Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Drodzy Państwo, dzisiaj wybieramy się do Japonii. Znowu. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:31] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak jak powiedział Ivellios, dzisiaj wędrujemy do Kraju Kwitnącej Wiśni. Okazuje się, proszę państwa, że tak naprawdę wędrujemy do Kraju Kwitnącej Literatury. Czy też literatury? Zawsze mam problem z tym akcentowaniem. Holender, ten język polski to trudna, trudna język jest, proszę państwa, trudna język bardzo. Ale zanim powędrujemy na Daleki Wschód, to tradycyjnie polecanki. Najpierw książka, która już się ukazała i książka, która państwa może zaskoczyć, bo to nie będzie ani fantastyka, ani fantasy, ani kryminał, ani sensacja. To będzie książka wydana przez wydawnictwo Zysk i Spółka. Wszystkie dzisiejsze książki wydane są przez wydawnictwo Zysk i Spółka, a ta książka to „Niespokojny umysł”.
Kay Redfield Jamison. Jamison? Chyba jakoś tak. W każdym razie profesor Kay Redfield Jamison jest psychologiem, terapeutą i jednym z największych autorytetów w zakresie problematyki związanej z psychozą maniakalno-depresyjną. Doświadczyła tej choroby również osobiście. Przez cały okres swojej kariery akademickiej cierpiała z powodu tych samych niezwykłych wyżów psychicznych i katastrofalnych depresji, co wielu jej pacjentów. „Niespokojny umysł” jest pamiętnikiem pełnym odwagi, poczucia humoru i mądrości. Pamiętnikiem, w którym autorka opisuje psychozę maniakalno-depresyjną z dwóch punktów widzenia: lekarza i pacjenta, ujawniając zarówno lęk związany z tą chorobą, jak i jej okrutną zwodniczość. To jest, proszę państwa, książka dla tych, którzy cierpią na zaburzenia nastroju, a także dla tych, którzy chcą zrozumieć doświadczenia depresji i manii. Dosyć sławne pismo „British Medical Journal” napisało o tej książce następująco: „Kamień milowy w historii opisów psychozy maniakalno-depresyjnej”.
Ktoś powie: „Dosyć oszczędnie napisali”. Owszem, ale za to liczy się, kto napisał. „Scotland on Sunday”, już taka bardzo popularna gazeta, podsumowała wydawnictwo w taki oto sposób: „Pełen wyobraźni, przemyślany i daleki od apologii portret szaleństwa. Wybitny ze względu na osobisty opis kruchości i braku logiki ludzkiego umysłu, jego możliwości przetrwania i powrotu do zdrowia”. No dobrze, ale to, powiedzmy, gazeta dosyć popularna. To wróćmy jeszcze raz do pisma zatytułowanego „British Medical Journal”. Tu nieco bardziej rozbudowana zachęcajka: „Barwny i zajmujący opis życia, miłości i doświadczeń kobiety, terapeuty, nauczyciela akademickiego i pacjenta, przynoszący wiele wiedzy, inspiracji oraz natchnienia dotkniętym przez psychozę maniakalno-depresyjną, a także tym, którzy chcą poznać jej naturę”. To była, proszę państwa, pierwsza pozycja. Pewno dosyć kontrowersyjna, ale mnie niezwykle zainteresowała. No bo cóż, proszę państwa, jak się pisze prozę, jak się plata wątki sensacyjne, wątki kryminalne, a wreszcie wątki fantastyczne, to, powiem tak frywolnie troszeczkę, ale człowiek z jakimś ubytkiem, czy to emocjonalnym, czy to takim psychologicznym, psychicznym, to jest zawsze postać barwna niezwykle.
I chociażby z tego względu warto po tę książkę sięgnąć. Ale ja myślę, że warto po nią sięgnąć jeszcze z kilku innych powodów. Chociażby z takiego, że pozwala ta książka troszeczkę wczuć się w to, czego na co dzień nie rozumiemy. Bo bardzo często słyszę, cały czas słyszę te głosy, właściwie nie wiem dlaczego, że depresja to jest taki obniżony nastrój, że po prostu ktoś smutny jest. Obawiam się, proszę państwa, nie doświadczyłem tego na sobie, na szczęście, ale miałem okazję kilka razy w życiu obserwować osoby dotknięte depresją. Wierzcie mi państwo, to jest coś nieprawdopodobnego, coś, co rujnuje człowieka w sposób psychiczny. To niby oczywiste, ale rujnuje go również w sposób fizyczny, dosłownie fizyczny. Jak by to państwu powiedzieć? Czasami można spędzić u lekarza z powodów takich objawów jak najbardziej fizjologicznych długie tygodnie, szukając choroby w sobie, tej somatycznej czysto. A okazuje się później, że tej choroby nie ma, że to po prostu zadziałała nasza psyche, tak bardzo oględnie powiedziawszy.
I tak naprawdę ta choroba jest zupełnie w innym miejscu, w naszej głowie po prostu. Przypomnę, książka, o której mówiłem, to jest książka zatytułowana „Niespokojny umysł” Kay Redfield Jamison. To książka, którą dostaniecie już Państwo. Ona jest obecna na rynku. A teraz przechodzimy do książki, która ukaże się 23 stycznia przyszłego roku. Nosi tytuł „Rykowisko”. Jej autorką jest Julia Halladin. Czytam notkę wydawcy. „W Rogatym Lesie, jeśli raz zboczysz ze ścieżki, możesz zginąć bez śladu. Podczas jednej z listopadowych nocy w otoczonej lasem Czarnej Górze nie wszystkim pisany będzie sen i wypoczynek.
W starym internacie wybucha pożar. Na miejscu zostaje znalezione ciało mężczyzny, ale okazuje się, że to nie płomienie go zabiły. Zostaje wszczęte śledztwo. Sprawą pożaru i morderstwa interesuje się nauczyciel i religioznawca Darek Moskal oraz dwie uczennice szkoły policealnej. Trop prowadzi do tajemniczych zaginięć sprzed lat i do słowiańskiej sekty. Kiedy ginie kolejna osoba, blady strach pada na wszystkich mieszkańców. Świadkiem wydarzeń są czarne drzewa i góry majaczące na horyzoncie. Tutaj wszystko się zaczęło i tutaj wszystko się kończy. Pośród starych drzew niepokojącego Rogatego Lasu.” Przypomnę, to książka „Rykowisko” Julii Halladin, która ukaże się 23 stycznia nakładem wydawnictwa Zysk i Spółka. Nieco wcześniej, bo 16 stycznia, w tym samym wydawnictwie ukaże się książka „Pustkowie zwane pokojem”.
To spektakularna space opera, w której przerażający obcy mogą doprowadzić do zagłady cywilizowanego świata. Na granicach przestrzeni czai się tajemnicze zagrożenie. Nikt nie potrafi porozumieć się z obcymi. Żadna broń nie jest w stanie ich zniszczyć, a kapitan Dziewięć Hibiskus wydano rozkaz wygrania wojny z nimi. Rozpaczliwie poszukując dyplomatycznego rozwiązania, kapitan floty wysłała po emisariuszkę, która ma nawiązać kontakt z tajemniczymi najeźdźcami. Mahit i Trzy Trawa Morska, które nadal nie wróciły do równowagi po ostatnich wydarzeniach w Imperium, stają przed niewiarygodnie trudnym zadaniem. Muszą podjąć próbę negocjacji z wrogo nastawionym jestestwem, nie doprowadzając przy tym do zguby siebie i całego Imperium. Ich sukces bądź porażka na zawsze zmienią oblicze Texicaclanu. John Scalzi, autor powieści „Gambit Lisa” napisał o tej powieści następująco: „Poruszająca, piękna i bardzo ludzka opowieść przygodowa. Najlepsza powieść SF ostatnich lat.” A ja przypomnę „Pustkowie zwane pokojem” Arkady Martine.
To, proszę Państwa, były polecanki krótkie dzisiaj, ale za to zauważcie Państwo z różnych dziedzin. Mieliśmy space operę, mieliśmy klasyczną sensację, a właściwie bardziej kryminał połączony z nutą sensacji. No i mieliśmy książkę taką mało beletrystyczną, za to myślę, dającą sporo do myślenia o psychozach maniakalno-depresyjnych. I teraz nadszedł czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj, proszę Państwa, artykuł wyjęty ze znanego Państwu pisma, ale też wyjęty z pewnego kanału na YouTubie, który nazywa się Wehikuł Wyobraźni. Tam Państwa zapraszam, bo to nie ukrywam mój kanał i tam się produkuję już od jakiegoś czasu. Postanowiłem Państwu w dzisiejszej audycji udostępnić artykuł z czasopisma dwumiesięcznika „Filozofuj”. Troszeczkę się tam, jak to mawiali w pewnym filmie, wtrącam. No więc się wtrącam tam i omawiam pewne rzeczy, ale jednocześnie przedstawiam artykuł. Ciekawy, poświęcony idei symulacji, a nosi on tytuł: „Idea symulacji przestaje wydawać się jedynie wymysłem” i jest to tak naprawdę, przesadziłem, że artykuł.
To jest wywiad z człowiekiem, który naprawdę wie, o czym mówi. Zapraszam. Zapraszam Państwa do lektury, a właściwie odsłuchania czytanego przeze mnie wywiadu z profesorem Christopherem Grau. To profesor filozofii na Clemson University, a doktoryzował się na John Hopkins University. Specjalizuje się w etyce, metafizyce i filozofii w filmie. Redaktor książek takich jak „Philosophers Explore the Matrix” wydanej przez Oxford University Press i „The Oxford Handbook of Philosophy of Love”. Tę książkę stworzył z Aaronem Smatsem. Wywiad, który przedstawię, ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” z 2020 roku, w numerze czwartym, trzydziestym czwartym z kolei. Tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Wywiad nie jest długi
[12:12] - Ale uznałem, iż jest bardzo interesujący, ponieważ syntetyzuje pewne kwestie. Ważnym elementem, o którym będę zapewne jeszcze mówił, jest zwrócenie uwagi na to, że do zagadnienia symulacji można podchodzić w rozmaity sposób. Mnie szczególnie podekscytowało to, iż profesor Grau zwraca uwagę na pozornie mało istotny element, taki jak to, czy symulacja jest „wyświetlana umysłowi, który fizycznie gdzieś istnieje" - sytuacja chociażby z filmu „Matrix" - czy też sam umysł jest symulowany w symulacji. Dotykamy bowiem zagadnienia kreacji sztucznych inteligencji, ale nie w rozumieniu tych, o których mówi obecnie cały świat. Chodzi o takie prawdziwe, z pozorami wolnej woli, samoświadomością i tak dalej. Ale bez fizycznego nośnika. Poprawka: bez fizycznego nośnika w tradycyjnej postaci, w postaci mózgu. Bo przecież fizycznym nośnikiem owej inteligencji byłaby sama symulacja. I tu natychmiast, niczym diabeł z pudełka wyskakuje kolejny problem. Bo kto powiedział, że mózg jest naprawdę nośnikiem fizycznym świadomości, inteligencji, umysłu?
Równie dobrze może być tylko przekaźnikiem, odbiornikiem tego, co spływa skądś tam. To jednak temat na odrębny odcinek. Nie można łapać wszystkich srok za ogon. Zapraszam zatem na wywiad z profesorem Christopherem Grau. Nie mam pojęcia, czy należy to nazwisko odmieniać. Niby w języku polskim jest zasada, iż odmienia się wszystko, co odmieniać można, ale dwumiesięcznik „Filozofuj" jednak tego nie robił. Zatem zapraszam na wywiad z profesorem. Rozmowa nosi tytuł: „Idea symulacji przestaje się wydawać jedynie wymysłem". A, jeszcze jedno. Po każdym pytaniu i odpowiedzi będę wtrącał swoje trzy grosze.
Czasami, aby zwrócić uwagę na jakiś fragment wypowiedzi, czasami, aby nieco rozszerzyć temat. Dobrze, czas na wywiad. Jak rozumieć hipotezę symulacji? Czy powinniśmy ją ujmować w wąskim sensie jako symulację komputerową, czy też szerzej, na przykład jako obejmującą platońską koncepcję świata cieni? Przykłady wielu filozofów pokazują, że nie ma co się ograniczać w wymyślaniu sposobów, na jakie nasz świat może być iluzoryczny. Mogą to być na przykład platońska jaskinia, leibnizowskie monady, kartezjański demon czy putnamowskie mózgi w naczyniu. Sądzę jednak, że dzisiaj idea symulacji komputerowej przyciąga naszą uwagę w sposób szczególny, ponieważ dzięki rozwojowi technologii komputerowej przestaje się ona wydawać jedynie oderwanym od rzeczywistości wymysłem. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie istnieją dobre racje, aby nadal wątpić w tę możliwość albo nawet nie dostrzegać niespójności hipotezy symulacji komputerowej. Nie ulega jednak wątpliwości, że taki scenariusz coraz bardziej przykuwa naszą uwagę. Wydaje się to potwierdzać coraz większa ilość literatury i filmów z gatunku science fiction wykorzystujących wątek symulacji.
Uwaga, uwaga! Po prostu muszę się w tym momencie wtrącić. Ci z państwa, którzy znają mnie z audycji „Bibliotekarium 2.0", z wywiadów, które tam prowadzę, wiedzą doskonale, że uwielbiam przerywać swoim rozmówcom. Tutaj zastosuję bardzo podobne narzędzie, czyli przerywanie i to właściwie po każdym pytaniu. Zdaję sobie doskonale sprawę, że katowanie państwa artykułem filozofa, który pewne rzeczy mówi jednak skrótami, jest dosyć okrutne. Niemniej jednak bardzo chciałem, żebyście państwo dostali do ręki pewne argumenty, tak zwane silne. Oto filozof, człowiek, który na co dzień zajmuje się hipotezą symulacji, przytacza pewne bardzo silne argumenty i myślę, że warto o nich pamiętać. One nie zawsze przy pierwszym przesłuchaniu wydadzą się państwu atrakcyjne, wydadzą się państwu w jakiś sposób naprawdę silne. Tu jest moja rola, żeby troszeczkę państwu o niektórych sprawach poopowiadać. Zwróćcie państwo uwagę, że w pierwszej odpowiedzi nasz filozof Christopher Grau tak naprawdę zachęca do filozofowania w ogóle.
Przypomnijcie sobie państwo, jeśli czytaliście kiedyś książkę filozoficzną, to ona na ogół zaczyna się od takiej zachęty do filozofowania, żebyśmy otworzyli umysł i patrzyli na świat troszeczkę inaczej. Dokładnie to samo robi profesor Christopher Grau. No to podążmy za jego sugestią. Myślę, że bardzo ważne były słowa, które padły przed chwilą. Nie ma co się ograniczać w wymyślaniu sposobów, na jakie nasz świat może być iluzoryczny. Przyznam się państwu, że już tylko za to można człowieka naprawdę polubić. Filozof przytacza platońską jaskinię, monady Leibniza. Mówi też o demonie Kartezjusza, pantamowskich mózgach w naczyniu. Ja dołożyłbym jeszcze do tego Berkeleya oraz zwróciłbym państwa uwagę na to, co pojawi się za chwilę. Otóż za niedługo profesor Christopher Grau powie o tym, że istnieje spora różnica.
Warto się na to nastawić. Istnieje spora różnica pomiędzy umysłem symulowanym w ramach symulacji, czyli stworzonym w obrębie tego czegoś, co zwykliśmy symulacją nazywać. Więc istnieje różnica pomiędzy takim tworem a tworem niejako zanurzonym w symulacji. To znowu odwołanie do Matrixa tu byłoby chyba najlepsze. Wyobraźcie sobie państwo, że jest symulacja, a nasz umysł jest do niej wrzucany, ale gdzieś fizycznie istnieje, tylko jest podłączany do tej symulacji. Oczywiście umysł tworzony w symulacji to jest w ogóle zagadnienie filozoficzne, o którym pewno jeszcze dzisiaj wspomnę, bo musimy sobie uświadomić, że tworzymy tak naprawdę istotę, która nie ma ciała, nie ma swojej fizyczności, jest zanurzona gdzieś w głębi tego czegoś, co symulację tworzy. A właśnie, stare pytanie filozoficzne: czy ona jest, czy jej nie ma? Skoro jest umysłem spełniającym wszelkie wymogi tego, że jest inteligentny, to dlaczego odmawiać tej istocie, temu umysłowi realnego istnienia? Ale jesteśmy przyzwyczajeni, że realne to jest to, co jest materialne. Czyli na przykład Neo leżący sobie w tej wieży, gdzie był otoczony jakimś płynem i dostarczał energii, a jednocześnie symulowany był mu świat, to to jest umysł realny.
A te byty, które żyją w ramach symulacji i są tylko stworzone po to, żeby Neo w tej symulacji czuł się lepiej? One mogą być dwojakiego rodzaju. Mogą być bytami, które tylko udają, że są inteligentne, a i wówczas nie ma problemu. Ale mogą być to byty inteligentne naprawdę. To mogą być umysły, które nie mają swojego odpowiednika w materialnej rzeczywistości, ale istnieją realnie, naprawdę. Uważam, że to jest spory problem. Ale przejdźmy do dalszej części wywiadu. Czy możemy powiedzieć, że nasz świat symuluje inną rzeczywistość tylko pod pewnymi względami, a pod innymi niekoniecznie? Na przykład, że symulowany świat nie jest materialny. Andy Clark napisał fascynujący esej na ten temat „The Twisted Matrix: Dream, Simulation or Hybrid?", w którym pokazuje, że symulacje świata generowane przez nasze mózgi podczas snu są dla nas przekonujące po części dlatego, że chemiczne i neurologiczne zmiany, kiedy zachodzą w nas podczas snu, nieco nas ogłupiają.
Łatwiej jest kogoś nabrać na myślenie, że fałszywy świat jest czymś realnym, jeśli jest mniej czujny i mniej inteligentny. Nie trzeba wówczas dostarczać pełnej symulacji ani martwić się o szczegóły, których nie dojrzy poznawczo ograniczony świadek. To budzi raczej niepokojące podejrzenie, że być może żyjemy w marnej jakości symulacji, ale jesteśmy zbyt nierozgarnięci, aby się tego domyśleć. Proszę państwa, znowu muszę przerwać. Zwracam państwu uwagę na ten fragment, w którym mowa jest o snach, a właściwie o tym, że w trakcie snów jesteśmy nieco ogłupiali. Łatwiej przyjmujemy różnego rodzaju sugestie, które nam się w głowie lęgną. Pamiętacie państwo? Sny tuż po zbudzeniu się wydają się takie realistyczne, takie fajne, takie wspaniałe. Im dłużej później o nich myślimy na jawie, tym się wydają bardziej durne. Ja nie mówię tu o snach świadomych, tylko o takich zwykłych, codziennych, jakich większość z nas doświadcza.
Otóż te sny niestety bardzo często wydają się po prostu głupkowate. Jakby to państwu powiedzieć dalej? Dzięki substancjom, które pojawiają się w naszym organizmie. Tak sobie pomyślałem, że to zagadnienie jest na tyle ciekawe, że zrobię o nim osobną audycję o środkach psychoaktywnych, chemicznych, które sprawiają, że gotowi jesteśmy uwierzyć w dziwną rzeczywistość. Co więcej, są środki psychoaktywne, które mogą tworzyć iluzję rzeczywistości. Utwory science fiction przewidują, że tego rodzaju substancje będą produkowane coraz częściej i w coraz większych ilościach. Bo nasz umysł nie tylko daje się stymulować, oszukiwać. Nie tylko da się mu wmówić, że gdzieś tam istnieje coś realnie. Nasz umysł, odpowiednio zmiękczony odpowiednimi substancjami, jest gotowy uwierzyć, praktycznie rzecz biorąc, we wszystko. To zadziwiająca sytuacja, w której my, tacy racjonalni, tacy wspaniali, tacy odporni na manipulacje pod wpływem wielocząsteczkowych związków nagle tracimy tę naszą niezłomność.
Nagle różnego rodzaju bzdury, może za dużo powiedziane bzdury, różne dziwne sytuacje zaczynają nam się wydawać bardzo realne. Okazuje się, że chemią można tak naprawdę manipulować człowiekiem równie dobrze, jak na przykład tym, co nazywamy symulacją. A może jedno z drugim ma bardzo wiele wspólnego? Bardzo jestem ciekawy, co myślicie Państwo o podejrzeniu naszego autora Christophera Graua, że żyjemy w symulacji, która jest marna, a to, że jest marna, jest niejako przykrywane, maskowane takimi właśnie substancjami chemicznymi. Tak, to rzecz niezbędna, żebyśmy w jednej z przyszłych audycji porozmawiali trochę o środkach psychoaktywnych. Tych, które istnieją realnie, tuż obok nas niejako, ale tych, które są na razie w fazie projektu. Nie, to za dużo powiedziane. W fazie imaginacyjnej, czyli w głowach fantastów. Jedźmy dalej. Jaki pańskim zdaniem jest najsilniejszy argument na rzecz tezy o symulacji?
Jeśli mówimy o argumentach mających wykazać nie samą możliwość symulacji, jak na przykład czynił to Kartezjusz, ale że jest ona całkiem prawdopodobna, to najmocniejszy argument, jaki znam, zaproponował Nick Bostrom. Po raz pierwszy uczynił to w artykule „Are You Living in Computer Simulation?” z 2003 roku. W artykule, w którym sugeruje, że dzięki postępom w badaniach nad sztuczną inteligencją będziemy w stanie mnożyć wirtualne światy zawierające umysły. W konsekwencji doprowadzi to do tego, że szanse pojedynczej osoby na to, by zamieszkiwała ona realny świat, a nie symulację, okażą się bardzo niewielkie. Nie znam innego argumentu filozoficznego na rzecz symulacji, który nie byłby zasadniczo jakąś wersją argumentu Bostroma. Istnieją też argumenty naukowe na rzecz pewnego prawdopodobieństwa, że żyjemy w symulacji. Na przykład ten zaproponowany przez fizyka Jamesa Gatesa, oparty na myśleniu o „kodach korygujących błędy wbudowanych w teksturę wszechświata". Jako niespecjalista nie czuję się jednak kompetentny, aby właściwie ocenić empiryczne założenia takich argumentów. Opieram swoją ich ocenę na opiniach uznanych ekspertów. A jak do tej pory wygląda na to, że tego rodzaju argumenty muszą jeszcze przekonać innych fizyków i filozofów fizyki.
No i znowu muszę się wtrącić. Czy nie macie państwo wrażenia, że profesor Grau, powołując się na Nicka Bostroma, sprowadza wszystko do absurdu? Przypomnę fragment wypowiedzi. Dzięki postępom w badaniach nad sztuczną inteligencją będziemy w stanie mnożyć wirtualne światy zawierające umysły. W konsekwencji doprowadzi to do tego, że szanse pojedynczej osoby na to, by zamieszkiwała ona realny świat, a nie symulację, okażą się bardzo niewielkie. A teraz już mój komentarz. Czyli doprowadzimy do sytuacji, a może już doprowadziliśmy, tylko o tym nie wiemy. Doprowadzimy do sytuacji, że symulacji oraz umysłów w nich zagnieżdżonych będzie tak dużo I w sumie trudno będzie rozróżnić, czy jesteśmy w realu, czy w symulacji. Więcej! To nie pojawia się w tekście wprost, ale uważam, że można to w ten sposób odczytać.
Otóż autor zdaje się sugerować, że to nie będzie miało większego znaczenia. Realność i symulacja wydają się, przynajmniej zdaniem profesora Graua, stać na tym samym poziomie. Cóż, z jednej strony można byłoby się zgodzić, skoro, jak już wielokrotnie mówiłem podczas naszych spotkań w Wehikule Wyobraźni, skoro nie potrafimy rozróżnić symulacji i realu, można byłoby przyjąć, że to rzeczywiście nie ma znaczenia. A jednak coś się w człowieku buntuje. Chciałby wiedzieć, co jest prawdą, a co fikcją. Tylko czy to ma sens, skoro różnicy nie potrafimy wskazać? Sens jest jeden: dążenie do poznania świata i ogarnięcia jego istoty. Jest to, owszem, pewna motywacja, ale nie przeceniałbym jej zbyt mocno. Może się okazać, że poza naukowcami, filozofami cała reszta ma to głęboko w nosie. To, co mówi w dalszych częściach wywiadu profesor Grau, zdaje się potwierdzać takie podejście.
A może nadinterpretowuję? Słuchajmy dalej. A który argument przeciwko symulacji wydaje się najbardziej przekonujący? Moim zdaniem problem z argumentem Bostroma polega na tym, że zakłada on bardzo kontrowersyjny model świadomości. Zbyt mało wiemy o tym, jak generować świadome doświadczenie, aby mieć pewność, że cyfrowa symulacja będzie w stanie rzeczywiście odtworzyć, a nie jedynie symulować świadomość. John Searle, Colin McGinn i wielu innych filozofów podnosi podobne wątpliwości. Niemniej, w przeciwieństwie do Searla, nie uważam, że udało mu się wykazać niemożliwość duplikacji świadomości za pomocą symulacji. Uważam natomiast, że wskazał on na wystarczającą ilość wątpliwości, aby odpowiedzialny filozof przyjął agnostyczne stanowisko w omawianej tu kwestii. To ja tradycyjnie już wetnę się w tym miejscu. Mówiłem o tym, ale nie zaszkodzi powtórzyć.
Najpierw jednak cytat. „Zbyt mało wiemy o tym, jak generować świadome doświadczenie, aby mieć pewność, że cyfrowa symulacja będzie w stanie rzeczywiście odtworzyć, a nie jedynie symulować świadomość”. Koniec cytatu. W sytuacji matrixowej problem się nie pojawia. Nośnik, ewentualnie odbiornik świadomości, jest poza symulacją i jest do niej niejako wrzucany. Co natomiast z kreowaniem świadomości bezpośrednio w symulacji? Dzisiaj nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, czy możemy stać się kreatorami sztucznych, świadomych bytów. To, że możemy tworzyć podmioty, które znakomicie udają świadomość, to już wiemy. Obecna AI to właśnie robi. Udaje świadomy byt, ale nim nie jest.
Każdy z nas może stwierdzić: „Jestem świadomy swojego istnienia”. Jednak powiedzenie o kimś innym, choćby nam najbliższym, że jest świadomy, to jest jednak pewne założenie. Bardzo realistyczne, przyznaję, ale jednak założenie. Zdaję sobie sprawę, że część z państwa może w tym momencie zaprotestować. To naturalne. Niemniej jednak nie jesteśmy w stanie przesiąść się do głowy drugiego człowieka, a zatem nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest on świadomą jednostką, czy też botem symulującym takową jednostkę. W związku z tym proponowany agnostycyzm proponowany przez profesora Graua jest jak najbardziej zasadny. Tu przypomnę: agnostycyzm to jest taki pogląd filozoficzny, według którego obecnie niemożliwe jest całkowite poznanie rzeczywistości. Najczęściej agnostycyzm odnoszony jest do spraw wiary, a najzabawniejsze podsumowanie tej kwestii dał Bertrand Russell w broszurze „Kto to jest agnostyk?”. To właśnie tam stwierdził on, że chrześcijanie twierdzą, że wiemy, iż Bóg jest.
Ateiści, iż wiemy, że Boga nie ma. Natomiast agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć. Jedźmy dalej. Wywiad czeka. Ważąc wszystkie za i przeciw, która odpowiedź, afirmacja czy negacja symulacji, wydaje się panu bardziej prawdopodobna? Jako osoba podchodząca sceptycznie do idei świadomości cyfrowego systemu, systemu działającego w oparciu o odpowiednie oprogramowanie, nie uważam, aby argument Bostroma był bardzo groźny. Muszę jednak przyznać, że pandemia w połączeniu z nieodpowiedzialnymi liderami politycznymi w Stanach Zjednoczonych, ale i gdzie indziej Skłaniają mnie do myślenia, czy czasem ktoś nie bawi się naszym kosztem, zmuszając nas do przebrnięcia przez szczególnie absurdalną i okrutną symulację. I po raz kolejny przerywam profesorowi Grau, tym razem z niczym wielce istotnym. Ale czy nie macie państwo wrażenia, że rozmówca dwumiesięcznika "Filozofuj" trafił w sedno? Ja coraz częściej zastanawiam się nad kondycją naszego świata i podobnie jak profesor Grau, mam wrażenie, że coś jest z tym światem nie tak.
I nie chodzi mi o to, że nasz świat bywa absurdalny. Jeśli jest lub bywa losowy, to owa absurdalność jest po prostu wpisana w jego istnienie. Ja mam na myśli te wszystkie tak zwane teorie spiskowe. To wyjątkowo krzywdzące określenie, przynajmniej w odniesieniu do sporej części z nich. Nie macie państwo wrażenia, że wszystkie te teorie spiskowe spełniają się na naszych oczach? Nie będę wchodził w szczegóły, żeby nie prowokować pobocznej dyskusji, ale ja naprawdę jestem przeświadczony, że w ostatnich czasach na naszych oczach materializują się niejako największe strachy, traumy, które dręczą ludzkość od bardzo dawna. Co więcej, można odnieść wrażenie, że spełniają się niektóre wizje, proroctwa, przepowiednie. Ale dobrze, i tak pojechałem już zbyt daleko. Chociaż bardzo jestem ciekaw, jakie macie państwo zdanie w tej kwestii. Piszcie w komentarzach zarówno w tej sprawie i we wszystkich innych poruszanych w dzisiejszej audycji.
Kiedy na tym kanale nastanie czas live'ów czy też lajtów. Bardzo mi się to określenie Piotra Cielebiasia podoba i chyba mu je ukradnę. Zatem kiedy nadejdzie rzeczony czas, państwa komentarze będą jak znalazł. Wróćmy do wywiadu. Jakie miałoby dla nas konsekwencje odkrycie, że naprawdę żyjemy w symulacji? Zależałoby to w dużym stopniu od tego, jakiego rodzaju byłaby to symulacja. Myślę, że David Chalmers w przekonujący sposób argumentował w "Matrix as metaphysics", że jeśli znajdujemy się w symulacji à la Matrix, to znakomita większość naszych przekonań o świecie pozostaje prawdziwa. Chalmers zapożycza pewne idee od Hilarego Putnama, aby pokazać, przy założeniu sposobu, w jaki terminy odnoszą się do swoich desygnatów, że jeśli znajdowalibyśmy się w Matrixie, słowo takie jak na przykład stół odnosiłoby nas do cyfrowego stołu. Zatem moje przekonanie, że naprzeciwko mnie znajduje się stół, nadal okazywałoby się prawdziwe. Fałszywe okazywałyby się moje głębsze przekonania metafizyczne dotyczące fundamentalnej natury rzeczywistości.
Chalmers dochodzi do wniosku, że hipoteza Matrixa nie jest tak straszna, jak mogłaby się początkowo wydawać, chociaż skłaniam się do myślenia, że odkrycie fałszywości naszych głębszych przekonań metafizycznych może okazać się dosyć szokujące. Ponadto jego argument nie stosuje się do wszystkich możliwych scenariuszy symulacji. I znowu ja z natrętnym komentarzem, tym razem na szczęście krótkim. Sygnalizowałem to już wcześniej. Teraz macie państwo potwierdzenie. Grau uważa, cytuję: "Fałszywe okazałyby się moje głębsze przekonania metafizyczne dotyczące fundamentalnej natury rzeczywistości. Chalmers dochodzi do wniosku, że hipoteza Matrixa nie jest taka straszna, jak mogłaby się początkowo wydawać." A co państwo sądzicie na ten temat? Straszno i śmieszno? A może tylko straszno? Wróćmy do wywiadu.
Czy istnieją jakieś rodzaje własności, na przykład wartości, obowiązki moralne, umysły, które nawet w symulacji nic nie tracą ze swojego istnienia? Nawiązując do odpowiedzi na poprzednie pytanie, jeśli Chalmers miałby rację, a myślę, że ma, wówczas duża część naszego fizycznego świata nadal kwalifikowałaby się jako realna. Jeśli symulacja zawiera autentyczne umysły, nie tylko nasz własny, to jak sądzę, wiele z naszej moralności, także struktura wartości, również pozostałyby niezmienione. Jeśli okazałoby się, że inne umysły to jedynie symulacje, wówczas symulacja zrobiłaby się nieco skomplikowana. Nie mam pojęcia, dokąd by to doprowadziło. Do jakiegoś bałaganu. I znowu ja wchodzę cały na biało. Zacznę od cytatu: "Jeśli symulacja zawiera autentyczne umysły, nie tylko nasz własny, to jak sądzę, wiele z naszej moralności, także struktura wartości, również pozostałoby niezmienione." Jeśli okazałoby się, że inne umysły to jedynie symulacje, wówczas sytuacja zrobiłaby się nieco skomplikowana. Koniec cytatu. A zatem może jesteśmy w symulacji sami, a wszyscy inni to tylko boty?
Pytanie świadome czy nie? Jeśli tak by było, to skoro ja jestem, to za Kartezjuszem mogę stwierdzić z całą pewnością, ale już nie mogę mieć pewności, że państwo też jesteście. Po co w takim razie mówię do państwa i nagrywam podcasty? Nie, to wyraźnie ślepa uliczka. Chyba nie brnijmy w tym kierunku, bo ilość paradoksów będzie tylko rosła. Ważne jest to, że możemy być w symulacji sami. Taki full wypas świat, w którym możemy wszystko, ale o tym nie wiemy. A może część z nas wie? Może są gdzieś panowie tego świata, panowie, którzy tu rządzą, a nasze zwykłe szare świadomości to tylko świadomości samoświadomych botów. Prawdziwy gospodarz symulacji albo gospodarze bawią się nami zupełnie świadomie.
Bawią się niczym marionetkami. I jak tu się dziwić powstającym teoriom głoszącym, że istota tego, jak nasz świat działa, wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje. Prosty przykład: kto z państwa chce trzeciej wojny światowej? Kto chciał wojny drugiej i pierwszej? A jednak się odbyły. Ktoś nas w nie wepchnął i nie pytał społeczeństw o zdanie. Ciągle nam się wydaje, że coś od nas zależy, że coś możemy. To jednak chyba nam się tylko wydaje. Prosta, niespiskowa odpowiedź. Wepchnęli nas w tę wojnę politycy.
Owszem, to możliwe, ale ja mam czasami wrażenie, że politycy bywają tak mocno zagubieni, stojąc wobec mechanizmów rzeczywistości, dokładnie tak samo zagubieni jak przeciętny człowiek. Trudne to i mało optymistyczne. Wróćmy zatem do wywiadu. Czy uważa pan, że my ludzie będziemy kiedyś zdolni do tworzenia symulacji naszego świata zamieszkałych przez autentyczne umysły? A jeśli tak, to jakie miałoby to moralne lub inne konsekwencje? Może istnieją jakieś mocne moralne racje przeciwko tworzeniu takich światów symulacji? Wiele zależy od tego, czy rzeczywiście kiedykolwiek uda nam się stworzyć świadome byty cyfrowe. Jeśli tak, wówczas, jak sądzę, będziemy musieli się poważnie zastanowić, czy nie powinniśmy zrezygnować z powoływania do istnienia takich bytów, jeśli nie będziemy w stanie zapewnić im godziwej egzystencji. Ten sam problem rozważam w nieco innym kontekście, skupiając się na moralnych implikacjach powoływania do życia nie tyle wirtualnych świadomości, co robotów. Rozważam to w moim eseju „There is no I in robot”.
Co by pan zrobił, gdyby doszedł do przekonania, że naprawdę żyjemy w symulacji? Nalałbym sobie czegoś mocniejszego. I to już koniec wywiadu. Przynajmniej w ostatnim zdaniu powiało optymizmem. Żartuję, ale przyznacie państwo, że profesor Grau okazał się luzakiem. Po co rozpaczać i denerwować się sprawami, na które nie mamy wpływu? To nie ma większego sensu. Szklaneczka whisky czy co tam państwo lubicie, w ostateczności może być dobra kawa albo herbata. A zatem owa szklaneczka wydaje się najrozsądniejszym wyjściem. Z tekstami filozoficznymi, ale i wywiadami filozofów jest tak, że warto się przysłuchać kilka razy.
Człowiek odkrywa, że przy każdym kolejnym seansie w jego głowie pojawiają się nowe skojarzenia i nowe pytania. Spróbujcie państwo. Ja przy drugim czytaniu byłem zadziwiony, ile nowych, ważnych rzeczy odkryłem. Owocnych przemyśleń życzę. Zapraszam do komentowania dzisiejszej audycji, do łapkowania w górę i podumania na tematy poruszone przez profesora Graua. Zdecydowałem się, że jednak będę odmieniał jego nazwisko. Może się okazać, że myśli filozofa zaprowadzą państwa nie tylko do tematów symulacji, ale również do innych ciekawych zagadnień natury filozoficznej. Tak, proszę państwa, przeszliśmy przez tak zwane stałe punkty programu. Były polecanki, były korepetycje filozoficzne. To teraz czas na materiał tytułowy.
Całkiem niedawno, świeżutki, gorący niemalże materiał z 13 grudnia. Tak, 13 grudnia Marta Sobiecka znana państwu, bo już na antenie Book Radia i na antenie Bibliotekarium 2.0 i w Paranormalium występowała. Marta Sobiecka na spotkaniu opowiadała o japońskiej prozie. Nie tylko prozie fantastycznej, chociaż oczywiście ciągnie wilka do lasu i miło mi było posłuchać o japońskiej fantastyce, ale nie tylko.
[48:38] - Ta prelekcja mówi o japońskiej prozie. Przypomnę, że w pierwszej połowie roku naszym gościem był Bogusław Rac i on również mówił o swoich fascynacjach literackich, swoim zafascynowaniu prozą japońską. Dzisiaj macie państwo niejako drugi odcinek. Zupełnie inne spojrzenie na prozę z dalekiego kraju, ze Wschodu, z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie wiem, co jeszcze banalnego mógłbym wymyślić, ale pewno jak się postaram, to coś wymyślę. Nie zagadujmy, proszę państwa. Przed państwem Marta Sobiecka i spotkanie o japońskiej prozie. Zapraszam.
[49:31] - Dzień dobry. Powtórzę raz jeszcze. Nazywam się Marta Sobiecka i przyjechałam tutaj, żeby zachęcić państwa do czytania literatury japońskiej. Część będzie poświęcona jednak fantastyce, więc posłuchacie mimo wszystko o fantastyce, ale później przejdziemy do literatury współczesnej i takiej stricte literatury pięknej. Temat prelekcji: „Motywy literackie w prozie japońskiej”. Zaczniemy sobie od, ja to tak nazwałam, atomowe science fiction, bo chciałabym skupić się w tej pierwszej części właśnie na rzeczy, która bardzo mocno odbiła się w literaturze japońskiej. Może już nie w tych latach, gdzieś to odchodzi, ale jednak w pewnym momencie był to bardzo mocny motyw literacki. W 2023 roku Japończycy obchodzą 77. rocznicę ataku atomowego i 12. rocznicę awarii w elektrowni atomowej w Fukushimie.
I jedno, i drugie, ja to tak nazywam, zawdzięczają swoim sąsiadom zza oceanu, bo tak naprawdę atom przyszedł do Japonii zza oceanu. Nietrudno odgadnąć, że te traumatyczne wydarzenia musiały zarezonować w twórczości japońskich artystów. I rzeczywiście tak się stało, bo zaczęły ukazywać się powieści i krótkie formy, gdzie Japończycy albo krytykują politykę atomu, albo snują spektakularne wizje końca świata, bo zaczęli się naprawdę bać o swoje istnienie. Pierwszym autorem, który roztaczał w ogóle te katastrofalne wizje, był Sakyo Komatsu i on jest nazywany królem japońskiej literatury science fiction albo po prostu japońskim Arturem C. Clarkiem. Sakyo Komatsu jest znany, nie wiem, czy państwo kiedykolwiek słyszeli o takiej powieści „Zatoniecie Japonii”. Ona się ukazała w Polsce chyba w latach 80. To była jedna z pierwszych książek przetłumaczona na polski z Japonii, która się ukazała u nas. I to jest jego chyba najsłynniejsza powieść. Ona była dwa razy nawet zekranizowana i przedstawia opis wielkiego trzęsienia ziemi, w wyniku którego powolnej zagładzie ulega cały archipelag japoński.
On po prostu znika wyspa po wyspie pod wodą i społeczeństwo zaczyna się orientować, że coś jest nie tak. Tutaj obserwujemy naród w obliczu tego kataklizmu, gdzie próżno szukać tak naprawdę jednostki na miarę Supermana. I tutaj już jest pierwsza różnica między literaturą Zachodu a Wschodu, że tutaj bohaterem jest każdy wedle japońskiej hierarchii wartości, kto poświęca interesy własne dla dobra ogółu. Czyli tu nie ma takiego kogoś, że ja wam pokażę, tylko chodzi o taki kolektywizm, łączenie się w grupy i wtedy się uzyskuje jak najwięcej korzyści i najbardziej się pomaga wszystkim innym. Autor wstrząsnął Japonią nie tylko na kartach powieści, ale też opisał on to zatonięcie całego archipelagu tak szczegółowo, że wielu ludzi po przeczytaniu tej książki uznało: o rety, to się za chwilę wydarzy. I naprawdę ta książka zrobiła straszne zamieszanie. A z czego to wynika? Wynika to z tego, zacytuję samego autora: „Pisząc tę powieść, korzystałem z dzieł wybitnych uczonych: sejsmologa Chuji Tsuboi i geofizyka Hitoshi Takeuchi. Serdecznie dziękuję im za to, że mogłem wykorzystać te prace”. Właśnie chodzi o to, że ona jest naprawdę momentami aż techniczna, bardzo szczegółowa, bardzo opisująca, że tutaj, w tej prefekturze tyle i tyle domów zostało pozbawionych prądu, dostępu do wody, a tutaj tyle i tyle straciło dach nad głową, że czasami czyta się to jak reportaż.
I chociaż ta powieść jest chyba jego najsłynniejszą powieścią, wydaje mi się, że on osiągnął mistrzostwo w krótkich formach. I o tym właśnie będzie za chwilę. Skąd u artysty bierze się to poczucie, żeby pisać książki science fiction? Może tym kogoś zachęcę. I tutaj zacytuję: „Kiedy pierwszy raz usłyszałem słowa »bomba atomowa«, miałem 10 lat, a przeczytałem o niej w noweli publikowanej w gazecie. Jeszcze wtedy myślałem, że to fikcja. Dopiero cztery lata później przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, że to wydarzyło się naprawdę. Bomby atomowe spadły na Japonię, zabijając tysiące ludzi. Gdy dorosłem, zainspirowała mnie literatura, jednak wkrótce stanąłem przed problemem. Trudno mi było wyrazić to, co naprawdę czuję, pisząc literaturę głównego nurtu.
A potem przeczytałem »The Price of Peril« Roberta Sheckley. Byłem zszokowany. To naprawdę otworzyło mi oczy. Zdałem sobie sprawę, że problemów filozoficznych, ludzkich emocji i psychologii nie da się oddzielić od współczesnego społeczeństwa, a współczesne społeczeństwo nie może rozwijać się bez nauki i technologii”. I właśnie mam wrażenie, że tu jest zawarte takie clou, dlaczego warto pisać powieści science fiction, bo poprzez nie tłumaczymy trochę miejsce człowieka w świecie technologii i takich rzeczy. I właśnie to „Zatoniecie Japonii” było pokazaniem tego. Ale jednak przejdźmy do tych krótkich form, bo w Polsce w 1981 roku wyszedł taki zbiór opowiadań „Futurama” i można to powiedzieć na dzisiejsze, że była to taka rzecz piracka. Studenci czy uczestnicy tego klubu SF Fan Club sami zaczęli tłumaczyć, z angielskiego tak naprawdę, na polski i wydali sobie książeczkę, bo tak uwielbiali Japonię i literaturę japońską, że chcieli, żeby coś ukazało się na naszym rynku. W tej „Futuramie" pojawiło się jedno z opowiadań autora, nowela zatytułowana „Kwiaty z dymu". Komatsu tutaj pokazuje swój stosunek do cywilizacji Zachodu i tak naprawdę miażdży ją bez cienia litości.
O czym jest to opowiadanie? Ziemianie i w domyśle Zachód, za chwilę wytłumaczę, dlaczego tak uważam, przybywają na planetę Falfe, czyli Wschód. Oni chcą zawłaszczyć sztukę, z której słyną Falfianie w całym wszechświecie, czyli sztukę tworzenia kwiatów z dymu. Ta sztuka polega na tym, że z narzędzi-pajeczek wydmuchuje się dym. On przybiera niezwykłe kształty i za chwilę znika. Oni osiągają w tym mistrzostwo, co jest niesamowite. Przejmują tą sztukę groźbami, zabierają ją na Ziemię i niestety przerabiają ją na swoją modłę, czyli doprowadzają ją do artystycznej tandety. I w bardzo krótkim czasie sztuka, która wszystkich zachwycała, staje się czymś, czego już mamy dosyć, bo to wyskakuje, jak to się mówi, z lodówki. Teraz cytat. Dlaczego uważam, że jest to krytyka cywilizacji Zachodu?
Jest taki fragment w opowiadaniu: „Nieśmiertelność. Cisza. Stagnacja. Jakie to straszne. Absolutna nieśmiertelność jest okropna. Po co? Komu jest ona potrzebna w oderwaniu od pięknego upływu czasu? Przecież taka nieśmiertelność jest równoznaczna ze śmiercią czasu. I to jest straszne". Tutaj autor nawiązuje do kategorii estetycznej sztuki Wschodu zwanej mono no aware.
To oznacza wrażliwość na piękno i docenianie jego ulotnej natury. To widać najbardziej kulturowo w święcie kwitnienia wiśni, gdzie wszyscy Japończycy zbierają się w parkach pod drzewami i doceniają to, że wiśnie kwitną, płatki opadają i że to jest coś pięknego. Ale piękno polega też na tym, że to za chwilę zniknie, bo za kilka dni nie ma już tych płatków, nie ma już drzew bogato ozdobionych różowymi płatkami. Czyli to jest coś takiego, czym musimy się cieszyć teraz, bo za chwilę tego nie będzie. Ten cytat jest tutaj dosadny. Mam wrażenie, że autor tutaj mówi, że ich kultura nie może zostać zrozumiana przez żadną inną kulturę, bo oni są inni, wyjątkowi i tak należy to odczytywać. Clou tego opowiadania polega na tym, że na Ziemi pojawia się samozwańczy artysta i mówi tak: „Ja wam pokażę prawdziwą sztukę kwiatów z dymu". I tutaj kolejny cytat: „Nad ołowianym horyzontem przemknęła żółto-czerwona błyskawica. Potem horyzont rozszczepił się i rozłupał. Wysoko na czarnym niebie wisiał jadowicie czerwony, gigantyczny grzyb".
To jest czytelnym komentarzem, do jak wielkich rzeczy, zdaniem autora, zdolna jest zachodnia cywilizacja. I to jest komentarz do tego, co się wydarzyło w Japonii. Kolejnym autorem, który nie widział nadziei dla człowieka po odkryciu atomu, był Shin'ichi Hoshi. To był pisarz znany z bardzo krótkich nowel, których napisał około 1000. Jego opowiadanie ukazało się w „Krokach nieznane", tom trzeci. To też są bardzo stare rzeczy z lat 80. 70. nawet. „Upominek". Mieszkańcy gwiazdy Flor odbywają międzyplanetarne podróże i trafiają na Ziemię, ale na Ziemi jeszcze nie ma cywilizacji, nie ma człowieka.
Oni wiedzą, że prawdopodobnie będzie. Postanawiają w swojej łaskawości, że zostawią dla przyszłych mieszkańców Ziemi podarunek. Teraz tutaj cytat: „Sporządzili wielki metalowy pojemnik w kształcie jaja, a do środka włożyli najrozmaitsze przedmioty. Schemat rakiety kosmicznej, przepisy na produkowanie leków przeciwko rozmaitym chorobom i specyfików odmładzających, książkę pouczającą, jak współżyć w pokoju i pełnej zgodzie. A na wypadek, gdyby tekst okazał się nieczytelny, dołączyli jeszcze ilustrowany słownik". Wydaje się, że jest to świetna recepta na doskonały rozwój cywilizacyjny. Ale niestety, co dzieje się na Ziemi? Na Ziemi zaczynają rozwijać się ludzie, odkrywają ogień, narzędzia, zaczynają się rozwijać i dochodzą do takiej cywilizacji, powiedzmy, jak my jesteśmy, ale trochę wcześniej. I niestety dochodzą do odkrycia atomu. Co się dzieje?
Zaczynają testować broń atomową dokładnie na tej pustyni, na której znalazło się to jajo, i to jajo w wyniku tych testów znika z powierzchni ziemi. Cały sens jest tego, że mieli szansę, ale z odkryciem atomu stracili szansę na rozwój. To jest kolejny mocny sygnał do tego, jak Japończycy widzieli rozwój atomu, że to jest coś, co tak naprawdę tego rozwoju nie niosło, tylko niosło zniszczenie. Takich opowiadań jest dużo. Nie chcę tutaj mówić tylko o fantastyce, dlatego przejdę dalej. Taka ciekawostka, że autor Shin'ichi Hoshi, jego książka nakładem Wydawnictwa Warszawskiego ukazała się w 2021. Tytuł tej książki to „Wybrane opowiadania". Zbiór zawiera cały wachlarz tematów, bo są tam utopie jak wymarzone miasto. Są tam opowieści o podróżach międzygwiezdnych i są też historie o robotach. To nie jest duża książeczka, ale fajnie, że coś takiego wyszło, bo na rynku polskim mało ukazuje się fantastyki z Japonii.
To są rzeczy z lat odległych. Ciekawe jest to, jak można sobie porównać, jak oni widzieli takie historie science fiction, a jak widzieli to nasi autorzy bliżsi nam, czyli zachodni. Kolejny problem, że jak to możliwe, że Amerykanie oswoili Japończyków z atomem po tych wszystkich bombardowaniach? Nauczyli ich, że energia atomowa może być też źródłem energii w kraju. I rzeczywiście ona kilka lat temu stanowiła jedną trzecią energii. Chodzi o to, że budowanie elektrowni atomowych nie wydaje się rozsądne w kraju, gdzie są trzęsienia ziemi, tajfuny, wielkie fale tsunami. I rzeczywiście W 2011 roku, 11 marca Japonię nawiedziło silne trzęsienie ziemi. Wywołało ono potężną falę tsunami i doprowadziło do awarii w elektrowni atomowej w Fukushimie. Pewnie państwo wiedzą, że w wyniku tej katastrofy śmierć poniosło tysiące ludzi. Milion osób albo więcej straciło dach nad głową i do dzisiaj jest problem, żeby odbudować te części kraju i wiele ludzi dalej boryka się z problemem egzystencjalnym.
Takimi mniej znanymi skutkami kataklizmu było to, że 20 milionów ton odpadków dryfowało na Pacyfiku i stworzyło tam kolejną śmieciową wyspę, o których też często się słyszy. Czytając wstęp do książki, o której zaraz powiem, podobno w Japonii wydarzyło się coś takiego, że literatura podzieliła się na przed i po. Chodzi o to, że zawsze gdzieś pojawia się ten komentarz to przed i po, czyli ta katastrofa spowodowała jakiś rozłam. Jedną z pierwszych pisarek, która zabiera głos po katastrofie, jest Hiromi Kawakami. Tutaj już zaczyna się ta literatura bardziej współczesna. Ona napisała książkę „Niedźwiedzi bóg, 2011”, która ukazała się w Polsce w 2019 roku nakładem wydawnictwa Tajfuny. To jest ciekawe, że ta nowela, bo tak naprawdę to są króciutkie nowele. Ona stanowi remake do „Niedźwiedziego boga” napisanego w '94 roku. Śledząc treść obu tych tekstów, fajnie sobie możemy porównać, jak się zmienia krajobraz, jak się zmienia podejście człowieka do natury. Bo tam się coś takiego dzieje, że w drugim opowiadaniu, tym nowym, nie można już chodzić po parku, nie można już oddychać powietrzem.
Chodzi się w ochronnych strojach, w maskach, w kaloszach. I właśnie tutaj Kawakami zaczyna sugerować, że to jest to, do czego doprowadziliśmy, że w naturze nie możemy już czuć się bezpiecznie. „Niedźwiedzi bóg" jest, tak ja to odczytuję, parafrazując, krzykiem ptaka zwiastującego trzęsienie ziemi. Jest tym tragiczniejszy, że nikt nie usłyszał go w porę. Obydwa teksty traktują o tym, że bohaterka, co ciekawe, w japońskiej wersji książki nie ma rodzajnika. W sensie, że bohater może być kobietą, może być mężczyzną, ale nie jest to dokładnie powiedziane. W Polsce zdecydowano się, że bohaterką będzie kobieta. Jest to opowieść o spacerze dziewczyny z niedźwiedziem. Niedźwiedź jest tutaj też pewnym symbolem. Chodzi o to, że w '94 roku autorka pisząc ten tekst, chciała wskazać na problem ostracyzmu.
Że niedźwiedź, chociaż jest postacią, która bardzo orientuje się w zasadach japońskiego savoir-vivre'u, jest przemiły, nikogo nie chce urazić, to i tak cały czas jest wystawiany na pośmiewisko. Ciągle ktoś wytyka go sobie palcami. Czyli jest kimś z zewnątrz, kto mimo tego, że bardzo się stara, nie jest akceptowany. Myślę, że pierwsze opowiadanie było symbolem tego, że społeczeństwo się rozwarstwia, że napływ kultury z Zachodu powoduje to, że ludzie przestają doceniać wartości tradycyjne i zaczyna się jakiś rozłam. Mamy opowiadanie z 2011 roku, gdzie niedźwiedź znowu jest wyszydzany, znowu jest wystawiany na śmiech, ale tym razem prawdopodobnie chodzi o to, że on przybywa z tej prefektury dotkniętej kataklizmem. Bo rzeczywiście w czasie tej całej katastrofy, a właściwie po niej, ludzie, którzy pochodzili z okolic elektrowni stali się kimś gorszym. Kimś, kto został dotknięty, a więc skażony. Fajnie można zobaczyć, porównując obydwa teksty, że społeczeństwo japońskie nie jest tak do końca tolerancyjne. Tutaj jeszcze cytat, co dokładnie chodziło po głowie autorce: „Pod koniec marca 2011 roku napisałam nową wersję opowiadania. Cicha złość nie opuszcza mnie od czasu wybuchu elektrowni.
Ta złość skierowana jest przede wszystkim przeciwko mnie samej, bo kto, jak nie ja, jak nie my wszyscy zbudował współczesną Japonię?” Tutaj jest właśnie ten komentarz do tego, że niekoniecznie wszyscy byli za tym, co robi rząd. Niekoniecznie wszystkim podobało się to, co się dzieje. Tu przechodzimy do kolejnego motywu literackiego. Ja to nazwałam dobro wspólne czy ogólne, czyli bycie użytecznym albo pasożytem społecznym. To jest chyba najważniejszy motyw z tego, co się orientuję w literaturze japońskiej, czyli to dobro wspólne czy ogólne. Bardzo dużo tekstów powstało na kanwie tego, czyli porównujemy, czy ważniejsze jest dobro jednostki, czy dobro ogółu, bo jednak jest to kraj bardzo kolektywnie myślący i takie dylematy są fajnie rozgrywane w literaturze. Tutaj takim czołowym autorem myślę, że jest Kobo Abe. Kobo Abe razem z Takeo Matsu, o którym było na początku i z Michio Hoshi tworzą trio najbardziej znanych i utalentowanych pisarzy SF w Japonii. Choć to cały czas są autorzy już nie naszych pokoleń. I Kobo Abe napisał powieść „Kobieta z wydm", najsłynniejszą chyba.
Nie wiem, czy państwo słyszeli, czy nie. Była przetłumaczona na polski, była też zekranizowana. „Kobieta z wydm" to taka powieść, w której autor zastanawia się nad rolą jednostki w społeczeństwie. Tak to odbieram. Treść traktuje o tym, że entomolog wyjeżdża na wybrzeże i szuka owada. Szuka nowego gatunku owada, bo on chciałby się w ten sposób unieśmiertelnić. Zapomina się w tych poszukiwaniach, przegapia ostatni autobus do miasta i zaczyna się snuć po wydmach. Snuje się po tych wydmach, napotyka na pewnego mężczyznę. On proponuje, że załatwi mu nocleg. Idą gdzieś razem przez te wydmy.
Idą. Zaprasza go do domu pewnej kobiety, a gdy rano się budzi, to okazuje się, że z jamy, w której ona mieszka, piaskowej jamy, nie ma stamtąd wyjścia. Zniknęła drabinka, którą zszedł dzień wcześniej. On się próbuje wydostać. To mu nie wychodzi, a małe tego dowiaduje się, że codziennie piasek zasypuje ten domek i żeby przeżyć i nie zostać zasypanym żywcem, trzeba piasek przerzucać łopatą. „Kobieta z wydm" to jest opowieść o wyjściu z jednej pułapki, jaką jest życie w społeczeństwie podporządkowanym pewnym normom i wpadnięcie w kolejną pułapkę, czyli w tą piaskową jamę. Tutaj bohater musi Zaakceptować tą nową rzeczywistość. Bo on nie ma możliwości, żeby się wydostać z tej pułapki, więc musi nauczyć się żyć na podstawie zasad, jakie panują w tym domu. I tutaj właśnie jest pytanie, czy on nie musi się przypadkiem nauczyć żyć w ogóle? I czemu tak myślę?
Bo we wstępie do książki Kobo Abe pisze tak: „Zbieranie owadów w wieku dojrzewania jest dowodem ułomności.” I wydaje mi się, że to jest taka sugestia, że chociaż bohater wiek dojrzewania ma już za sobą, bo przecież on już skończył studia i szuka tego owada, więc teoretycznie zakładamy, że jest mężczyzną. Że on nie przeobraził się do końca w tego mężczyznę i cały czas jest skupiony na tym własnym ego, czyli na odkryciu owada, który go unieśmiertelni. I chodzi o to, że być może na tym polega dojrzewanie w społeczeństwie, żeby te własne cele porzucić i nauczyć się żyć z pokorą, żeby wnieść coś także dla innych. I wydaje mi się, że poniekąd o tym jest ta książka. I też się zastanawiałam, czy ten tekst da się odczytać jako krytykę narodu japońskiego. Bo jeżeli uznamy, że ta piaskowa jama, w którą wpada badacz owadów, jest niczym pułapka, którą mrówkolew zastawia na owady. Bo jest takie zwierzę jak mrówkolew i on robi takie doły, w które łapie owady. Czyli badacz owadów wpada w coś, co tworzą owady, że być może to jest taka parafraza do społeczeństwa japońskiego, którzy przecież ostentali drugą wojnę. Tak uważano, bo takie rzeczy można gdzieś tam wychwycić, że to była cywilizacja tak niesamowita i wspaniała, że wszystkie inne powinny rozwijać się według jej myśli. I z taką myślą przeprowadzono całą wojnę drugą światową.
I chodzi o to, że być może ta sytuacja, w której się znaleźli po wojnie, czyli ta porażka, jest właśnie ich konsekwencją. I oni teraz muszą nauczyć się żyć na nowo w nowym świecie, w którym tak naprawdę odnieśli porażkę. Cesarz stracił przecież swoją boskość. Naprawdę dużo się zmieniło. I tutaj, jeżeli chodzi o motyw dobra wspólnego i ogólnego, to jest taki autor, Shichiro Fukuzawa. On był zwany meteorem na niebie literatury japońskiej i to był człowiek, który pojawił się znikąd. On był nieznanym nikomu gitarzystą, który w pewnym momencie wziął udział w konkursie literackim. To był rok 1956 i zdobył nagrodę dla debiutantów. I on napisał „Balladę o Narayamie”. Nie wiem, czy państwo słyszeli.
[01:09:10] - Ja słyszałem.
[01:09:11] - To była nowela, która powstała właśnie na kanwie japońskiej legendy. Z miejsca podbiła serca czytelników. Można też znaleźć chyba kilka jej ekranizacji. I to jest historia, która opowiada o górze Narayamie. W cieniu tej góry jest wioska. W wiosce mieszkają ludzie i oni mają pewien zwyczaj. Kiedy osiągnie się chyba wiek 73 lat, to osoba, która osiąga ten wiek, idzie na tą górę. Na tej górze mieszka bóstwo i ta osoba oddaje się w ręce tego bóstwa. Tak dosłownie mówiąc, chodzi o to, że ta osoba po prostu zamarza i umiera, bo zawsze dzieje się to zimą. I o co w tym chodzi?
Główną bohaterką jest staruszka Orin, która dochodzi do tego wieku, czeka już na wyruszenie na tą Narayamę i jej głównym problemem jest to, że ona ma pełne uzębienie. I teraz cytat właśnie z tej historii. „Kiedy była pewna, że nikt jej nie widzi, brała krzemień, otwierała szeroko usta i uderzała w zęby, usiłując je wybić. Na górze, na dole aż dźwięczało. Orin cieszyła się na zapas, bo bolesne uderzenia zaczynały jej sprawiać przyjemność. Choć Orin się starzała, jej zęby pozostały młode. Równe rzędy w ustach staruszki trwały jakby na świadectwo, że nie zlękną się żadnego jedzenia i sprostają każdej strawie. Czy mogła być rzecz wstydliwsza w tej wiecznie głodnej wiosce?” Jak to się ma do tego motywu dobro ogólne czy wspólne? Chodziło o to, że w wiosce starsze osoby, które nie bardzo przydawały się już tej wiosce, bo nie mogły wykonywać wielu rzeczy, zostały wysyłane na tą górę, żeby po prostu tam odeszły. Ale chodzi o to, że stworzono wokół tego całą taką mistykę i liczbę tradycji, bo ona przecież tam wyprawiała jakieś uczty.
Tam się schodzili ludzie, siedzieli, rozmawiali, że odchodziła z taką niesamowitą godnością. Cały czas tak naprawdę chodzi tylko o to jedzenie, że zasób i ilość jedzenia w tej wiosce była określona. Rodziły się dzieci. Chyba jej synowi w pewnym momencie rodzi się dziecko i ona już zaczyna to przeliczać. To jest kolejna osoba, którą trzeba nakarmić, tym bardziej muszę odejść. Że właśnie tutaj poświęcano siebie w imię istnienia tej całej wioski. Kolejnym pisarzem jest Kazuo Ishiguro. To jest brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia i laureat Nagrody Nobla. I co ciekawe, tutaj w ogóle są takie dziwne kontrowersje, że niby Kazuo Ishiguro nie uznaje się za japońskiego pisarza, chociaż Japończycy go bardzo cenią. Być może dlatego, że dostał Nagrodę Nobla.
A z drugiej strony czytając jego powieści, nie da się nie widzieć tych japońskich wpływów, a przynajmniej ja je widzę. Dlatego chcę opowiedzieć o jego książce. On napisał powieść „Klara i Słońce”. To jest powieść science fiction. To jest właśnie ciekawy przykład, bo to jest powieść science fiction, która przebojem przedarła się do mainstreamu, ale na okładce nie ma ani słowa, że to jest science fiction. To jest fantastyka, jak to się mówi, a realizm magiczny, ale właściwie też nie, bo w książce Ishiguro przedstawia taki świat przyszłości, gdzie empatia, sentymentalizm i uczuciowość są w zupełnym zaniku. Dzieci, najczęściej jedynaki, są wychowywane w złotych klatkach. Rodzice skupiają się u nich tylko na tym, żeby osiągały cele, kolejne etapy. To jest taki wyścig szczurów. I te dzieci mają do towarzystwa sztucznych przyjaciół, czyli tak naprawdę roboty.
I te roboty towarzyszą im do momentu chyba aż pójdą na studia, żeby one nie były same, żeby mogły z kimś porozmawiać, żeby nie były takimi całkowitymi odludkami. Właśnie w tej książce poznajemy Klarę i czytamy tę książkę z perspektywy tego robota, bo Klara pojawia się na witrynie sklepowej. Przychodzi dziewczynka, mówi: „tą chcę” i mama kupuje jej tego sztucznego robota. Tak naprawdę sensem życia Klary jest dogadanie temu dziecku. Ona zwraca uwagę na każdy grymas twarzy, na każdy inny kolor twarzy, bo dziewczynkę dręczy tajemnicza choroba. Coś jej boli, coś ją pozbawia sił witalnych. Klara cały czas się nią opiekuje. Jest przyjaciółką idealną, bo ona wręcz przewiduje, co będzie za chwilę potrzebne tej dziewczynce. Wydaje mi się, że Kazuo Ishiguro prowokuje takie pytanie: czy warto poświęcić siebie całkowicie w imię drugiego człowieka? To jest takie przewrotne, bo przecież ten robot jest stworzony po to, żeby dogadać temu dziecku.
Z drugiej strony, czy to dziecko na pewno uczy się empatii w tym wszystkim? Nie chcę tutaj zdradzać zakończenia tej książki, bo może ktoś z państwa po nią sięgnie, ale naprawdę ta książka jeży włosy na karku, a przynajmniej zakończenie. Autor napisał dużo wcześniej powieść „Okruchy dnia”. Też była zekranizowana. W ogóle świetna rzecz. Już tam pojawia się ten problem: czy warto poświęcić się całkiem w imię drugiego człowieka? To była opowieść o brytyjskim kamerdynerze, który służy u lorda Darlingtona.
[01:14:00] - Anthony.
[01:14:01] - Tak. Dokładnie tak.
[01:14:03] - Jak ona się nazywa?
[01:14:09] - Chyba tak. Super jest ten film, rewelacja. I właśnie, o co tu chodzi?
[01:14:14] - „Klara i słońce” jest podobnie napisana. To znaczy, chodzi mi o właśnie o rzeczowniki, o prowadzenie. Bo film jest filmem, nie?
[01:14:27] - Tak, film jest filmem. „Okruchy dnia” powstały bardzo dawno, a „Klara i słońce” jest książką dosyć nową Kazuo Ishiguro. Ja się trochę, przyznam szczerze, męczyłam, czytając „Klarę i słońce”, bo to jest z perspektywy- i tak warto ją przeczytać, bo ona jest bardzo japońska, mimo tego, że dużo ludzi się odgania i sam autor chyba mówi: „Nie, ja nie jestem pisarzem japońskim”. Uważam, że jest tam bardzo dużo tego, więc może to jest dobry początek do wyjścia ku literaturze japońskiej. „Okruchy dnia” to jest historia kamerdynera, który zatracił się w obowiązkach i przegapił miłość życia, ale nie tylko. Autor poprzez postać lokaja nawiązuje do japońskiej samodyscypliny, tego perfekcjonizmu i przekonania, że każda rola, nawet najbardziej błaha, choć przecież rola kamerdynera nie jest błaha, godna jest największego wysiłku. Że róbmy najlepiej to, co robimy. Róbmy najlepiej, jak umiemy. I to jest przepis na szczęście. Czy na pewno tak jest?
Wiemy, że tak nie jest, bo lokaj wierzył, że wykonując swoje obowiązki wzorcowo, przyczynia się do tego, że jego lord Darlington też dokonuje słusznych decyzji. On widział, że jeżeli będzie postępował dobrze, to jego lord też będzie postępował dobrze. Wiemy, gdzieś z połowy filmu, że to nie jest tak i Ishiguro brutalnie łamie tę wiarę. Zostawia bohatera z poczuciem takiej podwójnej klęski, bo w filmie pada takie stwierdzenie: „Tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy”. Ten lokaj nie dość, że zatracił siebie, więc stracił miłość, to jeszcze tak naprawdę błędy, które popełniał, bo służył swojemu lordowi. Ten lord też podjął złe decyzje, co doprowadziło do jego zguby. Więc właściwie popełnia nie swoje błędy. To jest taka podwójna porażka. Kolejny motyw to jest pracoholizm. Można powiedzieć, że już poprzedni temat był nim trochę, bo jednak postępowanie tego kamerdynera było też w jakiś sposób pracoholizmem.
W Japonii pojawia się w tym momencie takie słowo karoshi. To jest japońskie słowo oznaczające śmierć z przepracowania. Jest bardzo bliskie temu, co powszechnie nazywamy uzależnieniem od pracy. Szacuje się, ja te szacunki znalazłam chyba z 2019 roku, że z przepracowania umiera ponad 10 000 Japończyków rocznie. Być może w tej chwili jest więcej.
[01:16:50] - Badania są współczesne, ale czy to zawsze było, że Japończycy tacy są właśnie? Pracoholicy?
[01:16:59] - Tak, jeśli chodzi o pracoholizm Japończyków, jest dosyć powszechny, szczególnie jeśli chodzi o taki zawód.
[01:17:08] - Czy oni, powiedzmy-
[01:17:12] - Kiedy to było?
[01:17:14] - Zdarzył się wybuch bomby atomowej i co? I oni już wtedy byli? Wtedy się to zaczęło, czy jeszcze wcześniej? Bo wtedy wiadomo, musieli odbudowywać, musieli pracować i tak dalej.
[01:17:27] - W latach 60., 70. Wydaje mi się, że to jest jakiś wpływ zawodu, bo w latach 60., 70. oni przecież mieli taki przeskok cywilizacyjny, że z takiej trochę zacofanej przeskoczyli do drugiej potęgi światowej.
[01:17:45] - Ale czy oni przedtem też tacy byli? Czy oni charakterem szli w pracę?
[01:17:54] - W sumie nie wiem. Nie chcę tutaj mówić na pewno, bo pewności nie mam. Ja bym stawiała może na styk z innymi cywilizacjami.
[01:18:01] - Te czasy to znowu dla nas się kojarzy z samurajami.
[01:18:04] - Tak.
[01:18:05] - I właśnie tego typu pan podładny. A czy oni byli tacy aż tak, jak to jest pokazane, że oni dosłownie śpią w metrze i znowu do pracy i tylko się przestawić w domu i znowu do pracy?
[01:18:22] - To zależy od ich podejścia do tego, jak żyją w tej Japonii.
[01:18:31] - Nie wiem.
[01:18:31] - Do pracy.
[01:18:32] - Ale co ich zmusza do tego, że oni mają takie podejście? Czy charakter ich zmusza?
[01:18:43] - Może to są te zasady, które mieli już wcześniej starsi, gdzie jakoś to wszystko wpływało.
[01:18:50] - Znaczy się, jednocześnie pewnie powoduje to, że jednak to jest naród żyjący w izolacji na wyspach, że jest tam bardzo duża liczba ludzi na metr kwadratowy, że tak powiem, że tam są te megametropolie i rzeczywiście mają taki kult pracy i w ogóle kult bycia kimś, że najczęściej u nich samobójstwa wynikają z tego, że ktoś poczuł się-
[01:19:12] - Ale najwięcej chyba samobójstw-
[01:19:14] - Znaczy nie wiem, czy w sumie najwięcej na świecie, bo możliwe nawet. Jakiś czas temu znalazłam badania, że Polacy jednak ich przewyższają.
[01:19:21] - To było nawet dwa, trzy lata temu.
[01:19:23] - Tak, ale jednak Japończycy dlaczego to robią? Bo czują się bezużyteczni i tacy nieprzydatni społecznie i z tego wstydu. Bo to jest jednak kultura wstydu, że z tego wstydu po prostu wolą odebrać sobie życie. Ale to też wynika z ich innej wiary. Nasza wiara mówi to, że samobójstwo jest grzechem, a tam nie ma czegoś takiego.
[01:19:45] - Harakiri jest szanowane i honorowe.
[01:19:52] - Tak.
[01:19:53] - Oglądam parę takich osób, które opowiadają o Japonii na YouTubie. Tylko chciałam powiedzieć, że wiele osób mówi o tym, że to jest mit tak naprawdę. W sensie, że Japończycy nie są pracoholikami. W sensie, że oni siedzą w pracy i non stop pracują. Tylko oni siedzą-
[01:20:07] - I się tam nic nie robią.
[01:20:09] - Żeby ten szef zobaczył na przykład też, że są tak bardzo długo w pracy.
[01:20:13] - Bo u nich nie można być przed szefem z pracy. Tam jest właśnie ta zasada, bo rzeczywiście na przykład mój partner pracuje jako programista i on pracuje z Japończykami i on mi mówi, że oni rzeczywiście jak mają ustalić jakąś decyzję, to to wygląda jak u Tolkiena zbiórka entów, że po prostu oni dyskutują całymi dniami nad rzeczami, które powinny być tak stwierdzone. I to jest niesamowite, że oni właśnie bardzo dużo czasu-
[01:20:36] - Może to jest tak, że ze względu na ilość ludzi po prostu nie ma aż tyle tej pracy.
[01:20:41] - Tak. To jest też-
[01:20:44] - Może wynalazły życie i nie muszą tyle pracować.
[01:20:47] - To jest też fajnie opisane w takiej książce Piotra Milewskiego. On dużo czasu spędził w Japonii i pisze reportaże i to jest „Pracownia K”, gdzie on właśnie przyjechał, Polak i zatrudnił się do japońskiej korporacji. I oni w ogóle się cieszyli, bo mogli mówić, że oni są międzynarodowi, bo mają jednego Polaka. I on opisuje swoją pracę, że często siedział całymi tygodniami przy biurku i oni mu na przykład dali jakiś raport: „A weź to przepisz ręcznie”. I on tak to przepisywał. I potem, ale mało tego, później gdzieś zobaczył, że oni to robią i wyrzucają. Czyli w ogóle zupełnie bez sensu, ale niech coś robi, żeby nie siedział.
[01:21:18] - Żeby się może zamknąć.
[01:21:23] - No właśnie. No i właśnie à propos tego pracoholizmu, to fajna rzecz. Jeszcze tutaj wrócę właśnie do tego zbioru „Futurama”. Tam było takie opowiadanie „Nowy produkt firmy Sekai” i to jest opowiadanie, w którym autor krytykuje właśnie to poświęcanie się w imię pracy. A to jest tekst gdzieś właśnie lata 60., 70. I tam autor przedstawia taką fajną wizję, trochę szokującą jak na te czasy, że człowiek się przeistacza w homo robota. I o co tam chodzi? Tam chodzi o to, że jest taki as, jakby szpieg przemysłowy Morita i on na polecenie swojego dyrektora zatrudnia się u konkurencji i on się ma dowiedzieć, czym się zajmuje konkurencja, bo ogłasza od jakiegoś czasu, że pokaże za chwilę na rynku jakiś super innowacyjny produkt, który przyćmi konkurencję. No i on tam zaczyna pracę. No i okazuje się, że właśnie pracuje od rana do nocy, że wykonuje jakieś takie dziwne, powtarzalne czynności, że coś wkłada w coś ciągle to samo.
I nagle jego dyrektor, ten, który go rzeczywiście zatrudnił, traci z nim kontakt. On przestaje składać raporty, przestaje się odzywać. I w dniu, kiedy pokazują ten nowy produkt niezwykły, okazuje się, że tym produktem jest właśnie ten bohater, który zamienił się w tego homo robota i że on przez tą pracę powtarzalną w kółko to samo, zgubił swoje człowieczeństwo i stał się robotem. I wydaje mi się, że ten tekst właśnie jest taką krytyką tego, co się wtedy działo, czyli tego skoku cywilizacyjnego, gdzie ludzie wypruwali sobie żyły, żeby tylko kraj się rozwijał, że właśnie on był takim głosem rozsądku, żeby tego nie robić. I właśnie à propos tego, o czym mówimy, to nowy temat, jakby zatracanie się w imię pracy krytykuje też Kiku Otsumura. I to jest nowa rzecz. To jest jakby powieść naszego pokolenia. I książka „Lekka praca nie istnieje”. I to jest książka o trzydziestochyba trzyletniej Japonce, która odchodzi z pracy, bo już wypaliła się zawodowo. I ona wraca do rodziców i zaczyna nowe życie z postanowieniem, że już nigdy nie zaangażuje się w pracę.
A ma 33 lata. No i tutaj wymyśla na to taki sposób, że w każdej kolejnej firmie, gdzie się zatrudnia, to po ukończeniu tego okresu próbnego ona od razu rezygnuje. W ogóle to jest nowa rzecz też chyba u nas na rynku, bo ja to gdzieś niedawno czytałam. Nie wiem, kto to wydał. Nieważne. Chodzi o to, że właśnie ona się na przykład zatrudnia do rozwieszania plakatów. Ona się zatrudnia do firmy, która monitoruje w ogóle ludzi w domach i pod rządnego jakiegoś tam pisarza. I ona zatrudnia się w takich różnych miejscach. I fajnie to autorka opisuje, bo ona to opowiada z takimi szczegółami, co tam się dzieje. W każdej pracy jest jakaś taka fajna, jakaś dziwna intryga, jakaś fabuła, że rzeczywiście jak ona zmienia tą pracę, to czytelnik ma takie odczucie: „Kurczę, jeszcze bym tam został i zobaczył, co jest dalej”.
I mam wrażenie, że autorce chodziło o to, żeby pokazać, że ludzie nie lubią zmian, bo ona jest podzielona na kilka rozdziałów. Każdy rozdział to jest ta inna praca i za każdym razem czuje się takie: „Kurczę, tak, ale już się znowu wkręcamy w ten nowy problem i już w ogóle za chwilę zapominamy o tamtym”. I naprawdę w ogóle ta książka jest świetna. I właśnie o co w niej tak naprawdę chodzi? Autorka tak mi się wydaje, że pokazuje, że życie to jest coś więcej niż sobie często wmawiamy, próbując upchnąć się w jakiejś ramie, że ja mam już tą pracę, jestem tym i tym w tej pracy i to jest koniec. I ona właśnie pokazuje, żeby czasami rzucić wszystko, pójść w nieznane i okazuje się, że też jest życie, że też można żyć, że są inni ludzie, inne problemy i życie nie kończy się na tej jednej pracy, której się trzymamy kurczowo, nawet jak ona nas wyniszcza. No i właśnie wtedy się dzieją cuda, bo to też się momentami ociera o realizm magiczny, ale tak naprawdę jest to powieść obyczajowa. Autorka zadaje w tej książce takie pytania: czy strata czasu jest czymś złym? Czy powinna być wpisana w ułożone pod linijkę życie? Czy dobrze jest czasami nie robić nic, po czym czujemy się zawstydzeni, że nic nie robimy?
Nie, to nic złego. Albo czy zejście z obranej drogi musi być jednoznaczne z porażką?
[01:25:14] - Nie bojałbyś się?
[01:25:16] - Właśnie tak, bo współcześni pisarze bardzo chcą zrywać z tymi stereotypami, bo to jest po prostu złe. Ta książka jest, tak mi się wydaje, głosem rozsądku kierowanym do jednostek, żeby się nie zatracać w pracy i żeby się z tym nie utożsamiać. Że to jest tylko jakaś rola i że rzućmy to i spróbujmy inaczej. I co ciekawe, autorka zanim napisała tą powieść, opisała w tej powieści siebie, bo ona spędziła kilka miesięcy na terapii i mierzyła się ze skutkami załamania nerwowego, ze skutkami molestowania i mobbingu. Ta książka jest chyba historią jej. Więc to jeszcze bardziej to podbudowuje wszystko, bo naprawdę ją się czyta. Ona nie mogła powstać w głowie. Tak mi się wydaje, że tam są tak absurdalne, niesamowite historie, że to musiało napisać życie, bo tak właśnie najczęściej jest. Praca jako remedium na normalność albo samotność. Autorką jest Sayaka Murata, najsłynniejsza współczesna japońska pisarka.
Napisała książkę „Dziewczyna z konbini”. Może państwo słyszeli. Ukazała się kilka lat temu chyba w Jagiellońskim Wydawnictwie, nie chcę teraz zmyślać. I ona opisuje historię Furukury, która jest tytułową dziewczyną z konbini. Konbini to jest nieduży sklep, który oferuje produkty pierwszej potrzeby. Coś jak Żabka u nas. Tylko że te sklepy chyba są całodobowe, z tego, co kojarzę. Dziewczyna zatrudnia się w konbini. Przechodzi przez szereg szkoleń, bo oczywiście musi być odpowiednia mimika i intonacja, jak witamy klientów. Jest określona postawa ciała, wszystko jest uregulowane.
I chodzi o to, że ta dziewczyna zatraca się w pracy. Zaczyna pracować, zaczyna robić to wszystko, co trzeba. Jest tam w ogóle pracownicą numer jeden i w pewnym momencie mówi coś takiego, że jej świat jest zamknięty w pudełku pełnym światła. O co chodzi? Chodzi o to, że ta dziewczyna jest tak naprawdę osobą społecznie niedostosowaną. Można tutaj podejrzewać, że ona ma jakiś lekki autyzm. Tak wynika między wierszami. Ona wiecznie jest niedopasowana, bo tu nie robi tego, jak trzeba, tu nie robi tego, jak trzeba. A w pracy, która jest tak określona dokładnie, co trzeba robić, ona w końcu odnajduje normalność, bo tam wszyscy mówią: „Boże, jaka ty jesteś świetna, że super sprzedajesz, najwięcej produktów sprzedajesz”. I ona w końcu jest dowartościowana, bo tutaj się udało.
Tu jest regulamin postępowania I ona w tym momencie mówi sama o sobie, że czasy sprzed moich narodzin jako sprzedawczyni były jakieś niejasne, bo wtedy ona nie wiedziała, kim jest, a tutaj wie, kim jest. Sędnem tej książki jest to, że niestety, ale świat, tak naprawdę w domyśle Japonia, nie znosi odmienności i obcych elementów. I że jednostki nieprzydatne dla społeczeństwa są z niego usuwane. I że wzorzec normalnego życia tkwi w ludziach od prehistorii. To w ogóle chyba mówi jeden z bohaterów, że kobieta ma rodzić dzieci, a mężczyźni mają polować. I ten mechanizm, zdaniem Shirahy, bohatera, po dzisiaj jest ten sam, że może i zbudowaliśmy wielkie metropolie i jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, ale tak naprawdę mamy względem ludzi określone oczekiwania i to się nie zmienia. Bo ona nie chce mieć chłopaka, nie chce mieć dzieci, chce żyć sama i wszyscy jej o to suszą głowę. Koleżanki mówią, że czemu, że coś jest z tobą nie tak. W pracy w tym momencie mówią rodzice, a tutaj ta praca daje jej normalność. Tylko ona wpada w pułapkę w tej książce, że zaczyna w tym sklepie tak długo pracować, że znowu odstaje.
Bo ten sklep zatrudnia najczęściej studentów. I tam znowu się dzieją pewne problemy. I ona znowu wymyśla, jak to obejść. Naprawdę ta książka jest rewelacyjna. Ona jest do absurdu zrobiona, ale naprawdę jest mocna. I co więcej, znowu autorka opisała tutaj swoją pracę w konbini, bo ona sobie pracowała w takim sklepiku. Napisała tą powieść, dostała Nagrodę Akutagawy bodajże, czyli największe wyróżnienie w Japonii i stała się najbardziej poczytną pisarką Japonii przez tą książkę. Następny autor, który opowiada o tym, że praca jest remedium na samotność, to jest Durian Sukegawa. Napisał książkę „Kwiat wiśni i czerwona fasola”. To jest piękna rzecz, też była sfilmowana.
I to jest historia o chłopaku, który pracuje w małym sklepiku z dorayaki. Dorayaki to jest taka, powiedzmy przekąska, takie danie. Naleśniki, które mają farsz z czerwonej fasoli. I ten chłopak tam pracuje dzień w dzień, ale on nie wkłada serca w to, co robi. I te jego naleśniki są średnio smaczne. Mało kto przychodzi do tej knajpki, mało co się tam dzieje. I pewnego dnia przychodzi do niego staruszka o imieniu Tokue, która bardzo go prosi, żeby ją zatrudnił. Ale on mówi, że nie, co ona mu tam będzie. I ona wraca po kilku dniach znowu, po kilku dniach znowu. I tak go cały czas prosi, żeby ją zatrudnił.
I w końcu on ulega. I robi tak dlatego, że ona w międzyczasie gdzieś przygotowuje mu te naleśniki i okazuje się, że ona ma niesamowity talent do przyrządzania tego dania. O czym jest ta historia? Ta historia jest o tym, że ona zostaje tam zatrudniona. Ta budka z dorayaki zaczyna przynosić pieniądze, ludzie ustawiają się w kolejce do tej budki i to się wszystko kręci. I wydaje się, że ta powieść to jest historia o przyjaźni, o budowaniu mostu międzypokoleniowego i porozumienia. Ale tak naprawdę „Kwiat wiśni i czerwona fasola” to jest straszna opowieść o samotności, społecznym odrzuceniu i uprzedzeniu do drugiego człowieka. Nie chcę też zdradzać dokładnie, o co chodzi, ale sęk w tym, że ta kobieta zaczyna pracować w tym miejscu Bo po wielu latach wyszła z izolacji. Nie chcę mówić dlaczego, ale ona pierwszy raz wyszła do ludzi po bardzo długim czasie. Chciała być tam zatrudniona, bo chciała wyjść do ludzi i mieć kontakt ze światem zewnętrznym.
Ale za chwilę znowu zaczyna się problem, bo coś się dzieje. Cała ta historia jest po to, żeby pokazać, że ta kobieta jest czarną owcą wykluczoną w czasach, gdy była dzieckiem i że ona ciągle budzi wstręt i odrazę i nie może wrócić do tego społeczeństwa. I to jest pokazane, że społeczeństwo japońskie, kiedy widzi coś innego i słabego, natychmiast to stygmatyzuje. Nie ma tutaj w ogóle wyrozumiałości. Kolejny motyw to jest społeczne wykluczenie. Dałam na slajdzie plakat do filmu „Plan 75”, bo w tym roku wyszedł taki film. To jest dystopia na temat tego, że starsi ludzie są poddawani eutanazji, ale zanim zostaną poddani eutanazji, to dostają pieniądze na zrealizowanie swojego życiowego marzenia. Nie muszą się na to godzić, ale jeśli się godzą na tą eutanazję, to te pieniądze są zachętą. I oni realizują swoje marzenia, a później poddają się eutanazji. Ten film powstał po to, tak mówi sam reżyser, żeby pokazać, że starsze osoby to nie jest społeczny balast, jak myśli się w Japonii, tylko że to są ludzie z krwi i kości, którzy są pełni empatii, wielkiej życiowej mądrości i że należy ich traktować z szacunkiem.
To jest ciekawe, że ten film jest potrzebny, żeby mówić o takich rzeczach, ale też w jakiś sposób świadczy znowu o społeczeństwie japońskim, że dzisiejsze społeczeństwo nie znosi słabości. To jest niesamowite, bo przecież w Japonii często się słyszy, że starsi ludzie dokonują małych przestępstw, żeby dostać się do więzienia, bo w więzieniu są zaopiekowani i ktoś się nimi opiekuje. To są takie dziwne sygnały, że naprawdę strasznie dziwne jest to społeczeństwo i strasznie niewyrozumiałe dla jednostek, które są już w jakiś sposób słabsze i nie są w stanie już przyłożyć się do rozwoju. Ale przecież już to zrobiły, więc powinny mieć tak zwaną emeryturę i święty spokój. To jest ciekawe.
[01:33:06] - Że czegoś im brakuje?
[01:33:07] - Że czegoś im brakuje?
[01:33:09] - No.
[01:33:09] - Ale w jakim sensie?
[01:33:10] - Że oni szukają czegoś wśród innych osób. Na przykład rodziny, przyjaciół, to tego nie mają i szukają po prostu opieki, jak właśnie tutaj było w więzieniu. Może po prostu brak tych całych uczuć bliskości.
[01:33:26] - To też na pewno, bo niestety, ale dużo ludzi młodych wyjeżdża za tą karierą.
[01:33:31] - Czy oni mają kluby seniora, czy oni mają przyjaciół?
[01:33:34] - Mają. Na pewno mają różne takie kluby. Ale nie wszyscy są tacy ekstrawertyczni, żeby wychodzić do ludzi, bo różnie bywa. Ale chyba chodzi tutaj o to, że młodzi ludzie często swoich członków rodziny nawet porzucają w imię kariery. I to może o to chodzi, że gdzieś wyjeżdżają do dużych miast i gonią. A niestety praca w Japonii tak wygląda, że się wychodzi czasami z pracy 19-20, bo szef tak długo siedzi i trzeba iść na tą kolację firmową, bo tam się nie odmawia. I tak naprawdę oni zabierają człowiekowi czas. A mógłby w tym czasie pojechać do mamy, gdzieś z nią spędzić tą chwilę i nie da się po prostu. Sami sobie robią problem. Tutaj jeszcze chciałam opowiedzieć o autorce Yoko Ogawa.
Też jest bardzo znaną pisarką, która napisała książkę „Ukochane równanie profesora”. To jest historia kobiety, która pracuje w agencji pomocy domowych i sprząta i zajmuje się innymi ludźmi. Dostaje zlecenie i trafia do niedużego domku położonego w głębi ogrodu, gdzie mieszka starszy pan. Ten starszy pan 17 lat wstecz w wyniku wypadku stracił pamięć w tym sensie, że on zapamiętuje tylko 80 minut z życia i mu się wszystko resetuje. Pamięta wszystko do momentu wypadku, czyli całe swoje życie, dzieciństwo i karierę naukową, ale tego, co się teraz dzieje, nie zapamiętuje. On chodzi oklejony karteczkami, żeby wiedzieć, co się dzieje i sobie odczytuje. Chodzi w marynarce, cały jest oklejony w karteczkach i on żyje dzięki tym karteczkom. I on wprowadza tą kobietę, która u niego pracuje, a przychodzi do niego ze swoim synem w świat matematyki, bo on jest niezwykle utalentowanym matematykiem. To jest taka historia, ja ją porównuję do „Tajemniczego ogrodu”, że kiedy pojawia się obok osoby porzuconej, bo chłopak z „Tajemniczego ogrodu” też gdzieś leżał w tym łóżku, nikt do niego nie przychodził. On znikał i gdzieś pojawiła się ta dziewczyna, już nie pamiętam imion i ona go uzdrowiła.
Tutaj jest taka uzdrawiająca moc drugiego człowieka, że przychodzimy do kogoś, okazujemy mu zainteresowanie, tworzymy jakieś swoje rytuały i ciąg dnia i okazuje się, że to działa w dwie strony świetnie. Czyli i ten chłopak staje się dobrym matematykiem, nie ma problemów w szkole i ten starszy pan dzięki temu, że może z nim spędzać czas, on też odżywa, zaczyna się czymś interesować. Wiadomo, że to trwa krótko, ale jednak jego stan się poprawia w tym wszystkim. To jest taka niezwykła książka, że ten człowiek chory na demencję tak naprawdę choruje też na samotność i to jest taka jego podwójna tragedia. I uzdrawia go drugi człowiek, chociaż on tak naprawdę go nie uzdrawia w sensie dosłownym, że odzyskuje pamięć, to jednak wpływa na niego bardzo fajnie. To jest taka niezwykła książka, taka bardzo ciepła. Yoko Ogawa napisała też powieść fantastyczną „Policja. Podziemie pamięci”, gdzie ze świata co jakiś czas coś znika. Na przykład są ptaki i pewnego dnia znikają wszystkie ptaki i ludzie zapominają w ogóle, co znaczy słowo ptaki i zapominają, że one były. Jeżeli ktoś był ornitologiem i ma w domu zdjęcia z ptakami, to one znikają.
To jest taka dziwna historia o znikaniu pewnych rzeczy na świecie. O takiej wyspie, gdzie jest policja pamięci, która monitoruje, czy na pewno u wszystkich wszystko zniknęło. Bardzo dziwna historia, ale też o samotności, bo ci bohaterowie są osaczeni przez policję, żyją każdy w swoim świecie i w strachu. Mam wrażenie, że Yoko Ogawa często porusza problem samotności, ale na niezwykle różne sposoby, co dowodzi siły jej wyobraźni. Jeżeli chodzi o wykluczenie, znowu będziemy drwili na Japończyków. Jest taki autor Kazuki Kaneshiro. To jest Koreańczyk japońskiego pochodzenia.
[01:37:29] - Czytałem jedną powieść od niego. Tylko, że moim zdaniem źle przy tym tłumaczenie leżało. Nie wiem, czy to było „Go”.
[01:37:38] - Właśnie o tym będziemy mówić. To jest historia o licealiście Sugiharze, który wszystkie swoje problemy rozwiązuje siłowo. Jego ojciec jest bokserem zawodowym. Czy to dlatego, że ma takiego ojca i po nim odziedziczył temperament? Nie do końca, bo chodzi o to w tej książce, że linią obrony tego chłopca jest atak. Dlaczego? Bo on jest Japończykiem koreańskiego pochodzenia. Urodził się i wychował w Japonii, ale tak naprawdę jest traktowany jako obcokrajowiec. Poznajemy go w momencie, kiedy kończy gimnazjum prowadzone przez organizację zrzeszającą Koreańczyków. I postanawia, że pójdzie do japońskiego liceum.
Nauczyciele mówią mu coś takiego: „Jeżeli będziesz chodził do tej japońskiej szkoły, to idź tam pod pseudonimem i udawaj, że jesteś Japończykiem, inaczej oni nie dadzą ci żyć”. On idzie za tym pomysłem, ale w którymś momencie to się wydaje. Wydaje się, że jest Koreańczykiem. Wszystkie dzieciaki w szkole zaczynają ustawiać się w kolejce, bo chcą mu spuścić łomot. To jest niesamowita historia, bo bardzo pokazuje, jak społeczeństwo japońskie jest rasistowskie. Bo oni wszystkich Koreańczyków, jeżeli wyczują, że to jest Koreańczyk, to traktują z góry, traktują źle. Tam jest opisane, jak się traktuje jego ojca, że to jest niesamowita hipokryzja. Niszczy mu się interes specjalnie i robi to policja, bo on jest przecież Koreańczykiem, więc kimś gorszym. I ten chłopak w samoobronie dochodzi do wniosku, że zostanie najlepszym bokserem i się obroni przed tymi wszystkimi atakami. I rzeczywiście staje się legendą, bo zawsze wychodzi zwycięsko.
Tylko problem pojawia się w momencie, kiedy się zakochuje w Japonce. Ta książka jest reklamowana jako opowieść o Romeo i Julii. Tam tak naprawdę tego jest mało, bo chodzi o coś innego. Chodzi o to, że on jest świetnym bokserem, ale przecież w miłości nie może wykorzystać tej umiejętności. Czyli musi sobie z tym poradzić w inny sposób. Naprawdę ona jest napisana w sposób zabawny. Co chwilę można się śmiać z relacji tego ojca z matką. Ona jest niesamowita, ale to jest bardzo gorzka książka. I ten chłopak w pewnym momencie wykrzykuje do Japończyka: „Nie przeżylibyście bez waszego kraju, waszej ziemi, tytułów, zwyczajów, tradycji i kultury, które was ograniczają. I dobrze wam tak.
Ja nie mam tego wszystkiego i dlatego jestem wolny”. I on jest zły na to, że oni są nieotwarci, mają tylko to, co mają. Ale tak naprawdę to jest kłamstwo, bo on nie jest wolny. Bo w świecie, gdzie jest stygmatyzowany i gdzie jest napiętnowany, nie może czuć się wolny. Człowiek wolny czuje się wtedy, kiedy jest na równi z innymi i może się rozwijać jak inni. A tutaj jest bardzo dobrze powiedziane, że jeżeli jesteś Japończykiem koreańskiego pochodzenia, na pewno nie zrobisz kariery w korporacji, że zawsze będziesz ucinany gdzieś. I jeżeli chcesz wiedzieć dlaczego, to właśnie z powodu pochodzenia. Jeśli tak jest, jak pisze ten autor, to niestety jest to przykre, że takie rzeczy się dzieją. I tak sobie myślę, bo to już jest koniec mojej prezentacji, że interesując się coraz bardziej Japonią, dochodzi się do wniosku, że wcale nie jest to kraj, który możemy aż tak podziwiać i aż tak się nim fascynować. Bo odkrywając te wszystkie ciemne zaułki tego wszystkiego, ta fascynacja zamienia się w coś wręcz przeciwnego.
Dziękuję.
[01:41:09] - Proszę państwa, zmieniamy obszar geograficzny, zmieniamy temat, zmieniamy wszystko. Pojawia się niniejszym Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka. A dzisiaj porozmawiamy sobie o filmie „UFO Szwecja”. Dziwny to film, ale... Zresztą posłuchajcie państwo. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:41:41] - Witam wszystkich.
[01:41:43] - Filmotekarium czas zacząć. Dzisiaj film o UFO. Nawet moglibyśmy nazwać, że to film pod tytułem „UFO”, ale ponieważ tytuł jest słabo rozpoznawalny w tym sensie, że hula gdzieś po internecie i po różnych innych mediach i oznacza wiele innych filmów. Więc może sobie skonkretyzujmy. „UFO Sweden”, „UFO Szwecja”. W każdym razie tak państwo go szukajcie w odmętach internetu. Będzie łatwiej. Niniejszym zaczynamy. Powiem jedno: to jest dziwny film. To państwo słyszycie bardzo często w moim wykonaniu.
Jak mi brakuje słów, to mówię, że jest coś dziwne. I ten film jest dziwny, aczkolwiek nie budzi mojego kompletnego wstrętu. Były filmy, które jakoś mnie odrzucały. Ten film jest niejednoznaczny. To rozwinę później, ale najpierw oddam głos Piotrowi.
[01:42:56] - Tak. Ja się nie będę wysypywał ze swoją oceną. Dodam tylko, że po pierwsze my lubimy filmy o UFO bardzo, ale nie lubimy o nich mówić. Dlaczego? Dlatego, że bardzo rzadko natrafiamy na coś, co jest godne uwagi. A dzisiejszy film to jest coś, co w większości analizujemy na waszą prośbę, bo to jest pierwsza nie nowość od kilku tygodni na Filmotekarium. Kilkakrotnie w komentarzach w różnych miejscach w sieci widziałem wasze pytania o szwedzki film o UFO i ten film jest z roku 2022. Muszę powiedzieć, że wiedziałem o jego istnieniu, natomiast trudno mi go było znaleźć. Po pierwsze trzeba go dobrze szukać. On może się mylić z filmem „UFO” z Gillian Anderson, który żeśmy kiedyś omawiali.
Po drugie, on jest dostępny na pewnej platformie z filmami, ale w wersji premium, natomiast w innych miejscach jest trudniej. Ja nawet wam powiem, mam taki szwedzki pakiet takiego streamu, gdzie sobie oglądałem Formułę 1 i myślałem, że to „UFO” tam będzie. Nie było, nie znalazłem. Dopiero po dużych wysiłkach udało mi się na to trafić. To jest ważne info dla tych, którzy go będą szukać, bo jak mówię jest filmów kilka z UFO, nawet z samym UFO w tytule takich bardzo starych. Także jak go szukacie, bierzcie pod uwagę alternatywny tytuł „UFO Sweden”, „UFO Szwecja”. No dobrze, dzisiaj rozmawiamy o tej szwedzkiej produkcji z 2022 roku. No dobra, mam mieszane uczucia, ale też mnie nie odrzuca. Dlaczego? Zaraz powiem.
Od czego by tu zacząć. Od tego, że twórcami filmu jest grupa młodych ludzi i to chyba widać, bo powiem ci, że to jest taka typowo streamingowa przygodówka, chociaż ten film jest dość długi i to z czasem działa na jego niekorzyść. I ten film miał w ubiegłym roku premierę w Szwecji w święta Bożego Narodzenia. No tak, może krótko o tym, co się tam dzieje, bo tam się dzieje z jednej strony dużo, z drugiej strony mało. Poznajemy w nim główną bohaterkę, znaczy jedną z głównych bohaterek chyba, bo mam taki problem z oceną tego, kto tam jest głównym bohaterem. Raczej jest chyba bohater zbiorowy, też jako ta organizacja. W każdym razie poznajemy historię dziewczyny młodej Denise i grupy ufologów. Ta Denise jest umieszczona w pieczy zastępczej, ponieważ jej ojciec, który był ufologiem przed daty zaginął, był w dziwnych okolicznościach badając UFO. Ona była tego takim pośrednim świadkiem, bo go widziała jako ostatnia, kiedy wyruszał. Widzimy też na początku taką scenę, która nam dużo mówi kto kim jest w tym filmie.
Bo przyjaciel ojca, który jest naukowcem, przekazuje mu pewien pakiet danych, za co zostaje później wyrzucony z pracy i ten sam człowiek jest potem prezesem organizacji UFO Szwecja. No i Marku, wiele, wiele lat później ta Denise tam sprawia problemy. Taka trochę Pippi Langstrumpf jakby. No nie, przesadzam, przepraszam, ale taka dziewczyna dość z jajem. No i wiele lat później okazuje się, że samochód, który należał do jej ojca, ląduje w przedziwnych okolicznościach w stodole jednego z farmerów. No i tutaj akcja zaczyna nam wchodzić na wyższy poziom.
[01:46:10] - Powiem ci Piotrze, że nie jest dobrze. Nie jest dobrze, bo zgadzamy się w ocenach. Ja też bardzo niejednoznacznie oceniam ten film. Miotam się troszeczkę, bo on w kilku miejscach wydał mi się interesujący, a w kilku miejscach wydał mi się dobrze, już walnę, głupkowaty wręcz. Ale jakbym miał złożyć ocenę i tak powiedzieć ten film jest taki i taki, to ja miałbym spore problemy. I zacząłeś troszeczkę streszczać fabułę, to jeszcze troszeczkę możemy pociągnąć, żeby za dużo nie zdradzić. Ta dziewczyna po latach, kiedy jest w tej pieczy zastępczej, ona jest taka dosyć niezależna. Też bym chciał jeździć skuterem po Szwecji. To nie jest skuter, to taki motorower właściwie. Czymś tam się porusza w każdym bądź razie.
Fajnie w gruncie rzeczy. I w pewnym momencie ona dociera do tej organizacji, w której działa jej ojciec UFO Szwecja. No i dostajemy obraz organizacji. Ja się na tym skupię. To nie jest główny wątek filmu, ale jakbym miał scharakteryzować tę organizację, przynajmniej ten obraz, który dostajemy na początku, może nie początek filmu, ale początek postrzegania tej organizacji, to jest organizacja takich dziwnych ludzi. I to mówię naprawdę, proszę państwa, z taką dużą kulturą, bo gdybym miał powiedzieć to, co naprawdę myślę, to by zabrzmiało tak szowinistycznie, a w każdym razie bardzo nieprzyjemnie. To są dziwni ludzie, to tak na tym stańmy. I no cóż, oni są dziwni pod różnym względem, ale zdecydowanie UFO, te wszystkie zjawiska, które gdzieś tam na niebie się pojawiają, to jest rzecz, która ich fascynuje, która pochłania ich bez reszty. To w pewnych momentach widać. Tylko ja się zastanawiam i to jest w sumie chyba osiągnięcie reżyserskie, taka pewna charakterystyka.
Czy oni sami wiedzą, dlaczego to ich tak bardzo pociąga? Oni po prostu idą za głosem. No właśnie, za głosem czego? Rozumu, uczucia, czegoś tam. Jest tajemnica i oni za nią podążają. To są dziwni ludzie. W pewnych momentach możemy mieć nawet takie wrażenie, że to są ludzie z deficytami czy to psychicznymi Czy fizycznymi. Różnymi pewno. Pewno różnymi. Dziwni ludzie, ale jednocześnie ludzie ogarnięci pewną pasją.
Co więcej, my bardzo szybko dostajemy sygnał, że może oni są półwariatami, ale jednocześnie sprawy, którymi się interesują, nie są jednoznaczne. To nie są sprawy, które klasyfikują ich jako jednoznacznych idiotów. Wręcz przeciwnie, to są sprawy, które pozwalają nam spoglądać na tych ludzi, dziwnych ludzi jako fascynatów, jako ludzi, którzy starają się dotknąć prawdy. To zawsze jest motyw w literaturze czy w filmach bardzo istotny. Bohater, który stara się odkryć prawdę, zerwać zasłony, które gdzieś tam w świecie istnieją i dotknąć prawdy. I oni de facto starają się to zrobić. To oczywiście różnie wypada. Ten film jest niejednoznaczny, bo on chwilami jest poważnym filmem o zjawisku UFO, a chwilami jawi się jako komedia, jako absurd pewien. Komedia przesadziłem, chyba przesadziłem, a nawet na pewno przesadziłem. Ale jako taki film, który pokazuje pewne absurdy na styku tej serioznej rzeczywistości.
My tu jesteśmy poważnymi ludźmi, nie będziemy rozmawiać o jakichś takich dziwnych sprawach. I to jest jedna strona, a druga strona tak, UFO istnieje. To jest realne zjawisko, które możemy zaobserwować. Mamy na to dane liczbowe. Co więcej, mamy też stację, która coś obserwuje. Nie do końca wiemy, co ona obserwuje, ale jest dziwna. Jest tajna. Jest rządowa. W świecie demokracji, szwedzkiej demokracji jest coś, co jest objęte tajemnicą i to taką tajemnicą nieprzekraczalną jak w Stanach Zjednoczonych. Strefa 51.
Absolutnie nie wolno wkroczyć. Oczywiście oni tam wkraczają za sprawą głównej bohaterki, w każdym razie tej dziewczyny. I nagle zaczynają się objawiać pewne rzeczy, które są naprawdę bardzo dziwne, ale co warto podkreślić, niejednoznaczne. To nie jest tak, że tam się państwu pokaże w tym filmie UFO i jeszcze raz UFO. Takie coś lata po niebie i bryluje. Zupełnie nie tak. I może przez to ten film zyskuje i przez tę niejednoznaczność on jednak przyciąga. Przy wszystkich swoich wadach jednak przyciąga.
[01:51:55] - Powiem ci tak: tam mamy pewną część rzeczywistości przedstawioną w krzywym zwierciadle i chyba za bardzo. Mamy zbuntowaną nastolatkę, mamy grupę badaczy UFO o bardzo różnym podejściu do sprawy i niektóre rzeczy są w ogóle w tym filmie przedstawione bardzo stereotypowo.
[01:52:12] - A z drugiej strony właśnie dlatego powiedziałem o pewnej komediowości tego filmu. Może źle to ująłem.
[01:52:18] - I to mierzi potem.
[01:52:20] - Ty to ująłeś lepiej. Zdecydowanie.
[01:52:23] - I mamy ludzi, którzy zrobią wszystko, żeby ukryć prawdę. Tylko że na pozór dostajemy film, który ma w sobie jakiś mystery, jakąś tajemnicę, a tymczasem to jest taki film przede wszystkim familijny. Tam nie ma jakiegoś sprośnego kontentu. Niestety warstwa z dreszczykiem jest w nim ograniczona do minimum i niestety warstwa jakiegoś przekazu związanego z naturą tego zjawiska absolutnie nie istnieje. Istnieje warstwa społeczna, obyczajowa, natomiast jakaś warstwa parapsychiczna jest zepchnięta totalnie do tła. Dodam kilka ciekawych rzeczy, które mogą być mało zauważalne dla osób, które się nie interesują ufologią, bo ten film w pewnych momentach, Marku, nie wiem, czy miałeś takie wrażenie, wydaje się niezrozumiały. Otóż ta historia jest ogólnie fikcyjna, ale organizacja jest już prawdziwa. UFO Szwecja, UFO-Sverige, jedna z największych, najprężniej działających tego typu formacji w Europie. I to jest ważne. Lennart, czyli ten główny bohater, ten taki pan z wąsikiem, podobny trochę do Jerzego Engela, prezes tej organizacji, przyjaciel ojca Denise, jest wzorowany na rzeczywistej postaci żyjącej w naszych czasach, bardzo sympatycznym ufologu i dziennikarzu Klasie Svanie ze Szwecji, który jest prezesem tej organizacji.
I ten bohater nawet nosi to samo nazwisko, zaś Klas ma tam taką rolę typu cameo w tym filmie. Co do pozostałych członków organizacji nie wiem, czy są wzorowani na realnych postaciach, czy nie. Może. Wśród nich jest oczywiście czarny charakter, dla którego ważniejsze są raporty i papierologia niż badanie UFO. On się staje wrogiem tej Denise, bo ona się zaczyna wciągać w badania i drygować nimi, a jemu się to nie podoba i tak dalej. Druga rzecz, która może być nie dla wszystkich zrozumiała, to czemu oni tak w tej wodzie grzebią. Bo w roku 1946 w Szwecji, w Finlandii, ale mało kto wie, że też w krajach takich jak na przykład Grecja, dochodziło do obserwacji tak zwanych widmowych rakiet. Spökraketer to się nazywa po szwedzku. Pewnie wymawiam źle, bo wiem, że źle. Nie wiadomo do dzisiaj, czym one były.
Niektórzy mówią, że to jest jakieś proto-UFO, poprzednik zjawiska UFO, bo miały też jakieś anomalne cechy, anomalne elementy tam występowały. Inni natomiast utrzymują, że to byli Sowieci, którzy się bawili nazistowskimi zabawkami i eksperymentowali z pociskami. Kilka z tych widmowych rakiet się rozbijało, natomiast jedna miała wpaść do jeziora, które się nazywało bodajże Krymjarw. Też pewnie źle wymawiam. Sprawa oczywiście nigdy nie znalazła rozwiązania, ale to jest odpowiedź, dlaczego oni się tak babrają w tym błocku. Jeżeli ktoś tego nie wie, oni szukają UFO, które się miało rozbić w szwedzkim jeziorze. Tam chyba nawet pada nazwa "Rakieta Widmo" i tak dalej. Ale Marku, tam my mamy inną hipotezę czołową, przez którą zaginął ojciec głównej bohaterki, że UFO zaburza pogodę, że wpływa na aurę swoją aktywnością. I my może nie zdradzajmy za dużo, bo tu możemy pójść o jeden krok za daleko w tym filmie i sprawić, że nasi słuchacze go nie będą oglądać. Ale co jeszcze chciałbym powiedzieć, jeżeli chodzi o fabułę?
Czy wy się zawiedziecie oglądając ten film? Trochę tak, dlatego że jak mówię, warstwa paranormalna, którą się obiecuje, jest przytłoczona absolutnie przez warstwę obyczajową i te dłużyzny, które momentami otrzymujemy, sprawiają, że ten film się robi-- ja się nie czepiam, bo ja nie jestem filmowcem. Przepraszam, ja zrealizowałem w życiu jeden film, nie powiem jaki, a drugi był w produkcji. Natomiast widać, że to robili ludzie, którzy nie do końca się znają na rzemiośle filmowym, bo otrzymujemy coś, co wygląda jak pół film, pół serial, jak pilot serialu. Tam niektóre wątki są niedokończone, niektóre postaci są zamarkowane zbyt słabo, żeby to było ciekawie. Bo mamy na przykład wyeksponowany wątek głównej bohaterki, mamy wyeksponowany wątek Lennarta, a mamy za mało tajemnicy. Mamy za mało tytułowego UFO. Nie wiem, Marku, przejdźmy może do tych naszych klasycznych trzech elementów, bo czasami mamy plusy i minusy.
[01:57:10] - Ja tylko przerwę jedną rzecz. Nie miej, Piotrze, kompleksów, jeśli chodzi o wymawianie nazw skandynawskich. Ja zawsze mam taki dyżurny przykład, jeśli chodzi o wymawianie nazwiska Søren Kierkegaard, to wierzcie mi państwo, znacie państwo, tak jak ja to wypowiedziałem, to mniej więcej kojarzycie, o co chodzi. Jakbyście usłyszeli, jak to wypowiada, bo to był duński filozof, jak to wypowiada Duńczyk, to byście chyba się nie zorientowali, że chodzi o tego Kierkegaarda, którego ja mam na myśli. W związku z tym, tak jak Piotr powiedział, wypowiadanie tych nazw, tych określeń takich w tym języku, akurat chodzi o Szwecję, nie o Danię, ale mimo wszystko to jest naprawdę duże, bardzo duże wyzwanie. W związku z czym zwolnijcie nas państwo z tej poprawności językowej, bo ona jest nieosiągalna dla człowieka, który nigdy z tym językiem nie miał nic wspólnego.
[01:58:18] - To nie jest tak jak w niemieckim, że się wymawia tak, jak się czyta. Ja pamiętam, że jak pisałem pracę magisterską o Swedenborgu, to jednym z pierwszych zaskoczeń było to, że u nas Swedenborg, Swedenborg, wszędzie Swedenborg. Ale to było Swidenbori tak naprawdę. Także pewnie jezioro Krymjarw też się wymawia inaczej. Tak jak mówiłem-
[01:58:43] - Według tego to ten Kierkegaard, którego znacie państwo, to jakoś tak to się wymawia. Wybaczcie państwo, to brzmi bardziej idiotycznie, niż bym chciał, ale jakoś tak to zapamiętałem. Bardzo egzotycznie. Już się zamykam.
[01:59:00] - To tak jak w tej książce "Misja", że jest planeta Tieckova, którą też trzeba odpowiednio wyśpiewać, żeby wejść na wyższe stadium wibracji. Dobrze, Marku, przejdźmy do tych naszych trzech plusów i minusów, bo mówię, to jest taki film, gdzie nie za dużo wam możemy powiedzieć, bo tam akcja się czasami ogranicza do ich codziennych obowiązków. I tam z jednej strony się dużo dzieje, ale nie dzieje się nic znaczącego. I my czasami prezentujemy plusy i minusy. Dzisiaj będą to może bardziej uwagi ogólne. I moja pierwsza uwaga jest taka: producenci mówią, że ten film to jest połączenie "Stranger Things" i "Archiwum X". Kłamstwo. Ani jedno, ani drugie. Film jest, trzeba to powiedzieć, zrealizowany poprawnie. Jego się ogląda bardzo fajnie.
On jest praktycznie nieskazitelny. Tu nie ma żadnych zastrzeżeń realizacyjnych poza dłużyznami, poza tym, że on jest po prostu momentami nudny. I ja mówię, o ile jemu by towarzyszył jakiś dreszczyk emocji, jakaś tajemnica, jakiś horrorek, to byłoby to znośne. Natomiast w tej wersji, w której on funkcjonuje, to mamy takie kwestie młodzieżowo-obyczajowe. Chociaż moim zdaniem ten film jest dla mnie bardziej familijny niż dziecięcy. A to teraz tobie oddaję głos dla twojego plusominusa.
[02:00:29] - Powiem tak, że on naprawdę ma takie momenty, kiedy wciąga. Kiedy to porównanie do "Archiwum X" zaczyna być atrakcyjne. To znaczy na tej zasadzie, że może tak będzie. To się nie zawsze sprawdza. Powiem tak: w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że albo ci dojrzali bohaterowie filmu kompletnie zgłupieli, albo też ta nastolatka, która jawi się jako główna bohaterka, ma taką charyzmę Bo okazuje się, że jest taki moment w filmie, kiedy ona przejmuje kontrolę nad wszystkimi i właściwie nie wiadomo dlaczego. Wierzcie mi państwo, jeśli tak to weźmiemy bardzo logicznie, to naprawdę nie ma powodu, żeby to ona dowodziła pewną akcją, a jednak nią dowodzi. Co więcej, przekonujemy się, że dowodzi nią autentycznie. Ten autentyzm polega na tym, że wszyscy jej ufają, wszyscy jej wierzą, wszyscy uważają, że ona ma rację. To taki świat filmowy. Tylko ja dokładnie nie wiem, dlaczego oni tak uważają.
Jaki jest powód tego, że ona zyskuje taką charyzmę, że dojrzali ludzie, nie wszyscy z tej organizacji UFO Szwecja są tacy dojrzali, niektórzy są w takim wieku średnim, to ja dokładnie nie wiem, jaki jest powód, że nagle ci wszyscy ludzie ufają nastolatce. Może fajnie jeździ na tym skuterze czy na tym motorku, czy jakkolwiek to się nazywa i to do tego stopnia, że oni angażują siły i środki w postaci na przykład elektromagnesu. Wiem, że to, co mówię, to jest w tej chwili mało zrozumiałe, ale staram się, żeby jednak państwu zabawy nie zepsuć. Tam są pewne momenty w tym filmie, ja jestem takim potworem, wielu autorów prosi mnie, żebym czytał ich utwory dlatego, żeby wychwytywać niekonsekwencje oraz takie dziwne zwroty, które nie są logiczne. Ja to zawsze wyłapuję ku rozpaczy jednych, ku frustracji drugich i ku zadowoleniu trzecich. Ja po prostu bardzo lubię, jeśli historia, która jest opowiedziana, jest historią konsekwentną. Otóż ta historia w „UFO Szwecja” jest chwilami jednak niekonsekwentna. Nie mówię, że bzdurna. Nie, tak źle nie jest, ale jednak pojawiają się momenty, w których człowiek mówi: „Dobra, ale właściwie dlaczego?”. Wnioski wyciągane, pewne twarde stwierdzenia wcale nie są takie twarde, jak by się mogło wydać, że na filmie oczywiście one są obowiązujące, ale jak człowiek sobie to przemyśli, to mówi sobie: „Nie, właściwie przepraszam bardzo, ja wiem, że ten film się musi tak potoczyć, a nie inaczej, ale w gruncie rzeczy to wcale takie wnioski nie wypływają z przesłanek, które zostały zaprezentowane”.
Dobrze, przyjmujemy historię, że jest, jak jest, w porządku, ale to jednak, przyznacie państwo, to jest mrugnięcie okiem do widza, mrugnięcie okiem do człowieka, który się czepia. To ja. Nie czepiaj się tak bardzo. W końcu mogło tak być. Jeśli przyjmiemy taką opcję, tak, wszystko się może w życiu zdarzyć. Prawie wszystko. Ale to niekoniecznie jest materiał filmowy i jeśli miałbym wymienić wady tego filmu, to to jest główna wada, że owszem, trudno powiedzieć, że coś jest głupie w tym filmie. Nie, właściwie nie. Ale czy wierzycie państwo w tę historię? Tego nie wiem, a ja w nią nie do końca wierzę.
W kilku momentach pojawiają się dziury nie narracyjne, logiczne. Logiczne dziury, które oczywiście można przyjąć. Powiedzieć: tak, oczywiście, tak było. Oczywiście to jasna sprawa, ale niechętnie. Powiem ja niechętnie przystaję na taki kompromis. Piotr jeszcze powiedział o jednej rzeczy, że tam jest mało tej dziwności. Jest cała taka sekwencja, dosyć krótka w gruncie rzeczy, gdzie jesteśmy w obszarze wielkiej dziwności, poza czasem, poza przestrzenią, gdzie główna bohaterka jest w dziwnym świecie, w którym spotyka osoby, których teoretycznie nie powinna spotkać. A może właśnie powinna spotkać? Jest ta sekwencja, ale ona jest po pierwsze krótka, po drugie czy porywająca? Co kto lubi.
Mnie nie do końca porwała.
[02:06:12] - To przejdźmy może do takiego wyraźnego plusa. Ten film jest momentami nudny. Gdyby go ożywić i uhorrożyć, to byłby naprawdę fajny i byłby bardziej dla dorosłych. Dziwię się, czemu się tak nie stało. Ale powiem ci, że w tym filmie coś jest takiego przyciągającego. On jest taki kojący. Ten klimat jest taki, że chociaż-
[02:06:36] - Zgoda
[02:06:38] - ... tego się nie da oglądać, to ten klimat jakoś tak uspokaja, że się chce iść spać na przykład, że jest fajnie, miło w tym filmie, chociaż nie dzieje się zawsze ciekawie. Tam jest duża dawka naiwności, humorek też taki sobie, szczerze mówiąc. To wszystko jest mocno przewidywalne. Przedstawione są postaci z Postacie stereotypowe: ezoteryczny świrek, specjalistka od wszystkiego, czarny charakter i na tych polach ten film przegrywa. Natomiast na tak zwanym klimacie, który jest rzeczą z góry niedefiniowalną, on jakoś sobie radzi. Dlaczego? Nie pytajcie. To jest kwestia prywatna, osobnicza, subiektywna absolutnie. I tu wam polecam przynajmniej z tego powodu ten film zobaczyć, bo czasami jest tak, że nawet głupie filmy, nawet filmy złe klimat mają i są oglądane i po jakimś czasie zyskują status kultowych.
Ja nie przewiduję dla filmu „UFO Szwecja” tego, że się stanie filmem kultowym, ale coś takiego w sobie ma, że jest takim filmem świątecznym bardzo, tak bym powiedział. Nie pytajcie mnie też, dlaczego się zgodzili szwedzcy ufolodzy na to, żeby być przedstawionymi w tym filmie w taki sposób. Może mają do siebie dystans, a może to jest jednak zupełnie inna kultura. Ja nie wiem, czy bym chciał być przedstawiony w taki sposób. Może trzeba patrzeć na to przez palce, ale jak mówię, hit to dla mnie nie jest. Ale co mi się rzuciło w oczy i to jest kwestia moja numer trzy, bo tam się mówi o inspiracjach Stranger Things, X-Files, ale ja widzę coś innego absolutnie. I to się wybija wręcz: inspiracja klimatem „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” w zakresie tempa, w zakresie konstrukcji. Tempo w „Bliskich spotkaniach” też jest bardzo intensywne, tylko tam jest większa dawka tajemnicy i tam jest po prostu więcej UFO. I mamy też bardzo podobny sposób, w jaki widzowi jest przedstawiany świat w filmie. To się mocno rzuca.
Powiem ci, że pierwsza rzecz, którą skojarzyłem, to były jakieś pokrewieństwa właśnie konstrukcyjne z „Bliskimi spotkaniami” Spielberga. W obu tych filmach mamy też jako głównych bohaterów ludzi z problemami, z którymi się jest czasem trochę trudno utożsamiać, którzy są outsiderami, ale jednak są osią tego filmu. Także oni tutaj głęboko przesadzili z porównywaniem tego do „Archiwum X”. Natomiast powiem ci tak, że ja myślę, że mimo wszystko te potencjalne plusy i fajne inspiracje nie równoważą wielkiego minusa, jakim jest brak akcji i pewna naiwność. Pewna naiwność, która sprawi, że sporo widzów ten film porzuci po kilkudziesięciu minutach, bo uzna, że nie, nie będę oglądał filmu dla dzieci o UFO. Natomiast ja tego filmu nie zapamiętam. Nie zapamiętam poza tym, że mówił o organizacji ufologicznej, która istnieje. Bo tam nie było nic do zapamiętania. Z tego można było zrobić naprawdę fajne kino, kiedy już się władowało tyle środków.
[02:09:59] - No to ja powiem jeszcze jedną rzecz, która może niektórych dobić, a niektórych zachęcić. To jest jak zwykle rzecz niejednoznaczna. Otóż w filmie zatytułowanym „UFO”, a w polskiej wersji, czy też w naszej tej omawianej wersji „UFO Szwecja” tak naprawdę mało jest UFO w sensie tym takim kanonicznym, czyli coś tam lata po niebie. Otóż mnie ten film bardziej przypominał taki klasyk z przełomu lat 70. i 80. Tytuł oryginalny „The Final Countdown”. W polskiej wersji to chodziło jeszcze raz Pearl Harbor. Pamiętacie państwo lotniskowiec? Tam się przenosi do czasów II wojny światowej współczesny lotniskowiec czy ówczesny lotniskowiec. I tu mamy rzecz podobną, jakieś manipulacje czasem, przestrzenią, tego rodzaju historie.
Nie wiadomo, czy to UFO, a może takie jakieś dziwne zjawiska fizyczne. Tu może pogoda, może to, może śmo, może jeszcze coś innego. I mamy taki miks, dostajemy niby ludzie badający UFO, ale dostają zjawisko fizyczne, pogodowe jakieś tam i oni je badają i w ogóle wszyscy je badają, bo jest jeszcze organizacja, która to bada i tak dalej. Ja sądzę, że ludzie, którzy interesują się problematyką UFO, która sama w sobie to ta tematyka jest nie do końca zdefiniowana, nie do końca opisywalna, ale jednak jakoś tam oscyluje, kieruje się w kierunku pewnych rozwiązań, to dostajecie państwo film, który jest takim filmem, jak powiem, że niejednoznacznym, to uznacie mnie państwo, że bredzę albo że staram się coś zataić. To powiem inaczej. To jest film, który nie opowiada tak naprawdę wbrew tytułowi o UFO rozumianym tak popkulturowo, czyli coś tam lata po niebie i na ogół jest talerzem albo czymś podobnym do talerza. Nie, tu mamy zupełnie inną problematykę. Gdzieś tam się pojawia oczywiście jakieś podejrzenie, ale w gruncie rzeczy, umówmy się, dostajemy film o czymś dziwnym, że świat jest inny niż nam się wydaje. Ale czy to jest materiał, proszę państwa, na film porywający? Mam wątpliwości.
To, że świat jest dziwny i inny niż nam się wydaje, to w gruncie rzeczy banalne jest chyba. Takie mam wrażenie.
[02:13:06] - Tak. Zatem te porównania producentów, twórców z „Archiwum X” są przesadzone. Nie ma aż tak dużej dawki emocji w tym filmie. I ostateczne pytanie: czy warto zobaczyć? Ponieważ jesteśmy w okresie przedświątecznym i pewnie horror to nie jest najlepszy gatunek, który wielu ludziom wtedy wchodzi. Także jeżeli chcecie coś takiego lajtowego, to jak najbardziej. „UFO Szwecja” da się polecić. Mówię, ten film ma klimat, tylko nie ma w sobie nic, co porywa. Nawet powiem ci, że ja bym go nie nazwał filmem fantastycznym tak w 100%. On jest trochę jak taka baśń filmowa bardziej, że on ma jakąś tam warstwę fantastyczną.
Natomiast większość to są jakieś problemy dnia codziennego, nawet nie kwestie obyczajowe, bo kwestie obyczajowe to za głęboko. Tam nie ma takiego głębokiego, gęstego problemu jak w tych nowoczesnych horrorach, że macie historię obyczajową, która wam przyciąga uwagę, a tam gdzieś z boku dzieje się jakieś zjawisko dziwne. Tu to wszystko jest nie do końca rozbudowane, nie do końca przedstawione tak, jak polski widz interesujący się zjawiskiem UFO by chciał. Chociaż może szwedzkiego widza to w jakiś sposób zaspokaja i kontentuje. Także tak bym zakończył nasze rozważania, dlatego że wielu z nas pytało, jak my ten film oceniamy. To jest chyba drugi w ciągu dwóch miesięcy film o UFO. Pamiętasz, że ocenialiśmy taki film z jakiejś platformy, z Disneya chyba, o tej dziewczynie, która nic nie mówiła przez cały film i który się tak wielu osobom podobał. „UFO Szwecja” jest znacznie lepsze. Coś mówią i przynajmniej ma sens, ale to też nie jest szczytowe osiągnięcie kinematografii ufologicznej. Cały czas czekamy na coś dobrego.
Ponoć ma się pojawić „Alien: Romulus” w przyszłym roku. Zobaczymy. Chociaż czy „Alien” to jest ufologia? Nie wiem.
[02:15:13] - Tak, ja pamiętam ten film o tej dziewczynie, bo pewien słuchacz oburzył się, że ja tam w pewnym momencie nawiązałem do gwałtu i tak dalej. Strasznie się wyekscytował, odsądził mnie od czci i wiary, że w ogóle jak ja mogę się kulturą zajmować. Tymczasem tam te erotyczne sugestie były ewidentne i ja polecam ewentualnym krytykom, żeby najpierw obejrzeli film, o którym rozmawiamy, a później ewentualnie zgłaszali krytykę, bo dyskredytowanie naszej recenzji czy też omówienia na podstawie tego, co się mówi, to jest głupie, proszę państwa. Co sobie będziemy dużo tu na ten temat mówić, polecam łaskawej pamięci. Natomiast jeśli powiemy o tym filmie, o którym dzisiaj mówimy, czyli „UFO Szwecja”, no cóż, proszę państwa, to jest taki film, który Piotr powiedział o czasie takim świątecznym, rozluźniającym. Ja nie mam jednoznacznej opinii na ten temat. To znaczy, to nie jest film, który państwa porwie. Porównanie w sumie z takim filmem familijnym, znaczy znowu właśnie nie jest familijny do końca. Nie wiem, jak go do końca scharakteryzować. Powiem tak: to nie jest zły film.
My z Piotrem omawialiśmy w tej ramówce, w tym cyklu znacznie gorsze filmy. To jest film, który ma pewne deficyty, jeśli chodzi o realizację, ale tak jak to mawiają Anglicy, na koniec dnia, w tym momencie kilka osób, które znam, by mnie zabiło za tego rodzaju sformułowania, ale na koniec dnia to ten film przynajmniej częściowo się broni. Da się go obejrzeć bez wstrętu i bez boleści. W związku z tym „UFO Szwecja”, nie spodziewajcie się państwo dynamicznej akcji i tego rodzaju, nie wiem, jakichś filmów typu Tom Cruise i jego przyjaciele. Nie, tu aż tak dynamiczna akcja nie jest. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym. Niemniej jednak to jest film pod pewnymi względami interesujący, ale uzbrójcie się państwo w cierpliwość. Wiem, że to, co powiedziałem, jest niejednoznaczne, ale chyba dobrze oddaje to, co państwo dostaniecie na ekranie.
[02:18:17] - Tak. A tym, czym on przyciąga, jest po prostu dobra realizacja. To jest film, do którego się nie ma o co przyczepić, kiedy się go ogląda, ale tylko jako obraz. Z treścią jest gorzej. Także czy go polecamy? W sumie nie wiem. Zobaczyć możecie. Powtarzam się, ale czy on się zapisze w historii filmów o UFO? Raczej nie, tylko pod tym względem, że chyba jako jeden z niewielu odwołuje się do prawdziwych organizacji, do ludzi, którzy istnieją. I to w sumie tyle.
Może się będziecie dobrze bawić w święta przy „UFO Sweden”.
[02:19:03] - Obejrzyjcie państwo ten film. Ja nie spodziewam się fajerwerków z państwa strony, nie spodziewam się jakiejś ekscytacji, ale obejrzyjcie dla porządku. Naprawdę omawialiśmy w tej serii znacznie gorsze filmy. W związku z tym ja polecam. Obejrzyjcie to Państwo bez spodziewania się ekstra ekscytacji, ale obejrzyjcie. To nie zaszkodzi.
[02:19:36] - Jak rutinoscorbin. Trzymajcie się.
[02:19:38] - Dzięki Piotrze, dzięki Państwu. Do usłyszenia. Proszę Państwa, bardzo się Państwu spodobały opowiadania Krzysztofa T. Dąbrowskiego. No to idziemy za ciosem. Reda Haddad nagrał jeszcze kilka tych opowiadań. Dzisiaj mam dla Państwa opowiadanie „Może kiedyś”.
[02:20:10] - Krzysztof T. Dąbrowski „Może kiedyś”. Na początku była wielka jasność, po prostu oślepiający rozbłysk. A potem stało się to, co się stało. Helcia się bała. W końcu była sama w domu. Rodzice polecieli na misję badawczą na Księżyc. Babcia poszła do labu robić te swoje badania, a ona była sama, samiuteńka, kiedy to się stało. Niby miała dużo lat, bo już aż siedem i pół, ale faktem było, że poczuła strach. Gdy tylko ochłonęła, pognała do komputera.
W końcu jeśli ma się gdzieś czegokolwiek dowiedzieć, co się wydarzyło, to tylko w necie. Ale komputer nie działał. W sumie to nic w domu nie działało, nawet roboty czyszczące zwiesiły wszystkie kończyny i zastygły w groteskowych pozach. I światła też nie było, a wszystkie śluzy trzeba było otwierać ręcznie, bo same nie chciały się rozsunąć. Zdezorientowana Helcia wyszła z mieszkadła. Sąsiedzi też powychodzili z mieszkadeł. Sami dorośli, bo ona to była jedna jedyna taka, co ma siedem lat, siedem i pół. W ogóle była jedna jedyna, na którą mówi się, że jest dzieckiem. Prócz niej mieszkali tu tylko dorośli. Na początku było jej z tym bardzo dziwnie.
Byli tylko oni, a wszyscy jej rówieśnicy. Cóż, towarzystwo rodziców, Buni i Bongosa, czyli jej pluszowego małpka, było miłe, ale brakowało czasami koleżanek i kolegów. Na szczęście wystarczyło włączyć net i się pojawiali. Zawsze mogła z nimi pogadać, powygłupiać się czy w coś pograć. Codziennie oglądała ich zdjęcia. Pokazywali na nich co robili, gdzie żyli, co jedli i w ogóle pokazywali wszystkie fajności, jakie się w tym wieku mogą człowiekowi zdarzyć. Ona nie mogła się takimi rzeczami pochwalić. Tu wszystko było ujednono, ujednino. Nie mogła sobie przypomnieć, jak to się nazywa. Skupiała się, skupiała i nic.
W każdym razie chodziło o to, że tu wszystko dla wszystkich było takie samo i nie było czym się chwalić. Ale jej kolegom i koleżankom wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, uważali, że tu wszystko jest takie wow i takie superowskie, jak to niektórzy mówili. Mówili też, że chcieliby być tam, gdzie ona. Czy rzeczywiście chcieliby od urodzenia być jedynym dzieckiem w okolicy? Czy chcieliby mieć przyjaciół tylko w necie i nigdy nie spotkać ich na żywo, nie móc się razem powygłupiać bez pośrednictwa ekranu i kamerki? Ale nie miała na to wpływu. Na szczęście do przytulania i zabaw miała pana Bongosa. A teraz stało się coś dziwnego i chyba przerażającego, bo wszyscy byli wystraszeni, a nie zdarzyło jej się jeszcze widzieć wystraszonych dorosłych. Na dodatek wszyscy tacy byli.
Niektórzy płakali. Co się stało? Babcia miała swoje skarby, jak zwykła nazywać te fajne rzeczy z tego metalowego pudełka ze wzorkami. Czasami je przeglądała i uśmiechała się sama do siebie. „Bunia, co tam masz?” zapytała kiedyś, stając na palcach i ciągnąc babcię za rękaw. „Zaraz pokażę ci moje skarby” odparła babcia, sadzając ją sobie na kolanach. Skarby były wspaniałe. Na przykład są takie zdjęcia, co ich nie ma, a jednak są. Wystarczy włączyć komputer albo wejść w net. A wyobraźcie sobie, że Bunia miała takie na kartkach.
Teraz to nawet są już holo zdjęcia. Można je oglądać z każdej strony, bo się wyświetlają na wyświetlaczu holograficznym. Ale z babci zdjęciami na papierze nie było takiej możliwości, żeby tak robiły. Nie było nawet trójwymiaru. Były takie dziwnie płaskie, a jednak miały w sobie to coś. Coś fajnego. Chyba to, że można je było trzymać w ręce i że nie trzeba było do tego włączać komputera. Babcia lubiła robić jeszcze inne dziwne rzeczy z tymi zdjęciami. Na przykład zdarzało jej się głaskać po twarzach niektórych ludzi z tych zdjęć i jeszcze się przy tym uśmiechała. „Bunia, co ty robisz?” „Głaszczę sobie”, „Ale co?
Jak to głaszczesz?” „Tak po prostu brzdącu”. „A” odparła Helcia i po chwili namysłu też pogłaskała tego pana na zdjęciu. „Ale śmiesznie” zachichotała. Babcia też się zaśmiała. „Buniu, a kto to jest ten pan?” „To dziadzia, twój dziadzia”. „A gdzie jest?” Babcia na chwilę posmutniała. Dziadzi wyrosły skrzydła i poleciał tam, gdzie się czeka na kolejne narodziny.
[02:25:31] - A po co się znów rodzić? Nie lepiej być jak się jest?
[02:25:34] - Dopytywała, skubiąc brwi. Tak to już jest, że jak się tak człowiek pomarszczy, to żeby mu weselej było, wyrastają skrzydła i leci tam, gdzie go odmłodzą.
[02:25:46] - I gdzie się dziadzia urodził? Znaczy się jest teraz bobasem, tak?
[02:25:51] - Tak - odparła babcia. - Ale nie wiemy którym. I dlatego dla wszystkich ludzi trzeba być dobrym, bo nigdy się nie wie, kto był kiedyś twoim dziadziem.
[02:26:01] - To muszę myśleć, że cały świat jest pełen małych dziadziów?
[02:26:05] - Tak.
[02:26:06] - A jak się kiedyś będę chciała zamężyć, tak jak mama i tata, jak się zakociam, to dziadzio. Przecież dziadzio jest taki babciowy.
[02:26:14] - Nie bój się brzdącu, to na pewno nie będzie dziadzio.
[02:26:18] - A skąd wiesz?
[02:26:19] - A wiem i już! - zaśmiała się babcia.
[02:26:22] - No skoro tak mówisz, to mi już spokojniej. To mogę się kiedyś zamężyć.
[02:26:28] - I tak sobie siedzieli i rozmawiali. To znaczy głównie Bunia tłumaczyła, co jest na zdjęciach, a Helcia tylko co chwilę dopytywała.
[02:26:37] - A to puchate, śmieszne takie, to co?
[02:26:40] - To jest kotek.
[02:26:41] - A to czego służy?
[02:26:42] - Do przytulania. Zapiszczała, klaszcząc w rączki.
[02:26:47] - Ale fajnie! A tu, a tu?
[02:26:49] - To piesek.
[02:26:50] - Też służy do przytulania?
[02:26:52] - Też. Helcia zamachała gwałtownie nóżkami, jak to zwykła robić, gdy coś ją bardzo cieszyło. Helcię wystraszyło to, że wszyscy dorośli zrobili się tacy dziwni. Więc wróciła do mieszkadła, pobiegła do swojego pokoju, położyła się na łóżeczku i przytuliła się do pana Bongosa. Słońce za oknem mieszkadła powoli znikało, przesłaniane przez ogromną szarą kulę księżyca. Zrobiło się ciemno. Helcia starała się być odważna, a pomagało jej w tym miękkie futerko małpka. Po chwili dziewczynka usłyszała otwieranie śluzy zewnętrznej. Coś zgrzytnęło, potem zagrzechotało, a potem zasyczało. I po chwili w głębi mieszkania pojawiło się słabe, niestabilne światło.
Zaintrygowana Helcia odłożyła Bongosa na bok i wyszła z pokoju przez niedomkniętą śluzę. Na zewnątrz dziewczynka zobaczyła Bunię, która trzymała w dłoni dziwny, podłużny przedmiot. Na jego końcu było źródło światła i było ono jeszcze bardziej niestabilne, niż jej się z początku zdawało, bo się dziwnie chybotało, jakby poruszane niewidzialną siłą.
[02:28:09] - Buniu, a co to jest?
[02:28:11] - Świeczka, kochanie.
[02:28:12] - A to też nie.
[02:28:13] - Kochanie, to na ogień.
[02:28:14] - A! A.
[02:28:15] - Helcia podrapała się z namysłem po głowie.
[02:28:18] - Tak jak kiedy leci rakieta?
[02:28:21] - Coś w tym stylu. Babcia ostrożnie postawiła dziwny przedmiot na półce i sięgnęła do szafki. Przedmiot wydzielał delikatne ciepło, a jego światło było znacznie milsze od tego z oświetlenia pokładowego. Tamto było takie zimne, a na to aż przyjemnie się patrzyło. To była chyba jedyna dobra rzecz, jaka się wydarzyła w tym całym zamieszaniu. Babcia wyciągnęła ciasteczka i wysypała je na talerzyk. Masz, pochrup sobie.
[02:28:51] - Dziękuję Buniu. Jesteś cudaczna - wykrzyczała Helcia, przytulając się do jej nogi.
[02:28:57] - Babcia się zaśmiała.
[02:28:59] - Nie cudaczna?
[02:29:01] - A mówiłam twoim rodzicom, żeby na ziemi zostali. Do szkoły byś chodziła i stareńka Bunia nie musiałaby cię tak poprawiać. Tam są tacy ludzie, co nazywają ich nauczycielami.
[02:29:14] - Wiem o tym. Koledzy i koleżanki mają takich ludzi.
[02:29:18] - I ci ludzie uczą ich słów i tłumaczą, jakie, kiedy i jak używać.
[02:29:23] - Ale ja mam najlepszą nauczycielkę na świecie. Ciebie. Jesteś naprawdę cudaczna.
[02:29:29] - Cudowna brzdącu. Mówi się cudowna.
[02:29:32] - Cudowna.
[02:29:33] - Helcia skupiła się, by zapamiętać, że to słowo w tym kontekście jest tym właściwym. Po chwili dziewczynka posmutniała. Złapała babcię za rękę i bez słowa zaczęła ją ciągnąć do swojego pokoju. Pokazała na komputer.
[02:29:50] - Nie działa. Naprawisz?
[02:29:52] - Nie umiem, kochanie.
[02:29:53] - Ojej, a mamowy komputer?
[02:29:56] - Babcia westchnęła ciężko, po czym usiadła i poklepała się po kolanach. Helci nie trzeba było tego dwa razy pokazywać. Czym prędzej wskoczyła na babcine kolana. Wszystkie komputery się popsuły, kochanie - powiedziała dziwnie smutnym głosem.
[02:30:13] - Ale kiedyś się naprawią, prawda?
[02:30:16] - Wszystkie. I tu, i na ziemi - mówiła babcia, jakby nie usłyszała pytania. Wszystkie komputery się popsuły i net i wszystkie chmury poznikały i nawet twarde dyski popsute.
[02:30:29] - Ojej - zachlipała Helcia. - Moi przyjaciele. Ich już nie ma.
[02:30:34] - Są, kochanie - odparła babcia, czule głaszcząc ją po włosach. - Są.
[02:30:40] - Ale nigdy już ich nie znajdę, prawda?
[02:30:43] - Może kiedyś - skłamała babcia. - Jak to naprawią.
[02:30:48] - Może kiedyś - powtórzyła Helcia głosem pełnym nadziei.
[02:30:54] - Najgorszą prawdę babcia zachowała dla siebie. Przytuliła Helcię mocno i odwróciła głowę w stronę okna ukazującego czerń kosmosu, bezkresną pustkę. Gdzieś pod nimi była ziemia, gdzieś obok księżyc, a one trwały w gigantycznej stacji kosmicznej, która bezwładnie dryfując, zmieniła się teraz w ogromną metalową
[02:31:27] - To teraz zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. A dzisiaj książka, która daje do myślenia. Akurat jestem szczęśliwym czytelnikiem. Jestem po lekturze i to już jakiś czas temu wykonanej. Właśnie pod wpływem tejże recenzji, która przypomnę, po raz pierwszy ukazała się kilka lat temu na kanale w Book Radio. I to jest książka Harpera Kealey „Los Rzymu. Klimat, choroby i koniec imperium”. Mówi dla Państwa Mirosław Gołuński, nieodżałowany Mirosław Gołuński. Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo szansę i okazję odsłuchać tego podcastu.
Jak zwykle zapraszam do mojego „Labiryntu książek”. Ten i następny program będą ze sobą powiązane, choć na pozór może się to wydawać, że w sposób bardzo nieoczywisty. Dziś bowiem będę mówił o książce stricte naukowej, co więcej historycznej. Ja uwielbiam historię. Natomiast za tydzień będę opowiadał o wybitnej fantastyce, ale o fantastyce oczywiście za tydzień. To będzie też dodatkowa historia. Dziś jednak chciałbym opowiedzieć państwu o książce naukowej. Tym razem to nie powieść, choć czyta się momentami jak powieść. Kyla Harpera „Los Rzymu. Klimat, choroby i koniec imperium”, przetłumaczona przez Grzegorza Smółkę.
By oddać też hołd tłumaczom, na co pewnie państwo zwróciliście uwagę, od jakiegoś czasu robię to bardzo regularnie i bardzo mi na tym zależy, żeby docenić tłumaczy. Sam nie jestem tłumaczem, ale uważam, że mają oni nie tylko prawo, ale też naszym obowiązkiem jest zdawać świadectwo. Ponieważ ja mówię do państwa przede wszystkim o książkach napisanych w języku polskim czy opublikowanych w języku polskim. W związku z tym, jeżeli zdarza mi się taka sytuacja jak ta, gdy mogę, gdy jest tłumaczenie, to jak pewnie państwo zwróciliście uwagę, od początku staram się tych tłumaczy rzucać. Chyba że tekstów jest tak wiele, że już nie dajemy rady. Ale wracamy do tematu. Na pewno najsłynniejszą książką o upadku Rzymu jest książka Gibbona, napisana bardzo dawno temu, ponad 200 lat. Gibbon w swojej książce analizuje przede wszystkim historię polityczną i społeczno-moralną schyłku Cesarstwa Rzymskiego i sam widzi swoje problemy. Wielu ludzi do dziś powołuje się na tę książkę, pokazując na przykład, że znowu żyjemy w czasach upadku obyczajów i tak dalej. Uważam, że to nie jest dobry pomysł.
W ogóle nie jest dobrym pomysłem po 200 latach ciągle myśleć kategoriami dawnymi, bo zbyt wiele od tego czasu się dowiedzieliśmy, zbyt wiele od tego czasu się nauczyliśmy. W związku z tym nowa książka Kyla Harpera, opublikowana w Polsce zaledwie dwa lata temu czy w zeszłym roku, rzuca zupełnie nowe światło na Cesarstwo i jego schyłek. Przede wszystkim wychodzi ona nie od polityki, chociaż o niej też wspomina, ani nawet od obyczajów, o których tyle mówił Gibbon. Za to wiele uwagi poświęca interdyscyplinarnym studiom nad historią klimatu, wpływu na niego starożytnych oraz medyczną historią pandemii przede wszystkim. Myślę, że w czasach, w których żyjemy, a więc w czasach pandemii koronawirusa, jest to lektura jak najbardziej wskazana, ponieważ dużo mówi też o nas jako ludziach i o tym, jak bardzo zmieniamy się lub się nie zmieniliśmy w ciągu ostatnich niemalże 2000 lat. Wyłaniający się z wywodów Harpera obraz historii Cesarstwa zaczyna mniej więcej od roku 150. To jest początek pierwszej dużej pandemii zmian klimatycznych, aż do pojawienia się Mahometa w wieku VII jako grabarza Bizancjum. Nie tyle oczywiście Mahomet czy islam nie od razu zniszczyły Bizancjum i nie o to chodzi Harperowi. Chodzi mu o to, że pojawienie się islamu zatrzymało jakąkolwiek możliwość ekspansji Cesarstwa Bizantyjskiego i przez następne kilkaset lat ono trwało, ale właściwie zajmowało się najczęściej albo ochroną w ogóle własnego istnienia, albo próbą odzyskania dawnej świetności. Nigdy się na to tak naprawdę nie udało.
Nigdy nie wróciło do posiadłości, którą miało przed pojawieniem się islamu. Dlaczego 150. rok? Otóż jak zauważa autor sam będący badaczem, historykiem, ale nie historykiem politycznym, jak jesteśmy przyzwyczajeni, tylko na przykład on zajmował się historią wylewów Nilu od czasów późnej republiki. Przypominam, to jest mniej więcej druga połowa I wieku p.n.e. aż do upadku Cesarstwa, do późnego Cesarstwa. Problem z tymi badaniami polega na tym, że dopiero muzułmanie zamontowali coś, co można by nazwać nilometrami. Czyli takimi urządzeniami, które mierzyły coroczne życiodajne, ale w ich czasach coraz mniej, wylewy egipskiej rzeki. Co mu z tego wychodzi? Otóż badając przede wszystkim źródła pisane, Egipcjanie, a potem Rzymianie bardzo uważnie zapisywali te wylewy Nilu, bo od nich w dużej mierze zależało istnienie Rzymu, który był uzależniony od egipskiego zboża.
Ale również badając pewne zmiany, fluktuacje w terenie i tak dalej, zdołał wykazać, że do roku 150 naszej ery mieliśmy do czynienia z bardzo regularnymi, równymi wylewami Nilu. Nie będę tutaj opisywał, skąd się te wylewy Nilu biorą. Ci, którzy są zainteresowani, znajdą bardzo dokładny opis klimatyczny, skąd się te wylewy Nilu w ogóle brały. One nie biorą się z powietrza, tylko biorą się właśnie z ruchu klimatycznego. Ale zauważa, że po 150. roku właściwie prawie idealnie. Nagle zaczynają się, po pierwsze bardzo nieregularne wylewy Nilu w tym sensie, że one są lub ich nie ma. Co więcej, one słabną. Albo zdarzają się katastrofy, które powodują, że wszystko zostaje zalane, albo przez kilka lat ich w ogóle nie ma. Dlaczego?
Dlatego, że około roku 150. zaczęła się, i to mówią z kolei klimatolodzy, dość gwałtowna zmiana klimatu. To jest tak zwany koniec najlepszego holocenu, który wykorzystała Republika Rzymska do podbojów świata i początkowo cesarstwo. Natomiast około 150. roku klimat staje się niestabilny. Na przykład można to obserwować po zasięgu i zmianach alpejskich lodowców, ale również, co jest chyba jeszcze ciekawsze i pokazuje, jak ważna jest archeologia, po wysokości zasiewów. Otóż okazuje się, że w Grecji odnaleziono tłocznię oleju na wysokości około 630–650 metrów nad poziomem morza. Zasada jest taka, że tłocznię stawia się przy polach. Zawsze stawiano w starożytności, żeby nie tracić czasu na przewóz. Otóż te tłocznie pochodzą gdzieś mniej więcej z II–I wieku przed naszą erą.
Później już ich tam nie ma. Otóż zasięg zasiewów ograniczył się gdzieś do wysokości 300 metrów nad poziomem morza, a więc nastąpiło dość gwałtowne wówczas ochłodzenie klimatu. Widzicie państwo, to jest bardzo skomplikowany proces, który tutaj próbuję trochę odtworzyć, ale myślę, że najlepiej go sobie zrozumiemy. Czy państwa uczono w szkole, że jeszcze na początku naszej ery Sahara była na tyle nawodniona, że dominujące na niej społeczności stworzyły państwo handlujące z Rzymem? A tak wtedy było i Kyle Harper to dość dokładnie opisuje. Jak więc państwo widzicie, możemy dowiedzieć się żadnej zakazanej historii. Nie. Przemilczanej. Dlatego, że nas w szkole, i ja zawsze na tym strasznie boleję. Państwo się pewnie zorientowaliście, pół życia spędziłem, badając powieść historyczną, więc chociaż nie jestem historykiem, to z historią mam wiele do czynienia, że w polskiej szkole mówimy przede wszystkim o historii politycznej.
Już nawet nie chodzi o to, że polskiej. Ale to nie jest takie proste, bo patrząc tylko na politykę, nie widzimy innych uwarunkowań. No właśnie, zanim do tych uwarunkowań. Na siatkę klimatyczną, którą tutaj próbowałem państwu zaprezentować, Harper nakłada siatkę epidemiczną. Okazuje się bowiem, że nie mające żadnej wiedzy o drobnoustrojach cesarstwo cyklicznie nawiedzały epidemie, prawdopodobnie powiązane ze zmianami klimatycznymi, o czym będę mówił. Pierwsza była za Antoninów. Mniej więcej zaczęła się około 170 roku naszej ery. Antoninowie, przypomnę, zwieńczeniem ich władzy był Marek Aureliusz i potem ten nieszczęsny Kommodus, którego i tak bardzo złagodzony obraz pokazano w słynnym „Gladiatorze” Ridleya Scotta. Drugi za Sewerów, czyli prawie sto lat później, pod koniec III wieku. Wreszcie trzecia, największa pandemia ciągnąca się przez blisko 200 lat.
Pandemia dżumy, która rozpoczęła się za Justyniana około roku 540. Czyli już jesteśmy po upadku Rzymu Zachodniego, ale jeszcze oczywiście Bizancjum całkiem nieźle się miało. Ale ta epidemia trwała 200 lat i tak naprawdę kończy się dopiero, gdy nastali muzułmanie. Co ciekawe, muzułmanów nie dotknęła ta dżuma. Za chwilę powiem dlaczego. Na podstawie skąpych zapisów i badań genetycznych nad archeologicznymi znaleziskami próbuje się ustalić, jakie choroby wchodziły w grę. To jest bardzo ciekawe w ogóle. Zwłaszcza dzisiaj wszyscy staliśmy się specjalistami od zaraz, więc tym bardziej możemy sobie zobaczyć, jak to robią historycy. Pierwsze dwie miały prawdopodobnie pochodzenie wirusowe. Być może ospa.
Czyli trochę tak jak ten koronawirus, który nas teraz męka i grypa oczywiście. Trzecią znamy najlepiej, bo jest najmłodsza, ale też to były pałeczki dżumy. Dżuma jest chorobą bakteryjną przywleczoną z Azji prawdopodobnie przez podróżujące na gapę szczury. Oprócz etiologii historycznej autor opisuje konsekwencje społeczno-polityczne dla cesarstwa. Czyli za Antoninów mamy pierwszy kryzys, który został wywołany przez pandemię wirusową. Rozpad za Sewerów. To wówczas, o czym może uczyliście się politycznie, że Partowie, najgroźniejszy przeciwnik późnego cesarstwa w Azji, najeżdżali wschodnią flankę imperium praktycznie bezkarnie, bo nie miał kto bronić granic, bo wszyscy umierali. Wreszcie podobny wzrost w IV wieku, mimo niesprzyjających okoliczności klimatyczno-politycznych. Ale też Hunowie najechali Europę, bo zmiana klimatu ściągnęła na stepy, gdzie żyli, wieloletnią suszę. To nie jest tak, że Hunowie zrobili: „Ha!
Idziemy do Europy”. Nie. Ich również wygnały zmiany klimatyczne. I wreszcie schyłek odradzającego się Cesarstwa Wschodniego, które przegrało z zarazą. To jest w ogóle ciekawe, bo Hunowie nigdy nie zdobyli Bizancjum, bo z kolei Bizancjum było chronione przez niewidzialne drobnoustroje, czego oczywiście nie wiedzieli nawet sami Bizantyjczycy. Jak więc państwo widzicie, ta historia robi się o wiele bardziej złożona i skomplikowana. Tu nie ma wielu dowodów bezpośrednich, ale książka pokazuje, jak ważna jest ta archeologia, o której właśnie mówiłem. I to nie ta z Indiany Jonesa, ale mozolne i mało medialne badanie obecności naczyń z importu, inskrypcji nagrobnych, tam, gdzie to możliwe, badanie genetyczne odkopanych kości. Również badania antropologiczne tych kości. To jest bardzo ciekawe, bo wydaje nam się, że Rzymianie byli potężnym ludem.
Na pewno nie potężni wzrostem, dlatego że przeciętny Rzymianin w okresie cesarstwa miał zaledwie 162 centymetry wzrostu, a kobieta 154 centymetry. A przypominam, że dzisiaj w Polsce mężczyzna ma mniej więcej metr siedemdziesiąt dwa, metr siedemdziesiąt cztery, kobieta mniej więcej metr sześćdziesiąt sześć. To są te średnie. A więc cesarstwo miało słabe strony. Dlaczego byli tak niscy? Kwestia słabej diety, ale również tego, że oni bardzo krótko żyli. Przeciętny Rzymianin żył nie więcej niż 25–30 lat. Ta wysoka śmiertelność, bo nie znali drobnoustrojów i ich działania, dotyczyła wszystkich grup społecznych. Na przykład żona Marka Aureliusza rodziła 14 razy, a dorosłości dożyło tylko dwoje jej dzieci. Między innymi tenże nieszczęsny Kommodus.
Dzisiaj zgrubnie udaje się nawet rozpisać roczne zgony, które układały się według pór roku, w zależności od wieku umierających. Proszę państwa, nawet tyle możemy dziś już odtworzyć. 200 lat temu za Gibbona nie dość, że nie wiedzieliśmy, co to zarazki, my, Europejczycy, to oczywiście archeologia raczkowała i nie było mowy o badaniach, które jesteśmy w stanie dzisiaj przeprowadzić. Jak więc państwo widzicie, mamy tutaj do czynienia z zupełnie innym sposobem myślenia o historii. Dopiero na tak zrekonstruowanej, a więc kwestie zdarzeń naturalnych związanych właśnie ze zmianami klimatycznymi. Chociaż tutaj Harper pokazuje, że na zmiany klimatyczne już wpływali Rzymianie, bo na przykład oni wycięli prawie wszystkie lasy na terenie dzisiejszych Włoch, co spowodowało w konsekwencji zabagnienie tych terenów i katastrofalne wylewy Tybru. Rzym od IV, V wieku był regularnie zalewany, z czego my dzisiaj oczywiście też jeszcze niedawno nie zdawaliśmy sobie sprawy. I dopiero na takim tle pandemiczno-klimatycznym i wpływu człowieka na klimat Harper opisuje historię polityczną. Pandemie dlatego tak długo trwały i w ogóle dlatego były wywoływane, że Rzymianie jako pierwsi stworzyli duże, scentralizowane państwo. Obok Chińczyków oczywiście.
I to, że objęli tak wielki okrąg świata, to że ten świat dużo łatwiej było się przemieszczać statkami, drogami. Wszystkie drogi wiodą do Rzymu. To miało swoje ciemne strony. Na przykład te szczury, które w 540 roku ściągnęły dżumę w okolice Bizancjum, a kilkadziesiąt lat później odnotowujemy je na terenie dzisiejszej Hiszpanii. Statkami przepłynęły, proszę państwa. Albo na ludziach. A szczury ruszyły się, bo na stepach azjatyckich, z których pochodziły, tych, którymi przedtem szli Hunowie, zaczęły się katastrofalne powodzie z kolei i one zaczęły się topić. A więc ruszyły w drogę, bo nie mogły zostać tam, gdzie mieszkały. Ponieważ podróżowali kupcy, podróżowały statki, karawany, wojska. Dużo łatwiej było im się przemieszczać.
I wtedy dopiero, proszę państwa, jakżeż inaczej wygląda historia polityczna. Z jak innej strony możemy czytać zwycięstwa i klęski armii cesarskiej. Może dlatego łatwiej nam będzie sobie uświadomić, że właściwie już po Antoninach cesarze nie byli już Rzymianami. Albo w ogóle po Sewerach. Znaczy bezpośredni. Oczywiście byli obywatelami rzymskimi, ale nie pochodzili z Rzymu, tylko pochodzili z jednego niewielkiego kawałka imperium. Dlaczego właśnie stamtąd przez prawie 300 lat, 200 lat pojawiali się wyłącznie żołnierze? Żołnierze, cesarze wybierani przez wojsko. Z drugiej strony jest tam wiele bardzo ciekawych informacji. Mnie na przykład zaskoczyło, że jeszcze na początku III wieku, gdy Imperium Rzymskie zamieszkiwało około 70 milionów mieszkańców, niewiele mniejsze niż dzisiejsza Francja liczbowo.
To jest bardzo dużo. Bardzo wielu ludzi wtedy żyło. Chrześcijan było zaledwie kilkaset tysięcy, a więc 1% populacji imperium. Niespełna 100 lat później, pod koniec III wieku, a już w ogóle na początku IV. Chrześcijanie przejęli władzę w Rzymie. Co się takiego wydarzyło w ciągu tych stu lat, że chrześcijaństwo zdobyło taką władzę, że tylu ludzi stało się chrześcijanami? Ano właśnie wydarzyła się epidemia. Wydarzyły się zmiany klimatyczne i okazało się, że starzy bogowie są słabi. Nie militarnie! Zwykłych ludzi wojny nigdy nie interesowały, ale właśnie choroby.
Głód zawsze temu towarzyszy. Co ciekawe, jeżeli przyjrzymy się i zobaczymy, że nasze zachowania są stale takie same. Reakcje na pandemię to w czasie pandemii za Antoninów w każdym większym mieście pojawią się figura Apollo Uzdrowiciela, za Sewerów już Jezus Zbawiciel. A gdy nadeszła dżuma, która ruszyła w V wieku, Maria Królowa Świata. Co ciekawe, ciekawie jest pokazana różnica między traktowaniem Marii w Bizancjum i w dzisiejszym katolicyzmie. Wreszcie Allah, który okazuje się zwycięzcą. Dzisiaj, jak państwo doskonale wiecie, również niektórzy uważają, że nie powinniśmy ufać wiedzy, tylko siłom nadprzyrodzonym. Zawsze ktoś też jest winien. Winie w bogów, w Boga. Dzisiaj Big Pharmę.
Zawsze szukamy, i o tym też mówi ta książka, prostych rozwiązań. Ale tych prostych rozwiązań nie ma. A może inaczej: są, tylko rzymianie nie mogli ich znać. Nie mieli mikroskopu, żeby zobaczyć, jak wygląda bakteria, a już w ogóle wirus. To, że dziś udało nam się ustalić, że była to bakteria dżumy, to tylko dlatego, że te bakterie żyją dalej w kościach tych, którzy wtedy umarli. Archeologia, historia. Oczywiście to, że to jest dżuma, wiemy również dzięki opisom. Co ciekawe, samą epidemię dżumy poprzedziły wybuchy wulkanów, prawdopodobnie największe w naszej erze, które sprawiły, że były dwa lata bez lata, a więc właściwie bez zbioru. Szczury nie miały co jeść, bo to było dużo deszczu. To książka, która uświadamia nam, jak jesteśmy mali wobec świata.
Nie mówię, że wobec kosmosu. Chociaż i o takiej książce mógłbym państwu opowiedzieć, ale przede wszystkim wobec świata, wobec klimatu. Jak mówił mój ukochany Bułhakow, a raczej jego Behemot, jak to mówił Behemot do jednego z bohaterów: „Jak chcecie planować coś, skoro nie wiecie, czy będziecie żyli wieczorem?”. A Niuszka rozlała olej. Jak chcemy rządzić światem, skoro może nas powalić choroba, na którą nie mamy wpływu, na której pojawienie się w ogóle nie mamy wpływu. Ale dziś możemy się przed nią bronić, tak jak przed zmianami klimatycznymi, które sami wywołaliśmy. Ta książka jest może nie bezpośrednio, ale również o tym. Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[02:54:42] - Skoro już się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Krzysztof Dąbrowski, Krzysztof T. Dąbrowski. Dzisiaj druga odsłona jego prozy. Opowiadanie zatytułowane „Sublokator”. Zapraszam.
[02:54:59] - Krzysztof T. Dąbrowski „Sublokator”.
[02:55:04] - Za oknem prężyła się holomodelka, usiłując coś reklamować. Ale co? Tego Frank już nie wiedział. Odkąd zmienili holoreklamę, obraz rwał się, przeskakiwał i coraz częściej zacinał. Zamiast kuszącego głosu półprzezroczystej, barwnej kobiety słychać było tylko trzeszczenia i od czasu do czasu coś na kształt przesterowanego głosu. Mimo wszystko nadal był to jedyny znośny widok, jaki miał na zewnątrz. Bez niej byłaby już tylko martwa, brudna ściana sąsiedniego budynku.
[02:55:48] - Gdyby spojrzeć w dół, jak okiem sięgnąć, w obie strony ciągnęła się zasypana śmieciami, dziurawa ulica. Snuli się po niej pijaczkowie, narkomani i ponure typy, które szukały rozróby. Pomiędzy tym całym towarzystwem od czasu do czasu przemykały szczury, a od święta dało się zauważyć polującego na nie kota. A gdyby wytężyć wzrok, to na końcu ulicy można było dostrzec nieliczne kurewki czekające na klientów. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o atrakcje na zewnątrz. W stronę nieba nie było nawet co patrzeć. Wiecznie zasnute sinymi chmurami i upstrzone setkami transporterów sunących w różnych kierunkach. Z dołu wyglądało to dość chaotycznie, ale w gruncie rzeczy była to jedyna ostoja porządku w tym ponurym świecie. Wszystkie pojazdy poruszały się ściśle wyznaczonymi trasami zgodnie z wytycznymi nawigacji powietrznej. Frank stał przy oknie i przyglądał się temu wszystkiemu ze znużeniem.
Nie miał nic lepszego do roboty, czekając, aż naładuje się jego wbudowany w prawy bok akumulator. Zazdrościł androidom nowego typu. One miały wymienne akumulatory, na dodatek niewielkich rozmiarów i nie musiały się martwić o to, czy w pobliżu znajduje się gniazdko o odpowiednim napięciu, ani o to, co by było, gdyby trafiła się dłuższa przerwa w dostawie prądu. Dla niego taka sytuacja oznaczałaby śmierć. Gdyby rozładował się akumulator, to Frank zostałby wysłany na złom, a jeśli nawet ponownie by go uruchomiono, to już nie byłby Frankiem Shermanem. Byłby zwykłym automatem, któremu zresetowały się ustawienia i pewnie wgrano by mu nową osobowość. Z czeluści klatki schodowej dobiegło go stukanie obcasów. Było coraz głośniejsze. Po chwili ucichło i rozległ się dzwonek. Frank odpiął kabel i ruszył do drzwi.
Gdy je otworzył, ujrzał zmęczoną życiem blondynkę o ponurej twarzy i pozbawionym życia spojrzeniu. „Adam numer seryjny sześć osiem trzy cztery siedem pięć?” Zapytała. „To ja” Odparł Frank. „Proszę”. Kobieta weszła do środka. „Aneta Hander. Jestem międzyzakładowym kontrolerem jakości pracy”. „Cóż panią sprowadza? Bo w pracy staram się jak mogę” Odparł, zastanawiając się, co mógł zrobić nie tak. „Owszem, jeśli chodzi o wykonywanie zadań, nie można się przyczepić”.
„To w czym rzecz?” Kobieta przez chwilę milczała, rozglądając się po pomieszczeniu. „W tym, że notorycznie spóźniasz się do pracy, a twoje spóźnienia są coraz większe”. Frank odsłonił bok i pokazał jej wpinkę do ładowania akumulatora. „To już nie mój problem. Mam ci tylko przekazać, że zostałeś skazany na twardy reset”. „Zaraz, chwila, moment”. „Tak?” „Jestem jednym z ostatnich modeli starego typu tak?” „Zgadza się”. Kobieta zrobiła zniecierpliwioną minę. „To może mógłbym pracować w Muzeum Techniki jako żywy eksponat?” „Adamie, przykro mi” Odparła i zaczęła grzebać w torebce. Po chwili wyciągnęła z niej dezintegrator systemu.
„Rozumiem, taka praca, ale pozwól, że coś ci pokażę, zanim odeślesz mnie w niebyt. Dobrze?” Kobieta westchnęła, przewróciła teatralnie oczyma i schowała urządzenie do torebki. „Dobrze, ale naprawdę tylko chwila. I wiedz, że nie uratujesz skóry. Twoje miejsce jest na śmietniku historii. Przykro mi”. Szczerze wątpił, by było jej przykro, ale cel osiągnął. Schowała to cholerstwo, a przecież mogła wcisnąć przycisk i wysłać w jego stronę śmiercionośną falę magnetyczną, która w mgnieniu oka wykasowałaby mu wszystkie dane z systemu. A potem prawdopodobnie trafiłby na złom, bo szczerze wątpił, by komukolwiek chciało się wgrywać kolejną osobowość. Nie był im już do niczego potrzebny, ale on chciał żyć i miał plan.
Frank ruszył do sąsiedniego pokoju. Kobieta udała się za Adamem, nie wiedząc, że nie jest on tym, za kogo go uważa. Stukanie obcasów. Od teraz już zawsze będzie mu się kojarzyło z niedoszłą egzekucją, bo inaczej tego nie mógł nazwać. I pozostawało tylko pytanie, czy ratując siebie będzie musiał ją zabić, czy nie. Wszystko zależało od tego, czy to, co chce jej pokazać, przekona ją, że nie jest już maszyną. Gdy weszła za nim do pomieszczenia, wyglądała na mocno zdziwioną. Nie spodziewała się zobaczyć pracowni malarskiej i obrazów namalowanych w dawnym stylu. „To ty? Tu?” Wyglądała na bardzo zaskoczoną.
„Tak. Czy nadal uważasz, że jestem jednostką przeznaczoną do likwidacji?” „To piękne, co tu robisz”. Chodziła od obrazu do obrazu i nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ryzykuje, odwracając się do niego plecami. Owszem, był androidem, a androidy nie mogą zabijać ludzi, ale jego to prawo już nie dotyczyło. „Ale…” westchnęła i się odwróciła. Ja naprawdę muszę to zrobić. Dla korporacji jesteś tylko zużytą maszyną. A co, jeśli dusza jest informacją, a ciało jej nośnikiem? Słucham? Tak naprawdę nie jestem już Adamem, numer seryjny 683475.
Całe współczucie w mgnieniu oka zniknęło z jej twarzy, a zastąpił je strach. Odruchowo sięgnęła do torebki, ale Frank był szybszy. Doskoczył do kobiety i wyszarpnął ją z jej rąk. „Jakim prawem?” warknęła oburzona Aneta. Słuchaj, bo nie będę się powtarzał. Ale… Milcz! Ryknął, tracąc nad sobą panowanie. Milcz i słuchaj. Zamilkła.
Zrozumiała, że tak będzie dla niej bezpieczniej. Od pewnego czasu Adam czuł w sobie obecność kogoś obcego. Wiem to, bo słyszałem generowane przez jego system myśli. Określał moją obecność jako pomieszkiwanie. I rzeczywiście, po śmierci trwałem przez pewien czas w idealnej czerni, bez czasu i przestrzeni. Tak zabawne mówić przez pewien czas, gdy tam nie ma czasu. Ale jestem tylko człowiekiem, właśnie człowiekiem. Tylko człowiekowi. Ciężko mi inaczej ubrać to w słowa. W każdym razie w pewnym momencie ta czerń zniknęła i pojawiłem się w waszych czasach jako bezcielesny duch, udręczona dusza tęskniąca za ciałem i za wszystkim, co związane jest ze światem materii.
Pragnąłem znowu jeść, pić czy kochać się z kobietą. I marzyłem też o tym, żeby znowu malować. Więc wskoczyłem w pierwsze ciało, które mi się przytrafiło, a był to ten wasz Adam. Numer seryjny 683475. I zacząłem sobie w nim pomieszkiwać. Ale to mi nie wystarczało, więc od czasu do czasu przejmowałem nad nim kontrolę i na nowo uczyłem się, jak przeżywać życie. Ale wiesz, wciąż było mi mało. Pragnąłem znowu malować, znowu budzić się i zasypiać. To, co nazywasz Adamem, zaakceptowało mnie i pozwoliło na to, byśmy stali się nierozłączną całością. Kim jesteś?
Czasami Adamem, ale najczęściej Frankiem Shermanem. Tym genialnym malarzem? Kontrolerka była w szoku. Jezu! Odwróciła się w stronę jednego z obrazów. To rzeczywiście jest w jego stylu. Więc skoro w waszym Adamie numer seryjny 683475 pomieszkuje dusza malarza, to przecież robiąc ten cały reset zabijecie człowieka. Frank uśmiechnął się myśląc, że wygrał. Niestety, kontrolerka okazała się bezduszną formalistką. Przykro mi, ale ja nie mam wyboru.
Odwróciła się do niego. Proszę, oddaj mi torebkę. Zrozum, że takie mam wytyczne i jak nie ja, to zrobi to ktoś inny. Zabijesz mnie? Mnie, człowieka? Słuchaj, skoro twoja dusza tak dobrze sobie do tej pory radzi, przecież nie przestanie istnieć, gdy go zresetuję. Możesz przecież znaleźć sobie lepszego androida. Mówiąc to, Aneta sięgnęła niepostrzeżenie w tył. Wiedziała, że musi robić to bardzo powoli. Przede wszystkim żadnych gwałtownych ruchów.
A potem już tylko wyciągnąć z tylnej kieszeni zapasowy dezintegrator, odbezpieczyć go, wycelować i problem z głowy. Czyli uważasz, że zabijesz tylko sztuczną inteligencję? Bo ja sobie poradzę, tak? Tak. A jeśli to wszystko to tylko gigantyczna symulacja jeszcze wyższej inteligencji? Do czego zmierzasz? Do tego, że wtedy wy, ludzie, bylibyście tylko programami. A kiedy jeden program stworzy inny, równie dobry, to są one sobie równe. Rozumiesz, co mam na myśli? Frank myślał, że ma przewagę, ale dał się zaskoczyć.
Aneta odskoczyła i wycelowała w niego kolejny dezintegrator. Koniec zabawy — syknęła, naciskając przycisk. Adam, numer seryjny 683475 przestał istnieć, a dusza Franka Shermana znowu utknęła w pozbawionym czasu niebycie. Pozostała po nich tylko pusta powłoka. Kontrolerka odetchnęła z ulgą i otarła chusteczką pot z czoła. Potem odzyskała torebkę, wyszerpując ją z martwych dłoni androida i już miała opuścić mieszkanie, gdy przyszło jej do głowy, że przecież te wszystkie obrazy mogą być wiele warte. Gdyby tylko udało się wszystkim wmówić, że odnalazła je na prababcinym strychu i że były to nieznane dzieła genialnego malarza. Byłabym obrzydliwie bogata — wyszeptała do siebie, a w jej oczach pojawiła się radość i chęć do życia. W pracowni było sześć obrazów. Wiedziała, że sama nie da rady ich stąd wynieść, a trzeba się było pospieszyć.
W końcu za około godzinę przyjdą tu likwidatorzy powłok. Gdyby tak wgrać mu nową osobowość i wykorzystać go jako tragarza — pomyślała. A potem wrócić tu i znowu go zresetować? Uznała, że to doskonały pomysł. W końcu trzeba było tylko opakować obrazy i znieść je na dół do jej transportera. A to zabierze nie więcej jak dziesięć, piętnaście minut. Podpięła programator do wejścia X-Jack z tyłu jego głowy i zainstalowała mu nową osobowość. Po chwili android otworzył oczy i się przedstawił. Dzień dobry. Jestem 49765.
W czym mogę pomóc? Tomaszu, widzisz te obrazy? Tomasz rozejrzał się po pracowni. Trzeba, żebyś... Umilkła, widząc na jego twarzy szyderczy uśmiech. Nie zdążyła już nic więcej powiedzieć, bo nagle android brutalnie powalił ją na zakurzoną podłogę. Nim Aneta odzyskała przytomność, Tomasz usiadł na niej okrakiem, skutecznie ją unieruchamiając. Po chwili jego dłonie zacisnęły się na jej szyi i android zaczął ją dusić. Obserwowałem, co tu się dzieje i skorzystałem z okazji, paniusiu. 10 lat temu wykonano wyrok śmierci na niejakim Robercie Sternie, seryjnym mordercy.
Przypisują mu śmierć pięciu kobiet. Tak naprawdę zabił ich o wiele więcej. A teraz czeka cię kurewsko przykra wiadomość. Wróciłem!
[03:09:06] - Czy państwu czegoś dzisiaj nie brakowało do tej pory? Ja wiem. Brakowało. I to niniejszym właśnie uzupełniam. Brakowało państwu drugiego wejścia Piotra Cielebiasia. Już, tak jak powiedziałem, naprawiam to faux pas i przed państwem kolejna maupa. Tym razem rozmawiamy o książce Marka Rymuszko „Polskie życie po życiu”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:09:38] - Witam, witam serdecznie.
[03:09:41] - Kolejna książka przed nami. Czuję pewne ciary, tak to się mówi w tej chwili w slangu nawet nie wiem, czy młodzieżowym. To już chyba jest język ogólnonarodowy. Więc mam te ciary, bo będziemy rozmawiać o książce Marka Rymuszko. Książce, do której mam bardzo osobisty stosunek, tak jak zresztą do autora tej książki. Wiele się od niego nauczyłem, chociaż nie byliśmy współpracownikami na dobre i na złe, i na co dzień. Niemniej jednak to był człowiek, który pewne rzeczy w głowie mi poukładał. I stąd te ciary. A i temat, który w książce jest poruszony, polskie życie po życiu, to jest temat, który siłą rzeczy budzi emocje i budzi zaciekawienie.
[03:10:40] - Tak, prawdziwy klasyk. „Polskie życie po życiu”. Książka, można powiedzieć kultowa, która doczekała się kilku wydań i wszystkie się rozeszły. Ostatnie wydanie prawdopodobnie z roku 2011. Mówię prawdopodobnie, bo wstyd się przyznać, nie pamiętam, ale chyba tak. Ale to jest równocześnie książka, uwaga, o której bardzo trudno mówić. Dlaczego? O tym za chwilę. „Polskie życie po życiu” powstało z kilku powodów. Po pierwsze, jak zaznacza sam autor, dla zademonstrowania, że u nas też mają miejsce zdarzenia typu NDE, doświadczenia NDE.
Chociaż w czasach, kiedy ta książka powstawała i kiedy zbierane były materiały, to u nas nie stosowano powszechnie tego terminu. Dlatego w książce znajdziecie relacje mówiące o ludziach, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Ale ta książka powstała też, żeby złamać istniejące tabu. I to tabu niestety nie zostało złamane do dzisiaj. Tak jest, że chociaż personel szpitalny, lekarze, pielęgniarki i tak dalej znają temat doświadczeń z pogranicza śmierci, to raczej go unikają. Nie mieliśmy w Polsce naszej dr Kibler Ross. Co prawda wielu medyków w rozmowach prywatnych otwiera się na temat doświadczeń NDE i na przykład transformacyjnego potencjału, jaki one mają dla człowieka. Ale z drugiej strony mamy też bardzo nielicznych lekarzy, którzy mówią o tym wprost. Na przykład dr Irmina Mrozowicz-Schmidt, o której będziemy pisać niedługo w „Nieznanym Świecie”. Ale oni są niestety w mniejszości i poprzez opublikowanie tych relacji, które trafiały do NS, czyli do Nieznanego Świata, a dotyczyły właśnie doświadczeń z pogranicza śmierci, Marek chciał dać ludziom, dać społeczeństwu taki sygnał, by dzielili się tego typu historiami i nie uważali tego za jakąś aberrację.
I my dzisiaj widzimy, że miał rację, bo okazuje się, że zjawisko NDE albo doznanie NDE, dzisiaj wiemy, że to są doświadczenia z pogranicza śmierci czy doświadczenia bliskiej śmierci, są bardzo powszechne. Choć zaczęto o nich mówić de facto w latach 70., to są zjawiska stare jak ludzkość. Warto jeszcze dodać, że takim przełomowym wydarzeniem z punktu widzenia tej książki było takie spotkanie, sympozjum polskich zmartwychwstańców, które zorganizowano w Warszawie w lutym 1996 roku. Cóż, do dzisiaj się taka impreza nie powtórzyła takiej rangi. Dzisiaj się organizuje różnego rodzaju sympozja, ezoteryczne festiwale i tak dalej. Ale powiem ci, Marku, że ja widzę bardzo duże spłycenie w poziomie dyskusji na temat zjawisk, których nie rozumiemy. Wiesz dlaczego? Bo dzisiaj ludzie pragną odpowiedzi. Chcą wierzyć. Chcą dostać coś, co zaspokoi ich ciekawość, nawet jeżeli jest trochę naciąganą prawdą.
A w polskim życiu po życiu sytuacja jest stawiana nieco inaczej.
[03:13:57] - Powiem więcej. Część ludzi chce wierzyć i ja się temu nawet nie dziwię. Potrzeba wiary u bardzo wielu ludzi to jest potrzeba, która porządkuje świat. Natomiast w naszej rzeczywistości są też ludzie, którzy wiedzą wszystko i wiedzą, jak świat jest urządzony, wiedzą, jak ten świat funkcjonuje. Ja do tych ludzi podchodzę z dużą rezerwą, bo wiem, że się mylą. Tu nawet nie ma sensu niuansować całej sytuacji, bo jeśli ktoś mówi, że może mi powiedzieć, jak świat funkcjonuje, to ja przepraszam, ale nie będę wchodził w tego rodzaju dyskusje. Chyba że z powodów poznawczych będę ciekawy, co człowiek ma do powiedzenia. Natomiast świat tak nie funkcjonuje. Myślę, że autor Marek Rymuszko doskonale to wiedział. On to doskonale czuł.
Mówiłem już wcześniej, że się bardzo wiele od Marka nauczyłem, bo Marek to był człowiek, który był rasowym dziennikarzem. Był dziennikarzem, który wcale nie zaczynał od tematów, o których dzisiaj rozmawiamy, tylko był dziennikarzem z wykształceniem prawniczym, który zajmował się tematami, relacjami z sal sądowych. Tego rodzaju tematy go porywały do pewnego momentu oczywiście. To był człowiek, który z jednej strony naprawdę mocno stąpał po ziemi, ale był też człowiekiem, który nie wykluczał wielu różnych dziwności tego świata. I to było niezwykle ujmujące, bo każdy może to zadeklarować, ale Marek stosował to w praktyce. A to jest osobna sztuka, bo zadeklarować można wszystko, a później się przekonujemy, że ktoś co prawda deklaruje, że jest na przykład tolerancyjny, a zaraz potem z niego wychodzi szowinista. A u Marka słowa pokrywały się z czynami i pokrywały się z rozumieniem świata. On naprawdę wierzył. Nie, złe słowo. On wiedział, że świat nie jest jednoznaczny, że świat jest co najmniej trudno opisywalny i starał się to zarówno w swojej publicystyce, jak i w formie reportażowej pokazywać.
Ja to niezwykle ceniłem, a od pewnego momentu miałem możliwość porozmawiania z Markiem na te tematy. Jak to robić i jak to pokazywać, jak on to robi. Wierzcie mi państwo, to jest ta unikalna relacja, która dzisiaj bardzo często zanika. Relacja mistrz i uczeń. W tym wypadku ja byłem uczniem. To jest oczywista oczywistość. A Marek był mistrzem i nie tylko ze względu na różnicę wieku, ale też na doświadczenia, na pewne syntezy, które się w głowie Marka już dokonały, kiedy ja byłem radosnym idiotą. Idiotą może weźmy w cudzysłów, żebym aż się tak sam nie katował, ale jednak traktowałem pewne rzeczy, nazwijmy to frywolnie, nie mam innego słowa na podorędziu. Natomiast Marek miał to wszystko przemyślane. Kiedy ja wszedłem później, dużo później w obszary filozofii, to przekonałem się, że Marek był filozofem naturalnym.
To znaczy był człowiekiem, który był filozofem, nigdy filozofii nie studiując. On reprezentował pewien sposób myślenia, który jest charakterystyczny dla filozofów. Tu od razu uprzedzę ewentualne złośliwości. Filozofia nie polega na pierdzieleniu o niczym przez półtorej godziny. Filozofia polega na pewnym specyficznym podejściu do opisu świata. Nie będę tego teraz rozwijał, bo nie o tym rozmawiamy. Niemniej jednak Marek był filozofem naturalnym i to mi niesamowicie imponowało. A kiedy zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodziło, to było właśnie po kursie filozofii, to wtedy, jak to się dzisiaj mówi skrótowo: wielki szacun. Marek wiedział, że opisywalność naszego świata jest mocno ograniczona. Nie żeby niemożliwa, ale jednak do pewnego stopnia ograniczona i trzeba bardzo uważać, co się pisze, jak się pisze i jakie się wyciąga wnioski.
Po co o tym mówię? Po to, bo ta książka, o której dzisiaj mówimy, „Polskie życie po życiu”, jest doskonałym, perfekcyjnym wręcz dowodem na takie podejście do tematu, do rzeczywistości i w ogóle do tych problemów, które wszyscy zwykli określać takie tam głupoty.
[03:19:37] - Ja powiedziałem na samym początku, że o tej książce jest trudno mówić, jest trudno mówić w takich przeglądowych programach jak nasz. Dlaczego? Bo to jest tak zwany case book, czyli opis przypadków, jakby nie było w większości. Mnóstwo historii zebranych w jednym miejscu. Ale uwaga! Po pierwsze podzielonych tematycznie. I to jest bardzo ważne, bo tutaj dostajemy pełne spektrum zjawiska NDE. I tu ujawnia się, Marku, to, co mówisz o Marku Rymuszko Bo w dzisiejszej literaturze, która by podchodziła do tematu NDE, takiej popularnej literaturze, przypomnijmy sobie, że „Życie po życiu” było bestsellerem. Gdyby dzisiaj ktoś pisał bestseller o życiu po życiu, doświadczeniach NDE, co byśmy mieli na miejscu? Byłem w innym świecie, widziałem aniołów, widziałem Boga, dotknąłem absolutu i tak dalej.
Sama kontrowersja. Natomiast nie. „Polskie życie po życiu” nam pokazuje sprawę taką, jaka jest, czyli pełne spektrum doświadczeń. Tam nie ma samych historii ludzi, którzy się otarli właśnie o ten absolut, widzieli kolorowe krainy i spotkali cudowne istoty ze światła utkane. Tam są też historie ludzi, którzy tak jakby nie doświadczyli niczego. Znaleźli się na progu śmierci, ale to nie przypominało tego, co sobie wszyscy wyobrażają. Niektórzy mieli doświadczenia wręcz negatywne. To się akurat tyczyło większości samobójców. Natomiast to jest ogromny plus, bo to pozwala spojrzeć na zjawisko w sposób bardzo szeroki, taki bez lukru i sprawia przede wszystkim, że ta książka jest i będzie aktualna i to jeszcze bardzo długo. W „Polskim życiu po życiu” są oczywiście przypadki znane i często opisywane, znane z Polski, na przykład sprawa Alicji Ziętek.
Ale są też historie, które nam ilustrują takie typowe elementy doświadczenia z pogranicza śmierci, które wszyscy kojarzą, czyli podróż w zaświaty tunelem i tak dalej. Książka jest podzielona tak, ona jest względnie niewielka, jest podzielona tak, że ona skupia się na stanach, które doprowadziły do powstania u pacjenta NDE. Zatem mamy na przykład takie doświadczenia w czasie porodu. Takie historie, szczerze mówiąc, są do dzisiaj opisywane bardzo rzadko. Mamy wypadki, czyli kiedy ktoś miał wypadek, wychodził z ciała w wyniku zatrzymania krążenia i miał różnego rodzaju doznania. Mamy przypadki pacjentów, którzy doznali NDE w czasie operacji i koniec końców samobójców. To oczywiście nie jest całość tej książki, natomiast każdy dział ma inną charakterystykę i te historie w sumie każda jest inna. One się mocno różnią, ale koniec końców we wszystkich jest wspólna nić. To jest bardzo symptomatyczne, bardzo typowe dla tego typu doświadczeń, w ogóle dla wszystkich doświadczeń z pogranicza. Oczywiście w książce znajdziemy relacje ludzi, którzy reprezentują cały przekrój społeczeństwa i doznają bardzo różnych stanów.
Na przykład bardzo mnie poruszają te historie, kiedy świadkowie mówili, że oglądali film z własnego życia. A jeszcze bardziej poruszające są historie tych ludzi, którzy opisują to doświadczenie poza ciałem z ogromnymi szczegółami. I wtedy widzimy, że nawet jeżeli to byłby sen, to takie sny się nie zdarzają. Nie wiem, Marku, co jeszcze chciałbyś tutaj dodać, bo jak mówię, o tej książce jest trudno mówić z tego powodu, że to jest w większości zbiór przypadków, czyli musielibyśmy opisać te wszystkie historie po kolei albo powiedzieć, które najbardziej zwróciły naszą uwagę. Ale to przecież każdy sobie oceni sam.
[03:23:24] - Powiedziałeś o bardzo ważnej rzeczy, której ta książka nie wyjaśnia, ale która tę rzecz uświadamia. Ten film z życia. Bo gdy wypowiadamy takie słowa, to jest abstrakcja, proszę państwa, umówmy się. Żyjemy ileś tam lat, kilkadziesiąt i nagle wyświetla nam się film z życia. Ale co to właściwie jest? Jak to jest możliwe? Tego rozum nie obejmuje, ale włącza się coś takiego, co wydaje mi się ciekawe. Co jakiś czas mówimy o bezczasowości, o czymś, co istnieje poza czasem. I to jest chyba wyjaśnienie tego problemu. O istotach na przykład, kiedy mówimy o życiu po życiu, to gdzieś w tle pojawia się również istota boska.
Obojętnie jak będziemy definiować ową istotę boską, to gdzieś pojawia się taka charakterystyka, że to jest istota żyjąca poza czasem, w wiecznym teraz. I warto oddać się tej refleksji, czym jest owo wieczne teraz. Myślę, że to jest problem, który warto rozważyć, bo ten problem bardzo wiele tłumaczy. Dlaczego czasami w różnych innych relacjach niedotyczących NDE mamy właśnie relacje dotyczące tego, że coś jest poza czasem. Ja tylko państwa zachęcam, bo oczywiście nie o tym traktuje książka, ale mnie ona skłoniła do takich pozaksiążkowych refleksji. Nad tym się bardzo zadumałem, ponieważ ten film z życia się pojawia w różnych relacjach i on mnie zawsze zastanawiał, jak to jest możliwe. Żyjemy tyle lat, jedni krócej, drudzy dłużej, oczywista sprawa, a jednak wszyscy jakby do znudzenia powtarzają: „Wyświetlił mi się film z życia”. No ale jak to? Z kilkudziesięciu lat i tak błyskawicznie? I wszystko zrozumiałem i to był film z mojego życia?
Obejmując tym racjonalnym rozumem, jest to głupie, nie do wyjaśnienia, bez sensu. Ale może nie zawsze trzeba włączać tę racjonalność. Może czasami warto odwołać się do tego, o czym powiedziałem, do tego wiecznego teraz, bo może to jest sens w ogóle Samego zjawiska, samych przypadków, które się tam pojawiają. Zostawiam państwa z tą myślą. A wracając do tego, co powiedział Piotr, tam są przypadki takie sobie. Coś tam się dzieje, ale są przypadki absolutnie poruszające. Ja nie wiem, czy Marek to robił świadomie, czy nie. Zakładam raczej, że świadomie. To był człowiek, który był rasowym dziennikarzem. Uwierzcie mi państwo, to się wyczuwa, a jednocześnie obserwując pewien warsztat, wie się to od pewnego momentu i tam mało rzeczy polegało na przypadku.
To znaczy ja nie wierzę w przypadku Marka w przypadek, że tak sobie połączę te słowa. On raczej zestawił te rzeczy ze sobą, żebyśmy mieli świadomość, że to zjawisko, o którym opowiada książka, to nie jest zawsze zjawisko, które odbywa się z jakimiś takimi trąbami anielskimi, jest podniosłe i wspaniałe i w ogóle takie monumentalne. Nie, właśnie nie. Z tej książki wynika, że ono jest bardzo różne, czasami prozaiczne, zwykłe. Codzienne to już może przesadzę, ale takie zwykłe. Słowo zwykłe jest chyba najlepszą charakterystyką, a czasami bywa właśnie niezwykłe. Nie ma jednego opisu, jednego sposobu na opisanie tego wszystkiego, co w książce jest zawarte. I to jest chyba duża zaleta tej książki, bo ona mówi nam o tym, jak bardzo niejednoznaczne jest to, co my zamykamy w trzech literkach NDE.
[03:28:00] - Tak. I to sprawia, że ta książka nie tylko nie straciła na aktualności od pierwszego wydania, które też przecież wyszło bardzo dawno temu, ale też długo nie straci. To po pierwsze. Po drugie powinna być traktowana tak oczywiście symbolicznie jako dodatek do każdej książki poświęconej NDE, ukazujący rozpiętość fenomenologiczną tego zjawiska. Po trzecie, najważniejsze: nie jest żadną formą indoktrynacji i to jest coś, co dzisiaj jest trudno doświadczalne, bo Marek nam pokazuje konfrontację ze zjawiskiem, którego nie znamy. A dzisiaj bardzo wiele osób chętnie wykorzystuje ludzką niewiedzę do tego, żeby zbijać jakiś kapitał. Polecamy wam serdecznie „Polskie życie po życiu”. Mam nadzieję, że wyjdzie kiedyś kolejna, szósta edycja i opatrzona jakimś komentarzem, także będziecie mogli znowu po nią sięgnąć. Dzięki Marku.
[03:29:05] - Dzięki Piotrze. Tak, proszę państwa, to jest dobry moment, żeby wyemitować piątą część, piąty rozdział powieści Władysława Sadkę „Goście z Marsa”. Emitujemy przed państwem tę oto powieść, a właściwie piąty rozdział pierwszej części w wykonaniu Redy Haddada.
[03:29:39] - Władysław Sadke „Goście z Marsa”. Czyta Reda Paweł Haddad.
[03:29:49] - Miasto Bathurst, liczące około 10 000 mieszkańców, leży nad rzeką Macquarie, dopływem z lewego brzegu Darlingu, a na zachodnich stokach Gór Niebieskich. Mieszkańcy jego są przeważnie Europejczykami, głównie pochodzenia anglosaskiego. Między nimi jest też z tysiąc Niemców, a tylko w brudnych, ciemnych, a ważkich zaułkach mieści się kilkaset kulisów, którzy dla braku pożywienia dostatecznego opuścili swą ojczyznę i za morzami szukają sposobu do życia. W otoczeniu miasta znajduje się kilkanaście ferm zajmujących się uprawą zboża i hodowlą owiec, które wypasają na wybornych pastwiskach. Dwie z tych ferm, mianowicie Rodaka naszego Malczyckiego i Anglika Breckbraina, sąsiada jego sięgają aż do brzegów rzeki Macquarie. W bliskim sąsiedztwie miasta znajdują się też liczne i bogate kopalnie złota. Dzień 14 sierpnia miał właściwe dla mieszkańców miasta i sąsiednich ferm przeminąć jak zwykła niedziela, bez szczególniejszego wydarzenia. Ponieważ następny był poniedziałek jako dzień świąteczny, również wolny od wszelkiej pracy, więc wieczerza w dniu tym przeciągła się do niezwykle późnej godziny. Około godziny 11:00 służba i ich panowie po fermach zabierali się już powoli na spoczynek, a nawet w mieście gaszono już światła gazowe, kiedy nagle usłyszano okropnie przeraźliwy poświst w powietrzu, a następnie głuchy łoskot, jakby jakiś ciężar padł na ziemię. Niektórzy twierdzą, iż widzieli nawet płomień w powietrzu, lecz co do zabarwienia tego płomienia zgodzić się nie mogli.
Jedni utrzymywali, iż ujrzeli płomień biały, inni żółty, inni znowu czerwony, a niektórzy przysięgali, że płomień był biały z czerwonymi plamami. Poświst ten łoskot i blask zauważano nie tylko w Bathurst i po fermach, ale nawet w Sydney. A jak się później dowiedziano, widziano meteor spadający nawet w Melbourne i Adelajdzie. Jasność, jakkolwiek chwilowa, miała być tak wielka Poświst tak przerażająco ogłuszający, iż śpiący ludzie zerwali się z łóżek. Dzieci obudzone poczęły krzyczeć, bydło ryczeć, a czuwający w Bathurst i w obu powyższych fermach osłupieli w pierwszej chwili, nie umiejąc sobie wytłumaczyć tych zjawisk nadzwyczajnych. Wszystko, co żyło, wybiegło z domów, ale noc ciemna nie pozwoliła nic zobaczyć. Przerażenie jednak było tak wielkie, iż mało kto zdołał tej nocy usnąć. Jakkolwiek niepokój i przerażenie ogarnęły w wysokim stopniu obie rodziny squatterów, ale przestrach zapanował głównie między służbą Brickbraina, która pierwsza wybiegła z domu, aby się przekonać, co oznaczały te niezwykłe zjawiska. Wróciwszy z powrotem do domu, utrzymywały dwie służące, jakoby w oddaleniu pół kilometra widziały nad rzeką unoszącą się postać olbrzymią w szacie lśniącej, białej, która w ręku zapewne niosła lampę o jasnym świetle czerwonym. Rozumie się, że twierdzenie to przyjęła reszta służby z pozornym śmiechem i drwinami, ale strach mimo to trząsł ich członkami, które dygotały i drżały jakby wśród mrozu silnego lub w febrze.
Chociaż nie mieli śmiałości wejść do pana w nocy i donieść mu o pojawieniu się tej szczególnej postaci, jednak Brickbrain, zauważywszy z sąsiedniej izby po jakimś czasie, iż służba jego zbyt niose niepokoi, wszedł do izby czeladnej celem wyjaśnienia jej, że łoskot i blask wywołał zapewne meteor, który gdzieś w pobliżu spaść musiał. Rozpoczął też natychmiast popularny wykład o meteorach. Gdy do izby wpadł jeden z parobków i krzyknął, że biała postać jeszcze dotąd unosi się nad rzeką. „Co ci się marzy? Gdzie ona?” — zawołał Brickbrain i wraz z czeladzią wybiegł na podwórze, a stąd na pole. Stanąwszy na miejscu, skąd rozciągał się widok na rzekę w pobliżu płynącą, spojrzał w kierunku wskazanym i mimo znanej swej odwagi zadrżał, bo wśród lekkiej mgły unoszącej się nad wodą ujrzał istotnie dość dużą, lśniącą postać białą o dziwnym kształcie, z jasną czerwoną plamą w środku. Postać ta zdawała się istotnie lekko płynąć lub kołysać się na wodzie, a z głowy jej spiczastej wytryskały promienie, które mgłę stroiły w czerwono-złotą barwę. „Chodźcie ze mną!” — krzyknął fermer na służbę, która jakkolwiek niechętnie i bojaźliwie jednak postępowała za panem. Wkrótce stanęli nad rzeką. W oddaleniu czterech metrów od brzegu ujrzeli kształt dziwny.
Była to kula wielka, połyskująca jak srebro, która przechodziła u góry w stożek ostry. Blisko wierzchołka tego stożka znajdował się pierścień wydzielający promienie jasne, czerwone. Takie same promienie wytryskały z czterech kulistych okien znajdujących się w kuli. Ta srebrna postać z czerwonymi oknami wydawała się w lekkiej mgle i na wodzie jakby olbrzymi kwiat, który wyczekiwał nocy świętej, aby się z nurtów ciemnych wyłonić i olśnić śmiertelnych swym powabem i blaskiem. Kula ta tym więcej była podobną do kwiatu, że roje chrząszczów, ciem, komarów i much okrążały ją, uderzały o okna i o pierścień i igrały w długich smugach światła czerwonego. Brickbrain atoli i jego służba byli tym widokiem raczej przerażeni niż zachwyceni. Stanęli nad brzegiem rzeki i milcząco spoglądali na dziwne zjawisko, które nie okazywało żadnego znaku życia. Wreszcie ocknął się fermer i wezwał jednego ze służby, aby pobiegł do sąsiada Malczyckiego i poprosił go o szybkie przybycie. Zanim przybył Malczycki, co trwało dobrą pół godzinę, zauważył Brickbrain, iż przez krótką chwilę wydobywało się światło jakby spod wody, spod kuli, bo woda zabarwiła się czerwono aż do dna samego. Sądził atoli, iż mu się to tylko przywidziało.
Po upływie jednak 15 minut zwrócił znowu jego uwagę jeden z parobków, wskazujący z przerażeniem na rzekę. Na powierzchni wody bowiem odbijało się długą smugą czerwone światło pochodzące z okna bocznego. Na chwilę więc widziano w tej smudze jakby cień ręki olbrzymiej, która zasłoniła okno. Niepokój i przerażenie ogarnęły teraz i samego Brickbraina. Więc tam jest życie. Kto tam przebywa w tej kuli? Jak może się kula metalowa utrzymać na wodzie? A zatem jej to upadek sprawił ten poświst okropny i ten łoskot. Czy śnię, czy marzę na jawie, czy może gorączkuję? Pojawienie się cienia ręki na wodzie tak przeraziło służbę, iż poczęła powoli umykać do domu, co tym łatwiej jej przyszło, że stary fermer stał milczący, nieruchomy, nieprzytomny, z oczyma utkwionymi w kulę, niewiedzący, co się wkoło niego dzieje.
Ocknął się dopiero, gdy usłyszał groźny głos Malczyckiego zawracający dezerterów. Wkrótce stanął rodak nasz obok Brickbraina, który mu w krótkości opowiedział, co zaszło dotąd. Jakkolwiek i rodak nasz był przerażony wypadkami w ostatniej godzinie zaszłymi, mimo to wnet odzyskał zwykłą swą przytomność umysłu i odwagę, a głos jego energiczny napoił męstwem duszę tchórzliwej służby i powrócił staremu fermerowi zwykły stan umysłowy.
[03:38:25] - Jan i Jakub pobiegną do fermy po broń palną i białą. Reszta z was niech zbierze łodzie uwiązane u brzegów i cicho tu przypłynie — rozkazał cichym głosem Malczycki. Gdy parobcy się rozbiegli, by wykonać rozkaz, obaj squatterowie usiedli u brzegu, spoglądając w milczeniu na rzekę i kulę. Jakkolwiek ani na chwilę nie odwrócili oczu od danych przedmiotów, mimo to przez pół godziny wyczekiwania na parobków nie zaszło nic, co by potwierdzić mogło domysły, iż kula przed nimi się unosząca zawiera w sobie życie. Kiedy wreszcie przybyli ludzie z bronią, Malczycki i Brickbrain wsiedli wraz z parobkami do dwóch łodzi. Cicho odbili od brzegu i powoli, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, przybliżali się do kuli. Okrążyli ją naokoło, acz nic szczególnego nie zwróciło ich uwagi. Naradziwszy się więc poprzut ze starym farmerem, dał Malczycki rozkaz służbie, aby miała się na baczności. Podpłynął do kuli i prętem zapukał do jednego z okien, z którego niezmiennie i ciągle wychodziły promienie światła czerwonawego. Potem sam z łodzią cofnął się szybko o kilka metrów.
Po chwili ukazała się w oknie twarz czerwona, a obok niej druga. Jakkolwiek oblegający kulę byli przygotowani na zjawisko niezwykłe, mimo to w pierwszej chwili twarze te, jakoby ogniem płonące i oczy żarem połyskujące, tak ich przeraziły, że dwóch parobków wpadło w wodę, a Malczycki zaledwie miał czas pochwycić wpół starego farmera, który chciał pójść śladem swych służących. Uspokoiwszy nieco służbę i Brickbraina, zawołał Malczycki: „Kto jesteście?” Twarze jednak nie poruszyły się zupełnie, usta się nie otworzyły, tylko oczka małe, zaopatrzone w jakieś okulary, spoglądały z wielką ciekawością przez okno. Wówczas squatter przypłynął z łodzią pod same okno i znowu powtórzył jeszcze głośniej swe pytanie: „Kim jesteście?” Zdaje się, że głos ten usłyszano wewnątrz, bo nagle obie postacie, jakby ogłuszone, zatkały sobie uszy, a po chwili widać było poruszenie się ust. Ale głos nie doszedł farmerów. Wnet i ręce opadły, a po chwili i twarze znikły, jakby przygniecione ciężarem lub zbyt osłabione, padły na dno kuli. Po chwili ujrzano, jak się podniosła jeszcze raz poza oknem ręka, której palec wskazujący wzniesiono w górę, a potem zapanowała znowu wewnątrz kuli zupełna nieruchomość, jakby w niej nie znajdowały się już żyjące istoty.
[03:41:23] - Władysław Satge. Goście z Marsa. Czyta Reda Paweł Haddad.
[03:41:36] - Czy lubicie Państwo powieści, opowiadania postapo? Ja tam lubię. Nie żeby pasjami, ale poczytać zawsze warto, a czasami rzecz wciąga jak wir. Kilka takich książek miałem, że się oderwać nie mogłem. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Dlaczego człowiek lubi czytać o sytuacjach, które opowiadają-- znaczy nie, nie sytuacje opowiadają. Książki opowiadają o sytuacjach, w których człowiek jest w czarnej... Wiecie państwo, w czym. No to właśnie książki postapo. Dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska zaprasza Państwa na recenzję książki zatytułowanej „Silos”.
[03:42:49] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Postapo. Wyjątkowo chwytliwy ostatnio gatunek. Można powiedzieć, że pierwszym dobrze znanym dziełem z gatunku postapo był „Ostatni brzeg” Nevila Shuta. Trzeba przyznać, że na pewno według współczesnych kryteriów nie spełniał wielu oczekiwań czytelników, a raczej nie spełniałby, ponieważ wtedy, kiedy po raz pierwszy ta książka się ukazała, czytelnicy mieli inne oczekiwania. Od tego czasu postapo bardzo się rozwinęło. Ma różne nurty, różne odcienie. Jedną z książek wyjątkowo udanych tego gatunku jest „Silos”, które napisał Hugh Howey. „Silos” jest to pierwsza część trylogii. Opowiada o losach ludzkości po zniszczeniu Ziemi, po rzeczywistym zniszczeniu.
Na powierzchni Ziemi nie da się już żyć. Obserwując to, co mamy teraz, łatwo nam uwierzyć, że do czegoś takiego dojdzie. Jednak resztki ludzkości przetrwały. Odizolowane w mieście zbudowanym pod ziemią, tytułowym silosie. Jest to miasto zbudowane z wielu poziomów, sięgające głęboko pod grunt. Przez wiele, wiele dekad wytworzyła się swoista społeczność oraz bardzo sztywny kodeks karny. Największą zbrodnią, jakiej może dokonać mieszkaniec Silosu, jest wyrażenie głośno chęci wyjścia na powierzchnię. Chociaż właściwie wszystko jedno, czy popełni takie przestępstwo, czy inne, ponieważ w zasadzie stosuje się tylko jedną karę: wygnanie. Skazaniec zostaje odziany w kombinezon, który przynajmniej przez jakiś czas ma go chronić przed trującymi oparami na zewnątrz i wygnany. Jego ostatnią rolą ma być oczyszczenie kamer Które pozwalają obserwować to, co się dzieje na zewnątrz.
I wiadomo dlaczego wszyscy skazańcy posłusznie godzą się, aby przed odejściem jeszcze oczyścić te kamery. W dodatku robią to, jak się zdaje, bardzo chętnie, wręcz wesoło. Dlaczego? Nikt się nad tym za bardzo nie zastanawia. Do czasu. Szeryf Holstein w pewnym momencie zaczyna coś podejrzewać. Jednak jego śledztwo kończy się w jedyny możliwy sposób. Mianowicie sam zostaje wysłany do czyszczenia, jak to się mówi, co oznacza, że zostaje skazany na śmierć. Jego następcą zostaje młoda dziewczyna, Juliet Nichols. Dzięki stawiennictwu pani burmistrz.
Krzyżuje to plany głównego informatyka Bernarda Hollanda, który ma własne kandydatury do obsadzenia tego stanowiska. Nie bez powodu. Od tej pory życie szeryf Nichols jest w niebezpieczeństwie. Jednak ta młoda dziewczyna okazuje się bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem. W dodatku takim, który nie poddaje się nawet w obliczu jawnej przegranej. Książka Howeya obrazuje w zasadzie to, co mamy teraz. Największym zagrożeniem jest samodzielne myślenie, próba dojścia do tego, co stoi za sztywnymi zakazami i nakazami. Próba innego postrzegania rzeczywistości niż takie, które zostało odgórnie narzucone. W tym kontekście najczęściej przywołuje się rok 1984 Orwella. Cóż, jego duch jest obecny we wszystkich tego typu książkach, również w Silosie.
Bardzo łatwo możemy sobie wyobrazić świat skurczony do rozmiarów tego niewielkiego miasta wtłoczonego pod ziemię i ludzi tak zastraszonych, że nie ośmielają się jasno nie tylko mówić, ale nawet myśleć. W końcu co innego mamy teraz? Próba myślenia inaczej niż narzucają z góry jest traktowana jak prawdziwa zbrodnia przeciwko ludzkości. Na całe szczęście ci, którzy wymagają od nas jednoznacznej oceny sytuacji, jeszcze nie rządzą wszędzie, ale kto wie, do czego dojdziemy. W sytuacji, w której dochodzi do globalnej katastrofy resztki ludzkości będą na pewno rządzone przez jednostki najsilniejsze i najbardziej cyniczne, ponieważ trudno, żeby było inaczej. Warto przypomnieć, że wyjątkowo okropną wizję tego dał nasz rodzimy reżyser Piotr Szulkin w filmie „Obi-Oba. Koniec cywilizacji”. W zasadzie ten film przypomina nieco Silos. No może nie do końca, ale jest w nim ta sama duszna atmosfera zamknięcia oraz zniewolenia tych resztek ludzkości. Silos jest bardziej zorganizowany.
Mamy tam technikę, która pozwala przeżyć, uprawy, szkoły, sposób nauczania, całą maszynerię. Chociaż wydaje się, że ludzie zdają sobie sprawę z tego, że to jest tylko tymczasowe, że to się musi skończyć. Jednak nikt nie ośmiela się wypowiedzieć tego głośno. Niewielu wyłamuje się z owego schematu. Jednym z nich jest właśnie nowa pani szeryf. Osoba tak dalece niezależna, że początkowo zostaje zesłana na sam dół do maszynowni w najgorsze miejsce, jak to się mówi. I w tym miejscu odnajduje się doskonale. Kiedy potem ma wrócić na górę i to jako szeryf, zamiast podporządkować się prawu chociażby z wdzięczności, nadal myśli samodzielnie i nadal działa samodzielnie. To wspaniała postać, naprawdę godna naśladowania. Dziś, kiedy jesteśmy wszyscy mentalnie wtłoczeni w taki silos, warto tę książkę przeczytać i wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Póki jeszcze wolno nam przynajmniej myśleć. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:48:45] - No to proszę państwa, jedziemy dalej. Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz w poprzednim tygodniu otworzyła kolejny sezon i dzisiaj mamy odcinek drugi sezonu trzeciego. Intrygujący tytuł? Intrygujący bardzo. Dzień wynalazcy. Zapraszam.
[03:49:08] - Halo, halo, Bóg Radiowaludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam Was na: Alchemia tworzenia. Witam Was serdecznie w najnowszym odcinku naszej Alchemii. Dokładnie drugi odcinek trzeciego sezonu. Także jeżeli chodzi o ilość odcinków, wiecie, jak tak pomyślę to trochę ich już mamy, więc jeżeli ktoś jest tutaj nowy, no to faktycznie czeka Was dużo materiału do nadrobienia, aczkolwiek to brzmi, jakby to było konieczne. Wiecie, jakby to miały być jakieś lekcje do odebrania. Natomiast myślę, że w dużej mierze jeżeli to, co robię, Wam się podoba, no to myślę, że tylko na plus, tak? Że to zawsze gdzieś tam jakieś ciekawe historyjki do podsłuchania. Zarówno te wymyślane, jak i te jakieś moje różne anegdotki i inne cuda. Dobra, co my dzisiaj robimy?
Oczywiście tak jak w poprzednim odcinku wspominałam, więc kontynuujemy formułę. W dużym skrócie będziemy wymyślać nie tyle historie jako całe, bardziej postaci czy gdzieś tam jakieś elementy i troszeczkę bym tutaj w tym sezonie mówiła o może nie tyle researchu samym w sobie, chociaż bardziej myślę, że w tym sezonie pozwolę temu mojemu człowiekowi, wewnętrznemu człowiekowi researchowi się troszeczkę spełnić, a właściwie może zaprosić Was do jego świata. Także w każdym odcinku będę starała się wybrać. Chciałam powiedzieć inne pozycje książkowe, które zaproponuję do danego tematu, aczkolwiek jestem przekonana, że niektóre będą pasowały do tych samych klimatów. I teraz tak: w poprzednim odcinku moim wyznacznikiem, kompasem, jeżeli chodzi o klimat tych postaci, tych elementów, było Halloween. I tak sobie pomyślałam, co dzisiaj, co w dzisiejszym odcinku może być takim wyznacznikiem? Wpadłam na pomysł, że właściwie każdego dnia są imieniny Ani. Ani moje, ani twoje. A tak na poważnie zawsze jest jakieś święto. Jak sobie wpiszemy, to są i święto międzynarodowe, i narodowe, i europejskie i full wypas.
Co chcemy, to mamy. Więc pomyślałam, że każdy nasz odcinek środowy będzie przypieczętowany jakimś tematem związanym z jakimś świętem. Dzisiaj oczywiście też, jak zawsze, mamy trochę do wyboru. Natomiast wpadł mi w oko temat. Właściwie to dzisiaj, czyli w środę, mimo że ja podcast nagrywam akurat we wtorek i jest piękna pełnia księżyca. O matko z córką, mam nadzieję, że też ją podziwialiście dzisiaj. Natomiast w środę, czyli 9 listopada, wypada święto, dokładnie chyba z tego, co pamiętam, Europejskie Święto Wynalazcy czy Dzień Wynalazcy. Dzisiaj będziemy obracać się po temacie wynalazców, a zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi. Chyba nie przedłużam. Lecimy z tematem.
Przypomnę: w pierwszej kolejności będę losować kartę, która będzie mówiła trochę o wyglądzie czy jakichś punktach głównych związanych z protagonistą. Oczywiście wjeżdżają na salony archetypy osobowości. W tym sezonie przerobimy je wszystkie pewnie nawet bardzo szybko, bo jest ich 12. W opracowaniu Gabrieli Borowczyk 13, więc dwa archetypy na każdy odcinek. Odkładam te, co były i potem wrócimy. Wtedy przetasujemy karty i kolejka jeszcze raz. Czyli protagonista, antagonista. Tutaj losujemy kartę, grafikę i archetyp. Później sięgniemy sobie do książek, które mogłyby na przykład wesprzeć te postaci czy tę historię, czy cokolwiek, co chcielibyśmy zrobić z tych elementów. Dalej wylosujemy sobie kartę problem, więc zobaczymy, co uszyję z ilustracji i słów, które na tej karcie wypadną.
I na sam koniec sięgamy po jakieś motto, które też jest dla mnie wyzwaniem, żeby to wszystko jakoś ładnie powiązać i sprowadzić do przysłowia, jako że motto mamy z quizu o przysłowiach. Dobra, to lecimy. Przetasuję karty i losujemy. Na razie wyłożę karty na początku, ale będę na bieżąco odwracać. Czyli wylosuję teraz dwie karty grafiki. Okej, to ta jest dla protagonisty i jakaś może jeszcze tam gdzieś z dna szafy dla antagonisty. Na razie nie widzę, co wylosowałam. I tak samo archetypy. Tu trudniej, większe karty. Dobra i cyk.
I z dna szafy, tak jak poprzednio. Antagonista. Dobra, to mamy wylosowane, więc na razie zajmiemy się wymyślaniem z tych kart. Jakbyście chcieli zobaczyć te karty, ja staram się zwykle wrzucić takie już na fanpage'a podcastu „Alchemia tworzenia” wszystkie karty odkryte. Natomiast wpadłam na pomysł, żeby ten sezon też wrzucać na YouTube. Ten trzeci sezon. I tam będę chciała zrobić taki montaż, żebyście mogli na przykład sobie włączyć, jeżeli będziecie chcieli posłuchać jeszcze raz jakąś historię. Czyli w środę mamy premierę tutaj na Book Radio, natomiast w sobotę robię premierę tego samego oczywiście odcinka na YouTube i tam będę montowała poszczególne karty. Czyli właśnie jak teraz przejdę do omawiania tej karty wyglądu naszego protagonisty, na YouTubie będziecie mogli sobie razem ze mną na nią patrzeć i słuchać, co ja tam opowiadam. Potem oczywiście wyciągamy kolejną i tak dalej.
Także nie będę nagrywać wideo, ale mam ambicję, żeby ładnie to zdjęciami zrobić. Pierwszy odcinek, swoją drogą już jest na YouTubie, ten z poprzedniego tygodnia. Tam jeszcze nie wpadłam na tak ambitny pomysł, ale pomyślałam: czemu nie? Zróbmy to porządnie. Także już od drugiego odcinka będę chciała, żebyście mogli sobie patrzeć na te karty razem ze mną i może próbować odszukać gdzieś jakiś mój tok myślenia czy dołączyć wasz. Dobra, no to lecimy. Jak wygląda nasz protagonista i o co chodzi? O proszę, jaka ciekawa karta! Okej, tak czy siak wam opiszę. Mamy tutaj najprawdopodobniej mężczyznę we fraku.
Jest w takim bardzo odświętnym-- właśnie ostatnio zabrakło mi słowa i chciałam powiedzieć surdut, a chyba powiedziałam żabot. Także trochę wstyd, ale myślę, że mi wybaczycie. Pomylić kołnierz z ubraniem. Tak czy siak, ten strój się rozgałęzia, że tak powiem. Mamy ten rozporek taki z tyłu. Więc myślę, że to chyba się frak nazywało. Taki bardzo ozdobny. I oczywiście mamy bardzo wysoki cylinder. I ten mężczyzna gra Właściwie można powiedzieć na organach. Natomiast te organy zamiast rur mają świece i te świece płoną.
Palą się? Chciałam powiedzieć świecą, ale świeci to chyba żarówka, nie? Oczywiście siedzi do nas tyłem, patrzy na nuty i gra. I gra, i gra. I teraz tak: mamy wynalazców dzisiaj. To są takie nietypowe organy czy właściwie instrument, bo organy... Właśnie, kim on może być? Bo tutaj jest ten ogień. Przypomniał mi się, jak on się nazywał, Bad Piper. Gościu grał na dudach, ale miał efekty specjalne zamontowane, że co jakiś czas taki ogień z nich buchał i robił performance gdzieś tam, nie wiem, czy to była Szkocja, czy Anglia.
Gdzieś na ulicy wędrował. Pewnie na YouTube znajdziecie. To było coś. Od razu mi się skojarzyło, że tutaj te rury. Tu mamy świece, ale może ten instrument polegałby na tym, że to byłyby takie organy rury i w trakcie kiedy on gra, to ten ogień wychodzi. Może mamy tutaj wynalazcę, natomiast bardziej takiego konstruktora instrumentów muzycznych. Może to jest ciekawy trop? Wtedy na przykład każdy dźwięk mógłby mieć inny kolor ognia. Ale to byłoby fajne. Tu by w sumie trochę musiało też chemii wejść.
Jeżeli na przykład nie chcielibyśmy sięgać po magię w tej postaci, w tej fabule, to jak najbardziej moglibyśmy pójść w substancje chemiczne. Teraz wam nie przypomnę, nie powiem, ale różne nie wiem, czy to pierwiastki, czy to bardziej o metale chodziło chyba. Z układu okresowego, jak tak pomyślę, to chyba właśnie ta grupa metali i one po podpaleniu czy po uzyskaniu temperatury samozapłonu mogły służyć do barwienia płomienia na konkretny kolor. W sumie są też zapalniczki benzynowe. Zielone były? Przynajmniej swojego czasu. Nie wiem, czy dalej są na rynku. Mam jakieś flashbacki z dzieciństwa. Dobra, lecimy z archetypem. Kogo my tu będziemy tworzyć?
W jakim kierunku idziemy z naszym protagonistą? Patriarcha. Powiem wam szczerze, że na tej grafice on jest w otoczeniu tych świec, więc taki jest samotny, jakby w jakiejś komnacie był, więc może ten patriarcha. Oczywiście to nie znaczy, że to musi być funkcja jego. Już wam czytam w ogóle, co to jest, jeżeli chodzi o archetyp osobowości. Czyli to są, można powiedzieć, w dużym skrócie takie bardziej tendencje w czyjejś osobowości. Więc owszem, mi się tu skojarzyło, że mógłby być jakimś władcą, czy może po prostu jakimś lordem gdzieś, ale równie dobrze on może być po prostu odrzuconym przez społeczeństwo bardem, który grał na przykład na dziwnych instrumentach własnych konstrukcji, a jednak jego typ osobowości to będzie właśnie patriarcha. Okej, przypomnę, co tutaj Gabriela wypisała, jeżeli chodzi o patriarchę. Przywódca, lider, ojciec, autorytet. Stoi na straży istniejącego porządku i broni uznanych wartości.
Wykorzystuje swoją wiedzę i doświadczenie w zarządzaniu innymi. Pokazuje właściwy kierunek. Bywa, że nie znosi sprzeciwu. Wyznacza cele, nadaje role, koordynuje działania i zachęca do współdziałania przy ich realizacji. Kontroluje też postęp prac. Jeśli trzeba, wydaje sprawiedliwe sądy lub ogłasza rozejm. Okej, mamy tutaj te tendencje. I wiecie, tak sobie pomyślałam, że może on by był nauczycielem, w sensie takim mistrzem, że miałby na przykład swoich uczniów. Może on nie jest odrzuconym bardem przez społeczeństwo, ale może faktycznie jest na tyle, nie wiem, jak to powiedzieć, innowacyjny w danej epoce. Prawdę mówiąc, można by wnioskować po jego stroju, że może tu mamy do czynienia troszeczkę z jakąś starszą epoką.
I tak myślę, że może te jego instrumenty wyprzedzały właśnie tą epokę. A jednak były na przykład młode osoby, które chciały się uczyć od niego umiejętności konstruowania czy właściwie łączenia muzyki z, można powiedzieć, maszynami nawet bardzo zaawansowanymi jak na tamtą epokę. Owszem, nie mamy tutaj typowo mentora, ale właśnie może to będzie tutaj fajne, że on tak naprawdę nie będzie miał tego powołania nauczycielskiego. Mówię, jakbyśmy mieli komponować już tą historię. Chodzi mi bardziej o to, że ta postać nie miałaby takich zapędów nauczycielskich, ale może jakiś jeden uczeń czy grupa uczniów z przypadku albo już tyle go męczyli, że w końcu się zgodził. Ale jest takim bardzo zimnym, srogim nauczycielem, mistrzem, bo bardziej on nimi zarządza. Bardziej wyznacza te cele. Patrzę co tu jest. Czy koordynuje działania. Więc właściwie to oni pomagają mu konstruować te instrumenty, a nie że on ich uczy od podstaw.
Tylko bardziej jest takie, że dobra, to chodźcie. Pokażę wam, co robić. Macie robić, macie wykonywać zadania. Że to będzie bardziej taka nauka przez praktykę. Patrzę, bo tu jeszcze w trakcie czytania coś mi wpadło. Bywa, że nie znosi sprzeciwu. No właśnie, czyli tutaj może być taki case, że będzie troszeczkę zabijał w uczniach inspirację. Taki zapał. Jak ktoś by chciał wybiec przed szereg, stworzyć coś swojego, to on będzie gdzieś tutaj: „Nie, ja tak wymyśliłem, tak ma być. Ja się znam, ja wiem jak najlepiej”.
I tutaj jeszcze broni uznanych wartości, czyli też to, że może trzyma się kurczowo czegoś, co według niego jest prawdą najprawdziwszą, jedyną i najważniejszą i w ogóle nie ma innych. To też może być minus tej postaci. Czy jakiś wewnętrzny konflikt, z którym się mógłby zmagać przez całą tę historię. Wiecie, w sumie główny bohater nie zawsze musi być lubiany, nie? Dobra, mamy takiego naszego trochę egocentryka, który z jakiegoś powodu jest w pewnym sensie zmuszony uczyć innych. Gdzie też może niekoniecznie ta jego empatia... Altruizmu nie ma w nim, więc myślę, że to mogłaby być bardzo ciekawa postać i mogłaby się zmagać z naprawdę, można by powiedzieć, prostymi czy przewidywalnymi problemami. Aczkolwiek jakby to fajnie ograć historią, czy nawet tymi instrumentami. A może te jego klapki na oczach mogłyby doprowadzić do jakiejś muzycznej katastrofy? A może uczniowie będą później ratowali temat?
A może któryś uczeń się za bardzo wyrwie przed szereg, będzie chciał zrobić samowolkę, a jednak się okaże, że to gadanie mistrza miało więcej sensu, niż się uczniowi wydawało. Dobra, zobaczmy antagonistę, z czym my tu się będziemy mierzyć. Ostatnio właściwie okazało się, że mieliśmy i antagonistę, i protagonistę w jednej postaci. Zobaczymy, co będzie dzisiaj. Nie ukrywam, że kusi mnie to jako wyzwanie, żeby zawsze robić takie podwójne postaci, ale może wprowadźmy trochę różnorodności. Jak się zrobi, to się zrobi, ale załóżmy, że to mają być dwie postaci. Dobra, patrzymy cóż mamy za kartę grafikę. O! Dobra, już się z wami dzielę, co ja tu widzę. Uwielbiam te karty.
Powiem wam szczerze. To są karty z gry „Klub Detektywów”, ale te grafiki bardzo do mnie przemawiają. Mimo że już je tyle razy widziałam, zawsze mam gdzieś jakąś taką, jakby mi w pewnym momencie świadomość odcinało, jakbym gdzieś tam latała. Karta przedstawia, można powiedzieć, tarczę zegara, chociaż widzimy tu jej fragment. Mamy tutaj właściwie basen i tak jakby mamy widok z lotu ptaka i w sumie też tu latają ptaki. Widzimy wskazówkę. Co prawda jedną, niemniej to wygląda jak taka bardzo ozdobna wskazówka zegara. Jak dłużej patrzę, to może i to mogła być jakaś płaskorzeźba jakiejś kapliczki czy jakiegoś bardzo ozdobnego budynku. Ale pierwsze skojarzenie: nie no, słuchajcie, to jest jak nic zegar, bo tu nawet mamy rzymską jakąś liczbę. I co?
I te ptaki. Rude ptaki latają nad tym. Natomiast pierwsze moje skojarzenie, co też mogłoby być ciekawe, że tutaj antagonistą będzie czas. Że może ta nasza postać oprócz tych swoich małych przeszkód do pokonania, w dużej mierze będzie walczyła z czasem. I jak teraz patrzę na te świece, które też często są symbolem życia, tak? Jest coś takiego. Chciałam zacząć zastanawiać się, w której mitologii, ale mam wrażenie, że w co najmniej kilku mamy motyw świeczki jako symbolu życia i w momencie, kiedy ta świeczka gaśnie czy świeczka się wypali, to wtedy ktoś umiera. Więc a może ten nasz bohater umiera i może postanowił, że chce jakieś swoje dzieło życia dokończyć? W sumie teraz tak patrzę na jego cylindrze jest też świeczka, która płonie, natomiast ona już jest prawie wypalona, więc może tutaj właśnie nie wiem, czy pójdziemy w chorobę, czy w jakąś przepowiednię. Wiecie, wszystko zależy od tego, w jaki typ powieści czy opowiadania, w jaki klimat chcieliby się taką postać na przykład włożyć.
Bo owszem, możemy pójść w klątwę. Ale z drugiej strony może jakieś naukowe uzasadnienie, a może zakład przegrany? Może nasz bohater gdzieś się założył lub postanowił, że jeżeli do jakiegoś czasu nie wykona swojego planu, to może skończy ze sobą? A może nie mógł już wymyślić nic nowego i chciał ze sobą skończyć? Czyli ten czas stwierdził, że mu nie sprzyja, czy chciał zakończyć swój czas. A może ci uczniowie w jakiś sposób dotrą do niego? Może pozwolą mu spojrzeć na to wszystko z innej strony, z innej perspektywy? Zobaczymy ten nasz czas, jaki będzie miał archetyp. Mamy tutaj archetyp twórcy. Ciekawe.
Może taka blokada twórcza? Co to w ogóle jest ten archetyp? Jakie mamy tendencje psychologiczne czy tendencje zachowań? Inicjator, projektodawca, wizjoner. Odczuwa potrzebę wyrażania siebie, tworzenia i stworzenia czegoś. Jego drugie imię: kreatywność. Poszukuje twórczych narzędzi, nowej jakości i estetyki. Nie myśli standardowo. Swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Innowator i przedsiębiorca poszukujący usprawniających życie rozwiązań.
Teraz myślę, że uwielbiam różnego typu inspiracje, bo mój mózg skacze jak wariat po tych kropeczkach. Bo tak jak pomysł z czasem jako przeciwnikiem myślę, że jest ciekawy i innowacyjny i można naprawdę świetną historię na tym postawić, to z drugiej strony może jednak moglibyśmy wprowadzić drugą postać, na przykład zegarmistrza. I może to z nim się założył nasz bohater. Mamy motyw wynalazców, więc czemu nie? Jeden jest konstruktorem instrumentów, a drugi konstruktorem czasu. Może nie tyle samych zegarów. Tutaj tarcza zegara to jest woda. W basenie te wskazówki chodziły, więc może on też jest innowatorem. A może oni się ścigają? Może jest jakiś konkurs na innowacyjne rzeczy?
A może byli odwiecznymi rywalami? Tutaj mamy tego naszego konstruktora instrumentów. Patrzę, że może on nie byłby w tym wszystkim bardzo kreatywny. On bardziej by był zadaniowcem, może takim rzemieślnikiem. Wiadomo, też musi mieć ten kreatywny polot, jako że sam projektuje te swoje maszyny, ale może one będą brzydkie. Myślę sobie o tej kreatywności. Może być taka kreatywność w kontekście innowacji, w kontekście zrobienia czegoś przełomowego. Ale jest też taki typ różnych projektów, które oprócz tego, że są innowacyjne, jest ta estetyka na wysokim poziomie. Oprócz tego, że jest to praktyczne, to jest śliczne. Więc może tutaj będzie coś takiego, że może oni się kłócą i może ten nasz patriarcha wyznaje zasadę, że to przede wszystkim ma być praktyczne, to ma robić swoim działaniem efekt wow.
Natomiast może nasz zegarmistrz uważa, że nie chodzi o innowacyjność, tylko o to, jak to wygląda. Że ta twórczość ma wyciekać. To trochę jak case tej całej książki, której się nie powinno oceniać po okładce. Tu mielibyśmy dwie strony dyskusji. Zobaczymy później, jakie nam motto się wylosuje. Ale to też by pasowało z tą książką. Dobra. Wiecie co? Ja dzisiaj myślę, że nie będę przedłużać. Ja zwykle staram się nie przedłużać, po czym pstryk i jest godzina.
Teraz sięgniemy sobie po książki. W tej serii nie będę wam czytać fragmentów tych książek, raczej będę przelatywać przez spisy treści czy jakieś indeksy, aneksy i tak dalej. Ale myślę, że te rzeczy też nam może coś pozwolą rozwinąć, jeżeli chodzi o nasze postaci. Już chciałam do problemu sięgać. Dobra. To, co ja dzisiaj przygotowałam. Pomyślałam, że skoro mamy ten dzień wynalazcy, to najbardziej popularny w różnych kręgach wynalazca to przecież Leonardo da Vinci. Także wzięłam sobie trzy książki i właściwie jedną, która też w dużej mierze będzie nawiązywała, ale najpierw te typowo o Leonardzie. Mamy tutaj książkę „Leonardo da Vinci. Genialny wizjoner”.
To jest z Focusa. Na pewno kupiłam to w antykwariacie sto lat temu, ale nie wiem, czy Focus robił dodatki do gazety, bo to gazeta Focus, tak myślę. Czy oni mieli jakieś swoje wydawnictwo? Tego nie wiem. Nie wiem, czy znajdę teraz redakcyjną. Tiruriru. Druk. Korekta. Bardzo ładna redakcyjna. Wszystko tu jest i nawet notka o autorze.
Czyli wydawca to jest Focus, ale chyba kiedyś ten stary, nie świat książki, tylko dom książki. Takie były prenumeraty, jakieś kluby. O klub jakiś taki był, to chyba to też jest ten sam główny wydawca. Dobra, nieistotne. Tu już pamiętam, że był chyba na końcu spis treści. Sam tytuł: „Genialny wizjoner”. Myślę, że każdy wynalazca przede wszystkim musi być genialnym wizjonerem, a przede wszystkim nawet wizjonerem chociaż. Nie musi już być bardzo genialny. Bo sprawa wygląda tak, że bez wizji żaden projekt nam nie pyknie. Możemy mieć ogólny pomysł, ale jak nie mamy tej wizji daleko zarysowanej, to niezależnie od tego, czy działamy w branży biznesowej, czy w branży kreatywnej, czy projektowej, czy w ogóle w naszym życiu chcemy coś zrealizować, to im dokładniejszą zrobimy wizję, tym lepiej będziemy w stanie stworzyć plan krok po kroku, jak to wszystko zrealizować, jak to osiągnąć na takim poziomie jakości, jaki by nas zadowolił.
Jak ktoś lubi i używa takich narzędzi jak rozpisywanie celu czy później dzielenie go na mniejsze kroki, czy kroki milowe, różnie to jest nazywane, to jeżeli mamy wizję mety, wizję wygranej, to dużo łatwiej jest przygotowywać się, trenować i tak dalej. Co my tu mamy, jeżeli chodzi o spis rzeczy. Pewnego razu w Vinci. I co my tu mamy? Miasteczko świętuje na cześć Leonarda. Mieszanina natury i archetypów. Jakieś archetypy. Aż później sobie zobaczę. Nie chcę teraz się rozwodzić. Ostatnio trochę w książki zanurkowałam.
Będę to za każdym razem podkreślać, że zupełnie inaczej jest jak macie książkę i sobie ją wertujecie. Możecie zaznaczyć jakieś rzeczy, wypisać. Inaczej jak się wertuje internety, mimo naprawdę świetnych aplikacji, świetnych narzędzi do robienia sobie print screenów, notatek, do grupowania tego, to jednak praca rękami z materiałem, jeżeli chodzi o research, bez porównania. Naprawdę spróbujcie sobie czasami na dwa sposoby. Przypomnę czasy studenckie. Zwłaszcza, że na historii sztuki było bardzo dużo książek, których nie można było zabrać do domu, więc żeby napisać jakieś referaty, trzeba było siedzieć w bibliotekach. Wtedy nie byłam fanem, bo musiałam i ten temat nie zawsze był taki, jak bym chciała. Jednak później, przygotowując pracę magisterską, gdzie temat bardziej był mój, to zupełnie inaczej w tej bibliotece się siedziało. Czy jak miałam komfort zabrania czegoś do domu i obcowania z tą książką, z tym wszystkim. Zupełnie inna praca i często szybsza, bo mogę mieć książkę pod oczami, a wpisywać coś sobie w laptopa.
Dwie rzeczy naraz i oszczędność czasu. Dobra, wracam do spisu treści. Miasteczko świętuje na cześć Leonarda. Nie wchodzę, co jest w tym rozdziale, ale do budowania postaci mogłoby to być to, że ten nasz konstruktor, czy jeden, czy drugi, może któryś z nich jest z małej miejscowości, wyjechał do większego miasta. Może chciał zdobyć sławę, z czegoś zasłynąć. I tak jak w swojej rodzinnej miejscowości był tym kimś i ludzie wiwatowali i miał swoje święto, tak tego było mu mało. Chciał pójść na większą skalę. Taki amerykański sen. Patrzę, nie chcę wszystkiego po kolei. Oznaki nowej sztuki.
Bo to jest już we Florencji, kiedy Leonardo się przeniósł. Natomiast oznaki nowej sztuki. I tu właśnie może ta innowacja, o której rozmawialiśmy. Dynamizm i uśmiech. Artysta machin. Tu nawet jest świadomość kosmiczna. Ciekawe, czy chodzi o ten kosmos, ten taki, co można przez teleskop oglądać, czy taki kosmos w głowie. Ten świadomościowy kosmos. I tu mamy co dalej? Mamy Mediolan.
Wszelkie rozwiązanie jest zagadką. Spojrzenie, zwierciadło duszy czy prawdziwe odbicie twojej idei. To w sumie są dwa podrozdziały, ale w tamtym odcinku mieliśmy lustra jako portal i jako narzędzie do manipulowania. Natomiast tutaj może właśnie to odbicie. Dalej wokół tej wizji można by się pokręcić. A może ten nasz patriarcha, ten nasz konstruktor instrumentów nie ma wizji i może on zazdrości temu zegarmistrzowi, który wizjami sypie jak z rękawa i najwymyślniejsze zegary konstruuje, a on stanął w martwym punkcie. Może stworzył instrument z ogniem i nie może wymyślić czegoś nowszego, jeszcze bardziej innowacyjnego. Może mamy przerost ambicji w tej postaci, że ta ambicja zabija w nim kreatywność, zabija w nim to takie swobodne latanie czy pływanie. Że on za bardzo się stara, za bardzo chce zrobić coś innowacyjnego, zamiast pozwolić temu powstać. Także takie prawdziwe odbicie czy spojrzenie w głąb siebie.
Uczeń doświadczenia. Dobra, przeskoczmy dalej, bo tu trochę jest tych... Tutaj też jest: Natura i geometria jako źródło marzeń. Może ten nasz zegarmistrz będzie się odnosił do natury. Może dzięki temu ta jego wizja zawsze będzie taka żywa i pływająca, bo on po prostu będzie dużo spędzał czasu gdzieś na świeżym powietrzu. A z kolei główny bohater będzie siedział w swoim laboratorium. No dobra, laboratorium też, ale w swoim warsztacie. I zamiast wyjść, zasięgnąć inspiracji, to on będzie się cisnął sam w głowę, gdzieś tę presję wywierał. Co mamy tu jeszcze? To, co ulotne i wielki projekt.
Może ten wielki projekt, tak jak rozmawialiśmy. Ja do was rozmawiałam jakiś czas temu odnośnie jakiegoś konkursu. A tutaj, jeżeli chodzi o relacje tych postaci ze sobą. No i machiny artysty. Co my tu mamy? Odżywianie i zdrowie. Ciekawy rozdział. Powiem wam szczerze, że w różnego typu historiach zastanawiam się, jak często jest to poruszane. Jak tak pomyślę o rzeczach, które czytałam, że najczęściej proces jedzenia jest bardziej zabiegiem, który wprowadza jakiś dialog albo sprawia, że nasi bohaterowie siedzą gdzieś w jakimś miejscu i wtedy się coś wydarza. Ale żeby faktycznie poruszyć temat odżywiania danej postaci, tego, jak ona funkcjonuje, to najczęściej chyba tylko jak ktoś ma jakiś nawyk albo lubi jakiś napój, albo jakiś rodzaj jedzenia.
Ale żeby poświęcić temu czas w jakiejś powieści, myślę, że to by mogło być coś ciekawego. Może nawet pokazanie tych dwóch zupełnie różnych wynalazców od siebie, zupełnie różnych konstruktorów. Może też jeszcze, żeby tę różnicę między nimi podkreślić. Może można byłoby tutaj pójść w jedzenie. A może karczma byłaby jedynym miejscem, w którym oni by się spotykali. Oczywiście rzucaliby słowne gromy w siebie, ale może jedliby to samo. Może odżywialiby się tak samo. A może to jedzenie by ich połączyło? Może to jest motyw warty wprowadzenia gdzieś w jakąś historię. I czy będziemy chcieli przemycić gdzieś dla naszych czytelników może jakieś porady żywieniowe, może jakieś elementy tego, co my lubimy czy uważamy, jeżeli chodzi o jedzenie.
Ale może sam rodzaj jedzenia mógłby jeszcze bardziej ożywić naszą postać, sprawić, że ona będzie z krwi i kości. Bo przecież potrzebuje jedzenia. Ma jakieś ukochane jedzenie albo może nawet nienawidzi jakiegoś jedzenia, ale z jakiegoś powodu musi je jeść. A może je specjalnie, żeby sam sobie coś udowodnić albo w pewien sposób się samobiczować. Że przez to, że nie ma inspiracji czy utknął w projekcie, to nie będzie jadł spaghetti, tylko będzie jadł owsiankę bez smaku, w ogóle na wodzie. Nie na mleku nawet, na wodzie. Po prostu owsianka na wodzie, bo nie zasłużył na lepsze jedzenie. A może tutaj też jest miejsce na jakiś flashback z jego dzieciństwa. Może gdzieś w jego domu w taki sposób był karany, czy była to próba wywarcia na nim jakiejś presji, czy zmuszenia go do czegoś. Że to jedzenie było nie czymś naturalnym czy nie czymś relaksującym, tylko wręcz formą kary czy wprowadzenia dyscypliny.
Dobra, zamykam tę książeczkę, bo jest trochę ich, a ja tu jak zawsze. Więc fajnie. Oczywiście później będziecie mieli zdjęcie tych książek, więc w razie czego będziecie mogli sobie zajrzeć. Mam jeszcze coś takiego jak „Leonardo da Vinci odkodowany” i tutaj mamy spis treści w normalnym układzie. Tutaj mamy bardziej coś może i biograficznego, ale tutaj też jest troszeczkę pogłębione to. Bo na przykład mamy w pierwszej części: „Leonardo i odrodzenie świętego pierwiastka żeńskiego”. Oczywiście mamy w tej książce trochę ciekawostek o Leonardzie, trochę analizy jego osoby poprzez jego dzieła. Bo tu nie wspomniałam, w poprzedniej książce mieliśmy też sporo grafik, sporo różnych rycin, różnych jego obrazów. Tam też były nawiązania i w zależności od tego rozdziału były przytaczane dane dzieła. Czy w zależności od miasta, w którym Leonardo się osiedlał.
Tutaj mamy bardziej taką rozkminkę. Tu mamy: „Źródło geniuszu. Bóg Leonarda. Poszukiwanie prawdy”. Aha, bo tu już jest część druga. „Duchowy sekret siedmiu zasad Leonarda”. I słuchajcie, samo to, jeżeli mamy tutaj geniusza, wizjonera, wynalazcę, to może nasi konstruktorzy też będą mieli jakieś zasady. Zwłaszcza ten z archetypem patriarchy, gdzie tam było, że stoi na straży istniejącego porządku i broni uznanych wartości. Czyli może będzie miał jakieś swoje żelazne zasady, poza które nie będzie wychodził. A może ten drugi dla kontrastu nie będzie miał żadnych zasad.
Może nawet nie będzie miał moralności, bo w końcu jest antagonistą, więc może te jego zegary nie zawsze będą zgodne z literą prawa. Jeżelibyśmy chcieli pójść w mniej magiczne i przyjemne powieści, można byłoby tu pójść w makabryczne rzeczy. Może ten antagonista będzie realizował jakąś bardzo psychopatyczną wizję, swoje dzieło życia i ten zegar będzie... Możemy zrobić z tego kryminał. I nagle będą ginęli ludzie czy części ciała i tak dalej. Kurczę, czytałabym. Jak wam pasuje pomysł, bierzcie, czerpcie z tego. I tutaj mamy zasadę uwzględniania obecności cienia. Widzę, że jest sfumato w nawiasie, bo to są nazwy tych zasad. To bardziej dym, cień.
Ja od razu pomyślałam o cieniu, o ciemnej stronie osobowości. Może jedna z zasad by była taka, że u tego człowieka bez zasad inspirację czerpie się z każdej swojej osobowości, niezależnie od tego, czy jest ona codzienna, miła, przyjemna, czy bardziej mroczna. Ja się rozpędziłam. Tu są dwie części. Chciałam przejść do trzeciej. Na początku mamy bardziej rozkładanie na czynniki pierwsze kodu, bardziej od strony duchowości. Tu jest też odnaleźć Graala, czyli poszukiwanie czegoś niemożliwego teoretycznie czy nieistniejącego, a jednak legendarnego. I później te zasady. Co tu jeszcze było? Na przykład mieć w sobie miłość.
To też może być. A może nasz protagonista w jakiś sposób będzie próbował nauczyć tych zasad antagonistę. A jednocześnie może się od tego antagonisty nauczy, że czasem trzeba te zasady odrzucić. Fajnie. To w ogóle chyba w „Podróży autora” był Christopher Vogler. Petarda książka, „Podróż autora”. Będę zawsze polecać. To jest moja przełomowa biblia pisarska. Lubię mieć tę książkę blisko. Tam gdzieś jest rozdział dotyczący tego, że główny bohater i cień, czyli zły bohater, często się przenikają, że warto umieścić w fabule moment, kiedy oni wręcz się na chwilę zamienią stronami.
To też jest ciekawy zabieg fabularny, że ten super kochany, milusi, dobry główny bohater w pewnym momencie, gdzieś w połowie, zejdzie na bardzo ciemne tory po to, żeby odebrać lekcję i narodzić się na nowo. Zawsze coś fajnego, innowacyjnego można wprowadzić, gdzie paradoksalnie nie jest to nic innowacyjnego, ale mam wrażenie, że w nowszych produkcjach. Nie czytałam wszystkich książek, ale teraz pomyślałam o filmach, bo akurat „Podróż autora” bardzo nawiązuje do filmów. Tam chodzi o scenariusze filmowe. Nie wiem, czy w czymś, co oglądałam niedawno, było wyraźne pokazanie bohatera dobrego jako złego przez moment. Nie mówię tu o odwróconej psychologii, czyli o takim case, gdzie mieliśmy złoczyńcę, na przykład „Czarownica”. Film, gdzie wszyscy wiemy, że to była zła czarownica, a jest pokazana jako dobra postać, żebyśmy też ją zrozumieli. Nie mówię o tym zabiegu. Bardziej chodzi o to, że dobry bohater od samego początku w tym samym filmie w pewnym momencie nagle staje się niedobry. Nie pamiętam, nie przypominam sobie.
Dobra, lecimy dalej. Te zasady stąd też petarda. Dobra. I teraz tak, mam książkę, która jest czymś pomiędzy. Tutaj mamy trochę więcej. Nie tylko Leonardo, bo to jest książka pod tytułem „Sekretny kod. Tajemnicza formuła, która rządzi sztuką, przyrodą i nauką”. To jest książka o złotym środku między innymi, bo tam jest dużo teorii, jeżeli chodzi o kompozycję, konstruowanie rzeczy czy szukanie odpowiedzi w naturze. Dobra, zajrzyjmy w spis treści. Wybaczcie szelest.
Nie wytnę go. Miałam zamiar, ale nie wytnę, bo chcę wam o tym powiedzieć, że to jest książka, którą zamawiałam przez internet i te książki były w folii jak nigdy. Nie ofoliowane tak zwyczajnie, tylko w sztywnej, zaklejanej folii. Samo doświadczenie tej książki już jest czymś takim, że ma się wrażenie, że ma się w rękach bardzo cenną, wręcz może nawet tajemną wiedzę. Jakiś sekretny kod, że już trzeba otworzyć folię. Całość jest w matowej obwolucie. Świetne doświadczenie dotykowe z tą książką. A nie otworzyłam przed podcastem, więc postaram się ściszyć w postprodukcji, żeby was nie zabił dźwięk szelestu. Dobra, mamy spis treści. I tutaj mamy tajemnicę złotego środka, mówiłam, złotego podziału.
W sumie tam też był złoty środek gdzieś. Nieistotne, ale właśnie tutaj mamy ten złoty podział, te proporcje. Niektórzy twierdzą, że boskie proporcje zapisane w naturze. Czyli na przykład jak weźmiecie jabłko i przekroicie je wszerz, nie wzdłuż, to zobaczycie, że praktycznie z tego, co mi powiedziano, ale nie sprawdziłam tego, nie wiadomo na ilu jabłkach, ale w każdym jabłku będzie w środku pentagram. Zawsze będzie pięć koszyczków nasiennych, pięć pestek. Chyba że są to jabłka bardziej modyfikowane czy specjalnie zrobione, żeby nie miały pestek, to tam tego nie będzie. Natomiast takie klasyczne, najzwyklejsze jabłko, każde powinno po przekrojeniu wszerz mieć między innymi złoty podział. Czy tak jak mamy muszle różne nautilusów i tak dalej, te zakręcone. One też zawsze mają spiralę w jakiejś proporcji. Więc tak, tajemnice złotego podziału.
Dalej mamy: Pitagoras i tajemnica liczb. Może przy konstruowaniu postaci. Mamy tutaj właściwie wynalazców, więc jak najbardziej jakieś obliczenia, jakieś liczby. A może właśnie twierdzenie Pitagorasa? Może to też jest fajna furtka, żeby jakieś ciekawostki matematyczne wprowadzić na przykład. Czemu nie? Jeżeli na przykład się na tym znacie albo macie pod ręką gdzieś jakiegoś eksperta i będzie wam to pasowało do waszej postaci, to montujcie takie rzeczy. Im więcej smaczków nauki w przekazie, tym lepiej. Dalej mamy Fibonacci i liczby Fibonacciego. W sumie jak oglądaliście Dan Brown, na podstawie jego książek „Anioły i demony”.
Chyba w tamtej części. Ja bardziej te książki czytałam. Nie pamiętam teraz, jak przypomnę sobie w filmach ten Fibonacci też gdzieś tam się przewijał, w którejś zagadce. Może właśnie w tej pierwszej albo drugiej, gdzie ta zagadka. Ta kobieta, z którą główny bohater współpracował. I tam były dwie czy trzy części, gdzie oni współpracowali razem i ona chyba dostała zagadkę, takie pudełko od wujka, od ojca. Tak mi się wydaje, że chyba ten Fibonacci, ten ciąg był tam. Złoty podział w architekturze, sztuce i muzyce. Uwaga! Jeżeli mamy tutaj naszego bohatera, który konstruuje urządzenia, maszyny muzyczne, to też na nich gra.
Więc może gdzieś jakieś zasady w muzyce też stosuje. Złoty podział w nauce i później mamy jeszcze w mistycyzmie. Może ten zegarmistrz, może gdzieś ten mistycyzm. Jeżeli mielibyśmy pójść w psychodeliczne rzeczy, to może i wykolejenie duchowe. Może tak to nazwijmy. Nie mówię, że mistycyzm jest czymś takim. Nie. Tylko bardziej chodzi mi tu o inspirację. Jak pomyślałam o mistycyzmie, o tym związku czy upatrywaniu się w religiach jakichś znaków, czegoś głębszego, większego, na granicy fanatyzmu, to pomyślałam, że może jakiś wymyślony kult. Może on też będzie członkiem jakiegoś kultu.
Prawdę mówiąc zerkniemy sobie w tą książkę jeszcze, ale wiecie, o czym teraz pomyślałam? To też może się trochę będzie wiązało z jeszcze jedną książką poniekąd dotyczącą Leonarda. Zaraz do niej zajrzymy. Natomiast pomyślałam o masonach, ale nie chodzi mi teraz o teorie iluminatów czy takich rzeczy. Nawet jak sobie poszukacie w internecie informacji o lożach masońskich, oni mają swoją stronę internetową, są otwarte spotkania. Na stronie można przeczytać ich manifest. Nie program, to nie partia. Takie zasady, którymi oni się kierują. Przede wszystkim oni stawiają człowieka w centrum, nie tak jak w większości religii mamy Boga w centrum. To też nie jest religia akurat, ale bardziej taka filozofia czy podejście do życia kręcące się wokół potencjału ludzkiego, intelektu, tego, co my tak naprawdę możemy zrobić własnymi rękami czy przy użyciu naszych umysłów.
I wydaje mi się, że gdzieś tam były wzmianki o tym, że nie wiem, czy Leonardo też nie należał do jakiejś loży. Wiadomo, tam różne legendy były jeszcze o różnych kultach i innych miejscach, gdzie on był. Ale pomyślałam, że może to też jest pomysł, żeby któraś z naszych postaci, a może zasady tego konstruktora. Może on nie miał rodziców, tylko był sierotą na przykład. Albo był w jakimś domu dziecka, gdzie może był prowadzony przez takie ugrupowanie, że on miał wpojone te zasady czy poszanowanie do intelektu ludzkiego. Dobra, zajrzyjmy jeszcze w ten sekretny symbol, zanim go zamknę, bo tutaj dosyć były enigmatyczne te tytuły. Oczywiście w samej książce mamy trochę też schematów naukowych. Mamy też świetne grafiki, które pokazują, gdzie możemy znaleźć dane elementy, o których mowa. Jakaś tetrada. Ciekawe symbole.
Niepotrzebnie otworzyłam, bo zaraz znowu utonę. Mamy też jakieś ryciny. To zdaje się, jest miasto. Obliczenia jakieś związane z miastami, jakieś wojskowe strategie. Mamy też Fibonacciego jakieś urządzenia. Architektura też fajnie rozrysowana, stare rzeźby, jakieś ryciny, nawet mamy roślinki, kwiatki. Pokazane są te spirale, o których mówiłam. Te złote spirale, jak muszla nautilus. Nie wiem, czy w tej książce nie było o jabłkach. To, co wam mówiłam.
Chyba gdzieś to tutaj było. Nieistotne. Książeczka „Sekretny kod” warta uwagi, bo powiem wam szczerze, że niezależnie o czym byście pisali, to mając taką książkę na półce, można naprawdę udekorować bardzo wiele fabuł i wiele postaci. To nie jest tak, że użyjecie tej książki tylko do jednej rzeczy, bo mając narzędzie, możemy zawsze pójść dalej z tym. Gdzieś to zastosować, gdzie tylko nam się zechce. Dobra, odkładam to. Tutaj mam jedną książkę: „Dlaczego Watykan potępia kod Leonarda da Vinci. Pomiędzy Leonardem da Vinci a Lucyferem”. To jest chyba z jakiegoś antykwariatu, czy było jako gratis dorzucone. Już nie pamiętam.
Jakiś spis treści. Tak czy siak, pomyślałam o tym, jak ten element duchowości, czy może w pewnym sensie odwrócenia się od Boga jako istoty wszechmogącej, może być ciekawym kierunkiem dla którejś z postaci. Może dlatego w jakiś sposób będzie odsuwana. Matko z córką. Ja dzisiaj chyba będę bardzo długo gadać. Dobra, ciśniemy. Tutaj mamy bardziej o kultach, o myśli religijnej i o nawiązaniach do Biblii. Mamy też o masonach, ale to już wcześniej powiedziałam. Odkładam. Dalej mam „Kudłatą naukę.
Mądrość w świecie zwierząt”. Jest już tak późno, że nie będę otwierać spisów treści. Po co tę książkę wyjęłam? Do wynalazców. Możemy sięgać do natury, do inspiracji. To jest świetna książka. W tej książce są opisane od strony naukowej mechanizmy, jak na przykład zwierzęta sobie radzą, jeżeli chodzi o kamuflaż czy jakieś zachowania, polowanie i tak dalej. Natura jako źródło inspiracji do naszych wynalazków. Dalej mam książkę o tytule „Twórcza odwaga”. To jest książka traktująca bardziej o kreatywności, o tym, jak ze sobą działać, jak odważyć się być kreatywnym.
To myślenie projektanckie i ta twórcza odwaga. Ten dysonans między tymi postaciami, można byłoby to świetnie pokazać. Teoretycznie i tu, i tu mamy wizję. Natomiast jeden jest bardziej chłodnym projektantem, a drugi kolorowym, rozszalałym artystą. Tutaj też o planowaniu i o takich rzeczach. Lecimy dalej. „Genialne umysły. Jak myślą seryjni wynalazcy?”. Książka jak znalazł na dzisiejszy dzień. Tutaj mamy trochę od strony psychologicznej pokazane.
Autorka pokazuje pewne problemy, z którymi się wynalazcy zmagają. Ci geniusze. Mamy na przykład niesłabnącą pewność siebie, która z jednej strony pcha te osoby do przodu, ale z drugiej strony może być też pułapką. Stworzeni, by pracować. Mamy tutaj tendencję do pracoholizmu. Świetne źródło do tego, żeby trochę przemycić ciekawostek, trochę procesów psychologicznych pokazać, żeby pokazać, że ten wynalazca nie zawsze jest taki super piękny, fajny, mądry, kreatywny, tylko że jego życie jednak częściej jest usłane kolcami niż płatkami róż. Jeżeli chodzi o książki, to byłoby na tyle. Lecimy, bo jak mówiłam, jest późno. Nie chciałabym jednak bardzo przekraczać tej godziny. Jeżeli słuchacie tego do końca, to ja całym serduszkiem dziękuję.
Dziękuję, że komuś się chce tu ze mną być przez godzinę. Mam nadzieję, że to nie tak, że ktoś was zmusił, tylko że sami z siebie dobrze się bawicie, słuchając mojego ględzenia. Lecimy. Problem. Losujemy. To są karty z gry „Kraina Snów”. Mamy grafikę i mamy dwa słowa. Zobaczymy teraz, jak to zmontujemy. Ze środeczka coś wyjmę. Nie patrzę.
Cyk, mam. Okej. Ślimak, zombie. Odpłynęliśmy na bogato. Grafika przedstawia dosłownie ślimaka. Nie dość, że zamiast oczek swoich ma dwie łapy prawie gnijące, to jeszcze ze skorupy się wyrwała jak z ziemi taka wielka, ludzka ręka. Nawet brakuje paru paliczków w jednym palcu, tylko kość łysa wystaje. Ślimak, zombie. Może byśmy poszli w kierunku, tak jak rozmawialiśmy, tej świecy, tego przygasania. Może tego, że nasz główny bohater wie, że umiera, że on właściwie jedną nogą trochę jest jak ten zombie.
A ślimak? Może upływ czasu. I teraz pomyślałam o tym, że czas płynie wolno, nie? A może właśnie jemu się spieszy do śmierci. No właśnie, kurde , to byłoby ciekawe, że może główny bohater w pewnym sensie chce umrzeć. Może to jest jakiś rodzaj przepowiedni, w którą wierzy, że spełnienie osiągnie na przykład dopiero po śmierci, a już jest tak sfrustrowany, że po prostu nawet chciałby umrzeć, żeby tylko wreszcie poczuć tę ulgę, to spełnienie. I może właśnie czeka, aż ta świeczka zgaśnie, ta jego świeczka życiowa, a czas się zatrzymał. Tak się ślimaczy, bardzo wolno się spala. A może właśnie ten zegarmistrz w jakiś sposób sprawia, że ten czas się zatrzymał albo właśnie spowolnił. Dużo pomysłów, powiem wam szczerze.
Dwa problemy połączone i tu chyba nie ma co więcej cudować. W ogóle bardzo ciekawa relacja, bardzo ciekawe postaci. Tak jak poprzednio świetnie się to połączyło w klamerkę, w jedną postać, tak tutaj właściwie taki doktor Jekyll i Mr Hyde. Totalne odbicia lustrzane, a jednak wszystko w kontekście wynalazców. Jaram się. Weźcie to rozpiszcie, napiszcie, ja z chęcią przeczytam. Dobra, no to co? Lecimy motto, bo już jest godzina mojego materiału, więc pewnie wy też będziecie mieli około godziny. Zobaczymy jakie przysłowie nam się wylosuje. I ze środeczka, żebym nie widziała.
Cyk. Zamienił stryjek siekierkę na kijek. Kurczę, to jest nawet fajna rzecz, bo może właśnie ten nasz bohater tak bardzo będzie chciał umrzeć, że coś zrobi. Albo moglibyśmy pójść w jakiś artefakt, że wziął od tego zegarmistrza coś, co na przykład miało przyspieszyć czas, a wręcz go spowolniło. Że zamienił stryjek siekierkę na kijek. A może właśnie jakieś jego działania spowolniły. A może wręcz tak bardzo chciał umrzeć, a ma tych uczniów i może teraz to sprawi, że już zachce mu się nagle żyć, a jednak będzie wiedział, że to już nie pyknie. Że ta siekierka i kijek, że może te jego narzekania, może mentalnie zmieni zdanie. Że kiedy już dostanie to, co chciał, to się okaże, że to wcale nie było to. Że właśnie miał super siekierkę i ma teraz jakiś spróchniały badyl na przykład.
No wyszedł na tym gorzej, jak za błyski na mydle. Dobra, słuchajcie, mamy to. Wyrobiłam się w czasie. Nie jest źle, bo już przez moment byłam przerażona, a zapomniałam, że już ta końcówka idzie szybciej. Dobra, to chyba na tyle. Mamy dwie ciekawe postaci, także ja się bawiłam świetnie, jak zawsze. Ja nawet totalnie nie wiem, kiedy ten czas tutaj leci. Jak ja się wkręcę w to wszystko, to tylko raz na ileś zerknę z przerażeniem, że już trzeba kończyć. Wiem, że już jest późna pora, ale mimo wszystko jeszcze nadal życzę wam udanego Dnia Wynalazcy. Życzę wam, żebyście coś fajnego wynaleźli dzisiaj.
Czy to będzie może właśnie jakaś postać, może jakiś świetny pomysł, może zmagaliście się z jakąś decyzją mniej lub bardziej poważną, mniej lub bardziej życiową, to życzę wam inspiracji, żeby przyszły do was odpowiedzi, jak do takich genialnych wizjonerów i genialnych wynalazców. Trzymajcie się cieplutko, miłej nocki i słyszymy się za tydzień. Pa.
[04:49:52] - Tak, oczywiście staram się nie zapominać o tak zwanych stałych punktach programu i teraz będzie ten kolejny stały punkt programu, a mianowicie Bez Tajemnic. Dzisiaj mamy kolejny odcinek. To w Book Radio był odcinek 25, a w ogóle to są Q&A. Dwa pierwsze już państwo usłyszeli. To dzisiaj trzeci odcinek, trochę nawiązujący do pewnego wywiadu, ale w gruncie rzeczy mówiący o rzeczach bardzo istotnych. Zapraszam.
[04:50:45] - Zapraszam na odcinek pocieszenia dla wszystkich tych, na pytania których Reynald Russell nie odpowiedział. Ja postaram się na te pytania odpowiedzieć w tym odcinku. Niestety nie na wszystkie, ponieważ była część pytań takich osobistych, skierowanych ściśle do medium, więc ja nie jestem medium, więc nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. A poza tym nawet wśród pytań takich ogólnych było na przykład pytanie, czy Allan Kardec został już wywołany i co powiedział. Nie wiem tego na pewno. To znaczy podejrzewam, że wśród tych wszystkich spirytystów, którzy gdzieś tam na świecie sobie działają, były wielokrotne próby wywołania Allana Kardeca i kto wie, może to się udało. Może Allan Kardec nawiązał z kimś kontakt, ale nie mam na ten temat wiedzy, więc tego typu pytania po prostu odrzuciłem. No i były też pytania, które wymagałyby ode mnie troszeczkę zbyt wiele spekulacji, więc tych pytań też w ogóle po prostu nie poruszam. Ale Mam tutaj kilkanaście pytań, na które odpowiem, bazując na mojej wiedzy spirytystycznej. Jak już powiedziałem, wiem, że to nie jest to samo, jak gdyby na przykład odpowiedział na te pytania Reynald Roussel, ale trudno.
On nie odpowiedział, ja postaram się. Na pytania, które tutaj wyselekcjonowałem wiem, że mam odpowiedzi. Dobra, koniec gadania. Jak pomóc dzieciom w zdrowy sposób rozwijać ich zdolności mediumiczne? Alan Gardecke napisał w jednym ze swoich dzieł, chyba w „Księdze Mediów”, żeby zbyt wcześnie nie poruszać z dziećmi takiego tematu, ponieważ może to wpłynąć na ich psychikę. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że dzieci 150, 200 lat temu miały inny umysł niż mają nasze pociechy. Nasze dzieci są bardziej otwarte. To też jest kwestia dyskusyjna, ale upraszczam, po prostu mają większe pojęcie o świecie przede wszystkim, więc myślę, że ten temat można rozpoczynać już nawet od małego. Ale w jaki sposób? Trzeba pamiętać, że dzieci mają bardzo bujną wyobraźnię i często fantazjują.
Jeżeli opowiadają, że w pokoju rozmawia z nimi jakiś pan w nocy albo jakaś pani do nich przychodzi, to wcale nie musi oznaczać, że mają zdolności medialne. Trzeba też pamiętać, że dzieci mniej więcej do 10. roku życia są bardziej otwarte na tego rodzaju rzeczy i ta medialność u nich jest naturalna. Mniej więcej w dziewiątym, dziesiątym roku życia ta medialność przygasa bądź nie. Też wspominał o tym Reynald Roussel w jednym z ostatnich materiałów. I co w takim razie z takim dzieckiem zrobić? Mnie się wydaje, że przede wszystkim, bo ja też to praktykuję, więc mówię to troszeczkę z własnego doświadczenia, żeby dzieci po prostu nie wyśmiewać, nie bagatelizować tego, co opowiadają, żeby je wysłuchać. Bo przecież nie będziecie od razu wiedzieli, czy dziecko ma zdolności medialne. Dopiero po jakimś czasie będziecie posiadali na tyle dużo informacji, które pozwolą wam ewentualnie wyciągnąć takie wnioski i zacząć się domyślać. W każdym razie nie wyśmiewać dziecka, wysłuchiwać, co ma do powiedzenia.
Czasami, jeżeli widzicie, że coś tam się kroi, robić notatki, a może niektóre informacje będzie można zweryfikować, tego typu rzeczy. A później, w którymś wieku, nie chcę tutaj konkretnie podawać, w którym momencie powinno to się odbyć, ale tak, żeby dziecko już było w miarę kumate, że tak powiem, rozmawiać z dzieckiem na temat zaświatów, na temat duchów. Moja córka ma cztery i pół roku i ja już zacząłem z nią dyskutować o tym, że dobre duchy mogą do niej przychodzić, że Jezus może do niej przyjść, że na przykład duch zmarłej babci może do niej przyjść, jeżeli poprosi. I staram się córkę przygotowywać do poważniejszych rozmów na ten temat. Właśnie moja córka przyszła i mnie tutaj troszeczkę rozproszyła. Qu'est-ce qu'il y a, pipous? Tu veux dire bonjour à tout le monde? Viens, dis bonjour à tout le monde. Voilà. Dzień dobry.
Ja nazywam się Marianna. Marianna Strutyk. Voilà. Tak, czyli Marianka Strutyk. Marianka, Qu'est-ce qu'il y a, pipous? Tu veux dire bonjour à tout le monde? Viens, dis bonjour à tout le monde. Voilà. Dzień dobry. Ja nazywam się Marianna.
Marianna Strutyk. Voilà. Tak, czyli Marianka Strutyk. Marianka, W wielu miejscach spirytyzm mówi o tym, że dusza nie może się cofnąć w rozwoju. Co sądzić o osobach, które nagle robią się złe? Czy to nie regres? Jak rozumieć upadek aniołów opisany w Biblii? Tego upadku aniołów opisanych w Biblii nie wiem, czy będę do tego nawiązywał, bo chyba byłoby zbyt dużo dyskusji na temat chrześcijaństwa i samego katolicyzmu, więc może dam sobie spokój. Ale czy takie zachowanie człowieka to jest regres? Nie, nie ma regresu.
Duch nie może się cofnąć w rozwoju. Jeżeli ktoś już zdobył pełną świadomość, przykład, który często podaję: profesor uniwersytetu nie pójdzie, o ile jest o zdrowych zmysłach, nie pójdzie nagle bawić się do piaskownicy. Może pójść pobawić się z wnukiem, żeby mu potowarzyszyć, ale taka zabawa będzie miała zupełnie inny cel. Jeżeli jakiś człowiek nagle zaczyna zachowywać się podle, to znaczy, że jego duch znajduje się właśnie na tym niskim poziomie rozwoju. A jeżeli chwilę później potrafi mieć jakieś dobre zachowanie, to znaczy, że albo podporządkowuje się potrzebom społecznym, podporządkowuje się jakimś wymaganiom otoczenia, albo po prostu stara się też pracować nad sobą. Bo przecież każdy może mieć jakieś chwile słabości. Ktoś stara się być dobrym człowiekiem, ale czasami nie ma siły, musi pójść i opieprzyć sąsiada za to, że po raz kolejny pożyczył sobie taczki bez pytania. Nie ma regresu. Po prostu nie ma regresu. Jeżeli duch się rozwinął, to już nie może upaść niżej.
A to, co my dostrzegamy w naszym życiu codziennym, to jest troszeczkę taka gra. Sami wiemy, że każdy człowiek ma różne takie gombrowiczowskie gęby i każdy taką gębę przyprawia sobie w innej sytuacji. A teraz weźmy na przykład taką sytuację obozową, obóz koncentracyjny, gdzie ludzie każdego dnia muszą walczyć o swoje. I to jest najlepsza chyba sytuacja, w której można zaobserwować, który człowiek, na jakim znajduje się poziomie rozwoju. Czyli w takich sytuacjach ekstremalnych: wojna, głód, klęska żywiołowa, sytuacje, gdzie człowiek traci wszystko. Tutaj przypomina mi się Hiob biblijny i tu na przykład w przypadku Hioba widać, że ten duch u Hioba był rzeczywiście rozwinięty. Nie chcę mówić, w jakim stopniu, ale człowiek po prostu ufał Bogu i wiedział, że te wszystkie klęski, które na niego spadają, to są tylko takie klęski przejściowe. Że tak naprawdę ta duchowość, którą w sobie przechowuje, jest znacznie ważniejsza. Kolejne pytanie: czy weganizm lub wegetarianizm jest jednym z etapów rozwoju duszy? To zależy.
To znaczy, jeżeli człowiek czuje, że powinien nie spożywać mięsa, ponieważ wynika z tego jakaś troska o zwierzęta, czyli o tych młodszych braci duchowych, jak to mówimy w spirytyzmie, to tak. To może oznaczać, że jego dusza po prostu już jest na takim poziomie rozwoju, że już po prostu nie chce przyczyniać się do cierpienia tych zwierząt. Ale z drugiej strony, jeżeli na przykład pomysł przejścia na wegetarianizm lub weganizm wynika z wpływu otoczenia bądź z jakichś przyzwyczajeń kulinarnych, które wynikają na przykład z jakiejś tradycji rodzinnej, gdzie dajmy na to rodzice są weganami i dzieci siłą rzeczy też nie spożywają mięsa, to tutaj już nie możemy mówić, że ta chęć przejścia na weganizm, wegetarianizm ma jakikolwiek związek z rozwojem duchowym, ponieważ tego nie wiemy. Po prostu człowiek jest stworzeniem wszystkożernym i może przeżyć równie dobrze spożywając mięso, jak i dania wegańskie, wegetariańskie. Więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Czyli to może oznaczać wyższy poziom rozwoju duchowego, ale niekoniecznie. To wszystko jest bardzo indywidualne. Kolejne pytanie: czy podczas wcielenia możemy zmienić plan życia, który ustaliliśmy przed narodzinami? Tak, można zmienić taki plan życia, ale trzeba pamiętać, że duchy mają inne spojrzenie na nasze życie materialne. Gdy byliśmy w zaświatach jeszcze przed naszymi narodzinami, wiedzieliśmy, po co tu przychodzimy.
Wiedzieliśmy mniej więcej, jakie próby na nas czekają, co będziemy chcieli w życiu zrealizować i po to się wcieliliśmy. Mówi się i ja akurat w to wierzę, że człowiek na różnych etapach swojego życia ma możliwość zrezygnowania z kontynuacji swojego planu, czyli po prostu może umrzeć. Czasami opowiada się w rodzinach, że jakaś zmarła ciotka przyszła i chciała mnie zabrać, a ja się nie zgodziłem, bo powiedziałem na przykład, że mam tu jeszcze coś do zrobienia i tak dalej. Ja w mojej rodzinie też słyszałem takie historie i rzeczywiście uważam, że to są momenty, w których człowiek ma prawo się wycofać, ma możliwość wycofania się z życia. I to nie jest samobójstwo. To są po prostu takie furtki, przez które można przejść i przenieść się na drugą stronę. Ale duch w momencie, kiedy ma podjąć taką decyzję, to on wie lepiej niż my, że tak powiem, w naszej tej świadomości ziemskiej, czy powinien to zrobić, czy nie. Porównam to do prostej sytuacji: dzieciak w szkole, który chodzi do szkoły codziennie na sprawdziany, czasami się nudzi na tych lekcjach i najchętniej w ogóle Pipusinet, Jean-Joris Pipus, tu es très belle. Va, Pipusinet, Jean-Joris. I w momencie, kiedy taki licealista nie chce mu się do tej szkoły chodzić, bo ten nauczyciel jest głupi albo wredny, złośliwy, zbyt wymagający.
Ale chodzi do tej szkoły, ponieważ wie, że ukończenie liceum bądź technikum i zdanie matury, a następnie udanie się na studia pozwoli mu rozwijać swoje pasje, zainteresowania w zawodzie, który go interesuje. I gdyby rodzic powiedział do takiego ucznia: „Dobra, jak nie chcesz, to nie chodź do szkoły, możesz iść do pracy”, ale wtedy taki uczeń się zastanowi i powie: „No tak, w zeszłym tygodniu w szkole było przechlapane i chciało mi się płakać, ale co ja zrobię? Pójdę do kopalni pracować, skoro mam możliwość pójść na uniwersytet i skończenia studiów technicznych, politechniki”. Trzeba na to w ten sposób spoglądać. Dlatego duchy, chociaż mają taką możliwość, nie zawsze z niej korzystają. Wrócę do tematyki obozowej, czyli do ekstremalnej sytuacji, gdzie człowiek przecież przeżywał straszne wydarzenia i mimo to ludzie żyli. Żyli, dopóki nie zostali zabici przez swoich oprawców, bądź niektórzy w ogóle przeżyli wojnę. Wiele tych duchów po prostu nie wycofało się. Ja tu pomijam przypadki, gdzie więźniowie popełniali samobójstwo. Marianka Pipus, va là-bas.
Marianka, tu ne ranges. Va, tu ne ranges, Pipus. Dobrze, moja córka też ma parcie na szkło. Ja nie mam parcia na szkło, ale moja córka ma parcie na szkło i chciałaby też wystąpić. Ale przecież nie o to chodzi w tym materiale. Kolejne pytanie: „Czy mógłby pan wymienić symptomy, jakie wskazują na to, że ktoś ma zdolności medialne?” Słuchajcie, takie rzeczy po prostu się wie. Jeżeli ktoś ma jakieś przeczucia od dziecka, jeżeli ktoś z tym dojrzewał, jeżeli jakaś sytuacja obudziła w człowieku takie symptomy, przeczucia, jakieś jasnowidzenie, może ktoś coś widzi, może ktoś ma jakieś intensywne sny z udziałem swoich bliskich zmarłych, to wtedy warto się nad tym zastanowić i wtedy trzeba sięgnąć po literaturę, aby sprawdzić, czy to, co odczuwamy, koresponduje z odczuciami, przeżyciami innych osób, żeby sobie przede wszystkim nie wmówić, że posiada się zdolności medialne, bo może się okazać, że może to być jakaś choroba. Kolejne pytanie: „Czy duch zmarłego pamięta swoje wcześniejsze wcielenia, czy tylko ostatnie?” To zależy od poziomu rozwoju ducha. To znaczy duchy, które są bardzo przywiązane do materii i do świata materialnego, nie są w stanie spojrzeć dalej, bo gdyby były w stanie, to nie plątałyby się po naszym świecie, tylko przeszłyby sobie, jak to się mówi, na drugą stronę. Duchy, które są bardziej świadome siebie, świadome tego, czym jest życie, śmierć, życie duchowe miałem na myśli, to takie duchy rzeczywiście mogą mieć świadomość swoich wcześniejszych inkarnacji, o ile będzie to dla nich pożyteczne.
Jak już wielokrotnie wspominałem, pamięć wcześniejszych inkarnacji nie jest konieczna, aby zachować swoją aktualną tożsamość, bo przecież my nie pamiętamy wszystkich szczegółów naszego życia doczesnego, a jednak posiadamy jakąś osobowość dobrą lub złą i żyjemy z tym i ten brak pamięci nie uniemożliwia nam dalszego rozwoju. Kolejne pytanie: „Czy początkujące medium może się ochronić przed opętaniem? Jak uwolnić się od obsesora z poprzedniego życia?” Tak, media mogą ochronić się przed opętaniem. Ja poruszyłem ten temat chyba w jednym z moich pierwszych materiałów na wideoblogu pod tytułem „Czym jest opętanie?” Media często proszą o ochronę swoich duchów opiekunów. A poza tym nieraz jest tak, że to duch opiekun decyduje, z kim medium może się połączyć, z jakim duchem. I taki duch opiekun po prostu nie dopuszcza do medium duchów opętujących. Jeżeli natomiast są osoby, które na siłę próbują wywoływać duchy bez jakiegoś przygotowania i bez jakiegoś wewnętrznego przekonania, że jest to coś bardziej pożytecznego niż tylko zabawa, to wtedy taki duch opiekun nie wtrąca się, ponieważ każdy człowiek ma wolną wolę i każdy może decydować o sobie. Wtedy do takiego opętania może dojść. Więc jeżeli ktoś jest medium i grzecznie sprawuje swoją funkcję, to do tego opętania raczej nie dojdzie. Natomiast w jaki sposób uwolnić się od takiego ducha opętującego z poprzedniego wcielenia?
Można próbować poprzez modlitwę, poprzez oddanie się protekcji Boga, poprzez zaufanie Bogu. Można oczywiście, dysponując jakimś medium, spróbować porozmawiać z tym duchem. To znaczy medium musiałoby nawiązać kontakt, porozmawiać z tym duchem, aby dowiedzieć się, o co chodzi. A tak naprawdę najlepszą ochroną przed takimi duchami jest własny rozwój osobisty, ponieważ duchy wyższe mają władzę, kontrolę nad tymi duchami niższymi. Więc jeżeli rozwiniemy się duchowo, spirytualnie, to też te duchy niskie nie będą miały do nas dostępu. I to jest chyba jedyna droga. „Czy gdy manifestuje się Jezus, czy jest możliwe, że podszywa się pod niego jakiś inny duch wyższy?” To znaczy tak: w słowie „podszywa się” jest coś negatywnego, więc może użycie tego wyrazu nie jest odpowiednie w momencie, kiedy mówimy o duchach wyższych. To nie jest tak, że Jezus, jeżeli zadajemy mu jakieś pytanie, zwracamy się do niego bądź jakikolwiek inny duch musi za każdym razem przybyć i na to pytanie odpowiedzieć. Może wysłać innego ducha, który jest na tyle świadomy i rozwinięty, że udzieli poprawnej odpowiedzi. Porównajmy to troszeczkę do takiej sytuacji, gdzie zwracamy się do szefa korporacji z zapytaniem i ten szef nie odpowiada nam osobiście mailowo, ale odpisuje nam jego zastępca albo kierownik działu, albo osoba odpowiedzialna za PR bądź kontakty z mediami.
I wówczas mamy odpowiedź instytucji, nawet jeżeli nie odpowiedział sam prezes. Tak samo możemy tutaj powiedzieć: jeżeli potraktujemy pytania do Jezusa jako pytanie do instytucji, czyli do duchów wyższych, czystych, które mają wiedzę na temat wszystkiego, to niekoniecznie musi sam szef nam udzielić odpowiedzi. Jeżeli odpowie nam duch troszeczkę niższej rangi, to ta odpowiedź zostanie udzielona. Ale podkreślam, mówimy tutaj tylko o duchach wyższych, które przychodzą w zastępstwie za na przykład Jezusa. Nie mówię tutaj o duchach niskich, które podszywają się pod duchy wyższe, przedstawiając się wspaniałymi imionami i robią sobie po prostu jaja. To jest inny temat. Kolejne pytanie: co powinna zrobić osoba, która podejrzewa u siebie zdolności mediumiczne? Rozwijać swoją wiedzę teoretyczną i niczego nie próbować robić na siłę. Dopiero gdy duchy w zaświatach, nasz duch opiekun, będą wiedziały, że jesteśmy przygotowani merytorycznie, teoretycznie chciałem powiedzieć, dopiero wtedy otworzy się ten kanał i wtedy będziemy mogli z tego mediumizmu skorzystać. Oczywiście mówię tutaj bardziej o osobach, u których ten mediumizm w którymś momencie się obudził, ponieważ ludzie, którzy żyją z tym mediumizmem od dzieciństwa, w sposób naturalny wiedzą, co z tym zrobić.
Ale wiedza teoretyczna to naprawdę nie jest banał. Trzeba wiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie, aby móc normalnie funkcjonować z tym drugim światem. Brak wiedzy teoretycznej to jest tak, jak wsiąść za kierownicę samochodu, wiedząc, gdzie jest przekładnia skrzyni biegów i kierownica, ale nie znać przepisów ruchu drogowego. Kolejne pytanie: dlaczego duchy straszą i kogo? Czy straszenie ludzi jest zemstą duchów za coś? I tak, i nie. Duchy, które nie chcą nas przestraszyć, mają odpowiednie narzędzia, aby na nas wpłynąć w taki sposób, żebyśmy się ich po prostu nie bali. Ale to wszystko, może nie to wszystko, ale wydaje mi się, że duża część relacji między ludźmi a duchami opiera się na rodzaju emocji, które duchy nam przekazują. Jeżeli duch nam przekazuje pozytywne emocje, to nie boimy się w taki sposób naturalny, na przykład we śnie albo budzimy się w nocy i czujemy, że ktoś koło nas stoi. Wtedy się nie boimy, bo czujemy się dobrze.
Innym razem duch może się pojawić, ale przekaże nam negatywne emocje i on niekoniecznie musi chcieć to zrobić celowo. Po prostu jest zły w tym momencie, pojawia się i my tę złość odczuwamy, a ponieważ nikogo nie widzimy, nie wiemy, co się dzieje, to też odczuwamy lęk. Czasami duch może chcieć nas wystraszyć tak dla jaj, tak samo, jak mógłby to zrobić nasz kolega, znajomy, który nagle zza winkla wyskakuje, robi „bu!” i my podskakujemy w miejscu ze strachu. Czy duch może chcieć się w ten sposób mścić? Tak, owszem, może się mścić. Są tego rodzaju nie tyle komunikaty z zaświatów, co relacje mediów, którzy opowiadają o takich rzeczach. I rzeczywiście, jeżeli jakiś duch poczuł się skrzywdzony w poprzednim wcieleniu, może chcieć kogoś opętywać po to tylko, żeby zrobić mu na złość, żeby mieć swoją satysfakcję. Tak to wygląda. Kolejne pytanie: jakie konsekwencje ponosi duch za życie, w którym był niewolnikiem nałogów, na przykład papierosów czy alkoholu? Jak to się mówi, wszystko jest dla ludzi.
Jeżeli człowiek wypali parę papierosów przez całe życie albo wypije troszeczkę alkoholu, to nic takiego strasznego się nie dzieje, ponieważ wiadomo, że nawet małe ilości alkoholu wpływają pozytywnie na organizm, ponieważ oczyszczają. Oczywiście mała ilość alkoholu to nie jest litr wódki co wieczór albo piwo co wieczór, ponieważ wtedy to się źle może skończyć, ale nie o tym mowa. W każdym razie, jeżeli człowiek nadużywał czegokolwiek, nie chodzi tutaj tylko o papierosy czy alkohol, ale chodzi także o żywność i w ogóle wszystko, czego człowiek może wykorzystać z nadmiarem, odwraca się to przeciwko niemu. Mamy tutaj przykład z książki „Nasz dom”, gdzie duch został ukarany za niezdrowy tryb życia i trafił do miejsca, które zostało nazwane umbralem, czyli takie troszeczkę piekło, ale po jakimś czasie został z tego umbralu wydarty, wyciągnięty przez duchy wyższe. Więc człowiek ponosi konsekwencje. Jeżeli człowiek świadomie bądź nieświadomie prowadzi niezdrowe życie I prowadzi takie niezdrowe życie bez opamiętania, to później ponosi konsekwencje, jak gdyby popełnił samobójstwo. A później to wszystko zależy od każdego człowieka, ponieważ ktoś na przykład może prowadzić niezdrowe życie w czasach studenckich, a potem się opamięta, więc te konsekwencje są mniejsze. Ktoś może chcieć nadrobić to stracone zdrowie. Trudno to jednoznacznie powiedzieć. Każdy przechodzi to po swojemu.
„Jak człowiek po stracie bliskiej osoby powinien postępować, aby nie szkodzić jej w odejściu?” Nie rozpaczać. Też poruszyłem ten temat przynajmniej w jednym moim materiale. Nie rozpaczać, pozwolić tej osobie odejść w takim sensie, żeby pogodzić się z jej odejściem. Człowiek, który rozumie, czym jest śmierć i który rozumie, że śmierć to nie jest koniec istnienia, takiej osobie z pewnością jest łatwiej. Ale generalnie nie należy własnymi myślami starać się powstrzymać ducha przed odejściem. Czyli lamentowanie. „Nie odchodź, zostań!” Ktoś jeszcze nie umarł, leży na łożu śmierci. Nie. Trzeba pozwolić takiej osobie spokojnie odejść i to jest tak naprawdę najważniejsze. Można się modlić za taką osobę.
Można do niej mówić dobre rzeczy, żeby taka osoba czuła, że już się spełniła na tej ziemi, że tak naprawdę nic na nią już tutaj nie czeka, że ciąg dalszy jej żywota odbędzie się tam po drugiej stronie. Można do niej mówić, nawet gdy leży w śpiączce, gdy już wiadomo, że lada moment umrze. Można do takiej osoby mówić i ona na pewno odbiera te wszystkie emocje. Słyszy, a jeżeli nie słyszy, to w sposób taki duchowy, spirytualny. Na pewno jest świadoma tego, co się do niej mówi. Ponieważ szczególnie duchy, które powoli odchodzą, nabierają tej świadomości, nawet gdy są jeszcze połączone z ciałem materialnym. A duchy, które już odeszły, trzeba się za nie modlić. Tak jak powiedziałem, nie rozpaczać, pozwolić im po prostu w spokoju odejść. Nawet jeżeli odczuwamy smutek, dlatego że smutek jest czymś zupełnie naturalnym. To na pewno nie nasz smutek powstrzyma duchy od odejścia, ale brak zgody na daną sytuację.
Trzeba się z tym po prostu pogodzić. Kolejne pytanie: „Czy można sprawdzić, czy osoba w zaświatach nas kocha i czy nas pamięta?” Można. W jaki sposób? Jeżeli człowiek na przykład modli się i prosi też taką osobę o kontakt, jeżeli rzeczywiście autentycznie potrzebuje tego kontaktu, to nie jest wykluczone, że taki duch w którymś momencie, w trakcie snu — jeżeli mówimy tutaj o człowieku, który nie jest medium — taki duch po prostu się zamanifestuje i taka manifestacja ducha w trakcie snu naprawdę może mieć bardzo silne oddziaływanie na człowieka i jego dalsze postępowanie. Można też na przykład poprzez medium starać się skontaktować z takim duchem i wtedy zadać pytanie. Taki duch odpowie bądź nie. Tego rodzaju metodami można coś takiego sprawdzić, ale czasami jest tak, że duch nie może się zamanifestować z różnych powodów. Może być czymś zajęty, a mógł się na przykład reinkarnować. Różnie. Fakt, że jakiś duch nie daje znaku tam z drugiej strony, tak naprawdę nic nie znaczy.
Ale warto pamiętać, że uczucia, które istniały na Ziemi, istnieją także tam po drugiej stronie. Jeżeli kochaliśmy kogoś ze wzajemnością, ta miłość trwa nadal, nawet po śmierci, ponieważ miłość jest elementem duchowym. To nie ma nic wspólnego z materią, więc materia przepada, ale ten element duchowy pozostaje i wydaje mi się, że już sama ta świadomość powinna udzielić nam odpowiedzi na to właśnie pytanie. Kolejne pytanie: „Czy w procesie reinkarnacji zwierzęta wcielają się w ciała ludzi?” Tak, ale to jest bardzo długi proces. Dajmy na to jako przykład duchy, które inkarnowały dinozaury 200 milionów lat temu. Według mnie one jeszcze nie wcieliły się w ludzi. Według mnie te duchy inkarnują jakieś zwierzęta, jakieś małe ssaki, może ptaki. Nie wiem, trudno powiedzieć. Trzeba pamiętać, że ten proces rozwoju duchowego jest bardzo długi. Mówiłem o tym w materiale pod tytułem „Dlaczego zwierzęta się zjadają”.
Można sobie ten materiał zobaczyć. Ten proces rozwoju duchowego jest bardzo długi. Ja już o tym wielokrotnie mówiłem. Nawet jeżeli spojrzymy na ludzi, którzy mają dajmy na to po 90 lat, a mają siano w głowie i przejmują się pierdołami, na które tak naprawdę nie powinni w ogóle już zwracać uwagę, zważywszy ich doświadczenie życiowe, możemy się zastanawiać, ile wcieleń potrzebuje człowiek, żeby na przykład rozwinąć u siebie poczucie empatii albo dobroci, współczucia. A ile czasu potrzebuje duch, żeby ze stanu zwierzęcego rozwinąć się do stanu najbardziej egoistycznego człowieka. To jest bardzo długi proces i nie należy się spodziewać, że na przykład nasz kot za pięć, sześć wcieleń stanie się człowiekiem. Nie. Ja wiem, że niektóre media mówią inaczej, ale według mnie to jest bzdura i to nie ma pokrycia w teorii spirytystycznej. Kolejne pytanie. Czy dusze czyśćcowe mogą przychodzić i prosić o modlitwę?
Już odpowiedziałem na to pytanie. Tak i bardzo często to robią. Czyśćcowe, czyli takie duchy, które są cierpiące, dlatego że w spirytyzmie nie używa się tego określenia. Ale tak, rzeczywiście tak może być. I ostatnie pytanie: czy po śmierci możemy wybrać czas naszej następnej inkarnacji, płeć, rodzinę, kraj, w którym chcemy mieszkać? Czy taki wybór jest możliwy? Czy sama dusza może o tym decydować? Tak. Oczywiście to zależy od poziomu rozwoju duszy. I tu po raz kolejny wspominam: duchy w zaświatach mają inne spojrzenie na nasze życie materialne.
Więc na przykład dzisiaj ja mogę chcieć w kolejnym wcieleniu urodzić się we Włoszech jako Włoch, ale w momencie, kiedy przejdę na drugą stronę, stwierdzę: „Zaraz, ale to są jakieś bzdury. Po co mi te Włochy? Ja potrzebuję się odrodzić na Syberii, w jakiejś biednej rodzinie, żeby doświadczyć trudu życia”. Albo potrzebuję się urodzić w Hollywood, żeby doświadczyć próby bogactwa i sprawdzić, czy będę w stanie dobrze żyć z tym bogactwem. Dobrze, czyli w takim pozytywnym sensie duchowym. Płeć również można sobie wybrać, pamiętając, o czym przed chwilą powiedziałem. Ponieważ każdy duch musi doświadczyć tego, czego doświadczają duchy inkarnujące się w płci żeńskiej, jak i tej przeciwnej. Więc owszem, wszystkie duchy muszą przejść przez etap życia w ciele męskim, jak i w ciele żeńskim. To jest konieczne, abyśmy posiadali cały wachlarz doświadczeń. Ale tak jak powiedziałem, to zależy od poziomu rozwoju ducha.
Niektóre duchy, które nie za bardzo wiedzą, a co by chcieli, a może to, a może tamto, są pokierowane przez swoich duchów opiekunów i wtedy takiemu duchowi narzuca się pewne próby, aby nabrał doświadczenia. Tak samo robią rodzice ze swoimi dziećmi, gdzie to rodzice decydują o wielu rzeczach, ponieważ wiedzą, co jest dobre dla dzieci. I tym ostatnim pytaniem zamknęliśmy kwestię pytań skierowanych do Reynalda Russella. Ja myślę, że w przyszłości będą kolejne tego rodzaju materiały. Także subskrybujcie kanał. I jeszcze ostatnia prośba do osób, które piszą do mnie i próbują mnie nawracać na katolicyzm. To już tak na marginesie. Słuchajcie, ja wyszedłem z katolicyzmu. Ja opuściłem katolicyzm, ponieważ zacząłem sam czytać Biblię i Nowy Testament i nie zgadzam się z tym, co księża opowiadają w kościołach. Dlatego proszę was, ci, którzy piszą do mnie, mnie nawracają, dajcie spokój.
Ja jestem osobą wierzącą, ale odrzuciłem dogmat katolicki i mam nadzieję, że to jest jasne. Nie wiem, czy ten ostatni mój komunikat dotarł do odpowiednich osób, ale co powiedziałem, to powiedziałem. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[05:26:06] - No i proszę państwa, późno się zrobiło niezwykle, ale nie byłbym sobą, gdybym nie wrócił wspomnieniami do odległych lat. Wygłupiam się oczywiście, ale archiwum ABW to jest taki punkt programu, który chce czy nie chce, to on mnie w jakiś sposób wzrusza, bo przenosi do całkiem nieodległych czasów, ale było zupełnie inaczej. Przypomnę, audycje ABW są cały czas do odsłuchania gdzieś tam w trzewiach archiwum Radia Paranormalium. Na YouTubie również są do dostania, do odszukania. Tam możecie państwo wysłuchiwać całych odcinków. A dzisiaj kolejne opowiadania wyciągnięte niejako z bebechów tychże audycji. Zapraszam.
[05:27:09] - Bruno Kadyna, „Trawa jej z gęby wisi”. Jest tutaj niedaleko góra. Niewysoka, jakieś 200 metrów nad poziomem morza. To niewiele, ale nad morzem takie szczyty to już góry. Mój tato mówi, że to wzgórze. Pewnie ma rację. On zawsze ma rację. Bardzo dużo wie i jest bardzo silny. Raz nawet uniósł samochód za hak. Ale zaraz, czasami jednak się myli.
Kiedy zabroni mi wyjść na dwór czy coś takiego, wtedy nie ma racji. Na rowerze można wjechać na szczyt góry bez zatrzymywania. Jak się ścigamy z chłopakami, to się zdyszymy najwyżej, więc faktycznie nie jest wielka ta nasza góra. Ale to najlepsze miejsce do zabawy na świecie. Zrobiło się ciemno i jutro jesteśmy ustawieni na pierwszą jazdę w tym roku. Zawsze najpierw sprawdzamy nasze trasy. Ciekawe co się zmieniło, ile drzew się zwaliło i co zwierzęta napsuły. Dziki mam na myśli. Te świnie czasami tak trasy poryją, że wyglebić się można. Ale najpierw zrobię przegląd roweru.
Czekam właśnie na tatę, aż wróci z pracy. Weźmie rower na warsztat i nasmaruje łańcuch, napompuje koła na kamień, tak jak lubię. Wtedy dopiero mam speeda. Kiedyś wszystko rozkręcił, cały rower, potem nasmarował i złożył. To dopiero była jazda. Zastanawiałem się, dlaczego po zimie zawsze coś trzeba robić przy rowerze. Czemu nie można zwyczajnie wsiąść i jechać? Przecież tylko leży w piwnicy. Jakby się stary robił czy coś. W tym roku może dostanę nowy, taki z dużymi kołami dla dorosłych.
Grosik i Smętek mają już takie. Pączek i ja jeździmy na BMX-ach. Tak na nie mówimy, ale to zwykłe górale i już się ich trochę wstydzimy. Pączek może mniej się wstydzi, bo jego starzy nie mają kasy i pewnie długo jeszcze na nim pojeździ, ale nie narzeka. Za to go lubię. Nigdy nie narzeka i nie marudzi. Jak dostanę nowy rower, dam mu pojeździć. Nie tak jak Grosik. Ten się nigdy nie dzieli, nigdy nic nie kupi, nawet gumą nie poczęstuje, a forsy ma jak lodu. Smętek może i by dał pojeździć, ale Grosik mu imponuje, dlatego zachowuje się przy nim tak samo.
Słyszę, że drzwi się otwierają. „Tata” – wołam. Biegnę do przedpokoju. „Tato, tato!” „Siemasz synku, co tam? Coś taki podekscytowany?” Stawia torbę i zdejmuje buty. „Zobaczysz mój rower? Zobaczysz? Jutro umówiłem się z chłopakami. Po co zdejmuje buty? Możemy od razu zejść do piwnicy.” „Mówi się: na jutro umówiłem się z chłopakami.” Zdejmuje kurtkę.
„A jak lekcje?” „Odrobione. Na jutro umówiłem się na jazdę” – poprawiam. „To co, zobaczysz? Na pewno trzeba napompować koła.” „Poczekaj synku, umyję ręce, zjem obiad.” „Cześć kochanie.” Mama podchodzi. Dają sobie buzi. Fuj! „Cześć. On tak, odkąd wrócił ze szkoły. Zobacz mu ten rower, bo ci nie da spokoju. Lekcje odrobił od razu.
Przewidział, że będziesz pytał. Obiad już gotowy.” „Mmm, czuję.” Tato mnie mija i targa za włosy. Znów muszę czekać. Wiedziałem, że tak będzie. Już myślałem, że nigdy nie zejdziemy do piwnicy. W końcu tata zrobił przegląd roweru. Nie chciał pompować na kamień. Nigdy nie chce. Mówi, że tak mogą się łatwo przebić. Ale i tak zawsze napompuje, a ja jeszcze nigdy nie przebiłem opony.
Dzwoniłem do chłopaków, że jutro od razu po szkole jedziemy. Tylko Pączkowi się nie pochwaliłem, bo nie ma komory. Teraz wyglądam przez okno. Mieszkamy u stóp góry i ze swojego pokoju widzę wejście do lasu. Już jest ciemno i za nic bym tam nie wszedł. Góra jest trochę straszna po zmroku. Szczególnie szczyt. Mieszka tam taki stary dziad w drewnianym domu. Cykamy się go strasznie. Podobno dawno temu mordował ludzi, którzy się tam zapuszczali, jak jeszcze była tu wieś.
Jest taki chudy i wysoki, a z twarzy podobny do Baby Jagi. Pączek mówi, że to na pewno taka chłopska wersja Baby Jagi. Wszystko się zgadza. Chatka i baba, to znaczy chłop. Raz pogonił nas jego pies. Taki mały, czarny, na krótkich nóżkach. Wścieklicna straszna. Ledwo uciekliśmy przed tym diabłem tasmańskim. Niedaleko domu dziada jest stary cmentarz. Taki nieduży.
Kilka grobów. Pewnie zakopywał tam trupy. Nigdy w życiu nie chciałbym tam zostać sam, a już na pewno nie po ciemku. „Czemu zawsze musimy czekać na tego grubasa, a potem jeszcze nie może nadążyć?” – mówi Grosik. „Właśnie. Może powinniśmy go wywalić z naszej bandy. Może ciebie wywalimy, Smętek. Za smętne oczy” – mówię. „Dobra, weź” – zamknął się. Smętek ma taką oprawę oczu, jakby mu opadały.
„Co ty go tak zawsze bronisz?” – pyta Grosik. „Bo jest w porządku. Nie powiem, że jest bardziej w porządku niż oni. Nie chcę wyjść na jakiegoś pedała czy coś. Swoją drogą Pączek mógłby już tu być.” „Jedzie w końcu” – mówi Smętek. Pączek podjeżdża. Minę ma nietęgą. Coś się stało. „Cześć chłopaki.” „Ty nigdy nie możesz być na czas?” – pyta Grosik i wsiada na rower. Smętek pędzi zaraz za nim.
My jak zwykle w tyle. „Co się stało?” – pytam. „Nic.” Pewnie znowu dostał od ojca. Doganiamy chłopaków. Wieje dzisiaj. Suchych badyli trochę leży i powalonych drzew, ale na trasach czysto. Dziki się kręciły, poorały ryjami przy ścieżkach. Wszystko wydaje się jeszcze mokre. Już się zazielenia. Nieśmiało na razie, ale jak przyjdzie kilka cieplejszych dni, zieleń wypuchnie.
Ptaki za to już szpitolą głośno. Ciekawe o czym. Robi się stromo. Pedałujemy na stojąco. Mam ochotę przycisnąć, ale Pączek został w tyle. Nie może stanąć na pedałach. Jest za gruby i łańcuch mu skrzypi. Rower ma zakurzony. Nie zrobił przeglądu. Dobrze, że podpompował opony.
„Dawaj Pączek” – wołam. Nie mogę jechać tak jak on. Co to za przyjemność? Nie mogę go też zostawić jak te dwa głupki z przodu. Mogę się tylko wkurzać. „Dawaj!” To pierwsza jazda, a ja już się wkurzam. „Czekajcie” – wołam do przodu. Czasami mam ochotę olać ich wszystkich i jechać sobie sam tak szybko, jak chcę i gdzie chcę. Grosik jest szefem bandy, bo ma najlepszy rower, ale nie powinien nim być. Jak zaczepili nas starsze chłopaki, to schował się za Pączka i pierwszy uciekał.
Też mi dowódca. Chłopaki z przodu zatrzymują się i czekają na nas. Gadają o czymś. Przestają, kiedy podjeżdżamy. Mam czasami wrażenie, że nasza banda składa się z dwóch części. „W to lato musisz mieć kondycję, Pączek” — mówi Grosik. „Znowu to samo. Zawsze musimy na ciebie czekać. Musimy coś z tym zrobić.” Wsiada i rusza dalej. Przydupas za nim.
„Co za szef” — mówię. „Nie przejmuj się. Może faktycznie trzeba coś z tym zrobić. Zaczniemy jeździć sami.” „Mówisz poważnie?” W jego głosie zabrzmiała nadzieja, a ja tak tylko powiedziałem. No ale teraz się nie wycofam. Czemu nie? Po co za nimi gonić? W Pączka jakby wstąpił nowy duch. Wskoczył na swój złom i wyrwał przede mnie. Wszyscy straciliśmy trochę kondycję przez zimę.
Pierwszy na szczyt dociera Grosik, za nim Smętek. Ja też już bym był, gdyby nie Pączek. Musiał zsiąść z roweru. Wolę na niego poczekać, inaczej chłopaki zaraz za niego wsiądą. A on dzisiaj chyba potrzebuje, żeby być dla niego miłym. Na górze wieje bardziej. Nadciągnęły ciemne chmury i zrobiło się ponuro. Czajmy się na zakręcie. Obserwujemy dom. Z komina leci dym.
Znaczy się, że dziad żyje. Oprócz wiatru i szumu drzew nic nie słychać. Dobrze, że wieje od chaty, inaczej pies już by nas wyczuł. Kiedyś wiedział z daleka, że tu jesteśmy, a my nie mogliśmy skumać skąd. Patrzę na twarze chłopaków. Widać po nich, jaki kto jest. Wielki szef wygląda, jakby już chciał stąd spadać. Smętek ma zawsze taką samą minę. Czy się cieszy, czy złości. Wygląda, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Pączek jest spokojny. Mruży oczy jak rewolwerowiec w czasie pojedynku. Nie wiem, jak ja wyglądam. Nie cykam się aż tak bardzo, ale jestem gotowy w każdej chwili dać dyla. Ciekawe czy to widać. „Kto podejdzie zajrzeć przez okno?” — pyta Grosik. „Ja” — mówi Pączek bez wahania. Kładzie rower. Nie rozumie, że nie zdobędzie ją ustanie chłopaków. Lubią się nim wysługiwać i tyle.
„Stój. Czego się zawsze rwiesz? Może raz pójdzie ktoś inny albo zrobimy losowanie, co?” Grosikowi nie pasuje moja propozycja. „Ja jestem szefem i jak Pączek chce iść, to niech idzie. Chyba że ty chcesz iść.” „Jak jesteś szefem, to sam idź. Pokaż jaja” — mówię. Jest niezadowolony. Myślał, że zawsze będzie tak, jak on powie. „Ja mam jaja, a ty?” „No właśnie” — dodaje Smętek. „A ty czego się odzywasz?
Tobie urwało jaja przy porodzie.” Pączek się śmieje, a Smętek zamyka. „No to pokaż, że masz jaja. Ja pierwszy powiedziałem, żebyś pokazał. Wyzywam cię na pojedynek. Jak wygram, zostaję szefem bandy.” Całą zimę o tym myślałem. Grosik jest wściekły. I dobrze. „Jaki pojedynek?” — pyta. „Wyścig.” „A jaki?” „Dobra, ścigamy się, kto będzie miał lepszy czas na dole” — mówi. „Trasą obok domu Dziada.” Pokazuje paluchem na chatę.
Specjalnie to powiedziałem. Niech pokaże te swoje jajeczka. Tą trasą jeździmy najrzadziej. Jest kręta i stroma. Pełno tam wystających korzeni i głazów i można na niej spotkać Dziada. Widać, że szefowi to nie pasuje, ale chłopaki czekają, co powie. „Mam najlepszy rower i duże koła. Nie masz szans” — mówi. „To się okaże.” „Wiadomo przecież.” „Nic nie wiadomo. Sprawdzimy.” Nie wie, jak się wykręcić.
„Dobra” — mówi w końcu. „No i dobra.” Pies zaczął szczekać. Usłyszał nas. Kucnęliśmy odruchowo. „I co teraz?” — pyta Smętek. „Zobaczymy, czy go wypuści. Szykować się” — mówię. Pies ujada w domu. Jest taki głośny, że słychać aż tutaj. Jakby miał dostać zawału z tej wścieklizny.
Dziad zaraz pewnie go wypuści, żeby za nami poleciał. Już siedzimy na rowerach. Pedały przygotowane. „Przekładamy pojedynek” — mówię, nie spuszczając chałupy z oczu. „Zjeżdżamy tędy” — mówi Grosik. „Nie. Przekładamy.” „Zrobimy losowanie” — mówi Smętek. „Nie ma mowy. Albo tamta trasa, albo my z Pączkiem wypisujemy się z bandy. Prawda, Marcin?” — mówię na pewniaka.
„Tak. Wypisujemy się” — potwierdza. Grosik milknie. Jest wściekły. W sumie to i tak nie mam już ochoty być w tej bandzie. Chyba że będę szefem. Wtedy wszystko będzie inaczej. „Coś długo nic się nie dzieje” — mówi Pączek. Pies ujada jeszcze chwilę i przestaje. Patrzymy po sobie zdziwieni.
Tak jeszcze nigdy nie było. „Może miał zawał?” — mówi Smętek. „Srawał. Pies nie może mieć zawału” — mówię. „Skąd wiesz?” „Słyszałeś kiedyś, żeby pies miał zawał? Może też raka, co? Psy nie mają takich chorób. Mają pchły, robaki, sraczki albo rzygają i zdychają ze starości.” Jestem prawie pewien. „Pies mojej ciotki miał raka” mówi Grosik. Kiwam głową, żeby się puknął w głowę, a Grosik mówi: „A ten gdzie?” Pączek jedzie powoli w stronę chaty.
„Co ty robisz?” wołam szeptem. Nie reaguje. Wjeżdża już na trawę przed chatką. Zsiada, kładzie rower i podchodzi do okna. Pies znowu zaczyna ujadać. Pączek się płoszy. Podbiega do roweru, podnosi, ale się wstrzymuje. Obserwuje drzwi. „Gruby kretyn i tak nie zdąży zwiać” szydzi Grosik. „Zamknij się” warczę i ruszam powoli w stronę domu.
Nie wiem, co zrobię, jak drzwi się otworzą i pies wyskoczy. Pączek na pewno nie zdąży uciec. Co wtedy? Ale drzwi się nie otwierają, mimo że pies nie przestaje ujadać, aż dostaje chrypy. Może też już jest stary. „Coś jest nie tak” mówi Pączek, kiedy jestem obok. „Co?” Nie odpowiada. Znowu kładzie rower i skrada się do okna. Jakoś wątpię, czy to dobry pomysł, ale w końcu też tak robię. Przykładamy dłonie do szyby, żeby lepiej widzieć.
W środku jest ciemno, kiepsko widać. Jest brązowy regał i stół pod oknem z odsuniętym krzesłem, a na stole kubek z czymś gorącym. Jeszcze paruje. „Jest w domu” mówię. Widać psa, jak skacze na środku pokoju i drze ryja. Wici nas. Podbiega do drzwi, szczeka chwilę i wraca do pokoju. I tak w kółko. „Widzisz dziada?” pytam. „Nie”.
Wyobrażam sobie, jak wypada na dwór i porywa nas do środka. A co tam z nami robi, już wolę sobie nie wyobrażać. Na pewno skończyłoby się to tam na cmentarzu. Patrzę w kierunku zagajnika, przez który idzie się na cmentarz, a Pączek idzie za róg do drugiego okna. Idę za nim. Przykładamy dłonie do szyby. To chyba kuchnia. Wbiega do niej pies i dalej mordę na nas spiłuje. Widać żółty kredens i stół, na nim ceratę. „Tam leży” woła Pączek.
Odrywa się od okna i biegnie do drzwi. „Co?” Próbuję dojrzeć i też widzę nogi dziada. Leży na podłodze. Stół zasłania go prawie całego. Biegnę za Pączkiem. Stoi przed drzwiami i trzyma za klamkę. Boi się psa. „Co robimy?” pytam. „Wchodzimy” „Czekaj”. Wyciągam z kieszeni komórę, żeby zadzwonić do taty, ale Pączek otwiera drzwi.
Gęba jakby mi skapciała ze strachu. Czarny pocisk wyskakuje na zewnątrz z głośnym warknięciem. Pączek stoi nieruchomo. Byłem pewien, że ten diabeł zacznie go szarpać za spodnie albo skoczy mu do jajec, ale obwąchał go tylko, zaskamlał i wbiegł do środka, a Marcin za nim. „O kurde” mówię. Odwracam się i patrzę na chłopaków. Stoją gdzie stali i się gapią. Mordy mają jakoś dziwnie żółte i gęby otwarte. Idę za Pączkiem. W środku jest półmrok i pachnie starością.
Podłoga trzeszczy. Wygląda, że wszystko tu jest z drewna. „Proszę pana, proszę pana” Pączek klęczy i klepie dziada po pomarszczonej twarzy. Dziad leży jak długi w kuchni. Na podłodze rozsypane są jakieś białe tabletki. Żyje, oddycha. Widzę, jak klatka się unosi, ale nie reaguje na klepanie. Pies stoi obok i popiskuje. Patrzy to na swojego pana, to na Pączka, jakby błagał o pomoc. „Dzwoń po karetkę” woła Marcin.
„Tak, tak” Wyciągam telefon z kieszeni, ale nie znam numeru. Wiem tylko, że 997 to na policję. Jaki jest numer po karetkę? 112. No tak. Dzwonię. Ale się potem działo. Karetka ledwo tu wjechała. Dobrze, że nie było drzew po drodze. Wtedy nie wiem, co by było.
I tak ciężko wytłumaczyć, jak tu dojechać. Karetka była super. Wyskoczyło z niej dwóch facetów w czerwonych strojach. Mieli taki duży plecak. Też wyglądali super. Pączek pokazał, gdzie leży dziad. Chwilę coś przy nim robili i zabrali go na noszach. Powiedzieli, że bardzo dobrze zrobiliśmy, że zadzwoniliśmy. Duma mnie napełniła jak powietrze balon. Grosik i Smętek pojechali za karetką.
Pączek trzyma skamlającego psa na rękach. Chciał biec za panem, ale przytrzymał go. Coś mu powiedział do ucha i przestał się wyrywać. Do tej pory uważałem Pączka za powolnego ciamajdę. Żal mi go było, a teraz czuję się przy nim trochę jak przy moim tacie, chociaż jesteśmy w tym samym wieku. „Myślisz, że przeżyje?” pytam. „Nie wiem” Wciąż głaszcze psa, który patrzy w kierunku drogi, gdzie zniknęła karetka. Gładka, czarna jak smała sierść opalizuje w świetle dziennym. Uszy stoją jak u Batmana. Ryjek ma szpiczasty.
Jest taki brzydki, że aż ładny. „Co z nim?” pytam. „Z nią. To suczka” „Co z nią?” „Nie wiem. Nie możemy jej tu zostawić” „A jak jej pan nie wróci, to ją zabierz” Pączek posmutniał, a pies polizał go po policzku. „Nie mogę” „Dlaczego? Lubi cię” „Mój ojciec się nie zgodzi. W ogóle czeka mnie manto, jak wrócę. Zabronił mi dzisiaj wyjść. Uciekłem, żeby z wami pojechać.
Jak jeszcze wrócę z psem, dostanę bardziej, a ją wykopie za drzwi” Zamyśliłem się. Jak dobrze, że mój tata nie jest taki. „No to ja ją wezmę. Rodzice skumają, a ja im opowiem” A co z domem Dziada? Nie zostawimy przecież tak otwartego. Coś musimy zrobić. Myślisz, że on ma jakąś rodzinę? Poszukajmy kluczy i jakiegoś kontaktu do kogoś. Nie znaleźliśmy niczego, żadnego numeru telefonu do rodziny czy czegoś takiego. Znaleźliśmy tylko klucz w drzwiach.
Schodzimy na dół. Pączek niesie psa, a ja prowadzę rowery. Kupa pytań przychodzi nam do głowy. Co z Dziadem? Jeśli nie umrze, to jak wejdzie do domu? Skąd będzie wiedział, że my mamy klucz i psa? Wymyśliłem, że najlepiej wsadzić kartkę w drzwi i sprawdzać codziennie, czy wrócił. Pączek też uważa, że to dobry pomysł. Tato powiedział, że można zostawić kartkę w drzwiach, ale lepiej zadzwonić do szpitala i dowiedzieć się, co z tym panem. Zajmie się tym z samego rana.
Jest ze mnie dumny bardziej niż powinien. Skłamałem, że to ja pierwszy zobaczyłem, że leży i wszedłem do domu. Nie mogłem przez to zasnąć. Myślałem o Pączku, który nie mógł się pochwalić tym, co zrobiliśmy i jeszcze dostał baty. Mimo że o tym nie wiedział, odebrałem mu coś, co należało do niego. Zszedłem w nocy do rodziców. Jeszcze nie spali. Całowali się przed telewizorem. Bleee. Ohyda.
Powiedziałem im prawdę. Od razu poczułem się lżejszy i radośniejszy. I dostałem za to pochwałę. Aż miałem ochotę uścisnąć suczkę Dziada. Ale ona położyła uszy, skuliła się bardziej w kącie i zaczęła warczeć. Nie wiedziała, co się dzieje i strasznie tęskniła. Nie chciała nic jeść. Napiła się tylko wody. Na drugi dzień nie poszedłem do szkoły. Nie wiem, czy poszedł Pączek.
Grosika i Smętka miałem gdzieś, ale pisali później. Pytali, co się dzieje. Nic im nie powiedziałem. Cykorom jednym. Tato znalazł Dziada w szpitalu miejskim. Powiedzieli, że miał zawał. Chorował na serce. Rozsypane na podłodze w kuchni tabletki to musiało być lekarstwo. Najwyraźniej nie zdążył zażyć. Dziad wychodzi dzisiaj po południu.
Odbieramy go z tatą. Mimo że już się nie boję, jakoś nie mogę przestać myśleć o tym, czy faktycznie kiedyś mordował ludzi. Okazał się zwykłym, starszym panem. Był słaby, ale szedł normalnie. A jak się ucieszyła jego psina! W życiu nie widziałem takiej radości. Wylizała mu całą twarz i prawie się posikała. Kika się nazywa. Nawet ładnie. Ja bym ją nazwał Foka, bo taka z niej kluska na krótkich łapkach.
Szkoda, że Pączek tego nie widział. To przecież dzięki niemu skończyło się taką radością. Byłem u niego, ale jego ojciec wydarł się tylko z progu: „Nigdzie nie wyjdzie, nie przyłaź mi tu!” Straszny jest. To dopiero groźny dziad. „No i gdzie ten grubas? Ostatni raz na niego czekamy” — mówi Grosik. Wściekłość mnie bierze. „Zamknij się Grosik, to nie czekaj. I tak nie jesteś już szefem bandy.” „Jak to nie jestem?” „No właśnie, jak to? A ty co Smętek?
Echo?” — pytam. „Na pewno ty nie jesteś szefem. Nie było wyścigu” — mówi Grosik. „Nie byłbym nawet gdybym wygrał. Od teraz Pączek jest szefem.” Chłopaki robią tylko zdziwione miny. Gdybym powiedział to kilka dni temu, parsknęliby śmiechem, ale teraz udają, że nie wiedzą, o co chodzi. „Ale jak to Pączek? On jest gruby i biedak” — mówi Smętek prawie szeptem. „A ty jesteś głupi i brzydki. I co z tego?
Pączek zasłużył. I to jak zasłużył. Wy nawet tego nie rozumiecie, gamonie. Możecie sobie mieć super rowery i komory, ale nigdy nie będziecie mieli takiej odwagi. Poproście rodziców, może wam kupią.” Głupio im strasznie. Nic już nie mówią. Jedzie Marcin. „Cześć chłopaki” — mówi. Nikt mu nie odpowiada. Grosik pierwszy odstawia rower i podchodzi do niego.
Wyciąga rękę. „Cześć, witamy nowego szefa.” To mnie zaskoczył. Smętek oczywiście robi jak Grosik. „Witamy” — mówi. Marcin nie wie, o co chodzi. Od razu poliki mu się czerwienią. Patrzy na nas, jakby właśnie zdoił się w majty i sprawdzał, czy widzimy. Teraz ja. „Witamy najlepszego szefa” — mówię. Nie podaję mu graby.
Ściskam go jak trzeba i klepię po plecach. Trafiłem na coś ręką, bo syknął z bólu. Starał się to ukryć, ale nie dał rady przede mną. Nic nie mówię. Domyślam się co to i nie zdradzę go. Ale potwornie smutno mi się zrobiło. „Wy poważne chłopaki? To nie jakieś jaja?” — pyta Pączek. „Nie stary. Jesteś szefem.
Takim najprawdziwszym. Bo jesteś najodważniejszy” — głos mi drży. „Ja najodważniejszy?” — pytam, bo naprawdę nie zdaję sobie z tego sprawy. „To gdzie jedziemy?” Grosik się niecierpliwi i dobrze, że z tym wyskoczył, bo klucha mi rośnie w gardle. A Pączek się uśmiecha. „Jak to gdzie? Na górę” — mówi. Cieszę się na te słowa. Nie widział się jeszcze z Dziadem, to znaczy z panem Januszem. Opowiedziałem mu tylko, co się stało.
Wskakuję na rower i ruszam. Czekam, aż mnie wyprzedzi i poprowadzi bandę swoim tempem. Grosik i Smętek ciągną się za nami jak smród za szambowozem. Myślę, że banda i tak się rozpadnie na pół, ale nie będę płakał z tego powodu. Pączek pewnie też. Słońce w końcu wyłazło jak trzeba i jest pięknie. Od jutra ma być bardzo ciepło i wszystko zacznie kwitnąć. Ptaki dyskutują głośniej niż ostatnio, pewnie o pogodzie. Pniemy się powoli w górę. Wcale nie przeszkadza mi dziś takie tempo.
Grosikowi i Smętkowi chyba tak, bo zostają w tyle. Szef zatrzymuje się dwa razy, żeby na nich poczekać i odpocząć. W końcu nikt nie marudzi, że się zmęczył. On decyduje. Najfajniejsze, że przystanki ani trochę nie są nudne. Pączek nie staje, dopóki nie zauważy czegoś ciekawego. Nie wiedziałem, że ma takie bystre oko. Wcześniej musiał się skupiać, żeby nas gonić. Pierwsza była sarna, a teraz oglądamy jaszczurkę. Wygrzewa się w słońcu na pniaku.
Obserwuje nas bacznie, ale nie ucieka. Ma brązowy pasek z wzorkiem na grzbiecie od głowy po ogon, a po bokach jest zielona. W końcu widzimy, jak pięknie jest na naszej górze. Ile życia i ciekawych rzeczy nam uciekało przez ten bezsensowny pośpiech. Chłopaki robią zdjęcia. „Ale ładna” — mówi Smętek. „Nie stresujmy jej” — mówi Pączek. Wycofuje się powoli, my za nim. Jedziemy dalej. Szczyt niedaleko.
Na górze zatrzymujemy się w tym samym miejscu co zawsze, kiedy obserwowaliśmy chatę Dziada. „Jedziemy” — mówię. „Po co?” — pyta Grosik. Nie odpowiadam. Pączek też jakby się wstydził, ale wsiada na rower i podjeżdża ze mną pod dom. Tamci zostają. „Kika nie szczeka?” — mówię. Boże, ich nie ma. Zsiadam z roweru i pukam do drzwi. Cisza.
„No nic, spróbujemy innym razem” — mówi Pączek. Naprawdę się wstydzi. Słyszymy szczekanie. Kika wyskakuje z zagajnika, który prowadzi na cmentarz i leci do Grosika i Smętka. Piszczą przerażeni. Próbują wskoczyć na rowery i uciec. „Kika!” Pan Janusz wychodzi z zagajnika z wiadrem w ręce. Pies natychmiast przerywa atak, a chłopaki wskakują na rowery i dają dyla. Kika biegnie do nas. Merda ogonkiem jak antenką.
Cieszy się niesamowicie. Nie wie, komu poświęcić uwagę. Mnie czy Pączkowi. Głaszczemy ją obaj. Pan Janusz się zbliża. Z wiadra wystają haczka do pielenia, motyka i małe grabki. Jest tam jeszcze butelka z wodą. „Dzień dobry” — mówimy. „Serwus chłopaki” — wita się ze mną. Jego skóra na kościstej dłoni jest szorstka od ziemi.
„To jest Marcin?” — pyta. „Tak, to on pana uratował. Wszystko dzięki niemu.” Okrągła buzia Pączka robi się wieśniowa. „Nie, ja nic takiego. Tylko pana zauważyłem. To Krzysiek zadzwonił po karetkę.” „Krzysiu mówił, że zrobiłeś dużo więcej. Gdyby nie ty, już by mnie nie było.” Podaje mu rękę. „Dziękuję ci, Marcin. Od teraz jestem twoim dłużnikiem.” Pączek jest zawstydzony. „Nie, nie trzeba” — mówi.
„Wpadajcie do mnie, kiedy tylko chcecie. Zawsze dam wam coś do picia. Jak będziecie czegoś potrzebować, możecie się do mnie zwrócić.” Pomyślałem o tym mordowaniu ludzi. Czy nie zrobiłby porządku z ojcem Marcina? „Poczekajcie. Mam świeży kompot. Idźcie do domu. A ty polataj jeszcze, Mordko” — mówi do psa. Kika posłusznie daje zusa w świeżą trawę. Patrzę na Pączka.
Jest czerwony jak dupa pawiana. To dla niego zupełnie nowe uczucie być docenionym. Jest mi jeszcze smutniej niż po dotknięciu jego pleców. Chciałbym coś powiedzieć, że też go bardzo cenię, że bardzo chciałbym mu jakoś pomóc. Ale słowa grzęzną w gardle i wpadam na pomysł, że powiem o tym tacie. Może on coś poradzi. „Proszę, chłopaki.” Pan Janusz wyszedł z domu z dwiema szklankami różowego kompotu. „Dziękujemy” — mówię. „Wieloowocowy. Z mrożonych.
Jeszcze nie ma świeżych.” Pijemy ze smakiem, a z krzaków wyskakuje Kika. Biega między naszymi nogami. Widać bardzo lubi towarzystwo. „Co ty tam masz?” Pan Janusz kuca i zaczyna się śmiać. „Patrzcie, trawa jej z gęby wisi.” Faktycznie, długie źdźbło zwisa z pyszczka jak ogon uwięzionego gryzonia. „Daj to pyszczydło” — mówi. Zabiera źdźbło z mordki. Śmiać mi się chce, jak ich wcześniej postrzegaliśmy. Dopijamy kompot. „Panie Januszu, mogę o coś zapytać?” — pytam.
„Wal.” „Pan był na cmentarzu? Tam w zagajniku?” Dziad uśmiechnął się pod nosem. „Ciekawi mnie, co też sobie wymyśliliście o tamtym miejscu.” Teraz ja się czerwienię. „A tam różne rzeczy. Trochę straszny ten cmentarz” — mówię. „Robię czasami porządki na grobach. Jakoś żal, że ślad po tych ludziach znika. Kiedyś grzebali tam zmarłych na cholerę. Leży tam też rodzina, do której należała kiedyś góra.” „To nie zamordował pan nikogo i nie zakopał tam?” — pyta Marcin. Robię wielkie oczy.
Nie no, zwariował ten Pączek. Pan Janusz zaczyna się śmiać, jakby wiedział, że chodziło nam to po głowie. „Nie, jeszcze nie. Ale sam chciałbym zostać tam pochowany. Dużo ciekawych rzeczy mogę wam opowiedzieć o tej górze. Następnym razem pokażę wam inny mały cmentarz, gdzie leżą moje zwierzaki. Wszystkie, które miałem przed Kiką.” Nigdy nie trafiliśmy na takie miejsce. „Bardzo chętnie. Dziękujemy panie Januszu. Będziemy już jechać” — mówię.
„Pewnie. Wpadajcie, kiedy chcecie.” Marcin podejdź na słowo. Pączek zbliża się do Dziada. Nie słyszę, o czym mówią. Zjeżdżamy na dół i w końcu nie wytrzymuję. Co ci powiedział? Wiem, że to nie moja sprawa, ale Pączek jedzie w milczeniu i wygląda, jakby był zły. Zapytał, czy ojciec mnie bije. No co ty? A skąd on może wiedzieć?
No właśnie ty mi powiedz skąd. Myślisz, że mu powiedziałem? Nikt z nim oprócz ciebie wcześniej nie rozmawiał. I ty przecież wiesz, że mnie ojciec bije. Nic mu nie powiedziałem. Słowo. Po co miałbym mówić? Pączek nie odpowiada. Znowu jedziemy w milczeniu. Dostałeś dzisiaj znowu?
Pytam w końcu. Kablem. Jak jest pijany, bije mnie kablem. O nic więcej nie pytam. Rozstajemy się na dole. Pączek jedzie do domu, a ja porozmawiać z tatą. Może coś poradzi. Marcin przeprosił mnie potem. Powiedział, że Dziad zwyczajnie dostrzegł w jego oczach, że dzieje się coś złego. Prawie codziennie odwiedzaliśmy pana Janusza i w końcu Pączek więcej czasu spędzał u niego niż na jeździe z bandą, która szybko się rozpadła, ale nikt tego nie żałował.
Marcin i pan Janusz zostali prawdziwymi przyjaciółmi, a później byli jak wnuk i dziadek. Po latach, kiedy go spotkałem, powiedział, że dom pana Janusza i ziemia na szczycie należą teraz do niego. Nielegalnie pochował prochy starca na cmentarzu na górze, po tym, jak nie mógł załatwić pozwolenia. Żałuję, że nie mogłem być na pogrzebie. Poszliśmy razem na jego grób, a potem na grób Kiki. Chowaliśmy ją razem na małym cmentarzu niedaleko chaty. Nie widać go z żadnej trasy. Nic dziwnego, że nie mieliśmy pojęcia o tym miejscu. Zorganizowaliśmy staruszce dobry pogrzeb. Na kamieniu wykułem razem z tatą imię Kika i zdanie „Trawa jej z gęby wisi”.
Bardzo nam się to spodobało, nawet panu Januszowi. Napis przypominał nam początek naszej znajomości i oddawał świetnie charakter tego diabła tasmańskiego. To był ostatni pies Dziada. Wydaje mi się, że tata rzeczywiście zadziałał wtedy w sprawie Pączka. Kiwał głową, kiedy mu o wszystkim opowiadałem i zaciskał pięść jak przy pobieraniu krwi, ale nic nie powiedział. Nigdy nie pytałem, ale wydaje mi się, że Pączek więcej już nie dostał. Wtedy byłem za mały, żeby to zrozumieć, ale pamiętam, że któregoś wieczoru, niedługo po mojej rozmowie z tatą, przyjechali do niego jacyś panowie. Nigdy ich wcześniej nie widziałem. Mama powiedziała, że to starzy koledzy taty. Nie była zadowolona, że z nimi wychodzi, ale nic nie mówiła i go nie zatrzymywała.
Też jej było żal Pączka.
[06:02:34] - Proszę państwa i to tyle na dzisiaj. Tyle w dzisiejszej audycji. Uśmiecham się, bo w ostatniej audycji nie zapowiedziałem tego, co ma być za tydzień, bo się bałem, że się nie uda. I okazuje się, że jak nie zapowiadam, bojąc się czy się uda albo że się nie uda, to wtedy na ogół wychodzi. No więc kierując się zabobonem, czymś, co oczywiście potępiamy, a przynajmniej niektórzy to bardzo potępiają, to ja się tym razem też będę kierował zabobonem i nie powiem państwu, co będzie za tydzień. Będzie sporo literatury, to od razu mogę państwu to obiecać. Będzie sporo literatury. To będzie literatura w wykonaniu naszego człowieka. On sam mówi o sobie, że jest człowiekiem od gałek. Ja jednak nie jestem przekonany, że chodzi tylko o gałki, bo sami państwo wiecie, że kiedy się słucha Marka, to jedni złośliwie mówią, że Marek Sęk „Ivellios” to kolejne wcielenie jakiegoś syntezatora.
Inni natomiast chętnie i długimi partiami słuchają tego, co czyta. No to w przyszłym tygodniu będziecie mieli państwo możliwość posłuchania w sporej dawce. A teraz już pięknie państwu dziękuję i do usłyszenia za tydzień. Bo co prawda za tydzień jest przed Wigilią, ale Bibliotekarium 2.0 zawsze na posterunku. Do usłyszenia. Pięknie państwu dziękuję. Dobrej nocy.
[06:04:14] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.