[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Tony śniegu za oknem? Jak ja to czasem mówię: tyle kokainy, a wciągać nie ma komu. Ale myślę, że dzisiejszą audycją troszeczkę przynajmniej to wszystko roztopimy, bowiem w Bibliotekarium 2.0 jak zawsze jest bardzo gorąco. Gorąco od ciekawych książek, ciekawych filmów i od ciekawych gości oczywiście. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:53] - Halo, halo! Dzień dobry wieczór państwu. Melduję się z Bydgoszczy, również zaśnieżonej, chociaż w lekkich roztopach. Miejmy nadzieję, że to się utrwali. Nie lubię zimy i nie będę tego ukrywał. Nawet nie będę próbował udawać, że w jakikolwiek sposób imponuje mi to białe coś za oknem.
[01:16] - Ja dodam tylko, że wolę już to białe coś od deszczu, przynajmniej o tej porze roku.
[01:23] - No dobrze. To jest tak zwana, proszę państwa, różnica zdań. Trudno nawet wejść w polemikę, no bo de gustibus non disputandum est. Zatem przejdźmy do audycji. A w audycji jak zwykle na początku zapowiedzi? Nie, dzisiaj nie zapowiedzi. Dzisiaj nowości. Nowości z wydawnictwa Czwarta Strona. Zacznijmy od książki Izabeli Janiszewskiej. To autorka, która gościła już na antenie Bibliotekarium 2.0.
Mieliście państwo okazję w jednym z bardzo wczesnych numerów Bibliotekarium 2.0 wysłuchać wywiadu z tą autorką. A dzisiaj chciałbym państwu zarekomendować książkę Izabeli Janiszewskiej zatytułowaną „W szponach”. Ona jest dostępna na rynku od 25 października, troszeczkę ponad miesiąc. Jak bym to ujął, to jest taka pozycja, której nie tyle nie można, co nie należy przegapić. Oddajmy głos wydawcy i jak on rekomenduje tę książkę. Po stracie ojca sześcioletni Beniamin razem z matką przeprowadzają się do domu na przedmieściach. Wkrótce chłopiec nawiązuje niepokojącą relację z nowym przyjacielem. Wydaje się, że tajemniczy kompan istnieje tylko w wyobraźni dziecka, ale gdy niewinne zabawy zamieniają się w serię przerażających zdarzeń, rodzi się pytanie: czy zagadkowy przyjaciel nie jest jednak człowiekiem z krwi i kości? Co tak naprawdę dzieje się wokół Julii i jej syna? I czy wszystko nie zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy ojciec nastoletniej Heli postanowił wymierzyć sprawiedliwość tym, którzy skrzywdzili jego córkę?
To była pierwsza pozycja. Przypomnę książka Izabeli Janiszewskiej „W szponach”. No to jedźmy dalej. Premiera miała miejsce 11 października. Też wydawnictwo Czwarta Strona. Hanna Greń „Pięć i pół śmierci”. No to znowu oddajmy głos wydawcy. Upozorowane samobójstwo młodego mężczyzny. Morderstwo nastolatka, którego ciało znaleziono w domku na działce. Nie wydaje się, żeby te sprawy były powiązane.
Ofiary nie znały się i nic nie wiadomo o tym, by cokolwiek je łączyło. Inny jest też modus operandi mordercy. Komisarz Izabela Rylińska i podkomisarz Wiktor Turanowicz to wprawdzie doświadczeni policjanci, ale dochodzenia nie należą do łatwych. Na dodatek ktoś nieustannie podważa ich kompetencje. Tymczasem po latach przypadkiem odnajdują się rozdzielone w dzieciństwie siostry. Już przy pierwszym spotkaniu okazuje się, że Zyta i Julita zbyt się różnią, by znaleźć wspólny język. Co więcej, przebojowa Julita chce wykorzystać introwertyczną siostrę do realizacji perfidnego planu. Gdy namiętność oślepia, zazdrość bierze górę, a władza wymyka się z rąk, mogą wydarzyć się rzeczy przerażające. Hanna Greń przychodzi do czytelników z kolejnym mrożącym krew w żyłach kryminałem. Przemoc w rodzinie, chora fascynacja, rodzinne tajemnice, upozorowane samobójstwo, a to tylko niektóre motywy, których możecie spodziewać się w książce „Pięć i pół śmierci”.
Zaintrygowani? Tak, to była druga propozycja. Przypomnę wydawnictwo Czwarta Strona, Hanna Greń „Pięć i pół śmierci”. No i trzecia propozycja, również wydawnictwo Czwarta Strona. 8 listopada ukazała się najnowsza powieść Anny Górnej. Powieść zatytułowana „Głośniej”. Wydawca radzi, aby dać się porwać powieści, o której będzie jeszcze głośniej. Kultowy rockowy zespół po kilkuletniej przerwie Wyrusza w europejskie tournée. Dirty Birds znów są w szczytowej formie, gdy po koncercie we Florencji ich basista Trevor Davis zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju hotelowym. Nie jest optymistycznie.
Branża muzyczna boleje nad losem kolejnej gwiazdy, która nie wytrzymała presji. Ale Abby Russell, asystentka Trevora, która znała go jak nikt, od początku nie wierzy w to, że mężczyzna sam targnął się na swoje życie. Pobyt we Florencji przeradza się w więzienie, gdy włoska policja rekwiruje paszporty Amerykanów, a dotychczasowi współpracownicy i przyjaciele zastanawiają się, kto spośród nich ma krew na rękach. Sprawdź, co dzieje się, gdy beztroski sen przeradza się w najgorszy koszmar. Tak, proszę państwa, to były dzisiejsze rekomendacje, dzisiejsze książki, dzisiejsze polecajki. Myślę, że zestaw, który przygotowałem, może zaintrygować, może przyciągnąć do siebie szczególnie tych, którzy lubią sensację, lubią kryminał i te klimaty, które tworzą autorzy, o których powiedziałem. I teraz oczywistym jest, że przystępujemy do korepetycji filozoficznych. Tak to, proszę państwa, jest, że filozofia kojarzona jest ze śmiertelnie poważnymi tematami, takimi rozważaniami nad bytem, nad czasem. Notabene czasu. Wielu z państwa pisało, że zabiłem ich ostatnim artykułem, który traktował właśnie o czasie.
Biję się w pierś. To nie był łatwy tekst, a jeszcze w moim wykonaniu niespecjalnie wirtuozerskim, mogło dostarczyć to dodatkowych problemów. Żeby to uderzenie w pierś stało się wiarygodne, to ja dzisiaj państwu zaserwuję dla przeciwwagi temat lżejszy. To będzie artykuł Cezarego Jurkiewicza „Wiwisekcja żaby”. Nie zabrzmiało to jakoś szczególnie lekko, ale wierzcie mi państwo, nie jest tak źle, jak wygląda. Zacytuję państwu wstęp do tego artykułu. „Podobno analizowanie komedii jest jak wiwisekcja żaby. Umiera podczas tego procesu. Spotkałem się z opiniami komików, że wolą działać intuicją, bo stworzenie systemów zabije magię tego wszystkiego. Jednak wcale tak być nie musi”.
Dla porządku dodam, że tekst ukazał się oczywiście w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2019 roku, w numerze pierwszym, 25. z kolei, a autor Cezary Jurkiewicz zajmuje się, tadam! Myślicie państwo, że filozofią? Może trochę, ale przede wszystkim zajmuje się stand-upem. W 2008 roku, a właściwie od 2008 roku zajmuje się owym stand-upem. Jest jedną z dwóch pierwszych osób, które zaczęły promować stand-up comedy na terenie Polski. Występował w wielu programach rozrywkowych, takich jak „Comedy Central prezentuje”, „HBO Stand-up”, „Comedy Club” i „Roasty”. W latach 2012–2016 prowadził szkołę stand-upu, stand-up comedy. Tekst oczywiście jest udostępniany na licencji uznania autorstwa na tych samych prawach, na tych samych warunkach 3.0 Polska. Powtórzę ten wstęp i jedziemy z artykułem.
Myślę, że chwilami będzie wesoło. „Podobno analizowanie komedii jest jak wiwisekcja żaby. Umiera podczas tego procesu. Spotkałem się z opiniami komików, że wolą działać intuicją, bo stworzenie systemów zabije magię tego wszystkiego. Jednak wcale tak być nie musi. Gdybym miał napisać własnymi słowami, co jest śmieszne, powiedziałbym, żeby nie uśmiercić żaby, ale lekko ją nadkroić, że to, czy coś jest śmieszne, zależy od tego, co powiesz i jak to powiesz. Pierwszy czynnik ma charakter treściowy. Dobry żart jest w stanie rozbawić nawet wtedy, gdy się go przeczyta z kartki po cichu. Treść żartu musi być dobrze zrozumiana przez ludzi. Komik musi bardzo precyzyjnie prowadzić publiczność przez swój tok myślowy.
Jeśli tok myślowy komika publiczności się rozjedzie, to nie będzie reakcji śmiechowej. Jeśli nie ma reakcji śmiechowej, to trzeba się wspomóc sferą formalną. Po pierwsze treść żartu musi być podana w odpowiednim rytmie. Jeśli weźmiesz metronom, to jego uderzenia idealnie wpiszą się w rytm występu komika. Prędkość może się zmienić, ale rytmika nadal musi się zgadzać, jak w muzyce. W sferze formalnej jest jeszcze postać komika, czyli autentyczność jego postaci scenicznej, nawet jeśli nie różni się od jego pozascenicznej postaci. Odpowiednio duża doza pewności siebie oraz czasem zdolności aktorskie. Taka była moja wiedza na temat komedii, zanim zacząłem interesować się teorią humoru. Gdy się nią zająłem, stałem się fanem teorii humoru, między innymi Thomasa Hobbesa”. I Alexandra Beina.
Hobbes definiował humor jako nagłe poczucie wyższości, czyli zaskoczenie. Nagłość implikuje, że zaskoczenie jest jednym z elementów wywołujących reakcję humorystyczną. Niestety definicja okazała się za szeroka, bo sprinterzy, którzy wygrywają zawody czują nagłe poczucie wyższości, ale nie reagują na to śmiechem. Poza tym każdy ma jakieś żarty, filmy i koncepty, które bawią go za każdym razem, więc tam też nie ma nagłości. Alexander Bain definiował humor jako nagłe rozładowanie napięcia. Na przykład w teatrze, w trakcie dramatycznego napięcia na scenę nagle wychodzi koza. Sala zaczyna się śmiać. Jednak znowu jest to za szeroka definicja, bo gdy jadący prosto na nas autobus w ostatniej chwili skręci, to przy nagłym rozładowaniu napięcia niekoniecznie jest nam do śmiechu. W końcu poznałem teorię Huitcha i od tej pory patrzę na świat komedii przez jej pryzmat. Według Thomasa Huitcha humor powstaje w momencie, kiedy następuje zderzenie dwóch elementów: normy i naruszenia.
Normy to seria praw, które akceptujemy jako część zastanej przez nas rzeczywistości. Mogą to być prawa fizyczne: chodzimy po podłodze, a nie po suficie lub prawa moralne i tak dalej. Naruszenie jest zaburzeniem tych praw. Norma i naruszenie muszą wystąpić w małym odstępie czasowym oraz w dowolnej kolejności. Przykład normy i naruszenia. Moja matka jest dziwną osobą. Ma cały pokój oklejony plakatami księżnej Diany, plakatami tuż po wypadku. To jest dowcip Anthony'ego Jeselnika. Żart zaczyna się normą. Akcentujemy świat, w którym ktoś może mieć ekscentryczną matkę.
Potem komik trzema słowami burzy zaakceptowaną przez nas rzeczywistość, bo okazuje się, że matka jest dużo bardziej dziwna, niż nam się na początku wydawało. To jest to naruszenie. A teraz inny przykład. Reklamy proszków do prania nie są moim zdaniem realistyczne. Pokazana jest perfekcyjna rodzina, gdzie wszystko jest w porządku. Powinni pokazać czasem reklamę trafiającą do innej części społeczeństwa. Powinni pokazać reklamę, w której przedstawiona jest patologiczna rodzina i matka krzyczy: „Co ty taki umorusany? Kurator będzie tu za pięć minut”. W tym momencie Heizer przebija się przez ścianę z proszkiem do prania i mówi: „Trudne plamy z wina i rzygowin? Persil”.
To jest dowcip Bartka Walosa. Normą jest świat reklam proszków do prania, który jest zawsze taki sam. Naruszeniem jest świat, który nigdy nie jest pokazywany w takich reklamach. Żart można zacząć też naruszeniem i przejść do normy. Oto przykład. Moja dziewczyna powiedziała mi, że chciałaby słyszeć ode mnie więcej komplementów, bo to podbiłoby jej samoocenę. Ja ją kocham, dlatego nie chcę podbijać jej samooceny. Nie chcę, żeby wiedziała, że stać ją na typa z wyższej półki. Z wyższej półki niż ja. Dziewczyna, z którą się spotykam, musi być przekonana, że ja jestem maksimum tego, na co ją stać.
To dowcip Cezarego Jurkiewicza. To jest przykład sytuacji, kiedy śmiejemy się z rzeczy, które są prawdziwe. Żart zaczyna się naruszeniem, nietypową rzeczą. Jestem w szczęśliwym związku i nie chcę, żeby moja dziewczyna miała wysoką samoocenę. Normą jest logiczne uzasadnienie tego absurdu. To logiczne uzasadnienie naruszenia wywołuje śmiech. Innym przykładem jest żart Bartka Walosa, w którym opowiada on, że był głodny w nocy i śniło mu się, że jest na imprezie batoników. Ten sen jest naruszeniem. Potem zaczął przypisywać batonikom ludzkie cechy. Lion drze japę.
Knoppers pojawia się pijany nad ranem dokładnie o wpół do dziesiątej rano, a batonik proteinowy chce wszystkich bić. Normą są te ludzkie zachowania znane z imprezy. Zderzenie tych dwóch rzeczy wywołało reakcję śmiechową. Bardzo ciekawe jest, że teoria wykracza poza stand-up. Można nią opisać skecze. Większość skeczy Monty Pythona jest oparta na relacji wariat-normalny. Na przykład skecz z papugą. Mężczyzna przynosi do sklepu zoologicznego martwą papugę, by złożyć reklamację. Sprzedawca przekonuje go, że papuga nie jest martwa, bo stoi na swojej huśtawce. Na co klient mówi, że to dlatego, że jest do niej przybita gwoździem.
I tak dalej. Są jednak pewne ograniczenia. Pomimo odbioru jakiegoś medium, które ma powyższą strukturę, możemy się nie zaśmiać. Są trzy sytuacje, kiedy tak właśnie się dzieje. Pierwsza: norma jest niezrozumiała. Na przykład opowiadamy żart o fizyce kwantowej komuś, kto nie ma o niej pojęcia. Dwa: naruszenie jest niezrozumiałe. Na przykład mamy żart, w którym puentą jest dodawanie brzoskwiniowej galaretki do spaghetti. Nie będzie to śmieszne dla kogoś, kto się na co dzień takiej praktyki dopuszcza. Trzy: nastawienie emocjonalne do normy musi być średnie.
Jeśli nastawienie emocjonalne do tematu żartu jest za słabe, to nas nie obchodzi. Jeśli nastawienie emocjonalne jest zbyt silne, to będziemy oburzeni, że ktoś z tego żartuje. Na przykład ludzie oburzający się na żarty z religii. Jestem fanem tej teorii, bo nie znalazłem do tej pory przykładu, który nie pasowałby do tej definicji. Wszelkie aspekty formalne, o których wspomniałem na początku, też się ładnie uzupełniają. Rytmika poza melodyjnością jest narzędziem do dawania czasu na zrozumienie normy oraz dopilnowania tego, żeby norma szybko została naruszona. Pewność siebie na scenie, kiedy robisz stand-up, jest naruszeniem samym w sobie. Rzeczy, które mówimy na scenie, to bzdury, których nie wypada mówić w poważnej rozmowie i kiedy podajemy je z dużą dozą pewności siebie, podkręcamy karykaturalność tego wydarzenia. Zdolności aktorskie dodają autentyczności i pomagają zobrazować normę lub naruszenie. Poza tym, kiedy jedna osoba mówi w jeden sposób i nagle zaczyna mówić głosem innej osoby, to również jest burzeniem naszego świata i jest śmieszne samo w sobie.
Wiedząc to wszystko, nie uważam, żeby komedia traciła magię. Mimo nałożenia pewnej siatki pojęciowej i systemów na tę dziedzinę, nadal pozostaje dużo miejsca dla intuicji i kreatywności. Kreatywności, którą można tę siatkę i systemy wypełnić. To, proszę państwa, był artykuł, który starał się wytłumaczyć, dlaczego czasami się śmiejemy i dlaczego bawią nas rzeczy, które nas po prostu bawią. No cóż, proszę państwa, a teraz zapraszam na obiecane w zeszłym tygodniu wystąpienie Agnieszki Hałas. Agnieszka Hałas to dla tych z państwa, którzy stykają się z postacią po raz pierwszy, polska autorka fantasy, która z wykształcenia jest, tadam, bardzo ważne, biologiem molekularnym. Agnieszka Hałas znana jest głównie z opowiadań utrzymanych w mroczno-baśniowej stylistyce. Pisze też wiersze. Stworzyła polską serię dark fantasy. Nazywa się „Teatr Węży”.
Jej motywem przewodnim są losy Żmija, czarnego maga krzyczącego w ciemności oraz walka pomiędzy magami czarnymi i srebrnymi. Od 1996 roku Agnieszka Hałas należy do lubelskiego klubu fantastyki Syriusz. Studiowała biotechnologię na Uniwersytecie imienia Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Pracę magisterską obroniła w 2004 roku. Od 2006 roku studiowała, a właściwie doktoryzowała się w Niemczech. Oj, proszę państwa, tu jest nazwa niemieckiej uczelni, ale może podołam. Deutsches Krebsforschungszentrum. Krebsforschungszentrum w Heidelbergu. Bardzo państwa przepraszam, ale zdaje się, że niemiecki to również nie jest moja silna strona. I tam, na tej uczelni doktoryzowała się w styczniu 2010 roku.
Agnieszka Hałas jest redaktorką portalu Esensja oraz współredaktorką działu zagranicznego w miesięczniku Nowa Fantastyka. Jest też członkinią grupy literackiej Harda Horda. A ja państwa zapraszam na spotkanie, w którym Agnieszka Hałas opowiada o swoim cyklu, który już tutaj wymieniłem, o „Krzyczącym w ciemności” oraz wspomina również o swojej najnowszej książce. Zapraszam. To spotkanie miało miejsce na Sadeconie w czerwcu 2023 roku.
[22:35] - Dzień dobry, witam wszystkich. Nazywam się Agnieszka Hałas i zgodnie z programem mam poprowadzić prelekcję „Świat zmroczy. Zatargi magów i grażki demonów” opowiadającą o moim cyklu powieściowym „Teatr Węży”. Z tym że ponieważ niedawno nakładem wydawnictwa SQN miała premierę inna moja książka osadzona w innym świecie, zbiór opowiadań „Świerszcze w soli”, chciałam zaproponować, że ja tą prelekcję o świecie zmroczy troszkę skrócę, a później poproszę o pytania i bardzo chętnie odpowiem również na pytania dotyczące tego zbioru. To jest trzynaście opowiadań osadzonych, najogólniej mówiąc w zaświatach opowiadających o piekle, o niebie, o mieszkańcach tychże zaświatów, o aniołach, demonach, również o zwykłych ludziach. Zbiór nawiązuje trochę do wcześniejszego zbioru opowiadań „Po stronie mroku”, który zapewne niektórzy znają. No i zarówno „Świerszcze w soli”, jak i cykl powieściowy „Teatr Węży” są tutaj dostępne u Wojtka w Księgarni Konwentowej, więc zainteresowani mogą sobie obejrzeć, poopodziwiać piękne okładki, zajrzeć do środka, do czego serdecznie zachęcam. A teraz już przechodzę do meritum, czyli do świata zmroczy. I najpierw opowiem w skrócie o perypetiach wydawniczych, które ma za sobą ten cykl, bo to też jest, powiedzmy, opowieść taka mocno fantastyczna, z elementami mroku, a nawet grozy. Więc zanim powstały powieści, najpierw były opowiadania.
I ta historia zaczyna się dawno, ponieważ w moich czasach licealnych, czyli pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy to młoda nastoletnia Agnieszka czytała bardzo intensywnie fantastykę i czytała na przykład opowiadania ukazujące się w Nowej Fantastyce i stwierdziła, że ponieważ tylu ludzi pisze opowiadania, to w zasadzie może ja też bym mogła. Tak. Właśnie z tych moich pierwszych próbek literackich. Powiedzmy, zaczynałam w taki sposób, jak to się zwykle zaczyna, kiedy człowiek jest młody. Czyli te pierwsze próby nie były bardzo udane, ale próbowałam je wysyłać najpierw do Nowej Fantastyki. Oczywiście tam nic nie zwojowałam. Natomiast w tamtym czasie chodziłam do Lubelskiego Klubu Fantastyki Syriusz i tam starszy kolega Tomek Winiarczyk, niektórzy go znają pod pseudonimem Winniczek, prowadził taką minisekcję literacką. Ja mu z wrzeniem serca zaniosłam swoje pierwsze opowiadania. Z lejęciem czekając na reakcję, na ocenę. On je przeczytał i zapytany przeze mnie: „Słuchaj, czy sądzisz, że to może być publikowalne?”.
Odpowiedział: „Tak, spokojnie, ale wiesz co? Nie wysyłaj tego do Nowej Fantastyki, bo to się Parowskiemu nie spodoba. Wyślij do Fenixa”. No i wysłałam kolejne opowiadanie do Fenixa, a parę miesięcy później, oglądając kolejny egzemplarz Fenixa, w którym akurat było opowiadanie tegoż Tomka Winiarczyka zatytułowane „Welesowe czendo”, natrafiłam na zapowiedź kolejnego numeru i tam było napisane, że w tym numerze się ukaże opowiadanie Agnieszka Hałas „Białe dłonie”. No i wielka radość, wielkie emocje. To było akurat tuż przed moimi 18 urodzinami, więc była wielka radość w prezencie na osiemnastkę. Potem, kiedy ten Fenix już się ukazał, pobiegłam z wielką radością do kiosku. Kupiłam. Oglądam, patrzę na ilustracje i jest dramat i szok, ponieważ ilustracje nie mają kompletnie nic wspólnego z opowiadaniem. Między innymi na ilustracjach widniał piękny sfinks topless z wielkim gołym biustem, nie mający z tekstem kompletnie nic wspólnego.
No ale tutaj tak się troszkę rozgadałam, więc już przechodząc dalej, ta trauma z tymi ilustracjami mnie nie zniechęciła. Kilka kolejnych opowiadań właśnie z tego uniwersum, które później miało się stać Światem Zmroczy, ukazało się jeszcze w Fenixie. To były „Białe dłonie”, „Dziecko”, „Z głębi”, „Drejnoc Doliny Machin”. A potem niestety Fenix się zwinął, Fenix się zamknął, ale z kolei mniej więcej rok później na rynku pojawił się nowy magazyn science fiction i kolejne opowiadania właśnie z Uniwersum Zmroczy ukazywały się właśnie tam. Przy czym na tamtym etapie już bohaterem tych wszystkich opowiadań był taki mój flagowy bohater, główny bohater całego cyklu, czyli Czarny Wyklęty Mag Krzyczący w Ciemności. I to jest taka postać, która jest ze mną już naprawdę bardzo długo, bo Krzyczący w Ciemności został właściwie wymyślony, ukonstytuował się jako postać, kiedy ja miałam wczesne naście lat, jakieś 14, 15. Na początku się oczywiście nazywał inaczej. Debiutowałam, jako się rzekło, tuż przed 18 urodzinami. No i właśnie później te opowiadania wszystkie poza jednym czy dwoma były właśnie o Krzyczącym w Ciemności. Jak ten bohater powstał?
Tutaj się stworzył taki konglomerat postaci literackich, które mi się podobały. Troszeczkę ma Krzyczący z „Diadach” Rogulca, troszeczkę z magów z cyklu „Czarna Kompania”, czyli trochę tam w nim jest Milczka i Kruka. Nie, przepraszam, Kruk nie jest magiem, ale już nieważne. No i właśnie w magazynie science fiction ukazały się opowiadania „Trochę rozwąpiona” i „By ją ocalić”. „By ją ocalić” było nominowane do nagrody Nautilus i naczelny science fiction Robert Schmidt bardzo mnie namawiał, żeby wszystkie opowiadania o Krzyczącym w Ciemności zebrać i albo powiązać je wspólnym wątkiem i zrobić powieść, albo zrobić zbiór opowiadań. Bo to były akurat czasy, kiedy znowu po długiej przerwie wychodziło dużo książek polskich autorów. Taki był boom na polską fantastykę. No i właśnie Robert namawiał. Ja się wahałam, mówiłam, że nie, ja jestem jeszcze za młoda, ja się jeszcze nie czuję pewnie. Nie chcę książki.
No ale w końcu po tych namowach stwierdziłam, że powieść to nie, na powieść się nie czuję na siłach, ale dobrze, dopiszę parę nowych opowiadań i zrobimy zbiór. No i faktycznie dopisałam jeszcze troszkę materiału i powstał mój debiutancki zbiorek „Między otchłanią a morzem”, który można tak trochę traktować jako trailer do cyklu „Teatr Węży”, ponieważ są tam pewne wspólne wątki pomiędzy tymi tekstami, które sygnalizują, że to są fragmenty większej opowieści jeszcze nienapisanej. I po latach mam do tego zbioru taki troszeczkę mieszany stosunek, bo jednak rzeczywiście byłam młoda i tam widać pewne braki warsztatowe. No ale finalnie ukazał się. Niektórzy go nadal mają na półkach, co mnie cieszy. I po wydaniu tego zbioru ukazały się jeszcze dwa opowiadania o Krzyczącym w magazynie Esensja. Nadal są online, można je przeczytać. Są to „Kto się śmieje ostatni” i „Sen o Lilli”. I tutaj, jeżeli chodzi o tą epopeję wydawniczą związaną ze Światem Zmroczy, to pierwszy taki przykry epizod w mojej historii jako autorki jest taki, że zbiór „Między otchłanią a morzem” się ukazał, ale wydawnictwo splajtowało i ja nie dostałam ani grosza za ten debiutancki zbiór. No i to też był taki moment w życiu, że ja kończyłam studia.
Byłam nastawiona, że będę robić karierę naukową, doktorat, chcę emigrować i w zasadzie to pisanie to była taka zabawa, ale teraz już kończymy i przechodzimy do dorosłego życia. Po czym mamy fast forward trzy lata później. Ja siedzę na emigracji w Niemczech, mój doktorat jest w kompletnym proszku. Mam wrażenie, że kariera naukowa nie jest dla mnie. Jestem totalnie wypalona i mam poczucie, że nie mam już nic. I wróciłam wtedy- Właśnie do historii o Krzyczącym powstała mi w głowie myśl, żeby jednak napisać tę powieść, której nie napisałam parę lat wcześniej. I w efekcie obroniłam doktorat z rocznym poślizgiem, ale go obroniłam i broniąc doktorat miałam już napisaną powieść i pół kolejnej. Właśnie tam w Heidelbergu, po przerwie, po takim dystansie wróciłam do świata z Mrocznych i tam powstały dwie karty. Ta powieść bardzo mocno mutowała, zmieniała się w trakcie pisania. Powiem tylko tyle, że pierwotnie miała nosić tytuł „Czarna królowa”, a później cały wątek Czarnej Królowej z niej wyleciał.
I teraz kolejny epizod z mrocznej epopei wydawniczej „Teatru węży” był taki, że pierwotnie dwa pierwsze tomy tego cyklu były przyjęte do druku przez duże polskie wydawnictwo, które niestety przetrzymało je w lodówce, tak zwanej lodówce wydawniczej przez dwa lata, a potem zrezygnowało. Stwierdzili, że jednak zmieniają plany. To był akurat ten moment, kiedy wprowadzono w Polsce VAT na książki. Był taki troszkę krach rynku i stwierdzili niestety, że nie, oni zmieniają zdanie. Jednak nie chcą tych książek wydać. Zgłosiło się do mnie wtedy małe lubelskie wydawnictwo Ifryt, które zakładał mój znajomy i stwierdzili, że oni chętnie bardzo wydadzą mi powieści o Krzyczącym. No i właśnie „Dwie karty” ukazały się w 2011 roku. Miały premierę na Pyrkonie nakładem małego lubelskiego wydawnictwa Ifryt. No i puenta jest taka, zgadliście, wydawnictwo Ifryt wydało jeszcze dwie kolejne książki, a potem umarło. Zbankrutowało.
Ja znowu nie dostałam wynagrodzenia za powieść. Jak możecie się domyślić, nie nastrajało mnie to optymistycznie w kwestii dalszej kariery literackiej, bo jak niektórzy wiedzą na polskim rynku, jeżeli się ukazał pierwszy tom cyklu mało znanego autora, to są marne szanse na to, żeby potem kolejne wydawnictwo chciało ten cykl wznawiać albo wydawać kolejne tomy. Więc ja zostałam właśnie tak trochę na lodzie z „Dwiema kartami” wydanymi i z kolejnymi. Na tym etapie już powstawał trzeci tom. Ja, chociaż pierwotnie planowałam, że ten cykl będzie miał pięć tomów, to stwierdziłam, że w zasadzie, skoro jest taka sytuacja, jaka jest, to zamknę go na trzech. Po pewnej takiej przerwie, zastanawianiu się nad opcjami, zaczęłam w międzyczasie współpracę z takim małym wydawnictwem e-bookowym RW 2010, gdzie między innymi jako e-booki się ukazywały książki Romka Pawlaka, Andrzeja Sawickiego. Tam skusiłam się też, żeby spróbować wydać na próbę mój zbiorek wspomnianych wcześniej opowiadań „Opiekle po stronie mroku”. Okazało się, że RW 2010, ekipa z Poznania, nikomu nieznane, takie malutkie niszowe wydawnictwo to jest pierwszy wydawca, który mi uczciwie płacił. Traktował mnie bardzo poza tym sympatycznie. Byli bardzo porządni ludzie, zrobili porządnie książkom redakcję, korektę i generalnie super wspominam współpracę z nimi.
I w efekcie tego, że bardzo fajna była współpraca „Po stronie mroku” stwierdziłam, że dobra w takim razie drugi i trzeci tom „Teatru węży” ukażą się jako e-booki i ukazały się właśnie jako e-booki w RW 2010. Oni też wznowili wtedy „Dwie karty” jako e-book. Ja to troszkę potraktowałam tak, jakbym była muzykiem, który nigdzie nie znalazł kontraktu w studiach, więc po prostu gra sobie na ulicy. Te e-booki w RW kosztowały tam nie wiem, jakieś śmieszne pieniądze siedem złotych, osiem złotych. I zaczęło się takie troszkę powiedzmy oddolne zainteresowanie właśnie dlatego, że te e-booki były bardzo tanie, a równocześnie ja publikowałam też opowiadania. Cały czas byłam aktywna w fandomie, jeździłam na konwenty i to było trochę tak, że ludzie sobie mówili: „Ej, słuchajcie, tutaj jest takie bardzo fajne fantasy w e-bookach. To kosztuje grosze. Zobaczcie, bo to jest fajne”. A potem jeszcze odezwał się do mnie Wojtek Sedeńko, który stwierdził, że chciałby mieć u siebie w księgarni w ograniczonym nakładzie dostępne drugi i trzeci tom „Teatru na papierze”. I właśnie były w księgarni Solaris dostępne „Pośród cieni” i „W mocy wichru” dla zainteresowanych do kupienia na konwentach.
No i w zasadzie ja sądziłam, że moja przygoda z „Teatrem węży” właściwie na tym się zakończyła, że sobie są te trzy tomy dostępne jako niszówki. Ale historia się na tym nie skończyła, ponieważ w 2016 roku objawiło się wydawnictwo Rebis jak rycerz na białym koniu i stwierdziło, że chcą wznowić wszystkie trzy tomy w jednolitej szacie graficznej, wprowadzić je z powrotem do obiegu. I tak też się stało. Wznowili w 2017 roku trzy tomy i znowu akurat na Pyrkonie w Lublinie wtedy była premiera pierwszego tomu w nowej szacie graficznej. Po raz pierwszy w życiu miałam tam kolejkę po autografy, co bardzo ciepło wspominam. A później, rok później zadzwoniono do mnie z Rebisu z pytaniem: „Pani Agnieszko, ale w zasadzie jakie ma pani plany w stosunku do tego cyklu? Bo my to byśmy chcieli kontynuację”. No więc ja wtedy powiedziałam: „No to super. To w takim razie ja siadam i piszę”. I zmotywowana intensywnie telefonem z wydawnictwa napisałam tom czwarty, czyli „Śpiew potępionych”, a potem w kolejnym roku dopisałam jeszcze piąty tom zamykający cykl „Czerń nie zapomina”.
I tutaj słówko na temat konstrukcji tego cyklu. To znaczy w moim zamyśle każdy kolejny tom z jednej strony jest troszkę pewnym odcinkiem samodzielnej historii, a z drugiej strony one wszystkie razem składają się na całość i zasadniczo można po każdym kolejnym tomie przerwać czytanie i zakończyć przygodę. Nie mieć- Poczucia, że historia jest po prostu ucięta. A z drugiej strony, jeżeli chce się zaczynać, to jednak najlepiej jest czytać od pierwszego tomu. Drugi, trzeci, czwarty nie wolnią się za bardzo jako samodzielne historie. Aczkolwiek znam osoby, które mówiły, że jak się chce, to w zasadzie można zacząć czytać od czwartego tomu i też nie mieć poczucia, że się wchodzi w historię, której się kompletnie nie rozumie. Równolegle jeszcze dostępne były, niektóre chyba nadal są, opowiadania z tego uniwersum jako takie, powiedzmy, promocyjne, bezpłatne e-booki. Były dostępne teksty „Królestwo i jego cienie", „W krainie sylfów" oraz „Śnieg i lód". One chyba powinny nadal być bezpłatnie w sieci dostępne. Ja rok temu sprawdzałem to z dwóch wydania niestety wyskakuje błąd, że to jest coś takiego.
Aha, okej. W tym jedno na SS i jedno poza SS-em. A to, że na SS to jest bardzo dziwne. To może była awaria serwera, bo ono powinno być, to muszę sprawdzić. Tudzież jeszcze w międzyczasie we wskrzeszonym magazynie „Feniks Antologia" ukazało się jedno opowiadanie o Krzyczącym w Ciemności „Czarne i czarniejsze" i w antologii „Na nocnej zmianie" było opowiadanie „Tannic" z Ertelssega, notabene nominowane do nagrody Zając w 2016 roku. I z dumą i radością mogę powiedzieć, że cały „Teatr Węży" jest obecnie też dostępny w audiobookach w projekcie Storytel. W innych z kolei też okładkach. Ładnych moim zdaniem. Tutaj jakby ktoś był zainteresowany, to cała chronologia wszystkich tekstów ze Świata Zmroczy jest na tym slajdzie. Tak tylko w wielkim skrócie powiem, że „Teatr Węży" opowiada pewną część życiorysu Krzyczącego w Ciemności, ale to nie jest ani początek, ani koniec historii tego bohatera.
Ja na pewno jeszcze wrócę do jego, powiedzmy, historii życia i jego przygód, ponieważ niektóre z już opublikowanych opowiadań przeskakują dalej, rozgrywają się chronologicznie po zakończeniu „Teatru Węży". Tudzież są też opowiadania nienależące do epopei Krzyczącego w Ciemności, tylko opowiadające o innych wycinkach tego świata, o innych bohaterach. Na przykład opowiadanie „Śnieg i lód" opowiada o jednej z ubocznych bohaterek „Teatru Węży". Na pewno planuję jeszcze wracać do tego uniwersum. Na pewno planuję jeszcze wracać do historii Krzyczącego i na pewno planuję jeszcze wracać do innych bohaterów z tego cyklu. Natomiast kiedy to będzie i w jakiej formule trudno mi powiedzieć. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że na pewno nie będę już przedłużać tego cyklu jako cyklu. Nie będzie szóstego tomu „Teatru Węży". Natomiast będą powstawać książki, które będzie można czytać jako niezależną całość w odejściu od tego cyklu. I teraz, przechodząc pokrótce, bardzo pokrótce do Świata Zmroczy.
To jest fantasy. Fantasy osadzone cywilizacyjnie w uniwersum, powiedzmy najogólniej, bardzo cywilizacyjnie odpowiadające wiekowi siedemnastemu, wiekowi w Europie. Ale to jest taka bardzo luźna analogia. Zdania są podzielone w kwestii tego, czy to fantasy jest dark i jak bardzo dark. Czy jest mroczne tak strasznie, że aż prawie że się tego nie da czytać, czy jest tylko troszkę mroczne. Ja lubię używać takiego porównania muzycznego, że Świat Zmroczy jest tak bardzo mroczny w jakimś stopniu Nightwish gra metal. A przechodząc do samej konstrukcji uniwersum, jest to świat przesycony magią, z bardzo dużą ilością magii, z bardzo dużą ilością też dziwnych stworów, demonów, nie-demonów. Świat ludzi, bo to uniwersum jest szersze i oprócz świata ludzi zawiera też tak zwane sfery astralne oraz Otchłań, o czym dalej. Więc świat ludzi stworzyło przed wiekami dziewięcioro bogów, po czym z Otchłani, przepraszam, nie z Otchłani, z przestworu astralnego świata przybył potwór. Szpuła monstrum, które chciało ten świat zaatakować i zniszczyć.
Nastąpiła wielka, apokaliptyczna walka, która ten świat prawie zniszczyła, ale nie do końca. Bogowie go bronili i obronili swoje dzieło. Pokonali potwora, następnie odbudowali zniszczenia, o czym opowiada taka pewna stara legenda strezczona na samym początku dwóch kart. Odbudowali zniszczenia. Ludzie na nowo zaludnili ten odbudowany świat, a kiedy już wszystko wróciło mniej więcej do harmonii, bogowie stwierdzili, że są znużeni i oni ten świat zostawią, odejdą sobie z niego. Ale na pożegnanie zostawili ludziom dwa dary. Zostawili tak zwaną Zmroczę. To jest czarodziejska zasłona rozpięta nad światem ludzi, mająca go chronić przed zagrożeniami z astralu. I zostawili ludziom magię. Pewna wybrana grupa ludzi włada magią.
Te magiczne talenty się odradzają. To znaczy, jeżeli mag zginie, to dokonuje się reinkarnacja, jego duch wciela w nowe ciało i magowie władają wystarczająco dużą mocą, żeby móc walczyć z demonami, walczyć właśnie z zagrożeniami z astralu. I tak to miało funkcjonować w teorii. Natomiast w praktyce zafunkcjonowało niestety tak, że dosyć wcześnie magowie się rozszczepili na dwie szkoły magii. Jest Szkoła Srebrna i Szkoła Czarna i w momencie, kiedy dzieje się akcja „Teatru Węży", to jesteśmy sto pięćdziesiąt lat po tragicznym wydarzeniu, które doprowadziło do skażenia czarnej magii. Czarni magowie uchodzą za szalonych i są chętni, ale o tym za chwilę. Ja nie wspomniałam, że jedynym magiem w świecie ludzi jest otaczająca go bariera Zmrocza i Zmrocza w tym momencie, po stuleciach od stworzenia jest niestabilna. Różne wydarzenia na Ziemi mogą zaburzać jej równowagę. I to się dzieje w taki trochę nie- Niepoznany do końca sposób. Srebrni magowie uważają, że trochę wiedzą na ten temat, ale tak naprawdę nic nie wiedzą.
Zmrocza jest tak kapryśna, że czasami wystarczy dosłownie jedno drobne wydarzenie, powiedzmy jedna śmierć w nieodpowiednim miejscu, żeby już zaburzyć bardzo poważnie jej równowagę, a kiedy indziej to się dzieje dopiero w wyniku jakiejś bitwy, czegoś bardziej dramatycznego. Zaburzenia Zmroczy w pierwszej kolejności objawiają się jaskrawymi łunami na niebie, a potem, jak zachwianie postępuje, Zmrocza się rozdziera i różne zagrożenia z astralu pojawiają się w świecie ludzi. Może nastąpić deszcz ognia. Mogą się pojawić jakieś potwory, deszcz, ulewa jakiejś żrącej cieczy z jakiegoś dominium astralnego. Dlatego w tym świecie problematyczne jest na przykład prowadzenie wojen, bo prędzej czy później wojna doprowadza do katastrofalnego zachwiania. Oprócz świata ludzi, jak już wspomniałam, istnieją też sfery, przestrzenie astralne zaludnione przez żywiołaki i różne dziwne stwory. Istnieje też Otchłań. To jest oddzielny świat. Świat zaludniony przez demony, podzielony na królestwa, które się nazywają dolinami. I to jest świat pasożytniczy.
Demony odżywiają się duszami, energią dusz. Z tym że z racji tego, jak jest skonstruowany świat ludzi, demony nie mogą tam sobie łapać, zabijać ludzi tak po prostu, bezpośrednio muszą pewne prawa rządzące światem ludzi obchodzić naokoło, na przykład za pomocą tak zwanych agentów. Ktoś, kto podpisał cyrograf, sprzedając się Otchłani, zdobywa dusze dla Otchłani. Kiedy zabija, dusze tych ludzi automatycznie trafiają do Otchłani. To tak w skrócie. Poza tym w świecie ludzi rodzą się odmieńcy. Są to potworki będące efektem krzyżowania się ludzi z demonami czy mieszkańcami astralu pokolenia wcześniej. Odmieńcy mogą mieć łuski, sierść, rogi, pazury. Generalnie żyją w odrębnych, zamkniętych społecznościach i troszkę mają odrębne, własne obyczaje. Wielu spośród nich ma jakieś śladowe talenty magiczne i na przykład służy srebrnym magom.
Magia obu barw ma pewne cechy wspólne, ponieważ u źródła to jest ten sam język, ten sam mechanizm, tylko dwie odrębne szkoły i takie standardowe możliwości, jakie mają magowie obu barw to są na przykład teleportacja, rzucanie klątw, zaklęcia bojowe, również czary wróżebne, nekromancja. Przy czym srebrni magowie są dobrze bardzo wyćwiczeni w rzucaniu zaklęć wspólnie, co zwiększa ich moc. Czarni magowie to są tacy bardziej indywidualiści. Srebrni magowie funkcjonują w organizacji o nazwie Elita. Oni sami samozwańczo stoją na straży równowagi świata. Wyobraźcie sobie organizację złożoną z Sarumanów, tak w skrócie. To nie są dobrzy magowie, mimo że się ubierają w biel, mimo że twierdzą, że są strażnikami równowagi świata, to to, co oni mówią o sobie i co mówi ich propaganda, dosyć mocno się rozjeżdża z tym, co faktycznie robią. Bardzo mocno mieszają w polityce. Bardzo tacy są makiaweliczni i ogólnie ja ich niekoniecznie lubię, aczkolwiek lubię o nich pisać. Jeszcze troszkę ilustracji ze srebrnymi magami.
Oni też tworzą golemy, tworzą machiny. Bardzo chętnie używają takich machin typu latające dywany. Tworzą też hybrydy, eksperymentują z różnymi magicznymi stworzeniami, tworząc z nich inne magiczne stworzenia. Prowadzą bardzo niesympatyczne eksperymenty na ludziach, na dzieciach. Jak mówię, nie lubię ich, ale lubię o nich pisać. Z kolei czarni magowie, zwani też żmijami bądź w języku magów Kaila, od dramatycznego wydarzenia 150 lat wcześniej, kiedy to pewien demon rzucił klątwę, która skaziła źródło czarnej magii. Czarni magowie uchodzą za szalonych, wyklętych, wyjętych spod prawa. Przy czym jak będziecie czytać „Teatr węży", to zobaczycie, że to, jak czarni magowie są demonizowani, to jest, powiedzmy, tutaj też polityka i polityka srebrnych magów dużo miała wpływu na to. To, jak czarni magowie są kreowani na złych i na szaleńców i na niebezpiecznych, to też jest po trosze propaganda. Są wyjęci spod prawa.
Są tępieni, wyłamywani i tępieni przez Elitę, zabijani w tak zwanych domach godnego odejścia, gdzie duch maga jest niszczony w taki sposób, żeby nie mógł się już odrodzić. W zasadzie kiedy czarny talent się urodzi w człowieku, bo tutaj jeszcze jest tak, że o ile srebrni magowie sobie wybierają dzieci, które mają pewne oznaki, że może się w przyszłości obudzić w nich talent magiczny i oni te dzieci szkolą od podstaw, prowadząc bardzo rygorystyczny ośrodek i sobie hodują małych magów od małego, o tyle u czarnych magów to jest troszeczkę inaczej, bo czarny talent budzi się spontanicznie w wieku późnonastoletnim bądź we wczesnej dorosłości. I to wygląda tak bardzo dramatycznie jako taka magiczna choroba z wysoką gorączką, z majaczeniem. Mówi się, że dar sprawdza naczynie albo dar, albo czerń. Odrzuceni przez Zmroczę albo umierają, albo wpadają w szaleństwo na resztę życia, albo zostają takimi śniącymi się imbecylami, albo zostają magami. I na tym etapie, kiedy dar się budzi, powstaje takie bardzo silne magiczne echo. I to jest ten moment, kiedy takiego młodego, bezbronnego maga najłatwiej mogą dopaść srebrni magowie, bo później już taki talent, który się ogarnął, już jest magiem, jest troszkę trudniejszy do złapania. Czarni magowie generalnie mają do wyboru albo działalność przestępczą, albo żywot pustelniczy gdzieś daleko, albo ukrywanie się wśród bogatych i możnych. Jeszcze słówko o geografii świata ludzi. Mamy siedem krain Tlene, Hoere, Shandoron, Talme, Alkara, Halki, Lossor.
Tam jest umiarkowany klimat. Te krainy troszeczkę kulturowo przypominają Europę, ale to jest luźne. Podzielone częściowo na mniejsze królestwa i księstwa. Wpływy elity nie wszędzie są takie same. Mamy centralnie położoną Zatokę Snów, nad którą leży pięć suwerennych miast. One się układają w taki pewien magiczny wzór. To ma znaczenie z punktu widzenia prądów zmoczy w tych miastach władzę sprawują średni magowie. To są miasta Shanda, La Tei, Eume, Ever, Laurel i Kang. Na wschodzie leży rozległe cesarstwo Nedvaru, gdzie funkcjonuje zupełnie inny system magii i wierzeń. Tam ludność jest w większości ciemnoskóra, stamtąd przybywa wielu kupców i emigrantów.
Inna jest etnicznie ta ludność, ciemniejsza cera, skośne oczy. Daleko na południu leży z kolei kraina Jathmar, która się do tej pory w cyklu nie pojawiała. Tam też mieszkańcy są ciemnoskórzy i prawdopodobnie w przyszłości tam osadzę akcję jakiegoś tekstu. Na bardzo odległym wschodzie znajdują się Wyspy Śpiewu. Tropikalny archipelag częściowo skolonizowany przez Alkarę, w przyszłości też częściowo skolonizowany przez Nedvar, potem zajęty przez Alkaryjczyków i na Wyspach Śpiewu dzieje się akcja czwartego tomu serii, czyli „Śpiewu potępionych". Jak to niektórzy sobie żartowali Krzyczący na Karaibach. Chociaż kulturowo to bardziej Krzyczący w Indonezji. Na jeszcze dalszym wschodzie leżą sobie Feruza, Bobila i inne tropikalne państewka wyspiarskie, gdzie też prędzej czy później akcja jakiegoś tekstu pewnie będzie osadzona. Jak już wspomniałam, jest jeszcze Otchłań podzielona na doliny, zaludniona przez demony. Demony się zajmują takimi troszkę pomiędzy sobą szachami na wybitkę, to znaczy doliny ze sobą walczą i rywalizują o dusze.
Która dolina ma więcej dusz, ta jest silniejsza. Demony są bardziej, miałam powiedzieć, że bardziej malownicze niż groźne, ale to też tak nie do końca. Na pewno są te demony takie bardziej w stylu obrazów Boscha niż w stylu jakiegoś bezpostaciowego czarnego zła, które przychodzi i zabija wszystko. Doliny mają różne malownicze nazwy typu Dolina Popiołów, Dolina Cieni, Dolina Rdzy, Dolina Śmierdzi, Dolina Igieł. Świat ludzi jak już wspomniałam chronią prawa ustanowione przez bogów. To znaczy jeżeli demon zabije śmiertelnika własnoręcznie, nie zdobywa jego duszy. Istnieją dwa sposoby zdobywania dusz. Albo nakłonić człowieka, żeby się dobrowolnie zaprzedał podpisując rogacz, albo zabijanie ludzi przez agentów. Agent to może być człowiek albo mieszkaniec astralu, który zaprzedał się Otchłani. Dusze wszystkich, którzy zginą z ręki agenta, wędrują do tej doliny, której służy agent.
Można w ten sposób zdobywać nie tylko dusze ludzi, ale też dusze żywiołaków, bo nie tylko ludzie mają dusze w tym uniwersum. Są różne takie intrygi demonów, na przykład wywołanie rękami agentów magicznej katastrofy lub zarazy. Teraz parę słów jeszcze o Krzyczącym w Ciemności, czyli o głównym bohaterze cyklu „Teatr Węży". To jest taka moja naprawdę ukochana postać, troszeczkę powiedziałabym, że alter ego, ale powiedzmy dyplomatycznie, że autorka ma bardzo dużo wspólnego duchowo z tym bohaterem i bardzo się z nim mocno identyfikuje. To jest wyjęty spod prawa czarny mag i alchemik, specjalista od trucić i od klątw. Walczy rapierem, grywa na flecie, pali opium. Na kolejnym slajdzie jest absolutnie najładniejszy portret Krzyczącego, jaki mi kiedykolwiek ktokolwiek namalował, bo ten bohater niestety nie ma troszkę szczęścia do ilustratorów. Trochę patrząc na okładki tego cyklu w Rebisie, podśmiewaliśmy się ze znajomymi, że chyba Krzyczący poszedł do wydawnictwa i powiedział, że nie mogą publikować jego prawdziwego wizerunku, że nie może być podobny do siebie na okładkach. Słucham?
[53:38] - Powołał się na RODO.
[53:39] - O właśnie, powołał się na RODO, tak. W każdym razie na tej ilustracji wygląda dokładnie tak, jak w mojej głowie wygląda. I teraz w zasadzie już tą taką merytoryczną część skończyłam. Pochwalę wam się jeszcze różnymi ilustracjami do tego cyklu, bo w wersji Rebisu nie ma ilustracji. Natomiast we wcześniejszym wydaniu, w tym, gdzie dwie karty były w Ifrycie, a drugi i trzeci tom w wydawnictwie Solaris tam były ilustracje. I właśnie na slajdach się tymi ilustracjami pochwalę. Tutaj podziemia miasta Shavaula, gdzie mieszkają różni bezdomni, śmieciarze. Jest na ilustracji chowanie Krzyczącego. Taki stwór jak głowa na pajęczych nogach. Zazel, jedna z sympatyczniejszych postaci w cyklu.
Tutaj też ilustracje do dwóch kart. Ifryt, Anawin na cmentarzu jedna taka bohaterka. Widoczki z miasta Shavaula. Krzyczący palący opium. To są fanarty mojej znajomej. Znowu widoki z Shavaula. Tutaj Zazel, głowa na pajęczych nogach, która bardzo lubi dobre jedzenie i jest niesamowicie żarłoczna i ma wąsiki jak Salvador Dali. Ilustracje do „Pośród cieli". Tu nawiasem mówiąc, tutaj pani z zabandażowanymi dłońmi to jest Lorraine Alexia Nevers, młoda wieszczka. Ona się pojawiała w moim debiutanckim opowiadaniu „Białe dłonie", bo w tym cyklu w drugim tomie wplecione są akcje opowiadań „Białe dłonie", „Między otchłanią a morzem" i jeszcze jednego, które się ukazało w science fiction pod żółtym szyldem.
I to jest jedyny tom tego cyklu, który ma w akcję wplecione opowiadania. Więc właśnie ta nieszczęsna Lorraine na ilustracji do „Pośród cieni" też wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać. Natomiast to jest ta osoba, która na ilustracjach w „Feniksie" do debiutanckiego opowiadania mojego została sportretowana jako sfinks z dolą i luster. Kolejne ilustracje do „Pośród cieni". Tutaj ilustracje do „Mocy Wichrów", gdzie pojawia się pewien morderczy klaun. Jak widać nie wszystko tam jest bardzo mroczne, bo pojawiają się też na przykład piękne, eleganckie kobiety. Na koniec słówko o tym, gdzie mnie można znaleźć online. Prowadzę bloga, który co prawda już ledwie dycha. Miał też być blog po angielsku, ale on jeszcze bardziej ledwie dycha. Takie, powiedzmy aktualne informacje można znaleźć na fanpage'u na Facebooku.
Troszkę od czasu do czasu też coś wrzucam na Instagramie, ale jeżeli ktoś by szukał informacji o tym, co aktualnie słychać, gdzie się wybieram, dosyć dużo jeżdżę na konwenty, to najlepiej chyba patrzeć na fanpage. I ponieważ jest dosyć dużo czasu jeszcze, to jeżeli są pytania to bardzo chętnie odpowiem.
[57:04] - Opowiedz nam coś o nowej książce. Pierwsze strony.
[57:09] - Nowa książka. Jak już wspomniałam, jest to zbiór trzynastu opowiadań osadzonych w szeroko pojętych zaświatach. Część z tych opowiadań była publikowana wcześniej. Dokładnie sześć opowiadań ukazywało się wcześniej w różnych innych antologiach bądź w czasopismach, bądź też w sieci. Na przykład opowiadanie „Szatański plan" było wcześniej w antologii e-bookowej wydawnictwa EQ 2010, takiej antologii tak zwanej sarmackiej „Szablą i wąsem" pod redakcją Dawida Iwaszka. To jest opowiadanie, w którym pojawiają się diabeł Boruta, czarodziejka Medea i kobieta stworzona z żebra Janosika. Bardzo zakręcone opowiadanie na motywach sarmackich. Natomiast zbiór jako całość jest taki, powiedzmy troszkę postmodernistyczny. Tak by powiedział pewnie świętej pamięci Maciek Parowski. Jeżeli miałabym go do czegoś przyrównać, to myślę, że najprędzej można go porównać do komiksów Neila Gaimana o Sandmanie.
Jedno z opowiadań jest bezpośrednio inspirowane historią komiksową „Uchomejsta", taki był chyba tytuł. Przewijają się tutaj postacie znane z mitologii, jak na przykład Tanatos. Przewijają się też zupełnie zwykli ludzie, bo ja lubię schodzić do takiego mikroświata, opowiadać historie małych, zwyczajnych ludzi w wielkim, ogromnym boskim planie. I to jest świat, w którym tak krótko powiem Bóg miał trzech synów, a średni z nich został zrzucony z niebios za bunt przeciwko ojcu. Więc postmodernistycznie jest mocno. Troszkę tak przekornie, z przymrużeniem oka liczę, że może mnie ktoś oskarża o jakieś herezje, ale niestety chyba jestem za mało znana, żeby tak się stało.
[59:13] - Staramy się gdzieś tam podesłać.
[59:19] - Tak, może jakaś petycja oburzonych, że tutaj prawda, straszne rzeczy piszą. Jak wiecie, zdelegalizowano linię sześć sześć sześć na Hel, to jest precedens. Słucham?
[59:33] - Już jest petycja, żeby przywrócić.
[59:34] - A tak.
[59:35] - To nie była akcja promocyjna.
[59:38] - Aha.
[59:39] - Ale petycja jest. Wiesz, klątwa. Gotuje mnie jeden wątek. Klątwa naprawdę istniała czy to była ognista intryga srebnych magów, by skłócić ciemnych magów ze sobą?
[59:54] - Klątwa istniała, ale miała troszeczkę mniej dramatyczne działanie niż to jest mówione. I to jest wyjaśnione dokładnie w cyklu, jak to było z tą klątwą. Ale faktycznie była klątwa, tak.
[01:00:09] - Klątwa była i ona ma jeszcze konsekwencje teraz.
[01:00:13] - Tak.
[01:00:13] - A jest szansa, że klątwa zostanie zdjęta?
[01:00:17] - To jest bardzo dobre pytanie. To znaczy mechanika klątw w tym świecie jest taka, że zasadniczo zdjąć klątwę, to znaczy cofnąć wszystkie skutki jej działania może tylko ten, kto ją rzucił. Natomiast można klątwę złamać, to znaczy w taki sposób przełamać, że pociąga to za sobą negatywne skutki w takiej małej skali. Może być tak, że jeżeli na osobę pojedynczą została rzucona klątwa, która jakoś tam się wżarła w organizm, spowodowała szkody, to przełamanie tego zaklęcia może sprawić, że ten człowiek po prostu umrze. I na miejscu zarówno srebrnych, jak i czarnych magów bałabym się łamać klątwę, która w jakiejś tam osłabionej formie, ale nadal funkcjonuje od stu pięćdziesięciu lat, bo to też by mogło spowodować jakieś konsekwencje dla wszystkich tych, którzy są w jakiś sposób tą klątwą mniej lub bardziej dotknięci. Natomiast teraz po tych stu pięćdziesięciu latach ta klątwa już jest znacznie słabsza niż była wyjściowo i w sumie- Ten problem, który nadal mają czarni magowie. Kanonicznie jest powiedziane, że teraz już jest trudno rozróżnić, na ile nadal ta klątwa działa, a na ile te problemy, które mają czarni magowie ze swoją stabilnością psychiczną, wynikają po prostu z tego, że nie ma spójnego systemu szkolenia. Oni są wszyscy wyjęci spod prawa. Radzą sobie jak mogą. Albo bez mistrza, albo z mistrzem, który też jest wyjęty spod prawa.
I nawet wyjściowo, kiedy jeszcze istniała ustrukturyzowana czarna szkoła, korzystanie z czarnej magii zawsze niosło pewne niewielkie ryzyko szaleństwa. Klątwa to tylko bardzo mocno na pewien czas wyostrzyła. Natomiast teraz już jej efekty wygasają i właśnie trudno jest rozróżnić, na ile problemy ze stabilnością psychiczną mają obecnie czarni magowie to jest nadal efekt klątwy, a na ile to jest po prostu efekt tego, jak funkcjonują.
[01:02:24] - Dobrze, a czy czarni magowie organizują się jako opory? Czy sama przedstawicielka szkoły czarnej magii nie zakłada, że oni po prostu powinni mieć jakąś grupę, jakąś konspirację między sobą, żeby pomagać im przeżyć w Krósiej Woli?
[01:02:44] - Organizują się w mikroskali, to znaczy powiedzmy konstytuują się małe grupki sojuszników, przyjaciół. Natomiast w tym momencie dużej organizacji albo nie ma, albo Krzyczący z Ciemności w jej obręb nie trafił, bo w cyklu się nie pojawia taka organizacja. Cykl generalnie pokazuje w dużym stopniu to, co widzi i o czym wie Krzyczący, więc mogą być części świata i rzeczy dziejące się w pewnych częściach tego świata, o których Krzyczący nie wie.
[01:03:27] - Są teksty opowiadające o tym świecie, które nie mają głównego cyklu. Planujesz jakiś zbiór opowiadań, który by zbierał te rzeczy i udostępnił w jednym miejscu?
[01:03:48] - To jest bardzo dobre pytanie i byłam już o to pytana. Więc tak: są opowiadania, które ukazały się drukiem, ale teraz są dostępne tylko w tej swojej pierwotnej formie drukowanej. I to będą tak, te pierwsze opowiadania o Krzyczącym w Ciemności, które się ukazywały w „Feniksach" od roku '98. Nie, przepraszam, „Białe dłonie" to był rok '98. „Białe dłonie" zostały wplecione w „Pośród cieni". Natomiast były jeszcze „Dziecko" i „Z głębi", które potem weszły do zbioru „Między Otchłanią a Morzem" i są tylko tam. I opowiadania ze zbioru „Między Otchłanią a Morzem": „Poczwarka", „By ją ocalić" i nie jestem pewna, czy któreś jeszcze. One są do przeczytania właśnie tylko w tym zbiorze „Między Otchłanią a Morzem". Zwłaszcza „By ją ocalić" warto byłoby przypomnieć, bo to jednak był tekst nominowany do nagrody Nautilus. Ja tak ciągle się waham.
Wahałam się, czy nie przypomnieć wtedy, kiedy Revis prosił o opowiadania do udostępnienia bezpłatnie jako e-booki. Wahałam się wtedy, czy nie przypomnieć właśnie „By ją ocalić", ale ostatecznie zdecydowałam, że ten tekst jeszcze poczeka. Jeżeli się zdecyduję wrócić do historii o Krzyczącym w tym punkcie chronologicznym, w którym się dzieje, „By ją ocalić", to wtedy przypomnę ten tekst. Bo tak, „Poczwarka" dzieje się tuż przed rozpoczęciem „Dwóch kart" chronologicznie, a „By ją ocalić" dzieje się kilkanaście lat po zakończeniu cyklu „Teatr Węży". Jest przerwa kilkunastoletnia, w czasie której ja mniej więcej wiem, co Krzyczący robił w czasie tej przerwy i jakoś tam w różnych planach jest książka osadzona właśnie w trakcie tej kilkunastoletniej przerwy. I jeżeli właśnie podejmę historię tego bohatera od chronologicznie punktu dziejącego się po „Teatrze Węży", to będę się starała przypomnieć też „By ją ocalić". Z tym że jeżeli chodzi o zbiór opowiadań o Krzyczącym, to tu jest ten problem, że niektóre z tych opublikowanych opowiadań były publikowane dawno i ja już się tak troszeczkę nie do końca chcę do nich przyznawać, bo jednak minęło dużo lat i ja piszę trochę inaczej niż pisałam, kiedy byłam na początku studiów. A poza tym właśnie te historie się układają w kilka, powiedzmy, cykli tematycznych, bo tam jest taki cykl, powiedzmy, quasi mafijno-przestępczy, cykl związany z wątkiem powiązań Krzyczącego w Ciemności z Otchłanią i z demonami. Także spoilerzę, że na Krzyczącym ciąży cyrograf, nie do końca wiadomo, czy on ten cyrograf zawarł z własnej woli. To tak troszeczkę to jest zamotane.
W każdym razie ten wątek właśnie powiązań Krzyczącego z Otchłanią to jest jeden wątek. Jego powiązania mafijno-przestępcze to jest drugi wątek i nie bardzo widzę możliwość połączenia tego wszystkiego w sposób sensowny w jednym zbiorze opowiadań. Natomiast bardzo bym chciała niektóre teksty o Krzyczącym w zbiorku zebrać, tylko właśnie tak nie do końca wiem, jak się do tego zabrać. Najprędzej prawdopodobnie byłyby to opowiadania połączone wątkiem mafijno-przestępczym, czyli teraz tytuły mi umykają, ale na przykład „Czarne i czarniejsze" oraz teksty dostępne online, na przykład „Popłot barona Hochstratena", który można przeczytać w magazynie „Fahrenheit", „Pudzież". Umknął mi w tym momencie tytuł. Nie, przepraszam. „Kłopot barona Hochschratena” jest dostępny online, ale nie w Fahrenheicie. W Fahrenheicie jest właśnie to opowiadanie, którego tytuł mi w tym momencie umknął. W każdym razie, jeżeli będzie zbiorem opowiadań o Krzyczącym, to najprędzej będą to te połączone wątkiem mafijno-przestępczym.
[01:08:06] - A jeśli chodzi o opium, czy przyjął się ktoś z uwzględnieniem na swoją traumę czy na swoje działania? Czy po prostu jak sobie radzi z tym swoim PTSD?
[01:08:17] - On sobie tak radzi z, powiedzmy, podkręconym magicznie PTSD. I bardzo mocno jest w cyklu pokazane, że on sobie z tym opium radzi jak umie, bo Krzyczący zdecydowanie nie pali opium w celach rozrywkowych. To jest dla niego taki trochę lek uspokajający, a trochę sposób na radzenie sobie z traumą. Z tym, że on po pewnych rzeczach, które mu się przydarzyły, po pewnych rzeczach, które mu zrobiono, tak naprawdę ma problemy z pamięcią, ma flashbacki. Czyli to jest takie PTSD, powiedzmy, magicznie podkręcone i on sobie próbuje z tym radzić paląc opium, ale bardzo mocno jest w cyklu pokazane, że to nie jest dobry sposób radzenia sobie i całe otoczenie mówi Krzyczącemu, że to nie jest dobry sposób radzenia sobie. On się od tego opium oczywiście jak je pali, to fizycznie się uzależnia. Ponieważ jest alchemikiem, bardzo dobrze się zna na ziołach, na farmakologii takiej, jaka jest dostępna w tamtym świecie, to ma środki, które pozwalają przemęczyć się z głodem narkotykowym. Po prostu robi sobie odzyki, żeby mu spadła wrażliwość na narkotyk. Ale to jest takie bardzo ślizganie się po cienkim lodzie i w cyklu jest pokazane kilka razy, że przez opium zdarzało mu się znaleźć w niebezpiecznych sytuacjach i całe otoczenie mu mówi: „Przesadzasz, nie powinieneś”. No i on tak jak taki klasyczny, wysokofunkcjonujący uzależniony po prostu nie chce tego słuchać.
Jeżeli nie ma więcej pytań, to chyba podziękuję wam bardzo za uwagę. Dziękuję.
[01:10:04] - To, proszę państwa, było spotkanie z Agnieszką Hałas. A teraz? Teraz w blokach startowych czeka już Piotr Cielebiaś i odpalamy „Filmotekarium”. Dzisiaj na tapetę weźmiemy tegoroczną produkcję „Cmentarz dla zwierzaków: Początki”. Uff, proszę państwa, łatwo nie będzie. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:10:37] - Witam cię, Marku, w kolejnym „Filmotekarium”. Nasz projekt się rozkręca i wpada nam kolejna nowość. Niestety ta nowość się plasuje w zapowiadanym, anonsowanym cyklu pod tytułem: „Niestety upadek wielkich serii”.
[01:10:56] - Tak, rozmawiamy dzisiaj o produkcji tegorocznej, która się nazywa „Cmentarz dla zwierzaków: Początki”. I wiecie państwo co? Nawet nie wiem, jak to w tej chwili skomentować. Muszę się rozkręcić, muszę wejść na właściwe tory i dopiero wtedy przyładuję. Ale to jest coś niesamowitego. Ten film wzbudził moje wielkie nadzieje. Bo czy państwo to lubicie, czy nie lubicie, to znaczy chodzi o to, że publiczność dzieli się na tych, którzy kochają Stephena Kinga miłością bezwarunkową i troszeczkę taką ślepą. I są tacy, którzy patrzą na Stephena Kinga z niechęcią, że to taki magik wykorzystujący swoje niewątpliwe umiejętności literackie do tego, żeby trzepać kasiorę. Tak w skrócie. To proszę państwa, obojętnie co sądzicie o Stephenie Kingu, to jest jednak niezły fachurka.
I kiedy on napisał książkę „Cmentarz dla zwierzaków”, ja jeszcze czytałem ją w takim pierwszym polskim wydaniu, które charakteryzowało się tym, że było wydane przez wydawnictwo w Bydgoszczy i jego taką immanentną cechą było to, że jakbyście się państwo nie starali, to zawsze okładka odpadła od tego bloku kartek. Bo tak to było zrobione. To był początek lat 90. Nawet pisownia tego „Cmentarza dla zwierzaków” była nieco inna niż w późniejszych tłumaczeniach. To tak, żeby przybliżyć państwu, jak to od strony literackiej wygląda. W każdym razie obojętnie w jakim tłumaczeniu, to „Cmentarz dla zwierzaków” jest napisany po kingowsku. Dla niektórych to będzie zaleta, dla niektórych bardzo poważna wada. Ja nie będę się wcinał między wódkę i zakąskę. To już państwo musicie rozstrzygnąć, na ile lubicie Stephena Kinga. Jedno w każdym razie jest dla mnie pewne.
Stephen King potrafi opowiadać historie. Mówię, możemy oceniać, czy nam się te historie podobają, ale historie opowiadać potrafi i historia „Cmentarz dla zwierzaków” opowiedziana jest w sposób zajmujący, wciągający czytelników. Obejrzałem później, jakiś czas później, wtedy był jeden film „Cmentarz dla zwierzaków”. Obejrzałem. Okej, mogło być, chociaż Trochę mi się tam niektóre rzeczy rozjeżdżały. Fajnie był pokazany klimat rodziny, ale rozjeżdżały mi się rzeczy tak już pod koniec, jak ten dzieciak ożywa, to było trochę kartonowe. Mało mnie to przekonywało. Ale jakiś czas temu, całkiem niedawno pojawił się remake, tak chyba należałoby nazwać „Cmentarza dla zwierzaków”. Nieco inaczej było to wszystko w tym filmie ustawione i to było w miarę interesujące. A co się dzieje, proszę państwa, jak jakiś film odnosi sukces?
Sukcesik chociażby. Pojawiają się kolejne części i o takiej kolejnej części dzisiaj będziemy rozmawiali.
[01:14:23] - Tak, ten film to jest debiut reżyserki o nazwisku Bir. Niestety zapomniałem, jak ona ma na imię. Tak naprawdę przedstawia on nam genezę tego słynnego cmentarza w miejscowości Ludlow, które jak się okazuje, sięga swoimi korzeniami bardzo głęboko i to jest bardzo mroczna historia. Cóż, ja w zasadzie nie wiem, co o tym filmie, Marku powiedzieć, bo jeżeli pamiętacie naszą długą dyskusję w poprzedniej edycji „Filmotekarium” o filmach opartych o prozę Kinga, to pewnie też pamiętacie, że ja nie podchodzę do nich z wielkim entuzjazmem, miłością i emocjami. Aczkolwiek przyznam, że ten remake klasycznego „Cmentarza” z roku 2019 to była historia uwspółcześniona. Nadano jej dynamiczności i to nawet, powiem ci, było dobre. Natomiast ja sobie przeanalizowałem te wiadomości okołoprodukcyjne i tam się dowiadujemy, że pani Bir, jak mówiłeś, postanowiła poszerzyć serię. I tak narodziły się „Początki cmentarza”. O Boże, to jest dobre podsumowanie. Powiem ci tak, Marku, pierwsza rzecz, jaka przychodzi na myśl, kiedy się to ogląda, to ma się takie wrażenie, że to jest odcinek serialu.
Taki pilot do czegoś. Bo ten film jest pełen paradoksów ogólnie, między innymi konstrukcyjnych. Tam tak mniej więcej przez trzy czwarte czasu się nic nie dzieje. Ewentualnie oni sobie robią do siebie miny jakieś albo przeżywają coś wewnętrznie, natomiast potem następuje kaskada zdarzeń i się już człowiek totalnie w tym gubi. Za chwilę sobie przejdziemy do minusów, bo ja myślę, że ten film nie ma plusów, ale najpierw sobie powiedzmy, co się tam dzieje. Trzej przyjaciele z boiska, gdzieś w samej końcówce lat 60., bo to się wszystko dzieje niedługo przed wydarzeniami, które są opisane. Może w sumie nie wiem, czy tak długo. Tam jeszcze jest ta sprawa czasu zaszłego. Czyli samej genezy. Oni wchodzą w dorosłe życie.
Mamy trzech chłopaków, każdy z innego środowiska. Nasz główny bohater, taki typowy Anglosas w przeciwieństwie do swojego kolegi, który służył w armii, wybiera Korpus Pokoju, postanawia opuścić Ludlow. Tutaj pierwszy problem, pierwszy klops. Problemy polityczne przeżywane przez ten cały film, problemy polityczne przeszłych pokoleń. To tak, jakbyśmy dzisiaj nakręcili film o Polakach. Dobra, nie. U nas to akurat uchodzi, bo u nas cały czas się takie filmy produkuje. Natomiast dla kogoś, kto jest z innego środowiska, z innej kultury, film się robi niestrawny z tego powodu, że jest archaiczny. Wiele rzeczy jest nudnych, wiele rzeczy jest przetrawionych, a czasami i po prostu niejasnych. I te problemy natury politycznej ciągną się, ciągną i ciągną, i się nie mogą skończyć.
I tak mniej więcej dochodzimy, pomieszawszy to wszystko z jakimiś elementami horrorowymi, do 80% trwania filmu. No dobra. I wtedy się okazuje, że trzeba coś dodać o tym cmentarzu. Marku, ty jesteś znawcą Kinga. Powiedz, czy ta historia, która jest prequelem, pasuje ci w ogóle do tego, co się dzieje później? Bo ja sobie tych części nie potrafię skleić.
[01:18:10] - Jak się bardzo postaramy, to ona oczywiście będzie pasować, bo jakiś tam element, minimum rozumu zostało w ten film wrzucone, ale zwróćcie państwo bardziej uwagę na to słowo minimum niż rozum. To będzie taka adekwatna proporcja, czy też adekwatne ujęcie tematu. Dlaczego? Dlatego, że dostajemy film, w którym jesteśmy w roku 1969. To wiecie państwo, ja wolę „Hair” obejrzeć. Musical. Może to nie jest najfajniejsza forma, ale przynajmniej niezłe przeboje są, niezłe aktorstwo, niezły reżyser. Naprawdę. O 1969 roku, o problemach Wietnamu to nie wiem. Chociażby państwo obejrzyjcie kilka innych filmów, które można obejrzeć i niekoniecznie „Cmentarz dla zwierzaków: Początki”.
Dobrze, mamy tę traumę. Pewien młody człowiek wraca z Wietnamu, ale może nie wraca. To sobie już państwo domyślacie się, jak to się mogło odbyć. Ktoś ma pokusę, ktoś z tej pokusy korzysta. I co dalej? Oczywiście to jest nawiązanie do tego, co już państwo znacie. „Cmentarz” czy też „Cmentarz dla zwierzaków”. Czyli dawny cmentarz Mikmaków, miejscowej ludności. Ale oczywiście trzeba było wrzucić, jak to teraz w modzie, problem rdzennej ludności. W związku z tym mamy bardzo atrakcyjną dziewczynę, która pochodzi od Indian.
Ja już nawet nie wiem, czy wolno używać pojęcia Indian. Może to już jest zakazane? Dobrze, zostanę przy tych Indianach. Ona ma brata. Tam się w ogóle zadyma robi straszliwa w tym filmie. Pytałeś, Piotrze, czy to pasuje? To kompletnie nie pasuje do tamtego filmu kingowskiego. Ale najpierw wyjaśnię pewien paradoks. Otóż film reklamowany jest Stephenem Kingiem. Tak sobie myślę, że Stephen King już doszedł do tego etapu w swojej karierze pisarskiej, że on już nawet pisać nie musi.
On już nawet mówić nie musi. Wystarczy, że da swoje nazwisko i przytuli za to kasę. Moim zdaniem tak się to odbyło w tej chwili, jeśli chodzi o ten film. Otóż Stephen King dał nazwisko. Na podstawie jego książki „Cmentarz dla zwierzaków” dwóch scenarzystów napisało scenariusz, który wyciągał pewne elementy z historii późniejszej i wciągał te elementy do historii wcześniejszej, czyli tej, o której dzisiaj mówimy z 1969 roku. I to jest cały wkład Stephena Kinga w ten film. Przynajmniej tyle wiem. I powiem państwu, że chyba to widać, a nawet jestem przekonany, że to widać. Otóż powtarzam, można Stephena Kinga nie lubić za konstruowanie swoich powieści, które bardziej czasami są powieściami obyczajowymi niż powieściami grozy. Okej, ja się mogę z tym zgodzić, ale on to jednak robi z pewnym wyczuciem.
Czasami truje, dużo pisze, rozdyma te książki do nieprawdopodobnych rozmiarów, ale to jednak ma jakiś sens. To jest jakoś napisane z pewnym sensem i logiką. Natomiast wybaczcie państwo, ale ten film napisany przez dwóch scenarzystów jest niestety trochę idiotyczny, jeśli chodzi o składanie opowieści, o jej opowiadanie. Może nadużywam słowa idiotyczny. Jest po prostu nieskładny. To chyba lepsze słowo, mniej nacechowane emocjami, bardziej nacechowane jednak pewnym obrazem tego filmu. Tak, zdecydowanie ten film jest po pierwsze bezładny, po drugie nawiązuje bardzo luźno do książki Kinga, ale robi to w taki sposób, wiecie państwo, jak moim zdaniem nie należy robić filmów grozy czy też horrorowych. Otóż King zrozumiał jedno, że straszyć można poprzez odczucia indywidualne, odwołując się do przeżyć wewnętrznych bohatera, do wszystkich takich rzeczy, które gniotą jego umysł, które sprawiają, że jego dusza łka albo tak dalej. Wiecie państwo, o co chodzi. I on to odkrył i eksploatuje to bezlitośnie.
Co więcej, eksploatuje to z powodzeniem. Jest kochany przez bardzo wiele osób, przez niektórych tylko tolerowany, a przez niektórych oczywiście nienawidzony. Tak wygląda nasza cywilizacja. Natomiast on jednak wie, co robi. To jest moja teza. Można się z nią oczywiście nie zgadzać, a nawet bardzo poproszę. Natomiast scenarzyści tego filmu doszli do wniosku, że jak się ma mistrza, ucapiło się go, to można zrobić wszystko. I o ile King odwołuje się do indywidualnej historii, o której mówiłem, do przeżyć bohatera, to ci scenarzyści filmu „Cmentarz dla zwierzaków: Początki” odwołują się do przeżyć społeczności. A coś takiego jak przeżycia społeczności nie istnieje. Przeżycia społeczności to jest suma pojedynczych przeżyć bohaterów, ale oni jednak stwarzają historię, którą waham się przed użyciem tego słowa, ale można by nazwać monumentalną.
Nie, za dużo. W każdym razie epicką. Nie wiem, co im przyświecało. Ani monumentalna, ani epicka ta historia zdecydowanie nie jest, ale bardzo się starali scenarzyści. W związku z tym opisali nam losy miasteczka. Co więcej, w pewnym momencie idą już na całość, czyli sięgają, Piotr to sygnalizował, kilka wieków wstecz, żeby nam to wszystko unaocznić, jak parszywe, jak podłe były początki tego miasteczka i tego wszystkiego, co się dzieje w tym miasteczku i co się zdarzy. Z perspektywy czasu to dopiero się zdarzy. To, co King opisał kilkadziesiąt lat temu. Wiecie państwo, nie, zdecydowanie ten film pasuje do tej nowej podserii „Filmotekarium”, czyli upadek wielkich serii.
[01:25:18] - Dokładnie, bo on jest po prostu zły. To nie chodzi o to, że to jest źle skonstruowane, bo nawet moim zdaniem najgłupsza historia, dobrze skręcona, dobrze przedstawiona, miałaby sens. Natomiast tutaj nie ma podstawowej rzeczy, która jest obecna w wielu ekranizacjach Kinga, których nie lubię, mianowicie klimatu. ... klimatu i pewnej, nie wiem, jak to powiedzieć, bo to się odnosi zarówno do kwestii osobistych, jak i do kwestii społecznych. To było widoczne w wielu produkcjach, gdzie mieliśmy położony nacisk zarówno na przeżycia bohatera jednostkowego, jak i na społeczność. Chodzi o klimat, ale chodzi też o taką kameralność tej historii, że tutaj niby to wszystko się dzieje, natomiast co się dzieje w tym serialu? Po pierwsze on nie interesuje. To jest jego główny grzech. On nie interesuje, nie zwraca uwagi, nie ma tam takiego mocnego uderzenia.
Dlaczego? — zapytacie. Myślę, że ponieważ się na nim pastwimy, to możemy sobie na trochę więcej powiedzieć, bo to jest rzecz, której nie to, że nie należy oglądać, bo on nie jest taki głupi jak niektóre produkcje, natomiast jest po prostu zbyt zły jak na swój poziom. Zaczyna się to od znudzonego, smętnego bohatera, który sobie żyje w tym Ladlow i żyje, i w sumie nie wiadomo, po co żyje, bo chciałby wyjechać, a wyjeżdża i w sumie nie wyjeżdża. I tyle tak naprawdę. Ale chciałbym tutaj bardziej serio przejść do znajdowania jakichś konkretnych błędów, konkretnych minusów, bo na razie to wszystko było bardzo ogólne. Na razie nie znajduję żadnych plusów. Nie jest tym plusem nawet David Duchovny, taki też smętny. Myślę, że oni nie do końca uchwycili taką kingowską... To jest taki specyficzny styl.
Nie wiem, czy to jest mentalność. To jest taki klimat, który odnajdujemy w ekranizacjach Kinga, którego oni nie potrafili tutaj przedstawić. Może ten klimat jest mniej widoczny w tym filmie z roku 2019, w tym „Cmentarzu” z roku 2019. Natomiast on jest często obecny w starszych produkcjach i to jest coś na pograniczu groteski, grozy, filmu obyczajowego i jakiegoś horroru psychologicznego. Natomiast tutaj to nic nie gra, nic się ze sobą nie łączy. Reasumując mój pierwszy minus, że ten film nie buduje świata. Ten film nie buduje świata nie tylko kingowskiego, ale nie buduje po pierwsze małej, kameralnej historii głównego bohatera i tej większej historii dusznej społeczności gdzieś tam na prowincji stanu Maine. Twórcom się naprawdę udało zrobić wielką rzecz, nakręcić coś, co jest absolutnie blade. Jest bez smaku. Tam nie ma glutaminianu sodu, tam nie ma maggi, tam nie ma soli.
To nawet powiem ci, że jest gorsze od typowego serialu telewizyjnego. Bo ja rozumiem wszystko. Ja rozumiem, że to jest debiut i to mogło się nie udać. Natomiast jeżeli się ktoś porywa, bo chyba się porwała reżyserka Byrne na stworzenie nowej serii — oni to nazywają franchise, czyli franczyzy — „Ze cmentarza”, to się naprawdę mocno nie udało. Można było zatrudnić kogoś, kto to pociągnie, bo przecież się wzięła za to wytwórnia naprawdę duża. Jeżeli sobie zobaczycie kto, to się możecie zdziwić. Kiedy mówimy o tym, że tam nie ma w zasadzie żadnej płci ten świat, to oczywiście przekłada się to też na bohaterów. Oni są totalnie płascy. Powiem ci, że to uderza, to wnerwia. W pewnym momencie tego filmu się nawet nie da oglądać.
Oczywiście nie przez to, że on jest źle zrealizowany, tylko jest po prostu nudny. Mamy takie wrażenie momentami, jakbyśmy oglądali amatorski teatrzyk, gdzie bardzo dobitnie się pokazuje animozje albo na przykład zamiary postaci. Nie wiem, Marku, czy miałeś takie wrażenie. Może dlatego to jest tak, że ten serial jest przestarzały. Znaczy przestarzały w sensie, że opowiada historie, które tak naprawdę są zakopane głęboko w pamięci Amerykanów i on będzie czytelny tylko dla pewnego pokolenia, które jest dość leciwe. Dla ludzi w innych krajach to będzie tak naprawdę zwisać, jakie oni tam mieli problemy natury moralnej. Niektóre dobitne demonstracje stanowisk naszych bohaterów są po prostu karykaturalne. Tam nie ma emocji, tam nie ma chemii, tam jest wszystko takie wymuszone, płaskie. Ten główny bohater w ogóle wygląda tak, jakby cierpiał na permanentne zatwardzenie. Jego ojciec z kolei wygląda tak, jakby wypił 10 kaw, kiedy gra i się cały czas miota.
David Duchovny w ogóle jest w tym serialu tak potrzebny jak kwiatek przy kożuchu, bo on wygląda, jakby się przyplątał z innego świata i z innej stylistyki. To jest ciekawe.
[01:30:57] - Piotrze, już to powiedzieliśmy. To jest po prostu serial, który... Serial. Jakoś tak mi się to nawiązało, bo boję się niestety — podświadomość wyszła ze mnie — boję się niestety, że to się właśnie przemieni w serię. Że dostaniemy kolejne „Cmentarze dla zwierzaków” i to będzie coś strasznego. Dlaczego to będzie straszne? Ponieważ scenarzyści i chyba reżyserka nie zrozumiała jednej podstawowej rzeczy: że siłą Kinga dla tych, którzy uważają go za pisarza godnego uwagi, jest pokazywanie świata oczyma jednostek, ludzi, którzy ten świat poznają. King nie bawi się w opisywanie procesów społecznych. Tymczasem ten film, może społecznych to za dużo, ale małomiasteczkowych procesów stara się opisać. I to jest mało ciekawe, bo to są takie problemy, które Piotr bardzo dobrze określił, że one nikogo nie obchodzą.
Tymczasem dałoby się z tej historii, inaczej opowiedzianej-
[01:32:21] - Przepraszam, że się wtrącę. One nie to, że nikogo nie obchodzą, bo one by obchodziły, gdyby bohater był mocniej zarysowany. Jest sztuką tak naprawdę tą historię przedstawić w tak krótkim czasie. To wszystko wychodzi niespójne. Nam, gdyby zaznaczono, o co tam w ogóle chodzi od początku, to byśmy może nawet się przyzwyczaili do tego, że komuś tam lis kurę zjadł. Ale tutaj to jest tak wszystko niejasne, że do 75% filmu się toczy, a potem się już toczy, jakby się jechało bolidem F1. I to się robi naprawdę absurdalne.
[01:33:02] - Tak, ale ja staram się znaleźć praprzyczynę tego wszystkiego. Próba opowiedzenia historii, z którą człowiek nie może się identyfikować. Tak jest człowiek skonstruowany, że my się nie identyfikujemy z procesami społecznymi, z rewolucjami, z powstaniami. Oczywiście my to przeżywamy, podziwiamy bohaterów i tak dalej, ale w gruncie rzeczy, jeśli mamy coś poznać naprawdę, to wolimy czytać pamiętniki, autobiografie czy nawet biografie. Wolimy poznawać historię i tę wielką, i tę małą poprzez losy bohatera, poprzez jego indywidualne refleksje. Tutaj tego państwo nie dostaniecie. Tu dostaniecie epicki obraz. Nie, żartuję. Żaden epicki obraz to nie jest, proszę państwa, ale stara się być epicki. Kompletnie nie wychodzi.
Ale co ważne, Piotrze, mówiliśmy o takich minusach. To ja wyciągnę działo, kolubrynę przynajmniej taką jak pod Częstochową. Otóż film grozy, w którym od początku państwo wiecie — ale to nie jest państwa wina, że wiecie — o co chodzi. Czyli dokładnie wiecie, dlaczego, co się je, ten przybysz z Wietnamu, co tam z nim jest i tak dalej. Wiecie to państwo i to nie jest państwa wina, ponieważ znacie to, co napisał King. Znacie „Cmentarz dla zwierzaków”, który się toczył w latach 80. czy na przełomie lat 80. i 90. Znacie to państwo i już nie odzobaczycie. A zatem jasne, że wiecie, o co chodzi.
To jest błąd podstawowy. Tego nie należało robić. Tę historię należało opowiedzieć zupełnie inaczej. I ktoś powie: „Ty, Żelkowski, tobie łatwo mówić. Spróbuj to zrobić”. Nie wiem, czy to się da zrobić. Nie próbowałem, nie przymierzałem się do tego, ale skoro się nie da historii grozy opowiedzieć w sposób par excellence groźny, to nie należy jej opowiadać. Bo mnie naprawdę korzenie historii „Cmentarza dla zwierzaków” mogą interesować tylko i wyłącznie wtedy, jeśli to będzie film grozy. Jeśli tej grozy tam dostanę. W tym filmie dostaniecie państwo...
Czy dostajemy grozę? Nie, nie dostajemy grozy. Dostajemy porcję obrzydliwości. Ale też, jeśli lubicie te filmy gore wszystkie i takie, że flaki się tam włóczą i tak dalej, to nawet tego nie ma w wystarczającej ilości. Jest trochę krwi, się leje. Inaczej, Piotrze, czy w tym filmie są sceny, które cię przeraziły? Wiem, śmieję się, przesadzam. Które chociaż odrobinę podwyższyły ci, podniosły ci tętno, jakieś napięcie poczułeś. Tam nie ma takich scen.
[01:36:27] - Nie ma.
[01:36:28] - Tam są oczywiście sceny, które mają być groźne, ale problem polega na tym, że one nie są groźne. I to jest porażka kompletna.
[01:36:37] - Tak. Tam w ogóle oni wszyscy w tym filmie są zmanierowani, każdy na swój sposób. Jak mówię, ten główny bohater cierpi. Wszyscy ogólnie cierpią. Ja tylko odniosę się do tego filmu, który żeśmy omawiali tydzień temu i to był film południowoamerykański, argentyński o opętaniu. I zobacz, że tam przekroczono pewne granice, że tam twórcy poszli w ukazanie pewnych scen, które się zazwyczaj nie pojawiają. I tutaj mamy taką historię z tym filmem o cmentarzu, że oni tam w sumie dostali wolną rękę. Pamiętajmy, że reżyserka jest współautorką scenariusza, czyli oni mogli zrobić wiele rzeczy. Oni zrobili film, który jest archaiczny, który jest nudny, który jest de facto półserialem i nie wprowadza niczego nowego w tej historii. Ja myślę, że dla dobra tej franczyzy, jak oni to nazywają, franchise, nie wiem, jak to się mówi po polsku, to jest taka grupa produkcji filmowych związanych z jednym tematem, z dziełem literackim.
Dla dobra „Cmentarza” to się powinno zapomnieć. Tak jak zapomnieć o tym, co się pojawia, tak jak dla dobra „Blair Witch Project” się powinno zapomnieć o „Blair Witch Project 2” i nikt o tym nie pamięta.
[01:38:00] - Albo na przykład jeśli chodzi o „Nieśmiertelnego”, to należy zapomnieć o dwójce. Jedynka i trójka dają się oglądać, a dwójkę jednak trzeba zapomnieć.
[01:38:14] - Możemy to ciągnąć dalej, ten Mortal Kombat i inne. Natomiast skupiając się jeszcze na tym „Cmentarzu”, nie mogę się pozbyć takiej mdłości. Czasami film, serial przyciąga scenografią, jakąś magią. Nawet jeżeli nie ma w nim sensu, to przyciąga magią, klimatem, który jest stworzony. Tu nie ma absolutnie nic. Myślę, że to jest tak w przypadku wielu zaczynających. Nie jestem reżyserem, mogę się pomądrzyć. Ja tego nie nakręcił. Natomiast zauważam w przypadku analiz wielu twórców, którzy zaczynają, że oni, pamiętasz te panie, krewne Agnieszki Holland?
[01:39:10] - Tak.
[01:39:11] - Kasia Adamik i ta druga. One miały ten sam problem, one kręciły film dla siebie. Jeżeli nie wiecie, kto to jest, to są debiutne twórczynie polskie. Jedna jest córką Agnieszki Holland, z urodzenia jest artystką. Druga to jest jej partnerka i one się wzięły za produkcję polskiego science fiction, chyba trochę polskiego horroru też. To wszystko wypuścił Netflix. Totalna klapa. Ogólnie niestrawne rzeczy. I tam jest ten sam błąd. One kręciły coś, co im się podobało.
One wyczuwały w tym jakiś flow, klimat, sens. A że zwykły widz był głupszy i nie czuł tego, to już jest zupełnie inna sprawa. One pogrążyły w ten sposób, myślę, na jakiś czas przynajmniej polską fantastykę w produkcji dużych wytwórni. Dziękujemy im za to po raz kolejny. I tu jest tak samo. Ktoś się bierze za produkcję czegoś i on ma wizję i mu się wydaje, że to, co on czuje, przekłada się super na to, co będzie czuł widz. A tak nie jest, bo otrzymujemy coś, co jest złe. To jest zły film. Nawet zacząłem sobie snuć takie teorie spiskowe. Szczerze mówiąc już mi się nie chciało szukać o tym, czy to nie było tak, że oni mieli robić serial i nagle ktoś powiedział: „Stop, nie ma pieniędzy”.
Bo to tak wygląda, ale o tym już była mowa. Co jeszcze jest w „Cmentarzu” tym? Absurdalne decyzje bohaterów. To też jest ważne. O tym trzeba powiedzieć.
[01:40:49] - Absurdalne zbiegi okoliczności.
[01:40:52] - Tak. I ta dziwna konstrukcja, o tym też już było. Ciągnie się on niemiłosiernie do pewnego momentu, potem przyspiesza, też już mówiliśmy. W moim mniemaniu on mocno Kinga niszcze.
[01:41:06] - Oj tak.
[01:41:07] - Mocno Kinga niszcze. On nawet nie jest zły. Jego się nawet nie da porównać do tych najbardziej kiczowatych produkcji opartych o Kinga. A takie też były. „Stukostrachy” były takim kiczem. Dało się to oglądać. W sumie zobacz, przecież można to nawet odnieść. Gdyby oni się wzorowali na „Stukostrachach” w budowaniu, to w sumie jest bardzo podobne konstrukcyjnie, w budowaniu wizerunku społeczności, w budowaniu postaci. Może by coś wyszło.
[01:41:44] - Piotrze, teraz ci przerwę. Ja sobie te „Stukostrachy” i w książkowej wersji, i w filmowej wersji analizowałem. Otóż różnica, dobrze, że przywołałeś ten film, polega na tym, że tam obraz społeczności dostajemy przez pryzmat historii ludzkich, pojedynczych. Mamy kilka opowieści w jednej opowieści. To się oczywiście jak w dobrej książce czy w dobrym filmie składa na większą historię. W tym filmie tego nie ma. Nawet porównując ze „Stukostrachami”, czy je cenimy, czy nie, czy cenimy książkę, czy cenimy film, to jednak „Stukostrachy” to jest, przepraszam, przegnę tak czysto retorycznie, to jest, proszę państwa, arcydzieło przy tym filmie, który dzisiaj omawiamy. Właśnie dlatego.
[01:42:45] - Zobacz, że mogłoby być bardzo podobnie. Tam pewne elementy, pewne wątki. To był dwuczęściowy film, tak?
[01:42:54] - Tak.
[01:42:55] - Mówię o tym dwuczęściowym filmie „Stukostrachy”. Jeżeli sobie poszukacie paraleli, to można je znaleźć. W jednym przypadku to jest jednak produkcja z lat 90., otrzymujemy coś, co wtedy się dało oglądać, co dzisiaj już razi, ale jednak nadal ma jakiś specyficzny urok, a w drugim przypadku otrzymujemy coś, co po pierwsze jest archaiczne, jest nudne, jest płaskie i nic się tam nie dzieje. Ktoś tu popełnił mega błąd.
[01:43:27] - I pokazując niby bohaterów, tak naprawdę ich nie pokazuje. Bo ja nie wiem, na czym polega ta magia, ale w lepszych, nie mówię dobrych, ale w lepszych ekranizacjach Stephena Kinga reżyserzy, scenarzyści uchwycili tę cechę Kinga, że King opowiada historie ludzi, które składają się na historie, które budzą w nas grozę. To najprostsza definicja. Tymczasem w filmie omawianym dzisiaj scenarzyści oraz osoba, która ten film wypuściła, opowiada nam historię O ludziach, ale to jest ta właśnie różnica. O ludziach, ale nie przez pryzmat tych ludzi. I to są historie, wiecie państwo, ja do dzisiaj, w sumie jakiś czas temu ten film oglądałem, zakończenie jest tak banalne i tak głupie. I ja nie mówię tylko o ostatniej scenie, gdzie jeden z bohaterów jedzie samochodem i ma w dupie małe miasteczka. Nawiązanie do polskiego poety jak najbardziej adekwatne, więc ma w dupie małe miasteczka. Ale mam też na myśli wcześniejszą scenę, kiedy bohater, który miał wstąpić do Korpusu Pokoju, który ma bardzo fajną dziewczynę i to jest chyba jedyny jasny punkt w tym filmie, że dziewczyna jest ładna. Ale umówmy się od razu, że to, że ktoś jest ładny czy też atrakcyjny wizualnie, to jest trochę za mało i nie zasługa filmu.
[01:45:13] - Właśnie, często my się też spotykamy z takimi zarzutami od naszych słuchaczy, nie? Że jeżeli ktoś jest ładny to...
[01:45:23] - No tak, ale tu biorąc pod uwagę, że jeśli chodzi o to, to dobrze. Ładna jest ta dziewczyna i on postanawia zostać w tym miasteczku.
[01:45:33] - Ale tak, zobacz, ten film się w sumie da sprowadzić do kilku reakcji głównych bohaterów. Ten najgłówniejszy bohater mówi: „Jadę, jadę, jadę”. Ojciec mówi: „Jedź, jedź, ale to jest tajemnica”. David Duchovny mówi: „Zastrzelę cię, zastrzelę cię, zastrzelę cię”. Jego kolega mówi: „Zabiję cię, zabiję cię, zabiję cię”. I to jest cały film. Także absolutnie do zapomnienia. Jak Stephena Kinga nie lubię, tak mi go żal. Mam nadzieję, że dużo pieniędzy za to dostał i sobie dużo fajnych rzeczy kupił. Za to, nie wiem, czy można nazwać gażą, ale kurde, zmarnowany potencjał jest.
Można było to fajnie przełożyć na jakiś serial, bo mówię, to nie wyszło spod ręki wytwórni, która jest jakaś amatorska, jakaś indie, tylko to wyszło spod ręki naprawdę wielkiej wytwórni. Czy się tu ktoś pomylił, czy ktoś przeinwestował, czy zobaczyli, że nie ma sensu? I takie pytania będą się pojawiały w tym naszym cyklu Upadek Wielkich Serii jeszcze nie raz.
[01:46:46] - A ja na zakończenie chciałbym powiedzieć, że mówiąc szczerze, największej grozy dostarczyłeś mi ty, Piotrze, bo uświadomiłeś mi, że gdzieś tam może się kryć chytry plan pociągnięcia kolejnych „Cmentarzy dla zwierzaków”, które się dzieją na początku lat 70. i w połowie lat 70. i w drugiej połowie lat 70. i na początku lat 80. I dostaniemy tych odcinków całą masę. I ja się trochę tego boję, że rzeczywiście to się rozciągnie w taką franczyzową serię, która kompletnie zniszczy całkiem, moim zdaniem, udaną opowieść. Kto lubi film, ten wcześniejszy „Cmentarz dla zwierzaków”, temu chwała. Kto lubi ten późniejszy, też mu chwała. To są inne opowieści, ale na bazie tej samej narracji. Ale boję się, że ta narracja zostanie zniszczona przez te kolejne durnowate opowieści z cyklu „Cmentarz dla zwierzaków”.
I mówiąc szczerze, z naszej rozmowy to największej grozy mi dostarczyło.
[01:48:03] - Jeszcze były oczywiście te wątki, o których mogliśmy wspomnieć, typu „Dzieci kukurydzy”, które też zostały przetworzone w coś podobnego, ale to już odsyłam was do tej naszej audycji sprzed około roku, kiedy dyskutowaliśmy przez bardzo długo o Kingu i znowu nam wyszło. Znowu żeśmy przekroczyli, nie to, że przekroczyliśmy, bo niby mamy jakiś limit, natomiast znowu o tym Kingu żeśmy długo mówili, chociaż produkcja nie jest tego warta. To nie znaczy, że nie można tego obejrzeć. To nie znaczy, że to jest złe w wykonaniu. To jest po prostu nudne. I tymi słowami chyba zakończę.
[01:48:46] - Tak, obejrzyjcie państwo ten film. Będziecie wiedzieli, dlaczego nie lubicie złych filmów. Pięknie państwa pozdrawiam i cóż, do usłyszenia w kolejnym „Filmotekarium”. Proszę państwa, tydzień temu zaprezentowałem państwu opowiadanie Krzysztofa T. Dąbrowskiego „Zombiczny dla początkujących”. Spodobała się państwu ta proza? No to idziemy za ciosem. Dzisiaj kolejne opowiadanie tegoż autora: „Zasady gry”. A zatem Krzysztof T. Dąbrowski w interpretacji Redy Haddada.
[01:49:30] - „Zasady gry”, Krzysztof T. Dąbrowski.
[01:49:37] - „Ty, jak to jest możliwe, że przewidziałeś te wszystkie wydarzenia z zeszłego miesiąca? — Marek nie mógł się nadziwić. — Stałeś się jakimś cholernym jasnowidzem czy co? Powinieneś na tym zarabiać. Jakby ci to powiedzieć... — zadumał się Adam. No wal z grubej rury. Teraz to już mnie nic nie zdziwi. No dobra. Są tacy, co nazywają to kroniką Akaszy, ale tak naprawdę jest to tylko pole informacyjne zawierające scenariusz gry.
[01:50:09] - Gry? Marek prawie oblał się piwem. Gry. Żyjemy w symulacji, ale bardziej by tu pasowało, że w grze komputerowej. Marek zaśmiał się, ale po chwili spoważniał i zaczął przyglądać się Adamowi, jakby ten był co najmniej z innej planety. Tak, w tym polu informacyjnym jest zapisany scenariusz wydarzeń. Oczywiście nie jest to akcja liniowa. Jest mnóstwo różnych ścieżek rozwoju dla świata gry. Gracze też mają mnóstwo możliwych ścieżek, możliwości wyboru, ale to tak jak w grze na kompie. Jest ograniczona liczba możliwych wyborów i są pewne ograniczenia.
Czekaj. Marek zaczął rozważać temat na poważnie, jak na myśliciela po filozofii przystało. Jeśli to jest symulacja, to dlaczego czuję swoje ciało? Czemu jest z mięsa, które czasem się psuje? Po co starość? Właśnie, skoro jesteś doskonale symulowaną postacią w grze i masz myśleć o sobie jako istocie żywej, to nie możesz mieć świadomości, że to iluzja, że jesteś tylko zbiorem informacji, a oprogramowanie każe ci być święcie przekonanym, że jesteś z materii. Okej, chyba łapię. Czyli to taka bardziej złożona cywilizacja. Tak razy kilkadziesiąt i wtedy te postaci, te ludziki. Właśnie.
Przy tak wysokim stopniu skomplikowania, aby jak najbardziej urealnić grę, te zbiory pikseli myślałyby, że są żywymi ludźmi i że ich piksele to komórki. Ale czemu to jest takie bezsensowne? Nawet przestał mu przeszkadzać dym lecący co rusz do oczu. Dlaczego nie jesteśmy nieśmiertelni? Bo wtedy to już nie byłaby gra. Scenariusz stanąłby w miejscu. Nie byłoby rozwoju. Jak to? Postaci straciłyby motywację. Nauka przestałaby się rozwijać.
Medycyna by nie istniała, bo byśmy nie chorowali. Przestalibyśmy ze sobą konkurować, brać udział w wyścigu szczurów, bo nie mielibyśmy potrzeby, by jak najszybciej się nachapać. Bo i po co? Skoro mielibyśmy całą wieczność na gromadzenie i pomnażanie dóbr, nie rodziłyby się dzieci. Co? Jak? To jest nielogiczne. Marek zszedł na ziemię i przypomniał sobie o papierosie. Podniósł go i widząc, że za moment zaciągałby się ustnikiem, zgasił go i sięgnął do paczki po następnego, ostatniego papierosa. To jest jak najbardziej logiczne.
Gdyby nieśmiertelne postaci się mnożyły, to w pewnym momencie świat gry tak by się zapełnił, że nie byłoby w nim miejsca na kolejnych. No dobra, przekonałeś mnie. Marek skapitulował. Ale dlaczego są choroby, bieda, wojny? No wiesz, czemu jest tyle cierpienia? To system nagród i kar, a także kwestia rozwoju postaci. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem, generujesz dobro, to po śmierci idziesz do raju. Nie zapominaj, że gadasz z zatwardziałym ateistą. Gdybyś mi teraz nie przerwał, Adam wyglądał na szczerze ubawionego, to byś się mocno zdziwił. No dobra, dajesz, bo mnie już chyba nic bardziej nie zdziwi od tego twojego jasnowidzenia.
Po śmierci wskakujesz na kolejny level i w zależności od twoich uczynków może być to level pod pewnymi względami regresywny albo progresywny. Jak byłeś skończonym skurwielem i niszczyłeś innych ludzi, to twoje kolejne życie wypełnione jest cierpieniem. Tak zwane prawo karmy. Tak, twoja postać cofnęła się w rozwoju i ma przez to bardziej pod górkę w kolejnym życiu. A jak jesteś super pozytywnym człowiekiem i jesteś dla innych dobry, to w następnym wcieleniu możesz się urodzić na przykład w rodzinie bogaczy i żyć sobie jak pączek w maśle. Okej, to zacznę się umartwiać i przeprowadzać staruszki przez ulicę. Adam zignorował ironię kolegi. Kalkulacja i umartwianie się, jak tego chcą religie, nie dadzą ci progresji. To dobro musi być szczere, a nie wyliczone. Nie rozwiniesz postaci, jak będąc bogaczem rozdasz całe bogactwo i będziesz żył w ubóstwie do końca swych dni.
I to tylko dlatego, że chcesz sobie zapewnić jeszcze lepsze kolejne życie. Nie, nie tędy droga. Dobra, kapuję. Marek podrapał się po brodzie. A cierpienie albo wielogodzinne modły? Bóstwa są tylko kolejnymi programami i służą temu, by sprowadzić graczy na złą drogę. Jak to? Świat gry specjalnie ma tyle religii. Dzięki nim kreuje podziały między ludźmi. Te religie dopuszczają agresję na tak zwanych innowiercach.
Wiesz, kiedyś było wyrzynanie się w imię Boga, teraz w imię Allaha. Ale to wszystko celowo zostało tak zaplanowane. To pułapka na graczy. Fanatyzm sprawia, że krzywdzisz inne postaci, które wpadły w pułapkę innej wiary. Walcząc ze sobą, cofacie się w rozwoju i kolejny level macie regresywny. No to ja jednak się cieszę, że jestem ateistą. Zaśmiał się Marek. Ale okej, załóżmy, że nieświadomie, bez kalkulacji prowadzę sobie super dobre życie i jestem prawie jak ten Jezus. A potem odradzam się w rodzinie milionerów, a do tego przystojny jestem tak, że panienki mdleją na mój widok. No i oczywiście cieszę się idealnym zdrowiem, bo wygrałem w genetycznym lotto.
To w tej sytuacji, skoro nie może być już lepiej, jaki sens ma dalsze granie? Raz, że możesz spaść niżej, jeśli mając te wszystkie dobra, nagle zaczniesz się zachowywać jak skończona świnia. Wiesz, zaczniesz wyzyskiwać biednych, mimo że kasy masz jak lodu. Złośliwie odbijać innym kobiety, nawet te średnio atrakcyjne, choć lecą na ciebie śliczne singielki. A dwa? No właśnie. To wcale nie jest koniec rozwoju. Taki raj na ziemi może być kolejną pułapką i możesz w niej naprawdę na długo utknąć, stać w miejscu albo nawet zaliczyć regres. Dlaczego? Marek zmarszczył brwi, zaciągając się papierosem.
Cały myk polega na tym, żeby rozwijać się też na poziomie duchowym, bo tylko dzięki temu w pewnym momencie rozgryziesz, co tu się dzieje. Tylko tak rozszyfrujesz, że to wszystko to tutaj tylko iluzja i z bezwolnej postaci staniesz się kreatorem swojej rzeczywistości. No dobra, ale jak już to rozgryziesz, to co dalej? Bo zabrzmiało to jak koniec gry. I tu moja wiedza się kończy. Powiedział Adam. Wiem tylko tyle, że osiągając tak wysoki level rozwoju duchowego, zaliczam jednocześnie ostatni level w grze i więcej się nie odradzam. Przestajesz istnieć, zlewasz się z nicością. Sam bym chciał to wiedzieć. Może zaczynam kolejną grę w kolejnym świecie, w którym są zupełnie inne zasady?
A może trafiam do... A! Do raju, tak? Wiesz, ja wiem, co jest między kolejnymi wcieleniami. Prawdopodobnie rozszyfrowując iluzję rzeczywistości udało mi się dotrzeć do czegoś, czego nie potrafię nazwać. Ale jest to w zasadzie ściśle zespolone z tym, kim jesteś na danym levelu, z tym jak postępujesz. Kurde stary, ty to powinieneś książki pisać. Marek dopił piwo i niecierpliwie czekał na dalszy ciąg. Zupełnie jak maniak seriali niemogący się doczekać kolejnego odcinka. Więc to jest tak: umierając trafiasz do pustej przestrzeni i przez pewien czas w niej przebywasz.
Jak byłeś dobrym człowiekiem, to zostają z tobą wszystkie najlepsze chwile z twojego życia i możesz przeżywać je ponownie tyle razy, ile tylko chcesz. I oczywiście na czas tego przeżywania zapominasz, że to tylko odtwarzana iluzja. A jak jesteś skurwielem, ale masz forsy jak lodu i w ogóle życie masz jak w bajce? Każdy człowiek musi w życiu trochę pocierpieć, nawet jak jest tak, jak mówiłeś. Każdemu przydarza się coś smutnego, przykrego. Możesz być bogaczem, ale tracisz kogoś, kogo kochasz i wiesz, że żadne pieniądze nie przywrócą tej osobie życia. A cały myk polega na tym, że po śmierci taki skurwiel zostaje pozbawiony wszystkich dobrych chwil i zostają mu te nieliczne momenty, które cierpiał. I wiesz co jest najlepsze? Co? On jest skazany na ich wielokrotne przeżywanie.
Nie może odmówić. Po prostu wpada z jednego koszmaru w drugi. No nie brzmi to fajnie co mówisz. Marek skrzywił się, jakby go zabolał ząb. A co? Czyżbyś był? Nie, na szczęście nie, ale kryształowy to przecież też nie byłem. Nie ma ludzi idealnych. Najważniejsze to się w porę opamiętać i wejść na właściwą ścieżkę. Dobra Adam, ja cię kocham jak brata.
Marek kręcił głową z niedowierzaniem. Ale dziś gadasz, jakbyś się czegoś nałykał albo zamierzał założyć nową sektę i wkręcał pierwszego wyznawcę. Wiedziałem, że nie uwierzysz. Odparł Adam, ale nie wyglądał ani na smutnego, ani na zdziwionego. Sprawiał wrażenie, jakby mu było zupełnie obojętne, czy zostanie uznany za świra, czy zrozumiany. Nie no, to nie tak. To wszystko, co mówisz, jest zajebiście logiczne, ale... Ale? No właśnie. Ale nie jestem w stanie w to uwierzyć.
To jasnowidzenie to mógł być przypadek. A teraz? Zapytał Adam i zniknął. Marek wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Spokojnie. Jak już rozgryziesz, że to iluzja. Kontynuował niewidzialny Adam. Że jesteś tylko informacją i jak w to uwierzysz, to jesteś w stanie zmieniać te informacje w dowolny sposób, bo już nie jesteś więźniem wiary w swą materialność. Ee? Mogę na przykład zrobić to.
Nagle w pokoju pojawiło się pyk, pyk, pyk. Trzech Adamów, a każdy z nich miał inne włosy. Jeden długie, czarne, drugi blond, a trzeci był krótkowłosym brunetem. Marek zemdlał. Adam zrozumiał, że posunął się za daleko. Skupił się i sprawił, że gra cofnęła się do ostatniego, bezpiecznego dla Marka momentu. Była to chwila tuż przed tym, nim Adam postanowił zniknąć, by udowodnić Markowi, że mówi prawdę. Miał tylko nadzieję, że nie wywoła efektu Mandeli. Cofanie się do poprzedniego stanu gry zawsze niosło ze sobą ryzyko, że przeskoczy się w odrobinę inny scenariusz rozwoju świata. Nie, to nie tak.
Powiedział Marek. To wszystko, co mówisz, jest zajebiście logiczne, ale... Ale? No właśnie. Ale ja nie jestem w stanie w to uwierzyć. To jasnowidzenie to mógł być przypadek. No chyba masz rację stary. Adam uznał, że w ten sposób nie pomoże koledze w szybszym przeskoczeniu do kolejnych etapów gry i że lepiej się z tego wycofać. To prawdopodobnie był przypadek, ale sam byłem w szoku, że tak wyszło. No i tak sobie zacząłem rozmyślać i fantazjować na temat tego całego świata.
Wiesz, szukałem logicznej odpowiedzi w tym jakże nielogicznym wydarzeniu. To dobrze, bo szczerze mówiąc to już myślałem, że zwariowałeś.
[02:02:19] - To co? Jeszcze jeden browarek?
[02:02:22] - Czemu nie?
[02:02:22] - Marek wstał i już miał ruszyć do kuchni, ale zatrzymał się i zmarszczył brwi.
[02:02:28] - Halo, halo! Ziemia, zaloguj się z powrotem!
[02:02:31] - Adam zamachał mu ręką przed oczyma. Marek zamrugał i potrząsnął głową.
[02:02:36] - Sorry, zawiesiłem się. Po prostu, że to przewidziałeś, to statystycznie możliwe, ale prawdopodobieństwo jest tak nikłe, że ja pieprzę. Naprawdę dałeś mi tym wszystkim do myślenia.
[02:02:53] - Weź ty lepiej idź po piwo i nie filozofuj za dużo.
[02:02:57] - Zaśmiał się Adam.
[02:03:05] - Proszę państwa, czas na drugie spotkanie z Piotrem Cielebiaśkiem. Tak, czas na Sentymentalnik. A dzisiaj porozmawiamy o grach komputerowych, ale nie o tych wypasionych. W końcu to Sentymentalnik. Porozmawiamy o tych prostych, ledwie kulających się po ekranie grach, które jednak pochłaniały bez reszty, które były czymś wymarzonym, przedmiotem pożądania. Może nie mrocznym, ale ewidentnie przedmiotem pożądania w latach 80. i na początku lat 90. O tych grach, w które grało się jeszcze na pamiętnym ZX Spectrum, ale też o tych troszkę późniejszych, w które grywało się na pierwszych pecetach, które pojawiły się w Polsce. Zapraszam. Przed nami Sentymentalnik.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:04:02] - Witam, witam.
[02:04:03] - Kolejny Sentymentalnik czas zacząć. Dzisiaj się unowocześniamy, bo dotychczas mówiliśmy o filmach, mówiliśmy o zjawiskach telewizyjnych czy programach telewizyjnych. Dzisiaj idziemy z duchem czasu. Komputeryzujemy się.
[02:04:20] - Tak, dzisiaj powiemy o grach i to chyba powiemy o grach pierwszy raz. O grach wideo, żeby nikt nie myślał, że innych. To będą gry, do których sentyment odczuwamy. Jak mówię, na jednym odcinku się raczej nie skończę. Z Markiem mamy bardzo różne gusta. W różnych czasach żeśmy też w te gry grali i postanowiliśmy sobie, że do każdego odcinka dobierzemy po jednej, dwie gry i może ożywimy nasze i wasze wspomnienia z tym związane. No cóż, Marku, ale nim przejdziemy do konkretów, taki mały wstęp, bo czytałem ostatnio coś takiego. Zobacz, okazuje się, że mówiąc poetycko, siwizna oprószyła dawno skronie ludzi, którzy grają albo grali w przeszłości w gry wideo. Mnie na przykład jest sobie trudno wyobrazić, aby mój dziadek grał w gry komputerowe. Oni wiedzieli, co to są gry wideo, natomiast nigdy ich nie widziałem, żeby grali, żeby się tym interesowali.
Mówię o swoich dziadkach. To nie było dla nich. Oni owszem, grali, ale w karty chyba głównie. Natomiast moi rodzice byli zaznajomieni trochę z grami wideo. Najpierw z radzieckimi zręcznościówkami typu Wilki, Zając, zbieranie jajek. Pamiętasz taką konsolkę może? A potem grywali na moim Pegasusie. Gry wideo stały się czymś, co jest bardzo ciekawym fenomenem, wręcz kulturowym i społecznym. Nie dość, że są elementem popkultury, to są też wielką gałęzią biznesu, podstawą dla filmów i tak dalej. Kształtują wyobraźnię pokoleń.
I my też na niektórych z tych grach żeśmy wyrośli. Do czego zmierzam? Gry się tak szybko zmieniają. Są rynkiem tak bardzo dynamicznym, że po prostu nam jeszcze się wydawało, że starsze pokolenia grać w gry nie mogą. A tu się okazuje, że dla tych pokoleń już, które grają teraz, które się urodziły po roku 2000, istnieje świat gier retro będący czymś, czym dla nas było w starym kinie, prawda? Z grami z Sentymentalnika właśnie będzie taka szczególna historia, że pewnie dinozaury je kojarzą. To będą często hity z dawnych lat. Dzisiaj może nie okazałyby się już tak wciągające. Dlatego dzisiaj też skupimy się na tym sentymencie. Na tym sentymencie, który się wyraża tym, że przypomnimy sobie, jak się w nie grało.
Bo ja na koniec powiem, jakie miałem odczucia, kiedy po latach bardzo wielu zagrałem w grę, o której dzisiaj będę mówił. Ale Marku, pytanie do ciebie. Ty lubisz sobie ciupnąć, zagrać? A jeżeli już, to powiedz w co. Bo ja na przykład jestem miłośnikiem strategii, najlepiej turowych. Jestem też miłośnikiem raczej dłuższych rozgrywek. Lubię takie strategie cywilizacyjno-przygodowe. Mniej lubię na przykład ekonomiczne, ale wiem, że twój gust growy idzie w zupełnie innym kierunku.
[02:07:24] - Tak, ja zdecydowanie preferuję gry przygodowe, a ze szczególnym uwielbieniem dla strzelanek first person. No cóż, to jest gust specyficzny, ale powiem tak: współczesne gry, możecie państwo w to nie wierzyć, są bardzo krótkie w porównaniu z tym, co na przykład w latach 90. albo na początku XXI wieku oferował przemysł growy. Wtedy, żeby przejść taką przygodówkę pierwszoosobową, strzelankę najlepiej, to naprawdę trzeba było wielu, wielu godzin czystej gry bez powtórek. Jeśli się wliczyło wszystkie sejwy, to proszę państwa, to była gra na wiele, wiele dni. Dzisiaj gry, przynajmniej część gier, przechodzi się bardzo szybko. To taka moja refleksja. Po prostu business is business. Ale ja nie o tym. Z grami po raz pierwszy zetknąłem się, tu państwa może zaskoczę, ale w latach 70.
Nie w sposób czynny, raczej w sposób obserwujący. Z pewną fascynacją obserwowałem. Byłem na wakacjach nad morzem. To był dom wczasowy. Kiedyś były domy wczasowe. Tam był telewizor z podłączoną grą. Do dzisiaj pamiętam jej tytuł. Nazywała się „Pong”. I ten „Pong” to był chyba rodzaj tenisa. Tak to przynajmniej odbieram.
To były proste kreski na ekranie i kulka, kropka pomiędzy nimi pomykająca. I grało się teoretycznie w tenisa. I wierzcie mi państwo, tych kilka kresek na ekranie monochromatycznym fascynowało. Absolutnie fascynowało. To było coś niesamowitego, wydawało się. Ale przypomnę, druga połowa lat 70. Odrzućmy to o tyle, że to są wspomnienia już naprawdę z epoki węgla, praktycznie rzecz biorąc, jeśli pomyślimy sobie o grach. Jeszcze w tym samym zestawie była walka czołgów. To też wszystko prymitywne było. Kilka pikseli pomykało sobie po ekranie.
Jeszcze kilka innych gier, których już dzisiaj, wybaczcie państwo, nie pamiętam. Ale moja prawdziwa przygoda z grami zaczęła się w połowie lat 80. od gry, która mnie absolutnie wtedy zafascynowała. Co więcej, Piotr powiedział, że powie o tym na koniec, to ja oczywiście na zasadzie takiej przeciwwagi powiem o tym na początku. Gra, o której chcę powiedzieć, nosi tytuł „Knight Lore”. Ona się ukazała w '84 roku. Ja ją poznałem bodajże w '85 albo na przełomie '85 i '86 roku. Ona mnie wtedy absolutnie wciągnęła, o czym za chwilę powiem. Natomiast ja całkiem niedawno wszedłem sobie, bo w tę grę można obecnie pograć online. I wierzcie mi państwo, ona być może dlatego, że jestem starym ramolem, ale ona w dalszym ciągu ma pewien urok.
To jest prosta gierka. Gra komputerowa, tak jak powiedziałem, stworzona w połowie lat 80. jako trzecia gra firmy, której, wybaczcie państwo, nie pamiętam. W każdym razie to była trzecia gra, ale pierwsza gra tej firmy w tak zwanym rzucie izometrycznym. To bardzo mądrze brzmi, a tak naprawdę chodzi o coś, co dzisiaj jest oczywistą oczywistością, a wtedy było odkryciem, bo wszystkie gry były płaskie, a to była nagle gra, która próbowała odwzorowywać przestrzeń trójwymiarową na płaszczyźnie. I ten „Knight Lore” w różnych kolorkach to bardzo prosta gra. Wchodzi się z jednej komnaty do następnej. To gra właściwie przygodowo-zręcznościowa. Trzeba się było nieźle natrudzić. Na szczęście jak człowiek nie miał mapy tych podziemi, bo to chodzi o to, że jest tam podróżnik znany z poprzednich gier, w dodatku, który od czasu do czasu przemienia się w wilkołaka, o ile dobrze pamiętam, co też stwarza pewne problemy w tejże grze.
Ma 40 bodajże dni na zebranie różnych gadżetów i na odbycie misji. Może tak. Powiedziałem, przygodowo-zręcznościowa i bez mapki było ciężko. Na szczęście wtedy wychodził taki magazyn, który nazywał się „Bajtek” i w jednym z tych magazynów była, wiele, wiele później, po tym, jak grałem w tę grę, mapka. I dzięki tej mapce można się było po tych podziemiach, dosyć rozbudowanych jak na tamte czasy i na tamtą grę, poruszać dosyć swobodnie. Ale czym ta gra tak naprawdę fascynowała? Pewnym klimatem i pewnymi rozwiązaniami. Zawsze nowości fascynują. Wyobraźcie sobie państwo ten ekran. Zresztą wpiszcie sobie państwo tytuł „Knight Lore” i zobaczcie, jak to wygląda.
Różne kolory plansz, bardzo proste. Albo trzy wejścia, albo cztery wejścia, albo dwa wejścia. Różne duchy, kraty, jakieś butle z truciznami, z eliksirami, diamenty czy też klejnoty. To wszystko trzeba było pozbierać. Trzeba się było po tym poruszać, zdążyć w ciągu 40 dni i nocy i tak dalej. Ja wiem, że to, co w tej chwili opowiadam, to jest jeden wielki chaos, który nie odzwierciedla tej gry. Po prostu zerknijcie państwo do internetu, cóż to za gra była. I uwierzcie mi, że w połowie lat 80. to była gra absolutnie kultowa, grana w dodatku przeze mnie na absolutnie kultowym komputerze. Było wtedy coś takiego, co nazywało się ZX Spectrum i to ZX Spectrum było w różnych wydaniach.
Ja grałem w takiej prostej, bez dodatków. Sama klawiatura tak jakby. Później jeszcze widziałem, to był taki mroczny przedmiot pożądania, bo się pojawiło ZX Spectrum z magnetofonikiem na kasety. Można było gry wgrywać. Ale później się pojawił absolutny hicior ZX Spectrum ze stacją dyskietek wbudowaną. To się wydawało wtedy kosmos. Absolutnie. To był szczyt techniki i w ogóle wyobraźni. Dzisiaj śmiejecie się państwo, z politowaniem kiwacie głowami, a to wtedy naprawdę była nowoczesność. Naprawdę było coś Absolutnie zwariowanego.
Ja na tym punkcie wariowałem. Nie ukrywam, że nie miałem tego ZX Spectrum, grałem u kolegi i trochę byłem jak o niechcianych gościach. Ja nie mogłem wyjść od tego kolegi. Nie czuły byłem zupełnie na wszelkie próby dania mi do zrozumienia, żebym sobie już jednak poszedł, bo jest późno. Ja po prostu wsiąkłem w tę grę ostatecznie. Później już nagabywałem kolegę, żebym odpowiednio wcześniej do niego przychodził i pykał w tę grę. Ona mnie absolutnie pochłonęła. Nie żeby ona była jakoś specjalnie skomplikowana, chociaż ten element zręczności, że trzeba było opanować pewne ruchy, pewną klawiaturologię i tak dalej, to były pewne trudności, które należało pokonać. Ale wierzcie mi państwo, to była zabawa przednia. Równolegle z tą grą, to tylko wspomnę, nie będę państwa katował sentymentami szczególnymi, ale ten kolega, u którego grałem miał jednocześnie coś, co też było bardzo proste.
Składało się z kresek, ale składało się też z takiej klawiatury na dolnej części ekranu. Nie klawiatury, tylko pulpitu. To był symulator śmigłowca. I znowu państwo się możecie taszeć ze śmiechu, bo ten symulator śmigłowca to było bardzo proste urządzenie. Więc ja rypałem w tego Night Lore'a, ale w przerwach grałem sobie w symulator śmigłowca. Tam trzeba było odpowiednio otworzyć przepustnicę, obroty, trzeba było panować nad tym wszystkim. Jak się wyleciało już w przestrzeń, to zaczynali do ciebie strzelać z ziemi, jakieś działa przeciwlotnicze, tym podobne bajery. Ale to było fajne. Lubiłem ten symulator, bardzo prymitywny, ale nieustannie wracałem do tego świata podziemi, w których szukało się nie wiadomo czego. Ja wtedy nie do końca wiedziałem, czego szukam.
Dzisiaj jestem już taki mądry. I to była gra fascynująca. Tam się nie strzelało, tam się próbowało być cwaniakiem, zdobywać różne rzeczy, pomimo tego, że krążyły tam różne stwory typu duchy, różne maskarony, które przeszkadzały w naszej misji. Ja absolutnie wspominam to dzisiaj z łezką w oku, ale wierzcie mi państwo, dla funu, dla zabawy spróbujcie odszukać to Night Lore online i spróbujcie pograć, chociaż przez chwilę. Jedni po to, żeby przekonać się, jak to proste były wtedy gry, a drudzy dla sentymentu. Po to, żeby wrócić do czasu dzieciństwa, młodości. To już państwo sobie dostosujcie do swoich preferencji wiekowych, czy też do swoich możliwości wiekowych. W każdym razie ja bardzo dobrze wspominam tę grę. To teraz Piotrze, ty i twoja gra.
[02:17:52] - Ja na dzisiaj sobie przygotowałem taką grę, która była dla mnie wyjątkowa. To była gra komputerowa. Ja oczywiście grałem wcześniej w gry wideo. Dzisiaj o nich nie będę mówił. Natomiast to już była gra na komputer oparta o DOS-a. Stała się jedną z moich ulubionych gier strategicznych. Pytanie, czy ja bym chciał w nią grać dzisiaj, to za chwilę. I była to też jedna z gier, w które tak zawzięcie grałem. Bo wiecie, te wszystkie Pegasusy, te gry były proste, raczej zręcznościówki. Tu już była gra, gdzie trzeba było myśleć, bo cię ukatrupią.
Chodzi mi o grę Clash. To jest jedna z pierwszych polskich gier strategicznych, może nawet pierwsza, wydana w 1998 roku. Jak czytamy, autorem scenariusza był redaktor pisma CD-Action, Jerzy Poprawa. Autorem muzyki, i ta muzyka naprawdę była fajna jak na grę z tamtych lat, był Adam Skorupa. I z tego, co czytałem, gra się cieszyła uznaniem. Wydano ją w '98 roku. Ja musiałem w nią zacząć grać około roku 2000. Tak sobie dzisiaj wyliczyłem. Ogólnie to jest tak, że to jest strategia spod znaku magii i miecza, tylko że nie jest za bardzo fantastyczna. Ona tylko sięga po elementy fantastyczne, natomiast jest bardziej historyczna.
I formalnie tam mamy dwie kampanie, że tam jest kraina Karka, która zostaje najechana i oni muszą sobie coś z tym zrobić. Powiem tak, same kampanie, jak to w strategiach bywa, nie są za bardzo ekscytujące, przynajmniej dla mnie. Natomiast sytuacja się zmieniała diametralnie, kiedy sobie ustawiałeś mapę. Po prostu grałeś w mapę, nie w żadną kampanię. Dobierałeś sobie ilość uczestników, wrogów czy też żywych graczy. I grałeś sobie albo sam z komputerem, albo z innymi ludźmi, albo sam ze sobą nawet. I tu się zaczynała prawdziwa zabawa, bo Clash oferował przynależność do pogan i do wiernych. To w zasadzie nie miało żadnego znaczenia. Z tego, co pamiętam, wszyscy grający mieli tam te same budowle i jednostki. Tam nie było tak, jak jest w niektórych grach, że wybierasz sobie stronę i masz jednostki, które są tylko dla tej grupy.
Nie, tam wszyscy mieli jednakowo. W grze, jak to w strategii, kiedy sobie wybierałeś opcję mapy i swobodnej rozgrywki, chodziło o to, że chodziłeś ludzikami po mapie, zbierałeś jakieś tam fanty, chociaż mało ich było, i rozbudowałeś zamki i twierdze. Można też było, z tego, co pamiętam, budować drogi, przede wszystkim wykopywać skarby, ale tylko przy pomocy specjalnych jednostek budowniczych. Problem był taki, że tych skarbów było za mało i nie dość, że ich było mało, trzeba było ich szukać po tej wielkiej mapie. Oczywiście eksplorować tę mapę, bo cała była zacieniona. Jeszcze czasami mogłeś wykopać jakąś klątwę. Kampania była kampanią, natomiast tryb wieloosobowy przemieniał „Clasha” w żołnierzyki na komputerze. Można sobie było tworzyć potężne armie i rozgrywać nimi epickie bitwy. Naprawdę epickie. Albo przejść w tryb zwykłej naparzanki i szturmować miasta, jeden drugiego.
Dlaczego to sprawiało taką frajdę? Dlaczego tak dobrze tę grę zapamiętałem do dzisiaj? Dlatego, że do dyspozycji się miało, uwaga, ponad 30 rodzajów jednostek i nawet późniejsze gry, znacznie starsze, bardziej rozwinięte, nie są w stanie „Clashowi” pod tym względem dorównać. Chodzi tutaj o pewną oryginalność, jeżeli chodzi o jednostki, bo miałeś i piechotę lekką i ciężką, i jazdę, i strzelców konnych, i muszkieterów, i górali, leśników. To wszystko było bardzo ciekawe. Kogo tam nie było, to trudno powiedzieć. Dodajmy do tego jeszcze katapulty, tarany, armaty i na końcu stworzenia magiczne. Z nimi był problem, bo je było trudniej produkować, ale były bardzo mocne. Czyli nie było tam jakichś krasnali czy orków. Tam były jakieś cyklopy, ważki, czerwie.
Pamiętam, smok był, nawet słoń był bojowy. Jak mówię, z dzisiejszej perspektywy gier strategicznych ilość jednostek w „Clashu” robiła ogromne wrażenie. Te jednostki ginęły w dość spektakularny sposób, przemieniając się w taką krwawą papkę, ale równocześnie zbierały doświadczenie i mogły być leczone na przykład. Także pamiętam, że z kolegami budowaliśmy sobie wielkie armie złożone z dziesiątków różnych rodzajów jednostek. W grze były plutony, czyli każdy oddział miał dziesięciu osobników. Można było sobie te jednostki mieszać. Myśmy to robili różnie. Na przykład ustawialiśmy pole bitwy i potem się naparzało. Naparzało się w taki sposób, że przechodziło się w tryb, jak graliście w „Heroesów”. Tam też był taki tryb, że przechodziło się w tryb bitewny i tam się zadawało obrażenia.
To było wszystko fajne, bo to były takie żołnierzyki na mapie. Tylko był jeden zasadniczy problem, bo stworzenie tej armii trwało cholernie długo. To była strategia turowa i kiedy się chciało naprawdę osiągnąć wysoki poziom, to zajmowało dosłownie setki tur, bo to się wszystko toczyło bardzo wolno. W „Clasha” się lepiej grało z ludźmi, bo komputerowy przeciwnik był ustawiony tak, żeby cię od razu ukatrupić. Szczególnie jeżeli było ich kilku. Czyli zanim sobie wyprodukowałeś jakieś fajne jednostki, to on cię zabił. Pomyśl sobie, że jesteś na początku i masz do wyboru tylko najprostsze jednostki. Wiesz, że tam są jakieś armaty i cyklopy, i ważki, a tutaj już cię zabijają na samym początku. To było trochę deprymujące. To była trudna gra.
Tak się wydawało wtedy. Był też drugi minus. „Clash” był grą bardzo nowoczesną. Jak na swoje czasy i na to, że była to gra polska, był grą bardzo nowoczesną. Był tylko jeden problem. On był w wielu punktach niedopracowany. Takim ogromnym minusem „Clasha” był system ekonomiczny, czyli pieniądze. Żeby cokolwiek zrobić, to musiałeś mieć pieniądze. Pieniądze się brało, z tego, co pamiętam, od chłopów w zamkach i trzeba było zrobić wszystko, żeby utrzymać stały poziom chłopów płacących daninę, żeby mieć pieniądze. Tylko że był problem, że były bardzo wąskie widełki i jeżeli oni przekraczali pewną liczbę, to wtedy dochodziło do zarazy.
Pieniądze ci przepadały. Jeżeli byli za bardzo uciskani podatkiem, to uciekali. To było tak, że w sumie tych pieniędzy miałeś bardzo mało i to wszystko było strasznie nużące w pewnym momencie. Dochodziłeś do wniosku, że musisz pilnować ich niemal ciągle, żeby mieć dochód i to jeszcze mały. Pieniądze można było jeszcze wykopać w ramach skarbu, to pamiętam. Natomiast nie było tego za dużo. To była gra w ogóle bardzo podobna do serii „Heroes of Might and Magic”, tylko że tam nie było tylu fantów na mapie. Praktycznie ich w ogóle nie było. Można było dostać pieniądze też za wejście do świątyni, ale to były znikome ilości. Także biorąc pod uwagę skopany system ekonomiczny, z drugiej strony rozbudowaną ilość jednostek, możliwość stworzenia naprawdę fascynującej kampanii wojennej, to strasznie deprymowało.
Jeżeli ktoś był mało odporny, to kończył z tym „Clashem”, bo mówił: „Nie, ja tu dostanę fisia, zanim zbiorę te pieniądze”. Natomiast kiedy się człowiek nauczył w to grać, kiedy się przełamał, to zabawa była naprawdę fajna. Dodam też, że to była gra bardzo nowoczesna i istniała możliwość rozbudowy zamku taka sama jak w „Heroesach”, czyli miała dość ograniczony charakter. Zresztą wiele rzeczy było z „Heroesami” podobnych. Pojawiał się na przykład taki bohater, taki heroes W postaci królewskiego dziecka, bo w trakcie gry mogłeś sobie pojąć żonę na przykład. To akurat do Heroesów nie jest podobne. Można było łapać szpiegów, wysyłać szpiegów chyba nie, ale może mi się coś pomyliło. Tak że naprawdę to było fajne. Ta gra wystartowała moje zainteresowanie strategiami. I powiem wam tak: ja sobie po latach posuchy, bo moja płyta z Clashem była porysowana jak nie wiem co, gdzieś po wielu latach na jednym z portali znalazłem sobie Clasha do pobrania.
Odpaliłem. Pamiętam, to było z dwa lata temu. Pograłem. No cóż, wróciły wspomnienia, ale to już jednak jest gra bardzo archaiczna. Dzisiaj jest w to trudno grać, naprawdę. Jeżeli się grało w inne rzeczy. Tutaj wracam do tego, co powiedziałem. Czasami lepiej zostać przy wspomnieniach, zamiast próbować je ożywić, bo nasze wrażenia mogą być bardzo rozczarowujące. Oczywiście to nadal jest do pogrania, natomiast to tak zabiera czas, jest tak nużące, tak dużo czasu trzeba spędzić, że po kilkudziesięciu turach już nie mogłem tego wytrzymać. Dałem sobie spokój.
Pod tym względem Clash zdecydowanie przegrywa z Heroes of Might and Magic, które są grą bardziej dynamiczną. A w Clashu, chociaż wszystko było zarąbiste, po prostu w pewnym momencie się przestawało dziać. I była stagnacja. Ja czytałem, że twórcy tej gry mówili o tym, że mieli super pomysły, ale zostały zatrzymane w toku produkcji i tak dalej. Ale Marku, ja ci powiem więcej. Powstał całkiem niedawno Clash 2. Dowiedziałem się o tym też względnie niedawno. Nie zdążyłem jeszcze w to zagrać, widziałem tylko jakieś fotosy, fragmenty filmów chyba, ale jest podobny do tamtego trochę wizualnie. I nie wiem, czy oni też nie grają na sentymentach, że próbują ożywić wspomnienia u ludzi, którzy grali w to przed laty. Natomiast powiem tak: oni sprzedali wtedy kilkadziesiąt tysięcy kopii tej gry, ale nie wiem, czy w obecnej formie, w drugiej odsłonie powtórzą ten sukces, bo po prostu jakieś elementy archaizmów w Clashu dostrzegam.
Tyle o tej mojej grze wybranej. Jeżeli ktoś z was pamięta tę grę, to dajcie koniecznie znać, czy wasze wnioski są podobne. Ja na przykład nie pamiętam za dużo, jeżeli chodzi o kampanię. Może macie jakieś lepsze wspomnienia. Ale co było ogromnym plusem jeszcze: muzyka. Muzyka, ogólnie udźwiękowienie. Naprawdę fajna sprawa.
[02:29:32] - Piotrze, to ja troszeczkę nie tyle w kontrze do tego, co powiedziałeś, ale w kontrze do gry, o której opowiadałeś. Przygodówki mają to do siebie, że one się tak nie ciągną. Tak jak powiedziałem, tu mamy 40 dni na poradzenie sobie z zadaniem w tej grze Night Lore. Co więcej, mamy pięć żyć i jak je tracimy, to tracimy grę od początku. Ale ja mam inne odczucia niż ty. Ja kiedy wróciłem do tej gry, przypomnę, o kilkanaście lat starszej niż ta gra, o której mówił Piotr, to ta gra mnie jednak fascynowała. W dalszym ciągu fascynuje mnie. Nie z powodu jej wizualności, bo ona jest taka, jaka jest. Natomiast zdajmy sobie sprawę z tego, że ta gra, która powstała w połowie lat 80., tam jest około 130 pomieszczeń. Coś niecałe, pewno 126, może osiem, nie pamiętam, ale to jest ogromna liczba.
W każdym pomieszczeniu jest zagadka, kolejne przedmioty do zdobycia. To są rzeczy do przeżycia. Nawet jak się porusza kilkudziesięciopikselowym stworkiem, którym tam się operuje za pomocą tylko strzałek na klawiaturze, jeśli się gra w tej chwili, to jednak to jest fascynujące. Co więcej, muzyka. Nie, tu nie ma żadnej muzyki, tu są dźwięki i to wcale nieprzyjemne. To, co słyszycie państwo, co się wydobywa z głośników, jest niesympatyczne albo bywa niesympatyczne, a mimo wszystko człowiek macha na to ręką. Dlatego ja lubię przygodówki, lubię te shootery, bo to jest sól. Co prawda w Night Lore nie ma żadnego strzelania, ale będzie później, jak sobie powiedziałem. Bo proszę państwa, dzisiaj o tych grach chyba już więcej nie powiemy, bo trudno opowiadać grę. Zarzuciliśmy państwu dwa tytuły.
Jeden naprawdę bardzo stary, drugi nieco młodszy, ale nie ukrywajmy, też już dosyć stareńki. Pewno bawiły te tytuły dwa różne pokolenia, a nawet na pewno bawiły dwa różne pokolenia. I cóż, my tylko zapowiadamy, że to nie jest ostatni odcinek o grach. Co prawda zrobimy sobie pewną małą przerwę, ale ja już państwu powiem, że następny growy odcinek Sentymentalnika w moim wykonaniu będzie o Grach takich jak Wolfenstein 3D i Doom. To były gry z pierwszej połowy lat 90., które absolutnie mnie zabiły i sprawiły, że stałem się tym, kim jestem, czyli maniakiem pierwszoosobowych strzelanek. To było coś, co przekroczyło wszelkie granice. Ja wiem, fascynowałem się grą, o której państwu dzisiaj opowiadałem. Ten Night Lore był grą, która długo we mnie została. Nie wiem, czy nie straciłem wtedy kolegi. Bo jak się serwuje koledze ileś pobytów do późnej nocy, to on w pewnym momencie zaczyna być nieprzyjemny.
I tak chyba straciłem kolegę. Młody byłem i głupi, mało doświadczony, więc stało się, jak się stało. W każdym razie to było fascynujące, ale to, co się zaczęło dziać przy grach, o których przynajmniej ja opowiem w następnym odcinku, to Wolfenstein 3D, a później Doom, absolutnie mnie zabiło. A o czym ty, Piotrze, opowiesz w następnym growym odcinku?
[02:33:48] - Jeszcze nie wiem. Muszę się zastanowić, dlatego że dzisiaj żeśmy się zgrali i opowiedzieli obaj de facto o grach z pogranicza, z tej rodziny magii i miecza, ewentualnie jakiejś fantastyki. Także będę musiał pomyśleć, co by ci tu w następnym odcinku zapodać. Może nie w kontrze, ale żeby było w miarę blisko. Czekamy oczywiście na wasze sugestie. Czy macie takie gry, które szczególnie wam zapadły w pamięć, a takie, o których nikt nie pamięta? Na jakiej platformie one były? Na jakim komputerze, z jakich czasów, z jakich gatunków? To też jest interesujące. Piszcie.
My jeszcze do tego tematu na pewno wrócimy.
[02:34:40] - Ja tylko jeszcze powiem zupełnie na koniec, że my naprawdę czytamy państwa komentarze i pamiętamy o Shagmie, pamiętamy o Shadokach, pamiętamy o Barbapapie. Pamiętamy o wielu innych programach, grach, filmach, o których państwo piszecie. Wszystko, proszę państwa, z czasem. Wrócimy do tego. A na razie wszystkiego dobrego. Dziękuję tobie, Piotrze. Dziękuję państwu. Do usłyszenia.
[02:35:11] - Do usłyszenia. Cześć.
[02:35:15] - Tak, proszę państwa, łezka w oku się zakręciła pewno niejednemu. Jeśli nawet nie łezka, to wspomnienia wspaniałej zabawy. A teraz czas na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj przenosimy się do państwa środka. Może niedokładnie. W każdym razie autor z tamtych rejonów wzięty jest na tapet. Nigdy nie wiem, jak się to czyta. Cixin Liu? Jakoś tak. Cixin Liu.
A mamy do czynienia w tej recenzji z cyklem „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”.
[02:36:14] - Dobry wieczór. A może dzień dobry państwu. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo czas wysłuchać mojego zaproszenia do kolejnego labiryntu. Ostatnio mam słabość do trylogii. Poprzednio była trylogia bardziej rozrywkowa, przy której musiałem się bardziej wysilić, nakłonić państwa lub zaproponować państwu zupełnie nową interpretację niezwykłej dla mnie jednak trylogii Rice. Dzisiaj będę mówił o trylogii, do której czytania nie powinienem nikogo nakłaniać, bo to oczywistość. Będę mówił o fantastyce. Tak, o hard SF na poziomie, który jest literaturą i to przez wielkie L. Mam na myśli trylogię Cixina Liu. Kolejne tomy to: „Problem trzech ciał”, „Ciemny las” i „Koniec śmierci”.
Dlaczego ta powieść jest oczywista? Bo to literatura w najlepszym wydaniu, wybiegająca 17 miliardów lat w przyszłość. To trzeci tom, ale tak naprawdę bazująca na wiedzy, którą teoretycznie nasza cywilizacja ma już dziś. I to powieść trudna. Pierwszy tom, „Sprawa trzech ciał”, to mierzenie się autora, obywatela Chin mieszkającego w Chińskiej Republiki Ludowej, mierzącego się z wielkimi problemami własnego kraju. Ponieważ akcja powieści zaczyna się na przełomie lat 60. i 70., w czasie rewolucji chińskiej. Nie wiem, ile z tego rozumiem. Przyznaję, że ta część jest dla mnie najtrudniejsza, w tej części właśnie historycznej. Najtrudniejsza intelektualnie, ale też emocjonalnie.
Już kilkakrotnie mówiłem państwu o chińskich powieściach z tamtych czasów, ale to, co proponuje Cixin Liu, w niczym nie odstaje od tego, o czym mówiłem wcześniej. Natomiast wstrząsa, gdy w jednej z pierwszych scen córka właściwie bierze udział w linczu na własnym ojcu, profesorze uniwersyteckim. Boli. Ale to jest tło, na którym opowiadana jest historia o kontakcie. Wiecie państwo, pomysł oczywiście w literaturze fantastycznej absolutnie nie nowy. Z wybitnymi absolutnie powieściami „Solaris” Lema czy niektórymi powieściami Wattsa W tej chwili udzie mi do tyłu. Przepraszam. W każdym razie na pewno Lemowski „Solaris” jest tutaj jednym z najlepszych przykładów. Z tym, że tym razem sytuacja jest bardziej skomplikowana, ponieważ to Ziemia, która od czasu do czasu, jak wiemy, wysyła sygnały, otrzymuje sygnał zwrotny od Trisolarian. Zostali tak nazwani na Ziemi, ponieważ planeta, na której żyją, krąży między trzema słońcami.
Dość szybko się okazuje, że tytuł pierwszego tomu jest ściśle związany z pewną grą logiczną, internetową, w którą zaczynają grać niektórzy ziemianie. Z kolei koncepcja ciemnego lasu to koncepcja tyleż filozoficzna co polityczna, ponieważ zgodnie z nią trzeba siedzieć cicho we wszechświecie, bo to ciemny las, w którym czyhają drapieżniki. Mamy więc tutaj pewną wizję przyszłości, teraźniejszości, której ekstrapolowana jest przyszłość, czasami w wręcz nieprawdopodobnych skrótach myślowych. Drugi tom pozostał mi w głowie, ponieważ zaczyna się od sceny, w której dwoje ważnych bohaterów powieści prowadzi dyskusję nad grobem trzeciej, a w tym czasie mała mróweczka tupie sobie po tym pomniku. I to zestawienie dyskusji o czymś, co nazywane jest socjologią kosmiczną i mężczyzny, i tej mrówki, która idzie po znakach chińskich wyrytych na kamieniu i właściwie nie wie, co robi, jest kapitalną metaforą czy skrótem sytuacji człowieka we wszechświecie. Co z tego, że coś wiemy? Tak naprawdę niczym specjalnym nie różnimy się od tej mróweczki. Powieści mamy trzy tomy. Co jeden, to grubszy. Mamy głębokie próby wniknięcia w przyszłość, trochę też na zasadzie wehikułu czasu, ponieważ niektórzy bohaterowie śpią przez dziesiątki, setki lat, przeskakując od cywilizacji do cywilizacji.
Jest to rodzaj machiny czasu, oczywiście wehikułu czasu wellesowskiego. Z tym że on działa tylko w jedną stronę. Wrócić do przyszłości oczywiście się nie da. Nie tak jak w „Drzwiach do jutra” Heinleina. Tfu! W „Drzwiach do lata” Heinleina. Dzięki temu — to jest oczywiście chwyt literacki — bohaterowie powieściowi, przemieszczając się w przyszłość, ułatwiają nam, ludziom XXI wieku, zrozumienie. Są tak samo jak my gośćmi w tej przyszłości i dzięki temu możemy mieć w nią wgląd. To jest opowieść bardzo naukowa. Mój znajomy fizyk mówił mi, że zachwycił się tą powieścią.
On niewiele czyta, nie ma na to czasu, a tą powieścią zachwycił się absolutnie. Do tego stopnia, że gdy pożyczyliśmy mu pierwszy tom, zabrał go na wakacje, a on stwierdził: „Nie, ja poczytam. Jak mi się spodoba, to może wtedy następne”. Ponieważ pojechał w góry, skończywszy pierwszy tom, natychmiast zjechali z tych gór do najbliższej księgarni, żeby kupić dwa pozostałe tomy. To już jest oczywiście niezwykła rekomendacja. Co więcej, on potwierdza, że właściwie wszystkie pomysły, które pojawiają się w tej powieści, a pojawia się tam wszystko, łącznie ze spowolnieniem ruchu światła, danych na wszystkich 300 tysięcy kilometrów na sekundę do kilkuset kilometrów na sekundę, a nawet kilkudziesięciu. To wszystko teoretycznie jest możliwe. Zderzacz hadronów zresztą w pierwszym tomie również się pojawia. Następne tomy idą po prostu znacznie dalej. Mamy tam wiele opowieści metaforycznych, zwłaszcza w trzecim tomie.
Mamy wielką politykę i małych ludzi i wielkie zagrożenie. Mamy świat trójwymiarowy, czwórwymiarowy, ale też dwuwymiarowy. I to wszystko na obszarze powiedzmy 1500 stron. Historia ludzkości ekstrapolowana. Mamy tam kryzysy, które jakoś ludzie przezwyciężają. Mamy podróże kosmiczne, mamy niezwykłych zdrajców i niezwykłą broń, którą posługują się Trisolarianie na przykład. A mimo to jakoś dajemy radę. Za każdym razem wydaje się, że ktoś musi przegrać, a jednak uchodzi z życiem. I to nie jest tak, że w tej powieści mamy jakąś nadzieję czy szansę na cudowną, klarowną przyszłość. Nie.
Na to zwyczajnie nie ma szans, bo więcej w tym szczęścia przypadku niż czegokolwiek, na co człowiek miałby osobiście wpływ. To nie znaczy, że człowiek nie ma żadnego wpływu na rzeczywistość. Ma i to olbrzymi. U Cixin Liu również. Problem jednak w tym, że to jest inny sposób myślenia niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni my, należący do kultury zachodniej, a tak naprawdę do kultury Wielkiej Północy, tej bogatej i demokratyczno-kapitalistycznej. W pierwszym tomie wszechobecny jest konfucjanizm, nawet w sposobie ujęcia kluczowej dla tego tomu kwestii trzech ciał. A więc mamy i chińską grozę, i chińską tradycję. Mamy zupełnie inne relacje międzyludzkie. Nam obce, co nie znaczy, że w mniejszym natężeniu, być może nawet w większym, ale zupełnie inaczej przedstawione, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni w naszej literaturze, łącznie z trylogią, o której mówiłem poprzednio, bo to jest po prostu powieść o czymś zupełnie innym. Myślę, że to powinno zachwycić Na pewno te powieści zachwycą wszystkich tych, którzy kochają prawdziwą hard SF.
Taką, która modna była w latach 70., 60., kiedy znakomita większość pisarzy, takich jak Clarke, Asimov czy wielu innych, była również naukowcami. Gdzieś to łaczy. I dlatego jest to wielka literatura dla nich, ale to w ogóle literatura dla nas wszystkich. Prawda też jest taka, że nauki teoretyczne stały się przeciętnemu odbiorcy praktycznie niedostępne. Teoretyczne w fizyce przede wszystkim, bo o fizyce tutaj mowa. I przyznaję, że jako literaturoznawca i specyficzny humanista, który całkiem nieźle liczy, ale tylko liczy, musiałem pytać mądrzejszych ode mnie. Bo nie jest wcale czymś złym powiedzieć, że czegoś nie wiem. Każdy z nas, zwłaszcza w epoce, w której wiemy tak wiele, oznacza, że jednostka wie bardzo niewiele. W związku z tym, gdy zapraszam państwa do lektury powieści hard SF, ja oczywiście pytam znajomych fizyków przede wszystkim, akurat taki był pod ręką, ale też najwięcej o fizyce jest, czy astronomów. Pytam ich, czy to się zgadza, czy to nie jest fikcja, czy mogę czytać tę powieść głównie jako metaforę, czy muszę w niej widzieć również pewne zalążki możliwej przyszłości?
To zasadnicza różnica, czy czytamy ekstrapolację przyszłości, czy czytamy po prostu piękną, skomplikowaną metaforę czy alegorię. Fizycy potwierdzili, że absolutnie jest to ekstrapolacja. A więc dla mnie, humanisty, który co prawda będąc sam naukowcem uznaje wielkość fizyków i ma świadomość, że wielu rzeczy nie rozumie, ta powieść jest w tym sensie również odkrywcza, bo musiałem się paru rzeczy nauczyć. Musiałem parę rzeczy zrozumieć albo zapytać wujka Google, który też nam w tym pomaga. I nie ma w tym nic złego, bo przy okazji takich powieści jak ta, w której zanurzam się w ten mój korytarz hard SF, w korytarz świat, który nie do końca rozumiem, muszę i mam tą świadomość, że nie wiem wszystkiego. Nikt nie wie wszystkiego, ale umiemy czytać. Korzystajmy z tej wiedzy. Całą trylogię przetłumaczył Andrzej Jankowski. Tak jak powiedziałem i tym razem przywołuję nazwisko i będę już to robił teraz absolutnie za każdym razem, gdy autorem powieści nie będzie polski autor czy autorka. Będę przywoływał tłumaczy, by oddać również im hołd.
A nie wątpię, że tłumaczenie powieści Cixin Liu nawet z angielskiego, to też taka dygresja może na koniec, nie jest proste. Dlaczego nie jest proste i dlaczego z angielskiego? Otóż tłumaczem na angielski powieści Cixin Liu, całej trylogii był Ken Liu. Wbrew pozorom ci panowie nie są spokrewnieni, nie mają tak samo na imię, bo jak wiadomo, a może nie wszyscy wiedzą, w języku chińskim najpierw jest nazwisko, potem imię. Czy powiedzmy odpowiednik europejski nazwiska i imienia. Natomiast ci panowie, prawdopodobnie w przypadku Ken Liu mamy Liu jest nazwiskiem, natomiast chyba tu Cixina prawdopodobnie jest imieniem. Na czym polegał problem? Otóż Chińczycy piszą inaczej i sukces, a „Problem trzech ciał” zdobył kilka lat temu nagrodę Hugo w Stanach Zjednoczonych. Sukces komercyjny, ale też taki fandomowy tej powieści wziął się z tego, że Ken Liu mieszka w Stanach Zjednoczonych i choć pisze niezłe fantasy, mamy do nich dostęp również, gdzie też odwołuje się do chińskiej tradycji. Ken Liu przetłumaczył na angielski Cixin Liu, jak doczytałem, solidnie zmieniając układ fabularny powieści.
Nie tyle zmienił fabułę, bo w to oczywiście nie wnikał, tego mu zrobić nie wolno, ale formę powieści uprzystępnił zachodniemu odbiorcy i dzięki temu ta książka jest w ogóle dla nas zrozumiała. Ona sama przez się, tak jak powiedziałem, jest bardzo trudna, bo hard SF nie jest łatwe, a na takim poziomie, na jakim znosi ją Cixin Liu to w ogóle jest bardzo skomplikowane. To jednak właśnie to tłumaczenie w ogóle umożliwiło Europejczykom odczytanie tej powieści. A więc mówiąc o tłumaczu, zarówno przywołuję nazwisko Andrzeja Jankowskiego, który przetłumaczył tę powieść z angielskiego, jak i Kena Liu, który przetłumaczył tę powieść z chińskiego na angielski, bo bez tego pośrednictwa być może w ogóle czytanie tej powieści byłoby dla nas, a więc i dla mnie tu w Europie niemożliwe. Zapraszam państwa do tej lektury i zapraszam na następny „Labirynt książek”. Do zobaczenia.
[02:50:40] - To czas na odrobinę literatury. Czwarta część powieści Władysława Sadke „Goście z Marsa”. To króciutkie części, ale taka już uroda tamtej książki, że te jej rozdziały to są właściwie rozdzialiki. Czytać będzie Reda Haddad. Zatem czwarta część "Gości z Marsa."
[02:51:09] - Władysław Sadge. "Goście z Marsa." Czyta Reda Paweł Haddad. Zniecierpliwiłeś się oczekując mego listu zapowiedzianego, ale zapewniam, że to nie moja w tym wina. Przebaczysz mi pewnie, gdy ci powiem, że przez kilka dni spałem pod gołym niebem. Co o tyle jeszcze można było przecierpieć, że obecnie mamy tu wiosnę jako taką znośną. Pożywienie dochodzi cen naprawdę nieprawdopodobnych z powodu braku żywności. Byłbym może zginął już dotąd z głodu i niewygody albo wrócił z niczym, będąc już u celu podróży, gdybym przypadkiem nie spotkał rodaka Malczyckiego, który tu jako squatter i farmer od kilkunastu lat zakupił fermę i hoduje tysiące owiec. Przybycie Marsjan zrobiło go milionerem. Prawie, bo owce i pszenicę sprzedaje po bardzo bajecznych cenach. Usłyszawszy przekleństwo polskie z ust mych wychodzące na bezmiar nieszczęścia, które mnie tu spotkało, z radością pochwycił mnie w swe ramiona, zabrał do swego domu i zabezpieczył mi tu dalszy pobyt, a nawet ułatwił, a raczej umożliwił mi zasięgnięcie dokładnych wiadomości o Marsjanach.
Jemu więc w pierwszym rzędzie masz do zawdzięczenia, kochany redaktorze, wszystko, cokolwiek ci tu doniosę o gościach z Marsa. Wiadomości te są jednak bardzo niedokładne, niejasne, a to z powodów, które później wytłuszczę. Zresztą odczuwać się daje w nich brak zwięzłości, bo pytania były nieuporządkowane, a odpowiedzi często w połowie zdania urywane. Nadto wiele z tych wyjaśnień były i są dla nas, mieszkańców Ziemi, wprost niezrozumiałe, bo na Marsie panują zupełnie odmienne od naszych stosunki. Na ilość wiadomości zebranych tu o Marsjanach skarżyć się nie mogę. Przeciwnie, mam ich tak wiele, że mi przychodzi z trudnością jakikolwiek ład w nich wprowadzić. Wiadomości te bowiem układano jak zapiski stenograficzne podawane publiczności codziennie. Ponieważ atoli w tej formie pisanej tracą wiele na jasności, przeto postanowiłem je uporządkować i przysłać ci poszczególne artykuły tworzące jako taką całość zamkniętą. Wszystkie me wiadomości o pobycie tych nadzwyczajnych gości na Ziemi czerpię ze źródeł następujących, które mi podał Malczycki. Oprócz opowiadań jego własnych i jego sąsiadów Brickbraina składają się na me artykuły następujące czasopisma: Australian Review wychodzący w Sydney, Bathurst Journal i profesora Matthewsa The Hosts of Mars, które codziennie wychodzi i zawiera wiadomości dotyczące li tylko Marsjan.
W sprawozdaniach mych zatem następnych postaram się najpierw o opisanie ci dokładne wszystkich szczegółów dotychczasowych pojawienia się Marsjan na Ziemi, a następnie streszczę ci wszystkie rozmowy Chauvenet'ego z Marsjanami. Władysław Sadge. "Goście z Marsa." Czyta Reda Paweł Haddad.
[02:54:30] - Zostańmy w klimacie marsjańskim, bo w recenzarium Evivy dzisiaj dla Państwa rozważania o jednej z wcześniejszych, nie! Pierwszej pełnowymiarowej powieści Stanisława Lema. "Człowiek z Marsa." Długi czas to była książka, która stanowiła prohibit. Lem nie pozwalał jej wydawać. Ona się nie ukazała w formie książkowej. To była powieść w odcinkach publikowana w jednym z powojennych czasopism. Lem się od niej absolutnie odciął. Wiem, jakim rarytasem była ta powieść "Człowiek z Marsa," kupiona przeze mnie w latach 80. w postaci klubówki, w postaci takiego samizdatu troszeczkę. Przeczytałem to jednym tchem.
Wiecie państwo, to nie było najlepsze. Tak mi się wtedy wydawało. No to zobaczmy, co na ten temat sądzi Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska. Zapraszam.
[02:56:04] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie trzeba nikomu przedstawiać Stanisława Lema i to nie tylko w Polsce, albowiem jest znany również w innych krajach. Jednak stosunkowo niewielu ludzi, nawet tu w Polsce, jak się o tym przekonałam, zna jego pierwszą powieść beletrystyczną. Jest, można powiedzieć, najmniej znana, jakby najmniej lemowska, a jednocześnie najciekawsza. Oczywiście nie do końca, pod pewnymi względami. Myślę tu o książce "Człowiek z Marsa." Dysponuję jej starym wydaniem oficyny wydawniczej Nova. Wpadła mi w ręce dość późno, chociaż Lemem interesowałam się od dziecka. O niej nie miałam pojęcia. Dlaczego? Nie było jej w żadnej bibliotece, do której należałam.
Cóż, w czasach PRL-u osadzenie akcji w Ameryce nie było może najmądrzejsze ze strony wielkiego pisarza. Dlaczego to zrobił? Można dywagować. Żałuję Jednakże nigdy więcej nie powtórzył tego eksperymentu, bo wyszło mu to bardzo ciekawie. O czym więc jest powieść "Człowiek z Marsa"? Macmur jest reporterem. Zostaje jednak zwolniony z pracy. W czasach kryzysu wielu, tak jak on, poszukuje jakiejkolwiek roboty. Jeśli nie w swoim fachu, to w jakimkolwiek. Na razie Macmur wegetował z oszczędności.
Obecnie jest w sytuacji naprawdę poważnej. Jego kłopoty kończą się nagle. Pewnego dnia na ulicy zostaje zaczepiony, a następnie porwany przez ludzi należących do agendy rządowej. Pomylono go z pewnym specjalistą, który miał przyjechać, ale nie przyjechał. Jednak kiedy się sprawa wyjaśniła, okazuje się, że Macmur wie już za dużo. Nie można go wypuścić. Ponieważ ma za sobą kilka lat studiowania medycyny zostaje zaproszony, w sposób nieco przymusowy, do współpracy w pewnym projekcie. Z wielkim zdziwieniem dowiaduje się, na czym ten projekt polega. Otóż ma uczestniczyć w badaniach nad areantropem. Jest to, trudno tak naprawdę powiedzieć co.
Maszyna, ale nie do końca. Zawiera bowiem w sobie żywe jądro, rodzaj plazmy. Początkowo uczeni nie wiedzą, co to jest. Wreszcie jednak drogą żmudnych badań dochodzą do wniosku, że to, co brali za przybysza z Marsa, jest jedynie maszyną. Rzeczywiście maszyną, nie robotem nawet, tylko czymś w rodzaju pojazdu. A właściwym gościem z Marsa jest właśnie ta plazma. Niewielka, zawarta w szczelnym pojemniku wypełnionym nieznanym płynem. Trudno się porozumieć z tym czymś. Właściwie jest to niemożliwe. Nie wiadomo, jakie ma zamiary.
Uczeni zakładają, że w sumie dobre, bo nie przychodzi im do głowy, że taka grudka galarety może im zaszkodzić. Rzeczywistość jednak okazuje się inna, ponieważ chociaż zamiary, rzeczywiste zamiary mieszkańców Marsa pozostają do końca nieznane, to jednak można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nie są oni w stosunku do ludzi przyjaźnie nastawieni. Dlaczego? Nie wiadomo. Może po prostu za bardzo się od nich różnimy. Na początku powiedziałam, że jest to powieść najmniej lemowska, ale tylko ze względu na tę otoczkę amerykańską, której później już Lem nie używał. Zresztą w stosunku do Ameryki miał, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Zwłaszcza że jako zdeklarowany pacyfista zaangażowanie wojenne w Wietnamie i Korei uważał za coś koszmarnego. I wiele racji miał. Przytoczył pewne rzeczy w "Astronautach", pewne zapiski z amerykańskich archiwów.
Nie wiem, czy one są prawdziwe, ale jeśli są, to tak naprawdę Amerykanie niewiele się różnią w swoich pobudkach i metodach działania od innych ekspansywnych narodów. Ale to jest już temat na inny felieton. Wróćmy do "Człowieka z Marsa". Jak już powiedziałam, osadzenie akcji w Ameryce było trochę nielemowskie, natomiast bardzo lemowskie było przedstawienie obcego. Mamy do czynienia tutaj z, tak jak powiedziałam, z galaretą. Wyjątkowo niebezpieczną, tak jakby umysłem zawartym w plazmie. Wszelkie porozumienie jest całkowicie niemożliwe. Ten motyw przewijał się również w późniejszych książkach Lema. Można powiedzieć, że szczególnym rozszerzeniem "Człowieka z Marsa" jest "Solaris", ale tu, w tej książce atmosfera zagrożenia jest bardzo gęsta. Właśnie dlatego, że z jednej strony nie wiemy, czego tak naprawdę chce przybysz z Marsa.
Z drugiej strony w dramatycznych okolicznościach okazuje się, że potrafi on przejąć kontrolę nad człowiekiem. Nawet więcej, potrafi go niejako wyrzucić z jego własnego ciała. Czy to on jeden jest taki, czy też inni mieszkańcy Marsa też są tacy? Trudno powiedzieć. Misja człowieka z Marsa, właściwie to jest to satyryczne określenie, ponieważ trudno znaleźć organizm tak różny od człowieka. Powiedzmy, misja tego obcego pozostaje zagadką. Czy miała być jednorazowa taka próba, co ludzie zrobią? Czy są rzeczywiście trudnymi przeciwnikami, czy też łatwo dadzą się podbić? A może go źle zrozumieliśmy? Może to był uczony, który chciał po prostu zbadać inny gatunek istot, tak bardzo różnych od jego rodaków, że aż nie mieścił im się w, powiedzmy, w odpowiednikach głowy.
To są pytania, na które odpowiedzi pisarz nie udziela. Można jedynie dywagować na podstawie iluzji, które obcy wywołał u jednego z uczestników projektu. Ponieważ wszystkie inne jego zachowania mogą być równie dobrze efektem stresu, próbą obrony. W końcu znalazł się sam w obcym, śmiertelnym dla niego środowisku, wśród nieznanych i zachowujących się niezrozumiale istot. Tak jak powiedziałam, do końca tego nie wiemy. Tak jak w przypadku "Solaris", o którym wspomniałam. Nie wiadomo, jakie są jego pobudki, ale może właśnie dlatego ta książka jest tak idealna. Jest wspaniała. Uważam, że każdy, nie tylko miłośnik Lema, powinien się z nią zapoznać. Szczególnie polecałabym ją różnym nawiedzonym ufologom, którym się wydaje, że nawiedzający nas obcy są tacy sami w sumie jak my.
Otóż nie, nie są i nie mogą być. Takie było zdanie Lema. Mniejsza o to, czy wierzył rzeczywiście w lądowanie kosmitów na Ziemi. Być może nie. A sądząc z tego, że był bardzo inteligentnym i wykształconym człowiekiem, to nawet na pewno nie wierzył. Jednak w swoich książkach pokazywał, jakim absurdem jest próba przykładania naszej ludzkiej miary do hipotetycznych istot wychowanych w zupełnie innych warunkach. Wszystkim polecam książkę "Człowiek z Marsa". Przeczytacie ją bardzo szybko, bo jest krótka, ale myśli wasze zajmie na długo. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:03:14] - Proszę państwa, jesteśmy w Radiu Paranormalium między innymi, bo także w Book Radio, ale zdecydowanie państwo polubili cykl Bez Tajemnic. W zeszłym odcinku, w poprzednim odcinku może lepiej będzie tak, zapoczątkowałem Q&A. Dzisiaj kontynuujemy część druga Q&A. Żeglujmy w stronę spirytyzmu.
[03:03:55] - Cześć, witam was w nowym Q&A. Akurat dzisiaj odcinek troszeczkę inny, ponieważ postanowiłem przygotować się na streaming na żywo, który odbędzie się, mam nadzieję niebawem i w kolejnym takim materiale, gdzie będę odpowiadał na wasze pytania, będziecie mogli bezpośrednio na żywo zadawać mi te pytania i ja postaram się na te pytania odpowiedzieć. A jeżeli nie będę znał odpowiedzi, to będę udawał, że takie pytanie w ogóle do mnie nie dotarło. Dzisiaj mam kilka pytań, a to też akurat można powiedzieć, że zbliżamy się do 1500 subskrypcji, więc można powiedzieć, jest jakaś taka okazja, chociaż tak naprawdę staramy się nie zwracać za bardzo na to uwagi, ile tam jest subskrybentów, czy to jest równo 1500, czy 2000 i tak dalej. Mnie generalnie cieszy, że tych subskrybentów cały czas przybywa i cieszę się, że coraz więcej osób może oglądać te materiały. Dzisiejszy materiał jeszcze nie jest na żywo, ale mam nadzieję, że kolejny będzie. Właśnie między innymi z tego powodu, że jestem przeziębiony i nie jest wykluczone, że będę musiał w trakcie nagrania zrobić sobie krótką przerwę na sprawy związane z moim aktualnym stanem zdrowia. Dobrze, więc nie przedłużam. Mam tutaj kilka pytań. Niektóre pytania zostały mi jeszcze z poprzedniego Q&A, ale pojawiło się też sporo nowych, ponieważ cały czas moi widzowie do mnie piszą, więc ja na te pytania odpowiadam, ale też te niektóre, co ciekawsze, takie, które można by rozwinąć, postanawiam wykorzystać w moim materiale.
Mam takie pierwsze pytanie. Aha, i jeszcze dla tych, którzy nie widzieli wcześniejszego odcinka tego rodzaju to są pytania, które widzowie piszą do mnie na Facebooku, w prywatnych wiadomościach bądź w komentarzach pod materiałami filmowymi, ale także czasami zdarza mi się wyłapać jakieś fajne, ciekawe pytanie na jakichś innych forach ezoterycznych czy też paranormalnych i tak dalej. Jak zwał, tak zwał. Dobra, pierwsze pytanie. Aha, i kolejność tych pytań jest przypadkowa, więc nie ma tak, że najlepsze są na początku, najgorsze na końcu. Po prostu jak je uzyskiwałem, tak je tutaj wpisałem na te moje ściągi. Dobra, pytanie pierwsze: czy duchy mogą znać przyszłość i ją zmienić na gorsze? I tak, i nie. To znaczy duchy mogą znać przyszłość, ale wcale nie muszą. Nasz duch opiekun na przykład może wiedzieć, jaki plan życiowy sobie wybraliśmy i może nas kierować w tę stronę, abyśmy ten plan życiowy zrealizowali bądź abyśmy za bardzo nie zbaczali z wcześniej obranej drogi.
Generalnie mamy jakiś plan i te duchy, które są z nami, że tak powiem skrótowo, blisko, te duchy mogą rzeczywiście znać naszą przyszłość. Ale czy mogą ją zmienić na gorsze? Te duchy raczej nie, bo to są raczej duchy, które chcą nam pomóc, które mają za zadanie kierować nas. Nasz duch opiekun, jakieś duchy zaprzyjaźnione. Gdy mamy jakiegoś przyjaciela, przyjaciółkę i znając plany danej osoby, to też niekoniecznie mamy zamiar tej osobie zaszkodzić, tylko chcemy jej pomóc, żeby ona jeszcze lepiej się realizowała. Dobra, ale sprawy tych duchów wyższych odstawmy na bok, czy tych zaprzyjaźnionych. Duchy złe, duchy niskie. Duchy niskie oczywiście nie znają naszej przyszłości, ponieważ to nie jest tak, że duchy wiedzą wszystko. To znaczy, jeżeli jakiś duch nas na przykład obserwuje i zna nasze plany, ponieważ postanowiliśmy, że za rok wyjedziemy sobie na Majorkę i już kupiliśmy bilety lotnicze, to ten duch wie, tak samo jak wszyscy inni ludzie, członkowie naszej rodziny wie, że po prostu pojedziemy i na przykład gdyby był złośliwy, to rzeczywiście może chcieć nam te plany pokrzyżować, ale nie ma w tym niczego mistycznego. To znaczy ten duch może to czynić tak samo, jak czyniłby to jakiś człowiek.
Oczywiście troszeczkę innymi narzędziami, ponieważ duch niski może na przykład próbować na nas wpłynąć w jakiś negatywny sposób, żebyśmy na przykład popełnili jakieś błędy, które w swojej konsekwencji nie będą sprzyjały realizacji naszych planów. I w ten sposób rzeczywiście duchy mogą negatywnie wpływać na naszą przyszłość, ale jak widzicie, nie ma w tym niczego takiego nadzwyczajnego, niczego, z czym normalnie na co dzień byśmy się nie spotykali. Więc nie należy tutaj za bardzo wierzyć w jakieś zabobony i w jakąś nadludzką, troszeczkę to dziwnie brzmi, nadludzką moc duchów. Duchy mogą na nas wpływać, ale to przede wszystkim my Naszym rozumem, intelektem, naszą siłą woli, siłą charakteru decydujemy sami o sobie. Tak jak mówię, duchy mogą znać naszą przyszłość, ale nie muszą. Te niskie nie znają. Mogą wpłynąć na naszą przyszłość tak jak wszystkie inne czynniki, które wpływają na nas każdego dnia. Koniec. Następne pytanie. Tutaj nie ma konkretnego pytania, ale generalnie kobieta opisuje ich sytuację rodzinną.
Ma męża, dwójkę czy trójkę dzieci. Wprowadzili się do domu zupełnie nowego, takiego, który dopiero co został wybudowany, więc to nie jest dla nich nowy dom, tylko to jest dom, który wcześniej nie miał żadnej historii. Oni byli pierwszymi lokatorami tego nowego budownictwa i nagle odnoszą wrażenie, że jakiś duch, nie wiedzą, co to jest, nagle zaczął biegać po ich mieszkaniu. Odnoszą wrażenie, jakby w tym ich mieszkaniu była jakaś kolejna osoba. I kobieta dodaje na samym końcu, że kilka lat wcześniej zmarł ich nienarodzony synek. Czy to jest duch tego dziecka? Generalnie można się domyślać, że takie jest pytanie tej kobiety. Co się dzieje? Czy to jest duch tego dziecka? Nie wiem, czy to jest duch tego dziecka.
To może być duch tego dziecka, ale wcale nie musi, ponieważ duchy, dopóki się nie narodzą, tak naprawdę nie są tak w pełni mocno związane z ciałem materialnym. Czyli w okresie rozwoju płodu duch w każdej chwili ma możliwość wycofania się z jakiegokolwiek powodu. Akurat w tym momencie nie będziemy wnikać. Duch może się wycofać z jakiegoś powodu, więc to też nie jest tak, że z tym niemowlęciem, z tym nienarodzonym dzieckiem jest związany duch małego dziecka. Pamiętajmy, że w wyniku reinkarnacji wszystkie duchy, patrząc w kategoriach ziemskich, są duchami starymi. To znaczy są to duchy, które już odbyły wiele inkarnacji, wielokrotnie się reinkarnowały i to są duchy, które już mają na swoim koncie bagaż doświadczeń. Więc nie wyobrażajmy sobie, że duch dziecka jest duchem zupełnie niewinnym, który nic nigdy nie zrobił. I dlaczego dzieci doświadczają różnych przykrych sytuacji. Śmierć dziecka nienarodzonego z spirytystycznego punktu widzenia nie jest żadną tragedią. Oczywiście dla matki to może być wielkie, ciężkie przeżycie.
Poronienie, szczególnie na późnym etapie ciąży. Ale tutaj mówię pod kątem spirytualnym, spirytystycznym. Śmierć dziecka nienarodzonego dla ducha nie jest niczym tragicznym, poza tym, że jeżeli na przykład do śmierci płodu przyczyniły się jakieś czynniki mechaniczne, na przykład matka upadła albo ktoś ją uderzył w brzuch, albo zachorowała i w wyniku jakiejś infekcji doszło do poronienia, to jedyną „tragedią” takiego ducha jest to, że nie mógł zrealizować swojego planu życiowego. Ale to jest taka tragedia, jak gdyby kierowca dostał mandat na drodze. Jest zły, bo dostał mandat, straci pieniądze i jeszcze się spóźni do pracy dlatego, że policjant go na tym poboczu przytrzymał. Ale następnego dnia już jest wszystko okej. Jest kolejny dzień i życie toczy się nadal. Dla ducha to jest troszeczkę tak samo. W momencie, kiedy się nie narodzi w wyniku poronienia, to trudno. Swój plan życiowy zrealizuje innym razem.
Może z tymi samymi rodzicami, a może nie, a może w innych rolach w kolejnej inkarnacji. Tak naprawdę musimy pamiętać, że życie i to wszystko, co się dzieje na naszej planecie w związku z tą karmą i z tym wszystkim, co robimy, tym wszystkim, co wpływa na nas, to jest troszeczkę — ja to lubię tak porównywać i nawet nie wiem, czy w jakimś materiale filmowym już nie dokonałem takiego porównania — to jest troszkę tak, jakby pływanie w gęstym oleju, gdzie te wszystkie masy tego płynu się mieszają cały czas i gdy wykonamy jakiś ruch, to przecież nie pozostaje pustka, tylko w miejscu, gdzie przed chwilą się znajdowaliśmy, gdzie nasze ciało się znajdowało, zaczyna wpływać ten olej i on wypełnia. Więc ta karma i to wszystko, co czynimy, to nie jest jakieś takie drętwe, trwałe, niezmienne. Cała nasza rzeczywistość jest bardzo płynna i trzeba o tym pamiętać. Więc tak jak mówię, fakt, że jakiś duch się nie reinkarnował, to nie wpływa aż tak tragicznie na naszą rzeczywistość, żeby nagle planeta się zatrzymała. Ja tu nie chcę niczego bagatelizować. Tak jak mówię, przedstawiam ten pogląd tylko z punktu widzenia spirytystycznego. Nie wnikam tutaj w konsekwencje psychiczne czy psychologiczne rodziców, matki i tak dalej. To jest zupełnie inny temat. Przechodzę do kolejnego pytania.
Jeśli można, mam jeszcze jedno pytanie. Mówisz o starszych mediach, które wychowały się na dziełach Kardeca. Czy obecnie nie korzysta się tak bardzo z jego dzieł? Czy w jakiś sposób są tam jakieś niezgodności? W sensie w tych dziełach Allana Kardeca. To nie jest tak, że współczesne media nie korzystają z dzieł Allana Kardeca. Jest bardzo dużo mediów, szczególnie we Francji. W Polsce niestety mamy tych mediów spirytystycznych bardzo mało. Tak naprawdę nie wiem, ile ich jest. W każdym razie we Francji tych centrów spirytystycznych, kardecjańskich bym powiedział, jest sporo.
I tam są media, nawet niekoniecznie media, które należą do takich centrów, ale jest dużo mediów, które bazują na dziełach Allana Kardeca. Tych mediów, można powiedzieć, jest stosunkowo mało. Dlaczego? Ponieważ wiedza, którą zebrał Allan Kardec w „Księdze duchów”, w „Księdze mediów”, a także w innych dziełach, chociażby książka „Opętanie”, która jest również dostępna w Polsce. W tych książkach jest bardzo dużo wiedzy, która jest szkodliwa dla oszustów. I teraz, gdyby wszyscy ludzie tak naprawdę, czy wszyscy potencjalni klienci mediów znali dzieła Allana Kardeca, to wiele wróżek i szarlatanów w ogóle nie zarobiłoby na chleb, ponieważ ludzie po prostu nie chcieliby korzystać z ich usług, widząc ich, nie chcę tutaj mówić tyle manipulacje, bo przecież nie wszystkie wróżki manipulują, ale widząc ich może kompetencje, może braki wiedzy, może nawet nadmierny wpływ przesądów, wierzeń ludowych po prostu. Więc tak naprawdę to medium w ogóle nie musi znać dzieł Kardeca. Jeżeli duch medium znajduje się na odpowiednio wysokim poziomie rozwoju i tutaj myślę bardziej o rozwoju moralnym, to takiemu człowiekowi, aby mógł praktykować mediumizm, wystarczy po prostu jakieś oświecenie. Ale to oświecenie przychodzi gdzieś tam z drugiej strony. To nie musi być nasza ludzka rola w tym.
Nasza ludzka rola nie musi w tym odgrywać żadnego znaczenia. To duchy inspirują takiego człowieka w którymś momencie i on zaczyna pracować jako medium. I on wcale nie musi znać dzieł Allana Kardeca, ponieważ jeżeli on jest autentyczny, to on intuicyjnie będzie poznawał ten drugi świat, ten świat niewidzialny. A poza tym wiadomo, że człowiek, który posiada zdolności mediumiczne, to on siłą rzeczy sięgnie po jakąś literaturę. Ale tak jak mówię, dzieła Allana Kardeca to jest tylko taki skrawek wiedzy na temat tego świata duchowego. Jeżeli na przykład porównamy sobie, ile książek zostało napisanych na temat naszego świata materialnego, ile książek opisuje nasz świat materialny, a jak niewiele książek stosunkowo, szczególnie dzieł Kardeca, zostało poświęconych światu niewidzialnemu. Nawet jeżeli zbierzemy wszystkie czasopisma, wszystkie artykuły Allana Kardeca, to tak naprawdę to będzie tylko kropla w morzu. Więc jeżeli zastanowimy się nad tym i dojdziemy do wniosku, że świat niewidzialny jest w pewnym sensie dużo bogatszym odzwierciedleniem, odbiciem naszego świata ziemskiego, to też pomyślmy sobie, ile książek należałoby napisać, aby ten świat spirytualny poprawnie opisać, zilustrować, że tak powiem. To jest ilość literatury wręcz niewyobrażalna i taka literatura na naszym świecie w takich ilościach nie istnieje. Więc dlaczego to mówię?
I podkreślam: spirytyzm jest tylko taką dziurką od klucza, przez którą można zajrzeć na drugą stronę. Ale siłą spirytyzmu jest to, że spirytyzm musi być naukowy, musi być logiczny. Jeżeli spirytyzm nie będzie naukowy, to spirytyzmu nie będzie w ogóle. Tutaj jeszcze było pytanie odnośnie tych niezgodności. W dziełach Allana Kardeca na szczęście nie ma zbyt wielu niezgodności. To znaczy są pewne przykłady, które Allan Kardec podawał, które mogą nam się wydawać troszeczkę naiwne, ponieważ 200 lat temu też była inna mentalność. Jeżeli na przykład ktoś interesuje się filozofią i czytał, powiedzmy, dzieła Kartezjusza, gdzie Kartezjusz opisuje swoje eksperymenty dotyczące much, owadów i tak dalej. Przepraszam, chyba mi się troszeczkę coś tam pokręciło. W każdym razie Kartezjusz opisał w swoich dziełach mechanikę, w jaki sposób działa organizm ludzki. On używał przykładów, które dzisiaj po prostu nas bawią.
Zwroty, którymi dzisiaj operują dzieci po prostu. Ale taka była mentalność, tak się wtedy opisywało. Tak samo 200 lat temu tak się wtedy opisywało rzeczywistość, aby przeciętny człowiek mógł tę rzeczywistość zrozumieć. A przecież wiemy, że 200 lat temu przeciętny obywatel Europy miał o świecie nieporównywalnie mniejszą wiedzę niż to, co my posiadamy dzisiaj. To, co dzisiaj wie przeciętny człowiek, nawet taki, który skończył czytać książki po opuszczeniu szkoły, to nawet z samych programów telewizyjnych, filmów dokumentalnych, które można sobie obejrzeć w internecie, człowiek już wie o świecie dużo więcej niż nawet najwięksi podróżnicy dawnych czasów. Dlatego język Allana Kardeca może się wydawać troszeczkę archaiczny, troszeczkę zabawny. No i też trzeba przyznać, że Tak jak nasz świat, tak samo i świat duchowy. On również ewoluował przez te 200 lat, a także duchy, które dzisiaj kontaktują się z ludźmi, również mogą pozwolić sobie na innego rodzaju dygresje, przykłady, ponieważ posiadamy też większą wiedzę na temat techniki, technologii i w ogóle praw natury. Więc dzieła Kardega rzeczywiście mogą się wydawać troszeczkę archaiczne z różnych względów, ale prawdą jest, że te najważniejsze prawdy, które Allan Kardec opisał w swoich dziełach, są aktualne. Jak najbardziej uważam, że media powinny brać tę wiedzę pod uwagę.
Prawdziwe media, a przede wszystkim klienci mediów. Kolejne pytanie: czy duch cofa się w rozwoju, gdy po urazie głowy i uszkodzeniu mózgu zmienia się ludzkie zachowanie, czasem na gorsze? Nie. Zasada jest taka: duch nie cofa się w rozwoju. Jeżeli jakiś człowiek po urazie głowy na przykład zaczyna się zachowywać niemoralnie, to znaczy, że jego duch jest niemoralny i znajduje się dokładnie na takim poziomie, na jakim możemy akurat w danym momencie zaobserwować, czyli w tej sytuacji już po wypadkowej. Dlaczego wcześniej człowiek zachowywał się poprawnie? Ponieważ jego mózg, który w pełni funkcjonował jako organ, jako narzędzie, pozwalał mu zachowywać pewne normy moralne czy normy społeczne, które zostały w danym środowisku przyjęte. I taki człowiek po prostu wie, że tego czy tamtego nie wolno robić, ponieważ poniesie takie bądź inne konsekwencje. Czyli albo ludzie przestaną z nim gadać, albo zaczną go traktować niepoważnie i tak dalej. W momencie, kiedy człowiek ma jakiś uraz głowy i zaczyna się zachowywać w dziwny sposób, to znaczy w dziwny, niemoralny sposób, czyli na przykład zaczyna kraść, obrażać innych i tak dalej, to znaczy, że jego duch w rzeczywistości znajduje się na takim właśnie poziomie rozwoju.
Ale nie ma w tym niczego złego ani niczego strasznego, ponieważ tak naprawdę wydaje mi się, że wiele osób posiada cechy charakteru, których po prostu nie ujawnia bądź których się wstydzi, bądź które są po prostu niepożądane w danym środowisku. A jak historia pokazuje, są znane osoby, które w wyniku pojawienia się jakichś nowych okoliczności okazały się na przykład tyranami albo mordercami, albo seryjnymi mordercami i w ogóle wychodziły z nich najgorsze jakieś różne cechy osobowościowe. Jeszcze co mogę dodać to to, że ja taką sytuację lubię porównywać do człowieka, który nosi koszulę z uwierającą metką. Czyli człowiek to jest duch. Koszula to jest nasze ciało materialne. Z jednej strony chcielibyśmy się z tą metką jakoś uporać, ale nie możemy i ona nas drażni przez cały dzień, aż w końcu wywołuje u nas jakieś negatywne reakcje. Po prostu ktoś do nas podejdzie, zapyta o godzinę, a my po prostu na niego nawrzeszczymy i to będzie wynikało z tego, że metka nas uwiera, ale także z tego, że poziom naszego rozwoju nie pozwolił nam opamiętać się w takiej sytuacji. I teraz, jeżeli ktoś na przykład ma jakąś pourazową wadę i ta wada zostanie operacyjnie skorygowana i nagle dana osoba zaczyna się znowu poprawnie zachowywać, można to porównać do sytuacji, gdzie człowiek po prostu noszący tę koszulę z tą uwierającą metką postanowił wziąć nożyczki i tę metkę obciąć. Metka przestaje nas drażnić, możemy się skupić na innych rzeczach. I tak samo jest z ciałem materialnym.
Jeżeli jakaś wada nie pozwala nam poprawnie funkcjonować, a przypominam, że dla ducha ciało jest tylko i wyłącznie narzędziem, więc gdy taka wada przestanie uwierać, duch może skupiać się na innych rzeczach. Na przykład wada wzroku. Jeżeli laserowo poprawimy sobie wadę wzroku, czyli tę siatkówkę sobie naprawimy, nagle okazuje się, że jakiś człowiek może odkryć w sobie talent malarski albo fotograficzny. To jest taki przykład. Nie będę tego dalej rozwijał, bo można by o tym gadać i gadać. Kolejne pytanie. Czy noszenie obrączki po zmarłym człowieku jako znak pamięci o danej osobie to coś złego? Czyli teraz tak: noszenie pamiątki samo w sobie nie jest oczywiście niczym złym. Można by powiedzieć, że na przykład pierścionek po babci albo obrączka po zmarłym współmałżonku jest w zasadzie tylko przedmiotem, ale właśnie jest małe „ale”, jak zawsze. To zależy też, czy dany zmarły był na przykład osobą dobrą czy złą.
Przedmioty takie osobiste, które posiadamy przy sobie przez na przykład większość życia, one pochłaniają tak jakby naszą energię. Czyli jeżeli człowiek był zły, negatywny, to też ten przedmiot będzie, że tak powiem, emanował taką niską energią. Jeżeli ktoś był dobry, pozytywny, to ten przedmiot będzie w drugą stronę właśnie emanował pozytywną energią i wtedy ta energia może mieć na nas jakiś delikatny wpływ. Tak twierdzą ezoterycy. A teraz bardziej punkt widzenia spirytystyczny. Myśl przyciąga ducha. Jeżeli będziemy nosili na przykład pierścionek po babci i będziemy tego ducha swoimi myślami ciągle przyciągać, a dajmy na to, że dana osoba niekoniecznie była zbyt pozytywna, to też wpływ czy ciągła obecność takiego negatywnego ducha, nie chcę powiedzieć złego, negatywnego ducha może mieć na nas negatywny wpływ. I z tego też się biorą różnego rodzaju opętania, gdzie na przykład dziadek opętuje swoje wnuki i te wnuki później wpadają w depresję i tak dalej. Jest literatura na ten temat, można sobie poczytać. Reasumując ten konkretny punkt, noszenie obrączki samo w sobie nie jest niczym złym, ale może mieć negatywne konsekwencje.
Ja generalnie uważam, że nie należy za bardzo otaczać się pamiątkami po zmarłych. Należy ich zachować po prostu w pamięci. Poza tym, jeżeli śmierć danej osoby, jakiegoś bliskiego jest czymś świeżym, to też ta nostalgia za daną osobą może stanowić pewien problem, aby dana osoba po prostu odeszła. Nie chcę mówić, że odeszła na drugą stronę i tak dalej, bo ona już jest po drugiej stronie, ale żeby odeszła i zajęła się swoimi sprawami, ponieważ nasze myśli, ludzi żyjących, będą ciągle ją do nas przyciągać. To troszeczkę tak, jak gdybyśmy chcieli się skupić na jakiejś pracy intelektualnej, a gdzieś za plecami ktoś ciągle by nas wołał, ciągle ktoś by chciał coś od nas i ciągle by nas wołał. Nawet gdyby ten ktoś miał bardzo dobre intencje, to w którymś momencie, jeżeli się nawet nie zdenerwujemy, to w którymś momencie zaczniemy odczuwać jakiś dyskomfort i będziemy sobie myśleć: no dobra, ale jednak mogłaby mi ta osoba dać w końcu już troszeczkę spokoju, bo mam inne rzeczy do załatwienia. Nie mogę ciągle tylko przy niej i przy niej. Oczywiście ja tu bardzo upraszczam. W tym świecie spiritualnym to wszystko wygląda troszeczkę inaczej. Duchy nie są ograniczone czasem, ale przecież one też w jakiś sposób odczuwają upływ tego czasu.
Dobra, nie chcę tego bardziej rozwijać. To jest też rzecz do przemyślenia dla was, dla moich widzów, abyście po prostu się zastanowili, czy chcecie trzymać takie przedmioty i czy warto. Innymi słowy duchowi po jego śmierci trzeba po prostu pozwolić odejść w spokoju. Tak, ale to też nie znaczy, że trzeba od razu wszystkie albumy rodzinne palić i wrzucać do pieca. Dobra, kolejne pytanie. Panie Piotrze, może pan zrobić materiał spirytystyczny o patriotyzmie, ojczyźnie? Ja sobie tylko sprawdzę, ile mam jeszcze czasu. Okej, mam jeszcze dużo czasu. Tak, oczywiście, mógłbym zrobić materiał o ojczyźnie. Akurat zbliża się 11 listopada, więc można powiedzieć, że taki przykład, ale moje poglądy w połączeniu z wiedzą spirytystyczną mogłyby się za bardzo nie spodobać takim zagorzałym patriotom.
To znaczy patriotyzm sam w sobie nie jest niczym złym, ale nie jest też rzeczą, która jest niezbędna do naszego rozwoju. To znaczy patriotyzm, czyli kultywowanie jakiejś tradycji, język i tak dalej, z pradziada na dziada, to jest rzecz pozytywna, ponieważ pomaga utrzymać różnorodność naszego życia, że tak powiem. Nawet w różnych miejscowościach, gdzie na przykład wezmę za przykład Szwajcarię, gdzie w sąsiadujących miejscowościach już ludzie mogą mówić zupełnie różnymi językami. Ba, nawet w tym samym mieście po jednej stronie ulicy mówią na przykład po francusku, a po drugiej stronie ulicy już mówią po niemiecku. Ba, zdarzyło mnie się, że w miejscowości francuskojęzycznej poszedłem do supermarketu i nie mogłem się dogadać ze sprzedawcą, który mówił w niemiecko-szwajcarskim dialekcie. I to są takie rzeczy. Więc kultywowanie takiego, że tak powiem, lokalnego patriotyzmu, także w tej skali narodowej, nie jest niczym złym. To jest coś pozytywnego, szczególnie w dobie globalizacji, gdzie po prostu mamy wszędzie coraz więcej restauracji z hamburgerami, a na drugą stronę półkuli możemy przelecieć w paręnaście godzin, że tak powiem. Już nie w parę, bo concordy nie latają. W każdym razie nie jest to nic złego i na pewno jeżeli ktoś ma na to ochotę, to warto temu poświęcać czas, energię, jeżeli tylko prowadzi to do jakichś pozytywnych rzeczy, a nie na zasadzie Polska dla Polaków, ziemia dla ziemniaków.
Po prostu patriotyzm, ja tu nie chcę wchodzić w definicję patriotyzmu, ale patriotyzm powinien nas motywować do czegoś pozytywnego. Coś, co pozytywnie wpływa na naszą społeczność, na nasz kraj. A jak znamy z historii przepędzanie na przykład obcokrajowców niekoniecznie zawsze dobrze się kończy. No i dobra. Jeszcze jedno, bo tutaj już chciałem przejść do kolejnego pytania, a jeszcze nie skończyłem tego wątku. Ale teraz wyobraźmy sobie już z takiego duchowego punktu widzenia, spirytystycznego punktu widzenia, wyobraźmy sobie, co by było, gdyby w 1918 roku ubiegłego wieku Polska nie odzyskała niepodległości i teraz Część z nas nadal żyłaby w zaborze austro-węgierskim i w rosyjskim. Urodzilibyśmy się być może w podobnym miejscu. Upraszczam, oczywiście wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, ale urodzilibyśmy się tutaj, nauczylibyśmy się języka zaborców. Być może nauczylibyśmy się języka polskiego, może nauczylibyśmy się trochę polskiej kultury, ale ten język zaborców byłby dominujący i również rozwijalibyśmy się i żylibyśmy w tej rozbranej Polsce, nadal obowiązywałyby nas wszystkie zasady, które Allan Kardec wyłożył w swojej literaturze, wszystkie zasady dotyczące rozwoju moralnego, stosunku do innych ludzi i tak dalej. Nic by się pod tym względem nie zmieniło, więc można domniemywać, że dla ducha, który ma zamiar reinkarnować się na Ziemi, tak naprawdę ten patriotyzm nie ma chyba większego znaczenia.
Mówię chyba, ponieważ jednak w zaświatach zachowujemy naszą osobowość, nasze myśli, nasze poglądy. Jeżeli ktoś był zagorzałym polskim patriotą, to w zaświatach ten polski patriotyzm też będzie obecny w jego osobowości. Ale co w związku z tym, jeżeli taki polski zagorzały patriota w kolejnej inkarnacji urodzi się na przykład we Francji albo w Niemczech? Rzecz nie do pomyślenia dla niektórych, ale tak może być. Nawet tego rodzaju sytuację przedstawiłem, opowiedziałem troszeczkę w zabawny sposób w materiale pod tytułem „Niemiec”. Jeżeli ktoś nie widział, to zachęcam. To jest chyba mój ulubiony materiał spirytystyczny, który nakręciłem na moim kanale. W każdym razie taki zagorzały polski patriota odrodzi się we Francji, nauczy się francuskiego, kultury, być może nadal będzie patriotą i ten jego silny patriotyzm da sobie znać we francuskiej kulturze i zacznie przepędzać imigrantów albo Polaków, którzy przyjadą tam z konieczności do pracy. Może taka osoba, na przykład Francuz, czuć jakiś sentyment do Polski w takiej sytuacji, nie wiedząc czemu. Ale jak widzimy na tym obrazku, ten patriotyzm lokalny niekoniecznie musi mieć dla ducha jakieś większe znaczenie, a już na pewno nie musi mieć znaczenia dla jego rozwoju osobistego.
Ale to wszystko w uproszczeniu. Tutaj już wchodzimy w zagadnienia filozoficzne, cały spirytyzm jest filozofią, ale myślę, że nie ma sensu rozwijać tego tematu w tym momencie, bo chyba to, co najważniejsze, powiedziałem. Kolejne pytanie: co pan sądzi o zabieraniu małych dzieci na cmentarz? Czy może to być w jakiś sposób szkodliwe? Oczywiście w sensie spirytystycznym, a nie psychologicznym. Nie. Na cmentarzu nawet jeżeli są jakieś duchy, to nieliczne, które przychodzą tam głównie po to, aby potowarzyszyć bliskim, którzy akurat przybyli zapalić znicz. A tak poza tym to nie ma żadnego znaczenia. Możecie sobie zabierać dzieci na cmentarze jak tylko chcecie, kiedy chcecie i to nie powinno w żaden spirytualny sposób odbić się na zdrowiu waszych dzieci. Kolejne pytanie: czy śmierć boli?
Oczywiście to nie chodzi o śmierć fizyczną, tylko śmierć z punktu widzenia spirytyzmu. Nie, śmierć nie boli. To znaczy duchy twierdzą, że przejście na drugą stronę jako tako nie jest niczym nieprzyjemnym. Możemy tutaj mówić tylko jeszcze o zaburzeniach, których duchy doświadczają w chwili przejścia, co można porównywać do nagłego obudzenia się. Oczywiście inaczej to wygląda w przypadku osób, które chorowały za życia i które powoli odchodziły. Ale temu tematowi poświęciłem jeden odcinek, więc nie będę się powtarzał. Nie pamiętam w tym momencie tytułu, ale to jest ten odcinek, gdzie mówiłem o koronawirusie. Poszperajcie. To jest jeden z ostatnich odcinków, chyba sprzed pół roku. Obejrzyjcie sobie.
Ale tylko taką dodatkową myśl tutaj dorzucę: jeżeli człowiek sobie napachał w ciągu życia, to przejście na drugą stronę może być bolesne w takim sensie, że doświadcza on później jakichś dodatkowych prób bądź oczyszczenia. Znajduje się w sytuacji, którą katolicy porównaliby do piekła. Ale to jest takie emocjonalne, takie piekło bardzo subiektywne, czyli ponosi konsekwencje swoich złych czynów. Ale to jest chyba jedyny ból, który ducha może spotkać w momencie przejścia na drugą stronę. Jeżeli prowadzicie spokojne, prawe życie, to nie musicie się według mnie niczego obawiać. I podkreślam, nie mówię tutaj o bólu fizycznym. Dobra, kolejne pytanie: czy niepełnosprawni z wadami genetycznymi powinni mieć prawo do zakładania rodzin? To jest pytanie, które pojawiło się na YouTubie na jednym z Z kanałów, które oglądam i pomyślałem sobie, że warto na to pytanie odpowiedzieć z punktu widzenia spirytyzmu. Czy niepełnosprawni z wadami genetycznymi powinni mieć prawo do zakładania rodzin? A czemu by nie?
Pytanie pierwsze: kto tak naprawdę miałby decydować o tym, jakie wady genetyczne można przekazywać kolejnym pokoleniom, a jakie nie? Przecież tak naprawdę wszyscy ludzie posiadają jakieś wady genetyczne, a mimo to przekazujemy te wady kolejnym pokoleniom, naszym dzieciom i wnukom, prawnukom i tak dalej. Tutaj mówimy o zakładaniu rodzin, więc wydaje mi się, że tutaj chyba nie chciałbym za bardzo popłynąć w jakieś moje osobiste przekonania, ale z punktu widzenia spirytystycznego wydaje mi się, że jeżeli człowiek jest świadomy, jest w stanie zadbać sam o siebie, to jak najbardziej powinien mieć prawo do założenia rodziny. Bo założenie rodziny to jest coś więcej niż tylko spłodzenie potomstwa. Tutaj nie mówimy o spłodzeniu potomstwa, tylko o założeniu rodziny, czyli również o przekazaniu potomstwu jakichś wartości, dbaniu o to potomstwo. Myślę, że jak najbardziej. Poza tym przecież to, że tak powiem upraszczając, Bóg decyduje, w jakim ciele inkarnuje się duch. Jeżeli duch ma potrzebę inkarnowania się w ciele, które ma jakieś dane wady genetyczne, to też z punktu widzenia duchowego nie ma powodu, żeby te wady genetyczne nie miały zostać przekazane kolejnym pokoleniom, w które też wcielą się duchy, które również będą potrzebowały zmierzyć się z tymi wadami. Więc myślę, że tak. Myślę, że o ile człowiek jest w stanie decydować sam o sobie i zadbać o rodzinę, to jak najbardziej.
Bo jeżeli na przykład weźmiemy pod uwagę jakieś rodziny z sytuacjami patologicznymi: alkoholizm, narkotyki, nieróbstwo, czyli ktoś jest leniwy, nie chce mu się pracować, żyje z zasiłków, to w takim razie możemy powiedzieć, co jest gorsze: jakaś wada genetyczna, gdzie na przykład ktoś rodzi się bez jednego oka czy osoba, która po prostu w związku ze swoim nieróbstwem nie chce w ogóle zadbać o jakiś w miarę dobry, sensowny, łagodny byt swoich dzieci? Mam jedno pytanie, które nurtuje mnie niezmiennie, kiedy pojawia się teza, że ktoś nie wie, że umarł. Jak to w ogóle jest możliwe, skoro po śmierci pojawia się całkiem inna rzeczywistość i możliwości? Rzeczywiście w literaturze spirytystycznej mamy bardzo dużo przykładów duchów, które nie wiedzą, że umarły. Na przykład na wojnie, gdzie ktoś zmarł nagle. I takie sytuacje są opisywane. Jak to się ma do tych pośmiertnych zaburzeń? Jeżeli ktoś na przykład był uduchowiony i żył już tymi sprawami duchowymi, to te zaburzenia pośmiertne są mniejsze. Czy może mieć to wpływ na żołnierza, który nagle ginie? Nie wiem.
Widocznie tak. Po prostu są duchy, które nie mają tych zaburzeń bądź te zaburzenia są dla nich tak niezauważalne. Bądź te zaburzenia są, ale oni po prostu nie zdają sobie sprawy z tego, co się z nimi dzieje, ponieważ po prostu nie mają tej wiedzy. I potem, gdy te zaburzenia minęły, mogą myśleć, że nadal żyją. Bo skoro tutaj są, funkcjonują, widzą, oddychają, czują i tak dalej, to też może być tak, że po prostu im się tak wydaje. Taki żołnierz na przykład, który ginie na wojnie i nawet nie zdaje sobie sprawy, może na przykład, nie wiem, już w tym momencie tak wymyślam, może na przykład odnosić wrażenie, że nagle rozbolała go głowa albo na chwilkę zasnął, przysnęło mu się na pięć minut w okopie między świstającymi pociskami. Nie wiem, ale wyobrażam sobie, że to może tak wyglądać. W szczególnie trudnej sytuacji są osoby, które na przykład nie wierzyły, że istnieje życie po śmierci. I też kiedyś nagrałem taką małą scenkę, więc możecie sobie obejrzeć. Scenka może aktorsko nie najlepiej mi wyszła, ale w treści przekazuje to, co rzeczywiście można przeczytać w komunikatach spirytystycznych, więc proszę sobie obejrzeć.
Poza tym, jeśli chodzi o tę inną rzeczywistość, to rzeczywiście duchy mogą sobie tworzyć swoją własną rzeczywistość i na przykład mówi się, że w Wersalu nadal są duchy, które żyją tam tak jak w XVII wieku, bądź na przykład w jakimś nawiedzonym domu. Ta tematyka ostatnio często mnie dopada. W jakimś nawiedzonym domu jakiś duch, na przykład zmarłego właściciela może żyć tak jak w czasach, kiedy rzeczywiście tam w ciele materialnym żył i normalnie funkcjonował. Nawet jeżeli w tym domu już mieszkają inne osoby. Taka sytuacja fajnie była pokazana w filmie „Oni” z Nicole Kidman. Chyba taki był ten tytuł. Gdzie duchy sobie funkcjonują po swojemu, a równocześnie ludzie żyją w danym domu po swojemu. I te dwie rzeczywistości, ta rzeczywistość materialna i rzeczywistość duchowa się przeplatają, ale tak naprawdę nie muszą sobie przeszkadzać. To znaczy, jeżeli człowiek żyjący w takim nawiedzonym domu jest na przykład sensytywny bądź jest sensytywny, bądź ma bardziej rozwinięte zdolności medialne, to on może tego ducha odczuwać. Tak samo z drugiej strony duch może odczuwać obecność człowieka.
Mogą sobie w jakiś sposób przeszkadzać i na przykład człowiek może odczuwać niezadowolenie ducha z obecności intruza w jego domu i tak dalej. Tutaj zaczynamy wchodzić w typowe historie dotyczące nawiedzeń, gdzie w tym momencie możemy domniemywać, że ten duch wie albo traktuje człowieka jako intruza. W każdym razie prawdą jest, że duchy mogą nadal funkcjonować po śmierci tak, jak gdyby żyły. Po więcej zachęcam, abyście sobie zobaczyli materiał o duchu człowieka niewierzącego. Tam ten temat troszeczkę jest rozwinięty. Kolejne pytanie. Dlaczego wirujące stoliki objawiły się w XIX wieku? W XIX wieku postęp techniczny był na tyle duży, że manifestacje spirytystyczne można było w jakiś sposób naukowy wytłumaczyć. Mówię „powiedzmy”, bo jednak spirytyzm to nie jest nauka materialistyczna. W każdym razie w tym czasie ludzie już mogli lepiej zrozumieć tematy związane z fluidami i tak dalej.
Chemia już wtedy była rozwinięta i ludzie mogli sobie wiele fenomenów w sposób bardziej materialistyczny wytłumaczyć. Ale to nie jest prawdą, że wirujące stoliki, czyli ogólnie zjawiska spirytystyczne pojawiły się dopiero w XIX wieku. Nie. Już pierwsi chrześcijanie mieli do czynienia z takimi samymi zjawiskami, jakie opisywał Allan Kardec w swojej literaturze. Z tym że w tamtym czasie przekazy między ludźmi były inne, było inne podejście. Może też wiele zapisków się nie zapisało. Szczególnie, że wiemy, że sama Biblia i Nowy Testament były przez długie lata przekazywane ustnie i dopiero w pewnym momencie ktoś zaczął je spisywać. Nie będę tutaj wchodził w historię powstawania Biblii. W każdym razie zjawiska spirytystyczne zawsze towarzyszyły człowiekowi, ale dopiero w XIX wieku ktoś postanowił podejść do tych zjawisk w sposób naukowy. Jeszcze patrzę, czy mam jakieś pytania.
Czy dusza ma tożsamość? Czy sama siebie jakoś nazywa imieniem, bo wcielając się wielokrotnie w różne ciała ludzkie, kobiece, męskie, w końcu zaczyna nabierać wątpliwości? Nie, nie nabiera wątpliwości. Duch może reinkarnować się wielokrotnie w ciałach kobiecych bądź męskich. Mnie się wydaje, że to jest raczej ciąg wcieleń męskich i ciąg wcieleń żeńskich. Oczywiście nie musi być tak, jak mówię, ale z moich obserwacji, z literatury i z moich przemyśleń wydaje mi się, że raczej tak to przebiega. Reinkarnowanie się w różnych okolicznościach, w różnych ciałach, w różnych sytuacjach można porównać do ciągłej zmiany pracy. Ja na przykład wielokrotnie zmieniałem pracę w moim życiu. Nieraz w różnych firmach pracowałem po trzy miesiące, czasami dłużej, rzadko krócej. Ale przecież mimo że wielokrotnie zmieniłem pracę, to przecież cały czas wiem, kim jestem.
Wiem, jaką mam osobowość. Wiem, co lubię, czego nie lubię, co mi smakuje, co mi nie smakuje, jakie filmy lubię obejrzeć, jaką książkę lubię przeczytać. Ja to wszystko wiem. W wyniku częstej zmiany pracy, zawodu nie doznałem jakiegoś rozdwojenia jaźni, a jedynie mam świadomość, że każda kolejna praca, każdy zawód, który wykonywałem, ludzie, których poznałem, wpłynęli na mnie w sposób rozwojowy, gdzie się nauczyłem czegoś nowego, inaczej zacząłem postrzegać niektóre sprawy. Ale to nie jest tak, że duch zaczyna cierpieć na rozdwojenie jaźni i w końcu nie wie, kim jest. Nie. Zresztą sami... Duch. Co to jest duch? My wszyscy jesteśmy duchami.
Przecież to ja jestem duchem z ciałem materialnym, a nie na odwrót. Przecież wiem doskonale, kim jestem. To nie jest tak, że duchy się w tym gubią. Tutaj miałem jeszcze jedno i to będzie ostatnie pytanie. Gdy się reinkarnujemy, czy za każdym razem mamy tych samych rodziców? To zależy. Nasze życie na Ziemi to jest tak jakby teatr i te role się zmieniają. W teatrze, nie wiem na ile się orientujecie, jest taki zwyczaj, że każda sztuka ma dwie obsady aktorskie. W razie gdyby jakiś aktor zachorował, trzeba natychmiast go zastąpić kimś innym. Jeżeli na przykład statystę można zastąpić kimś innym, ale aktorzy, którzy już mają role mówione, muszą mieć dublera.
I w teatrach jest stosowana taka metoda, że gdy jest zaplanowany repertuar, to w wyniku choroby jakiegoś aktora nie można odwołać spektaklu, bo to są straty finansowe. Cierpi też na tym wizerunek teatru i tak dalej. Dlatego każdy aktor ma swojego dublera, który w każdej chwili może wskoczyć na jego miejsce. Pracowałem w teatrze jako rekwizytor przez jeden sezon teatralny, czyli przez jeden rok i miałem okazję obserwować, w jaki sposób wyglądają sztuki teatralne grane przez jedną ekipę i w jaki sposób wyglądają sztuki grane przez drugą ekipę. Chociaż tekst był ten sam, spektakl się zmieniał. I tak samo jest w życiu. Nasze życie to jest taki spektakl. Dzisiaj naszym rodzicem może być duch, który akurat przyjął na siebie tę rolę, ale w kolejnym wcieleniu naszym rodzicem może być inny duch albo to my będziemy rodzicem jakiegoś ducha. Duchy lubią się łączyć w gromady duchów, które mają podobny sposób myślenia bądź mają razem coś do odpracowania. I w obrębie tych duchów rzeczywiście te role mogą się zmieniać, więc wcale nie jest wykluczone, że w kolejnym wcieleniu nasi rodzice będą animowani przez te same duchy.
Ale wcale tak nie musi być. Jeszcze tylko na koniec króciutko dodam: czytałem kiedyś komunikat spisany przez medium pochodzący od ducha, który mówił, że on nie może przychodzić za każdym razem, gdy dzieci go wzywają, ponieważ on ma dużo dzieci. Ponieważ ten duch, który już w tym momencie znajdował się w zaświatach, wielokrotnie podczas kolejnych reinkarnacji był rodzicem kogoś innego. I ten duch mówi: „Słuchaj, ale ja jestem matką setki innych ludzi i ja ich wszystkich muszę pójść zobaczyć. I to nie jest tak, że ja będę cały czas tylko do ciebie przychodził” na takiej zasadzie. I to daje do myślenia, że ten teatr działań ducha jest tak szeroki, że nawet nie musimy sobie z tego zdawać sprawy, że być może w kolejnym wcieleniu nasz sąsiad będzie naszym ojcem. Z tym sąsiadem jako ojcem to akurat trafiłem, bo to akurat rzecz częściej spotykana, niż się wydaje. Ale w każdym razie może się okazać, że jakiś nasz bliski, znajomy, przyjaciel będzie członkiem naszej rodziny. Więc tak to wygląda. Duch może być ponownie naszym rodzicem, ale nie musi, bo te role się cały czas zamieniają.
Dziękuję. To wszystko na dzisiaj. I tak wydaje mi się, że bardzo długo rozmawiałem. Jeszcze nie wiem dokładnie ile czasu, ale wy już to wiecie. W każdym razie dziękuję za oglądanie. Zachęcam do kontynuowania śledzenia mojego kanału. Do następnego. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:55:45] - I ktoś teraz się zastanawia, czy skoro Katarzyna Prychacz w poprzedniej części, w poprzednim wydaniu „Bibliotekarium 2.0” skończyła sezon „Alchemii tworzenia”, to dzisiaj „Alchemii tworzenia” nie będzie? Będzie, bo jest jeszcze sezon trzeci, a czwarty w przygotowaniu zapewne. W każdym razie sezon trzeci rozpoczyna odcinek, tak brzmi bardzo poważnie: o researchu, o duszach i o lustereczkach, które prawdę powiedzą. Zapraszam.
[03:56:26] - Halo, halo! Zgadnijcie, kto wraz z listopadem wrócił na salony. Puszczę wam podpowiedź. „Alchemia tworzenia”. No halo, halo, Bóg radiowa ludności. Jeżeli ktoś się jeszcze nie domyślił, z tej strony Katarzyna Prychacz. Wracam do was z moją „Alchemią tworzenia” z sezonem trzecim. Faktycznie przerwa się troszeczkę przedłużyła, ale nie ukrywam, że poprzedni sezon mnie troszeczkę, jak to powiedzieć, przeciążył. Z czym ja do was wracam tym razem? Tak sobie pomyślałam, że skoro i tak improwizowałam różne historie, to może teraz po prostu poimprowizuję elementy konkretne do jakiejś historii.
Nie że będę robić całą opowieść, tylko w tym sezonie na razie mam taki plan, ale zastrzegam sobie, że jak wpadnę na jakąś lepszą koncepcję, to zapewne wprowadzę, jak to ja. Niemniej na razie przewiduję taki plan na każdy odcinek Że będziemy sobie wymyślać protagonistę, czyli właściwie można powiedzieć... Chciałam powiedzieć, że głównego bohatera, ale w sumie protagonista nie musi być głównym bohaterem, nie? Nieistotne. Więc będziemy wymyślać sobie po prostu postać taką, wiecie, raczej krążącą wokół dobra, raczej pozytywną. To też nie jest dobre określenie. Tak sobie, wiecie co? Teraz się trochę wysypałam. Protagonista to najczęściej taki bohater, ktoś, postać, która mierzy się ze złem i tak dalej. Ale to jest ograniczenie.
No niemniej wypisane mam w notatkach protagonista, a później antagonista. Więc podsumowując, już nie zastanawiajmy się, czy oni obaj będą działali w służbie dobra czy zła, czy każdy według własnego przekonania. Po prostu to będzie wychodziło z kart. A może trafimy na jakąś taką historię, gdzie właściwie będziemy mieć protagonistę, który będzie antagonistą, a antagonistę, który będzie jeszcze większym antagonistą, nie? Więc tutaj dla tych grup, nie wiem, jak to nazwać, rodzajów postaci za każdym razem będę losowała kartę albo z Dixita, albo z Klubu Detektywów. Tak czy siak kartę z grafiką, żebyśmy, żebym ja i mój zespół wewnętrzny, bo przecież wy nie widzicie. Niemniej żebym miała jakieś punkty odniesienia, jeżeli chodzi, nie wiem, może o ich jakiś tam szerszy profil, wygląd czy jakąś profesję. Sami wiecie, a jeżeli nie wiecie, to wystarczy sobie wygooglować karty zarówno z Klubu Detektywów, z Dixita, nie wiem, czy jakieś inne, aż tak abstrakcyjne. Czy może nie? Aż tak złożone ilustracyjnie.
Pewnie są. Rynek robi się coraz bogatszy w tego typu gry, co jest super. Coraz więcej narzędzi do ćwiczenia kreatywności. No ja się, wiecie, jaram się jak wiedźma na stosie. Zatem dużo inspiracji na jednej karcie. To jest po prostu petarda. Więc dla każdego, czy to będzie protagonista, czy antagonista możemy, nie wiem, skrócić jako postać A i postać B, czy postać A i jej przeciwnik. Jedna karta z grafiką i jedna karta z archetypem osobowości. No przecież oczywiście, że ja i moje archetypy. Ale wiecie co?
No cholera, no co ja będę tutaj się ograniczać czy sobie zabraniać? Ja uwielbiam te archetypy, mimo że też jak często konstruuję postaci, no to one mają combo tych archetypów. Natomiast żeby mi było... Chciałam powiedzieć łatwiej, ale myślę, że w moim wypadku trudniej. Będę losować tylko jeden archetyp i będę starała się jakoś może spróbować go ograć w niecodzienny sposób, ale zobaczymy. Czasami myślę, że oczywiste rzeczy będą pasowały do niektórych postaci. Kiedy już ustalimy potencjalnych bohaterów potencjalnej historii, pomyślałam, żeby sięgnąć po coś takiego, jak ja w notatkach nazwałam to narzędziem zła. Natomiast sama nie wiem teraz, czy może po prostu nie uznać tego jako... Czy nie użyć tego jako może jakiś artefakt. Znaczy miałam zamiar pójść w kierunku takim, żeby ta dana rzecz była rodzajem problemu, ale może właśnie nie tego głównego problemu, z którym będą się mierzyli bohaterowie, tylko właśnie takim czymś, może właśnie trochę Easter eggiem w fabule, może czymś, na czym można byłoby w ogóle fabułę postawić.
Czy coś jak główna inspiracja, czy główna rzecz, takie wyzwanie, które warto byłoby na przykład umieścić w przekazie powieści, czy wręcz właśnie uczynić je takim przekazem, nauką. Z opowieści, opowiadania historii. Obojętnie. Tutaj zaznaczam jeszcze raz robimy tylko elementy. I tutaj nie będę losować kart, tylko będę sobie losować czy tam po prostu przynosić na każdy odcinek jakieś tam książki z moich zbiorów, jeżeli chodzi o materiał pisarski. Mam dużo różnych dziwnych książek czy dziwnych opracowań. Znaczy może dziwnych, nie dziwnych, no. Czasami niecodziennych, czasami może właśnie oczywistych, a czasami może właśnie sięgnę po zupełnie nieoczywistą książkę jako punkt wyjścia. Dobra, to mam. I dalej.
Dalej oczywiście właśnie losujemy problem. I tutaj sięgniemy po karty z gry Kraina Snów. Już po nie tutaj sięgałam w którymś z sezonów. To są karty, które mają właśnie trochę też grafikę jak z Dixita. Co prawda wydaje mi się, że mniej rozbudowaną. Ta grafika, znaczy na każdej grafice mamy dwa słowa i ona jest, można powiedzieć, dwustronna. Nie. Znaczy dwustronna, ale nie w kontekście odwracania kart, tylko w kontekście góry i dołu. Czyli na przykład mam tu przed oczami, mam kartę, na której jest napis u góry pościel, a na dole piżama i właściwie to grafika to jedno i drugie jest na tej grafice. Więc pomyślałam sobie, że z tego warto byłoby ułożyć propozycję jakiegoś problemu właśnie tutaj.
Problemu, z którym faktycznie będą się bohaterowie zderzać. I przypuszczam, że poprzez te karty będą to bardzo często bardzo abstrakcyjne czy kuriozalne problemy. No ale może dzięki temu właśnie będzie, wiecie, tak ciekawiej, żeby nie było sztampowo. A może właśnie gdzieś jakieś moje dziwne pomysły sprawią, że wasze pomysły będą jeszcze bardziej dziwne. Może wam się coś przyda w waszych projektach. I na sam koniec motto. I tutaj słuchajcie, odkopałam z dna mojej szafy po prostu turbo stary quiz Musiałabym z ciekawości zobaczyć rok wydania. Nie wiem, czy mam tu jakąś instrukcję, ale nie mam tutaj. Pewnie musiałabym znaleźć coś innego, nie instrukcję. Dobra, nieistotne.
Powiem tak: jest to dość stara gra, ponieważ jest z mojego dzieciństwa. Może nie jest bardzo stara, ale jednak ma swoje lata. To są karty z obrazkami, bo tam mamy oczywiście też karty z pytaniami. Tamte zostawiłam. Wzięłam karty z obrazkami, czyli z grafikami, które mają przedstawiać te przysłowia. Oczywiście ja będę losować grafikę i zobaczymy, jakie nam się będzie losowało przysłowie. Bo chyba nie powiedziałam, że to jest quiz o przysłowiach z Granny, z tego, co pamiętam. Tak, Granna. Więc przypuszczam, że to motto też często będzie od czapy. Tutaj chodzi mi o to, żeby dać sobie te, chciałam powiedzieć, pisarskie wyzwanie.
Natomiast w moim przypadku, nie wiem. Słuchajcie, ja mogłabym powiedzieć, że jestem na przykład wymyślaczem. To co? Wymyślarskie? Wymyślarskie wyzwanie? Kreatywne wyzwanie. Jak te wszystkie elementy, które padły, tak ze sobą posplatać, żeby gdzieś tam to przysłowie miało zastosowanie. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Nie mogę się doczekać. Jak zawsze wszystkie nowe receptury, może nie wszystkie, ale większość robię razem z wami po raz pierwszy.
To nie jest tak, że sobie ćwiczyłam, więc na razie to było w mojej głowie i dzisiaj to premierujemy. Z racji, że jest początek listopada, jesień na całego i niedawno były magiczne Halloween, to pomyślałam sobie, że motywem przewodnim dzisiejszego odcinka będą rzeczy metafizyczne, strachy. Chciałam powiedzieć cały arsenał halloweenowy. Natomiast chciałam powiedzieć, że nie będę sięgała do motywów śmierci, ale mam tu coś jednego ze sobą. I teraz tak: mam ze sobą stertę książek dzisiaj, żeby oddać trochę ten klimat halloweenowy czy pokazać wam, jak czerpać z takich książek, czy po jakie książki sięgać, albo jak można sobie dawać te wyzwania, biorąc tytuł rozdziału czy jakiś jeden element. Także zobaczymy, jak to wyjdzie. Klasycznie oczywiście wiecie, jak mnie znaleźć w internetach. Wystarczy wpisać moje nazwisko i gdzieś tam znajdziecie jakieś kanały łączące ze mną. Więc dajcie znać, jak to czujecie, jak wam się ewentualnie te rzeczy będą podobały. I co?
Ja chyba nie przedłużam. Powiedziałam wszystko, co najważniejsze. Jak zawsze wstęp trwa miliony godzin, ale kto mnie słucha regularnie, ten wie, że ten typ tak ma. A kto przyszedł nowy, serdecznie witam nowe uszy. To teraz już też wiecie. Dobra, to co? Wszystko mam na podorędziu. No to losujemy naszego protagonistę. Może nazwijmy to główny bohater i teraz nie towarzysz, nie partner. Przeciwnik?
Może pójdźmy, nie komplikujmy. Dobra, czyli będziemy mieć głównego bohatera i przeciwnika. Więc lecimy z tematem. Karta grafiki. Wyjmę sobie, ale jeszcze nie odwracam. Dla naszego bohatera głównego. I archetyp. Chciałam powiedzieć, że jakiś ze środka, a oczywiście nie wyjęłam instrukcji obsługi archetypów. Cała Kasia. Dobra, mam to.
Wydłubmy coś ze środka. I cyk, mamy archetyp. I wiecie co? Od razu sobie wylosuję dla przeciwnika. Odłożę karty, żeby mi nie przeszkadzały i wtedy będę odsłaniać to, co nam pokazały te karty. Dobra i tu drugi archetyp. Wiecie, higiena miejsca pracy, czy jak to się nazywa, stanowiska pracy. Okej, mamy to. No dobra, to odsłaniamy karty dla naszego głównego bohatera. Cyk.
Ojejku, jaka ładna karta! Zaraz wam opowiem, co na niej jest. I teraz pytanie do mnie za 100 punktów, czy od razu odsłaniam archetyp? Dobra, odsłonię od razu archetyp i niech mój mózg łączy kropki. W międzyczasie wam powiem, co jest na tej grafice. No kurczę, klasyka rodzaju, jeżeli chodzi o archetyp. Dobra, przeciwnika na razie zostawiamy. Więc na karcie z grafiką mamy ilustrację. Właściwie nigdy nie wiem, jakie to czasy, ale te czasy Kuby Rozpruwacza, tak myślę. Mamy tutaj trochę zniszczony budynek, powybijane szyby, porozbijane beczki.
Taką mamy ciemną alejkę. Więc my jako odbiorcy stoimy sobie za takim płotem, widzimy tę alejkę. Natomiast to, co ukazuje się naszym oczom, to lewitujący mężczyzna w cylindrze, w to się chyba żabot nazywa? Nie. Dobra, uznajmy, że to taki płaszcz, wiecie, z tamtej epoki. Mężczyźni najczęściej chodzili elegancko w cylinderkach, w jakichś płaszczomarynarkach. I ten mężczyzna, jak już wspomniałam, lewituje i ma uniesione ręce. I tam się nam objawia świecąca na biało róża. Ogólnie całość tej grafiki zachowana jest w kolorach, chciałam powiedzieć różowych, w dużym uproszczeniu. Aczkolwiek to trochę wpada w taki pomarańcz.
Nie chcę tutaj sięgać w kolory typu łososiowy czy jakieś inne takie, bo nie ukrywam, że sama się czasami w nich gubię, ale myślę, że chyba wiecie już, o co mi chodzi. Więc mamy takiego mężczyznę. Fajna epoka, kurczę, brukowane alejki, może właśnie taki stary Londyn. Właściwie dalej nie widzimy, bo ta róża jest rozświetlona, ale wszystko wygląda na takie zamglone. Więc mogłoby to nam też fajnie nawet narzucać czy inspirować nas do takiego klimatu. Jeżeli mielibyśmy osadzić to w jakichś czasach, albo w takich czasach, albo w miasteczku pogrążonym we mgle na przykład, albo w takim starym miasteczku, w starych kamieniczkach. Wiecie sami, że jedyne, co nas ogranicza, to nasza własna wyobraźnia. Także nie żałujmy jej sobie i dajmy się ponosić. I archetyp, który wylosowałam, to bohater. Oczywiście klasycznie nie wspomniałam, że korzystam z opracowania archetypów osobowości według Gabrieli Borowczyk.
To są karty archetypów. Więcej nie gadam. Googlujcie sobie. Bardzo super narzędzie do różnych celów. Przypomnę tylko tutaj co to za archetyp. Przeczytam tutaj to, co Gabriela zebrała na tej karcie. „Bohater pomaga i staje w obronie potrzebujących. Posiada supermoce, możliwości niedostępne dla innych i używa ich dla dobra ludzkości, wybranej grupy czy pojedynczego człowieka. Bohater pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe. Charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza.
Pociąga za sobą ludzi, dając przykład. Czyny mówią za niego”. Więc trafiła nam się właśnie definicja takiego bohatera-bohatera. Tutaj jeszcze na każdej z tych kart jest grafika. Tutaj mamy miecz, więc taki, można powiedzieć, atrybut rycerski, bohaterski. Nie wiem akurat, czy tutaj naszego będziemy wspomagać mieczem. Ta róża rozświetlona i on lewituje. Moglibyśmy iść tym tropem, no bo cylinder. Może to wcale nie jest jakaś epoka. Może on jest po prostu magikiem, iluzjonistą.
Ale miało być halloweenowo, więc tak się teraz zastanawiam. To może spróbujmy jakieś strachy przemycić. Nie wiem, czy zrobimy z niego jakiegoś starożytnego wampira. Patrzę co tu jeszcze. Supermoce posiada niedostępne dla innych. Może nie wampir, a może taki trochę bardziej współczesny Merlin. Merlin w cylindrze. Róża. Ta róża lewitująca. Od razu ta róża mi się skojarzyła z moją ukochaną bajką z dzieciństwa „Piękna i Bestia”.
I tam była ta róża pod takim kloszem. Właściwie przeklęta róża, można powiedzieć, czy zaklęta przez Cygankę. Więc może tutaj jakiś taki trop. Tylko teraz tak myślę, co ta róża mogłaby tutaj...? Róża ma kolce. Może być właśnie, no nie wiem co. Nie będzie przecież obrzucał ludzi różami. Nie wiem, może będzie władał cierniami, ale nie chcę aż tak udziwniać. Dobra, słuchajcie, ja idę pierwszym tropem. Jeżeli wam coś przyszło do głowy, to super.
To idźcie swoimi tropami. Więc pójdziemy tutaj w takiego klasycznego wampira, żeby trochę takich strachów stało się zadość. Pójdziemy właśnie w tą nieśmiertelną istotę. Natomiast tutaj on lewituje, ale nie jako nietoperz. Wiecie co? Nie chciałabym pójść w taką prostą magię, która by tutaj była takim trochę, w każdym przypadku pewnie, deus ex machina. Może pójdźmy w takiego pradawnego wampira, który z epoki na epokę żyje, ale w takim trochę odosobnieniu. Mam na myśli tutaj outsidera, takiego badacza. Taki bohater, ale takiego, którego nie widać. Że może właśnie on nauczył się przez tyle lat swojej egzystencji tak manipulować na przykład cząsteczkami, energią.
Wkładam w to trochę nauki, ale wiecie, wszystkie cząsteczki wibrują i może właśnie on ogarnął jak zmieniać na przykład swoją wibrację, czy wibracje swoich cząsteczek, czy generować jakąś energię, która pozwala mu wpływać na otoczenie. I dzięki temu też na przykład potrafi stać się lżejszy czy lewitować i tak dalej. Myślę, że to mógłby być właśnie taki bohater, który uratował już niejedno istnienie, tylko że na przykład nie był widoczny. Może właśnie też potrafi tak zmanipulować otoczenie, że staje się niewidzialny na przykład. I teraz myślę sobie Bo jest ta róża. A jednak mają być strachy, Halloween, wampir. Wampir musi się czymś pożywiać. Chociaż korci mnie tutaj to, żeby opanował umiejętność, że nie musi pić krwi, tylko pożywia się energią. Po prostu energię czerpie z otoczenia na tyle, że nie musi się pożywiać. Ale ta róża.
Kwiaty czy ogólnie rośliny. Nagle skojarzyło mi się to, przyszły mi do głowy dzieci. Ale nie w taki niezdrożny sposób, czy nie w to, że on będzie te dzieci zjadał czy coś. Może właśnie ta róża byłaby duszą małego dziecka. I teraz tak: chciałam, żeby to była mroczna strona bohatera, a cholera, w mojej głowie pojawiła się misja tego bohatera. Może właśnie on będzie takim bohaterem, który będzie pomagał dzieciom, które odeszły przedwcześnie i nie wiedzą, jak ich dusze są zbłąkane. Może właśnie on będzie zbierał te dusze. I teraz pytanie, czy umie je odesłać tam, gdzie trzeba, czy może właśnie jako badacz nie umie jeszcze tego zrobić, więc będzie zbierał te dusze. Będzie miał regały z butelkami, jakieś kolekcje. Ciekawy trop.
Dobra, idźmy w tego przeciwnika. Zobaczymy, co tutaj karty nam przyniosą. Może właśnie jeszcze jakieś fajne tropy będą gdzieś dalej. No dobra, to odsłaniamy grafikę przeciwnika. Ej, fajnie! Fajnie jest, kurczę. Ach, jak ja już wyszłam z wprawy, jak ja zapomniałam, jakie to fajne, jak to wszystko się samo skleja. Dobra archetyp. Ciekawie. Jeżeli chodzi o grafikę naszego przeciwnika, mamy tutaj w tle pole słoneczników.
Jest piękna pogoda, niebieskie niebo. Ma białe chmurki. Taka można powiedzieć, chciałam powiedzieć idylla, jak ta znana tapeta windowsowa, ale nie, bo tutaj nie mamy zielonej łąki, tylko żółtą poprzez to całe stado słoneczników. Ale słuchajcie, najważniejsze jest to, co jest na pierwszym planie tutaj. Oczywiście na pierwszym planie mamy piękny słonecznik, natomiast w przeciwieństwie do pozostałych słoneczników nie jest on wkopany w ziemię, tylko stoi w szklance z wodą, więc jest to ścięty słonecznik. Co dalej z nim jest takiego wyjątkowego? Bo jak mówiłam, jest to piękny dzień, słoneczny i ten nasz słonecznik tutaj jest ożywiony na tej grafice. Na jednym liściu ma grzebyk, a w drugim liściu trzyma lusterko. Takie stare klasyczne lusterko z rączką i to lusterko odbija światło. Światło ja tutaj założyłam słoneczne.
Jest taki promień światła, który pada z nieba. Nie wiemy skąd, bo jest za kadrem źródło tego. I ten promień wpada w lustro i od lustra odbija się prosto na, można powiedzieć, twarz tego słonecznika. Ten słonecznik jest po prostu kwiatem. Na ten kwiatek. Pierwsza moja myśl, oczywiście pojawił mi się w głowie narcyz. Jako taki typ osobowości, bo akurat słonecznik nie jest symbolem zarozumiałości. Aczkolwiek nie pamiętam, żółte kwiaty, czy one nie były symbolem zdrady? Nie wiem, nie pamiętam aż tak. Jak ktoś z was kojarzy lub jak żółte kwiaty symbolizują coś innego, a może właśnie sam słonecznik w sobie symbolizuje, przypuszczam coś innego niż zdradę, to też zachęcam was, żebyście właśnie takie tropy używali sobie w swoich elementach fabularnych, bo czasami może to nam pokazać.
To nie znaczy, że bohater musi być tym słonecznikiem, ale może właśnie. Ja poszłam w kierunku bycia narcyzem i w kierunku tematu zdrady, więc tu są moje tropy na tego bohatera. Czasami od skojarzenia do skojarzenia i może nam się stworzyć w głowie naprawdę świetny obraz postaci w 3D. Nie trzeba szukać, nie trzeba mieć archetypów osobowości czy robić analiz psychologicznych, bo po prostu trafią nam się takie skojarzenia, które będziemy mogli na przykład odnieść do osób, które znamy, czy do prozy życia codziennego, żebyśmy mogli sami stworzyć taką naprawdę z krwi i kości postać. Bo jednak jak zrobimy drewnianych bohaterów, to nieważne jak epicka historia, po prostu to nie będzie flow, to nie będzie płynęło. Wracając do tego naszego przeciwnika. Osoba zapatrzona w siebie, myślę, bo tak miało być halloweenowo, ale tutaj na razie przeczytam zaraz archetyp, może tutaj mi się coś fajnego połączy. Natomiast może tutaj pójdziemy w lustro. I teraz nie pamiętam, czy mam tę książkę na półce, czy nie. Chyba naprawdę zaraz wstanę, bo wydaje mi się, że chyba mam książkę o lustrach albo planowałam ją mieć.
Dawno nie odkurzałam biblioteczki, także zaraz zrobię pauzę, tak jak nie lubię robić i pójdę zobaczyć tą książeczkę. Ale jeżeli jej nie mam, to myślę, że lustro jako Halloween, połączenie świata żywych ze światem zmarłych. Lustro często jest rodzajem portalu, więc myślę, że tutaj moglibyśmy pójść w tym kierunku. Może to będzie właśnie postać z alternatywnego świata, która będzie przez te lustra przechodzić. W ogóle przypomniał mi się, idąc tym tokiem, pewnie w niejednym filmie, w niejednej książce ten temat był, w niejednym horrorze nawet. Natomiast książki Martyny Raduchowskiej. „Szamanka od umarlaków” i drugi tom tej trylogii „Demon luster”. Chyba to był drugi. Nieistotne, ale tam właśnie był w sumie motyw przechodzenia tymi lustrami. Polecam swoją drogą, bardzo fajna seria.
Więc to lustro może tutaj być naszym elementem takim halloweenowym. Dobra, lecimy z archetypem. Tutaj wylosował mi się Czarodziej. Przypomnę oczywiście, z czym tutaj mamy do czynienia od strony psychologicznej. Magia istnieje. Intuicja też. Motywator, który zapala do działania. Myśli pozytywnie, wierzy w swoją tajemniczą moc, ma niesamowitą siłę sprawczą. Jego drugie imię: Przemiana. Optymista i wizjoner.
Marzenia są po to, by je realizować. Czasem dzięki prostym i małym modyfikacjom wprowadza wielkie zmiany. Potrafi oczarować opowieścią albo wizją, przenieść w magiczny, lepszy świat. Wiecie co? Tak jeszcze myślę. Baba Jaga nie była w lustrze? I ona porywała dzieci. To może nam się tutaj jakaś fabuła kojarzy. Nie wiem, czy gdzieś w książce będę miała. Dobra, ale to może być po prostu coś z tych luster.
Ale wiecie co? Zastanawiam się, czy tu nie było czegoś podobnego w tych archetypach. Ta moc sprawcza. Nie wiem, czemu mi się to skojarzyło. No właśnie, słuchajcie. W poprzednim archetypie mieliśmy właśnie, że charakteryzuje go odwaga, działanie, siła i moc sprawcza. A tutaj mamy, że ma niesamowitą siłę sprawczą. Więc w sumie mamy takie dwie bardzo silne postaci, co może być też ciekawym starciem. Może jeden i drugi właśnie będzie miał tu takie poczucie, chciałam powiedzieć misyjności, ale nie to słowo, nie ten kierunek. Wiecie.
Chodzi mi o skuteczność. Jeżeli obaj mają tą siłę sprawczą, to najczęściej podejmowane przez nich akcje są skuteczne, co sprawia, że będą dla siebie godnymi przeciwnikami i w sumie niełatwymi do pokonania. O ile w ogóle będziemy tutaj dążyli do tego, żeby oni się pokonywali, bo może jednak zawiążą jakiś sojusz, a może nie będzie wcale potrzeby starcia czy pojedynku. Może to będą dwie historie, które będą szły jednotorowo i może gdzieś tam się tylko będą przeplatały. I co tutaj jeszcze? Potrafi oczarować opowieścią albo wizją. I tu pomyślałam, że może właśnie ten przeciwnik, ta istota nawet nie będzie wychodziła z tego lustra, tylko będzie w jakiś sposób manipulowała swoimi odbiorcami. No właśnie, ten narcyz. Tutaj to zachwianie, że tak powiem, psychologiczne. To właśnie często jest takie, że dla swojego dobra.
To jest taki narcyz, manipulant często. Okej, słuchajcie, mamy te dwie postaci. Myślę, że już naprawdę bardzo coś fajnego możemy wyrzeźbić. Robię pauzę, idę pro forma sięgnąć na półkę, zobaczyć tą książkę i zaraz wracam, bo akurat będziemy właśnie przechodzić do tych innych, które mam ze sobą. Oto jestem. Słuchajcie, wracam. Mam tą książkę, aczkolwiek w trakcie poszukiwań już zaczęłam się zastanawiać, czy ja po prostu nie miałam flashbacków jeszcze z pracy w księgarni, a to też było, kurczę, już chyba z 10 lat temu czy dziewięć. Ale nie, trop był dobry. Tytuł tej książki to jest „Narzędzie magii. Historia luster i zwierciadeł”.
I tutaj mam ją ze sobą. I teraz wiecie w ogóle, co jeszcze w trakcie poszukiwań przyszło mi do głowy? Że przecież ustaliliśmy, że ten nasz pierwszy bohater, główny bohater czy tamten bohater A jest wampirem, a według tych najstarszych mitologii wampiry nie mają odbicia w lustrze. I to mogłoby sprawić, że ten jego przeciwnik nie będzie mógł w żaden sposób na niego wpłynąć. No bo zwyczajnie tamten nie będzie go widział. A może będzie go widział ten przeciwnik. Zakręciłam. Zmierzałam do tego, że ten nasz złoczyńca nie będzie mógł mieć wpływu na naszego protagonistę, tego pierwszego bohatera. Także tutaj jeszcze czarodziej. Myślę cały czas nad tym drugim osobnikiem.
Czy pójdziemy faktycznie w czarodzieja? Ale takiego złotoustego krasomówcę, czy jak się nazywa takie osoby? Czyli właśnie to oczarowywanie opowieścią. Może to będzie jakiś demon manipulant. To trochę oklepana ścieżka, ale czemu nie? A skoro mamy Halloween, to może on będzie wychodził raz w roku. Albo, bo tak patrzę na te rośliny, na słoneczniki, pomyślałam, że rośliny kojarzą mi się z wiosną, z nowym życiem. Pomyślałam o relacji Persefony i Hadesa. O tym, że ona pół roku była w Hadesie na zimę, jesień i kiedy wracała, to wszystko budziło się do życia na wiosnę i lato. Może tutaj ten przeciwnik mógłby być kobietą albo może to byłaby postać, która w podobny sposób wracałaby na przykład na pół roku i siała jakiś zamęt.
Może właśnie w jakiś sposób drogi będą się musiały ich skrzyżować. Może jakaś dusza, którą ratował nasz bohater, może gdzieś w jakiś sposób niechcący zostanie... Nie chciałam powiedzieć zmanipulowana, ale niechcący da się pod wpływ. Jak to się mówi? Ależ ja mam dzisiaj już zwarcie na obwodach. Dobra, słuchajcie, bo ja ględzę, ględzę, ględzę. Jest już późno. Dużo już mam materiału, a my jesteśmy na początku. Ach, co ja! Dobra.
I teraz tak: mam ze sobą dużo różnych książek i dzisiaj mam ich tak dużo, że chyba nie będziemy się wczytywać tak jak to było w przypadku... Co to była? Matko nasza, z poprzedniego sezonu. Złocista. Pulmeria chyba, tak? O tym kwiatku było, ale zapomniałam teraz, kurczę, nazwy. Nieistotne. Jak ktoś słuchał, zwłaszcza końcówkę poprzedniego sezonu, tam mieliśmy bohaterkę i tam właśnie też sięgałam po książkę pod tytułem „Zbrodnie roślin” i tam wam przytaczałam jeden rozdział. Natomiast dzisiaj po prostu robimy przegląd wybranych pozycji. Lustra na razie odkładam.
Jak już wspomniałam o zbrodniach roślin, oczywiście, że wzięłam tutaj Halloween, to wzięłam tej samej autorki, czyli Emmy Stuart. Wzięłam „Zbrodnie robali”. Więc mamy tutaj różne insekty. Bo co to za Halloween bez jakiegoś robactwa? Patrzę, czy mamy jakiś spis treści. Nie wiem, czy gdybyśmy chcieli korzystać z czegoś... Nie, pełno mamy tych robaczków. Nie wiem, czy jest sens, żebym tu wam przytaczała coś. Patrzę na razie tylko na spis treści. Jakaś klątwa skorpiona na przykład.
Pożeracze ciał. To są pewnie bardziej wstawki nie o konkretnym gatunku, tylko o grupie. Z tego, co pamiętam. Tak. Robale wojny, parzące gąsienice, wróg wewnętrzny. Ciekawe tutaj są, jak zawsze, rzeczy. „Mężczyźni pragną bardziej”. No dobra, zobaczmy to. To jest jakiś początek tutaj po wstępie. W dużym skrócie tylko zerknę, bo jest tyle fajnych rzeczy, tyle książek, że moglibyśmy tutaj całodobowego live'a robić, żeby coś dobrze przejrzeć.
I co my tu mamy? Czy to jest dużo? To są trzy strony. Ale wiecie co? Nie będę tego wszystkiego czytać. Przeczytamy tylko może jakiś wstępik, o co chodzi. „Mężczyźni pragną bardziej”. Okej, trudne słowo. Łacińska nazwa. Teraz czy to się czytało „k”, czy „c”?
Bo co to byłoby wtedy? Afrochimaera constrictors nie jest jedynym stworzeniem, które cierpi w imię miłości. Agresywne i przepojone wrogością praktyki seksualne są zaskakująco częste. Randki potrafią być naprawdę koszmarne. Oto garść budzących grozę opowieści z pierwszej linii frontu tej wojny płci. I tu mamy właśnie gatunki robaczków opisane. Oczywiście case klasycznie. Wszyscy znamy modliszkę, a tu jeszcze mamy jakiegoś ślimaka bananowego, świetlik z rodzaju... Nie. Z czego jest ten świetlik?
Świetlik z rodzaju. Dobra. Bokochód i pająk tygrysi. Ale dobra, widzicie, wylosowałam jakąś dziwną rzecz. Czemu w ogóle tu nam seks wjechał na salony? A zaczęło się od jakiejś afrykańskiej pluskwy nietoperzowej. O! No i dobra. Jest nietoperzowa. No dobra, rzucam nazwy, zajawki.
Ja sobie doczytam później, a wy sobie możecie pewnie wygooglować, co to jest ta pluskwa nietoperzowa. Ale mamy wampira, mamy pluskwę nietoperzową, więc tak, to brzmi jak coś, co się fajnie składa. Ja o nich nie czytam. Ja nie wiem, dlaczego nietoperzowa. Zamykam książkę. Ale wracając do naszych postaci, to może właśnie jakoś ten nasz narcyz manipulant będzie nasyłał te pluskwy. Pewnie gdybyśmy doczytali, czym się charakteryzuje ta pluskwa, byłoby łatwiej tu połączyć wątki. Natomiast jak powiedziałam, dzisiaj robimy krótki przegląd, tak że jak widzicie Mamy już coś intrygującego, coś z jednej książki wylosowane. Co mogłoby nam tutaj pasować? Jest halloweenowe, mamy nietoperze, pluskwy, robaki.
Jest cudownie! Oczywiście mam tutaj ze sobą, żeby wam nie skłamać, dwie, właściwie trzy książki o duchach. Odłóżmy je na razie. Dobra, i teraz tak. Mam taki stary leksykon duchów z 1990 roku. No dobra, to nie taki stary. Stary, ale nie stary. Wiecie, o co chodzi. Czy mieliśmy spis treści? W niektórych książkach był on na końcu.
Też nie. A może nie było? Jak ja, człowiek, spis treści, człowiek, indeks. A jak tego nie ma, to jak dziecko we mgle jestem. Klasyczny leksykon, ABC i tak dalej. I tu mamy różne mniejsze lub większe duchy. Czyli mamy też trochę demonów, ale mamy też tutaj duchy osób, legendy osób, które żyły i później zmarły i nawiedzały domy i tak dalej. Takie leksykony polecam wam. Nawet jak jesteście w jakimś antykwariacie, gdziekolwiek, cokolwiek, warto to mieć, bo czasami będziecie potrzebowali jakiejś inspiracji i odpalicie sobie. Dobra!
Kosmate łapy. Coś takiego mi tu wjechało. Jedna z najzwyklejszych istot nadprzyrodzonych na Wyspach Brytyjskich. Pojawia się w pobliżu wioski Postbridge na wyżynie Dartmoor. Podróżni i stangreci opowiadają, że w rejonie Postbridge chwytały ich nagle dwie kosmate łapy i przewracały na ziemię bądź zmuszały do zjechania z drogi. Legendę o bezcielesnym duchu znanym jako Kosmate Łapy, Hairy Hands Ghost omawia szczegółowo J.R.W. Coxhead w książce „Ghosts in Devon” z 1972 roku. Może mamy jakiegoś ducha. Te wszystkie wątki poboczne. Może w tym miejscu są to elementy, które mogłyby w fajny sposób nam rozszerzyć fabułę.
Moglibyśmy wprowadzić to jako coś związane z przeszłością któregoś z bohaterów. Czy tak jak mamy tutaj tego wieloepokowego wampira, to może on znał te duchy, znał te wszystkie różne potworności, postaci. Może znał tę legendę. Może pisząc o tej postaci byłaby jakaś scena, szedł sobie alejką i zobaczył odcięte łapki kotka. Halloween przypominam, ma być mrocznie. Może patrząc na te łapki przypomniała mu się ta legenda. Wtedy możemy przemycić taką legendę dla czytelnika. Jeżeli nam się trafi dociekliwy czytelnik, to niewykluczone, że nie będziemy nawet musieli robić przypisu, a ten czytelnik sobie odpali Google'a czy jakiś leksykon duchów, czy inną encyklopedię i sprawdzi, czy my tutaj kitujemy, czy może faktycznie sięgnęliśmy gdzieś po jakieś legendy. Dobra, to jest jeden leksykon. Mamy też tutaj kolejną książkę w puli.
„Najsłynniejsze duchy świata”. Tutaj chyba akurat byłyby te legendarne osoby, które zmarły. Patrzę, mamy takie rozdziały jak wiara w duszę. Czyli tu mamy ogólnie kult zmarłych, święte duchy, duchy nawet w Piśmie Świętym. Ciekawy rozdział, później sobie powertuję. Mamy też mroczną stronę natury i tutaj mamy narodziny spirytyzmu, nadmiar duchów, nawiedzony Charles Dickens. Czyli mamy tutaj też nawrócenie Conan Doyle'a. Ciekawe tematy. Więc tutaj nie tylko mamy, tak jak w leksykonie, konkretne postaci, że tak powiem, tylko tutaj mamy też trochę więcej od strony teoretycznej. Może czytając jakiś taki klub duchów na przykład.
Nie wiem, o co z tym dokładnie chodziło. Przypuszczam, że to może była ta epoka, gdzie było modne wywoływanie duchów i tak dalej. Może taki klub duchów byłby też czymś ciekawym, czymś ukrytym w fabule. Może faktycznie te duchy, jak tu mamy jakieś postaci tak fantastyczne, może właśnie te dusze, które zbiera nasz bohater, te dzieciaki założyły sobie taki klub duchów, bo coś trzeba robić w tych butelkach i tak dalej. Dopóki nie odlecą sobie. Więc mamy taką zbieraninę dzieciaków z różnych epok. Taki może element humorystyczny, może taki trochę lżejszy dla fabuły. Byłoby ciekawe. Tutaj oczywiście patrzę dalej, mamy zjawy ludzi żyjących i też mamy jakieś— ja tak czytam wam co którąś rzecz. Kształty myśli, nieobecny poseł, psycholog i duch.
Też ciekawy skład. Może taki duch, który by pomagał psychologowi albo podpowiadał, jakiś pradawny pierwowzór psychologów, który współpracuje z psychologiem. Nawet czasami sam spis treści jakiejś książki może nam przynieść naprawdę morze inspiracji. Mamy tu jeszcze rozmowy ze zmarłymi, taki rozdział. Nieproszeni goście. Znowu mamy tu o opętaniach. Muzyka soul, też ciekawy temat. Nawiedzone domostwa, nawiedzone miejsca. To mogą być pomysły na lokacje. Może na lokację całej historii, którą opisujemy.
A może właśnie zebrać te lokacje i nasza postać, skoro tutaj mamy, można powiedzieć, takiego zbieracza dusz, to może on miałby taką mapę lokacji. Może taką mapę, jak w „Harrym Potterze” była, że się wyświetlają osoby, które po danej lokacji chodzą. Czemu nie? Fajny artefakt. Czerpmy z tego. Czerpmy, bawmy się konwencją. No i jeszcze mamy ostatni tu rozdział „Łowcy duchów”, co też jest ciekawym elementem. Też fajne anegdoty możemy wprowadzać dla naszych postaci. Odkładam, lecimy dalej. Tutaj mamy duchy polskich miast i zamków, więc właściwie niezależnie od tego, czy byśmy osadzili całość w polskich realiach, czy nie, to zawsze możemy też poprzeplatać jakieś fajne legendy od nas.
Czemu nie? Jesteśmy Polakami, to czemu by nie przeplatać naszych legend, mitów i innych cudowności z naszej kultury? I co? Klasyka rodzaju. Znowu szukam spisu treści. Jak będziecie chcieli autorów, to ja wam powiem albo przygotuję listę tych książek po prostu. W sumie przecież mamy tego fanpage'a, to wrzucę w informacji o tym odcinku listę tych książek, które tutaj sobie wyjęłam. Dobra, nie będziemy o upiór w karocy czy coś z innej strony. Czarnoduch. Tu jest jakiś Koston u Kosteckiego, cokolwiek to znaczy.
Duch dewot. Cielaki. Dobra, to zamykam. Mamy Halloween, mamy duchy, mamy dusze. Wszystko tutaj nam się ładnie składa. Mogą to być też takie dodatkowe postaci, które będą nam albo fajnie podkręcały, może takich wiecie, wprowadzimy tricksterów, jakiegoś duszka, albo będą to jakieś wątki poboczne czy przeszkody dla głównego bohatera. Dalej. Wiecie, ja nie ukrywam, że ja mam więcej książek. Nie brałam na przykład książek teraz o wampirach, wilkołakach, czy jeżeli chodzi o demony, to wzięłam właśnie tutaj jedną, tylko że wzięłam ją właśnie dlatego, bo to są wizje zła w sztuce. Więc bardziej będziemy mieli tutaj istniejące obrazy, które podejmują tę tematykę i które moglibyśmy tutaj wplątać.
Bo mówię, nie tędy droga. Jestem przekonana, że każdą książkę ze swojej półki dałabym radę nagiąć tutaj pod klimaty halloweenowe, nawet jeżeli nie są. Bo nawet wiecie, książka typu, czekajcie, co ja tam mam, na przykład „Historia brudu”. Czemu nie? Coś ciekawego. „Historia piękna czy brzydoty”. Są to naprawdę rzeczy, z których można czerpać. No i tutaj o demonach. Mamy tutaj tak naprawdę analizę dzieł. Mamy zdjęcie jakiegoś obrazu i mamy tutaj trochę symboliki opisanej, trochę historii o artystach.
Czasami, bo mamy też tutaj rzeźby jakieś, chciałam powiedzieć „pradawne”, starożytne, więc mamy też trochę o historii, o mitologiach, o wierzeniach. Książka złoto, bo możemy na różnych płaszczyznach czerpać sobie inspirację zarówno do budowania postaci, do budowania fabuły, do przemycenia ciekawostek czy zwyczajnie do własnego rozwoju i gdzieś tam rozwoju bazy anegdot, którymi możemy później zaszczycić czy to naszych znajomych, czy na przykład jak już będziemy mieli powieści czy książkę, pojedziemy na targi, będziemy podpisywać te książki. Zawsze możemy gdzieś naszych fanów, uczestników, naszych czytelników zaszczycić anegdotą. Każda anegdota na wagę złota. Czy to jest z waszego życia, czy właśnie ciekawostki ze świata. Polecam, bo to bardzo fajnie buduje relacje, czy nawet wręcz działa dobrze marketingowo jeżeli chcemy zareklamować nasz towar, nasz produkt, naszą książkę, historię i tak dalej. Dobra, co jeszcze mam? Bo ściemnia się. Wzięłam sobie też tutaj książeczkę „Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci”.
To jest bardziej książka bliżej opracowania naukowego niż książki o duchowości czy jakiejś fantastyce, bo tutaj mamy na przykład takie rodzaje jak chrząszcze grzebiące myszy albo na przykład chmara sępów. Czyli mamy tutaj zjadacze łajna. Mamy tutaj pokazany rozkład zarówno ciała, jak i roślin, jak i tego, jak natura sobie z tym radzi, jak to wygląda, jakie tu zachodzą procesy. Mamy jakieś śmierci wodne. Co tutaj jeszcze mamy? „Metamorfoza albo nowe życie i inne formy życia”. Więc wiecie, książka w ogóle w takim klasycznym stylu, więc mamy bardzo małą czcionkę, bardzo dużo treści i są jakieś ryciny, ale też nie za dużo. Natomiast jest to już opracowanie bardziej naukowe, czyli mamy tutaj jakieś fakty, które na przykład mogą sprawić, że któraś z naszych postaci stanie się jeszcze bardziej wiarygodna. Może właśnie tutaj, skoro mamy tego wampira badacza, może miał czas, żeby obserwować. Może właśnie zgłębiał temat śmierci dlatego, bo nie mógł umrzeć.
„Forever” taki serial chyba był. Tam mieliśmy nieśmiertelnego bohatera, który właśnie też nie wiedział, dlaczego nie może umrzeć i sprawdzał różne sposoby tej śmierci. Świetny serial. Ja nie wiem, czy on miał później kontynuację, ale bardzo przyjemnie się oglądało i w ogóle bardzo ciekawy motyw. Więc Dużo inspiracji i jak widzicie świat natury, nauki może być nawet w fantastycznej historii świetną inspiracją. Możemy sobie tutaj, że tak powiem, zgapić mechanizmy działania i sprawić, że na przykład jakaś postać fantastyczna będzie działała w ten sposób. Może nie będzie sępem, ale będzie działała jak sęp. Także ciekawy temat. I co? I te właśnie narzędzia magii, historia luster.
Zerknijmy sobie tutaj w spis treści i będziemy już zmierzać ku końcowi, lecieć do problemu. Halo, spis treści, no! Tym razem na końcu. Ha! Taki joke. Co my tutaj mamy? Lustro i jego upowszechnienie. Mamy lustra metalowe, szklane. Kosztowny zbytek. I widzicie, tu już mamy jeden podrozdział pierwszego rozdziału: lustra metalowe i szklane, a już robią nam fajną sytuację, bo na przykład ta postać, która się będzie posługiwała lustrami, może na przykład sobie narzekać albo może na przykład używać tylko luster ze srebra.
Teraz strzelam. Tak mi się wydaje, że te pierwsze były chyba ze srebra polerowanego, tak? Ale może właśnie będzie widziała różnicę pomiędzy lustrem metalowym a lustrem szklanym. Może właśnie tutaj, przy tej postaci, przemycimy troszeczkę ciekawostek o lustrach samych w sobie. Także widzicie, warto mieć taką książkę, bo powiem szczerze, że... dobra, ja lubię robić research. Ja tutaj mam słownik języka polskiego, słownik języka nawet nie tyle angielskiego, co różnych języków. To mam w telefonie na szybkim wybieraniu. Oczywiście, co mi przyjdzie do głowy, zaraz gdzieś tam wpisuję w Google'a, patrzę, dokąd mnie to zaprowadzi, ale jednak, jak mam iść do regału, jak mogę tę książkę chwycić w ręce, to zupełnie inaczej, jak to wam określić? Zupełnie inaczej czuję tę inspirację.
Wiecie, że to jest moc taka. Czuję satysfakcję, bo wykonałam pracę, jak starożytni badacze. Wyjęłam księgę i zajrzałam, a nie wyjęłam świecące pudełko, w którym mam wszystko. Aczkolwiek to też jest super inspirujące i dobrze mieć to pudełko ze sobą, bo dzięki temu mogę zgłębiać jeszcze więcej wiedzy, różnych ciekawostek w każdej chwili praktycznie. Dobra, co my dalej mamy w tych lustrach jeszcze? Mamy na przykład jakąś królewską manufakturę szkła i zwierciadeł. Kurczę, świetne ciekawostki. Całą postać w ogóle można by postawić na tej książce jako ekspert od luster. Może tak właśnie stał się narcyzem. Obejrzał przez te wieki różne, tyle luster, tyle odmian.
Zwiedził to wszystko. A może właśnie on robił pierwsze lustra? Napatrzył się na siebie i może sam na siebie rzucił jakąś klątwę narcyzmu. Ciekawe rzeczy, nie? Co my tutaj dalej mamy? Na podobieństwo Boga. Starożytność i wizerunek w lustrze. Tutaj mamy też takie trochę wierzenia związane z tym narzędziem, można powiedzieć. Co dalej? Lustro a uprzejmość.
O! I jest, proszę bardzo, zbiorowy narcyzm. Może właśnie to był ten moment, w którym nasza postać stała się tym narcyzem. Może właśnie ten moment przemiany bohatera, nie? Co my tu mamy jeszcze? Jakiś renesans, spojrzenie na samego siebie. Zwierciadło szatana. Zwierciadło i odmienność. Zabawy z potworami. Jak to brzmi!
Odbicie i tożsamość. Rywalizacja sobowtóra. Także dobra. I tutaj mamy tak powierzchnie, nie czytałam wszystkiego oczywiście po kolei, więc sami widzicie, z jednej książki zrobilibyśmy tutaj dużą rzecz, ale jednak zobaczcie, z każdej z tych książek starałam się znaleźć coś, co tutaj nam się połączy. I zobaczcie, w tym momencie mam już raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem książek, które stanowią bazę do materiału pisarskiego na przykład do tej historii, którą moglibyśmy tu zacząć łączyć już z tych elementów, nie? Dobra, to teraz skoro o elementach mowa, wylosujmy problem. Okej, mam kartę. Odwracamy. I co my tu mamy? Kurtyna i szuflada, więc właściwie to mamy otwartą szufladę, w której mamy kurtynę i tam nawet widać na ilustracji jakieś morze, żaglówkę, klify, ptaki latające i w ogóle chyba chciałam powiedzieć, że cała szafka jest jakby na niebie nad chmurą, ale w sumie to niekoniecznie.
Więc może teatr, może scena. Ta szuflada. No nie wiem, czy ta postać będzie zaklęta w lustro. A może właśnie, słuchajcie, może właśnie to lustro będzie tym przeciwnikiem. Może tutaj nawet nie będzie chodziło o oddzielną postać, tylko o drugą stronę naszego bohatera. Może wręcz nasz bohater będzie nosił ze sobą lustro, w którym nawet nie może się przejrzeć. Może w jakiś sposób będzie się tym, pomyślałam teraz, katował, nie? Tutaj widzę kurtynę, scenę, więc mieliśmy tę magię. Może ten drugi archetyp byłby właśnie takim alter ego. Mamy teraz doktor Jekyll i Mr Hyde.
Nawet by się chyba klimacik zgadzał, ten londyński taki. To też jest ciekawy trop. To też jest ciekawy trop. Wiecie, bo tak pomyślałam z tym lustrem, bo szuflada, nie? Więc może ten bohater zawsze będzie szukał sobie jakiegoś lokum i zawsze będzie miał w szufladzie przy łóżku to lustro i na przykład rytualnie będzie w nie spoglądał, nie? A może któregoś razu zobaczy jakieś odbicie? Kto wie? Może to jest właśnie pomysł też na zakończenie tej powieści. Bo mam tę kartę jako problem, nie? Więc może właśnie, bo tak pomyślałam, że lustro byłoby problemem jednocześnie, ale mamy jeszcze tę scenę czy ten widoczek, tę kurtynę.
Może ta kurtyna byłaby tu taką metaforą, że nasz bohater zawsze działał, tak jak mówiłam, zza kurtyny. Może właśnie chodzi o to pragnienie odsłonięcia kurtyny, tego, żeby być na tej głównej scenie, żeby się wreszcie pokazać ludziom. Ale jak on ma się pokazać ludziom, skoro nie jest w stanie pokazać się sam sobie? Że on tak naprawdę przez tyle lat nie wie, kim jest. Nie wie, jak wygląda. Możemy tu na przykład założyć, że on od początku był wampirem albo na przykład nie pamięta swojego poprzedniego życia, więc automatycznie nie pamięta tego, jak wygląda, swojego odbicia. A może właśnie w książce „Lustrach” znaleźlibyśmy jakiś typ luster, które by sprawiły, że wampir mógłby się zobaczyć. W sumie teraz tak mi się przypomniało. Czytałam gdzieś chyba jakiś komentarz o tym, że współcześnie lustra robi się z aluminium, a faktycznie pierwotnie lustra były właśnie na początku, z tego, co pamiętam, chyba były polerowanym srebrem, a potem za szkłem robiono powłokę ze srebra. A wiemy z mitologii, że srebro z kolei okaleczało, parzyło wampiry.
Też było w jakiś sposób dla demonów czy dla wampirów, swoją drogą właściwości bakteriobójcze, odkażające, ale było właśnie dla nich czymś nie do przejścia. I dlatego wampiry według tej teorii takiej, można powiedzieć, trochę paranaukowej, dlatego wampiry nie mogły zobaczyć swojego odbicia. Więc może tutaj nasz bohater trafi wreszcie do współczesnej epoki, czy trafi na przykład na początek, kiedy zaczęto produkować lustra z aluminium i może po raz pierwszy zobaczy swoje odbicie. I może tutaj właśnie to będzie. A może to właśnie odbicie będzie problemem? Może kiedy zobaczy, jak wygląda, spojrzy sobie sam w oczy, może uświadomi sobie, że na przykład te zbieranie dusz dzieciaków, które paradoksalnie zostały uwięzione w butelkach, tak? Trzymam się tego, co wymyśliłam, że może to wcale nie było dobre, że może on sobie dopiero wtedy uświadomi, że on tak naprawdę stał się ich może nie tyle katem, kolekcjonerem. Stworzył więzienie dla tych dusz. I mimo że ta motywacja była dobra, może tutaj się okaże, że właśnie wynika z tych narcystycznych pobudek, z tego zapatrzenia w siebie, w to, że on ma misję, że jest bohaterem, a na przykład wcale tym bohaterem nie był. Może właśnie widzicie, nasz protagonista jest jednocześnie antagonistą.
Ależ ładna klamerka się robi. Dobra, mamy problem. No to lećmy jeszcze na koniec, zabijmy to jakimś mottem. Potasujemy. Dobra i coś ze środeczka jeszcze dla pewności. I co my tu mamy? Czas to pieniądz. Czas to pieniądz, moi drodzy, więc tym akcentem kończymy. Ale mamy tu motto, czyli ta cała nasza jeszcze historia. Te wszystkie elementy powinny się połączyć w to, że czas to pieniądz.
Kurczę, trochę odleciałam. A może tutaj pójdziemy w jakiś biznes tylko? Czas to pieniądz. Może nie patrzmy na to dosłownie, tylko właśnie, no bo dobra, w sumie w tym przysłowiu chodzi o wartość. Wartość czasu, ale bardziej może spójrzmy tutaj jak na doświadczenie, jak na te wszystkie lata, które przeżył i może to będzie ratunek dla zszarganych nerwów naszego bohatera, czyli ten moment, w którym spojrzy w swoje odbicie, zwątpi w dobro swojej misji i swoich działań. Może jednak coś tutaj sprawi, że jednak przestanie się zadręczać i spojrzy zupełnie z innej perspektywy. Spojrzy na to, że dzięki temu, że jest nieśmiertelny, mógł właśnie te wszystkie dusze zagubione pozbierać w jedno miejsce i to wcale nie było na przykład złe. Bo może teraz, w tej epoce odkryje moment. A może te tworzywo, może to nowe lustro przyczyni się też do tego. Nie wiem, jakie ma właściwości aluminium szersze takie.
Aluminium przewodzi dobrze ciepłu. Często w patelniach mamy trzy teraz już warstwy. Aluminium jest w środku i sprawia, że ciepło się rozkłada równomiernie. Więc może tutaj ten element aluminium, tego ciepła może sprawi, że nasz bohater wreszcie wpadnie na to, jak te dusze odesłać tam, gdzie trzeba. I może tutaj ten czas, czyli te wszystkie doświadczenia, które zebrał, przekuje się na pieniądz, czyli na korzyść, na finał tego wszystkiego. No dobra, połączyłam. Mamy to. Ja nie ględzę, bo znowu wyszła godzina. Gadam godzinę. No to pewnie będzie po wycięciu jakichś tam niepotrzebnych rzeczy pewnie będzie niecała godzina.
No ale to już się chyba przyzwyczailiście, że ja to chyba jednak nie wyznaję zasady czas to pieniądz, tylko gdzieś tam lubię pływać i latać i w ogóle. Sobie we własnej wyobraźni. Także mam nadzieję, że wy też dzisiaj ze mną popływaliście. Jestem przekonana, że też mieliście w trakcie swoje myśli, może swoje anegdotki. Także słuchajcie, nie duście ich w sobie. Podzielcie się z kimś, kogo tam macie, jakiegoś domownika. Zarówno czy to będzie mąż, żona, dziecko czy piesek, kotek, waran z Komodo, czy cokolwiek tam macie w domach. Albo zastukajcie do sąsiadki, do sąsiada. Nie wiem, krzyknijcie z balkonu, co wolicie. Coś, co będzie z wami spójne.
Ale podzielcie się jakimiś fajnymi myślami, anegdotami. Bo powiem wam szczerze, że z perspektywy mojego czasu i moich doświadczeń widzę, że to naprawdę robi robotę. To bardzo fajnie buduje relacje, ale bardzo często też sprawia, że ludziom poprawia się nastrój. Wiecie, że opowiadając jakąś anegdotę nawet ja mam świetny przykład. Jeżdżę często BlaBlacarem jako pasażer, więc już nieraz zdarzyło się, że ktoś wsiadał z takim słabym nastrojem, a gdzieś tam tu ciekawostka, tam anegdota i później ja widziałam, jak zmienia się mowa ciała czy ten uśmiech, czy nawet ton głosu. A często się też zdarza, że te osoby same mówią czy nawet dziękują, że wsiadłam do tego samochodu, bo na chwilę się oderwały od swoich problemów. Wiadomo, problemy nie znikną z dnia na dzień, ale jeżeli wasza anegdota, minuta, dwie waszej anegdoty mogą sprawić, że ktoś inny nawet na te pięć minut czy nawet na tę minutę zapomni o jakichś ciężarach, które ze sobą nosi i na chwilę się zrelaksuje, to już jest wygrana minuta. Także zrobiliście tą anegdotą na przykład coś dobrego dla świata i może to dobro zostanie gdzieś dalej przekazane razem z waszą anegdotą lub historią o was, waszą legendą miejską. Dobra, ja kończę. Myślę, że ja i moja próżność uznajemy, że zaczęliśmy ten sezon świetnie i oby tak dalej.
Mam nadzieję, że wam się nowa formuła podoba. Ja już się nie mogę doczekać. Za tydzień. Na razie ambitnie jeszcze trzymam się tego, że za tydzień zrobimy kolejny odcinek, ale zastrzegam sobie, że może być jednak w tym sezonie tak, że na chwilę chociaż przeskoczymy na codwutygodniowe moje ględzenia. Zobaczymy. Także bądźcie tutaj czujni i do usłyszenia w następnym odcinku. Pa.
[05:01:23] - No i na koniec dzisiejszej audycji odrobina literatury z archiwum ABW. No cóż, proszę państwa, archiwum ABW wiecznie żywe. Kolejne opowiadania przed państwem. Dzisiaj skromna dawka, niecałe 40 minut, dwa teksty. Serdecznie państwa zapraszam. A opowiadania czyta Marek Sęk "Ivellios".
[05:01:52] - Kamila Dziońko-Borkowska i Przemysław Cichoń. „Niepasująca”. Rozejrzała się dookoła. Wszyscy oni są tacy sami. Okropni. Chociaż tamten człowiek zdaje się być względnie wyglądającym klientem. Nigdy nie nazywała ich ofiarami, ponieważ wtedy musiałaby przyznać, że to, co robi, jest złe. Gdyby tak zrobiła, nie mogłaby patrzeć ukochanej matce w oczy. A poza tym, jeśli ktokolwiek dowiedziałby się, w jaki sposób zarabia, niechybnie zostałaby skazana na śmierć. Z drugiej strony schlebiały jej wyolbrzymione plotki dotyczące Niewidzialnej Ręki.
Pracę ułatwiał jej fakt, że każdy oczekiwał, iż okrytym złą sławą złodziejem jest mężczyzna. Nikt nie boi się przecież pięknej, dobrze ubranej niewiasty o delikatnej urodzie i dźwięcznym głosie. Zdarzało się czasami, że sama szeptała innym nieprawdziwe fakty dotyczące strasznego kieszonkowca. Śmieszyło ją, gdy spacerując po targu, słyszała historie, które sama wymyśliła. To jeszcze bardziej ułatwiało pracę, ponieważ ludzie wiedząc, że powinni uważać, zaczynali zachowywać się nerwowo, a takie postępowanie bardzo łatwo pozwalało namierzyć, gdzie trzymają denary. Spojrzała na człowieka, którego sobie upatrzyła. Uśmiechnęła się zalotnie, delikatnie wyjmując sakiewkę z jego kieszeni. Nawet się nie zorientował. Najczęściej polowała w tłumie. Wolała zmniejszyć ryzyko bycia zapamiętaną przez kogokolwiek.
Wyostrzone zmysły ułatwiały pracę, a zwinne dłonie sprawnie ukrywały łup. Uwielbiała to szybsze bicie serca podczas rabunku. Ekscytacja połączona była z lekkim lękiem, że mogą ją złapać. Już dawno pozbyła się wyrzutów sumienia. Zbyt długo ludzie traktowali takich jak ona z pogardą, żeby teraz miała się nad nimi litować. Wykorzystała fakt, że uczy się szybko i stała się postrachem w całej krainie. Miała jednak swoje zasady. Najważniejsza z nich głosiła, że okrada tylko przedstawicieli człowieczego gatunku. W pokoju, a raczej w nieprzyjemnej, ponurej klitce z niewygodnym łóżkiem, którą wynajęła od starego satyra uwielbiającego popijać wino i opowiadać historie ze swojej młodości, zdjęła z głowy grubą chustę. Zima nie grzeszyła mrozem w tym roku, jednak okrycie pozwalało Minoe pozostać anonimową pośród ciżby.
Spojrzała w lustro i poprawiła włosy. Zajęło jej to dłuższą chwilę, ponieważ musiała ukryć spiczaste uszy. Robiła tak, odkąd tylko pamiętała. Zawsze wstydziła się tej części swej aparycji. Poza tym To piętnowało i nie można było temu w żaden sposób zaprzeczyć. Przeliczyła łup. Z uśmiechem stwierdziła, że w ciągu dwóch dni ukradła więcej niż zaplanowała. Schowała zdobycz i poczuła, że ma nieprzepartą ochotę na konną przejażdżkę. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Zupełnie niespodziewanie zakręciło się jej w głowie.
Ciało ogarnęła absolutna niemożność, a w umyśle pojawiło się porażające, przygnębiające uczucie końca. Przed oczami ujrzała rodzicielkę. Wizja zniknęła po chwili, jednak Minoe nie mogła się uspokoić. Była przerażona. „Nie” – wyszeptała. – „Mamo, nie rób mi tego”. W pośpiechu zaczęła pakować swoje rzeczy, które zawinęła w niewielki tobołek. Do pasa przypięła mały nóż, który nosiła do obrony. Na plecach zawiesiła kołczan, a łuk chwyciła w lewą rękę. Kobieta samotnie podróżująca po świecie musi umieć zachować się w sytuacji zagrażającej życiu.
„Szanowny panie, muszę wyjechać wcześniej. Nie musisz oddawać mi reszty. Wypij w mojej intencji dobre wino” – zwróciła się do gospodarza, którego ucieszyła wizja 30 denarów pozostających w jego kieszeni. „Nie zostanie panienka nawet na noc? Nie lepiej ruszyć o świcie? Dookoła jest orkowy las”. „Niestety, panie Wilincie, moja matka umiera. Nie mam chwili do stracenia. Napiłabym się z tobą, ale sam rozumiesz”. „Tak, tak”.
Gdy dosiadła konia, pocwałowała prosto w stronę lasu. Modliła się o czas. Czuła, że nie ma go już zbyt dużo. Knieja była gęsta i ciemna, jednak Minoe widziała w nocy równie dobrze jak w dzień. Po kilku godzinach podróży jej uszu dobiegł kobiecy krzyk. Instynktownie zatrzymała konia i zsiadła z niego pospiesznie. Uwiązała zwierzę do drzewa, a następnie skierowała kroki w stronę niepokojących odgłosów. Poruszała się lekko i zwinnie. Gdy doszła do wniosku, że jest już blisko źródła hałasu, wspięła się na drzewo, aby łatwiej zorientować się w sytuacji. Przez las biegła drobna istota, którą goniło trzech mężczyzn.
„Ludzie” – westchnęła Minoe. Cała czwórka wbiegła na polanę. Ofiara próbowała ukryć się za samotną skałą wystającą z ziemi pośrodku wolnej przestrzeni. To nie był jednak dobry pomysł. Minoe zeskoczyła z drzewa, chwyciła łuk przewieszony przez ramię, umieściła w nim strzałę, wycelowała w pierwszego napastnika i pozwoliła, aby broń stała się narzędziem przeznaczenia. Chwyciła drugi grot. Wypuściła śmiertelne strzały jedna po drugiej i nie czekając, aż agresorzy upadną, wyszła z cienia. Zbliżając się do wielkiego kamienia, dostrzegła wystraszoną, płaczącą kobietę tulącą się do skały. Kiedy Minoe podeszła bliżej, nieznajoma spojrzała na swoją wybawicielkę z lękiem. „Nie rób mi krzywdy” – szepnęła.
„Nie zamierzam. Nie musisz się niczego obawiać, a już na pewno nie tych”. „Dziękuję. Czy oni na pewno nie żyją?” – zapytała kobieta drżącym głosem. „Nigdy nie chybiłam” – odpowiedziała Minoe, pomagając kobiecie podnieść się z ziemi. „Gdzie się tego nauczyłaś?” „Ojciec mnie wprawiał”. „Twój ojciec musi być nadzwyczajny”. „Był. Zabiły go orki za pomoc ludziom podczas wojny Arkańskiej”. „Twój ojciec.
On był elfem?” – zdziwiła się kobieta. „Nieważne. Uważaj na siebie. W tym lesie roi się od orków i ludzi” – powiedziała Minoe, a następnie odwróciła się do kobiety plecami. Była gotowa kontynuować swą podróż. „Zaczekaj! Mogę iść z tobą? Nie sprawię kłopotu. Widziałam, naprawdę. Pracowałam jako pomywaczka, ale mnie bili i uciekłam”.
Dziewczyna wyglądała, jakby miała się rozpłakać. „Mogę cię podrzucić do Tauronu”. „Dziękuję ci, dziękuję. Jestem Lawia, a ty?” „Minoe. Chodź już, mam mało czasu”. Jakiś wewnętrzny głos nie pozwalał jej zostawić w tym lesie samotnej, bezbronnej istoty, nawet jeśli była nią przedstawicielka znienawidzonej rasy. Dziewczyna biegła za nią, zasapana, potykając się co chwilę o korzenie. Jechały całą noc. Rankiem wierzchowiec zatrzymał się przed małą chatką. Zsiadły z konia.
Przedstawicielka ludzkiego rodu, nieprzyzwyczajona do dalekich podróży, zatoczyła się i niewiele brakowało, aby upadła. Zdołała jednak oprzeć się o drzewo. Minoe stanęła natomiast pewnie na ziemi. Zsunęła chustę z głowy, rozpuściła proste, ciemne włosy na ramiona i przygładziła suknię. Kiedy ruszyła przed siebie, drzwi chaty otworzyły się i ze środka wyszła zdziwiona zielarka. „Jak?” „Czuję takie rzeczy”. „Maura wiedziała. Czeka na ciebie”. „Wiem. Zaopiekuj się, proszę, moją towarzyszką.
Sporo przeszła”. Znachorka kiwnęła tylko głową. Minoe weszła do ciasnej izby. Na wielkim łóżku leżała mizerna, stara kobieta. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Zapach śmierci. Znała go doskonale. Widok schorowanej matki sprawił, że do jej oczu napłynęły łzy. „Nie płacz, kochanie. Nie czas na to”.
„Mamuniu.” – córka wtuliła się w ramiona matki, a ta ostatkiem sił starała się przytulić swoją pociechę. „Jak ty pięknie wyglądasz z rozpuszczonymi włosami”. „Wiem, mamo”. Jestem wtedy podobna do ojca. Tak. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Nie mam już zbyt dużo czasu. Tu nie masz nikogo. Pojedziesz na północ, do Arkanu. Nie, nie pojadę.
Jestem dla nich prostakiem i tak mnie też tam traktują. Nie widziałem krainy elfów od śmierci taty. Pojedziesz do Arkanu, do twojej babki. Ona pomoże ci spełnić twoje przeznaczenie. Przeznaczenie? Nie pojmiesz tego teraz. Pojedź na północ. To mój testament. Nie zmusisz mnie. Mamuniu, kocham cię.
Po tych słowach zapanowała cisza. Patrzące przed siebie oczy straciły blask. Płacz pełen cierpienia słychać było aż na podwórzu. Kiedy zielarka wróciła do chaty, zastała młodą kobietę klęczącą przy łóżku. Gdy Minoe zorientowała się, że nie jest sama, otarła załzawione oczy, przygładziła włosy, potem suknię i spojrzała na swoją matkę. „Pomóż mi, proszę” — zwróciła się do zielarki — „pożegnać ją tak, jak robią to ludzie. Miłość do elfa nie jest przecież zbrodnią, za którą chcecie tak srogo karać. Pomóż mi, proszę, bo sama nie podołam. Potem odejdę.” „Pomogę ci. Twoja matka zasłużyła na to.” Nazajutrz wraz z zielarką i Laviją odprawiły ceremonię.
Ludzie grzebali swoich zmarłych w ziemi. Nie trudzili się zbytnio i nie odprawiali wymyślnych rytuałów. Grób był płytki, a ciało zmarłej owinięte w białe sukno przykryte było lnianym kocem, na którym leżał bukiet polnych kwiatów. Nad ciałem klęczała stara zielarka. Wznosząc ręce ku niebu, odmawiała modlitwę. „Przyjmij, o wielki i potężny, ducha twej służebnicy” — zaczęła mówić, a właściwie śpiewać zielarka — „i pomóż jej odnaleźć drogę do wiecznego szczęścia w Arkadii.” Dalszy ciąg modlitwy zielarka wyśpiewała już w innym, sobie tylko znanym języku. Złożyły ciało Maury w grobie i zasypały ziemią. Na wierzchu spoczął kopiec kamieni, a Minoe położyła na nim wieniec z polnych kwiatów oraz ziół. Gdy wstała i odeszła od grobu, stara zielarka objęła ją ramionami, a następnie powiedziała: „Nie smuć się, moja kochana. Maura teraz razem z twoim ojcem przemierza konno nieskończenie piękne zielone wzgórza Arkadii.
Cieszy się szczęściem i beztroską u boku swego ukochanego, do którego tak bardzo i tak długo tęskniła.” Słowa, które usłyszała, były pocieszeniem, jednak smutek tak bardzo ciążył Minoe, że z trudem zdławiła szloch. Gdyby mogła, pogrążyłaby się w rozpaczy. Musiała jednak być silna. Została sama. Nie miała nikogo, o kogo mogłaby się martwić. Kiedyś, dawno temu, poprzysięgła pomścić swego ojca, ale czas leczy rany. Gdy żałoba minęła, Minoe musiała zająć się matką, która podupadła na zdrowiu. Musiała utrzymać ją i siebie. Wtedy właśnie zaczęła kraść. Pieniędzy wystarczało na przyzwoite życie.
Udało jej się też odłożyć coś na czarną godzinę. Teraz musiała się spakować i ruszyć na północ, do Arkanu, tak jak obiecała. Największe miasto krainy elfów było cudownym miejscem, pełnym pięknych budowli, placów i szerokich bulwarów. Na każdym kroku czuło się powiew magii. Elfia wspólnota była o wiele bardziej uduchowiona niż ludzkie plemię, ale ona tak naprawdę nie była elfem. I to było widać. Była mieszańcem, kundlem. Jej skóra nie była złota jak skóra elfów. Była biała, a raczej różowa, ludzka. Takich osobników nie darzono tu szacunkiem, a zwłaszcza zaufaniem.
Musiała teraz odszukać swoją babkę. To nie jest takie proste, kiedy nikt nie chce z tobą gadać ani nawet odpowiadać na pytania. Na szczęście miała ze sobą Laviję. Lavija była człowiekiem. Była młoda, ładna i sprytna. I ludzi w Arkanie tolerowano, a nawet co niektórych darzono zaufaniem. Jednak być mieszańcem to było coś złego, coś poniżającego. Taka osoba wzbudzała tu odrazę oraz wstręt. Może dlatego, że mieszańców uważano za owoc zdrady. Zdrady zasad, które nie pozwalają elfom na obcowanie z ludźmi.
Cóż, była inna. I tak się też czuła. Noc Minoe i jej towarzyszka spędziły w karczmie prowadzonej przez człowieka imieniem Sinara. Karczma była ostoją oraz bezpieczną przystanią dla ludzkich kupców podróżujących z towarami od miasta do miasta i nie omijających nawet osad co bardziej cywilizowanych orków. Pokrzepiali się tu jadłem, a zwłaszcza napitkiem. Odpoczywali, by nazajutrz ruszyć w dalszą drogę. Rano, gdy tylko zapiał pierwszy kur, Minoe obudziła Laviję. Ubrała się, spakowała podróżny tobołek, wzięła kołczan, łuk i wyszła z karczmy na ulicę. Słońce jeszcze nie zdążyło ozłocić białych murów przepięknych elfiańskich budowli, ale już za chwilę, wyłaniając się zza grani Maskaru, miało rozlać swój złoty blask na białe ściany, nadając im kolor elfiej skóry. Popatrzyła, mrużąc oczy w stronę gór, zza których właśnie pierwsze promienie słońca wylewały się na Arkan.
Po kilku minutach Lavia dołączyła do niej w pełnym rynsztunku. „Idziemy w góry” – zakomenderowała Minoe. – „Moja babka mieszka gdzieś tam, za tą granią. – Wskazała dłonią skalną formację górującą nad miastem. Dziewczyna spojrzała tylko przez chwilę w stronę szczytów i mrużąc oczy, odparła: „To ze dwa dni drogi. Skąd wiesz, że ona tam jest?” „Jeśli będziesz się ociągać, to ze trzy” – zauważyła Minoe. – „Zasięgnęłam języka. Kupcy po winie stają się gadatliwi. Góry Mascaru to nie łagodne wzgórza Taurunu. To strome granie, rozpadliny i przepaście.
To potęga, która nieraz już upomniała się o ofiarę. Wielu śmiałków ruszających w nie nigdy już nie wróciło.” Pierwszą noc spędziły u podnóża olbrzymiej granitowej skały, której pionowa ściana nikła gdzieś w chmurach na wysokości lotu sokoła. Zimno zaczęło dawać się im we znaki. Skromne ognisko nie dawało wiele ciepła, miało jedynie chronić przed drapieżnikami. „Co zrobisz, jak już tam dojdziemy i odszukamy twoją babkę?” – spytała niespodziewanie Lavia. „Cóż, spełnię moje przeznaczenie.” „A jakie ono jest?” „Tego nie wiem. Matka na łożu śmierci powiedziała mi, że mam odszukać babkę, a ona pomoże mi spełnić moje przeznaczenie. Wypełniam więc jej testament.” „Kiedy ostatnio widziałaś swoją babkę? To elfka, prawda?” „Tak. Elfka.
Matka mego ojca. Ostatnio widziałam ją, kiedy on jeszcze żył. Odwiedziliśmy ją. Mieszkałam wówczas w mieście. Nie cierpiałam tam przyjeżdżać. Wolałam mieszkać na ludzkiej ziemi. Uszy można łatwo ukryć pod kapturem, a i ludzie nie są tak uprzedzeni do elfów jak elfy do takich odmieńców jak ja. Nigdzie nie pasuję. Ani do jednych, ani do drugich.” To były już ostatnie słowa, jakie Minoe powiedziała tej nocy, mimo że Lavia zagadywała ją kilkukrotnie. O świcie, gdy słońce zaczęło rozjaśniać nieboskłon na wschodzie, granatowa ciemność zaczęła powoli ustępować.
„Ruszajmy, musimy się spieszyć. Robi się coraz chłodniej. Jeśli śnieg zasypie szlak, nie damy rady przejść przez grań” – tłumaczyła Minoe towarzyszce. „Co będzie, gdy spadnie śnieg?” „Nie spadnie, ale musimy się spieszyć.” Zwinęły skromne obozowisko, ugasiły tlący się już tylko ogień i ruszyły szlakiem w stronę grani. Jeszcze przed zmrokiem były po drugiej stronie. W dole wśród mgły majaczył obraz elfiej wioski. Młoda elfka stanęła, rozglądając się po okolicy. Teraz, kiedy słońce jeszcze nie ukryło się całkiem za horyzontem, mogła dosłownie policzyć domostwa u podnóża gór. Podczas gdy Minoe obserwowała pogrążoną we mgle wioskę, Lavię zaniepokoiły dziwne szmery dochodzące z lasu powyżej. Miała świetny słuch i nie najgorzej orientowała się w terenie.
Aż nie chciało się wierzyć, że była pomywaczką w gospodzie. Karczmarz bił ją regularnie, bo podczas pracy często zdarzało jej się zamyślić i odpłynąć w marzenia. Marzyła o podróżach, o dalekich krainach, nieznanych lądach i morzach bez granic. Lavia była sierotą. Gdy zmarli jej rodzice, a było to w czasie wielkiej zarazy, kiedy prawie połowa wiosek zniknęła z powierzchni ziemi, a w kraju Lawitów została tylko garstka ludzi, Lavia została po prostu sprzedana przez swoją ciotkę karczmarzowi za długi, za dwa worki fasoli, garniec soli i pół świniaka. Od tamtej pory musiała ciężko pracować. Nie bała się pracy. Wykonywała ją najlepiej, jak umiała. Najbardziej bała się gniewu karczmarza. Ten, gdy tylko coś mu się nie spodobało albo wkurzyła go jego baba, bił dziewczynę gdzie popadło i czym popadło.
Najgorzej, gdy był przy tym pijany, a nie stronił od okowity. Pewnego razu, gdy przyłapał ją na rozmowie z pewnym chłopcem, bił tak mocno, że gdyby ów młodzieniec nie stanął w jej obronie, to pewnikiem nie uszłaby z życiem. Spakowała wtedy swoje rzeczy i uciekła pod osłoną nocy. Nagle szmer stał się bardziej wyraźny, a z góry posypały się niewielkie okruchy skał. Minoe odwróciła się natychmiast i sięgnęła po strzałę. Nawet położyła ją na cięciwie, ale było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Trzej mężczyźni o lśniącej złotej cerze, odziani w zielone maskujące stroje działali zbyt szybko, aby półelfka mogła ich powstrzymać. Skrępowane i popychane zostały sprowadzone wąską ścieżką do wioski. Było tu może osiem domostw. Niczym nie przypominały ludzkich chałup.
Lavia przyglądała się zaciekawiona, jak pośród domostw krzątają się elfy, przeważnie młode dziewczyny. Były piękne. Ich skóra lśniła w zachodzącym słońcu niczym złoto. Były odziane w zwiewne, kolorowe sukienki z tak lekkiego płótna, że te stroje zdawały się nic nie ważyć i unosić w powietrzu. W środku wioski stało największe z domostw. Jego ściany były obielone, a wokół panował schludny ład i porządek. W dużych oknach wisiały, susząc się na słońcu, girlandy ziół. Lekki wiatr kołysał je, rozsiewając wkoło ich aromat. Z komina snuł się gęsty, biały dym. Zatrzymali się przed wejściem do tego właśnie domostwa.
Czcigodna Minerwo! — zawołał jeden z elfów. — Schwytaliśmy szpiegów. Z wnętrza domostwa dało się słyszeć coraz wyraźniejsze piskliwe gderanie: Czego tam znowu marudzisz, Luksjanie? Matka nie uczyła cię dobrych manier? Przecież wiesz, że stara kobieta potrzebuje odrobiny spokoju, by zdrzemnąć się po obiedzie. W drzwiach ukazała się niewysoka, chuda, białowłosa staruszka. Ogarnęła mętnym wzrokiem podwórze i skupiła swoją uwagę na jeńcach. Przez chwilę stała bez ruchu, by nagle wyjść naprzeciw Minoe. Objęła ją ramionami i mocno uścisnęła.
Moja kochana, wiedziałam, że w końcu przyjdziesz. Czułam to od kilku dni. Nareszcie jesteś. Niech cię ucałuję, moja droga wnuczko. Tu zrobiła pauzę, by zaczerpnąć powietrza i odrobinę ochłonąć, po czym obrzuciła młodzieńców piorunującym spojrzeniem. W tej chwili je rozwiążcie! — wypiszczała wysokim tonem, balansującym na granicy ludzkiej słyszalności. Oczywiście elfy mają o wiele lepszy słuch od ludzi, ale wysokość głosu staruszki i jego natężenie musiały sprawić młodzieńcom ból, bo odruchowo złapali się za uszy i skulili, jakby ich polano zimną wodą. Luksjian oraz jego dwaj kompani czym prędzej wykonali polecenie staruszki, a potem prawie w popłochu uciekli, nie chcąc narazić się jej jeszcze bardziej. Minoe i Lawija prawie do północy słuchały opowieści Minerwy.
Potem starą kobietę zmorzył sen. Same jeszcze długo rozmawiały szeptem w zaciszu sypialni, gdzie unosił się przepiękny zapach ziół i wonnych kwiatów. W końcu i je ogarnął całun nocy, choć tak naprawdę zaczynało właśnie świtać. Nazajutrz, gdy słońce stało już prawie w zenicie, a dziewczyny były już wykąpane, wypachnione, uczesane i odziane w przepiękne, zwiewne sukienki, babka Minoe oświadczyła: Dziś w nocy jest podwójna pełnia. Taka noc zdarza się raz na 120 lat. Czerwony księżyc całkiem zasłoni Lunę. W taką noc dzieją się cuda. I właśnie dziś w nocy dokona się przepowiednia. Jaka przepowiednia? Co się stanie dziś w nocy?
— dopytywała się Liwia. Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie. Już niedługo. Ale co się stanie? Czy to ma coś wspólnego ze mną? — tym razem Minoe poczuła się zaintrygowana. — Z moim przeznaczeniem? Wszystkiego dowiesz się już dziś w nocy, moja droga. A teraz musimy się przygotować. To mówiąc, staruszka wstała i sięgnęła po fantazyjnie pleciony, dość sporych rozmiarów, wiklinowy kosz stojący na komodzie.
Postawiła go na krześle z wymyślnie zdobionym oparciem. Otworzyła i wyjęła z niego kilka zawiniątek. Ułożyła je na rozłożonej na stole serwecie. Następnie sięgnęła raz jeszcze do kosza i wyjęła zwój starego, pożółkłego pergaminu. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozsypać w proch, ale widocznie były to tylko pozory, bo staruszka zwinęła go ciaśniej i ułożyła na serwecie obok tajemniczych zawiniątek. Następnie wszystkie cztery rogi serwety związała razem i utworzony w ten sposób tobołek odstawiła na komodę, a kosz zamknęła i odstawiła na podłogę. Podczas tych wszystkich czynności nie wypowiedziała żadnego słowa. Młode kobiety też o nic nie pytały. Przyglądały się tylko seniorce w milczeniu i myślały: cóż takiego spotka Minoe dzisiejszej nocy? Przed zmierzchem na zewnątrz dało się słyszeć jakieś poruszenie.
Wtedy to Minerwa, podając kobietom okrycia, zwróciła się do wnuczki: Już czas, moja droga, musimy iść. Księżyc już zbliża się do Luny. Niebawem się połączą. To mówiąc, wstała, wzięła przygotowany wcześniej tobołek i wyszła przed dom. Minoe i Lawija wyszły za nią. Na podwórzu stało kilku mężczyzn w skórach i z orężem. To nasza eskorta — powiedziała Minerwa do wnuczki i jej przyjaciółki. Później zwróciła się do zebranych: Pójdziemy teraz, jak nakazuje tradycja, do jaskini oczyszczenia. Jak co roku podczas ostatniej pełni Czerwonego Księżyca. Ale dziś jest szczególna noc i szczególna pełnia.
Dziś Czerwony Księżyc całkowicie zasłoni Lunę. Nastanie czerwona noc. Jak mówi pismo, w taką noc dzieją się cuda, dokonują przepowiednie. I to nie przypadek, że moja wnuczka Minoe właśnie teraz przybyła do naszej wioski. Co rok jedna z naszych dziewcząt tej właśnie nocy przechodzi rytuał oczyszczenia. Ale ta noc tego roku jest szczególna i Minoe też jest szczególna. Przepowiednia bowiem mówi: „przybędzie z innego świata córka niegodna swego ojca, zhańbiona występkiem i pogardą okryta. Lico jej jasne i kruche z pozoru, lecz dusza jej twarda jak spiż i stal razem stopione”. Teraz już ruszajmy, bo niebo robi się czerwone. Na tą dziewczynę czeka przeznaczenie.
Nie zwlekajmy. Chodźmy. Ruszyli w stronę wzniesień ponad wioską. Droga nie była stroma, raczej kręta i dość kamienista. Po półgodzinnym marszu Minerwa, jej wnuczka i Lawija oraz sześciu zbrojnych mężczyzn dotarli na miejsce. Jeden z mężczyzn wręczył najstarszej z kobiet pochodnię, inni stali w lekkim oddaleniu. Przed nimi znajdowała się pieczara, olbrzymia grota w skale. Niebo było już całkiem czerwone, jakby ktoś rozlał po nim całą krew przelaną w wojnach od początków świata. „Dalej musimy iść same.” Ruszyły w stronę groty. Staruszka, poruszając się powoli, zaczęła snuć opowieść: „Ta pieczara to grota cudu.
W niej znajduje się źródło, które bije od niepamiętnych czasów. Legenda mówi, że woda z tego źródła oczyszcza nie tylko ciało, ale przede wszystkim duszę.” Minerwa, przyświecając sobie pochodnią, pierwsza weszła do groty. Za nią podążały dziewczyny. Minoe czuła na całym ciele jakby igiełki, które uporczywie chciały przebić jej skórę, ale jakoś im się to nie udawało. Czuła podniecenie. Tak, to nie był strach. To było niebywałe podniecenie, jakiego jeszcze nigdy nie czuła. Babka zapaliła jeszcze dwie oliwne lampy stojące zaraz za wejściem do groty. Wnętrze pieczary wypełnił ciepły blask oliwnego ognia. Ich cienie drgały na ścianach niczym w lunatycznym tańcu.
Minerwa postawiła tobołek na stojącym we wnętrzu pieczary kamiennym stole i wskazała ręką niewielkie jeziorko znajdujące się w głębi groty. „To źródło oczyszczenia. Zaraz wypełni się przepowiednia.” Rozpakowała tobołek i z zawiniątek zaczęła wyjmować jakieś słoiczki i flakony, układając je na kamiennym stole. „Teraz się rozbierz, dziecko. Lawiya ci pomoże.” Minoe, jak w transie, zaczęła zdejmować szaty. Jej ciało było śnieżnobiałe nawet w świetle ciepłych, oliwnych płomieni. Długie, brązowe, rozpuszczone włosy sięgały do pasa. Była szczupła, lecz jej ciało było zahartowane i wyćwiczone. Na udach i brzuchu wyraźnie zarysowały się mięśnie. Miała małe piersi, teraz częściowo zakryte przez opadające swobodnie włosy.
Nie czuła chłodu, mimo że była całkiem naga. Drżała lekko, ale na pewno nie z zimna. „Podejdź tu do mnie, kochanie” – przywołała ją babka. – „Teraz zamknij oczy i spróbuj się odprężyć.” Babka zaczęła odkręcać kolejne słoiczki i flakony z przedziwnymi mazidłami i olejkami. Ich zapach w połączeniu przyprawiał o zawrót głowy. Smarowała delikatnie ciało wnuczki tymi wonnościami i szeptała coś pod nosem w staroelfickim języku. Gdy skończyła, ujęła wnuczkę za rękę i kazała to samo uczynić Lawiyi. Tak poprowadziły ją do źródełka. Jeziorko nie było głębokie, sięgało jej zaledwie do połowy łydki. Gdy stanęła stabilnie, tafla zaczęła się poruszać.
Wyglądało to, jakby woda nagle ożyła. Poruszała się, odkształcała, wirowała wokół jej łydek. Unosiła się, to znów opadała. Minoe stała tak bez ruchu, z zamkniętymi oczami, a skóra na jej łydkach zaczęła zmieniać kolor. Stawała się złota jak najprawdziwszy klejnot elfów. Efekt ten postępował w coraz szybszym tempie. Już całe jej nogi lśniły elfickim złotem. Pośladki, brzuch, piersi, twarz. I nagle wszystko ustało. Woda opadła z powrotem do jeziorka i przestała wykazywać jakiekolwiek oznaki życia.
Nawet zapachy, tak intensywne, wręcz odurzające jeszcze przed chwilą, przestały być wyczuwalne. Minoe otworzyła oczy i osunęła się w ramiona przyjaciółki. Babka podała jej sukienkę i resztę ubrań. Gdy ta się ubierała, Minerwa zaczęła czytać dalszy ciąg przepowiedni z pergaminowego zwoju. „Gdy hańbę swą zmyje w źródle oczyszczenia, do spiżu i stali dojdzie mądrość wielka, potęga i władza, a takie cuda czynić będzie, że wieść o jej czynach od wschodu na zachód całą ziemię przemierzy. Jej sława tym większą będzie, bo nie mieczem, a sercem i mądrością zjednoczy zwaśnione od stuleci rody. Do pokoju przywiedzie w wiecznej wojnie pogrążone mocarstwa i ludy, a na całym świecie jej imię wszyscy szanować będą tak samo, jak kiedyś pomiatać nim mieli czelność.” Marek Myszograj „Nowy dom”. Cześć, mam pięć lat. W tej chwili trzymam moją mamę mocno za rękę. Nie boję się, ponieważ mama powiedziała mi, że już prawie jesteśmy na miejscu.
Idziemy przez jakiś ciemny, długi tunel. Nasi przewodnicy machają do nas, zachęcając w ten sposób do szybszego kroku. Cała grupa liczy dość sporo osób. Kroczymy w ciszy przez jakiś czas, aż w końcu ukazuje się nam takie ogromne, takie wow miejsce. Ale od czego mam zacząć, aby wyjaśnić całą tę dziwną sytuację? Byłem jedynakiem. Tata często zastępował mi starszego brata. Nosił mnie na barana, bawił się ze mną i w ogóle. A przecież to nie to samo. Rodzice obiecali mi w końcu braciszka, na którego wyczekuję z wielką niecierpliwością.
Tego dnia mama oraz tata biegali po całym mieszkaniu, pakowali walizki, wzrokiem czegoś szukali i spoglądali co chwilę na duży stojący zegar. Nie chciałem im przeszkadzać. Siedziałem na łóżku i grzecznie ich obserwowałem. Tata powiedział mi poprzedniego wieczora, że musimy opuścić nasze mieszkanie, ponieważ cały budynek zostanie rozebrany, a na jego miejscu wybudują dla mnie szkołę. Już nie podoba mi się ta szkoła. W następnym roku miałem zacząć do niej chodzić, a ja tak naprawdę wolałbym zostać tu, gdzie mam swój pokój. „No dobrze, chodź, musimy już iść” – powiedział do mnie tata. Pierwsza wyszła z domu mama, niosąc kuferek w jednej, a torebkę w drugiej ręce. Za mamą ruszyłem ja z moim misiem. Nasz mały pochód zamykał tata z dwiema naprawdę wielkimi walizami.
Wsiedliśmy do dużych samochodów, które zawiozły nas na stację kolejową, a następnie jechaliśmy już wszyscy pociągiem do nowego domu. Po dłuższym siedzeniu obok mamy miałem tego dość. Nudziło mi się. Chciałem zobaczyć, jak inni podróżują, znaleźć jakiegoś kolegę do zabawy, ale mama powiedziała, abym siedział przy niej, bo się jeszcze zgubię. Byłem grzecznym chłopcem. Kochałem moją mamę, więc posłuchałem. Przytuliłem się do niej i usnąłem. Obudziłem się nagle, gdy pociąg zwalniał, aby po chwili stanąć. Na zewnątrz słyszałem duży ruch, szum rozmów i szczekanie psów. Opuszczając pociąg, zdębiałem.
W życiu nie widziałem takiego tłoku. Mnóstwo, ale to naprawdę mnóstwo ludzi. Panowie w mundurach próbowali zapanować nad nami i zaprowadzić porządek. To oni ustawili nas sprawnie w kolejce do takiego groźnego pana, który siedział przy stole. Mama powtarzała mi, bym się nie bał i że zaraz będziemy w naszym nowym domu. Po chwili przed nami było już tylko czworo ludzi. Groźny pan palcem wskazał na mężczyznę i powiedział do niego: „rechts”, po czym wskazany udał się w moją lewą stronę. Wiedziałem, która to prawa, a która lewa strona, bo mój mądry tata nauczył mnie: jak malujesz kredką, to używasz prawej ręki. Prawda, że to prosta zasada? Pani z dziećmi przed nami poszła właśnie w moją prawą stronę.
Siedzący groźny pan w mundurze wskazał teraz na mojego tatę: „rechts”. I tata poszedł na moje lewo. Do mnie i do mojej mamy powiedział: „links”, więc skierowaliśmy się w przeciwną stronę. Obejrzałem się jeszcze za tatą. Tata również odwrócił się do nas. W jednej krótkiej chwili zobaczyłem jego spojrzenie i cudownie uśmiechniętą twarz, po czym zniknął wśród nowo przybyłych. Naprawdę było tutaj mnóstwo ludzi. Bałem się, że tak jak wzrokiem zgubiłem przed chwilą tatę, mogę zgubić i również mamę. Szliśmy sporą grupą w ciszy. Gdzieś wcale nie tak daleko, poprzez ujadanie psów słyszałem muzykę, orkiestrę, ale nie taką jak od czasu do czasu pod naszym oknem, gdzie grywali wesoło różni różne cwaniaki.
Tak o nich mówił mój tato. To nie były cwaniaki z harmonią i mandoliną, lecz prawdziwa orkiestra. „Może witają tutaj w ten sposób nowych mieszkańców?” – pomyślałem. Później wszystko potoczyło się już szybko. Weszliśmy do budynku, który miał być łaźnią. W szatni rozebraliśmy się do naga. Misia postawiłem na swoich ubraniach i szepnąłem mu: „Poczekaj tu na mnie”. Chudy pan w pasiastej piżamie rozdał każdemu przed wejściem pod natryski po kawałku szarego mydła. W środku było nas chyba za dużo. W łaźni panowała ciasnota.
Drzwi z trzaskiem zamknięto i zapadła cisza. Patrzyłem na wiszące spod sufitu natryski. Czekałem na to nieprzyjemne uczucie, gdy woda uderza w schłodzone ciało. Nigdy nie wiesz, czy będzie zimna, czy ciepła. Z otworów natryskowych buchnął na nas dym, który wcale nie był dymem. „Tęsknisz za tatą?” – wyrwał mnie z zamyślenia jeden z naszych przewodników. Oszołomiony skinąłem przytakującą głową. „Nie przejmuj się, będzie dobrze” – powiedział mężczyzna, podając mi mojego misia. „Idź teraz z mamą zobaczyć wasz nowy dom, a jutro pomożesz nam przeprowadzać swojego tatę przez tunel”.
[05:39:56] - Proszę państwa, proszę państwa, i to już jest koniec dzisiejszej audycji. Zdecydowany koniec. Tak sobie myślę. Wzdycham, wzdycham, bo tak, ale muszę to niestety zrobić. Nie powiem państwu, co będzie w 63. odcinku „Bibliotekarium 2.0”. Powiem, że będzie i to już za tydzień. Natomiast znacie mnie państwo. Nie lubię składać deklaracji bez pokrycia. Staram się tego nie robić.
Nie zawsze mi wychodzi, ale ponieważ pewne rzeczy muszą się jeszcze rozstrzygnąć, jeszcze nie są dopięte na ostatni guzik, to się wstrzymam. Nie powiem państwu, co będzie motywem przewodnim tego wydania za tydzień. Wybaczcie państwo. Jedno mogę państwu zaręczyć: stałe punkty programu pojawią się z całą pewnością, a ten rodzynek tytułowy... Sprawy się jeszcze klarują, że tak powiem. Zatem pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Jak zwykle jestem niezwykle. Cały odcinek się starałem, żeby się nie wpędzić w swoje ulubione powtórzenia. Na koniec mi się nie udało. W każdym razie serdecznie państwa pozdrawiam.
Życzę wszystkiego dobrego. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Do usłyszenia za tydzień.
[05:41:26] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0”, Akademii Wszelkiej fikcji, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.