tę złą stronę. Nikt się w porę nie zorientował. Cóż, szkoda. Mówi się, że atom, że wojny.
Ale nic nie jest tak wyniszczające jak mania wielkości u próżnych maluczkich. Trouble, trouble, trouble. Znowu ty? Zdziwiła się, wchodząc do sypialni. Zimno. Zrób coś, błagałem, szczękając zębami. Tu jest gorąco. Poza tym nie powinno cię tu być. To znowu on, kochanie? Zapytał mężczyzna, z którym aktualnie była w związku.
Niestety. Znowu w naszym łóżku. Tak, dziś śpimy na kanapie. Odwróciła się do mnie. Jest ci zimno? Wydukałem. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Położyłem się spać. Gdy się obudziłem, było mi lodowato, a na dodatek miałem dziwne przekonanie, że nie jestem już narzeczonym Marty, że jest z kimś innym. Odwróciła się do innego.
Spokojnie, jutro wezwę innego egzorcystę. Może coś zaradzi. Trouble, trouble, trouble. Z tą po rozstaniu będziecie się lubili. Będziecie, ale nie będzie seksu. Będzie cię traktowała jak dobrego przyjaciela. A ta? Odpada. Zwolenniczka palenia mostów. Następna.
Z tą jeszcze długo będziecie spotykali się na igraszki. Bardzo polubi seks z tobą. Biorę. Odradzam. Nie będziesz jedyny. Z tamtą podobnie, ale będzie chciała tylko z tobą. Jednak też odradzam. Dlaczego? Zołza. Brrr.
Z tą będzie dużo radosnego seksu. Będziecie wiele razy do siebie wracali. Dla ciebie idealna. Skontaktuj nas. Powiedziałem do cyberdoradcy randkowego z portalu LoveX. Oszacowano, że miłość nie jest wieczna, więc dziś wszyscy dbają o to, co będzie po rozstaniu. Ja też. Trouble, trouble, trouble. Józek wyszedł z siłowni i choć intensywnie ćwiczył, miał ochotę komuś solidnie wpierdolić. Wyglądał jak szafa trzydrzwiowa, istna góra mięśni.
Zauważył cherlawego chłopaczka. Kazał się zatrzymać. Spuścił dzieciakowi solidny łomot. Złamał nos, wybił zęby. Od razu poczuł się lepiej. Lubił czasem poturbować słabszego. Szedł ulicą, wesoło pogwizdując. Potrącił go samochód. Nim Józek wstał, auta już nie było. Kulejąc, zbolały, ruszył parkową alejką.
Nagle coś twardego uderzyło go w głowę. To ciężki kasztan spadł z dużej wysokości. Puk! Po twarzy Józka spłynęła strużka krwi. Zamroczony wyszedł na plac. Błysnęło. Rozpętała się burza. Pierwszy piorun trafił w Józka. Bóg lubił czasem poturbować słabszego. Drable, drable, drable.
Sprawa przedstawia się następująco i od zarania dziejów sieje nam zamęt w głowach, które odradzają zatruwające egzystencję zbędne pytania o życie po życiu. Nie mamy żadnych wieści z zaświatów. Tak samo jak zaświaty nie mają żadnych wieści od nas. Czy dla umarłych oznacza to, że nasz świat przestał istnieć? Albo że był złudą, snem? No przecież, że nie. Przecież nasz świat nadal jest. Żyjemy w nim. A czy dla nas znaczy to, że zaświatów nie ma? Tylko dlatego, że nie mamy żadnych wieści z zaświatów?
A może jest tak, że po prostu międzywymiarowa poczta daje ciała lub ektoplazmy. Drable, drable, drable. Gonił mnie. Dyszał ciężko, a tupot był coraz głośniejszy. Wkrótce mnie dopadnie. Mimo to uciekałem ile sił w nogach, przeraźliwie piszcząc. Mimo to uciekałem ile sił w nogach, przeraźliwie piszcząc. Mój oprawca był duży. Mój oprawca był duży i miał kudłate, wielkie ręce. To ich się teraz najbardziej obawiałem.
Narzędzie zbrodni. Skręciłam gwałtownie, lecz nic to nie pomogło. Był już tuż za mną. Niemal musnął mnie palcami. To już koniec. Po mnie. Przemknęło mi przez głowę. Instynktownie czując jego rękę zbliżającą się do mojego boku, uskoczyłam na bok. Padłam i kawałek się przeturlałam. Już miałam się zerwać, licząc na jego gorszą zwrotność, kiedy mnie dopadł, przygniatając do podłogi.
Przegrałam. Mój chłopak znowu zaczął mnie łaskotać. Drable, drable, drable. Co pana do mnie sprowadza? Zapytał psycholog. Problemy ze snem. Paru marek. Cóż, w dzisiejszych czasach większość ludzi cierpi na bezsenność. Sęk w tym, że ja w ogóle się nie budzę. No ma pan poczucie humoru.
Zaśmiał się. Po chwili: daj słowo. Nie mogę się obudzić. Kpi pan ze mnie, tak? Marek miał dość. Nie jesteśmy w moim śnie. Proszę to udowodnić. Mogę na przykład sprawić, że znikną panu nogi. Psycholog spojrzał na klienta jak na wariata. Marek skupił się i psycholog zamiast nóg miał teraz kikuty.
Boże, proszę to cofnąć! Krzyczał przerażony. Przepraszam, przepraszam. Marek był zakłopotany. Tego jeszcze nie potrafię zrobić. Drable, drable, drable. Dobrze czasem popłakać na filmie. Oczyszczają się oczy i dusza. Dobrze się pośmiać do łez. Śmiech to zdrowie.
Rozumieć się bez słów też dobrze. Kochać do szaleństwa od pierwszego wejrzenia. Zrozumieć chory umysł prześladowcy, by potrafić mu współczuć, a poprzez to wybaczyć. W końcu noszenie w sobie urazy i nienawiść negatywnie wpływają na zdrowie. Jakieś przeciwwskazania? Zdecydowanie nie używać wśród zestresowanych ludzi. Unikać korzystania, gdy ktokolwiek w naszym otoczeniu choruje na depresję. Otwórz się na nowe doznania. Pozwól sobie czuć. Świat od razu nabierze barw.
Już od dziś tylko za 20 kredytów w każdej aptece bez recepty. Pytaj sprzedawców o Empatin Max. Empatin Max w twojej aptece. Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. Drable.
[02:35:42] - No to, proszę państwa, Piotr Cielebiaś nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zatem czas na małpę. Dzisiaj na tapet bierzemy książkę „Odszedłem, żeby wrócić” Noela A. Lindleya. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:36:08] - Witam, witam.
[02:36:10] - Czas na kolejną książkę. Tym razem tytuł taki... Ja to czasami mówię, że te niektóre tytuły mogłyby być lepsze. Dzisiaj jest tytuł „Odszedłem, żeby wrócić” i wierz mi, Piotrze, ja nie mogę tego tytułu zapamiętać, ale książkę pamiętam całkiem nieźle. Nie wiem, jaka jest tajemnica. Ten tytuł po prostu jakoś mi nie leży, ale to zupełnie być może osobnicza sprawa.
[02:36:37] - Tak, z dzisiejszej perspektywy, takiej marketingowej, to on pewnie też by nie za bardzo przeszedł, bo on mało przyciąga do tej książki i mało o niej mówi, a książka traktuje o reinkarnacji. W dzisiejszym odcinku klasyk, może trochę zapomniany. Tylko że to nie jest taki klasyk, jak myślimy. Jaki to jest klasyk, to powiem na końcu. Książka, która w oryginale nazywa się „Edgar Cayce o reinkarnacji”. Tak brzmi jej angielski tytuł. A kim był Edgar Cayce? Osobom zainteresowanym zjawiskami z pogranicza nie musimy mówić. Znany był jako śpiący prorok. Był kimś w rodzaju ekstrasensa, jasnowidza.
To jest taka profesja, która u nas w Polsce nie ma dobrego odpowiednika. To jest tak zwany psychic, czyli ktoś na przecięciu medium i jasnowidza właśnie, a w sumie ani jedno, ani drugie. Specjalnością Cayce'go było diagnozowanie chorób albo odpowiadanie na pytania jego klientów. On się wprowadzał w taki trans przypominający sen, doświadczał zmienionych stanów świadomości i otrzymywał skądś te odpowiedzi na pytania. Dlatego nazywano go właśnie śpiącym prorokiem. Nie wiem, Marku, ja mam dzisiaj takie wrażenie, że po latach popularności Cayce jest dziś trochę postacią zapomnianą. Pamiętano o nim bardziej koło roku 2000, ale osobiście sobie tak myślę, że do spadku zainteresowania Cayce'm przyczynił się fakt, że jego najsłynniejsze proroctwa dla świata, bo on proroctwa dla świata też wygłaszał, jakoś się nie do końca wypełniły. On mówił o tym, że zostanie odkryta Komnata Zapisków, ta słynna
[02:38:24] - Starożytna biblioteka wiedzy. Mówił chyba też, że zostanie znaleziony fragment Atlantydy. Także te jego proroctwa były bardzo ciekawe w pewnym okresie, ale jakoś tak się zadziwiająco nie wypełniły. Co jeszcze o Cayce trzeba powiedzieć? To może trzeba wiedzieć, zanim się tę książkę ruszy. To jest osoba, która jest bardzo mocno osadzona w milenaryzmie, ale też w ezoteryce. On jedną nogą stoi na gruncie chrześcijańskim, drugą nogą na gruncie ezoterycznym i widać w tej książce fascynację i Biblią, i teozofią. On chce to jakoś połączyć. Czy to się udaje? Musicie sobie sami odpowiedzieć na to pytanie.
I ta książka niestety nie jest dla wszystkich moim zdaniem. Powiem tak: ona jest dla ludzi zainteresowanych takimi kwestiami jak na przykład regresja hipnotyczna, poprzednie wcielenia i tak dalej. Natomiast musimy mieć świadomość, że po pierwsze to jest pozycja stara, archaiczne koncepcje są w niej zawarte pewne, ale jest też taka mocno indoktrynująca. Chodzi o to, że tam nie ma tak, że ona nam przedstawia dowody na istnienie reinkarnacji. Nie, tam jest i tyle. I od razu odsumowują jakieś duchowe nauki, ale z perspektywy tej ideologii, z którą Cayce był mocno związany.
[02:39:54] - Warto powiedzieć, że tak naprawdę, bo to mogło umknąć, autorem tej książki nie jest sam Cayce. To jest książka o Cayce'm i jego różnych przywidzwaniach, różnego rodzaju przygodach. Tak bym to określił, bo właściwie mamy tu taki trochę chronologiczny przegląd różnych przypadków, z którymi Cayce się stykał. Autorem książki i znowu nie wiem, czy to dobrze wymówię, Noel Langley? Chyba Noel Langley. Potwierdź, Piotrze albo zaprzecz.
[02:40:25] - Chyba tak. Może być Langley. Wiadomo, o kogo chodzi.
[02:40:30] - Jasne. Natomiast wracając jeszcze, to powiem, że jest w tej książce wstęp napisany przez kogoś, kto nosi nazwisko Cayce. Ja nie wiem, jakie tam koligacje rodzinne wiążą, ale Hugh Lynn Cayce podpisuje wstęp. I cóż, proszę państwa, Piotr powiedział o tym, że to pozycja dosyć leciwa i taka, która nie tryska już pewną nowoczesnością. Okazuje się, że w tych sferach, którymi się interesujemy, które jakoś nas przyciągają, pewien postęp jednak następuje i pewne koncepcje dzisiaj już są bardziej wywindowane w kosmos. Może nie w kosmos, ale w każdym razie wywindowane, jeśli chodzi o opis, o pewne rozumienie. Co ważne, powiedziałeś o tej komnacie zapisków. Ja odnoszę wrażenie, że cały czas ten temat jest grzany i co rusz jak coś się o Egipcie mówi, o Sfinksie, to coś o tej komnacie tam zawsze też się wspomina. O tej Atlantydzie. No cóż, może się po prostu pomylił z datowaniem i jednak tę Atlantydę ktoś w końcu kiedyś przynajmniej kawałek odnajdzie.
Ale zgoda. Rzeczywiście, jak minął czas zainteresowania, przełom wieków, czy właściwie już tysiącleci, zainteresowanie nieco spadło. Natomiast sama książka wydaje się ciekawa i to z dwóch względów. Pierwszy to, tak jak powiedziałem, to jest takie sukcesywne pokazywanie przypadków różnego rodzaju, omówienie tego, jaką rolę odgrywa karma w życiu, a w każdym razie w trwaniu duszy. I że ta karma w ogóle istnieje. Ja powiem tak: ja odniosłem wrażenie, że ta książka może być dosyć cenna dla współczesnego człowieka, paradoksalnie niezainteresowanego tematami, o których mówimy, ponieważ ta książka gasi pewne radosne przekonanie, że jeśli istnieje reinkarnacja, to to jest fajnie, bo jeszcze raz wrócimy do życia. Nie umieramy, tylko ciągle wracamy. Cayce i autor książki widzą to trochę inaczej. Bliżej jest temu spojrzeniu do tego spojrzenia indyjskiego, gdzie kolejne wcielenia, powroty na Ziemię nie są wcale powodem do ogromnej radości, jak to u wielu Europejczyków ma miejsce. Wręcz przeciwnie.
Coś, czegoś dokonujemy tu na Ziemi i to jest jakby odliczane, a nawet nie jakby, tylko na pewno. Odliczane, ważone, mierzone. Jakieś zadanie mamy do wypełnienia. Raz to się udaje, raz się nie udaje. To nie jest książka radośnie krzewiąca ideę reinkarnacji, że fajnie będzie, bo nie umieramy. Ta książka jednak pewną refleksję chyba zaszczepia. I to dobrze, bo jak słyszę tych wszystkich nowoczesnych bardzo ludzi, którzy w pismach na przykład dla kobiet z tych pism dowiadują się, że coś takiego może reinkarnacja istnieje i cieszmy się wszyscy, to trochę parskam śmiechem w tym momencie. Ta książka trochę daje kubeł zimnej wody dla tych radosnych postrzegaczy reinkarnacji. I z tego względu ja ją będę szanował, aczkolwiek pewno też bym się podpisał, że książki jednak mają swój termin przydatności do użycia.
[02:44:30] - Widzimy w tej książce przeglądy życia ludzi, którzy się cofają do dawnych inkarnacji. Tam są dziwne przypadki. Może to kogoś urazi, ale oni tam spotykają Jezusa, toczą życie gdzieś obok wielkich postaci i ten element, wątek religijno-biblijny tej książki jest tak silnie zarysowany, że ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Cayce stoi w rozkroku między wiarą w Boga a wiarą w ezoterykę i w to, co nazywa się niekiedy wiedzą tajemną. Także mnie to trochę koli. W pewnym rozdziale jest nawet mowa o tym, czy Biblia potępia reinkarnację. Przywołuje się szereg przykładów, ale zanim do tego rozdziału dojdziemy, w ogóle ta książka jest dość treściwa, to zauważamy już ten miszmasz religijny, ezoteryczny, próbę przepisania protestantyzmu w świetle ezoteryki, takich zagadnień jak wędrówka dusz, ciała astralne, nawet astronomia. Oczywiście tam są jakieś interesujące wątki, niektóre opowieści potrafią zaskoczyć, ale muszę powiedzieć, że momentami to jest nudne. Ta książka jest natarczywa. Taka jakbyś czytał pisemko pewnych świadków.
[02:45:57] - Pod tezę trochę pisana.
[02:46:02] - Nie przekazuje dowodów na pewne zjawiska. Ona naucza. Ona od razu mówi, jak jest i to jest jej ogromny minus. Powiedziałem, że ona jest dziełem archaicznym, pod tym względem, że widać, że ona jest troszeczkę starsza, że to jest ten okres, kiedy chodzi o jej nauczanie, o jej wydźwięk. Chodzi o to, że ona pochodzi z tych czasów, kiedy ta ezoteryka funkcjonowała na nieco innym założeniu. Tam bardzo mocno widać wpływy teozofii też, o czym już mówiłem. Jeżeli ktoś chce ją przeczytać, to albo powinien się wpierw zaznajomić z postacią Cayce'go i jego poglądami, albo potraktować tą książkę jako przykład klasycznej literatury ezoterycznej pierwszych dekad XX wieku. Ona dzisiaj ma raczej wydźwięk historyczny. Ja nie mówię, że jeżeli ktoś wierzy w ezoterykę, to ta książka straciła na znaczeniu. Nie.
Ona jest cały czas aktualna. Jeżeli ktoś wierzy w ezoterykę, teozofię, jest mocno w tym osadzony, to ta książka nie straciła ze swojej aktualności nic. Chodzi mi o to tylko, że jest to wszystko trochę inaczej skonstruowane. Mi się wydaje, że ona jest lepsza od tych współczesnych pozycji z tego segmentu. Problem jednak w tym jest taki, że w książce „Odszedłem, aby wrócić” wszystko od samego początku trzeba brać na wiarę i z wiarą wiązać. Ja nie wiem, czy to jest to, czego wszyscy ludzie, którzy się interesują reinkarnacją, szukają.
[02:47:38] - Piotrze, to jest trochę tak. Książka nie jest wbrew pozorom aż taka stara, bo pochodzi z 1967 roku. Ja powiem tak: to wszystko, co powiedzieliśmy wcześniej, podtrzymuję, czyli że ona trochę pod tezę jest pisana, trochę z pewnym kluczem, ale kluczem założonym przez autora. W związku z tym pewne rzeczy relacjonuje, o tej karmie pisze, ale też wyjaśnia bardzo na początku, dlaczego nie pamiętamy poprzednich wcieleń. Jak to w ogóle wszystko działa, przynajmniej zdaniem Cayce'go. Cóż, ja powiem w ten sposób, że same przypadki, przynajmniej niektóre, wydają mi się ciekawe i sam to powiedziałeś: dzisiaj nacisk jest na dowody, a ja zawsze mam w przypadku takich książek duże wątpliwości, czy dowody istnieją. Ja oczywiście tym wszystkim, którzy już tutaj protestują, pragnę ich uspokoić. Ja wiem, dzisiaj są bardzo popularne książki, kiedy przytacza się świadectwa małych dzieci. Okej, to wszystko tak działa. Filmy już na ten temat powstawały.
To wszystko działa i rzeczywiście tak możemy patrzeć na tego rodzaju przekaz. On rzeczywiście jest bardziej atrakcyjny, bardziej medialny. Książka, o której dzisiaj mówimy, ona aż tak atrakcyjna nie jest. Chociaż jeśli skupimy się na poszczególnych przypadkach jako takich pojedynczych elementach, które należy rozważyć, które należy przeanalizować, to w gruncie rzeczy tam spora część tych wydarzeń, tych przypadków poszczególnych ludzi jest bardzo ciekawa. Ale zgoda, nie ma żadnego dowodu, tylko ja cały czas się zastanawiam, czy w książkach późniejszych jakiekolwiek dowody na reinkarnację są. To wbrew pozorom poruszamy się nie tyle na obszarze dowodów, tylko na obszarze pewnych przesłanek czy też pewnych poszlak. Te poszlaki rzeczywiście w innych książkach, tych bardziej nowoczesnych czy tych nowszych po prostu, funkcjonują chyba lepiej. Tu być może to jest kwestia napisania tej książki przez autora, który to po prostu, to, co powiedziałeś, Piotrze, daje nam pewne rzeczy na wiarę. Wierzcie i cicho czytajcie, a się nie dopytujcie za dużo. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, to trochę tak, jakbym głosem pastora to wypowiedział i troszeczkę tak to jest wypowiedziane w tej książce.
Cóż, ale ja cały czas podkreślę chyba po raz czwarty, że przypadki, przynajmniej niektóre, które zawarte są w tej książce, wydają mi się naprawdę ciekawe i warte zapamiętania, warte pewnej analizy i żeby się nimi później w przyszłości, znając temat, mając go przepracowany, móc się posłużyć, bo one naprawdę wydają się takie krwiste, soczyste. Przynajmniej niektóre.
[02:51:09] - Tak, można zaobserwować taką charakterystyczną rzecz we współczesnej literaturze tego typu. Chociaż, jak mówię, to jest bardzo charakterystyczna literatura, to już widzimy, że nie używa się tak często słowa dusza, duch. Dzisiaj się mówi o świadomości. To pole poszukiwań się poszerzyło i to dlatego tak jest. Ale jak macie odwagę sięgnąć po tą książkę, to może być dość ciężka przeprawa. Przynajmniej dla mnie jest.
[02:51:41] - Czyta się średnio. Mówię o samym stylu. Być może to jest kwestia przekładu. Czyta się tak sobie, ale chyba warto. Tak uważam. Przepraszam, że przerwałem.
[02:51:53] - Trzeba, moim zdaniem, poczytać sobie najpierw o Cayce, zobaczyć, jak on funkcjonował, kim był. Ta kwestia indoktrynacji, która jest tam dość mocno, mnie trochę razi, ale spróbować można, nawet w kontekście czysto historycznym.
[02:52:12] - Okej, Piotrze, pięknie ci dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Cóż, do następnego, do następnej książki.
[02:52:20] - Trzymajcie się. Cześć!
[02:52:24] - O, proszę państwa! Tylko tak powiem, że te „Drable” to się jeszcze nie skończyły. Były już dwie części, to czas na część trzecią. A zatem Krzysztof T. Dąbrowski i „Drable”. Kolejna wersja.
[02:52:45] - Krzysztof T. Dąbrowski i krótkie opowiadania. Maksymalnie 100 słów. „Drable”. Drable, Drable, Drable. Umarłem na zawał, wyleciałem z ciała i przez chwilę się nad nim unosiłem. Gdy mnie to znudziło, poczułem, że coś każe mi lecieć do góry. Wznosiłem się i wznosiłem, aż wleciałem w tunel. Na jego końcu było oślepiające światło. Poleciałem tam i spotkałem świetlistą istotę, która oznajmiła mi, że jest aniołem.
Wpuszczono mnie i zacząłem skakać, krzycząc z radości. „Cicho!” Obsztorcował mnie anioł. „Yy?” Zdziwiłem się. „Trwa modlitwa z szefem”. „Szefem?” „Tak, to ten, którego nazywasz Bogiem”. „I on też się modli?” Aż mi ektoplazma zawirowała ze zdziwienia. „Tak”. „Do kogo?” Niemal wykrzyknąłem. „No wiesz, każdy ma swojego Boga”. „Drable”.
Adam wrócił do domu. W sypialni zobaczył siebie w łóżku z żoną. Krzyknął. Ten z łóżka wypowiedział hasło. Adam zwiotczał. „Klon od zarabiania ma awarię. Wydaje mu się, że jest mną” wyjaśnił zdezorientowanej żonie. Wrócił do łóżka i kontynuowali igraszki. Do sypialni wszedł kolejny Adam. Wykrzyczał hasło.
Ten w łóżku zwiotczał. „Klon od opiekowania się dziećmi. Znowu awaria” wyjaśnił zrezygnowany. Ale widząc nagą żonę, nabrał ochoty na amory. Rozebrał się i wskoczył do łóżka. Do sypialni weszła kobieta wyglądająca identycznie jak jego żona. Uśmiechnęła się i na paluszkach wycofała z sypialni. Klon od zaspokajania nadmiernie popędliwego męża działał jak należy. „Drable”. Niepoprawny optymista uznałby, że obecna sytuacja ma wiele plusów.
Zaoszczędziłby na butach, na skarpetkach, spodniach, a nawet majtkach. Zaoszczędziłby też na koszulach, swetrach, kurtkach, rękawiczkach i szalikach. Oczywiście paski, zegarki i inne tego typu drobiazgi również mógł wrzucić do rubryczki zatytułowanej „oszczędności”. Ach, no tak! Do tego wszystkiego należy dorzucić kolejne oszczędności na biletach, benzynie, napojach, jedzeniu. Nie trzeba chodzić na randki, do kina, teatru. Koncerty też odpadają. No i oczywiście nie ma mowy o żadnych wakacjach. Te były ostatnie i wczoraj się skończyły. Skoczył na główkę z pomostu do jeziora.
Było płytko. Teraz leży sparaliżowany od szyi w dół. „Drable”. Królowa wyskoczyła przez okno. Śmierć na miejscu. No dobra, tak naprawdę nie wyskoczyła. Została wyrzucona. Ale nie dlatego, że chwilę wcześniej zabiła króla, którego jednocześnie zabiła i nie zabiła. No wiem, to skomplikowane i coraz trudniej się połapać, o co chodzi. Ale zanim wszystko wyjaśnię, muszę dodać, że nim to się wydarzyło, królowa została zabita przez strażnika komnaty.
Ten zaś, nim zmienił poprzednika, został zabity przez stajennego. Ów z kolei został wcześniej kopnięty przez konia ze skutkiem śmiertelnym. A teraz najlepsze. Wiecie, kim był koń? Parę chwil wcześniej koń był krukiem, a kruk był mną, zmiennokształtnym, który miał dość rządów tyrana. „Drable”. Chłopcy weszli do pokoju, zgasili światło i zapalili świece. Usiedli przed tabliczką Ouija. Milcząc, trwali przez chwilę w skupieniu, popatrując po sobie niepewnie. W końcu najstarszy z braci postanowił działać.
„Raz kozie śmierć! Próbujemy.” Pozostali dwaj tylko niepewnie pokiwali głowami. „Kurcie Kobejnie, Kurcie Kobejnie, wzywamy cię!” Przez kilka chwil nic się nie działo. Byli rozczarowani, bliscy zwątpienia. Już mieli przerwać zabawę, gdy nagle drewienko samo z siebie zaczęło przesuwać się po tablicy, zatrzymując się na kolejnych literach. Chłopcy odczytywali je drżącymi głosami z narastającym przerażeniem. „Koszt połączenia 100 złotych za minutę.” „O Boże, rodzice nas zabiją!” – jęknął najmłodszy i zemdlał. Drable. To był czwarty miesiąc jego idealnego istnienia. Mógł leniuchować, doznawać muzyki, dźwięków i stanów emocjonalnych.
Pewnego razu odebrał myśl o tym, że czekają go narodziny i zostanie wypchnięty na zewnątrz. Zatrwożony zaczął się zastanawiać, czy istnieje życie po porodzie. A może to koniec i przestaje się istnieć? Pocieszające było to, że poczuł coś jeszcze. Gdy przebrnie przez tunel kończący się oślepiającym światłem, spotka mamę, wszechmocną istotę, która go stworzyła i była wszędzie. Czuł, że bez niej świat by nie istniał. Ale potem dopadło go zwątpienie w istnienie mamy. Dlaczego miałby wierzyć w coś, czego nigdy nie widział? Drable. Przed wyborami kandydaci przejdą obowiązkowo egzaminy oraz badania u psychologa.
Borysiu, niemający pojęcia o gospodarce i obrocie pieniędzmi nie może zostać ministrem finansów. A gdyby się okazało, że cierpi na jakieś manie? Podstawowym kryterium jest wykształcenie. Ktoś chce zostać ministrem finansów, a nie studiował tego kierunku? Może iść na studia, uzupełnić braki. Kolejny etap to egzamin. Papierek to nie wszystko. W różnych miejscach różnie uczą. Dorobić też lubią. Następnie kandydat przedstawia program naprawy państwa tłumaczony wyborcom przez specjalistów, by każdy zrozumiał co, jak i dlaczego.
Potem głosowanie. Piękne to czasy, gdy rządzą nami specjaliści. Edukacja jest lepsza od demokracji. Drable. „Jak mogłeś pozwolić, by urodziło się śmiertelnie chore? Dlaczego zsyłasz mi tyle cierpienia, ty draniu?” To tylko kilka z setek tysięcy skarg i zażaleń, jakie każdego dnia napływają do naszego dnia. Oni, biedni naiwniacy, myślą, że zawracają głowę i złorzeczą Bogu. Ale nie, to trafia do nas. Szef wszystkich szefów ma ciekawsze rzeczy do roboty. „Dlaczego urwało mi nogę?
Za co?” „Sprawdź go, bo jęczy strasznie, że mu nogę urwało.” „A co on się tam tak pyszczy? Przecież sam chciał to przeżyć. Jak sobie do wcielenia wybrał na inkarnację. Sam wybrał taką karmę.” Odrzucamy? Zdecydowanie. Drable. Radek od dziecka był prześladowany przez silniejsze dzieciaki. Gdy dorósł, miał ambicje, ale nauka mu nie szła. Skończył na kasie sfrustrowany i niespełniony. W końcu ciężko się pochorował.
To wtedy odeszła od niego żona i zabrała ze sobą dzieci. Dzieci niestety zginęły w wypadku samochodowym. To wpędziło go w ciężką depresję. Jakby tego było mało, skończyły mu się pieniądze i ledwie wyzdrowiał, a już go eksmitowano. Skończył jako bezdomny. Miał tego dość. Popełnił samobójstwo. Jego dusza opuściła ciało i poleciała ciemnym tunelem w stronę światła. Tam zaś świetlista istota oznajmiła mu: „Przerobiłeś dopiero 10% w tym życiu.” Drable. Fafik przybiega, merdając ogonem.
Pan go nie zauważa, jak zwykle. Kiedyś był dobrym panem. Bawił się z nim, a teraz nic. Na spacerze też nie zwraca uwagi. Wreszcie Fafik słyszy swe imię. Pan trzyma coś przy uchu, mówi w powietrze: „Brak mi Fafika. Masz rację. Koniec żałoby. Czas na nowego pupila.” Idzie do schroniska. Tam zatrzymuje się przy jednej z klatek.
Fafik odruchowo z zazdrości wskakuje do ciała psa z klatki, a ten natychmiast zaczyna się łasić do gościa. „Tego wezmę” — mówi pan. Wracając, zwraca się do nowego psa: „Wiesz, z zachowania bardzo mi kogoś przypominasz. Nazwę cię Fafik.” Drable. Od kiedy we wszystkim zaczęła nas wyręczać sztuczna inteligencja, roboty i androidy, nam pozostało już tylko bardziej odmóżdżające nicnierobienie, które spędzaliśmy na konsumowaniu produkowanej codziennie popkulturowej papki, zażywaniu tabletek uszczęśliwiających, imprezach, seksie i... No właśnie. Przez całe wieki ludzie narzekali na nadmiar pracy i marzyli o tym, by znaleźć się na takim etapie rozwoju, na jakim my się znaleźliśmy. A my teraz grymasimy. Ale cóż nam pozostało, skoro zrobiło się jakoś tak nudno? Dobra, będę szczery.
Potwornie nudno. Niektórym z tej nudy zaczęło odbijać. Jak króliki zaczęli się mnożyć złodzieje, psychopaci, seryjni mordercy. Nuda obudziła w niektórych potwora. Drable.
[03:02:34] - Proszę państwa, proszę państwa. Niespodzianka. Niespodziankę państwu obiecałem związaną z recenzją Evivy Dzisiaj będą dwa recenzaria Ewiwy, a to się wiąże z tym, że całkiem niedawno, jeszcze w zeszłym roku, ale to i tak niedawno, naszym gościem był Henryk Tur, autor powieści „W sercu otchłani”. Ponieważ Luiza Eviva Dobrzyńska popełniła recenzję na temat tej książki, a książka jest w miarę świeża, w miarę nowa, a poza tym naprawdę warta przeczytania, to poza moimi wywodami na temat tej książki, poza rozmową z autorem, warto posłuchać niezależnej recenzentki. Zapraszam państwa zatem na recenzję książki „W sercu otchłani” Henryka Tura.
[03:04:04] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Temat eksploracji kosmosu jest czymś, można powiedzieć, podstawowym dla literatury science fiction. I nie tylko, bo oczywiście mamy też seriale, mamy filmy na czele ze „Star Trekiem”, który jak wiadomo już w 1966 roku zabrał serialowo ludzi w kosmos. Jednak większość tych zarówno książek, jak i filmowych opowieści mało ma wspólnego z nauką. Bardzo wiele z nich skupia się na agresywnej stronie człowieka, na walce z kosmitami, którzy oczywiście są tymi złymi. Nie jest to coś, co mnie zachwyca. Mówiąc szczerze, w ogóle tego nie znoszę. Militarna SF jest dla mnie jedną wielką pomyłką, a już książki typu „Gra Endera” budzą we mnie odruch wymiotny. Dosłownie. Jednak jest też inny nurt, bardzo słabo obsadzony, jeśli można tak powiedzieć.
Jest to próba opisu podróży kosmicznej w sposób niemilitarny, a bardziej naukowy. Mieliśmy to u Lema w „Obokach Magellana” i we wspaniałej książce „Nieustraszony”. Ale mówiąc szczerze, niewielu autorów podejmuje próbę, jakby to powiedzieć, psychologicznej analizy człowieka w obliczu katastrofy naturalnej, z którą stykają się, będąc z dala od Ziemi. Przeważnie mamy tutaj do czynienia albo z jakimiś straszliwymi potworami, albo ze straszliwymi przedstawicielami obcej cywilizacji. Ale przecież podróże kosmiczne to przede wszystkim my, ludzie. Na tym właśnie skupił się Henryk Tur w swojej książce noszącej tytuł „W sercu otchłani”. Jest to książka naprawdę niezwykła. Przede wszystkim jest całkowicie oryginalna. Nie przypominam sobie nic podobnego, a i jako recenzentka, i jako czytelniczka naprawdę stykałam się z bardzo wieloma powieściami z nurtu science fiction. O cóż więc w tej książce chodzi?
W czasach, kiedy ludzkość podróżuje w kosmos, z Ziemi wyrusza statek Gandhi sterowany przez wielofunkcyjny komputer Avatar. Statek leci w kierunku odległego układu gwiezdnego. Ponieważ przyspieszenie pozwalające na w miarę szybkie osiągnięcie punktu docelowego nie istnieje, załoga hibernuje. Ma się obudzić dopiero po 40 latach. Dzieje się jednak tak, że zostaje obudzona dużo wcześniej. Gandhi, powiem, znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Znalazł się w polu przyciągania czarnej dziury. Wybudzona 14-osobowa załoga ma niewiele ponad 30 godzin, by coś wymyślić albo pożegnać się z życiem. Ludzie postanawiają, że chcą wrócić do hibernacyjnego snu. Jednak nie jest to od razu możliwe, a z biegiem czasu coraz więcej z nich nie ma na to ochoty.
Chociaż obawiają się okropnej śmierci, chcą spojrzeć jej w oczy. Czy istnieje cokolwiek, co spowoduje, że przetrwają zetknięcie z czarną dziurą? Książka Henryka Tura jest to przede wszystkim analiza psychologiczna ludzi, którzy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, ale oprócz tego jest też bardzo inteligentnie skonstruowanym science fiction. Przede wszystkim pozbawionym tych wszystkich skrótów, które się na ogół stosuje. Powiedzmy, przyszłość, nauka bardzo wysoce rozwinięta, mamy aparaty, mamy napęd. To nam pozwala śmignąć w jednej chwili z Ziemi do Układu Placciona. Nie, to nie jest po prostu fizycznie możliwe. Możemy oczywiście spierać się z tym, czy fizyka w tym kształcie, w jakim jest teraz, jest już na tyle rozwinięta, by orzec ze stuprocentową pewnością, że czegoś nie możemy albo że coś możemy. Jednak te prawa, które do tej pory poznaliśmy, niestety wykluczają napęd nadświetlny, a nawet napęd bliski prędkości światła jest absolutnie niemożliwy do osiągnięcia przez materię ożywioną. To znaczy może nie, może jest możliwy, ale z tej materii ożywionej niewiele by zostało.
I tego też się trzyma Henryk Tur. U niego Wszystko jest bardzo ładnie naukowo opisane, tak że właściwie nie ma się do czego przyczepić. Może poza samym obrazem czarnej dziury, ale ponieważ tak naprawdę nawet naukowcy nie są do końca pewni, jakie tam panują warunki, autor zdecydowanie mógł sobie pozwolić na pewne fantazje. A poza tym jest to książka bardzo interesująca. Według mnie sam Lem by się takiej nie powstydził. Dlatego wszystkich was zachęcam, żebyście po nią sięgnęli. Na pewno nie pożałujecie. Żegna się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:09:35] - Proszę państwa, co to by była za audycja, gdyby nie było w niej Alchemii Tworzenia? Żeby zyskać na status pełnoprawnej audycji, startujemy z tąże Alchemią Tworzenia Katarzyny Prychacz. Dzisiaj „Szklane półki na serca”. Przyznacie państwo, że brzmi intrygująco. Zapraszam na zabawę literaturą w wykonaniu Katarzyny Prychacz.
[03:10:11] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Serdecznie zapraszam na Alchemię Tworzenia. Alchemia Tworzenia. Witam was serdecznie w czwartym odcinku naszego podcastu. Dzisiaj naprawdę spróbuję pobić rekord, ale w drugą stronę tym razem, czyli żebym mówiła trochę krócej niż tą godzinę, żeby się nie rozgadywać. Dlatego przechodzę do rzeczy. Uwaga! Ja mam minutę i przechodzę do rzeczy. Zobaczymy, jak to wypadnie po cięciach.
Okej, niezmiennie zostajemy przy formule, czyli losujemy protagonistę, antagonistę. Potem zaglądamy sobie w książeczki, losujemy problem, motto i tak mam zamknąć, połączyć te dwie postaci. Taki jest plan. Losujemy kartami z Krainy Snów, z Klubu Detektywów i z quizu o przysłowiach oraz karty archetypów Gabrieli Borowczyk. Jeżeli chodzi o książeczki, to oczywiście w odpowiednim czasie do nich przejdziemy. Tym razem wzięłam cztery, więc trzymajcie kciuki, powinniśmy się nie rozgadać. Dobra, ja powinnam się nie rozgadać. Jeżeli chodzi o motyw przewodni dzisiejszego odcinka, to patrzyłam z takich nietypowych świąt czy dni i tak dalej. Dzisiaj wypada dzień Fibonacciego, co zabawne, bo akurat w tamtym odcinku miałam fajną książeczkę, która by do tego pasowała. Oczywiście, że ją dzisiaj też otworzymy.
Natomiast nie ukrywam, że to takie trochę wyzwanie dla mnie, zwłaszcza że trochę do tego nawiązywaliśmy i właściwie jego nazwisko padło w poprzednim odcinku. Ale słuchajcie, taka data jest. 23 listopada, dzień Fibonacciego, więc zajmiemy się nim. Dzisiaj pomyślałam, że może na samym początku, zanim wylosujemy karty, bo sama musiałam znaleźć, o co chodzi, czemu ten dzień i tak dalej, więc może wam po prostu przeczytam artykuł. To jest krótki artykuł, tak żebyśmy wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Może coś z tego artykułu nas zainspiruje. Jeżeli na przykład mielibyśmy wziąć ten temat, na przykład osobę Fibonacciego jako inspirację do opowiadania czy powieści, którą będziemy sobie sporządzać niedługo, to warto zrobić research. Tak jak uwielbiam książki, czasami, wiadomo, też już o tym mówiłam, na szybko w telefonie, czemu nie? Oczywiście gdzieś tam później na Facebooku, na fanpage'u Alchemii, podcastu wrzucę link do tego artykułu. To jest artykuł ze strony Komputerświat.
Nie ukrywam, że po prostu to jest pierwszy, który kliknęłam, żeby po prostu wiedzieć. Także przytaczam to, a potem lecimy z formułą. Okej. Dzień Fibonacciego, 23 listopada. Wspominamy zagadkę wszechświata. Dzień Fibonacciego obchodzimy każdego roku 23 listopada. Wyjaśniamy, co sprawia, że właśnie ta data jest tak ważna i jakie wydarzenie z życia włoskiego matematyka dokładnie upamiętnia. Leonardo Fibonacci urodził się w Pizie w drugiej połowie XII wieku. Początkowo kształcił się w północnej Afryce, gdzie ważne stanowisko dyplomatyczne piastował jego ojciec. Widzicie, kurczę, i tutaj nawet dyplomacja jest.
Ach! Tak jak w tamtym odcinku, w poprzednim naszym. Tam też po raz pierwszy miał styczność z matematyką. Lekcje pobierane na terenach dzisiejszej Algierii oraz cały rozwój w Europie i krajach Wschodu sprawiły, że Włoch sam zapisał się na kartach historii tej właśnie nauki. Fibonacci jest autorem specjalnego ciągu, w którym każda kolejna liczba jest sumą dwóch poprzednich. Przy założeniu, że ciąg rozpoczynają liczby zero oraz jeden, wygląda on następująco: zero, jeden, jeden, dwa, trzy, pięć, osiem, 13, 21, 34, 55, 89. Dobra, słuchajcie. I tak dalej. Nie będę tego czytać. Dlaczego ten ciąg jest tak ważny?
Według Platona złota liczba oznaczona grecką literą phi to w przybliżeniu 1,61804 i to ona wyjaśnia zagadkę wszechświata. Jaki to ma związek z ciągiem Fibonacciego? Złoty podział to stosunek jednego elementu ciągu do elementu go poprzedzającego. Im większe wybierzemy elementy, tym większą uzyskamy dokładność. Każdy kolejny element ciągu możemy uzyskać mnożąc pierwotny przez złoty podział. Fakt ten jest o tyle istotny, że złota liczba bardzo często pojawia się w naszej codzienności. Pierwszym przykładem są rośliny. Wypuszczają one pędy pod kątem 13,5 stopnia w stosunku do poprzedniego zawiązka. Tym samym mamy do czynienia ze złotym kątem, który zawiera w sobie ciąg Fibonacciego. Najbardziej widocznym przejawem istnienia złotej proporcji w przyrodzie są na przykład muszle, których kształt układa się zgodnie z przebiegiem tak zwanej spirali Fibonacciego.
Gdzie jeszcze możemy mieć styczność z ciągiem Fibonacciego? Kształt spirali lub zależność między liczbami można zaobserwować między innymi na przykładzie pszczół czy nawet budowy naszego DNA. Z ciągu Fibonacciego korzysta się również na giełdzie celem określenia momentu, w którym cena zmieni kierunek. Dobra, słuchajcie, ja tutaj kawałek pominę, bo to też nie tędy droga, żebyśmy się zaczytywali. Doczytacie sobie sami. A tutaj tylko jeszcze podsumowanie, czyli: Dzień Fibonacciego obchodzimy każdego roku 23 listopada z prostego powodu. Zapisując datę w systemie amerykańskim najpierw miesiąc, potem dzień, otrzymujemy początek ciągu Fibonacciego. Dobra, to mamy to. Jak zawsze troszeczkę czasu zeszło, ale myślę, że warto było sobie o tym poczytać. Pewnie zaraz jeszcze troszeczkę o Fibonaccim poczytamy, ale myślę, że to ciekawy temat.
To nie jest tylko taka zwykła matma, tylko że to jest w przyrodzie i wszędzie wokół. Zastanawiałam się, w którym kierunku mogłabym dzisiaj zmierzać tym naszym podcastem, bo nie ukrywam, że nie mam ochoty dzisiaj na jakieś zimne tematy. Mam ochotę na coś magicznego. I pomyślałam, że sam fakt, że to wszystko się łączy, że nauki ścisłe łączą się ze światem przyrody i tak dalej, jest to taka magia codzienna, magia naszego świata. Także myślę, że troszeczkę dzisiaj pójdziemy w tym kierunku. Przynajmniej ja tego potrzebuję. A że ja tu rządzę, to pójdziemy. Okej, losuję teraz dwie karty wizerunku. Najpierw jeszcze nie będę patrzeć, po prostu je sobie wyłożę. Czyli najpierw nasz protagonista.
Dobra, jego weźmiemy ze środka, cyk i antagonistę weźmiemy z końca, czemu nie? Dobra i od razu wylosuję sobie archetypy, ale jeszcze wiadomka: będę losować, jak przyjdzie na nie pora. Dobra i też ze środka dla protagonisty, z końca dla antagonisty. W ogóle niedługo nowa tura archetypów, bo zostało nam jeszcze na dwa odcinki dwie ostatnie pary i potem robimy przetasowanie. Dobra, mamy to. Okej, to losuję sobie, znaczy odkrywam kartę protagonisty. I też tutaj zaznaczę, że jeżeli macie ochotę słuchać i patrzeć razem, znaczy widzieć to, co ja odkrywam, to zapraszam was w sobotę na mojego YouTube'a Katarzyna Prychacz. Tam wrzucam odcinki tego sezonu zmontowane razem ze zdjęciami. Także jeżeli ktoś woli i słuchać, i tam sobie zawiesić oko czy patrzeć jak ja opisuję te karty, to serdecznie zapraszam. Dobra i co my mamy dzisiaj?
Ciekawie. Trochę smuteczki. Może podzielają się to razem z moimi dzisiejszymi słabszymi nastrojami. Dobra, słuchajcie, karta przedstawia osobę, właściwie to lalkę. Nie wiem nawet, jak to określić. Mamy tutaj postać taką, nie wiem, czy to można nazwać mimem, bo ma fioletowe czy różowe włosy, na oczach ma makijaż, przekreślone całe oko jest linią i takie smutne brwi zrobione. Ta postać ma też taką głowę, która się unosi, lewituje tak, jakby była odcięta od korpusu i lewituje. Tak samo dłonie. Natomiast sam korpus ma ogromną dziurę na klatce piersiowej. Ta dziura właściwie chyba jest na wylot, ponieważ na plecach tej postaci siedzi ośmiornica i jedna z macek tej ośmiornicy wychodzi przez tą dziurę, jakby dziurę po sercu.
Więc ciekawie tutaj. Oczywiście wokół też dzieje się troszeczkę takiego chaosiku w tle, czyli mamy tutaj czajnik z herbatą, filiżankę. To się rozlewa u góry. Mamy też w oddali, ta ośmiornica trzyma jedną ze swoich macek kapelusz i mamy też złote rybki, które latają gdzieś tutaj wokół jak takie rozżarzone gwiazdy jakieś. Ciekawa postać, powiem szczerze. Widać, że ewidentnie będzie się tutaj z czymś zmagała. Myślę, jak to połączyć z tym naszym Fibonaccim, bo może właśnie tutaj-- chciałam powiedzieć, że może tej osobie została zabrana magia, ale w sumie wokół pływają, właściwie lewitują te rybki, czajniki i wszystko, więc nie wiem sama, w którą stronę tutaj pójść. W ogóle dlaczego ta ośmiornica, nie? Dzisiaj bardzo abstrakcyjnie, ale wiecie co? Odkroję archetyp.
Zobaczymy. Myślę, że może to mi da jakieś tropy i zaraz lecimy dalej. Okej. Archetyp buntownik. Jest ciekawie. Powiem szczerze, bardzo tutaj myślę pasuje. I tak, już mi dało jakieś fajne tropy. Najpierw przybliżę wam, czym w ogóle jest ten archetyp buntownika. Buntownik podważa ustalony porządek rzeczy, nie zgadza się i jawnie to manifestuje. Bywa niepoprawny, nieugrzeczniony i zadziorny.
Kwestionuje zastane status quo. Zadaje niewygodne pytania, zmusza do myślenia i rewizji poglądów, prowokuje. Krytykuje, a czasem wręcz ośmiesza zasady krępujące świat. Dąży do wyzwolenia i wolności. Jego drugie imię Rewolucjonista. Gotów jest iść na barykady za swoje przekonania i ideały. Więc mamy tutaj naszego głównego bohatera, który ewidentnie ma jakiś smutek. Jest właściwie taki pusty w środku. No i można by powiedzieć, że klasycznie podróż bohatera pewnie byłaby właśnie po wypełnienie tej pustki, po odnalezienie właśnie może magii w tym świecie. Ale wiecie, tak patrzę, skoro na tej grafice mimo wszystko jest bardzo dużo magii, to może odwróćmy to.
Może właśnie na świecie jest za dużo magii. Może jest tutaj gdzieś rodzaj jakiegoś takiego chaosu. Każdy ma co chce, każdy potrafi na przykład wyczarować, co chce, zrobić, co chce. Wszystko jest dostępne, wszystko jest w zasięgu ręki i nie trzeba o nic się starać, nie trzeba o nic dbać czy pracować. I może właśnie to sprawia, że ten nasz bohater jest pusty w środku. Nie czuje takiej motywacji do tego wszystkiego, bo właściwie to po co żyć, skoro ma się wszystko, co się chce w zasięgu ręki? W sensie takim, że nie ma żadnych wyzwań, nie ma żadnej satysfakcji, żadnego rozwoju. I może właśnie to jest też źródłem tego buntu naszego bohatera. Może właśnie tak myślę, że mógłby się rzucić właśnie w naukę, może właśnie w wertowanie starych ksiąg. Może właśnie planuje, czy chciałby, żeby wrócił stary świat, w którym magia była czymś mniej dostępnym, może czymś tajemniczym, żeby wrócił stary świat, w którym magia naprawdę była magiczna, nie?
No dobra, zobaczymy tutaj naszego przeciwnika i pewnie znając życie będzie się to nam ładnie zaraz łączyło. Idealnie się łączy. Powiem wam szczerze, że ja powinnam z tych kart jakiegoś tarota wyciągać, bo niektóre są naprawdę bardzo, bardzo powiązane z tym. Tak jakbym wcale ich nie losowała, tylko je przygotowała wcześniej. Mamy tutaj wielki cyrkiel i wielką mapę. Tak jakby w ogóle świat był mapą. Zamiast trawy, piasku jest taka wielka stara mapa, a oczywiście u góry chmurki. Jest nawet taka pieczęć królewska, chyba z jakąś koroną. Taka stara, jeszcze lakowa pieczęć. Ja się teraz zastanawiam, bo to nie jest chyba ten cyrkiel.
Nie pamiętam, jak się nazywał ten cyrkiel. Taki do map. Będzie mnie teraz męczyło. No nieistotne. No ale to jest takie chyba narzędzie bardziej kartograficzne, taki cyrkiel właściwie. On wygląda, jakby miał dwie igły, natomiast pewnie zwykle gdzieś powinien mieć jakiś ołówek. A może nie? No słuchajcie, bo to jest chyba to do wyznaczania odcinków na mapie. Czyli właściwie to może mieć dwie igły bez, bez żadnego ołóweczka. Cholera, nie pamiętam.
To miało swoją jakąś mądrą nazwę. Dobra, ale nie będę przedłużać. Więc na pierwszym planie sobie mamy ten wielki właśnie, nazwijmy to cyrklem i podtrzymują ten cyrkiel żuki. Dwa takie nie wiem, nie pamiętam jaka to jest odmiana, ale takie podłużne bardziej. Jeden ma takie szczypce, bo jeden stoi do nas tyłem, więc ma takie, te, ten, no znaczy szczypce nie na łapkach tylko w mordce. I on podtrzymuje i drugi właśnie nawet ma tu jakieś oczka, tak jakby patrzy w obiektyw. W sumie wiecie, pierwsze wrażenie to one tak mogłyby wyglądać jak jakieś karaluchy. Więc, więc teraz jaką to mogłoby stanowić kontrę dla naszego, dla naszego tutaj smutnego pajaca? Nie wiem, jak nazwać w sumie tego naszego protagonistę. Może po prostu smutny, smutnego człowieka, pustego człowieka, a tu antagonista.
Nie wiem, może on by tworzył mapy? Może dzięki magii on posiada wszystkie mapy świata na przykład. Albo może się teleportować we wszystkie miejsca. I teraz pytanie, gdzieś musieliby się spotkać. Może. Może on w jakiś sposób dowiedział się, że. Że ten nasz buntownik chce przywrócić stary porządek świata, że tak powiem. I może tutaj mu się to nie spodobać. Zobaczymy teraz archetyp antagonisty. Błazen.
Jest ciekawie. Naprawdę jest ciekawie, powiem wam szczerze. Dobra, co to jest ten błazen? Ma poczucie humoru i zaraża nim innych. Zachęca, by oderwać się od szarości i codzienności, przełamać stereotyp. Cechuje go radość życia i kreatywność, czasem też prowokacja. Żart jest w życiu potrzebny. Może być sposobem na rozładowanie napięcia i rozluźnienie. Inteligentny, trafnie i błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Bywa, że jak Stańczyk posuwa się do ironii i sarkazmu.
Wiecie co? Fajnie, fajnie. Kolejne fajne tropy tutaj w wymyślaniu, bo może właśnie nasz antagonista to jest ten, który sprowadził czy nawet rozpowszechnił magię. Wiecie, chciał być takim nowym Prometeuszem, który wcześniej przyniósł ludziom ogień. Tak, on przyniósł ludziom magię i ją rozpowszechnił. Więc tak jak tutaj, że zachęca, żeby oderwać się od szarości i codzienności. No i tak zachęcał, tak zachęcał, że właściwie ta szarość i codzienność, które też w jakimś tam stopniu są nam potrzebne, zniknęły, nie? Więc. Więc może tutaj właśnie to jest to. I cechuje go radość życia.
Więc wiecie, no może taki on będzie raczej kreatywny, kreatywny i radosny, wiadomo, no kreatywny, bo musiał jakoś tą magię rozpowszechnić. Natomiast właśnie może z jakiegoś powodu też podoba mu się ta jego pozycja. Łyknął trochę tej Chciałam powiedzieć władzy, ale może nie władzy, a uznania, że jako taki nadworny, że tak powiem, czarodziej, ktoś, kto przyniósł taki mocny kaliber na świat, że może właśnie ludzie go podziwiają. Może stał się czymś w rodzaju takiego nawet nie boga, tylko wybawcy. Kogoś, kto zabrał od wszystkich ludzi problemy, smutki i tak dalej. Dobra, mamy jakiś zarys, więc teraz sięgamy do książeczki. Do książeczek właściwie i zobaczymy, może coś dalej fajnego z tego wyjmiemy. Dzisiaj, tak jak mówiłam na początku, wzięłam z powrotem książkę „Sekretny Kod”. To jest książka, która też już z nami była tydzień temu, ale tutaj sobie zaznaczyłam rozdział o Fibonaccim, więc myślę, że może tym razem coś sobie przeczytamy z tej książki. Ja tylko zerknę, jak długi jest ten rozdział, bo już trochę czytałam dzisiaj.
Aha, wiecie co? To jest rozdział i on ma jeszcze podrozdziały. Dobra, to sobie po prostu przelecimy przez to. A jak byście chcieli, to dajcie znać gdzieś w komentarzu czy w jakikolwiek sposób, to może wtedy przeczytamy ten rozdział, czy może jakieś inne rozdziały z tej książki. Jeżeli bylibyście zainteresowani. Dobra, pokrótce mamy tutaj Fibonacci i liczby Fibonacciego. Cały ten rozdział. A tu jakiś mądry cytat. Cytaty zawsze są skarbnicą inspiracji, więc przeczytajmy. „Prawdziwie odkrywcza podróż nie polega na odkrywaniu nowych lądów, lecz na patrzeniu nowymi oczyma”.
Marcel Proust, francuski pisarz. Fajny cytat. Myślę, jak by to można powiązać z tą naszą historią. Ale nowe lądy to mogłoby być nawiązaniem do naszego antagonisty, który właśnie ciągle odkrywa te nowe lądy. Może on nie zrozumiał tego, że czasami trzeba zmienić perspektywę czy spojrzeć w nowy sposób na coś i uparcie czegoś szuka, sam nie wie czego i odkrywa nowe lądy i na tym świecie, i na innych. Jak dopuszczamy magię, to zapewne jest pełno różnych wymiarów i światów. Trochę tak teraz pomyślałam, jak Rick z „Rick i Morty”, jakby miał ten pistolet, co tam się przenoszą do różnych światów. Więc może to jest taki trochę typ szalonego naukowca, taki nasz Rick. Tylko że tutaj nie naukowiec, a bardziej taki można powiedzieć magik. Dobra, patrzę, co my tu mamy jeszcze, bo nie chcę się tutaj zagłębiać bardzo.
Tu mamy, że złoty podział nazywany boskim, ponieważ ludzie tak go odbierali. Jest twórczy, odradzający się, harmonijny i choć nieustannie dąży do czegoś niepoznanego, nigdy tego nie osiąga. O proszę, słuchajcie, to jest całkiem fajna rzecz. To jest jakby charakterystyka naszego antagonisty. Od najstarszych czasów złoty podział był wykorzystywany przez artystów, rzeźbiarzy, muzyków, a może nawet i poetów jako harmonijna podstawa ich prac. Także matematycy, fizycy, botanicy i całe rzesze naukowców inspirowali się nim, by sięgnąć do sekretów natury. Za każdym razem, kiedy pojawia się on w nowej i zadziwiającej postaci, co nieustannie się dzieje, jesteśmy zaskoczeni i słyszymy zbiorowy szept: czy natura rzeczywiście ma jakiś ukryty kod, który mógłby być zrozumiany przez ludzki umysł? Dobra, ja nie czytam dalej, ale ten fragment mógłby właśnie tutaj narobić nam robotę. Może właśnie dotarliśmy do momentu, w którym to zostało zrozumiane przez ludzki umysł i dlatego ta magia się rozsypała, nie? Że może właśnie tutaj ten nasz antagonista był takim myślicielem, rozdającym magię.
I tu mamy coś o szukaniu w liczbach. Nawet w starożytnym Egipcie był stosowany ten podział. Tu mamy pierwsze przedstawienia złotego podziału, więc Pitagoras nawet też tutaj coś miał w tym temacie. Wiecie co? Skaczę sobie po prostu po tych zdaniach, bo tak jak już mówiłam, chciałam dzisiaj trochę przyspieszyć. Czy coś nam się tu przyda? Tak Dobra, czekajcie, zobaczymy dalej. Aha, bo tutaj już wchodzimy powoli w piramidy. Właśnie ten starożytny Egipt i to, że tam też był ten złoty podział stosowany. Mamy nawet fajne schemaciki tutaj, więc może właśnie jakaś lokacja, może piramida będzie w jakiś sposób istotna.
Może w piramidzie jest ukryte źródło magii na przykład, które antagonista sprowadził czy stworzył. Może on w ogóle stworzył, odkrył to źródło, wyłuskał z przestrzeni gdzieś. I może nasz buntownik się o tym dowiedział i ma zamiar zniszczyć tą piramidę. Może to tak. Więc wyrusza z misją, żeby pogrzebać w gruzach źródło magii. A antagonista się zorientował i też będzie próbował może temu się przeciwstawić. Patrzę, czy coś więcej tutaj mamy. Mamy też coś o średniowieczu. Dużo fajnych rzeczy historycznych tu jest, ale naprawdę boję się, że jak zacznę czytać, to naprawdę utoniemy w tym. Dobra, nie, słuchajcie, dzisiaj nie tędy droga, bo tu mamy już też fajne obliczenia pokazane.
Co dalej jeszcze? Widzicie? Nie potrafię przestać. To nawet coś z liczydłami. Znaczy abacus, z tego, co pamiętam takie starożytne liczydło było. Dobra, słuchajcie, bo ja stracę kontakt z wami, bo zaczynam się zagłębiać w historię matematyki. Proszę, i Indie, i perscy uczeni. Perski, chyba źle to odmieniłam. Myślałam, że paradoksalnie będzie więcej tutaj w tym rozdziale o Fibonaccim, ale wcale się nie zdziwię, jak jednak może o Fibonaccim było w poprzednich rozdziałach, bo to jest rozdział trzeci akurat. Ale jest jakiś cytat, nie wiem skąd on w sumie jest.
To jest jakieś pytanie. Dobra, zobaczymy. Aha, bo tu obok jest jakiś schemat. Ten ciąg Fibonacciego jest tłumaczony chyba na podstawie królików. Pewien człowiek zamknął parę królików w miejscu otoczonym ze wszech stron ścianami. Ile par królików można wyhodować z tej pary w ciągu roku, jeżeli założymy, że w każdym miesiącu każda para urodzi nową parę, która z kolei osiągnie produktywność od drugiego miesiąca? Okej, flashbacki ze szkoły. Ale powiem wam szczerze, ja widzę ten schemacik, więc mogę wam powiedzieć, że faktycznie fajnie jest to rozrysowane. Nawet ktoś na tym schemacie uwzględnił krzyżówki genetyczne, kolorystykę królików. Ale nie wiem, nie ma tu napisane, czy to jest jakaś stara rycina, skąd ten schemat.
Dobra. Co tu jeszcze? Aha, dzieła Fibonacciego, czyli wypisane jego popełnione dzieła i liczby. Dobra, zamykam. Zamykam, bo powiem wam szczerze, ta książka jest bardzo absorbująca. Już. Męska decyzja. Zamykam. Zamykam „Sekretny kod”. Naprawdę polecam, jak macie gdzieś jakąś bibliotekę albo chcecie zainwestować.
Może jeszcze jest w sprzedaży? Nie wiem, bo to w sumie chyba starsza pozycja jest. Patrzę z ciekawości. Tyle ciekawych tu rzeczy. Napisane jest, że to zostało wydrukowane w Chinach. Wydawnictwo z Niemiec, ale chyba zapomnieli wpisać daty. Tu jest 2009. To też nie taka stara książka. Dobra, troszeczkę. Okej, odkładam.
Wzięłam jeszcze sobie książkę „Włochy. Cuda świata”, bo tak pomyślałam, że Fibonacci, że włoski matematyk, to może w tej książce coś fajnego znajdziemy. Oczywiście to jest taki bardziej, można powiedzieć, przewodnikowy przewodnik. Patrzę, czy to ma spis treści. Chyba zbyt wiele wymagam. Ja lubię te spisy treści, bo widzicie jak się kończy kartkowanie. Nie wiem, może to coś. To jest w takiej dziwnej formie, że może to jest... Tak, to jest spis treści bez stron, czyli spis rzeczy właściwie. I tu mamy Wenecję, Weronę, Padwę, Mediolan, Val Camonica, Genua, Pawia, Turyn.
Dobra, bo tu jest faktycznie większość miejscowości. Dobra, spojrzało mi się, teraz tylko czy ja to dobrze przeczytam. Alberobello. Magiczne dachy trulli. Spróbuję. Tylko nie ma oczywiście numeru stron, ale może znajdziemy. Dachy. Nie wiem, czemu na to spojrzałam. Albo i nie znajdziemy. Ja nie wiem, na czym polega ta książka.
Dobra. A, i Wenecja mi się otworzyła. Dobra, wybaczcie dzisiaj trochę moje rozbicie, ale staram się naprawdę nie być bardzo porozbijana. Dobra, skoro mi się otworzyła Wenecja, to zawsze jest miasto, które darzę specjalnym sentymentem. I tu mamy szkło weneckie, więc może by nam to pasowało gdzieś. Może właśnie ta piramida jest ze szkła, bo w sumie trochę jak w Paryżu, w Luwrze z kolorowych szkieł. Może właśnie te kolorowe szkła, tak jak witraże na przykład w starych kościołach, może one napędzają tą magię. Pamiętam, że chyba gdzieś w jakichś starych bazylikach były takie kwieciste wzory na podłodze. I to jest chyba schemat też czegoś w muzyce. Że dosłownie te wzory to nie była tylko ozdoba, ale nie wiem, czy to jak fale dźwięku się rozbijają, czy coś można z tego było zrobić.
Zachęcam, jakbyście gdzieś wertowali internety. To chyba było przy temacie związanym z hercami, z częstotliwościami muzyki. To były te fale jakieś solfeżowe, takie jakieś harmonie. Dobra, tym razem w głowie odpływam. Poprzeglądam sobie obrazki. Mamy tu swoją drogą w książce, świetne wydanie, bo mamy też i część zdjęć architektury, i jakichś rycin, nawet jakieś takie rzeczy codzienne, samochody, jakieś jedzonko, makaron. Dobra, muszę pamiętać, żeby nie nagrywać podcastu na głodniaka. Tak jak nie robić zakupów. O nie, pizza. Dobra, słuchajcie, mamy też karnawał wenecki.
Proszę bardzo, jakieś ciekawostki. A tu mamy taką kadzielnicę jakąś wielką. Dobra, słuchajcie, bo miałam ogólnie też mówić o tych researchach, więc tutaj jeżeli chodzi o tego typu książki, to właśnie jak macie jakieś przewodniki, może właśnie czasami warto sobie to otworzyć, zajrzeć. Jeżeli na przykład budujecie własne uniwersum, może to są fajne podpowiedzi do lokalizacji. Tu może jakiś wulkan, może jakaś góra, może właśnie obrzędy, rzeczy związane z czymś kulinarnym. Nie wiem. Wiecie, jedyne co nas ogranicza, to nasza własna wyobraźnia, więc myślę, że moglibyśmy dowolnie tutaj brać i wszystko łączyć. O, jaki ten bernardyn, ten taki piesek z beczułką, jak to zawsze w bajkach było. Nie wiem, czy teraz też w jakichś bajkach takie pieski są. Dobra, nie chcę się rozpraszać, więc lecę dalej, żebyśmy coś jeszcze poomawiali.
Ach, patrzę, walczę. Może jeszcze w ostatniej chwili, zanim zamknę, coś się pojawi. Dobra, zamykamy, bo to zawsze się coś pojawi. Taka jest prawda. Patrzę tak na naszych bohaterów, ale podoba mi się wizja takiej witrażowej piramidy. Pomyślałam, że tam było zdjęcie piramidy na tych pustkowiach, więc mogłoby być gdzieś tam za miastem, na takim pustkowiu i tam w środku by ta magia pulsowała. Ciekawe. Tak myślę, co mogłoby się na koniec stać z naszym bohaterem? Sorry za znowu dygresję, ale sobie pogadam, bo mnie tak zaintrygowała ta dziura, że on jest taki pusty w środku. A może ta magia spowodowała, że ludzie stali się takimi lalkami?
Może tam była jakaś klątwa czy coś, że może to było coś za coś? Że ludzie owszem, dostali dostęp do tej magii, ale na przykład musieli coś poświęcić. Możemy myśleć oczywiście klasycznie, że poświęcili duszę, a może tym razem poświęcili serca? I może właśnie ten nasz buntownik z racji swojej takiej buntowniczej natury czuje fantomowe bicie serca. Czuje po prostu, że tam coś było kiedyś, że on nie zawsze taki był. I może z jakiegoś powodu ta dziura albo ta ośmiornica, która do niego przylgnęła, może ona mu pomaga. Może ona właśnie podpowiada mu, że odpowiedź jest w tej piramidzie. I może ten nasz buntownik idzie i może on myśli, że zniszczy tą piramidę. A może po prostu odnajdzie tam swoje serce. Może właśnie zasilaniem tej magii, tej piramidy są ludzkie serca.
Ta cała na przykład miłość, która jest w nich pochowana. I nasz antagonista poukładał te serca albo zbudował w ogóle tą piramidę z serc. Nie, szklana jest fajniejsza, ale mogłaby mieć półki na te serca. O, przypomina mi się w ogóle, jeżeli chodzi o półki i serca, serial „Dawno, dawno temu”. I tam była zła królowa, ta ze „Śnieżki”. I ona właśnie wyrywała ludziom serca i wkładała do szkatułek. I miała taką swoją piwniczkę gdzieś, gdzie to trzymała. Więc tak pomyślałam, że w sumie ciekawy motyw. Może tutaj też te serca były gdzieś kumulowane i może w sumie to da się przywrócić ludziom te serca, żeby ta magia może nie była taka widowiskowa, ale żeby była paradoksalnie też dostępna dla każdego, ale tylko dla tego, kto sięgnie do swojego serca. Nawet to takie poetyckie się robi.
Ach, dobra. Wzięłam tutaj jeszcze książkę „Pamięć absolutna”. Tak pomyślałam sobie, że Fibonacci, że naukowiec, że ciąg liczb. Tutaj jest podtytuł jeszcze „Jak radzić sobie z zapominaniem i podkręcić możliwości umysłu”. Więc to jest taka bardziej pewnie na rozkminkę z ćwiczeniami książka, ale zerknijmy w spis treści, może też jak zawsze nas gdzieś zaprowadzi. „Poznanie zasad funkcjonowania pamięci” to jest rozdział pierwszy. I tu mamy, że mózg lepiej zapamiętuje obrazy. „Wrogowie twojej pamięci”. Czytam co któryś. „Sekrety maksymalizacji sprawności pamięci”.
O! „Rozwiewamy mity dotyczące pamięci”. Może właśnie tym ludziom wymazano pamięć tutaj w naszej historii i może z jakiegoś powodu nasz bohater niechcący na przykład zaczął robić jakieś ćwiczenia. Coś, co na przykład można byłoby wziąć z tej książki. Coś, co tutaj jest jak pomaganie. Lepsza pamięć, ćwiczenia. Tutaj pewnie dalej też jeszcze to będzie, ale może właśnie z takiej książki moglibyśmy przemycić też taką naukę, takie ćwiczenie. A może ta ośmiornica była jakimś rodzajem mędrca? Może to jest nie jakiś byt magiczny, tylko prawdziwa ośmiornica, która po prostu dzięki tej magii może mówić. I może ona właśnie nauczyła naszego bohatera pamięci, w sensie ćwiczenia tej pamięci, że może on właśnie zawsze był taki zagubiony i gdzieś tam na przykład siedział nad morzem i sobie narzekał albo krzyczał w przestrzeń.
I ta ośmiornica usłyszała i podzieliła się swoją wiedzą z nim albo właśnie treningi z nim robiła. W sumie takie morze, treningi na plaży jak często w jakichś filmach, na przykład „Rocky” czy coś, że trenował, żeby być wielki, to może tutaj właśnie te treningi, ale umysłowe. „Asocjacja. Lepiszcze pamięci. Zasada wyzwalacza. Jak dobrą masz pamięć? Jak tworzyć silne asocjacje?” O, i mamy, proszę bardzo, ćwiczenia skojarzeniowe, czyli fajna rzecz, którą można byłoby faktycznie gdzieś tam w przekazie przemycić. Tu mamy jeszcze „Techniki pamięciowe dla początkujących. Zapamiętywanie list, przemówień, treści prezentacji. Techniki ciągu słów”.
Dobra, co tu jeszcze? „Porównanie technik”. O, proszę, też ciekawy temat, bo tu mamy ciąg słów versus lista ciała versus technika rzymskiego pokoju. Ciekawe, ten rzymski pokój to było właśnie to? Nie, nie będę strzelać, ale wiem, że była gdzieś w którymś „Sherlocku”, cholera, tylko nie pamiętam w którym serialu. Był ten pałac myślowy, że można było wizualizować sobie pokój albo cały obiekt i każde wspomnienie było na przykład rzeczą albo meblem, czy jakimś zakamarkiem w tym pałacu, dzięki czemu łatwiej było przywoływać te wszystkie wspomnienia. Może to jest właśnie to, bo rzymski pokój? Nie pamiętam. Może to w serialu wydaje mi się, że było nazwane pałacem akurat. Ale nieistotne.
Dobra, słuchajcie, bo tutaj mamy też zapamiętywanie pojęć abstrakcyjnych, więc tu już mamy typowo takie mięsko. Baza danych stu obrazów. Tu jakaś ściągawka. Dlaczego zapominamy imiona? Też ciekawy temat. Dobra. Medytacja. Związek zagadek. Malowanie w wyobraźni. Słuchajcie, zobaczcie ile z tego moglibyśmy zrobić rozdziałów.
Jaki kontent tutaj by był na te sceny ćwiczeń? Może na początku nauka medytacji, bo jednak bohater jest wybrakowany, jest rozchwiany, więc może ta ośmiornica na początku próbowała w ogóle go nauczyć jakiegoś wyciszenia, jakiegoś takiego uspokojenia emocji. Tego smutku, tej wewnętrznej tęsknoty i jednocześnie agresji, bo jako buntownik może irytował się z tego powodu i może medytacja byłaby tu początkiem. Tu mamy rozwiązywanie zagadek. Powiem szczerze, że ten, paradoksalnie rozdział ósmy byłby całkiem fajnym wstępem. Tak jak pomyślę sobie na przykład w kontekście pisania. Zawierz swojemu mózgowi. Słuchajcie, to taka zasada. Można byłoby też wypisać taki kodeks, jak kodeks rycerski, to tutaj może jakiś kodeks pamięci. Dobra, radzenie sobie z codziennymi problemami, z pamięcią.
To już takie daty spotkań, rocznice. I tu jeszcze, jakie popisy, żeby zrobić wrażenie na innych. To też jest fajne. Tu można byłoby też ukryć, przedstawić na przykład próżność. Może nasz bohater był próżny albo lubił sobie mimo wszystko zrobić wrażenie w towarzystwie. To czemu nie? Tutaj myślę, są też fajne podpowiedzi. Dobra, zamykam. Polecam. Słuchajcie, czasami naprawdę książki totalnie wyrwane od czapy, a paradoksalnie z tych wszystkich, jak do tej pory, to ta nam tutaj zrobiła najwięcej podpowiedzi.
I ostatnia książka, którą wzięłam, to książka „Magia na co dzień". Tak sobie pomyślałam, że chcę iść w tym kierunku. Co prawda tutaj będą, o! Pozytywna energia dla ciebie i twojego domu, więc tu będą raczej takie pewnie rytuały bardziej domowe, ale zobaczymy sobie w spisie treści. Może właśnie od tego zaczął nasz antagonista? Może właśnie to zainspirowało go do tego, żeby zgłębiać naturę, naukę, magię, żeby to wszystko stało się dostępne dla wszystkich. I co my tu mamy? Jakaś energia i subtelna rzeczywistość. Jakaś subtelna strefa. Aha, bo to są już takie bardziej metafizyczne rzeczy też.
Dobra. Pierwszy rozdział widzę ogólnie wprowadzający. Zaakceptujcie tajemnicę. Więcej na temat postrzegania subtelnej sfery. Potem mamy wstępne przygotowania, sprzątanie bałaganu, olejki eteryczne, esencje myśli. Grzechotki! Doskonale oczyszczające przestrzeń. A to była grzechotka w poprzednim sezonie. Bo też o grzechotkach czytałam w jakiejś książce o symbolach. W historii Chucka Malkarsa i tam był pokój dziecięcy chyba, czy gdzieś z jakichś kart artefaktów chyba wypadła grzechotka.
Dobra, wybaczcie, flashbacki z przeszłości. Ale w sumie chyba też tam czytałam, że to było jakieś oczyszczanie z demonów czy z czegoś tymi grzechotkami. Tu mamy o talizmanach, ceremonie na przykład czy tego poświęcenia talizmanu i tak dalej. Jakieś uwagi. Same talizmany to jest też, myślę, ciekawy temat. Myślę, do kogo by to pasowało nam. Teraz jeszcze patrzę, bo tak pomyślałam o talizmanach, o czymś, co tak pobrzękuje. To może nasz antagonista, błazen? Nie no, tutaj mamy archetyp błazna, ale może on właśnie by się ubierał tak ekstrawagancko i dużo miałby takich zawieszek różnych magicznych. A co my tu jeszcze mamy?
Mamy nawet jakichś duchowych przewodników. Aniołowie stróże, zwierzęta, święci, bóstwa. Wiecie, w sumie jeżeli mamy tutaj wyciek magii, to równie dobrze te bóstwa, to wszystko też może być na tym świecie. Taki w sumie jeden wielki magiczny chaos. I to na przykład też byłoby ciekawe może, żeby stąd sobie coś podebrać albo nawet znaleźć tropy do jakichś konkretnych bóstw na przykład, które by nam się mogły dla naszej fabuły przydać. Co tu jeszcze? Magiczna higiena, oczyszczanie ciała energetycznego i w ogóle tu jakieś wizualizacje, ochraniacze energetyczne ciała, medytacja w prostych słowach. I proszę bardzo, mamy na przykład tutaj rozwinięcie medytacji. Przeczytam wam ten podrozdział. Medytacja w prostych słowach.
I tu mamy jeden rozdział. Jedz, pij i bądź pozytywnie nastawiony. Kolejny. Błogosław. Dalej. Pij dużo wody. I ostatnie. Spożywaj pozytywnie wibrujące pokarmy. I to na przykład mogłyby być takie podstawowe zasady, których mogłaby uczyć ta ośmiornica. A jeżeli mamy magię, można pomyśleć: energia, cząsteczki, wibracja.
Więc może właśnie w jakiś sposób oni też patrzyli na to pożywienie, że może to pożywienie w tym świecie magicznym też się różniło wizualnie. Więc można byłoby też sobie tutaj trochę odgapić tych rzeczy. Co my jeszcze mamy? Tu mamy coś o ego nawet. Hipoteza fragmentu duszy. Hipoteza pamięciowego lub energetycznego odcisku. Czyli mamy też właśnie tą pamięć tutaj. Kurczę, dwie książki paradoksalnie, które właściwie wybrałam jako pierwsze i są idealne. Dobre tropy. Mamy też tu właśnie o reinkarnacji, o szóstych zmysłach.
Kurczę, tutaj full wypas podręcznik, więc myślę, że idealna pozycja do opisania tego świata magicznego. Co mamy tu jeszcze? Oczyszczanie przestrzeni, jakieś różne rytuały, oczyszczenie przedmiotów ludzi. Też ciekawe. Dobra, bo tak bardzo dużo tutaj jest informacji z różnych rozdziałów. Rytuał ognistej ściany. Słuchajcie, nie wiem, na czym polega ten rytuał, ale brzmi petarda. Dobra, bo już znowu się robi późno, a aj, ile tu jest jeszcze rzeczy fajnych. Przebaczanie, spędzanie czasu na łonie natury. To też takie właśnie kultywowanie.
To jest w podrozdziale kultywowanie pozytywności, więc moglibyśmy już widzicie na dwóch książkach postawić cały trening bohatera, przygotowanie do wyprawy i parę innych rzeczy byśmy jeszcze odhaczyli po drodze. Okej, kolejną częścią imprezy i właściwie już zmierzającą ku końcowi jest ten taki właściwy problem. Czyli karta grafika i będzie miała dwa słowa, więc pomyślę, w jaki sposób to by nam miało tutaj zamieszać. Okej, i ze środeczka cyk i odwracamy. I co my tu mamy? Żyrafa, cukierek. Ale gruba grafika. Powiem wam szczerze mamy żyrafę i głowa tej żyrafy jest tak jakby ponad chmurami. To są różowe chmury, pełno cukierków, lizaczków, żółte kolory, różowe, czerwone, fioletowe. Wiecie, takie życie.
Wszystko jest tam takie żywiołowe, piękne. Ta żyrafa jest żółta i właściwie to sobie liże lizaka. Natomiast poniżej chmur, dół żyrafy jest pogrążony w bardzo smutnym miejscu. Mamy tutaj jakieś nawet kości jakiegoś bawoła. Widać totalnie martwy świat. Jakieś nie wiem, czy to są dziury po wybuchach, czy jakieś wulkany. Coś, co dymi. Jest zupełnie sprzeczne z tym światem u góry. To by mogło właśnie nam pokazywać te dwa światy tej magii. Ale wiecie, nie chcę tu mówić o świat stary i świat nowy, tylko bardziej mam na myśli to ukryte dno, że właśnie jest cukierkowo, kolorowo, magicznie.
Jest tak, jak mówiłam, taki magiczny chaos. Wszystko, co chcesz, to masz. Ale tak naprawdę pod powierzchnią jest właściwie martwo. Jest śmierć, jest pusto, tak jak właśnie w tym naszym wnętrzu bohatera. Więc karta świetna. I teraz cukierek i żyrafa. Tu już sama grafika dużo oddała mi obrazów w tej historii. Natomiast może w jakiś sposób żyrafa... Wiecie, a może jakaś legenda o tej żyrafie? A może właśnie jakaś mądra żyrafa powiedziała mu jakąś prawdę, taką życiową, że w sumie to cukierek nie zawsze ma, wiecie, jak jest ładny papierek, nie znaczy, że ten cukierek jest smaczny.
I może właśnie to dało naszemu bohaterowi do myślenia. A może gdzieś zobaczył żyrafę? To w sumie trochę jak ta żyrafa co te Skittlesy jadła tęczę i tam w reklamie gościu ją doił i wypadały Skittlesy. Może właśnie tam były takie żyrafy. Może ktoś właśnie sobie stworzył takie żyrafy, które zajadały cukierasy, więc stworzył im taką magiczną przestrzeń. I może nasz bohater właśnie obserwował sobie na spacerze na przykład taką żyrafę. Może któryś cukierek upadł i ten cukierek okazał się właśnie jakiś zgniły w środku. A może właśnie jeżeli cukierek wypadał z tej magicznej strefy, to wtedy robił się niejadalny? Czyli tak naprawdę cukierki były zarezerwowane na przykład dla tych żyraf i dla właściciela tych żyraf na przykład. Dobra.
I teraz dobra, czekajcie, bo to miał być problem. No ale to właśnie się wiąże z tym problemem, z tym wezwaniem do wyprawy tak naprawdę. Może właśnie bohater zaczął patrzeć na siebie jak na ten cukierek, bo też tutaj pokrótce opisałam, ale myślę, że można byłoby powiedzieć, że ten bohater jest ładny mimo tego smutku, który od niego zieje. To jednak tutaj mamy eleganckie ubranie, szelki, mucha na szyi, włosy są uczesane. Więc może właśnie ten nasz bohater czy bohaterka w sumie to też by mogła być. Nie wiem, tak wiecie, określiłam, że to lalka, więc w sumie nie określiłam na początku więcej szczegółów. Więc on może wiedział, że jest piękny tak jak papierek od tego cukierka, ale wcale uświadomił sobie, że w środku jest pusta skorupa, gdzie nawet ta macka ośmiornicy po prostu wyszła na wylot i nic nie poczuł. Nawet go to nie obeszło. Dobra, mamy to. I teraz jeszcze quiz przysłów.
Losujemy motto, czyli właściwie losujemy jakieś przysłowie. Mam nadzieję, że tym razem będę dokładnie wiedziała, co oznacza to przysłowie. Dobra. Komu w drogę, temu czas. No dobra, słuchajcie, komu w drogę, temu czas. Prawie godzinę gadam. Kończę. Nie no, słuchajcie, trzeba to podsumować oczywiście. Więc komu w drogę, temu czas. No właśnie, może ta cała podróż do tej piramidy.
Może to był właśnie ten moment, którego nasz bohater potrzebował. Może na końcu wcale nie zniszczy tej piramidy? A może nikomu nie powie o tej piramidzie i weźmie swoje serce? Po prostu wiecie, pomyślał, ruszył, zrobił. Albo może skoro już wie, gdzie jest jego serce i czego mu brakuje To może zanim postanowił się wstrzymać i nie zabrać tego serca, tylko spróbować się na przykład nauczyć żyć, funkcjonować bez tego serca. Skoro właściwie znalazł odpowiedź na tę swoją tęsknotę, to może wcale nie oznaczać, że musi ją wypełnić. Może właśnie wyruszył, bo nastał jego czas. Podjął decyzję, ruszył w drogę, zmobilizował się, przeszedł te wszystkie treningi, ale finalnie wcale nie wrócił z artefaktem. Wcale nie wrócił z tym trofeum takim, o jakim myślał, że wróci. Może właśnie gdzieś w trakcie podróży bohatera ukształcił się, może odrodził się w pewnym sensie na nowo.
No dobra, mamy to. Więc tak jak obiecałam, udało mi się zrobić krócej. Mam nadzieję, że mimo wszystko było wartościowo, że podobała wam się ta historia, mimo że dzisiaj faktycznie taka troszeczkę melancholijna, ale zapewne to wina mojego nastroju. Czasami melancholia też jest potrzebna. Ja na przykład lubię swoją melancholię, bo mogę sobie teraz bardzo dużo rzeczy fajnie poukładać, przemyśleć. Także może to i dobrze, że trafiło na ten dzień nagrywania podcastu. W sumie cieszę się, że mogłam się z wami podzielić tym, że nie zawsze tryskam, nie zawsze jestem wulkanem energii, tej pozytywnej, a czasami też potrzebuję taki właśnie jakiś wewnętrzny reset, oczyszczenie. Także ja kończę, idę się oczyszczać dalej. Pewnie jeszcze parę dni mi to zajmie. Mam nadzieję, że u was wszystko w porządku i że wy tryskacie tym razem energią.
Potryskajcie dla mnie. A jeżeli nie tryskacie, to mam nadzieję, że mimo wszystko też znajdziecie gdzieś jakieś swoje słońce, swoje poukładanie, swoje serce, swoją magię. I to taką pozytywną. Tego wam życzę. I trzymajcie się cieplutko i do usłyszenia za tydzień. Pa.
[03:59:58] - Proszę państwa, skoro była Eviva, to nie może nie być „Labiryntu książek”. Mirosław Gołuński zaprasza państwa dzisiaj na książkę Kima Stanley'a Robinsona „Antarktyka”. Niezła książka, powiem państwu. Ja ją czytałem w wydaniu, taka była seria Nowa Fantastyka Poleca. To tam czytałem tę książkę. I to jest naprawdę kawał dobrej literatury, takiej jak lubię. Zapraszam.
[04:00:56] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo będą mieli czas, żeby zajrzeć do mojego labiryntu. Proszę państwa, dzisiaj zgodnie z zapowiedzią z zeszłego tygodnia również będzie ekologiczno-klimatycznie, ale tym razem nie historycznie, a futurystycznie. Będę mówił o jednej tylko tym razem powieści Kima Stanley'a Robinsona, w tej chwili uważanego za jednego z najważniejszych pisarzy science fiction w Stanach Zjednoczonych. Co ciekawe, od kilku lat nie jest w ogóle tłumaczony w Polsce, mimo że wychodzą jego kolejne powieści. Przyznaję, że od niedawna je czytam. Zaraz powiem, jak doszło do tego, że w ogóle zacząłem go czytać, bo ja też również długo o nim nie wiedziałem, ale wcześniej kilka tomów jego prozy zostało już opublikowanych w Polsce. I o jednej z takich powieści, która należy do fantastyki bardzo bliskiego zasięgu, chciałem dzisiaj państwu powiedzieć. Ale zanim przejdę do „Antarktydy”, która jest główną bohaterką mojej opowieści dzisiejszej, kilka słów chciałbym powiedzieć o tym, jak zacząłem czytać Robinsona. Właściwie za dzisiejszy podcast musicie państwo również podziękować mojej doktorantce, pani Katarzynie, która pisze z fantastyki i zupełnie właściwie w czasie swoich badań natrafiłem na powieść Kima Stanley'a Robinsona „2312”, wydanej w 2012 roku.
Data tu ma tyle znaczenia, że w Polsce ukazała się już w 2013, ale też w tym samym 2012, 2013 ruszył solar punk. Pierwsze takie opowiadania i manifesty tego kierunku się pokazały. Ona o nich właśnie pisze, ale właśnie „2312” czy 2312, jak byśmy powiedzieli, to właśnie taka dość utopijna wizja przyszłości. Co zrobimy, jak sobie poradzimy z naszymi problemami klimatycznymi i jak to się rozwinie. I taka wielka szansa dla nas. Potem zresztą nieco korygował, bo w tym samym alternatywnym świecie napisał powieść „New York 2140”, która już nie wyszła na język polski. W tej chwili jest „The Ministry for the Future”, która również raczej opowiada, jak jest źle dziś, a nie jak będzie dobrze kiedyś. Ja jednak chciałbym dzisiaj skupić się na powieści „Antarktyda” przetłumaczonej przez Łukasza Kubskiego, wydanej w Polsce w 1998 w takiej cudownej serii Prószyńskiego Nowa Fantastyka. Ci, którzy z państwa czytują fantastykę od dłuższego czasu, wiedzą, o czym mówię. Tym, którzy nie czytali jej, bo są zbyt młodzi na przykład, to ja naprawdę bardzo gorąco tą serię polecam.
Można ją kupić często za niewielkie pieniądze na Allegro, bo stoi po kilka złotych, a ona daje mniej więcej może nie aż tak super przegląd jak Uczta wyobraźni obecna, ale bez wątpienia pojawiły się w niej Wszystkie najważniejsze powieści wydane w lata 90., przynajmniej większość. Przede wszystkim powieści anglojęzyczne, bo głównie ta seria powieści anglojęzyczne obejmowała. Oprócz "Antarktydy" jest tam trylogia Marsa: zielony, czerwony i niebieski, chociaż akurat ona jest dość droga, więc nie wiem, czy będziecie państwo mieli ochotę ją nabywać. Natomiast "Antarktyda" to powieść, która właściwie może się dziać dzisiaj. Została wydana w połowie lat 90., osadzona z niewielkim przepływem do przodu. Dość szybko wydana, dlatego że w podziękowaniach autor dziękuje za możliwość pobytu na Antarktydzie w roku 1995, więc pewnie wyszła w 1996 lub 1997 w Stanach. Dlaczego ta powieść jest tak istotna i dlaczego o niej chcę państwu opowiadać? Otóż przede wszystkim dlatego, że to jest wielka literatura. Kim Stanley Robinson jest wyśmienitym twórcą fabuł. Pisze wyśmienicie.
Opowiada nam o południowym krańcu Ziemi, o Antarktydzie, opowiadając o zdobywaniu Antarktydy, o pracach badawczych, które się tam odbywają, o próbach znalezienia tam ropy, gazu, metanu etc. A jednocześnie czytamy tę powieść z zapartym tchem, bo tam też jest wyśmienita akcja. Świetnie napisana, prowadzona z kilku perspektyw. To zresztą jest taka stała cecha, jak zauważyłem z tego, co do tej pory przeczytałem Robinsona, że Robinson opowiada w swoich powieściach z perspektywy kilkorga bohaterów, z którymi się możemy utożsamiać lub nie, ale to, co jest kluczowe dla Robinsona, to jego świadomość klimatyczna. Robinson prawie 25 lat temu mówi o zmianach klimatycznych. I to nie jest, bo coś się zmienia. On opowiada, jak zmienia się Antarktyda, jak znikają całe połacie lądu lodu. Opowiada, co się stanie, o czym sam dowiedziałem się szczerze mówiąc może pół roku temu. Co się stanie, gdy na skutek podnoszenia się temperatury zostanie uwolniony metan do atmosfery i co można zrobić, żeby temu zapobiec? Opowiada również i to jest może nawet ciekawy wątek.
Właściwie tworzy fikcyjne organizacje ekoterrorystów i pokazuje, że ich działalność nie jest dobra, że ich działalność w gruncie rzeczy może doprowadzać do tragedii, bo trzeba czegoś znacznie więcej. Pewnie dlatego główną postacią powieści czyni Wade'a. Wade jest wysłannikiem senatora, który ma się zorientować, o co chodzi na tej Antarktydzie. Senator zresztą jest również obrońcą klimatu. W Stanach nie jest takie częste, ale dzięki temu, że Wade tam przyjeżdża, żeby zdobyć wiedzę, my również tę wiedzę zdobywamy. Ja wiem, że to może w lutym, gdy u nas też jeszcze czasami pada śnieg, a w każdym razie jest chłodno, nie jest to najfajniejsza lektura jako towarzysząca zmianom pogodowym, ale może uświadomimy sobie, że w tym lutym to jednak jest trochę za ciepło. A jeżeli u nas jest za ciepło, to w tej powieści czytamy, jakie będą tego konsekwencje. Robinson 25 lat temu pilnuje parytetów. Jedną z głównych bohaterek czyni Val, Valerie, która jest przewodniczką. Sprawną, silną kobietą i ona również jest jedną z wiodących postaci w tej opowieści.
Mamy jeszcze kilku innych bohaterów, którzy razem tworzą zawikłaną i trzymającą naprawdę w napięciu fabułę. Mamy więc, proszę państwa, powieść, która nie tylko jest opowieścią dobrze napisaną w sensie scenariusza, w sensie fabuły, która naprawdę jest powikłana, kilkupoziomowa, przy okazji której zwiedzamy Antarktydę. I to dosłownie, bo towarzyszymy grupie Valerie, która idzie szlakiem Shackletona. Dla mnie to też świetny podręcznik do uczenia się o Antarktydzie i historii Antarktydy, jak już o historii mówimy. Druga grupa to geolodzy, którzy próbują ustalić, a wtedy to była najświeższa wiedza te 25 lat temu, czy Antarktyda zawsze pod lodem. To "zawsze", tutaj robię palcami cudzysłów, to oczywiście nie mierzymy tego w dziesiątkach czy setkach, a nawet tysiącach lat, tylko w milionach. Mamy też normalne życie osady ludzi, którzy tam mieszkają, pracują, żyją. Mamy poszukiwaczy ropy czy dokładniej gazu, którzy snują takie trochę utopijne faktycznie dywagacje o tym, że można by i zakładam, że technicznie byłoby to pewnie możliwe, puścić rurociąg na metan do Afryki, bo to w sumie najbliżej i rozwiązać problemy energetyczne całego kontynentu, bo tam tyle tego metanu jest. A więc jak państwo widzicie, to jest opowieść, która ma kilka poziomów. Mamy poziom opowieści, tak jak mówię, sensacyjnej momentami.
Co więcej, nie ma tam wiele takich deus ex machina. To znaczy faktycznie widać doświadczenie Robinsona, autora w sumie policzyłem ponad prawie 30 powieści, na język polski przetłumaczono zaledwie osiem, który pisze zarówno historie alternatywne, jak i właśnie takie historie SF. Tam nie ma przypadków. Może i wypadek, któremu ulega grupa Valerie, jest jakoś tam przypadkowy, ale on może się zdarzyć. Cały czas pozostajemy W granicach prawdopodobieństwa. Gdy opisuje, jak sypie się, jak znika nagle, znikają GPS-y nad Antarktydą i komunikacja radiowa, to my mu wierzymy, bo opisuje to dokładnie, jak to się dzieje. Więc ta fabuła jest podbudowana naukowo i swobodą beletrystyczną. Ale to jest również opowieść o zmianach klimatycznych, opowieść o rywalizacji różnych państw, o dobrach naturalnych. Mamy więc do czynienia z powieścią niezwykłą, wydawałoby się prostą. Fantastyki tam za wiele nie ma.
Poza tym, że oczywiście dzieje się to w nieodległej przyszłości. Nie pada rok, w którym akcja się toczy, ale możemy sobie wyobrazić spokojnie, że Robinson mówi właśnie o tej perspektywie 20, 30 lat. W innych powieściach, tak jak powiedziałem, ta perspektywa przesuwa się o lat 150 czy 200. Myślę, że zwłaszcza warto byłoby przetłumaczyć "New York 2140", ponieważ to jest opowieść o tym, jak Nowy Jork znalazł się pod wodą. Bardzo dokładnie i bardzo czytelnie jest to tam opisane, bo to, z czego myślę, że Robinson słynie i to, co jego najnowszą powieść uczyniło ulubioną lekturą Baracka Obamy za 2020 rok, właśnie tę "The Ministry for the Future", to jest właśnie ta, z jednej strony dbałość o realia techniczne. On naprawdę, podobnie jak Cixin Liu, o którym mówiłem kilka tygodni temu, ekstrapoluje z wiedzy, którą dzisiaj mamy. Ale z drugiej strony jest to też ostrzeżenie. Cixin Liu nie ostrzegał nas, bo to jest zupełnie inny typ historii. Natomiast Robinson w kolejnych powieściach bardzo konsekwentnie mówi nam: "Obudźcie się ludzie, obudźcie się, bo może być bardzo źle". Ale również daje nadzieję.
W przeciwieństwie na przykład do ekoterrorysty Bacci Galluppiego, który wyłącznie straszy. Też polecam, ale to może być bohater jakiejś innej opowieści, innego zagłębienia się w inny korytarz mojego labiryntu. Robinson ostrzega i daje wyjście. Daje coś, co rzadko daje literatura. Nie łatwą nadzieję i pociechę, bo to nie jest łatwe, ale pokazuje, jak jest. I to jest dość druzgocące, ale zaraz potem mówi: "Ale może być lepiej". Wszystko zależy od nas jako ludzi, od polityków, od naszych decyzji, zwłaszcza politycznych. Antarktyda to dobre wprowadzenie do takiego myślenia. Dlatego wydało mi się, że te dwie książki, te dwa tygodnie, poprzednie i to spotkanie w moim labiryncie, paradoksalnie te książki spotykają się obok siebie w tym samym korytarzu. Właśnie dlatego, że obie dotyczą klimatu.
Obie dotyczą wpływu człowieka na klimat, tego, co może z tym klimatem zrobić lub nie, ale również ostrzegają. Oczywiście Kylie Harper mniej dosłownie. Robinson jak najbardziej dosłownie, rysując bardzo pesymistyczne scenariusze dla przyszłych pokoleń, ale niemniej jest to literatura. Może się pospieszyłem. Tak sobie czasami myślę, że może on byłby wart tego, żeby przeczytać jeszcze parę tomów i wtedy opowiedzieć państwu o nim szerzej, a nie w krótkim, zaledwie kilkunastominutowym ujęciu. Ale skupiłem się tutaj na tej jednej powieści przede wszystkim. Niemniej sądzę, że nie mam czasu. Sięgajcie państwo po tę powieść. Bez problemu dostaniecie ją na Allegro. Bez problemu ją dostaniecie pewnie w różnych bibliotekach, bo ona jest po prostu ważna.
Ważna i jedna z tych, które stają się coraz ważniejsze. Dziękuję bardzo i do zobaczenia za tydzień.
[04:14:42] - Państwo się już przyzwyczaili, że jak pada nazwa "Goście z Marsa", właściwie tytuł "Goście z Marsa", to jest powieść pana Sadke. To taki krótki odcineczek pięć minut i koniec. To coś państwu powiem. Pan Sadke napisał pierwszych pięć rozdziałów i one były rzeczywiście takie mikro. Trwały po pięć minut, czasami nawet trochę mniej. I już. I odcinek się kończył. To dzisiaj będzie długość, która przynajmniej część z państwa może usatysfakcjonować, bo rozdział szósty "Gości z Marsa" jest troszeczkę, a nawet bardzo troszeczkę dłuższy. Zapraszam.
[04:15:33] - Władysław Sadke. "Goście z Marsa". Czyta Rafał Hahtar.
[04:15:55] - Coś diabły knują, jeśli nie dają znaku życia
[04:15:59] - Ozwał się po długiej chwili jeden z parobków i przerwał ciszę, która zaległa łodzie meteor otaczające. Słowa te przywołały znowu do przytomności obu squatterów. „Zostańcie tu na straży” — zawołał Malczycki. — „A ja popędzę do miasta i dam znać władzy o tym wypadku.” Natychmiast przybiła łódź do brzegu. Malczycki wyskoczył, pobiegł do fermy Brickbraina jako bliższej i wkrótce widziano go cwałującego na koniu do Bathurst. Mimo spóźnionej pory, była to bowiem pierwsza po północy, kazał obudzić majora i opowiedział mu, co widział i słyszał na rzece Macquarie. P. Sawyer, jakkolwiek znał osobiście Malczyckiego jako nader uczciwego i poważnego człowieka, nie chciał dać wiary jego słowom. Tak mu się wydawało bajecznem opowiadanie tegoż. Gdy tenże jednak zaręczył mu słowem, iż jest przy zdrowych zmysłach, a podczas wieczerzy używał nader skromnie trunku.
Gdy wreszcie major przypomniał sobie usłyszany poświst i łoskot przed kilku godzinami i przerażenie, jakiemu uległ, powstał szybko z łóżka, zawołał na służbę i porozsyłał ją po aldermanach, aby natychmiast zgromadzili się w ratuszu dla sprawy nader ważnej i niecierpiącej zwłoki. Równocześnie ubierał się z szybkością, na jaką mu dozwalała jego tusza, a wreszcie poprosił Malczyckiego, aby tenże sam wezwał inżynierów Lockroy'a i Harkana do bezzwłocznego przybycia na miejsce wypadku. Mimo nocy dość ciemnej, mimo uśpienia miasta, wiadomość ta lotem błyskawicy rozeszła się po wszystkich ulicach. Nie minęła też jeszcze godzina, a setki ludzi dążyły już ku fermie Brickbraina i nad rzekę. Po chwili nadjechał major z aldermanami w powozie, a tuż za nimi Malczycki z inżynierami. Skoro Brickbrain ujrzał majora na brzegu, przybliżył się doń, pozdrowił i potwierdził wszystkie słowa Malczyckiego. Nadto dodał, iż przed półgodziną zdało mu się i jednemu z parobków, jakoby szczyt stożka był się na chwilę odchylił. Sądzi atoli, iż to było tylko przewidzeniem, gdyż do tej pory nie zauważono żadnej zmiany. Wkrótce rzeka zaroiła się od czółen i łodzi, a major, aldermani i inżynierowie okrążali kulę, zaglądając to do okien, to znowu szukając jakiejś szpary, która by świadczyła o otworze dozwalaającym wejścia do meteoru. Jednak mimo skrupulatnych poszukiwań przy świetle pochodni nie odkryto najmniejszej szparki.
Nawet okna szklane, a raczej kryształowe, zdawały się tworzyć z metalem jedną całość. Inżynierowie, opatrzywszy wreszcie kulę ze stron wszystkich, oznajmili, iż stożek nie mógł się odchylić w żadnym miejscu, gdyż ani wzrokiem, ani dotykiem nie odkryli żadnej szczeliny, która świadczyłaby o zetknięciu się dwóch części. Również i u pierścienia wydzielającego światło tuż u wierzchołka stożka nie ujrzano żadnej szparki, chociaż w metal był wpuszczony obręcz zupełnie przezroczystego kryształu. Naradzano się więc tłumnie i głośno, co nadal uczynić należało, a zwłaszcza, że wewnątrz kuli dotąd nie zauważono żadnego ruchu, a niektórzy wyrazili obawę, że mieszkańcom grozi niebezpieczeństwo. Naradzano się więc tłumnie i głośno, co nadal uczynić należało, zwłaszcza że wewnątrz kuli dotąd nie zauważono żadnego ruchu, a niektórzy wyrazili obawę, czy mieszkańcom kuli nie wydarzyło się jakieś nieszczęście, kiedy nie dają żadnego znaku życia. Niektórzy ze śmielszych i inżynierowie, zaglądając w okna, widzieli na dnie kuli leżące dwie zupełnie czerwone postaci, ale mimo dość silnego pukania w okna i w ścianę kuli nie spostrzegli u nich żadnego ruchu. Wreszcie na rozkaz majora kilkaset rąk próbowało ruszyć kulę z miejsca, ale ta ani drgnęła. Kilku zanurzyło się w wodę pod kulę, a następnie oświadczyli, że ta tkwić musi głęboko w piasku, bo słup metalowy połączony z dnem kuli zastrzą zapewne na kilka metrów w ziemię. Jeden z inżynierów zamierzał już nawet młotem rozbić jedno z okien, aby w czas przyjść w pomoc nieszczęśliwym mieszkańcom kuli, gdy wtem powstał okrzyk wśród zgromadzonych, bo obecnie widziało wielu, iż wierzchołek stożka widocznie się podniósł i odchylił nieco. Inżynierowie znowu się przybliżyli, ale jak poprzód, tak i teraz nie zauważyli najmniejszej zmiany na powierzchni stożka.
Wyrażali też swe zdziwienie i zachwyt niekłamany nad wyrobem tak doskonałym, kiedy nagle wierzchołek stożka, jak nakrywał szklanki, począł się na bok przechylać i okazał im otwór prowadzący do wnętrza. Zaglądnęli więc i oczom ich zaciekawionym przedstawił się widok następujący. Na dnie, a właściwie na dwóch płaskich sofach spoczywały dwie małe postacie, bez ruchu prawie, bo tylko powieki i usta z trudnością się poruszały. Całe wnętrze kuli było wyłożone siwą, aksamitną materią, a z boków ujrzano liczne kulki kryształowe wydzielające z siebie nader przyjemne czerwone światło. Kilka skrzynek i skrzyneczek i nieznanych przyrządów pokrywało dno kuli. Ponieważ atoli zachodziła obawa, słuszna zresztą, o życie mieszkańców meteoru, inżynierowie więc zaczęli pytać, czego by żądali. Stawiano pytania w języku angielskim, francuskim i niemieckim, jednak nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Wówczas Arkan, młodszy i śmielszy, usiadłszy poprzut na krawędzi otworu, spuścił się do wnętrza kuli. Ponieważ już poprzut zauważył, że głośne mówienie sprawia ból mieszkańcom meteoru, więc począł znowu szeptem ich wypytywać, czego by żądali. Wnet atoli poznał, że go nie rozumiano.
Wreszcie na chybił trafił, znając kilka słów chińskich, wyrzekł zdanie w tym języku, na co obie osoby coś wyszeptały, dając do zrozumienia, że im ten język znany. Arkan jednak tym językiem nie włada, więc rozpoczęła się gra mimiczna, z której wreszcie wywnioskował, że mieszkańcy kuli zażądali, aby ich opuścił i wentyl zamknął. Zanim inżynier zdołał ich życzenie zrozumieć, upłynęło sporo czasu, gdyż mimice stała na przeszkodzie okoliczność, że dziwni ci ludzie z trudnością poruszali tylko głową, ustami i powiekami i zaledwie mogli na kilka centymetrów unieść rękę. Aby jednak zadośćuczynić ich woli, Arkan miał już zamiar z kuli wyskoczyć, gdy przypomniał sobie, że przecież ich zostawić nie może w tym położeniu. Ofiarował się więc wynieść ich z kuli, ale kategorycznie zaprzeczyli temu, dając mu wreszcie do poznania, że ich trzeba zabrać wraz z ich mieszkaniem. Na przedstawienie, że mieszkanie ich ugrzęzło głęboko w piasku i żadna siła nie wyciągnie go tak rychło, znowu oczyma i lekkim ruchem rąk zażądali, aby ich inżynier opuścił. Oni sami uwolnią swą kulę z piasku. Jakkolwiek nie mógł pojąć, jakimiby sposobem to się stać mogło, jednak wyszedł z meteoru i spuścił pokrywę, która dziwnym wypadkiem dała się obecnie lekko spuścić, a nawet pozostawiła cieniuchną szczelinkę widoczną w miejscu, gdzie się stykała z głównym korpusem meteoru. Opowiedziawszy zgromadzonym przebieg swego pobytu w meteorze, radził przygotować wszystko celem transportu kuli do Bathurst, gdyż w tym miejscu tak niedogodnym, a może nawet dla dziwnych gości niebezpiecznym, nadal pozostać nie mogła. Postawiono zatem, mimo uroczystego święta, natychmiast przystąpić do przeniesienia kuli, skoro jak obiecywali mieszkańcy, wydobędą ją z piasku.
Na rozkaz przeto majora kilkudziesięciu ludzi rozbiegło się po fermach po odpowiednią ilość desek. Inni dostarczyli walców. Od Malczyckiego sprowadzono koło na walcu i grubą, długą linę, za pomocą której miano ciągnąć meteor po walcach i deskach aż do miasta. Przygotowania te zajęły sporo czasu i słońce już zeszło, zanim wszystko znalazło się na miejscu. Przed wschodem słońca ujrzano znowu twarze mieszkańców meteorów przy oknie. „Dziwnem to jednak” — odezwał się Lockroy — „iż ludzie ci obecnie mogą stać przy oknie i poruszać rękoma, kiedy przed godziną leżeli jak martwi na sofach.” „Może to jacy oszuści?” — zapytał major Sawyer. „Jakkolwiek nie rozumiem tego wszystkiego” — odpowiedział Arkan — „mimo to jestem pewny, że nie są oszustami. Skąd by się znaleźli w tej kuli? Zresztą widziałem ich z bliska i sądzę, że są poczciwymi ludźmi, jakkolwiek twarze ich, cała ich postawa tak drobna, wewnętrzne urządzenie kuli, światło to szczególne świadczą, iż są jacyś to ludzie nadzwyczajni.” „Więc nie są podobni do nas?” „Ależ tak, a przecież i nie. Wszak są mniejsi niż karły nasi.
Nie posiadają włosów na głowie i, o ile mnie się zdaje, nie mają nawet zębów. Są nieco podobni do naszych kulisów. A to i kula na zewnątrz i wewnątrz przekonywa nas, iż jest dziełem ludzi znacznie wyższych umysłowo.” „Może to Japończycy?” — zapytał jeden z aldermanów. „Wszak to naród stojący na wysokim stopniu cywilizacji.” „Ale nie na wyższym niż my, a my nie bylibyśmy zdolni do podobnych wyrobów. Zresztą skąd się tu wzięli? Wczoraj tej kuli przecież nie było, a waży ona około dwóch ton. Zjawiła się nagle.” „Kto wie, czy nie równocześnie z poświstem i blaskiem, które zauważyliśmy wieczorem” — przerwał Lockroy. „To nie ulega najmniejszej wątpliwości” — rzekł Brickbrain — „wszak moja służba ujrzała tę kulę w tym miejscu, wybiegłszy z domu po zjawieniu się meteoru.” „Może to bomba Gun Clubu z Baltimore?” — zażartował ktoś z tłumu. „A może z nieba spadła?” — zawołał inny. Śmiech ogólny towarzyszył tym słowom, atoli Arkan poważnie spojrzał na otaczających i rzekł: „Śmiejcie się do woli, jednak można by oszaleć, zagłębiając się w przypuszczenia.” Słowa te tak proste, tak logiczne, które powinien był każdy sobie od dawna powiedzieć, wywarły znowu przygnębiające wrażenie na obecnych.
Każdy z nich patrzał na kulę. Pamiętał dobrze przerażenie, jakiemu uległ przed kilku godzinami. A jednak nikt dotąd nie miał czasu zapytać się samego siebie: skąd się ta kula tu wzięła? Co to są za ludzie ją zamieszkujący? Dopiero słowa Arkana rozbudziły ich myśl z uśpienia do czynności, ale natychmiast pogrążyła ich w zadumę znowu, bo stanęli przed jakąś dziwną, nierozwiązaną zagadką, identyczną prawie z cudem lub z dziełem szatana. I pozostaliby tak zadumani, przerażeni, przygnębieni, kto wie jak długo, choć słońce stało już wysoko na niebie, gdyby nagły okrzyk: „Diabli! Pozamykali okna!” nie był ich przywołał do rzeczywistości. Istotnie światło czerwone zgasło, a szyb kryształowych już nie było widać ani pierścienia u wierzchołka. W miejscu kryształu zasunął się metal i tak szczelnie przylegał do ram okien, iż tworzył obecnie jedną całość z kulą. Ilu tylko mogło, przybliżyło się na łodziach do kuli, aby podziwiać arcydzieło kunsztu.
Bo darmo szukano w miejscach, gdzie były okna, szczeliny, która by świadczyła, iż tu stykają się dwie oddzielne sztuki metalowe. Lecz zaledwie się zbliżyli do kuli, a łódź jedna nadto silnie o nią się oparła, gdy znowu powstał krzyk: „Kula się już kołysze!” Przecież nie było można ani widzieć, ani słyszeć najlżejszej pracy i ruchu wewnątrz kuli, której przedtem setki rąk wstrząść nie zdołały, a teraz pływała ona swobodnie po powierzchni rzeki, zanurzywszy się tylko na kilka decymetrów w wodę. Zdziwienie tym nowym wypadkiem wzrosło jeszcze, gdy ujrzano po usunięciu kuli w piasku żelazny z tego samego co kula metalu. Trudno było lepiej mu się przypatrzeć na razie, bo pokrywała go warstwa wody na pół metra głęboka. Nie zastanawiając się dłużej nad tymi wszystkimi wypadkami, wzięto się natychmiast do transportu kuli. Co tym łatwiej było, że tysiące rąk przybyłych z miasta, z ferm i z kopalń pobliskich złota chętnie udzieliły swej pomocy. Posuwano ją pod dowództwem Arkana i Locroya dość szybko, tak że już około szóstej wieczorem była kula w mieście, a w dwie godziny później umieszczono ją na trawniku plantacji przed magistratem. W czasie transportu meteoru nie zauważono nic szczególnego, zwłaszcza że przez cały dzień okna jego były zasunięte, a z wewnątrz nie dochodził żaden ruch, żaden szmer lub głos. Arkan tylko wywnioskował, że kula ta, tak olbrzymia, jest znacznie lżejszą, niż przypuszczał pierwotnie i nie mógł pojąć, z jakiego metalu można było ją tak lekką wyrobić. Nadto spostrzeżono, że w czasie transportu o zachodzie słońca odsłonięto najpierw okno skierowane ku wschodowi i północy, a następnie dwa inne.
Widziano też, jak mieszkańcy kuli z trudnością się poruszali, przystępując do okien, jak natomiast z zajęciem spoglądali na miasto i okolice i na tysiące tłumów zalegających ulice, place, okna i dachy domów. Ruch był istotnie tak wielki, jakiego jeszcze nigdy nie zauważono w Bathurst. Wiadomość bowiem o dziwnym meteorze i bajeczne pogłoski o jego mieszkańcach rozeszły się były już daleko i szeroko i co chwila powiększały się tłumy przybywających z okolicznych wsi i miasteczek. Ponieważ telegrafowano już o tym wypadku do Sydney i Melbourne, spodziewano się więc, że nazajutrz tysiące jeszcze przybędą z kolonii w New South Wales i Wiktorii. Wprawdzie każdy z przybyłych chciał ujrzeć własnymi oczami meteor i ich mieszkańców, lecz rada City postanowiła na noc otoczyć meteor strażą silną dla bronienia wstępu natarczywym tłumom. Ciekawi więc godzinami stali na placu i wytężali wzrok ku meteorowi. Widząc jednak, iż niczego się tu nie dowiedzą, nic nadto nie zobaczą, rozeszli się wreszcie po domach. Wówczas major z oboma inżynierami, z Malczyckim i Brickbrainem zbliżyli się do meteoru. Okna jego były odsłonięte, a zapukawszy do jednego z nich, okazali, że pragnęliby teraz rozmówić się z mieszkańcami kuli. Arkan znowu z podziwieniem zauważył, iż nie ma znaku, gdzie by się wierzchołek stykał z kulą i mimo wszelkich wysiłków nie zdołał odchylić pokrywy.
Mieszkańcy jednak kuli dali do zrozumienia, że zgadzają się na rozmowę. Za chwilę twarze ich znikły i nastała grobowa cisza w meteorze. Na ten czas przypomniał sobie Arkan, że mieszkańcy jego według wszelkiego prawdopodobieństwa rozumieją tylko po chińsku. Posłano więc czym prędzej po kulisa Ah Sunga, posiadającego mały sklepik na Long Street jako najinteligentniejszego z Chińczyków przebywających w Bathurst. Po chwili przybył Ah Sung i zgodził się, choć niechętnie, na wejście do meteoru. Czekano jeszcze z pół godziny, zanim pokrywa się odchyliła. Wówczas wszedł Chińczyk do wnętrza, a inni stali u okien, zaglądając, co się tam dzieje. Widzieli, jak Ah Sung pochylił się do tych dziwnych ludzi leżących znowu na sofach, jak z nimi rozmawiał, ale nic nie słyszeli. Po chwili Chińczyk spuścił pokrywę, a ponieważ w kuli stać nie mógł, bo była zbyt niską, więc usiadł na sofce. Następnie odsunął zasuwkę jedną, a potem uczynił to samo w drugim miejscu.
Widocznie na żądanie tych, co kulę zamieszkiwali, gdyż ci, co spoczywali, zaledwie nieznacznie poruszając ustami i rękami. Po upływie kilku minut jednak spostrzeżono, że mieszkańcy kuli poczęli się coraz bardziej ruszać, a Ah Sung widocznie słabł, bo bladł i szybko poruszał piersiami, jakby mu brakło powietrza. Rozmowa toczyła się przy tym nieprzerwanie, ale widać było na twarzy Ah Sunga oprócz osłabienia także przerażenie i osłupienie, jakby mu grożono najokropniejszymi męczarniami. Locroy, chcąc dodać odwagi biednemu Chińczykowi, pospieszył, by odchylić pokrywę, ale ta stanowiła znowu jedną całość z kulą. Ah Sung widocznie się silił, by powstać i wyjść z meteoru, ale nadto był osłabiony, chociaż obaj inni z nim w kuli przebywający poruszali się swobodniej niż naprzód. Locroy i Sawyer poczęli więc pukać do okien i żądali, by wypuszczono Chińczyka, na co odebrali potwierdzające skinienie głowy. I znowu zauważono odkręcanie kurków, odsuwanie zasuwek, a po pewnym czasie spostrzeżono, iż dziwni ci ludzie, widocznie przygniecieni ciężarem jakimś, podkładali się na sofce, podczas gdy Chińczyk stawał się trzeźwiejszym. Wreszcie pokrywa się odchyliła. Chińczyk wyszedł, znowu nakrył kulę i stanął między naszymi znajomymi. Ale jak on wyglądał!
Gdyby mu powiedziano, że za chwilę spadnie kometa i spali, zniszczy, zdruzgocze ziemię, nie byłby się tak przeraził tej wiadomości, jak widocznie tego, co może usłyszał od mieszkańców kuli. Przestrach malował się na jego twarzy. Policzki i usta mu drżały, zęby dzwoniły i nie można było zeń z początku słowa wydobyć. Arkan wiedząc, jak w takich wypadkach należało postąpić, nie przystępował pytaniami wprost do rzeczy, które przestrach obudziły, ale rozpoczął pytania od spraw najobojętniejszych. Czyś się z nimi rozmówił, Ah Sung? Tak jest. Więc mówią po chińsku. To nie jest język chiński, ale pizecież można się było rozmówić. Czegoś tak osłabł był w kuli? Brakło mi powietrza.
A im? Twierdzą, że nasze powietrze ich przygniata. Czy oni są chorzy? Potrzebują może czego? Nie, ale mówią, że długo żyć nie będą. Dlaczegóż to? Bo ich dusi nasze powietrze. Bo nie mogą swobodnie się poruszać. Tak im ciążą wszystkie członki. Co to są za ludzie?
Skąd przybyli? Mówią, mówią — jąkał Chińczyk i znowu przestrach skrzywił twarz jego. Co? Gadaj. Mówią, że spadli. Skąd? Z nieba. Czyś oszalał? — zawołał Arkan, choć i na jego twarzy malowało się już przerażenie. Nie, panie — odezwał się Ah Sung.
— Ja nie oszalał, ale wnet oszaleję. Oni twierdzą, że przybyli z gwiazdy. Z jakiej gwiazdy? Z jakiegoś Marsa.
[04:36:28] - Władysław Satger. Goście z Marsa. Czyta Rafał Habel. No cóż, niniejszy trwający właśnie, ale kończący się odcinek uważam właśnie za skończony. Bibliotekarium dopłynęło do brzegu. I to jest ten moment, kiedy ja państwu opowiadam, co będzie przynajmniej w części następnego odcinka. I tu znowu mamy taki przypadek, że ja nie do końca jestem pewien, czy to, co sobie zaplanowałem, tak naprawdę mi się uda. A zatem zgodnie z tradycją, ponieważ nie jestem pewien i być może będę musiał ratować audycję. Materiału mam dużo, ale coś tam sobie w głowie zaplanowałem. Jeśli się uda, to będzie.
Jeśli nie, to też będzie tylko coś innego. W związku z tym wybaczcie państwo, o następnej audycji powiem tyle: na pewno będzie. Na pewno zapraszam za tydzień. Na pewno będą stałe punkty programu, takie jak Bez Tajemnic, jak kolejna część Gości z Marsa, jak Labirynt Książek, jak Recenzarium Ewiwy i w ogóle te wszystkie. Być może o jakimś stałym punkcie zapomniałem. Jeśli tak, to przepraszam, ale stałe punkty programu będą. A co będzie ekstra? To się proszę państwa zobaczy. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Polecam się na przyszłość.
Do usłyszenia za tydzień. Dobrej nocy, dobrego weekendu państwu życzę.
[04:38:27] - A jeszcze tutaj takie magiczne zaklęcie: routerze napraw się, Windowsie napraw się, internecie działaj! Prawda? Przydatne, nie?
[04:38:42] - Byłoby nieźle. Zobaczę, jakie będą efekty.
[04:38:46] - A jakie będą efekty zobaczymy za tydzień. To było Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Wyjątkowo dzisiaj w większości poprowadzone drogą telefoniczną. Mamy nadzieję, że te problemy techniczne z internetem są tylko chwilowe i że już za tydzień usłyszymy się normalnie. Troszeczkę było kombinowania z podłączaniem tutaj tej kablologii, którą używam do łączenia gości zwykle. Dzisiaj tak wyszło, że połączyliśmy się z Markiem tym sposobem. Mówił przed chwilą do państwa Marek Żelkowski, gospodarz AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie. Oczywiście już za tydzień.
Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.
[04:39:57] - A ja na koniec powiem, że ponieważ skończyliśmy nagrywać audycję przez telefon, to internet postanowił wrócić. Jest optymistycznie, ale na za tydzień.