[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Za oknem dość burzliwie, wietrznie, a u nas spokojnie, jak zawsze i ciekawie. W Radiu Paranormalium i w Book Radio zaczynamy właśnie teraz kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". A po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Przedświąteczny dzień dobry wieczór. Proszę państwa, ferie. Takie ferie i w szkole, i na studiach. To co my się będziemy wygłupiać z wykładami w Akademii Wszelkiej Fikcji? Dzisiaj zróbmy sobie odcinek taki lajtowy. Nie żeby pod względem czasu, bo czasu państwu trochę zajmiemy, ale będzie dzisiaj niestandardowo. Tak jak za tydzień też będzie niestandardowo, bo też będzie odcinek taki między świętami a Nowym Rokiem. To wiecie państwo, to człowieka niespecjalnie ciągnie na wykłady. Rozumiejąc to i rozumiejąc, że tak naprawdę rok akademicki ma w tym okresie przerwę, to i my zróbmy sobie przerwę.
W związku z tym dzisiejsza audycja, powiedziałem, że niestandardowa, bo na przykład nie będzie korepetycji filozoficznych. Jedni właśnie w tej chwili odetchnęli, kamień spadł im z serca i w ogóle poczuli się radośniej, że Żelkowski nie będzie truł o jakichś takich kompletnych, odjechanych i w ogóle nikomu do niczego niepotrzebnych rzeczach. Tak, nie będzie korepetycji filozoficznych, nie będzie też polecanek. Bo umówmy się, czas przedwigilijny. Później pod choinką państwo znajdujecie książki. To gdzie będę państwu polecał jakieś książki? I tak nie zdążą przyjść. Jeśli nawet będzie to super kurierem wysłane, to i tak nie zdążą nadejść na czas wigilijny. W związku z tym te polecanki zachowajmy sobie na kolejne odcinki, więc polecanek również nie będzie. Ktoś zapyta całkiem rozsądnie: „To co właściwie będzie?”.
Tak, coś będzie. To proponuję zacząć z tak zwanej grubej rury, czyli zaczynamy od Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka i rozmawiamy o filmie z Julią Roberts. Zapraszam. Filmotekarium, proszę państwa, czas zacząć. I powiem państwu, zanim Piotr się włączy, że dzisiaj to chyba będę się, tak jak zwykle krytykuję, marudzę i w ogóle czepiam się, to dzisiaj chyba będę się rozpływał w podziwach. Może nie do końca. Oczywiście się będę czepiał, ale to był jednak film, który mocno mnie drasnął.
[03:43] - To może ja dzisiaj będę trochę narzekał i się czepiał. Ja na wstępie powiem, że to był obraz przedziwny. Dwugodzinne dzieło wypełnione wielkimi nazwiskami. Film o wszystkich możliwych teoriach spisku wyprodukowany przez Obamów. I to jest chyba najdziwniejszy element tej produkcji. Chodzi o film „Zostaw świat za sobą”, który miał premierę na Netflixie jesienią tego roku. Wywołał szereg komentarzy i teorii spisku właśnie. Bo jak to jest możliwe, Marku, że były prezydent, koniec końców laureat Pokojowej Nagrody Nobla, współprodukuje film o tym, że Ameryka pada ofiarą nieznanych napastników i praktycznie upada w ciągu kilkudziesięciu godzin. Czy Obamowie chcieli coś przez to powiedzieć? Wiele osób zadało sobie to pytanie.
A może oni się chcą siłą wepchnąć do świata teorii spisku, bo są zazdrośni, że są teorie konspiracyjne na temat innych polityków, a o nich nie za bardzo? A może ten film to tylko marny straszak? O tym dzisiaj w programie opowiemy. Film jest dziełem Sama Esmaila. Widzimy w nim Ethana Hawka, rzadko widzianą ostatnio Julię Roberts i między innymi Kevina Bacona. I o czym ten film nam opowiada? Marku, ja się tak zastanawiam, czy my w jakimś stopniu inaczej będziemy dzisiaj spoilerować, bo może ktoś jeszcze tego nie widział i będzie sobie chciał w święta zobaczyć. Także taki ogólny zarys to chyba możemy podać. Zaczyna się od tego, że jest pewna rodzina biała z klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. On i ona, Julia i Ethan.
W filmie noszą inne imiona. I nagle on jako wykładowca akademicki chce odpocząć. I wynajmuje ona willę za miastem.
[05:43] - Ale blisko Nowego Jorku.
[05:47] - Dokładnie. Ten Nowy Jork widać jak na dłoni. I tamta willa to też nie jest taka zwykła willa, bo ona należy do pewnego czarnoskórego finansisty, pana Scotta, który nagle po prostu Staje w progu, pomimo że wynajął ten dom, bo on ma wiele domów, ten jest na wynajem i pomimo że go wynajął, to w tym domu się zjawia. Następuje moment konsternacji, ale pan Scott i jego córka przedstawiają bardzo ciekawą historię. Powiem ci, że ten element w pewnym momencie zaczął mnie drażnić. Czyli jeszcze raz: jest rodzina, która wynajmuje sobie willę na parę dni od bogatego biznesmena, który tam nie mieszka. Ten biznesmen przychodzi i mówi, że: „Ja tu będę teraz mieszkał. Pójdę spać do piwnicy, ale mnie tu zostawcie, bo przybywam z Nowego Jorku, bo tam się coś stało, kiedy byłem bodajże w operze czy w filharmonii”. I powiem ci tak, że jak ja bym był tym Ethanem Hawke'iem, to bym się od razu zapytał, co się stało, bo raczej to było coś bardzo nietypowego, że człowiek na tym stanowisku albo tego pokroju ucieka z miasta i on tego nie ukrywa. Oni natomiast początkowo wydają się tym absolutnie niewzruszeni.
[07:10] - Tak, ale okej, to zgoda, chociaż to się troszeczkę gubi w dialogach, zaciera się niejako. Logiczne pytanie rzeczywiście brzmi tak: ale co tam się tak naprawdę stało? Z tym że to się, tak jak powiedziałem, gdzieś rozwadnia, rozpływa i ważniejsze staje się: ale dlaczego? A czy na pewno? A czy oni muszą? A się czujemy niekomfortowo i tak dalej. To jeszcze przechodzi, tak jak przechodzi szereg innych rzeczy, bo ja lubię ten film, polubiłem go, ale nie jestem też ślepy i nie jestem odporny na argumenty osób, którym ten film wcale nie przypadł do gustu. Jedna grupa argumentów odwołuje się do tego, że za bardzo jest tam rozwinięta tajemnica. To znaczy wiemy, że coś się dzieje, ale nie wiemy, co tak naprawdę się dzieje. To z jednej strony podnosi atrakcyjność filmu, tak na bieżąco, jak oglądamy, to człowiek mówi: „Ja, co to się...
Co tam jest? No rany, co będzie?” Tak, ale potem film się kończy i człowiek się zaczyna zastanawiać: no dobra, ale co tam się tak naprawdę stało? I wnioski mogą być, na dwie strony mogą pożeglować te wnioski. Jedni powiedzą: „Nieważne, co się stało. Ważne, że pewien nastrój pewnego upadku, pewnego schyłku i rozpadu, absolutnego rozpadu jest pokazany w taki sposób, że jest to wiarygodne”. I to jest jeden punkt widzenia. Drugi punkt widzenia: „Nie, no kurczę, no dobra, coś tam ściemniają, ale w gruncie rzeczy to nie wiadomo, o co chodzi. Coś tam może na nas napadło, a może coś się zepsuło, a może to jest inwazja, a może to jest coś innego, ale w gruncie rzeczy to tak naprawdę nie wiadomo”. W dodatku są jeszcze takie obrazki typu jakiś dron zrzucający ulotki w języku absolutnie dla przeciętnego Amerykanina niezrozumiałym. Potem się jeszcze dowiadujemy, że w innych miejscach kraju inne drony zrzucały inne ulotki w innym języku i tak samo niezrozumiałym.
I dostajemy taką mieszankę, i ja się do końca, znaczy cały czas zastanawiam nad tym, czy ta mieszanka, znaczy powiem o sobie, czy ta mieszanka wywołała u mnie poczucie zagrożenia, czy też poczucie niedosytu. U mnie akurat poczucie zagrożenia. Ten film pokazał mi pewną atmosferę tego, że coś się dzieje. Myślę, że kiedy na przykład nasz kraj albo Europę spotkałby jakiś kataklizm, to wiedzielibyśmy mniej więcej tyle, ile wiedzą bohaterowie tego filmu, czyli naprawdę prawie nic, bo tam telewizja przestaje działać, w ogóle wszystko przestaje działać, co elektroniczne, nie ma kontaktu, nie ma informacji i tak naprawdę skazani jesteśmy na domysły. W związku z tym to mi się wydało dosyć prawdziwe, że w pewnym momencie współczesny człowiek odcięty od informacji, do której przywykł, czyli internet, czyli telefon, czyli telewizja. Nagle to się kończy i coś się dzieje, ale co? A cholera wie, co się dzieje. I pod tym względem ten film jakąś prawdę pokazuje. Ale kiedy sobie tak cały obraz będziemy analizować, poskładamy te wszystkie klocki, to ja nie wiem, czy jednak to moje zmrużenie oczu na pewne fakty, które się dzieją w filmie, ono kiedybym je otworzył szerzej te oczy, to pozwoliłoby mi ocenić ten film tak bardzo racjonalnie i powiedzieć: „No tak, tak, bardzo dobrze pokazany upadek wielkiego państwa, mocarstwa światowego. Jak najbardziej.
Super”. Nie wiem, do końca nie wiem, bo muszę to przyznać z niechęcią, żal się przyznawać, ale się przyznam, ten film mnie w jakiś sposób oczadził. Ja byłem pod urokiem tego filmu, póki on się nie skończył, to absolutnie łykałem jak pelikan rybę to, co było na ekranie. Mam oczywiście przemyślenia pofilmowe. One są troszeczkę inne niż to, co państwu przedstawiam. Niemniej jednak przedstawiam w tej chwili pewien czar, który ten film przynajmniej na mnie wywarł. Być może również jest w stanie na innych widzach taki czar wywrzeć. To jest rzecz, która mnie fascynuje. Co więcej, powiem jeszcze jedną rzecz, która wydaje mi się dosyć istotna, jeśli chodzi o ten obraz. Otóż on przepojony jest takim nastrojem grozy, niepewności, czegoś takiego nieokreślonego, co się do nas zbliża, co charakterystyczne jest dla horrorów.
Tutaj to nie jest horror, ale coś nas otacza, coś nas niejako obłapia, zamyka w potrzasku. My do końca nie wiemy, co to jest i staramy się racjonalnie podchodzić do rzeczywistości, racjonalnie podchodzić do tego, co nas za chwilę spotka. Nie udaje nam się to absolutnie. Bohaterom zresztą też się nie udaje. Obrazy z końca filmu pokazują, że naprawdę dzieje się upadek. Mamy do czynienia z upadkiem, ale co do końca nie wiadomo. To podkręca w gruncie rzeczy atrakcyjność tego filmu, przynajmniej na etapie oglądania. Już to państwu podzieliłem. Kiedy człowiek obejrzy film, zadaje szereg pytań i to jest charakterystyczne. Kiedy czytałem oceny filmu na różnego rodzaju forach, to mamy spektrum od zachwytów po takie proste zarzuty: ale o co tak naprawdę chodzi?
Niepowiedziane to, niedopowiedziane tamto, jeszcze więcej. W gruncie rzeczy dno, bzdura. Proszę państwa, gdzie się państwo pojawicie w tym spektrum, to już od państwa zależy. Ja powiem tylko jedno: mnie ten film w jakiś sposób oczarował, stąd też nie kierujcie się państwo do końca moimi ocenami, bo tak to jest z oczadziałym człowiekiem. Jak zaczyna coś oceniać w sposób oczadziały, to znaczy, że nie jest obiektywny, nie jest człowiekiem, który przedstawi państwu, jak to wszystko wygląda, tylko jest człowiekiem, który zafascynował się czymś i ja tego nie będę ukrywał. To z takich filmów, które przeglądamy z Piotrem od bardzo dawna, to jest jeden, który mnie kompletnie zaczadził.
[15:08] - Jeżeli idzie o tę atmosferę oczekiwania, to rzeczywiście jest wielki plus, a minusem są dłużyzny, bo czasami się w tym filmie dzieje coś, co jest absolutnie chyba drugorzędne. Pokazuje nam raczej sferę obyczajową, która się tam rozgrywa. Powiem ci tak, ja mam mieszane uczucia. Ci, którzy mówią, że ten film się nie kończy, że nie jest powiedziane, o co chodzi, bo to chodzi o to, że nie wiadomo, o co chodzi. Tam są ludzie odcięci od informacji i to ma przerażać. To nie jest taki typowy film apokaliptyczny, bo filmy apokaliptyczne się wyczerpały kilkanaście lat temu i dzisiaj nikt nie chciałby ich oglądać, że tam woda zalewa Nowy Jork. Natomiast tutaj z jednej strony mamy taką dziwną sytuację, że bohaterowie się orientują, że się stało coś nieciekawego. W telewizji nadawany jest ten złowieszczy alert, zanika sygnał w telefonach, okolica się wyludnia. To jest też jeden z problemów, że w pewnym momencie się orientujemy, że tam nie ma ludzi praktycznie. Ludzie albo uciekli, albo się coś z nimi stało.
Kiedy lepiej poznamy historię bohatera, okazuje się, że pan Scott, czarnoskóry, to jest finansista, który zna najmożniejszych ludzi w Stanach, bo się zajmuje ich interesami. I on sobie zaczyna przypominać w toku rozwoju wydarzeń, że ostatnimi czasy to oni mu dawali jakieś takie dwuznaczne sygnały, dziwne sugestie albo polecenia. To wszystko wskazywało, że coś się kroi, ale on nie zdawał sobie z tego sprawy. Tu wam więcej nie powiem, bo to jest bardzo ważny element tego filmu. Nie wiem, czy powinniśmy dalej brnąć w scenariusz, dlatego że on pomimo wszystko jest dość rozbudowany i na pewno ten film was jeszcze zaskoczy, mimo że trochę o nim powiemy. Co trochę przeszkadza? Mamy tam przedstawioną niemal każdą możliwą teorię spiskową dotyczącą losów cywilizacji, losów ludzkości. Od wewnętrznego ataku w Stanach Zjednoczonych jakiejś grupy ludzi po atak hakerów na infrastrukturę krytyczną, w tym elektrownie jądrowe. Mamy nawet przedstawiony słynny syndrom hawański w postaci dziwnego dźwięku, którym traktowani są nasi bohaterowie. I w pewnym momencie ten film się może wydać dziwny.
To znaczy, powiem ci tak: z jednej strony, gdyby oni siedzieli i oczekiwali na tej wsi rozwiązania sytuacji, podczas gdy nie wiadomo, co się dzieje, to w sumie można by ten film było zakończyć po 30 minutach, bo byłby nudny i przedstawiał ich wewnętrzne rozterki. Tak że dodane są te elementy związane z teoriami spisku. Tutaj chyba ocena zależy od odporności albo od zainteresowań. Wiemy, Marku, że ty się teoriami spisku interesujesz trochę. Także dla przeciętnego odbiorcy to będzie dramat psychologiczno-apokaliptyczno-symboliczny. Ale gdybyśmy chcieli szukać jakiegoś głębszego sensu, to jest i problem, i wszystko wyłożone łopatologicznie. To jest bardzo wieloznaczny film. Pojawiają się na przykład sceny ze zwierzętami i one nam sugerują, że albo rzeczywiście doszło gdzieś na świecie do kataklizmu i te zwierzęta uciekają, albo jest w tym jakieś drugie dno. Tak to wygląda. Powiem jeszcze jedno.
Mnie się wydaje, że ocena tego filmu zależy od momentu, kiedy się go ogląda. Bo kiedy się go włączy w tygodniu i nie ma się ochoty na nic zaskakującego, tylko na jakieś zabijadło czasu i usypiacz, to może być gorzej z oceną. Natomiast, tak szczerze mówiąc, kiedy się go przyjmie na lekko, to rzeczywiście jest ciekawy, chociaż ten film ma ewidentne minusy.
[19:16] - Tak, powiem ci, że być może dotknąłeś istoty, dlaczego ten film mnie zaczadził. Te teorie spiskowe. Bo ten film nie odpowiada, ale sugeruje. I właśnie dlatego wydał mi się pasjonujący, fascynujący. Właśnie, te zwierzęta, które przywołałeś. Bo to z jednej strony gdzieś się kojarzy, na przykład z teorią Matki Ziemi, która być może się zbuntowała, ale gdzieś tam w innym zupełnie momencie pada sugestia, że to Chiny nas zaatakowały. Gdzieś tam jeszcze inne sugestie. Na żadną z tych sugestii nie dostajemy odpowiedzi wprost. Różne rzeczy się pojawiają na ekranie, różne rzeczy pojawiają się również w naszych głowach. Ja chyba lubię takie obrazy, które nie są jednoznaczne, a jednocześnie są w jakimś stopniu dynamiczne.
Chociaż ta uwaga twoja, Piotrze, o pewnych dłużyznach. Tak, w tym filmie są dłużyzny, być może dlatego trwa dwie godziny i to z okładem. Ale nawet to byłem w stanie wybaczyć twórcom tego filmu, ponieważ powiem, że kilka scen w tym filmie, na przykład, weźcie to państwo w ogromny cudzysłów, reklama Tesli. A może antyreklama? A może pokazanie-
[20:56] - Właśnie, bo myśmy rozmawiali o tym z Atorem, poruszaliśmy ten temat na jego kanale, że to jest poniekąd dla niektórych przepowiednia losów Ameryki. To była jedna z dziwniejszych scen w tym filmie. Mamy sytuację, kiedy, chyba możemy powiedzieć, oni próbują uciec z miasta i nagle się okazuje, że jadą samochody elektryczne jak zombie. Pędzą po autostradzie, zderzają się ze sobą. Pytanie właśnie, czy to jest reklama, czy to jest antyreklama? Bo to robili Obamowie, oni się z Elonem Muskiem znają. Taka trochę krzywa scena, co nie? Raczej jako antyreklama. Nie wiem, czy to oznacza, że ten film należy traktować jako krzywe zwierciadło, czy co? Ta ilość wieloznaczności po pewnym czasie zaczyna nas prowadzić w kierunku tego, o co chodzi.
Bo gdyby oni siedzieli tam zamknięci i oczekiwali na coś, to okej. A tutaj nagle się okazuje, że tych wątków jest strasznie dużo. Wniosek: ktoś z nimi pogrywa. Ale wróćmy do tej Tesli. Powiem ci, że to dziwne. Nie wiem, jak to oceniasz.
[22:13] - To jest jedna z tych scen, które z jednej strony rozbawiają. Ona jest do pewnego stopnia zabawna, ale zabawna w przewrotny sposób. Znowu nie będę państwu tego opowiadał, ale można pomyśleć w ten sposób, że z jednej strony Tesla, samochody autonomiczne i tak dalej to jest w ogóle rarytas, a ten film pokazuje, że może niekoniecznie. I to nie dlatego, że ten autonomiczny samochód nas weźmie i zabije. Nie, on nas może zabić przypadkowo zupełnie. I to jest też taki obraz przemycony. Na szczęście nic się złego nie dzieje, ale mogłoby się stać i to w tym filmie bardzo wyraźnie widać. Ale to jest tak dziwna scena, na co Piotr zwrócił uwagę. Ona jest tak jakoś doklejona, odklejona, naklejona. To sobie państwo sami rozstrzygnijcie.
Ten film bez tej sceny by sobie poradził. A jednak ta scena jest. I to jest scena, która pokazuje pewien paraliż cywilizacyjny, ale paraliż, za który odpowiada, jakby tego nie określić, sztuczna inteligencja albo w każdym razie jej namiastka. Może jeszcze nie ta silna, może jeszcze nie ta inteligencja sztuczna, która będzie tylko myśleć, jak nas zlikwidować, ale sztuczna inteligencja, która jest inteligencją słabszą, a i tak może narobić sporo, cudzysłów, gnoju, niejako przy okazji, wcale nie czyhając specjalnie na nasze życie. Przyznam, że ta scena teslowa, tak ją określmy, ona jest niezwykle dziwna, jeśli chodzi o ten film.
[24:20] - Tak, ona nam ogólnie robi dodatkowy zamęt odnośnie tego, co się właściwie w Ameryce stało. Film ten też jest ogólnie taką pochwałą preppersostwa, bo w pewnym momencie bohaterowie są zmuszeni poprosić sąsiada, który ma znacznie niższy status i zarobki, o pomoc, ale on jest na tyle przezorny, że on wie, że coś się dzieje i gromadzi te konserwy, wodę, lekarstwa i tak dalej. W ogóle film się niejako może nie zaczyna od tego, ale widzimy tego preppersa nim zaczynają się dziać dziwne rzeczy. I powiem ci tak: to już ominąwszy to, o co w tym chodzi i czy w ogóle ma o coś w tym chodzić, pojawia się pytanie, dlaczego Obamowie chcieli taki film zrobić, może inaczej, promować swoim nazwiskiem, które się pojawia. Oni przecież wiedzą, że środowisko zwolenników teorii spiskowych ma na celowniku ludzi związanych z elitami, takich jak Hillary Clinton na przykład. A nagle oni robią taki film. Przecież to jest automatyczna reakcja, kiedy ktoś go zobaczy, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, zobaczy ich nazwisko na samym początku, to sobie pomyśli: „To jest jakaś przestroga, to nie może być przypadek”. Ale są też inne wątki. Czy wypada, aby prezydent Stanów Zjednoczonych, który pewnie co roku gościł na gruzach WTC, nagle firmował swoim nazwiskiem sceny, gdzie widać nad Nowym Jorkiem grzyb atomowy? Czy to nie jest trochę takie faux pas?
Czy oni się nad tym zastanowili? Czy to zrobili specjalnie? Musieli to zrobić specjalnie, bo przecież nie jest to żaden przypadek. To mnie strasznie zastanawia, powiem ci. Oczywiście zrodzi się teoria spisku, że ten film to ostrzeżenie. Może właśnie na to liczono. Może to jest taki zabieg marketingowy, jakby nie było.
[26:23] - Najpierw uwaga idiotyczna: ale to nie był bardzo duży grzyb, to jakoś taka walizkowa bomba była w razie czego, taka atomowa, ale walizkowa. Tak więc tam niewielkie straty, panie, trochę tych ludzi zginęło. Tak, to była uwaga idiotyczna, ale teraz wróćmy do meritum. Tak, to jest film, który jest pełen zagadek i to nie tylko zagadek związanych z fabułą filmu, ale też tych tak zwanych okolic. Nie odpowiem państwu, o co w tych zagadkach chodzi. Natomiast niejednoznaczność tego filmu, mówienie o zagrożeniu bez precyzowania tego zagrożenia. Bo co może być? Może upadł system elektroniczny, ale taki ogólny, czyli internet, telefonia, telewizja, wszystko, co popadnie i to jest skutek, no właśnie, czego to może być skutek? A może wewnętrznego zagrożenia? Może hakerzy?
A może Chińczycy? Może Rosjanie? Może nie wiadomo, może Marsjanie? To jedna z opcji. Ale dalej. Może to atak świata islamu? Może to jeszcze inne zagrożenia? Może to po prostu inwazja? Może to, nie wiem, może Trumpowcy się wyrodzili i zrobili powstanie? To już jest absolutny idiotyzm, ale chodzi o to, że tak naprawdę dostajemy obraz, w którym grozi nam coś i to jest coś bardzo strasznego, tylko nie do końca wiemy co.
I ci wszyscy, którzy trochę się wykrzywiają na taki obraz świata, mają jak najbardziej rację. Jeśli pod takim kątem ten film oceniają, to rzeczywiście można mieć uczucie niedosytu. Wracając do preppersów, o których wspomniał Piotr, to zauważcie państwo ci, którzy oglądali, a ci, którzy nie oglądali, to zwróćcie państwo na to uwagę, że to jest zjawisko przedstawione w tym filmie bardzo niejednoznacznie. Otóż ten preppers to jest człowiek, który teoretycznie, nie, praktycznie radzi sobie w tych trudnych okolicznościach. Ale to jest jednak człowiek pokazany jako człowiek bezwzględny. Jego celem jest przeżycie za wszelką cenę, pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Wynik dialogu pomiędzy tym preppersem a głównymi bohaterami, sobie znowu państwo zobaczycie w filmie, ale to nie jest obraz budujący, jeśli chodzi o obraz, który większość z nas ma w głowie. Obraz człowieka, Ecce homo. My zawsze, kiedy mówimy „Ecce homo”, to raczej mamy pozytywny obraz. Przypomnijmy sobie, że to „Ecce homo” pojawiło się raczej w niekorzystnych okolicznościach przyrody.
„Oto człowiek” to, wiecie państwo, używane było często, żeby pokazać, jak marną istotą człowiek bywa. I tu chyba mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Człowiek jawi nam się jako istota samolubna, bezwzględna, która zrobi wszystko po pierwsze, żeby przeżyć, ale jeśli się przy okazji da zarobić, to czemu nie? Ale przede wszystkim drugi człowiek nagle okazuje się wrogiem, przynajmniej przeciwnikiem albo przynajmniej taką jednostką, która może mi przeszkadzać. W związku z tym Należy ją odsunąć, jeśli nie wyeliminować. To w zależności od sytuacji. I taki oto obraz dostajemy. Czyli bycie preppersem to jednak nie jest coś, co musi nas szczególnie ekscytować i wprawiać w nastrój takiej ekscytacji, że to super jest. Okazuje się, że w zderzeniu z głównymi bohaterami filmu taki preppers może być jednak, jesteśmy na YouTubie albo w radiu, więc pewno nie opłaca się przeklinać, w każdym razie niemiłym człowiekiem albo takim synem pani, która się zajmuje nierządem.
[31:12] - To nie wynikało, jego zachowanie, z byle czego. On był pracownikiem tego bogatego finansisty, po pierwsze. Po drugie, pewnie niejednokrotnie patrzono na niego, kiedy sobie robił te zapasy, jako na wariata. Kiedy oni przychodzą do niego poproszeni, to dlaczego nie? To jest wolna amerykanka, proszę pana, tam nie ma przebacz.
[31:38] - Ale zarobić również było fajnie.
[31:42] - Oczywiście, ja bym zrobił tak samo. Kiedy przyszłoby do mnie bardzo bogate małżeństwo, jednemu bym dał za darmo, bo on akurat leki daje. Mam duszę Janosika. Powtarzam jeszcze raz. Wydaje mi się, że w tym filmie jest tak, że ma nie być odpowiedzi i rozwiązania. O to chodzi, że tam się nie mówi, co się stało. Co przeszkadza w pewnym momencie? Nadmiar teorii spisku, bo tam na tym się nie kończy. W zasadzie tam żeśmy podali chyba tylko jakąś połowę ze scenariuszy, które się tam rozgrywają. Tam w ogóle jest, Marku, taka dziwna rzecz, która przyciągnęła uwagę internautów, bo ten film jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nawiązuje do serialu „Przyjaciele”.
Nie to, że nawiązuje w sposób, że są aktorzy. Serial „Przyjaciele” jest, nie będę wam mówił czym, ale się pojawia.
[32:43] - Leitmotivem.
[32:45] - Tak. I w pewnym momencie, tu już ugryzę się w język, bo wiem, że może ktoś nie oglądał. Chodzi o to, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, dosłownie kilka tygodni przed tym, jak ten film trafił na platformę, to przecież ten serial znalazł się znowu na językach wskutek śmierci jednego z głównych aktorów. Także to wzmocnienie teorii spiskowych zadziałało. I po raz kolejny rodzi się pytanie, o co tym Obamom tak naprawdę chodziło? Czy oni chcieli się znaleźć na siłę w świecie teorii spisku? To wszystko bardzo interesujące. Tam nie brak w tym filmie motywów związanych z chorobami. Już nie będę wam mówił, bo wam popsuję zabawę. Koniec końców jednak powiem ci, że rzadko się zdarza tak, abym chciał do jakiegoś filmu wrócić.
Może się nie zdarza to tak bardzo rzadko, bo jednak są takie, które chętnie bym obejrzał jeszcze raz, bo one mają pewien klimat i nastrój. One są często bardzo wieloznaczne i w tym przypadku na plus działa to, że mamy świetną obsadę aktorską. Może ten film jest momentami naiwny, może jest niezrozumiały, jednak ten klimat ma. Klimatu się nie da zdefiniować. Niemniej jednak zauważ jeszcze jedną rzecz tak na koniec, że on chyba jest tak skonstruowany w ogóle, aby uderzać w bardzo wiele strun jednocześnie. Bo my w Polsce nie jesteśmy wyczuleni tak bardzo na te tematy rasowe. Ja kiedy sobie przeglądałem informacje na temat tej produkcji w Stanach, to powiem ci, że nawet nie dominowały te wątki spiskowe, co właśnie jakieś odniesienia rasowe związane z tym, że tam pada takie słowo, żeby nie wierzyć białym na przykład. Czyli to może być taka nitka, która nam sugeruje, że chodzi tak naprawdę w tym filmie o prowokację. Czy Obamom są potrzebne prowokacje? Dobre pytanie, na które odpowiedzi nie ma.
[35:00] - A ja coś jeszcze na koniec muszę powiedzieć, bo muszę dać żer wszystkim ludziom, którzy zastanawiają się, czy ja się w ogóle powinienem zajmować kulturą, filmem i tak dalej. To ja właśnie dam zaraz powód tym wszystkim, którzy śledzą wątki seksistowskie albo jakieś takie niepoprawne politycznie. Za chwilę ogłoszę coś, będziecie mogli państwo spluwać na samą myśl o tym, co powiedziałem. Otóż Piotrze, ja nie wiem jak ty, ale główna bohaterka strasznie zbrzydła. Naprawdę. Ja wiem, że to już jest pani w wieku może nie podeszłym, ale jednak takim słusznym. Ale człowiek się wtedy, jak patrzy na taki film, zastanawia. Czas wpływa.
[35:54] - Wiesz dlaczego masz takie wrażenie? Bo ona gra taką mizantropkę, taka zmierzła jest w tym filmie.
[36:03] - W ogóle nie jest taka, jaka jest. I tu już możecie wszyscy państwo, którzy uważacie, że zawsze należy być słodkim, miłym i takim correct, poprawnym, to już możecie państwo powiedzieć, że jak ja w ogóle się mogę kulturą zajmować. Właśnie tu powiedziałem, co powiedziałem. Ja chyba nie chcę Julii Roberts oglądać w takim wydaniu. Tak, to prawda. Ona rzeczywiście gra tam pewną postać. Która jeszcze podkręca to wrażenie, ale ja jednak wolę Julię Roberts z dawnych czasów. Obojętnie, w jakich filmach grała.
[36:43] - Mnie się tam podoba. Fajnie.
[36:47] - Dobrze. Ze mnie musiało wyjść jakieś takie skrzydło seksistowskie i ponure.
[36:53] - To jest tak jak z Hanką Bielicką. Fajnie się ją oglądało w latach 50. i fajnie się ogląda w latach 90. Czas upływa.
[37:02] - Nie. To ja jednak wolę Hankę Bielicką.
[37:06] - Tak. Mimo wszystko, pomimo tych krytycznych niekiedy uwag osobiście polecam. Może trochę długi, ale jeżeli nie oglądaliście, jeżeli nie będziecie mieli co do roboty w drugi dzień świąt, bo to te święta takie długie w tym roku, rzućcie okiem. „Zostaw...” Jak to się nazywa, Marku? „Leave the world behind”. Po polsku „Zostaw świat za sobą” chyba, tak?
[37:29] - Tak. Chyba tak. A ja też powiem tyle, że też polecam ten film. Cokolwiek by nie powiedzieć, to warto ten film przyswoić.
[37:39] - Dokładnie. Trzymajcie się. Wesołych!
[37:44] - Proszę państwa, czegóż to dzisiaj jeszcze nie będzie? Nie będzie „Labiryntu książek” Mirosława Gołuńskiego. Odpuśćmy sobie. „Labirynt” wróci, ale w nowym roku. Nie będzie też Evivy z kolejną recenzją. Ona też wróci w przyszłym roku. 2024. Cóż to przyniesie? Nie jestem niestety Jackowskim i państwu nie powiem, co przyniesie. Na pewno przyniesie kolejne odcinki wyżej wymienionych audycji.
Nie będzie też „Alchemii tworzenia”, bo umówmy się, naprawdę czas świąteczny albo tuż przedświąteczny nie sprzyja nawet takiemu lajtowemu zgłębianiu meandrów pisarskiej roboty. Nie, to zdecydowanie nie dzisiaj, ale dzisiaj zaproponuję państwu kawał dobrej prozy. Już państwo słyszeli to nazwisko zarówno w „Bibliotekarium”, a sądzę, że niektórzy z państwa również w tak zwanym szerszym świecie, internecie, czy jak tam państwo to postrzegają. Piotr Wiśniewski. Dzisiaj opowiadanie w interpretacji naszego niezrównanego Ivelliosa. Marek Sęk przeczyta opowiadanie „Vicarius”. To jest, proszę państwa, opowiadanie, które wgniata w fotel. Tak to powiedzmy. Specjalnie mówię tak ogólnie, żeby państwu nie zepsuć zabawy. W każdym razie kawał dobrej prozy, kawał długiej prozy, bo przed państwem długi czas spędzony w fotelu czy gdzie tam państwo siedzicie, leżycie czy też słuchacie.
Zapraszam zatem. Piotr Wiśniewski, „Vicarius”.
[39:53] - Piotr Wiśniewski, „Vicarius”. Dixisse me aliquando placuit, tacuisse numquam. Bywało niekiedy, że żałowałem tego, co powiedziałem, nigdy jednak tego, że milczałem. Ksiądz Teodor jechał swoim leciwym samochodem w kierunku Bobowej. Miał zastąpić zmarłego niedawno wikarego. Parafia miała dwa kościoły i kuria postanowiła ożywić kościół filialny, który stanowiła stara, późnogotycka świątynia pod wezwaniem Świętej Zofii. Nie spodziewał się tej nominacji, ale śluby posłuszeństwa nie pozostawiały mu wątpliwości. W głębi ducha czuł, że to kara za jego zaangażowanie w egzorcyzmy. W czasie studiów w Rzymie poznał ojca Gabriele Amortha i ta znajomość odcisnęła się na jego życiu. W kraju, delikatnie mówiąc, omijano go.
Przez rok był w Tarnowie, gdzie pomagał kapelanowi motocyklistów. Gdy myślał, że znalazł swoje miejsce, niespodziewanie został skierowany do Krakowa. Przydzielono go do kościoła Mariackiego, gdzie porządkował księgi w bibliotece kurii, a przez resztę czasu był pomocnikiem ojca Jakuba w kościele Świętej Barbary zarządzonym przez parafię Mariacką. Wymiennie z pomocą w bibliotece zajmował się narkomanami i młodocianymi zagubionymi duszami. Gdy przyszła informacja o śmierci wikarego, nie spodziewał się, że będzie to miało wpływ na jego życie. Pamięta, że mówiono o tym wydarzeniu z uwagi na dziwne okoliczności. Stosunkowo młody ksiądz początkowo wykazywał oznaki szaleństwa, później oślepł i ostatecznie zmarł tajemniczą śmiercią. Lekarze mieli problem z ustaleniem przyczyny zgonu, ale w końcu przypisali biedakowi jakąś dziwną chorobę. Teodor nie pamiętał nazwy. Gdy już zapomniano o tym zdarzeniu, wyznaczono go na nowego wikarego w Bobowej.
Pierwszy powiedział mu o tym ojciec Jakub, jak zwykle spokojnym głosem i z powagą na twarzy. Mędrzec o twarzy dziecka, jak nazywał ojca Jakuba, po przekazaniu informacji dodał, że to ścieżki, jakimi kroczymy, nas wybierają, ale kierunki to już wyłącznie nasze decyzje. Wjechał do miejscowości ulicą Grunwaldzką i pamiętając informację z mapy, dojechał do rynku, skręcił w prawo i w narożniku ponownie w prawo. Przejechał kilkadziesiąt metrów i zaparkował przy przychodni lekarskiej. Wysiadł i rozglądnął się wokół. Postanowił, że zanim pójdzie do budynków przy ulicy Kolegiackiej do parafii Wszystkich Świętych po klucze, zobaczy przyszłą podopieczną, jak określił w myślach kościół świętej Zofii. Patrzył na kamienną dzwonnicę i front gotyckiego kościoła. Zszedł po schodach z piaskowca na teren świątyni i powoli obszedł budynek. Za kościołem zobaczył urwisko. Dostrzegł tory kolejowe i rzekę.
Rzeka to chyba Biała. Szukał informacji w pamięci. Popatrzył na ogród. Nic tu nie rośnie prócz drzew. Taki park. Brama otwarta, ludzie chodzą na skróty. W wakacje pewnie pojawią się przejezdni pokazujący palcami i zachwycający się nie tym, co trzeba. No dobra, trzeba iść po klucze. Przeszedł północną pierzeją rynku i dotarł do zabudowań kościelnych. Na budynku mieszkalnym zobaczył tablicę z napisem „Ichthys” i dziwnymi, czarnymi, jakby tańczącymi postaciami.
Patrzył chwilę na nienaturalnie unoszące się jakby nad łąką sylwetki, między którymi latały motyle. Ludzie jakby bali się owadów. Spodziewałbym się raczej ryby. Pokręcił ze zdumieniem głową i ruszył w stronę nietęchniętej bramki. Zadzwonił. Skrzydło wejściowe też było niedomknięte. W uchylonych drzwiach pojawiła się twarz zakonnicy. Miała oczy, które widziały wszystko, ale pamiętały niewiele. „Szczęść Boże. Jestem ksiądz Teodor Zubrzycki.
Mam objąć opieką kościół świętej Zofii.” „Opieką?” Popatrzyła zdziwiona. „Proszę, ksiądz wejdzie.” Wpuściła Teodora do środka. Gdy przechodził obok niej, powiedziała: „Jestem siostra Hiacynta.” Dotarł do drzwi z napisem „kancelaria”. Zakonnica patrzyła chwilę za nim i mrużąc lekko oczy, spojrzała w bok, jakby coś sobie przypomniała. Odeszła w milczeniu. Teodor delikatnie zapukał i po donośnym „proszę, proszę” nacisnął klamkę. Po zakwaterowaniu, przyjęciu kluczy i uściśleniu, że ma być opiekunem kościoła, ale i wikarym, wyszedł razem z proboszczem w kierunku kościoła parafialnego. Oglądał barokowe zdobienia, kiwał głową ze zrozumieniem, gdy proboszcz pokazywał w kaplicy bocznej wilgoć na ścianach i kopule oraz podziwiał chór. Po krótkim obchodzie przełożony popatrzył na Teodora i powiedział: „Najgorsze pierwsze 50 lat, a później już jakoś leci.” Uśmiechnęli się i Teodor poczuł, że zna się z tym księdzem od dawna. Po kilku wdechach powiedział: „To może ja sprawdzę, czy w Zofii wszystko w porządku.” „A tak.
Idź, idź.” Tajemniczo się uśmiechnął. „To bardzo ciekawy kościół, a dzwonnica też jest niebrzydka. A, w gablotce są klucze. No to szczęść Boże.” Pożegnał się. „Na razie.” Teodor ruszył do kancelarii, ale w korytarzu natknął się na siostrę, która wskazała mu leżący na małym stoliku klucz. „To do Zofii?” Skinęła głową i zniknęła w drzwiach kuchni. Teodor pokiwał głową i z kluczem w ręku wyszedł na ulicę. Do rynku dotarł szybko i tak samo do kościoła filialnego. Nie spytał, do których drzwi jest to klucz, ale rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że do bocznych. Tych od strony parku.
Stojąc przed wejściem, powoli włożył klucz do zamka. Naoliwiony, ciężki metalowy mechanizm lekko puścił i drzwi się uchyliły. Teodor przeszedł przez kamienny portal i znalazł się we wnętrzu. Popatrzył na posadzkę, później na strop i powiedział szeptem: „Musimy się lepiej poznać.” Miał wrażenie, że z ciemności dobiegł go jakiś szept, jakby westchnienie dziecka, ale to musiało być echo. Usiadł na ławce przed chórem i w świetle padającym przez otwarte drzwi przeczytał kilka informacji, które zanotował na kartce. Świątynia wzniesiona w drugiej połowie XV wieku, a pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1475 roku. Później przejściowo została zajęta przez Arian i rekoncyliowana przez katolików w 1646 roku. Wielokrotnie była niszczona przez pożary. Gruntownie została odnowiona w 1808 roku i dzięki staraniom Michała Miłkowskiego na początku XX wieku. Budowla gotycka, murowana, wzniesiona z kamienia.
Świątynia jest jednonawowa i posiada prezbiterium zamknięte trójbocznie. Opięta jest uskokowymi szkarpami w narożnikach i jedną umiejscowioną niesymetrycznie w zachodniej ścianie nawy. W jedną ze szkarп wmurowana została kropielnica późnogotycka pochodząca z czwartej ćwierci XV wieku, kamienna, posiadająca dekorację maswerkową. Być może była kiedyś czarą dawnej chrzcielnicy. Budowla nakryta jest dwuspadowymi dachami pokrytymi gontem. Do początku XX wieku posiadały wspólną kalenicę. Nad prezbiterium znajduje się wieżyczka na sygnaturkę nakryta ostrosłupowym dachem hełmowym. Wnętrze jest nakryte stropem płaskim i ozdobione fragmentami polichromii pochodzącej z XV wieku, w prezbiterium ozdobionej napisem Ichus Xpus. Okna są ostrołukowe, gotyckie i powstały w XV wieku. Trzy portale w stylu gotyckim pochodzą z XV wieku.
Najcenniejszym z nich jest ostrołukowy portal zachodni prowadzący do nawy, umieszczony w schodkowym obramieniu posiadającym laskowanie w tak zwanym typie długoszowskim. Bardzo ciekawe, tylko nie mam pojęcia, co to jest laskowanie i tymp Długoszowski. Schował kartkę do kieszeni i ruszył w kierunku ołtarza. Minął balustradę oddzielającą prezbiterium od reszty wnętrza kościoła. Za wejściem na ambonę znalazł drzwi do zakrystii i wyjął klucz dołączony do kompletu. Stojąc pod nadprożem ostrołukowym otworzył ciężkie skrzydło, pchając je przed siebie. Ostrożnie zajrzał do środka, zrobił krok, odwrócił się w przejściu i nagle coś pchnęło go w plecy. Wyhamował, o mało nie lądując na stole przy ołtarzu głównym. Szybko się odwrócił i zobaczył, że to drzwi, same się zamykając, popchnęły go do środka. Znalazł kamień, fragment posadzki i nim zablokował skrzydło.
Wrócił i obejrzał zakrystię. Nagle usłyszał kroki. Ktoś szedł przez kościół. Słyszał wyraźnie dźwięk stąpania po kamiennej posadzce. Wyjrzał, ale w pomieszczeniu nie było nikogo. Podrapał się po głowie. „Złudzenie” – pomyślał. Wrócił do zakrystii i popatrzył na małe okienko po prawej od drzwi. We wnęce i zakratowane dawało zaskakująco dużo światła. Przed okienkiem stał na trójnogu krucyfiks z lusterkiem.
Odruchowo popatrzył i zdziwiło go, że początkowo nie zobaczył odbicia. To pojawiło się jakby z opóźnieniem. „Chyba jestem zmęczony”. Jakiś cień mignął za oknem. Teodor przetarł oczy i opuścił zakrystię. Przystanął przy schodach na ambonę. Wyglądała na niestabilną, ale postanowił wejść. Ostrożnie ruszył po miniaturowych schodkach. Popatrzył z góry na całe wnętrze, bezwiednie studiując posadzkę ułożoną w kształt krzyża. Przyglądał się pęknięciom i ubytkom w płytach z piaskowca.
Po chwili, jakby się ocknął, zszedł szybko, ostrożnie stąpając po drewnianych schodkach. Przeszedł obok otwartych drzwi wejściowych i skierował się na chór. Obok uszkodzonego prospektu organowego zobaczył leżący zdemontowany kandelabr wiszący. Nie wiedział, dlaczego ktoś go zdjął i zamontował tandetny żyrandol z drewnianymi, toczonymi elementami. Podszedł do instrumentu i usiadł na ławeczce dla organisty. Czarne i białe klawisze wyglądały na zmęczone graniem. Jak śpiący rycerze pozbawieni oręża, tkwili w stanie wiecznego wyczekiwania. Cały prospekt organowy był zniszczony i jedyne, co było pewne to to, że nie działał. Teodor delikatnie dotknął klawiszy i znów miał wrażenie, że ktoś jest pod chórem. Wstał i wyglądał, ile tylko było można.
Nic. Zszedł szybko po schodach, zaglądając pod antresolę. Pusto. Wyszedł na zewnątrz i stanął twarzą w twarz ze starą kobietą. Miał wrażenie jakiejś nierealności sceny. Wyszczupła babina w wieku od 60 do 80 lat ubrana była jak wdowa. Patykowate łydki i staromodne buty sprawiały wrażenie, jakby wzięte zostały od kasztanowego ludzika. Określenie koloru jej ubrań miało przynajmniej trzy wersje. Usta poruszały się, jakby coś jadła. Oczy patrzyły, ale jakby widziały coś innego.
Wyglądała jak stary parasol. „Co pan tu robi?” Kobieta popatrzyła uważnie, jakby dostrzegła koloratkę. „To znaczy ksiądz”. „Jestem nowym wikarym w parafii Wszystkich Świętych, odpowiedzialnym za ten filialny kościół”. „To znaczy za Zofię. Świętą, rzecz jasna”. „Tak”. „A to niech będzie pochwalony w takim razie”. Przeżuwanie się zmieniło, jakby coś znalazła w ustach. „Na wieki wieków”.
Uspokoił się trochę. „A pani to tu mieszka gdzieś w pobliżu?” „Na Okrężnej, w domu za stodołą”. Wskazała ręką za siebie. Szybko założyła ręce na piersi i równie pospiesznie je rozłożyła. „Ja tu do lekarza, bo wie ksiądz, jak w tym wieku coś nie boli, to znak, że człowiek nie żyje”. Po chwili dodała: „Ale jak księdzu nie powiedzieli, to uważajcie, bo ta jaworowa ławka z parafialnego to lepiej, no, nie siadajcie w niej”. „Jaka ławka?” Kobieta podeszła do drzwi, wsadziła głowę i wskazała brodą w kierunku ołtarza. „O ta”. „Dlaczego?” Pochylił się nad kobietą. „Co z tą stallą, znaczy ławką?” Kobieta nieco zmieszała się i chcąc ukryć to uczucie, poprawiła chustkę na głowie.
„Nie będę gadać, bo powiedzą, żem wariatka, a moja ta reputacja – prawie przeliterowała i rozluźniła mięśnie szyi – nie jest najwyższa. No ale nie siadajcie na tej ławce. I już”. Ruszyła w stronę schodów. „Z Bogiem” – rzuciła na odchodnym. Wikary patrzył za odchodzącą i stwierdził, że poruszała się zadziwiająco szybko. Teodor stał zaciekawiony i z poczuciem niedosytu. Nie wiedział, o co chodziło tej kobiecie. Zamknął kościół i również skierował się na schody. W górze dwóch mężczyzn rozmawiało cicho, nerwowo gestykulując.
Młodszy z równo przyciętą brodą przeciągnął się, wykręcając jakby ścierpniętą rękę, a w tym czasie niższy, starszy głośno powiedział: „Siedź w domu”. Rozeszli się wzburzeni bez pożegnania. Teodor niepewnie ruszył po schodach i na pierwszym stopniu zrównał się ze stojącym, opierającym się o murek drobnym mężczyzną, już spokojnym po niedawnej kłótni. Na oko był to jegomość sześćdziesięcioparoletni, w szarej koszuli i znoszonej marynarce zbliżonej kolorem do beżu. Zdawał się nie zauważać stanu technicznego własnego odzienia. Do kompletu miał na sobie czarne dżinsy i dwa różne, choć podobne buty. Miał pozę dziecka stojącego przed automatem z batonami po wrzuceniu monety. Gdy Teodor był prawie przy samochodzie, nieznajomy odezwał się: „Stara synowcowa to wariatka. Nie ma co jej tego mówić, ale dobrze wiedzieć” – powiedział, patrząc na plecy księdza. „A pan kim jest?” – spytał Teodor, odwracając się nagle.
„Nauczycielem, ale prawdopodobnie emerytowanym. Lucjan Billewicz.” Popatrzył w oczy. „Prawdopodobnie?” „Jeśli wszyscy twierdzą, że jestem na emeryturze, a ja ciągle pracuję, to nie można mieć pewności.” Tym razem zainteresowały go własne paznokcie. „Pracuje czy pracował pan w szkole w Bobowej?” „Nie, ale pochodzę stąd i wróciłem tu na emeryturę. Tu w bibliotece przy Centrum Kultury trochę pomagam. No i w szkole zawodowej po sąsiedzku też tam trochę tak pro publico bono.” Popatrzył wnikliwie. „A ksiądz to na zwiedzanie do nas zawitał?” Zaczął przeszukiwać kieszenie. Znalazł chusteczkę higieniczną. Popatrzył na nią i próbował odszukać coś w pamięci. „Raczej do pracy.” Wskazał na kościół Świętej Zofii.
„Nazywam się Teodor Zubrzycki. Jestem księdzem.” Popatrzył na zegarek. „Od trzech godzin wikarym i mam zaopiekować się tą świątynią.” „Zośką? Świętą oczywiście” – ocknął się mężczyzna. „Tak.” „No ale chyba nie zrobią tu parafii. Mamy Wszystkich Świętych.” Po chwili dodał zaaferowanym głosem: „Będzie nowa parafia?” „Na razie nie.” „No bo ten ksiądz, co ostatnio miał opiekować się kościołem, to zmarł.” „Dotarły do mnie informacje na ten temat.” „A dotarły, w jaki sposób to się stało?” „Nie, tego nie wiem. A co?” „Przed śmiercią stracił wzrok. W dziwnych okolicznościach to się stało i ludzie zaczęli różne legendy opowiadać. Ale lud ciemny sensacji wszędzie szuka. To spokojna miejscowość i różne drobne wydarzenia urastają do wysokiej rangi.
Jak pałac Długoszowskich, tych od Wieniawy. Postanowili zwrócić jakiemuś potomkowi mieszkającemu w Stanach, to zrobili z tego wielkie wydarzenie. Szykowali się na powrót dawnej magnaterii, a facet przyjechał, wziął udział w kilku idiotycznych uroczystościach, odebrał majątek i od razu go sprzedał. Zdążył powiedzieć, że Bobowa zawsze była w jego sercu, choć ja mam wrażenie, że niżej i nie z tej strony.” „Interesuje się pan sprawami tej miejscowości, jak widzę.” „Uważam się za człowieka myślącego. Nie mylić z mądrym, bo to mogą ocenić inni. Jednak zakresu czyjejś inteligencji nie powinni określać ludzie bezkrytyczni w swoich poglądach, co w rezultacie zmusza do poszukiwania jurorów wśród ludzi wykształconych, którzy dają większą gwarancję rzetelnej oceny.” „Nie wątpię, że pańska inteligencja może być spokojna o ocenę.” „Bardzo ksiądz uprzejmy.” Popatrzył na Teodora i jakby z wahaniem zaczął: „Teraz ciężko o ludzi wykształconych. Przed wojną była inteligencja, teraz są inteligenci. Tak jak z pieniędzmi.” Zrobił pauzę. „Przed wojną mieliśmy złotego, a po wojnie złotówkę.” „Powiększył pan listę argumentów, że wojna jest zła.” „A czy zabijanie jest złe?” „Tak.” „W takim razie każdy żołnierz, który broni niewinnych ludzi, zabijając wrogów, jest zły.” Rozłożył pytająco ręce. „Przecież zabija.” „Problem jest z nazewnictwem tego czynu.
Powiedziałbym raczej, że podejmuje działania obronne, w wyniku których agresor ginie. Pytanie o intencje.” „Ale zabijanie to zabijanie, kradzież to kradzież i tak dalej. Relatywizowanie nie jest cechą kościelną.” „Fakt, relatywizowanie bliższe jest nihilizmowi, pseudotolerancji zwanej tolerancją oraz liberalizmowi w sferach obyczajowych. Niemniej jednak Kościół jest otwarty na dialog.” „Szczerze myślę, że ekumenizm nie ma sensu. Wprowadza w zakłopotanie katolików, a nie przyciąga nowych owieczek.” „W zakłopotanie?” „Raczej wkurza. Zakłopotanie to za słabe słowo. Znane są jakieś nawrócenia, które dokonały się pod wpływem międzyreligijnego dialogu?” „Nie wiem. Mam inne zadania i cele do realizacji. Ale to, co pan mówi, jest ciekawe.” Po chwili milczenia Billewicz spytał: „A czy nazwisko Benćjon Halberstam coś księdzu mówi?” „Cadyk, cudotwórca, chasyd zabity we Lwowie przez Ukraińców w czasie pogromu. Chyba w ‘41 roku.” „Dobrze.” Wydawało się, że teraz wpisze ocenę do dziennika.
„Ten uczony Żyd mieszkał tu w Bobowej i cieszył się wielkim poważaniem nie tylko wśród współbraci, ale i katolików. Słynny był ślub jego córki z jednym Żydem z Krakowa, Mojżeszem Stemplem w 1931 roku. Przyjechało ponad 5000 ludzi i dla nich podstawiono specjalnie pociągi. Dużo tu ciekawych rzeczy się działo. No i jeszcze wychował się tu słynny Wieniawa Długoszowski, jak wcześniej mówiłem. A jeśli chodzi o świętą Zofię, no, ona się tu nie wychowywała.” Uśmiechnął się, zadowolony z żartu. Szybko spoważniał. „To ciekawy obiekt. Przejęty przez Arian wrócił do katolików po cudownym nawróceniu dziedzica. Opisy podają, że za uratowanie życia ten młody heredis obiecał nawrócenie.
Udało się i człek słowa dotrzymał. Tak mało dzieli bonum od malum.” Później, w czasie zaborów Austriacy zrobili tu magazyn, ale nasza zasięga nie dała się i mimo pożarów na początku XIX wieku kościół ponownie wyświęcono. Wymalowali Zacheusza i konsekrowali na nowo. Alleluja i amen. Chwała Bogu, ale Zacheuszy nie widziałem. Pewnie pod farbą. Robią remonty, ale tak po kawałku. Posadzka popękana, sprzęty zniszczone. Wypadałoby coś odnowić. Musi się ksiądz wziąć za remonty.
Po to tu jestem. Podrapał ucho jak przed kłamstwem. A jakieś dziwne zdarzenia związane z Kościołem? Widzę, że pani synowiec zasiała ziarno. Podrapał ramię pod marynarką. Prócz księdza, tego poprzednika, to podobno zdarzały się wypadki. Cóż, zastanawiające jest, że było to kilka zgonów i z relacji wynika, że za każdym razem osoba siedziała na mszy w ławce Jaworskich i przed śmiercią traciła wzrok. Hmm. Dodatkową zagadką jest, że w kronikach i opisach odnotowano wcześniejsze podobne przypadki, które się tu działy. Nawet innowiercy to zauważyli.
Halberstam na przykład ostrzegał, że w świątyni uwięziono zło, które trzeba pokonać. Nie zdążył wskazać ani co tym złem jest, ani jak je pokonać. Ludzie myśleli, że gadał tak na złość katolikom. Później przyszła wojna i te wszystkie nieszczęścia. Jakie jest pana zdanie na ten temat? Ja w te gusła nie wierzę. Co niby mają wspólnego siedzenie w ławce z traceniem wzroku i nagłą śmiercią? Zrobił pytającą minę. Ale ludzie nie siadają w tej ławce. Pokręcił głową.
Podobno tylko jak się siądzie w czasie nabożeństwa, to człowieka dopada zguba. Tak mówią. W czasie nabożeństw ławka jest pusta? Zawsze! Prawie krzyknął. Jeszcze nie pozwalają innym siadać. Jak byli kiedyś turyści i chcieli być na mszy, to baby kwiaty tam położyły i nie dopuściły. Zakaz i już. A baby u nas to takie, że nie przegadasz. Zna pan jakieś lokalne ekipy budowlane?
Teodor zmienił temat. Musi ksiądz do gminy iść i zapytać. Wskazał ręką. Tam za rogiem przy rynku jest urząd. Wiedzą kto i co tu może zrobić. Bóg zapłać. Do widzenia. A jakby ksiądz mnie szukał, to pytać w Centrum Kultury, w bibliotece na Grunwaldzkiej pod osiemnastym, za szkołą zawodową. No to lecę. Jeszcze jedno.
Teodor stanął bokiem i po chwili popatrzył na nauczyciela. Miałem wrażenie, że przerwałem panu emocjonalną rozmowę. A nie — pokręcił głową — to sprawy rodzinne. W zeszłym roku matka zmarła i te wszystkie formalności prawno-spadkowe powodują tylko problemy. Cóż, i tak wszyscy skończymy ad patres. Zamyślił się. Trumna nie ma kieszeni. Do widzenia. Spokojnie odszedł w kierunku rynku. Teodor miał iść w tę samą stronę, ale poczekał chwilę, jakby nie wypadało po pożegnaniu iść razem.
Gdy emerytowany nauczyciel zniknął za rogiem, ksiądz ruszył niespiesznym krokiem w tę samą stronę. W urzędzie dowiedział się więcej, niż chciał. Zresztą powiedział też więcej, niż chciał. Atmosfera spokoju udzieliła mu się. Pomyślał o pędzących w wielkim mieście samochodach, nocnych telefonach młodych ludzi z objawami głodu narkotycznego, bójkach, przekleństwach, brudzie i rozpaczy. We wspomnieniu wróciło ciężkie do przełknięcia poczucie bezradności i nadzieja. Nikła, ale lepsza niż nic. Mętne oczy umierających, nieprzytomnych nastolatków. Aby przegnać smutne wspomnienia, wrócił myślami do Tarnowa. Wesoła grupa motocyklistów gotowa w każdym czasie na każdą pomoc.
Może zrobię księdzu kawę albo herbatę? Z zamyślenia wyrwał go głos urzędniczki. Popatrzył na jej granatowy sweter i pytające, szczere oczy. Kobieta z naganą spojrzała na kolegę urzędnika i z wyrzutem powiedziała: jak to, Grzesiek, tak gościsz księdza? Westchnęła. Spragnionych napoić. Proszę nie być zbyt surową dla kolegi. Proszę księdza. On tu jedyny facet, to go oszczędzamy. Teodor popatrzył na młodego urzędnika i powiedział: błogosławiony między niewiastami.
Gdy śmiechy ustały, wstał i odezwał się, przesuwając się do drzwi. Bardzo dziękuję, ale będę już szedł. Porozmawiam z księdzem proboszczem w kwestii planów remontowych. Proszę zaglądnąć w piątek. Będę coś wiedział o możliwych dotacjach — odezwał się młody urzędnik i rzucił grymas zbliżony do uśmiechu w kierunku koleżanki w granatowym swetrze. Teodor jeszcze raz podziękował. Wyszedł na mały korytarz i schodami dotarł do wyjścia. Na rynku nic się nie zmieniło. Czas wracać na kwaterę. Popatrzył w niebo i lekko przymknął oczy.
Powoli ruszył w stronę ulicy, gdy nagle ciężki podmuch szarpnął jego ciałem. Kilka centymetrów przed jego twarzą przejechał wielki samochód ciężarowy, o mało go nie potrącając. Cofnął się odruchowo i oparł plecami o ścianę urzędu gminy. Serce waliło donośnie. Skąd się wziął ten potwór? Popatrzył wzdłuż ulicy. Przecież dobrze widać. Jak to możliwe, że go nie zauważyłem? Rozglądnął się, ale nie widział żadnych świadków tego zdarzenia. Podszedł ponownie do przejścia dla pieszych i upewniwszy się dwa razy, przeszedł ostrożnie na drugą stronę.
Popatrzył w kierunku ulicy zaczynającej się przy przejściu dla pieszych i dostrzegł częściowo drewnianą elewację przy końcu krótkiej uliczki. Ruszył zaciekawiony i po chwili stanął przy ogrodzeniu, za którym stał dość duży jak na Bobową budynek. Minął po lewej zakład fryzjerski i jego oczom ukazała się synagoga. Ładny widok szpecił niczym natręt w kadrze zdjęcia znak zakaz ruchu. Skręcił w prawo i obejrzał sobie bożnicę z tyłu. Pokiwał głową i poszedł dalej ulicą Okrężną. Po chwili z prawej strony zobaczył stodołę i za nią dom, jakby sklejone razem. „Może to dom tej Synowiec” pomyślał. Nie widział, że z okna synagogi przyglądały mu się czyjeś oczy. Kilka minut później otwieram drzwi swojego apartamentu przy zakrystii kościoła Wszystkich Świętych.
Kątem oka zauważył bezszelestnie przechodzącą siostrę Hiacyntę. Zanim zdążył ją pozdrowić, zniknęła w drzwiach. Wzruszył ramionami i nacisnął klamkę. W pokoju odświeżył się trochę i popatrzył na zegarek. Czas obiadu. Siostry prosiły, by być punktualnie. Umówił się z proboszczem, że ten przy posiłku przekaże mu jeszcze kilka informacji i ustalą zasady pracy. Dostanie biurko i zakres obowiązków. Jak mówił proboszcz, w tym tygodniu będzie miał jeszcze trochę czasu na zaaklimatyzowanie się, ale od niedzieli do roboty. Sześć mszy w niedzielę i po dwie w dzień powszedni.
Trzeba się podzielić. Dwaj inni wikariusze uczą w szkołach, dlatego pomoc przyda się jak najszybciej. Teodor jadł i zastanawiał się, dlaczego potrawy są z tak niewielką ilością soli i pieprzu. Przypomniał sobie, że czym bardziej na wschód, tym potrawy są mniej przyprawiane. Jakaś taka reguła obowiązywała. „Cóż, zdrowiej” pomyślał i jadł dalej. Potrawy przygotowały siostry zakonne, ale nie zapamiętał ich imion, mimo że się przedstawiły. Jego umysł był zaprzątnięty czymś innym. Proboszcz odłożył na chwilę sztućce i popatrzył na Teodora. „Chciałbym powiedzieć, że twoja obecność jest dla nas pewnym zaskoczeniem.
— Przymknął oczy. — Wiem, że dla ciebie też. To widać było po tobie od samego początku. Ale nie znaczy, że się nie cieszymy. Pracy mamy dużo, a człowiek nie na wszystkim się zna. Myślę, że dlatego biskup postanowił cię do nas przysłać, bo potrzebny jest ktoś, kto zajmie się remontami. Masz wiedzę techniczną i zmysł organizacyjny. Na początek trzeba zająć się świętą Zofią, później kaplicą tu u nas. Grzyb już wyłazi.” „Zrobię, co w mojej mocy. Będę potrzebował dokumentacji i informacji o możliwości pozyskania budżetu.
Dowiedziałem się, że jest szansa na dotację.” Proboszcz oparł się wygodnie w krześle i popatrzył, lekko kiwając głową. „Dobrze. Siostry przygotują dokumenty. Działamy od razu.” Widząc jakiś niepokój w twarzy Teodora, zapytał: „Coś cię niepokoi?” „Opowiedziano mi historię pewnej ławki.” Zaległa cisza. Przerwał ją proboszcz. „Chodzi o stallę Jaworskich, zwaną też jaworową ławką?” „Tak, chyba.” „To silne lokalne wierzenie. Ludzie opowiadają, że każdy, kto siądzie w czasie mszy w tej ławce, w niedługim czasie oślepnie i wkrótce po tym umrze. Gusła i przesądy, z którymi musimy walczyć, ale nie agresją. Ludzi trzeba przekonać, a nie zmusić. Umówmy się, że dowiesz się o tej legendzie i porozmawiamy, jak temu zaradzić.
Jednak nie będziemy tego czynić oficjalnie. Naszym celem jest uspokojenie nastrojów i danie mieszkańcom poczucia bezpieczeństwa.” „Czy myśli ksiądz, że może być w tym ręka złego?” „Gdzie jest niepokój i tania sensacja, zawsze zły ma z tym coś wspólnego. Diabeł, demon, grzech, zło to nie są tylko pojęcia odnoszące się do jakichś stworzeń, zdarzeń, do czegoś namacalnego. To też stany umysłów ludzkich, skłonności. Laicyzacja, nihilizm, pseudonowoczesność i pseudonaukowość spowodowały, że wyśmiewany jest ktoś, kto twierdzi, że widział diabła, opętał kogoś demon i tak dalej. Traktuje się to w kategoriach legend, urojeń, skłonności do tanich sensacji czy choroby umysłowej. Ale są stany ducha i zdarzenia, których nie potrafimy wyjaśnić naukowo. My jesteśmy lekarzami dusz, pocieszycielami. Naszą powinnością jest pomagać ludziom i walczyć o ich dusze. Zło może być w różnej postaci i my musimy je rozpoznać.
Czasem wiara w zjawisko jest gorsza od samego zjawiska.” Upił dwa łyki kompotu. Lekko drgnęła mu powieka. Kompot był kwaśny. „Zatem mamy sytuację patową. Jeśli zajmiemy się tym oficjalnie, to jakbyśmy popierali gusła i zabobony. Nicnierobienie może być odczytane jako lekceważenie lub ignorancja. Dlatego moja prośba, nie polecenie, o zbadanie tej sprawy.” „Czy mam się tym zająć na poważnie?” „Jak mówiłem, to prośba, nie polecenie. Możesz mnie teraz wyśmiać i nie będę miał pretensji. Sam nie wiem, jak do tego się odnieść, ale coś musimy zrobić.” „Proszę mi powiedzieć, jak zmarł mój poprzednik.” „Ksiądz Wojciech był człowiekiem skromnym, wręcz nieśmiałym. Miał się u nas trochę wprawić i nabrać pewności siebie.
Nie widziałem powodu, dla którego nie miałbym pomóc. Był bardzo pracowity i podsyłałem go często do Siedlisk, do Świętego Mikołaja. Tam też proboszcz ma mnóstwo pracy przy domu pogrzebowym. Mur jest w kiepskim stanie, a dom parafialny jest stary i wymaga remontu. Ludzie pomagają, robią chodniki, sprzątają. To i my też się trochę zaangażowaliśmy. Wojciech opiekował się dodatkowo świętą Zofią i od jakiegoś czasu zaczął dziwnie się zachowywać. Stał się nerwowy i postanowił zbyt agresywnie jak na niego rozwiać wiele zabobon związanych ze Stallą Jaworskich. Ostentacyjnie siedział w ławce i udawał, że to nie ma znaczenia. Ktoś mu powiedział, że trzeba siedzieć w czasie mszy.
Gdy 15 maja w imieniny patronki miasta odprawiałem mszę odpustową w Świętej Zofii, Wojciech zasiadł, mimo sprzeciwu kółka różańcowego w jaworowej ławce. Pamiętam, jak dumnie patrzył. Miałem wrażenie, jakbym widział modlitwę męczennika. Jego twarz, oczy, wszystko było jakieś nierealne. Myślałem, że ta atmosfera i poruszenie wśród wiernych spowodowały to wrażenie. Nie spowiadał. Siedział i modlił się. Po mszy powiedział przerażony, że traci wzrok. Odprowadziliśmy go do kwatery. Wieczorem poczuł się źle.
Napięcie było ogromne. Po wieczornej mszy w głównym, gdy wracałem, siostry wezwały już lekarza. Ten po oględzinach zadzwonił po pogotowie. Jak prowadzili go do karetki, zasłabł i powtarzał ciągle, że nie widzi. Stracił wzrok. W drodze dwa razy go reanimowali. Zmarł godzinę później. Coś jeszcze podobno mówił o jakichś kwiatach, chabrach. Zamyślił się. Nie wiem.
Coś w tym stylu. Badali go po śmierci, bo podobno jak pacjent umiera do iluś tam godzin od przyjęcia, to mają w szpitalu obowiązek przeprowadzić sekcję. Czy sekcja coś ujawniła? Nic pewnego, ale ktoś stwierdził, że miał nierozpoznaną i nieleczoną. Moment. Sięgnął do kieszeni i wyjął telefon. Sprawdził coś i odczytał. Adrenoleukodystrofie mózgową sprzężoną z chromosomem X. Odłożył telefon. Nie wiem co to jest, ale lekarz powiedział, że z tym ludzie żyją od dwóch do pięciu lat.
Badali go jeszcze w laboratorium w Tarnowie, ale nie doszli w stu procentach przyczyny. Dziwne i smutne. Biedak. Teodor podrapał się pod koloratką. Czy w jego rodzinie znane są tego typu zgony lub podobne zdarzenia? Nie wiem. Nie mamy danych, ale rodzice byli tu po jego śmierci i rozmawiałem z nimi. Nawet spytałem, czy to nie było dziedziczne, ale powiedzieli, że z dziwnych rzeczy to tylko dziadek Wojtka miał w pewnym okresie życia zmiany osobowości. Twierdzili, że raz się śmiał, by za chwilę nie wiedzieć, o co chodzi. Zapominał, niedosłyszał i wmawiał, że coś ustalali, choć tego nie robili.
Miał zawroty głowy i kilka razy podobno zapomniał, kim jest. Dziwne? Bardzo, ale objawy podobno pasują do tego adreno tej mózgowej sprzężonej. Tylko dlaczego akurat w tym momencie to się stało? Popatrzył na proboszcza. Może był w silnym afekcie. Dla człowieka skromnego, a z tego, co zrozumiałem też z kompleksami, taka manifestacja była dużym emocjonalnym przeżyciem. Może to uruchomiło degradację. Rozłożył ręce. Nie jestem lekarzem, ale nietypowe zjawiska mają zazwyczaj typowe przyczyny.
Dziwne, bo jak powiedział pewien mędrzec, diabeł robi bardzo dużo, by ludzie nie wierzyli w jego istnienie. Taki akt to wręcz manifestacja. Nagle wróciły wspomnienia z Rzymu i rozmowy z egzorcystami. Wszystkie słowa Gabriela Amorta o zawiłości relacji ludzkich i podatności na zjawisko zwane opętaniem. Może angażowanie mnie w te sprawy to też sprawka złego — pomyślał Teodor. Ojciec Jakub, jezuita, człowiek o wielkiej inteligencji, niebywale bystry i przenikliwy, mówił kiedyś, że pewne sytuacje są powodowane tylko po to, byśmy sami zaprowadzili się do skuby, jak węzeł, który sam się zaciska, gdy spętany próbuje się uwolnić. Samozagłada ukierunkowana zewnętrznie. Włącznik do autoagresji. Teraz młody ksiądz stał na początku jakiejś historii przed drzwiami do nieznanego. Nacisnął klamkę.
Księże proboszczu, chciałbym po wieczornej mszy zobaczyć świętą Zofię po zmroku. Spędzę tam większość nocy i dlatego odpuściłbym tę o 6:30. Jeśli chodzi o mszę, to uśmiechnął się tajemniczo. Ja odpuszczam tobie. Zapukał w blat stołu. Wchodząca zakonnica, widząc gest rozgrzeszenia, zmieszała się, jakby przyłapała kogoś na poprawianiu bielizny i machając rękami szybko wyszła. Obaj księża cicho parsknęli śmiechem, zasłaniając usta. Po mszy o 18:00 Teodor zjadł lekką kolację i zaszył się w swoim pokoju. W internecie szukał informacji o chorobach i dziwnych zjawiskach. Nie trafił na nic podobnego.
Poczytał o Bobowej, przeglądnął historyczne zdjęcia i skany dokumentów. Ale tu się działo. Bobowa to ciekawa miejscowość. Dowiedział się, że mieszka tu nieco ponad trzy tysiące mieszkańców. Znalazł zdjęcia z wesela cadyka z 1931 roku. Patrzył na nie przez chwilę i coś go zaniepokoiło. Na jednym zdjęciu w tłumie ktoś patrzy w inną stronę niż wszyscy. To nietypowe. Tak podobno rozpoznaje się terrorystów. Wzruszył bezwiednie ramionami i sprawdzał dalej.
Jedna fotografia przedstawiała młodego człowieka, który entuzjastycznie witał gości na stacji kolejowej. Oglądał też jakichś przebierańców, niby Kozaków, ułanów i chyba nawet Napoleona. Kliknął i na kolejnym zdjęciu znów pojawił się ten sam mężczyzna i znowu patrzył w inną stronę niż pozostali. Teodor przerzucał następne fotografie bezwiednie, ciągle mając w pamięci oczy nieznajomego. Zapadł zmrok, jak zwykle niepostrzeżenie. Wikary dopił kawę, przemył twarz wodą i wyjął z szuflady latarkę. Do kieszeni odruchowo wsadził różaniec, podręczny modlitewnik i nałożył cieplejszą bluzę. Noce były jeszcze chłodne. Na korytarzu spotkał siostrę Hiacyntę i poprosił o klucz do Świętej Zofii. Wskazała mu gablotę, w której na haczyku wisiał masywny klucz.
Podziękował skinieniem głowy i szybko wyjął metalowy przedmiot z gablotki. Popatrzył na niego i uśmiechnął się do zakonnicy. Minął ją i dotarł do drzwi wejściowych. Cicho wyszedł z domu parafialnego i spokojnym krokiem ruszył w stronę rynku. Kilku młodych ludzi siedziało na ławce przy fontannie. Rozmawiając, co chwilę się śmiali. Przy domu handlowym dwóch mężczyzn stało obok samochodu z otwartą klapą bagażnika i coś oglądali, kiwając głowami. Minął ich szybko i patrzył przed dzwonnicą. Patrzył z wzniesienia na teren kościoła świętej Zofii i przyzwyczajał wzrok. Podszedł do schodków, minął uchyloną bramę i powoli zszedł przed kościół.
Naliczył dwanaście stopni. Skierował się w prawo, aby zobaczyć dzwonnicę z drugiej strony. W trawie zauważył jakieś kamienie. Poświecił latarką i rozpoznał zapadnięte schodki. Popatrzył wyżej i w snopie światła pojawiła się figurka. Mały aniołek. Putto. Przypomniał sobie nazwę tego elementu. Dziwne, bo wygląda na drewniane i jakby z wnętrza. Poszedł w głąb parku przykościelnego i nagle usłyszał muzykę organową dobiegającą z wnętrza kościoła.
Po dziennej wizycie nie spodziewał się, że prospekt organowy w takim stanie może wydać jakikolwiek dźwięk. Szybkim krokiem dotarł do południowych bocznych drzwi kościoła i sięgnął po klucze. Jak na złość nie mógł trafić w otwór zamka. Wreszcie klucz wskoczył. Po przekręceniu mechanizmu drzwi ustąpiły i ksiądz wszedł do środka. Było cicho. Skierował latarkę w stronę chóru i przez chwilę nasłuchując, namacał ręką włącznik. Bakelitowy, pomyślał i przekręcił go. Raz nie zadziałało. Spróbował ponownie i też nic.
Po kilku razach pod sufitem na żółto rozbłysło światło z drewnianego żyrandola. Coś zaszurało po posadzce. Teodor chwilę popatrzył na wnętrze i powoli, nie patrząc na włącznik, zgasił światło. Poszedł w kierunku chóru i usiadł w pierwszej ławce przy schodkach. Patrzył w ciemność rozpraszaną po światłach z oddalonych kilkadziesiąt metrów od okien lamp ulicznych. W kieszeni namacał różaniec i zaczął się bawić koralikami niczym turecki kupiec. Nasłuchiwał i patrzył. Czuł stęchliznę, zapach starości, ale zaczęła się przebijać woń zgaszonej świecy. Swąd spalenizny stawał się bardziej wyraźny. Wzmacniał się.
Zaniepokoił się, czy nie ma jakiegoś zwarcia w instalacji, ale nagle zapach zniknął. Potem doznał wrażenia czyjejś obecności. Dziwne uczucie, jak oglądanie towaru w sklepie przy milczącym, wpatrującym się sprzedawcy. Włączył latarkę i przeczesał promieniem wnętrze. Jakiś cień przy ołtarzu głównym skulił się i rozpłynął. Wziął to za złudzenie optyczne. Nad sobą na chórze usłyszał kroki. Zerwał się z ławki i idąc tyłem patrzył w górę, przyświecając sobie latarką. Gdy znalazł się na wysokości drzwi wejściowych, przesunął się w kierunku włącznika. Niespodziewanie drzwi się otworzyły i zobaczył ludzką sylwetkę.
Miał wrażenie, że serce mu stanęło, a całe powietrze zmieściłoby się w piłeczce pingpongowej. „Kto tu jest?” Usłyszał głos. Znajomy głos. „Wikary” — odparł. „Teodor.” „Spokojnie, panie Lucjanie.” „A, no bo idę z biblioteki do ośrodka zdrowia i widzę, że tu światło w oknach gaśnie i zapala się. Potem jakieś błyski od latarki. Myślę sobie, co tu się dzieje o tej porze. No i przyszedłem sprawdzić.” „Dziękuję za troskę.” „A co ksiądz tu robi o tej porze?” „Chciałem zobaczyć ten kościół i teren wieczorem. Pomyślałem, że się trochę pomodlę w spokoju, nasycę się atmosferą tego kościoła.” „Ej, ksiądz musi się nauczyć lepiej bujać.” Założył ręce na piersi. „Kłamać w świątyni?
Nieładnie. Dlaczego pan tak uważa, że kłamię?” „Czterdzieści lat, ponad nawet, wysłuchiwałem różnych tłumaczeń uczniów. Jakoś wiem, kiedy ktoś zmienia fakty w fikcję. Łatwowierny nauczyciel to ofiara zbiorowego mentalnego uczniowskiego linczu.” Zmienił pozę i podparł się pod boki. „Nauczyłem się też mężnie znosić każdą prawdę. A coś mi moja tablicowa intuicja podpowiada, że o jaworowy mebel chodzi.” „No dobrze, sprawdzam, czy wszystko tu w porządku. Zamierzam siedzieć tu do rana.” „Do której godziny?” „Do świtu. W nocy zmysły są wyostrzone i często można się więcej dowiedzieć.” „Może posiedzę z księdzem?” „Dziękuję za propozycję, ale dzisiaj chciałbym sam tu pobyć. Zobaczę, co się będzie działo. Proponuję jutro albo w piątek kolejne wspólne czuwanie.
Co pan na to?” Dobrze, ale nie będziemy przesadzać z dziesiątkami różańca. Palce u mnie już nie te. Każdy modli się według potrzeb. Chce pan, proszę. Nie? W porządku. Może później. Lepsza jedna, nawet niepełna modlitwa niż sto wyklepanych. Widać, że ksiądz z dużego miasta tu przybył. Rozglądnął się.
No to ja już pójdę. Zatrzymał się na chwilę w drzwiach. Jutro zapraszam na kawę. Popatrzył w okno. Po południu, jak ksiądz odeśpi. Dobranoc. Z Bogiem. Lucjan Billewicz wyszedł i skierował się do schodów zewnętrznych. Wyszedł na górę i przeszedł wzdłuż muru oporowego otaczającego teren kościoła do dzwonnicy. Usiadł w jej cieniu na trawie i spokojnie patrzył w kierunku kościoła.
No to nocka przede mną. Teodor stanął w centrum nawy, na skrzyżowaniu wzoru na posadzce i patrzył w ołtarz. Lewa część przejścia balustrady oddzielającej prezbiterium od wiernych była uchylona. Był pewny, że jak tu przyszedł, balustrada była zamknięta. Podszedł do niej i sprawdził. Lewe skrzydło lekko się poruszało. Chwycił za prawę i po chwili poczuł blokadę. Sprawdził. Skrzydło obwisło i blokowało się o posadzkę. Westchnął i mocując się z bramą zamknął przejście.
Odwrócił się w kierunku chóru i wpatrywał w organy. Jak mogły wydać dźwięk? Podszedł do stalli Jaworskich i patrzył na ten mebel. Nic szczególnego nie przykuło jego uwagi, ale opowieści sprawiły, że czuł jakiś niepokój. Podszedł do ławki i ostrożnie usiadł w niej. Przeżegnał się i zmówił krótką modlitwę. Nic się nie działo. Oparł się i rękami dotykał blat nad klęcznikiem. Sprawdził rzeźbienia. Przesunął się lekko w bok, pomacał boki i oparcie.
Zwykła ławka, trochę podrzeźbiona, ale z umiarem. Ciemne drewno. Dość wygodna i choć stara, to nie skrzypi. Wstał i wysunął się ze stalli. Popatrzył jeszcze chwilę i podszedł do ławek pod chórem i usiadł w drugiej przy schodkach na antresole. Czas jakoś dziwnie, po swojemu płynął. Oczy przyzwyczaiły się do widoku wnętrza. Ksiądz wstał, podszedł do włącznika i zgasił światło. Poczekał chwilę, aż oczy przyzwyczają się do półmroku. Wrócił do ławki przy schodkach, usiadł i ostrożnie oparł się.
Drewno lekko skrzypnęło. Z zewnątrz dochodziły gasnące głosy przejeżdżających aut, czyjeś kroki, dźwięk zamykanego okna i skrzeczenie jakiegoś ptaka. Skupiał się na ciszy między okazjonalnymi dźwiękami. Zrobiło się ciszej, ale Teodor doznał wrażenia czyjejś obecności. Kątem oka dostrzegł jaśniejszą plamę z lewej, jakby ktoś siedział w ławce przy drugiej stronie pod chórem. Plama się poruszyła i usłyszał jeszcze odgłos stukania w drewno. Ostrożnie obrócił głowę i przełknął ślinę. Zobaczył zarys małej postaci dziecka, dziewczynki, która siedząc w ławce, stukała małymi stopkami o podnóżek. Czekał i upewniał się, że to nie przywidzenie. Teraz wyraźnie słyszał, jak dziewczynka coś mówi, jakby recytowała wierszyk.
Teodor powiedział cicho: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.” Dziewczynka znieruchomiała na chwilę. Ksiądz, jakby przy samym uchu usłyszał: „Na wieki wieków.” Jakby w drugie ucho ten sam cichy głosik spytał: „Waść od tatusia?” „Jestem księdzem” – zdołał powiedzieć. Mógł oddychać, ale głowę miał jakby pod wodą. „Tatuś powiedział, żebym czekała, bo on przyjdzie do mnie. Ciągle go nie ma.” „Sama tu jesteś?” „Nie. Jest on, ale tylko klęczy. Wiedziałam.” „Kto?” „Tam, przy ołtarzu.” Zaczęła nucić jakąś melodię, jakby kołysankę. „Jak masz na imię? Dlaczego tu jesteś?” Dziewczynka, jakby nie słysząc pytań, oglądała swoją sukienkę, która wyglądała jak uszyta z firanki. Poprawiała coś, złapała za boki i układała, jakby tańcząc na siedząco.
Coś skrzypnęło. Teodor popatrzył w stronę ołtarza. Po chwili rozglądnął się i doszło do niego, że usnął i coś go zbudziło. Czuł niesmak w ustach i miał poczucie dezorientacji. Popatrzył w ławkę, gdzie powinna siedzieć dziewczynka, ale było pusto. Wstał. Noga mu trochę ścierpła, ale pokuśtykał w stronę ołtarza. Tu też pusto. Podszedł do drzwi i je uchylił. Chłodny powiew owiał mu twarz i przytomność powróciła.
Zaczął drżeć. Zasunął szczelniej bluzę i potarł dłońmi ramiona. Ziewnął. Chyba trzeba wracać do łóżka. Rozglądnął się jeszcze po wnętrzu. Złapał za klamkę i wsadził rękę do kieszeni w poszukiwaniu klucza. Wyjął go i wsadził z zewnątrz do zamka. Gdy domykał drzwi, nagle coś sobie uświadomił. Wsadził głowę i popatrzył w kierunku ołtarza. Drzwiczki barierki były otwarte.
Ostrożnie podszedł do schodków. Usłyszał czyjeś westchnięcie i dziwny, jakby apteczny zapach. Nim zdążył pomyśleć, poczuł szarpnięcie, jakby ktoś narzucił mu gruby koc na głowę. Odpłynął w ciemność. Uczucie unoszenia się nad ziemią w pozycji leżącej intrygowało Teodora. Ale gdzieś w tyle głowy tkwiła uporczywa myśl, co będzie, gdy upadnie. Miał wrażenie, że jego ruchy są nieskoordynowane mimo pełnego skupienia i wysiłku. Jak każda próba oswojenia majaków sennych i ta zakończyła się porażką. Coś go obróciło i zaczął lecieć twarzą w dół. Wzdrygnął się przed upadkiem i otworzył oczy.
Ktoś klepał go po twarzy i coś mówił. „Halo, halo! Słyszysz mnie? Wielebny w mordę jeża, obudź się!” Policzak. „Wstajemy.” „Co się dzieje?” Teodor napiął mięśnie. „To ja, Lucjan.” Ksiądz rozpoznał nauczyciela. „Pan Billewicz?” Próbował zorientować się w sytuacji. Przekręcił głowę i ostry ból przeszedł promieniująco aż na łopatki. „O żesz ty!” „Proszę nie kończyć” – wtrącił Lucjan. – „Nie jesteśmy w knajpie.” Popatrzył znacząco w górę.
„Co się stało?” „Ktoś był łaskaw zaprawić waszą eminencję w tę błogosławioną łepetynę.” „Eminencję? Zaprawić? Kardynał tu jest?” Umysł Teodora nie pracował jeszcze poprawnie. „Błagam, to sarkazm” – westchnął. „Człeku marny, nie zabieraj mi przyjemności ironizowania i nie chowaj się wśród racjonalnych mas ludzkich.” Poprawił kołnierzyk. „Może ksiądz woli ekscelencję albo świątobliwość?” „Nie jestem ani biskupem, ani tym bardziej papieżem.” Wszystko wróciło do porządku. Prócz niesnośnego bólu głowy. „Cóż pozostaje, wielebny.” Teodor usiadł i powoli rozglądnął się wokół. „Wielebny Teodorze. Jak już wspominałem, ktoś pozbawił księdza przytomności.” Gdy Teodor popatrzył na nauczyciela, mrużąc oczy w geście pytania, ten odparł: „Pomyślałem, że zostanę tak na wszelki wypadek.
Coś dziwnego unosi się nad tą spokojną mieściną i dlatego – zamilkł na chwilę – w myśl mistrza Francisco de Goi, gdy rozum śpi, budzą się demony. Uznałem, że należy zostać.” „Widział pan kogoś?” „Siedziałem jak Demeter czekająca na Persefonę i wypatrywałem złego Hadesa.” Spoważniał. „Ktoś wszedł do kościoła, gdy wasza wielebność odprawiał swoje rytuały i usłyszałem jęknięcie. Zbiegłem po schodach, bo z murku skakać trochę się bałem i w pewnym wieku nie wypada.” Popatrzył zamyślony. „Co by na pogotowiu sobie o mnie pomyśleli? Ale wracając do wydarzeń, to gdy doby-- dotarłem do drzwi i znalazłem się w środku, zobaczyłem księdza leżącego przed ołtarzem. Pomyślałem, że nie leży się krzyżem akurat o tej porze i jak nie dostałem odpowiedzi na moje pytania, sprawdziłem, co z księdzem. Zacząłem cucić.” „Czy ktoś wybiegł z kościoła?” Widząc pytającą minę Lucjana, dodał: „Jak schodził pan do drzwi i później do kościoła, minął pan kogoś?” „Nie.” „To albo ten ktoś jest nadal w kościele, albo...” Rozglądnęli się ostrożnie. Lucjan podszedł do włącznika i przekręcił. Zrobiło się jasno, no prawie jak przy sześćdziesięciowatowej żarówce w dwustumetrowym pomieszczeniu.
W zasięgu wzroku nikogo nie było. „Sprawdzimy zakrystię.” Teodor poszedł pierwszy, Billewicz za nim. Otworzyli drzwi i ostrożnie zaglądali do środka. Pusto. Sprawdzili też na górze. Wynik ten sam. „Jak mógł się wydostać?” Ksiądz złapał dłonią brodę. Pomasował kąciki ust i podrapał się nerwowo tuż nad grzywką. Opuścił szybko dłoń, by po chwili założyć ręce na piersi. „Nie wiem.” Podszedł do drzwi głównych i chwilę pomacał się z klamką.
Ani drgnęły. Zrobił to samo z lewymi bocznymi vis-à-vis z tymi, którymi weszli. Rezultat ten sam. Z kościoła można było wydostać się tylko jednym wyjściem. „No to wis major. Wyszedł lub został. Tertium non datur” – wyszeptał Teodor. „A może nie?” – przerwał ksiądz. „Mam to rozumieć, mm, ex cathedra?” Teodor jakby ocknął się. „Nie.
Przepraszam. Tak, tylko głośno myślę.” „W porządku.” Lucjan popatrzył wyjątkowo poważnie. „Robi się ciekawie.” Wyszli przed drzwi i Teodor zamknął kościół. Przekręcił klucz, wyjął go i popatrzył. Nie był zbyt skomplikowany, dlatego może zamki do innych drzwi też są proste i komuś nie sprawiło trudności dorobić sobie zapasowy. Gdzie właściwie są klucze do pozostałych zamków? Kto miał do nich dostęp? Te myśli pomogły w zrozumieniu części zdarzeń. Gdy szli w kierunku rynku, ksiądz zapytał Billewicza: „Po co ktoś mnie zaatakował? Komu przeszkadzam?” „Dlatego mówiłem, że robi się ciekawie.
Nie znam powodu, ale jak w stoczni każdą łódź trzeba zwodować, tak czas sprawdzić, czy wiedza może mieć zastosowanie praktyczne w tym zakresie. Jak różni się książka kucharska od gotowania.” Pierwsza msza w nowej parafii przebiegła Teodorowi bez problemów. Zauważył, że było trochę ciekawskich, a reszta to stali bywalcy. W zakrystii zdjął szaty liturgiczne i wtedy wszedł proboszcz. „Jak skończysz, to proszę, byś przyszedł na plac przed wejście boczne. Przyjechali konserwatorzy i architekci z Krakowa w sprawie świętej Zofii.” Podniósł rękę. „A czeka też pani synowiec z bratem. Prosili o rozmowę.” „Już idę.” Gdy Teodor wyszedł, od razu podeszła do niego kobieta parasol z dziwnie wyglądającym mężczyzną. Brat jej wyglądał, jakby samo patrzenie sprawiało mu trudność. Za ich plecami stała grupka osób, dwie kobiety i dwóch mężczyzn.
Mieli deski geodezyjne, teczki i aparaty. To pewnie ci z Krakowa. Cóż, muszą chwilę poczekać. Pomachał do nich ręką i powiedział: „Proszę chwilę poczekać.” Pokiwali głowami na potwierdzenie. „Szczęść Boże” – powiedział do synowcowej. „A niech będzie pochwalony” – wskazała mężczyznę. – „To mój brat Franciszek.” „Miło mi pana poznać” – powiedział ksiądz. Franciszek popatrzył, jakby był lekko speszony i zaczął poprawiać ściągacz swetra. „No ja też się cieszę. A i pochwalony.” Coś mruknął.
Przełknął ślinę, co spowodowało dziwny, lekko syczący dźwięk. „Ola, znaczy siostra powiedziała, że nowy ksiądz i trza się zobaczyć. Ja prosty stolarz jestem. To takie rodzinne zajęcie. Moja baba mnie zostawiła, ale nie tykam wódki od dwóch lat prawie. No Olka trzyma mnie u siebie i znowu w drewnie strugam. Mówili w gminie, że trza będzie jakiejś roboty do Zośki, to ja mogę.” Wtrąciła się synowcowa: „On dobry chłop, choć na odwyku, ale rękę to ma po przodkach.” Po chwili cicho dodała: „I mnie też, bo u nas w rodzinie to każdy od wielu pokoleń to fachowiec.” Ściszyła głos jeszcze bardziej. „Coś ik też wie o tej ławce.” „Tak?” – Teodor popatrzył uważnie w oczy synowca. – „Co konkretnie?” „A to później pogadamy.” Popatrzył na grupkę z Krakowa. „Przyjdę, o której trza do Zośki.” „Po obiedzie około szesnastej.” Ksiądz popatrzył na zegarek.
„Może być?” „Troszku później.” – Franciszek popatrzył na siostrę. – „Bo do czwartej ma być Janek po te skrzynki.” „Oczywiście nie ma problemu.” Teodor rozłożył lekko ręce. „Będę czekał od szesnastej. I tak mam tam trochę pracy.” „No to pochwalony do czwartej z groszami.” Ksiądz uśmiechnął się i odparł: „Z Panem Bogiem.” Ruszyli do bramy na ulicę Kolegiacką, mijając konserwatorów i architektów, którzy widząc koniec rozmowy podeszli do księdza. „Szczęść Boże.” „Szczęść Boże.” „Przysłał nas pan Grzegorz z urzędu gminy w sprawie programu prac konserwatorskich i projektu remontu kościoła świętej Zofii. Byliśmy u proboszcza i ten skierował nas do księdza” – powiedziała jedna z dziewcząt. „Tak, wiem już o państwa wizycie.” Uśmiechnął się. „Zapewne chcecie zobaczyć świątynię.” „Tak. Potrzebujemy kluczy.” „Zaraz wezmę z kancelarii i przyjdę tam.” „To my tam zaczekamy i zaczniemy z zewnątrz.” Pokiwali głowami na zgodę i rozeszli się. Kilkanaście minut później Teodor otworzył drzwi i przyglądał się ich pracy.
Grupka podzieliła się na pary mieszane i po zachowaniu odgadł, że jeden zespół to konserwatorzy, a drugi architekci. Ci pierwsi robili dużo zdjęć i dyskutowali przy detalach. Lekko odrapywali elementy ozdobne, podczas gdy ci drudzy szkicowali, mierzyli taśmami i dalmierzem laserowym. Kobieta zapisywała wymiary, a mężczyzna mierzył. Teodor czuł się trochę zbędny, ale powinien wykazać zainteresowanie. Porozmawiał z konserwatorami o budynku i dowiedział się, że kamienna elewacja miała być zatynkowana, co zwalniało budowniczych z dokładności układania kamieni. Wskazali mu ślady przebudów i uzupełnień. Przy drzwiach głównych ujrzał wmurowaną chrzcielnicę służącą jako kropielnica. Dziwne i nietypowe rozwiązanie. Gdy zespoły spotkały się przy dzwonnicy, zamienił też kilka słów z architektami.
Dowiedział się trochę o zasadach budowania i kompozycji. Spytał, ile czasu jeszcze potrzebują i pozostawił pracujących, by ich nie absorbować swoją osobą. Przeszedł przez park i skierował się do bramy dolnej od ulicy Grunwaldzkiej. Stanął przed ulicą i patrzył na szary, zniszczony drewniany budynek. Miało się wrażenie, że zaraz się przechyli. W oknach parteru ktoś nakleił jakieś informacje i obwieszczenia. Smutek potęgował napis zrobiony sprayem: „suku” i z boku „ubuster”. Bezwiednie zaczął szukać znaczenia tych napisów i po chwili stwierdził, że to bez sensu. Popatrzył uważnie w lewo i prawo, zanim przeszedł na drugą stronę ulicy. Skierował się od razu w lewo do budynku biblioteki.
Przeszedł obok napisu „Wystawa koronek” i pochylniął, zszedł do wejścia. Za jego plecami przejechał samochód ciężarowy, co spowodowało, że przeszedł go dreszcz. Wewnątrz zobaczył Lucjana Bilewicza, który opowiadał coś młodej kobiecie. Słuchając i potakując głową bibliotekarka układała książki na regale i co chwilę zastygała, oczekując puenty. Gdy nauczyciel zobaczył Teodora, powiedział z uśmiechem: „Grają cie chóry anielskie. Wielebny zawitał.” „Na wieki wieków.” Ksiądz pokręcił głową z uśmiechem. „Cieszę się, że pana zastałem.” „Tak jak mówiłem, jestem. Słowo stało się ciałem.” Wskazał kobietę. „To nasza pani bibliotekarka oraz nieustraszona krzewicielka kultury w swoim naturalnym środowisku.” Odwrócił się. A to nasz wielebny vicarius, Sophia custos, ecclesiae patronus.
Zamyślił się. Coś chyba pomieszałem. Mówiąc wprost: opiekun Świętej Zofii. W kościele pracują aktualnie konserwatorzy i architekci. Przygotowują dokumentację do remontu. Popatrzył na kobietę. Czy jeśli będą potrzebować jakiejś informacji, to można na państwa liczyć? Oczywiście — odpowiedzieli prawie jednocześnie. Mamy trochę materiałów. No i ostatnio książkę wydali o Bobowej.
Jeszcze jedno. Teodor rozłożył ręce. Potrzebuję skosić trawę. Macie państwo kogoś? Zenek Sieńko ma kosiarkę spalinową i za parę groszy skosi. Lucjan uśmiechnął się. Nawet mówią o nim Kosiejko. Bibliotekarka też się uśmiechnęła. Zenek kosi dzisiaj na terenie szkoły, ale chyba kończył, jak byłem tam jakąś godzinę temu. Billewicz podniósł się.
Mogę księdza zaprowadzić. Super. Chodźmy zatem. Wyszli, żegnając bibliotekarkę. Teodor szedł obok nauczyciela i próbował zgadnąć kierunek. Po chwili dotarli na teren szkoły, gdzie na trawniku klęczał przy położonej na bok kosiarce rosły mężczyzna w roboczych spodniach i przepoconym, niebiesko-podobnym podkoszulku, oprószonym trawą. Teodor nie miał wątpliwości, że to jest Zenek. Zeniu! — zawołał Billewicz. Klienta ci prowadzę.
Zenek popatrzył tępym wzrokiem i zrobił pytającą minę, sprawiając, że wzrok był jeszcze bardziej tępy. Wcześniej wydawało się to niemożliwe, a jednak. Billewicz zaczął wyjaśniać: Pan Zenon ma bardzo ograniczone, ale sprecyzowane potrzeby. Jest bezpruderyjny, a jego działanie cechuje wyjątkowa szczerość. Aha, Zenek nie wiedział, o czym mowa, ale podobały mu się te wszystkie mądre słowa. Nauczyciel kiwnął głową. Zatem do czynności przykłada nadmierną wagę i wykonuje swą pracę szczególnie precyzyjnie. Jego zaangażowanie jest bardzo cenione wśród mieszkańców tej miejscowości. No. Zenek uśmiechnął się.
Właśnie. Drogi panie Zenonie, czy skosi pan trawnik w parku przy Świętej Zofii? Ano czemu nie? Pociągnął nosem. Ale to cały dzień robota i kosą trza dotygować. Zrobi pan to? — spytał ksiądz. No i za ile? Się zrobi, co by się nie zrobiło. Podrapał się prawą ręką w lewą łopatkę, o mało nie wyrywając ręki ze stawu.
A ile pieniędzy? Że co? — wtrącił się Billewicz. Za robotę są pieniądze. Ile chcesz za to koszenie? Pięćdziesiąt i benzyna. No chyba, ja wiem. Teodorowi nagle zrobiło się szkoda i powiedział: Panie Zenonie, proponuję sto złotych i drugie sto na paliwo. Ale za sto to mi się nie mieści benzyny. Wskazał na kosiarkę.
O, tu jest ten zbiornik, co mi za trzy dychy zapełnią. Uśmiechnął się chytrze. A trzy dychy to nie stówa, nie? Z zakłopotania wyrwał Teodora Billewicz. Dostaniesz stówę i tyle benzyny, ile ci będzie trzeba. O, to tak. Pokiwał głową. No bo za stówę to ten, właśnie, za trzy dychy wchodzi. Kiedy możesz zacząć kosić? — spytał nauczyciel.
Ja mogę kosić. Ale kiedy? No... Popatrzył na kosiarkę. A jak naostrzę. Tępe noże i haratają. Kosę jeszcze wezmę i zara przyjdę. Teodor popatrzył jeszcze na Zenka zajętego już kosiarką, później na Billewicza. Ten skinął głową na znak, że mogą już iść. Szli w kierunku kościoła i ksiądz zaczął: Dziękuję za pomoc.
Proboszcz płacił za koszenie jakiemuś z ciągnikiem, ale gdzieś wyjechał i trawa rośnie. Zenek dobrze się spisze. Ma duże samozaparcie. Dochodzili do bramy. O, i już jesteśmy. Widzę, że nasi inżynierowie pracują już w środku. Gdy dochodzili do drzwi bocznych, pojawił się w nich architekt i powiedział: Musi ksiądz coś zobaczyć. Wskazał na wnętrze. Przy ołtarzu bocznym. Weszli i popatrzyli, jak konserwatorzy oglądają obraz.
Teodor nie pamiętał tego malowidła. Spytał pytająco na naukowców. Kobieta zaczęła tłumaczyć. Pod obrazem na zasuwe znaleźliśmy – wskazała ręką – na zakrzywieniu złote tło z promieniami i na nim przymocowany był ten obraz olejny na płótnie z przedstawieniem Chrystusa Ubiczowanego. To tak zwany Upadek. Podniosła palec do góry i zrobiła pauzę. Ale na ścianie skrzyni po podniesieniu zasuwy znaleźliśmy kartkę z inskrypcją. Podała Teodorowi dokument. Ostrożnie, proszę. Ksiądz wziął papier i odczytał.
Ołtarze z drewna robił stolarz z Łużny Franciszek Synowiec w roku 1824. Malował Jan Kanty Wawrzyński z Palestnicy w roku 1825. Obraz Upadku Pana Jezusa darował Jan Nepomucen Billewicz, mieszczanin z Bobowej w roku... Obraz Kryspina i Kryspianina Cechrzewski dał malować za staraniem Kazimierza Gołoszyńskiego, podówczas cechmistrza w roku 1825. Patrzyli na kartkę zaciekawieni, zaglądając przez ramię Teodora. Coś zaszurało w zakrystii i wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Ktoś tam jest? — spytała jedna z kobiet. Zamiast odpowiedzi ksiądz i Lucjan ruszyli w tamtą stronę. Wcześniej Teodor podał znalezioną kartkę konserwatorowi.
Drzwi były uchylone i podparte kamieniem. Zaglądnęli do środka. Pusto. Ksiądz, wychodząc, skręcił w lewo i zaglądnął za ołtarz główny. Też pusto. Wrócił do pozostałych. „To bardzo ciekawe odkrycie.” Wskazał na dokument. „Mogę zrobić zdjęcie?” „Proszę” – powiedział konserwator i ułożył dokument na wyciągniętych rękach. Teodor wyjął telefon i po chwili wykonał dwie fotografie. Później nakręcił krótki filmik pokazujący ołtarz z miejscem odkrycia.
Schował telefon i zapytał: „Co teraz?” „Wszystko zostało sfotografowane, opisane i będzie złożone na powrót. Na tym etapie zostawiamy artefakty w miejscu znalezienia i nie ingerujemy. To materiał do dalszych szczegółowych badań.” Pani konserwator zaczęła zbierać swoje rzeczy i dodała: „My teraz pójdziemy jeszcze do biblioteki i przeszukamy archiwum, a nasi koledzy architekci dokończą inwentaryzację.” Po złożeniu ołtarza do stanu pierwotnego konserwatorzy wyszli z kościoła. Teodor ruszył za nimi i usiadł na ławce stojącej przy wejściu. Dołączył pan Lucjan. „Coś księdza martwi?” „Cóż, byliśmy świadkami odkrycia. To ekscytujące, gdy dowiadujemy się faktów z informacji pozostawionych przez ludzi, których już dawno nie ma.” „Tak, ale muszę coś wielebnemu powiedzieć.” Usiadł obok na ławce. „Znalazłem opis. Właściwie to ksero z pamiętnika jednej mieszkanki Bobowej, Marianny Smańkowskiej Ponikłowej. Jej córka Aniela przekazała pamiętnik swoim dzieciom i ich potomkowie znaleźli rękopis.
Jak chodzili do szkoły podstawowej, to zrobili kopię do referatu o historii Bobowej. Znalazłem w szkolnym archiwum te wypracowania i taki opis.” Sięgnął do kieszeni i wyjął złożoną kartkę. Przeglądał chwilę i wskazując palcem powiedział: „O, tu jest. Przed Miłkowskim i Łętowskimi Jaworscy władali tymże, acz niedługo. Niczym jordanowskie klątwy trzech ach nacych, co wiele zagubili, tak i Jordanowskiemu nieszczęście w dom przywiodło razem z młodym, rzeźbą się parającym najmłodszym z synowcowej familii. Onegdaj uwiódł on jaśnie małżonkę, co jaśnie pan na oczy własne widział, gdy jego umiłowaną bez odzienia z fircykiem zastał. Za nic słowa, co postawa owa do sztuki niezbędna była. Tedy w swym afekcie działając Jaworski nakazał pojmać i wzroku go pozbawić, aby te oczy, co jednegoś widziały, zgasły. Karę dodatkowo na fircyka nałożywszy, by rzeźbę zleconą dokonał, jeszcze większą hańbę mu czyniąc. Młodzian stalle skończył, a w przekleństwie swego oprawcy zmarł niebawem.
Wieść krąży, jakoby oślepiony zemsty na całym rodzie Jaworskich dochodzi mimo grobu.” „Tyle.” Popatrzył na księdza. „I co wielebny na to?” „Ciekawe. Znowu pojawia się nazwisko Synowiec.” Popatrzył na Lucjana. „Nie za dużo?” „To chyba dość pospolite w tych stronach nazwisko.” Teodor zerknął na zegarek. „Za chwilę przyjdzie też z synowcowej familii pan Franciszek.” „A, brat tej Aleksandry, co ją ksiądz widział.” Zamyślił się. „Jeśli to nie tajemnica spowiedzi, to w jakiej sprawie?” „Nie powiedział. Poprosił po mszy o rozmowę na osobności” – dodał, sugerując Lucjanowi, że nie będzie uczestniczył w spotkaniu. „Nie musi ksiądz prosić, bym został, gdyż moje wychowanie nakazuje mi nie przeszkadzać w dyskretnej rozmowie.” „Dziękuję” – zdołał tylko powiedzieć ksiądz. Około 16:20 w bramie wejściowej na teren kościoła pojawił się Franciszek Synowiec. Zobaczył Teodora i zszedł po schodkach w jego kierunku.
Podszedł, skłonił lekko głowę i rozglądnął się wokół. Gdy z wnętrza dobiegł głos architekta: „213 centymetrów od załomu odstaje 91, szerokość 88 i do końca za załomem 277. Czekaj, podam ci jeszcze całą szerokość pod łukiem. 575. Wpisałaś?” Popatrzył pytająco. „To architekci. mierzą kościół.” Wskazał na dzwonnicę. „Może tam pójdziemy.” Franciszek skinął głową i po chwili stali przy dzwonnicy. „Proszę księdza, ja w tym kościele to za darmo zrobię, co trzeba za stolarki. Tylko materiał, żeby mi kupić.
Bo ja, to znaczy nasza rodzina” – wciągnął powietrze – „to przez nas te nieszczęścia, a my nie wiemy, jak to naprawić.” „Jakie nieszczęścia?” „No te oślepnięcia i później śmierć.” Przetarł dłonią twarz. „U nas w rodzinie to tak przekazują, że przodek dawnemu dziedzicowi Jaworskiemu żonę uwiódł, a ten kazał go oślepić. Nasz przodek ławkę wykonał dla dziedzica i jego żony, a jak mu te oczy wyłupili, to przeklął cały ród dziedzica i powiedział, że każdy, kto siądzie w tej ławce na mszy, a to rodzinna ławka, to dozna tyle bólu co on. No i jak te ludzie, co nie wierzyli, siadali, a potem ślepli i umierali, to nasza rodzina zaczęła szukać na to rady. Wszystkie pielgrzymki, odpusty, modlitwy i dary nic nie dawały. Ja nie wiem, co można zrobić, ale jakby co, to jestem gotowy zawsze pomóc.”Ksiądz mi wygląda na mądrego. To może wie ksiądz, jak temu zaradzić? Moje małżeństwo się rozpadło. Ja to prawie zawsze pijany chodziłem, a moja siostra to dla tej intencji śluby złożyła i nie wyszła za mąż. Wszystko na nic.
Ten ksiądz, co tu był wcześniej, chciał pomóc, bidula, ale umarł jak inni. Powiedzieli, że to jakaś rzadka choroba. Ale ja tam wiem swoje. A dlaczego nie spalono tej ławki albo porąbano? Mówią, że nie wolno, bo wtedy cała Bobowa zostanie zniszczona. Stała ona trochę we Wszystkich Świętych, ale jak klątwa się sprawdzała, to dawny proboszcz kazał na powrót przenieść do Zofii, bo jak mówił, kościół mało używany. Splótł dłonie i powiedział drżącym głosem: „Proszę nam pomóc.” Czy ksiądz Wojciech odprawiał jakieś szczególne modlitwy? Nie wiem, czy szczególne, ale dużo próbował różnych tych... Brakowało mu słowa. A czy wspominał coś o egzorcyzmach?
Nie wiem. Nie mówił, co robi, tylko łaził i oglądał ławkę. Kropił ją święconą wodą i coś odmawiał. Siadał w niej i modlił się. No i w maju na imieniny patronki zasiadał na mszy i- Tak, wiem, co było dalej. Zamyślił się na chwilę i spytał: Czy macie państwo jakieś dokumenty rodzinne? Coś z dawnych czasów, gdzie można coś znaleźć o historii waszego rodu? Pamiątek to my nie mamy. Mój dziadek po pożarze domu w Łóżnej sprowadził się do Bobowej. Wpierw od Żyda najęli starą chałupę, gdzie strugali drewno.
Po wojnie odkupił ten dom za stodołą na Okrężnej. Jak w wojnę wywieźli wszystkich Żydów, to państwo przejęło. Oli dom rodzice dali, a mnie do szkoły do Tarnowa posłali. Drzwi i meble my robili. To z gotówką też nieźle było. Ożeniłem się, mieszkanie wyremontowałem, co moja od teściów, znaczy swoich rodziców, dostała i się żyło. Ale Ola ciągle mi mówiła o tej ławce i wypadkach. No to wódki się trochę za dużo zrobiło i tak o. Teodor patrzył w skupieniu na Franciszka Synowca i zobaczył za ogrodzeniem od ulicy Grunwaldzkiej mężczyznę. Rozpoznał człowieka, z którym sprzeczał się Lucjan w dniu przyjazdu księdza.
Po chwili ciszy zwrócił uwagę na stolarza i powiedział: Panie Franciszku, bardzo przyda się nam pana pomoc. W kwestii tej ławki to odprawimy modlitwy i zobaczę, jak można pomóc. Proszę zaufać Panu Bogu. Będzie dobrze. Ale tyle niedobrego się stało. Franciszek nie był zadowolony ze słów księdza. Już próbowano modlitw i nic to nie dało. Z Bożą pomocą uda się nam wrócić spokój państwa rodzinie. Przebędzie ksiądz te demony? Jakie demony?
Stwierdzenie trochę zaskoczyło Teodora. Tu dzieje się jakieś fatum. Nie wiemy, dlaczego tak jest, ale jako wierzący ufamy w moc Pana naszego. To może być dla nas nauka i nasza pokuta. Oby ksiądz miał rację. Kiwnął głową na pożegnanie i z mieszanymi uczuciami ruszył w kierunku schodów do wyjścia. Teodor patrzył, gdzie znajduje się Lucjan. Podszedł do kościoła i w drzwiach zobaczył Billewicza, który zerkał w stronę parku. W oddali zamajaczyła sylwetka nieznajomego brodacza, z którym Billewicz wspierał się na schodach. Panie Lucjanie.
Popatrzył surowo. Kim jest ten człowiek? Jaki człowiek? Proszę nie udawać. Obaj wiemy, że pan go zna. Kłóciliście się, gdy tu przyjechałem. To mój brat Wacław. Mamy spory o dom po matce. On chce sprzedać, bo ma jakieś długi, a ja chcę w nim zamieszkać. Domaga się połowy wartości, a ja nie mam tyle i na kredyt nie za bardzo mogę liczyć.
Dlatego szukamy aurea mediocritas. No to przepraszam, że tak pytam, ale jak bym mógł pomóc? Ksiądz poczuł się trochę jak wścibska staruszka siedząca w oknie. Jakoś damy radę. Nie chcę wielebnego obciążać moimi problemami. Problemy parafian są moimi problemami. Po to tu jestem. Myślę, że ksiądz powinien najpierw skupić się na problemach związanych z ławką Jaworskich. Kto wie, może wyjaśnienie tej sprawy rozwiąże i inne. Muszę poznać ludzi, którzy tu mieszkają, dowiedzieć się o nich.
Czas to jedyna droga. Pytanie, jak długo? Czasem wystarczy chwila, by zrozumieć życie, a czasem nie wystarczy życia, by zrozumieć chwilę. Stali w milczeniu. Zza pleców Lucjana ksiądz zobaczył Zenona ciągnącego jedną ręką kosiarkę. W drugiej trzymał kosę. Ramię obciążała płócienna siatka z ledwo widocznym napisem „Eco”. Gdy Zenek dotarł do stojących, odłożył kosę i siatkę. Przyszłem. Pociągnął nosem.
Po chwili skrzywił się, zatkał palcem prawą dziurkę w nosie i lewą wystrzelił zalegającą wydzielinę. Wciągnął zadowolony powietrze i popatrzył na Teodora. To co? Kosim? Kosim. Ksiądz popatrzył na Lucjana, który kiwając głową powiedział: Ano kosim. Architekci i konserwatorzy odjechali późnym popołudniem. Robiło się ciemno, a Zenek chodził z kosiarką tam i z powrotem. Co kilkadziesiąt minut robił przerwę, by silnik przestygł i w tym czasie poprawiał niedostępne dla kosiarki miejsca kosą ręczną. Jeśli pracując kosiarką Zenek miał radość na twarzy, to trzymając kosę tryskał wręcz szczęściem.
Wprawa, z jaką ją ostrzył mówiła księdzu, że robi to od wielu lat. Pan Lucjan pożegnał się i poszedł w kierunku rynku. Teodor został sam z kosiarzem. Usiadł na ławce zewnętrznej i wyjął modlitewnik. Otworzył dawno nieużywaną stronę i cicho zaczął: „Duchu Pana, Duchu Boży, Ojcze, Synu i Duchu Święty. Trójco Przenajświętsza, Dziewico Niepokalana. Aniołowie, Archaniołowie i Święci z Nieba, zstąpcie na mnie. Przemień mnie, Panie, ukształtuj mnie, napełnij mnie sobą, posługuj się mną. Odpędź ode mnie wszystkie moce zła. Zniszcz je, abym ja był zdrów i mógł dobrze pracować.
Oddal ode mnie złe czary, gusła, czarną magię, czarne msze, przedmioty zaczarowane, zamówienia, przekleństwa, uroki, napady złego ducha, opętanie diabelskie, obsesję diabelską. Wszystko, co jest złym, grzechem, zawiścią, zazdrością, przewrotnością, chorobą fizyczną, psychiczną, moralną, duchową pochodzącą od złego ducha. Spał te wszystkie rodzaje zła w ogniu piekielnym, aby już nigdy więcej nie dotykały mnie ani żadnego innego stworzenia na tym świecie. Rozkazuję i polecam mocą Boga Wszechmogącego w imię Jezusa Chrystusa Zbawiciela przez wstawiennictwo Niepokalanej Dziewicy wszystkim duchom nieczystym, wszystkim ich objawom, które mnie niepokoją, aby mnie opuściły natychmiast, aby mnie opuściły raz na zawsze i by poszły do piekła wieczystego, związane przez świętego Michała Archanioła, świętego Gabriela, świętego Rafała, przez naszych aniołów stróżów, zmiażdżone piętą Najświętszej Dziewicy Niepokalanej. Amen.” Zerwał się wiatr. Teodor patrzył, jak Zenon w wieczornej szarości stoi nad kosiarką i pali papierosa. Wyglądał na niezadowolonego. Ksiądz wstał z ławki i podszedł do niego. „Panie Zenonie, robi się ciemno. Czas na dzisiaj kończyć.” „No tak, ale trochę, jasna cholera, zostało.” Wskazał za drzewa, gdzie teren spadał do drogi bocznej i gdzie teren kościoła nie był ogrodzony.
„O tam. Wie pan, że tam to już nawet nie trzeba kosić. Tu już jest ładnie.” „Ee, ja takie chałbezie tam nie zostawię. Moja robota to ma być, żeby się oko cieszyło.” „Może jutro pan skończy?” Wskazał na niebo. „Już prawie ciemno.” „Jutro przy dworze na Wieniawie robię.” Popatrzył jak stary fachowiec i powiedział: „Księdzu to na modlitwę se pójdzie i zanim kilka zdrowasiek przeleci, to ja tu wszystko zakończę. A jakby się tak za mnie choć z jedną, to nie ma sprawy.” Klasnął w dłonie. „Robimy, co umimy.” Teodor pobłogosławił Zenona i poszedł w stronę schodów. Mijając kościół, popatrzył na budowlę i wspiął się na stopnie. Szedł spokojnie w kierunku kwatery, rozglądając się wokół. Miasteczko układało się do snu.
Senny krajobraz jak z dziecinnych wspomnień, gdy krzak był lasem, a kałuża morzem. Gra w piłkę o ścianę bloku, zabawy na trzepaku i skakanie przez siatkę. Gdy dotarł do zabudowań kościelnych, zauważył siostrę Hiacyntę stojącą w ogródku. Kiwnął jej głową i poszedł dalej. Stanął przy wjeździe u wylotu drogi wewnętrznej między kościołem a budynkami kościelnymi. Popatrzył na znak „zakaz wjazdu” z podpisem „nie dotyczy mieszkańców”. Ruszył powoli. Minął budynki i znalazł się nad urwiskiem. W dole dostrzegł tory kolejowe, wiatę przystankową i w tyle rzekę. Zawrócił i na wysokości zabudowań spotkał proboszcza wychodzącego furtą boczną z terenu kościoła.
„O, szczęść Boże, księże proboszczu.” „Szczęść Boże, Teodorze.” Uśmiechnął się. „Całkiem ładnie się rymuje.” „Tak. W seminarium koledzy śmiali się z tego.” „A ja, jak widzisz, z próby chóru wracam. Mamy tu Cantate Deo.” „Ładnie śpiewają?” „Tak, ale organistka, siostra Inez, musiała wyjechać w sprawach rodzinnych i zastępuje ją taki jeden, nie stąd.” „Coś nie tak z zastępstwem?” „Ujmę to tak: jego gra jest dowodem na miłosierdzie Boże.” Wybuchnęli śmiechem. Proboszcz zdołał jeszcze powiedzieć: „Że też piorun nie trzaśnie w te organy, to naprawdę, ha ha ha.” Gdy rozbawieni szli na kwatery, Teodor stwierdził: „Widzę, że siostry też pracują do późna.” „Tak, wszystkie jeszcze w kościele sprzątają. Muszę przyznać, że porządne są i pracowite, jak…” „Szukam porównania. Jak zakonnice” — dopowiedział Teodor. „Właśnie.” W dobrych nastrojach udali się do swoich pokoi. Teodor usiadł przy biurku i włączył laptop. W edytorze tekstu wpisał swoje spostrzeżenia i uwagi.
Co chwilę odsuwał krzesło od biurka i rozmyślał. Zaczął od ludzi, których poznał. „Proboszcz — porządny. Lucjan Billewicz — zagadka. Jego brat Wacław — większa zagadka. Aleksandra Synowiec — dziwna, zabobonna. Jej brat Franciszek Synowiec — przestraszony. Zenon Kosiarz…” Dopisał: „Ponury”, ale skasował ten dopisek z uśmiechem. Dalej zabrakło mu pomysłu, ale po chwili wystukał: „Siostra Hortensja…” Wykasował i wpisał: „Hiacynta — jest wszędzie i nigdzie. Bibliotekarka, zapalona historyczka, badaczka.
Urząd gminny…” Zamknął klawiaturę i poszedł do łazienki. Sny są różne. Najmniej jest miłych, ale prócz koszmarów są jeszcze dziwne. Taki właśnie przypadł Teodorowi tej nocy. Spodziewał się snu o ostatnich wydarzeniach, a tymczasem ciągle układał książki na półce, by po chwili stwierdzić, że są źle poustawiane. Po każdej zmianie i porządkowaniu stwierdzał kolejny błąd. Obudził się z zaciśniętymi pięściami i mocno bijącym sercem. Usiadł na łóżku i powoli dochodził do siebie. Miał wrażenie, że jego ciało jest rozgrzane, ale chyba nie miał gorączki. Przypomniał sobie o wodzie i kostkach lodu, które widział w kuchennej lodówce.
Wstał, wziął szklankę i wyszedł na korytarz. Poświata z parteru wystarczyła, by bezpiecznie pokonać schody i dotrzeć do drzwi kuchni. Lodówka stała tam, gdzie zapamiętał i z ulgą złapał za drzwiczki zamrażalnika. Przyjemny chłód owiał mu twarz. Foremka była pełna. Wyjął ją i położył na stole. W świetle lodówki zobaczył siedzącą w kącie kuchni siostrę Hiacyntę. Przestraszył się, bo nie spodziewał się zastać tu kogokolwiek. „Co siostra tu robi o tej porze?” „Nie mogę spać” – powiedziała lekko słyszalnym, jakby przemęczonym głosem. „Bezsenność to straszna dolegliwość, ale są sposoby na dobry sen.
Moja babcia poiła każdego sokiem z wiśni. Każdego, kto miał problemy z zasypianiem. Sprawdziłem, dlaczego akurat wiśnie i dowiedziałem się, że zawierają dużo melatoniny, która pomaga w zaśnięciu.” „Dziękuję.” Siedziała nieruchomo. „Ja chcę tylko powiedzieć, że w Świętej Zofii ten nieszczęsny ciągle zasiada w tej ławce. Nie można wszystkich obronić. Jeszcze ten mały, biedny aniołeczek czekający na ojca.” Teodora jakby sparaliżowało. Jaki aniołeczek? Coś trzasnęło w rejonie drzwi wejściowych. Ksiądz przeprosił siostrę i podbiegł do wejścia. Otworzył i zobaczył zamkniętą furtkę.
Pewnie pod wpływem wiatru zatrzasnęła się z hukiem. Zamknął drzwi wejściowe i wrócił do kuchni. Siostry Hiacynty już nie było. W ciągu dnia muszę z nią porozmawiać. Idąc do swojego pokoju, myślał o słowach siostry. Otworzyły się drzwi i zaspany młody wikary popatrzył na niego niepewnie. „Co to był za huk?” „A nic” – uspokoił kolegę. „Furtka się zatrzasnęła. Chyba od wiatru.” „Aha.” Zamknął drzwi. Teodor wszedł do pokoju i stanął przy oknie, nie zapalając światła.
W blasku latarni ulicznej zobaczył zarys postaci. Był pewny, że ten ktoś patrzy w okno jego kwatery. Nieruchomo obserwował tajemniczego osobnika, a że był to mężczyzna, stwierdził po posturze. Postać poruszyła się lekko, jakby poprawiając ścierpniętą nogę. Po chwili nieznajomy wykonał dziwny gest ręką. Wyprostował ją w bok i pokręcił dłonią, jakby rozluźniając nadgarstek. Reszta nie była widoczna z uwagi na bluzę z kapturem. Nagle ksiądz usłyszał dźwięk wiadomości w telefonie. Na chwilę zaświecił się ekran. Tajemnicza postać jakby zareagowała na poświatę i szybko zniknęła za budynkiem.
Ksiądz podszedł do telefonu i odczytał: „Uwaga! Jutro silny wiatr i przelotne burze z wyładowaniami.” Rano ktoś silnie zapukał do drzwi. Teodor zerwał się i półprzytomny powiedział: „Proszę.” W drzwiach pojawiła się głowa wikarego Jarka. „Szczęść Boże. Damian chory. Możesz wziąć za niego dwie lekcje religii w podstawówce? Ja lecę do zawodówki, bo tam mam zajęcia.” „Już, tylko się ogarnę.” „Spokojnie, masz prawie 25 minut.” Z uśmiechem zamknął drzwi. Teodor był gotowy w 10 minut. Zbiegając po schodach spotkał proboszcza wracającego z porannej mszy. Szybko powiedział mu, co się dzieje.
„Poszedłbym na zastępstwo, bo sam też uczę, ale jadę do Tarnowa z panem Grzegorzem z gminy w sprawie dotacji na remont naszego kościoła. Za chwilę mur runie, bo taki przechylony.” „W porządku, dam sobie radę. Tylko...” „Tylko co?” „Gdzie ta szkoła?” „Przez rynek w Grunwaldzką, potem w Pocztową i jesteś. Szkoła jest na ulicy Bohaterów Bobowej.” „Bóg zapłać.” Wybiegł. Droga zajęła mu kilka minut. Minął kort tenisowy i wszedł do szkoły. Spytał o lekcje religii prowadzone przez księdza Damiana. Wicedyrektorka poinformowała go, w której klasie są zajęcia. Gdy chciał biec, pani Danuta zdążyła tylko powiedzieć: „W drugą stronę, proszę księdza.” Podziękował, przebiegając przed obliczem dyrekcji i skierował się do klasy. Uczniowie już siedzieli na swoich miejscach.
Gdy wszedł, usłyszał dzwonek. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – powiedziały dzieci. „Na wieki wieków” – odparł. Popatrzył na zebranych i dodał: „Jestem ksiądz Teodor i przyszedłem tu na zastępstwo.” „Niezbadane są wyroki boskie” – powiedział drobny okularnik siedzący w drugiej ławce. „Czy wiecie, kogo nie ma?” „Księdza Damiana!” – krzyknęli niemal chórem. „Nie o to mi chodzi. Kogo nie ma z uczniów? Czy mam czytać listę obecności?” „Nie ma tylko Krzyśka. Numer 12.” „Dobrze.” Teodor szybko policzył uczniów. Według spisu faktycznie brakowało jednej osoby.
„W związku z tym, że jestem tu nowy i mnie nie znacie, to proponuję, abyście to wy zrobili mi dzisiaj sprawdzian.” „Pisemny?” Nie, ustny. Usiadł na biurku. Mam nieładne pismo i moglibyście mieć problemy z odczytaniem. Na końcu każdy da mi ocenę. Zgoda? Tak. Kto ma pytać? Każdy po kolei, a ja będę odpowiadał. Ale zanim zaczniemy, zapiszecie sobie jedną sentencję. Co to jest sentencja?
Taka myśl. W domu sprawdzicie sobie w Internecie, co to znaczy. Podszedł do tablicy i zanotował: docendo discimus. Co to znaczy? Sprawdzicie w domu. Teodor wciągnął powietrze i powiedział uroczyście: „Zaczynamy”. Wskazał dziewczynkę w pierwszej ławce. Jak będziemy grzeczni, to pójdziemy do nieba i tam będziemy szczęśliwi. Ale jak nasi rodzice pójdą do piekła, to jak mamy być szczęśliwi wiedząc, że oni są w piekle? Nie będzie łatwo.
Ksiądz Teodor nie przeżył nigdy tak ciężkich 45 minut. W głowie kołatała mu się uporczywa myśl, że nie docenił przeciwnika. Po chwili jednak pojawił się uśmiech i podziw dla tych młodych ludzi. Za moich czasów dzieci nie były tak wygadane. Zaraz potem zaniepokoił się, bo stwierdzenie „za moich czasów” to jedna z oznak starości. Pozostałe to podobno nie wiedzieć, o której zamykają McDonalda, oglądać prognozę pogody i sprawdzać dwa razy dziennie skrzynkę na listy. Po drugiej lekcji, o której też chciałby szybko zapomnieć, poszedł do dyrektora, by się przedstawić. Porozmawiał także z panią wicedyrektor. Po krótkiej i sympatycznej pogawędce wyszedł z budynku szkoły i ruszył w kierunku kościoła Wszystkich Świętych. Musiał zjeść śniadanie i wypić kawę.
Koniecznie kawę. Ostatecznie zakończył kwestię śniadania tylko kawą. Wszedł do kancelarii przez niezamknięte drzwi i stanął, patrząc w drewnianą, płaską rzeźbę „Ostatniej wieczerzy”. Jedna z sióstr podeszła do nich i spytała: „Coś księdzu trzeba?” „Nie, nie.” Wyprostował się jak uczniak przyłapany na odpisywaniu zadania domowego. „Tak patrzę i poznaję.” „A może ksiądz przyjąć na mszę? Pani Mazurowa przyszła i chce za teścia, za spokój duszy.” „Oczywiście. Gdzie mogę...?” „Tu na stole jest zielony zeszyt.” „Aha.” Zakonnica popatrzyła na wikarego i dodała: „To ja poproszę tu panią Mazurową.” „Dziękuję.” Chwilę później pojawili się jacyś ludzie od rynien i kanalizacji. Zorientował się, że nie byli umówieni, ale mieli problem i chcieli ustalić sposób działania. Rozniosło się, że jednak kancelaria działa i przychodzili kolejni interesanci. Były datki na kościół, pytania, czy figurka będzie wystawiona oraz prośby, żeby poświęcić gospodarstwo.
Przyszła też młoda dziewczyna i spytała o środki antykoncepcyjne. Ktoś chciał poświęcić psa i jak mówił: „Ale nie chrzest, tylko takie poświęcenie.” Dwie starsze panie pytały, czy mogą zmienić grupy modlitewne w kółku różańcowym, bo nie mogą znieść jakiejś innej, która jako wdowa znalazła sobie młodszego o kilka lat chłopa. No i służba liturgiczna ołtarza pytała, czy planuje się w najbliższym czasie jakieś uroczystości w Zofii. Pod koniec dnia urzędowania poczuł się jak kiedyś w Krakowie. Cały czas dochodził do niego dźwięk kosiarki znajdującej się po drugiej stronie ulicy, ale była na tyle cicha, że nie przeszkadzała w pracy. Skończył wreszcie rozmowę z ostatnim interesantem. Gdy wrócił, proboszcz pokiwał głową i poinformował go, że czas na obiad. Po posiłku wyszedł do Świętej Zofii, aby sprawdzić efekty koszenia. Teren wyglądał wspaniale. Idealnie skoszona trawa, wszystko wywiezione i sprzątnięte.
Teodor pokiwał z uznaniem i podszedł do kościoła. Zorientował się, że zapomniał klucza. Stanął przed zamkniętymi drzwiami i zobaczył świeży ślad. Podszedł bliżej i kucnął. Na kamiennych płytach ułożonych przed wejściem widoczny był odcisk buta. Przymierzył do swojego numeru 43 i stwierdził, że to trochę mniejszy lub taki sam. Zenon, jak pamiętał, miał duży rozmiar buta, pewnie z 45. Dlatego to nie jego ślad. Patrzył i po chwili stwierdził, że wygląda na zostawiony przez but sportowy. Sprawdził odruchowo drzwi i z zaskoczeniem stwierdził, że są otwarte.
Wszedł do środka. Nasłuchiwał i czekał, co się stanie. Pusto. Podszedł do ławki Jaworskich i patrzył, ale też nic się nie stało. Wyglądało na to, że kościół był pusty. Usiadł w jaworowej ławce i zamknął oczy. Co mógł zrobić niewidomy, żeby zostawić informację? Cierpiał i pałał żądzą zemsty. Żal czy nienawiść go motywowała. Każdy cierpiący chce o tym komuś powiedzieć, ale nie każdemu.
Jak sprawić, by nasza informacja doszła do właściwej osoby? Może jak ślepiec do ślepca. Ale czy ten rzeźbiarz chciał mówić do ślepca? Z informacji wynika, że szukał kogoś, kto go zrozumie. Teodor położył dłonie na blacie i sprawdzał kształty z zamkniętymi oczami. W pewnym momencie jakby wyczuł rysy twarzy kobiecej, potem kwiat i następnie nóż. Znowu kwiat i oczy. Poprawił się podniecony tym odkryciem. Gdy się wybił ze skupienia, kształty jakby zniknęły. Spróbował jeszcze raz.
Za kwiatem znalazł wyraźnie I obok A, później N. Przeliterował w myśli I A N. Dalej za kwiatkiem było I i X. Sprawdził jeszcze raz i nie był pewny. Może to I, H i K. IH kojarzyło się z Chrystusem. IX to może inex, czyli nie do pokonania — myślał. Spokojnie przeanalizował wszystko jeszcze raz. Dotykał blatu ławki i sprawdzał. Odczytał ponownie IANIIX.
Otworzył oczy i zapisał na kartce odcyfrowane znaki. Zastanawiał się, co dalej. Zaraz! W ławce kościelnej mamy dwie pozy: siedzącą i klęczącą. Opadł na kolana i opierając się ze złożonymi rękami sprawdzał dalej. Nic. Zamknął oczy i oparł łokcie. Sprawdzał wszystkie ułożenia w ławce w czasie modlitwy. Odruchowo zaczął się modlić o oświecenie. „To ja jestem ślepcem, jak u Mateusza” – pomyślał i z pamięci wyrecytował: „Zostawcie ich.
To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną.” Olśniło go nagle. Może IAN to Ewangelia świętego Jana, a IX to rozdział dziewiąty. Chciał to sprawdzić. Gdy próbował się podnieść z klęczek, złapał za brzeg siedziska i coś wyczuł pod palcami. Zamknął oczy i ponownie, jakby z czułością, zaczął badać rzeźbioną krawędź. Coś tu było wyryte, ale czas to rozmył. Mimo to spróbował odczytać. Zaczął XX XIIX IX IVVVXII VIIIIIVXVIII VXXIIIX IX VXVIIIXX. Nie był pewny, czy czegoś nie pomylił, ale wyglądało na to, że było 18 znaków.
Na odwrocie kartki zapisał, sczytując po cztery. Po tych odkryciach Teodor wstał i przyjął jeszcze jedną możliwą pozę w ławce. Stojąc zamknął oczy i macał dookoła. Lekko się przesuwając, natrafił na ścianki boczne i rzeźbienia na nich. Dotykał i znowu wyczuł jakiś wzór. Wzdrygnął się, gdy rozpoznał jakby puste oczodoły i krzyż. Może to podniecony umysł prowokuje takie złudzenia. Ponowne sprawdzenie już nie było tak przekonujące jak poprzednie. Krzyżyk był, ale te oczodoły to mógł być kwiat lub liść. Miał na tę chwilę dość.
Schował kartkę do kieszeni i wyszedł z kościoła. Usiadł na schodkach i patrząc na drzwi wejściowe, spokojnie oddychał. Przypomniał sobie, że drzwi do kościoła nie są zamknięte na klucz. Będzie musiał wrócić i je zamknąć, ale teraz wróciła myśl o tym, kto je otworzył. Wstał i poszedł w kierunku biblioteki. Będąc jeszcze na terenie kościoła zobaczył nadchodzącego od strony rynku nauczyciela. Stanął przy bramie i zawołał: „Panie Lucjanie!” Gdy ten się odwrócił, ksiądz machnął ręką. „Mogę pana prosić?” Ten pokiwał głową i przeszedł na drugą stronę ulicy. „Witam wielebnego.” „Szczęść Boże.” Wskazał na kościół. „Mam prośbę.
Jakimś cudem drzwi do Świętej Zofii są otwarte, a ja muszę iść po klucz, by je zamknąć. Popilnuje pan do mojego powrotu? To zajmie chwilę.” „Oczywiście.” Próbował powiedzieć to swobodnie, ale ksiądz zauważył, że nauczyciel pobladł. „Będę niczym Cerber u bram Tartaru.” Starał się zażartować, by ukryć pierwsze wrażenie. „Dziękuję” – rzucił ksiądz i ruszył w stronę kancelarii. Szedł szybkim, mechanicznym krokiem, aż znalazł się przy bramce. Wszedł do budynku i od razu podszedł do gablotki. Klucza do Świętej Zofii nie było. Rozglądnął się zdenerwowany i poszedł do kancelarii. Na biurku obok zielonego zeszytu leżał poszukiwany przedmiot.
W pomieszczeniu nikogo nie było. Teodor popatrzył na zegarek i zrozumiał, że to czas wieczornej mszy. Złapał klucz i szybkim krokiem wyszedł. Gdy zmierzał do drzwi, zobaczył w końcu korytarza siostrę Hiacyntę. Stanął i popatrzył jej w oczy, a ona, lekko je mrużąc, pokiwała głową. Zacisnął usta i wyszedł z budynku. Pan Lucjan dotrzymał słowa i stał czujnie przy drzwiach bocznych, mając jednocześnie wgląd na drzwi główne. Teodor podszedł i spytał: „Wszystko w porządku?” „W jak najlepszym.” Gdy Teodor zamykał kościół, nauczyciel patrzył na klamkę i zapytał cicho: „A dlaczego ksiądz tu bez klucza przyszedł?” „Miałem dzisiaj dużo pracy i przyszedłem sprawdzić koszenie. Odruchowo skontrolowałem drzwi i ku mojemu zdziwieniu nie były zamknięte.” Tym razem ksiądz przyjął postawę pytającą. „Coś pan o tym wie?
Proszę mówić prawdę” – wtrącił szybko. „Mam nowe informacje, ale podzielę się nimi z panem, jak będzie pan ze mną szczery.” „Jestem szczery.” Lucjan prawie się oburzył. „Tak? To dlaczego pana brat mnie śledzi?” „Wacek?” „Stał przed moim oknem w nocy. Poznałem go po geście, takim samym, jaki zrobił, gdy z panem rozmawiał. Musi mi pan powiedzieć, czego on chce.” „To mój brat.” „Dobrze, ułatwię panu” – powiedział Teodor. „Kiedy wyszedł i za co siedział?” „Skąd ksiądz wie?” Lucjan popatrzył ze strachem i podziwem na księdza. „Na dłoni ma taki mały znaczek. Chodzi jak na spacerniaku i nawet przed przejściem dla pieszych staje na baczność. W Krakowie miałem do czynienia z byłymi więźniami i wszyscy poruszają się w ten charakterystyczny sposób.
Sprawdziłem jeszcze w internecie i trafiłem na sprawę pewnego historyka sztuki, który brał udział w nielegalnym handlu dziełami mistrzów malarstwa, rzeźby oraz przedmiotów jubilerskich. Czy Wacław B. coś panu mówi?” „Z wielebnego to jednak wybitny homo sapiens. Więc jak?” Dobrze. Lucjan na chwilę zwiesił głowę, by szybko ją podnieść. Mój brat był szanującym się historykiem sztuki i na tyle dobrym, że doradzał i wyceniał zabytkowe przedmioty przed zakupem. Pewność siebie i nieostrożność ściągnęła mu na głowę kłopoty. Wysoko wycenił jakieś ponoć nieznane dzieło Andrzeja Wróblewskiego. Wcześniej pomyślnie pośredniczył w sprzedaży kilku obrazów. Dla miłośnika Edwarda Muńša miał Jerzego Tchórzewskiego, zamiast Picassa – Henryka Berlewiego, a Salvadora Dali zastępował Kazimierzem Mikulskim.
No i ten lewy Wróblewski spowodował katastrofę. Kupiec, jakiś szemrany biznesmen, stwierdził duże straty i kazał Wackowi odrobić tę pomyłkę. Tak mój braciszek stał się przestępcą. Pośredniczył w sprzedaży kradzionych dzieł sztuki. Miał na tyle rozumu, że… Ale tu musi mi ksiądz obiecać, że nikomu nie powie. Jak na spowiedzi. Nie powiem nikomu. Przysięgam. Mój brat sam na siebie doniósł.
Proszę? Był przed wielką transakcją i potem nie byłoby odwrotu. To mądry człowiek i wolał pójść do więzienia, niż zabrnąć za daleko. Godne podziwu. Tak, ale nie poszło łatwo. Nękali go nawet za kratami. Został pobity. Ten tik ręką to po uszkodzeniu nerwu, jak mu przedramię złamali w kilku miejscach. Młotkiem. Zamilkł na chwilę.
Po wyjściu z więzienia czekali na niego. Powiedzieli, że ma im oddać jeszcze jakieś pół miliona i dadzą mu spokój. Dlatego chce sprzedać dom i działki po rodzicach. To by wystarczyło? Nie. I dlatego się nie zgadzam. Może uzbieramy jakieś 300, 350. A skąd reszta? Mówię mu, że to nic nie zmieni i niech idzie na policję. I co on na to?
Nie chce. Twierdzi, że da się to załatwić, ale musi mieć choć część pieniędzy. Panie Lucjanie, ma pan rację. Myślę, że nawet cała kwota nie załatwi sprawy. To środowisko ma takie zasady, że jak mogą dostać pieniądze, to będą ciągnąć do samego końca. Znaleźli jego majątek, to cisną. Jak banki. Lekki uśmiech przemknął przez twarz nauczyciela, a Teodorowi wydawało się, że jest to najsmutniejszy uśmiech, jaki widział w życiu. Coś poradzimy. Nie da się nic zrobić.
Machnął ręką. Non possumus. Popatrzył na Teodora. Czego się wielebny dowiedział? W sprawie? Ksiądz był zaskoczony zmianą tematu. Jaworowej ławki. Ławki… A tak! Sięgnął do kieszeni i wyjął kartkę z zapiskami.
Na ławce są wyryte różne znaki. Cyfry rzymskie, jak sądzę. Układają się w ciąg, ale na razie niezrozumiały dla mnie. Pokazał kartkę. Lucjan patrzył uważnie. Po chwili sięgnął do kieszeni i wyjął okulary. Oczy już nie te – rzucił, zakładając szkła. Popatrzmy. Wpatrywali się uważnie obaj i nic nie przychodziło im do głów. Zachmurzenie sprawiło, że zmrok zapadał szybciej i trudno było cokolwiek odczytać.
Chodźmy może, panie Lucjanie, gdzieś do światła. Dobrze. Rozglądnął się. Może pójdziemy do Galicji pod apteką? Galicja? Nie byłem. Taki bar w piwnicach. Siądziemy i napijemy się herbaty. Dobrze. Chodźmy.
Kilka minut później zeszli schodkami do lokalu i usiedli przy kawie. Zamówili herbatę i sok. Spojrzeli na kartę, którą ksiądz ponownie wyjął z kieszeni. Na kartce widniało IAN, następnie IX. Poniżej ciąg 20, 19, 9, 4, 5, 12, 6, 1, 3, 5, 17, 5, 13, 19, 9, 5, 18, 20. Pierwsza linijka – wskazał palcem – wyryta była w jednym miejscu i wydaje mi się, że chodzi o Ewangelię świętego Jana, rozdział dziewiąty. Co tam jest? Teodor poczuł wstyd, ale szybko szukał w pamięci. Otworzył szerzej oczy i prawie krzyknął: Jezus uzdrawia ślepca! Poprawili się na krzesłach, podnieceni odkryciem.
Odczekali, aż kelner postawi szklanki. Gdy odszedł do baru, Teodor i Lucjan wrócili do kartki. Nie ma wielebny może Pisma Świętego przy sobie? Nie, ale chodźmy do mnie. Usiądziemy w zakrystii. Będziemy mieli wszystko pod ręką. Skinęli równocześnie głowami. Ksiądz schował kartkę do kieszeni i wstali od stołu. Ksiądz zawrócił i podszedł do baru. Położył 50 złotych i wyszedł bez reszty, doganiając Lucjana.
W świetlicy koło zakrystii było jakieś spotkanie i Teodor wskazał, aby udali się do niego pokoju. Weszli i usiedli przy biurku. Ksiądz złapał księgę stojącą na regale i zanim położył ją na blacie, kartkował w poszukiwaniu interesującego fragmentu. Jest. Zaczął czytać. Jezus, przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka niewidomego od urodzenia. Uczniowie jego zadali mu pytanie: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym? On czy jego rodzice?” Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego. Ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła tego, którym mnie posłał, dopóki jest dzień.
Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać.” Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego. I rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam, co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. Wystarczy. Przerwał Billewicz, patrząc w kartkę z zapiskami. Co wielebny o tym sądzi? To nie może być przypadek. Też tak sądzę. Oparł się na krześle.
Ale jeśli to informacja, to co dalej? Ech, przydałby się Wacek. Pana brat? Tak. Jest dobry w tych sprawach. A zgodzi się pomóc? Teodor popatrzył na zegarek. Oczywiście jutro. Chrzanić jutro. Chodźmy już dziś.
Wstali bez dalszego przekonywania się. Ksiądz wziął kilka ksiąg, które mogły być potrzebne i wyszli z pokoju. Wacław siedział przy stole kuchennym i smarował dłoń jakąś maścią. Gdy usłyszał, że przyszedł jego brat, podniósł zmęczone oczy i popatrzył wyczekująco na przybyłych. Szczęść Boże, panie Wacławie. Pierwszy odezwał się Teodor, patrząc na skręconą dłoń młodszego Billewicza, na której połyskiwała niedawno wtarta maść. Bardzo bym chciał — odparł młodszy Billewicz. Wacek, pomożesz? Lucjan przeszedł od razu do konkretów. W czym?
Zagadka. Uniósł palec. Pokiwał niepewnie głową, co można było zrozumieć w dwojaki sposób. Po chwili odezwał się, wskazując na swój zarost. Ostatnio mówiłeś mi barba crescit caput nescit. Coś się zmieniło? Daj spokój. Jak ty mnie zdenerwujesz, idę i cicho łkam w ciemności. Uśmiechnęli się wszyscy i atmosfera się rozluźniła. Usiedli przy stole.
Lucjan zaczął: Mamy tu przepisane ryty z ławki Jaworskich. Wielebny je odkrył. W jednym miejscu są te. Wskazał na IANIIX, a w drugim ten ciąg cyfr rzymskich. Wacław popatrzył na kartkę. Po niecałej minucie powiedział: Ewangelia świętego Jana, rozdział 9. Jezus przywraca wzrok niewidomemu. Lucjan popatrzył porozumiewawczo na księdza i z podziwem ukradkiem na brata. Wacław kontynuował. Ten ciąg to mogą być inne rozdziały.
Sprawdzałem — wtrącił Teodor — ale to bez sensu. Widać, że pierwsza i ostatnia są takie same. Może to coś znaczy. Poza tym powtarzają się niektóre, a piątka jest trzy razy. 20 19 9 4 5 12 6 1 3 5 12 5 13 19 9 5 18 20. To szyfr. Wacław zamyślił się. Może najprostszy. Każda cyfra to litera. Moment, spiszę alfabet i podstawie.
Po chwili notowania i obliczeń ksiądz powiedział: Panowie, wychodzi mi T S I D E L F A C E Q E S I E R T. Nic to nie znaczy — powiedzieli bracia prawie jednocześnie. Ksiądz zastanawiał się chwilę, aż Wacław zapytał: Kiedy to zostało napisane? Daty nie znamy — odparł Teodor. To stara wskazówka? No, kilkaset lat ma. Może informacja jest dobra, tylko alfabet zły. Wacław wziął kartkę i sięgnął na komodę po stary ołówek. Popatrzył na końcówkę, skrzywił się i machnął ręką. Z trudem wpisał litery alfabetu na kartkę: A B C D E F Z H I K L M N O P Q R S T V X.
Wskazał palcem i powiedział: To pierwotny zestaw liter alfabetu łacińskiego, ale może jeszcze być alfabet używany w Imperium Rzymskim. Niżej wpisał A B C D E F G H I K L M N O P Q R S T V X Y Z. Trzeba sprawdzić, co teraz wychodzi. V T I D E M F A C E R E N T I E S V. Popatrzyli na ciąg znaków i zamyślili się. Wiem! Teodor prawie wstał z krzesła. To będzie Ut idem facerend Iesu, czyli czyń jak Jezus. Bracia pokiwali głowami. Teraz wszystko miało jakiś sens.
Dobrze. Lucjan podrapał się nerwowo po brodzie. Ale co daje nam ta informacja? Wacław przymknął na chwilę oczy i spokojnie zapytał: Czy ksiądz ma przy sobie tę Ewangelię świętego Jana? Tak. Teodor sięgnął do torby i wyjął księgę. Szybko odnalazł stronę i położył przed Wacławem. Młodszy Billewicz zaczął czytać i lekko kiwał głową. Mało finezyjny, ale myślę, że trzeba naśladować działania Jezusa opisane w tej Ewangelii. Czyli trzeba nałożyć błoto na oczy ślepca i później obmyć je w sadzawce Siloam.
Siloam znaczy posłaniec. Wacław zamyślił się. Po łacinie missus — wtrącił Lucjan. Może jakaś miska? Siloam odnosi się w Biblii zarówno do sadzawki, jak i wieży, która zawalając się zabiła 18 osób. Może chodzi o wieżę i sadzawkę razem W świętej Zofii jest sygnaturka jako wieża i kropielnica, która jest chrzcielnicą wyjętą ze środka i wmurowaną przy drzwiach. Może to ta szafka? Teodor przypomniał sobie, co mówili konserwatorzy z Krakowa. Po chwili zbladł i spytał Lucjana: „Wiadomo, ile osób zginęło przez tę ławkę?” „Zaraz.” Lucjan zaczął w myślach liczyć. „Kilkanaście.
Nie wiem, czy wszystkich policzyłem, ale 16 albo 17.” „Może ma zginąć 18” — dopowiedział Wacław. „W zdaniu «czyń jak Jezus» też jest 18 liter” — powiedział Teodor, patrząc zamyślony w okno. „Ma zginąć 18 osób, a czyniąc jak Jezus, zakończymy to.” „To możliwe, ale strasznie pokrętne” — zamyślił się Wacław. „Zastanówmy się, jakie może być inne uzasadnienie.” Lucjan rozłożył ręce. „Po prostu, jeśli nie tak, to jak?” Popatrzyli na niego. Nic innego nie wymyślili. Teodor wziął głęboki oddech i zaczął. „Spróbujmy spokojnie się zastanowić. Młody stolarz Franciszek Synowiec zakochuje się w szlachciance, żonie właściciela tych ziem, Jaworskiego. Jaką ma wiedzę religijną ten rzemieślnik?
Wiemy, że zna trochę łacinę. Zostaje oślepiony, poniżony i w rezultacie umiera. Przed śmiercią rzuca klątwę, ale do realizacji zemsty wykorzystuje drewniany mebel. Dlaczego? Chce mścić się na rodzie Jaworskich, a ta stalla była dla nich przeznaczona. W rozumieniu ówczesnych zasiadali w niej tylko członkowie tej familii. Dlatego klątwa z założenia powinna omijać osoby postronne. Jeśli ktoś miał prawo zasiąść w tej ławce, to symbolicznie był jakby częścią rodu lub przyjacielem, co wciągało go w klątwę.” Po tych słowach Wacław jakby się ocknął i dodał szybko: „Jeśli oczywiście wierzymy w takie rzeczy jak klątwy.” „Tak, tak” — zreflektował się ksiądz. „Przyjmujemy zasadę logiki cierpiącego stolarza. W klątwy tego typu nie wierzymy, ale Franciszek wierzył i przyjmijmy jego tok rozumowania.
Myślę, że był inteligentny i cenił to też u innych. Dlatego pozostawił możliwość zdjęcia klątwy, ale przez osobę w jego mniemaniu wyjątkową. Oznacza to, że cenił rozum i do, nazwijmy to, odczarowania chciał człowieka zarówno mądrego, jak i wrażliwego. Zaryzykuję też, że do ludzi mniej bystrych czuł dystans, żeby nie powiedzieć pogardę. Wpisanie tej zagadki w sprawy kościelne” — wskazał na Biblię — „i Pismo Święte wskazuje, że dedykował rozwiązanie tej sprawy osobie wierzącej. Dawniej szkolnictwem zajmowali się mnisi i nauka była domeną Kościoła. Stąd może jego nastawienie.” Bracia niemal równocześnie przytaknęli. Ksiądz odczekał chwilę i ciągnął dalej. „Z zapisków, które znalazł pan, panie Lucjanie, właściwie z pamiętnika, dowiadujemy się, że historia o nieszczęśliwej miłości i zemście wydarzyła się faktycznie i kara za to miała właśnie znany ogólnie przebieg. Dodatkowo pan Franciszek Synowiec, ten współczesny brat panny Synowiec…
Zaraz, jak ona ma na imię?” Zamyślił się. Po chwili przypomniał sobie. „Aleksandra.” „No, Ola” — wtrącił Lucjan. „A co Franek powiedział?” „Pan Franciszek opowiedział o nieszczęściach swojej rodziny i powiązał to z wydarzeniami, o których rozmawiamy. Cała rodzina Synowiec uważa, że przez ich przodka spotykają ich tylko nieszczęścia. Z jego słów wynikało, że czują się odpowiedzialni za te dziwne zgony i proszą o pomoc.” Ksiądz zamilkł, chwilę się zastanowił i spytał: „Jeszcze mam pytanie w innej sprawie.” Popatrzyli pytająco. „Czy z kościołem świętej Zofii związana jest jakaś historia dotycząca dziecka, małej dziewczynki?” „Nie słyszałem o czymś takim.” Wacław szybko odpowiedział, kręcąc głową. Lucjan jakby chwilę się zastanawiał i niepewnie odpowiedział: „Chyba. To znaczy też nie kojarzę. A dlaczego wielebny pyta?” Teodor przyglądał się braciom i może za sprawą napięcia na ich twarzach, a może oświetlenia stwierdził, że gdyby nie broda młodszego, to byliby bardzo podobni.
Gdyby zobaczył wtedy na schodach Wacława bez zarostu, od razu by się zorientował, że to krewny Lucjana. „Coś mi chyba w internecie wyskoczyło albo mi się przyśniło” — odpowiedział wymijająco, ale wszyscy trzej wiedzieli, że to wykręt. Księdza zaskoczyła dziwna reakcja Billewiczów na tę informację. Wstał z krzesła tak, by coś zrobić. Wziął torbę i schował do niej Biblię. Zamykając klapę, rzucił: „W tej inskrypcji znalezionej przez konserwatorów z Krakowa jest i panów nazwisko.” Bracia wymienili spojrzenia. Wacław milczał w napięciu. Odezwał się Lucjan. „Możliwe, że nasz przodek Jan Nepomucen ufundował obraz, jak wynikało z tej kartki znalezionej w ołtarzu, ale u nas w rodzinie nic o tym nie wiadomo.” Popatrzył na Wacława. Ten wydawał się szczerze zdziwiony.
Lucjan ciągnął dalej, zwracając się do brata. „Nie wiesz, Wacek, że w bocznym ołtarzu w świętej Zofii konserwatorzy znaleźli kartkę? I tam było napisane, że Jan Nepomucen Billewicz ufundował obraz upadku Jezusa.” „Upadki były trzy” — wtrącił Wacław. „Tak” — zdołał tylko powiedzieć Lucjan. „Myślę, że nasz przodek, a może tylko osoba o tym samym nazwisku, przeszła życiowe upadki, ale w końcu jej się powiodło i w podziękowaniu ufundowała ten obraz.” Powiedział pewnym głosem Wacław. To nic nadzwyczajnego. Ludzie fundowali kapliczki, wota i inne formy dziękczynne za łaski, jakich dostawali. Nawet jak pojawił się syn po kilku córkach z rzędu, to też bach! Kapliczka. A jak umierało dziecko?
Teodor popatrzył w oczy Wacławowi. „Rozpacz” – odpowiedział cicho. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Wacław popatrzył zaniepokojony na Lucjana i spytał: „Spodziewasz się kogoś?” „Nie” – powiedział niepewnie, wstając i idąc w kierunku drzwi. Ksiądz i młodszy brat usłyszeli dźwięk otwieranego zamka i lekkie skrzypnięcie zawiasów. „Wacek jest?” – spytał ktoś grubym głosem. Młodszy Billewicz spiął się i nerwowo zaczął rozglądać. Po chwili do pokoju wszedł szczupły mężczyzna średniego wzrostu w drogim ubraniu. Teodor zdążył tylko zauważyć, że miał na sobie granatową wiatrówkę Lloyd. Przybysz wszedł, spojrzał na zebranych i powiedział: „Wacek, nie przedstawisz mnie?” „To jest pan Marian.” „Wystarczy” – przerwał mu tamten.
– „Nazwisko nic panom nie powie. Mam z kolegą Wacławem sprawę i liczę, że nie przyjechałem tu na próżno.” Popatrzył na Wacka. – „Ręka ciągle boli? Mówiłem ci, że sprawa będzie załatwiona. Po co mieszasz w to innych?” Wacław syknął wściekły. „Ciągle przekładasz terminy, a ja wspaniałomyślnie czekam. Ale już mi się znudziło.” Machnął ręką i do pokoju weszło dwóch masywnych mężczyzn. Nie przywitali się. „Panie Wacławie, co zatem z pana zobowiązaniami?” „Kim panowie są?” – włączył się Teodor. Marian przymknął oczy, westchnął i powiedział z ironiczną uprzejmością: „Bardzo proszę księdza o taktowne milczenie, gdyż zmuszony będę użyć argumentów innych niż słowa.” „Pan mi grozi?” „Tak.
Zrozumiałeś, klecho?” Stanął na wprost księdza. „Kim ty właściwie jesteś?” „Księdzem.” – wskazał na koleratkę. – „Jak zdążył pan zauważyć.” „Bardzo zabawnym księdzem.” – wskazał na młodszego Billewicza. – „To może pomodlisz się za niego?” Podparł brodę trzema palcami, ale po chwili opuścił rękę. „Miał znaleźć szkatułkę cadyka. I co? Nie znalazł. Miał też dostarczyć klejnoty z grobu gówniary, którą tatuś w miłości swojej obsypał złotem. Nie dostarczył. Wtedy pomyślałem, że to może takie bańki dla łatwowiernego Mariana.” – wskazał na księdza palcem.
– „Dobrze ksiądz słyszy. Łatwowiernego. Podjąłem ryzyko, bo zgodziłem się wziąć te fanty, nie wiedząc, ile tego jest. A 200 tysi z długo by zeszło. Nasz szanowny pan Wacław dorzuciłby jeszcze dwa razy tyle i mógłby odfrunąć, gdzie zechce.” „Jakie drugie tyle?” – wtrącił Wacław. – „Przecież wiszę 480.” „A nasze koszty?” – odparł Marian. – „Musiałem tu przyjechać, zapłacić tym panom. A i benzyna jaka droga.” „To klątwa” – mruknął Lucjan. „Jaka klątwa?” – zainteresował się Marian. „Nieważne” – odburknął Lucjan.
„Może nieważne, ale ciekawe.” Marianowi zapaliły się ogniki ciekawości w oczach. „Moje życie jest monotonne i takie historie mnie pasjonują. Znacie ten nawiedzony dom w Wieliczce koło Krakowa?” Prawie wszyscy pokręcili głowami. „A, bo jest tam taki. Kazałem kilku moim chłopakom posiedzieć tam w nocy tak, by zobaczyć, co się będzie działo. Po jakichś dwóch godzinach wyskakiwali przez okno jak przestraszone dzieciaki. Pytałem, co ich przegoniło, a oni, że słyszeli płacz dziecka. Poszedłem tam, posiedziałem i nic. Zwolniłem tchórzy. Mnie nie jest łatwo nastraszyć.” „To może sprawdzimy, czy lokalna klątwa jest prawdziwa?” – niespodziewanie zaproponował Teodor.
Wszyscy popatrzyli zaskoczeni. „Jak ta klątwa działa? No, jak ją rozpoznać?” Marian był zaciekawiony. „Kto siądzie w czasie mszy w pewnej ławce, to najpierw straci wzrok, a następnie umrze jako ślepiec. Stolarz, który rzucił tę klątwę, zostawił też ratunek.” „Klątwy to bzdura.” Marian popatrzył na księdza. „A firma księdza to wierzy w takie czary-mary?” „Kościół wierzy wyłącznie w dobroć i mądrość Bożą. Ja też nie wierzę w jakieś klątwy, gusła i zabobony. Dlatego, jak i pan, nie boję się.” „O, jak miło spotkać coś twardszego od pospolitego gówna.” – popatrzył wymownie na Wacława. – „Ale słowa słowami, a jak przychodzi co do czego, to większość” – zrobił gest dłonią – „rozpływa się.” „Proszę zatem przyjąć zaproszenie na mszę w kościele Świętej Zofii. Specjalnie dla pana czeka miejsce w ławce Jaworskich.” „Dobrze, ale ty, księżulku, siądziesz obok mnie.
Samemu będzie mi smutno, a moi asystenci będą mieli oko na tych panów.” – wskazał na braci Billewiczów. „Czego chcesz od Lucjana?” Wacław przyjął groźną pozę, ale pod wpływem silnego uścisku na ramieniu uspokoił się. Ochroniarz, który ściskał Billewicza, nie pokazał, by sprawiło mu to trudność. „Pan Wacław dawno temu zaczął ze mną grę. Wiedział, jaka jest stawka i mówiąc delikatnie, nie poszło.” Chciał mnie wykiwać, co skończyło się nieprzyjemnie dla mnie, ale głównie dla jego ręki. Popatrzył na Billewicza. Donosić na siebie? Jakie to dziecinne. Zapomniał jednak, że moimi klientami są ludzie różnych profesji. Kilku nosi togi, kilku mundury, paru pokazują ciągle w telewizji, a wielu też podarowało mi swoje książki.
No i czy nasz szacowny pan Wacław to nie spryciula? Ale lubię go. Cholera, mam do człowieka jakąś słabość i dlatego jestem taki wyrozumiały. Cóż, zaufania jednak już nie mam. I panowie, jako jego rodzina i przyjaciele zapewne pomogą nieborakowi. Ksiądz nie zna mojego brata – powiedział drżącym głosem Lucjan. Proszę go puścić. Jak to? Siedzicie sobie przy stole jak starzy znajomi i pan twierdzi, że się nie znacie? Marian pokręcił głową.
Proszę, zachowujmy się poważnie. Zgoda. Teodor podjął decyzję. Co? Marian był zaskoczony. Zgoda na mszę. Usiądę z panem w tej ławce. No ale co dalej? Tak sobie posiedzimy, pośpiewamy, odklepiemy zdrowaśki i co? Czego pan oczekuje?
Co będzie, jak nic się nie stanie? A co jak ktoś oślepnie? Jak nic się nie stanie, odda te pieniądze. Ale w przeciwnym wypadku odpuści pan panu Wacławowi. Niemożliwe. Jestem pewny, że nic się nie stanie i taka umowa dobra dla frajera. Nic nie zyskuje zakładając się, a tylko ryzykuje. Teodor poczekał chwilę i patrząc w oczy Marianowi powiedział: jeżeli wytrzyma pan do końca mszy i nic się nie stanie, to niezależnie od kwoty długu pomogę znaleźć szukane przez pana kosztowności. Jeśli jednak wydarzy się coś dziwnego, czego nie będziemy w stanie wyjaśnić, zostawi pan pana Wacława w spokoju. Ciekawa propozycja.
Zastanowił się chwilę. Dobrze. Jakoś nie umiem odmówić osobie duchownej, ale odsetki pan Wacław zapłaci. Dobrze, zgadzam się – wtrącił Wacław. Tylko ja siądę w tej ławce. Wzruszył ramionami. Ktoś musi odprawić mszę. Auri sacra fames. Wszyscy popatrzyli na Teodora. Wacław podszedł do księdza i powiedział: jako przedstawiciel, naśladowca, kapłan ut idem facerent Jesu.
Po chwili dodał: to czyńcie na moją pamiątkę. Chodźmy zatem. Franciszek Synowiec stał przed domem Billewiczów przy ulicy Węgierskiej i obserwował grupkę dziwnych osób wychodzących z budynku. Schował się za narożnik domu po przeciwległej stronie ulicy i patrzył. Zobaczył braci Lucjana i Wacława, księdza i trzech nieznajomych. Gdy ruszyli, ostrożnie poszedł za nimi. Było już ciemno i starał się trzymać blisko, choć coś mu mówiło, że idą do kościoła świętej Zofii. Za załomem o mało nie zderzył się z siostrą. Franek, co robisz? Popatrzyła uważnie.
Nie piłeś chyba? Ćśś — uspokoił siostrę skinieniem ręki. Jacyś obcy idą z księdzem, Wackiem i Lucjanem. Dziwni jacyś. I pomyślałem, że sprawdzę, czy wszystko w porządku. Aleksandra pokiwała głową i popatrzyła w kierunku śledzonych. Jak na komendę ruszyli za nimi. Teodor szedł obok Wacława i spytał cicho: dlaczego mnie pan ogłuszył? Ja... Wiem, że to pan.
Przyłapałem pana w trakcie poszukiwań krypty dziewczynki. Spanikowałem, ale nie chciałem zrobić księdzu krzywdy. Ale skąd ksiądz wie? W kościele przed utratą świadomości poczułem zapach maści. Wskazał ręką dłoń Wacława. Tej maści. Aha, powinienem bardziej docenić księdza. Teraz to już nieważne. Panowie, proszę nie szeptać, bo gotów jestem pomyśleć, że coś knujecie — wtrącił Marian. Pan wybaczy — odparł Teodor.
Wyjaśniamy pewne nieporozumienia. W milczeniu doszli do kościoła. Teodor sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu klucza, ale Marian wyjął dorobiony i otworzył drzwi do świętej Zofii. Kolejna zagadka rozwiązana — pomyślał ksiądz. Weszli do wnętrza i stanęli na środku przodem do ołtarza. Popatrzyli na stalle Jaworskich. Teodor podszedł do Wacława i spytał tak, by Marian słyszał: jest pan gotów? Tak. Panowie — ksiądz zwrócił się do wszystkich. Proszę, aby pan Lucjan przyniósł wodę z zakrystii.
Widziałem tam baniak, chyba pięciolitrowy, a ja przygotuję się do nabożeństwa. Teodor i Lucjan poszli do zakrystii. Billewicz wziął pojemnik z wodą i popatrzył na księdza. Ten znalazł w szafce kluczyk do tabernakulum i szatę liturgiczną. Ubierając się, powiedział do Lucjana: poświęcę tę wodę i później wleje ją pan do kropielnicy przed kościołem. Billewicz pokiwał głową na znak zrozumienia. Ksiądz złożył dłonie i zaczął: Wszechmogący wieczny Boże, Ty chcesz, aby przez wodę, która podtrzymuje życie i służy do oczyszczenia, także nasze dusze zostały oczyszczone i otrzymały zadatek życia wiecznego. „Prosimy Cię, pobłogosław tę wodę, którą będziemy pokropieni w dniu Twoim, Panie. Odnów w nas źródło swej łaski i broń od wszelkiego zła nasze dusze i ciała, abyśmy mogli zbliżyć się do Ciebie z czystym sercem i otrzymać Twoje zbawienie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.” Przeżegnał się i kiwnął głową. Lucjan też się przeżegnał i ruszył z pojemnikiem do wyjścia. Gdy przechodził przez kościół, Marian zapytał: „A szanowny braciszek gdzie się wybiera?” „Posłano mnie, bym napełnił siloam.” Korzystając z zaskoczenia wyszedł na zewnątrz i skręcił w prawo. Doszedł do kropielnicy i powoli wlał wodę ze zbiornika. Odstawił pojemnik i wrócił do kościoła. Złapał za klamkę i usłyszał: „Msza o tej porze?” Serce stanęło mu na chwilę. Po sekundzie długiej jak wieczność zobaczył zdziwioną twarz synowcowej i zaskoczoną jej brata. „Dodatkowa msza w intencji waszego przodka. No to wchodzimy.” Zanim Lucjan zdążył zaprotestować, rodzeństwo weszło do kościoła. Widząc ich, Marian najpierw powstrzymał dwóch ochroniarzy ręką i następnie popatrzył na wchodzących.
„Państwo na mszę?” – zapytał grzecznie. „Właśnie.” „O tej porze?” „Na to każda pora dobra.” Marian lekko się uśmiechnął i westchnąwszy powiedział: „Ależ zapraszamy. Będzie weselej.” Synowcowie usiedli w ławce pod chórem. Obok siadł Lucjan. Jeden z ochroniarzy stanął przy drzwiach, a drugi wyszedł i kontrolował teren przed wejściem. Marian i Wacław ruszyli w kierunku jaworowej ławki. Przed wejściem do stalli jakby się zawahali, ale Marian gestem zapraszającym przepuścił Billewicza pierwszego. Usiedli. Po chwili z zakrystii wyszedł Teodor. Popatrzył na wszystkich zebranych, wziął głęboki wdech i podszedł do ołtarza.
Chwilę stał w milczeniu i wreszcie dał znak, by zebrani wstali. „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Dzisiejsza msza będzie w intencji pewnej małej dziewczynki czekającej na ojca, by jej dusza mogła w końcu zaznać spokoju.” Msza się rozpoczęła. Teodor jak w transie odprawiał nabożeństwo, ciągle patrząc w kierunku ławki Jaworskich. Wacław automatycznie wykonywał wszystkie czynności, a Marian z lekkim uśmiechem ostentacyjnie spóźniał się ze wstawaniem i klękaniem. Gdy doszli do kazania, Teodor powiedział: „Jesteśmy tu dzisiaj, by zakończyć wiele starych spraw, które niepokoiły nas od dawna. Mam nadzieję, że każdy znajdzie w sobie siłę i odwagę, by zrobić coś dobrego dla bliźniego. Jezus umarł za ludzi z miłości do nich. Dlatego modlę się o taką samą siłę dla nas tu obecnych. Bądźmy silni.
Amen.” Gdy padło ostatnie „Amen”, wszyscy usiedli w ławkach i czekali. Coś poruszyło się w kącie i zobaczyli siostrę Hiacyntę. Co ona tu robi? Zakonnica wyszła z ławki pogrążonej w cieniu, trzymając za rękę małą dziewczynkę. Obie stanęły na wprost ołtarza, przeżegnały się i ruszyły do wyjścia. Przed drzwiami Hiacynta odwróciła twarz w stronę Teodora i wypowiedziała bezgłośnie: „Bóg zapłać.” Zniknęły w drzwiach. Marian poderwał się z ławki i podszedł szybko do uchylonych drzwi. Wyglądnął i rzucił do ochroniarza: „Gdzie poszły te dwie?” „Jakie dwie, szefie?” „Ta stara zakonnica i dziecko.” „Nikt nie wychodził.” „Co?” Marian był zaskoczony. „Ale przecież widziałem. Zaraz, co się dzieje?” Teodor podszedł do Mariana i przechodząc obok ławki zobaczył, jak Wacław wskazuje na oczy i mówi: „Nic nie widzę.
O rany, naprawdę nic nie widzę!” „Co jest?” Marian przecierał oczy. Teodor złapał go za rękę i poprowadził do wyjścia, a po drodze chwycił Mariana. Ochroniarz spod chóru doskoczył i patrząc zaskoczony czekał na polecenia. Wszyscy wstali przerażeni. Synowcowa zaczęła się modlić, a jej brat zasłaniał oczy i kiwał zrezygnowany głową. Teodor wypchnął obu ociemniałych na zewnątrz i głośno instruował: „Klęknięcie na ziemi.” Popchnął obu. „Nie na płytkach, tylko na trawie.” Gdy wykonali jego polecenie, ksiądz ukląkł między nimi, przeżegnał się i splunął na siebie. Wziął błoto i powiedział: „Teraz nałożę wam błoto na oczy. Proszę się nie obawiać.” Najpierw Wacławowi, a później Marianowi. Ten drugi odruchowo cofnął twarz, ale Teodor, jakby przeczuwając reakcję, trochę siłowo dopełnił dzieła.
„Teraz do sadzawki, do kropielnicy Siloama.” Gdy ksiądz prowadził ich do wody, drugi ochroniarz poruszał się nerwowo, niezdecydowanie, nie wiedząc, co ma robić. Rzucił tylko: „Szefie, jestem. Co robimy?” Nie słysząc odpowiedzi, podszedł do Teodora i wykręcił mu ręce. To spowodowało, że ksiądz puścił obu oślepionych i kucnął z grymasem bólu na twarzy. Lucjan skoczył na pomoc, ale drugi z ochroniarzy jednym ruchem powalił go na siebie. Franciszek Synowiec też próbował pomóc, ale ochroniarz zwinnie się obrócił i szybkim uderzeniem przewrócił stolarza. Charczanie oznaczało, że dostał w przeponę i nie może złapać tchu. Ochroniarze odciągnęli szefa na bok i zasłonili go. Jeden patrzył na zebranych, kontrolując ich zachowanie, a drugi kucnął przy szefie. Pytał, czy wszystko w porządku.
Marian był zdezorientowany. Teodor niezdarnie wstał, rozglądnął się i ocenił sytuację. Widząc, że Marian jest niedostępny, złapał Wacława pod ramię i podprowadził do kropielnicy. Uklękli i ksiądz powiedział do młodszego Bilewicza: „Proszę obmyć oczy w sadzawce. Jest przed panem.” Wacław wyciągnął dłonie i zaczął nerwowo obmacywać rękami kamienną misę. „Pusta.” „Co?” Ksiądz był zaskoczony. „Panie Lucjanie.” Starszy brat podniósł się i wstając z klęczek dokuśtykał do kropielnicy. Zajrzał do środka. Pomacał wewnątrz i przerażony powiedział: „Pęknięcie. Wyciekło.” Ksiądz popatrzył zaskoczony i wsadził rękę aż do kamiennego dna.
Wymacał rysę. Obok jakiś napis: „Silo.” „To tu! To ta sadzawka” – krzyknął. Zobaczył pojemnik po wodzie i rzucił do Lucjana: „Panie Lucjanie, proszę pilnować ich tu, a ja lecę po wodę.” „Gdzie o tej porze?” „Do rzeki.” Ruszył, ale nagle sobie coś przypomniał i zawrócił. Zbiegł po schodach i uliczką w kilka sekund dotarł do rynku. Miał wrażenie, że kilkoma susami znalazł się przy fontannie. Nabrał wody i biegnąc z powrotem zaczął odmawiać modlitwę, błogosławiąc wodę. Zbiegł po schodach i stanął przy kropielnicy. Wziął do ręki trochę ziemi i uszczelnił pęknięcie. Ostrożnie wlał wodę i powiedział: „Panie Wacławie, proszę obmyć twarz, a szczególnie oczy.
Szybko, zanim wycieknie.” Młodszy Bilewicz nie reagował. Lucjan, widząc to, uniósł twarz brata i dociągnął go do sadzawki. Złapał go za ręce i pomógł, jakby sterując kukiełką, aby obmyć oczy zalepione ziemią. Teodor podszedł do leżącego Mariana. Drogę zastąpił mu ochroniarz. „Nie podchodzić” – warknął ostrzegawczo. „Trzeba mu pomóc.” „Powtarzam, nie podchodzić.” Wyciągnął dłoń. Z ciemności wyłoniło się nagle coś wielkiego i szybkiego. Ochroniarz wydał krótki, urwany jęk i prawie nieprzytomny wylądował jakieś trzy metry od miejsca, w którym stał. Drugiemu ochroniarzowi odskoczyła do tyłu głowa i osunął się na trawę.
Teodor zobaczył robocze spodnie, bluzę do kompletu, a wyżej próbującą myśleć twarz Zenona Siejki. „Szczęść Boże.” Wyjął z kieszeni dwa papierowe banknoty i kilka monet. „Resztę żem przyniósł.” „Resztę?” Ksiądz w lekkim szoku nie wiedział, o co chodzi. „Jaką resztę?” „No bo paliwa było za dwadzieścia tam coś i trzy dychy potem. Księdzu dał sto, a mówiłem, że to nie tyle. Na stacji uczone mi raz dwa policzyły i dali tyle, że to za dużo.” „A jak pan ich tak…” Ksiądz wskazał na leżących ochroniarzy. „E, księżą się raczej nie bije, nie?” Coś nagle przyszło mu do głowy. „A też jak ksiądz nieprzytomny by był, to komu resztę dać? Będę tam dwa razy łaził. Czasu mało, trawy dużo.
Nijak nie pogodzisz.” Teodor podbiegł do Mariana i razem z Wacławem dowlókł go do kropielnicy. Wody było niewiele, ale wsadził twarz oślepionego nad kamienną krawędź i poruszając jak kukiełką, pomógł obmyć twarz resztkami wody. Siedział chwilę i patrzył na nieruchomego Mariana. Chyba za późno. Kilka minut później w drzwiach kościoła coś się poruszyło. Drzwi otworzyły się z impetem i na zewnątrz wyszedł Zenon, niosąc ławkę Jaworskich. Poszedł w głąb parku. W środku, gdzie nie było drzew, rzucił mebel z impetem, aż drewno zaskrzypiało i rozległ się trzask. Kilka metrów dalej pod drzewem leżały rzeczy Zenona, a obok stał pięciolitrowy kanister. Siejko podszedł do zbiornika.
Usłyszeli charakterystyczny metaliczny dźwięk oznaczający, że Zenon otworzył korek. Kosiarz polał ławkę benzyną. Wyjął zapałki i po chwili ciemność rozjaśnił blask płomieni trawiących przeklęty mebel. Raport Ochotniczej Straży Pożarnej Okrężna 3A 38 350 Bobowa. W dniu dzisiejszym na terenie miejscowości Bobowa zastępy straży ugasiły cztery pożary. Pierwszy wybuchł w piekarni, gdzie obyło się bez ofiar. Następnie w położonych nieopodal Wilczyskach kolejny pożar domu przy ulicy Węgierskiej oraz przy ulicy Brzozowej. W wyniku tych zdarzeń zginęła jedna osoba, mężczyzna w średnim wieku. Sprawę prowadzi policja. Teodor wjechał z ulicy księdza Sitko w Tarnowie na parking przydiecezjalny i wcisnął swój sfatygowany pojazd na jedno z dwóch wolnych miejsc.
Wyszedł bramą i obszedł budynek, by po chwili stanąć przy bramie od ulicy Legionów. „Legionów 30” – bezwiednie odczytał. Popatrzył na portal wejściowy i w lewo omiótł wzrokiem tablicę ku czci jakiegoś żołnierza, za daleko, by odczytać. Wziął kilka głębszych wdechów i wszedł do środka. Skierowano go do gabinetu biskupa. Chwilę stał przed drzwiami i czekał, aż drzwi się uchyliły i usłyszał: „Proszę, niech ksiądz wejdzie.” Zobaczył przy stole biskupa seniora, arcybiskupa Józefa, a obok biskupa pomocniczego Leszka. Za biurkiem siedział biskup Andrzej. Biskup pomocniczy wstał i wskazał krzesło Teodorowi. Gdy ten usiadł, biskup Leszek zaczął: „Księże Teodorze, sprawozdanie, które nam ksiądz przysłał, jest zdumiewające. Proszę sobie wyobrazić, że ja skończyłem szkołę w Bobowej i dla mnie jest to sprawa wyjątkowa.
Ksiądz biskup poprosił mnie i arcybiskupa Józefa, mając na uwadze jego doświadczenie i wiedzę oraz moje związki z Bobową, o pomoc w zamknięciu tej sprawy.” „Rozumiem” – odparł Teodor. „Jestem do dyspozycji waszych ekscelencji.” „Proszę wyjaśnić jeszcze kilka spraw. Jak zginął ten Wacław Bielewicz, brat Lucjana?” „Ratowali ludzi z pożaru. W pewnym momencie dom zaczął się walić i spadały płonące drewniane elementy dachu. Wacław, jak mówią świadkowie, wypchnął swojego brata z płonącego budynku, a sam omdlał i nie zdążył już uciec. Ludzie widzieli, że obaj byli bardzo poparzeni. Zresztą Lucjan leżał w śpiączce farmakologicznej i lekarze przekładali wybudzenie z uwagi na zakres poparzeń. Gdy doszedł do siebie pod wpływem szoku oraz informacji o śmierci brata, przez kilka miesięcy był również objęty opieką psychologa. Niewiele zostało z dotychczasowego Lucjana Bielewicza.” „Rozumiem.” Biskup pomocniczy popatrzył na pozostałych. „Czy są jakieś pytania w tej kwestii?” Biskup pokręcił głową, a arcybiskup senior potwierdził i odwrócił się do Teodora.
„Napisał ksiądz, że widział i był przy tym pożarze. Co ksiądz robił?” „Jak już napisałem, odprowadzałem i odnosiłem zaczadzonych ludzi, sąsiadów. Dwóm udzielałem pomocy i robiłem sztuczne oddychanie, bo mieli bezdech.” „Tak, ale chodzi mi o ten moment, gdy jeden z braci wypchnął drugiego.” „Klęczałem nad jednym poszkodowanym sąsiadem i pomagałem mu zdjąć tlącą się kurtkę. Jak gapie krzyknęli, rzuciłem okiem i zobaczyłem leżącą postać z rękami podniesionymi do góry. Lucjan, bo o nim mówię, wydał z siebie jakiś nieludzki krzyk rozpaczy i stracił przytomność. Jego ubranie było popalone, twarz też. Praktycznie nie miał włosów. Na szczęście zaraz pojawiła się karetka i szybko zawieźli go do szpitala. Później, to jak już mówiłem...” „Dziękuję” – rzucił senior. Biskup pomocniczy wrócił do pytań.
„Teraz chciałbym spytać o tę ławkę. Co ksiądz wie o tej klątwie?” – spytał i szybko dodał: „Proszę nie mówić tego, co już jest w sprawozdaniu. Chodzi mi tylko o to, jak ksiądz to tłumaczy.” „Napisałem o faktach bez oceniania. Zdarzenia, których byłem świadkiem w tamtym czasie, były dla mnie niewytłumaczalne. Nie wiem, z jakiego powodu ci ludzie tracili wzrok, dlaczego później umierali i dlaczego udało się uratować” – umilkł na chwilę – „Wacława, a nie udało Mariana. Które wyjaśnienie tej legendy było właściwe? Nie wiem. Wiem, że w tamtym czasie działo się coś złego i trzeba było coś zrobić. Wierzę, że Bóg mną kierował. Rozumiem, że moja przeszłość, głównie znajomość z egzorcystą papieskim ojcem Gabrielem Amortem, może sugerować, że nadinterpretuję zdarzenia, a może nawet fantazjuję.
Ale proszę mi wierzyć, że podstawową zasadą ojca Gabriela jest to, żeby w pierwszej kolejności sprawdzić wszystkie racjonalne wyjaśnienia. Działania związane z egzorcyzmami są ostatnim krokiem, gdy inne środki zawiodą.” „Ksiądz w to wierzy?” „Wierzę, że modlitwa może pomóc. Jeśli obłąkania, klątwy, zjawy i demony to efekt choroby lub jakiegoś niewyjaśnionego zjawiska, to do czasu odkrycia przyczyn i skutków pozostaje nam walczyć i nazywać jak dotychczas. Jeśli opętanej kobiecie ma pomóc mój taniec, to zatańczę, mimo że uważam to za idiotyczne.” „W porządku.” Biskup pomocniczy popatrzył na pozostałych dostojników i ci dyskretnie dali znać, że nie mają pytań. „Przejdźmy zatem do tej zakonnicy, którą tylko ksiądz widział.” „Spotkałem ją w dniu przyjazdu. Myślałem, że to starsza siostra i inne nie zaganiają jej do pracy z uwagi na wiek. Od tamtej pamiętnej mszy nie widziałem jej. Spytałem proboszcza, co stało się z siostrą Hiacyntą, ale ten powiedział, że nie ma tu takiej siostry i z tego, co wie, nigdy nie było. Wszystko wydawało się nierealne. Gdy analizowałem te zdarzenia, to wydaje mi się, że siostra Hiacynta opiekowała się tą dziewczynką, może na prośbę jej ojca.
Później, gdy w kościele świętej Zofii ruszyły prace remontowe, to w ich trakcie odnaleziono pod podłogą kamienną tablicę nagrobną. Dawno temu robotnicy użyli jej do podparcia drewnianego słupa podtrzymującego chór. Epitafium wyrażało wielki ból ojca, który utracił córkę. Miałem skojarzenia z „Orszulką” Kochanowskiego i trenami. Badania kamerą przez otwory nawiercone w posadzce wykazały, że pod podłogą znajdują się jakieś pochówki, ale prac eksploracyjnych nie kontynuowano.” „Proszę jeszcze powiedzieć” – teraz odezwał się biskup – „jakie są nastroje społeczne w Bobowej po tych zdarzeniach?” „Słyszałem różne wersje, ale żadna, która do mnie dotarła, nie była zgodna z prawdą. Zaskakująco szybko jakby o tym zapomniano. Dużą pracę wykonał proboszcz z wikariuszami, żeby wytłumaczyć ludziom całą tę historię. Uspokoiło się. Poza tym mają tam jakiś problem, który spowodował konflikt i ludzie zaczynają żyć innymi sprawami.” Po ostatnich słowach Teodora na chwilę zapadła cisza. Padło jeszcze kilka pytań, ale głównie technicznych i precyzujących czas i osoby.
Budynek kurii diecezjalnej opuścił późnym popołudniem. Chełm, dwa lata później. Teodor stał przed kościołem Rozesłania Świętych Apostołów i patrzył na wejście do podziemi. Poprawił trzymany pod ręką przedruk „Phoenix tetriator redivivus” autorstwa Jakuba Suszy i głęboko wciągnął powietrze. Zastanawiał się, czy w tych kredowych korytarzach znajdzie odpowiedź na zagadkę, dlaczego w kościele i uliczkach w jego okolicy pojawia się wielki biały niedźwiedź i coś z czerwonymi oczami. Dotarło do niego, że mniej zdziwiłaby go obecność tygrysa, ale nie tego popularnego drapieżnika. „Ekolodzy powinni być szczęśliwi, że plastikowe rurki nie wytrzebiły tego gatunku” – pomyślał sarkastycznie. Do czasu, gdy w kaplicy pojawiły się ślady pazurów, wszyscy traktowali te opowieści jak legendę. Ale nagle zrobiło się poważnie, bo w miejscowym szpitalu leżały dwie osoby, z czego jedna w stanie ciężkim. Obie zaatakowane zostały przez duże zwierzę.
Jedna twierdziła, że był to niedźwiedź, a druga utrzymywała, że zwierz bronił ją przed czymś innym. W szoku ludzie mówią różne rzeczy. Dodatkowo dwa dni temu Teodor znalazł skulonego między ławkami wystraszonego człowieka. Oślepł. Na twarzy miał dziwny grymas i prosił Bogarodzicę o wybaczenie za rany, które jej zadał. Za dużo dziwnych zdarzeń jak dla hierarchów z ulicy Wyszyńskiego 2 w Lublinie. „Szczęść Boże” – padło z pobliskiej bramy. Teodor odwrócił się i zobaczył znajomą twarz. Podszedł i po chwili rozpoznał. „Bilewicz” – zrobił jednocześnie zamyśloną i zdziwioną minę.
„Lucjan?” „Wacław”. „Wacław nie żyje”. „Ale faktycznie. Umarł mój brat Lucjan. Gdy ratowaliśmy tych ludzi z pożaru, dał mi swoje dokumenty, kurtkę i powiedział, że jakby mu się coś stało, to żebym żył jako on. Powiedział, że trzeba działać. Data occasione”. „Wiem, że to pan Lucjan zmarł, ale nie miałem pewności”. „Tak?” Bilewicz był zaskoczony. „Oficjalnie zmarł Wacław.
Ale skąd ksiądz...?” „Buty” – rzucił ksiądz, a Wacław odruchowo popatrzył w dół. „Poparzony Bilewicz, ten, który przeżył, miał dwa takie same, a Lucjan miał trochę inny styl”. Bilewicz spuścił oczy. „I nic ksiądz nie mówił? O nic nie pytał?” Teodor milczał i patrzył w oczy swojego rozmówcy. Ten nie wytrzymał wzroku i zaczął: „Marian i jego koledzy nie odpuścili mi długu. Chcieli pieniędzy za te niby odsetki i koszty. Po wyjściu z zakładu chciałem się schować, ale mnie znaleźli w Bobowej. W domu u brata zobaczyli różne materiały historyczne, pamiętniki i dokumenty. Marian doczytał się o cadyku, który miał cenną skrzynkę, ale w czasie wojny i wywózki Żydów jej nie znaleźli.
No i o tej dziewczynce, którą ojciec pochował obsypując złotem, by ukoić żal. Kazali mi znaleźć te dwie rzeczy w ramach redukcji długu. Dowiedziałem się też, że mój brat chodzi dość często do przychodni i poszedłem sprawdzić, co mu dolega. Miał nowotwór. Chciałem sprzedać dom po rodzicach i opłacić jego leczenie za granicą, ale się nie zgadzał. Rokowania były bardzo złe. Mimo jego protestów zarezerwowałem miejsce w klinice i musiałem wysłać pieniądze, ale on był uparty. Później ksiądz, wielebny pojawił się w Bobowej. I te wszystkie wydarzenia. W końcu jak wybuchły te pożary, poszliśmy pomóc.
Pamięta ksiądz, bo był z nami. W płonącej chałupie kobieta woła pomocy. Lucjan widział, że wielebny jest zajęty i dał mi swoje dokumenty i kurtkę. Byłem jeszcze trochę oszołomiony po tym oślepieniu i omdleniu, dlatego nie sprzeciwiałem mu się i bezwiednie robiłem, co mi kazał, choć nie wiedziałem po co. Pociągnął mnie do płonącego budynku i gdy nas poparzyło, on nagle wypchnął mnie na zewnątrz. Chciałem go ratować, ale ponownie odepchnął mnie z taką siłą, że upadłem na chodnik. Byłem oszołomiony i jak przez mgłę pamiętam przyjazd straży pożarnej i pogotowia”. „Poświęcił się dla pana”. „I zostawił mnie z tym. Muszę jakoś dać sobie radę i z tym żyć.
Tego chciał. Mam nadzieję, że ksiądz nas nie wyda”. Teodor wzruszył ramionami, odwracając twarz, by jego rozmówca nie widział łez. „Do widzenia, panie Lucjanie”. Bilewicz lekko pokiwał głową, uśmiechnął się do swoich wspomnień i depcząc bruk pokryty ostatnimi błyskami zachodzącego słońca, odszedł w dół ulicą Lubelską. Koniec.
[03:21:02] - Cóż, proszę państwa. Jakby tak niepostrzeżenie, ale zrobiło się trochę późno. Nie żeby bardzo. My tutaj w „Bibliotekarium 2.0” nie takie późności przerabialiśmy. Pamiętam, że chyba najdłuższa audycja kończyła się koło czwartej w nocy. Sam nie wiem, jak mogłem państwu to zrobić, ale stało się. Postaram się więcej nie grzeszyć. Natomiast cóż, proszę państwa, na koniec tego przedświątecznego wydania „Bibliotekarium 2.0” zapraszam państwa na sentymentalnik Tak, Sentymentalnik. Nie wiem, jak u państwa z Sentymentalnikiem i z sentymentalizmem, ale ja dzisiaj zapraszam państwa na podróż w odległe czasy do roku 1970. Wtedy powstał serial, o którym dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiać.
Ten serial nosi tytuł „Wakacje z duchami”. Dzień dobry wieczór, Piotrze. Sentymentalnik, czas zacząć.
[03:22:16] - Dzień dobry wieczór. A ja od razu przejdę do rzeczy. Powiem tak, że z racji tego, że mamy ferie, to dzisiaj w Sentymentalniku wakacje i to wakacje z duchami.
[03:22:27] - Powiem ci, Piotrze tak: to był serial mojego dzieciństwa. Różni nas minimum pokolenie. I powiem tak: wtedy nie lubiłem swojego dziadka, bo dziadek zabierał mnie zawsze do ogródka i zabierał mnie zawsze wtedy, kiedy były „Wakacje z duchami” i w związku z tym miałem rwany ten serial, bo zabierał mnie do ogródka, a tu leciał absolutnie rewelacyjny serial „Wakacje z duchami” i znowu mi uciekał odcinek. Mnie się wtedy wydawało, że tych odcinków były miliony. Tak naprawdę tych odcinków wcale tak dużo nie było. To taki serial PRL-owski, ale w gruncie rzeczy tych odcinków bardzo mało. Cóż, wydawało mi się to wtedy niesamowite. Powiem, że ta historia o tych chłopakach, którzy kombinują z duchami, ale może nie z duchami. Fajnie to było zrobione. Dużo później poznałem książkę.
I książka też jest super. Ale film... pozostał ten czar. Ja do dzisiaj jestem tym filmem oczarowany. Uznacie mnie państwo za przynajmniej wariata, ale raz w roku robię sobie małą powtórkę i kolejne odcinki oglądam. Nie wiem, na czym polega magia tego kina. Na czym polega to, że ów czarno-biały serial, w gruncie rzeczy krótkie te odcinki, ale to się ogląda. Ja nie wiem, na czym polega ta magia. Może ty mi, Piotrze, z pewnym dystansem jednak patrząc na to kino, powiesz, na czym ta magia polega.
[03:24:23] - Ja ci nie powiem, na czym magia polega, bo mam tak samo. To był też serial mojego dzieciństwa, dlatego że on po prostu co wakacje leciał. Jeszcze całkiem niedawno tak było, że w telewizji były pasma wakacyjne. „Wakacje z duchami” musiały być obowiązkowo i podejrzewam, że nadal lecą na innych kanałach teraz. Serial kultowy, chociaż dla dzisiejszego młodego pokolenia to będzie już oho ho. Nie powiem co. Leciał, jak mówię, praktycznie co roku i miał tą magię, której nie miały inne seriale dla dzieci z PRL-u. Coś w nim było szczególnego, że on przyciągał. Bo to niby była taka historia dla dzieci o dzieciach, ale ona nie była tak do końca dziecinna i łatwo zrozumiała. To był serial dla dzieci starszych na pewno, a też poniekąd dla dorosłych.
Zaraz powiem dlaczego. Ale moje pierwsze zderzenie z „Wakacjami z duchami” było dość rozczarowujące, dlatego że ja miałem nadzieję wtedy na historię z dreszczykiem, a tutaj okazuje się, że przygodowo i jakoś tak momentami trudno do zrozumienia. Ja byłem mały wtedy. I bardziej zagadkowo niż strasznie. Ale powiem tak: ja to oglądałem oczywiście też później wiele razy i serial wciąga. Ja się przyznam do rzeczy, która też będzie taka... Ja książkę przeczytałem całkiem niedawno. Możecie mnie uznać za wariata, ale podobała mi się. Nie była tak dobra jak serial. Były wyraźne różnice, już nie pamiętam jakie.
Ale na czym polega jego magia? Nie wiem. Powiem ci, że nie wiem. On wciąga. To jest pierwsza rzecz. To jest serial, który powstał w 1971 roku. On miał wtedy premierę i opowiadał o wielkiej intrydze. My go tam wam nie będziemy za bardzo przybliżać, bo pewnie go znacie. To był wielki hit dla wielu pokoleń tak naprawdę. To chyba jest pierwsza rzecz.
On opowiada o przygodach, które masz i nie musisz się o nic martwić. I te przygody masz na wakacjach na letnisku. Ten serial pokazywał jakąś tajemnicę, która jest gdzieś bardzo blisko. A to „Przebacz mi, Brunhildo” stało się czymś w rodzaju powiedzonka dla kilku pokoleń. Pamiętam, że powtarzali je moi wujkowie na przykład. Ja się zastanawiam, co powiedzieć o serialu, który jest po pierwsze dość zleciwy, po drugie jest takim kanonem, po trzecie jest dla dzieci. Ja przeczesywałem komentarze na portalach i tam było to samo, co my mówimy, że w nim jest coś. Nie wiem, dla mnie na przykład takim ważnym elementem tego serialu jest obsada aktorska, ale nie chodzi mi o tą trójkę chłopaków i dziewiątkę, tylko chodzi mi o tych aktorów, których jest tam multum. O nich za chwilę powiem. Nie wiem, Marku, czy będziemy przybliżali treść „Wakacji z duchami”.
[03:27:28] - Myślę, że treść nie. Warto natomiast powiedzieć jedno, że reżyserem filmu był Stanisław Jędryka. To człowiek, który kilka fajnych seriali nakręcił. Jeśli sobie państwo wspomnicie chociażby Henryk Gołębiewski. Był taki film „Podróż za jeden uśmiech”. Nie wiem, czy państwo pamiętacie ten serial. On również myślę, że na bazie czy na podstawie serialu „Wakacje z duchami” też święcił triumfy oglądalności. To był serial, który również był zrobiony. Właśnie coś jest w tym takiego, że w PRL-u wiele rzeczy szwankowało, ale te seriale dla młodzieży w wykonaniu Stanisława Jędryki miały w sobie coś takiego magicznego. Zostawmy „Podróż za jeden uśmiech”.
Wróćmy do „Wakacji z duchami”. Tak. Powiedziałeś o tej książce. Dodam tylko, że troszkę się zmieniło. W książce był Pikador. Nie, przepraszam. W filmie był Pikador, natomiast w książce był Paragon, o ile dobrze pamiętam. Mogłem coś pomylić, ale tak mi się wydaje. Natomiast w książce bodajże był Mandżaro, a w filmie był Mandaryn. Chyba nic nie pomyliłem.
Ja się zawsze boję, że coś mi z pamięcią jednak nie styknie. W każdym razie to są szczegóły. Piotrze, powiem ci tak: to jest różnica nośników. Książka ma swoje uroki. Ona pewne rzeczy pogłębia, pewne rzeczy przedłuża. To sobie tak określmy.
[03:29:38] - Powiem ci, ja na przykład byłem wtedy świeżo po kolejnym obejrzeniu „Wakacji z duchami”, kiedy sięgnąłem po tą książkę i ona tak naprawdę w wielu kwestiach, na przykład wiele dialogów jest wręcz identycznych. Ta kanwa ogólnie wiele rzeczy jest kropka w kropkę. Natomiast rzeczywiście są pewne różnice związane z nazewnictwem bohaterów. Ale jest jeszcze jedna rzecz, bo ten niby Paragon pojawia się potem w innym serialu.
[03:30:08] - Tak, dokładnie. Chciałem to powiedzieć. Dokładnie.
[03:30:11] - Tak. I to był serial do przerwy „01” chyba, ale to już jest ten mój mniej ulubiony.
[03:30:17] - Tak, ja też go lubiłem mniej. Nie to, żebym nie lubił piłki nożnej, ale wolałem po prostu Gołębiewskiego. Powiedzmy jedno: te dialogi nie różniły się między innymi dlatego, że zarówno autorem książki, jak i autorem scenariusza był Adam Bachtaj. W związku z czym trudno się dziwić, że ponieważ napisał genialne dialogi w książce, to te genialne dialogi pojawiły się również w filmie. Naprawdę, wierzcie mi państwo, oczywiście wierzcie ci z państwa, którzy nie oglądali tego serialu. Serial jest czarno-biały, serial jest stary, ale naprawdę warto. Ten serial pokazuje przede wszystkim, jak operować, jak przenosić, jak adaptować książkę na serial. Ja sobie to bardzo dobrze prześledziłem, takie moje prywatne fascynacje, jak przekładać język książki na język filmu. To mnie interesowało. I powiem państwu, film się różni od książki, ale to, co zrobiono na etapie scenariusza, to jest mistrzostwo.
Nie wiem, czy świata, ale naprawdę mistrzostwo. Te skróty, te pewne takie ściśnięcia, które w filmie się pojawiają, one robią dobrze obrazowi filmowemu. W książce różne rzeczy przechodzą, ale obraz filmowy, serial to jest coś, co naprawdę chwyta za wyobraźnię. Chciałem powiedzieć za serce, ale nie, właśnie za wyobraźnię. Otóż dostajecie państwo, jeśli dobrze pamiętam, to chyba siedem odcinków było. Siedem odcinków serialu, który właściwie opowiada wam historię. Dlatego powiedziałem gdzieś w pierwszej części rozmowy, że mnie się wydawało, że to było milion odcinków, a to było tylko siedem. Naprawdę siedem odcinków, ale też plejada aktorów. Proszę państwa, tam się pojawiają tuzy ówczesnej kinematografii. Pojawia się Józef Nowak.
To dzisiaj może niewiele mówić, ale to był człowiek, który naprawdę był bardzo popularny w tamtych czasach. Ryszard Pietruski, taki człowiek trochę cichociemny, człowiek, który gdzieś tam w okolicach ówczesnych służb specjalnych czy milicji występował. Pojawia się szereg innych. Pojawia się Jerzy Turek chociażby. Maklakiewicz w takich w sumie śmiesznych, epizodycznych może rolach, ale w gruncie rzeczy co więcej. Pojawia się w tamtych czasach dobrze kojarzony z „Czterema pancernymi” Janusz Gajos, który gra takiego człowieka ze studentami związanego, ale właściwie takiego opiekującego się studentami. Pojawia się Roman Wilhelmi. Zauważcie państwo, to jest plejada PRL-owskich aktorów, takich naprawdę z pierwszej półki.
[03:33:45] - Jeżeli ktoś ich nie zna z nazwiska, to zna ich z twarzy tak naprawdę. Bo na przykład Józef Nowak to jest aktor, który zmarł bardzo młodo i tak naprawdę może to sprawiło, że nie został tak dobrze zapamiętany, ale przecież miał szereg ról, które W filmach, które są powtarzane do dziś. „Wiosna, panie sierżancie" na przykład. Był też przecież ojcem Talara z domu. Kto tam jeszcze był? Bolesław Płotnicki był. Też aktor bardzo charakterystyczny, znany praktycznie, przesadzam, że z każdej produkcji, ale twarz, którą widzieliście w większości polskich filmów, czy w roli epizodycznej, czy drugoplanowej. Ale zawsze Płotnicki był. Henryk Hunko, kolejny aktor charakterystyczny. Pietruskiego wymieniłeś.
Pietruski też zawsze mi się kojarzył z rolami milicjantów albo dyrektorów. Ale też świetny aktor. Zdzisław Mrożewski jeszcze, który grał profesora. Wacław Kowalski, czyli Pawlak. Ja mówię o tamtych latach z sentymentem. Możecie mnie uznać za jakiegoś zjadersa, ale mówię z podziwem, bo to byli aktorzy, którzy potrafili się przewinąć przez pięć sekund przez ekran i ty go zapamiętałeś.
[03:35:02] - To jeszcze jedna rzecz. Dwie role kobiece. Te nazwiska nic państwu nie powiedzą, ale kiedy zobaczycie je na ekranie, to już wszystko będzie jasne. Pani Trociowa, Teofila Koronkiewicz i Lichoniowa, Wanda Łuczycka. Proszę państwa, ja wiem, to są nazwiska, takie no name trochę, ale zerknijcie państwo do serialu i to będą bardzo charakterystyczne aktorki. Co chciałem powiedzieć? Głównie to, że wówczas seriale dla dzieci i młodzieży były kręcone na poważnie. Były robione w takiej oto konwencji, że nie robimy jakiegoś debilnego serialu, który pierdoły, jakieś tam opowieści dziwnej treści. Nie. Byli po pierwsze zaangażowani prawdziwi, poważni i merytoryczni aktorzy, ale też opowieści nie były debilne.
Nic się nie działo tak nie wiadomo skąd. I to jest chyba też siła tego serialu. Zarówno osobowości aktorskie, jak i opowieść, która, co tu powiedzieć? Co tu będziemy wiele zmyślać. To była opowieść, która ocierała się o rzeczywistość. To znaczy z jednej strony była w jakiś tam sposób, cudzysłów, baśniowa, ale z drugiej strony byli milicjanci. Były jakieś konkretne sytuacje, które wydawały się bardzo prawdopodobne. Widzicie państwo, z jednej strony niby dotknięcie codzienności, a z drugiej strony opowieść absolutnie bajkowa, a w każdym razie magiczna. Na pewno przesadzam. To dobrze, to jeszcze jeden przymiotnik.
To była opowieść, która sprawiała, że czuliśmy się niesamowicie.
[03:37:15] - Tak. Do końca też coś powiem.
[03:37:23] - Dobrze. Była chwila ciszy, ale powiem tak: chwila magiczna pojawiała się wtedy nie dlatego, że tam się działy rzeczy magiczne, ale właśnie poziom dialogów, poziom intrygi. To znowu chylę czoło przed Bachtajem, ale poziom intrygi, odwrócenie. Widzicie państwo, później człowiek ogląda Jamesa Bonda i mówi sobie: „Wow, jak to jest zrobione!" Nie przesadzajmy. Nie wszystkie części Bonda są szczególnie porywające. Natomiast później albo wcześniej człowiek ogląda „Wakacje z duchami" i tam nagle się okazuje, że da się w serialu dla młodzieży również zrobić takie odwrotki. Czyli myślimy na początku, że świat wygląda inaczej, a później nagle się okazuje, że nie, nabraliśmy was. Jest zupełnie inny rozkład tego wszystkiego, co się dzieje w filmie. Źli wcale nie są źli, a ci, których uważaliśmy przynajmniej za osoby neutralne, okazują się strasznymi albo może takimi przynajmniej częściowymi łotrami. I przyznam się państwu, że to też jest ujmujące w tym serialu, że to nie jest taki prosty podział na czarne i białe.
Być może to jest kolejny kamyczek do tego ogródka, w którym możemy określić, że ten serial jakoś porywa za sobą. Bo nagle okazuje się, że opowieść dla młodzieży, dla dzieci wcale nie musi być kawoławiczna, nie musi być prostacka, nie musi być głupia po prostu. Może być opowieścią, która ma pewne meandry. I bardzo dobrze, że je ma, bo z tego wynika pewna siła tego obrazu.
[03:39:29] - Tak. Ja wrócę do tych aktorów, tych dorosłych, bo dzisiaj aktorzy to są w większości tacy nijacy, tacy wymymłani, zblazowani, wszyscy wyglądają inaczej. Nie wiem, w czym tkwiła siła aktorów z PRL-u. I w sumie z PRL-u chyba to jest dobrze powiedziane, bo to się tyczyło też lat 80. Ale nie wiem. Ta siła ich oddziaływania, przynajmniej na mnie, może ja jestem jakiś głupi, była wielokrotnie większa. I nawet jeżeli to był aktor, który się potem nigdzie nie pojawił i to była jego jedyna rola w życiu. To się zapamiętywało. Ale zobacz, ile w PRL-u się kręciło tych seriali dla dzieci i młodzieży. Mnóstwo, bo oprócz tych bardziej znanych, "Stawiam na Tolka Banana" i tak dalej, są takie seriale jak "Gruby", "Dziewczyna i chłopak", rzadko emitowana "Rodzina Leśniewskich", chociaż to zupełnie inny gatunek.
Ciekawi mnie to, z czego to wynikało. I może mi się wydaje, ale dzisiaj seriali dla młodzieży to już się raczej nie kręci. Kręcono jeszcze niedawno, głównie takie z wątkiem fantastycznym. Może też kiedyś o nich powiemy, ale dzisiaj to już chyba nie. Dzisiaj się kręci takie programy typu paradokumenty, jakaś tam szkoła i kiedy ktoś spojrzy na to, co kiedyś oglądały dzieci, w tym my, a potem obejrzy szkołę i jakie oni tam mają problemy, to będzie poważny szok. Mimo to zachęcam do "Wakacji z duchami". Mnie one inspirowały jeszcze z jednego powodu. Myśmy też mieli pod nosem zamek. Co prawda gorzej zachowany, ale też korciło, by się tam zakraść i znaleźć jedną z tajemnic. Także też szczerze polecam.
Powiem jeszcze jedno, że identyczny schemat, identyczny czar wiąże się z "Szatanem siódmej klasy", tym PRL-owskim, bo tam w sumie historia jest bardzo podobna. Sposób przedstawienia tej historii jest bardzo podobny. I mamy Szatana siódmej klasy w wersji tej starej, który jest po prostu bajeczny i mamy tego nowego, którego się nie da oglądać. I to nam pokazuje, że coś się stało po roku 1989 z polskim kinem, bo jak sam powiedziałeś, tamte historie były bliżej ludzi. Natomiast kiedy my oglądamy jakieś współczesne seriale polskie, ja powiem szczerze, że polskie kino mainstreamowe mnie obraża jako człowieka, obraża moją godność. Ci aktorzy, którzy się tam pojawiają, to są miernoty. Powiem ci, naturszczyk z PRL-u, a było takich wielu w serialach, filmach, miał więcej czasem talentu. Na przykład Benek Richter. Nie wiem, czy kojarzysz.
[03:42:25] - Nie do końca. Akurat przybliż, kogo grał.
[03:42:30] - Jak zobaczysz twarz, to skojarzysz. Natomiast chodzi mi o to, że dzisiaj to się zrobiło takie jakieś wszystko karykaturalne. Tamten serial to był taki bliżej, miałeś wrażenie, że to się mogło wydarzyć. Natomiast kiedy dzisiaj sobie oglądasz różnego rodzaju seriale, ja nie mówię o telenowelach, bo ich nie oglądam, ale oglądasz sobie jakieś tam „Ranczo” na przykład, to jest absurdalne, bo po pewnym czasie się robi absurdalne. Ja mam takie wrażenie, że z tych seriali się robią czasami tragikomedie jakieś, że chcą nam twórcy pokazać coś zamiast nas bawić, prawda? A tu się udało i myślę, że możecie nas uznać za jakichś tam dziadów. Możecie nas uznać za dziwaków, ale ja naprawdę nigdy nie wyjdę z podziwu dla twórców "Wakacji z duchami" i myślę, że one będą jednym z moich ulubionych seriali w ogóle, jakie kiedykolwiek powstały.
[03:43:31] - Ja powiem jeszcze tylko jedną rzecz, że sam reżyser, Jędryka, to jest człowiek, który chyba znalazł patent na robienie dobrych filmów dla młodzieży, dla dzieci i młodzieży. Otóż w 1965 roku ten reżyser nakręcił film "Wyspa złoczyńców". To jest pierwsza ekranizacja powieści Nienackiego. Wszyscy kojarzą oczywiście serial "Pan Samochodzik i Templariusze". Tymczasem pierwszy film o Panu Samochodziku nakręcił właśnie Jędryka. I to był film, w którym główną rolę grał Machulski, Jan Machulski. "Wyspa złoczyńców", 1965 rok. A potem był ten "Do przerwy 0:1" z Paragonem, 1969 rok. Pewno dlatego później zmieniono ksywkę jednego z bohaterów "Wakacji z duchami". Ale właśnie w 1970 roku, to był serial z 1970 roku, powstały "Wakacje z duchami".
A potem była "Podróż za jeden uśmiech". W dalszym ciągu się nieźle na tym bawię. Potem "Stawiam na Tolka Banana". Potem było "Szaleństwo Majki Skowron". Takie trochę romansidło dla młodzieży.
[03:45:00] - To było cienkie, muszę powiedzieć, ale dlatego, że nie jestem dziewczyną, to mówię, że to jest cienkie. Obejrzałem, że się podobało niektórym.
[03:45:09] - Było kolorowe. To pierwszy taki serial kolorowy. Powiem tak: problem, który tam był przedstawiony... Dobrze, główny bohater się bardzo zakochał. Taka młodzieńcza miłość. Tak jak Piotr powiedział, ten film mógł się niektórym podobać. Ja jednak wolę filmy, które wymieniłem wcześniej. A "Wakacje z duchami" to jest zdecydowanie top. Zdecydowanie. I cóż, proszę państwa, ja myślę, że my nie powiedzieliśmy z Piotrem wiele nowego, jeśli chodzi o serial "Wakacje z duchami".
Natomiast chyba warto było wspomnieć o tym serialu, ponieważ to jest swoista podróż w przeszłość. Uświadommy sobie: rok 1970. Ile to już lat minęło? Naprawdę człowiek myśli i mówi sobie: rany, to ponad pół wieku. Czasami w to nie wierzę. Niemniej jednak myślę, że „Wakacje z duchami” to jest taki obraz, do którego warto wrócić.
[03:46:22] - Dokładnie. Jeżeli macie jakieś propozycje do Sentymentalnika, nawet takie związane z serialami, nie muszą to być seriale polskie, ale takie, które powstały dawno temu albo nie są już emitowane, bo takie seriale też są, to czekamy na wasze komentarze. Oczywiście w grę wchodzą również produkcje z bloku wschodniego.
[03:46:46] - Proszę państwa, krótka dzisiaj ta audycja. Jak na możliwości „Bibliotekarium 2.0” to krótka. Ale tak jak powiedziałem, czas przedświąteczny, nie będę państwu się narażał. Za tydzień obowiązkowo kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0”, też wydanie świąteczne. W związku z tym sporo literatury. Tym razem pojawi się literatura, jak powiem, że przedwojenna, to wszyscy uciekną. Więc nie, powiem inaczej: literatura kryminalno-sensacyjna w wydaniu przedwojennym. Pewien ślad tej literatury znajdziecie państwo dokładnie rok temu. Marek Sęk "Ivellios" czytał opowieść o pewnym arystokracie, który kombinował z różnymi automatami i machinami różnego rodzaju. Więc wrócimy do tej postaci za tydzień i poznacie państwo kolejną odsłonę przygód tegoż bohatera.
To za tydzień, ale to nie będzie jedyny punkt programu. Za tydzień oczywiście z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiać o kolejnym filmie. I będziemy też rozmawiać w ramach Sentymentalnika. Proszę państwa, czy ktoś z państwa pamięta „Barbapapę”? Czy ktoś pamięta „Shagmę”? Czy ktoś pamięta „Było sobie życie” albo „Był sobie człowiek”? To już państwo wiecie, że będziemy rozmawiać o różnych serialach made in France. To chyba tak się wymawia? Tak. O tym będziemy rozmawiać.
To jeden z kolejnych punktów programu za tydzień. A co jeszcze? Zapraszam za tydzień. A teraz pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. A ponieważ jesteśmy w okresie przedświątecznym, to obojętnie, czy państwo obchodzicie, czy nie obchodzicie, czy państwa święta ekscytują, czy nie ekscytują, to na ten świąteczny czas, na ten czas, w którym ludzie przynajmniej sprawiają takie wrażenie, że są lepsi, to na ten dobry świąteczny czas życzę państwu wszystkiego dobrego. Niech to będzie czas, w którym państwo nie tylko odpoczną, ale też poczynią szereg refleksji na temat tego, jak to jest z tym naszym światem i dlaczego on jest taki, jaki jest. Wszystkiego dobrego życzę.
[03:49:37] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.